Category: Ogłoszenia

Ogłoszenia kościoła św. Szymona w Glasgow

  • Ogłoszenia – październik 2024

    ______________________________________________________________________________________________________________

    KRÓLOWO RÓŻAŃCA ŚWIĘTEGO,

    MÓDL SIĘ ZA NAMI!

    ***

    Jak prawidłowo odmawiać Różaniec?

    ______________________________________________________________________________________________________________

    „Dilexit nos” – czwarta encyklika papieża Franciszka do świata, który zagubił serce

    Nieskończony majestat Najświętszego Serca Jezusa

    autor: Plinio Corrêa de Oliveira

    ***

    W czwartek 24 października została opublikowana czwarta encyklika papieża Franciszka. Nosi ona tytuł „Dilexit nos” (On nas umiłował), a poświęcona jest kultowi Najświętszego Serca Jezusowego. Zbiera ona dotychczasowe nauczanie Kościoła na ten temat. Ogłaszana jest z okazji 350. rocznicy pierwszych objawień Serca Jezusa z 1673 roku.

    Jest to czwarta encyklika obecnego papieża: po „Lumen fidei” (2013), „Laudato si’” (2015) oraz „Fratelli tutti” (2020). Prezentacji dokonają abp Bruno Forte, włoski teolog i metropolita Chieti-Vasto oraz przełożona generalna Uczennic Ewangelii, siostra Antonella Fraccaro.

    Ogłoszenie nowego dokumentu zbiega się z dramatycznymi wydarzeniami dla ludzkości: dramatem wojen, brakiem równowagi społecznej i gospodarczej, niepohamowanym konsumpcjonizmem, nowymi technologiami, które mogą wypaczać istotę człowieczeństwa. Poprzez swą encyklikę papież prosi o zmianę spojrzenia, perspektywy, celów i odzyskanie tego, co najważniejsze i niezbędne: serca.

    Franciszek zapowiedział wydanie encykliki podczas audiencji ogólnej na Placu św. Piotra w Watykanie 5 czerwca (miesiąc tradycyjnie poświęcony Najświętszemu Sercu Jezusa), dzieląc się swoim pragnieniem, aby tekst mógł skłonić ludzi do medytacji nad aspektami „miłości Pana, które mogą oświetlić drogę odnowy kościelnej; ale także, aby mógł powiedzieć coś znaczącego światu, który wydaje się tracić serce”. Papież wyjaśnił również, że dokument zgromadzi „cenne refleksje poprzednich tekstów magistralnych i długą historię, która sięga Pisma Świętego, aby dziś ponownie zaproponować całemu Kościołowi ten kult nacechowany duchowym pięknem”.

    Encyklika ukazuje się w czasie trwających od 27 grudnia 2023 do 27 czerwca 2025 roku obchodów 350. rocznicy pierwszego objawienia Najświętszego Serca Jezusowego świętej Małgorzacie Marii Alacoque (1647-1690). Trzy i pół stulecia temu, 27 grudnia 1673 roku Jezus ukazał się 26-letniej francuskiej siostrze z zakonu wizytek, aby powierzyć jej misję rozpowszechnienia w świecie Jego miłości do ludzi, szczególnie zaś do grzeszników. Objawienia w klasztorze w Paray-le-Monial, w Burgundii, trwały 17 lat. Serce Jezusa ukazywało się na tronie z płomieni, otoczonym cierniową koroną, symbolem ran zadanych przez grzechy ludzi. Chrystus poprosił s. Małgorzatę, aby w piątek po uroczystości Bożego Ciała stał się świętem Najświętszego Serca Jezusowego. Nie było to łatwe zadanie dla zakonnicy, która spotkała się z niezrozumieniem ze strony swoich współsióstr i przełożonych. Nie zniechęciła się jednak i całe życie poświęciła temu, aby świat poznał miłość Chrystusa.

    Kult Najświętszego Serca zrodził się u progu epoki Oświecenia. Patrolog, o. Enrico Cattaneo napisał na łamach „La Civiltà Cattolica”, że duchowość ta „stała się zaporą przeciw powszechnej mentalności racjonalistycznej, która podsycała kulturę ateistyczną i antyklerykalną”. Wokół tego nabożeństwa wybuchła gorąca dyskusja, nawet w samym Kościele. Dopiero w 1856 roku papież Pius IX postanowił, że święto Najświętszego Serca Jezusowego będzie obchodzone w całym Kościele. W XIX wieku kult ten rozprzestrzeniał się wraz z aktami poświęca Sercu Jezusowemu, powstawaniem zgromadzeń męskich i żeńskich, instytucji uniwersyteckich, oratoriów, kaplic.

    W 1956 roku Pius XII wydał encyklikę „Haurietis aquas”. Ukazała się ona w czasie, gdy ta pobożność przeżywała kryzys. Papież chciał ją ożywić i zaprosić Kościół do lepszego zrozumienia i wdrożenia różnych form pobożności, „maksymalnie użytecznych” dla potrzeb Kościoła, ale także jako „sztandaru zbawienia” dla współczesnego świata.

    W 50. rocznicę tamtej encykliki Benedykt XVI napisał list, w którym podkreślił, że „tajemnica miłości Boga do nas nie stanowi jedynie treści kultu i nabożeństwa do Serca Jezusowego, ale jest także treścią wszelkiej prawdziwej duchowości i pobożności chrześcijańskiej. Należy zatem podkreślić, że podstawy tego nabożeństwa są tak stare, jak samo chrześcijaństwo”.

    Papież Franciszek niejeden raz ukazywał swój związek z kultem Najświętszego Serca, łącząc je z misją kapłanów. W 2016 roku, zamykając Jubileusz Kapłanów w czasie Roku Miłosierdzia w uroczystość Najświętszego Serca Jezusowego, prosił w homilii księży przybyłych do Rzymu z całego świata, aby skierowali swoje serca, jak Dobry Pasterz, ku zagubionej owcy, ku tym, którzy są bardziej oddaleni, przenosząc epicentrum swego serca na zewnątrz siebie. A w wygłoszonej w czasie Jubileuszu, medytacji nt. miłosierdzia, papież zalecił biskupom i księżom ponowne przeczytanie encykliki „Haurietis acquas”, gdyż „serce Chrystusa jest ośrodkiem miłosierdzia”.

    Vatican News/e-KAI

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Wyzwanie dla Francji:

    co zrobiłaś z Sercem Jezusa?

    Wyzwanie dla Francji: co zrobiłaś z Sercem Jezusa?

    Sanktuarium Najświętszego Serca Pana Jezusa w Paray-le-Monial (© Sanctuaire du Sacré-Cœur)

    ***

    W świecie, w którym jest tak wiele bólu i cierpienia ludzie potrzebują pocieszenia, muszą znaleźć ukojenie w Sercu Jezusa – mówi rektor sanktuarium w Paray-le-Monial, gdzie przed 350 laty Pan Jezus objawił św. Małgorzacie Marii Alacoque swe Serce. Rozmawiając z Radiem Watykańskim, ks. Etienne Kern potwierdza, że Nabożeństwo do Najświętszego Serca ma właśnie taki kojący i odradzający efekt.

    –Ludzie, którzy przybywają do Paray-le-Monial, aby odpocząć na Sercu Jezusa, doświadczają łagodności Boga, Jego nieskończonej delikatności, a jednocześnie Jego odradzającej mocy, pocieszania i przemiany – mówi ks. Kern, komentując ogłoszoną przedwczoraj encyklikę Dilexit nos.

    Dokumentem tym Papież potwierdził, że objawienia, które otrzymała św. Małgorzata Maria, są dziś jeszcze bardziej aktualne niż przed 350 laty. Niewdzięczność i obojętność względem „Serca, które tak bardzo umiłowało”, jest dziś bowiem jeszcze większe niż w XVII-wiecznej Francji. A zarazem znów są obecne wypaczone wizje Boga. Ludzie nie pojmują, jak wielka i czuła jest miłość Jezusa względem nich.

    Szansa na pojednanie w Kościele

    Zdaniem rektora głównego sanktuarium Najświętszego Serca Pana Jezusa, Encyklika Dilexit nos jest też reakcją na cierpienia wewnątrz Kościoła, szansą na pojednanie dla tych, którzy są zdezorientowani nauczaniem Papieża Franciszka. W tym tekście Ojciec Święty powraca bowiem do tego, co najistotniejsze. I to właśnie pozwala pogodzić wszystkie wrażliwości obecne w Kościele. W tej kwestii wszyscy jesteśmy jednomyślni, mamy jedno serce i jedną duszę – mówi ks. Kern, dodając, w tym dokumencie Franciszek zostawia nam syntezę swego pontyfikatu. Jakby chciał nam pokazać, co ma po nim pozostać.

    Wyzwanie dla Francji: co zrobiłaś z Sercem Jezusa?

    Rektor francuskiego sanktuarium przyznaje, że choć wiedział o pracy nad dokumentem o Sercu Jezusa, to nie spodziewał się tekstu tak bogatego pod względem doktrynalnym i tak mocno zakorzenionego w Tradycji Kościoła i historii duchowości. W sposób szczególny zaskoczyły go liczne odwołania do autorów francuskich.

    W tym sensie encyklika ta stanowi wyzwanie dla Francji, pytanie pod jej adresem: co uczyniła z Sercem Pana Jezusa, skoro to nabożeństwo zostało w sposób szczególne powierzone temu narodowi. Jest to skarb, którego potrzebuje dzisiaj Kościół. Jezus przyszedł ogień rzucić na ziemię – przypomina francuski kapłan – a ten ogień płonie właśnie w Jego Sercu. O tym jest ten dokument.

    Krzysztof Bronk i Marie Duhamel/VaticanNews/Deon.pl

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Kościelne święta nakazane 2024

    Sample

    fot. Piotr Tumidajski

    ***

    Kodeks Prawa Kanonicznego zobowiązuje katolików do uczestnictwa w Mszy świętej i powstrzymywania się od prac niekoniecznych w niedzielę oraz święta nakazane. Czym są święta nakazane? W jakie dni wypadają one w 2024 roku?

    Część świąt i uroczystości kościelnych ma stała daty. Co roku Boże Narodzenie obchodzimy 25 grudnia. Daty części świąt i uroczystości są ruchome – tak w przypadku m.in. Wielkanocy, czy Uroczystości Zesłania Ducha Świętego. Poniżej lista, w której wypisane są kościelne święta nakazane 2024 roku.

    Kościelne święta, w których należy uczestniczyć we Mszy św.

    1 stycznia (poniedziałek) – Uroczystość Świętej Bożej Rodzicielki

    6 stycznia (sobota) – Uroczystość Objawienia Pańskiego (Trzech Króli)

    31 marca (niedziela) – Niedziela Zmartwychwstania Pańskiego (Wielkanoc)

    12 maja (niedziela) – Wniebowstąpienie Pańskie

    19 maja (niedziela) – Uroczystość Zesłania Ducha Świętego (Zielone Świątki)

    30 maja (czwartek) – Uroczystość Najświętszego Ciała i Krwi Pańskiej (Boże Ciało)

    15 sierpnia (czwartek) – Uroczystość Wniebowzięcia Najświętszej Maryi Panny

    1 listopada (piątek) – Uroczystość Wszystkich Świętych

    25 grudnia (środa) – Uroczystość Narodzenia Pańskiego (Boże Narodzenie)

    Inne ważne święta kościelne w 2024 roku

    Kościelne święta nakazane to niejedyne święta i uroczystości w roku liturgicznym. W dni, w które przypadają inne ważne święta kościelne wierni nie mają obowiązku uczestniczenia w Mszy świętej i powstrzymywania się od prac niekoniecznych. Dobrze jest jednak, aby, gdy jest to możliwe, również i wtedy uczestniczyć w liturgii.

    2 lutego (piątek) – Święto Ofiarowania Pańskiego (Matki Boskiej Gromnicznej)

    19 marca (wtorek) – Uroczystość świętego Józefa, Oblubieńca Najświętszej Maryi Panny

    1 kwietnia (poniedziałek) – Poniedziałek Wielkanocny

    8 kwietnia (poniedziałek) – Uroczystość Zwiastowania Pańskiego

    20 maja (poniedziałek) – Święto Najświętszej Maryi Panny, Matki Kościoła

    29 czerwca (sobota) – Uroczystość Świętych Apostołów Piotra i Pawła

    9 grudnia (poniedziałek) – Uroczystość Niepokalanego Poczęcia Najświętszej Maryi Panny

    26 grudnia (czwartek) – Święto świętego Szczepana, pierwszego męczennika

    Adwent w 2024 roku rozpocznie się 1 grudnia.

    ______________________________________________________________________________________________________________

    MSZA ŚWIĘTA W UROCZYSTOŚĆ WSZYSTKICH ŚWIĘTYCH BĘDZIE O GODZ. 20.00 W SALI PARAFIALNEJ PRZY KOŚCIELE ŚW. PIOTRA – PARTICK, 46 HYNDLAND STREET, GLASGOW, G11 5PS

    Niedziela 13/12 Msza św. g. 14:00 kościół św. Piotra (St Peters) Glasgow

     

    ______________________________________________________________________________________________________________

    O co chodzi w kulcie świętych?

    “Wszyscy Święci” Fra Angelico, XV w./wikimedia commons

    ***

    Po co nam święci? Po co się do nich modlić? Czy sam Pan Jezus nam nie wystarcza? Tego typu pytania pojawiają się nieraz w dyskusjach. Żeby dać na nie jakąś sensowną odpowiedź, trzeba jednak zacząć nie od świętych, ale od Kościoła – i jego miejsca w naszym przeżywaniu wiary.

    Większość z nas zgodzi się pewnie, że wiara jest czymś do głębi osobistym – jej siedliskiem jest serce, w które nie ma wglądu nikt poza Bogiem i nami. Marcin Luter, próbując ująć ten osobisty charakter wiary, w jednym z kazań powiedział kiedyś, że „wierzyć może tylko każdy sam, tak jak umrzeć może każdy sam”. Wiara jest jak moment odejścia z tego świata: stoję w niej sam wobec Tajemnicy Boga, jak umierający stoi sam wobec otchłani śmierci – i nikt mnie w tym nie zastąpi. Brzmi dramatycznie? Na szczęście nie jest to katolicka wizja wiary, choć może niejeden i niejedna z nas tak właśnie swoją wiarę przeżywa.

    Wiara, choć ma swój wymiar osobisty i nieprzekazywalny, nie rozwija się bowiem w izolacji. W momencie gdy przyjmę chrzest i uwierzę, automatycznie zostaję włączony w sieć relacji, które łączą wszystkich wierzących. Ta sieć relacji to Kościół. Moje odniesienie do Boga nigdy nie jest więc tylko moje – w Katechizmie czytamy, że „nikt nie może wierzyć sam, tak jak nikt nie może żyć sam” (KKK 166). Podobnie jak w codziennym życiu, również w dziedzinie wiary wzajemnie od siebie zależymy, możemy sobie pomagać, troszczyć się o siebie, a w chwilach słabości być dla siebie nawzajem oparciem. Kiedy Kościół zachęca do modlitwy za wstawiennictwem świętych, mówi po prostu, że ta wzajemna pomoc i wymiana darów obejmuje nie tylko tych członków Kościoła, którzy aktualnie żyją na tym świecie, ale także tych, którzy żyją już na wieki w Bogu. Ci ostatni, będąc teraz bliżej Boga, zamiast o nas zapomnieć i zająć się wyłącznie przeżywaniem swojego szczęścia, tym bardziej o nas pamiętają i tym skuteczniej mogą nas wspierać na naszej drodze wiary.

    „Żywe kamienie”

    Na czym jednak miałoby polegać to wsparcie? Jeśli to Chrystus wysłużył nam zbawienie, to po co nam jeszcze jacyś inni, ludzcy pomocnicy? Czy, szukając ich, przypadkiem Go nie obrażamy? W odpowiedzi na to pytanie znowu pomoże nam odwołanie do naszego potocznego doświadczenia. Być może ciesząc się ze swojego sukcesu (np. na jakimś konkursie albo na zawodach sportowych) zastanawiałeś się, czy to nie jest pycha – przypisywać sobie sukces, podczas gdy powinieneś raczej podziękować Jezusowi? Bo jeśli to Twoja zasługa, to może w ten sposób odbierasz zasługę Temu, od którego wszystko otrzymujesz? Otóż nic z tych rzeczy. Pan Jezus nie patrzy na ludzi jak na swoich konkurentów. Nie jest jak nadopiekuńczy rodzic, który chce wszystko robić za dziecko, skrycie chełpiąc się, że wszystko to jego zasługa. Jest raczej jak rodzic mądry, który cieszy się, kiedy dziecko zrobi coś samodzielnie (choćby nie było to w sensie ścisłym konieczne) i wie, że w żaden sposób nie traci przez to zasługi – to w końcu on dał dziecku życie i umożliwił jego rozwój.

    Podobnie jest z naszym szukaniem wsparcia u świętych. To prawda, że wsparcie to całkowicie zależy od samego Jezusa, Jedynego Pośrednika między Bogiem a ludźmi (por. 1 Tm 2,5). Zamiast jednak zazdrośnie strzec swojej wyłączności, cieszy się On, gdy może włączyć w zbawcze działanie względem nas także tych naszych braci, którzy już doszli do celu. Chrystus buduje swój Kościół nie z martwych kamieni, które mogą się jedynie biernie poddawać Jego wszechmocy, ale z „żywych kamieni” (por. 1 P 2,5), obdarzonych wolnością i powołanych do aktywnego udziału w dziele zbawienia. Święci są takimi „żywymi kamieniami” w sensie o wiele doskonalszym niż my, stąd też skuteczność wsparcia, które możemy od nich otrzymać.

    Poszukiwanie inspiracji

    Ks. Janusz St. Pasierb zauważył kiedyś, że święci są tak bardzo niepodobni do siebie nawzajem, a jednocześnie wszyscy tak bardzo podobni do Pana Jezusa. Jesteśmy powołani przede wszystkim do tego, żeby naśladować samego Jezusa, ale to naśladowanie może się dokonać na tyle różnych sposobów, ile jest różnych charakterów, temperamentów i konkretnych powołań. Wielobarwny tłum świętych pokazuje nam, że w świętości nie ma nic z mechanicznego powielania i że nawet największy oryginał może znaleźć drogę do Boga, pozostając sobą. To dlatego, oprócz praktykowania modlitwy za wstawiennictwem świętych, warto ich poznawać i szukać wśród nich inspiracji dla własnej drogi wiary.

    ks. Andrzej Persidok/Stacja7.pl

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Jak modlić się przy grobach? Wybierając się na cmentarz, warto znać te modlitwy

    fot. Scottiealan / Pixabay

    ***

    Koniec października i początek listopada to w Polsce tradycyjnie czas odwiedzania cmentarzy i modlitwy za bliskich zmarłych. Jaką modlitwę odmawiać stając przy grobach? Podpowiadamy kilka propozycji krótkich modlitw

    Wieczny odpoczynek

    Wieczny odpoczynek racz im dać, Panie,
    a światłość wiekuista niechaj im świeci.
    Niech odpoczywają w pokoju.
    Amen.

    Akty strzeliste za zmarłych

    • Boże, miłosierny Panie, daj duszom sług i służebnic Twoich miejsce w niebie, błogosławiony pokój i jasność Twojego światła.
    • Panie, wysłuchaj łaskawie naszych modlitw za dusze sług i służebnic Twoich, za które się modlimy prosząc, abyś je przyjął do społeczności swoich Świętych
    • Spraw, prosimy Cię, Panie, aby dusze sług i służebnic Twoich, oczyszczone ze swoich win, otrzymały przebaczenie i wieczny odpoczynek.

    Modlitwa za zmarłego o uwolnienie od grzechów i kar

    Panie, Boże Wszechmogący, ufając Twemu wielkiemu Miłosierdziu zanoszę do Ciebie moją pokorną modlitwę: wyzwól duszę Twego sługi (Twojej służebnicy) od wszystkich grzechów i kar za nie. Niech święci Aniołowie jak najprędzej zaprowadzą ją z ciemności do wiekuistego światła, z karania do wiecznych radości. Przez Chrystusa, Pana naszego. Amen.

    Modlitwa za zmarłych za wstawiennictwem św. Stanisława Papczyńskiego

    Panie Jezu, za wstawiennictwem św. Stanisława Papczyńskiego, proszę Cię za tymi, którzy przekroczyli już bramę śmierci i oczekują twojego miłosierdzia w czyśćcu. Spraw, abym w Twoim domu spotkał się z moimi bliskimi i wszystkimi braćmi i siostrami, których powołałeś do życia wiecznego.
    Amen.

    Za zmarłych rodziców

    Boże, Tyś nam przykazał czcić ojca i matkę, zmiłuj się łaskawie nad duszami moich rodziców i odpuść im grzechy; pozwól mi oglądać ich w radości Twej wiekuistej światłości. Przez Chrystusa, Pana naszego. Amen.

    Za wielu zmarłych

    Boże, miłosierny Panie, daj duszom sług i służebnic Twoich miejsce w niebie, błogosławiony pokój i jasność Twojego światła.
    Panie, wysłuchaj łaskawie naszych modlitw za dusze sług i służebnic Twoich, za które się modlimy prosząc, abyś je przyjął do społeczności swoich Świętych.
    Spraw, prosimy Cię, Panie, aby dusze sług i służebnic Twoich, oczyszczone ze swoich win, otrzymały przebaczenie i wieczny odpoczynek.
    Przez Chrystusa, Pana naszego. Amen.

    Modlitwa za poległych żołnierzy

    Panie, Boże Wszechmogący, polecam Twemu miłosierdziu dusze naszych poległych żołnierzy, którzy oddali swe życie w obronie drogiej Ojczyzny i przelali swoją krew w obronie nie tylko naszego kraju, ale i Wiary świętej. O Boże, niech to ich męczeństwo poniesione w obronie Wiary i Ojczyzny uwolni ich dusze z czyśćca i wyjedna wieczną nagrodę w niebie. Błagam Cię o to przez Mękę i Śmierć naszego Zbawiciela, przez Jego Najświętsze Serce, przez przyczynę i zasługi Jego Niepokalanej Matki oraz świętych Patronów i Patronek naszego Narodu. Amen.

    Za zmarłych, spoczywających na danym cmentarzu

    Boże, dzięki Twojemu miłosierdziu dusze wiernych odpoczywają w pokoju; udziel łaskawie odpuszczenia grzechów Twoim sługom i służebnicom, którzy tutaj spoczywają w Chrystusie, aby uwolnieni od wszystkich win cieszyli się z Tobą bez końca. Panie, przyjmij łaskawie modlitwę zaniesioną za dusze sług i służebnic Twoich, którzy tutaj spoczywają w Chrystusie, niech oswobodzeni z więzów śmierci otrzymają życie wieczne. Boże, Światłości dusz wiernych, wysłuchaj nasze prośby i daj miejsce w niebie, błogosławiony pokój oraz jasność Twojego światła sługom i służebnicom Twoim, których ciała tutaj spoczywają w Chrystusie. Przez Chrystusa, Pana naszego. Amen.

    Stacja7.pl

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Nie jest ostatnim słowem

    Gumy do żucia w kształcie nagrobków, lizaki – trupie czaszki, baloniki z napisem R.I.P. Społeczeństwo chce zamienić śmierć w memy, oswoić ją, familiarnie poklepać po ramieniu. Bezskutecznie. Chrześcijanie mają w sobie świętą bezczelność. Mówią głośno: została pokonana.

    fot. JF Martin/Unsplash

    ***

    Niedzielny świt. Spaceruję ulicami Warszawy. Sklep z gadżetami na Halloween. Gumy do żucia w kształcie nagrobków, lizaki – szczerzące zęby trupie czaszki, krzyże, baloniki z napisami R.I.P. Śmierć na słodko, śmierć na słono. Tuż za rogiem pozostałość muru getta. ​Zderzenie światów, których nie da się pogodzić. Czekoladowe kościotrupy i dzieci-szkielety umierające z głodu na ulicy. Zabawa w śmierć i kurczowe trzymanie się życia. Baloniki i dramaty. Światy oddziela potężny mur. Ten z getta zburzono, ale mentalny, próbujący oswoić śmierć, pozostał.

    Będzie, będzie zabawa

    Czytam porażające wspomnienia z „Archiwum Ringelbluma”: „Mur. Granica getta. W murze na dole jest otwór odpływowy, przez który przejść może dziecko. W kącie przy murze stoi dwóch żołnierzy, a od strony żydowskiej z getta przychodzi matka z dzieckiem. To sześcioletnie dziecko jest żywicielem całej rodziny. Ten sześcioletni starzec przez ścieki, przez rynsztok szmugluje do getta żywność dla rodziny. I teraz też, zaopatrzony w pieniądze i worek, schyla się i zaczyna pełzać przez otwór. Przetknąwszy głowę, zaczyna się rozglądać i spotyka się wzrokiem z czatującymi żołnierzami. Dziecko szarpie się, rwie się z powrotem, ale tu stoi matka i pcha je za nogi tam, tam – po żywność”.

    Tuż obok zabawa w śmierć. Pokolenie, które świętuje huczniej Halloween niż Boże Narodzenie, nie potrafi stanąć oko w oko z cierpieniem. Bezskutecznie próbuje ośmieszyć śmierć, bezczelnie zajrzeć jej w oczy. A jednak na to słowo reaguje histerycznie. I pakuje ją albo w „Powrót żywych trupów”, albo w żenujące prowokacje halloweenowych smakołyków. Kultura śmierci nie mówi o śmierci, bo… panicznie się jej boi.

    Znam od podszewki środowisko nastolatków. Widzę, jak wielu z nich stara się „wywołać wilka z lasu”, spróbować poklepać śmierć po ramieniu, wyśmiać, wyszydzić, zamienić w memy. Bezskutecznie. W tym roku kilkanaście razy głosiłem słowo dla młodych i niemal po każdym spotkaniu zostawała choć jedna osoba, by opowiedzieć mi o próbach samobójczych i samookaleczeniach.

    Jej wysokość śmierć

    Chrześcijanie mają w sobie świętą bezczelność. Mówią głośno: śmierć została pokonana. Co wcale nie znaczy, że klepią ją po ramieniu i nie ocierają łez nad grobami bliskich. Gdzie tu Dobra Nowina? Jest nią przesłanie o Jezusie, który zburzył mur. Przeszedł ze śmierci do życia. Co więcej, podkreślił, że będzie to również naszym udziałem, bo jak pokornie zapowiadał, idzie „przygotować nam miejsce”. Bóg, który nakazuje Ezechielowi: „Prorokuj do suchych kości”, jest miłośnikiem życia.

    Wobec śmierci jesteśmy bezradni, nie ma co grać chojraka. Rozmawiałem na ten temat z siostrami klauzurowymi, które opowiadały o dziecięcej bezbronności wobec tego doświadczenia. W klasztorze w Świętej Annie, gdzie na ogromnym obrazie w tańcu śmierci wirują ludzie i szkielety, słyszałem od siostry Józefy, dominikanki, która wiele razy towarzyszyła odchodzącym mniszkom: „Wobec śmierci jesteśmy jak dzieci. Czułam się zawsze jak mały Dawid z procą przed potęgą Goliata. Bo umieranie to misterium. Jak narodziny. Kiedyś w umierającej siostrze, świętej siostrze, zobaczyłam małą dziewczynkę, która ma przeskoczyć kałużę, za którą stoi i wyciąga ręce stęskniony tata. A ona nad taflą wody waha się, boi się skoczyć. Trzeba stanąć przy niej, podać rękę i szepnąć: »Skacz! Nie bój się! Tata cię złapie!«. Podeszłam kiedyś do ciężko chorej siostry i spytałam: »Czemu jesteś taka smutna?«. »Bo czuję, że już blisko moja śmierć«. Zastanowiłam się i przyznałam: »Tak, to poważna sprawa«. I zaczęłam tworzyć opowieść: »Siostro, nie będziemy się bać. Na rękach, jak skarb zaniesiemy siostrę, aż do samych drzwi. A tam już wyciąga po siostrę dobre ręce sam Bóg, i Matka Boża, i siostry, i rodzina, i całe niebo świętych. Śmierć to takie drzwi, przez które idziemy w nowe życie«. Zobaczyłam, że ta mocno doświadczona życiem kobieta potrzebowała tej opowieści. Powiedziała mi to, co wcześniej chory tato: »Mów mi o Bogu i o mnie«”.

    To moja siostra

    „Umierać jeszcze nie chcę… Czy boję się śmierci? Trochę tak, bo to zawsze doświadczenie, którego nie znamy. Ale nie ma paniki. Liczę na Boże miłosierdzie” – opowiadał nam kilka miesięcy temu pokorny brat Józef Bałaban, który w krakowskim klasztorze franciszkanów sadził rośliny zwane łzami Matki Boskiej, a później własnoręcznie wyrabiał z nich różańce. „Ja nie jestem od gadania, ja jestem od roboty. Trzeba w życiu robić to, co mu dają do robienia. Nie narzekać i mieć dobrą intencję” – podsumował. Zmarł we wspomnienie św. Franciszka. Nie mógł sobie znaleźć lepszej daty na przejście. Nie można poklepać śmierci po ramieniu, ale można się z nią zaprzyjaźnić. „Pozdrowiona niech będzie siostra śmierć” – miał wołać św. Franciszek z Asyżu, pocieszając tym zasmuconych braci.

    Ksiądz Czesław Lewandowski, świadek ostatnich chwil brata Alberta Chmielowskiego, wspomniał: „Usiadł na tapczanie i z pogodnem obliczem i miłością patrzał na otaczające go dzieci duchowne, które wyrażały Swemu Ojcu swe uczucia, prosiły go pojedynczo to o modlitwę, to znowu o błogosławieństwo i inne usługi duchowne, a on mile spełniał ich życzenia i dawał ostatnie nauki. Scena ta zrobiła wielkie wrażenie na obecnych, rozległ się płacz i szlochanie. Nagle w jego oczach zabłysły dziwne jakieś ognie. Umierający starzec przemienia się jakoby w jakiegoś olbrzyma, a z ust jego, jak grom, zaczęły padać dziwnie mocne słowa, które do głębi duszami obecnych wstrząsnęły: »Co tu płakać? Z wolą Boską macie się zgadzać i za wszystko Bogu dziękować! Tak jest! Trzeba Bogu dziękować za chorobę i za śmierć, jak ją zsyła. Zmówić trzeba Magnificat!«. Ucichł płacz, a Brat Albert użył tytoniu, by pod dymem tej pospolitości ludzkiej ukryć zarazem, co heroicznego i nadzwyczajnego w nim zauważono”.

    „Święty Benedykt w czwartym punkcie swojej Reguły pisze, by »śmierć nadchodzącą mieć codziennie przed oczyma«. To zalecenie jest realizowane w naszym klasztorze bardzo dosłownie. Okna wielu cel wychodzą na mały cmentarz, niewidoczny dla obserwatorów z zewnątrz” – pisze trapista o. Michał Zioło w książce „Po co światu mnich?”. „Cmentarz jest wciąż taki sam, brat odstępuje mogiłę bratu, kości poprzednika składane są pod głową zmarłego i tak przez wieki. Nie ma tu marmurowych nagrobków, a jedynie małe tabliczki z imieniem. Jedna pod drugą, na pierwszy rzut oka przypominają wojskowe nieśmiertelniki. Rdza przechodzi z tabliczki na tabliczkę. Jak mawiał Rilke, »każdy ma własną śmierć«, choć oczywiście śmierć jako zjawisko jest dla każdego z nas zdziwieniem i przerażeniem, i tym wszystkim, o czym mówią filozofowie. Bracia jednak nie są filozofami… Gdy już wiadomo, że brat jest powołany lub zamierza odejść, to gromadzimy się wszyscy przy nim i odmawiamy Litanię do Wszystkich Świętych. Mnich jak każdy człowiek ma oczywiście takie pokusy, żeby sobie powiedzieć: »Jeszcze kawał życia przede mną, jeszcze zrobię to, tamto, zagłosuję, sprzeciwię się, zadecyduję, zapytam, dlaczego coś budują bez mojej zgody«, ale przychodzi moment, kiedy już wie, że to koniec. Nie, że koniec życia, ale że ma się zacząć coś nowego”.

    Nie ma paniki

    „Kiedy umrę, moje ciało najpierw będzie wystawione w kościele, potem przewiozą mnie na cmentarz, a jeśli jestem w zaawansowanym wieku, to wiem nawet, którzy bracia będą mnie nieśli” – wyjaśnia o. Michał. „Bez trumny, bez butów. Stopy jedynie w czarnych skarpetkach. Trumna w jakimś sensie zamyka człowieka, osłania go, oddziela, a mnisi traktują ciało jako ziarno, które wpadłszy w ziemię, ma obumrzeć i zakwitnąć nowym życiem. Poza tym mnich jest ubogi aż do końca, więc nie może pozwolić sobie na luksus, jakim jest trumna. Czy mnich boi się śmierci? Nie! Boi się, że nie podoła śmierci, że będzie panikował i okaże się człowiekiem małej wiary. A Pan Jezus przecież mówi: »Znacie drogę, teraz idźcie za Mną«. Mnichów śmierć raczej fascynuje, bo oni nie myślą o samym momencie przejścia, tylko o tym, co będzie, kiedy już zrobią ten jeden krok. Klasztorne okna częściowo wychodzą na cmentarz i to jest bardzo dobra perspektywa dla mnicha: patrzeć tam, gdzie się zacznie życie. Dlatego bracia ze spokojem czekają na śmierć”. •

    Marcin Jakimowicz/Gość Niedzielny

    ______________________________________________________________________________________________________________

    W nocy z soboty na niedzielę 26/27 października będzie zmiana czasu z letniego na zimowy (z godz. 03.00 na godz. 02.00).

    fot. Henryk Przondziono/Gość Niedzielny

    ***

    Rodzinny dom Karola Wojtyły w Wadowicach z widokiem na słoneczny zegar na ścianie parafialnego kościoła, kościoła mojego chrztu świętego, jak sam wspominał: “Przy tej chrzcielnicy zostałem przyjęty do łaski Bożego synostwa i wiary Odkupiciela mojego, do wspólnoty Jego Kościoła w dniu 20 czerwca 1920 roku. Chrzcielnicę tę już raz uroczyście ucałowałem w roku tysiąclecia chrztu Polski jako ówczesny arcybiskup krakowski. Potem uczyniłem to po raz drugi (…), na 50. rocznicę mojego chrztu, jako kardynał, a dzisiaj po raz trzeci ucałowałem tę chrzcielnicę, przybywając z Rzymu jako następca św. Piotra” (Wadowice, 7 czerwca 1979). “To tu, w Wadowicach, wszystko się zaczęło. I życie się zaczęło, i szkoła się zaczęła, i studia się zaczęły, i teatr się zaczął, i kapłaństwo się zaczęło(Wadowice, 16 czerwca 1999).

    ______________________________________________________________________________________________________________

    fot. PCh24.pl

    ***

    „To są moi bracia i to są moje siostry”

    Te słowa wypowiedział podniesionym głosem św. Jan Paweł II w obronie nienarodzonych dzieci w trakcie IV pielgrzymki do Ojczyzny na podkieleckim lotnisku 2 czerwca 1991 roku. Podczas swojej homilii bardzo mocno, momentami niezwykle emocjonalnie stawał w obronie najbardziej bezbronnych istot ludzkich zagrożonych aborcyjnym prawem, obowiązującym wówczas w naszej Ojczyźnie. Niespełna 20 miesięcy po wizycie św. Jana Pawła II w Polsce zmieniono obowiązujące dotąd skrajnie proaborcyjne komunistyczne prawo zastępując je tzw. „kompromisem” aborcyjnym.

    Trzeba również przypomnieć mocne słowa, które św. Jan Paweł II powiedział w Kaliszu, 4 czerwca 1997 r. w homilii na Placu św. Józefa, w której uczestniczyło około 200 kardynałów, biskupów i kapłanów, i około 200 tys. wiernych:

    “Naród, który zabija swoje dzieci, jest narodem bez przyszłości”.

    Ojciec św. mówił wtedy o rodzinie, obronie życia oraz zagrożeniach stojących przed ludzkością.

    ______________________________________________________________________________________________________________

    W Glasgow 24 października w czwartkowy wieczór odbędzie się procesja z pochodniami, aby przypomnieć i obudzić sumienia z powodu haniebnej ustawy uchwalonej 57 lat temu o zabijaniu najbardziej bezbronnych dzieci w miejscu, które powinno być najbardziej bezpieczne – w łonie matki.

    ***

    Dołączmy się do Society for the Protection of Unborn Children w Glasgow w czwartek 24 października na doroczny pochód z pochodniami, aby błagać Boga o zmiłowanie i nawrócenie ludzkich sumień w 57. rocznicę uchwalenia ustawy o aborcji z 1967 r., która doprowadziła do utraty ponad 10 milionów istnień ludzkich w Wielkiej Brytanii. Jest to bardzo ważne wydarzenie, podczas którego będziemy modlić się o zakończenie aborcji.

    __________________________________

    Czwartek 24 października – Glasgow

    18:30 – Różaniec na George Square

    19:00 – Rozpoczęcie procesji do Katedry św. Andrzeja

    19:30 – Msza Święta w Katedrze św. Andrzeja

    __________________________________________

    image.png

    ***

    Bardzo zachęcam do włączenia się w tę doroczną procesję z pochodniami, aby modlić się razem na różańcu i uczestniczyć we Mszy św. w intencji nienarodzonych dzieci organizowanej przez SPUC.

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Belgia: premier potępia słowa papieża

    EPA/ETTORE FERRARI

    ***

    Wizyta Ojca Świętego i jego słowa potępiające aborcję wzbudzały surowe potępienie belgijskiego świata polityki. W czwartek, 3 października w parlamencie w Brukseli premier Alexander De Croo określił komentarze papieża Franciszka na temat aborcji jako „niedopuszczalne” i ogłosił, że zaprosił nuncjusza apostolskiego, arcybiskupa Franco Coppolę, na spotkanie.

    W czwartkowe popołudnie w parlamencie, podczas tradycyjnej sesji pytań do rządu, kilka posłanek powróciło do wypowiedzi Franciszka wygłoszonych na belgijskiej ziemi i w samolocie, w drodze powrotnej do Rzymu. Przy tej okazji parlamentarzyści zapytali premiera Alexandra De Croo o odpowiedzialność rządu za te „problematyczne” wypowiedzi papieża. Z silną dezaprobatą ze strony parlamentarzystów i szefa władzy wykonawczej spotkała się również zaimprowizowana modlitwa Ojca Świętego przy grobie króla Baudouina w krypcie królewskiej.

    Jako pierwsza na podium stanęła Sarah Schlitz, posłanka Ecolo. Zaczęła od potępienia „podwójnej agendy” papieża podczas tej wizyty, a także jego wypowiedzi na temat kobiet i aborcji. Skupiła się w szczególności na dokonanym przez papieża porównaniu lekarzy aborcyjnych do zabójców na zlecenie, co  było „całkowicie niestosowną prowokacją w Międzynarodowym Dniu Praw Aborcyjnych”.

    Oskarżając papieża o „podwójną agendę”, Sarah Schlitz skrytykowała go za celowe poruszenie tego tematu w Belgii w czasie, gdy trwa dyskusja na temat przedłużenia ustawowego terminu dopuszczalności aborcji do 18 tygodnia ciąży: „Zdecydował się ingerować w krajową debatę, która jest intensywnie dyskutowana w parlamencie federalnym. To całkowicie niedopuszczalne!”. Wreszcie, liderka grupy ekologiczno-zielonej w Izbie potępiła przemówienie Papieża na Katolickim Uniwersytecie w Louvain.

    Katja Gabriëls, posłanka Open Vld, również zabrała głos, aby wyrazić swoje oburzenie, potępiając to, co uznała za brak szacunku papieża dla demokracji, zawodu lekarza i „wolności kobiet do dokonywania własnych wyborów”. Liberałka Charlotte Deborsu (MR), najmłodsza członkini zgromadzenia, zgodziła się: „Z pewnością nie miałabym prawa do aborcji, gdyby papież był naszym premierem, ale na szczęście tak nie jest”. Następnie poprosiła Alexandra De Croo, aby ją uspokoił: „Czy może mi Pan potwierdzić, że rozdział między państwem a Kościołem pozostaje fundamentalny, niezależnie od religii?”.

    Najbardziej zjadliwe słowa padły z ust posłanki socjalistycznej Caroline Désir: „Panie premierze, przyjął pan przywódcę religijnego, który wykorzystał swoją wizytę do wylania swoich najbardziej wstecznych i patriarchalnych poglądów na temat kobiet”. Była minister edukacji zakończyła swoje przemówienie pytając rząd: „Czy poprosiliście swojego ministra spraw zagranicznych o wezwanie nuncjusza apostolskiego do potępienia uwag wygłoszonych przez głowę Kościoła?”.

    Następnie głos zabrał premier, który od samego początku zapewniał, że w programie „nie przewidziano wizyty w krypcie w Laeken – To sam papież nalegał na tę wizytę w ostatniej chwili, aby mógł oddać cześć przy grobie króla Baudouina. Później zostałem poinformowany, że ta wizyta miała miejsce”. Wizyta, ta według Alexandra De Croo miała być  „czysto prywatna”; „ale odnotowuję fakt, że po tej wizycie pojawiły się jednak oficjalne komunikaty z Watykanu. Była to zatem wizyta wyraźnie mniej prywatna niż oczekiwano…”.

     „Papież wygłosił pewne stwierdzenia, które są nie do przyjęcia” – ubolewał premier. „Czasy, kiedy Kościół dyktował prawo w naszym kraju, na szczęście już dawno minęły” – dodał. Zapowiedział, iż „zaprosił nuncjusza apostolskiego na spotkanie”. Alexander De Croo zapewnił, że jego przesłanie do arcybiskupa Franco Coppoli będzie bardzo jasne: „To, co się stało, jest nie do przyjęcia”.

    Gość Niedzielny

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Nie ma przesady w słowach papieża.

    O co to larum?

    fot. Casa Rosada,Wikipedia / Łukasz Rajchert

    ***

    Co papież Argentyńczyk chce powiedzieć w sercu Europy przez słowa “Kobieta jest płodnym przyjęciem, troską, życiodajnym poświęceniem”?

    Pod koniec września bieżącego roku papież Franciszek udał się z krótką wizytą do Luksemburga i Belgii. Media obiegły ostre słowa premiera Alexandra de Croo i króla Filipa I piętnujące zbrodnie seksualne w kościele belgijskim i opieszałą reakcję kościelnych instytucji na płacz skrzywdzonych. Papież w odpowiedzi zmienił treść swojego wystąpienia i po raz kolejny wyraził głęboki żal z powodu cierpienia niewinnych. Następnego dnia pojawił się niespodziewanie na wydarzeniu pod nazwą Hope Happening, gdzie spotkał się ze studentami Uniwersytetu Katolickiego w Louvain-la-Neuve. 

    Wcześniej tego dnia wysłuchał wystąpienia rektora Luc Sels (Katholieke Universiteit Leuven), który zapytał, czy Kościół, w którym kobiety mogą zostać księżmi, nie byłby bardziej przyjazny. Wspomniane spotkanie z młodzieżą rozpoczęło się również od gorącego apelu uczestników dotyczącego kapłaństwa kobiet. 

    Larum!!! Bo dyskryminacja…

    I wtedy przemówił papież. I podniosło się larum, bo okazało się, że póki mówił o nadziei jako odpowiedzialności ludzi wiary i programie ekologicznym Kościoła, można było go słuchać, ale kiedy w centrum swojego rozważania umieścił kobietę i wskazał na jej macierzyńską rolę w świecie, dostał przydomek konserwatysty

    W nocie prasowej władz uniwersytetu, opublikowanej tuż po przemówieniu, pojawiły się też słowa o stanowczym przeciwstawianiu się seksizmowi i seksualnej przemocy oraz zaapelowano do Kościoła o niedyskryminowanie kobiet. Tyle o larum. A teraz do faktów.

    Co tak naprawdę powiedział papież?

    Przytoczę trzy akapity przemówienia w całości, bez żadnych skrótów

    • Myślenie o ludzkiej ekologii prowadzi nas do poruszenia kwestii, która leży wam na sercu, a tym bardziej mnie i moim poprzednikom: roli kobiet w Kościele. Podoba mi się to, co powiedziałaś. Ciężarem są tutaj przemoc i niesprawiedliwość, a także uprzedzenia ideologiczne. Dlatego musimy na nowo odkryć punkt wyjścia: kim jest kobieta i kim jest Kościół. Kościół jest kobietą, [w języku włoskim „Kościół’ jest rodzaju żeńskiego] – „la Chiesa”, jest oblubienicą. Kościół jest Ludem Bożym, a nie koncernem międzynarodowym. Kobieta w Ludzie Bożym jest córką, siostrą, matką. Tak jak ja jestem synem, bratem, ojcem. Są to relacje, wyrażające nasze bycie na obraz Boga, mężczyzną i kobietą, razem, a nie osobno! Kobiety i mężczyźni są bowiem osobami, a nie jednostkami; są powołani od „początku”, aby kochać i być kochanymi. Jest to powołanie, które jest misją. I stąd wynika ich rola w społeczeństwie i Kościele (por. św. Jan Paweł II, List apost. Mulieris Dignitatem, 1).
    • To, co jest charakterystyczne dla kobiet, to, co jest kobiece, nie jest sankcjonowane przez konsensus czy ideologie. A godność jest zapewniona przez pierwotne prawo, niezapisane na papierze, lecz wypisane w ciele. Godność jest bezcennym dobrem, cechą oryginalną, której żadne ludzkie prawo nie może dać ani odebrać. Wychodząc z tej godności, wspólnej i dzielonej z innymi, kultura chrześcijańska wypracowuje zawsze na nowo, w różnych kontekstach, misję i życie mężczyzny i kobiety, oraz ich wzajemne bycie dla drugiego, w komunii. Nie jedno przeciw drugiemu, co byłoby feminizmem lub maskulinizmem, i nie w przeciwstawnych roszczeniach, mężczyzna dla kobiety i kobieta dla mężczyzny, razem.
    • Przypomnijmy, że kobieta znajduje się w sercu zbawczego wydarzenia. To wraz z „tak” Maryi sam Bóg przychodzi na świat. Kobieta jest płodnym przyjęciem, troską, życiodajnym poświęceniem. Dlatego kobieta jest ważniejsza od mężczyzny, ale jest źle, gdy kobieta chce być mężczyzną: nie, ona jest kobietą, i jest to „ciężkie”, jest to ważne. Otwórzmy oczy na wiele codziennych przykładów miłości, od przyjaźni do pracy, od studiów do odpowiedzialności społecznej i kościelnej, od małżeństwa do macierzyństwa, do dziewictwa dla Królestwa Bożego i dla służby.Nie zapominajmy, powtarzam: Kościół jest kobietą, nie jest mężczyzną, jest kobietą.

    „Kobieta znajduje się w sercu zbawczego wydarzenia”

    Być może powinnam w tym momencie wrócić do rozważań antropologicznych Jana Pawła II i do wizji komplementarności płci, podkreślanej przez Benedykta XVI. Zamiast tego chciałabym jednak zaprosić Czytelników do zupełnie innego eksperymentu myślowego. Do posłuchania tego papieża. Danego nam w konkretnym momencie historii. 

    Kiedy z jednej strony ze wstydu chowamy twarze, upokorzeni kłamstwem i niewyobrażalną krzywdą niewinnych, a z drugiej jesteśmy stale konfrontowani z ideologią podważającą biologiczne różnice płciowe, papież Franciszek podobnie jak Jan Paweł II, odsyła nas do początku, ale nie Księgi Rodzaju, tylko Ewangelii. Jedno zdanie z tego fragmentu wypowiedzi wydaje mi się być szczególnie ważne: „kobieta znajduje się w sercu zbawczego wydarzenia”. 

    Gdy na Ziemię przychodzi Bóg, milkną męskie głosy. Ton zbawieniu nadają kobiety. Czy nam się to podoba czy nie, początek Ewangelii, początek historii odkupienia dzieje się w kobiecie i poprzez kobiety. I nie ma tu przesady. Milczący Józef i milczący Zachariasz, a obok mówiąca Miriam i mówiąca Elżbieta. Co chce powiedzieć nam papież? Że Kościół ma słuchać kobiet? Że instytucja ma szansę się zmienić, kiedy zamilkną mężczyźni? Niekoniecznie. Papież pokazuje kobietom i całemu Kościołowi coś innego – nie system się liczy, ale jednostkowa odpowiedź dana Zbawicielowi i, że od samego początku w tej odpowiedzi lepsze były kobiety. 

    Papież wygłosił to przemówienie w przededniu beatyfikacji Anny od Jezusa OCD. W niedzielę wyniósł na ołtarze karmelitankę, która w ślad za swoją przyjaciółką Teresą Wielką, zmieniła system karmelitańskich klasztorów i to w dużo bardziej zmaskulinizowanym świecie. Czym zmieniła? Bezkompromisowym opowiedzeniem się za prawdą i pójściem za nią do końca. I to jest droga ratunku, jaką wskazuje papież. Nadeszły czasy, w których – jak przewidział Karl Rahner SJ „pobożny człowiek jutra będzie mistykiem, kimś, kto czegoś doświadczył, albo go już nie będzie”. Bezkompromisowość, całkowite zawierzenie Słowu i DOŚWIADCZENIE Boga czynią ze mnie – kobiety wzór do naśladowania dla wierzących.

    „Płodne przyjęcie, troska i życiodajne poświęcenie”

    Na koniec jeszcze krótko o najbardziej krytykowanym fragmencie przemówienia papieża – o tym, że zostałyśmy jako kobiety określone jako „płodne przyjęcie, troska i życiodajne poświęcenie”. Przypomnę, że jest to część wypowiedzi Franciszka o kobiecości, którą uznaje za nadrzędną w historii zbawienia. Słowa te niosą w sobie ogromny ciężar znaczeniowy. Ale nie dlatego, że mają – jak chce uniwersytet w Louvain-la-Neuve seksistowski i poniżający charakter, ale dlatego, że wskazują drogę ratunku dla współczesnego świata i Kościoła. 

    Dlaczego papież uwypukla akurat płodność, a nie mądrość, intuicję, czy wykształcenie kobiety? 

    Może chodzi o płodność jako “niesienie owoców”, zapisane w ewangeliach zadanie “przynoszenia plonu obfitego”, “mnożenia talentów”. A może chodzi o fakt…

    Może chodzi o fakt, że choć mężczyzna uczestniczy przy poczęciu nowego życia, jego ostateczny kształt nadaje kobieta? Kobieta w swoim ciele stwarza, karmi i chroni życie, a po porodzie nadaje mu kształt psychiczny. I w tym wszystkim jest w sposób absolutnie unikatowy podobna do Boga – Stwórcy. Tylko kobieta dzieli doświadczenie Boga w tym aspekcie. Tylko jej powierzono tak głębokie spotkanie z tajemnicą stworzenia człowieka. Płodność, troska i poświęcenie stanowią bramę do poznania i doświadczenia istotowości Boga i to właśnie w tym najgłębszym, ekskluzywnie kobiecym poznaniu Odwiecznej Miłości papież upatruje ratunek dla człowieka i Kościoła. Z jakiegoś powodu całe to doświadczenie zostało zakryte przed mężczyzną… 

    Nie sądzę ponadto, żeby Franciszek miał tu na myśli tylko macierzyństwo fizyczne. Śmiem twierdzić, że odwołuje się do obecnej w historii Kościoła myśli o macierzyństwie duchowym, o płodności serca, które potrafi przyjąć człowieka i w trosce i poświęceniu stworzyć go na nowo. W sercu Europy, papież Argentyńczyk mówi nam, że odpowiedź na noc Kościoła, zamęt ideologiczny i katastrofę ekologiczną znajdziemy naśladując serce kobiety, które potrafiło dzięki tajemnicy płodności zrozumieć zamysł Boga – przyjąć Zbawiciela, przejść z Nim drogę krzyża i uwierzyć w Zmartwychwstanie. Nie ma przesady w słowach papieża – Kościół jest kobietą.

    Anna Hazuka/Stacja7.pl

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Jakub Bałtroszewicz:

    Zasad moralnych nie stanowi większość

    – Naszym obowiązkiem jako Polaków jest być duszą Europy i z uporem powtarzać, że aborcja nie jest prawem człowieka, lecz zabiciem człowieka – mówi Jakub Bałtroszewicz, prezes Polskiej Federacji Ruchów Obrony Życia.

    Jakub Bałtroszewicz (ur. 1981) – prezes Polskiej Federacji Ruchów Obrony Życia i Rodziny. Fundator i prezes Zarządu Fundacji JEDEN Z NAS. Posiada status lobbysty w instytucjach unijnych, gdzie współpracuje z politykami podzielającymi chrześcijański system wartości. Wykładał dydaktykę bioetyki na UPJPII.

    fot. Roman Koszowski/Gość Niedzielny

    ***

    Franciszek Kucharczak: Polskie ustawodawstwo obecnie dobrze chroni życie. Formalnie. Bo ogłoszone niedawno wytyczne rządu w praktyce mogą spowodować legalizację aborcji bez ograniczeń. Czy podziela Pan taką tezę?

    Jakub Bałtroszewicz: To jest kuriozalna sytuacja, w której wytyczne, które nie są ani prawem, ani ustawą, ani rozporządzeniem, de facto bardzo związują ręce lekarzom. My, jako Polska Federacja Ruchów Obrony Życia (PFROŻ), próbowaliśmy te wytyczne zaskarżyć, ale nie ma podstawy, bo to nie jest prawo. A jednocześnie słyszymy, jak minister zdrowia Izabela Leszczyna mówi, że na przykład jeżeli jakiś lekarz na podstawie przesłanki zdrowia psychicznego – która też jest kuriozalna – zdecyduje, że jest możliwość dokonania aborcji, to nawet szpital nie może poprosić o opinię drugiego lekarza, nie może zwołać konsylium, bo to byłoby ograniczeniem świadczenia, które jest w koszyku świadczeń gwarantowanych. Zatem za coś takiego groziłaby szpitalowi utrata kontraktu z NFZ. To pewien rodzaj szantażu finansowego, w którym lekarze mają związane ręce i teraz jeden lekarz decyduje o tym, czy temu człowiekowi odebrać życie, czy nie.

    Dlaczego przesłanka zdrowia psychicznego jest kuriozalna?

    Wiemy, że kobieta w ciąży doświadcza dużych zmian hormonalnych, a to wiąże się z różnymi emocjami. Tymczasem już na podstawie takich naturalnych u kobiety doświadczeń psychiatra będzie mógł stwierdzić prawo do aborcji, i to właściwie nieograniczone, bo tam nie mówi się o aborcji do 12. tygodnia. Jest więc ryzyko, że może to być aborcja aż do dziewiątego miesiąca ciąży. To są rzeczy w państwie prawa niesprawiedliwe, niedopuszczalne i w naszej ocenie bezprawne. Przypominam, że ich autorami są ci, którzy jeszcze kilka miesięcy temu nosili koszulki z napisem „Konstytucja”. Dzisiaj się nią za bardzo nie przejmują i próbują narzucić w Polsce aborcję w sposób pozaprawny.

    Mamy w tej chwili „demokrację walczącą” – termin wymyślony przez premiera Tuska.

    Można powiedzieć, że ministerstwo swoimi wytycznymi spróbowało przekreślić ponad 30-letnią ustawę, która chroniła życie najmłodszych Polaków, i robi to w sposób niedemokratyczny, lekceważąc trójpodział władzy. Nie nazwałbym tego demokracją walczącą, tylko pozaprawnym, niedemokratycznym działaniem ministerstwa, którego nie da się w sądzie podważyć, bo nie jest prawem.

    Uniewinnianie aktywistów tzw. strajku kobiet, którzy zakłócali Msze, pokazuje, że aborcja jest świętością nie tylko dla obecnej władzy wykonawczej, ale też dla sądowniczej. Czy w tej sytuacji obrona życia ma jakieś szanse?

    W Belgii po wizycie Ojca Świętego Franciszka premier wezwał na rozmowę nuncjusza, bo papież nazwał aborcję złem, a premier twierdzi, że to jest niedopuszczalne. Taką narrację chce się nam narzucić, ale obrona życia jest zawsze celowa. Owszem, presja jest olbrzymia, przeciwnik, cywilizacja śmierci, jest bardzo groźny, a sądy są czasem po innej stronie. Ja dzisiaj odebrałem pismo z prokuratury z odpowiedzią na zgłoszenie przez PFROŻ o podejrzeniu popełnienia przestępstwa przez panią Minister do spraw Równości, która na portalu X publikowała linki do informacji, w jaki sposób bezpiecznie usunąć ciążę. Prokuratura odmówiła wszczęcia postępowania w tej sprawie, twierdząc, że nie dostrzega żadnego czynu zabronionego. My się z tym oczywiście nie zgadzamy. Być może zwolennicy aborcji mają polityczną przewagę, ale to nie znaczy, że nasza praca nie ma sensu. Jest konieczna. Dzięki temu, co robimy, uświadamiamy ludzi, edukujemy, wchodzimy do szkół, budujemy domy samotnych matek, rozdajemy tysiące pieluch i tak dalej. Jeżeli dzięki tym działaniom chociaż jedno życie zostanie ocalone, to znaczy, że nasza praca ma sens: ocaliliśmy jednego człowieka, czyli cały wszechświat.

    Skąd jednak to parcie na aborcję? Czy rzeczywiście społeczeństwo polskie uważa aborcję za rzecz priorytetową? Tak by wynikało z działań rządu…

    W naszej ocenie nie. To jest mit. Większość społeczeństwa – co wynika z badań opinii publicznej – nie popiera aborcji, więc nie traktuje jej jako sprawę priorytetową. Mit ten jest tworzony w bardzo wąskiej grupie, świetnie finansowanej. Przypominam, że różnica między budżetami Planned Parenthood, największej organizacji amerykańskiej popierającej aborcję, a naszej Federacji One of Us (obie działają przy Parlamencie Europejskim) to dziesiątki milionów euro. My nawet nie marzymy o takim budżecie. Nasz budżet to promile tego, co rocznie wydaje Planned Parenthood, lobbując w Parlamencie Europejskim. Mówimy więc o potężnym lobby i ogromnych pieniądzach. To wyraz mentalności antypopulacyjnej, bardzo mocnej, która głosi, że ludzi jest za dużo, że nie powinno się mieć dzieci, że człowiek bez dziecka jest lepszym konsumentem, ma więcej pieniędzy na to, żeby wydawać na różne fajne rzeczy. Mówi się też o beztroskiej dorosłości, kiedy nie mając dziecka, nie masz obowiązków. Widzimy tę tendencję szczególnie w krajach zachodnich. Kryzys demograficzny narasta, a jednocześnie coraz bardziej forsuje się aborcję.

    Kryzys, ale tylko wśród rdzennych Europejczyków.

    Myślę, że społeczeństwa Zachodu powinny się obudzić. Społeczeństwo Niemiec, które się starzeje, wybrało aborcję i nie rodzi dzieci. Widzimy te trendy w różnych krajach zachodnich. Mamy nadzieję, że ta mentalność nie przedostanie się do Polski. Robimy wszystko, by ludzie wybierali życie.

    A może chodzi u nas o dorównanie standardom zachodnim? Wpisanie aborcji do francuskiej konstytucji czy okoliczności wizyty papieża w Belgii pokazują, jak wygląda tam poszanowanie życia najmłodszych. Pesymiści wieszczą, że Belgia to Polska za kilka lub kilkanaście lat.

    Pracując w Parlamencie Europejskim, bardzo dużo słyszę o tak zwanych wartościach europejskich. Na przykład warunkiem otwarcia rynków krajom, które nie są w UE, jest przestrzeganie przez nie wartości europejskich. Dla większości eurodeputowanych tą wartością jest tzw. prawo do aborcji. Przypominam sobie taką scenę sprzed dziesięciu lat, kiedy mieliśmy wysłuchanie w PE jako Inicjatywa Jeden z Nas, gdy chcieliśmy zablokować finansowanie aborcji przez UE w krajach Trzeciego Świata. Wtedy podszedł do mnie starszy europoseł z Francji i bez żadnej agresji powiedział: „Synku, ty jesteś młody, ale ta dyskusja się skończyła w latach siedemdziesiątych, o tym już nie ma co rozmawiać, to jest prawo człowieka i wy nie możecie go podważać”. Generalnie mentalność Europy jest już tak zmieniona, że niektórzy po prostu uważają, że ta dyskusja jest zakończona. Naszym obowiązkiem jako Polaków jest być duszą Europy i z uporem powtarzać, że aborcja nie jest prawem człowieka, lecz zabiciem człowieka. Te zasady moralne obowiązują niezależnie od tego, jak wielu ludzi będzie próbowało je zakrzyczeć. Większość nie stanowi zasad moralnych.

    Myśli Pan, że w kwestii aborcji możemy pozostać tą duszą Europy?

    Pracując w Federacji One of Us, mam stały roboczy kontakt z ludźmi z większości krajów Europy. Widzę na przykład, że jeżeli cokolwiek się w Europie dzieje, to oni patrzą na Polskę. Żadna poważna inicjatywa pro-life w Europie nie odbywa się bez udziału i wsparcia Polski. Rozmawiałem ostatnio z przyjaciółką ze Szwecji, która mówi: „Ja wiem, że my tę walkę w Szwecji przegraliśmy, ale dalej coś robimy. Nie tracimy nadziei, bo patrzymy na was”. To jest bardzo budujące, często czuję się bardzo skrępowany, że dają nam taki kredyt zaufania czy wiary w nasze możliwości, ale to też dodaje skrzydeł i pomaga nie poddawać się, nawet jeżeli widzi się, jak przytłaczająca większość polityków, jak przytłaczające ilości pieniądzy są pompowane w to, by ludzi przekonać do tego, że aborcja jest okej.

    Ale oni są świadomi tego, co się w tej chwili tutaj dzieje pod tym względem?

    Tak, my ich cały czas informujemy. Oni otaczają nas modlitwą. Wiele ludzi modli się tutaj, by Polski jednak nie dało się złamać.

    rozmawiał Franciszek Kucharczak/Gość Niedzielny

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Rano, wieczór, we dnie, w nocy…

    Aniołowie to prawdziwa rzeczywistość

    „Ukryj się za twoim dobrym aniołem, gdy nie jesteś w stanie się modlić” – podpowiadał św. Jan Maria Vianney.

    fot. Henryk Przondziono/Gość Niedzielny

    ***

    Są bliżej niż myślisz. Strzegą każdego twojego kroku. Choć są potężni, największą przyjemność sprawia im służenie ludziom.

    Na półkach sklepów z dewocjonaliami zalegają małe figurki, które przedstawiają pulchniutkie aniołki z mikroskopijnymi skrzydełkami. Podobne rzeźby uśmiechają się rubasznie w większości barokowych kościołów. Tymczasem te popularne wizerunki nie mają nic wspólnego z biblijnymi obrazami aniołów.

    Często pierwszymi słowami, które aniołowie kierują do ludzi, jest prośba: „Nie bójcie się!”. Są odbiciem potęgi Najwyższego i choć dysponują niewyobrażalną mocą, nie przypisują sobie chwały.

    Współczesny świat włożył aniołów między bajki. Występują z rusałkami, gnomami, trollami i skrzatami. A przecież to prawdziwa rzeczywistość, o której mowa jest we wszystkich najważniejszych religiach monoteistycznych. Wszystko, co można o nich powiedzieć, wynika z Biblii i świadectw świętych. „Gdziekolwiek jesteś, w najskrytszym nawet kąciku, szanuj swego anioła. Pod opieką takich obrońców, czegóż mielibyśmy się obawiać?” – podpowiadał św. Bernard z Clairvaux.

    Słowo „anioł” wywodzi się z greckiego angelos – posłaniec, emisariusz. Aniołowie występują już na pierwszych stronach Biblii: strzegą raju, chronią Lota, ratują Hagar i jej dziecko, nawiedzają wątpiącego Abrama, towarzyszą prorokom, a śpiący Jakub widzi ich wchodzących i schodzących po drabinie łączącej niebo z ziemią. Wedle Księgi Wyjścia naród izraelski miał również swego anioła, w Księdze Daniela nazwanego „obrońcą ludu”. W Księdze Powtórzonego Prawa czytamy: „Kiedy Najwyższy rozgraniczał narody i rozpraszał synów Adama, wtedy ludom wyznaczył granice wedle liczby aniołów Bożych” (32,8).

    W Nowym Testamencie aniołowie zwiastują nowinę o narodzinach Mesjasza, usługują Mu na pustyni, pocieszają przerażonego Jezusa w Ogrójcu i oznajmiają Jego zmartwychwstanie. W Katechizmie Kościoła Katolickiego (336) czytamy, że: „życie ludzkie od dzieciństwa aż do zgonu jest otoczone opieką i wstawiennictwem aniołów: każdy wierny ma u swego boku anioła jako opiekuna i stróża, by prowadził go do życia”.

    W historii Kościoła znaleźć można ludzi, którzy widzieli swojego anioła stróża. Ojciec Pio często posyłał go z różnymi wiadomościami, a święta Gemma Galgani rozmawiała z nim jak ze starszym bratem. Miała temperament: czasem słyszano, jak spierała się z aniołem tak, że nawet jej duchowy opiekun, o. Germano, przypominał jej, iż rozmawia z błogosławionym duchem, któremu winna jest szacunek.

    O. Pio często posyłał ich z różnymi wiadomościami. „Módlcie się do Aniołów Stróżów – zachęcał stygmatyk – i przysyłajcie mi ich zawsze, kiedy czegoś ode mnie potrzebujecie. Anioł Stróż jest szybszy od samolotu, nie zdziera butów i nie potrzebuje biletu na pociąg (…) On przekaże mi wiadomości, a ja będę wam towarzyszył, o ile sił mi starczy”.

    „Swoim aniołom dał rozkaz o tobie, aby cię strzegli na wszystkich twych drogach. Na rękach będą cię nosili, abyś nie uraził swej stopy o kamień”, czytamy w Psalmie 91.

    Marcin Jakimowicz/Gość Niedzielny

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Przez Halloween do opętania? – sprawdź, co mówi egzorcysta

    O drodze od zabawy w Halloween do opętania mówi w rozmowie z KAI ks. Andrzej Grefkowicz, egzorcysta archidiecezji warszawskiej. – Uzależnienie od złego ducha zaczyna się od zainteresowania okultyzmem. Najłatwiej i najchętniej takie treści przejmują dzieci, bo są one dla nich atrakcyjne – stwierdza duchowny, odnosząc się do obchodzonego coraz częściej w Polsce zwyczaju przebierania się w stroje demonów, upiorów i czarownic.

    fot. Karol Porwich/Niedziela

    ***

    PAULINA GODLEWSKA: – W krajach zachodnich świętowany jest w tym okresie Halloween. W Polsce dla dzieci również organizowane są bale przebierańców, podczas których wcielają się one w postaci m.in. duchów, diabłów i czarownic. Dlaczego takie praktyki są dla nich niebezpieczne?

    KS. ANDRZEJ GREFKOWICZ: – Niebezpieczne są po pierwsze dlatego, że są kontynuacją praktyk pogańskich, czyli są powrotem do pogaństwa. Jeśli mówimy o powrocie do pogaństwa, to wracamy też do więzi duchowych, które nie są więziami z Bogiem. Poprzez praktyki pogańskie odstępujemy od chrześcijaństwa i tym samym uzależniamy się od złego ducha. Po drugie, praktyki Celtów przejęli sataniści i to oni celebrują noc z 31 października na 1 listopada. Przejęte od Celtów święto obchodzą z różnego rodzaju orgiami na cmentarzach czy ofiarami składanymi na grobach. Podejmując praktyki zabaw halloweenowych, wpisujemy się w szerszy zakres tego rodzaju aktywności. Możemy być też zasłoną dla celebracji satanistów, bo jeżeli wszyscy tak “świętują”, to ich praktyki są trochę ukryte. Obchodząc Halloween, zaczynamy powoli wsiąkać w praktyki satanistyczne. Zanim człowiek się zorientuje, może już mocno ugrzęznąć w takiej zależności.

    – Dla dzieci przebieranie się na Halloween nie jest zwykłą zabawą?

    – Najłatwiej jest takie treści przejmować poprzez dzieci, one są najmniej krytyczne, najbardziej chłoną tego rodzaju praktyki, bo są one dla nich atrakcyjne. Dzieci się najprędzej uzależniają i nie orientują się, co tak naprawdę się dzieje. Ostrzegamy też nie tylko przed Halloween, ale też np. przed Harrym Potterem czy tego rodzaju bohaterami i magią. Dziecko bardzo szybko chłonie tych bohaterów, którzy czynią nadzwyczajne rzeczy, a potem chce robić to samo i dość szybko wchodzi w niepożądaną więź ze złym duchem. Dzieciom najłatwiej stracić granicę między tym, co jest zabawą, a tym, co już nie jest zabawą, tylko praktyką o charakterze duchowym.

    – Czy po imprezach, które odbywają się w okolicach 31 października, zauważył ksiądz szczególny wzrost liczby osób, które są opętane?

    – Trzeba zaznaczyć, że są różne formy zależności od złego ducha. Opętanie to szczyt, skrajne formy uzależnienia. Są też formy mniej zauważalne, niepozorne, np. nocne lęki, sny. Często mogą być one tłumaczone naturalnie i być reakcją na to, co ktoś oglądał czy wcześniej usłyszał. Ale mogą to nie być zwykłe epizody, które pochodzą z naturalnych konsekwencji wcześniejszych wydarzeń. Mogą to być już pierwsze formy dręczenia przez złego ducha. Wtedy do opętania jeszcze daleko, ale istnieje już zależność. Ci, wobec których podejmujemy egzorcyzmy, takich dni jak 31 październik boją się najbardziej. W tym dniu najboleśniej, najbardziej wracają różnego rodzaju dręczenia. Dotyczy to zarówno opętanych, jak i podążających już drogą ku uwolnieniu. To nie jest tak, że dzisiaj ktoś jest na zabawie halloweenowej, a jutro przychodzi do egzorcysty. Ta droga trwa nawet kilka lat i jest drogą stopniowego uzależnienia. Jest to szczególnie niebezpieczne, bo niezauważalne po pierwszym dniu, czy po pierwszej imprezie.

    – Jakie są pierwsze formy dręczenia przez złego ducha?

    – Trudno mówić o tym, jakie mogą być to formy. Czasami są to niepokoje nocne, będące po części jawą, a po części snem. Mogą to być również mocniejsze doświadczenia, np. ściąganie kołdry, kładzenie się “kogoś” na łóżku, czyjś oddech, wyczuwalna obecność. Na pewno pierwszym symptomem uzależnienia jest coraz większe zainteresowanie okultyzmem. Taki człowiek widzi też wiele propozycji, np. jogę czy sztuki walki, które są proponowane przez rzeczywistość złą duchowo.

    – Jakie zatem praktyki spotykane w życiu codziennym i uważane za “normalne”, mogą być niebezpieczne?

    – Takich praktyk jest cała seria, to temat na dłuższy wykład. To są nawet dynie, które stawiamy przed domami z myślą, że “może będzie mnie chronić”. Takie praktyki można wymieniać, zaczynając od różnych form spirytyzmu, poprzez całą gamę różnego rodzaju wróżb, astrologii i jasnowidztwa. Można do nich zaliczyć również niekonwencjonalne formy leczenia, które nie mają żadnego uzasadnienia w medycynie, a odnoszą sukcesy. Zaliczyć tu można też wchodzenie w różne praktyki związane z religiami wschodu. Ze strony tego człowieka jest to powolna, stopniowa apostazja. Wreszcie – formy satanizmu, nawet jeśli ktoś nie od razu wiąże się w świadomy sposób. Jeśli chodzi o Halloween, to zaliczyłbym to “święto” do bardziej drastycznych form stopniowego wchodzenia w satanizm.

    – Kto się zgłasza do egzorcysty?

    – Do nas zgłaszają się ci, którzy są zniewoleni, ale nie opętani. Ci, którzy doświadczają różnych form dręczenia, którym złe duchy utrudniają życie. Przychodzą też rodzice z małymi dziećmi, które są już zniewolone. Najczęściej są to sytuacje, w których to oni wcześniej związali się ze złym duchem. Przychodzą również ludzie starsi, niektórzy w bardzo zaawansowanym wieku. Jedyna prawidłowość, którą można zauważyć, jest taka, że zdecydowanie częściej po pomoc zgłaszają się kobiety. Trudno powiedzieć, czy jest to związane z ich większą wrażliwością czy z tym, że szybciej szukają pomocy niż panowie. Mężczyźni częściej chcą sobie sami poradzić, a może też trochę bardziej krytycznie funkcjonują i trudniej wchodzą we więzi duchowe i z Bogiem, i ze złymi duchami.

    – Jak u małych dzieci rodzice rozpoznają, że jest ono zniewolone?

    – Rodzice przychodzą wtedy, kiedy coś ich niepokoi w zachowaniu dzieci. Najczęściej są to nocne lęki, czasem agresywne reagowanie na święte rzeczy – medaliki czy krzyże. Przychodzą, gdy zaczynają mieć z dzieckiem wyraźne kłopoty wychowawcze.

    – Czy w Warszawie egzorcyści mają dużo pracy?

    – Tak. Jest nas czterech. W ciągu tygodnia mamy dyżury w poradni i podejmujemy modlitwy niezależnie od tych spotkań. Wszystkie nasze możliwości czasowe są wykorzystywane. Czasami bywa kolejka i na spotkanie z egzorcystą trzeba czekać.

    rozmawiała Paulina Godlewska/Tygodnik NIedziela

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Rzecznik KEP: Obchodzenie Halloween trudno pogodzić z istotą Wszystkich Świętych

    Obchodzenie Halloween jest trudne do pogodzenia z istotą uroczystości Wszystkich Świętych. Chrześcijanie powinni skoncentrować się na świętowaniu dobra, jakie wnieśli do Kościoła święci – powiedział PAP rzecznik Konferencji Episkopatu Polski jezuita ks. Leszek Gęsiak.

    Rzecznik przypomniał, że Halloween ma korzenie w wierzeniach celtyckich i wywodzi się z dawnych praktyk pogańskich, dlatego jest obce chrześcijaństwu.

    “Halloween to święto grozy i demonów, a więc czegoś bardzo odległego od tego, co Kościół katolicki czci w czasie obchodzonej 1 listopada uroczystości Wszystkich Świętych. Dlatego chrześcijanie powinni raczej skoncentrować się na świętowaniu dobra, jakie na przestrzeni wieków wnieśli do Kościoła święci zarówno ci kanonizowani i beatyfikowani, jak i zwykli ludzie, którzy swoim życiem ukazywali dobroć Boga” – podkreślił.

    Jak zastrzegł, obchodzenie Halloween jest trudne do pogodzenia z istotą uroczystości Wszystkich Świętych. Nie można z jednej strony gloryfikować demonów, a z drugiej wierzyć, że to, co jest warte naśladowania, to przykład świętych” – ocenił.

    Ks. Gęsiak przypomniał, że w 2013 r. wydany został list pasterski przygotowany przez Komitet ds. Dialogu z Religiami Niechrześcijańskimi KEP dotyczący duchowych zagrożeń wiary. Zawarte jest w nim m.in. ostrzeżenie przed banalizowaniem zła, oswajaniem z nim, szczególnie dzieci, i przed zacieraniem granic między dobrem i złem, “co może być pierwszym krokiem do zainteresowania niebezpiecznymi praktykami pseudoreligijnymi, a nawet satanizmem”.

    Podkreślił, że uczestnictwo w pozornie niewinnych halloweenowych zabawach niesie za sobą realne niebezpieczeństwo. “Jeżeli rodzice wiedzą, że w szkole czy przedszkolu, do którego uczęszcza ich dziecko, jest organizowana zabawa z okazji Halloween, mają prawo do tego, by zaproponować coś alternatywnego” – wyjaśnił.

    Poinformował, że w wielu parafiach i szkołach w Polsce organizowane są bale i korowody świętych, podczas których dzieci przebierają się za świętych i aniołów. “Przy tej okazji poznają ich życie i pokazują pozytywną stronę człowieka, który przeszedł do wieczności. Bale świętych są dalekie od groteskowej zabawy naznaczonej promocją śmierci, brzydoty i zła. My, jako chrześcijanie, powinniśmy promować rzeczy dobre” – powiedział.

    Zdaniem rzecznika, nawet jeśli ktoś traktuje udział w Halloween jako zabawę, to “za każdą zabawą stoi pewien system wartości”. “To nie jest tylko kwestia przebrania się za potwory i zbierania cukierków. To jest coś, co zostaje w pamięci dziecka. Apeluję do rodziców, by byli czujni i świadomi, że nawet z pozoru niewinne zabawy mogą stanowić zagrożenie dla ich dzieci” – mówił.

    Ks. Gęsiak dodał także, że Halloween jest dla Polaków tradycją obcą kulturowo. “To jest tradycja krajów anglosaskich, a zatem, skoro mamy własne dobre tradycje, warto je pielęgnować i podkreślać to, co w nich jest ubogacającego” – dodał.

    Przypadające 31 października Halloween to święto, które najbardziej popularne jest w w krajach anglosaskich. Dzieci przebierają się za potwory, wampiry czy kościotrupy i chodzą wieczorem po udekorowanych specjalnie na tę okazję domach, prosząc o cukierki. Symbolem Halloween jest wydrążona w środku dynia z powycinanymi w skorupie otworami przypominającymi oczy, nos i przeważnie wyszczerbioną szczękę, z zapaloną w środku świeczką.

    Słowo Halloween jest swoistym zniekształceniem angielskiego All Hallow’s Eve (Wigilia Wszystkich Świętych) i celtyckiego Samhain. W istocie korzenie święta tkwią w kulturze starożytnych Celtów, którzy wierzyli, że 31 października – w dniu będącym u nich oficjalnym końcem lata – dusze zmarłych wychodzą z grobów i błąkają się po ziemi w poszukiwaniu ciał żywych, do których mogłyby wniknąć. Dlatego żywi zaczęli się tego dnia przebierać w odrażające maski i odpychające, makabryczne kostiumy, aby odstraszyć dusze zmarłych.(PAP)

    Iwona Żurek/Tygodnik Niedziela

     

      _______________________________________________________________________

    WTOREK 22 PAŹDZIERNIKA 2024

    Tego dnia przypada 46. rocznica inauguracji pontyfikatu św. Jana Pawła II.

    fot. Grzegorz Gałązka

    ***

    Wybrany na papieża 16 października 1978 r., św. Jan Paweł II oficjalnie rozpoczął swój pontyfikat w niedzielę 22 października 1978 r.

    W 46. rocznicę tamtego wydarzenia została dziś odprawiona Msza św. o godz. 8.00 przy grobie św. Jana Pawła II w bazylice św. Piotra, której przewodniczył metropolita krakowski Ksiądz Arcybiskup Marek Jędraszewski.

    (ks. Marek Weresa)

    fot. ks. Marek Weresa/Radio Watykańskie

    ***

    W dzień rocznicy inauguracji pontyfikatu Papieża Polaka przypada również jego liturgiczne wspomnienie, podczas którego w tym roku zostaną posadzone tulipany św. Jana Pawła II w Ogrodach Watykańskich.

    ***

    Niezapomniana homilia św. Jana Pawła II, wygłoszona na rozpoczęcie pontyfikatu na Placu św. Piotra, stała się programem jego papieskiej posługi: 

    Wy wszyscy, którzy posiadacie nieocenione szczęście wiary, wy wszyscy, którzy jeszcze szukacie Boga, a także wy, których dręczy zwątpienie, zechciejcie przyjąć raz jeszcze – dzisiaj, w tym świętym miejscu – słowa wypowiedziane przez Szymona Piotra. W tych słowach jest wiara Kościoła, w tych właśnie słowach jest nowa prawda, czyli najwyższa i ostateczna prawda o Człowieku, Synu Boga żywego. “Tyś jest Chrystus, Syn Boga żywego”.

    Bracia i Siostry, nie bójcie się przygarnąć Chrystusa i przyjąć Jego władzę, pomóżcie Papieżowi i wszystkim tym, którzy pragną służyć Chrystusowi, służyć człowiekowi i całej ludzkości. Nie bójcie się, otwórzcie, otwórzcie na oścież drzwi Chrystusowi. Dla Jego zbawczej władzy otwórzcie granice państw, systemów ekonomicznych i politycznych, szerokie dziedziny kultury, cywilizacji, rozwoju! Nie bójcie się! Chrystus wie, co nosi w swoim wnętrzu człowiek. On jeden to wie!

    ***

    Cały tekst homilii:

    Tyś jest Chrystus, Syn Boga żywego (Mt 16, 16). Słowa te wypowiedział Szymon syn Jony w pobliżu Cezarei Filipowej. Tak, wypowiedział je w swoim własnym języku z głębokim, przeżytym i odczuwalnym przeświadczeniem. Ale słowa te nie wyszły od niego, nie w nim miały swe źródło, “bo nie ciało i nie krew objawiły tobie, jeno Ojciec mój, który jest w niebiesiech (Mt 16, 17). To były słowa Wiary.

    Słowa te zaznaczają początek posłannictwa Piotrowego w historii zbawienia, w dziejach ludu Bożego. Od tego momentu poprzez takie wyznanie wiary święta historia zbawienia ludu Bożego miała zyskać nowy wymiar, wyrażać się odtąd w historycznym wymiarze Kościoła. Ten kościelny wymiar historii ludu Bożego bierze swoje początki, rodzi się właśnie z tych słów wiary i związany jest z człowiekiem, który je wypowiedział. Ty jesteś kamieniem, skałą, opoką, i na tobie jak na opoce zbuduję Kościół mój.

    Trzeba, aby dzisiaj w tym właśnie miejscu, te same słowa zostały wypowiedziane i wysłuchane: “Tyś jest Chrystus, Syn Boga żywego”.

    Tak, Bracia i Synowie, przede wszystkim te słowa. Ich zawartość otwiera naszym oczom tajemnicę Boga żywego, tajemnicę, którą Syn zna i którą nam przybliżył. Nikt jeszcze nie przybliżył Boga żywego ludziom, nikt Go nie objawił tak, jak to zrobił On sam. W naszym poznaniu Boga, w naszym dążeniu do Boga jesteśmy zdani bez reszty na potęgę tych słów: “Kto mnie widzi, widzi Ojca”. Tego, który jest nieskończony, nieprzenikniony, niewypowiedziany. Jezus Chrystus. Syn Jednorodzony, zrodzony z Maryi Dziewicy, stał się nam bliski w stajni betlejemskiej.

    Wy wszyscy, którzy posiadacie nieocenione szczęście wiary, wy wszyscy, którzy jeszcze szukacie Boga, a także wy, których dręczy zwątpienie, zechciejcie przyjąć raz jeszcze – dzisiaj, w tym świętym miejscu – słowa wypowiedziane przez Szymona Piotra. W tych słowach jest wiara Kościoła, w tych właśnie słowach jest nowa prawda, czyli najwyższa i ostateczna prawda o Człowieku, Synu Boga żywego. “Tyś jest Chrystus, Syn Boga żywego”.

    Dziś nowy biskup Rzymu rozpoczyna uroczyście sprawowanie swego urzędu i misję Piotrową. W tym właśnie Mieście Piotr zakończył, wypełnił posłannictwo powierzone przez Pana. Pan zwrócił się do niego mówiąc: “Kiedy byłeś młody, przepasywałeś się i chodziłeś dokąd chciałeś, lecz gdy się zestarzejesz, wyciągniesz ręce swoje, a kto inny cię przepasze i poprowadzi tam, dokąd ty nie zechcesz” (J 21, 18).

    I Piotr przybył do Rzymu! Cóż skierowało go i doprowadziło do tego Miasta, w serce rzymskiego Imperium, jak nie posłuszeństwo wobec posłannictwa otrzymanego od Pana? Zapewne ten rybak z Galilei nie chciałby przybyć aż tutaj, wolałby pewnie zostać tam, nad brzegiem jeziora Genezaret, ze swoją łodzią i sieciami. Ale prowadzony przez Pana, posłuszny natchnieniu, dotarł tu. Jak głosi starożytna tradycja (która znalazła wspaniały wyraz literacki w powieści Henryka. Sienkiewicza), w czasie prześladowań Nerona Piotr zamierzał opuścić Rzym. Ale Pan przeszkodził mu w tym, wychodząc na jego spotkanie. Piotr zwrócił się do Niego pytając: “Quo vadis Domine? – Dokąd idziesz Panie?”. A On odpowiedział mu zaraz: “Do Rzymu idę, by mnie tam ukrzyżowano po raz wtóry”. Piotr wrócił do Rzymu i pozostał w nim aż do swego ukrzyżowania.

    Tak, Bracia i Synowie – Rzym jest Stolicą Piotra. W ciągu wieków następowali na niej coraz to nowi biskupi. Dziś właśnie nowy biskup wstępuje na rzymską Stolicę Piotra. Biskup przejęty głębokim drżeniem w poczuciu swej niegodności. I jak tu nie drżeć wobec wielkości takiego wezwania i wobec powszechnej misji tej Stolicy rzymskiej.

    Na rzymską Stolicę Piotra wstępuje dzisiaj biskup, który nie jest rzymianinem. Biskup, który jest synem Polski. Ale z tą chwilą i on staje się rzymianinem. Tak, rzymianinem! Także dlatego, że jest synem narodu, którego historia od zarania dziejów i którego tysiącletnia tradycja naznaczone są żywą, mocną, nigdy nie przerwaną, przeżytą i głęboką więzią ze Stolicą Piotrową. Narodu, który tej Stolicy pozostał zawsze wierny. O, niezbadane są wyroki boskiej Opatrzności!

    W minionych wiekach, kiedy następca Piotra brał w posiadanie swoją Stolicę, wkładano na jego głowę potrójną koronę. Ostatnim ukoronowanym był Papież Paweł VI w roku 1963. I on jednak po uroczystym obrzędzie koronacji nigdy już więcej nie włożył tiary, pozostawiając swoim następcom swobodę decyzji w tej sprawie. Papież Jan Paweł I, którego wspomnienie jest tak jeszcze żywe w naszych sercach, nie chciał potrójnej korony, a dzisiaj nie chce jej jego następca. Nie czas, w istocie, powracać do tego obrzędu, który – może niesłusznie – uznany został za symbol doczesnej władzy papieży.

    Nasz czas skłania nas, zachęca, zmusza do spojrzenia na Pana i zanurzenia się w pokorne i pobożne rozważanie tajemnicy najwyższej władzy samego Chrystusa. Tego, który zrodzony z Maryi Dziewicy, syn cieśli – jak mniemano, Syn Boga żywego – jak to wyznał Piotr, przyszedł tu, by z nas wszystkich uczynić jedno królestwo: królestwo kapłańskie. Sobór Watykański II przypomniał na nowo tajemnicę tej władzy oraz fakt, że posłannictwo Chrystusa – Kapłana, Proroka i Króla – trwa nadal w Kościele. Wszyscy, cały lud Boży uczestniczy w tym potrójnym posłannictwie. I chociaż dawniej wkładano na głowę papieża tiarę, potrójną koronę, by poprzez ten symbol wyrazić cały ustrój hierarchiczny Kościoła Chrystusowego, cała “święta władza” w nim sprawowana nie jest niczym innym jak służbą, służbą mającą na celu jedną tylko rzecz: by cały lud Boży uczestniczył w tej potrójnej misji Chrystusa i pozostawał na zawsze we władzy Pana, z której bierze swoje początki. Nie z władzy doczesnej, ale od Ojca Niebieskiego i z tajemnicy Krzyża i Zmartwychwstania.

    Ta władza Pana naszego, absolutna, a przecież słodka i łagodna, odpowiada całej głębi ludzkiego wnętrza, jego wzniosłym dążeniom, jego woli i sercu. Nigdy nie przemawia językiem siły, ale wyraża się w miłości bliźniego i w prawdzie. Nowy następca Piotra na Stolicy rzymskiej wznosi dzisiaj gorącą, pokorną, ufną modlitwę: “Spraw, Chryste, bym mógł stać się i pozostać sługą Twojej słodkiej władzy, sługą Twojej władzy, która nie przemija, spraw, abym mógł być sługą, sługą twoich sług”.

    Bracia i Siostry, nie bójcie się przygarnąć Chrystusa i przyjąć Jego władzę, pomóżcie Papieżowi i wszystkim tym, którzy pragną służyć Chrystusowi, służyć człowiekowi i całej ludzkości. Nie bójcie się, otwórzcie, otwórzcie na oścież drzwi Chrystusowi. Dla Jego zbawczej władzy otwórzcie granice państw, systemów ekonomicznych i politycznych, szerokie dziedziny kultury, cywilizacji, rozwoju! Nie bójcie się! Chrystus wie, co nosi w swoim wnętrzu człowiek. On jeden to wie!

    Dzisiaj często człowiek nie wie, co kryje się w jego wnętrzu, w głębokości jego duszy i serca. Tak często niepewny sensu życia na tej ziemi i ogarnięty zwątpieniem, które zamienia się w rozpacz. Pozwólcie więc, proszę was, błagam was z pokorą i zaufaniem! Pozwólcie Chrystusowi mówić do człowieka! On jeden ma słowa życia, tak, życia wiecznego. Właśnie dzisiaj cały Kościół obchodzi dzień misyjny, modli się, rozmyśla, działa, ponieważ Chrystusowe słowa docierają do wszystkich ludzi i są przez nich przyjmowane jako posłanie nadziei, ocalenia, całkowitego wyzwolenia.

    Dziękuję wszystkim obecnym, którzy zechcieli uczestniczyć w rozpoczęciu pontyfikatu nowego następcy Piotra. Dziękuję z całego serca głowom państw, przedstawicielom władz, delegacjom rządowym – za ich obecność, która mi wielki przynosi zaszczyt. Dziękuję wam, najczcigodniejsi kardynałowie Świętego Kościoła Rzymskiego, dziękuję drogim Braciom w biskupstwie i wam kapłani, wam siostry i bracia, zakonnice i zakonnicy z zakonów i zgromadzeń. Dziękuję! Dziękuję wam, rzymianie! Dziękuję pielgrzymom przybyłym z całego świata. Dziękuję tym, którzy uczestniczą w tej świętej uroczystości poprzez radio i telewizję.

    Jan Paweł II skierował też kilka słów do Polaków:

    Do was się zwracam, umiłowani moi Rodacy, Pielgrzymi z Polski, Bracia Biskupi z Waszym wspaniałym Prymasem na czele, Kapłani, Siostry i Bracia polskich zakonów, do Was, przedstawiciele Polonii z całego świata. A cóż powiedzieć do was, którzy tu przybyliście z mojego Krakowa, od stolicy św. Stanisława, którego byłem niegodnym następcą przez lat 14. Cóż powiedzieć?! Wszystko, co mógłbym powiedzieć, będzie blade w stosunku do tego, co czuje w tej chwili moje serce, a także do tego, co czują wasze serca. Więc oszczędźmy słów. Niech pozostanie tylko wielkie milczenie przed Bogiem, które jest samą modlitwą.

    Proszę was! Bądźcie ze mną! Na Jasnej Górze i wszędzie! Nie przestawajcie być z Papieżem, który dziś prosi słowami poety: “Panno Święta, co Jasnej bronisz Częstochowy i w Ostrej świecisz Bramie” – i do was kieruję te słowa w takiej niezwykłej chwili.

    Był to apel i zaproszenie do modlitwy za nowego Papieża, apel wygłoszony w moim rodzinnym języku. Z tym samym wezwaniem zwracam się do wszystkich Synów i wszystkich Córek Kościoła katolickiego. Wspierajcie mnie dzisiaj i zawsze w Waszych modlitwach.

    Następnie Ojciec święty przemówił w języku francuskim, angielskim, niemieckim, hiszpańskim, portugalskim, serbsko-chorwackim, słowackim, ukraińskim i litewskim. Na koniec powiedział po włosku:

    Otwieram serce dla wszystkich Braci z Kościołów i Wspólnot chrześcijańskich, pozdrawiając szczególnie tych z Was, którzy tutaj jesteście obecni w oczekiwaniu na bliskie spotkanie osobiste; ale już teraz wyrażam szczerą wdzięczność za to, że zechcieliście uczestniczyć w tych uroczystościach.

    I na koniec zwracam się do wszystkich ludzi, do każdego człowieka (z jaką czcią apostoł Chrystusa musi wymawiać to słowo “człowiek”!). Módlcie się za mnie. Pomóżcie mi ażebym mógł wam służyć. Amen.

    _____________________________________________________________________________________________________________

    Tu dotkniesz Jana Pawła II

    To niezwykłe muzeum postawił prezes wielkiej firmy w darze Matce Bożej, której zawierzył swoje życie.

    Wykonana przez salezjanów figura św. Jana Pawła II jest łudząco podobna do oryginału.

    ***

    Wciemności słychać odgłos kroków, po chwili rozlega się łagodna muzyka. Na ścianie pojawiają się utrwalone przez kamerę obrazy z życia Jana Pawła II. Brzmią jego słowa. Wzruszenie chwyta za gardło, gdy przy dźwiękach „Barki” snop światła wydobywa z półmroku postać siedzącego papieża. Wygląda jak żywy – swobodny, uśmiechnięty, pełen energii, tak jak w pierwszych latach pontyfikatu. Patrzy na widza z lekkim uśmiechem, a w jego wyrazistym spojrzeniu widać życzliwość i nutkę zawadiackiego humoru. Na ekranie pojawia się kard. Stanisław Dziwisz. „Warto to zobaczyć, bo jest to miejsce spotkania z papieżem” – mówi. Mowa o miejscu, w którym się znajdujemy: „Muzeum Monet i Medali Jana Pawła II” w Częstochowie.

    Muzeum w firmie

    Nowoczesny przeszklony budynek stoi na terenie znanej na świecie firmy President Electronics Poland. Muzeum stanowi wotum jej prezesa Krzysztofa Witkowskiego, które ofiarował Maryi w podziękowaniu za dar zdrowia po przebytym 15 lat temu udarze mózgu.

    Wśród 97 wybitnych gości, którzy do tej pory odwiedzili to miejsce, był Arturo Mari, fotograf świętego papieża. Gdy zobaczył ekspozycję i poznał działalność muzeum, stwierdził, że to jest miejsce, które żyje Janem Pawłem II na co dzień, a nie tylko od święta. Obiecał, że gdy umrze, jego żona przekaże tu wszystkie przedmioty, jakie otrzymał od papieża w ciągu 27 lat pontyfikatu. – Dzięki Bogu pan Arturo żyje, a wszystkie te przedmioty są już tutaj – śmieje się prezes Witkowski. Wyjaśnia, że fotograf papieski pewnego dnia dojrzał do decyzji, żeby te rzeczy znalazły się w częstochowskim muzeum jeszcze za jego życia. Krzysztof Witkowski zadbał o to, żeby wiedza o papieżu Polaku nie pozostała tylko suchą informacją.

    W budynku regularnie organizuje się także wystawy czasowe.

    W budynku regularnie organizuje się także wystawy czasowe.

    ***

    – Gdy rozpoczynamy prezentację zbioru, odtwarzamy słowa Jana Pawła II, więc można go usłyszeć. Można go zobaczyć, bo figura stoi, a zatem można go także dotknąć. Mamy też możliwość powąchania jego perfum – mówi. Tłumaczy, że papież używał typowo męskiego, korzennego zapachu. Dowiedział się o tym od Artura Mariego, który przy okazji opowiedział związaną z tym osobistą historię. Otóż kilka lat temu przed operacją prosił w modlitwie Jana Pawła II, żeby podczas jej trwania zaopiekował się nim. „Żebym po operacji był na tyle sprawny, aby jeździć po świecie i mówić, kim byłeś dla mnie jako ojciec, albo weź mnie dzisiaj do domu Ojca” – modlił się. Gdy się budził z narkozy, zanim jeszcze otworzył oczy, zaczął mocno wciągać nosem powietrze, ponieważ poczuł jakiś specyficzny przyjemny zapach. Nie pochodził on ani od lekarza, ani od pielęgniarki. „On tu był. To jest ten sam zapach, który pamiętam z Watykanu, zapach świętości, zapach Jana Pawła II” – powiedział poruszony pacjent.

    Wykonana przez salezjanów figura św. Jana Pawła II jest łudząco podobna do oryginału.

    Wykonana przez salezjanów figura św. Jana Pawła II jest łudząco podobna do oryginału.

    ***

    Potężna kolekcja

    Gdy cichnie muzyka, zapala się światło w całym pomieszczeniu. Wokół nas stoją gabloty pełne monet i medali z wizerunkiem Jana Pawła II. Ta imponująca kolekcja liczy 11 tys. eksponatów, co daje jej palmę pierwszeństwa wśród największych i najlepszych tego typu zbiorów na świecie. – Oprócz tego, że udało nam się zebrać prawie wszystko, co wyszło na ten temat w 127 krajach świata, co jest ewenementem, to jeszcze dajemy pomysły medalierom, aby z racji 100. rocznicy urodzin Jana Pawła II stworzyli medale pod zbiorowym hasłem „Czas ucieka, wieczność czeka”. Taki napis widział Karol Wojtyła, patrząc z okna swego domu w Wadowicach na ścianę kościoła – mówi prezes. 81 medalierów odpowiedziało na propozycję i ich prace już są. 2 kwietnia w muzeum odbędzie się ogólnopolska inauguracja wystawy z cyklu „Medalierskie rozmowy z Janem Pawłem II”.

    W sali audiowizualnej odbywają się spotkania upamiętniające papieża Polaka.

    W sali audiowizualnej odbywają się spotkania upamiętniające papieża Polaka.

    ***

    Ale nie od połyskujących krążków rozpoczyna się oprowadzanie. – Zawsze zaczynam od relikwii Jana Pawła II. Tu jest krew papieża, zachowana w klinice Gemelli po zamachu – opowiada gospodarz, wskazując na oświetloną gablotę, w której widnieje złocony relikwiarzyk. Są też pukiel włosów Ojca Świętego, fragment sutanny i replika jego pierścienia. Poniżej znajdują się najważniejsze medale – annualne, czyli rocznikowe. Każdego roku taki medal wykonuje inny artysta. Wybija się je dla upamiętnienia każdego roku pontyfikatu urzędującego papieża. W częstochowskim muzeum jest ich 26. Takie same kardynał kamerling złożył, zgodnie ze zwyczajem, w trumnie Jana Pawła II tuż przed jej zapieczętowaniem.

    Dokładną replikę pierścienia Jana Pawła II można zobaczyć przez szkło powiększające.

    Dokładną replikę pierścienia Jana Pawła II można zobaczyć przez szkło powiększające.

    ***

    Wśród eksponatów jest wierna kopia pastorału papieża. Wszyscy go znają, ale nie wszyscy wiedzą, że wykonano go w 1965 r. dla Pawła VI, który używał go przez 13 lat. Potem przez 33 dni korzystał z niego Jan Paweł I, a do roku 2000 Jan Paweł II. W roku 2000, ze względu na osłabienie papieża, pastorał zastąpiono lżejszym, aluminiowym. To jedna z ciekawostek, którymi zaskakuje nas Krzysztof Witkowski.

    W jednej z gablot znajduje się ponad 300 medali z wizerunkami świętych i błogosławionych, których na ołtarze wyniósł papież Polak. Gospodarz pokazuje gablotę pełną nakryć głowy, należących do wybitnych hierarchów. Jest piuska Benedykta XVI z jego podpisem, piuska Franciszka, są piuski kardynałów Glempa, Dziwisza, Deskura, Grocholewskiego, Krajewskiego, a także wielu biskupów i wysokich przełożonych zakonnych. Zobaczyć można też oryginalny kapelusz kard. Augusta Hlonda i mitrę kard. Wyszyńskiego. 

    W muzeum znajduje się kolekcja 11 tys. monet i medali z wizerunkiem Jana Pawła II.

    W muzeum znajduje się kolekcja 11 tys. monet i medali z wizerunkiem Jana Pawła II.

    ***

    Po lewej stoją gabloty z monetami. Osiem gablot – Watykan, sześć gablot – Polska, a potem według alfabetu, od Andory do Zambii. – A to z czego jest wykonane? – pyta właściciel kolekcji, wskazując kolejny wizerunek papieża. Wygląda jakby z gipsu…

    – To prawda, tak wygląda. Ale to mylące. To ilustracja prawdy, że nie należy sądzić po pozorach. O, proszę – gospodarz włącza światło. Różnica jest ogromna. W miejsce bezbarwnego „gipsowego” medalionu pojawia się wyraźna twarz Jana Pawła II. Okazuje się, że to porcelana. Dowiadujemy się, że ten medal wyszedł tylko w dwóch egzemplarzach. Jeden otrzymał od Węgrów Jan Paweł II w roku 1991, gdy był tam z pielgrzymką, drugi pięć lat temu trafił do Częstochowy.

    – Gdy tu dotarł, był opakowany w styropiany i wiele warstw bąbelkowej folii, żeby nie uległ uszkodzeniu. O, tu, gdzie piuska, on jest cienki jak kartka papieru. Nałożone na siebie warstwy porcelany dają mniejszą przepustowość światła i stąd odcienie szarości – tłumaczy pan Krzysztof, zapewniając, że podobnych ciekawostek jest w muzeum wiele.

    Muzeum stoi na terenie zakładu. To wotum złożone Maryi przez prezesa firmy.

    Muzeum stoi na terenie zakładu. To wotum złożone Maryi przez prezesa firmy.

    ***

    Sala z możliwościami

    Dużo się w tym niezwykłym budynku dzieje. Przeżywanie wydarzeń z większą liczbą gości umożliwia sala audiowizualna z miejscami dla ponad 200 osób. Gospodarz demonstruje rozwiązania techniczne. Siadamy naprzeciw sceny, za konsolą pełną monitorów. Po chwili z głośników o potężnej mocy rozbrzmiewa cudna muzyka, a komputerowo sterowane urządzenia tworzą ruchliwe wielobarwne efekty, wzmagane przez snujący się dymy.

    Wszystko to robi duże wrażenie, ale najważniejsze, że dzięki temu można tu w jednej chwili stworzyć klimat odpowiedni do tego, co się aktualnie dzieje. A odbywają się tu różne wydarzenia. Na przykład 18. dnia każdego miesiąca o godz. 18 mają miejsce spotkania z cyklu „Z Janem Pawłem II ku przyszłości”. 

    Medalion z porcelany w zwykłym oświetleniu.

    Medalion z porcelany w zwykłym oświetleniu.

    ***

    – Ksiądz prof. Waldemar Chrostowski powiedział na jednym z tych spotkań, że my nie zdajemy sobie sprawy z tego, kim był św. Jan Paweł II. Będąc koło niego, nie byliśmy świadomi, z kim obcujemy. I stwierdził, że jeśli muzeum przetrwa, to za 200 czy 300 lat będzie niesamowitym zwornikiem między obecnymi czasami a przyszłością. Bo większego Polaka niż św. Jan Paweł II nie było, nie ma i prawdopodobnie nie będzie – wspomina założyciel muzeum. Jest przekonany, że jeśli nie zarchiwizujemy tego, co nam papież zostawił, co nam powiedział, to będzie to nasz grzech zaniedbania. – A myślę, że największą zaletą tego miejsca jest to, że wiele rzeczy udało się tu zebrać i zachować.•

    Porcelanowy medalion po podświetleniu.

    Porcelanowy medalion po podświetleniu.

    ***

    tekst: Franciszek Kucharczak / zdjęcia: Roman Koszowski/Gość Niedzielny

    ______________________________________________________________________________________________________________

    ___________________________

    40-tą ROCZNICĘ MĘCZEŃSKIEJ ŚMIERCI BŁOGOSŁAWIONEGO KSIĘDZA JERZEGO POPIEŁUSZKI

    This image has an empty alt attribute; its file name is Popieluszko.jpg

    ***

    Ewangelia według ks. Jerzego

    „Aktorzy dramatu i procesu Chrystusa żyją nadal. Zmieniły się tylko ich nazwiska i twarze, zmieniły się daty i miejsca ich urodzin” – mówił ks. Jerzy Popiełuszko w homilii podczas Mszy za Ojczyznę 26 września 1982 roku.

    fot. Henryk Przondziono/Gość Niedzielny

    ***

    Mimo zmieniających się epok, granic i sposobów życia, święci i błogosławieni wszystkich pokoleń podążają śladami Jezusa. Ich głos, czasem prosty, czasem uczony, idzie w poprzek świata, w którym żyją. Są uciszani, uznawani za szaleńców, zamykani w więzieniach, zabijani. Głosu jednak nie da się zabić, tak jak nie da się zabić prawdy, miłości, jak nie da się zabić Boga. To o nich mówił Jezus: „Gdybyście byli ze świata, świat by was kochał jako swoją własność. Ale ponieważ nie jesteście ze świata, bo Ja was wybrałem sobie ze świata, dlatego was świat nienawidzi” (J 15,19). Misja świętych i błogosławionych z krótkiej perspektywy postrzegana jest często w kategoriach politycznych, społecznych, kulturowych. Nieśmiertelne światło Ewangelii, które przebija przez ich życie, często lepiej widoczne jest, kiedy przechodzą pokolenia i mijają lata. Wszystkich łączy jedno – podobieństwo do Jezusa Chrystusa, ich Pana i Zbawiciela.

    Czyż może być co dobrego z Nazaretu? J 1,46

    Jezus pochodził z Nazaretu, czyli znikąd. Nazwa jego rodzinnej miejscowości nie występowała w uświęconych pismach narodu wybranego. Jego matka była mądrą kobietą zachowującą tajemnice w swoim sercu. Ojciec był pokornym, zaradnym, małomównym mężczyzną wywodzącym się z rodu Dawida. Prostota ich życia sprawiała, że droga Jezusa do zwykłych ludzi była bliższa niż do elit religii i władzy. Jako ludzie wiary odczuwali z pewnością wielkość żydowskiej historii i dramat rzymskiej okupacji. Jezus podjął misję zbawienia bliźnich, opuszczając ten złożony i zarazem bezpieczny świat. W synagodze w Kafarnaum, cytując Izajasza, powiedział o sobie: „Posyła mnie Bóg, abym głosił Ewangelię i leczył rany zbolałych serc”.

    Alfons Popiełuszko przyszedł na świat w podlaskich Okopach, których nie było na mapie historii i spraw tego świata. Miał mądrą matkę, która zachowywała tajemnice w sercu, i zaradnego, milczącego ojca. Żyli prosto i ciężko pracowali. Odczuwali wielkość polskiej historii zatopionej w prostej wierze i dramat komunistycznej niewoli. Dalekim krewnym matki był św. Rafał Kalinowski. Być może to za jego przyczyną ich syn, rozumiejący dobrze sprawy zwykłych ludzi, po osiągnięciu dojrzałości odszedł, by pełnić misję kapłańską. Na obrazku prymicyjnym zapisał: „Posyła mnie Bóg, abym głosił Ewangelię i leczył rany zbolałych serc”.

    Wziął Go diabeł na bardzo wysoką górę (…) i rzekł do Niego: Dam Ci to wszystko, jeśli upadniesz i oddasz mi pokłon. Na to odrzekł mu Jezus: Idź precz, szatanie! Mt 4,8-10

    Alfons Popiełuszko zaraz po obłóczynach został przymusowo wcielony na dwa lata do komunistycznej jednostki wojskowej dla kleryków w Bartoszycach. Misją jednostek kleryckich było zmuszanie seminarzystów do posłuszeństwa władzy ludowej. Zakazywano wszelkich praktyk religijnych. Za publiczną modlitwę i posiadanie symboli religijnych karano. W zamian za opuszczenie seminariów mamiono kleryków otwartą drogą na dowolne studia. Za współpracę z komunistyczną kadrą ułatwiano im życie i obiecywano awanse. Mimo iż za niewykonanie rozkazu groziły drastyczne kary, kleryk Popiełuszko bezwzględnie odrzucił godzące w wyznawanie wiary zasady. Nie pytając dowódców o zdanie, inicjował modlitwy, a potem płacił za to wysoką cenę. Dręczono go fizycznie, upokarzano i wyśmiewano jego wiarę. W jednym z listów z wojska pisał: „Dowódca plutonu kazał mi zdjąć z palca różaniec na zajęciach przed całym plutonem. Odmówiłem, czyli nie wykonałem rozkazu. Sam fakt zdjęcia to niby nic takiego. Ale ja zawsze patrzę głębiej”.

    A widząc tłumy ludzi, litował się nad nimi, bo byli znękani i porzuceni, jak owce nie mające pasterza. Mt 9,36

    „Widziałem, spowiadałem ludzi, którzy zmęczeni do granic wytrzymałości, klęczeli na bruku i tam chyba ci ludzie zrozumieli, że są silni, są mocni właśnie w jedności z Bogiem, z Kościołem. I wtedy zrodziła się potrzeba pozostania z tymi ludźmi”. Tak ksiądz Jerzy Popiełuszko wspominał wizytę w Hucie Warszawa 31 sierpnia 1980 r. Wielu duszpasterzy odprawiało Msze dla strajkujących, ale niewielu tak głęboko zjednoczyło się ze światem robotników i niewielu zyskało tak wielki ich szacunek. Robotnicy, przez dekady mamieni socjalistycznym rajem, łaknęli w życiu podstawowych wartości, które dzięki prostocie i bezkompromisowości dawał im ksiądz Jerzy. Przekazywał im te wartości całym sobą, bo żył w prawdzie, był wierny, niezwykle wrażliwy na ich potrzeby i wielokrotnie ryzykował, stając w ich obronie. Ostatecznie poświęcił dla nich życie.

    Zdumiewali się Jego nauką, gdyż słowo Jego było pełne mocy. Łk 4,32

    Ksiądz Jerzy bardzo głęboko przeżywał liturgię, nigdy jednak nie był błyskotliwym kaznodzieją. Od momentu gdy stał się duszpasterzem robotników, szczególnie w ciemnej nocy stanu wojennego, jego słowa zyskały moc, która przyciągała tłumy. Jego bliscy, widząc zmianę, mówili wprost o łasce Ducha Świętego, która sprawiała, że stał się głosem Boga wobec skrzywdzonych i krzywdzących. Prawda, którą głosił, wnosiła światło w chaos i cierpienie. Koiła lęk, leczyła nienawiść, wstrząsała szczytami ziemskiej władzy.

    A Ja wam powiadam: Miłujcie waszych nieprzyjaciół i módlcie się za tych, którzy was prześladują. Mt 5,44

    Polska czasów komunizmu pęknięta była na pół. Po jednej stronie oni – zdrajcy i oprawcy, po drugiej my – zdradzeni i skrzywdzeni. Kościół sam doświadczył prześladowania i bronił prześladowanych, stając się dla nich ostoją. Stan wojenny pogłębił pęknięcie do rozmiarów przepaści. Przyjaciele księdza Popiełuszki, którzy po 13 grudnia 1981 r. podjęli strajk w Hucie Warszawa, zostali internowani. Według obowiązującego, haniebnego prawa groziła im nawet kara śmierci. 24 grudnia 1981 r., w Wigilię Bożego Narodzenia, po wieczerzy dla ubogich parafian na plebanii kościoła św. Stanisława Kostki kapelan robotników dzielił się opłatkiem z żołnierzami i milicjantami stojącymi przy koksownikach. Od września 1982 r. stale był obserwowany, pod jego domem stały zmieniające się samochody bezpieki. – Nigdy nie powiedział na nich złego słowa. Czasem patrzył na nich ze smutkiem – wspomina jedna z aktorek, która często bywała w mieszkaniu księdza na plebanii. Pewnego razu ksiądz Jerzy wyniósł zziębniętym agentom termos gorącej herbaty. „Ja nie walczę z ofiarami zła, tylko ze złem” – powiedział, kiedy przyjaciele nakłaniali go, żeby personalnie skrytykował szkalujących go komunistycznych aktywistów.

    Stwierdziliśmy, że ten człowiek podburza nasz naród, że odwodzi od płacenia podatków Cezarowi i że siebie podaje za Mesjasza – Króla. Łk 23,2

    We wrześniu 1984 r. komunistyczny Urząd do Spraw Wyznań skierował do Episkopatu Polski memoriał, w którym zarzucano księdzu Popiełuszce tworzenie „kontrrewolucyjnej organizacji duchownych i świeckich o ogólnokrajowym zasięgu” godzącej w podwaliny socjalistycznego ładu. Istotnie, działalność księdza godziła w ustrój socjalistyczny, choć on nigdy wprost go nie skrytykował. „Ewangelia Chrystusowa jest tak owocna przez wieki i ciągle aktualna, bo jest Prawdą. Ideologie, które kierują się kłamstwem i przemocą, upadają” – powiedział w maju 1984 r. Jego nauczanie, opierające się na pojęciach prawdy, wolności i męstwa, burzyło w ludzkich sercach komunistyczny system. Mówił, że pokonując lęk i głosząc prawdę, uzyskamy wewnętrzną wolność, która przyniesie z czasem wolność zewnętrzną. Otrzymywał bardzo wiele listów, w których dziękowano mu za uwolnienie od lęku i nienawiści, za wyrwanie z marazmu i wewnętrznego zniewolenia. „Przegramy, walcząc przemocą, bo dzieci szatana są silniejsze w przemocy; przegramy, walcząc kłamstwem, bo przeciwnicy Boga są zawodowymi kłamcami. Przegramy i przestaniemy być światłością dla świata. Ale wygramy, choćby ta walka miała trwać długo, gdy walczyć będziemy miłością, sprawiedliwością i prawdą, bo te wartości są własnością samego Boga, niepokonanego Pana nieba i ziemi” – przekonywał.

    A gdy jedli, rzekł: „Zaprawdę, powiadam wam: jeden z was mnie zdradzi”. Mt 26,21

    Pewnego dnia jeden z bliskich współpracowników księdza Popiełuszki, związany z podziemną Solidarnością, przyniósł kopertę, w której była lista donoszących na niego tajnych współpracowników SB. Ksiądz nie otworzył koperty… powiedział: „Ja wiem”. Od września 1982 r. bezpieka prowadziła jego programową inwigilację, której częścią było wprowadzenie agentów do jego najbliższego otoczenia. Byli wśród nich także księża. Zaczęły wyciekać poufne sprawy, przeszukiwano mieszkania jego przyjaciół, aresztowano kolejne osoby. Atmosfera w otoczeniu kapłana była bardzo napięta. Zastanawiano się, kto zdradził. – Ksiądz kategorycznie zabraniał nam zastanawiać się, kto donosi. Mówił, że to zniszczy naszą jedność – wspomina pielęgniarka Elżbieta Murawska. Kiedy 19 października w Bydgoszczy odprawiał ostatnią w swoim życiu Eucharystię, towarzyszyło mu dwóch kapłanów. Obaj byli zarejestrowani jako tajni współpracownicy bezpieki.

    Ewangelia według ks. Jerzego

    fot. Henryk Przondziono/Gość Niedzielny

    ***

    „Ojcze, jeśli chcesz, zabierz ode Mnie ten kielich! Jednak nie Moja wola, lecz Twoja niech się stanie!” (…) Jego pot był jak gęste krople krwi, sączące się na ziemię. Łk 22,42.44

    Już w sierpniu 1980 r. w jednym z niedzielnych kazań ksiądz Popiełuszko mówił: „Nie jest łatwo zdecydować się pójść razem z Chrystusem do Jerozolimy, tam cierpieć, być wzgardzonym, a w końcu ukrzyżowanym. Ale na to nie ma rady, jeśli się chce po chrześcijańsku i po Bożemu przeżywać zmartwychwstanie Chrystusa”. „Będziesz wisiał na krzyżu” – napisano do niego w czasie stanu wojennego w jednym z anonimów. Grożono mu też „kulą w łeb” i „poderżnięciem gardła”. Spodziewał się śmierci co najmniej od grudnia 1982 r., kiedy ktoś w nocy wrzucił do jego mieszkania cegłę z ładunkiem wybuchowym. W jego samochodzie zepsuto kierownicę, któregoś razu próbowano go zepchnąć z mostu. Wiadomo, że w ostatnich miesiącach przed śmiercią ksiądz się bał. Świadkowie wspominają, że płakał. W dokumentach medycznych zarejestrowano nawet, że przyjmował leki przeciwlękowe. „Jezus Chrystus za głoszenie swojej Bożej prawdy oddał życie. Podobnie apostołowie. A przecież rola księdza jest taka, by głosić prawdę i za prawdę cierpieć, jeżeli trzeba, nawet za prawdę oddać życie” – powiedział, wzdychając ciężko w jednym z ostatnich udzielonych w życiu wywiadów. We wrześniu 1984 r. kard. Józef Glemp, aby go ratować, zaproponował mu wyjazdu do Rzymu. Ksiądz Jerzy odmówił. Jeden z oprawców, niosących tuż przed wrzuceniem do Wisły jego pobite do nieprzytomności ciało, dostrzegł na nim gęste krople potu i krwi…

    Wszystkie tłumy, które zbiegły się na to widowisko, gdy zobaczyły, co się działo, wracały, bijąc się w piersi. Łk 23,48

    Pogrzeb księdza Jerzego Popiełuszki był największy w historii Polski. Ani gwarant polskiej państwowości marszałek Józef Piłsudski, ani zwornik jego tysiącletniej wiary kard. Stefan Wyszyński, nie zgromadzili takich tłumów. Od 450 tys. do miliona osób przyjechało do stolicy. Komuniści, obawiając się rewolty i próby obalenia rządu, zgromadzili tego dnia 17 tys. funkcjonariuszy wyspecjalizowanych do walki z tłumem. W tym bezbrzeżnym tłumie, jak wspomina świadek, ugrzązł milicyjny samochód. Ludzie stojący wokół niego uderzali rękoma w karoserię i krzyczeli: „Przebaczamy, przebaczamy”. Uczestnicy pogrzebu, wracając obok pałacu Mostowskich, skandowali: „Rzućcie pały, przebaczamy”. Nienawiść wbrew wszelkiej logice tego świata została pokonana. Symbolem zwycięstwa stał się grób męczennika. W ciągu pierwszych dziesięciu lat przybyło do niego 10 mln osób. Służba Bezpieczeństwa, skonsternowana tym faktem, poddała kościół św. Stanisława Kostki wraz z grobem inwigilacji, nadając akcji kryptonim „Sanktuarium”. Do dziś przy grobie było 23 mln osób, a relikwie beatyfikowanego w 2010 r. księdza Popiełuszki czczone są w ponad 180 miejscach na 6 kontynentach.

    ***

    – Patrzyłam na Matkę Bożą. Ona to dopiero wycierpiała. Widziała ciało zabitego Syna. Cierpiałam razem z Nią. Ona nad swoim Synem, ja nad swoim – mówiła przed laty pani Marianna Popiełuszko reporterom „Gościa Niedzielnego”, trzymając w dłoniach zdjęcie syna męczennika.

    – Patrzyłam na Matkę Bożą. Ona to dopiero wycierpiała. Widziała ciało zabitego Syna. Cierpiałam razem z Nią. Ona nad swoim Synem, ja nad swoim – mówiła przed laty pani Marianna Popiełuszko reporterom „Gościa Niedzielnego”, trzymając w dłoniach zdjęcie syna męczennika.
    fot. Henryk Przondziono/Gość Niedzielny

    Paweł Kęska/Gość Niedzielny

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Ks. Jerzy Popiełuszko święcenia kapłańskie przyjął z rąk kard. Stefana Wyszyńskiego 28 maja 1972 fot. LASKI DIFFUSION/EAST NEWS 

    ***

    Już nie potrafię zamknąć swojego kapłaństwa w kościele, chociaż tylu różnych „doradców” podpowiada mi, że prawdziwie polski ksiądz nie powinien wychodzić poza kościelne ogrodzenie – słowa bł. ks. Jerzego Popiełuszki wypowiedziane rok przed męczeńską śmiercią.

    ***

    Paweł Kęska teolog, historyk sztuki, absolwent Europejskiej Akademii Fotografii, dziennikarz. Pracuje w Muzeum księdza Jerzego Popiełuszki na Żoliborzu.

    fot. Tomasz Gołąb/Gość Niedzielny

    ***

    Marcin Jakimowicz: Gdy oglądaliśmy filmy dokumentalne z ks. Popiełuszką, nie widziałem superbohatera, ale skulonego, przestraszonego człowieka, który toczył ogromną wewnętrzną walkę. To mnie najbardziej poruszyło.

    Paweł Kęska:
     Do muzeum ks. Jerzego na Żoliborzu przyszedłem do pracy parę lat temu jako dziennikarz radiowy, którego pasją było nagrywanie ludzkich historii. Słuchałem ludzi i starałem się ich zrozumieć. A tu, w muzeum ks. Jerzego, długo nie mogłem tej historii rozgryźć. To się nie trzymało kupy. Widziałem człowieka, który wychodził do kilkudziesięciu tysięcy ludzi, który dla zmylenia esbeckiego pościgu przesiadał się podczas jazdy z samochodu do samochodu, który robił mocne rzeczy, a potem zerkałem na archiwalne nagrania i widziałem kogoś zupełnie innego: nieśmiałego, nieco wycofanego, kruchego. Jestem przekonany, że zbliżanie się do tajemnicy ks. Popiełuszki, odkrywanie jego wnętrza i wyborów, których dokonywał, pomoże nam w zrozumieniu, czym jest życie duchowe. Zadawałem sobie pytanie, jak taki nieśmiały człowiek mógł dokonywać takich rzeczy i jedynym tropem była odpowiedź: bo był wewnętrznie silny, miał w sobie głęboką wiarę. Rów Mariański, głębokie zanurzenie w Bogu, sanktuarium w głębinach. Nie da się inaczej zrozumieć jego fenomenu…

    Brat Andrew, założyciel Open Doors, który przemycał setki tysięcy Biblii za żelazną kurtynę, mawiał, że modlitwa nie jest przygotowaniem do bitwy, ale jest bitwą. To opowieść o Popiełuszce?

    Tak, choć o jego modlitwie niewiele wiemy – jedynie tyle, ile sam chciał zdradzić. Na przykład w listach z wojska, gdy był straszliwie upokarzany. Nie był specjalnie wylewny, nie odsłaniał się, to był człowiek konkretu. Na sześć listów z wojska tylko w jednym poruszał wątki duchowe. Wspominał, jak był zastraszany, gdy nie chciał zdjąć różańca noszonego na palcu, ale – pisał – „ja zawsze widzę głębiej”. I, jak pokazało życie, on naprawdę widział głębszy sens rzeczywistości, widział w ludziach coś innego niż tylko pozory. W każdym starał się dostrzec światło. I drugie zdanie z listu – gdy stał boso na mrozie, wspominał, że oddaje to cierpienie za grzechy. Czyje? O tym nie wspomniał. Pisał: „Jak słodko jest cierpieć dla Chrystusa”. Te dwa zdania pokazują, jaką miał więź z Chrystusem! Bez tego klucza jego historia jest nieczytelna, rozsypuje się.

    Przeczuwał, że zginie?

    Przeczuwał. Zachowała się recepta na leki przeciwlękowe (nie wiem, czy ostatecznie je zażywał). Bał się. Widać to na nagraniach, gdy kamera najeżdża na jego twarz. Widać, że to człowiek toczący ogromną batalię. Oglądałem te filmy i zadawałem sobie jedno pytanie: „Co mu daje siłę?”.

    Gdy człowiek dostaje pogróżki, to automatycznie wycofuje się, staje się nieufny. A on cały czas wychodził do ludzi…

    Myślę, że myśmy go jeszcze nie odkryli. Na pewno był człowiekiem wysoko wrażliwym. Zachwyca mnie to, jak patrzył na ludzi. Mówili mu, by się ostro rozprawił z prześladowcami, a on zapytał: „Naprawdę tak myślicie?”. „Tak!”. Popiełuszko się wówczas… rozpłakał: „Nic nie rozumiecie! Ja walczę ze złem, nie z ofiarami zła”. Cierpiał, gdy spotykał ludzi uwikłanych w zło, myślę, że wiedział, że giną. Jestem przekonany, że miał w sobie ogromne przestrzenie mistyki i do badaczy należy to, by odnaleźć te ślady, okruchy informacji i poskładać w całość.

    Czy jedną z walk, którą musiał stoczyć, nie było poczucie odrzucenia? Przybywa z Okopów do warszawskiego seminarium, gdzie spotyka synów uniwersyteckich profesorów, powstańców. Czuł się gorszy?

    Myślę, że nie. To był chłopski syn i nie miał z tego powodu żadnych kompleksów. Wiedział, czego chce, wiedział, kim jest, nie krył tego. Wychodził do człowieka bez kompleksów. Do prostych ludzi i do profesorów. Wiózł do Wałęsy chleb od matki, zawoził prof. Szaniawskiego do domu w Okopach. Patrzył wzruszony na dom, na matkę, zdając sobie sprawę z tego, jaka to jest niewiarygodna wartość. Nie wstydził się korzeni.

    Koledzy nie pokazywali mu miejsca w szeregu?

    Nawet jeśli tego doświadczył, to myślę, że po prostu robił swoje, nie oglądając się na innych. Bez kompleksów i szczególnej znajomości języków latał do Stanów, jeździł po Europie samochodem, bez problemów przekraczając różne mentalne granice. Miał zdrową wizję rzeczywistości. Wyniósł to z domu.

    Zmagał się z lękiem i… to zdrowy odruch. Lęku nie odczuwają psychopaci, którzy nie w są w stanie rozpoznać zagrożenia.

    Jeden z zabójców ks. Jerzego opowiadał, że kiedy go tłukli na śmierć, krzyczał: „Panowie, darujcie mi życie”.

    Sam Chrystus pocił się w Ogrójcu krwią.

    Nie chcę się wymądrzać, bo historia męczeństwa ks. Jerzego mnie przerasta. Na pewno odczuwał ogromny lęk, często mówił o śmierci, raczej nie chciał być męczennikiem. Planował wyjazd do Rzymu, są na to liczne świadectwa. Przeczuwał, że zginie. Mam wrażenie, że podświadomie przygotowywał się do tego. Dostawał wiele sygnałów. Pierwszym była cegła wrzucona do mieszkania w nocy z 12 na 13 grudnia 1982 roku. Po pogrzebie Grzegorza Przemyka, gdy przyjaciel spytał go: „Co o tym myślisz?”, usłyszał: „Wiesz, myślę, że będę następny”. To był maj 1983 r., półtora roku przed śmiercią. Niezwykle ważna jest odnaleziona niedawno homilia z października 1982 r. – dzień po kanonizacji Maksymiliana Kolbego. Popiełuszko mówił coś takiego: „Tak jak dziś wynosi się na ołtarze ofiary nazizmu, tak kiedyś przyjdzie czas, gdy będzie się wynosić na ołtarze ofiary tego systemu, ludzi, którzy cierpieli, byli poniżani, oddawali życie za wartości, za wolność. Będzie się synów tej ziemi wynosić na ołtarze, a ludzie będą przychodzili na ich groby, by śpiewać Gaude Mater Polonia”. Czy on już wtedy nie przeczuwał, że opowiada o sobie? Potem ten motyw powtarza się coraz częściej. Zaczęła się seria bolesnych prześladowań. Komuniści przygotowali kampanię na jesień i zimę 1983 r. Wszystkie jej elementy były wymierzone w ks. Jerzego: podcięto kierownicę jego samochodu, wysyłano listy z pogróżkami, pisano, że zawiśnie na krzyżu, że dostanie kulę w łeb, do tego kampania medialna, dezinformacja w administracji kościelnej, prowokacja na ul. Chłodnej.

    To były prześladowania zewnętrzne, ale najbardziej boli „policzek od swoich”…

    Najtrudniejsze okazało się spotkanie z prymasem Józefem Glempem. Była połowa grudnia 1983 r. Ks. Jerzy wyszedł z więzienia i został potraktowany dość surowo. Oczekiwał wsparcia, a zderzył się ze ścianą. Kardynał zarzucił mu, że nie pilnuje duszpasterstwa służby zdrowia, że się wywyższa, że psuje pracę innym. Bardzo go to dotknęło. Wspominał, że czuł się gorzej niż na esbeckich przesłuchaniach. Nie spodziewał się, że prymas tak go potraktuje… To był zimny prysznic. Dziś wiemy, że palce w tym maczał ks. Michał Czajkowski, który otrzymał od SB konkretne zadanie – dezinformowanie kard. Glempa. Dwaj biskupi pomocniczy byli wcześniej rektorami seminarium i wspierali ks. Jerzego całym sercem. SB długo przygotowywało się do tego, by skompromitować i społecznie wyeliminować Popiełuszkę. Nie działało zastraszanie, nie udała się kompromitacja, polegli w administracji kościelnej, posunęli się jeszcze dalej. Postanowili go zabić.

    Zrządzeniem Opatrzności było to, że trafił na ks. Teofila Boguckiego. Który proboszcz tolerowałby tłumy przelewające się przez mieszkanie wikarego? Popiełuszko mógł rozwinąć skrzydła.

    Ks. Bogucki go chronił, bronił, wspomagał, pocieszał. Widział w nim wielką dziejową łaskę. Bez niego nie byłoby tej historii, jestem tego pewien. Nadstawiał głowę, gdy jego wikary był oskarżony, pisał listy do kurii, walczył jak lew nie dopuszczając do niego esbeków. Sam bardzo to wszystko przeżywał, chorował na serce, przechodził zawały…

    Oglądaliśmy wspólnie nagranie, gdy tłum w żoliborskim kościele czekał na informację o zaginionym ks. Jerzym i zareagował płaczem na wieść o jego śmierci. Powietrze było gęste od emocji. Pracując na co dzień z takimi dokumentami, potrafisz takie sceny oglądać bez wzruszenia?

    Nie potrafię. Jeżdżę po Polsce, pokazuję te nagrania w różnych miejscach i są chwile, gdy łamie mi się głos. Na co dzień pracuję w mieszaniu ks. Jerzego i może powinienem się już oswoić, przyzwyczaić, ale nie potrafię. Jest kilka scen, które mnie rozkładają. Na przykład kadr z pogrzebu, gdy kamera odjeżdża ze spracowanych dłoni matki, pokazuje jej zrozpaczoną twarz, a potem ocean kilkuset tysięcy ludzi. Jakiś robotnik zaczyna niezdarnie śpiewać „Ojczyzno ma”, a tłum to podchwytuje i nagle ta pieśń wybucha. A w tym wszystkim jest pani Marianna…

    Zastygła w cierpieniu?

    Myślę, że nie, że jest bardzo obecna. Jakby to wszystko ją przerastało. Nie chcę o tym mówić, bo tu trzeba milczeć. Inny kadr? Twarz ks. Jerzego przed jednym z kazań. Rozbiegane, nerwowe, przestraszone oczy, widać, jak wszystko przeżywa. Nie zgrywa bohatera, zmaga się. I myślę, że to zwycięstwo w wewnętrznej bitwie jest kluczem do świata jego wartości i do zrozumienia jego świętości.

    rozmawiał Marcin Jakimowicz/Gość Niedzielny

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Czwartek 10 października – nowenna za przyczyną bł. ks. Jerzego Popiełuszki w intencji Ojczyzny

    Każdego wieczoru w Sanktuarium bł. ks. Popiełuszki na warszawskim Żoliborzu rozpoczyna się nowenna w intencji Ojczyzny. Teraz tak bardzo potrzeba powierzać Panu Bogu to wszystko, czego doświadczamy i co dzieje się w naszej Ojczyźnie z nadzieją, że bł. ks. Jerzy będzie się z nieba wstawiał w tych wszystkich potrzebach. Nowenna za przyczyną Błogosławionego to bezpośrednie przygotowanie do obchodów 40.rocznicy jego męczeńskiej śmierci.

    – Ks. Jerzy w jednym z ostatnich słów powiedział, że żeby zachować godność, powiększać dobro i zwyciężać zło, trzeba być wiernym podstawowym wartościom. Ta nowenna jest po to, żebyśmy właśnie w tej wierności trwali, byśmy mogli czerpać przykład z ks. Popiełuszki – zwraca uwagę Paweł Kęska, przewodniczący Społecznego Komitetu Upamiętnienia 40. Rocznicy Porwania i Męczeńskiej Śmierci Błogosławionego Księdza Jerzego Popiełuszki. Podkreśla, że w myśleniu o tej postaci nie warto koncentrować się nie tyle na tym, że zginął, ale że był wierny prawdzie, że był wolny, że wybierał przebaczenie, że głęboko ufał Bogu, który dał mu siłę przetrwać najtrudniejsze momenty. – My potrzebujemy tych wartości i tej siły i wstawiennictwa ks. Popiełuszki. Dlatego codzienna modlitwa nowenną w tej intencji może nas do tego przybliżyć – mówi Paweł Kęska.

    ***

    Nowenna do bł. ks. Jerzego Popiełuszki 

    Modlitwa wstępna

    Boże jedynie dobry i łaskawy, spraw przez nieskończone zasługi męki i śmierci Jezusa Chrystusa, Syna Twego, przez przyczynę Niepokalanej Maryi Dziewicy i wszystkich Świętych, a szczególnie Błogosławionego księdza Jerzego, abym dostąpił łaski, o którą proszę (przedstawić swoje prośby).

    Błogosławiony Księże Jerzy, Ciebie proszę o wstawiennictwo u Boga i Ojca naszego, abym został wysłuchany w mojej potrzebie.

    DZIEŃ I. DUCH ŚWIĘTY – czwartek 10 października

    Błogosławiony Ksiądz Jerzy nauczał: W dniu Zesłania Ducha Świętego zostało zawarte nowe przymierze przez Jezusa z Nowym Ludem Bożym, z Kościołem. Zostało ono wysłużone przez mękę, śmierć i zmartwychwstanie Chrystusa (Dotknięcie Boga, s. 62).

    Duch Święty pozostaje naszym Rzecznikiem i Obrońcą. Dlatego razem z błogosławionym księdzem Jerzym modlę się do Ducha Pocieszyciela o siłę do walki z narastającymi przeciwnościami. Księże Jerzy, uproś mi u Ducha Świętego łaskę, o którą proszę ____, abym wzrastał w miłości i pozostał wiernym synem Kościoła.

    Ojcze nasz… Zdrowaś Maryjo… Chwała Ojcu…

    Błogosławiony Księże Jerzy – módl się za nami.

    DZIEŃ II. KOŚCIÓŁ – piątek 11 października

    Błogosławiony Ksiądz Jerzy dzielił się swoimi kapłańskimi przeżyciami: Matką dla nas jest Kościół Chrystusowy. Spotkania z Nim to ciągłe dolewanie oliwy do lampki naszego życia duchowego, to ciągła dbałość o to, byśmy byli wartościową solą życia, które, czy chcemy tego, czy nie chcemy, prowadzi do spotkania w Bogu (Dotknięcie Boga, s. 69).

    Boże i Ojcze, przed Kościołem trzeciego tysiąclecia otwiera się rozległy ocean wezwań współczesnego świata. Pomóż, proszę, wszystkim chrześcijanom tego pokolenia wypłynąć na głębię prawdy, dobra i piękna. Błogosławiony Księże Jerzy, który całym sercem miłowałeś Kościół jako swoją Matkę, uproś mi łaskę ____, o którą pokornie proszę.

    Ojcze nasz… Zdrowaś Maryjo… Chwała Ojcu…

    Błogosławiony Księże Jerzy – módl się za nami.

    DZIEŃ III. EWANGELIA – sobota 12 października

    Największą siłą Ewangelii – jak uczył błogosławiony Ksiądz Jerzy – był zawarty w niej osobisty przykład Chrystusa, który głosił prawdę i za prawdę umarł. Chrześcijanin to człowiek, który postępuje na Jezusowy wzór. I niczego nie udaje (Dotknięcie Boga, s. 74). Właśnie Jezus czyni jakby czułą przestrzeń, w której możemy zdobyć się na przyjęcie Bożego słowa, Bożej zachęty do czynienia dobra i unikania zła. Żyć Ewangelią to przede wszystkim przyjąć tajemnicę Bożej prawdy i nią żyć.

    Błogosławiony księże Jerzy, męczenniku, który budowałeś prawdziwie ewangeliczną wspólnotę wiernych i tak wiele wycierpiałeś, wyjednaj mi u Pana łaskę ____, o którą wytrwale proszę, bym pozostał wierny Chrystusowi.

    Ojcze nasz… Zdrowaś Maryjo… Chwała Ojcu…

    Błogosławiony Księże Jerzy – módl się za nami.

    DZIEŃ IV. CIERPIENIE – niedziela 13 października

    Błogosławiony Ksiądz Jerzy uczył: Chrystus umiera na krzyżu za całą ludzkość, pokonuje śmierć i otwiera drogę do zmartwychwstania. W znaku krzyża ujmujemy dziś to, co najbardziej piękne i wartościowe w człowieku. Przez krzyż idzie się do zmartwychwstania. (…) I dlatego krzyże naszej Ojczyzny, krzyże nasze osobiste, krzyże naszych rodzin muszą doprowadzać do zwycięstwa, do zmartwychwstania, jeśli łączymy je z Chrystusem (Homilia z 26.09.1982 r.).

    Boże, za wstawiennictwem błogosławionego księdza Jerzego daj mi siłę ducha, bym cierpliwie znosił doświadczenia życia, które każdego dnia mnie spotykają. Jezus wypala do szczętu nasze słabości, jak wypalił męczeńską łaską życie Księdza Jerzego Popiełuszki, którego Kościół ukazał w chwale ołtarzy. Proszę Cię o wyjednanie mi łaski ____ i pragnę naśladować twoją wierność Chrystusowi.

    Ojcze nasz… Zdrowaś Maryjo… Chwała Ojcu…

    Błogosławiony Księże Jerzy – módl się za nami.

    DZIEŃ V. PRAWDA – poniedziałek 14 października

    Błogosławiony Ksiądz Jerzy uczył: Aby pozostać człowiekiem wolnym duchowo, trzeba żyć w prawdzie. Życie w prawdzie to dawanie świadectwa [Bogu] na zewnątrz, to przyznawanie się do niej i upominanie się o nią w każdej sytuacji. Prawda jest niezmienna. Prawdy nie da się zniszczyć (Kazanie z 31.10.1982).

    Błogosławiony Kapłanie, sługo Chrystusa, Ty w nauczaniu wskazywałeś, że On jest Prawdą i wytrwale nawoływałeś ludzi do życia w prawdzie, a ukazywałeś niebezpieczeństwa fałszu i kłamstwa. Módl się za mną, gdy błagam o łaskę ____ abym na co dzień żył w prawdzie i by moje codzienne życie było przepojone prawdą.

    Ojcze nasz… Zdrowaś Maryjo… Chwała Ojcu…

    Błogosławiony Księże Jerzy – módl się za nami.

    DZIEŃ VI. PRZEBACZENIE – wtorek 15 października

    Kościół przecież – podkreślał błogosławiony Ksiądz Jerzy – otrzymał od Chrystusa władzę leczenia «chorób grzechu» poprzez sakrament pokuty (…), pozwalając za pośrednictwem kapłana nawiązywać na nowo przyjaĽń między nami a Bogiem (Dotknięcie Boga, s. 51). Niech więc ogarnia nas światło Bożej łaski, abyśmy przyjmowali z nadzieją dary Jezusowej miłości.

    Panie, spraw byśmy stale byli nastawieni na przebaczanie bliĽnim. Umocniony przykładem twojej kapłańskiej wspaniałomyślności, błogosławiony Księże Jerzy, proszę Cię o wstawiennictwo w mojej intencji ____, którą ci przedkładam, abym przez życie szedł drogą przebaczenia.

    Ojcze nasz… Zdrowaś Maryjo… Chwała Ojcu…

    Błogosławiony Księże Jerzy – módl się za nami.

    DZIEŃ VII. SOLIDARNOŚĆ – środa 16 października

    Błogosławiony Ksiądz Jerzy uczył: Solidarność to jedność serc, umysłów i rąk, zakorzeniona w ideałach, które są zdolne przemieniać świat na lepsze. To (…) nadzieja tym silniejsza, im bardziej jest zespolona ze źródłem wszelkiej nadziei – z Bogiem (Kazanie z 28.08.1983 r.).

    Boże, spraw, abyśmy byli solidarni w wierze i miłości, abyśmy potrafili pokonywać w sobie lęk i odważnie służyć bliźnim, tworząc wspólnotę w Chrystusie.

    Księże Jerzy, wstawiaj się za mną u Boga, abym mógł z godnością przyznawać się do tego, co słuszne i prawdziwe oraz uproś mi łaskę ____ o którą z ufnością proszę.

    Ojcze nasz… Zdrowaś Maryjo… Chwała Ojcu…

    Błogosławiony Księże Jerzy – módl się za nami.

    DZIEŃ VIII. MĘCZEŃSTWO – czwartek 17 października

    Chrześcijaninowi nie może wystarczyć tylko potępienie zła. (…) Ale chrześcijanin musi być prawdziwym świadkiem, rzecznikiem i obrońcą sprawiedliwości, dobra, prawdy, wolności i miłości. O te wartości musi odważnie się upominać dla siebie i dla innych – nauczał Błogosławiony Ksiądz Jerzy (Kazanie z 27.05.1984 r.). Jego krwawa ofiara to wyznanie wiary w świętość Kościoła i najwyższy znak miłości do Chrystusa.

    Błogosławiony księże Jerzy, w twojej męczeńskiej śmierci odbiły się wszystkie bóle i cierpienia współczesnych ci ludzi. Uproś nam u Ukrzyżowanego Chrystusa łaskę wierności do końca Bożemu prawu miłości, a mnie wyjednaj łaskę ____, której tak bardzo pragnę.

    Ojcze nasz… Zdrowaś Maryjo… Chwała Ojcu…

    Błogosławiony Księże Jerzy – módl się za nami.

    DZIEŃ IX. MARYJA – piątek 18 października

    Błogosławiony Ksiądz Jerzy modlił się: Dziękuję Ci, o Matko, za wszystkich, którzy pozostają wierni swemu sumieniu, którzy sami walczą ze słabością i umacniają innych. Dziękuję Ci, Matko, za wszystkich, którzy nie dają się zwyciężyć złu, ale zło zwyciężają dobrem (Różaniec w Bydgoszczy). Życie trzeba przeżyć dobrze, bo jest tylko jedno.

    Błogosławiony Księże Jerzy, uproś nam u Matki Najświętszej, Królowej Męczenników, byśmy mogli zachować godność dzieci Bożych trwając w dobrym i wyjednaj łaskę ____, o którą tak bardzo proszę.

    Ojcze nasz… Zdrowaś Maryjo… Chwała Ojcu…

    Błogosławiony Księże Jerzy – módl się za nami.

    Modlitwa na zakończenie nowenny

    Panie Jezu Chryste, Ty ukazałeś znamiona swej Męki w ciele błogosławionego księdza Jerzego w chwili jego śmierci. Dziękuję Ci za łaskę przeżycia tej nowenny dla dobra mej duszy i za otrzymane łaski. Wspomóż nas, abyśmy wytrwale niosąc krzyż naśladowali Ciebie, a przez to zasłużyli na miano prawdziwych Twoich uczniów. Który żyjesz i królujesz na wieki wieków. Amen.

    ***

    opracowanie – o. Gabriel Bartoszewski OFMCap. – za zgodą Kurii Metropolitalnej Warszawskiej

    ______________________________________________________________________________________________________________

    „Zło dobrem zwyciężaj”.

    Jak ksiądz Jerzy zmienił Polskę

    W dniu beatyfikacji ks. Popiełuszki z placu Piłsudskiego do Świątyni Opatrzności Bożej przeszła procesja z obrazem beatyfikacyjnym męczennika.

    fot. Roman Koszowski/Gość Niedzielny

    ***

    Gdyby nie było w tym ręki Bożej, zapanowałaby żądza odwetu. Tymczasem męczeństwo ks. Popiełuszki przyniosło uzdrowienie. I wciąż przynosi.

    Koniec października 1984 roku. Do jednego z poznańskich księży przyszedł 55-letni lekarz, powiedzmy, Ryszard. Do tej pory niewierzący. Poprosił o spowiedź. Jak się okazało, był uzależniony od alkoholu od 25 lat. „W ostatnich latach byłem tak zniewolony, że piłem nawet spirytus salicylowy, denaturat, eter, wody kolońskie itp. Byłem 6 razy leczony w różnych zakładach zamkniętych, łącznie przeszło rok. Wielokrotnie miałem wszywany esperal, byłem leczony akupunkturą, uczestniczyłem w grupach AA” – opowie później. Nic nie pomagało. Wyniszczenie fizyczne i psychiczne narastało. „Kłopoty w pracy i w rodzinie. Piłem w dalszym ciągu, nawet w czasie leczenia w szpitalu oraz bezpośrednio po licznych implantacjach esperalu. Nie mogąc uwolnić się z tego zaklętego kręgu alkoholowego, usiłowałem popełnić samobójstwo” – relacjonował.

    Wtedy wiadomość o zamordowaniu księdza Popiełuszki obiegła kraj. Ryszard przeżył, jak się wyraził, trudny do określenia wstrząs. „Błagałem go o pomoc. Odzyskałem wiarę. Odbyłem spowiedź i rozpocząłem poznawanie prawd wiary przez czytanie katechizmu, Pisma Świętego, literatury religijnej i rozmowy z zaprzyjaźnionym księdzem, który bardzo mi pomógł i w dalszym ciągu otacza dyskretną opieką”. Modlił się konsekwentnie, przystępował do sakramentów i prostował ścieżki swojego życia. Łatwo nie było, czasem sięgał jeszcze po alkohol. Aż rok później, z dnia na dzień, całkowicie przestał. Alkohol już go nie pociągał, ba – zaczął w nim budzić wstręt. „Dzięki wstawiennictwu księdza Jerzego Popiełuszki uzyskałem łaskę wiary i uzdrowienia” – napisał w swoim świadectwie. Relację tę potwierdził ksiądz w załączonym oświadczeniu, ten właśnie, który Ryszarda wyspowiadał. „Od początku twierdził, że uświadomienie sobie ofiary, jaką z życia swego złożył Panu Bogu śp. ksiądz Jerzy, wpłynęło na niego tak wstrząsająco, iż postanowił zerwać z alkoholizmem, wrócić do Boga i pełnić służbę lekarską z pełną odpowiedzialnością” – napisał duchowny o swoim znajomym.

    Ryszard był jedną z wielu osób, które doznały łaski nawrócenia i uzdrowienia „w odpowiedzi” na męczeństwo ks. Jerzego Popiełuszki. Ile było takich przypadków? Nie sposób zliczyć. O niektórych ci, którzy ich doświadczyli, opowiedzieli, o wielu innych zapewne dowiemy się dopiero w przyszłym życiu.

    Efekt łaski

    Gdyby ksiądz Jerzy Popiełuszko jeszcze żył – a miałby 77 lat – pewnie niewielu dziś kojarzyłoby kapelana Solidarności. Po kolejnych dekadach byłby tylko nazwiskiem w leksykonie. Wszystko zmieniło jego męczeństwo. Kult księdza Jerzego zaczął się, zanim do opinii publicznej dotarła wieść o jego śmierci. Gdy 20 października 1984 roku w wieczornym wydaniu „Dziennika Telewizyjnego” pojawił się oficjalny komunikat o uprowadzeniu kapłana, natychmiast w kościele św. Stanisława Kostki na warszawskim Żoliborzu zebrało się kilka tysięcy ludzi. Mszą o godzinie 22 rozpoczęło się całodobowe modlitewne czuwanie. Trwało wiele dni, podczas których świątynię odwiedziły tłumy wiernych. Odnotowano liczne nawrócenia. Konfesjonały były oblegane. Żeby obsłużyć stojących w kolejkach penitentów, z pomocą miejscowym księżom przyszli spowiednicy z dziesięciu zakonów i zgromadzeń. Wszyscy oni byli świadkami niezwykłych nawróceń. Ludzie wracali do Kościoła nieraz po wielu latach, przyrzekali, że odmienią swoje życie i będą się kierować Ewangelią.

    Wolni od zemsty

    Pogrzeb zamordowanego duchownego, który odbył się w sobotę 3 listopada 1984 roku, był świadectwem potężnego poruszenia w narodzie. Wzięło w nim udział kilkaset tysięcy osób. Ścisk panował nie tylko wokół kościoła św. Stanisława, ale też na wszystkich okolicznych ulicach, włącznie z rozległym placem Komuny Paryskiej (dziś plac Wilsona). Ludzie przybyli mimo przeszkód ze strony SB, która dwoiła się i troiła, żeby nie dopuścić do „wrogich demonstracji”. Niepotrzebnie – uczestnicy uroczystości pogrzebowych nie wyrażali pragnienia zemsty. Nie odnotowano żadnych ekscesów. W powszechnej świadomości mocno utkwiła dewiza księdza Jerzego: „Zło dobrem zwyciężaj” i to przełożyło się także na zachowanie tłumu. Wyglądało to tak, jakby w duszach Polaków zaczęły rozbrzmiewać ostatnie publicznie wygłoszone słowa błogosławionego: „Prośmy Chrystusa Pana (…), byśmy byli wolni od lęku, zastraszenia, ale przede wszystkim od żądzy odwetu i przemocy”.

    I tak już zostało: przesłanie kapelana Solidarności po śmierci zaczęło brzmieć mocniej niż za życia i przynosić obfitsze owoce. Jeśli nieuwikłani w kolaborację Polacy mieli jeszcze jakieś złudzenia co do systemu komunistycznego, to zamordowanie księdza Popiełuszki rozwiało je ostatecznie. Istota tego zakłamanego i zbrodniczego reżimu stała się dla wszystkich oczywista, co ostatecznie doprowadziło do upadku komunizmu. Jeśli odbyło się to bez rozlewu krwi, to z pewnością także dlatego, że wcześniej krew przelał ksiądz Jerzy. Kapłan stał się naśladowcą Chrystusa aż po męczeństwo, przez co uaktualnił starożytną dewizę: „Krew męczenników posiewem chrześcijan”. Rzeczywiście, męczeństwo ks. Popiełuszki przysporzyło Polsce chrześcijan świadomych, oddanych Chrystusowi. Świadectwem roli, jaką zaczął odgrywać po śmierci, jest jego trwający bezustannie żywy kult. Grób księdza Jerzego przy kościele św. Stanisława na warszawskim Żoliborzu odwiedziło około 25 milionów pielgrzymów. Wciąż się tam ktoś modli i każdego dnia odwiedzają to miejsce grupy pątników. Przez wiele miesięcy po pogrzebie kolejka do grobu była tak olbrzymia, że trzeba było w niej stać po kilka godzin. Nie zniechęcało to pielgrzymów – stali niezależnie od pogody i wszelkich niedogodności.

    Tak narodziło się nowe sanktuarium z żywym i wciąż rozwijającym się kultem. Przybywają tam Polacy z każdego zakątka kraju, odnotowano też obecność cudzoziemców ze 134 krajów. Przy grobie modlili się m.in. papież Jan Paweł II i kard. Ratzinger, wielu innych kardynałów i biskupów, prezydent USA George Bush, była brytyjska premier Margaret Thatcher, premier Czech Václav Havel, premier Węgier Viktor Orbán.

    Ksiądz działa

    Przekonanie o świętości męczennika było powszechne od początku. Już dwa dni po pogrzebie prymas Józef Glemp otrzymał pierwszą pisemną prośbę o wszczęcie procesu beatyfikacyjnego. Złożyło ją 178 pracowników Szpitala Ginekologicznego w Warszawie, gdzie ks. Popiełuszko był kapelanem. Za tą prośbą lawinowo poszły następne. Pisali ludzie z całego świata. Rok po śmierci księdza Jerzego w Sekretariacie Stanu Stolicy Apostolskiej było już 13 940 imiennych próśb o beatyfikację ks. Popiełuszki. Nadawcy pochodzili z 17 krajów.

    O wstawiennictwo do bł. ks. Jerzego bezustannie płynie rzeka modlitw. Do utworzonego przy warszawskiej parafii św. Stanisława Kostki Ośrodka Dokumentacji Życia i Kultu Księdza Jerzego Popiełuszki trafiają świadectwa łask doznanych za wstawiennictwem męczennika. Bardzo często są to uzdrowienia. Jest ich ponad 600, z czego kilkadziesiąt zawiera dokumentację z potwierdzającą je opinią lekarzy.

    Ludzie świadczą też o pomocy błogosławionego w zwykłych życiowych sprawach – np. w znalezieniu pracy albo w rozwiązaniu skomplikowanych spraw rodzinnych. Wciąż też dzieje się to, co miało miejsce w dniach przed pogrzebem i po nim – wpływowi księdza Jerzego wiele osób przypisuje swoje nawrócenie, odnalezienie wiary i powrót do Kościoła. W dalszym ciągu, tak jak kiedyś, przy jego grobie ludzie decydują się po latach wyznać grzechy w spowiedzi.

    Ksiądz Jerzy Popiełuszko szybko stał się znany na całym świecie. Patronuje 157 polskim ulicom, placom, skwerom i rondom. Jego imię noszą też ulice w kilku innych krajach – we Francji, Niemczech, w Ukrainie i na Węgrzech – a także plac w Nowym Jorku. Jest patronem 50 szkół polskich i kilku zagranicznych. W Polsce stoi 186 poświęconych mu pomników i pamiątkowych tablic.

    Od dnia beatyfikacji księdza Jerzego po świecie rozeszły się jego relikwie, czczone obecnie w ponad 1800 miejscach.

    Zewnętrzne znaki świadczące o roli, jaką ksiądz Jerzy Popiełuszko odgrywa w Polsce, a częściowo także poza nią, mówią o tym, co najważniejsze – o jego potężnym oddziaływaniu duchowym. Oddziaływanie to pozostanie zapewne tajemnicą wielu dusz, ale jedno jest pewne: ksiądz Jerzy w znaczący sposób wpłynął na życie wielu Polaków. I wciąż wpływa.

    Franciszek Kucharczak/Gość Niedzielny

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Jan Paweł II o Księdzu Popiełuszce: wolność w Prawdzie. Nazwał go też patronem obecności Polski w Europie

    Jan Paweł II o Księdzu Popiełuszce: wolność w Prawdzie. Nazwał go też patronem obecności Polski w Europie

    św. Jan Paweł II i bł. ks. Jerzy Popiełuszko (Fot. pixabay.com/Wikimedia Commons (domena publiczna)

    ***

    Jan Paweł II wraz z rodakami i Kościołem Powszechnym przeżywał dramat porwania i śmierci ks. Jerzego Popiełuszki, który zginął z rąk komunistycznych służb bezpieczeństwa w 1984 r. Kiedy Polska odzyskała wolność w 1989 r., uznał, że świadectwo ks. Jerzego w nowych czasach jest ważniejsze niż za komunistycznej niewoli. To właśnie jego nazwał patronem obecności Polski w Europie. Od 22 października 1984 r. dziennik „L’Osservatore Romano” codziennie informował na pierwszej stronie o rozwoju sytuacji.

    Jan Paweł II i ks. Jerzy Popiełuszko prawdopodobnie nigdy się nie spotkali. Kiedy w 1983 r. Papież był w Polsce, reżim odmówił kapelanowi „Solidarności” niezbędnej przepustki. Ks. Jerzy jak wszyscy kapłani swego pokolenia był pod silnym wpływem polskiego Papieża. Świadczą o tym jego kazania. Jan Paweł II wiedział o posłudze kapelana warszawskich robotników. Znał jego kazania. Przesłał mu pozdrowienia, a także różaniec. To nim 3 listopada 1984 r. spleciono w trumnie dłonie zabitego kapłana.

    Ofiara, która prowadzi do zmartwychwstania 

    Jan Paweł II wraz z innymi Polakami uczestniczył w dramacie porwania ks. Jerzego. Podczas audiencji generalnej i na modlitwie Anioł Pański prosił o modlitwę w jego intencji, apelował do sumień porywaczy. Kiedy nadeszła wiadomość o odnalezieniu ciała ks. Jerzego, Papież bardzo szybko zrozumiał, że męczeństwo to będzie miało decydujące znaczenie dla zmagań Polski o niepodległość. 

    Już następnego dnia 31 października 1984 r. na audiencji ogólnej powiedział: „Chrześcijanin powołany jest w Jezusie Chrystusie do zwycięstwa. Zwycięstwo takie nieodłączne jest od trudu, od cierpienia, tak jak Zmartwychwstanie Chrystusa jest nieodłączne od Krzyża. A zwyciężył już dziś – choćby leżał na ziemi”. Na kolejnej audiencji środowej dodał: „Ta śmierć jest także świadectwem. Ja modlę się za księdza Jerzego Popiełuszkę, jeszcze bardziej się modlę o to, ażeby z tej śmierci wyrosło dobro, tak jak z Krzyża Zmartwychwstanie”

    Świadectwo w czasach wolności

    Pięć lat później Polska jako pierwszy kraj bloku komunistycznego odzyskała wolność. W tych nowych warunkach Jan Paweł II ponownie przypomniał rodakom postawę ks. Jerzego. „Niech przemawia do nas świadectwo tego kapłana, które się nie przedawnia, które jest ważne nie tylko wczoraj, ale także dzisiaj. Może dzisiaj bardziej jeszcze” – mówił Papież na audiencji ogólnej 31 października 1990 r.

    Od tej pory przywoływał świadectwo ks. Jerzego, aby pokazać Polakom, jak mają się odnosić do Europy i zachodzących w niej przemian. 14 lutego 1991 r. na audiencji dla Lecha Wałęsy podkreślił, że „Polska nigdy Europy nie zdradziła! Czuła się odpowiedzialna za europejską wspólnotę narodów. Oczekiwała od niej pomocy, ale też umiała za nią umierać”. W tym kontekście Papież przypomniał niesprawiedliwy pokój według postanowień Konferencji z Jałty. Podkreślił, że naród nigdy się z tym nie pogodził i nie uległ narzuconej mu ideologii i totalitaryzmowi. „Bronił swojej godności i praw z ogromnym trudem i za cenę wielkich ofiar” – mówił Papież, podkreślając, że symbolem tego jest między innymi ks. Jerzy.

    Patron obecności Polski w Europie

    Po raz kolejny Jan Paweł II odwołał się do kapelana „Solidarności” kilka miesięcy później podczas swej podróży do Ojczyzny. Podjął on wtedy otwartą polemikę z tymi, którzy postulowali powrót Polski do Europy. Podkreślił, że Polacy nie muszą powracać do Europy, bo w niej są. „Nie musimy do niej wchodzić, ponieważ ją tworzyliśmy i tworzyliśmy ją z większym trudem, aniżeli ci, którym się przypisuje albo którzy sobie przypisują patent na europejskość, wyłączność. (…) Ja pragnę jako Biskup Rzymu zaprotestować przeciwko takiemu kwalifikowaniu Europy, Europy Zachodniej. To obraża ten wielki świat kultury, kultury chrześcijańskiej, z któregośmy czerpali i któryśmy współtworzyli, współtworzyli także za cenę naszych cierpień. (…) Kulturę europejską tworzyli męczennicy trzech pierwszych stuleci, tworzyli ją także męczennicy na wschód od nas w ostatnich dziesięcioleciach – i u nas w ostatnich dziesięcioleciach. Tak tworzył ją ksiądz Jerzy. On jest patronem naszej obecności w Europie za cenę ofiary z życia, tak jak Chrystus. Tak jak Chrystus, jak Chrystus ma prawo obywatelstwa w świecie, ma prawo obywatelstwa w Europie, dlatego że dał swoje życie za nas wszystkich” (homilia we Włocławku, 7.06.1991).

    Aby sumienie nie porosło pleśnią

    Dlaczego tak wielką wagę przypisywał Jan Paweł II świadectwu ks. Jerzego w nowych czasach, po upadku marksistowskiego totalitaryzmu? Papież poniekąd sam dał na to odpowiedź, przytaczając, podczas cytowanej już audiencji z 1990 r. kilka wypowiedzi kapłana męczennika: „Aby pozostać człowiekiem wolnym duchowo, trzeba żyć w prawdzie. Życie w prawdzie, to dawanie świadectwa na zewnątrz, to przyznanie się do niej i upominanie się o nią w każdej sytuacji. Prawda jest niezmienna. Prawdy nie da się zniszczyć taką czy inną decyzją, taką czy inną ustawą” (31.10.1982 r.). „Postawmy życie w Prawdzie na pierwszym miejscu, jeżeli nie chcemy, by nasze sumienie porosło pleśnią” (27.02.1983 r.).

    Wyjątkowe zainteresowanie watykańskich mediów

    Warto podkreślić wyjątkowe zainteresowanie ówczesnych watykańskich mediów sprawą porwania i śmierci ks. Popiełuszki. Począwszy od 22 października 1984 r. dziennik „L’Osservatore Romano” codziennie informował na pierwszej stronie o rozwoju sytuacji. „Cała Polska niespokojna o Księdza Jerzego Popiełuszko”; „Chwile grozy w Polsce po porwaniu kapłana”; „Cała Polska mobilizuje się w sprawie ks. Popiełuszki” – to tytuły z pierwszych dni po porwaniu. 25 października watykański dziennik informuje, wciąż na tytułowej stronie, o aresztowaniu porywaczy, a następnego dnia cytuje słowa generała Jaruzelskiego, który potępił porwanie. 

    „L’Osservatore Romano” (Fot. „L’Osservatore Romano”, 1.11.1984 rok)„L’Osservatore Romano” (Fot. „L’Osservatore Romano”, 1.11.1984 rok)

    W kolejnych wydaniach „L’Osservatore Romano” przytacza kolejny apel Papieża oraz reakcje ze świata, w tym znamienne słowa arcybiskupa Paryża kard. Jean-Marie Lustigera: „żyjemy w czasach morderców”.

    Krzysztof Bronk/Vatican News/Deon.pl

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Pogrzeb ks. Jerzego Popiełuszki odbył się 3 listopada 1984 roku w kościele pw. św. Stanisława Kostki na warszawskim Żoliborzu. Szacuje się, że uczestniczyło w nim co najmniej 450 tys. osób, a niektóre źródła mówiły nawet o milionie uczestników. Uroczystości stały się wielką manifestacją antykomunistyczną.

    Pogrzeb ks. Jerzego Popiełuszki odbył się 3 listopada 1984 roku w kościele pw. św. Stanisława Kostki na warszawskim Żoliborzu. Szacuje się, że uczestniczyło w nim co najmniej 450 tys. osób, a niektóre źródła mówiły nawet o milionie uczestników. Uroczystości stały się wielką manifestacją antykomunistyczną.

    fot. Witold Jarosław Szulecki/East News

    ***

    Śmierć w roku orwellowskim 1984

    W 40. rocznicę męczeńskiej śmierci bł. ks. Jerzego Popiełuszki, kiedy zatarł się polityczny i społeczny kontekst tamtych wydarzeń, bardziej widoczny staje się ich wymiar metafizyczny – starcie ewangelicznego Dobra ze Złem. Gdyby George Orwell wiedział o dramacie, który rozegrał się w nocy 19 października 1984 r., mógłby dopisać nowy rozdział do swej antyutopii „Rok 1984”.

    Na Orwellowskie paralele wydarzeń tamtej strasznej nocy, kiedy między 21.30 a północą dokonywało się męczeństwo ks. Jerzego, zwrócił uwagę Andrzej Duda w liście do uczestników obchodów 35. rocznicy męczeństwa ks. Popiełuszki w Suchowoli. „Błogosławiony ksiądz Jerzy zginął w roku 1984” – napisał prezydent Rzeczypospolitej. „Być może jest w tym pewien znak Opatrzności, bo przecież »Rok 1984« to tytuł głośnej powieści George’a Orwella. Książki, w której przedstawiono straszliwą wizję państwa totalitarnego. Szczególnie poraża pojawiające się tam – w nawiązaniu do terroru sowieckiego – pojęcie nieosoby. A więc kogoś, kto naraził się bezwzględnemu, owładniętemu rządzą władzy środowisku politycznemu, i kogo to środowisko zaczyna traktować nie jak człowieka, ale jak przedmiot. Nie sposób o tym zapomnieć, kiedy poznaje się historię prześladowań i męczeństwa księdza Jerzego”.

    Świat przedstawiony i realny

    Realia 1984 r. w istotny sposób odbiegały od wizji przedstawionej w książce Orwella, ale wiele zasadniczych elementów wykreowanego świata determinowało tamtą rzeczywistość. Świat był podzielony na dwa bloki militarne, a w systemie komunistycznym przynależność do partii określała pozycję społeczną i materialną oraz możliwości awansu. Bunt proli, jak Orwell nazywa proletariat, społeczności ludzi pozbawionych praw politycznych oraz zdeklasowanych materialnie – a tak można określić rewolucję Solidarności – skończył się klęską. Społeczeństwo sterroryzowane brutalnymi represjami pogrążyło się w duchowym marazmie. Polska w latach 80. XX wieku straciła co najmniej milion najbardziej aktywnych i przedsiębiorczych obywateli, którzy udali się na emigrację. Wzrosło znaczenie Służby Bezpieczeństwa, najważniejszej instytucji, kontrolującej wszystkie segmenty życia publicznego. Wprowadzenie stanu wojennego było dla bezpieki czasem wielkiego werbunku, a jej sieć agenturalna została rozbudowana. Orwellowski Wielki Brat wiedział wszystko, m.in. dzięki sprawnie prowadzonej przez kilkanaście tysięcy funkcjonariuszy SB pracy operacyjnej. Posiłkowali się oni kilkudziesięcioma tysiącami tajnych współpracowników, ulokowanych we wszystkich sektorach życia politycznego, gospodarczego, kulturalnego i we wszystkich Kościołach chrześcijańskich. Partia komunistyczna miała monopol na przekaz informacji. Wszystkie media znajdowały się pod jej kontrolą, a działalność urzędów cenzorskich skutecznie broniła przekazu jednego nadawcy – komunistycznej władzy. Ukazywały się wprawdzie wydawnictwa bezdebitowe, ale miały niewielki zasięg, a ich redakcje w części były kontrolowane przez organy bezpieczeństwa. Jeśli jednak rzeczywistość 1984 r. w sposób istotny różniła się od wizji nakreślonej przez Orwella, to dlatego, że w świecie wykreowanym przez pisarza nie było miejsca na Kościół oraz wiarę, które stanowiły istotny komponent świata rzeczywistego. To była przestrzeń wolności, której władza nigdy nie zdołała opanować. Pontyfikat Jana Pawła II oraz jego pierwsza pielgrzymka do ojczyzny w 1979 r. wzmocniły ludzi wierzących, co miało istotne znaczenie w trakcie strajków w sierpniu 1980 r. Portrety papieża oraz Matki Boskiej Częstochowskiej zawisły na bramach strajkujących zakładów, pokazując, gdzie kończy się władza partii.

    W takich warunkach zaczęła się społeczna posługa ks. Jerzego Popiełuszki. Po raz pierwszy w sierpniu 1980 r. doświadczył on siły robotniczego buntu, odprawiając Mszę św. dla strajkującej załogi Huty Warszawa. W takich realiach nieznany wcześniej, skromny wikary z warszawskiego Żoliborza zaczynał misję, która doprowadzi go do męczeńskiej śmierci, a jednocześnie unieśmiertelni. Tego nie ma w książce Orwella. Winston Smith, jej główny bohater, jest samotny i bezradny wobec władzy. Nie ma struktury, na której mógłby się oprzeć.

    Seanse nienawiści

    Istotą opisywanego przez Orwella świata była całkowita kontrola władzy nad językiem. To rządząca partia nadaje znaczenia słowom. Smith widzi budynek Ministerstwa Prawdy, gdzie pracuje, ozdobiony transparentem z napisem: „Wojna to pokój. Wolność to niewola. Ignorancja to siła”. W latach 80. ub. wieku kontrola nad językiem była także jednym z elementów zapewniających trwanie systemowi. Władza w PRL także stworzyła sztuczny język. Jego istotą było wyeliminowanie słów niepotrzebnych lub źle się kojarzących, czy niewłaściwych z punktu widzenia ideologicznych interesów rządzącej partii. Tak wypreparowany język przestał być narzędziem komunikacji, a służył jedynie do przekazywania treści pożądanych przez rządzących. Działania mające zmienić ten stan były w świecie wykreowanym przez Orwella kwalifikowane jako myślozbrodnia.

    Posługa ks. Jerzego przywracała wartość słowom. Dlatego władza tak zdecydowanie reagowała na jego kazania, wygłaszane w czasie Mszy św. za Ojczyznę, odprawianych w kościele św. Stanisława Kostki w Warszawie. Gromadziły się na nich tłumy. Te Eucharystie tworzyły przestrzeń wolności, której wysłannicy reżimu nie mogli kontrolować. Była to jedna z największych myślozbrodni, jakiej mógł się dopuścić obywatel komunistycznego państwa.

    Msze św. za Ojczyznę były przez Jerzego Urbana, rzecznika rządu, nazywane „seansami nienawiści” wymierzonymi we władze stanu wojennego. Urban nawiązywał do opisanej przez Orwella praktyki organizowania przez partię Dwóch Minut Nienawiści, mających wzbudzać negatywne emocje na potrzeby propagandy. Prawdziwymi seansami nienawiści z ks. Popiełuszką w roli głównej były cykliczne konferencje rzecznika rządu oraz cała rządowa propaganda, przez wiele miesięcy atakująca i szkalująca niepokornego kapłana.

    Rodzice ks. Jerzego Marianna i Władysław Popiełuszkowie nad grobem syna w dniu pogrzebu.

    Rodzice ks. Jerzego Marianna i Władysław Popiełuszkowie nad grobem syna w dniu pogrzebu.

    reprodukcja – Henryk Przondziono/Gość Niedzielny

    ***

    Piętrowa prowokacja

    Ważnym instrumentem sprawowania władzy w powieści Orwella jest prowokacja. To wręcz systemowy element inżynierii społecznej, umożliwiający skuteczną kontrolę nad masami. Także w tym aspekcie wydarzenia, jakie rozegrały się w nocy 19 października 1984 roku między Bydgoszczą, Toruniem i Włocławkiem, wpisują się w Orwellowską wizję świata. Wielopoziomowa prowokacja stała za uprowadzeniem i zamordowaniem ks. Popiełuszki. Jej pierwotnym elementem było podrzucenie w czasie rewizji 12 grudnia 1983 roku ulotek, broni i materiałów wybuchowych do mieszkania księdza przy ul. Chłodnej 15 w Warszawie. W akcję zaangażowani byli także funkcjonariusze bezpieki, którzy później uprowadzili i zabili kapelana Solidarności. Stało się to pretekstem do jego zatrzymania oraz oskarżenia o to, że „przy wykonywaniu obrzędów religijnych (…), w wygłaszanych kazaniach nadużywał wolności sumienia i wyznania w ten sposób, że permanentnie oprócz treści religijnych zawierał w nich zniesławiające władze państwowe treści polityczne, a w szczególności pomawiał, że te władze posługują się fałszem, obłudą i kłamstwem, przez antydemokratyczne ustawodawstwo niszczą godność człowieka, a także pozbawiają społeczeństwo swobody myśli oraz działania, czym nadużywając funkcji kapłana, czynił z kościołów miejsce szkodliwej dla interesów PRL propagandy antypaństwowej”. Ten prokuratorski wywód mógłby znaleźć się w rozdziale książki Orwella opisującym przypadki myślozbrodni.

    Tymczasem w swych kazaniach ks. Jerzy mówił o rzeczach oczywistych – o konieczności prawdy, uczciwości i miłości bliźnich w życiu społecznym. Upominał się o prawa człowieka, bronił represjonowanych. Często odnosił się do wydarzeń z przeszłości, wyprowadzając z nich wnioski dla obecnej sytuacji. Czytając je po latach, nie znajduje się w nich żadnych treści obrazoburczych ani w sposób oczywisty politycznych. Było w tym czasie sporo księży w Polsce znacznie mocniej i dosadniej oceniających rzeczywistość stanu wojennego aniżeli Popiełuszko. Jego popularność, charyzmat oraz umiejętność gromadzenia wokół siebie wielkich rzesz ludzi stanowiły problem dla władzy, ale z pewnością nie wymagały podjęcia działań tak radykalnych jak uprowadzenie i zabicie. Według ciągle niepełnej wiedzy, jaką mamy w tej sprawie, można stwierdzić, że zabicie księdza było elementem szerszego planu.

    Przekonani o tym byli także jego mordercy. Porucznik Leszek Pękala w trakcie przesłuchania mówił: „Porwanie księdza miało służyć – o tym byłem przekonany – dla rozegrania pewnych ważnych, politycznych interesów państwowych”. To, co zamierzali zrobić, było „potrzebne i słuszne w interesie państwa, biorąc pod uwagę zarówno jego sprawy wewnętrzne, jak i może międzynarodowe”. Porucznik Waldemar Chmielewski, drugi z porywaczy i zabójców, przekonywał podczas pierwszego przesłuchania, że byli oni przekonani o akceptacji przez kierownictwo resortu ich planów. W czasie kolejnego przesłuchania (6 listopada1984 r.) stwierdził, iż Piotrowski ich przekonywał, że plany akceptuje nie tylko ich bezpośredni zwierzchnik płk Adam Pietruszka, ale także wiceminister spraw wewnętrznych gen. Władysław Ciastoń. Gdy tuż przed północą 19 października 1984 roku cała trójka zastanawiała się, co zrobić z ciężko pobitym i skrępowanym w bagażniku samochodu księdzem, Piotrowski rozstrzygnął wątpliwości stwierdzeniem, że „zleceniodawcom zależy na tym, aby Popiełuszko zniknął raz na zawsze”.

    Mecenas Jan Olszewski, oskarżyciel posiłkowy na procesie toruńskim, odpowiadając na pytanie, dlaczego ofiarą został ks. Popiełuszko, powiedział, że został on wytypowany nie dlatego, że był znienawidzony w resorcie i osobiście dokuczał oskarżonym. „Został wytypowany na zimno, bo jego nazwisko było głośne, cieszył się mirem i społecznym uznaniem. Bo uprowadzenie i śmierć kapłana katolickiego jest w takim kraju jak Polska wielkim wstrząsem dla całego społeczeństwa. Z punktu widzenia założeń prowokacji ofiara została wybrana bezbłędnie”. W tym scenariuszu bestialski mord na ks. Popiełuszce miał spowodować masowe protesty, które miały doprowadzić do przetasowań na najwyższych szczeblach władzy. Był to prawdziwie Orwellowski scenariusz inżynierii społecznej, wykorzystującej emocje do prowadzenia zaplanowanej z zimną krwią gry politycznej.

    Przemoc przegrywa

    „Rok 1984” to powieść o przemocy i nienawiści – ten motyw dominuje też w działaniach morderców z SB. Główny imperatyw, jakim kierują się kpt. Piotrowski oraz jego wspólnicy, to sugestywnie przedstawiona w książce Orwella nietzscheańska „wola mocy”. Reprezentujący ją „nadludzie” uzurpują sobie prawo do łamania prawa w imię własnej hierarchii wartości. Taką kreację Piotrowski zaprezentował podczas procesu toruńskiego, przekonując, że jego osąd moralny pozwalał mu porwać, a później zamordować księdza. I jeszcze jeden ważny wątek orwellowski widoczny jest w działaniach morderców. Przemoc w książce to but miażdżący ludzką twarz, gdyż „nic nie jest tak straszne jak ból fizyczny”. Piotrowski tłucze bezlitośnie ks. Jerzego nie tylko po to, aby go uciszyć – zadając mu fizyczny ból, chce zdewastować jego duszę.

    W polskiej rzeczywistości 1984 roku zwycięża ks. Jerzy Popiełuszko. Jego pogrzeb staje się największą od czasu ogłoszenia stanu wojennego demonstracją oporu wobec władzy komunistycznej, a jednocześnie odbywa się w atmosferze powagi i wielkiego narodowego skupienia. Śmierć ks. Jerzego została powszechnie odczytana jako świadectwo dane przez wiernego ucznia Chrystusa. Stała się impulsem do nawrócenia dla wielu ludzi i zaczynem odrodzenia ruchu Solidarności. Heroizm ks. Jerzego zdecydował o tym, że wydarzenia w Polsce potoczyły się inaczej aniżeli w powieści Orwella. Wielki Brat przegrał i rozpoczął się rozpad totalitarnego systemu.

    Andrzej Grajweski/Gość Niedzielny

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Dwie godziny wolności

    Sprawowane przez ks. Jerzego Popiełuszkę Msze za Ojczyznę stały się głównym powodem spotykających go prześladowań, a w końcu męczeńskiej śmierci, ale też źródłem nadziei i otuchy dla milionów Polaków.

    Od kwietnia 1982 roku Msze za Ojczyznę były odprawiane w ostatnią niedzielę miesiąca o godz. 19.00. Od końca lutego 1982 r. do 26 sierpnia 1984 r. w kościele pw. św. Stanisława Kostki w Warszawie odbyło się 26 Eucharystii w intencji Ojczyzny.

    Msza Święta za Ojczyznę w kościele św. Stanisława Kostki na warszawskim Żoliborzu

    fot. Grzegorz Rogiński, reporter/EAST NEWS

    ***

    Był maj 1980 roku, gdy do kościoła św. Stanisława Kostki na warszawskim Żoliborzu trafił w charakterze rezydenta ks. Jerzy Popiełuszko. „Przyszedł do parafii prosty, nieśmiały, jakby zalękniony. Pytałem się w duchu, co za pociechę mieć z niego będę. Do kazań się nie rwał, śpiewu unikał” – wspominał ks. proboszcz Teofil Bogucki.

    Kto by pomyślał, że za niespełna dwa lata kazania tego człowieka – i nie tylko one – zaczną poruszać cały naród, a ich echo będzie brzmiało przez dziesięciolecia.

    Łyk powietrza

    Stan wojenny zszokował Polaków. Ludzie długo nie mogli się otrząsnąć. Zadbała o to władza ludowa, brutalnie pacyfikując kolejne ośrodki oporu i trzymając ludzi w atmosferze terroru. W tej ponurej atmosferze 17 stycznia 1982 r. ks. Jerzy Popiełuszko odprawił Mszę Świętą w intencji ofiar stanu wojennego. Prosili o to warszawscy hutnicy, których był duszpasterzem. „Ponieważ odebrano nam wolność słowa, dlatego wsłuchując się w głos sumienia i serca, pomyślmy o tych, którym odebrano wolność osobistą i zamknięto w obozach i więzieniach” – niosło się po kościele św. Stanisława Kostki. Dla uczestników to było jak łyk świeżego powietrza: ktoś wreszcie publicznie powiedział prawdę.

    To nie było jeszcze to, co niebawem miało przejść do historii pod nazwą Mszy za Ojczyznę. Tę przyszły męczennik odprawił po raz pierwszy przeszło miesiąc później. „Kościół zawsze staje po stronie prawdy. Kościół zawsze staje po stronie ludzi pokrzywdzonych. Dzisiaj Kościół staje po stronie tych, którym odebrano wolność, którym łamie się sumienie” – mówił ks. Jerzy Popiełuszko podczas Mszy św. odprawionej 28 lutego 1982 roku. Jej formalna intencja brzmiała: „za pozbawionych wolności, aresztowanych, internowanych, zwalnianych z pracy i ich rodziny oraz tych wszystkich, którzy są na służbie kłamstwa i niesprawiedliwości”. Ta intencja przyświecała także kolejnym Mszom za Ojczyznę – bo taką nazwą zaczęto je określać. Od kwietnia 1982 r. były one odprawiane w ostatnią niedzielę każdego miesiąca o godzinie 19.00.

    Zdumiewający zasięg

    Ściślej mówiąc, Msze za Ojczyznę celebrował już wcześniej, przed stanem wojennym, proboszcz parafii na Żoliborzu ks. Teofil Bogucki, nawiązując w ten sposób do przedwojennej tradycji. Ks. Jerzy Popiełuszko jako rezydujący w parafii duszpasterz Huty Warszawa przejął ten zwyczaj na jego prośbę. Od końca lutego 1982 r. do 26 sierpnia 1984 r. odbyło się w kościele pw. św. Stanisława Kostki w tej intencji 26 Mszy. Każda kolejna Msza za Ojczyznę gromadziła coraz więcej uczestników, zasadniczo warszawiaków, ale stopniowo przybywali także ludzie z całej Polski, niezależnie od wyznania, a trafiali się nawet ateiści. Te „dwie godziny wolności”, jak mówiono o tych Mszach, przyciągały licznych działaczy niepodległościowych, takich jak: Andrzej Gwiazda, Zbigniew Romaszewski, Anna Walentynowicz, Jacek Kuroń czy Adam Michnik.

    W 1984 r. w Mszach za Ojczyznę brało udział każdorazowo kilkanaście tysięcy osób, a bywało, że i ponad 20 tysięcy. Podczas Eucharystii modlono się o wolną Polskę, za prześladowanych, za więźniów politycznych. Homilie wygłaszane przez ks. Popiełuszkę nagrywano na kasety, kopiowano, przepisywano i powielano w wielkiej liczbie egzemplarzy – wszystko oczywiście w tzw. drugim obiegu. Cytaty z nich pojawiały się w Radiu Wolna Europa, a także w nagraniach pozyskanych przez media zachodnie. W 1984 r. autoryzowany zbiór kazań został przekazany także Janowi Pawłowi II. Fragmenty homilii ks. Popiełuszki, wygłaszanych na Mszach za Ojczyznę, docierały konspiracyjnie także do internowanych. „Opowiadania o mszach za Ojczyznę przenikały przez mury Mokotowa. Przekazywane między celami przez okno i przestukiwane przez ściany, dodawały nam otuchy, podnosiły na duchu i dawały świadomość, że poza murami dziesiątki tysięcy ludzi łączy się z tymi, którzy nie wyrzekli się cnoty męstwa i są gotowi dać świadectwo prawdzie i realizować Solidarność i nakazy miłości bliźniego” – wspominał Andrzej Gwiazda w księdze pamiątkowej ks. Jerzego Popiełuszki.

    Pierwszą Mszę Świętą za Ojczyznę ks. Popiełuszko odprawił 28 lutego 1982 roku.

    Pierwszą Mszę Świętą za Ojczyznę ks. Popiełuszko odprawił 28 lutego 1982 roku.
    fot. Maciej Macierzyński, reporter/EAST NEWS

    ***

    Prorocze słowa

    Przyszły męczennik bardzo solidnie przygotowywał swoje kazania, szczególnie od chwili, gdy uświadomił sobie, jak ważne są one dla słuchaczy i jak wielki jest ich zasięg. Jego kaznodziejstwo obracało się wokół zaczerpniętego od św. Pawła wezwania „zło dobrem zwyciężaj”. Mówił prosto, ale celnie. Kazania, w których często odwoływał się do nauczania Jana Pawła II oraz Stefana Wyszyńskiego, zawsze dotyczyły podstawowych wartości, zakorzenionych w chrześcijaństwie: prawdy, wolności, solidarności, sprawiedliwości i miłości do ojczyzny. Błogosławiony uczył, że początkiem zniewolenia człowieka i społeczeństwa jest zawsze akceptacja grzechu. Wskazywał, że wolność musi mieć związek z prawdą, sięgając często do konkretów z najbliższego czasu. „Nie można przyjąć za prawdę pięknych słów i deklaracji o prawdziwej ugodzie, gdy idą one równolegle z coraz dalszym odbieraniem praw obywatelskich. A ostatnie przepisy prawa zatwierdzone przez Sejm są niewątpliwie ustawami nie dla dobra interesu społeczeństwa” – mówił 28 sierpnia 1983 roku. Proroczo zabrzmiały słowa: „Prawdą jest, że człowiek to koronne stworzenie Boga i nie może być podporządkowany innym celom, niezgodnym z jego ostatecznym przeznaczeniem do życia wiecznego z Bogiem. Prawdą jest (…), że okres zrywu sierpniowego przemienia dusze ludzkie. Naród już wie, czego chce, i nie uda się tej wewnętrznej przemiany cofnąć. Prawdą jest, że solidarność narodu naszego wyrosła na łzach, krzywdzie i krwi robotniczej, i że powstała w trosce o dom ojczysty”. Na koniec tego samego kazania ks. Jerzy powiedział: „Pamiętajmy, że mocny jest lud, gdy w swoim życiu i swojej ojczyźnie buduje na prawdzie, miłości, sprawiedliwości i solidarności serc i umysłów, w modlitewnym zjednoczeniu ze źródłem tych wartości, Ojcem ludów i narodów – Bogiem Przedwiecznym”.

    Znak zwycięstwa

    Do tematu z kazania nawiązywała modlitwa wiernych. Zazwyczaj pojawiały się tam wezwania o prawdę, wolność i sprawiedliwość. Modlono się na przykład: „za Ojca Świętego zatroskanego o los naszej Ojczyzny”; „za tych, którzy oddali krew Ojczyźnie w walce z zaborcą w czasie powstania styczniowego”; „za nas samych, abyśmy nigdy nie utracili wiary w ideały, o które walczyliśmy w szeregach Solidarności”. Często wspominano więzionych działaczy Solidarności, szykanowanych i poniżanych. „Tu ludzie wylewają swój żal, swój ból w modlitwie, w spontanicznym śpiewie i w milczeniu, które również jest jakąś wielką modlitwą” – mówił ks. Popiełuszko w jednym z wywiadów.

    Każda ze sprawowanych przez ks. Popiełuszkę Mszy św. za Ojczyznę była poświęcona określonemu tematowi, obecnemu nie tylko w treści kazania, ale też w dekoracji kościoła. Na przykład w czerwcu 1982 r. przy ołtarzu pojawił się przewiązany żałobną wstęgą biało-czerwony kontur Polski z zaznaczonymi miejscami internowania działaczy Solidarności. Ważna też była oprawa muzyczna i artystyczna. Znani artyści, w tym aktorzy, czytali lekcje przed Ewangelią, śpiewali psalmy, a po Komunii recytowali utwory i wykonywali pieśni o treści patriotyczno-religijnej. Głęboko przejmowały zebranych teksty wieszczów polskich, czytane przez Andrzeja Szczepkowskiego czy Zbigniewa Zapasiewicza. W zbiorowej pamięci pozostała intonowana przez Leona Łochowskiego pieśń „Ojczyzno ma, tyle razy we krwi skąpana”. Na zakończenie Mszy śpiewano pieśń „Boże, coś Polskę”. Najgłośniej wybrzmiewały ostatnie słowa: „Ojczyznę wolną racz nam wrócić, Panie”. Podczas śpiewu tej pieśni uczestnicy zazwyczaj podnosili dłonie z palcami ułożonymi w kształt litery „V”. Wiele osób jednak zamiast tego wznosiło w górę krzyż – tak jak prosił ksiądz Jerzy. Błogosławiony był przekonany, że to dużo lepiej wyraża istotę rzeczy. Tłumaczył, że prawdziwe zwycięstwo należy do Chrystusa, bo przez krzyż idzie się do zmartwychwstania.

    „Seanse nienawiści”

    Tłumy wiernych nie mieściły się w kościele, ludzie zajmowali cały plac kościelny i sąsiednie uliczki. Wraz ze zwiększającą się liczbą uczestników przybywało też transparentów komisji zakładowych zdelegalizowanej Solidarności.

    Dla komunistów spotkania w kościele św. Stanisława Kostki stanowiły naruszenie zakazu publicznych zgromadzeń. Według akt bezpieki gromadzenie przez ks. Popiełuszkę ludzi na Mszach za Ojczyznę było „nadużywaniem wolności sumienia i wyznania w celu szkodzenia interesom politycznym PRL”. W ramach propagandowego „odporu” rzecznik rządu Jerzy Urban pod pseudonimem Jan Rem pisał o Mszach za Ojczyznę jako o „seansach nienawiści”. Nazywał je „sesjami politycznej wścieklizny”, a nawet „czarnymi mszami”. Zgromadzenie wiernych było otoczone przez milicję i ZOMO, a wśród modlących się stali tajniacy. Ks. Popiełuszko, świadom obecności prowokatorów, po niemal każdej Mszy apelował do zebranych o spokojne rozejście się do domów. Dbała o to też Kościelna Służba Porządkowa, którą powołali działacze Solidarności. Jej członkowie czuwali także nad bezpieczeństwem ks. Jerzego, wokół którego bezpieka zacieśniała krąg inwigilacji. Z czasem, w obliczu coraz brutalniejszych prowokacji, dyżurni czuwali przy mieszkaniu księdza przez całą dobę.

    28 listopada 1982 r. kazanie podczas Mszy za Ojczyznę wygłosił wyjątkowo ks. Teofil Bogucki. Ks. Popiełuszko celebrował Mszę, ale nie wypowiadał się w jej trakcie. Stało się to na życzenie bp. Zbigniewa Kraszewskiego, który ostrzegł, że ks. Popiełuszko może zostać aresztowany po Mszy św. Ks. Jerzy w duchu posłuszeństwa uszanował tę decyzję, choć uważał ją za błędną.

    To dawało siłę

    Władze PRL robiły wszystko, żeby przedstawić Msze za Ojczyznę jako wynik politycznego zaangażowania ks. Popiełuszki, motywowanego chęcią szkodzenia państwu. W grudniu 1983 r. oficjalnie przedstawiono mu zarzut uprawiania propagandy antypaństwowej. Komuniści wielokrotnie interweniowali w sprawie Mszy odprawianych przez ks. Popiełuszkę w warszawskiej kurii, a potem także w sekretariacie Prymasa Polski. Duchowny został obstawiony donosicielami, a służby wzmogły akcję dezinformacyjną na jego temat wobec prymasa Józefa Glempa. Grożono mu śmiercią i na różne sposoby szykanowano. Mimo represji ks. Jerzy Popiełuszko odprawiał Msze za Ojczyznę. „Nie uprawiam polityki z ambony. Mnie chodzi o sprawę moralności, a nie o politykę” – powiedział kiedyś prof. Stanisławowi Olejnikowi z warszawskiej ATK. Tak też widzieli to uczestnicy Mszy za Ojczyznę, odprawianych przez ks. Popiełuszkę. Podkreślają oni, że były one dotknięciem rzeczywistości, której każdy uczciwy Polak pragnął, o którą się modlił, ale która wtedy była nieosiągalna. „One emocjonalnie dawały pewną siłę, człowiek mniej się bał. Trzeba jasno powiedzieć, że Polacy jako naród bali się” – mówił radiowej Jedynce ks. Jan Sochoń, biograf księdza Jerzego. W jego przekonaniu ks. Popiełuszko, szczególnie podczas stanu wojennego, „mówił w imieniu Polaków”. W podobnym duchu wypowiedział się ks. Jan Sikorski, który po śmierci ks. Jerzego kontynuował na Żoliborzu Msze w intencji Polski. Wspominał: „Oddychało się zupełnie innym powietrzem, inni ludzie, inny kontakt i głęboko religijne przeżycie. Od tej pory wiedziałem, że nikt nie jest w stanie mi opowiadać, że to są jakieś polityczne spektakle czy manifestacje”.

    Dobry owoc

    Ostatnią homilię podczas Mszy za Ojczyznę ks. Popiełuszko wygłosił 26 sierpnia 1984 r., w uroczystość Matki Bożej Częstochowskiej. „Zawsze Maryja dla narodu była Matką podtrzymującą swe dzieci w wierze i nadziei, że odmieni się los udręczonej Ojczyzny” – mówił. Choć księdzu Jerzemu nie było dane tego oglądać z perspektywy doczesności, ta nadzieja się spełniła. Przyczyniło się do tego jego życie, przypieczętowane męczeńską śmiercią. Odprawiane przez błogosławionego Msze za Ojczyznę okazały się najbardziej wyrazistym elementem jego posługi i zapadły w trwałą pamięć narodu.

    Franciszek Kucharczak/Gość Niedzielny

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Ksiądz Popiełuszko. Ta historia jest wieczna

    Ostatnie zdjęcie ks. Jerzego/ Ośrodek Dokumentacji Życia i Kultu ks. Jerzego Popiełuszki

    ***

    Nie pasował do roli bohatera. W latach 70. jeździł sportowym chevroletem, palił czasem papierosy, nosił dżinsy, lubił podróże. Nie miał raczej w planach „zbawiania świata”. Takich ludzi – jak wskazuje biblijna nauka – Pan Bóg lubi wybierać najbardziej.

    Kult niepozornego ale nadzwyczajnie silnego duchowo księdza dopiero zaczyna się rozwijać i z każdym rokiem zyskuje na zasięgu. Już nie Polska, a Korea Południowa, Wietnam, Filipiny i kilkadziesiąt innych krajów znajduje w jego prostej historii znak Ewangelii.

    Przyjaciel

    Ksiądz Jerzy szybko przechodził na Ty. Trudno policzyć wszystkich, którzy mówili mu po imieniu. Nie stwarzał żadnego dystansu. Jerzy zawsze źle wychodził na pomnikach bo ani trochę nie był taki pomnikowy – mówi jeden z jego przyjaciół. Może dlatego, że z natury był skromny, niepozorny i stronił od tłumów, choć zdecydowanie nie stronił od ludzi. Nie raz się zdarzało, że nawet kiedy był już znanym duszpasterzem Solidarności i kiedy pojawił się na zaproszenie w jakimś kościele, nie było końca owacjom ale i nie było końca zastanawianiu się, który to tak naprawdę jest ten Popiełuszko spośród stojącej często rzędem grupy kapłanów i dostojników. Być może z tego powodu ksiądz Jerzy uchodził czasem nawet oczom agentów bezpieki jak choćby 2 grudnia 1983 r., o czym sam pisał w dzienniku: „zobaczyłem w kościele dziwnie zachowujących się panów. Później okazało się, że to panowie z SB i prokuratury. Dziwnym trafem przeszedłem obok nich, choć były już obstawione wszystkie furtki.”

    Zadziwiony był także Andrzej Gwiazda, legendarny przywódca Solidarności, który po wyjściu z więzienia w którym słuchał kazań księdza Jerzego postanowił poznać go osobiście. Spodziewając się proroka z siwą brodą, jak sam to wspomina, zastał na plebanii kościoła w Warszawie na Żoliborzu uśmiechniętego chłopaka w dżinsach i w koszuli z podwiniętymi rękawami, z którym później przegadał całą noc. Skracanie dystansu to w życiu księdza Jerzego przede wszystkim troska o ludzi, płynąca nieustannie rzeka pomocy. Paczki, pomoc w znalezieniu pracy, wsparcie finansowe a nade wszystko obecność w podbramkowych i dramatycznych sytuacjach. To, co naprawdę ważne, prawdziwe, silne, jest często niepozorne i przystępne, może z tego powodu nie tak łatwo to czasem rozpoznać. Zadziwiające jest to, jak wiele osób urodzonych po upadku komunizmu mówi o księdzu Jerzym per „Jurek” lub „Jerzy”. Sam znam takich bardzo wielu. On wciąż skraca dystans. Po 1984 roku przesłano do parafii w której pracował ponad 570 świadectw łaski i cudów, w tym ponad 20 posiada dokumentację medyczną. Wciąż się angażuje, bo on po prostu niezmiernie to lubi…

    Egzorcyzmuje serca

    Droga serca. Adam Nowosad, jeden z przyjaciół księdza Jerzego i zarazem świadek w jego procesie beatyfikacyjnym powiedział, że ksiądz, mimo iż środowisko solidarnościowe uważało go za jednego z najważniejszych przywódców duchowych i mentora, zniechęcał ich do protestów, demonstracji, siłowych rozwiązań. Chodźcie do kościoła – mówił kapłan – dbajcie o przemianę serca, a system sam upadnie. Kiedy zginął maturzysta – Grzegorz Przemyk, zakatowany przez komunistyczną milicję, ksiądz Jerzy prowadził wielotysięczny kondukt pogrzebowy, w którym trumnę licealisty nieśli na ramionach jego koledzy. Ksiądz Jerzy zakupił wcześniej tysiące białych kwiatów i mówił, że jeśli by ponosiła ich nienawiść, niech unoszą kwiaty w górę i milczą… Jak mówią świadkowie, pochód nie spłoszył nawet ptaków siedzących na okolicznych drzewach, mimo tysięcy gorących głów, w których wcześniej płonęła zemsta, panowała przeraźliwa cisza…

    Mecenas Maciej Bednarkiewicz wspierający księdza w dramatycznych sytuacjach mówił, że słowa głoszone przez niego, które przyciągały kilkudziesięciotysięczne rzesze ludzi na Msze za Ojczyznę nie miały w sobie ani grama nienawiści. Pokój, cierpliwość, droga przemiany serc i wyraźne mówienie prawdy były dla komunistycznego systemu zniewolenia nie do zniesienia. Mecenas zauważa, że komuniści sterowali nienawiścią, często sami ją wywoływali. Pokój i pojednanie paraliżowały agresorów. Nieprzejednana siła rozlewającego się pokoju w sercach uczestników Mszy, miała zaś potęgę egzorcyzmów. Ludzie odchodzili stamtąd wolni wewnętrznie i gotowi do przemiany świata na dobre bez użycia kamieni i przekleństw. Niedawno jako przewodnik oprowadzałem po muzeum księdza Jerzego grupę palestyńskich chrześcijan. Nasza podróż zaczynała się zwyczajnie, a nawet chłodno. Kończyła się łzami i wzruszeniem. Błogosławiony ksiądz Popiełuszko jest patronem prześladowanych chrześcijan, zabieramy go ze sobą do Palestyny – powiedzieli na koniec. Mimo iż zabrakło głosu księdza Jerzego to do niego, do jego grobu, wciąż tłumnie przybywają ludzie. Od 1984 roku były ich blisko 23 miliony. Serca do końca świata będą potrzebowały egzorcyzmów… i on wciąż w tych łaskach pośredniczy. Tak nam dziś tych egzorcyzmów potrzeba.

    ***

    fot. Paweł Kęska

    ***

    Przeprowadza przez lęk jak przez ciemną noc

    Lęk jest współcześnie jedną z najdotkliwszych chorób świata. Za lękiem idzie przemoc fizyczna i psychiczna, ale i uzależnienia, upadki, rezygnacja z ideałów i z życiowych misji. Ksiądz Jerzy był normalny, odczuwał strach i lęk jak każdy z nas. Mimo to nie schodził z drogi. Coś takiego było w nim od dzieciństwa. Najlepszy wyraz temu dał w wojsku, gdzie mimo prześladowania, drwin i psychicznej przemocy nie poddał się presji i nie zdjął różańca i medalika oraz prowadził publiczne modlitwy. Nie zszedł złu z drogi również kiedy zmuszała go do tego okrutnymi i podstępnymi metodami bezpieka.

    W jednym ze wspomnień, Joanna Sokół, która współpracowała z nim intensywnie przez ostatni rok jego życia, mówi, że spodziewał się, że wszyscy go opuszczą pod presją prześladowań komunistycznych agentów i że zostanie sam. Te myśli poparte obficie faktami również nie sprawiły, że zszedł z drogi a presja była potworna. Nocne telefony, anonimy z pogróżkami śmierci, podsłuchy w całym domu, wezwania na przesłuchania, prowokacje, oskarżenia w mediach i manipulacje opinią publiczną. Bywało i tak, że odwracali się od niego przyjaciele. Nie zszedł z drogi. W jednym z kazań powiedział: Człowiek tchórzliwy, zalękniony, nie jest zdolny pokonać przeszkód, które są stawiane na drodze ku wielkim wartościom, takim jak Prawda, Sprawiedliwość, Godność. Nie wiadomo jaka była jego ostatnia droga. Dociekaniom przebiegu tego dramaty nie ma końca a wiadomo, że ustalenia procesu zabójców były manipulowane. W domysłach nie można sobie wyobrazić jednego, że się poddał… Relikwie księdza Jerzego są dziś w blisko 1500 miejscach kultu publicznego na świecie, w tym w blisko 500 miejscach w 61 krajach za granicą. Są w polskiej kaplicy sejmowej czy prezydenckiej, są w kaplicach więziennych, szpitalnych, w wielu kościołach misjonarskich na Bliskim Wschodzie, w Afryce, w miejscach konfliktów i dramatów. Wszędzie tam promieniują siłą i nadzieją, leczą ludzki lęk.

    Bohater jest wieczny

    Ksiądz Jerzy poza tym, że był niepozorny, to po prostu lubił życie w dobrym tego słowa znaczeniu. Był uśmiechnięty, miał pasje i przyjaciół. Nie pasował do roli bohatera. W latach 70. jeździł sportowym chevroletem, palił czasem papierosy, kupował je zresztą często w Peweksie, nosił dżinsy, lubił podróże. Nie miał raczej w planach „zbawiania świata”. Takich ludzi, jak wskazuje biblijna nauka, Pan Bóg lubi wybierać najbardziej. Ks. Adam Boniecki, który spotkał go na przełomie 1983 i 1984 r. i spędził z nim jeden dzień powiedział, że porażająca była dla niego obojętność, jaką żywił ksiądz Jerzy wobec faktu niezmiernej popularności jaką miał już w Polsce i na świecie. Nie interesowały go żadne gry, nie miał żadnych publicznych ambicji, był – jak mówi ksiądz Boniecki – księdzem, który się cieszył, że może pełnić posługę duszpasterską tam, gdzie go Bóg postawił.

    Ksiądz Jerzy znał wszystkich w Polsce ważnych ludzi Solidarności i nie budziło to w nim żadnej chęci władzy czy wpływu na świat. Wyłącznie służył… i tej służbie poświęcił się do końca. Ulice księdza Jerzego Popiełuszki znajdziemy dziś w Nowym Jorku, w Budapeszcie, w miastach francuskich, włoskich, w 214 miejscach w Polsce. Imię księdza Jerzego noszą dziś 52 szkoły w Polsce. To bohaterstwo jest przystępne, przyciągające… Młodzi czują księdza Jerzego. Przychodzą na jego grób, czytają jego kazania, fascynują się jego życiem. Widząc ich, myślę wciąż, że ta historia, historia rewolucji dobra, dopiero się zaczyna.

    Paweł Kęska/Stacja7.pl

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Alek z Okopów

    Z prostego, trudnego życia – do wielkich zadań…

    Jerzy Popiełuszko z rodzicami Marianną i Władysławem w dniu Pierwszej Komunii Świętej.

    fot. Henryk Przondziono/Gość Niedzielny

    ***

    Okopy to mała wieś, okopy to rowy, to pagórki i niewielkie dolinki. Góra i dół. Wspinanie i wspinanie. Jak życie człowieka. To też symboliczny obraz początków życia Alka Popiełuszki, znanego jako bł. Jerzy. Pochodził z Okopów na Podlasiu.

    Alfons

    Wioska jest niewielka. Jedna ulica, domy ustawione szeregowo, jak na większości podlaskich wsi. Okopy między Suchowolą a Dąbrową Białostocką.

    Dom Popiełuszków – murowany. Cegły z Grodna, z rozbiórek domów wysadzonych przez Niemców w czasie wojny przywiózł Władysław Popiełuszko. Miał prawo wziąć tylko potłuczone cegły, a on wrzucał na swój wóz i pełne. Dostał za to batem od Niemca. Chciał swojej rodzinie przygotować dom mocny. Jak ze skały.

    Gdy panna Marianna z domu Gniedziejko z niedalekiego Grodziska wyszła za mąż za Władysława Popiełuszkę, kawalera z Okopów, zamieszkali właśnie tutaj. Na jego ojcowiźnie, z jego rodzicami. Pobrali się w 1942 roku. Ona miała lat 22, on 32. Przed ślubem Marianna miała sen: niosła dwie białe lilie do kapliczki Matki Bożej. Potem małżeństwu rodziły się dzieci, w sumie pięcioro. Do dziś żyje troje: dwójka najstarszych i najmłodsze. Dwoje poszło do nieba. Sen był proroczy? – Gdy nasza mama zaszła w trzecią ciążę, w domu była już najstarsza dziewczyna – Tereska. I byłem ja – mówi Józef Popiełuszko. – Siostra się urodziła w 1943 roku, ja w 1945. Potem mama zaszła w trzecią ciążę. Nie znała płci kolejnego dziecka. Gdyby była to dziewczynka – mama chciała, żeby została zakonnicą. A jeśli byłby chłopczyk – mama prosiła Boga, żeby został kapłanem.

    W pobliżu rodzinnego domu ks. Jerzego stoi murowana kapliczka, a przy niej obelisk poświęcony męczennikowi.

    W pobliżu rodzinnego domu ks. Jerzego stoi murowana kapliczka, a przy niej obelisk poświęcony męczennikowi.
    fot. Henryk Przondziono/Gość Niedzielny

    ***

    Brat Józef wraz z żoną mieszkają obecnie w Dąbrowie Białostockiej. Od lat dbają o pamięć o młodszym bracie…

    Trzeci chłopiec u Popiełuszków urodził się 14 września 1947 roku. Był mały, dość słaby. Dwa dni później wsiedli na furmankę, zawieźli dziecko do kościoła Świętych Apostołów Piotra i Pawła w Suchowoli. I tam chłopca ochrzcili imieniem Alfons. – Alek dobrze się rozwijał. Mama poświęciła go Bogu już w swoim łonie. Potem jeszcze urodziła naszą siostrę Jadzię, która zmarła w wieku dwóch lat na koklusz. A w 1954 roku urodził się nasz najmłodszy brat, Staś.

    Dlaczego takie imię – Alfons? Czy wyłącznie w nawiązaniu do św. Alfonsa Marii Liguoriego, założyciela redemptorystów, czciciela Matki Bożej? Prawdopodobnie to babcia Marianna Gniedziejko o to imię dla wnuka prosiła, a córka i zięć się zgodzili. Tak miał na imię brat matki, a syn babki Marianny, którego pamięć w rodzinie była bardzo żywa. Zginął zaledwie dwa lata przed narodzinami siostrzeńca – imiennika…

    Na cmentarzu w położonej w pobliżu Suchowoli Chodorówce znajduje się grób wujka ks. Jerzego – podporucznika Alfonsa Gniedziejki. Wraz z nim pochowano tu pięciu innych żołnierzy AK, którzy polegli w walce z Sowietami w kwietniu 1945 roku.

    Na cmentarzu w położonej w pobliżu Suchowoli Chodorówce znajduje się grób wujka ks. Jerzego – podporucznika Alfonsa Gniedziejki. Wraz z nim pochowano tu pięciu innych żołnierzy AK, którzy polegli w walce z Sowietami w kwietniu 1945 roku.
    fot. Henryk Przondziono/Gość Niedzielny

    ***

    Alfons Gniedziejko był młodszy od siostry o cztery lata. W czasie wojny został żołnierzem Armii Krajowej. Na tamtych terenach AK działała prężnie. A nastroje wśród polskich chłopów były i antyniemieckie, i antysowieckie. Chcieli walczyć o kraj i podejmowali to zadanie. Pod koniec kwietnia 1945 roku 21-letni mężczyzna, wówczas w stopniu podoficera, zginął w potyczce z Sowietami, gdy razem z towarzyszami próbowali uwolnić kolegę z oddziału. Grób Alfonsa Gniedziejki i towarzyszy jest do dziś otaczany modlitwą i pamięcią na cmentarzu w pobliskiej Chodorówce. Rodziny Popiełuszków i Gniedziejków regularnie odwiedzały grób Alfonsa, mimo że w czasach komuny groziły za to represje. Mały Alek też tam jeździł…

    Dom, w którym urodził się Alek Popiełuszko. W pobliżu – dzięki staraniom rodziny Popiełuszków i Fundacji im. ks. Jerzego Popiełuszki „Dobro” – powstaje Muzeum bł. ks. Jerzego Popiełuszki w Okopach.

    Dom, w którym urodził się Alek Popiełuszko. W pobliżu – dzięki staraniom rodziny Popiełuszków i Fundacji im. ks. Jerzego Popiełuszki „Dobro” – powstaje Muzeum bł. ks. Jerzego Popiełuszki w Okopach.

    fot. Henryk Przondziono/Gość Niedzielny

    ***

    Zwykłe życie

    Zwykła rodzina. Zwykłe życie, oparte na ciężkiej pracy i czerpaniu z bogactwa podlaskiej ziemi – jeśli chodzi o dobra materialne. I na modlitwie, zawierzeniu Panu Bogu – jeśli chodzi o ważniejsze dobra. Bo sam to człowiek z niczym nie poradzi… – Tato był pracowity, spokojny. Ugodowy. Ciepły taki – mówi pani Teresa.

    – Mama była energiczna, konkretna, wymagająca. Oni się dopełniali. To było bardzo zgodne małżeństwo – dopowiada Józef. – Mama znała dużo pieśni, wierszyków i takich powiedzonek, które nam mówiła. Alek znał je na pamięć.

    Chociażby taki wierszyk – matczyne polecenie na życie: „Kochać ludzi, kochać Boga to do nieba prosta droga. Kochaj sercem i czynami, będziesz w niebie z aniołami”. – Mama też często mówiła: „Bez Boga ani do proga” – dodaje pani Teresa.

    Marianna była kobietą odważną. Jeszcze w czasie okupacji, na samym początku wojny, gdy mieszkała z matką, do ich domu weszli sowieccy żołnierze. Nie podobały im się obrazy świętych wiszące na ścianie. Kazali zdjąć. Marianna, wówczas stanowczo odmówiła. Dziwne, ale uszanowali…

    Nie jest prawdą, jak czasem można przeczytać, że Alek wychowywany był w ubóstwie. Wówczas rzeczywiście żyło się bardzo skromnie, czasy powojenne były trudne dla wszystkich, rolnicy musieli oddawać państwu przymusowe kontyngenty. To najbardziej uderzało w rodziny. Jednak Popiełuszkowie byli zaradni, ogromnie pracowici, mieli piętnaście hektarów ziemi ornej, pięć hektarów łąki, krowy, konia, drób. Na podstawowe potrzeby starczało. Rodzina uprawiała zboże, a także len i tytoń. Nikt nie chodził głodny, a dzieci były zadbane. Nie jest też prawdą, że w domu mówiono „gwarą polsko-białoruską”. Mówiono po polsku, ale gwarą podlaską: z charakterystycznym słownictwem, akcentem, składnią. Do wybuchu wojny Okopy nie znajdowały się przy granicy z Białorusią, a pobliskie Grodno, z pięknymi zabytkami, tradycją, mieszkańcami, było polskie. Gwarą białoruską (specyficzną mieszanką języków) posługiwali się zazwyczaj prawosławni mieszańcy regionu, głównie wsi.

    Alek był we wsi lubiany. Zarówno sąsiedzi, jak i koledzy uważali go za nieśmiałego, trochę wycofanego. Był delikatny, uprzejmy – dziś powiedzielibyśmy, że skromny i ułożony. – Ja byłem o dwa lata starszy od brata. Mała różnica wieku, żeby się nim opiekować – mówi pan Józef. – Bardziej żeśmy wszyscy najmłodszego pilnowali, Stasia. Alek to był samodzielny. On zawsze robił sobie taką zabawę: ołtarzyki z kamieni budował. I kadzidło robił z puszki – w Mszę św. się bawił, księdza naśladował. I tak od dziecinnych lat. Do kościoła chodził i widział, co i jak trzeba robić, a potem tak samo robił… 

    Ks. Jerzy od najmłodszych lat był bardzo związany z babcią Marianną Gniedziejko. Była to kobieta pobożna i szanowana przez wszystkich w okolicy. Mały Alek chętnie odwiedzał ją w Grodzisku, gdzie mieszkała.

    Ks. Jerzy od najmłodszych lat był bardzo związany z babcią Marianną Gniedziejko. Była to kobieta pobożna i szanowana przez wszystkich w okolicy. Mały Alek chętnie odwiedzał ją w Grodzisku, gdzie mieszkała.
    fot. Henryk Przondziono/Gość Niedzielny

    ***

    Dom pracy, dom modlitwy

    W domu w jednej z izb stała kapliczka. Ustrojona podlaskimi kwiatami jednoczyła rodzinę na wspólnej modlitwie. Główny obraz, Matki Bożej, wschodnim zwyczajem okryty był białą wyszywaną zasłoną, zwaną ręcznikiem. W środę rodzina modliła się do Matki Bożej Nieustającej Pomocy, w piątek do Serca Pana Jezusa, w sobotę do Matki Bożej Częstochowskiej. Litanię Loretańską odmawiano w maju, a w październiku Różaniec. Poszczono w środy, piątki i soboty. Do kościoła Popiełuszkowie jeździli wozem, co niedziela. Wszystkie dzieci od małego też jeździły. Gdy były mrozy, poruszali się saniami. Przykryci czym się da. – Marzło się wtedy, ale nikt nie narzekał – wspomina pani Teresa Boguszewska z domu Popiełuszko.

    Teresa Boguszewska z domu Popiełuszko – starsza siostra ks. Jerzego.

    Teresa Boguszewska z domu Popiełuszko – starsza siostra ks. Jerzego

    fot. Henryk Przondziono/Gość Niedzielny

    ***
    Do kościoła co niedziela Alek najpierw jeździł z rodzicami. Po Pierwszej Komunii jednak chodził sam. Codziennie. Po pięć kilometrów, niezależnie czy lato, wiosna, czy zima. Droga była dość prosta. W połowie drogi stał (i stoi do dziś) krzyż choleryczny. Alek przechodził codziennie koło niego, żegnał się. Starsi ludzie mówili, że dawno temu, gdy wybuchła zaraza, ludzie nieśli go do Suchowoli jako wotum, prosić o ratunek. Nie dali rady donieść. Pozostawili przy drodze…

    – Do Pierwszej Komunii przystępowały wszystkie dzieci z klasy. I potem wszyscy – rodziny i dzieci z Suchowoli i okolicznych wsi – wspólnie świętowali. Nie było przyjęć w domach, tylko tutaj, przed kościołem, stały stoły, była kawa z mlekiem i bułeczka z masłem – opowiada pan Józef, pokazując teren przy suchowolskiej parafii. Alek służył do Mszy Świętej jako ministrant, a potem szedł na lekcje. Za ten „występek” w komunistycznym ustroju jego matka była wzywana do szkoły. Od kościoła, do drewnianej szkoły (dziś już nieczynnej, jest dosłownie kilkadziesiąt metrów. – Proste to było życie. Mama gotowała z tego, co urosło koło domu, w ogrodzie. I robiła wspaniały chleb – razowy, w formie – opowiada Teresa Boguszewska. – I też robiła, co bardzo lubiliśmy, chleb pieczony z jabłkami. To był zwyczajny chleb, ale w środku zapiekane były cząstki jabłek. Pachniał wypiekiem cały dom…

    Dziadkowie, krewni i sąsiedzi

    Codzienność? Pracowita, prosta, rolnicza. I w bezpretensjonalny sposób rozmodlona. Jakby pracą się modlono, a przy modlitwie – pracowano. I to tak z pokolenia na pokolenie.

    Dziadkowie Alka ze strony ojca – Teofila i Jan – mieszkali w Okopach. Dziadek Jan przepięknie śpiewał. Uczył Alka pieśni religijnych. A gdy ktoś we wsi umarł, chodził śpiewać do domu zmarłego, odprowadzał śpiewem do krzyża i na cmentarz. Taka ostatnia, śpiewacza i modlitewna posługa.

    Mały Alek był bardzo związany z babcią Marianną Gniedziejko, z domu Kalinowską – czyli matką matki. Nie jest wykluczone, że jednym z przodków rodu był św. Rafał Kalinowski – karmelita, powstaniec styczniowy, sybirak. Babcia Marianna była kobietą ogromnej pobożności, szanowaną w rodzinie i całej okolicy. Do jej domu w Grodzisku (9 km od Okopów) Alek przyjeżdżał chętnie: gdy ktoś jechał z Okopów w stronę Grodziska, a chłopak miał wojną chwilę, wskakiwał na wóz. Babcia, jak to babcia – kochająca i ciepła, była też autorytetem, religijnym wzorem. Chodziła codziennie do kościoła, modliła się głośno, prenumerowała i czytała „Rycerza Niepokalanej” – pismo, które dla siebie odkrył też wnuk. I czytał je od deski do deski. Dzięki pismu poznał postać Maksymiliana Kolbego i zafascynował się nią.

    Józef Popiełuszko, starszy brat ks. Jerzego, z żoną.

    Józef Popiełuszko, starszy brat ks. Jerzego, z żoną

    fot. Henryk Przondziono/Gość Niedzielny

    ***

    Rodzina Popiełuszków utrzymywała dobre relacje z dalszymi krewnymi, z sąsiadami. Wspólnie świętowano, odwiedzano się regularnie. – W ogóle tu u nas wszyscy byli gościnni, ludzie szanowali ludzi. Spotykali się ze sobą. Był na to czas, mimo ciężkiej pracy. A przed wojną to przecież tu i dużo Żydów mieszkało. I żyli wszyscy zwyczajnie, po sąsiedzku – opowiada pani Teresa. Od dziecinnych lat rodzina Alka pielgrzymowała też do pobliskiego Różanegostoku. Pobliskiego? Obecnie, autem, z Okopów do sanktuarium jest tylko 30 minut drogi. Wówczas jechało się żelaznym wozem z końmi, ojciec powoził. Na Zielone Świątki, jeździli rok w rok. I nie trwało to szybko, lecz ponad trzy godziny. Dzieciaki siedziały z tyłu, cierpliwie. A za wstawiennictwem Różanostockiej Wspomożycielki, modlili się jak wszyscy wierni: „Potęgę Twojego wstawiennictwa znają umarli, których wróciłaś do życia, chorzy i strapieni, którym wyprosiłaś zdrowie i pociechę, a nade wszystko grzesznicy, których pojednałeś z Bogiem. Uproś im łaskę tak bardzo potrzebną, o ile jest zgodna z wolą Wszechmocnego Boga”. 

    W domu Popiełuszków szczególnym kultem otaczano łaskami słynący obraz Matki Boskiej Różanostockiej. Do sanktuarium w Różanymstoku cała rodzina pielgrzymowała co roku w uroczystość Zesłania Ducha Świętego.

    W domu Popiełuszków szczególnym kultem otaczano łaskami słynący obraz Matki Boskiej Różanostockiej. Do sanktuarium w Różanymstoku cała rodzina pielgrzymowała co roku w uroczystość Zesłania Ducha Świętego.

    fot. Henryk Przondziono/Gość Niedzielny

    ***

    Narty i nauka

    Okopy to mała wieś, okopy to rowy, to pagórki i niewielkie dolinki. Dziś trudniej je zauważyć, bo teren zarósł krzakami i drzewami. Góra i dół, góra–dół. Wspinanie i wspinanie. Doskonały dla dzieciaków teren zabaw. Przestrzeń do wyścigów na nartach. – Robiliśmy narty – z desek, i takie proste łyżwy, byle do butów przyczepić i się ślizgać. I zimową porą się zjeżdżało. Taka była zabawa tutejszych dzieci, nasza też. I Alka – opowiada brat Józef.

    W szkole Alek nie należał do prymusów. Lubił język polski i historię. Był uczniem dość przeciętnym, a z przedmiotami ścisłymi miał problemy. Spokojny, opanowany, niekonfliktowy. Po ukończeniu podstawówki w 1961 roku poszedł do suchowolskiego liceum. Maturę zdał całkiem dobrze, a z rosyjskiego i historii był nawet zwolniony, bo miał bardzo dobre oceny. Czy koledzy i koleżanki spodziewali się, że zamierza wstąpić do seminarium? Nic na ten temat nie wiadomo, tym bardziej że chłopak był skryty i małomówny. O swoich zamiarach powiedział dopiero w czasie… balu maturalnego.

    Po maturze, w 1965 roku, Alfons Popiełuszko wstępuje do Wyższego Seminarium Duchownego w Warszawie. Idzie do Warszawy, bo stamtąd blisko do Niepokalanowa, do miejsca związanego z Kolbem. Poza tym wyjątkowo ceni prymasa Wyszyńskiego. Ten sam prymas, kilka lat później, namówi go do zmiany imienia: z Alfonsa na Jerzego. Z innych źródeł wynika, że namówił go do tego ks. Władysław Miziołek – ówczesny rektor seminarium, potem biskup.

    Obrazek prymicyjny ks. Jerzego.

    Obrazek prymicyjny ks. Jerzego.
    fot. Henryk Przondziono/Gość Niedzielny

    ***

    Kleryk posłucha. Św. Jerzy – również w tradycji podlaskiej – to ten, który pokonał smoka…

    I tak z pagórkowatych Okopów wyszedł Alek w świat. Stał się Jerzym, by walczyć.

    ***

    Ks. Kazimierz Gniedziejko – kuzyn ks. Popiełuszki – jest proboszczem w podwarszawskim Józefowie. W swojej parafii przechowuje relikwie błogosławionego męczennika i szerzy jego kult.

    Ks. Kazimierz Gniedziejko – kuzyn ks. Popiełuszki – jest proboszczem w podwarszawskim Józefowie. W swojej parafii przechowuje relikwie błogosławionego męczennika i szerzy jego kult.
    fot. Roman Koszowski/Gość Niedzielny

    ***

    Agata Puścikowska/Gość Niedzielny

    korzystałam z: wywiady własne z rodziną Popiełuszków, Gniedziejków, Boguszewskich https://biogramy.ipn.gov.pl/ E. Czaczkowska, T. Wiściski, ks. Jerzy Popiełuszko, 2004 Archiwum ks. Kazimierza Gniedziejki Krajobrazy dzieciństwa błogosławionego księdza Jerzego Popiełuszki, Białystok 2023.

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Kaplica poświęcona ks. Popiełuszce w kościele parafialnym w Józefowie.

    fot. Roman Koszowski/Gość Niedzielny

    Ksiądz Kazimierz Gniedziejko, kuzyn bł. ks. Jerzego Popiełuszki:

    Pamiętam krótkie zdanie – „Prawda kosztuje”

    ***

    Powołanie księży Jerzego i Kazimierza wyprosiła wspólna babcia – Marianna Gniedziejko.

    Ksiądz Kazimierz Gniedziejko jest proboszczem parafii pw. Matki Bożej Częstochowskiej w Józefowie. Pracowity, lubiany przez parafian. Nie lubi mówić o sobie. Gdy trzeba opowiedzieć o kuzynie, mówi jednak chętnie. Bo to świadectwo o wielkim polskim błogosławionym, o wspólnej rodzinie i dzieciństwie. O wspólnych korzeniach. Ks. Kazimierz jest prawie 11 lat młodszym kuzynem – bratem ciotecznym, jak się mówi na Podlasiu – ks. Jerzego Popiełuszki.

    Chłopcy z Podlasia

    – Pochodzę z Grodziska, to wieś oddalona od Okopów o siedem kilometrów. Mój tata był bratem mamy ks. Jerzego, Marianny. Z rodziną Popiełuszków widywaliśmy się regularnie – opowiada ks. Kazimierz. – Alek, bo tak miał na imię, był ode mnie sporo starszy, więc nie było mowy o rówieśniczej zabawie. Pamiętam jednak świąteczne spotkania przy stole – opowiada ks. Kazimierz.

    Gdy Kazimierz dorastał, został ministrantem w swojej parafii, w Grodzisku. Alek od lat służył jako ministrant w Suchowoli. Dzięki temu kuzyni mieli wspólne tematy – dotyczące służby przy ołtarzu i powołania. Zresztą z obu parafii wyszło wielu księży. – Myślę, że ma to związek z autentyczną pobożnością, w której atmosferze się wyrastało. Młodzi ludzie myśleli o swoim powołaniu, rozważali, do czego ich Pan Bóg przeznaczył. Ja też o tym myślałem. A gdy Alek wybrał seminarium, było to wielkie wydarzenie, ważne też dla mnie – mówi ks. Kazimierz. – Po jego Mszy św. prymicyjnej, przed wejściem do domu w Okopach, składałem mu życzenia i wręczałem kwiaty w imieniu rodziny.

    Dojrzewanie

    Gdy kleryk Jerzy (Alfons Popiełuszko zmienił imię w seminarium) studiował, rodzina wspierała go modlitwą. Zwłaszcza że dostawał ostrą „szkołę” socjalistycznego życia w wojsku, które było wówczas obowiązkowe dla seminarzystów. Jerzy, by chronić mamę, niewiele mówił o tamtym czasie, o prześladowaniach. Brano kleryków do wojska, aby ich zdemoralizować, zastraszyć. – Byłem wówczas w Okopach. Widziałem, jak ciocia cieszyła się i pokazywała sutannę, która czekała na ks. Jerzego, aż wróci z wojska – opowiada ks. Kazimierz. – Wojsko miało Jerzego psychicznie wykończyć i zniechęcić do kapłaństwa. Stało się inaczej: trudności go hartowały.

    Po maturze Kazimierz wybrał… historię. Kapłaństwo wydawało mu się zbyt trudne. Kuzyn był od kilku lat kapłanem, ks. Jerzym. – Gdy ks. Jerzy przyjeżdżał do rodziców, odwiedzał i nas. Rozmawialiśmy o moich studiach. Powiedział mi wtedy: „Wiesz ale, że ta historia jest taka zakłamana”… Nie do końca to wówczas rozumiałem.

    Ale wystarczył rok studiów, by się przekonać, że miał rację. To był 1977 r., a studia historyczne były upolitycznione, uczono półprawd, żeby nie powiedzieć: kłamstw. To było trudne i męczące. W Kazimierzu zaczęła dojrzewać myśl o kapłaństwie. – Odwiedziłem ks. Jerzego – był wówczas wikariuszem w parafii Dzieciątka Jezus w Warszawie. Zobaczył mnie i mówi zadowolony: „A jednak! Zdecydowałeś się! To idziemy!”. A było to już po oficjalnej rekrutacji, w październiku. Pojechaliśmy do seminarium i przedstawił mnie ówczesnemu rektorowi ks. Kazimierzowi Romaniukowi i wicerektorowi ks. Stanisławowi Kędziorze. I zostałem. Moje powołanie, podobnie jak ks. Jerzego, wymodliła babcia Marianna Gniedziejko…

    Droga do prawdy

    O tym, że ks. Jerzy jest prześladowany, że grozi mu wielkie niebezpieczeństwo, w rodzinie się nie rozmawiało. Sytuacja była delikatna. A wielu członków rodziny było zresztą również inwigilowanych. – Odważyłem się kiedyś z ks. Jerzym o tym porozmawiać. Powiedział: „Możliwe jest wszystko”. Mówił, że „jest gotów”. Miał jednak nadzieję, że najgorsze nie nadejdzie. Otaczali go przyjaciele, pilnowali. Chronili hutnicy z Huty Warszawa, których był kapelanem – to było ważne, bo dostawał wiele pogróżek, a cegły „same” wybijały szyby w jego pokoju…

    W archiwum ks. Kazimierza znajduje się ważne zdjęcie: diakon Kazimierz stoi obok ks. Jerzego odprawiającego Mszę św. za Ojczyznę. Jest wrzesień 1983 r. Niecały rok później, 10 czerwca 1984 r., diakon Kazimierz przyjął święcenia kapłańskie. – Gdy udzielałem błogosławieństwa prymicyjnego ks. Jerzemu, byłem bardzo wzruszony. Mimo że sytuacja była trudna – ubecy byli gdzieś za płotem. Potem mieliśmy milicyjne dochodzenie. Rodzinę pytano, dlaczego Jerzy przyjechał, co mówił. A Jerzy zabrał głos wyłącznie prywatnie, przy stole. Pamiętam krótkie zdanie: „Prawda kosztuje”.

    Ks. Jerzy starał się, by bliscy byli bezpieczni. – Chronił i mnie. Dlatego rzadko się kontaktowaliśmy. Kiedy dzwoniło się do niego w stanie wojennym, słychać było: „Rozmowa kontrolowana”. Przy czym, przed rozmową z ks. Jerzym, trwało długie wywoływanie numeru. Ktoś musiał włączyć nagrywanie…

    Pod koniec września 1984 roku kuzyni widzieli się ostatni raz. Starszy odwiedził młodszego. – Przebywałem wtedy na mojej pierwszej parafii, w Legionowie. Ks. Jerzy przyjechał z kierowcą. Od dawna trwała na niego nagonka. Jerzy Urban pod pseudonimem Jan Rem atakował ks. Jerzego w prasie. My, rodzina, wiedzieliśmy, że to same kłamstwa. Ale pamiętam, że nawet sąsiedzi z Okopów nie byli w stanie oddzielić prawdy od kłamstwa i często wierzyli w paszkwile. To było przykre. Cioci i wujkowi przysparzało cierpienia – opowiada ks. Kazimierz. I dodaje, że krótko razem byli księżmi. – A marzyłem o wspólnej koncelebrze gdzieś na Podlasiu. O wspólnej modlitwie na grobie przodków, chociażby naszego wuja Alfonsa – żołnierza AK, po którym kuzyn otrzymał chrzcielne imię. Stało się inaczej. Zawsze będę o tym myślał i żałował. Ale jestem wdzięczny Jerzemu za tamte odwiedziny…

    Następne tygodnie bliskim ks. Jerzego zawsze będą się kojarzyły ze smutkiem i lękiem. Aż do dramatycznego zaginięcia. – Pamiętam niepokój, ciągłą modlitwę. Nie chciałem myśleć, że nie żyje. Wierzyliśmy, że się odnajdzie…

    Orędownik

    Od zaginięcia ks. Jerzego, 19 października 1984 roku, w kościele św. Stanisława Kostki na Żoliborzu brakowało miejsc. Każdego wieczora i młody ks. Kazimierz, modlił się z tłumem wiernych. Aż do końca października proszono o cud. – Kończyła się właśnie wieczorna Msza św., kiedy ks. Andrzej Przekaziński powiedział o odnalezieniu ciała Jerzego. Stałem twarzą do ołtarza jak skamieniały. Ludzie głośno zawodzili. Wtedy ks. Feliks Folejewski, pallotyn, podszedł do mikrofonu i zaczął odmawiać „Ojcze nasz”. Ludzie powoli dołączali do modlitwy. Kiedy musieliśmy powiedzieć słowa: „i odpuść nam nasze winy”, ks. Feliks poprosił: „Powtórzmy”. Więc znów mówiliśmy: „i odpuść nam nasze winy, jako i my odpuszczamy naszym winowajcom”. Mówiliśmy tak kilka razy. Miałem siłę chyba dlatego, że patrzyłem na tabernakulum…

    Późnym wieczorem ks. Kazimierz ruszył na Podlasie. Nad ranem był w domu cioci Marianny. O śmierci syna dowiedziała się z „Dziennika Telewizyjnego”. – Ciocia była spokojna, jej twarz jakby zastygła w bólu. Wujek płakał. Opowiadałem im, jak reagowali warszawianie, gdy w kościele dowiedzieli się, że ks. Jerzy nie żyje. Zacytowałem słowa ks. Folejewskiego, który stwierdził: „Mamy już orędownika w niebie. Mamy orędownika i będzie to przyszły święty”…

    Tak się stało w czerwcu 2010 roku. Tuż po beatyfikacji do parafii Matki Bożej Częstochowskiej w Józefowie (jako pierwszej w Polsce) przybyły relikwie bł. Jerzego Popiełuszki. A boczna kaplica kościoła została mu poświęcona. Modli się tu wielu parafian i pielgrzymów. I kuzyn również.

    Ksiądz Kazimierz Gniedziejko, kuzyn ks. Popiełuszki: Pamiętam krótkie zdanie – „Prawda kosztuje”

    ks. Kazimierz Gniedziejko, proboszcz z Józefowa, jest bliskim kuzynem ks. Jerzego.

    fot. Roman Koszowski/Gość Niedzielny

    Agata Puścikowska/Gość Niedzielny

    ______________________________________________________________________________________________________________

    KOŚCIÓŁ ŚW. PIOTRA

    PARTICK, 46 HYNDLAND STREET, Glasgow, G11 5PS

    Niedziela 13/12 Msza św. g. 14:00 kościół św. Piotra (St Peters) Glasgow

     

    _________________________________________________________________________________

    W KAŻDY PIĄTEK JEST ADORACJA PRZED NAJŚWIĘTSZYM SAKRAMNTEM OD GODZ. 18.00

    W CZASIE ADORACJI JEST MOŻLIWOŚĆ SPOWIEDZI ŚWIĘTEJ.

    MSZA ŚWIĘTA WYNAGRADZAJĄCA ZA GRZECHY NASZE I CAŁEGO ŚWIATA

    ODPRAWIANA JEST O GODZ. 19.00

    W trzeci piątek miesiąca sprzątamy kościół św. Piotra od godz. 17-tej. Chętni bardzo mile widziani.

    _______________________________________

    W KAŻDĄ SOBOTĘ O GODZ. 18.00 JEST MSZA ŚWIĘTA WIGILIJNA Z NIEDZIELI

    MOŻLIWOŚĆ SPOWIEDZI ŚWIĘTEJ JEST PRZED MSZĄ ŚWIĘTĄ OD GODZ. 17.30

    ***

    W PIERWSZE SOBOTY MIESIĄCA PO MSZY ŚWIĘTEJ JEST NABOŻEŃSTWO PIĘCIU SOBÓB WYNAGRADZAJĄCYCH ZA ZNIEWAGI I BLUŹNIERSTWA PRZECIWKO NAJŚWIĘTSZEJ MARYI PANNY.

    ***

    W DRUGIE SOBOTY MIESIĄCA PO MSZY ŚWIĘTEJ MODLIMY SIĘ KORONKĄ DO SERCA BOLEŚCIWEJ MATKI – SERCA PRZEBITEGO SIEDMIOMA MIECZAMI.

    ***

    W TRZECIE SOBOTY MIESIĄCA PO MSZY ŚWIĘTEJ MODLIMY SIĘ NA RÓŻAŃCU O POKÓJ NA ŚWIECIE.

    _______________________________________

    W KAŻDĄ NIEDZIELĘ MSZA ŚWIĘTA JEST O GODZ. 14.00

    PRZED MSZĄ ŚWIĘTĄ JEST ADORACJA NAJŚWIĘTSZEGO SAKRAMENTU

    W TYM CZASIE JEST MOŻLIWOŚĆ SPOWIEDZI ŚWIĘTEJ OD GODZ. 13.30

    _______________________________________________________________________

    OD 2 WRZEŚNIA TRWAJĄ PRACE RENOWACYJNE KOŚCIOŁA ŚW. PIOTRA.

    DLATEGO W PIĄTKI ADORACJA, SPOWIEDŹ ŚW. I MSZA ŚW. NA CZAS REMONTU BĘDĄ W SALI PARAFIALNEJ.

    NATOMIAST W SOBOTY I W NIEDZIELE MSZE ŚWIĘTE BĘDĄ W KOŚCIELE.

    ***

    image.png

    _______________________________________________________________________

    KAPLICA IZBA JEZUSA MIŁOSIERNEGO

    4 PARK GROVE TERRACE, GLASGOW G3 7SD

    This image has an empty alt attribute; its file name is image-2-e1673870873179-1024x683.png

    ***

    W KAŻDY PIERWSZY CZWARTEK MIESIĄCA JEST MSZA ŚWIĘTA O GODZ. 19.00

    PO MSZY ŚWIĘTEJ JEST GODZINA ŚWIĘTA PRZED NAJŚWIĘTSZYM SAKRAMENTEM

    ______________________________________________________________________________________________________________

    W KAŻDĄ TRZECIĄ SOBOTĘ MIESIĄCA JEST SPOTKANIE BIBLIJNE NA TEMAT: KOBIETY W PIŚMIE ŚWIĘTYM. NA POCZĄTKU SPOTKANIA O GODZ. 10.00 ŚPIEWAMY GODZINKI KU CZCI NAJŚWIĘTSZEJ MARYI PANNY A NA ZAKOŃCZENIE – W POŁUDNIE – MODLITWA NA ANIOŁ PAŃSKI.

    ______________________________________________________________________________________________________________

    W CZWARTYM TYGODNIU KAŻDEGO MIESIĄCA – Z PIĄTKU NA SOBOTĘ – JEST CAŁONOCNA ADORACJA PRZED NAJŚWIĘTSZYM SAKRAMENTEM DLA KOBIET W KAPLICY SIÓSTR BENEDYKTYNEK W LARGS.

    POCZĄTEK ADORACJI ROZPOCZYNA SIĘ MODLITWĄ RÓŻAŃCOWĄ O GODZ. 21.00. NA ZAKOŃCZENIE ADORACJI ŚPIEWANE SĄ GODZINKI KU CZCI NAJŚWIĘTSZEJ MARYI PANNY I MSZA ŚWIĘTA O BRZASKU SOBOTNIEGO DNIA O GODZ. 5.00.

    Benedictine Monastery, 5 Mackerston Place, Largs, Scotland

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Adoracja, czyli… z głową na sercu Boga

    Jeśli chcesz, by na twoim pulsie rękę trzymał Bóg, musisz Mu na to pozwolić. Odetchnąć, zwrócić wzrok ku Hostii, wyciszyć myśli.

    Jan Paweł II adoruje Jezusa w Najświętszym Sakramencie w uroczystość Bożego Ciała w Rzymie w 2001 roku.

    fot. Daniel Gracia/East News

    ***

    Ostatnie lata życia papieża Jana Pawła II, gdy schorowany i zmęczony przed kamerami całego świata przez długie chwile w ciszy trwał w dziękczynieniu, są jak odrębny, ważny rozdział jego nauczania. Osłabiony papież modlił się z zamkniętymi oczami w milczeniu. Trudne to chwile dla dziennikarzy – nie wiadomo wszak, co w mediach lepiej wypadnie: cisza czy może komentarz ze studia. Głowa schorowanego starca z powodu postępującej choroby była przechylona. A może z dnia na dzień coraz wyraźniej wskazywała na jeden z najpiękniejszych gestów odnotowanych przez Ewangelie dwa tysiące lat wcześniej, gdy umiłowany uczeń złożył głowę na piersi Pana? Dwa lata przed śmiercią, 17 kwietnia 2003 roku, w Wielki Czwartek w Roku Różańca Świętego, dwudziestym piątym swojego pontyfikatu, Jan Paweł II podpisał encyklikę „Ecclesia de Eucharistia”. Napisał w niej między innymi: „Pięknie jest zatrzymać się z Nim i jak umiłowany Uczeń oprzeć głowę na Jego piersi (por. J 13,25), poczuć dotknięcie nieskończoną miłością Jego Serca”. Ten wzruszający gest miłości człowieka do Boga opisany został w części poświęconej adoracji Najświętszego Sakramentu. Nieco dalej papież stwierdził: „Jeżeli chrześcijaństwo ma się wyróżniać w naszych czasach przede wszystkim »sztuką modlitwy«, jak nie odczuwać odnowionej potrzeby dłuższego zatrzymania się przed Chrystusem obecnym w Najświętszym Sakramencie na duchowej rozmowie, na cichej adoracji w postawie pełnej miłości? Ileż to razy, moi drodzy Bracia i Siostry, przeżywałem to doświadczenie i otrzymałem dzięki niemu siłę, pociechę i wsparcie!”.

    Założenie, że chrześcijaństwo ma się wyróżniać „sztuką modlitwy”, po dwudziestu latach od ukazania się encykliki zawierającej to stwierdzenie jest jeszcze bardziej zasadne. A słowa, których użył Jan Paweł II w cytowanym tekście, mogą być pomocną wskazówką, jak się tej sztuki uczyć: najpierw zatrzymać się przed Nim; kolejne etapy to: duchowa rozmowa, cicha ado­racja i postawa miłości. Owoce: pociecha i wsparcie. Kto z nas ich nie potrzebuje?

    Zatrzymać się

    W ciemnym kinie oczekujący na rozpoczęcie seansu, znudzeni długimi reklamami widzowie otrzymują na moment przed projekcją komunikat: nie rozpraszaj się. Przekazany jest w krótkim filmie, na którym setki, tysiące ludzi wpatrzonych w ekrany smartfonów odbiera co chwilę powiadomienia. Rozbrzmiewają dźwięki Messengera, WhatsAppa, esemesów i e-maili. Coraz więcej i coraz szybciej. Powiadomienia, powiadomienia, powiadomienia – nie da się na dłużej skupić na żadnym, bo wciąż przychodzą nowe i domagają się reakcji. Twórcy komunikatu mówią wprost: przestań reagować. Skup się na jednym. Aż dziw bierze, że takich czasów dożyliśmy. Kiedy w średniowieczu zainicjowano praktykę wystawiania Najświętszego Sakramentu do adoracji, nikomu nie śniło się nawet ich nadejście. Pod koniec XIV wieku, gdy zaczęto używać monstrancji, zapewne też nie. A jednak nadeszły takie czasy i – zgodnie z radą papieża Polaka – warto przemyśleć kwestię, czy jako chrześcijanie nie powinniśmy zaproponować tym czasom antidotum. Czy nie powinna być nim monstrancja z wystawionym w niej Najświętszym Sakramentem?

    Zatrzymaj się! Mamy ci coś do zaproponowania. Odłóż telefon, wyłącz się z tej chaotycznej gonitwy myśli przebiegających między głową, oczami i kciukiem. Adoracja Najświętszego Sakramentu jest taką chwilą zatrzymania, o ile pod ławką nie schowasz wyciszonego smartfona, by widzieć jego rozświetlający się co chwilę ekran i trzymać rękę na pulsie. Jeśli chcesz, by na twoim pulsie rękę trzymał Bóg, musisz Mu na to pozwolić. Odetchnąć, zwrócić wzrok ku Hostii, wyciszyć myśli. Łatwo powiedzieć, trudniej zrealizować, zwłaszcza gdy na adorację udajesz się w chwilach trudnych i wymagających podejmowania kluczowych decyzji. Skupienie na oddechu i na prostej, białej Hostii z pewnością pomoże odciąć choć na chwilę ten nurt myśli, które cię zalewają. Z każdą kolejną próbą szansa na powodzenie staje się coraz większa.

    Duchowa rozmowa

    Siostry z klasztoru św. Hildegardy przyjmowały Komunię Świętą w stroju oblubienicy – z koroną na głowie. W barokowych świątyniach uwagę miał przykuwać ozdobiony złoty ołtarz z „mieszkaniem Króla” w centrum. Jak to w historii bywa, co epoka następuje zmiana w odwrotnym kierunku. Oświecenie, wraz z kultem rozumu, przyniosło odwrót i niemal zamarcie zewnętrznych form adoracji (w Polsce nastąpiło to o wiele później niż w innych krajach Europy). To zestawienie nie jest przypadkowe i może się stać pomocne w zrozumieniu, na czym polega drugi krok wytyczony słowami Jana Pawła II w encyklice o Eucharystii. Rozum czasem powinien zamilknąć, by na adoracji podjąć rozmowę duchową. Bo nie chodzi w niej przecież o pozałatwianie z Bogiem wszystkich swoich codziennych problemów. Pociecha i wsparcie mają przyjść po niej, ale żeby przyszły, trzeba najpierw duchowo porozmawiać z Jezusem, w którym utkwiło się spojrzenie. Mówienie w takiej rozmowie niekoniecznie oznacza wypowiadanie słów (nawet wewnątrz siebie i bez otwierania ust). Słuchanie w takiej rozmowie niekoniecznie oznacza słyszenie słów (również wewnątrz siebie). To tajemnicze spotkanie, które dokonuje się między adorującym a Bogiem, nie ma innego języka niż spoglądanie na siebie. Stara i powszechnie znana opowieść o wieśniaku, którego spotykał w kościele św. Jan Maria Vianney, dobrze oddaje tę rzeczywistość. – Co robisz? – spytał kiedyś klęczącego przed Najświętszym Sakramentem człowieka. – Nic. Patrzę tylko na Niego, a On patrzy na mnie – usłyszał w odpowiedzi.

    Cicha adoracja

    Kwintesencją tej duchowej rozmowy jest cicha adoracja. Łacińskie adoratio oznacza oddawanie czci, uwielbianie. „Jedna chwila prawdziwej adoracji ma większą wartość i przynosi więcej pożytku niż najintensywniejsza działalność, choćby to była nawet działalność apostolska” – napisał święty Jan od Krzyża („Pieśń duchowa” 29,3), którego słowa zacytował Jan Paweł II, przemawiając 24 listopada 1978 r. do przełożonych generalnych zakonów męskich. Odwieczne napięcie między actio i contemplatio, pomiędzy „działać” a „modlić się”, znajduje rozwiązanie. Chodzi przecież o to, by oddać chwałę Bogu, „prawdziwie” oddać, jak napisał hiszpański mistyk, to znaczy tak, aby faktycznie Bóg został uwielbiony. A nie o to, aby w ciszę uciekać od codziennych obowiązków.

    Kiedy świeżo nawrócony święty Karol de Foucauld poszukiwał dla siebie miejsca na świecie, pragnienia miał tylko dwa: być najmniejszym i najuboższym oraz trwać na modlitwie przed Najświętszym Sakramentem. Piaski Sahary, które zdają się puste (to dlatego w ich kierunku udawali się mistrzowie ducha – ojcowie pustyni), w rzeczywistości okazały się ziemią, na której żyło wielu ludzi potrzebujących pomocy. Od Karola otrzymali pomoc zarówno materialną, jak i duchową, sami o niego również się troszcząc, zwłaszcza wtedy, gdy śmiertelnie zachorował. Trudno uniknąć skojarzeń ze sformułowaniem: jeśli Bóg jest na właściwym miejscu, to wszystko inne również. Bo jeśli w ciszy adorujesz Boga, całe twoje rozdygotane wnętrze, wypełnione Jego chwałą, ma szansę się zmienić.

    Postawa miłości

    W osobie świętego Jana, kojarzonego z „umiłowanym uczniem”, jest coś tajemniczego. Utożsamienie go z autorem księgi bardzo niezwykłej – Apokalipsy – pogłębia to wrażenie. A jednak, gdy pod krzyżem stał obok Maryi, symbolizował Kościół. Cały, powszechny, którego Ona stała się wówczas Matką. Nie każdy z nas może być Apostołem Narodów, a jeszcze mniejsza garstka może zostać Piotrem. Janem jednak jesteśmy wszyscy, i to jest bardzo pocieszające. Czy kładąc głowę na piersi Jezusa w czasie pierwszej Eucharystii, dostąpił zaszczytu? Niewątpliwie. Każdy z nas może tego zaszczytu dostąpić, o ile uda się na ado­rację Najświętszego Sakramentu. „Pięknie jest zatrzymać się z Nim i jak umiłowany Uczeń oprzeć głowę na Jego piersi” – napisał Jan Paweł II w encyklice, dokumencie o bardzo wysokiej randze w nauczaniu Kościoła. Nie chodzi zatem o jakąś wysublimowaną poezję, piękne słowa i porównania. Chodzi o rzeczywistość.

    W „postawie miłości”, którą powinniśmy przyjąć w trakcie adoracji Najświętszego Sakramentu, również nie chodzi o wzbudzanie w sobie jakichkolwiek uczuć, bo nie one są istotą oddawania czci; raczej o gotowość dochowania wierności, całkowitego podporządkowania siebie Chrystusowi. Jeśli kładę głowę na Jego piersi, to znaczy, że mogę usłyszeć bicie Jego serca, z którego wypłynęły krew i woda. „Tak bowiem Bóg umiłował świat, że Syna swego Jednorodzonego dał…” (J 3,16) – a czy dla Ojca może być coś ważniejszego od Syna? Dla Boga Ojca tak. Ty. Historia twojego życia to historia miłości, o której napisano najpiękniejszy w historii eucharystyczny hymn. Padają w nim słowa: „Ty, co jak pelikan Krwią swą karmisz lud…”. Wedle legendy pelikan dziobem otwierał własną pierś i krwią karmił zgłodniałe potomstwo, a nawet przywracał je do życia. Masz Komu zaufać, bo krew i woda, które wytrysnęły z otwartego boku Zbawiciela, do końca świata kojarzyć się będą z krótkim podpisem: „Jezu, ufam Tobie!”.

    Pociecha i wsparcie

    Powróćmy do wyznania świętego Jana Pawła II: „Ileż to razy, moi drodzy Bracia i Siostry, przeżywałem to doświadczenie i otrzymałem dzięki niemu siłę, pociechę i wsparcie!”. Czy można pomiędzy bólem poszczególnych ludzi dokonywać porównań? Obiektywnie tak, ale przecież każdy z nas ma swój wewnętrzny, intymny świat, w który inni nie mają wglądu. Jeśli jednak przyjrzeć się temu, jak święty Jan Paweł II przeżywał swoją posługę na Piotrowej stolicy, siła, pociecha i wsparcie były niezbędne. Niemal natychmiast po powrocie do sił po zamachu w 1981 roku zainaugurował w bazylice Świętego Piotra wieczystą adorację. Modlił się wówczas: „Pewnego dnia, Panie, zapytałeś Piotra: – Czy miłujesz Mnie? Zapytałeś go po trzykroć – i trzy razy apostoł Piotr odpowiedział: – Panie, Ty wszystko wiesz, Ty wiesz, że Cię kocham (J 21,17). Odpowiedź Piotra wyraża się w tej codziennej i całodziennej adoracji. Niech wszyscy, którzy uczestniczą w adoracji Twojej eucharystycznej obecności, odczują i usłyszą w czasie każdej wizyty, jak na nowo rozbrzmiewa prawda zawarta w słowach Apostoła: Panie, ty wszystko wiesz, Ty wiesz, że Cię kocham”.

    Nie każdy z nas – powtórzmy – może być Apostołem Narodów, a jeszcze mniejsza garstka może zostać Piotrem i nosić na barkach ciężar całego świata. Janem jednak jesteśmy wszyscy i to jest bardzo pocieszające. Głowa złożona na piersi Mistrza w czasie adoracji ma szansę boleć mniej, nawet w najtrudniejszych chwilach życia i na najostrzejszych jego zakrętach. Możemy – ufając słowom świętego Jana Pawła II – doświadczyć pociechy i wsparcia. A i dać świadectwo, wyróżniać się „sztuką modlitwy” wobec świata, który pragnie Boga bardziej, niż podejrzewa.

    ks. Adam Pawlaszczyk/Gość Niedzielny

    _____________________________________________________________________________________________________________

    Tylko przed Bogiem. Klęczenie przed Eucharystią jest wyznaniem wolności

    „Robię, co mogę; ciągle na nowo czerpię odwagę z tabernakulum” – pisała św. Edyta Stein. Gdzie mamy szukać nadziei, jak nie przed Najświętszym Sakramentem? Kto klęka przed Jezusem, ten staje się wolny.

    fot. Henryk Przondziono/Gość Niedzielny

    ***

    Nawet Msza święta może stać się nudnym niedzielnym obowiązkiem. Przyznam, że kiedy ją odprawiam, łapię się często na tym, że moje myśli i uczucia krążą daleko od ołtarza. Podejrzewam, że dotyczy to nie tylko mnie. Przychodzimy do kościoła z naszym grzechem, zagonieniem, zniechęceniem, zwątpieniem… Całe to nasze zagubienie jest jeszcze jednym dowodem na to, że potrzebujemy odkupienia. Bóg nie da się wyprzedzić w miłości. On pierwszy chce nas odnaleźć, zanim my zaczniemy Go szukać. On zawsze JEST, my tylko bywamy.

    Kiedy Mojżesz zobaczył płonący krzew, znak obecności żywego Boga, usłyszał: „Mojżeszu, Mojżeszu! (…) Zdejm sandały z nóg, gdyż miejsce, na którym stoisz, jest ziemią świętą!”. Bóg przedstawił mu się słowami: „JESTEM, Który JESTEM”. W czasie każdej Eucharystii stajemy na świętej ziemi. Bóg wychodzi nam na spotkanie i mówi: „JESTEM tutaj z wami, JESTEM dla was”. Czy rozpoznajemy tę tajemniczą obecność ukrytą za zasłoną pokornych znaków? Czy zdejmujemy sandały? Co może nas, kapłanów i świeckich, wyrwać z rutyny, z obojętności? Jan Paweł II i Benedykt XVI podpowiadają skuteczny środek pobudzający: adoracja Eucharystii – trwanie przed Najświętszym Sakramentem, także poza Mszą świętą.

    Chcę uklęknąć!

    Ksiądz Konrad Krajewski, papieski ceremoniarz, wspominał niedawno na naszych łamach (GN13/2011) ostatnią procesję Bożego Ciała z udziałem bł. Jana Pawła II. Był rok 2004. Papież fizycznie był bardzo słaby. „Ojciec Święty koniecznie chciał uklęknąć. Powiedział do mnie: »Chciałbym uklęknąć«. Ja mówię: »Ojcze Święty, ale ten samochód bardzo trzęsie« (bo jechaliśmy na aucie-platformie). Nie wiedziałem, co powiedzieć. Ojciec Święty: »Aha«. Ale za chwilę znowu: »Chcę uklęknąć«. Ja: »To może na wysokości redemptorystów«. Koło redemptorystów papież zwrócił się jeszcze raz stanowczo, troszkę podenerwowany: »Tam jest Najświętszy Sakrament!«. Wtedy razem z abp. Marinim pomogliśmy mu uklęknąć. Dosłownie na parę sekund. Jak tylko uklęknął, wiedział, że musi zaraz wstać, bo kolana już nie wytrzymywały”.

    Jeszcze jeden obraz. Jeden z kolegów księży opowiadał o swoich wrażeniach ze Mszy świętej w prywatnej kaplicy Jana Pawła II. „Kiedy weszliśmy do kaplicy, on już klęczał na klęczniku na środku kaplicy i modlił się. Głowę miał ukrytą w dłoniach. Ani drgnął. Trwał tak bez ruchu bardzo długo. Pomyślałem sobie, że to jest właśnie skała – Piotr. W tym miejscu, w tej postawie modlitwy przed Eucharystią, jakby nieobecny, całkowicie zanurzony w Bogu”. Ten obraz papieża klęczącego przed Najświętszym Sakramentem powracał podczas licznych stacji jego pielgrzymki przez ziemię.

    Kiedy Jan Paweł II przyjechał do Turynu, aby oddać cześć Całunowi Turyńskiemu, minął tę bezcenną relikwię. Pierwsze kroki skierował w stronę Najświętszego Sakramentu. Jakby chciał nam podpowiedzieć: żadna relikwia nie dorównuje tabernakulum!

    Benedykt XVI jeszcze jako kard. Ratzinger w słynnej książce „Duch liturgii” przeciwstawił się poglądom kwestionującym wartość adoracji Najświętszego Sakramentu. Tu i ówdzie słychać było zdanie, że dary eucharystyczne są po to, by je spożywać, a nie oglądać. „Lekkomyślność, z jaką głoszone są takie opinie, może jedynie dziwić” – komentuje obecny papież. To prawda, że adoracja eucharystyczna poza Mszą świętą rozwinęła się w Kościele dopiero w średniowieczu, ale było to pogłębienie tego, w co wierzono od początku, że zmartwychwstały Chrystus jest realnie obecny w Eucharystii. Łacińskie słowo tabernaculum oznacza namiot. To adaptacja hebrajskiego shekina, którym nazywano namiot z Arką Przymierza towarzyszący Żydom podczas ich drogi do Ziemi Obiecanej. Tabernakulum jest dziś dla nas tym, czym niegdyś była Arka Przymierza. Jest namiotem obecności Boga, w wiejskim kościółku, w szpitalnej kaplicy czy we wspaniałej katedrze. „Kościół, w którym pali się wieczna lampka, żyje zawsze i jest czymś więcej niż kamienną budowlą – w kościele tym zawsze czeka na mnie Jezus Chrystus, woła mnie, chce mnie samego uczynić »eucharystycznym«” – pisał kard. Ratzinger.

    Potrzebne zdumienie

    Podczas pierwszego „papieskiego” Bożego Ciała w 1979 roku Jan Paweł II mówił z zachwytem: „W tym milczeniu białej Hostii niesionej w monstrancji są wszystkie słowa Chrystusa, jest całe Jego życie oddane na ofiarę Ojcu za każdego z nas”. Po 25 latach pontyfikatu papież podarował Kościołowi encyklikę poświęconą Eucharystii, jak się okazało – ostatnią. „Ecclesia de Eucharistia” jest więc w pewnym sensie jego duchowym testamentem. Kluczowe słowo tego dokumentu brzmi „zdumienie”. Eucharystii powinno towarzyszyć zdumienie, podkreśla Jan Paweł II. „Pragnę to eucharystyczne »zdumienie« rozbudzić, pisząc tę encyklikę” – dodaje.

    W tej ostatniej encyklice sporo jest słów bardzo osobistych, pokazujących, jak bezcennym skarbem dla Jana Pawła II była Eucharystia. „Od ponad pół wieku, począwszy od pamiętnego 2 listopada 1946 roku, gdy sprawowałem moją pierwszą Mszę św. w krypcie św. Leonarda w krakowskiej katedrze na Wawelu, mój wzrok spoczywa każdego dnia na białej hostii i kielichu, w których czas i przestrzeń jakby »skupiają się«, a dramat Golgoty powtarza się na żywo, ujawniając swoją tajemniczą »teraźniejszość«. Każdego dnia dane mi było z wiarą rozpoznawać w konsekrowanym chlebie i winie Boskiego Wędrowca, który kiedyś stanął obok dwóch uczniów z Emaus, ażeby otworzyć im oczy na światło, a serce na nadzieję”.

    Zachęta do trwania na adoracji przed wystawionym Najświętszym Sakramentem brzmi również bardzo osobiście: „Pięknie jest zatrzymać się z Nim i jak umiłowany uczeń oprzeć głowę na Jego piersi (por. J 13,23), poczuć dotknięcie nieskończoną miłością Jego Serca” – wyznaje Jan Paweł II. I dodaje: „Jeżeli chrześcijaństwo ma się wyróżniać w naszych czasach przede wszystkim »sztuką modlitwy«, jak nie odczuwać odnowionej potrzeby dłuższego zatrzymania się przed Chrystusem obecnym w Najświętszym Sakramencie na duchowej rozmowie, na cichej adoracji w postawie pełnej miłości? Ileż to razy, moi drodzy Bracia i Siostry, przeżywałem to doświadczenie i otrzymałem dzięki niemu siłę, pociechę i wsparcie!”.

    Grzechem byłoby nie adorować

    Papież Benedykt rozpoczął swój pontyfikat w kwietniu roku 2005. Było to dokładnie w połowie Roku Eucharystycznego, który w październiku 2004 zainaugurował Jan Paweł II. Czy nie jest to wymowny znak? Zmieniają się ziemscy pasterze, ale Najważniejszy Pasterz pozostaje z nami – szczególnie w Eucharystii.

    Benedykt XVI w adhortacji apostolskiej „Sacramentum caritatis” podkreśla konieczności adoracji. Raz jeszcze, tym razem jako papież, odrzuca zarzut, że chleb eucharystyczny miałby nam być dany nie dla kontemplacji, a tylko dla spożywania. Benedykt przywołuje mocne słowa św. Augustyna: „Niech nikt nie spożywa tego Ciała, jeśli Go najpierw nie adorował; grzeszylibyśmy, gdybyśmy Go nie adorowali”. A następnie wyjaśnia, że między adoracją a samą Mszą św. istnieje ścisły związek. „Akt adoracji poza Mszą św. przedłuża i intensyfikuje to, co się dokonało podczas samej celebracji liturgicznej. W rzeczywistości tylko przez adorację można dojrzeć do głębokiego i autentycznego przyjęcia Chrystusa”.

    W naszym świecie narasta zjawisko idolatrii, czyli kultu bożków. Świat stwarza wciąż swoich bogów: pieniądze, seks, aborcja, sława. Wszystkie te fałszywe bóstwa obiecują wyzwolenie i wolność. Chrześcijańska odpowiedź jest tylko jedna: tylko Bóg objawiony przez Jezusa jest Bogiem, który wyzwala. Benedykt XVI trafia w punkt: „Adoracja Boga Jezusa Chrystusa, który stał się chlebem łamanym z miłości, jest najbardziej skutecznym i radykalnym środkiem przeciwdziałającym wszelkiej, dawnej i współczesnej, idolatrii.

    Klęczenie przed Eucharystią jest wyznaniem wolności: ten, kto klęka przed Jezusem, nie może i nie powinien korzyć się przed żadną władzą ziemską, bez względu na jej siłę. My, chrześcijanie, klękamy tylko przed Bogiem, przed Najświętszym Sakramentem, ponieważ w Nim, jak wiemy i jak wierzymy, jest obecny jedyny prawdziwy Bóg, który stworzył świat i tak go umiłował, że dał swego Jednorodzonego Syna”.

    W wielu kościołach w Polsce jest zwyczaj całodziennej adoracji Najświętszego Sakramentu. We Francji rozpowszechnia się w parafiach wieczysta adoracja. Ludzie raz w tygodniu poświęcają godzinę na modlitwę (w dzień lub w nocy) przed Najświętszym Sakramentem. Na przykład w miasteczku Sanary-sur-Mer nad Morzem Śródziemnym. Tristan, ojciec rodziny, szef przedsiębiorstwa, jest jednym ze 168 osób (tyle jest godzin w tygodniu), które uczestniczą w tej sztafecie. Przychodzi do kościoła w każdy poniedziałek rano, od piątej do szóstej. „Żyję na wysokich obrotach” – zwierza się. „Spędzenie tej godziny raz w tygodniu z Panem Jezusem zmienia spojrzenie na życie, na radości, na trudności”. Czy nie jest to dobry pomysł i dla naszych parafii? Czy znajdziemy w parafii 168 ludzi gotowych dać jedną godzinę w tygodniu dla Boga? Kiedyś zapytano bł. Matkę Teresę: „Co uratuje świat?”. Odpowiedziała: „Moją odpowiedzią jest modlitwa. Każda parafia musi godzinami trwać na adoracji, u stóp Jezusa obecnego w Najświętszym Sakramencie”.

    ks. Tomasz Jaklewicz/Gość Niedzielny

    Inspiracją dla tego tekstu była książka Ludovica Lecuru i Floriana Racine, Adoracja eucharystyczna, wyd. PROMIC, Warszawa 2010.

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Święty czas. Adoracja zawsze była zalecana przez Kościół

    Adoracja Ciała Pańskiego była praktykowana od początku, ale okazji do niej dziś dużo więcej. Kto spróbuje, ten wie dlaczego.

    fot. Roman Koszowski/Gość Niedzielny

    ***

    Od początku byli tacy, którzy samymi sobą świadczyli o niezwykłości Eucharystii. Tak było w przypadku dwunastoletniej bł. Imeldy Lambertini, która zmarła z miłości do Jezusa po przyjęciu po raz pierwszy Komunii św. Wrażenie na ludziach robiły także ekstazy św. Katarzyny Sieneńskiej, w które wpadała po przyjęciu Komunii. Trwały one nieraz tak długo, że trzeba ją było wynosić z kościoła. A jaki szok musieli przeżywać świadkowie Mszy odprawianych przez św. Józefa z Kupertynu, który wpadłszy podczas Eucharystii w zachwyt, nieraz długo unosił się nad ołtarzem…

    Podobne zjawiska towarzyszyły św. Filipowi Nereuszowi. On także, odprawiając Mszę, tak bardzo koncentrował się na sprawowanej tajemnicy, że czasem unosił się w ekstazie nad ziemią. Żeby tego uniknąć, robił różne dziwne rzeczy – bawił się przed Mszą z kotem, chodził po zakrystii, kołysząc w rękach psa, albo czytał ulubiony zbiór zabawnych anegdot. „Jeżeli nie będę starał się rozproszyć, nie uda mi się odprawić Mszy Świętej” – wyjaśniał zaskoczonym obserwatorom. Ale i tak z trudem pozostawał, dosłownie, na ziemi. Gdy spożywał Komunię, jego twarz jaśniała, a z oczu płynęły łzy. Czasem wierni słyszeli, jak powtarzał: „Dosyć, Panie, dosyć, umieram z radości!”.

    Ciekawie bywało podczas procesji Bożego Ciała, gdy Filip niósł Najświętszy Sakrament. Nie chcąc swoimi lewitacjami robić sensacji – w procesji się przecież chodzi, a nie fruwa – próbował skupić się na otaczającej go fizycznej rzeczywistości. W tym celu na przykład ciągnął za brody mężczyzn niosących baldachim. Nie chciał, żeby ludzie uznali go za kogoś niezwykłego. Niespecjalnie mu się to udawało – sam jego wygląd budował wiarę świadków w rzeczywistą obecność Chrystusa w Eucharystii.

    Filip Nereusz był jednym z wielu świętych, którzy przyczynili się do wzrostu w Kościele pobożności eucharystycznej. To on w 1548 roku, wzorując się na Mediolanie, gdzie na początku XVI w. zrodziła się wieczysta adoracja jako osobne nabożeństwo, zaszczepił ją w Rzymie. Niebawem ta forma kultu Eucharystii zaczęła przyjmować się w Kościele i pozostała żywa do dzisiaj. Więcej nawet – dziś obserwuje się wzrost popularności nieustannej adoracji Pana Jezusa w specjalnie do tego celu przeznaczonych kaplicach. Nieraz dzieje się to na prośbę samych wiernych.

    Długie podniesienie

    Wieczerza Pańska i Eucharystia od początku stanowiły centrum życia chrześcijan. W IV wieku św. Cyryl Jerozolimski uczył katechumenów przyjmowania Komunii. Wierny po otrzymaniu na dłoń Ciała Chrystusa miał „uświęcić ostrożnie oczy swoje przez zetknięcie ich ze świętym Ciałem”. Dalej biskup Jerozolimy zalecał: „Następnie zatrzymaj się na modlitwie, dziękując Bogu za to, że tak wielkimi zaszczycił cię tajemnicami”. Można to uznać za wczesną formę adoracji eucharystycznej. Właściwie jedynej, bo nie istniał wtedy jeszcze kult Eucharystii poza liturgią. Ciało Pańskie, konsekrowane podczas Mszy św., pozostawiano tylko dla tych, którzy nie mogli wziąć udziału w liturgii, na przykład dla chorych czy więźniów.

    Z czasem okazją do adorowania Chleba Eucharystycznego stał się dla wiernych moment konsekracji. Stąd wzięło się „podniesienie” – ukazanie Postaci Eucharystycznych tuż po Przeistoczeniu. Kapłan, trzymając w górze przemieniony Chleb, dawał uczestnikom Mszy św. okazję do adorowania Ciała Chrystusa. W tym czasie wierni na kolanach wpatrywali się w konsekrowaną Hostię. Czasami w pobliżu celebransa klękali ludzie z pochodniami, aby Hostia w jego rękach była bardziej widoczna. Niekiedy kapłan, odpowiadając na pragnienie wiernych, trzymał Ciało Pańskie w górze bardzo długo, dlatego aby mu ulżyć, osoby asystujące podtrzymywały nieraz jego ciężki ornat. Z tego wziął się istniejący do dziś w rycie trydenckim zwyczaj unoszenia tylnej części ornatu celebransa, gdy podczas podniesienia ukazuje Hostię.

    Narastające wśród wiernych pragnienie adorowania Najświętszego Sakramentu zaowocowało skonstruowaniem monstrancji (od łacińskiego monstrare – pokazywać). Wyeksponowana w niej konsekrowana Hostia pozwoliła na ekspozycję Ciała Pańskiego poza Mszą św.

    Jest obecny stale

    Był rok 1207. Pewnej nocy szesnastoletnia Julianna, augustianka z klasztoru Mont Cornillon koło Liège, adorowała Jezusa w Eucharystii. Podczas modlitwy miała widzenie: na pełnej tarczy Księżyca zobaczyła ciemną rysę. Otrzymała poznanie, że Księżyc oznacza Kościół na ziemi, a ciemny fragment wyraża brak w Kościele święta liturgicznego, które powinno podkreślić znaczenie adorowania Eucharystii dla pogłębienia wiary, dla postępu w cnotach i dla wynagrodzenia Jezusowi za grzechy znieważania Najświętszego Sakramentu.

    Ważny szczegół: diecezja Liège była w tamtym czasie – jak to określił Benedykt XVI podczas jednej z katechez – prawdziwym „eucharystycznym wieczernikiem”. Tamtejsi teologowie podkreślali najwyższą wartość sakramentu Eucharystii, były tam też grupy kobiet, które gorliwie oddawały się kultowi eucharystycznemu, poświęcając się modlitwie i pomocy bliźnim. To właśnie w Liège zaczęto najwcześniej używać monstrancji, a stamtąd tradycja ta rozeszła się po całym katolickim świecie.

    W 1215 roku Sobór Laterański IV ogłosił dogmat o transsubstancjacji, czyli o rzeczywistej przemianie podczas Eucharystii substancji chleba i wina w Ciało i Krew Chrystusa, z zachowaniem ich naturalnych przypadłości, takich jak wygląd, smak czy forma.

    Orzeczenie to wpłynęło na świadomość katolików. Odtąd Eucharystia przestała kojarzyć się wyłącznie z liturgią. Zapłonęły wieczne lampki przy tabernakulach, a ludzie zdali sobie sprawę, że Chrystus jest wśród nich stale obecny w Chlebie Eucharystycznym.

    Dorodnym owocem nowej mentalności stało się ustanowienie w Kościele święta Bożego Ciała. Bezpośrednim do tego impulsem były objawienia wspomnianej bł. Julianny, którą poznał Jakub Pantaléon z Troyes. Gdy w 1264 r. został papieżem, przyjął imię Urban IV i jeszcze tego samego roku ogłosił uroczystość Bożego Ciała jako obowiązującą w całym Kościele powszechnym. „Chociaż Eucharystia sprawowana jest uroczyście codziennie, uważamy za słuszne, aby przynajmniej raz w roku upamiętniana była ze szczególną czcią i bardziej uroczyście. Inne rzeczy, które wspominamy, ogarniamy bowiem duchem i umysłem, ale nie uzyskujemy przez to ich realnej obecności. Natomiast w tym sakramentalnym wspomnieniu Chrystusa, choć pod inną postacią, Jezus Chrystus jest pośród nas obecny w swojej istocie” – pisał w ustanawiającej święto bulli Transiturus de hoc mundo.

    Jezus czeka

    W reakcji na reformację, która odrzuciła m.in. kult Eucharystii, Sobór Trydencki (1545–1563) kult ten utrwalił i pogłębił. Adoracje Najświętszego Sakramentu stały się częstsze, zarówno przed Jezusem wystawionym w monstrancji, jak i przed przechowywanym w tabernakulum. Kult Eucharystii wzbogacał się o nowe formy. Zaczęto praktykować codzienne nawiedzenie Najświętszego Sakramentu, choćby w postaci krótkiej modlitwy przed tabernakulum, wprowadzono obrzędy błogosławieństwa Najświętszym Sakramentem, pojawił się zwyczaj adoracji (godzinnych bądź wielogodzinnych) publicznie wystawionego Jezusa Eucharystycznego.

    Kolejnym impulsem dla pobożności eucharystycznej stały się kongresy eucharystyczne, organizowane od 1881 roku w wymiarze światowym, krajowym i regionalnym. Te masowe zgromadzenia katolików, skupionych wokół Eucharystii, i towarzyszące im ogromne procesje z Najświętszym Sakramentem są ważnym świadectwem znaczenia i żywotności pobożności eucharystycznej.

    Czas przemienienia

    Adoracja zawsze była zalecana przez Kościół. „Wszyscy chrześcijanie, zgodnie ze zwyczajem zawsze przestrzeganym w Kościele katolickim, powinni oddawać Najświętszemu Sakramentowi najwyższy kult uwielbienia, który należy się prawdziwemu Bogu” – stwierdza Instrukcja Kongregacji Kultu Bożego Eucharisticum misterium z 1967 roku.

    Do adoracji eucharystycznej zachęcali kolejni papieże, a także dokumenty soborowe i posoborowe. Często zaleca ją także papież Franciszek. „Kiedy adorujemy, pozwalamy Jezusowi nas uzdrawiać i przemieniać. Adorując, dajemy Panu możliwość przemienienia nas Jego miłością, rozjaśnienia naszych ciemności, dania nam sił w słabości i odwagi w trudnych doświadczeniach. Adorować oznacza zmierzać ku temu, co najistotniejsze – powiedział papież w 2020 roku. Zauważył wtedy, że „adorować to umniejszać się w obliczu Najwyższego, aby przed Nim odkrywać, że wspaniałość życia nie polega na posiadaniu, ale na miłowaniu”.•

    Franciszek Kucharczak/Gość Niedzielny

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Ponad 130 cudów eucharystycznych

    Przemiana Hostii w kawałek ludzkiego ciała, a wina mszalnego w krew ludzką, wieloletnie posty eucharystyczne, lewitacje i cudowne uzdrowienia – historia Kościoła zna ponad 130 cudów związanych z Eucharystią.

    Zdarzają się w chwilach zwątpienia w rzeczywistą obecność Chrystusa w Najświętszym Sakramencie, podczas prób profanacji, ale także jako nagroda za wiarę i miłość.

    Ciało i krew

    Za pierwszy cud eucharystyczny uważa się przemianę Hostii i wina w kawałek ciała i krwi w klasztorze w Lanciano we włoskiej prowincji Chieti nad Adriatykiem w VIII wieku. W tamtejszym klasztorze ojców bazylianów jeden z kapłanów dręczony był wątpliwościami co do obecności Jezusa Chrystusa pod postaciami chleba i wina. Wątpliwości te naszły go także podczas sprawowanej mszy św. Wówczas, gdy kończył wypowiadać słowa konsekracji, Hostia zamieniła się w kawałek ciała, a wino w ludzką krew. Zakonnik powiadomił o tym swoich współbraci. Wieść rozniosła się też po okolicy. Wykonano specjalny relikwiarz, w którym Ciało i Krew przechowywane są do dziś. Krew zamieniła się w pięć grudek, ale Ciało pozostało nienaruszone. W 1970 roku zbadano dokładnie cudowną Eucharystię. Badacze orzekli, że Ciało to fragment ludzkiego serca, bez śladów konserwacji, a Krew ma grupę AB.

    Stwierdzone przypadki cudów eucharystycznych pochodzą głównie z Włoch, gdzie w okresie od roku 1000 do 1772 stwierdzono ich 16. Do najsławniejszych z nich należą zdarzenia w Trani (1000 r.), Ferrarze (28 marca 1171), Alatri (1228), we Florencji (30 grudnia 1230 i 24 marca 1595), w Bolsenie (1264), Offidzie (1273), Maceracie (25 kwietnia 1356), Turynie (6 czerwca 1453), Asti (25 lipca 1535 i 10 maja 1718), Sienie (14 sierpnia 1730) i San Pietro a Patierno (27 stycznia 1772). Opisy tych cudów znaleźć można w książce „Cuda Eucharystyczne” autorstwa Joan Carroll Cruz.

    Jedno z ostatnich tego rodzaju zdarzeń odnotowano w 1984 r. w Watykanie w czasie Komunii św., której Jan Paweł II udzielał w swej prywatnej kaplicy grupie pielgrzymów z Azji. Gdy Komunię przyjmowała pewna Koreanka, hostia stała się kawałkiem ciała. Ojciec Święty w głębokim milczeniu pobłogosławił kobietę i udzielał dalej Komunii.

    Cuda przeistoczenia miały miejsce, by umocnić wiarę w prawdziwą obecność Chrystusa podczas konsekracji. Zdarzały się także, gdy profanowano Najświętszy Sakrament. W 1194 roku w Augsburgu pewna kobieta postanowiła trzymać Hostię u siebie w domu. Przyjęła Komunię św., ale nie połknęła jej, schowała w chustę i zaniosła do domu. Po latach, dręczona wyrzutami sumienia wyznała prawdę kapłanowi, a ten po otwarciu zrobionego przez kobietę relikwiarza, zobaczył, że hostia zamieniła się w kawałek Ciała. Taki sam cud zdarzył się ponad sto lat później we Włoszech, kiedy młoda dziewczyna ukryła Hostię, by przekazać ją kobiecie, która miała z niej uczynić eliksir miłosny, a także, gdy pewna mężatka chciała z Komunii św. sporządzić lekarstwo na niewierność męża.

    Również profanacja, której dokonano nieumyślnie, z niedopatrzenia, niedbalstwa lub bezmyślności samych kapłanów była powodem przemiany Najświętszego Sakramentu. W 1330 roku w Sienie we Włoszech pewien kapłan został wezwany do chorego. W pośpiechu nie umieścił Hostii w pudełeczku, lecz włożył ją między kartki brewiarza. Wokół niej na kartkach utworzyły się ślady krwi. Jedna z tych kartek przetrwała do dziś.

    Eucharystia ma także uzdrawiającą moc. Pewien dominikanin, o. Franciszek Lerm, o którym niewiele informacji przetrwało do naszych czasów, z biegiem lat tracił wzrok, aż stał się niewidomy. Na modlitwie wyprosił cud i odzyskiwał wzrok tylko na czas sprawowania przez siebie Mszy św.

    Niekiedy w Hostii widywano postać dziecka lub młodego mężczyzny. Taki cud zdarzył się w Polsce w czasach zaborów, w miejscowości Dubna (dziś znajduje się ona na terenie Ukrainy). W 1867 roku podczas czterdziestogodzinnego nabożeństwa, w czasie wystawienia Najświętszego Sakramentu wierni zauważyli nagle świetliste promienie wystrzeliwujące z Hostii. Po chwili w jej środku ukazała się postać Zbawiciela. Cud ten trwał aż do końca nabożeństwa i widziany był przez wszystkich zgromadzonych w kościele.

    Najdoskonalszy pokarm

    W historii Kościoła znane są także cuda zwane postami eucharystycznymi. Osoby, które go doświadczają, przez długi czas, niekiedy przez całe lata, żyją nie przyjmując pożywienia, a ich jedynym pokarmem jest codzienna Komunia św.

    Jedną z pierwszych osób, która doświadczyła postu eucharystycznego, a o której zachowały się historyczne dokumenty, jest wiejska francuska dziewczyna Alpais, żyjąca na początku XIII wieku. Po wielu ciężkich chorobach została sparaliżowana, a jej jedynym pokarmem pozostawała codzienna Eucharystia. Przybywali do niej liczni pielgrzymi, także z książęcego rodu, a Kościół oficjalnie zbadał i uznał ten cud. Po śmierci Alpais została beatyfikowana.

    Bogato udokumentowana jest także historia św. Mikołaja z Flüe w Szwajcarii, który żył pod koniec XV wieku. Pochodził z wiejskiej rodziny, jako żołnierz uczestniczył w czterech kampaniach wojennych. Po powrocie ożenił się i został ojcem dziesięciorga dzieci. Po ćwierćwieczu uzyskał od żony zgodę na rozpoczęcie życia pustelnika w pobliskiej dolinie. Tam, znany jako brat Klaus, przeżył 20 lat, nie jedząc i nie pijąc niczego. Przyjmował jedynie Komunię św. – raz w miesiącu.

    We współczesnych czasach osobą, która przez kilkadzeisiąt lat żywiła się wyłącznie Eucharystią była słynna francuska mistyczka Marta Robin, ur. w 1902 r. a zmarła w 1991 r. Całe życie spędziła w swej rodzinnej wiosce – Châteauneuf-de-Galaure koło Lyonu. Od dzieciństwa była pobożna i pogodna. W wieku 16 lat zachorowała na zapalenie mózgu. 15 października 1925 r. w akcie zawierzenia całkowicie oddała się Bogu. W 1926 r. została sparaliżowana, od 1928 r. nie mogła spać ani przełykać, nie jadła więc nic i nic nie piła – przez 51 lat jedynym jej pokarmem była raz w tygodniu Eucharystia. 2 października 1930 r. otrzymała stygmaty – znaki męki Chrystusa na swym ciele: na stopach, dłoniach, boku i czole. Co tydzień przeżywała w swoim ciele i w duszy mękę Jezusa Chrystusa. W lipcu 1942 r. straciła wzrok.

    Leżąc sparaliżowana przez ponad 50 lat, wciąż ofiarowywała się Bogu. Mówiła, że „każde życie jest drogą przez Kalwarię i każda dusza Ogrodem Oliwnym; tam każdy człowiek powinien w ciszy pić kielich swego życia. Każde chrześcijańskie życie jest Mszą, a każda dusza jest na tym świecie «Hostią». (…) Hostia waszej Mszy to wy sami; wy, czyli to wszystko, czym jesteście, co macie, co robicie”.

    Marta Robin odegrała niezwykle ważną role w najnowszej historii Kościoła francuskiego. Była duchową przewodniczką wielu znanych postaci, liderów powstających w tym kraju nowych wspólnot katolickich.

    Bezpośrednio z jej inspiracji powstały „Ogniska Miłości” )Foyers de Charite). Pierwsze Ognisko Miłości założył na prośbę Marty Robin jej przyszły spowiednik ks. Georgres Finet (1898-1990) z Lyonu. Obecnie działają one w 40 krajach. Spośród 75 takich placówek 14 jest we Francji, a 2 w Polsce: w Olszy koło Rogowa w archidiecezji łódzkiej i w Kaliszanach koło Józefowa nad Wisłą w archidiecezji lubelskiej.

    Post Eucharystyczny

    Post eucharystyczny wiąże się z brakiem apetytu, niechęcią lub wręcz wstrętem do jedzenia. W bardzo drastycznej formie przeżywała go św. Katarzyna ze Sieny. Z relacji jej spowiednika wynika, że mimo starań, by odżywiać się normalnie, święta nie mogła się przemóc. Żołądek nie trawił niczego i św. Katarzyna zwracała wszystko, nawet wodę.

    Postu eucharystycznego doświadczały także osoby żyjące w XX wieku, m.in. Alexandrina da Costa (zm. W 1955 r.) i Teresa Neumann (zm. W 1962 r.).

    Otrzymać Komunię z rąk Pana

    Święci, którzy z różnych przyczyn pozbawieni byli na jakiś czas możliwości przystępowania do Komunii św. otrzymywali łaskę cudownego jej przyjmowania. Jednym z nich był św. Stanisław Kostka (zm. W 1568 r.). Gdy przygotowywał się do wstąpienia do zakonu jezuitów, zachorował i musiał zatrzymać się u pewnej luterańskiej rodziny. Gospodarze nie zgodzili się na sprowadzenie kapłana z Komunią św. Stanisław modlił się żarliwie do św. Barbary, patronki sakramentu pokuty i Komunii św. w godzinie śmierci. Święta zjawiła się w asyście anioła i przyniosła Eucharystię.

    Dominikańskie przekazy mówią o podobnym cudzie, jakiego doświadczyła najmłodsza dominikańska święta, 11-letnia Imelda. Był rok 1333. Imelda od roku już należała do zakonu. Przyjęto ją z wielkimi oporami, ale ze względu na młody wiek nie dopuszczano do Komunii. Imelda bardzo cierpiała, obserwując każdego dnia jak inne dominikanki przyjmują Eucharystię. W dniu jej śmierci zdarzył się cud i Hostia zawisła nad głową dziewczynki. Zakonnice, które były świadkami tego wydarzenia, powiadomiły o tym sprawującego mszę św. kapłana. Ów podszedł do dziewczynki, dotknął Hostii nad jej głową i podał Imeldzie. Młodziutka dominikanka umarła w chwilę po spożyciu Komunii św.

    Dar łez…

    Niektórzy święci otrzymali także dar łez za grzechy własne lub z powodu cierpień Jezusa Chrystusa. Podczas Eucharystii płakali ku uwielbieniu Boga i dla wynagradzania za grzechy. Najbardziej znana spośród nich jest św. Klara (zm. W 1253 roku). Inny święty, Feliks z Cantalice (zm. W 1587 r.), płakał tak bardzo podczas mszy św., że nie mógł recytować modlitw mszalnych.

    Oprócz daru płaczu, święci wyróżniani byli za swoją niezwykłą miłość do Chrystusa w Eucharystii świetlistymi aurami, ognistą łuną i ekstazą. Cuda te były udziałem m.in. św. Ignacego Loyoli, założyciela zakonu jezuitów.

    Ekstazie, jaką odczuwają święci adorując Najświętszy Sakrament niekiedy towarzyszyła lewitacja, czyli unoszenie się w powietrzu. Św. Józef z Cupertino (zm. w 1663 r.), którego niemal codzienne lewitacje były bogato udokumentowane, został patronem podróżujących w powietrzu. Dar lewitacji wzbudza u świadków podziw, ale także strach, niekiedy także o życie świętej osoby. Sami lewitujący zazwyczaj wspominali to zjawisko jako łagodne unoszenie się. Jedynie św. Teresa z Avili wyznała, że jej własne lewitacje wywoływały w niej również bojaźń przed niezwykłą siłą i mocą Boga, który „nie zadowala się przyciąganiem ku sobie tylko duszy, lecz pragnie także i ciała”.

    Kai.pl

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Matka Carla Acutisa: spełnia się jego pragnienie, ludzie wracają do Eucharystii

    Samplefot. Facebook/venerablecarlo.acutis.3

    ***

    Dla nas rodziców śmierć Carla była oczywiście krzyżem. Dziś widzimy, że było to również błogosławieństwo – powiedziała Radiu Watykańskiemu matka bł. Carla Acutisa w dzień jego liturgicznego wspomnienia. Ujawnia, że codziennie otrzymuje świadectwa o cudach za jego wstawiennictwach. Jak nie uzdrowienia to nawrócenia – mówi, podkreślając jednak, że największym osiągnieciem jego zmarłego przed 18 laty syna jest odrodzenie kultu eucharystycznego w wielu zakątkach świata.

    Matka przyszłego świętego przypomina, że właśnie na tym bardziej zależało Carlowi. Widział długie kolejki młodych ludzi na koncerty i mecze. Nikt natomiast nie spieszył na spotkanie z Jezusem w tabernakulum. Dziś natomiast z całego świata – z Japonii, Chin, Indii, Afryki czy Stanów Zjednoczonych – docierają świadectwa o odrodzeniu eucharystycznym, które dokonuje się dzięki przykładowi Carla.

    Jak mówi Antonia Salzano, jej zmarły w wieku zaledwie 15 lat syn pokazuje, że każdy może dojść do świętości, jeśli tylko będzie korzystał z tego, co daje nam Bóg w sakramentach, Słowie Bożym i modlitwie, takiej jak różaniec.

    Mówiąc o cudach, które dokonują się za wstawiennictwem jej syna, wyraża przekonanie, że są to znaki, które potwierdzają to, co odkrył Carlo, że Pan Jezus jest rzeczywiście obecny pośród nas. Widocznie potrzeba dziś takich znaków – dodaje. Piszą do niej ludzie, którzy byli w bardzo trudnej sytuacji, rozpadało się ich małżeństwo albo nie mogli mieć dzieci, byli ciężko chorzy, mieli raka, przerzuty… i dzięki wstawiennictwu Carla doświadczyli Bożej pomocy.

    Antonia Salzano zauważa jednak, że najbardziej potrzebują przesłania jej syna ludzie młodzi, którzy znajdują się dziś w wielkim niebezpieczeństwie z powodu pornografii i innych zagrożeń, które, jak smartfony, całkowicie skupiają ich uwagę i odbieraj im wolność, sprawiają, że staja się niewolnikami, małymi marionetkami, jak w Pinokiu. Carlo pokazuje, że można się temu przeciwstawić, zawierzając się Panu Bogu – dodaje matka świętego nastolatka.

    Krzysztof Bronk i Federico Piana, Vatican News PL | Rzym Ⓒ Ⓟ/Kai.pl

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Kościelne święta, w których należy uczestniczyć w Liturgii Mszy świętej

    Sample

    fot. Piotr Tumidajski/Kai

    ***

    W roku liturgicznym niektóre święta i uroczystości mają stałe daty – tak jak Boże Narodzenie 25 grudnia. Są również święta i uroczystości, których daty przypadają w różnych dniach kolejnego roku – tak jak  Wielkanoc, czy Uroczystość Zesłania Ducha Świętego.

    Dla przypomnienia podaję listę świąt i uroczystości w 2024 roku:

    1 stycznia (poniedziałek) – Uroczystość Świętej Bożej Rodzicielki

    6 stycznia (sobota) – Uroczystość Objawienia Pańskiego (Trzech Króli)

    31 marca (niedziela) – Niedziela Zmartwychwstania Pańskiego (Wielkanoc)

    12 maja (niedziela) – Wniebowstąpienie Pańskie

    19 maja (niedziela) – Uroczystość Zesłania Ducha Świętego (Zielone Świątki)

    30 maja (czwartek) – Uroczystość Najświętszego Ciała i Krwi Pańskiej (Boże Ciało)

    15 sierpnia (czwartek) – Uroczystość Wniebowzięcia Najświętszej Maryi Panny

    1 listopada (piątek) – Uroczystość Wszystkich Świętych

    25 grudnia (środa) – Uroczystość Narodzenia Pańskiego (Boże Narodzenie)

    Inne ważne święta w Liturgii Kościoła w 2024 roku:

    Kościelne święta nakazane to niejedyne święta i uroczystości w roku liturgicznym. W dni, w które przypadają inne ważne święta kościelne wierni nie mają obowiązku uczestniczenia w Mszy świętej i powstrzymywania się od prac niekoniecznych. Kościół zachęca jednak, aby, gdy jest to możliwe, również i wtedy uczestniczyć w liturgii:

    2 lutego (piątek) – Święto Ofiarowania Pańskiego (Matki Boskiej Gromnicznej)

    19 marca (wtorek) – Uroczystość świętego Józefa, Oblubieńca Najświętszej Maryi Panny

    1 kwietnia (poniedziałek) – Poniedziałek Wielkanocny

    8 kwietnia (poniedziałek) – Uroczystość Zwiastowania Pańskiego

    20 maja (poniedziałek) – Święto Najświętszej Maryi Panny, Matki Kościoła

    29 czerwca (sobota) – Uroczystość Świętych Apostołów Piotra i Pawła

    9 grudnia (poniedziałek) – Uroczystość Niepokalanego Poczęcia Najświętszej Maryi Panny

    26 grudnia (czwartek) – Święto świętego Szczepana, pierwszego męczennika


    Adwent w 2024 roku rozpocznie się 1 grudnia.

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Abp Galbas w Nowym Jorku: Zmorą naszych czasów jest obojętność i wzruszenie ramion wobec wartości

    Sample

    fot. Karol Porwich/East News

    ***

    – Miejcie swoją osobistą „listę dziedzictwa”, katalog wartości, które dla was są ważne, bo były ważne dla waszych przodków i chcecie „wejść w to”, przekazać je następnym pokoleniom, z nadzieją, że i dla nich będą ważne – powiedział abp Adrian Galbas w Nowym Jorku. Metropolita katowicki przewodniczył Mszy św. z okazji Dnia Dziedzictwa Polskiego. W homilii mówił o przekazywanych od pokoleń wartościach, wśród których pierwsze miejsce zajmuje wiara.

    Abp Galbas zwrócił uwagę, że otrzymane od poprzednich pokoleń dziedzictwo domaga się docenienia jego wartości oraz zaangażowania, by przekazać je przyszłym pokoleniom. Wskazał, że współcześnie jednym z największych problemów jest obojętność wobec wartości, “które dla poprzednich pokoleń były bezcenne i święte”. – Obojętny człowiek nie twierdzi, że te wartości są złe, nie twierdzi jednak także, że są dobre. „Może są, a może nie są. Może są takie, a może inne. To nieważne i nic mnie to nie obchodzi” – mówił.

    Przywołując słowa Jana Pawła II o obronie “własnego Westerplatte” podkreślił różnicę pomiędzy postawami wobec dziedzictwa ludzi współczesnych oraz tych, którzy dorastali kilka dekad temu. – Pamiętam, jak myśmy – młodzi wtedy ludzie – słuchali tego z wypiekami na twarzy. To nas jakoś podniecało, zapalało, podnosiło na duchu. „Tak, chcę być obrońcą mojego Westerplatte, mówiliśmy. Chcę walczyć o to, co jest dla mnie ważne”. Dziś wielu powie: „nie muszę mieć żadnego Westerplatte. Ważne, bym był wyspany, najedzony i miał wifi” – zaznaczył.

    Odnosząc się do kontekstu kulturowego, w którym żyje Polonia w Nowym Jorku wyraził uznanie dla wysiłków na rzecz pielęgnowania polskiego dziedzictwa w polonijnych szkołach, klubach, stowarzyszeniach i parafiach. – Żyjecie w wielokulturowym i wielomilionowym mieście. W tyglu tyglów, w Nowym Jorku. W tyglu można mieszać ze sobą różne potrawy, z każdej wziąć trochę, wszystko jakoś połączyć, potem dołożyć jednolitego sosu, który dodaje się do każdej pospolitej potrawy: do hamburgera i hot doga, by ostatecznie uzyskać taki sam smak. Tylko, że potem nie wiadomo co się właściwie zjadło. Lepiej jak jest inaczej: chętnie spróbuję tego, co gotują na innych ogniach, w innych piecach, co sprzedają na innych straganach. Jestem otwarty, ciekawy świata, ciekawy innych sposobów myślenia, działania i w ogóle życia, ale mam też coś własnego, co gotowała moja babcia i moja mama, coś co mnie karmi, czym chcę się karmić i czym chętnie poczęstuję także ciebie – stwierdził.

    W homilii apelował także, by Polacy dbali o własną tożsamość i nie bali wyróżniać się na tle innych. Odwołał się do Katedry Świętego Patryka na Manhattanie. – Wygląda jak z innej bajki i z innego świata, niedzisiejsza. Jedna inna wśród wielu innych. A jednak przez to, że jest jedna i inna, jest zauważalna i tak cenna. Po wizycie na Manhattanie możemy zapomnieć jak wygląda ten, czy tamten drapacz, ale nie zapomnimy tej katedry. Drapacze dosięgają chmur, katedra dosięga nieba – zaznaczył.

    Abp Galbas podkreślił, że jedną z najważniejszych wartości otrzymanych od poprzednich pokoleń jest wiara przekazywana przez Kościół. Nie należy jej jednak sprowadzać tylko do religijnych zwyczajów, które są ważne, jednak “mogą być puste jak wielkanocne wydmuszki”. Wiara jest decyzją, przemyślaną, rozeznaną i przemodloną. Jest też pragnieniem pójścia za Chrystusem. – Nie za kimkolwiek, nie za modą, opiniami opinii publicznej, nie za większością, nie za kalkulacjami na chwilę, ale właśnie za Chrystusem – mówił. Zauważył, że udział w praktykach religijnych weryfikuje wiarę, ale może być pusty, jeśli praktykującemu brakuje spójności życia. Wskazał też na niebezpieczeństwo zwalniania się z praktyk. – W twierdzeniu, że można być jednocześnie wierzącym i niepraktykującym dostrzegam potężny fałsz. Bo trudno jednocześnie chcieć być blisko Chrystusa i unikać miejsc, gdzie On sam mówi, że jest: przede wszystkim unikać Eucharystii – zaznaczył.

    Przywołując prośbę Jakuba i Jana z niedzielnej Ewangelii stwierdził, że Apostołowie wyrazili w ten sposób pragnienie życia w bliskości Chrystusa. – Pozostali się oburzają, ale to jest szczere, proste i piękne. Czy to jest też nasze pragnienie? Moje? Być jak najbliżej Chrystusa, być coraz bliżej Niego, jak śpiewamy w popularnej pieśni kościelnej: „Być bliżej Ciebie chcę”. Macie takie pragnienie? Mamy je? – pytał.

    Kończąc zachęcał do wytrwania w wierze. – Słowo „trwać” zawsze się kojarzy z czymś co trudne. Trwać, czyli nie zmieniać niczego, gdy jest ciężko, nie wycofywać się. Być jak ten obrońca Westerplatte. Trwajmy mocno, niezależnie od tego, czy mieszkamy w Nowym Jorku, czy w Nowym Targu, z tej czy z tamtej strony Atlantyku. (…) Wejdźmy do wnętrza swojej wiary, tylko wtedy przekażemy ją następnym pokoleniom.

    21 października 2024 | eKai / Nowy Jork

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Niezwykłe słowa znanego aktora: Gdyby ludzie wiedzieli to stałyby kolejki pod kościołami

    Niezwykłe słowa znanego aktora: Gdyby ludzie wiedzieli to stałyby kolejki pod kościołami

    fot. Screenshot – YouTube (Rymanowski Live)

    ***

    Jeden z czołowych polskich aktorów Adam Woronowicz dał publicznie niezwykle przejmujące świadectwo własnej wiary oraz mocy sakramentów obecnych w Kościele.

    „Moja wiara, moja religia mnie ratuje. Mam wrażenie że ja bym sobie bez tego nie poradził. Powiem szczerze że nie wiem jak sobie ludzie bez tego radzą. Nie wiem” – mówił Woronowicz w wywiadzie udzielonym red. Bogdanowi Rymanowskiemu na kanale YouTube „Rymanowski Live”.

    „Często mam wrażenie że zrzucam z siebie jakiś ciężar gdy przystępuje do sakramentu spowiedzi I że on mi daje naprawdę siłę, że mnie leczy. Nie poradziłbym sobie bez Eucharystii. Czuję, że to jest naprawdę pokarm, powiedziałbym bogów. Gdyby ludzie wiedzieli, co zostawiają to by stały pewnie kolejki pod kościołami. Wciąż zdumiewa mnie i zaskakuje ta Ewangelia, która mówi: „kto spożywa Moje ciało i pije Moją krew, będzie żył na wieki” – wyznał aktor.

    Główny odtwórca sprzed kilkunastu lat roli ks. Jerzego Popiełuszki, odnosząc się do problematyki zgorszeń w Kościele powiedział, że podczas kręcenia tego filmu usłyszał od jednego z księży, że Kościół swojej historii popełnił „wszystkie możliwe grzechy”.

    „A jednak czasem pojawia się w tym Kościele postać, która zawstydza wszystkich. Oczywiście wielu wtedy powie o takiej osobie, że wariatka, że dysfunkcyjna, że pewnie jej się coś przywidziało. Przecież nawet ks. Sopoćko [spowiednik św. Faustyny Kowalskiej – red.] zlecił badania psychiatryczne dla siostry Faustyny. A to przecież jej książka, jej “Dzienniczek” – patrząc na całe ponad tysiącletnie dzieje naszego narodu – jest najbardziej poczytną na świecie pozycją z całej literatury polskiej. Czyta tą książkę cały świat. Miliony ludzi pod każdą szerokością geograficzną znajdują tam przesłanie nadziei dla siebie” – zauważył Adam Woronowicz. 

    ren/YouTube (Rymanowski Live), fronda.pl

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Niedziela 13 października 2024

    Dziś mija 107 lat od ostatniego objawienia Matki Bożej we Fatimie w Portugalii. Od 13 maja do 13 października 1917 roku Matka Boża ukazywała się trojgu pastuszkom: Łucji, Hiacyncie i Franciszkowi. Za ich pośrednictwem Najświętsza Maryja Panna wzywała ludzi do modlitwy różańcowej, nawrócenia i pokuty. Przekazała również orędzie znane jako “trzy tajemnice fatimskie”.

    Podczas ostatniego objawienia we Fatimie około 70 tysięcy osób było świadkami cudu słońca.

    Dobrze jest tutaj przypomnieć, że 20 lat po objawieniu MARYI jako NIEPOKALANIE POCZĘTA w Lourdes miało miejsce na polskiej ziemi objawienie MATKI BOŻEJ w maleńkiej wiosce o nazwie Gietrzwałd, w tamtym czasie będącej pod zaborem pruskim. Objawienia gietrzwałdzkie trwały od 27 czerwca do 16 września 1877 roku. Matka Boska ukazała się 160 razy. Nigdzie indziej na świecie objawienia nie powtarzały się tak często.  

    ___________________________________________________

    CUD SŁOŃCA

    ***

    13 października 1917 roku w Fatimie Matka Boża po raz szósty ukazała się trojgu portugalskim pastuszkom. Dzieciom towarzyszył ogromny tłum. Ludzie pobożni przyszli z nakazu sumienia, inni ze zwykłej ciekawości. Niektórzy znaleźli się tam z obowiązku służbowego. Trzy miesiące wcześniej Maryja zapowiedziała: W październiku powiem wam, kim jestem i czego chcę oraz dokonam cudu, który wszyscy zobaczą, aby uwierzyli. Wezwania Matki Bożej skierowane do ludzi oraz tajemnice, które otrzymały dzieci miały uzyskać potwierdzenie, które powinno przekonać każdego co do prawdziwości objawień. 


    13 października 1917 r. w pobliżu Hiacynty, Franciszka i Łucji zgromadził się kilkudziesięciotysięczny tłum. Niektórzy szacują liczbę świadków cudu słońca w Fatimie na ponad 100 tys. ludzi. Nic dziwnego, że wysłane przez władze prześladujące Kościół oddziały wojskowe nie powstrzymały napierającego tłumu, który starał się dostać jak najbliżej pastuszków. 

    W pewnym momencie dzieci jak przy poprzednich objawieniach dostrzegły błysk światła, po którym Matka Boża pojawiła się nad krzewem. Scenę rozmowy Maryi z dziećmi oraz sam cud słońca zwięźle opisał w swojej książce „Fatima – orędzie tragedii czy nadziei” Antonio A. Borelli:

    ŁUCJA: Czego Pani sobie życzy ode mnie? 

    MATKA BOŻA: Chcę ci powiedzieć, aby wybudowano tu kaplicę na moją cześć. Jestem Matką Bożą Różańcową. Odmawiajcie w dalszym ciągu codziennie Różaniec. Wojna się skończy, a żołnierze wkrótce wrócą do swoich domów. 

    ŁUCJA: Miałam prosić Panią o wiele rzeczy, o uzdrowienie kilku chorych, nawrócenie niektórych grzeszników, etc. 

    MATKA BOŻA: Jednych uzdrowię, innych nie. Trzeba, aby się poprawili i prosili o przebaczenie swoich grzechów. I ze smutnym wyrazem twarzy dodała: Niech nie obrażają więcej Boga naszego Pana, który już i tak jest bardzo obrażany. 

    Następnie, rozchylając dłonie, Najświętsza Maryja Panna zaczęła odbijać się w słońcu, podczas gdy unosiła się, odbicie Jej światła cały czas padało na słońce. 

    Wtedy to Łucja wykrzyknęła: Spójrzcie na słońce! 

    Po tym jak Najświętsza Maryja Panna znikła w bezmiarze nieboskłonu, wizjonerzy byli świadkami trzech następujących scen: pierwsza z nich symbolizowała tajemnice radosne różańca, następna tajemnice bolesne, a ostatnia tajemnice chwalebne (tylko Łucja widziała te trzy sceny; Franciszek i Hiacynta widzieli tylko pierwszą z nich). 

    Obok słońca zobaczyli pojawiającego się świętego Józefa z Dzieciątkiem Jezus oraz Matkę Bożą Różańcową. Była to Święta Rodzina. Maryja była ubrana w białe szaty i w niebieski płaszcz. Święty Józef także był ubrany na biało, natomiast Dzieciątko Jezus miało okrycie w jasnoczerwonym kolorze. Święty Józef pobłogosławił tłum wykonując trzykrotnie znak krzyża. Dzieciątko Jezus uczyniło to samo. Następna była wizja Matki Boskiej Bolesnej i Chrystusa Pana obarczonego cierpieniem w drodze na Kalwarię. Jezus pobłogosławił lud czyniąc znak krzyża. Matka Boża nie miała w piersi miecza. Łucja widziała jedynie górną część ciała Pana Jezusa. Ostatnia była chwalebna wizja Matki Bożej Karmelitańskiej, ukoronowanej na Królową Nieba i Ziemi oraz trzymającej w swych ramionach Dzieciątko Jezus. 

    Podczas gdy obrazy te ukazywały się jeden po drugim oczom wizjonerów, wielki tłum złożony z kilkudziesięciu tysięcy osób był świadkiem cudu słońca. Podczas całego trwania objawienia padał deszcz. Przy końcu spotkania Łucji i Najświętszej Maryi Panny, w chwili gdy Maryja zaczęła się unosić, a dziewczynka wykrzyknęła słowa „Popatrzcie na słońce!”, chmury się rozpierzchły odsłaniając słońce, które wyglądało jak ogromny srebrny dysk. Lśniło tak intensywnie, jak jeszcze nigdy, lecz jego blask nie oślepiał. Trwało to tylko chwilę. Ta ogromna kula zaczęła jakby „tańczyć”. Słońce było jakby gigantycznym ognistym kołem, kręcącym się szybko. Zatrzymało się na jakiś czas, zanim znów zaczęło kręcić się wokół swojej osi z oszałamiającą prędkością. Następnie zaczęło przybierać różowy kolor na krawędziach i ślizgać po niebie, wirując i rozsypując czerwone snopy płomieni. Światło to odbijało się na ziemi, na drzewach i krzewach, a także na twarzach ludzi i na ich ubraniach, przyjmując świetliste różnobarwne odcienie. Trzykrotnie ożywiona szaleńczym ruchem kula ognia zaczęła drżeć i trząść się. Wydawało się, że opadając ruchem zygzakowatym spadnie na przerażony tłum. Wszystko to trwało około dziesięciu minut. Na końcu słońce wspięło się znów wijącym ruchem do punktu, z którego zaczęło opadać, na nowo przyjmując swój spokojny wygląd i odzyskując zwykłą jasność swego światła. 

    Cykl objawień zakończył się. 

    Wielu ludzi zauważyło, że ich ubrania przemoknięte deszczem, od razu wyschły. Cud słońca został także zaobserwowany przez wielu świadków znajdujących się poza miejscem objawień, w promieniu około czterdziestu kilometrów.

    ze strony: Orędzie Fatimskie nadzieją dla Polski

    (więcej na temat Cudu Słońca w Fatimie można dowiedzieć się z książki Świadkowie Cudu Słońca)

    ______________________________________________________________________________________________________________

    OBJAWIENIA NAJŚWIĘTSZEJ MARYI PANNY

    ***

    W chwili objawień Najświętszej Maryi Panny, Łucja de Jesus, Franciszek i Hiacynta Marto mieli po dziesięć, dziewięć i siedem lat. Cała trójka mieszkała w Aljustrel, w miejscu należącym do parafii fatimskiej. Objawienia miały miejsce na małym skrawku ziemi należącym do rodziców Łucji, nazywanym Cova da Iria, i znajdującym się dwa i pół kilometra od Fatimy na drodze do Leirii. Matka Boża ukazała się im na krzewie zwanym ilex, będącym karłowatą odmianą dębu, mierzącym nieco ponad metr wysokości.

    Franciszek widział Maryję, lecz Jej nie słyszał. Hiacynta Ją widziała i słyszała. Łucja natomiast widziała, słyszała i rozmawiała z Nią. Objawienia miały miejsce około południa.

    Pierwsze objawienie: 13 maja 1917 roku

    W momencie, gdy uwaga trójki wizjonerów została przyciągnięta przez podwójny blask, podobny do błyskawic, bawili się w Cova da Iria. Później zobaczyli oni Matkę Boską na zielonym dębie. Była to, zgodnie z opisem siostry Łucji, Pani ubrana na biało, bardziej błyszcząca niż słońce, promieniejąca światłem czystszym i intensywniejszym od kryształowego pucharu z wodą, prześwietlonego promieniami słonecznymi. Jej nieopisanie piękna twarz nie była ani smutna, ani radosna, lecz poważna i malował się na niej wyraz łagodnego napomnienia. Miała dłonie złączone jakby w geście modlitwy, które opierały się na piersiach i które były zwrócone ku górze. Z jej prawej dłoni opadał różaniec. Jej szaty wydawały się całe utkane ze światła. Jej tunika była biała, tak jak
    i płaszcz ze złotym rąbkiem, który okrywał głowę Maryi, opadając aż do jej stóp. Wizjonerzy byli tak blisko Matki Bożej – w odległości około półtora metra – że znajdowali się w poświacie, która Ją otaczała lub którą roztaczała wokół.
    Rozmowa ich potoczyła się następująco:

    MATKA BOŻA: Nie bójcie się, nie zrobię wam nic złego.
    ŁUCJA: Skąd Pani jest?
    MATKA BOŻA: Jestem z nieba (i wzniosła rękę wskazując na niebo).
    ŁUCJA: A czego Pani ode mnie chce?
    MATKA BOŻA: Przyszłam was prosić, abyście przychodzili tu przez sześć kolejnych miesięcy, trzynastego dnia, o tej samej godzinie. Potem powiem wam, kim jestem i czego chcę. Następnie powrócę tu jeszcze siódmy raz.
    ŁUCJA: A ja też pójdę do nieba?
    MATKA BOŻA: Tak, pójdziesz.
    ŁUCJA: A Hiacynta?
    MATKA BOŻA: Także.
    ŁUCJA: A Franciszek?
    MATKA BOŻA: Również, ale musi jeszcze odmówić wiele różańców.
    ŁUCJA: Czy Maria das Neves jest już w niebie?
    MATKA BOŻA: Tak, jest.
    ŁUCJA: A Amelia?
    MATKA BOŻA: Będzie w czyśćcu do końca świata.
    Czy chcecie ofiarować się Bogu, aby znosić wszystkie cierpienia, które On zechce na was zesłać, jako zadośćuczynienie za grzechy, którymi jest obrażany, oraz jako wyproszenie nawrócenia grzeszników?
    ŁUCJA: Tak, chcemy.
    MATKA BOŻA: A więc będziecie musieli wiele wycierpieć. Ale łaska Boża będzie waszą pociechą.
    Wymawiając te ostatnie słowa (łaska Boża etc.), rozchyliła po raz pierwszy dłonie przekazując nam światło – bardzo intensywne, jakby odblask wychodzący z Jej dłoni, które przenikając przez nasze piersi do najgłębszych zakątków duszy, spowodowało, że widzieliśmy siebie w Bogu, który był tym światłem, wyraźniej niż w najlepszym z luster. Wtedy pod wpływem jakiegoś wewnętrznego impulsu również nam przekazanego, padliśmy na kolana i powtarzaliśmy z głębi duszy: O Przenajświętsza Trójco, uwielbiam Cię! Boże mój, Boże mój, kocham Cię w Przenajświętszym Sakramencie!
    W chwilę później Matka Boża dodała:
    – Odmawiajcie różaniec codziennie, abyście uprosili pokój dla świata i koniec wojny.
    Następnie zaczęła się spokojnie unosić w kierunku wschodnim, aż zniknęła w nieskończonej dali. Światło, które Ją ot
    aczało, jak gdyby torowało Jej drogę w gęstwinie gwiazd.

    Drugie objawienie: 13 czerwca 1917

    Drugie objawienie także zostało zapowiedziane wizjonerom przez żywy blask, który nazwali „błyskawicą”, lecz który właściwie nią nie będąc, był raczej odbiciem zbliżającego się światła.
    Niektórzy, z około pięćdziesięciu obserwatorów, którzy przyszli na to miejsce, widzieli, że słońce, na początku objawienia, utraciło na kilka minut swój blask. Inni przypominali sobie, że wierzchołek drzewka, pokryty listowiem, zdawał się uginać, jakby pod jakimś ciężarem chwilę przed tym jak Łucja zaczęła mówić. Podczas spotkania Najświętszej Maryi Panny z wizjonerami, wiele osób usłyszało szept przypominający brzęczenie pszczoły.

    ŁUCJA: Czego Pani sobie życzy ode mnie?
    MATKA BOŻA: Chcę, abyście przyszli tu 13 dnia następnego miesiąca, abyście odmawiali codziennie różaniec i nauczyli się czytać2. Potem powiem, czego chcę.
    Wtedy to Łucja poprosiła o uleczenie pewnego chorego.
    MATKA BOŻA: Jeżeli nawróci się, wyzdrowieje w ciągu roku.
    ŁUCJA: Chciałabym prosić, aby nas Pani zabrała do nieba.
    MATKA BOŻA: Tak, Hiacyntę i Franciszka zabiorę niedługo. Ty jednak zostaniesz tu przez jakiś czas. Jezus chce posłużyć się tobą, aby ludzie Mnie lepiej poznali i pokochali. Chce On ustanowić na świecie nabożeństwo do mego Niepokalanego Serca. Tym, którzy je przyjmą, obiecuję zbawienie. Dusze te będą tak drogie Bogu, jak kwiaty, którymi ozdabiam Jego tron.
    ŁUCJA: Czy zostanę tu sama?
    MATKA BOŻA: Nie, córko. Czy bardzo cierpisz? Nie trać odwagi, nie opuszczę cię nigdy. Moje Niepokalane Serce będzie twoją ucieczką i drogą, która zaprowadzi cię do Boga.
    W chwili, gdy wypowiadała te ostatnie słowa – opowiada siostra Łucja – rozchyliła swe dłonie i po raz drugi przekazała nam odblask tego niezmiernego światła.

    Kiedy wizja ta znikła, Pani, cały czas otulona światłem, które z Niej emanowało, uniosła się lekko, bez najmniejszego wysiłku, ponad zielony dąb w kierunku wschodnim i całkiem znikła. Kilka osób, które znajdowały się najbliżej, spostrzegło, iż liście znajdujące się na wierzchołku krzaka ugięły się w tym samym kierunku, jakby szarpnięte ubraniem Najświętszej Panienki. Krzak pozostał później jeszcze przez kilka godzin ugięty w ten sam sposób, zanim powrócił do swej naturalnej pozycji.
     

    Trzecie objawienie: 13 lipca 1917


    W chwili trzeciego objawienia, mała szara chmurka zawisła nad zielonym dębem, słońce pociemniało, a orzeźwiająca bryza powiała w górach. Był sam środek lata. Manuel Marto, ojciec Hiacynty i Franciszka, jak sam to ujmuje, także usłyszał pobrzękiwanie podobne do brzęczenia much w pustym dzbanie. Wizjonerzy ujrzeli znajomy im już blask światła, a w chwilę później spostrzegli ponad krzewem Najświętszą Maryję Pannę.

    ŁUCJA: Czego sobie Pani życzy ode mnie?
    MATKA BOŻA: Chcę, abyście przyszli tu 13 dnia następnego miesiąca i nadal codziennie odmawiali różaniec na cześć Matki Bożej Różańcowej, aby uprosić pokój na świecie i koniec wojny, gdyż tylko Ona będzie mogła wam pomóc.
    ŁUCJA: Chciałabym prosić, aby Pani powiedziała nam, kim jest i uczyniła jakiś cud, żeby wszyscy uwierzyli, że rzeczywiście nam się Pani ukazuje.
    MATKA BOŻA: Nadal przychodźcie tutaj co miesiąc. W październiku powiem wam, kim jestem i czego chcę oraz dokonam cudu, który wszyscy zobaczą, aby uwierzyli.

    Następnie Łucja skierowała kilka próśb o nawrócenie grzeszników, uzdrowienia i inne łaski. Matka Boża zawsze odpowiadała tak samo, polecając niezmiennie odmawianie różańca oraz obiecując, że prośby te zostaną wysłuchane w ciągu roku.

    Potem dodała: Ofiarujcie się za grzeszników i powtarzajcie wielokrotnie – zwłaszcza gdy będziecie czynić jakąś ofiarę – »O Jezu, czynię to z miłości dla Ciebie, w intencji nawrócenia grzeszników oraz jako zadośćuczynienie za grzechy popełnione przeciwko Niepokalanemu Sercu Maryi«.
     

    Czwarte objawienie: 19 sierpnia 1917


    13 sierpnia, w dniu, w którym miało mieć miejsce czwarte objawienie, wizjonerzy nie mogli się udać do Cova da Iria, ponieważ zostali oni uwięzieni przez administratora kantonu Ourém, który chciał wyrwać im ich tajemnicę siłą. Dzieci wytrzymały to dzielnie.

    O zwykłej porze, w czasie, gdy zebrani ludzie obserwowali małą białą chmurkę unoszącą się przez kilka minut nad zielonym dębem, usłyszano w Cova da Iria grzmot, po którym nastąpiła błyskawica. Byli oni także świadkami zjawisk związanych z zabarwianiem się na różne kolory twarzy ludzi, ubrań, drzew czy ziemi. Matka Boża na pewno przybyła, lecz nie odnalazła na miejscu spotkań wizjonerów.

    Powróciła kilka dni później, w posiadłości Valinhos ukazując się na zielonym dębie, który był tylko trochę wyższy od dębu z Cova da Iria.

    ŁUCJA: Czego sobie Pani życzy ode mnie?
    MATKA BOŻA: Chcę, abyście nadal przychodzili trzynastego dnia miesiąca do Cova da Iria i odmawiali różaniec codziennie. W ostatnim miesiącu uczynię cud, aby wszyscy uwierzyli
    ŁUCJA: Co Pani chce, abyśmy zrobili z pieniędzmi, które ludzie zostawiają w Cova da Iria?
    MATKA BOŻA: Niech sporządzą dwa feretrony. Jeden ty będziesz nosiła z Hiacyntą i dwie inne dziewczynki, ubrane na biało. Drugi niech nosi Franciszek z trzema innymi chłopcami. Pieniądze składane na te feretrony są przeznaczone na święto Matki Bożej Różańcowej, a reszta jako datek na kaplicę, która ma być zbudowana.
    ŁUCJA: Chciałabym prosić o uzdrowienie kilku chorych.
    MATKA BOŻA: Tak, niektórych uzdrowię w ciągu roku. I przybierając smutniejszy wyraz twarzy, znowu poleciła dzieciom praktykowanie umartwień: Módlcie się, módlcie się wiele i czyńcie ofiary za grzeszników, ponieważ wiele dusz idzie do piekła, bo nie mają nikogo, kto by się za nie ofiarował i modlił.
    I jak zwykle zaczęła unosić się ku wschodowi.


    Dzieci obcięły gałęzie krzewu, nad którym Matka Boża im się ukazała, i zaniosły je do domu. Wydzielały one szczególnie przyjemny zapach.
     

    Piąte objawienie: 13 września 1917


    Tak jak i poprzednio, tłum ludzi, których liczba została oszacowana na około piętnaście do dwudziestu tysięcy osób, a może nawet i więcej, był świadkiem całej serii zjawisk atmosferycznych: nagłego ochłodzenia, takiego przyćmienia słońca, że można było zobaczyć gwiazdy, pewnego rodzaju deszczu, jakby opadały tęczowe płatki lub płatki śniegu, które znikały, zanim jeszcze mogły dotknąć ziemi. Wtedy to właśnie zauważono świetlistą kulę, która przemieszczała się wolno po niebie ze wschodu na zachód, a przy końcu objawienia w przeciwnym kierunku. Jak zwykle, wizjonerzy dostrzegli błysk światła, po czym ukazała im się ponad zielonym dębem Najświętsza Maryja Panna.

    MATKA BOŻA: Odmawiajcie w dalszym ciągu różaniec, aby uprosić koniec wojny. W październiku ukaże się również Pan Jezus, Matka Boża pod wezwaniem Bolesnej i Karmelitańskiej oraz św. Józef z Dzieciątkiem Jezus, aby pobłogosławić świat. Bóg jest zadowolony z waszych umartwień, ale nie musicie spać ze sznurami. Noście je tylko w dzień.
    ŁUCJA: Proszono mnie, abym poprosiła Panią o wiele rzeczy; uzdrowienie kilku chorych, uzdrowienie głuchoniemego.
    MATKA BOŻA: Tak, niektórych uzdrowię, innych nie. W październiku uczynię cud, aby wszyscy uwierzyli.
     

    Szóste i ostatnie objawienie: 13 października 1917


    ŁUCJA: Czego Pani sobie życzy ode mnie?
    MATKA BOŻA: Chcę ci powiedzieć, aby wybudowano tu kaplicę na moją cześć. Jestem Matką Boską Różańcową. Odmawiajcie w dalszym ciągu codziennie różaniec. Wojna się skończy, a żołnierze wkrótce wrócą do swoich domów.
    ŁUCJA: Miałam prosić Panią o wiele rzeczy, o uzdrowienie kilku chorych, nawrócenie niektórych grzeszników, etc.
    MATKA BOŻA: Jednych uzdrowię, innych nie. Trzeba, aby się poprawili i prosili o przebaczenie swoich grzechów. I ze smutnym wyrazem twarzy dodała: Niech nie obrażają więcej Boga naszego Pana, który już i tak jest bardzo obrażany.

    Następnie, rozchylając dłonie, Najświętsza Maryja Panna zaczęła odbijać się w słońcu, podczas gdy unosiła się, odbicie Jej światła cały czas padało na słońce.

    Wtedy to Łucja wykrzyknęła: Spójrzcie na słońce!

    Po tym jak Najświętsza Maryja Panna znikła w bezmiarze nieboskłonu, wizjonerzy byli świadkami trzech następujących scen: pierwsza z nich symbolizowała tajemnice radosne różańca, następna tajemnice bolesne, a ostatnia tajemnice chwalebne (tylko Łucja widziała te trzy sceny; Franciszek
    i Hiacynta widzieli tylko pierwszą z nich):

    Obok słońca zobaczyli pojawiającego się świętego Józefa z Dzieciątkiem Jezus oraz Matkę Boską Różańcową. Była to Święta Rodzina. Maryja była ubrana w białe szaty i w niebieski płaszcz. Święty Józef także był ubrany na biało, natomiast Dzieciątko Jezus miało okrycie w jasnoczerwonym kolorze. Święty Józef pobłogosławił tłum wykonując trzykrotnie znak krzyża. Dzieciątko Jezus uczyniło to samo. Następna była wizja Matki Boskiej Bolesnej i Chrystusa Pana obarczonego cierpieniem w drodze na Kalwarię. Jezus pobłogosławił lud czyniąc znak krzyża. Matka Boża nie miała w piersi miecza. Łucja widziała jedynie górną część ciała Pana Jezusa. Ostatnia była chwalebna wizja Matki Bożej Karmelitańskiej, ukoronowanej na Królową Nieba i Ziemi oraz trzymającej w swych ramionach Dzieciątko Jezus.

    ze strony: Orędzie Fatimskie nadzieją dla Polski

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Mało znane siódme objawienie fatimskie. Dzięki niemu Łucja powiedziała Bogu „tak“.

    Od 13 maja do 13 października: sześć objawień fatimskich. A siódme? Zapowiedziała je sama Matka Boża słowami: „Następnie powrócę tu jeszcze siódmy raz”.

    13 października obchodzimy rocznicę ostatniego z objawień fatimskich. Ale tak naprawdę, to wcale nie ostatniego, ale szóstego z siedmiu. Już podczas pierwszego (w maju 1917 r.) Maryja mówiła: „Przyszłam was prosić, abyście przychodzili tu przez sześć kolejnych miesięcy, trzynastego dnia, o tej samej godzinie. Potem powiem wam, kim jestem i czego chcę. Następnie powrócę tu jeszcze siódmy raz”.

    Skoro świętujemy rocznicę „ostatniego” objawienia, to co z siódmym? Czy miało miejsce? I jeśli tak, to kiedy?

    Minęły prawie cztery lata od ostatniego objawienia. Z trojga wizjonerów żyje już tylko Łucja. Franciszek zmarł w kwietniu 1919 r., a Hiacynta w lutym 1920 r. Tak jak zapowiedziała Matka Boża.

    Jest 13 czerwca 1921 r. Do Fatimy znów przybyły tłumy pielgrzymów, by modlić się w miejscu objawień. Wśród tych tłumów jest też Filomena Miranda. Przyjechała tu na polecenie biskupa Leirii, aby zgodnie z wcześniejszą umową zabrać Łucję do Porto, do internatu prowadzonego przez siostry doroteuszki.

    Łucja spędzi w ich szkole 4 lata, by następnie wstąpić do tego zgromadzenia. Pozostanie w nim kolejne 22 i pół roku, kiedy to (za specjalnym pozwoleniem Piusa XII) opuści doroteuszki, by wstąpić do karmelitanek w Coimbrze, gdzie pozostanie do śmierci (13.02.2005 r.).

    Na razie jednak ma 14 lat i właśnie ma opuścić dom rodzinny. Wspomniana umowa zawiera także warunek, że Łucja nigdy nie wróci już w rodzinne strony (a więc także w miejsca związane z objawieniami). Ponieważ pani Filomena chce po zabraniu Łucji zatrzymać się z nią na trzy dni w Leirii, zanim pojadą do Porto, matka dziewczynki protestuje i zobowiązuje się sama odwieźć ją w wyznaczonym dniu do internatu sióstr.

    W ten sposób zyskują jeszcze trzy dni dla siebie. Ostatnie trzy dni w domu. Ostatnie trzy dni z mamą.

    Ostatniego dnia (wedle wspomnień samej s. Łucji był to 15 czerwca 1921 r.) z samego rana Łucja poszła na mszę do parafialnego kościoła. Poszła pożegnać miejsce, z którym wiązało się wiele ważnych wspomnieć, ale też zawierzyć Matce Najświętszej rozterki swojego serca i ból spowodowany perspektywą rychłego wyjazdu. Sama s. Łucja w swoich wspomnieniach tak relacjonowała tamtą dramatyczną modlitwę:

    Widziałaś moją walkę, moje niezdecydowanie, mój żal z powodu wyrażonej wcześniej zgody, niepewność… i chęć, by wycofać się z danego słowa… Powiedzieć wszystkiemu „żegnam” w momencie, gdy młodość zaczyna rozkwitać… Pozostawić wszystko, nawet dom rodzinny, dla nieznanego, które miałam spotkać…
    Czy tak można żyć? Nie! Powiem Mamie, że nie chcę jechać… Tam, dokąd chce mnie wysłać ksiądz biskup, nie wiem jak będzie, a na dodatek postawił warunek, że nie wrócę więcej do domu. To znaczy, że już nigdy nie zobaczę rodziny ani tych błogosławionych miejsc! Nigdy więcej nie stąpać po tej błogosławionej ziemi, po to, by iść, Bóg wie dokąd?! Nawet bez możliwości bezpośredniej korespondencji z Mamą! To niemożliwe, nie jadę!

    Po południu poszła jeszcze na spacer i odwiedziła bliskie jej miejsca. Dotarła oczywiście także do Cova da Iria. Uklękła w miejscu, gdzie niegdyś rósł mały dąb, nad którym objawiała się Piękna Pani i popłakała się… Za dużo było tego wszystkiego.

    Do rozterek i obaw dochodziły jeszcze wyrzuty sumienia… Cztery lata temu, podczas pierwszego z objawień, wraz z Franciszkiem i Hiacyntą powiedziała Matce Bożej, że chce „ofiarować się Bogu, aby znosić wszystkie cierpienia, które On im ześle jako zadośćuczynienie za grzechy, którymi jest obrażany i jako prośbę o nawrócenie grzeszników”.

    Franciszek i Hiacynta odeszli zabrani przez chorobę, którą mężnie znosili. Teraz przyszła kolej na nią, aby cierpieć, a ona chciałaby się wycofać. Żal, wstyd, rozpacz, udręka. I wtedy…

    I wtedy przyszła Maryja. Dotknęła ramienia Łucji swoją dłonią, a kiedy dziewczynka podniosła zapłakane oczy, zobaczyła Panią tak jak przed czterema laty. Rozmowa była krótka: „Przychodzę tu po raz siódmy. Idź, podążaj drogą, którą ksiądz biskup zechce cię prowadzić, taka jest wola Boga” – powiedziała Pani i znikła.

    I tyle wystarczyło. Strach, niepewność i rozpacz odeszły, jak ręka odjął (nie byle jaką ręką!). Teraz Łucja mogła powiedzieć Bogu swoje „tak”. Przypomniała sobie Matkę Bożą z Góry Karmel i po raz pierwszy poczuła w sercu powołanie do życia zakonnego. Jako patronkę obrała w tej chwili Teresę od Dzieciątka Jezus. I wyjechała.

    Tak wyglądało siódme objawienie w Fatimie, zapowiedziane przez samą Matkę Bożą. Nastąpiło w momencie wielkiego cierpienia wizjonerki. Było bardzo krótkie, a jego przesłanie zwięzłe. Dotyczyło konkretnego wyboru, konkretnej sprawy.

    W pewnym sensie to siódme objawienie czeka na każdego z nas – niezależnie od tego, czy kiedykolwiek w życiu znajdziemy się w Fatimie, czy po prostu w chwili udręki i niepewności będziemy przywoływać Maryję we własnym domu. Ona do każdego chce przyjść, położyć dłoń na ramieniu i powiedzieć: „Ufaj. Idź. Zawierz się. Posłuchaj głosu Boga i Jego wezwania. Zrób, co ci powie”.

    Michał Lubowicki/Aleteia.pl

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Święty Józef i cud słońca

    top

    ***

    Po lewej stronie słońca pojawił się św. Józef, trzymając na lewej ręce Dzieciątko Jezus – relacjonowały dzieci z Fatimy objawienie z 13 października 1917 roku. – Św. Józef wyłaniał się z jasnego obłoku tylko na wysokości klatki piersiowej na tyle wystarczająco, by unieść dłoń i trzy razy uczynić, razem z Dzieciątkiem Jezus, znak krzyża nad światem.

    ***

    Słońce

    ***

    13 października 1917 roku miało miejsce ostatnie objawienie Matki Bożej w Fatimie, któremu towarzyszył niezwykły znak na niebie nazywany „Cudem słońca”. Mimo, że objawienia fatimskie są bardzo istotne dla zrozumienia czasów w których żyjemy, szczegóły tych niezwykłych wydarzeń są zbyt słabo znane. Także katolikom. W dzisiejszym artykule pragnę uwypuklić i przypomnieć niedocenioną rolę św. Józefa w trakcie ostatniego fatimskiego objawienia.

    Po Cudzie słońca i punkcie kulminacyjnym objawienia się Maryi, również św. Józef objawił się Łucji, Hiacyncie i Franciszkowi. Ksiądz John de Marchi w swojej książce Prawdziwa historia Fatimy, cytując relacje dzieci, opisuje to w ten sposób: Po lewej stronie słońca pojawił się św. Józef, trzymając na lewej ręce Dzieciątko Jezus. Św. Józef wyłaniał się z jasnego obłoku tylko na wysokości klatki piersiowej na tyle wystarczająco, by unieść dłoń i trzy razy uczynić, razem z Dzieciątkiem Jezus, znak krzyża nad światem. Gdy św. Józef robił znak krzyża, Najświętsza Panna stała w blasku po prawej stronie od słońca, ubrana w błękitne i białe szaty Matki Boskiej Różańcowej. Tymczasem Franciszek i Hiacynta byli skąpani we wspaniałych barwach i znakach słońca, a Łucja miała przywilej wpatrywania się w naszego Pana przybranego w czerwień jako Bożego Odkupiciela, gdy błogosławił świat, jak przepowiedziała Matka Boża. Podobnie jak święty Józef, był widziany jedynie od klatki piersiowej w górę. Obok Niego stała Najświętsza Panna, ubrana teraz w fioletowe szaty Matki Bożej Boleściwej, ale bez miecza. W końcu Najświętsza Panna objawiła się ponownie Łucji w całym swym eterycznym blasku, ubrana w proste, brązowe szaty z Góry Karmel.

    ***

    Św. Józef z Jezusem

    ***

    Ku wstawiennictwu św. Józefa

    Ostatnie objawienie fatimskie wskazuje na trzy konkretne formy nabożeństwa do Matki Bożej, do których praktykowania wzywa się nas w czasie „ostatecznej bitwy” przeciwko szatanowi. Są to nabożeństwa do Pełnego Boleści i Niepokalanego Serca Maryi, Różańca świętego oraz Brązowego Szkaplerza. Jednakże przeogromne znaczenie ma także zwrócenie uwagi na to, że ostatnie objawienie w Fatimie kieruje nas także ku wstawiennictwu św. Józefa, którego nasz Pan skojarzył blisko z samym sobą w swoim błogosławieństwie udzielonym światu. Ksiądz de Marchi pisze: Nasz Pan, już tak bardzo obrażony grzechami ludzkości, a w szczególności znęcaniem się nad dziećmi przez urzędników rejonu, mógłby z łatwością tamtego bogatego w wydarzenia dnia zniszczyć świat. Jednakże nasz Pan nie przyszedł, by zniszczyć, ale zbawić. Zbawił świat tamtego dnia poprzez błogosławieństwo dobrego świętego Józefa oraz miłość Niepokalanego Serca Maryi do Jej dzieci na ziemi. Nasz Pan zatrzymałby wielką wojnę światową, która wówczas szalała i dał światu pokój poprzez świętego Józefa – oświadczyła później Hiacynta – gdyby dzieci nie zostały aresztowane i zabrane do Ourém.

    ***

    Fatima - dzieci

    ***

    Św. Józef patronem Kościoła Powszechnego

    W święto Niepokalanego Poczęcia, 8 grudnia 1870 roku, bł. papież Pius IX, w następstwie próśb otrzymanych od biskupów z całego świata, ogłosił św. Józefa patronem Kościoła powszechnego w tym szczególnie bolesnym czasie, kiedy sam Kościół jest osaczony przez wrogów z każdej strony i ciemiężony ciężkimi nieszczęściami tak, że bezbożni ludzie wyobrażają sobie, że bramy piekła wreszcie nad nim przeważają. Papież Leon XIII – któremu zostało objawione w roku 1884, że szatanowi będzie udzielona przez jakiś czas większa moc działania w celu zniszczenia Kościoła – ustanowił nowe nabożeństwo do św. Józefa w swojej encyklice Quamquam pluries, ogłoszonej w święto Wniebowzięcia Najświętszej Panny 15 sierpnia 1889 roku. Papież pisał: W okresach napięcia i próby – zwłaszcza, gdy wydaje się, że moce ciemności mają zezwolenie na każdy akt bezprawia – Kościół ma w zwyczaju błagać ze szczególnym zapałem i wytrwałością Boga, swojego autora i opiekuna, z odwołaniem się do wstawiennictwa świętych – a przede wszystkim Najświętszej Dziewicy, Matki Boga – której protekcja zawsze była najskuteczniejsza. Dalej wyjaśniał: Widzimy, że wiara, korzeń wszystkich cnót chrześcijańskich, zmniejsza się w wielu duszach; widzimy, jak zanika miłosierdzie; młode pokolenie dorasta codziennie w deprawacji moralności i poglądów; Kościół Jezusa Chrystusa jest atakowany ze wszystkich stron przez jawne siły lub przez przebiegłość; jest prowadzona nieustająca wojna toczona przeciwko Następcy Pierwszego Papieża; a same fundamenty religii są podważane ze śmiałością, która codziennie coraz bardziej nabiera na sile. W rzeczywistości sprawy te są tak dobrze znane, że nie ma potrzeby rozwodzić się nad głębokościami, na które spadło społeczeństwo w tych dniach, lub wzorcami, które teraz pochłaniają umysły ludzi. W okolicznościach tak nieszczęśliwych i niespokojnych ludzkie środki są niewystarczające i staje się konieczne, jako jedyny środek, błaganie o wsparcie ze strony Bożej mocy.

    Ponad stulecie później

    Ponad stulecie później od ogłoszenia tej encykliki zła wskazane przez papieża Leona XIII nasiliły się w stopniu, który był niewyobrażalny dla większości ludzi w roku 1889. Każdego dnia morduje się tysiące niewinnych dzieci z aprobatą rządów, które powinny je bronić, świętość małżeństwa jest bezczeszczona rozwodami, cudzołóstwem i antykoncepcją, a więzi pomiędzy rodzicami a ich dziećmi stają się rozmyślnie celem przeznaczonym na zniszczenie przez najpotężniejsze państwa i instytucje na świecie. A najgorsze ze wszystkiego jest to, że sam papież jest odpowiedzialny za szerzenie się herezji, które odwodzą stado od Chrystusa ku wiecznemu potępieniu. Papież Leon XIII zachęcał wiernych, tak jak Najświętsza Panna uczyni to dwadzieścia osiem lat później w Fatimie, by zwalczali te zła poprzez modlitwę Różańca świętego: Biorąc pod uwagę zbliżający się miesiąc październik, który już poświęciliśmy Maryi Dziewicy, pod tytułem Matki Bożej Różańcowej, szczerze zachęcamy wiernych do wykonywania ćwiczeń duchowych tego miesiąca, jeśli to możliwe, z jeszcze większą pobożnością i stałością niż dotychczas. Wiemy, że istnieje pewna pomoc w matczynej dobroci Dziewicy, i jesteśmy bardzo pewni, że nie na próżno pokładamy w Niej naszą ufność. Jeżeli podczas niezliczonych okazji, pokazała Ona swoją moc niosąc pomoc chrześcijanom na całym świecie, dlaczego mielibyśmy wątpić w to, że teraz odnowi swoją pomoc w postaci mocy i łaski, jeśli będziemy ofiarować Jej pokorne i nieustanne modlitwy ze wszystkich stron? Nie, wolimy wierzyć, że Jej interwencja będzie tym bardziej cudowna, ponieważ pozwoliła nam modlić się do Niej przez tak długi czas przez specjalne wezwania. Ale wówczas, raz jeszcze antycypując Fatimę, skierował wiernych także ku świętemu Józefowi: Ale My podejmujemy inny cel, do którego, w zależności od zwyczaju, Czcigodni Bracia, będzie można przejść z zapałem. Aby Bóg bardziej łaskawie wysłuchał Naszych modlitw, i aby okazał dobroć i gotowość pomocy swojemu Kościołowi, uważamy za niezwykle użyteczne dla ludu chrześcijańskiego, stale odwoływać się z wielką pobożnością i ufnością, razem z Dziewicą – Matką Boga, do Jej cnotliwego Małżonka, Błogosławionego Józefa; i traktujemy to jako najpewniejsze, że będzie to najprzyjemniejsze dla samej Dziewicy. Dalej papież wyjaśnia: Dom Boga, którym rządził Józef dzięki władzy ojca, zawarł w swoich granicach urodzony w niedostatku Kościół. Z tego samego faktu, że Najświętsza Dziewica jest Matką Jezusa Chrystusa jest Ona Matką wszystkich Chrześcijan, których urodziła na Górze Kalwarii wśród największych boleści Odkupienia; w ten sposób Jezus Chrystus jest pierworodnym wśród chrześcijan, którzy przez adopcję i Odkupienie są Jego braćmi. I z tych powodów Błogosławiony Patriarcha troszczy się o rzesze chrześcijan, którzy tworzą Kościół, jako o zawierzonych specjalnie jego powiernictwu – tę nieograniczoną rodzinę rozprzestrzenioną po całej ziemi, nad którą, ponieważ jest małżonkiem Maryi i Ojcem Jezusa Chrystusa, posiada, tak jak posiadał kiedyś, ojcowską władzę. Jest więc naturalne i godne, że Błogosławiony Józef, który zaspokajał wszystkie potrzeby Rodziny w Nazarecie i otaczał ją swoją ochroną, powinien teraz okryć płaszczem swojej niebiańskiej opieki i bronić Kościół Jezusa Chrystusa.

    Bazylika w Fatimie

    ***

    Nowa modlitwa

    W związku z tym Ojciec Święty ustanowił nową modlitwę do odmawiania po Różańcu świętym przez miesiąc październik. W jego zamierzeniu modlitwa ta miała być odmawiana nie tylko w październiku 1889 roku, ale w październiku każdego roku. Skorzystajmy z lekcji objawienia się św. Józefa w Fatimie i skierujmy do niego po pomoc i opiekę.

    Święty Józefie, postrachu demonów, módl się za nami!

    O milagre de Fátima

    (za: LifeSiteNews i Fatima.pl)

    Aleksandra Polewska-Wianecka /Narodowe SANKTUARIUM ŚW. JÓZEFA w Kaliszu

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Św. Jan Paweł II: Fatimskie wezwanie do pokuty

    fot. Screenshot – YouTube

    ***

    św. Jan Paweł II: Fatimskie wezwanie do pokuty

    „To ewangeliczne wezwanie do pokuty i nawrócenia jest nadal aktualne. Jeszcze bardziej aktualne niż 65 lat temu. I jeszcze bardziej naglące”  – św. Jan Paweł II

    Zamach miał miejsce 13 maja 1981 r., w 64. rocznicę pierwszego objawienia się Matki Bożej w Fatimie. Historycy, eksperci od objawień fatimskich twierdzą, że nawet godzina i minuty były te same. 13 maja 2000 r. podczas beatyfikacji Hiacynty i Franciszka w Fatimie przez Jana Pawła II zostały ujawnione główne treści trzeciej części tajemnicy fatimskiej.

    “Według interpretacji Pastuszków – wyjaśniał kard. Sodano – ostatnio potwierdzonej przez siostrę Łucję, ubrany na biało biskup, który modli się za wszystkich wiernych, to Papież. Także on, z trudem podążając ku krzyżowi wśród martwych ciał męczenników (biskupów, kapłanów, zakonników, zakonnic i licznych świeckich), pada, ugodzony kulami, jak martwy”.

    W czasie pobytu w klinice Gemelli Jan Paweł II poprosił biskupa Hnilicę, aby dostarczył mu wszystkie dokumenty związane z objawieniami w Fatimie. Papież dokładnie przestudiował całą dokumentację. Kiedy opuszczał szpital, powiedział biskupowi Hnilicy: “zrozumiałem, że jedynym sposobem ocalenia świata od wojny, od ateizmu, jest nawrócenie zgodnie z orędziem fatimskim.”

    Dopiero pięć miesięcy po zamachu, a dokładnie 15 sierpnia 1981 r. Papież spotkał się z wiernymi na placu św. Piotra. Powiedział wtedy: “Stałem się na nowo dłużnikiem Najświętszej Dziewicy i wszystkich świętych Patronów. Czyż mogę zapomnieć, że wydarzenie na placu św. Piotra miało miejsce w tym dniu i o tej godzinie, kiedy od sześćdziesięciu z górą lat wspomina się w portugalskiej Fatimie pierwsze pojawienie się Matki Chrystusa ubogim wiejskim dzieciom? Wszak we wszystkim, co mnie w tym właśnie dniu spotkało, odczułem ową niezwykłą macierzyńską troskę i opiekę, która okazała się mocniejsza od śmiercionośnej kuli”. Niezwykle interesującą interpretację nieudanego zamachu na życie Ojca Świętego usłyszeliśmy z ust samego Ali Agcy. Jan Paweł II odwiedził go w rzymskim więzieniu Rebibbia. Podczas rozmowy z Papieżem zamachowiec dziwił się, jak to się stało, że Ojciec Święty ocalał. Był pewny, że dobrze celował. Wiedział, że strzał był zabójczy, śmiertelny… a pomimo to nie zabił. Dlaczego? Uporczywie pytał się Papieża: “Co to jest, co wszyscy powtarzają: Fatima?”.

    Jan Paweł II tak wspominał: “Na Boże Narodzenie 1983 roku odwiedziłem zamachowca w więzieniu. Długo ze sobą rozmawialiśmy. Ali Agca jest, jak wszyscy mówią, zawodowym zabójcą. Co znaczy, że zamach nie był jego inicjatywą, że ktoś inny to wymyślił, ktoś inny to zlecił. W ciągu całej rozmowy było jasne, że Alemu Agcy nie dawało spokoju pytanie: jak się to stało, że zamach się nie powiódł? Przecież robił wszystko, co należało, zadbał o najdrobniejszy szczegół swego planu. A jednak ofiara uniknęła śmierci. Jak to się mogło stać? I ciekawa rzecz… ten niepokój naprowadził go na problem religijny. “Pytał się, jak to właściwie jest z tą tajemnicą fatimską. Na czym ona polega? To był główny punkt jego zainteresowania, tego przede wszystkim chciał się dowiedzieć. Być może, że jego uporczywe pytania były znakiem, że zyskał świadomość tego, co rzeczywiście ważne. Ali Agca – jak mi się wydaje – zrozumiał, że ponad jego władzą, władzą strzelania i zabijania, jest jakaś potęga wyższa. Zaczął więc jej poszukiwać. Życzę mu, aby ją znalazł”. Zamach na Ojca Świętego miał miejsce dokładnie w rocznicę pierwszego objawienia Matki Bożej w Fatimie 13 maja 1917 r. Matka Boża apelowała wtedy do wszystkich ludzi: “Przyszłam upomnieć ludzkość, aby poprawiła się i czyniła pokutę za swoje grzechy”. Orędzie fatimskie jest jasne i jednoznaczne: aby uchronić ludzkość od samozagłady, konieczne jest nawrócenie, jej powrót do Boga. W pierwszą rocznicę zamachu 13 maja 1982 r. Papież pojechał z pielgrzymką do Fatimy, aby podziękować za cudowne ocalenie życia. Powiedział wtedy: “Daty te (13.05 1917 r. i 13.05.1981r.) spotkały się ze sobą w taki sposób, że musiałem odczuć, iż jestem tutaj przedziwnie wezwany. I oto dzisiaj przybywam. Przybywam po to, ażeby w tym miejscu podziękować Bożej Opatrzności… Jedna ręka wymierzała broń, a druga zmieniła kierunek kuli”. Ojciec Święty przypomniał wtedy, że przyjechał do Fatimy w tym celu, “by raz jeszcze w imieniu całego Kościoła wysłuchać orędzia, które 65 lat temu popłynęło z ust wspólnej Matki, zatroskanej o los swoich dzieci. Dziś to orędzie jest bardziej aktualne i naglące, niż kiedykolwiek. Jak bowiem nie patrzeć bez trwogi na falę sekularyzmu i permisywizmu, które jakże poważnie zagrażają podstawowym wartościom moralnych zasad chrześcijańskich?” W dramatycznych słowach Papież wyraził swój ból, “że wezwanie do pokuty, nawrócenia, modlitwy, nie spotkało się i nie spotyka z takim przyjęciem, jak powinno! O, Serce Niepokalane – wołał Ojciec Święty – pomóż nam przezwyciężyć grozę zła, które ciąży nad ludzkością i zamyka drogi ku przyszłości”. W Częstochowie 19 czerwca 1983 r. podczas Apelu Jasnogórskiego Jan Paweł II modlił się: “W dniu 13 maja minęło dwa lata od tego popołudnia, kiedy ocaliłaś mi życie. Było to na placu św. Piotra. Tam, w czasie audiencji generalnej, został wymierzony do mnie strzał, który miał mnie pozbawić życia. Zeszłego roku 13 maja byłem w Fatimie, aby podziękować i zawierzać. Dziś pragnę tu, na Jasnej Górze, pozostawić jako wotum widomy znak tego wydarzenia, przestrzelony pas sutanny. Wielki Twój czciciel kardynał Hlond, prymas Polski, na łożu śmierci wypowiedział słowa: “Zwycięstwo – gdy przyjdzie przyjdzie przez Maryję”. Totus Tuus. I więcej już nie dodam”. W swojej książce “Przekroczyć próg nadziei” Jan Paweł II pisał: “A cóż powiedzieć o trojgu portugalskich dzieciach z Fatimy, które nagle, w przeddzień wybuchu rewolucji październikowej, usłyszały, że “Rosja się nawróci”, że “na końcu moje Serce zwycięży”?… Tego nie mogły one wymyślić. Nie znały na tyle historii i geografii, a jeszcze mniej orientowały się w ruchach społecznych i w rozwoju ideologii. A jednak to właśnie się stało, co zapowiedziały. Może również na to został wezwany z “dalekiego kraju” ten Papież, może na to był potrzebny zamach na placu św. Piotra właśnie 13 maja 1981 roku, ażeby to wszystko stało się bardziej przejrzyste i zrozumiałe, ażeby głos Boga mówiącego poprzez dzieje człowieka w “znakach czasu” mógł być łatwiej słyszany i łatwiej zrozumiany? Jest to ten Ojciec, który wciąż działa, i ten Syn, który również działa, i ten niewidzialny Duch Święty, który jest Miłością, a jako Miłość jest nieustannym działaniem stwórczym, zbawczym, uświęcającym i ożywiającym” (s. 108).

     W Fatimie Matka Boża prosiła, aby Ojciec Święty poświęcił Jej cały świat i Rosję. Swą prośbę ponowiła 13 czerwca 1929 r. objawiając się s. Łucji w Tuy: “Przyszła chwila, w której Bóg wzywa Ojca Świętego, aby wspólnie z biskupami całego świata poświęcił Rosję memu Niepokalanemu Sercu, obiecując ją uratować za pomocą tego środka”. Jan Paweł II całym sercem pragnął spełnić to życzenie Matki Chrystusa. W tym celu, w łączności z wszystkimi biskupami, rozpoczął przygotowania do dokonania uroczystego aktu poświęcenia całego świata i Rosji Niepokalanemu Sercu Maryi w dniu 25 marca 1984 r. W ten pamiętny dzień na placu św. Piotra w Rzymie, Ojciec Święty, w obecności specjalnie przywiezionej na tę okoliczność figurki Matki Bożej Fatimskiej, dokonał aktu zawierzenia, jak o to prosiła Niepokalana. W tym samym dniu biskupi we wszystkich diecezjach na świecie mieli to samo uczynić w łączności ze swoimi kapłanami i wiernymi. Wszyscy intuicyjnie czuli, że to wydarzenie zmieni bieg historii świata. Jan Paweł II dokonał tego aktu zawierzenia Niepokalanej, aby przezwyciężyć moce zła, które zagrażają całej ludzkości: “Moc tego poświęcenia – mówił Ojciec Święty – trwa przez wszystkie czasy, ogarnia wszystkich ludzi, ludy i narody, przewyższa zaś wszelkie zło, jakie duch ciemności zdolny jest rozniecić w sercu człowieka i w jego dziejach: jakie też rozniecił w naszych czasach… Zawierzając Ci, o Matko, świat, wszystkich ludzi i wszystkie ludy (…) składam je w Twym macierzyńskim Sercu. O Serce Niepokalane! Pomóż nam przezwyciężyć grozę zła, które tak łatwo zakorzenia się w sercach współczesnych ludzi – zła, które w swych niewymiernych skutkach ciąży już nad naszą współczesnością i zdaje się zamykać drogi ku przyszłości”. Po tym akcie oddania świata i Rosji Maryi, Matce Kościoła, Ojciec Święty wręczył biskupowi z Fatimy wyjątkowy dar, mówiąc: “To jest pocisk wyjęty z mojego ciała 13 maja 1981 roku. Drugi zagubił się gdzieś na placu św. Piotra. Nie należy on do mnie, ale do Tej, która czuwała nade mną i mnie ocaliła. Niech ksiądz biskup zawiezie go do Fatimy i złoży w sanktuarium na znak mojej wdzięczności dla Najświętszej Maryi Panny, jako świadectwo wielkich dzieł Bożych”. Pocisk ten został umieszczony w koronie figury Matki Boskiej Fatimskiej. Dzień oddania całego świata i Rosji Matce Najświętszej stał się przełomowym w historii ludzkości. W krótkim czasie nastąpił upadek ZSRR, pierwszego w historii ateistycznego imperium zła, które za wszelka cenę chciało zniszczyć chrześcijaństwo. Kiedy w Związku Radzieckim do władzy doszedł Michaił Gorbaczow, zaczęły się zmiany zwane pierestrojką, które po kilku latach doprowadziły ostatecznie do upadku całego systemu komunistycznego. Związek Radziecki rozpadł się. Polska i inne kraje odzyskały niepodległość, a wierzącym zostało przywrócone prawo do praktykowania swojej religii. Jesteśmy świadkami wielkiego cudu Matki Bożej, cudu zapowiedzianego w Fatimie. Dalsze wydarzenia 1989 roku przyniosły tak w Związku Radzieckim, jak i w licznych państwach Europy Wschodniej upadek szerzącego się ateizmu reżimu komunistycznego. Jednak w innych częściach świata ataki na Kościół i chrześcijan oraz związane z tym cierpienia nie ustały. Nawet jeśli zamach z 13 maja 1981 r., o którym mówi trzecia część tajemnicy fatimskiej, należy do przeszłości, to wypowiedziane przez Matkę Bożą na początku dwudziestego wieku wezwanie do nawrócenia i pokuty dziś nadal zachowuje swoją aktualność. Maryja przekazując swoje orędzia, zdawała się ze szczególną przenikliwością odczytywać znaki czasu, znaki naszego czasu. Jej naglące wezwanie do pokuty nie jest niczym innym, jak tylko przejawem Jej macierzyńskiej troski o los ludzkiej rodziny, potrzebującej nawrócenia i przebaczenia.

    „To ewangeliczne wezwanie do pokuty i nawrócenia jest nadal aktualne. Jeszcze bardziej aktualne niż 65 lat temu. I jeszcze bardziej naglące” 
    Jan Paweł II

    Dzień 13 maja jest szczególnie wpisany w życie i świętość Jana Pawła II. Rozpoczynając posługę pasterską, powiedział do Maryi: „Totus Tuus” – Cały Twój. U progu tej najtrudniejszej służby Kościołowi i całej ludzkości został wezwany przez Boga do powtórzenia tego zawierzenia przez wielkie cierpienie, wielkie zaufanie i świadectwo wiary. 

    13 maja 1981 r. godz. 17.19 – tę datę pamiętają wszyscy Polacy. Zamach na Jana Pawła II. Strzelał Ali Agca. Dwie kule dosięgnęły Jana Pawła II. Jedna ugodziła także polską emigrantkę mieszkającą w Rzymie. Urodziła się ona w Wadowicach tego samego dnia co Ojciec Święty. Na Placu św. Piotra rozległ się szloch ludzi. Polacy przywieźli na audiencję dar dla Jana Pawła II – obraz Matki Bożej Jasnogórskiej, który ustawili na fotelu pośrodku swej pielgrzymki. Na odwrocie obrazu był napis: „Wspieraj, Maryjo, Ojca Świętego”. 

    Z relacji Andrzeja, brata moich przyjaciół, mieszkającego w Kanadzie, który wówczas był w Rzymie, wiem, że w ten pogodny dzień zerwał się nagle straszliwy wiatr i zrzucił obraz Matki Bożej Jasnogórskiej. Andrzej wspominał też, że w momencie strzałów usłyszał głośny śmiech. Był porażony. Wydawało mu się, że całe piekło święciło swój triumf. 

    Jak to się stało, że Papież żyje? – pytał Ali Agca, wiedząc, że strzelał celnie, a kule były śmiercionośne. Stan Jana Pawła II był krytyczny, znalazł się na progu śmierci. 

    W Polsce odezwały się dzwony kościołów wzywające do modlitwy i jakby na trwogę. Był to dla nas czas niezwykle dramatyczny. Umierał wielki Prymas Stefan Wyszyński. Wydawało się, że odchodzi także Ojciec Święty. Wydawało się, że wszystko odsuwa się w pustkę, w jakąś straszliwą przepaść. Poszliśmy ze studentami na nocną adorację do kaplicy, w której wiele razy odprawiał Msze św. Prymas Wyszyński.

    Odmawialiśmy Różaniec fatimski z rękami wzniesionymi do góry. Wszyscy płakali. Wzniesionymi, omdlałymi rękami i płaczem chcieliśmy „przebić” Niebo. Na pewno wielu Polaków i wielu wierzących na świecie tej nocy wołało do Boga o ratunek, o cud. Komunikaty mediów były bolesne. Niewielu z nas wiedziało, że to rocznica pierwszych objawień Matki Bożej w Fatimie (13 maja 1917 r. godz. 17.15). Tym doświadczeniem, w tym dniu, Matka Boża związała Polaków z Fatimą przez Jana Pawła II. 

    Papież nie miał wątpliwości, że swoje ocalenie zawdzięcza Pani z Fatimy. Po zamachu, będąc jeszcze w klinice Gemelli, Jan Paweł II poprosił, aby przyniesiono mu dokumenty związane z objawieniami w Fatimie, a przede wszystkim z trzecią tajemnicą fatimską. Nie ulega wątpliwości, że je znał. Chciał je zapewne nie tyle przeczytać, co przeżyć na nowo. (Były w języku portugalskim, bo był to język dzieci, którym objawiła się Maryja). Chciał zapewne potwierdzić swoją wiarę, że ocaliła go Maryja. 

    Po opuszczeniu kliniki oznajmił: „Zamach na moje życie był elementem pozaziemskiej walki”. W cztery dni po zamachu, w przemówieniu na „Anioł Pański” nagranym na taśmie, Jan Paweł II powiedział: „Zjednoczony z Chrystusem Kapłanem-Ofiarą, składam moje cierpienie w ofierze za Kościół i świat. Tobie, Maryjo, powtarzam: «Totus Tuus ego sum»”. 

    Ojciec Święty doświadczył nie tylko cierpienia, ale także nienawiści piekła. Przeżywał dwie agonie: pierwszą – spowodowaną zamachem, drugą – wirusem śmierci. Nie bał się śmierci, ale miał przekonanie, że zostanie ocalony, aby służyć. „Ta pewność nigdy mnie nie opuściła, nawet w najgorszych chwilach, czy to podczas pierwszej operacji, czy w czasie drugiej choroby wirusowej” – powiedział Jan Paweł II. Wiele razy powtarzał: „Czyjaś ręka strzelała, ale Inna Ręka prowadziła kulę”. 

    Jan Paweł II znał tajemnicę fatimską i chciał wypełnić polecenie Matki Bożej. 7 czerwca 1981 r. były rocznice dwu soborów: Konstantynopolitańskiego i Efeskiego. Na ten dzień zaprosił biskupów z całego świata i napisał list pasterski: „I dlatego, trwając na modlitwie wspólnie z Maryją, pełni ufności do Niej, będziemy powierzać Kościół, jego misję wśród wszystkich narodów w świecie dzisiejszym i jutrzejszym mocy Ducha Przenajświętszego”. Uroczystość ta nie odbyła się z powodu choroby Jana Pawła II. 

    O swoich doświadczeniach i związku z Fatimą Papież powiedział na audiencji generalnej 7 października 1981 r.: „Czyż mógłbym zapomnieć, że dokładnie w tym samym dniu i o tej samej porze, co owo wydarzenie na Placu św. Piotra, od przeszło 60 lat w Fatimie, w Portugalii, wspominane jest pierwsze objawienie Matki Bożej biednym wiejskim dzieciom!”. 

    Jan Paweł II przyleciał do Fatimy 12 maja 1982 r. W godzinie zamachu modlił się do Pani Fatimskiej. 13 maja podczas homilii powiedział: „Staję, odczytując z drżeniem serca wezwanie do pokuty, do nawrócenia – wezwanie żarliwe Serca Maryi, które rozbrzmiewało w Fatimie 65 lat temu. To ewangeliczne wezwanie do pokuty i nawrócenia jest nadal aktualne. Nawet jeszcze bardziej aktualne niż 65 lat temu. I jeszcze bardziej naglące. Następca Piotra staje tutaj jako świadek zagrożeń narodów ludzkości na miarę apokaliptyczną. Następca Piotra staje z tym większą wiarą w odkupienie świata. Jeśli więc ściska się serce odczuciem grzechu świata, także skalą zagrożeń, jakie w nim narasta – to samo ludzkie serce rozszerza się nadzieją: jeszcze raz uczynić to, co uczynili już moi Poprzednicy. Jeszcze raz oddać i zawierzyć świat Sercu Matki, zawierzyć zwłaszcza te ludy, które w szczególny sposób tego potrzebują”. S. Łucja stwierdziła potem, że nie było to jeszcze pełne i dokładne wypełnienie poleceń Maryi. Nie było kolegialne. 

    Kolejnego zawierzenia Jan Paweł II dokonał 25 marca 1984 r. w Rzymie na Placu św. Piotra przed figurą przywiezioną z Fatimy. Było to kolegialne oddanie ze wszystkimi biskupami świata. Jan Paweł II modlił się i dokonał aktu oddania: „O Serce Niepokalane! Pomóż nam przezwyciężyć grozę zła, które tak łatwo zakorzenia się w sercach współczesnych ludzi – zła, które w swych niewymiernych skutkach ciąży nad naszą współczesnością i zdaje się zamykać drogę ku przyszłości!”. 

    Ten akt oddania Maryi poruszył serca i umysły wielu ludzi. S. Łucja w wywiadzie dla katolickiego dziennika w Portugalii powiedziała, że było to oddanie według wskazań Matki Bożej i ustrzegło świat od wojny atomowej. Tę wiedzę otrzymała s. Łucja. My dowiemy się zapewne w Niebie. 

    Co jest najważniejsze w relacji Jana Pawła II? To, że starał się wierzyć i wypełniać wolę Boga objawioną przez Maryję w Fatimie. 

    To bezkompromisowe zawierzenie Jana Pawła II ma niejako dalszy ciąg. 13 maja 2005 r. Papież Benedykt XVI ogłasza otwarcie procesu beatyfikacyjnego Jana Pawła II. 13 maja 2009 r. zostaje ogłoszona publicznie deklaracja teologów o heroiczności cnót Jana Pawła II. Jest to jakby najważniejsza część procesu beatyfikacyjnego. 

    Matka Boża, której mówił: „Totus Tuus” – Fatimska i Jasnogórska – ta sama Maryja prowadzi swoje dzieło przez jego zawierzenie. Teraz wybrała Polskę do wielkiej pracy i zawierzenia w Wielkiej Nowennie Fatimskiej.

    W Sekretariacie Fatimskim są materiały na temat Wielkiej Nowenny Fatimskiej, które można zamawiać pod adresem: Sekretariat Fatimski, ul. Krzeptówki 14, 34-500 Zakopane, tel. (0-18) 20 66 420 lub drogą internetową: sekretariat@smbf.pl. 
    Więcej informacji na stronie internetowej Sekretariatu: www.sekretariatfatimski.pl.

    mp/sekretariatfatimski.pl

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Podmieniona Łucja i inne absurdy. Przekłamania związane z objawieniami w Fatimie

    Sporo dziwacznych teorii narosło przez lata wokół objawień fatimskich. Zaczęło się od twierdzeń, że 70 tys. świadków cudu słońca uległo zbiorowej sugestii. Później powstawały książki przekonujące, że Maryja i anioł to ufoludki, a tańczące słońce to ich statek kosmiczny. Teraz internet jest zalany przez wypowiedzi, że złowrogi Kościół podmienił siostrę Łucję na odgrywającą jej rolę aktorkę.

    ***

    Lúcia dos Santos oraz Francisco i Jacinta Martó. Tym dzieciom w Fatimie objawiła się Matka Boża.

    Wikipedia

    ***

    Choć to zadziwiające, każda z tych teorii – i parę innych, które pojawiły się po drodze – zdobyła grono zaciekłych wyznawców. Tak samo jest z najnowszą narracją o siostrze Łucji dos Santos, którą Kościół rzekomo podmienił na podobną do niej aktorkę. Oszustka – według tej narracji – miała odgrywać rolę wizjonerki z Fatimy aż przez 40 lat ostatnich lat życia!

    Święcie wierzy w to wiele osób związanych ze środowiskiem sedewakantystów. To osoby nieuznające Soboru Watykańskiego II ani wybieranych od tego czasu papieży.

    Na temat fałszywej Łucji powstają dzisiaj książki. „Dowody” wyliczają liczni twórcy kanałów na YouTube, w tym kobiety przedstawiające się jako pustelnice, ubrane w habity przypominające te sprzed soboru.

    Łucja podmieniona?

    Niektóre z ich argumentów w pierwszej chwili robią wrażenie, zwłaszcza gdy są przekazywane w masie, wszystkie razem. Twórcy jednej ze stron internetowych powołują się na ekspertyzy specjalistów. Człowiek przedstawiany jako grafolog twierdzi, że odręczne pismo młodej siostry Łucji, mimo pewnych podobieństw, istotnie różni się od jej pisma w starszym wieku. Jego zdaniem późniejsze teksty napisał ktoś inny. Zestawiane są obok siebie zdjęcia, na których młoda Łucja wygląda inaczej niż starsza. Podobno program do rozpoznawania twarzy zakwalifikował je jako dwie różne osoby. Przekonanie, że to ktoś inny, wyrażają też chirurg plastyczny czy chirurg jamy ustnej z USA. Trwa drobiazgowa analiza długości rynienki podnosowej, wystającego podbródka oraz wyglądu górnej powieki i jej odległości od brwi u „Łucji A” i „Łucji B”.

    Pokazywane obok siebie specjalnie dobrane zdjęcia rzeczywiście mogą u niejednego zasiać ziarno wątpliwości, zwłaszcza że młoda Łucja ma przednie zęby okazałe, a starsza – uzębienie drobne i równe. Zwolennicy tezy o wielkim oszustwie na szczęście czasami przyznają, że starsza Łucja nosiła protezę zębową. Naturalne zęby siostry z powodu zapalenia zostały usunięte przez dentystę jeszcze w końcu lat 40. XX wieku. Mogło to mieć wpływ – wraz z naturalnymi procesami starzenia – także na wygląd jej ust. Zdaniem tej grupy ludzi to nie tłumaczy jednak wszystkiego.

    Zwolennicy tej tezy podają zresztą różne jej wersje – na przykład, że prawdziwa Łucja zmarła w 1949 roku albo że zniknęła pomiędzy 1957 a 1967 rokiem. Na rozkaz z samego Watykanu miała ją zastąpić aktorka. Jedna z polskich youtuberek z wielką pewnością siebie oświadcza, że prawdziwa Łucja była przez kilkadziesiąt lat trzymana pod kluczem.

    ***

    Papież Paweł VI  z siostrą Łucją w Fatimie.

    Papież Paweł VI z siostrą Łucją w Fatimie.
    Wikipedia

    ***

    Złowrogie siostry

    Ksiądz Krzysztof Czapla, pallotyn, dyrektor Sekretariatu Fatimskiego na Krzeptówkach w Zakopanem, jest zaskoczony poziomem absurdu zawartym w tych rewelacjach. – Osoby, które znały siostrę Łucję, miałyby nie zauważyć przez całe lata, że to jest jakaś zupełnie inna osoba? Przecież żyje jej najbliższa rodzina! Nawet jej rodzone siostry miałyby się nie zorientować? Nagle po jej śmierci okazuje się, że interpretacja jakiegoś biegłego sądowego, wydana na podstawie niedoskonałych, czarno-białych zdjęć, jest słuszniejsza niż osób, które przez prawie sto lat spotykały się z siostrą Łucją? – dziwi się.

    Druga możliwość jest równie absurdalna: rozmodlone karmelitanki z Coimbry, współsiostry Łucji, musiałyby uczestniczyć w tym watykańskim spisku. Oznaczałoby to, że zarówno te mniszki, jak i członkowie rodziny wizjonerki z Fatimy, wielu innych świadków, portugalscy biskupi i oczywiście kolejni papieże – to osoby do cna zdeprawowane. Zdolne do uczestnictwa w ogromnym oszustwie – a może nawet w morderstwie i w ukryciu ciała. Trzeba by też założyć, że złowrogie zakonnice i inne osoby znające Łucję musiałyby się posługiwać oszustwem solidarnie i w sposób niezwykle szczelny. Nie mogłyby mieć nawet poważnych wyrzutów sumienia, skoro utrzymały spisek w tajemnicy i przez ponad pół wieku żadna się nie wygadała.

    Badają to w procesie

    W lutym 2024 r. ks. Czapla rozmawiał o tych spiskowych teoriach z księdzem rektorem sanktuarium fatimskiego. – Zapytałem, czy jest w ogóle świadomy tego, co dzieje się w przestrzeni medialnej, a jeśli tak, to jak do tego podchodzi. Odpowiedział, że trudno komentować absurdy, które przekraczają wszelkie granice. W internecie można napisać wszystko i powoływać się na dowolnych ekspertów. Problem w tym, że to jest bardzo trudne do zweryfikowania, tym bardziej iż często bezkrytycznie sięgamy do takich tekstów. – Kiedyś w dyskusji ze mną ktoś powołał się na jakąś wypowiedź postulatora procesu beatyfikacyjnego dzieci fatimskich. Podał jego imię i nazwisko. Poprosiłem: „Proszę, sprawdź, kto był postulatorem, i zobacz, czy to nazwisko się zgadza”. Okazało się, że nie. Co więcej, to nazwisko w tym procesie beatyfikacyjnym w ogóle nie występuje! – relacjonuje.

    Hiacynta i Franciszek zostali ogłoszeni świętymi w 2017 roku. Teraz trwa proces beatyfikacyjny ich kuzynki – siostry Łucji. Ksiądz Krzysztof Czapla usłyszał od księdza rektora z Fatimy, że wątek rzekomej podmiany wizjonerki nie mógł w nim zostać zbagatelizowany. – Aby w procesie beatyfikacyjnym dojść do konkluzji, musimy mieć pewność, że wszystkie sprawy dotyczące tożsamości ciała złożonego w grobie są jednoznacznie potwierdzone. W dzisiejszych czasach dzięki badaniom DNA zweryfikowanie tego jest czymś niezmiernie prostym. Zwłaszcza że żyją bardzo bliscy krewni siostry Łucji. Teza, że mamy do czynienia z jej podmianą, musiała już zostać zweryfikowana na etapie diecezjalnym procesu beatyfikacyjnego; aktualnie proces jest już na etapie rzymskim. Zostało już zatwierdzone tzw. positio i siostrze Łucji przysługuje tytuł czcigodnej sługi Bożej. W przeciwnym razie taki zarzut mógłby stanowić przyczynę do podważenia całej beatyfikacji – wskazuje.

    Sami piszą tajemnicę

    Dlaczego jednak – według zwolenników tej teorii spiskowej – Kościół miałby zastąpić Łucję oszustką? Otóż twierdzą oni, że dla ukrycia treści trzeciej tajemnicy fatimskiej. Ich zdaniem wizja, którą w 2000 r. ujawnił Jan Paweł II, to zaledwie część tej tajemnicy.

    Przypomnijmy, że w trzeciej tajemnicy dzieci zobaczyły biskupa odzianego w biel, który modląc się, szedł przez wielkie, w połowie zrujnowane miasto pełne trupów. Gdy na szczycie góry uklęknął u stóp wielkiego krzyża, został zabity – wraz ze swoimi wierzącymi towarzyszami – przez żołnierzy, strzelających z broni palnej i z łuków.

    Ponieważ jest to wizja symboliczna, nie wydaje się bardzo szokująca. „Po co było ukrywać przez 40 lat coś, co absolutnie nie wywołuje żadnej sensacji i żadnych emocji?” – komentują na YouTube ludzie wierzący w podmienienie Łucji. Twierdzą oni, że skoro przy pierwszych dwóch tajemnicach Matka Boża dodawała swoje tłumaczenie wizji, to przy trzeciej na pewno też tak było, tylko Watykan to ukrył.

    Wyznawcy teorii spiskowej znaleźli jednak na to radę: sami sobie napisali trzecią tajemnicę fatimską i nazwali ten tekst jej rekonstrukcją. Zawarli w niej swoje fobie. Ich zdaniem Matka Boża ostrzega w tej tajemnicy przed „okropną herezją”, czyli soborem, oraz zapowiada, że papież popchnie Kościół w kierunku zniszczenia.

    Zdaniem zwolenników teorii spiskowej kolejni papieże ukrywają prawdę o trzeciej tajemnicy fatimskiej. Watykan miał pozbyć się prawdziwej Łucji, żeby tego nie ujawniła. Z kolei zadaniem fałszywej Łucji miało być uwiarygodnienie tej – rzekomo okrojonej – wersji trzeciej tajemnicy.

    – Te osoby twierdzą, że Kościół coś ukrył, ponieważ w trzeciej tajemnicy fatimskiej nie znajdują tego, co by chcieli. Czy nie pobrzmiewa tu życzeniowość, chęć sensacji i odsunięcia w tych objawieniach tego, co jest istotne? – pyta ks. Krzysztof Czapla. – Proszę też zwrócić uwagę na to, że przed rokiem 2000, kiedy Jan Paweł II ujawnił trzecią tajemnicę, było w mediach mnóstwo domniemanych wizjonerów, którzy „ujawniali”, co w niej się znajduje. Niektórzy z tych ludzi mieli nawet stygmaty… Okazało się, że żadna z ich przepowiedni, a właściwie z ich domysłów, nawet jednym zdaniem nie otarła się o treść tajemnicy fatimskiej, którą upublicznił Kościół – dodaje.

    To statek UFO

    Dyrektor Sekretariatu Fatimskiego uważa, że pojawiające się kolejno dziwaczne teorie, które wprowadzają zamieszanie i odsuwają ludzką uwagę od istoty objawień, wbrew pozorom pokazują, jak wielkie znaczenie ma Fatima. – Zwróćmy uwagę, że takie zarzuty miały miejsce od początku. Niespełna dwa lata po objawieniach umiera Franciszek, a w 1920 r. – Hiacynta. Od razu pojawiły się wtedy informacje: „Kościół zaciera ślady po swojej mistyfikacji, usuwając aktorów tego przedstawienia” – relacjonuje. – Była też teoria o zbiorowej sugestii, jakoby ludzie na miejscu objawień zobaczyli to, co chcieli zobaczyć. Skoro ktoś specjalnie przyjechał, a potem stał przez całą noc i do południa następnego dnia w deszczu i w błocie, to co, miał wrócić i powiedzieć „Nic tam nie było”? Ta teoria nie uwzględniała jednak faktu, że w tym tłumie byli zarówno ci, którzy wierzyli, że Matka Boża przychodzi, jak i zawzięci przeciwnicy tej tezy, a wszyscy zobaczyli to samo. Mało tego, cud słońca widzieli nie tylko ludzie zebrani w miejscu objawień, ale także osoby w miejscowościach wokół Fatimy, które z różnych względów tam nie pojechały, bo na przykład nie miały czasu, albo ich to nie interesowało. To nie mogła więc być zbiorowa sugestia – podkreśla.

    Wśród dziwnych fatimskich teorii była też taka, że objawienia były zbiorową obserwacją UFO. Pisał o tym m.in. Erich von Däniken. Tańczące słońce, które widział 70-tysięczny tłum, według tych autorów było statkiem kosmicznym. Obcy po prostu popisywali się akrobacjami, zmienianiem kolorów i wypuszczaniem kolorowych wiązek światła…

    – Tego typu interpretacje pojawiały się i pojawiają. A to wszystko pokazuje, jak Fatima jest ważna. Jak napisał św. Ludwik Grignion de Montfort: dobry fałszerz nie podrabia czegoś, co ma małą wartość. Podrabia najcenniejsze kruszce, srebro, a przede wszystkim złoto – uważa ks. Czapla. – Zło zawsze będzie próbowało podważyć to, co jest darem Boga dla nas, co ma wielkie znaczenie. A Fatima czymś takim jest, bo może zmienić dzieje świata – mówi.

    Jeśli – jeśli

    Dyrektor Sekretariatu zwraca przy tym uwagę, że w tajemnicach fatimskich Maryja nie prorokuje o tym, co ma się na świecie wydarzyć. Wizje otrzymane przez dzieci to nie jest film, ukazujący z wyprzedzeniem przyszłość, w której niczego już nie można zmienić. – W tajemnicy pierwszej Matka Boża przedstawia wizję piekła, pokazuje, gdzie jest źródło zła i grzechu. W drugiej tajemnicy daje lekarstwo na choroby świata, które, jak to widzimy w trzeciej tajemnicy, prowadzą do zniszczenia, do śmierci, a może nawet do zagłady. Do tego doprowadzi stan chorobowy, jeśli nie zaaplikuje się lekarstwa. Co ważne, właściwego lekarstwa – podkreśla.

    Ksiądz Czapla wskazuje, że tym lekarstwem jest odmawianie Różańca jako praktyki codziennej oraz nabożeństwo do Niepokalanego Serca Maryi. – Ma ono wymiar poświęcenia się Niepokalanemu Sercu oraz wynagrodzenia przez nabożeństwo pierwszych sobót miesiąca – wylicza. – Maryja mówi: „Jeśli ludzie me życzenia spełnią, Rosja się nawróci, zapanuje pokój na świecie i nadejdzie triumf Niepokalanego Serca Maryi”. Coś tak wielkiego, czego, jak mówi Łucja, nie jesteśmy sobie w stanie nawet wyobrazić: w znaku Maryi zwycięstwo nad wszelkim złem. Tu pobrzmiewa pierwsza księga Biblii – bo to potomstwo Niewiasty zmiażdży głowę węża, oraz ostatnia księga, Apokalipsa, gdzie jest mowa o Niewieście obleczonej w słońce i księżycu pod jej stopami – komentuje.

    Dyrektor Sekretariatu Fatimskiego zwraca uwagę, że jeśli życzeń Matki Bożej nie spełnimy, o czym sama Maryja mówiła 13 lipca 1917 r., Rosja rozszerzy swoje błędy po świecie, wywołując wojny i cierpienia sprawiedliwych. Papież będzie bardzo cierpiał i wiele narodów zostanie zniszczonych. – Mamy więc „jeśli – jeśli”. Jeśli uczynimy, mamy przepiękną wizję przyszłości. Jeśli nie uczynimy, będzie miało miejsce coś, co można nazwać kataklizmem, zagładą całych narodów. Widzimy dzisiaj, co się dzieje: jakby świat siedział na beczce prochu. W wizji z trzeciej tajemnicy fatimskiej papież idzie pośród zniszczonych miast i zabitych ludzi, a później pod krzyżem zostaje zabity. Widzimy, że taka przyszłość świata jest możliwa. To się stanie, jeśli nie zawrócimy z naszej drogi. Wszystko zależy jednak od tego, czy uczynimy to, o co prosi Maryja, i w taki sposób, jak o to prosi – podkreśla. – Siostra Łucja u kresu swego życia powiedziała: „Gdyby ludzie żyli tym, co najważniejsze, co już zostało powiedziane! Zajmuje ich tylko to, co jeszcze nie zostało wyjawione, zamiast wypełniać to, o co proszono: modlitwa i pokuta! Napawa strachem, gdy się patrzy na dzisiejszy świat, na którym panuje taki nieporządek i który z taką łatwością pogrąża się w niemoralności. Jako lekarstwo pozostaje wyłącznie jedno rozwiązanie: ludzie muszą żałować za grzechy, zmienić życie i pokutować”. A jak to uczynić, jednoznacznie wskazała nam Maryja w Fatimie, mówiąc o wynagrodzeniu w pierwsze soboty miesiąca – dodaje.

    Przemysław Kucharczak/Gość Niedzielny

    ____________________________________________________________________________________________________________________________________________________________________________________________________________________________

    REKOLEKCJE RÓŻAŃCOWE W DNIACH OD 3 – 6 PAŹDZIERNIKA WYGŁOSI KS. TOMASZ ROŻEK, MICHAELITA Z GÓRY GARGANO

    ___________________________________________

    W ROKU 2013 REKOLEKCJE O ANIOŁACH WYGŁOSIŁ W NASZEJ WSPÓLNOCIE WSPÓŁBRAT KSIĘDZA TOMASZA – KSIĄDZ PIOTR PRUSAKIEWICZ CSMA, KTÓRE MOŻNA ODSŁUCHAĆ NA STRONIE MISJI KATOLICKIEJ W GLASGOW. 

    ____________________________________________________

    W południowo-wschodnim regionie Włoch, zwanym Apulią, na górze Gargano, w mieście Monte Sant’Angelo znajduje się jedno z najsłynniejszych w Kościele katolickim sanktuariów ku czci świętego Michała Archanioła. Na szczycie góry wznosi się jedyna w swoim rodzaju Niebiańska Bazylika. To niezwykłe miejsce położone jest na wysokości 856 m n.p.m. i znajduje się około 20 kilometrów od San Giovanni Rotondo, miejsca, w którym żył i działał św. o. Pio. Ks. Tomasz, nasz tegoroczny rekolekcjonista, w tym miejscu sprawuje kapłańską posługę.

    ***

    ***

    PROGRAM REKOLEKCJI:

    PIERWSZY CZWARTEK MIESIĄCA – 3 PAŹDZIERNIKA – KAPLICA IZBA JEZUSA MIŁOSIERNEGO

    GODZ. 19.00 – MSZA ŚW. Z HOMILIĄ

    PO MSZY ŚWIĘTEJ GODZINA ŚWIĘTA, KTÓRĄ POPROWADZI KS. REKOLEKCJONISTA

    _____________________________________________

    PIERWSZY PIĄTEK MIESIĄCA – 4 PAŹDZIERNIKA – SALA PARAFIALNA PRZY KOŚCIELE

    OD GODZ. 18.00 – ADORACJA I MOŻLIWOŚĆ SPOWIEDZI ŚW.

    GODZ. 19.00 – MSZA ŚW. Z HOMILIĄ

    NAUKA REKOLEKCYJNA

    _________________________________________________

    PIERWSZA SOBOTA MIESIĄCA – 5 PAŹDZIERNIKA – KOŚCIÓŁ ŚW. PIOTRA

    OD GODZ. 17.30 – MOŻLIWOŚĆ SPOWIEDZI ŚW.

    GODZ. 18.00 – MSZA ŚW. Z HOMILIĄ

    PO MSZY ŚW. NABOŻEŃSTWO WYNAGRADZAJĄCE ZA ZNIEWAGI I BLUŹNIERSTWA PRZECIWKO NAJŚWIĘTSZEJ MARYI PANNY

    NAUKA REKOLEKCYJNA

    __________________________________________________

    PIERWSZA NIEDZIELA MIESIĄCA – 6 PAŹDZIERNIKA – KOŚCIÓŁ ŚW. PIOTRA

    OD GODZ. 13.30 – ADORACJA I MOŻLIWOŚĆ SPOWIEDZI ŚW.

    GODZ. 14.00 – MSZA ŚW. Z HOMILIĄ

    ZAKOŃCZENIE REKOLEKCJI

    ___________________________________________________

    “Madonna z Dzieciątkiem i różańcem” /Bartolomé Esteban Murillo/fot. Wikimedia commons

    ***

    7 PAŹDZIERNIKA

    Najświętsza Maryja Panna Różańcowa

    Nasza Pośredniczka

    ____________________________________________

    Cudowna interwencja Matki Bożej

    Powstanie święta łączy się z wydarzeniem militarnym, które miało wpływ na losy Europy. Ekspansja turecka na Morzu Śródziemnym została zatrzymana pod Lepanto. W dniu 7 października 1571 r. połączone floty Hiszpanii, Wenecji i Państwa Kościelnego pod wodzą Juana d`Austria pokonały flotę turecką. W tym samym dniu ulicami Rzymu kroczyła pod przewodem Piusa V procesja odmawiając różaniec. Na czele procesji niesiono obraz Matki Boskiej Śnieżnej zwany Salus Populi Romani z bazyliki Santa Maria Maggiore w Rzymie.

    Do zwycięstwa pod Lepanto przyczyniła się nagła zmiana wiatru uznana za cudowną interwencję Matki Bożej na skutek odmawiania różańca. Od tej pory obraz Matki Boskiej Śnieżnej złączył się na stałe z nabożeństwem różańcowym i otrzymał nazwę Matki Boskiej Zwycięskiej. Pius V ustanowił święto Matki Boskiej Zwycięskiej, które rok później (1572) Grzegorz XIII zmienił na święto Matki Boskiej Różańcowej. Klemens XI rozszerzył je na cały Kościół w 1716 r., a Leon XIII w 1888 r. ustalił liturgię święta i przeznaczył październik na odprawianie nabożeństwa różańcowego.

    Idea odwoływania się do wstawiennictwa Matki Bożej w potrzebach militarny przez modlitwę różańcową praktykowana była także w Rzeczpospolitej. Olbrzymia procesja różańcowa z biskupem Marcinem Szyszkowskim przeszła ulicami Krakowa 3 października 1621 r. w intencji wojsk polskich pod Chocimiem. I tu niesiono kopię obrazu Matki Boskiej Śnieżnej przywiezioną do Krakowa z Rzymu w 1600 r. Na pamiątkę zwycięstwa nad Turkami pod Chocimiem odbywała się odtąd w Krakowie co roku procesja różańcowa. Grzegorz XV (1621-1623) polecił aby Kościół w Rzeczpospolitej obchodziły rocznicę Chocimia uroczystym nabożeństwem ze śpiewem Te Deum.

    Maryja naszą Pośredniczką

    Różaniec jest najintensywniejszą formą pobożności maryjnej, a także najbardziej uniwersalnym sposobem modlitwy. Maryja powinna być czczona jako Pośredniczka, która włącza wiernych w misterium życia Chrystusa.

    Poznawanie tajemnic Jego zbawczego dzieła ukazuje niebiański i historyczny zarazem wymiar tych wydarzeń oraz akcentuje ich realność i zakorzenienie w świecie wyrażając istotne elementy dziejów zbawienia. W ten sposób różaniec przeciwstawia się redukcji świętej historii do zespołu jedynie ponadczasowych idei. Różaniec wpisuje misterium Chrystusa w tok Jego ziemskiego życia i życia Maryi, czyniąc je przez to bliskim i zrozumiałym.

    Stacja7.pl

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Różaniec na szaniec

    Dlaczego nawała turecka niespodziewanie załamała się pod Lepanto? Dlaczego Maryja objawiła się w malutkiej wiosce, która nosi imię córki Mahometa? Dlaczego Armia Czerwona wycofała się z Austrii? Jakie tajemnice kryją tajemnice różańcowe?

    Alegoria bitwy pod Lepanto, P. Veronese

     Alegoria bitwy pod Lepanto, P. Veronese/ commons.wikimedia.org

    ***

    Ci, którzy będą gorliwie odmawiali Różaniec, „otrzymają wszystko, o co poproszą”, usłyszał od samej Maryi błogosławiony Alanus de la Roche. Historia zna wiele przypadków, które pokazują, że tłum rozmodlonych ludzi był w stanie zatrzymać wielkie historyczne kataklizmy.

    Bitwa ze wspomaganiem
    „Z bazyliki Piotrowej uczynię stajnię dla moich koni!” – odgrażał się sułtan Selim II. Nie wyglądało to na puste przechwałki. Sto lat wcześniej tureckie imperium zdobyło Konstantynopol, stolicę wschodniego chrześcijaństwa. Teraz żarłocznie pochłaniało kolejne połacie Europy. Sztandar proroka łopotał już na Bałkanach, na Węgrzech, zagroził Wiedniowi. Padła wyspa Rodos, padł Cypr. Po Adriatyku uganiała się flota turecka, atakując weneckie placówki. W Europie Zachodniej nie rozumiano powagi sytuacji. Francja wręcz namawiała Turków do akcji zaczepnych przeciw swoim rywalom. Jedynie papież Pius V próbował zorganizować jakąś koalicję. Wreszcie udało się stworzyć Świętą Ligę – sojusz Rzymu, Wenecji i Hiszpanii. Tylko tyle. Ale Pius V liczył na „tajną broń” – Różaniec. „Brat chodak” – tak o nim mówiono – nie pasował do swoich poprzedników, papieży renesansu. Żył surowo, po wyborze nie zdjął nawet swojego dominikańskiego habitu. Choć nie zaniedbywał żadnych niezbędnych działań, modlitwę uważał za środek najskuteczniejszy.

    Gdy u brzegów Sycylii zaczęła gromadzić się chrześcijańska flota, Pius V zorganizował „drugi front”. Na jego prośbę w całej Europie miliony ludzi pościły i odmawiały Różaniec w intencji zwycięstwa. Papież spędzał długie godziny na modlitwie w swojej kaplicy. Każdego dnia ulicami Rzymu ciągnęły procesje bractwa różańcowego z obrazem Matki Bożej Śnieżnej. Również załogi okrętów, na prośbę Piusa, codziennie odmawiały Różaniec. Rankiem 7 października 1571 roku flota chrześcijan starła się z turecką armadą w Zatoce Korynckiej, w pobliżu miasta Lepanto.

    Zanim słońce zaszło, z dumnej floty „pana całej ziemi” zostały tylko drzazgi pływające w czerwonej od krwi wodzie. Trzydzieści tysięcy Turków poległo lub zostało rannych, trzy tysiące dostało się do niewoli. Piętnaście tysięcy chrześcijańskich wioślarzy-niewolników odzyskało wolność. Chrześcijan poległo 8 tysięcy, a 21 tysięcy odniosło rany. Wśród tych ostatnich był pewien młody Hiszpan. Nazywał się Miguel de Cervantes, późniejszy autor „Don Kichota”. Do końca życia chwalił się udziałem w bitwie pod Lepanto, „najszczytniejszej potrzebie, jaką widziały wieki przeszłe i obecne, i jaką przyszłe mają nadzieję oglądać”. Bezwładną rękę traktował jak zaszczytną pamiątkę. „Wolę to, że byłem obecny w tej wspaniałej bitwie, niż od moich ran być wolny, nie biorąc w niej udziału” – napisał.

    Gdy posłaniec z wieścią o zwycięstwie dotarł do Rzymu, papież, dzięki widzeniu, które miał w dniu bitwy, wiedział o wszystkim. Na pamiątkę ocalenia chrześcijaństwa ogłosił 7 października świętem Matki Bożej Zwycięskiej. Nieco później zmieniono nazwę na obchodzone do dziś w całym Kościele święto Matki Bożej Różańcowej. Wenecjanie po bitwie postawili w swoim mieście kaplicę ku czci Matki Bożej Różańcowej. Na jej ścianie widnieje napis: „Nie odwaga, nie broń, nie dowódcy, ale Maryja różańcowa uczyniła nas zwycięzcami”.

    Austriacy na kolanach
    Historycy mają twardy orzech do zgryzienia, zastanawiając się nad powojennymi losami Austrii, która, podobnie jak Niemcy, podzielona została na strefy okupacyjne, przy czym Związkowi Radzieckiemu przypadła najbogatsza część kraju – Dolna Austria – opowiada Mirosław Laszczak w „Historii różańca” – „Wyzwoliciele” spod znaku czerwonej gwiazdy za nic nie chcieli opuścić zajętych przez siebie terenów. I wtedy – po raz kolejny – okazało się, że pomoc płynąca z Różańca ma nie tylko duchowy charakter.

    Austria była dla Stalina łakomym kąskiem: zdobył przyczółek, z którego mógł kontrolować sytuację w Czechach, Niemczech i na Węgrzech. Wiedeń podzielony był jak Berlin. Austria miała podzielić los Niemiec. Sowieci wywozili urządzenia przemysłowe i niszczyli gospodarkę znakomicie rozwiniętego kraju. Nikogo nie dziwiło, że wojska radzieckie nie chciały opuścić kraju nad Dunajem.

    I wtedy, w obliczu zagrożenia komunizmem, skromny austriacki franciszkanin, ojciec Petrus Pavlicek, poprosił o codzienny Różaniec w intencji odzyskania niepodległości. Wezwał naród do Pokutnej Krucjaty Różańcowej. Jego wezwanie nagłośniły władze kościelne. Mnich miał niesamowitą charyzmę: jeździł po całym kraju, namawiając ludzi do modlitwy i nawrócenia. Żar, z jakim przemawiał, sprawiał, że ludzie chętnie wstępowali w szeregi krucjaty. – Wierzono, że skoro kilka wieków wcześniej, walczący pod sztandarem Maryi, król Jan III Sobieski wspomagany modlitwami bractw różańcowych ochronił Wiedeń, i tym razem ocalenie przyjdzie za sprawą gorliwie odmawianego Różańca – pisze Mirosław Laszczak. – Aż siedemset tysięcy Austriaków prze-suwało w palcach paciorki, przed obrazami Ma-tki Boskiej Różańcowej odbywały się błagalne modlitwy i nabożeństwa. Na klęczkach proszono o wyjście Armii Radzieckiej z Austrii.

    Modlitwa różańcowa ogarnęła cały kraj. W 1950 r. ponad 35 tysięcy Austriaków przeszło przez Wiedeń w ogromnej Maryjnej Procesji Światła. Co ciekawe, na czele procesji szli politycy: kanclerz Leopold Figl i Julius Raab, liderzy Austriackiej Partii Ludowej. Cztery lata później w podobnej procesji przez wiedeńskie ulice szło już 60 tys. Austriaków. Sprawa negocjacji ze Stalinem wydawała się beznadziejna. Rząd Austrii spotykał się z ministrem spraw zagranicznych Wiaczesławem Mołotowem ponad 300 razy. Bez skutku. Gdy wiosną 1955 r. po raz kolejny Raab i Figl jechali do Moskwy, wezwali członków krucjaty do gorącej modlitwy. I wówczas, gdy delegacja rządu toczyła żmudne negocjacje z Mołotowem, wydarzyło się coś nieoczekiwanego. 13 kwietnia – w dzień fatimski – Sowieci niespodziewanie zgodzili się opuścić Austrię. Zadowolili się odszkodowaniem finansowym. Austrię ogarnął szał radości. 15 maja 1955 roku stojący na balkonie wiedeńskiego Belwederu minister Leopold Figl zawołał: „Dziękując Bogu Wszechmogącemu, podpisujemy umowę i z radością wołamy: Austria jest wolna!”.

    Fatima, córka Mahometa
    Rosja kipi, przygotowując leninowską rewolucję 1917 roku. Niebawem krew poleje się strumieniami. Wokół wybuchają bomby I wojny światowej. Na krańcu Europy w zapomnianej przez wszystkich wiosce troje małych pastuszków otrzymuje przesłanie mające przesądzić o losach świata. Łucja ma dziesięć lat, Franciszek dziewięć, a najmłodsza Hiacynta siedem.

    Różaniec na szaniec

    Mozaika we wnętrzu nowej bazyliki w Fatimie/fot. Henryk Przondziono/Gość Niedzielny

    ***

    Objawienie w Fatimie ma kluczowe znaczenie w historii Różańca. To tu Maryja wielokrotnie wzywała do odmawiania tej modlitwy, z tą zapomnianą przez ludzi wioską wiązała wielkie obietnice.

    Znany publicysta katolicki Vittorio Messori w samej nazwie wioski doszukuje się niezwykłego symbolu: „Dlaczego Matka Boża z tylu miejsc, w których mogła się ukazać, wybrała właśnie zagubioną pośród gór wioskę, która nazywa się tak samo jak umiłowana córka Mahometa? Fatima w świecie muzułmańskim, a przede wszystkim szyickim, spełnia rolę maryjną.

    Jest związana między innymi z apokaliptycznymi wydarzeniami końca świata – tak jak Maryja – i pełni rolę związaną z miłosierdziem, zwłaszcza dla szyitów. O ile mi wiadomo, a sprawdziłem to dość dobrze, w całej Europie Zachodniej istnieje tylko jedno miejsce o nazwie Fatima i – nawiasem mówiąc – jest to zagubiona między górami wioska, której nikt jeszcze niedawno nie znał, nawet w Portugalii. Dlaczego Matka Boża miałaby się ukazać właśnie tam? Czy to był przypadek? W tych sprawach nic nie jest przypadkowe”.

    Autor książki „Przekroczyć próg nadziei” przypomina, że sam zamach na Papieża nieprzypadkowo miał miejsce 13 maja, dokładnie w rocznicę pierwszego objawienia Maryi. Plac Świętego Piotra rozdarły strzały. Wszechmoc Boża znów objawiła się w słabości. Bezradny, zakrwawiony Jan Paweł II na oczach całego świata ukazał kwintesencję chrześcijaństwa: z serca przebaczył zamachowcowi. Ludzie na całym świecie dotknęli tajemnicy Boga.

    Rok później Jan Paweł II przez czterdzieści minut modlił się w Fatimie, dziękując Maryi za ocalenie życia i powrót do zdrowia. Co chciała nam powiedzieć Maryja, wzywając do modlitwy różańcowej w wiosce mającej imię córki Mahometa?

    Marcin Jakimowicz, Franciszek Kucharczak/wiara.pl

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Sprawdzona broń

    Nie odwaga, nie broń, nie dowódcy, ale Maria różańcowa dała nam zwycięstwo – napisali marynarze. Dziś wspomnienie Matki Bożej Różańcowej.

    Zanim Jan III Sobieski zatrzymał inwazję turecką pod Wiedniem, ponad wiek wcześniej podobnego czynu dokonał papież św. Pius V. Jego bronią był Różaniec.

    W 1570 roku muzułmańskie wojska Turcji zajęły Nikozję, stolicę Cypru, a po długim oblężeniu zdobyły Famagustę, gdzie dokonały straszliwej rzezi chrześcijan. W obronie zaatakowanego Cypru stanął papież Pius V, który stworzył związek katolickich państw, zwany Świętą Ligą. Wystawiona przez nią flota wypłynęła naprzeciw przeważającym liczebnie statkom nieprzyjaciela.

    Obie armady spotkały się 7 września 1571 roku, kilkadziesiąt kilometrów od portu Lepanto. Papież modlił się na różańcu, prosząc Matkę Bożą o pomoc dla chrześcijańskiej armii. Nagle usłyszał szum wiatru i łoskot żagli. Dzięki widzeniu znalazł się na miejscu bitwy. Zobaczył ogromne floty gotowe do starcia. Nad nimi stała Maryja, która okryła płaszczem wojska chrześcijańskie. Dzięki temu wiatr zmienił kierunek, co zablokowało manewr flocie tureckiej, a sprzyjało chrześcijańskiej.

    Bitwa pod Lepanto należała do najkrwawszych bitew morskich w dziejach. Po czterech godzinach walki Święte Przymierze zdołało zatopić 60 galer wroga, zdobyć połowę okrętów tureckich, uwolnić 12 tys. chrześcijańskich galerników. Morska potęga Turcji została rozbita. Pius V ustanowił dzień 7 października świętem Matki Bożej Zwycięskiej, „aby – jak pisał – nigdy nie zostało zapomniane wspomnienie wielkiego zwycięstwa uzyskanego od Boga przez zasługi i wstawiennictwo Najświętszej Maryi Panny, odniesionego w walce przeciw nieprzyjaciołom wiary katolickiej”.

    Jego następca Grzegorz XIII zmienił nazwę święta na Matki Bożej Różańcowej. Wiara w zwycięstwo Maryi i przekonanie o sile Różańca nie były tylko pobożnymi życzeniami papieży. Uczestnicy bitwy morskiej, weneccy marynarze, ufundowali w swoim mieście kaplicę, na której wyryto napis: „Nie odwaga, nie broń, nie dowódcy, ale Maria różańcowa dała nam zwycięstwo”. Dziś, jak zauważył papież Benedykt XVI, „łódeczka myśli wielu chrześcijan jest nierzadko huśtana przez fale, miotana z jednej skrajności w drugą”. Walka trwa. Potrzeba sprawdzonej broni. Różaniec jest bardzo na czasie.

    ks. Piotr Studnicki/Gość Niedzielny

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Czemu modlimy się na paciorkach?

    Dlaczego powtarzamy wciąż to samo?

    Różaniec to koronka, a koronka to nie tylko Różaniec – ale gdy się jej dobrze używa, zawsze coś w człowieku zmienia.

    fot. Henryk Przondziono/Gość Niedzielny

    ***

    W połowie września 1935 roku Jezus polecił św. Faustynie odmawiać Koronkę do Miłosierdzia Bożego. Powiedział: „Odmawiać ją będziesz przez dziewięć dni na zwykłej cząstce różańca”, a następnie wyjaśnił, jakie słowa należy wypowiadać „na paciorkach »Ojcze nasz«”, a jakie „na paciorkach »Zdrowaś, Maryjo«”.

    Różaniec jest bazą wielu koronek. Sam także jest koronką, bo termin ten oznacza formę modlitwy powtarzającej się określoną ilość razy. Koronką nazywa się także sznur ułożonych odpowiednio paciorków. Istnieją koronki o innym układzie i z inną liczbą paciorków niż w przypadku różańca, jednak najbardziej rozpowszechnioną dziś jest różaniec właśnie – a po nim, w tym samym układzie, Koronka do Miłosierdzia Bożego. Są koronki do Ducha Świętego, do Opatrzności Bożej, do Krwi Chrystusa, do Najświętszej Trójcy, do Maryi, do świętych i wiele innych. Autorami licznych z nich są święci Kościoła katolickiego.

    Koronka porządkuje, zwalnia modlącego się z konieczności liczenia powtarzających się modlitw. Po co jednak w ogóle je powtarzać? Dlaczego ma ich być tak wiele i o tej samej treści? Kto jest w stanie wytrwać w skupieniu na wypowiadanych tyle razy słowach?

    Zbawiciel też powtarzał

    Najbardziej popularnym wyjaśnieniem powtarzalności wezwań w koronkach jest ich charakter – są to bowiem modlitwy medytacyjne. Rozwinięty na Zachodzie Różaniec w pewien sposób odpowiada praktykowanej na chrześcijańskim Wschodzie „modlitwie Jezusowej”. Polega ona na wielokrotnym wzywaniu Jezusa słowami: „Panie Jezu Chryste, Synu Boży, zmiłuj się nade mną”. Powtarzalność tej modlitwy znajduje wzór w samym Zbawicielu, który w Ogrójcu – jak zapisał ewangelista – „modlił się, powtarzając te same słowa” (Mk 14,39). Towarzyszy temu przekonanie, że gdy modlący zwraca się do Jezusa, Jezus modli się w nim – podobnie jak w Ogrójcu.

    Podobnie jest z koronkami – nie chodzi w nich o „klepanie” w kółko tych samych słów, ale, jak w przypadku Różańca, o pogrążenie się w rozważanych tajemnicach wiary. „Różaniec, właśnie dlatego, że odwołuje się od początku do doświadczenia Maryi, jest modlitwą wybitnie kontemplacyjną. Pozbawiona tego kontemplacyjnego wymiaru modlitwa różańcowa traci swoje znaczenie” – stwierdza Jan Paweł II w liście apostolskim Rosarium Virginis Mariae. Przywołuje słowa swojego poprzednika, Pawła VI, który w adhortacji Marialis cultus wskazał: „Jeśli brak kontemplacji, Różaniec upodobnia się do ciała bez duszy i zachodzi niebezpieczeństwo, że odmawianie stanie się bezmyślnym powtarzaniem formuł, oraz że będzie w sprzeczności z upomnieniem Chrystusa, który powiedział: »Na modlitwie nie bądźcie gadatliwi jak poganie. Oni myślą, że przez wzgląd na swe wielomówstwo będą wysłuchani«” (Mt 6,7).

    Jan Paweł II jest świadom powierzchownego postrzegania Różańca jako praktyki jałowej i nużącej. Zauważa jednak: „Do zupełnie innych wniosków na temat koronki można dojść, kiedy uzna się ją za wyraz nigdy nie znużonej miłości, która ciągle powraca do ukochanej osoby z gorącymi uczuciami, które, choć podobne w przejawach, są zawsze nowe ze względu na przenikającą je czułość”. W tym samym dokumencie papież analizuje symbolikę samego przedmiotu pomocnego do odliczania kolejnych modlitw, jakim jest koronka różańcowa. Zwraca uwagę, że świadomość tej symboliki może nadać nową treść kontemplacji. „W związku z tym trzeba najpierw zauważyć, że koronka zwraca się ku wizerunkowi Ukrzyżowanego, który otwiera i zamyka samą drogę modlitwy. Na Chrystusie skupia się życie i modlitwa wierzących. Wszystko od Niego wychodzi, wszystko ku Niemu zdąża, wszystko przez Niego, w Duchu Świętym, dochodzi do Ojca”. Jan Paweł II wskazuje, że „wyznaczając rytm posuwania się w modlitwie, koronka przypomina nie kończącą się nigdy drogę kontemplacji i doskonałości chrześcijańskiej”. Święty papież przywołał postać wielkiego propagatora Różańca, bł. Bartłomieja Longo, który w koronce widział „łańcuch” łączący nas z Bogiem. „Owszem, łańcuch, ale łańcuch »słodki«. Taką okazuje się zawsze relacja z Bogiem, który jest Ojcem. »Synowski« łańcuch, który pozwala nam jednoczyć się z Maryją, »służebnicą Pańską«, a w końcu i z samym Chrystusem, który, będąc Bogiem, stał się »sługą« dla naszej miłości” – podkreśla Ojciec Święty. Zauważa wreszcie, że koronka „przypomina więzi komunii i braterstwa, łączące nas wszystkich z Chrystusem”.

    Koronka i Różaniec

    Od czasu popularyzacji przesłania zleconego św. Faustynie słowo „koronka” najczęściej jest kojarzone z modlitwą do Miłosierdzia Bożego. Jednak Faustynie ta sama koronka, na której odmawiała modlitwy do Miłosierdzia Bożego, przede wszystkim służyła do odmawiania Różańca. Ta modlitwa towarzyszyła jej stale jako rzecz oczywista. Nie miała w związku z modlitwą różańcową żadnych objawień ani nie wspominała o dotyczących go spektakularnych wydarzeniach. Święta po prostu odmawiała Różaniec, sięgając po niego przy najróżniejszych okazjach. O niektórych z nich sama wzmiankuje. „W sobotę cząstkę różańca z rozkrzyżowanymi rękami” – zanotowała w rubryce „drobne umartwienia” po tym, gdy otrzymała takie pozwolenie.

    „W pewnej chwili, kiedy po południu przyszłam do ogrodu, powiedział mi Anioł Stróż: Módl się za konających. I zaraz zaczęłam różaniec za konających z ogrodniczkami” – zapisała w „Dzienniczku”. W innym miejscu zakonnica opisuje ataki szatana, który w nocy próbował jej dokuczyć. „Modliłam się cały ten czas na różańcu; nad ranem ustąpiły owe postacie i mogłam zasnąć” – zanotowała.

    Modlitwa różańcowa towarzyszyła Faustynie w najrozmaitszych sytuacjach. „Wieczorem, kiedy chodziłam po ogrodzie, odmawiając różaniec, kiedy przyszłam do cmentarza, uchyliłam drzwi i zaczęłam się modlić chwilę” – wspominała. Pod datą 24 września 1936 roku Faustyna zapisała: „Matka Przełożona poleciła, żebym odmówiła jedną tajemnicę różańca za wszystkie ćwiczenia i zaraz poszła się położyć”. Kilka dni później zanotowała: „Dziś w czasie różańca nagle ujrzałam puszkę z Najświętszym Sakramentem. Puszka ta była odkryta i dość dużo napełniona Hostiami. Z puszki wyszedł głos: Te hostie przyjęły dusze nawrócone modlitwą i cierpieniem twoim. Tu odczułam obecność Bożą na sposób dziecka, dziwnie się czułam dzieckiem”. Innym razem przyszedł do Faustyny Jezus, pocieszając ją w jej rozterce. „W piątek wieczorem, w czasie różańca, kiedy myślałam o jutrzejszej podróży i o ważności sprawy, którą miałam przedstawić ojcu Andraszowi, lęk mnie ogarnął, widząc jasno nędzę i nieudolność swoją, a wielkość dzieła Bożego. Zmiażdżona tym cierpieniem, zdawałam się na wolę Bożą. W tej chwili ujrzałam Jezusa przy moim klęczniku w szacie jasnej i powiedział mi te słowa: Czemu się lękasz pełnić wolę Moją? Czyż ci nie dopomogę, jako dotychczas? Powtarzaj każde żądanie Moje przed tymi, którzy Mnie na ziemi zastępują, a czyń tylko to, co ci każą. W tej chwili jakaś siła wstąpiła w duszę moją” – czytamy.

    To tyle w „Dzienniczku” na temat Różańca. W sumie niewiele, ale u Faustyny był on jak powietrze lub codzienny chleb: nie mówi się za wiele o tym, czym się stale żyje.

    Wydaje się, że niebo samo potwierdziło związek Faustyny z Różańcem. Święta zmarła w miesiącu różańcowym – 5 października, a jej pogrzeb odbył się dwa dni później – w dniu liturgicznego wspomnienia Najświętszej Maryi Panny Różańcowej.

    Franciszek Kucharczak/Gość Niedzielny

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Różaniec? Mam. Modlę się

    Powtarzane dziesiątki, czasem setki razy w ciągu dnia te same słowa – czy to ma sens? I to dzień w dzień, nieraz przez całe życie? Jaka to strata czasu, który można by wykorzystać na coś pożytecznego… No właśnie – w Różańcu realizuje się ewangeliczny paradoks: „Kto straci swe życie z mego powodu, znajdzie je” (Mt 10,39).

    fot. Henryk Przondziono/Gość Niezdielny

    ***

    Odmawiając tę modlitwę, ewidentnie tracimy życie z powodu Jezusa. Różaniec jest modlitwą wybitnie chrystocentryczną, jak chrystocentryczna jest Maryja. Rozważane tajemnice skupiają się na Chrystusie, a On jest życiem. To w Nim znajdujemy „stracone” życie. Każdy rozważa Różaniec w osobisty sposób, ale to indywidualne doświadczenie może posłużyć także innym. Wiedziony tym przeświadczeniem „Gość Niedzielny” wydał książkę „Różaniec. 200 rozważań na XXI wiek” z rozważaniami dziesięciu związanych z tygodnikiem autorów. Są one adresowane do różnych grup – młodych i starszych, duchownych i świeckich, chorych i zdrowych. Każdy znajdzie tam coś dla siebie. Oto świadectwa osobistego doświadczenia modlitwy różańcowej autorów medytacji.

    Trudna miłość

    Marcin Jakimowicz – Dziwię się tym, którzy mówią, że łatwo przychodzi im odmawianie Różańca. Nie dowierzam im. Ja bardzo często łapię się na tym, że gdyby ktoś zapytał, czy odmawiam dziesiątą, czy piątą zdrowaśkę, nie dałbym za to głowy. Ufam wskazówce św. Tomasza z Akwinu: „Wypowiadaj słowa, a wiara pójdzie za nimi”. Niezwykle bliskie jest mi wyznanie Teresy z Lisieux (czy to przypadek, że miesiąc różańcowy rozpoczyna jej wspomnienie?), która w jednym ze swoich listów notowała: „Odmawianie Różańca kosztuje mnie więcej, niż używanie narzędzi pokutnych… Czuję, że tak źle go odmawiam! Muszę zadawać sobie gwałt, by rozmyślać o tajemnicach różańcowych; nie mogę skupić myśli. Nieraz, kiedy mój umysł pogrążony jest w tak wielkiej oschłości, że niemożliwością staje się dla mnie wydobycie z niego choćby jednej myśli jednoczącej mnie z Bogiem, odmawiam bardzo powoli »Ojcze nasz«, a potem Pozdrowienie Anielskie; wówczas te modlitwy porywają mnie i karmią mą duszę o wiele lepiej, niż gdybym odmówiła je setki razy, ale z pośpiechem!”. Od kilkunastu lat odmawiam. Staram się być wierny. To jednak trudna miłość. Ale czy istnieje inna?

    To mnie trzymał

    Szymon Babuchowski – Różaniec towarzyszy mi od wielu lat, choć z różną intensywnością. Był przy mnie w najważniejszych momentach życia. Modliłem się nim, gdy z młodzieńczą żarliwością poszukiwałem odpowiedzi na pytania o życiowe powołanie. Gdy było mi ciężko albo gdy prosiłem o szczęśliwe narodziny dziecka. Bywało, że w ciągu jednego dnia odmawiałem wszystkie tajemnice. Później trochę zmniejszyłem „dawkowanie” Różańca, ale starałem się codziennie odmówić przynajmniej jedną dziesiątkę. Czasem nawet trochę wbrew sobie, przezwyciężając zmęczenie czy lenistwo. Myślę, że to trzymało mnie w ryzach, pozwalało zachować wierność codziennej modlitwie w ogóle. Różaniec przynosił owoce: wielokrotnie czułem po nim pokój w sercu, przychodziły twórcze natchnienia i pomysły na rozwiązanie problemów. Ale Różaniec to dla mnie także zmaganie się z coraz silniejszymi rozproszeniami, przez które często mam poczucie wpadania w schemat, w automatyzm zamiast autentycznej rozmowy. Dlatego chętniej wybieram teraz krótsze, bardziej spontaniczne formy modlitwy, zwykle połączone z lekturą Biblii. Różaniec nadal jednak odmawiam, choć nieco mniej regularnie. Zdarza mi się też przy nim zasypiać, ale to chyba nic złego, że dziecko zasypia przy rodzicach.

    Efekt gwarantowany

    ks. Adam Pawlaszczyk – Muszę przyznać, że od dzieciństwa nie najlepiej szły mi te rodzaje nabożeństw, w których modlitwy powtarzają się jak refren – czy to litanie, czy to Różaniec. Trudno mi sobie przypomnieć, czy była to kwestia dziecięcego znudzenia, czy raczej niewiedza, że w rzeczywistości chodzi w nich o medytację. Sporo czasu musiało upłynąć, zanim doświadczyłem, że Różaniec jest modlitwą, w której ograniczając myślenie o sobie, a włączając myślenie o Jezusie, człowiek otrzymuje potężny zastrzyk siły. Po prostu inny wstaje z kolan, inaczej patrzy na świat i samego siebie. Do dzisiaj tego fenomenu nie rozumiem, ale wszystkim, którzy tego nie doświadczyli, bardzo polecam, bo „działa”. Jeśli jesteś przytłoczony swoim życiem, problemami, które piętrzą się wokół, jeśli odnosisz wrażenie, że sił na niewiele ci już wystarczy, chwyć za różaniec. Efekt gwarantowany, choć początki mogą być trudne. Warto jednak powalczyć z samym sobą, niejako przymuszając siebie i odsuwając na bok pokusę ujmowaną zazwyczaj w bardzo pokrętne stwierdzenie, że „klepanie zdrowasiek” nie jest dla mnie. A jak się już w tej modlitwie zakochasz, nawet ci do głowy nie przyjdzie, by modlitwę różańcową uważać za „klepanie”.

    Niczym adoracja

    ks. Włodzimierz Lewandowski – Sierpień 1973 roku. Na zakończenie oazy wręczono nam ABC Społecznej Krucjaty Miłości, Akt oddania Matce Bożej i różaniec. Niebieskie, plastikowe kółko na palec. „Można go nosić w kieszeni, odmawiać w drodze do szkoły, jadąc autobusem, idąc na spacer”. Tyle. Moderatorka była oszczędna w słowach. Noszony w kieszeni stał się przedmiotem niezwykle cennym, gdy musiałem zmierzyć się z trudnym, życiowym problemem. I nie chodziło o rozeznanie życiowego powołania. Wymodlić dla kogoś bliskiego łaskę… Postanowiłem odmawiać codziennie jedną tajemnicę. Różaniec w kieszeni grał także rolę budzika. Przypominał… Długo musiał przypominać. Niemalże sześć lat przyzywania Wspomożenia wiernych… Sześć lat walki ze zniechęceniem i pokusą rezygnacji. Aż nadszedł moment, gdy intencja zeszła na drugi plan. Najważniejsza stała się obecność. Odmawiana w drodze tajemnica była niczym adoracja Najświętszego Sakramentu. Mniej więcej w tym właśnie czasie nadeszła długo oczekiwana wiadomość. Nadeszła w dobrym momencie. Rozważane po drodze dziesiątki już nie musiały być motywowane intencją. Teraz odmawiane były dla Niego. Dla Niej. Z Nim. Z Nią. Szlachetna intencja okazała się świetnym wychowawcą.

    Rozum wysiada. Pozostaje kontemplacja

    Andrzej Macura – Nie ukrywam, że Różaniec to dla mnie modlitwa bardzo trudna. Najłatwiej zacząć: „Ojcze nasz”… Ale potem skupić się na wypowiadanych słowach czy na rozważanej tajemnicy? Próbuję jedno z drugim pogodzić, ale najczęściej się nie udaje. No bo jak jednocześnie być w Betlejem, Kanie Galilejskiej, na krzyżowej drodze i u grobu Zmartwychwstałego, a jednocześnie z Gabrielem i Elżbietą pozdrawiać Maryję i prosić Ją o modlitwę „teraz i w godzinie śmierci”? Nie da się? Rozum wysiada. Paradoksalnie w takim przeżywaniu modlitwy różańcowej najbardziej pomaga mi, gdy odmawiam ją, idąc. Wszystkie dodatkowe bodźce w tle, wymuszające jakąś tam podzielność uwagi, sprawiają, że ta jej dwu- albo i trzytorowość przestaje przeszkadzać. Można być z Maryją, która „jest pełna łaski” i która ma za nami orędować z małym Jezusem w świątyni, w jakiś tajemniczy sposób stać na Taborze, na Golgocie i razem z Nią cieszyć się wstępującym do nieba Jezusem. Wtedy słowa „Chwała Ojcu i Synowi, i Duchowi Świętemu…” cisną się na usta same. I można z radością wejść w kolejną tajemnicę.

    Różaniec mnie znalazł

    Franciszek Kucharczak – Różaniec był pierwszą modlitwą, która mnie porwała. Było to po tym, jak mnie wylali z ministrantów. Praktycznie w ogóle się wtedy nie modliłem. Nie czułem się z tym dobrze, ale lenistwo brało górę. Pewnego dnia wpadła mi w rękę książka o objawieniach Matki Bożej w Lourdes. Gdy ją czytałem, zrodziła się we mnie potrzeba, żeby odmówić Różaniec. Pomyślałem: jeden raz, co mi zaszkodzi. Gdy wstałem z kolan, czułem się głęboko związany z Maryją. Towarzyszyła temu lekkość i radość, jakich nigdy dotąd nie doświadczyłem. To sprawiło, że niecierpliwie czekałem na kolejne ekscytujące spotkanie (bo tak to odczuwałem). A potem kolejne i kolejne. Modląc się, odkrywałem nowe przestrzenie tej wiary, która mnie jeszcze niedawno nudziła. Zaczęło mnie fascynować wszystko, co miało związek z Kościołem. Wstąpiłem do oazy z ogromnym zapałem, choć wcześniej wołami mnie nie umieli do niej zaciągnąć. Tam jeszcze mocniej pokochałem Kościół – i do dzisiaj mi nie przeszło. Widzę teraz, że wszystko od tamtego czasu było u mnie splecione z Różańcem i to on nauczył mnie wiary. Zostałem już z tą modlitwą, a właściwie ona ze mną. Dawno nie przeżywam już w jej trakcie duchowych wzlotów, ale wiem, że istotna jest wierność – więc się staram.

    Milczenie pomaga

    ks. Rafał Bogacki – Różaniec zawsze porażał mnie prostotą i głębią. Sporo czasu musiało minąć, zanim zrozumiałem, że chodzi w nim o kontemplacyjne zapatrzenie się na życie Jezusa i smakowanie wydarzeń, które rozważam razem z Maryją. Pamiętam, że w seminarium w odmawianiu Różańca bardzo pomogła mi lektura listu Jana Pawła II „Rosarium Virginis Mariae”, a szczególnie zawarte w nim osobiste świadectwo papieża, który pisał, że włącza pomiędzy kolejne dziesiątki sprawy osobiste, Kościoła i świata. Zastanowił mnie także temat milczenia, które wydawało mi się obce tej modlitwie. Zrozumiałem, że zatrzymanie się w ciszy pomiędzy rozważaniem tajemnic a recytacją modlitwy jest niezmiernie istotne, by wejść w jej ducha. Milczenie pomaga nosić i „chować wiernie wszystkie wspomnienia [z życia Jezusa] w swym sercu”, na wzór Maryi. Gdy pamiętam, by milczeć, sceny z historii zbawienia łatwiej znajdują drogę do mojego wnętrza. Momenty ciszy pomagają mi nie przerzucać pędu życia na rytm modlitwy. Dziś lubię odmawiać Różaniec z innymi, w małej grupie. Wówczas łatwiej myśleć mi o tajemniczej obecności Maryi, która trwa z Kościołem na modlitwie. Mała grupa pomaga wejść w klimat Wieczernika, atmosferę wspólnoty i bliskości z Chrystusem.

    Zamiast krokomierza

    ks. Rafał Skitek – Bez różańca pod ręką czuję się niepewnie. Jakoś niespokojnie. Mam ich kilka. W sutannie, marynarce, kurtce, na stoliku nocnym, w samochodzie. Niemal wszędzie. Chwytam za niego przed każdą ważną rozmową i decyzją. Także wtedy, gdy jestem słaby. Gdy czuję, że nadchodzi moment próby. Mocno ściskam w pięści i przesuwam paciorki. Modlę się w myślach. Nieraz półszeptem. Zwykle sam. To daje mi siłę. Bo czuję, że Maryja staje po mojej stronie. Niemniej to nadal wymagająca modlitwa. Może dlatego zwykle odmawiam ją na raty. Po dziesiątce. Między różnymi zajęciami. W drodze. Na ulicy. Czasem nawet długość spacerów zamiast krokomierzem, odmierzam dziesiątkami Różańca. Towarzyszy mi szczególnie intensywnie, gdy jestem na górskim szlaku. Uwielbiam to połączenie: góry i Różaniec. Niezmiennie bliskie jest mi stwierdzenie śp. ks. Franciszka Grudnioka, że życie kapłańskie jest jak Różaniec: splecione z nierozerwalnych tajemnic – radosnych i bolesnych, chwalebnych i światła. Tak się wzajemnie przenikają, że jednych od drugich oderwać nie sposób. Ot, całe moje życie.

    Jaka to melodia

    Jacek Dziedzina – Przed laty miałem mały problem z Różańcem. Z jednej strony nieustannie słyszałem, że celem powtarzania tych samych słów jest medytacja i kontemplacja. Z drugiej – w parafialnej praktyce niemal każda modlitwa różańcowa była „obciążona” długą listą intencji. A dla mnie to jednak dwie różne rzeczy: albo modlę się o coś i na tym skupiam uwagę, albo bezinteresownie „tracę czas” na rozważanie tajemnic wiary. „Różaniec jest tylko metodą kontemplacji” – słowa Jana Pawła II z listu apostolskiego „Rosarium Virginis Mariae” utwierdziły mnie w przekonaniu, że Różańca trzeba się uczyć, by naprawdę skorzystać z jego siły i bogactwa. Na jednym z wyjazdów studenckich towarzyszący nam oblat zaproponował odmawianie Różańca bez liczenia paciorków. „Powtarzajcie »Zdrowaś, Maryjo« w jednej tajemnicy tak długo, aż poczujecie, że wchodzicie w tę rzeczywistość”, powiedział. Podziałało. Nigdy wcześniej nie słyszałem tak melodyjnie płynącej modlitwy różańcowej, bez sprawdzania, czy to już ósma, czy dziesiąta zdrowaśka. Nagle odkryliśmy, że to rzeczywiście może być medytacja i kontemplacja.

    Jak w domu

    Piotr Sacha – Modląc się na różańcu – w samochodzie, pociągu, w poczekalni u lekarza, na ulicach miasta – czuję się jak w domu. Jest bezpiecznie, bo to dom scementowany słowami Biblii: „Ojcze nasz, który jesteś w niebie…” (Mt 6,9-13). „Pan z Tobą, błogosławiona jesteś między niewiastami…” (Łk 1,28). „Błogosławiony jest owoc Twojego łona” (Łk 1,42). Od niedawna zdarza mi się zwracać do gospodyni domu, Maryi, „Przyjaciółko”. Wtedy ośmielam się przychodzić z gośćmi, przypadkiem mijanymi na chodniku, zauważonymi przez szybę auta albo z kimś z bliskiej rodziny czy dalekim znajomym. Zabieram w ciemno ich sprawy znane Bogu. Z ostatnich moich odkryć: Różaniec to prawdopodobnie modlitwa tych, o których św. Paweł pisał, że są „jakby smutni, lecz zawsze radośni, jakby ubodzy, a jednak wzbogacający wielu, jako ci, którzy nic nie mają, a posiadają wszystko” (2 Kor 6,10). PS Tym, którzy nie lubią poniedziałków, przypominam, że w poniedziałki rozważamy tajemnice radosne!•

    Gość Niedzielny

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Była ateistka po 35 latach nawróciła się przy grobie św. Jana Pawła II

    Samplefot. Dorota Abdelmoula-Viet @VaticanNewsPL

    Belén Perales, 60-letnia Hiszpanka, która przez 35 lat żyła jako ateistka, odwracając się od wiary katolickiej jako nastolatka po serii traumatycznych przeżyć, odzyskała ją przy grobie św. Jana Pawła II  w Watykanie. Swoje burzliwe życie i późniejszą radykalną jego zmianę przedstawiła 21października w rozmowie z latynoamerykańską katolicką agencją prasową ACI Prensa.

    Po pobycie w Rzymie, który gruntownie ją odmienił, „doświadczyła głębokiego objawienia, które –jak sama wyznała – przywiodło ją „z powrotem do domu”. Obecnie Belén prowadzi kanał YouTube „El Rosario de las 11” (Różaniec o 23:00), na którym co wieczór transmituje modlitwę różańcową i dzieli się historiami nawrócenia.

    Perales urodziła się w rodzinie katolickiej jako najstarsza z czwórki rodzeństwa, ale – jak powiedziała – od najmłodszych lat miała „niezasłużone i głębokie wrażenie opuszczenia i że nikt mnie nie kocha”. Ciągłe przeprowadzki z miasta do miasta ze względu na pracę jej ojca rodziły w niej niepewność, „tworząc głęboką ranę emocjonalną” – wspomniała w wywiadzie. Zaznaczyła, że jej wiara zaczęła słabnąć, gdy jako nastolatka została wykorzystana seksualnie podczas pobytu w internacie. Wydarzenie to oznaczało jej zerwanie z Bogiem i matką. „Opuściłam szkołę bardzo zła na świat… Tamtego lata przestałam wierzyć w Boga” – powiedziała rozmówczyni agencji. Dodała, że zaczęła się wówczas oddalać od Kościoła i wiary, którą poznała w dzieciństwie.

    Przez następnych 35 lat kobieta żyła chaotycznie, bezskutecznie szukając spokoju w nieudanych związkach i zajęciach. Kilkakrotnie wychodziła za mąż i cierpiała z powodu oszustw i złego traktowania przez współmałżonków. „Mój pierwszy mąż był zawodowym kłamcą, oszukał mnie i gdy poszłam na sprawę rozwodową, okazało się, że nawet nie jestem mężatką” – wspominała z rezygnacją. „Po tym, co spotkało mnie z moim pierwszym mężem, stałam się jeszcze gorsza. Poznałam ojca mojej najstarszej córki; okazało się, że był to bardzo zawiły związek, siedem bardzo ciężkich lat. Udało mi się wydostać z tego domu z córką i zaczęłyśmy od zera. Znowu byłam zrujnowana” – powiedziała była ateistka.

    W 1996 roku, kiedy internet dopiero raczkował, kupiła zestaw odpowiednich urządzeń i postanowiła założyć własny biznes online. Zaczęła sprzedawać za pośrednictwem tej platformy i, ku jej zaskoczeniu, projekt okazał się wielkim sukcesem, a dzięki swej przedsiębiorczości miała duże dochody w cyfrowym świecie. Ale mimo tej udanej kariery w biznesie, życie osobiste Belén wciąż było w rozsypce. „Znowu wyszłam za mąż, ale i tak wszystko poszło źle” – przyznała kobieta, która ostatecznie została sama z dwiema małymi córkami. „Byłam ateistką; Nie wierzyłam w Boga, w nic, zero” – stwierdziła kategorycznie.

    Wszystko zmieniło się latem 2012 roku podczas pobytu z córkami w Rzymie. „Chciałam iść do Koloseum, ale moja córka nalegała na odwiedziny Watykanu. W końcu ustąpiłam” – powiedziała. I dodała, że to, co wydarzyło się w bazylice św. Piotra, zmieniło jej życie na zawsze. „Kiedy weszłyśmy do Watykanu, byłam zła. Pomyślałam: «Co my tu robimy? Co za okropność»”. I nagle, robiąc zdjęcia swoim córkom, Perales zaczęła odczuwać coś niewytłumaczalnego, „coś bardziej fizycznego niż duchowego, coś, co niespodziewanie wkroczyło. I automatycznie zdałam sobie sprawę, że Bóg istnieje i że gdybym zmarła, poszłabym do piekła”.

    Uderzenie było tak silne, że kobieta zaczęła płakać w niekontrolowany sposób. „Łzy lały mi się z oczu, jakby to były dwa otwarte krany” – wspominała.

    Przed grobowcem św. Jana Pawła II poczuła, że jest poza Kościołem, oddzielona od swojej „Matki”, jak teraz nazywa Kościół katolicki, i że przez te wszystkie lata odrzucała Boga. „Poczułam ból bycia poza Kościołem, zdając sobie sprawę, że Bóg istnieje, że to nie jest kłamstwo i to ja Go odrzuciłam. Moja dusza była brudna, pełna grzechów, które teraz przebiegały mi przez głowę”  – wyznała Perales.

    Na widok grobu św. Jana Pawła II nagle powiedziała: „Dziewczyny, pomódlmy się”. Potem uklękła w trzeciej ławce po lewej stronie, a jej łzy nadal płynęły. „Moja młodsza córka wyjęła chusteczki i wycierała mi twarz. Chciałam się modlić, ale nie pamiętałam nawet Modlitwy Pańskiej, bo nie modliłam się od 35 lat. Miałam 48 lat i nie modliłam się od 13. roku życia” – wyjaśniła w rozmowie z ACI Prensa. Po wyjściu z tego miejsca Perales pomyślała sobie: „Oszalałam. To chyba wynik bycia sam na sam z córkami i zmęczenia”.

    Po tym doświadczeniu wróciła do Madrytu, ale proces powrotu do wiary nie był łatwy. Wciąż czuła się wyobcowana z Kościoła i myślała, że „nie mogłabym zostać na nowo zaakceptowana przez tę moją «Matkę»”. „Wciąż byłam uparta, myśląc, że nie mogę wrócić do Kościoła, że zostałam ekskomunikowana” – opowiadała. Przez rok uczęszczała na niedzielną Mszę św., ale nie odważyła się pójść do spowiedzi, uważała bowiem, że  „mnie stamtąd wyrzucą»”.

    W końcu pewnego dnia usłyszała wewnętrzny głos Boga, który zapytał ją: „Na co czekasz?”. Uznała to za znak, którego potrzebowała, by zrobić ten krok. „Poszłam do parafii, zostawiłam swoje córki w ławce i podeszłam do pierwszego konfesjonału, jaki zobaczyłam” – wspominała. Tam spotkała młodego księdza, który przyjął ją z radością. Przedstawiła się i wyznała, że popełniła wszelkie zło z wyjątkiem kradzieży i zabójstwa. A kapłan jej odpowiedział: „Alleluja, dzisiaj jest święto w niebie”. Miał on przy sobie obraz syna marnotrawnego i wyjaśnił jej: „W tej chwili Bóg cię obejmuje”.

    Ta spowiedź rozpoczęła jej pojednanie z Bogiem i z Kościołem katolickim. „Nie znałam miłosierdzia Bożego, ale gdy wróciłam do Kościoła, było to tak, jakby Bóg naprawdę mnie przytulił, uczucie, którego nigdy wcześniej nie zaznałam” – powiedziała Hiszpanka.

    Od tamtego czasu Perales poświęciła swoje życie ewangelizacji i dzieleniu się swoją historią z otoczeniem. „Powiedziałam Jezusowi: «Odtąd jestem Twoim ‘działem marketingu’. Dokądkolwiek pójdę, zabiorę Cię ze sobą»”. Tak też się stało. Przez lata prowadziła swe przyjaciółki do konfesjonału i rozdawała różańce tym, których spotkała na swej drodze. „Moje rany zostały uleczone dzięki adoracji i sakramentom. Jestem fanką spowiedzi” – powiedziała z uśmiechem.

    Perales założyła też na YouTube kanał „El Rosario de las 11” (Różaniec o 23:00), za pomocą którego co wieczór transmituje modlitwę różańcową i dzieli się świadectwami nawrócenia, takimi jak jej własne. Powiedziała agencji, że kanał jej „przyniósł wiele owoców, od niezliczonych nawróceń aż do mężczyzn, którzy postanowili pójść do seminarium, aby zostać księżmi. Pojawiły się też różne inne powołania… Krótko mówiąc, wszystkiego po trochu”.

    Najbardziej zaskakuje ją, choć zdaje sobie sprawę, że nie powinno, liczba cudów i nawróceń, które dokonały się dzięki kanałowi. Zastanawiając się nad tym faktem, przywołała słowa Pana Jezusa: „Gdzie są dwaj albo trzej zgromadzeni w imię moje, tam Ja jestem pośród nich”. Dla niej wydarzenia te są dowodem na to, że Jezus nadal żyje.

    Zapewniając o swym pełnym zaangażowaniu w ten projekt, obiecała Maryi Pannie i Jezusowi, że będzie prowadzić ten kanał „do ostatniego dnia mojego życia lub do chwili, gdy zabraknie mi sił”. Podkreśliła, że chce „sprawić przyjemność mojej Matce, Dziewicy, która prosi nas o modlitwę różańcową. Jestem posłuszna. Poza tym wielu ludzi w internecie nie zna Boga, ale gdyby Go poznali, zakochaliby się w Jezusie, tak jak ja to uczyniłam”.

    Zwróciła uwagę, iż „YouTube pozwala ludziom, nawet bez szukania Boga, spotkać się z Nim w nieoczekiwany sposób. Cieszę się, że moje filmy mogą dotrzeć do tych, którzy są daleko, którzy najbardziej potrzebują tego przesłania nadziei i miłości, jakie daje nam Jezus”.

    Dziś Belén Perales prowadzi życie pełne wiary, wdzięczna za to, że po tylu latach ciemności ponownie odnalazła Boga. „Jezus uratował mnie, kiedy najmniej się tego spodziewałam, a teraz chcę, aby wszyscy wiedzieli, że On jest tu, zawsze na nas czekając” – podsumowała swoją wypowiedź hiszpańska ewangelizatorka internetowa.

    e-KAI.pl

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Benedykt XVI:

    Bez Maryi nie ma Kościoła

    Benedykt XVI: Bez Maryi nie ma Kościoła

    fot. Peter Nguyen Ming Trung via Flickr, CC BY 2.0 / Wikipedia, CC 0

    ***

    W katechezie z 14 marca 2012 roku Benedykt XVI zwraca uwagę na kluczową rolę modlitwy w życiu Kościoła, w szczególności na przykładzie Dziejów Apostolskich i Listów św. Pawła. Papież podkreśla, że zarówno Pan Jezus, jak i Najświętsza Maryja Panna oraz pierwsi uczniowie trwali w modlitwie, oczekując na zesłanie Ducha Świętego. Maryja, obecna w ważnych momentach historii zbawienia, jest dla nas wzorem głębokiej więzi z Bogiem i wytrwałej modlitwy, która prowadzi do głoszenia Ewangelii całemu światu.

    Audiencja generalna, 14 III 2012

    Drodzy bracia i siostry!

    W dzisiejszej katechezie chciałbym zacząć omawianie modlitwy w Dziejach Apostolskich i w Listach św. Pawła. Św. Łukasz przekazał nam, jak wiemy, jedną z czterech Ewangelii, poświęconą ziemskiemu życiu Jezusa, ale pozostawił nam też dzieło, które nazywane jest pierwszą księgą historii Kościoła, czyli Dzieje Apostolskie. W obu tych księgach jednym z elementów często się powtarzających jest właśnie modlitwa — od modlitwy Jezusa po modlitwę Maryi, uczniów, niewiast i wspólnoty chrześcijańskiej. Początkowy rytm życia Kościoła wyznaczany jest przede wszystkim przez działanie Ducha Świętego, który przemienia apostołów w świadków Zmartwychwstałego, aż do przelania krwi, oraz przez szybkie rozprzestrzenianie się Słowa Bożego na Wschód i na Zachód. Zanim jednak rozpowszechni się głoszenie Ewangelii, Łukasz opowiada epizod wniebowstąpienia Zmartwychwstałego (por. Dz 1, 6-9). Pan przekazuje uczniom program życia poświęconego ewangelizacji, mówiąc: «Gdy Duch Święty zstąpi na was, otrzymacie Jego moc i będziecie moimi świadkami w Jeruzalem i w całej Judei, i w Samarii, i aż po krańce ziemi» (Dz 1, 8). W Jerozolimie apostołowie, których po zdradzie Judasza Iskarioty pozostało jedenastu, zgromadzili się w domu, aby się modlić, i właśnie na modlitwie oczekiwali na obiecany przez zmartwychwstałego Chrystusa dar — Ducha Świętego.

    W tym kontekście oczekiwania, między wniebowstąpieniem i zesłaniem Ducha Świętego, św. Łukasz po raz ostatni wspomina o Maryi, Matce Jezusa, i Jego rodzinie (w. 14). Maryi poświęcił początek swojej Ewangelii, od zwiastowania anielskiego do narodzin i dzieciństwa Syna Bożego, który stał się człowiekiem. Z Maryją rozpoczyna się ziemskie życie Jezusa i z Maryją pierwsze kroki stawia Kościół; w obu tych momentach panuje klimat słuchania Boga, skupienia. Dziś chciałbym zatem omówić tę modlitewną obecność Dziewicy w grupie uczniów, którzy będą stanowili rodzący się pierwotny Kościół. Maryja w nierzucający się w oczy sposób śledziła całą drogę, jaką Syn pokonał w swoim życiu publicznym, i doszła za Nim aż pod krzyż, a teraz cichą modlitwą towarzyszy w drodze Kościołowi. Podczas zwiastowania Maryja przyjmuje w domu w Nazarecie anioła posłanego przez Boga, uważnie słucha jego słów, bierze je sobie do serca i akceptuje Boży plan z pełną gotowością: «Oto ja służebnica Pańska, niech mi się stanie według słowa twego» (por. Łk 1, 38). Właśnie dzięki wewnętrznemu nastawieniu na słuchanie Maryja potrafi odczytać swoją historię, z pokorą rozpoznając działanie Pana. Odwiedzając swą krewną Elżbietę, w modlitwie uwielbienia i radości wysławia Bożą łaskę, która napełniła Jej serce i życie i uczyniła z Niej Matkę Pana (por. Łk 1, 46–55). Uwielbienie, dziękczynienie, radość: w kantyku Magnificat Maryja mówi nie tylko o tym, co Bóg uczynił w Niej, ale i o tym, czego dokonał i wciąż dokonuje w historii. Św. Ambroży w słynnym komentarzu do Magnificat wzywa do tego, by modlić się w tym samym duchu, pisząc: «Niech w każdym będzie dusza Maryi, by wielbić Pana; niech w każdym będzie duch Maryi, by się radować w Bogu» (Expositio Evangelii secundum Lucam [ Wy k ład Ewangelii według św. Łukasza] 2, 26: PL 15, 1561).

    Również w Wieczerniku w Jerozolimie, w «sali na górze, gdzie przebywali» uczniowie Jezusa (por. Dz 1, 13), w klimacie słuchania i modlitwy, Ona jest z nimi, zanim otworzą się drzwi i zaczną oni głosić Chrystusa Pana wszystkim narodom, ucząc je zachowywać wszystko, co On im przykazał (por. Mt 28, 19-20). Etapy drogi Maryi, z domu w Nazarecie do domu w Jerozolimie, przez krzyż, z którego Syn powierza Jej apostoła Jana, cechuje umiejętność utrzymywania klimatu skupienia, by rozważać każde wydarzenie w ciszy własnego serca, przed Bogiem (por. Łk 2, 19-51), i w medytacji przed Bogiem zrozumieć również Jego wolę oraz rozwinąć zdolność wewnętrznego jej zaakceptowania. Zaznaczenie obecności Matki Boga wśród Jedenastu, po wniebowstąpieniu, nie jest zatem zwykłą wzmianką historyczną o czymś z przeszłości, lecz ma ogromne znaczenie, bo dzieli Ona z nimi rzecz najcenniejszą: pamięć o Jezusie w modlitwie; dzieli tę misję Jezusową, którą jest zachowywanie pamięci o Jezusie, a tym samym zachowywanie Jego obecności.

    Po raz ostatni Maryja pojawia się w dwóch dziełach św. Łukasza w sobotę: w dniu odpoczynku Boga po stworzeniu świata, w dniu ciszy po śmierci Jezusa i oczekiwania na Jego zmartwychwstanie. Z tego epizodu wywodzi się tradycja wspominania Matki Bożej w sobotę. Między wniebowstąpieniem Zmartwychwstałego i pierwszą Pięćdziesiątnicą chrześcijańską apostołowie i Kościół gromadzą się z Maryją, by z Nią czekać na dar Ducha Świętego, bez którego nie można zostać świadkiem. Ona, która już Go otrzymała, by zrodzić Wcielone Słowo, dzieli z całym Kościołem oczekiwanie na ten dar, aby w sercu każdego wierzącego «ukształtował się Chrystus» (por. Ga 4, 19). Jeśli nie ma Kościoła bez zesłania Ducha Świętego, to i nie ma zesłania Ducha Świętego bez Matki Jezusa, ponieważ Ona w wyjątkowy sposób żyła tym, czego Kościół doświadcza codziennie za sprawą Ducha Świętego. Św. Chromacjusz z Akwilei w taki sposób komentuje wzmiankę z Dziejów Apostolskich: «Zgromadził się zatem Kościół w sali na górze razem z Maryją, Matką Jezusa, i razem z Jego braćmi. Nie można zatem mówić o Kościele, jeśli nie ma Maryi, Matki Pana… Kościół Chrystusowy jest tam, gdzie głosi się wcielenie Chrystusa w łonie Dziewicy, a tam, gdzie głoszą apostołowie, którzy są braćmi Pana, tam się słucha Ewangelii» (Sermo 30, 1: SC 164, 135).

    Sobór Watykański II w szczególny sposób podkreślił tę więź, której widocznym przejawem jest to, że Maryja modli się z apostołami w tym samym miejscu, w oczekiwaniu na Ducha Świętego. Konstytucja dogmatyczna Lumen gentium stwierdza : «Kiedy zaś spodobało się Bogu uroczyście objawić tajemnice ludzkiego zbawienia, nie wcześniej niż ześle obiecanego przez Chrystusa Ducha, widzimy Apostołów przed dniem Pięćdziesiątnicy ‘trwających jednomyślnie na modlitwie razem z niewiastami, z Maryją, Matką Jezusa, i z braćmi Jego’ (Dz 1, 14), a także Maryję błagającą modlitwami o dar Ducha, który okrył Ją już cieniem podczas zwiastowania» (n. 59). Uprzywilejowanym miejscem Maryi jest Kościół, gdzie uznana jest za «najznakomitszego i całkiem szczególnego członka… typiczne wyobrażenie i najdoskonalszy wzór w wierze i miłości» (tamże, 53).

    Oddawanie czci Matce Bożej w Kościele znaczy również, że uczymy się od Niej, jak być wspólnotą, która się modli: jest to jeden z istotnych aspektów pierwszego opisu wspólnoty chrześcijańskiej, zawartego w Dziejach Apostolskich (por. 2, 42). Często modlitwa podyktowana jest przez trudne sytuacje, przez problemy osobiste, które powodują, że zwracamy się do Pana w poszukiwaniu światła, pociechy i pomocy. Maryja zachęca, by poszerzać zakres modlitwy, by zwracać się do Boga nie tylko w potrzebie i nie tylko we własnych intencjach, lecz w sposób jednomyślny, wytrwały, wierny, «jednym duchem i jednym sercem» (por. Dz 4, 32).

    Drodzy przyjaciele, w życiu ludzkim jest wiele różnych faz przejściowych, często trudnych i wymagających wysiłku, kiedy potrzebne są zobowiązujące wybory, wyrzeczenia i ofiary. Matka Jezusa z woli Pana była obecna w decydujących momentach historii zbawienia i zawsze potrafiła odpowiedzieć z pełną gotowością, dzięki głębokiej więzi z Bogiem, która dojrzewała w wytrwałej i żarliwej modlitwie. W okresie między piątkiem męki i niedzielą zmartwychwstania został Jej powierzony umiłowany uczeń, a wraz z nim cała wspólnota uczniów (por. J 19, 26). Między wniebowstąpieniem i zesłaniem Ducha Świętego była Ona z modlącym się Kościołem i w nim (por. Dz 1, 14). Matka Boga i Matka Kościoła, Maryja trwa w macierzyństwie do końca dziejów. Zawierzajmy Jej każdą fazę przejściową naszego życia indywidualnego i kościelnego, a przede wszystkim nasze ostatnie przejście. Maryja uczy nas, że modlitwa jest potrzebna, i ukazuje, że tylko dzięki stałej więzi, głębokiej, pełnej miłości do Jej Syna możemy wyjść z «naszego domu», z nas samych, z odwagą, by dotrzeć na krańce świata i głosić wszędzie Pana Jezusa, Zbawiciela świata. Dziękuję.

    Benedykt XVI

    mp/z internetu, Fronda.pl

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Aby Matka Boża była coraz bardziej znana, miłowana i uwielbiana!

    „Różaniec Święty, to bardzo potężna broń.

    Używaj go z ufnością, a skutek wprawi cię w zdziwienie”.

    (św. Josemaria Escriva do Balaguer)

    A rosary is used for prayers and meditations.
    fot.wiseGeek

    *****

    INTENCJA ŻYWEGO RÓŻAŃCA

    NA MIESIĄC PAŹDZIERNIK 2024

    Intencja papieska:

    *Módlmy się, aby Kościół nadal wspierał ze wszystkich sił synodalny styl życia, jako znak współodpowiedzialności, promując uczestnictwo, komunię i misję łączące księży, osoby konsekrowane i świeckich.

    więcej informacji – Vaticannews.va: papieska intencja

    _______________________________________________________

    Intencje Polskiej Misji Katolickiej w Glasgow:

    * za naszych kapłanów, aby dobry Bóg umacniał ich w codziennej posłudze oraz o nowe powołania do kapłaństwa i życia konsekrowanego.  

    * za papieża Franciszka, aby Duch Święty prowadził go, a św. Michał Archanioł strzegł.

    *  Wierząc mocno w skuteczność modlitwy różańcowej błagajmy w tym październikowym miesiącu o Boży pokój w świecie i ocalenie rodziny. Bo tylko interwencja z Wysoka zdolna jest właściwie pokierować ludzkimi sercami. Przesuwając paciorki różańca świętego kontemplujemy tajemnice naszego zbawienia, które pomagają nam spotykać się z Chrystusem w Jego misteriach ukazując oblicze Boga w braciach, zwłaszcza tych najbardziej cierpiących. Dobrze jest wziąć sobie do serca słowa św. Jana Pawła II, które napisał w Liście Apostolskim o Różańcu Świętym: “Jakże można by w « tajemnicach radosnych » wpatrywać się w misterium Dziecięcia narodzonego w Betlejem, nie odczuwając pragnienia, by przyjmować, bronić i promować życie, biorąc na siebie ciężar cierpienia dzieci we wszystkich zakątkach świata? Jak można by w « tajemnicach światła » iść za Chrystusem Objawicielem, nie podejmując postanowienia, by dawać świadectwo Jego « błogosławieństwom » w codziennym życiu? I jak kontemplować Chrystusa obarczonego krzyżem i ukrzyżowanego, nie czując potrzeby stawania się Jego « Cyrenejczykiem » względem każdego brata przybitego cierpieniem czy zdruzgotanego rozpaczą? A wreszcie, jak można by utkwić wzrok w chwale Chrystusa Zmartwychwstałego i w Maryi ukoronowanej na Królową, nie czując pragnienia, by uczynić ten świat piękniejszym, bardziej sprawiedliwym, bliższym planom Bożym?

    ____________________________________________

    Intencja dodatkowa dla Róży Matki Bożej Częstochowskiej (II),

    św. Moniki i bł. Pauliny Jaricot: 

    * Rozważając drogi zbawienia w Tajemnicach Różańca Świętego prosimy Bożą Matkę, aby wypraszała u Syna swego a Pana naszego Jezusa Chrystusa właściwe drogi życia dla naszych dzieci.

    *****

    Od 1 października modlimy się kolejnymi Tajemnicami Różańca Świętego i w nowych intencjach, które otrzymaliście na maila 3o września z adresu e-rozaniec@kosciol.org (jeśli ktoś z Was nie dostał maila na ten miesiąc, proszę o kontakt z Zelatorem Róży, albo na adres rozaniec@kosciolwszkocji.org)

    ________________________________________

    Obecnie mamy 19 Róż Żywego Różańca, choć mieliśmy do niedawna 21. Dlatego bardzo serdecznie zachęcamy chętnych, aby zechcieli dołączyć się do Żywego Różańca. Módlmy się też w tej intencji, aby dotąd nieprzekonani mogli się przekonać jak skuteczną i tym samym jak bardzo potrzebną jest dziś modlitwa różańcowa.

    ______________________________________________________________________________________________________________

    „Różaniec kontra mantra”

    „Różaniec kontra mantra”

    Zdjęcie ilustracyjne (Fot. Therese Westby/Unsplash.com)

    ***

    Za kilka dni rozpocznie się październik, który w Kościele katolickim kojarzony jest z modlitwą różańcową. Wspominam swój „różańcowy” felieton sprzed roku, który wywołał ogromną falę hejtu na Facebooku, mimo że sam tekst nie ma w sobie nic kontrowersyjnego. Pamiętam, jak rozmawiając z przyjaciółką powiedziałam, że to taki niepozorny temat, a pod nim morze gnoju. Zaskoczyło mnie to wtedy bardzo. Czy modlitwa różańcowa jest aż tak kontrowersyjna, trudna, niezrozumiana? Widocznie tak. Być może jest też w jakiś sposób wyrzutem sumienia dla katolika…

    Patrząc na to od strony osoby wierzącej, widzę że wielu katolików nie lubi powtarzalności różańca. To z pozoru bardzo łatwa modlitwa, ale ta prostota to złudzenie. Odmawianie kolejnych Zdrowasiek wymaga przecież niesamowitego skupienia, bycia tu i teraz, wyciszenia, powtarzania tych samych fraz, co patrząc zwyczajnie po ludzku – może nudzić, usypiać, łatwo wkrada się zniechęcenie. Dlatego sama modląc się na różańcu, świadomie wybieram konkretne tajemnice różańcowe. Czasem czytam do nich jakiś katolicki komentarz, choć bardzo dawno tego nie robiłam. Zawsze jednak, pociągnięta przez duchowość ignacjańską, staram się mieć przed oczyma konkretny obraz. Wracać myślami np. do Maryi, która spotyka św. Elżbietę, albo do Jezusa, któremu ciernie przebijają skórę głowy. Gdy moje myśli na modlitwie uciekają, wracam do wyobrażenia sobie konkretnej tajemnicy, którą właśnie staram się rozważać. Wtedy moja modlitwa różańcowa nabiera dodatkowej głębi.

    Jak patrzą na różaniec osoby niewierzące? Czuję tutaj niejednokrotnie duży zgrzyt i ogromne nieporozumienie. Wiele osób niepraktykujących bądź uważających się za niewierzące, które mam w swoim najbliższym otoczeniu, korzysta z technik medytacyjnych. Powtarza mantry, ćwiczy uważność, wycisza się tak jak uczą tego ich mentalne guru. I jednocześnie śmieją się z różańca, jako czegoś bezsensownego. Serio, pytam? Czym, tak od strony osoby niewierzącej, różni się powtarzanie słów modlitwy różańcowej, od twojej mantry? Niczym. Niczym dla kogoś, kto nie wierzy, bo osoba wierząca ma świadomość, że modlitwa to nie puste słowa, rzucone w próżnię.

    Tyle od strony czysto ludzkiej, można by powiedzieć zewnętrznej, powierzchownej. Nieprzekonanych i tak nie przekona, wiem. Może też dlatego, że różaniec nie jest tylko powtarzaniem tych samych fraz. To modlitwa, której bardzo nie lubi szatan. Tak, słyszę ten rechot osób antykatolickich. Trudno, śmiejcie się dalej. Jednak ci, którzy próbowali kiedykolwiek odmówić nowennę pompejańską, albo tacy jak ja, którzy zobowiązali się odmawiać jedną dziesiątkę dziennie (to tylko 3 minuty!) w ramach róży różańcowej, wiedzą ile pojawia się przeciwności, gdy chwytają za różaniec. Ile wtedy myśli atakuje spokojny dotąd mózg! Dzieci nagle wychodzą ze swojej pieczary, w której siedziały ostatnią godzinę i nagle, teraz, już, natychmiast potrzebują twojego wsparcia. Kto na serio wchodzi w modlitwę różańcową, ten wie. Może nie zauważamy tego często, może nas ten problem nie dotyczy, albo nie jest mocno uciążliwy. Jednak znam wiele osób i sama też do nich należę, dla których różaniec jest modlitwą trudną, bo wiąże się z dużą wewnętrzną walką – o czas, skupienie, regularność. Ta modlitwa nie podoba się złemu. Zrobi wszystko, byśmy zrezygnowali. Dlaczego?

    Po ludzku – byśmy żyli w ciągłym hałasie, a skupienie na różańcu ten wewnętrzny wrzask wycisza. Z perspektywy duchowej – byśmy nie uczyli się ufności, otwartości, byśmy nie rozważali kolejnych tajemnic z życia Jezusa. Tak, Jezusa. Jednym z zarzutów wobec różańca jest to, że skupia nadmiernie na Maryi, ale wystarczy poznać tajemnice różańcowe by dostrzec, że ta modlitwa – owszem, jest maryjna – ale prowadzi do głębszego poznania życia Jezusa, do kontemplacji Jego drogi, która często tak bardzo może przenikać się z naszą.

    Październik, miesiąc różańca. Warto zatrzymać się i nazwać swoje odczucia wobec tej modlitwy. Nawet jeśli będą tylko negatywne, czy nie warto zobaczyć skąd we mnie takie przekonania, może też niezrozumienie i lęk? Myślę, że warto, a Kościół nie bez powodu zaprasza nas kolejny rok na różańcowe nabożeństwa.

    Magdalena Urbańska/Deon.pl

    ______________________________________________________________________________________________________________

    5 przykładów, jak modlitwa na różańcu zmieniła się w ciągu wieków

    fot. shutterstock.com/deon.pl

    *****

    RÓŻANIEC

    A jeśli wojna nowa, a jeśli się zasmucę
    jak dziecko zapłakane w różaniec swój powrócę.
    Będę go brać na ręce jak włosów ciemne sploty,
    gdzie blask się świec zaplątał jak żuczek szczerozłoty,
    gdzie sny z krzyżykiem srebrnym i łzy i śpiew poranny,
    zerwanych moc przyrzeczeń i żal wciąż nieustanny,
    modlitwy za rodziców, za kolegów, prośby wieczne,
    i jakieś umartwienia zabawne, niedorzeczne…
    A jeśli wojna nowa, a jeśli niepokoje…
    O rzewne, o tajemne paciorki moje,
    to na nich troski moje, radości ukochania,
    i cały żar modlitwy późnego powołania.
    I na nich pamięć dni tych, gdy późnym sennym latem
    biegliśmy z podchorążym płonącym Mariensztadem,
    a potem w noce długie na jezdni pod gwiazdami,
    chwytałem was ukradkiem drżącymi wciąż palcami.
    Do Twoich snów się tulę, do Twoich snów się łaszę,
    na tych dziesiątkach licząc sierpniowe złudy nasze.
    Kto wezwał? Kto przywołał? Skąd sny co tu przygnały?
    Przed własną tajemnicą przyklękam taki mały…
    O siódmej przy kolacji, przy modlitw chłodnym dźwięku,
    o jaką burzę wspomnień przeważasz w swoim ręku.
    Bo jeśli wojna nowa, a jeśli niepokoje,
    o rzewne, o tajemne paciorki czarne moje.

    ks. Jan Twardowski

    ***

    “Bardzo lubię różaniec. Wydaje mi się, że przede wszystkim uczy on nas cierpliwej, nieustannej modlitwy. Pozornie jest modlitwą ciągle powtarzanych słów, a jednak uczy modlitwy bez słów. Niektórzy uważają, że przy różańcu trzeba rozważać tajemnice i być po trochu kaznodzieją, teologiem, katechetą. Tymczasem modlitwa różańcowa przypomina mi dziecko trzymające się spódnicy, bo czuje się bezpieczne, zadbane. Tamten różaniec odmawiany w kościele przypomniał mi kogoś, kto ustawicznie puka do drzwi, do okna i chociaż one się nie otwierają, puka nadal cierpliwie. Cierpliwość, wytrwałość tej modlitwy są czymś niezwykłym. Jest to modlitwa i ludzi śpiących, i umierających, i zupełnie zmęczonych”.
    ks. Jan Twardowski

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Różaniec.

    ***

    W roku 2001 św. Jan Paweł II ogłosił ks. Jerzego Preca z Malty (1880 – 1926) błogosławionym a w następnym roku napisał List Apostolski o różańcu – “Rosarium Virginis Mariae”, w którym prawie w niezmienionej formie zatwierdził dla całego Kościoła Tajemnice Światła, ułożone przez ks. Preca. Podejście tego kapłana do modlitwy różańcowej było papieżowi bardzo bliskie. Kanonizacji bł. ks. Jerzego Preca dokonał w roku 2007 papież Benedykt XVI.

    ***

    W tym różańcowym miesiącu warto na nowo przeczytać LIST APOSTOLSKI ROSARIUM VIRGINIS MARIAE OJCA ŚWIĘTEGO JANA PAWŁA II O RÓŻAŃCU ŚWIĘTYM 

    ***

    Październik tradycyjnie poświęcony jest modlitwie różańcowej. Różaniec, pierwotnie znany pod nazwą Psałterza Najświętszej Maryi Panny, sięga swoimi korzeniami do XII wieku. Pierwsi pustelnicy wyznaczali sobie do codziennego odmawiania pewne ilości modlitw. Ułatwiali to sobie, posługując się sznurkami z węzełkami lub sznurkami z pętelkami lub kawałkami drewna. Taki różaniec podobno posiadał św. Pachomiusz i św. Benedykt z Nursji. Zaś sama nazwa różaniec wywodzi się od św. Dominika, uważanego powszechnie za ojca różańca. Legenda głosi że Matka Boża objawiła się Dominikowi i poleciła mu, aby odmawiał Psałterz Najświętszej Maryi Panny, czyli modlitwy złożonej ze 150 Zdrowaś Maryjo i 15 Ojcze Nasz. Dominik posłuchał Maryi, głosił słowo i przeplatał je rozważaniem połączonym z odmawianiem różańca. Odmawianie Psałterza Najświętszej Maryi Panny porównywano do ofiarowania Matce Bożej 150 róż, dlatego tę modlitwę nazwano „wieńcem z róż”, czyli różańcem. Dominik Alamus a la Roche ustalił liczbę 150 modlitw Zdrowaś Maryjo na wzór Księgi Psalmów, które podzielił na dziesiątki, każda przeplatana modlitwą Ojcze Nasz. Z czasem zaczęto łączyć odmawianie modlitwy z rozważaniem tajemnic z życia Chrystusa i Maryi. W wieku XVI ostatecznie ustalono 15 tajemnic, podzielonych na 3 części (Radosne, Bolesne i Chwalebne). Tak było do roku 2002, kiedy to św. Jan Paweł II dodał część IV różańca świętego – Tajemnice Światła.

    Ilekroć Maryja chciała przekazać światu swoje orędzie, objawiała się wybranym ludziom (najczęściej dzieciom) z różańcem w ręku i usilnie zachęcała do jego odmawiania. Tak było w Lourdes w roku 1858, tak było w Fatimie w roku 1917, tak było Meksyku czy Gietrzwałdzie i wielu innych miejscach. Wynika z tego, że modlitwa różańcowa jest dla Maryi szczególnie miła, a dla człowieka bardzo skuteczna. Wyrosła ona z Ewangelii i jest jej streszczeniem.

    Różaniec to z pozoru zwykła modlitwa. Modlitwa długa i nużąca. Ale tak nie jest ! Różaniec to nie jest zwykła modlitwa – to sposób na życie.  Odmawiając różaniec oddajemy wszystkie nasze radości i smutki – całe nasze życie – Maryi. Gdy zwracamy się do Niej z ufnością, możemy być pewni, że Ona wstawi się za nami u Swojego Syna – Jezusa Chrystusa. Różaniec jest zatem modlitwą zawierzenia, która kieruje nas przez Maryję do Jezusa. Odmówienie jednej części różańca trwa 25 minut… To jedyne 25 minut z 1440, jakie otrzymujemy od Boga każdego dnia.
    Spróbuj i Ty porozmawiać z Maryją trzymając w ręku różaniec.

    (ze strony parafii pod wezwaniem św. Stanisława Biskupa i Męczennika w Cieślinie)

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Modlitwa, którą ukochałem

    Tak mówił o Różańcu tuż po wyborze na Stolicę Piotrową. A po 24 latach pontyfikatu pisał: „Towarzyszył mi w chwilach radości i doświadczeń. Zawierzyłem mu wiele trosk. Dzięki niemu zawsze doznawałem otuchy”.

    „Kiedy się modlił – dosłownie zatapiał się w Bogu” – mówił o swoim poprzedniku Benedykt XVI

    fot. L’OSSERVATORE ROMANO/East News

    ***

    Prostota i głębia. To rzadkie połączenie, a przecież piękne i pożądane. I w modlitwie, i w ogóle – w życiu. Błogosławiony Jan Paweł II widział te dwie cechy w modlitwie różańcowej. Dokładnie w 24. rocznicę pontyfikatu, czyli 16 października 2002 roku, podpisał utrzymany w bardzo osobistym tonie list „Rosarium Virginis Mariae”, w którym ogłosił Rok Różańcowy.

    Różańcowa rewolucja

    „Od mych lat młodzieńczych modlitwa ta miała ważne miejsce w życiu duchowym”, napisał papież. Podkreślił, że Różaniec jest „skarbem, który trzeba odkryć”. I zaskoczył świat po raz kolejny. (Choć wielu sądziło, że po roku 2000 ten wielki pontyfikat skazany jest już na powolne dogasanie). Do trzech tradycyjnych części Różańca Jan Paweł II dodał czwartą: tajemnice światła. Mała różańcowa rewolucja! Jak wyjaśnił w liście, chodziło o uzupełnienie, które pozwoliłoby objąć tajemnice życia Chrystusa między chrztem w Jordanie a męką. Różaniec stał się przez to bardziej jeszcze „modlitwą o sercu chrystologicznym”. W ten sposób Jan Paweł II zostawił trwały ślad swojego zamiłowania do Różańca w… samym Różańcu.
    „Człowiek modlitwy” – to hasło tegorocznego Dnia Papieskiego. Nigdy nie dotrzemy do całej prawdy o modlitwie Jana Pawła II. Jest taki poziom, do którego nikt nie ma dostępu. Ale ci, którzy go znali, podkreślają: on żył tak, jakby Bóg był jego najbliższym sąsiadem, tuż za ścianą. Modlitwa promieniowała na jego posługę, była w gruncie rzeczy częścią jego misji. Kto wie, czy nie najważniejszą?

    Był cały po tamtej stronie

    Świadkowie mówią, że modlitwa polskiego papieża miała w sobie coś z mistyki. Zmarły niedawno jego przyjaciel, kard. Andrzej Deskur, wspomina: „On żył, modląc się. Kiedy był w kaplicy, słychać było, jak rozmawia jakby z bliską osobą. Kiedy jako seminarzyści przebywaliśmy w kościele na modlitwie, każdy z nas prędzej czy później się rozpraszał. To naturalne i dotyczy prawie wszystkich, lecz nie jego. Karol wydawał się być cały po tamtej stronie, w innym wymiarze. Przebywał w świecie Boga. Nigdy nie zauważyłem roztargnienia podczas modlitwy. Papież modlił się sześć godzin dziennie. To było dla niego jak powietrze niezbędne do oddychania”.Jan Cielecki, ksiądz pochodzący z Niegowici, pierwszej parafii ks. Karola Wojtyły: „W ostatnich latach nie wypuszczał prawie z rąk różańca. Ale najbardziej rzucała się w oczy, i to od jego wczesnych młodych lat, inna cecha: zwykle modlił się, i to całymi godzinami, rozciągnięty na posadzce przed ołtarzem. Wielu ludzi z parafii dobrze to pamięta”.

    Benedykt XVI: „Zawsze uderzał mnie i budował przykład jego modlitwy: zanurzał się w spotkaniu z Bogiem, pomimo rozlicznych trudności swego posługiwania”. „Wystarczyło mu się przyglądnąć, kiedy się modlił – dosłownie zatapiał się w Bogu i wydawało się, że nic w takich chwilach nie istniało”. Enrico Marinelli, ochroniarz: „W czasie górskich spacerów nie rozstawał się z różańcem. Medytował, modlił się non stop. Dla mnie, zwykłego policjanta, to był wyraźny znak, że w tych górach można naprawdę zbliżyć się do Boga. Zauważyłem, że on nie wyjeżdżał w góry tylko po to, by wypocząć. Nie! On tam nieustannie się modlił na różańcu, pościł, a nawet umartwiał” .Ile części dziennie mógł odmawiać? „Myślę, że ze trzy części przynajmniej” – odpowiada abp Mieczysław Mokrzycki, osobisty sekretarz Jana Pawła II. „Różaniec był wszędzie; na postojach, wycieczkach, między audiencjami”. Te świadectwa mogą onieśmielać. A może i zawstydzać. Ale święci są i po to, by nas zawstydzać. Odsłaniają mizerię naszej duchowości i pokazują, że stać nas na więcej. Bóg oczekuje od nas więcej.

    Od Różańca do mistyki

    Można zaryzykować tezę, że to modlitwa różańcowa poprowadziła Jana Pawła w stronę mistyki. Jako młody chłopak zapisał się w krakowskich Dębnikach do Żywego Różańca. To tam poznał Jana Tyranowskiego, niezwykłego animatora róż różańcowych, który wprowadził młodego Wojtyłę w świat lektur wielkich mistyków.

    Cezary Sękalski, autor książki poświęconej Różańcowi, zwraca uwagę, że papieska reforma nie polegała tylko na dołożeniu nowych tajemnic światła. „W liście »Rosarium Virginis Mariae« zawarta jest genialna zmiana filozofii myślenia o różańcu! W Polsce jest milion osób w różach różańcowych. Z praktyki wiem, że najczęściej jest to modlitwa prośby. Traktujemy różaniec jak skuteczne narzędzie wypraszania łask. Jasne, to jeden z aspektów tej modlitwy, ale w różańcu zawarty jest też drugi, niesamowicie ważny aspekt: formacja i medytacja. Gdy Karol Wojtyła był w róży różańcowej, Jan Tyranowski robił swoim podopiecznym wykłady z duchowości św. Jana od Krzyża! Był to czas okupacji: spacerowali sobie po bulwarach wiślanych i rozmawiali o Bogu. Jeśli takie będą nasze róże różańcowe, to nie mam zastrzeżeń”. Nie wiem, czy róże różańcowe studiują dziś na spotkaniach dzieła Jana od Krzyża. Byłoby świetnie, gdybyśmy z lekcji Jana Pawła II zapamiętali, że Różaniec jest medytacją, rozważaniem tajemnic życia Jezusa i Maryi. „W powściągliwości swych elementów skupia w sobie głębię całego przesłania ewangelicznego”. Żyjemy w czasach, w których epatuje się szokującą, krzyczącą formą, za którą często nie ma nic. Różaniec jest symbolem zupełnie innego stylu. Nie musimy nic wymyślać, kombinować jak koń pod górę, wystarczy wziąć do ręki koronkę i dać się poprowadzić tej modlitwie, ostatecznie Bogu. Cudowne jest to, że – jak pisze papież – w dziesiątki Różańca możemy „wprowadzić wszystkie sprawy, które składają się na życie człowieka, rodziny, narodu, Kościoła, ludzkości. Sprawy osobiste, sprawy naszych bliźnich, zwłaszcza tych, którzy są nam najbliżsi, tych, o których się troszczymy. W ten sposób ta prosta modlitwa różańcowa pulsuje niejako życiem ludzkim”.

    Powtórzmy papieską lekcję: Różaniec to powściągliwość i prostota formy, ewangeliczna głębia, pulsowanie ludzkiego życia. Błogosławiony Jan Paweł kończy swój list wezwaniem: „weźcie do rąk koronkę różańca”. I dodaje: „Oby ten mój apel nie popadł w zapomnienie niewysłuchany!”. W bieżącym numerze czytelnicy znajdą płytę z czterema częściami Różańca. Może nam ona pomóc modlić się w samotności, w samochodzie, na wycieczce… Głos Jana Pawła II przypomni nam, że święci, choć są już u Boga, są nadal z nami. Modlą się za nas i z nami! Mistyka? Owszem, a dlaczego nie?

    tekst ks.Tomasza Jaklewicza z 2011 r./Gość Niedzielny

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Różaniec – modlitwa, która jest egzorcyzmem

    ***

    Współczesny świat zdaje się nie pamiętać lub bagatelizować fakt, że ten ciemny, niepokojący byt istnieje i działa, sprowadzając na ludzkość ogromne, wręcz niewyobrażalne nieszczęścia… Dlatego tak gorącą potrzebą staje się właśnie dziś, teraz, ponowne odkrycie Różańca jako duchowej broni w walce ze złem. Warto uświadomić sobie, że na tym polu walki nie jesteśmy sami, bo gdyby tak było, już dawno ludzkość poniosłaby klęskę. Z tego, toczonego właśnie boju możemy wyjść zwycięsko jedynie z różańcem w ręku. Pamiętajmy: Piekło drży, gdy odmawiamy Zdrowaś Maryjo” – pisał ks .Jarosław Grabowski  w artykule „Jedyna taka broń” na łamach tygodnika „Niedziela” (22/2022)

    Różaniec to modlitwa, która jest skutecznym egzorcyzmem!

    Do historii przeszła audiencja św. Jana Pawła II dla Polaków w 1981 r., w czasie której papież wyjął z kieszeni różaniec i, pokazując go stojącym obok siebie, powiedział: „To jest egzorcyzm przeciw wszystkim złym duchom, dostępny także dla świeckich” – pisał na łamach „Niedzieli” (41/2023) ojciec Oskar Michał Maciaczyk, franciszkanin.

    Opowiadał o tym także – ks. bp Zbigniew Kraszewski: podczas prywatnej audiencji dla Polaków, Jan Paweł II pochwalił praktykę odmawiania egzorcyzmu Leona XIII. Po chwili jednak wyjął z kieszeni swój różaniec i pokazując obecnym powiedział: Ale przecież to jest egzorcyzm przeciw wszystkim złym duchom, dostępny także dla świeckich. Widząc zaskoczenie na twarzach dodał: Żebyście nie mieli wątpliwości, to ja w tej chwili nadaję różańcowi moc egzorcyzmu! (…) Papież ustanowił modlitwę różańcową egzorcyzmem, a Maryja potwierdziła to podczas objawień, ukazując tę modlitwę jako skuteczną broń przeciw wszelkiemu złu” (ks .Bogumił Nowosiadły „Nadzieja i życie” nr 58/2011).

    Różaniec „jest modlitwą, w której rozważa się tajemnice: wcielenia Syna Bożego, ogłaszania dobrej nowiny, męki, śmierci i Zmartwychwstania oraz życia ludu Bożego, do którego został posłany Duch Święty. Sam fakt kontemplacji Chrystusa, tajemnicy zbawienia, jednoczenia się z Chrystusem w poszczególnych misteriach Jego życia i przede wszystkim wyznawania wiary, iż On zmartwychwstał, jest czymś, co odpycha szatana. Warto przy tym pamiętać, że szatana dyskredytuje nie nasza siła, lecz zwycięstwo Jezusa Chrystusa” – pisze wspomniany ojciec Maciaczyk i dodaje modlitwa różańcowa jest egzorcyzmem również dzięki ważnej roli Maryi.

    Warto przywołać też słowa egzorcysty, które padły w Niepokalanowie w 2017 roku:

    „Moglibyśmy bez przerwy mówić, czym jest Różaniec. Jaka jest jego siła. Ja o tym bardzo dużo wiem, bo jestem egzorcystą. Ile diabeł porozrywał różańców. Jak on się boi Różańca. Pamiętajmy: Różaniec jest prywatnym egzorcyzmem człowieka. Nigdy nie wychodźmy z domu, żebyśmy w kieszonce, czy na palcu nie mieli Różańca (…)” /śp. ks. Jan Pęzioł, egzorcysta archidiecezji lubelskiej w Niepokalanowie, Wielkie Zawierzenie Niepokalanemu Sercu Maryi, 2017 r./

    radio Niepokalanów/30 września 2024 MaryjaModlitwaRóżaniec

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Różaniec – modlitwa na czasy trudne

    Historia Różańca pokazuje, jak tej modlitwy używano, gdy Kościół przeżywał trudne chwile z powodu szerzenia się herezji. „Dziś stoimy wobec nowych wyzwań. Czemuż nie wziąć znowu do ręki koronki z wiarą tych, którzy byli przed nami?”.

    Bernardo Cavallino, „Wizja świętego Dominika”, ok. 1640 r.

    zasoby internetu/Gość Niedzielny

    ***

    Było to w święto św. Jana Ewangelisty. Święty Dominik modlił się w katedrze Notre Dame w Paryżu. Kilka chwil później miał wyjść przed znakomite audytorium, by wygłosić kazanie między innymi do profesorów paryskiego uniwersytetu. Krótkie spotkanie z Matką Bożą zmieniło jego misternie przygotowaną przemowę. Kunsztowna retoryka, precyzyjnie cyzelowane argumenty teologiczne poszły na bok: „Nadchodzi pora kazania, miałem przed sobą cały paryski Uniwersytet i wielu wielmożów. Oni słyszeli i widzieli wielkie znaki, jakich Pan dokonywał przeze mnie. Wchodzę na ambonę. Było to w dniu świętego Jana; ale odnośnie do tego Apostoła poprzestaję jedynie na stwierdzeniu, że zasłużył na wybranie go za opiekuna Królowej Nieba. Następnie tak mówiłem do swoich słuchaczy: »Panowie i dostojni Pedagodzy, jesteście przyzwyczajeni słuchać kazań kunsztownych i uczonych. Jeżeli chodzi o mnie, nie chcę kierować do was uczonych słów mądrości ludzkiej, ale ukazać wam Bożego Ducha i Jego cnoty«”. Cytat ze świętego Dominika pochodzi z najbardziej chyba zasłużonego w temacie Różańca dominikanina, bł. Alana de la Roche. Jego książka zatytułowana jest „De dignitate psalterii” („O godności psałterza”) – i nie, nie jest to błąd. Tak właśnie nazywano początkowo różańcową modlitwę. I chociaż cytowanego założyciela dominikanów przywykliśmy traktować jako inicjatora różańcowej pobożności, z legend warto wyłuskać potwierdzone fakty, by poznać prawdziwą historię Różańca.

    Poszukiwanie drogi

    Jakie jest podstawowe pragnienie człowieka, który uwierzył w Boga? Bez wątpienia: nieustanne przebywanie z Nim. To dość oczywiste, o ile faktycznie mówimy o uwierzeniu w Boga z całym emocjonalnym ładunkiem tego aktu, przeorganizowaniem życia i swojego myślenia o życiu. Stąd cierpienie mistyków, którzy tęskniąc do jak najpełniejszego zjednoczenia z Bogiem, wylewali łzy tęsknoty za niebem. „Ja tym umieram, że umrzeć nie mogę” – wyznała święta Teresa Wielka. Podkreślę jedynie, że niekoniecznie uważam tę postawę za najwłaściwszy sposób realizacji swojego chrześcijańskiego powołania, mowa jest jedynie o naturalnych odruchach, emocjach, które towarzyszą człowiekowi odkrywającemu Boga. To „nieustanne przebywanie” w naturalny sposób wyewoluowało w pragnienie odkrycia sposobu na nieustanne modlenie się. „Nieustannie się módlcie” – zachęcał święty Paweł Tesaloniczan (1 Tes 5,17) i od starożytności w rozmaity sposób wierzący usiłują na tę zachętę odpowiadać. Wielu robi to przez odejście na pustynię, gdzie zrodziła się tak zwana Modlitwa Jezusowa, polegająca na wielokrotnym powtarzaniu tych samych słów (między innymi wezwania: „Panie Jezu Chryste, Synu Boga żywego, zmiłuj się nade mną grzesznym”), wspieranym często przez różnego rodzaju modlitewne sznury (znane również w innych religiach). Powtarzanie było metodą na zapamiętanie, ale i na przeniknięcie powtarzanej treści z ust do serca. Żyjący w IV wieku pustelnik Paweł z Teb chciał odmawiać każdego dnia 300 razy Modlitwę Pańską. Używał do tego miski z kamieniami – po każdym „Ojcze nasz” wyciągał z niej jeden kamyk. No cóż, ktoś, komu ta metoda nie kojarzy się z duchowością, skomentuje pogardliwym: „klepanie modlitw”. I może tak być, podobnie jak z odmawianiem Różańca. Co nie znaczy, że tak być musi.

    Po zmianach dokonanych przez Jana Pawła II (list „Rosarium Virginis Mariae” wprowadzający tajemnice światła do dotychczasowych trzech części Różańca) to skojarzenie nie jest już aż tak jasne, ale liczba 150 była bardzo istotnym motywem ukonstytuowania się modlitwy różańcowej taką, jaką znamy dziś. Chodzi oczywiście o liczbę psalmów Dawidowych w Piśmie Świętym. Ci z mnichów, którzy nie potrafili czytać, mogli w ramach wielokrotnej modlitwy w chórze w ciągu dnia odmawiać zamiast nich „Ojcze nasz”. W VIII wieku w Irlandii spowiednicy zadawali jako pokutę odmawianie takich pięćdziesiątek swoim penitentom, którzy albo byli analfabetami, albo nie znali języka łacińskiego. Taki „psałterz” wraz z rozwojem pobożności maryjnej zmienił się w XII wieku w „psałterz maryjny” – „Psalterium Beatae Virginis” (przed psalmami dodawano antyfony maryjne rozpoczynające się od łacińskiego pozdrowienia „Ave”), który w XIII wieku wyewoluował w nową formę, polegającą na powtarzaniu 150 razy „Zdrowaś, Maryjo”.

    Tajemnice i obrazy

    Popularność „psałterza maryjnego” niosła ze sobą, co oczywiste, niebezpieczeństwo – nazwijmy to współczesnym językiem – bezmyślnego klepania zdrowasiek. Zdecydowano się zatem na wprowadzenie krótkich dopowiedzeń odnoszących się do wydarzeń z życia Jezusa. „Nazywane klauzulami, były dodawane do każdego »Zdrowaś, Maryjo«” – napisał w artykule „Nowe spojrzenie na początki modlitwy różańcowej” ojciec Bogusław Kochaniewicz, dominikanin, dodając: „Po wypowiedzeniu imienia Jezus dodawano na przykład taką formułę: »którego starzec Symeon wzią­wszy w objęcia pobłogosławił, a Anna wdowa poznała.« Wprowadzenie do psałterza klauzul pomagało nie tylko w pobożnym recytowaniu psałterza, lecz również umożliwiało rozważanie tajemnic naszego zbawienia”.

    W tym miejscu konieczna jest pauza. „Tajemnice naszego zbawienia” są bowiem kluczem do zrozumienia, dlaczego Różaniec stał się modlitwą bardzo popularną wśród wiernych i polecaną przez papieży oraz z jakiej przyczyny tak często Matka Boża w swoich objawieniach prosi, nalega albo wręcz błaga, by go odmawiać. Chodzi o wartość najwyższą – zbawienie dusz.

    Po tym dopowiedzeniu na scenę ponownie zapraszamy świętego Dominika. Na obrazie Pedra Berruguete spogląda on w ogień. Płoną w nim heretyckie księgi albigensów. Niewielki stos rozdzielający heretyków od prawowiernych jest typową formą średniowiecznego „sądu Bożego”: katolickie księgi są odporne na płomienie, które pożerają nieprawowite tezy. Warto je przypomnieć. Chodzi o istnienie w świecie dwóch pierwiastków, dwóch królestw – królestwa dobra i królestwa zła, w opinii większości uznawanych przez katarów za równorzędne, z których każdy ma swojego boga. Prawdziwy Bóg stworzył jedynie to, co duchowe, wszystko zaś, co materialne, cielesne, pochodzi od diabła, „księcia tego świata”. Nie pierwsza to tego typu herezja, ale po raz pierwszy prowadząca aż tak wielu nie tylko do trwania w błędzie, ale i do praktycznego zaprzeczenia podstawowej wartości ludzkiego życia (a co za tym idzie, właściwej interpretacji całej historii zbawienia). Do tej sceny warto już dodać Różaniec.

    Teologia i obraz, czyli wizja Dominika

    Na jednym ze znanych obrazów Dominik całuje go z pobożną czcią. Podaje mu go Najświętsza Maryja Panna. Święta Katarzyna ze Sieny z drugiego planu w ekstazie spogląda w twarz Madonny, podobnie jak Dzieciątko Jezus, które zsuwa się z kolan Matki, chwytając małą dłonią różańcowy sznur. Trudno stwierdzić, ileż to razy i na jakie sposoby malowano tę scenę. „Wizja świętego Dominika” z ok. 1640 roku pędzla Bernarda Cavallino ma w sobie szczególny rys bliskości całej czwórki. Katarzyna zdaje się trochę „poza”, ale także Madonna i Jezus, i Dominik, namalowani w jednej linii, zdają się tworzyć całość. I choć różaniec mógłby być głównym bohaterem tej sceny, nie jest nim na pewno. To raczej mały Jezus o obfitych kształtach, wyraźnie cielesny, nonszalancko wręcz oparty o kolana Maryi, wpatrzony w Nią, jakby pytający wzrokiem, co właściwie Mama podaje temu dziwnemu człowiekowi z tonsurą na głowie. Ta kwintesencja człowieczeństwa Jezusa wpisuje się w narrację objawień, wyraźnie ukierunkowanych na bezwzględny priorytet prawdy o dwóch naturach w Chrystusie: boskiej i ludzkiej, o autentycznym wcieleniu, czyli o tym, co albigensi negowali. Tu dochodzimy do właściwej roli świętego założyciela dominikanów w krzewieniu modlitwy różańcowej. Według tradycji, w 1214 roku Matka Boża objawiła mu, że nabożeństwo Różańca św. jest najskuteczniejszym środkiem wybawienia Europy od błędnych nauk. „Widząc, że ciężar grzechów uniemożliwia albigensom nawrócenie, odszedł w lasy w pobliżu Tuluzy, gdzie modlił się bez przerwy przez trzy dni i noce” – napisał o tym wydarzeniu św. Ludwik de Montfort. I dodał: „Wówczas ukazała mu się Najświętsza Maryja Panna i powiedziała: »Drogi Dominiku, czy wiesz, jakiej broni chce użyć Błogosławiona Trójca, aby zmienić ten świat? (…). Chcę, abyś wiedział, że w tego rodzaju walce taranem pozostaje zawsze Psałterz anielski, który jest kamieniem węgielnym Nowego Testamentu. Jeśli więc chcesz zdobyć te zatwardziałe dusze i pozyskać je dla Boga, głoś mój Psałterz«”. Tak też święty Dominik zrobił. Udał się do katedry w Tuluzie i – jak kontynuuje św. Ludwik – „tak gorąco i przekonująco wyjaśniał znaczenie i wartość świętego Różańca, że niemal wszyscy mieszkańcy Tuluzy go przyjęli i odrzucili fałszywe wierzenia”. Ponoć w samej tylko Lombardii nawrócił około stu tysięcy albigensów.

    Ku nawróceniu świata

    – Ja tam nie zamierzam odmawiać Koronki do Miłosierdzia Bożego – stanowczo oznajmił mi przed laty pewien starszy pan. Zapytany dlaczego, odpowiedział, że koronka to jakieś nowe, ludzkie wymysły, a on chce „prawdziwej”, Bożej modlitwy, najlepiej takiej, która jest w Kościele znana od zawsze i nie ulegała zmianom. Przez wszystkie wieki wieków. Więc on odmówi Różaniec. Nie oponując, usiłowałem jednak delikatnie tłumaczyć, że zupełnie niedawno papież Jan Paweł II wprowadził pewne zmiany również w Różańcu, a poza tym on również jest wielkim czcicielem Miłosierdzia Bożego. Nie poskutkowało. Rozstaliśmy się w nerwach, a ja nigdy do końca nie zrozumiałem intencji mojego rozmówcy. Może chodziło o przywiązanie do tradycji? No cóż – po ogłoszeniu listu apostolskiego „Rosarium Virginis Mariae” należało jednak uznać, że nawet najdłużej istniejące w Kościele praktyki modlitewne mogą ewoluować. Dodanie tajemnic światła jako czwartej części było w istocie dopełnieniem tego, co rozpoczęło się przed wiekami. Ale najważniejsze jest jednak to, o czym papież w swoim liście napisał: „Matka Boża Różańcowa również w ten sposób prowadzi dalej swe dzieło głoszenia Chrystusa. Historia Różańca pokazuje, jak tej modlitwy używali zwłaszcza dominikanie, gdy Kościół przeżywał trudne chwile z powodu szerzenia się herezji. Dziś stoimy wobec nowych wyzwań. Czemuż nie wziąć znowu do ręki koronki z wiarą tych, którzy byli przed nami?”.

    ks. Adam Pawlaszczyk/Gość Niedzielny

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Bp Strickland: modlitwa różańcowa to potężne nabożeństwo. Może być „sposobem życia”

    Amerykański biskup Joseph Strickland zachęcał do odmawiania modlitwy różańcowej. Podkreślił, że jest ona potężnym nabożeństwem, które prowadzi nas przez życie Jezusa Chrystusa. Dodał, że różaniec uczy każdego z nas pokory i może być „sposobem życia”.

    Biskup Joseph Strickland, do niedawna ordynariusz diecezji Tyler w Teksasie wygłosił w tym tygodniu przemówienie na trzecim dorocznym wiecu różańcowym Akademii św. Jana Bosko w Cumming w stanie Georgia. Biskup Strickland podkreślił jak ważną modlitwą jest różaniec i zaapelował o codzienne jej odmawianie. Hierarcha wskazywał, że różaniec może być „sposobem życia” dla wszystkich chrześcijan i jest potrzebny w naszych mrocznych czasach.

    Amerykański biskup podkreślał, że wszystkie katolickie modlitwy przypominają nam o odkupieńczym akcie Jezusa Chrystusa, ale najlepiej czyni to właśnie modlitwa różańcowa, co czyni go potężnym nabożeństwem.

    „Nauczyłem się, aby różaniec nie był tylko modlitwą, którą odmawiam każdego dnia, ale sposobem życia. To sposób podróżowania z Chrystusem” — powiedział biskup. Następnie przypomniał uczestnikom wiecu różańcowego, że my, jako ochrzczeni chrześcijanie, jesteśmy powołani do życia w łasce, nawet jeśli nie jesteśmy biskupami ani nawet księżmi. Jednym ze sposobów na życie w łasce jest modlitwa różańcem świętym.

    Podkreślając, że różaniec jest podróżą przez życie Chrystusa, hierarcha rozważał pierwszą tajemnicę różańca, Zwiastowanie, która pokazuje początek życia Naszego Pana. „Kiedy anioł Gabriel przychodzi, aby oznajmić Najświętszej Maryi Pannie, że została wybrana przez Boga, aby nosić Jezusa, Syna Bożego w swoim łonie, Maryja mówi „Tak”. Biskup Strickland zauważył, że to tutaj zaczyna się historia Jezusa i w tym samym miejscu zaczyna się nasza podróż w modlitwie różańcowej.

    Biskup Joseph Strickland podkreślił następnie, że filarami wiary katolickiej są Eucharystia i różaniec, nawiązując do wizji św. Jana Bosko, w której Kościół jest okrętem w straszliwej burzy. Jest on zakotwiczony do filaru Maryi i naszego Eucharystycznego Pana. „Potrzebujemy tych filarów w tym czasie wyzwań i głupoty, gdy zbyt wielu mówi: „Nie potrzebujemy Boga; możemy naprawić ten świat sami”. Świetnie sobie z tym radzimy, prawda?’” – wskazał hierarcha z USA.

    Były ordynariusz diecezji Tyler podkreślił następnie, jak modlitwa różańcowa uczy nas pokory i doceniania każdego życia. Zwrócił tu uwagę na problem aborcji dzieci nienarodzonych, który dotyka cały świat.  

    „Podobnie jak wszyscy z nas, Syn Boży uniżył się, aby zostać poczętym w łonie swojej matki, Maryi. Nie ma bardziej kruchego życia niż nowo poczęte ludzkie dziecko”. Zauważając ponownie, że Syn Boży uniżył się, aby zostać poczętym w łonie Najświętszej Maryi Panny i umarł w pokorze, poświęcając się na krzyżu, biskup powiedział, że różaniec przypomina nam, że nasze życie jest święte. „Więc wejście w Jego życie, w różańcu, możle pomóc nam nauczyć się, że nasze życie jest święte. I życie każdego dziecka poczętego w łonie jest święte, życie każdej kobiety noszącej to dziecko jest święte, życie każdego mężczyzny zaangażowanego w tę ciążę jest święte, różaniec uczy nas tego, jeśli tylko będziemy słuchać” – powiedział biskup Joseph Strickland.

    źródło: LifeSiteNews.com/PCh24.pl

    ______________________________________________________________________________________________________________

    III Archidiecezjalna Pielgrzymka Chorych, Niepełnosprawnych i Ich Rodzin z Katowic  do Lourdes. Wieczorna procesja.

    III Archidiecezjalna Pielgrzymka Chorych, Niepełnosprawnych i Ich Rodzin z Katowic do Lourdes. Wieczorna procesja.
    fot. Krzysztof Błażyca/Gość Niedzielny

    ***

    Modlitwy jak z procy.

    Różaniec to modlitwa wyjątkowa

    Nikt nie odmawia Różańca samotnie. Obok zawsze stoi Maryja.

    Grota massabielska koło Lourdes, 11 lutego 1858 roku. 14-letnia Bernadeta Soubirous widzi „piękną Panią”. Z prawego ramienia „zjawy” zwisa różaniec. Dziewczyna boi się, ale nie jest to taki lęk, który skłania do ucieczki. Przeciwnie, chciałaby tu „zostać na zawsze”. Przychodzi jej na myśl, żeby się pomodlić. Sięga po różaniec, który ma zawsze przy sobie.

    „Uklękłam i chciałam się przeżegnać, ale nie mogłam unieść do czoła opadającej ręki” – opowie później. Tymczasem Pani staje obok, teraz już trzymając różaniec w dłoni, i czyni znak krzyża. „Wtedy i ja spróbowałam, i udało się” – relacjonuje dziewczyna. Zaczyna odmawiać Różaniec, lęk ustępuje. Pani przesuwa w palcach paciorki różańca jednocześnie z Bernadetą, uśmiechając się, ale nie wypowiada słów modlitwy „Zdrowaś, Maryjo” ani „Ojcze nasz”. Mówi natomiast razem z nią „Chwała Ojcu”, pochylając się z najgłębszym szacunkiem.

    Całe widzenie trwało tyle, ile potrzeba na odmówienie Różańca bez pośpiechu – bo też w istocie było to tylko odmówienie Różańca.

    Bezwładna ręka

    Będą kolejne spotkania, ale już to pierwsze pokazało, że Różaniec to modlitwa wyjątkowa. Szczegóły, które Bernadeta, wówczas jeszcze analfabetka, opowie o jej przebiegu w obecności widzianej na własne oczy Maryi, zadziwią teologów. Rzeczywiście to logiczne, że Maryja nie odmawiała „Ojcze nasz”, bo jest to modlitwa grzesznych śmiertelników, potrzebujących „chleba powszedniego”, wzywających Bożego przebaczenia i podlegających pokusom. Nie odmawiała też modlitwy „Zdrowaś, Maryjo”, bo nie pozdrawiałaby przecież sama siebie.

    Przebieg pierwszego objawienia Maryi w Lourdes zawiera wiele ważnych komunikatów. Choćby taki, że gdy odmawiamy Różaniec, Maryja staje obok nas i towarzyszy nam. Gdy przesuwamy paciorki, Ona robi to także. Gdy oddajemy chwałę Trójcy Świętej, Ona oddaje ją również, powtarzając z nami te same słowa: „Chwała Ojcu i Synowi, i Duchowi Świętemu”.

    A dlaczego na początku ręka Bernadety była bezwładna i zdołała uczynić znak krzyża dopiero, gdy zrobiła to Maryja?

    – Bardzo mnie to ucieszyło, gdy o tym kiedyś przeczytałem – mówi Andrzej, który od lat codziennie odmawia Różaniec. Dlaczego? – Bo uświadomiłem sobie wtedy, że już samo wykonanie znaku krzyża jest łaską. A skoro to mogę zrobić, to znaczy, że mam tę łaskę. I teraz najważniejsze: gdy z różańcem w dłoni zaczynam od przeżegnania się, wiem, że Maryja właśnie to zrobiła i będzie mi towarzyszyć. Gdyby było inaczej, nawet bym się nie zdołał przeżegnać – cieszy się. – Gdy człowiek o tym myśli, z większą uważnością i szacunkiem się modli – dodaje.

    Drugie spotkanie Bernadety z Maryją, 14 lutego, też było w gruncie rzeczy wspólnym odmówieniem jednej części Różańca – pięciu dziesiątek. Później Maryja przedstawiła główny cel modlitwy: o nawrócenie grzeszników. Trzykrotne wezwanie: „pokuty!” wytyczyło drogę do nawrócenia.

    Codziennie!

    Gdy pół wieku później milionowe armie w Wielkiej Wojnie rzuciły się sobie do gardeł, Maryja przyszła z tym samym wezwaniem do pokuty – i znów prosiła o odmawianie Różańca. „Odmawiajcie codziennie Różaniec, aby wyprosić pokój dla świata” – usłyszały w pierwszym objawieniu 13 maja 1917 roku dzieci z Fatimy. Dwa miesiące później Maryja ponownie poprosiła o codzienne odmawianie Różańca w intencji pokoju. Wtedy dzieci poznały modlitwę, zwaną dziś fatimską. Miały mówić po każdej tajemnicy: „O mój Jezu, przebacz nam nasze grzechy, zachowaj nas od ognia piekielnego, zaprowadź wszystkie dusze do nieba i dopomóż szczególnie tym, którzy najbardziej potrzebują Twojego miłosierdzia”. Modlitwa ta stała się elementem modlitwy różańcowej. W sierpniu 1917 roku dzieci usłyszały: „Chcę, abyście nadal odmawiały Różaniec. Módlcie się, módlcie się wiele, czyńcie ofiary za grzeszników, bo wiele dusz idzie na wieczne potępienie, gdyż nie mają nikogo, kto by się za nie ofiarował i modlił”. We wrześniu znów padło wezwanie do modlitwy różańcowej, a podczas ostatniego objawienia, 13 października 1917 roku, Maryja powiedziała o sobie: „Jestem Matką Bożą Różańcową”. W trakcie tego spotkania powiedziała także: „Przyszłam upomnieć ludzkość, aby zmieniła życie i nie zasmucała Boga ciężkimi grzechami. Niech ludzie codziennie odmawiają Różaniec i pokutują za grzechy”. Potwierdzeniem autentyczności tego orędzia był zapowiedziany „cud słońca”.

    Maryja, wzywając do codziennego odmawiania Różańca, zrobiła to także w języku polskim. „Życzę sobie, abyście codziennie odmawiali Różaniec” – powiedziała do dwóch dziewczynek podczas jednego z pierwszych objawień w Gietrzwałdzie w 1877 roku. Matka Boża pojawiała się tam przez niespełna trzy miesiące, gdy ludzie modlili się na różańcu. Także Jej ostatnie słowa, wypowiedziane na zakończenie objawień, brzmiały: „Odmawiajcie gorliwie Różaniec”. Od tego Maryja uzależniała wysłuchanie wielu próśb, które przekazywały Jej dzieci.

    Niebiańskie pochodzenie

    Różaniec pojawia się w wielu objawieniach Maryjnych. Czym więc jest ta modlitwa, skoro Matka Zbawiciela tak często do niej nawołuje? Pius XII w encyklice Ingruentium malorum porównał Różaniec do procy, z którą Kościół jak Dawid „będzie mógł wyjść naprzeciw swojego odwiecznego wroga”. W tej samej encyklice papież pisał: „Chociaż istnieje wiele rodzajów modlitwy, aby otrzymać tę pomoc, uważamy Różaniec za najbardziej właściwą i najbardziej owocną, na co wyraźnie wskazuje jej pochodzenie – bardziej niebiańskie niż ludzkie”.

    Niebiańskie pochodzenie Różańca? Sceptyk powiedziałby, że to modlitwa monotonna i nudna, automatyczna i infantylna, niegodna dorosłego człowieka. Albo że to przeżytek z czasów, gdy dostęp do Biblii był ograniczony choćby przez analfabetyzm.

    Kto odkrył Różaniec, wie, że jest inaczej. Albino Luciani, późniejszy Jan Paweł I, powiedział kiedyś, że „nie jest sprawą naczelną kryzys Różańca, lecz kryzys modlitwy w ogóle”. Ludzie, zajęci sprawami materialnymi, niewiele dziś myślą o duszy i żyją w hałasie, nie znajdując paru minut na życie wewnętrzne. Przyszły papież zakwestionował też postawę „dorosłego chrześcijanina” na modlitwie. „Osobiście, gdy rozmawiam sam z Bogiem lub z Maryją, wolę się czuć dzieckiem aniżeli dorosłym; znika infuła, piuska i pierścień. Na wakacje wysyłam dorosłego biskupa, z jego dostojną powagą i autorytetem należnym temu stanowisku! I oddaję się tej spontanicznej czułości, jaką ma dziecko dla mamy i taty” – wyznał.

    Odnosząc się do zarzutu, że Różaniec jest powtarzaniem wciąż tych samych słów, przywołał słowa Karola de Foucauld: „Miłość wyraża się kilkoma tylko słowami, zawsze tymi samymi, wciąż powtarzanymi”.

    Luciani podkreślił ważność czytania Biblii, lecz „nawet ci, którzy ją czytają, powinni potem, w niektórych sytuacjach – w podróży, na ulicy czy gdy zajdzie szczególna potrzeba – rozmawiać z Matką Bożą – jeśli się wierzy, że jest nam Ona Matką i Siostrą” – stwierdził, zaznaczając, że „w gruncie rzeczy tajemnice Różańca, gdy się je rozważy, przemyśli (…), są niczym innym jak właśnie Biblią, samą esencją Biblii”.

    Oponenci mówią, że Różaniec to modlitwa zubożona. „A co w takim razie ma być modlitwą bogatą?” – pyta przyszły Jan Paweł I, żeby następnie stwierdzić: „Różaniec to procesja »Ojcze nasz« – modlitwy, której nauczył nas Jezus; »Zdrowaś« – pozdrowienia, jakie Bóg skierował do Przenajświętszej Panny za pośrednictwem anioła; »Chwała« – pochwały Trójcy Przenajświętszej”. W jego przekonaniu „Różaniec wyraża wiarę bez fałszywych komplikacji, wykrętów, nadmiaru słów; pomaga poddać się woli Bożej i nauczyć się, jak przyjmować cierpienie”. Zwraca też uwagę na znaczenie Różańca odmawianego w rodzinie. „Odmawiany wieczorem przez rodziców wraz z dziećmi jest formą liturgii rodzinnej” – zauważa.

    Koresponduje to z wezwaniem Maryi w Fatimie. Odpowiadając na prośbę Łucji o łaskę dla pewnej rodziny, Matka Boska powiedziała: „Niech codziennie, przez rok, odmawiają Różaniec w rodzinie”. Gdy rodzina przez rok odmawia Różaniec, zapewne zechce go odmawiać aż do śmierci. I najpewniej będzie to śmierć szczęśliwa.•

    Franciszek Kucharczak/Gość Niedzielny

    ______________________________________________________________________________________________________________

    O. Jacek Salij OP: Różaniec bronił nas przed niejedną armią i ideologią

    fot. Screenshot – YouTube (Dominikanie.pl)

    ***

    o. Jacek Salij OP:

    Różaniec bronił nas przed niejedną armią i ideologią

    Bez niego nasza historia wyglądałyby całkiem inaczej. Bronił nas przed niejedną armią i ideologią.

    Pierwszym wielkim papieżem różańcowym był św. Pius V. W wydanej 17 września 1569 roku konstytucji apostolskiej Consueverunt Romani Pontificeszaleca on różaniec jako szczególnie skuteczną modlitwę błagalną w czasie zagrożeń i utrapień.

    Luter i Turcy

    Papież niewątpliwie miał na myśli ówczesne rozdarcie chrześcijaństwa po wystąpieniu Marcina Lutra oraz narastające wtedy zagrożenie ze strony Turków, którzy nie ukrywali, że następnym ich celem po zdobyciu Konstantynopola jest zdobycie Rzymu.

    „Biskupi rzymscy oraz inni święci ojcowie, nasi poprzednicy ilekroć trapiły ich wojny cielesne bądź duchowe, albo kiedy zagrażały im inne niebezpieczeństwa, mieli zwyczaj z tym większym pokojem i żarliwością służyć i oddawać się Bogu, aby tym łatwiej uniknąć zagrożeń i uzyskać bezpieczeństwo. Błagali o Bożą pomoc, swoimi prośbami i litaniami wzywali wstawiennictwa Świętych, i wraz z Dawidem wznosili oczy ku górom, mając niezachwianą nadzieję, że stamtąd przyjdzie im pomoc” – pisał Pius V.

    Papież wspomniał ponadto, że powtarzając „stosownie do liczby Psalmów Dawida sto pięćdziesiąt Pozdrowień Anielskich, z Modlitwą Pańską przy każdej dziesiątce, medytuje się, czci i rozmyśla o całym życiu Pana naszego Jezusa Chrystusa”.

    Przesadą byłoby jednak twierdzić, a twierdzenie takie można spotkać w niektórych książkach poświęconych historii różańca, jakoby dopiero w konstytucji apostolskiej Consueverunt Romani Pontifices ustalona została ostateczna forma tej modlitwy. Wydaje się, że duszpasterskie znaczenie tej konstytucji polega przede wszystkim na podkreśleniu wielkiej skuteczności różańca.

    Zwycięstwo pod Lepanto

    Rzecz jasna, kiedy wkrótce potem niebezpieczeństwo tureckie zaczęło coraz bardziej narastać, różaniec stał się szczególnie ważną modlitwą o ocalenie, przełomowe zaś – dwa lata później, 7 października 1571 – zwycięstwo nad znacznie liczniejszą flotą turecką pod Lepanto zaczęło być przypisywane potędze modlitwy różańcowej. Żywe odtąd, również dzisiaj, przeświadczenie, że różaniec jest modlitwą szczególnie skuteczną, stało się nieustannym źródłem jego popularności w Kościele.

    Odnotujmy jeszcze, że szczególnym owocem zwycięstwa pod Lepanto, który wiele przyczyniał się do popularności modlitwy różańcowej, było ustanowione przez następcę Piusa V, Grzegorza XIII, dekretem z 1 kwietnia 1573 święto Matki Bożej Różańcowej. Papież nakazał obchodzić je – wyraźnie zaznaczając, że jest to podziękowanie Bogu za ocalenie od niebezpieczeństwa tureckiego – w każdą pierwszą niedzielę października.

    W każdym katolickim kościele głoszone było dzięki temu świętu rok rocznie kazanie zachęcające do odmawiania różańca, w wielu zaś kościołach ważną formą popularyzacji tej modlitwy były urządzane z okazji tego święta procesje różańcowe.

    8760 godzin

    W wiekach następnych, kilka inicjatyw oddolnych oraz dwie wielkie inicjatywy papieskie wciąż na nowo odświeżały i pogłębiały w Kościele pobożność różańcową. Najpierw wymieńmy założony za pontyfikatu Urbana VIII (1623-1644) przez dominikanów włoskich, Petroniusza Martini oraz Tymoteusza Ricci, tzw. „różaniec wieczny”.

    Jego idea polegała na tym, żeby Matka Najświętsza była czczona nieustanną modlitwą różańcową i w tym celu 8760 godzin, jakie składają się na jeden rok, rozdzielano między tyluż ludzi. Do inicjatywy, niegdyś ogromnie popularnej zwłaszcza we Włoszech i w Hiszpanii, przyłączył się sam papież Urban VIII, któremu przypadła ostatnia godzina przed północą każdego 22 maja.

    Ustalona przez inicjatorów „różańca wiecznego” zasada, że każda z 8760 godzin powinna być obsadzona przez innego modlącego się istotnie utrudniała rozwój tej inicjatywy, toteż – w połowie XIX wieku, za sprawą Augustyna Charbon – zrezygnowano z cyklu całorocznego na rzecz cyklu comiesięcznego.

    Żywy różaniec i róże

    Bez porównania większą popularność uzyskał założony w Lyonie przez Paulinę Marię Jaricot w roku 1826 i po dziś dzień popularny „żywy różaniec”, polegający na organizowaniu się w piętnastoosobowe grupy, zwane „różami”, zobowiązujące się do codziennego odmawiania jednej dziesiątki różańca, tak żeby wszyscy razem – ponieważ każdy z członków „róży” medytuje inną tajemnicę – odmówili cały różaniec.

    Rzecz jasna, po wprowadzeniu przez Jana Pawła II „tajemnic Światła” róże powinny być teraz dwudziestoosobowe.

    W wieku XIX Kościół miał drugiego po św. Piusie V papieża, który okazał się wielkim promotorem różańca. Był nim Leon XIII (1878-1903), autor wydanej 1 września 1883 roku encykliki Supremi apostolatus, w której zalecił całemu Kościołowi codzienne nabożeństwa różańcowe przez cały miesiąc październik.

    Papież ten wydał później jeszcze kilkanaście następnych encyklik różańcowych. Jeśli pamiętać o tym, że wówczas nie odprawiano Mszy świętych wieczorem, łatwo domyślić się, że ten sposób zachęcania do modlitwy różańcowej okazał się wyjątkowo skuteczny, tak że od czasów Leona XIII różaniec stał się w Kościele naprawdę modlitwą powszechnie znaną.

    Odnotujmy różańcową działalność rozpoczętą za pontyfikatu Leona XIII i pod jego wpływem wielkiego charyzmatyka świeckiego, bł. Bartolo Longo (1841-1926), budowniczego bazyliki w Nowej Pompei, który propagował ideę, że modlitwa różańcowa powinna owocować czynami życia chrześcijańskiego, a zwłaszcza miłosierdziem wobec ubogich.

    Odmawiajcie codziennie

    Do tego dodajmy różańcowy charakter najważniejszych objawień maryjnych. W roku 1858 Matka Najświętsza kilkanaście razy objawia się małej Bernadecie Soubiroux, zawsze z różańcem w ręku. Różańcowy charakter objawień w Fatimie w roku 1917 jest tak znany, że nie trzeba o tym przypominać.

    Również w Gietrzwałdzie w roku 1877 Matka Najświętsza przekazała wizjonerkom swoje życzenie, żeby ludzie codziennie odmawiali różaniec.

    Rzecz jasna, wszystkie te wydarzenia pomogły wielu ludziom odkryć znaczenie, piękno i moc modlitwy różańcowej.

    Sowieci się wycofali

    W wieku XX zwłaszcza dwie oddolne inicjatywy różańcowe zasługują na odnotowanie i pamięć. Najpierw, podjęta przez ojca Patryka Peytona na początku II wojny światowej Krucjata Różańca Rodzinnego, którego główna idea sprowadzała się do tego, że poszczególne rodziny zobowiązywały się odmawiać codziennie przynajmniej jedną dziesiątkę różańca.

    W Polsce, szczególnie zasłużonymi promotorami tej krucjaty byli, od roku 1958, dwaj dominikanie: Szymon Niezgoda i Reginald Wiśniowski. Obaj przeprowadzili setki różańcowych rekolekcji, w wyniku których setki tysięcy rodzin podjęły się codziennie odmawiać różaniec.

    Na szczególną pamięć zasługuje ponadto krucjata różańcowa o wolność ojczyzny, zainicjowana w roku 1948 przez dawnego niewierzącego, który po swoim nawróceniu został franciszkaninem, ojca Piotra Pawliczka. Około siedemset tysięcy ludzi zobowiązało się wtedy codziennie odmawiać różaniec.

    Po siedmiu latach modlitwy krucjata została uwieńczona spektakularnym zwycięstwem: 13 maja 1955, a więc dokładnie w rocznicę objawień fatimskich, władze ZSRR – bez żadnego politycznego powodu – podjęły decyzję wycofania swych wojsk z Austrii. W czasach komunizmu był to jedyny przypadek dobrowolnego wycofania się Sowietów z okupowanego przez nich kraju.

    o. Jacek Salij OP/info.dominikanie.pl

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Różaniec Święty – potężna broń o sprawdzonej skuteczności

    Ogromna rola różańca w historii narodu polskiego

    (fot. pixabay)

    ***

    Środek zbawienia, jeden z najbardziej potężnych i skutecznych, jakie oferuje nam Boża Opatrzność przeciwko szatanowi i jego naśladowcom, którzy pragną zguby dusz. Różaniec rozwiązuje niezliczone problemy, zapewnia wieczne zbawienie i przybliża Królestwo Niepokalanego Serca Maryi.

    Kiedy Łucja zapytała Przenajświętszą Dziewicę w dniu jej ukazania się, 13 października 1917 w Fatimie, czego pragnie, Ona odpowiedziała: „Chcę ci powiedzieć, aby zbudowano tu kaplicę na moją cześć. Jestem Matką Boską Różańcową. Odmawiajcie w dalszym ciągu codziennie Różaniec.”

    W wielu objawieniach Matka Boża zalecała nabożeństwo do Różańca, ale szczególnie w Fatimie podkreślała znaczenie tej praktyki modlitewnej jako środka potrzebnego do nawrócenia świata. Przedstawiła się też jako Pani Różańca.

    Czy może być większe nabożeństwo?

    Na pytanie to odpowiada nam sam św. Ludwik Maria Grignion de Montfort (1673 – 1716), wielki apostoł Przenajświętszej Maryi, który pisze: „Najświętsza Dziewica objawiła bł. Alanowi, że po Najświętszej Ofierze Mszy Świętej, która jest pierwszą i najbardziej żywą pamiątką Naszego Pana, nie ma praktyki wspanialszej i wyjednującej większe łaski od Różańca Świętego, który jest jakby drugą kommemoracją i przedstawieniem Życia i Męki Chrystusa.”

    Istnieją liczne dokumenty papieskie wychwalające doskonałość Różańca Świętego. W nich to Papieże niestrudzenie polecają to nabożeństwo.

    Nabożeństwo Różańca Świętego – cudowne dzieje

    Według tradycji Matka Boża objawiła nabożeństwo Różańca Świętego św. Dominikowi Guzmanowi w roku 1214 jako środek wybawienia Europy od herezji. Chodziło o albigensów, którzy rozprzestrzeniając się niczym śmiertelna epidemia zarażali swymi błędami inne kraje – od północnych Włoch do okolic Albi w południowej Francji. Stąd pochodzi nazwa nadana tym heretykom, znanym także jako katarzy (od greckiego słowa oznaczającego „czysty”). Tym mianem, pełnym pychy, określali oni samych siebie.

    Byli niczym wilki w owczych skórach. Przedostawali się do środowisk katolickich, aby skuteczniej oszukiwać i zyskiwać sympatię. Heretycy ci wyznawali między innymi panteizm, wolną miłość, chcieli zniesienia bogactwa, hierarchii społecznej i własności prywatnej. Podobieństwo ich do współczesnych komunistów jest aż nazbyt wyraźne.

    Różne regiony XIII-wiecznej Europy zostały skażone herezją albigensów, a wszelkie wysiłki katolików zmierzające do ich powstrzymania okazywały się daremne. Heretycy po zdobyciu wielu dusz, zburzeniu wielu ołtarzy i przelaniu ogromnej ilości katolickiej krwi wydawali się ostatecznie zwyciężać.

    Św. Dominik (założyciel Zakonu Dominikanów) odważnie zaangażował się w walkę przeciwko sekcie albigensów, ale nie udało mu się powstrzymać naporu heretyków, którzy nadal deprawowali wiernych katolików. Ci, którzy próbowali się oprzeć, byli mordowani.

    Zrozpaczony św. Dominik błagał Najświętszą Dziewicę, aby wskazała mu jakąś skuteczną broń duchową, zdolną do zniszczenia straszliwych wrogów Kościoła Świętego.

    Najlepsza artyleria przeciwko szatanowi i jego naśladowcom

    Ściskając w ręku potężną broń, jaką w istocie był Różaniec, św. Dominik wrócił do walki głosząc niestrudzenie we Francji, Włoszech i Hiszpanii nabożeństwo, którego nauczyła go sama Matka Boża i wszędzie odzyskiwał dusze. Katolicy letni stawali się żarliwi, gorliwi uświęcali się, a zakony rozkwitały. Św. Dominik nawrócił rzesze heretyków, którzy wyrzekając się błędów powrócili do Kościoła katolickiego, grzesznicy zrywali z grzechami i odprawiali pokutę, wyrzucał demony z opętanych, czynił cuda i uzdrawiał. Tylko w samej Lombardii ów potężny krzyżowiec Różańca nawrócił ponad 100 000 albigensów. Wszystko to za pomocą najskuteczniejszej artylerii przeciwko szatanowi i jego sługom: Różańca Świętego.

    Broń zwyciężająca zło

    Tę tajemniczą broń Bóg umieszcza w dłoniach swych wiernych żołnierzy, walczących z szatanem i jego sługami krążącymi po świecie na zgubę dusz. Ta potężna broń jest dostępna dla wszystkich katolików (czcicieli Niepokalanej). Za jego pośrednictwem otrzymujemy ochronę przed zakusami diabła i gotowi jesteśmy stawić czoła wszelkim trudom życia.

    Zapewnia nas o tym sam św. Ludwik Maria Grignion de Montfort: „Choćbyście się znaleźli nad brzegiem przepaści, choćbyście mieli już jedną nogę w piekle, choćbyście się nawet zaprzedali diabłu jak jaki czarownik, choćbyś był heretykiem zatwardziałym i uporczywym jak szatan, wcześniej czy później nawrócicie się i zbawicie się, jeżeli – powtarzam wam, a zważcie dobrze słowa i treści mojej rady – będziecie pobożnie odmawiali Różaniec Święty każdego dnia aż do śmierci, w celu poznania prawdy i otrzymania skruchy i przebaczenia waszych grzechów”.

    Potrzeba stałego odmawiania Różańca Świętego

    W dzisiejszych dniach również jesteśmy zagrożeni ze wszystkich stron. My i nasi bliscy doświadczamy trudności duchowych i materialnych. Nasz kraj jest ciągle w niebezpieczeństwie, a kryzysy stale narastają. Wzrasta też poczucie zagrożenia. Święty Kościół katolicki jest atakowany przez szatana i przeciwników zewnętrznych oraz wewnętrznych chcących go zniekształcić, a wreszcie całkowicie zniszczyć.

    Czy nie potrzebujemy nowych cudów? Oczywiście, że tak i to jak najrychlej! W tym celu winniśmy gorąco się o nie modlić. Dlaczego nie mielibyśmy posłużyć się ową potężną „artylerią” Różańca Świętego, który od wieków ratuje chrześcijaństwo i katolików z najgorszych opałów? Różaniec jest modlitwą prostą, krótką i tyleż przyjemną, co skuteczną.

    Różaniec jest najpiękniejszą i najcenniejszą ze wszystkich modlitw do Pośredniczki wszelkich łask i modlitwą najbliższą sercu Matki Bożej. Módlcie się na nim codziennie”.

    Papież św. Pius X

    Korzyści i łaski, jakie możemy uzyskać odmawiając Różaniec Święty z rozważaniem tajemnic

    ˇ wznosi nas niepostrzeżenie ku doskonałemu poznaniu Jezusa Chrystusa
    ˇ oczyszcza nasze dusze z grzechów
    ˇ pozwala nam zwyciężać naszych nieprzyjaciół
    ˇ ułatwia nam praktykowanie cnót
    ˇ rozpala naszą miłość do Jezusa Chrystusa
    ˇ uzdalnia nas do spłacania naszych długów wobec Boga i wobec ludzi
    ˇ wreszcie, wyjednuje nam od Boga wszelkiego rodzaju łaski

    św. Ludwik Maria Grignion de Montfort

    PCh24pl/artykuł ukazał się w 1. numerze „Przymierza z Maryją”

    ______________________________________________________________________________________________________________

    fot. Karolina Grabowska/Pexels

    Najczęstsze błędy podczas odmawiania różańca. Nie popełniaj ich!

    Jak odmawiasz różaniec? Sprawdź, jakich błędów nie popełniać przy modlitwie różańcowej.

    Modlitwa różańcowa – jedna z najpopularniejszych, najbardziej skutecznych i najbardziej lubianych przez wierzących modlitw. To właśnie jej odmawianie poleciła sama Matka Boża.

    Okazuje się jednak, że jej odmawianie nie jest taką prostą sprawą, a podczas modlitwy może się wkraść kilka ważnych błędów, których nie warto popełniać. O czym mowa?

    Osobą, która przyczyniła się do upowszechnienia modlitwy różańcowej był francuski święty Ludwik Maria Griñon de Montfort. Był ogromnym miłośnikiem i czcicielem Matki Bożej, stąd jego zamiłowanie do modlitwy różańcowej. Stworzył nawet dzieło jej poświęcone pt. „Przedziwny sekret różańca świętego, aby się nawrócić i zbawić”. Zachęcał on, by każdego dnia rozważać poszczególne tajemnice odkupienia, zawarte właśnie w tajemnicach różańca.

    Modlitwa różańcowa. Jakich błędów nie popełniać?

    Aby dobrze odmówić różaniec, po wezwaniu Ducha Świętego stań przez chwilę w obecności Boga (…). Przed rozpoczęciem dziesiątki zatrzymaj się dłużej lub krócej, w zależności od czasu, jakim dysponujesz, aby rozważyć tajemnicę, którą sławisz w tej dziesiątce i proś zawsze w owej tajemnicy, przez wstawiennictwo Matki Bożej, o jedną z cnót, która najmocniej w niej promieniuje lub o tę, której najbardziej potrzebujesz – pisał święty.

    Ludwik Maria Griñon de Montfort zwrócił uwagę na dwa najczęstsze błędy, które popełniają odmawiający różaniec. Pierwszy to taki, że nie wzbudzają oni w swoim sercu żadnej intencji. Jest to ważny element modlitwy, ponieważ dodanie intencji nadaje odmawianiu różańca jeszcze większy sens. Drugi natomiast błąd to taki, aby nie modlić się zbyt szybko i bezrefleksyjnie. Różaniec wymaga ciszy i spokoju, aby był odmawiany w sposób godny i właściwy.

    Stacja7.pl

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Gdy odmawiasz różaniec, zyskujesz odpust. Ale pod jednym warunkiem

    Gdy odmawiasz różaniec, zyskujesz odpust. Ale pod jednym warunkiem

    fot. Gianna B. / Unsplash

    ***

    Różaniec jest jedną z najbardziej lubianych przez Polaków modlitw. Czasem to zwykła dziesiątką w drodze do pracy czy na uczelnię, czasem cała część odmawiana w parafialnej wspólnocie, czasami – tak zwana pompejanka. Za każdym razem, gdy odmawiamy różaniec, jesteśmy obdarowywani łaską odpustu, ale pod jednym warunkiem: musimy mieć najpierw taką intencję. 

    Odpust za różaniec. Jak to działa?

    Odpust według nauki Kościoła to darowanie konsekwencji grzechów, które popełniliśmy. Część z nich dotknie nas w czyśćcu, ale części doświadczamy – czasem bardzo boleśnie – już teraz, gdy skutki naszych grzechów psują nam życie, niszczą relacje, kradną radość i nie pozwalają się pozbierać.

    Właśnie od konsekwencji grzechów uwalniają nas wyznaczone przez Kościół czynności, które mają budować naszą relację z Bogiem, pogłębiać życie duchowe, wspierać naszą pobożność i nas nawracać. Część z odpustów związana jest z konkretnymi świętami czy miejscami, inne z modlitwami i aktami pobożności. I właśnie do tych drugich należy różaniec.

    W wykazie odpustów zupełnych i cząstkowych, podanych przez Penitencjarię Apostolską 29 czerwca 1969 roku, znajdujemy kilka związanych z różańcem. 

    Za publiczne odmówienie różańca zyskasz odpust zupełny

    Za odmówienie różańca w kościele, kaplicy publicznej, w rodzinie, we wspólnocie zakonnej, w pobożnym stowarzyszeniu (wystarczy odmówić tylko jedną część różańca) zyskujemy odpust zupełny; natomiast za odmówienie poza tymi miejscami lub wspólnotami – odpust cząstkowy – podaje wykaz Penitencjarii. Co więcej, gdy nie odmawiamy całej części różańca, już za samo pobożne przeżegnanie się i wypowiedzenie słów: W imię Ojca i Syna i Ducha Świętego. Amen zyskujemy odpust cząstkowy, podobnie jak za odmówienie wyznania wiary. 

    Co mówi o odpustach kościelne prawo?

    Choć może się to wydać zaskakujące, kwestię uzyskiwania odpustów reguluje m.in. kodeks prawa kanonicznego. To w nim znajdujemy definicję odpustu, która brzmi następująco: “Odpust jest to darowanie wobec Boga kary doczesnej za grzechy odpuszczone już co do winy. Otrzymuje je wierny, odpowiednio przygotowany i po wypełnieniu pewnych określonych warunków, przez działanie Kościoła, który jako sługa odkupienia autorytatywnie rozporządza i dysponuje skarbcem zadośćuczynień Chrystusa i świętych.” (Kan. 992). W kolejnych kanonach (993-997) czytamy, że odpust jest cząstkowy albo zupełny, zależnie od tego, czy uwalnia od kary doczesnej należnej za grzechy w części lub całości, a każdy wierny może zyskiwać odpusty czy to cząstkowe, czy zupełne albo dla siebie, albo ofiarowywać za zmarłych na sposób wstawiennictwa.

    Zdolna do uzyskania odpustu jest tylko osoba, która została ochrzczona, nie jest ekskomunikowana i znajduje się w stanie łaski, przynajmniej pod koniec wypełniania przepisanych czynności, powinna też mieć przynajmniej intencję zyskania odpustu oraz wypełnić w określonym czasie i we właściwy sposób nakazane czynności.

    KPK / Archidiecezja łódzka / mł / Deon.pl

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Historia świata dowodzi, że Różaniec ma potężną moc

    O Różańcu jako modlitwie biblijnej, potężnej, przyczyniającej się do zmiany życia, ponadczasowej i umacniającej jedność w duchu pokoju pisze dla portalu Polskifr.fr ks. dr hab. Janusz Lekan, prof. KUL z Katedry Chrystologii i Personalizmu Chrześcijańskiego, członek Polskiego Towarzystwa Mariologicznego. 7 października obchodzimy wspomnienie Matki Bożej Różańcowej.

    Pełny tekst rozważania:

    Świat, w którym żyjemy myśli, że mając bogactwa można zawładnąć wszystkim: ludzkim sumieniem, życiem, sposobem myślenia. A my wiemy, gdzie jest prawdziwa siła: w obecności Boga, który jedynie ma moc zbawić, dać człowiekowi to, czego naprawdę potrzebuje. Co ma z tym wspólnego prosty różaniec? 

    To modlitwa, która stawia nas w obecności Boga. W niej rozważamy tajemnice naszego zbawienia. Dzięki tej modlitwie stajemy się obecnymi w tych tajemnicach, które przenikają nasze życie wiary i przemieniają nas.

    Różaniec jest modlitwą biblijną 

    Jako dzieci Boże rozmawiamy z Ojcem niebieskim słowami, jakich nauczył nas Jezus Chrystus. Powtarzamy i medytujemy słowa, jakie Anioł wypowiedział do Maryi i jakie Elżbieta skierowała do Maryi przychodzącej jej z pomocą. To pozwala nam stać się obecnymi w tych dialogach: rozważać wiarę Maryi i Jej odwagę zawierzenia się Bogu; medytować hymn uwielbienia Boga, jaki wyśpiewała Maryja w domu Elżbiety i Zachariasza. Wreszcie uwielbiamy Trójcę Świętą: niezgłębiona tajemnica wiary, objawiona nam przez Jezusa.

    Różaniec jest modlitwą potężną

    Zaświadcza to historia ogólnoświatowa, jak i historia indywidualna wielu ludzi. Październik stał się miesiącem modlitwy różańcowej od wydarzenia spod Lepanto w zatoce Korynckiej. Był rok 1571. Olbrzymia flota turecka wyruszyła na podbój Europy. Żadne chrześcijańskie państwo nie miało tylu okrętów, by stawić jej czoła. Sułtan turecki był pewien zwycięstwa. Mówił, że z bazyliki św. Piotra zrobi stajnię dla swych koni. Wtedy papież Pius V zarządził wielką błagalną modlitwę różańcową. I wtedy wbrew przewidywaniom wojskowym 7 października niewielka flota hiszpańska i wenecka odniosły druzgocące zwycięstwo nad flotą turecką. Stało się jasne, że była to interwencja Matki Bożej. Papież Pius V zdecydował, że fakt ten nie powinien być zapomniany i ustanowił 7 października świętem Matki Bożej Zwycięskiej, które nazwano potem świętem Matki Bożej Różańcowej.

    Różaniec przyczynił się również do zmiany życia konkretnych ludzi, którzy stali się potem jego wielkimi propagatorami 

    Takim był Bartłomiej Longo, Włoch, urodzony w 1841 r. Wychowany w pobożnej rodzinie, doskonale wykształcony, ale w czasie studiów jego wiara uległa załamaniu. Wstąpił do sekty spirytystycznej, stał się „kapłanem” szatana, oddając mu swoją duszę. Doprowadziło go to na skraj obłędu. Bóg zesłał mu jednak dobrych przyjaciół, którzy pomogli mu wrócić na łono Kościoła. Po obronie doktoratu z prawa wrócił w rodzinne strony i w ramach pokuty zaczął pomagać biednym i chorym. Gnębiły go jednak wyrzuty sumienia, popadł w rozpacz i bliski był samobójstwa. Wtedy usłyszał w sercu słowa bliskiego mu zakonnika, powtarzającego za Maryją: „Ten, kto propaguje mój różaniec, będzie zbawiony”. I spełnił te słowa. Razem z mieszkańcami wybudował kościół w Pompejach, który stał się potężnym sanktuarium Matki Bożej Różańcowej. Bartłomiej szerzył też, przekazaną w objawieniu Matki Bożej Nowennę Pompejańską. Założył czasopismo „Różaniec i Nowe Pompeje”, które po dziś dzień jest drukowane i rozprowadzane na całym świecie.

    Różaniec dziś

    Różaniec w znanym dziś kształcie zatwierdził papież Pius V w 1569 r. Do roku 2002 składał się z trzech części: radosnej, bolesnej i chwalebnej po pięć tajemnic w każdej. Papież Jan Paweł II 16 października 2002 r. listem apostolskim „Rosarium Virginis Mariae” dodał do różańca tajemnice światła, zapełniając lukę między dzieciństwem Pana Jezusa i Jego męką. Zaznaczył w tym dokumencie, że „różaniec należy do najlepszej i najbardziej wypróbowanej tradycji kontemplacji chrześcijańskiej”. Rozwinięty na Zachodzie, jest modlitwą typowo medytacyjną i odpowiada poniekąd „modlitwie serca” czy „modlitwie Jezusowej”, która wyrosła na glebie chrześcijańskiego Wschodu. Papież zastrzegł, że „choć różaniec ma charakter maryjny, to jest modlitwą o sercu chrystologicznym”. „Skupia w sobie głębię całego przesłania ewangelicznego, którego jest jakby streszczeniem. W nim odbija się echem modlitwa Maryi, Jej nieustanne <Magnificat> za dzieło odkupieńcze Wcielenia, rozpoczęte w Jej dziewiczym łonie” – napisał.

    Sięgajmy po różaniec

    Trzymając go w dłoniach i rozważając tajemnice naszego zbawienia utwierdzamy się w prawdzie, że choć życie wieczne jest darem Boga, to musi być również w naszych rękach. Jak paciorki stanowią jeden różaniec, tak nasza modlitwa umacnia całą wspólnotę modlącego się Kościoła, za który każdy z nas jest odpowiedzialny. Niech ta prosta modlitwa staje się źródłem pokoju: na świecie i w naszych sercach.

    Fronda.pl/Polskifr.fr

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Różaniec – historia i teologia

    Samplefot. Anuja Tilj/Unsplash

    ***

    Październik jest miesiącem modlitwy różańcowej. Tradycja tej modlitwy sięga średniowiecza. Różaniec łączy w sobie prostotę i głębię, duchowość chrześcijańskiego Wschodu i Zachodu. Papież Leon XIII mówił, że jest on „streszczeniem całej Ewangelii

    Modlitwa różańcowa, jaką znamy dziś, kształtowała się przez wiele wieków. Tradycja monastycznej modlitwy zwraca uwagę na ciągłą potrzebę trwania w Bożej obecności. Wschodni chrześcijanie, wzrastając w tradycji medytacji, wprowadzili powtarzanie wybranych słów Pisma: „Boże, wejrzyj ku wspomożeniu memu” czy „Panie Jezu Chryste, zmiłuj się nade mną”. Czyniono to w rytm oddechu, posługiwano się często kamykami, by zliczyć ilość powtórzeń i pomóc w skupieniu.

    Powoli powstawały różne nurty modlitwy medytacyjnej, powiązanej z kultem oddawanym Bogurodzicy. Znana nam w obecnej formie modlitwa Ave Maria (Zdrowaś Maryjo) ukształtowała się dopiero około XIII i XIV w., kiedy to najpierw powiązano ze sobą ewangeliczne słowa pozdrowienia anielskiego oraz słowa św. Elżbiety. Epidemie „czarnej śmierci”, dziesiątkujące ludzi w średniowiecznej Europie, spowodowały, że do pozdrowienia dołączono następnie prośbę do Maryi o modlitwę za „nas grzesznych teraz i w godzinę śmierci naszej”. Zdarzało się, że odmawiano pięćdziesiąt czy sto razy Zdrowaś Maryjo między innymi na pamiątkę dzieła stworzenia świata. Stopniowo utarło się stosowanie stu pięćdziesięciu wezwań do Maryi. W Europie rozpowszechnił ją św. Dominik, założyciel Zakonu Kaznodziejskiego.

    Ważną rolę w rozpowszechnianiu różańca odgrywają dominikanie, którzy uczą, jak się modlić, odwołując się przy tym do rozważań biblijnych. Bretoński dominikanin bł. Alain de la Roche porządkuje rozmaite tradycje i upowszechnia podział różańca (nazywa go Psałterzem Jezusa i Maryi) na piętnaście dziesiątków (jedno Ojcze nasz, dziesięć Zdrowaś) podzielonych na trzy części.

    Od XV wieku rozkwitają także bractwa różańcowe, dla których pierwszy statut opracował w 1476 r. przeor dominikańskiego kościoła św. Andrzeja z Kolonii. Znamy też jeden z pierwszych obrazów różańcowych (ok. 1500 r.), przedstawiający Maryję z Dzieciątkiem trzymającym w ręku różaniec, obok których klęczą św. Dominik i męczennik Piotr z Werony; pod płaszczem opieki Maryi zgromadzeni są licznie duchowni i świeccy. Za przyczyną żyjącego w XVI w. kartuza Dominika z Prus zaczyna rozpowszechniać się legenda o św. Dominiku, który otrzymał od Maryi sznur różańcowych pereł jako broń w duchowej walce z herezją albigensów. Przez długi czas powstanie różańca kojarzono z postacią św. Dominika, który miał go „otrzymać” od samej Matki Bożej podczas objawienia.

    Widać jednak, że różaniec powstawał przez wieki i nie sposób przypisać jego genezę jednemu objawieniu czy człowiekowi. Niewątpliwie jednak Zakon św. Dominika, wędrowni kaznodzieje, którzy przemarzali Europę, ogromnie przyczynił się do rozpowszechnienia tej modlitwy.

    Oficjalnie jednolity Różaniec Najświętszej Maryi Panny zatwierdza papież (też dominikanin) św. Pius V w 1569 r., a później, na pamiątkę zwycięstwa chrześcijan nad Turkami pod Lepanto, ustanawia dzień 7 października świętem Matki Bożej Różańcowej. Na różańcu modli się, zalecając go jednocześnie innym, wielu papieży, między innymi Leon XIII, bł. Jan XXIII, Paweł VI, aż przychodzi czas obecnego pontyfikatu. Jan Paweł II wpisuje się w ciągłość nauki o znaczeniu różańcowej modlitwy, a w liście „Rosarium Virginis Mariae” (RVM) z 2002 r. uzupełnienia ją przez dodanie rozważań tajemnic światła.

    Zarys teologii różańca

    Różaniec jest modlitwą co najmniej dwupoziomową. Pierwszy poziom urzeczywistnia się przez stosowanie specjalnej techniki modlitewnej: rytmicznym powtarzaniu formuły. Dzięki melodyce i rytmowi słów, serce i umysł mogą oczyścić się z natłoku uczuć i myśli, a skoncentrować na sprawach Bożych. Przywoływanie słów Modlitwy Pańskiej czy Pozdrowienia Anielskiego pozawala, by w sercu doświadczać bardziej opieki świętych osób. Powtarzanie jest jedną z metod pomagającą przez kontemplację wspominać i uobecniać Osoby Boże, a w powiązaniu z Nimi także Maryję. Przywoływanie imienia ukochanej osoby pozwala zobaczyć, że podobnie jak w centrum modlitwy Zdrowaś Maryjo tkwi słowo „Jezus”, imię Zbawiciela może przenikać nasze życie.

    Nasza pamięć przywołuje ukochaną Osobę, rozmawiamy z Przyjacielem, jakby „oddychamy uczuciami Chrystusa” (RVM 15), a to powoduje zacieśnienie więzów przyjaźni. By przyjaźń wzrastała, trzeba „przegadać” wiele godzin! Powracanie do ukochanej osoby nie nuży, ale umacnia, podobnie jak trzykrotne wyznanie miłości do Zmartwychwstałego ze strony Piotra (RVM 26). Poziom rytmicznego powtarzania jest ściśle związany z używaniem paciorków, które pomagają odmierzać rytm modlitwy i dają szansę skupienia się.

    Metoda modlitwy na różańcu znajduje liczne interpretacje i omówienia, z których na uwagę szczególną zasługuje „List o Różańcu” (RVM) Jana Pawła II. Co prawda, jak uczy św. Augustyn, kiedy dzięki jakiejś metodzie kontaktujemy się z Bogiem, to w rzeczywistości nie możemy na tym spocząć. Gdybyśmy się zatrzymali na określonym sposobie kontaktu, to poprzestalibyśmy na metodzie, a nie na żywym Bogu, którego żadna droga, metoda czy forma objąć i wyczerpać nie może. Bóg jest zawsze dalej, zawsze bardziej, zawsze inaczej niż pozwalają sięgnąć możliwości jego stworzeń. Jednakże w nauce wielu mistrzów duchowych słyszymy, iż metody, o ile nie „ubóstwiają” same siebie, służą pomocą w tym, co nazwać i określić nie sposób, czyli w osobowym spotkaniu z żywym Bogiem. Więź z Chrystusem, która jest celem, może być osiągana za pomocą różnych metod, spośród których szczególnie wartościową jest różaniec.

    Różaniec łączy prostotę i głębię. „Rozwinięty na Zachodzie, jest modlitwą typowo medytacyjną i odpowiada poniekąd modlitwie serca czy modlitwie Jezusowej, która wyrosła na glebie chrześcijańskiego Wschodu” (RVM 5). Poziom medytacyjnego powtarzania, zaczerpnięty z tradycji wschodniej, łączy się z rozważaniem i kontemplacją tajemnic życia Jezusa i całej Trójcy Św. oraz Maryi i innych świętych, które są przedmiotem tzw. tajemnic czterech części różańca.

    Tajemnice różańca są określane mianem miniaturowej Biblii. Trudno przecenić ich rolę w kształtowaniu biblijnej świadomości katolików. Najbardziej dotyczą nauki o Jezusie Chrystusie. Dokonane niedawno papieskie uzupełnienie wypełnia pewną chrystologiczną lukę. Otóż tajemnice radosne opisują akt Wcielenia oraz dzieciństwo Jezusa. Bolesne odsyłają nas do Jego męki i śmierci. Część chwalebna przypomina o tym, że nasz Pasterz wrócił do życia i jest zmartwychwstały. Dodanie tajemnic światła rozwija wymiar chrystologiczny, wnikając w tajemnice publicznego życia Chrystusa. Ewangelii i tak nie sposób wyczerpać. Wskazanie na chrzest w Jordanie, początek znaków w Kanie Galilejskiej, głoszenie Dobrej Nowiny i wzywanie do nawrócenia, Góra Przemienienia i ustanowienie Eucharystii pomagają nam zobaczyć, że bogactwo tajemnicy Chrystusa staje przed nami otworem.

    Nie jesteśmy zatem ograniczeni piętnastoma, czy nawet dwudziestoma tajemnicami różańca. Pozostajemy otwarci na nie dającą się domknąć przestrzeń głębi Bożej tajemnicy (Kol 2,2-3), tajemnicy, która przewyższa wszelką wiedzę (Ef 3,19). Gdy wspominamy, wraz z Maryją, życie Chrystusa, światło łaski pozwala nam dostrzec w Nim nie tylko Boga, ale misterium człowieka, godność jego poczęcia, narodzin, nauki, wesela, pracy czy śmierci (25).

    e-KAI.pl

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Pocałunki dla Maryi

    „Zdrowaś Maryjo” i „Pod Twoją obronę” to najbardziej znane modlitwy maryjne. Czy znamy ich historię i rozumiemy słowa?

    Papirus z fragmentami „Pod Twoją obronę” z III wieku znajduje się zbiorach Biblioteki Rylandsa w Manchesterze.

    (zasoby internetu)

    *
    Najstarszą modlitwą do Maryi jest „Pod Twoją obronę”. Co do tego nie ma wątpliwości. Jej najstarszy rękopis, znaleziony w Egipcie, pochodzi z III wieku. „Zdrowaś Maryjo”, bazująca prawie w całości na słowach z Biblii, choć wydaje się bardziej pierwotna, weszła w krwiobieg modlitwy Kościoła kilka wieków później. To „Pod Twoją obronę” otwiera wspaniałą tradycję pobożności maryjnej. Uroczystość Wniebowzięcia NMP to dobra okazja, by przypomnieć ich historię i pomedytować nad treścią. W nich bowiem wyraża się geniusz katolickiej maryjności.

    Modlitwa zagrożonych

    „Pod Twoją obronę” powstała najprawdopodobniej jako hymn liturgiczny Kościoła w Egipcie. Niektórzy uczeni twierdzą, że powstanie tej modlitwy należy przesunąć na IV wiek ze względu na występujący w niej termin Theotokos (pol. Bogarodzica), który rzekomo nie mógł być znany tak wcześnie. To prawda, że Kościół uznał poprawność teologiczną tytułu Theotokos dopiero na Soborze Efeskim w 431 r., ale wcześniej pojawiał się on w pismach ojców Kościoła. „Pod Twoją obronę” jest świadectwem tego, że tytuł Bożej Rodzicielki był też obecny w modlitwie Ludu Bożego. Oprócz najstarszego greckiego tekstu znane są jej starożytne wersje w językach koptyjskim, syryjskim, armeńskim i łacińskim.

    Najstarsza wersja w tłumaczeniu na polski brzmi tak: „Uciekamy się pod obronę Twego miłosierdzia, Bogarodzico. Nie gardź naszymi prośbami, ale w potrzebach naszych od wszelkiej zguby zachowaj nas, jedyna czysta i błogosławiona”. W tekście łacińskim (i potem w polskiej upowszechnionej wersji) słowo „miłosierdzie” zostało zamienione na „obrona” (łac. praesidium – oznacza także garnizon, załogę, straż). Dopiero w XI wieku, z inspiracji św. Bernarda z Clairvaux, poszerzono tekst modlitwy o inwokację do Maryi jako Pani, Orędowniczki, Pośredniczki i Pocieszycielki oraz o prośbę o pojednanie z Jej Synem, także polecenie Mu i ofiarowanie wiernych.

    Treść modlitwy wskazuje, że powstała ona w sytuacji zagrożenia. To modlitwa Kościoła poddanego prześladowaniom ze strony Rzymu. Dziś w Egipcie i na terenach bliskich Ziemi Świętej chrześcijanie nadal doświadczają ucisku ze strony islamistów. Wołanie o ratunek pozostaje aktualne. „Pod Twoją obronę” jest z jednej strony świadectwem, że chrześcijanie od początku widzieli w Maryi nie tylko Matkę Chrystusa, ale i swoją duchową Matkę. Tę, która ze względu na bliskość z Jezusem może im pomóc, może ich ochronić. W ikonografii zobrazowaniem modlitwy „Pod Twoją obronę” stało się przedstawienie Maryi, która rozpościera płaszcz swojej opieki nad ludźmi w potrzebie.

    Od strony teologicznej „Pod Twoją obronę” akcentuje trzy prawdy. Po pierwsze tytuł Theotokos podkreśla Boże macierzyństwo Maryi. Ten tytuł ma swoje uzasadnienie w tajemnicy Bożego narodzenia i może być poprawnie rozumiany tylko w kontekście prawdy o wcieleniu („Słowo stało się ciałem”). Maryja, rodząc Syna, zrodziła nie tylko człowieka, ale także wcielonego Boga. W tym sensie jest Bogarodzicą. Termin Theotokos rodził opory. Protestował przeciwko niemu Nestoriusz. Nurt tego protestu, zwanego nestorianizmem, został odrzucony na Soborze Efeskim. Druga rzecz, „Pod Twoją obronę” zwraca uwagę na fakt, że Maryja została wybrana przez Boga dzięki specjalnej łasce. Wskazują na to słowa „jedyna błogosławiona”. Trzeci ważny element to określenie „jedyna czysta”. Kryje się tu intuicja niepokalanego poczęcia oraz trwałego dziewictwa Matki Jezusa.

    Archanioł Gabriel, Elżbieta i my

    Słowniki podają, że „Zdrowaś Maryjo” (łac. Ave Maria) stało się powszechnie używaną modlitwą już w XII wieku. Miałbym ochotę napisać nie tyle „już”, ile „dopiero” w XII wieku. Początkowo odmawiano tylko pierwszą jej część, tę biblijną, do słowa „Jezus”. Dopiero w XV wieku dodano słowa prośby: „Święta Maryjo, Matko Boża…”.

    Nazywamy tę modlitwę Pozdrowieniem Anielskim, ale jej biblijny korzeń to nie tylko słowa Gabriela ze zwiastowania, ale także słowa Elżbiety ze sceny nawiedzenia. Trzecia część „Zdrowaś Maryjo” występuje tylko w tradycji łacińskiej. Zaczęło się pojawiać pod koniec średniowiecza. W czasach Soboru Trydenckiego zakończenie „Zdrowaś Maryjo” było już szeroko rozpowszechnione. W 1566 roku dodatkowe słowa modlitwy pojawiły się w katechizmie trydenckim. W ten sposób „Zdrowaś Maryjo” przybrało swoją formę odmawianą do dziś.

    W XI wieku rozwija się praktyka powtarzania serii zdrowasiek. Ten wieniec modlitw, przyrównywanych do bukietu róż, zostanie nazwany Różańcem. Święty Ludwik Grignion de Montfort pisze: „»Zdrowaś Maryjo« dobrze odmawiane, czyli uważnie, z nabożeństwem i pokorą, jest według świadectwa świętych nieprzyjacielem szatana, którego zmusza do ucieczki, jest młotem, który go miażdży, jest uświęceniem duszy, radością aniołów, śpiewem wybranych, pieśnią Nowego Testamentu, radością Maryi i chwałą Trójcy Przenajświętszej. »Zdrowaś Maryjo« jest rosą niebieską, która czyni duszę urodzajną; jest czystym i pełnym miłości pocałunkiem, jaki składamy Maryi; jest czerwoną różą, którą Jej ofiarujemy, kosztowną perłą, którą Jej składamy w ofierze; jest czarą ambrozji i boskiego nektaru, który Jej dajemy”.

    Piękno, poezja, miłość, kobiecość, walka ze złem, Bóg i człowiek – wszystko to genialnie łączy się w katolickiej maryjnej pobożności. Feministki powinny to docenić. I nie tylko one. •

    Zdrowaś Maryjo

    (łac. Ave) – to staropolskie tłumaczenie oryginalnego biblijnego }chaire. Anioł Gabriel, Boży wysłannik, zwiastując Maryi wieść o Jej wyjątkowej misji, zwraca się do Niej tym słowem jako pozdrowieniem. Chaire oznacza dosłownie „raduj się”. To zgodne z biblijną logiką. Proroctwa zapowiadające Mesjasza zawsze łączyły się z wezwaniem do radości, np.: „Raduj się wielce, Córo Syjonu, wołaj radośnie, Córo Jeruzalem!” (Za 9,9). Imienia Maryi nie ma w pozdrowieniu anioła, ale w modlitwie z oczywistych względów zostało one dodane.

    łaski pełna

    (łac. {gratia plena) – tak tłumaczone jest inne greckie słowo kecharitomene. Jest to imiesłów bierny od czasownika charito, oznaczającego „przemieniać kogoś przez łaskę”. Maryja jest obdarowana nadobficie przez Boga, dlatego piękna. W tym słowie ukrywa się prawda o Jej niepokalanym poczęciu. Ze względu na swoje powołanie Maryja została uchroniona od grzechu pierworodnego.

    Pan z Tobą

    – to wyrażenie pojawia się w Biblii w scenach powołania np. Mojżesza czy proroków. Zadania powierzane przez Boga ludziom przekraczają ich możliwości, ale to sam Bóg zapewnia swoją obecność i siłę. Słowa „Pan z Tobą” już po zgodzie Maryi (po Jej fiat) nabierają jeszcze głębszego sensu. Pan jest nie tylko z Nią, ale w Niej – jako wcielony Bóg żyjący w Jej łonie.

    błogosławionaś Ty między niewiastami i błogosławiony owoc żywota Twojego, Jezus

    – można powiedzieć, że te słowa są wkładem Elżbiety w treść „Zdrowaś Maryjo”. Łukasz pisze, że był to wręcz okrzyk brzemiennej kobiety, która uradowała się wizytą swojej młodszej krewnej i rozpoznała w Niej Matkę Pana (Łk 1,42). Staropolskie „żywot” nie oznacza życia, ale łono. Ewangelista zwraca uwagę, że Elżbieta mówiła pod wpływem Ducha Świętego. Brzemienna Maryja, wchodząc do domu Elżbiety, wnosi w jej życie wcielonego Boga – Zbawiciela, którego nosi pod sercem, owoc Jej łona. To zapowiedź jej misji – przynoszenie ludziom Jezusa. Sama błogosławiona jest błogosławieństwem dla innych, dla świata, dla mnie i ciebie. Niesie swojego Syna, Zbawiciela – największe błogosławieństwo dla człowieka. Słowa Jezus nie wypowiada Elżbieta. Zaczęto je dodawać później. W ten sposób imię Jezus stało się centrum modlitwy. Oddziela ono część biblijną od prośby modlącego się Kościoła.

    Święta Maryjo, Matko Boża

    – tym wezwaniem ropoczyna się modlitwa, którą dopisano do słów archanioła Gabriela i Elżbiety. Maryja zajmuje pierwsze miejsce w Litanii Wszystkich Świętych jako Matka Boża (Theotokos). Wszystkie dogmaty o Maryi (niepokalane poczęcie, dziewictwo, wniebowzięcie) mają swoją przyczynę w prawdzie o Bożym macierzyństwie.

    módl się za nami grzesznymi

    – te słowa przypominają modlitwę celnika, który pokornie błagał o miłosierdzie Boże. Maryja została zachowana od grzechu. My, grzeszni, szukamy u Niej wstawiennictwa, pomocy w naszej niedoli. Sobór Watykański II wyjaśnia: „Albowiem wzięta do nieba, nie zaprzestała tego zbawczego zadania, lecz poprzez wielorakie swoje wstawiennictwo ustawicznie zjednuje nam dary zbawienia wiecznego. Dzięki swej macierzyńskiej miłości opiekuje się braćmi Syna swego, pielgrzymującymi jeszcze i narażonymi na trudy i niebezpieczeństwa, póki nie zostaną doprowadzeni do szczęśliwej ojczyzny” (KK 62). Sobór zwraca też uwagę, że Jej misja niczego nie ujmuje działaniu Chrystusa, jedynego Pośrednika.

    teraz i w godzinę śmierci naszej

    – te słowa przenoszą nas pod krzyż Jezusa. Maryja była przy śmierci swojego Syna ze swoją miłością i modlitwą. Będzie i przy naszej śmierci. Każde „Zdrowaś” przypomina o naszej śmiertelności. Nie wiemy, ile zostało nam czasu między „teraz” a godziną śmierci. Nie wolno odkładać rzeczy najważniejszych na później.

    ks. Tomasz Jaklewicz/Gość Niedzielny

    ______________________________________________________________________________________________________________

    ______________________________________________

    KATECHEZA DLA DOROSŁYCH

    Od 22 lutego 2022 roku w każdy wtorek o godz. 18.30 w kaplicy izbie Jezusa Miłosiernego na nowo odczytywaliśmy Katechizm Kościoła Katolickiego, gdzie podane są najważniejsze prawdy naszej wiary.

    Te katechezy były propozycją dla każdego kto poprzez sakrament chrztu jest w Kościele Bożym i potrzebuje nieustannie coraz pełniej umacniać i pogłębiać przyjęty dar łaski wiary.

    Dla zainteresowanych tymi spotkaniami – można je znaleźć na zakładce:

    Katecheza dla dorosłych – katecheza.kosciol.org

    This image has an empty alt attribute; its file name is 27A4A7E9-6ED8-4ED3-8FDB-25824FF9BE6B.webp

    ___________________________________________________________________________________________

    Ks. prof. Tadeusz Guz wzywa:

    Katolicy muszą bronić podstawowych prawd!

    (ks. prof. Tadeusz Guz (PCh24TV – Polonia Christiana/YouTube)

    ***

    Ks. prof. Tadeusz Guz w mocnych słowach zwrócił uwagę, że we współczesnym świecie fałszowane i zakłamywane są kluczowe fakty, definiujące człowieka, jego naturę i miejsce w świecie. Zadaniem Kościoła jest ocalić prawdę o kobiecie, mężczyźnie, małżeństwie, macierzyństwie i narodzie – podkreśla wykładowca KUL.

    Znany i ceniony filozof oraz teolog z Katolickiego Uniwersytetu Lubelskiego zwrócił uwagę, że świadomość współczesnych Polaków deprawują dziś karykaturalne ideologie. Dlatego konieczna jest odważna obrona podstawowych faktów o człowieku, rodzinie i narodzie.

     Żeby ocalić prawdę o kobiecie i mężczyźnie, oraz że jedna kobieta i jeden mężczyzna tworzą związek małżeński, zaplanowany przez odwiecznego Boga-Kreatora; że oni jako rodzice współpowołują dzieci do istnienia wraz z Panem Bogiem, który stwarza każdemu człowiekowi w łonie matki odrębną, osobową podmiotową duszę i ducha – wyjaśnia ks. prof. Tadeusz Guz.

    W jego opinii jako Polacy i katolicy musimy się dzisiaj zmagać o tak podstawowe i naturalne prawdy jak człowiek – osoba, będąca podmiotem prawa.

    – Jak również o to, że istnienie rodziny, małżeństwa i nas, jako narodu polskiego to jest efekt porządku Boskiego, a nie karykaturalnych ideologii – zaznacza ks. prof. Tadeusz Guz.

    Wyraziste słowa lubelskiego duchownego i myśliciela są częścią filmu „Orędownik Polski”, poświęconemu kultowi i nieprzemijającej roli oraz misji w historii Polski św. Andrzeja Boboli. Film ten wkrótce będzie miał premierę na kanale Wydawnictwa Biały Kruk na platformie Youtube. Tam też można już znaleźć wypowiedź ks. prof. Tadeusza Guza, będącą fragmentem tej produkcji. 

    źródło: bialykruk.pl/PCh24.pl

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Kardynał Eijk: Drogą Kościoła nie jest reformizm, ale rzetelne nauczanie i godna liturgia.

    ***

    Prymas Niderlandów kard. Willem Jacobus Eijk nie sądzi, by reformizm mógł przynieść Kościołowi katolickiemu wiele dobrego. W jego ocenie przyszłość katolicyzmu leży zupełnie gdzie indziej.

    Kardynał Eijk, choć jest Holendrem, prezentuje konsekwentnie konserwatywne spojrzenie na przeszłość, teraźniejszość i przyszłość Kościoła.

    O ideach reformistycznych wyraził się krytycznie na łamach magazynu „Communio”

    To prestiżowe czasopismo założono w 1972 roku z inicjatywy Hansa Ursa von Balthasara, Józefa Ratzingera oraz Henry’ego de Lubaca. Było odpowiedzią na progresywny kurs nieco młodszego czasopisma „Concilium”, w którym publikowali wymienieni autorzy.

    Od dziesiątków lat „Communio” stanowi przestrzeń dyskusji teologicznej, która kształtuje rzeczywistość Kościoła katolickiego w epoce posoborowej. „Communio” od początku miało charakter międzynarodowy i było wydawane również w Polsce, jakkolwiek z racji na jego genezę pozostaje najważniejsze dla dyskusji teologicznej w krajach germańskich, w tym w Holandii. 

    Prymas Niderlandów udzielił niderlandzkiej edycji „Communio” obszernego wywiadu. Dziennikarze pytali go między innymi o jego ocenę reform, które chce wdrażać Kościół w RFN w ramach Drogi Synodalnej. W ocenie holenderskiego purpurata przyjęty tam kierunek jest głęboko błędny.

    – Mogą Państwo dowiedzieć się właśnie od Kościoła w Niderlandach, że jest to błąd. Ten, kto wprowadza zamieszanie, odpycha ludzi od Kościoła. W ten sposób nikogo nie uda się Państwu przyciągnąć. Chciałbym powiedzieć biskupom innych krajach: nie popełniajcie tych samych błędów, które myśmy popełnili. Kościoły są pełne w tych parafiach, w których dobrze głosi się wiarę i gdzie liturgia jest godnie sprawowana. Chodzi o to, by postawić Chrystusa w centrum. Kiedy ludzie odkrywają Chrystusa i lepiej rozumieją Pismo Święte, będą mogli lepiej zrozumieć również nauczanie Kościoła – powiedział.

    Kardynał wskazał, że niemiecka Droga Synodalna wykazuje duże podobieństwo do Synodu Duszpasterskiego Niderlandzkiej Prowincji Kościelnej, który obradował w latach 1966 – 1970. Tamten synod rozpoczął się wśród wielkiego entuzjazmu i stawiał sobie liczne reformistyczne cele, na przykład zniesienie obowiązku celibatu. Ostatecznie nic z tego nie wyszło.

    Prymas Niderlandów odrzucił też koncepcję podejmowania zróżnicowanych regionalnie i kulturowo decyzji w tak kluczowych kwestiach, jak na przykład dostęp kobiet do sakramentu święceń.

    – Słowo «synod» pochodzi od greckiego «syn», czyli razem, oraz «hodos», czyli droga. Musimy iść wspólną drogą i nie możemy oddalać się od Kościoła powszechnego. Papież podkreślił to w roku 2019 w swoim „Liście do pielgrzymującego Kościoła w Niemczech”. Jeżeli zatracimy jedność przepowiadania, Kościół utraci wiarygodność. W Niderlandach w ciągu ostatnich pięćdziesięciu lat zgromadziliśmy bardzo wiele złych doświadczeń dotyczących dwuznaczności i zamieszania. Ludzie mieli wrażenie, że Kościół sam nie wie, czego chce – wskazał.

    Hierarcha został też zapytany o niderlandzki eksperyment zbudowania społeczeństwa bez Boga. Wskazał na fundamentalne problemy, które ten eksperyment przyniósł.

    – W mojej ocenie sekularyzacja oznacza, że osoba człowieka nie stoi już w centrum, a państwo w coraz większej mierze decyduje o prawach podstawowych. Tam, gdzie wcześniej panowało przekonanie o stworzeniu człowieka na obraz Boży, co wiązało się z przysługiwaniem człowiekowi nieodwoływalnych praw, dzisiaj to państwo przejęło rolę. Przykładem na to jest legalizacja i szerokie rozpowszechnienie aborcji. Wydaje się, że życie ma coraz mniejszą wartość. Dramatycznie wzrasta liczba przypadków eutanazji – od tysiąca pięciuset w roku 1991 aż do nawet 10 000 w tym roku. Prawie 40 proc. małżeństw kończy się rozwodem, co oznacza dla rozwodników oraz ich dzieci bardzo często wielkie emocjonalne obciążenie. Próbuje się rozszerzyć badania na embrionach i tak zmienić prawodawstwo, by zezwolić dzieciom w wieku 16 lat samodzielnie zmieniać płeć w dokumentach – podkreślił.

    – Te zmiany społeczne mają dalekosiężne skutki. Nabrzmiewający indywidualizm prowadzi do osamotnienia, zwłaszcza w przypadku ludzi starszych. Również wielu ludzi młodych czuje się zdezorientowanych i cierpi na problemy psychiczne, często uwarunkowane brakiem wartości. Społeczny eksperyment ustanowienia porządku etycznego bez Boga w dłuższej perspektywie zakończy się klęską – zaznaczył kardynał Eijk.

    (Cały wywiad można przeczytać również w internetowej, niemieckojęzycznej edycji „Communio”)

    PCh24.pl/źródło: Herder.de

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Być kobietą, być kobietą. Jak Maryja

    W czym kobiecie najbardziej jest do twarzy?

    Miłość, dobroć, pokora, rozwaga to atrybuty, z którymi jest pięknie każdej kobiecie. Spędzamy godziny na pielęgnowaniu cery, włosów, paznokci, wszystko po to, byśmy były piękniejsze. No i dobrze! Dla nas samych, naszego samopoczucia, dla bliskich, dla męża naprawdę warto. Są jednak takie cechy, które czynią nas piękniejszymi i nie wymagają od nas wielu godzin spędzonych w salonach piękności.

    Miłość

    Wydaje się, że z tą sobie jeszcze radzimy. Przychodzi sama, naturalnie, wręcz instynktownie. Każda matka wie, że miłość do dziecka jest bezgraniczna i całkowicie bezinteresowna, po prostu jest. Nawet często silniejsza od nas.

    Miłość macierzyńska jest wzorem dla każdej miłości, bo w każdej prawdziwej miłości do drugiego człowieka jest ta troska, zapobiegliwość, domyślność, przeczucie serca. Miłość macierzyńska najlepiej pokazuje, że w prawdziwej miłości nie widzę siebie,  całkowicie oddaję się na potrzeby drugiego i w pełnym zaufaniu daję się porwać. Iść za tą miłością, otwierać na zmiany, przyjmować niedogodności.

    Podobnie jest z miłością tą pierwszą, świeżą, czystą – człowiek jest w stanie wtedy zrobić wiele, rzuca wszystko, daje się porwać i tylko tym żyć. Wtedy nie ma jeszcze kalkulowania, zazdrości, szukania poklasku, unoszenia się pychą i gniewem. Jest wyłącznie piękno i otwarcie na drugiego. Trzeba tylko tę miłość wziąć i przenieść przez całe życie aż do końca. Żeby nie ustała dalej trzeba wszystkiemu wierzyć, we wszystkim pokładać nadzieję i wszystko przetrzymać.

    Tak właśnie zrobiła Maryja. Tak kochała Boga. Całkowicie z pełnym zaufaniem powiedziała tak. Przyjęła tę miłość, a potem przeniosła ją przez całe życie, mimo ciężkich, najcięższych prób, we wszystkim z wiarą i nadzieją. Maryja uczy nas prawdziwej miłości do Boga.

    Możemy wyobrazić sobie tę sytuację. Jesteśmy świeżo upieczonymi narzeczonymi, napełnia nas szczęście i wizja pięknej przyszłości, spełnienia marzeń o mężu, dzieciach, rodzinie. Nagle dowiadujemy się, że mamy z tego wszystkiego zrezygnować, zaryzykować zmianę w imię wiary i miłości. Ciekawe, która z nas powiedziałaby oto ja służebnica, tak wchodzę w to, chcę, choć całe moje życie legnie w gruzach, będzie wręcz zagrożone, wchodzę w to. Można to ocenić jako naiwność. Ale taka ma być miłość. Ta prawdziwa. Bez kalkulacji i szukania fałszywych korzyści. Tak właśnie Boga kochała Maryja.

    Tylko taka miłość sprawia, że piękniejemy w oczach.

    Czy potrafimy kochać jak Maryja? Czy potrafimy na miłości do Boga zbudować miłość do drugiego człowieka? Czy nasza dusza tak wielbi Pana, że aż raduje się Duch nasz? Czy potrafimy dać bliskim Boga, dać Jezusa jak Maryja?

    Może warto poświęcić chociaż jeden wielkopostny wieczór na to, by pogawędzić z Maryją, poopowiadać jej jak to jest u nas, czy nasza miłość czyni nas błogosławionymi między niewiastami. Zastanowić się jak Ona to robiła, że tak kochała…

    Dobroć

    Staramy się być dobre. Chętnie bierzemy udział w różnych akcjach dobroczynnych, wspieramy fundacje, angażujemy się w różne ruchy, by wesprzeć innych: modlitwą, swoim czasem, może finansowo. Zabiegamy, by robić dla innych coś dobrego, ale jak daleko nam do tej dobroci zwykłej, codziennej, takiej powszedniej, bez zbędnych uniesień i litościwych odruchów serca. Być dobrym na co dzień, okazuje się, naprawdę trudnym zadaniem.

    Pewna pani doktor pediatra, która najczulej na świecie zajmuje się swoimi małymi pacjentami (jest dobra, serdeczna, miła), opowiadała, że w momencie gdy siada za kierownicę samochodu, staje się innym człowiekiem. Coś się zmienia, coś przestawia. Nie potrafi być dobra, cierpliwa, zaczyna trąbić, rzucać wyzwiska na innych kierowców a nawet pokazywać brzydkie gesty. Dlaczego? Dlaczego ktoś kto jest dobry i czuły w swojej pracy w sytuacji, gdzie potrzebne jest współczucie i miłosierdzie, nie potrafi okazać tych uczuć na co dzień? Dlaczego brakuje nam cierpliwości, by być dobrym dla innych?

    Często jest tak, że im nam się lepiej powodzi, im więcej dobrego wokół nas dzieje, tym mniej myślimy o innych. „Wskakujemy” na jakiś poziom pozycji społecznej, który sprawia, że czujemy się lepsi. I to jakoś tak poza nami, poza naszą kontrolą. Jesteśmy ważniejsi i już. Brakuje nam zwykłej ludzkiej dobroci i takiego codziennego zainteresowania się drugimi, po prostu bycia miłym i serdecznym.

    Dlaczego nie potrafimy cieszyć radością innych? Koleżanka dostała w pracy awans i zdecydowanie lepsze wynagrodzenie. Kupiła samochód i bardzo się cieszyła. Przestała jednak po kilku dniach jeździć samochodem do pracy, ponieważ inne koleżanki przestały się do niej odzywać, odtąd nie miały już o niej najlepszego zdania.

    Dlaczego mamy taki problem z okazywaniem zwykłej dobroci?

    Maryja była dobra. Tak naprawdę. W sytuacji gdy dowiedziała się, że jest najlepsza, że właśnie Bóg wywyższył jej pokorę, uczynił jej wielkie rzeczy, nie stała się zadufana w sobie. Pierwsza rzecz, jaka przyszła jej do głowy, to podzielenie się swoją radością z krewną Elżbietą oraz radość z tego szczęścia, które spotkało Elżbietę. Bez zawiści, bez kalkulowania, że no fajnie, że tak mi dobrze, ale może Ona ma lepiej. Bez zastanawiania się, jak jej to powiedzieć, żeby mnie doceniła, żeby czuła, że tak mi się w życiu poszczęściło. Dobroć w najczystszej postaci. Myślenie o drugim człowieku w jego szczęściu i radość z tego szczęścia.

    Nam łatwiej przychodzi współczuć bliźniemu, gdy jest nieszczęśliwy, gdy spotka go jakaś bieda. Wtedy tak, wtedy często sprawdzamy się, jesteśmy blisko, powtarzamy sobie przysłowie, że prawdziwych przyjaciół poznaje się w biedzie. No a co jeśli nasz przyjaciel się wzbogaci, jeśli dobrze mu się wiedzie? Czy stać nas na to, żeby iść do niego daleko przez góry i powiedzieć: to dla mnie naprawdę wielka radość, że tak Ci się w życiu poszczęściło?

    Jak daleko nam do takiej dobroci? Jak być dobrą jak Maryja?

    Pokora

    Z  tą nam chyba najtrudniej – te mocne, współczesne kobiety, ta moda na niepokorne – słowo które staje się synonimem atrakcyjne.

    Warto sobie wyobrazić, co byłoby gdyby Maryja swoją siłę i odwagę pomyliła z naszą współczesną niepokornością i powiedziała nie. Tak z czystej przekory, by się „nie naginać”, nie dopasowywać, nie będzie jej nikt kazał.

    Czy współczesne biznes women są na tyle silne, by umiały być pokorne jak Maryja?

    My często dajemy się porwać pokusie „szukania sprawiedliwości”, nade wszystko, zapominając o innych. W trosce o to, byśmy nie były nazwane „frajerkami”, pozostajemy asertywne do granic możliwości. Do udowodnienia naszym mężom, współpracownikom, szefom, że posiadamy tę wysoko cenioną współcześnie „kompetencję”. Nasze aplikacje do pracy, profile zawodowe, wymagane cechy, rozmowy kwalifikacyjne czynią z nas kogoś zupełnie innego niż jesteśmy.

    A pokora, to taka piękna cecha, która dodaje kobiecie powabu i urody. Jeśli jest szczera i mądrze „zarządzana”, tzn. wypływa z głębi serca, może okazać się najlepszą kompetencją, nie tylko dla najbliższej rodziny, ale też w wymarzonej pracy i karierze zawodowej.

    Coraz częściej na rozmowach kwalifikacyjnych – szczególnie do dużych korporacji  – nie  zadaje się pytań o dyspozycyjność, asertywność i szalone pasje, lecz o trzy najważniejsze wartości w życiu i co jest dla nas takim prawdziwym sukcesem, z czego jesteśmy najbardziej dumni.

    Kolega został zatrudniony dlatego, że powiedział prawdę, wymienił w kolejności trzy wartości, którymi się w życiu kieruje: Bóg, Rodzina, Ojczyzna.

    Koleżankę zatrudniono, ponieważ powiedziała, że największym sukcesem w jej życiu jest rodzina i prawdziwa miłość.

    To tak jak Maryja, została wybrana nie dlatego, że wyróżniała się zarozumiałością, bezczelnością i asertywnością ale dlatego, że była piękna w swojej sile pokory. To dlatego zaczęły błogosławić ją wszystkie pokolenia, bo miała tyle siły i dystansu do siebie, że wolała być uniżoną służebnicą niż pysznić się i dać strącić z prawdziwego tronu.

    Prawdziwa nasza siła kryje się w pokorze.

    Czy potrafimy być pokorne? Czy staramy się w ogóle kiedykolwiek dobiec do pokory Maryi, uczyć się od niej tej znakomitej kompetencji? Może właśnie z taką cechą staniemy się bezkonkurencyjne na rynku pracy?

    Rozwaga

    Przyda się, aby zapanować nad wszystkimi pozostałymi atrybutami naszej urody.

    Ciężko o lepszy przykład rozwagi, niż przykład Maryi. W sytuacji w jakiej się znalazła, niejedna z nas wpadłaby w panikę, histerię, straciła przytomność lub przeciwnie – wpadłybyśmy w zachwyt, ekstazę, poczucie sławy.

    Maryja nie pozostała wolna od lęku, ale też nie popadła w jakieś skrajne emocje. Jak na bystrą i inteligentną kobietę przystało, gdy znalazła się w trudnym położeniu, zaczęła rozważać.

    My teraz nazywamy to planowaniem, zarządzaniem ryzykiem, zarządzaniem zmianą. Wszystkim i wszystkimi staramy się zarządzać. Maryja nie musiała mieć certyfikatu PMP, żeby zachować spokój w ekstremalnej dla siebie sytuacji. My coraz mniej słuchamy, bo mamy już ułożony w głowie plan, postawione cele i często wszystko do tego planu staramy się dopasować.

    Trudne sytuacje, które nas wytrącają rosną tym samym do rangi życiowych problemów nie do rozwiązania. Jan Paweł II nazywał to pokusą beznadziei. Ta pokusa sprawia, że w przypadku najmniejszego zachwiania naszych wyobrażeń o życiu nie radzimy sobie, wpadamy w stany depresyjne, szukamy pomocy u specjalistów… a często wystarczy chwila namysłu, rozważenia sytuacji. Dzisiaj nazywamy to analizą SWOT.

    Maryja po prostu wykonała taką analizę. Cały klucz jednak polega na tym, aby ustawienie mocnych i słabych stron, szans i zagrożeń wypływało z głębi naszego serca. Serca rozumianego nie jako zagłębie chimerycznych emocji, ale jako centrum sumienia, rozumu i woli. Bez zbędnych definicji Maryja rozważyła szybko wszystko w swoim sercu. Nie skupiała się na nieistotnych szczegółach, tak jak my teraz często mamy w zwyczaju. Nie zastanawiała się, jak wygląda anioł, jak wszedł, jaki ma głos, co w ogóle się dzieje. Maryja słuchała co On mówi, co znaczą jego słowa. Rozważała je i reagowała błyskawicznie, żeby poznać całą sytuację, zadała pytania istotne dla Sprawy, konkretne: jak to się stanie?

    Gdybyśmy my tak jak Maryja nie skupiały się na szczegółach, ale w każdej, nawet najtrudniejszej sytuacji umiały rozważyć to, co jest kluczowe dla sprawy zamiast zabiegać o drobiazgi, nieważne szczegóły. Gdybyśmy przestały się zamartwiać o to co nieistotne, może weszłybyśmy wtedy na drogę Maryi i zaczęły nią podążać rozważnie i w dobrym kierunku. Może wtedy tak jak Ona, rozważając wszystko w bojaźni Bożej, poczułybyśmy moc Jego ramienia.

    Warto wejść na drogę Maryi, warto mieć w sobie tę radość, mądrość, siłę i entuzjazm. Może wtedy uda się nam ustawić wszystkie wartości na swoim miejscu.

    Tak jak zrobiła to Ona, tak jak zrobiła Maryja!

    Aneta Liberacka/Stacja7.pl

    ______________________________________________________________________________________________________________

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Czy istnieje jedna prawdziwa religia?

    Czy istnieje jedna prawdziwa religia?

    godongphoto / Shutterstock

    ***

    Jeśli nie traktujemy kwestii prawdy w religii lekceważąco, jeśli nie zakładamy, że wszystkie religie są dobre (co oznaczałoby, że ich treść nie jest istotna), którąś musimy uznać za skuteczną – czyli taką, która doprowadza do Boga.

    Od czasu do czasu powraca dyskusja na temat tego, czy do Boga prowadzą wszystkie religie, czy może któraś z nich jest uprzywilejowana. Przyjrzyjmy się, co na ten temat mówi Kościół katolicki.

    Bóg na szczycie góry

    Można czasem usłyszeć, że wszystkie religie tak czy inaczej prowadzą do Boga. Wielu ludzi mówi, że Bóg jest wierzchołkiem góry, na którą można wejść z różnych stron. Niektórzy porównują religie do różnych języków, które w rozmaity sposób mówią na ten sam temat.

    Obie te metafory mają swoje lepsze i gorsze strony. Spójrzmy na te słabsze. Pierwsza ignoruje fakt, że człowiek nie może sam wspiąć się do Boga. To Jego łaska nas przyciąga, nawet jeśli nosimy w sobie wielkie pragnienie bycia blisko Stwórcy.

    Co więcej, z powodu upadku Adama i Ewy obciąża nas skłonność do grzechu. Każdy z nas je popełnia, a zatem potrzebujemy kogoś, kto mógłby wykupić nasze dusze z ich niewoli. Sami nie posiadamy odpowiednich środków, by to zrobić, dlatego nigdy nie dojdziemy na ten szczyt, którego wierzchołkiem jest Pan Bóg.

    Religia ukryta w wielu językach

    Metafora wielu języków także wydaje się atrakcyjna. Łatwo jest nam pomyśleć, że w różnych kulturach ludzie nauczyli się po prostu inaczej mówić o Panu Bogu. Miałoby to sens, gdyby w każdym języku mówione było to samo. Jednak każdy z nas dobrze wie, że religie mówią bardzo różne rzeczy, co innego uznają za przedmiot wiary, dają inne wskazania moralne.

    Religie mówią bardzo różne rzeczy, co innego uznają za przedmiot wiary, dają inne wskazania moralne

    Są religie całkowicie mitologiczne (hinduizm), są też religie, które łączą opowieści mitologiczne z wydarzeniami historycznymi (buddyzm). Istnieją religie filozoficzne (konfucjanizm), aż wreszcie mamy religie historyczne (chrześcijaństwo i islam).

    Prawdziwa religia?

    Jeśli nie traktujemy kwestii prawdy w religii lekceważąco, jeśli nie zakładamy, że wszystkie religie są dobre (co oznaczałoby, że ich treść nie jest istotna), którąś musimy uznać za skuteczną – czyli taką która doprowadza do Boga.

    Kościół katolicki wierzy, że upadek pierwszych ludzi i potrzeba zbawienia nie jest tylko przypowieścią, ale opisem rzeczywistości dotykającej ludzi. Wierzy również, że pojawił się jeden człowiek, będący jednocześnie Synem Boga, który podjął się misji zbawczej ludzkości. Był nim Jezus Chrystus.

    Ojcowie Kościoła epoki starożytnej, ale także późniejsi pisarze średniowieczni i nowożytni nie mieli wątpliwości, że tylko chrześcijaństwo jest religią prawdziwą. Dziś można czasem usłyszeć, że Sobór Watykański II zmienił tę naukę. Jednak i ostatni sobór powszechny nauczał na temat “jedynej prawdziwej religii i katolickiego Kościoła Chrystusowego”. Nic się w tej sprawie nie zmieniło.

    Ojcowie Kościoła epoki starożytnej, ale także późniejsi pisarze średniowieczni i nowożytni nie mieli wątpliwości, że tylko chrześcijaństwo jest religią prawdziwą.

    Jan Paweł II mówi

    Ważnym współczesnym wykładem katolickiej nauki o jedyności zbawczej misji Jezusa Chrystusa i Kościoła była encyklika Jana Pawła II Redemptoris missio. Polski papież pisał tam m. in.:

    Chrystus jest jedynym pośrednikiem między Bogiem a ludźmi […] Ludzie zatem mogą wejść w komunię z Bogiem wyłącznie za pośrednictwem Chrystusa, pod działaniem Ducha”. Ewentualne „inne pośrednictwa […] czerpią znaczenie i wartość wyłącznie z pośrednictwa Chrystusa i nie można ich pojmować jako równoległe i uzupełniające się

    W innym miejscu tej samej encykliki papież tłumaczył:

    Fakt, że wyznawcy innych religii mogą otrzymać łaskę Bożą i zostać zbawieni przez Chrystusa niezależnie od środków zwyczajnych, jakie On ustanowił, nie przekreśla bynajmniej wezwania do wiary i chrztu, których Bóg pragnie dla wszystkich ludów.

    Prawdziwa religia zobowiązuje

    Znajomość orędzia prawdziwej religii sprawia, że człowiek zaciąga zobowiązanie do jej wyznawania, które nie może być już realizowane w innej wierze. Nie jest już także moralnie możliwy i dopuszczalny synkretyzm czy wybiórcze uznawanie prawd wiary.

    Często jednak sami chrześcijanie dorzucają do swojego życia niechrześcijańskie zabobony – wróżenie, horoskopy, tarota, elementy buddyzmu, new age, czy nowych form religijności, jak reiki czy mindfulness. Synkretyzm religijny ma różne oblicza.

    To, co chrześcijanie powinni mieć dla wyznawców innych religii, to pewność, że Chrystus daje najpewniejszą drogę do Boga i wiecznej szczęśliwości zbawionych, a także dobrego życia doczesnego.

    Chrystus daje najpewniejszą drogę do Boga i wiecznej szczęśliwości zbawionych, a także dobrego życia doczesnego.

    Dominus Iesus

    W deklaracji Dominus Iesus przygotowanej w roku 2000 przez kard. Josepha Ratzingera i podpisanej przez Jana Pawła II czytamy:

    Należy […] stanowczo wyznawać jako prawdę wiary katolickiej, że powszechna wola zbawcza Boga Trójjedynego została ofiarowana i spełniona raz na zawsze w tajemnicy wcielenia, śmierci i zmartwychwstania Syna Bożego.

    Autor deklaracji dodaje:

    W powiązaniu z jedynością i powszechnością zbawczego pośrednictwa Jezusa Chrystusa należy stanowczo wyznawać jako prawdę wiary katolickiej jedyność założonego przezeń Kościoła. Tak jak jest jeden Chrystus, istnieje tylko jedno Jego Ciało, jedna Jego Oblubienica: “jeden Kościół katolicki i apostolski”.

    W innych punktach deklaracji Jan Paweł II i kard. Ratzinger przypominają, że istnieje wyłączna ciągłość historyczna pomiędzy Jezusem a Kościołem, a sam Kościół jest konieczny do zbawienia.

    Odwaga w czasach relatywizmu

    W czasach powszechnego relatywizmy, który w szczególny sposób dotyka religii, często trudno jest głosić te prawy wobec innych. A jednak jesteśmy do tego zobowiązani. Z delikatnością, znajdując słowa, które raczej zachęcają do poszukiwania prawdy niż od niej – nieraz w sposób trwały – odepchną.

    Tomasz Rowiński/Aleteia.pl

    ______________________________________________________________________________________________________________

    “Jej oczy płonęły intensywnym żarem”.

    Zmarła Alice von Hildebrand, filozof, krytyk moralnego relatywizmu

    Public-Domain

    ***

    Była uchodźczynią z Europy i dożywotnią wielbicielką Dietricha von Hildebranda. Sławę zyskała jako niestrudzona orędowniczka Prawdy.

    Alice von Hildebrand, katolicka filozof, zmarła w swoim domu w New Rochelle w stanie Nowy Jork w piątek (14.01) rano. Miała 98 lat. Jako wykładowczyni poświęciła swe życie rozwijaniu myśli zmarłego męża, filozofa Dietricha von Hildebranda.

    Von Hildebrand urodziła się jako Alice Jourdain 11 lutego 1923 r. w Brukseli. Była studentką, a później bliską współpracowniczką Dietricha von Hildebranda na Uniwersytecie FordhamW 1959 r., dwa lata po śmierci jego pierwszej żony, Alice i Dietrich pobrali się.

    Podzielamy wszystkie te same pasje. Szekspir, sztuka, muzyka, Dante, Włochy. Kiedy jesteśmy szczególnie szczęśliwi, mówimy po włosku – powiedziała niegdyś Alice.

    Osiedlili się w New Rochelle, na północnych przedmieściach Nowego Jorku. Dietrich von Hildebrand zmarł tam w 1977 roku. Para nie miała dzieci.

    Zarówno Alice, jak i Dietrich byli uchodźcami z rozdartej wojną EuropyDramatyczna historia ucieczki Dietricha z nazistowskich Niemiec, gdzie usiłowano uciszyć go za jego ostrą krytykę Adolfa Hitlera, została przez Alice opowiedziana w napisanej przez nią w 2000 r. biografii męża pt. Dusza lwa. Dietrich von Hildebrand.

    Przerwana idylla

    Język francuski był ojczystym językiem dorastającej w Belgii Alice Jourdain. W wieku 11 lat, studiując XVII-wieczną literaturę francuską, odkryła Blaise’a Pascala. Jego Myśli przytłoczyły ją, zwłaszcza pięknem stylu. [Pascal] obudził we mnie głębokie zainteresowania filozoficzneZacząłem zapamiętywać wiele jego najpiękniejszych myśli i przypominam sobie, że recytowałem je w kółko, chodząc wzdłuż belgijskiego wybrzeża, gdzie moi rodzice mieli letni dom – wspominała później.

    To sielankowe życie zostało brutalnie przerwane przez niemiecką inwazję w maju 1940 roku. W wieku 17 lat Jourdain popłynęła do Stanów Zjednoczonych. Po drodze niemiecki U-Boot zagroził jej statkowi zatopieniem. Na szczęście okręt podwodny został odwołany przez dowódców, ale tamto zdarzenie wzbudziło w Alice refleksje dotyczące wieczności.

    Spotkanie przemieniające życie

    Podczas studiów w Manhattanville College w Nowym Jorku młoda kobieta usłyszała wykład Dietricha von Hildebranda pt. “Przemienienie w Chrystusie”. Taki tytuł nosi też jedna z jego najbardziej znanych książek. Alice była pod takim wrażeniem erudycji i jasności myśli Dietricha, że zapisała się na jego wykłady w Fordham. Tam też w 1949 r. uzyskała doktorat.

    Trudno było jej jednak zdobyć etat wykładowczyni, nawet w katolickich koledżach, które odmawiały zatrudniania kobiet na posadach wykładowców filozofii. Zatrudniona ostatecznie w Hunter College, będącym częścią City University of New York, Alice została pierwszą kobietą wykładającą tam filozofię. Po raz pierwszy znalazła się także w otoczeniu niekatolickim. Alice wspominała później, że ​​jej oddanie obiektywnej prawdzie wzbudzało wstręt wśród profesorów, którzy przyjmowali postawy materialistyczne, liberalne i komunizujące. Odpowiadając na sugestię rektora uczelni, katolika George’a N. Shustera, że ​​byłaby szczęśliwsza w instytucji katolickiej, Alice odpowiedziała, że ​​jej zdaniem ważne jest, aby katolik był obecny na świeckim uniwersytecie.

    W ciągu jej 37-letniej pracy na uczelni wielu studentów Alice von Hildebrand — nawet ateistów — nawróciło się na katolicyzm. Nie dlatego, że ona ich nawracała, ale dlatego, że na swoich wykładach uparcie podkreślała, że istnieje coś takiego jak obiektywna prawda, którą można poznać. Alice i Dietrich stali się nawet rodzicami chrzestnymi kilkorga ze swoich słuchaczy.

    Kluczowym pytaniem w nauczaniu filozofii jest to, czy istnieje obiektywna prawda i czy ludzki umysł może ją znaleźć – powiedziała w 1996 r. w wywiadzie dla gazety prowadzonej przez nowojorską archidiecezję. Relatywizm i subiektywizm blokują drogę do Boga, który jest samą prawdą… W momencie gdy rozpoznajesz, że istnieje obiektywna prawda, niezależna od ludzkiego umysłu, szukasz jej i – jeśli jesteś w tym uczciwy – odnajdujesz Boga – tłumaczyła.

    Wielu moich słuchaczy rozpoczynało studia przeżywając niesamowite przygnębienieŻycie nie miało dla nich sensu… Nagle ktoś powiedział im, że życie ma sens, że istnieje coś pięknego i wartościowego. Każdego roku cieszyłem się, gdy widziałam, że moi studenci przychodzą do Kościoła – powiedziała Alice von Hildebrand w tym samym wywiadzie.

    Pomimo ciągłego sprzeciwu wobec jej filozofii ze strony kolegów z wydziału, po przejściu na emeryturę w 1984 r. filozof otrzymała prestiżową Nagrodę Prezydenta za Doskonałość w Nauczaniu (President’s Award for Excellence in Teaching). Wręczyła ją Donna Shalali, późniejsza Sekretarz Zdrowia i Opieki Społecznej w gabinecie Billa Clintona.

    Jej zajęcia mnie zmieniły. Była bardzo dynamicznym mówcą… Jej oczy płonęły intensywnym żarem. Odnosiło się wyraźne wrażenie, że przez cały czas zajęć rozmawia bezpośrednio z tobą – powiedział w wywiadzie z 1996 r. były student Alice, Gary Fuchs.

    Podobnie jak w przypadku innych studentów, zetknięcie z kobietą odmieniło życie Fuchsa, który do tej pory nie znalazł na studiach niczego, co karmiłoby jego duszę. Fuchs zastanawiał się nad istnieniem Boga, a wykład Alice von Hildebrand pt. “Wprowadzenie do filozofii religii” (taki tytuł nosi również jedna z jej książek) stanowił odpowiedź na jego pytania. Profesor nigdy nie wygłaszała kazań, badała jedynie istotę religii – wspominał mężczyzna. Dzięki jej wykładom i własnym poszukiwaniom Gary zdał sobie sprawę, że katolicyzm jest „natchniony przez Boga”. I sam został katolikiem. 

    Alice von Hildebrand – niestrudzona propagatorka filozofii

    Alice von Hildebrand propagowała myśl męża również m.in. poprzez częste występy w katolickiej telewizji EWTN. Napisała także kilka książek popularyzujących katolickie nauczanie i filozofię. Wśród nich m.in. By Love Refined: Letters to a Young Bride (znaną pod polskim tytułem Jak kochać po ślubie?), wydaną w formie serii listów doradzających świeżo poślubionej kobiecie. W 1989 r. Jan Paweł II listownie podziękował Alice von Hildebrand za tę książkę. Niech Pan obdarzy ją sukcesem, na jaki ta publikacja zasługuje, ponieważ poruszasz w niej najważniejszy i zagrożony obszar zagadnień – napisał Ojciec Święty.

    By Grief Refined: Letters to a Widow (w Polsce jako: Uszlachetnione cierpieniem. Listy do wdowy), napisane w ten sam epistolarny sposób, przedstawiają zaś rady od kobiety, która przed laty straciła męża, do tej, która zmaga się ze świeżą stratą. Alice napisała tę książkę specjalnie dla swojej bliskiej przyjaciółki, Madeleine Stebbins, po śmierci jej męża, H. Lymana Stebbinsa, założyciela Catholics United for the FaithMadeleine Stebbins zmarła w ubiegłym roku.

    Alice von Hildebrand napisała także kilka prac wraz ze swoim mężem Dietrichem. Najbardziej znana z nich to Sztuka życia (oryg. Art of living).

    Jej własna autobiografia, Memoirs of a Happy Failure (Wspomnienia szczęśliwej porażki) opowiada o ucieczce z nazistowskiej Europy i karierze nauczycielskiej w Hunter College. Alice napisała również Przywilej bycia kobietą, gdzie podkreśla rolę Najświętszej Maryi Panny we wcieleniu, wskazując na prawdziwy przywilej bycia kobietą. Dziewictwo i macierzyństwo spotykają się w Maryi, która przejawia kobiece dary czystości, podatność na słowo Boże i życiodajną opiekę na najwyższym poziomie – czytamy w opisie. 

    Mężczyzna i kobieta: Boski wynalazek kontyunował zawartą w Przywileju… myśl, poszerzając dyskusję o refleksję nad pełnią ludzkiej natury, zawierającą się w związku między mężczyzną a kobietą.

    Życie i wystąpienia publiczne Alice nie były oczywiście pozbawione kontrowersji. W 2009 roku wywołała lawinę komentarzy, gdy skrytykowała wywiad telewizyjny z Christopherem Westem, wybitnym propagatorem teologii ciała Jana Pawła II. Krytykowała Westa jako lekceważącego i nieczułego wobec „ogromnych niebezpieczeństw” pożądliwości. W wywiadzie dla telewizji ABC wezwał on katolików do dokończenia „tego, co rozpoczęła rewolucja seksualna”. Opisał także „bardzo głębokie” historyczne powiązania pomiędzy Hugh Hefnerem, założycielem “Playboya”, a papieżem Janem Pawłem II. Sam West stwierdził później, że stacja telewizyjna nadała jego słowom sensacyjny wydźwięk.

    Podejście Westa sprawia, że ​​zapominamy, że ​​seks jest ekstremalnym niebezpieczeństwem. Chociaż seks może być uświęcony, to uświęcenie oznacza pokorę, ducha czci i całkowite unikanie wulgarności, której West używa w swoim języku – powiedziała von Hildebrand w wywiadzie dla Catholic News Agency.

    Jestem zszokowana i przerażona słowami, których używa. Jego samo wspomnienie o Hugh Hefnerze jest dla mnie obrzydliwością – dodała Alice.

    W 2004 r. Alice von Hildebrand połączyła siły z kilkoma byłymi studentami męża, powołując do życia Dietrich von Hildebrand Legacy Project, instytut pielęgnujący spuściznę wybitnego filozofa.

    Ci, którzy znali Alice, często słyszeli jak mówiła, że ​​knot jej świecy staje się coraz krótszy. W rzeczywistości pragnęła śmierciPragnęła ujrzeć oblicze Naszego Pana, w końcu zjednoczyć się ze swoim mężem Dietrichem, rodzicami, najdroższą przyjaciółką Madeleine Stebbins. Pragnęła tego z pokojem, którego źródłem może być jedynie głęboka wiara – powiedział John Henry Crosby, założyciel i prezes Legacy Project. To właśnie Crosby podał informację o śmierci von Hildebrand.

    Doceniona przez papieża

    Aby uczcić jej 90. urodziny, w 2013 r. papież Franciszek nadał Alicji von Hildebrand Krzyż Wielki Orderu Świętego Grzegorza WielkiegoKard. Raymond Burke, ówczesny prefekt Sygnatury Apostolskiej, wręczył go kobiecie podczas kolacji w Nowym Jorku w październiku tego samego roku. 

    [Alice Von Hildebrand] niestrudzenie daje świadectwo prawdzie wiary poprzez swoją życiową postawę oraz to, co głosi i o czym pisze. Tak wielu uczniów przyprowadziła ona do Chrystusa, pomagając im w przyjęciu wiary w Tego, który jest naszym jedynym zbawieniem. Naprawdę kochała swoich uczniów i dlatego chciała, aby poznali prawdę i jej żywe źródło w Bogu – powiedział wówczas kard. Burke.

    W swoim wystąpieniu Alice von Hildebrand zastanawiała się nad wpływem, jaki jej mąż wywarł na jej życieJego podejście pokazało, że filozofia nie jest abstrakcyjną dyscypliną – podkreśliła wówczas. Filozofia to życie. Obejmuje ona moje serce, moją inteligencję i moją wolę, a zatem otwiera perspektywę wielkości i piękna, której większość z nas nie jest świadoma. (…) Dietrich pokazał mi, że to, co nazywamy filozofią chrześcijańską, nie jest abstrakcją, jest po prostu rozumem ochrzczonym przez wiarę – rozwijała.

    Wieczór obejmował również odczytanie listu od kard. Christopha Schönborna z Wiednia, dziękującego von Hildebrand za „wszystko, co zrobiła dla Kościoła i społeczeństwa”.

    W Lady Alice Kościół posiada córkę, szczególnie uzdolnioną w nauczaniu i słowie pisanymJest ona zawsze gotowa bronić prawdy, którą odnajduje w Jezusie Chrystusie, naszyn Zbawicielu – napisał kard. Schönborn.

    John Burger/Aleteia.pl

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Filozofia jak piękna, mądra kobieta?

    Coś w tym jest…

    KOBIETA

    Africa Studio | Shutterstock

    ***

    Wygląda na to, że filozofowie doceniali przedstawicielki płci pięknej, nawet jeśli w samej swojej myśli nie poświęcali im dużo uwagi.

    Na przełomie V i VI wieku żył Boecjusz, którego życie przypadło na ostatnie lata Imperium Rzymskiego. Był wybitnym myślicielem, filozofem i teologiem, dlatego określa się go mianem „ostatniego Rzymianina” i „pierwszego scholastyka”. W swoim dziele „O pocieszeniu, jakie daje filozofia” opisał tę ostatnią jako piękną kobietę. Znamienne, że także w Biblii mądrość przedstawiana jest podobnie. A przecież filozofia to umiłowanie mądrości…

    Boecjusz pochodził z wpływowej senatorskiej rodziny Anicjuszów. Dziadek Boecjusza był prefektem Rzymu. Po śmierci ojca Boecjusz został adoptowany przez Kwintusa Memmiusza Symmachusa, prefekta Rzymu. Boecjusz zrobił wielką karierę na dworze królewskim Teodoryka. Został wpierw patrycjuszem, a potem konsulem. Na skutek dworskich intryg został aresztowany.

    Później był prawdopodobnie torturowany, a potem stracony. Czekając na egzekucję, napisał słynne dzieło „O pocieszeniu, jakie daje filozofia”. Zgodnie z tytułem, książka ta miała być zachętą do studiowania filozofii, w której jako jedynej Boecjusz szukał pocieszenia. Nie znaczy to, że Boecjusz był niewierzący. To on skonstruował system nazwany scholastyką, łączący rozum i wiarę. Filozofia była dla niego środkiem do zrozumienia Bożej Opatrzności i pogodzenia się z jej wyrokami.

    Boecjusz opisuje pewną niewiastę, która pociesza go, wyjaśnia mu, jakie znaczenie ma jego trudny los w planach Bożej Opatrzności i przegania muzy, które oskarża o to, że sztuka, którą reprezentują, jedynie miesza mu w głowie. W końcu okazuje się, że kobieta ta ma na imię „Filozofia”, którą zresztą symbolizuje. Boecjusz pisze o niej: „U wezgłowia stanęła postać niewiasty, o wielce czcigodnym obliczu, oczach gorejących i ponad zwyczajną u ludzi miarę bystro patrzących, o świeżym życia kolorze i niewygasłej sile żywotnej, jakkolwiek była już w tak podeszłym wieku, że w żaden sposób nie można było jej było uważać za nam współczesną”.

    Kobieta ta raz ma zwyczajny wzrost, raz jest niesamowicie wysoka. Nosi piękną suknię, którą sama wykonała z niezniszczalnej materii. Na skraju sukni ma wyszyte greckie litery. W prawej ręce trzyma księgę, a w lewej berło, które oznaczają wiedzę i władzę. Co ciekawe, Boecjusz pisze o tym, że suknia tej kobiety jest już poszarzała, a nawet podarta przez gwałtowników. Tym samym sugeruje, że nie wszyscy ją szanują i potrafią się do niej właściwie odnosić.

    W Biblii, w Księdze Mądrości, odnajdujemy z kolei personifikację mądrości. Czytamy w niej: „Bóg bowiem miłuje tylko tego, kto przebywa z Mądrością. Bo ona piękniejsza niż słońce i wszelki gwiazdozbiór. Porównana ze światłością – uzyska pierwszeństwo, po tamtej bowiem nastaje noc, a Mądrości zło nie przemoże” (Mdr 7,28-30).

    Natchniony autor, mędrzec, kocha ją i podziwia: „Ją to pokochałem, jej od młodości szukałem: pragnąłem ją sobie wziąć za oblubienicę i stałem się miłośnikiem jej piękna. Sławi ona swe szlachetne pochodzenie, gdyż obcuje z Bogiem i miłuje ją Władca wszechrzeczy, bo jest wtajemniczona w wiedzę Boga i w Jego dziełach dokonuje wyboru” (Mdr 8,2-4).

    Niektórzy mogą powiedzieć, że skoro filozofią zajmowali się przez wieki głównie mężczyźni, to stąd łatwo im było przedstawiać ją i samą mądrość jako kobietę. Można jednak i tak zastanawiać się, dlaczego utożsamiali ją z kobietą. Wygląda na to, że doceniali przedstawicielki płci pięknej, nawet jeśli w samej swojej myśli nie poświęcali im dużo uwagi.

    Znamienne, że w chrześcijańskiej tradycji najmądrzejszym człowiekiem na ziemi, poza Jezusem Chrystusem, Bogiem-człowiekiem, jest Maryja. W litanii określamy ją nawet mianem „Stolicy mądrości”, aby podkreślić jej głębokie zrozumienie spraw Bożych. Co istotne, Maryja nie była filozofem, nie stworzyła żadnego systemu, ale potrafiła rozpoznać dobro i wybrać je. Tym zaś jest właśnie mądrość: nie teoretyzowaniem, ale umiejętnością dostrzeżenia tego, co służy nam i innym oraz wprowadzania tego w życie.

    Michał Krajski /Aleteia.pl

    ______________________________________________________________________________________________________________

  • Ogłoszenia – wrzesień 2024

    ______________________________________________________________________________________________________________

    KOŚCIÓŁ ŚW. PIOTRA

    PARTICK, 46 HYNDLAND STREET, Glasgow, G11 5PS

    Niedziela 13/12 Msza św. g. 14:00 kościół św. Piotra (St Peters) Glasgow

     

    _________________________________________________________________________________

    W KAŻDY PIĄTEK JEST ADORACJA PRZED NAJŚWIĘTSZYM SAKRAMNTEM OD GODZ. 18.00

    W CZASIE ADORACJI JEST MOŻLIWOŚĆ SPOWIEDZI ŚWIĘTEJ.

    MSZA ŚWIĘTA WYNAGRADZAJĄCA ZA GRZECHY NASZE I CAŁEGO ŚWIATA

    ODPRAWIANA JEST O GODZ. 19.00

    W trzeci piątek miesiąca sprzątamy kościół św. Piotra od godz. 17-tej. Chętni bardzo mile widziani.

    _______________________________________

    W KAŻDĄ SOBOTĘ O GODZ. 18.00 JEST MSZA ŚWIĘTA WIGILIJNA Z NIEDZIELI

    MOŻLIWOŚĆ SPOWIEDZI ŚWIĘTEJ JEST PRZED MSZĄ ŚWIĘTĄ OD GODZ. 17.30

    ***

    W PIERWSZE SOBOTY MIESIĄCA PO MSZY ŚWIĘTEJ JEST NABOŻEŃSTWO PIĘCIU SOBÓB WYNAGRADZAJĄCYCH ZA ZNIEWAGI I BLUŹNIERSTWA PRZECIWKO NAJŚWIĘTSZEJ MARYI PANNY.

    ***

    W DRUGIE SOBOTY MIESIĄCA PO MSZY ŚWIĘTEJ MODLIMY SIĘ KORONKĄ DO SERCA BOLEŚCIWEJ MATKI – SERCA PRZEBITEGO SIEDMIOMA MIECZAMI.

    ***

    W TRZECIE SOBOTY MIESIĄCA PO MSZY ŚWIĘTEJ MODLIMY SIĘ NA RÓŻAŃCU O POKÓJ NA ŚWIECIE.

    _______________________________________

    W KAŻDĄ NIEDZIELĘ MSZA ŚWIĘTA JEST O GODZ. 14.00

    PRZED MSZĄ ŚWIĘTĄ JEST ADORACJA NAJŚWIĘTSZEGO SAKRAMENTU

    W TYM CZASIE JEST MOŻLIWOŚĆ SPOWIEDZI ŚWIĘTEJ OD GODZ. 13.30

    _______________________________________________________________________

    OD 2 WRZEŚNIA TRWAJĄ PRACE RENOWACYJNE KOŚCIOŁA ŚW. PIOTRA.

    DLATEGO W PIĄTKI ADORACJA, SPOWIEDŹ ŚW. I MSZA ŚW. NA CZAS REMONTU BĘDĄ W SALI PARAFIALNEJ.

    NATOMIAST W SOBOTY I W NIEDZIELE MSZE ŚWIĘTE BĘDĄ W KOŚCIELE.

    ***

    image.png

    _______________________________________________________________________

    REKOLEKCJE RÓŻAŃCOWE W DNIACH OD 3 – 6 PAŹDZIERNIKA WYGŁOSI KS. TOMASZ ROŻEK, MICHAELITA Z GÓRY GARGANO

    ***

    Jak prawidłowo odmawiać Różaniec?

    ***

    W ROKU 2013 REKOLEKCJE O ANIOŁACH WYGŁOSIŁ W NASZEJ WSPÓLNOCIE WSPÓŁBRAT KSIĘDZA TOMASZA – KSIĄDZ PIOTR PRUSAKIEWICZ CSMA, KTÓRE MOŻNA ODSŁUCHAĆ NA STRONIE MISJI KATOLICKIEJ W GLASGOW. 

    ___________________________________________________________________

    W południowo-wschodnim regionie Włoch, zwanym Apulią, na górze Gargano, w mieście Monte Sant’Angelo znajduje się jedno z najsłynniejszych w Kościele katolickim sanktuariów ku czci świętego Michała Archanioła. Na szczycie góry wznosi się jedyna w swoim rodzaju Niebiańska Bazylika. To niezwykłe miejsce położone jest na wysokości 856 m n.p.m. i znajduje się około 20 kilometrów od San Giovanni Rotondo, miejsca, w którym żył i działał św. o. Pio. Ks. Tomasz, nasz tegoroczny rekolekcjonista, w tym miejscu sprawuje kapłańską posługę.

    ***

    ***

    PROGRAM REKOLEKCJI:

    PIERWSZY CZWARTEK MIESIĄCA – 3 PAŹDZIERNIKA – KAPLICA IZBA JEZUSA MIŁOSIERNEGO

    GODZ. 19.00 – MSZA ŚW. Z HOMILIĄ

    PO MSZY ŚWIĘTEJ GODZINA ŚWIĘTA, KTÓRĄ POPROWADZI KS. REKOLEKCJONISTA

    _____________________________________________

    PIERWSZY PIĄTEK MIESIĄCA – 4 PAŹDZIERNIKA – SALA PARAFIALNA PRZY KOŚCIELE

    OD GODZ. 18.00 – ADORACJA I MOŻLIWOŚĆ SPOWIEDZI ŚW.

    GODZ. 19.00 – MSZA ŚW. Z HOMILIĄ

    NAUKA REKOLEKCYJNA

    _________________________________________________

    PIERWSZA SOBOTA MIESIĄCA – 5 PAŹDZIERNIKA – KOŚCIÓŁ ŚW. PIOTRA

    OD GODZ. 17.30 – MOŻLIWOŚĆ SPOWIEDZI ŚW.

    GODZ. 18.00 – MSZA ŚW. Z HOMILIĄ

    PO MSZY ŚW. NABOŻEŃSTWO WYNAGRADZAJĄCE ZA ZNIEWAGI I BLUŹNIERSTWA PRZECIWKO NAJŚWIĘTSZEJ MARYI PANNY

    NAUKA REKOLEKCYJNA

    __________________________________________________

    PIERWSZA NIEDZIELA MIESIĄCA – 6 PAŹDZIERNIKA – KOŚCIÓŁ ŚW. PIOTRA

    OD GODZ. 13.30 – ADORACJA I MOŻLIWOŚĆ SPOWIEDZI ŚW.

    GODZ. 14.00 – MSZA ŚW. Z HOMILIĄ

    ZAKOŃCZENIE REKOLEKCJI

    ___________________________________________________

    “Madonna z Dzieciątkiem i różańcem” /Bartolomé Esteban Murillo/fot. Wikimedia commons

    ***

    7 PAŹDZIERNIKA

    Najświętsza Maryja Panna Różańcowa

    Nasza Pośredniczka

    ____________________________________________

    Cudowna interwencja Matki Bożej

    Powstanie święta łączy się z wydarzeniem militarnym, które miało wpływ na losy Europy. Ekspansja turecka na Morzu Śródziemnym została zatrzymana pod Lepanto. W dniu 7 października 1571 r. połączone floty Hiszpanii, Wenecji i Państwa Kościelnego pod wodzą Juana d`Austria pokonały flotę turecką. W tym samym dniu ulicami Rzymu kroczyła pod przewodem Piusa V procesja odmawiając różaniec. Na czele procesji niesiono obraz Matki Boskiej Śnieżnej zwany Salus Populi Romani z bazyliki Santa Maria Maggiore w Rzymie.

    Do zwycięstwa pod Lepanto przyczyniła się nagła zmiana wiatru uznana za cudowną interwencję Matki Bożej na skutek odmawiania różańca. Od tej pory obraz Matki Boskiej Śnieżnej złączył się na stałe z nabożeństwem różańcowym i otrzymał nazwę Matki Boskiej Zwycięskiej. Pius V ustanowił święto Matki Boskiej Zwycięskiej, które rok później (1572) Grzegorz XIII zmienił na święto Matki Boskiej Różańcowej. Klemens XI rozszerzył je na cały Kościół w 1716 r., a Leon XIII w 1888 r. ustalił liturgię święta i przeznaczył październik na odprawianie nabożeństwa różańcowego.

    Idea odwoływania się do wstawiennictwa Matki Bożej w potrzebach militarny przez modlitwę różańcową praktykowana była także w Rzeczpospolitej. Olbrzymia procesja różańcowa z biskupem Marcinem Szyszkowskim przeszła ulicami Krakowa 3 października 1621 r. w intencji wojsk polskich pod Chocimiem. I tu niesiono kopię obrazu Matki Boskiej Śnieżnej przywiezioną do Krakowa z Rzymu w 1600 r. Na pamiątkę zwycięstwa nad Turkami pod Chocimiem odbywała się odtąd w Krakowie co roku procesja różańcowa. Grzegorz XV (1621-1623) polecił aby Kościół w Rzeczpospolitej obchodziły rocznicę Chocimia uroczystym nabożeństwem ze śpiewem Te Deum.

    Maryja naszą Pośredniczką

    Różaniec jest najintensywniejszą formą pobożności maryjnej, a także najbardziej uniwersalnym sposobem modlitwy. Maryja powinna być czczona jako Pośredniczka, która włącza wiernych w misterium życia Chrystusa.

    Poznawanie tajemnic Jego zbawczego dzieła ukazuje niebiański i historyczny zarazem wymiar tych wydarzeń oraz akcentuje ich realność i zakorzenienie w świecie wyrażając istotne elementy dziejów zbawienia. W ten sposób różaniec przeciwstawia się redukcji świętej historii do zespołu jedynie ponadczasowych idei. Różaniec wpisuje misterium Chrystusa w tok Jego ziemskiego życia i życia Maryi, czyniąc je przez to bliskim i zrozumiałym.

    Stacja7.pl

    ______________________________________________________________________________________________________________

    „Różaniec kontra mantra”

    „Różaniec kontra mantra”

    Zdjęcie ilustracyjne (Fot. Therese Westby/Unsplash.com)

    ***

    Za kilka dni rozpocznie się październik, który w Kościele katolickim kojarzony jest z modlitwą różańcową. Wspominam swój „różańcowy” felieton sprzed roku, który wywołał ogromną falę hejtu na Facebooku, mimo że sam tekst nie ma w sobie nic kontrowersyjnego. Pamiętam, jak rozmawiając z przyjaciółką powiedziałam, że to taki niepozorny temat, a pod nim morze gnoju. Zaskoczyło mnie to wtedy bardzo. Czy modlitwa różańcowa jest aż tak kontrowersyjna, trudna, niezrozumiana? Widocznie tak. Być może jest też w jakiś sposób wyrzutem sumienia dla katolika…

    Patrząc na to od strony osoby wierzącej, widzę że wielu katolików nie lubi powtarzalności różańca. To z pozoru bardzo łatwa modlitwa, ale ta prostota to złudzenie. Odmawianie kolejnych Zdrowasiek wymaga przecież niesamowitego skupienia, bycia tu i teraz, wyciszenia, powtarzania tych samych fraz, co patrząc zwyczajnie po ludzku – może nudzić, usypiać, łatwo wkrada się zniechęcenie. Dlatego sama modląc się na różańcu, świadomie wybieram konkretne tajemnice różańcowe. Czasem czytam do nich jakiś katolicki komentarz, choć bardzo dawno tego nie robiłam. Zawsze jednak, pociągnięta przez duchowość ignacjańską, staram się mieć przed oczyma konkretny obraz. Wracać myślami np. do Maryi, która spotyka św. Elżbietę, albo do Jezusa, któremu ciernie przebijają skórę głowy. Gdy moje myśli na modlitwie uciekają, wracam do wyobrażenia sobie konkretnej tajemnicy, którą właśnie staram się rozważać. Wtedy moja modlitwa różańcowa nabiera dodatkowej głębi.

    Jak patrzą na różaniec osoby niewierzące? Czuję tutaj niejednokrotnie duży zgrzyt i ogromne nieporozumienie. Wiele osób niepraktykujących bądź uważających się za niewierzące, które mam w swoim najbliższym otoczeniu, korzysta z technik medytacyjnych. Powtarza mantry, ćwiczy uważność, wycisza się tak jak uczą tego ich mentalne guru. I jednocześnie śmieją się z różańca, jako czegoś bezsensownego. Serio, pytam? Czym, tak od strony osoby niewierzącej, różni się powtarzanie słów modlitwy różańcowej, od twojej mantry? Niczym. Niczym dla kogoś, kto nie wierzy, bo osoba wierząca ma świadomość, że modlitwa to nie puste słowa, rzucone w próżnię.

    Tyle od strony czysto ludzkiej, można by powiedzieć zewnętrznej, powierzchownej. Nieprzekonanych i tak nie przekona, wiem. Może też dlatego, że różaniec nie jest tylko powtarzaniem tych samych fraz. To modlitwa, której bardzo nie lubi szatan. Tak, słyszę ten rechot osób antykatolickich. Trudno, śmiejcie się dalej. Jednak ci, którzy próbowali kiedykolwiek odmówić nowennę pompejańską, albo tacy jak ja, którzy zobowiązali się odmawiać jedną dziesiątkę dziennie (to tylko 3 minuty!) w ramach róży różańcowej, wiedzą ile pojawia się przeciwności, gdy chwytają za różaniec. Ile wtedy myśli atakuje spokojny dotąd mózg! Dzieci nagle wychodzą ze swojej pieczary, w której siedziały ostatnią godzinę i nagle, teraz, już, natychmiast potrzebują twojego wsparcia. Kto na serio wchodzi w modlitwę różańcową, ten wie. Może nie zauważamy tego często, może nas ten problem nie dotyczy, albo nie jest mocno uciążliwy. Jednak znam wiele osób i sama też do nich należę, dla których różaniec jest modlitwą trudną, bo wiąże się z dużą wewnętrzną walką – o czas, skupienie, regularność. Ta modlitwa nie podoba się złemu. Zrobi wszystko, byśmy zrezygnowali. Dlaczego?

    Po ludzku – byśmy żyli w ciągłym hałasie, a skupienie na różańcu ten wewnętrzny wrzask wycisza. Z perspektywy duchowej – byśmy nie uczyli się ufności, otwartości, byśmy nie rozważali kolejnych tajemnic z życia Jezusa. Tak, Jezusa. Jednym z zarzutów wobec różańca jest to, że skupia nadmiernie na Maryi, ale wystarczy poznać tajemnice różańcowe by dostrzec, że ta modlitwa – owszem, jest maryjna – ale prowadzi do głębszego poznania życia Jezusa, do kontemplacji Jego drogi, która często tak bardzo może przenikać się z naszą.

    Październik, miesiąc różańca. Warto zatrzymać się i nazwać swoje odczucia wobec tej modlitwy. Nawet jeśli będą tylko negatywne, czy nie warto zobaczyć skąd we mnie takie przekonania, może też niezrozumienie i lęk? Myślę, że warto, a Kościół nie bez powodu zaprasza nas kolejny rok na różańcowe nabożeństwa.

    Magdalena Urbańska/Deon.pl

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Aby Matka Boża była coraz bardziej znana, miłowana i uwielbiana!

    „Różaniec Święty, to bardzo potężna broń.

    Używaj go z ufnością, a skutek wprawi cię w zdziwienie”.

    (św. Josemaria Escriva do Balaguer)

    A rosary is used for prayers and meditations.
    fot.wiseGeek

    *****

    INTENCJA ŻYWEGO RÓŻAŃCA

    NA MIESIĄC WRZESIEŃ 2024

    Intencja papieska:

    *Módlmy się, aby każdy z nas usłyszał i wziął sobie do serca wołanie ziemi i ofiar klęsk żywiołowych i zmian klimatycznych oraz zobowiązał się do troski o świat, który zamieszkujemy.

    więcej informacji – Vaticannews.va: papieska intencja

    _______________________________________________________

    Intencje Polskiej Misji Katolickiej w Glasgow:

    * za naszych kapłanów, aby dobry Bóg umacniał ich w codziennej posłudze oraz o nowe powołania do kapłaństwa i życia konsekrowanego.  

    * za papieża Franciszka, aby Duch Święty prowadził go, a św. Michał Archanioł strzegł.

    *  “Matko Najświętsza do Serca Twego, Mieczem boleści wskroś przeszytego, Wołajmy wszyscy z jękiem ze łzami, Ucieczko grzesznych módl się za nami”.

    ____________________________________________

    Intencja dodatkowa dla Róży Matki Bożej Częstochowskiej (II),

    św. Moniki i bł. Pauliny Jaricot: 

    * Rozważając drogi zbawienia w Tajemnicach Różańca Świętego prosimy Bożą Matkę, aby wypraszała u Syna swego a Pana naszego Jezusa Chrystusa właściwe drogi życia dla naszych dzieci.

    *****

    Od 1 września modlimy się kolejnymi Tajemnicami Różańca Świętego i w nowych intencjach, które otrzymaliście na maila 31 sierpnia z adresu e-rozaniec@kosciol.org (jeśli ktoś z Was nie dostał maila na ten miesiąc, proszę o kontakt z Zelatorem Róży, albo na adres rozaniec@kosciolwszkocji.org)

    ________________________________________

    Obecnie mamy 19 Róż Żywego Różańca, choć mieliśmy do niedawna 21. Dlatego bardzo serdecznie zachęcamy chętnych, aby zechcieli dołączyć się do Żywego Różańca. Módlmy się też w tej intencji, aby dotąd nieprzekonani mogli się przekonać jak skuteczną i tym samym jak bardzo potrzebną jest dziś modlitwa różańcowa.

    ***

    KRÓLOWO RÓŻAŃCA ŚWIĘTEGO, MÓDL SIĘ ZA NAMI!

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Ogromna rola różańca w historii narodu polskiego

    ______________________________________________________________________________________________________________

    KAPLICA IZBA JEZUSA MIŁOSIERNEGO

    4 PARK GROVE TERRACE, GLASGOW G3 7SD

    This image has an empty alt attribute; its file name is image-2-e1673870873179-1024x683.png

    ***

    W KAŻDY PIERWSZY CZWARTEK MIESIĄCA JEST MSZA ŚWIĘTA O GODZ. 19.00

    PO MSZY ŚWIĘTEJ JEST GODZINA ŚWIĘTA PRZED NAJŚWIĘTSZYM SAKRAMENTEM

    ______________________________________________________________________________________________________________

    W KAŻDĄ TRZECIĄ SOBOTĘ MIESIĄCA JEST SPOTKANIE BIBLIJNE NA TEMAT: KOBIETY W PIŚMIE ŚWIĘTYM. NA POCZĄTKU SPOTKANIA O GODZ. 10.00 ŚPIEWAMY GODZINKI KU CZCI NAJŚWIĘTSZEJ MARYI PANNY A NA ZAKOŃCZENIE – W POŁUDNIE – MODLITWA NA ANIOŁ PAŃSKI.

    ______________________________________________________________________________________________________________

    W CZWARTYM TYGODNIU KAŻDEGO MIESIĄCA – Z PIĄTKU NA SOBOTĘ – JEST CAŁONOCNA ADORACJA PRZED NAJŚWIĘTSZYM SAKRAMENTEM DLA KOBIET W KAPLICY SIÓSTR BENEDYKTYNEK W LARGS.

    POCZĄTEK ADORACJI ROZPOCZYNA SIĘ MODLITWĄ RÓŻAŃCOWĄ O GODZ. 21.00. NA ZAKOŃCZENIE ADORACJI ŚPIEWANE SĄ GODZINKI KU CZCI NAJŚWIĘTSZEJ MARYI PANNY I MSZA ŚWIĘTA O BRZASKU SOBOTNIEGO DNIA O GODZ. 5.00.

    Benedictine Monastery, 5 Mackerston Place, Largs, Scotland

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Adoracja, czyli… z głową na sercu Boga

    Jeśli chcesz, by na twoim pulsie rękę trzymał Bóg, musisz Mu na to pozwolić. Odetchnąć, zwrócić wzrok ku Hostii, wyciszyć myśli.

    Jan Paweł II adoruje Jezusa w Najświętszym Sakramencie w uroczystość Bożego Ciała w Rzymie w 2001 roku.

    fot. Daniel Gracia/East News

    ***

    Ostatnie lata życia papieża Jana Pawła II, gdy schorowany i zmęczony przed kamerami całego świata przez długie chwile w ciszy trwał w dziękczynieniu, są jak odrębny, ważny rozdział jego nauczania. Osłabiony papież modlił się z zamkniętymi oczami w milczeniu. Trudne to chwile dla dziennikarzy – nie wiadomo wszak, co w mediach lepiej wypadnie: cisza czy może komentarz ze studia. Głowa schorowanego starca z powodu postępującej choroby była przechylona. A może z dnia na dzień coraz wyraźniej wskazywała na jeden z najpiękniejszych gestów odnotowanych przez Ewangelie dwa tysiące lat wcześniej, gdy umiłowany uczeń złożył głowę na piersi Pana? Dwa lata przed śmiercią, 17 kwietnia 2003 roku, w Wielki Czwartek w Roku Różańca Świętego, dwudziestym piątym swojego pontyfikatu, Jan Paweł II podpisał encyklikę „Ecclesia de Eucharistia”. Napisał w niej między innymi: „Pięknie jest zatrzymać się z Nim i jak umiłowany Uczeń oprzeć głowę na Jego piersi (por. J 13,25), poczuć dotknięcie nieskończoną miłością Jego Serca”. Ten wzruszający gest miłości człowieka do Boga opisany został w części poświęconej adoracji Najświętszego Sakramentu. Nieco dalej papież stwierdził: „Jeżeli chrześcijaństwo ma się wyróżniać w naszych czasach przede wszystkim »sztuką modlitwy«, jak nie odczuwać odnowionej potrzeby dłuższego zatrzymania się przed Chrystusem obecnym w Najświętszym Sakramencie na duchowej rozmowie, na cichej adoracji w postawie pełnej miłości? Ileż to razy, moi drodzy Bracia i Siostry, przeżywałem to doświadczenie i otrzymałem dzięki niemu siłę, pociechę i wsparcie!”.

    Założenie, że chrześcijaństwo ma się wyróżniać „sztuką modlitwy”, po dwudziestu latach od ukazania się encykliki zawierającej to stwierdzenie jest jeszcze bardziej zasadne. A słowa, których użył Jan Paweł II w cytowanym tekście, mogą być pomocną wskazówką, jak się tej sztuki uczyć: najpierw zatrzymać się przed Nim; kolejne etapy to: duchowa rozmowa, cicha ado­racja i postawa miłości. Owoce: pociecha i wsparcie. Kto z nas ich nie potrzebuje?

    Zatrzymać się

    W ciemnym kinie oczekujący na rozpoczęcie seansu, znudzeni długimi reklamami widzowie otrzymują na moment przed projekcją komunikat: nie rozpraszaj się. Przekazany jest w krótkim filmie, na którym setki, tysiące ludzi wpatrzonych w ekrany smartfonów odbiera co chwilę powiadomienia. Rozbrzmiewają dźwięki Messengera, WhatsAppa, esemesów i e-maili. Coraz więcej i coraz szybciej. Powiadomienia, powiadomienia, powiadomienia – nie da się na dłużej skupić na żadnym, bo wciąż przychodzą nowe i domagają się reakcji. Twórcy komunikatu mówią wprost: przestań reagować. Skup się na jednym. Aż dziw bierze, że takich czasów dożyliśmy. Kiedy w średniowieczu zainicjowano praktykę wystawiania Najświętszego Sakramentu do adoracji, nikomu nie śniło się nawet ich nadejście. Pod koniec XIV wieku, gdy zaczęto używać monstrancji, zapewne też nie. A jednak nadeszły takie czasy i – zgodnie z radą papieża Polaka – warto przemyśleć kwestię, czy jako chrześcijanie nie powinniśmy zaproponować tym czasom antidotum. Czy nie powinna być nim monstrancja z wystawionym w niej Najświętszym Sakramentem?

    Zatrzymaj się! Mamy ci coś do zaproponowania. Odłóż telefon, wyłącz się z tej chaotycznej gonitwy myśli przebiegających między głową, oczami i kciukiem. Adoracja Najświętszego Sakramentu jest taką chwilą zatrzymania, o ile pod ławką nie schowasz wyciszonego smartfona, by widzieć jego rozświetlający się co chwilę ekran i trzymać rękę na pulsie. Jeśli chcesz, by na twoim pulsie rękę trzymał Bóg, musisz Mu na to pozwolić. Odetchnąć, zwrócić wzrok ku Hostii, wyciszyć myśli. Łatwo powiedzieć, trudniej zrealizować, zwłaszcza gdy na adorację udajesz się w chwilach trudnych i wymagających podejmowania kluczowych decyzji. Skupienie na oddechu i na prostej, białej Hostii z pewnością pomoże odciąć choć na chwilę ten nurt myśli, które cię zalewają. Z każdą kolejną próbą szansa na powodzenie staje się coraz większa.

    Duchowa rozmowa

    Siostry z klasztoru św. Hildegardy przyjmowały Komunię Świętą w stroju oblubienicy – z koroną na głowie. W barokowych świątyniach uwagę miał przykuwać ozdobiony złoty ołtarz z „mieszkaniem Króla” w centrum. Jak to w historii bywa, co epoka następuje zmiana w odwrotnym kierunku. Oświecenie, wraz z kultem rozumu, przyniosło odwrót i niemal zamarcie zewnętrznych form adoracji (w Polsce nastąpiło to o wiele później niż w innych krajach Europy). To zestawienie nie jest przypadkowe i może się stać pomocne w zrozumieniu, na czym polega drugi krok wytyczony słowami Jana Pawła II w encyklice o Eucharystii. Rozum czasem powinien zamilknąć, by na adoracji podjąć rozmowę duchową. Bo nie chodzi w niej przecież o pozałatwianie z Bogiem wszystkich swoich codziennych problemów. Pociecha i wsparcie mają przyjść po niej, ale żeby przyszły, trzeba najpierw duchowo porozmawiać z Jezusem, w którym utkwiło się spojrzenie. Mówienie w takiej rozmowie niekoniecznie oznacza wypowiadanie słów (nawet wewnątrz siebie i bez otwierania ust). Słuchanie w takiej rozmowie niekoniecznie oznacza słyszenie słów (również wewnątrz siebie). To tajemnicze spotkanie, które dokonuje się między adorującym a Bogiem, nie ma innego języka niż spoglądanie na siebie. Stara i powszechnie znana opowieść o wieśniaku, którego spotykał w kościele św. Jan Maria Vianney, dobrze oddaje tę rzeczywistość. – Co robisz? – spytał kiedyś klęczącego przed Najświętszym Sakramentem człowieka. – Nic. Patrzę tylko na Niego, a On patrzy na mnie – usłyszał w odpowiedzi.

    Cicha adoracja

    Kwintesencją tej duchowej rozmowy jest cicha adoracja. Łacińskie adoratio oznacza oddawanie czci, uwielbianie. „Jedna chwila prawdziwej adoracji ma większą wartość i przynosi więcej pożytku niż najintensywniejsza działalność, choćby to była nawet działalność apostolska” – napisał święty Jan od Krzyża („Pieśń duchowa” 29,3), którego słowa zacytował Jan Paweł II, przemawiając 24 listopada 1978 r. do przełożonych generalnych zakonów męskich. Odwieczne napięcie między actio i contemplatio, pomiędzy „działać” a „modlić się”, znajduje rozwiązanie. Chodzi przecież o to, by oddać chwałę Bogu, „prawdziwie” oddać, jak napisał hiszpański mistyk, to znaczy tak, aby faktycznie Bóg został uwielbiony. A nie o to, aby w ciszę uciekać od codziennych obowiązków.

    Kiedy świeżo nawrócony święty Karol de Foucauld poszukiwał dla siebie miejsca na świecie, pragnienia miał tylko dwa: być najmniejszym i najuboższym oraz trwać na modlitwie przed Najświętszym Sakramentem. Piaski Sahary, które zdają się puste (to dlatego w ich kierunku udawali się mistrzowie ducha – ojcowie pustyni), w rzeczywistości okazały się ziemią, na której żyło wielu ludzi potrzebujących pomocy. Od Karola otrzymali pomoc zarówno materialną, jak i duchową, sami o niego również się troszcząc, zwłaszcza wtedy, gdy śmiertelnie zachorował. Trudno uniknąć skojarzeń ze sformułowaniem: jeśli Bóg jest na właściwym miejscu, to wszystko inne również. Bo jeśli w ciszy adorujesz Boga, całe twoje rozdygotane wnętrze, wypełnione Jego chwałą, ma szansę się zmienić.

    Postawa miłości

    W osobie świętego Jana, kojarzonego z „umiłowanym uczniem”, jest coś tajemniczego. Utożsamienie go z autorem księgi bardzo niezwykłej – Apokalipsy – pogłębia to wrażenie. A jednak, gdy pod krzyżem stał obok Maryi, symbolizował Kościół. Cały, powszechny, którego Ona stała się wówczas Matką. Nie każdy z nas może być Apostołem Narodów, a jeszcze mniejsza garstka może zostać Piotrem. Janem jednak jesteśmy wszyscy, i to jest bardzo pocieszające. Czy kładąc głowę na piersi Jezusa w czasie pierwszej Eucharystii, dostąpił zaszczytu? Niewątpliwie. Każdy z nas może tego zaszczytu dostąpić, o ile uda się na ado­rację Najświętszego Sakramentu. „Pięknie jest zatrzymać się z Nim i jak umiłowany Uczeń oprzeć głowę na Jego piersi” – napisał Jan Paweł II w encyklice, dokumencie o bardzo wysokiej randze w nauczaniu Kościoła. Nie chodzi zatem o jakąś wysublimowaną poezję, piękne słowa i porównania. Chodzi o rzeczywistość.

    W „postawie miłości”, którą powinniśmy przyjąć w trakcie adoracji Najświętszego Sakramentu, również nie chodzi o wzbudzanie w sobie jakichkolwiek uczuć, bo nie one są istotą oddawania czci; raczej o gotowość dochowania wierności, całkowitego podporządkowania siebie Chrystusowi. Jeśli kładę głowę na Jego piersi, to znaczy, że mogę usłyszeć bicie Jego serca, z którego wypłynęły krew i woda. „Tak bowiem Bóg umiłował świat, że Syna swego Jednorodzonego dał…” (J 3,16) – a czy dla Ojca może być coś ważniejszego od Syna? Dla Boga Ojca tak. Ty. Historia twojego życia to historia miłości, o której napisano najpiękniejszy w historii eucharystyczny hymn. Padają w nim słowa: „Ty, co jak pelikan Krwią swą karmisz lud…”. Wedle legendy pelikan dziobem otwierał własną pierś i krwią karmił zgłodniałe potomstwo, a nawet przywracał je do życia. Masz Komu zaufać, bo krew i woda, które wytrysnęły z otwartego boku Zbawiciela, do końca świata kojarzyć się będą z krótkim podpisem: „Jezu, ufam Tobie!”.

    Pociecha i wsparcie

    Powróćmy do wyznania świętego Jana Pawła II: „Ileż to razy, moi drodzy Bracia i Siostry, przeżywałem to doświadczenie i otrzymałem dzięki niemu siłę, pociechę i wsparcie!”. Czy można pomiędzy bólem poszczególnych ludzi dokonywać porównań? Obiektywnie tak, ale przecież każdy z nas ma swój wewnętrzny, intymny świat, w który inni nie mają wglądu. Jeśli jednak przyjrzeć się temu, jak święty Jan Paweł II przeżywał swoją posługę na Piotrowej stolicy, siła, pociecha i wsparcie były niezbędne. Niemal natychmiast po powrocie do sił po zamachu w 1981 roku zainaugurował w bazylice Świętego Piotra wieczystą adorację. Modlił się wówczas: „Pewnego dnia, Panie, zapytałeś Piotra: – Czy miłujesz Mnie? Zapytałeś go po trzykroć – i trzy razy apostoł Piotr odpowiedział: – Panie, Ty wszystko wiesz, Ty wiesz, że Cię kocham (J 21,17). Odpowiedź Piotra wyraża się w tej codziennej i całodziennej adoracji. Niech wszyscy, którzy uczestniczą w adoracji Twojej eucharystycznej obecności, odczują i usłyszą w czasie każdej wizyty, jak na nowo rozbrzmiewa prawda zawarta w słowach Apostoła: Panie, ty wszystko wiesz, Ty wiesz, że Cię kocham”.

    Nie każdy z nas – powtórzmy – może być Apostołem Narodów, a jeszcze mniejsza garstka może zostać Piotrem i nosić na barkach ciężar całego świata. Janem jednak jesteśmy wszyscy i to jest bardzo pocieszające. Głowa złożona na piersi Mistrza w czasie adoracji ma szansę boleć mniej, nawet w najtrudniejszych chwilach życia i na najostrzejszych jego zakrętach. Możemy – ufając słowom świętego Jana Pawła II – doświadczyć pociechy i wsparcia. A i dać świadectwo, wyróżniać się „sztuką modlitwy” wobec świata, który pragnie Boga bardziej, niż podejrzewa.

    ks. Adam Pawlaszczyk/Gość Niedzielny

    _____________________________________________________________________________________________________________

    Tylko przed Bogiem. Klęczenie przed Eucharystią jest wyznaniem wolności

    „Robię, co mogę; ciągle na nowo czerpię odwagę z tabernakulum” – pisała św. Edyta Stein. Gdzie mamy szukać nadziei, jak nie przed Najświętszym Sakramentem? Kto klęka przed Jezusem, ten staje się wolny.

    fot. Henryk Przondziono/Gość Niedzielny

    ***

    Nawet Msza święta może stać się nudnym niedzielnym obowiązkiem. Przyznam, że kiedy ją odprawiam, łapię się często na tym, że moje myśli i uczucia krążą daleko od ołtarza. Podejrzewam, że dotyczy to nie tylko mnie. Przychodzimy do kościoła z naszym grzechem, zagonieniem, zniechęceniem, zwątpieniem… Całe to nasze zagubienie jest jeszcze jednym dowodem na to, że potrzebujemy odkupienia. Bóg nie da się wyprzedzić w miłości. On pierwszy chce nas odnaleźć, zanim my zaczniemy Go szukać. On zawsze JEST, my tylko bywamy.

    Kiedy Mojżesz zobaczył płonący krzew, znak obecności żywego Boga, usłyszał: „Mojżeszu, Mojżeszu! (…) Zdejm sandały z nóg, gdyż miejsce, na którym stoisz, jest ziemią świętą!”. Bóg przedstawił mu się słowami: „JESTEM, Który JESTEM”. W czasie każdej Eucharystii stajemy na świętej ziemi. Bóg wychodzi nam na spotkanie i mówi: „JESTEM tutaj z wami, JESTEM dla was”. Czy rozpoznajemy tę tajemniczą obecność ukrytą za zasłoną pokornych znaków? Czy zdejmujemy sandały? Co może nas, kapłanów i świeckich, wyrwać z rutyny, z obojętności? Jan Paweł II i Benedykt XVI podpowiadają skuteczny środek pobudzający: adoracja Eucharystii – trwanie przed Najświętszym Sakramentem, także poza Mszą świętą.

    Chcę uklęknąć!

    Ksiądz Konrad Krajewski, papieski ceremoniarz, wspominał niedawno na naszych łamach (GN13/2011) ostatnią procesję Bożego Ciała z udziałem bł. Jana Pawła II. Był rok 2004. Papież fizycznie był bardzo słaby. „Ojciec Święty koniecznie chciał uklęknąć. Powiedział do mnie: »Chciałbym uklęknąć«. Ja mówię: »Ojcze Święty, ale ten samochód bardzo trzęsie« (bo jechaliśmy na aucie-platformie). Nie wiedziałem, co powiedzieć. Ojciec Święty: »Aha«. Ale za chwilę znowu: »Chcę uklęknąć«. Ja: »To może na wysokości redemptorystów«. Koło redemptorystów papież zwrócił się jeszcze raz stanowczo, troszkę podenerwowany: »Tam jest Najświętszy Sakrament!«. Wtedy razem z abp. Marinim pomogliśmy mu uklęknąć. Dosłownie na parę sekund. Jak tylko uklęknął, wiedział, że musi zaraz wstać, bo kolana już nie wytrzymywały”.

    Jeszcze jeden obraz. Jeden z kolegów księży opowiadał o swoich wrażeniach ze Mszy świętej w prywatnej kaplicy Jana Pawła II. „Kiedy weszliśmy do kaplicy, on już klęczał na klęczniku na środku kaplicy i modlił się. Głowę miał ukrytą w dłoniach. Ani drgnął. Trwał tak bez ruchu bardzo długo. Pomyślałem sobie, że to jest właśnie skała – Piotr. W tym miejscu, w tej postawie modlitwy przed Eucharystią, jakby nieobecny, całkowicie zanurzony w Bogu”. Ten obraz papieża klęczącego przed Najświętszym Sakramentem powracał podczas licznych stacji jego pielgrzymki przez ziemię.

    Kiedy Jan Paweł II przyjechał do Turynu, aby oddać cześć Całunowi Turyńskiemu, minął tę bezcenną relikwię. Pierwsze kroki skierował w stronę Najświętszego Sakramentu. Jakby chciał nam podpowiedzieć: żadna relikwia nie dorównuje tabernakulum!

    Benedykt XVI jeszcze jako kard. Ratzinger w słynnej książce „Duch liturgii” przeciwstawił się poglądom kwestionującym wartość adoracji Najświętszego Sakramentu. Tu i ówdzie słychać było zdanie, że dary eucharystyczne są po to, by je spożywać, a nie oglądać. „Lekkomyślność, z jaką głoszone są takie opinie, może jedynie dziwić” – komentuje obecny papież. To prawda, że adoracja eucharystyczna poza Mszą świętą rozwinęła się w Kościele dopiero w średniowieczu, ale było to pogłębienie tego, w co wierzono od początku, że zmartwychwstały Chrystus jest realnie obecny w Eucharystii. Łacińskie słowo tabernaculum oznacza namiot. To adaptacja hebrajskiego shekina, którym nazywano namiot z Arką Przymierza towarzyszący Żydom podczas ich drogi do Ziemi Obiecanej. Tabernakulum jest dziś dla nas tym, czym niegdyś była Arka Przymierza. Jest namiotem obecności Boga, w wiejskim kościółku, w szpitalnej kaplicy czy we wspaniałej katedrze. „Kościół, w którym pali się wieczna lampka, żyje zawsze i jest czymś więcej niż kamienną budowlą – w kościele tym zawsze czeka na mnie Jezus Chrystus, woła mnie, chce mnie samego uczynić »eucharystycznym«” – pisał kard. Ratzinger.

    Potrzebne zdumienie

    Podczas pierwszego „papieskiego” Bożego Ciała w 1979 roku Jan Paweł II mówił z zachwytem: „W tym milczeniu białej Hostii niesionej w monstrancji są wszystkie słowa Chrystusa, jest całe Jego życie oddane na ofiarę Ojcu za każdego z nas”. Po 25 latach pontyfikatu papież podarował Kościołowi encyklikę poświęconą Eucharystii, jak się okazało – ostatnią. „Ecclesia de Eucharistia” jest więc w pewnym sensie jego duchowym testamentem. Kluczowe słowo tego dokumentu brzmi „zdumienie”. Eucharystii powinno towarzyszyć zdumienie, podkreśla Jan Paweł II. „Pragnę to eucharystyczne »zdumienie« rozbudzić, pisząc tę encyklikę” – dodaje.

    W tej ostatniej encyklice sporo jest słów bardzo osobistych, pokazujących, jak bezcennym skarbem dla Jana Pawła II była Eucharystia. „Od ponad pół wieku, począwszy od pamiętnego 2 listopada 1946 roku, gdy sprawowałem moją pierwszą Mszę św. w krypcie św. Leonarda w krakowskiej katedrze na Wawelu, mój wzrok spoczywa każdego dnia na białej hostii i kielichu, w których czas i przestrzeń jakby »skupiają się«, a dramat Golgoty powtarza się na żywo, ujawniając swoją tajemniczą »teraźniejszość«. Każdego dnia dane mi było z wiarą rozpoznawać w konsekrowanym chlebie i winie Boskiego Wędrowca, który kiedyś stanął obok dwóch uczniów z Emaus, ażeby otworzyć im oczy na światło, a serce na nadzieję”.

    Zachęta do trwania na adoracji przed wystawionym Najświętszym Sakramentem brzmi również bardzo osobiście: „Pięknie jest zatrzymać się z Nim i jak umiłowany uczeń oprzeć głowę na Jego piersi (por. J 13,23), poczuć dotknięcie nieskończoną miłością Jego Serca” – wyznaje Jan Paweł II. I dodaje: „Jeżeli chrześcijaństwo ma się wyróżniać w naszych czasach przede wszystkim »sztuką modlitwy«, jak nie odczuwać odnowionej potrzeby dłuższego zatrzymania się przed Chrystusem obecnym w Najświętszym Sakramencie na duchowej rozmowie, na cichej adoracji w postawie pełnej miłości? Ileż to razy, moi drodzy Bracia i Siostry, przeżywałem to doświadczenie i otrzymałem dzięki niemu siłę, pociechę i wsparcie!”.

    Grzechem byłoby nie adorować

    Papież Benedykt rozpoczął swój pontyfikat w kwietniu roku 2005. Było to dokładnie w połowie Roku Eucharystycznego, który w październiku 2004 zainaugurował Jan Paweł II. Czy nie jest to wymowny znak? Zmieniają się ziemscy pasterze, ale Najważniejszy Pasterz pozostaje z nami – szczególnie w Eucharystii.

    Benedykt XVI w adhortacji apostolskiej „Sacramentum caritatis” podkreśla konieczności adoracji. Raz jeszcze, tym razem jako papież, odrzuca zarzut, że chleb eucharystyczny miałby nam być dany nie dla kontemplacji, a tylko dla spożywania. Benedykt przywołuje mocne słowa św. Augustyna: „Niech nikt nie spożywa tego Ciała, jeśli Go najpierw nie adorował; grzeszylibyśmy, gdybyśmy Go nie adorowali”. A następnie wyjaśnia, że między adoracją a samą Mszą św. istnieje ścisły związek. „Akt adoracji poza Mszą św. przedłuża i intensyfikuje to, co się dokonało podczas samej celebracji liturgicznej. W rzeczywistości tylko przez adorację można dojrzeć do głębokiego i autentycznego przyjęcia Chrystusa”.

    W naszym świecie narasta zjawisko idolatrii, czyli kultu bożków. Świat stwarza wciąż swoich bogów: pieniądze, seks, aborcja, sława. Wszystkie te fałszywe bóstwa obiecują wyzwolenie i wolność. Chrześcijańska odpowiedź jest tylko jedna: tylko Bóg objawiony przez Jezusa jest Bogiem, który wyzwala. Benedykt XVI trafia w punkt: „Adoracja Boga Jezusa Chrystusa, który stał się chlebem łamanym z miłości, jest najbardziej skutecznym i radykalnym środkiem przeciwdziałającym wszelkiej, dawnej i współczesnej, idolatrii.

    Klęczenie przed Eucharystią jest wyznaniem wolności: ten, kto klęka przed Jezusem, nie może i nie powinien korzyć się przed żadną władzą ziemską, bez względu na jej siłę. My, chrześcijanie, klękamy tylko przed Bogiem, przed Najświętszym Sakramentem, ponieważ w Nim, jak wiemy i jak wierzymy, jest obecny jedyny prawdziwy Bóg, który stworzył świat i tak go umiłował, że dał swego Jednorodzonego Syna”.

    W wielu kościołach w Polsce jest zwyczaj całodziennej adoracji Najświętszego Sakramentu. We Francji rozpowszechnia się w parafiach wieczysta adoracja. Ludzie raz w tygodniu poświęcają godzinę na modlitwę (w dzień lub w nocy) przed Najświętszym Sakramentem. Na przykład w miasteczku Sanary-sur-Mer nad Morzem Śródziemnym. Tristan, ojciec rodziny, szef przedsiębiorstwa, jest jednym ze 168 osób (tyle jest godzin w tygodniu), które uczestniczą w tej sztafecie. Przychodzi do kościoła w każdy poniedziałek rano, od piątej do szóstej. „Żyję na wysokich obrotach” – zwierza się. „Spędzenie tej godziny raz w tygodniu z Panem Jezusem zmienia spojrzenie na życie, na radości, na trudności”. Czy nie jest to dobry pomysł i dla naszych parafii? Czy znajdziemy w parafii 168 ludzi gotowych dać jedną godzinę w tygodniu dla Boga? Kiedyś zapytano bł. Matkę Teresę: „Co uratuje świat?”. Odpowiedziała: „Moją odpowiedzią jest modlitwa. Każda parafia musi godzinami trwać na adoracji, u stóp Jezusa obecnego w Najświętszym Sakramencie”.

    ks. Tomasz Jaklewicz/Gość Niedzielny

    Inspiracją dla tego tekstu była książka Ludovica Lecuru i Floriana Racine, Adoracja eucharystyczna, wyd. PROMIC, Warszawa 2010.

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Suplikacje

    Jest to błagalna pieśń, prośba, śpiewana w okresach wielkich nieszczęść, zarazy, klęsk żywiołowych

    Święty Boże, Święty mocny, Święty a Nieśmiertelny,
    Zmiłuj się nad nami…
    Święty Boże, Święty mocny, Święty a Nieśmiertelny,
    Zmiłuj się nad nami…
    Święty Boże, Święty mocny, Święty a Nieśmiertelny,
    Zmiłuj się nad nami…

    Od powietrza, głodu, ognia i wojny
    Wybaw nas Panie!

    Od powietrza, głodu, ognia i wojny
    Wybaw nas Panie!

    Od powietrza, głodu, ognia i wojny
    Wybaw nas Panie!

    Od nagłej i niespodzianej śmierci
    Zachowaj nas Panie!


    Od nagłej i niespodzianej śmierci
    Zachowaj nas Panie!

    Od nagłej i niespodzianej śmierci
    Zachowaj nas Panie!


    My grzeszni Ciebie Boga prosimy
    Wysłuchaj nas Panie!

    My grzeszni Ciebie Boga prosimy
    Wysłuchaj nas Panie!


    My grzeszni Ciebie Boga prosimy
    Wysłuchaj nas Panie!

    Święty Boże, Święty mocny, Święty a Nieśmiertelny,
    Zmiłuj się nad nami…
    Święty Boże, Święty mocny, Święty a Nieśmiertelny,
    Zmiłuj się nad nami…
    Święty Boże, Święty mocny, Święty a Nieśmiertelny,
    Zmiłuj się nad nami.

    ***

    Krucyfiks z ogarniętego powodzią kościoła franciszkanów w Kłodzku

    fot. Kamil Gąszowski/ Gość Niedzielny

    __________________________________________________________

    W NIEDZIELĘ 22 WRZEŚNIA TACA BYŁA PRZEZNACZONA NA POMOC NASZYM RODAKOM POTRZEBUJĄCYM POMOCY Z POWODU OGROMNYCH SZKÓD POWODZI

    ZEBRALIŚMY 1200 FUNTÓW, KTORE PRZEKAŻEMY W NAJBLIŻSZYCH DNIACH POWODZIANOM.

    BARDZO SERDECZNIE DZIĘKUJĘ WSZYSTKIM OFIARODAWCOM. NIECH PAN BÓG WYNAGRODZI WASZĄ WIELKĄ CHOJNOŚĆ.

    _______________________________________________________________

    Proboszcz z Kłodzka o zniszczeniu miasta przez powódź: To bardzo trudne. Kolejny raz trzeba będzie wszystko odbudować

    Kłodzko po zejściu wody / fot. Maciej Kulczyński/Gość Niedzielny/PAP

    ***

    Zbiórki pomocowe i modlitwa.

    Kościół odpowiada na potrzeby powodzian

    Powódź, która dotyka południowe rejony Polski, niesie za sobą zniszczenia na ogromną skalę. Diecezje i instytucje kościelne wzywają do modlitwy i organizują działania pomocowe. Przewodniczący Konferencji Episkopatu Polski abp Tadeusz Wojda SAC zaapelował, by niedziela 22 września była dniem zbiórki na pomoc poszkodowanym w wyniku powodzi.

    Przewodniczący Konferencji Episkopatu Polski abp Tadeusz Wojda SAC zaapelował, by niedziela 22 września była dniem zbiórki na pomoc poszkodowanym w wyniku powodzi. Zebrane środki finansowe zostaną przekazane osobom dotkniętym kataklizmem za pośrednictwem Caritas Polska

    „Chcę wyrazić nasze współczucie wobec tych, którzy doświadczyli tego wielkiego dramatu, ale jednocześnie zapewnić, że nie pozostają oni sami. Modlimy się za nich, wspieramy ich duchowo, ale jednocześnie chcemy wesprzeć ich również materialnie. Caritas Polska, która koordynuje pomoc w imieniu całego Kościoła w Polsce, już zaczęła ją świadczyć” – zaznaczył Przewodniczący Episkopatu.

    „Apeluję do wszystkich o hojność, wsparcie, pomoc, tak jak zawsze to czyniliśmy. Hojność Polaków jest wielka” – podkreślił abp Wojda.


    Wcześniej przeprowadzenie zbiórki we wszystkich parafiach w najbliższą niedzielę zapowiedziała archidiecezja krakowska, deklarując również przekazanie 500 tysięcy złotych na ten cel. Środki będą rozdzielane przez Caritas Archidiecezji Krakowskiej w porozumieniu z diecezjami, obejmującymi najbardziej poszkodowane tereny

    W niedzielne popołudnie zbiórkę uruchomiła Caritas Polska. Na początek przekazała 200 tys. zł na pilną pomoc interwencyjną powodzianom z terenów diecezji opolskiej, świdnickiej, bielsko-żywieckiej i legnickiej. To środki, które trafią do diecezjalnych ośrodków Caritas na terenach dotkniętych powodzią i będą mogły być wydane na pilne potrzeby. Na ogólnopolską zbiórkę wpłat można dokonywać na stronie www.caritas.pl, ale także poprzez BLIK na numer 668 070 000 tytułem POWODZ oraz przelewem tradycyjnym na konto 77 1160 2202 0000 0000 3436 4384 z dopiskiem POWODZ.

    Potrzebna jest też pomoc rzeczowa od firm (ilości hurtowe). – W tym momencie nie prowadzimy zbiórek rzeczowych od osób indywidualnych. Potrzebne są: osuszacze, woda pitna, agregaty prądotwórcze, łopaty, taczki, gumowce, ścierki, artykuły higieniczne, żywność z długim terminem ważności – informują pracownicy Caritas Polska.

    Pomoc rzeczowa od firm może być zgłaszana na adres powodz@caritas.org.pl.

    Działania podjęły także diecezjalne Caritas – w diecezjach świdnickiej i opolskiej zostały uruchomione jadłodajnie, w których z ciepłego posiłku mogą skorzystać osoby poszkodowane przez żywioł. 

    Pomoc dla poszkodowanych organizuje także diecezja legnicka, na terenie której znajdują się między innymi Jelenia Góra, Wleń i Lwówek Śląski. 

    Najbardziej w tej chwili potrzeba takich artykułów jak: woda, środki czystości, papier toaletowy i papierowe ręczniki, środki higieniczne i nowe ręczniki bawełniane, nowe koce i pościel. W późniejszym terminie będą potrzebne narzędzia do porządkowania pozalewanych posesji, domów, osuszacze, buty gumowe, rękawiczki gumowe, worki.

    – Informacje o chęci przekazania ww. rzeczy można kierować na adres Caritas Diecezji Legnickiej: powodz@caritaslegnica.pl oraz na numer tel. 767244300 (od 7.00 do 15.00), jak i na FB legnickiej Caritas.

    Pomoc można też przekazywać do siedziby Legnickiej Kurii Biskupiej przy ul. Jana Pawła II 1 od poniedziałku do wtorku (16-17 września) w godzinach od 8:00 do 15:00. – Spieszmy z pomocą naszym braciom i siostrom dotkniętym przez powódź – apeluje biskup legnicki Andrzej Siemieniewski. – W niedzielę na własne oczy mogłem się przekonać o tym, jakich zniszczeń dokonują wody Bobru czy Kaczawy. To, co było zapowiadane od kilku dni, teraz stało się faktem. Wiele miejsc zostało dotkniętych powodzią, wielu ludzi potrzebuje pomocy, stąd mój apel do wszystkich diecezjan o pomoc i wsparcie – mówi bp Siemieniewski.

    Jak informuje ks. Robert Serafin, pierwszy transport wyruszy do potrzebujących już we wtorek.

    W pomoc poszkodowanym mieszkańcom Kłodzka angażują się tamtejsi jezuici przy parafii pw. Wniebowzięcia NMP. Jak informuje proboszcz parafii o. Andrzej Migacz SJ, zakonnicy we współpracy z urzędem miasta zorganizowali punkt pomocy dla powodzian. Zbierane są tam żywność długoterminowa, woda oraz środki czystości. 

    – Zorganizowaliśmy zespół wolontariuszy przy naszym Caritas, aby zapewnić stałe dyżury w punkcie pomocy. Naszym celem jest także dotarcie bezpośrednio do rodzin, które ucierpiały w wyniku powodzi, z myślą o długoterminowej pomocy. W tej chwili zbieramy najpilniejsze środki, ale jesteśmy świadomi, że z biegiem czasu może zmniejszyć się zainteresowanie wsparciem. Dlatego planujemy również zbiórkę funduszy, które pomogą w przyszłości w odbudowie i remontach zniszczonych domów – mówi o. Migacz.

    Franciszkański Wolontariat „Bracia Braciom” szuka osób gotowych do podjęcia wolontariatu w Kłodzku. Jak informuje br. Cordian Szwarc, ze względu na kryzysową sytuację i wymagające warunki pracy poszukiwane są osoby pełnoletnie, odpowiedzialne, chcące włączyć się w bezpośrednią pomoc osobom poszkodowanym, niebojące się wyzwań, pracy fizycznej i działania w zespole.

    Zadaniem wolontariuszy jest pomoc w pracach porządkowych, oczyszczanie budynków z mułu wodnego, skuwanie tynków, prace gospodarcze, wsparcie logistyczne
    i inne zadania wynikające z potrzeb mieszkańców.

    Fundacja zapewnia wolontariuszom nocleg, wyżywienie, ubezpieczenie, umowę wolontariacką, transport do miejsc, w których będzie odbywała się pomoc, narzędzia, sprzęty niezbędne do wykonywania prac gospodarczych. Franciszkanie proszą, aby każdy wolontariusz miał ze sobą przynajmniej dwa zestawy odzieży roboczej oraz
    obuwie odporne na wodę (najlepiej kalosze).

    W sieci pojawia się dużo zbiórek, wielu oszustów próbuje wykorzystać naturalną chęć pomagania – zebrane przez nich pieniądze nigdy nie trafią do potrzebujących. Dlatego ważne jest, aby weryfikować, gdzie przelewamy pieniądze – najlepiej korzystać wyłącznie ze zweryfikowanych profili lub wchodzić na strony internetowe organizacji pomocowych.

    Ze strony hierarchów nie brakuje także wyrazów wsparcia i wezwań do modlitwy.

    “Łączę się duchowo ze wszystkimi dotkniętymi skutkami powodzi w południowej części naszego kraju. Modlę się także za niosących pomoc i apeluję do ludzi dobrej woli o konieczne wsparcie dla poszkodowanych i ofiar żywiołu” – przekazał za pośrednictwem mediów społecznościowych przewodniczący Konferencji Episkopatu Polski abp Tadeusz Wojda SAC.

    Wyrażam serdeczną jedność ze wszystkimi poszkodowanymi powodzią. W sposób szczególny otaczam modlitwą tych, którzy stracili dorobek swojego życia. Bardzo proszę duszpasterzy i wiernych o nieustanną modlitwę i pomoc w organizowaniu wsparcia poszkodowanym – napisał bp Marek Mendyk, biskup świdnicki. Walka z powodzią wciąż trwa, z jej skutkami wciąż mierzą się mieszkańcy wielu gmin i powiatów diecezji.

    Dziękuję osobom i instytucjom, które tak ofiarnie angażują się w ochronę lokalnej społeczności przed nowymi zagrożeniami. Łączę się duchowo ze strażakami, wolontariuszami, harcerzami, służbami odpowiedzialnymi za bezpieczeństwo mieszkańców. Bardzo proszę duszpasterzy i wiernych o nieustanną modlitwę i pomoc w organizowaniu wsparcia poszkodowanym. Niech Matka Boża Bolesna, patronka dnia dzisiejszego, wyprasza nam u swojego Syna Jezusa Chrystusa błogosławieństwo i ufną nadzieję na ten trudny czas. 
    bp Marek Mendyk, biskup świdnicki.

    Bp Andrzej Czaja zaapelował o pomoc powodzianom na terenie diecezji opolskiej. Wieczorem ma się zebrać diecezjalny sztab kryzysowy, który zbierze informacje o potrzebach i opracuje formy wsparcia. – Jeśli nasza pomoc ma być skuteczna, musimy to skoordynować – zaznacza biskup, apelując o solidarność z poszkodowanymi. – Jesteśmy z wami i zapewniam, że będziemy was wspierać – dodaje.

    artykuł aktualizowany/Gość Niedzielny

    ______________________________________________________________________________________________________________

    fot. Freepik

    **

    W obliczu klęski powodzi módlmy się za ofiary, wszystkich ludzi, których dotknęła powódź i służby ratunkowe.

    Święty Jan Nepomucen, prezbiter i męczennik to ten, który jest orędownikiem w czasie powodzi.

    Jego imienia wzywali także wszyscy tonący. Święty pochodził z Czech i tam prowadził między innymi swoją działalność ewangelizacyjną. Był posłuszny wobec biskupa i troszczył się o dobro wspólnoty Kościoła.

    Legenda głosi, że święty pewnego dnia, podczas trwających zatargów między królem praskim a arcybiskupem Pragi, Jan prowadził mediacje, które niestety nie zakończyły się sukcesem. Z tego też powodu, Wacław IV Luksemburczyk pojmał kapłana i poddał go torturom, a następnie pół żywego kazał zrzucić go z przywiązanym kamieniem do szyi.

    Według historii kamień urwał się, a niezwykła jasność obudziła mieszkańców Pragi. Podobno widząc to król odbył pokutę i zaniechał swych działań, choć nie na długo. Jan niezwykle umiłował sobie tajemnicę spowiedzi. Strzegł jej, pomimo gróźb króla, który mówił, że jeśli kapłan nie zdradzi tego, co podczas spowiedzi powiedziała mu królowa, to zostanie zamordowany… Tak też się stało.

    Modlitwa w czasie powodzi

    Do Ciebie, któremu wichry i jeziora są posłuszne, wołamy dziś: święty Boże, święty Mocny, święty a Nieśmiertelny, zmiłuj się nad nami, od zarazy, głodu, deszczu i powodzi wybaw nas Panie!

    Stacja7.pl

    ______________________________________________________________________________________________________________

    „Módlcie się za nas”. Reportaż z dotkniętych powodzią Głuchołazów

    Woda, która z hukiem gnała między domami, niosła ogromne drzewa, samochody osobowe, a nawet przyczepę kempingową. Rozmawialiśmy z ludźmi dotkniętymi przerażającym doświadczeniem: powodzią w Głuchołazach.

    Biała Głuchołaska zerwała mosty w mieście.

    zdjęcia w tym artykule – Henryka Przondziono/Gość Niedzielny

    ***

    Sylwia Gitlarz jest jedną z osób, które w niedzielę 15 września straciły w tym mieście dorobek życia. Woda wdarła się do jej mieszkania na parterze wielorodzinnego, jednopiętrowego budynku przy alei Jana Pawła II. Zalała wszystko oprócz wiszących półek w kuchni i obrazów na ścianie, w tym jednego z Jezusem Miłosiernym.

    Wyrwane kable z lodówki

    A było to mieszkanie niedawno wyremontowane, z uroczym tarasem, na którym Sylwia z mężem i przyjaciółmi, którzy ich odwiedzali, uwielbiali spędzać czas. Dobrze się im tu żyło, zwłaszcza że trafili na bardzo dobrych sąsiadów.

    Dla głodnych, pozbawionych prądu i wody mieszkańców Głuchołaz na rynku zupę gotowała ekipa z Fundacji Dobre Miejsce z tutejszymi wolontariuszami.

    Dla głodnych, pozbawionych prądu i wody mieszkańców Głuchołaz na rynku zupę gotowała ekipa z Fundacji Dobre Miejsce z tutejszymi wolontariuszami.

    ***

    Kiedy woda opadła, musieli wyrzucić całe wyposażenie mieszkania. – Straciliśmy wszystko. Płaczemy, ale bierzemy się do roboty, choć nie mamy za bardzo pojęcia, za co konkretnie się wziąć… Wczoraj przyszli do nas sąsiedzi. Też płakali. Posprzątaliśmy razem szlam, wyrzuciliśmy panele i meble – wylicza pani Sylwia. – Mamy więc pomoc sąsiedzką. Z miasta za darmo przywożą jedzenie. Ludzie z serca pomagają i to jest wzruszające. Pan, od którego wynajmujemy garaż, zadzwonił, że zwraca nam wrześniową opłatę i dalsze wstrzymuje. Ludzie są dobrzy. Choć są też jednostki, które kradną. Wystawiliśmy na podwórko lodówkę w nadziei, że może uda się ją wysuszyć, to już nam z niej powyrywali kable – dodaje.

    Gorzej niż w 1997

    Rzeka Biała Głuchołaska wyrwała się z koryta w niedzielny poranek 15 września. – Sąsiadka do mnie zadzwoniła, że właśnie puściły wały. Wyskoczyłam z łóżka, popatrzyłam: woda szła z tamtej strony – pani Sylwia wskazuje na południe, na przestrzeń pomiędzy stojącymi w rzędzie czteropiętrowymi blokami. Teraz ziemia jest tu pokryta grubą warstwą czarnego szlamu i piętrzącymi się stertami wyposażenia, wyrzuconego z mieszkań. W tamtej chwili jednak gnała tędy wielka woda. – Z sekundy na sekundę jej poziom się podnosił. To było przerażające – mówi.

    Kazimierz Grubiak w kościółku św. Rocha. Dwa dni wcześniej ołtarz stał tu w wodzie.

    Kazimierz Grubiak w kościółku św. Rocha. Dwa dni wcześniej ołtarz stał tu w wodzie.

    ***

    Woda niosła ogromne drzewa. Towarzyszył temu głośny huk. Kazimierz Grubiak z Głuchołaz widział z okna, jak nurt zabiera i znosi samochód z parkingu. – Widziałem też, jak odpłynął drewniany klomb, w którym rosło drzewko – mówi.

    Jadwiga Studzienna, radna miasta Głuchołazy, obserwowała to, co się dzieje, z mieszkania na trzecim piętrze bloku. W jej budynku powódź aż po sufit zalała piwnice, ale na szczęście oszczędziła mieszkania. – O piątej rano, kiedy mój mąż wstawał do pracy, jeszcze nie było wody. Kiedy ja przebudziłam się o 7.20, podwórko było już zalane. Biała Głuchołaska jest górską rzeką, więc nabrała tutaj ogromnego rozpędu i ogromnej mocy. Wielu z nas widziało takie rzeczy, ale tylko w filmach katastroficznych, jako fantazje scenarzystów i reżyserów. Natomiast to, co tutaj się zadziało, to był prawdziwy koszmar – wspomina. – Żeby dzieci były spokojniejsze, przenieśliśmy się do przyjaciół mieszkających wyżej. To moja druga powódź, bo z dzieciństwa pamiętam tę z 1997 roku. To, co było teraz, było o wiele gorsze – uważa.

    Płynąca przyczepa

    – Woda niosła takie pocięte pniaki, jakby je zabrała z jakiejś sterty w lesie. Koło nas przepłynęła też przyczepa kempingowa – relacjonuje Sylwia Gitlarz.

    Wraz z mężem uciekła na piętro, do sąsiadki. Niepokojącym widokiem dla wszystkich tam zgromadzonych było stopniowe podnoszenie się wody na klatce schodowej. – Nie mieliśmy żadnych wiadomości z zewnątrz, bo nie było prądu. Oszczędzaliśmy komórki na najpilniejsze telefony. Zapaliłam w oknie gromnicę. W tym czasie moja córka Anita, która mieszka w Głuchołazach w bloku na czwartym piętrze, modliła się za nas i płakała. Tak samo córka Wiktoria z zięciem Łukaszem w Opolu – mówi.

    Mąż pani Sylwii w pewnym momencie wyczuł ulatniający się gaz. Córka przez telefon radziła, żeby się ewakuowali. – Napisałam na Messengerze do burmistrza. Odpisał z prośbą o telefon kontaktowy. Zaraz straż miejska do nas zadzwoniła. Służby odcięły dopływ gazu. Na samą ewakuację musieliśmy jeszcze dość długo poczekać, bo wielu ludzi było w gorszej sytuacji niż my. Dla nas ważna była już świadomość, że służby o nas wiedzą – wspomina.

    Żadne filmy ani zdjęcia nie oddadzą skali wielkiego sprzątania po zejściu wody – dom za domem, ulica za ulicą.

    Żadne filmy ani zdjęcia nie oddadzą skali wielkiego sprzątania po zejściu wody – dom za domem, ulica za ulicą.

    ***

    Wnieśli mnie do łódki

    Łódka, na której mieli się ewakuować, dotarła pod ich okna po południu. – Strażacy to są wspaniali chłopcy: szli w wodzie do ramion i nas w tej łódce przepychali. Jestem im bardzo wdzięczna – mówi Sylwia Gitlarz.

    Wtóruje jej sąsiadka z góry, Alicja. Miesiąc temu doznała wypadku, przez co na razie ma sprawną tylko jedną rękę. – Mam też rany na nogach, więc nie mogłam wejść do tej wody, żeby nie dostać infekcji. Strażacy wnieśli mnie więc do tej łódki, a później jeszcze przenieśli z łódki do samochodu – relacjonuje.

    Mieszkanie pani Alicji na piętrze ocalało: zabrakło pół metra, żeby woda wlała się do niego. Kiedy ściana wody runęła na miasto, jej mąż był akurat w delegacji, a później już nie mógł dostać się z powrotem. – W 1997 r. przeżyłam powódź, ale wtedy woda sięgała mniej więcej do kolan. Teraz w ogóle nie ma porównania. Widzi pan te garaże? Były zalane aż do dachu. Mój mąż miał tam trzy motocykle. Zostały zalane. Udało się mi tylko uratować samochód, bo z wyprzedzeniem poprosiłam, żeby mi go wywieźli. Z motocyklami to się nie udało, bo nie wszyscy mają na nie prawo jazdy – mówi.

    Powódź i czarna śmierć

    Woda zerwała mosty w Głuchołazach. Ocalała tylko kładka dla pieszych. Do tej części miasta, która jest położona na lewym brzegu Białej Głuchołaskiej, z początku nie można było nawet wysłać cysterny z wodą.

    Pod wodą znalazł się cały rynek. Tylko trochę wyżej stoi kościół św. Wawrzyńca, którego ozdobą jest XIII-wieczny portal wczesnogotycki – najwspanialszy zabytek Głuchołaz. Świątynia została wcześniej szczelnie zabezpieczona workami z piaskiem. Co prawda na jej posadzce pojawiło się kilka centymetrów wody, ale główna fala powodzi, niosąca kleisty szlam, nie przedostała się do środka.

    Mętna woda wlała się natomiast do XVII-wiecznego kościółka św. Rocha. To filialna świątynia należąca do parafii św. Wawrzyńca. Stoi na miejscu kaplicy z 1350 r., wzniesionej na pamiątkę „czarnej śmierci”, czyli ogromnej epidemii dżumy, która zabiła połowę Europejczyków. Najcenniejszym zabytkiem w jego wnętrzu jest późnorenesansowy drewniany ołtarz z 1625 roku. Na umieszczonym w nim obrazie widać Maryję z Dzieciątkiem, powstrzymujących uzbrojoną w pioruny rękę Boga Ojca. – Ołtarz został odnowiony przed siedmiu laty. Jego dolna część w czasie tej powodzi niestety stała w wodzie – pokazuje Kazimierz Grubiak, który na prośbę proboszcza opiekuje się zabytkową budowlą i oprowadza po niej zwiedzających. W miejscu, do którego doszła woda, na drewnianej płaskorzeźbie widać spore pęknięcie.

    Kiedy woda opadła, okazało się też, że na posadzce zalega gruba na 10 cm warstwa szlamu. Oczyścili ją pan Kazimierz z kilkoma innymi parafianami.

    Sylwia Gitlarz z mężem stracili dorobek życia. Wskazuje poziom wody w ich mieszkaniu.

    Sylwia Gitlarz z mężem stracili dorobek życia. Wskazuje poziom wody w ich mieszkaniu.

    ***

    Pomidorówka dla głodnych

    Już w poniedziałek 16 września, gdy Biała Głuchołaska wróciła do koryta, do miasta przyjechali ludzie z katowickiej Fundacji Wolne Miejsce. Dotarli na rynek, na którym dopiero zaczynało się wielkie czyszczenie z grubej warstwy szlamu. Rozstawili wielkie kotły i zaczęli… gotować zupę pomidorową. – Nie mogło nas zabraknąć na Dolnym Śląsku, gdzie nasi rodacy zostali podtopieni, a już dzisiaj, po przejściu wody, są głodni! W wielu domach nie ma ani prądu, ani gazu, ani czystej wody. Ugotowanie gorącego posiłku jest dla ludzi w tych warunkach niemożliwe. Poczęstowaliśmy ich więc zupą. Aplauz był niesamowity, bo dla wielu to był pierwszy gorący posiłek od soboty – mówi Mikołaj Rykowski, prezes Fundacji Wolne Miejsce. – Widzieliśmy szczególną radość dzieci. To się rzadko zdarza, żeby dzieci z taką chęcią, z taką radością zjadały zwyczajną zupę, a nie jakieś wykwintne dania – zauważa.

    Kolejnego dnia, we wtorek 17 września, ekipa ugotowała już dwie zupy: mięsną oraz wegetariańską, kalafiorową. – Bardzo nas cieszy, że wiele osób nie zjada zupy na miejscu, ale zabiera ją do wiaderek, garnków, jakichś dużych misek i zanosi swoim bliskim albo sąsiadom, którzy nie mogą tutaj sami przyjść. Ludzie okazują sobie tutaj solidarność. Część wolontariuszy nalewających zupę to także mieszkańcy Głuchołaz, którzy do nas dołączyli – przedstawia Mikołaj Rykowski.

    Wśród tych wolontariuszy są Jadwiga Studzienna z nastoletnią córką Antosią. – Wielu ludzi jest ogromnie poszkodowanych, niektórzy stracili dorobek całego życia. W tej wielkiej tragedii piękne jest jednak to, że ludzie się jednoczą i pomagają. Dbają o swoich sąsiadów, zwłaszcza o osoby starsze, o ludzi, którzy jeszcze nie potrafią się wydostać z domów, bo w mieście jest przecież ciągle pełno mułu – podkreśla.

    16 czerwca na rynku w Głuchołazach ludzie z fundacji rozdali dwa tysiące porcji gorącej zupy, a kolejnego dnia już trzy tysiące. Dwie inne ekipy z Wolnego Miejsca gotowały dla mieszkańców Lądka-Zdroju i Nysy.

    Ulice, podwórka, parki są pokryte grubą warstwą szlamu.

    Ulice, podwórka, parki są pokryte grubą warstwą szlamu.

    ***

    Tony szlamu

    W tym czasie na wszystkich ulicach i na wszystkich podwórkach w centrum Głuchołaz trwało intensywne sprzątanie. To był przejmujący widok, którego skali nie potrafią oddać żadne filmy publikowane w internecie czy emitowane w telewizji.

    Do uwijających się przy pracy mieszkańców dołączyło m.in. kilkudziesięciu harcerzy, którzy przyjechali z różnych miast województwa opolskiego. Łopatami usuwali szlam, wynosili naniesione przez wodę śmieci i drewno. – Sprzątaliśmy przed przedszkolami, przed siedzibą Ośrodka Pomocy Społecznej oraz budynkami, w których ma zostać uruchomione wydawanie pomocy dla mieszkańców – relacjonuje harcmistrz Adam Panczocha, zastępca komendanta chorągwi opolskiej ZHP.

    Choć szlam szybko znikał z ulic i placów miasta, nadal jednak zalega na podwórkach, w parkach, oblepia aż po dachy samochody stojące między kamienicami. Pracy wciąż jest ogrom.

    Sylwia Gitlarz, która straciła wszystko, co miała w mieszkaniu, mówi: – Dziękujemy wszystkim, którzy nam pomogli, którzy dowożą nam jedzenie i wodę, poświęcają nam swój czas i o nas pamiętają. Proszę, módlcie się za nas, bo odbudowa tego, co straciliśmy, może potrwać bardzo długo.

    Przemysław Kucharczak/Gość Niedzielny

    ______________________________________________________________________________________________________________

    ***

    MIĘDZYNARODOWA KORONKA DO BOŻEGO MIŁOSIERDZIA NA CAŁYM ŚWIECIE O GODZINIE 15.00 W SOBOTĘ 28 WRZEŚNIA 2024

     ***
    Te 15 minut dla świata wydaje się nic nie znaczyć, ale dla Miłosiernego Boga jest to wielkie wołanie grzeszników.

    Bardzo ważne jest włączenie się do tej wspólnej modlitwy o tej samej godzinie, tego samego dnia i połączyć się z Panem Jezusem konającym na krzyżu modląc się słowami Koronki do Bożego Miłosierdzia…

    ***

    W tym roku szczególnie modlimy się w następujących intencjach:

    1. Aby w Panu Bogu pokładać nadzieje stawiając Go na pierwszym miejscu
        w życiu rodzinnym, społecznym i politycznym.

    2. Za Kościół Boży, aby wiernie i konsekwentnie bronił depozytu wiary
        i moralności.

    3. Za biskupów i księży, aby byli kapłanami według Serca Jezusowego.
    4. Za rządzących, aby sprawowanie  władzy  traktowali  jako służbę  na
        rzecz wspólnego dobra wszystkich ludzi.

    5. O poszanowanie życia ludzkiego – od poczęcia do naturalnej śmierci.
    6. O pokój na całym świecie, zwłaszcza w miejscach wojen i niepokoju
        ogarniętych zamętem i bezprawiem.

    7. Za więźniów, a zwłaszcza tych, którzy trwają daleko od Boga, nie widzą sensu nawrócenia, którym brakuje nadziei w Boże Miłosierdzie
    8. O powrót uchodźców do ich ojczystych krajów i pomoc w odbudowie ich domów.
    9. Za żołnierzy i obrońców granic, aby skutecznie i godnie bronili Ojczyzny.
    10. Za nasze ojczyste kraje, miasta, wsie, nasze rodziny i nas samych.

    __________________


    W tej modlitwie niech nam towarzyszą święci z nieba :
    św. siostra Faustyna Kowalska i bł. ksiądz Michał Sopoćko
    .

    ***

    ***

    W sobotę, 28 września 2024 r., w 16. rocznicę beatyfikacji ks. Michała Sopoćki, o godzinie 15:00 na placach, rogach i skrzyżowaniach ulic miast, a także w innych miejscach publicznych i na wiejskich rozdrożach, już po raz siedemnasty pojawią się ludzie, by odmówić Koronkę do Miłosierdzia Bożego w ramach akcji Koronka na ulicach miast świata.

    Do tej akcji, która przypomina o przesłaniu Bożego miłosierdzia, może włączyć się każdy. Wystarczy znaleźć swoje miejsce na skrzyżowaniu i odmówić Koronkę do Miłosierdzia Bożego, indywidualnie lub w grupie, a jeśli to niemożliwe – to można połączyć się duchowo.

    _______________________________________________________________________

    13 września – rocznica objawienia Koronki do Bożego Miłosierdzia

    13 września 1935 r. Pan Jezus podyktował św. Faustynie tekst Koronki do Bożego Miłosierdzia. Dziś jest to jedna z najpopularniejszych modlitw. – Przez odmawianie tej koronki podoba Mi się dać wszystko, o co Mnie prosić będą, jeżeli to (…) będzie zgodne z Moją wolą – powiedział Pan Jezus.

    ***

    fot. Katarzyna Matejek/Gość Niedzielny

    ***

    Pochodzenie i obietnice

    Tę modlitwę podyktował Pan Jezus siostrze Faustynie w Wilnie 13 września 1935 roku. W następnych objawieniach ukazał jej wartość i skuteczność oraz przekazał obietnice do niej przywiązane.

    W tej modlitwie ofiarujemy Bogu Ojcu “Ciało i Krew, Duszę i Bóstwo” Jezusa Chrystusa, łączymy się z Jego ofiarą złożoną na Krzyżu dla zbawienia świata. Ofiarując Bogu Ojcu Jego “najmilszego Syna”, odwołujemy się do najsilniejszego argumentu, by być wysłuchanym. Prosimy o “miłosierdzie dla nas i całego świata”. Słowo “nas” oznacza odmawiającego koronkę i tych, za których pragnie lub jest zobowiązany się modlić. Natomiast “cały świat” – to wszyscy ludzie żyjący na ziemi i dusze w czyśćcu cierpiące. Modląc się słowami tej koronki, spełniamy akt miłości bliźniego, który – obok ufności – jest nieodzownym warunkiem otrzymania łask.

    Przez odmawianie tej koronki – obiecał Pan Jezus – podoba Mi się dać wszystko, o co Mnie prosić będą (1541) i dodał: jeżeli to (…) będzie zgodne z Moją wolą. (1731)

    Szczegółowe obietnice dotyczą godziny śmierci: łaski szczęśliwej i spokojnej śmierci. Mogą je uprosić tylko ci, którzy sami z ufnością i wytrwale odmawiają tę koronkę, ale także konający, przy których inni jej słowami modlić się będą.

    Kapłani – powiedział Jezus – będą (ją) podawać grzesznikom jako ostatnią deskę ratunku; chociażby był grzesznik najzatwardzialszy, jeżeli raz tylko odmówi tę koronkę, dostąpi łaski z nieskończonego miłosierdzia Mojego. (687) Chociaż raz, ale w postawie zgodnej z treścią modlitwy, a przede wszystkim z wiarą, ufnością i w pokorze oraz ze szczerym i głębokim żalem za grzechy.

    W “Dzienniczku”

    Pod datą 13 września 1935 roku, Święta siostra Faustyna zapisała w swoim Dzienniczku taką oto wizję odnośnie tej koronki:

    Wieczorem, kiedy byłam w swojej celi, ujrzałam anioła, wykonawcę gniewu Bożego. Był w szacie jasnej, z promiennym obliczem, obłok pod jego stopami, z obłoku wychodziły pioruny i błyskawice do rąk jego, a z ręki jego wychodziły i dopiero dotykały ziemi. Kiedy ujrzałam ten znak gniewu Bożego, który miał dotknąć ziemię, […] zaczęłam prosić anioła, aby się wstrzymał chwil kilka, a świat będzie czynił pokutę. Jednak niczym prośba moja była wobec gniewu Bożego. W tej chwili ujrzałam Trójcę Przenajświętszą. Wielkość majestatu Jej przeniknęła mnie do głębi i nie śmiałam powtórzyć błagania mojego. W tej samej chwili uczułam w duszy swojej moc łaski Jezusa, która mieszka w duszy mojej; kiedy przyszła mi świadomość tej łaski, w tej samej chwili zostałam porwana przed stolicę Bożą. O, jak wielki jest Pan i Bóg nasz i niepojęta jest świętość Jego. Nie będę się kusić opisywać tej wielkości, bo niedługo ujrzymy Go wszyscy, jakim jest. Zaczęłam błagać Boga za światem słowami wewnętrznie słyszanymi.

    Kiedy się tak modliłam, ujrzałam bezsilność anioła, i nie mógł wypełnić sprawiedliwej kary, która się słusznie należała za grzechy. Z taką mocą wewnętrzną jeszcze się nigdy nie modliłam jako wtenczas. Słowa te, którymi błagałam Boga, są następujące: Ojcze Przedwieczny, ofiaruję Ci Ciało i Krew, Duszę i Bóstwo najmilszego Syna Twojego, a Pana naszego Jezusa Chrystusa, za grzechy nasze i świata całego; dla Jego bolesnej męki miej miłosierdzie dla nas.

    Na drugi dzień rano, kiedy weszłam do naszej kaplicy, usłyszałam te słowa wewnętrznie: Ile razy wejdziesz do kaplicy, odmów zaraz tę modlitwę, której cię nauczyłem wczoraj. Kiedy odmówiłam tę modlitwę, usłyszałam w duszy te słowa:

    Modlitwa ta jest na uśmierzenie gniewu mojego, odmawiać ją będziesz przez dziewięć dni na zwykłej cząstce różańca w sposób następujący: najpierw odmówisz jedno “Ojcze nasz” i “Zdrowaś Maryjo”, i “Wierzę w Boga”, następnie na paciorkach “Ojcze nasz” mówić będziesz następujące słowa: “Ojcze Przedwieczny, ofiaruję Ci Ciało i Krew, Duszę i Bóstwo najmilszego Syna Twojego, a Pana naszego Jezusa Chrystusa, na przebłaganie za grzechy nasze i świata całego”; na paciorkach “Zdrowaś Maryjo” będziesz odmawiać następujące słowa: “Dla Jego bolesnej męki miej miłosierdzie dla nas i świata całego”. Na zakończenie odmówisz trzykrotnie te słowa: Święty Boże, Święty Mocny, Święty Nieśmiertelny, zmiłuj się nad nami i nad całym światem”. (474 – 476)

    Sposób odmawiania:

    (na zwykłym różańcu)

    Na początku:

    Ojcze nasz, któryś jest w niebie, święć się imię Twoje, przyjdź królestwo Twoje, bądź wola Twoja jako w niebie tak i na ziemi. Chleba naszego powszedniego daj nam dzisiaj. I odpuść nam nasze winy, jako i my odpuszczamy naszym winowajcom. I nie wódź nas na pokuszenie, ale nas zbaw ode złego . Amen.

    Zdrowaś Maryjo, łaski pełna, Pan z Tobą, błogosławionaś Ty między niewiastami i błogosławiony owoc żywota Twojego, Jezus. Święta Maryjo, Matko Boża, módl się za nami grzesznymi teraz i w godzinę śmierci naszej. Amen.

    Wierzę w Boga, Ojca wszechmogącego, Stworzyciela nieba i ziemi. I w Jezusa Chrystusa. Syna Jego jedynego, Pana naszego, który się począł z Ducha Świętego; narodził się z Maryji Panny. Umęczon pod Ponckim Piłatem, ukrzyżowan, umarł i pogrzebion. Zstąpił do piekieł, trzeciego dnia zmartwychwstał. Wstąpił na niebiosa, siedzi po prawicy Boga Ojca wszechmogącego. Stamtąd przyjdzie sądzić żywych i umarłych. Wierzę w Ducha Świętego, Święty Kościół powszechny, świętych obcowanie, grzechów odpuszczenie, ciała zmartwychwstanie, żywot wieczny. Amen.

    Na dużych paciorkach (1 raz):

    Ojcze Przedwieczny, ofiaruję Ci Ciało i Krew, Duszę i Bóstwo najmilszego Syna Twojego, a Pana naszego Jezusa-Chrystusa na przebłaganie za grzechy nasze i całego świata.

    Na małych paciorkach (10 razy):

    Dla Jego bolesnej męki, miej miłosierdzie dla nas i całego świata.

    Na zakończenie (3 razy):

    Święty Boże, Święty Mocny, Święty Nieśmiertelny, zmiłuj się nad nami i nad całym światem.

    Gość Niedzielny

    ________________________________________________________________________

    Domy rekolekcyjne – miejsca strategiczne dla życia Kościoła i parafii

    O znaczeniu rekolekcji zamkniętych i o domach rekolekcyjnych jako miejscach ważnych dla życia Kościoła i parafii mówi ks. Krzysztof Wons SDS.

    Ks. Krzysztof Wons SDS jest dyrektorem Centrum Formacji Duchowej Salwatorianów w Krakowie, redaktorem naczelnym „Zeszytów Formacji Duchowej” oraz dyrektorem Szkoły Wychowawców Seminariów Duchownych Diecezjalnych i Zakonnych.

    fot. Henryk Przondziono/Gość Niedzielny

    ***

    Franciszek Kucharczak: Czy rekolekcje zamknięte z Księdza perspektywy są tak samo popularne dzisiaj jak były kiedyś?

    ks. Krzysztof Wons SDS: Z mojej perspektywy są coraz bardziej popularne. Od wielu lat, odkąd tutaj działamy, widzę to jako szczególny znak czasu. Mianowicie że Kościół mocno zaangażowany w duszpasterstwie parafialnym, w którym niestety transmisja wiary w rodzinach jest coraz słabsza, bardzo potrzebuje środków, które będą tę wiarę na nowo ożywiały – a może nawet rodziły dzięki łasce Ducha – i prowadziły ludzi ku wierze pogłębionej. Takie domy są niezwykle ważnym płucem, może nawet drugim płucem dla parafii. Pojawia się u nas coraz więcej ludzi, którzy nie tylko szukają pogłębionej wiary, ale wręcz są u początku i potrzebują rozpalenia w wierze. Niemało jest takich, którzy po latach wracają i szukają świeżości życia w Kościele.

    Czy to dzieje się we wszystkich domach rekolekcyjnych, czy też zależy od rodzaju rekolekcji?

    Przede wszystkim mamy tych domów bardzo dużo. Natomiast mało jest, moim zdaniem, takich, które mają własną osobowość formacyjną. Chodzi o dom, który kojarzony jest z bardzo konkretną propozycją formacyjną. Mam na myśli taką formację, która jest dynamiczna, rozwojowa, która prowadzi osobę konsekwentnie przez cały rok, przez lata, która ma propozycje wzrostu w wierze. Jest natomiast wiele domów, które świadczą tak zwane usługi. One są niezwykle cenne, chcę to podkreślić. Te domy są nieraz wypełnione różnymi wspólnotami, które są już na drodze wiary. To jest Domowy Kościół, to jest Neokatechumenat, to są ruchy odnowowe. One często w niemałej mierze wypełniają te domy swoim życiem, programem.

    Ksiądz jest dyrektorem Centrum Formacji Duchowej Salwatorianów w Krakowie. Wasz dom ma „osobowość”?

    Od początku staramy się wspólnie – mamy wspaniałą ekipę salwatorianów i salwatorianek – by ten dom miał konkretną propozycję formacyjną. Ona zresztą bardzo się rozwija, bo uczestnicy nas też wychowują, pomagają nam przyłożyć ucho do potrzeb ludzi. I okazuje się, że jest duży wzrost. Dlatego rozbudowaliśmy ośrodek – wyzwanie po ludzku ryzykowne, ale widzieliśmy, że jest taka potrzeba.

    Na prowadzone u Was rekolekcje przeżywania słowa Bożego według tradycji lectio divina jest dużo chętnych.

    I tu chcę powiedzieć o czymś bardzo ważnym. To, co ja obserwuję w Kościele, to jest ogromny głód słowa. Przypomina mi się Księga Joela i obietnica Boga, że wzbudzi głód słowa od najmniejszych do największych. Benedykt XVI mówił do teologów w 2006 roku, że jeśli Kościół wróci do lectio divina, przeżyje nową duchową wiosnę. My to robimy w naszym domu bardzo konsekwentnie od wielu lat, rozszerzamy ten program, ciągle dajemy nowe propozycje. I proszę mi wierzyć, my tę wiosnę widzimy. Mamy bardzo dużo uczestników, do tego stopnia, że często nie wszystkich możemy przyjąć.

    Są też domy dające inne propozycje.

    Tak. Znam domy o konkretnej „osobowości”. Pośród wielu innych są to ośrodki prowadzone przez jezuitów. Oni kiedyś byli dla mnie dużą inspiracją. Zwłaszcza rekolekcje wokół ćwiczeń ignacjańskich cieszą się cały czas dużym powodzeniem.

    Wy natomiast skupiliście się na słowie Bożym.

    Poszliśmy mocno w kierunku słowa, ale uważam, że nie robimy niczego nowego. Jest to coś fundamentalnego, bo słuchanie go jest istotą rekolekcji. Jeśli rekolekcje nie polegają na słuchaniu słowa, to na czym polegają? Bóg nas wyprowadza na pustynię właśnie po to, by do nas mówić. Ludzie czują się w tym jak ryba w wodzie, i to również tacy, którzy dopiero zaczynają, szukają. Przyjeżdżają i świeccy, i duchowni. Oczywiście można powiedzieć, że to jest kropla w morzu, ale musimy przyzwyczaić się do patrzenia nie przez pryzmat doświadczenia Kościoła masowego, tylko Kościoła, który cierpliwie i pokornie zaczyna formację u podstaw. Jeśli ta formacja będzie istniała, to jestem przekonany, że to ziarno w ziemi zacznie wydawać owoce i Kościół powoli od wewnątrz będzie się odradzał.

    Pocieszająca prognoza.

    Osobiście uważam, że jest wiosna w Kościele w Polsce. Ktoś może mnie uważać za szaleńca, ale twierdzę, że to jest ten moment wiosny, kiedy ziarno jest w ziemi i zaczyna obumierać. Ja to widzę: jeśli się ludzi przyprowadzi do słowa, ujawnia się ogromny głód słowa.

    Jak przyprowadzić do słowa?

    My, księża, nie docieramy do wielu z tych, do których docierają świeccy i przyprowadzają ich na rekolekcje. Z nimi mają relacje, przyjaźnie, nam nie zaufają, dopóki nie poznają nas z bliska. Ale im ufają. Reagują na to, co mówią ich bliscy, krewni. Kapitalnie to działa.

    To rekolekcje w milczeniu. Co ciekawe, ludzi to pociąga.

    Benedykt XVI w Verbum Domini mówi, że bez wejścia w milczenie nie ma wejścia w słuchanie słowa. To jest podstawa, to jest kultura słuchania słowa. Lectio divina to droga, którą idziemy. To nie jest nic nowatorskiego, ta metoda jest tak stara jak Kościół. My natomiast wprzęgliśmy ją w rekolekcje, które dajemy. No i dajemy, na przykład, program „Cztery Ewangelie jako cztery etapy dojrzewania chrześcijańskiego”. Tam jest kompendium wiary, formacji chrześcijańskiej. I gdy ludzie zaczynają wracać do słowa, do źródła, do Ewangelii, to dzieje się coś pięknego.

    Żeby się do Was dostać, trzeba czekać w kolejce.

    Kolejki są, to prawda. Rozbudowaliśmy ośrodek, więc mamy sporo miejsc na takie sesje weekendowe. Na to może przyjechać 200 osób i więcej. Ale na przykład na rekolekcje ośmiodniowe w lipcu potrafimy przyjąć ponad 100 osób. Dajemy szlaban, bo tam jest nie tylko wejście w ciszę, słuchanie słowa przez 8 dni – tam też my każdemu indywidualnie towarzyszymy. Czyli na taką grupę musimy mieć 10–11 kierowników. Poświęcamy na to wiele sił personalnych, bo jeśli stworzymy jakość, to będzie to prowadziło do smakowania kultury słowa, kultury chrześcijańskiej. To jest powrót do istoty. Jeśli wrócimy do źródła, do słowa, to wrócimy do wiary, bo wiara rodzi się ze słuchania. Uważam, że nie ma nic bardziej fundamentalnego.

    Kto na te rekolekcje przyjeżdża?

    Świeccy różnego pokroju i różnych zawodów. Największą u nas grupą zawodową, warto zauważyć, są nauczyciele. Stanowią kilkanaście procent wszystkich uczestników. Przyjeżdżają też księża, siostry, ale nie robimy rekolekcji grupowych dla różnych stanów. Niemal zawsze robimy mieszane. I są razem, siedzą „w jednej ławce” z otwartą Biblią: księża, siostry zakonne, świeccy. To jest przepiękne doświadczenie Kościoła. To jest model Kościoła, który istniał na początku: formacja przez relacje, przez małe grupy, przez wspólnoty. Ja osobiście uważam, że to jest podstawa. Uważam, że domy rekolekcyjne są dzisiaj miejscami strategicznymi dla życia Kościoła i parafii.

    Czy można powiedzieć, że rekolekcje są dla każdego?

    Dla każdego! Właśnie skończyliśmy 8-dniowe lectio divina i dzisiaj powiedziałem na zakończenie: „Myślicie, że pozwoliliście sobie na luksus? Ja uważam, że to jest konieczność”. Bo to jest konieczne, jeśli ktoś trochę świadomie chce żyć wiarą, oddychać wiarą w tym zabieganym świecie. Uważam, że dziś jedną z pandemicznych dolegliwości jest pośpiech. Ogromny. To jest taki „pośpiech życia”. To słynne „pokolenie zero”, o którym się mówi, już nie zna tego, czym jest proces. Żyje bardziej z klikania. Potrzebujemy więc takich domów rekolekcyjnych, żeby się zatrzymać i zobaczyć, że istnieje inny świat – i wrócić. Bo, co zawsze podkreślam, rekolekcje nie są izolatorem. Nie są po to, by izolować, ale by wrócić. By wrócić do modlitwy, do słuchania słowa. By wrócić do relacji, do więzi, do rodziny. Dobrze wrócić. Na to mocno zwracam uwagę: żeby patrzeć na pustynię jako na wezwanie, które daje nam codzienność. Pustynia jest po to, byśmy funkcjonowali w naszej codzienności, bo przecież ona jest sanktuarium Boga w naszej codzienności.

    Czy jest jakieś zalecenie co do częstotliwości korzystania z rekolekcji?

    Mamy takie zalecenia. Generalnie – bo indywidualnie może to różnie wyglądać – na takie dłuższe rekolekcje zapraszamy raz w roku. Nie częściej. Dlatego że, co mocno podkreślam, to jest proces. Rekolekcje nie tworzą jakiegoś epizodu, który później karmi mnie przez cały rok, tylko rozpoczynają proces, który ma trwać w ciągu roku. Więc trzeba świadomie postanowić, żeby trawić, trawić… Bo inaczej można też dostać niestrawności. Życie duchowe nie polega na jeżdżeniu od rekolekcji do rekolekcji. Celem życia duchowego wcale nie są ani rekolekcje, ani modlitwa sama w sobie. Celem życia duchowego jest świadome życie z Bogiem w świecie, w swoim powołaniu, w swojej rodzinie, w zjednoczeniu z Nim. Jeśli tak ma być, to rekolekcje dają impuls, dają pokarm i zmieniają myślenie. To jest szalenie ważne: ta metanoia, zmiana myślenia, gdy człowiek nagle widzi, że naprawdę może w życiu inaczej funkcjonować. I to od niego zależy, nie od świata ani od innych.

    Czy Centrum wdraża jakieś nowe projekty?

    Tak, zapraszamy na tak zwane krótsze spotkania. One są po to, żeby odświeżyć, odnowić w sobie, rozpalić charyzmat tych rekolekcji. Bo serce pamięta, co przeżyło, trzeba mu tylko tę pamięć ożywiać. Spotkania weekendowe to jest pierwsza formuła. Czasami są czterodniowe. Z kolei raz w roku mamy Dni Duchowości Biblijnej. To jest ważne. I wtedy zachęcamy do przyjazdu nawet dwa–trzy razy w roku. Albo rytmicznie, na przykład co trzy miesiące ktoś przyjeżdża, żeby taki weekend przeżyć. To jest coś naturalnego. Ale jest jeszcze nowa formuła, którą rozpoczęliśmy. To jest Dzień Pustyni dla Krakowa. Tak to nazwaliśmy. To są jednodniowe spotkania. Dzień w ciszy, na modlitwie. Zaczynamy o dziesiątej, ale ludzie zbierają się o dziewiątej, bo muszą się wcześniej wpisać. Około osiemnastej kończymy Eucharystią. Sam jestem zdumiony efektem.

    Dlaczego?

    Myślałem na początku, że przyjedzie dwadzieścia, może trzydziedzieści, czterdzieści osób, ale mamy grupy zawsze ponadstuosobowe. Ostatnio zgłosiło się prawie 150 osób. Nie tylko z Krakowa, ale też z Warszawy, z Łodzi, z innych miast. To mi uświadomiło, że ludzie ogromnie tego potrzebują i że trzeba to robić też w innych miastach. Łódź już zaczęła. Wiem, że inne miasto też ma zacząć. Wielu ludzi żyje dziś od weekendu do weekendu, ale ten weekend nie zawsze jest dobrze przemyślany. Tymczasem tu ludzie odkrywają, że można go przeżyć jako czas odpoczynku, czas modlitwy.

    Jak długo Ksiądz prowadzi te rekolekcje?

    Już 27 lat tu jestem, więc tego doświadczenia jest trochę. Przez ten dom rekolekcyjny w Krakowie przewinęło się już ponad 70 tys. ludzi, może i więcej. Siedmiuset księży wyszło ze Szkoły Wychowawców Seminariów Duchownych Diecezjalnych i Zakonnych, którą prowadzimy tu pod patronatem episkopatu. Wielu z nich wchodzi później w lectio divina, zapraszają, sami zaczynają głosić. Następuje takie pączkowanie. To się nie dzieje w jakichś niebotycznych rozmiarach, ale ja uważam, że to jest właśnie ten moment. Jestem przekonany, że Kościół przeżywa wiosnę i że ona teraz jest w ziemi. Ale oczywiście trzeba dbać o tę ziemię, żeby ziarnu pomóc. Żeby ono mogło żyć.

    rozmawiał Franciszek Kucharczak/Gość Niedzielny

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Dom rekolekcyjny od strony parku.

    Dom rekolekcyjny od strony parku.
    fot. Roman Koszowski
    /Gość Niedzielny 

    ***

    „Zatrzymuje się tu nawet pendolino z Trójmiasta”. Najstarszy na ziemiach polskich dom rekolekcyjny otwarty po remoncie

    Nie tylko katolicy, ale też protestanci i odkrywający Jezusa żydzi przyjeżdżają do tego miejsca, żeby w pełnym milczeniu przeżyć rekolekcje ignacjańskie. Bywają tu Romowie i Niemcy, którzy specjalnie uczą się polskiego, żeby zrozumieć, o czym mowa. Najstarszy na ziemiach polskich, 119-letni dom rekolekcyjny w Czechowicach-Dziedzicach został otwarty po gruntownym remoncie.

    To Dom Rekolekcyjny św. Józefa, prowadzony przez jezuitów. O zbudowanie go na Śląsku Cieszyńskim na przełomie XIX i XX wieku poprosił tych zakonników sam Leon XIII. – Ten papież chciał, żeby jezuici z Galicji ochronili robotników Śląska przed wpływem komunizmu – mówi ks. dr Seweryn Wąsik SJ, dyrektor domu.

    Zamysł Leona XIII najwyraźniej się udał, a jezuici z Czechowic znaleźli się wśród tych, którzy się do tego przyczynili. Górny Śląsk był w XX wieku jedynym w Europie wielkim zagłębiem przemysłowym, w którym robotnicy odrzucili lewicowy światopogląd i pozostali blisko związani z Kościołem. To fenomen. Na zachodzie kontynentu, a nawet już kilka kilometrów za granicą Śląska, w Zagłębiu Dąbrowskim, leżącym wtedy w zaborze rosyjskim, społeczności robotników były podatne na czerwoną agitację.

    Dzieci w karcerze

    Jezuici wznieśli ten dom w latach 1903–1905. Wybrali Czechowice ze względu na istniejący w sąsiedniej wsi Dziedzice wielki węzeł kolejowy. – Dzięki temu do dzisiaj można bez przesiadki dojechać pociągiem na nasze rekolekcje z Warszawy, Zakopanego czy Białegostoku. Zatrzymuje się tu nawet pendolino z Trójmiasta – mówi o. Seweryn Wąsik.

    Kiedy powstawał dom, Czechowice leżały na Śląsku Austriackim, ale zaledwie 4 km od granicy ze Śląskiem Pruskim, gdzie znajdowała się wielka aglomeracja. Prości robotnicy stamtąd chętnie przyjeżdżali tu na rekolekcje ignacjańskie. W 1906 r. dotarło m.in. 195 robotników z Bogucic, dzisiejszej dzielnicy Katowic, oraz 58 robotników z Kochłowic, obecnie dzielnicy Rudy Śląskiej. Zostali zgłoszeni przez swoich proboszczów. Ks. Ludwik Skowronek z Bogucic był zresztą później krytykowany przez niemieckojęzyczną prasę za to, że wysyła parafian na rekolekcje do tego „polskiego klasztoru”.

    W Czechowicach często bywał na rekolekcjach – jako prowadzący i jako uczestnik – o. Józef Andrasz, jezuita znany z „Dzienniczka” św. siostry Faustyny Kowalskiej. Był jej spowiednikiem i kierownikiem duchowym. – Siostra Faustyna wielokrotnie była formowana przez jezuitów rekolekcjami ignacjańskimi. Jak widać, skutecznie – mówi o. Seweryn. – Zresztą większość najmłodszych świętych korzystała z ignacjańskiej metody modlitwy. Byli wśród nich Bernadetta Soubirous, Matka Teresa z Kalkuty czy Jan Paweł II, który codziennie praktykował medytację ignacjańską – wskazuje. 

    ***

    Na ścianach wiszą rozświetlane od wewnątrz kopie obrazów – tu „Wieczerza w Emaus” Caravaggia.

    Na ścianach wiszą rozświetlane od wewnątrz kopie obrazów – tu „Wieczerza w Emaus” Caravaggia.
    fot. Roman Koszowski/Gość Niedzielny 

    ***

    W czasie wojny Niemcy już wiosną 1940 r. wywieźli tutejszych jezuitów do obozów koncentracyjnych i zajęli gmach. Kwaterowali tu czasowo żołnierze Wehrmachtu oraz niemieccy przesiedleńcy z Besarabii, którym władze III Rzeszy przekazywały gospodarstwa odebrane Polakom. – Później została tu utworzona filia obozu Auschwitz dla kobiet i dzieci. Niemcy prowadzili na nich eksperymenty – mówi ojciec Seweryn. Prowadzi nas do piwnicy i pokazuje ciasne pomieszczenie pod schodami, w którym esesmani urządzili karcer. Zachowały się oryginalne drzwi do niego z tak zabezpieczonym okienkiem, żeby nikt nie mógł podać więźniowi czegoś do jedzenia czy picia. – Odwiedzają nas ludzie, którzy w dzieciństwie cierpieli w tym karcerze. Przygotowujemy teraz, w tym pomieszczeniu, kaplicę Getsemani, z postacią Jezusa na podświetlonym obrazie, z jednym lub dwoma klęcznikami – zapowiada. – Ten dom, w którym tysiące ludzi zbliżyło się do Jezusa, doświadczył też tajemnicy zła. W kaplicy św. Józefa Niemcy urządzili kino dla Wehrmachtu i zawiesili tam portret Adolfa Hitlera. Dzisiaj w tym samym miejscu można zobaczyć wielki obraz Jezusa Miłosiernego – mówi o. Seweryn Wąsik.

    To kopia wizerunku z Krakowa-Łagiewnik autorstwa Adolfa Hyły. Ten malarz sam zgłosił się w czasie wojny do tamtejszych sióstr, żeby coś namalować jako swoje wotum. Ojciec Józef Andrasz poprosił go wtedy o obraz Jezusa Miłosiernego. Wspierał go też, udzielając wskazówek zaczerpniętych z wizji siostry Faustyny.

    Adolf Hyła również był w młodości przez sześć lat jezuitą. Przyszły malarz Bożego Miłosierdzia przed przyjęciem święceń wystąpił jednak z zakonu. – Jezuici pomogli mu rozeznać powołanie do małżeństwa i do służenia Bogu przez malowanie. Jego przyjaźń z jezuitami zaowocowała później obrazem Jezusa Miłosiernego. Pan Bóg prowadzi różnymi drogami, dla nas nieraz niespodziewanymi – mówi ojciec dyrektor. – Poza tym Adolf Hyła pochodził z Białej Krakowskiej, miejscowości znajdującej się niedaleko Czechowic. Przez wybór tego obrazu chcemy go upamiętnić. Była kiedyś w naszym domu grupa rekolektantów, która chciała ufundować dla tej kaplicy wizerunek Jezusa Miłosiernego w wersji wileńskiej. Odpowiedziałem, że nie mogę się na to zgodzić, bo po kumotersku muszę promować dzieła jezuitów – śmieje się.

    Jezus przy kluczu

    Po dwuletnim remoncie dom ten został na nowo otwarty. Na gości czeka tutaj do 70 miejsc w 40 pokojach. ­Wystrój jest elegancki i nowoczesny. Kopie obrazów Caravaggia i innych mistrzów, które mają pomagać w medytacji ewangelicznej, dzięki nowatorskiej technice są rozświetlane za pomocą LED-ów od wewnątrz.

    W domu wszystko ma koncentrować na Jezusie, dlatego jest wiele monogramów Jego imienia – emblematów IHS – nawet w formie breloczka przy kluczu do pokoju. To ma pomagać uczestnikom w skupieniu się na Bożej obecności. 

    ***

    Monogram Chrystusa – IHS – jest umieszczony w wielu miejscach domu, nawet na breloczkach kluczy. Ma pomagać w skupieniu się na Bożej obecności.

    Monogram Chrystusa – IHS – jest umieszczony w wielu miejscach domu, nawet na breloczkach kluczy. Ma pomagać w skupieniu się na Bożej obecności.

    fot. Roman Koszowski/Gość Niedzielny 

    ***

    Zdecydowana większość osób korzysta z rekolekcji ignacjańskich. Ich uczestnicy trwają – poza ostatnim dniem dzielenia się wiarą – w pełnym milczeniu. – Dzięki temu ziarno słowa Bożego może wpaść w serce rekolektanta jak w glebę żyzną. Jeśli jednak ktoś nie zachowuje milczenia, nie skupia się na tym, co usłyszał, wówczas ziarno już jest na drodze… – tłumaczy jezuita z Czechowic.

    Z powodu zanurzenia w media i internet ludzie są współcześnie nieustannie bombardowani tysiącami informacji, z których większość w ogóle nie jest im potrzebna. Choćby tylko z tego powodu niektórzy doceniają dziś wartość trwania w ciszy. – Są tacy, którzy na początku rekolekcji zostawiają w sejfie w sekretariacie swój smartfon, żeby wręcz fizycznie się od niego oddzielić. Chcą odciąć się od sprawdzania powiadomień i serwisów społecznościowych, które wcale nie tworzą żadnej społeczności, a już na pewno nie społeczności Bożej – zauważa ojciec dyrektor.

    ***

    Jezus Miłosierny w kaplicy. W tym domu bywał o. Józef Andrasz, spowiednik i kierownik duchowy św. siostry Faustyny.

    Jezus Miłosierny w kaplicy. W tym domu bywał o. Józef Andrasz, spowiednik i kierownik duchowy św. siostry Faustyny.

    fot. Roman Koszowski/Gość Niedzielny 

    ***

    Policjant i więzień

    Przyjeżdżają tu ludzie z różnych środowisk. Niedawno w jednej grupie rekolekcyjnej spotkali się oficer policyjnego Archiwum X, badającego najtrudniejsze sprawy sprzed lat, oraz chłopak, który właśnie wyszedł z więzienia. Nawróconych więźniów jest zresztą wielu, zwłaszcza takich, którzy „siedzieli” w Wielkiej Brytanii. – Jeden chłopak przeczytał w polskim więzieniu całą Biblię. Wyszedł na wolność i powiedział: „Panie Jezu, jak tak bardzo mnie kochasz, to mi teraz daj pracę”. Tak jak synowi marnotrawnemu, który marzy o chlebie w domu ojca, zapachniał mu na ulicy chleb. Wszedł do piekarni i kupił sobie pieczywo. Piekarz niespodziewanie go zapytał: „A nie chciałbyś sobie tu dorobić? Bo potrzebuję pomocnika do piekarni”. Z pierwszą wypłatą przyjechał do nas na „Fundament”, czyli rekolekcje ignacjańskie dla początkujących – mówi o. Seweryn.

    Dyrektor domu podkreśla, że ludzie uczą się tutaj walki duchowej i radzenia sobie w skomplikowanym świecie, w którym łatwo o rozproszenia i pokusy. – Święty Ignacy uczył skupienia i rozeznawania duchów, a także przejścia od pobożności do pełnienia woli Bożej, do oddania się do dyspozycji Panu Bogu. To już jest znaczne naruszenie własnego komfortu i swojego egoizmu. Założyciel jezuitów zachęcał, żeby w modlitwie nie tyle chcieć czegoś od Boga jak od złotej rybki, ale by pytać, co ja mogę zrobić dla Niego. Ignacy uczył też, że prawdziwą religijnością jest przyjaźń z Jezusem i pełnienie Jego świętej woli – mówi.

    Przemysław Kucharczak/Gość Niedzielny

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Produkt katolickopodobny. Łańcuszki modlitewne, fałszywe objawienia – dlaczego tak łatwo im ulegamy?

    Co sprawia, że tak wielu katolików wierzy w kwestie, które nie mają podstaw w nauczaniu Kościoła?

    SHUTTERSTOCK

    ***

    Na facebookowej ścianie wyświetla się kolorowa grafika ze stągwią i winem, na niej duży napis: „Bóg może zamienić wodę w wino i może zamienić nasz ból w radość, napisz Amen jeśli wierzysz” (pisownia oryginalna). Opublikował ją profil pod nazwą Ewangelia Jezusa Chrystusa. Licznik wskazuje tysiąc komentarzy. Inny profil, Katolicyzm i Pan Jezus, wrzuca posta ze zdjęciem figury Maryi i wpisem „Dziś jest dzień, w którym Matka Boża modli się o zdrowie Twojej rodziny, dotknij obrazka i napisz »Amen«”. Tym razem komentarzy jest ponad pięć tysięcy. Takich profili o chrześcijańsko brzmiących nazwach powstają dziesiątki, a posty niejednokrotnie gromadzą grube tysiące odpowiedzi.

    Co dzieje się po wpisaniu „amen”? Po kilku sekundach na Messengerze pojawia się upstrzona emotikonami wiadomość, zapraszająca do wysłuchania „specjalnie przygotowanego kazania” i prosząca o wybranie dogodnej pory. Pierwsze „kazanie” rozpoczyna się zwykle od odmówienia modlitwy „Wierzę w Boga”, następnie prowadzący, często podkreślając swoją przynależność do Kościoła katolickiego, rozpoczynają nauczanie. Co jakiś czas proszą o wspólne przeczytanie „Bożego Słowa”. I o ile niektóre fragmenty tekstu, które wklejają w okienko czatu, rzeczywiście pochodzą z Biblii Tysiąclecia (podawany jest nawet link do jej internetowego, oficjalnego wydania), to jako „Słowo Boga” podawane są również fragmenty niemające z Pismem Świętym absolutnie nic wspólnego. Natychmiast też pojawiają się zaproszenia do zawarcia facebookowych znajomości, między innymi od osób podających się za księży czy siostry zakonne – na zdjęciu profilowym występują w stroju duchownym, piszą nie całkiem czystą polszczyzną i tłumaczą, że choć mają polskie korzenie, to wychowali się i pracują za granicą. Dopytują o samopoczucie, pytają o wrażenia z „kazań”, które odbywają się codziennie, okazują troskę, mobilizują… Tymczasem z dnia na dzień nauczanie prezentowane w czasie „kazań” odchodzi coraz dalej od nauki Kościoła. Głoszący podkreślają, że słuchacze są wybrani, aby „poznać prawdę o królestwie niebieskim”.

    Złudne bezpieczeństwo

    Mechanizm ten dobrze znany jest o. Emilowi Smolanie, pracującemu w Dominikańskim Centrum Informacji o Nowych Ruchach Religijnych i Sektach. – Trudno mówić o skali, ale zgłoszenia dotyczące tego typu działań powtarzają się. Angażują się w to często osoby starsze czy samotne, które czują się tam zaakceptowane, przyjęte, ważne – mówi zakonnik. Do Centrum zgłaszają się osoby, które zauważają, że z ich najbliższymi, uczestniczącymi w internetowych nauczaniach, dzieje się coś złego – stają się zamknięci, odcinają się od rodziny, zmieniają rutynowe zachowania, zaczynają poświęcać dużo czasu na nowe aktywności i zaniedbywać swoje życie. Wszystko zaczyna się dla nich koncentrować wokół nowej grupy, spotkań, idei; podkreślają swoje wybranie i wyjątkowość.

    Nie ulega wątpliwości, że osoby, które umieszczają swój komentarz pod postem, robią to z potrzeby religijnej – pragną otrzymać błogosławieństwo czy włączyć się w modlitwę. Ta sama motywacja kierowała ludźmi, którzy w maju gromadzili się pod jednym z drzew w Parczewie, gdzie zdaniem niektórych „objawiła się” Matka Boża. Rzecznik siedleckiej kurii bardzo szybko uciął spekulacje o nadprzyrodzonym charakterze zjawiska, wskazując na konkretne elementy, których wystąpienie jest niezbędne, żeby Kościół rozpoczął jego pogłębione badanie. Mimo to na parczewskim osiedlu nadal można było spotkać modlących się ludzi. W rozmowach z dziennikarzami krytycznie odnosili się do stanowiska kurii i podkreślali, że nie wierzą w zdanie Kościoła i będą się nadal modlić pod drzewem.

    Niemałe grono gromadzą wokół siebie także kapłani, na których Kościół nałożył karę suspensy, a oni nie podporządkowali się jej i nie przerwali swojej działalności. W swoim nauczaniu przedstawiają siebie jako niemalże męczenników za wiarę, oskarżając Kościół i biskupów o niesłuszne upomnienia i sprzeniewierzenie się prawdziwej wierze katolickiej. Komunikaty władz kościelnych, przypominające o nałożonych na kapłanów karach kanonicznych, odbijają się szerokim echem wśród ich zwolenników, którzy nierzadko w bardzo ostrych słowach atakują biskupów czy władze zakonne. Zarzucają im przynależność do masonerii, chęć zniszczenia Kościoła i prześladowanie „jedynych kapłanów wiernych Chrystusowi i Matce Bożej”.

    Wszystkie powyższe sytuacje mają wspólny mianownik: występują w nich ludzie, którym nie brakuje głębokiej wiary i zaangażowania religijnego, wszyscy też są formalnie członkami Kościoła katolickiego. Dlaczego więc tak łatwo odchodzą od jego oficjalnego nauczania i obdarzają zaufaniem przywódców dalekich od ortodoksji? I w jaki sposób ustrzec siebie i swoich bliskich przed uwikłaniem się w te sidła? – Tę kwestię dobrze jest rozpatrzyć w dwóch aspektach: ludzkim, opierającym się m.in. na mechanizmach psychologicznych, i duchowym, które przenikają się wzajemnie – tłumaczy ks. dr Krzysztof Matuszewski, teolog duchowości, psycholog i psychoterapeuta, rektor Wyższego Śląskiego Seminarium Duchownego.

    Aktualnie przeżywamy rodzaj epidemii osamotnienia, nie zawsze uświadomionego. Pod osamotnieniem kryje się silne, niezaspokojone pragnienie bycia w relacji, potrzeba bezpieczeństwa, przynależności, opieki itp. Poczucie przynależności do grupy, wręcz ekskluzywizmu, podnosi samoocenę i zaspokaja niektóre potrzeby. Kolejną kwestią jest podwyższony poziom lęku w społeczeństwie, spotęgowany zewnętrznymi okolicznościami, np. niedawną pandemią, wojną na Ukrainie czy wzrostem cen. Niepewność dotycząca przyszłości zaburza poczucie bezpieczeństwa, co z kolei sprawia, że zaczynamy nadmiarowo myśleć i analizować. W ten sposób umysł chce się przygotować na nadchodzące zagrożenie, mieć je pod kontrolą, co daje ulgę. Tymczasem nauczanie internetowej grupy czy ukaranych kapłanów koncentruje się często na wątkach apokaliptycznych, pojawia się straszenie piekłem, wskazywanie znaków zbliżającego się końca świata, podkreślane jest zepsucie współczesnej cywilizacji i wszechobecne zagrożenie. – Wiele osób szuka ulgi w nauczaniu, które tłumaczy ich stan. To styl radzenia sobie z lękiem polegający na potwierdzaniu. Czuję niepokój i szukam zarówno wytłumaczenia, jak i szybkiego rozwiązania: „Jest się czego bać, bo świat jest zły, jeśli zrobisz to czy tamto, jeśli będziesz słuchał moich słów, odmawiał określone modlitwy, będziesz bezpieczny”. W tym wypadku działanie zabezpieczające przed zbliżającym się zagrożeniem daje chwilową ulgę, ale to pułapka. Zachowanie ochronne jest równocześnie zachowaniem podtrzymującym wiarę w zagrożenie. Dokładam kolejne modlitwy, słucham kolejnych apokaliptycznych przekazów. To znany mechanizm nerwicowy – wyjaśnia ks. Matuszewski.

    Rolę lęku podkreśla również o. Tomasz Franc OP, psycholog, psychoterapeuta na Oddziale Leczenia Zaburzeń Osobowości i Nerwic Szpitala Klinicznego im. dr. J. Babińskiego w Krakowie. – Kiedy pojawia się w nas lęk, chcemy jak najszybciej rozładować napięcie. Wydaje nam się, że jeśli coś jest konkretne, dobitne, jednoznaczne, to jest bezpieczne. Tylko że kiedy skupiamy się na szukaniu szybkich rozwiązań, gubimy to, co jest w relacji z Bogiem najcenniejsze – zaufanie, budowanie długoterminowej więzi – tłumaczy. Pseudoautorytety pomagają opanować lęk, bo zdejmują ze słuchacza konieczność podejmowania własnych decyzji, brania odpowiedzialności za swoje życie. Dają narzędzia i podpowiadają czarno-biały schemat dobra i zła. – Jeśli dodatkowo są prześladowani, to wpisują się w popularny w dzisiejszych czasach schemat mówiący, że instytucja – w tym wypadku Kościół, ale to myślenie dotyczy też na przykład państwa – ma charakter opresywny, a najważniejsza jest doznaniowość, moje własne odczucia – dodaje zakonnik.

    Religijna dieta cud

    Mechanizm „napisz »amen«, a otrzymasz błogosławieństwo” nie jest niczym nowym – przed laty w kościołach można było znaleźć kartki z modlitewnymi łańcuszkami zakończonymi poleceniem przepisania tekstu określoną liczbę razy i zostawienia go w świątyniach. Kiedy technologia się rozwinęła, łańcuszki przyjęły formę SMS-ów, często straszących nieszczęściami, które spadną na tego, kto przerwie „łańcuch modlitwy” i nie roześle wiadomości do wskazanej grupy. – Dieta cud – uśmiecha się ks. Matuszewski i tłumaczy, że chociaż większość z nas wie, że redukcja wagi wymaga wytrwałości, systematyczności i wolnego tempa, to chętnie rzucamy się na różne cudowne diety, mające nam gwarantować schudnięcie po tygodniu. – Tu podobnie: wystarczy kliknąć, wpisać wskazane słowo albo odmówić jakąś modlitwę i hop – już mamy wyższy poziom duchowy. Coś, co wymaga czasu, cierpliwego trwania, ludzie chcą załatwić jednym kliknięciem – wyjaśnia i dodaje, że jedną z negatywnych cech naszej religijności są elementy myślenia magicznego, zabobonnego. Nie oczekujemy od Boga, że nas wspomoże, tylko liczymy, że nas wyręczy, sam załatwi sprawę, a nas zwolni z decydowania i działania. Wystarczy, że do „duchowego bankomatu” wklepię PIN składający się z określonych modlitw, a natychmiast otrzymam „zapłatę” w postaci realizacji przez Pana Boga moich próśb.

    – Przyczyną jest m.in. niedostatek w formacji, w tym rzetelnej wiedzy religijnej. W przypadku starszego pokolenia trochę to zrozumiałe: w czasach PRL, kiedy do konfesjonałów ustawiały się kilometrowe kolejki, ksiądz nie miał czasu na pogłębione duszpasterstwo indywidualne. Aktualnie zmienia się model duszpasterski: w stronę bardziej zindywidualizowanego, z zachętą do osobistej formacji. Brak porządnej wiedzy religijnej zwiększa podatność na różne nadużycia – podkreśla ks. Matuszewski.

    W tym wszystkim nie można zapomnieć o aspekcie duchowym. Jesteśmy kuszeni do zła. Zły duch podaje się za anioła światłości, pozostaje jednak ojcem kłamstwa. Będzie podpowiadał zagrożenia tam, gdzie ich realnie nie ma, odwracając uwagę od tych prawdziwych. Jasne, że nie wolno uciekać od dramatu grzechu i zła na świecie, jednak nadmiernie akcentowanie zagrożenia, piekła i zbliżającej się apokalipsy jest nieewangeliczne, bo skupiamy się na złu, a nie na Bogu i Jego chwale. – Ewangelia to Dobra Nowina, która uwalnia od lęku, bo jest manifestem Bożej miłości i zwycięstwa życia nad śmiercią. Kiedy Piotr idzie po wodzie, radzi sobie, dopóki ma Jezusa przed oczami, ale gdy zaczyna patrzeć tylko na wzburzone morze, natychmiast tonie – przypomina kapłan.

    Sprawdzone źródła wiedzy

    Czy istnieje rodzaj zbroi zdolnej nas uchronić przed zaangażowaniem się w inicjatywy, które co prawda na pierwszy rzut oka koncentrują się na Panu Bogu, ale z katolicyzmem nie mają wiele wspólnego? – Najważniejsze to pamiętać, że nasza relacja z Bogiem jest długofalowa, ciągła. On nie zwraca na nas swojego oblicza dopiero wtedy, gdy ukłujemy Go jak szpilką wpisaniem formułki w internecie. Bóg jest zawsze obecny w naszym życiu – czy śpimy, czy jemy, robimy to pod okiem Jego opatrzności. A budowanie głębokiej relacji wymaga czasu, wolności i zaufania, a nie podejmowania działań, które mają na Nim coś wymusić – podpowiada o. Tomasz Franc.

    Tym, co może zabezpieczać nasze życie religijne przed wejściem na niezdrowy grunt, jest wiedza ze sprawdzonych źródeł. Internet, z którego najczęściej korzystamy, jest zarówno skarbnicą wartościowych treści, jak i śmietnikiem pełnym szkodliwych produktów. – Przede wszystkim sięgajmy po główne źródła teologiczne: Pismo Święte i sprawdzone komentarze do niego oraz Katechizm Kościoła Katolickiego i oficjalne jego nauczanie. Należy krytycznie podchodzić do – niestety częstych w sieci – fundamentalistycznych interpretacji tekstu, w których zdania z Biblii wyrywane są z kontekstu i tłumaczone dosłownie. Zaglądajmy też na oficjalne, sprawdzone strony internetowe. Wiele osób karmi się przekazami o prywatnych objawieniach, często niepotwierdzonych przez Kościół, zna strony internetowe o egzorcyzmach i zagrożeniach duchowych, które nieraz nie mają nawet podanego autora. Nie wiadomo, kto bierze odpowiedzialność za zamieszczane tam treści – wskazuje ks. Matuszewski i przypomina, że słowo „sekta” bierze się z łacińskiego secare – ciąć. Niektóre sekty biorą elementy doktryny katolickiej i „przycinają” ją zgodnie ze swoim pomysłem. Na pierwszy rzut oka wszystko wydaje się w porządku, ale diabeł (w tym wypadku bardzo dosłownie) tkwi w szczegółach. – Kiedy brakuje nam wiedzy religijnej, to jesteśmy podatni na manipulacje, łatwo można nam wmówić wiele rzeczy. •

    Agnieszka Huf/Gość Niedzielny

    ______________________________________________________________________________________________________________

    25 września 1953 roku – w dzień patrona Warszawy bł. Władysława z Gielniowa, Ksiądz Kardynał Stefan Wyszyński, Prymas Polski, został aresztowany przez władze komunistyczne

    ***

    Rocznica aresztowania Prymasa Wyszyńskiego

    W Stoczku Warmińskim zachowało się świadectwo mężczyzny, który przygotowywał klasztor na więzienie dla Prymasa Wyszyńskiego. Dziś syn tego człowieka jest księdzem.

    Instytut Prymasowski Stefana Kardynała Wyszyńskiego

    ***

    Kard. Stefan Wyszyński został aresztowany przez władze komunistyczne w nocy z 25 na 26 września 1953 r. Podczas trzyletniego okresu odosobnienia przebywał kolejno w czterech miejscach internowania: Rywałdzie, Stoczku, Prudniku Śląskim i Komańczy. W wyniku wypadków październikowych 1956 r. powrócił do Warszawy na prośbę przedstawicieli rządu i 26 października – po uprzednim przyrzeczeniu ze strony władz państwowych przywrócenia Kościołowi głównych praw i naprawienia krzywd – objął ponownie wszystkie swoje funkcje w Kościele. Cennym dokumentem okresu odosobnienia Prymasa Polski są „Zapiski więzienne”. Obok kroniki życia codziennego obejmują również takie teksty, jak notatnik duchowy, listy, memoriały do władz oraz obszerne wypowiedzi będące osobistą refleksją nad sytuacją Kościoła w Polsce.

    Stoczek Warmiński na północnym wschodzie Polski. Kompletne odludzie. Do granicy z Rosją – niecałe trzydzieści kilometrów. Po obu stronach szosy rozciągają się lasy. Droga wydaje się bezkresna, prowadząca nie wiadomo dokąd. Tędy właśnie przewożono nocą pod eskortą więźnia Prymasa Wyszyńskiego. Powtarzała się scena znana z III części „Dziadów” Mickiewicza: „…coraz ku dzikszej krainie/Leci kibitka jako wiatr w pustynie …/Oko nie spotka ni miasta, ni góry,/Żadnych pomników ludzi ni natury;/Ziemia tak pusta, tak nie zaludniona…”.

    Jedynie widoczne z daleka wieże barokowego kościoła wskazują, że to tutaj znajduje się klasztor, w którym w latach 1952-53 był więziony za drutami kolczastymi prymas Polski Stefan kardynał Wyszyński.

    Cela została do dziś

    Dzisiaj klasztor jest otoczony tym samym masywnym, wysokim murem. Teraz jednak na bramie widnieje wskazówka: „Do celi Prymasa Wyszyńskiego”. Trzeba przejść długie, zabytkowe krużganki, aby dostać się do domofonu na furcie. Dopiero po wciśnięciu dzwonka okazuje się, że ktoś tu mieszka.

    – Można zwiedzić nie tylko celę, ale także Muzeum Prymasa Wyszyńskiego – mówi ks. Piotr Sroka, miejscowy proboszcz. I zaprasza najpierw do muzeum na parterze. To przestronna sala, w której zwracają uwagę szklane gabloty z rękopisami byłego więźnia i fragmentami „Zapisków więziennych”. Także z pamiątkami z pobytu Kardynała. Wśród nich jest urządzenie znalezione niedawno podczas remontu w futrynie drzwi klasztornych, za którymi przebywał Prymas Wyszyński. Sygnalizowało każde jego wyjście do ogrodu.

    Prosto z muzeum schodami wchodzi się na piętro, gdzie znajdowała się cela kard. Wyszyńskiego. W celi – łóżko, dzbanek, miednica i jedno drewniane krzesło z napisem na kartce naklejonej niedawno: „Na tym krześle siedział Prymas Wyszyński”. Tu więzień dostawał twardą szkołę życia. Twardą, bo takie były warunki, w jakich przebywał. Budynek był nieogrzewany, ściany pokrywał biały szron i mróz, przy drzwiach leżały sterty lodu. Z powodu zimna Prymas miał popuchnięte ręce i oczy. Bolały go nerki. Dokuczliwy był też brak wody. Na skargi czynione komendantowi słyszał, iż sam jest sobie winien, że tu się znalazł. Mimo to zanotował w „Zapiskach”: „Nie czuję uczuć… nieprzyjaznych do nikogo z tych ludzi. Nie umiałbym zrobić im najmniejszej nawet przykrości. Wydaje mi się, że jestem w pełnej prawdzie, że nadal jestem w miłości, że jestem chrześcijaninem i dzieckiem mojego Kościoła, który nauczył mnie miłować ludzi, i nawet tych, którzy chcą uważać mnie za swego nieprzyjaciela”.

    Ta sama jodła

    Klasztoru w Stoczku w dzień i w nocy strzegło około 30 funkcjonariuszy Służby Bezpieczeństwa. Wyszyński miał ograniczony zakres poruszania się: z celi mógł jedynie zejść na dół i przejść do ogrodu. Tego samego, co jest tu dziś. Tylko na drzewach i na ogrodzeniu nie ma teraz drutów kolczastych, które wówczas zewsząd otaczały klasztor. Tuż za oknem celi pozostała nawet ta sama jodła, na którą Wyszyński codziennie spoglądał i o której pisał filozoficznie: „Siadła wrona na czole wyniosłej jodły. Spojrzała władczo wokół i wydała okrzyk zwycięstwa. Jodła ani drgnie; zda się nie dostrzegać wrony. Znosi spokojnie wrzaskliwego gościa. Wszak tyle chmur już przeszło nad jej czołem, tyle ptaków przelotnych tu się zatrzymało. Poszły, jak ty pójdziesz. Nie twoje to miejsce. Cóż zdołasz krzykiem zdziałać? Ja pozostanę, by trwać w skupieniu, by budować swoją cierpliwością, by przetrwać wichry i naloty, by spokojnie piąć się wzwyż. Słońca mi nie przesłonisz, sobą nie zachwycisz, celu mej wspinaczki nie zmienisz. Był las, nie było was – i nie będzie was, będzie las. Bajka? Nie bajka!”.

    Widać, że w duszy więźnia bezsilność ustępowała miejsca akceptacji. A „kraty” powoli stawały się jakby niewidoczne. Zaczynał prowadzić „normalne” życie. Na tyle, na ile mógł. Za swoim przewodnikiem duchowym, ks. Korniłowiczem, Prymas Wyszyński powiedział sobie, że „zadanie życia sprowadza się do chwili obecnej”. Zatem najpierw ustalił sobie program dnia, którego pieczołowicie przestrzegał. Dzień zaczynał o świcie. Godzina 5 – pobudka. 5.45 – modlitwy poranne i rozmyślanie. O 7 odprawiał Mszę św. (w małym bocznym pomieszczeniu urządził kaplicę). Potem jadł śniadanie, a zaraz po nim, niezależnie od pogody, szedł na spacer. Potem odmawiał cząstkę Różańca i pracował – dużo czytał, pisał także artykuły i książki. Uczył się również języków obcych. Po obiedzie znów szedł na spacer do ogrodu i odmawiał kolejną cząstkę Różańca. I ponownie praca własna. Wieczór wypełniała modlitwa. W celi, gdyż drzwi do pobliskiego kościoła, który dzisiaj stanowi sanktuarium Matki Bożej Królowej Pokoju, były wtedy zamurowane. O tym, że miejsce odosobnienia sąsiaduje z kościołem, utwierdziły Wyszyńskiego dochodzące do niego zza muru słowa śpiewanej kolędy i dźwięk dzwonka wzywający na Mszę św. Przez cały okres uwięzienia nigdy nie mógł tam pójść.

    Prymas Wyszyński ułożył też w Stoczku akt osobistego oddania się Matce Najświętszej. Uczynił to 8 grudnia, w święto Niepokalanego Poczęcia Maryi, przed obrazem Świętej Rodziny, który do dziś tutaj się zachował. Szybko okazało się, jak Opatrzność Boża przygotowywała go do większego dzieła. Jego osobisty akt oddania się Matce Bożej stał się fundamentem dla późniejszych Ślubów Jasnogórskich i Milenijnego Aktu na Tysiąclecie Chrztu Polski w 1966 r.

    Zadanie specjalne

    W Stoczku zachowało się świadectwo mężczyzny, który przygotowywał klasztor na więzienie dla Prymasa Wyszyńskiego. – Skojarzyłem to sobie po przeczytaniu książki „Zapiski więzienne” – wyznaje pan Józef. W 1953 r. służył w wojsku w Ośrodku Szkoleniowym Korpusu Bezpieczeństwa Wewnętrznego w Szczytnie. Pod koniec września cała kompania została wywieziona do Stoczka, aby wykonać „zadanie specjalne”. Nie powiedziano żołnierzom jakie.

    – Mieszkaliśmy niedaleko klasztoru. W klasztorze wykonywaliśmy prace porządkowe, jak: wynoszenie mebli, figur, książek, które składaliśmy na korytarzu przy kościele. W jednym z pokojów była biblioteka pełna książek. Na drzwiach do pokojów były wypisane imiona mieszkających tam kiedyś zakonników. Wszystko to zostało zamalowane, również ściany i podłogi. Pracowaliśmy w dzień, natomiast w nocy pracowali jacyś cywile, którzy zakładali różne instalacje elektryczne. Prądu tam nie było, przy wejściu od strony podwórza stał agregat prądotwórczy. Podczas malowania podłogi jeden z żołnierzy zauważył w otworze po wykruszonym sęku w listwie przypodłogowej coś błyszczącego, podobnego do sitka, oderwał listwę i wyciągnął mikrofon. Zameldował o odkryciu oficerowi, no i się zaczęło. Przerwano pracę, a następnego dnia wyjaśniono nam, że to, co tu wykonujemy, jest ściśle tajne, że tu, w tych pomieszczeniach, będą mieszkali i szkolili się polscy szpiedzy, że służby specjalne muszą o nich wszystko wiedzieć, nawet to, co mówią przez sen, stąd te podsłuchy – relacjonuje pan Józef.

    W ogrodzie, razem z innymi żołnierzami, wycinał drzewa, stawiał parkany, a na strychu budynku gospodarczego budował stanowisko obserwacyjne i miejsce na karabin maszynowy.

    Dziś pan Józef żałuje jednego: że nie powiedział o tym wszystkim Prymasowi. Gdy przeczytał „Zapiski więzienne” i zorientował się w całej sytuacji, Prymas już nie żył.

    Dzisiaj najstarszy syn pana Józefa jest księdzem.

    Bez wyroku, bez aktu oskarżenia

    W więzieniu władze państwowe pozbawiły Wyszyńskiego wszelkich praw. Został on uwięziony, nie wiadomo na jak długo, bez przysługujących mu praw więźnia, bez wyroku, bez aktu oskarżenia. „Zostałem skazany na śmierć cywilną i sprowadzony do poziomu «liszeńca». Z takim stanowiskiem, wydaje mi się, nie powinienem się tak łatwo pogodzić i muszę czynić wszystko, by doszło do wymiany poglądów” – pisał Wyszyński. Ale zwodzono go przez cały czas. Na wszelkie skargi, iż jest bez podstaw prawnych pozbawiony wolności, słyszał z ust komendanta, że nie jest więźniem, lecz osobą, która „przebywa w klasztorze”, a to jest zasadnicza różnica…

    Tymczasem zgodę na uwięzienie Prymasa Polski wyrazili przedstawiciele najwyższych władz państwowych: prezydent Bolesław Bierut, premier Józef Cyrankiewicz, Franciszek Mazur, Edward Ochab i marszałek Konstanty Rokossowski. Po tym, jak w nocy z 25 na 26 września 1953 r. esbecy wtargnęli do rezydencji przy Miodowej i jak skazańca wyprowadzili Prymasa do samochodu, nikt nie wiedział, jakie są jego losy. Miejsca pobytu Wyszyńskiego komunistyczne władze nie chciały ujawnić nawet jego najbliższej rodzinie. Kiedy jedna z jego sióstr udała się do premiera, licząc, że uzyska jakieś informacje na temat brata, najpierw długo czekała w kolejce interesantów, a gdy dostała się na rozmowę, premier zapytał ją: „Pani w jakiej sprawie?”.

    – Jestem siostrą kard. Wyszyńskiego. My wszyscy, cała rodzina, stary ojciec, czekamy i prosimy o kontakt… Czy tak musiało być?

    Premier odparł zdenerwowany: – On nam tak przeszkadzał…, już nam tak przeszkadzał!

    W końcu do opinii publicznej dotarł lakoniczny oficjalny komunikat rządowy, stwierdzający, że „zakazano arcybiskupowi Stefanowi Wyszyńskiemu wykonywania funkcji związanych z dotychczasowymi jego stanowiskami kościelnymi”.

    A tak się kiedyś bał młody ksiądz Stefan Wyszyński, że „nie dostąpi zaszczytu, którego doznali wszyscy koledzy z ławy seminaryjnej. Wszyscy oni przeszli przez obozy koncentracyjne i więzienia…”.

    Gdy w 1956 r. został uwolniony, stwierdził, że nigdy nie wyrzekłby się tych trzech lat. „Lepiej, że upłynęły one w więzieniu, niżby miały upłynąć na Miodowej. Lepiej dla chwały Bożej, dla pozycji Kościoła powszechnego w świecie – jako stróża prawdy i wolności sumień; lepiej dla Kościoła w Polsce i lepiej dla pozycji mojego Narodu. A już na pewno lepiej dla dobra mej duszy. Ten wniosek zamykam dziś, w godzinie mego aresztowania, swoim Te Deum i Magnificat”.

    – Pobyt w więzieniu wyraźnie pokazuje, jak Prymas dorastał do świętości – ocenia ks. dr Andrzej Gałka, sędzia w procesie beatyfikacyjnym kard. Wyszyńskiego. – Był to dla niego czas bliskiej przyjaźni z Panem Jezusem i z Matką Bożą. Umiał zaufać Bożej Opatrzności, dostrzec wolę Bożą w swoim życiu. Dlatego wyszedł z więzienia jako zupełnie inny człowiek. 

    Milena Kindziuk/Tygodnik Niedziela

    ______________________________________________________________________________________________________________

    W sobotę 28 maja 2014 roku po raz pierwszy Kościół w Polsce przeżywał liturgiczne wspomnienie błogosławionego Księdza Kardynała Stefana Wyszyńskiego.

    “Tego dnia rozpoczeły się modlitwy o jego kanonizację Prymasa Tysiąclecia” – przekazał KAI ks. Bogdan Bartołd, proboszcz archikatedry warszawskiej, w której kard. Wyszyński jest pochowany.

    Kard. Stefan Wyszyński

    pl.wikipedia.org

    ***

    Jeszcze przed beatyfikacją do kaplicy, w której spoczywa Prymas stale przychodzili wierni, żeby się modlić. Natomiast po beatyfikacji, która miała miejsce 12 września ub. roku, każdego 28 dnia miesiąca o godz. 19.00 w archikatedrze warszawskiej jest odprawiana Msza św. dziękczynna za beatyfikację Prymasa Tysiąclecia.

    “Począwszy od dnia pierwszego liturgicznego wspomnienia, kard. Wyszyńskiego, a więc właśnie od 28 maja, modlimy się o jego kanonizację” – zapowiedział ks. Bartołd w rozmowie z KAI. Wyraził przy tym nadzieję, że nie trzeba będzie czekać tak długo jak na beatyfikację. Przypomnijmy, że proces beatyfikacyjny kard. Wyszyńskiego trwał 30 lat.

    W każdy wtorek w katedrze warszawskiej odprawiana jest Msza w intencjach kierowanych do Boga za przyczyną kard. Wyszyńskiego. “Tych intencji jest tak wiele, że ich odczytanie zajęłoby mi kilkanaście godzin” – powiedział KAI proboszcz katedry.

    Beatyfikacja bł. Stefana Wyszyńskiego i bł. Elżbiety Róży Czackiej odbyła się 12 września 2021 r. w Świątyni Opatrzności Bożej w Warszawie. Rytowi beatyfikacji oraz uroczystej Mszy św. przewodniczył w imieniu papieża Franciszka kard. Marcello Semeraro, prefekt watykańskiej Kongregacji Spraw Kanonizacyjnych.

    Odczytując z mandatu Ojca Świętego list apostolski, w którym Franciszek wpisał dwójkę Polaków w poczet błogosławionych, kard. Semeraro poinformował, że wspomnienie liturgiczne bł. Stefana Wyszyńskiego obchodzone będzie 28 maja a wspomnienie liturgiczne bł. matki Czackiej – 19 maja.

    ***

    Stefan Wyszyński urodził się w 3 sierpnia 1901 r. w miejscowości Zuzela nad Bugiem. Po ukończeniu gimnazjum w Warszawie i Łomży wstąpił do Seminarium Duchownego we Włocławku, gdzie 3 sierpnia 1924 roku został wyświęcony na kapłana. Po czterech latach studiów na Katolickim Uniwersytecie Lubelskim na Wydziale Prawa Kanonicznego i Nauk Społecznych uzyskał stopień doktora.

    Podczas II wojny światowej jako znany profesor był poszukiwany przez Niemców. Ukrywał się m.in. we Wrociszewie i w założonym przez matkę Elżbietę Czacką zakładzie dla ociemniałych w Laskach pod Warszawą. W okresie Powstania Warszawskiego ks. Wyszyński pełnił obowiązki kapelana grupy “Kampinos” AK.

    25 marca 1946 Pius XII mianował go biskupem lubelskim (sakrę nominat przyjął 12 maja tegoż roku), a 22 października 1948 powołał go na arcybiskupa Gniezna i Warszawy oraz Prymasa Polski. Na konsystorzu 12 maja 1953 papież włączył go w skład Kolegium Kardynalskiego, ale ówczesne władze nie zezwoliły nowemu purpuratowi na wyjazd do Rzymu po odbiór insygniów kardynalskich. Przyjął je z rąk Piusa XII dopiero 18 maja 1957.

    W coraz bardziej narastającej konfrontacji z reżimem komunistycznym, Prymas Wyszyński podjął decyzję zawarcia “Porozumienia”, które 14 lutego 1950 podpisali przedstawiciele Episkopatu i władz państwowych. Mimo to, sytuacja coraz bardziej się zaostrzała i 25 września 1953 prymas został aresztowany i internowany. Przebywał kolejno w Rywałdzie Królewskim koło Grudziądza, w Stoczku Warmińskim, w Prudniku koło Opola i w Komańczy w Bieszczadach.

    W ostatnim miejscu internowania napisał tekst odnowionych Ślubów Narodu, wygłoszonych następnie na Jasnej Górze 26 sierpnia 1956 jako Jasnogórskie Śluby Narodu. 26 października 1956 ks. prymas wrócił do Warszawy z internowania. W latach 1957-65 prowadził Wielką Nowennę przed Jubileuszem Tysiąclecia Chrztu Polski. W drugiej połowie lat sześćdziesiątych czynnie uczestniczył w pracach Soboru Watykańskiego II. W okresie rodzącej się “Solidarności” pozostawał ośrodkiem równowagi i spokoju społecznego.

    Zmarł 28 maja 1981 r. w uroczystość Wniebowstąpienia Pańskiego. Na pogrzeb kardynała w Warszawie 31 maja przybyły dziesiątki tysięcy ludzi.

    Stefan Wyszyński został beatyfikowany 12 września 2021 roku w Warszawie.

    Kai/Tygodnik Niedziela

     _____________________________________________________________________________________________________________________________

    Wielka Brytania: będą grzywny za gesty sprzeciwu wobec aborcji

    Jest już pewne, że brytyjski rząd podpisze ustawę, która wprowadza karę grzywny za jakikolwiek gest sprzeciwu wobec działalności ośrodka aborcyjnego. Karane ma być nie tylko rozdawanie ulotek czy próba rozmowy, ale nawet modlitwa w ciszy nieopodal budynku.

     ***

    ***

    W Wielkiej Brytanii ponad 200 tys. nienarodzonych dzieci co roku traci życie na skutek aborcji. Tymczasem nowa ustawa zabrania nawet cichej modlitwy w odległości 150 metrów od ośrodka świadczącego usługi aborcyjne. Partia Pracy odrzuciła projekt poprzedniego rządu, który sugerował, by cicha modlitwa była dozwolona w nowych „bezpiecznych strefach dostępu”. Obecny rząd zlikwidował wyjątki, umożliwiające „dobrowolną” komunikację w obrębie strefy buforowej, ponieważ zinterpretowano tę propozycję jako zezwolenie na angażowanie ludzi w rozmowy czy rozdawanie ulotek przez przeciwników aborcji.

    Jak stanowi nowe prawo nielegalne jest każde działanie, które może wpływać na czyjąś decyzję o skorzystaniu z usług aborcyjnych. Każda osoba skazana podlega karze grzywny w nieograniczonej wysokości. Równocześnie w ostatnich tygodniach znana brytyjska działaczka pro-life, Isabel Vaughan Spruce z March for Life UK otrzymała odszkodowanie w wysokości 13 tysięcy funtów i przeprosiny od policji po tym, jak udowodniła przed sądem, że jej aresztowanie za cichą modlitwę przed ośrodkiem aborcyjnym było niesprawiedliwe i naruszyło jej prawa człowieka. Jak powiedziała podczas tegorocznego Marszu dla Życia w Londynie: „W naszym kraju nigdy nie będzie pokoju, jeśli najpierw nie wprowadzimy go w łonie matki, pokoju strzeżonego prawem. Wszyscy stajemy się współwinni aborcji przez naszą apatię lub milczenie. Nasza obojętność wobec aborcji rodzi konsekwencje, które mogą nas i naszych bliskich drogo kosztować”.

     Elżbieta Sobolewska-Farbotko – Radio Bobola – 24.09.224/Kai/Tygodnik Niedziela

    ______________________________________________________________________________________________________________

    CZWARTEK 12 WRZEŚNIA

    UROCZYSTOŚĆ NAJŚWIĘTSZEGO IMIENIA MARYI

    MSZA ŚWIĘTA – GODZ. 19.00 W KAPLICY-IZBIE JEZUSA MIŁOSIERNEGO

    web3-1-oldesticonmary-Agiosoritissa-Icon

    Ta piękna ikona, napisana w siódmym wieku, jest jednym z najstarszych znanych przedstawień Matki Boskiej. To prawdziwy skarb – z tego czasu zachowały się jedynie nieliczne dzieła. (Aleteia.pl)

    ***

    Imię Maryi czcimy w Kościele w sposób szczególny, ponieważ należy ono do Matki Boga, Królowej nieba i ziemi, Matki miłosierdzia. Dzisiejsze wspomnienie – “imieniny” Matki Bożej – przypominają nam o przywilejach nadanych Maryi przez Boga i wszystkich łaskach, jakie otrzymaliśmy od Boga za Jej pośrednictwem i wstawiennictwem, wzywając Jej Imienia.

    Zgodnie z wymogami Prawa mojżeszowego, w piętnaście dni po urodzeniu dziecięcia płci żeńskiej odbywał się obrzęd nadania mu imienia (Kpł 12, 5). Według podania Joachim i Anna wybrali dla swojej córki za wyraźnym wskazaniem Bożym imię Maryja. Jego brzmienie i znaczenie zmieniało się w różnych czasach. Po raz pierwszy spotykamy je w Księdze Wyjścia. Nosiła je siostra Mojżesza (Wj 6, 20; Lb 26, 59 itp.). W czasach Jezusa imię to było wśród niewiast bardzo popularne. Ewangelie i pisma apostolskie przytaczają oprócz Matki Chrystusa cztery Marie: Marię Kleofasową (Mt 27, 55-56; Mk 15, 40; J 19, 25), Marię Magdalenę (Łk 8, 2-3; 23, 49. 50), Marię, matkę św. Marka Ewangelisty (Dz 12, 12; 12, 25) i Marię, siostrę Łazarza (J 11, 1-2; Łk 10, 38). Imię to wymawiano różnie: Miriam, Mariam, Maria, Mariamme, Mariame itp. Imię to posiada również kilkadziesiąt znaczeń. Najczęściej wymienia się m.in. “Mój Pan jest wielki”, “Pani” i “Gwiazda morza”.

    Maryję nazywamy naszą Matką; jest Ona – zgodnie z wolą Chrystusa, wyrażoną na krzyżu – Matką całego Kościoła. Po Wniebowzięciu została ukoronowana na Królową nieba i ziemi. Polacy czczą Ją także jako Królową Polski. Maryja jest naszą Wspomożycielką i Pośredniczką, jedyną ucieczką grzeszników. W ciągu wieków historii Kościoła powstały setki różnorodnych tytułów (wymienianych np. w Litanii Loretańskiej czy starszej od niej, pięknej Litanii Dominikańskiej, a także w starożytnym hymnie greckim Akatyście). Za pomocą tych określeń wzywamy opieki i orędownictwa Matki Bożej.

    Najświętsza Maryja Panna Bardzo wielu świętych wyróżniało się szczególnym nabożeństwem do Imienia Maryi, wiele razy wypowiadając je z największą radością i słodyczą serca, np. Piotr Chryzolog (+ 450), św. Bernard (+ 1153), św. Antonin z Florencji (+ 1459), św. Hiacynta Marescotti (+ 1640), św. Franciszek z Pauli (+ 1507), św. Alfons Liguori (+ 1787).

    Dzisiejsze wspomnienie jest jednym z wielu obchodów maryjnych, które są paralelne do obchodów ku czci Chrystusa. Jak świętujemy narodzenie Chrystusa (25 grudnia) i Jego Najświętsze Imię (3 stycznia), podobnie obchodzimy wspomnienia tych samych tajemnic z życia Maryi (odpowiednio 8 i 12 września). Obchód ku czci Imienia Maryi powstał w początkach XVI w. w Cuenca w Hiszpanii i był celebrowany 15 września, w oktawę święta Narodzenia Maryi. Z czasem został rozszerzony na teren całej Hiszpanii. Po zwycięstwie króla Jana III Sobieskiego nad Turkami w bitwie pod Wiedniem w 1683 r. Innocenty XI rozszerzył ten obchód na cały Kościół i wyznaczył go na niedzielę po święcie Narodzenia Maryi. Późniejsze reformy kalendarza i przepisów liturgicznych przeniosły go na dzień 12 września, kiedy to Martyrologium Rzymskie wspomina wiktorię wiedeńską. Obchód ten dekretem Kongregacji ds. Kultu Bożego i Dyscypliny Sakramentów z 2001 r. wprowadzono do Kalendarza Rzymskiego (ogólnego) w randze wspomnienia dowolnego.

    brewiarz.pl/Tygodnik Niedziela

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Imieniny Maryi

    Odmów specjalną modlitwę „o Jej miłosierne pośrednictwo”

    WSTAWIENNICTWO MARYI

    Fr Lawrence Lew OP/Flickr

    ***

    12 września obchodzimy wspomnienie Najświętszego Imienia Maryi. W ten szczególny dzień zachęcamy do odmówienia tej pięknej modlitwy.

    „Bóg posłał anioła Gabriela do miasta w Galilei, zwanego Nazaret, do Dziewicy poślubionej mężowi, imieniem Józef, z rodu Dawida; a Dziewicy było na imię Maryja” (Łk 1,26-27).

    Czy nadane nam przez rodziców imię posiada jakieś znaczenie? Czy potrafi ono określać nas przez całe życie? Dlaczego niektóre imiona kojarzą nam się źle, a inne dobrze? Czy istnieją imiona ponadczasowe? I dlaczego imię Matki Boga zostało wywyższone w sposób szczególny?

    Wpisując w wyszukiwarkę frazę: „znaczenie imion”, internet huczy. Czytam o wielkiej księdze imion, magii oraz zabobonnych skojarzeniach związanych ze swoim mieniem. Znajduję również słowa pani profesor Krystyny Leśniak-Moczuk, które są poparte badaniami i dzięki nim mogę odpowiedzieć na powyższe pytania, oczywiście w dużym skrócie.

    Imię ma znaczenie, jest ono wyrazem, który w ciągu życia słyszymy najczęściej w odniesieniu do siebie. Dlatego organizm przyzwyczaja się do jego brzmienia, drgania i dźwięku. Tym samym dziecko, które nie skończyło jeszcze 5 miesięcy, potrafi odróżnić swoje imię od innych usłyszanych wyrazów. A kiedy kończy 3 lata, zauważa znaczenie noszonego imienia.

    Nadane imię potrafi nas określać. Np. Radosław – oznacza kogoś radosnego. W starożytności imię oznaczało rolę, którą dana osoba musi spełnić, np. Bogusława to kobieta pobożna, sławiąca imię Boga.

    Niektóre imiona z czymś nam się kojarzą, np. “Monika, dziewczyna ratownika”. Jest to związane z kulturą, tradycją, przysłowiami, ale i również ich… długością. Imię Aleksander zazwyczaj kojarzone jest z sukcesem, pewnością siebie oraz inteligencją.

    Wyliczenia pokazały, że mniej więcej po trzech pokoleniach wracają stare imiona, które wcześniej uważane były za niemodne. Do imion uniwersalnych w Polsce zaliczane są takie jak: Anna, Wiktoria, Piotr, Adam, Jan, Małgorzata, Magdalena czy w końcu Maria. Ostatnie z wymienionych imion posiada wiele znaczeń i bez wątpienia pochodzi od imienia Matki Bożej.

    Etymologia imienia Maryja nie jest jednoznaczna. Św. Hieronim uważał, że imię to oznacza “Pani”. Natomiast wg św. Bonawentury imię to jest wieloznaczne, np. ,,morze” – od metafory mówiącej, że Maryja jest morzem łask Ducha Świętego, lub “gwiazda”, bo swoim życiem i przykładem, a także jaśniejącą czystością wskazuje ludziom odpowiednią drogę.

    Z kolei w Polsce najczęściej nazywana jest Królową, szczególnie przez pielgrzymów odwiedzających sanktuarium Matki Bożej Częstochowskiej na Jasnej Górze. Jej imię zapisało się w historii narodu już dawno, np. kiedy Jan III Sobieski wygrał bitwę z Turkami pod Wiedniem w 1683 r.

    Ówczesny król był gorliwym czcicielem Maryi, to właśnie Jej imię umieścił na chorągwiach podczas odsieczy wiedeńskiej. W liście do papieża Innocentego XI napisał: “Przyszliśmy, zobaczyliśmy, Bóg zwyciężył”. Z wdzięczności za wygraną chrześcijaństwa nad islamem Innocenty XI ogłosił dla całego Kościoła święto Imienia Maryi – które obecnie obchodzimy 12 września.

    W litanii do Najświętszej Maryi Panny czytamy, że nazwana jest w różnoraki sposób: Boża Rodzicielka, Panna nad pannami, Matka Chrystusa, Matka łaski Bożej, Panna roztropna, Panna wierna, Pocieszycielka strapionych, Królowa męczenników i dziewic, Królowa rodzin i pokoju.

    Bez względu na to, jakiego tytułu użyjemy zwracając się do Niej o pomoc, Ona zawsze wstawi się za nami do swojego syna, Jezusa. Liczne przykłady z życia świętych potwierdzają te słowa. Natomiast dziś, w ten szczególny dzień, zachęcam do odmówienia tej modlitwy:

    Spraw miłościwie, wszechmogący Boże, aby wierni słudzy Twoi, którzy pod zasłoną Imienia Najświętszej Maryi Panny cieszą się Jej opieką, za Jej miłosiernym pośrednictwem od wszelkiego złego uchowani zostali na ziemi i do wesela wiecznego doprowadzeni byli w niebie. Przez Pana naszego Jezusa Chrystusa. Amen.

    Monika Lender- Gołębiowska/Aleteia.pl

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Jan III Sobieski w drodze pod Wiedeń modlił się w wielu sanktuariach. Do dziś tam o tym pamiętają

    Bitwa pod Wiedniem i polskie ślady podróży Jana III Sobieskiego

    Pomnik Jana III Sobieskiego w Łazienkach w Waszawie / fot. Ritu Manoj Jethani / Shutterstock.

    ***

    Król Jan III Sobieski jadąc pod Wiedeń w 1683 r. nawiedzał po drodze sanktuaria. W wielu miejscach w Polsce zachowała się pamięć o tej podróży na bitwę, która zmieniła losy Europy.

    Jan Sobieski przed każdą wyprawą zawierzał się Maryi. Bitwa pod Wiedniem nie była tu wyjątkiem. Udając się na odsiecz król odwiedzał po drodze wraz z rodziną i dworem sanktuaria maryjne i uczestniczył we mszach świętych i nabożeństwach.

    „Bóg i Pan nasz na wieki błogosławiony dał zwycięstwo i sławę narodowi naszemu, o jakiej wieki przeszłe nigdy nie słyszały” – tak skomentował później wiktorię wiedeńską. 12 września 1683 r. wojska polsko-austriacko-niemieckie pod dowództwem króla Jana III Sobieskiego rozgromiły armię imperium osmańskiego dowodzoną przez wezyra Kara Mustafę.

    Pielgrzymka do Studzianny i na Jasną Górę

    Bitwa pod Wiedniem i polskie ślady podróży Jana III Sobieskiego

    Sanktuarium Matki Bożej Świętorodzinnej w Studziannie

    ***

    Jednym z miejsc, które odwiedził król Sobieski, była Studzianna i sanktuarium Matki Bożej Świętorodzinnej, którym obecnie opiekują się księża filipini. To tu polski monarcha prosił o „niebiańską pomoc i asystencję”. Według jednej z hipotez Sobieski miał ofiarować świątyni liczne dary, w tym srebrną wieczną lampę z wytłoczonym herbem królewskim, która do dziś płonie przed głównym ołtarzem, kryształowo-złoty ołtarzyk polowy oraz dywan.

    Bitwa pod Wiedniem i polskie ślady podróży Jana III Sobieskiego

    Sanktuarium Matki Bożej Świętorodzinnej w Studziannie / fot. neverhoods / Shutterstock

    ***

    Następnie król zatrzymał się na Jasnej Górze, prosząc Królową Polski o wsparcie i błogosławieństwo. Od prowincjała paulinów o. Tobiasza Czechowicza otrzymał miecz hetmana Stanisława Żółkiewskiego, na którym widniał napis: Ergo sum mancipium Mariae (łac. „Jestem narzędziem Maryi”). Władca przyjął jedynie głownię, pozostawiając w sanktuarium ozdobną rękojeść i pochwę, które do dziś można zobaczyć na Jasnej Górze.

    Jasna Góra i jej skarby

    fot. Karl Allen Lugmayer / Shutterstock

    ***

    Orszak królewski w Krakowie i na Górnym Śląsku

    Przez Lelów i Żarnowiec Sobieski udał się do Krakowa, gdzie modlił się w siedmiu tamtejszych kościołach.

    Zatrzymał się także w Piekarach Śląskich. „Przybądź nam, miłościwa Pani, ku pomocy, a wyrwij nas z potężnych nieprzyjaciół mocy” – modlił się przed obrazem Matki Bożej. Warto wspomnieć, że Sobieski był pierwszym polskim monarchą, który oddał cześć Najświętszej Maryi Pannie Piekarskiej przybywając do świątyni z biskupami, wodzami, książętami i ludem zbrojnym.

    Bitwa pod Wiedniem i polskie ślady podróży Jana III Sobieskiego

    Ołtarz Główny w sanktuarium Matki Bożej w Piekarach Śląskich / fot. DyziO / Shutterstock

    ***

    Król dotarł także do Tarnowskich Gór, gdzie oczekiwali na niego cesarscy wysłannicy.

    22 sierpnia 1683 r. Sobieski został powitany w Gliwicach. Wjeżdżającego do miasta monarchę przywitała salwa z 28 armat i bicie kościelnych dzwonów. Przy Bramie Bytomskiej władca ukląkł i ucałował krzyż podany mu przez proboszcza parafii Wszystkich Świętych. Sobieski udał się na nabożeństwo do kościoła Podwyższenia Krzyża Świętego. Dokonał przeglądu wojska, napisał listy do żony, papieża Innocentego II i cesarza Leopolda I, w których informował o postępach w podróży. Wziął udział w uroczystości chrztu świętego dwóch muzułmanów.

    Kolejnego dnia zatrzymał się na noc w klasztorze cystersów w Rudach Raciborskich.  „Jego Królewska Mość zatrzymał się o milę drogi przez Rudami i tam w pięknym klasztorze ojców cystersów przenocował, a w dniu następnym przybył na obiad do Raciborza i zagościł na naszym zamku” – czytamy w relacji korespondenta „Kuriera Wojennego”.

    Bitwa pod Wiedniem i polskie ślady podróży Jana III Sobieskiego

    Klasztor w Rudach Raciborskich / fot. Pawel Filusz / Shutterstock

    ***

    Pobyt na Śląsku wspominał Sobieski całkiem dobrze, co zresztą opisał w liście do Marysieńki: „Lud tu niewymownie dobry i błogosławiący nam, kraj cudownie wesoły. Przybyło do nas ludzi nie mało […]”. Towarzyszący wyprawie francuski pamiętnikarz Francois Paul D’Alerac zapisał: „Nigdy żaden monarcha nie spotkał się z tak dobitnymi wyrazami hołdu ludności obcego państwa, jak król polski ze strony poddanych cesarza”.

    Jedna z legend mówi, że na pamiątkę przemarszu monarchy przez Śląsk sadzono tym szlakiem lipy. Do dzisiaj niektóre drzewa noszą nazwę „lip króla Sobieskiego”.

    Wrocławska Madonna Adorująca

    Z wiktorią wiedeńską wiąże się jeszcze jedno miejsce – katedra wrocławska pw. św. Jana Chrzciciela. W tym kościele znajduje się otoczony kultem cudowny obraz Matki Bożej. W 1713 r. papież Klemens XI ofiarował królewiczowi Aleksandrowi Sobieskiemu, mieszkającemu wówczas w Rzymie, piękny wizerunek Maryi. Po jego śmierci płótno trafiło do jego brata – Jakuba, panującego w Oławie. Kolejnym właścicielem obrazu stał się hrabia Michael von Althan z Międzylesia, który umieścił go w ołtarzu głównym kościoła parafialnego. Potem wizerunek przeniesiono na boczną ścianę prezbiterium.

    Bitwa pod Wiedniem i polskie ślady podróży Jana III Sobieskiego

    Matka Boża Sobieska z katedry we Wrocławiu / fot. Romuald M. Sołdek

    ***

    W 1951 r. decyzją władz kościelnych wizerunek został przeniesiony do katedry we Wrocławiu. Znany jest również jako Matka Boża Sobieska, Matka Boża Adorująca lub Wodząca Oczami. Obraz prawdopodobnie namalował Carlo Marratti, znakomity włoski malarz i portrecista. Przedstawia Maryję ze złożonymi rękami, o spokojnym, ciepłym spojrzeniu. Jej  zatroskane oczy zwrócone są w kierunku ukochanych dzieci.

    Anna Gębalska-Berekets/Aleteia.pl

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Czy wiesz, który polski król ma własną salę w Muzeach Watykańskich?

    Domena Publiczna/Wikipedia

    ***

    Choć Sala Sobieskiego znajduje się na głównej trasie prowadzącej do Kaplicy Sykstyńskiej, często wybieramy „przyspieszone” przejście do fresków Michała Anioła. A szkoda.

    Muzea Watykańskie odwiedza się zazwyczaj ze względu na imponującą Kaplicę Sykstyńską. Ewentualnie ważne dla turystów są także freski Rafaela czy starożytne rzeźby. Jednak mało kto wie, że pomiędzy innymi zachwycającymi dziełami sztuki znajdziemy też obraz „Sobieski pod Wiedniem – 1683” autorstwa Jana Matejki. I to właśnie od niego wzięła się nazwa Sala Sobieskiego, której północną ścianę zajmuje płótno o wielkości ponad 40 metrów kwadratowych.

    Krótka powtórka z historii

    Obraz „Sobieski pod Wiedniem – 1683” jest upamiętnieniem wydarzeń z 12 września 1683 roku. Wtedy miała miejsce bitwa pod Wiedniem między armią Imperium Osmańskiego a polsko-niemiecko-austriackimi wojskami dowodzonymi przez Jana III Sobieskiego.

    Było to wydarzenie rozstrzygające dla chrześcijańskiej przyszłości Europy, udało się bowiem powstrzymać islamskie ataki z Turcji. Matejko ukazał na obrazie wyobrażenie sceny po Wiktorii Wiedeńskiej – kiedy król Polski postanowił wysłać papieżowi Innocentemu XI zdobytą „Świętą Chorągiew Proroka” oraz list królewski, rozpoczynający się słowami „Venimus, vidimus, Deus vicit” (Przybyliśmy, zobaczyliśmy, Bóg zwyciężył).

    Głównymi elementami, które widzimy na płótnie Matejki, są: moment przekazania listu przez króla Jana III Sobieskiego wysłannikowi ze Stolicy Apostolskiej, kanonikowi Denhoffowi; pochylona turecka chorągiew; zwycięska husaria polska; pokonana armia turecka oraz rozciągająca się na niebie tęcza. Jej końce sięgają Wiednia oraz namiotu wezyra, w jej centrum zaś znajduje się głowa Jana III Sobieskiego. Układ ten najprawdopodobniej wskazywać ma na potęgę Polski jako przedmurza chrześcijaństwa. Warto też pamiętać, że nie ma w tym obrazie niczego przypadkowego, zwłaszcza że nie jest on w pełni zgodny z rzeczywistymi wydarzeniami. Wspomnieć tu należy chociażby o błędnym przedstawieniu chorągwi, która u Matejki ma cechy renesansowe i niezgodna jest z opisem oryginału.

    W jakich okolicznościach powstał obraz?

    Jan Matejko był malarzem zaangażowanym społecznie, starał się poprzez swoją sztukę upamiętniać ważne dla Polski wydarzenia historyczne. Jego dzieła miały zatem charakter edukacyjny. „Sobieskiego pod Wiedniem” malował przez co najmniej rok, przygotowując się na 200. rocznicę pokonania armii islamskiej przez wojska chrześcijańskie. W tym czasie austriacka propaganda głosiła wyłącznie o własnych zasługach w związku ze zwycięstwem z roku 1683.

    Co postanowił artysta, polski patriota? Zbuntować się i uświadomić społeczeństwu prawdę. W Wiedniu wystawił więc publicznie swój imponujący obraz. I zrobił to bezpłatnie, wynajmując w tym celu salę za własne pieniądze (co było i zapewne wciąż jest ewenementem wśród artystów). Dzięki temu cały naród austriacki mógł sobie przypomnieć o nieocenionej pomocy Polski i zdolnościach przywódczych króla Jana III Sobieskiego.

    Dlaczego obraz znajduje się akurat w Watykanie?

    Bo tak zdecydował sam Matejko. Osobiście zawiózł „Sobieskiego” papieżowi Leonowi XIII jako „dar od narodu polskiego”. Dzieło miało stać się upamiętnieniem zwycięstwa Jana III Sobieskiego oraz symbolem siły Polski, która w 1883 roku wciąż jeszcze nie odzyskała niepodległości.

    Sala Sobieskiego w XVI wieku stanowiła część apartamentów papieża Piusa V, które w XIX wieku papież Pius IX przeobraził w Galerię świętych i błogosławionych – miejsce, gdzie wystawiano współczesne dzieła sztuki zamawiane specjalnie na ceremonię kanonizacji lub beatyfikacji. Obecnie, oprócz płótna polskiego artysty, można tu znaleźć obrazy Porziano Loveriniego, Francesco Grandiego, Francesco Podestiego oraz dzieło Cesare Fracassiniego pt. „Męczennicy z Gorkum”, które w 1572 roku odniosło wielki sukces w Rzymie.

    Choć Sala Sobieskiego znajduje się na głównej trasie prowadzącej do Kaplicy Sykstyńskiej, odwiedzający często ją omijają, wybierając „przyspieszone” przejście do fresków Michała Anioła. A szkoda. Bo naprawdę warto docenić fakt istnienia polskiej sztuki w Muzeach Watykańskich. Ostatecznie przecież Matejko stworzył swój obraz ku chwale naszego Narodu.

    Magda Jakubiak/Aleteia.pl

    ______________________________________________________________________________________________________________

    13 września – rocznica objawienia Koronki do Bożego Miłosierdzia

    13 września 1935 r. Pan Jezus podyktował św. Faustynie tekst Koronki do Bożego Miłosierdzia. Dziś jest to jedna z najpopularniejszych modlitw. – Przez odmawianie tej koronki podoba Mi się dać wszystko, o co Mnie prosić będą, jeżeli to (…) będzie zgodne z Moją wolą – powiedział Pan Jezus.

    ***

    fot. Katarzyna Matejek/Gość Niedzielny

    ***

    Pochodzenie i obietnice

    Tę modlitwę podyktował Pan Jezus siostrze Faustynie w Wilnie 13 września 1935 roku. W następnych objawieniach ukazał jej wartość i skuteczność oraz przekazał obietnice do niej przywiązane.

    W tej modlitwie ofiarujemy Bogu Ojcu “Ciało i Krew, Duszę i Bóstwo” Jezusa Chrystusa, łączymy się z Jego ofiarą złożoną na Krzyżu dla zbawienia świata. Ofiarując Bogu Ojcu Jego “najmilszego Syna”, odwołujemy się do najsilniejszego argumentu, by być wysłuchanym. Prosimy o “miłosierdzie dla nas i całego świata”. Słowo “nas” oznacza odmawiającego koronkę i tych, za których pragnie lub jest zobowiązany się modlić. Natomiast “cały świat” – to wszyscy ludzie żyjący na ziemi i dusze w czyśćcu cierpiące. Modląc się słowami tej koronki, spełniamy akt miłości bliźniego, który – obok ufności – jest nieodzownym warunkiem otrzymania łask.

    Przez odmawianie tej koronki – obiecał Pan Jezus – podoba Mi się dać wszystko, o co Mnie prosić będą (1541) i dodał: jeżeli to (…) będzie zgodne z Moją wolą. (1731)

    Szczegółowe obietnice dotyczą godziny śmierci: łaski szczęśliwej i spokojnej śmierci. Mogą je uprosić tylko ci, którzy sami z ufnością i wytrwale odmawiają tę koronkę, ale także konający, przy których inni jej słowami modlić się będą.

    Kapłani – powiedział Jezus – będą (ją) podawać grzesznikom jako ostatnią deskę ratunku; chociażby był grzesznik najzatwardzialszy, jeżeli raz tylko odmówi tę koronkę, dostąpi łaski z nieskończonego miłosierdzia Mojego. (687) Chociaż raz, ale w postawie zgodnej z treścią modlitwy, a przede wszystkim z wiarą, ufnością i w pokorze oraz ze szczerym i głębokim żalem za grzechy.

    W “Dzienniczku”

    Pod datą 13 września 1935 roku, Święta siostra Faustyna zapisała w swoim Dzienniczku taką oto wizję odnośnie tej koronki:

    Wieczorem, kiedy byłam w swojej celi, ujrzałam anioła, wykonawcę gniewu Bożego. Był w szacie jasnej, z promiennym obliczem, obłok pod jego stopami, z obłoku wychodziły pioruny i błyskawice do rąk jego, a z ręki jego wychodziły i dopiero dotykały ziemi. Kiedy ujrzałam ten znak gniewu Bożego, który miał dotknąć ziemię, […] zaczęłam prosić anioła, aby się wstrzymał chwil kilka, a świat będzie czynił pokutę. Jednak niczym prośba moja była wobec gniewu Bożego. W tej chwili ujrzałam Trójcę Przenajświętszą. Wielkość majestatu Jej przeniknęła mnie do głębi i nie śmiałam powtórzyć błagania mojego. W tej samej chwili uczułam w duszy swojej moc łaski Jezusa, która mieszka w duszy mojej; kiedy przyszła mi świadomość tej łaski, w tej samej chwili zostałam porwana przed stolicę Bożą. O, jak wielki jest Pan i Bóg nasz i niepojęta jest świętość Jego. Nie będę się kusić opisywać tej wielkości, bo niedługo ujrzymy Go wszyscy, jakim jest. Zaczęłam błagać Boga za światem słowami wewnętrznie słyszanymi.

    Kiedy się tak modliłam, ujrzałam bezsilność anioła, i nie mógł wypełnić sprawiedliwej kary, która się słusznie należała za grzechy. Z taką mocą wewnętrzną jeszcze się nigdy nie modliłam jako wtenczas. Słowa te, którymi błagałam Boga, są następujące: Ojcze Przedwieczny, ofiaruję Ci Ciało i Krew, Duszę i Bóstwo najmilszego Syna Twojego, a Pana naszego Jezusa Chrystusa, za grzechy nasze i świata całego; dla Jego bolesnej męki miej miłosierdzie dla nas.

    Na drugi dzień rano, kiedy weszłam do naszej kaplicy, usłyszałam te słowa wewnętrznie: Ile razy wejdziesz do kaplicy, odmów zaraz tę modlitwę, której cię nauczyłem wczoraj. Kiedy odmówiłam tę modlitwę, usłyszałam w duszy te słowa:

    Modlitwa ta jest na uśmierzenie gniewu mojego, odmawiać ją będziesz przez dziewięć dni na zwykłej cząstce różańca w sposób następujący: najpierw odmówisz jedno “Ojcze nasz” i “Zdrowaś Maryjo”, i “Wierzę w Boga”, następnie na paciorkach “Ojcze nasz” mówić będziesz następujące słowa: “Ojcze Przedwieczny, ofiaruję Ci Ciało i Krew, Duszę i Bóstwo najmilszego Syna Twojego, a Pana naszego Jezusa Chrystusa, na przebłaganie za grzechy nasze i świata całego”; na paciorkach “Zdrowaś Maryjo” będziesz odmawiać następujące słowa: “Dla Jego bolesnej męki miej miłosierdzie dla nas i świata całego”. Na zakończenie odmówisz trzykrotnie te słowa: Święty Boże, Święty Mocny, Święty Nieśmiertelny, zmiłuj się nad nami i nad całym światem”. (474 – 476)

    Sposób odmawiania:

    (na zwykłym różańcu)

    Na początku:

    Ojcze nasz, któryś jest w niebie, święć się imię Twoje, przyjdź królestwo Twoje, bądź wola Twoja jako w niebie tak i na ziemi. Chleba naszego powszedniego daj nam dzisiaj. I odpuść nam nasze winy, jako i my odpuszczamy naszym winowajcom. I nie wódź nas na pokuszenie, ale nas zbaw ode złego . Amen.

    Zdrowaś Maryjo, łaski pełna, Pan z Tobą, błogosławionaś Ty między niewiastami i błogosławiony owoc żywota Twojego, Jezus. Święta Maryjo, Matko Boża, módl się za nami grzesznymi teraz i w godzinę śmierci naszej. Amen.

    Wierzę w Boga, Ojca wszechmogącego, Stworzyciela nieba i ziemi. I w Jezusa Chrystusa. Syna Jego jedynego, Pana naszego, który się począł z Ducha Świętego; narodził się z Maryji Panny. Umęczon pod Ponckim Piłatem, ukrzyżowan, umarł i pogrzebion. Zstąpił do piekieł, trzeciego dnia zmartwychwstał. Wstąpił na niebiosa, siedzi po prawicy Boga Ojca wszechmogącego. Stamtąd przyjdzie sądzić żywych i umarłych. Wierzę w Ducha Świętego, Święty Kościół powszechny, świętych obcowanie, grzechów odpuszczenie, ciała zmartwychwstanie, żywot wieczny. Amen.

    Na dużych paciorkach (1 raz):

    Ojcze Przedwieczny, ofiaruję Ci Ciało i Krew, Duszę i Bóstwo najmilszego Syna Twojego, a Pana naszego Jezusa-Chrystusa na przebłaganie za grzechy nasze i całego świata.

    Na małych paciorkach (10 razy):

    Dla Jego bolesnej męki, miej miłosierdzie dla nas i całego świata.

    Na zakończenie (3 razy):

    Święty Boże, Święty Mocny, Święty Nieśmiertelny, zmiłuj się nad nami i nad całym światem.

    Gość Niedzielny

    __________________________________________________________________________

    MIĘDZYNARODOWA KORONKA DO BOŻEGO MIŁOSIERDZIA NA CAŁYM ŚWIECIE O GODZINIE 15.00

    W SOBOTĘ 28 WRZEŚNIA 2024

     ***
    Te 15 minut dla świata wydaje się nic nie znaczyć, ale dla Miłosiernego Boga jest to wielkie wołanie grzeszników.

    Bardzo ważne jest, aby włączyć się do wspólnej modlitwy o tej samej godzinie, tego samego dnia i połączyć się z Panem Jezusem konającym na krzyżu modląc się słowami Koronki do Bożego Miłosierdzia…

    ***

    W tym roku szczególnie będziemy modlić się w następujących intencjach:

    1. Aby w Panu Bogu pokładać nadzieje stawiając Go na pierwszym miejscu
        w życiu rodzinnym, społecznym i politycznym.
    2. Za Kościół Boży, aby wiernie i konsekwentnie bronił depozytu wiary
        i moralności.
    3. Za biskupów i księży, aby byli kapłanami według Serca Jezusowego.
    4. Za rządzących, aby sprawowanie  władzy  traktowali  jako służbę  na
        rzecz wspólnego dobra wszystkich ludzi.
    5. O poszanowanie życia ludzkiego – od poczęcia do naturalnej śmierci.
    6. O pokój na całym świecie, zwłaszcza w miejscach wojen i niepokoju
        ogarniętych zamętem i bezprawiem.
    7. Za więźniów, a zwłaszcza tych, którzy trwają daleko od Boga, nie widzą sensu nawrócenia, którym brakuje nadziei w Boże Miłosierdzie
    8. O powrót uchodźców do ich ojczystych krajów i pomoc w odbudowie ich domów.
    9. Za żołnierzy i obrońców granic, aby skutecznie i godnie bronili Ojczyzny.
    10. Za nasze ojczyste kraje, miasta, wsie, nasze rodziny i nas samych.


    W tej modlitwie na pewno towarzyszyć nad będą święci z nieba :
    św. siostra Faustyna Kowalska i bł. ksiądz Michał Sopoćko

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Zaproszenie na nabożeństwo

    24 Godzin Męki Pańskiej za Polskę:

    Jasna Góra 13-14 września 2024

    Na portalu: VICONA czytamy:


    13-14 września 2024 roku Sama Królowa Polski przyjęła nas pod swój dach, aby u Jej Tronu na Jasnej Górze wynagradzać wraz z Nią za grzechy popełnione w naszej Ojczyźnie.

    Nabożeństwo odbędzie się w Kaplicy Sakramentu Pokuty (wymowa tego miejsca też nie bez znaczenia…)

     Prowadzenie rozważań: Aleksandra Barnat, Rafał Piech, Tomasz Ustowski, Hanna Gwizdała
     Oprawa muzyczna: Michał Niemiec
     Transmisja on-line: Radosław Pęksa, Mirosław Załuska

    Zapraszamy wszystkich! 

    ***

    Sanktuarium NMP na Jasnej Górze w Częstochowie – Kaplica Sakramentu Pokuty

    ROZPOCZĘCIE:

    piątek 13.09.2024 godz. 17:00 – Msza Święta

    godz. 18:30 w Kaplicy Cudownego Obrazu

    ZAKOŃCZENIE:

    sobota 14.09.2024 godz. 16:00 – Msza Święta

    godz. 18:30 w Kaplicy Cudownego Obrazu

    ***

    Podczas tego nabożeństwa o charakterze ekspiacyjnym, będziemy wynagradzać za wszystkie grzechy popełnione w naszej ojczyźnie, zwłaszcza za grzechy: zbrodni wobec nienarodzonych dzieci, nieczystości, apostazji, nienawiści, podziałów, kłótni i nieprzebaczenia, pijaństwa, rozwodów, niegodnego przyjmowania Komunii Świętej, zdrady narodu. Żyjemy dziś w czasach największej apostazji, czyli odejścia od Boga. Sekularyzacja państw Zachodu jest faktem. Polska, choć uważana za ostoję katolicyzmu, też stopniowo ulega tej fali. Coraz więcej ludzi, także tych deklarujących się katolikami, żyje tak, jakby Pana Boga nie było i opowiada się za strukturami zła w swoich wyborach. Czas, w którym przyszło nam żyć, jest czasem bezkompromisowej walki duchowej. Ale co gorsza, nawet ludzie wierzący nie zawsze to widzą, trwając w stanie uśpienia i letargu. A przecież wiele proroctw mówi o szczególnej misji, jaką Polska ma odegrać wobec innych narodów. Jakże się to stanie, skoro widzimy, że sprawy w naszym kraju idą w tak złym kierunku? Będziemy modlić się, prosząc o wstawiennictwo: Maryję Królową Polski, Świętego Michała Archanioła, Anioła Stróża Polski, patronów Polski, a zwłaszcza św. Andrzeja Boboli, polskich świętych i błogosławionych oraz dusz w czyśćcu cierpiących naszych rodaków. Dziś mało kto wzywa do pokuty i nawrócenia. Bezprecedensowym wydarzeniem w dziejach Kościoła w Polsce była zorganizowana w 2016 r. Wielka Pokuta – największe w historii chrześcijaństwa nabożeństwo przebłagalno-ekspiacyjne, które zgromadziło pod wałami klasztoru jasnogórskiego ponad 140 tysięcy wiernych. Zebrali się, by prosić Boga o wybaczenie grzechów swoich oraz całego narodu. Wierzymy, że tamto wydarzenie nie było ostatnim, ale zapoczątkowało akty kolejnych wynagrodzeń. Będziemy zatem modlić się w duchu i w łączności z Wielką Pokutą, aby kontynuować to wielkie dzieło ekspiacji. Podczas modlitwy o uwolnienie Polski spod mocy ciemności, które zostały wypowiedziane 15 października 2016 r., padły m.in. takie słowa:

    „Ojcze, Boże Wszechmogący, nadszedł już czas, aby raz na zawsze odwrócić się od grzechów naszych i naszych nieprawości, które ranią Twoje Ojcowskie Serce, od szatana, księcia tego świata, ojca kłamstwa i iluzji, a zwrócić się całym sercem do Ciebie. Pragniemy jak mieszkańcy Niniwy dzisiaj błagać Cię o przebaczenie naszych grzechów, win i nieprawości. Za św. Janem Pawłem II wołamy: „Niech zstąpi Duch Twój i odnowi oblicze tej ziemi!”. Niech Jego oczyszczający i uświęcający płomień zstąpi teraz na nas tu obecnych, na wszystkich Polaków mieszkających na tej ziemi i poza jej granicami”.

    Dlatego i my powtórzymy te słowa oraz inne fragmenty tej potężnej modlitwy, rozpalając wielki płomień, czego konkretnym wyrazem będzie wieńczące nasze spotkanie nabożeństwo przekazania Płomienia Miłości Niepokalanego Serca Maryi.

    Zapraszamy, zawalcz z nami o Polskę! 🇵🇱 TRANSMISJA ON-LINE: kanał YT VICONA | Echo Boga FIAT | Wobroniewiary | 🇵🇱 STRONA WYDARZENIA: www.vicona.pl/24

    Jeśli nie możesz lub nie czujesz się na siłach, aby uczestniczyć w 24 godzinnej modlitwie, możesz przyjechać tylko na jedną lub kilka godzin, choć ideą tego spotkania jest trwanie na Adoracji i rozważaniu przez pełne 24 godziny. Módl się o tę łaskę. Ta ofiara złożona ze swojego czasu i zmęczenia pomnoży jeszcze bardziej wartość Twojej modlitwy!

    Zachęcamy wysłuchać świadectwo Oli o Krzyżu Pasyjnym    • Świadectwo Oli o Krzyżu Pasyjnym   więcej na https://www.vicona.pl/24Wobroniewiary38,9 tys. subskrybentówWideoInformacje

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Czy Polacy wymodlili zwycięstwo w Bitwie Warszawskiej?

    10 faktów, których możesz nie znać…

    BITWA WARSZAWSKA

    Wikipedia | Domena publiczna

    Po bitwie – polscy żołnierze ze sztandarami zdobytymi na bolszewikach.

    ***

    Myślicie, że główna ofensywa była prowadzona znad Wieprza? Otóż, gdyby dokładniej się przyjrzeć, to ofensywę zaczęto już dużo wcześniej. Na klęczkach!

    Myślicie, że główna ofensywa była prowadzona znad Wieprza? Otóż, gdyby dokładniej się przyjrzeć, to ofensywę zaczęto już dużo wcześniej. Na klęczkach!

    Określenie „Cud nad Wisłą”, choć utrwalone w polskiej historiografii głównie za sprawą przedwojennych politycznych oponentów Józefa Piłsudskiego, niezamierzenie po części oddaje istotę drugiej, mniej znanej ofensywy, która dla losów Bitwy Warszawskiej mogła mieć znaczenie nie mniejsze niż uderzenie znad Wieprza. Nie będzie chyba bowiem wielkim nadużyciem nazwanie „cudem” wielkiego narodowego zjednoczenia, jakie dokonało się w Narodzie nie tylko na poziomie militarnym, ale też duchowym.

    ***

    Polscy hierarchowie zalecili wiernym szereg szczególnych praktyk modlitewnych w intencji ocalenia Ojczyzny. 7 lipca 1920 r. w „Liście pasterskim biskupów polskich do Narodu” napisali między innymi takie wskazania:

    • 4
    • …a także prosili o pomoc Ojca Świętego… Tego samego dnia hierarchowie wystosowali apel o modlitwę za Polskę również do Ojca Świętego Benedykta XV:
    • 5

    … a ten wstawił się za naszym Narodem. W reakcji na list polskich hierarchów 5 sierpnia 1920 roku Benedykt XV skierował do biskupów świata przesłanie “O zmiłowaniu Boga nad nieszczęsną Polską”. Pisał w nim m.in.:

    • 6
      7
      8

    8 sierpnia 1920 r. był dniem ofensywy na froncie modlitewnym. Tego dnia, w niedzielę poprzedzającą święto Wniebowzięcia NMP, niezwiązani zadaniami frontowymi warszawianie wzięli udział w wielkim modlitewnym wydarzeniu. Począwszy od godz. 7 rano we wszystkich kościołach miasta wystawiony został Najświętszy Sakrament, a o godz. 9 odprawiane w nich były msze święte z Komunią generalną. Po zakończeniu adoracji o godz. 17, procesje błagalne ze wszystkich świątyń połączyły się na pl. Zamkowym, gdzie wierni odśpiewali suplikacje. Cała taca we wszystkich kościołach archidiecezji była tego dnia przeznaczona na potrzeby żołnierzy.


    • 9
      10
      11
      12
      13

    Kolejny papież powiesił u siebie obraz “Cud nad Wisłą”. Ówczesny nuncjusz apostolski w Polsce, abp. Achille Ratti (późniejszy papież Pius XI) często wymieniany bywa jako jeden z dwóch ambasadorów (obok tureckiego), którzy w obliczu sowieckiej nawałnicy nie opuścili Warszawy.

    • Pomnik_Braterstwa_Broni_w_Warszawie_001

    Bolszewicy przez chwilę „wygrywali” z ks. Skorupką. Przynajmniej we własnym mniemaniu. Mało kto wie bowiem, że cokół, na którym w 1945 r. odsłonięty został niesławny Pomnik Braterstwa Broni, powszechnie znany jako „Czterech śpiących”, pierwotnie przeznaczony był pod statuę ks. Ignacego Skorupki, która stanąć tam miała w 20. rocznicę Bitwy Warszawskiej, 15 sierpnia 1940 r. Plany te pokrzyżował oczywiście wybuch II wojny światowej, a ks. Skorupka doczekał się na warszawskiej Pradze pomnika dopiero w 2005 r., w 85. rocznicę bitwy.+. © wikimedia.com

    Karol Wojteczek/Aleteia.pl

    ______________________________________________________________________________________________________________

    14 WRZEŚNIA – SOBOTA – GODZ. 18.00 – MSZA ŚWIĘTA

    W KOŚCIELE ŚW. PIOTRA

    ***

    Święto Podwyższenia Krzyża Świętego

     fot. Karol Porwich/Niedziela

    *****

    14 września 335 r. dokonano konsekracji Bazyliki Zmartwychwstania, którą wybudował cesarz Konstantyn blisko miejsca ukrzyżowania Chrystusa. Od tego czasu Wschód chrześcijański obchodził tego dnia uroczyste święto na cześć Krzyża Zbawiciela.

    Krzyż jest miejscem zwycięstwa Chrystusa. Z wysokości Krzyża Jezus pociąga do siebie wszystkich grzeszników (zob. J 12, 32) i objawia im miłość Ojca, który Go posłał. Oddając na nim ostatnie tchnienie, ofiarował się jako żertwa przebłagalna za grzechy całego świata i oddał chwałę Ojcu z wszystkimi, których zbawił.

    Krzyż nie jest więc znakiem słabości Jezusa, lecz Jego chwały. Spojrzenie na przybitego Jezusa przynosi uzdrowienie i zbawienie nam, którzy jesteśmy śmiertelnie zatruci jadem świata. Wobec Krzyża nie można przejść obojętnie, bowiem budził on i zawsze budzi niepokój ludzkiego sumienia. Jest znakiem miłości, która się otwiera na każdego człowieka.

    Jezus, otwierający na Krzyżu swe ramiona, rezygnuje z jakiejkolwiek ochrony, jaką my często roztaczamy wokół siebie. Ten gest jest wzmocniony obrazem otwartego serca, które oddaje do dyspozycji wszystkich to, co najbardziej intymne i osobiste. Jezus na Krzyżu zrezygnował ze swojej siły, by „cicha” moc Boga okazała się silniejsza niż siła wszystkich ludzi i uświadomiła nam, że zawsze do niej będzie należeć ostatnie słowo.

    Krzyż jest koniecznym etapem na drodze do chwały. Dlatego Jezus zaprasza nas: Jeśli kto chce pójść za Mną, niech się zaprze samego siebie, niech weźmie krzyż swój i niech mnie naśladuje (Łk 9, 23). Krzyż jest nieustannym wezwaniem, by zaakceptować to, czego doświadczamy każdego dnia. Przypomina nam, że nie wszystko jest dla nas proste, jak sobie zaplanujemy. Musimy się więc pogodzić się z codziennymi utrudnieniami i tym, co krzyżuje nasze plany. Dla osoby cierpiącej Krzyż jest pocieszeniem, przypomina, że nie jest ona w swym cierpieniu sama, ale Ktoś idzie z nią w najgłębszą ciemność aż do samotności i opuszczenia, aż po największą niemoc śmierci.
    Krzyż zmusza nas, byśmy zastanowili się nad sobą. Każe nam szukać odpowiedzi na pytanie: Kim jesteśmy? Obraz Krzyża towarzyszy nam wszędzie i przybliża do prawdziwego człowieczeństwa. Nie pozwala, byśmy w przekonaniu o własnej wielkości uciekli od prawdy o naszym życiu. Ukazuje on naszą ograniczoność i ukierunkowanie na śmierć. I jedynie ten, kto gotów jest przyjąć śmierć, staje się prawdziwie człowiekiem.
    Akceptacja Krzyża przejawia się w spokojnej, milczącej i opanowanej postawie wobec życia. Człowiek, przyjmując Krzyż, przyjmuje niepowodzenia, ma odwagę przyjąć siebie takiego, jaki jest. Krzyż wyzwala go od samego siebie, wyjawia mu prawdę, od której ucieka. Znoszona z wiarą choroba jest posłuszeństwem Bogu i twórczą gotowością, staje się dla nas objawieniem odkupienia i w radykalny sposób przemienia nasze życie. Akceptacja cierpienia jest jednocześnie drogą do wyzwolenia się z niego. Wielu ludzi cierpi dzisiaj na nerwice, bo nie przyjmują Krzyża, nie chcą przyjąć prawdy o sobie.

    W chrześcijaństwo wpisany jest Krzyż i jest on znakiem tożsamości każdego z nas, jest naszym znakiem rozpoznawczym. Chrześcijanie mają w nim swoje korzenie, ale nie utożsamiają go z cierpiętnictwem. Krzyż wskazuje na głęboki sens cierpienia i otwiera człowieka na misterium samego Boga. Jest bramą, wprowadzającą w Boże życie i nasze zbawienie. Krzyż jest znakiem solidarności Boga z cierpiącym człowiekiem.

    Przyjęcie Krzyża przynosi owoce wewnętrznej przemiany, dodaje człowiekowi sił do owocnej pokuty i nawrócenia. Krzyż jest proklamacją życia, nadziei, chrześcijańskiego optymizmu i wolności. Zapowiada radość Zmartwychwstania, której nie stłumi już żadna ziemska moc zła i nie zaciemni panowanie grzechu. Cierpienie ludzkie odniesione do cierpienia Jezusa zwiastuje radość wieczną, nie odniesione do Niego staje się rozpaczą, która nigdy się nie skończy. Krzyż demaskuje wszelką pozorną radość.

    Krzyż jest znakiem Miłości, która choć nie jest kochana, nie zna granic. Miarą bowiem miłości jest miłość bez granic. Nawet śmierć jej nie kończy. Krzyż Chrystusa pyta nas o miłość, o nasze chrześcijaństwo. Zaprasza, byśmy przyszli do Niego ze swoim cierpieniem, spowodowanym zranieniem przez innych, różnego rodzaju prześladowaniem, ubóstwem, bezdomnością, bezrobociem, pokrzywdzeniem przez los. U stóp Krzyża znajdziemy wszystko.

    s. Anna Siudak/Tygodnik Niedziela

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Między niebem a ziemią

    „Chrystus św. Jana od Krzyża” – Salvador Dalí, olej na płótnie, 1951 Galeria Sztuki, Glasgow

    ***

    W klasztorze la Encarnación w Ávila zachował się niezwykły rysunek, stworzony ręką św. Jana od Krzyża. Ten żyjący w XVI wieku hiszpański mistyk narysował Jezusa na krzyżu widocznego z góry, jakby oglądał go z nieba Ojciec.

    „Kiedy pierwszy raz zobaczyłem ten rysunek, wywarł na mnie wielkie wrażenie. Potem przyśnił mi się w kolorze. Krucyfiks w moim śnie unosił się nad zatoką Port Lligat w Katalonii. Zrozumiałem, że muszę tak namalować” – napisał w 1952 roku najsławniejszy surrealista, hiszpański malarz Salvador Dalí na łamach „Scottish Art Review”.

    Artysta umieścił postać Zbawiciela w centrum kompozycji. Ciało Jezusa nie nosi żadnych śladów cierpienia. „Najpierw chciałem namalować krew, gwoździe, koronę cierniową. Ale potem zrezygnowałem z tego wszystkiego. Chciałem, by Chrystus był na moim obrazie piękny, by kojarzył się z metafizycznym pięknem Boga” – tłumaczył artysta.

    Pomiędzy krucyfiksem a zatoką ze spokojnie pracującymi rybakami Dalí namalował rozświetlone tajemniczym światłem chmury. Nadnaturalne światło z nieba oświetla też postać Zbawiciela kontrastującą z czarnym tłem. Wszystko to sprawia, że krzyż wydaje się umieszczony w jakiejś nieuchwytnej rzeczywistości pomiędzy niebem a ziemią.

    Nie widzimy twarzy Jezusa. Patrzy on w dół, na świat i ludzi, których zdaje się brać w opiekę swymi rozpostartymi ramionami.

    Leszek Śliwa/Gość Niedzielny

    ______________________________________________________________________________________________________________

    RÓŻNE PRZEDSTAWIENIA KRZYŻA

    Krzyż św. Jana od Krzyża

    Najbardziej jest znany w wersji namalowanej przez Salvadora Dalego, jednak pierwowzór tego obrazu stanowi szkic karmelitańskiego mistyka i jest zdecydowanie bardziej plastyczny i emocjonalny. W jednej ze swoich wizji św. Jan ujrzał Ukrzyżowanego, ale tak, jakby patrzył na Niego nieco z góry, w chwili, kiedy Pan dopiero skonał. Rysunek jest niesłychanie dynamiczny i poruszający, ciało Pana jest na nim wyschnięte, dramatycznie skręcone. Podobną ekspresję można znaleźć w barokowych krucyfiksach, jednak rysunek karmelity uderza swoją prawdziwością – jest raczej szkicem z natury niż wyobrażeniem artysty.

    Aleteia.pl /Wikipedia | Domena publiczna/

    ______________________________________________________________________________________________________________

    15 WRZEŚNIA – NIEDZIELA

    ŚWIĘTO MATKI BOŻEJ SIEDMIU BOLEŚCI

    Pietro Lorenzetti/WIKIMEDIA COMMONS

    ___________________________________________

    Od siedmiu boleści

    Najświętszej Maryi Panny Bolesnej

    Najświętszej Maryi Panny Bolesnej

    Matka Boża Staniątecka/fot. Henryk Przondziono/Gość Niedzielny

    ***

    Jest rzeczą niezaprzeczalną, że Maryja wiele wycierpiała jako Matka Zbawiciela.

    Myśl: Maria otula Kościół, zakrywa swym płaszczem jego liczne grzechy. Bardzo cierpi.

    Dzień po dniu. 14 września przeżywamy święto Podwyższenie Krzyża Świętego, a już następnego dnia wspomnienie Najświętszej Maryi Panny Bolesnej. Tak jakby Kościół zwracał uwagę na to, że cierpienie Maryi idzie krok w krok za ogromnym bólem Jej Syna. To ciekawe, że Kościół przywołuje te dni nie w „fioletowym” czasie Wielkiego Postu, ale latem, tuż po sezonie urlopowym… Czytam pełne tęsknoty wersy Pieśni nad pieśniami. Zdumiewa mnie intuicja brata Efraima, założyciela Wspólnoty Błogosławieństw, który w tym miłosnym hymnie odnalazł obraz… Piety.

    „Wypełniają się słowa Pieśni nad pieśniami: »Lewa twoja ręka pod głową moją, a prawica twoja obejmuje mnie« (Pnp 2,6). Jakże piękna jesteś między niewiastami, jakże piękna jesteś w Twoim niezmąconym bólu – woła Efraim. – To właśnie w tej godzinie aniołowie nadali Ci tytuł Królowej Męczenników. Twoje męczeństwo trwa jeszcze dłużej niż męczeństwo Syna: Twoja męka i Jego Męka spotkały się we współodczuwaniu, współczuciu. Maryjo, Matko Miłosierdzia”.

    Watykan. Bazylika Świętego Piotra. Po marmurowych posadzkach przelewa się wielobarwny tłum. Japończycy dyskretnie robią zdjęcia spod łokci. Starają się utrwalić Pietę – rzeźbę, która zachwyca od pięciu wieków. Została ukończona w roku 1499, gdy Michał Anioł miał zaledwie 25 lat. To najpowszechniejsze przedstawienie Maryi Bolejącej. Inne ikonograficzne symbole to Mater Dolorosa – złamana cierpieniem, słaniająca się na nogach Matka adorująca zawieszone na krzyżu ciało Syna.

    Niezwykle poruszające są obrazy i figury Maryi, której serce przebija siedem ostrych mieczy. Ten motyw „siedmiu boleści” często pojawiał się w sztuce od XIV w. Jakie to miecze? Proroctwo Symeona („Twoją duszę miecz przeniknie…”), ucieczka do Egiptu, zgubienie dwunastoletniego Jezusa, spotkanie z Synem na drodze krzyżowej, ukrzyżowanie i śmierć Jezusa, zdjęcie Jezusa z krzyża i złożenie do grobu. W rozważaniach Brata Efraima zachwyciła mnie jeszcze jedna intuicja. „Maryja trwa aż po wypełnienie wieków, trzymając w ramionach ogromne Ciało swego Syna, zakrywając Jego nagość swoim płaszczem, otulając Go czułością”. Maryja otula Kościół, zakrywa swym płaszczem jego liczne grzechy. Bardzo cierpi.

    ks. Tomasz Jaklewicz/wiara.pl

    ______________________________________________________________________________________________________________

    PONIEDZIAŁEK 16 WRZEŚNIA

    147 lat temu na polskiej ziemi, w miejscowości Gietrzwałd, miały miejsce objawienia Matki Bożej, które rozpoczęły się wieczorem 27 czerwca i trwały aż do 16 września tego samego roku. Są to objawienia jedyne w Polsce, które Kościół zatwierdził.

    _____________________________________________________________________________

    Gietrzwałd (1877, Polska)

    OBJAWIENIA MATKI BOŻEJ W GIETRZWAŁDZIE

    Są takie miejsca na świecie, do których, jeżeli raz się je ujrzało, chciałoby się znowu wrócić, przebywać w nich jak najczęściej, jak najdłużej. Niewątpliwie do takich miejsc należy Sanktuarium Maryjne w Gietrzwałdzie, na ziemi warmińskiej, osiemnaście kilometrów na południowy zachód od Olsztyna.
    By wejść w klimat tego cudownego miejsca, musimy cofnąć się nieco w czasie, do XIX wieku. Był to okres chwały żelaznego kanclerza Bismarcka i nasilonego działania jego Kulturkampfu. Okres, kiedy wszystko, co polskie i związane z religią katolicką było niszczone i straszliwie prześladowane. Zamykano w więzieniach katolickich księży. Różnymi ustawami uniemożliwiano księżom i biskupom głoszenie Dobrej Nowiny oraz prowadzenie duszpasterstwa. Kasowano i zamykano dobra kościelne. Zlikwidowano najstarsze na polskich ziemiach seminarium duchowne w Braniewie. Zakazywano nauczania języka polskie­go w szkołach. I właśnie wówczas, nie­spodziewanie dla wszystkich, jakby dla pokrzepienia serc, w Gietrzwałdzie ukazała się Matka Boża, przemawiając do dwóch polskich dziewczynek w ich ojczystym języku.

    Wiosną 1877 roku Justyna Szafryńska przygotowywała się do Pierwszej Komunii Świętej. Nie przychodziło jej to łatwo. Dopiero 27 czerwca, w środę, złożyła pomyślnie ostatni egzamin u ks. Proboszcza Weichsla i uradowana wracała z matką do domu. Dochodziła już godzina dziewiąta wieczorem, dlatego matka przynaglała Justynę, by szła prędzej. Nadciągała noc, a ponadto zanosiło się na burzę. Minęły właśnie plebanię , gdy dzwon na wieży kościelnej zadzwonił na Anioł Pański. Przystanęły więc obie, zwracając się twarzą w kierunku kościoła i zaczęły odmawiać modlitwę. Ponaglana przez matkę Justyna przerwała modlitwę, mówiąc: Czekajcie no, matulu, aż zobaczę, co to takiego białego na drzewie. Dziewczynka dostrzegła bowiem w koronie rosnącego przy plebanii drzewa klonu jakąś dziwną jasność. W pierwszej chwili pomyślała, że to ogień. Zafascynowana zjawiskiem, zdawała się nie słyszeć głosu matki, z uporem wpatrywała się w oddalone drzewo. Niezwykła jasność przybrała w tym czasie postać człowieka. Justyna szarpnięta za rękę, sprawiała wrażenie jakby przebudzonej z głębokiego snu. Dziwne zachowanie Justyny, zauważył przechodzący obok proboszcz, ks. Augustyn Weichsel. Podobnie jak matka dziewczynki, nie widział żadnej jasności, ale otworzył ogród przy plebanii i podprowadził Justynę w pobliże wskazywanego przez nią drzewa.

    Dziewczynka była ekstatycznie wpatrzona w drzewo klonu i opowiadała coś o Ślicznej Pani, która z uśmiechem zachęcała ją, aby przychodziła tu odmawiać różaniec. Pani znajdowała się pośród niezwykłej jasności, była ubrana na biało, z długimi włosami opadającymi na ramiona, siedziała na złocistym tronie, udekorowanym perłami. Po chwili zauważyła również w blasku bijącym z nieba, zstępującego anioła ze złotymi skrzydłami, w biało-złotej szacie, z białym wieńcem na skroniach. Anioł złożył niski pokłon swojej Pani. Gdy oniemiała z wrażenia Justyna skończyła odmawiać Pozdrowienie Anielskie, zaczęły z matką odmawiać różaniec. Dopiero kiedy skończyły, objawienie również zakończyło się. Pani wstała z tronu i razem z aniołem uniosła się do nieba. Jak się później okazało – to był dopiero początek cudownych wydarzeń w maleńkiej, warmińskiej miejscowości.
    Gdy Justyna opowiedziała to wszystko proboszczowi, ten nie miał wątpliwości, że dziewczynka była świadkiem jakiegoś nadprzyrodzonego widzenia. Następnego dnia, 28 czerwca, do Justyny dołączyła jej kuzynka – Barbara Samulowska. W godzinie objawień, a była to wigilia uroczystości św. Piotra i Pawła, patronów parafii, we dwie zaczęły odmawiać modlitwę różańcową. I znowu, kiedy dzwon uderzył na wieczorny Anioł Pański, drzewo zajaśniało niezwykłym blaskiem. Najpierw zjawił się tron, potem Matka Boża, w towarzystwie dwóch aniołów. Po dłuższej chwili aniołowie przynieśli jej Dzieciątko Jezus, promieniujące niezwykłym światłem, odziane w białą, wyszywaną złotem szatę. W lewej ręce trzymało kulę zwieńczoną krzyżem – insygnia władzy królewskiej. Nad wszystkim pojawił się jeszcze jeden anioł, który wskazywał na wielki krzyż w pozycji poziomej, bez wizerunku Chrystusa ukrzyżowanego. To objawienie trwało ok. pół godziny, podobnie jak poprzednie.

    W niedzielę 1 lipca Justyna Szafrańska, przystąpiła do I Komunii Św. Tego dnia dziewczęta, nie pytając o zgodę proboszcza, nawiązały dialog z Maryją:
    Kim jesteś, piękna pani?
    Jestem Maryja Panna, Niepokalanie Poczęta, Matka Różańcowa, a przychodzę z nieba.
    Czego od nas żądasz?
    Chcę, abyście codziennie odmawiały różaniec.
    Tymi słowami Niebieska Pani nie tylko potwierdziła swoją tożsamość, ale też – podobnie jak w Lourdes – odwołała się do niedawno ogłoszonego, choć wciąż budzącego spory dogmatu o Niepokalanym Poczęciu. Od 24 lipca Maryja objawia się dziewczynkom trzykrotnie w ciągu dnia i za każdym razem, gdy odmawiają wraz z coraz liczniej gromadzącymi się pielgrzymami różaniec. 28 lipca zatroskana Maryja kieruje przez usta młodych wizjonerek mocne słowa do zgromadzonych przy klonie ludzi: „Teraz, przed końcem świata szatan obchodzi ziemię jak zgłodniały pies, aby pożreć ludzi”.

    Wielokrotnie w czasie objawień Maryja przypominała o wielkiej mocy i znaczeniu Mszy Świętej – w życiu wierzącego człowieka. Jeśli uważnie prześledzimy treść gietrzwałdzkich objawień to zauważymy, że najważniejszym życzeniem Matki Chrystusa było wezwanie do modlitwy, szczególnie modlitwy różańcowej. Jednak Maryja któregoś dnia mocno wyakcentowała, że od różańca ważniejsza jest Eucharystia. 20 sierpnia Justyna zapytała, czy z powodu rozpoczęcia roku szkolnego mają przychodzić na różaniec rano przed Mszą Świętą. Matka Boża odpowiedziała: „Najpierw wysłuchać Mszy Świętej, a potem odmawiać różaniec, ponieważ Msza jest ważniejsza od różańca”.

    Ciekawym faktem w orędziu Niepokalanej jest też Jej częste wezwanie skierowane do modlących się ludzi, by byli posłuszni kapłanom. Maryja zachęcała przez wizjonerki do częstego korzystania z Sakramentu Pojednania i korzystania z porad spowiedników, którzy mają łaskę rozeznawania prawdy i każdemu potrafią wskazać drogę prowadzącą do Boga. 7 września – na pytanie, czego sobie życzy Matka Boża od duchowieństwa, Barbara Samulowska usłyszała z ust Maryi: „Kapłani powinni gorliwie modlić się do Najświętszej Panny, wtedy Ona zawsze będzie przy nich”.
    Jak zachowywały się dziewczęta podczas objawień? Barbara i Justyna ujrzawszy Maryję, składały niski pokłon i przez kilka chwil trwałe w tej postawie. Potem podnosiły się, spoglądając niewzruszenie na drzewo klonu, na którym widziały Najświętszą Pannę. Oczy podczas objawienia miały szeroko otwarte i nieruchome, źrenice zwrócone ku górze, ku niebu. Świadkowie zauważyli również pewną jasność na obliczu dziewcząt. Ich ciała podczas objawień pozostawały jakby bez czucia, ramiona, ręce i palce były miękkie i pozwalały się w każdym kierunku naginać, co nie wywoływało na twarzach wizjonerek najmniejszego skurczu. W zeznaniu Justyny Szafryńskiej, spisanym przez Komisję Biskupią, która przybyła do Gietrzwałdu na zlecenie biskupa warmińskiego Filipa Krementza, czytamy: „Ze zbliżeniem się objawienia nagle powstawała całkowita ciemność wokół mnie. Różaniec, który zaczęłam odmawiać objawieniem i modliłam się w ciszy ze zgromadzonymi ludźmi, odmawiałam w duchu dalej po rozpoczęciu się objawienia aż do chwili, gdy skierowałam do zjawy zadane mi pytanie, co też działo się w duchu. Nie wiem, co działo się w tym czasie koło mnie, nie czułam, gdy mi się ściskało rękę, widziałam objawienie także wtedy, gdy ktoś zakrył oczy. Skoro tylko zjawa zaczęła podnosić się z krzesła, co oznacza zakończenie tego objawienia, oddaję niski pokłon i gdy znowu się podniosę, widzę wszystko na nowo w zwyczajnym świetle dziennym. Odpowiedzi, które otrzymuję na moje pytania, udzielane są tak głośno, że powinny być słyszane na całym placu kościelnym. Wydaje mi się, że zjawa porusza przy tym wargami”…

    Objawienia Matki Bożej trwały nieprzerwanie od 27 czerwca do 16 września 1877 roku. Łącznie w ciągu osiemdziesięciu dwóch dni Maryja ukazała się sto sześćdziesiąt razy. Spuścizna archiwalna umożliwia odtworzenie tego, co działo się każdego dnia: kto w spotkaniu brał udział, w jaki sposób objawiała się Matka Boża, co mówiła. Trzeba podkreślić mocno fakt, że Maryja przemawiała do dwóch wizjonerek wyłącznie po polsku, czyli w języku, w którym dziewczynki mówiły na co dzień. Objawienia natomiast dokumentowano zarówno w języku polskim jak i niemieckim. Oprócz treści stricte religijnych, dotyczących duchowości i zbawienia ludzi, odmawiania różańca czy innych form pobożności, dziewczynki pytały Matkę Bożą o wiele szczegółowych spraw, związanych z sytuacją społeczno-polityczną, prześladowaniem Kościoła, obsadzaniem kapłanami parafii warmińskich w okresie kulturkampfu. Przebieg objawień znamy dzięki szczegółowym opisom i dokumentacji prowadzonej przez proboszcza parafii gietrzwałdzkiej – ks. Augustyna Weichsela. Kolejnym, bardzo ważnym źródłem do poznania historii objawień są protokoły przesłuchań widzących, a także urzędowe relacje komisji biskupich oraz różne doniesienia kapłanów i świeckich.

    Objawienia maryjne w Gietrzwałdzie wpisują się w szereg podobnych zdarzeń XIX i XX stulecia, a było ich wiele: św. Katarzyna Laboure (1830), objawienia w La Salette (1846), w Lourdes (1858), a także późniejsze w Fatimie (1917) oraz nam współczesne. W stulecie wydarzeń gietrzwałdzkich Biskup Warmiński Józef Drzazga dekretem z dnia 11 września 1977 r. zatwierdził kult objawień Matki Boskiej w Gietrzwałdzie jako nie sprzeciwiający się wierze i moralności chrześcijańskiej, oparty na faktach wiarygodnych, których charakter nadprzyrodzony i Boży nie da się wykluczyć. Warto w tym miejscu mocno podkreślić, że są to jedyne w Polsce objawienia Maryjne zatwierdzone oficjalnie przez Kościół. 11 września 1977 r. podczas uroczystości stulecia objawień maryjnych w Gietrzwałdzie kazanie wygłosił kard. Karol Wojtyła, abp metropolita krakowski. Kard. Wojtyła dostrzegł uniwersalny charakter orędzia z Gietrzwałdu, mówił bowiem: „Maryja na tym miejscu upomniała się o prawa człowieka i prawa narodu. Upomniała się w imieniu swojego Syna Ta, która jest Matką wszystkich ludzi i wszystkich narodów, ale w szczególny sposób są Jaj bliscy ci, którzy są uciskani i prześladowani. (…)I dlatego też całe stulecie lud Warmii, a wraz z nim cały naród polski, zwłaszcza od czasu, kiedy te ziemie znalazły się znowu w obrębie naszego państwa, dziękuje Matce Bożej Gietrzwałdzkiej za Jej proste, macierzyńskie słowa. Za wszystko, co powiedziała. Za to, że powiedziała w ojczystym języku; za to, że podniosła na duchu, że przypomniała różaniec, że dodała nadziei, pomogła przetrwać,, że wypomniała te wady, które przeszkadzają nam w utrzymaniu ludzkiej godności i w obronie praw narodu”.

    Jest w Gietrzwałdzie ten niezapomniany zapach Bożej tajemnicy, unoszący się w powietrzu, nad ziemią, której dotknęła swoimi stopami Matka Najświętsza. Czuć w tym miejscu modlitwę tysięcy pielgrzymów, którzy przybywali do tej małej warmińskiej wioski, by powierzyć Bogu – przez Maryję – swoje życiowe drogi, czasami mocno poplątane, pełne trudnych i bolesnych doświadczeń. Ale jest też ten jedyny, subtelny, pełen serdecznej troski, kobiecy głos, zdający się cały czas powtarzać słowa: „Nie smućcie się, bo Ja zawsze będę z wami”… Były to ostatnie słowa Maryi. Ten głos, przeplatany radosnym śpiewem ptaków, wkomponowany w uroczy i spokojny pejzaż ziemi warmińskiej, powraca jak bumerang w ciszy serc rozmodlonych pielgrzymów. Dla tego głosu warto do Gietrzwałdu zawędrować. I dać się ponieść atmosferze tego miejsca, pełnej Bożych tajemnic, macierzyńskiej troski Maryi i Bożego Ducha – za którym przecież każdy z nas tak bardzo tęskni i którego równie mocno potrzebuje…


    Maryja przemawiała do dwóch wizjonerek wyłącznie po polsku, czyli w języku, w którym dziewczynki mówiły na co dzień. Objawienia natomiast dokumentowano zarówno w języku polskim jak i niemieckim. Oprócz treści stricte religijnych, dotyczących duchowości i zbawienia ludzi, odmawiania różańca czy innych form pobożności, dziewczynki pytały Matkę Bożą o wiele szczegółowych spraw, związanych z sytuacją społeczno-polityczną, prześladowaniem Kościoła, obsadzaniem kapłanami parafii warmińskich w okresie kulturkampfu. Przebieg objawień znamy dzięki szczegółowym opisom i dokumentacji prowadzonej przez proboszcza parafii gietrzwałdzkiej – ks. Augustyna Weichsela. Kolejnym, bardzo ważnym źródłem do poznania historii objawień są protokoły przesłuchań widzących, a także urzędowe relacje komisji biskupich oraz różne doniesienia kapłanów i świeckich.

    Vox Domini/KATOLICKIE WYDAWNICTWO EWANGELIZACYJNE

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Gietrzwałd

    Jedyne w Polsce objawienia maryjne uznane przez Kościół

    Obraz Matki Bożej w Gietrzwałdzie

    fot. PAP

    ***

    Z pobłogosławionego przez Matkę Bożą 8 września 1877 r. źródełka pielgrzymi od lat czerpią wodę, która przynosi ulgę cierpiącym i liczne uzdrowienia.

    Gietrzwałd (niem. Dietrichswalde) został założony przez Warmińską Kapitułę Katedralną. Pierwsze przejawy kultu Najświętszej Maryi Panny w Gietrzwałdzie pojawiają się w drugiej połowie XIV wieku. Związany najpierw był z pietą, a od XVI w. z obrazem Matki Bożej z Dzieciątkiem, umieszczonym w miejscowym kościele. Obraz przedstawia Maryję okrytą ciemnoniebieskim płaszczem, trzymającą na lewym ramieniu Dziecię, ubrane w długą, czerwoną sukienkę. W 1717 r. obraz został ozdobiony srebrnymi koronami. Kult obrazu potwierdzają liczne wota.

    Gietrzwałd zamieszkiwali najpierw potomkowie dawnych Prusów, a potem głównie „Warmiacy”, potomkowie przybyszów z Polski, którzy od XIV wieku zasiedlali ten teren. Sytuacja uległa zmianie dopiero w drugiej połowie XIX stulecia. Germanizacja przebiegała coraz gwałtowniej, od momentu wprowadzenia ustaw uderzających w Kościół katolicki.

    W 1873 r. język polski został zabroniony we wszystkich szkołach warmińskich, a pod wpływem kulturkampfu zaczęto rugować z Warmii niepokornych kapłanów i zgromadzenia religijne, z wyjątkiem tych, które zajmowały się działalnością charytatywną.

    Objawienia maryjne w Gietrzwałdzie

    27 czerwca 1877 r. 13-letnia Justyna Szafryńska wracała z kościoła w Gietrzwałdzie do domu. Przygotowywała się do I Komunii Świętej i właśnie zdała egzamin u proboszcza, ks. Augustyna Weichsela. Gdy na głos dzwonu odmówiła Anioł Pański, na klonie rosnącym koło plebanii zobaczyła niezwykłą jasność, a w niej biało ubraną postać, siedzącą na złocistym tronie, udekorowanym perłami.

    Po chwili zauważyła jasny blask zstępujący z nieba i anioła ze złotymi skrzydłami, w białej szacie. Gdy dziewczynka odmówiła Zdrowaś, Mario, postać podniosła się z tronu i wraz z aniołem uniosła się do nieba. Tak rozpoczęły się objawienia Matki Bożej, które trwały do 16 września.

    Dziewczynka opowiedziała wszystko proboszczowi, który polecił jej następnego dnia przyjść na to samo miejsce. Gdy zadzwoniono na Anioł Pański, drzewo klonu zostało oświetlone. Wokół niego utworzył się złoty krąg, a na jego tle ukazał się tron ze złota, do którego dwaj aniołowie przyprowadzili Najświętszą Dziewicę.

    Gdy usiadła, inni dwaj aniołowie przynieśli Dziecię Jezus w niebiańskim blasku, trzymające w lewym ręku kulę ziemską i posadzili Je na lewym kolanie Matki Bożej. Jeszcze inni dwaj aniołowie unosili błyszczącą koronę nad głową Madonny. Inny znów anioł przyniósł złote berło i trzymał je w prawej ręce nad koroną. Nad wszystkimi pojawił się jeszcze jeden anioł, który wskazywał na wielki krzyż bez wizerunku Chrystusa ukrzyżowanego.

    Czego żądasz, Matko Boża?

    30 czerwca Matka Boża objawiła się sama, bez towarzystwa aniołów. Tego dnia po raz pierwszy miała wizję także 12-letnia Barbara Samulowska, która przyszła wraz z Justyną. Obie dziewczynki pochodziły z ubogich warmiackich rodzin o korzeniach polskich, aczkolwiek niektóre źródła niemieckie twierdzą, że Justyna pochodziła z rodziny niemieckiej. Nie zostało to jednak potwierdzone.

    Podczas widzenia Szafryńska zapytała Najświętszą Pannę: „Czego żądasz, Matko Boża?” i otrzymała odpowiedź: „Życzę sobie, abyście codziennie odmawiali różaniec”. Matka Boża mówiła w zrozumiałej dla widzących miejscowej gwarze, bliskiej językowi polskiemu.

    1 lipca Szafryńska zapytała: „Kto Ty jesteś?” i usłyszała w odpowiedzi: „Jestem Najświętsza Panna Maryja Niepokalanie Poczęta”.

    Warto przypomnieć, że objawienia w Gietrzwałdzie miały miejsce w niecałe 20 lat po objawieniach w Lourdes, gdzie Matka Boża powiedziała Bernadetcie Soubirous: „Ja jestem Niepokalane Poczęcie”, a także niespełna 23 lata po ogłoszeniu przez papieża Piusa IX dogmatu o Niepokalanym Poczęciu Najświętszej Maryi Panny.

    Gorliwa modlitwa was uratuje

    Od w lipca Szafryńska i Samulowska miały codziennie objawienia w czasie wieczornego nabożeństwa różańcowego. Między wieloma pytaniami o zdrowie i zbawienie różnych osób, dzieci zapytały także: „Czy Kościół w Królestwie Polskim będzie oswobodzony?” oraz czy osierocone – na skutek kulturkamfu – parafie na południowej Warmii wkrótce otrzymają kapłanów?

    W odpowiedzi usłyszały: „Tak, jeśli ludzie gorliwie będą się modlić, wówczas Kościół nie będzie prześladowany, a osierocone parafie otrzymają kapłanów!”.

    Wieść o objawieniach spowodowała napływ do Gietrzwałdu licznych pielgrzymów. Pierwszą wzmiankę o objawieniach podał pelpliński „Pielgrzym” w 1877 r. Podczas trzydniowych obchodów święta Narodzenia Matki Bożej zgromadziło się w Gietrzwałdzie aż 50 tysięcy ludzi.

    Z pobłogosławionego przez Matkę Bożą 8 września 1877 r. źródełka pielgrzymi od lat czerpią wodę, która przynosi ulgę cierpiącym i liczne uzdrowienia. 6 września 1877 r. w miejscu, gdzie dzieciom ukazywała się Matka Boża, umieszczona została kapliczka z figurą Najświętszej Marii Panny. Została ona wykonana w Monachium.

    Odrodzenie polskości

    Objawienia wstrząsnęły Warmią i życiem lokalnej społeczności. Z perspektywy coraz trudniejszego położenia ludności polskiej w państwie pruskim potraktowano je jako ważny znak, symbol obrony zarówno katolików, jak i polskiej społeczności. Polacy ze wszystkich zaborów zaczęli gromadnie nawiedzać Gietrzwałd, aczkolwiek przybywali tu także pielgrzymi narodowości niemieckiej, Kaszubi, Mazurzy, Litwini, itd.

    Choć objawienia te spowodowały odrodzenie polskości, w sensie religijnym miały charakter uniwersalny, owocowały odrodzeniem życia religijnego i podniesieniem świadomości religijnej wiernych oraz ich postaw moralnych.

    Co roku do Gietrzwałdu 29 czerwca, 15 sierpnia i 8 września przybywały rzesze polskich pielgrzymów ze wszystkich zaborów. Pielgrzymowali też Niemcy, Kaszubi, Mazurzy i Litwini. Napływ pątników skłaniał kolejnych proboszczów do rozbudowy sanktuarium.

    Dalsze losy wizjonerek

    Losy obu wizjonerek do pewnego czasu po objawieniach były takie same. Obie zostały siostrami w zakonie szarytek (św. Wincentego a Paulo), najpierw w Chełmnie, a potem w Paryżu. Z Paryża Barbara Samulowska (imię zakonne Stanisława) wyjechała z misją do Gwatemali, gdzie zmarła 6 grudnia 1950 r. w opinii świętości. 2 lutego 2005 r. w bazylice gietrzwałdzkiej, abp Edmund Piszcz, metropolita warmiński, otworzył proces beatyfikacyjny siostry Stanisławy Barbary Samulowskiej.

    Natomiast Justyna Szafryńska w 1897 r. opuściła zakon i powróciła do życia w stanie świeckim. Poślubiła w 1899 r. w Paryżu Raymonda Etienne Bigota. Po 1904 r. ślad o niej zaginął, nie wiadomo, gdzie spędziła resztę życia oraz gdzie jest pochowana.

    Uznanie objawień

    Ówczesny biskup warmiński, Filip Krementz, jeszcze podczas trwania objawień w 1877 r. zwołał specjalną komisję teologów, by gruntownie zbadali sprawę. Komisja przebywała w Gietrzwałdzie już od 20 sierpnia, jeszcze podczas trwania objawień. W liczącym 47 stron sprawozdaniu zajęła stanowisko pozytywne, a dziewczęta określiła jako “bezpretensjonalne, proste, naturalne, dalekie od jakiejkolwiek przebiegłości”.

    Na początku września 1877 r. biskup powołał ponadto komisję składającą się z trzech lekarzy, by zbadali wizjonerki podczas objawień. Lekarze orzekli, że symulacja nie wchodzi w rachubę. W czasie objawień u dziewczynek zaobserwowali zwolnienie tętna, utratę ciepłoty w rękach i ramionach, zastygnięcie twarzy.

    1 września 1977 r. odbyły się uroczystości 100-lecia objawień Matki Bożej, którym przewodniczył kard. Karol Wojtyła, metropolita krakowski. W tym dniu bp Józef Drzazga, biskup warmiński, uroczyście zatwierdził kult objawień Matki Bożej w Gietrzwałdzie. Wydał dekret zatwierdzający objawienia jako wiarygodne, nie sprzeciwiające się wierze i moralności chrześcijańskiej.

    Katolicka Agencja Informacyjna /Aleteia.pl

    ______________________________________________________________________________________________________________

    WTOREK 17 WRZEŚNIA

    Pierwszy stygmatyk – jubileusz niezwykłego przywileju danego Franciszkowi z Asyżu

    800 lat temu pewien człowiek tak upodobnił się do Chrystusa, że Chrystus podzielił się z nim znakami swojej męki.

    „Stygmatyzacja św. Franciszka”, witraż według projektu Józefa Mehoffera w kościele Najświętszego Serca Jezusa w Turku / fot. Henryk Przondziono/Gość Niedzielny

    ***

    Góra La Verna (w Polsce znana jako Alwernia) wyróżnia się w krajobrazie włoskiej prowincji Arezzo surowym wyglądem. Prześwitujące między drzewami skały już z daleka zapowiadają miejsce pełne pieczar i rozpadlin. Tak jest w istocie, a ta okoliczność jest wielkim błogosławieństwem dla przybysza zmęczonego letnim upałem Italii. Są tam przestrzenie, w których, niezależnie od pory roku, panuje ożywczy chłód. Góra ta „nadaje się niezmiernie dla chcących czynić pokutę w miejscu odludnym i dla pragnących życia samotnego” – mówił hrabia Orlando z Chiusi, który w 1213 roku ofiarował ją świętemu Franciszkowi i jego towarzyszom.

    Franciszek takiego miejsca pragnął. U progu jesieni 1224 roku dotarł do Alwerni, gdzie prawdopodobnie przebywało już kilku braci. Chciał tu odbyć czterdziestodniowy post ku czci Matki Bożej Wniebowziętej i św. Michała Archanioła. Rozpoczął go z wewnętrznym przeczuciem, że ten czas ma dla niego wielkie znaczenie i że Zbawiciel chce w szczególny sposób przybliżyć go do tajemnicy krzyża.

    W trakcie postu przeżywał wewnętrzne uniesienie, zmagając się jednocześnie z pokusami i duchowymi udrękami. Aż nadszedł ranek, najprawdopodobniej 14 września, w święto Podwyższenia Krzyża Świętego. Biedaczyna z Asyżu modlił się na zboczu góry, rozważając mękę Chrystusa. W pewnej chwili „ujrzał w widzeniu Bożym jakiegoś męża: jakby Serafina, mającego sześć skrzydeł, usadzonego nad nim z rozłożonymi rękami i złączonymi stopami. Przybitego do krzyża. Dwa skrzydła założone ponad głową, dwa były rozpostarte do lotu, a dwa pozostałe okrywały całe ciało” – zanotował Tomasz z Celano, towarzysz Franciszka i jego pierwszy biograf.

    Franciszek zdumiał się. Gdy ujrzał pełne miłości spojrzenie Serafina, ogarnęła go wielka radość, a jednocześnie poczuł dreszcz przerażenia na widok krzyżowej męki unoszącej się przed nim postaci. „Franciszek powstał więc – by tak rzec – radosny i smutny zarazem, bo radość i smutek na przemian go przenikały. Usilnie rozważał, cóż miałoby znaczyć to widzenie i dlatego był bardzo zaniepokojony” – opisuje Tomasz.

    Święta krew

    Święty Bonawentura uzupełnił relację Tomasza wzmianką, że między Franciszkiem a postacią, która mu się objawiła, doszło do rozmowy „tajemnej i poufnej”.

    Wtedy nastąpiła kulminacja mistycznego spotkania – niezwykłe wydarzenie, o którym nikt dotąd nie słyszał ani nawet nie miał pojęcia. „Gdy jednak [Franciszek] nadal wyraźnie niczego nie rozumiał i pozostawał zaniepokojony niezwykłością widzenia, oto na jego rękach i nogach zaczęły się ukazywać znaki gwoździ, jakie przed chwilą widział u męża ukrzyżowanego. Jego ręce i nogi były przebite w środku gwoździami” – czytamy w biografii spisanej przez Tomasza z Celano. Z opisu wynika więc, że na ciele Franciszka pojawiły się nie tylko rany, ale także to, co te rany spowodowało. „Główki gwoździ wystawały od strony wewnętrznej rąk i wierzchu stóp, a końce z przeciwnej strony. Znaki te na rękach były okrągłe od wewnątrz, na zewnątrz zaś podłużne i wyglądały jak końce gwoździ, utworzone jak gdyby z narośli ciała, stępione i zagięte. Na stopach wyciśnięte były podobne znaki wystających gwoździ. Także na prawym boku, jakby przebitym włócznią, widniała rana, z której często płynęła krew, tak że jego tunika i spodnie wielokroć zraszane były świętą krwią” – relacjonuje pierwszy biograf świętego.

    Dalej Tomasz z Celano wspomina o świadkach znaków stygmatycznych Franciszka: „Patrzyli na błogosławione ciało zdobne stygmatami Chrystusa, mianowicie nie na przebicia gwoźdźmi na rękach i nogach, ale na same gwoździe mocą boską cudownie utworzone z jego ciała, owszem wrośnięte w samoż ciało. Gdy się je nacisnęło z jednej strony, to natychmiast wychodziły po stronie przeciwnej jako tkanka ciągła”.

    Niewielu miało przywilej oglądać rany na ciele żyjącego Biedaczyny. Biografie wymieniają brata Eliasza, brata Rufina, brata Pacyfika, a także papieża Aleksandra IV. Należał do tego grona także, a raczej przede wszystkim, brat Leon, jeden z pierwszych braci mniejszych, spowiednik świętego, a zarazem jego przyjaciel i towarzysz. Tylko on doglądał Franciszka w czasie jego czterdziestodniowego postu na górze Alwerni, odprawiając dla niego Msze i udzielając sakramentów, i to zapewne od niego pochodzą spisane później szczegóły na temat okoliczności stygmatyzacji.

    Sam święty z pewnością wiele o tym nie mówił, o ile w ogóle powiedział cokolwiek. Tomasz z Celano zauważa, że Franciszek „bardzo pilnie ukrywał rany przed obcymi: lecz także z wielką przezornością osłaniał przed przyjaciółmi, tak że nawet jego najbliżsi współbracia i najbardziej gorliwi naśladowcy przez długi czas nic nie wiedzieli o tym cudzie”. Zakonnik zaznacza, że Biedaczyna „ozdobiony chwałą i czcią bardziej niż ktokolwiek z ludzi, nie wznosił się jednak w sercu swoim, nie zabiegał, by się komuś przypodobać przez pragnienie próżnej chwały, lecz by ludzka cześć nie odebrała mu udzielonej łaski. Jak umiał, wszelkimi sposobami starał się ją ukryć”.

    Ogłaszam cud

    Franciszek żył ze stygmatami jeszcze dwa lata. Ukrywanie ran musiało być bardzo trudne, jeśli się zważy szczegóły podane przez św. Bonawenturę. „Samo zaś zagięcie gwoździ pod stopami było tak sterczące i tak na zewnątrz wystające, że nie tylko nie pozwalało swobodnie stawiać stopy, ale nawet w otwór, gdzie było zagięcie można było włożyć palec ręki”.

    Rany stygmatyczne wzmogły cierpienia Franciszka, którego zdrowie od czasu wyprawy na Wschód i tak już było mocno nadwątlone. Franciszek nabawił się tam stanu zapalnego oczu, przypuszczalnie jaskry. Teraz z trudem trzymał się na nogach, a rany rąk utrudniały trzymanie czegokolwiek. Bardzo bolesna była rana w boku. Brocząca z niej krew często przysychała do habitu. Dodatkowo cierpiał na bóle żołądka i śledziony. A jednak nic nie mogło powstrzymać jego zapału apostolskiego. Nie mogąc chodzić, głosił Ewangelię po wsiach i miastach, przemieszczając się na osiołku.

    Ostatecznie siły stracił dopiero latem 1226 roku. Zmarł w nocy z 3 na 4 października, w wieku 44 lat. Wtedy dopiero wiadomość o stygmatach stała się powszechnie znana. Po śmierci świętego widziała je św. Klara i siostry z jej klasztoru, i inne osoby. Bonawentura stwierdza, że było wśród nich ponad stu duchownych i przedstawicieli możnych rodów.

    Wówczas też powstał oficjalny opis ran stygmatycznych św. Franciszka. Jego autorem jest brat Eliasz, który po śmierci założyciela przejął kierowanie zakonem. Rozesłany przezeń do wszystkich prowincji zakonu „List okólny o śmierci św. Franciszka” jest świadectwem przeżyć towarzyszących braciom mniejszym. Eliasz wyraża ból, że „oddalił się od nas przyjaciel, a ten, który nosił nas jak baranki na ramionach swoich, odjechał w daleką krainę”. Po chwili jednak dodaje: „To powiedziawszy, ogłaszam wam wielką radość i nowy cud… Niedługo przed śmiercią nasz brat i ojciec okazał się ukrzyżowany, nosząc na swoim ciele pięć ran, które prawdziwie są stygmatami Chrystusa. Jego dłonie i stopy miały na sobie z obydwu stron jakby przebicia gwoźdźmi, zachowując rany i okazując czerń gwoździ. Okazało się także, że jego bok był przebity włócznią i często krwawił” – czytamy w liście. Brat Eliasz kończy wezwaniem: „Zatem, bracia, uwielbiajcie Boga na niebie i wysławiajcie Go przed wszystkimi, bo wyświadczył nam swoje miłosierdzie; zachowujcie pamięć ojca i brata naszego Franciszka – na cześć i chwałę Tego, który wywyższył go pośród ludzi i uwielbił go wobec aniołów”.

    Stygmaty mówią

    Franciszek z Asyżu jest uważany za pierwszego stygmatyka. Nikt wcześniej – a przynajmniej nic o tym nie wiadomo – nie otrzymał podobnych znaków. Od czasów Franciszka zjawisko stygmatów pojawiało się u licznych świętych, ale Kościół poza świętym z Asyżu oficjalnie uznał ich autentyczność tylko u św. Katarzyny ze Sieny.

    Niezależnie od kwestii formalnych faktem pozostaje, że dla świata chrześcijańskiego Zachodu stygmaty Franciszka stały się potwierdzeniem, iż ten człowiek w wyjątkowy sposób upodobnił się do Zbawiciela. Rany na ciele Biedaczyny, który miłość Bożą przedłożył nad wszystko inne, są świadectwem jego wyjątkowej zażyłości z Chrystusem ukrzyżowanym.

    Pisząc o Franciszku, Tomasz z Celano stwierdza, że „nic nie mówi o nim prawdziwiej, jak opowieść o stygmatach krzyża”.

    Od tamtej pory do Biedaczyny z Asyżu przylgnęło określenie: alter Christus – drugi Chrystus. Zaszczytniejszego tytułu nie ma.

    Franciszek Kucharczak/Gość Niedzielny

    ______________________________________________________________________________________________________________

    85. ROCZNICA ATAKU ZSRR NA POLSKĘ

    17 września 1939 roku Rosja ,,wbiła nóż w plecy’’ Polsce walczącej z hitlerowską napaścią

    17 września 1939 roku, tuż po północy niemiecki ambasador Friedrich-Werner von Schulenburg został wezwany na Kreml przez samego Stalina, aby o godzinie 2 dowiedzieć się o planowanym ataku Związku Sowieckiego na Polskę. Dwa totalitarne reżimy, hitlerowskie Niemcy i ZSRR dokonały kolejnego rozbioru Polski skazując tym samym Polaków na lata represji, deportacji i śmierci w męczarniach. Pamiętamy nie tylko dziś w naszych modlitwach o wszystkich ofiarach II wojny światowej, jak również o ofiarach powojennych.

    ***


    Wywózki na Sybir, przemoc i mordy oczami świadków. 85 lat temu w Polskę uderzył sowiecki młot i sierp

    ***

    Już pierwszego dnia agresji na Polskę, 17 września 1939 roku, sowiecka bezpieka rozpoczęła akcję mordowania polskich patriotów, w tym księży katolickich. Nastał czas strzelania w tył głowy i wywózek na Sybir. Jak straszny był to okres, pokazują relacje świadków tamtych wydarzeń.

    Pierwsza okupacja sowiecka (wrzesień 1939 – czerwiec 1941) była wynikiem zawartego 23 sierpnia 1939 roku tajnego układu Ribbentrop – Mołotow oraz późniejszych roboczych uzgodnień między najeźdźcami – Związkiem Sowieckim oraz III Rzeszą Niemiecką. Po agresji Armii Czerwonej na Polskę 17 września 1939 roku Sowieci zajęli wschodnie tereny II Rzeczypospolitej. Do ZSRS włączono połowę powierzchni przedwojennej Polski, zamieszkaną przez 12,5 mln osób. Agresorzy podpisaną 28 września umową o „granicy i przyjaźni” rozdarli między sobą nasz kraj granicą biegnącą wzdłuż rzek: Pisy, Narwi, Bugu i Sanu.

    Na Kresach rozpoczął się czas komunistycznego terroru i zbrodni. – We wrześniu 1939 roku mieszkałem wraz z matką na Polesiu, w miasteczku Raków, niedaleko Mińska, obecnej stolicy Białorusi. Kiedy Sowieci weszli do Rakowa, miały tam miejsce dantejskie sceny. Dopuszczali się gwałtów i zabójstw. Wielu miejscowych Żydów przyłączyło się do bolszewików i wydawało NKWD swoich dawnych polskich sąsiadów. Dla przykładu złapali oni kapitana Korpusu Ochrony Pogranicza, zbili go okrutnie i ledwo żywego oddali bolszewikom, którzy go zabili. Później, kiedy NKWD aresztowało moją mamę, uciekłem do Wilna i niemal do końca okupacji tam się ukrywałem – wspominał Jan Priachin.

    Po 17 września uaktywniły się komórki komunistyczne zrzeszające Białorusinów i Ukraińców. Zwano je „jaczejkami” od rosyjskiego słowa „komórka, zalążek”. Członkowie tych grup dokonali wielu zabójstw i zbrodni na żołnierzach oraz osadnikach polskich. – Mój ojciec w roku 1920, jako legionista walczył z Sowietami. Później, do czasu wojny był gajowym. Gdy rozpoczęła się wojna i 17 września 1939 roku Sowieci zaatakowali nasz kraj, ojca zmobilizowano. Pracował na lotnisku wojskowym w Żabczycach. Tam zgromadzono samoloty „Łoś”, które ocalały po niemieckich bombardowaniach. Ojciec zginął 21 września. Zabili go białoruscy komuniści, członkowie miejscowych bojówek. Wywlekli ojca do lasu – w miejsce zwane Biały Jaz i tam zastrzelili – mówi Grażyna Jedlińska, urodzona 16 lipca 1926 w gajówce Bagryny na Polesiu.

    Sowieci zajmowali miasta i miasteczka Kresów Rzeczypospolitej, ustanawiając tam swoje komunistyczne rządy. Zaraz po zajęciu Białegostoku zburzyli zabytkowy, barokowy Ratusz, jako symbol „pańskiej Polski”. Zaczęły się aresztowania patriotów. – 20 października mój ojciec niósł zamaskowany sztandar POW, aby go ukryć przed bolszewikami, którzy w tym czasie okupowali już miasto. Ojciec nie wiedział jednak, że śledzą go ludzie z NKWD. Pozwolili mu wejść do fary, lecz gdy z niej wychodził, już bez sztandaru, zaraz go aresztowali. Wraz z innymi Polakami został wywieziony do więzienia w Mińsku. Podczas ewakuacji tego więzienia mojego ojca Rosjanie zamordowali – wspomina ze smutkiem Elżbieta Zubrycka, córka Jana Paszty, prezesa białostockiego koła Polskiej Organizacji Wojskowej.

    Stolica Podlasia była punktem zbiorczym, gdzie NKWD zwoziła naszych rodaków przeznaczonych do wywózki. Z tamtejszego dworca fabrycznego wywieziono na wschód ponad 40 tysięcy osób. – Kiedy przyszli Sowieci, rozpoczęły się aresztowania. Zamknęli w więzieniu księdza proboszcza z Tryczówki i wszystkich członków Rady Parafialnej, do której należał też mój ojciec. Później wywieźli go do łagru, gdzie pracował katorżniczo w kopalni, a potem na Syberii przy transporcie drewna. Moja mama została z trojgiem małych dzieci, do tego nosząc w łonie czwarte dziecko. Była wówczas w szóstym miesiącu ciąży. My również już niedługo cieszyliśmy się wolnością. NKWD przyszło po nas, rodzinę „wroga ZSRS”. Kazano mamie szybko się zbierać i wychodzić z domu. Przewieziono nas na dworzec fabryczny do Białegostoku, a z tego miejsca – na ciężkie roboty do Kazachstanu. To był dramat – mówi Jadwiga Suchowierska z domu Sidz, wówczas siedmiolatka.

    Jak wyglądała okupacja sowiecka Białegostoku, dowiadujemy się też od innego świadka, któremu wryła się ona w pamięć. – Nasza rodzina przyjechała z Wilna w roku 1935. We wrześniu 1939 weszli Sowieci. Ich wojsko prezentowało się bardzo nędznie. Obszarpani, prawie na bosaka, karabiny na sznurkach. Byli bardzo okrutni, dzicy. Bili kogo popadło, nastąpiły aresztowania i rozstrzeliwania. Z dworca fabrycznego wywozili masy ludzi na Sybir. Jeszcze gorzej było gdy przyszli drugi raz. Wcześniej doszczętnie zniszczyli Białystok bombardowaniami. Dużo ludzi wówczas zginęło od bomb. Ja z rodzicami cały czas siedzieliśmy w bunkrze. Nie sposób było wyjść, bo to groziło śmiercią – mówi Józef Minkiewicz.

    Aresztowania patriotów i wywózki na wschód trwały na całej Białostocczyźnie. – We wrześniu 1939 mieszkaliśmy z rodzicami w miasteczku Krynki. U rodziców było nas pięcioro dzieci. Ja miałem właśnie iść do drugiej klasy podstawówki. Mój ojciec walczył w Legionach Piłsudskiego, więc był zagrożony aresztowaniem i wywózką, dlatego uciekł na Kielecczyznę i tam się ukrywał do końca wojny. Sowieci nam, dzieciom kazali chodzić do bolszewickiej szkoły, gdzie była komunistyczna indoktrynacja. Ruscy wszystkich byłych wojskowych i urzędników oraz ich rodziny wywieźli na Sybir, między innymi naszych sąsiadów Kasackich. Całą ich rodzinę NKWD wywiozło – wspomina Franciszek Zawalski.

    Mało znane są zbrodnie popełnione przez czerwonoarmistów na polskich żołnierzach września, a było ich wiele. Oto jedna z tych tragicznych historii, która miała miejsce niedaleko wsi Płaska, położonej w rejonie Puszczy Augustowskiej. – Szczegółowy przebieg tego mordu znał tylko jeden Polak. Był to jedyny żołnierz, który ocalał z tej masakry. Udało mu się uciec, kiedy rozpętało się to piekło. Dotarł do Płaskiej i tam powiadomił jej mieszkańców, m.in. mojego ojca, o tym, co zaszło. Mówił, że on i jego koledzy z oddziału wracali do domów. Nagle okrążyło ich sowieckie wojsko. Była to piechota i kolumna czołgów. Sowieci ustawili ich w szeregu i kazali tak nieruchomo stać pod groźbą śmierci, jednocześnie mierząc do nich z karabinów maszynowych. Następnie jeden z tanków wjechał w tę grupę polskich żołnierzy. To była masakra – opowiada nam Jan Zubkiewicz.

    Mieszkańcy Płaskiej sprawili zamordowanym żołnierzom godny, katolicki pochówek. Dziś stoi w tym miejscu pomnik, przy którym zawsze są kwiaty lub płoną znicze, światła naszej pamięci.

    Adam Białous/PCh24.pl

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Zesłania na Syberię to rosyjska specjalność. Polacy od wieków byli jej ofiarami

    Rodziny z dziećmi wywożono masowo w bydlęcych wagonach na Syberię.

    fot. Henryk Przondziono – reprodukcja/Gość Niedzielny

    ***

    Ok. 330 tys. Polaków z terenów wcielonych w 1939 r. do Związku Sowieckiego zostało deportowanych na Wschód w 1940 i 1941 roku. Tylko części z nich udało się przeżyć. Niektórzy wydostali się okrężną drogą przez Iran, Palestynę i Włochy, a w przypadku dzieci – nawet przez… Afrykę i Meksyk.

    Rosjanie mają długą tradycję wywożenia swoich wrogów na wschodnie rubieże swojego państwa. Pierwszymi Polakami, którzy poznali smak życia na Syberii, byli żołnierze króla Stefana Batorego. Mieli oni nieszczęście dostać się do niewoli u Moskali. Zostali przymusowo wcieleni do kozackich oddziałów i wraz z nimi podbijali tę krainę, łamiąc opór rdzennych plemion.

    Wywózki na Wschód osiągnęły większą skalę w XVIII i XIX wieku. Carat zsyłał tam polskich spiskowców i powstańców. Na rozkaz carycy Katarzyny II na Syberię trafiły m.in. tysiące wziętych do niewoli konfederatów barskich. Niektórzy z nich w brawurowy sposób próbowali stamtąd się wydostać.

    Ucieczka z Kamczatki

    Słynną na cały świat ucieczkę zorganizowali w 1771 r. polscy konfederaci barscy, dowodzeni przez Maurycego Beniowskiego. Wraz z rosyjskimi towarzyszami zsyłki opanowali miasto Bolszerieck na Kamczatce i porwali okręt Święty Piotr i Paweł. Byli pierwszymi Europejczykami, którzy postawili stopy na wielu wyspach zachodniego Pacyfiku – jeszcze zanim w te rejony dotarł wielki odkrywca James Cook. Uzupełniali tam żywność i wodę. Przez Aleuty, Kuryle i Japonię dopłynęli do portugalskiej kolonii Makau w Chinach. Tam sprzedali okręt i jako pasażerowie statków handlowych udali się do Francji.

    Za cara trzeba było być buntownikiem – oczywiście z punktu widzenia Rosjan – żeby zostać zesłanym na Sybir. Sowieci przeszli na kolejny poziom: wystarczyło być Polakiem. Pierwszymi ofiarami ich zsyłek stali się ci nasi rodacy, którzy po wojnie polsko-bolszewickiej z lat 1919–1921 znaleźli się po sowieckiej stronie granicy. Ich tragedia jest bardzo mało znana, chociaż dotknęło ich ludobójstwo.

    Według spisu w 1926 r. w Związku Radzieckim żyło 782,3 tys. Polaków. W 1936 r. sowiecka Rada Komisarzy Ludowych przyjęła rezolucję o przesiedleniu ich z terenu Ukrainy do Kazachstanu. Zostali oni określeni jako „politycznie niepewni”. Sowieckie władze chciały pozbyć się ich z terenów nadgranicznych przed planowaną wojną z krajami Zachodu. Polacy stawiali też największy opór ateizacji, kolektywizacji i kształtowaniu nowego „sowieckiego człowieka”. Z tego powodu bolszewicy zlikwidowali chwilę wcześniej polskie rejony autonomiczne na sowieckiej Ukrainie i Białorusi.

    Kołek w stepie

    W 1936 r. wywieziono więc ok. 70 tysięcy ludzi, z których ponad 75 proc. było Polakami, a pozostali głównie mieszkającymi w ZSRR Niemcami. W czerwcu tego roku „Gość” rozmawiał w Szczucińsku w północnym Kazachstanie z potomkami wywiezionych tam Polaków, w tym z małżeństwem Leny i Leonida Griebionkinów. Ona jest pielęgniarką, on emerytowanym kierowcą ciężarówek. Ich dziadkowie – Kobierscy i Laskowscy – w 1936 r. zostali zawiezieni pociągiem towarowym do miasta Tajynsza, a stamtąd saniami 50 km w głąb bezkresnego stepu. – Był tam wbity w ziemię kołek, a na nim tabliczka z wypisanym numerem „11”. I to była cała wieś… – relacjonuje Leonid.

    Polakom rozdano łopaty i kazano zbudować sobie ziemianki. Udało się im tego dokonać przed nadejściem mrozów. – W każdej ziemiance żyło w ciasnocie po pięć, sześć rodzin – mówi Leonid.

    Przeżyli chyba tylko dlatego, że pomogli im rodowici Kazachowie, dobrzy ludzie żyjący w oddalonej o 12 km wiosce. Widząc dramatyczną sytuację Polaków, podarowali im kilka krów i kóz. Dzięki temu deportowani mieli mleko dla najmłodszych. I tak śmiertelność była jednak zastraszająca, zwłaszcza wśród starców i małych dzieci. Zmarły też dwie ciocie Leny Griebionkiny.

    Osada o numerze 11 zyskała później nazwę Zielony Gaj. Jest jedną z polskich wiosek w północnym Kazachstanie, podobnie jak sąsiednia Jasna Polana, Konstantynowka czy Oziornoje, gdzie ludzie do dzisiaj modlą się i śpiewają w naszym języku.

    Wzięli lustro

    Ledwie zakończyła się wywózka w 1936 r., a na rozkaz Nikołaja Jeżowa, szefa NKWD, jednego z największych zbrodniarzy w historii świata, w latach 1937–1938 została przeprowadzona tak zwana operacja polska. Nie mniej niż 111 091 ludzi zostało wtedy zamordowanych strzałem w tył głowy. Był wśród nich Jan Mohylnicki, mieszkaniec sowieckiej Ukrainy. Jego bliscy otrzymali pismo z urzędową informacją, że został skazany na „10 lat więzienia bez prawa do korespondencji”. Nie wiedzieli, że NKWD tak nazywa karę śmierci… Latami czekali na jego powrót.

    Mieszkająca dziś w Szczucińsku w Kazachstanie Antonina Swidzinskaja, córka Jana Mohylnickiego, w chwili jego aresztowania w 1937 r. miała 7 miesięcy. Powiedziała „Gościowi”, że po zabraniu taty cała rodzina została uznana za wrogów ludu. – Zabrali nam wszystko, co cenne. Moja siostra często wspominała, że wzięli nawet duże lustro ze złoconą ramą – stwierdziła.

    W ramach „operacji polskiej” co najmniej 28 744 osób osadzono też w łagrach. Sowieci prowadzili również operacje skierowane przeciw innym narodom, choćby Niemcom wołżańskim, ale działania wobec naszym rodakom wyróżniały się wielką skalą i brutalnością. Według IPN zamordowani Polacy stanowili aż 44,9 proc. ofiar wszystkich operacji narodowościowych w ZSRR.

    Szalona abstrakcja

    17 września 1939 r. Sowieci zaatakowali wschodnią część II Rzeczypospolitej. W 1940 r. w ramach zbrodni katyńskiej wymordowali co najmniej 21,7 tys. polskich oficerów. W lutym tego samego roku przeprowadzili też deportację ok. 140 tys. obywateli polskich za Ural, do Kazachstanu czy do Archangielska. Kolejne ludzkie fale przymusowo płynęły tam aż do 1941 r. – w sumie ok. 330 tys. ludzi.

    Bywało tak, jak w rodzinie Jonkajtysów z Augustowa. Ojca, Hieronima, kierownika szkoły i komisarycznego burmistrza, Sowieci rozstrzelali. Zabili też najstarszego syna, Bronka. Pozostałych sześcioro dzieci wraz z mamą w kwietniu 1940 r. wywieźli do Kazachstanu. Mimo niedostatku żywności i opału wszystkim udało się tam przeżyć. Grażyna Jonkajtys-Luba w 2009 r. opowiedziała autorowi tego tekstu, że w każdym mieszkaniu, które zajmowali w ciągu tych sześciu lat zesłania, zawieszali nad drzwiami krzyżyk, a naprzeciw obrazek Czarnej Madonny. Codziennie wieczorem wszyscy razem się modlili, a także śpiewali „O mój rozmarynie”, „Jedzie, jedzie na kasztance”. „Przywieźliśmy też z Polski małe, gipsowe popiersie marszałka Piłsudskiego. Stało na honorowym miejscu na półeczce. Jak bolszewicy nas pytali, kto to jest, odpowiadaliśmy, że to dziadek” – śmiała się pani Grażyna. „Dziadek” to było jedno z przezwisk Piłsudskiego. „Ratowało nas na tym Sybirze poczucie humoru. Urządzaliśmy sobie konkursy i prześmiewcze akademie na rocznicę rewolucji, ze wzniosłymi przemówieniami naszego najmłodszego brata Mariana. To, co nas otaczało, to była tak szalona abstrakcja, że tego nie można było brać za rzeczywistość” – mówiła.

    Sowiecki świat wokół nich był jednak nie tylko głupi, ale i straszny. W sąsiedniej wsi Nowouzinka 16-letni wywieziony Polak, syn burmistrza Wołkowyska, doznał ataku bólu brzucha, wskazującego na zapalenie wyrostka robaczkowego. Przewodniczący kołchozu odmówił jednak wypożyczenia koni na podróż do szpitala w odległym o 65 km miasteczku Jawlenka. Uzasadnił, że konie są potrzebne do pracy. A potem dodał: „Was, wrogow naroda, na to zdies priwiezli, sztob wy podochli” (zdechli). Chłopak skonał w męczarniach na kolanach matki.

    Za pracę w kołchozie nikt im nie płacił. Aby nie umrzeć z głodu, Jonkajtysowie wzorem miejscowych zaczęli więc podkradać stamtąd ziarno. „W pierwszej po sześciu latach spowiedzi w Warszawie powiedziałam o tym księdzu. Ale on aż wyszedł z konfesjonału ze śmiechu, że w tych warunkach uznałam to za grzech” – powiedziała „Gościowi” pani Grażyna.

    Były w czasie tych wywózek i takie niezwykłe postacie jak ksiądz Tadeusz Fedorowicz, który… na ochotnika dołączył do deportowanych. Wmieszał się między nich i trafił do sowieckiej Republiki Maryjskiej po europejskiej stronie Uralu. Ponieważ pojechał dobrowolnie, do wszystkiego podchodził pozytywnie. Zachwycał się kąpielami w krystalicznie czystej wodzie. Tak polubił swoją pracę drwala, że przełożeni zaliczyli go do najlepszych robotników i przyznali mu wysoki limit 1,5 kg chleba na dzień. Po pracy jednak ten drwal odprawiał w lesie tajne Msze Święte. Między drzewami spowiadał Polaków. Ostatecznie nie uniknął więzienia – ale i w nim był świadkiem Ewangelii.

    W 1942 r. ponad 110 tys. Polaków, w tym 36 tys. kobiet i dzieci, ewakuowało się ze Związku Sowieckiego do Iranu wraz z Armią Andersa. Te dzieci, niektóre z matkami, czekały potem na koniec wojny w obozach w Afryce, w Nowej Zelandii czy w Meksyku. Pozostali wrócili do Polski albo z „ludowym” Wojskiem Polskim gen. Berlinga, albo sami, już po wojnie. Niestety, mijali się z transportowaną w przeciwnym kierunku – na Sybir – kolejną falą Polaków, liczącą od 70 do 100 tys. ludzi. Sowieci wysłali ich na Wschód, gdy po raz drugi wkroczyli na ziemie polskie w latach 1944–1945.

    Przemysław Kucharczak/Gość Niedzielny

    ______________________________________________________________________________________________________________

    ŚRODA 18 WRZEŚNIA

    św. Stanisław Kostka jest Patronem Polski i Litwy na równi ze św. Wojciechem i św. Stanisławem biskupem i męczennikiem.

    ,,Nie zawiodłeś, Polaku'' - cuda za wstawiennictwem św. Stanisława Kostki

    fot. via Wikipedia.org, Domena publiczna

    ***

    ,,Nie zawiodłeś, Polaku” – cuda za wstawiennictwem św. Stanisława Kostki

    W 1674 r. papież Klemens X ogłosił dekretem błogosławionego Stanisława Kostkę Patronem Polski i Litwy na równi ze św. Wojciechem i Św. Stanisławem biskupem i męczennikiem. W 1714 r. papież Klemens XI wydał dekret kanonizacyjny, a samego aktu kanonizacji dokonał jego następca Benedykt XIII w 1726 r.

    Relikwie świętego spoczywają w Kościele św. Andrzeja na Kwirynale w Rzymie. Dwieście lat po kanonizacji sprowadzono do Polski cząstkę jego relikwii. W uroczystościach jubileuszowych wziął udział prezydent RP Ignacy Mościcki. Od 2011 r. część relikwii spoczywa w Parafii św. Stanisława Kostki w Sulechowie. Główne sanktuarium Świętego znajduje się w Rostkowie (Diecezja Płocka). W 1926 r. do kościoła zostały sprowadzone z Rzymu relikwie Świętego patrona młodzieży. 12 maja 2000 r. kościół w Rostkowie został ustanowiony sanktuarium diecezjalnym św. Stanisława Kostki. 

    Wkrótce po śmierci Stanisława przyszły kardynał Franciszek Toledo zawołał: “Na Boga, młodzik polski umiera i całe niemal miasto się zbiega! Każdy chce go przynajmniej zobaczyć. Każdy chce ucałować jego zwłoki“. Piotr Kanizjusz, który wysyłając Stanisława do Rzymu pełen nadziei napisał: “wielkich rzeczy spodziewamy się po nim“, po jego śmierci stwierdził: “Nie zawiodłeś, Polaku. Nie zawiodłeś. Którego ojczyzny nigdy nie zrozumiałem – nie zawiodłeś“. 

    Szczególnym nabożeństwem do św. Stanisława wyróżniał się św. Robert Bellarmin (+ 1623), który miał jego obrazek nad swoim łóżkiem wraz z wizerunkiem św. Alojzego, którego był kiedyś przełożonym. Św. Franciszek Salezy poświęca naszemu rodakowi przepiękny wstęp w swoim traktacie O miłości Bożej. A oto jak pisze św. Alfons Liguori o naszym Świętym: “Św. Stanisław Kostka napisał list do Matki Bożej, by mógł w Jej święto umrzeć. Przy śmierci całował z rozkoszą obrazek Matki Bożej. Jeden z Ojców spytał: »Na co ta koronka owinięta na ręce?« Na to Stanisław: »Jest mi ona pociechą, bo to przedmiot poświęcony mej Matce«. Ukazała mu się Matka Boża, jak sam to oznajmił. Umarł cicho, że nawet nie spostrzeżono. Dopiero gdy mu podano i pokazano obrazek Matki Bożej, i zauważono, że mimo to nie daje znaku życia, przekonano się, że już uleciał do nieba” (Uwielbienia Maryi). Św. Jan Bosko lubił opowiadać swojej młodzieży wydarzenia z życia św. Stanisława i chętnie stawiał jego osobę za przykład.

    Pierwszy z żywotów św. Stanisława Kostki został napisany przez współnowicjusza o. Stanisława Warszewickiego. W rok potem do tego samego nowicjatu jezuitów wstąpił nieśmiertelny kaznodzieja Piotr Skarga (1569). Papież Jan XXIII dla podkreślenia swojej czci dla św. Stanisława osobiście nawiedził jego grób w Rzymie w listopadzie 1962 roku, gdzie spotkał się z polskimi ojcami Soboru Watykańskiego II. Uroczystości 400-lecia śmierci św. Stanisława odbyły się w 1966 roku w Austrii, w 1967 w Polsce a w 1968 – Rzymie. Z tej okazji Episkopat polski wydał specjalną odezwę – słowo pasterskie do wiernych i młodzieży. Papież Jan Paweł II rozpoczął drugie dziesięciolecie swojego Pontyfikatu modlitwą na rzymskim Kwirynale, klęcząc przy sarkofagu polskiego świętego – Stanisława Kostki. Do zebranych gości Namiestnik Chrystusa wypowiedział wiele osobistych myśli i przeżyć. Powiedział wtedy m.in.: „«Żyjąc krótko, przeżył czasów wiele». Wszyscy znamy te słowa, które stanowią syntezę życia naszego Świętego, postaci doprawdy niezwykłej: w tak niedługim czasie zdołał osiągnąć ogromną dojrzałość powołania chrześcijańskiego i zakonnego. Ten święty patron młodzieży polskiej towarzyszył mi od dawna, w czasach młodości i potem, stale. (…) Młodzi dzisiaj mają w Polsce trudną młodość, czasem wydaje mi się, że nie potrafią sprostać wyzwaniom, czasem szukają wyjścia poza Ojczyzną. Dla wszystkich: i tych, co odchodzą z Ojczyzny, i tych, co zostają, niech św. Stanisław Kostka będzie patronem – patronem trudnych dróg życia polskiego, życia chrześcijańskiego. Szukajmy u niego stale wspomożenia dla całej młodzieży polskiej, dla całej młodej Polski”.

    W 1604 r. papież Klemens VIII wydał brewe, w którym nazwał Kostkę błogosławionym. Dokument ten stał się podstawą do szerzenia kultu młodego Polaka. Rok później kolejny papież Paweł V ogłosił Stanisława błogosławionym i zezwolił na zawieszenie srebrnych tabliczek i lampy (podarowanej przez kard. Bernarda Maciejowskiego, dawnego kolegę Kostki z Wiednia) przed jego obrazem w kościele na Kwirynale.

    W 1670 r. król Michał Wiśniowiecki otrzymał list od papieża Klemensa X, w którym ogłosił on Kostkępatronem Polski i Litwy a jego święto ustanowił na 13 listopada. Stanisław został oficjalnie świetnym dla całego Kościoła Powszechnego w 1726 r. po kanonizacji dokonanej przez papieża Benedykta XIII. O tę kanonizację prosili uczeni, królowie i cesarze ówczesnej Europy. Cesarz Józef I prośbę swoją tak uzasadniał w liście do Papieża: “Nie wątpimy, że Waszej Świątobliwości dostatecznie jest wiadomym, jak bardzo zasługi Stanisława Kostki oddaliły morowe zarazy i liczne niebezpieczeństwa“.

    Kiedy lud pobożny w narodzie polskim, twardą uci­skany przygodą, odbierał od Boga przez św. Stanisława coraz liczniejsze łaski nadprzyrodzone, które szeroko po narodzie rozgłoszone, budziły w panach polskich, a szczególniej w księdzu Maciejowskim kardynale i arcybisku­pie gnieźnieńskim pobożną żarliwość o wyjednanie u Sto­licy Apostolskiej kanonizacji dla świętego rodaka i pa­trona swojego; wtedy to wymieniony x. Maciejowski, pry­mas Królestwa, a współuczeń św. Stanisława w szkole wiedeńskiej, czynnie działał w roku 1607 na zjeździe piotrkowskim, by sprawy tej nadal nie odkładano; zwła­szcza że Klemens VIII papież w 1604 r. już był wpi­sał Stanisława w poczet błogosławionych wyznawców. Jakoż skrzętnie zaczęto zbierać nowe dowody cudowne do procesu kanonizacji; a skoro te zebrane zostały, za wstawieniem się Józefa cesarza Austrii, Klemens XI papież, uznawszy przedstawione sobie dowody za dosta­teczne, uroczystym dekretem swym, dnia 18 listopada 1714 roku Stanisława Kostkę w poczet świętych Bożych zapisać kazał. Wszakże uroczystą kanonizację dopiero w 1726 roku odprawiono za Benedykta XIII papieża; a lubo dzień 13 listopada, w którym szczęty jego były przeniesione do nowo wystawionego kościoła św. An­drzeja w Rzymie, ku czci św. Stanisława był przezna­czony, jednak naród polski pamiątkę św. Stanisława w niedzielę następną po dniu 13 listopada uroczyście uświęca, na cześć i chwałę Bogu w Trójcy Świętej Jednemu, i na pociechę prawowiernych Polaków. [Żywoty Świętych Patronów polskich, napisał X. Piotr Pękalski Ś. T. Dr. Kan. Stróż Ś. Grobu Chrystusowego. Z ośmią rycinami. Kraków 1862, ss. 542-569.]

    Św. Stanisławowi przypisuje się zwycięstwo Polski nad Turkami pod Chocimiem w 1621 r. W dniu bitwy jezuita, o. Oborski, miał widzieć na obłokach Stanisława Kostkę, jak błagał Matkę Bożą o pomoc dla wojsk polskich. dla oręża polskiego. Zwycięstwo to było tym cenniejsze, że rok przedtem (1620) Polacy ponieśli straszliwą klęskę pod Cecorą, gdzie zginął hetman Stanisław Żółkiewski. 

    Nie wyliczamy tu innych bardzo ciężkich chorób, utratą nawet życia grożących, od których Bóg wszechmo­cny za przyczyną świętego Stanisława, zwłaszcza w na­rodzie polskim, rozmaite osoby nagle uzdrowić raczył. – Nie możemy wszakże pokryć milczeniem objawu, którym ten święty nasz patron widocznie przybył w pomoc na­rodowi polskiemu, podczas chocimskiej potrzeby. W ro­ku 1622, za panowania Zygmunta III, Osman sułtan tu­recki zagroził całemu chrześcijaństwu zniszczeniem, i w tym zamiarze zgromadził niezliczone swe wojska z Eu­ropy, Afryki i Azji, oprócz tego przyzwał do wojennego wspólnictwa Chana tatarskiego i ku polskim przyciągnął granicom. Nie przeląkł się wcale król Zygmunt doniesie­niem o nadciągnionych hordach barbarzyńców, ale po staropolsku, ufny w ramię Boże, wezwawszy wstawienia się Najświętszej Panny i św. Stanisława Kostki, wysłał czym prędzej niewielką liczbę polskich zastępów, na wstrzy­manie napływu nieprzyjaciela, póki on sam z wojskiem nie nadciągnie. Jakoż, kiedy Polacy mieli już zwodzić bój pod Chocimiem, Stanisław Kostka widocznie ukazał się w powietrzu nad polskim rycerstwem, i tak walne sprawił zwycięstwo, że zamieć turecka tył podała, zostawiwszy na pobojowisku 60000 bisurmanów, a pokój z korzyścią dla Polski został zawarty. [Żywoty Świętych Patronów polskich, napisał X. Piotr Pękalski…]


    Za Jana Kazimierza, Chan tatarski najechał Polskę w 15000 pohańców, i już miasto Lublin otoczył; król całą noc strawił na modlitwie w kościele przed wizerun­kiem św. Stanisława Kostki, i uczynił ślub przed roz­poczęciem bitwy, że ten obraz jego złotą ozdobi sukienką. Tej samej nocy, w której się król modlił, szyki nieprzy­jacielskie ujrzały w powietrzu wielką jasnością otoczo­nego młodzieńca w sukni jezuickiej; i w dniu następnym w boju porażone ucieczką się ratowały, a Lublin został oswobodzony. [Żywoty Świętych Patronów polskich, napisał X. Piotr Pękalski…]Przed cudownym obrazem św. Stanisława w katedrze lubelskiej modlił się Jan Kazimierz, przypisując jego wstawiennictwu zwycięstwo pod Beresteczkiem (1651).

    Prośby swe słali Zygmunt III Waza, Władysław IV, Michał Korybut Wiśniowiecki i Jan Sobieski, który darzył szczególną czcią św. Stanisława Kostkę. Król Jan III Sobieski tak pisał do sekretarza papieskiego: “albowiem przy wszelkich operacjach wojennych wszyscy byli świadkami, skorośmy wzywali pomocy tego wielkiego Błogosławionego, nigdyśmy nie mieli niepowodzenia, lecz odnosiliśmy natomiast zawsze zwycięstwo bez przykładu i końca“.

    Stanisław (Staszek) Kostka Stanisław wyznawał zasadę: „ad maiora natus sum”(do wyższych rzeczy zostałem stworzony). Z upodobaniem prowadził ascetyczny tryb życia nie znajdując zrozumienia i akceptacji współlokatorów. Jezuici nie chcieli przyjąć Stanisława do Zakonu – choć wielokrotnie o to prosił. W grudniu 1566 r. Stanisław poważnie zachorował i bardzo pragnął przyjąć Komunię św. W nocy otrzymał wizję jak św. Barbara z dwoma Aniołami przynoszą mu Komunię św. Otrzymał też drugą wizję jak Matka Boża z Dzieciątkiem Jezus pochyla się na Nim i składa Mu w ramiona Dzieciątko. Nazajutrz Stanisław, ku ogólnemu zdziwieniu wstał zupełnie zdrowy z głębokim przeświadczeniem, że Maryja go uzdrowiła i Maryja pragnie, by wstąpił do Jezuitów.

    Za czasów króla Zygmunta III Wazy żył w Neapolu sławny ze swej świętości jezuita, o. Juliusz Mancinelli. Odznaczał się szczególnym nabożeństwem do Niepokalanej i świętych po­lskich. 14 sierpnia 1608 r. w wigilię Wniebo­wzięcia Najświętszej Maryi Panny, ukazała mu się Maryja z Dzieciątkiem Jezus. U jej stóp klęczał św. Stanisław Kostka, O. Juliusz nigdy nie widział Matki Bożej w tak wielkim maje­stacie. Pragnął pozdrowić Ją takim tytułem, jakim jeszcze nikt Jej nie uczcił. Wtedy Maryja powiedziała: Dlaczego nie nazywasz mnie Królową PolskiJa to królestwo bardzo umiłowałam i wielkie rzeczy dla niego zamierzam, ponieważ osobliwą miłością do Mnie płoną jego synowie. W krótkim czasie potem, za pozwoleniem swych przełożo­nych, którzy objawienie to zbadali, o. Mancinelli przekazał tę radosną wiadomość ks. Piot­rowi Skardze i jezuitom w Polsce. Oni z kolei donieśli o tym królowi.

    Wszechmogący Boże, który przedziwnym zrządzeniem wybrałeś Świętego Stanisława Kostkę i uzdolniłeś go do wierności Tobie, wejrzyj, na naszą słabość i niestałość. Spraw łaskawie, abyśmy – dzięki wstawiennictwu i opiece Świętego Stanisława – do końca naszego życia w wierności Tobie wytrwali. Amen. 

    Święty Stanisławie wstawiaj się za nami, abyśmy mogli szerzyć w naszej Ojczyźnie Królestwo Chrystusa! 

    Fronda.pl/18.09.2024

    ______________________________________________________________________________________________________________

    O Kostce, ale tym razem nieco inaczej…

    O Kostce, ale tym razem nieco inaczej...

    (fot. rysował Przemo Wysogląd SJ)

    ***

    Błogosławiony czystego serca. Spoglądając w górę prezbiterium kościoła krakowskich jezuitów.

    Prostymi ścieżkami prowadził Pan sprawiedliwego i ukazał mu Królestwo Boże.

    Tę antyfonę ze świątecznego oficjum ku czci św. Stanisława Kostki bardzo dobrze obrazuje mozaika z prezbiterium najpiękniejszego kościoła Krakowa – Bazyliki Najświętszego Serca Pana Jezusa.
    Piotr Stachiewicz, artysta akademicki, twórca popularnych ludowych obrazów Matki Bożej zaprojektował wielobarwny korowód polskich świętych i historycznych postaci, które zbliżają się do Chrystusa błogosławiącego im i niejako obejmującego ramionami cały naród. Blisko pięćdziesiąt osób, które wzrok wbijają pokornie w ziemię, albo błagalnie wznoszą oczy ku niebu. Wyróżnia się tylko jedna osoba – w grupie przedstawiającej polskich jezuitów młody Stanisław Kostka odważnie patrzy wprost na Chrystusa, ma dumnie wypiętą pierś, sylwetka zdaje się wyrywać w stronę złotej poświaty otaczającej naszego Pana. Jezus w końcu obiecał w kazaniu na górze, że “błogosławieni czystego serca, albowiem oni Boga oglądać będą” (por. Mt 5).

    Jednak co to znaczy mieć “czyste serce”?

    Potocznie czyste serce kojarzymy z czystością seksualną i owszem, jest ono z nią związane, ale raczej wynika to z czystego serca. Najpierw trzeba zrozumieć, że wstrzemięźliwość seksualna bez czystego serca szybko może zamienić się w życiową mękę. Św. Paweł pisze w liście do młodego Tytusa: “dla czystych wszystko jest czyste, dla skalanych zaś i niewiernych nie ma nic czystego, lecz duch ich i sumienie są zbrukane” (Tt 1, 15).

    Czyste serce związane jest z patrzeniem na świat. Na mozaice Stanisław Kostka patrzy najpierw na Boga, a przez Niego widzi resztę stworzenia. Jeśli nie widzisz Boga, masz serce pełne innych obrazów. Mieć czyste serce to znaczy być wpatrzonym w Jezusa, który jest i powinien być naszym jedynym wzorem. Czyste serce jest wolne od jakichkolwiek przywiązań, jest nastawione na Boga, nie pragnie niczego innego, jak tylko uporczywie wpatrywać się w Boga. To łaska, o którą możemy się modlić z psalmistą: “Stwórz we mnie Boże serce czyste” (Ps 51), i możemy być pewni, że zostaniemy wysłuchani, o ile tylko będziemy się modlić ze skruchą. Oczywiście, musimy być realistami – nie jesteśmy aniołami, których naturą jest wpatrywanie się w Boga i chwalenie Go – będziemy upadać, ale z Bożą pomocą za każdym powstawać, jak młody Kostka w swojej wyczerpującej wędrówce do Rzymu.

    Nie możemy być pewni, co miał na myśli Stachiewicz, projektując w ten sposób mozaikę. Jednak jego intuicja malarska dobrze wyraża prawdę o dzisiejszym patronie: wystarczy być wpatrzonym w Boga, a reszta będzie nam dana, jak w niezwykłej historii krótkiego życia Stanisława Kostki. Bo prostymi ścieżkami Pan go przeprowadził i ukazał mu swoje Królestwo…

    o. Przemysław Wysogląd SJ/Deon.pl

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Św. Stanisław Kostka – umiłował wolę Boga

    Św. Stanisław Kostka - umiłował wolę Boga

    Święty Stanisław Kostka, patron młodzieży (fot. DEON.pl)

    ***

    Na tle sylwetki św. Stanisława warto budzić wiarę w istnienie rzeczywistości pozaziemskiej, domu Ojca, do którego wszyscy spieszymy. Mimo że umarł młodo, tęsknił za niebem.

    Józef Augustyn: Od wielu lat jest Ojciec rektorem kościoła pod wezwaniem św. Andrzeja na Kwirynale. Tu znajduje się grób św. Stanisława Kostki, jego relikwie; przy nim swego czasu św. Stanisław odbywał swój nowicjat. Proszę nam o tym opowiedzieć.

    Kazimierz Przydatek: św. Stanisław Kostka po przybyciu do Rzymu nie od razu zamieszkał na Kwirynale. Najpierw przebywał w domu przy kościele Imienia Jezus. Przez pierwsze trzy miesiące, aż do Bożego Narodzenia, wędrował z domu do domu, jak zresztą większość nowicjuszy. Dopiero w okolicy Bożego Narodzenia św. Franciszek Borgiasz ustanowił nowicjat w nowo otrzymanych budynkach przy kościele św. Andrzeja Apostoła na Kwirynale. Wcześniej był tam niewielki dom dla zmęczonych posługą, schorowanych misjonarzy. Franciszek Borgiasz połączył dwa domy: dla starców jezuitów i nowicjat. W nowicjacie Stanisław był przez osiem miesięcy. W sumie spędził w Rzymie dziesięć miesięcy, czyli niecały rok.

    To rzecz niezwykła, iż przez tak krótki czas młody, osiemnastoletni chłopak stał się do tego stopnia znany w Rzymie, że w jego pogrzebie uczestniczyli wszyscy kardynałowie. Jak ujawniła się jego świętość? Jakie są jej główne rysy?

    Moim zdaniem okres pobytu w Rzymie był dojrzewaniem Stanisława do świętości. By to zrozumieć, trzeba uwzględnić okoliczności historyczne. Wiemy, że w owym czasie nasilała się propaganda religijna protestantów. Po zamknięciu naszego kolegium w Wiedniu, po śmierci cesarza Leopolda, wszyscy uczniowie, łącznie ze św. Stanisławem, musieli szukać prywatnych mieszkań. Stanisław znalazł pokoik przy rodzinie, która sympatyzowała z protestantyzmem. Spotkał się więc z zaprzeczeniem najważniejszych spraw w Kościele: kultu maryjnego i Eucharystii. Mimo to jego duchowość rozwijała się właśnie w tych dwóch kierunkach. Najważniejszą jednak cechą Stanisława – jak opisują jego biografowie, zwłaszcza o. Józef Majkowski – była zdecydowana chęć pełnienia woli Bożej. Kiedy odkrył w sobie powołanie, chciał na nie odpowiedzieć za wszelką cenę. Odrzucał wszystko, co przeszkadzało w wypełnieniu woli Niebieskiego Ojca, nawet miłość rodziny.

    W życiu Stanisława pojawiały się też bardzo trudne chwile. Myślę tu o konflikcie z ojcem. Nie jest on uwypuklany w życiorysach, prawdopodobnie ze względu na obawę, że nie byłby to dobry przykład dla młodych ludzi, którzy mają tendencje do buntowania się przeciw rodzicom. Co Ojciec myśli o tym epizodzie z życia św. Stanisława?

    W owym czasie syn całkowicie zależał od ojca. To ojciec decydował o tym, co syn będzie w przyszłości robił, z czego będzie żył. Stanisław po przeżyciu pierwszego tygodnia ćwiczeń duchownych, a na pewno je odbywał w tej czy innej formie, wiedział już, że przede wszystkim należy poznać Boga Ojca – to było dla niego najważniejsze i przejął się tym. Dlatego jego reakcją na sprzeciw rodziców była odpowiedź, że trzeba bardziej słuchać Boga Ojca niż własnych rodziców. Kiedy otrzymał list, w którym ojciec groził mu między innymi wydziedziczeniem, z całą godnością odpowiedział, że idzie za głosem powołania i pragnie nade wszystko słuchać Boga. Cała ta sytuacja czyni go rzeczywiście patronem młodzieży, bo wbrew temu, co można by powierzchownie sądzić, nie jest to zły przykład, ale wręcz odwrotnie – bardzo dobry.

    Zostałem kiedyś poproszony o przetłumaczenie z języka włoskiego na polski Litanii do Boga Ojca. Uczyniłem to, ale kiedy doszedłem do końca wezwań, spontanicznie dopisałem jeszcze jedno: Ojcze Najukochańszy. Zaskoczyło mnie bowiem, że wynaleziono różne tytuły, a ten, który jest najważniejszy, streszczający najistotniejsze, podstawowe przykazanie: miłuj Boga całym sercem, całym umysłem i ze wszystkich sił, został pominięty. Ludzie bardzo często zapominają o głównej postawie, jaka powinna być przyjmowana wobec Boga: miłości nade wszystko. Stanisław zaś potrafił to zrozumieć i to w czasach, które nie były łatwe. Kto wie, czy nawet nie były trudniejsze od naszej współczesności.


    Podzieliłbym okres trzydziestu lat, które spędziłem w Rzymie, na dwie części: do wyboru papieża Jana Pawła II i po jego wyborze. Polacy, którzy przyjeżdżali do Pawła VI, chętnie przybywali do grobu św. Stanisława. Paweł VI był bowiem papieżem, którego nie rozumieli – ze względów językowych -szukali więc mocniejszych przeżyć religijnych i to właśnie przy grobie św. Stanisława.

    Szukali czegoś polskiego…

    Otóż to. A nasza świątynia jest przecież polskim sanktuarium. Sam kościół jest również bardzo piękny. Potwierdza to choćby ilość profesorów i studentów z całego świata, którzy się nim interesują. Tylko za czasów mojego tu pobytu napisano dwie albo trzy prace doktorskie na temat jego architektury i malarstwa.

    Jednak po wyborze Jana Pawła II na Stolicę Piotrową sytuacja zmieniła się. Do Rzymu nie tylko zaczęły przybywać pielgrzymki zorganizowane przez księży, ale także grupy turystyczne prowadzone przez świeckich przewodników. Księża, owszem, przyprowadzali pielgrzymki do kościoła św. Andrzeja, natomiast grupy turystyczne rzadziej do nas trafiały. W pewnym stopniu jest to zrozumiałe, bo przewodnik wybierał inne atrakcyjne miejsca. Woleli czasem iść na zakupy i szukać różnych fatałaszków, niż dobijać się do centrum. Mówię “dobijać się”, bo od paru lat – i to jest główną przyczyną zmniejszenia się liczby turystów i pielgrzymów do grobu św. Stanisława – centrum Rzymu podzielono na sektory, a ten, w którym znajduje się nasz kościół, jest szczególnie chroniony przed wjazdem autobusów. By do nas dotrzeć, trzeba więc daleko zaparkować i dwadzieścia minut iść pod górę. Starsi pielgrzymi często rezygnują z tej “wspinaczki”. Częściej docierają do nas grupy młodzieży. Dużo łatwiej bowiem poruszają się i podejmują trud pielgrzymowania do swego patrona.

    Ojciec przedstawia racje obiektywne, techniczne. Ale czy zmniejszenie odwiedzin św. Stanisława w Rzymie nie wynika po prostu z osłabienia kultu tego świętego w Polsce?


    Na pewno. Wydaje się, że jest to w jakimś stopniu związane ze zmianą daty obchodzenia uroczystości ku czci św. Stanisława Kostki. Do mnie, jako rektora opiekującego się kościołem, nieraz kierowano prośby, by wrócić do dawnej daty święta. Nie mogę tego zmienić, bo nie ode mnie to zależy. Aprobata zmiany daty dokonała się na poziomie Episkopatu i została zatwierdzona przez odpowiednią kongregację. Praktyka duszpasterska wykazuje jednak, że nie było to szczęśliwe rozwiązanie. Warto by więc wrócić do poprzedniego terminu święta. Przecież cały Kościół obchodzi je 13 listopada, jedynie w Polsce zostało przeniesione na 18 września. Księża mówią mi, że nie ma czasu na duchowe przygotowanie młodzieży do właściwego przeżycia tego święta. Przedtem od rozpoczęcia roku szkolnego było na to prawie dwa i pół miesiąca. We wrześniu bardziej myśli się o zorganizowaniu roku pracy niż o triduumku czci św. Stanisława Kostki.


    Oczywiście, że tak. Wpływ na takie błędne myślenie ma praktykowane nabożeństwo, które w dużej mierze opiera się na “słodko-nudnych” śpiewach. Wyrażam tu nie tylko moją opinię, ale też niejednego znawcy muzyki kościelnej. A tymczasem św. Stanisław nie był nudny. Był człowiekiem o bardzo mocnym charakterze. Już będąc w nowicjacie, potrafił połączyć twardy charakter i żywe nabożeństwo do tych negowanych w ówczesnym Kościele wartości duchowych: kultu Maryi i Eucharystii. Trzeba pamiętać, że w Rzymie był świadkiem niszczenia obrazów Matki Bożej, które zostały umieszczone na różnych budynkach. Widział to, przeżywał i bolał nad tym. Słyszał o różnych nadużyciach w stosunku do Eucharystii. Potrafił być jednak bardzo zdecydowany w swojej wierze, a równocześnie w życiu codziennym był bardzo usłużny, a przy tym ciepły, braterski i towarzyski. Ponoć naprawdę zabiegano o jego obecność.

    Posłużę się przykładem. Jest w Kampanii mała miejscowość, a w niej kościół i parafia pod wezwaniem naszego świętego. Przez cztery wieki co roku odbywała się tam uroczysta, typowo włoska, procesja po mieście ku czci św. Stanisława. Dlaczego? Otóż swego czasu prowadził tam misje i tak ujął wiernych swoją osobowością, że corocznie obchodzono jego święto bardzo uroczyście. Stąd ta procesja. We Włoszech kult św. Stanisława Kostki nadal jest żywy. Ciągle dostajemy listy z prośbami, by odprawić Mszę św. przy jego grobie. Wiele osób chce też brać ślub w naszym kościele właśnie ze względu na św. Stanisława.

    W Polsce również bardzo mocno wpisał się w historię. Jest wiele kościołów, parafii pod jego wezwaniem. Na przestrzeni wieków ukazało się wiele publikacji jemu poświęconych, mimo że nie były one tak łatwo dostępne jak dzisiaj… św. Stanisław jest naprawdę niezwykłą postacią, pokazuje autentyzm młodego człowieka. Co w takim razie powinniśmy robić dla podtrzymania kultu tego świętego w Polsce?

    Moim zdaniem trzeba go przede wszystkim “odcukierkować”. Często przedstawiając postać św. Stanisława, podkreśla się jego czystość, niewinność. Dzisiaj na dźwięk tych słów młodzi uśmiechają się. Taki jest stan moralny świata. Widzę to na przykład w mojej pracy z narzeczonymi. Dla nich sprawy pożycia przedmałżeńskiego są tak naturalne, że czasem dziwią się, iż ksiądz w ogóle mówi na ten temat. Nastąpiło tak wielkie wykrzywienie sumień, że pary, które zachowały czystość przedmałżeńską, wstydzą się przyznać do tego nawet przed księdzem. Trudno zatem kłaść nacisk na ten właśnie aspekt świętości św. Stanisława. Korzystniejsze wydaje się natomiast zwrócenie uwagi na jego miłość do Boga, miłość ponad wszystko, na jego zjednoczenie z Nim. To właśnie dawało mu siłę do wyrzeczenia i trwania w czystości.

    Na tle sylwetki św. Stanisława warto też budzić wiarę w istnienie rzeczywistości pozaziemskiej, domu Ojca, do którego wszyscy spieszymy. Mimo że umarł młodo, tęsknił za niebem. Dwa tygodnie przed śmiercią zapowiedział, że wkrótce umrze i że będzie – pragnął tego – oglądał chwałę nieba. Dał tym samym wyraz bardzo prostego, ale najgłębszego ujęcia naszej wiary. Wszyscy przecież żyjemy teraz, żeby zacząć żyć w wieczności.

    Jak należałoby ukazywać nabożeństwo św. Stanisława do Matki Bożej, aby zainteresować nim współczesną młodzież?

    św. Stanisław nazywał Maryję swoją Matką. Warto to rozwinąć i połączyć z Ewangelią, dotykając źródeł nabożeństwa do Maryi. Chrystus daje swoją Matkę Janowi, nie używając nawet jego imienia. Czyni to celowo, by powiedzieć w ten sposób, że oddaje Ją wszystkim swoim uczniom.

    Jedno wydarzenie z życia św. Stanisława mocno zapadło mi w pamięć. Tuż przed śmiercią współbrat zapytał go, czy kocha Matkę Najświętszą. Ze zdziwieniem odpowiedział: “Jak można nie kochać swojej Matki?”.

    To jest najgłębsze pojęcie nabożeństwa maryjnego. Sobór Watykański II określił Maryję jako Matkę Kościoła, czyli nas wszystkich. I to także warto podkreślać w pobożności maryjnej św. Stanisława.

    Jednym z pielgrzymów do grobu św. Stanisława Kostki był Jan Paweł II. Już jako kardynał odwiedzał grób św. Stanisława, ale był tam również jako papież. Jest to wydarzenie o tyle niezwykłe, że papież nie odwiedza rzymskich kościołów bez powodu.

    Kiedy opowiadam o św. Stanisławie, mówię o trzech rzeczach. Po pierwsze o jego determinacji w pełnieniu woli Bożej; po drugie – o pobożności Maryjnej, która prowadzi do Jezusa Eucharystycznego. I wreszcie o nabożeństwie do tego świętego jednego z największych ludzi współczesności – Jana Pawła II. Na własne uszy słyszałem bowiem od niego, że od dzieciństwa czcił św. Stanisława Kostkę. I mogłem się o tym przekonać…

    Kiedy Jan Paweł II rozpoczynał drugie dziesięciolecie swojego pontyfikatu, 13 listopada 1988 roku przyjechał, by się pomodlić, jak sam to określił, przy grobie św. Stanisława Kostki. Kiedy przybył, przemawiał i po włosku, i po polsku, przypominając, że w czasie studiów, w latach 1946-1948, mieszkał niedaleko i codziennie wstępował, żeby się pomodlić w swoich sprawach. Inni klerycy czynili podobnie. Dlatego rozpoczynając drugie dziesięciolecie pontyfikatu, chciał tutaj wrócić.

    W pięćdziesiątą rocznicę święceń kapłańskich Jana Pawła II radio i telewizja włoska zaproponowały mu program transmitowany na cały świat, zapytały też, z jakiego kościoła chciałby, żeby go nadawać. Ojciec święty odrzekł, że z kościoła, gdzie znajduje się grób św. Stanisława Kostki.

    Ostatnia ciekawostka, którą chciałem tu przytoczyć, ma charakter osobisty (opublikowałem ją w albumach Aż po krańce ziemi). 12 czerwca 1995 roku zostałem zaproszony do Ojca Świętego na kolację, by w jej trakcie porozmawiać o Eucharystii. Przez pierwsze piętnaście minut naszego godzinnego spotkania Ojciec święty zadawał mi szczegółowe pytania dotyczące właśnie kultu św. Stanisława: ilu Polaków przyjeżdża, kto przyjeżdża, czy się modlą itd.

    Ojciec tyle lat spędził przy św. Stanisławie… Czy nie myślał Ojciec o tym, by napisać nowy, “uwspółcześniony” życiorys św. Stanisława?

    Nie jestem historykiem tylko teologiem duchowości… Niemniej wydaje mi się, że trzeba by po prostu dokładniej zbadać tło historyczne jego pobytu w Wiedniu, bo tam jego świętość rozkwitła, w kontekście wypadków, które miały tam miejsce. I dopiero na tym tle ukazać świętość Stanisława.

    Kim jest dla Ojca św. Stanisław Kostka?
    Bliska jest mi jego duchowość, bo dla mnie ogromne znaczenie ma zarówno pobożność maryjna, jak i Eucharystia. W ikonografii Stanisław przedstawiany jest albo kiedy przyjmuje od aniołów komunię święta, albo gdy przyjmuje na ręce Dziecię Jezus od Maryi. To są bardzo wymowne obrazy. I to mnie w nim najbardziej urzeka i dopinguje.

    Papież Jan Paweł II w encyklice Ecclesia de Eucharistia napisał, że bez Eucharystii nie ma Kościoła. Ja powiedziałbym – bez Maryi nie byłoby ani Jezusa, ani Eucharystii. Z własnego doświadczenia wiem, że nabożeństwo do Matki Bożej ożywia modlitwę w czasie Mszy św. Tak jakby te dwie rzeczywistości funkcjonowały na zasadzie naczyń połączonych.

    rozmawiał o. Kazimierz Przydatek SJ/Deon.pl

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Anioł ziemski wśród aniołów niebieskich.

    Św. Stanisław Kostka i komunia św. przyjmowana z rąk anioła

    STANISŁAW KOSTKA

    fot. Wojciech Kućko/Aleteia.pl

    ***

    O północy jeden z aniołów niósł hostię, na co młodzieniec z Rostkowa wstał z łóżka i zawołał: „Upadnijcie na kolana, oto św. Barbara w towarzystwie dwóch aniołów niesie mi Komunię św.”.

    Pobożność naszych przodków uczyniła nieco krzywdy św. Stanisławowi Kostce, nazywając go „aniołem ziemskim bez winy”. Rzeczywiście, życie świętego z Rostkowa było święte i przepełnione unikaniem okazji do grzechu. Ale Stanisław Kostka miał dużo więcej wspólnego z aniołami, zwłaszcza stróżami, niż tylko swoją anielską cierpliwość.

    W towarzystwie Jezusowych aniołów

    Stanisław Kostka (1550-1568), urodzony w mazowieckim Rostkowie, pragnął wstąpić do Towarzystwa Jezusowego, jednak krótka historia jego życia pokazuje, że to właśnie towarzystwo aniołów pozwoliło mu przetrwać najtrudniejsze chwile.

    Czterdzieści lat po śmierci Stanisława jego kolega z wiedeńskiego kolegium Henryk Pisnitz choć nie pamiętał twarzy młodzieńca, to na zawsze przyswoił sobie przydomek, którym go określano: „Najlepszy”. W takim świetle można zrozumieć podziw współczesnych Stanisławowi dla jego czynów.

    W zawodach życia ziemskiego postanowił być „najlepszy” nie przez zazdrość czy nieuczciwe współzawodnictwo, ale przez cierpliwe wykonywanie swoich obowiązków i dążenie do celu, jaki sobie postawił. Nie powinno to dziwić, bo był po prostu przyjacielem Boga, a dla wielu ludzi okazał się jego posłańcem, czyli właśnie „ziemskim aniołem”, który zmienił nastawienie i życie napotykanych osób.

    Czytaj także :Pielgrzymowali tu Stanisław Kostka i Edmund Bojanowski. Sanktuarium Matki Bożej Pocieszenia

    Chleb aniołów

    Jeden z najstarszych wizerunków kultycznych św. Stanisława Kostki z ok. 1605 r. znajduje się w jego pokojach na rzymskim Kwirynale. Został namalowany niedługo po śmierci Polaka, na bazie informacji słownych, a być może i innego, niezachowanego do dzisiaj obrazu.

    Ubrany w strój nowicjacki młodzieniec wpatrzony w niebo przyjmuje ze czcią i nabożeństwem komunię św. z rąk anioła, któremu towarzyszą inne duchy niebieskie. To nawiązanie do opisywanej przez biografów Kostki historii, która musiała być bardzo rozpowszechniona i została uznana za jeden z najważniejszych momentów życia ziemskiego tego świętego.

    Komunia św. nazywana jest „chlebem Aniołów”, a świętemu z Rostkowa udzielali jej właśnie sami aniołowie w towarzystwie świętych. Warto przypomnieć te fakty, które mogą umocnić niejednego chrześcijanina w wytrwałym przystępowaniu do Stołu Pańskiego.

    Kiedy Stanisław postanowił wstąpić do jezuitów, a nie miał na to wymaganej wówczas zgody rodziców. W 1567 r. w tajemnicy ułożył sobie plan pójścia z Wiednia do Augsburga, do Piotra Kanizjusza, ówczesnego prowincjała jezuitów. Podróż była pełna przygód, ale wsparcie przynieśli mu – co znane jest z życiorysów wielu świętych – właśnie aniołowie.

    W dokumentach procesu beatyfikacyjnego, zapisanych w Poznaniu w 1603 r., opisano przekazywaną przez wielu historię usłyszaną od Tomasza Schotta, towarzysza podróży Stanisława. Gdy Kostka wszedł do świątyni wspólnoty protestanckiej, o czym nie wiedział, i chciał tam przystąpić do Komunii św. Kiedy zorientował się, że nie był to kościół katolicki, miał otrzymać Ciało Pańskie z rąk anioła.

    ***

    [GALERIA] Św. Stanisław Kostka i Komunia św. przyjmowana z rąk anioła

    ***

    Anielska cierpliwość Stanisława

    To doświadczenie skutecznej pomocy Bożych posłańców było kolejnym w życiu św. Stanisława. Kilka miesięcy wcześniej, w grudniu 1565 r., przebywając w kolegium wiedeńskim, Stanisław ciężko zachorował. Historię tę potwierdził potem sam w opowiadaniu swojemu koledze Stefanowi Augusti, gdy podjęli temat kultu św. Barbary.

    Kostka miał do niej szczególne nabożeństwo, ponieważ to ona pospieszyła mu z pomocą, gdy mieszkał w domu luteranina, a bardzo pragnął w chorobie przystąpić do Komunii św. Fakty te zeznał pod przysięgą w czasie procesu jego nauczyciel Jan Biliński, który miał widzieć omawiane wydarzenie.

    O północy jeden z aniołów niósł hostię, na co młodzieniec z Rostkowa wstał z łóżka i zawołał: „Upadnijcie na kolana, oto św. Barbara w towarzystwie dwóch aniołów niesie mi komunię świętą”. Uklęknął na kolana, trzy razy, jak w czasie mszy św. wypowiedział słowa: Domine, non sum dignus… („Panie, nie jestem godzien…”), po czym przyjął ze czcią Ciało Chrystusa.

    Takie były przeżycia młodego świętego, który wielokrotnie o nich zaświadczał, co potwierdzano w czasie procesu beatyfikacyjnego, zakończonego w 1605 r., gdy młody Kostka został ogłoszony pierwszym błogosławionym jezuitą, wyprzedzając nawet założycieli tego dopiero co powstałego zgromadzenia.

    Wytrwała modlitwa św. Stanisława pokazała, że miał wręcz anielską cierpliwość w sytuacjach trudnych, beznadziejnych, w których szukał zawsze wsparcia u Boga, nie tylko u ludzi.

    Anielski święty

    Kaplicę relikwii świętego z Rostkowa, znajdującą się w kościele św. Andrzeja na Kwirynale, zdobią trzy obrazy, a na każdym z nich to aniołowie nie odstępują młodzieńca. Centralny wizerunek Carla Maratty z 1687 r. przedstawia świętego w towarzystwie aniołów, oddającego pokłon Maryi.

    Obrazy na bocznych ścianach ok. 1760 r. namalował Lodovico Mazzanti, ukazując na nich ekstazę modlitewną św. Stanisława, któremu aniołowie pomagają przetrwać chwile uniesień mistycznych, oraz przywoływaną historię Komunii św. otrzymanej z rąk anioła.

    Ta właśnie opowieść stała się inspiracją dla Krzysztofa Chodkiewicza, który w 1606 r., kilka miesięcy po beatyfikacji Kostki, ryciną ze sceną komunii udekorował wydane przez siebie dzieło: Błogosławiony Stanisław Kostka z Rostkowa Societatis Iesu: z ciała, z świata, y z śmierci, szczęśliwie tryumphuiacy, dedykowane królowi polskiemu Zygmuntowi III Wazie.

    Warto także przywołać cykl akwarel przypisywanych Andrei del Pozzo, jezuickiemu malarzowi przełomu XVII i XVIII w., zdobiących pokoje Kostki przy kościele św. Andrzeja na Kwirynale (wł. Camere di San Stanislao).

    Na dwunastu wizerunkach z życia świętego snują się właśnie aniołowie, którzy dodają tajemniczości, a jednocześnie Bożego spokoju opowiadanym dziejom. Stanisław rodzi się w Rostkowie, a jego matkę otaczają opieką Boże duchy. W czasie podróży do Dylingi to Anioł Stróż prowadzi Stanisława, którego nie rozpoznaje nawet szukający go brat Paweł, a w dniu śmierci, w wigilię Wniebowzięcia, przychodzi do niego Maryja w towarzystwie aniołów.

    Św. Stanisław Kostka przekonuje, że warto zaprzyjaźnić się ze światem niebieskich posłańców, bo można na tym tylko zyskać. Nasz świat widzialny, w którym niewiele już nas może zaskoczyć, zespolony jest przez wiarę ze światem niewidzialnych duchów, którzy ciągle nas zadziwiają swoim skutecznym działaniem. Nie tylko w naszym dzieciństwie…

    Wojciech Kućko/Aleteia.pl 

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Matka Boża Płacząca

    Matka Boża z La Salette

    19 września wspominamy Najświętszą Maryję Pannę z La Salette.

    Jest rok 1846. Francja przechodzi poważny kryzys, epokę fermentu i zmian społecznych. Kraj przeżywa najpierw rewolucję, czasy napoleońskie, wreszcie lata nędzy. Rodzi się moda na racjonalizm i krytykę Kościoła. W wielu miejscach z wolna zanika wiara.

    Nawet najzdrowsze zdawałoby się środowiska – wsie – tracą swą tożsamość i wyrzekają się swoich tradycji. W Corps ludzie żyją tak, jakby Boga nie było. Tam właśnie mieszkała Melania Calvat (lub Mathieu). W 1846 r. miała czternaście lat. Tam żył też jedenastoletni Maksymin Giraud. Choć oboje mieszkali w tej samej parafii, La Salette, pierwszy raz spotkali się dopiero na dwa dni przed objawieniem się Matki Najświętszej. Nic dziwnego, byli tak różni, że nawet gdyby się gdzieś zobaczyli, nie zauważyliby swojej obecności.

    OBJAWIENIE SIĘ PŁACZĄCEJ PANI

    Była sobota, gdy o brzasku wyruszyli razem w góry. Melania nie była z tego zadowolona. Jej towarzysz gadał bez przerwy, bez ładu i składu, ona zaś pragnęła ciszy. Ta zapanowała dopiero w południe, kiedy dzwony bijące na Anioł Pański oznajmiły dzieciom, iż nadszedł czas posiłku. Możemy zaryzykować twierdzenie, że w tym momencie zakradła się do nich nadprzyrodzoność. Oto, zjadłszy chleb i ser, dzieci poczuły dziwne znużenie, położyły się na trawie i zasnęły. Kiedy po niemal dwóch godzinach Melania zbudziła się, przerażona zaczęła z Maksyminem szukać stada. Wkrótce zobaczyli, że zwierzęta znajdują się nieco dalej i spokojnie się pasą. Melania wróciła do wąwozu, by zabrać stamtąd torby i resztę jedzenia. Nagle stanęła jak rażona piorunem. Zdołała tylko zawołać Maksymina i po chwili oboje przypatrywali się niezwykłemu zjawisku.

    Niedaleko, w suchym korycie rzeki, jaśniała świetlista kula. Jej blask stawał się coraz wspanialszy, aż w pewnym momencie kula otworzyła się jak olbrzymia muszla i dzieci ujrzały w niej jakąś kobiecą postać, która siedziała z twarzą ukrytą w dłoniach i płakała. Gdy się podniosła, skrzyżowała dłonie na piersiach. Była niezwykle piękna. Na głowie miała czepek, a na nim świetlistą koronę. Z białej sukni wytryskały promienie światła, na szyi wisiał łańcuszek ze złotym krucyfiksem – na jednym jego ramieniu wisiał młotek, na drugim obcęgi. Całą postać otaczała aureola.

    Płacząca Pani zaczęła mówić: „Chodźcie do mnie, moje dzieci. Nie bójcie się. Przyszłam, żeby powiedzieć wam o sprawach najwyższej wagi”. Melania i Maksymin wspominają: „Jak tylko powiedziała nam, abyśmy się zbliżyli, natychmiast zeszliśmy, przeszliśmy przez strumyk (…). Prawie się dotykaliśmy, byliśmy bardzo blisko (…)”. I Najświętsza Maryja Panna zaczęła mówić o swej miłości, o ludzkich grzechach, gniewie Boga, o karze czekającej grzeszników. „Jeżeli lud mój mnie nie posłucha, będę musiała puścić ramię mego Syna. Jest ono tak ciężkie, tak mnie przygniata, że nie jestem w stanie dalej go powstrzymywać. Od jak dawna już cierpię za was!”. Maryja mówiła po francusku, ale szybko ujrzała zmieszanie Melanii, która niewiele rozumiała, znała bowiem tylko miejscową gwarę. Uśmiechnęła się lekko: „O, widzę, że nie rozumiecie francuskiego, moje dzieci”. Odtąd posługiwała się już lokalną mową.

    Mówiła: „Jeżeli mój Syn ma was nie odrzucić, muszę Go o to nieustannie błagać. Wy jednak nie zwracacie na to najmniejszej uwagi. Bez względu na to, jak wiele będziecie się modlić w przyszłości, bez względu na to, jak dobrze będziecie postępować, nigdy nie będziecie w stanie odwdzięczyć mi się za to, co dla was wycierpiałam”. Oto wytyczne dla naszej maryjności. Nigdy dość modlitwy, nigdy dość wynagrodzenia, ofiary i miłości. Nigdy najmniejszej nawet myśli o swoich zasługach, dobru czy świętości. Bowiem przenigdy nie będziemy w stanie odwdzięczyć się Maryi za Jej miłość i cierpienie.

    W La Salette urzeka piękno tego miejsca, jego surowość i cisza

     W La Salette urzeka piękno tego miejsca, jego surowość i cisza/fot. s. Iwona Józefiak

    ***

    TEMAT PODJĘTY PRZEZ MATKĘ BOŻĄ

    „Jeżeli żniwa będą nieudane, będzie to wasza własna wina. Ostrzegałam was w ubiegłym roku przez kartofle. Nie zwróciliście na to żadnej uwagi. Wręcz przeciwnie, kiedy zobaczyliście, że kartofle zgniły, przeklinaliście imieniem mego Syna. Będą one dalej gniły i do Bożego Narodzenia nie będzie już ani jednego”. To ciekawa uwaga, której nie wolno nam przeoczyć i to z dwóch powodów.

    Zwróćmy najpierw uwagę na temat podjęty przez Matkę Bożą. Rozmawia Ona nie o życiu duchowym, nie o cnotach i łaskach, nie o niebie i życiu wiecznym, ale o… ziemniakach! Tymczasem nas nie powinno to dziwić. Przecież Maryja sama żyła w ubóstwie i bywało, że cierpiała niedostatek; Ona dobrze rozumie, że głód i cierpienie wcale nie muszą zbliżać nas do Boga. Bywa, że przed Nim zamykają. Co więcej, czy wolno nam dokonywać ostrego podziału na to, co naturalne i nadprzyrodzone, na doczesność i wieczność, na to, co „godne Boga” i co „niegodne”?

    Matka Najświętsza wypowiedziała słowa wielkiej obietnicy: „Jeżeli ludzie się nawrócą, to skały zmienią się w sterty zboża i okaże się, że kartofle same się zasadziły”. Ale nawrócenie oznacza nie tylko zmianę życia; to także oddanie się modlitwie. Maryja bowiem po chwili milczenia zapytała: „Czy dobrze odmawiacie modlitwy, moje dzieci?”. Odpowiedź wizjonerów była przecząca – żadne z nich nie uczęszczało na lekcje katechizmu, ich domy były obojętne religijnie. „Ach, moje dzieci – powiedziała Matka Boża – to bardzo ważne. Odmawiajcie je wieczorem i rano. Kiedy nie macie wiele czasu, odmawiajcie przynajmniej jedno Ojcze nasz i jedno Zdrowaś Maryjo. A kiedy możecie, odmawiajcie więcej”.

    UKRYTA WSZECHOBECNOŚĆ MARYI

    Maryja zapytała: „Moje dzieci, czy widzieliście kiedyś zepsute zboże?”, na co Maksymin odpowiedział: „Nie, nigdy”. Wówczas usłyszał: „Ależ, moje dziecko, musiałeś je kiedyś widzieć…”. I Matka Najświętsza opowiedziała szczegółowo o pewnym zdarzeniu, w którym uczestniczył tylko chłopiec i jego ojciec. Nie było przy tym nikogo innego! Skąd Maryja wiedziała to wszystko? – pytał siebie zdumiony Maksymin. Tak, Matka Najświętsza tam była, jest bowiem wszechobecna, pozostaje zawsze blisko każdego ze swych dzieci. Objawienie w La Salette dobiega końca. Matka Boża z powagą patrzy na dzieci i poleca im: „Moje dzieci, ogłoście to całemu memu ludowi”. Powoli odwraca się i zaczyna odpływać w głąb wąwozu.

    Zatrzymuje się, by nie odwracając się, powtórzyć: „Ogłoście to całemu memu ludowi”. Spogląda w kierunku nieba, a wtedy na Jej twarzy pojawia się radość. Już nie płacze. Patrzy z troską na świat, a potem ku Rzymowi. Otaczające Ją światło zaczyna być coraz bardziej oślepiające, a Jej postać powoli rozpływa się w powietrzu. Dzieci długo wpatrywały się w tę niewidzialną bramę do nieba, za którą zniknęła Maryja. W końcu otrząsnęły się i, już mocno spóźnione, pognały stado w dół zbocza.

    DOWÓD PRAWDZIWOŚCI OBJAWIEŃ – NAWRÓCENIA

    W tym miejscu zaczyna się druga część objawień w La Salette. Tym razem niewidzialnych. Wydaje się, że właśnie to, co zaczęło się dziać po 19 września 1846 r., zadecydowało o uznaniu objawień w La Salette za prawdziwe. I nie chodzi tu wcale o cuda. Owszem, były one liczne, i to już w pierwszych dniach po objawieniach. Z miejsca, gdzie siedziała Matka Najświętsza, wytrysnęło źródło, a jego woda zaczęła uzdrawiać. Przykłady można by mnożyć. Nie one jednak stanowią o fenomenie La Salette. Objawienie Płaczącej Pani pociągnęło za sobą lawinowe nawrócenia. Były one widoczne już nazajutrz, w niedzielę, kiedy po raz pierwszy od lat świątynia parafialna nie była pusta. Ludzie wzięli sobie do serca napomnienia Matki Bożej i sprawili, że nie spełniły się zapowiedzi Maryi.

    ks. Eugeniusz Burzyk/Tygodnik Niedziela/

    (z książki Wincentego Łaszewskiego: “Świat Maryjnych objawień”)

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Objawienie Płaczącej Pani. Przestroga Najświętszej Maryi Panny z La Salette

    screenshot Youtube / fot. Qfamily via Flickr, CC BY 2.0

    ***

    Objawienie Płaczącej Pani.

    Przestroga Najświętszej Maryi Panny z La Salette

    W sobotę, 19 września 1846 r., Matka Najświętsza ukazała się dwojgu dzieciom pochodzącym z Corps w Alpach francuskich: jedenastoletniemu Maksyminowi Giraud i prawie piętnastoletniej Melanii Calvat, którzy pilnowali swoich krów na hali należącej do La Salette, na górze Planeau, na wysokości 1800 metrów. W kotlinie strumyka spostrzegli nagle kulę ognia – “jakby tam spadło słońce”. W oślepiającej jasności rozpoznali siedzącą kobietę z łokciami opartymi na kolanach i z twarzą ukrytą w dłoniach. Piękna Pani podniosła się i powiedziała do nich po francusku: “Zbliżcie się, moje dzieci, nie bójcie się, jestem tu po to, by wam opowiedzieć wielką nowinę”.

    Zrobiła następne kilka kroków w ich kierunku. Nabrawszy pewności, Maksymin i Melania zbiegli ze zbocza na dół. Piękna Pani cały czas płakała. Była wysoka i cała ze światła, ubrana jak miejscowe kobiety: w długą suknię, w wielki fartuch wokół bioder, w chustkę skrzyżowaną na piersiach i zawiązaną na węzeł na plecach, w czepek wieśniaczki. Szeroki, płaski łańcuch biegł brzegiem jej chusty. Inny łańcuch podtrzymywał na Jej piersi wielki krucyfiks. Pod ramionami krzyża, po prawej ręce Chrystusa, znajdowały się obcęgi, po lewej – młotek. Z postaci Ukrzyżowanego wypływała cała światłość, z której jest utworzona zjawa, światłość, która tworzyła iskrzący się diadem na czole Pięknej Pani. Róże otaczały wieńcem Jej głowę, obrębiały Jej chustę i zdobiły obuwie.

    Oto, co Piękna Pani powiedziała do pasterzy, najpierw po francusku: “Jeżeli mój lud nie zechce się poddać, będę zmuszona puścić ramię mojego Syna. Jest ono tak mocne i ciężkie, że dłużej nie mogę go podtrzymywać. Od jak dawna cierpię z waszego powodu! Chcąc, by mój Syn was nie opuścił, muszę Go nieustannie o to prosić, a wy sobie nic z tego nie robicie. Choćbyście nie wiedzieć, jak się modlili i co robili, nigdy nie zdołacie wynagrodzić trudu, którego się dla was podjęłam. Dałam wam sześć dni do pracy, siódmy zastrzegłam sobie – i nie chcą mi go przyznać. To właśnie czyni ciężkim ramię mojego Syna! Również woźnice przeklinają, mieszając z przekleństwami imię mojego Syna. To są dwie rzeczy, które czynią tak bardzo ciężkim ramię mego Syna. Jeżeli zbiory się psują, to tylko z waszej winy. Pokazałam wam to w roku ubiegłym na ziemniakach. Wy jednak nic sobie z tego nie robiliście. Przeciwnie, kiedy znajdowaliście zgniłe ziemniaki, przeklinaliście mieszając z przekleństwami imię mojego Syna. Będą się psuły nadal, a tego roku na Boże Narodzenie nie będzie ich wcale”.

    Piękna Pani powtórzyła ostatnie zdanie i prowadziła dalszą rozmowę w narzeczu z Corps: “si la recolta se gasta… Si ava de bla… Jeżeli macie zboże, nie trzeba go siać. Wszystko, co posiejecie, zje robactwo, a to, co wzejdzie, rozsypie się w proch przy młóceniu. Nastanie wielki głód. Zanim głód nadejdzie, dzieci w wieku poniżej siedmiu lat dostaną dreszczy i będą umierać na rękach trzymających je osób. Inni będą pokutować z powodu głodu. Orzechy zrobaczywieją, a winogrona zgniją”.

    W tym miejscu Piękna Pani powierzyła tajemnicę Maksyminowi, później – Melanii. Następnie powiedziała do obojga dzieci: “Jeżeli się nawrócą, kamienie i skały zamienią się w sterty zboża, a ziemniaki same się zasadzą. Czy dobrze się modlicie, moje dzieci?” – “Nie bardzo, proszę Pani!” – odpowiedzieli obydwoje. “Ach! Moje dzieci, trzeba się dobrze modlić wieczorem i rano. Jeżeli nie macie czasu, zmówcie przynajmniej Ojcze nasz i Zdrowaś, a jeżeli będziecie mogły – módlcie się więcej. W lecie na Mszę świętą chodzi tylko kilka starszych niewiast. Inni pracują w niedzielę przez całe lato. W zimie, gdy nie wiedzą, co robić, idą na Mszę św. jedynie po to, by sobie drwić z religii. W czasie Wielkiego Postu jedzą mięso jak psy. Moje dzieci, czy nie widziałyście kiedyś zepsutego zboża?” – “Nie, proszę Pani” – odpowiedziały dzieci.

    Wówczas Piękna Pani zwróciła się do Maksymina: “Lecz ty, moje dziecko, musiałeś je kiedyś widzieć, w Coin, razem z twoim ojcem. Właściciel pola powiedział wówczas do twego ojca: «Chodźcie zobaczyć, jak moje zboże się psuje». Poszliście razem. Twój ojciec wziął dwa lub trzy kłosy w dłonie, pokruszył je i wszystko obróciło się w proch. Wracaliście później do domu. Kiedy byliście około godziny drogi od Crops, ojciec dał ci kawałek chleba, mówiąc: «Masz, dziecko, jedz jeszcze chleb w tym roku, bo nie wiem, czy go kto będzie jadł w roku przyszłym, jeżeli zboże będzie się dalej tak psuło». – “O tak, proszę Pani! – odpowiedział Maksymin – teraz sobie to przypominam. Przed chwilą o tym nie pamiętałem”. I Piękna Pani dokończyła, nie w gwarze, ale po francusku: “A więc, moje dzieci, ogłoście całemu mojemu ludowi”.

    Później przesunęła się naprzód, przekroczyła strumyk i nie oglądając się, powtórzyła z naciskiem: “A więc, moje dzieci, ogłoście to całemu mojemu ludowi”. Następnie wspięła się po krętym zboczu, które wznosi się w stronę Le Collet (mała przełęcz). Tam uniosła się do góry. Dzieci podbiegły do Niej. Ona spojrzała w niebo, potem ku ziemi. Zwrócona w kierunku południowo-wschodnim, “rozpłynęła się w świetle”. Potem zniknęła również światłość.

    Dnia 19 września 1851 r., po przeprowadzeniu dokładnych i surowych badań zdarzenia, świadków, treści orędzia i oddźwięku na nie, Philibert de Bruillard, biskup Grenoble, zawyrokuje w swoim orzeczeniu doktrynalnym, że “zjawienie Najświętszej Dziewicy dwojgu pasterzom 19 września 1846 r. na jednej z gór w łańcuchu Alp, położonej w parafii La Salette, posiada wszelkie znamiona prawdy i wierni mogą w nie wierzyć bez obawy błędu”.

    Dnia 1 maja 1852 r., w nowym orędziu, po zapowiedzeniu budowy sanktuarium na górze Zjawienia, biskup Grenoble dodał: “Jakkolwiek wielką rzeczą byłaby budowa sanktuarium, jest jeszcze coś ważniejszego: chodzi o sługi ołtarza, przeznaczonych do jego obsługi, do przyjmowania pobożnych pielgrzymów, do głoszenia im słowa Bożego, do sprawowania wśród nich posługi pojednania, do sprawowania dla nich czcigodnego sakramentu ołtarza i do wiernego rozdawania wszystkim tajemnic Bożych i duchowych skarbów Kościoła. Ci kapłani będą się nazywać Misjonarzami Matki Bożej z La Salette. Ich powołanie i istnienie będą – tak jak i Sanktuarium – wieczną pamiątkę miłościwego zjawienia się Maryi”.

    Pierwsi misjonarze wybrani zostali spośród kapłanów diecezjalnych przez biskupa Philiberta de Bruillard. Tej wspólnocie księży misjonarzy diecezjalnych biskup Grenoble nadał 5 marca 1852 roku tymczasowo projekt reguły, skopiowany z Konstytucji misjonarzy diecezjalnych z Lyonu, zwanych chartreux.

    Wśród kapłanów, którzy przejęli się duchem Zjawienia i oddali się na posługę pielgrzymów, od samego początku ujawniło się powołanie do życia zakonnego i jego potrzeba. Biskup J.M.A. Ginoulhiac zatwierdził w dniu 2 lutego 1852 roku regułę jako obowiązującą we wspólnocie misjonarzy diecezjalnych i nadał jej tytuł: Tymczasowe reguły Misjonarzy diecezjalnych Matki Bożej z La Salette. W tym samym dniu pierwsi misjonarze złożyli zgodnie z nadaną im i promulgowaną przez biskupa regułą trzy śluby zakonne: posłuszeństwa, ubóstwa i czystości na okres jednego roku. Ten dzień można uważać za dzień narodzenia Zgromadzenia Misjonarzy diecezjalnych Matki Bożej z La Salette.

    Po Soborze Watykańskim II saletyni podjęli zadanie rewizji i odnowy Konstytucji i Norm Kapitulnych, w duchu soborowym i według zachęt i wskazówek papieskich dotyczących odnowy życia zakonnego w świecie współczesnym. Praca ta jest owocem modlitwy i rozmyślania, wierności i doświadczeń wspólnot i zakonników wszystkich prowincji. Reguła życia Misjonarzy Matki Bożej z La Salette została zatwierdzona przez Stolicę świętą dekretem z dnia 6 czerwca 1985 r. “Misjonarze Matki Bożej z La Salette, których dom generalny znajduje się w Rzymie, mają za cel, obrany w świetle Zjawienia Matki Bożej z La Salette, być oddanymi sługami Chrystusa i Kościoła, aby się dokonała tajemnica pojednania” (z dekretu zatwierdzającego regułę).

    brewiarz.pl/Fronda.pl

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Mama płacze w La Salette.

    Objawienie, które nie jest „modne” i mamy z nim kłopot

    LA SALETTE

    Figura płaczącej Maryi w La Salette/fot. A. Bugała

    ***

    To, co powiedziała Maryja w La Salette było wstrząsające, pełne żalu, wyrzutów. Przypominało słowa, które mówią zmęczone, zrozpaczone matki, które pracują od rana do nocy dla swoich dzieci, a one nie tylko nie okazują żadnej wdzięczności, ale nawet nie uznają w mamie mamy…

    Czy przypominasz sobie dzień, w którym zobaczyłeś łzy na policzkach swojej mamy? Chwilę, w której po raz pierwszy w życiu twoja mama siedziała bezradna na krześle, fotelu, czy podłodze i zasłaniając dłońmi twarz próbowała ukryć się przed całym światem? Łzy ziemskiej mamy mogą wywołać szok, a co dopiero łzy Mamy Jezusa…

    Łzy matki wprawiają nas w zakłopotanie. Nie wiemy, jak się zachować, gdy widzimy ją płaczącą. Mama jest tą, która zna odpowiedź na wszystkie pytania. Zna rozwiązania spraw najtrudniejszych, potrafi pomóc w tych sytuacjach, w których nikt inny nie wie, co robić.

    Zwłaszcza we wczesnym dzieciństwie to ona jest pierwszą i ostatnią instancją, u której szukamy ratunku. Nasza mama czarodziejka. To dlatego dziecko nie wie, co robić, gdy widzi mamę zalaną łzami. Czy tak było 19 września 1846 r. w La Salette?

    Maleńkie La Salette leży wysoko we francuskich Alpach. Najpierw trzeba dojechać do Corps, niewielkiej miejscowości o ciasnych uliczkach i przytulonych do siebie zabudowaniach. A potem wyjechać poza nią i wąską drogą wspinać się coraz wyżej.

    Droga wije się wśród drzew, potem zbocze jest już nagie i odsłania coraz piękniejsze widoki. Ślady rdzy na asfalcie przypominają, że zimą nie da się tu jeździć bez łańcuchów. W niektórych miejscach chmury otaczają krawędzie szczytów, raz po raz przepuszczając promienie słońca.

    Zieleń i błękit mieszają się ze sobą we wszystkich odcieniach i nagle, zza zakrętu i wysokiej skały, wyłania się krzyż na wieży sanktuarium wybudowanego w miejscu objawień Matki Jezusa. Objawień, z którymi wciąż mamy sporo kłopotu. Dlaczego?

    Zawsze z miłości. Przychodzi, bo widzi, że zeszliśmy z trasy, a zejście z trasy nie tylko oddala cel – często prowadzi do przepaści. Orędzia i przesłania, które zostawia Maryja w miejscach, które wybiera na spotkania, zawsze pokazują kondycję człowieka i świata. I nawołują do nawrócenia.

    Każde ze spotkań z Maryją – od Lourdes, przez Fatimę, Gietrzwałd, Akitę i inne – było prośbą Matki do dzieci, aby zmieniły swoje życie. Aby zrezygnowały z tego, co im szkodzi, prowadzi do zguby i by podjęły trud naprawy, wróciły do modlitwy i uznania w Bogu Boga.

    Objawienia są niczym innym, jak odwiedzinami Mamy, która tęskni za swoimi dziećmi. Kocha je, a one nie chcą z nią kontaktu. Gorzej – często obmawiają ją, wyśmiewają, drwią z jej Syna. Żyją tak, jakby ona nic dla nich nie znaczyła.

    Mimo to przychodzi, bo wie, że dziecko, zanim znajdzie właściwą drogę, błądzi, schodzi na manowce, gubi cel. I mimo pogardy dla rodziców zawsze potrzebuje pomocy.

    19 września 1846 r. dwoje dzieci: 15-letnia Melania Calvat i 11-letni Maksymin Giraud zobaczyli kulę jasnego światła na zboczu. Podeszli bliżej i wtedy okazało się, że kula tylko otacza Piękną Panią siedzącą w środku.

    Kobieta, ubrana w strój miejscowych, siedziała, jakby zrezygnowana, skulona w sobie. Miała łokcie oparte na kolanach i dłońmi zasłaniała twarz. Płakała. Co robić, gdy obca, piękna kobieta siedzi na kamieniu w świetlistej kuli i płacze?

    Gdy odsunęła ręce od twarzy dzieci zobaczyły, że na piersiach, zamiast korali, które zakładają kobiety z wioski, miała krzyż z Jezusem Chrystusem i z zawieszonymi na nim narzędziami męki: młotkiem i obcęgami. Gdy wstała, zaprosiła dzieci, by podeszły bliżej.

    To, co powiedziała później i co dziś nazywamy treścią objawienia z La Salette, było wstrząsające, pełne żalu, wyrzutów. Przypominało słowa, które często mówią zmęczone, zrozpaczone matki, które pracują od rana do nocy dla swoich dzieci, a one nie tylko nie okazują żadnej wdzięczności, ale nawet nie uznają w mamie mamy…

    Mówiła o cierpieniu podejmowanym za dzieci, o trudzie. Mówiła o realiach prostego ludu z okolicznych wiosek, który nawet gdy psują się ziemniaki, przeklina za to Jezusa.

    „Jeżeli mój lud nie zechce się poddać, będę zmuszona puścić ramię Mojego Syna – mówiła. – Jest ono tak mocne i tak ciężkie, że nie zdołam go dłużej podtrzymać. Od jak dawna już cierpię za was. Chcąc, by mój Syn was nie opuścił, jestem zmuszona ustawicznie Go o to prosić, a wy sobie nic z tego nie robicie.

    Choćbyście nie wiem jak się modlili i nie wiem, co czynili, nigdy nie zdołacie wynagrodzić trudu, którego się dla was podjęłam. Dałam wam sześć dni do pracy, siódmy zastrzegłam sobie i nie chcą mi go przyznać. To właśnie czyni tak ciężkim ramię mego Syna.

    Woźnice przeklinając wymawiają imię mego Syna. Te dwie rzeczy tak bardzo obciążają ramię mojego Syna. Jeżeli zbiory się psują, to tylko z waszej winy. Pokazałam wam to zeszłego roku na ziemniakach, ale nic sobie z tego nie robicie. Przeciwnie, znajdując zepsute ziemniaki, przeklinacie, wymawiając wśród przekleństw imię mojego Syna. Będą się one psuły nadal, a tego roku na Boże Narodzenie nie będzie ich wcale”.

    Przypomniała też podstawowe zasady bycia chrześcijaninem – konieczność modlitwy, uczestniczenia we mszy świętej, przestrzegania postów. Minimum, które jest konieczne, abyśmy nie żyli jak zwierzęta.

    „Ach, moje dzieci, trzeba się dobrze modlić, rano i wieczorem – mówiła. – Jeżeli nie macie czasu, odmawiajcie przynajmniej Ojcze Nasz i Zdrowaś, Maryjo, a jeżeli będziecie mogły, módlcie się więcej. Na mszę świętą chodzi zaledwie kilka starszych niewiast. Inni pracują w niedzielę przez całe lato, a w zimie, gdy nie wiedzą, czym się zająć, idą na mszę świętą jedynie po to, by drwić z religii. W czasie Wielkiego Postu chodzą do rzeźni jak psy”.

    „Jeżeli Maryja płacze, to znaczy, że ma do tego powody!”, „Matka płacze, gdy dzieciom zagraża zło, duchowe czy fizyczne. Łzy Maryi są zawsze uczestnictwem w płaczu Chrystusa nad Jerozolimą” – mówił św. Jan Paweł II.

    Mimo to mamy kłopot z orędziem, które Matka Jezusa wygłosiła Melanii i Maksyminowi. Jego treść nie przebiła się do powszechnej świadomości, nie rozpowszechniła tak jak tajemnice z Fatimy czy obietnice z Lourdes. Czy potrafimy zacytować słowa żalącej się Matki w La Salette?

    Maryja, zalana łzami, z narzędziami męki Syna nie stała się modna. W La Salette nie sprzedaje się kubków z Jej twarzą, ręczników i wachlarzy. Nie ma kiczowatych figurek i straganów z chińskimi dewocjonaliami. Czy tylko dlatego, że do sanktuarium prowadzi trudna droga?

    A może gdy widzimy Maryję zalaną łzami dociera do nas smutna prawda, że jednak nie żyjemy tak, jak nas wychowywała? I wolimy nie konfrontować tego odkrycia z jej szczerym wyznaniem?

    Gdybyśmy wpadli do naszej ziemskiej mamy w odwiedziny, a w pokoju zamiast nakrytego stołu i pachnącej na nim drożdżówki zobaczylibyśmy siedzącą mamę, z twarzą zalaną łzami i zakrytą rękami, a potem usłyszelibyśmy jej gorzką skargę, wyrzut, że nie żyjemy zgodnie z Dekalogiem, to może też wolelibyśmy o tym spotkaniu szybko zapomnieć?

    Agnieszka Bugała/Aleteia.pl

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Objawienie w La Salette

    Grzegorz Górny opowiada o treści orędzia Maryi oraz o słynnych sekretach

    (fot. Wikipedia)

    ***

    19 września 1846 roku Matka Boża objawiła się dzieciom w La Salette. Wzywała je do kultywowania pobożności i przestrzegania zwłaszcza trzech pierwszych przykazań Dekalogu. W późniejszym czasie pojawiły się jednak sensacyjne interpretacje tego objawienia, które bazują na publikowanych „sekretach”. Jaka jest prawda o objawieniu w La Salette? O tym mówił współautor książki o La Salette, red. Grzegorz Górny, w rozmowie z PCh24 TV.

    – Nigdy wcześniej objawienia Maryjnego nie doświadczyły dzieci. Chodziło tutaj o biednych, niepiśmiennych pastuszków z alpejskiego przysiółka. Dopiero później miały miejsce takie objawienia jak Lourdes, Gietrzwałd, Fatima i wiele innych, gdzie adresatami orędzia Matki Bożej były dzieci. Wtedy do czegoś takiego w Kościele nikt nie przywykł – powiedział red. Grzegorz Górny. Gość red. Pawła Chmielewskiego jest współautorem książki „La Salette. Objawienia Matki Bożej” wydanej w tym roku razem z Januszem Rosikoniem.

    Jak wskazał dalej red. Górny, po raz pierwszy w historii do zbadania prawdziwości tego objawienia postanowiono użyć całej aparatury naukowej; powołano specjalną komisję, analizowano drobiazgowo każdy szczegół. W końcu wydano orzeczenie o autentyczności tego zjawienia Matki Bożej. Wreszcie jest to objawienie wyjątkowe, bo to jedyne objawienia, po którym jako owoc powstały zakony – księży saletynów i sióstr saletynek.

    Jak podkreślił rozmówca red. Pawła Chmielewskiego, Melania i Maksymin byli niepiśmienni; Maksymin ni potrafił nawet zapamiętać słów pacierza. Był jednak w stanie powtórzyć objawienie Matki Bożej wielokrotne i dokładnie, w dodatku w języku francuskim, a nie w znanej mu gwarze. Stąd uznano, że to, co dzieci mówiły, przekracza ich zdolności poznawcze, a zatem nie może mieć naturalnego pochodzenia.

    Gdy idzie o treść objawień z La Salette, to sprawa jest złożona i ciekawa. Należy bowiem zdecydowanie odróżnić treść samego objawienia od treści rzekomych sekretów, które były później publikowane. W pierwotnym objawieniu Matka Boża nie mówiła bowiem o sprawach ogólnoświatowych czy cywilizacyjnych, ale raczej apelowała o wzmożenie pobożności ludzi, którzy mieszkali w regionie, w którym się zjawiła.

    – Część teologów do dziś uważa, że to niemożliwe, żeby Matka Boża mówiła o tak trywialnych rzeczach jak kartofle, zboże czy orzechy – powiedział red. Grzegorz Górny. Maryja zapowiadała bowiem klęski nieurodzaju (które rzeczywiście się zdarzyły), napominając dzieci i całą lokalną społeczność do praktykowania pobożności.

    – Gdyby sprowadzić treść objawień do jakiejś syntezy, to byłyby to trzy pierwsze przykazania Dekalogu – powiedział red. Górny. – My często te przykazania ograniczamy do grzechów przeciwko innym ludziom. Tymczasem orędzie to jest skoncentrowane na trzech pierwszych przykazaniach, czyli grzechach przeciwko Bogu: żeby nie mieć cudzych bogów, to znaczy żeby nic nie było dla nas w życiu ważniejsze od Boga; żeby nie nadużywać imienia Bożego nadaremno; żeby święcić dzień święty – dodał.

    Jak podkreślił, wskutek objawień nawrócił się nie tylko ojciec Maksymina, który wcześniej był antyklerykałem i w ogóle nie pojawiał się w kościele, ale cała okolica. Co więcej La Salette stało się głównym ośrodkiem pielgrzymkowym i sanktuarium maryjnym we Francji.

    Inaczej wygląda sprawa ze słynnymi sekretami. Matka Boża każdemu z dzieci powierzyła sekret, mówiąc, że jest on przeznaczony tylko dla niego, a nie do publicznego rozgłoszenia. W czasie badania prawdziwości objawienia pojawiły się jednak naciski, by dzieci te sekrety ujawniły; uczyniły to wreszcie spisując czy dyktując ich treść tak, że powstały teksty mieszczące się każdy na pojedynczej kartce. Kartki te włożono do koperty, zalakowano i wysłano do rąk własnych papieża, Piusa IX. Nastąpiło to w roku 1851, a więc pięć lat po objawieniach.

    Jak referował red. Grzegorz Górny, Melania jednak w latach późniejszych zaczęła publikować treść swojego sekretu, ale w różnych wersjach, które okazywały się coraz dłuższe. Zawierały też zapowiedzi wydarzeń, które nie nastąpiły, takie jak zniszczenie Rzymu czy Paryża lub też pojawienie się antychrysta na ziemi w latach 60. XIX wieku. Pojawiały się pytania o autentyczność tej treści. Tłumaczono to tak, że Melania nie otrzymała sekretu w formie słownej, ale w formie obrazów; stąd można było to opisywać na różne sposoby. Jednak po publikacji najdłuższego z sekretów, który pojawił się w formie broszury, zainterweniowała Stolica Apostolska. Wciągnęła ten sekret na indeks ksiąg zakazanych, nakazała wycofać imprimatur biskupowi, który go udzielił. Stolica Apostolska uznała za niewiarygodną treść rzekomego sekretu, wskazując, że nie można przypisywać tej treści Matce Bożej.

    Gość PCh24 TV wskazał, że w roku 2000 w archiwum Kongregacji Nauki Wiary udało się jednak odnaleźć pierwotny sekret Melanii i Maksymina. Okazało się, że nie ma w nich niczego o narodzinach antychrysta ani o zniszczeniu różnych miast czy utracie wiary w Rzymie. Jest tam mowa ogólnie o walce z religią czy o konfrontacji duchowej, do jakiej doszło w drugiej połowie XIX wieku. Nie ma jednak tych wszystkich szczegółów, które budziły tyle kontrowersji.

    Grzegorz Górny/PCh24.pl

    ______________________________________________________________________________________________________________

    NIEDZIELA, 8 WRZEŚNIA 2024

    Święto Narodzenia Najświętszej Maryi Panny

    MARY

    Pianobits CC

    ***

    Kościół katolicki obchodzi 8 września święto Narodzenia Najświętszej Maryi Panny. Nie wiemy dokładnie, kiedy narodziła się Maryja, a data tego święta wynika z tradycji kultu maryjnego.

    Świętowane tego wydarzenia niesie głęboką treść teologiczną. Narodzenie Maryi było bezpośrednią zapowiedzią przyjścia Zbawiciela. Ojcowie Kościoła mówili, że Maryja poprzedza przyjście Mesjasza tak, jak nastanie jutrzenki zapowiada pełny blask dnia. W liturgii bizantyjskiej prawdę tę wyrażają słowa: „Narodzenie Twoje, Boża Rodzicielko, zwiastowało radość całemu światu: z Ciebie bowiem wzeszło Słońce Sprawiedliwości, Chrystus, nasz Bóg”, a w liturgii zachodniej prośba o wstawiennictwo tej, która „dla całego świata stała się nadzieją i jutrzenką zbawienia”.

    Biblijne objawienie często podkreśla znaczenie urodzin osoby, która odgrywa ważną rolę dla historii zbawienia. Symbolika narodzin jest zapowiedzią nowego życia w wierze, chrztu, Bożego błogosławieństwa. W kanonie Pisma Świętego nie znajdujemy jednak opisu narodzenia i dzieciństwa Maryi, choć temat ten podejmują liczne apokryfy m. in. „Protoewangelia Jakuba”. Trudno jednak na podstawie tych pism odtworzyć prawdziwe wydarzenia z życia Matki Bożej.

    Tradycja mówi o tym, że jej rodzicami byli św. Anna i św. Joachim, którzy doczekali się córki dopiero w późnym wieku. Należy pamiętać, że Kościół wyznaje wiarę w niepokalane (ale nie dziewicze, jak w przypadku Jezusa Chrystusa) poczęcie Maryi, która została w ten sposób zachowana od skażenia grzechem pierworodnym. O randze święta Narodzenia NMP świadczy fakt, iż uroczystość Niepokalanego Poczęcia Maryi jest obchodzona 8 grudnia, czyli dziewięć miesięcy przed wspomnieniem jej narodzin.

    Historia święta sięga czasu poświęcenia jerozolimskiego kościoła św. Anny, wzniesionego w V wieku na domniemanym miejscu urodzenia Maryi. Z Jerozolimy, gdzie otacza się czcią figurkę Maryi jako małego dzieciątka, święto przeniesiono w VI wieku do Konstantynopola a następnie na Zachód. Pod koniec VIII wieku w Rzymie obchodzono je bardzo uroczyście z procesją stacyjną przy świecach i pochodniach, a przyczynił się do tego papież Sergiusz I.

    Współcześnie kult Maryi Dzieciątka (Madonna Bambina) jest silnie rozpowszechniony we Włoszech. W polskiej tradycji dzień 8 września nosi także nazwę święta Matki Bożej Siewnej i jest związany z poświęceniem ziarna na nowy zasiew. Jednym z polskich sanktuariów maryjnych, które obchodzi uroczystości odpustowe w tym dniu, jest Gietrzwałd niedaleko Olsztyna, a także bazylika katedralna w Tarnowie.

    KAI/Aleteia.pl

    ______________________________________________________________________________________________________________

    10 września 2024 – pierwsza rocznica beatyfikacji Rodziny Ulmów.

    Sample

    ***

    Czekam na skonsultowanie pewnej konkretnej historii dziecka, u którego jeszcze pod sercem matki wykryto poważne schorzenie. Lekarz zalecił aborcję. Rodzice dowiedziawszy się o rodzinie Ulmów, zaczęli się modlić za ich wstawiennictwem. I 10 września 2023 r., dokładnie w dniu ich beatyfikacji, dziewczynka urodziła się zupełnie zdrowa – relacjonuje w rozmowie z KAI ks. Witold Burda, postulator procesu beatyfikacyjnego i kanonizacyjnego bł. rodziny Ulmów. Duchowny zaznacza jednocześnie, że do uznania cudu konieczna jest dogłębna analiza zdarzenia i wykazanie, że nie da się go wytłumaczyć od strony naukowej.

    Jak zauważa ks. Burda, błogosławieni są czczeni w Kościele lokalnym, a kult rodziny Ulmów bardzo naturalnie rozwija się poza archidiecezję przemyską, a nawet poza Polskę. Prosi też, aby zgłaszać kolejne łaski wypraszane za wstawiennictwem „Samarytan z Markowej”. – Ufam, że wśród tych informacji będzie ta jedna, potrzebna do udowodnienia cudu za wstawiennictwem rodziny Ulmów – mówi z nadzieją.

    Paweł Bugira (KAI): – 10 września minie rok od beatyfikacji rodziny Ulmów. Widzimy, że ich kult nie zamknął się na samej uroczystości, ale stale się rozwija. Jak ten czas wygląda oczami postulatora ich procesu beatyfikacyjnego?

    – Osobiście przeżywam ten rok przede wszystkim w perspektywie głębokiej wdzięczności Panu Bogu za przykład świętości rodziny Ulmów, za ich wierność Panu Bogu, życiu i człowieczeństwu.

    Ich żywy kult pokazuje, jak bardzo dzisiaj potrzeba ludziom takich konkretnych, namacalnych znaków i przykładów osób nam bliskich, zwyczajnych, a takimi właśnie są Ulmowie. W ich prostocie, w ich różnych pasjach, sposobie przeżywania relacji małżeńskiej, w trosce o wychowanie dzieci, w ich relacji do każdego człowieka – w tym wszystkim każdy z nas może się odnaleźć. Warto też podkreślić troskę Ulmów o rozwój intelektualny i duchowy – to również bardzo wymowny aspekt ich drogi do świętości, który kryje w sobie piękną lekcję dla współczesnego człowieka.

    Ktoś pięknie powiedział, że w Ulmach wszyscy odkrywamy zapisane przez Pana Boga w sercu każdego człowieka pragnienie dobra. Przecież nie ma człowieka, który chciałby swoje życie zmarnować. W głębi serca wszyscy chcemy dobrze i mądrze żyć. I w Ulmach to pragnienie było bardzo żywe, głębokie i oni za tym pragnieniem cały czas szli. Owo pragnienie to kolejny swoisty wspólny mianownik, który pomaga nam znaleźć coś pięknego i budującego w życiu bł. Rodziny Ulmów.

    – Liczba parafii i wspólnot, które chcą przyjąć relikwie błogosławionych z Markowej liczona jest w setkach.

    – Liczba próśb kierowana do arcybiskupa Adama Szala jako kustosza relikwii jest kolejnym potwierdzeniem ich kultu. Do tej pory nasza diecezja przekazała od dnia beatyfikacji około 1200 relikwiarzy: do wszystkich parafii archidiecezji przemyskiej (blisko 400 – przyp. KAI) oraz do wielu wspólnot parafialnych i zakonnych w Polsce, ale też za granicą. Te prośby cały czas napływają.

    Również ten wymiar kultu Ulmów ukazuje z jednej strony przekonanie ludzi o świętości życia „Samarytan z Markowej”, a z drugiej strony jest to wyraz wiary ludzi, że w Ulmach możemy znaleźć i znajdujemy skutecznych orędowników naszych spraw u Pana Boga.

    Miniony rok był bardzo bogaty w różne doświadczenia duszpasterskie: spotkania, konferencje, rekolekcje, uroczystości wprowadzenia do parafii relikwii rodziny Ulmów. A poza tym – co szczególnie noszę w sercu – wiele głębokich rozmów z bardzo konkretnymi ludźmi i możliwość słuchania ich świadectw o tym, kim jest dla nich rodzina Ulmów, czego się od nich uczą, jak bardzo ich historia fascynuje i pomaga pięknie, mądrze i dobrze żyć.

    – W związku z tak ożywionym kultem, wydaje się, że naturalnym krokiem będą starania o kanonizację. Koniecznym warunkiem będzie udowodnienie cudu za wstawiennictwem rodziny Ulmów. Może jest już badany konkretny przypadek?

    – Warto w tym miejscu zauważyć, że pełna nazwa to „proces beatyfikacyjny i kanonizacyjny” albo nawet wystarczy w skrócie mówić: „proces kanonizacyjny”. Wszystko bowiem zmierza do tego, żeby papież w Rzymie ogłosił świętymi konkretnych błogosławionych. Błogosławieni to ci, którzy wypraszają nam łaski i są czczeni w Kościele lokalnym. Ale sami widzimy, jak bardzo naturalnie ten kult rodziny Ulmów się rozwija poza naszą diecezję, a nawet poza granice naszej ojczyzny.

    Do tego, aby miała miejsce kanonizacja, jest potrzebne wyproszenie cudu. Spływają do nas różne informacje, ale pamiętajmy, że cud wymaga bardzo rzetelnego zweryfikowania, najpierw od strony naukowej. W przypadku cudu uzdrowienia potrzebna jest pełna dokumentacja medyczna. Dobrze jest też skonsultować to uzdrowienie, którego nie da się wytłumaczyć od strony naukowej z innym, niezależnym specjalistą w danej dziedzinie. Oczywiście potem przesłuchuje się świadków, żeby zebrać kompletną dokumentację. Wymaga to bardzo rzetelnego opracowania. Wszystkie dokumenty są następnie przesyłane do Stolicy Apostolskiej. Jeśli mówimy o cudzie uzdrowienia to pierwszą komisją w Dykasterii Spraw Kanonizacyjnych, która ocenia materiały, jest komisja medyczna, którą tworzą wybitni eksperci w tej dziedzinie. Później dokumentację oceniają kolejne komisje, najpierw teologiczna, a następnie biskupów i kardynałów, aż w końcu trafi do ostatecznej aprobaty Ojca Świętego.

    Nie ma żadnej bariery czasowej i nie musimy czekać określonego czasu od beatyfikacji. Przykładami mogą być bł. Carlo Acutis, czy św. Jan Paweł II, których droga do kanonizacji była bardzo krótka.

    Ufamy, że po dokładnym zweryfikowaniu, jedna z tych spraw jakie już do nas napłynęły, zostanie wybrana. Czekam na skonsultowanie pewnej konkretnej historii dziecka, u którego jeszcze pod sercem matki wykryto poważne schorzenie. Lekarz doradzał aborcję, ale rodzice zdecydowanie odmówili. Poprosili o modlitwę krewnych i przyjaciół, a dowiedziawszy się o rodzinie Ulmów, zaczęli się modlić za ich wstawiennictwem. I 10 września 2023 r., dokładnie w dniu ich beatyfikacji, dziewczynka urodziła się zupełnie zdrowa. Dziecko otrzymało na imię Gloria. Oczywiście ta sprawa wymaga jeszcze rzetelnego sprawdzenia i rozeznania, tzn. najpierw jest kwestia uzyskania odpowiedniej dokumentacji medycznej.

    Otrzymujemy więcej podobnych wiadomości. Przy tej okazji proszę wszystkich zainteresowanych, żeby przesyłać do nas informacje o łaskach wyproszonych za wstawiennictwem rodziny Ulmów. Na stronie www.ulmowie.pl jest specjalna zakładka „Księga łask” i są też dane kontaktowe, gdzie można je zgłaszać osobiście. Ufam, że wśród tych informacji będzie ta jedna, potrzebna do udowodnienia cudu za wstawiennictwem rodziny Ulmów.

    – Kiedy mówimy o cudzie, myślimy przede wszystkim o uzdrowieniu. Ale również inne zdarzenia mogą być brane pod uwagę.

    – Może to być uratowanie małżeństwa przed rozpadem. Na przykład złożono już dokumenty do rozwodu w sądzie cywilnym, ale jednocześnie jedno z małżonków kontynuowało cały czas walkę o uratowanie tego małżeństwa, modliło się za wstawiennictwem rodziny Ulmów. Owocem tej wytrwałej i ufnej modlitwy jest to, że małżonkowie wrócili do siebie i dzisiaj ta relacja na nowo rozkwita, więź małżeńska się pogłębia.

    Kolejny przykład to małżeństwa, które miały problem z poczęciem potomstwa, ale doczekały się dziecka.

    Również nawrócenie może być postrzegane jako cud, co wymaga przede wszystkim rzetelnych świadectw ze strony tych, którzy o taką łaskę dla danej osoby się modliły.

    W Afryce w jednej ze spraw kanonizacyjnych cud dotyczył tego, że w regionie panowała ogromna susza, która uniemożliwiała normalne funkcjonowanie mieszkańców. I oni wyprosili, że źródło wytrysnęło w miejscu, gdzie z naukowego punktu widzenia nie powinno być wody. Potwierdziły to badania geologiczne.

    W każdej sprawie pierwszym etapem jest dogłębna analiza pod kątem naukowym i wykazanie, że nie da się tego wytłumaczyć z punktu widzenia nauki. Kolejny krok to udowodnienie, że nadzwyczajne wydarzenie ma związek z modlitwą za wstawiennictwem konkretnych kandydatów do beatyfikacji lub kanonizacji.

    – Pojawił się pomysł utworzenia domu pielgrzyma i domu pamięci rodziny Ulmów. Wspominał o tym również w niedawnym komunikacie abp Adam Szal. Na jakim etapie jest realizacja tej idei?

    – Głębokim pragnieniem naszego Arcybiskupa jest powstanie takiego centrum, w którym ludzie przyjeżdżający do Markowej mogliby się zatrzymać na posiłek, czy też na nocleg. Będzie to też miejsce, gdzie odbywać się będą różne rekolekcje, warsztaty i gdzie będzie udzielana fachowa, wielowymiarowa pomoc małżeństwom i rodzinom.

    Intencją jest, aby to była przestrzeń, gdzie można się zatrzymać, odpocząć, pomodlić się, porozmawiać z kapłanem, przystąpić do sakramentu pokuty, zatrzymać się na głębszą modlitwę, refleksję i przyzywać tu szczególnie wstawiennictwa błogosławionej rodziny Ulmów.

    Rozmowy trwają, konkretne miejsce jeszcze nie zostało wyznaczone.

    rozmawiał Paweł Bugira/e-Kai

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Książka o bł. rodzinie Ulmów do pobrania za darmo!

    Wiktoria i Józef Ulmowie

    źródło: arch. Mateusza Szpytmy | EpiskopatNews | Flickr | CC BY-NC-SA 2.0; koloryzacja: Aleteia.pl

    ***

    Poruszająca książka „Zabili nawet dzieci. Historia rodziny Ulmów, męczenników, którzy pomagali Żydom” autorstwa Manueli Tulli i ks. Pawła Rytel-Andrianika, nagrodzona prestiżową nagrodą we Włoszech, właśnie ukazała się w języku polskim z okazji rocznicy beatyfikacji błogosławionych z Markowej.

    Poruszająca historia rodziny Ulmów teraz w języku polskim

    Książka „Zabili nawet dzieci. Historia rodziny Ulmów, męczenników, którzy pomagali Żydom” autorstwa Manueli Tulli i ks. Pawła Rytel-Andrianika, która zdobyła prestiżową nagrodę im. kard. Giordano we Włoszech, została właśnie wydana po polsku z okazji rocznicy beatyfikacji błogosławionych z Markowej. Dzieło to, wcześniej opublikowane we Włoszech i Stanach Zjednoczonych, od dziś jest dostępne do pobrania za darmo.

    ***

    Książka „Zabili nawet dzieci”

    ***

    Rodzina Ulmów – wzór poświęcenia i odwagi

    Józef i Wiktoria Ulmowie wraz z sześciorgiem dzieci mieszkali w podkarpackiej wsi Markowa koło Łańcuta. Prowadzili gospodarstwo, a Józef specjalizował się w uprawie warzyw i owoców, pszczelarstwie i hodowli jedwabników. Tuż przed świtem 24 marca 1944 r. do Markowej przyjechali z Łańcuta niemieccy żandarmi wraz z granatową policją. Na poddaszu znaleźli ukrywających się Żydów. W ciągu kilkunastu minut z rąk oprawców zginęli wszyscy członkowie rodziny Ulmów oraz ukrywani przez nich Żydzi. Ciała ofiar na rozkaz Niemców zakopali mieszkańcy wsi. 

    Książka „Zabili nawet dzieci” wydana przez Wydawnictwo Katolickiego Uniwersytetu Lubelskiego Jana Pawła II,  przybliża niezwykłą historię tej rodziny, która w obliczu śmierci nie wyrzekła się ukrywanych Żydów. Ulmowie, wraz z siedmiorgiem małych dzieci, w tym jednym nienarodzonym, zostali rozstrzelani za okazaną pomoc. Ich postawa jest niezwykłym przykładem poświęcenia i odwagi, a także świadectwem wiary i miłości do bliźniego. 

    ***

    Beatyfikacja i upamiętnienie rodziny Ulmów

    Dzień 24 marca, w którym Józef i Wiktoria Ulmowie wraz z dziećmi oraz ukrywanymi Żydami zostali zamordowani przez Niemców, został ustanowiony przez Prezydenta RP Narodowym Dniem Pamięci Polaków Ratujących Żydów pod okupacją niemiecką. 10 września 2023 r. Józef i Wiktoria Ulmowie zostali beatyfikowani.

    Książka „Zabili nawet dzieci” jest hołdem dla tej niezwykłej rodziny, a jej wydanie w języku polskim z okazji rocznicy beatyfikacji błogosławionych z Markowej ma na celu upamiętnienie ich heroicznej postawy i przybliżenie tej poruszającej historii szerszemu gronu czytelników. 

    książkę można pobrać za darmo – tutaj -Aleteia.pl

    _____________________________________________________________________________________________________________

    Rodzina Ulmów – pasje, codzienne życie, przelana krew

    Gdy po egzekucji w ich domu znaleziono Biblię, okazało się, że zakreślili w niej na czerwono dwa fragmenty – tytuł: „Przykazanie miłości. Miłosierny Samarytanin” i zdanie: „Albowiem jeślibyście miłowali tylko tych, którzy was miłują, jakąż byście mieli za to zapłatę?”. To mówi więcej o życiu Ulmów niż tysiące opracowań.

    ***

    „On był bardzo za nią” – tak małżeńską miłość Wiktorii i Józefa Ulmów scharakteryzowała jedna z ich bliskich znajomych.

    reprodukcja – Roman Koszowski/Gość Niedzielny

    ***

    Biała, kryta wapnem chata. 550 metrów od parafialnego kościoła. Trzeba ją zobaczyć, dotknąć strzechy, by zrozumieć to, co wydarzyło się w wiosce. Dwie izby, w których krzątało się ośmioro Ulmów, i mały stryszek, gdzie Żydzi ukrywali się za ścianą siana. Jak w takim mikroświecie pomieścić kilkanaście osób? Jak ich wyżywić? Jak nie zwariować w tej klaustrofobicznej przestrzeni? Im bardziej poznaję Ulmów, tym silniej zawstydza mnie ich wybór.

    Rytm

    Pole, kapliczka, pole, kapliczka, pole, krzyż. To rytm tej ziemi. Markowa tonie w dywanach łąk i szachownicach pól. Tu wyrośli. Na co dzień czytamy o ich dramatycznych wyborach, przelanej krwi, heroizmie. A mnie interesuje historia opowiedziana nie z wysokiego „C”, ale pisana przez „c” zwykłe, jak codzienność.

    Spaceruję po skąpanym w słońcu cmentarzu. Pierwsze, co rzuca się w oczy, to króciutkie jedno- lub dwusylabowe nazwiska: Lonc, Homa, Kud, Bar, Ulma, Szylar, Szpytma (rodzina Mateusza, wiceprezesa IPN pochodzi właśnie z tej wioski). Ulmowie znali się od urodzenia. Byli stąd. Oboje urodzili się w Markowej – Józef w 1900 r., a Wiktoria, z domu Niemczak, dwanaście lat później. Oboje pochodzili z rodzin, w których się nie przelewało i które znały smak i cenę ciężkiej pracy. – Spotykali się często: w szkole, na polu, na drodze, w kościele św. Doroty – opowiada Maria Ryznar-Fołta, prezeska Towarzystwa Przyjaciół Markowej. – Prawdopodobnie najbardziej zbliżyli się jednak do siebie, pracując w Związku Młodzieży Wiejskiej Rzeczypospolitej „Wici”. To tam uczyli się, czym jest służba w praktyce.

    Pochodząca z wielodzietnej rodziny Wiktoria pobierała nauki na Uniwersytecie Ludowym w Gaci. W 1935 r. cała wioska żyła ich ślubem. Rok później na świat przyszła Stanisława, potem kolejno: Basia (1937), Władek (1938), Franek (1940), Antoś (1941) i Marysia (1942). Wesele Wiktorii i Józefa Ulmów, 7 lipca 1935 roku.

    Wesele Wiktorii i Józefa Ulmów, 7 lipca 1935 roku.

    Wesele Wiktorii i Józefa Ulmów, 7 lipca 1935 roku.

    reprodukcja – Roman Koszowski/Gość Niedzielny

    ***

    Józef był synem Marcina i Franciszki z domu Kluz. Rytm dnia wyznaczała praca na trzyhektarowym gospodarstwie. Jak inne dzieciaki z Markowej, od najwcześniejszych lat pomagał w niej rodzicom. Ukończył czteroklasową szkołę powszechną, a jako 21-latek został powołany do wojska. Po ośmiu latach rozpoczął naukę w szkole rolniczej w Pilźnie, którą ukończył, z bardzo dobrym wynikiem. – Z Pilzna, w liście z 20 lutego 1930 roku, udzielał rodzicom instruktażu, co mają zrobić z roślinami strączkowymi, które leżakują na strychu. Pisał, że trzeba je przewietrzyć, fasolę wyłuszczyć, a soję jedynie przewietrzyć i zostawić, aby jej nie zmarnować. On już niemal 100 lat temu przeczuwał, że soja stanie się bardzo pożyteczną rośliną (dziś podstawowy składnik pożywienia wegetarian!) – uśmiecha się Maria Ryznar-Fołta. – Był człowiekiem nie tylko wielkiego serca, ale i otwartego umysłu oraz bardzo szerokich horyzontów. Wizjonerem, nie boję się użyć tego słowa – dodaje.

    Zerkam na ten list. „Żółta fasola to »Claus Riwal«, biało-zielonkawa, płasko-podłużna to »Cud Francji«, biała pękata z rdzawą plamką to »Złoty deszcz«. Zobaczyć w piwnicy sadzonki pigwy i rajskiej, czy myszy nie ruszają” – przypominał rodzicom Józef.

    Pokrzyżowane plany

    Po powrocie do domu zaczął realizować swe wielkie pasje: założył pierwszą szkółkę drzew owocowych w wiosce i zaczął utrzymywać się ze sprzedaży sadzonek. To dzięki niemu pojawiły się w Markowej szczepione jabłonie. Uprawiał warzywa, owoce i był pasjonatem bartnictwa. Zaangażowanie i pasję nagrodzono podczas Powiatowej Wystawy Rolniczej w Przeworsku, którą w 1933 r. zorganizowało Okręgowe Towarzystwo Rolnicze. Zachowała się część księgozbioru, opatrzona ekslibrisem „Biblioteka domowa – Józef Ulma”. Na półce w chacie Ulmów stały: „Podręcznik Elektrotechniczny”, „Wykorzystanie wiatru w gospodarce”, „Radiotechnika dla wszystkich”, „Przemysł drobny”, „Przyroda i technika”, „Atlas geograficzny”, „Słownik wyrazów obcych”, „Podręcznik fotografii”, a nawet książki o australijskich Aborygenach! Józef prenumerował również „Wiedzę i Życie”. Jeśli książka zniszczyła się, własnoręcznie ją naprawiał. Jego kolejną pasją było introligatorstwo. Do dziś w domach w Markowej ludzie przechowują stare zakurzone tomy, na których obwolutach widać pieczęć „Józef Ulma”. Markowianin Antoni Olbrycht, uczeń szkoły powszechnej, pożyczył od dyrektora książkę. Niestety, pozostawił ją na stole i dorwał się do niej pies. Przerażony chłopiec pobiegł natychmiast do Ulmy, bo wiedział, że tylko on może mu pomóc. I tak się stało. Józef był złotą rączką. Zbudował maszynę introligatorską i… przydomową elektrownię wiatrową. To dzięki tej konstrukcji Ulmowie jako pierwsi w Markowej oświetlali dom prądem, a nie lampami naftowymi.

    ***

    Józef nie tylko prowadził bardzo nowoczesne jak na tamte czasy gospodarstwo rolne, ale założył też hodowlę jedwabników, za którą został doceniony podczas wystawy rolniczej w Przeworsku w 1933 roku.

    Józef nie tylko prowadził bardzo nowoczesne jak na tamte czasy gospodarstwo rolne, ale założył też hodowlę jedwabników, za którą został doceniony podczas wystawy rolniczej w Przeworsku w 1933 roku.

    reprodukcja – Roman Koszowski/Gość Niedzielny
    ***

    Był człowiekiem renesansu. Założył plantację drzew morwowych, a w adaptowanych izbach mieszkalnych – hodowlę jedwabników (sensacja na całą okolicę!). Pomagał mu w tym brat Władysław, który zapamiętał „szum larw jedwabników karmionych morwami”. – Ciągnęły wycieczki, hodowlę odwiedzili książę Lubomirski i starosta z Przeworska. Ulma otrzymał za kokony 140 zł i 200 zł nagrody – opowiada Mateusz Szpytma. – Był jednym z pierwszych uprawiających w Markowej warzywa. W jego ogrodzie rosły sałata i pomidory. Pasje i wynalazki Ulmy budziły zainteresowanie wśród młodych. Angażował się w działalność Stowarzyszenia Młodzieży Katolickiej, a później Związku Młodzieży Wiejskiej RP „Wici”, w którym był bibliotekarzem i fotografem. Często dyskutował z przyjeżdżającymi do Markowej działaczami ludowymi i spółdzielczymi, którzy po sąsiedzku, dwie parcele dalej, zakładali pierwszą w Polsce wiejską spółdzielnię zdrowia, w co również zaangażował się Ulma. Przez pewien czas był także prezesem spółdzielni mleczarskiej.

    Rodzina, choć niezwykle „obrotna” i gospodarna, nie była wcale zamożna. Mieszkała w skromnym dwupokojowym, tymczasowym domu. Mieli inne plany. Rok przed wybuchem wojny zakupili 5 hektarów czarnoziemu w Wojsławicach, nieopodal Sokala na wschodnim krańcu województwa lwowskiego. Przeznaczyli na to całe oszczędności. Tam chcieli przeprowadzić się z rodziną. Nie doczekali się. Wybuchła wojna.

    Sąsiedzi wspominali ich jako ludzi żyjących na co dzień słowem Bożym. Świadkowie procesu beatyfikacyjnego podkreślali, że Ulmowie byli ludźmi uczciwymi, sumiennymi i odpowiedzialnymi. Pomagali innym i czynili to bez rozgłosu. Mieszkańcy Markowej przychodzili do nich, mówili o problemach i prosili o radę.

    Ulmowie żyli wedle zegara roku liturgicznego: Adwent, Boże Narodzenie, wielkopostna pokuta, palmy, pisanki, majowe, procesja Bożego Ciała. Część tych uroczystości Józef dokumentował na zdjęciach.

    Ocalił od zapomnienia

    Był pasjonatem fotografii. Pierwszy aparat skonstruował (a jakże!) samodzielnie, ale gdy fundusze na to pozwoliły, zakupił profesjonalny sprzęt. T​o dzięki jego zdjęciom poznajemy klimat ciężkiej pracy rzeszowskiej wsi. To on ocalił ten świat od zapomnienia. Zerkam na fotografie i mogę znów być pod organistówką, gmachem szkoły, w której dzieciaki uczyły się w dwu dużych salach lekcyjnych (w budynku mieszkał też dyrektor, a w większej z sal odbywały się przedstawienia amatorskiego teatru, w którym występowała Wiktoria). Ulma fotografował wierzby, łany zbóż, rozstaje błotnistych dróg, chałupy, będące jasnym punktem odniesienia na czarnej rozoranej ziemi, orszaki weselne, stogi obłędnie pachnącego siana, powódź we wsi Gać (w 1934 r. wylała rzeka Markówka), sadzenie ziemniaków, żniwa, Ochotniczą Straż Pożarną w Markowej, dzieciaki w strojach krakowskich z wychowawczynią Stefanią Szylar. – Ulma pozostawił po sobie setki klisz – wyjaśnia Mateusz Szpytma. – Nieistniejący już dzisiaj niewielki dom stał na uboczu, otoczony ogrodem pełnym kwiatów i drzew. Na jego tle dzieci z mamą, odświętnie ubrane po powrocie z niedzielnej Mszy, w rękach trzymają bukiety polnych kwiatów. Piękna pogoda, uśmiechy. Nic nie wskazuje, że toczy się wojna, a na strychu domu ukrywa się już od miesięcy ośmioro Żydów: pięciu mężczyzn z Łańcuta oraz sąsiedzi z rodzinnego domu Józefa Ulmy – Lea z siostrą Gołdą i jej małą córeczką.

    Nic nie zapowiada koszmaru.

    Ostateczne rozwiązanie

    W drugiej połowie 1942 r. do chaty Ulmów zapukali Żydzi, a rodzina wykonała heroiczny krok: mimo biedy i nieustannego zagrożenia życia zdecydowała się przyjąć do swojego domu osiem osób. A przecież doskonale wiedziała, że na mocy rozporządzenia, które 15 października 1941 r. wydał generalny gubernator Hans Frank, Żydzi opuszczający teren gett mieli być karani śmiercią, a identyczny wyrok czekał na tych, którzy ośmieliliby się udzielić im pomocy. 

    Wiktoria Ulma z dziećmi. Być może uczy je pisania lub czytania albo pomaga w odrabianiu pracy domowej.

    Wiktoria Ulma z dziećmi. Być może uczy je pisania lub czytania albo pomaga w odrabianiu pracy domowej.

    reprodukcja – Roman Koszowski/Gość Niedzielny

    ***

    Józef przyjął pod strzechę łańcuckiego handlarza bydłem Saula Goldmana, jego czterech synów: Barucha, Mechela, Joachima i Mojżesza. Ukrywał również Gołdę (zwaną tu powszechnie Genią) Grünfeld i Leę Didner z malutką córeczką Reszlą. Czy znali się wcześniej? Józef pozostawał z żydowskimi sąsiadami w dobrych stosunkach, handlował z nimi uprawianymi przez siebie warzywami. Wiemy, że wraz z Goldmanami zajmował się garbowaniem skór, które sprzedawał, by zarobić na życie. Ukrywający się Żydzi być może łożyli na swe utrzymanie; nic nie wskazuje jednak na to, aby Ulmowie pomagali im w zamian za gratyfikację finansową. Mieszkańcy musieli domyślać się, że ukrywają Żydów, bo zaczęli kupować więcej żywności niż dotąd. Gdy brat Józefa Antoni Ulma przestrzegał: „Nie przechowuj Żydów, bo będą z tego kłopoty”, słyszał krótkie: „Nie mogę ich wyrzucić, bo to są również ludzie”.

    Na kolana

    Stanisława Kuźniar, która była częstym gościem w domu Józefa i Wiktorii, wspomina: „On był bardzo za nią”. Przecież w tym zdaniu zawierają się cała złożoność, miłość, codzienność wielodzietnej, ciężko pracującej rodziny! Pani Stanisława, chrzestna małego Władzia Ulmy, zapamiętała charakterystyczny obrazek: ojca, który każdego dnia klękał z rodziną do wieczornej modlitwy.

    Po egzekucji w ich domu znaleziono rodzinną Biblię. Podkreślili w niej na czerwono dwa fragmenty – tytuł podrozdziału: „Przykazanie miłości. Miłosierny Samarytanin” i zdanie: „Albowiem jeślibyście miłowali tylko tych, którzy was miłują, jakąż byście mieli za to zapłatę?”.

    Marcin Jakimowicz/Gość Niedzielny

    (tekst pochodzi z dodatku specjalnego „Męczennicy z Markowej”, który ukazał się wraz z 36. numerem GN (na niedzielę 10 września), a przygotowany został z okazji beatyfikacji rodziny Ulmów.)

    ______________________________________________________________________________________________________________

    KAPLICA IZBA JEZUSA MIŁOSIERNEGO

    4 PARK GROVE TERRACE, GLASGOW G3 7SD

    This image has an empty alt attribute; its file name is image-2-e1673870873179-1024x683.png

    ***

    W KAŻDY PIERWSZY CZWARTEK MIESIĄCA JEST MSZA ŚWIĘTA O GODZ. 19.00

    PO MSZY ŚWIĘTEJ JEST GODZINA ŚWIĘTA PRZED NAJŚWIĘTSZYM SAKRAMENTEM

    ______________________________________________________________________________________________________________

    W KAŻDĄ TRZECIĄ SOBOTĘ MIESIĄCA JEST SPOTKANIE BIBLIJNE NA TEMAT: KOBIETY W PIŚMIE ŚWIĘTYM. NA POCZĄTKU SPOTKANIA O GODZ. 10.00 ŚPIEWAMY GODZINKI KU CZCI NAJŚWIĘTSZEJ MARYI PANNY A NA ZAKOŃCZENIE – W POŁUDNIE – MODLITWA NA ANIOŁ PAŃSKI.

    ______________________________________________________________________________________________________________

    W CZWARTYM TYGODNIU KAŻDEGO MIESIĄCA – Z PIĄTKU NA SOBOTĘ – JEST CAŁONOCNA ADORACJA PRZED NAJŚWIĘTSZYM SAKRAMENTEM DLA KOBIET W KAPLICY SIÓSTR BENEDYKTYNEK W LARGS.

    POCZĄTEK ADORACJI ROZPOCZYNA SIĘ MODLITWĄ RÓŻAŃCOWĄ O GODZ. 21.00. NA ZAKOŃCZENIE ADORACJI ŚPIEWANE SĄ GODZINKI KU CZCI NAJŚWIĘTSZEJ MARYI PANNY I MSZA ŚWIĘTA O BRZASKU SOBOTNIEGO DNIA O GODZ. 5.00.

    Benedictine Monastery, 5 Mackerston Place, Largs, Scotland

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Adoracja, czyli… z głową na sercu Boga

    Jeśli chcesz, by na twoim pulsie rękę trzymał Bóg, musisz Mu na to pozwolić. Odetchnąć, zwrócić wzrok ku Hostii, wyciszyć myśli.

    Jan Paweł II adoruje Jezusa w Najświętszym Sakramencie w uroczystość Bożego Ciała w Rzymie w 2001 roku.

    fot. Daniel Gracia/East News

    ***

    Ostatnie lata życia papieża Jana Pawła II, gdy schorowany i zmęczony przed kamerami całego świata przez długie chwile w ciszy trwał w dziękczynieniu, są jak odrębny, ważny rozdział jego nauczania. Osłabiony papież modlił się z zamkniętymi oczami w milczeniu. Trudne to chwile dla dziennikarzy – nie wiadomo wszak, co w mediach lepiej wypadnie: cisza czy może komentarz ze studia. Głowa schorowanego starca z powodu postępującej choroby była przechylona. A może z dnia na dzień coraz wyraźniej wskazywała na jeden z najpiękniejszych gestów odnotowanych przez Ewangelie dwa tysiące lat wcześniej, gdy umiłowany uczeń złożył głowę na piersi Pana? Dwa lata przed śmiercią, 17 kwietnia 2003 roku, w Wielki Czwartek w Roku Różańca Świętego, dwudziestym piątym swojego pontyfikatu, Jan Paweł II podpisał encyklikę „Ecclesia de Eucharistia”. Napisał w niej między innymi: „Pięknie jest zatrzymać się z Nim i jak umiłowany Uczeń oprzeć głowę na Jego piersi (por. J 13,25), poczuć dotknięcie nieskończoną miłością Jego Serca”. Ten wzruszający gest miłości człowieka do Boga opisany został w części poświęconej adoracji Najświętszego Sakramentu. Nieco dalej papież stwierdził: „Jeżeli chrześcijaństwo ma się wyróżniać w naszych czasach przede wszystkim »sztuką modlitwy«, jak nie odczuwać odnowionej potrzeby dłuższego zatrzymania się przed Chrystusem obecnym w Najświętszym Sakramencie na duchowej rozmowie, na cichej adoracji w postawie pełnej miłości? Ileż to razy, moi drodzy Bracia i Siostry, przeżywałem to doświadczenie i otrzymałem dzięki niemu siłę, pociechę i wsparcie!”.

    Założenie, że chrześcijaństwo ma się wyróżniać „sztuką modlitwy”, po dwudziestu latach od ukazania się encykliki zawierającej to stwierdzenie jest jeszcze bardziej zasadne. A słowa, których użył Jan Paweł II w cytowanym tekście, mogą być pomocną wskazówką, jak się tej sztuki uczyć: najpierw zatrzymać się przed Nim; kolejne etapy to: duchowa rozmowa, cicha ado­racja i postawa miłości. Owoce: pociecha i wsparcie. Kto z nas ich nie potrzebuje?

    Zatrzymać się

    W ciemnym kinie oczekujący na rozpoczęcie seansu, znudzeni długimi reklamami widzowie otrzymują na moment przed projekcją komunikat: nie rozpraszaj się. Przekazany jest w krótkim filmie, na którym setki, tysiące ludzi wpatrzonych w ekrany smartfonów odbiera co chwilę powiadomienia. Rozbrzmiewają dźwięki Messengera, WhatsAppa, esemesów i e-maili. Coraz więcej i coraz szybciej. Powiadomienia, powiadomienia, powiadomienia – nie da się na dłużej skupić na żadnym, bo wciąż przychodzą nowe i domagają się reakcji. Twórcy komunikatu mówią wprost: przestań reagować. Skup się na jednym. Aż dziw bierze, że takich czasów dożyliśmy. Kiedy w średniowieczu zainicjowano praktykę wystawiania Najświętszego Sakramentu do adoracji, nikomu nie śniło się nawet ich nadejście. Pod koniec XIV wieku, gdy zaczęto używać monstrancji, zapewne też nie. A jednak nadeszły takie czasy i – zgodnie z radą papieża Polaka – warto przemyśleć kwestię, czy jako chrześcijanie nie powinniśmy zaproponować tym czasom antidotum. Czy nie powinna być nim monstrancja z wystawionym w niej Najświętszym Sakramentem?

    Zatrzymaj się! Mamy ci coś do zaproponowania. Odłóż telefon, wyłącz się z tej chaotycznej gonitwy myśli przebiegających między głową, oczami i kciukiem. Adoracja Najświętszego Sakramentu jest taką chwilą zatrzymania, o ile pod ławką nie schowasz wyciszonego smartfona, by widzieć jego rozświetlający się co chwilę ekran i trzymać rękę na pulsie. Jeśli chcesz, by na twoim pulsie rękę trzymał Bóg, musisz Mu na to pozwolić. Odetchnąć, zwrócić wzrok ku Hostii, wyciszyć myśli. Łatwo powiedzieć, trudniej zrealizować, zwłaszcza gdy na adorację udajesz się w chwilach trudnych i wymagających podejmowania kluczowych decyzji. Skupienie na oddechu i na prostej, białej Hostii z pewnością pomoże odciąć choć na chwilę ten nurt myśli, które cię zalewają. Z każdą kolejną próbą szansa na powodzenie staje się coraz większa. 

    Medalik noszony na szyi przez siostry klaryski od Wieczystej Adoracji.

    Medalik noszony na szyi przez siostry klaryski od Wieczystej Adoracji.
    fot. Henryk Przondziono/Gość Niedzielny

    ***

    Duchowa rozmowa

    Siostry z klasztoru św. Hildegardy przyjmowały Komunię Świętą w stroju oblubienicy – z koroną na głowie. W barokowych świątyniach uwagę miał przykuwać ozdobiony złoty ołtarz z „mieszkaniem Króla” w centrum. Jak to w historii bywa, co epoka następuje zmiana w odwrotnym kierunku. Oświecenie, wraz z kultem rozumu, przyniosło odwrót i niemal zamarcie zewnętrznych form adoracji (w Polsce nastąpiło to o wiele później niż w innych krajach Europy). To zestawienie nie jest przypadkowe i może się stać pomocne w zrozumieniu, na czym polega drugi krok wytyczony słowami Jana Pawła II w encyklice o Eucharystii. Rozum czasem powinien zamilknąć, by na adoracji podjąć rozmowę duchową. Bo nie chodzi w niej przecież o pozałatwianie z Bogiem wszystkich swoich codziennych problemów. Pociecha i wsparcie mają przyjść po niej, ale żeby przyszły, trzeba najpierw duchowo porozmawiać z Jezusem, w którym utkwiło się spojrzenie. Mówienie w takiej rozmowie niekoniecznie oznacza wypowiadanie słów (nawet wewnątrz siebie i bez otwierania ust). Słuchanie w takiej rozmowie niekoniecznie oznacza słyszenie słów (również wewnątrz siebie). To tajemnicze spotkanie, które dokonuje się między adorującym a Bogiem, nie ma innego języka niż spoglądanie na siebie. Stara i powszechnie znana opowieść o wieśniaku, którego spotykał w kościele św. Jan Maria Vianney, dobrze oddaje tę rzeczywistość. – Co robisz? – spytał kiedyś klęczącego przed Najświętszym Sakramentem człowieka. – Nic. Patrzę tylko na Niego, a On patrzy na mnie – usłyszał w odpowiedzi.

    Cicha adoracja

    Kwintesencją tej duchowej rozmowy jest cicha adoracja. Łacińskie adoratio oznacza oddawanie czci, uwielbianie. „Jedna chwila prawdziwej adoracji ma większą wartość i przynosi więcej pożytku niż najintensywniejsza działalność, choćby to była nawet działalność apostolska” – napisał święty Jan od Krzyża („Pieśń duchowa” 29,3), którego słowa zacytował Jan Paweł II, przemawiając 24 listopada 1978 r. do przełożonych generalnych zakonów męskich. Odwieczne napięcie między actio i contemplatio, pomiędzy „działać” a „modlić się”, znajduje rozwiązanie. Chodzi przecież o to, by oddać chwałę Bogu, „prawdziwie” oddać, jak napisał hiszpański mistyk, to znaczy tak, aby faktycznie Bóg został uwielbiony. A nie o to, aby w ciszę uciekać od codziennych obowiązków.

    Kiedy świeżo nawrócony święty Karol de Foucauld poszukiwał dla siebie miejsca na świecie, pragnienia miał tylko dwa: być najmniejszym i najuboższym oraz trwać na modlitwie przed Najświętszym Sakramentem. Piaski Sahary, które zdają się puste (to dlatego w ich kierunku udawali się mistrzowie ducha – ojcowie pustyni), w rzeczywistości okazały się ziemią, na której żyło wielu ludzi potrzebujących pomocy. Od Karola otrzymali pomoc zarówno materialną, jak i duchową, sami o niego również się troszcząc, zwłaszcza wtedy, gdy śmiertelnie zachorował. Trudno uniknąć skojarzeń ze sformułowaniem: jeśli Bóg jest na właściwym miejscu, to wszystko inne również. Bo jeśli w ciszy adorujesz Boga, całe twoje rozdygotane wnętrze, wypełnione Jego chwałą, ma szansę się zmienić.

    Postawa miłości

    W osobie świętego Jana, kojarzonego z „umiłowanym uczniem”, jest coś tajemniczego. Utożsamienie go z autorem księgi bardzo niezwykłej – Apokalipsy – pogłębia to wrażenie. A jednak, gdy pod krzyżem stał obok Maryi, symbolizował Kościół. Cały, powszechny, którego Ona stała się wówczas Matką. Nie każdy z nas może być Apostołem Narodów, a jeszcze mniejsza garstka może zostać Piotrem. Janem jednak jesteśmy wszyscy, i to jest bardzo pocieszające. Czy kładąc głowę na piersi Jezusa w czasie pierwszej Eucharystii, dostąpił zaszczytu? Niewątpliwie. Każdy z nas może tego zaszczytu dostąpić, o ile uda się na ado­rację Najświętszego Sakramentu. „Pięknie jest zatrzymać się z Nim i jak umiłowany Uczeń oprzeć głowę na Jego piersi” – napisał Jan Paweł II w encyklice, dokumencie o bardzo wysokiej randze w nauczaniu Kościoła. Nie chodzi zatem o jakąś wysublimowaną poezję, piękne słowa i porównania. Chodzi o rzeczywistość.

    W „postawie miłości”, którą powinniśmy przyjąć w trakcie adoracji Najświętszego Sakramentu, również nie chodzi o wzbudzanie w sobie jakichkolwiek uczuć, bo nie one są istotą oddawania czci; raczej o gotowość dochowania wierności, całkowitego podporządkowania siebie Chrystusowi. Jeśli kładę głowę na Jego piersi, to znaczy, że mogę usłyszeć bicie Jego serca, z którego wypłynęły krew i woda. „Tak bowiem Bóg umiłował świat, że Syna swego Jednorodzonego dał…” (J 3,16) – a czy dla Ojca może być coś ważniejszego od Syna? Dla Boga Ojca tak. Ty. Historia twojego życia to historia miłości, o której napisano najpiękniejszy w historii eucharystyczny hymn. Padają w nim słowa: „Ty, co jak pelikan Krwią swą karmisz lud…”. Wedle legendy pelikan dziobem otwierał własną pierś i krwią karmił zgłodniałe potomstwo, a nawet przywracał je do życia. Masz Komu zaufać, bo krew i woda, które wytrysnęły z otwartego boku Zbawiciela, do końca świata kojarzyć się będą z krótkim podpisem: „Jezu, ufam Tobie!”.

    Pociecha i wsparcie

    Powróćmy do wyznania świętego Jana Pawła II: „Ileż to razy, moi drodzy Bracia i Siostry, przeżywałem to doświadczenie i otrzymałem dzięki niemu siłę, pociechę i wsparcie!”. Czy można pomiędzy bólem poszczególnych ludzi dokonywać porównań? Obiektywnie tak, ale przecież każdy z nas ma swój wewnętrzny, intymny świat, w który inni nie mają wglądu. Jeśli jednak przyjrzeć się temu, jak święty Jan Paweł II przeżywał swoją posługę na Piotrowej stolicy, siła, pociecha i wsparcie były niezbędne. Niemal natychmiast po powrocie do sił po zamachu w 1981 roku zainaugurował w bazylice Świętego Piotra wieczystą adorację. Modlił się wówczas: „Pewnego dnia, Panie, zapytałeś Piotra: – Czy miłujesz Mnie? Zapytałeś go po trzykroć – i trzy razy apostoł Piotr odpowiedział: – Panie, Ty wszystko wiesz, Ty wiesz, że Cię kocham (J 21,17). Odpowiedź Piotra wyraża się w tej codziennej i całodziennej adoracji. Niech wszyscy, którzy uczestniczą w adoracji Twojej eucharystycznej obecności, odczują i usłyszą w czasie każdej wizyty, jak na nowo rozbrzmiewa prawda zawarta w słowach Apostoła: Panie, ty wszystko wiesz, Ty wiesz, że Cię kocham”.

    Nie każdy z nas – powtórzmy – może być Apostołem Narodów, a jeszcze mniejsza garstka może zostać Piotrem i nosić na barkach ciężar całego świata. Janem jednak jesteśmy wszyscy i to jest bardzo pocieszające. Głowa złożona na piersi Mistrza w czasie adoracji ma szansę boleć mniej, nawet w najtrudniejszych chwilach życia i na najostrzejszych jego zakrętach. Możemy – ufając słowom świętego Jana Pawła II – doświadczyć pociechy i wsparcia. A i dać świadectwo, wyróżniać się „sztuką modlitwy” wobec świata, który pragnie Boga bardziej, niż podejrzewa.

    ks. Adam Pawlaszczyk/Gość Niedzielny

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Kościelne święta, w których należy uczestniczyć w Liturgii Mszy świętej

    Sample

    fot. Piotr Tumidajski/Kai

    ***

    W roku liturgicznym niektóre święta i uroczystości mają stałe daty – tak jak Boże Narodzenie 25 grudnia. Są również święta i uroczystości, których daty przypadają w różnych dniach kolejnego roku – tak jak  Wielkanoc, czy Uroczystość Zesłania Ducha Świętego.

    Dla przypomnienia podaję listę świąt i uroczystości w 2024 roku:

    1 stycznia (poniedziałek) – Uroczystość Świętej Bożej Rodzicielki

    6 stycznia (sobota) – Uroczystość Objawienia Pańskiego (Trzech Króli)

    31 marca (niedziela) – Niedziela Zmartwychwstania Pańskiego (Wielkanoc)

    12 maja (niedziela) – Wniebowstąpienie Pańskie

    19 maja (niedziela) – Uroczystość Zesłania Ducha Świętego (Zielone Świątki)

    30 maja (czwartek) – Uroczystość Najświętszego Ciała i Krwi Pańskiej (Boże Ciało)

    15 sierpnia (czwartek) – Uroczystość Wniebowzięcia Najświętszej Maryi Panny

    1 listopada (piątek) – Uroczystość Wszystkich Świętych

    25 grudnia (środa) – Uroczystość Narodzenia Pańskiego (Boże Narodzenie)

    Inne ważne święta w Liturgii Kościoła w 2024 roku:

    Kościelne święta nakazane to niejedyne święta i uroczystości w roku liturgicznym. W dni, w które przypadają inne ważne święta kościelne wierni nie mają obowiązku uczestniczenia w Mszy świętej i powstrzymywania się od prac niekoniecznych. Kościół zachęca jednak, aby, gdy jest to możliwe, również i wtedy uczestniczyć w liturgii:

    2 lutego (piątek) – Święto Ofiarowania Pańskiego (Matki Boskiej Gromnicznej)

    19 marca (wtorek) – Uroczystość świętego Józefa, Oblubieńca Najświętszej Maryi Panny

    1 kwietnia (poniedziałek) – Poniedziałek Wielkanocny

    8 kwietnia (poniedziałek) – Uroczystość Zwiastowania Pańskiego

    20 maja (poniedziałek) – Święto Najświętszej Maryi Panny, Matki Kościoła

    29 czerwca (sobota) – Uroczystość Świętych Apostołów Piotra i Pawła

    9 grudnia (poniedziałek) – Uroczystość Niepokalanego Poczęcia Najświętszej Maryi Panny

    26 grudnia (czwartek) – Święto świętego Szczepana, pierwszego męczennika


    Adwent w 2024 roku rozpocznie się 1 grudnia.

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Dla Jego bolesnej męki.

    Czy rozumiemy słowa Koronki do Miłosierdzia Bożego?

    Pan Jezus, wyjaśniając sens koronki, mówi, że jest to „modlitwa na uśmierzenie gniewu Mojego”.

    Pan Jezus, wyjaśniając sens koronki, mówi, że jest to „modlitwa na uśmierzenie gniewu Mojego”.
    fot. Agnieszka Otłowska/G
    ość Niedzielny 

    ***

    Odmawia się ją dziś na całym świecie. Koronka to najbardziej popularna forma kultu Miłosierdzia Bożego. Co ciekawe, ta modlitwa budziła początkowo wątpliwości wśród teologów. Czy dobrze rozumiemy jej słowa?

    Zdarzyło się to dokładnie 13 września 1935 roku w Wilnie. Wieczorem tego dnia siostrze Faustynie Kowalskiej ukazał się anioł, który z polecenia Boga miał ukarać ziemię za grzechy. „Kiedy ujrzałam ten znak gniewu Bożego, który miał dotknąć ziemię – relacjonuje w „Dzienniczku” – zaczęłam prosić anioła, aby się wstrzymał chwil kilka, a świat będzie czynił pokutę”. Siostra zaczyna wtedy modlić się słowami „wewnętrznie słyszanymi”, po raz pierwszy odmawia koronkę. „Kiedy się tak modliłam, ujrzałam bezsilność Anioła i nie mógł wypełnić sprawiedliwej kary, która się słusznie należała za grzechy”. Koronka jawi się w tej wizji jako narzędzie powstrzymania Bożej kary.

    Na drugi dzień Pan Jezus potwierdza Faustynie, że modlitwa pochodzi od Niego, i podaje jej dokładny układ: „Najpierw odmówisz jedno »Ojcze nasz« i »Zdrowaś Maryjo« i »Wierzę w Boga«, następnie na paciorkach »Ojcze nasz« mówić będziesz: »Ojcze Przedwieczny, ofiaruję Ci Ciało i Krew, Duszę i Bóstwo Najmilszego Syna Twojego, a Pana naszego Jezusa Chrystusa, na przebłaganie za grzechy nasze i całego świata«. Na paciorkach »Zdrowaś Maryjo« będziesz odmawiać: »Dla Jego bolesnej męki miej miłosierdzie dla nas i całego świata«. Na zakończenie odmówisz trzykrotnie te słowa: »Święty Boże, Święty Mocny, Święty Nieśmiertelny – zmiłuj się nad nami i nad całym światem«”.

    Na uśmierzenie gniewu Bożego

    Koronka wzmiankowana jest w „Dzienniczku” czternaście razy. Jezus wzywa do jej odmawiania i wiąże z tą modlitwą wiele obietnic. Dotyczą one miłosierdzia okazanego przez Boga grzesznikom, zwłaszcza w godzinie konania. Pan Jezus, wyjaśniając sens koronki, mówi, że jest to „modlitwa na uśmierzenie gniewu Mojego”. Powraca więc myśl z wizji z 13 września 1935 roku. Jak to zrozumieć? Czym jest gniew Boży i czy może on być uśmierzony przez odmówienie modlitwy? Czy nie jest to za proste, za łatwe?

    Zacznijmy od wyjaśnienia pojęcia „gniew Boży”. Otóż w Biblii wielokrotnie jest mowa o Bożym gniewie, nie tylko w Starym, ale i w Nowym Testamencie. Pewnym przybliżeniem tego pojęcia jest reakcja rodziców, którzy są świadkami nieodpowiedzialnego zachowania swoich dzieci. Który rodzic usiedzi spokojnie na miejscu, gdy widzi dziecko bawiące się zapałkami albo stąpające po cienkim lodzie? Normalne jest, że zareaguje gwałtownie, wołając: „Stop, dość tego!”. „Boży gniew” oczywiście nie jest zwykłym opisem reakcji emocjonalnej Boga na zło, ale coś jest tu na rzeczy. Chodzi o Bożą niezgodę na grzech, który z definicji jest czymś przeciwnym dobru, czyli Jemu także. Zło jest skandalem, który bulwersuje Najwyższe Dobro i prowokuje do reakcji. „Gniew Boży” łączy się z pojęciem sprawiedliwości. Zło powinno być ukarane, tego wymaga sprawiedliwość. Kara ma za zadanie powstrzymać zło, naprawić nieporządek i skierować grzesznika ku dobru. Prorocy Starego Testamentu powtarzali, że nieszczęścia spotykające jednostkę, naród czy świat są przejawem gniewu Bożego, a więc odpowiedzią Bożej sprawiedliwości na zło popełniane przez ludzi. Boża odpowiedź na grzech nie wyczerpuje się jednak w samym gniewie. Sprawiedliwość Boża jest dopełniona Jego miłosierdziem. Święty Paweł mówi, że Jezus przez swój krzyż dokonał definitywnego uśmierzenia Bożego gniewu. „Będziemy przez Niego zachowani od karzącego gniewu, gdy teraz przez krew Jego zostaliśmy usprawiedliwieni” (Rz 5,9). Pozornie może wydawać się, że Bóg ma schizofrenię: z jednej strony okazuje gniew, z drugiej miłosierdzie, jakby walczył z samym sobą. Sprawiedliwość i miłość miłosierna nie wykluczają się jednak. One się dopełniają. Jan Paweł II pisał wręcz o „pocałunku”, jakiego Boże miłosierdzie udzieliło Bożej sprawiedliwości na krzyżu.

    My, grzeszni, liczymy raczej na miłosierdzie Boże, dlatego ku niemu się zwracamy, słusznie lękając się samej sprawiedliwości. Koronka do Bożego Miłosierdzia jest modlitewnym odwołaniem się do krzyżowej ofiary Chrystusa, gdy On sam wziął na siebie należną nam karę za grzechy. Zrobił to po to, aby nas usprawiedliwić, czyli uleczyć ze zła, zbawić, dać nowe życie. Odmawiając koronkę, stajemy w duchu pod krzyżem i prosimy o to, by owoce zbawczej męki Chrystusa sięgnęły naszego życia i świata całego. Wiemy, że zasługujemy na Boży gniew i słuszną karę, ale zasłaniając się krzyżem Chrystusa, prosimy Ojca o miłosierdzie. Taka jest wewnętrzna logika tej modlitwy.

    Ofiaruję Ojcu Syna

    Nie sposób zrozumieć koronki bez spoglądania na krzyż. Widzimy na nim Jezusa, który cierpi, umiera. Jego ciało zostało wydane, a krew przelana. Sednem jest tutaj nie samo cierpienie, ale akt ofiarnej miłości. Jezus ofiaruje się, oddaje się cały Bogu Ojcu, także nam. Umierając, modli się do Ojca i zarazem modli się za nas, grzesznych. Odmawiając koronkę, wchodzimy w modlitwę Ukrzyżowanego. Czynimy naszą modlitwę konającego Pana. Nie możemy Ojcu niczego sami z siebie ofiarować, możemy jednak uchwycić się krzyża i włączyć nasze małe serca w ofiarniczy akt Jezusa.

    Mówimy: „Ojcze Przedwieczny, ofiaruję Ci Ciało i Krew, Duszę i Bóstwo Najmilszego Syna Twojego”. Te słowa brzmią szokująco. Kimże ja jestem, abym mógł ofiarować Ojcu Jego Syna? A jednak. Z Jezusem wszystko jest możliwe. Moja mała miłość zostaje włączona w największą miłość, w Jego miłość.

    Aby zrozumieć, jak to jest możliwe, trzeba odwołać się do Mszy Świętej, najdoskonalszej z modlitw. W Modlitwie Eucharystycznej kapłan po przeistoczeniu modli się tymi lub podobnymi słowami: „Wspominając śmierć i zmartwychwstanie Twojego Syna, ofiarujemy Tobie, Boże, Chleb życia i Kielich zbawienia”. W sensie najgłębszym to sam Jezus się za nas ofiaruje. Ale my, choć słabi i grzeszni, możemy włączyć się w ten ofiarniczy akt. Miłość Jezusa wyrażona w ofierze krzyżowej uobecnia się na ołtarzu i ta miłość ciągnie nas w górę. To jest wąska brama, przez którą idziemy do Ojca.

    Słowa „Ciało i Krew” w oczywisty sposób nawiązują do Eucharystii. Jezus w znaku chleba i wina daje nam swoje ciało i krew, czyli siebie. Sobór Trydencki, definiując prawdę o obecności Jezusa w Eucharystii, stwierdził, że w Najświętszym Sakramencie „są zawarte prawdziwie, rzeczywiście i substancjalnie Ciało i Krew wraz z duszą i Bóstwem Pana naszego Jezusa Chrystusa, a więc cały Chrystus”. Katechizmy często cytowały to soborowe wyrażenie. Nie wiemy, czy siostra Faustyna znała to sformułowanie, być może tak. Wyrażenie „Ciało i Krew wraz z duszą” opisuje człowieczeństwo Jezusa. Słowo „Bóstwo” wskazuje na Jego Bożą naturę. Prawdziwy Bóg, prawdziwy człowiek – to sedno dogmatu o Chrystusie. To opis Jego tożsamości. Taki został nam wydany, taki umarł na krzyżu dla naszego zbawienia.

    Niektórzy polscy teologowie (Wincenty Granat, Czesław Bartnik) kwestionowali wyrażenie „Ciało i Krew, Duszę i Bóstwo”. Twierdzili, że bóstwo Syna nie może być ofiarowane Bogu Ojcu. Wątpliwości rozwiał ks. prof. Ignacy Różycki, który zwrócił uwagę na wspomnianą definicję trydencką. Syn ofiaruje się cały Ojcu, w Jego Osobie mieści się bóstwo i człowieczeństwo, nie da się tego oddzielić. Odmawiając koronkę, odwołujemy się nie tylko do miłości Boga do nas, ale raczej do miłości wewnątrztrynitarnej, czyli Ojca do Syna i Syna do Ojca.

    Na przebłaganie

    „Na przebłaganie za grzechy nasze i świata całego”. Słowo „przebłaganie” odnosi się do krzyża Jezusa. Chrystus został ukrzyżowany rękami ludzi, ale stało się to dzięki Jego zgodzie. To jest Jego akt woli, Jego największe dzieło, najdoskonalszy akt miłości wobec Ojca i nas. Jest on aktem przebłagania za grzechy, najdoskonalszą ekspiacją, najczystszym miłosierdziem. Święty Paweł, wyjaśniając sens krzyża, pisze, że Chrystus stał się „narzędziem przebłagania dzięki wierze mocą Jego krwi” (Rz 3,25). „Narzędzie przebłagania”, czyli w greckim oryginale hilasterion (odpowiednik hebrajskiego kapporeth). To słowo pochodzi z kultu Starego Testamentu. Oznaczało ono wieko Arki Przymierza, tzw. przebłagalnię. W liturgii żydowskiej w Dniu Przebłagania skrapiano to wieko krwią ofiar ze zwierząt na znak przebłagania Boga. Ukrzyżowany Jezus jest nową „przebłagalnią”. On bierze na siebie wszystkie konsekwencje grzechów i definitywnie je pokonuje mocą swojej miłości do końca, do ostatniej kropli krwi. Cały brud świata zostaje wchłonięty, usunięty przez nieskończone Boże miłosierdzie.

    Powtarzając w koronce słowo „ofiaruję”, jednoczę się z modlitwą Jezusa na krzyżu. Uczestniczę w Jego ofiarnym geście. Nie mając nic, „ofiaruję” Bogu największy dar. Tym samym dokonuje się przebłaganie, czyli zostaję uwolniony z mojej winy.

    Warto zwrócić uwagę na zbieżność między słowami modlitwy, której anioł nauczył dzieci w Fatimie, a słowami Koronki do Bożego Miłosierdzia. We wrześniu 1916 roku dzieci fatimskie miały wizję anioła trzymającego w ręce kielich. Unosiła się nad nim Hostia, z której spływały doń krople krwi. Anioł kazał im powtórzyć modlitwę, w której padają m.in. słowa: „O Trójco Przenajświętsza, Ojcze, Synu, Duchu Święty, ofiaruję Wam Najdroższe Ciało i Krew, Duszę i Bóstwo Pana naszego Jezusa Chrystusa, obecnego na wszystkich ołtarzach świata, jako zadośćuczynienie za zniewagi, świętokradztwa i obojętności, którymi jest obrażany”. Treść tej modlitwy i jej sens jest całkowicie zbieżny ze słowami koronki. W Fatimie dodatkowo pojawia się motyw maryjny, ale podobieństwo sformułowań jest uderzające. Jest mało prawdopodobne, by św. Faustyna znała tę modlitwę.

    Dla Jego bolesnej męki

    Przyimek „dla” funkcjonuje w koronce w archaicznym znaczeniu jako „z powodu”, „ze względu na”. Profesor Miodek przywołuje kilka przykładów użycia „dla” w takim samym znaczeniu jak w koronce: „Dla ciebie jestem wygnan”; „Więcej dla bojaźni niźli dla Boga”. „Dla Jego bolesnej męki” znaczy więc „ze względu na Jego bolesną mękę”, „przez wzgląd na Jego bolesną mękę”.

    Prosimy o miłosierdzie Boże, wierząc w zbawczą moc męki i śmierci umiłowanego Syna Bożego. Przypomnijmy sobie Abrahama, który wstawiał się za Sodomą i Gomorą. On prosił o Boże miłosierdzie dla miast pogrążonych w grzechu. Wystarczyło dziesięciu sprawiedliwych, aby je ocalić przed zniszczeniem. Koronka do Miłosierdzia Bożego jest wstawianiem się do Boga za światem pogrążonym w grzechu. To wołanie o ocalenie, o ratunek już nie ze względu na dziesięciu sprawiedliwych, ale ze względu na tylko Jednego Sprawiedliwego.

    Słowa kończące koronkę: „Święty Boże” pochodzą ze starożytnego hymnu „Trisagion” (gr. triságios – trzykroć święty) na cześć Trójcy Świętej. Występują one również w tzw. suplikacjach, czyli w pieśni błagalnej śpiewanej w sytuacjach jakiegoś zagrożenia, np. wojną albo zarazą. Suplikacje śpiewamy także w Wielki Piątek podczas adoracji krzyża.

    Może ktoś zapytać: po co Bogu przypominać o tym, o czym On sam wie najlepiej? Po co „ofiarować” Jezusa Ojcu? Po co powtarzać „miej miłosierdzie”, przecież On jest miłosierny. Nie chodzi o to, by zmienić Boga, ale chodzi o naszą przemianę. Powtarzając te słowa, wyznajemy naszą ufność, uczymy się kochać. Jeśli się kogoś kocha, to ciągle powtarza się to samo: „kocham cię, bądź ze mną, kochaj mnie”. Kiedy dziecko coś nabroi, płacze i szuka bezpiecznych ramion ojca lub mamy. Czymś takim jest koronka. Ciągle sami grzeszymy, wciąż widzimy wiele zła i grzechu w świecie. Czasem chce się płakać z powodu tego wszystkiego. Odwołujemy się jednak do Bożego miłosierdzia. Chcemy jak syn marnotrawny wtulić się w ramiona Ojca, chcemy jak Jan położyć głowę na piersi Jezusa. „Panie, do kogóż pójdziemy?”. Ufamy Tobie! Znikąd nie mamy nadziei. Dlatego wołamy wielekroć do Ojca: „Dla Jego bolesnej męki miej miłosierdzie dla nas i całego świata”.

    ks. Tomasz Jaklewicz/Gość Niedzielny

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Powstał krótki film o “Ostatniej Wieczerzy”.

    To odpowiedź na bluźnierstwo na Igrzyskach Olimpijskich

    Nowy krótki film zatytułowany “Ostatnia Wieczerza” ukazuje piękno wielkoczwartkowej uczty paschalnej i jej kontynuację poprzez Mszę Świętą w ramach zadośćuczynienia za bluźnierczą ceremonię otwarcia Igrzysk Olimpijskich w Paryżu w 2024 roku.

    Ostatnia Wieczerza

    Ostatnia Wieczerza

    ***

    Brytyjscy katolicy stworzyli nowy film podkreślający świętość Ostatniej Wieczerzy w ramach zadośćuczynienia za bluźnierstwo ceremonii otwarcia Igrzysk Olimpijskich. 

    “Ideą było odtworzenie obrazu Ostatniej Wieczerzy w piękny i pełen czci sposób oraz wyrażenie świętości i znaczenia tego historycznego wydarzenia jako szczytu wiary”

    – napisał dyrektor wytwórni filmowej House of Gold Marco Eastwood w oświadczeniu przesłanym portalowi LifeSiteNews.

    “Był to akt zadośćuczynienia za kpinę z ceremonii otwarcia Igrzysk Olimpijskich. To było niesamowite, jak hojnie zgłosili się wolontariusze, aby poświęcić swój czas, talenty i zasoby, aby to się stało na chwałę Boga” – podkreślił.

    Jak czytamy na portalu LiveSiteNews, jednominutowy film został wyprodukowany w niecałe 36 godzin przez zespół wiernych wolontariuszy, “którzy zebrali się w ostatniej chwili, aby pomóc tej szczytnej sprawie”. “Wśród wolontariuszy na planie panowało spokojne, ciche podekscytowanie, a ja byłem poruszony widząc młodych ludzi, aż po osoby starsze, podejmujących wyzwanie oddania sprawiedliwości wizerunkowi naszego Pana podczas Ostatniej Wieczerzy z taką godnością” – powiedział Eastwood. “Chcę, aby ten obraz był rozpowszechniany daleko i szeroko oraz aby dotarł do jak największej liczby dusz na chwałę Boga i jako zadośćuczynienie” – oświadczył.

    Film przedstawia Chrystusa i Jego apostołów podczas ostatniego wspólnego posiłku przed ukrzyżowaniem. Ostatnia Wieczerza jest również pierwszą Mszą św., podczas której Jezus przemienia chleb i wino w swoje Ciało i Krew, którymi dzieli się z apostołami.

    Po pokazaniu Chrystusa i jego apostołów, film przełącza się na współczesną Mszę św., która jest taką samą ofiarą, jaką Chrystus złożył 2000 lat wcześniej. Podczas filmu ksiądz z szacunkiem wypowiada słowa konsekracji, które są tymi samymi słowami, które wypowiedział Chrystus podczas Ostatniej Wieczerzy. “To jest Ciało Moje”, Chrystus i kapłan wypowiadają w odstępie prawie 2000 lat, trzymając świętą Hostię, a następnie podnosząc kielich z winem i oświadczając: “To jest Krew Moja”.

    Wideo oddaje piękno i powagę Ostatniej Wieczerzy, która została tak groteskowo wyszydzona podczas ceremonii otwarcia Igrzysk Olimpijskich. Ceremonia olimpijska była ostro potępiona zarówno przez chrześcijan, jak i niewierzących, a wielu wskazuje, że jest to “nowe dno ludzkości”.

    Film pt.,, The Last Supper” można zobaczyć na YouTube – Kanał YT House of Gold Nowy

     Łukasz Brodzik /LifeSiteNews/Tygodnik Niedziela

    ______________________________________________________________________________________________________________

    85 ROCZNICA II WOJNY ŚWIATOWEJ

    BENEDYKTYNKI SAKRAMENTKI, POWSTANIE WARSZAWSKIE

    Wikipedia | Domena publiczna

    ***

    1 września Kościół wspomina Najświętszą Maryję Pannę jako Królowę Pokoju. Jej obraz, czczony pod tym wezwaniem, znajduje się nad głównym ołtarzem klasztornego kościoła w Stoczku Warmińskim. Dzisiejsze święto Matki Bożej, jako Królowej Pokoju, wiąże się z objawieniami fatimskimi. Bowiem już wtedy, w roku 1917, z wielką troską napominała ludzkość mówiąc o strasznej alternatywie przed jaką stoi świat: “Jeśli ludzie nie przestaną obrażać Boga, to świat spotka okropna kara za jego zbrodnie, przez wojny, głód i prześladowania Kościoła oraz Ojca Świętego. Wtedy za następnego pontyfikatu (papieża o imieniu Pius XI) rozpocznie się druga wojna światowa, jeszcze straszniejsza od obecnie toczonej. Przyszłam upomnieć ludzkość, aby zmieniła życie i nie zasmucała Boga ciężkimi grzechami. Niech ludzie codziennie odmawiają różaniec i pokutują za grzechy.”

    I upomnienie nie zostało przyjęte, bo w pierwszy piątek miesiąca września 1939 roku rozpoczęła się właśnie hekatomba II wojny światowej.

    Niemcy bez wypowiedzenia wojny o świcie przekroczyły na całej długości granice naszego państwa. Osamotniona Polska mimo bohaterskiego oporu trwającego ponad pięć tygodni nie mogła skutecznie przeciwstawić się agresji Niemiec i sowieckiej inwazji przeprowadzonej 17 września.

    ***

    Najświętsza Maryja Panna Królowa Pokoju. Jej obraz znajduje się w klasztornym kościele w Stoczku Warmińskim.

    ***

    Zofia Kossak tu, na Wyspach Brytyjskich, będąc na emigracji, napisała  “Rok polski” w 1955 roku. Cudownie wyraziła naszą tęsknotę za zwyczajną, ludzką Polską, gdzie “słowiki śpiewają, kukułka kuka i wróży”… Stworzyła książkę żywą i prawdziwą opisując polskie miesiące. Zacytuję fragment dotyczący właśnie września:

    “Do niedawna słowo „wrzesień” budziło w umyśle każdego Polaka skojarzenia pełne słodyczy i barwy. Zieleń ustępująca miejsca purpurze i złotu, perlista biel obfitych ros rannych, niezmącenie modre niebo, fiolet śliw, granat jeżyn, rumieńce jabłek, czerwień pomidorów, kaliny, jarzębin, sady pełne zapachu owoców, brzęk os nad gruszkami, woń pietruszki i selerów niosąca się z warzywników — to wrzesień. Lasy zakwitające płomieniem albo koralem, błękitne dymy ognisk pastuszych snujące się ponad sczerniałe łęciny ziemniaczane; w młodych dębinach, zagajach świerkowych, urodzaj rydzów dorzucających swą jaskrawość do ogólnej złocistości, pod strzechami chat nad przyzbą pęki liści tytoniowych, mafcówek i żółte kolby kukurydzy — to i — to wrzesień...

    Takie zatem, a nie inne  — i jakże pogodne — były do niedawna skojarzenia budzące się w umyśle polskim przy wspomnieniu września. Od dnia 1 września 1939 roku tamte wrażenia zapadły w niepamięć. Odtąd dla każdego Polaka, gdziekolwiek by się znajdował, wrzesień jest miesiącem klęski.

    …Wrzesień…

    Przez wyzłocony słońcem krajobraz tysiące zbiegów wędruje na wschód dziwacznymi taborami, gdzie chłopskie konie ciągną auta bez paliwa, wozy zaprzężone w krowy pośród morza pieszych. Wędrują, mijając po drodze żałosne szczątki zdruzgotanej państwowości polskiej w postaci uciekającej policji lub straży ogniowych. Wędrują ludzie obłąkani z rozpaczy, ludzie skowyczący z bólu jak zwierzęta, ludzie padający na szosie zamienionej w krwawe pobojowisko przez nurkujące nisko samoloty nieprzyjaciela. Wędrują dzieci płaczące, gdyż zgubiły w zamieszaniu rodziców, rodzice odchodzący od zmysłów, gdyż zgubili  dzieci,  żołnierze  bez  broni,  bez oddziałów, pożary na prawo, pożary na lewo, łuny na wprost, zatarasowane drogi, a ponad wszystko, silniejsze niż ból i trwoga, poczucie, że Polska zginęła…

    Wrześniu, kto ciebie widział w owym kraju…

    Tysiące  oszalałych   ludzi   wędruje  na wschód, tysiące wraca ze wschodu uderzywszy o ścianę nowego, nieoczekiwanego wroga, świat się kończy, zapada, gdy cofają się nazad w ręce tego samego nieprzyjaciela, przed którym pierzchali. Zdarzało się, że w tej ucieczce od ucieczki docierali do brzegu rzeki, pięknej polskiej rzeki Wieprz.

    (Wieprz był niegdyś, niegdyś bóstwem opiekuńczym wód, przeto dostojna nazwa wyróżniała ten bieg wody spośród innych bystrzyc, pilic.) Stanęli nad brzegiem w miejscu gdzie był bród dzięki niskiej wodzie, a za nimi czerwoni tuż tuż, podobno o pare kilometrów zaledwie, a na drugim brzegu na drągach rozpięta widniała płachta z olbrzymią czarną swastyką. Za plecami wróg, przed nimi wróg i zabrakło już ojczyzny pod stopami. Już nie znajdziesz, Polaku, skrawka swojej ziemi, na której czułbyś się wolny. Nawet tyle co na grób. W niewysłowionej rozpaczy wołali, jak niegdyś ksieni Bronisława: Wzgórza, otwórzcie się i pochłonijcie nas! — Modlili się, by ulecieć w górę, jak ulatywał błog. Ładysław. Lecz święci milczeli i ziemia milczała.

    Tylko modrzyło się pogodne niebo, błękitniała rzeka, bielił się piasek nadbrzeżny, a zarośla  płonęły czerwienią i  złotem. Przyroda zdawała się nie wiedzieć nic o narodzie, który konał w męce.

    Potem zaczęły się wyraje ludzi, podobne odlotom jesiennym ptactwa. Choć poeci lubią porównywać człowieka do ptaków („gdybym ja była ptaszkiem z tego gaju”… – „gdyby orłem być…”), jest między nimi ta zasadnicza różnica: Ptak odlatuje i wraca. Człowiek, gdy się od ziemi oderwie — nie  wróci.  Tułacz podobien jest raczej drzewu wyrwanemu z gruntu, rzuconemu w przestrzeń siłą wybuchu, usycha bowiem jak drzewo.

    Ptaki wracają. Bocian ląduje na swym starym gnieździe. Jaskółki świergocą pod tą samą strzechą, co osłaniała je zeszłego lata. Źórawie zapadną na opuszczone w tamtym roku oparzele. Skowronek, sygnaturka wiosny, zadzwoni nad głową rolnika o właściwej porze, a ludzie, zali powrócą?...

    Czy stanie się jak w mickiewiczowskiej pieśni o żórawiach  przelatujących nad dzikim ostrowem, co słysząc zaklętego chłopca skargę głośną, rzuciły mu pióra, by skrzydła zrobił i do swoich wrócił? Czy też, widząc ciągnące do kraju klucze dzikich gęsi, wygnańcy tłuc się będą bezradnie po obcych podwórkach, nie mając już siły do lotu?

    Jeśli zaś wrócą po latach, czy swoich poznają i będą od nich poznani? Może jedni i drudzy okażą się inni, niż byli w chwili rozstania? Ślady zarosła trawa zapomnienia i nikt wygnańców nie czeka? Bo istotą życia jest ciągła przemiana. Czas odpływa, unosi, przekształca i co minęło – nie wraca…

    ***

    fot. Wikipedia

    ***

    Co św. Faustyna mówiła o II wojnie światowej?

    Święta siostra Faustyna zmarła na rok przed wybuchem II wojny światowej. Jednak już za swojego życia mówiła o okrutnej wojnie i cierpieniu Polaków.

    Tym, którzy przeszli przez doświadczenie II wojny światowej, słowa zapisane w „Dzienniczku” św. Faustyny jawią się jako szczególna Ewangelia miłosierdzia Bożego napisana w perspektywie XX wieku – pisał Jan Paweł II.

    Św. Faustyna o II wojnie światowej. Te słowa skierowała do ks. Sopoćki

    W 1938 roku w szpitalu na krakowskim Prądniku, Faustyna kilku innym siostrom zakonnym, zapowiedziała wybuch II wojny światowej. Miała widzenia ogromnych zniszczeń, eksterminacji, prześladowań duchowieństwa.

    Swojemu spowiednikowi, księdzu Sopoćce mówiła, że „w Polsce przyjdą bardzo ciężkie chwile. Widziałam rodaków wywożonych na wschód i zachód”.

    Ważne słowa Pana Jezusa do Faustyny. Dotyczyły Polski

    W ostatnim roku życia usłyszała wewnętrznie słowa Jezusa: „Polskę szczególnie umiłowałem, a jeżeli posłuszna będzie woli mojej, wywyższę ją w potędze i świętości. Z niej wyjdzie iskra, która przygotuje świat na ostateczne przyjście moje” (Dz. 1732).

    Te słowa były na różne sposoby interpretowane. Jan Paweł II w swojej wypowiedzi z 17 sierpnia 2002 roku mówił, że ową iskrą jest orędzie Miłosierdzia Bożego przekazane przez św. Faustynę. W jego opinii „iskra” nie jest pojedynczą, konkretną osobą, ale jest zadaniem czcicieli Bożego Miłosierdzia z Polski i całego świata, która przygotuje przemianę, w imię Bożego miłosierdzia, Polski i całego świata.

    Św. Jan Paweł II: Na ten czas Bóg przygotował posłannictwo Bożego Miłosierdzia

    Posłannictwo Miłosierdzia Bożego miało swój czas, był to czas straszliwej II wojny światowej, straszliwej pod wielu względami, była to jakaś ostateczna eskalacja zła na naszym kontynencie. Na ten czas Bóg przygotował posłannictwo Bożego Miłosierdzia, którego świadkiem, rzecznikiem stała się ta prosta córka polskiej ziemi – mówił Jan Paweł II w Płocku, 7 czerwca 1991 roku.

    Św. s. Faustyna o ojczyźnie: „Rzucam się z ufnością w przepaść miłosierdzia i w nim zanurzam całą Polskę”

    Faustyna codziennie modliła się za Polskę i ofiarowywała za nią cierpienia. W swoim „Dzienniczku” zapisała: „Ojczyzno moja kochana, Polsko, o gdybyś wiedziała, ile ofiar i modłów za ciebie do Boga zanoszę. Ale uważaj i oddawaj chwałę Bogu, Bóg cię wywyższa i wyszczególnia, ale umiej być wdzięczna.” (Dz. 1038)

    W innym miejscu pisała: „Często się modlę za Polskę, ale widzę wielkie zagniewanie Boże na nią, iż jest niewdzięczna. Całą duszę wytężam, aby ją bronić. Nieustannie przypominam Bogu Jego obietnice miłosierdzia. Kiedy widzę Jego zagniewanie, rzucam się z ufnością w przepaść miłosierdzia i w nim zanurzam całą Polskę, a wtenczas nie może użyć swej sprawiedliwości. Ojczyzno moja, ile ty mnie kosztujesz, nie ma dnia, w którym bym się nie modliła za ciebie.” (Dz 1188)

    faustyna.pl, wikipedia, Onet Religia/Stacja7

    ___________________________________________________________________________________

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Demokracja jednostronna

    To bez znaczenia, co uważa władza, jeśli nie uważa, co robi z człowiekiem.

    Choć od chwili, gdy Sejm odrzucił projekt ustawy dekryminalizujący pomoc przy aborcji, minęło już trochę czasu, nie mija szok w środowiskach lewicowych i liberalnych. Ci ludzie są bezustannie zapowietrzeni z oburzenia. A przecież zadziałała demokracja, no nie? Suweren się wypowiedział, więc o co chodzi? Ano o to, że w pojęciu tych ludzi demokracja ma obowiązek służyć tylko ich wizji świata. Wszystko musi iść coraz bardziej w lewo i coraz dalej od chrześcijaństwa. Jeśli tak się nie dzieje, natychmiast podnosi się jazgot, że neonazizm, że faszyzm, ksenofobia, homofobia, dyktatura kleru i co tam jeszcze mają…

    To ciekawe, jak bardzo wkodował się w głowy laicki dogmat, że w życiu publicznym dobre jest wszystko to, co nie ma związku z zasadami ufundowanymi na cywilizacji chrześcijańskiej i prawie naturalnym. Kwestia aborcji jest tego najjaskrawszym symptomem. Świat dziś oszalał na punkcie zabijania dzieci. Całe społeczeństwa oślepły na podłość tego procederu, tak jak kiedyś były ślepe na podłość niewolnictwa. Kiedyś pewnie ludzie to zrozumieją, tak jak dziś zrozumieli krzywdę wyrządzoną czarnoskórym, ale ludzie sumienia nie mogą na to czekać, bo takie otrzeźwienie zawsze przychodzi za późno. Sztuką jest postawienie się zbrodni teraz, gdy całe państwa czynią z niej cnotę. I tylko taka postawa jest coś warta. Zagrożonym dzieciom nic po tym, że za sto lat ktoś zechce przewracać pomniki dzisiejszych „obrońców kobiet”. Dzieci mają przeżyć dzięki temu, że dziś ktoś weźmie je w obronę nawet za cenę szykan i prześladowania.

    Skończyłem właśnie czytać książkę Stephena E. Ambrose’a o żołnierzach amerykańskich w drugiej wojnie. Autor boleje tam nad wieloma wspaniałymi młodymi ludźmi, którzy wtedy polegli. „Zastanawiałem się, czyje życie zostało przecięte. Geniusza? Nie wiemy, co mógłby wynaleźć, wiemy, że jego brak jest naszą stratą. Początkującego polityka? Dokąd mógłby nas zaprowadzić? Budowniczego? Nauczyciela? Uczonego? Pisarza? Muzyka? Czasami wydaje mi się, że największą ceną, jaką zapłaciliśmy za wojnę, są niespełnione możliwości” – pisze.

    A ja pytam: czyje życie zostało przecięte podczas aborcji? To refleksja prosta jak drut: życie człowieka zabitego przed urodzeniem jest zaprzepaszczeniem takiego samego potencjału jak ofiary działań wojennych. Różnica jest tylko taka, że ta druga zdążyła dłużej pobyć na tym świecie.

    Przyszło nam żyć w czasach wyjątkowo zakłamanych właśnie z powodu aborcji. Nigdy chyba ludzkość nie miała tak dobrego mniemania o sobie, o swojej wrażliwości i gotowości pomocy innym, przy jednoczesnej kompletnej nieczułości wobec ludzi najmłodszych. Tych morduje się milionami, opowiadając, że to mordowanie jest prawem człowieka.

    My, Polacy, mamy powody do dumy, bo dziś nasze prawo w znacznej mierze chroni ludzkie życie i obecna władza, mimo wysiłków, nie potrafi tego zmienić. I niech tak zostanie.


    KRÓTKO:

    Nauka z cudzego

    Sejmowa Komisja do spraw Petycji jednogłośnie przekazała do dalszych prac opracowany przez Instytut Ordo Iuris projekt „Stop okaleczeniu dzieci”. Postuluje on zakazanie wykonywania na dzieciach operacji „zmiany płci”. W dołączonym do projektu uzasadnieniu wskazano, że „w ostatnich latach, w wielu krajach na świecie, szczególnie w Europie i Ameryce Północnej, obserwuje się drastyczny wzrost liczby osób małoletnich deklarujących identyfikację z płcią przeciwną względem ich płci urodzenia. Szczególnie alarmujące są statystyki zgłoszeń do specjalistycznych ośrodków medycznych dokonujących interwencji hormonalnych i chirurgicznych na dzieciach”. Wspomniano też, że w Szwecji, Finlandii, Wielkiej Brytanii i w 25 stanach USA „zaprzestano lub radykalnie ograniczono podejmowanie wobec osób małoletnich interwencji medycznych zmierzających do upodobnienia pacjenta do płci przeciwnej”. Czy ostatecznie doprowadzi to do zakazu takich działań w Polsce, zanim zaczęto je stosować? Oby. Nauka na cudzych błędach jest dużo tańsza niż na własnych.

    Guzik piękno

    W Szwajcarii zacznie działać kapsuła śmierci „Sarco” – maszyna, która pomoże popełnić samobójstwo. Wystarczy nacisnąć guzik. Poinformował o tym Florian Willet, dyrektor proeutanazyjnej organizacji The Last Resort. Twierdzi on, że to „piękny sposób” na śmierć. O tak, piękny – dla tych, którzy zamiast dbać o chorych, wolą ich sprzątnąć.

    Franciszek Kucharczak/Gość Niedzielny

    ______________________________________________________________________________________________________________

    KRÓLOWO RÓŻAŃCA ŚWIĘTEGO, MÓDL SIĘ ZA NAMI!

    Ogromna rola różańca w historii narodu polskiego

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Św. Jan Paweł II: Maryja w tajemnicy Chrystusa

    fot. Zarateman via Wikipedia, CC BY-SA 4.0 / Beyond Forgetting via Flickr, CC 2.0

    ***

    Św. Jan Paweł II: Maryja w tajemnicy Chrystusa

    Pierwsza część Encykliki Jana Pawła II “Redemptoris Mater”, w której Ojciec Święty przybliżał istotę świętości Maryi i rolę matki Chrystusa w historii zbawienia.

    1. Łaski pełna

    7. „Niech będzie błogosławiony Bóg i Ojciec Pana naszego Jezusa Chrystusa; On napełnił nas wszelkim błogosławieństwem duchowym na wyżynach niebieskich — w Chrystusie” (Ef 1, 3). Słowa Listu do Efezjan odsłaniają odwieczne zamierzenia Boga i Ojca, odwieczny plan zbawienia człowieka w Chrystusie. Jest to plan uniwersalny, odnosi się do wszystkich ludzi stworzonych „na obraz i podobieństwo Boże” (por. Rdz 1, 26). Wszyscy, objęci „u początku” Boskim dziełem stworzenia, odwiecznie są też ogarnięci Boskim planem zbawienia, który ma się do końca objawić w „pełni czasu”, wraz z przyjściem Chrystusa.

    Ten Bóg bowiem, który jest „Ojcem Pana naszego Jezusa Chrystusa”, „w Nim — są to dalsze słowa tegoż Listu — wybrał nas przed założeniem świata, abyśmy byli święci i nieskalani przed Jego obliczem. Z miłości przeznaczył nas dla siebie jako przybranych synów przez Jezusa Chrystusa, według postanowienia swej woli, ku chwale majestatu swej łaski, którą obdarzył nas w Umiłowanym. W Nim mamy odkupienie przez Jego krew — odpuszczenie występków, według bogactwa Jego łaski” (Ef 1, 4-7).

    Boski plan zbawienia, który został nam objawiony wraz z przyjściem Chrystusa, jest odwieczny. Jest on także — wedle nauki zawartej w Liście do Efezjan i innych Listach Pawłowych (por. Kol 1, 12-14; Rz 3, 24; Ga 3, 14; 2 Kor 5, 18-29) — odwiecznie związany z Chrystusem:. W całokształcie tego planu, który ogarnia wszystkich ludzi, szczególne miejsce zajmuje „niewiasta” jako Matka Tego, z którym Ojciec odwiecznie związał dzieło zbawienia19. Jak uczy Sobór Watykański II, „zarysowuje się Ona (…) proroczo już w obietnicy danej pierwszym rodzicom, upadłym w grzech” — według Księgi Rodzaju (por. 3, 15). „Podobnie jest to ta Dziewica, która pocznie i zrodzi Syna, którego imię będzie Emmanuel (…)” — wedle słów Izajasza (por. 7, 14)20. W ten sposób Stary Testament przygotowuje ową „pełnię czasu”, kiedy Bóg ześle „Syna swego, zrodzonego z niewiasty, (…) abyśmy mogli otrzymać przybrane synostwo”. Przyjście Syna Bożego na świat jest wydarzeniem, opisanym w pierwszych rozdziałach Ewangelii według św. Łukasza i według św. Mateusza.

    8. Maryja zostaje definitywnie wprowadzona w tajemnicę Chrystusa przez to wydarzenie: przez zwiastowanie anielskie Dzieje się to w Nazarecie, w konkretnych okolicznościach dziejów Izraela — Judu powołanego do zachowania Bożych obietnic. Zwiastun mówi do Dziewicy: „Bądź pozdrowiona, łaski pełna, Pan z Tobą” (Łk 1, 28). Maryja „zmieszała się na te słowa i rozważała, co miałoby znaczyć to pozdrowienie” (Łk 1, 29): co znaczą te niezwykłe słowa, a w szczególności wyrażenie „łaski pełna” (Kecharitoméne)21.

    Rozważając te słowa, a zwłaszcza wyrażenie „łaski pełna”, razem z Maryją, znajdujemy szczególnie bogaty do nich odpowiednik właśnie w Liście do Efezjan, w tekście powyżej przytoczonym. Jeśli po zwiastowaniu anielskim Dziewica z Nazaretu zostaje nazwana „błogosławioną między niewiastami” (por. Łk 1, 42), to tłumaczy się to poprzez owo błogosławieństwo, którym „Bóg Ojciec” napełnił nas „na wyżynach niebieskich, w Chrystusie”. Jest to błogosławieństwo duchowe, odnosi się ono do wszystkich ludzi, ma w sobie pełnię i powszechność („wszelkie błogosławieństwo”), które płynie z miłości, jaka jednoczy współistotnego Syna z Ojcem w Duchu Świętym. Równocześnie jest to błogosławieństwo zwrócone za sprawą Jezusa Chrystusa w stronę dziejów człowieka aż do końca: w stronę wszystkich ludzi. Do Maryi to błogosławieństwo odnosi się w mierze szczególnej i wyjątkowej. Elżbieta pozdrawia Ją jako „błogosławioną między niewiastami”.

    Uzasadnieniem podwójnego pozdrowienia jest to, że w duszy tej „Córy Syjonu” odsłonił się niejako cały „majestat łaski” — tej łaski, jaką „Ojciec (…) obdarzył nas Umiłowanym”. Zwiastun mówi wszak do Maryi: „łaski pełna” — mówi zaś tak, jakby to było Jej właściwe imię. Nie nazywa swej rozmówczyni imieniem własnym „Miriam (= Maryja)”, ale właśnie tym nowym imieniem: „łaski pełna”. Co znaczy to imię? Dlaczego anioł tak nazywa Dziewicę z Nazaretu?

    W języku Biblii „łaska” oznacza szczególny dar, który według Nowego Testamentu ma swe źródło w trynitarnym życiu Boga samego — Boga, który jest miłością (por. 1 J 4, 8). Owocem tej miłości jest wybranie — to, o którym mówi List do Efezjan. Wybranie to jest zatem ze strony Boga odwieczną wolą zbawienia człowieka przez uczestnictwo w Bożym życiu (por. 2 P 1, 4) w Chrystusie: jest zbawieniem poprzez uczestnictwo w życiu nadprzyrodzonym. Następstwem tego przedwiecznego daru, tej łaski wybrania człowieka przez Boga, jest jakby zaczyn świętości, jakby źródło tryskające w duszy człowieka jako dar Boga samego, które poprzez łaskę ożywia i uświęca wybranych. Poprzez to wszystko dokonuje się — czyli staje rzeczywistością — owo „napełnienie” człowieka wszelkim „błogosławieństwem duchowym”, owo „przybranie za synów w Chrystusie” — w Tym, który jest odwiecznie „Umiłowany” przez Ojca.

    Kiedy czytamy, że zwiastun mówi do Maryi „łaski pełna”, kontekst ewangeliczny, w którym zbiegają się dawne objawienia i obietnice, pozwala nam zrozumieć, że chodzi tutaj o szczególne błogosławieństwo pośród wszelkich „błogosławieństw duchowych w Chrystusie”. W tajemnicy Chrystusa jest Ona obecna już „przed założeniem świata”, jako Ta, którą Ojciec „wybrał” na Rodzicielkę swego Syna we Wcieleniu — a wraz z Ojcem wybrał Ją Syn i odwiecznie zawierzył Duchowi świętości. Maryja jest w sposób zupełnie szczególny i wyjątkowy związana z Chrystusem i równocześnie jest umiłowana w Tym przedwiecznie umiłowanym Synu, współistotnym Ojcu, w którym skupia się cały „majestat łaski”. Równocześnie pozostaje Ona doskonale otwarta w stronę tego „daru z wysokości” (por. Jk 1, 17). Jak uczy Sobór: Maryja „zajmuje pierwsze miejsce wśród pokornych i ubogich Pana, którzy z ufnością oczekują od Niego zbawienia i dostępują go”22.

    9. Jeśli pozdrowienie i imię „łaski pełna” mówią o tym wszystkim, to w kontekście zwiastowania anielskiego odnoszą się one przede wszystkim do wybrania Maryi na Matkę Syna Bożego. Równocześnie pełnia łaski wskazuje na całe nadprzyrodzone obdarowanie Maryi, jakie wiąże się z tym, że została wybrana i przeznaczona na Matkę Chrystusa. Jeśli wybranie to jest kluczowe dla wypełnienia się zbawczych zamierzeń Boga w stosunku do ludzkości; jeśli odwieczne wybranie w Chrystusie i przeznaczenie do godności przybranych synów odnosi się do wszystkich ludzi — to wybranie Maryi jest całkowicie wyjątkowe i jedyne Stąd także Jej jedyne i wyjątkowe miejsce w tajemnicy Chrystusa.

    Zwiastun mówi do Niej: „Nie bój się, Maryjo, znalazłaś bowiem łaskę u Boga. Oto poczniesz i porodzisz Syna, któremu nadasz imię Jezus. Będzie On wielki i będzie nazwany Synem Najwyższego” (Łk 1, 30-32). A kiedy Dziewica, zmieszana niezwykłym pozdrowieniem, pyta: „Jakże się to stanie, skoro nie znam męża?”, słyszy od anioła potwierdzenie poprzednich słów i zarazem ich wyjaśnienie. Gabriel mówi: „Duch Święty zstąpi w Ciebie i moc Najwyższego osłoni Cię. Dlatego też Święte, które się narodzi, będzie nazwane Synem Bożym” (Łk 1, 35).

    Zwiastowanie anielskie jest więc objawieniem tajemnicy Wcielenia w samym zaczątku jego wypełnienia na ziemi. Zbawcze udzielanie się Boga, życia Bożego, w jakiś sposób całemu stworzeniu — a bezpośrednio: człowiekowi — osiąga w tajemnicy Wcielenia jeden ze swych punktów szczytowych. Jest to bowiem zarazem szczyt wśród całego obdarowania łaską w dziejach człowieka i kosmosu. Maryja jest „łaski pełna”, ponieważ Wcielenie Słowa, zjednoczenie osobowe Boga-Syna z naturą ludzką, z człowieczeństwem, w Niej właśnie się urzeczywistnia i dokonuje. „Jest Rodzicielką. Syna Bożego, a przez to najbardziej umiłowaną córą Ojca i świętym przybytkiem Ducha Świętego; dzięki zaś temu darowi szczególnej łaski góruje wielce nad wszystkimi innymi stworzeniami zarówno ziemskimi, jak niebieskimi” — uczy Sobór23.

    10. List do Efezjan, mówiąc o „majestacie łaski”, jaką „Bóg i Ojciec (…) obdarzył nas w Umiłowanym”, dodaje: „w Nim mamy odkupienie przez krew” (Ef 1, 7). Wedle miary wyrażonej w uroczystym nauczaniu Kościoła, ów „majestat łaski” objawił się w Bogurodzicy przez to, że została Ona odkupiona „w sposób wznioślejszy”24. Za sprawą bogactwa łaski Umiłowanego, ze względu na odkupieńcze zasługi Tego, który miał stać się Jej Synem, Maryja została uchroniona od dziedzictwa pierworodnego grzechu25.

    W ten sposób, od pierwszej chwili poczęcia, czyli zaistnienia na ziemi, należy Ona do Chrystusa, ma udział w zbawczej łasce uświęcającej oraz w tej miłości, która swój początek znajduje w „Umiłowanym”, w Synu Ojca Przedwiecznego, który poprzez Wcielenie stał się Jej rodzonym Synem. Dlatego, za sprawą Ducha Świętego, w wymiarze łaski, czyli uczestnictwa Bożej natury, Maryja otrzymuje życie od Tego, któremu w porządku ziemskiego rodzenia sama dała życie jako Matka. Liturgia nie waha się nazywać Ją „Rodzicielką swego Stworzyciela”26 i pozdrawiać Ją słowami, które Dante Alighieri wkłada w usta św. Bernarda: „Córo Twego Syna”27. A ponieważ to „nowe życie” Maryja otrzymuje w takiej pełni, jaka odpowiada miłości Syna do Matki, a więc godności Bożego macierzyństwa — stąd przy zwiastowaniu anioł nazywa Ją „łaski pełną”.

    11. Tajemnica Wcielenia stanowi w zbawczym zamierzeniu Trójcy Przenajświętszej wypełnienie ponadobfite obietnicy danej ludziom przez Boga po grzechu pierworodnym: po owym pierwszym grzechu, którego skutki obciążają całe dzieje człowieka na ziemi (por. Rdz 3, 15). Oto przychodzi na świat Syn, „potomek niewiasty”, który „zmiażdży głowę węża”. Jak wynika ze słów protoewangelii, zwycięstwo Syna niewiasty nie dokona się bez ciężkiej walki, która ma wypełnić całe ludzkie dzieje. „Nieprzyjaźń” zapowiedziana na początku, zostaje potwierdzona w Apokalipsie, która jest „księgą spraw ostatecznych” Kościoła i świata, gdzie znowu powraca znak „Niewiasty”, tym razem: „obleczonej w słońce” (por. 12, 1).

    Maryja, Matka Słowa Wcielonego, zostaje wprowadzona w samo centrum owej nieprzyjaźni, owego zmagania, jakie towarzyszy dziejom ludzkości na ziemi, a zarazem dziejom zbawienia. Należąc do „ubogich i pokornych Pana”, Maryja nosi w sobie, jak nikt inny wśród ludzi, ów „majestat łaski”, jaką Ojciec „obdarzył nas w Umiłowanym”, a łaska ta stanowi o niezwykłej wielkości i pięknie całej Jej ludzkiej istoty. Maryja pozostaje w ten sposób wobec Boga, a także wobec całej ludzkości jakby niezmiennym i nienaruszonym znakiem tego Bożego wybrania, o jakim mówi List Pawłowy: „w Chrystusie (…) wybrał nas przed założeniem świata (…) i przeznaczył dla siebie jako przybranych synów” (Ef 1, 4. S). Wybranie to jest potężniejsze od wszelkich doświadczeń zła i grzechu, od całej owej „nieprzyjaźni”, jaką naznaczone są ziemskie dzieje człowieka. Maryja pozostaje w tych dziejach znakiem niezawodnej nadziei.

    2. „Błogosławiona, która uwierzyła”

    12. Ewangelista Łukasz — wkrótce po opisie zwiastowania — prowadzi nas w ślad za Dziewicą z Nazaretu „do pewnego miasta w pokoleniu Judy” (Łk 1, 39). Miastem tym ma być, zdaniem uczonych, dzisiejsze Ain-Karim, położone w okolicy górzystej, opodal Jerozolimy. Maryja „wybrała się tam z pośpiechem”, aby odwiedzić Elżbietę, swoją krewną. Przyczynę odwiedzin wypada upatrywać w tym także, że podczas zwiastowania Gabriel wskazał w znamienny sposób na Elżbietę, która w podeszłym wieku mocą Bożą poczęła syna z męża Zachariasza: „krewna Twoja, Elżbieta, poczęła w swej starości syna i jest już w szóstym miesiącu ta, która uchodzi za niepłodną. Dla Boga bowiem nie ma nic niemożliwego” (Łk 1, 36-37). Zwiastun powołał się na przykład Elżbiety, aby odpowiedzieć na pytanie Maryi: „Jakże się to stanie, skoro nie znam męża?” (Łk 1, 34). Otóż stanie się to właśnie „mocą Najwyższego”, podobnie i nawet bardziej niż w przypadku Elżbiety.

    Maryja więc udaje się w duchu miłości do domu swej krewnej. Przy wejściu, w odpowiedzi na pozdrowienie Maryi, Elżbieta, „napełniona Duchem Świętym”, czując szczególne poruszenie dziecka we własnym łonie, wielkim głosem pozdrawia Maryję: „Błogosławiona jesteś między niewiastami i błogosławiony jest owoc Twojego łona” (por. Łk 1, 40-42). Ten okrzyk czy też aklamacja Elżbiety weszła później do modlitwy Zdrowaś Maryjo jako dalszy ciąg pozdrowienia anielskiego, stając się w ten sposób jedną z najczęstszych modlitw Kościoła. Jeszcze więcej mówią dalsze słowa Elżbiety zawarte w pytaniu: „A skądże mi to, że Matka mojego Pana przychodzi do mnie?” (Łk 1, 43). Elżbieta daje świadectwo Maryi: rozpoznaje i głosi, że przed nią stoi Matka Pana, Matka Mesjasza. W tym świadectwie uczestniczy też syn, którego Elżbieta nosi w swoim łonie: „poruszyło się z radości dzieciątko w moim łonie”. „Dzieciątko” — to przyszły Jan Chrzciciel, który nad Jordanem wskaże na Jezusa jako Mesjasza.

    Wszystkie te słowa w pozdrowieniu Elżbiety mają doniosłą wymowę, jednakże znaczenie kluczowe wydaje się posiadać to, co mówi ona na końcu: „Błogosławiona jesteś, któraś uwierzyła, że spełniły się słowa powiedziane Ci od Pana” (Łk 1, 45)28. Można postawić te słowa obok wyrażenia „łaski pełna” w pozdrowieniu anioła. Odsłania się w nich — podobnie jak w tamtych — zasadnicza treść mariologiczna, zasadnicza prawda o Maryi, która stała się rzeczywiście obecna w tajemnicy Chrystusa właśnie przez to, że „uwierzyła”. Pełna łaski, przy zwiastowaniu anielskim oznacza dar Boga samego; wiara Maryi, którą głosi Elżbieta przy nawiedzeniu, wskazuje na to, jak Dziewica nazaretańska odpowiedziała na ten dar.

    13. „Bogu objawiającemu należy okazać «posłuszeństwo wiary» (por. Rz 16, 26; por. Rz 1, 5; 2 Kor 10, 5-6), przez które człowiek z wolnej woli cały powierza się Bogu” — uczy Sobór29. Takie właśnie ujęcie wiary znalazło doskonałe urzeczywistnienie w Maryi. Momentem „przełomowym” było zwiastowanie. Słowa Elżbiety: „Błogosławiona jesteś, któraś uwierzyła”, na pierwszym miejscu odnoszą się do tego właśnie momentu30.

    Przy zwiastowaniu bowiem Maryja, okazując „posłuszeństwo wiary” Temu, który przemawiał do Niej słowami swego zwiastuna, poprzez „pełną uległość rozumu i woli wobec Boga objawiającego”31 — w pełni powierzyła się Bogu. Odpowiedziała więc całym swoim ludzkim, niewieścim „ja”. Zawierało się w tej odpowiedzi wiary doskonałe współdziałanie „z łaską Bożą uprzedzającą i wspomagającą” oraz doskonała wrażliwość na działanie Ducha Świętego, który „darami swymi wiarę stale udoskonala”32.

    Słowo Boga żywego, które zwiastował Maryi anioł, odnosiło się da Niej samej: „Oto poczniesz i porodzisz Syna” (Łk 1, 31). Maryja, przyjmując to zwiastowanie, miała stać się „Matką Pana”. Miała w Niej dokonać się Boska tajemnica Wcielenia. „Było zaś wolą Ojca miłosierdzia, aby Wcielenie poprzedziła zgoda Tej, która była przeznaczona na matkę”33. I Maryja wyraża tę zgodę, po wysłuchaniu wszystkich słów zwiastuna. Mówi: „Oto Ja służebnica Pańska, niech mi się stanie według twego słowa!” (Łk 7, 38). Owo Maryjne fiat — „niech mi się stanie” — zadecydowało od strony ludzkiej o spełnieniu się Bożej tajemnicy. Zachodzi pełna zbieżność ze słowami Syna, który według Listu do Hebrajczyków mówi do Ojca, przychodząc na świat: „Ofiary ani daru nie chciałeś, aleś Mi utworzył ciało (…) Oto idę (…) abym spełniał wolę Twoją, Boże” (10, 5. 7). Tajemnica Wcielenia urzeczywistniła się wówczas, gdy Maryja wypowiedziała swoje fiat: „niech mi się stanie według twego słowa!”, czyniąc możliwym — na ile wedle planu Bożego od Niej to zależało — spełnienie woli Syna.

    Wypowiedziała to fiat przez wiarę. Przez wiarę bezwzględnie „powierzyła siebie Bogu”, a zarazem „całkowicie poświęciła samą siebie, jako służebnicę Pańską, osobie i dziełu swego Syna”34. Syna tego zaś — jak uczą Ojcowie pierwej poczęła duchem niż ciałem: właśnie przez wiarę!35 Słusznie przeto sławi Maryję Elżbieta: „Błogosławiona jesteś, któraś uwierzyła, że spełnią się słowa powiedziane Ci od Pana”. Te słowa już się spełniły: Maryja z Nazaretu staje na progu domu Elżbiety i Zachariasza jako Matka Syna Bożego. I Elżbieta czyni radosne odkrycie: „Matka mojego Pana przychodzi do mnie”.

    14. Dlatego też wiara Maryi przyrównywana bywa do wiary Abrahama, którego Apostoł nazywa „ojcem naszej wiary” (por. Rz 4, 12). W zbawczej ekonomii Objawienia Bożego wiara Abrahama stanowi początek Starego Przymierza, wiara Maryi przy zwiastowaniu daje początek Przymierzu Nowemu. Podobnie też, jak Abraham „wbrew nadziei uwierzył nadziei, że stanie się ojcem wielu narodów” (Rz 4, 18), tak Maryja, która przy zwiastowaniu wyznaje swoje dziewictwo („Jakże się to stanie, skoro nie znam męża?”), uwierzyła, że z mocy Najwyższego, za sprawą Ducha Świętego, stanie się Matką Syna Bożego zgodnie z objawieniem anioła: „Święte, które się narodzi, będzie nazwane Synem Bożym” (Łk 1, 35).

    Jednakże słowa Elżbiety: „Błogosławiona jesteś, któraś uwierzyła” odnoszą się nie tylko do tego szczegółowego momentu, jakim było zwiastowanie. Jeśli chodzi o wiarę Maryi oczekującej Chrystusa, zwiastowanie jest z pewnością momentem przełomowym, ale zarazem jest także punktem wyjścia, od którego zaczyna się całe „itinerarium ku Bogu”: cała Jej droga wiary. Na tej zaś drodze w sposób niezwykły, zaiste heroiczny — owszem, z coraz większym heroizmem wiary — będzie się urzeczywistniać owo „posłuszeństwo”, które wyznała wobec słowa Bożego objawienia. A to „posłuszeństwo wiary” ze strony Maryi w ciągu całej drogi posiadać będzie zadziwiające podobieństwo do wiary Abrahama. Podobnie jak ten patriarcha całego Ludu Bożego, tak i Maryja, w ciągu całej drogi swego uległego, macierzyńskiego fiat, będzie potwierdzać, iż „wbrew nadziei uwierzyła nadziei”. Na niektórych zaś etapach tej drogi nabierze szczególnej wymowy błogosławieństwo Tej, „która uwierzyła”. Uwierzyć — to znaczy „powierzyć siebie” samej istotnej prawdzie słów Boga żywego, znając i uznając z pokorą, „jak niezbadane są Jego wyroki i niezgłębione Jego drogi” (por. Rz 11, 33). Maryja, która z odwiecznej woli Najwyższego znalazła się — rzec można — w samym centrum owych „niezgłębionych dróg” oraz „niezbadanych wyroków” Boga, poddaje się w półcieniu wiary, przyjmując całkowicie i z sercem otwartym to wszystko, co było przewidziane w planie Bożym.

    15. Kiedy przy zwiastowaniu usłyszała o Synu, którego ma stać się Rodzicielką, któremu „nada imię Jezus” (Zbawiciel), usłyszała również, iż „Pan Bóg da Mu tron Jego praojca, Dawida” i że będzie On „panował nad domem Jakuba na wieki, a Jego panowaniu nie będzie końca” (Łk 1, 32-33). W tym kierunku zwraca się nadzieja całego Izraela Obiecany Mesjasz ma być „wielki” — zwiastun też mówi: „będzie On wielki” — wielki czy to imieniem „Syna Najwyższego”, czy też przejęciem dziedzictwa Dawidowego. Ma więc być królem: ma panować „nad domem Jakuba”. Maryja wyrosła wśród tych oczekiwań swojego ludu. Czyż w chwili zwiastowania mogła przeczuwać, jakie istotne znaczenie mają te słowa anioła? Jak najeży rozumieć owo „panowanie”, któremu „nie będzie końca”?

    Chociaż — przez wiarę — poczuła się w tej chwili Matką „Mesjasza króla”, to przecież odpowiedziała: „Oto Ja, służebnica Pańska, niech mi się stanie według twego słowa!” (Łk 1, 38). Od pierwszej chwili dała wyraz przede wszystkim „posłuszeństwu wiary”, zdając się na takie znaczenie powyższych słów zwiastowania, jakie nada im Ten, od kogo słowa te pochodzą: jakie nada im sam Bóg.

    16. Na tej samej drodze „posłuszeństwa wiary” usłyszała Maryja niedługo potem inne słowa, które pochodziły od Symeona w świątyni jerozolimskiej. Było to już czterdziestego dnia po narodzeniu Jezusa, gdy zgodnie z przepisem Prawa Mojżeszowego, Maryja wraz z Józefem „przynieśli Dziecię do Jerozolimy, aby Je przedstawić Panu” (por. Łk 2, 22). Samo narodzenie miało miejsce w warunkach skrajnego ubóstwa. Wiemy bowiem od św. Łukasza, że w związku ze spisem ludności, zarządzonym przez władze rzymskie, Maryja udała się wraz z Józefem do Betlejem, a nie znalazłszy tam żadnego „miejsca w gospodzie”, urodziła swego Syna w stajni i „położyła Go w żłobie” (por. Łk 2, 7).

    Człowiek sprawiedliwy i pobożny, imieniem Symeon, pojawia się na początku Maryjnego „itinerarium” wiary. Słowa jego, natchnione przez Ducha Świętego (por. Łk 2, 25-27), potwierdzają prawdę zwiastowania. Czytamy bowiem, że „wziął On w objęcia” Dzieciątko, któremu zgodnie z poleceniem anioła „nadano imię Jezus” (por. Łk 2, 21). Jego słowa są zgodne z brzmieniem tego imienia, które znaczy: Zbawiciel — „Bóg jest zbawieniem”. Zwracając się do Pana, mówi: „moje oczy ujrzały Twoje zbawienie, któreś przygotował wobec wszystkich narodów: światło na oświecenie pogan i chwałę ludu Twego, Izraela” (Łk 2, 30-32). Równocześnie jednak Symeon zwraca się do Maryi z następującymi słowami: „Oto Ten przeznaczony jest na upadek i na powstanie wielu w Izraelu, i na znak, któremu sprzeciwiać się będą”. I dodaje wprost pod adresem Maryi: „A Twoją duszę miecz przeniknie, aby na jaw wyszły zamysły serc wielu” (Łk 2, 34-35). Słowa Symeona stawiają w nowym świetle zapowiedź, jaką Maryja usłyszała od anioła: Jezus jest Zbawicielem, jest „światłem na oświecenie” ludzi. Czyż nie okazało się to w pewien sposób w noc Narodzenia, gdy do stajni przybyli pasterze? (por. Łk 2, 8-20). Czyż nie miało się jeszcze bardziej okazać, gdy przybędą Mędrcy ze Wschodu? (por. Mt 2, 1-12). Równocześnie jednak, już u początku swego życia, Syn Maryi — a wraz z Nim Jego Matka — doznają na sobie prawdy dalszych słów Symeona: „znak, któremu sprzeciwiać się będą”. Słowa Symeona są jakby drugą zapowiedzią dla Maryi, gdyż wskazują na konkretny wymiar historyczny, w którym Jej Syn wypełni swoje posłannictwo, to jest wśród niezrozumienia i w cierpieniu. Jeśli taka zapowiedź potwierdza z jednej strony Jej wiarę w wypełnienie Boskich obietnic zbawienia, to z drugiej strony objawia również, że swoje posłannictwo będzie musiała przeżywać w cierpieniu u boku cierpiącego Zbawiciela i że Jej macierzyństwo pozostanie w cieniu i będzie bolesne Oto po odwiedzinach Mędrców ze Wschodu, po ich ukłonie („upadli na twarz i oddali Mu pokłon”) i po złożeniu przez nich darów (por. Mt 2, 11), Maryja wraz z Dziecięciem musi uchodzić do Egiptu pod troskliwą opieką Józefa, gdyż „Herod (…) szukał Dziecięcia, aby Je zgładzić” (Mt 2, 13). I aż do śmierci Heroda wypadnie Im pozostać w Egipcie (por. Mt 2, 15).

    17. Po śmierci Heroda, kiedy nastąpił powrót Świętej Rodziny do Nazaretu, rozpoczyna się długi okres życia ukrytego. Ta, która „uwierzyła, że spełnią się: słowa powiedziane Jej od Pana” (por. Łk 1, 45), żyje na co dzień treścią tych słów. Na co dzień jest przy Niej Syn, któremu nadała imię Jezus — więc z pewnością w obcowaniu z Nim posługuje się tym imieniem, które zresztą nikogo nie mogło dziwić, gdyż od dawna było używane w Izraelu. Jednakże Maryja wie, że Ten, który nosi imię Jezus, został nazwany przez anioła „Synem Najwyższego” (por. Łk 1, 32). Maryja wie, że poczęła Go i wydała na świat, „nie znając męża”, za sprawą Ducha Świętego, mocą Najwyższego, która osłoniła Ją (por. Łk 1, 35), podobnie jak obłok osłaniał Bożą obecność w czasach Mojżesza i ojców (por. Wj 24, 16; 40, 34-35; 1 Krl 8, 10-12). Tak więc Maryja wie, że Syn, którego wydała na świat w sposób dziewiczy — to właśnie owo „Święte” — „Syn Boży”, o którym mówił do Niej anioł.

    W ciągu lat ukrytego życia Jezusa w domu nazaretańskim, życie Maryi jest również „ukryte z Chrystusem w Bogu” (por. Kol 3, 3) przez wiarę. Wiara bowiem — to obcowanie z tajemnicą Boga. Maryja stale, na co dzień, obcuje z niewypowiedzianą tajemnicą Boga, który stał się człowiekiem, z tajemnicą, która przewyższa wszystko, co zostało objawione w Starym Przymierzu.

    Od chwili zwiastowania Dziewica-Matka została wprowadzona w całkowitą „nowość” samoobjawienia się Boga i stała się świadomą tajemnicy. Jest Ona pierwszą z tych „prostaczków”, o których kiedyś Jezus powie: „Ojcze (…) zakryłeś te rzeczy przed mądrymi i roztropnymi, a objawiłeś je prostaczkom” (Mt 11, 25). Przecież: „nikt nie zna Syna, tylko Ojciec” (Mt 11, 27).

    Jakże więc Maryja może „znać Syna”? Z pewnością nie zna Go tak jak Ojciec — a przecież jest pierwszą wśród tych, którym „Ojciec zechciał objawić” (por. Mt 11, 26-27; l Kor 2, 11). O ile jednak od chwili zwiastowania objawiony Jej został Syn, którego całkowicie zna tylko Ojciec — Ten, który Go rodzi w odwiecznym „dzisiaj” (por. Ps 2, 7) — to Maryja Matka z tą prawdą swego Syna obcuje tylko w wierze i przez wiarę! Błogosławiona jest przeto, że „uwierzyła” — i wierzy na co dzień, wśród wszystkich doświadczeń i przeciwności czasu dziecięctwa Jezusa, a potem w ciągu lat życia ukrytego w Nazarecie, gdzie Jezus „był im poddany” (Łk 2, 51): Maryi, a także Józefowi, bo on wobec ludzi zastępował Mu ojca. Dlatego też Syn Maryi był uważany przez ludzi za „syna cieśli” (por. Mt 13, 55).

    Matka tego Syna, pamiętna wszystkich słów zwiastowania i późniejszych wydarzeń, nosi więc w sobie całkowitą „nowość” wiary: początek Nowego Przymierza. Jest to początek Ewangelii, czyli dobrej, radosnej nowiny. Nietrudno jednak dostrzec w nim także swoisty trud serca, jaki związany jest z „ciemną nocą wiary” — używając słów św. Jana od Krzyża — jakby z „zasłoną”, poprzez którą wypada przybliżać się do Niewidzialnego i obcować z tajemnicą36. W taki też sposób Maryja przez wiele lat obcuje z tajemnicą swego Syna i idzie naprzód w swojej pielgrzymce wiary, w miarę jak Jezus „czynił postępy w mądrości (…) i w łasce u Boga i u ludzi” (Łk 2, 52). Coraz bardziej ujawniało się oczom ludzi upodobanie, jakie Bóg w Nim znajduje. A pierwszą pośród tych ludzi, którym dane było odkryć Chrystusa, była Maryja, która z Józefem mieszkała w tym samym domu w Nazarecie.

    A jednak, kiedy po znalezieniu w świątyni, na pytanie Matki: „czemuś nam to uczynił?”, dwunastoletni Jezus odpowiedział: „Czy nie wiedzieliście, że powinienem być w tym, co należy do mego Ojca?”, Ewangelista dodaje: „Oni jednak (Józef i Maryja) nie zrozumieli tego, co im powiedział” (Łk 2, 48-50). Tak więc Jezus miał świadomość, że „tylko Ojciec zna Syna” (por. Mt 11, 27), a nawet Ta, której najpełniej została objawiona tajemnica Jego Boskiego synostwa, Matka, z tajemnicą tą obcowała tylko przez wiarę. Znajdując się przy boku Syna, pod dachem jednego domu, „utrzymując wiernie swe zjednoczenie z Synem (…) szła naprzód w pielgrzymce wiary”, jak podkreśla Sobór37. I tak było również w ciągu publicznego życia Chrystusa (por. Mk 3, 21-35), stąd, z dnia na dzień, wypełniało się na Maryi błogosławieństwo wypowiedziane przez Elżbietę przy nawiedzeniu: „Błogosławiona, któraś uwierzyła”.

    18. To błogosławieństwo osiąga pełnię swego znaczenia wówczas, kiedy Maryja stale pod Krzyżem swego Syna (por. J 19, 25). Sobór stwierdza, że stało się to „nie bez postanowienia Bożego”: „najgłębiej ze swym Jednorodzonym współcierpiała i z ofiarą Jego złączyła się matczynym duchem, z miłością godząc się (na to), aby doznała ofiarniczego wyniszczenia żertwa z Niej narodzona”. W ten sposób Maryja „utrzymała wiernie swe zjednoczenie z Synem aż do Krzyża”38: zjednoczenie przez wiarę. Przez tę samą wiarę, przez którą przyjęła objawienie anioła w momencie zwiastowania. Wtedy też usłyszała: „Będzie On wielki (…) Pan Bóg da Mu tron Jego praojca, Dawida. Będzie (…) panował nad domem Jakuba na wieki, a Jego panowaniu nie będzie końca” (Łk 1, 32-33).

    A oto, stojąc u stóp Krzyża, Maryja jest świadkiem całkowitego, po ludzku biorąc, zaprzeczenia tych słów. Jej Syn kona na tym drzewie jako skazaniec. „Wzgardzony i odepchnięty przez ludzi, Mąż boleści (…) wzgardzony tak, iż miano Go za nic (…) zdruzgotany” (por. Iz 53, 3-5). Jakże wielkie, jak heroiczne jest wówczas posłuszeństwo wiary, które Maryja okazuje wobec „niezbadanych wyroków” Boga! Jakże bez reszty „powierza siebie Bogu”, „okazując pełną uległość rozumu i woli”39 wobec Tego, którego „drogi są niezbadane” (por. Rz 11, 33)! A zarazem: jak potężne jest działanie łaski w Jej duszy, jak przenikliwy wpływ Ducha Świętego, Jego światła i mocy!

    Przez tę wiarę Maryja jest doskonale zjednoczona z Chrystusem w Jego wyniszczeniu. Wszak „On (Jezus Chrystus), istniejąc w postaci Bożej, nie skorzystał (…), aby na równi być z Bogiem, lecz ogołocił samego siebie, przyjąwszy postać sługi, stając się podobnym do ludzi”. A oto teraz, na Golgocie, „uniżył samego siebie, stawszy się posłusznym aż do śmierci — i to śmierci krzyżowej” (Flp 2, 5-8). U stóp Krzyża, Maryja uczestniczy przez wiarę we wstrząsającej tajemnicy tego wyniszczenia. Jest to chyba najgłębsza w dziejach człowieka „kenoza” wiary. Przez wiarę Matka uczestniczy w śmierci Syna — a jest to śmierć odkupieńcza. W przeciwieństwie do uczniów, którzy uciekli, była to wiara pełna światła. Jezus z Nazaretu poprzez Krzyż na Golgocie potwierdził w sposób definitywny, że jest owym „znakiem, któremu sprzeciwiać się będą”, wedle słów Symeona. Równocześnie zaś spełniły się tam jego słowa skierowane do Maryi: „A Twoją duszę miecz przeniknie”40.

    19. Zaiste, „błogosławiona jest Ta, która uwierzyła”! Te słowa Elżbiety wypowiedziane po zwiastowaniu tutaj, u stóp Krzyża, osiągają swą definitywną wymowę. Przejmująca staje się moc, jaką słowa te w sobie zawierają.. Od stóp Krzyża zaś, jakby z samego wnętrza tajemnicy Odkupienia, rozprzestrzenia się zasięg i perspektywa tego błogosławieństwa wiary. Sięga ono do „początku” i jako uczestnictwo w ofierze Chrystusa, nowego Adama, staje się poniekąd przeciwwaga nieposłuszeństwa i niewiary, zawartej w grzechu pierwszych ludzi. Tak uczą Ojcowie Kościoła, a zwłaszcza św. Ireneusz, cytowany w Konstytucji Lumen gentium: „Węzeł splątany przez nieposłuszeństwo Ewy rozwiązany został przez Maryi; co związała przez niewierność dziewica Ewa, to dziewica Maryja rozwiązała przez wiarę”41; w świetle tego porównania z Ewą, Ojcowie — jak przypomina ten sam Sobór — nazywają Maryję „matką żyjących” i niejednokrotnie stwierdzają: „śmierć przez Ewę, życie przez Maryję”42.

    Słusznie przeto w owym wyrażeniu „Błogosławiona, któraś uwierzyła”, możemy upatrywać jakby klucz, który otwiera nam wewnętrzną prawdę Maryi: tej, którą anioł przy zwiastowaniu pozdrowił jako „łaski pełną”. Jeśli jako „łaski pełna” była Ona odwiecznie obecna w tajemnicy Chrystusa, to przez wiarę stawała się w niej obecna w wymiarach całego swego ziemskiego itinerarium: „szła naprzód w pielgrzymce wiary”. Równocześnie zaś tę tajemnicę Chrystusa w sposób dyskretny — ale bezpośredni i skuteczny — uobecniała ludziom. I nadal nie przestaje jej uobecniać. Przez tajemnicę Chrystusa także Ona jest obecna wśród ludzi. Poprzez Syna rozjaśnia się także tajemnica Matki.

    3. Oto Matka Twoja

    20. Jest w Ewangelii św. Łukasza taki moment, gdy „jakaś kobieta z tłumu głośno zawołała”, zwracając się do Jezusa: „Błogosławione łono, które Cię nosiło, i piersi, które ssałeś” (Łk 11, 27). Słowa te stanowią pochwałę Maryi jako rodzonej Matki Jezusa. Może owej kobiecie Matka Jezusa osobiście nie była znana. Kiedy bowiem Syn rozpoczął swą mesjańską działalność, Maryja Mu w tym nie towarzyszyła. Pozostawała nadal w Nazarecie. Można powiedzieć, że powyższe słowa nieznanej kobiety niejako wywołały Ją z tego ukrycia.

    Poprzez słowa te, stała się też niejako obecna wśród tłumu bodaj na chwilę cała ewangelia dziecięctwa Jezusa. Tam właśnie Maryja jest obecna jako Matka, która poczyna Jezusa w swym łonie, która Go rodzi i jako Dziecię karmi po macierzyńsku piersią: Matka-Karmicielka, którą ma na myśli owa „kobieta z tłumu”. Poprzez to macierzyństwo, Jezus — Syn Najwyższego (por. Łk 1, 32) — jest prawdziwym Synem człowieczym. Jest „ciałem”, jak każdy człowiek: jest „Słowem, które stało się ciałem” (por. J 1, 14). Jest to ciało i krew Maryi!43

    Na to błogosławieństwo, jakie nieznana kobieta wypowiedziała pod adresem jego Matki i Rodzicielki, Jezus odpowiada w sposób znamienny: „Owszem, ale przecież błogosławieni ci, którzy słuchają słowa Bożego i zachowują je” (Łk 11, 28). Jezus chce odwrócić uwagę od macierzyństwa, o ile oznacza ono tylko więź ciała, aby skierować ją w stronę tych tajemniczych więzi ducha, jakie powstają przez słuchanie słowa Bożego i zachowywanie go.

    Jeszcze wyraźniej to przeniesienie do dziedziny wartości duchowych zarysowuje się w innej odpowiedzi Jezusa, którą zapisali wszyscy Synoptycy. Gdy mianowicie oznajmiono Jezusowi, że Jego „Matka i bracia stoją na dworze i chcą się z Nim widzieć” — wówczas On odpowiedział: „Moją Matką, i moimi braćmi są ci, którzy słuchają słowa Bożego i wypełniają je” (por. Łk 8, 20-21). Powiedział to zaś „spoglądając na siedzących dokoła Niego”, jak czytamy w zapisie Markowym (3, 34) — czy też Mateuszowym (12, 49): „wyciągnąwszy rękę ku swoim uczniom”.

    Wypowiedzi powyższe zdają się leżeć jakby na przedłużeniu tego, co Dwunastoletni odpowiedział Maryi i Józefowi, gdy znaleźli Go po trzech dniach w świątyni jerozolimskiej.

    Teraz, gdy Jezus odszedł z Nazaretu, gdy rozpoczął swą działalność publiczną w całej Palestynie, jest już całkowicie i wyłącznie „w sprawach Ojca” (por. Łk 2, 49). Głosi Jego królestwo: „królestwo Boże” i „sprawy Ojca”, które dają mowy wymiar i nowe znaczenie wszystkiemu, co ludzkie, a więc każdej ludzkiej więzi w odniesieniu do celów i zadań każdego człowieka. Również taka więź jak „braterstwo” znaczy w tym nowym wymiarze coś innego niż „braterstwo wedle ciała” — skutek pochodzenia od tych samych rodziców. Nawet „macierzyństwo” w wymiarze królestwa bożego, w zasięgu ojcostwa Boga samego, nabiera innego znaczenia. Jezus, w słowach przytoczonych przez św. Łukasza, uczy właśnie o tym nowym znaczeniu macierzyństwa.

    Czy przez to odsuwa się od tej, która była Jego Rodzicielką, Jego rodzoną Matką? Czy pragnie pozostawić Ją w cieniu ukrycia, które sama wybrała? Jeśli tak mogłoby się wydawać na podstawie brzmienia samych słów, to równocześnie należy stwierdzić, że to inne i nowe macierzyństwo, o jakim mówi Jezus swoim uczniom, w sposób najszczególniejszy odnosi się właśnie do Niej. Czyż Maryja nie jest pierwszą pośród tych, „którzy słuchają słowa Bożego i wypełniają je”? Czyż nie do Niej odnosi się nade wszystko owo błogosławieństwo, jakie, wypowiedział Jezus odpowiadając na słowa nieznanej kobiety? Niewątpliwie Maryja jest godna błogosławieństwa dlatego, że stała się dla swego Syna Matką wedle ciała („Błogosławione łono, które Cię nosiło, i piersi, które ssałeś”) — ale również i nade wszystko dla tego, że już przy zwiastowaniu przyjęła słowo Boże, że słowu temu uwierzyła, że była Bogu posłuszna, ponieważ słowo to „zachowywała” i „rozważała w sercu” (por. Łk 1, 38. 45; 2, 19. 51) i całym swoim życiem wypełniała. Tak więc błogosławieństwo wypowiedziane przez Jezusa nie przeciwstawia się — wbrew pozorom — błogosławieństwu wypowiedzianemu przez nieznaną kobietę, ale z nim się spotyka w osobie tej Matki-Dziewicy, która sama siebie nazwała „służebnicą Pańską” (Łk 1, 38). Jeśli „wszystkie pokolenia zwać Ją będą błogosławioną” (por. Łk 1, 48) — to owa anonimowa kobieta zdaje się być pierwszą, która potwierdza nieświadomie ów proroczy werset z Magnificat Maryi i zapoczątkowuje Magnificat wieków.

    Jeśli przez wiarę Maryja stała się Rodzicielką Syna, którego dał Jej Ojciec w mocy Duch Świętego, zachowując nienaruszone Jej dziewictwo, to w tejże samej wierze odnalazła Ona i przyjęła ów inny wymiar macierzyństwa, który Jej Syn objawił w czasie swego mesjańskiego posłannictwa. Można powiedzieć, że wymiar ten był udziałem Matki Chrystusa od początku, od chwili poczęcia i narodzin Syna. Od tego momentu była Tą, która uwierzyła. Jednak w miarę jak odsłaniało się Jej oczom i duchowi posłannictwo Syna, Ona sama jako Matka otwierała się ku tej „nowości” macierzyństwo, jakie miało stawać się Jej udziałem przy boku Syna. Czyż nie powiedziała na początku: „Oto Ja, służebnica Pańska, niech mi się stanie według twego słowa!” (Łk 1, 38)? Przez wiarę słuchała w dalszym ciągu i rozważała to słowo, w którym stawało się coraz przejrzystsze, w sposób „przekraczający wszelką wiedzę” (por. Ef 3, 19) samoobjawienie się Boga żywego. Maryja Matka, stawała się w ten sposób pierwszą poniekąd „uczennicą” swego Syna, pierwszą, do której On zdawał się mówić „pójdź za Mną”, wcześniej niż wypowiedział to wezwanie do Apostołów czy do kogokolwiek innego (por. J 1, 43).

    21. Pod tym względem szczególnie wymowny jest zapis Ewangelii Janowej, który ukazuje nam Maryję obecną na weselu w Kanie. Maryja pojawia się tam jako Matka Jezusa na początku Jego życia publicznego: „Odbywało się wesele w Kanie Galilejskiej i była tam Matka Jezusa. Zaproszono na to wesele także Jezusa i Jego uczniów” (J 2, 1-2). Z tekstu wynikałoby, że Jezus i uczniowie zaproszeni są razem z Maryją i jakby z tej racji, że Ona była tam obecna. Wydaje się, że zaproszono Syna ze względu na Matkę. Znana jest dalsza kolej wydarzeń związanych z tym zaproszeniem — ów „początek znaków”, jaki uczynił Jezus: woda przemieniona w wino — tak, że Ewangelista dodaje: „objawił swą chwałę i uwierzyli w Niego Jego uczniowie” (J 2, 11).

    Maryja obecna jest w Kanie Galilejskiej jako Matka Jezusa — i w sposób znamienny przyczynia się do owego „początku znaków”, objawiających mesjańską moc Jej Syna. Oto „kiedy zabrakło wina, Matka Jezusa mówi do Niego: «Nie mają już wina». Jezus Jej odpowiedział: «Czyż to moja lub Twoja sprawa, Niewiasto? Czyż jeszcze nie nadeszła godzina moja?»” (J 2, 3-4). Wedle Ewangelii św. Jana owa „godzina” oznacza moment przeznaczony przez Ojca, w którym Syn wypełni swoje dzieło i ma doznać uwielbienia (por. J 7, 30; 8, 20; 12, 23. 27; 13, 1; 17, 1; 19, 27). Chociaż więc to, co Jezus odpowiedział swej Matce, zdaje się wskazywać raczej na odmowę (co bardziej jeszcze uwydatnia się wówczas, gdy zdanie ma charakter twierdzący: „jeszcze nie nadeszła godzina moja”), tym niemniej Maryja zwraca się do sług ze słowami: „Zróbcie wszystko, cokolwiek wam powie” (J 2, 5). Wtedy Jezus nakazuje sługom napełnić wodą stągwie tam stojące — a woda stale się winem, lepszym niż to, jakie uprzednio zostało podane gościom weselnym.

    Jak głębokie zrozumienie istniało między Jezusem a Jego Matką? Jak wniknąć w tajemnicę ich wewnętrznej jedności duchowej? Sam fakt jest jednak wymowny. Zapewne w wydarzeniu tym zarysowuje się już dość wyraźnie nowy wymiar, nowe znaczenie macierzyństwa Matki Chrystusa. Ma ono znaczenie, które nie mieści się wyłącznie w wypowiedziach Jezusa i w różnych wydarzeniach przytoczonych przez Synoptyków (Łk 11, 27-28 oraz Łk 8, 19-21; Mt 12, 46-50; Mk 3, 31-35). Tam Jezus nade wszystko przeciwstawiał macierzyństwo, wynikające z samego faktu zrodzenia, temu, czym to „macierzyństwo” (podobnie jak „braterstwo”) ma być w wymiarze królestwa Bożego, w zbawczym zasięgu ojcostwa Boga samego. W tekście Janowym opisu wydarzenia z Kany zarysowuje się to, w, czym to nowe macierzyństwo wedle Ducha, a nie tylko wedle ciała konkretnie się przejawia. Przejawia się więc w trosce Maryi o ludzi, w wychodzeniu im naprzeciw w szerokiej skali ich potrzeb i niedostatków. W Kanie Galilejskiej została ukazana jedna tylko konkretna odmiana ludzkiego niedostatku, pozornie drobna i nie największej wagi („wina już nie mają”). Posiada ona jednak znaczenie symboliczne: owo wychodzenie naprzeciw potrzebom człowieka oznacza równocześnie wprowadzenie ich w zasięg mesjańskiej misji i zbawczej mocy Chrystusa. Jest to więc pośrednictwo: Maryja staje pomiędzy swym Synem a ludźmi w sytuacji ich braków, niedostatków i cierpień. Staje „pomiędzy”, czyli pośredniczy, nie jako obca, lecz ze stanowiska Matki, świadoma, że jako Matka może — lub nawet więcej: „ma prawo” — powiedzieć Synowi o potrzebach ludzi. Jej pośrednictwo ma więc charakter wstawienniczy: Maryja „wstawia się” za ludźmi. Ale nie tylko to: jako Matka równocześnie chce, aby objawiła się mesjańska moc Jej Syna. Jest to zaś moc zbawcza, skierowana do zaradzenia ludzkiej niedoli, do uwalniania od zła, jakie w różnej postaci i w różnej mierze ciąży nad życiem ludzkim. Tak właśnie mówił o Mesjaszu prorok Izajasz w znanym tekście, na który Jezus powołał się wobec swoich rodaków z Nazaretu: „(…) abym ubogim niósł dobrą nowinę, więźniom wolność, a niewidomym przejrzenie (…)” (por. Łk 4, 18).

    Inny istotny element tego macierzyńskiego zadania Maryi wyrażają słowa skierowane do sług: „Zróbcie wszystko, cokolwiek wam powie”. Matka Chrystusa staje się wobec ludzi rzecznikiem woli Syna, ukazując te wymagania, jakie winny być spełnione, aby mogła się objawić zbawcza moc Mesjasza. W Kanie dzięki wstawiennictwu Maryi i posłuszeństwu sług Jezus zapoczątkował „swoją godzinę”. W Kanie Maryja jawi się jako wierząca w Jezusa: Jej wiara sprowadza pierwszy „znak” i przyczynia się do wzbudzenia wiary w uczniach.

    22. Możemy więc powiedzieć, że w powyższym zapisie Ewangelii Janowej znajdujemy jakby pierwszy zarys prawdy o macierzyńskiej trosce Maryi. Prawda ta znalazła wyraz również w magisterium ostatniego Soboru. Warto zauważyć, jak macierzyńska rola Maryi została przedstawiona przezeń w odniesieniu do pośrednictwa Chrystusa. Czytamy bowiem: „Macierzyńska rola Maryi w stosunku do ludzi żadną miarą nie przyćmiewa i nie umniejsza tego jedynego pośrednictwa Chrystusowego, lecz ukazuje jego moc”, ponieważ „Jezus Chrystus jest jedynym pośrednikiem między Bogiem a ludźmi” (por. 1 Tm 2, 5-6). Ta macierzyńska rola wypływa — dzięki upodobaniu Bożemu — „z nadmiaru zasług Chrystusowych, na Jego pośrednictwie się opiera, od tego pośrednictwa całkowicie jest zależna i z niego czerpie całą moc swoją”44. Właśnie w takim znaczeniu wydarzenie w Kanie Galilejskiej jest jakby zapowiedzią pośrednictwa Maryi, które skierowane jest do Chrystusa, a zarazem zmierza do objawienia Jego zbawczej mocy.

    Z tekstu Janowego widać, że chodzi tu o pośrednictwo macierzyńskie. Jak głosi Sobór: Maryja „stała się nam matką w porządku łaski”. To Maryjne macierzyństwo „w porządku łaski” wyłoniło się z Jej Boskiego macierzyństwa: będąc z postanowienia Opatrzności Bożej Matką-Żywicielką Odkupiciela, „stała się (…) w sposób szczególny przed innymi szlachetną towarzyszką i pokorną służebnicą Pana”, która „współpracowała z dziełem Zbawiciela przez wiarę, nadzieję i miłość żarliwą dla odnowienia nadprzyrodzonego życia dusz Ludzkich”45. To macierzyństwo Maryi w ekonomii łaski trwa nieustannie (…) aż do wiekuistego dopełnienia się zbawienia wszystkich wybranych46.

    23. Jeżeli zapis Ewangelii Janowej o Kanie Galilejskiej mówi o macierzyńskiej trosce Maryi u początku mesjańskiej działalności Chrystusa, to istnieje inny jeszcze zapis tej samej Ewangelii, który owo Maryjne macierzyństwo w zbawczej ekonomii łaski potwierdza w momencie szczytowym, to znaczy wówczas, gdy spełnia się ofiara krzyżowa Chrystusa, Jego paschalna tajemnica. Zapis Janowy jest zwięzły: „obok krzyża Jezusowego stały: Matka Jego i siostra Matki Jego, Maria, żona Kleofasa, i Maria Magdalena. Kiedy więc Jezus ujrzał Matkę i stojącego obok Niej ucznia, którego miłował, rzekł do Matki: «Niewiasto, oto syn Twój». Następnie rzekł do ucznia: «Oto Matka twoja». I od tej godziny uczeń wziął Ją do siebie” (J 19, 25-27).

    Niewątpliwie trzeba widzieć w tym wydarzeniu wyraz szczególnej troski Syna o Matkę, którą pozostawiał w tak wielkiej boleści. Jednakże o znaczeniu tej troski Chrystusowy „testament z Krzyża” mówi więcej. Jezus uwydatnia nową więź pomiędzy „Matką” a „Synem”. Ta więź zostaje uroczyście potwierdzona w całej swojej prawdzie i rzeczywistości. Można powiedzieć, że — o ile uprzednio macierzyństwo Maryi względem ludzi było już zarysowane — w tej chwili zostaje ono wyraźnie określone i ustanowione: wyłania się zaś z całej dojrzałości paschalnej Tajemnicy Odkupiciela. Matka Chrystusa, znajdując się w bezpośrednim zasięgu tej tajemnicy, która ogarnia człowieka — każdego i wszystkich — zostaje dana człowiekowi każdemu i wszystkim — jako Matka. Tym człowiekiem u stóp Krzyża jest Jan, „uczeń umiłowany”47. Jednakże nie tylko on jeden. Zgodnie z Tradycją Sobór nie waha się nazywać Maryi Matką Chrystusa i Matką ludzi: jest Ona bowiem „złączona z wszystkimi ludźmi (…) pochodzeniem z rodu Adama, a co więcej, jest «zgoła matką członków (Chrystusowych; …) ponieważ miłością swoją współdziałała, aby wierni rodzili się w Kościele»”48.

    Tak więc, to „nowe macierzyństwo Maryi”, zrodzone przez wiarę, jest owocem „nowej” miłości, która ostatecznie dojrzała w Niej u stóp Krzyża, poprzez uczestnictwo w odkupieńczej miłości Syna.

    24. Znajdujemy się zarazem w samym centrum urzeczywistniania obietnicy zawartej w protoewangelii: „potomstwo niewiasty zmiażdży głowę węża” (por. Rdz 3, 15). Jezus Chrystus bowiem swą odkupieńczą śmiercią zwycięża zło grzechu i śmierci u samego korzenia. Jest rzeczą znamienną, iż zwracając się do Matki z wysokości Krzyża nazywa Ją „niewiastą” i mówi do Niej: „Niewiasto, oto syn Twój”. Podobnie zresztą odezwał się i w Kanie Galilejskiej (por. J 2, 4). Jakże wątpić, że zwłaszcza teraz — na Golgocie — zwrot ten sięga głębiej w tajemnicę Maryi i dotyka Jej szczególnego „miejsca” w całej ekonomii zbawienia? Uczy Sobór: „Wraz z Nią, wzniosłą Córą Syjonu, po długim oczekiwaniu spełnienia obietnicy, przychodzi pełnia czasu i nastaje nowa ekonomia zbawienia, kiedy to Syn Boży przyjął z Niej naturę ludzką, aby przez tajemnicę ciała swego uwolnić człowieka od grzechu”49.

    Słowa wypowiedziane z wysokości Krzyża mówią o tym, że macierzyństwo Matki Chrystusa znajduje swoją „nową” kontynuację w Kościele i przez Kościół, jakby symbolicznie obecny i reprezentowany przez Jana. W ten sposób Ta, która jako „łaski pełna” została wprowadzona w tajemnicę Chrystusa, by być Jego Matką, czyli Świętą Bożą Rodzicielką, przez Kościół pozostaje w tej tajemnicy jako owa „niewiasta”, na którą wskazuje Księga Rodzaju (3, 15) u początku, Apokalipsa zaś u kresu dziejów zbawienia (12, 1). Zgodnie z odwiecznym planem Opatrzności, macierzyństwo Boże Maryi ma udzielić się Kościołowi, jak na to wskazują wypowiedzi Tradycji, dla których macierzyństwo Maryi w odniesieniu do Kościoła jest odbiciem i przedłużeniem Jej macierzyństwa w odniesieniu do Syna Bożego50.

    Już sam moment narodzin Kościoła, jego pełne objawienie się wobec świata pozwala — według Soboru — dostrzec to trwanie macierzyństwa Maryi: „A kiedy podobało się Bogu uroczyście objawić tajemnice zbawienia ludzkiego nie wcześniej, aż ześle obiecanego przez Chrystusa Ducha, widzimy Apostołów przed dniem Zielonych Świąt «trwających jednomyślnie na modlitwie wraz z niewiastami i z Maryją Matką Jezusa i z braćmi Jego» (Dz 1, 14), także Maryję błagającą w modlitwach o dar Ducha, który podczas zwiastowania już Ją był zacienił”51.

    Tak więc w ekonomii łaski, sprawowanej pod działaniem Ducha Świętego, zachodzi szczególna odpowiedniość pomiędzy momentem Wcielenia Słowa a momentem narodzin Kościoła. Osobą, która łączy te dwa momenty, jest Maryja: Maryja w Nazarecie — i — Maryja w Wieczerniku Zielonych Świąt. W obu wypadkach Jej obecność w sposób dyskretny, a równocześnie wymowny — ukazuje drogę „narodzin z Ducha”. W ten sposób Maryja, obecna w tajemnicy Chrystusa jako Matka, staje się — z woli Syna i za sprawą Ducha Świętego — obecna w tajemnicy Kościoła. Jest to nadal obecność macierzyńska, jak potwierdzają słowa wypowiedziane na Krzyżu: „Niewiasto, oto syn Twój”; „Oto Matka twoja”.

    mp/Fronda.pl

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Encyklika, która rozwścieczyła Hitlera.

    Jak naziści zemścili się na katolikach?

    Pius XI w swoim gabinecie przemawia za pośrednictwem Radia Watykańskiego.
    AKG IMAGES /EAST NEWS

    ***

    Dokument Mit brennenden Sorge był dla nazistów szokiem. Zemścili się we właściwy sobie sposób.

    Była Niedziela Palmowa 21 marca 1937 r. W prawie 12 tysiącach niemieckich kościołów rozbrzmiewały słowa: „Z palącą troską i ze wzrastającym zdziwieniem patrzymy od dłuższego czasu na udręczenie Kościoła, na wzmagające się uciemiężenie katolików, dochowujących mu wierności w tym kraju i w tym narodzie, któremu kiedyś św. Bonifacy przyniósł radosną wieść o Chrystusie i królestwie Bożym”.

    Tak zaczynała się encyklika Mit brennenden Sorge, jedyna w historii napisana w oryginale po niemiecku, bo do Niemców skierowana. Pius XI w stanowczych słowach potępiał nazizm, stwierdzając, że rasizmu i neopogaństwa nie można pogodzić z wiarą katolicką, i przypominając, że duchowni i świeccy mają obowiązek zachowania wierności słowu Bożemu i dawania świadectwa prawdzie, nawet gdy ceną będzie życie. Choć w dokumencie nie padło nazwisko Hitlera ani nie pojawił się zwrot „narodowy socjalizm”, jasne było, o kim mowa.

    Nie miał co do tego wątpliwości minister propagandy Joseph Goebbels. Był wściekły, gdy informację o planowanym nazajutrz odczytaniu encykliki otrzymał dopiero w sobotę wieczorem. 

    ***

    Encyklika, która rozwścieczyła Hitlera. Jak naziści zemścili się na katolikach?

    Pius XI/Wikipedia

    ***

    My mamy religię

    Kościół w Niemczech krytykował ideologię nazistowską, jeszcze zanim jej głosiciele doszli do władzy. Biskupi ostrzegali wiernych przed narodowym socjalizmem i już w 1932 roku uznali członkostwo w NSDAP za niezgodne z wiarą chrześcijańską. Gdy jednak Adolf Hitler wygrał wybory, Watykan zawarł w lipcu 1933 r. konkordat z III Rzeszą, który określał warunki współistnienia państwa i Kościoła. Stolica Apostolska liczyła na ochronę niemieckich katolików, nie zdawała sobie jednak do końca sprawy, jak zbrodniczy potencjał niesie nazizm. Uświadomienie przyszło szybko. Wkrótce jasne się stało, że reżim hitlerowski nie zamierza stosować się do umowy i nie uszanuje praw Kościoła. Dało się to odczuć w wielu obszarach, szczególnie w odniesieniu do wychowania młodzieży. III Rzesza dążyła do uzyskania w tym zakresie monopolu, co boleśnie odbiło się na katolickich szkołach wyznaniowych, katolickich stowarzyszeniach młodzieżowych i nauczycielskich. Konkordat nie przeszkodził nazistom w szykanowaniu duchownych. Najbardziej niewygodni księża zaczęli zapełniać utworzony już w 1933 roku obóz koncentracyjny w Dachau.

    Szczególną zawziętość wobec Kościoła przejawiał Goebbels, który już w 1928 r. pisał: „Czymże jest dziś dla nas chrześcijaństwo? Narodowy socjalizm jest religią. Brak jedynie religijnego geniuszu, który rozsadza przebrzmiałe formy i tworzy nowe. Brakuje nam rytuału. Narodowy socjalizm stać się musi kiedyś w Niemczech religią państwową”.

    Watykan protestował przeciw antykościelnym działaniom nazistowskiego rządu, ale bezskutecznie. W końcu strona kościelna zrozumiała, że cicha dyplomacja jest niewystarczająca, i postanowiła użyć najmocniejszego argumentu – autorytetu papieża. Autorem projektu encykliki był kardynał Michael von Faulhaber, arcybiskup Monachium. Przy powstawaniu tekstu pracował, oprócz samego papieża, jego przyszły następca, kardynał Eugenio Pacelli.

    Encyklika została przewieziona do Niemiec kanałami dyplomatycznymi w 26 kopertach do nuncjusza arcybiskupa Cesarego Orsenigo, a ten przekazał je poszczególnym biskupom. Biskupi diecezjalni zlecili wydrukowanie dokumentu w 300 tys. egzemplarzy.

    Dużym sukcesem Watykanu było utrzymanie tak wielkiej operacji w tajemnicy prawie do końca. Pierwsza strona encykliki Mit brennenden Sorge.

    ***

    Encyklika, która rozwścieczyła Hitlera. Jak naziści zemścili się na katolikach?
    Pierwsza strona encykliki Mit brennenden Sorge/Wikipedia

    ***

    Głosicie urojenia!

    „Kto wynosi ponad skalę wartości ziemskie rasę albo naród, albo państwo, albo ustrój państwa, przedstawicieli władzy państwowej albo inne podstawowe wartości ludzkiej społeczności, które w porządku doczesnym zajmują istotne i czcigodne miejsce, i czyni z nich najwyższą normę wszelkich wartości, także religijnych, i oddaje się im bałwochwalczo, ten przewraca i fałszuje porządek rzeczy stworzony i ustanowiony przez Boga-człowieka i daleki jest od prawdziwej wiary w Boga i od światopoglądu odpowiadającego takiej wierze” – niosło się po kościołach jak Niemcy długie i szerokie. Papież napiętnował dążenie do zatarcia w ludziach prawa naturalnego i znieczulenia sumień. Przestrzegł przed nadużywaniem symboliki chrześcijańskiej do propagowania rzeczy z chrześcijaństwem sprzecznych. „Tysiące języków głosi wam dzisiaj ewangelię, która nie jest objawiona przez Ojca niebieskiego. Tysiące piór stoi na usługach pozornego chrześcijaństwa, które nie jest chrześcijaństwem Chrystusa. Prasa i radio zasypują was codziennie wytworami o treści wrogiej Kościołowi i wierze i atakują bezceremonialnie i bez żadnych skrupułów wszystko, co dla was musi być wzniosłe i święte” – pisał Pius XI. Wyraźną aluzją do kultu Wodza było wskazanie, że kto stawia jakiegokolwiek śmiertelnika „obok Chrystusa lub nawet ponad Nim i przeciwko Niemu, ten (…) jest obłąkanym prorokiem, głoszącym urojenia”. Papież wezwał wiernych, a zwłaszcza rodziców, do niezgody na niszczenie wiary dzieci.

    Proroczo zabrzmiało ostrzeżenie, że „zaprzepaszczenie wiecznych norm obiektywnej nauki moralnej (…) jest grzechem przeciwko przyszłości narodu, a za gorzkie owoce grzechu będą musiały zapłacić przyszłe pokolenia”. „Alarmowy krzyk papieża” – Pius XI na okładce francuskiego czasopisma w marcu 1937 r., po ogłoszeniu encykliki Mit brennenden Sorge.


    ***

    „Alarmowy krzyk papieża” – Pius XI  na okładce francuskiego czasopisma w marcu 1937 r., po ogłoszeniu encykliki Mit brennenden Sorge.

    „Alarmowy krzyk papieża” – Pius XI na okładce francuskiego czasopisma w marcu 1937 r., po ogłoszeniu encykliki Mit brennenden Sorge.

    Bridgeman Images/East News

    ***

    Wielkie natarcie

    Zaskoczenie encykliką wśród nazistów było duże, Joseph Goebbels zdawał sobie jednak sprawę, że otwarta konfrontacja nie byłaby na razie korzystna. Zalecił „udawać obojętność i zignorować”. Zanotował, że „klechy” nie doceniają „cierpliwości i łagodności”, niech więc teraz „poznają naszą surowość, twardość i nieubłaganie”.

    Pierwsi tę surowość poznali drukarze, którzy wydrukowali teksty encykliki – stracili za to swoje zakłady. W następnym kroku policja ogłosiła, że encyklika jest aktem zdrady państwa. W następstwie tego do więzień trafiło wiele osób zaangażowanych w rozpowszechnianie dokumentu.

    Posypały się oskarżenia duchownych o nieobyczajność i wszczęto procesy „przeciwko niemoralności kleru”. Zaczęło się wyszukiwanie skandali z udziałem duchownych, zintensyfikowano też dochodzenia, które toczyły się już wcześniej, głownie związane z zarzutami o homoseksualizm. Służby zostały zaangażowane w dostarczanie materiału, który nadawałby się do przedstawienia Kościoła jako organizacji zbrodniczej i do cna zdeprawowanej. W tym celu gestapo prowadziło przesłuchania, stosując groźby i zastraszanie, a zeznania świadków przeformułowywano do protokołu w taki sposób, żeby obciążały oskarżonych.

    W toku postępowania wiele zarzutów okazało się bezpodstawnych, ale liczył się efekt propagandowy, a ten zapewniała prasa. W gazetach zaczęły się mnożyć opisy deprawacji wśród duchownych, przedstawiane w taki sposób, żeby społeczeństwo nabrało odrazy do całego duchowieństwa. Na zlecenie władzy w Niemczech zaczęły się mnożyć broszury i książki o charakterze antykościelnym, pełne sarkastycznych komentarzy i obraźliwych karykatur. Ponownie wydawano starsze książki o takiej wymowie.

    Goebbels w swoich zapiskach nazwał tę akcję „wielkim natarciem przeciw czarnemu lęgowi”. W jej ramach zlecił dyrektorowi ministerialnemu Alfredowi Berndtowi uregulowanie języka tej kampanii. Berndt codziennie musiał wymyślać nowe obelgi na Kościół, które następnie były obowiązkowo drukowane we wszystkich gazetach. Na przykład: „Zakrystia powszechnie stała się burdelem”, „Klasztory to prawdziwa wylęgarnia homoseksualizmu”, „Kościół walczy o szkoły wyznaniowe, bo chce utrzymać w tajemnicy to, co zakonnicy robią w toaletach”. I tak dalej.

    Moralista propagandysta

    Kulminacją nagonki był tzw. piekielny koncert – wystąpienie Goebbelsa 28 maja 1937 r. na wiecu w wypełnionej po brzegi berlińskiej Deutschlandhalle, transmitowane przez wszystkie rozgłośnie, a nazajutrz wydrukowane we wszystkich gazetach pod tytułem „Ostatnie ostrzeżenie”.

    Minister Propagandy Rzeszy, występując jako zatroskany ojciec czworga dzieci, wyjaśnił, że Rząd Rzeszy chciał milczeć w sprawie tych smutnych wydarzeń, ale katolicka bezczelność zniweczyła ten zamiar. Goebbels określił duchownych jako „zezwierzęconych i pozbawionych skrupułów deprawatorów młodzieży” i grzmiał, że ta „zaraza musi być wytępiona ogniem i mieczem”. Mówił o „skandalach kaznodziejów moralności”, które „wołają o pomstę do nieba”. Twierdził, że przypadki nadużyć seksualnych wśród księży wychodzą na światło dzienne każdego dnia. „Niestety, nie można już mówić o pojedynczych przypadkach, lecz raczej o zbiorowej zapaści moralnej. Wychodzą na światło dzienne przypadki molestowania seksualnego, których dopuszcza się ogromna część katolickiego duchowieństwa. I nie są to przypadki sporadyczne, ale obejmująca cały kler katolicki fala zgnilizny moralnej, jakiej w takim przerażającym nasileniu świat dotychczas nie widział. Ujawniane są sprawki niezliczonej ilości księży i zakonników i nie ulega wątpliwości, że tysiące tych spraw, które rozpatruje dziś nasz system sprawiedliwości, są zaledwie ułamkiem całości, obejmującej także wszystko to, co hierarchowie Kościoła próbują zamieść pod dywan”.

    Przestrzelili

    Konsekwencją akcji rozpętanej przeciw Kościołowi było około 2500 śledztw. Spośród tej liczby podejrzanych skazano jednak tylko 64 duchownych i 170 braci zakonnych. Zdecydowana większość spraw w ogóle nie zakończyła się aktem oskarżenia, została umorzona lub zakończona uniewinnieniem. Był to m.in. skutek licznych kompromitujących wpadek fałszywych świadków, rekrutowanych na ogół spośród ludzi słabo rozgarniętych. O tym jednak mediom nie wolno było informować. Chodziło o stworzenie wrażenia, że ​​nie chodzi o przypadki indywidualne, ale że cały system kościelny jest chory. Szczególnie ostrzegano przed Kościołem rodziców i sugerowano, że młodzi ludzie są bezpieczniejsi w organizacjach nazistowskich niż kościelnych.

    „Wielkie natarcie przeciw czarnemu lęgowi” nie przyniosło oczekiwanego skutku – naziści przestrzelili. Tak nagłe „odkrycie” kościelnych nieprawości nie przekonało katolików. Wierni nie odwrócili się od swoich pasterzy. Frekwencja w kościołach w ogóle nie zmalała, tym bardziej że biskupi nie pozostali bezczynni. W listach pasterskich i memorandach bronili się przed rzucanymi przez państwo oszczerstwami, wykazując na przykład, że podawane przez władze liczby przestępców są rażąco przesadzone.

    A później zaczęła się wojna. Naziści, choć stosunku do chrześcijaństwa nie zmienili, mieli inne rzeczy na głowie. Kwestię zniszczenia Kościoła odłożyli na później, nie wiedząc, że „Tysiącletnia Rzesza” ma przed sobą już tylko kilka lat.

    Od dawna nie ma już nazizmu, ale encyklika, która przed nim ostrzegała, wciąż zawiera aktualne wątki, bo tendencja do ubóstwiania człowieka jest niestety pokusą ludzi każdej epoki.

    Franciszek Kucharczak/Gość Niedzielny

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Fake newsy 1939.

    Jak Hitler przekonał niemieckie społeczeństwo do wojny?

    „Polscy szaleńcy wtargnęli na terytorium niemieckie”. „Została zaatakowana Byczyna w pobliżu Kluczborka. Inny atak – na Stodoły – jeszcze trwa” – donosiły 1 września 85 lat temu media III Rzeszy. Było w tym ziarno prawdy…

    Ato dlatego, że w noc przed wybuchem II wojny światowej Niemcy rzeczywiście zostali napadnięci we wsi Stodoły, która dzisiaj jest dzielnicą Rybnika, a także w Byczynie i w Gliwicach. Napastnicy wrzeszczeli tam po polsku, śpiewali „Mazurka Dąbrowskiego” i strzelali w górę. Koronnym dowodem na atak „polskich szaleńców” było kilkanaście trupów w polskich mundurach wojskowych, rozciągniętych na łące przy niemieckiej komorze celnej w Stodołach. Zabici mieli w kieszeniach autentyczne książeczki żołdu Wojska Polskiego, a nawet bilety tramwajowe i bilety do kina z różnych polskich miast.

    Przypominamy wydarzenia z nocy, która poprzedziła wybuch II wojny światowej. Zwłaszcza to, co stało się wtedy w Stodołach i w Byczynie, jest do dziś bardzo mało znane.

    Führer chce pretekstu

    Adolf Hitler na naradzie z wyższymi oficerami wojskowymi omawiał 22 sierpnia 1939 roku plan ataku na Polskę. W pewnym momencie rzucił: „Ja dam potrzebny dla propagandy powód wybuchu wojny, obojętne jest, czy będzie wiarygodny. Zwycięzcy nikt nie spyta, czy mówił prawdę”.

    Te tajemnicze słowa wiązały się ze ściśle tajnymi przygotowaniami, które od blisko trzech tygodni realizowali funkcjonariusze SS i gestapo. Na początku sierpnia 1939 r. na Górny Śląsk przyleciał samolotem sam Reinhard Heydrich, szef Służby Bezpieczeństwa SS i gestapo. Krótko oświadczył: „Führer potrzebuje pretekstu do wojny”. Następnie kazał się obwozić samochodem wzdłuż ówczesnej granicy niemiecko-polskiej. Po całodziennym poszukiwaniu Heydrich osobiście wybrał dwa miejsca, w których Hitler miał znaleźć swój pretekst. Były to okolice komory celnej w Stodołach oraz las koło Byczyny. Później wyznaczył jeszcze trzecie miejsce: Gliwice.

    Do realizacji planu zostali specjalnie wybrani funkcjonariusze SS, którzy umieli mówić po polsku. O takich ludzi, wychowanych na niemiecko-polskim pograniczu, nie było trudno. Abwehra, czyli niemiecki wywiad wojskowy, dostarczyła dwie ciężarówki pełne używanych przez Wojsko Polskie mundurów oraz broni.

    31 sierpnia wieczorem do akcji w Byczynie ruszyło około 130 esesmanów, przebranych za powstańców śląskich. Podeszli do niemieckiej leśniczówki, skąd wcześniej została ewakuowana rodzina leśniczego. Trochę postrzelali i pokrzyczeli po polsku. O godzinie 22.00 już w komplecie raczyli się herbatą z rumem na swojej kwaterze w gospodzie u Wyrwicha w Byczynie. Zbigniew Gołasz z mikrofonem burzowym w sali nadajnika Radiostacji Gliwickiej.

    Konserwy w mundurach

    Akcja w Stodołach była o wiele bardziej dramatyczna. 1 września o 4.00 nad ranem esesmani w polskich mundurach wojskowych zaatakowali niemiecką komorę celną. „Natarliśmy na budynek celny, strzelając w powietrze, wrzeszcząc, nawołując się i wydając komendy w języku polskim” – zeznał po wojnie Karl Hoffmann, dowódca tego oddziału SS. „Po dotarciu do komory celnej porozbijaliśmy szyby w oknach, zdemolowaliśmy drzwi, strzelaliśmy po dachu, czyniąc ciągle wielką wrzawę. Od strzałów pospadały z dachu rynny” – dodał.

    Inny esesman, Josef Grzimek, wspominał: „Mieliśmy przed sobą majątek niemiecki, dlatego niezbyt dobrze rozumieliśmy sens rozkazu i ociągaliśmy się z rozpoczęciem dewastacji. Dopiero gdy podoficerowie SS zaczęli dzieło zniszczenia, nawołując nas do współdziałania, przyłączyliśmy się do demolowania całego inwentarza”. Kiedy esesmani opuszczali już budynek celny, natknęli się na leżące przed nim ludzkie ciała. Dla zwykłych szeregowych, niewtajemniczonych w szczegóły akcji, było to zaskoczenie. „Schyliłem się i ujrzałem kilku ludzi w polskich mundurach, leżących nieruchomo na ziemi; uderzyło mnie, że głowy mieli ostrzyżone »na zero«. Gdy ujrzałem przed sobą te ciała niedające znaku życia, bardzo się przeląkłem; zdawało mi się, że to nasi koledzy. Z początku sądziliśmy, iż to kilku spośród naszych, których zabito w trakcie nieostrożnej strzelaniny. Dopiero gdy zrobiliśmy zbiórkę i okazało się, że nikogo nie brakuje, ogarnęły nas wątpliwości. Oficjalnie nic nam nie było wiadomo w tej sprawie. Uznaliśmy jednak, że w akcji brali udział również inni ludzie, nienależący do naszego oddziału specjalnego”. Zeznania te przytacza w książce „Akcja Tannenberg” Andrzej Szefer.

    Skąd wzięło się kilkanaście ciał na łące przed komorą celną w Stodołach? Otóż byli to więźniowie niemieckich obozów koncentracyjnych. Dlatego mieli głowy ogolone „na zero”. Gestapowcy wstrzyknęli więźniom narkotyki i przywieźli ich żywych, ale odurzonych, na miejsce prowokacji w Stodołach. Dopiero tutaj więźniowie zostali zastrzeleni. Niemcy nazywali tych więźniów „konserwami” – bo dla gestapo najlepszą konserwą trupa był żywy człowiek… Autorzy tej mistyfikacji zadbali nawet o takie szczegóły, jak włożenie ofiarom do kieszeni polskich dokumentów czy biletów tramwajowych. Niemcy od razu sfotografowali te ciała, żeby mieć dowód polskiej agresji.

    Babcia umarła

    Kolejna niemiecka akcja tej nocy jest znana – i to na całym świecie – jako „Prowokacja gliwicka”. Niewielu jednak wie, że esesmani przeprowadzili napad na tamtejszą radiostację tak nieudolnie, jakby byli bohaterami duńskiej komedii kryminalnej „Gang Olsena”.

    Tutaj także Niemcy zaplanowali zamordowanie człowieka, którego nazywali „konserwą”. Szef gestapo, Heinrich Müller, początkowo planował, że „konserwa” będzie ubrana w polski mundur. Alfred Naujocks, esesman dowodzący akcją, zaprotestował – jednak nie ze względu na obiekcje moralne związane z morderstwem, ale z powodu tego munduru. Radiostacja gliwicka znajdowała się 8 km od granicy. Niemożliwe więc byłoby, żeby oddział regularnej polskiej armii przeniknął aż tak daleko w terenie, na którym roiło się od niemieckiego wojska. Po latach Naujocks mówił: „Wyjaśniłem Müllerowi, że akcja, którą miałem dowodzić w Gliwicach, powinna przebiegać pod znakiem ataku polskich powstańców, czyli cywilów, a nie żołnierzy. Świetnie – odrzekł na to Müller – dostanie więc go pan w cywilu. Zaczyna pan akcję o godz. 20.00, a między 20.00 a 20.10 dostarczam panu »konserwę« do radiostacji”.

    Przeprowadzający prowokację esesmani kwaterowali w Gliwicach, w hotelu Haus Oberschleisen – dzisiaj w tym gmachu mieści się Urząd Miasta. 31 sierpnia około 16.00z Alfredem Naujocksem telefonicznie skontaktował się z Berlina sam Reinhard Heinrich. Rzucił do słuchawki: „Babcia umarła”. To było hasło do rozpoczęcia napadu na Radiostację Gliwicką, stojącą przy dzisiejszej ulicy Tarnogórskiej. Policjanci, którzy jej pilnowali, zostali wcześniej odwołani na polecenie „z góry”. Rybnik-Stodoły, budynek dawnej  komory celnej, gdzie rozegrał się dramat. Dziś to restauracja przy Zalewie Rybnickim.

    Studia tu nie ma

    O 20.00, gdy nad Gliwicami zapadał zmierzch, do gmachu bez przeszkód weszli więc esesmani, przebrani za powstańców śląskich. – Mieli biało-czerwone opaski na ramionach i orzełki na czapkach, więc wyglądali wiarygodnie – mówi historyk Zbigniew Gołasz, kierownik Radiostacji Gliwickiej, która dzisiaj jest oddziałem Muzeum w Gliwicach.

    W sali nadajnika przebywało w tamtym momencie trzech pracowników: telegrafista Nawroth, maszynista Kotz i dozorca Foitzik. – Są oni kompletnie zaskoczeni. Napastnicy terroryzują ich za pomocą broni, związują i sprowadzają do piwnicy. Następnie zaczynają poszukiwania studia, żeby nadać komunikat radiowy. Szukają i nie potrafią znaleźć… Idą więc do piwnicy, zapytać pracowników, gdzie jest to studio. Wtedy dowiadują się, że studia tu nie ma. Jest 4 km stąd, w innym budynku, przy ulicy Radiowej… – relacjonuje Zbigniew Gołasz.

    Wśród esesmanów nastąpiła wtedy konsternacja. Okazało się, że zawiodło ich rozpoznanie, skoro nie wiedzieli, że w Gliwicach były dwa obiekty radiowe: stary przy ulicy Radiowej, gdzie znajdowało się studio dziennikarskie, oraz nowy przy Tarnogórskiej, gdzie był tylko nadajnik, bez studia. Opanowali tylko ten drugi budynek… Żeby nadać swój komunikat, musieliby jednocześnie zająć oba gmachy. – Esesmani muszą podjąć jakąś decyzję. Mogą pojechać na ulicę Radiową, ale zaczęli już akcję i są zdekonspirowani. Co więcej, wyglądają jak Polacy i są uzbrojeni, a miasto jest pełne niemieckiego wojska i policji, bo jutro ma się zacząć wojna. Inne służby nic nie wiedzą o ich ściśle tajnej misji, więc po drodze mogą zostać zatrzymani i zastrzeleni… To jest ryzykowne – mówi kierownik Radiostacji Gliwickiej. – Przeszukują więc jeszcze raz salę nadajnika i znajdują mikrofon burzowy. To urządzenie, które służyło do ostrzegania mieszkańców, że nadchodzą wyładowania atmosferyczne, albo że są prowadzone prace na terenie radiostacji i będą przerwy w programie. Podpinają mikrofon burzowy do tego panelu – pokazuje.

    Esesmani zaczęli więc nadawać przygotowany komunikat po polsku i niemiecku. Były w nim słowa: „Halo, tu Gliwice, radiostacja i miasto znajdują się w polskich rękach” oraz wezwanie Polaków mieszkających na terenie Rzeszy do powstania przeciwko Hitlerowi. Napastnicy zadbali też o zrobienie hałasu: strzelali w sufit, śpiewali polski hymn i pieśni patriotyczne. – Jeden z mieszkających w sąsiednim budynku pracowników, który nazywał się Klose, usłyszał, że coś jest nie tak. Przyszedł sprawdzić, co się dzieje. Stanął w drzwiach i zobaczył mężczyzn z bronią. Oni też go zobaczyli i usiłowali zatrzymać, ale okazał się sprawny fizycznie. Uderzył jednego z przebranych esesmanów w podbródek i uciekł do swojego mieszkania, gdzie miał telefon. Zadzwonił po policję. Napastnicy wiedzieli już, że muszą kończyć tę akcję. Wychodząc, na podłodze w sali maszynowni natknęli się na ciało Franciszka Honioka – mówi historyk. Właśnie ten człowiek stanowił dla gestapowców kolejną „konserwę”. Był mieszkającym w Niemczech Polakiem; 18 lat wcześniej brał udział w III powstaniu śląskim. Niemcy zatrzymali go w karczmie U Jarzombka w jego rodzinnej, podgliwickiej wsi Łubie. Wstrzyknęli mu narkotyki, odurzonego przywieźli do budynku radiostacji i tam zastrzelili.

    Odpowiadamy ogniem

    – W tym czasie w Berlinie Hitler i jego ludzie siedzieli przy radiu, nasłuchując, ale nic nie usłyszeli. A to dlatego, że esesmani nadali ten komunikat przez mikrofon burzowy, a jest to sprzęt, który ma zasięg… wyłącznie lokalny. To, co mówili, było słyszalne tylko w okolicach Gliwic – opowiada Zbigniew Gołasz. – Stało się jasne, że fake news się nie udał. Podjęto więc decyzję, że o 22.30 nada go Radio Berlin. Następnego dnia fake newsa o Polakach, którzy zaatakowali Rzeszę, opublikowały wszystkie niemieckie gazety – dodaje.

    O poranku 1 września pismo NSDAP „Völkischer Beobachter” donosiło: „Została zaatakowana Byczyna w pobliżu Kluczborka. Inny atak – na Stodoły – jeszcze trwa”. Także Adolf Hitler w przemówieniu w Reichstagu nawiązał do prowokacji w Gliwicach, Stodołach i Byczynie, choć z ostrożności nie wymienił nazw tych miejscowości. Powiedział, że z winy Polski doszło do czternastu incydentów granicznych, w tym trzech „bardzo poważnych”. Podkreślił, że Niemcy nie dadzą się poniżać, a na siłę odpowiedzą siłą. Zaznaczył, że Polacy „dzisiaj po raz pierwszy ostrzeliwują nasze terytorium także przy użyciu regularnych wojsk. (…) Od godz. 4.45 odpowiadamy ogniem”.

    Zbigniew Gołasz zwraca uwagę, że Hitler liczył na przekonanie Francji i Anglii o tym, że to Polacy napadli na Niemców. Wtedy te dwa państwa nie musiałyby wypełniać swoich zobowiązań sojuszniczych wobec Polski. Führer wiedział, że są nieprzygotowane do wojny i miał nadzieję, że skorzystają z pretekstu, który im podsuwał… Mimo to władze Francji i Anglii 3 września 1939 r. wypowiedziały Niemcom wojnę.

    Przywódca III Rzeszy osiągnął jednak coś ważnego przez przygotowanie tych trzech prowokacji: przekonał własny naród, że wojna z Polską jest słuszna.

    Radiostację Gliwicką można zwiedzać od piątku do niedzieli w godzinach 11.00–16.00. Można w niej zobaczyć oryginalne urządzenia, w tym panel, do którego esesmani w czasie prowokacji wpięli mikrofon burzowy. Za budynkiem stoi smukła wieża radiostacji, wysoka na 112 metrów i przypominająca paryską wieżę Eiffla. Przez ponad 80 lat była to najwyższa na świecie konstrukcja wykonana z drewna; dopiero w zeszłym roku wyższa została wzniesiona w Japonii.

    Przemysław Kucharczak/Gość Niedzielny

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Spowiednik ludobójcy. O księdzu, który udzielił rozgrzeszenia nawróconemu zbrodniarzowi z Auschwitz

    Wykładowca teologii i organizator tajnych kompletów z jednej strony. Komendant niemieckiego obozu koncentracyjnego, jeden z najbardziej zaufanych ludzi Hitlera – z drugiej. O. Władysław Lohn SJ i Rudolf Höss. Spowiednik i… penitent.

    ***

    fot. Henryk Przondziono/Gość Niedzielny/Persona77

    ***

    Ich drogi przecinały się dwukrotnie. W 1940 roku Rudolf Höss darował życie o. Władysławowi Lohnowi SJ. Siedem lat później o. Lohn wysłuchał spowiedzi komendanta niemieckiego obozu koncentracyjnego.

    Władysław

    O jego życiu wiadomo niewiele – przeważają suche, biograficzne fakty. Przyszedł na świat 5 kwietnia 1889 roku w Gorzkowie. Już jako 15-latek wstąpił do zakonu jezuitów w Starej Wsi, następnie kształcił się w Chyrowie, Nowym Sączu i Dziedzicach, gdzie 17 czerwca 1917 roku przyjął święcenia kapłańskie. Kilka lat później rozpoczął karierę naukową – w Rzymie odbył studia doktorskie z teologii dogmatycznej i fundamentalnej, a we Francji kształcił się w zakresie prawa kanonicznego. Po powrocie do Polski zajął się nauczaniem teologii. Został pierwszym wychowawcą w nowo utworzonym Śląskim Seminarium Duchownym, które mieściło się w Krakowie, a później pierwszym rektorem stworzonego w Lublinie Collegium Bobolanum. Jego dokonania były na tyle znaczące, że w 1928 roku otrzymał nominację na wykładowcę teologii dogmatycznej na Papieskim Uniwersytecie Gregoriańskim w Rzymie. Kiedy wrócił do Polski, został mianowany przełożonym Prowincji Małopolskiej Towarzystwa Jezusowego.

    Wybuch II wojny światowej zastał go w Starej Wsi. Już w grudniu 1939 roku o. Władysław zajął się organizowaniem akcji pomocy materialnej dla okolicznych mieszkańców. Nie zapomniał jednak o swoich naukowych zainteresowaniach – najpierw zainicjował szeroki krąg tajnego nauczania w zakresie szkoły średniej, a kiedy Niemcy zamknęli polskie uczelnie i uwięzili profesorów, zorganizował w Nowym Sączu i Starej Wsi wykłady z zakresu filozofii i teologii. 

    Komendant  obozu Auschwitz  Rudolf Höss  i jezuita  Władysław Lohn,  który przed śmiercią udzielił mu  rozgrzeszenia  – montaż.

    Komendant obozu Auschwitz Rudolf Höss i jezuita Władysław Lohn, który przed śmiercią udzielił mu rozgrzeszenia – montaż.
    NARODOWE ARCHIWUM CYFROWE / WIKIPEDIA

    ***

    Rudolf

    Urodził się 25 listopada 1901 w niemieckim Baden-Baden. Wychowany w głęboko katolickiej rodzinie Rudolf Höss przez całe dzieciństwo gorliwie służył jako ministrant. Jego ojciec miał już dla niego sprecyzowany plan: pójdzie do seminarium i zostanie księdzem. Dziecięca wiara Rudolfa zachwiała się, kiedy miał 13 lat – do jego rodziców dotarła wiadomość o wypadku, który spowodował w szkole. Chłopak uznał, że zdradził go jego spowiednik, zaprzyjaźniony z rodziną Hössów. I choć po latach przyznał, że o złamaniu tajemnicy spowiedzi nie mogło być mowy, to jednak tamto zdarzenie spowodowało, że Rudolf zaczął stopniowo odsuwać się od wiary, żeby wreszcie w wieku 21 lat oficjalnie wystąpić z Kościoła katolickiego. W tym czasie był już żołnierzem i całym sercem, fanatycznie uwierzył w ideę narodowego socjalizmu i w Adolfa Hitlera, „którego rozkazy i wypowiedzi były dla mnie ewangelią” – jak zapisał w swojej autobiografii.

    Kiedy Höss został komendantem powstającego obozu Auschwitz, całym sobą zaangażował się w powierzone mu zadanie. „Od początku byłem całkowicie pochłonięty – wprost opętany – moim zadaniem i otrzymanym poleceniem. Wyłaniające się trudności podniecały jeszcze mój zapał. Nie chciałem kapitulować, nie pozwalała mi na to moja ambicja. Widziałem wciąż tylko swoją pracę” – notował już po wojnie, kiedy uwięziony czekał na proces i wyrok. Jego zapiski to opisy przerażającego, bezwzględnego okrucieństwa, którego dokonywał, będąc absolutnie przekonanym o słuszności swoich działań. Głód, nieludzkie warunki życia, praca ponad siły, tortury, którym byli poddawani więźniowie, wreszcie masowe egzekucje – w ostatnich miesiącach funkcjonowania obozu każdego dnia mordowanych było w nim nawet kilka tysięcy nowo przybyłych więźniów… Całą tą machiną zagłady kierował jeden człowiek.

    Pierwsze spotkanie

    Była druga połowa 1940 roku. Od kilku miesięcy w Oświęcimiu, z początkiem wojny przemianowanym na Auschwitz, funkcjonował obóz koncentracyjny. Jeszcze nie dymiły krematoryjne piece, jeszcze nie używano cyklonu B do masowej eksterminacji ludzi, ale już wówczas Auschwitz było czymś więcej niż zwykłe więzienie. „Przybyliście do niemieckiego obozu koncentracyjnego, z którego nie ma innego wyjścia jak przez komin. Jeśli się to komuś nie podoba, to może iść zaraz na druty. Jeśli są w transporcie Żydzi, to mają prawo żyć nie dłużej niż dwa tygodnie, księża miesiąc, reszta trzy miesiące” – tak SS Obersturmführer Karl Fritzsch, zastępca Rudolfa Hössa, powitał pierwszy transport polskich więźniów politycznych, przywiezionych do obozu 14 czerwca 1940 roku.

    Kilka miesięcy później do obozu trafili pierwsi jezuici. Z pomocą duchową i materialną pospieszył do nich ich prowincjał – o. Władysław Lohn. Nie wiedział, czego się może spodziewać. Oczywiście o legalnym widzeniu z więźniami nie mogło być mowy, zakonnik znalazł jednak przerwę w drucie kolczastym otaczającym obóz i przekradł się na jego teren w poszukiwaniu współbraci. Niestety jego misja została brutalnie przerwana. Kapłana szybko dostrzegli obozowi strażnicy, zatrzymali i powiedli przed oblicze samego komendanta. Tu ta historia powinna się zakończyć, za tak zuchwały czyn mogła grozić tylko jedna kara: rozstrzelanie. A jednak komendant obozu nieoczekiwanie zaczął rozmawiać z kapłanem. Nie wiadomo, czy zaimponowała mu perfekcyjna znajomość języka niemieckiego, czy odwaga zakonnika, czy niemiecko brzmiące nazwisko. Dość, że Höss podjął zupełnie nieoczekiwaną decyzję: kazał puścić o. Lohna wolno.

    Przemiana

    Po wojnie Rudolf Höss uciekł i ukrywał się pod przybranym nazwiskiem, jako Franz Lang. 11 marca 1946 roku został ujęty i przekazany polskiemu wymiarowi sprawiedliwości. Proces zbrodniarza rozpoczął się dokładnie rok później, 11 marca 1947 roku, i trwał niecały miesiąc, do 2 kwietnia. Obserwatorzy byli zadziwieni jego postawą – zeznania składał spokojnie, bez cienia emocji. Nie próbował się bronić, przyznał, że jest odpowiedzialny za śmierć milionów ludzi. Po usłyszeniu wyroku skazującego na śmierć podziękował obrońcom i stwierdził, że nie będzie składał apelacji. Na wykonanie wyroku miał czekać w wadowickim więzieniu.

    Dwa dni po wyroku były komendant poprosił o spotkanie z katolickim kapłanem. Ponieważ na prośbę nie zareagowano, powtórzył ją na piśmie. Co mogło stać za zaskakującą prośbą komendanta? Badacze jego życiorysu uważają, że dużą rolę w jego przemianie mogli odegrać polscy strażnicy więzienni. Kilkoro z nich w czasie wojny było więźniami niemieckich obozów koncentracyjnych, dlatego były komendant mógł spodziewać się z ich strony najgorszego traktowania. Höss mógł obawiać się, że w więzieniu padnie ofiarą tortur, zemsty, prowadzonej przy niemej zgodzie polskich władz. Stało się jednak inaczej. Otwierając proces, sędzia Alfred Eimer zaapelował do składu sędziowskiego: „Pomni wielkiej odpowiedzialności naszej wobec zmarłych i żywych, nie traćmy z oczu tego, o co się toczył bój miłujących wolność narodów. Poszanowanie godności człowieka stanowiło ten wielki cel, niechże będzie ono również udziałem oskarżonego, bowiem przed sądem staje przede wszystkim człowiek”.

    Również w więzieniu Höss traktowany był przez strażników w sposób, który dogłębnie go zadziwił. Dał temu wyraz w liście do żony: „Czym jest człowieczeństwo, dowiedziałem się dopiero tutaj, w polskich więzieniach. Mnie, który jako komendant Oświęcimia wyrządziłem polskiemu narodowi tyle szkód i bólu (…), okazywano ludzkie zrozumienie, co mnie bardzo często głęboko zawstydzało. Nie tylko ze strony wyższych funkcjonariuszy, ale również ze strony najprostszych strażników. Wielu z nich to byli więźniowie Oświęcimia i innych obozów. Właśnie teraz, w ostatnich dniach życia, doznaję ludzkiego traktowania, jakiego się nigdy nie spodziewałem. Mimo wszystkiego, co się stało, widzi się jeszcze we mnie zawsze człowieka” – pisał.

    Drugie spotkanie

    Ojciec Władysław Lohn przybył do wadowickiego więzienia 10 kwietnia 1947 roku. Rozpoczęło się kilkugodzinne spotkanie, zakończone złożeniem przez byłego komendanta pisemnego wyznania wiary. Po nim jezuita udzielił zbrodniarzowi rozgrzeszenia. „Wypowiedział nad nim słowa: Dominus noster Iesus Christus te absolvat et ego auctoritate ipsius e absolve ab omni viculo excommunicationis et interdicti in quantum possum, et tu indiges. Deínde ego te absólvo a peccátis tuis, in nómine Patris, et Fílii, et Spíritus Sancti. Amen (Pan nasz Jezus Chrystus niechaj cię rozgrzeszy, a ja Jego mocą uwalniam cię z wszelkich więzów ekskomuniki i interdyktu według rozciągłości mej władzy i twojej potrzeby. Następnie ja ci odpuszczam twoje grzechy w imię Ojca i Syna, i Ducha Świętego. Amen)”. Tym samym przywrócił go do pełnej jedności z Bogiem i Kościołem.

    Następnego dnia o. Lohn ponownie przybył do wadowickiego więzienia. Tym razem miał ze sobą przyniesiony z parafialnego kościoła Wiatyk. Wiadomo było, że wykonanie wyroku nastąpić może lada dzień. Kościelny Karol Leń, który był obecny przy udzielaniu Komunii, zrelacjonował, że Höss uklęknął na środku celi, a po przyjęciu Chrystusa wybuchnął płaczem.

    Tego samego dnia napisał listy pożegnalne. Do żony skierował następujące słowa: „Moje chybione życie nakłada na Ciebie, Najukochańsza, święty obowiązek wychowania naszych dzieci w duchu prawdziwego, płynącego z serca człowieczeństwa”. Dzień później jeszcze raz sięgnął po pióro i napisał oświadczenie, które wręczył prokuratorowi, prosząc o jego podanie do publicznej wiadomości. W krótkim tekście po raz pierwszy przyznał, że za swoje czyny ponosi odpowiedzialność nie tylko w wymiarze prawnym, ale także moralnym:

    „Sumienie zmusza mnie do złożenia jeszcze następującego oświadczenia: W osamotnieniu więziennym doszedłem do gorzkiego zrozumienia, jak ciężkie popełniłem na ludzkości zbrodnie. Jako komendant obozu zagłady w Oświęcimiu urzeczywistniałem część straszliwych planów Trzeciej Rzeszy – ludobójstwa. W ten sposób wyrządziłem ludzkości i człowieczeństwu najcięższe szkody. Szczególnie Narodowi polskiemu zgotowałem niewysłowione cierpienia. Za odpowiedzialność moją płacę życiem. Oby mi Bóg wybaczył kiedyś moje czyny. Naród polski proszę o przebaczenie. Dopiero w polskich więzieniach poznałem, co to jest człowieczeństwo. Mimo wszystko, co się stało, traktowano mnie po ludzku, czego nigdy bym się nie spodziewał i co mnie najgłębiej zawstydzało. Oby obecne ujawnienia i stwierdzenia tych potwornych zbrodni przeciwko człowieczeństwu i ludzkości doprowadziły do zapobieżenia na całą przyszłość powstawaniu założeń, mogących stać się podłożem tego rodzaju okropności.

    Rudolf Franz Ferdinand Hoess, Wadowice, 12 IV l947 r.”.

    Ostatnie chwile

    W przeddzień egzekucji Höss raz jeszcze wyspowiadał się u o. Lohna. 16 kwietnia wszedł na szubienicę, specjalnie wybudowaną w tym celu na terenie byłego już obozu, którym przez lata kierował, tuż obok pierwszego krematorium. Po pierwszej, nieudanej próbie wykonania wyroku skazaniec sam założył i zacisnął pętlę na swojej szyi. Obok niego stał ks. Tomasz Zaremba, salezjanin z Oświęcimia, odmawiając modlitwy za konających. Były komendant największego nazistowskiego, niemieckiego obozu koncentracyjnego i zagłady, odpowiedzialny za śmierć setek tysięcy ludzi, umarł pojednany z Bogiem.

    Francis Clooney SJ z Uniwersytetu Harvarda, współautor wydanej w USA w styczniu tego roku książki „Auschwitz i rozgrzeszenie: Przypadek komendanta i spowiednika”, przypomina, że rozgrzeszenie udzielone Hössowi nie oznacza, że jego dusza po śmierci trafiła prosto do nieba. Przywołuje nauczanie papieża Benedykta o czyśćcu, który papież definiuje jako rodzaj nieskończenie intensywnego momentu oczyszczenia poza czasem i przestrzenią. Akt rozgrzeszenia, udzielony przez polskiego jezuitę niemieckiemu zbrodniarzowi, nie zwalnia go z odpowiedzialności za zło, którego dokonał, ale otwiera na możliwość wejścia w proces oczyszczenia, w którym grzechy są wypalane poprzez skonfrontowanie z Bogiem twarzą w twarz. „Pod Jego spojrzeniem – pisze Benedykt XVI – topnieje wszelki fałsz. Spotkanie z Nim przepala nas, przekształca i uwalnia, abyśmy odzyskali własną tożsamość. (…) Jednak w bólu tego spotkania, w którym to, co nieczyste i chore w naszym istnieniu, jasno jawi się przed nami, jest zbawienie. Jego wejrzenie, dotknięcie Jego Serca uzdrawia nas przez bolesną niewątpliwie przemianę, niczym »przejście przez ogień«. Jest to jednak błogosławione cierpienie, w którym święta moc Jego miłości przenika nas jak ogień, abyśmy w końcu całkowicie należeli do siebie, a przez to całkowicie do Boga”.

    Ojciec Lohn o sakramencie, którego udzielił Hössowi, wspomniał krótko swoim współbraciom kilka dni po powrocie z wadowickiego więzienia. Później opowiedział o tym tylko w 1958 roku, podczas homilii wygłoszonej na prymicjach jezuity Władysława Kubika. Potwierdził przebieg wydarzeń z 10 i 11 kwietnia 1947 roku i wspomniał o ich pierwszym spotkaniu na terenie obozu w roku 1940. Trudno się dziwić – w trudnych latach, kiedy Polska powoli podnosiła się z wojennych zgliszczy, jezuici wiedzieli, jaka może być reakcja społeczeństwa na wiadomość, że polski ksiądz udzielił przebaczenia samemu komendantowi Auschwitz. A dla zaciekle antykatolickiego reżimu komunistycznego taka wiadomość byłaby niesłychanym propagandowym sukcesem.

    Po zakończeniu wojny o. Lohn dalej pełnił funkcję prowincjała. Jego zadaniem było między innymi ewakuowanie polskich jezuitów z Kresów i przejęcie poniemieckich klasztorów jezuickich na Śląsku i trzech kościołów we Wrocławiu. W 1947 roku złożył urząd i rozpoczął pracę w Wydawnictwie Apostolstwa Modlitwy. Publikował teksty popularyzujące wiedzę teologiczną, komentarze do Ewangelii i szkice kazań. Dokonał także kolejnego przekładu na język polski dzieła Tomasza à Kempis „O naśladowaniu Chrystusa”. Zmarł 3 grudnia 1961 roku.

    Agnieszka Huf/Gość Niedzielny

    ______________________________________________________________________________________________________________

  • Ogłoszenia – sierpień 2024

    ______________________________________________

    KOŚCIÓŁ ŚW. PIOTRA

    PARTICK, 46 HY

    ______________________________________________________________________________________________________________

    W NIEDZIELĘ – 25 SIERPNIA

    KAPŁANI ZAPRASZAJĄ NA DOROCZNĄ POLSKĄ PIELGRZYMKĘ DO SZKOCKIEGO SANKTUARIUM W CARFIN,

    ABY WSPÓLNIE MODLIĆ SIĘ

    Z BOŻĄ MATKĄ, KTÓRA

    JASNEJ BRONI CZĘSTOCHOWY I W OSTREJ ŚWIECI BRAMIE

    _________________________________________________

    TEGO DNIA NIE BĘDZIE MSZY ŚW. W KOŚCIELE ŚW. PIOTRA O GODZ. 14.00


    fot. Michał Jarka / Radio BOBOLA/Sancta Familia Media / Carfin Grotto

    ***

    Pielgrzymowanie Polaków do Carfin ma swój początek w czasach II wojny światowej. To tutaj przybywali, jeszcze w wojskowych mundurach razem ze swoim Biskupem polowym Józefem Gawliną i z polskimi kapłanami. I to pielgrzymowanie wciąż trwa. Na te pielgrzymki przybywał Ksiądz Kardynał Władysław Rubin, który w roku 1983 poświęcił polską kapliczkę zaprojektowaną i wykonaną przez artystę rzeźbiarza Tadeusza Zielińskiego, twórcę sławnej rzeźby Matki Bożej Kozielskiej. Również wiele razy przyjeżdżał na doroczną pielgrzymkę Ksiądz Arcybiskup Szczepan Wesoły. Obok kapliczki Szkoci umieścili pomnik św. Jana Pawła II, aby upamiętnić rok 1982, w którym nawiedził był Szkocję nasz wielki Rodak.

    ***

    IMG_20190511_140037.jpg

    ***

    Across from the Glass Chapel is the Polish Shrine built in 1983. The shrine has an image of Our Lady of Częstochowa – The Black Madonna and a statue of Pope St John Paul II which was blessed by Archbishop Szczepan Wesoły in 2001.

    ***

    PROGRAM PIELGRZYMKI:

    GODZ. 14.00 – ROZPOCZĘCIE MODLITWĄ RÓŻAŃCOWĄ PRZY POLSKIEJ KAPLICZCE

    PO PROCESJI – ADORACJA PRZED NAJŚWIĘTSZYM SAKRAMENTEM ZAKOŃCZONA KORONKĄ DO BOŻEGO MIŁOSIERDZIA O GODZ. 15.00

    W TYM CZASIE JEST MOŻLIWOŚĆ PRZYSTĄPIENIA DO SAKRAMENTU SPOWIEDZI ŚW.

    GODZ. 16.00 – UROCZYSTA MSZA ŚW. KONCELEBROWANA

    ___________________________________________________________________


    TEGO DNIA JEST RÓWNIEŻ MOŻLIWOŚĆ PIELGRZYMKI PIESZEJ Z GLASGOW DO CARFIN

    Początek pielgrzymki: 

    niedziela 25 sierpnia 2024 godz. 8.00 – na parkingu Morrisons Cambuslang

    o godz. 8.15 pielgrzymka wyrusza z modlitwą na kładce dla pieszych nad rzeką Clyde

    Po drodze jest wspólny Różaniec

    Zakończenie pielgrzymki – w sanktuarium w Carfin Mszą św. o godz. 16.00

    ***

    Całość trasy z Glasgow (Cambuslang) do Carfin ma około 25 km

    Przejście całej trasy trwa około 7 godzin marszu razem z krótkimi postojami.

    Pielgrzymi szlak z Glasgow zaczyna się na pograniczu Glasgow i Cambuslang i biegnie zielonymi dróżkami, które w wielu miejscach są bardzo wąskimi ścieżkami w dolinie rzeki Clyde i South Calder Water.

    ***

    Dogodne miejsca gdzie można dołączyć po drodze:


    – stacja kolejowa NEWTON (Lanark) G72 7TD – około godz. 9.00 (z Newton  do Carfin  21 km)

    – okolice muzeum w BLANTYRE G72 9BY – około godz. 11.00 (z Blantyre  do Carfin 16 km)

    – przy parku rozrywki M&D’s  ML1 3RT – około godz.13.00 (z  M&D’s  do Carfin 10 km)

    _____________________________

    image.png

    ***

    JEST TO NIEOFICJALNA PIESZA PIELGRZYMKA, 

    DLATEGO KAŻDY UCZESTNIK IDZIE NA WŁASNĄ ODPOWIEDZIALNOŚĆ.

    MŁODZIEŻ NIEPEŁNOLETNIA MUSI BYĆ POD OPIEKĄ OSOBY DOROSŁEJ.

    ZAINTERESOWANYCH PROSIMY O KONTAKT:

     link do dołączenia do grupy na whatsappie:

    https://chat.whatsapp.com/CqZ9opqtqvGKDkmQIz2Cvj

    image.png

    ***

    Vimeohttps://vimeo.com › user210406803

    mapka: – https://www.google.com/maps/d/viewer?…

    website: https://sites.google.com/view/piesza-…

    Piesza Pielgrzymka do Carfin (pieszapielgrzymkadocarfin)

    ________________________________________________________________________________________

    Najlepsza modlitwa do anioła stróża

    +++

    PAMIĘTAJMY W NASZYCH MODLITWACH O KAPŁANACH, KTÓRZY DUSZPASTERZOWALI POPRZEDNIM POKOLENIOM POLAKÓW NA SZKOCKIEJ ZIEMI I PRZESZLI JUŻ PRZEZ PRÓG ŚMIERCI DO ŻYCIA WIECZNEGO:

    +KSIĄDZ INFUŁAT LUDWIK BOMBAS (1892 – 1970) – REKTOR POLSKIEJ MISJI KATOLICKIEJ W SZKOCJI – EDYNBURG
    +KS. KANONIK JAN GRUSZKA (1909 – 1974) – GLASGOW
    +KSIĄDZ PRAŁAT WINCENTY NAGI-DROBINA (1913 – 1988) – REKTOR POLSKIEJ MISJI KATOLICKIEJ W SZKOCJI – FALKIRK
    +O. PIUS LEWANDOWSKI OFM (1907 – 1997) – KIRKCALDY, DUNDEE, ABERDEEN
    +KSIĄDZ KANONIK BOLESŁAW SZUBERLAK (1912 – 2000) – EDYNBURG
    +KSIĄDZ ANTONI DĘBKOWSKI SAC (1943 – 2004) – FALKIRK
    +KSIĄDZ BOGDAN PAŁKA SDS (1963 – 2024) – Perth

    +++++++

    +++

    RÓWNIEŻ W NASZYCH MODLITWACH POLECAJMY BOŻEMU MIŁOSIERDZIU WSZYSTKICH RODAKÓW, KTÓRZY POZOSTAWILI NAM MOCNO WYDEPTANE ŚLADY PIELGRZYMKOWYCH DRÓŻEK.

    ______________________________________________________________________________________________________________

    W niedzielę 25 sierpnia ulicami Warszawy przejdzie procesja różańcowa

    Procesja różańcowa wyruszy w niedzielę o godz. 14 sprzed Sanktuarium św. Andrzeja Boboli i przejdzie ulicami Warszawy do grobu bł. ks. Jerzego Popiełuszki na Żoliborzu. Uczestnicy będą modlić się o Boże błogosławieństwo dla Polski.

    ***

    fot. Karol Porwich/Tygodnik Niedziela

    ***

    “Trwając w ramach Nowenny przed Jubileuszem Dwutysiąclecia Dzieła Odkupienia, w dniu 25 sierpnia A.D. 2024, w wigilię uroczystości Najświętszej Maryi Panny Częstochowskiej oraz w wigilię rocznicy złożenia Jasnogórskich Ślubów Narodu Polskiego, zapraszamy do wspólnej modlitwy na polskich ulicach lub przed Najświętszym Sakramentem” – napisali organizatorzy na stronie internetowej Zjednoczeni 2022.

    Organizatorzy zachęcają także do włączenia się w 54-dniową nowennę pompejańską w intencji Polski. Nowenna rozpoczęła się 15 sierpnia w uroczystość Wniebowzięcia Najświętszej Maryi Panny, a zakończy się 07 październik w Święto Matki Bożej Różańcowej. Uczestnicy każdego dnia odmawiają wszystkie części różańca świętego.

    Inicjatywa Zjednoczeni 2022 rozpoczęła się od spotkania, które miało miejsce 15 stycznia 2022 r. w bazylice Świętego Krzyża w Warszawie. Celem Inicjatywy Zjednoczeni 2022 jest organizowanie wydarzeń wspierających ochronę życia, małżeństwa i rodziny w Polsce oraz zachowanie wierności Bogu i Ewangelii.

    Do tej pory członkowie inicjatywy zorganizowali m.in. procesję różańcową z relikwiami bł. rodziny Ulmów, która przeszła ulicami Warszawy 12 maja 2024 r.

    Tygodnik Niedziela

    ______________________________________________________________________________________________________________

    26 sierpnia- Uroczystość Matki Boskiej Częstochowskiej

    NMP Częstochowska

    ***

    Na częstochowskim obrazie Matka Boża przedstawiona jest jako Hodegetria – z Dzieciątkiem na lewej ręce, prawą ma ułożoną na piersiach w taki sposób, jakby wskazywała na Syna.

    Był rok 1382 lub 1384. Książę Władysław Opolczyk podróżował do Opola, wioząc na załadowanym po brzegi wozie znaleziony na zamku księcia ruskiego Lwa Daniłowicza w Bełzie obraz Matki Boskiej z Dzieciątkiem. W pobliżu Częstochowy konie nagle zatrzymały się i nie chciały ruszyć z miejsca. A książę we śnie otrzymał polecenie, by przewożony obraz umieścić w pobliskim klasztorze. Od tej pory Jasna Góra staje się miejscem wyjątkowego kultu Matki Bożej, a Jej wizerunek, nazywany jasnogórskim, otaczany jest szczególną czcią przez wiele pokoleń Polaków. W roku 1931, na skutek starań generała paulinów Piotra Markiewicza, watykańska Kongregacja Obrzędów ustanowiła święto Matki Boskiej Częstochowskiej, które jest obchodzone 26 sierpnia.

    Nie ustalono, gdzie i kiedy powstał obraz Matki Boskiej Częstochowskiej, mimo że całe pokolenia badaczy trudzą się nad wyjaśnieniem tych kwestii. Według jednej z legend, obraz miał wykonać św. Łukasz Ewangelista na desce pochodzącej ze stołu stojącego w nazaretańskim domu Świętej Rodziny. Św. Helena przywiozła go z Jerozolimy do Konstantynopola i podarowała swemu synowi Konstantynowi Wielkiemu. Potem należał on do cesarza Karola Wielkiego, a wreszcie trafił do rąk księcia ruskiego Lwa Daniłowicza, który ukrył obraz w zamku w Bełzie, skąd zabrał go Władysław Opolczyka

    Obraz jasnogórski podobny jest do ikon, na których Matka Boska przedstawiana jest z Dzieciątkiem na lewym ramieniu jako Hodegetria, czyli Przewodniczka, Wskazująca Drogę. W ikonografii terminem tym określa się konkretny sposób przedstawiania Maryi z Dzieciątkiem, który obrazuje dogmat o wcieleniu Syna Bożego dla zbawienia człowieka (w odróżnieniu od ikon przedstawiających macierzyńskie uczucia Maryi wobec Syna, bardziej eksponujących człowieczeństwo Chrystusa, określanych mianem Eleusa, Galaktotrofusa lub Kykkotissa).

    Na częstochowskim obrazie Matka Boża przedstawiona jest więc jako Hodegetria – z Dzieciątkiem na lewej ręce, prawą ma ułożoną na piersiach w taki sposób, jakby wskazywała na Syna. Ona nie skupia uwagi na sobie ani nie tuli zaborczo Dziecka, ale wskazuje na Syna jako na Emmanuela, przez którego człowiek wraca do Boga, dostępuje zbawienia. Maryja przyniosła światu Zbawcę, nie zatrzymuje Jezusa dla siebie, ale oddaje Go człowiekowi. Ułożenie prawej dłoni Madonny wyraża prawdę o tym, że jest Ona przewodniczką w wierze, że prowadzi do Syna. Na twarzy widoczny jest smutek, a jednocześnie jakaś łagodność i spokój, co podkreśla godność Boskiego macierzyństwa Maryi.

    Sposób przedstawienia Dzieciątka charakterystyczny dla tego typu ikon – z główką lekko uniesioną w stronę Matki, ale nie przytuloną do Niej, wzrokiem skierowanym na wprost, w lewej ręce trzymającego zwój lub księgę Ewangelii, a prawą uniesioną w geście błogosławieństwa – wyraża prawdę, że Chrystus, chociaż wcielony, a więc wyobrażalny, jest zarazem Bogiem. Jego Boski majestat symbolizuje gest błogosławieństwa i pełen godności wyraz twarzy, a także księga w lewej dłoni – symbol Słowa (Logosu), które stało się Ciałem, jak czytamy w Ewangelii wg św. Jana (zob. J1,1). Wyniosła postawa przypomina o wyjątkowej misji, jaką ma do spełnienia na ziemi Syn Boży – zbawienia świata. Sposób ukazywania postaci Madonny i Dzieciątka podkreśla prawdę, że macierzyństwo Maryi jest wyjątkowe, że jest Ona przede wszystkim Matką Boga.

    W 1430 roku na jasnogórski klasztor napadła banda zbójców. Zrabowali naczynia liturgiczne i klasztorne skarby. Wdarli się do kaplicy z Cudownym Obrazem, który po odarciu z kosztowności sprofanowali. Twarz Madonny została pocięta mieczem, a w końcu ikona rozbita. Obraz został poddany renowacji, jednak, aby zachować pamięć o tym smutnym wydarzeniu, pozostawiono blizny na twarzy Matki Bożej.
    Są obrazy o tematyce religijnej, które nawet podobają się oglądającym je, są uznawane za arcydzieła, dostrzega się w nich talent artysty, ale nie wpływają na ich wiarę czy pobożność. A są obrazy cudowne, słynące łaskami, których twórcom udało się uchwycić i wyrazić Tajemnice, które zbliżają do Boga, przemieniają serce człowieka. Takim obrazem jest wizerunek Czarnej Madonny z Jasnej Góry.

    (tekst ze strony parafii pod wezwaniem Najświętszej Maryi Panny Nieustającej Pomocy we Wrocławiu)

    ***

    17-25 sierpnia 2024

    Nowenna do Matki Bożej Częstochowskiej – rozważania

    Nowenna przed Uroczystością Najświętszej Maryi Panny Częstochowskiej trwa od 17 do 25 sierpnia przez dziewięć kolejnych dni, podczas których odmawiamy przypisane na każdy dzień poniższe modlitwy.

    – Módlmy się za Kościół w Polsce, aby nie odchodził od Boga, by życie nienarodzonych było chronione i aby lekcje religii nie zniknęły ze szkół – apeluje ks. Marek Studenski. Wikariusz generalny diecezji bielsko-żywieckiej poprowadzi w tym roku duchowe przygotowanie do obchodzonej 26 sierpnia uroczystości Matki Bożej Częstochowskiej.

    Ks. Studenski zaprosza wszystkich do „Szkoły Jasnogórskiej Matki i Królowej”. – Nie ma świętego czy błogosławionego, który nie byłby w szkole Matki Bożej, każdy z nich zawdzięcza Jej bardzo wiele. Przychodzimy na Jasną Górę i najczęściej prosimy, bo mamy doświadczenie tego, że Ona wysłuchuje i pomaga, ale chciałbym, żebyśmy podczas tej nowenny spojrzeli na Maryję i posłuchali, co Ona ma nam do powiedzenia – zachęca.

    ***

    DZIEŃ PIERWSZY (17.08.2024)

    WPROWADZENIE:

    Obraz Jasnogórski od samego początku słynął cudami, które nadawały rozgłos Jasnej Górze i ściągały pielgrzymów z całego kraju i z zagranicy. Z listu króla Władysława Jagiełły, pisanego w roku 1428 do papieża Marcina V, a mającego za cel poparcie prośby Paulinów o nadanie Jasnej Górze specjalnych odpustów, dowiadujemy się, iż klasztor utrzymuje się jedynie z jałmużny pątników i ludzi, których tu „mnóstwo” przybywa… We wspomnianym kościele Bogurodzicy Maryi na Jasnej Górze, blisko Częstochowy… mocą Bożą dzieją się często tajemnice wielkich cudów.

    Jan Długosz, opisując napad na Jasną Górę w roku 1430, podaje: „Z całej bowiem Polski i krain sąsiednich, mianowicie Śląska, Moraw, Prus i Węgier na uroczystość Maryi Świętej – której rzadki i nabożny obraz na drzewie wykonany, w tym miejscu się znajduje – zbiegał się lud dla zdumiewających cudów, jakie za przyczyną Najświętszej Panny i Orędowniczki naszej tu się dokonywały” (Liber Beneficiorum, Opera omnia, t. V. s. 369).

    W księdze cudów i łask z dawnych lat zanotowano 1336 nadzwyczajnych faktów, które uważa się za cudowne, zdziałanych przez przyczynę Obrazu Jasnogórskiego. Pierwsze notowane cuda są już w XIV wieku. Np. księga zawiera opis cudu przywrócenia wzroku malarzowi Jakubowi Wężykowi, w roku 1392 (por. A. Łaziński, Cuda i Łaski… Jasna Góra, 1938, s. 56-57).

    MODLITWA DZIĘKCZYNIENIA:

    • Za Twoje przybycie i obecność od sześciuset lat w cudownym Obrazie Jasnogórskim, – dziękujemy Ci, Matko Jasnogórska!

    • Za liczne łaski i cuda płynące odtąd bez przerwy przez Twoje ręce, – dziękujemy Ci, Matko Jasnogórska!

    • Za Twoje przedziwne kierowanie dziejami Narodu, – dziękujemy Ci, Matko Jasnogórska!

    • Za wierną opiekę, którą w Twoim Wizerunku otaczasz rzesze emigrantów, synów i córek Narodu polskiego na wszystkich kontynentach świata, – dziękujemy Ci, Matko Jasnogórska!

    MODLITWA CZCI I MIŁOŚCI:

    • Pani z Jasnej Góry, chwalebna Córko Boga Ojca Niebieskiego, – miłujemy Cię i wysławiamy Ciebie.

    • Przedziwna Matko Syna Bożego, – miłujemy Cię i wysławiamy Ciebie.

    • Przeczysta Oblubienico Ducha Świętego – miłujemy Cię i wysławiamy Ciebie.

    • Łaskawa Wspomożycielko naszego Narodu, – miłujemy Cię i wysławiamy Ciebie.

    MODLITWA PROŚBY:

    • Wielka Matko Boga, umiłowana w Jasnogórskim Wizerunku przez wszystkich synów i córki naszej Ojczyzny, – bądź naszą pomocą i naszym ratunkiem!

    • Matko z Dzieciątkiem na ręku, której obraz wisi w każdym polskim domu – bądź naszą pomocą i naszym ratunkiem!

    • Matko Częstochowska, czczona w niezliczonych kapliczkach przydrożnych, – bądź naszą pomocą i naszym ratunkiem!

    • Umiłowana Matko Jasnogórska, której przedziwne oblicze jest dla nas światłem w smutkach i uciskach, – bądź naszą pomocą i naszym ratunkiem!

    • Matko Narodu naszego, której Wizerunek jest znakiem jedności i polskości dla emigracji polskiej na całym świecie, – bądź naszą pomocą i naszym ratunkiem!

    MODLITWA:

    Wszechmogący i miłosierny Boże, Ty dałeś Narodowi polskiemu w Najświętszej Maryi Pannie przedziwną pomoc i obronę, a Jej święty Obraz Jasnogórski wsławiłeś niezwykłą czcią wiernych; spraw łaskawie, abyśmy walcząc za życia pod Jej opieką, w chwili śmierci zdołali odnieść zwycięstwo nad złośliwym wrogiem. Przez Chrystusa Twojego Syna, naszego Pana i Boga, który z Tobą żyje i króluje w jedności Ducha Świętego, przez wszystkie wieki wieków. Amen.

    ***

    DZIEŃ DRUGI (18.08.2024)

    WPROWADZENIE:

    Dnia 26 lipca 1962 roku, Rzeszów. Kona kobieta – matka pięciorga dzieci. Umiera na skutek komplikacji przy porodzie ostatniego dziecka (skrzep). Dwóch lekarzy robi wszystko, by ratować matkę, lecz są bezsilni. Oznajmiają mężowi, iż nie są w stanie uratować żony. Zgon nastąpi wkrótce. Jasna Góra otrzymuje w tym dniu pilny telegram z Rzeszowa z prośbą o Mszę św. przed cudownym Obrazem w intencji umierającej. Nazajutrz, tj. 27 lipca 1962 roku, odprawiono w tej intencji Mszę Św. o godz. 7.30. Wieczorem drugi telegram z Rzeszowa: „Dzisiaj o godz. 7.30 (!) moja żona nagle ozdrowiała”. Lekarze uznali fakt za cudowny. Gdy mąż przyjechał na Jasną Górę podziękować Matce Bożej, poprosił na Salę Rycerską ówczesnego przeora jasnogórskiego O. Anzelma Radwańskiego, a dziękując mu za Mszę św. upadł na posadzkę i w obecności zwiedzających pielgrzymów ze łzami calowa! mu nogi.

    MODLITWA DZIĘKCZYNIENIA:

    • Maryjo ze zranionym obliczem, za to, że jesteś z nami w dniach ciężkich klęsk i cierpień Narodu, – dziękujemy Ci, Pani Jasnogórska!

    • Za uratowanie od zniszczenia Twego obrazu w sercach pokoleń idących przez polską ziemię, – dziękujemy Ci, Pani Jasnogórska!

    • Za budzenie w polskich sercach miłości ku Tobie, miłości niweczącej smutek i rozpacz, – dziękujemy Ci, Pani Jasnogórska!

    MODLITWA CZCI I MIŁOŚCI:

    • Matko Jasnogórska, w Twoim Obrazie pociętym mieczami – miłujemy Cię i wysławiamy Ciebie!

    • Maryjo, która odbierasz hołdy na Jasnej Górze tak od możnych jak i od ubogich, – miłujemy Cię i wysławiamy Ciebie!

    • Matko, która jesteś Pośredniczką łask w licznych sanktuariach i świątyniach wzniesionych ku Twojej czci na całym świecie, – miłujemy Cię i wysławiamy Ciebie!

    MODLITWA PROŚBY:

    Prosimy Cię, Jasnogórska Matko:

    • Kiedy źli ludzie nam zagrażają, – bądź naszą pomocą i naszym ratunkiem!

    • Kiedy ogarnia nas zwątpienie i pokusa niewiary, – bądź naszą pomocą i naszym ratunkiem!

    • Kiedy tracimy dobra materialne, – bądź naszą pomocą i naszym ratunkiem!

    • Kiedy jesteśmy smutni i opuszczeni po stracie bliskich nam osób, – bądź naszą pomocą i naszym ratunkiem!

    • Kiedy z lękiem patrzymy na liczne niebezpieczeństwa zagrażające młodzieży Polonii świata, – bądź naszą pomocą i naszym ratunkiem!

    MODLITWA:

    Wszechmogący i miłosierny Boże, Ty dałeś Narodowi polskiemu w Najświętszej Maryi Pannie przedziwną pomoc i obronę, a Jej święty Obraz Jasnogórski wsławiłeś niezwykłą czcią wiernych; spraw łaskawie, abyśmy walcząc za życia pod Jej opieką, w chwili śmierci zdołali odnieść zwycięstwo nad złośliwym wrogiem. Przez Chrystusa Twojego Syna, naszego Pana i Boga, który z Tobą żyje i króluje w jedności Ducha Świętego, przez wszystkie wieki wieków. Amen.

    ***

    DZIEŃ TRZECI (19.08.2024)

    WPROWADZENIE

    Dnia 9 marca 1962 roku pani. K. (personalia znane kronikarzowi), pracownica szpitala przy ul. św. Barbary w Częstochowie opisała następujące wydarzenie, którego była świadkiem: „Przed kilku laty spod Częstochowy przyjechało małżeństwo z ciężko chorym synkiem, liczącym 9 miesięcy. Zmarło im już 11 (jedenaścioro) dzieci, które nie żyły dłużej jak jeden rok. Również i ten synek, imieniem Marian, dostał konwulsji i był w stanie agonalnym. Przed pójściem do szpitala rodzice udali się najpierw na Jasną Górę, by prosić Matkę Bożą o ratunek. W szpitalu w Częstochowie przy ul. św. Barbary lekarz oświadczył, iż nic nie może pomóc: „Tu tylko Jasna Góra”. Ojciec dziecka powrócił na Jasną Górę, by się modlić. Kiedy przyszedł do szpitala, dziecko konało, lekarz powiedział, że to już koniec. Zrozpaczony ojciec rzuca się na ziemi i krzyczy przeraźliwym głosem: „O Boże, zabrałeś mi tyle, zostaw mi chociaż to jedno! Matko Najświętsza, tak Ci zaufałem, nie opuszczaj mnie!” Obecni przy tym płakali, a niektórzy uciekli. Po chwili jednak dały się zauważyć objawy polepszenia, a więc nadzieja na życie. Po zbadaniu lekarz stwierdził: „Tak jest, Jasna Góra – cud!” I Marian żyje.

    Najczęściej o doznanych cudach i łaskach za pośrednictwem Matki Bożej Jasnogórskiej dowiadujemy się z okazji składania wotów dziękczynnych. Np. w roku 1974 złożono 526 wotów, w tym 300 dziękczynnych, a w nich 15 ofiarodawców przekonanych jest o doznanym cudzie (uzdrowienie, uratowanie życia w wypadku); w 1975 złożono 805 wotów, w tym 485 dziękczynnych, wśród których 11 wotów za doznane cuda, wg przekonania ofiarodawców.

    MODLITWA DZIĘKCZYNIENIA:

    • Za ratunek w niebezpieczeństwach, – dziękujemy Ci, Maryjo!

    • Za obronę przed zagrożeniem wiary, – dziękujemy Ci, Maryjo!

    • Za Twoje natchnienia, które niosą nam łaskę i radość, – dziękujemy Ci, Maryjo!

    • Za Twoją nieustanną opiekę i miłość ku nam, – dziękujemy Ci, Maryjo!

    MODLITWA CZCI I MIŁOŚCI:

    • Pośredniczko wszelkich łask udzielanych nam przez Boga, – miłujemy Cię i wysławiamy Ciebie.

    • Potężna Rycerko Boga Żywego, – miłujemy Cię i wysławiamy Ciebie.

    • Zwycięska Królowo, tryumfująca nad wszystkimi wrogami Twego Syna, – miłujemy Cię i wysławiamy Ciebie.

    • Matko, która pomagasz nam przezwyciężać zło i wszelką słabość, – miłujemy Cię i wysławiamy Ciebie.

    MODLITWA PROŚBY:

    • Maryjo, która jesteś ucieczką i nadzieją wszystkich, którzy utracili wiarę w Boga, – bądź naszą pomocą i naszym ratunkiem!

    • Matko Miłosierdzia, która nie odmawiasz swej opieki nawet tym, co zwalczają Twego Syna i Kościół Chrystusowy, – bądź naszą pomocą i naszym ratunkiem!

    • Matko wiary świętej, która i dziś, w powodzi licznych niebezpieczeństw laicyzacji i materializmu w świecie, bronisz naszej przynależności do Chrystusa, – bądź naszą pomocą i naszym ratunkiem!

    MODLITWA:

    Wszechmogący i miłosierny Boże, Ty dałeś Narodowi polskiemu w Najświętszej Maryi Pannie przedziwną pomoc i obronę, a Jej święty Obraz Jasnogórski wsławiłeś niezwykłą czcią wiernych; spraw łaskawie, abyśmy walcząc za życia pod Jej opieką, w chwili śmierci zdołali odnieść zwycięstwo nad złośliwym wrogiem. Przez Chrystusa Twojego Syna, naszego Pana i Boga, który z Tobą żyje i króluje w jedności Ducha Świętego, przez wszystkie wieki wieków. Amen.

    ***

    DZIEŃ CZWARTY (20.08.202)

    WPROWADZENIE:

    „Jako wotum dla Matki Bożej składam srebrną nóżkę, za cudowne uratowanie od amputacji nogi mojej żony Eugenii, a tym samym za ocalenie życia, bo żona jest chora na cukrzycę. Nie zgodziłem się na amputację, chociaż była konieczna, bo noga w stanie rozkładu. Zabrałem żonę do domu, zacząłem się modlić do Matki Bożej, złożyłem ofiarę na Mszę św. i przyszła mi myśl by przeprowadzić moczenie chorej nogi trzy razy dziennie w bardzo gorącej wodzie. Gdy po trzech tygodniach lekarz (Ławiński) obejrzał nogę, zdumiał się i powiedział: »Dwadzieścia lat jestem lekarzem, to pierwszy przypadek w mym życiu, by noga w stanie rozkładu odzyskała wtórny obieg krwi. Za to, co się stało, niech pan podziękuje Matce Bożej«” (Wrocław, 11 listopada 1975 roku, Księga Wotów, nr 694).

    MODLITWA DZIĘKCZYNIENIA:

    • Służebnico Boga, która rodzisz na ziemi Syna Ojca Przedwiecznego, – miłujemy Cię i wysławiamy Ciebie.

    • Wspomożycielko Jezusa Chrystusa w dziele zbawienia świata, – miłujemy Cię i wysławiamy Ciebie.

    • Pomocnico Ducha Świętego w uświęcaniu pokoleń idących przez wieki, – miłujemy Cię i wysławiamy Ciebie.

    • Matko powołująca swe dzieci na wszystkich kontynentach świata do udziału w ewangelizowaniu ludzkości, – miłujemy Cię i wysławiamy Ciebie.

    MODLITWA PROŚBY:

    • Zwycięska Pani z Jasnej Góry, któraś zjednoczyła wszystkich Polaków w obronie Twojej chwały, – bądź naszą pomocą i naszym ratunkiem!

    • Jasnogórska Pani, która jesteś dla każdego z nas najczulszą Matką, – bądź naszą pomocą i naszym ratunkiem!

    • Królowo nasza umiłowana, która dla wszystkich dzieci Narodu polskiego nieustannie jesteś znakiem jedności i zwycięstwa, – bądź naszą pomocą i naszym ratunkiem!

    MODLITWA:

    Wszechmogący i miłosierny Boże, Ty dałeś Narodowi polskiemu w Najświętszej Maryi Pannie przedziwną pomoc i obronę, a Jej święty Obraz Jasnogórski wsławiłeś niezwykłą czcią wiernych; spraw łaskawie, abyśmy walcząc za życia pod Jej opieką, w chwili śmierci zdołali odnieść zwycięstwo nad złośliwym wrogiem. Przez Chrystusa Twojego Syna, naszego Pana i Boga, który z Tobą żyje i króluje w jedności Ducha Świętego, przez wszystkie wieki wieków. Amen.

    ***

    DZIEŃ PIĄTY (21.08.2024)

    WPROWADZENIE:

    Dnia 15 sierpnia 1950 roku Alejami NMP w Częstochowie, od dworca PKP w kierunku Jasnej Góry zdąża boso matka, trzymając na ręku dwuletnią córeczkę. Dziecko jest chore, wg orzeczenia lekarza (dr. Wilczka z kliniki krakowskiej) niebawem utraci całkowicie wzrok. Dziewczynka podczas nieobecności matki urządziła sobie „kąpiel” a będąc po szczepieniu ospy, przez zatarcie zaraziła sobie oczy. Grozi jej nieuchronna ślepota. Nie czekając na dalsze interwencje lekarzy, udaje się kobieta z dzieckiem do Częstochowy, wierząc usilnie w pomoc Matki Bożej Jasnogórskiej. Modląc się przed Cudownym Obrazem, około godz. 16 zauważyła nagle uspokojenie się dziecka – najwyraźniej dziecko przestało cierpieć i zaczęło się wesoło bawić. Za poradą ojca Paulina, pątniczka udała się z dzieckiem do lekarza do kliniki krakowskiej, gdzie zdziwiono się niezmiernie zaszłej sytuacji. Oczy były uratowane. Dzisiaj, gdy matka składa to zeznanie – 30 października 1962 roku, Marysia ma czternaście lat, czuje się zupełnie dobrze, widzi normalnie i chodzi do szkoły. Matka zaznacza, iż jest bezwzględnie przekonana o doznanym cudzie, zdziałanym za przyczyną Matki Bożej Jasnogórskiej w Jej Cudownym Obrazie (AJG Dział 8 – H, Cuda i Łaski – podziękowania).

    MODLITWA DZIĘKCZYNIENIA:

    • Za to, iż jesteś Królową naszego Narodu, – dziękujemy Ci, Matko Boga!

    • Za łaskę nieustannie trwającego Przymierza naszego Narodu z Tobą, Królowo Polski – dziękujemy Ci, Matko Boga!

    • Za pokonanie ataków godzących w jedność wiary katolickiej na polskiej ziemi, – dziękujemy Ci, Matko Boga!

    • Za to, że mocą swoją ratujesz wiarę Polonii świata, – dziękujemy Ci, Matko Boga!

    MODLITWA CZCI I MIŁOŚCI:

    • Wielka Boga-Człowieka Matko, za Twe łaskawe panowanie nad nami, – miłujemy Cię i wysławiamy Ciebie.

    • Dziewico Wspomożycielko, dana na pomoc ku obronie Narodu naszego, – miłujemy Cię i wysławiamy Ciebie.

    • Strażniczko sumienia chrześcijańskiego, która nieustannie „pomagasz nam do odnowy życia, – miłujemy Cię i wysławiamy Ciebie.

    MODLITWA PROŚBY:

    • Matko i Królowo nasza! We wszelkich niebezpieczeństwach, grożących naszej chrześcijańskiej Ojczyźnie, – bądź naszą pomocą i naszym ratunkiem!

    • W nieustannej trosce o zachowanie katolickiego dziedzictwa polskiego, – bądź naszą pomocą i naszym ratunkiem!

    • W zmaganiach o dochowanie wierności Bogu, Krzyżowi i Ewangelii w naszym życiu osobistym, rodzinnym i społeczności katolickiej, – bądź naszą pomocą i naszym ratunkiem!

    • W niebezpieczeństwach ulegania nałogom, – bądź naszą pomocą i naszym ratunkiem!

    MODLITWA:

    Wszechmogący i miłosierny Boże, Ty dałeś Narodowi polskiemu w Najświętszej Maryi Pannie przedziwną pomoc i obronę, a Jej święty Obraz Jasnogórski wsławiłeś niezwykłą czcią wiernych; spraw łaskawie, abyśmy walcząc za życia pod Jej opieką, w chwili śmierci zdołali odnieść zwycięstwo nad złośliwym wrogiem. Przez Chrystusa Twojego Syna, naszego Pana i Boga, który z Tobą żyje i króluje w jedności Ducha Świętego, przez wszystkie wieki wieków. Amen.

    ***

    DZIEŃ SZÓSTY (22.08.2024)

    WPROWADZENIE:

    Szczecin, 10 maja 1961 roku. Stan bardzo ciężki, wg orzeczenia lekarzy skoncentrowało się w organizmie pacjentki aż pięć chorób (serca, wątroby, nerek oraz zapalenie stawów i zaburzenia spowodowane okresem klimakterium). Orzeczenie lekarskie skierowane do męża brzmi: „My w tej sytuacji jesteśmy bezsilni, trudno, trzeba pogodzić się z tym, że żona jest dogorywająca. Lek na jedną chorobę powiększa drugą i pogarsza stan do ostateczności wycieńczonego organizmu”. Mąż nie licząc już na umiejętności lekarzy, wysyła list na Jasną Górę z prośbą o Mszę Św., która została odprawiona 17 maja 1961 o godz. 9 (zapamiętajmy). Sam udaje się na Mszę św. do kościoła w swojej parafii, i przystępuje do Komunii św. W intencji żony modli się gorliwie do Matki Bożej Jasnogórskiej. W niedzielę, dnia 19 maja udaje się do szpitala pełen obaw o stan zdrowia żony. Spotyka go radosna niespodzianka: umierająca kilka dni temu kobieta, obecnie siedzi na parapecie okna i wyraźnie oczekuje kogoś z domu. Już z daleka zauważyła męża i przywołuje go do siebie. Okazuje się, iż właśnie w piątek 17 maja o godz. 9 (podczas Mszy św. na Jasnej Górze) poczuła się nagle lepiej, doznała ulgi w cierpieniu, zaczęła normalnie oddychać i spostrzegła, iż ustąpiła opuchlizna na nogach. Chciała nawet spróbować chodzić, lecz na jej wyznanie lekarz kategorycznie zabronił opuszczać łóżko, ale zezwolił spróbować wieczorem. Spróbowała i oczywiście mogła chodzić. Była zdrowa – o czym zaświadczają chore z sali, umieszczając na zeznaniu swoje podpisy (AJG Dział 8-H. Cuda i Łaski – podziękowania).

    MODLITWA DZIĘKCZYNIENIA:

    • Za to, że od wieków jesteś naszą niezawodną pomocą, – dziękujemy Ci, Matko Jasnogórska!

    • Za to, że umacniasz nas w walce ze ziem, – dziękujemy Ci, Matko Jasnogórska!

    • Za to, że na wszystkich kontynentach świata pomagasz dzieciom Narodu polskiego zachować wierność Kościołowi, – dziękujemy Ci, Matko Jasnogórska!

    • Za to, że jak dawniej tak i dziś wspierasz nas, abyśmy byli przedmurzem chrześcijaństwa, – dziękujemy Ci, Matko Jasnogórska!

    MODLITWA CZCI I MIŁOŚCI:

    • Pomocnico Chrystusa w dziele zbawienia, – miłujemy Cię i wysławiamy Ciebie.

    • Najlepsza Matko wszystkich ludzi, – miłujemy Cię i wysławiamy Ciebie.

    • Matko Kościoła wspierająca Ojca świętego, – miłujemy Cię i wysławiamy Ciebie.

    MODLITWA PROŚBY:

    • Matko Chrystusa, która powołujesz nas do współdziałania ze sobą w dziele odkupienia, – bądź naszą pomocą i naszym ratunkiem!

    • Matko rodziny ludzkiej, która uczysz nas pomagać sobie wzajemnie, – bądź naszą pomocą i naszym ratunkiem!

    • Matko Miłosierdzia, która pragniesz, abyśmy przebaczali wyrządzone nam krzywdy, – bądź naszą pomocą i naszym ratunkiem!

    MODLITWA:

    Wszechmogący i miłosierny Boże, Ty dałeś Narodowi polskiemu w Najświętszej Maryi Pannie przedziwną pomoc i obronę, a Jej święty Obraz Jasnogórski wsławiłeś niezwykłą czcią wiernych; spraw łaskawie, abyśmy walcząc za życia pod Jej opieką, w chwili śmierci zdołali odnieść zwycięstwo nad złośliwym wrogiem. Przez Chrystusa Twojego Syna, naszego Pana i Boga, który z Tobą żyje i króluje w jedności Ducha Świętego, przez wszystkie wieki wieków. Amen.

    ***

    DZIEŃ SIÓDMY (23.08.2024)

    WPROWADZENIE:

    Zapisy w „Księdze pamiątkowej” w Arsenale:

    „Przybywać tutaj, to znaczy stać się innym człowiekiem” (uczeń L.E., Olkusz, 6 lutego 1976 r.).

    „Jako młodzi ludzie wierzący, przybywamy na Jasną Górę z bagażem swych wątpliwości i win. Pełni ufności polecamy to Maryi i pozostawiamy w murach jasnogórskich. Wracamy pełni optymizmu Z pogłębioną wiarą, do obowiązków na uczelniach i zakładów pracy” (pielgrzymka studentów, maj 1978 r.).

    „Matko, pomóż mi uwierzyć w sens życia, znaleźć jego cel, być lepszą, umocnij moja wiarę, Matko Nieustającej Pomocy, dziękuję Ci za okazaną mi łaskę nawrócenia” (czerwiec 1978 r.).

    „Matko Boża Częstochowska, dziękujemy Ci, że mogłyśmy tu przybyć, być bliżej Ciebie. Dziękujemy, o Pani Jasnogórska, za tak pięknie przeżyte rekolekcje w duchu wiary i miłości. Matko, bardzo prosimy Cię o szczęśliwe zdanie matury Prosimy, pomóż w wybraniu właściwej drogi życia” (maturzystki, luty 1978 r.).

    „O Matko, dzisiaj zrozumiałam, jak mam żyć. To wszystko, co było do dzisiaj, było po prostu »niczym«, jedną pustką wokół mnie. Dziękuję, że pozwoliłaś mi to zrozumieć” (lipiec 1978 r.)

    „Matko! Pozwól mi uwierzyć w człowieka i sens życia” (czerwiec 1978 r.).

    MODLITWA DZIĘKCZYNIENIA:

    • Za Twoje macierzyńskie władanie nad nami, – dziękujemy Ci, Królowo Polski!

    • Za Twoją opiekę i pomoc w trudnych latach niewoli i zaborów, – dziękujemy Ci, Królowo Polski!

    • Za to, że zawsze jesteś Tą, która jednoczy Polaków, pomimo wszelkich podziałów, odległości i granic, – dziękujemy Ci, Królowo Polski!

    • Za to, że zawsze jesteś z nami, w okresach powodzenia i niedoli, – dziękujemy Ci, Królowo Polski!

    MODLITWA CZCI I MIŁOŚCI:

    • Królowo prześladowana przez zaborców na naszej ziemi, – miłujemy Cif i wysławiamy Ciebie.

    • Matko Bolesna stojąca wytrwale pod naszym polskim krzyżem, – miłujemy Cię i wysławiamy Ciebie.

    • Najczulsza Matko wszystkich prześladowanych i udręczonych niewolą, – miłujemy Cię i wysławiamy Ciebie.

    • Najlepsza Wspomożycielko, która byłaś szczególne bliska Narodowi, gdy był opuszczony przez mocarstwa tego świata, – miłujemy Cię i wysławiamy Ciebie.

    MODLITWA PROŚBY:

    • Gdy popadamy w nieszczęścia na skutek naszych grzechów, spraw, abyśmy nigdy nie utracili wewnętrznej więzi z Tobą, Jasnogórska Królowo Polski, – bądź naszą pomocą i naszym ratunkiem!

    • Gdy wady nasze i słabości zagradzają nam drogę do wewnętrznej wolności w Bogu, – bądź naszą pomocą i naszym ratunkiem!

    • Gdy atakuje nas pokusa materializmu, zła i nienawiści, – bądź naszą pomocą i naszym ratunkiem! Królowo wszystkich Polaków rozrzuconych po całym świecie, – bądź naszą pomocą i naszym ratunkiem!

    MODLITWA:

    Wszechmogący i miłosierny Boże, Ty dałeś Narodowi polskiemu w Najświętszej Maryi Pannie przedziwną pomoc i obronę, a Jej święty Obraz Jasnogórski wsławiłeś niezwykłą czcią wiernych; spraw łaskawie, abyśmy walcząc za życia pod Jej opieką, w chwili śmierci zdołali odnieść zwycięstwo nad złośliwym wrogiem. Przez Chrystusa Twojego Syna, naszego Pana i Boga, który z Tobą żyje i króluje w jedności Ducha Świętego, przez wszystkie wieki wieków. Amen.

    ***

    DZIEŃ ÓSMY (24.08.2024

    WPROWADZENIE:

    „Matuchno, nie mam żadnych skarbów i bogactw, ale mam serce. Weź je takie, jakie jest, weź moją wolność i wszystko, czym jestem i co posiadam. Posługuj się tym do woli dla mojego zbawienia i całego Kościoła świętego” (luty 1978 r). „Dziękuję Ci, Matko, za moje wielkie nawrócenie, w tym celu odbyłam pieszą pielgrzymkę z Rzeszowa. Dopomóż zrealizować to zadanie” (Maria, lipiec 1978 r.)

    „Dziękuję, Pani Jasnogórska, za naprowadzenie mnie na właściwą drogę. Bez Ciebie tak długi czas czułem się samotny, a teraz zdobyłem Twoją łaskę. Jesteś, o Pani, niezmiernie dobra. Proszę Cie, dopomóż mi w wymazaniu moich grzechów przy konfesjonale. Dopomóż mi, bym był prawym, szczerym, otwartym, pracowitym, inteligentnym, usłużnym młodzieńcem, mężczyzną. Dopomóż mi w egzaminach” (Wojtek, kwiecień 1978 r.).

    „Matko Boża, Jasnogórska Pani, serdecznie dziękuję za ten mój największy cud zmartwychwstania ze śmierci grzechu do życia w tej przecudnej łasce Bożej na co dzień” (syn marnotrawcy, maj 1978 r.).

    „Najświętsza Maryjo Panno! Przyszedłem do Ciebie po długich latach odżegnania się od Ciebie i odsuwania w niepamięć Twego istnienia. Dziękuję Ci za to z całego serca. Staję się zupełnie innym człowiekiem. Pomóż mi wytrwać przy Tobie i napełnij mnie co dzień miłością do bliźnich” (kwiecień 1978 r.).

    „Jestem tu po raz pierwszy. Atmosfera tego miejsca zmusza mnie, aby przebaczyć moim wrogom. Proszę Cię, pomóż mi, Matko” (kwiecień 1978 r.)

    MODLITWA DZIĘKCZYNIENIA:

    • Za to, że stale pociągasz nas ku sobie i kierujesz naszym życiem, – dziękujemy Ci, Królowo Polski!

    • Za to, że w Twoim Jasnogórskim Sanktuarium jednoczysz nas z Synem swoim, – dziękujemy Ci, Królowo Polski!

    • Za to, że od wieków jesteś wzorem polskich kobiet i uczysz je macierzyńskiej mądrości, godności i dobroci, – dziękujemy Ci, Królowo Polski!

    • Za to, że dla młodych pokoleń jesteś niezawodnym Drogowskazem ku Chrystusowi, – dziękujemy Ci, Królowo Polski!

    • Za to, że bramy Twego Jasnogórskiego Sanktuarium otwarte są dla wszystkich, – dziękujemy Ci, Królowo Polski!

    MODLITWA PRZEPROSZENIA:

    • Za grzechy niewiary i obojętności dla Twego Syna, – przepraszamy Cię, Matko nasza Jasnogórska.

    • Za tych, którzy odstąpili od wiary w Syna Twojego (…), – przepraszamy Cię, Matko nasza Jasnogórska.

    • Za tych, którzy odrzucają Cię, Matko, odmawiają Ci czci i miłości, a nawet bluźnią przeciwko Tobie, – przepraszamy Cię, Matko nasza Jasnogórska.

    • Za niedotrzymanie ślubów składanych Tobie przez Naród polski w ciągu dziejów i w czasach obecnych, przepraszamy Cię, Matko nasza Jasnogórska.

    • Za to, że postępowanie nasze tak często nie jest zgodne z wiarą świętą i godnością dziecka polskiego Narodu, za grzechy przeciwko życiu, za pijaństwo, egoizm, lekkomyślność, zazdrość, niezgodę społeczną i rozwiązłość, – przepraszamy Cię, Matko nasza Jasnogórska.

    • Za każdy dzień przeżyty z dala od miłości i łaski Twojego Syna, za każde zaniedbanie w stosunku do najbliższych braci naszych, – przepraszamy Cię, Matko nasza Jasnogórska.

    MODLITWA CZCI I MIŁOŚCI:

    • Matko, nieustannie czekająca na każde z Twych dzieci, – miłujemy Cię i wysławiamy Ciebie.

    • Matko, wspierająca nas w trudnej ziemskiej wędrówce do Ojca Niebieskiego, – miłujemy Cię i wysławiamy Ciebie.

    • Wychowawczyni Syna Bożego, która macierzyńską troską otaczasz naszą młodzież i dzieci, – miłujemy Cię i wysławiamy Ciebie.

    MODLITWA:

    Wszechmogący i miłosierny Boże, Ty dałeś Narodowi polskiemu w Najświętszej Maryi Pannie przedziwną pomoc i obronę, a Jej święty Obraz Jasnogórski wsławiłeś niezwykłą czcią wiernych; spraw łaskawie, abyśmy walcząc za życia pod Jej opieką, w chwili śmierci zdołali odnieść zwycięstwo nad złośliwym wrogiem. Przez Chrystusa Twojego Syna, naszego Pana i Boga, który z Tobą żyje i króluje w jedności Ducha Świętego, przez wszystkie wieki wieków. Amen.

    ***

    DZIEŃ DZIEWIĄTY (25.08.2024)

    WPROWADZENIE:

    Wypowiedzi młodzieży maturalnej po nocy spędzonej na adoracji przed Cudownym Obrazem Matki Bożej: „Powieki ciążyły bardziej niż zwykle, ale na duszy było lekko, to Ty sprawiłaś Maryjo, Twój wzrok, Twoje serce. Cały mój trud, zmęczenie, Tobie oddałem, dla Ciebie”.

    „Na Jasnej Górze coś się ze mną siało. Zobaczyłam, że żyję dla innych ludzi i jestem głównie po to, aby im służyć. Zobaczyłam, jak szczęśliwi są ludzie, którzy całkowicie poświęcili się Bogu i Matce Bożej. Dzięki temu zrozumiałam, jak wielką łaską jest powołanie do życia poświęconego wyłącznie Bogu. Przestałam myśleć o wstąpieniu do klasztoru jako o szaleństwie i chyba – gdyby Pan Bóg tego zażądał – to posłuchałabym głosu Bożego”.

    „Była trochę smutna, a zarazem pełna nadziei, miłości. Jej blizny sprawiły, że przez pewien moment, gdy trochę zasypiałam, zdawało mi się, ze płacze.. Czułam, że jest prawdziwą moją Matką i dlatego bardzo Jej zaufałam.”

    „Tutaj odczułam jedność i wspólnotę wszystkich obecnych i miałam poczucie tego. że naprawdę potrafimy rozsiewać dobro i radość wśród ludzi”.

    „Teraz, chociaż byłem już wyczerpany i zmęczony, zdobyłem się na to, żeby na Ciebie popatrzeć. Tylko popatrzeć. To tak mało, a jednocześnie tak dużo. Tam dopiero nie tylko znalazłem, ale i pokochałem Maryję. Bardzo Cię kocham, Matko Boska. Tak jakoś bezinteresownie, nie jak kogoś, od kogo się czegoś chce i dlatego udaje się uczucia – zresztą, tego nie da się powiedzieć”.

    MODLITWA DZIĘKCZYNIENIA:

    • Za twoją wędrówkę w Jasnogórskim Obrazie Nawiedzenia, – dziękujemy Ci, najlepszą Matko!

    • Za wszystkie łaski nawróceń, – dziękujemy Ci, najlepsza Matko!

    • Za pojednane małżeństwa, – dziękujemy Ci, najlepsza Matko!

    • Za radość i zgodę w rodzinach, – dziękujemy. Ci, najlepsza Matko!

    • Za liczne uzdrowienia z chorób i nałogów, – dziękujemy Ci, najlepsza Matko!

    • Za miłość i pokój między ludźmi, – dziękujemy Ci, najlepsza Matko!

    MODLITWA PROŚBY:

    Królowo i Matko nasza, prosimy Cię:

    • Ojcom, aby byli wierni podjętym obowiązkom, – daj łaskę wiary i moc miłości!

    • Matkom, aby chętnie podejmowały trud macierzyństwa, – daj łaskę wiary i moc miłości

    • Dzieciom, aby zachowały zawsze czystość i prostotę serca, – daj łaskę wiary i moc miłości

    • Młodzieży w twórczym wysiłku budowania lepszej przyszłości, – daj łaskę wiary i moc miłości!

    • Samotnym, chorym i opuszczonym, – daj łaskę wiary i moc miłości!

    • Zrozpaczonym, aby nie ulegli nigdy pokusie beznadziejności, – daj łaskę wiary i moc miłości!

    MODLITWA CZCI I MIŁOŚCI:

    • Matko Boga i nasza Królowo, nawiedzająca nasze polskie domy, świątynie i parafie, – miłujemy Cię i wysławiamy Ciebie.

    • Matko, podążająca za swoimi dziećmi do najdalszych zakątków świata, gdzie tylko biją polskie serca, – miłujemy Cię i wysławiamy Ciebie.

    • Matko, która jesteś z nami i przez Twój święty Obraz Jasnogórski wspierasz nas w każdej chwili życia w naszych smutkach, doświadczeniach i radościach, – miłujemy Cię i wysławiamy Ciebie.

    MODLITWA:

    Wszechmogący i miłosierny Boże, Ty dałeś Narodowi polskiemu w Najświętszej Maryi Pannie przedziwną pomoc i obronę, a Jej święty Obraz Jasnogórski wsławiłeś niezwykłą czcią wiernych; spraw łaskawie, abyśmy walcząc za życia pod Jej opieką, w chwili śmierci zdołali odnieść zwycięstwo nad złośliwym wrogiem. Przez Chrystusa Twojego Syna, naszego Pana i Boga, który z Tobą żyje i króluje w jedności Ducha Świętego, przez wszystkie wieki wieków. Amen.

    (Modlitwy dziękczynienia, prośby, czci i miłości zostały wzięte z „Nowenny do Matki Bożej Częstochowskie” opracowanej przez Ks. Zdzisława Paszkowskiego).

    Modlitewnik Jasnogórski, oprac. o. Konstancjusz Kunz OSPPE, Jasna Góra 1995 (wyd. Paulinianum)

    ______________________________________________________________________________________________________________

    KOŚCIÓŁ ŚW. PIOTRA

    PARTICK, 46 HYNDLAND STREET, Glasgow, G11 5PS

    Niedziela 13/12 Msza św. g. 14:00 kościół św. Piotra (St Peters) Glasgow

     

    _________________________________________________________________________________

    W KAŻDY PIĄTEK JEST ADORACJA PRZED NAJŚWIĘTSZYM SAKRAMNTEM OD GODZ. 18.00

    W CZASIE ADORACJI JEST MOŻLIWOŚĆ SPOWIEDZI ŚWIĘTEJ.

    MSZA ŚWIĘTA WYNAGRADZAJĄCA ZA GRZECHY NASZE I CAŁEGO ŚWIATA

    ODPRAWIANA JEST O GODZ. 19.00

    W trzeci piątek miesiąca sprzątamy kościół św. Piotra od godz. 17-tej. Chętni bardzo mile widziani.

    _______________________________________

    W KAŻDĄ SOBOTĘ O GODZ. 18.00 JEST MSZA ŚWIĘTA WIGILIJNA Z NIEDZIELI

    MOŻLIWOŚĆ SPOWIEDZI ŚWIĘTEJ JEST PRZED MSZĄ ŚWIĘTĄ OD GODZ. 17.30

    ***

    W PIERWSZE SOBOTY MIESIĄCA PO MSZY ŚWIĘTEJ JEST NABOŻEŃSTWO PIĘCIU SOBÓB WYNAGRADZAJĄCYCH ZA ZNIEWAGI I BLUŹNIERSTWA PRZECIWKO NAJŚWIĘTSZEJ MARYI PANNY.

    ***

    W DRUGIE SOBOTY MIESIĄCA PO MSZY ŚWIĘTEJ MODLIMY SIĘ KORONKĄ DO SERCA BOLEŚCIWEJ MATKI – SERCA PRZEBITEGO SIEDMIOMA MIECZAMI.

    ***

    W TRZECIE SOBOTY MIESIĄCA PO MSZY ŚWIĘTEJ MODLIMY SIĘ NA RÓŻAŃCU O POKÓJ NA ŚWIECIE.

    _______________________________________

    W KAŻDĄ NIEDZIELĘ MSZA ŚWIĘTA JEST O GODZ. 14.00

    PRZED MSZĄ ŚWIĘTĄ JEST ADORACJA NAJŚWIĘTSZEGO SAKRAMENTU

    W TYM CZASIE JEST MOŻLIWOŚĆ SPOWIEDZI ŚWIĘTEJ OD GODZ. 13.30

    ______________________________________________________________________________________________________________

    KAPLICA IZBA JEZUSA MIŁOSIERNEGO

    4 PARK GROVE TERRACE, GLASGOW G3 7SD

    This image has an empty alt attribute; its file name is image-2-e1673870873179-1024x683.png

    ***

    W KAŻDY PIERWSZY CZWARTEK MIESIĄCA JEST MSZA ŚWIĘTA O GODZ. 19.00

    PO MSZY ŚWIĘTEJ JEST GODZINA ŚWIĘTA PRZED NAJŚWIĘTSZYM SAKRAMENTEM

    ______________________________________________________________________________________________________________

    W KAŻDĄ TRZECIĄ SOBOTĘ MIESIĄCA JEST SPOTKANIE BIBLIJNE NA TEMAT: KOBIETY W PIŚMIE ŚWIĘTYM. NA POCZĄTKU SPOTKANIA O GODZ. 10.00 ŚPIEWAMY GODZINKI KU CZCI NAJŚWIĘTSZEJ MARYI PANNY A NA ZAKOŃCZENIE – W POŁUDNIE – MODLITWA NA ANIOŁ PAŃSKI.

    ______________________________________________________________________________________________________________

    W CZWARTYM TYGODNIU KAŻDEGO MIESIĄCA – Z PIĄTKU NA SOBOTĘ – JEST CAŁONOCNA ADORACJA PRZED NAJŚWIĘTSZYM SAKRAMENTEM DLA KOBIET W KAPLICY SIÓSTR BENEDYKTYNEK W LARGS.

    POCZĄTEK ADORACJI ROZPOCZYNA SIĘ MODLITWĄ RÓŻAŃCOWĄ O GODZ. 21.00. NA ZAKOŃCZENIE ADORACJI ŚPIEWANE SĄ GODZINKI KU CZCI NAJŚWIĘTSZEJ MARYI PANNY I MSZA ŚWIĘTA O BRZASKU SOBOTNIEGO DNIA O GODZ. 5.00.

    Benedictine Monastery, 5 Mackerston Place, Largs, Scotland

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Adoracja, czyli… z głową na sercu Boga

    Jeśli chcesz, by na twoim pulsie rękę trzymał Bóg, musisz Mu na to pozwolić. Odetchnąć, zwrócić wzrok ku Hostii, wyciszyć myśli.

    Jan Paweł II adoruje Jezusa w Najświętszym Sakramencie w uroczystość Bożego Ciała w Rzymie w 2001 roku.

    fot. Daniel Gracia/East News

    ***

    Ostatnie lata życia papieża Jana Pawła II, gdy schorowany i zmęczony przed kamerami całego świata przez długie chwile w ciszy trwał w dziękczynieniu, są jak odrębny, ważny rozdział jego nauczania. Osłabiony papież modlił się z zamkniętymi oczami w milczeniu. Trudne to chwile dla dziennikarzy – nie wiadomo wszak, co w mediach lepiej wypadnie: cisza czy może komentarz ze studia. Głowa schorowanego starca z powodu postępującej choroby była przechylona. A może z dnia na dzień coraz wyraźniej wskazywała na jeden z najpiękniejszych gestów odnotowanych przez Ewangelie dwa tysiące lat wcześniej, gdy umiłowany uczeń złożył głowę na piersi Pana? Dwa lata przed śmiercią, 17 kwietnia 2003 roku, w Wielki Czwartek w Roku Różańca Świętego, dwudziestym piątym swojego pontyfikatu, Jan Paweł II podpisał encyklikę „Ecclesia de Eucharistia”. Napisał w niej między innymi: „Pięknie jest zatrzymać się z Nim i jak umiłowany Uczeń oprzeć głowę na Jego piersi (por. J 13,25), poczuć dotknięcie nieskończoną miłością Jego Serca”. Ten wzruszający gest miłości człowieka do Boga opisany został w części poświęconej adoracji Najświętszego Sakramentu. Nieco dalej papież stwierdził: „Jeżeli chrześcijaństwo ma się wyróżniać w naszych czasach przede wszystkim »sztuką modlitwy«, jak nie odczuwać odnowionej potrzeby dłuższego zatrzymania się przed Chrystusem obecnym w Najświętszym Sakramencie na duchowej rozmowie, na cichej adoracji w postawie pełnej miłości? Ileż to razy, moi drodzy Bracia i Siostry, przeżywałem to doświadczenie i otrzymałem dzięki niemu siłę, pociechę i wsparcie!”.

    Założenie, że chrześcijaństwo ma się wyróżniać „sztuką modlitwy”, po dwudziestu latach od ukazania się encykliki zawierającej to stwierdzenie jest jeszcze bardziej zasadne. A słowa, których użył Jan Paweł II w cytowanym tekście, mogą być pomocną wskazówką, jak się tej sztuki uczyć: najpierw zatrzymać się przed Nim; kolejne etapy to: duchowa rozmowa, cicha ado­racja i postawa miłości. Owoce: pociecha i wsparcie. Kto z nas ich nie potrzebuje?

    Zatrzymać się

    W ciemnym kinie oczekujący na rozpoczęcie seansu, znudzeni długimi reklamami widzowie otrzymują na moment przed projekcją komunikat: nie rozpraszaj się. Przekazany jest w krótkim filmie, na którym setki, tysiące ludzi wpatrzonych w ekrany smartfonów odbiera co chwilę powiadomienia. Rozbrzmiewają dźwięki Messengera, WhatsAppa, esemesów i e-maili. Coraz więcej i coraz szybciej. Powiadomienia, powiadomienia, powiadomienia – nie da się na dłużej skupić na żadnym, bo wciąż przychodzą nowe i domagają się reakcji. Twórcy komunikatu mówią wprost: przestań reagować. Skup się na jednym. Aż dziw bierze, że takich czasów dożyliśmy. Kiedy w średniowieczu zainicjowano praktykę wystawiania Najświętszego Sakramentu do adoracji, nikomu nie śniło się nawet ich nadejście. Pod koniec XIV wieku, gdy zaczęto używać monstrancji, zapewne też nie. A jednak nadeszły takie czasy i – zgodnie z radą papieża Polaka – warto przemyśleć kwestię, czy jako chrześcijanie nie powinniśmy zaproponować tym czasom antidotum. Czy nie powinna być nim monstrancja z wystawionym w niej Najświętszym Sakramentem?

    Zatrzymaj się! Mamy ci coś do zaproponowania. Odłóż telefon, wyłącz się z tej chaotycznej gonitwy myśli przebiegających między głową, oczami i kciukiem. Adoracja Najświętszego Sakramentu jest taką chwilą zatrzymania, o ile pod ławką nie schowasz wyciszonego smartfona, by widzieć jego rozświetlający się co chwilę ekran i trzymać rękę na pulsie. Jeśli chcesz, by na twoim pulsie rękę trzymał Bóg, musisz Mu na to pozwolić. Odetchnąć, zwrócić wzrok ku Hostii, wyciszyć myśli. Łatwo powiedzieć, trudniej zrealizować, zwłaszcza gdy na adorację udajesz się w chwilach trudnych i wymagających podejmowania kluczowych decyzji. Skupienie na oddechu i na prostej, białej Hostii z pewnością pomoże odciąć choć na chwilę ten nurt myśli, które cię zalewają. Z każdą kolejną próbą szansa na powodzenie staje się coraz większa. 

    Medalik noszony na szyi przez siostry klaryski od Wieczystej Adoracji.

    Medalik noszony na szyi przez siostry klaryski od Wieczystej Adoracji.
    fot. Henryk Przondziono/Gość Niedzielny

    ***

    Duchowa rozmowa

    Siostry z klasztoru św. Hildegardy przyjmowały Komunię Świętą w stroju oblubienicy – z koroną na głowie. W barokowych świątyniach uwagę miał przykuwać ozdobiony złoty ołtarz z „mieszkaniem Króla” w centrum. Jak to w historii bywa, co epoka następuje zmiana w odwrotnym kierunku. Oświecenie, wraz z kultem rozumu, przyniosło odwrót i niemal zamarcie zewnętrznych form adoracji (w Polsce nastąpiło to o wiele później niż w innych krajach Europy). To zestawienie nie jest przypadkowe i może się stać pomocne w zrozumieniu, na czym polega drugi krok wytyczony słowami Jana Pawła II w encyklice o Eucharystii. Rozum czasem powinien zamilknąć, by na adoracji podjąć rozmowę duchową. Bo nie chodzi w niej przecież o pozałatwianie z Bogiem wszystkich swoich codziennych problemów. Pociecha i wsparcie mają przyjść po niej, ale żeby przyszły, trzeba najpierw duchowo porozmawiać z Jezusem, w którym utkwiło się spojrzenie. Mówienie w takiej rozmowie niekoniecznie oznacza wypowiadanie słów (nawet wewnątrz siebie i bez otwierania ust). Słuchanie w takiej rozmowie niekoniecznie oznacza słyszenie słów (również wewnątrz siebie). To tajemnicze spotkanie, które dokonuje się między adorującym a Bogiem, nie ma innego języka niż spoglądanie na siebie. Stara i powszechnie znana opowieść o wieśniaku, którego spotykał w kościele św. Jan Maria Vianney, dobrze oddaje tę rzeczywistość. – Co robisz? – spytał kiedyś klęczącego przed Najświętszym Sakramentem człowieka. – Nic. Patrzę tylko na Niego, a On patrzy na mnie – usłyszał w odpowiedzi.

    Cicha adoracja

    Kwintesencją tej duchowej rozmowy jest cicha adoracja. Łacińskie adoratio oznacza oddawanie czci, uwielbianie. „Jedna chwila prawdziwej adoracji ma większą wartość i przynosi więcej pożytku niż najintensywniejsza działalność, choćby to była nawet działalność apostolska” – napisał święty Jan od Krzyża („Pieśń duchowa” 29,3), którego słowa zacytował Jan Paweł II, przemawiając 24 listopada 1978 r. do przełożonych generalnych zakonów męskich. Odwieczne napięcie między actio i contemplatio, pomiędzy „działać” a „modlić się”, znajduje rozwiązanie. Chodzi przecież o to, by oddać chwałę Bogu, „prawdziwie” oddać, jak napisał hiszpański mistyk, to znaczy tak, aby faktycznie Bóg został uwielbiony. A nie o to, aby w ciszę uciekać od codziennych obowiązków.

    Kiedy świeżo nawrócony święty Karol de Foucauld poszukiwał dla siebie miejsca na świecie, pragnienia miał tylko dwa: być najmniejszym i najuboższym oraz trwać na modlitwie przed Najświętszym Sakramentem. Piaski Sahary, które zdają się puste (to dlatego w ich kierunku udawali się mistrzowie ducha – ojcowie pustyni), w rzeczywistości okazały się ziemią, na której żyło wielu ludzi potrzebujących pomocy. Od Karola otrzymali pomoc zarówno materialną, jak i duchową, sami o niego również się troszcząc, zwłaszcza wtedy, gdy śmiertelnie zachorował. Trudno uniknąć skojarzeń ze sformułowaniem: jeśli Bóg jest na właściwym miejscu, to wszystko inne również. Bo jeśli w ciszy adorujesz Boga, całe twoje rozdygotane wnętrze, wypełnione Jego chwałą, ma szansę się zmienić.

    Postawa miłości

    W osobie świętego Jana, kojarzonego z „umiłowanym uczniem”, jest coś tajemniczego. Utożsamienie go z autorem księgi bardzo niezwykłej – Apokalipsy – pogłębia to wrażenie. A jednak, gdy pod krzyżem stał obok Maryi, symbolizował Kościół. Cały, powszechny, którego Ona stała się wówczas Matką. Nie każdy z nas może być Apostołem Narodów, a jeszcze mniejsza garstka może zostać Piotrem. Janem jednak jesteśmy wszyscy, i to jest bardzo pocieszające. Czy kładąc głowę na piersi Jezusa w czasie pierwszej Eucharystii, dostąpił zaszczytu? Niewątpliwie. Każdy z nas może tego zaszczytu dostąpić, o ile uda się na ado­rację Najświętszego Sakramentu. „Pięknie jest zatrzymać się z Nim i jak umiłowany Uczeń oprzeć głowę na Jego piersi” – napisał Jan Paweł II w encyklice, dokumencie o bardzo wysokiej randze w nauczaniu Kościoła. Nie chodzi zatem o jakąś wysublimowaną poezję, piękne słowa i porównania. Chodzi o rzeczywistość.

    W „postawie miłości”, którą powinniśmy przyjąć w trakcie adoracji Najświętszego Sakramentu, również nie chodzi o wzbudzanie w sobie jakichkolwiek uczuć, bo nie one są istotą oddawania czci; raczej o gotowość dochowania wierności, całkowitego podporządkowania siebie Chrystusowi. Jeśli kładę głowę na Jego piersi, to znaczy, że mogę usłyszeć bicie Jego serca, z którego wypłynęły krew i woda. „Tak bowiem Bóg umiłował świat, że Syna swego Jednorodzonego dał…” (J 3,16) – a czy dla Ojca może być coś ważniejszego od Syna? Dla Boga Ojca tak. Ty. Historia twojego życia to historia miłości, o której napisano najpiękniejszy w historii eucharystyczny hymn. Padają w nim słowa: „Ty, co jak pelikan Krwią swą karmisz lud…”. Wedle legendy pelikan dziobem otwierał własną pierś i krwią karmił zgłodniałe potomstwo, a nawet przywracał je do życia. Masz Komu zaufać, bo krew i woda, które wytrysnęły z otwartego boku Zbawiciela, do końca świata kojarzyć się będą z krótkim podpisem: „Jezu, ufam Tobie!”.

    Pociecha i wsparcie

    Powróćmy do wyznania świętego Jana Pawła II: „Ileż to razy, moi drodzy Bracia i Siostry, przeżywałem to doświadczenie i otrzymałem dzięki niemu siłę, pociechę i wsparcie!”. Czy można pomiędzy bólem poszczególnych ludzi dokonywać porównań? Obiektywnie tak, ale przecież każdy z nas ma swój wewnętrzny, intymny świat, w który inni nie mają wglądu. Jeśli jednak przyjrzeć się temu, jak święty Jan Paweł II przeżywał swoją posługę na Piotrowej stolicy, siła, pociecha i wsparcie były niezbędne. Niemal natychmiast po powrocie do sił po zamachu w 1981 roku zainaugurował w bazylice Świętego Piotra wieczystą adorację. Modlił się wówczas: „Pewnego dnia, Panie, zapytałeś Piotra: – Czy miłujesz Mnie? Zapytałeś go po trzykroć – i trzy razy apostoł Piotr odpowiedział: – Panie, Ty wszystko wiesz, Ty wiesz, że Cię kocham (J 21,17). Odpowiedź Piotra wyraża się w tej codziennej i całodziennej adoracji. Niech wszyscy, którzy uczestniczą w adoracji Twojej eucharystycznej obecności, odczują i usłyszą w czasie każdej wizyty, jak na nowo rozbrzmiewa prawda zawarta w słowach Apostoła: Panie, ty wszystko wiesz, Ty wiesz, że Cię kocham”.

    Nie każdy z nas – powtórzmy – może być Apostołem Narodów, a jeszcze mniejsza garstka może zostać Piotrem i nosić na barkach ciężar całego świata. Janem jednak jesteśmy wszyscy i to jest bardzo pocieszające. Głowa złożona na piersi Mistrza w czasie adoracji ma szansę boleć mniej, nawet w najtrudniejszych chwilach życia i na najostrzejszych jego zakrętach. Możemy – ufając słowom świętego Jana Pawła II – doświadczyć pociechy i wsparcia. A i dać świadectwo, wyróżniać się „sztuką modlitwy” wobec świata, który pragnie Boga bardziej, niż podejrzewa.

    ks. Adam Pawlaszczyk/Gość Niedzielny

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Kościelne święta, w których należy uczestniczyć w Liturgii Mszy świętej

    Sample

    fot. Piotr Tumidajski/Kai

    ***

    W roku liturgicznym niektóre święta i uroczystości mają stałe daty – tak jak Boże Narodzenie 25 grudnia. Są również święta i uroczystości, których daty przypadają w różnych dniach kolejnego roku – tak jak  Wielkanoc, czy Uroczystość Zesłania Ducha Świętego.

    Dla przypomnienia podaję listę świąt i uroczystości w 2024 roku:

    1 stycznia (poniedziałek) – Uroczystość Świętej Bożej Rodzicielki

    6 stycznia (sobota) – Uroczystość Objawienia Pańskiego (Trzech Króli)

    31 marca (niedziela) – Niedziela Zmartwychwstania Pańskiego (Wielkanoc)

    12 maja (niedziela) – Wniebowstąpienie Pańskie

    19 maja (niedziela) – Uroczystość Zesłania Ducha Świętego (Zielone Świątki)

    30 maja (czwartek) – Uroczystość Najświętszego Ciała i Krwi Pańskiej (Boże Ciało)

    15 sierpnia (czwartek) – Uroczystość Wniebowzięcia Najświętszej Maryi Panny

    1 listopada (piątek) – Uroczystość Wszystkich Świętych

    25 grudnia (środa) – Uroczystość Narodzenia Pańskiego (Boże Narodzenie)

    Inne ważne święta w Liturgii Kościoła w 2024 roku:

    Kościelne święta nakazane to niejedyne święta i uroczystości w roku liturgicznym. W dni, w które przypadają inne ważne święta kościelne wierni nie mają obowiązku uczestniczenia w Mszy świętej i powstrzymywania się od prac niekoniecznych. Kościół zachęca jednak, aby, gdy jest to możliwe, również i wtedy uczestniczyć w liturgii:

    2 lutego (piątek) – Święto Ofiarowania Pańskiego (Matki Boskiej Gromnicznej)

    19 marca (wtorek) – Uroczystość świętego Józefa, Oblubieńca Najświętszej Maryi Panny

    1 kwietnia (poniedziałek) – Poniedziałek Wielkanocny

    8 kwietnia (poniedziałek) – Uroczystość Zwiastowania Pańskiego

    20 maja (poniedziałek) – Święto Najświętszej Maryi Panny, Matki Kościoła

    29 czerwca (sobota) – Uroczystość Świętych Apostołów Piotra i Pawła

    9 grudnia (poniedziałek) – Uroczystość Niepokalanego Poczęcia Najświętszej Maryi Panny

    26 grudnia (czwartek) – Święto świętego Szczepana, pierwszego męczennika


    Adwent w 2024 roku rozpocznie się 1 grudnia.

    _______________________________________________________________________________________

    V przykazań kościelnych

    Przykazania kościelne wyznaczają normy postępowania, które ustanawia Kościół Katolicki. Dotyczą one uczestniczenia w życiu Kościoła, a zwłaszcza w liturgii.

    1. W niedziele i święta nakazane uczestniczyć we Mszy świętej i powstrzymać się od prac niekoniecznych.

    2. Przynajmniej raz w roku przystąpić do Sakramentu Pokuty.

    3. Przynajmniej raz w roku, w okresie wielkanocnym, przyjąć Komunię świętą.

    4. Zachowywać nakazane posty i wstrzemięźliwość od pokarmów mięsnych, a w czasie Wielkiego Postu powstrzymywać się od udziału w zabawach.

    5. Troszczyć się o potrzeby wspólnoty Kościoła.

    ____________________________________

    W niedziele i w święta wierni nie powinni wykonywać prac, które utrudniają oddawanie czci Bogu, przeżywania radości właściwej dniowi świątecznemu i korzystania z należytego odpoczynku duchowego i fizycznego.

    Zgodnie z drugim przykazaniem kościelnym każdy wierny powinien przynajmniej raz w roku przystąpić do spowiedzi św.

    5 warunków dobrej spowiedzi świętej:

    • Rachunek sumienia.
    • Żal za grzechy.
    • Mocne postanowienie poprawy.
    • Szczera spowiedź
    • Zadość uczynienie Panu Bogu i Bliźniemu.

    Okres Wielkanocny w trzecim przykazaniu obejmuje czas od Niedzieli Zmartwychwstania Pańskiego do Niedzieli Zesłania Ducha Świętego.

    Co do czwartego przykazania – wszyscy wierni obowiązani są czynić pokutę. Dla wyrażenia tej pokutnej formy pobożności chrześcijańskiej Kościół ustanowił dni i okresy pokuty. W tym czasie chrześcijanin powinien szczególnie praktykować czyny pokutne służące nawróceniu serca, co jest istotą pokuty w Kościele. Powstrzymywanie się od zabaw pomaga w opanowaniu instynktów i sprzyja wolności serca.

    • Czynami pokutnymi są: modlitwa, jałmużna, uczynki pobożności i miłości, umartwianie przez wierniejsze pełnienie obowiązków, wstrzemięźliwość od pokarmów mięsnych i post.
    • Czasem pokuty w Kościele są poszczególne piątki całego roku i czas Wielkiego Postu.
    • Wstrzemięźliwość obowiązuje wszystkich, którzy ukończyli 14 rok życia we wszystkie piątki i Środę Popielcową.
    • Post ścisły obowiązuje w Środę Popielcową i w Wielki Piątek wszystkich między 18 a 60 rokiem życia.
    • Uzasadniona niemożliwość zachowania wstrzemięźliwości w piątek domaga się od chrześcijanina podjęcia innych form pokuty.
    • Powstrzymywanie się od zabaw obowiązuje we wszystkie piątki i w czasie Wielkiego Postu.

    _______________________________________________________________________________________

    Dnia 12 lipca 2024 roku ustawa o mordowaniu dzieci została odrzucona przez Sejm zaledwie trzema glosami.

    Fundacja Życie i Rodzina dziękuje wszystkim, którzy wspierali komisję do spraw aborcji poprzez modlitwę i wpływanie na posłów, aby głosowali za życiem.

    ***

    DLA PRZYPOMNIENIA DLA TYCH, KTÓRZY PRZYSTĘPUJĄ DO KOMUNII ŚW. MIMO, ŻE ZGADZAJĄ SIĘ NA ZABIJANIE DZIECI W ŁONIE MATEK:

    Zgodnie z kan. 1364 §1 PRAWA KANONICZNEGO KOŚCIOŁA KATOLICKIEGO, ekskomunice „latae sententiae” – wiążącej mocą samego prawa podlegają katolicy odstępujący od prawd wiary, heretycy lub schizmatycy. W Encyklice „Evangelium vitae” św. Jan Paweł II napisał: „Dlatego mocą władzy, którą Chrystus udzielił Piotrowi i jego Następcom, w komunii z Biskupami […]  oświadczam, że bezpośrednie przerwanie ciąży, to znaczy zamierzone jako cel czy jako środek, jest zawsze poważnym nieładem moralnym, gdyż jest dobrowolnym zabójstwem niewinnej istoty ludzkiej. Doktryna ta, oparta na prawie naturalnym i na Słowie Bożym spisanym, jest przekazana przez Tradycję Kościoła i nauczana przez Magisterium zwyczajne i powszechne”. Oznacza to więc, że aprobowanie aborcji jest odstąpieniem od prawdy katolickiej wiary.

    ***

    Dzieło Duchowej Adopcji Dziecka Poczętego

    Dzieło Duchowej Adopcji Dziecka Poczętego
    materdolorosa.pl

    ***

    Istota Dzieła Duchowej Adopcji Dziecka Poczętego

    Duchowa adopcja jest przyjęciem w modlitewną opiekę jednego dziecka, któremu grozi śmierć w łonie matki. Imię tego dziecka jest znane jedynie samemu Bogu. Modlitwą oganiamy nie tylko poczęte dziecko, ale również jego rodziców, aby przyjęli je z miłością i dobrze wychowali. Zobowiązanie do takiej modlitwy podejmowane jest przez konkretną osobę na dziewięć miesięcy od chwili poczęcia do urodzenia.

    Duchowa adopcja, wypływająca z idei miłosiernej miłości dla istoty najmniejszej i całkowicie bezbronnej, jest bezpośrednim powierzeniem Panu Bogu tego adoptowanego duchowo dziecka w modlitwie, błaganiu o zmianę myślenia jego rodziców, w prośbach, aby wypełnieni miłością nie zamykali się na nowe życie,nie bali się zubożenia tym życiem. Bo miłość, gdy się nią dzielisz, gdy nią obdarzasz jest jak chleb – takiej miłości i takiego chleba przybywa (Matka Teresa z Kalkuty).

    Duchowa Adopcja

    Może ją podjąć każdy człowiek:

    • obejmuje jedno dziecko i jego rodziców, o których wie tylko Bóg
    • trwa przez dziewięć miesięcy

    Warunki

    • codzienna modlitwa – jeden dziesiątek różańca
    • dobrowolne postanowienia, np.: post, Komunia św., pomoc potrzebującym, walka ze złym przyzwyczajeniem,
    • modlitwa w intencji uratowania życia dziecka

    Modlitwa codzienna

    Panie Jezu – za wstawiennictwem Twojej Matki Maryi, która urodziła Cię z miłością, oraz za wstawiennictwem św. Józefa, człowieka zawierzenia, który opiekował się Tobą po urodzeniu – proszę Cię w intencji tego nienarodzonego dziecka, które duchowo adoptowałem, a które znajduje się w niebezpieczeństwie zagłady. Proszę, daj rodzicom miłość i odwagę, aby swoje dziecko pozostawili przy życiu, które Ty sam mu przeznaczyłeś. Amen.

    Treść przyrzeczenia

    “Wysławiam Cię, Ojcze, Panie nieba i ziemi, że zakryłeś te rzeczy przed mądrymi i roztropnymi, a objawiłeś je prostaczkom. Tak, Ojcze, gdyż takie było Twoje upodobanie”. Najświętsza Panno, Bogarodzico Maryjo, wszyscy Aniołowie i Święci. Wiedziony(a) pragnieniem niesienia pomocy w obronie nienarodzonych, ja (N.N.), postanawiam mocno i przyrzekam, ze od dnia (…) biorę w Duchową Adopcję jedno dziecko, którego imię jedynie Bogu jest wiadome, aby przez dziewięć miesięcy, każdego dnia, modlić się o uratowanie jego życia oraz o sprawiedliwe i prawe życie po urodzeniu. Tymi modlitwami będą:

    • jedna tajemnica Różańca;
    • modlitwa, która dziś po raz pierwszy odmówię;
    • ewentualne dobrowolne postanowienie(a): .…………………………..”

    www.duchowaadopcja.com.pl

    ze strony parafii Matki Bożej Bolesnej w Jawiszowicach

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Duchowa adopcja to dziewięciomiesięczna modlitwa w intencji życia zagrożonego w łonie matki. Dla Polaków jest ona także formą osobistego wypełnienia Jasnogórskich Ślubów Narodu. Polega na indywidualnym modlitewnym zobowiązaniu podjętym w intencji dziecka zagrożonego zabiciem w łonie matki. Osoba odmawia jedną dowolnie wybraną tajemnicę “Różańca” i specjalną modlitwę w intencji dziecka i jego rodziców. Do modlitwy wierni mogą dołączyć dodatkowe wyrzeczenie, np. post czy działania charytatywne.

    ____________________________________________________

    __________________________________________________________________________________________________________

    figura św. Michała Archanioła w sanktuarium Bożego Miłosierdzia w Płocku

    fot. ks. Włodzimierz Piętka/Gość Niedzielny 

    ***

    Msza święta nie potrzebuje dodatków

    Czy odmawianie modlitwy do św. Michała Archanioła tuż po błogosławieństwie może przeszkadzać w kształtowaniu zdrowej pobożności? I czy Msza potrzebuje “dopełnienia” w postaci takich egzorcyzmów? W rozmowie z “Gościem” na pytania odpowiada ks. dr Mariusz Szypa, ceremoniarz katedry wrocławskiej, wykładowca z Papieskiego Wydziału Teologicznego.

    Karol Białkowski: Od kilkunastu lat coraz większą popularnością cieszy się modlitwa do św. Michała Archanioła. Jakie są jej źródła?

    Ks. dr Mariusz Szypa
    : Napisał ją w 1886 roku papież Leon XIII i zalecił do odmawiania po każdej Mszy św. recytowanej. Było to związane z jego prywatnym objawieniem, które dotyczyło zbliżającego się wielkiego zagrożenia dla Państwa Kościelnego. Modlitwa do św. Michała nie była jedyną. Wcześniej odmawiano „Salve Regina”, a później trzykrotne „Jezu, zmiłuj się nad nami”. To były tzw. modlitwy leoniańskie. One zostały zniesione w 1964 roku w duchu odnowy jeszcze przed wydaniem nowych ksiąg liturgicznych po Soborze Watykańskim II.

    Czemu zatem możemy przypisywać wzrost jej popularności w ostatnich kilkunastu latach?

    Przypuszczam, że to wyraz pewnej mody teologicznej i duszpasterskiej. W pewnym momencie wzmogło się w Polsce zainteresowanie demonologią i zagrożeniami duchowymi. Praktyka pokazuje, jak wielką popularnością wciąż cieszą się wystąpienia, katechezy, w których poruszane są tematy o egzorcyzmach, o złym duchu i jego działaniu. Zdecydowanie mniejsze zainteresowanie wzbudzają spotkania, które dotykają na przykład pogłębiania wiedzy o Trójcy Świętej, czy innych prawd wiary. To właśnie w tych okolicznościach ta modlitwa wróciła – z lęku przed szatanem i jego działaniem.

    Szatana i jego zagrywek bać się trzeba. Dobrze więc prosić o wsparcie kogoś takiego jak św. Michał Archanioł…

    Oczywiście, ale pamiętając o odpowiednim jej miejscu. Problem w tym, że jej miejsce znane zwykle z naszych parafialnych kościołów, nie jest właściwe. To nie znaczy, że nie można w nich jej odmawiać, ale złym momentem z pewnością jest jeszcze nie zakończona celebracja Eucharystii. Jesteśmy podatni na pewne „magiczne” praktyki, zabezpieczenia słowne, które dalekie są od chrześcijaństwa. Taka jest natura ludzka, aby ciągle coś od siebie dodawać tak „w razie czego”. Między innymi z tej potrzeby wynika włączanie tej modlitwy do Mszy św. Drugą przyczyną jest niezrozumienie, że Eucharystia jest pełnią i nic jej więcej nie trzeba. W tym konkretnym przypadku mamy taką sytuację, że modlitwa o charakterze prywatnym staje się częścią czegoś, co jest powszechne.

    W sumie to nie jest nic nowego. W zasadzie tak też tworzyła się często liturgia. Różne modlitwy prywatne kapłanów stały się ostatecznie integralną częścią Mszy św. Przykłady? Modlitwy: przed Ewangelią, po przygotowaniu darów oraz jedna z dwóch do wyboru przed Komunią Świętą. Różnica między nimi a modlitwą do św. Michała Archanioła jest taka, że tamte otrzymały aprobatę Kościoła. Inna była też ich motywacja – one nie wynikały z tego, że czegoś odmawiającym we Mszy św. brakowało. One wyrażały ten moment w liturgii, którego dotyczyły. Były też modlitewnym przygotowaniem kapłana przed kolejnymi częściami Eucharystii.

    Nie brakuje jednak tych, którzy mają argumenty „za”…

    Wielu jest takich, którzy mówią, że skoro prawnie nie jest zabronione dodawanie modlitw, to nie ma przeciwwskazań, by to zrobić. Do obrzędów zakończenia należy modlitwa po Komunii, ewentualne ogłoszenia oraz błogosławieństwo i rozesłanie. I nie ma nic więcej. Nie ma nawet mowy o śpiewie na zakończenie. I tutaj – skoro jest już po Mszy św. – można odmówić taką modlitwę, ale z drugiej strony prawa liturgicznego nie można traktować w kategoriach „skoro coś nie jest zabronione, to jest dozwolone”.

    Jeśli chodzi o aspekt duszpasterski, to pojawia się znacznie większy problem. Bo skoro coś dodajemy, oznacza to jednoznacznie, że tego czegoś brakowało. A przecież Mszy św. nic nie brakuje. To jest jedyna, doskonała ofiara Jezusa Chrystusa. Jeżeli coś do niej dodajemy, to istnieje pewne niebezpieczeństwo herezji. To bardzo mocne sformułowanie, ale tak trzeba nazwać podważanie tej prawdy. Podsumowując: każde dodawanie jakiejkolwiek nieprzewidzianej przez Kościół modlitwy do Mszy św. jest jakby pokazaniem, że Msza św. w swej formie rytualnej jest niedoskonała, mało skuteczna. A my wierzymy, że jest dokładnie odwrotnie.

    Istnieje też niebezpieczeństwo dla kształtowania pobożności wiernych, którzy mogą rzeczywistość eucharystyczną i żywą obecność Chrystusa w przyjętej Komunii Świętej traktować jako coś niewystarczającego. Może zaistnieć przeświadczenie, że warto jeszcze poprosić „specjalistów” od różnych spraw, by jednak nasze prośby wzięli w swoje ręce. Tymczasem modlitwa eucharystyczna uczy nas, że święci to nie jacyś specjalni i wyjątkowi cudotwórcy, ale pośrednicy, którzy razem z nami proszą o łaski Boga. A odnosząc się do św. Michała, jego imię oznacza „któż jak Bóg?” i jasno wskazuje na to, Kto jest najważniejszy.

    No właśnie. Bo tu nie chodzi tylko o egzorcyzm do św. Michała, prawda?

    Tak. Innymi przykładami mogą być: zawierzanie się Matce Bożej w modlitwie „Pod Twoją obronę” czy „Wieczny odpoczynek…” za zmarłych w ostatnim tygodniu parafian. W tym ostatnim przypadku lepszym momentem jest modlitwa wiernych, w której zawsze jest wezwanie za zmarłych. Rzadko jest używana Pierwsza Modlitwa Eucharystyczna, czyli Kanon Rzymski, w której również możemy wymienić nie tylko imiona zmarłych, a także polecać z imienia żywych.

    Czyli odmawianie tych modlitw jest „zabezpieczeniem” wiernych, gdyby jednak nie wystarczyła sama Eucharystia?

    Większość raczej modli się nimi bez tego typu refleksji. Niestety to bardziej kwestia nieświadomości. Wiele dokumentów ostatnich lat zwraca uwagę na małe zrozumienie Eucharystii. To wybrzmiewa również w nauczaniu kolejnych papieży oraz podczas kongresów eucharystycznych. Mówi się o potrzebie odnowy Soboru Watykańskiego II, który był też pokłosiem ruchu liturgiczno-biblijnego. Ta odnowa to proces, który cały czas trwa. I nie wystarczy zmienić księgi liturgiczne, zmienić ryt, ale trzeba zmienić myślenie. Potrzebna jest katechizacja, nauczanie, formacja, które pozwolą wszystko dobrze zrozumieć. O tym pisał papież Franciszek w liście o formacji liturgicznej. Wielką rolę do spełnienia mają tu duszpasterze, którzy powinni pamiętać, że są szafarzami, a nie właścicielami liturgii. Ona jest czymś, co nam Pan Bóg dał, a Kościół trzyma pieczę, by nic nie zostało zniekształcone. W budowaniu świadomości i katechizacji widzę też dużą rolę mediów katolickich, które mogą być skutecznym narzędziem uczenia i wskazywania, jak jest, a nie jak nam się wydaje, że powinno być.

    Który moment jest więc najlepszy do odmawiania egzorcyzmu do św. Michała Archanioła i innych wspomnianych już modlitw?

    Najwcześniej po błogosławieństwie i rozesłaniu. Osobiście skłaniałbym się ku temu, by jednak było to nawet po pieśni na zakończenie. To pozwoliłoby wyraźnie oddzielić je od Mszy św. Lepiej byłoby też, gdyby nie inicjował ich celebrujący Eucharystię kapłan, co również pozwoliłoby „oderwać” ją od liturgii i podkreśliłoby jej prywatny charakter.

    rozmowę z ks. dr Mariuszem Szypą przeprowadził Karol Białkowski/Gość Niedzielny

    ______________________________________________________________________________________________________________

    CZWARTEK 22 SIERPNIA

    UROCZYSTOŚĆ NAJŚWIĘTSZEJ MARYI PANNY KRÓLOWEJ

    Koronacja Matki Boskiej, El Greco, 1591, Muzeum Santa Cruz, Toledo, Hiszpania

    Charakterystyczna dla obrazów El Greca świetlistość opływa scenę koronacji Najświętszej Marii Panny. W dole zebrali się Apostołowie – wznoszą wzrok w górę, kontemplując niebiańską scenę: trzy osoby Świętej Trójcy koronują Matkę Bożą na Królową Niebios.

    ***

    Papież Pius XII encykliką “Ad Caeli Reginam” 11 października 1954 r., w setną rocznicę ogłoszenia dogmatu o Niepokalanym Poczęciu Najświętszej Maryi Panny, ustanowił święto Królowej Maryi, które początkowo obchodzone było 31 maja a po reformie kalendarza liturgicznego w czasie Soboru Watykańskiego II przesunięto je na oktawę uroczystości Wniebowzięcia NMP.

    “Nakazujemy również, aby tegoż dnia ponawiano poświęcenie się rodzaju ludzkiego nieskalanemu Sercu Panny Maryi. W nim bowiem leży nadzieja nadejścia lepszego wieku, tryumfu wiary i chrześcijańskiego pokoju”.

    papież Pius XII

    ***

    “Niepokalana Dziewica, zachowana wolną od wszelkiej skazy winy pierworodnej, dopełniwszy biegu życia ziemskiego, z ciałem i duszą wzięta została do chwały niebieskiej i wywyższona przez Pana, jako Królowa wszystkiego, aby bardziej upodobniła się do Syna swego, Pana panującego oraz zwycięzcy grzechu i śmierci”.

    z Konstytucji Dogmatycznej o Kościele Soboru Watykańskiego II – Lumen gentium (KK59)

    ***

    ***

    MSZA ŚWIĘTA O GODZ. 19.00 W KAPLICY-IZBIE JEZUSA MIŁOSIERNEGO

    PO MSZY ŚW. ODNOWIENIE AKTU ODDANIA

    MATCE BOŻEJ, KRÓLOWEJ ŚWIATA

    ***

    Akt osobistego oddania się Matce Bożej 

    Matko Boża, Niepokalana Maryjo!
    Tobie poświęcam ciało i duszę moją, wszystkie modlitwy i prace,
    Radości i cierpienia, wszystko czym jestem i co posiadam.
    Ochotnym sercem oddaję się Tobie w niewolę miłości.
    Pozostawiam Ci zupełną swobodę posługiwania się mną dla zbawienia ludzi
    i ku pomocy Kościołowi świętemu, którego jesteś Matką.
    Chcę odtąd czynić wszystko z Tobą, przez Ciebie i dla Ciebie.
    Wiem, że własnymi siłami niczego nie dokonam.
    Ty zaś wszystko możesz, co jest wolą Twego Syna i zawsze zwyciężasz.
    Spraw więc, Wspomożycielko Wiernych, by moja rodzina, parafia i cała Ojczyzna
    była rzeczywistym królestwem Twego Syna i Twoim.
    Amen. 

    ***

    22 sierpnia 2012 roku, jeszcze w kościele św. Szymona, oddaliśmy siebie i całą wspólnotą do dyspozycji naszej Bożej Matce. Bogu niech będą dzięki za wiele błogosławieństw jakie dokonały się przez ten Akt oddania. Nadal pragniemy podejmować wezwanie do pokuty za grzechy nasze i za grzechy całego świata, aby ratować biednych grzeszników i błagać o Boży pokój w ludzkich sercach. Nadal pragniemy wynagradzać Najświętszemu Sercu Jezusa i Niepokalanemu Sercu Maryi za tych, którzy nie tylko nie czczą i nie kochają, ale wręcz bluźnią Miłosiernemu Bogu, który tak umiłował świat, że dał Syna swego Jednorodzonego, aby każdy, kto wierzy w Niego, nie umarł, lecz miał życie, Boże życie.

    ______________________________________________________________________________________________________________

    ______________________________________________________________________________________________________________

    CZWARTEK 15 SIERPNIA

    UROCZYSTOŚĆ WNIEBOWZIĘCIA

    NAJŚWIĘTSZEJ MARYI PANNY

    Sample

    Wniebowzięcie Najświętszej Marii Panny / Rubens, 1626 | wikipedia

    ***

    KOŚCIÓŁ ŚW. PIOTRA

    GODZ. 20.00 – UROCZYSTA MSZA ŚWIĘTA

    ***

    Dla przypomnienia:

    W tym szczególnym dniu członkowie Żywego Różańca mogą uzyskać 

    odpust zupełny 

    za siebie albo za dusze w czyśćcu cierpiące  

    pod zwykłymi warunkami:

    – być w stanie łaski uświęcającej; 

    (jeżeli tego warunku brak, należy przystąpić do spowiedzi św.)

    – nie mieć w sobie przywiązania do jakiegokolwiek grzechu; 

    – uczestniczyć w pełni we Mszy św.;

    – pomodlić się w intencjach, w których modli się Ojciec św.

    ___________________________________________________________________________________________

    „Błogosław Ojczyźnie naszej, by była Tobie zawsze wierna…”

    Obraz przedstawiający scenę kapłana w stroju liturgicznym kroczącego na czele żołnierzy.

    Ksiądz Skorupka w obronie Warszawy w 1920 r. Obraz namalowany na życzenie papieża Piusa XI, kaplica w Castel Gandolfo przez Jana Henryka Rosena.

    ***

    W dzisiejszą uroczystość Wniebowzięcia Najświętszej Maryi Panny wspominamy 104. rocznicę Cudu nad Wisłą – „Bitwę Warszawską”, która ocaliła Europę przed bolszewickim najazdem.

    Zawierzajmy Panu Bogu naszą Ojczyznę

    Boże, Rządco i Panie narodów,

    z ręki i karności Twojej racz nas nie wypuszczać, 
    a za przyczyną Najświętszej Panny, Królowej naszej, 
    błogosław Ojczyźnie naszej, by Tobie zawsze wierna, 
    chwałę przynosiła Imieniowi Twemu 
    a syny swe wiodła ku szczęśliwości.

    Wszechmogący wieczny Boże, 
    spuść nam szeroką i głęboką miłość ku braciom 
    i najmilszej Matce, Ojczyźnie naszej, 
    byśmy jej i ludowi Twemu, 
    swoich pożytków zapomniawszy, 
    mogli służyć uczciwie.

    Ześlij Ducha Świętego na sługi Twoje, 
    rządy kraju naszego sprawujące, 
    by wedle woli Twojej ludem sobie powierzonym 
    mądrze i sprawiedliwie zdołali kierować.

    Przez Chrystusa, Pana naszego. Amen.

    (Modlitwa za Ojczyznę ks. Piotra Skargi)

    _______________________________________________________________

    Sample

    fot. patrizio righero / Cathopic

    ***

    Wniebowzięcie Najświętszej Maryi Panny

    jest jednym z dogmatów Kościoła Katolickiego od roku 1950 – ustanowił go papież Pius XII 1 listopada 1950 r. w konstytucji apostolskiej Munificentissimus Deus (łac. Najszczodrobliwszy Bóg), w odpowiedzi m. in. na prośbę polskich biskupów.

    „Powagą Pana naszego Jezusa Chrystusa, świętych Apostołów Piotra i Pawła i Naszą, ogłaszamy, orzekamy i określamy jako dogmat objawiony przez Boga: że Niepokalana Matka Boga, Maryja zawsze Dziewica, po zakończeniu ziemskiego życia z duszą i ciałem została wzięta do chwały niebieskiej” (Breviarium fidei VI, 105).

    Na Wschodzie Wniebowzięcie nazywane jest do dzisiaj obchodzone jako święto «Zaśnięcia Matki Bożej».
    Uroczystość Wniebowzięcia Najświętszej Maryi Panny, obchodzona przez Kościół katolicki 15 sierpnia, sięga V wieku i jest rozpowszechniona w całym chrześcijaństwie. Jednocześnie należy zaznaczyć, że Nowy Testament nigdzie nie wspomina o ostatnich dniach życia, śmierci i o Wniebowzięciu Matki Bożej. Nie ma Jej grobu ani Jej relikwii. Ale od początku dziejów Kościoła istniała żywa wiara, że Maryja „wraz z ciałem i duszą” została wzięta do nieba.

    Uroczystość Matki Bożej Wniebowziętej ma swoje początki w Kościele wschodnim, który wprowadził ją w 431 roku. Kościół łaciński (rzymski) obchodzi Wniebowzięcie (Assumptio) Maryi od VII wieku. Pisma teologiczne potwierdzają, że liczni święci, m.in. Grzegorz z Tours, Albert Wielki, Tomasz z Akwinu i Bonawentura często rozważali wzięcie Maryi z duszą i ciałem do nieba.

    Czy dogmat o Wniebowzięciu oznacza, że Matka Boża nie umarła śmiercią fizyczną? Odpowiedź na to pytanie nie jest prosta. Nie wszyscy ojcowie Kościoła, zwłaszcza na Wschodzie, byli przekonani o fizycznej śmierci Maryi. Papież Pius XII ustanawiając dogmat nie wspomina o śmierci, a jedynie o chwalebnym uwielbieniu ciała Maryi i jego Wniebowzięciu. Kościół nie rozstrzygnął zatem, czy Maryja umarła i potem została wzięta do nieba z ciałem i duszą, czy też przeszła do chwały nie umierając, lecz „zasypiając”. Stąd zresztą w różnych tradycjach i okresach różne nazwy tego wydarzenia, jak na przykład: Wzięcie Maryi do nieba, Przejście, Zaśnięcie czy Odpocznienie Maryi.

    Przekonanie o tym, że Pan Jezus nie pozostawił ciała swojej Matki na ziemi, ale je uwielbił, uczynił podobnym do swojego ciała w chwili zmartwychwstania i zabrał do nieba, było powszechnie wyznawane w Kościele katolickim. Już w VI wieku cesarz Maurycy (582-602) polecił obchodzić na Wschodzie w całym swoim państwie w dniu 15 sierpnia osobne święto dla uczczenia tej tajemnicy. Święto to musiało lokalnie istnieć już wcześniej, przynajmniej w V w. W Rzymie istnieje to święto z całą pewnością w wieku VII. Wiemy bowiem, że papież św. Sergiusz I (687-701) ustanawia na tę uroczystość procesję. Papież Leon IV (+ 855) dodał do tego święta wigilię i oktawę.

    Z pism św. Grzegorza z Tours (+ 594) dowiadujemy się, że w Galii istniało to święto już w VI w. Obchodzono je jednak nie 15 sierpnia, ale 18 stycznia. W mszale na to święto, używanym wówczas w Galii, czytamy, że jest to „jedyna tajemnica, jaka się stała dla ludzi – Wniebowzięcie Najświętszej Maryi Panny”. W prefacji zaś znajdujemy słowa: „Tę, która nic ziemskiego za życia nie zaznała, słusznie nie trzyma w zamknięciu skała grobowa”.

    Tradycja ikonograficzna przedstawia ciało Matki Bożej unoszone w promienistym świetle przez aniołów do nieba. W taki sposób Wniebowzięcie ukazuje większość dzieł sztuki.

    Do najpiękniejszych obrazów o tej tematyce zalicza się „Assunta” (Wniebowzięta) Tycjana w kościele Santa Maria Gloriosa (Matki Bożej Chwalebnej) w Wenecji. Ten wielki obraz w głównym ołtarzu, namalowany w latach 1516-18, należy do mistrzowskich dzieł wielkiego malarza, w późniejszym okresie również wziętego portrecisty papieskiego. Ukazuje on Maryję jako piękną, powabną kobietę – nawet zbyt piękną i zbyt zmysłową dla zamawiających go franciszkanów. Dopiero po długich targach i długotrwałym procesie przyzwyczajania się do obrazu, przywykli do ascetycznego życia zakonnicy weneccy zgodzili się przyjąć pracę i zapłacić za nią Tycjanowi.

    W Niemczech tematyka ta pojawia się przede wszystkim na barokowych freskach kościołów Bawarii. Często w sklepieniach można zobaczyć freski ukazujące Maryję, otoczoną aniołami i unoszącą się na obłoku. Hiszpański malarz okresu baroku, Bartolomé Esteban Murillo poświęcił temu tematowi w 1675 r. dzieło, którego oryginał znajduje się obecnie w petersburskim Ermitażu. „Wniebowzięcie Maryi” Petera Paula Rubensa z 1626 r. znajduje się w Narodowej Galerii Sztuki w Waszyngtonie.

    Zwyczaje ludowe

    W Polsce i wielu innych krajach europejskich dzień ten jest często nazywany także świętem Matki Bożej Zielnej lub Korzennej. W kościołach święci się wówczas zioła, kwiaty i snopy dożynkowe. W sanktuariach maryjnych gromadzą się wielkie rzesze pielgrzymów.

    Z Wniebowzięciem NMP łączą się liczne zwyczaje ludowe. Święci się w tym dniu zioła. Wierni przynoszą do kościołów artystycznie ułożone, barwne bukiety. Liczba ziół waha się w nich od siedmiu do 77; najczęściej są wśród nich dziurawiec, rumianek, przywrotnik, oset, kozłek lekarski (waleriana) i lawenda, ale zdarzają się też koper, mięta i szałwia. W środku, niczym berło, umieszczana jest często dziewanna.

    Podczas obrzędu poświęcenia śpiewane są pieśni, wychwalające Maryję jako „lilię dolin” i „kwiat pól”. Bukiety poświęconych roślin zanosi się do domów i zasusza. Mają one chronić przed chorobami i przynosić błogosławieństwo domostwu. Po poświęceniu ziół często rzuca się za siebie przez lewe ramię jabłka i gruszki, wyrażając w ten sposób nadzieję na dobre zbiory, zaczynające się właśnie wtedy; od niepamiętnych czasów również zbiorom owoców patronuje Matka Boża. 15 sierpnia jest dla rolników dniem szczególnym.

    Niemieckie przysłowie mówi, że „gdy w dzień Wniebowstąpienia świeci słońce, można spodziewać się obfitego owocobrania i słodkich winogron”, co miało oznaczać, że Maryja błogosławi niebo i ziemię, faunę i florę.

    Pielęgnowany jest też zwyczaj tzw. trzydziestki maryjnej, rozpoczynającej się 15 sierpnia. Od tego dnia przez 30 dni w kościołach, głównie z tytułami maryjnymi, wierni uczestniczą w nabożeństwach i procesjach ku czci Matki Bożej. W ciągu tych 30 dni przypadają także święto Narodzenia Najświętszej Maryi Panny – 8 września i Imienia Maryi – 12 września.

    Święcenie ziół ma podkreślać, że człowiekowi potrzebna jest ozdrowieńcza moc natury. Chrześcijaństwo ma tu bogatą tradycję, jeśli wspomnieć choćby bardzo dziś popularną św. Hildegardę z Bingen, żyjącą w latach 1098-1179 frankońską mniszkę, a także liczne klasztory, zajmujące się ziołolecznictwem.

    W Sienie, we włoskiej Toskanii, 15 sierpnia odbywa się święto zwane palio – wyścigi zaprzęgów konnych wokół głównego rynku. Organizuje się je na pamiątkę 1260 roku, gdy miasto, przeżywające wielkie nieszczęścia, oddało się w opiekę Najświętszej Maryi Pannie i zwyciężyło w walce o uniezależnienie się od Florencji. Zwycięzca palio otrzymuje szarfę z wymalowanym wizerunkiem Matki Bożej.

    W Polsce ta uroczystość maryjna wiązała się z zakończeniem zbioru plonów, toteż mówiono, że „na Wniebowzięcie zakończone żęcie”. Stało się więc zwyczajem święcenie plonów, przede wszystkim tego, co rosło na własnych polach i w przydomowych ogródkach. Owa „dożynkowa wiązanka” musiała zawierać pokruszone kłosy pszenicy, żyta, jęczmienia i owsa – tzw. próżankę. Obowiązkowe były też len i groch, bób i marchew z natką, gałązka z gruszką lub jabłko, makówka i orzechy. Ale razem z „wiązanką” święciło się także różne zioła lecznicze.

    Katolicka Agencja Informacyjna

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Hugo van der Goes/Wikipedia12

    ***

    Matka Boża Zielna.

    Jakie zioła powinny znaleźć się w świątecznym bukiecie?

    Dlaczego święto Wniebowzięcia Najświętszej Maryi Panny nazywane jest tradycyjnie – Matki Bożej Zielnej? Dlaczego w tym dniu przynosimy do kościoła bukiety z ziół? Co powinno się znaleźć w bukiecie?

    Matkę Najświętszą czcimy jako opiekunkę ludzi i ziemi, nic więc dziwnego, że nasi dziadowie obrali Maryję jako patronkę przełomowych momentów w cyklu wegetacyjnym roślin, które pozwalałyby na utrzymanie w zdrowiu i dobrobycie ich rodzin.

    Skąd określenie – Matka Boża „Zielna”?

    Stąd też 25 marca – w dzień zwiastowania Pańskiego – Maryja czczona była jako Matka Boska Roztworowa – wierzono, że tego dnia rozpoczynają swój rozwój wszystkie rośliny. Święto Nawiedzenia Najświętszej Marii Panny – 2 lipca – stało się świętem Matki Bożej Jagodnej, gdyż od tego momentu można było zbierać jagody. 8 września – czyli święto Narodzenia Najświętszej Marii Panny nazywane było dniem Matki Boskiej Siewnej, ponieważ to właśnie tego dnia Maryja miała przechadzać się po obsianych oziminą polach błogosławiąc je, dzięki czemu ziemia miała wydać wysokie plony.

    Świętem maryjnym związanym z uprawą ziemi, które do dzisiaj najmocniej i chyba najokazalej kultywowane jest nie tylko w Polsce, ale w całej Europie jest święto Wniebowzięcia Najświętszej Panny, poświęcone tzw. Matce Bożej Zielnej. W ten dzień Maryja czczona jest jako patronka ziemi będącej w bujnym rozkwicie – kwiatów, ziół, owoców i warzyw.

    W Polsce Maryja w to sierpniowe święto nazywana jest Zielną, w Bawarii i Nadrenii – Kwietną, w Estonii – Żytnią, a w Czechach – Korzenną. Już same nazwy przywodzą na myśl niesłychany bukiet kolorów i zapachów, mocno działających na zmysły, stąd też w tym dniu święcimy wonne bukiety kwiatów i ziół.

    W tradycji Kościoła święto Wniebowzięcia było obchodzone już w V wieku jako Zaśnięcie Najświętszej Maryi Panny i jest najstarszym świętem maryjnym w historii Kościoła. W połowie VII stulecia święto to obchodzono również w Rzymie, a w VIII wieku zostało szerzej upowszechnione w całej Europie, choć dogmat o Wniebowzięciu NMP ogłoszony został dopiero w 1950 r. przez papieża Piusa XII.

    Historycy nie są do końca zgodni co do miejsca, w którym nastąpiło Wniebowzięcie opisywane na kartach Pisma Świętego. Jedni uważają, że było to w Efezie, inni że w Jerozolimie – tam też został zbudowany kościół upamiętniający Zaśnięcie NMP. Warto również wspomnieć, że oprócz wielu przedstawień sceny zaśnięcia w sztuce, właśnie to wydarzenie zainspirowało Wita Stwarza i uczynił je centralną scena ołtarza w Kościele Mariackim w Krakowie.

    Dlaczego przynosimy kwiaty i zioła do kościoła?

    A skąd wziął się właściwie zwyczaj czczenia Matki Bożej bukietami w święto Wniebowzięcia?

    Jak wierzymy, Matka Boża nie umarła, lecz zasnęła głębokim snem, a aniołowie zanieśli Jej duszę wraz z ciałem do nieba, gdzie jaśnieje jako Królowa zasiadając po prawicy Jezusa Chrystusa. Według jednej z zachowanych w przekazach ustnych opowieści, w dniu zaśnięcia zjechali się z różnych stron świata apostołowie, by u podnóża Góry Oliwnej pochować ciało Matki Bożej. Nie było jednak wśród nich spóźnialskiego Tomasza, którego ominęło już wcześniej pierwsze spotkanie z Jezusem Zmartwychwstałym w Wieczerniku. Gdy wreszcie przybył, poprosił o otwarcie grobu. Gdy wszedł do wewnątrz nie znalazł tam ciała Maryi. Na miejscu gdzie zostało złożone, leżały tylko wianki i pachnące lilie. Stąd zwyczaj święcenia w tym dniu pachnących kwiatów i ziół.

    Jakie zioła powinny się znaleźć w bukiecie?

    Współczesne wiązanki zwane w różnych regionach Polski: zielem, ograbką, lub rózgą, w porównaniu z bukietami, które do świątyń przynosili nasi dziadkowie nie są już tak okazałe. Dawniej obowiązkowymi elementami takich bukietów były: kłosy zbóż, len, makówki, macierzanka, mięta, nabite na patyk warzywa i owoce takie jak marchew, jabłka i ziemniaki, gałązki późnych wiśni i leszczyny z orzechami itp.

    Wierzono, że poświęcony bukiet nabiera niezwykłych właściwości leczniczych. Dlatego w drodze z kościoła zostawiano go na kilka dni w bruzdach między zagonami, by szkodniki nie zagrażały plonom kapusty i ziemniaków. Po kilku dniach bukiet zabierano do domu i przechowywano, podobnie jak palmę wielkanocną, wetknięty za któryś ze świętych obrazów. Zioła z bukietu stosowano do herbat, naparów, a nawet kąpieli. Okadzano nimi wnętrza domów i budynki gospodarskie – co miało chronić przed gruźlicą, zarazą i rzuceniem uroku.

    Wniebowzięcie i… dożynki

    Mawiano: „na Wniebowzięcie – ukończone żęcie”, dlatego w tym dniu organizowano czasem również parafialne dożynki. Częściej jednak rolnicy dawali sobie drugą szansę na świętowanie, wyznaczając święto dożynkowe w innym terminie. Święto Wniebowzięcia było okazją do tłumnego pielgrzymowania do sanktuariów maryjnych, szczególnie na Jasną Górę i do Kalwarii Zebrzydowskiej, w której w ten dzień do dziś odbywa się inscenizacja Zaśnięcia i Wniebowzięcia Maryi. W czasie procesji, która kończy uroczystości, posąg Matki Bożej niesiony jest na marach, a następnie podnosi się go i pokazuje wiernym.

    Nasze życie najczęściej nie jest już ściśle związane z uprawą roli, monitorowaniem plonów zboża i czuwaniem nad tym czy w zagrodzie zwierzęta dorodnie wyglądają. Świat się zmienił i nasze „plony” częściej można przeliczyć na ilości tabel, prezentacji i wydruków. Myślę jednak, że Maryja jako najlepsza nasza opiekunka i tych plonów dogląda swym matczynym, gospodarskim okiem. Nie zapomnijmy w święto Wniebowzięcia uczcić Maryi bukietem.

    Iwona Kołodziej/Wiara.pl/Stacja7.pl

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Apokaliptyczna Niewiasta jest znakiem zwycięskiej nadziei.

    NIEPOKALANE POCZĘCIE/Peter Paul Rubens,1628–1629/Wikimedia

    ***

    Wniebowzięta. Fakty i legendy

    Jak ustosunkować się do różnych, często bardzo dziwacznych opowiadań o wniebowzięciu Maryi? Czy należy je uznać po prostu za piękne baśnie wyrażające ludową wiarę, czy też można odnaleźć w nich okruchy historycznej prawdy? Co daje nam, chrześcijanom, przekaz o Wniebowzięciu Maryi?

    Katolicy zobowiązani są do przyjęcia za prawdę, że „Niepokalana Matka Boga, Maryja zawsze Dziewica, po zakończeniu ziemskiego życia z duszą i ciałem została wzięta do chwały niebieskiej” (Breviarium fidei VI, 105).

    Papież Pius XII skorzystał z dogmatu o nieomylności papieskiej, aby uczynić dogmatem coś, co i tak do wieków było przedmiotem powszechnej wiary ludzi, bo Uroczystość Wniebowzięcia NMP zaliczana jest przecież do najstarszych świąt maryjnych w Kościele. Obchodzono ją już w V wieku. Kościół nie rozstrzygnął jednak nigdy, czy Maryja umarła i potem została wzięta do Nieba z ciałem i duszą, czy też przeszła do chwały Bożej, nie umierając lecz „zasypiając”. Niektórzy próbowali odpowiedzieć na te pytania i opisać szczegółowo, jak odbyło się wniebowzięcie Maryi pod względem – powiedzmy to, technicznym… I tu wyobraźnia ludzka podpowiadała różne rozwiązania.

    Literatura apokryficzna, która zajęła się tematem wniebowzięcia Matki Bożej, ubarwiła go szeregiem legend i cudów.

    Tajemnicze zniknięcie ciała

    Pismo Święte po raz ostatni wspomina o Matce Jezusa, jako trwającej na modlitwie z Apostołami w Wieczerniku. Na temat dalszych dni Jej życia i okolicznościach śmierci nic w Biblii więcej nie zapisano. W 450 roku, gdy cesarzowa Pulcheria postanowiła sponsorować budowę kościoła ku czci Matki Bożej w Konstantynopolu, poprosiła listownie biskupa Jerozolimy Juwenalisa o jakieś relikwie Matki Bożej. Dowiedziała się wtedy, że żadne przedmioty, szaty ani kości Matki Bożej nie zostały zachowane, a Jej ciało zostało wzięte do Nieba „jak to wiemy ze starożytnego i bardzo pewnego podania” – pisał Biskup.

    Jan Damasceński (zm. ok. 749) opisuje, że Apostołowie przybyli do grobu Maryi trzeciego dnia po Jej śmierci, ale nie znaleźli w nim ciała: …jedynie mogli pomyśleć, że Ten…, który zachował Jej nienaruszone dziewictwo nawet po swoim narodzeniu, uchronił Jej ciało od skażenia i przeniósł je do Nieba przed powszechnym ciał zmartwychwstaniem”. A zatem, wiara we wniebowzięcie Maryi była właśnie konsekwencją tajemniczego zniknięcia jej ciała.

    Zioła w grobie Maryi

    Idea Wniebowzięcia stała się głównym tematem cyklu około dwudziestu apokryfów, znanych pod ogólnym tytułem Transitus Mariae.

    Transitus oznacza „przejście”, niejako paschę – co możemy rozumieć, jako przemianę życia obecnego w jego pełnię. Teksty apoktyficzne, zachowane w różnych językach (syryjskim, koptyjskim, etiopskim, greckim, ormiańskim), pochodzą z okresu między IV a VI w. i mimo, iż różnią się od siebie treścią, czasami wręcz sobie przecząc, zachowują pewien ogólny schemat.

    Maryja, w cudowny sposób uprzedzona o swojej śmierci, umiera w Jerozolimie; zostaje złożona do grobu, jakiś czas później lub bezpośrednio po złożeniu do grobu jej ciało zostaje jednak wzięte do Nieba, toteż gdy (po przybyciu spóźnionego Tomasza) Apostołowie otwierają grób, znajdują w nim jedynie świeże kwiaty. Stąd właśnie w Polsce mówi się, że 15 sierpnia przypada Święto Matki Boskiej Zielnej.

    Z objawień Katarzyny Emmerich

    Cechą wspólną wszystkich apokryfów jest umiejscowienie końca ziemskiego życia Maryi w okolicach Jerozolimy, zazwyczaj w dolinie Jozafata, pod Górą Oliwną. Wbrew późniejszej tradycji, której propagatorką była zakonnica z Westfalii św. Katarzyna Emmerich, jakoby św. Jan Apostoł zabrał Maryję ze sobą do Efezu, gdzie miała ona doczekać kresu swojego ziemskiego życia, wszystko wskazuje na to, że Maryja umarła w Jerozolimie.

    Zwolennikom wizji św. Katarzyny Emmerich trudno to zaakceptować. Przecież opisała ona dokładnie mały domek w górach, 7 km za Efezem, wzniesiony dla Matki Bożej przez św. Jana. W lipcu 1891 r. dwóm francuskim lazarystom, profesorom kolegium Najświętszego Serca Jezusowego w Izmirze, udało się odnaleźć nawet ruiny tego domku, które są w 100 procentach zgodne z opisem niemieckiej mistyczki. Co prawda Katarzyna Emmerich twierdzi, że to z Efezu Maryja została wniebowzięta, ale niektórzy, próbując ocalić wiarygodność efeskiego Domku Świętej Maryi, sugerują, że Maryja faktycznie wyemigrowała, a następnie powróciła do Jerozolimy, by jej śmierć mogła dokonać się w miejscu o wymiarze symbolicznym.

    Decyzja Apostołów

    W wielu apokryfach pojawia się motyw konsultowania się Chrystusa z Apostołami na temat tego, co powinno stać się z ciałem Maryi po śmierci. Wprost pyta o to Dwunastu, a oni decydują demokratycznie, że wypadałoby wziąć ciało Matki Boskiej do Nieba.

    W utworze Św. Melitona z Sardes Księga o odejściu Dziewicy Maryi” (Transitus Melitona z Sardes) czytamy:
    Wtedy rzekł Piotr i inni apostołowie: Panie, wybrałeś tę oto służebnicę Twoją, by stała się dla Ciebie niepokalaną komnatą (…). Wydaje się nam, sługom Twoim, że jest rzeczą słuszną , tak jak to, iż przezwycieżywszy śmierć, królujesz w chwale, abyś również, po wskrzeszeniu ciała matki, doprowadził ją pełną radości do Nieba. Wtedy rzekł Zbawiciel: Niech się stanie według waszego zdania (TransMel XV, 3 – XVI, 1).

    W ten oto sposób Maryja zostaje wniebowzięta na mocy decyzji Kościoła. Apokryfy wskazują także dość konsekwentnie, że dodatkowym argumentem za cudownym zabraniem ciała Maryi do Nieba były próby sprofanowania jej zwłok podejmowane rzekomo przez kapłanów żydowskich.

    Legendy a prawda wiary

    Apokryf o nazwie Opowieść Jana Teologa o uśnięciu świętej Bogurodzicy (Transitus Jana Teologa) podaje rozwiązanie pośrednie. Czytamy w nim opis, jak Chrystus zstępuje z Nieba w asyście cherubinów i objaśnia Maryi, co stanie się z jej ciałem, a co z duszą:
    Oto od teraz zostanie twoje drogocenne ciało przeniesione do Raju, a święta Twoja dusza do Niebios, do skarbów Ojca Mojego, do nadprzyrodzonej światłości” (TransJTeol XXXIX).

    Wtedy oblicze Matki Pana zabłysło bardziej niż słońce (…), Pan zaś wyciągnąwszy ręce przyjął jej świętą i przeczystą duszę, a w chwili wyjścia jej przeczystej duszy, napełniło się miejsce owo zapachem i niewypowiedzianym światłem” (TransJTeol XLIV-XLV).

    Ciało Maryi zostaje złożone najpierw do grobu, po trzech dniach w tajemniczy sposób znika: I poprzez trzy dni słyszano głosy niewidzialnych aniołów, którzy chwalili Chrystusa, Boga naszego, który się z niej narodził. A gdy wypełnił się trzeci dzień, zmilkły głosy, z tego więc poznali wszyscy, że drogocenne jej ciało zostało przeniesione do Raju” (TransJTeol XLVIII).

    Autor ma świadomość, że należy wyłączyć Maryję spod prawa rozkładu ciała w grobie (no bo nie wypada), z drugiej strony jednak uważa, że wystarczy uznać niezniszczalność jej ciała, przeniesionego do Raju, gdzie oczekuje na powszechne zmartwychwstanie. Mamy tu zatem właściwie teorię podwójnego wniebowzięcia: ciała złożonego w Raju i duszy przeniesionej do Siódmego Nieba.

    Raj to Ogród Eden (ten w którym żyli przed upadkiem Adam i Ewa). Według legend żydowskich został on tuż przed Potopem usunięty z ziemskiej rzeczywistości, przemieniony i umieszczony w Trzecim Niebie. O ile więc ciało Maryi nadal czeka na zmartwychwstanie ciał, tyle że w Trzecim Niebie, to jej dusza jest już przy Tronie Boga.

    Te historie o wyjmowaniu duszy i wkładaniu jej z powrotem, czy też o rozdzielaniu miejsca pobytu duszy i ciała, wydawały się jednak pomysłami nazbyt fantastycznymi.

    Za bardziej wiarygodne uznano, że Maryja zmartwychwstała i została wzięta do Nieba (z duszą i ciałem) bezpośrednio po śmierci, a nie trzy dni po niej. Tak wniebowzięcie przedstawia chociażby wzmiankowany już apokryf pod tytułem „Transitus Melitona z Sardes”. Taka też koncepcja wniebowzięcia Maryi najbardziej utrwaliła się w powszechnej świadomości wiernych.

    Czasami nawet pomijano śmierć i wskrzeszenie Maryi przez Jezusa, sugerując jakoby została ona zabrana do Nieba jeszcze za życia, co rozumiano w ten sposób, że kresem jej ziemskiego życia było po prostu wniebowzięcie, a nie śmierć. Precedens już istniał, bo żywcem został porwany do Nieba prorok Eliasz (2 Krl 2, 11), a jeszcze wcześniej Henoch (Rdz 5,24; Syr 44,16; Hbr 11,5). Skoro oni mogli nie doświadczyć śmierci, mogła i Maryja.

    Pamiątka z wniebowzięcia

    Według apokryfu przypisywanego Józefowi z Arymatei, kiedy apostoł Tomasz (który nie był na pogrzebie) zbliżał się do Góry Oliwnej, ujrzał, jak aniołowie niosą ciało Maryi do Nieba. Zaczął więc wołać:
    O święta Matko, Matko błogosławiona, Matko niepokalana, jeśli już doznałem tej łaski, że cię teraz widzę, gdy dążysz do Nieba, uraduj sługę twego dzięki twemu wielkiemu miłosierdziu” (TransJózAr XVII).

    Wówczas przepaska, którą apostołowie opasali wcześniej ciało Maryi, została zrzucona z Nieba, aby Tomasz mógł ją sobie zachować na pamiątkę. Po przybyciu do Wieczernika Tomasz wysłuchał opowieści pozostałych apostołów o śmierci i pogrzebie Matki Boskiej. Oświadczył wówczas, że Jej ciała już nie ma w grobie, bo zostało zabrane do Nieba. Zdenerwowani Apostołowie zaczęli mu wypominać grzech niewiary w zmartwychwstanie Jezusa, zarzucając, że teraz dla odmiany fantazjuje. Tomasz jednak domagał się, aby poszli do grobu i otwarli go celem sprawdzenia, czy nadal znajduje się w nim ciało Matki Boskiej. Oczywiście grób okazał się pusty. Gdy zaś Tomasz pokazał szarfę, która spadła, gdy aniołowie nieśli ciało Maryi w stronę Nieba, apostołom nie pozostało nic innego, jak uznać, że doszło do wniebowzięcia, którego świadkiem był Tomasz.

    Tę właśnie przepaskę Maryi, jako relikwię i pamiątkę z wniebowzięcia przechowuje katedra pw. św. Szczepana w Prato w kaplicy o nazwie Del Sacro Cingolo. Jeśli więc ktoś nie dowierza, może udać się do Toskanii i naocznie przekonać, że Maryja wniebowstąpiła, czego widomym dowodem jest przepaska oprawiona w złoty relikwiarz i wystawiana kilka razy do roku na widok publiczny.

    Jak ustosunkować się do tych różnych, często bardzo dziwacznych, apokryficznych opowiadań o wniebowzięciu Maryi? Należy je uznać po prostu za piękne baśnie wyrażające ludową wiarę. Już dekret papieża Gelazego z 495 r. wzywa do wstrzemięźliwości w czytaniu apokryfów o wniebowzięciu i postuluje zdrowy rozsądek. Być może nie wszystko jest tam legendą i apokryfy te zawierają jakieś okruchy prawdy historycznej, ale tego nie potrafimy rozstrzygnąć. Dają nam natomiast ciekawy wgląd w to, jak chrześcijanie kiedyś wyobrażali sobie wniebowzięcie Maryi.

    Roman Zając/Wiara.pl/Stacja7.pl

    ______________________________________________________________________________________________________________

    XVII-wieczny obraz wotywny z gidelskiego sanktuarium Matki Bożej.

    fot. Henryk Przondziono/Gość Niedzielny 

    ***

    Niebo manifestuje się na ziemi – trzeba tylko otworzyć oczy

    Maryja została wzięta do nieba, ale to nie znaczy, że już do nas nie zagląda. Matka Boża i inni mieszkańcy krainy zbawionych wciąż nam nieba przychylają.

    Janina Lach z Łodzi cierpiała na stwardnienie rozsiane. Mąż ją zostawił, więc sama wychowywała dwójkę małych dzieci. Straciła władzę w nogach, lekarze nie dawali jej żadnej nadziei. Dowiedziała się, że konsekwencją choroby będą całkowity paraliż i ślepota. Miała 26 lat, gdy przyznano jej inwalidztwo pierwszej grupy. Pod koniec stycznia 1979 roku przyśniła się jej Jasna Góra i Matka Boża. Maryja mówiła coś do pielgrzymów, ale w pewnym momencie spojrzała na nią i powiedziała: „Przybądź do mnie, doznasz łaski”. Było to tak wyraźne, że kobieta się nie zastanawiała. Poruszając się o kulach, w ciężkim kołnierzu ortopedycznym, dotarła do pociągu i przyjechała do Częstochowy.

    Gdy znalazła się w Kaplicy Cudownego Obrazu, było około południa. Wkrótce miała się zacząć Msza św. Janina ujrzała bijącą z obrazu jasność i czuła ogarniające ją wielkie ciepło. W głowie słyszała słowa: „No chodź, chodź. Podejdź bliżej, bliżej…”. Podeszła tak blisko, że bliżej już się nie dało.

    Świadkiem tej sceny była siostra Rafaela Marek, służebniczka. Klęczała obok. Ona też widziała nadzwyczajną jasność bijącą z Obrazu. Myślała, że włączono jakieś nowe reflektory – aż odwróciła się, żeby to sprawdzić. W pewnej chwili usłyszała stukot upadających na posadzkę kul. Zauważyła, że kobieta stoi z rękami skrzyżowanymi na piersiach, wpatrzona jak w ekstazie w wizerunek Maryi. „Podeszłam, podniosłam kule, uklękłam obok tej kobiety i zaczęłam się modlić. Z wielkim wzruszeniem, bo już wiedziałam, że jestem świadkiem dziejącego się właśnie cudu” – opowiadała później. Kiedy Janina oprzytomniała, zwróciła się do zakonnicy. „Siostro, co się ze mną dzieje, ja stoję? Od pięciu lat nie rozstaję się z kulami” – powiedziała. Zdała sobie sprawę, że dzieje się coś ponadnaturalnego. Płakała ze wzruszenia.

    Szczegółowe badania potwierdziły niewytłumaczalne uzdrowienie Janiny Lach z nieuleczalnej choroby. Całkowicie zdrowa mogła zająć się dziećmi. Wyremontowała dom i przyjęła do niego także swojego męża, który schorowany i pozbawiony dachu nad głową, wrócił do żony.

    Znowu cud

    Wiosną 2005 roku Janina Lach, wskutek wypadku samochodowego, straciła wzrok. Lekarze orzekli: pourazowy zanik nerwu wzrokowego. 15 lipca całkowicie ociemniałą przywiozły na Jasną Górę córka i wnuczka. Poprosiła o podprowadzenie jej do miejsca, gdzie pielgrzymi na klęczkach okrążali ołtarz. Ona też uklękła i zaczęła iść na kolanach. Będąc przed Obrazem Matki Bożej, poczuła powiew ciepłego powietrza. Chciała powiedzieć: „Matko Boża, widzisz, z jakim problemem do Ciebie przybywam”, ale gdy doszła do słowa „widzisz”… zobaczyła twarz Maryi w jasnogórskim Obrazie. „Dalej szłam na kolanach z wdzięcznością, dziękując, że mogę Ją widzieć” – zeznała później do protokołu stwierdzającego kolejny cud, którego doświadczyła.

    Janina do wiszących na ścianie kaplicy swoich kul dołączyła białą laskę. W 2014 roku, kolejny raz odwiedzając Jasną Górę, powiedziała: „Cały czas się czuję jak Jej dziecko, a Ona – moja ukochana Mama. Wyszło to z moich lat dziecięcych, kiedy nie miałam mamy, i od dziecięcych lat przychyliłam się do Matki Najświętszej. Ta miłość do Maryi pogłębiała się z miesiącami, z latami. Teraz jestem całkowicie Jej oddana. Zawierzam Jej wszystko”.

    – Na Jasnej Górze wciąż dzieją się cuda. Mniej lub bardziej spektakularnie. Są ludzie, którzy o tym informują osobiście, czasem listownie, a czasem zawiadamia o tym ich rodzina – mówi paulin o. Michał Bortnik, rzecznik prasowy Jasnej Góry. Podkreśla, że współczesne cuda są dokładnie dokumentowane, oparte nie tylko na zeznaniach osób uzdrowionych i świadków, ale też – a może przede wszystkim – na świadectwach lekarskich. Zakonnik wskazuje, że uzdrowienie Janiny Lach jest jednym z bardziej spektakularnych przypadków ingerencji nadprzyrodzonej na Jasnej Górze w ostatnich czasach.

    Znaczące, że przypadkiem Janiny Lach bardzo szybko zainteresowała się SB. Rządzący wtedy komuniści próbowali podważać jej wiarygodność. Szczęśliwie udało się zdobyć dokumentację medyczną, zanim bezpieka położyła na niej rękę. Sugerowano, że wcześniej udawała chorobę albo, przeciwnie – że wciąż jest chora. Dlatego, choć była w pełni sprawna, w papierach długo pozostawała jako osoba z ciężkim inwalidztwem.

    Reakcja bezpieki PRL pokazuje, jak bardzo „niebezpieczne” dla ideologów nieistnienia Boga są wydarzenia, w których niebo manifestuje swoją obecność. Według wyznawanej przez nich ideologii zdarzenia te nie mają prawa zaistnieć. Zdarzają się jednak, i to znacznie częściej niż się na ogół wydaje. Maryja spośród wszystkich świętych najczęściej i najwyraźniej sprowadza niebo na ziemię. Przejawia się to w niezliczonych łaskach i znakach, w doświadczeniu Bożej miłości i w przemianie serc, jaka następuje wskutek spotkania z Nią.

    Mama i rodzeństwo

    Wniebowzięcie Najświętszej Maryi Panny nie oznaczało Jej nieobecności na ziemi. Historia Kościoła pokazała, że stało się przeciwnie – Maryja spośród wszystkich świętych najczęściej i najwyraźniej sprowadza niebo na ziemię. Przejawia się to w niezliczonych łaskach i znakach, w doświadczeniu Bożej miłości i w przemianie serc, jaka następuje wskutek spotkania z Nią. Czy jednak mogło być inaczej, skoro w testamencie Jezusa z krzyża otrzymała misję bycia Matką dla wszystkich ludzi? To oczywiste, że Jej troska dotyczy nas, przebywających jeszcze w doczesności, a nie zbawionych, o których troszczyć się już nie musi. Ponieważ Matka Boża jest także naszą Matką, robi wszystko, żebyśmy trafili do nieba. Nic też dziwnego, że ingerencje Maryi mają konkretny wymiar i zawsze zmierzają do wzmocnienia więzi człowieka z Bogiem.

    W niebie mamy też rodzeństwo. Jezus, który sam określił się jako nasz brat, tym samym uczynił naszymi braćmi i siostrami wszystkich zbawionych. Kościół niebiański, do którego należą wszyscy święci z Maryją i aniołami, manifestuje się na różne sposoby. Konstytucja dogmatyczna o Kościele Soboru Watykańskiego II mówi o „trosce braterskiej” mieszkańców nieba, która „wspomaga wydatnie słabość naszą”.

    „Przyjęci bowiem do ojczyzny i znajdując się blisko przy Panu, przez Niego, z Nim i w Nim nieustannie wstawiają się za nas u Ojca” – czytamy.

    Będę kradła

    Wstawiennictwo świętych ma nieraz wymiar konkretnych, dających się zweryfikować zdarzeń. Są tacy, których „specjalnością” jest ingerowanie na ziemi i rozwiązywanie ludzkich problemów. Święta Teresa od Dzieciątka Jezus przed śmiercią zapowiedziała: „Chcę, przebywając w niebie, czynić dobro na ziemi. Po śmierci spuszczę na nią deszcz róż”. Nazwała się małą złodziejką. „Będę kradła. Dużo rzeczy w niebie zniknie, bo je wam przyniosę” – obiecała. Gdy 30 września 1897 roku zmarła, zaczęła spełniać swoją zapowiedź, wysłuchując niezliczonych modlitw ludzi na całym świecie.

    „Ujrzałam Tereskę stojącą tuż przy moim łóżku, wzięła mnie za rękę i się zaśmiała. Była prześliczna. Miała na sobie welon i wokół jej głowy roztaczał się blask” – opowiadała Reine Fauquet, kilkuletnia dziewczynka, która po odwiedzeniu grobu Teresy odzyskała wzrok. To było w maju 1908 roku i przyczyniło się do otwarcia procesu beatyfikacyjnego karmelitanki z Lisieux.

    Nie sposób oszacować liczby uzdrowień za wstawiennictwem św. Teresy, jakie dokonały się od tamtego czasu. Sama święta nie ogranicza się do tej dziedziny. Po prostu pomaga ludziom w potrzebie, objawiając wielkość i miłość Bożą. Już przed beatyfikacją „poratowała finansowo” zadłużone karmelitanki z klasztoru w Apulii, na południu Włoch. „Słuchaj, Pan posługuje się niebianami jak ziemianami, oto pięćset lirów, którymi spłacisz dług wspólnoty” – powiedziała we śnie przeoryszy. Pieniądze były we wskazanym miejscu. Podobne świadectwa dawane są do dzisiaj.

    Chodzi o niebo

    Teresa osobiście zajmuje się także formacją poszczególnych ludzi, instruując ich, jak mają żyć, żeby osiągnąć świętość. Zdarzyło się to m.in. siostrze Dulcissimie – Helenie Hoffmann, Ślązaczce zmarłej w 1936 roku w Brzeziu k. Raciborza. Zaczęło się od tego, że jako dziewczynka wykopała na polu medalik ze św. Tereską. Nie wiedziała, kim jest „ta pani”, rozpoznała ją dopiero po zdjęciu w gazecie. Potem Teresa przedstawiła się Helence w czasie snu i tak zaczęła się ich mistyczna przyjaźń. Formacja okazała się tak skuteczna, że dziś trwa proces beatyfikacyjny siostry Dulcissimy. Na jego finał oczekuje wielu ludzi, którzy za wstawiennictwem śląskiej zakonnicy doznali wielu łask.

    Ingerencje świętych zawsze mają jeden cel, wyznaczony przez Boga – przybliżyć śmiertelnikom niebo, uświadomić im ich właściwy cel i wskazać drogę, którą zawsze jest zaufanie Bogu. Ten rys jest bardzo wyraźny u św. Szarbela, którego wstawiennictwu przypisuje się 45 tysięcy potwierdzonych cudów. Znamienne są słowa, które usłyszała z jego ust spektakularnie uzdrowiona w 1993 roku Libanka Nouhad Al-Chami: „Zoperowałem Cię, aby ludzie się nawracali, widząc, że zostałaś cudownie uzdrowiona. Wielu ludzi oddaliło się od Boga, przestali się modlić, przystępować do sakramentów, żyją tak, jakby Bóg nie istniał”.

    Ostatecznie zawsze chodzi o to, żeby ludzie się nawracali i tak trafili do nieba. Dlatego niebo tak często wychodzi do nas.

    Franciszek Kucharczak/Gość Niedzielny

    ______________________________________________________________________________________________________________

    ______________________________________________________________________________________________________________

    W UROCZYSTOŚĆ PRZEMIENIENIA PAŃSKIEGO – 6 SIERPNIA

    wyruszyła z Warszawy 313 najstarsza polska pielgrzymka na Jasną Górę

    Najstarsza polska pielgrzymka wyruszyła na Jasną Górę

    fot. JM/Gość Niedzielny

    ***

    Ponad 2,5 tys. pielgrzymów w 18 grupach wyruszyło po porannej Mszy na Jasną Górę. Międzypokoleniowo, radośnie, z ważnymi intencjami w sercach. Na drogę pobłogosławił im metropolita warszawski kard. Kazimierz Nycz, który apelował, by pielgrzymowanie było też ewangelizacją. Hasło tegorocznej, 313 pielgrzymki, to “Uświęć ich w Prawdzie”. Najstarsza w Polsce, warszawska Pielgrzymka Piesza, w tym roku wpisana została na Krajową Listę Niematerialnego Dziedzictwa Kulturowego.

    Przed 6 rano pod paulińskim kościołem Ducha Świętego w Warszawie zgromadziło się ponad 2,5 tysiąca pielgrzymów. Rodziny z dziećmi w wózkach, seniorzy z kijkami trekkingowymi. Siostry zakonne, księża przewodnicy. O dobrą organizację troszczą się porządkowi. Nie brakuje instrumentów – oprócz gitar, dostrzec można było akordeon, ukulele, grzechotki. Ważną i wymagającą posługą podczas pielgrzymowania jest noszenie nagłośnienia. Na czele każdej z grup niesiony jest krzyż i jej znak, niektórzy pielgrzymi niosą flagi transparenty. Jednej grupie towarzyszy wielki portret Prymasa Tysiąclecia. Pątnicy niosą w sercach różne intencje, od tych osobistych, rodzinnych, po opiekę nad ojczyzną i pokój na świecie, zwłaszcza w Ukrainie. 

    Przed Mszą trwały jeszcze ostatnie zapisy na pielgrzymkę, do której dołączyć się można w każdej chwili na trasie. Organizatorzy liczą, że po weekendzie w drodze będzie 4,5 tys. pątników. 

    – Mam już swoje lata, więc taka wyprawa to zawsze wysiłek, ale ofiaruję go Bogu z modlitwami za moje wnuki, a w tym roku też za prawnuczkę albo prawnika, bo parę dni temu wnuczka powiedziała, że jest w stanie błogosławionym – mówi KAI pani Maria, który na pielgrzymim szlaku była już 11 razy, ale z Warszawy rusza po raz pierwszy. 

    Pan Michał, formujący się w ruchu Światło Życie, który idzie na Jasną Górę z żoną i trójką dzieci, w pielgrzymowaniu widzi dobrą metodę na umacnianie więzi rodzinnych. – Mamy też nadzieję, że dla dzieci to będzie owocna na całe życie katecheza i będą trwały w Kościele, który poznają jako radosną i wspierającą wspólnotę – dodaje. 

    Mszy polowej przed kościołem Ducha Świętego przewodniczył metropolita warszawski, kard. Kazimierz Nycz. W kazaniu zauważył, że już tradycją stało się rozpoczynanie warszawskiego pielgrzymowania w święto Przemienienia Pańskiego, „by tam przede wszystkim na końcowej Eucharystii przeżyć prawdę tych słów – to jest mój Syn umiłowany, w którym jest nasze zbawienie, w którym dokonała się ofiara na krzyżu”. 

    Hierarcha podkreślił, że tajemnica zbawienia jest sensem bycia w Kościele i życia, powinna też wzniecić zapał do głoszenia tej prawdy innym, zwłaszcza na peryferiach, „gdzie coraz więcej jest ludzi, którzy nie znają jeszcze Chrystusa, albo nie znają już Chrystusa. Jeszcze 50 lat temu chrześcijanie stanowili jedną trzecią mieszkańców ziemi, dziś na 9 mld jest nas trochę ponad miliard”.

    – Zmienia się optyka świata, zmienia się optyka miejsc, gdzie rozwija się Kościół. Nie należy już do tych miejsc Europa. Także w Polsce w ciągu ostatnich 30 lat powiększyły się peryferia ludzi, którzy się znaleźli poza chrześcijaństwem, poza Kościołem – mówił dodając, że ten proces sekularyzacji na świecie próbuje postawić w centrum człowieka zamiast Boga. Zauważył, że z tym związane jest inne współczesne zjawisko, przejawiające się w czynieniu wartości nie z dobra samego w sobie a z tego, w czym człowiek chce widzieć swoje szczęście, dla którego jest w stanie nawet poświęcić prawdziwe dobro. Zapewnił, że szczęście bierze się właśnie z czynienia dobra, a źródłem prawdziwego szczęścia jest Chrystus, zapraszający do wiecznego szczęścia w swoim zmartwychwstaniu. 

    Nawiązując do Ewangelii o przemienieniu na górze Tabor kaznodzieja mówił, że to doświadczenie tuż przed wydarzeniem Kalwarii miało apostołów przygotować, by było im łatwiej w obliczu męki Chrystusa, na innej górze – Kalwarii. „Statystycznie nie wszystko się z tego zamiaru Pana Jezusa udało, bo pod krzyżem został tylko Jan” – zauważył kardynał podkreślając, że jednak to doświadczenie góry Tabor pomogło im przyswajać prawdę zmartwychwstania. 

    – W naszym życiu czasem jest podobnie, spotykają nas różne drogi krzyżowe i góry Kalwarie, często zapominamy, że by je pokonać i przeżyć, trzeba wstępować na Górę Przemienienia, przemienienia Jezusa. Dlatego tak ważna jest Eucharystia. To jest dla wierzącego Góra Przemienienia, by umocnionym przejść do swojego życia – wskazał kard. Nycz. 

    Przytaczając dzieje tej najstarszej polskiej pielgrzymki wyraził radość, że po czasie pandemii pielgrzymów jest z roku na rok więcej, że pielgrzymka jest międzypokoleniowa. Dziękując za ich trud pielgrzymowania prosił, by w modlitwach pamiętać o lokalnym Kościele oraz powołaniach kapłańskich i zakonnych. Wezwał też, by pielgrzymowanie było ewangelizacją, dawaniem świadectwa po drodze. 

    – Wasze pielgrzymowanie do Częstochowy ma na celu spotkanie Chrystusa Przemienionego, który woła do Ojca „uświęć ich w Prawdzie” – mówił warszawski metropolita, nawiązując do hasła tegorocznej pielgrzymki. – Pierwszym wymiarem tej modlitwy Jezusa jest to, byśmy uwierzyli, że dla chrześcijanina jedyną najważniejszą prawdą jest Jezus Chrystus. Ale kiedy Jezus mówi te słowa, ma na myśli też to, co świat przez wieki robi z tą ziemską prawdą. W XXI wieku człowiek współczesny często mówi, że prawda jest to, co uważam za prawdę, inna jest prawda mediów, polityki, w życiu codziennym. Kiedy wołamy „Uświęć nas w Prawdzie”, wołamy o to, by Pan nam pomógł wracać do prawdy obiektywnej – dodał hierarcha, wzywając do powrotu do prawdy zwłaszcza o małżeństwie i życiu.  

    Po Mszy kard. Nycz błogosławił pielgrzymom relikwiami Rodziny Ulmów, a w darze otrzymał pakiet duchowego pielgrzyma i odprowadził pielgrzymów do archikatedry św. Jana. 

    Warszawska Pielgrzymka Piesza na Jasną Górę trafiła w tym roku na Krajową Listę Niematerialnego Dziedzictwa Kulturowego.

    Pielgrzymka warszawska nazywana także paulińską, początkami sięga XVIII w., ma swoje korzenie w 1711 roku. Wówczas Bractwo Pięciu Ran Chrystusa z warszawskiego kościoła paulinów postanowiło zorganizować wędrówkę, aby wyrazić wdzięczność Matce Bożej za ocalenie Warszawy przed epidemią dżumy w latach 1708-1711. Wyruszyło około 20 mężczyzn, ofiarując srebrne wota jako podziękowanie. Pielgrzymowanie kontynuowano w trudnych czasach stopniowej utraty niepodległości Rzeczypospolitej w XVIII wieku. W okresie zaborów pielgrzymka stała się symbolem wierności i wdzięczności wobec Matki Bożej Częstochowskiej. Począwszy od 1950 roku, Warszawska Pielgrzymka Piesza wyruszała z odbudowanego kościoła Ducha Świętego, tradycyjnego miejsca wymarszu. W latach 60-tych pomimo zakazu zgromadzeń religijnych, pielgrzymka odbywała się dzięki staraniom organizatorów i wsparciu paulinów. Każda pielgrzymka idzie na Jasną Górę z wybranym hasłem, do którego opracowywany jest program rozpisany na 9 dni. Fenomen tej pielgrzymki polega na ciągłości – wierni wypełniali śluby pielgrzymowania do Częstochowy nawet w czasie rozbiorów, wojen, zaraz i komunizmu. Jest nazywana „matką” pielgrzymek w Polsce.

    Kai/Gość NIedzielny

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Jedna z najstarszych pielgrzymek na Jasną Górę wyruszyła na szlak

    Jedna z najstarszych pielgrzymek na Jasną Górę wyruszyła na szlak

    fot. via Facebook (Warszawska Pielgrzymka Piesza na Jasną Górę) – ojcowie Paulini/6 sierpnia 2024

    ***

    Niech doświadczenie pieszej pielgrzymki ku Jasnogórskiej Pani, Matce Wcielonej Prawdy, umocni waszą wiarę i rozpali serca miłością najpierw do Boga, aby potem, gdy wrócicie do rodzin i domów oraz codziennych zadań, móc miłować się wzajemnie – napisał metropolita warszawski kard. Kazimierz Nycz w przesłaniu do uczestników 313. Warszawskiej Pielgrzymki Pieszej, która 6 sierpnia wyruszyła na szlak, aby 14 sierpnia dotrzeć na Jasną Górę.

    Pielgrzymowanie z Warszawy do Częstochowy pod hasłem „Uświęć ich w Prawdzie” rozpoczęło się poranną Mszą św. pod przewodnictwem kard. Nycza w kościele paulinów pw. Ducha Świętego w Warszawie. W drogę wyruszyło 2,5 tys. pielgrzymów w 18 grupach, reprezentujących różne grupy wiekowe. Zostali pobłogosławieni relikwiami bł. rodziny Ulmów. Zdaniem organizatorów liczba pątników może jeszcze wzrosnąć do ok. 4,5 osób.

    W tym roku Warszawska Pielgrzymka Piesza na Jasną Górę została wpisana na Krajową Listę Niematerialnego Dziedzictwa Kulturowego. Jej początki sięgają 1711 r. Czasami nazywa się ją „matką” pielgrzymek w Polsce.

    We wtorek 6 sierpnia na pątniczy szlak z Wawelu w kierunku Jasnej Góry wyruszyło również ok. 6,5 tys. pielgrzymów z archidiecezji krakowskiej, którzy dotrą do celu 11 sierpnia. Mszy św. inaugurującej 44. Pieszą Pielgrzymkę Krakowską na Jasną Górę przewodniczył metropolita krakowski abp Marek Jędraszewski. Hasłem tegorocznej pielgrzymki są słowa „Uczestniczę we wspólnocie Kościoła”. Pielgrzymka krakowska składa się z ośmiu wspólnot. Po 5 latach przerwy na pątniczy szlak powróciło ok. 750 Włochów ze wspólnoty Comunione e Liberazione.

    44. Krakowska Piesza Pielgrzymka na Jasną Górę (Michał Michalski)

    Początki Krakowskiej Pieszej Pielgrzymki na Jasną Górę sięgają tzw. Białego Marszu, który został zorganizowany przez krakowskich studentów 17 maja 1981 r., cztery dni po zamachu na życia św. Jana Pawła II.

    44. Krakowska Piesza Pielgrzymka na Jasną Górę (Michał Michalski)

    Lipiec i sierpień to w Polsce sezon pielgrzymkowy. Wiele pielgrzymek wyruszyło lub wyruszy w trasę na Jasną Górę z różnych zakątków Polski. W poniedziałek 5 sierpnia Mszą św. w sanktuarium w Wiślicy zainaugurowano 43. Kielecką Pieszą Pielgrzymkę na Jasną Górę, która u celu będzie 13 sierpnia. Eucharystii przewodniczył ordynariusz kielecki bp Jan Piotrowski. 17 sierpnia wystartuje 42. Piesza Pielgrzymka Tarnowska na Jasną Górę, która tradycyjnie przybędzie do sanktuarium jasnogórskiego w wigilię uroczystości NMP Częstochowskiej – 25 sierpnia. 

    Pielgrzymi docierają na Jasną Górę nie tylko pieszo, ale również w ramach pielgrzymek biegowych, a nawet na rolkach czy konno. Różnorodność form pielgrzymowania to prawdziwy polski fenomen. Szczyt pielgrzymkowy przypada kilka razy w okolicach głównych świąt Maryjnych obchodzonych w tym czasie: 16 lipca (Matki Bożej Szkaplerznej), 26 sierpnia (Matki Bożej Częstochowskiej) i 8 września (Narodzenie NMP).

    mp/Vatican News, Artur Hanula

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Czym są sanktuaria i dlaczego do nich pielgrzymujemy?

    Sample

    fot. BP KEP

    ***

    Polska jest krajem obfitującym w sanktuaria o żywym ruchu pielgrzymkowym. Sanktuaria to miejsca uznane za wyjątkowe, w których w sposób szczególny Bóg udziela swych łask. Miejsca te w naturalny sposób stawały i stają się celem pielgrzymek – pobożnych wędrówek, zbiorowych lub indywidualnych, mających na celu oddanie czci Bogu oraz duchowy wzrost. Polacy najliczniej pielgrzymują na Jasną Górę, a naszym najbardziej międzynarodowym sanktuarium są krakowskie Łagiewniki.

    Sanktuaria powstają zwykle w miejscach związanych z nadprzyrodzonym wydarzeniem, miejscach związanych z relikwiami lub ze szczególnymi obiektami kultu, np. cudownymi wizerunkami. Dzielą się na sanktuaria Pańskie – miejsca szczególnego kultu Bożych tajemnic, np. Trójcy Świętej, Miłosierdzia Bożego, Świętego Krzyża, sanktuaria maryjne – związane z czcią oddawaną Matce Bożej oraz sanktuaria związane z kultem poszczególnych świętych. Miejsca święte dzielą się również pod względem prawnym na erygowane, czyli takie, które zatwierdzone zostały przez odpowiednią władzę kościelną, oraz takie, które nie posiadają takiego statusu. Wiąże się to z rangą oraz oddziaływaniem sanktuarium. Mogą zatem istnieć sanktuaria międzynarodowe – erygowane przez Stolicę Apostolską, narodowe – przez konferencję episkopatu danego kraju, i diecezjalne – przez biskupa danej diecezji.

    Warto jednak podkreślić, że podział prawny w istocie nie oddaje znaczenia poszczególnych sanktuariów. Dla przykładu w Polsce dekretami Stolicy Apostolskiej zatwierdzone zostały sanktuarium na Górze św. Anny i sanktuarium św. Jadwigi Śląskiej w Trzebnicy. Dekretu takiego nie ma natomiast Jasna Góra, która jest przecież jednym z najważniejszych sanktuariów na świecie. Podział sanktuariów na międzynarodowe, krajowe, ponadregionalne, regionalne, lokalne i parafialne nie ma więc w gruncie rzeczy charakteru formalnego i opiera się na obserwacji rzeczywistego zasięgu oddziaływania danego miejsca ze względu na ruch pielgrzymkowy.

    Historia pielgrzymek

    Za pierwszą pielgrzymkę na ziemiach polskich uznaje się podróż, którą cesarz Otton III odbył do grobu św. Wojciecha w Gnieźnie w 1000 r. Najstarsze wzmianki o ruchu pielgrzymkowym związane są natomiast z sanktuarium Relikwii Drzewa Krzyża Świętego na Łysej Górze, miejscu uznawanym za święte jeszcze w czasach przedchrześcijańskich. Wieki średnie to czas powstawania kolejnych sanktuariów związanych z kultem relikwii świętych oraz z rozwijającym się kultem maryjnym

    W 1382 r. książę opolski Władysław przekazał wizerunek Matki Bożej paulinom, sprowadzonym z Márianosztra na Węgrzech do Częstochowy. Szybko stał się on celem pielgrzymek wszystkich stanów i regionów. Kult ten nabrał z czasem cech kultu państwowego i dynastycznego. W XVII w. kult jasnogórski był już ważną praktyką społeczną, ze stałymi szlakami pątniczymi. Od XVI w. liczne sanktuaria maryjne zaczęły powstawać na kresach Rzeczypospolitej. W tym czasie pielgrzymki stały się potrzebą religijną wszystkich warstw społecznych. W XVII w. zaczęły też powstawać liczne kalwarie, począwszy od Kalwarii Zebrzydowskiej (1602), odtwarzające w terenie realia Jerozolimy i upowszechniające kult Męki Pańskiej.

    8 września 1717 r. odbyła się uroczysta koronacja wizerunku Matki Bożej Częstochowskiej. Do końca I Rzeczypospolitej odbyło się w sumie 29 koronacji wizerunków maryjnych. Były to wielkie uroczystości gromadzące w sanktuariach nawet setki tysięcy pielgrzymów. W 1711 r. wyruszyła pierwsza piesza pielgrzymka z Warszawy do Częstochowy. Od tego czasu organizowana jest ona nieprzerwanie każdego roku aż do dziś – co jest społecznym i religijnym fenomenem na skalę europejską.
    Władze zaborcze starały się ograniczać zarówno ruch pielgrzymkowy, jak i działalność sanktuariów – ale bez większych efektów. Co więcej, pielgrzymki stawały się często manifestacjami patriotyzmu, a sanktuaria integrowały pozbawiony państwa naród, umacniając więzi społeczne oraz propagując język i kulturę polską. Nie bez znaczenia dla ruchu pielgrzymkowego było też upowszechnienie kolei żelaznej. Jeszcze w latach 60. XIX w. na Jasną Górę przybywało rocznie około 100 tys. pątników. W latach 80. i 90. liczba ta wzrosła do około 300 tys. osób. Na przełomie wieków pojawiły się też pierwsze pielgrzymki zawodowe i stanowe.

    Objawienia maryjne z 1877  r. w Gietrzwałdzie skutkowały odrodzeniem polskości na Warmii, przyniosły też znaczne ożywienie i pogłębienie religijności we wszystkich zaborach. Gietrzwałd jest jedynym w Polsce i jednym z 12 na świecie miejsc objawień maryjnych uznanych przez Stolicę Apostolską za autentyczne.

    27 czerwca 1877  r. 13-letnia Justyna Szafryńska wracała z kościoła w Gietrzwałdzie do domu. Przygotowywała się do pierwszej komunii świętej i właśnie zdała egzamin u proboszcza, ks. Augustyna Weichsela. Gdy na głos dzwonu odmówiła „Anioł Pański”, na klonie rosnącym koło plebanii zobaczyła niezwykłą jasność, a w niej biało ubraną postać, siedzącą na złocistym tronie udekorowanym perłami. Po chwili zauważyła jasny blask zstępujący z nieba i anioła ze złotymi skrzydłami, w białej szacie. Gdy dziewczynka odmówiła „Pozdrowienie Anielskie”, postać podniosła się z tronu i wraz z aniołem uniosła się do nieba. Tak rozpoczęły się objawienia Matki Bożej, które trwały do 16 września 1877 r. Objawienia te wstrząsnęły Warmią i życiem lokalnej społeczności. Z perspektywy coraz trudniejszego położenia ludności polskiej w państwie pruskim potraktowano je jako ważny znak, symbol obrony zarówno katolików, jak i polskiej społeczności. Do Gietrzwałdu zaczęli też masowo przybywać pielgrzymi z innych zaborów.

    Odzyskanie niepodległości przyczyniło się do dalszego rozwoju ruchu pielgrzymkowego. Umocniło też znaczenie sanktuariów, zwłaszcza maryjnych, na czele z Jasną Górą, która w tym czasie uzyskała światowe znaczenie. Jasna Góra stała się też celem pielgrzymek narodowych, organizowanych z udziałem przedstawicieli Episkopatu i władz państwowych.

    Po II wojnie światowej w wyniku zmian terytorialnych układ polskich sanktuariów i związany z tym ruch pielgrzymkowy uległ znacznym zmianom. Repatrianci przywieźli ze sobą około 100 wizerunków Maryi i świętych wywiezionych w większości nielegalnie z Kresów Rzeczypospolitej. Wizerunki te umieszczone zostały w nowych miejscach, jednak ich kult nie miał już tak wielkiego zasięgu jak niegdyś. W nowych granicach Polski pojawiły się za to nowe sanktuaria, jak np. Góra św. Anny, Gietrzwałd, Trzebnica czy Wambierzyce. Ruch pielgrzymkowy w tych miejscach, początkowo nikły, z czasem się ożywił.

    Represje komunistyczne spowodowały, że pątnictwo w latach 50. nie przekraczało stanu przedwojennego. Ożywienie nastąpiło w związku z przygotowaniami do obchodów milenijnych. Pielgrzymowanie stało się dla Polaków ponownie czynem patriotycznym i formą wyrażenia oporu. W 1966 r. Jasną Górę odwiedziło w sumie milion osób. W 1977 r. – już 2 mln. Na początku lat 80. przybywało tam 5 mln pielgrzymów rocznie. Oblężenie przeżywały też inne sanktuaria. Nie bez znaczenia był tu wpływ Jana Pawła II – papieża pielgrzyma.

    Sanktuaria dzisiaj

    W  Polsce jest 1050 sanktuariów – 793 maryjne, 126 Pańskich i 131 dotyczących świętych. Około 500 tych miejsc stanowi regularny cel pielgrzymek. Najważniejszym sanktuarium w kraju, o randze sanktuarium narodowego, pozostaje Jasna Góra. W 2019  r. nawiedziło ją 4 mln 400 tys. pielgrzymów. Jasna Góra to również sanktuarium międzynarodowe, gromadzące pątników z wszystkich kontynentów, w istocie jedno z najważniejszych sanktuariów maryjnych na świecie.

    Poza Jasną Górą wśród najliczniej odwiedzanych miejsc świętych na świecie znajdują się (według danych z lat 2015‒2016) jeszcze krakowskie Łagiewniki. Za fenomenem Łagiewnik stoi nowy, silnie rozwijający się na całym świecie kult Bożego Miłosierdzia związany z objawieniami św. s. Faustyny. Do Krakowa-Łagiewnik rocznie przybywa około 2 mln osób z około 90 krajów świata. To najbardziej międzynarodowe polskie sanktuarium. Pod względem liczby krajów, z których pochodzą pielgrzymi, Łagiewniki ustępują tylko Rzymowi.

    Pielgrzymi z kraju i zagranicy przybywają też licznie do nowego zakopiańskiego sanktuarium Matki Bożej Fatimskiej na Krzeptówkach i do Kalwarii Zebrzydowskiej (około 1 mln pielgrzymów rocznie), sanktuarium silnie związanego z osobą Jana Pawła II. Pielgrzymi z różnych stron świata odwiedzają też Niepokalanów i grób bł. ks. Jerzego Popiełuszki przy kościele św. Stanisława Kostki w Warszawie, który uzyskał rangę sanktuarium diecezjalnego. O międzynarodowym charakterze sanktuarium na Górze św. Anny przesądzają z kolei liczne pielgrzymki z Niemiec.

    Wśród sanktuariów o charakterze krajowym wymienić należy także Licheń. Przybywa tam rocznie około milion osób. Ważne są również Piekary Śląskie – miejsce szczególnie istotne dla ludzi pracy. Rośnie znaczenie Gniezna i kultu św. Wojciecha, patrona Polski, świętego przypominanego podczas spotkań młodzieży nad Lednicą. Coraz więcej pielgrzymów przyjeżdża w ostatnich latach do Gietrzwałdu, miejsca, gdzie objawiła się Matka Boża w 1987 r., mówiąc w bliskiej językowi polskiemu gwarze warmińskiej. 10 września 2017 r. odbyły się w Gietrzwałdzie uroczystości 140-lecia objawień maryjnych z udziałem Episkopatu oraz kilkuset tysięcy wiernych. Dwadzieścia pięć sanktuariów ma charakter ponadregionalny. To m.in. Borek Wielkopolski, Święta Lipka, Gostyń – Święta Góra, Kalwaria Pacławska, Leśna Podlaska, Ludźmierz, Swarzewo, Tuchów czy Wambierzyce. Są to wszystko sanktuaria maryjne, gdzie rocznie przybywa po około 200 tys. pielgrzymów, a trwałe szlaki pielgrzymkowe dochodzą do 150 km. Około 200 sanktuariów – jak Górka Duchowna, Rychwałd czy Skępe – ma charakter regionalny. Odwiedza je rocznie po około 50 tys. pątników z okolicy. Podczas pielgrzymek akcentowane są często elementy folklorystyczne. Ostatnią, najliczniejszą grupę stanowią ośrodki lokalne i parafialne. To około 500 sanktuariów, głównie maryjnych. Trzeba podkreślić, że kult w nich się nie rozwija, a w niektórych wręcz zamiera, ograniczając się do odpustu i procesji. Pielgrzymki lokalne tracą bowiem popularność na rzecz pątnictwa dalekiego.

    Pielgrzymki we współczesnej Polsce

    Pielgrzymowanie cieszy się w Polsce niesłabnącą popularnością. W ciągu roku uczestniczy w nim ok. 6 mln osób, czyli niemal 15 %  ludności. Dla porównania w latach 70. pielgrzymowało 10 proc. Polaków, a w okresie międzywojennym zaledwie 5 proc. 32 proc. Polaków deklaruje, iż przynajmniej raz w trakcie swojego życia uczestniczyło w pielgrzymce (niezależnie od jej formy i celu), w tym 14 proc. brało udział jeden raz, a 18 proc. – więcej niż raz.

    Polacy pielgrzymują przede wszystkim w grupach parafialnych – takie doświadczenie ma ponad połowa (56 proc.) osób, które kiedykolwiek brały udział w pielgrzymce. Mniej niż jedna trzecia (29 proc.) zadeklarowała, że była na pielgrzymce ze znajomymi, 17 proc. – z inną grupą kościelną, a 11 proc. – z grupą zawodową lub związaną ze wspólnymi zainteresowaniami. Na indywidualne pielgrzymowanie zdecydowało się 7 proc. wszystkich uczestników pielgrzymek.

    Obecnie w Polsce przeważają pielgrzymki autokarowe. To one ostatecznie przezwyciężyły sezonowość pątnictwa i wpłynęły na jego umasowienie. Spowodowały też wzrost zainteresowania pielgrzymowaniem dalekim. Należy podkreślić, że około 10 proc. wszystkich pielgrzymujących Polaków wyjeżdżało za granicę, najczęściej do Rzymu. Dla części pątników jednak ważniejsze niż dotarcie do celu wydaje się samo wędrowanie i związane z tym przeżycia fizyczne i duchowe. Ta grupa bierze zwykle udział w pielgrzymkach pieszych.

    Ekstremalne Drogi Krzyżowe to również swego rodzaju pielgrzymki. Celem ich jednak nie jest dotarcie do sanktuarium, ale właśnie przebycie określonej drogi. W 2019 r. w EDK uczestniczyło w Polsce kilkadziesiąt tysięcy osób, wędrujących na kilkuset trasach. Ekstremalne Drogi Krzyżowe odbyły się również poza Polską. Trasy zorganizowane zostały w 24 innych krajach.

    W pielgrzymkach częściej biorą udział kobiety niż mężczyźni. Widać też nadreprezentację osób w wieku 55-64 lat, choć i tak od przełomu lat 70. i 80. XX w. możemy mówić o odmłodzeniu pątnictwa. Do końca lat 60. ludzie starsi stanowili nawet 70-80 proc. ogółu pielgrzymujących. Obecnie młodzi to już prawie 50 proc. wszystkich pątników.

    Epidemia koronawirusa przyniosła w pielgrzymowaniu istotne zmiany i ograniczenia. Zarówno duszpasterzom, jak i wiernym zależało jednak na tym, by mimo trudności podtrzymać tradycję pieszego pielgrzymowania na Jasną Górę. Udało się to w znacznym stopniu, m.in. z uwagi na fakt, że latem nastąpiło znaczne poluzowanie obostrzeń związanych z epidemią.

    W 2020 r. na Jasną Górę przybyło w sumie niespełna 1 mln pielgrzymów. W ograniczonej formie odbyło się m.in. 120 pielgrzymek ogólnopolskich, 160 pielgrzymek pieszych z poszczególnych diecezji, 130 pielgrzymek rowerowych, 20 pielgrzymek biegowych i 1 pielgrzymka konna. Tegoroczne pielgrzymowanie miało jednak przede wszystkim wymiar duchowy. Odbywające się pielgrzymki organizowały na różny sposób łączność z tymi, którzy z różnych względów nie wyruszyli w drogę. Duchowi pielgrzymi mogli nie tylko słuchać konferencji, np. za pośrednictwem mediów społecznościowych, ale również podejmować konkretny wysiłek modlitewny czy uczestniczyć w akcjach charytatywnych. Po pandemii pielgrzymi licznie powrócili na pielgrzymi szlak.

    Najnowsze dane

    W ubiegłym roku przed obraz Matki Bożej Częstochowskiej przybyło 3,6 mln pielgrzymów. To o  2, 6 mln więcej niż trzy lata temu a 1,1 mln więcej niż przed dwoma laty.  Skutki pandemii wygasają. Tylko w pieszych pielgrzymkach w 228 grupach przeszło w ub. r. 77,5 tys. pątników. Grup rowerowych było 200, łącznie liczyło 8,6 tys. pielgrzymów. Z kolei w 17 pielgrzymkach biegowych udział wzięło 475 osób. W tym roku Jasna Góra spodziewa się rekordowej liczy pątników.

    Maria Czerska/e-kai.pl

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Aby Matka Boża była coraz bardziej znana, miłowana i uwielbiana a nie obrażana!

    „Różaniec Święty, to bardzo potężna broń.

    Używaj go z ufnością, a skutek wprawi cię w zdziwienie”.

    (św. Josemaria Escriva do Balaguer)

    A rosary is used for prayers and meditations.
    fot.wiseGeek

    *****

    INTENCJA ŻYWEGO RÓŻAŃCA

    NA MIESIĄC SIERPIEŃ 2024

    Intencja papieska:

    *Módlmy się, aby przywódcy polityczni służyli obywatelom, pracując dla integralnego rozwoju człowieka i dla dobra wspólnego, szczególnie troszcząc się o najuboższych i o tych, którzy stracili pracę.

    więcej informacji – Vaticannews.va: Papieska intencja

    _______________________________________________________

    Intencje Polskiej Misji Katolickiej w Glasgow:

    * za naszych kapłanów, aby dobry Bóg umacniał ich w codziennej posłudze oraz o nowe powołania do kapłaństwa i życia konsekrowanego.  

    * za papieża Franciszka, aby Duch Święty prowadził go, a św. Michał Archanioł strzegł.

    *  Miesiąc sierpień dla naszej Wspólnoty Żywego Różańca jest przypomnieniem naszego całkowitego oddania się do zupełnej dyspozycji Bożej Matce. Dlatego w różańcowej modlitwie pragniemy coraz bardziej świadomie przeżywać Boże tajemnice naszego życia w Kościele, którego Ty jesteś Matką. Oby Twój głos: “Zróbcie wszystko co Syn mój wam powie” był usłyszany i wypełniany aż po brzegi naszych ludzkich możliwości. Bo tylko w ten sposób uratujemy siebie i bliźnich, z którymi przyszło nam razem przechodzić przez ten padół. W tym zamęcie obecnego czasu innego ratunku nie ma.

    ____________________________________________

    Intencja dodatkowa dla Róży Matki Bożej Częstochowskiej (II),

    św. Moniki i bł. Pauliny Jaricot: 

    * Rozważając drogi zbawienia w Tajemnicach Różańca Świętego prosimy Bożą Matkę, aby wypraszała u Syna swego a Pana naszego Jezusa Chrystusa właściwe drogi życia dla naszych dzieci.

    *****

    Od 1 sierpnia modlimy się kolejnymi Tajemnicami Różańca Świętego i w nowych intencjach, które otrzymaliście na maila 31 lipca z adresu e-rozaniec@kosciol.org (jeśli ktoś z Was nie dostał maila na ten miesiąc, proszę o kontakt z Zelatorem Róży, albo na adres rozaniec@kosciolwszkocji.org)

    ________________________________________

    Obecnie mamy 19 Róż Żywego Różańca, choć mieliśmy do niedawna 21. Dlatego bardzo serdecznie zachęcamy chętnych, aby zechcieli dołączyć się do Żywego Różańca. Módlmy się też w tej intencji, aby dotąd nieprzekonani mogli się przekonać jak skuteczną i tym samym jak bardzo potrzebną jest dziś modlitwa różańcowa.

    ***

    KRÓLOWO RÓŻAŃCA ŚWIĘTEGO, MÓDL SIĘ ZA NAMI!

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Ogromna rola różańca w historii narodu polskiego

    fot. via: Pixabay

    ***

    Ogromna rola różańca w historii Narodu Polskiego

    W historii Narodu Polskiego modlitwa różańcowa odegrała wielką rolę. Polacy niejednokrotnie mieli okazję przekonać się o tym, że wytrwałe, pełne ufności odmawianie różańca stanowi niezastąpioną pomoc i pewny ratunek w najtrudniejszym nawet położeniu. Fakt ten podkreślał Ojciec Święty Jan Paweł II w swoim dokumencie Rosarium Virginis Mariae: “Kościół zawsze uznawał szczególną skuteczność tej modlitwy, powierzając jej (…) najtrudniejsze sprawy. W chwilach, gdy samo chrześcijaństwo było zagrożone, mocy tej właśnie modlitwy przypisywano ocalenie przed niebezpieczeństwem, a Matkę Bożą Różańcową czczoną jako Tę, która wyjednywała wybawienie”.

      Potęga tej modlitwy uwidoczniła się między innymi w moralnym odrodzeniu, jakie się dokonało po objawieniach Matki Bożej w drugiej połowie XIX w. w Gietrzwałdzie na Warmii. W czasach rozpasanej germanizacji ziem polskich w zaborze pruskim, kiedy walka z polskością przybierała na sile, Najświętsza Panna wezwała miejscową ludność do odmawiania różańca. W krótkim czasie ujawniły się tego owoce. Jak relacjonował potem proboszcz Gietrzwałdu, świadek objawień: “Wśród wszystkich mówiących po polsku radosne postępy czyni szczególnie zapał do modlitwy i Bractwo Wstrzemięźliwości. Miliony modlą się na różańcu, przez co utwierdzają się w wierze katolickiej i ogromna ilość pijaków wyrwana została z doczesnej i wiecznej zguby. Do tego należy dodać czystość życia, jaką można zaobserwować wśród młodzieży, liczne powołania zakonne męskie i żeńskie, różne nawrócenia i konwersje oraz częste przystępowanie do sakramentów świętych. W całej Warmii, prawie we wszystkich domach, różaniec jest wspólnie odmawiany”.

         Objawienia się Matki Bożej na ziemi warmińskiej wywołały więc duchową odnowę mieszkańców tych terenów i zapoczątkowały podobne przemiany w innych regionach Polski, a ponadto stały się podstawą, dzięki której odzyskanie niepodległości przez nasz kraj zaczęło nabierać realnych kształtów.

         Suwerenność Polski, odzyskana wraz z zakończeniem pierwszej wojny światowej, po wielu latach niewoli, została poważnie zagrożona w roku 1920, kiedy to nasza ojczyzna przeżywała natarcie potężnej armii bolszewików. Wydarzenie owo zostało upamiętnione pod nazwą “cudu nad Wisłą”, gdyż rzeczywiście jedynie w kategoriach cudu można je rozpatrywać. Wystarczy wspomnieć, że naprzeciwko sowieckiej potęgi (12 dywizji piechoty i 2 dywizje jazdy) stanęło zaledwie trzy i pół dywizji polskiej piechoty oraz kilka drobnych oddziałów. Wynik konfrontacji wydawał się z góry przesądzony… Rychłego zwycięstwa bolszewików oczekiwali też Niemcy, dla których zdobycie Warszawy miało się stać hasłem do oderwania Gdańska i Górnego Śląska.

         Wojska bolszewickie w szybkim tempie zbliżały się do stolicy. Zatrwożeni warszawiacy zaczęli tłumnie wypełniać świątynie; wydano zarządzenie, że od 6 do 14 sierpnia we wszystkich kościołach zostanie wystawiony Najświętszy .Sakrament, na placu Zamkowym zaś około 30 tysięcy kobiet, dzieci oraz ludzi w podeszłym wieku żarliwie modliło się na różańcu. Dodawano sobie wzajemnie otuchy, przypominając słowa, które 31 lipca wypowiedział młody warszawski katecheta, ks. Ignacy Skorupka: “Nie martwcie się, Bóg i Matka Boska Częstochowska, Królowa Korony polskiej, nie opuści nas… Nastąpi zwycięstwo. Bliskim jest ten dzień! Nie minie 15 sierpnia, dzień Matki Boskiej Zielnej, a wróg będzie pobity”. Tymczasem z oddali dochodziły już odgłosy toczącej się bitwy…

         Walka rozgorzała na dobre w nocy z 13 na 14 sierpnia. Wziął w niej udział także ks. Skorupka, który niosąc krzyż wzniesiony wysoko nad głową, pobudzał wiarę polskich żołnierzy oraz dawał im przykład męstwa i odwagi, do czasu gdy został trafiony w głowę odłamkiem pocisku. Jego niezwykle ofiarna postawa i bohaterska śmierć odebrane zostały przez Polaków jako potężny, nadprzyrodzony impuls, który wywarł wielki wpływ na ducha narodu i wojska oraz przyczynił się do tego, że 15 sierpnia 1920 r., w święto Wniebowzięcia Najświętszej Maryi Panny, potęga wroga załamała się i zapowiedziane zwycięstwo polskiego oręża nad potężną armią bolszewików stało się faktem.

         Jeden z uczestników bitwy warszawskiej 1920 r., ks. Stanisław Tworkowski, następująco podsumował tamte dramatyczne wydarzenia: “Cud nad Wisłą to dzieło Bożej Opatrzności, w które swój wysiłek włączył mój naród, naród wierzący, naród wzywający Boga, miłujący Go… To była walka w imię Jezusa Chrystusa, w imię Krzyża Świętego. Symbolem tego jest nasz kapelan katolicki – ks. Ignacy Skorupka, który z krzyżem w ręku biegł w tyralierze pod Ossowem. (…) Tajemnicę Cudu nad Wisłą stanowi modlitwa ludu Warszawy na placu Zamkowym… Przebieg walki z przytłaczającymi siłami bolszewików i odparcie ich w święto Wniebowzięcia Najświętszej Maryi Panny”.

         Także druga połowa XX wieku obfitowała w objawienia maryjne, podczas których Matka Boża wskazywała na wielką potrzebę modlitwy różańcowej, między innymi w rodzinie. Nie wszystkie wprawdzie te objawienia zostały oficjalnie potwierdzone przez władze kościelne, ale każde jest dokładnie obserwowane i w wielu wypadkach uznano błogosławione owoce duchowe, które przyniosły. Spróbujmy zatem opisać pokrótce niektóre z nich, przypuszczalnie mniej znane polskiemu czytelnikowi.

         W roku 1980 w miejscowości Cuapa w Nigerii wieśniak Bernard Martinez, który spytał Najświętszą Pannę o Jej życzenia, otrzymał następującą odpowiedź: “Pragnę, abyś codziennie odmawiał różaniec”. Nieco później zaś Matka Boża dodała: “W rodzinie, wraz z dziećmi – od chwili, gdy będą zdolne zrozumieć. Trzeba odmawiać różaniec o stałej godzinie, po zakończeniu zajęć domowych”. A innego dnia objawień Matka Boża dodała: “Odmawiajcie różaniec, rozmyślajcie nad tajemnicami, słuchajcie słowa Bożego zawartego w tajemnicach”. Objawienia w Cuapie nie zostały jeszcze oficjalnie uznane, ale miejscowy biskup zachęcał wiernych do rozważania i realizacji przesłania Maryi.

         Nad trwającymi od 1983 r. objawieniami w Campito w Argentynie, otrzymywanymi przez Gladys Quirodę de Mota, czuwa bezpośrednio biskup Castagna, który z uwagą śledzi rozwój kultu w miejscu objawień i stwierdza wielkie ich duchowe owoce. 6 czerwca 1987 r., gdy światowe telewizje transmitowały różaniec z papieżem Janem Pawłem II, Matka Boża powiedziała wizjonerce: “Dziś Pan będzie słuchał różańca świętego tak, jakby był on odmawiany moim głosem”.

         W obu oficjalnie uznanych objawieniach w Naju w Korei (połowa lat 80. XX w.) Matka Boża przekazała następujące orędzie: “Odmawiajcie z żarliwością różaniec, w intencji pokoju na świecie i za nawrócenie grzeszników. Starajcie się, aby odżyła świętość rodzin”.

         We wszystkich tych przesłaniach – a także w wielu innych – różaniec jest ukazywany jako najważniejsza po Mszy św. forma modlitwy, sposób na zażegnanie lub złagodzenie cierpień grożących światu za jego odejście od praw Bożych. Dzięki systematycznemu praktykowaniu nabożeństwa różańcowego możemy zaprosić do swego życia osobistego oraz rodzinnego Jezusa i Jego Matkę.

         Ażeby zaś nasze zaufanie do mocy różańca mogło stale wzrastać, byśmy byli coraz bardziej świadomi jego piękna, módlmy się jak najczęściej słowami apelu bł. Bartolomea Longo: “O błogosławiony różańcu Maryi, słodki łańcuchu, który łączysz nas z Bogiem, więzi miłości, która nas jednoczysz z aniołami; wieżo ocalenia od napaści piekła; bezpieczny porcie w morskiej katastrofie! Nigdy cię już nie porzucimy. Będziesz nam pociechą w godzinie konania. Tobie ostatni pocałunek gasnącego życia. A ostatnim akcentem naszych warg będzie Twoje słodkie imię, o Królowo Różańca, o Matko nasza droga, o Ucieczko grzeszników, o Władczyni, Pocieszycielko strapionych. Bądź wszędzie błogosławiona, dziś i zawsze, na ziemi i w niebie”.

         Zachętą do odmawiania różańca niech będą dla nas także słowa Ojca Świętego Jana Pawła II: “Dziś skuteczności tej modlitwy zawierzam (…) sprawę pokoju w świecie i sprawę rodziny (…). [Pamiętajmy bowiem, że] różaniec był zawsze modlitwą rodziny i za rodzinę, że niegdyś była ona szczególnie droga rodzinom chrześcijańskim i niewątpliwie sprzyjała ich jedności. (…)

         Tak więc różaniec, kierując nasze spojrzenie ku Chrystusowi, czyni nas również budowniczymi pokoju w świecie. Mając charakter nieustającego, wspólnego błagania, zgodne z Chrystusowym wezwaniem, by modlić się »zawsze i nie ustawać« (por. Łk 18,1), pozwala on mieć nadzieję, że również dzisiaj »walka« tak trudna jak ta, która toczy się o pokój, może być zwycięska. Różaniec, daleki od tego, by być ucieczką od problemów świata, skłania nas, by patrzeć na nie oczyma odpowiedzialnymi i wielkodusznymi, i wyjednuje nam siłę, by powrócić do nich z pewnością co do Bożej pomocy oraz z silnym postanowieniem, by we wszelkich okolicznościach dawać świadectwo miłości, która jest »więzią doskonałości« (Koi 3, 14).(…)

         Patrzę na Was wszystkich, Bracia i Siostry wszelkiego stanu, na Was, rodziny chrześcijańskie, na Was, osoby chore i w podeszłym wieku, na Was, młodzi: weźcie znów ufnie do rąk koronkę różańca, odkrywając ją na nowo w świetle Pisma Świętego, w harmonii z liturgią, w kontekście codziennego życia. (…) Modlitwa różańcowa jest wielką pomocą dla naszego czasu. Sprowadza ona pokój i sumienie; wprowadza nasze życie w tajemnice Boże i sprowadza Boga do naszego życia”.

    Robert Bil

    źródła: Gottfried Hierzenberger, Otto Nedomansky:

    “Księga objawień maryjnych od I do XX wieku”,

    Warszawa 2003; Ewa Hanter: “Tyś wielką chlubą naszego narodu “,

    Toruń 2000; “Godzina różańca”, Sanktuarium Matki Bożej Fatimskiej

    w Zakopanem, 2003; Jan Paweł II: List apostolski “Rosarium Virginis Mariae”.

    Do biskupów, duchowieństwa i wiernych o różańcu świętym, Kraków 2002.

    dam/adonai.pl

    ______________________________________________________________________________________________________________

    8 sierpnia Kościół wspomina św. Dominika,

    któremu miała objawić się Maryja i dać radę, jak wybawić Europę

    Dziś wspomnienie św. Dominika. Miała objawić mu się Maryja i dać radę, jak wybawić Europę

    święty Dominik Guzman (fot. domena publiczna / commons.wikimedia.org)

    ***

    Kościół katolicki 8 sierpnia wspomina św. Dominika Guzmána, któremu przypisuje się upowszechnienie modlitwy różańcowej w zbliżonej formie do obecnej. Mimo że założony przez niego zakon kaznodziejski dominikanów liczy ponad 800 lat, w Polsce ma najwięcej kandydatów przygotowujących się do kapłaństwa.

    Powstanie modlitwy różańcowej w formie zbliżonej do znanej obecnie tradycja Kościoła przypisuje założycielowi zakonu dominikanów św. Dominikowi Guzmánowi ur. ok. 1171–1173.

    Objawienie maryjne św. Dominika

    Według tradycji Kościoła katolickiego, w 1214 r. objawiła mu się Matka Boża wskazując nabożeństwo Różańca Świętego jako środek wybawienia Europy od herezji albingensów. Sekta pojawiła się ok. 1200 r. a jej członkowie zaprzeczali głównym prawdom wiary katolickiej, m.in. Trójcy Świętej, wcieleniu Syna Bożego, odrzucali mszę św., małżeństwo i pozostałe sakramenty. Burzyli także chrześcijańskie kościoły i klasztory oraz niszczyli obrazy i krzyże.

    W związku z tym, że albingensi zarzucali mu, że ma majątek i prowadzi wystawne życie, Dominik postanowił prowadzić życie ewangeliczne na wzór Jezusa chodząc od wioski do wioski, aby wyjaśniać ludziom naukę Chrystusa. Papież Innocenty III zatwierdził tę formę pracy apostolskiej. Do Dominika dołączyło 11 cystersów, którzy postanowili prowadzić podobny tryb życia, co dało początek 1207 r. zakonowi kaznodziejów – dominikanów. Jego głównym celem było głoszenie słowa Bożego i zbawianie dusz. Zakon zatwierdził papież Honoriusz III 22 grudnia 1216 r. Kapituła generalna w Bolonii w 1220 r. zdecydowała, że zakon nie może posiadać na własność stałych dóbr, ale że ma żyć wyłącznie z ofiar. W ten sposób dominikanie dołączyli do rodziny zakonów mendykanckich (żebrzących), jakimi byli w XIII w. franciszkanie, augustianie, karmelici, trynitarze, serwici i minimi.

    Dominikański sposób życia był nowością w odniesieniu do wcześniej istniejących zakonów, które cechowało “stabilitas loci”, czyli stałość miejsca oraz zamknięcie. Ważne miejsce w duchowości dominikańskiej zajmuje studiowanie rozumiane jako poszukiwanie prawdy, które powinno prowadzić do troski o zbawienie bliźniego. Według św. Dominika, słowo Boże powinno się głosić całym sobą. Postawę tę potwierdza dominikańska dewiza, “contemplata aliis tradere” (nauczać innych tego, w czym jest się samemu zakorzenionym poprzez kontemplację). Poza tym, ważna elementem duchowości dominikańskiej jest równowaga pomiędzy aktywnością a życiem modlitwy.

    Papież Grzegorz IX kanonizował św. Dominika w roku 1234. Wśród najbardziej znanych dominikanów są m.in. św. Tomasz z Akwinu (doktor Kościoła), papież św. Pius V czy św. Katarzyna ze Sieny (doktor Kościoła i patronka Europy).

    Pierwsi polscy dominikanie

    Pierwszymi Polakami, którzy wstąpili do zakonu kaznodziejskiego jeszcze za życia św. Dominika, był św. Jacek i bł. Czesław. Założyli oni klasztory dominikańskie w najważniejszych miastach Polski i Czech. Prowadzili także misje w Prusach, na Litwie i Rusi. Do rozbiorów zakon był jedną z największych rodzin zakonnych w Polsce.

    Także dziś zakon dominikanów cieszy się dużą popularnością. W kraju jest blisko 450 dominikanów. Według danych przekazanych Konferencji Rektorów Wyższych Seminariów Duchownych Diecezjalnych i Zakonnych z października 2023 r. do kapłaństwa przygotowywało się w zakonie 59 mężczyzn. Na drugim miejscu za nimi byli salezjanie (49) a na trzecim paulini i Seminarium Redemptoris Mater (37).

    Cechą charakterystyczną niemal wszystkich polskich klasztorów dominikańskich jest codzienna msza św. z kazaniem odprawiana w samo południe oraz wspólnie odmawiana lub śpiewana w tradycyjny, gregoriański sposób Liturgia Godzin.

    Różaniec składający się z trzech części: radosnej, bolesnej i chwalebnej i z 15 tajemnic, zatwierdził po soborze trydenckim w roku 1569 papież Pius V. W 2002 r. papież Jan Paweł II listem apostolskim “Rosarium Virginis Mariae” dodał do różańca tajemnice światła, zapełniając lukę między dzieciństwem Pana Jezusa i Jego męką.

    Na modlitwę różańcową jako szczególnie skuteczną i miłą Bogu wskazywało wielu papieży, począwszy od Piusa X. Wielkim czcicielem różańca był m.in. papież Leon XIII, którego pontyfikat przypadał na lata 1878-1903. Napisał on 12 encyklik i dwa listy apostolskie poświęcone różańcowi. Papież Paweł VI w adhortacji “Marialis cultus” z 2 lutego 1974 r. wskazał na różaniec jako na modlitwę głęboko zakorzenioną w Biblii.

    W liście apostolskim “Rosarium Virginis Mariae” z 16 października 2002 r. papież Jan Paweł II nazwał różaniec “modlitwą o wielkim znaczeniu, przynoszącą owoce świętości”.

    “W powściągliwości swych elementów skupia w sobie głębię całego przesłania ewangelicznego, którego jest jakby streszczeniem” – zaznaczył papież. Podkreślił, że od młodzieńczych lat modlitwa ta miała ważne miejsce w jego życiu duchowym i zachęcał wszystkich do jej odmawiania.

    Jak wskazał, różaniec jest szczególnie skuteczną modlitwą o dar pokoju. Zachęcał, by różańcem modlić się w rodzinach.

    “Powrót do różańca w rodzinach chrześcijańskich ma być, w ramach szerzej zakrojonego duszpasterstwa rodzin, skuteczną pomocą, by zapobiec zgubnym następstwom tego kryzysu znamiennego dla naszej epoki” – pisał.

    Święto Matki Bożej Różańcowej Kościół katolicki obchodzi 7 października. Ustanowił je papież Pius V w 1572 r. na pamiątkę zwycięstwa wojsk Ligi Świętej, skupionej wokół Państwa Kościelnego, nad wojskami Imperium Osmańskiego, odniesionego pod Lepanto 7 października 1571 r.

    Deon.pl/źródło: PAP / tk

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Krótka historia różańca świętego według o. Amortha

    fot. screenshot – YouTube/Pixabay (Myriams-Fotos)

    ***

    Krótka historia różańca świętego według o. Amortha

    Wszystko zaczęło się w klasztorach. Tu od nie-pamiętnych czasów odmawiano sto pięćdziesiąt psalmów Dawidowych. Mnichom, a także ludowi, który nawiedzał klasztory, trudno było nauczyć się na pamięć każdego z nich. W związku z tym około roku 850 pewien mnich o irlandzkich korzeniach zaproponował, aby odmawiano zamiast nich sto pięćdziesiąt razy Ojcze nasz. I tak się stało. Wierni i mnisi skorzystali z rady irlandzkie-go duchownego i zaczęli odliczać powtórzenia Modlitwy Pańskiej na różne sposoby. Niektórzy posługiwali się stu pięćdziesięcioma kamykami, niektórzy sznurkami, a jeszcze inni węzłami.

    Z biegiem lat z węzłów i kamyków powstał różaniec. W XIII wieku mnisi cysterscy opracowali nową formę modlitwy, którą nazwali właśnie różańcem. Dlaczego? Po prostu porównywali ją do bukietu mistycznych róż ofiarowanych Maryi. Następnie św. Dominik rozpowszechnił różaniec, ogłaszając w 1214 roku, że nabożeństwo różańcowe jest pomocne w walce chrześcijan z herezjami.

    Tajemnice różańcowe w takiej postaci, w jakiej znamy je dzisiaj, jeszcze się wtedy nie ukształtowały. Nastąpiło to dopiero w XIII wieku. Różni teologowie od dawna uważali, że sto pięćdziesiąt psalmów to ukryte proroctwa o życiu Jezusa. W oparciu o studia nad psalmami opracowano psałterze naszego Pana, Jezusa Chrystusa, a tak-że hymny na cześć Maryi. Powstały cztery różne psałterze: sto pięćdziesiąt razy Ojcze nasz, sto pięćdziesiąt razy Pozdrowienie anielskie, sto pięćdziesiąt razy Chwała Jezusowi, sto pięćdziesiąt razy Chwała Maryi.

    Około roku 1350 ukształtowało się Zdrowaś Mario w takiej postaci, w jakiej znamy je dzisiaj. Stało się to dzięki zakonowi kartuzów, który połączył pozdrowienie archanioła Gabriela z pozdrowieniem św. Elżbiety oraz dodał „teraz i w godzinę śmierci naszej. Amen”.

    W XIV wieku cystersi, zwłaszcza we francuskim regionie Trèves, wprowadzili dodatkowe fragmenty wypowiadane po imieniu Jezus, aby objąć w tej modlitwie całe życie Chrystusa.

    Około połowy XIV wieku Enrico Kalkar, kar-tuz z Kolonii, wprowadził Ojcze nasz przed każdą dziesiątką Zdrowaś Mario. Ten sposób odmawiania różańca szybko rozpowszechnił się w całej Eu-ropie.

    Również w kartuzji w Trewirze na początku XV wieku Dominik Helion (zwany także Dominikiem z Prus lub Dominikiem z Trewiru) opracował różaniec, do którego dodał pięćdziesiąt ułożonych przez siebie formuł odnoszących się do wydarzeń związanych z życiem Jezusa Chrystusa. Formuły dodawał po każdym odmawianym Zdrowaś Mario, po słowach „błogosławiony owoc żywota twojego, Jezus”.

    Podobnie jak w propozycji Enrica Kalkara, wezwania Dominika z Prus były podzielone w grupy po dziesięć, przy czym każdą grupę poprzedzało Ojcze nasz.

    W latach 1435–1445 Dominik ułożył dla flamandzkich braci kartuzów odmawiających psałterz Maryi sto pięćdziesiąt formuł podzielonych na trzy grupy odwołujące się do ewangelicznych przekazów o dzieciństwie Chrystusa, Jego publicznej działalności i męce oraz zmartwychwstaniu.

    W 1470 roku dominikanin Alan de la Roche w porozumieniu z kartuzami, od których na-uczył się odmawiać różaniec, stworzył pierwszą konfraternię różańcową, szybko rozpowszechniając ten rodzaj modlitwy. Nazwał nowym różańcem formę obejmującą rozważania wewnątrz każdego Zdrowaś Mario, a starym różańcem – formę bez medytacji, w której odmawia się jedynie Zdrowaś Mario.

    Należy również wspomnieć o św. Piotrze z Werony, dominikaninie, który przyczynił się do wielkiej popularyzacji konfraterni maryjnych. Alan de la Roche ograniczył modlitwę różańcową do piętnastu tajemnic podzielonych na radosne, bolesne i chwalebne i – jak już wspomniałem – dopiero Jan Paweł II, wielki apostoł modlitwy różańcowej, w liście apostolskim Rosarium Virginis Mariae wprowadził tajemnice światła streszczające publiczne życie Jezusa.

    Dominikanie byli wielkimi głosicielami modlitwy różańcowej na świecie. Stworzyli liczne bractwa różańcowe, wśród których należy wy-mienić Konfraternię Różańca założoną w 1470 roku, Konfraternię Różańca Nieustającego, zwaną także Godziną Czuwania, założoną w 1630 roku przez ojca Tymoteusza Ricciego (inicjatywa polegała na tym, aby odmawiać różaniec przez wszystkie godziny dnia i nocy we wszystkie dni roku) oraz Konfraternię Żywego Różańca założoną w 1826 roku przez Paulinę Jaricot.

    Od średniowiecznej formuły różańca odchodzono stopniowo w okresie renesansu. Ostateczną formę różaniec uzyskał w 1521 roku za sprawą dominikanina Alberta de Castella.

    Święty Pius V, również dominikanin, był pierwszym papieżem różańcowym. W 1569 roku opisał owoce zebrane przez św. Dominika dzięki tej modlitwie i zachęcał wszystkich chrześcijan, aby ją odmawiali. Leon XIII ze swoimi dwunasto-ma encyklikami poświęconymi różańcowi był drugim papieżem różańcowym.

    Od roku 1478 do dnia dzisiejszego powstało ponad dwieście dokumentów papieskich poświęconych różańcowi.

    W kilku objawieniach sama Matka Boża wskazała modlitwę różańcową jako najbardziej potrzebną ludzkości. W czasie objawienia w Lourdes w 1858 roku miała długi sznur różańca na ramieniu. W 1917 roku w Fatimie, podobnie jak w ostatnich latach w Medjugorje, Matka Boża zachęcała, aby odmawiać różaniec codziennie.

    O. Gabriele Amorth

    Esej pochodzi z książki “Mój różaniec” o. Gabriele Amortha wydanej nakładem wydawnictwa Esprit

    Fronda.pl

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Dusze zmarłych? Są bliżej niż myślimy!

    fot. via: Pixabay

    ***

    Dusze zmarłych? Są bliżej niż myślimy!

    Śmierć człowieka otacza obłok tajemnicy. Odczuwa ją umierający, a najbliżsi zmarłego zadają sobie pytania: “Co się stało z tym, którego kochaliśmy? Co ze mną będzie po śmierci?”.

    Jedyną odpowiedź na te najważniejsze pytania daje Jezus: “Kto we Mnie wierzy, ma życie wieczne” (J 6, 47). Jest życie wieczne, jest niebo, które On nam otworzył swoją męką i zmartwychwstaniem, jest Jego nauka, jak to niebo osiągnąć, oraz są przestrogi przed utratą życia wiecznego. Chrystus mówi nam, że przez próg śmierci przechodzimy do nowego życia, gdzie wszystko ma wymiar duchowy, gdzie nie ma przestrzeni, materii, czasu, cierpienia i strachu, natomiast wszystkim we wszystkich jest Bóg – Miłość i Światłość odwieczna i wiekuista.

    Ażeby przybliżyć człowiekowi prawdę o rzeczach ostatecznych, które go czekają, a przede wszystkim by złagodzić ten naturalny lęk przed śmiercią albo niewiedzę o losach bliskich zmarłych, Bóg udziela czasem daru kontaktowania się żywych z umarłymi. Dzieje się to jednak rzadko i tylko wtedy, gdy w planach Bożych ma z tego wyniknąć wielkie dobro.

         Współcześnie taki dar – a nawet misję – otrzymała Maria Simma, zmarła w roku 2004 mieszkanka małej szwajcarskiej wioski Sonntag w Alpach.

         Maria pochodziła z licznej rodziny, w której się nie przelewało, więc dzieci wcześnie musiały pójść do pracy. Po ukończeniu szkoły ludowej dziewczyna pragnęła wstąpić do zakonu; trzykrotnie próbowała w różnych klasztorach, lecz wszędzie odmawiano jej przyjęcia ze względu na jej słabe zdrowie. Mając od dziecka bardzo żywe nabożeństwo do Matki Bożej, złożyła prywatny ślub czystości i oddała Jej dalszą drogę swego życia, pragnąc służyć Jej przez modlitwę i ofiarę w intencji dusz czyśćcowych. Po śmierci rodziców zamieszkała sama w domu rodzinnym w Sonntagu, pracując na bardzo skromne utrzymanie.

         Pewnej nocy w 1940 r. Maria nagle się obudziła i dostrzegła obcego mężczyznę chodzącego po jej pokoju. Na pytanie, kim jest, nie otrzymała od przybysza żadnej odpowiedzi. Ponieważ Simma była z natury odważna, momentalnie wyskoczyła z łóżka, chcąc schwytać intruza, lecz jej ręce trafiły w próżnię; wtedy zrobiło się jej nieswojo. W tej samej chwili zjawa znikła. Zaraz rano kobieta opowiedziała widzenie swemu spowiednikowi; ten radził jej w takich momentach pytać: “Czego potrzebujesz, czego chcesz ode mnie?”. Następnej nocy tajemniczy mężczyzna znów się pojawił. Na pytanie Marii odpowiedział: “Postaraj się o trzy Msze święte, a będę wybawiony”.

         Tak się zaczęła współpraca Marii z duszami pokutującymi w czyśćcu. Przez kilkanaście lat zjawiały się u niej w liczbie kilku rocznie. Proboszcz i spowiednik Marii, ks. Alfons Matt, którego kobieta informowała o każdej prośbie kierowanej do niej z zaświatów, polecał jej, aby żadnej duszy nie odrzucała, ale żeby starała się spełnić jej życzenie.

    W 1954 r. – a był to rok maryjny – dusze zaczęły przychodzić do Marii już co noc. Gdy ten rok minął, zjawiały się znowu rzadziej, ale najczęściej w pierwszą sobotę miesiąca, w święta Matki Bożej, w wielkim poście (szczegółnie w Wielkim Tygodniu), a także w listopadzie oraz w adwencie. Każdy kontakt duszy czyśćcowej z Mafią Simmą był szczególnym darem Bożym, uzyskanym przez Matkę Bożą dla danej duszy. To, co dusze mogły powiedzieć Marii Simmie, też było darem Bożym; wprawdzie wizjonerka nie mogła ich wypytywać sama, ale przez długie lata tych kontaktów uzyskała bogatą wiedzę i doświadczenie w sprawach czyśćcowych. Nie wolno jej jednak było przywoływać dusz z czyśćca: “Przychodzą po prostu, kiedy Pan Bóg im pozwoli postarać się o szybsze wybawienie” – wyjaśniała Maria. Wynika z tego, że wszelkie przywoływanie duchów, seanse spirytystyczne itp. nie są po myśli Bożej i należy się ich całkowicie wyrzec. Duchy, które mogą się w nich pojawiać, to duchy złe, podszywające się pod osoby zmarłe.

         Natomiast Simma przekonała się, że “dusze czyśćcowe wiedzą o nas i o tym, co się dzieje, więcej, niż myślimy. Wiedzą na przykład o tym, kto bierze udział w pogrzebie i czy się modli, czy tylko idzie, aby inni go widzieli. Wiedzą, kto wysłuchał za nie Mszy św., bo dla umarłego pobożne wysłuchanie Mszy św. ma większe znaczenie aniżeli towarzyszenie zwłokom na cmentarz. Wiedzą również dusze czyśćcowe, co się o nich mówi i co się dla nich robi. Są bliżej nas, niż myślimy; są całkiem blisko nas”.

         Na pytanie, jak i za co dusze cierpią w czyśćcu najbardziej, Simma daje następujące wyjaśnienie: “Jest tyle różnych rodzajów czyśćca co dusz. Każdą duszę trapi tęsknota za Bogiem i to powoduje najboleśniejsze cierpienia ze wszystkich. Poza tym każda dusza jest tak karana, jak grzeszyła (…). Grzechy przeciwko miłości, oszczerstwo, zniesławienie, brak pojednania się, kłótnie z powodu chciwości i zazdrości są w wieczności bardzo karane (…). Jak często grzeszy się bezlitosnymi wypowiedziami i płochymi sądami o drugich (…). Słowo może zabić – słowo może uzdrowić”. Do nieba może wejść tylko czysta miłość.

         “Co się dzieje z samobójcami? Są oni najczęściej niepoczytalni w chwili, gdy odbierają sobie życie. Przeważnie więcej winy ponoszą ci, którzy ich do samobójstwa doprowadzili”. A najlepszy sposób, aby się do piekła nie dostać, to pokora.

         Pomimo wielkich cierpień doznawanych w czyśćcu “żadna dusza nie chciałaby wrócić na ziemię i nadal żyć, ponieważ ma ona poznanie, o którym my nie mamy pojęcia. Dusze pokutujące w czyśćcu pragną oczyszczenia. Czy możemy sobie wyobrazić dziewczynę, która odważyłaby się przyjść na pierwszy bal w brudnej sukience i nie uczesana? Dusza w miejscu oczyszczenia – czyli w czyśćcu – ma tak świetlane pojęcie o Bogu, że przedstawia się jej w oślepiającej piękności. Żadna siła nie zdołałaby jej zmusić, aby stanęła przed Jego Obliczem, jeżeli najdrobniejsza skaza nie została z niej jeszcze zmazana. Tylko doskonale czysta odważy się stanąć przed Bogiem, aby oglądać Go twarzą w twarz”.

         Dusze ukazujące się Marii Simmie prosiły przede wszystkim o Msze św., modlitwę, ale także o zwrócenie się do ich bliskich z przestrogą, z prośbą o ofiary lub o wyrównanie krzywd. Z czasem zaczęły też prosić o przyjęcie cierpień za nie. Gdy wizjonerka się na to zgadzała, przeżywała godziny wielkich cierpień fizycznych; po ich upływie wracała do normalnego samopoczucia i mogła pójść rano do pracy. Ten rodzaj wspierania dusz pokutujących stał się dominującym nurtem misji Marii Simmy. Poznała, jak wielką wartość ma modlitwa i cierpienie ofiarowywane Bogu tu na ziemi w intencji zmarłych. Kilka godzin cierpień Marii skracało komuś czyściec o kilkadziesiąt lat. Dusze pokutujące z tej perspektywy żałują każdej okazji do cierpienia, której nie wykorzystały na ziemi, aby ją Bogu ofiarować w duchu pokuty.

         Wszystkie prośby dusz i informacje od nich uzyskane Maria przekazywała swemu proboszczowi, ks. Mattowi, bardzo troskliwie czuwającemu nad misją duchową, którą Bóg obdarzył jego penitentkę. Przekonując się, jak dobroczynne to zadanie dla dusz poku tujących w czyśćcu, a równocześnie jaki ma ono walor ewangelizacyjny dla ich rodzin, kapłan zgodził się, aby Simma wygłaszała odczyty o czyśćcu po okolicznych parafiach. Ludzie się o to dopominali, a dusze czyśćcowe popierały tę akcję, bo

         Wielekroć dusze przychodzące do Marii Simmy mówiły o roli Matki Bożej w wypraszaniu im skrócenia lub złagodzenia cierpień czyśćcowych. Matce Bożej należy się tytuł Matki Miłosierdzia Dusz Czyśćcowych – stąd tak cenna dla nich jest modlitwa różańcowa. Jedna dusza objawiająca się powiedziała Simmie, że Matka Boża upomina się o wybudowanie kaplicy ku Jej czci na rozstaju, gdzie kiedyś już kapliczka stała. Gdy przeprowadzano nową drogę, starą kapliczkę zniesiono, a o postawieniu nowej zapomniano. Matka Boża przypomina o konieczności jej postawienia, wyrażając też życzenie, aby znajdował się w niej obraz przedstawiający Ją jako Matkę Miłosierdzia Dusz Czyśćcowych. Obraz ma być piękny. Krótko potem Simmę odwiedził ksiądz z Polski. Gdy Maria opowiedziała mu o życzeniu Matki Bożej, kapłan podjął się znalezienia malarza i pokrycia kosztów.

         Obraz namalował Adolf Hyła z Krakowa, autor obrazu Jezusa Miłosiernego w Łagiewnikach. W maju 1959 r. obraz ikaplica w Sonntagu zostały poświęcone i są teraz miejscem pielgrzymek oraz modlitw za dusze w czyśćcu. 

    Teresa Tyszkiewicz/Maria Simma “Moje przeżycia z duszami czyśćcowymi”

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Słowo z mocą

    Czy Kościół katolicki zabraniał czytania Pisma Świętego?

    „Nieznajomość Pisma Świętego jest nieznajomością Chrystusa” – mawiał św. Hieronim.

    fot. Henryk Przondziono/Gość Niedzielny

    ***

    Młody mężczyzna miał wrażenie, że stoi przed sądem Boga. „Zapytany o stan swój, odpowiedziałem, że jestem chrześcijaninem. A ów, który siedział na przedzie, rzekł: »Kłamiesz! Jesteś cyceronianinem, nie chrześcijaninem«” – wspominał w jednym z listów Hieronim.

    Istotnie, ten doskonale wykształcony człowiek był tak zafascynowany literaturą łacińską, że pisma biblijne w porównaniu z dziełami Cycerona i innych pisarzy rzymskich wydawały mu się szorstkie i słabe. Tego dnia jednak wszystko się zmieniło. Nadprzyrodzona wizja tak poruszyła przyszłego świętego, że całe jego dalsze życie było służbą słowu Bożemu.

    W roku 382 papież Damazy poprosił Hieronima o uporządkowanie i ujednolicenie istniejących już przekładów na łacinę Nowego Testamentu i psalmów. Powstawały one na potrzeby różnych gmin chrześcijańskich, różna też była ich jakość. Z reguły były tłumaczone z języka greckiego. Dotyczyło to także Starego Testamentu, który najczęściej stanowił tłumaczenie na łacinę tzw. Septuaginty, czyli przekładu greckiego z III–II wieku przed Chr.

    Hieronim znał doskonale nie tylko grecki, lecz także hebrajski, czyli język oryginalnych tekstów Starego Testamentu. 1640 lat temu przystąpił do dzieła, którego zakres okazał się daleko większy od zakładanego, stał się bowiem w dużej części tłumaczeniem własnym i objął niemal całą Biblię. Dokonane przez Hieronima tłumaczenie pozostało na wiele wieków podstawowym tekstem biblijnym Kościoła zachodniego. Z tego względu nazwano je Wulgatą (od łacińskiego vulgata – rozpowszechniona).

    Praca nad jednolitym tłumaczeniem Biblii na łacinę zajęła Hieronimowi 16 lat. Nie od razu jednak Wulgata stała się powszechnym tekstem Kościoła łacińskiego. Poszczególne Kościoły lokalne były przyzwyczajone do własnych tłumaczeń, dlatego proces ujednolicenia trwał do VIII wieku. Nawet wówczas jednak przepisywanie ksiąg Pisma Świętego i tłumaczenie ich na języki narodowe nie były objęte kontrolą Kościoła. Dopiero w XII wieku, wskutek pojawienia się heretyckich ruchów katarów (albigensów) i waldensów, Kościół we Francji i Hiszpanii, a potem częściowo w Niemczech zaczął wprowadzać ograniczenia w stosowaniu przekładów.

    Popyt biblijny

    Pod koniec XV wieku z pras drukarskich zeszło wiele wydań Biblii po łacinie i w językach narodowych. Nie było jeszcze wtedy żadnych przepisów kościelnych dotyczących publikowania tej formy tekstów świętych. Szybko jednak okazało się, że druk niesie wielkie możliwości, także w szerzeniu herezji. Wtedy Kościół zaczął cenzurować księgi, które miały być wydane. Pierwsze obostrzenia na niewielką terytorialnie skalę wprowadzono na niektórych obszarach Hiszpanii i Niemiec i dotyczyły one druku Biblii w językach narodowych.

    W miarę narastania prądów reformacyjnych Kościół zaczął reagować „przykręcaniem śruby”. Papież Leon X w 1515 roku zobowiązał biskupów i inkwizytorów do czytania książek przed ich wydrukowaniem. Każda z nich musiała być sygnowana nazwiskiem autora i zaopatrzona w adres wydawniczy. Biblia w językach narodowych mogła zostać wydrukowana tylko za zgodą władz kościelnych. Ksiądz profesor Rajmund Pietkiewicz w opracowaniu „Czy Kościół katolicki zabraniał czytania Biblii?” podkreśla, że nie same tłumaczenia były powodem restrykcji, lecz szerzone za ich pośrednictwem błędy doktrynalne. „Wolno było czytać Pismo Święte, ale zawsze z prawowiernym wyjaśnieniem, które odpowiadałoby poziomowi intelektualnemu czytelników” – zaznacza teolog. Wskazuje, że obiegowe opinie o masowym paleniu książek, także Biblii, i o zakazie czytania Pisma Świętego nie znajdują potwierdzenia w danych na temat liczby i zakresu edytorstwa w okresie poprzedzającym reformację. Znamienne, że Biblia Gutenberga, pierwsza księga wydawana drukiem w latach 1455–1446, to właśnie Wulgata. Rok później ukazał się Psałterz moguncki, a potem tzw. Biblia 36-wierszowa, po niej natomiast, w 1462 roku, tzw. Biblia 48-wierszowa. W sumie do roku 1500 wydrukowano 94 wydania całej Biblii w tłumaczeniu św. Hieronima, co w przybliżeniu oznacza 47 tys. sztuk. Jak na ówczesne standardy to wiele.

    Dlaczego akurat Biblia była pierwszą wydrukowaną księgą? Ksiądz Rajmund Pietkiewicz przypuszcza, że właśnie Biblia łacińska mogła zapewnić Gutenbergowi sukces ekonomiczny, co wyraźnie wskazuje na duży popyt na Pismo Święte i chęć jego czytania w tamtych czasach.

    Nakazy, zakazy

    W obliczu zamieszania wywołanego reformacją Sobór Trydencki ogłosił autentyczność Wulgaty w sprawach wiary i moralności. Oznaczało to, że Wulgata nie zawiera żadnego błędu dotyczącego wiary i moralności, ale nie wykluczało jednocześnie istnienia niedokładności formalnych w stosunku do Biblii hebrajskiej i greckiej. Odtąd to przede wszystkim Wulgatą należało się posługiwać w trakcie dysput i w głoszeniu kazań. „Ponadto święty synod (…) orzeka więc i postanawia, ażeby na przyszłość Pismo Święte, a zwłaszcza to stare i rozpowszechnione wydanie, było jak najbardziej starannie drukowane” – brzmiał oficjalny dekret Soboru Trydenckiego z 8 kwietnia 1546 roku. Wyrażenie „a zwłaszcza” wskazuje, że sobór nie odrzucił możliwości publikowania innych tłumaczeń.

    W postanowieniach soborowych znalazł się też zakaz komentowania Pisma Świętego „wbrew jednomyślnej opinii ojców”. Nakazano także „słuszny umiar” wydawcom, którzy „drukują cokolwiek bez zezwolenia przełożonych Kościoła, same nawet księgi Pisma Świętego z adnotacjami w nich i z czyimikolwiek bez różnicy wyjaśnieniami”. Za złamanie tych przepisów drukarzom groziła kara anatemy i grzywny, podobnie tym, którzy by rozpowszechniali księgi nieposiadające zezwoleń kościelnych. „Z kolei ich posiadacze lub czytelnicy, jeśli nie ujawnią ich autorów, sami zostaną za nich uznani” – ostrzegał dekret.

    Jak wskazuje ks. Pietkiewicz, było to równoznaczne z wprowadzeniem cenzury kościelnej i zobowiązaniem do uzyskania zgody na druk książek religijnych.

    Indeks

    Jeszcze w czasie trwania soboru papież Paweł IV opublikował Indeks Ksiąg Zakazanych. Był to wykaz dzieł, które Kościół uznał za niebezpieczne dla życia duchowego katolików. Oprócz licznych utworów literackich znalazły się tam wydania Biblii, które nie miały wyraźnej zgody Kongregacji Świętej Inkwizycji. Pius IV w 1564 roku wydał Konstytucję Pascendi dominici gregis, która wymieniała dziesięć reguł dotyczących Indeksu. Dwie z nich dotyczyły Pisma Świętego. Zdecydowano tam, że niekatolickie przekłady Starego Testamentu mogą czytać – za zezwoleniem biskupa – tylko katolicy wykształceni i pobożni. Czytania niekatolickich przekładów Nowego Testamentu zakazano całkowicie. Z kolei kto chciał czytać albo tylko posiadać Biblię katolicką w języku narodowym, musiał, po konsultacji z proboszczem lub spowiednikiem, otrzymać pozwolenie biskupa bądź inkwizytora. Kilkadziesiąt lat później papież prawo rozpatrywania takich próśb zarezerwował dla Stolicy Apostolskiej.

    Stanowisko Kościoła dotyczące prywatnej lektury Pisma Świętego złagodził Benedykt XIV. W 1753 roku pozwolił na lekturę przekładów narodowych, jeśli posiadają one aprobatę Stolicy Apostolskiej albo są w nich odpowiednie noty wyjaśniające.

    W 1900 roku Leon XIII zezwolił na korzystanie przez wiernych z tłumaczeń Biblii w językach narodowych, o ile zostały one zatwierdzone przez Stolicę Apostolską. Wciąż jednak istniał praktyczny zakaz sięgania po wydania niekatolickie.

    Pius X w 1907 roku zaostrzył cenzurę wydawnictw dotyczących spraw wiary. Publikowane mogły być tylko te, które otrzymały imprimatur i nihil obstat.

    Wiele zmienił pontyfikat Piusa XII. W encyklice Divino afflante Spiritu papież wezwał wszystkich wiernych do korzystania z Biblii, a nawet ich do tego zobowiązał. Zaapelował także o tworzenie nowych przekładów Biblii, w tym z języków oryginalnych.

    Koniec z „ochroną”

    W 1966 roku Paweł VI zniósł Indeks Ksiąg Zakazanych. Rok wcześniej Sobór Watykański II w konstytucji Dei verbum z 1965 roku wskazał na konieczność korzystania z Pisma Świętego w duszpasterstwie. Stwierdzono tam, że potrzebne są „dobre przekłady, przede wszystkim z oryginalnych tekstów ksiąg świętych”. Została wówczas przełamana trwająca od reformacji strategia chronienia wiernych przed bliskim i stałym kontaktem z tekstem biblijnym. Co więcej, dokument otworzył drogę do tworzenia tłumaczeń wspólnie z przedstawicielami innych wyznań, dzięki czemu „będą mogły być używane przez wszystkich chrześcijan”.

    Od tamtej pory w wielu katolickich środowiskach inspirowanych wiarą rodzi się praktyka codziennej lektury Pisma Świętego, a życie słowem Bożym nie jest dla tych ludzi pustym frazesem, lecz podstawą podejmowanych wyborów.

    „Nieznajomość Pisma Świętego jest nieznajomością Chrystusa” – to stwierdzenie św. Hieronima potwierdza się dziś z całą wyrazistością.•

    Co to znaczy?

    Nihil obstat (z  łac. nic nie przeszkadza) to informacja, że tekst jest zgodny z doktryną Kościoła i wolny od błędów moralnych, nie ma więc przeszkód, aby go opublikować. Stwierdza to wyznaczony przez biskupa cenzor diecezji, w której wydawana jest dana pozycja. Przed wydaniem nihil obstat cenzor wskazuje autorowi ewentualne błędy w celu ich usunięcia. Imprimatur (z łac. wolno drukować) jest urzędowym aktem przełożonego kościelnego, w którym wyraża on zgodę na druk książek bądź wszelkiego rodzaju czasopism katolickich, które takiego pozwolenia wymagają. Wydanie imprimatur zazwyczaj wymaga uprzedniej pozytywnej oceny cenzora, czyli nihil obstat. W razie odmowy wydania imprimatur, należy ją uzasadnić.

    Franciszek Kucharczak/Gość Niedzielny

    ______________________________________________________________________________________________________________

    80 lat temu – wtorek 1 sierpnia 1944 roku,

    dowódca Armii Krajowej gen. Tadeusz Komorowski „Bór”

    wydał decyzję o rozpoczęciu powstania w Warszawie,

    które trwało 63 dni

    78 lat temu w Warszawie wybuchło powstanie - największa akcja zbrojna podziemia w okupowanej przez Niemców Europie
    Pomnik małego powstańca/ fot.Henryk Przomdziono/Gość Niedzielny

    ________________________________________________________________________________

    Figura Chrystusa sprzed kościoła Św. Krzyża i zaskakujące “proroctwo” niemieckich żołnierzy

    Figura Chrystusa sprzed kościoła Św. Krzyża i zaskakujące "proroctwo" niemieckich żołnierzy

    zdjęcie leżącego na bruku Chrystusa pokazali ks. Wyszyńskiemu niemieccy żołnierze/Wikipedia

    ***

    Figura Chrystusa dźwigającego krzyż stanęła przed kościołem na Krakowskim Przedmieściu w 1858 r. Była świadkiem wielu historycznych wydarzeń. W tym roku mija 75 lat od jej powrotu na schody bazyliki.

    Pomysłodawcą ustawienia rzeźby na balustradzie schodów świątyni był hrabia Andrzej Zamoyski. Z zamówieniem zwrócił się do popularnego wówczas rzeźbiarza – Andrzeja Pruszyńskiego, autora licznych posągów i grobowców na warszawskich cmentarzach oraz epitafium Fryderyka Chopina we wnętrzu bazyliki św. Krzyża. Artysta przedstawił Chrystusa upadającego pod krzyżem w drodze na Golgotę. Była to pierwsza rzeźba polskiego dłuta w czasie carskiej niewoli w Warszawie. 

    Mało kto wie, że rzeźbę początkowo wykonano z cementu. Mało trwały materiał pod wpływem warunków atmosferycznych kruszył się i pękał. Był też łatwym celem dla wandali. Cała stolica była oburzona, gdy w 1887 r. kilku pijanych po raz kolejny uszkodziło rzeźbę. Przyspieszyło to decyzję, by odlać ją z brązu. Na łamach “Wędrowca” ukazał się apel o zbiórkę funduszy na ten cel. Wykonania odlewu podjął się najwybitniejszy ówczesny rzeźbiarz polski Józef Pius Weloński. Pracował w Rzymie i tam też odlał nowy posag, umieszczając na kopii figury autorstwa Pruszyńskiego swój podpis. Rzeźbę ponownie ustawiono na schodach świątyni 2 listopada 1898 r. na nowym cokole z czarnego granitu, zaprojektowanym przez Stefana Szyllera z wygrawerowanym złoconym napisem “Sursum Corda” (“W górę serca”).

    Cementową figurę Chrystusa przewieziono do Kruszyny i umieszczono na grobowcu Lubomirskich. Obecnie znajduje się ona przed tamtejszym kościołem parafialnym św. Macieja Apostoła.

    We wrześniu 1944 wskutek detonacji Goliatów brązowa figura Chrystusa upadła na bruk ulicy, ręką wskazując na napis na cokole: “Sursum corda”. W swoich wspomnieniach z Powstania Warszawskiego wydarzenie to przytacza ks. Stefan Wyszyński.

    „Mam (…) w pamięci zdarzenie, które przeżyłem wkrótce po upadku Powstania Warszawskiego. Do wojskowego szpitala frontowego koło Izabelina, wróciła grupa oficerów niemieckich – lekarzy, którzy tam pracowali. Jeden z nich zatrzymał mnie, gdy biegłem od jednego chorego do drugiego. Wyciągnąwszy z kieszeni jakąś fotografię, gwałtem niemal kazał mi ją oglądać. Rzuciłem okiem. Niezwykłe wydało mi się to spotkanie i swoisty przymus żołnierza niemieckiego. Spieszyło mi się bardzo, mnóstwo chorych i cierpiących czekało. A on swoje: Zobacz – powiada – zobacz. Przyglądam się więc – i cóż widzę? Chrystus z frontonu kościoła Świętego Krzyża w Warszawie, leżący na bruku ulicznym. Zdjęcie zrobione od strony Kopernika. Chrystus, leżący na bruku warszawskim, dłonią – przedziwnym zbiegiem okoliczności zachowaną – pokazywał w kierunku kościoła. Dłoń ta kierowała się na napis, który pozostał nietknięty na cokole: «Sursum Corda». Patrzyłem, ale jeszcze nie mogłem zrozumieć żołnierza: Czego ode mnie chciał? Co go w tym uderzyło? W pewnym momencie z ust jego wyrywają się słowa, od których niemal odzwyczaiło się nasze ucho, dawno już ich nie słyszeliśmy: «Ist noch Polen nicht verloren – Jeszcze Polska nie zginęła». Zdumiałem się. Po chwili podeszło bliżej jeszcze kilku oficerów. Spojrzałem na nich pytającym wzrokiem… Jeden z nich zawołał: «Sursum corda! Sursum corda!»… Było to na kilka miesięcy przed wyjściem [tej]  «zwycięskiej armii» z powalonej Warszawy. Zdarzeniem tym byłem dogłębnie wstrząśnięty. Niewątpliwie i ja to wiedziałem. Niewątpliwie i ja tak wierzyłem. Ale nie przypuszczałem, że w chwilach smutku i tragizmu naszego Narodu, będę miał taką pociechę – i to z pomocą ludzi, których uważaliśmy za nieprzyjaciół. Tymczasem ich właśnie uderzyło to «Sursum corda». Na warszawskim bruku zburzonego miasta, zamienionego w popioły i zgliszcza – pozostał Chrystus. Obalony wprawdzie, niemocny, leżący na swym krzyżu, ale dłonią pokazujący zburzonej stolicy niebo, aby nie przestała wierzyć, iż może się odrodzić. Jednego tylko potrzeba – nadziei! «Sursum corda, w górę serca!»”

    – Wydarzenie to ks. Wyszyński odczytał symbolicznie, jako palec Bożej Opatrzności, która czuwa nad miastem – mówi ks. Piotr Rutkowski z parafii św. Krzyża.

    Zniszczoną figurę 22 października 1944 Niemcy wywieźli z Warszawy, jednak wraz z pomnikiem Mikołaja Kopernika porzucili w przydrożnym rowie w Hajdukach Nyskich. Rozpoznali ją polscy żołnierze i oba pomniki wróciły do Warszawy. Posąg Chrystusa ponownie stanął przed kościołem 19 lipca 1945, poświęcony w obecności prezydenta RP Bolesława Bieruta i przedstawicieli rządu przybyłych na odsłonięcie pomnika Mikołaja Kopernika.

    Losy figury zostały przypomniane przez Jana Pawła II na pl. Zwycięstwa podczas jego pierwszej pielgrzymki do ojczyzny 2 czerwca 1979. Papież powiedział wówczas w homilii:

    (…) Nie sposób zrozumieć dziejów narodu polskiego – tej wielkiej tysiącletniej wspólnoty, która tak głęboko stanowi o mnie, o każdym z nas — bez Chrystusa. Jeślibyśmy odrzucili ten klucz dla zrozumienia naszego narodu, narazilibyśmy się na zasadnicze nieporozumienie. Nie rozumielibyśmy samych siebie. Nie sposób zrozumieć tego narodu, który miał przeszłość tak wspaniałą, ale zarazem tak straszliwie trudną — bez Chrystusa. Nie sposób zrozumieć tego miasta, Warszawy, stolicy Polski, która w roku 1944 zdecydowała się na nierówną walkę z najeźdźcą, na walkę, w której została opuszczona przez sprzymierzone potęgi, na walkę, w której legła pod własnymi gruzami, jeśli się nie pamięta, że pod tymi samymi gruzami legł również Chrystus-Zbawiciel ze swoim krzyżem sprzed kościoła na Krakowskim Przedmieściu”.

    Słowa papieskiej homilii wygrawerowane są na Ołtarzu Ojczyzny, który znajduje się w bazylice.

    Sama bazylika to ponad trzysta lat historii naszego kraju. Tu spoczywają serca Fryderyka Chopina i Władysława Reymonta. Tu złożono szczątki księcia Adama Czartoryskiego. Tu odbywały się egzekwie pogrzebowe księcia Józefa Poniatowskiego, a na organach w św. Krzyżu grał Stanisław Moniuszko. Z bazyliki św. Krzyża w każdą niedzielę nadawane są Msze św. radiowe. W tym roku mija 75 lat od powrotu figury na schody bazyliki.

    Agata Ślusarczyk/Gość Niedzielny 30.07.2020/wiara.pl

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Wyjątkowe proroctwo dla Polski! Niemcy pokazali prymasowi Wyszyńskiemu jedno zdjęcie

    Figura Chrystusa niosącego krzyż, znajdująca się na Krakowskim Przedmieściu bez wątpienia jest jednym z najbardziej wymownych symboli II wojny światowej i Powstania Warszawskiego. W cyfrowym archiwum fotografii zebranych przez Ministerstwo Informacji i Dokumentacji rządu RP na emigracji znajduje się fotografia z adnotacją w języku angielskim, z której wynika, że „w zrujnowanej Warszawie posąg Chrystusa, w cudowny sposób pozostał nietknięty”. Na tym jednak symbolika związana z monumentem się nie skończyła. Niesamowitą historię przytacza w swoich wspomnieniach z Powstania Warszawskiego ksiądz Stefan Wyszyński, późniejszy kardynał – Prymas Polski.

    ***

    To jeden z symboli Powstania Warszawskiego. Chrystus niosący Krzyż – figura sprzed kościoła św. Krzyża w Warszawie. Postawiono ją w 1858 roku, na kilka lat przez wybuchem Powstania Styczniowego. Fundatorem był Andrzej Zamoyski, który niedaleko miał swój „dom”, duży budynek czynszowy. To z okna jednego z mieszkań Moskale na bruk wyrzucili fortepian Chopina – historię i burzliwe losy figury Chrystusa przybliża na łamach portalu niezalezna.pl Tomasz Łysiak

    Figura stała na swoim miejscu nietknięta aż do września 1944. Wówczas wskutek detonacji Goliatów (samobieżnych min niemieckich) pomnik upadł na bruk w taki sposób, że Chrystus wskazywał dłonią napis „Sursum corda” (łac. w górę serca) znajdujący się na cokole.

    W swoich wspomnieniach z czasów Powstania Warszawskiego prymas Wyszyński opisał niezwykłe wydarzenie związane z tym pomnikiem.

    „Mam (…) w pamięci zdarzenie, które przeżyłem wkrótce po upadku Powstania Warszawskiego. Do wojskowego szpitala frontowego koło Izabelina, wróciła grupa oficerów niemieckich – lekarzy, którzy tam pracowali. Jeden z nich zatrzymał mnie, gdy biegłem od jednego chorego do drugiego. Wyciągnąwszy z kieszeni jakąś fotografię, gwałtem niemal kazał mi ją oglądać. Rzuciłem okiem. Niezwykłe wydało mi się to spotkanie i swoisty przymus żołnierza niemieckiego. Spieszyło mi się bardzo, mnóstwo chorych i cierpiących czekało. A on swoje: Zobacz – powiada – zobacz. Przyglądam się więc – i cóż widzę? Chrystus z frontonu kościoła Świętego Krzyża w Warszawie, leżący na bruku ulicznym. Zdjęcie zrobione od strony Kopernika. Chrystus, leżący na bruku warszawskim, dłonią – przedziwnym zbiegiem okoliczności zachowaną – pokazywał w kierunku kościoła. Dłoń ta kierowała się na napis, który pozostał nietknięty na cokole: «Sursum Corda». Patrzyłem, ale jeszcze nie mogłem zrozumieć żołnierza: Czego ode mnie chciał? Co go w tym uderzyło? W pewnym momencie z ust jego wyrywają się słowa, od których niemal odzwyczaiło się nasze ucho, dawno już ich nie słyszeliśmy: «Ist noch Polen nicht verloren – Jeszcze Polska nie zginęła». Zdumiałem się. Po chwili podeszło bliżej jeszcze kilku oficerów. Spojrzałem na nich pytającym wzrokiem… Jeden z nich zawołał: «Sursum corda! Sursum corda!»… Było to na kilka miesięcy przed wyjściem [tej]  «zwycięskiej armii» z powalonej Warszawy. Zdarzeniem tym byłem dogłębnie wstrząśnięty. Niewątpliwie i ja to wiedziałem. Niewątpliwie i ja tak wierzyłem. Ale nie przypuszczałem, że w chwilach smutku i tragizmu naszego Narodu, będę miał taką pociechę – i to z pomocą ludzi, których uważaliśmy za nieprzyjaciół. Tymczasem ich właśnie uderzyło to «Sursum corda». Na warszawskim bruku zburzonego miasta, zamienionego w popioły i zgliszcza – pozostał Chrystus. Obalony wprawdzie, niemocny, leżący na swym krzyżu, ale dłonią pokazujący zburzonej stolicy niebo, aby nie przestała wierzyć, iż może się odrodzić. Jednego tylko potrzeba – nadziei! «Sursum corda, w górę serca!»”
     – relacjonował kard. Stefan Wyszyński we wspomnieniach 17 czerwca 1962 r.

    Muzeum Jana Pawła II i prymasa Wyszyńskiego przypomina, że Powstanie Warszawskie zastało ks. prof. Stefana Wyszyńskiego w podstołecznych Laskach, w Puszczy Kampinoskiej, gdzie od 1942 r. był kapelanem miejscowego zakładu dla niewidomych.
     
    Jeszcze przed wybuchem powstania zgłosił się do niego ks. Jerzy Baszkiewicz, ps. Radwan II, naczelny kapelan Zgrupowania AK „Kampinos”, z taką wiadomością:
    „Księże Profesorze, przychodzę z dość trudną misją. To jest dobra wola, propozycja, a nie konieczność. Jestem kapelanem Puszczy Kampinoskiej i mam zorganizować służbę duszpasterską. Czy Ksiądz Profesor mógłby wziąć udział w tej akcji?”.

    Ks. Wyszyński odparł bez wahania: „Jestem do dyspozycji”, a następnie złożył przysięgę wojskową na ręce młodszego o 13 lat – ale starszego rangą – ks. Baszkiewicza i przyjął pseudonim Radwan III.
     
    Ks. kapelan Wyszyński był jednym z organizatorów szpitala powstańczego w Laskach. Pracował tam tylko jeden lekarz – dr Kazimierz Cebertowicz, wspomagany przez pielęgniarki – siostry ze Zgromadzenia Franciszkanek Służebnic Krzyża oraz personel świecki.  Z relacji świadków i pacjentów szpitala wynika, że obecność ks. Wyszyńskiego przynosiła rannym spokój. Zapamiętano go jako tego, który gotów jest ryzykować własne życie dla bliźnich.
     
    Częstym obrazem z tamtych czasów był widok ks. Wyszyńskiego błogosławiącego oddziałom powstańczym wyruszającym do lasu. 


    POWSTANIE OCZAMI KS. KAPELANA STEFANA WYSZYŃSKIEGO

    Pierwszego sierpnia wybuchło Powstanie Warszawskie. Ostatniego lipca zebraliśmy się tutaj, w sąsiedniej sali i poświęciliśmy szpital powstańczy.
    Stefan Wyszyński, Laski, 3 sierpnia 1960, Laski
     
    Szpital zapełniał się bardzo szybko. Wkrótce stał się za mały. Musieliśmy rannych żołnierzy kłaść, gdzie tylko się dało. Zajęliśmy cały dom rekolekcyjny i domek obok. Spowiadało się zazwyczaj tych, który czekali na operację tutaj, w tej kaplicy. Przynoszeni byli na noszach albo na jakimś kocu. Tutaj czekali, potem przenosiło się ich na stół operacyjny. Prześcieradła i koce, na których leżeli, były przesiąknięte krwią.
    Stefan Wyszyński, Droga życia
     
    Pamiętam, jak byłem zmęczony, znużony tą ciągłą krwią, amputacjami, koszami wynoszonych rąk i nóg, tą męką żołnierzy, którzy byli bohaterscy na froncie, a jak dzieci na stole operacyjnym. Patrzyłem na to wszystko , przeżywałem strasznie. Wydawało mi się, że nie dla mnie ten obraz, ale dzisiaj rozumiem, jak wiele mi to dało.
    Stefan Wyszyński, Warszawa, 31 stycznia 1965 r.
     
    […] ten szesnastoletni chłopaczek służył ze swoim starszym bratem w armii powstańczej w formacji kawalerii wileńskiej. Padł zaraz w pierwszych dniach.
    Przeniesiono go do szpitala, położono na niewielkiej sali w zakładzie franciszkanek w Laskach. Tam się z nimi spotkałem, spowiadałem go i przygotowałem na śmierć. Był bardzo poszarpany od kul, bo gdy został ranny, przez trzy dni leżał na deszczu i chłodzie pod kulami. Nikt nie mógł się do niego dostać, aby go stamtąd zabrać. Więc gdy wreszcie został przeniesiony do szpitala wojennego, był już prawie bez sił i trudno go było uratować. […]
    Pochowałem go na cmentarzu pod Izabelinem na górce, w piasku, bez trumny, bo już trumien nie było.

    Stefan Wyszyński, Stryszawa, 1 sierpnia 1963 r.
     
    Pamiętam operację bardzo dzielnego żołnierza, któremu trzeba było odjąć nogę. Powiedział, że zgodzi się na operację pod tym warunkiem, że przez cały czas będę przy nim stał. Złapał mnie za rękę i trzymał ją, dopóki nie zaczął działać środek usypiający. Byłem wtedy strasznie nieuczciwy, bo gdy poczułem, że jego ręka opadła, pobiegłem do innych, których trzeba było spowiadać lub przygotować do następnych operacji. Aby zdążyć na czas, umówiłem się tylko z lekarzem, że mnie natychmiast wezwie, gdy mój żołnierz zacznie się budzić. W tym wypadku nie było innego wyjścia. Przyszedłem w porę, gdy on budził się już po operacji.
    Stefan Wyszyński, Droga życia
     
    Już pod koniec powstania, idąc przez las, zobaczyłem stertę spopielonych kart przyniesionych przez wiatr. Na jednej z nich został niedopalony środek, a na nim słowa: „Będziesz miłował…”. Nic droższego nie mogła nam przynieść ginąca Stolica. To najświętszy apel walczącej Warszawy do nas i do całego świata. Apel i testament… „Będziesz miłował…”.
    Stefan Wyszyński, Droga życia

    Piotr Łukawski | Niezalezna.pl

    ______________________________________________________________________________________________

    Świadkowała historii

     Archiwum/wikipedia

    ***

    Figura Chrystusa sprzed kościoła Świętego Krzyża, która była świadkiem wielkich wydarzeń w historii Polski, ostatnią wojnę przetrwała cudem. Mija 70 lat od ponownego umieszczenia figury na Krakowskim Przedmieściu

    Kiedy wybuchło Powstanie Warszawskie, kościół Świętego Krzyża przechodził z rąk do rąk. 5 sierpnia Niemcy podpalili część kościoła, a po zdobyciu go przez Powstańców ostrzeliwali pociskami artyleryjskimi, powodując wielkie zniszczenia. Gdy na początku września Niemcy ponownie zdobyli kościół i zdetonowali ładunki wybuchowe, rozbita została fasada świątyni, zniszczone ołtarze, załamało się sklepienie.

    Wtedy także figura Chrystusa dźwigającego krzyż spadła na bruk. Jak pokazują dawne zdjęcia, legła w gruzach z ręką uniesioną w górę. Tak przeleżała kilka tygodni. Już po upadku Powstania, Niemcy wywieźli figurę w nieznanym kierunku.

    W górę serca

    Warszawiacy zżyli się z figurą Chrystusa. Po raz pierwszy stanęła przed kościołem Świętego Krzyża w Warszawie w 1858 r. Jej autorem był Andrzej Pruszyński, znany warszawski rzeźbiarz, a odlano ją początkowo w cemencie. Jednak uszkodzona kilkanaście lat później przez nieznanych sprawców, została zastąpiona przez nową. Nowy odlew – tym razem z brązu – wykonał w Rzymie uczeń Pruszyńskiego – Pius Weloński.

    Pomnik ustawiono na nowym cokole z czarnego granitu, ze złoconym napisem „Sursum Corda” (W górę serca). Cementową figurę Chrystusa umieszczono na grobowcu Lubomirskich w Kruszynie (i do dziś znajduje się ona przed tamtejszym kościołem).

    Podczas sympozjum, zorganizowanego w 150-lecie powstania figury, ks. Marian Wnuk CM zwrócił uwagę, że była ona przez lata świadkiem przeróżnych wydarzeń. W marcu 1861 r. przeszła tędy wielka 150-tysięczna manifestacja patriotyczna po śmierci tzw. Pięciu Poległych, zabitych przez rosyjskich żołnierzy.

    W czasie Powstania Styczniowego figura była też świadkiem nieudanego zamachu na Fiodora Berga, rosyjskiego namiestnika i spalenia przez Rosjan fortepianu Fryderyka Chopina. Księża Misjonarze, prowadzący parafię, przechowywali archiwum powstańcze, czego następstwem była kasata zgromadzenia w 1864 r.

    Jak zrozumieć to miasto

    To o tej figurze św. Jan Paweł II mówił w 1979 r., w czasie pamiętnej Mszy św. na dzisiejszym pl. Piłsudskiego. – Nie sposób zrozumieć tego miasta, Warszawy, stolicy Polski, która w roku 1944 zdecydowała się na nierówną walkę z najeźdźcą, na walkę, w której została opuszczona przez sprzymierzone potęgi, na walkę, w której legła pod własnymi gruzami, jeśli się nie pamięta, że pod tymi samymi gruzami legł również Chrystus-Zbawiciel ze swoim krzyżem sprzed kościoła na Krakowskim Przedmieściu – mówił Ojciec Święty.

    W 1920 r., w czasie wojny polsko-bolszewickiej, trwały tu nieustanne nabożeństwa i modły o zwycięstwo, w których brał udział m.in. nuncjusz Achille Ratti, późniejszy papież Pius XI. W 1944 r. trwały tu jedne z najbardziej zaciętych walk powstańczych. W 1968 r. figura była świadkiem tzw. wydarzeń marcowych.

    Figura była też świadkiem pogrzebów zasłużonych Polaków, m.in.: Stanisława Moniuszki, Edwarda Odyńca, Franciszka Żwirki i Stanisława Wigury, Józefa Piłsudskiego, Marii Rodziewiczównej, Jana Kiepury, Karola Szymanowskiego, Pawła Jasienicy, Stefana Kisielewskiego i Ignacego Paderewskiego.

    W przydrożnym rowie

    Po upadku Powstania Warszawskiego figurą leżącą na zgliszczach kościoła z ręką uniesioną w górę zainteresowali się Niemcy. W końcu października wywieźli ją z Warszawy w nieznanym kierunku. Figura nie świadkowała już ostatecznemu aktowi zniszczenia kościoła Świętego Krzyża, który Niemcy dokonali parę miesięcy później, kilka dni przed wycofaniem się ze zniszczonego miasta, wysadzając w powietrze wieżę, na której wisiały dzwony.

    Nie świadkowała też w styczniu 1945 r. pierwszej Mszy św. odprawionej przez ks. Antoniego Czaplę CM na gruzach kościoła i powrotowi do Warszawy Księży Misjonarzy, wywiezionych wcześniej przez Niemców.

    Figurę Niemcy najpewniej chcieli przetopić w hucie na Dolnym Śląsku. Jednak nie zdążyli. Porzucili ją na złomowisku, w przydrożnym rowie w Hajdukach Nyskich. Znaleźli i rozpoznali ją tam kilka miesięcy później, razem z pomnikiem Mikołaja Kopernika, żołnierze Berlinga.

    Na początku lipca 1945 r. odesłano figurę do Warszawy. Tu poddano ją renowacji w słynnej pracowni Braci Łopieńskich i oficjalnie przekazano jej właścicielowi: parafii Świętego Krzyża. Posąg ponownie stanął przed kościołem, został poświęcony w obecności ówczesnego prezydenta Bolesława Bieruta i przedstawicieli rządu przybyłych na odsłonięcie pomnika Mikołaja Kopernika.

    Wkrótce rozpoczęto też odbudowę kościoła. W 1951 r. ukończono odbudowę wież, a dwa lata później zrekonstruowano fasadę kościoła. W 1969 r. prymas Polski Stefan Wyszyński poświęcił rekonstruowany przez lata główny ołtarz.

    Witold Dudziński/Niedziela warszawska 26/2015

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Historia cudownego krzyża z warszawskiej archikatedry. Do dziś słynie łaskami

    Krzyż z archikatedry św. Jana Chrzciciela w Warszawie

    ***

    Wchodząc do archikatedry św. Jana Chrzciciela, warto zwrócić uwagę na kaplicę znajdującą się po lewej stronie prezbiterium. W jej centrum zawieszony jest niezwykły krucyfiks – jeden z symboli Starego Miasta, ważny obiekt kultu, a do tego jeden z najcenniejszych zabytków Warszawy.

    Uwagę przykuwa naturalnej wielkości figura Ukrzyżowanego, jego ekspresyjna, pełna bólu twarz, kruczoczarne włosy. Krzyż ten adorowali królowie, modlili się przed nim uczestnicy powstań i mieszkańcy Warszawy.

    O krucyfiksie wspomina też m.in. Walery Przyborowski w książce „Legendy dawnej Warszawy ” (1916). Podkreśla, że dwuwiersz: „U Fary, gdzie Pan Jezus Stary” powtarzali flisacy, przybijający do wiślańskiego brzegu w stolicy.

    Jak cudowny krucyfiks trafił do katedry w Warszawie?

    Według legendy, warszawski kupiec Jerzy Baryczka wywiózł potajemnie krucyfiks z ogarniętej reformacją Norymbergi. „W czasach, […] gdy zabierano kościoły, odzierano je z ozdób, niszczono zabytki sztuki średniowiecznej, znalazł się w Norymberdze zamożny kupiec i obywatel warszawski, pan Jerzy Baryczka, konsul miejski. Właśnie wicher namiętności religijnych szalał w tej chwili najmocniej w owem mieście; urządzono stos i rzucano w ogień obrazy i rzeźby, wydobyte z kościołów” – pisał Przyborowski. Według niego krzyż i figura zostały rozebrane na części i wśród towarów dojechały szczęśliwie do Warszawy.

    Legenda wiąże się też z włosami Chrystusa. Głosi ona, że gdy krucyfiks pozostawał jeszcze w przedreformacyjnej Norymberdze, włosy na głowie Ukrzyżowanego wyglądały normalnie, jednak w czasie reformacyjnych wstrząsów zaczęły usychać i wypadać. Po przywiezieniu krzyża do Warszawy na otoczonej kultem figurze znów pojawiły się włosy, które co roku, w Wielki Piątek, musiały strzyc najcnotliwsze z panien. Działo się tak aż do chwili, gdy postrzyżyn dokonała prawnuczka Jerzego Baryczki. Niestety, dziewczyna zataiła grzech cudzołóstwa i ponoć od tego roku włosy Zbawiciela przestały odrastać.

    Cudowny krucyfiks przetrwał dwa pożary świątyni (1598 i 1607), a także zawalenie się sklepienia kościoła (1602). Znalazł swoje miejsce w specjalnie ufundowanej przez ród Baryczków kaplicy.

    ***

    cross; warsaw
    Krzyż z archikatedry św. Jana Chrzciciela w Warszawie

    ***

    Przed krzyżem z archikatedry św. Jana modlili się królowie

    Właśnie w tym czasie do katedry przybywali spławiający w dół Wisły zboże flisacy, proszący o szczęśliwą podróż do Gdańska. Wtedy też powstał wspomniany wyżej wierszyk. Jednak „Jezusa z Fary” czcią otaczali nie tylko mieszkańcy miasta i flisacy.

    Klękali przed nim i prosili o zwycięstwa królowie Stefan Batory, Zygmunt III Waza, Stanisław August Poniatowski, a także bohaterowie hetman Stefan Czarniecki i Tadeusz Kościuszko. U stóp krzyża odprawiano nabożeństwa rozpoczynające kolejne sejmy i dziękowano za Konstytucję 3 maja.

    Po odzyskaniu przez Polskę niepodległości w 1918 r. pod tym krzyżem swoje święcenia biskupie z rąk kard. Aleksandra Kakowskiego otrzymał ks. prałat Achille Ratti, nuncjusz apostolski, który trzy lata później został wybrany papieżem i przyjął imię Pius XI.

    ***

    Krzyż z archikatedry św. Jana Chrzciciela w Warszawie

    ***

    Krzyż z katedry w czasie Powstania Warszawskiego

    Katedra warszawska szczęśliwie przetrwała kampanię wrześniową, mimo że 17 września podczas nabożeństwa spadły na nią bomby. Doszczętnie zniszczona została dopiero w czasie Powstania Warszawskiego. W gruz i popiół obróciło się niemal całe wyposażenie świątyni.

    Krucyfiks ocalał dzięki bohaterskiemu jezuicie o. Wacławowi Karłowiczowi, którzy przeniósł go do podziemi kościoła św. Jacka i złożył przykryty całunem wśród znajdujących się tam rannych. Podobno jeden z posługujących kapłanów, nie wiedząc o ukrytej figurze, przekonany w ciemnościach, że ma do czynienia ze zmarłym powstańcem, próbował zaopatrzyć go na ostatnią drogę…

    Po wydobyciu z ruin kościoła św. Jacka cudowny krucyfiks na kilka lat został przeniesiony do ocalałego z pożogi wojennej kościoła św. Józefa Oblubieńca (czyli kościoła seminaryjnego), skąd został uroczyście przeniesiony 21 marca 1948 do odbudowanej archikatedry.

    Przed nim modlił się podczas swej pierwszej wizyty apostolskiej  w 1979 r. Jan Paweł II, a także w 2006 r. Benedykt XVI.

    Cudowny krucyfiks stawał się natchnieniem dla twórców. Artur Oppman (Or-Ot) poświęcił mu swój wiersz „Chrystus Cudowny u Fary”, a ks. Jan Twardowski utwór „Do Jezusa z warszawskiej katedry”.

    Do dziś krzyż ten cieszy się powszechnym kultem i nadal słynie łaskami.

    Krzysztof Stępkowski/Aleteia.pl

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Matka Boża objawiła mistyczce Bronisławie Kuczewskiej wybuch Powstania Warszawskiego

    Matka Boża objawiła mistyczce Bronisławie Kuczewskiej wybuch Powstania Warszawskiego
    fot. screenshot – YouTube (Rekonstrukcja Cyfrowa)/Adrian Grycuk
    via: Wikipedia CCBY-SA 3.0 pl

    ***

    Matka Boża Łaskawa, obrana w 1652 roku Patronką Warszawy i Strażniczką Polski [pełen tytuł warszawskiej Madonny, przyp. red.] w 1943 roku ukazała się w Warszawie, na osadzie Siekierki, by uprzedzić swój lud o grożącym nieszczęściu. Maryja przybywa, aby miasto, któremu od 291 lat patronuje, nie podzieliło losu dopalającego się w tym czasie żydowskiego get­ta. Mistyczka Bronisława Kuczewska (1907-1989) tak wspomina swoje pierwsze spotkania z Matką Bożą na Siekierkach: 28 kwietnia 1943 roku Matka Boża objawiła mi się w domu rodzinnym w Nowym Dobrem i powiedziała: Dziecino, nie będziesz już do Mnie przychodzić do Przygód i do Budzieszyna. Wybieram sobie inne miejsce, w Warszawie, na Siekierkach. Będziesz miała tylko 3 kilometry od tramwaju, z ulicy Czerniakowskiej, i tam masz przychodzić. Ujrzałam wiśnię i dziewczynkę. Jak się później okazało, była nią 13-letnia Władysława Fronczakówna [obecnie Papis przyp.aut.], której Matka Najświętsza objawi się 3 maja 1943 roku.

    Bogurodzica, niebiańsko piękna, ukazała się wśród zieleni, na drzewie wiśni obsypanym kwiatami. Jej słowa były poważne i brzmiały złowieszczo: Módlcie się, bo idzie na was WIELKA KARA, CIĘŻKI KRZYŻ. Nie mogę powstrzymać gniewu Syna mojego, bo lud się nie nawraca. Bóg nie chce ludzi karać, Bóg chce ludzi rato­wać przed zagładą. Bóg żąda nawrócenia!

    Bronisława relacjonuje dalej: 4 maja 1943 roku przyjechał do mnie mąż i powie­dział, że w Warszawie na Siekierkach było objawienie [Bogurodzicy] 3 maja. Ja mu na to odpowiedziałam, że wiem o tym, bo Matka Boża powiedziała mi o tym 5 dni wcześniej. 5 maja 1943 roku urodziłam syna Janusza. 28 maja 1943 roku pojechałam z mężem i małym dzieckiem [23-dniowym niemowlęciem] na Siekierki, gdzie 3 maja objawiła się Matka Boża, i miałam z Nią tam po raz pierwszy objawienie. Odtąd chodziłam na Siekierki i tam otrzymywałam od Matki Bożej polecenia do wyko­nania przez 38 lat, aż do 1981 roku. Kilka razy w mie­siącu nawiedzałam to miejsce, a szczególnie każdego 3 i 28 dnia miesiąca oraz w uroczystości Matki Bożej.

    3 czerwca 1943 roku poszłam z synkiem na ręku na Siekierki. Ujrzałam Matkę Najświętszą, która powiedziała mi, że pragnie, aby na tym miejscu wybudować klasztor. Powiedziała też, że to będzie jakby druga Częstochowa dla War­szawy, że ludność nie będzie musiała tak daleko jeździć, względnie chodzić. Będą mogli przychodzić na Siekierki.

    W lipcu 1943 roku w Orzywole, gdzie pojechałam na rozkaz Matki Najświętszej, po modlitwie, miałam widzenie Pana Jezusa, który trzymał rózgę nad War­szawą. Wiedziałam, że Warszawę czeka wielka kara.

    W okresie międzywojnia sytuacja moralna społe­czeństwa polskiego była, oględnie mówiąc, nienajlepsza. Dlatego Jezus Chrystus prosił wizjonerów św. siostrę Faustynę, Sługi Boże: Rozalię Celakównę, Leonię Nastał, Kunegundę (Kundusię) Siwiec o modlitwy wynagradzające za grzechy rozwiązłości: Strasznie ranią moje Serce Najświętsze grzechy nieczyste. Żądam ekspiacji!
    Nasz Pan szczególnie prosił o modlitwy za warszawian: stolica odrodzonej Polski, nie chciała pamiętać o Dekalogu. Wystarczy zajrzeć do pamiętników i wspomnień z tego okresu. Luminarze życia społecznego i kulturalnego prowadzili ostentacyjnie, nader rozwiązłe życie, zarażając tym stylem życia otoczenie, a szczególnie podatną na wpływy młodzież.

    Masoni zdawali sobie sprawę z tego, że aby osiągnąć powszechne rozluźnienie obyczajów potrzebna jest demoralizacja. Starali się, aby romanse i rozwody sławnych ludzi były nagłaśniane w bulwarowej prasie tak, by te niemoralne zachowania przestały bulwersować, by spowszedniały i powoli stały się obowiązującą normą. Postarali się także, by swobodę obyczajów lansowali pisarze i dziennikarze, sami żyjący według tego wzorca, tak długo, aż stanie się ona normą i nastąpi wyparcie z powszechnej świadomości zarówno pojęcia grzechu, jak i jego skutków [w książce autorzy zamieścili m. in. cytaty z autobiografii Ireny Krzywickiej, o znamiennym tytule: Wyznania Gorszycielki, gdzie bez żenady opowiada o sobie (pisarce, matce dwóch synów), mężu (znanym warszawskim adwokacie Jerzym Krzywickim) i… wieloletnim kochanku, żonatym pisarzu i krytyku teatralnym Tadeuszu Boyu-Żeleńskim]. świadectwa rozwiązłości znajdziemy nie tylko we wspomnieniach Krzywickiej. Z długiej listy książek lansujących „nowy moralny ład” wybija się książka Tadeusza Wittlina Pieśniarka Warszawy. Biografia. Hanna Ordonówna i jej świat (Wydawnictwo POLONIA, Warszawa 1990). Jej autor na 300 stronach (małym drukiem!) relacjonuje życie gwiazdy, tzn. omawia trwające do ostatnich miesięcy życia romanse zamężnej artystki, podając bardzo szczegółowo źródła każdej informacji (por. także: Magdalena Samozwaniec, Maria i Magdalena. Z pamiętnika niemłodej już mężatki.

    Dzięki aktywnym propagatorkom wolności seksualnej masoni stopniowo osiągnęli cel, jakim było doprowadzenie do tego, że większa część społeczeństwa polskiego odrzuci chrześcijańskie zasady moralne, tj. prawa Dekalogu. Masoni przyjęli roztropną taktykę: „wyciszenia religii katolickiej nie rozumowaniem, ale psuciem obyczajów”.

    W roku 1936, po osiemnastu latach niepodległości, masoni mogli się wykazać znacznymi osiągnięciami w demoralizacji społeczeństwa. [Tu opuszczam fragmenty książki Sławomira Kopera Życie prywatne elit Drugiej Rzeczy­pospolitej (Bellona Rytm, Warszawa, 2009, md]

    Katolicki pisarz Gilbert Keith Chesterton w roku 1923 napisał: Rozwód to coś, co dzisiejsze gazety nie tylko reklamują, ale wręcz zalecają, zupełnie jakby to była przyjemność sama w sobie.

    Ks. kard. August Hlond konkluduje: Fala wszelkiego rodzaju nowinkarstwa zabagnia dziedzinę obyczajów. Podkopuje nie tylko moralność chrześcijańską, ale godzi wprost w etykę naturalną, szerzy nieobyczajność wśród młodzieży i dorosłych. Celem tej propagandy jest zachwianie idei katolickiej, aby zastąpić naukę chrześcijańską „masońskim naturalizmem”. Koła liberalne i masońskie przypuściły atak na małżeństwa chrześcijańskie, sprowadzając je tylko do rangi kontraktu cywilnego, pozbawiając je wszelkiej nadprzyrodzoności.

    Zapoczątkowany przed II wojną światową proces upadku moralności doprowadził do tego, że w pierw­szej dekadzie XXI wieku, już nikt nie ośmieli się przypomnieć „nowożeńcom z odzysku”, zawierającym kontrakt małżeński (w urzędzie Stanu Cywilnego), że w świetle prawa kanonicznego popełniają cudzołóstwo (gdy któreś z nich jest nadal związane sakramentem małżeństwa). Czyli zaczynają, świadomie i dobrowolnie, tzw. nowe życie w grzechu ciężkim, co prowadzi prostą drogą do piekła!

    Wygodny eufemizm, używany w kościele – „związek niesakramentalny” – zgrabnie ukrywa złowieszczą perspektywę. Autor wielokrotnie rozmawiał w konfesjonale z kobietami, które dla swoich dzieci, związanych sakramentem małżeństwa, a rozwiedzionych w świetle prawa cywilnego, modlą się o… założenie nowej, szczęśliwej rodziny! Sądzą one, że jest to intencja słuszna! Te „pobożne” matki realizują plan masonów, którzy chcą zniszczyć chrześcijaństwo… rękami samych katolików!
    Trwająca od dziesięcioleci promocja wszelkiej wolności seksualnej i zanik społecznego ostracyzmu w stosunku do tzw. „związków partnerskich” doprowadził, zdaniem księdza profesora Jerzego Bajdy, do: Zniszczenia moralnych, religijnych, społecznych i ekonomicznych podstaw rodziny i fałszowania jej struktury personalistycznej. Profesor przestrzega: Jeżeli proces niszczenia rodziny będzie się dalej toczył tak, jak tego chcą promotorzy rewolucji obyczajowej – a właściwie promotorzy rozwiązłości, […] wkrótce może zupełnie zniknąć ta formuła antropologiczna, której na imię naród, a społeczeństwo nie będzie się niczym różniło od stada zwierząt, chyba tylko strojem. Choć i pod tym względem różnica systematycznie maleje.

    Czyny, których nikt nie ośmieliłby się publicznie nazwać grzechem, a więc nierząd, cudzołóstwo, lesbijstwo i homoseksualizm – nadal wywołują, określone w Piśmie świętym, konsekwencje. […]

    Bóg Ojciec, chcąc ocalić Warszawę przed zasłużoną karą pozwala, by Matka Łaskawa ostrzegła swój lud, by żądała nawrócenia, całkowitego odwrócenia się od grzesznego życia i wynagrodzenia za dotychczas popełnione grzechy: rozwiązłości, cudzołóstwa i te najstraszniejsze – grzechy dzieciobójstwa. Trzeba bo­wiem wiedzieć, że w okresie międzywojennym prze­ciętna liczba umyślnych poronień wynosiła rocznie, według oficjalnych statystyk: przeciętnie od 100 do 130 tysięcy.

    Kiedy Maryja przybędzie na Siekierki, orędzia będzie otrzymywać nie tylko trzynastoletnia Władysława Fronczakówna, ale przede wszystkim Jej ulubienica, trzydziestosześcioletnia Bronisława Kuczewska: Od 9 kwietnia przestałam chodzić do Budzieszyna, natomiast od 28 maja 1943 roku zaczęłam chodzić na Siekierki, gdzie otrzymywałam polecenia od Matki Bożej do wykonania, przez okres 38 lat, do 21 sierpnia 1981 roku [tj. od święta Maryi Królowej Polski do wigilii święta Matki Bożej Królowej].
    Maryja, Matka Łaskawa Patronka Warszawy, za pośrednictwem Broni Kuczewskiej i Fronczakówny będzie apelować do ludu stolicy, aby przez przemianę życia, respektowanie praw Dekalogu i pokutę odwrócił wiszące nad miastem nieszczęście.
    Prosi warszawian o modlitwę powszechną, czyli taką jak w 1920 roku, kiedy to lud stolicy żarliwie błagał Boga i Patronkę Warszawy o ocalenie przed bolszewikami [rozdziały 15 i 16 cytowanej książki przyp. red.] i wymodlił cud Jej publicznego ukazania się, które w konsekwencji zmieniło zdawałoby się już przesądzony wynik wojny i ocaliło Polskę!

    Po 23 latach, w roku 1943 – czwartym roku okupacji niemieckiej, sytuacja jest diametralnie różna: to nie lud błaga Maryję, Patronkę Warszawy i Strażniczkę Polski o ustanie okropieństw wojny, lecz Ona Sama schodzi z nieba i osobiście wzywa do modlitwy o pokój, błagając Swój lud o nawrócenie i pokutę!!! Najłaskawsza z Matek chce odwrócić od miasta zapowiedzianą karę! Podejmuje się tej niewdzięcznej misji, by nie doszło do tragedii: Jeśli się nie nawrócicie, to wszyscy zginiecie!

    Pomimo ośmieszania i deprecjonowania objawień wiadomości o nich rozchodzą się po mieście. Dzieje się tak dzięki niestrudzonej Broni Kuczewskiej, która dociera z nimi do warszawskich księży, oraz życzliwym mieszkankom Siekierek, które rozwożąc mleko i warzywa „na gospody”, opowiadają w mieście o objawieniach.

    Mimo wielu wysiłków przestrogi Maryi nie dotrą do ogółu warszawian. Główną przyczyną jest brak zainteresowania objawieniami ze strony kleru.

    Wydawało się oczywiste, że księża Zmartwychwstańcy z parafii św. Bonifacego na Czerniakowie, pełniący posługę w osadzie, dopomogą w upowszechnieniu orędzi i że słowa Bogurodzicy, uprzedzające o mającej nadejść na miasto karze, będą głoszone ze wszystkich ambon stolicy. Niestety, Zmartwychwstańcy nie tylko nie traktowali objawień poważnie, ale negowali wszystko, co miało z nimi związek, m.in. odmówili poświęcenia malutkiej kapliczki, umiejscowionej przy drzewie, na którym ukazała się Matka Boża. Bronisława Kuczewska napisze: Po postawieniu kapliczki Pan Jezus dał mi polecenie, abym poszła do księdza do parafii św. Kazimierza na ul. Chełmską. Kiedy przyszłam i powiedziałam, że Pan Jezus życzy sobie, aby poświęcić kapliczkę, ksiądz wysłał mnie do parafii św. Jakuba [na Ochocie, przyp. aut.]. Było tam 5 księży. Wypyty­wali mnie o objawienia na Siekierkach. Opowiadałam im o nich przez około 4 godziny. Potem wysłali mnie z powrotem do parafii św. Kazimierza [Dolny Mokotów, przyp. aut.]. Ksiądz jednak nadal nie chciał wyrazić zgody na poświęcenie kapliczki. Powiedział, że nie ma pozwolenia, bo trzeba iść z procesją i on nie może tego wykonać. Wróciłam więc do domu [przy ul. Jasnej, przyp. aut.], a że byłam zmęczona, położyłam się. I wtem słyszę głos Pana Jezusa: Idź Dziecino do księdza po raz trzeci, i powiedz, żeby poszedł z kościelnym, bez ludzi i bez procesji, i poświęcił kapliczkę. Powiesz, że taka jest Wola Moja i Matki Mojej, ażeby kapliczka była poświęcona, bo jest bardzo znieważana.
    Kiedy poszłam po raz trzeci do księdza, chciał mi drzwi zamknąć przed nosem, ale ja przytrzymałam je nogą i powtórzyłam to, co mi Pan Jezus powiedział. Ksiądz jednak nie wykonał tego polecenia. Dopiero jedna z wiernych przyprowadziła, po kryjomu, księdza jezuitę, ojca Antoniego Kozłow­skiego, który był wielkim czcicielem Matki Bożej i wiedział o moich objawieniach, i on poświęcił kapliczkę.

    Wokół siostry Bronisławy, profeski III Zakonu św. Franciszka, spontanicznie gromadzili się ludzie i wkrótce zawiązała się wspólnota, której Sama Bogurodzica nadała nazwę Grono Matki Bożej i Miłosierdzia Bożego. Jej członkowie, osoby świeckie, pomagały mistyczce w wykonywaniu poleceń z Nieba. Grono podejmowało także cotygodniowe modlitwy o nawrócenie Warszawy i upowszechniało orędzia Maryi i Pana Jezusa w swoich środowiskach.

    Misja ostrzeżenia Warszawy przed mającym wy­buchnąć za 16 miesięcy powstaniem wymagała od Kuczewskiej heroizmu i zaparcia: W sierpniu 1943 roku [rok przed wybuchem powstania] na modlitwie u pani Teofili Ciecierskiej, przy ul. Płockiej 25, miałam objawienie Matki Najświętszej. Maryja ukazała mi okropny widok Warszawy w czasie Powstania. Widziałam masowe aresztowania, rozstrzeliwania, palące się domy. Zobaczyłam też dom, w którym modliliśmy się. Matka Boża powiedziała mi, że ten dom będzie podlany benzyną i podpalony od dołu przez Niemców. W widzeniu widziałam, jak matki wyskakiwały z dziećmi z płonącego domu. Zaraz powiedziałam o tym widzeniu obecnym, ale nie chcieli mi uwierzyć. Huknęli na mnie, że opowiadam głupstwa, bo Niemcy będą liczyć się z nami. [W innym miejscu Bronisława mówi o tym wydarzeniu w ten sposób: Powiedzieli, żebym nie plotła głupstw i zajęła się robotą, a nie plotkami, że Niemcy będą się z nami liczyć].

    Trzy dni przed Powstaniem Matka Boża dała mi polecenie, abym zabrała dzieci i wyjechała z Warszawy w rodzinne strony, do Dobrego. Kiedy po Powstaniu wróciłam do Warszawy, dom, który miałam ukazany przez Matkę Bożą przy ul. Płockiej 25 – był spalony. W domu tym i w sąsiednich zabito 300 ludzi. Ludzie mówili, że matki wyrzucały swoje dzieci przez okna, a za nimi same wyskakiwały. Dzisiaj widnieje w tym miejscu tablica pamiątkowa mówiąca, że zginęło tu ok. 300 osób.

    Proroctwa nie lekceważcie – pisze św. Paweł w Liście do Tesaloniczan (1 Tes 5,20). Proroctwo o całkowitym zniszczeniu Warszawy zostało lekceważone. Przestroga, jaką w imieniu Boga Najwyższego, Bogurodzica przeka­zała warszawianom: Bóg nie chce ludzi karać, Bóg chce ludzi ratować przed zagładą. Żąda nawrócenia! – do nich nie dotrze…

    Powstanie Warszawskie wybuchnie po szesnastu miesiącach od pierwszych objawień i ostrzeżeń Maryi. W sierpniu 1944 roku młodych warszawian rozpiera chęć walki ze znienawidzonym wrogiem, ruszą więc naprzeciw potędze militarnej Niemców z gorącymi sercami, z butelkami napełnionymi benzyną, ale… bez błogosławieństwa Bogurodzicy.

    Dowództwo nie czuło potrzeby oficjalnego zawierzenia akcji zbrojnej Patronce miasta. Owszem, indywidualnie zawierzano się Maryi Łaskawej, modlono się na różańcu, przyjmowano sakramenty, uczestniczono w polowych Mszach świętych (co w swojej książce wspomina s. Maria Okońska), lecz oficjalnego – jak za Marszałka Piłsudskiego – zawierzenia akcji zbrojnej Bogu Najwyższemu nie było! Po 47 latach w dniu święta Najświętszego Imienia Maryi, 12.09.1991r., w Sastin, Narodowym Sanktuarium Słowacji, w orędziu skierowanym do ks. Stefano Gobbi’ego Maryja dobitnie wyjaśni kwestię oficjalnego zawierzenia na przykładzie odsieczy wiedeńskiej: Turcy zostali pokonani, gdy oblegali Wiedeń i grozili zniszczeniem całego chrześcijańskiego świata. Przewyższali żołnierzy świętej Ligi liczbą, siłą, uzbrojeniem i czuli, że do nich należy zwycięstwo, ale: wezwano Mnie publicznie, i publicznie proszono o pomoc, Moje Imię zostało wypisane na proporcach i było wzywane przez wszystkich żołnierzy. To za Moim wstawiennictwem miał miejsce cud zwycięstwa, który uratował świat chrześcijański.

    Matka Łaskawa w ciągu 16 miesięcy wielokrotnie uprzedzała, że jedynym sposobem na pokój i zakończenie wojny jest nawrócenie, modlitwa i pokuta, nie zaś pięści i butelki z benzyną.

    Młodzi warszawianie jednakże bezgranicznie ufali w moc pięści i nie widzieli powodu, by w swoje plany wtajemniczać Boga. Stolica w obliczu godziny W zachowała się tak, jak zachowują się przemądrzałe dzieci, które chcą wszystko robić same, bez pomocy Mamy i Taty!

    Nie chciano pamiętać, że to, co dzieli zwycięstwo od klęski, to nie moc oręża, przeważające siły czy strategia nawet najgenialniejszych dowódców, lecz wola Boga Najwyższego, który zawsze i wszędzie Sam o wszystkim decyduje!
    Nie chciano pamiętać, że to jedynie od Niego zależy, czy ludzkie plany zaowocują sukcesem, czy zakończą się porażką.
    Miał tą świadomość lud Warszawy w sierpniu 1920 roku, kiedy leżał krzyżem przed Patronką Stolicy i Strażniczką Polski, błagając o ocalenie stolicy, ocalenie Polski.

    W 1920 roku warszawianie mieli świadomość, że współpracując z Najwyższym, będą w stanie pokonać pięciokrotnie liczniejszych i zdeterminowanych bolszewików. Wiedzieli, że gdy współpracują z Bogiem, siła i moc są po ich stronie. Bo: Jeśli Bóg jest z nami, to kto przeciwko nam?

    1 sierpnia 1944 roku, w dniu wybuchu Powstania Warszawskiego, Hitler wspólnie z Himmlerem wydał rozkaz, który przesądzi o losie „zbuntowanej” Warszawy: Każdego mieszkańca należy zabić, nie wolno brać żadnych jeńców. Warszawa ma być zrównana z ziemią. W ten sposób ma być stworzony zastraszający przykład dla całej Europy.

    Po drugiej stronie Wisły stały wojska radzieckie, Sowieci jednak nie kiwnęli palcem, by konającej Warszawie przybyć z odsieczą. Stalin zdawał sobie sprawę, że skupione w Warszawie młode pokolenie polskiej inteligencji zagraża jego koncepcji utworzenia w Polsce rządu totalitarnego. Dlatego nie przeszkadzał w zbrodni, która dokonywała się niemieckimi rękami w zbuntowanym mieście.
    Sowieci, zgrupowani na drugim brzegu Wisły, z zimną krwią przyglądali się agonii Warszawy, miasta, którego nie udało się im zdobyć i złupić w 1920 roku:
    [….]

    1 sierpnia 1944 roku o godzinie „W” nastąpiło zderzenie młodzieńczego zapału, młodzieńczych wizji, z realnymi możliwościami, ergo brutalną rzeczywistością. Akcja zbrojna, podjęta bez wsparcia się na Bogu i Maryi, po dwóch miesiącach zakończyła się totalną, niewyobrażalną klęską, jakiej w historii Polski i Narodu jeszcze nie było. Daremny był trud żołnierzy, daremna ofiara z życia i krwi osób cywilnych.

    Czas gorzki, zły, zwątpienia czas podchodzi nam pod gardło,
    Czy wszyscy zapomnieli nas, czekając, by miasto padło?…
    Na barykadach wciąż czekamy, licząc ostatnie chwile,
    Tak się powoli dopalają warszawskie Termopile…

    Tylko na Woli w dniach 3-5 sierpnia bestialsko za­mordowano pięćdziesiąt tysięcy mieszkańców. Ogółem zginało pół miliona ludzi (wg szacunku historyka Norberta Boratyna). Z pewnością nie taki los w zamyśle Bożym miał spotkać lud Warszawy, gdyby usłuchał ostrzeżeń swej Łaskawej Matki, swej Patronki!

    Nurtuje pytanie: co w ciągu dwudziestu czterech lat, które upłynęły od bitwy warszawskiej, mogło tak bardzo odmienić serca i umysły mieszkańców stolicy, że bez oficjalnego zawierzenia Bożej Opatrzności podjęli się walki z przeważającym wrogiem? Skąd pomysł, by własnymi, wątłymi siłami, bez Bożego błogosławieństwa próbować oswobodzić stolicę? Nie od dziś wiadomo, że: jeśli Pan miasta nie strzeże, daremnie czuwają straże (Ps 127,1).

    Chrystus Pan uprzedzał: beze Mnie nic dobrego uczynić nie możecie (J 15,5). Skąd więc ta krótkowzroczność w Polsce, która w owym czasie uważała się za kraj katolicki? Gdyby orędzia Bogurodzicy zostały przyjęte, gdyby podjęto powszechne modlitwy przebłagalne w intencji pokoju (jak w 1920 roku), gdyby lud Warszawy zreflektował się i podjął przemianę życia, to losy Powstania z pewnością potoczyłyby się inaczej! Tak ocalała Niniwa, której mieszkańcy posłuchali proroka Jonasza i nawrócili się, żałując za dawne grzechy. Niniwici mieli czterdzieści dni na zmianę postępowania, a warszawianie… prawie półtora roku! Tak ocalał Rzym dwa miesiące wcześniej (5. VI.44). Dzięki modlitwie uratowało się zaminowane przez Niemców miasto, miliony ludzi ocaliły życie, o czym piszemy dalej.

    Dowódcom AK nie brakowało bojowej odwagi, ale zabrakło im wiary, by los powstania oficjalnie, przez ręce Maryi, powierzyć Bogu Najwyższemu. Ze słów Matki Bożej, które padły na Siekierkach, wybraliśmy te z listopada 1943 roku, są one bowiem kluczem do zrozumienia przyczyny klęski Powstania Warszaw­skiego: Jak wy jesteście ze Mną, to i Ja jestem z wami i nic się wam nie stanie!
    Dowódcy Armii Krajowej nie poszli w bój z Jej błogosławieństwem, okryci płaszczem Jej opieki. Nie prosili Patronki Warszawy, by skruszyła strzały Bożego gniewu godzące w miasto, nie prosili, by odrzucała, jak ongiś w Wólce Radzymińskiej, wrogie pociski, które teraz bezkarnie burzyły dom po domu. Nie byli z Maryją, więc nie mogli doświadczyć skutków Jej solennej obietnicy: i nic się wam nie stanie! Dlatego nie może nikogo dziwić, że w sierpniu 1944 roku, w święto Wniebowzięcia Najświętszej Maryi Panny, nie powtórzył się Cud nad Wisłą z 1920 roku, nie pokonano i nie przepędzono okupanta ze stolicy!

    Nie może nikogo dziwić, że wszystko dookoła leżało w gruzach. Wszystko było zburzone i wszystko się paliło. Między jednym a drugim schronem przekopy były zniszczone. Nie było możliwości życia. Bomby padały i burzyły ulicę po ulicy, dom po domu.
    Po sześćdziesięciu trzech dniach powstanie poniosło druzgoczącą klęskę, a Warszawa została totalnie zrujnowana, wręcz starta z powierzchni ziemi. Stało się tak, jak zaplanował Hitler: Warszawa [została] zrównana z ziemią, [by] w ten sposób [stworzyć] zastraszający przykład dla całej Europy. Warschau caput! ! !

    Pół miliona niewinnych ludzi straciło życie. Słusznie zauważa ks. Kazimierz Góral: Gdy zlekceważy się przestrogi Maryi, przychodzi tylko czekać na zapowiadaną otchłań rozpaczy!

    Ponawiamy pytanie, czy tak się musiało stać? Odpowiadamy: na pewno nie! Wystarczy przyjrzeć się analogicznej sytuacji, jaka w tym samym czasie miała miejsce w okupowanym Rzymie: Rzym, maj 1944 roku. Front szybko zbliżał się do Wiecznego Miasta. Walki toczyły się zaledwie o 12 kilometrów od centrum, w pobliżu miejscowości Castel di Leva. Papież Pius XII zatroskany o bezpieczeństwo cudownego, starożytnego obrazu Madonny Bożej Miłości, nakazał przeniesienie go do rzymskiej bazyliki św. Ignacego.

    W końcu maja, gdy działania wojenne objęły przedmieścia, Papież polecił, by przed obrazem Madonny dei Divino Amore została podjęta nowenna o ocalenie miasta. Sam w imieniu mieszkańców Rzymu złożył Maryi ślubowanie. Przyrzekł, że jeśli Madonna ocali miasto, to na ruinach zamku Castel di Leva zostanie zbudowana dla cudownego obrazu nowa świątynia i zostaną erygowane organizacje religijne i charytatywne Jej imienia.

    4 czerwca 1944 roku czołgi generała Alexandra ruszyły do ataku. Niemcy byli przygotowani do zdetonowania założonych ładunków i wysadzenia w powietrze miasta. Chcieli pozostawić po sobie pamiątkę: spaloną ziemię i rumowisko gruzów (takie samo, jakie w 3 miesiące później pozostawili w Warszawie i jakie chcieli pozostawić po sobie na Jasnej Górze, w styczniu 1945 roku).
    Lud Rzymu, odmiennie niż lud Warszawy, nie sposobił się do akcji zbrojnej. Jego mieszkańcy trwali na modlitwie dzień i noc na placu przed bazyliką świętego Ignacego. Zawierzali Matce Bożej Miłości los Wiecznego Miasta, a władze magistratu oficjalnie potwierdziły gotowość wypełnienia ślubów, jakie w ich imieniu złożył Madonnie Ojciec święty.
    I oto tego samego dnia, w nocy z 4 na 5 czerwca, Niemcy nagle, z niewiadomych przyczyn, opuścili Rzym, nie detonując założonych ładunków. Nikt nie mógł pojąć, jak to się właściwie stało i dlaczego? Wszystkich: cywilów, wojskowych i polityków zadziwił ten cudowny obrót sprawy! Winston Churchill dał wyraz zdumieniu, pisząc: „Rzym zdobyto w sposób całkowicie nieoczekiwany!”

    12 czerwca 1944 r. „L’ Osservatore Romano” poinformował swoich czytelników: 11 czerwca dziesiątki tysięcy ludzi zebrały się przed Bazyliką Sant Ignazio, a wielu z nich przyszło tutaj boso. Przybyły rodziny, instytucje i szkoły. W procesji bez końca podchodzono, by ucałować obraz Madonny Bożej Miłości, by podziękować i oddać Jej cześć. Wśród rzeszy pątników znajdował się także Papież Pius XIL który przemówi! do Maryi w imieniu zgromadzonych, wyrażając Jej wdzięczność za cud bezkrwawego oswobodzenia Rzymu! Następnego dnia nieprzebrane tłumy odprowadziły procesyjnie cudowny obraz Madonny dei Divino Amore do jej siedziby w Castel di Leva.

    Rzymianie nie chcieli rozstać się ze swoją dobrodziejką! W ścianach rzymskich kamienic wykuwano nisze, gdzie wśród kwiatów i płonących lampek kró­lował obraz ich umiłowanej Matki! Magistrat Rzymu wkrótce wywiązał się ze złożonych obietnic: Czym się odpłacimy Maryi, za wszystko co nam wyświadczyła? Wypełnimy nasze śluby dla Niej, przed ludem Rzymu!

    Porównajmy skuteczność sposobów zastosowanych dla wyzwolenia dwóch europejskich stolic latem 1944 roku:
    . lud Wiecznego Miasta sposobił się do wyzwolenia stolicy, nie chwytając za broń i nie wzniecając powstania. Pod przewodnictwem swego biskupa, ojca świętego Piusa XII, złożył Bogurodzicy ślubowania i … trwał na ufnej modlitwie przed Jej obliczem;
    . papież, Głowa Kościoła katolickiego i jednocześnie biskup Rzymu, mimo realnie istniejącego śmiertelnego niebezpieczeństwa (zaminowane miasto miało być lada chwila wysadzone w powietrze!) nie opuścił miasta, by ratować życie, lecz jak Dobry Pasterz pozostał ze swoimi owcami. I był promotorem ocalenia miasta, które dokonało się w sposób duchowy, bez użycia broni i przelewu krwi. Bo jak siłą armii jest wódz, tak siłą wierzącego ludu są jego pasterze;
    ˇ prymas Polski, kard. Hlond opuścił Polskę i swoją owczarnię już we wrześniu 1939 roku;
    . w Warszawie słowa ostrzeżeń Matki Bożej, nawołujące do pokuty i modlitwy, zostały praktycznie zignorowane, trafiając jedynie do znikomej części warszawian;
    . Mater Gratiarum odwrotnie niż Madonna dei Divino Amore nie została oficjalnie zaproszona do współpracy! Pozbawione Jej matczynej opieki Powstanie upadło, hitlerowcy stolicę Polski spalili i wymordowali pół miliona jej mieszkańców;
    . rzymianie postawili na MARYJĘ i… uratowali miasto;
    . warszawianie postawili na SIEBIE i… ponieśli totalną klęskę;
    . nie chciano pamiętać, że: lepiej uciekać się do Pana, niźli pokładać ufność w człowieku (Ps 118);
    . zapomniano, że : bez Boga ani do proga!

    Fragment książki ks. dra Józef Marii Bartnika SJ i Ewy J. Storożyńskiej „Matka Boża Łaskawa a Cud nad Wisłą, czyli prawdziwa historia Bitwy Warszawskiej, rozdz. pt.: Rok 1943 Matka Łaskawa objawia się na Siekierkach, czyli S.O.S dla Warszawy.

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Niechciany Jezus z żydowskiego obrazu

    Kopia malowidła „Jezu ufam Tobie” autorstwa Pereca Willenberga w Muzeum Powstania Warszawskiego. Fot. PAP/G. Jakubowski

    Kopia malowidła „Jezu ufam Tobie” autorstwa Pereca Willenberga w Muzeum Powstania Warszawskiego/ fot. PAP/G. Jakubowski

    ***

    Czy malowidło żydowskiego artysty, które przetrwało Powstanie, uda się dziś ocalić?

    Perec Willenberg, malarz synagog, we wrześniu 1944 r. mieszkał – a właściwie ukrywał się pod nazwiskiem Karol Baltazar Pękosławski – w kamienicy przy ul. Marszałkowskiej 60. Przez swój żydowski akcent nie mógł ukryć swojego pochodzenia, dlatego też często musiał zmieniać miejsce pobytu.

    – Przeprowadzaliśmy się z miejsca na miejsce. Wcześniej mieszkaliśmy u pani sędziny przy ul. Natolińskiej, dokąd trafiliśmy z ul. Grójeckiej 104, bo pod numerem 80 zaczęły się już aresztowania – mówi Samuel Willenberg, 90-letni syn Pereca. Dla większego bezpieczeństwa ojciec przy ul. Marszałkowskiej udawał niemowę. – Nawet do mnie zwracał się, pisząc na kartce – wspomina Samuel Willenberg, który swoją historię opisał w książce „Ucieczka z Treblinki”. W przygotowaniu jest film na ten temat.

    Samuel Willenberg jest także artystą, rzeźbiarzem. Po wizycie Jana Pawła II wyrzeźbił postać Papieża nad rozwiniętym zwojem Tory, która może już niedługo stanie w Warszawie. Jest ostatnim żyjącym uczestnikiem buntu w niemieckim obozie zagłady w Treblince, skąd uciekł 2 sierpnia 1943 roku, przedostał się do stolicy i walczył w Powstaniu Warszawskim.

    – Akurat 4 września byłem na barykadzie na Mokotowskiej. Śródmieście było wtedy bombardowane przez Niemców. Zobaczyłem, jak w okolice domu, gdzie był ojciec, uderzyły cztery pociski nazywane krowami. Pobiegłem do ojca, który mieszkał na pierwszym piętrze. Leżał na łóżku, przykryty kurzem i gruzem, mówił, że źle się czuje. – Tato – mówię – zejdź do schronu. Zanim wyszliśmy z mieszkania, tata poszedł do pokoju i zabrał ze sobą pudełko, w którym trzymał akwarele, pędzle, węgiel, ołówki i pastele. Brodząc w gruzie, zaczęliśmy schodzić z pierwszego piętra na parter. Tata zatrzymał się przy zejściu do piwnicy i nie chciał już schodzić. Zaczął rysować ołówkiem i węglem głowę Chrystusa – opowiada Samuel Willenberg.

    Wizerunek Chrystusa Perec Willenberg opatrzył napisem: „Jezu Ufam Tobie”. – Ludzie nabrali wtedy takiej otuchy, nadziei, że ocaleją, przeżyją wojnę – opowiada z werwą Samuel Willenberg.

    Ocalenie budynku uznali za cud i przypisali go wizerunkowi Jezusa, bo kamienice wokół zostały zburzone. Jako drugi cud uznali to, że Perec Willenberg zaczął mówić.

    – W tamtym czasie wszystkie zapasy żywności zostawiliśmy na ul. Natolińskiej. Po tym wydarzeniu tata zapraszany był przez mieszkańców na posiłki – opowiada.

    Dlaczego żydowski malarz namalował ten niezwykły, głęboko katolicki w swojej wymowie wizerunek, wtedy z mało znanym jeszcze zawołaniem, które brzmi jak wyznanie wiary? Co działo się wtedy w jego sercu? Na to pytanie mógłby odpowiedzieć tylko on sam. Wiadomo, że w czasie okupacji malował obrazy Chrystusa, Matki Bożej i świętych, żeby zarobić na utrzymanie. Do obrazów często pozował mu syn Samuel. Tak powstał – zachowany do dziś – obraz Jezusa Miłosiernego w kościele św. Stanisława w Siedlcach.

    – W czasie okupacji ojciec malował obrazy dla kościołów, z tego żył, ale wtedy, w Powstaniu, to był impuls. Zaczął rysować Chrystusa, schodząc do piwnicy. To w żadnym stopniu nie było zaplanowane – powiedział Samuel Willenberg 29 sierpnia, kiedy kopia Jezusa z kamienicy przy ul. Marszałkowskiej odsłaniana była w Muzeum Powstania Warszawskiego. Ale ten obraz nie był wykonany na niczyje zamówienie i nie był na sprzedaż. Został przecież namalowany bezpośrednio na sklepieniu.

    Perec Willenberg był utalentowanym artystą, jednym z najbardziej cenionych malarzy fresków w synagogach. Wskazuje się go jako twórcę nowego żydowskiego stylu w sztuce. – W synagodze nie można malować twarzy. Ojciec używał w malowidłach hebrajskich liter – wyjaśnia syn artysty.

    Perec Willenberg ozdobił m.in. synagogę w Opatowie, Częstochowie i w Piotrkowie. Organizował wystawy z Romanem Kramsztykiem, Stanisławem Wyspiańskim, Jackiem Malczewskim i Leonem Wyczółkowskim. Pracował także jako nauczyciel rysunku w żydowskim gimnazjum w Częstochowie. W tym mieście spędzał z rodziną ostatnie lata przed wybuchem wojny: z żoną Maniefą, córkami Itą i Tamarą, które zginęły w Treblince, oraz z synem Samuelem, któremu z Treblinki udało się uciec, aby dziś dawać świadectwo prawdzie. Perec Willenberg przeżył wojnę. Zmarł na gruźlicę w 1947 r. w Łodzi.

    Trzy lata później, w 1950 r. Samuel z matką i żoną wyjechali do Izraela.


    KOPIA W MUZEUM

    – Kiedy w 1983 r. rząd komunistyczny w Polsce zezwolił na przyjazdy grupom z Izraela, przybyliśmy tu z żoną i córką. Jechałem tramwajem ul. Marszałkowską i zdumiony zobaczyłem, że kamienica z numerem 60 wciąż stoi. Wszedłem do klatki, a tam przy zejściu do piwnicy nadal był rysunek taty – wspomina Samuel Willenberg. Wtedy jeszcze nie wiedział, że podczas remontów wizerunek był starannie chroniony przez robotników.

    Podczas kolejnej z wizyt okazało się, że wizerunek Chrystusa przy ul. Marszałkowskiej został zasłonięty. – W sierpniu 2010 r. Samuel Willenberg zwrócił się do nas o zaopiekowanie się malowidłem i pomoc w wynegocjowaniu dostępu dla zwiedzających – mówi Anna Grzechnik z Muzeum Powstania Warszawskiego.

    Wspólnota mieszkaniowa nie zgodziła się jednak na udostępnienie wizerunku. – Nie pozwolono nam na umieszczenie w bramie budynku kopii, wizerunku i tablicy z informacją o tej niezwykłej powstańczej pamiątce. Nie mogliśmy wykonać także kopii do Muzeum Powstania Warszawskiego – mówi Anna Grzechnik. – Kopię wykonano na podstawie zdjęcia zrobionego przez Samuela Willenberga w latach 80.

    Odsłonięta została z udziałem Samuela Willenberga w Muzeum Powstania Warszawskiego 29 sierpnia. – Przygotowane dla niej miejsce nie jest przypadkowe. Znalazła się na ekspozycji poświęconej żydowskim artystom, obok jest fragment wystawy na temat Władysława Szpilmana. Kopię malowidła Willenberga scenograficznie umieściliśmy tak, by przypominała klatkę schodową – miejsce, gdzie znajduje się oryginał – tłumaczy Anna Grzechnik.

    ORYGINAŁ NISZCZEJE

    Kiedy 3 września odwiedziłam kamienicę przy ul. Marszałkowskiej 60, swobodnie weszłam nie tylko na dziedziniec. Otwarte były też drzwi na klatkę schodową, gdzie schronił się Perec Willenberg. Podobnie otwarta była krata w zejściu do piwnic. Odpadająca ze ścian farba, wytarte od stóp drewniane schody – klatka czeka na remont i zapewne lepiej musiała wyglądać w czasie wojny.

    Czy tak powinno wyglądać zabezpieczenie cennego zabytku? Biuro Stołecznego Konserwatora Zabytków pytane o sprawę wyjaśnia, że od ośmiu lat wie o istnieniu malowidła. Jak nas informuje, wydało „zalecenia dla użytkownika obiektu, w których zasugerowano zabezpieczenie obiektu przed ewentualnym zniszczeniem, które mogło nastąpić podczas prowadzonych wówczas prac remontowych w budynku”. Dodaje, że konsultowało zabezpieczenie malowidła z konserwatorem malarstwa ściennego, a jego trwałość monitorowana jest przez Zarząd Gospodarowania Nieruchomościami, któremu podlega budynek.

    Drążenie sprawy odsłania jednak coraz większy bałagan w miejskich instytucjach. Tam chyba nikt liczy się z narodowym dobrem. Zakład Gospodarowania Nieruchomościami odpowiada, że to konserwator monitoruje jakość zabezpieczenia malowidła, a ostatnia kontrola odbyła się rok temu.

    – Według oceny naszego pracownika, od strony konserwatorskiej zabezpieczenie malowidła jest niewystarczające i może przyczynić się do jego uszkodzenia – ocenia Anna Grzechnik z Muzeum Powstania Warszawskiego.

    Są sprzeczne informacje dotyczące wpisu malowidła do rejestru zabytków. Jednego dnia Agnieszka Kasprzak z Biura Stołecznego Konserwatora Zabytków (BSKZ) informuje w rozmowie telefonicznej, że sprawa wpisu malowidła do rejestru zabytków jest w toku u wojewódzkiego konserwatora zabytków. Następnego dnia redakcja otrzymuje informację, że jest inaczej: obiekt nie jest pod ochroną konserwatora, nie został wpisany do rejestru zabytków, do chwili obecnej nie wszczęto postępowania w tej sprawie. Odpowiedzialność za wpis do rejestru BSKZ przerzuca na mazowieckiego konserwatora i właściciela budynku. – Jeśli pani redaktor ma w domu zabytkowy wazon, to co do tego ma konserwator zabytków? – konkluduje Agnieszka Kasprzak z BSKZ.

    Biuro Stołecznego Konserwatora Zabytków nie widzi różnicy pomiędzy zabytkowym wazonem w prywatnym mieszkaniu a zabytkowym malowidłem w warszawskim budynku! Czy to znaczy, że niezwykłe malowidło – podwójnie unikatowa pamiątka, bo i ocalonego żydowskiego artysty, i Powstania Warszawskiego – może podzielić los innych zdewastowanych obiektów: 100-letniego budynku koszar przy Łazienkach Królewskich albo XIX-wiecznej parowozowni na Pradze, która nie znalazła się w rejestrze zabytków?

    A może sprawa wyraźnie niechcianego wizerunku Chrystusa, który stawia nas wobec wielu pytań bez odpowiedzi, ma jakieś drugie dno?

    Irena Świerdzewska/Idziemy nr 37 (418), 15 września 2013 r.

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Nie ma, jak u Mamy:

    Matka Boska Armii Krajowej

    ***

    „Nie ma, jak u Mamy” to nasz radiowy cotygodniowy cykl internetowy, w którym pragniemy przybliżać Matkę Bożą. Jej życie, Jej skuteczne wstawiennictwo, Jej „obecność” w życiu świętych, modlitwy do Maryi, miejsca Jej kultu, a także wizerunki Matki Bożej. Może na wzór św. Maksymiliana, który, jak napisał o. Roman Soczewka – „lubił soboty i radością z tego dnia dzielił się ze współbraćmi zakonnymi, wygłaszając im pogadanki lub konferencje o Matce Bożej Niepokalanej.”

    ***

    Z okazji 77. rocznicy wybuchu Powstania Warszawskiego, pragniemy zapoznać Państwa z historią powstania niezwykłego obrazu, zatytułowanego „Matka Boska Armii Krajowej”. Obraz namalowała podczas Powstania Warszawskiego Irena Pokrzywnicka, a inspracją do tego było kazanie ks. Apolinarego Leśniewskiego.

    Obraz przedstawia „Madonnę z Dzieciątkiem w strojnej szacie, w koronach, osłaniającą prawym ramieniem powstańca. Żołnierz jest w stopniu kaprala, w mundurze wojskowym, furażerce na głowie i z krzyżykiem na szyi. Dzieciątko Jezus trzyma nad głową powstańca gałązkę wawrzynu – symbol zwycięstwa i męczeństwa, w tle widać zaś płonącą Warszawę (prawdopodobnie jest to zarys uszkodzonych wież kościoła Najświętszego Zbawiciela)”.

    Dzieło Ireny Pokrzywnickiej powstawało podczas niemieckich ostrzałów. Mimo tego artystka nie zeszła do schronu i za wszelką cenę pragnęła dokończyć pracę, przedstawiającą Maryję, osłaniającą powstańca… „Malarka tłumaczyła później swój upór tym, że obraz musiał być gotowy dla ks. Apolinarego na wieczorną Mszę św.” – czytamy na stronie przystanekhistoria.pl  W rezultacie Pokrzywnicka została ranna, malowany przez nią obraz nie został jednak zniszczony, ani nawet uszkodzony.

    Malarka wykonała także ok. 4 tys. obrazków z reprodukcją Matki Boskiej Armii Krajowej. Obrazki te były rozdawane żołnierzom, a celem tych działań było dodanie walczącym otuchy i wiary w zwycięstwo.

    Dzieło życia Ireny Pokrzywnickiej przetrwało w ukryciu aż do 1962 r., kiedy to ks. Apolinary przekazał je kard. Stefanowi Wyszyńskiemu. W Pałacu Arcybiskupów Warszawskich przy ul. Miodowej obraz przebywał do 2008 r., kiedy abp Kazimierz Nycz przekazał go Muzeum Powstania Warszawskiego. Jego kopia  jest wystawiana podczas Mszy św. odprawianej na ołtarzu polowym cmentarza Powstańców Warszawy na Woli w każdą rocznicę wybuchu powstania.

    Więcej na temat Ireny Pokrzywnickiej, ks. Apolinarego Leśniewskiego, ich spotkania i wzajemnej inspiracji, a także niezwykłego obrazu Matki Boskiej Armii Krajowej można przeczytać na stronie Instytutu Pamięci Narodowej – przystanekhistoria.pl 

    radio NIEPOKALANÓW/31 lipca 2021

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Matka Boża Armii Krajowej

    Historia obrazu Matki Bożej Armii Krajowej jest niezwykłym świadectwem zawiłości losów Polski i Polaków w XX wieku oraz bezcennym skarbem wiary i patriotyzmu. Ten wyjątkowy wizerunek maryjny powstał w ciągu zaledwie kilku dni sierpnia 1944 roku. Jego autorka, wszechstronna artystka Irena Pokrzywnicka (była nie tylko malarką, ale też projektantką mody i wnętrz), na początku Powstania Warszawskiego zaprzysiężona na żołnierza Armii Krajowej, w czasie Mszy Świętej polowej w święto Wniebowzięcia NMP wysłuchała kazania ks. Apolinarego Leśniewskiego, kapelana AK. Pod wpływem jego słów poczuła natchnienie do namalowania obrazu, na którym Matka Boża z Dzieciątkiem osłania swoją ręką powstańca w stopniu kaprala, w mundurze i z krzyżykiem na szyi, na tle płonącej Warszawy.

    Już sam proces powstawania obrazu był niesamowity: w trakcie jego malowania Niemcy rozpoczęli ostrzał artyleryjski i trafili w pracownię Pokrzywnickiej – malarka została powalona na ziemię, ale płótno nie doznało żadnego uszczerbku. Następnie, po przekazaniu obrazu ks. Leśniewskiemu, Matka Boża Armii Krajowej została umieszczona w ołtarzu polowym przy ul. Marszałkowskiej, który w toku walk powstańczych został zniszczony, lecz obraz ponownie ocalał i został wyciągnięty z gruzów. Po kapitulacji powstania ks. Leśniewski ukrył go w swoim mieszkaniu, które później zostało obrabowane – ale obrazem złodzieje się nie zainteresowali. Po raz czwarty groźba zniszczenia zawisła nad wizerunkiem Matki Bożej Armii Krajowej już po wojnie, gdy funkcjonariusze Urzędu Bezpieczeństwa przeprowadzali rekwizycję na plebanii w Sieradzu, gdzie posługiwał wówczas ks. Leśniewski. Na szczęście obraz nie został znaleziony.

    Obecnie Matka Boża Armii Krajowej znajduje się na stałe w Muzeum Powstania Warszawskiego. Jednakże raz do roku, w rocznicę powstania, jest wystawiana podczas Mszy Świętej na Cmentarzu Powstańców Warszawy, gdzie cześć oddają jej tłumy mieszkańców stolicy, ostatni żyjący powstańcy i wszyscy, którym drogi jest ten wizerunek maryjny.

    Marcin Więckowski/artykuł z PzM 119 lipiec/sierpień 2021

    ______________________________________________________________________________________________________________


    „Matka Boska Powstańcza”

    Bóg Ci słońca na dłonie Twe nie żałował
    ani ciszy na usta Twe zbyt mało dał –
    broń bym zdobył dla Ciebie, o głodzie wędrował,
    potajemnie orzechy na ołtarz Ci rwał.

    Najświętsza, utracona, z rozkazami spalona –
    w barykady równoczarnym strumieniu –
    z Tobą twarz zapłakana, z Tobą bitwy do rana
    i uśmiechy, i sen na kamieniu.

    ks. Jan Twardowski

    ***

    Matka Boża Armii Krajowej

    Historia obrazu Matki Bożej Armii Krajowej jest niezwykłym świadectwem zawiłości losów Polski i Polaków w XX wieku oraz bezcennym skarbem wiary i patriotyzmu. Ten wyjątkowy wizerunek maryjny powstał w ciągu zaledwie kilku dni sierpnia 1944 roku. Jego autorka, wszechstronna artystka Irena Pokrzywnicka (była nie tylko malarką, ale też projektantką mody i wnętrz), na początku Powstania Warszawskiego zaprzysiężona na żołnierza Armii Krajowej, w czasie Mszy Świętej polowej w święto Wniebowzięcia NMP wysłuchała kazania ks. Apolinarego Leśniewskiego, kapelana AK. Pod wpływem jego słów poczuła natchnienie do namalowania obrazu, na którym Matka Boża z Dzieciątkiem osłania swoją ręką powstańca w stopniu kaprala, w mundurze i z krzyżykiem na szyi, na tle płonącej Warszawy.

    Już sam proces powstawania obrazu był niesamowity: w trakcie jego malowania Niemcy rozpoczęli ostrzał artyleryjski i trafili w pracownię Pokrzywnickiej – malarka została powalona na ziemię, ale płótno nie doznało żadnego uszczerbku. Następnie, po przekazaniu obrazu ks. Leśniewskiemu, Matka Boża Armii Krajowej została umieszczona w ołtarzu polowym przy ul. Marszałkowskiej, który w toku walk powstańczych został zniszczony, lecz obraz ponownie ocalał i został wyciągnięty z gruzów. Po kapitulacji powstania ks. Leśniewski ukrył go w swoim mieszkaniu, które później zostało obrabowane – ale obrazem złodzieje się nie zainteresowali. Po raz czwarty groźba zniszczenia zawisła nad wizerunkiem Matki Bożej Armii Krajowej już po wojnie, gdy funkcjonariusze Urzędu Bezpieczeństwa przeprowadzali rekwizycję na plebanii w Sieradzu, gdzie posługiwał wówczas ks. Leśniewski. Na szczęście obraz nie został znaleziony.

    Obecnie Matka Boża Armii Krajowej znajduje się na stałe w Muzeum Powstania Warszawskiego. Jednakże raz do roku, w rocznicę powstania, jest wystawiana podczas Mszy Świętej na Cmentarzu Powstańców Warszawy, gdzie cześć oddają jej tłumy mieszkańców stolicy, ostatni żyjący powstańcy i wszyscy, którym drogi jest ten wizerunek maryjny.

    Marcin Więckowski/artykuł z PzM 119 lipiec/sierpień 2021

    ______________________________________________________________________________________________________________

    „Widziałam wielkie zagniewanie Boże”. Czy zniszczenie Warszawy było karą za grzechy?

    oprac. GS/PCh24.pl

    ***

    Rok po śmierci świętej Siostry Faustyny na polskiej ziemi wybuchł zbrojny konflikt, który przerodził się z czasem w wojnę o światowym zasięgu. Towarzyszące działaniom wojennym hitlerowskie okrucieństwo wobec ludności cywilnej wprawiło w osłupienie nawet tych, których oczy widziały niejedną straszliwą zbrodnię. Do najkrwawszych przewinień niemieckiego okupanta względem Polski zaliczyć można dokonany na mieszkańcach powstańczej Warszawy mord. Wraz z bestialsko tłumioną insurekcją niszczono dobytek całych pokoleń. Czy w wydarzeniu tym należy dopatrywać się Bożej kary, która – zgodnie z wizją wspomnianej mistyczki i stygmatyczki – miała spaść na „najpiękniejsze w Ojczyźnie miasto” za rozliczne grzechy jej mieszkańców?

    Trudno, by odwiedzającym stołeczne Muzeum Powstania Warszawskiego nie zakręciła się łezka w oku po seansie wyświetlanego tam filmu ukazującego zgliszcza polskiej stolicy po niemieckiej, niszczycielskiej nawałnicy, jaka przez nią przeszła po upadku sierpniowej insurekcji. Malowniczy, architektoniczny krajobraz miasta, nazywanego czasem „Paryżem Północy”, hitlerowski okupant przeistoczył w smętne gruzowisko, wraz z usunięciem którego żegnano opiewany w tak wielu dziełach przedwojenny świat. Granice powojennej Warszawy wyznaczyły obszar rozległego cmentarzyska, w którym obok żołnierza z karabinem leżała matka ze swym niemowlęciem. Powracającym do stolicy mieszkańcom widok ruin tętniącego niegdyś życiem miejsca mógł nasuwać biblijne obrazy miast ukaranych przez Boga za ich liczne występki.

    W upamiętniających sierpniowe wydarzenia roku 1944 tekstach spotkać się można czasem z wizją zniszczonej Warszawy jako kary Bożej za jej rozliczne przewinienia. Za takim sposobem patrzenia na dziejowy moment w historii miasta przemawiają zapisane w „Dzienniczku” słowa św. Siostry Faustyny: Pewnego dnia powiedział mi Jezus, że spuści karę na jedno miasto, które jest najpiękniejsze w Ojczyźnie naszej. Kara ta miała być [taka], jaką Bóg ukarał Sodomę i Gomorę. Widziałam wielkie zagniewanie Boże i dreszcz napełnił, przeszył mi serce.

    Uważa się, że powodem Bożego zagniewania była dokonująca się w majestacie polskiego prawa zbrodnia na nienarodzonych. O duchowej wadze tej winy świadczy ogrom cierpienia, jakie Sekretarka Bożego Miłosierdzia musiała znosić, czyniąc zadość Stwórcy za wołające o pomstę do Nieba krzyki mordowanych w łonach kobiet dzieci.

    Dziś tak gorąco pragnęłam odprawić godzinę św. przed Najświętszym Sakramentem – czytamy w „Dzienniczku” – jednak inna była wola Boża; o godzinie ósmej dostałam tak gwałtownych boleści, że musiałam się natychmiast położyć do łóżka; wiłam się w tych boleściach trzy godziny, to jest do jedenastej wieczorem. Żadne lekarstwo mi nie pomogło, co przyjęłam, to zrzuciłam; chwilami odbierały mi te boleści przytomność. Jezus dał mi poznać, że w ten sposób wzięłam udział w Jego konaniu w ogrodzie i że te cierpienia Sam dopuścił dla zadośćuczynienia Bogu za dusze pomordowane w żywotach złych matek. (…)Mówiłam lekarzowi, że jeszcze nigdy w życiu podobnych cierpień nie miałam, on oświadczył, że nie wie co to za cierpienie. Teraz rozumiem co to za cierpienie, bo mi Pan dał poznać… Jednak kiedy pomyślę, że może kiedyś jeszcze będę w podobny sposób cierpieć, to dreszcz mnie przenika, (…). Obym tymi cierpieniami uratować mogła choćby jedną duszę od morderstwa.

    Prenatalne dzieciobójstwo nie było jedynym uchybieniem, jakiego dopuścił się wobec Boga polski naród, o czym Święta wzmiankuje wiele razy w swoim dziele. Duchowy stan rodaków przynaglał ją do nieustannego orędownictwa. Św. Siostra Faustyna pisała:

    Często się modlę za Polskę, ale widzę wielkie zagniewanie na nią, iż jest niewdzięczna. Całą duszę wytężam, aby ją bronić. Nieustannie przypominam Bogu Jego obietnice miłosierdzia. Kiedy widzę Jego zagniewanie, rzucam się z ufnością miłosierdzia i w nim zanurzam całą Polskę, a wtenczas nie może użyć swej sprawiedliwości. Ojczyzno moja, ile ty mnie kosztujesz, nie ma dnia, w którym bym się nie modliła za ciebie.

    Trudno wyobrazić sobie los Polaków bez przemożnego wstawiennictwa Apostołki Bożego Miłosierdzia. Rąbek tajemnicy uchyla Siostra Faustyna w następującym fragmencie „Dzienniczka”:

    Widziałam gniew Boży ciążący nad Polską. I teraz widzę, że jeśliby Bóg dotknął kraj nasz największymi karami, to byłoby to jeszcze Jego wielkie miłosierdzie, bo by nas mógł ukarać wiecznym zniszczeniem za tak wielkie występki. Struchlałam cała, jak mi Pan choć trochę uchylił zasłony. Teraz widzę wyraźnie, że dusze wybrane podtrzymują w istnieniu świat, aby się dopełniła miara.

    Wśród ogromu ludzkich przewinień, których ciężar poznać miała polska Święta, były grzechy przeciwko ciału.

    Kiedy przyszłam na adorację, zaraz mnie ogarnęło wewnętrzne skupienie i ujrzałam Pana Jezusa przywiązanego do słupa, z szat obnażonego i zaraz nastąpiło biczowanie. Ujrzałam czterech mężczyzn, którzy na zmianę dyscyplinami siekli Pana. Serce mi ustawało patrząc na te boleści; wtem rzekł mi Pan te słowa: – „cierpię jeszcze większą boleść od tej, którą widzisz?” I dał mi Jezus poznać za jakie grzechy poddał się biczowaniu, są to grzechy nieczyste. O, jak strasznie Jezus cierpiał moralnie, kiedy się poddał biczowaniu – pisała.

    Gdy w kontekście przywołanych słów spróbujmy naszkicować duchową mapę przedwojennej Polski, to nietrudno będzie nam zauważyć wyróżniającą się na tle pozostałych miast ilość stołecznych domów rozpusty. Gdyby zapytać przedwojennego policjanta – czytamy w książce Pawła Rzewuskiego pt. „Warszawa. Miasto grzechu. Prostytucja w II RP” – co stanowi największy problem Warszawy, odpowiedziałby, że prostytucja. Co prawda stolicy Polski daleko było do Berlina z czasów Republiki Weimarskiej, barwnie ukazanego w filmie „Kabaret”, to jednak proceder ten był powszechny. I niezwykle widoczny.

    „Przybytki rozkoszy” rozlokowane były nawet w wokół Bożych Świątyń, co niezgodne było zresztą z obowiązującym wówczas prawem. Na warszawskiej mapie grzechu niechlubnie wyróżniały się dzielnice: Wola, Muranów, Powiśle i Stare Miasto. Warto zauważyć, że to właśnie w tych miejscach okupant przelał brutalnie najwięcej polskiej krwi w czasie Powstania. W labiryncie ulokowanych w centralnej części miasta uliczek przybyszowi trudno było z kolei znaleźć miejsce na nocleg, jako że właścicielom lokali opłacało się bardziej wynajmować pokoje na tak zwane „godziny”. Im dalej od śródmieścia, tym trudniej spotkać było córy Koryntu, co potwierdzą dane wskazujące na centrum stolicy jako na teren, w którym znaleźć można było najwięcej lunaparów.

    W próbie zrozumienia problemu przedwojennej prostytucji w Warszawie nie sposób nie odnieść się do przepisów regulujących ten aspekt życia II RP. W odrodzonej Polsce zakazano prowadzenia domów publicznych, legalna była natomiast prostytucja pod warunkiem stawiania się przez osobę zajmującą się nierządem na regularne badania lekarskie. Panie do towarzystwa zobowiązane były do posiadania karty zdrowia, czyli tak zwanej „czarnej książeczki”, którą – zgodnie z opisem – nie należało traktować jako „zachętę do rozpusty ani przeszkodę dla pracy”. Wszystko to było jednak papierową fikcją, ponieważ po warszawskim niebem czynne stały domy publiczne, w których zamieszkiwały zarówno zarejestrowane, jak i nielegalne prostytutki.

    Możemy być niemal pewni, że jednym ze skutków pleniącego się w stolicy nierządu były usługi płatnych morderców nienarodzonych dzieci. Trudno określić dokładną ich ilość, ponieważ tego typu przestępstwa zatajano lub nie zgłaszano organom ścigania.

    Z fragmentarycznych danych ogólnopolskich wynika, że w latach 1924–1928 odnotowywano rocznie 1233 do 1393 zgłoszeń dotyczących przeprowadzenia nielegalnych aborcji. Według obliczeń dokonanych przez Adama Czyżewicza na podstawie danych statystycznych dotyczących liczby kobiet z rozpoznaniem poronienia, które zostały przyjęte do szpitali, wynika natomiast, że w latach 1922–1938 przestępstw dokonywano rocznie od 256213 do 513237 tego typu – czytamy w artykule Mateusza Łodygi pt. „Metody i środki stosowane w procederze aborcyjnym w okresie międzywojennym na przykładzie spraw z terenu siedleckiego okręgu sądowego”.

    Skala tego procederu pokazuje, że w aborcyjnym podziemiu ginęły nie tylko dzieci zdeprawowanych matek. Kwestia „zabiegów” i środków służących przeprowadzaniu nielegalnych aborcji stanowiła swego rodzaju „tajemnicę poliszynela” w II RP, w której, co warto podkreślić, legalnie zabić można było nienarodzonego człowieka ze względu na stan zdrowia ciężarnej matki lub gdy ciąża była wynikiem przestępstwa (czyn nierządny z nieletnią lub upośledzoną, zgwałcenie, kazirodztwo). Za te, wołające o pomstę do Nieba grzechy, najdotkliwiej cierpiała znana prawie na całym świecie polska mistyczka.

    Czy wobec powyższego możemy domniemywać, że to właśnie te przewinienia ściągnęły pod koniec wojny na miasto Bożą karę, zgodnie z zapowiedzią, jaką otrzymała Apostołka Bożego Miłosierdzia? Ks. Sopoćko w swoich wspomnieniach opisuje jedną z ostatnich wizyt u chorej na gruźlicę zakonnicy:

    Znalazłem Siostrę Faustynę w szpitalu zakaźnym na Prądniku już zaopatrzoną na śmierć.(…) Jeszcze opisała mi wygląd kościółka i domu pierwszego zgromadzenia oraz ubolewała na losem Polski, którą bardzo kochała i za którą często się modliła. (…)W tym wypadku również nie zapytałem, jaki to los ma spotkać Polskę, że ona tak ubolewa. Sama mi tego nie powiedziała, tylko westchnąwszy zakryła twarz od zgrozy obrazu, który prawdopodobnie wówczas widziała.

    Modlitwa za Polskę była jedną z najczęstszych, jakich się podejmowała, o czym mówi nam sama Święta na łamach „Dzienniczka”: Ojczyzno moja kochana, Polsko, o gdybyś wiedziała, ile ofiar i modłów do ciebie do Boga zanoszę. Ale uważaj i oddawaj chwałę Bogu. Bóg cię wywyższa i wyszczególnia, ale umiej być wdzięczna. Nie bez powodu intencja ta była tak droga sercu zakonnicy. Wagę jej ustawicznego orędownictwa za ojczyznę dostrzec można lepiej w perspektywie cierpień, które stały się udziałem ludności cywilnej w czasie wojny. Pod tym względem hekatomba mieszkańców Warszawy w czasie Powstania i późniejsze, niemal doszczętne, zniszczenie miasta musiały nasuwać związek między wizjami i przestrogami mistyczki a stanem faktycznym.

    Powiązanie skutków sierpniowej insurekcji z przyczyną, jaką miały być grzechy zamieszkujących w stolicy ludzi, budzi do dzisiaj wiele emocji, dzieląc włączających się w dyskusję o tym na zwolenników i przeciwników takiej tezy. Trudno rozstrzygnąć powstały spór, jako że dotyka materii wymagającej spojrzenia na nią oczami wiary. Bez tej optyki nie sposób zrozumieć skierowanych do Siostry Faustyny słów Zbawiciela o szczególnym umiłowaniu przez Niego naszej ojczyzny. W obliczu dramatycznej historii obywateli II RP dane mistyczce słowo jawi się jako niedorzeczność, którą przemóc może w jakiejś mierze znajomość Biblii. W perspektywie ukazanych tam dziejów zobaczyć możemy nie tylko Bożą Sprawiedliwość, ale też Boże Miłosierdzie względem grzesznika, a w związku z tym pedagogiczny wymiar kary.

    Uprawniony wydaje się zatem sąd, że dopuszczone przez Boga skutki ludzkich działań są z jednej strony konsekwencją danej człowiekowi wolności, z drugiej zaś ukazują w jakiś sposób Bożą pedagogię w prowadzeniu człowieka. Nie możemy więc wykluczyć Bożego dopustu, jakim było zniszczenie Warszawy z powodu rozlicznych grzechów jej mieszkańców. Rozważając problem w takim ujęciu, jednego możemy być pewni. Wraz z cierpiącymi mieszkańcami stolicy współcierpiał Jezus. Prawdę tę pięknie ujął Paul Claudel, pisząc: „Ach, Panie, (…)wiemy, że Cię boli, gdy w nas uderzasz”.

    Anna Nowogrodzka-Patryarcha/PCh24.pl

    ____________________________________________________________________________________

    „Krew będzie płynęła rynsztokami”

    fot. kadr z filmu

    ***

    Głusi na ostrzeżenia, przekonani o własnej wielkości ludzie z trudem akceptują prawdę o Bogu „Sędzim sprawiedliwym, który za dobro wynagradza a za złe karze”. Dlatego wielu z nas sugestia, że straszliwa hekatomba stolicy Polski, której 70. rocznicę właśnie obchodzimy, mogła być karą za grzechy przedwojennych mieszkańców Stolicy, może wydać się wręcz bluźnierstwem. Warto jednak pamiętać, że przedwojenna Warszawa była prawdziwą stolicą prostytucji i aborcji. I że kara za te grzechy była zapowiadana.

    Rzadko pamięta się też, iż przedwojenna Warszawa była prawdziwym zagłębiem haniebnych praktyk aborcyjnych. Przepisy chroniące życie od poczęcia obowiązywały w odrodzonym państwie polskim do 1932 r, choć i wówczas istniało duże „podziemie aborcyjne”. W latach 20. ruszyła jednak szeroko zakrojona akcja na rzecz wprowadzenia zmian ułatwiających zabijanie dzieci nienarodzonych. Po stronie domagającej się legalizacji aborcji „z przyczyn społecznych” szczególną aktywnością wykazywali się m. in. mason Tadeusz Boy-Żeleński i jego partnerka, działaczka feministyczna Irena Krzywicka z domu Goldberg. Antynatalistyczne lobby odniosło wreszcie sukces i w 1932 r. rządząca Polską Sanacja zalegalizowała aborcję w Polsce artykułem 233 Kodeksu Karnego (wprowadzonego rozporządzeniem Prezydenta Rzeczypospolitej z dnia 11 lipca 1932 r.).

    Nowe przepisy tworzyły możliwość dokonania aborcji w dwóch przypadkach: z powodu ścisłych wskazań medycznych, oraz gdy ciąża zaistniała w wyniku gwałtu, kazirodztwa bądź współżycia z nieletnią poniżej lat 15. Kodeks wprowadzał wymóg, aby „zabieg” był dokonany przez lekarza. Co najbardziej przerażające, nie określono trybu stwierdzania przesłanek umożliwiających „legalną” aborcję. Nie określono także stadium zaawansowania ciąży, do jakiego wolno dokonać aborcji. Trzeba zauważyć, że wprowadzone przez władze II RP aborcyjne regulacje mogły śmiało stawać w śmiertelne szranki z przepisami obowiązującymi w latach 1920-1936 w ZSRR.

    Tylko komunistyczne Sowiety mogły poszczycić się bardziej złowrogimi dla życia nienarodzonych przepisami.

    Według różnych danych, w okresie międzywojennym przeciętna liczba zabójstw dokonywanych na dzieciach poczętych zarówno w lekarskich gabinetach, jak i nielegalnie wynosiła od 100 do 130 tysięcy rocznie! Tylko w latach 1932-1939 mogło więc zostać zabitych nawet milion nienarodzonych Polaków! Zjawisko to nasiliło się jeszcze po 1939 roku: okupacyjne władze hitlerowskie śmiało wkroczyły w uchylone przez władze II RP bramy aborcyjnego koszmaru, wprowadzając w 1943 roku „aborcję na życzenie”. Znakomita część zbrodniczych „zabiegów” wykonywana była w Warszawie, możliwe więc, że do 1944 zabito w łonach warszawianek więcej dzieci, niż wyniosły straty w ludności cywilnej podczas samego Powstania Warszawskiego.

    Znakomita część sanacyjnej elity II RP nie przykładała szczególnej wagi do nauczania Kościoła w zakresie nierozerwalności małżeństwa i etyki seksualnej. Przykłady można mnożyć: Józef Piłsudski, Rydz-Śmigły, Walery Sławek, Józef Beck. Obraz kondycji moralnej elit – choć z pewnością przerysowany – jaki odnajdujemy w „Karierze Nikodema Dyzmy” nie odbiegał zbytnio od rzeczywistości. Promowanie stylu życia pozbawionego moralności, nagłaśnianie skandali obyczajowych, lekceważący stosunek do dramatu, jakim jest rozwód, stały się chlebem powszednim obyczajowości międzywojennej Polski, a zwłaszcza stołecznej Warszawy.

    Do największych problemów z jakim zmagali się stróże porządku przedwojennej Warszawy należała prostytucja. Pod tym względem Stolica była prawdziwym miastem grzechu. Korzystanie z „usług” panien lekkich obyczajów było zjawiskiem mocno egalitarnym. Gdzie znaleźć najbliższy lupanar wiedzieli zarówno biedni i bogaci, gimnazjaliści oraz panowie posunięci w latach.

    To, co kiedyś szokowało, powoli stawało się „normalnością”; to, co wzbudzało odrazę okazywało się „dobrodziejstwem współczesności”. W taki sposób rewolucja wprowadzała w narodowy krwioobieg swój antyporzadek oparty na nihilizmie i skoncentrowany na człowieku.

    Zapowiedź kary

    Oddajmy głos ks. kard. Augustowi Hlondowi: „Fala wszelkiego rodzaju nowinkarstwa zabagnia dziedzinę obyczajów. Podkopuje nie tylko moralność chrześcijańską, ale godzi wprost w etykę naturalną, szerzy nieobyczajność wśród młodzieży i dorosłych. Celem tej propagandy jest zachwianie idei katolickiej, aby zastąpić naukę chrześcijańską masońskim naturalizmem”. Jakże zatem, w kontekście szerokiej fali demoralizacji płynącej zarówno w elitach społecznych jak i wśród warstw mniej wpływowych w przedwojennej Polsce, dramatycznie brzmią słowa skierowane przez Pana Jezusa do Sługi Bożej Rozalii Celakównej:

    „Trzeba ofiary za Polskę, za grzeszny świat (…), straszne są grzechy Narodu Polskiego. Bóg chce go ukarać. Ratunek dla Polski jest tylko w moim Boskim Sercu”.

    Ponieważ mimo wielu starań do intronizacji w Polsce nie dochodziło, na parę miesięcy przed wybuchem drugiej wojny światowej Rozalia otrzymuje następną wizję ukazującą ogrom nieszczęść, jakie spadną na Polskę, a zarazem zapewnienie, że jeśli Polska – z rządem na czele – dokona intronizacji, do zapowiadanej wojny nie dojdzie.

    „Pod koniec lutego 1939 roku – pisze Rozalia – Pan Jezus przedstawił mej duszy następujący obraz w czasie, gdy Mu polecałam naszą Ojczyznę i wszystkie narody świata. Zobaczyłam w sposób duchowy granicę polsko-niemiecką, począwszy od Śląska, aż po Pomorze, całą w ogniu. Widok był to naprawdę przerażający, zdawało mi się, że ten ogień zniszczy całkowicie cały świat. Po pewnym czasie ogień ogarnął całe Niemcy niszcząc je tak, że ani śladu nie pozostało z dzisiejszej Trzeciej Rzeszy. Wtedy usłyszałam w głębi duszy głos i równocześnie odczułam pewność niezwykłą, że tak się stanie: Moje dziecko, będzie wojna straszna, która spowoduje takie zniszczenie (…). Wielkie i straszne grzechy i zbrodnie są Polski. Sprawiedliwość Boża chce ukarać ten Naród za grzechy, zwłaszcza za grzechy nieczyste, morderstwa i nienawiść. Jest jednak ratunek dla Polski, jeśli Mnie uzna za swego Króla i Pana w zupełności poprzez intronizację, nie tylko w poszczególnych częściach kraju, ale w całym państwie z rządem na czele. To uznanie ma być potwierdzone porzuceniem grzechów, a całkowitym zwrotem do Boga (…). Tylko we Mnie jest ratunek dla Polski”. (op. cit. rozalia.krakow.pl).

    Zapowiedź wielkiego nieszczęścia i grożącej Polakom kary padła także w trakcie objawień w Siekierkach w 1943 r. Choć nie zostały one oficjalnie uznane przez Kościół, warto jednak przyglądnąć się ich treści, zwłaszcza w kontekście następujących po nich wydarzeń z sierpnia 1944 r. Matka Boża miała zwrócić się do 12-letniej Władzi Fronczak tymi słowami: „Módlcie się, bo idzie na was wielka kara, ciężki krzyż. Nie mogę powstrzymać gniewu Syna mojego, bo się lud nie nawraca”. Wśród słów skierowanych do dziewczynki szczególnie dramatycznie brzmią z 27 października 1943r: „Śmierć będzie dla was straszna. Krew będzie płynęła rynsztokami”.

    Szczególnie tragicznie w kontekście dramatu Powstania Warszawskiego brzmią słowa zapowiadające „straszliwą śmierć”. Choć Kościół do dziś nie ustosunkował się oficjalnie do siekierkowskich objawień, nie trudno dostrzec w nich pewnego podobieństwa do treści objawień z Fatimy. Stałym motywem objawień maryjnych pozostaje konieczność nawrócenia i pokuty oraz ostrzeżenie przed indywidualnymi i społecznymi konsekwencjami popełnianych grzechów. Nie oszukujmy się, te wezwania są ciągle aktualne. Słowa, jakie skierował Bóg do Kaina o „krwi brata wołającej z ziemi”, znakomicie pasują do współczesnego świata. Głos mordowanych nienarodzonych dzieci, szaleństwo homorewolucji, planowa destrukcja rodziny – to dramaty wołające współcześnie z ziemi do naszego Stwórcy. A jest On Sędzią sprawiedliwym…

    Łukasz Karpiel/PCh24.pl

    TEKST ZOSTAŁ OPUBLIKOWANY W 70. ROCZNICĘ POWSTANIA WARSZAWSKIEGO

    ______________________________________________________________________________________________________________

    1 sierpnia mija 80. rocznica Powstania Warszawskiego.

    Było planowane na kilka dni, a trwało ponad dwa miesiące.

    ***

    Kula przeznaczona dla powstańca trafiła w Jezusa. Przestrzelone Boże Serce z Powstania Warszawskiego.

    ***

    Figura Jezusa na Cmentarzu Ewangelicko-Augsburskim przy ul. Młynarskiej w Warszawie

    Figura Jezusa na Cmentarzu Ewangelicko-Augsburskim przy ul. Młynarskiej w Warszawie

    ***

    Do walki przystąpiło ok. 50 tys. powstańców i przez 63 dni prowadzili heroiczny, samotny bój z wojskami niemieckimi wspieranymi przez kolaboracyjne jednostki sformowane z obywateli republik Związku Sowieckiego. Militarnym celem zrywu było odwrócenie biegu historii – wyzwolenie stolicy spod niezwykle brutalnej niemieckiej okupacji, pod którą znajdowała się od września 1939 r., przed spodziewanym wkroczeniem wojsk sowieckich do Warszawy.

    Warszawa powstaje

    Pierwsze strzały Powstania Warszawskiego padły na Żoliborzu już ok. godz. 13:50, znacznie wcześniej przed zaplanowaną na godz. 17:00 godziną “W”. Oddał je kapral podchorąży Zdzisław Sierpiński z plutonu 226 Zgrupowania “Żniwiarz”, gdy drużyna transportująca broń, którą prowadził, natknęła się na żołnierzy niemieckich. Także na Woli walki powstańcze rozpoczęły się wcześniej niż planowano. Już ok. godz. 16:00 doszło tam w rejonie cmentarzy do pierwszych walk z Niemcami.

    Nekropolie wolskie w ogniu

    Cmentarze na Woli miały strategiczne znaczenie dla powstania. W pobliskiej fabryce Kamlera przy ul. Dzielnej 72 w pierwszych dniach zrywu mieścił się sztab główny Armii Krajowej i tu przebywał Komendant Główny AK gen. Tadeusz Bór-Komorowski. Natomiast dla Niemców Wola była bardzo ważnym odcinkiem na szlaku zaopatrzeniowym niemieckich oddziałów na prawym brzegu Wisły. Cmentarze wolskie obsadzone przez elitarne bataliony “Zośka”, “Miotła” i “Parasol” Zgrupowania “Radosław” stały się areną zaciętych walk. Przechodziły z rąk do rąk a front na cmentarzu ewangelickoreformowanym przy ul. Żytniej przebiegał pomiędzy grobami. Dochodziło do walk wręcz. W bojach o cmentarze ewangelickie poległa także łączniczka z “Parasola”, 25-letnia Krystyna Wańkowiczówna ps. “Anna”, córka pisarza Melchiora Wańkowicza. Ciało Krystyny i sześciu poległych powstańców towarzysze broni złożyli na cmentarzu kalwińskim w prowizorycznym płytkim grobie. Gdy w 1945 r. matka odnalazła zbiorowy grób, wśród siedmiu ciał nie rozpoznała córki. Zofia Wańkowiczowa zapamiętała córkę z długimi warkoczami i w plisowanej spódnicy. Nie wiedziała, że tuż przed powstaniem Krystyna ścięła warkocze a plisowaną spódnicę zmieniła na Woli na zdobyty na Stawkach niemiecki mundur.

     Archiwum Zgromadzenia Sióstr Nazaretanek

    ***

    Ślady powstańczych walk

    Są wciąż widoczne na wolskich cmentarzach. To pokryte postrzelinami i zryte odłamkami granatów grobowce, nagrobki, granitowe słupy i kolumny. Rosyjskojęzyczni kryminaliści z okrytej szczególnie złą sławą Grupy Szturmowej Dirlewanger z premedytacją strzelali w krawędzie granitowych pomników, by odłamki raziły jak najdalej. Poruszającym świadectwem sierpniowych walk na cmentarzu ewangelicko-augsburskim przy ul. Młynarskiej jest rozpostarta na metalowym krzyżu nagrobnym figura Jezusa z przestrzelonym sercem. Kula, najpewniej strzelca wyborowego, przeznaczona dla powstańca trafiła w plecy Jezusa i wyszła sercem. Metalowa figura zmieniła tor kuli. Być może nie dosięgła powstańca…

    Piotr Myśliński/Tygodnik Niedziela

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Czy powstańcy mogą być kanonizowani?

    O istocie świętości ludzi, którzy walczyli w powstaniu warszawskim, mówi autorka książki „Święci 1944. »Będziesz Miłował«” red. Agata Puścikowska.

    Bogumił Łoziński: Napisałaś książkę o świętych w powstaniu. Czy walcząc na barykadzie, można zostać świętym?

    Agata Puścikowska:
     Najwyraźniej można, takie jest doświadczenie przynajmniej tych siedmiorga osób, które opisałam, ale tak naprawdę dużo więcej powstańców umarło w tym czasie w opinii świętości.

    Gdy mówię o walce, mam na myśli zabijanie wrogów, a to raczej nie jest objaw świętości?

    Nie chodzi mi o zabijanie. Nie ma do tej pory, a przynajmniej ja nie wiem o przypadku procesu beatyfikacyjnego osoby, która w powstaniu walczyła wręcz, zabijała. Co nie znaczy, że byłoby to niemożliwe. Wielu powstańców walczących z bronią w ręku umierało w opinii świętości. Tym razem napisałam o osobach oficjalnie uznanych przez Kościół za błogosławionych albo których proces beatyfikacyjny się toczy. Jednak, gdy pojawiły się zapowiedzi, że taka książka zostanie opublikowana, czytelnicy zaczęli do mnie pisać i pytali, dlaczego „nie opisałam wujka, cioci – powstańców, którzy umarli w opinii świętości”.

    Jak to argumentowali?

    Dla nich są świętymi, ponieważ oddali życie za kraj, za kolegów z batalionu, za przyjaciół, byli heroiczni. Wśród nich znajdowali się głęboko wierzący. Oczywiście nie jesteśmy w stanie powiedzieć, ilu było świętych w powstaniu, jednak już wcześniej, opisując zaangażowanie w nie sióstr zakonnych, doszłam do przekonania, że to była walka dobra ze złem.

    Powstanie miało wymiar mistyczny?

    Oczywiście, przecież to nie był przypadek, że tylu głęboko wierzących ludzi poszło do powstania, zginęło w nim. To, że osoby, które opisuję, zostały uznane za błogosławione, odbieram symbolicznie, przecież wokół nich, np. przy ks. Józefie Stanku, były osoby, które walczyły i zginęły niemal jak on. Nie jestem teologiem, mówię o wydarzeniach, faktach, ludziach, wszystko jest bardzo dobrze udokumentowane i cały czas przebija się tam walka dobra ze złem. To jest w powstaniu tak mocne, tak namacalne, że nie mam wątpliwości o mistycznym wymiarze tej walki. Tam, gdzie panowało zło, gdy wydawało się totalne, rodziło się wielkie dobro. Ks. Stanek powiedział: „Wojna to jest barbarzyństwo, lecz bliskie są Bogu serca żołnierzy, którzy walczą o słuszną sprawę, a nasza sprawa jest słuszna i sprawiedliwość jest po naszej stronie, ponieważ walczymy w obronie własnej. Krew przelaną w tej wojnie i poniesione ofiary składamy nie tylko ku chwale ojczyzny, ale i ku chwale Boskiej”. To oczywiście jest jego spojrzenie, z którym nie wszyscy musieli się identyfikować. W wymiarze symbolicznym, ten wymiar mistyczny udało się, moim zdaniem, pokazać Kubie Szymczukowi, który jest autorem okładki książki. To ikona walczącego miasta…

    Co więc ich łączyło w tym wymiarze mistycznym?

    Wszystkich powstańców łączyły słowa odczytane przez ks. Stefana Wyszyńskiego – kapelana powstańczego Radwana III, z nadpalonej kartki, którą do podwarszawskich Lasek przyniósł wiatr z płonącego miasta. Napisane były na niej dwa słowa: „Będziesz miłował”. Każdy z powstańców na swój sposób to wezwanie wypełniał, za nie umierał. Co więcej, to jest tak, jakby Warszawa wskazała jemu, i nam wszystkim, drogę na przyszłość, bo przecież Wyszyński, kapelan powstania warszawskiego, później został Prymasem Tysiąclecia, który formował Kościół i Polaków.

    Na czym polegał udział w powstaniu osób, które opisujesz?

    Był bardzo różny, zależy o kim mówimy. Pogrupowałam ich na kapelanów i cywilów, jest jeszcze wielka kobieta, bł. matka Róża Czacka, która była takim nieformalnym mistycznym przywódcą Lasek i okolic. Generalnie można powiedzieć, że w piekle powstania nieśli miłość, miłosierdzie, życzliwość, normalność, przyjaźń. Dominikanin Michał Czartoryski, książę, był w powstaniu kapelanem Armii Krajowej na Powiślu. Został z rannymi do końca, choć miał możliwość uratowania się. Człowiek, który był ogromnym przyjacielem walczących. Odprawiał Msze, w których uczestniczyło bardzo dużo ludzi. Są opisy, że gdy pojawiał się w swym białym habicie, nastawał wśród powstańców spokój. Przeprowadzał ich również na drugą stronę życia, grzebał. Pallotyn Józef Stanek, też kapelan Armii Krajowej, był z totalnie innego środowiska niż Czartoryski. Kolejna wielka postać, chłopak ze Spisza, jako dziecko posługiwał się spiską gwarą, nie znał literackiego polskiego. Wykształcił się, został pallotynem. W czasie wojny prawdopodobnie był zaangażowany w konspirację. Powstanie zastało go w centrum Warszawy, potem przebił się na Czerniaków. Tam nie było dostatecznej liczby kapelanów. Spowiadał, ratował dusze, ale i ciała: przebijał się do najniebezpieczniejszych miejsc, by wyciągać z nich rannych. Gdy powstańcy zostali okrążeni przez Niemców na przyczółku czerniakowskim, jako jeden z parlamentariuszy poszedł negocjować, bezskutecznie. Niemcy zabili niemal wszystkich żołnierzy. Stanka zamordowali w okrutny sposób, powiesili go na belce. Zemścili się za jego postawę, wiarę i niezłomność. Co ciekawe, świadkiem jego śmierci była łączniczka AK, Małgorzata Lorentowicz, znana jako „babcia Wolańska” z komedii „Kogel-mogel”.

    Wśród świętych 1944 jest i kobieta, matka Czacka, założycielka i przełożona Sióstr Franciszkanek Służebniczek Krzyża, twórczyni ośrodka dla niewidomych w Laskach, która też była niewidoma, i która przeżyła wojnę. Na czym polegał jej udział w powstaniu?

    Matka Czacka włączyła się w powstanie, razem ze zgromadzeniem i ośrodkiem w Laskach, świadomie. A było to konsekwencją jej całego życia, miała wówczas prawie 70 lat. To była osoba o bardzo szerokich horyzontach, dziś byśmy powiedzieli awangardowa, otwarta, świetnie wykształcona. Z pochodzenia hrabianka. W 1939 r. podjęła decyzję, że zgromadzenie nie będzie neutralne, że Polska jest wielką wartością i trzeba walczyć o jej wolność. Już we wrześniu wysłała siostry do broniącej się Warszawy, aby budowały barykady. W czasie okupacji Laski były jednym wielkim ośrodkiem konspiracyjnym, tu ukrywali się żołnierze 1939 r., ludzie, których poszukuje gestapo, w tym ks. Wyszyński, a w okolicznych lasach zawiązało się dużo różnych oddziałów AK. Czacka ryzykowała wiele, a to, że zaangażowanie Lasek nie zostało w pełni odkryte przez Niemców, można chyba rozpatrywać w kategorii cudu. Wiedziała, że powstanie wybuchnie, więc się do niego przygotowywano, gromadzono leki, jedzenie, utworzono bardzo dobry szpital polowy, potem powstał drugi. W tym szpitalu rannymi opiekowali się również niewidomi, co wówczas było czymś niezwykłym. To zaangażowanie w powstanie nie było takie oczywiste, przecież mogła odmówić.

    Opisujesz także ks. Tadeusza Burzyńskiego, który był jedną z pierwszych ofiar walk, zginął w wieku 29 lat. Znalazł się wówczas w Warszawie, gdyż w niej studiował. Dlaczego umieściłaś go wśród „swoich” świętych?

    Jego proces beatyfikacyjny się toczy, jest sługą Bożym. Miał bardzo ciekawe życie, harcerz, człowiek energiczny, aktywista, kochał Polskę, wszędzie go było pełno, już w wieku 15 lat pisał też poezje, skończył seminarium w diecezji łódzkiej. W momencie wybuchu powstania mieszkał w domu urszulanek szarych na Tamce na Powiślu. Ten dom jest bardzo ważny, bo w nim kwaterowała m.in. płk. Maria Wittek, przewijało się dużo osób zaangażowanych w Armię Kajową, niektóre urszulanki były zaprzysiężone w AK. Tam też mieszkał ks. Jan Zieja, który był kapelanem sióstr i miał być kapelanem powstańczym. Ks. Burzyński zastąpił ks. Zieję, który poszedł do powstania, i został kapelanem sióstr. W momencie wybuchu walk, odprawiał nabożeństwo w kaplicy urszulanek. Gdy po godzinie były pierwsze ofiary, siostry – sanitariuszki, pobiegły, aby ratować rannego. Zostały natychmiast obrzucone przez Niemców granatami: cztery zginęły, jedna cudem ocalała. Z nimi wybiegł Burzyński, który nie musiał tego robić, ale chciał udzielić sakramentów rannemu. Gdy to robił, dosięgły go kule. Udało się go przenieść do domu sióstr, gdzie umarł. To pokazuje, że ten człowiek był absolutnie oddany Bogu i ludziom.

    Chciałbym zapytać o spuściznę świętych z powstania, tych uznanych przez Kościół, i tych, którzy są za takich uważani. Czy ich postawa wpływa na nas, współczesnych Polaków?

    Nie potrafię ocenić, jak wpływa na nas, ale wiem, że jeśli wczytamy się w ich biografie i któraś do nas przemówi, to możemy być lepszymi, pełniejszymi, bardziej uformowanymi ludźmi. I nie tylko na poziomie religijnym, ale na poziomie uniwersalnym, czysto ludzkim. Każdy z tych świętych może pozostawić w człowieku coś na przyszłość. W obecnej sytuacji posuchy autorytetów, posuchy wiary w cokolwiek, ta niezłomność powstańców, bycie na śmierć i życie przy drugim człowieku, wskazuje nam to, co najważniejsze.

    wywiad przeprowadził Bogumił Łoziński/Gość Niedzielny

    ______________________________________________________________________________________________________________

    fot. fragment okładki książki “Święci 1944. Będziesz miłował” Agaty Puścikowskiej / Wyd. Znak

    ***

    “Radwan III”- święty bohater Powstania Warszawskiego. Zaskoczy cię, kim był!

    Kim był Powstaniec o pseudonimie “Radwan III”, który podczas Powstania Warszawskiego udzielał sakramentów, grzebał umarłych, spowiadał, a także opatrywał rany, a nawet asystował przy operacjach?

    Działalność „Radwana III” jest mało znana. Jakby lata tej posługi – wśród umierających, cierpiących, walczących – nie formowały go. Czy bez doświadczenia okupacji, a potem powstania warszawskiego 1944 roku teolog i intelektualista, profesor Stefan Wyszyński stałby się niezłomnym Ojcem Wolnych Ludzi? 

    książce “Święci 1944”. Będziesz miłować” Agata Puścikowska przedstawia dobrze udokumentowaną powstańczą historię prymasa Stefana Wyszyńskiego.

    „Radwan III”: główny czynnik uspokajający 

    Po wielu latach kapitan Józef Krzyczkowski, dowódca Grupy „Kampinos” Armii Krajowej, tak mówił o powstańczej posłudze Wyszyńskiego: „On był głównym czynnikiem uspokajającym ciężko rannych partyzantów. Gdyby nie jego osobowość, to jestem przekonany, że nie przetrwalibyśmy tego okresu”.

    Kiedy w Warszawie wybuchło powstanie, ksiądz Jerzy Baszkiewicz nie skierował – wówczas już czterdziestotrzyletniego, a więc dojrzałego wiekiem, księdza porucznika Stefana Wyszyńskiego „Radwana III” na pierwszą linię walki. Pozostawił go w Laskach, co być może okazało się opatrznościowe, bo było to miejsce pod wieloma względami strategiczne dla okolicy. Potrzebowano tam człowieka zaufanego, ale też wyważonego – by po prostu bez powodu nie narażać cywili.

    Ksiądz Wyszyński, choć rozumiał powstańców i ich motywacje, do samego powstania był nastawiony dość sceptycznie. Doskonale zdawał sobie sprawę, że euforia może zamienić się w grozę. I być może – znając realia geopolityki, metody działania Sowietów – nie wierzył w oczekiwaną przez Polaków pomoc z Zachodu i ze Wschodu.

    Wspominał: „Ja osobiście byłem przeciwny powstaniu, gdy jednak otrzymałem nominację na kapelana AK okręgu Laski–Izabelin, Wawrzyszew, Boernerowo, Kampinos, poddałem się bez zastrzeżeń decyzjom dowództwa. Dążyłem tylko do tego, by z zakładu nie czynić ośrodka koncentracji, intendentury, zaopatrzenia, piekarni i kuchni polowych, a nadto radia i formacji wileńskich. Uważałem, że to daje sposobność do ataków (…). Główną troskę zwróciłem na szpital powstańczy w domu rekolekcyjnym, salę chirurgiczną, dom św. Stanisława, salę położoną w piwnicach św. Teresy. Ważne było podtrzymywanie atmosfery spokoju, opanowanie podniecenia krzyżujących się wykładników różnych formacji wojskowych, wielkich dygnitarzy partyjnych, którzy siali podejrzliwość wobec niewinnych ludzi, przyprawiając niekiedy ich o śmierć.”

    Na dystans księdza profesora do włączenia się Lasek w powstanie miały wpływ losy wychowanków sióstr. Obawiał się zapewne ewentualnych represji na cywilach, w tym niewidomych dzieciach.

    Rozmawiał o tym z matką Czacką. Wyszyński pytał wprost o los niewidomych: „Czy mamy prawo tak ich narażać? Są bezbronni, nie biorą udziału w walkach, a zostaną wystawieni na śmierć!”. Matka uważała, że wszyscy Polacy, również niewidomi, powinni mieć szansę i możliwość walki za ojczyznę.

    Wyszyński podczas Powstania Warszawskiego. „Dużo spowiadał”

    Wyszyński z wielkim oddaniem i pietyzmem udzielał sakramentów, grzebał umarłych. Dużo spowiadał. Był charakterystyczny, więc wielu powstańców go zapamiętywało. Kapral Longin Kołosowski, ps. „Longinus”, z Grupy AK „Kampinos” tak go wspominał:

    „Pamiętam, na krzesełkach pięciu kapłanów siedziało w ogrodzie. Przystąpiłem do spowiedzi, ale moim spowiednikiem był chyba ksiądz Stefan Wyszyński, później kardynał, później Prymas Tysiąclecia. On był w czasie Powstania kapelanem w Laskach w szpitalu powstańczym. (…) Prawdopodobnie to był on, gdyż był wysoki, chudy. W czasie spowiedzi otrzymałem od niego specjalną modlitwę z Rzymu, która się nazywała odpust zupełny, gdyż żołnierze w czasie wojny narażeni byli na śmierć. Złożyłem tę modlitwę w Muzeum Powstania Warszawskiego”.

    Apteczka, zgubiony termometr i towarzyszenie rannym

    Wyszyński świadomie i dobrowolnie angażował się w działania i akcje  wykraczające poza jego podstawowe powołanie.

    Już od 2 sierpnia ksiądz „Radwan III” opiekuje się rannymi powstańcami, którym nie udało się opanować i przejąć lotniska bielańskiego. Szpital zapełnia się ciężko rannymi, których trzeba obsłużyć. Wyszyński spełnia najprostsze posługi: pierze bandaże, zmienia opatrunki. Ma przy sobie apteczkę, którą z pudełka po butach i resztek skóry uszyły franciszkanki.

    Asystuje też przy operacjach. W trakcie pierwszej zemdlał. A operacje trwały tam zresztą niemal bez przerwy. Prymas wspominał później, że doktor Cebertowicz operował nawet przez trzy dni i trzy noce – bez odpoczynku… Ksiądz Wyszyński był wciąż na nogach, w gotowości. Wspierał chorych duchowo, ale i po prostu obecnością…

    „Jak wspominano, zjawiał się w salach, gdzie odczuwało się niebezpieczne w takich sytuacjach zdenerwowanie (…). Jego niesłychany spokój, wiara, że wszystko skończy się dla szpitala pomyślnie, były stałym zastrzykiem optymizmu. Oddziaływało to na cały personel szpitala (…), uzbrajało w łagodność, cierpliwość, wyrozumiałość w stosunku nawet do najbardziej nieznośnych pacjentów”.

    Stanowczo nie był to łatwy czas dla księdza profesora. Nie skarżył się jednak. Dopiero po latach szczerze przyzna: „Pamiętam, jak byłem zmęczony, znużony tą ciągłą krwią, amputacjami, koszami wynoszonych rąk i nóg, tą męką żołnierzy, którzy byli bohaterscy na froncie, a jak dzieci na stole operacyjnym. Patrzyłem na to wszystko, przeżywałem strasznie. Wydawało mi się, że nie dla mnie ten obraz, ale dzisiaj rozumiem, jak wiele mi to dało” -wspominał jako prymas… Wszystkie te „doświadczenia wiele go nauczyły. Jak sam mówił, więcej niż uniwersytet. Głównie – prawdy o ludzkiej wielkości. Bo – jak pisał – »szacunku do człowieka nabywa się wtedy, gdy się go widzi w udręce«.

    Już wiele lat po powstaniu, Wyszyński mówił z podziwem również o swoich młodych współpracownikach: „Praca w szpitalu była niesłychanie trudna i ciężka, musieliśmy być zawsze gotowi. Pracowało tutaj kilka młodych dziewcząt, uczennic z siódmej i ósmej klasy. Spisywały się bardzo dzielnie. (…) Mieliśmy wiele przykładów bohaterstwa i ogromnego poświęcenia. Była to przeważnie młodzież – starszych prawie nie było – chłopcy osiemnastoletni, bez żadnej zaprawy wojennej, bez żadnego przygotowania”.

    Ciągły kontakt z rannymi to jedno. Praca ponad siły fizyczne to drugie. A do tego dochodziło jeszcze nieustanne napięcie nerwowe spowodowane zagrożeniem życia. Bo przecież w Laskach było wielu Niemców, a potem członków brygad RONA. Szperali, myszkowali, siali postrach.

    Wyszyński był też świadkiem częstych niemieckich rewizji. I był świetny w wyprowadzaniu Niemców w pole: „Gdyby nie opanowanie księdza kapelana Wyszyńskiego w trudnych sytuacjach – także podczas rewizji dokonywanych wewnątrz szpitala – wszystko mogłoby się skończyć tragicznie. Niemcy wystawili od frontu szpitala wartę, której zadaniem było wykrywanie wśród chorych wnoszonych do budynku partyzantów i żołnierzy AK. Dlatego też ksiądz Wyszyński wspólnie z doktorem Cebertowiczem ściągał do szpitala z okolicznych wsi starców i kobiety, by upozorować normalny, cywilny szpital. Rannych powstańców i partyzantów wnoszono od tyłu budynku od razu na salę, gdzie dokonywano poważniejszych zabiegów i operacji. W szpitalu przebywało zwykle od 100 do 120 rannych”. 

    Zdarzyło się też zresztą kiedyś, że do księdza Stefana w korytarzu budynku administracyjnego podeszli niemieccy żołnierze i zapytali o adres… księdza Wyszyńskiego. Chcieli go aresztować i… nie poznali. Ksiądz Stefan spokojnie poinformował, gdzie mieszka, i wskazał swój pokój. Niemcy poszli go szukać. A on… szybko się oddalił.

    Upadek powstania. “Będziesz miłował”

    Pod koniec września i na początku października do zakładu w Laskach zaczęli napływać bezdomni z Warszawy. Codziennie przychodziło od czterystu do sześciuset osób. Jedzenia nie starczało już nawet dla „swoich”. A dzielono się wszystkim… Bratanica matki Zofia Czacka powie potem, że było to zupełnie niewytłumaczalne, ale stawał się tam „nieustanny cud rozmnożenia chleba”, a Wyszyński nazwał to „Bożą ekonomią Lasek”.

    Wówczas też ogromnie przygnębiające wrażenie robiły łuny nad spaloną Warszawą. Widać je było z Lasek. Do miejscowości i do zakładu, w okoliczne lasy, docierał też pył z płonącej stolicy. Ksiądz Wyszyński, który słynął z częstych spacerów po lesie, gdzie się modlił i spowiadał, któregoś razu wrócił z nadpaloną kartką przyniesioną przez wiatr z Warszawy. Tak wspominał ten moment. Być może – dla niego samego – przełomowy, a z pewnością bardzo ważny…

    „Już pod koniec powstania, idąc przez las, zobaczyłem stertę spopielonych kart przyniesionych przez wiatr. Na jednej z nich został niedopalony środek, a na nim słowa: »Będziesz miłował…«. Nic droższego nie mogła nam przynieść ginąca Stolica. To najświętszy apel walczącej Warszawy do nas i do całego świata. Apel i testament… »Będziesz miłował…« 

    Fragment książki „Święci 1944. Będziesz miłował” Agaty Puścikowskiej

    Agata Puścikowska dotarła do niepublikowanych tekstów na temat świętych z powstania, czyli ludzi wielkich, dobrych i oddanych, wartych pamiętania i odkrywania na nowo. Część bohaterów została wyniesiona na ołtarze. Inni są Sługami Bożymi, których proces beatyfikacyjny jest już na etapie watykańskim.

    Ich historia jednak nie zakończyła się w momencie zakończenia upadku powstania lub śmierci. Trwa do dziś. Jak? Warto się przekonać…

    Stacja7.pl

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Pocieszali, spowiadali, ginęli – o kapelanach Powstania Warszawskiego

    Sample

    fot. Muzeum Powstania Warszawskiego

    ***

    Około 150 duchownych wzięło udział w Powstaniu Warszawskim jako kapelani poszczególnych oddziałów i szpitali polowych. W ciągu 63 dni wolnościowego zrywu byli stale przy walczących – odprawiali Msze, organizowali wspólne modlitwy, pocieszali, spowiadali i odprowadzali zmarłych w ostatniej drodze, wreszcie sami ginęli. Dziś, 1 sierpnia, przypada 80. rocznica wybuchu Powstania Warszawskiego.

    Powstańczy kapelani wykazali się ogromnym bohaterstwem i poświęceniem. Nie przeżyło około 50 z nich: zginęli podczas ostrzałów i bombardowań a niektórzy zostali bestialsko zabici przez Niemców ponosząc śmierć męczeńską.

    Najbardziej znanymi kapelanami Powstania byli: ks. Zygmunt Trószyński, ps. „Alkazar”, o. Józef Warszawski SJ, ps. „Ojciec Paweł”, ks. mjr Władysław Zbłowski SAC, ps. „Struś” czy o. Tomasz Rostworowski SJ, ps. „Ojciec Tomasz”.

    Przed wojna byli zwyczajnymi duchownymi, niemniej w wielu tych życiorysach obecny jest epizod 1920 roku, to znaczy zaangażowania wojskowego w wojnie polsko-bolszewickiej na różnych poziomach. Niektórzy z przyszłych księży brali urlop w seminarium, żeby zaangażować się w wojsku. Widać więc wśród duchownych poczucie służby, nie tylko na rzecz Kościoła ale państwa polskiego. Później ci ludzie w różny sposób się rozwijają: niektórzy robią kariery naukowe, inni widzą swoje powołanie w zakonach, itd.

    Kapelan w każdym oddziale, w każdej dzielnicy

    Byli świetnie zorganizowani i mimo polskiego bałaganiarstwa i dramatycznych warunków, działali bardzo sprawnie, w miarę możliwości utrzymywali łączność z dowództwem i między sobą, ale – co najważniejsze – nie opuszczali ani na chwilę walczących. Przemieszczali się wraz z powstańcami, byli w pobliżu działań wojennych, w szpitalach polowych, na ulicach zbuntowanego miasta.

    Kapelani stanowili integralną część struktury organizacyjnej Armii Krajowej. W każdym okręgu AK był ksiądz odpowiedzialny za zapewnienie opieki duchowej żołnierzom. Dzięki temu w 1944 roku niemal każdy oddział partyzancki miał swojego kapelana. Na czele tego duszpasterstwa stał ks. płk. Tadeusz Jachimowski, ps. „Budwicz”, który zginął 7 sierpnia.

    Powstanie zastało księdza Jachimowskiego na Elektoralnej. 7 sierpnia w ten rejon wkroczyli Niemcy i aresztowali go wraz grupą cywilów. Wraz innymi zostali poprowadzeni przez Wolę. Następnego dnia jeden z esesmanów, prawdopodobnie z oddziałów Oskara Dirlewangera, zobaczył sutannę, czego nie mógł znieść… Wyciągnął go z kolumny cywilów i zastrzelił przy wszystkich.

    Dziekanem obszaru stolicy był ks. Stefan Kowalczyk (ps. Biblia), który po rozstrzelaniu ks. Jachimowskiego przejął faktycznie obowiązki szefa Duszpasterstwa AK, zbudował podziemną kurię polową i dokooptował kapelanów tam, gdzie ich zabrakło. Po kapitulacji wraz z żołnierzami poszedł do niewoli. Najbardziej znanymi kapelanami Powstania byli: ks. Zygmunt Trószyński, ps. „Alkazar”, o. Józef Warszawski SJ, ps. „Ojciec Paweł”, ks. mjr Władysław Zbłowski SAC, ps. „Struś” czy o. Tomasz Rostworowski SJ, ps. „Ojciec Tomasz”.

    To ks. Kowalczyk na polecenie przełożonego zwołał 1 sierpnia 1944 roku na godzinę 11.00 ostatnią odprawę kapelanów. Do budynku przy ul. Długiej przybyło 14 księży. Odprawa została zwołana za późno, gdyż walki wybuchły o godz. 17 i nie wszyscy zdążyli dotrzeć na powierzone im placówki. Element improwizacji stale towarzyszył posłudze duchownych w walczącym mieście. Ks. prałat Wacław Karłowicz (powstańczy kapelan zmarły w 2007 r.) wprost mówił o bałaganie. Mimo wszystkich trudności, ks. Kowalczykowi udało się wysyłać księży wszędzie tam, gdzie prosili o to dowódcy.

    „Już po paru dniach mój szef «Biblia» miał swą kwaterę przy ulicy Marszałkowskiej, potem chyba na Pięknej, Koszykowej. Ale kontakt z podwładnymi utrzymywał żywy, żądał stałych sprawozdań, zatwierdzenia każdej sprawy duszpasterskiej, dyspensy, ślubów. A kiedy ludność cywilna i niektórzy księża zaczęli opuszczać Warszawę, czuwał, by żadna formacja, a łącznie z tym i dzielnica, nie była pozbawiona opieki duszpasterskiej” – pisał po latach ks. Mieczysław Paszkiewicz.

    Między godziną „W” a kapitulacją

    Kapelani wojskowi stanowili integralną część struktury Armii Krajowej. Każdy Okręg AK miał kapelana, który odpowiadał za zorganizowanie opieki duchowej dla poszczególnych jednostek. W 1944 r. prawie każdy oddział partyzancki AK miał swojego kapelana. I tak kapelanem obwodu I -Śródmieście był o. Jan Wojciechowski SJ, ps. „Korab”, kapelanem na Woli był odważny pallotyn – ks. mjr Władysław Zbłowski, ps. „Struś”, a na Żoliborzu proboszcz na Marymoncie ks. Zygmunt Trószyński, ps. „Alkazar”.

    Na Ochocie żołnierzami obwodu opiekował się znany logik, prof. Uniwersytetu Jagiellońskiego ks. Jan Salamucha, który należał do wybitniej szkoły matematyczno-logicznej w Krakowie. Godził działalność naukową z duszpasterstwem. Został aresztowany wraz z grupą profesorów krakowskich podczas słynnej akcji SS, w listopadzie 1939 r. i jak wszyscy pozostali wywieziony do obozu koncentracyjnego w Sachsenhausen. Upomnieli się o niego włoscy naukowcy i w styczniu 1941 r. ks. Salamuchę uwolniono. Po powrocie do Polski został wikarym w parafii św. Jakuba na Ochocie.

    Ks. Salamucha, tuż po gimnazjum sanitariusz w wojnie polsko-bolszewickiej, był w konspiracji. Bardzo też angażował się politycznie na rzecz zjednoczenia AK i Narodowych Sił Zbrojnych. Był szanowany przez obydwa środowiska. Wiele tajemnic tych negocjacji zabrał do grobu: jak każdy porządny konspirator, był bardzo dyskretny.

    Zginął na Ochocie, w Reducie Wawelskiej. Gdy oddziały RONA otoczyły Redutę, powstańcy zaproponowali księdzu wycofanie się kanałami. Prosili, by szedł z nimi, ale on odpowiedział, żartując oczywiście, że jest za duży i nie zmieści się w kanale. Wiadomo było, że nie chce zostawić rannych bez opieki. Został rozstrzelany.

    1 sierpnia dominikanin, o. Michał Czartoryski zjawił się na Powiślu u lekarza okulisty, odwiedzał też bliskiego znajomego i tam zastało go Powstanie. Także on bez reszty zaangażował się wśród w działania duszpasterskie. Pełnił posługi religijne, m.in. odprawiał Msze. Przed wojną słynął z praktykowania radykalnego ubóstwa. Podkreślał, że musi być ono tak radykalne jak u św. Franciszka. Swojego miejsca szukał długo i w różnych zakonach.

    Podczas powstania był kapelanem w szpitalu na Powiślu, urządzonym w piwnicy budynku na rogu ulic Smulikowskiego i Tamka. Na początku września dopadli go tam Niemcy. Choć mógł się ratować, nie chciał zostawić chorych, którymi się opiekował.

    Świadek, któremu udało się uratować relacjonował, że Niemcy wyciągnęli o. Michała ze szpitala i zapytali kim jest. Dominikanin był w sutannie, nie chciał nawet rozmawiać, pokazał tylko dokumenty. Kazali mu zdjąć sutannę ale kategorycznie odmówił. Wtedy go zabili. Rozstrzelali też wszystkich pacjentów, a następnie spalili ciała zamordowanych.

    1 sierpnia o godz. 11.00 na odprawę u ppłk. „Biblii”, która odbywała się przy ul. Długiej w byłym budynku Kurii Polowej, przybyło zaledwie czternastu duchownych. Pozostali albo nie otrzymali informacji o spotkaniu, albo nie zdołali dotrzeć na czas. Sytuacja na odprawie znalazła swoje odzwierciedlenie już po godzinie „W”. Część oddziałów nie miała swojego kapelana, jak np. słynny batalion „Zośka”, którego kapelanem został 4 sierpnia, trochę przypadkowo, słynny „Ojciec Paweł”, czyli o. Józef Warszawski SJ. Niektórzy księża dołączyli do wyznaczonych im oddziałów z opóźnieniem, a niektórzy zgłaszali się ochotniczo już w trakcie walk i otrzymywali przydział do jednostek od ks. „Biblii”. Duża część duchownych nie pełniła formalnie funkcji kapelanów, natomiast opiekowali się oni ludnością cywilną i rannymi w szpitalach polowych. Po kapitulacji opuścili miasto wraz z jego mieszkańcami udając się do obozów przejściowych w podwarszawskich miejscowościach. Niektórzy, jak dziekan okręgu Warszawa czy o. Warszawski poszli do niewoli wraz ze swoimi żołnierzami.

    Powieszony na stule

    Na pamięć zasługuje także inna, wybitna postać Powstania Warszawskiego. To pallotyn, ks. Józef Stanek. Kapelanem został przypadkowo. Urodził się na pograniczu polsko-słowackim, w Łapszach Niżnych. Podczas okupacji mieszkał w domu swojego zgromadzenia w Ołtarzewie pod Warszawą, studiował na tajnym uniwersytecie.

    1 sierpnia miał zajęcia z socjologii i po prostu nie zdążył wrócić. Na początku był w Śródmieściu na ul. Hożej, potem sprawował posługę na Koszykach. Po jakimś czasie okazało się, że na Czerniakowie brakuje kapelanów i szef duszpasterstwa Powstania warszawskiego, ks. Stefan Kowalczyk ps. „Biblia” wysłał go właśnie tam. Ks. Józef w pełni zaangażował się w pracę wśród żołnierzy, chociaż wcześniej nie należał do struktur konspiracyjnego duszpasterstwa. Nie rozstawał się ze stułą ani z sutanną, otwarcie pokazując, że jest osobą duchowną. I to rozwścieczyło Niemców, którzy „wyłowili” go z szeregu.

    To było w końcu września, kiedy powstanie na Czerniakowie już padło. Oprawcy, którzy wpadli na Czerniaków nie mogli znieść zachowania ks. Stanka. Znane są relacje bezpośrednich świadków tamtych chwil. Jeden z esesmanów krzyczał do księdza: jesteś najgorszy ze wszystkich, już wolę Polaków i Żydów, jesteś diabłem.

    Ks. Stanek, który znał niemiecki, próbował negocjować z esesmanami, żeby zachowywali się godnie wobec ludności cywilnej. Trafił jednak na najgorszych oprawców Powstania czyli esesmanów z oddziałów Oskara Dirlewangera.

    Najpierw został brutalnie pobity w obecności grupy zatrzymanych cywili a następnie powieszony na stule… Świadkiem jego śmierci był ks. mjr Józef Warszawski ps. „Paweł”, który stał w mundurze wojskowym. Opisał później to zdarzenie i, jak wyznaje, zastanawiał się, dlaczego ominął go podobny los. Niemcy wiedzieli, że jest księdzem, no ale nie „kłuł” ich w oczy sutanną… „Paweł” był zresztą znakomitym kapelanem w „Zośce” i „Parasolu”, niósł otuchę walczącym harcerzom, wspomina o nim Kamiński w „Kamieniach na szaniec”. Zmarł w 1997 r.

    Zarówno ks. Stanek jak i o. Czartoryski znaleźli się w gronie 108 męczenników II wojny światowej beatyfikowanych przez Jana Pawła II w Warszawie w 1999 r.

    Duszpasterstwo pod ostrzałem

    Mimo nadzwyczajnych warunków posługi kapelanów w czasie Powstania, nie stosowali oni taryfy ulgowej ani wobec siebie, ani wobec wiernych. Kapelani bez przerwy byli przy walczących. Ich najważniejszym obowiązkiem było chowanie zmarłych, prowadzenie spisu poległych. Starannie wypełniali więc protokoły zgonów. Dla żołnierzy i ludności cywilnej odprawiali Msze św., organizowali wspólne modlitwy, spowiadali umierających, towarzyszyli im w ostatnich chwilach. Ponieważ mimo grozy toczyło się też normalne życie – chrzcili i błogosławili związki małżeńskie.

    Dowództwo AK wydało polecenie odprawiania jednolitych modlitw porannych i wieczornych. Rano „Ojcze nasz”, „Zdrowaś Mario”, „Wierzę w Boga”, wieczorem „Anioł Pański” i trzykrotnie „Wieczny odpoczynek”.

    Pragnąc zawierzyć walkę powstańców Najświętszej Maryi Pannie ks. Kowalczyk zorganizował modlitwę warszawiaków do Matki Bożej, która trwała od 15 sierpnia – uroczystości Wniebowzięcia do 26 sierpnia – uroczystości Matki Boskiej Częstochowskiej.

    Historycy Powstania odnotowali jeden przypadek kapelana, który – wbrew zasadom – włączył się do walki. Ks. Antoniemu Czajkowskienu „puściły nerwy”, gdy na jego oczach postrzelił się i zaraz potem zmarł młody powstaniec. Szok był tak mocny, że kapelan przez dwa tygodnie walczył za pomocą własnoręcznie zdobytego mausera. Zastąpił rannego porucznika Bolesława Niemirowskiego „Leka”, ale wrócił do swej posługi po dłuższych perswazjach ks. Kowalczyka.

    Prof. Norman Davies podkreśla, że to posługa kapelanów zhumanizowała walkę, dzięki księżom nie dochodziło do samosądów, a jeńcy niemieccy byli traktowani zgodnie z Konwencją Genewską. W szpitalach polowych ranni okupanci byli traktowani tak samo jak Polacy – operacje i zabiegi były wykonywane w zależności od stanu pacjenta, wszyscy zaś otrzymywali te same racje żywnościowe.

    Ale przede wszystkim obecność księży dawała siłę do przyjęcia śmierci, gdy średnio co dwie minuty ktoś ginął, a groby były rozsiane po całym mieście. Brytyjski historyk uważa, że katolicki rytuał śmierci i pogrzebu miał w tych warunkach ogromne znaczenie.

    Śmierć kapelana naczelnego

    Ks. płk. Tadeusz Jachimowski, ps. „Budwicz” w chwili wybuchu Powstania znajdował się w mieszkaniu na ul. Elektoralnej. Nie uczestniczył w przedpołudniowej odprawie u ks. „Biblii”, zresztą jego miejsce było przy Komendzie Głównej, skąd czekał na polecenia. Przez pierwsze dni kontakt z dowództwem był bardzo sporadyczny. Komenda Główna w tym czasie była odcięta od pozostałych oddziałów i po kilku dniach musiała się ewakuować z Woli na Stare Miasto. Czekając na rozkazy, które nie nadchodziły, ks. „Budwicz” urządził prowizoryczną kaplicę w domu przy Elektoralnej, gdzie okoliczni mieszkańcy zbierali się na modlitwie.

    Kapelan naczelny nie marnował czasu spowiadając tych, którzy do niego przychodzili, udzielając ostatniego namaszczenia i umacniając na duchu ludność cywilną. 7 sierpnia, gdy Niemcy zajęli już całą Wolę, ks. Jachimowski otrzymał polecenie, by opuścić swoje dotychczasowe miejsce postoju i dołączyć do oddziałów powstańczych koncentrujących się wokół gmachów Sądów Grodzkich na Lesznie. Zwlekał jednak, spowiadając ludzi. Akurat udzielał rozgrzeszenia, gdy do zaimprowizowanej kaplicy wtargnęli niemieccy żołnierze. Jeden z nich wycelował w niego karabin, gdy sekretarka kapelana „Mira” zaczęła błagać innego żołnierza, obserwującego scenę ze współczuciem, aby ocalił księdza. Przekonywała go, że to kapłan, który ma ze sobą Najświętszy Sakrament. Żołnierz, widocznie katolik, powiedział coś do kolegi trzymającego wycelowany karabin, podszedł do „Budwicza” i sprawdził, czy rzeczywiście ma ze sobą Najświętszy Sakrament. Następnie kazał, aby kapelan dołączył do grupy cywili, którzy zostali pognani przez miasto.

    W drodze ks. Jachimowskiemu udało się zostawić w Najświętszy Sakrament w kościele św. Andrzeja na Chłodnej. Kilka godzin później Niemcy dołączyli go do grupy mężczyzn pędzonych na rampę kolejową na Woli. Na noc grupa Polaków została zamknięta w kościele św. Wojciecha. Rano, gdy Niemcy prowadzili ich do transportów, jeden z konwojentów zobaczywszy w grupie księdza wyciągnął go z szeregów i zabił strzałem z pistoletu.

    Opiekę duszpasterską nad powstańczą Warszawą organizował ks. „Biblia”, pełniąc de facto obowiązki kapelana naczelnego AK. Po kapitulacji, gdy ks. ppłk. Kowalczyk poszedł do niewoli wraz z innymi żołnierzami Powstania, kapelanem naczelnym został ks. płk. Jerzy Sienkiewicz, ps. „Gruzenda”, pełniący wcześniej funkcję zastępcy kapelana naczelnego.

    Karabin i sutanna

    Sekretarz kapelana naczelnego AK ks. Antoni Czajkowski, ps. „Badur” w godzinie „W” spowiadał młode sanitariuszki z Wyższej Szkoły Pielęgniarek. Miał przydział do oddziałów koncentrujących się w gmachu Sądów Grodzkich na Lesznie. Po wyspowiadaniu dziewcząt udał się w kierunku wyznaczonych jednostek. Po drodze, w Alejach Jerozolimskich, zatrzymali go jednak akowcy ppor. Bolesława Niewiarowskiego, ps. „Lek”. Kiedy zobaczyli, że mają przed sobą księdza, poprosili, aby został ich kapelanem. Zaczęli rozmawiać, a jeden z młodych żołnierzy – ps. „Rola” – pochwalił się swoim pistoletem. Broń okazała się niezabezpieczona i wypaliła. Powstaniec ciężko ranny upadł na ziemię w kałuży krwi. Wypadek tak wstrząsnął ks. „Badurem”, że postanowił zostać z oddziałem „Leka” i zastąpić tragicznie postrzelonego powstańca. Poprosił dowódcę o przyjęcie do jednostki i przyjął pseudonim żołnierski „Rola II” dla upamiętnienia postrzelonego chłopca.

    Ks. Czajkowski brał udział w zdobyciu kolejnych kamienic w Alejach Jerozolimskich i silnie bronionego gmachu Zarządu Wodociągów i Kanalizacji na placu Starynkiewicza. W walkach wyróżniał się odwagą i pomysłowością. Ranny w jednej z akcji ppor. „Lek” mianował go swoim zastępcą. Po dwóch tygodniach Powstania, gdy do oddziału zgłaszali się nowi ochotnicy, ks. „Badur” postanowił powrócić do swoich pierwotnych zadań, nadal bowiem odczuwalny był brak kapelanów. Po zgłoszeniu się do ks. płk. „Biblii”, ks. Czajkowski otrzymał przydział jako kapelan Zgrupowania „Chrobry II”`, a więc oddziałów, z którymi walczył do tej pory. Towarzyszył im aż do kapitulacji.

    Chrystus z ciężko rannymi

    W sierpniu trwały zażarte walki na Starówce. W tych dniach zarówno powstańcy, jak i ludność cywilna szukali pociechy i wsparcia u Matki Bożej Łaskawej oraz przy trumnie św. Andrzeja Boboli w kościele jezuitów na Świętojańskiej, a także przed cudownym krucyfiksem w katedrze. 17 września, ks. Wacław Karłowicz, ps. Andrzej Bobola, był wśród rannych przy ul. Długiej, gdy ktoś przybiegł do niego z wiadomością, że pali się katedra. Ks. Karłowicz, kustosz kościoła, poszedł tam natychmiast. Katedra rzeczywiście była w płomieniach, paliły się posągi królów polskich i stalle, ogień ogarniał ołtarz. Ks. Karłowicz chwilę zastanawiał się co zrobić, postanowił uratować przed zniszczeniem przynajmniej cudowny krucyfiks. Udało mu się jednak zdjąć z krzyża tylko figurę Chrystusa i wynieść ją na zewnątrz.

    Po bombardowaniu ludzie spontanicznie utworzyli procesję, w której wśród ruin Starówki przenieśli figurę Jezusa do klasztoru sakramentek. Wielu cierpiących miało poczucie, że Bóg dzieli ich los i razem z nimi przemierza staromiejską Drogę Krzyżową. Po zniszczeniu klasztoru czyjeś troskliwe ręce przeniosły Jezusa z katedry do podziemi kościoła dominikanów na Freta. Tam zupełnie nieoczekiwanie natknął się na Niego ks. „Czesław” – Henryk Cebulski podczas spowiadania i namaszczania rannych. Obok spoczywających na posadzce ciężko rannych ludzi leżała też okryta płaszczem figura Chrystusa.

    Błogosławieni i oczekujący na beatyfikację

    Postaci pallotyna, ks. Józefa Stanka SAC i dominikanina, o. Michała Czartoryskiego OP są szerzej znane opinii publicznej, gdyż zostali wyniesieni na ołtarze przez Jana Pawła II w 1999 r. w grupie 108 męczenników II wojny światowej. Obaj zakonnicy rozpoczęli posługę kapelanów w sposób nieplanowany – wybuch Powstania zaskoczył ich, zostali mianowani kapelanami „w biegu”, ks. Stanek posługiwał na Czerniakowie, o. Czartoryski na Powiślu.

    Kandydatem na ołtarze jest natomiast jezuita, o. Władysław Wiącek. Niemcy wtargnęli do klasztoru jezuitów przy ul. Rakowieckiej już 2 sierpnia. Uwięzili zakonników wraz z grupą świeckich, szukających w klasztorze bezpieczeństwa. Oprawcy wzywali ich pojedynczo i po rewizji kierowali do pokoju organisty, do którego wrzucali granaty. Była to systematycznie przeprowadzana egzekucja.

    Kilku osobom udało się zbiec i to one zaświadczyły, jak upłynęły ostatnie godziny życia zakonników i świeckich. Na śmierć przygotował ich o. Wiącek. To on zainicjował modlitwy, żegnał osoby, wywoływane na egzekucję. Zgromadzeni odmawiali Koronkę do Miłosierdzia, „Pod Twoją obronę”, zakonnik zachęcał do spowiedzi, gdyż „za chwilę każdy znajdzie się z Panem Jezusem, a księży jest dość”. Tak też się stało, wierni się spowiadali, o. Aleksander Kisiel uspakajał dziesięcioletniego ministranta, żeby się nie bał i był tylko gotów. Inny jezuita, o. Madaliński, udzielił zebranym odpustu zupełnego w obliczu śmierci, co było stałą praktyką w czasie Powstania Warszawskiego.

    „Dzięki opiece duchowej ojców zakonników, wszystkie ofiary tego wydarzenia odeszły do Pana rozgrzeszone” – stwierdza Marcelina Koprowska w książce “Życie religijne podczas Powstania Warszawskiego” (Instytut Dziedzictwa i Myśli Narodowej, Nerton, Warszawa 2022). Są nieformalnymi męczennikami, zaś duchowy przewodnik ich ostatnich godzin życia, o. Władysław Wiącek, zostanie w przyszłości wyniesiony na ołtarze – przewiduje autorka.

    Nie bójcie się śmierci…

    Kapelani starali się tłumaczyć powstańcom, że śmierć nie jest końcem. Bardzo powszechne było zbiorowe rozgrzeszenie „in articulo mortis” czyli „w obliczu śmierci”, udzielane po spowiedzi powszechnej. Czyli: jeśli nie przeżyjesz to masz odpuszczenie grzechów, a jeśli powrócisz po walce, to przed przyjęciem komunii św. musisz się z nich wyspowiadać. Bardzo rygorystycznie przestrzegano też zasady, że duszpasterz ma pozostać duszpasterzem i nie może biegać z bronią. On jest od tego, by pilnować spraw duchowych.

    Na jednym z filmów zrealizowanych przez Muzeum Powstania Warszawskiego jest scena z Mszy św. odprawianej przez bp. Stanisława Adamskiego – biskupa katowickiego, który został stamtąd wysiedlony bo nie podpisał volkslisty i w czasie okupacji przebywał w Warszawie. Na podstawie ruchu jego udało się odtworzyć fragmenty kazania, prawdopodobnie z 15 sierpnia, wielkiego święta Maryjnego, kiedy to, podobnie jak 26 sierpnia powstańcy masowo uczestniczyli w mszach i spowiadali się.

    Wlewanie otuchy i ukazywanie powstańczego „tu i teraz” w perspektywie metafizycznej było lejtmotywem warszawskiej homiletyki tamtych dni. Starano się odnaleźć i ukazać jakiś sens tego, co wokół się dzieje; że to, co nas tu spotyka jest częścią jakiegoś Bożego planu i że śmierć nie jest końcem. Powtarzano: nie bójcie się śmierci, bo w kontekście chrześcijańskim śmierć jest początkiem.

    Kilka dni temu, 28 lipca, w Parku Wolności Muzeum Powstania Warszawskiego biskup polowy WP Wiesław Lechowicz przewodniczył Mszy św. Podczas liturgii wspominano bł. o. Michała Czartoryskiego w 80. rocznicę jego śmierci w Powstaniu i 25. rocznicę beatyfikacji. We Mszy św. dziękowano także za 20 lat funkcjonowania Muzeum Powstania Warszawskiego.

    01 sierpnia 2024/ e-kai/ aw, ps, tk/Warszawa

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Ks. Jan Zieja często wspominał Msze św. odprawiane w czasie powstania.

    ks. Jan Zieja często wspominał Msze św. odprawiane w czasie powstania

    fot. Tomasz Michalak/PAP


    ***

    Koloratka i powstańcza opaska.

    Kapelani z płonącej Warszawy

    Gdy powstańcy biegną na barykady, oni biegną do rannych i konających. Zamiast strzelać z karabinu lub rzucać butelki z benzyną, przesuwają paciorki różańca. Niemcy będą ich nienawidzić bardziej niż powstańczych żołnierzy. Kapelani powstania warszawskiego.

    Nie wiem, czy ktokolwiek potrafi zliczyć książki o powstaniu. Od kilku lat przyglądamy się jego fenomenowi z różnych ujęć. Oglądaliśmy walczącą Warszawę oczami kobiet, a nawet z perspektywy żołnierzy III Rzeszy. Stanisław Zasada w książce „Duch ’44” pokazuje jeszcze jedno spojrzenie – przez pryzmat księży, którzy byli kapelanami powstańców. Autor przedstawił 10 portretów księży i jednego zakonnika, a wybierać miał w czym. Liczbę „duchowej armii” powstania szacuje się na około 150 osób. 100 było wcześniej aktywnymi i zaprzysiężonymi członkami konspiracji. 50 kolejnych dołączyło w trakcie trwania walk. 40 zginęło w sierpniowej Warszawie. Tyle mówią liczby. Zasada w portretowanych sylwetkach kapłanów wychodzi poza usypiającą statystykę i pokazuje osoby z krwi i kości, które mają bardzo różny stosunek do decyzji o wybuchu powstania. Na przykład ks. Wacław Karłowicz na długo przed Godziną „W” twierdził stanowczo: „będzie rzeź”. Gdy rozpoczęły się walki, ruszył tam, gdzie być powinien: pomiędzy ludzi. Tych, którzy walczyli, i tych, którzy leżeli ranni w polowych szpitalach, tkwili przestraszeni w piwnicach, wołali pod gruzami.

    Pseudonimy

    „Biblia”, „Rybak”, „Andrzej Bobola”. Księżowskie pseudonimy konspiracyjne są nader oczywiste, ale mają w sobie jakiś urok i fantazję. Choć pseudonimy mają ukryć tożsamość, to te wybrane przez księży na ogół potwierdzają jedno: jesteśmy osobami duchownymi. I tu musi paść pytanie: co robi ksiądz w powstaniu? Paradoksalnie – nic nowego. Spowiada, udziela ślubów i ostatniego namaszczenia. Sprawuje Mszę św., prowadzi nabożeństwa, adoruje Najświętszy Sakrament. Chciałoby się rzec: normalne duszpasterstwo w płonącej Warszawie. Pomimo konspiracyjnych pseudonimów tu nic nie dzieje się na niby. Przeciwnie, tu wszystko dzieje się tak, jak zawsze: na śmierć i życie. Dobrym przykładem jest ks. Tadeusz Burzyński, który zginął jako pierwszy z kapelanów powstania warszawskiego, niecałą godzinę po jego wybuchu. Jest właśnie w trakcie adoracji Najświętszego Sakramentu, gdy na ulicy słyszy starzały i wybuchy. Nie zwlekając, zakłada komżę i biegnie ze świętymi olejami do ofiar. Zostaje zastrzelony (jak cztery siostry zakonne, które są z nim) przez niemieckich snajperów, pogardliwie nazywanych przez powstańców „gołębiarzami”. Zatrzymuje mnie ta śmierć, ona jest symboliczna. Księża, siostry i bracia zakonni są osobami cywilnymi, nie żołnierzami. Podobnie jak znak Czerwonego Krzyża lekarzy i sanitariuszy, tak ich chroni habit, sutanna, koloratka. Duchowni chodzą w ubraniach podkreślających ich stan życia, są doskonale widoczni. Każde prawo międzynarodowe gwarantuje im traktowanie z szacunkiem. Tylko nie III Rzesza, tylko nie w sierpniowej Warszawie. Tutaj te prawa nie obowiązywały. Na wieść o powstaniu Hitler wyraził się przerażająco jasno: „Każdego mieszkańca należy zabić, nie wolno brać żadnych jeńców. Warszawa ma być zrównana z ziemią i w ten sposób ma być stworzony zastraszający przykład dla całej Europy”.

    Duszpasterska codzienność powstania

    Koloratka i powstańcza opaska na czarnej sutannie – ten widok musiał robić wrażenie. Powstańcze pismo „Walka” zapisuje: „Dwa są symbole sierpniowego powstania walczącej Warszawy: biały orzeł na czerwonym tle i ksiądz z biało-czerwoną opaską, który wśród kul i bomb, wśród gryzącego dymu pożarów i trzasków walących się domów spieszy na swój kapłański posterunek”. Ten posterunek zdaje się nie mieć granic, księża są bowiem wszędzie. Zarówno na pierwszej linii walk, jak i na innych frontach bitwy, gdzie toczą się nie mniejsze boje – w szpitalach i w piwnicach, razem z umierającymi. Spowiadają i sprawują sakramenty. Śluby i pogrzeby to zdaje się codzienność duszpasterska księży. W czasie powstania warszawskiego ślub wzięło 256 par, co oznacza, że na każdy dzień walki przypadały cztery śluby. Kapelani powstania dużą wagę przykładali do ważności małżeństwa. Tłumaczyli, że nie może być chwilowym pocieszeniem. Nawoływali do wierności małżeńskiej i ganili tymczasowe „małżeństwa wojenne”. Narzeczonym stającym na ślubnym kobiercu księża stawiali te same wymagania, czyli dostarczenie odpowiednich dokumentów (w miarę możliwości) oraz świadków. To wszystko miało uświadamiać, że pomimo wojny i być może bliskiej śmierci, niewoli lub rozdzielenia, małżeństwo jest ważne. Niejako na drugim biegunie sytuuje się wypowiedź ks. Wacława Karłowicza: „Grzebałem około 40 osób dziennie z mojego szpitala na Długiej”. Duszpasterska codzienność powstania.

    Ewangelia w czasie wojny

    Po latach ks. Jan Zieja wspominał jedną z Mszy św. odprawianych w czasie powstania: huk artylerii zagłusza słowa, ale liturgię sprawuje się pomimo to. Do Komunii przystępują wszyscy żołnierze. Gdy ksiądz odwraca się, aby pobłogosławić wiernych, nikogo już nie ma. Wszyscy pobiegli walczyć. Ta scenka wiele mówi. Księża starali się sprawować codziennie Msze Święte. Każde bezpieczne miejsce – mieszkania, podwórka kamienic – do tego się nadawało. Zachęcano do życia sakramentalnego. Ganiono też wady powstańców: pijaństwo, niedochowanie wierności małżeńskiej. Upominano, że nie można się zatracić w walce, że nienawiść nie może zwyciężyć i podkreślano, że nie ma miejsca na samosądy. Kapelani powstania musieli odpowiedzieć na wiele trudnych pytań: czy można zażyć truciznę, gdy jest się torturowanym na przesłuchaniu, aby nie wydać innych ludzi działających w konspiracji? Jak przygotować się na własną śmierć? Jak przestać nienawidzić? Odpowiedzi szukano, adorując Najświętszy Sakrament, księża prowadzili nabożeństwa, intonowali litanie… W jakiś sposób duszpasterstwo powstańcze było przedłużeniem walki zbrojnej. Kapłani podtrzymywali na duchu i zwyczajnie nie pozwalali osunąć się żołnierzom i cywilom powstania w ciemność zatracenia. Nie wiem, jak zakończyć opis posługi sakramentalnej kapłanów sierpniowej Warszawy, dlatego odwołam się do dwóch scen opisanych przez Zasadę. Obraz nienawiści: po wzięciu do niewoli ks. Józef Stanek został powieszony na stule kapłańskiej. Obraz ewangeliczny: przebywający wraz z innymi powstańcami w obozie jenieckim ks. Jan Zieja spowiada żołnierzy niemieckich, którzy byli katolikami.

    Ciche bohaterstwo

    Stanisław Zasada opisał jedną z pięknych kart powstania warszawskiego, którą trudno czytać bez wzruszenia. Podobnych emocji dostarcza opis innych cichych bohaterek walczącej stolicy – sióstr zakonnych. Niedługo po rozpoczęciu walk przeorysza klasztoru benedyktynek sakramentek Janina Byszewska podejmuje niezwykłą decyzję: otwieramy klauzurę. Klasztor znajduje się w śródmiejskim obszarze działań wojennych. Sakramentki, jak je popularnie nazywano, są zakonem klauzurowym, który w Warszawie znalazł się w 1688 r., ufundowany przez królową Marię Kazimierę w podzięce za zwycięstwo pod Wiedniem. Teraz sakramentki otwierają swój klasztor i czynią z niego szpital, stołówkę, miejsce schronienia. Klasztor będzie bombardowany, a Stare Miasto powtarzać będzie: „sakramentki się palą”. Miron Białoszewski w „Pamiętniku z powstania warszawskiego” zapisał przejmująco: „A sakramentki się paliły. I latały w welonach. Białych. I biły świnie i krowy. Codziennie. I rozdawały ludziom. I przyjmowały, i opatrywały u siebie ludzi. Coraz większe gromady. Tysiące. Te sakramentki, które przez ileś set lat, od Marysieńki, śpiewały za kratami i przez kraty przyjmowały komunię, nagle stały się działaczkami, społeczniczkami, bohaterską instytucją, oparciem dla Nowego Miasta”.•

    Marcin Cielecki/Gość Niedzielny

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Siostry zakonne w czasie powstania warszawskiego ratowały, żywiły, opatrywały… Były sanitariuszkami, łączniczkami i prowadziły powstańcze szpitale.

    Siostry zakonne w czasie powstania warszawskiego ratowały, żywiły, opatrywały… Były sanitariuszkami, łączniczkami i prowadziły powstańcze szpitale.(z zasobów internetu)

    ***

    Powstańcze siostry – zapomniane bohaterki

    Z poświęceniem karmiły, opatrywały, przygarniały. Kto? Siostry zakonne podczas powstania warszawskiego. Ich bohaterstwo bywa jednak zapomniane…

    Od sierpnia do października 1944 r. zakonnice z dziesiątków warszawskich domów i z przeróżnych zgromadzeń bez rozgłosu dokonywały rzeczy niemożliwych i heroicznych. Ich postawa, historie i dramatyczna powstańcza codzienność nie przebiły się jednak do szerokiej świadomości społecznej. Dlaczego? Po pierwsze, ze względu na zakonną skromność: po co mówić o bohaterstwie, gdy trzeba działać? Po drugie, po powstaniu siostry musiały ratować dobytek, utrzymać się w trudnym okresie, więc nie starczało czasu na spisywanie wojennych doświadczeń, gdy były jeszcze świeżo w pamięci. Po trzecie, szalała komuna. Zgromadzenia i tak były często prześladowane, siostry bały się więc mówić głośno o działaniach wojennych, najczęściej przecież w powiązaniu z AK. I po czwarte, gdy w końcu przyszedł czas na mówienie o powstaniu, w pierwszej kolejności robili to mężczyźni, którzy opowiadali… o mężczyznach. Czas odkrywania bohaterstwa, jakim wykazały się kobiety podczas wojny, nadszedł stosunkowo niedawno.

    Siostry zakonne w powstaniu warszawskim ratowały, żywiły, opatrywały. Większość z nich więc uczestniczyła w konspiracji. Ich liczba jest ogromna, choć niepoliczalna, bo po prostu często działały w ukryciu.

    Ratowniczki

    Na około 200 szpitali i punktów sanitarnych działających podczas powstania warszawskiego na terenie stolicy i najbliższych okolic co najmniej kilkadziesiąt znajdowało się w żeńskich klasztorach. Wiele sióstr pracowało jako pielęgniarki także w innych placówkach medycznych. Zawsze działo się to za pozwoleniem władz zakonnych oraz przy współpracy całych zgromadzeń. Jedną z największych powstańczych lecznic był szpital sióstr zmartwychwstanek na Żoliborzu, czyli szpital polowy nr 100. W czasie okupacji, gdy powstanie było nieuchronne, siostry w głębokiej konspiracji, we współpracy z AK, gromadziły żywność i lekarstwa na terenie klasztoru i prowadzonych przez siebie szkół przy Krasińskiego 31. Ze strony zakonnej za organizację szpitala odpowiedzialna była zaprzysiężona lekarka s. Amata Pruszko. Placówka działała dzięki ogromnemu zaangażowaniu kilkudziesięciu innych sióstr, które ofiarnie pracowały jako pielęgniarki, praczki, kucharki. Bywało, że ośrodek ratował po 400 rannych jednocześnie: powstańców i cywili, również jeńców niemieckich.

    W wielu zgromadzeniach, chociaż formalnie nie powoływano szpitala, rzeczywistość powstańcza wymuszała jego uruchomienie. Tak się stało m.in. w klasztorze sióstr nazaretanek na Czerniakowie. „Gdy o godz. 18 zaczęło się powstanie, przynoszono tu rannych, którymi opiekowały się siostry pod kierunkiem naszej szkolnej lekarki. Często zdarzały się stany bardzo ciężkie, nie można było uratować rannego” – zapisała s. Irmina Hass.

    Szpitalik działał też w tzw. szarym domu – klasztorze urszulanek przy ul. Wiślanej. Siostra Franciszka Popiel wspominała: „Przed chwilą wpadł młody człowiek ranny w nogę. Trzeba przygotowywać punkt opatrunkowy. Tymczasem mamy do dyspozycji salkę jadalną i przedszkole. (…) W tej chwili nosimy materace i łóżka do przedszkola. Siostra dr Zofia Wojno obejmuje naczelną komendę”. Siostra Wojno była cenioną okulistką, w czasie okupacji i powstania wraz z innymi urszulankami uratowała tysiące osób. Urszulanki były też nieustraszonymi sanitariuszkami, m.in. znosiły rannych z miejsc walk. Cztery z nich zginęły w pierwszym dniu powstania.

    Żywicielki

    Na terenach wielu klasztorów w czasie powstania chronili się cywilni mieszkańcy stolicy. Szukali tam ratunku przed ostrzałem, ukrywając się w piwnicach lub schronach, choć jeszcze częściej prosili o jedzenie i wodę. Siostry nigdy nie odmawiały, choć ich własne zapasy z dnia na dzień stawały się coraz mniejsze. Prowadziły kuchnie dla cywili, nosiły im jedzenie. Przykładem takiej działalności jest klasztor franciszkanek Rodziny Maryi i postawa m. Matyldy Getter. Przed wybuchem walk matka Matylda zgromadziła w domu przy Hożej zapasy żywności oraz wodę. Wszystko działo się w wielkiej tajemnicy, by nie wywoływać paniki i się nie zdekonspirować. Po 1 sierpnia zakonnice udzielały pomocy potrzebującym. „Około stu rannych i 40 osób personelu żywiło się w naszej kuchni. Nosiło się również jedzenie do szpitali na mieście i do biednych” – wspominała jedna z franciszkanek. Siostry pod gradem kul przedzierały się do bunkrów, aby nakarmić ukrywających się tam ludzi. Od rana do wieczora wypiekały chleb. Gdy pod koniec powstania brakowało jedzenia, matka Matylda poleciła przygotowywać „sałatki” z zieleniny, jaka została jeszcze w ogrodzie: z liści buraków, naci marchwi i pietruszki, pędów dzikiego wina i nasturcji. Odpowiednio przyrządzone były podobno bardzo smaczne. Z pewnością pozwoliły przeżyć.

    Chleb piekły też urszulanki w szarym domu. Matka Andrzeja Górska po latach wspominała: „Zrobiłyśmy trzy ekipy, każda pracowała po osiem godzin. Piekłyśmy w dzień i w nocy, (…) na podwórzu chleb się wydawało. Ludzie mówili: Bóg zapłać! Dziękujemy! Albo i nie mówili, tylko brali. I tak póki tylko mogłyśmy, do ostatniej chwili”. Gdy zapasów chleba było już niewiele, siostry nie jadły własnych, maleńkich porcji, tylko dzieliły się z głodnymi.

    Podobnie działały pasjonistki mieszkające przy ul. Belgijskiej. Przyjmowały do schronów tłumy cywili: starców, kobiet i dzieci. „Wszyscy przybyli ludzie znaleźli się bez środków do życia. Z miejsca zorganizowałyśmy dożywianie z zapasów, jakie posiadałyśmy w magazynach żłobka i własnych (…). Gotowano zupy początkowo dwa razy dziennie, a pod koniec powstania z powodu braku żywności tylko raz dziennie” – pisała m. Stanisława Natalia Żebrowska CP.

    W najbliższych tygodniach, kiedy obchodzić będziemy 75. rocznicę powstania warszawskiego, przedstawimy w „Gościu Niedzielnym” bohaterskie siostry i zakony, które w 1944 r. dokonywały niemożliwego. •

    Agata Puścikowska/Gość Niedzielny

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Sakramentki – w poszukiwaniu dróg do beatyfikacji

    Trzydziestego pierwszego sierpnia 1944 roku pod gruzami własnego kościoła i klasztoru zginęły trzydzieści cztery benedyktynki sakramentki ze wspólnoty na Nowym Mieści. Co o nich wiadomo? Niewiele poza tym, że wcześniej ofiarowały swoje życie „aby Polska nie była taka czy inna, ale Chrystusowa”.

    Zespół klasztorny sióstr benedyktynek sakramentek na Nowym Mieście w Warszawie

    fot. Roman Koszowski/Gość Niedzielny

    ***

    Za miasto, Polskę, świat i Kościół, za nawrócenie Hitlera czy brata-kapłana, zgodnie z tzw. ślubem żertwy, składanym obok ślubów czystości, ubóstwa i posłuszeństwa – ofiarowania życia w ważnej intencji, gdyby taka była wola Boga. Ofiarowanie sakramentek i fama ich świętości były znane mieszkańcom Warszawy, którzy otaczali je czcią i podziwem, pamięć o nich była bardzo żywa zwłaszcza w pierwszych latach po wojnie. Ta pamięć trwa, a ci, którzy się dowiadują o ich ofierze, pytają, czy są wyniesione na ołtarze.

    Dwadzieścia sześć dni heroizmu

    W Przemienienie Pańskie, szóstego sierpnia 1944 roku, który był szóstym dniem Powstania, do furty zgromadzenia, które dyskretnie egzystowało i modliło się na Nowym Mieście od ponad dwustu pięćdziesięciu lat, zapukali dowódcy i zaapelowali, żeby siostry otworzyły swój klasztor i wpuściły żołnierzy. Walki toczyły się w pobliżu – w Wytwórni Papierów Wartościowych, nadwiślańskiej, nieistniejącej dziś dzielnicy Rybaki, w pobliżu wznoszono barykady. Przeorysza, matka Jadwiga Byszewska, wyraziła zgodę i kolejnych dwadzieścia sześć dni były nieustającą pomocą i ofiarną służbą – siostry karmiły powstańców i mieszkańców Starówki, leczyły rannych w zaimprowizowanym szpitalu polowym, oddawały wszystko, co miały.

    Niemcy szybko zorientowali się, że klasztor stał się mocnym punktem oporu, więc cały kompleks klasztorny był bombardowany i podpalany, zakonnice gasiły płomienie wśród sypiących się tynków i walących się ścian… i cały czas adorowały Najświętszy Sakrament, wierne charyzmatowi Zgromadzenia – nieprzerwanego wielbienia Jezusa Eucharystycznego. Któregoś dnia Niemcy wydali rozkaz opuszczenia klasztoru przez siostry, one odmówiły, m. Byszewska powiedziała, że widać wolą Bożą jest „żebyśmy tu umarły”. Decyzja była konsultowana z dowódcami powstańców, którzy prosili, żeby zostały, bo opuszczenie klasztoru źle wpłynie na morale żołnierzy, że będzie to znak, że nie ma już nadziei. W ostatnim dniu sierpnia nastąpił koniec – po zbombardowaniu resztek kościoła i klasztoru śmierć poniosło około tysiąc osób cywilnych, czterech księży, dwie zakonnice bezhabitowe, trzydzieści cztery sakramentki.

    Warszawska legenda miejska mówi, że w chwili ich śmierci w niebo wzbiło się stado białych gołębi.

    Te, które przeżyły, zostały popędzone do Dulagu 121 wraz z ludnością cywilną. Klasztor i kościół pw. św. Kazimierza zostały doszczętnie zrujnowane, obrócone w kupę gruzu. Historyczny pałac Kotowskich, biblioteka, złożona z 60 tysięcy woluminów i cenne archiwa, gromadzone od XVII wieku zostały spalone (klasztor był fundacją królowej Marii Kazimiery, wotum dziękczynne za wiktorię wiedeńską, pierwsze zakonnice przybyły z Francji). Zniszczone zostały bezcenne historyczne zabytki. Dwanaście ocalałych sióstr wróciło, gdy tylko było to możliwe, zaczęła się mozolna odbudowa w mało przychylnych dla Kościoła warunkach PRL.

    Niezwykła załoga

    Mimo pożogi i zniszczeń pamięć o sakramentach, które ofiarowały się i zginęły, przetrwała dzięki wspomnieniom, artykułom w powojennej prasie, nade wszystko dzięki książce s. Jadwigi Stabińskiej OSB AP, która starannie zbierała wszelkie informacje o współsiostrach i wydarzeniach z sierpnia ‘44. Z jej studium wyłania się zupełnie wyjątkowy i wielobarwny zespół kobiet. Podprzeoryszą i mistrzynią nowicjatu była s. Tomea Koperska, wybitna tomistka, która obroniła doktorat we Fryburgu szwajcarskim. Była też i s. Klara, córka ubogiej chłopskiej rodziny, prawie analfabetka, która była tak dojrzała duchowo, że przełożona zasięgała jej rad. Siostra Ignacja Rejewska, poliglotka, biegła maszynistka i stenopistka, była konwertytką z kalwinizmu. Na katolicyzm przeszła dla sakramentu spowiedzi, gdyż szukała w niej pomocy i dźwigni do rozwoju duchowego. Były wśród zakonnic panny, pochodzące z ziemiaństwa, tak jak przeorysza, m. Jadwiga Byszewska „wypożyczona” z klasztoru panien benedyktynek w Staniątkach żeby wspomóc formację i s. Małgorzata Zalazek, nieślubna chłopska córka, dla której ten fakt był powodem do własnych upokorzeń. Córka kowala, s. Anzelma Matuszczak, ukończyła polonistykę na uniwersytecie w Poznaniu, ale w klasztorze najczęściej pracowała fizycznie. Były wśród nich mistyczki, s. Katarzynie objawiał się Jezus w koronie z gwiazd, Który chciał, żeby złożyła ofiarę życia za miasto, Kościół i świat, a ona tak bardzo się przed tym broniła, że pewnego dnia rozpłakała się na rekreacji, bo nie potrafiła opanować napięcia. S. Magdalena Schmitz de Grollenbourg, ciekawa postać, miała ogromne poczucie humoru, które objawiało się w sposób nietypowy w klasztorze kontemplacyjnym. Miała alzackie korzenie, a swój nieustająco dobry humor tłumaczyła tym, że ojciec wykąpał ją w szampanie, gdy w wieku niemowlęcym zachorowała.

    Siostra Michaela, postulantka, z wykształcenia architekt, 31 sierpnia była chora, dlatego siedziała w piwnicy, więc nie przyszła na adorację z siostrami (sakramentki zginęły adorując Jezusa w Eucharystii), dlatego ocalała. Choć s. Józefa biegała i namawiała: Siostry, ofiarujcie się, ofiarujcie się, s. Michaela tego nie podjęła. Po wojnie jej wykształcenie okazało się opatrznościowe, gdy odbudowywano zespół klasztorny.

    Były w tym gronie zakonnice po wyższej szkole politycznej, konserwatorium, polonistyce, seminarium pedagogicznym i siostry, które ukończyły kilka klas szkoły powszechnej.

    Zostały świstki papierów

    Przy bliższej analizie okazuje się, że to i sporo, i mało jeśli chodzi o znajomość faktów. – Mamy wszystkie nazwiska sióstr, które się ofiarowały i które później zginęły. Datę i miejsca urodzenia, w większości datę wstąpienia do sakramentek czy profesji, ale tylko połowę ich zdjęć – mówi s. Maria Józefina, która kompletuje informacje o współsiostrach. – Nawet nie wiemy, jak wyglądały. O niektórych zachował się najwyżej jeden dokument albo jakiś mały świstek, np. dyplom ukończenia szkoły, papiery dotyczące meldunków, metryki urodzenia. Część informacji można było znaleźć dzięki digitalizacji ksiąg parafialnych, jednak co do starszych sióstr, dokumenty, jeszcze z czasów zaborów, były sporządzane po rosyjsku lub niemiecku – czyli w języku zaborców – trzeba je odczytać. Czy posiadając takie dane można rozpocząć proces beatyfikacyjny?

    Strona Genealogia.pl jest w tym względzie bardzo pomocna. Co do archiwów Zgromadzenia – w czasie pożogi spaliło się praktycznie wszystko, nic nie zostało. Ocalały fragmenty, na niektórych pojedynczych kartkach, nadpalonych, są jakieś informacje, ale są siostry, po których absolutnie nic nie ma, najmniejszego śladu. Siostra Ignacja Rejewska zrobiła spis tego, co było w archiwum. Dzięki temu wiemy, co było, a czego już nie ma.

    Żyją w pamięci

    – Zaraz po wojnie śmierć sióstr była bardzo głośną sprawą – mówi przeorysza m. Maria Blandyna. – Jedna z sióstr jechała do rodziny i w pociągu zauważyła w jakiejś gazetce zdjęcie ruin kościoła wraz z opisem tego, co się wydarzyło – że siostry ofiarowały swoje życie. To był fakt powszechnie znany, a nabożeństwa rocznicowe ściągały tłumy. Do tego stopnia, że gdy ja wstąpiłam do klasztoru, siostry były w fazie wyciszania tego, bo uznały, że za dużo jest szumu, że lepiej, żeby te siostry „wtopiły się w powstańców”, którzy walczyli na Starówce. Odmawiamy więc ogólną intencję modlitewną, nie wspominamy o siostrach.

    – Są świadectwa, że w czasie pogrzebu ludzie garnęli się do trumien, ocierali o nie różańce czy obrazki, żyły w pamięci okolicznych mieszkańców – dodaje s. Maria Józefina. – Była więc fama świętości. Gdy ocalałe siostry znalazły się w Otwocku, tam już wszyscy wiedzieli o ich ofiarowaniu. Także opowieść, może legenda miejska, że w chwili ich śmierci pod gruzami, uniosło się w niebo stado białych gołębi.

    Dziś ludzie nadal gromadzą się w rocznicę ich śmierci, przychodzi wiele młodych ludzi, co jakiś czas zgłaszają się osoby, które twierdzą, że np. siostry uratowały życie komuś z rodziny.

    Siostra Maria Józefina opowiada, że do rozmównicy przyszła kobieta, która twierdziła, że jej mama i babcia umarłyby z głodu, gdyby nie siostry, które karmiły je opłatkami, gdy te ukrywały się w piwnicy. I one przeżyły Powstanie. Jej mama, babcia i prababcia chroniły się w podziemiach klasztoru i gdy dowiedziały się, że będzie bombardowanie, mama i babcia wyszły, ale zostawiły prababkę, gdyż ona nie mogła chodzić, a one nie miały siły ją stamtąd wyciągnąć, więc tam zginęła. I matka całe życie pamiętała wzrok prababci, która została w podziemiach.

    Rodzina s. Alojzy Tryc, kolejne pokolenie, przechowuje pamięć o krewnej. Ostatnio przyszła pani, należąca do rodziny, przeświadczona, że jest ona święta i opowiedziała, że ostatnio czuła się bardzo źle, nic nie pomagało, więc pomodliła się do s. Alojzy i odszedł ból głowy, a miała mieć operację.

    Bez sugestii ze strony sióstr warszawskich sakramentek benedyktyni z przeoratu Silverstream w Irlandii z własnej inicjatywy napisali modlitwę za wstawiennictwem sióstr, gdyż są przekonani o ich świętości i zachęcają do rozpoczęcia procesu beatyfikacyjnego.

    – Próbujemy zebrać co się da, szukamy kontaktów z rodzinami. Czasami same się zgłaszają, przyjechała do nas wnuczka kuzynki s. Elżbiety Naruk. Opowiedziała, że w jej rodzinie pielęgnowana jest pamięć, o tym, że ich krewna ofiarowała swoje życie za nawrócenia Hitlera. Ta rodzina jest przeświadczona, że jest świętą – mówi s. Maria Józefina. – Dzięki niej mamy jej zdjęcie oraz wiedzę, że rodzony brat s. Elżbiety był karmelitą, w czasie okupacji był w klasztorze w Czernej i gdy się dowiedział, że zginęła w czasie Powstania, zdecydował, że chce mieć jakiś jej wizerunek. Poprosił więc rysownika z Krzeszowic o zrobienie portretu siostry na podstawie zdjęcia, a po bokach stoją rodzice. Prawdopodobnie fotografia została zrobiona przed jej wstąpieniem do zakonu – welon jest fantazyjny. Od o. Zielińskiego z Czernej otrzymałyśmy całą teczkę dokumentów, bo uznał, że dla nas są cenniejsze.

    – Poszukujemy najmniejszy drobiażdżek, czujemy się do tego zobowiązane, są ludzie przeświadczeni o ich świętości, nawet w pandemii przychodzili – mówią zakonnice.

    – Znalazłyśmy też zdjęcie s. Kolumby Sumińskiej. Ona pochodziła z Krotoszyna i tam mocno czczą s. Kolumbę. Co roku jest Msza św. za tych, co zginęli w Powstaniu i zawsze wspominana jest s. Kolumba, jest nagrobny pomnik na krotoszyńskim cmentarzu, a na nim widnieje napis, że zginęła tragicznie w czasie Powstania – mówi s. Maria Józefina. Zdjęcie już pokolorowane. Napisałyśmy do proboszcza parafii, on dał telefon do p. Stanisława, bratanka s. Kolumby, ale to zdjęcie jest jedyną pamiątką, zresztą z archiwum szkolnego, bo rodzina nie ma żadnych pamiątek po niej. Tu pojawia się trudność, bo jej rodzina sądzi, że s. Kolumba wstąpiła do sakramentek zaraz po maturze, dokumenty pokazują zaś, że wstąpiła w 1941, czyli w czasie wojny. I nie wiadomo, co robiła przez dziesięć lat – od matury do zgłoszenia się do nowicjatu. Prawdopodobnie wyjechała z domu, nie wiadomo po co, może chciała studiować, może do pracy.

    Czasami ślady życia sióstr trafiają do sakramentek w zadziwiający sposób. Matka Maria Blandyna opowiada, że znalazła doktorat s. Tomei na Allegro. – Napisany, rzecz jasna po niemiecku, obroniony we Fryburgu szwajcarskim. Ten doktorat nam przysłano. Otwieram przesyłkę, a tam wpis s. Tomei, która we Fryburgu ofiarowała egzemplarz jakiejś znajomej.

    Miała wykłady nt. spuścizny św. Tomasza, na które przychodzili ludzie z miasta, ówczesna elita intelektualna. Siostry są w kontakcie z bratanicą s. Tomei i mają nadzieję, że otrzymają od niej nieznane dotąd informacje.

    W cudowny sposób ocalał dziennik s. Ignacji Rejewskiej, tej, która przeszła z protestantyzmu. To niezwykłe, ale jego fragmenty ocalały. Jego ostatnie zachowane strony były pisane w styczniu 1944. – Bije z tych zapisków duch wynagrodzenia za to, co się dzieje dookoła. Te notatki sięgają roku 1909, później zaczęła to sobie porządkować. To piękne konferencje ascetyczne, wewnętrzne światła, ona czasami tak pisze, jakby pisała poemat, jej wzniesienie duszy do Boga jest niesamowite, szczególnie te, pisane w czasie wojny, aż ciarki przechodzą – mówi s. Maria Józefina. – I dodaje, że na cmentarzu kalwińskim w Warszawie znalazła nagrobek jej rodziców.

    Siostra Katarzyna miała wizję Pana Jezusa, który chciał od niej, żeby ofiarowała się za miasto, Polskę, Kościół i świat. Ona odsuwała od siebie tę wizję, nie chciała tego, była przerażona, nie wytrzymywała napięcia, rozpłakała się na rekreacji. Pan Jezus nadal jej się ukazywał w koronie z gwiazd i żądał ofiary. Były nawet wśród sióstr narady teologiczne, czy Pan Jezus może się pokazywać w koronie z gwiazd, bo ikonografia nie zna takiego wyobrażenia.

    Zakonnice ubolewają, bo jedna z sióstr, która wstąpiła już po wojnie, znalazła w gruzach jakiś bilecik. Po pierwszych linijkach zorientowała się, że to tekst ofiarowania. Przypuszczała, że pisała go s. Katarzyna. Ale ponieważ zakonnice były uczone, że cudzych papierów się nie czyta, więc nie czytała dalej, a zaniosła go przełożonej. A tu trwała odbudowa klasztoru, bałagan i ten papier zaginął. Tak samo jak zaginął, już dużo później, brudnopis kroniki z czasów okupacji. Sama kronika się nie zachowała, ale zachował się brudnopis, z którego korzystała s. Assumpta Stabińska przy pisaniu swojej książki „Danina krwi” w latach 70. ub. wieku. Zniknął.

    Siostra Hilaria studiowała medycynę na tajnych kompletach. – Zwróciłam się do Uniwersytetu Medycznego w Warszawie z zapytaniem o archiwa. Okazało się, że owszem, studiował tam jej ojciec Stanisław i dwóch jego braci. Jeden studiował medycynę, drugi farmację, prawo, są ich zdjęcia w pięknych mundurach, bo byli w 3. Pułku Ułanów, podlegającym pod Generalny Inspektorat Kawalerii, ale nie ma informacji o s. Hilarii. To było tajne nauczanie, nikt przecież nie robił list studentów. Jest też dom całodziennej opieki dla powstańców, w którym była pani, która też studiowała na tajnych kompletach. Pytałam o s. Hilarię Irenę Kraków, nie pamiętała takiej osoby. S. Assumpta dotarła do proboszcza, który znał s. Hilarię, ale on niewiele wiedział.

    – Na stronie internetowej naszego klasztoru zamieściłyśmy z prośbę o informacje o sakramentkach, ale nikt się nie odezwał – ubolewają sakramentki.

    My nie wątpimy w ich świętość – trudna droga do beatyfikacji

    Siostry modlą się w ukryciu w intencji beatyfikacji. W tym roku każda z nich wylosowała jedną z sióstr, które zginęły. Siostra, która wylosowała s. Anzelmę, ułożyła litanię do niej. I modli się tą litanią. To ta zakonnica, która ofiarowała życie za brata kapłana, który był uwięziony w Dachau. On rzeczywiście ocalał i po wojnie mówił, że to cud, bo kilka razy groziło mu rozstrzelanie. W Ostrowie Wielkopolskim, gdzie pracował po wojnie, jest szkoła sióstr salezjanek im. Siostry Anzelmy Matuszczak. – A ja wylosowałam s. Kolumbę i sen spędza mi z powiek, co ona robiła przez te dziesięć lat między maturą a wstąpieniem do zakonu – wyznaje s. Maria Józefina.

    Opinia z Dykasterii ds. Kanonizacji głosi, że przy obecnym stanie prawa kanonicznego beatyfikowanie sakramentek jako męczennic jest niemożliwe, bo trzeba by było udowodnić, że Niemcy, którzy bombardowali klasztor i kościół, robili to z nienawiści do wiary. A dlaczego bombardowali kościół? – Bo tam byli ludzie, ognisko oporu.

    Z kolei ktoś wybił im z głowy „trzecią drogę”, nakreśloną niedawno przez papieża Franciszka w motu proprio „Maiorem hac dilectionem” (za dar życia czyli męczeństwo z miłości, dobrowolnego oddania życia), bo trzeba by było prowadzić procesy każdej siostry z osobna i udowodnić, że złożyły akt dobrowolnego ofiarowania, ale my poza świadectwem, sióstr, które przeżyły nie mamy nic. – Musiałybyśmy wybrać jedną, dwie siostry, nie mam do tego przekonania. Poradzono nam, żeby nie wchodzić na tę trzecią drogę, tylko trwać przy drodze męczeństwa – mówi m. Maria Blandyna. Męczeństwo jest prostszą drogą, bo nie jest potrzebny cud, a przez brak cudu ileś procesów stoi w miejscu. Jest potwierdzenie heroiczności cnót, a nie ma cudu.

    – Ksiądz dr Jacek Wiliński odpowiedzialny za Wydział Spraw Kanonizacyjnych Archidiecezji Warszawskiej nas zachęca, ks. prof. Tomasz Nawracała z Uniwersytetu Poznańskiego zachęca. Trzeba iść do przodu, choć nie ma wielu dowodów, wszystko spłonęło w popowstańczej pożodze.

    Po zebraniu materiałów trzeba znaleźć elokwentnego teologa, który napisałby uzasadnienie, ale musiałby być o tym głęboko przekonany. Dobre uzasadnienie teologiczne jest potrzebne. – My nie wątpimy w ich świętość.

    ***

    Instytut Benedyktynek Sakramentem od Nieustającej Adoracji powstał we Francji w XVII w. jako kontemplacyjna gałąź rodziny monastycznej św. Benedykta. Jego założycielką była m. Mechtylda od Najświętszego Sakramentu, w świecie Katarzyna de Bar (1614-1698). Charyzmatem Instytutu jest życie według Reguły św. Benedykta i szczególny kult Eucharystii w duchu wynagrodzenia. Zakonnice nieustannie adorują Najświętszy Sakrament, całą dobę. Zakonnice, poza tradycyjnymi ślubami czystości, ubóstwa i posłuszeństwa, składają czwarty ślub, tzw. ślub żertwy. Jest to gotowość ofiarowania życia w ważnej sprawie Kościoła i świata, gdyby taka była wola Boga. Do Polski przybyły na zaproszenie królowej Marii Sobieskiej, która ufundowała klasztor jako wotum dziękczynne za wiktorię wiedeńską i sprowadziła pierwsze zakonnice z Francji.

    Kai/Gość Niedzielny

    ______________________________________________________________________________________________________________

    31 LIPCA 2019

    Powstanie Warszawskie. Z kroniki klasztornej sióstr benedyktynek sakramentek

    “Zwykle, gdy bombowce warczały nad nami, odmawiano wspólnie jakieś błagalne modlitwy, dziś przeciwnie – zapanowała wielka cisza, pełna powagi śmierci.

    Klasztor sióstr Benedyktynek od Nieustającej Adoracji w Warszawie to najstarsze w Polsce ognisko nieustającej, trwającej nieprzerwanie w dzień i w nocy adoracji. Została ona przerwana tylko jeden raz, gdy w czasie Powstania Warszawskiego kościół i klasztor zostały doszczętnie zburzone, grzebiąc w swych ruinach 35 mniszek i wielką liczbę ludności Starówki. 

    Zanim przeczytasz dalszą część artykułu o nieustraszonych siostrach sakramentkach, chcemy powiedzieć Ci, że chcą one uczcić 34 sióstr, które zginęły za Warszawę, Polskę i świat. Robią wystawę w 80. rocznicę ich śmierci. Możesz wspomóc to dzieło, dzięki czemu siostry zapewnią sobie i zakonowi niezbędne środki finansowe do utrzymania.

    Przebieg Powstania został zapisany na kartach kroniki klasztornej. Historia sakramentek oraz ich dobrowolnego aktu, przez który oddały swoje życie Bogu w ofierze, stała się znana – wiele o niej mówiono i pisano, wspomniał o niej także Jan Paweł II.

    Publikujemy fragmenty kroniki klasztornej z Powstania Warszawskiego, opisujące zaangażowanie sióstr w pomoc Powstańcom oraz ich ofiarę.

    Wtorek, 1 sierpnia 1944

    Wielki dzień dla Warszawy! O godzinie 5 po południu wybuchło powstanie! Serca nam mocno biją, oby się tylko udało! Zapał wielki! Na placu przed klasztorem wywieszono chorągwie narodowe. Powstańcy opanowali już parę punktów, w których bronili się Niemcy, kilku jeńców przeprowadzono wśród tryumfalnych okrzyków przez plac. Cała ludność – mężczyźni, kobiety i dzieci – biorą udział w budowaniu barykad. My zaś gorącą modlitwą wspomagamy naszych rodaków, bo przedsięwzięcie ogromne, ponad słabe siły naszych chłopców.

    Środa, 9 sierpnia 1944

    Musiałyśmy się już przenieść całkowicie do piwnic, bo coraz niebezpieczniej. Wiele już pocisków wpadło do naszego klasztoru, robiąc znaczne szkody. Najwięcej się martwimy naszą ukochaną Przewielebną Matką, dla której piwnica jest zabójcza, a jednak pozostawanie w celi grodzi prawdziwym niebezpieczeństwem. Na razie chroni się Matka Wielebna do depozytu lub na korytarzyk, gdzie stał katafalk. Zakonnice zaś usadowiły się w grobach* pod kościołem, gdzie też Matka Wielebna pozwoliła przytulić trochę inteligencji, która przedarła się z Woli. Tam już Niemcy prawie wszystko opanowali. Opowiadają o potwornych scenach wleczenia Polaków przed czołgami niemieckimi, podpalania domów od piwnic wraz z ich mieszkańcami itd., po prostu włosy stają na głowie. Wszyscy ci biedni uciekinierzy są na naszym utrzymaniu, za co są bardzo wdzięczni. Od początku powstania młodsze i dzielniejsze siostry pod wodzą nieustraszonej Matki Subprzeoryszy utrzymują na zmianę nocną straż nad klasztorem i całym dołem.

    Czwartek, 10 sierpnia 1944

    Wczoraj wieczorem część naszego klasztoru zajął szpital wojskowy, a mianowicie: rozmównice, korytarze, przedchórze i kapitularz; na czele stoi niejaki doktor Morwa, bardzo dzielny i gorliwy. Od rana dziś znoszą rannych biedaków, lecz robią tym tyle ruchu i hałasu, że cud będzie, jeśli Niemcy nas do szczętu nie zbombardują, bo na szpitale specjalnie zażarci.

    Aby utrzymać pomimo wszystko naszą klauzurę i regularne życie zakonne, koło kaplicy i koło katafalku zawiesiłyśmy zasłony z napisem: „Klauzura”. Tam już szpitalowi wchodzić nie wolno. Przy tej zasłonie pozostaje zawsze jedna z sióstr, by przyjmować polecenia, których wciąż jest bez liku. Właściwie cała nasza kuchnia, apteczka i siostry są do ich dyspozycji. Pomagamy, jak możemy i umiemy, a cały personel szpitalniany, zwłaszcza zaś chorzy, niezmiernie mile się do nas odnoszą, wyrażając swą radość, że się u nas znajdują.

    ***

    Ostrzał Warszawy z wyrzutni rakietowych, zwanych “szafami” (zdjęcie niemieckie, sierpień-wrzesień 1944) / benedyktynki-sakramentki.org

    ***

    Sobota, 12 sierpnia 1944

    Przeżyliśmy noc prawdziwie koszmarną. Niemcy widocznie odkryli u nas szpital i po południu puścili na nas tzw. „szafę” (są to jakieś straszne nowoczesne bomby rozsadzające i buchające płomieniem). Właśnie przybył nasz zacny spowiednik, O. Prowincjał, i korzystając ze względnego spokoju zaczął spowiadać siostry w zakrystii. Gdy od Pragi runęła ta „szafa”, przeleciała przez ogród jak lawina ognia paląc i niszczą wszystkie rośliny i drzewa i zatrzęsła posadami klasztoru. Podmuch powietrza był tak silny, że w zakrystii i innych miejscach powyrywało drzwi i okna. Zakonnice czekające na spowiedź poprzewracało, szarpiąc na nich welony i habity i obsypując gruzami. Dzięki Bogu nikt z nas nie zginął., ale wszyscy byli strasznie przerażeni i oszołomieni. […]

    Niedziela, 20 sierpnia 1944

    Klasztor powoli się dopala. Zdaje się, że piwnice będą uratowane. Całe mnóstwo ludzi bez mieszkania tłoczy się do nas bez ceremonii, zapełniając nasze piwnice i rekwirując, co się da. Na czele schronu postawiłyśmy kierownika szkoły, który się u nas umieścił z żoną i córką. Mężczyźni obiecali bronić od pożaru korytarze przy schronie, leży to w ich interesie.

    Straszna „szafa” po południu. Ksiądz Kanonik, który był właśnie na korytarzu, zasypany i poraniony.

    Sobota, 26 sierpnia 1944

    Pomimo wielkiego wyczerpania u Sióstr, wszystkie ćwiczenia jak: medytacja, adoracja, a przede wszystkim wspólne odmawianie chórowych pacierzy – są zachowywane i pilnie przestrzegane, zwłaszcza przez nieustraszoną Matkę Subprzeoryszę. Czasem głosy się trzęsą, zwłaszcza gdy bombowce warkoczą nisko nad naszymi głowami, albo pociski artyleryjskie wstrząsają murami, ale modlitwa chóralna ani na chwilę nie jest przerwana. Raz gdy naleciała „szafa” silnym podmuchem nas przewracając i gasząc wszystkie świece, powstało zamieszanie, lecz wnet odważniejsze siostry podjęły psalm na nowo i odmawiały go z pamięci, póki się nie uspokoiło i świece nie zostały zapalone. Jak pięknie byłoby dla benedyktynki od nieustającej adoracji umrzeć u stóp ołtarza odmawiając pacierze kanoniczne! Ale to najlepsze, co Bóg da!

    ***

    Ruiny kościoła Sakramentek, 1945 (fot. Danuta Smoszewska „Sawo”, MPW) / benedyktynki-sakramentki.org

    ***

    Czwartek, 31 sierpnia 1944

    Dzień dopełnienia się ofiary. Z rana część ludności z naszego schronu przeszła na stronę niemiecką. Odprowadziłyśmy ich za bramę, powstańcy dali parę salw, ale, zdaje się, nikogo nie trafili. U nas w ogrodzie i na gruzach stoją wciąż jeszcze powstańcy i strzelają. Na próżno siostry prosiły, by odeszli i nie narażali już więcej zakonnic i ludności cywilnej, kryjącej się w schronach. Gdy jedni dali się przekonać i odeszli, nadbiegli inni, twierdząc, że mają polecenie do końca bronić naszych murów i odejść nie mogą. Obręcz niemiecka zaciskała się coraz silniej, już i czołgi wjechały na Nowe Miasto i waliły w mury kościelne. A bombowce raz po raz zniżały się tuż nad nami, zrzucając swój ładunek coraz bliżej naszych murów.

    Po południu o trzeciej nieszpory, jak zwykle w czwartek, o Najśw. Sakramencie, potem kompleta, w czasie której nalot. Aeroplany krążą bez końca nad samym kościołem, nie zrzucając jednak bomb. Pomimo to mężnie mówimy kompletę: Sub umbra alarum tuarum protege nos [Pod cieniem skrzydeł Twoich osłoń nas], potem cudna oracja Visita nos [Nawiedź nas], błogosławieństwo i w końcu Salve Regina [Witaj, Królowo]. Z jakim uczuciem odmawiałyśmy tę przepiękną antyfonę, będącą chyba najlepszym przygotowaniem na godzinę śmierci!

    Warkot aeroplanów nieco przycichł, jakby się oddalił, z uczuciem pewnej ulgi, lecz zawsze w poważnym skupieniu, siostry otoczyły wieńcem tabernakulum i rozpoczęły adorację wynagradzającą.  Zwykle, gdy bombowce warczały nad nami, odmawiano wspólnie jakieś błagalne modlitwy, dziś przeciwnie – zapanowała wielka cisza, pełna powagi śmierci.

    Nagle straszny wstrząs, ciemność, krzyk ludzki i wołanie komendanta: Spokojnie, Państwo, to tylko filar!

    Pomylił się biedny komendant. Nie był to filar, ale całe sklepienie kościelne zapadło się z cichym poszumem, grzebiąc pod swymi gruzami nasze zakonnice i do tysiąca cywilnych osób.

    Jednocześnie, a raczej na małą chwilę przedtem, padły bomby na piwnice pod nowicjatem, które też bez hałasu zawaliły się, oprócz piwnicy refektarskiej i małej piwniczki kamiennej. W tej to piwniczce uratowały się S. Rafaela i S. Gerarda oraz 2 postulantki: S. Iza i S. Celina. Piwnica jednak była zbyt wysoka, by mogły się wydostać, więc za pomocą chustki, osadzonej na szczotce, dawały znać o sobie. Kierownik szkoły, szukający swej żony i córki, ujrzał szmatę i wyciągnął S. Rafaelę. Ona znów pomogła wydobyć się reszcie, spuszczając im wybite okno z kapitularza jako drabinę. Biedne siostry, jakiż żal je ogarnął, gdy ujrzały zawalony kościół. Jednak biegając wokół z płaczem zauważyły, że chór się nie zawalił, a tam przecież, w tej wnęce, leżała Matka Wielebna i chore siostry! Nadbiegli żołnierze polscy, lecz próżno błagała ich S. Rafaela, by spróbowali odrzucić gruzy. Siostro, tu już nikt żyć nie może, szkoda pracy! – i odeszli. Siostra jednak nie dała za wygraną, a ponieważ niemieckie czołgi waliły bezkońca, wraz z ludnością uratowaną z piwnicy refektarskiej przebiegła na stronę niemiecką. Tam ze łzami przedstawiła oficerowi niemieckiemu grozę położenia: schron zawalony, całe Zgromadzenie zasypane, a kopać nie można, bo czołgi niemieckie i pancerka walą bez ustanku. Niemiec się wzruszył i obiecał przez całą noc nie strzelać w tę stronę. Trzeba było jednak dać mu porękę, że siostry odgrzebane przejdą na stronę niemiecką. Jako poręczycielka została S. Gerarda z małą 6-letnią Marysią Widłówną. S. Rafaela zaś powróciła i szukała mężczyzn, aby się dokopać pod chór. Znalazło się kilku złodziejaszków, którzy za obietnicę sutego poczęstunku z winem podjęli się dokonać dzieła.

    Rzeczywiście, pod chórem uratowało się wprost cudownie 7 zakonnic: Przewielebna Matka Przełożona, M. Symplicja, S. Celestyna, S. Egidia, S. Placyda, S. Maura i S. Leonarda. Gdy bomby padły na kościół, jedna z nich padła też na chór zakonny, jednak nie wypaliła, tak że właśnie to  najsłabsze sklepienie ocalało. Gruzy jednak z kościoła, padając ukosem, wpadły i do wnęki, zasypując łóżko Matki Wielebnej i S. Celestynę, która stała obok łóżka. Przy pomocy sióstr pozostających w głębi, Matka Wielebna i S. Celestyna wydobyły się z gruzów, ale położenie było wprost tragiczne: jedyne wyjście z piwnicy do grobów zawalone, poza tym żadnych drzwi i okien… Przyłożywszy ucho do zawalonych gruzów słyszały przez chwilę pod kościołem bolesne jęki, potem zapanowała martwa cisza… Tylko czołgi rozwalały resztki murów kościelnych! Matka Wielebna wraz z pozostałymi przy życiu zakonnicami pogrążyła się w cichej modlitwie. Były przekonane, iż są skazane na śmierć albo od nowej bomby, albo przez powolne dogorywanie w tym żywym grobie. We wszystkim zdawały się na wolę Bożą, modląc się też gorąco za zmarłe przed chwilą zakonnice. S. Celestyna z S. Placydą próbowały odwalić nieco gruzy, by się przedostać pod kościół, ale przy usuwaniu gruzów jeszcze większe się waliły, całe olbrzymie odłamy marmuru ołtarzowego, zbyt ciężkie na ich ręce, tak, że musiały zaprzestać roboty.

    Dopiero około godz. 11 w nocy usłyszały chodzenie po chórze i uderzanie w podłogę siekierką. Aby dać znać o sobie siostry porwały jakiś drąg żelazny, uderzając nim w sklepienie. Praca na górze się wzmagała, niedługo tynk zaczął się sypać i odezwały się męskie głosy. Ucieszyli się, że udało im się odkopać zakonnice. Nadbiegła S. Rafaela i gdy tylko dziura była dostatecznie wielka, przesunęła się i spuściła na dół. Jakżeż bolesne było powitanie, tak mało pozostało nas przy życiu! A tamte zmarły tak tragiczną śmiercią! Ale czy naprawdę wszystkie już nie żyją?

    Tymczasem złodzieje, którzy nas odkopali, zapijali się węgrzynem po Ks. Kanoniku, którym trzeba było ich uraczyć. Namawiałyśmy ich, aby spróbowali odrzucić gruzy, zasłaniające otwór prowadzący pod kościół. Nie mieli ochoty, ale w końcu dali się zachęcić i zaczęli odwalać gruzy. Okazało się, że część podziemia kościelnego nie była zawalona – ta pod kaplicą. Serca nasze zabiły nadzieją, wszak tam właśnie było dużo sióstr naszych! Dwóch złodziei wraz z S. Celestyną spuściło się po gruzach pod kaplicę ze świecą. Co za przerażający widok uderzył ich oczy! Prawie na metr wysoko spiętrzone ciała ludzkie: mężczyzn, kobiet i dzieci – wszyscy nieżywi! Siostra starała się przede wszystkim rozpoznać swoje zakonnice; welony i habity były na nich poszarpane przez silny podmuch bomby. Niestety, żadna z nich nie żyła. Z kolei próbowano ratować i inne osoby. Okazało się, że 2 mężczyzn i 1 niewiasta jeszcze żyją. Z wielkim trudem wyciągnęliśmy ich z gruzów do piwnicy, a stamtąd wybitą dziurą, na sznurach, aż na chór. Jednak mimo ratunku nie odzyskali już przytomności i w parę godzin potem skonali.

    Tymczasem trzeba było się już zbierać, by opuścić piwnicę przed ranem. Na wpółprzytomne i oszołomione tym, co się stało, przygotowywałyśmy małe tłumoczki z bielizną. Po czym przy pomocy złodziei wywindowałyśmy się dziurą na górę. Na razie zatrzymałyśmy się w małej komórce przy opłatkarni, gdzie znalazło się jedyne krzesło dla Matki Wielebnej, a my posiadałyśmy na tłumoczkach, oczekując rana. Po chwili nadciągnęli Widłowie i Rudzińscy, którzy się uratowali w piwnicy refektarskiej. Przynieśli wiadomość, że w tej piwnicy leży jeszcze S. Henryka, wykopana z gruzów, żywa, ale z tak potłuczonymi nogami, że się ruszać nie może, i S. Alojza z przygniecioną gruzami nogą, której odkopać nie można. Natychmiast siostry zatroszczyły się, by przyjść z pomocą biedaczkom. Trzeba było uprosić ludzi, by szli do piwnicy, niebezpieczeństwo groziło tak od ogrodu, jak i od palącego się ostatniego skrzydła klasztornego. W końcu ludzie, rabujący opuszczoną przez nas piwnicę pod chórem, dali się uprosić i poszli siostrom na ratunek. Jeden wziął na ramiona S. Henrykę i tak ją wyniósł po drabince przez okienko w piwnicy i przyniósł ją nam pod furtę. Gorzej było z S. Alojzą, nie można jej było w żaden sposób wydobyć, bo zaraz nowe gruzy osypywały się na jej biedną nogę, gdzieś uwięzioną pod cegłami. Godziny z wolna płynęły, o brzasku miałyśmy opuścić nasz ukochany klasztor i wyruszyć na wygnanie.

    Oto imiona pozostałych przy życiu zakonnic, które miały odtąd tworzyć zgromadzenie sakramentek:

    Przewielebna Matka Przełożona Janina Byszewska, M. Symplicja, S. Celestyna, S. Egidia, S. Rafaela (profeska czasowa) i S. Iza (postulantka), a Siostry II chóru: S. Gerarda, S. Placyda, S. Maura, S. Leonarda, 3 czepeczki: S. Henryka, S. Celina i S. Genowefa. Razem 13.

    W w ów dzień pamiętny 31 sierpnia przeszły z adoracji ziemskiej u stóp tabernakulum do wiekuistej i najszczęśliwszej adoracji w niebie 34 siostry i 4 księży.

    Szczegółową relację z Powstania Warszawskiego zapisaną na kartach kroniki klasztornej można przeczytać na stronie internetowej Zgromadzenia Sióstr Benedyktynek Sakramentek.


    Agata Puścikowska opisuje nieznane dotąd dramatyczne historie zakonnic, które brały udział w powstaniu warszawskim. Niektóre z sióstr były sanitariuszkami, inne wspierały powstańców, leczyły cywili i żołnierzy, przygarniały tysiące dzieci – sierot wojennych, organizowały modlitwy i duchowo wspierały złamanych ludzi. Do tej pory o zaangażowaniu warszawskich klasztorów niewiele się mówiło, tymczasem skala pomocy niesionej przez zakonnice skrwawionej Warszawie była ogromna i trudno ją przecenić. Książka zawiera portrety bohaterek, ale zarazem kobiet z krwi i kości.

    Stacja7.pl

    ______________________________________________________________________________________________________________

    31.07.2024 | Elżbieta Sobolewska-Farbotko (Radio BOBOLA)/fot. Benedyktynki Sakramentki w Warszawie/Radio BOBOLA/nuz. GGDuo & Piotr Kurstak – Jezusa Ukrytego LIVE

    Siostry 44: Ocalić pamięć

    Pod gruzami klasztoru na Rynku Nowego Miasta 2 w Warszawie 31 sierpnia 1944 r. zginęły 34 siostry Sakramentki. Do końca nie opuściły mieszkańców Warszawy, którzy chronili się w podziemiach kościoła i klasztoru. Pod hasłem „Siostry 44 Ocalić pamięć” zbierane są wspomnienia, pamiątki oraz informacje związane z tymi, które ofiarowały swoje życie, aby Polska była Chrystusowa. 

    W rozmowie z Radiem BOBOLA s. Maria Józefina prosi o wasze świadectwa:

    – Widzimy w tym wielkie Boże prowadzenie. Przeżyło 12 sióstr, dokładnie tyle, ile potrzeba żeby trwał klasztor, który podtrzymuje nieustającą adorację Najświętszego Sakramentu. Wśród starszych warszawiaków nie ma osób, które by nie słyszały o Sakramentkach, ale zbieramy też świadectwa o tym, jak ich ofiara oddziałuje na młode pokolenie.

    Świadectwa można przesłać mailem: siostry.1944@gmail.com; zadzwonić: 22 831 49 62; lub przyjść osobiście: rynek Nowego Miasta 2, 00-229 Warszawa, do godz. 16.30.

    POSŁUCHAJ ROZMOWY (47 min.) :

    Materiała audio możliwy do pobrania i użycia w innych mediach (prosimy o podanie źródła: Radio BOBOLA)

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Sto lat temu Stefan Wyszyński przyjął święcenia kapłańskie

    Sto lat temu, 3 sierpnia 1924 roku, kleryk Stefan Wyszyński przyjął w katedrze we Włocławku święcenia kapłańskie. Po latach, już jako Prymas Polski, wspominał: „Gdy przyszedłem do katedry, stary zakrystian, pan Radomski, powiedział do mnie: «Proszę księdza, z takim zdrowiem to chyba raczej trzeba iść na cmentarz, a nie do święceń»”. W najbliższą niedzielę, 4 sierpnia, w katedrze włocławskiej sprawowana będzie uroczysta Msza św. z okazji rocznicy święceń kapłańskich błogosławionego Stefana Wyszyńskiego. Liturgii transmitowanej w TVP Polonia będzie przewodniczył biskup włocławski Krzysztof Wętkowski.

    Kard. Stefan Wyszyński z Obrazem Jasnogórskim/fot. Instytut Prymasowski

    Kard. Stefan Wyszyński z Obrazem Jasnogórskim

    ***

    Wydarzenie sprzed stu lat obrosło anegdotami, z których wyłaniają się dramatyczne okoliczności tych święceń. Przeszkód namnożyło się wiele. Grupie siedemnastu diakonów święceń kapłańskich miał udzielić bp Stanisław Zdzitowiecki w uroczystość Świętych Apostołów Piotra i Pawła 29 czerwca 1924 r. Jednakże z tego grona – dwóch zostało wcześniej wysłanych na studia w Lille, a diakon Stefan Wyszyński trafił do szpitala.

    Przeszkoda wieku

    Oprócz fatalnego zdrowia, przeszkodą do przyjęcia w tym dniu święceń był wiek ks. Stefana Wyszyńskiego. Według wówczas obowiązującego Kodeksu Prawa Kanonicznego kandydat do święceń kapłańskich musiał mieć ukończone dwadzieścia cztery lata życia. Stefan Wyszyński urodził się 3 sierpnia 1901 r. Stąd pomimo dyspensy biskupiej, która mogła skrócić wiek kanoniczny o jeden rok i tak nie spełniało to wymogów prawa. Ostatecznie święcenia przyjął w dniu swoich dwudziestych trzecich urodzin, co i tak stanowiło uchybienie, gdyż według przepisów prawa wiek kończy się dopiero z upływem rocznicy dnia urodzenia.

    Rekolekcje przed święceniami

    Ks. Stefan Wyszyński przygotowywał się do przyjęcia święceń poprzez odprawienie rekolekcji, które rozpoczął wspólnie z kolegami ze swego rocznika, lecz musiał je przerwać i dokończyć samodzielnie w szpitalu. Sam wspominał: „Moi koledzy 29 czerwca poszli na święcenia, a ja do szpitala. Tam ledwo uszedłem śmierci” (Warszawa, 3 sierpnia 1965 r.). Podobnie jak św. Maksymilian Maria Kolbe, spisał wówczas swój regulamin życia, który później nosił w brewiarzu:

    Mów mało – żyj bez hałasu – cisza.

    Czyń wiele, lecz bez gorączki, spokojnie.

    Pracuj systematycznie.

    Unikaj marzycielstwa – nie myśl o przyszłości, to rzecz Boga.

    Nie trać czasu, gdyż on do ciebie nie należy; życie jest celowe, a więc i każda w nim chwila.

    We wszystkim wzbudzaj dobre intencje.

    Módl się często wśród pracy – sine me nihil potestis facere (beze Mnie nic nie możecie uczynić J 15,5).

    Szanuj każdego, gdyż jesteś odeń gorszy: „Bóg pysznym się sprzeciwia” (por. Jk 4,6).

    Omni custodia serva cor tuum, quia ex ipso vita procedit („Z całą pilnością strzeż swego serca, bo życie ma tam swoje źródło” Prz 4,23).

    Misericordias Dei in aeternum cantabo (Miłosierdzie Boże na wieki wyśpiewywał będę” Ps 89,2).

    Święcenia kapłańskie zostały wstrzymane, gdyż Stefan Wyszyński w tym czasie trafił do szpitala. Ponownie więc rozważano jego dalsze losy, łącznie z wydaleniem z seminarium.

    Złe rozeznanie choroby

    Z perspektywy pół wieku Prymas Tysiąclecia wspominał o kulisach ówczesnego pobytu w szpitalu: „Na skutek rozeznania dr. Piaseckiego, lekarza zakładowego, zostałem skazany «na paratyfus». Trzymano mnie miesiąc na ostrej diecie. Doszedłem do zaniku sił, nie mogłem się ruszać (…) Przypadek sprawił, że przyszedł dr N. w zastępstwie ordynatora. Rozeznał, że nie ma tu paratyfusu, tylko zajęte szczyty płuc. Trzeba by stąd pospiesznie wyjść, ale może już jest zaciągnięty tyfus w otoczeniu…”.

    Według innych relacji wspomnianym zastępcą ordynatora miał być lekarz żydowskiego pochodzenia, który rozpoznał chorobę i podjął właściwe leczenie, czym ocalił życie Stefana Wyszyńskiego: „Co ksiądz tu robi – miał zapytać diakona Wyszyńskiego badający go lekarz, Żyd. Ksiądz nie ma tyfusu, tylko ostre zapalenie płuc. Ja księdza wyleczę. Jeszcze ksiądz biskupem zostanie”.

    Siostra szarytka

    Do ocalenia ks. Stefana Wyszyńskiego walnie miała przyczynić się siostra zakonna. Sam prymas wspominał: „Ratowała mnie siostra Benigna, osłaniała przed ludźmi, którzy tu umierali dość często. Wynoszono ich do sali, przez którą przechodziłem do łazienki. Siostra Benigna była jedyną osobą, która się o mnie troszczyła. Z seminarium nikt nie przyszedł, z kolegów, zajętych prymicjami, też nikt”. Tą siostrą była Józefa Seipp (Sejpp) ze Zgromadzenia Sióstr Miłosierdzia św. Wincentego a Paulo, zwanych potocznie szarytkami.

    Bp Stanisław Zdzitowiecki

    Ostateczną decyzję odnośnie losów ks. Stefana Wyszyńskiego musiał podjąć biskup włocławski Stanisław Zdzitowiecki. I tu ponownie z pomocą przyszła siostra Benigna. Spore światło na okoliczności dopuszczenia do święceń ks. Stefana Wyszyńskiego rzucił arcybiskup Bronisław Dąbrowski. Urodził się on w Grodźcu, w diecezji włocławskiej, znał środowisko włocławskie i był jednym z najbliższych współpracowników Prymasa Tysiąclecia, stąd jego relacja wydaje się bardzo wiarygodna. Według niego: „Siostra tak przejęła się tym bólem chorego, że kiedy robiła zastrzyk biskupowi Zdzitowieckiemu – ordynariuszowi diecezji włocławskiej, wtedy zapytała: «Dlaczego diakon Wyszyński nie może być kapłanem?». Ksiądz Biskup na to odpowiedział: «Trupa się nie święci». Wówczas siostra zaindagowała: «Co wczoraj ksiądz biskup mówił w czasie święceń? Mówił ksiądz biskup, że Msza Święta ma tak wielką wartość, iż warto wyświęcić człowieka dla odprawienia tylko jednej Mszy Świętej». Ksiądz Biskup zastanowił się…”.

    Ta rozmowa z siostrą zakonną wpłynęła na decyzję o udzieleniu święceń kapłańskich Stefanowi Wyszyńskiemu. Zważywszy na odwołanie się do słów z dnia święceń, decyzję o wyświęceniu Stefana Wyszyńskiego biskup podjął 30 czerwca 1924 r.

    Czy może przekonała biskupa strzykawka w dłoni siostry? Niekoniecznie. Już wcześniej bp Stanisław Zdzitowiecki uratował kleryka Stefana przed dyscyplinarnym wyrzuceniem z Seminarium Duchownego we Włocławku. Miało to miejsce, gdy klerycy niesieni młodzieńczą rozrywką na korytarzu „rozgrzewali się”. W tę gromadę wszedł ks. prof. Borowski. Klerycy też go „rozgrzali”. Po skończonej przepychance ks. Borowski wpadł do pokoju profesorskiego i wołał: „Łapać łobuzów”. Wszyscy uciekli. Zostało tylko siedmiu alumnów na korytarzu. Wśród nich był kleryk Wyszyński.

    Następnego dnia księża profesorowie udali się do biskupa Stanisława Zdzitowieckiego, sugerując konieczność usunięcia tej grupy kleryków z seminarium. Gdy biskup spostrzegł na sporządzonej liście swego ceremoniarza zapytał: „Tego też?” i podsumował: „To wobec tego żaden” i wówczas nie usunięto z listy kleryków również Stefana Wyszyńskiego.

    Bp Stanisław Zdzitowiecki był człowiekiem o wielkim, ojcowskim sercu. Sam Prymas Tysiąclecia wspominał: „Gdy nieraz badam swoje sumienie, nie przypominam sobie ani jednej myśli, ani jednego słowa, które byłoby skierowane, chociażby najbardziej wewnętrznie, przeciwko memu biskupowi czy moim zwierzchnikom. Tego mnie nauczył sędziwy biskup Zdzitowiecki, który był mężem Bożym, mężem Kościoła Chrystusowego” (Jasna Góra, 24 sierpnia 1961 r.). Nie było tu jednak czasu na długie indywidualne rozstrzyganie za i przeciw udzielenia święceń schorowanemu diakonowi, którego stan nie rodził nadziei na daleką przyszłość.

    Święcenia kapłańskie w kaplicy Matki Bożej

    „Wszystko to zaczęło się tutaj, a miało skończyć gdzie indziej… w szpitalu. Jednakże nie skończyło się. Od tamtej chwili czuję, że ciągnę nie swoimi siłami, tylko mocami Bożymi” – powiedział prymas Wyszyński we Włocławku wspominając początek kapłaństwa.

    W kaplicy jego święceń kapłańskich znajduje się w ołtarzu obraz Matki Bożej. Jest to kopia wizerunku Matki Bożej Śnieżnej, którego oryginał znajduje się w Bazylice Matki Bożej Większej w Rzymie. Obraz nosi wymowną nazwę Salus Populi Romani. „Salus” można z łaciny przetłumaczyć jako ocalenie, zbawienie, zdrowie i to zdrowie było darem Matki Bożej dla kapłana, który po latach wspominał: „Gdy miano mi udzielić święceń, zastanawiano się, gdzie one mają być: w prezbiterium katedry czy w kaplicy prywatnej biskupa? Zdecydowano, że w kaplicy Matki Bożej w katedrze włocławskiej. Byłem wdzięczny ludziom, którzy podjęli tę decyzję, za taki właśnie wybór. To mi dodawało otuchy. Skoro wyświęcono mnie na oczach Matki, która patrzyła na Mękę swojego Syna na Kalwarii, to już Ona zatroszczy się, aby reszta zgodna była z planem Bożym” (Włocławek, 18 września 1974 r.).

    „Tak się wszystko układało, że tylko miłosierne oczy Matki Najświętszej patrzyły na ten dziwny obrzęd, który miał wówczas miejsce. Byłem tak słaby, że wygodniej było mi leżeć krzyżem na ziemi, niż stać” (Stryszawa, 1 sierpnia 1965 r.).

    Gdy 18 września 1974 r. prymas celebrował Mszę św. w katedrze włocławskiej, otrzymał jako dar od biskupa Jana Zaręby i diecezji włocławskiej kopię obrazu Matki Bożej z kaplicy katedry włocławskiej, w której otrzymał święcenia kapłańskie.

    Świadkowie

    Jak schorowanym był wówczas Stefan Wyszyński świadczą słowa zakrystiana, o czym wspominał sam prymas: „Gdy przyszedłem do katedry, stary zakrystian, pan Radomski, powiedział do mnie: «Proszę księdza, z takim zdrowiem to chyba raczej trzeba iść na cmentarz, a nie do święceń»” (Stryszawa, 1 sierpnia 1965 r.).

    Prymas Tysiąclecia wspominał: „Byłem święcony przez chorego, ledwo trzymającego się na nogach bp. Wojciecha Owczarka. Ale i ja czułem się niewiele lepiej. Podczas Litanii do Wszystkich Świętych, spoczywając na posadzce, lękałem się chwili, gdy trzeba będzie wstać. Czy zdołam utrzymać się na nogach? Taki był stan mojego zdrowia” (Włocławek, 18 września 1974 r.).

    Uroczystość święceń miała skromny, wręcz kameralny charakter. W kaplicy była zaledwie garstka osób. Sam prymas mógł wyliczyć świadków na palcach jednej ręki: „Zachowuję we wdzięcznej pamięci bp. Owczarka, który wziął na siebie odpowiedzialność za mnie. Pamiętam również ks. Stefana Petrykowskiego, notariusza Kurii Włocławskiej, który był podczas moich święceń współcelebransem i miał za zadanie wspierać biskupa i mnie. Wspominam z wdzięcznością jedynego kolegę, który był obecny w czasie moich święceń – ks. Józefa Dunaja i siostrę moją, która wówczas mi towarzyszyła. Pamiętam także o czcigodnym zakrystianie, panu Radomskim.

    Ks. Stefan Wyszyński na obrazku prymicyjnym umieścił jako motto słowa z Drugiej Księgi Samuela w przekładzie zaczerpniętym z Wulgaty: „Cóżem ja jest, Panie Boże, i co za dom mój, iżeś mię przywiódł aż dotąd?” (2 Sm 7,18). Poniżej słowa Psalmu: „Cóż oddam Panu za wszystko dobre, które mi wyświadczył?” (Ps 116,12). Umieścił na obrazku również modlitwę za kapłana: „Wszechmogący i miłosierny Boże, któryś przez nieskończoną łaskę swoją raczył powołać do sprawowania Przenajświętszej Ofiary sługę Twego STEFANA, wysłuchaj próśb naszych i spraw, aby łaską Twoją świętą wspomagany coraz więcej stawał się godnym powołania swego i aby błogosławieństwo Twoje uświęcało słowa jego i prace. Przez Pana Naszego Jezusa Chrystusa. Amen. Jezu cichy i pokornego Serca, uczyń serce moje, według Serca Twego”.

    Znalazła się tam też informacja, iż Mszę św. prymicyjną miał odprawić 6 lipca 1924 r. we Wrociszewie. Jednakże ze względu na chorobę i przesunięcie terminu święceń kapłańskich na 3 sierpnia, ks. Stefan Wyszyński odprawił Mszę św. prymicyjną 5 sierpnia na Jasnej Górze, co też własnoręcznie poprawiał na wielu obrazkach. Tego dnia przypadało w liturgii wspomnienie Najświętszej Maryi Panny Śnieżnej. Tytuł ten nosi wspomniany obraz, przed którym został wyświęcony. Dzień ten był więc dalszym promieniem łask, które Maryja wyjednała dla przyszłego Prymasa Polski.

    Natomiast we Wrociszewie, gdzie mieszkał jego ojciec, celebrował prymicje 6 sierpnia 1924 r. Po latach mógł podsumować: „Jestem kapłanem, który wyrósł pod skrzydłami Świętej Matki – Kościoła włocławskiego, który swego ducha wypielęgnował w Katedrze Włocławskiej, który wziął wychowanie kapłańskie od doświadczonych profesorów i wychowawców tego sławetnego seminarium”.

    ***

    Stefan Wyszyński urodził się w 3 sierpnia 1901 r. w miejscowości Zuzela nad Bugiem. Po ukończeniu gimnazjum w Warszawie i Łomży wstąpił do Seminarium Duchownego we Włocławku, gdzie 3 sierpnia 1924 roku został wyświęcony na kapłana. Po czterech latach studiów na Katolickim Uniwersytecie Lubelskim na Wydziale Prawa Kanonicznego i Nauk Społecznych uzyskał stopień doktora. Podczas II wojny światowej jako znany profesor był poszukiwany przez Niemców. Ukrywał się m.in. we Wrociszewie i w założonym przez matkę Elżbietę Czacką zakładzie dla ociemniałych w Laskach pod Warszawą. W okresie Powstania Warszawskiego ks. Wyszyński pełnił obowiązki kapelana grupy „Kampinos” AK. 25 marca 1946 Pius XII mianował go biskupem lubelskim (sakrę nominat przyjął 12 maja tegoż roku), a 22 października 1948 powołał go na arcybiskupa Gniezna i Warszawy oraz Prymasa Polski. Na konsystorzu 12 maja 1953 papież włączył go w skład Kolegium Kardynalskiego, ale ówczesne władze nie zezwoliły nowemu purpuratowi na wyjazd do Rzymu po odbiór insygniów kardynalskich. Przyjął je z rąk Piusa XII dopiero 18 maja 1957. W coraz bardziej narastającej konfrontacji z reżimem komunistycznym, Prymas Wyszyński podjął decyzję zawarcia „Porozumienia”, które 14 lutego 1950 podpisali przedstawiciele Episkopatu i władz państwowych. Mimo to, sytuacja coraz bardziej się zaostrzała i 25 września 1953 prymas został aresztowany i internowany. Przebywał kolejno w Rywałdzie Królewskim koło Grudziądza, w Stoczku Warmińskim, w Prudniku koło Opola i w Komańczy w Bieszczadach. W ostatnim miejscu internowania napisał tekst odnowionych Ślubów Narodu, wygłoszonych następnie na Jasnej Górze 26 sierpnia 1956 jako Jasnogórskie Śluby Narodu. 26 października 1956 ks. prymas wrócił do Warszawy z internowania. W latach 1957-65 prowadził Wielką Nowennę przed Jubileuszem Tysiąclecia Chrztu Polski. W drugiej połowie lat sześćdziesiątych czynnie uczestniczył w pracach Soboru Watykańskiego II. W okresie rodzącej się „Solidarności” pozostawał ośrodkiem równowagi i spokoju społecznego.

    Zmarł 28 maja 1981 r. w uroczystość Wniebowstąpienia Pańskiego. Na pogrzeb kardynała w Warszawie 31 maja przybyły dziesiątki tysięcy ludzi.

    Stefan Wyszyński został beatyfikowany 12 września 2021 roku w Warszawie.

    ks. Mariusz Budkiewicz/Tygodnik Niedziela/Kai

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Kiedy nad Paryżem zapanowała ciemność, jedno miejsce pozostało oświetlone – bazylika Sacré-Cœur

    W sobotę duża część Paryża pogrążyła się w ciemności. Dzień wcześniej odbyła się bluźniercza inauguracja Igrzysk Olimpijskich. Kiedy dzień później zgasły światła, jedno miejsce pozostało oświetlone: bazylika Sacré-Cœur na Montmartre.

    ***

    Bazylika Najświętszego Serca – Basilique du Sacré-Cœur/Adobe.Stock

    Bazylika Najświętszego Serca (Basilique du Sacré-Cœur)

    ***

    „FRANCUSKA STOLICA W CIEMNOŚCI” – ks. Sławomir Kostrzewa

    Dzisiejszej sobotniej nocy, 27 lipca 2024 roku, w całej stolicy Francji doszło do awarii prądu, podczas gdy Paryż 🇫🇷 pozostawał w ciemnościach, tylko Bazylika Najświętszego Serca pozostała oświetlająca miasto. BÓG DALEJ MÓWI, I MA SWOJE SPOSOBY, NA TO CO SIĘ DZIEJE.

    KOŚCIÓŁ ZAWSZE PROWADZI DO ŚWIATŁOŚCI, NIESIE ŚWIATŁO CHRYSTUSA W ŚRODKU CIEMNOŚCI”.

    MODLIMY SIĘ:

    „Panie Jezu, Ty, który przybyłeś, aby oświecić świat, poświęcamy Ci nasze życie i nasze społeczeństwo, ogłaszamy Cię Królem i Panem Niebios i ziemi. Oczyść serca ludzi, rozpal je miłością i dobroczynnością. Niech rośnie w nas pragnienie świętości. Przez Niepokalane Serce Maryi oddajemy się w całości Twojemu Najświętszemu Sercu, aby Cię kochać i służyć i błagać o litość dla całej ludzkości. Amen. ”

    ___________________________________________________________________________________________

    Paris goes dark day after ‘debauched’ Olympics opening ceremony mocks Last Supper

    Sacré-Cœur Basilica remained lit amid the darkness

    By Jon Brown, Christian Post Reporter Monday, July 29, 2024

    ***
    Parts of Paris, France, were struck with a blackout over the weekend, just 24 hours after the Olympics drew global backlash for its opening ceremony that detractors claimed mocked Christianity and the Last Supper with drag queens.

    Approximately 85,000 Parisians in four districts were affected by the blackout that lasted for about 10 minutes at 11:40 p.m. on Saturday night, which the electricity supplier Enedis chalked up to “a technical anomaly,” according to Le Parisien.

    Footage of the blackout went viral on social media, with many users also pointing out the striking image of the Basilique du Sacré-Cœur de Montmartre (Basilica of the Sacred Heart of Montmartre) remaining brightly lit amid the darkness.

    ***

    Awaria dotknęła ok. 85 tysięcy odbiorców. Objęła dzielnice, w których znajduje się Luwr, opera, łuk triumfalny, kabaret Moulin Rouge oraz wzgórze Montmartre.

    Sama bazylika na wzgórzu pozostała jednak podświetlona. W internecie pojawiły się zdjęcia, które pokazują jedyny jasny punkt w morzu ciemności – bazylikę Najświętszego Serca Pana Jezusa.

    Budowa bazyliki ma swoje źródło w wojnie francusko-pruskiej, która nie objęła Paryża; z wdzięczności postanowiono wybudować kościół. Budowa ruszyła w 1876 roku. Poświęcenie bazyliki Najświętszemu Sercu Pana Jezusa miało być zarazem aktem wynagrodzenia za grzechy rewolucji.

    Tygodnik Niedziela

    ______________________________________________________________________________________________________________

    “Każdy czyn człowieka podyktowany pychą zrodzi zło i obróci się przeciw niemu. Każde działanie ludzkości przez pychę i pogardę wobec Mądrości i Miłości Boga gotuje jej zagładę. Na miarę posiadanej pychy świat dąży do samozniszczenia, albowiem Dobro i Życie jest tylko w Bogu. Poza Bogiem jest tylko śmierć i cierpienia.” (słowa zapisane przez Alicję Lenczewską w sobotę 29 stycznia 1994 roku).

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Światowy różaniec wynagradzający za bluźniercze otwarcie igrzysk

    Samplefot. Gerardo Juarez Martinez / Cathopic

    ***

    Francuscy katolicy apelują o publiczne odmówienie na całym świecie różańca jako wynagrodzenie Bogu za bluźnierczą wobec Jezusa Chrystusa scenę Ostatniej Wieczerzy w czasie ceremonii otwarcia Letnich Igrzysk Olimpijskich w Paryżu. Proszą, by zrobić to 2 sierpnia o godzinie 16.00 na ulicy, przed krucyfiksem, kapliczką itp.

    Z kolei w najbliższą niedzielę 4 sierpnia przed paryską katedrą Notre Dame odbędzie się spotkanie międzyreligijne. Jego celem jest wyrażenie „pragnienia pokoju” przez przedstawicieli pięciu religii obecnych w wieloreligijnym centrum w wiosce olimpijskiej. Temat spotkania brzmi: „W jaki sposób sport łączy się z tym, co najlepsze w naszym człowieczeństwie?”. Każdy, według własnej tradycji religijnej, będzie modlił się o pokój i braterstwo.

    Niektóre francuskie diecezje włączają się w tę akcję organizując modlitwę różańcową w konkretnej świątyni. Tak będzie na przykład w diecezji Aire-et-Dax, w Akwitanii, gdzie na miejsce modlitwy wynagradzającej wyznaczono kościół w Linxe.

    Choć organizatorzy otwarcia igrzysk tłumaczyli, że ich intencją było przedstawienie „Uczty bogów” Jana van Biljerta, to jednak niektórzy jej uczestnicy ujawnili prawdziwą intencję sparodiowania „Ostatniej Wieczerzy” Leonarda da Vinci. Barbara Butch, która w inscenizacji zajmowała miejsce Jezusa, w mediach społecznościowych nazwała to przedstawienie „gejowskim Nowym Testamentem”, podaje portal Tribune Chrétienne.

    02 sierpnia 2024/tribunechretienne.com, pb/Paryż/mp/Vatican News/Kai.pl

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Inauguracja IO. Kard. Burke: To teatr szatana

    „Dokonanie tego aktu pokazuje w niezwykle bolesny sposób, że to, co było kiedyś chrześcijańską kulturą, stało się teatrem szatana i ludzi uczestniczących w jego przesiąkniętych złem planach” – stwierdził kard. Raymond Burke, odnosząc się do ceremonii otwarcia IO.

    Nie milkną echa skandalicznej ceremonii otwarcia Igrzysk Olimpijskich w Paryżu, w czasie której najpierw uczczono Rewolucję Francuską, a później kpiono z chrześcijaństwa. Bluźnierczą scenę, którą jej główna bohaterka określiła jako „Nowy Gejowski Testament”, skomentował kard. Raymond Burke, wygłaszając 31 lipca homilię z okazji 16. rocznicy poświęcenia Sanktuarium Matki Bożej z Guadalupe w La Crosse w stanie Wisconsin w USA. Polskie tłumaczenie rozważań hierarchy opublikował portal PCh24.pl.

    – „W miniony piątek byliśmy świadkami niewiarygodnej manifestacji ciemności i grzechu w naszym świecie: na otwarciu letnich Igrzysk Olimpijskich w Paryżu doszło do okropnego wyszydzenia Świętej Eucharystii. Trudno wyobrazić sobie coś bardziej nikczemnego i bluźnierczego”

    – mówił duchowny.

    Purpurat zwrócił uwagę, iż „dokonanie tego aktu pokazuje w niezwykle bolesny sposób, że to, co było kiedyś chrześcijańską kulturą, stało się teatrem szatana i ludzi uczestniczących w jego przesiąkniętych złem planach”.

    – „Zgorszenie i złość na to, co stało się na letniej Olimpiadzie, wzbudza w nas na powrót pamięć o wielu innych przejawach jawnej rebelii przeciwko Bogu i Jego planom zbawienia w świecie, w którym żyjemy. To ataki na ludzkie życie i jego kolebkę wewnątrz rodziny stworzonej przez małżeństwo mężczyzny i kobiety, ataki na samą religię i swobodę jej praktykowania”

    – zauważył kard. Burke.

    Podkreślił, że towarzyszy temu „celowe rozpowszechnianie błędów i niejasności odnośnie prawd naszej wiary” w samym Kościele. Dlatego hierarcha zachęcił do modlitwy o dary Ducha Świętego.

    kak/PCh24.pl, Fronda.pl

    ______________________________________________________________________________________________________________

    fot. Marcin Ob ara/PAP

    ***

    Katolik wobec znieważania Boga

    Czy Boga można obrazić? Czym jest bluźnierstwo i jak zachować się w obliczu drwin z tego, co święte?

    Ceremonia otwarcia igrzysk olimpijskich w Paryżu wywołała skandal o międzynarodowej skali. Scena zatytułowana „Festivite”, z udziałem m.in. drag queens, została powszechnie odczytana jako parodia „Ostatniej wieczerzy”. Nie tylko katolicy, ale także przedstawiciele innych religii wyrazili oburzenie wywołane brakiem szacunku dla chrześcijan. Niewielu dało wiarę tłumaczeniom organizatorów i autorów przedstawienia, którzy twierdzili, że mieli na myśli „święto pogańskie z bogami Olimpu”. W komentarzach często pojawiał się zarzut bluźnierstwa, świętokradztwa, profanacji czy obrazy uczuć religijnych.

    Niezależnie od rzeczywistych intencji towarzyszących organizatorom paryskiego wydarzenia faktem pozostaje, że naruszanie wrażliwości religijnej wyznawców Chrystusa należy w pewnych środowiskach nieomal do dobrego tonu i stanowi element ich strategii promocyjnej. Kpiny ze świętości, parodiowanie elementów kultu, zakłócanie zgromadzeń modlitewnych, choć na ogół zakazane prawem, często uchodzą sprawcom na sucho. Bo, jak twierdzą, darcie i deptanie Biblii miało miejsce podczas koncertu i było wyrazem ekspresji artystycznej. Bo manifestanci proaborcyjni przerywający Mszę nie robili tego złośliwie i działali w ważnej społecznie sprawie. Bo krzyż zanurzony w moczu to sztuka, bo parodia Bożego Ciała z podobizną waginy niesionej na kiju to wolność wypowiedzi, bo tęczowa aureola na wizerunku Czarnej Madonny wyraża szacunek dla odmienności…

    Jesteśmy świadkami przesuwania kolejnych granic wytrzymałości chrześcijan. Podkreślmy – chrześcijan, bo zasadniczo nie praktykuje się naruszania wrażliwości przedstawicieli innych religii, zwłaszcza islamu, ponieważ ci na znieważanie swoich świętości reagują zgoła inaczej niż wyznawcy Chrystusa. Wątpliwe, żeby muzułmanie przyjęli za dobrą monetę tłumaczenie, „co autor miał na myśli”, gdy produkował coś, co wygląda na kpiny z tego, co dla nich ważne. Tu „sztuka” i „swoboda ekspresji” mogłyby „artystów” słono kosztować.

    To nam potrzebne

    Co z tego wynika? Na pewno nie postulat, żeby chrześcijanie wzorem innych odpowiadali przemocą na przemoc i agresją na agresję. Być może posługując się takimi środkami, zastraszyliby potencjalnych profanatorów, ale zaprzeczyliby istocie Ewangelii, która zakazuje sprzeciwiania się złu przy użyciu jego metod.

    Jasno trzeba jednak powiedzieć, że wszelkie akty bluźnierstwa i profanacji są obiektywnym złem. Chrześcijanin powinien mieć świadomość, że akty bluźnierstwa i profanacji nie tylko dotykają sfery społecznej, lecz także niosą ze sobą skutki duchowe.

    „Bluźnierstwo sprzeciwia się bezpośrednio drugiemu przykazaniu. Polega ono na wypowiadaniu przeciw Bogu – wewnętrznie lub zewnętrznie – słów nienawiści, wyrzutów, wyzwań, na mówieniu źle o Bogu, na braku szacunku względem Niego w słowach, na nadużywaniu imienia Bożego” – mówi Katechizm Kościoła Katolickiego (2148). Dalej czytamy, że bluźnierstwo „sprzeciwia się szacunkowi należnemu Bogu i Jego świętemu imieniu”. I że z natury jest grzechem ciężkim.

    Ale właściwie dlaczego? Czy człowiek bluźniący lub profanujący świętości może Bogu zaszkodzić? Czy stworzenie może w jakikolwiek sposób umniejszyć świętość i naruszyć majestat Wszechmogącego Stwórcy? – Nasz kult niczego Bogu nie dodaje, a jego brak niczego Mu nie ujmuje. Oddawanie czci Bogu jest więc nie tyle potrzebne Bogu, ile nam. Dlaczego? Bo to jest sprawa naszego zbawienia – odpowiada michalita ks. dr Ryszard Andrzejewski, specjalista z zakresu teologii moralnej. Podkreśla, że w relacji człowieka stworzonego na obraz Boży jedyną właściwą wobec Boga postawą są cześć i miłość. W nich wyraża się prawdziwa wiara w Stwórcę prowadząca do zbawienia – mówi o tym już pierwsze przykazanie Dekalogu. Wiara zaś najczytelniej wyraża się w kulcie, czyli w oddawaniu czci Bogu. – Mnie jako księdza z 40-letnim stażem od lat przejmują w tym względzie dwa zdania z Pisma Świętego: „Bez wiary zaś nie można podobać się Bogu” (Hbr 11,6) i „Kto uwierzy i przyjmie chrzest, będzie zbawiony, a kto nie uwierzy, już został potępiony” (Mk 16,16) – wyjaśnia duchowny. Wskazuje, że teologia moralna wylicza wiele deformacji – czyli grzechów – w zakresie kultu, jaki człowiek powinien oddawać Bogu. Główne to: desakralizacja, świętokradztwo, zabobon, bałwochwalstwo, bluźnierstwo.

    Wrogie Bogu nastawienie

    – Bodaj najcięższym grzechem w tej materii jest bluźnierstwo. Jest ono z reguły traktowane jako wykroczenie przeciw religijności lub, według większości moralistów ze św. Tomaszem z Akwinu na czele, jako wykroczenie przeciw wierze. Święty Hieronim stwierdził wręcz, że „każdy grzech w porównaniu z bluźnierstwem jest lżejszy”. Definiuje się je jako urąganie, lżenie, szydzenie, które jest skierowane przeciw Bogu bądź przeciw stworzeniom, rzeczom, ale ze względu na Boga. Może się ono wyrażać nie tylko w słowach, ale również w myślach lub czynie – zauważa kapłan. Podkreśla, że w Starym Testamencie bluźnierstwem były również pewne formy przekleństw, także występki prowokujące bliźnich do zniewagi Boga bądź Jego imienia. Takimi występkami były również wątpliwości co do zbawczej opieki i interwencji Bożej oraz złamanie Przymierza.

    W Nowym Testamencie bluźnierstwem nazywano wszelkie słowa i czyny ubliżające Bogu, jego imieniu, słowu, prawu, aniołom, świętym, czy też przedmiotom poświęconym kultowi Bożemu. – Z punktu widzenia teologii moralnej za źródło bluźnierstwa uważa się wrogie Bogu nastawienie woli ludzkiej, które może wypływać np. z rozgoryczenia, pychy, lub chęci samousprawiedliwienia własnych grzechów – zaznacza duchowny.

    Czy jednak można mówić o bluźnierstwie w wykonaniu osób niewierzących lub przedstawicieli innych religii, gdy obrażają „Boga katolików”? – Owszem. Wynika to z rozumności, która „sama z siebie” rozróżnia dobro od zła, a poza tym z sumienia, które jest wpisane przez Stwórcę w serce każdego człowieka – tłumaczy ks. Ryszard Andrzejewski. Zaznacza, że o tym właśnie pisał św. Paweł w Liście do Rzymian: „Gniew Boży ujawnia się z nieba na wszelką bezbożność i nieprawość tych ludzi, którzy przez nieprawość nakładają prawdzie pęta. To bowiem, co o Bogu można poznać, jawne jest wśród nich, gdyż Bóg im to ujawnił. Albowiem od stworzenia świata niewidzialne Jego przymioty – wiekuista Jego potęga oraz bóstwo – stają się widzialne dla umysłu przez Jego dzieła, tak że nie mogą się wymówić od winy. Ponieważ, choć Boga poznali, nie oddali Mu czci jako Bogu ani Mu nie dziękowali, lecz znikczemnieli w swoich myślach i zaćmione zostało bezrozumne ich serce” (1,18-21).

    Bierność wykluczona

    Jak w takim razie w obliczu bluźnierstwa mają się zachowywać chrześcijanie? Co mają robić, gdy ktoś chce ich obrazić, naruszyć ich świętości? Czy w takich sytuacjach miałoby zastosowanie „nadstawienie drugiego policzka”, rozumiane jako brak reakcji albo wręcz ułatwienie kolejnych bluźnierczych czynów? – Nie! Katolik ma obowiązek stanąć w obronie Boga i Jego czci. Taka postawa wynika przynajmniej z trzech racji. Po pierwsze z powodu przynależności, na mocy chrztu, do wspólnotowego kapłaństwa. Notabene dokumenty Soboru Watykańskiego II, zwłaszcza Konstytucja dogmatyczna o Kościele, w języku oryginalnym Kościoła używają terminu sacerdotium commune (wspólnotowe), a nie universale (powszechne). Doprawdy nie wiem, dlaczego w języku polskim przyjęło się używanie terminu „kapłaństwo powszechne” ochrzczonych. „Wspólnotowość” wzywa do większej odpowiedzialności aniżeli „powszechność”. Po drugie aktywna obrona wiary i czci Boga wynika wprost z sakramentu bierzmowania, który z definicji każe nam Boga nie tylko wyznawać, ale także czcić Go i bronić, gdy zajdzie potrzeba. Po trzecie jest to pierwszy z uczynków miłosierdzia co do duszy: „Grzeszących upominać” – tłumaczy teolog.

    A zatem – miłość. Wszelkie upominanie i jakikolwiek sprzeciw wobec zła muszą wynikać z tej motywacji: troski o dobro własne i bliźnich. Ostatecznie prawdziwym dobrem jest zawsze zbawienie. Nie oznacza to „świętej naiwności”. Gdy sprawcy profanują świętości, a potem robią wielkie niewinne oczy, tłumacząc, że chodziło im o promocję tolerancji, praw człowieka czy tym podobnych rzeczy, nie zasługują na zaufanie. Zawsze jednak zasługują na szacunek, bo choć, być może, własna godność nie stanowi dla nich szczególnej wartości, wciąż ją przecież mają. Chrześcijanin odrzuca więc nienawiść, zacietrzewienie, znieważanie, a w obronie tego, co święte, gdy trzeba, jest gotów raczej sam ponieść szkodę niż okazać agresję i znieważyć człowieka. Tak zawsze zachowują się świadkowie wiary, którzy pamiętają, że sam Zbawiciel odkupił ludzkość, gdy pozwolił się najstraszniej sprofanować.

    Franciszek Kucharczak/Gość Niedzielny

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Miewałem jakieś zakręty, jednak nie przypominam sobie, żebym w swoim życiu zwątpił w Boga.

    fot. TVP/Forum/Gość Niedzielny

    ***

    Przemysław Babiarz: Jestem komentatorem, a komentator, tak czy inaczej, prezentuje swoje poglądy

    O okolicznościach zawieszenia w obowiązkach komentatora na olimpiadzie, kontrowersjach związanych z ceremonią jej otwarcia i swojej wierze mówi Przemysław Babiarz.

    Bogumił Łoziński: Gdy zostałeś zawieszony, otrzymałeś olbrzymie wsparcie kibiców, sportowców, kolegów z redakcji sportowych, ujął się za Tobą Rzecznik Praw Obywatelskich, bronili Cię nawet ludzie ze środowisk odległych od siebie ideowo. Czy to miało wpływ na przywrócenie do komentowania olimpiady w Paryżu?

    Przemysław Babiarz:
     A jak myślisz?

    Myślę, że zasadniczy.

    I na tym stwierdzeniu poprzestańmy. Nie chcę mówić o kulisach przywrócenia do komentowania olimpiady. Myślę, że to rozumiesz, jestem przecież pracownikiem TVP.

    Jak odebrałeś tak duże wsparcie?

    Bardzo mnie to podtrzymywało na duchu. Nietrudno się domyślić, że dla dziennikarza, który, owszem, komentuje inaugurację, ale przyjechał przede wszystkim, aby komentować pływanie i lekkoatletykę, taki rodzaj zawieszenia, z perspektywą, że w ogóle się nie będzie tego robić, jest bardzo trudnym doświadczeniem.

    Byłeś zaskoczony? Przecież już wcześniej, podczas inauguracji olimpiady w Pekinie w 2022 r., mówiłeś, że piosenka „Imagine” zawiera w sobie wizję komunizmu, i przypominałeś, że tak ją oceniał sam autor John Lennon.

    Byłem zaskoczony, ponieważ odnosiłem się do niej parokrotnie, i tym razem już bym może nawet zostawił to „Imagine” Lennona w spokoju, gdyby nie to, że padł komentarz, iż to jest niejako oficjalny hymn pokoju Międzynarodowego Komitetu Olimpijskiego. Ponieważ ten utwór jest wykonywany na inauguracji od kilku igrzysk, mnie skłoniło to do bardzo krótkiego, nieagresywnego komentarza. Ja po prostu stwierdziłem fakt. Chodziło mi o to, dlaczego MKOL bierze utwór, którego autor mówił, że jest inspirowany poglądami komunistycznymi, że sam ma takie poglądy, chociaż komunistą nie jest, że manifest komunistyczny niewątpliwie jest dla niego źródłem inspiracji. Lennon opowiadał też o swojej taktyce publikowania własnych poglądów.

    Na czym ona polegała?

    Ponieważ na początku lat 70. rozgłośnie odmawiały puszczania takich jego piosenek jak „God” czy „Mother”, zaczął umieszczać w utworach swoje poglądy w lekkiej, popkulturowej formie, żeby łatwiej było je zaakceptować. Mówił to wprost, kiedy tworzył „Imagine”. To nie jest żadna wiedza tajemna, jakaś interpretacja jego słów, przytoczyłem dokładnie to, co on sam mówił. Nie interpretowałem, lecz właściwie zacytowałem.

    Dyrektor TVP Sport Jakub Kwiatkowski powiedział, że już wcześniej Cię prosił, abyś w czasie komentowania nie przekazywał swoich poglądów. Komentator nie powinien ujawniać swoich przekonań?

    Komentator – nie dziennikarz informacyjny, ale, podkreślam, komentator – tak czy inaczej w jakiś sposób prezentuje te poglądy, pośrednio lub bezpośrednio. Ktoś kiedyś powiedział, żeby nie mylić tolerancji, poglądów politycznych, ze zwykłą spostrzegawczością. W tym przypadku polegała ona na tym, że przypomniałem, co autor tego utworu mówił o nim wprost w swojej korespondencji.

    Komentatorzy sportowi bardzo często mówią nie tylko o sporcie, ale przedstawiają też tło zawodów, sportowców, historię danej dyscypliny, przytaczają różne ciekawostki itp. Czy Twoja opinia w tym się mieściła?

    Z pewnością. W czasie inauguracji przypomniano dziesięć postaci kobiecych, które zdaniem organizatorów odegrały największą rolę w historii emancypacji kobiet. Mieliśmy też bardzo wyraźne nawiązania do rewolucji francuskiej, które wskazywały na polityczne i ideologiczne poglądy oraz sympatie twórców widowiska. Jeżeli oni mogą sobie pozwolić na otwarciu igrzysk olimpijskich, które z definicji mają łączyć ludzi bez względu na kolor skóry, poglądy, religię itp., na promowanie wyraźnego nurtu lewicowego, to komentator ma prawo na ten problem zwrócić uwagę – czy rzeczywiście ta inauguracja, zgodnie z ideą olimpizmu, łączyła ludzi, czy dzieliła.

    Ceremonia otwarcia wzbudziła olbrzymie kontrowersje i protesty na całym świecie, szczególnie z powodu sparodiowania ostatniej wieczerzy. Widziałeś bezpośrednio inauguracje kilku olimpiad, jak oceniasz francuską?

    W Pekinie była prezentacja pewnej dumy gospodarza ze swojego rozwoju, nie mieliśmy jednak złudzeń co do ustroju Chin. Mocno rzutowała na atmosferę tych igrzysk sprawa brutalnego stłumienia protestów w Tybecie – z tego powodu wycofał się z reżyserii otwarcia tej olimpiady Steven Spielberg. W Londynie obserwowaliśmy widowisko zbudowane na przedstawieniu trzech rewolucji: przemysłowej, obyczajowej i muzycznej oraz pewnym spleceniu elementów popkulturowych z ceremoniałem królewskim. Na przykład królowa Elżbieta II wyskoczyła na spadochronie z helikoptera. To był rodzaj angielskiej autoironii, to było spójne widowisko, które się bardzo podobało, raczej nie słyszałem krytycznych uwag. Jeśli chodzi o Paryż, to wiadomo było, że Francja ma potężne tradycje rewolucyjne z wieków XVIII i XIX. Można powiedzieć, że istotą tego okresu była rywalizacja republiki z monarchią, a ponieważ republika zwyciężyła (a republika dla Francuzów to coś więcej niż kwestia ustrojowa, to również rodzaj światopoglądu, mocno świeckiego, który coraz bardziej w kolejnych etapach dystansuje się od chrześcijaństwa) to spodziewałem się, że w takim duchu będzie inauguracja. Nie przypuszczałem jednak, że będą aż takie skrajności. Żarty z tego, że królowej Marii Antoninie obcięto głowę, były nie na miejscu. Wiem, że w popkulturze wszystko jest możliwe, ale jak się poczyta, z jaką godnością Maria Antonina szła na szafot, że potem zbezczeszczono jej ciało, że rodzina odzyskała je po 30 latach, a potem widzi się na inauguracji olimpiady postać Marii Antoniny trzymającej swoją obciętą głowę – to budzi to niesmak.

    Czy ta olimpiada może przejść do historii z innego powodu niż kontrowersje na otwarciu?

    Chciałbym zwrócić uwagę na rzecz, która mi się na tej olimpiadzie podoba, choć nie jest jedyna. Londyn wypchnął igrzyska trochę na peryferie, do specjalnie zbudowanej dzielnicy. Tymczasem Paryż w całości oddał się olimpiadzie. My na przykład mamy karty na całą komunikację miejską, bo zawody odbywają się w różnych częściach miasta. Paryż żyje tymi igrzyskami i odbieram to bardzo pozytywnie.

    Czy przygotowujesz się wcześniej do komentowania zawodów sportowych?

    Jeśli chodzi o moje specjalności letnich igrzysk olimpijskich, czyli lekkoatletykę i pływanie, to śledzę je na bieżąco, jestem na mistrzostwach Polski, na mitingach lekkoatletycznych w naszym kraju, pozostaję w stałym kontakcie ze środowiskiem. Są też znakomite strony internetowe, statystki, gdzie mogę w każdej chwili sprawdzić, czy nie pokazał się nowy rezultat, jak on plasuje się w hierarchii tegorocznych wyników itd. Oczywiście rozmawiam z trenerami, zawodnikami, co pozwala mi głęboko siedzieć w tym wszystkim. Później bardzo szczegółowo przygotowuję się do konkurencji, które będą konkretnego wieczoru. Polega to m.in. na znalezieniu kontekstu historycznego, jak w tej konkurencji bywało w przeszłości, kiedy weszła na igrzyska, czy Polska miała w niej jakieś sukcesy albo dobre występy, porównuję też wyniki z poprzedniej olimpiady czy mistrzostw, które są między igrzyskami. Wszystko to jest abecadło, które się robi od lat. W przygotowaniach uwzględniam również miejsce igrzysk – przed tymi studiowałem historię Francji, Paryża, analizowałem topografię miasta itd. Najtrudniejszą rzeczą jest przygotowanie do uroczystości otwarcia, ponieważ zawsze są w nim elementy zupełnie nowe, mimo stałego ceremoniału olimpijskiego czy tradycyjnego przemarszu ekip, który tym razem był przepływem.

    W Paryżu nie oglądaliście próby inauguracji. Dlaczego?

    Na poprzednich igrzyskach zawsze mogliśmy uczestniczyć w próbie, w Paryżu nie było takiej możliwości ze względu na usytuowanie ceremonii na Sekwanie. Stadion można zamknąć, wpuścić dziennikarzy pod rygorem poufności, oglądamy więc, co się będzie działo w czasie otwarcia, otrzymujemy też specjalny rozkład uroczystości z komentarzami. Oczywiście teraz też go dostaliśmy, choć niestety nie w formie papierowej, lecz elektronicznej, co przy padającym obfitym deszczu jest utrudnieniem – nam na przykład zgasł na jakiś czas monitor. Gdy jesteś na stadionie, to po pierwsze nie pada ci na głowę, po drugie, nawet jeśli wyłączy się monitor, możesz spojrzeć na to, co się dzieje. Tu mieliśmy nad głową wielki plastik, który osłaniał stanowisko komentatorskie, ale bokami lała się woda, tryskając na komputer, i w dodatku oglądaliśmy to po raz pierwszy, więc komentowanie było znacznie trudniejsze niż na poprzednich igrzyskach.

    Nie ukrywasz swoich konserwatywnych poglądów. Może to nie wszystkim się podoba i stąd obecne perturbacje?

    Być może. Natomiast zawsze podkreślam, że mnie interesuje przede wszystkim świat wartości. Spoglądam, rzecz jasna, na świat polityki, ale nie jest on moim żywiołem. Polityka interesuje mnie o tyle, o ile układa świat według wartości, reprezentuje je. Stąd moje ewentualne sympatie są związane z tym, czy dana formacja polityczna jest wierna tym wartościom, czy może wykorzystuje je tylko instrumentalnie, a może wprost je zwalcza, bo są różne sposoby ich traktowania. Przede wszystkim wartości chrześcijańskich.

    Jesteś katolikiem, dajesz temu publicznie świadectwo. Możesz opowiedzieć o swojej wierze?

    Jest to przede wszystkim wiara odziedziczona. Pochodzę z rodziny, w której mama, tata, babcia, dziadek, druga babcia i dziadek, pradziadkowie – wszyscy byli ludźmi wierzącymi, praktykującymi, chodzili na Msze św., zwracali uwagę na kwestie regularnej modlitwy, rachunku sumienia; moi rodzice śpiewali w chórze franciszkańskim. Dość wcześnie, już od Pierwszej Komunii św. i spowiedzi, rozwijałem wiarę na sposób indywidualny, polegający na osobistej relacji z Panem Bogiem. Spotykałem się z Nim jako dziecko, On jest Ojcem. To jest wyjątkowość naszej religii, że mówimy do Boga „Ojcze”, to jedna z pierwszych modlitw, której się uczy dziecko. Jak się ma dobrego ojca ziemskiego, to łatwo jest ten szacunek przenosić z niego na Pana Boga i odwrotnie. Oczywiście miewałem jakieś zakręty, jednak nie przypominam sobie, żebym w swoim życiu zwątpił w Boga.

    Przemysław Babiarz

    Dziennikarz i komentator sportowy. Jako sprawozdawca sportowy specjalizuje się w komentowaniu, pływania, lekkoatletyki, biegów i skoków narciarskich oraz łyżwiarstwa figurowego. Wielokrotnie komentował przebieg zawodów na letnich i zimowych igrzyskach olimpijskich. Był ambasadorem ŚDM w Krakowie. Współpracuje z Caritas Polska, Szlachetną Paczką, Salezjańską Organizacją Sportową „Salos” oraz akcją „Cała Polska Czyta Dzieciom”.

    rozmawiał Bogumił Łoziński:/Gość Niedzielny

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Igrzyska, nienawiść do Chrystusa

    i przyszłość Zachodu

    Wrogowie Zachodu wiedzą, że zwyciężą w chwili, w której Zachód odrzuci chrześcijaństwo i powróci do pogańskich idei i zwyczajów. Przyszłością świata nie jest jednak sztandar Dionizosa, islamu ani komunizmu, ale sztandar prawdziwego Boga – Jezusa Chrystusa.

    Nasze czasy są pełne symbolicznych wydarzeń. Groteskowego otwarcia paryskiej Olimpiady w dniu 26 2024 nie można jednak po prostu zlekceważyć jako przykładu złego smaku czy prowokacji kulturowej. To najnowszy akt w wojnie przeciwko cywilizacji chrześcijańskiej, której jednym z historycznych momentów szczytowych była Rewolucja Francuska.

    W centrum kontrowersji dotyczącej ceremonii otwarcia Igrzysk Olimpijskich stała francuska DJ Barbara Butch, znana z określania siebie samej jako «grubej, lesbijki, queer, żydówki – dumnej z bycia tym, kim jest». Miała koronę w kształcie aureoli, była otoczona przez drag queen, transgenderową modelkę Rayę Martigny i wielu tancerzy o niewiadomej płci; pojawił się też nagle «Dionizos», piosenkarz Philippe Katerine, niemal nagi i pomalowany na niebiesko.

    Przedstawienie wydało się wielu bluźnierczą parodią Ostatniej Wieczerzy i wywołało wściekłość i protesty w całym świecie katolickim. Inscenizator całego przedsięwzięcia, Thomas Jolly, który nie ukrywa swojej «queerowej» tożsamości, mówił, że czerpał inspirację nie ze znanego obrazu Leonarda da Vinci, ale z mało znanego dzieła siedemnastowiecznego artysty, Jana Harmensza van Bijlerta, autora obrazu «Le Festin des dieux», który przedstawia bankiet bogów olimpijskich.

    Niezależnie od inspiracji, całej tej inicjatywy nie można sprowadzić do pokręconego dyrektora artystycznego. Poprzez niego przesłanie przemawiały najwyższe francuskie autorytety, począwszy od głowy państwa. Prezydent Emmanuel Macron to człowiek, który 4 marca ogłosił dumnie, że Francja będzie pierwszym krajem, który wpisze aborcję do swojej konstytucji, nazywając to przesłaniem do całego świata. Macron w swojej arogancji, nie przejmując się ostatnią klęską wyborczą, chciał zaproponować wszystkim nowe przesłanie antychrześcijańskiej «inkluzji».

    Dionizos jest «hybrydowym» bogiem pogańskich orgii, nieokiełznanej zmysłowości i zaciemnienia rozumu, a jasną intencją organizatorów było zastąpienie misterium chrześcijaństwa dionizyjskimi bakchanaliami. Nienawiść do chrześcijaństwa zawsze wymagała symbolicznych przedstawień. Rewolucja francuska karmiła się od samego początku pogańską mitologią. Istnieje oczywista ciągłość pomiędzy bluźnierczą parodią Ostatniej Wieczerzy z 26 lipca a wydarzeniem z 10 sierpnia 1793 roku, kiedy w Paryżu intronizowano Boginię Rozumu upodobnioną do egipskiej bogini Izydy.

    Jest też coś świętokradczego w absurdalnej i haniebnej nienawiści przeciwko Królowej Marii Antoninie, którą przedstawiono w Paryżu 26 lipca jako postać trzymającą swoją własną głowę odciętą na gilotynie. Głowa śpiewała rewolucyjny hymn Ça ira. Macron i jego współpracownicy chcieli usprawiedliwić to, co najpodlejsze w Rewolucji Francuskiej: zamordowanie z rewolucyjnej nienawiści niewinnej ofiary, królowej Francji, tak jak i króla Ludwika XVI. [Rewolucjoniści] chcieli w osobach suwerenów uderzyć w samą zasadę społecznego królowania Chrystusa.

    Maria Antonina, najbardziej zniesławiana i zarazem najbardziej czczona królowa w historii, nie była winna żadnego przestępstwa poza ucieleśnieniem arystokratycznego wdzięku niezgodnego z rewolucyjnym egalitaryzmem. Wiele napisano o jej rzekomej frywolności, a niewiele o pobożności. Duchowość królowej, uwidoczniona w ostatnich dniach we więzieniu, była zakorzeniona w wychowaniu i światopoglądzie wprost przeciwnym do rewolucyjnego. Na procesie pokazowym przed trybunałem jakobińskim z 14 i 16 października 1793 roku postawiono jej skandaliczne zarzuty. Angielski malarz William Hamilton przedstawił ją w nieskalanie białej szacie, kiedy wychodzi z Conciergerie, otoczona przez kobiety «tricoteuses» domagające się nowej krwi dla Rewolucji. Henry Sanson, syn paryskiego kata, wspominał, że weszła na stopnie gilotyny z zaskakującą godnością, tak jakby to były wielkie schody Wersalu. Te same słowa, które papież Pius VI odniósł w przemówieniu Quare lacrymae z 17 czerwca 1793 roku do Ludwika XVI, nazywając go męczennikiem, mogą zostać odniesione do królowej Marii Antoniny. W przemówieniu tym Pius VI stwierdził:

    «O, Francjo, Francjo! Nazywana przez naszych poprzedników „zwierciadłem chrześcijaństwa i pewną podporą wiary”, ty, która w chrześcijańskiej gorliwości i oddaniu Stolicy Apostolskiej nigdy nie szłaś za innymi narodami, ale zawsze je poprzedzałaś! Jak bardzo jesteś dziś od nas oddalona, ze swoją wrogością wobec prawdziwej religii: stałaś się najbardziej zajadłym wrogiem pośród wszystkich przeciwników wiary, jacy kiedykolwiek istnieli!»

    Zamordowanie pary monarszej jest aktem założycielskim Republiki Francuskiej, a konstytucjonalizacja aborcji reprezentuje symboliczną ciągłość mordu państwowego.

    Myliliby się jednak ci, którzy chcieliby utożsamić Francję z bluźnierczym otwarciem Igrzysk Olimpijskich. Francja to nie Plac Gilotyny, ale Notre-Dame i Sainte-Chapelle. Francja to nie Robespierre albo Macron, ale św. Ludwik i św. Joanna d’Arc. W błędzie byliby ludzie, którzy chcieliby utożsamić pokazany w Paryżu zdegenerowany spektakl z cywilizacją Zachodu, do której Francja tak wiele wniosła. Zachód to historia wiary religijnej, sposób życia, sztuka, literatura, muzyka i wielkie bitwy w obronie cywilizacji.

    Zewnętrzni wrogowie Zachodu – dziedzice Mahometa w świecie arabskim i spadkobiercy Lenina w Rosji i Chinach – nie gardzą dekadencją Zachodu, ale Zachodem jako takim – nienawidzą go, bo Zachód pokonał islam w Lepanto i pod Wiedniem i zatrzymał komunizm w Warszawie w 1920 roku i w Hiszpanii w latach 30. XX wieku.

    Wrogowie Zachodu szukają zemsty. Wiedzą, że osiągną zwycięstwo, jeżeli Zachód przestanie być chrześcijański i powróci do pogańskich idei i obyczajów. Wtedy spadnie im jak dojrzałe jabłko, tak jak stało się to z Imperium Rzymskim. Barbarzyńcy nie czuli nienawiści do dekadencji Rzymu, ale do władzy, która ujarzmiała ich przez wieki.

    Odnieśli triumf 24 sierpnia 410 roku, kiedy got Alaryk najechał Wieczne Miasto. Święci Hieronim w Betlejem i Augustyn w Hipponie płakali rzewnymi łzami nad tym symbolicznym wydarzeniem. Kto płacze dziś nad zagrożeniem dla Zachodu ze strony nowych barbarzyńców? Co jeszcze ważniejsze: kto chce bronić Zachodu w imię zasad i instytucji, które dały mu historyczną wielkość? Siła tych wartości, wywodzących się z prawdy Chrystusa, jest niezniszczalna. Przyszłość świata to nie sztandar Dionizosa, to nie sztandar komunizmu ani islamu, ale sztandar zwycięskiego Boga, którym jest Jezus Chrystus. Świadczą o tym wiara i rozum.

    Kiedy i jak do tego dojdzie? Dla Boga wszystko w historii jest możliwe. Tylko ci, którzy wierzą w ślepy determinizm historyczny, myślą, że «historia nie składa się co-jeżeli». Historia składa się z «co-jeżeli» właśnie z powodu mnogości propozycji, które zawiera w sobie każdy moment. To właśnie dlatego kiedy badamy swoje sumienie przyglądamy się błędom, które popełniliśmy, a których popełniać wcale nie trzeba było.

    Podobnie historia, tak jak nasze życie, mogła potoczyć się inaczej i pójść inną drogą. Co by się stało, gdyby 14 lipca 1789 roku dragoni księcia Lambesc, sprzeciwiając się wydanemu im przez króla Ludwika XVI zakazowi przelewania krwi, roznieśli w pył rewolucyjny tłum maszerujący na Bastylię? Antychrześcijańska Rewolucja nie ma złudzeń. Dragoni księcia Lambesc zawsze są za rogiem historii – z mieczami w dłoniach.

    Roberto de Mattei

    PCh24.pl/źródło: rorate-caeli.blogspot.com

    ______________________________________________________________________________________________________________

    7 sanktuariów układa się na mapie w jedną linię. Czy to miecz Michała Archanioła?

    ***

    Według legendy linia przedstawia uderzenie miecza, którym archanioł pchnął diabła, strącając go do piekieł.

    Tajemnicza linia łączy ze sobą 7 sanktuariów związanych z archaniołem Michałem i sięga od Irlandii aż do Izraela. Czy to tylko zbieg okoliczności? Tych 7 sanktuariów leży od siebie w znacznej odległości, a jednak razem tworzą niemal idealną linię.

    Tajemnicza linia św. Michała Archanioła odzwierciedla, według legendy, uderzenie miecza, którym zadał on cios diabłu, by strącić go do piekieł. Stało się to po tym, jak odbyli oni apokaliptyczną walkę w niebiosach.

    W każdym razie zaskakuje fakt, że sanktuaria ułożone są na mapie w jednej linii. A trzy najważniejsze miejsca – Mont Saint Michel we Francji, Sacra di San Michele w Dolinie Susa oraz sanktuarium Monte Sant’Angelo w Gargano – są w tej samej odległości.

    Interpretuje się to jako napomnienie od samego świętego archanioła, który przypomina, że prawa Boskie powinny być zawsze szanowane, a wierni mają niezmiennie kontynuować życie w prawości. Ponadto, okazuje się, że w dniu przesilenia letniego święta linia idealnie wyrównuje się z zachodzącym słońcem (www.viagginews.com).

    Poniższa galeria przedstawia siedem kolejnych miejsc linii św. Michała Archanioła, wraz z ich krótkimi opisami:

    • web-star-wars-monastery-ireland-michael-skellig-cc-2

    1. Skelling Michael (Skała Michała) Linia ma swój początek w Irlandii, na bezludnej wyspie, gdzie archanioł Michał objawił się św. Patrykowi, by pomóc mu w oswobodzeniu tego kraju od demonów. Tam też pojawiło się pierwsze sanktuarium – Skellig Michael (czyli „Skała Michała”).

    • st_michaels_mount

    • 2. Saint Michael’s Mount. Linia kieruje się dalej na południe i zatrzymuje w Anglii na St. Michael Mount (Górze św. Michała), na wyspie u wybrzeży Kornwalii, która podczas odpływu stanowi jedno z kontynentem. Właśnie tu archanioł Michał miał rozmawiać z grupą rybaków.
    • © De Jim Champion/Flickr

    • mont_st_michel__jetc3a9e_par_marc3a9e_haute

    3. Mont Saint Michel. Tajemnicza linia biegnie dalej do Francji, na inną słynną wyspę – Mont Saint Michel. To również jedno z miejsc, w których objawił się archanioł Michał. Piękno samego sanktuarium oraz zatoka przy wybrzeżu Normandii czynią wyspę jednym z najbardziej uczęszczanych przez turystów miejsc w całej Francji. Od 1979 roku sanktuarium wpisane jest także na Listę Światowego Dziedzictwa UNESCO. To miejsce od czasów Galów było przepełnione silnym mistycyzmem. W 709 roku archanioł objawił się św. bp. Aubertowi, namawiając go, by zbudował kościół na skale. Prace rozpoczęły się, a św. Aubert wzniósł na skalistym wzgórzu kaplicę. Dało to początek rozwoju kultu św. Michała. Następnie w to miejsce w 966 roku sprowadzono Benedyktynów, którzy mieli rozwijać i umacniać kult św. Michała.

    © De Mathias Neveling

    • 1200px-la_sacra_ammantata_dalla_neve

    4. Sacra di San Michele. Około 1000 km dalej, w Val de Susa (Dolinie Susa) w Piemoncie, znajduje się czwarte sanktuarium: Sacra di San Michele. Linia prosta łączy to święte miejsce z pozostałymi klasztorami wzniesionymi ku czci św. Michała. Główna część opactwa powstała w roku 1000, a w trakcie kolejnych wieków sukcesywnie je rozbudowywano. Benedyktyni zbudowali również karczmę, ponieważ to święte miejsce znajdowało się na szlaku, którym pielgrzymi podążali przez Via Francigena (znaną także jako „Drogę Lombardzką).

    © De Elio Pallard

    • santuario_san_michele_arcangelo

    5. Sanktuarium św. Michała Archanioła w Gargano. Podążając kolejne tysiąc kilometrów w linii prostej, dotrzemy do Apuli na Półwyspie Gargano, gdzie z pozoru niedostępna jaskinia zamieniła się w święte miejsce – sanktuarium św. Michała Archanioła. Sanktuarium powstało ok. 490 roku, kiedy archanioł objawił się po raz pierwszy biskupowi Siponto – świętemu Lorenzo Maloriano.

    © De Aw58

    • simi_klasztor_c59bwic499tego_michac582a_nad_zatokc485_panormitis_-_14-09-2008_r

    6. Klasztor na wyspie Symi. Jadąc dalej i wykraczając poza Włochy, archanioł pozostawił po sobie ślad w miejscu szóstego sanktuarium. Tym razem w Grecji, na wyspie Symi: tam umieszczono trzymetrową statuę przedstawiającą wizerunek świętego anioła. To jeden z największych takich posągów na świecie.

    © De Aw58

    • 1200px-notre-dame_du_mont-carmel_6

    7. Klasztor na Górze Karmel. Święta linia ma swój koniec w dzisiejszym Izraelu, w klasztorze na Górze Karmel w Hajfie. To miejsce otoczone jest kultem już od starożytności, jednak jako sanktuarium chrześcijańskie i katolickie zaczęło funkcjonować w XII wieku.

    © תומר א.

    Gelsomino del Guercio/Aleteia.pl

    ______________________________________________________________________________________________________________

  • Ogłoszenia – lipiec 2024

    ______________________________________________________________________________________________________________

    KOŚCIÓŁ ŚW. PIOTRA

    PARTICK, 46 HYNDLAND STREET, Glasgow, G11 5PS

    Niedziela 13/12 Msza św. g. 14:00 kościół św. Piotra (St Peters) Glasgow

     

    _________________________________________________________________________________

    W KAŻDY PIĄTEK JEST GODZINNA ADORACJA OD GODZ. 18.00

    NA ZAKOŃCZENIE ADORACJI PRZED MSZĄ ŚWIĘTĄ W MIESIĄCU LIPCU ŚPIEWAMY LITANIĘ DO NAJDROSZEJ KRWI CHRYSTUSOWEJ. W TYM CZASIE JEST MOŻLIWOŚĆ SPOWIEDZI ŚWIĘTEJ.

    W trzeci piątek miesiąca sprzątamy kościół św. Piotra od godz. 17-tej. Chętni bardzo mile widziani.

    _______________________________________

    W KAŻDĄ SOBOTĘ O GODZ. 18.00 JEST MSZA ŚWIĘTA WIGILIJNA Z NIEDZIELI

    MOŻLIWOŚĆ SPOWIEDZI ŚWIĘTEJ JEST PRZED MSZĄ ŚWIĘTĄ OD GODZ. 17.30

    ***

    W PIERWSZE SOBOTY MIESIĄCA PO MSZY ŚWIĘTEJ JEST NABOŻEŃSTWO PIĘCIU SOBÓB WYNAGRADZAJĄCYCH ZA ZNIEWAGI I BLUŹNIERSTWA PRZECIKO NAJŚWIĘTSZEJ MARYI PANNY.

    ***

    W DRUGIE SOBOTY MIESIĄCA PO MSZY ŚWIĘTEJ MODLIMY SIĘ KORONKĄ DO SERCA BOLENEJ MATKI PRZEBITEGO SIEDMIOKROTNIE MIECZEM BOLEŚCI.

    ***

    W TRZECIE SOBOTY MIESIĄCA PO MSZY ŚWIĘTEJ MODLIMY SIĘ NA RÓŻAŃCU O POKÓJ NA ŚWIECIE.

    _______________________________________

    W KAŻDĄ NIEDZIELĘ MSZA ŚWIĘTA JEST O GODZ. 14.00

    PRZED MSZĄ ŚWIĘTĄ JEST ADORACJA I MOŻLIWOŚĆ SPOWIEDZI ŚWIĘTEJ OD GODZ. 13.30

    ______________________________________________________________________________________________________________

    KAPLICA IZBA JEZUSA MIŁOSIERNEGO

    4 PARK GROVE TERRACE, GLASGOW G3 7SD

    This image has an empty alt attribute; its file name is image-2-e1673870873179-1024x683.png

    ***

    W KAŻDY PIERWSZY CZWARTEK MIESIĄCA JEST MSZA ŚWIĘTA O GODZ. 19.00

    PO MSZY ŚWIĘTEJ – GODZINNA ADORACJA

    ______________________________________________________________________________________________________________

    W KAŻDĄ TRZECIĄ SOBOTĘ MIESIĄCA JEST SPOTKANIE BIBLIJNE NA TEMAT: KOBIETY W PIŚMIE ŚWIĘTYM. NA POCZĄTKU SPOTKANIA O GODZ. 10.00 ŚPIEWAMY GODZINKI KU CZCI NAJŚWIĘTSZEJ MARYI PANNY A NA ZAKOŃCZENIE – W POŁUDNIE – MODLITWA NA ANIOŁ PAŃSKI.

    ______________________________________________________________________________________________________________

    W CZWARTYM TYGODNIU KAŻDEGO MIESIĄCA – Z PIĄTKU NA SOBOTĘ – JEST CAŁONOCNA ADORACJA PRZED NAJŚWIĘTSZYM SAKRAMENTEM DLA KOBIET W KAPLICY SIÓSTR BENEDYKTYNEK W LARGS.

    POCZĄTEK ADORACJI ROZPOCZYNA SIĘ MODLITWĄ RÓŻAŃCOWĄ O GODZ. 21.00. NA ZAKOŃCZENIE ADORACJI ŚPIEWANE SĄ GODZINKI KU CZCI NAJŚWIĘTSZEJ MARYI PANNY I MSZA ŚWIĘTA O BRZASKU SOBOTNIEGO DNIA O GODZ. 5.00.

    Benedictine Monastery, 5 Mackerston Place, Largs, Scotland

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Kościelne święta, w których należy uczestniczyć w Liturgii Mszy świętej

    Sample

    fot. Piotr Tumidajski/Kai

    ***

    W roku liturgicznym niektóre święta i uroczystości mają stałe daty – tak jak Boże Narodzenie 25 grudnia. Są również święta i uroczystości, których daty przypadają w różnych dniach kolejnego roku – tak jak  Wielkanoc, czy Uroczystość Zesłania Ducha Świętego.

    Dla przypomnienia podaję listę świąt i uroczystości w 2024 roku:

    1 stycznia (poniedziałek) – Uroczystość Świętej Bożej Rodzicielki

    6 stycznia (sobota) – Uroczystość Objawienia Pańskiego (Trzech Króli)

    31 marca (niedziela) – Niedziela Zmartwychwstania Pańskiego (Wielkanoc)

    12 maja (niedziela) – Wniebowstąpienie Pańskie

    19 maja (niedziela) – Uroczystość Zesłania Ducha Świętego (Zielone Świątki)

    30 maja (czwartek) – Uroczystość Najświętszego Ciała i Krwi Pańskiej (Boże Ciało)

    15 sierpnia (czwartek) – Uroczystość Wniebowzięcia Najświętszej Maryi Panny

    1 listopada (piątek) – Uroczystość Wszystkich Świętych

    25 grudnia (środa) – Uroczystość Narodzenia Pańskiego (Boże Narodzenie)

    Inne ważne święta w Liturgii Kościoła w 2024 roku:

    Kościelne święta nakazane to niejedyne święta i uroczystości w roku liturgicznym. W dni, w które przypadają inne ważne święta kościelne wierni nie mają obowiązku uczestniczenia w Mszy świętej i powstrzymywania się od prac niekoniecznych. Kościół zachęcają jednak, aby, gdy jest to możliwe, również i wtedy uczestniczyć w liturgii:

    2 lutego (piątek) – Święto Ofiarowania Pańskiego (Matki Boskiej Gromnicznej)

    19 marca (wtorek) – Uroczystość świętego Józefa, Oblubieńca Najświętszej Maryi Panny

    1 kwietnia (poniedziałek) – Poniedziałek Wielkanocny

    8 kwietnia (poniedziałek) – Uroczystość Zwiastowania Pańskiego

    20 maja (poniedziałek) – Święto Najświętszej Maryi Panny, Matki Kościoła

    29 czerwca (sobota) – Uroczystość Świętych Apostołów Piotra i Pawła

    9 grudnia (poniedziałek) – Uroczystość Niepokalanego Poczęcia Najświętszej Maryi Panny

    26 grudnia (czwartek) – Święto świętego Szczepana, pierwszego męczennika


    Adwent w 2024 roku rozpocznie się 1 grudnia.

    _______________________________________________________________________________________

    V przykazań kościelnych

    Przykazania kościelne wyznaczają normy postępowania, które ustanawia Kościół Katolicki. Dotyczą one uczestniczenia w życiu Kościoła, a zwłaszcza w liturgii.

    1. W niedziele i święta nakazane uczestniczyć we Mszy świętej i powstrzymać się od prac niekoniecznych.

    2. Przynajmniej raz w roku przystąpić do Sakramentu Pokuty.

    3. Przynajmniej raz w roku, w okresie wielkanocnym, przyjąć Komunię świętą.

    4. Zachowywać nakazane posty i wstrzemięźliwość od pokarmów mięsnych, a w czasie Wielkiego Postu powstrzymywać się od udziału w zabawach.

    5. Troszczyć się o potrzeby wspólnoty Kościoła.

    ____________________________________

    W niedziele i w święta wierni nie powinni wykonywać prac, które utrudniają oddawanie czci Bogu, przeżywania radości właściwej dniowi świątecznemu i korzystania z należytego odpoczynku duchowego i fizycznego.

    Zgodnie z drugim przykazaniem kościelnym każdy wierny powinien przynajmniej raz w roku przystąpić do spowiedzi św.

    5 warunków dobrej spowiedzi świętej:

    • Rachunek sumienia.
    • Żal za grzechy.
    • Mocne postanowienie poprawy.
    • Szczera spowiedź
    • Zadość uczynienie Panu Bogu i Bliźniemu.

    Okres Wielkanocny w trzecim przykazaniu obejmuje czas od Niedzieli Zmartwychwstania Pańskiego do Niedzieli Zesłania Ducha Świętego.

    Co do czwartego przykazania – wszyscy wierni obowiązani są czynić pokutę. Dla wyrażenia tej pokutnej formy pobożności chrześcijańskiej Kościół ustanowił dni i okresy pokuty. W tym czasie chrześcijanin powinien szczególnie praktykować czyny pokutne służące nawróceniu serca, co jest istotą pokuty w Kościele. Powstrzymywanie się od zabaw pomaga w opanowaniu instynktów i sprzyja wolności serca.

    • Czynami pokutnymi są: modlitwa, jałmużna, uczynki pobożności i miłości, umartwianie przez wierniejsze pełnienie obowiązków, wstrzemięźliwość od pokarmów mięsnych i post.
    • Czasem pokuty w Kościele są poszczególne piątki całego roku i czas Wielkiego Postu.
    • Wstrzemięźliwość obowiązuje wszystkich, którzy ukończyli 14 rok życia we wszystkie piątki i Środę Popielcową.
    • Post ścisły obowiązuje w Środę Popielcową i w Wielki Piątek wszystkich między 18 a 60 rokiem życia.
    • Uzasadniona niemożliwość zachowania wstrzemięźliwości w piątek domaga się od chrześcijanina podjęcia innych form pokuty.
    • Powstrzymywanie się od zabaw obowiązuje we wszystkie piątki i w czasie Wielkiego Postu.

    _______________________________________________________________________________________

    Dnia 12 lipca 2024 roku ustawa o mordowaniu dzieci została odrzucona przez Sejm zaledwie trzema glosami. Fundacja Życie i Rodzina dziękuje wszystkim, którzy wspierali komisję do spraw aborcji poprzez modlitwę i wpływanie na posłów, aby głosowali za życiem.

    DLA PRZYPOMNIENIA DLA TYCH, KTÓRZY PRZYSTĘPUJĄ DO KOMUNII ŚW. MIMO, ŻE ZGADZAJĄ SIĘ NA ZABIJANIE DZIECI W ŁONIE MATEK:

    Zgodnie z kan. 1364 §1 PRAWA KANONICZNEGO KOŚCIOŁA KATOLICKIEGO, ekskomunice „latae sententiae” – wiążącej mocą samego prawa podlegają katolicy odstępujący od prawd wiary, heretycy lub schizmatycy. W Encyklice „Evangelium vitae” św. Jan Paweł II napisał: „Dlatego mocą władzy, którą Chrystus udzielił Piotrowi i jego Następcom, w komunii z Biskupami […]  oświadczam, że bezpośrednie przerwanie ciąży, to znaczy zamierzone jako cel czy jako środek, jest zawsze poważnym nieładem moralnym, gdyż jest dobrowolnym zabójstwem niewinnej istoty ludzkiej. Doktryna ta, oparta na prawie naturalnym i na Słowie Bożym spisanym, jest przekazana przez Tradycję Kościoła i nauczana przez Magisterium zwyczajne i powszechne”. Oznacza to więc, że aprobowanie aborcji jest odstąpieniem od prawdy katolickiej wiary.

    __________________________________________________________________________________________________________

    W LIPCOWY MIESIĄC KOŚCIÓŁ ZACHĘCA NAS DO MEDYTOWANIA NAD NAJŚWIĘTSZĄ KRWIĄ CHRYSTUSA

    Dziś zaczyna się lipiec, miesiąc, który zgodnie z ludową tradycją poświęcony jest kontemplacji Najświętszej Krwi Chrystusa, niezgłębionej tajemnicy miłości i miłosierdzia.

    W dzisiejszej liturgii apostoł Paweł w Liście do Galatów stwierdza, że «ku wolności wyswobodził nas Chrystus» (Ga 5, 1). Ta wolność ma bardzo wysoką cenę: jest nią życie, krew Odkupiciela. Tak! Krew Chrystusa jest ceną, którą Bóg zapłacił, aby wyzwolić ludzkość z niewoli grzechu i śmierci.

    Krew Chrystusa jest niezbitym dowodem miłości niebieskiego Ojca do każdego człowieka, bez żadnego wyjątku.

    Wszystko to bardzo jasno wyraził św. Jan XXIII, który otaczał Krew Pańską wielkim nabożeństwem, wyniesionym z domu, gdzie słyszał w dzieciństwie, jak rodzina odmawiała litanie jej poświęcone. Jako papież napisał list apostolski wzywający do krzewienia tego kultu (Inde a primis, 30 czerwca 1959 r.) i zachęcił wiernych do rozważania nieskończonej wartości tej Krwi, «której jedna kropla może wybawić cały świat od wszelkiej winy» (hymn Adoro Te devote).

    (z rozważania św. Jana Pawła II przed modlitwą “Anioł Pański” – 1.07.2001)

    ***

    This image has an empty alt attribute; its file name is 1616663031.jpg
    fot. Karol Porwich/Tygodnik Niedziela

    ***

    Lita­nia do Naj­droż­szej Krwi Chrystusa

    Kyrie, eleison, Chrysteeleison, Kyrieeleison.
    Chryste
    , usłysz nas, Chrystewysłuchaj nas,
    Ojcze z nieba, Boże
    zmiłuj się nad nami
    Synu, Odkupicielu świata, Boże, 
    zmiłuj się nad nami
    Duchu Święty, Boże
    , zmiłuj się nad nami
    Święta Trójco, Jedyny Boże
    , zmiłuj się nad nami

    Krwi Chrystusa, Jednorodzonego Syna Ojca Przedwiecznego
    wybaw nas.
    Krwi Chrystusa, wcielonego Słowa Bożego
    wybaw nas.
    Krwi Chrystusa, nowego i wiecznego Przymierza
    , wybaw nas.

    Krwi Chrystusa, przy konaniu w Ogrójcu spływająca na ziemię, wybaw nas.
    Krwi Chrystusa, tryskająca przy biczowaniu, wybaw nas.
    Krwi Chrystusa, brocząca spod cierniowej korony
    , wybaw nas.
    Krwi Chrystusa, przelana na krzyżu
    , wybaw nas.

    Krwi Chrystusa, zapłato naszego zbawienia
    wybaw nas.
    Krwi Chrystusa, bez której nie ma przebaczenia
    , wybaw nas.
    Krwi Chrystusa, która poisz i oczyszczasz dusze w Eucharystii
    wybaw nas.

    Krwi Chrystusa, zdroju miłosierdzia
    wybaw nas.
    Krwi Chrystusa, zwyciężająca złe duchy
    , wybaw nas.
    Krwi Chrystusa, męstwo Męczenników
    wybaw nas.
    Krwi Chrystusa, mocy Wyznawców
    wybaw nas.
    Krwi Chrystusa, rodząca Dziewice
    , wybaw nas.

    Krwi Chrystusa, ostojo zagrożonychwybaw nas.
    Krwi Chrystusa, ochłodo pracujących
    , wybaw nas.
    Krwi Chrystusa, pociecho płaczących
    wybaw nas.
    Krwi Chrystusa, nadziejo pokutujących
    , wybaw nas.
    Krwi Chrystusa, otucho umierających
    wybaw nas.

    Krwi Chrystusa, pokoju i słodyczy serc naszychwybaw nas.
    Krwi Chrystusa, zadatku życia wiecznego
    wybaw nas.
    Krwi Chrystusa, wybawienie dusz z otchłani czyśćcowej
    , wybaw nas.
    Krwi Chrystusa, wszelkiej chwały i czci najgodniejsza,
     wybaw nas.

    Baranku Boży, który gładzisz grzechy świata, przepuść nam, Panie.
    Baranku Boży, który gładzisz grzechy świata, wysłuchaj nas, Panie.
    Baranku Boży, który gładzisz grzechy świata, zmiłuj się nad nami.

    K. Odkupiłeś nas, Panie, Krwią swoją.
    W. I uczyniłeś nas królestwem Boga naszego.

    K. Módlmy się. Wszechmogący, wieczny Boże, Ty Jednorodzonego Syna swego ustanowiłeś Odkupicielem świata i Krwią Jego dałeś się przebłagać, † daj nam, prosimy, godnie czcić zapłatę naszego zbawienia i dzięki niej doznawać obrony od zła doczesnego na ziemi, * abyśmy wiekuistym szczęściem radowali się w niebie. Przez Chrystusa, Pana naszego.
    W. Amen.

    ***
    Ofiarowanie Przenajdroższej Krwi Chrystusa


    Ojcze Przedwieczny, przez Niepokalane Serce Maryi ofiaruję Ci Najdroższą Krew Jezusa Chrystusa,
    – na zadośćuczynienie za grzechy całego świata,
    – za konających i za zmarłych w czyśćcu
    – oraz dla odnowienia Kościoła w Duchu Świętym.
    Amen.



    Niech będzie zawsze błogosławiony i uwielbiony Jezus, który nas Krwią swoją odkupił!
    Niech będzie zawsze błogosławiony i uwielbiony Jezus, który nas Krwią swoją uwolnił!
    Niech będzie zawsze błogosławiony i uwielbiony Jezus, który nas Krwią swoją uświęcił!
    Błogosławiona Krew Jezusowa! Na wieki błogosławiona!

    ___________________________________________________________________________________________

    Adam Chmielowski, „Ecce Homo” (fragment obrazu)

    „Ecce Homo” (fragment obrazu) – fot. Graziako/Tygodnik Niedziela

    ***

    “Oto człowiek”. Obraz udręczonego Chrystusa namalowany przez Adama Chmielowskiego, który później przybrał imię brat Albert stając się ojcem dla bezdomnych. W roku 1989 został ogłoszony świętym. Ten obraz powstawał przez długie lata podczas medytacji nad umęczonym Chrystusem, ukoronowanym cierniem – obdartym całkowicie z ludzkiej godności.

    *****

    „Gdziekolwiek zwrócę myśl, widzę Jego Krew. Rany nóg i rąk, głowę koronowaną cierniami, otwarte Serce Boże. Wszystko to popycha nas do pokochania Go. Krew Eucharystyczna, którą Jezus ofiarowuje każdego dnia na ołtarzu, to także Krew, która płynie z krzyża i ołtarza, płynie w Ciele Mistycznym Chrystusa, przynosząc duszom Jego siłę oczyszczającą i uświęcającą. O, żeby cały świat został oczyszczony ze zmazy grzechu. Oto do czego skłania nas cześć Bożej Krwi, którą ofiarujemy stale we Mszy św., którą przyjmujemy w sakramentach. Ona jest ceną zbawienia i świadectwem miłości okazanej człowiekowi przez Boga”. 

    św. Kasper de Buffalo.

    *****

    Krwiodawstwo Życia:

    Pan Jezus przelewa swoją Najświętszą Krew podczas ukoronowania cierniem

    Przywódcy żydowscy żądają od Piłata, aby skazał Jezusa na ukrzyżowanie. Ukoronowanie cierniem staje się najbardziej ekspresywnym momentem w całym objawieniu. Jezus jest wyśmiany, jednakże prawdziwie jest Królem, ponieważ Jego królewskość jest „inna” niż ta z tego świata.

    Z Ewangelii św. Jana

    A żołnierze, uplótłszy koronę z cierni, włożyli Mu ją na głowę i okryli Go płaszczem purpurowym. Potem podchodzili do Niego i mówili: «Witaj, Królu żydowski!» I policzkowali Go. A Piłat ponownie wyszedł na zewnątrz i przemówił do nich: «Oto wyprowadzam Go wam na zewnątrz, abyście poznali, że ja nie znajduję w Nim żadnej winy». Jezus więc wyszedł na zewnątrz w koronie cierniowej i płaszczu purpurowym. Piłat rzekł do nich: «Oto Człowiek». (J 19, 2-5)

    Refleksja

    Jan Ewangelista umieszcza scenę ukoronowania cierniem Jezusa i wyśmiania Go jako „króla” w centrum procesu, w taki sposób, aby Jezus został ukazany jako prawdziwy Król. Piłat po raz kolejny stwierdza, że nie znalazł w Nim żadnej winy, zasługującej na skazanie Jezusa na śmierć, i ukazuje Go ludowi: Oto Człowiek! Ta wypowiedź Piłata o Jezusie poranionym, z koroną cierniową na głowie i w płaszczu purpurowym, mogłaby wskazywać na pogardę wobec tej „biednej ofiary”. Ale może również mieć inne znaczenie: zwykle „nowy król” był przedstawiany poddanym, już ubrany w szaty królewskie, wypowiadano imię króla, a lud wznosił okrzyki aprobaty. Myślą przewodnią naszego rozumowania i działania jest nie tyle Ewangelia, co Osoba, którą ta Ewangelia przepowiada. Chrystus, nasz Niebiański Król, jest obecny w nas, a nasza relacja z Nim ma się opierać na prawdziwym poddaniu się Jemu, jako Królowi. On, słońce naszej duszy, upiększa nas swoją czystością i swoim blaskiem. W ten sposób Jego Królewska godność staje się dla nas bodźcem do podążania za Nim wszędzie i naśladowania Go we wszystkim.

    Z „Komentarza do Ewangelii św. Jana” św. Augustyna, biskupa (Homilia 116)

    Piłat ponownie wyszedł na zewnątrz i przemówił do nich: «Oto wyprowadzam Go do was na zewnątrz, abyście poznali, że ja nie znajduję w Nim żadnej winy». Jezus więc wyszedł na zewnątrz, w koronie cierniowej i płaszczu purpurowym. Piłat rzekł do nich: «Oto Człowiek». Oto dowód na to, że nie dokonało się bez wiedzy Piłata to, co żołnierze uczynili Jezusowi, zarówno to, co było im zlecone, jak i to, na co im pozwolono. Stało się to z tego powodu, jak już powiedzieliśmy, że nieprzyjaciele Jezusa zasmakowali w rozkoszowaniu się tymi wszystkimi wyrządzanymi Mu zniewagami i nie zaspokoili ostatecznie swojej żądzy krwi. Jezus wychodzi przed lud w koronie cierniowej i zhańbiony. Piłat mówi do nich: Oto Człowiek!, jakby chciał powiedzieć: jeśli jesteście zawistni o króla, oszczędźcie Go teraz, kiedy widzicie Go tak poniżonym; został ubiczowany, ukoronowany cierniem, odziany w hańbiący strój; został wyśmiany obelżywymi krzykami, spoliczkowany; zawrzała hańba, rozpaliła się nienawiść.

    Prośby

    Módlmy się do Boga Ojca za zbawienie wszystkich ludzi, odkupionych mocą Krwi Chrystusa, i wołajmy:

    Wysłuchaj nas, Panie.

    Prośmy, aby Krew Chrystusa oczyściła nasze sumienia ze złych uczynków, byśmy mogli służyć żywemu Bogu:

    Wysłuchaj nas, Panie.

    Prośmy, aby tajemnica Chrystusa, który wydaje się za każdego człowieka, przyciągnęła wszystkie narody do serca Jezusowego:

    Wysłuchaj nas, Panie.

    Prośmy, aby spojrzenie na krzyż Chrystusa wzbudziło w grzesznikach prawdziwe pragnienie pokuty:

    Wysłuchaj nas, Panie.

    Boże Wszechmocny, dziękujemy Ci za to, że uczyniłeś nas godnymi uczestnictwa w tajemnicy Krwi Twojego Syna. Naucz nas odpowiadać coraz lepiej na wyraz Twojej miłosiernej miłości. Prosimy o to przez Chrystusa, Pana naszego. Amen.

    tekst pochodzi z książki:

    “Krew Chrystusa – Codzienne rozważania na lipiec”/tłumaczenie z j. włoskiego: ks. Daniel Mokwa CPPS

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Krew Chrystusa gromi demony.

    Pamiętaj o tym – nie tylko w lipcu!

    Zgodnie z tradycją Kościoła lipiec to miesiąc szczególnie poświęcony Najdroższej Krwi Chrystusa. Ten bogaty kult związany jest głównie z Męką Chrystusa na Krzyżu i Eucharystią. Jak pisał św. Jan Chryzostom „Ta Krew, gdy godnie przyjęta, oddala demony, przywołuje aniołów, a nawet samego Pana aniołów”. Obecnie kult Krwi Chrystusa odżywa za sprawą cudów eucharystycznych, które miały niedawno miejsce w Polsce (Sokółka, Legnica) i na świecie.

    1.Kult Krwi Chrystusa sięga pierwszych wieków

    Pierwotne zapisy dotyczące czczenia Krwi Chrystusa zostawili nam już ojcowie Kościoła, w pierwszych wiekach chrześcijaństwa. „Ta Krew wylana oczyszcza świat cały. Ona jest ceną wszechświata, za którą Chrystus odkupił Kościół” – pisał św. Jan Chryzostom, który żył w IV wieku.

    Kult Krwi Chrystusa w Kościele związany jest z dwiema relikwiami Męki Pańskiej, które odnaleziono w średniowieczu. W roku 804 znaleziono gąbkę, z której pojono konającego na krzyżu Chrystusa. Natomiast w roku 1048 odnaleziono, zabezpieczoną w ołowianym naczyniu, ziemię spod Krzyża, w którą wsiąkła krew Jezusa. Do miasta Mantuia obie relikwie miał przywieźć nawrócony rzymski żołnierz Longin, ten sam, który przebił bok Chrystusa włócznią. Autentyczność tych relikwii potwierdził w roku 1053 papież Leon IX. Już wówczas zaczęto nadawać kościołom wezwanie Najdroższej Krwi Chrystusa.

    2.Ustanowienie uroczystości Najdroższej Krwi Chrystusa

    Uroczystość Najdroższej Krwi Jezusa ustanowił w roku 1849 dekretem „Redempti sumus” papież Pius IX i wyznaczył to święto na pierwszą niedzielę lipca. Cały lipiec był poświęcony tej tajemnicy. Papież św. Pius X przeniósł uroczystość na dzień 1 lipca. Natomiast Ojciec Święty Pius XI podniósł je (1933 rok) do rangi świąt pierwszej klasy na pamiątkę dziewiętnastu wieków, jakie upłynęły od przelania za nas Najświętszej Krwi.

    Gorącym nabożeństwem do Najdroższej Krwi Chrystusa wyróżniał się papież św. Jan XXIII (+ 1963). On to zatwierdził litanię do Najdroższej Krwi Pana Jezusa, a w liście „Inde a primis z 1960 roku zachęcał do tego kultu. „To nabożeństwo zostało mi wpojone już w życiu rodzinnym, od wczesnych lat mojego dzieciństwa. Pozostaje mi w pamięci wspomnienie moich sędziwych rodziców, recytujących w dniach lipca litanię do Najdroższej Krwi” – wspominał Jan XXIII.

    3.Tak uroczystość Najdroższej Krwi Chrystusa zniknęła z kalendarza liturgicznego

    Do czasu reformy kalendarza liturgicznego (1969) po Soborze Watykańskim II w dniu 1 lipca obchodzona była uroczystość Najdroższej Krwi Chrystusa. Później skreślono tę uroczystość z kalendarza. Reformatorzy tłumaczyli, że obchód uroczystości Krwi Chrystusa został w Kościele powszechnym złączony z uroczystością Najświętszego Ciała Chrystusa (zwaną popularnie Bożym Ciałem). Na zasadzie pewnego przywileju – uroczystość Najdroższej Krwi Chrystusa pozwolono celebrować jedynie  zgromadzeniom Księży Misjonarzy i Sióstr Adoratorek Krwi Chrystusa. Tę rodzinę  zakonną założył św. Kasper de Buffalo (+ 1837), gorący zwolennik szerzenia kultu Krwi Chrystusa, która obmywa nas z grzechów i otwiera dla nas bramy raju.

    4.Jak czcić Najdroższą Krew Chrystusa?

    Najprostszą formą kultu Krwi Chrystusa jest adoracja i Komunia Święta. Można też rozważać fragmenty Ewangelii, opisujące przelanie Krwi przez Chrystusa. Święty Jan XXIII w liście apostolskim „Inde a Primis”, zachęca wiernych do odprawienia nabożeństwa ku czci Przenajdroższej Krwi Jezusa Chrystusa, szczególnie w lipcu.

    „Niechaj rozważają o niesłychanie obfitej i nieogarnionej wartości tej Krwi prawdziwie najdroższej” – pisze w liście apostolskim papież święty Jan XXIII. „Ta sama Krew Boża płynie we wszystkich sakramentach Kościoła, dlatego nie tylko słuszną jest rzeczą ale wielce sprawiedliwą, aby tej Krwi składali wszyscy odrodzeni w jej zbawczych strumieniach hołd adoracji, podyktowanej wdzięcznością i miłością” – zaznacza w liście do wiernych papież.

    Publiczną i prywatną formą modlitwy może być także Litania do Najdroższej. W encyklice „Evengalium Vitae” św. Jana Pawła II czytamy, że „Krew Chrystusa objawia, jak wielka jest miłość Ojca, a zarazem ukazuje, jak cenny jest człowiek w oczach Boga i jak ogromna jest wartość jego życia”.

    Kult Najdroższej Krwi Chrystusa szczególnie mocno upowszechniają Misjonarze Krwi Chrystusa, którzy mają swoje placówki także w Polsce. Od roku 1946 pracują w Polsce również siostry Adoratorki Krwi Chrystusa. Obecnie w Częstochowie pod opieką Misjonarzy Krwi Chrystusa znajduje się jedyne w Polsce sanktuarium Przenajdroższej Krwi, gdzie od 1998 roku czczone są relikwie Krwi Chrystusa z Mantui – dar Sióstr Przenajdroższej Krwi z Schellenbergu (Księstwo Lichtenstein). Obecnie kult Krwi Chrystusa odżywa za sprawą cudów eucharystycznych, które miały niedawno miejsce w Polsce (Sokółka, Legnica) i na świecie.

    Dziś szczególnie potrzebne jest oddawanie czci Najdroższej Krwi Jezusa. W czasach szerzących się ideologii gender, promocji seksu bez odpowiedzialności, LGBT, stawiania przyrody wyżej człowieka, profanacji, zabijania nienarodzonych, osób starszych i słabych, tym głośniej powinniśmy wołać „Krwi Chrystusa, Jednorodzonego Syna Ojca Przedwiecznego, wybaw nas”.

    źródła  – brewiarz.pl, czestochowskie24.pl,cpps.pl

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Christ Jesus Clinic Jesus Christ Cross Faith/Stacja7.pl

    ***

    Katecheza 22 świętego Cyryla Jerozolimskiego o Ciele i Krwi Pańskiej

    1. Już to pouczenie błogosławionego Pawła wystarczy zupełnie, aby wzbudzić w was wiarę w Boskie tajemnice. Zaszczyceni nimi uczestniczycie w Ciele i Krwi Chrystusa. Powiedział bowiem, jak to czytaliśmy przed chwilą: „W nocy, w której został zdradzony, wziął Pan Jezus chleb, a dzięki uczyniwszy łamał go, dał uczniom swoim i rzekł: «Bierzcie i jedzcie, to jest Ciało moje». Wziąwszy też kielich, dzięki uczyniwszy, powiedział: «Bierzcie i pijcie, to jest Krew moja»”[1]. Skoro wyraził się o chlebie: „To jest Ciało moje”, któż będzie się wahał; „To jest krew moja”, któż zwątpi i powie, że to nie jest Krew Jego?

    2. W Kanie Galilejskiej przemienił Chrystus wodę w wino; czyż więc nie będziemy wierzyć, iż wino w Krew przemienił? Cudu tego dokonał na doczesnych godach; czyż więc nie przyjmiemy, iż tym bardziej synom duchowego łoża swe Ciało i Krew dał na pożywienie?

    3. A zatem z całym przekonaniem uważajmy to za Ciało i Krew Chrystusa! Pod postacią chleba dane ci jest Ciało, pod postacią wina dana ci jest Krew. Gdy tedy przyjmujesz Ciało i Krew Chrystusa, w Ciele i Krwi Jego uczestniczysz. Stajemy się nosicielami Chrystusa, gdyż Jego Ciało i Krew są dane naszym członkom. Według błogosławionego Piotra „uczestniczymy w naturze Bożej”[2].

    4. Rozprawiając z Żydami, powiedział Jezus: „Jeżeli nie będziecie spożywali Ciała mego i nie będziecie pili Krwi mojej, nie będziecie mieli życia w sobie”[3]. Oni jednak nie przyjęli tego, co słyszeli, lecz ze zgorszeniem odeszli. Sądzili, że ich wzywa do jedzenia mięsnych potraw.

    5. W Starym Zakonie były chleby pokładne. Ustały one jednak, gdyż dotyczyły tylko Starego Przymierza. W Nowym Testamencie mamy chleb niebieski i kielich zbawienia dla uświęcenia duszy i ciała. Jak chleb potrzebny jest dla ciała, tak znów Słowo jest potrzebne dla duszy.

    6. Nie patrz więc na chleb i kielich jak na czysto ziemskie rzeczy. Są one bowiem Ciałem i Krwią – jako Pan zapewnił. Chociaż by ci to mówiły zmysły, niechaj cię jednak utwierdza wiara. Nie osądzaj rzeczy ze smaku, lecz przyjmuj wiarą, a nie wątp, iż otrzymałeś dar Ciała i Krwi Chrystusa.

    7. Jaką one mają siłę, niech ci powie Dawid: „Przed obliczem moim przygotowałeś stół przeciw nieprzyjaciołom moim”[4]. Słowa te znaczą: Przed przyjściem Twoim zastawili szatani stół splamiony i straszny, pełen wszelkiej złej mocy. Ale po Twym przyjściu Ty sam, Panie, zastawiłeś stół przede mną. Gdy człowiek mówi do Boga: „Przygotowałeś stół przed obliczem moim”, czyż nie może to co innego oznaczać niż tajemniczy i duchowy stół, dany nam przez Boga przeciwko szatanom? Tamten stół był wspólny z szatanami – ten jest wspólny z Bogiem. „Namaściłeś mi głowę olejem”[5]. Namaścił twą głowę olejem na czole, abyś naznaczony pieczęcią stał się odbiciem i świętością Boga. „Jak cenny jest kielich, który mnie upaja”[6]! Widzisz, iż jest tu mowa o kielichu, który wziął do rąk Jezus, wypowiadając nad nim słowa dziękczynienia: „To jest Krew moja, która będzie wylana na odpuszczenie grzechów”[7].

    8. O tej właśnie łasce mówi dalej Salomon w księdze Eklezjastesa: „Pójdź, pożywaj chleb z radością”, chleb duchowy. Pójdź! Wzywa cię on do zbawienia i szczęścia. „I pij swe wino z weselem”, duchowe wino, „i olej niech będzie wylany na twą głowę”, mówi tu jeszcze o duchowym namaszczeniu. „Niech zawsze będą twoje szaty białe, albowiem miłe są twe sprawy Bogu”[8]. Skoro zdjąłeś stare szaty i wdziałeś duchowe, białe, winny one pozostać zawsze białe. Nie znaczy to, iż zawsze trzeba nosić szaty białe, powinny jednak one zostać prawdziwie białe, jasne i duchowe, abyś mógł powiedzieć z błogosławionym Izajaszem: „Raduje się dusza moja w Panu, albowiem mnie okrył szatą zbawienia i płasz­czem nadziei”[9].

    9. Wiedząc już i wierząc, że to, co wygląda na chleb, nie jest wcale chlebem, choć smak na to wskazuje, lecz Ciałem Chrystusa, i to, co wygląda na wino, nie jest winem, chociaż ma smak wina, ale Krwią Chrystusa, i stąd Dawid powiedział: „Chleb wzmacnia serce człowieka, od którego lśni twarz jak od oleju”[10], wzmocnij swe serce, biorąc chleb duchowy i rozwesel swe oblicze. Niechaj będzie ono odkryte w czystym sumieniu, abyś jak w zwierciadle rozważał wspaniałość Pana i wzrastał z chwały w chwałę w Chrystusie Jezusie. Jemu cześć i chwała na wieki wieków.

    Amen. 

    _______

    PRZYPISY:

    [1] 1 Kor 11,23-25.

    [2] 2 P 1,4.

    [3] J 6,54.

    [4] Ps 22,5.

    [5] Ps 22,5b.

    [6] Ps 22,5c.

    [7] Mt 26,27.

    [8] Koh 9,7-9.

    [9] Iz 61,10.

    [10] Ps 103,15.

    apologetyka.katolik.pl/Fronda.pl

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Krew Chrystusa oczyszcza nasze sumienie

    Autor Listu do Hebrajczyków porównuje starą i nową świątynię, aby wykazać definitywną skuteczność ofiary Jezusa.

    CANVA/Gość Niedzielny

    ***

    Z Listu do Hebrajczyków:

    Ale Chrystus, zjawiwszy się jako arcykapłan dóbr przyszłych, przez wyższy i doskonalszy, i nie ręką – to jest nie na tym świecie – uczyniony przybytek, ani nie przez krew kozłów i cielców, lecz przez własną krew wszedł raz na zawsze do Miejsca Świętego i osiągnął wieczne odkupienie. Jeśli bowiem krew kozłów i cielców oraz popiół z krowy, którymi skrapia się zanieczyszczonych, sprawiają oczyszczenie ciała, to o ile bardziej krew Chrystusa, który przez Ducha wiecznego złożył Bogu samego siebie jako nieskalaną ofiarę, oczyści wasze sumienia z martwych uczynków, abyście służyć mogli Bogu żywemu. (Hbr 9, 11-14)

    Refleksja:

    Krew Chrystusa zdolna jest działać w głębi sumienia, w celu oczyszczania i uwalniania od grzechu, to znaczy od tego źródła nieczystości, które zabija wszelką nadzieję, ponieważ czyni człowieka niewolnikiem i w konsekwencji niezdolnym do pracy nad sobą. Już w Starym Testamencie składane były ofiary na oczyszczenie kapłanów, ludu i świątyni. Te ofiary znalazły swoje wypełnienie w Chrystusie. Najwyższy Kapłan ustanawia i powierza nowemu ludowi Bożemu jedyną, drogocenną ofiarę swojego Ciała i swojej Krwi, która ma nieskończoną wartość. Moc płynąca z tej ofiary oczyszcza z grzechów, uświęca, stwarza pokój oraz ustanawia nową wspólnotę Boga z ludźmi. A ofiara ta spełnia się przez przelanie Krwi. W ten sposób zmazana zostaje wina ludzi, tych, którzy opłukali swe szaty i w Krwi Baranka je wybielili (Ap 7, 14), ponieważ prawdziwie Krew Jezusa, Syna Jego, oczyszcza nas z wszelkiego grzechu (1 J 1, 7; por. Ap 1, 5).

    ***

    Z „Listów” św. Kaspra del Bufalo, kapłana (Tom VI f, 403)

    Adoracja niezmierzonej Ceny naszego zbawienia jest najcenniejszym przedmiotem naszych dążeń. Z Boskiej Krwi płyną skarby mądrości i uświęcenia, wolność od kary piekielnej oraz możność posiadania chwały świętych w niebie. Wraz z przyjęciem tej niezmierzonej Ceny, przez którą zostaliśmy zbawieni, znajdź grzeszna duszo świętą i wewnętrzną motywację znalezienia nadziei w miłosierdziu i przebaczeniu; a ciebie, człowieku skruszony, niech ta niezmierzona Cena naszego zbawienia pobudza do wzrostu w cnotach i w świętości oraz w zdrowej, płomiennej gorliwości ratowania dusz dla Pana. Rozmyślanie o tym tak ważnym nabożeństwie niech cię uzdalnia do powstania ze snu duchowej śmierci, która cię zniewala. Rozumiemy teraz, dlaczego w Starym Testamencie Pan miał upodobanie w krwi ofiar zwierzęcych: ponieważ były zapowiedzią Krwi Baranka, przelanej na ołtarzu krzyża w pełni czasów. Jeśli bowiem krew kozłów i cielców oraz popiół z krowy, którymi krapia się zanieczyszczonych, sprawiają oczyszczenie ciała, to o ile bardziej krew Chrystusa, który przez Ducha wiecznego złożył Bogu samego siebie jako nieskalaną ofiarę, oczyści wasze sumienia z martwych uczynków, abyście służyć mogli Bogu żywemu. Niech to nabożeństwo do Przenajdroższej Krwi przybliży nasze dusze do boskiego Serca Jezusa.

    Prośby:

    Z żywą wiarą w moc Krwi Chrystusa módlmy się wspólnie i wołajmy:

    Wysłuchaj nas, Panie.

    Za święty Kościół Boży, by oczyszczony Krwią Chrystusa stawał się coraz bardziej znakiem miłości i apostolskiej gorliwości, Ciebie prosimy:

    Wysłuchaj nas, Panie.

    Aby Krew Chrystusa obudziła w nas wszystkich potrzebę skruchy i zbawienia, Ciebie prosimy:

    Wysłuchaj nas, Panie.

    Za wszystkich cierpiących, by potrafili złączyć swoje cierpienia ze zbawczą ofiarą Chrystusa, Ciebie prosimy:

    Wysłuchaj nas, Panie.

    Boże, który odkupiłeś całą ludzkość Najdroższą Krwią swojego jedynego Syna, zachowaj w nas dzieła swojego miłosierdzia, byśmy – wspominając nieustannie tajemnice naszego zbawienia – mogli otrzymać jego owoce. Prosimy o to przez Chrystusa, Pana naszego. Amen.

    “Krew Chrystusa – Codzienne rozważania na lipiec”(tłumaczenie z j. włoskiego: ks. Daniel Mokwa CPPS)

    (tekst pochodzi z książki: KREW CHRYSTUSA – codzienne rozważania na lipiec)

    ______________________________________________________________________________________________________________

    fot. Hna Carolina BR/cathopic.com22/Stacja7.pl

    ***

    Krew Chrystusa – cena Bożej miłości

    Krew Chrystusa objawia, jak wielka jest miłość Ojca, a zarazem ukazuje, jak cenny jest człowiek w oczach Boga i jak ogromna jest wartość jego życia – pisał św. Jan Paweł II w encyklice Evangelium Vitae.

    W dawnej tradycji rozważano nad nią przez cały lipiec. To nie przypadek, że o jej wartości rozmyślano akurat w tym miesiącu. Skoro w czerwcu wychwalamy Boskie Serce Jezusa, to w lipcu warto byłoby pochylić się nad Jego Przenajdroższą Krwią. Serce i krew stanowią przecież integralną całość. Jedno bez drugiego nie może spełniać swojej funkcji. Krew daje życie, jej utrata powoduje śmierć. Krew Chrystusa przelana na krzyżu dała nam zbawienie. Na tym się jednak nie skończyło, bo my w dalszym ciągu możemy się do niej odwoływać, zanurzać w niej swoje życie, ludzi, których spotykamy na co dzień, wszystkie nasze sprawy, problemy i grzechy. Ona nas oczyszcza, uświęca, uzdrawia i uwalnia.

    – Szukając początku kultu Krwi Chrystusa trzeba zatrzymać się w rzymskim kościele San Nicola in Carcere. Według tradycji przechowywany jest w nim skrawek płaszcza należącego do setnika, który włócznią przebił bok Jezusa. Relikwię w XVIII w. przekazali do świątyni krewni żołnierza. Początkowo Krwi Chrystusa poświęcano pierwszą niedzielę czerwca. Papież Pius X przeniósł tę uroczystość na 1 lipca. Modlitwę do Przenajdroższej Krwi Zbawiciela zanoszono jednak przez cały miesiąc – tłumaczy ks. Łukasz Tarnowski, kustosz Sanktuarium Krwi Chrystusa w Częstochowie. Dodaje, że po Soborze Watykańskim II połączono Uroczystość Najświętszego Ciała i Uroczystość Krwi Chrystusa w jedno święto (Boże Ciało).

    Świadomość bycia odkupionym

    Ks. Łukasz należy do zgromadzenia Misjonarzy Krwi Chrystusa, które żyje duchowością Jezusowej Krwi. – Myślę, że jej kult na przestrzeni wieków nigdy nie był zapomniany. Może nie akcentowano go zbyt mocno, ale na pewno nie zaniechano – mówi ks. Łukasz. – O Krwi Jezusa mówiły obrazy i modlitwy. My, jej misjonarze, chcemy nie tylko skupiać się na modlitwie i adorowaniu, ale też na szerzeniu duchowości Przenajdroższej Krwi. Francuski kardynał Albert Vanhoye, który głosił papieżowi rekolekcje na temat Krwi Chrystusa, podkreślał, że była ona „nasączona” Duchem Świętym. Tłumaczył, iż została wylana dla naszego zbawienia przez Jezusa, który był w jedności ze swoim Ojcem. W naszym częstochowskim sanktuarium wierni mogą oddać się Przenajświętszej Krwi Chrystusa. To bardzo stara praktyka. Nie chodzi tu tylko o kult czy podejmowanie zobowiązań modlitewnych. Najważniejsze są czyny i świadomość, że w Jezusie mamy Zbawiciela, że Jego Krew, którą adorujemy i pijemy w Eucharystii, dała nam wolność. W tej darowanej wolności chcemy żyć tym, czego wymaga od nas Bóg, chcemy powiedzieć tak, jak ludzie zgromadzeni wokół Mojżesza podczas zawierania przymierza: wszystkie słowa prawa wypełnimy! – dodaje.

    Wielka łaska pojednania

    Do Sanktuarium Krwi Chrystusa napływają świadectwa osób, które w swoich troskach i problemach odwoływały się do Krwi Chrystusa. – W ostatnim czasie szczególnie docierają do nas wieści o uzdrowieniach fizycznych. Zazwyczaj nie są potwierdzone dokumentami. Wielu jest jednak przekonanych, że po modlitwie w sanktuarium i błogosławieństwie relikwiami Krwi Chrystusa doznali uzdrowienia. Myślę tu np. o przypadkach wchłonięcia się komórek rakowych – precyzuje i dodaje, że sam zwraca też uwagę na inną ważną sprawę. – Kiedy przyjmuję grupę pielgrzymów, zapraszam i zachęcam do otworzenia się na pojednanie, które daje Krew Chrystusa. Mówią o tym teksty biblijne. Św. Paweł pisze, że Bóg wprowadza pokój przez Krew swego Syna (por. Kol 1,20). O takie pojednanie modlę się codziennie; proszę, by dokonywało się ono w naszych sercach, umysłach i ciałach, o to, byśmy przyjmowali ten pokój. Dziś z wielkim bólem trzeba przyznać, że bardzo nam go brakuje, tak samo jak jedności i harmonii. Krew Jezusa może nas, zagubionych, rozbitych i poranionych fizycznie, psychicznie i duchowo, scalić na nowo – podsumowuje ks. Łukasz.

    Wartość i zjednoczenie

    W rozważaniu nad Krwią Jezusa niezwykle mocne i uderzające są też słowa dominikanina o. Adama Szustaka. Ten znany kaznodzieja przypominał: „Mamy niezwykłą wartość, bo kiedy Bóg miał za nas zapłacić, to nie starczyło na ziemi złota i srebra. Jedyną ceną, która była godna tego, żeby nas wykupić, stała się Krew Jego Syna. Drożej już się nie da!”.

    Jeszcze bardziej mistycznie pisała o Krwi Chrystusa św. s. Faustyna: „Czuję to dobrze, jak Twoja Boska krew krąży w sercu moim; nie ma w tym żadnej wątpliwości, że z tą krwią Twoją przenajświętszą weszła w serce moje miłość Twoja najczystsza. Czuję, że mieszkasz we mnie z Ojcem i Duchem Świętym, a raczej czuję, że ja żyję w Tobie, o Boże niepojęty. Czuję, że się rozpływam w Tobie, jako jedna kropla w oceanie. Czuję, że jesteś na zewnątrz i we wnętrznościach moich, czuję, że jesteś we wszystkim, co mnie otacza, we wszystkim, co mnie spotyka” (Dz. 478). Czy można więc zapomnieć o tej Boskiej Krwi???

    Moc wszystkich wierzących

    Papież Jan XXIII przypominał, że nabożeństwo do krwi Chrystusa łączy się z kultem Imienia i Serca Jezusa.

    O potrzebie odwoływanie się do zasług Krwi Syna Bożego pisał w liście apostolskim „Inde a Primis” w 1960 r. Przypominał w nim o siedmiu jej wylaniach, jakie dokonały się podczas obrzezania, modlitwy w Ogrójcu, biczowania, ukoronowania cierniem, drogi krzyżowej, przybicia do krzyża i przebicia boku włócznią. Cytował też św. Jana Chryzostoma, który nauczał, że „Od tego stołu [eucharystycznego] odchodzimy, jakoby lwy ogniem ziejące, straszni szatanom, rozpamiętując, kto to jest naszą Głową i jak wielką miłość nam okazał… Ta Krew godnie przyjęta, czarta odstrasza, aniołów do nas przywołuje, samego Pana aniołów sprowadza… Ta Krew przelana cały świat obmywa… To jest ta cena świata; to jest cena, za którą Chrystus Pan Kościół kupił…”.

    Papież Jan XXIII pisał, że „wierni, którzy godnie zbliżają się do Krwi Pańskiej, pozyskują obfite owoce odkupienia, zmartwychwstania i życia wiecznego, które wysłużyła ludzkości Krew przelana przez Chrystusa „z natchnienia Ducha Świętego” (Hbr 9,14). Wierni nakarmieni Ciałem i napojeni Krwią Chrystusa stają się uczestnikami Jego mocy Bożej; tej samej mocy, dzięki której powstały niezliczone zastępy męczenników. I tak uzdolnieni chrześcijanie idą na spotkanie codziennych wyzwań i przeciwności, zbożnych wyrzeczeń, a czasem samego męczeństwa. Znoszą to wszystko dla obrony cnoty i Królestwa Bożego, czując w sobie ową miłość gorejącą”. Ojciec święty za św. Pawłem powtarzał, że Krew Chrystusa woła głośniej niż krew Abla. Czy można więc pozostać na nią głuchym?

    Zaproszenie do zanurzenia

    Krew Chrystusa oczyszcza nas z grzechów, uświęca, uzdrawia i uwalnia. Ona jest naszą najlepszą ochroną przez złem.

    Warto się do niej uciekać z każdą sprawą. Można to robić poprzez Litanię do Przenajdroższej Krwi Chrystusa. Pięknym wołaniem jest też modlitwa zanurzenia we Krwi Chrystusa, napisana przez s. Gertrudę Bociąg ze zgromadzenia Misjonarek Krwi Chrystusa. Warto ją odmawiać na rozpoczęcie dnia. Jest pięknym zawierzeniem siebie, bliskich nam ludzi, naszych rozmów, prac i odpoczynku. Jest zaproszeniem Jezusa do naszej codzienności, a także deklaracją przyjęcia wszystkiego, co nas spotyka w duchu zadośćuczynienia. Nie chodzi w niej, by prosić o uniknięcie wszelkich trudności. Nikt nam tego nie obieca. Nikt nie powiedział, że jeśli będziemy wierzyć w Boga, nie spotka nas nic trudnego i nieprzyjemnego. Zanurzenie we Krwi Jezusa i wołanie o to, by Jej moc objawiła się w naszym życiu, są wyrazem naszej wiary, ale też świadomości, że sami z siebie jesteśmy słabi i niewiele możemy. Krew Jezusa oczyszcza nas z naszych win. Pomaga być bliżej Boga. Ona uzdrawia nasze serca ze zranień i krzywd zadanych przez innych. Daje moc do kochania i służenia, pomimo ludzkich ograniczeń. Ona stwarza nas na nowo. Jest zdrojem miłosierdzia. Warto wzywać Jej mocy. To najmocniejsza broń przeciwko złu tego świata. Aby zbawić ludzkość wystarczyła tylko jedna jej kropla. Jezus chciał jednak inaczej. Pozwolił, by płynęła strumieniami. Nie bójmy się Jego Krwi. Pozwólmy, by nas obmywała w sakramencie pokuty i poiła w Eucharystii. W ten sposób najmocniej jednoczymy się z Jezusem i pozwalamy, by w nas działał. W Jego Krwi jest nasze zdrowie i życie.

    Echo Katolickie/opoka.org.pl

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Krew Chrystusa woła – „trzeba szerzyć jej cześć”

    Wiele krwi leje się z powodu ludzkiej pychy i żądzy panowania. Zbawiciel wylał swoją Krew dla obmycia człowieka z grzechu i ocalenia go na wieczność. Lipiec jest poświęcony rozważaniu tej prawdy.

    KASPER DEL BUFALO

    Święty Kasper del Bufalo, założyciel Zgromadzenia Misjonarzy Krwi Chrystusa.

    Nheyob/Wikipedia | CC BY-SA 3.0/Aleteia.pl

    ***

    Angelo Roncalli wspominał, że już w dzieciństwie odmawiał z rodzicami Litanię do Przenajdroższej Krwi Chrystusa. Rodzina robiła to codziennie przez cały lipiec, bo ten właśnie miesiąc jest w katolickiej tradycji ludowej poświęcony kontemplacji Najświętszej Krwi Chrystusa. Gdy został papieżem, wydał w 1954 roku list apostolski Inde a primis, w którym zachęcił wiernych do rozważania wartości Krwi Zbawiciela przez odmawianie litanii. „Niechaj wierni rozważają, jak wielką i nieskończoną wprost mocą bije ta Krew prawdziwie Przenajdroższa, »której jedna kropla może wybawić cały świat od wszelkiej winy«” – pisał św. Jan XXIII.

    Zdobyć duszę

    Była pierwsza połowa XIX wieku, Europą wstrząsały wojny napoleońskie. Pewnego razu podczas modlitwy ksiądz Kasper del Bufalo wpatrywał się w wizerunek Ukrzyżowanego. Później zapisał: „Wydawało mi się, że słyszę takie słowa: »Widzisz, o synu, moją Boską Krew: w cierpieniach ją przelałem i przez cierpienia trzeba szerzyć jej cześć«”.

    Przyszły święty pozostał wierny swojej misji do końca życia. Głoszenie czci Krwi Chrystusa stało się jego pasją. „Chciałbym mieć tysiąc języków, ażeby każdą duszę zdobyć dla Najdroższej Krwi Chrystusa. Och, chciałbym to nabożeństwo rozszerzać własną krwią. Można by powiedzieć, że jestem zaprzedany adoracji Boskiej Krwi, ceny wiecznego zbawienia” – wyznał kiedyś.

    Nie musiał szukać cierpień – pojawiły się w następstwie jego wierności i posłuszeństwa Kościołowi. „Nie mogę, nie muszę, nie chcę” – to bodaj najsłynniejsze słowa św. Kaspra. Wypowiedział je przed francuskim urzędnikiem, odmawiając złożenia przysięgi na wierność Napoleonowi, który zawładnął Państwem Kościelnym i uwięził papieża. Zapłacił za to najpierw wygnaniem, a potem ciężkim więzieniem. O tym, jak trudnym doświadczeniem był dla niego pobyt w lochu, świadczy fakt, że do końca życia odczuwał lęk przed ciemnością i nie mógł spać bez zapalonego światła. Ale i to stało się źródłem błogosławieństwa. Być może stąd wziął się jego pomysł stworzenia w Rzymie nocnych oratoriów – miejsc modlitwy, do których Kasper zapraszał ludzi spędzających noce na hulankach i pijatykach.

    Najbardziej wyrazistym i trwałym dziełem życia św. Kaspra jest założenie zgromadzenia Misjonarzy Krwi Chrystusa. To oni ponieśli w świat kult Najświętszej Krwi Chrystusa i niosą go dalej. Towarzyszą im w tej misji siostry Adoratorki Krwi Chrystusa, siostry Misjonarki Krwi Chrystusa, a także świeccy zrzeszeni we Wspólnocie Krwi Chrystusa. Dla nich i wszystkich osób żyjących według duchowości Krwi Chrystusa centrum kultu stanowią adoracja i Komunia eucharystyczna. Rozważają także opisane w Ewangelii i celebrowane w liturgii momenty przelania Krwi przez Zbawiciela. Odmawiają też prywatnie i publicznie, szczególnie w lipcu, Litanię do Przenajdroższej Krwi Chrystusa.

    Odkryłem wartość

    Ks. Damian Siwicki z tego zgromadzenia zainteresował się kultem Krwi Pańskiej za sprawą swojego ojca, który jest członkiem Wspólnoty Krwi Chrystusa.

    – Mój tata zawsze chciał, żebym mógł poznać to miejsce w Częstochowie i misjonarzy, którzy prowadzą wspólnotę – opowiada. Tak się też stało: piętnastoletni Damian pojechał do Częstochowy na zorganizowane przez zgromadzenie święto młodzieży. Kiedy później przeżywał młodzieńczy bunt, uświadomił sobie, że właśnie tam czuł głęboki spokój i widział ludzi pełnych nieudawanej radości. Pewnego dnia, gdy odczuwał dojmujący smutek i poczucie bezsensu, poczuł w sobie przynaglenie, wręcz przymus, żeby pojechać do misjonarzy na rekolekcje młodzieżowe. – Tam, klęcząc w kaplicy, doświadczyłem bliskości Pana Boga, Jego miłości. Chciałem, żeby moje życie się zmieniło. I od tego momentu zaczyna się moja historia poznawania misjonarzy i duchowości Krwi Chrystusa. Ja sam, dzięki doświadczeniu miłości Pana Boga i dzięki misjonarzom, odkryłem, że mam wartość – zwierza się. Poruszyła go lektura pism św. Kaspra. Podobnie jak założyciel zgromadzenia poczuł się wezwany, żeby wyjść do tych, w których Krew Jezusa woła najbardziej. Do tych, którzy potrzebują wiedzieć, że są ważni i wartościowi w oczach Boga.

    Szukamy zranionych

    Misjonarze Krwi Chrystusa często mówią o „wołaniu Krwi Chrystusa”. To głos Zbawiciela, który wzywa, żeby pójść do tych, którzy Go potrzebują najbardziej. Słyszał go św. Kasper. „Gdziekolwiek zwrócę myśl, widzę Jego Krew. Rany nóg i rąk, głowę koronowaną cierniami, otwarte Serce Boże. Wszystko to popycha nas do pokochania Go. Krew Eucharystyczna, którą Jezus ofiarowuje każdego dnia na ołtarzu, to także Krew, która płynie z krzyża i ołtarza, płynie w Ciele Mistycznym Chrystusa, przynosząc duszom Jego siłę oczyszczającą i uświęcającą” – pisał, porwany Jezusowym pragnieniem, żeby cały świat został oczyszczony ze zmazy grzechu. „Oto do czego skłania nas cześć Bożej Krwi, którą ofiarujemy stale we Mszy św., którą przyjmujemy w sakramentach. Ona jest ceną zbawienia i świadectwem miłości okazanej człowiekowi przez Boga” – zachwycał się. „Wystarczy jedno spojrzenie na Boską Krew, a ona wstrząśnie nami, byśmy działali z niespożytą gorliwością, i działać będziemy z prawdziwym Duchem Bożym” – zapewniał w jednym z listów.

    Duchowość Krwi Jezusa motywuje misjonarzy z założonego przez św. Kaspra zgromadzenia do wchodzenia w środowiska znajdujące się w kryzysie. W Ameryce Południowej są na przykład takie miejsca, w których obejmują zaniedbaną parafię, pracują tam kilkadziesiąt lat, odbudowując ją od strony materialnej, ale przede wszystkim tworząc z ludźmi żywy Kościół. Potem zostawiają to miejsce innym i idą do kolejnego, tam, gdzie jest większa potrzeba.

    – Kiedy widziałem, jak działają tam moi współbracia, uświadomiłem sobie, że tak działa Pan Jezus. On się nie zatrzymuje; szuka ludzi, mówi, że musimy iść też do innych miejsc, by głosić królestwo Boże. „Dziś, jutro i pojutrze muszę być w drodze” – to są te słowa. I to jest działanie Krwi Jezusa, która płynie do wszystkich miejsc, w których jest grzech. Ona ma moc, żeby zmieniać życie człowieka, żeby wszystko odnawiać – podkreśla ks. Damian Siwicki. Przekonuje, że Krew Jezusa jest dla każdego i dzięki niej każdy może poczuć własną wartość, zrozumieć, że jest cenny w oczach Boga, bo On ją za każdego wylał. Mocą tej Krwi dokonuje się nasze wybawienie i usprawiedliwienie.

    – Wszędzie pracujemy z ludźmi, którzy doświadczyli od innych jakiegoś zranienia. I staramy się te osoby prowadzić do doświadczenia uzdrowienia, które jest we Krwi Jezusa. A w konsekwencji do pojednania. Jezus mocą swojej Krwi zburzył wszelkie mury między nami i dzięki Niemu możemy stać się braćmi. To doświadczenie staramy się przekazywać, dzielić się nim – zaświadcza duchowny.

    Tam, gdzie jest potrzeba

    Świeccy ze Wspólnoty Krwi Chrystusa działają razem z Misjonarzami Krwi Chrystusa.

    – Oni są razem z nami na tej drodze zaproszeni, by być misjonarzami. Zapraszamy ich do tego, co robimy, do prowadzenia rekolekcji czy misji, ale też do zaangażowania w naszych dziełach. Oni mogą dotrzeć tam, dokąd my nie możemy. W tym, co się da, wspólnie przeżywamy też naszą formację, dni skupienia czy rekolekcje, ale nie zamyka się to na samorozwoju, lecz prowadzi do tego, żebyśmy mogli razem iść do tych, którzy potrzebują wsparcia, i dzielić się z nimi naszą duchowością – tłumaczy kapłan. Akcentuje znaczenie rozpoznawania znaków czasu. – Staramy się usłyszeć, gdzie Krew Jezusa nas woła dzisiaj, i tam pójść. Ja pracuję z młodymi i najbardziej to wołanie słyszę w kontekście samotności, braku zdolności do tworzenia relacji. Podejmuję więc próbę wyjścia do młodych i tworzenia z nimi relacji. To moje doświadczenie, ale na przykład mój współbrat, z którym pracuję w parafii, w tej chwili słyszy to wołanie najbardziej od rodzin, których członkowie są wierzący, ale mają duże problemy z wytrwaniem, z pozostaniem w małżeństwie. Odpowiadając na to wołanie, poszedł w tym roku na studia, żeby uczyć się pomagać rodzinom w kryzysie – mówi ks. Damian Siwicki.

    Kasper del Bufalo wciąż inspiruje czcicieli Krwi Chrystusa. Święty do końca życia pozostał wierny wołaniu Krwi Chrystusa. To ono nie pozwoliło mu spać spokojnie, gdy mieszkańców Rzymu dziesiątkowała cholera. Rzucił się na pomoc chorym i umierającym, nie myśląc o własnym bezpieczeństwie. Zaraził się i zmarł pod koniec 1837 roku. Jednym z dorodnych owoców jego życia jest kult Krwi Chrystusa, który zakorzenił się w Kościele, przynosząc wielu ludziom pożytek doczesny i wieczny.

    Franciszek Kucharczak/Gość Niedzielny

    _____________________________________________________________________________________

    „Jaki będzie pożytek z Krwi Mojej?”

    Katedra w Bremie, mozaika przedstawiająca Mękę Pańską.

    fot. Norbert Neetz / imageBROKER / Forum

    ***

    Quae utilitas in sanguine meo? — „Jaki będzie pożytek z Krwi Mojej?” (Ps 30, 10). Te słowa Psalmów mogą być źródłem medytacji w lipcu, poświęconym Najdroższej Krwi naszego Pana Jezusa Chrystusa. Są to słowa wyrażające głęboki smutek, udrękę wątpiącego, czy Jego ofiara, aż do przelania krwi, nie była daremna.

    Ta myśl, ten smutek dręczył Pana Jezusa, ponieważ w łonie swojej najświętszej Matki miał już zdolność rozumienia i od tamtej pory pojmował, że większość ludzi podepcze Jego Krew i zlekceważy łaskę wyjednaną przez jej przelanie.

    To smutek skłonił Go do płaczu w Niedzielę Palmową, gdy przed Jego oczami rozpościerał się widok świętującego miasta, którego przyszły tragiczny los znał. To była myśl przyprawiająca Go o krwawy pot w Ogrodzie Oliwnym, gdy w jego rozważaniach pojawiła się tajemnica zła, jakie dokona się w przyszłych wiekach. W swoich Rozmyślaniach na dni Adwentu święty Alfons Liguori pisze, że właśnie z powodu tamtego gorzkiego kielicha cierpienia Pan Jezus modlił się do Ojca Przedwiecznego o uwolnienie, mówiąc: Transeat a me calix iste — „Ojcze mój, jeśli to możliwe, niech Mnie ominie ten kielich!” (Mt 26, 39). Jaki kielich? Nie cierpienie fizyczne, ale widok tak wielkiej pogardy dla Jego miłości. Dlatego zawołał na Krzyżu: „Boże mój, Boże mój, czemuś mnie opuścił?” (Mt 27, 46). Pokusa porzucenia zrodziła się z myśli, że większość ludzi nie zważając na to przelanie Krwi, będzie nadal obrażać Jezusa, tak jakby nic nie zrobił z miłości do nich. Z pewnością w tym momencie nasz Pan miał przed oczyma spektakl wszystkich kryzysów, do jakich dojdzie na przestrzeni wieków, niemal w crescendo, które miało się otworzyć w Kościele zrodzonym z Jego przebitego boku na Krzyżu. A jednak tam, na Golgocie, jedna kropla Jego Krwi wystarczyła, aby nawrócić „dobrego łotra”. Wielu odrzuci owoce Jego Ofiary, ale odpowiedniość łaski, jaka spłynie na tych, którzy Go przyjmą, przyniesie większą chwałę Bogu niż jakiekolwiek świętokradztwo i niewierność. Krew Chrystusa będzie nadal obmywała Kościół aż do końca wieków.

    Życie Kościoła będącego Mistycznym Ciałem Chrystusa, zawiera się w Jego Krwi. Krew, podobnie jak serce, stanowi zasadę życia. Nic nie jest bardziej czcigodne niż Krew Chrystusa, Krew Boga, a zatem cenniejsza niż wszystkie skarby ziemi. Każda kropla tej Krwi ma nieskończoną wartość. Krew Chrystusa przypomina nam o centralnej tajemnicy chrześcijaństwa – o Męce, Śmierci i Zmartwychwstaniu Jezusa Chrystusa, Boga-Człowieka, który za cenę swojej Krwi odkupił nas i przeznaczył do wiecznego szczęścia. „Wiecie bowiem, że z waszego, odziedziczonego po przodkach złego postępowania zostali wykupieni nie czymś przemijającym, srebrem lub złotem, ale drogocenną Krwią Chrystusa, jako Baranka niepokalanego i bez zmazy” – pisze święty Piotr (1 P 1, 18 – 19).

    Krew Chrystusa jest przede wszystkim symbolicznym oraz rzeczywistym wyrazem Odkupienia – tej Tajemnicy, która przypomina nam, że Jezus Chrystus za cenę swojej Krwi, wyrazu swojej Miłości, wyrwał rodzaj ludzki z grzechu oraz mocy diabła, i pojednał go z Bogiem. Ta Krew jest nadal ofiarowywana podczas Mszy, która utrwala ofiarę Kalwarii w sposób bezkrwawy, ponieważ jest to ta sama Ofiara – Jezus Chrystus, który jest składany w ofierze, i ten sam Kapłan – Jezus Chrystus, który składa Chrystusową ofiarę, aby jej owoce objęły przemijające pokolenia, aż do końca świata.

    Ale męka Chrystusa nie zakończyła się na Golgocie i nigdy się nie skończyła: jest zasadą życia Kościoła, który zawsze triumfuje, ale zawsze cierpi, walczy i przelewa krew. Jezus Chrystus nadal krwawi z powodu zniewag i profanacji, jakie dokonują się w Jego kościołach i na Jego ołtarzach, z powodu niewierności Jego sług, letniości dobrych; krótko mówiąc – ze względu na każdą przeszkodę, która staje na drodze rozwoju Kościoła.

    W trakcie tej walki może się zdarzyć, że ci, którzy starają się walczyć o wierność Kościołowi i jego Prawu, nie ujrzą owoców swojej ofiary, ale mogą raczej odnieść wrażenie, że ich wysiłki, modlitwy, cierpienia, walka nie są przyjmowane przez Boga, i mogą rozmyślać: „Jaki jest pożytek z mojej ofiary?”. Tak nie jest: każda kropla ofiary złożonej z czystością intencji jest zjednoczona z każdą kroplą Krwi przelanej przez Chrystusa i czerpie swoją owocność z tej przelanej Krwi. Ofiara tych, którzy walczą w Kościele, jest samą Krwią Chrystusa, która krąży w Kościele i go ożywia. Kościół jest żywy i owocny, ponieważ krąży w jego członkach Krew Chrystusa, płynąca z Ofiary Kalwarii.

    Kościół, jak mówi Pius XII, „jest Oblubienicą krwi (por. Wj 4, 25)… Ale Kościół się nie boi. Chce być Oblubienicą krwi i bólu, aby w sobie ukazać obraz swego boskiego Oblubieńca, cierpieć, walczyć, triumfować z Nim”1. Triumf Kościoła, również historyczny, to perspektywa, którą otwiera przed nami obietnica fatimska, i w tym właśnie duchu można przeżywać święto Krwi Chrystusa. Dom Guéranger przypomina, że owo ​​święto jest pamiątką jednego z najwspanialszych zwycięstw Kościoła. W 1848 roku Pius IX został wygnany z Rzymu przez triumfującą rewolucję; w tych samych dniach — zaledwie w następnym roku — ujrzał, jak jego władza zostaje przywrócona. 28, 29 i 30 czerwca, pod patronatem Apostołów, pierworodna córka Kościoła, wierna swojej chwalebnej przeszłości, wypędziła swoich wrogów z murów Wiecznego Miasta; podbój zakończył się 2 lipca, w święto Maryi. Natychmiast podwójny dekret powiadomił miasto i świat o wdzięczności papieża i sposobie, w jaki zamierzał on utrwalać pamięć o tych wydarzeniach poprzez świętą liturgię. Dnia 10 sierpnia, zanim powrócił z Gaety, miejsca swego schronienia podczas burzy, aby na nowo objąć rządy nad swymi państwami, Pius IX zwrócił się do niewidzialnej Głowy Kościoła i zawierzył Mu sprawę ustanowienia tego święta, przypominając, że to za ten Kościół przelał całą swoją Krew.

    Krew ta jest znakiem cierpienia i walki, ale także obietnicą zwycięstwa w czasie i w wieczności.

    Roberto de Mattei/PCh24.pl

    1 Pius XII, Przemówienie do mężczyzn z Akcji Katolickiej, 7 września 1947 roku

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Drogocenna krew Chrystusa

    www.misericors.org

    ***

    “W koronce nie tyle odwołujemy się do męki, ile do miłości – miłosierdzia Ojca i Syna dla nas. Cierpienia Jezusa świadczą o tej miłości. W koronce też chodzi o to, aby tyle trudu, męki Zbawiciela nie poszło na marne. Modlitwa ta jest duchowym zbieraniem owoców męki Jezusa, drogocennej krwi, która współczesnego świata nie obchodzi.

    Siostra Faustyna zanotowała takie słowa Jezusa: „O, jak wielkich łask udzielę duszom, które odmawiać będą tę koronkę, wnętrzności miłosierdzia mego poruszone są dla odmawiających tę koronkę. Zapisz te słowa, córko moja, mów światu o moim miłosierdziu, niech pozna cała ludzkość niezgłębione miłosierdzie moje. Jest to znak na czasy ostateczne, po nim nadejdzie dzień sprawiedliwy. Póki czas, niech uciekają [się] do źródła miłosierdzia mojego, niech korzystają z krwi i wody, która dla nich wytrysła” (Dz. 848).

    Gdy odmawiamy koronkę z największym przejęciem, zbieramy w sposób duchowy owoce męki Zbawiciela i pierwsi korzystamy z ich zbawczej mocy. Faustyna widzi w kroplach krwi, które wytryskują z Serca Pana Jezusa, drogocenne brylanty, ale nie wszyscy umieją korzystać z tych darów miłosierdzia:

    „Dziś widziałam Pana Jezusa ukrzyżowanego. Z rany Serca Jego sypały się drogocenne perły i brylanty. Widziałam, jak mnóstwo dusz zbierało te dary, ale była tam dusza, która jest najbliżej Jego Serca, a ta z wielką hojnością zbierała nie tylko dla siebie, ale i dla innych, znając wielkość daru. Rzekł do mnie Zbawiciel: Oto są skarby łask, które spływają na dusze, lecz nie wszystkie dusze umieją korzystać z hojności mojej” (Dz. 1687). (…)

    Kiedy odmawiamy koronkę, stajemy u stóp krzyża Jezusa i zbieramy Jego męczeńską krew, ową „boską rosę”, z której korzystamy sami i którą możemy wlewać mocą modlitwy wstawienniczej w dusze innych.”

    ks. Mariusz Bernyś

    [w:] Ogień z nieba. Hymny, uwielbienia i rozważania o koronce do miłosierdzia Bożego,

    ks. Mariusz Bernyś, ks. Michał Dłutowski, Ząbki 2013

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Dla Jego bolesnej męki. 

    Czy rozumiemy słowa Koronki do Miłosierdzia Bożego?

    Pan Jezus, wyjaśniając sens koronki, mówi, że jest to „modlitwa na uśmierzenie gniewu Mojego”.
    fot. Agnieszka Otłowska/Gość Niedzielny

    Pan Jezus, wyjaśniając sens koronki, mówi, że jest to „modlitwa na uśmierzenie gniewu Mojego”.

    ***

    Odmawia się ją dziś na całym świecie. Koronka to najbardziej popularna forma kultu Miłosierdzia Bożego. Co ciekawe, ta modlitwa budziła początkowo wątpliwości wśród teologów. Czy dobrze rozumiemy jej słowa?

    Zdarzyło się to dokładnie 13 września 1935 roku w Wilnie. Wieczorem tego dnia siostrze Faustynie Kowalskiej ukazał się anioł, który z polecenia Boga miał ukarać ziemię za grzechy. „Kiedy ujrzałam ten znak gniewu Bożego, który miał dotknąć ziemię – relacjonuje w „Dzienniczku” – zaczęłam prosić anioła, aby się wstrzymał chwil kilka, a świat będzie czynił pokutę”. Siostra zaczyna wtedy modlić się słowami „wewnętrznie słyszanymi”, po raz pierwszy odmawia koronkę. „Kiedy się tak modliłam, ujrzałam bezsilność Anioła i nie mógł wypełnić sprawiedliwej kary, która się słusznie należała za grzechy”. Koronka jawi się w tej wizji jako narzędzie powstrzymania Bożej kary.

    Na drugi dzień Pan Jezus potwierdza Faustynie, że modlitwa pochodzi od Niego, i podaje jej dokładny układ: „Najpierw odmówisz jedno »Ojcze nasz« i »Zdrowaś Maryjo« i »Wierzę w Boga«, następnie na paciorkach »Ojcze nasz« mówić będziesz: »Ojcze Przedwieczny, ofiaruję Ci Ciało i Krew, Duszę i Bóstwo Najmilszego Syna Twojego, a Pana naszego Jezusa Chrystusa, na przebłaganie za grzechy nasze i całego świata«. Na paciorkach »Zdrowaś Maryjo« będziesz odmawiać: »Dla Jego bolesnej męki miej miłosierdzie dla nas i całego świata«. Na zakończenie odmówisz trzykrotnie te słowa: »Święty Boże, Święty Mocny, Święty Nieśmiertelny – zmiłuj się nad nami i nad całym światem«”.

    Na uśmierzenie gniewu Bożego

    Koronka wzmiankowana jest w „Dzienniczku” czternaście razy. Jezus wzywa do jej odmawiania i wiąże z tą modlitwą wiele obietnic. Dotyczą one miłosierdzia okazanego przez Boga grzesznikom, zwłaszcza w godzinie konania. Pan Jezus, wyjaśniając sens koronki, mówi, że jest to „modlitwa na uśmierzenie gniewu Mojego”. Powraca więc myśl z wizji z 13 września 1935 roku. Jak to zrozumieć? Czym jest gniew Boży i czy może on być uśmierzony przez odmówienie modlitwy? Czy nie jest to za proste, za łatwe?

    Zacznijmy od wyjaśnienia pojęcia „gniew Boży”. Otóż w Biblii wielokrotnie jest mowa o Bożym gniewie, nie tylko w Starym, ale i w Nowym Testamencie. Pewnym przybliżeniem tego pojęcia jest reakcja rodziców, którzy są świadkami nieodpowiedzialnego zachowania swoich dzieci. Który rodzic usiedzi spokojnie na miejscu, gdy widzi dziecko bawiące się zapałkami albo stąpające po cienkim lodzie? Normalne jest, że zareaguje gwałtownie, wołając: „Stop, dość tego!”. „Boży gniew” oczywiście nie jest zwykłym opisem reakcji emocjonalnej Boga na zło, ale coś jest tu na rzeczy. Chodzi o Bożą niezgodę na grzech, który z definicji jest czymś przeciwnym dobru, czyli Jemu także. Zło jest skandalem, który bulwersuje Najwyższe Dobro i prowokuje do reakcji. „Gniew Boży” łączy się z pojęciem sprawiedliwości. Zło powinno być ukarane, tego wymaga sprawiedliwość. Kara ma za zadanie powstrzymać zło, naprawić nieporządek i skierować grzesznika ku dobru. Prorocy Starego Testamentu powtarzali, że nieszczęścia spotykające jednostkę, naród czy świat są przejawem gniewu Bożego, a więc odpowiedzią Bożej sprawiedliwości na zło popełniane przez ludzi. Boża odpowiedź na grzech nie wyczerpuje się jednak w samym gniewie. Sprawiedliwość Boża jest dopełniona Jego miłosierdziem. Święty Paweł mówi, że Jezus przez swój krzyż dokonał definitywnego uśmierzenia Bożego gniewu. „Będziemy przez Niego zachowani od karzącego gniewu, gdy teraz przez krew Jego zostaliśmy usprawiedliwieni” (Rz 5,9). Pozornie może wydawać się, że Bóg ma schizofrenię: z jednej strony okazuje gniew, z drugiej miłosierdzie, jakby walczył z samym sobą. Sprawiedliwość i miłość miłosierna nie wykluczają się jednak. One się dopełniają. Jan Paweł II pisał wręcz o „pocałunku”, jakiego Boże miłosierdzie udzieliło Bożej sprawiedliwości na krzyżu.

    My, grzeszni, liczymy raczej na miłosierdzie Boże, dlatego ku niemu się zwracamy, słusznie lękając się samej sprawiedliwości. Koronka do Bożego Miłosierdzia jest modlitewnym odwołaniem się do krzyżowej ofiary Chrystusa, gdy On sam wziął na siebie należną nam karę za grzechy. Zrobił to po to, aby nas usprawiedliwić, czyli uleczyć ze zła, zbawić, dać nowe życie. Odmawiając koronkę, stajemy w duchu pod krzyżem i prosimy o to, by owoce zbawczej męki Chrystusa sięgnęły naszego życia i świata całego. Wiemy, że zasługujemy na Boży gniew i słuszną karę, ale zasłaniając się krzyżem Chrystusa, prosimy Ojca o miłosierdzie. Taka jest wewnętrzna logika tej modlitwy.

    Ofiaruję Ojcu Syna

    Nie sposób zrozumieć koronki bez spoglądania na krzyż. Widzimy na nim Jezusa, który cierpi, umiera. Jego ciało zostało wydane, a krew przelana. Sednem jest tutaj nie samo cierpienie, ale akt ofiarnej miłości. Jezus ofiaruje się, oddaje się cały Bogu Ojcu, także nam. Umierając, modli się do Ojca i zarazem modli się za nas, grzesznych. Odmawiając koronkę, wchodzimy w modlitwę Ukrzyżowanego. Czynimy naszą modlitwę konającego Pana. Nie możemy Ojcu niczego sami z siebie ofiarować, możemy jednak uchwycić się krzyża i włączyć nasze małe serca w ofiarniczy akt Jezusa.

    Mówimy: „Ojcze Przedwieczny, ofiaruję Ci Ciało i Krew, Duszę i Bóstwo Najmilszego Syna Twojego”. Te słowa brzmią szokująco. Kimże ja jestem, abym mógł ofiarować Ojcu Jego Syna? A jednak. Z Jezusem wszystko jest możliwe. Moja mała miłość zostaje włączona w największą miłość, w Jego miłość.

    Aby zrozumieć, jak to jest możliwe, trzeba odwołać się do Mszy Świętej, najdoskonalszej z modlitw. W Modlitwie Eucharystycznej kapłan po przeistoczeniu modli się tymi lub podobnymi słowami: „Wspominając śmierć i zmartwychwstanie Twojego Syna, ofiarujemy Tobie, Boże, Chleb życia i Kielich zbawienia”. W sensie najgłębszym to sam Jezus się za nas ofiaruje. Ale my, choć słabi i grzeszni, możemy włączyć się w ten ofiarniczy akt. Miłość Jezusa wyrażona w ofierze krzyżowej uobecnia się na ołtarzu i ta miłość ciągnie nas w górę. To jest wąska brama, przez którą idziemy do Ojca.

    Słowa „Ciało i Krew” w oczywisty sposób nawiązują do Eucharystii. Jezus w znaku chleba i wina daje nam swoje ciało i krew, czyli siebie. Sobór Trydencki, definiując prawdę o obecności Jezusa w Eucharystii, stwierdził, że w Najświętszym Sakramencie „są zawarte prawdziwie, rzeczywiście i substancjalnie Ciało i Krew wraz z duszą i Bóstwem Pana naszego Jezusa Chrystusa, a więc cały Chrystus”. Katechizmy często cytowały to soborowe wyrażenie. Nie wiemy, czy siostra Faustyna znała to sformułowanie, być może tak. Wyrażenie „Ciało i Krew wraz z duszą” opisuje człowieczeństwo Jezusa. Słowo „Bóstwo” wskazuje na Jego Bożą naturę. Prawdziwy Bóg, prawdziwy człowiek – to sedno dogmatu o Chrystusie. To opis Jego tożsamości. Taki został nam wydany, taki umarł na krzyżu dla naszego zbawienia.

    Niektórzy polscy teologowie (Wincenty Granat, Czesław Bartnik) kwestionowali wyrażenie „Ciało i Krew, Duszę i Bóstwo”. Twierdzili, że bóstwo Syna nie może być ofiarowane Bogu Ojcu. Wątpliwości rozwiał ks. prof. Ignacy Różycki, który zwrócił uwagę na wspomnianą definicję trydencką. Syn ofiaruje się cały Ojcu, w Jego Osobie mieści się bóstwo i człowieczeństwo, nie da się tego oddzielić. Odmawiając koronkę, odwołujemy się nie tylko do miłości Boga do nas, ale raczej do miłości wewnątrztrynitarnej, czyli Ojca do Syna i Syna do Ojca.

    Na przebłaganie

    „Na przebłaganie za grzechy nasze i świata całego”. Słowo „przebłaganie” odnosi się do krzyża Jezusa. Chrystus został ukrzyżowany rękami ludzi, ale stało się to dzięki Jego zgodzie. To jest Jego akt woli, Jego największe dzieło, najdoskonalszy akt miłości wobec Ojca i nas. Jest on aktem przebłagania za grzechy, najdoskonalszą ekspiacją, najczystszym miłosierdziem. Święty Paweł, wyjaśniając sens krzyża, pisze, że Chrystus stał się „narzędziem przebłagania dzięki wierze mocą Jego krwi” (Rz 3,25). „Narzędzie przebłagania”, czyli w greckim oryginale hilasterion (odpowiednik hebrajskiego kapporeth). To słowo pochodzi z kultu Starego Testamentu. Oznaczało ono wieko Arki Przymierza, tzw. przebłagalnię. W liturgii żydowskiej w Dniu Przebłagania skrapiano to wieko krwią ofiar ze zwierząt na znak przebłagania Boga. Ukrzyżowany Jezus jest nową „przebłagalnią”. On bierze na siebie wszystkie konsekwencje grzechów i definitywnie je pokonuje mocą swojej miłości do końca, do ostatniej kropli krwi. Cały brud świata zostaje wchłonięty, usunięty przez nieskończone Boże miłosierdzie.

    Powtarzając w koronce słowo „ofiaruję”, jednoczę się z modlitwą Jezusa na krzyżu. Uczestniczę w Jego ofiarnym geście. Nie mając nic, „ofiaruję” Bogu największy dar. Tym samym dokonuje się przebłaganie, czyli zostaję uwolniony z mojej winy.

    Warto zwrócić uwagę na zbieżność między słowami modlitwy, której anioł nauczył dzieci w Fatimie, a słowami Koronki do Bożego Miłosierdzia. We wrześniu 1916 roku dzieci fatimskie miały wizję anioła trzymającego w ręce kielich. Unosiła się nad nim Hostia, z której spływały doń krople krwi. Anioł kazał im powtórzyć modlitwę, w której padają m.in. słowa: „O Trójco Przenajświętsza, Ojcze, Synu, Duchu Święty, ofiaruję Wam Najdroższe Ciało i Krew, Duszę i Bóstwo Pana naszego Jezusa Chrystusa, obecnego na wszystkich ołtarzach świata, jako zadośćuczynienie za zniewagi, świętokradztwa i obojętności, którymi jest obrażany”. Treść tej modlitwy i jej sens jest całkowicie zbieżny ze słowami koronki. W Fatimie dodatkowo pojawia się motyw maryjny, ale podobieństwo sformułowań jest uderzające. Jest mało prawdopodobne, by św. Faustyna znała tę modlitwę.

    Dla Jego bolesnej męki

    Przyimek „dla” funkcjonuje w koronce w archaicznym znaczeniu jako „z powodu”, „ze względu na”. Profesor Miodek przywołuje kilka przykładów użycia „dla” w takim samym znaczeniu jak w koronce: „Dla ciebie jestem wygnan”; „Więcej dla bojaźni niźli dla Boga”. „Dla Jego bolesnej męki” znaczy więc „ze względu na Jego bolesną mękę”, „przez wzgląd na Jego bolesną mękę”.

    Prosimy o miłosierdzie Boże, wierząc w zbawczą moc męki i śmierci umiłowanego Syna Bożego. Przypomnijmy sobie Abrahama, który wstawiał się za Sodomą i Gomorą. On prosił o Boże miłosierdzie dla miast pogrążonych w grzechu. Wystarczyło dziesięciu sprawiedliwych, aby je ocalić przed zniszczeniem. Koronka do Miłosierdzia Bożego jest wstawianiem się do Boga za światem pogrążonym w grzechu. To wołanie o ocalenie, o ratunek już nie ze względu na dziesięciu sprawiedliwych, ale ze względu na tylko Jednego Sprawiedliwego.

    Słowa kończące koronkę: „Święty Boże” pochodzą ze starożytnego hymnu „Trisagion” (gr. triságios – trzykroć święty) na cześć Trójcy Świętej. Występują one również w tzw. suplikacjach, czyli w pieśni błagalnej śpiewanej w sytuacjach jakiegoś zagrożenia, np. wojną albo zarazą. Suplikacje śpiewamy także w Wielki Piątek podczas adoracji krzyża.

    Może ktoś zapytać: po co Bogu przypominać o tym, o czym On sam wie najlepiej? Po co „ofiarować” Jezusa Ojcu? Po co powtarzać „miej miłosierdzie”, przecież On jest miłosierny. Nie chodzi o to, by zmienić Boga, ale chodzi o naszą przemianę. Powtarzając te słowa, wyznajemy naszą ufność, uczymy się kochać. Jeśli się kogoś kocha, to ciągle powtarza się to samo: „kocham cię, bądź ze mną, kochaj mnie”. Kiedy dziecko coś nabroi, płacze i szuka bezpiecznych ramion ojca lub mamy. Czymś takim jest koronka. Ciągle sami grzeszymy, wciąż widzimy wiele zła i grzechu w świecie. Czasem chce się płakać z powodu tego wszystkiego. Odwołujemy się jednak do Bożego miłosierdzia. Chcemy jak syn marnotrawny wtulić się w ramiona Ojca, chcemy jak Jan położyć głowę na piersi Jezusa. „Panie, do kogóż pójdziemy?”. Ufamy Tobie! Znikąd nie mamy nadziei. Dlatego wołamy wielekroć do Ojca: „Dla Jego bolesnej męki miej miłosierdzie dla nas i całego świata”.

    ks. Tomasz Jaklewicz/Gość Niedzielny

    ______________________________________________________________________________________________________________

    WSÓLNOTA SIÓSTR SŁUŻEBNIC BOŻEGO MIŁOSIERDZIA


    a początek istnienia Wspólnoty przyjmujemy dzień 29 września 2001 roku, w którym ks. biskup Alojzy Orszulik, ordynariusz łowicki przyjął nas do diecezji udzielając pozwolenia na utworzenie pierwszego domu Wspólnoty w Rybnie k. Sochaczewa. Tworzenie Wspólnoty rozpoczynały: s. Gertruda (Jolanta Barbara Kamieniecka), s. Jana (Dorota Monik), s. Scholastyka (Anna Maria Porąbka).
        Za swoją duchową założycielkę Wspólnota Służebnic Bożego Miłosierdzia uważa świętą siostrę M. Faustynę Kowalską, która nie tylko zainspirowała jej powstanie, ale także podała wszystko, co dotyczy celu, zadań, życia, formacji i organizacji Wspólnoty zarówno od strony duchowej jak i materialnej.
        Pismem z dnia 6.11.2001 r. (L.dz.1584/2001) ks. biskup ordynariusz Alojzy Orszulik udzielił oficjalnego pozwolenia na tworzenie Wspólnoty klauzurowej w Rybnie, a dekretem z dnia 4.1.2002 r. (L.dz.10/2002) zezwolił na pierwszą kaplicę Wspólnoty.
        Już wiosną tego roku (2002) zgłosiły się pierwsze kandydatki zainteresowane takim życiem i charyzmatem, tak, że od 5.10.2002 r. zainaugurowany został nowicjat Wspólnoty (weszły do niego dwie nowicjuszki).
        Dekretem z dnia 31.12.2002 roku (L.dz.1877/2002) ks. biskup Alojzy Orszulik erygował Wspólnotę jako Publiczne Stowarzyszenie Wiernych pod nazwą Wspólnota Sióstr Służebnic Bożego Miłosierdzia i tym samym dekretem zatwierdził Statut Wspólnoty. Dnia 26.5.2003 r. rozporządzeniem Ministra Spraw Wewnętrznych i Administracji Wspólnota otrzymała osobowość prawną. 8.7.2003 r. (L.dz.938/2003) ks. biskup ordynariusz zatwierdził dekretem władze Wspólnoty. Przełożoną Generalną została s. Gertruda Kamieniecka. Dnia 6.8.2003 r. ks. biskup ordynariusz poświęcił dla Wspólnoty nowe habity (biało-czerwone, zgodnie z życzeniem Pana Jezusa przekazanym przez św. s. Faustynę) i dokonał uroczystych obłóczyn.
        Pismem z dn. 20.10.2003 r. (L.dz.1510/2003) ks. biskup Alojzy Orszulik określił sytuacje, w których siostry mogą opuścić teren klauzury ścisłej.
        Dnia 24.1.2004 r. Zgromadzenie Sióstr Matki Bożej Miłosierdzia przekazało naszej Wspólnocie w darze relikwie św. s. Faustyny Kowalskiej. W piśmie z dn. 25.6.2004 r. Ojciec Święty przekazał Wspólnocie swoje Apostolskie Błogosławieństwo na wierność charyzmatowi zakonnemu.
        Dziś Wspólnota to już dziewięć sióstr. Zgłaszają się następne kandydatki.


     
    Przewodnik Katolicki
    [artykuł z numeru 5/2007, 4 lutego 2007]
     

    Jadwiga Knie-Górna

    M Y   T Y L K O   R O B I M Y   H E R B A T K Ę

    Po ludzku patrząc, u sióstr w Rybnie nie ma nic. Stary, 200-letni, walący się, wspólnotowy dom, dookoła łąki, pola… Trzeba mieć dużą wyobraźnię, aby to miejsce nazwać klasztorem, a jednak rzeczywiście czuje się, jakby tutaj nawet powietrze było inne.
    S p l o t   p r z e d z i w n y c h   „ a k u r a t ó w ”

    Habity Klauzurowej Wspólnoty Sióstr Służebnic Bożego Miłosierdzia poświęcone zostały w święto Przemienienia Pańskiego, a obłóczyny przygotowali mieszkańcy Rybna i okolic. — Ludzie zorganizowali wszystko. Malowali płoty, sprzątali wokół domów, piekli ciasta, przygotowali ogromnego grilla, wszędzie były wazony z kwiatami, życzliwe serca wokół nas i tyle wniesionej pracy i starań, że nie da się tego wyrazić słowami – opowiada wzruszona siostra Gertruda, matka przełożona wspólnoty.
        Miłość od pierwszego wejrzenia – tak w skrócie można określić wzajemne relacje między mieszkańcami Rybna a siostrami w czerwonych welonach. Pogłębiła ją niewątpliwie roczna stała obecność sióstr na Mszach św., o co prosił biskup Alojzy Orszulik. — Ksiądz proboszcz z kolei poprosił nas, abyśmy zajęły się scholą dziecięcą, a „akurat” Jezus powiedział św. Faustynie, że dzieci mają nam towarzyszyć i nie chodziło tylko o modlitwę – dodaje s. Jana. Dość szybko okazało się, że siostry mają jakiś szczególny dar przyciągania do siebie dzieci i młodzieży z problemami. — Jesienią przyjechały do nas dzieci z gimnazjum. Była to klasa, która sprawiała bardzo wiele problemów. Dzieci były u nas zaledwie parę godzin. Gdy wróciły do siebie, do szkoły, zaczęły opowiadać swoim kolegom i koleżankom o Jezusie, którego tu spotkały. Skutek był taki, że dzieci z innych klas stwierdziły, że też chcą do nas przyjechać i przyjechały. W międzyczasie zgłosiło się już wiele innych szkół. Chętnych jest coraz więcej, tylko musimy niestety poczekać do wiosny i lata, bo nasz mały dom ich wszystkich nie pomieści – mówi ze śmiechem siostra Anna.
        — Naszym fundamentem jest modlitwa, w której mamy Jezusowi przedstawiać to wszystko, z czym do nas ludzie przyjeżdżają. My podajemy tylko herbatkę, a Pan Bóg czyni cuda! Sama rozmowa nikomu nie pomoże, tylko łaska Boża może pomóc poranionemu człowiekowi – konstatuje s. Gertruda. Najczęściej jest tak, że wizytę u sióstr rozpoczyna dziecko, które potem przywozi rodziców, dziadków, całe rodziny i znajomych, ci z kolei przywożą następnych. Ale do sióstr służebnic Bożego Miłosierdzia nie przyjeżdżają tylko dzieci i młodzież, przybywa też bardzo wielu kapłanów i zakonników.
        — My tu niewiele znaczymy, Jezus tutaj zrobił sobie miejsce, w którym chce szczególnie działać. To jest Dom, szczególne miejsce na ziemi – dodaje s. Jana. Wszystko wskazuje na to, że tak jest, bowiem już po roku zgromadzenie sióstr zostało erygowane, gdy np. równoległe zgromadzenie na taki dekret czekało aż 18 lat!

    C u d ó w   i   „ a k u r a t ó w ”   c i ą g   d a l s z y . . .

    Biskup Alojzy Orszulik obiecał siostrom w październiku, że już na Boże Narodzenie dostaną kaplicę. Jest to kolejny przykład realizujący się zgodnie ze słowami z Dzienniczka św. Faustyny, której Jezus powiedział, że z wielkim utęsknieniem czeka na chwilę, kiedy sakramentalnie zamieszka z klasztorze.
        Adwent zatem siostry miały bardzo pracowity. Ponieważ znają się na murarce, stolarce i wielu innych „typowo kobiecych” sprawach, udało im się przy pomocy wielu przyjaznych serc i rąk przygotować kaplicę na czas. Ołtarz w kaplicy pochodzi z sąsiedniej parafii, gdzie „akurat” nie był już potrzebny, pierwsze tabernakulum, niedawno zastąpione nowym – z rodzimej parafii, gdzie też „akurat” stało już bezużyteczne. I tak, zgodnie ze słowami biskupa, w Boże Narodzenie odbyła się pierwsza Msza św. w nowej kaplicy, w której udział wzięło, prócz najbliższych krewnych, wielu przyjaciół i członków coraz większej wspólnotowej rodziny. — W momencie Przeistoczenia, kiedy Jezus żywy stanął na ołtarzu, wszyscy zaczęliśmy płakać. Tego, co wówczas się stało, nie da się wyrazić słowami – wspomina s. Gertruda.
        Ludzie szukający u sióstr pomocy mówią, że Jezus jest tu obecny w niemal namacalny sposób. Po ludzku patrząc, tutaj nie ma nic i trzeba dobrze pobudzić wyobraźnię, aby tę chałupinę nazwać klasztorem, a jednak czuję się tutaj inaczej, lepiej, spokojniej…
        Siostry mają już wstępny projekt nowego klasztoru, który stanie w miejscu starego. Na moje pytanie dotyczące finansów, które urzeczywistnią tę budowę, usłyszałam: — Pan Jezus powiedział św. Faustynie, że wszystko czyni w zależności od naszej ufności. My tylko mamy ufać, a On zatroszczy się o resztę i jak dotychczas jeszcze niczego nam nie brakowało. Dlatego o budowę siostry się nie martwią… — Każdego dnia mamy mnóstwo świadectw, że jeżeli człowiek zaufa Bożemu Miłosierdziu, to wszystko jest możliwe. Najtrudniej jest zaufać, a jak już się zaufa, to Pan Bóg nigdy nie zawiedzie. Tak jak pokojem można się zarazić i dzielić nim dalej, tak samo jest z ufnością. My zarażamy ludzi ufnością, jak się raz jej doświadczy i dotknie, to ona pozostanie w środku człowieka, skąd nieustannie promieniuje – dodaje s. Gertruda.

    R a t u n e k   d l a   p o g r ą ż o n y c h   w   d e p r e s j i

    Jak twierdzą siostry, jest to także szczególne miejsce dla pogrążonych w depresji. — Człowiek w depresji jest samotny, opuszczony, a ufność jest lekarstwem. Jeśli człowiek natychmiast poczuje silne wsparcie, odczuje, że jest Ktoś, kto go kocha, Ktoś, kto odcina go od otaczającego zła, odzyskuje równowagę. Tutaj wychodzenie z depresji dokonuje się w niezwykle szybki sposób, od piętnastu minut do dwóch dni najdłużej. To jest łaska Boża. Mówimy tu o przypadkach poważnych, nawet próbach samobójczych – podkreśla s. Gertruda.
        Siostry mają do czynienia z najcięższymi przypadkami, stąd nierzadko w ich progach stają ludzie uwikłani w magię. Bywa i tak, że pojawia się w nich ogromny lęk, który powstrzymuje ich przed przekroczeniem progu. Siostry modlą się za tych wszystkich, którzy zostawiają u nich swoje intencje, bóle i cierpienia, a najtrudniejsze przypadki kierują do osób kompetentnych, do egzorcystów.
        — Widzimy ogromny głód Boga wśród ludzi, którzy są bardzo zagubieni w tym świecie i na oślep szukają ratunku. Jeżeli taki człowiek trafi w miejsce, gdzie pokaże mu się Pana Boga, ale pod jednym warunkiem, w konkretnym życiu danego człowieka, to dokonują się cuda. Widzimy, jak Pan Bóg szuka pretekstu, aby pomóc człowiekowi, aby zadziałać i ratować. Wystarczy tylko się otworzyć. Miłosierdzie Boże szuka, żeby tylko dotknąć człowieka i go uratować. Uratowany już potem promieniuje tą miłością i idzie w świat, by świadczyć o swoim spotkaniu z Jezusem – przekonuje s. Gertruda.

    A   w s z y s t k o   z a c z ę ł o   s i ę . . .

    Pierwsze siostry: Gertruda, Scholastyka i Jana pochodzą z różnych stron Polski i z różnych domów. Każda z nich, niezależnie od wieku, czytając Dzienniczek św. Faustyny, jednoznacznie odczytała tę wspólnotę, która jako jedyna ze wszystkich została tak szczegółowo opisana, jako swoją. Później zrodził się jednak „mały problem”, gdyż takiego zgromadzenia nie było. — W końcu każda z nas, niezależnie trafiła do czynnego zgromadzenia w Myśliborzu, które nam odpowiadało, gdyż w nazwie miało „Jezusa Miłosiernego”. Okazało się, że zgromadzenie to w swojej konstytucji miało punkt 4. Według niego zgromadzenie powinno dążyć do utworzenia wspólnot kontemplacyjnych, więc my niezależnie od siebie stwierdziłyśmy, że chcemy dążyć do realizacji „tego punktu” – wspomina s. Gertruda. Ówczesna przełożona, która przyjęła siostry, powiedziała, że trzeba cierpliwie czekać i modlić się, a może kiedyś taka wspólnota powstanie. Tak więc przez kilkanaście lat modliły się, aby jakiś święty poświęcił się sprawie i w końcu założył to zgromadzenie. Niewątpliwie podjęły wówczas duże ryzyko, że do końca życia pozostaną nie w tym zgromadzeniu, do którego chciały wstąpić. — Ale Pan Jezus nie zostawił nas. W pewnym momencie zapadła decyzja i zaproponowano nam, żebyśmy podjęły się próby założenia naszej wspólnoty – kontynuuje opowieść s. Gertruda. Droga do tworzenia wspólnoty nie była łatwa, ale Pan Bóg dał im taki znak, jakiego nie dał św. Faustynie, kiedy chciała stworzyć to zgromadzenie. Nigdy nie dostała bowiem jednocześnie wszystkich wymaganych pozwoleń. U sióstr Gertrudy, Scholastyki i Jany wszystkie pozwolenia się zbiegły i gdy złożyły w zgromadzeniu prośbę o odejście i założenie nowej wspólnoty, także i na nią otrzymały zgodę. — W jednym momencie straciłyśmy wszystko i na dodatek nie wiedziałyśmy za bardzo dokąd jechać, co robić. Wtedy inicjatywę przejął Jezus. Z perspektywy czasu widzimy, jak formował nas do bezgranicznego zaufania Jemu – dodaje s. Jana. Jezus obiecał św. Faustynie wiele rzeczy i one, zdaniem sióstr, realizują się każdego dnia. — Od pierwszego dnia naszej wędrówki wszystko, cokolwiek się zdarzyło, wynikało jedno z drugiego, w sposób, który nie da się racjonalnie wytłumaczyć i opisać – podkreśla s. Gertruda.
        Ich historia w wielkim skrócie wygląda następująco: pewna ich znajoma zaprosiła siostry do siebie, bo „akurat” ma mały domek na Mazurach, który stoi pusty i chętnie go udostępni. W tej miejscowości pierwszą osobą, którą „akurat” siostry spotkały przy budce telefonicznej, był kapłan. „Akurat” się okazało, że jest to fantastyczny kapłan, zaprzyjaźniony z Karmelem, który został nie tylko przyjacielem sióstr, ale także ich spowiednikiem i opiekunem duchowym. Proboszcz tamtejszej parafii zaproponował siostrom, że będzie wystawiał im każdego dnia przez jedną godzinę Pana Jezusa. Prosił jedynie o modlitwę za swoją parafię. Ludzie zaczęli czynić wszystko, aby siostry tam zostały i zagospodarowały się.

    K o n i e c   w a k a c j i ,   t e r a z   d o   d z i e ł a . . .

    Jednym słowem wszystko się świetnie układało do momentu, kiedy przyszły dokumenty, które trzeba było podpisać. — Pan Jezus dał je nam 17 sierpnia. Dokładnie rok później Ojciec Święty Jan Paweł II powierzył świat Bożemu Miłosierdziu. W momencie, kiedy były podpisane dokumenty, jeden z naszych kierowników zadzwonił i powiedział: koniec wakacji, teraz do dzieła. Tylko że my nie miałyśmy zielonego pojęcia, gdzie owo dzieło na nas czeka. Miałyśmy „Dzienniczek” św. Faustyny i czytałyśmy opis naszego miejsca, miałyśmy też już doświadczenie, że wszystko, co jest tam napisane, realizuje się, więc szukałyśmy po znakach, jakie nam Faustyna zostawiła. Szukałyśmy miejsca na założenie wspólnoty, takiego, które zgadzałoby się z jej opisem. Innych motywacji w ogóle nie brałyśmy pod uwagę. Powiedziałyśmy: Panie Boże, prowadziłeś nas, więc prowadź nas dalej. Wtedy przyjechała znajoma z Mazur i zaproponowała nam posiadłość na Zamojszczyźnie, gdzie miała duży dom i ziemię – wspomina s. Gertruda.
        Siostry wsiadły do samochodu i pojechały. Z pozoru wydawało się, że to jest właśnie to miejsce, propozycja jednak upadła, gdy się okazało, że kościół był oddalony od domu aż o osiem kilometrów. Według opisu św. Faustyny, kościół miał stać nieopodal domu wspólnoty, więc siostry grzecznie podziękowały. Szukając tamtejszego ks. proboszcza, natrafiły na biskupa z diecezji lubelskiej, który z kolei wskazał im miejsce w swojej diecezji. Siostry jednak „trochę samowolnie”, bez konsultacji ze swoim ojcem prawnikiem, chciały, aby przyjęto je w diecezji zamojskiej. Udały się nawet do biskupa tejże diecezji, ale go nie zastały, gdyż pojechał poświęcić dzwony. Jego kanclerz poprosił, aby napisały stosowne pismo. — I tu Pan Bóg zadziałał błyskawicznie, bowiem choć ani mnie, ani siostrze Janie pisanie nigdy nie sprawiało trudności, tak w tym momencie nie potrafiłyśmy sklecić ani jednego sensownego zdania. Siedziałyśmy i nic – dodaje s. Gertruda. Zadzwoniły do swojego ojca prawnika, który je wstrzymał w powziętym zamiarze. Ponieważ zaproszenie księdza biskupa lubelskiego było nadal aktualne, wsiadły do gościnnego samochodu swojej znajomej i pojechały do niego.

    Z a p r o wa d z i ł   n a s   P a n   B ó g   d o   b i s k u p a

    Okazało się, że droga miała prowadzić przez Warszawę, gdzie „dogonił” je telefon od ich przyjaciela kapłana, który wybierał się do nich na Mazury, na poziomki… Koniec końców, spotkali się w Ursusie, skąd podjechali do Otwocka, do ojca prawnika.
        — Nasz ojciec ks. prof. Franciszek Bogdan, pallotyn, który cały czas sprawował nad nami opiekę prawną, popatrzył na naszego przyjaciela kapłana, po czym stwierdził: dobrze księdzu z oczu patrzy, co zatem może ksiądz dla naszych sióstr zrobić?! Wtedy dopiero dowiedziałyśmy się, że nasz przyjaciel pochodzi z diecezji łowickiej i że może nas umówić ze swoim biskupem. No i zaprowadził nas Pan Bóg do biskupa Orszulika – opowiada s. Jana.
        „Akurat” na dzień wizyty przypadło święto Michała Archanioła, którego Jezus dał św. Faustynie jako opiekuna wspólnoty. — Ksiądz biskup przyjął nas wyjątkowo serdecznie. Przekazałyśmy mu wszystkie nasze opinie i dokumenty, jednak ze spokojem je odłożył… i skierował nas do samochodu. Okazało się, że wszystko miał już przemyślane i przygotowane. Ruszyliśmy do Rybna. Zobaczyłyśmy sypiącą się, porośniętą dorodnym grzybem chałupinę. Była bez drzwi, z powyrywanymi podłogami, bez szyb w oknach, a my stałyśmy zachwycone. Szybko zapytałyśmy, gdzie mieści się kościół. Gdy okazało się, że nieopodal, byłyśmy już prawie szczęśliwie. Pozostawał tylko jeden drobiazg… ołtarz, o którym Faustyna napisała, że ma być z Godziną Miłosierdzia i aniołami. Na wieść o tym, że jest to świątynia pod wezwaniem św. Bartłomieja, posmutniałyśmy. Pan Bóg jednak miał swoje plany. Poszłyśmy do kościoła, spojrzałyśmy na ołtarz i zdumione stwierdziłyśmy, że jest jak żywy z opisu św. Faustyny. Stałyśmy, patrzyłyśmy i poczułyśmy niezwykły wewnętrzny spokój. Znalazłyśmy swoje miejsce, które przygotował nam Pan Jezus – kończy historię s. Gertruda.
        Jadąc z powrotem do Poznania, długo rozważałam słowa s. Jany: „Dziś dobrze wiemy, że wszystko cokolwiek daje Boża Opatrzność, cokolwiek Jezus stawia na naszej drodze, wszystko to ma służyć dobru. Wszystko jest potrzebne do czegoś. My jeszcze nie musimy wiedzieć do czego, ale On wszystko wykorzysta na dobro, jeśli tylko Mu się zaufa”.
    Gość Niedzielny
    [artykuł z numeru 1/LXXXV, 6 stycznia 2008]
     

    Marcin Jakimowicz

    Z E M S T A   M N I S Z E K   B Ę D Z I E   S Ł O D K A

    Gdy zajrzeliśmy tu ponad rok temu, cud gonił cud. Niewiele się zmieniło. Rolnicy w Rybnie błogosławią ubiegłoroczne wiosenne przymrozki, siostry odwiedza wierna kopia Ojca Pio, mnóstwo ludzi wychodzi z depresji i dotyka Bożego miłosierdzia. A mniszki? Parzą herbatę.



    Latem po zielonej łące biegała kura. Takie czupiradło. Nie widać, gdzie głowa, a gdzie ogon. U Służebnic Bożego Miłosierdzia w Rybnie, gdzie pioruny rozwalają jesiony, by zakonnice miały drewno na opał, a trąby powietrzne pomagają mniszkom uprzątnąć siano, nawet drób ma niezwykłą historię (o początkach wspólnoty pisaliśmy w tekście pt. „Trąba powietrzna” w nr. 36. z 2006 roku).

    Z b a w i e n n e   k u k u r y k u

    Chłopak siedział nieobecny, skulony. Przywiozła go mama. Opowiadała o problemach z synem. Zamykał się w sobie z dnia na dzień. — Zaczęłam się modlić: Jezu, otwórz tego chłopca – opowiada siostra Jana. — I wtedy zapiał kogut. Chłopak podniósł lekko brew. — Lubisz ptaki? – zagadałam. — Tak! – jego oczy błysnęły. Wzięłam go na bok, pokazałam nasz domowy inwentarz. Rozgadał się na dobre. Okazało się, że jest pasjonatem domowego ptactwa. Wstydził się przyznać do tego przy kumplach, którzy rozmawiali tylko o dziewczynach, samochodach i dyskotekach. Bał się, że będą uważali go za dziwaka. Zamknął się w sobie. Otworzył się, został uzdrowiony. W podzięce przywiózł nam parkę czarnych kurek. A to jeszcze nie koniec! Niebawem do jego klasy trafił kolega, który miał identyczne zainteresowania. Znaleźli wspólną pasję. Pan Bóg posłużył się pianiem koguta. A japońskiej kurki już nie ma. Musiałyśmy zrezygnować z kurnika, na jego miejscu stanie skromna kuchnia.

    P r z y t u l e n i e

    Gdy półtora roku temu wyjeżdżałem z Rybna, usłyszałem: — Należysz już do rodziny. Każdy, kto tu przyjedzie, wraca. Myślałem, że to tylko miła formułka pożegnania. Ale wróciłem. Służebnice Bożego Miłosierdzia przed siedmiu laty założyły tu klasztor według wskazań św. Faustyny, która kilkadziesiąt lat wcześniej proroczo opisała, jak będzie wyglądać dom zgromadzenia, jego charyzmat, a nawet codzienne życie. — To przedsionek nieba! – mówią ci, którzy tu przyjeżdżają. Jezus w Dzienniczku obiecał wyraźnie: „Duch mój spocznie w klasztorze tym, błogosławić będę okolicę, w której klasztor ten będzie”. I dotrzymuje słowa. Aż nie chce się wierzyć, że te uśmiechnięte mniszki w czerwonych welonach mają przygotować świat na ostateczne przyjście Jezusa. To również zdanie z Dzienniczka. Faustyna widziała zgromadzenie w trzech odcieniach: czynnym, kontemplacyjnym i świeckim. — Od czasu waszego artykułu w „Gościu” nasza rodzina świecka bardzo się powiększyła. Należy już do niej ponad 350 osób.
        Wiele osób przyjeżdżających do klasztoru zostaje uzdrowionych. Bardzo często wychodzą z potwornych depresji. Jak wy to robicie? – pytam, a mniszki śmieją się: — Niczego nie robimy. Nie nakładamy na nikogo rąk, nie mamy żadnych specjalnych formuł modlitewnych. Rozmawiamy jedynie pokornie z Jezusem, a On sam zaczyna działać. Chodzi o przylgnięcie do Jego serca, wsłuchanie się w Jego myśli. Do tego stopnia, by poznać Jego wolę – opowiada siostra Gertruda. — Chodzi o taką zażyłość, o jakiej kiedyś opowiadała Vicka z Medjugorie. Ktoś zaczepił ją: — Maryja powiedziała to i tamto, a ona uśmiechnęła się: — Nie. Maryja tak by nie powiedziała, znam Ją…

    M ó d l   s i ę ,   a   p o l e   o b r o d z i

    Wiosenne przymrozki przeklinali rolnicy w całej Polsce. Ale nie w Rybnie. Na początku, widząc zmrożone hektary sadów, załamali ręce i narzekali. Ktoś z nich jednak rzucił: Pan Bóg w Dzienniczku obiecał, że będzie nam błogosławić. On wszystko weźmie w swoje ręce. Zamyka jedną furtkę, a otwiera drugą. Posadzili koktajlowe pomidorki, kapustę, ogórki, żeby przynajmniej coś urosło. I podziękowali Bogu za to, co się wydarzyło. I stała się rzecz nieprawdopodobna – opowiadają mniszki: — Nie dość, że ogórki, kapusta i pomidorki urosły, to wiśnie i truskawki, które miały wyginąć, obrodziły bardziej niż w poprzednich latach. Rolnicy się zdumieli. Przyjechali i wołają: dotknęliśmy błogosławieństwa! To ciekawe. Współczesny racjonalny człowiek nie łączy już modlitwy z dobrymi zbiorami. To dla niego dwie różne bajki. Tymczasem już w Księdze Powtórzonego Prawa Bóg zapowiada: „Jeśli pilnie będziesz słuchał głosu Pana, Boga swego, wiernie wypełniając wszystkie Jego polecenia, będziesz błogosławiony w mieście, błogosławiony na polu. Błogosławiony będzie owoc twego łona, plon twej roli, przychówek twych zwierząt, przyrost twego większego bydła i pomiot bydła mniejszego”. Piękna metafora? Wielu ludzi zżymało się, słysząc przesłanie Maryi z La Salette. Mówiła pastuszkom, że ziemniaki gniją, bo… ludzie przeklinają Boga. Absurd? Rolnicy z Rybna przekonali się, że nie.

    T y l k o   t y l e ?

    Podjechał autobus. Wysypali się ludzie. To ma być to słynne Rybno? – kręcili głowami. Spodziewali się jakiegoś sanktuarium albo chociażby cudownego źródełka. — A gdzie pokoje gościnne? — Nie ma. Można przenocować u ludzi w Rybnie. Byli zszokowani, widząc szczere pole, drewnianą chatkę i podgryzane przez bobry drzewa. Zaryzykowali, zostali. — Wyjeżdżali już jako rodzina – opowiada siostra Jana. — Latem jest łatwiej: możemy rozmawiać na podwórku, w domkach holenderskich. Można się wyspowiadać. Nasz biskup Andrzej Dziuba pozwolił, by spowiadali u nas księża z pobliskich parafii. Przychodzą chętnie. Zimą jest trudniej: zostaje malutki pokój i kaplica.
        Gości odwiedzających klasztor wita oparty o drzewo spory obraz Miłosierdzia. Pod stopami Jezusa napis: I trust in You. — Dostaliśmy wiele takich obrazów z napisami w różnych językach. Pierwszy był właśnie ten. Chcieliśmy poczekać na polską wersję, ale przełożona powiedziała: wieszajcie. Kilka miesięcy później przychodzi grupa pielgrzymów. Wśród nich kobieta z Kanady, jak się okazało w ogromnej depresji. Przetarła oczy: Jezus wita ją po angielsku! Siedziała długo w kaplicy, spotkała się z naszym kapłanem. Wyjechała jako zupełnie inny człowiek.
        Artykuł w „Gościu” napędził tłumy – śmieją się mniszki. — Nie byłyście na nas złe? – pytam. — Jak można być złym na to, że ludzie garną się do Bożego miłosierdzia? Ten dom zawsze jest otwarty. Zauważyłyśmy, że mnóstwo ludzi wychodzi tu z depresji. W szczególny sposób doświadczyli oni życia duchowego od strony zła i bardzo potrzebują miłosierdzia. Są chłonni. Gdybyśmy podchodziły do życia jako terapeutki, załamałybyśmy ręce: co z tymi ludźmi robić? Ale gdy kochasz człowieka, to go kochasz zawsze, niezależnie od tego, w jakim stanie przyjdzie. Robisz wszystko, by mógł przytulić się do Jezusa. To cała terapia.
        Zaczęło się od Magdy. Zadzwoniła: — Jestem na skraju wyczerpania nerwowego, mogę przyjechać? Tak! Był dzień odpustu, stragany dochodziły aż do naszego wjazdu. Siostra przełożona mówi: — Wydaje mi się, że ktoś szuka, krąży… Może to ona? Stanęłam przy bramie – opowiada siostra Jana. — Nikogo nie zobaczyłam. Odwróciłam się i wtedy nagle wjechała Magda. Kompletnie załamana. Chciała jechać prosto i huknąć w najbliższe drzewo. Z daleka zobaczyła jednak, że ktoś na nią czeka. Jedenaście lat w kompletnej depresji. Jedno wielkie wycie. Była tak potwornie poraniona wewnętrznie, że wyrzuciła z domu krzyż i portret Jana Pawła II, tylko dlatego że to byli faceci. Posiedziała dwa dni. Dostała Ewangelię św. Łukasza, po to, by zobaczyć Jezusa jako mężczyznę, brata, przyjaciela. Czytała od deski do deski. Wstała i zawołała z błyskiem w oku: Ale facet! Siedziała przy jeziorku i obdzwaniała, kogo się dało: Słuchajcie, spotkałam Jezusa! Odeszła przemieniona. Niczego nie robiłyśmy. Bóg sam działał.

    C o ś   n i e   p o z w a l a   m i   w e j ś ć

    Takich osób pojawia się coraz więcej. Do każdego mamy jedno pytanie: Czy chcesz, by Jezus ci pomógł? Zauważyłyśmy, że nikt nie odchodzi stąd bez Jego interwencji. — Nie napawa was to pychą? Łatwo sobie przypisać chwałę… – pytam. — Nie. Bo to nie nasze. My parzymy herbatę. A herbata jeszcze nikogo nie uratowała… Bogu tak bardzo zależy na człowieku, że szuka każdego pretekstu, by mu pomóc. Skoro posłużył się osiołkiem, to dlaczego nie miałby posłużyć się nami? Nas nie będzie, a On będzie działał. Obiecał to czarno na białym w Dzienniczku. „Duch mój spocznie w klasztorze tym…” Osoby opętane mają ogromne problemy, by tu wejść. Mówią: coś we mnie wzbraniało się, by wejść na wasz teren. Widziałyśmy faceta, który nie potrafił przejść przez te drewniane drzwi. — Nie bałyście się? — A pokusy do grzechu się nie boisz? – siostra Gertruda głaszcze spokojnie małego kotka. — To ten sam zły duch. Nic nie robiąc, brudzisz się tak samo. To paradoks: skupiając się na sobie, zamykasz się w coraz większym lęku. Diabeł łapie nas w pułapki paradoksów: osoby w depresji nie mogą jeść, głodzą się, wpadają w anoreksję, ale za Chiny nie podejmą postu. Boją się śmierci, ale często mówią o samobójstwie. Sztuczki ojca kłamstwa. Uczymy ludzi walki duchowej. Oczekujemy sielanki, ale życie jest walką. Nasi kapłani mówią: — Jezus odcina tu korzenie zła. Już kilkadziesiąt osób odesłałyśmy do egzorcystów. Wracały przemienione, szczęśliwe.

    K o ś c i ó ł   g i n i e ?

    Zauważyłam kilka podstawowych źródeł depresji – opowiada siostra Gertruda. — Nieuporządkowana przeszłość: poczucie niższości, wspomnienia z dzieciństwa. Zły duch wykorzystuje nawet malutkie zranienia. Są jak szczeliny, przez które wślizguje się wąż. Inną przyczyną jest okultyzm, ezoteryzm, newage’owe nowinki: od wróżek po horoskopy, reiki i Silvę. Przyjechało też kilka „czarownic”. Większość z nich przeżyła tu dotknięcie Boga, trafiły do egzorcysty. Rozmawiam z jedną kobietą i czuję, że coś jest nie tak. — Chyba musi pani spotkać się z egzorcystą, bo wygląda na to, że ktoś w pani rodzinie zawarł pakt z diabłem. A ona na to: — Jeszcze gorzej… I zaczyna opowiadać o duchach, które do niej przychodzą. Nie uważa tego za zło. — Pani jest czarownicą? — Wiedźmą – sprecyzowała. Przyjechała tylko po to, żeby powiedzieć, że Jezus nie jest jej potrzebny. — Wasz Kościół ginie! Nie widzicie tego? — Nie widzimy – odparłyśmy zgodnie. Jedna kobieta powiedziała: — Trzymam na uwięzi siedem złych duchów. — A może jest odwrotnie? – przerwałam. — Hm, może rzeczywiście? – stropiła się. Trzecim źródłem depresji są nieuporządkowane relacje z Bogiem: nieprzebaczone sytuacje, grzech, którego nie chcemy zostawić. To przyczółek złego ducha. Najrzadszym przypadkiem depresji, jaki widzieliśmy, jest to, co powszechnie uważa się za przyczynę załamań: zawirowania życiowe, dramaty, traumatyczne doświadczenia. Na palcach ręki mogę policzyć ludzi, którzy wpadli w depresję z tego powodu. A przyjeżdża tu prawie siedemset osób miesięcznie.

    S o b o w t ó r   O j c a   P i o

    Kiedyś jeden z naszych znajomych rzucił: — Jesteście zgromadzeniem klauzurowym. Po co wychodzicie do tych ludzi? Odsyłajcie ich do psychologów i psychiatrów. Dajcie spokój!
        Bardzo nas to dotknęło. Chciałyśmy rozeznać nasz charyzmat. Przeżywałyśmy trudne chwile. I wtedy siostra Anna troszkę bezczelnie pomodliła się: — Ojcze Pio, widzisz, że nasz spowiednik poszedł do trapistów i zostałyśmy same. Przyślij nam spowiednika, a jeśli nie, to sam przyjdź i nas wyspowiadaj (śmiech). Minęło kilkanaście dni, dzwonek do drzwi. Otwieramy, a tam… Ojciec Pio – mniszki wybuchają śmiechem. Okazało się, że to meksykański kapucyn, egzorcysta. Wierna kopia Ojca Pio. Wyszedł z kaplicy bardzo poruszony: — Słuchajcie, w Guadalupe Maryja ma żywe oczy, a tu cały Jezus jest żywy! Wiecie, że On błogosławi? — Wiemy – przytaknęłyśmy zgodnym chórkiem. A on popatrzył nam w oczy i rzucił: — Będą wam mówić: Po co ci ludzie tu przyjeżdżają? Wyślijcie ich do specjalistów. Ale to jest pokusa. Bóg ich przysyła do was, by tu zdrowieli. Z wrażenia nas zatkało.

    D e m o n y   z w i a ł y

    Faustyna proroczo widziała w naszym klasztorze małe dzieci. Dziś śmiejemy się, że możemy założyć przedszkole z dzieci, które miały się nie urodzić. Niektóre matki słyszały od lekarzy: nawet nie próbujcie zajść w ciążę. Nie ma szans. Ale Pan Bóg może wszystko. Przyjeżdża sporo takich „cudownych” maluchów.
        Naszym wielkim odkryciem jest to, że Jezus zdobył się na szaleństwo: obiecał, że wystarczy zmówić w czyjejś intencji Koronkę do Miłosierdzia Bożego, by otworzyć dla niego niebo. W Dzienniczku Faustyna opisała przejmującą scenę. Trafiła do umierającego człowieka. Zmagał się, cierpiał straszne męki. Wokół jego łóżka zobaczyła wiele demonów. Gdy zaczęła odmawiać Koronkę, wszystkie zniknęły. Chory odetchnął i pogodzony z życiem zmarł.
        Gdy nas ktoś obgada, oczerni albo po prostu wkurzy, to mówimy: Oj, poczekaj! Nasza zemsta będzie słodka. Wymodlimy ci niebo! – wybuchają śmiechem mniszki w czerwonych welonach.


     

    Święta siostra Faustyna opisuje w Dzienniczku proces rozprzestrzeniania się Dzieła Miłosierdzia jakby w trzech odcieniach, „lecz to jedno jest”: poprzez Zgromadzenie zakonne o charakterze kontemplacyjnym, „gdzie dusze odosobnione od świata palić się będą w ofierze przed tronem Bożym i upraszać miłosierdzie dla świata całego… I wypraszać błogosławieństwo dla kapłanów, i modlitwą swoją przygotowywać będą świat na ostateczne przyjście Jezusa” (Dz.s.F. 1155). Ten odcień realizuje Wspólnota Sióstr Służebnic Bożego Miłosierdzia w Rybnie.
    Innym odcieniem uczestnictwa w Dziele Miłosierdzia jest modlitwa i czyny miłosierdzia osób nie zobowiązanych żadnym ślubem, za których jednak wykonanie będą one miały udział we wszystkich zasługach i przywilejach całości Dzieła. Do tego odcienia mogą należeć wszyscy ludzie żyjący na świecie (Dz.s.F. 1157).
        Krąg Miłosierdzia, powstały w kwietniu 2006 roku, który wypełnia to pragnienie św. Faustyny jest formą duchowej przynależności i uczestnictwa w charyzmacie Wspólnoty Sióstr Służebnic Bożego Miłosierdzia w Rybnie dla tych wszystkich, kapłanów, zakonników i zakonnic należących do innych Zgromadzeń czy Instytutów Życia Konsekrowanego, a także ludzi świeckich, których Bóg powołuje do życia tym charyzmatem. Nie jest on bowiem sprzeczny z regułami żadnego Zgromadzenia lub Zakonu ani w konflikcie ze stylem życia kapłanów diecezjalnych czy katolików świeckich, ale jest szczególnym darem Boga na nasze czasy i w przedziwny sposób łączy w sobie wszystkie inne dary i charyzmaty Kościoła. Jedynymi wymogami przynależności do tej Wspólnoty są:

    codzienna Koronka do Bożego Miłosierdzia;
    modlitwa za Kościół i kapłanów (Dz.s.F. 1052);
    przynajmniej jeden uczynek miłosierdzia dziennie;
    świadectwo życia dawane Jezusowi w miejscu, na którym postawił swoim powołaniem, wierność swojej drodze życia;
    błogosławieństwo kapłańskie udzielane i rozszerzane na cały świat
    (wymóg dla kapłanów).

                 Istotą tego charyzmatu jest całkowita ufność Jezusowi – zawierzenie Bożemu miłosierdziu i postawa miłosierdzia, czyli nastawienie na odwzorowanie w swoim życiu pragnienia i wysiłku Jezusa zmierzającego do doprowadzenia każdego człowieka do dojrzałości i wiecznego zbawienia. Dokonuje się to przez ciągłe wnikanie w Boże tajemnice, poznawanie Jego wielkiego miłosierdzia i niezgłębionej dobroci do stworzeń oraz przybliżanie tego innym ludziom. Jak również, poprzez łączenie się z Jezusem w miłości, wypraszanie Bożego miłosierdzia dla siebie i innych, budzenie ufności w Boże miłosierdzie, oraz przygotowywanie w ten sposób świata na ostatecznie przyjście Chrystusa na ziemię. Zasadniczym elementem tego charyzmatu jest modlitwa, podejmowanie postu, wszelkich umartwień i prac, a także przyjmowanie cierpienia i wszelkich wysiłków, w zjednoczeniu z Jezusem, ofiarowując, jak to określił sam Chrystus świętej siostrze Faustynie, za cały świat, a szczególnie za dwie drogocenne Jego sercu perły, czyli dusze kapłanów i dusze zakonne. Modlitwa, umartwienia, posty czy jakakolwiek praca zyskują swoją wartość przed Bogiem jedynie wtedy, gdy są złączone z modlitwą, postem, umartwieniem czy pracą samego Jezusa. Dlatego też każdy członek Kręgu Miłosierdzia, podobnie jak Siostry, pozwala się prowadzić Duchowi Świętemu, a swoje życie stara się wzorować na życiu Jezusa od żłóbka aż do skonania na krzyżu (Dz.s.F. 438).
        Uczestnictwo w charyzmacie daje członkom Kręgu Miłosierdzia prawo do udziału we wszystkich obietnicach Jezusa pozostawionych w Dzienniczku dla Zgromadzenia, w duchowych dobrach Wspólnoty, zwłaszcza do szczególnej opieki Jezusa, podobnie jak św. Faustyna, przed atakami złego ducha, ale także zachęca do praktykowania zgodnie ze swoim stanem życia, podobnie jak Siostry, trzech rad ewangelicznych: czystości, ubóstwa i posłuszeństwa. Z oczywistych względów dla ludzi świeckich żonatych czy zamężnych będzie to oznaczało duchową walkę o czystość i wierność małżeńską, wolność od chciwości pieniędzy i mądre nimi gospodarowanie dla dobra rodziny, a także posłuszeństwo nauce Kościoła. Chodzi o to, aby duszą coraz bardziej wolną od różnorakich przywiązań kochać Jezusa aktem czystej miłości, samemu coraz mocniej ufać miłosierdziu Bożemu wypraszając je również dla innych.
        Św. siostra Faustyna (Dz.s.F. 1158) zachęcała, aby każdy członek tego trzeciego odcienia, czyli właśnie Kręgu Miłosierdzia, starał się spełnić przynajmniej jeden uczynek miłosierdzia dziennie, a może ich być również więcej. Te uczynki miłosierdzia mogą być praktykowane w trojaki sposób:

    czynem, słowem, przez przebaczenie i pocieszanie;
    modlitwą, która dostępna jest nawet wtedy, gdy nie można spełnić uczynku miłosierdzia ani też wypowiedzieć słowa przebaczenia lub pocieszenia.

                 Siostra Faustyna podkreśla przy tym dla tych, którzy martwią się, że nie mają rzeczy materialnych by czynić przez nie miłosierdzie, że „miłosierdzie ducha, na które nie potrzeba mieć ani pozwolenia ani spichlerza”, jest dostępne dla każdego i ma przy tym większą zasługę przed Bogiem (Dz.s.F. 1317). Trudno oprzeć się wrażeniu, że Faustyna zachęca nas wszystkich, członków Kręgu Miłosierdzia do tego, abyśmy powrócili do praktykowania obecnych już od dawna w nauce Kościoła uczynków miłosierdzia względem duszy i ciała.
        Niezmiernie ważne jest przy tym, aby zarówno czyny miłosierdzia tak względem ciała jak i duszy, a także inne praktyki ascetyczne jak posty, umartwienia czy jakąkolwiek pracę podejmować wobec bliźnich ze względu na miłość do Jezusa i ze względu na dobro, czyli wzrost w człowieczeństwie i zbawienie braci, jak również w łączności z Jezusem, z Jego czynami lub słowami miłosierdzia. Czynimy to zwykłym aktem woli i wzbudzeniem pragnienia, by wszystko to podejmować w łączności z Jezusem, z podobnym Jego aktem miłosierdzia i z miłości do Niego w celu wypraszania miłosierdzia dla całego świata, a szczególnie dla dusz kapłańskich i zakonnych. I tak np. post łączymy z postem Jezusa, nasze własne umartwienia, uczynki miłosierdzia względem ciała czy duszy z Jego umartwieniami czy czynami, naszą pracę z Jego pracą w Nazarecie, nasze cierpienie z Jego cierpieniem, gdyż tylko wtedy mają one wartość przed Bogiem. Należy unikać podejmowania dzieł miłosierdzia motywowanych lękiem przed opinią innych ludzi („bo tak wypada”, „bo co powiedzą inni”, „a może się ktoś na mnie obrazi”), albo z powodów czysto filantropijnych czy nawet szlachetnej miłości bliźniego. To za mało. Tylko motywacja „z miłości do Chrystusa”, dla rozwoju i zbawienia tak ukochanego przez Niego człowieka, nadaje czynom miłosierdzia właściwy charakter. Jak widać, konieczny jest więc również ciągły wysiłek każdego, kto należy do Kręgu Miłosierdzia nad oczyszczaniem własnej motywacji i intencji do działania oraz prośby skierowane do Boga o oczyszczanie naszej woli i pragnień.
        Trzecim sposobem praktykowania miłosierdzia wobec bliźnich, jak podaje Siostra Faustyna jest modlitwa za nich, a w sposób szczególny za kapłanów i osoby zakonne. Nie trzeba oczywiście przypominać, że nasza modlitwa ma sens tylko wtedy, gdy jest łączona ciągle aktem woli z modlitwą Jezusa opisaną w Ewangeliach. Modlitwą taką powinna być przede wszystkim Koronka do Bożego Miłosierdzia, możliwie o trzeciej godzinie lub w innym czasie. Szczególną zaś modlitwą dla członków Kręgu Miłosierdzia jest podyktowana przez św. siostrę Faustynę w Dzienniczku do codziennego odmawiania

     
    M O D L I T W A   Z A   K O Ś C I Ó Ł   I   K A P Ł A N Ó W :
    1052 
    O Jezu mój, proszę Cię za Kościół cały, udziel mu miłości i światła Ducha swego, daj moc słowom kapłańskim, aby serca zatwardziałe kruszyły się i wróciły do Ciebie, Panie. Panie, daj nam świętych kapłanów, Ty sam ich utrzymuj w świętości. O Boski i Najwyższy Kapłanie, niech moc miłosierdzia Twego towarzyszy im wszędzie i chroni ich od zasadzek i sideł diabelskich, które ustawicznie zastawia na dusze kapłana. Niechaj moc miłosierdzia Twego, o Panie, kruszy i wniwecz obraca wszystko to, co by mogło przyćmić świętość kapłana – bo Ty wszystko możesz.

    W Święto Podwyższenia Krzyża, 14 września 2007 roku, dokonany został uroczysty akt intronizacji i oddania Wspólnoty, we wszystkich „odcieniach” i stopniach przynależności, Jezusowi Królowi Miłosierdzia. Odtąd, każdy wstępujący do Wspólnoty, oddaje swoje życie Chrystusowi, wyznając Go jako jedynego swojego Pana i Króla.

     
    A K T   O D D A N I A   J E Z U S O W I
    K R Ó L O W I   M I Ł O S I E R D Z I A :


    ezu, Królu Miłosierdzia, Panie nasz, przez ręce Maryi Matki Miłosierdzia oddajemy dziś Tobie, na zawsze, wszystkie nasze wspólnoty, siostry i braci, których raczyłeś i raczysz wezwać do głoszenia chwały Twego Miłosierdzia i przygotowywania świata na Twoje przyjście. Oddajemy wszystkich, którzy wraz z nami wielbią Twoje Miłosierdzie w każdym czasie i miejscu.
    wiadomi naszej słabości, ale ufni w Twoje Nieskończone Miłosierdzie oddajemy się Twojej Świętej Woli. Ty Sam uświęcaj nas i posługuj się nami, jak chcesz, w Twoim dziele zbawienia świata.
    róluj w naszych sercach i w całej Wspólnocie, spraw, by Twoja Wola pełniona była zawsze, wszędzie i we wszystkim, aby Królestwo Twoje ogarnęło wszystkich ludzi po wszystkie czasy. Amen.



    Przypominamy także uczynki miłosierdzia względem ciała i względem duszy.

    Uczynki
    względem
    ciała:
      • głodnych nakarmić
      • spragnionych napoić
      • nagich przyodziać
      • podróżnych, tych, co nie mają się gdzie schronić,
        przyjąć do domu
      • więźniów pocieszać
      • chorych nawiedzać
      • umarłych grzebać

    Uczynki
    względem
    duszy:
      • grzeszących upominać
      • nieumiejętnych pouczać
      • wątpiącym dobrze radzić
      • strapionych pocieszać
      • krzywdy cierpliwie znosić
      • urazy chętnie darować
      • modlić się za żywych
        i umarłych





      

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Relacja z Jezusem jest dla sióstr tak naturalna jak oddychanie.

    Relacja z Jezusem jest dla sióstr tak naturalna jak oddychanie.
    fot. Roman Koszowski
    /Gość Niedzielny

    ***

    Ufamy za tych, co nie ufają

    – Jesteśmy ekspansywną formą kultu Bożego Miłosierdzia – bo obraz trzeba czcić, koronkę trzeba odmówić, o święcie trzeba wiedzieć, że jest, i z niego skorzystać. A my dopadniemy wszystko, co nie zdąży uciec! – mówią siostry z Rybna.

    Wejdźcie, Gospodarz już na was czeka – uśmiecha się od progu siostra Anna, prowadząc nas prosto do kaplicy. Klękamy przed otwartym tabernakulum, w którym stoi monstrancja. Obok duży obraz Jezusa Miłosiernego i gabloty wypełnione wotami. – To tylko część, na razie nie mamy pomysłu, jak pomieścić wszystkie – wyjaśnia zakonnica. Na ścianie mnóstwo relikwiarzy. – Zaprosiłyśmy wszystkich świętych, powiedziałyśmy im, że zameldowujemy ich w tym domu i że jak chcą, to się mają sprowadzić w relikwiach. No to mamy ich pół ściany i ciągle trafiają tu nowi, w zamian za mieszkanie dają nam opiekę – uśmiecha się.

    – Sąsiadka opowiadała nam, że niedawno nadciągała nad Rybno burza. Zaczęła się modlić o ochronę domu. – Po co się modlisz, przecież mamy siostry – rzucił jej mąż. A potem syn przybiegł z telefonem i woła: mamo, patrz! Na radarze było widać, jak chmury rozstąpiły się przed naszą wioską, ominęły ją bokami, a potem znowu się zeszły. Potem inni mieszkańcy to potwierdzili. Ale pamiętajcie, to nie my, to Jezus! – mówi z błyskiem w oku siostra Gertruda, przełożona domu, kiedy już siedzimy w maleńkim pokoiku przy kaplicy.

    Imię Jezusa pada w czasie rozmowy nieustannie. Siostra Gertruda wyrzuca z siebie słowa z prędkością karabinu maszynowego, ale o cokolwiek by ją zapytać, odpowiedź ma jedną: to Jezus. Widać i słychać, że relacja z Nim jest dla sióstr w czerwonych welonach tak naturalna jak oddychanie. – Ludzie są głodni Jezusa, bliskości z Nim. Przywożą tu ze sobą mnóstwo dramatów i cierpień, ale najpotężniejszy z nich to brak sensu życia. Naszym zadaniem jest ten sens im pokazać, a wtedy życie zmienia się radykalnie. Faustyna zapisała w „Dzienniczku”, że mamy przygotować świat na przyjście Jezusa przez ofiarę, modlitwę i budzenie ufności, więc to staramy się robić. Jesteśmy ekspansywną formą kultu Bożego Miłosierdzia – bo obraz trzeba czcić, koronkę trzeba odmówić, o święcie trzeba wiedzieć, że jest, i z niego skorzystać. A my dopadniemy wszystko, co nie zdąży uciec – wyjaśnia z uśmiechem.

    Baśniowa opowieść

    Zgromadzenie Sióstr Służebnic Bożego Miłosierdzia powstało na wyraźne żądanie Pana Jezusa, które św. Faustyna zapisała w „Dzienniczku” – tam także opisane są reguła zakonna, kolor habitu, a nawet wygląd domu, w którym siostry miały zamieszkać. Wizja św. Faustyny zrealizowała się w 2001 roku, kiedy trzy siostry, żyjące w zgromadzeniu czynnym, poszły za płonącym w sercach pragnieniem, aby żyć w klauzurze według wskazań z „Dzienniczka”. Historia powstania zgromadzenia nadaje się na scenariusz filmu sensacyjnego, gdzie „przypadek” goni „przypadek”. – Czasem o wszystkim nie mówimy, bo to brzmi jak baśń z tysiąca i jednej nocy – uśmiecha się s. Gertruda. – Ale Jezus obiecał, że Jego Duch zamieszka w tym domu, i wywiązuje się z danego słowa – zapewnia.

    Dziś pod Sochaczewem modli się 14 zakonnic, a dwie kolejne kandydatki dołączą do nich w październiku. Klasztor jest tak maleńki, że niektóre z sióstr mieszkają w dwuosobowych pokojach. Planowana rozbudowa przesunęła się w czasie ze względu na kiepską sytuację finansową, ale siostrom to nie przeszkadza. – Jak Pan Jezus będzie chciał, to rozbudujemy dom. To On tu jest gospodarzem, nie my! – przypominają.

    Czy chcesz?

    Choć zgromadzenie żyje za klauzurą, drzwi małego domku nieustannie są w ruchu. Do Rybna przybywają z bliska i z daleka ludzie spragnieni modlitwy, rozmowy i nadziei. Przyjeżdżają nastolatki, które szukają kogoś, przy kim mogą się wygadać, i małżonkowie pragnący potomstwa. – „Nasze” najstarsze dzieci zaczynają już studia. I cały czas dostajemy zdjęcia kolejnych maluchów, o których poczęcie modlili się tu ich rodzice – dzieli się s. Anna. Pan Jezus szczególnie wybrał sobie jednak Rybno do ratowania powołań kapłańskich i zakonnych. Wielu księży, którzy byli już gotowi zawiesić sutannę na kołku, po modlitwie w malutkiej kaplicy i rozmowie z siostrami wraca do posługi z nowym zapałem i gorliwością. Zakonnice nie prowadzą żadnych modlitw wstawienniczych – po prostu włączają składane intencje do swoich codziennych modlitw, szczególnie do Koronki do Bożego Miłosierdzia. Każdego dnia kilka godzin spędzają w kaplicy, wołając o miłosierdzie dla świata. A Jezusowi to wystarcza, aby działać…

    – Porusza mnie szacunek, jaki Bóg ma wobec człowieka. On nigdy nie zmusza, zawsze pyta: czy chcesz? My sami siebie nie szanujemy tak bardzo, jak szanuje nas Pan. Kiedy to odkrywamy, życie się zmienia – ludzie zaczynają widzieć sens, odczuwają pokój, zmieniają się ich relacje, a Bóg może dokonywać w ich życiu cudów. Wszystko opiera się na zaufaniu – a my tutaj ufamy za tych, którzy nie ufają – tłumaczy siostra Gertruda i dodaje – myśmy się nauczyli, że zawsze trzeba coś konkretnego zrobić. A w duchowej przestrzeni wystarczy zaufać – nie muszę tego ani czuć, ani dotykać. Nie chodzi o wzniosłe uczucia, tylko o akt woli: „Nie wiem, Jezu, jak mnie uratujesz, ale na pewno to zrobisz, bo obiecałeś”! – mówi z przekonaniem zakonnica.

    Ale jak znaleźć w sobie tyle zaufania? – My nie musimy być nie wiadomo jacy, przecież Jezus wie, że jesteśmy słabi! Wystarczy zaufać: Jezu, ratuj! – a potem już tylko pozwolić Jemu działać. Bo to w Nim, nie w nas jest siła! – przekonuje siostra.

    Wyzwoleni niewolnicy

    Dzwonek zaprasza do kaplicy na południowe modlitwy. Klękamy przy drewnianej kracie i wsłuchujemy się w śpiew psalmów. Modlitwa płynie niespiesznie. Spoglądam na twarze sióstr – nie zwracają na nas uwagi, całe zatopione w obecności Tego, który zaprosił je do wspólnego życia. Choć w formie modlitwy nie ma nic nadzwyczajnego – Anioł Pański, brewiarz, koronka – to sposób, w jaki siostry zwracają się do swojego Mistrza, czyni te pół godziny wyjątkowym przeżyciem. – W południe odmawiamy koronkę za konających, szczególnie tych w rozpaczliwej sytuacji, wątpiących w możliwość zbawienia. Pan Jezus obiecał, że zbawi każdego, za kogo koronka została odmówiona, i tego, kto ją odmawiał, bez żadnych innych warunków! Jej odmówienie zajmuje jakieś siedem minut, a otwiera niebo – opowiada siostra Gertruda, prowadząc nas w stronę ogrodu. Przytacza historię, którą opowiedziała jej jedna z osób z Kręgu Miłosierdzia. – Jej dziadek umierał w hospicjum. Jego córka, a mama tej naszej siostry, każdego dnia odwiedzała go i odmawiali razem koronkę, bez jakiejś specjalnej intencji. Tuż przed śmiercią dziadek opowiedział sen – zobaczył Maryję stojącą pośrodku morza, a wokół niej mnóstwo ludzi. Maryja powiedziała mu, że to są wyzwoleni niewolnicy, i podała ich liczbę. Dziadek nie zrozumiał tego snu. Kiedy zmarł, jego córka policzyła, ile dni wraz z ojcem modliła się z koronką – było ich dokładnie tyle, ilu wyzwolonych niewolników pokazała mu Matka Boża. A morze jest przecież symbolem zła, śmierci – dodaje zakonnica.

    Ratunek w Kościele

    Spacerujemy po ogrodzie, który jest jednocześnie „salą spotkań” – to tam siostry przyjmują większe grupy. – Mamy umowę z Jezusem – my szykujemy salę, Ty robisz klimatyzację. My kosimy trawę, przygotowujemy kwiaty, wystawiamy ławki, a On zapewnia pogodę. Zimą trochę trudniej, bo sala jest zasypana śniegiem, dlatego intensywnie korzystamy z niej od wiosny do późnej jesieni – mówi z błyskiem w oku przełożona.

    – Pięknie się słucha o zaufaniu, ale przecież w życiu duchowym żyjemy od kryzysu do kryzysu. Jak sobie radzicie, kiedy słowa: „Jezu, ufam Tobie” nie chcą przejść przez usta? – pytam. – My wolimy mówić: od wyjścia z kryzysu do wyjścia z kryzysu. Gorszy moment zdarza się każdemu, ale nie wszystkim jednocześnie. Dużo rozmawiamy, pomagamy sobie wzajemnie: dziś ja kogoś niosę, jutro siostry mnie podniosą. A w sytuacji każdego kryzysu ratunek jest w Kościele: sakrament pokuty, adoracja, kierownictwo duchowe. Trzeba czytać Pismo Święte i katechizm. Jak mam czymś żyć, to muszę wiedzieć, czym to naprawdę jest, potrzebuję przepisu na życie. I Kościół mi go daje przez Ewangelię, katechizm, komentarz do przykazań. My jesteśmy słabe jak wszyscy. Nie jesteśmy nadzwyczajne. Po ludzku to nasze dzieło nie ma prawa się udać. Ale to wszystko jest Jego dziełem, oparte na Jezusie. A On jest stronniczy – zawsze na naszą korzyść! Trzymaj się tej myśli, a nie zabłądzisz – mówi siostra Gertruda, ściskając na pożegnanie.

    Agnieszka Huf/Gość Niedzielny

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Dwa miliony ocalonych

    Wypraszanie łask od Jezusa Miłosiernego w Rybnie trwa nieustannie

    Wypraszanie łask od Jezusa Miłosiernego w Rybnie trwa nieustannie

    ***

    – Na Rok Wiary proponujemy wszystkim akcję „Prezent dla Jezusa”, którym jest codzienna Koronka do Bożego Miłosierdzia, odmawiana w intencji grzeszników – mówi siostra Gertruda, przełożona Wspólnoty Sióstr Służebnic Bożego Miłosierdzia w Rybnie.

    W czwartek 18 kwietnia minęła 20. rocznica beatyfikacji św. siostry Faustyny Kowalskiej. Kwiecień to także miesiąc, w którym 13 lat temu Jan Paweł II wpisał ją w poczet świętych. Patrząc przez pryzmat Roku Wiary, warto dołączyć się do akcji prowadzonej przez rybnowskie zgromadzenie, a także przyłączyć się do istniejącego przy zgromadzeniu Kręgu Miłosierdzia. Warto, bo ci, którzy to uczynili, bez przerwy opowiadają o łaskach i cudach, jakich doświadczają od Jezusa Miłosiernego.

    Uzdrowienia bez limitów

    – Tuż przed Niedzielą Miłosierdzia Bożego, w którą od lat przyjeżdżają do nas tłumy, martwiłyśmy się, że ludzie będą musieli stać w śniegu po kolana – mówi s. Gertruda. – Przez dwa dni „wykulałyśmy” cały śnieg. Potem zwróciłyśmy się do Pana Jezusa, mówiąc: „Wszystko, co mogłyśmy zrobić, zrobiłyśmy. Reszta należy do Ciebie, Panie Jezu”. A On jak zwykle nas nie zawiódł. Słońce, które tego dnia świeciło, osuszyło ziemię i sprawiło, że ludziom stojącym na zewnątrz nie było zimno. Po dwóch dniach po uroczystości Zwiastowania Pańskiego zimno wróciło – opowiada z uśmiechem siostra Gertruda. Ale w Rybnie Jezus Miłosierny nie wysłuchuje tylko próśb związanych z pogodą. Przyjeżdżający tu dają świadectwo o licznych uzdrowieniach, nawróceniach i zmianie życia.

    – Kiedyś przy porządkowaniu terenu pracowali u nas dwaj mężczyźni. Od dłuższego czasu ich pragnieniem było, by w ich małżeństwach poczęły się dzieci. Jezus ich wysłuchał. Niemal w tym samym czasie zostali ojcami. Jak z rękawa możemy sypać podobnymi przykładami uzdrowień i nawróceń osób, które przez lata były daleko od Boga. Żeby było jasne: wszystkie cuda, jakich ludzie tu doświadczają, to nie nasza zasługa. My tylko modlimy się w intencjach, jakie do nas spływają. W swoich modlitwach pamiętamy nie tylko o chorych, ale także o kapłanach, siostrach zakonnych, poszukujących Boga i zatwardziałych grzesznikach. Ci ostatni, zgodnie z tym, co powiedział Jezus, są mu szczególnie bliscy. I to wobec nich Jezus zdobył się na „szaleństwo”. Obiecał bowiem, że wystarczy zmówić w czyjejś intencji Koronkę do Miłosierdzia Bożego, by ocalić go od potępienia– przekonuje siostra przełożona.

    Sposób na smutasów

    Codzienne odmawianie Koronki z intencją „o uratowanie od potępienia duszy, którą Jezus chce uratować” to akcja, jaką na Rok Wiary siostry zaproponowały osobom należącym do Kręgu Miłosierdzia istniejącego przy rybnowskiej wspólnocie. W inicjatywę niemal od początku włączyły się też osoby nienależące do kręgu. – Rachunek jest prosty. Każdy w roku może ocalić przynajmniej 365 osób. Jak to pomnożymy przez osoby należące do kręgu i tych, którzy przyłączyli się do akcji w ciągu roku, możemy ocalić około 2 mln ludzi od potępienia – mówi s. Gertruda.

    – W ostatnim czasie rzadko odmawiałam Koronkę – przyznaje Ewa Kowal ze Śląska. – Będąc w Rybnie, usłyszałam o akcji „Prezent dla Jezusa” i od razu się do niej przyłączyłam. Pomyślałam sobie, że nie godzi się nie podejmować takiego dobra. Pierwszą ofiarowałam za siebie. Kolejne będą już bezinteresowne. Zamierzam też przeczytać „Dzienniczek”, który siostry mi podarowały. Mam nadzieję, że również w moim życiu mocniej doświadczę obecności Jezusa Miłosiernego – wyznaje pani Ewa.

    Święta siostra Faustyna w „Dzienniczku” opisuje proces rozprzestrzeniania się Dzieła Miłosierdzia w trzech odcieniach. W listach do ks. Sopoćki doprecyzowuje, co to znaczy. Poza zgromadzeniem zakonnym o charakterze kontemplacyjnym, jak czytamy w materiałach przygotowanych przez siostry, innym „odcieniem” uczestnictwa w Dziele Miłosierdzia jest modlitwa i czyny miłosierdzia osób niezobowiązanych żadnym ślubem, które, zgodnie z obietnicą Jezusa, będą miały udział we wszystkich zasługach i przywilejach całości dzieła. Co ważne, do tego odcienia mogą należeć wszyscy. Krąg Miłosierdzia przy rybnowskiej wspólnocie, powstały w kwietniu 2006 roku, dziś liczy grubo ponad 4 tysiące osób.

    – Osoby, które zdecydują się do nas dołączyć, zobowiązują się każdego dnia do odmawiania Koronki, krótkiej modlitwy za Kościół i kapłanów, przynajmniej jednego uczynku miłosiernego dziennie, świadectwa życia, oraz wierności swojej drodze powołania. W listach, które skierowałyśmy w Roku Wiary do osób z kręgu, zaproponowałyśmy, by do odmawianej koronki dołączyć intencję za grzesznika zagrożonego potępieniem. Drugim krokiem czy prezentem dla Jezusa była prośba o ofiarowanie za te osoby Komunii Wynagradzających. Trzecim – dziękczynienie. Dziś wokół nas jest bardzo wielu smutasów. Ludzie nie potrafią zauważać dobra. Stracili też nadzieję. Robiąc z nami trzy nieostatnie kroki, razem z Jezusem idziemy w głąb. Jak widać, nie są to jakieś propozycje ilościowe, ale jakościowe. Resztą zajmie się Jezus – podkreśla z uśmiechem siostra Gertruda.

    zdjęcie kaplicy i tekst – Agnieszka Napiórkowska/wiara.pl

    ______________________________________________________________________________________________________________

    fot. Henryk Przondziono/Gość Niedzielny

    ***

    Mam wrażenie, że to słowo, którego wielu katolików nad Wisłą boi się jak ognia. „Kontemplacja” brzmi jak świat zamknięty za kratami Karmelu, jak niedostępna rzeczywistość. Tymczasem, jak nauczał o. Joachim Badeni, jest ona „widzeniem Boga”. Zdolny jest do niej każdy człowiek i, jak zaznaczał, jest ona prosta.

    Choć dla wielu słowo to brzmi jak duchowy doktorat czy habilitacja, prawdziwym punktem wyjścia jest postawa dziecka. – Spotkanie z Bogiem to uczestniczenie w Jego prostocie! – opowiadał mi Badeni. – Do Niego trzeba podejść „po prostu”. Bez żadnej wielkiej szkoły, bez żadnej kombinacji! Rzeczy Boskie – dodawał z uśmiechem – są bardzo proste i bardzo łatwe. Ale zarazem trudne. Ze względu na prostotę.

    On patrzy!

    – Kontemplacja zaczyna się wtedy, gdy człowiek zauważy spojrzenie kochającego Boga. To przede wszystkim On patrzy na mnie – podpowiadał dominikanin. – Jest ona widzeniem Boga, ale nie jest to widzenie jakiegoś obrazu stworzonego przez wyobraźnię. Mogę sobie wyobrazić Chrystusa w postaci, którą znam ze scen z Ewangelii, wykonuję wysiłek umysłu, ale to nie jest to. Aby dojść do autentycznej kontemplacji, muszę przekroczyć własną wyobraźnię. Gwałtowne szukanie materiału dla wyobraźni nie daje żadnych wyników. Niektórzy porzucają w tym momencie kontemplację, nie wiedząc, że właściwie jeszcze w nią nie weszli. To normalny bieg rzeczy, że modlitwa oparta na własnym wysiłku staje się jałowa.

    Czy Adam Mickiewicz w słowach „Patrzaj w serce”, kończących balladę „Romantyczność”, nie zdradził definicji kontemplacji? To właśnie odróżnia ją od medytacji, która zakłada przede wszystkim aktywność ludzkiego rozumu. Tymczasem łacińskie contemplatio pochodzi od słów cum (z, jednocześnie, razem, wspólnie) i templum (określone miejsce, skąd rozciąga się obszar widzenia, pole obserwacji).

    – Medytacja, czyli modlitwa polegająca na rozmyślaniu czy rozważaniu słowa Bożego, może być przygotowaniem do kontemplacji – wyjaśniał Badeni. – Bóg oczekuje pewnego wysiłku medytacji. Ale w pewnym momencie sam nam przypomni, że wobec Niego jesteśmy dziećmi. Powie: „Stop. Teraz już nie rozmyślaj o Mnie, ale wpatruj się we Mnie”. Gdy więc wchodzimy w kontemplację, to kończy się medytacja. Warto spróbować być trochę takim bezmyślnym dzieckiem przed Bogiem, zupełnie swobodnym, bez wymądrzania się.

    Jak dzieci…

    „Dziecko ma potrzebę bliskiej relacji z dorosłym, który musi przyjść z zewnątrz. Ludzie w postawie dziecięctwa cechują się często piękną postawą kontemplacyjną, potrafią się długotrwale zainteresować czymś dotyczącym Boga albo dziełami sztuki” – opowiadał ks. Krzysztof Grzywocz. „Jest w nich chęć patrzenia, kontemplacji. To jedna z głównych postaw chrześcijańskiej duchowości: kontemplacja, zachwyt, patrzenie na rzeczywistość. A z kontemplacji rodzi się piękne działanie”.

    Punktem wyjścia do kontemplacji jest bezradność, pokorne stwierdzenie: „Nie umiemy się modlić tak, jak trzeba” (Rz 8,26) – przypomina katechizm. Prosimy zatem Boga o to, by sam nas nauczył modlitwy. „Podstawą modlitwy jest pokora. Pokora jest dyspozycją do darmowego przyjęcia daru modlitwy: Człowiek jest żebrakiem wobec Boga” (KKK 2559).

    „Możemy jedynie wymagać od siebie, byśmy Bogu dali szansę na to, by On się otworzył dla nas na taką więź” – pisał w książce „Chrześcijaństwo otwarte na kontemplację” o. Włodzimierz Zatorski (1953–2020), benedyktyn, fizyk, teolog i filozof. „Kontemplacji nie jesteśmy w stanie »zrobić«. Możemy jedynie ją otrzymać jako dar darmo dany od Boga i tylko w pokorze serca, czyli w świadomości, że jest to dar darmo dany. Słowo »kontemplacja« powinno być zastrzeżone do wglądu w prawdy Boże, które nas całkowicie przerastają i nie są do osiągnięcia dzięki naszemu wysiłkowi i co potem nazywa się »kontemplacją naturalną«. Z naszej strony musimy jedynie zapewnić określone warunki, aby Bóg zechciał nam te prawdy objawić przez swoją łaskę, i wówczas można mówić o »prostym oglądzie prawdy objawionej w świetle wiary i przy pomocy łaski Bożej, prowadzącym przez miłość do głęboko osobowego doświadczenia Boga«. Kontemplacja nie jest rodzajem wiedzy o czymś, lecz swoistym doświadczeniem, jest wejściem w przestrzeń spotkania. Tu zasadniczą rolę odgrywa łaska, i to nie jako wsparcie naszych naturalnych zdolności, ale jako czysty dar, w którym »widzimy« prawdy, a nawet raczej spotykamy się z Bogiem, który się nam objawia, przez co doświadczamy czegoś, co przerasta nasze naturalne zdolności poznawcze i wyobrażenia”.

    Nie sprawdzać, zaufać, wielbić!

    „Modlitwa nie zatrzymuje się na rozmyślaniach o Bogu, ale dąży do przebywania z Nim, doświadczania Jego obecności. Nie jest stanem raz osiągniętym, ale decyzją, działaniem, wysiłkiem, wiernością, łaską, którą należy pielęgnować. Modlitwa, podczas której sprawdzamy ciągle, czy się modlimy, jest tylko psią zabawą w kręcenie się za własnym ogonem. Postrzegamy tylko siebie! Milczeć. Nie mierzyć. Nie sprawdzać i nie liczyć. Zaufać. Wielbić” – bardzo przydają się tu podpowiedzi benedyktynki s. Małgorzaty Borkowskiej.

    – Na początku pewnie będzie nam trudno, bo w dzisiejszych czasach nie jesteśmy przyzwyczajeni do trwania w ciszy, ale jeśli ktoś spróbuje regularnie stawać przed Bogiem w taki sposób, to powoli On sam będzie poszerzać nasze serca – podpowiada brat Marek z Taizé. – I w pewnym momencie nie będziemy już chcieli bez tej ciszy żyć, będziemy za nią tęsknić i jej szukać. Niektórzy młodzi ludzie pod koniec tygodnia przeżytego w Taizé mówią nam, że na początku tych kilka minut ciszy podczas modlitwy im się dłużyło, a później chwile ciszy były za krótkie.

    Ojciec Badeni, wyjaśniając istotę kontemplacji, przytaczał biblijną opowieść o… stworzeniu świata. – Na początku Bóg stworzył niebo i ziemię… Pierwsze zdanie Księgi Rodzaju jest szczytem kontemplacji. Dlaczego tak jest? Bo mogę tu zobaczyć Trójcę Świętą w działaniu, dostrzec taką niewyobrażalną urokliwą prostotę: „Jestem stworzony przez Pana”. Odkrywam, że ziemia była bezładem i pustkowiem, ciemność była nad bezmiarem wód, i uznaję, że to wszystko… jest we mnie: bezład, ciemność i pustka. Zapytałem ojca Piotra Rostworowskiego, który moim zdaniem jest najwybitniejszym znawcą życia wewnętrznego, czy jest takie zdanie w Piśmie Świętym, które ujmuje stan doskonałości. Odpowiedział: „Oczywiście! List do Efezjan 5,7: »Niegdyś bowiem byliście ciemnością, lecz teraz jesteście światłością w Panu«”.

    Nawet jeśli odkrywam w sobie bezład, ciemność i pustkę, Bogu to nie przeszkadza. Jest z niej w stanie wyprowadzić światło. – To podobnie jak ze świętością. Sama w sobie jest nieuchwytna, wyrasta jakby niespodziewanie, czego sam człowiek nie jest nigdy świadomy – opowiada dominikanin o. Krzysztof Pałys. – Kochasz Boga, jak potrafisz, przebywasz z Nim, kiedy możesz, a On zaczyna cię przemieniać.

    – Jest taka antyfona, odmawiana podczas adwentowych nieszporów tuż przed Bożym Narodzeniem „O Oriens…”, czyli: „O Wschodzie, blasku Światła wiecznego i Słońce sprawiedliwości, przyjdź i oświeć siedzących w mroku i cieniu śmierci” – wyjaśniał Badeni. – Podczas modlitwy doświadczamy jakby wschodzącego światła.

    Od przeżycia do zamieszkania

    I ewangelizator Daniel Ange, i Pierre-Marie Delfieux, założyciel Monastycznych Wspólnot Jerozolimskich, zapytani o istotę kontemplacji, odpowiedzieli mi: to tracenie czasu przed Bogiem. Katechizm przywołuje słowa Teresy od Dzieciątka Jezus: „Modlitwa jest wzniesieniem serca, prostym spojrzeniem ku Niebu, okrzykiem wdzięczności i miłości zarówno w cierpieniu, jak i radości” (KKK 2558).

    – Zobaczenie Boga i spotkanie z Nim ma swój dalszy ciąg. Tak jak zakochani zmierzają w stronę małżeństwa, podobnie osoba pociągnięta urokiem miłości Boga pragnie związać się z Nim na stałe – podsumowywał Joachim Badeni. – Wytrwała kontemplacja prowadzi od przeżycia do zamieszkania. Człowiek zamieszkuje w Bogu, a Bóg w człowieku. To już nie tylko jest spotkanie, ale trwanie w Bogu i przebywanie w Nim. Bóg chce, abyśmy nie tylko oczekiwali na Jego działanie, ale sami także wkładali cały swój ludzki wysiłek w to, aby Go miłować. Tak jak to jest zapisane w przykazaniu miłości: „Będziesz miłował Pana, Boga twojego, z całego swego serca, z całej duszy swojej, ze wszystkich swych sił”. W tej wspólnocie miłości ze swojej strony pragniemy oddać wszystko, a otrzymujemy stokroć więcej.•

    Marcin Jakimowicz/Gość Niedzielny

    ______________________________________________________________________________________________________________

    ŻYWY RÓŻANIEC

    Aby Matka Boża była coraz bardziej znana, miłowana i uwielbiana a nie obrażana!

    „Różaniec Święty, to bardzo potężna broń.

    Używaj go z ufnością, a skutek wprawi cię w zdziwienie”.

    (św. Josemaria Escriva do Balaguer)

    A rosary is used for prayers and meditations.
    fot.wiseGeek

    *****

    INTENCJA ŻYWEGO RÓŻAŃCA

    NA MIESIĄC LIPIEC 2024

    Intencja papieska:

    *Módlmy się, aby sakrament namaszczenia chorych dawał osobom, które go przyjmują, i ich bliskim moc Pana i aby coraz bardziej stawał się dla wszystkich widzialnym znakiem współczucia i nadziei.

    więcej informacji – Vaticannews.va: Papieska intencja

    _______________________________________________________

    Intencje Polskiej Misji Katolickiej w Glasgow:

    * za naszych kapłanów, aby dobry Bóg umacniał ich w codziennej posłudze oraz o nowe powołania do kapłaństwa i życia konsekrowanego.  

    * za papieża Franciszka, aby Duch Święty prowadził go, a św. Michał Archanioł strzegł.

    *  Panie Jezu Chryste, Odkupicielu świata, niech Twoje Najdroższe Rany osłaniają nas w niebezpieczeństwach. Niech Twoja Najdroższa Krew obmywa i leczy serca nasze grzechem poranione. Prosimy, okaż nam miłosierdzie, na które nie zasłużyliśmy, ale mamy nadzieję, bo przecież Miłość Twoja jest przeobfita i nieogarniona.

    ____________________________________________

    Intencja dodatkowa dla Róży Matki Bożej Częstochowskiej (II),

    św. Moniki i bł. Pauliny Jaricot: 

    * Rozważając drogi zbawienia w Tajemnicach Różańca Świętego prosimy Bożą Matkę, aby wypraszała u Syna swego a Pana naszego Jezusa Chrystusa właściwe drogi życia dla naszych dzieci.

    *****

    Od 1 lipca modlimy się kolejnymi Tajemnicami Różańca Świętego i w nowych intencjach, które otrzymaliście na maila 30 czerwca z adresu e-rozaniec@kosciol.org (jeśli ktoś z Was nie dostał maila na ten miesiąc, proszę o kontakt z Zelatorem Róży, albo na adres rozaniec@kosciolwszkocji.org)

    ________________________________________

    Obecnie mamy 19 Róż Żywego Różańca, choć mieliśmy do niedawna 21. Dlatego bardzo serdecznie zachęcamy chętnych, aby zechcieli dołączyć się do Żywego Różańca. Módlmy się też w tej intencji, aby dotąd nieprzekonani mogli się przekonać jak skuteczną i tym samym jak bardzo potrzebną jest dziś modlitwa różańcowa.

    ***

    KRÓLOWO RÓŻAŃCA ŚWIĘTEGO, MÓDL SIĘ ZA NAMI!

    ______________________________________________________________________________________________________________

    ISTOCKPHOTO

    ****

    Rozżarzone węgle. Czym jest Żywy Różaniec?

    Wymienianie się tajemnicami nie musi oznaczać szpiegostwa czy plotkarstwa. Może być osią najprężniejszej akcji modlitewnej w historii świata. Posłuchajcie różanych opowieści…

    Na hasło w krzyżówce: „Robotnicy, Róża” odpowiedź nie musi brzmieć: „Luksemburg”. Może być nią Paulina Jaricot, osoba równie bliska lyońskim pracownicom i grupom, których dewiza brzmi: „Różaniec? Stanowczo odmawiam”. Jej pomysł był genialny w swej prostocie. „Piętnaście węgli: jeden płonie, trzy lub cztery tlą się zaledwie, pozostałe są zimne. Ale zbierzcie je razem, a wybuchną ogniem”.

    Nigdy się nie zawiodłam

    – Z Różańcem zaprzyjaźniłam się dwadzieścia lat temu, gdy poznałam orędzie fatimskie, ale odmawiałam go nieregularnie – opowiada Katarzyna Błotny. – Kilka lat temu poszłam na Mszę do swego parafialnego kościoła na katowickim Wełnowcu i zdziwiona zauważyłam, że w prezbiterium śpiewa Henryk Czich, jeden z założycieli popularnej grupy Universe. Miał wiaderko z różami i zachęcał do przystąpienia do tej formy modlitwy. Poszłam po jedną różę i… od czterech lat odmawiam codziennie swoją dziesiątkę. Zawsze, gdy czuję się bezsilna, chwytam za różaniec. Nigdy jeszcze się nie zawiodłam…

    Sam wokalista Universe opowiada: „Wybrałem Jezusa na Pana i Zbawiciela w 2007 roku, w czasie kursu Filip prowadzonego przez gliwicką Szkołę Nowej Ewangelizacji. Pan Bóg przestał być tylko Kimś, w kogo powinno się wierzyć, ale stał się mi bliski. Wyciągnąłem z szafki dawno nieużywane Pismo Święte i bardzo dotknęły mnie słowa: »Otwórz moje wargi, Panie, a usta moje będą głosić Twoją chwałę«. Tej nocy długo nie mogłem zasnąć”.

    Grupy Żywego Różańca istnieją w większości polskich parafii. Ile osób zrzeszają, Pan Bóg raczy wiedzieć… Ponieważ każda grupa jest jednostką autonomiczną i nie łączy się z innymi w struktury, nie można stworzyć bazy danych. Może i dobrze… Nad Wisłą obowiązuje zatwierdzony przez Prymasa Tysiąclecia Ceremoniał Żywego Różańca, opracowany w roku 1977 przez dominikanina Szymona Niezgodę. Odkąd świętujący ćwierćwiecze pontyfikatu Jan Paweł II w liście ­Rosarium Virginis Mariae wprowadził tajemnice światła, w grupie modli się nie piętnaście, jak na początku dzieła, ale dwadzieścia osób.

    Wiem, że Ty wiesz

    – Staram się upolować wolną chwilę już od rana. Najlepsze są dyżury w szkole – uśmiecha się Milena Żak, nauczycielka. – Do intencji za moje dzieci, o to, by nie pogubiły się w życiu i odnalazły swą relację z Jezusem, dorzucam chrześniaków, uczniów… Dorzucam też tych, którzy przyjdą mi tego dnia na myśl. Wybiegam także w przyszłość, bo już dziś modlę się za przyszłych małżonków moich dzieci. Rozpoczynam od przedstawienia intencji, które Pan Bóg zna już na pamięć. (śmiech) Mówię Mu jednak: „Ja wiem, że Ty wiesz, ale mi to pomaga, że Ci o tym opowiem”.

    – W parafii Ducha Świętego w Siemianowicach Śląskich działa prężnie róża różańcowa rodziców. Ludzie wpisywali na listę imiona dzieci, wnuków, chrześniaków – opowiada Beata Górny. – Weszłam w to, bo szukałam konkretu, modlitwy, która będzie dla mnie zobowiązaniem. Dotąd modliłam nieregularnie, a dzięki róży muszę wygospodarować na modlitwę czas, pilnować tego – i bardzo mi to pomaga. Co więcej mogę dać dzieciom, które polecam Bogu? Wierzę, że w tych pełnych zawirowań czasach uchronił je już od wielu niebezpieczeństw, że są w najlepszych rękach. Raz w miesiącu w parafii są odprawiane Msze w intencji róż różańcowych i widać wówczas, jak wiele osób zaangażowanych jest w to dzieło!

    Jeden za drugiego

    – Gdy trafiłem do Bytomia, nie było tu żadnych wspólnot – opowiadał mi przed laty Rafał Kogut, franciszkanin. – Zaczęliśmy od powołania wspólnoty Żywego Różańca. Dlaczego? Zależało mi na tym, by ludzie modlili się za parafię.

    – Przez lata miałam problemy z Różańcem, odmawianie go sprawiało mi sporą trudność, więc dołączenie do róży było dla mnie wyzwaniem – mówi Aleksandra Nowojska z Siemianowic Śląskich. – Zaryzykowałam, bo napędzała mnie myśl, że nie tylko ja sama będę modliła się za moje dzieci, ale otoczy je modlitwa całej grupy. I to do końca ich życia! Zachwyciła mnie ta zasada naczyń połączonych, ludzi, którzy wzajemnie sobie błogosławią. Swą małą cegiełkę dokładam do tego zawsze rano, gdy tylko wstanę…

    Pół godziny nikogo nie zbawi

    Kończy się majowe i większość ludzi wychodzi z kościoła. Na Eucharystii pozostaje jedynie część wiernych. Z jednej strony świadczy to o tym, że piękne maryjne nabożeństwa są wciąż nad Wisłą niezwykle popularne, a z drugiej rodzi się pytanie, czy właściwie rozłożyliśmy akcenty. Hitem stał się lapsus językowy jednego z proboszczów, który rzucił: „Po Różańcu będzie Msza Święta. Zostańcie, te pół godziny nikogo nie zbawi!”.

    Różaniec jest mi bliski. Nie rozumiem jednak tych, którzy opowiadają o tym, jak łatwą jest modlitwą. – To jest bardzo trudna modlitwa – mówił mi o. Joachim Badeni. – Ona jest łatwa jedynie na poziomie najniższym. To dotyczy ludzi prostych, bez wykształcenia. Natomiast jeśli przyjdzie ktoś, kto się zajmuje naukowo np. hodowlą mrówek, to to całe różańcowe mówienie może mu przeszkadzać w myśleniu. On woli myśleć: nawet jeśli nie o tych swoich mrówkach, to o Matce Boskiej. I twierdzi, że tam, gdzie jest miłość, mówienie nie jest potrzebne. Milcząca miłość matki jest bardziej wymowna niż tłumaczenie dziecku, że się je kocha. Ludzie wykształceni boją się gadania. A można zagadać Matkę Boską! Człowiek potrafi właściwie w tej dziedzinie wszystko. Naukowiec boi się właśnie takiego zagadania i… przeżywa kryzys Różańca. Co zrobić? Wchodzić stopniowo w życie Maryi i Jezusa, a po pewnym czasie te tajemnice rodzą się we mnie. Do tego dojdzie i intelektualista, i prosty człowiek. Myślę, że gdybym był jednym z asysty dworu Pana Zastępów, to usłyszałbym: „Mnie się podoba modlitwa, w której jest mowa o Matce Mego Syna. I tę modlitwę obdarzę licznymi łaskami”. Tak to sobie wyobrażam.

    Róża zamiast kołysanki?

    Masz problemy z zasypianiem? Zapisz się do róży różańcowej i modlitwę odłóż na ostatnią chwilę dnia. Nic tak nie usypia jak zdrowaśki – taką „złotą radę” dostałem od osób zaangażowanych w dzieło. Cytując klasyka: nie idźcie tą drogą.

    Członkowie Żywego Różańca zgodnym chórkiem opowiadają, że najtrudniejsze są wierność i systematyczność. Wielu z nich bliska staje się opowieść Teresy z Lisieux, która wyznawała: „Odmawianie Różańca kosztuje mnie więcej niż używanie narzędzi pokutnych. Czuję, że tak źle go odmawiam! Nie mogę skupić myśli”.

    – Dlaczego modlę się w róży? Bo wierzę w słowa z listu św. Jakuba: „Wielką moc posiada wytrwała modlitwa sprawiedliwego” – opowiada Agnieszka Skarecka. – Czasami mam wrażenie, że dla współczesnego świata hasło: „Mogę się za ciebie pomodlić” jest wyrazem bezradności. Wierzę w to, że modlitwa za mojego męża naprawdę przynosi mu błogosławieństwo.

    – Jestem przekonany, że Żywy Różaniec to najpotężniejszy i jednocześnie najbardziej wykpiwany ruch w Kościele – twierdzi ks. dr Grzegorz Wita z Wydziału Teologicznego Uniwersytetu Śląskiego. – Geniusz Pauliny Jaricot polegał na tym, że idealnie wpisała się w społeczny i historyczny klimat epoki. Pomysł był oddolny (to niezmiernie istotne! To nie była akcja odgórnie narzucona przez episkopat!). Schemat jest prosty: zapraszam do róży tych, którym ufam. Trochę kojarzy mi się to z budowaniem siatki konspiracyjnej. „Swoi” znają „swoich”. Zaufanie, zgrany team plus konkretna intencja to elementy scalające wspólnotę.

    To nie handel!

    Nie chcę przytaczać świadectw o tym, „co można wymodlić w róży”. Nie po to stworzono to dzieło. To nie rodzaj handlu: dziesiątka za usługę. Pracujący na Wschodzie oblat o. Andrzej Madej opowiadał: – W wielu kościołach zauważam tablice: „W tym miejscu Pan Bóg wysłuchał mojej prośby”, ale jeszcze nigdy nie widziałem tablicy: „Tu ja posłuchałem Pana Boga”. A byłby to nie mniejszy cud!

    Róże różańcowe to odpowiedź na zaproszenie do wiernej modlitwy. Lekcja słuchania.

    – Modlę się w intencjach, które proponuje Kościół, które są przypisane na dany miesiąc – mówi Mariusz Wolnik (prowadzi firmę na Górnym Śląsku). – Do róży należę razem żoną. Ja modlę się najczęściej w samochodzie, bo nie chcę zostawiać tej modlitwy na koniec dnia…

    „Lubimy dania z mikrofalówki, a Pan Bóg woli marynaty”. Róże różańcowe doskonale wiedzą, co „poeta miał na myśli”, nauczając: „Wytrwajcie w miłości mojej”. Słowo to nosi przecież w sobie pewną decyzję, determinację, zmaganie z przeciwnościami. Paulina Jaricot stawiała na wierność. – Dla mnie – podsumowuje Agnieszka Skamrot, nauczycielka z Warszawy – modlitwa w ramach róży różańcowej jest najbardziej niepozorną, a jednocześnie najpotężniejszą bronią.

    Marcin Jakimowicz/Gość Niedzielny

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Cierń schizmy.

    Gdy katolik wypowiada papieżowi posłuszeństwo

    O tym, czym jest schizma, czym herezja, a czym religijne posłuszeństwo, mówi dominikanin o. dr Janusz Pyda.

    Franciszek Kucharczak: Były nuncjusz apostolski w USA abp Carlo Maria Viganò ogłosił, że Franciszek nie jest papieżem, wypowiedział mu posłuszeństwo i wezwał katolików do zrobienia tego samego. Zakwestionował też nauczanie Soboru Watykańskiego II. Czy katolikowi wolno głosić takie rzeczy?

    O. Janusz Pyda OP: 
    Katolik nie może negować zwierzchności biskupa Rzymu i odrzucać wspólnoty z członkami Kościoła, którzy tę zwierzchność uznają. Z tego, co wiem z doniesień medialnych, abp Vigano słowami i czynami zdystansował się wobec jedności z biskupem Rzymu i wiernymi, którzy zwierzchność papieża uznają.

    I grozi mu ekskomunika z powodu przestępstwa schizmy.

    Tak, ale chcę podkreślić, że proces kanoniczny został wszczęty nie dlatego, że abp Vigano w czymś nie zgadzał się z papieżem Franciszkiem. Jest wielu hierarchów, którzy się nie zgadzają i bardzo wyraźnie zgłaszają swoją niezgodę wobec takich czy innych aspektów funkcjonowania kongregacji czy papieża, a przecież żaden z nich nie jest objęty takim procesem. Mam wrażenie, że arcybiskup próbuje się pozycjonować jako męczennik ortodoksji, ale to nieprawda. Proces został wszczęty w związku z jego zachowaniami schizmatyckimi, czyli tymi, które negują jedność z biskupem Rzymu.

    Czym w takim razie jest schizma i czym różni się od herezji?

    Zarówno herezję, jak i schizmę dobrze definiuje kanon 751 Kodeksu prawa kanonicznego, gdzie czytamy: „Herezją nazywa się uporczywe, po przyjęciu chrztu, zaprzeczenie jakiejś prawdzie, w którą należy wierzyć wiarą boską i katolicką, albo uporczywe powątpiewanie o niej (…), schizmą – odmowa uznania zwierzchnictwa Biskupa Rzymskiego lub utrzymywania wspólnoty z członkami Kościoła, uznającymi to zwierzchnictwo”.

    Gdy katolik odrzuca nauczanie soboru, staje się schizmatykiem czy heretykiem?

    Zarówno papież, jak i Kolegium Biskupów zgromadzonych na soborze powszechnym w jedności z papieżem mogą nauczać nieomylnie, ale tylko wówczas, gdy – jak mówi Kodeks prawa kanonicznego w kanonie 749 – w sposób definitywny głoszą obowiązującą naukę w sprawach wiary i obyczajów czy stwierdzają, że należy coś przyjąć jako definitywnie obowiązujące. Zatem nie każde nauczanie papieża czy soborów cieszy się przymiotem nieomylności. Kodeks prawa kanonicznego w kan. 749, par. 3 mówi wyraźnie: „Tylko wtedy należy uznać jakąś naukę za nieomylnie określoną, gdy to zostało wyraźnie stwierdzone”. A w kan. 752 czytamy: „Wprawdzie nie akt wiary, niemniej jednak religijne posłuszeństwo rozumu i woli należy okazywać nauce, którą głosi papież lub Kolegium Biskupów w sprawach wiary i obyczajów, gdy sprawują autentyczne nauczanie, chociaż nie zamierzają przedstawiać jej w sposób definitywny. Stąd wierni powinni starać się unikać wszystkiego, co się z tą nauką nie zgadza”. To niepozorne słowo „definitywnie” jest bardzo ważne, bo wyznacza dogmatyczność, czyli nieomylność danego nauczania papieża czy soborów. Trzymałbym się zatem ścisłego rozumienia schizmy jako zerwania jedności z papieżem i wiernymi przyjmującymi jego zwierzchnictwo.

    Czyli schizmatykiem może być ktoś, kto wierzy zasadniczo „po katolicku”, ale nie uznaje władzy papieża?

    Tak. Do schizmy może więc dojść nawet wówczas, gdy ktoś przyjmuje wszelkie prawdy wiary, w które należy wierzyć „wiarą boską i katolicką”, ale odrzuca na przykład zwierzchność papieża w takim wymiarze, w jakim przyjmujemy ją w Kościele rzymskokatolickim. Może być również tak, że ktoś odrzuca nauczanie soboru w tych elementach, w których sobór nie domaga się aktu wiary, ale „religijnego posłuszeństwa rozumu i woli”. Nie staje się wówczas automatycznie heretykiem, ale wyraźnie widać, iż z jego religijnością dzieje się coś bardzo niepokojącego.

    Niedawno całe episkopaty krajowe zadeklarowały… dystans wobec Fiducia supplicans. Czy to mieści się w granicach „religijnego posłuszeństwa”?

    Zdecydowanie tak. Sprzeciw wobec Fiducia supplicans był i jest naprawdę duży. Były prefekt Kongregacji ds. Kultu Bożego i Sakramentów kard. Sarah powiedział: „Byłem bardzo dumny, słysząc biskupów afrykańskich całkowicie odrzucających ten tekst. I wielu innych biskupów nawet w Brazylii odmówiło, więc myślę, że jest on niemożliwy do zaakceptowania”. Kard. Gerhard Müller, były prefekt Kongregacji Doktryny Wiary, w tekście opublikowanym na portalu The First Things napisał: „Deklaracja Fiducia supplicans musi być uważana za doktrynalnie problematyczną, ponieważ zawiera zaprzeczenie nauki katolickiej”. Dodał, iż tekst deklaracji jest „również problematyczny z duszpasterskiego punktu widzenia”. Trudno mi sobie wyobrazić mocniejsze słowa, zwłaszcza ze strony byłych prefektów dwóch najważniejszych kongregacji.

    W jaki sposób realizuje się tu religijne posłuszeństwo?

    Protestujący argumentują, przytaczając konkretne przykłady, że ten dokument idzie w poprzek Pismu Świętemu i tradycyjnemu nauczaniu Kościoła, nie wprost, co prawda, odnośnie do homoseksualizmu, ale co do tego, czym jest błogosławieństwo i co ono znaczy. Krytycy zauważają bowiem, że zgoda na udzielanie błogosławieństwa jest, a przynajmniej może być, odczytana jako akceptacja czynów moralnie złych. Jeżeli więc oni coś takiego zauważają, to powinni swoje stanowisko jasno wyrazić.

    Jak jednak odróżnić te sytuacje, w których można tak reagować, od tych, w których nie można? Przecież mówimy o dokumencie Dykasterii Nauki Wiary.

    To jest dokument stosunkowo niskiej rangi – został wydany właśnie przez dykasterię, a nie przez papieża. Hierarchia ważności dokumentów ma znaczenie. Druga rzecz jest taka, że ten sprzeciw zgłaszają biskupi, i to biskupi sprawujący swój urząd, oraz tacy, którzy – jak kard. Sarah czy kard. Müller – stali niegdyś na czele najważniejszych kongregacji watykańskich. Oni mają mandat do tego, żeby takie wątpliwości zgłosić. Znaczące, że nikt z autorów różnych dubiów posłuszeństwa papieżowi nie wypowiada.

    Czy tak powszechny sprzeciw, jaki zdarzył się wobec Fiducia supplicans, to precedens?

    Zdarzały się już sprzeciwy wobec dokumentów nawet wyższej rangi i sygnowanych przez samych papieży. Można tu przypomnieć chociażby sprzeciw, z jakim spotkała się encyklika Pawła VI Humanae vitae zarówno po jej publikacji, jak i przed nią, kiedy już wiadomo było, w jakim kierunku pójdzie papieskie rozstrzygnięcie konkretnych kwestii moralnych, których dotyczyła ta encyklika. Paweł VI był zresztą świadomy reakcji, jaką jego dokument może wywołać, o czym wyraźnie pisze na samym początku encykliki. Niemniej jednak zarzuty, jakie kierowano wobec Humanae vitae, dotyczyły raczej tego, że nauczanie papieża, zwłaszcza w kwestiach ludzkiej płodności, nie nadąża za tendencjami kulturowymi czy cywilizacyjnymi, że jest zbyt restrykcyjne i tak dalej. Nie zarzucano nauczaniu zawartemu w Humanae vitae, że jest niezgodne z Pismem Świętym czy Tradycją moralną Kościoła. Tymczasem takie właśnie zarzuty, jak widzieliśmy w przytoczonych cytatach, bardzo z natury swej poważne, pojawiają się w odniesieniu do Fiducia supplicans.

    Były też sprzeciwy wobec adhortacji Amoris laetitia, a to już jest dokument wyższej rangi, prawda?

    Tak. Pewnie chodzi panu o ósmy rozdział.

    Konkretnie o przypis.

    Problem z Amoris laetitia polega na tym, że tam w sposób bardzo niejednoznaczny są wprowadzane pewne rzeczy, które faktycznie mogą budzić sprzeciw. Znowu jednak nie jest to wprowadzone przez formułę bardzo autorytatywną, a do tego główny problem dotyczy przypisu. Wychodzi tu też sprawa hierarchizacji wypowiedzi i odróżnienia wypowiedzi dogmatycznych od duszpasterskich. Wszyscy znamy przykład sprzeciwienia się papieżowi, i to samemu świętemu Piotrowi. Czego dotyczył spór apostołów? Nie doktryny, bo święty Piotr nie odrzucał postanowień tzw. soboru jerozolimskiego, które wcześniej sam akceptował. Paweł skarcił Piotra za to, że w swoich gestach jest niekonsekwentny w stosunku do wcześniej podjętych decyzji doktrynalnych. Widać tu, że nie tylko słowa papieża, ale również jego gesty są znaczące. One też muszą być spójne z doktryną.

    W Polsce istnieją grupy korzystające z posługi suspendowanych księży. Duchowni ci jawnie lekceważą nałożone na nich zakazy i nakazy, a nie spotyka ich ekskomunika. Dlaczego?

    Roztropni wierni, wiedząc – a naprawdę łatwo się tego dowiedzieć – iż dany duchowny jest suspendowany, czyli że zawieszona została jego władza wykonywania święceń, nie powinni, a nawet nie mogą uczestniczyć w obrzędach przez niego sprawowanych, wsłuchiwać się w głoszone przezeń nauki czy podążać za jego wskazaniami. To właśnie suspensa jest karą chroniącą wiernych przed działaniem błądzących duchownych. Jest ona nakładana nawet wówczas, gdy na przykład ze względu na zaburzenia psychiczne czy poważne zaburzenia osobowości osobista wina takich księży jest ograniczona. Jeśli wierni, świadomi ciążącej na duchownym kary suspensy, wciąż za nim idą, nie sądzę, aby powstrzymała ich w tym kara ekskomuniki nałożona na takiego księdza.

    A jednak arcybiskupowi Viganò ekskomunika grozi.

    Mówimy, że jest to kara late sententiae, czyli na mocy samego prawa. Jeżeli ktoś dokonuje aktu schizmy, to trudno, żeby jednocześnie pozostał w komunii z Kościołem. Bo albo jedność z Kościołem, albo schizma. Ekskomunika to jest postawienie kogoś poza wspólnotą, więc powiedziałbym, że w takiej sytuacji tę ekskomunikę sam zainteresowany sobie wymierza.

    rozmawiał Franciszek Kucharczak/Gość Niedzielny

    ______________________________________________________________________________________________________________

    	Po usunięciu z wystawy wizerunki rtm. Witolda Pileckiego, św. Maksymiliana Kolbego i bł. rodziny Ulmów zostały wyświetlone na fasadzie Belwederu.

    Po usunięciu z wystawy wizerunki rtm. Witolda Pileckiego, św. Maksymiliana Kolbego i bł. rodziny Ulmów zostały wyświetlone na fasadzie Belwederu.
    fot. Łukasz Błasikiewicz/KPRP
     

    ***

    Prof. Nowak: Obserwujemy zjawisko „dezynfekcji” – wyczyszczenia pamięci zbiorowej dotyczącej walki o niepodległość

    – Trzeba tupetu, by tak ostentacyjnie niszczyć polską pamięć. Nawet za czasów wcześniejszych rządów lewicy, w tym SLD, nie obserwowałem podobnych zachowań – mówi prof. Andrzej Nowak o zmianach wprowadzonych w wystawie stałej w Muzeum II Wojny Światowej w Gdańsku.

    Agata Puścikowska: Z sieci: „Obecny rząd zapamiętamy z tego, że usuwał z pamięci historycznej rtm. Pileckiego, a przywracał emerytury tym, którzy wyrywali mu paznokcie”. To nasza przyszłość?

    Prof. Andrzej Nowak: 
    Nie wiem, jaka będzie przyszłość. Ponieważ jednak jestem historykiem, obserwuję to, co już się wydarzyło: zaszło wiele ważnych zmian, z których można wyciągać pewne wnioski. Zmieniła się podstawa programowa nauczania historii, zmienił się też kanon lektur dla uczniów. W końcu została zmieniona ważna ekspozycja w Muzeum II Wojny Światowej. Wszystko to jest spójne i można przypuszczać, że składa się na działania, które mają zmienić naszą zbiorową pamięć. Polska pamięć narodowa, nasza tożsamość w dużym stopniu została ukształtowana na tradycji walki z najeźdźcami, sprzeciwie wobec zniewolenia, oporze wobec zewnętrznych zaborców, na dumie narodowej z rzeczywistych bohaterów w tej walce o wolność. Co oczywiście nie oznacza, że mamy żyć wyłącznie wspomnieniami lub we wrogości do dawnych okupantów. Obecnie jednak obserwujemy zjawisko, które można nazwać „dezynfekcją” pamięci, czyli próbę wyczyszczenia części pamięci zbiorowej dotyczącej walki o niepodległość, poświęcenia dla ojczyzny. Widać to zarówno w „dezynfekcji” podstawy programowej nauczania historii, z której usunięto – zaczynając od średniowiecza – m.in. wszelkie wzmianki o walce z Zakonem Krzyżackim, hołd pruski, nawet kwestie związane z udziałem Polaków w walce o niepodległość USA, i dokonano szokującej czystki w nauczaniu współczesnej historii – na przykład o wojnie obronnej we wrześniu 1939 r. Z szerszej perspektywy wyrzucenie ze scenariusza ważnej wystawy postaci takich jak św. Maksymilian, rtm. Pilecki czy rodzina Ulmów wydaje się konsekwentnym dopełnieniem tej tendencji, a zarazem niezwykłej arogancji. Trzeba bowiem tupetu, by tak ostentacyjnie niszczyć polską pamięć. Nawet za czasów wcześniejszych rządów lewicy, w tym SLD, nie obserwowałem podobnych zachowań. Wówczas też nie dochodziło w tak brutalny sposób do prób formowania „osób uczniowskich” na skrajnie zideologizowaną modłę. Dokonuje się rewolucja kulturalna.

    Pan również doświadczył jej skutków: z radiowej Jedynki usunięto świetną historyczną audycję pt. „Historia żywa”. Jak Pan to odebrał?

    Zlikwidowano cały program, ale nie dopuszczono nawet do emisji dziesięciu audycji nagranych już wcześniej. Tej decyzji nie argumentowano. Przypomniało mi to czasy komunistyczne, gdy władze cenzurowały i zatrzymywały niewłaściwe filmy, odkładając je na półki archiwów. „Historia żywa” stała się również „półkownikiem”. Poczułem się jak cząstka historii, która się powtarza. Wydawało mi się też nieco zabawne, choć i przykre, że usunięto audycje traktujące o historii… XVII i XVIII wieku. A co tam było złego z punktu widzenia nowej władzy? Przecież nawet nie pojawił się temat Targowicy…

    Jeśli założymy, że obecnie następuje rewolucja kulturalna, to podstawowe pytanie brzmi: dlaczego? Również w kontekście zmian w muzeum.

    O to należy zapytać tych, którzy wprowadzają takie zmiany. Publiczna odpowiedź na pytania o usunięcie z muzeum takich postaci jak św. Maksymilian, rtm. Pilecki i rodzina Ulmów brzmi m.in. tak: one „zakłócają antropologiczny charakter tej wystawy”. To ważna deklaracja, bo sięga do podstawowego rozumienia istoty człowieczeństwa. Należałem do grupy obrońców tej wystawy, gdy rząd PiS-u bardzo mocno ją krytykował. Muzeum interesująco pod wieloma względami pokazywało II wojnę światową. Jednak wystawa stała zawierała pewne błędy, które należało po prostu skorygować. A jednym z nich było wyeliminowanie z ekspozycji aspektów ludzkiego poświęcenia, heroizmu, kiedy kojarzyły się one z Polską lub z katolicyzmem. Wprowadzenie takich postaci jak o. Kolbe, Pilecki i Ulmowie nie zakłóciło antropologicznego charakteru wystawy, lecz wskazało na pewien fundamentalny aspekt. Człowiek oczywiście może być rozumiany jako jeden z gatunków zwierząt. Lecz jest to jedyny gatunek, który wykazuje się zdolnością do poświęcenia aż do oddania życia za drugiego, także spoza własnej grupy krewniaczej. To stanowi o wyjątkowości antropologicznej struktury dla rozumienia człowieczeństwa. Dlatego warto pokazywać i podkreślać znaczenie takich postaci, które zostały najbardziej wyrazistymi symbolami tego rodzaju poświęcenia. Przykłady życia i działania Ulmów, Kolbego i Pileckiego wywierały ogromny wpływ na im współczesnych, ale i wywierają na nas obecnie. Gdy na różne sposoby próbowano Polaków (i nie tylko) traktować jako podludzi, w systemach niemieckiego i sowieckiego ludobójstwa zredukować do najprymitywniejszych, to właśnie przykład poświęcenia za innych, jaki dali wspomniani tu bohaterowie w najbardziej ekstremalnych warunkach, pomagał ocalić człowieczeństwo innym ludziom. Przypomnieć, że są ludźmi, a nie bydłem. Ich życie, wybory są nie tylko warte pokazywania, ale wręcz konieczne, by zrozumieć II wojnę światową. Nawet wówczas, gdy chcemy uciec od wątków czysto martyrologicznych, patriotycznych.

    „Muzeum II Wojny Światowej w Gdańsku powstało jako instytucja kultury, której zadaniem jest kształtowanie narracji historycznej tak, by w wielowymiarowy sposób przeanalizować, zrozumieć i nie dopuścić do zatarcia obrazu II wojny światowej w pamięci zbiorowej” – napisała na platformie X minister kultury i dziedzictwa narodowego Hanna Wróblewska. Czyli są dobre intencje?

    A jednak wycięcie trzech uzupełnień pokazuje zgoła coś innego. Pani minister broni złej koncepcji całości. Warto przynajmniej przyjmować głosy krytyki, analizować je, a nie za wszelką cenę bronić zamysłu, który okazał się błędny. Decyzja obecnych władz muzeum w żadnym aspekcie się nie broni. Władze muszą się zdecydować, czy chcą towarzyszyć postępującej rewolucji kulturalnej i wspierać ją, czy wpisywać się w rodzaj niszczenia narodowej pamięci.

    Każda ekipa rządząca wprowadza do historii politykę. To i zrozumiałe, i… niebezpieczne. Co robić?

    Polityki historycznej, jak sama nazwa wskazuje, odpolitycznić się nie da. Jednak ważna jest tu obrona konsensusu, który wynika ze zdrowego rozsądku, a opiera się na prawdzie historycznej. Prawdą historyczną jest to, że istnieli ludzie, którzy w heroiczny sposób w czasie II wojny światowej poświęcali się dla innych. To jest konkret, który ma ogromne znaczenie symboliczne. Decyzja władz muzeum mianowanych w okresie rządów PiS, by uzupełnić gdańską wystawę wspomnianymi postaciami, miała według mnie sens naprawczy, bo była racjonalna, oparta na głębszym rozumieniu poświęcenia, bez którego nie da się zrozumieć ani II wojny, ani człowieka w ogóle. Jednocześnie upór twórców wystawy mianowanych przez PO, żeby owo uzupełnienie wyrugować, wydaje mi się godny krytycznej refleksji. Autorzy pierwotnego scenariusza wystawy wyszli jakby z założenia, że są jej właścicielami, co jest absurdalne. Gdyby było to myślenie zasadne, wystawa w Luwrze traktowana byłaby, od jej zarania, jako własność jednej osoby, która ułożyła jej scenariusz w roku 1750, kiedy po raz pierwszy została otwarta i jakby od roku 1750 do dziś nie wolno było zmienić ani jednej gabloty, ani jednego obrazu. Wystawy ewoluują, zmieniają się, są uzupełniane. Gdy pojawiają się w nich błędy, wówczas powinna następować dyskusja, a po sensownej krytyce – wprowadzenie potrzebnych zmian. Wystawa dotycząca historii II wojny światowej powinna służyć narodowi albo ogółowi zwiedzających, a nie autorowi. Jest bowiem własnością społeczną, a nie prywatnym przedsięwzięciem. Ten fakt doskonale zrozumiało społeczeństwo, które zareagowało zdroworozsądkowo. Głosem zdrowego rozsądku jest też głos polityka, wicepremiera Kosiniaka-Kamysza, który mocno stwierdził, że usunięte postaci powinny być przywrócone. To nie był przykład zachowania cenzorskiego czy upolitycznienia sprawy, lecz przytomne zachowanie, które wynika z historycznej prawdy.

    Jan Maria Rokita podaje dwie możliwe przyczyny, które mogły kierować władzami muzeum. Pierwsza to „ideologiczny czad”, który nakazuje niszczyć wszystko ustanowione przez poprzednią władzę. Druga to odgórny nakaz. Która hipoteza jest według Pana bardziej prawdopodobna?

    Szczypta prawdy może być w obu. Jednak z moich obserwacji i znajomości reakcji twórców wystawy, zarówno prof. Rafała Wnuka, jak i prof. Pawła Machcewicza, wynika, że mogą tu dochodzić jeszcze kwestie osobiste. Wypowiedzi obu historyków w tej sprawie wyrażają silnie owo szczególne poczucie właścicielstwa, jakby rzecz dotyczyła ich prywatnego folwarku. Więc i taki odruch tutaj widzę: kwestie urażonej dumy i traktowania muzeum jako własności. Co nie wyklucza także ogólniejszego szaleństwa ideologicznego oraz antypisowskiego zacietrzewienia.

    Społeczeństwo, zwykle podzielone, tutaj zareagowało dość jednoznacznie: oporem. Wystarczy tej determinacji na dłużej?

    Mam nadzieję. Tylko reagowaniem, działaniem w obronie kultury – bo przecież następuje też próba zastąpienia kultury chamstwem i prymitywizmem (zwłaszcza w wydaniu minister edukacji, mówiącej z pogardą o jednym z największych polskich poetów „niejaki…”) – mamy szansę wpływać na rzeczywistość. Nie można pozostać obojętnym na wszelkie reakcje niszczycielskie. Wyobrażam sobie taki protest również jako coś zorganizowanego, być może nawet wyjście na ulicę, gdy będzie trzeba. Ale też konieczna jest stała pomoc naszym dzieciom, wnukom w poznawaniu historii, sztuki, piękna języka. Walka o narodową tożsamość jest więc walką i o to, by kolejne pokolenia poznawały najpiękniejsze przestrzenie polskości, do których próbuje im się odgórnie odciąć dostęp. Konieczne jest też „oddolne” przypominanie i upominanie się o pamięć o tych, których na niepamięć teraz się skazuje.

    A może pozostawmy historię historykom? Polityków do niej nie dopuszczając…

    Tu trzeba zadać pytanie: kto jest właścicielem historii? Czy aby na pewno wyłącznie historycy? A może także społeczeństwo, które z jednej strony jest efektem historii, a z drugiej samo tworzy historię. Historycy badają rozmaite zagadnienia, krytykują wzajemnie wyniki badań. Nikt z nas nie posiada, nie jest dysponentem prawdy ostatecznej. Jeśli ktoś tak twierdzi, to po prostu kłamie. Poza cechem historyków są też obywatele, dla których dzieje narodu są ważne. Oni też mają prawo współdecydować o polityce historycznej. Zwykle robią to przez przedstawicieli, czyli polityków. Tym samym politycy mają prawo i obowiązek dbać o sposób przedstawiania historii w przestrzeni publicznej. Natomiast historyk jest jednym z wielu uczestników dialogu o tym, jak ma wyglądać spojrzenie społeczeństwa na przeszłość. Dodatkowo (wraz z politykami albo przeciw nim!) powinien bronić historycznej prawdy.

    Historyczna prawda winna być natomiast przekazywana z klasą. Obecnie mamy, co mamy. Natomiast rząd PiS zmierzał trochę w kierunku patriotycznej tandety…

    Częściowo się zgadzam. Przykładem toporności przekazu był np. sposób redagowania telewizji publicznej. Jednak nie wszystko było przecież przaśne nawet w telewizji, czego przykładem był świetny kanał TVP Historia, który nowe władze również likwidują. Jeśli jednak PiS nieco za mocno naciskał na pedał patriotyczno-akademijny, to obecna ekipa jeszcze mocniej naciska na pedał walki z polską tradycją w przestrzeni publicznej, jak już mówiłem – „dezynfekcji” pamięci. Co jest gorsze? Wszystko to jest przejawem zjawiska mocno patologicznego, rodzaju politycznej choroby dwubiegunowej: przechodzimy ze skrajności w skrajność. To niebezpieczne. Przydałoby się ograniczenie niszczycielskiego rozmachu wahadła politycznego, nie tylko w kwestii polityki historycznej. Czy i jakimi metodami można to osiągnąć? Coraz częściej myślę, że może to leżeć obecnie już tylko w sferze Bożej interwencji…

    rozmawiała Agata Puścikowska/Gość Niedzielny

    ______________________________________________________________________________________________________________

    fot. Józef Wolny/Gość Niedzielny

    ***

    Trawa u sąsiada. Na każdej drodze znajdziesz to, co ci jest potrzebne do zbawienia

    Nucisz sobie pod nosem: „Wszędzie dobrze, gdzie nas nie ma”? Wydaje ci się, że w innym miejscu byłbyś szczęśliwszy, a trawa u sąsiada jest bardziej zielona? Masz rację: wydaje ci się.

    Jeden z kapłanów tuż przed zawieszeniem sutanny na kołku opowiada w sieci w samych superlatywach o tym, jakie szczęście odnajdzie w małżeństwie. Nie w konkretnym, rzeczywistym, ale jakimś wyimaginowanym, podniesionym do poziomu disnejowskiej baśni o Kopciuszku i zwieńczonym nieśmiertelnym „żyli długo i szczęśliwie”. Zerkam na rosnącą falę rozwodów i zastanawiam się: dlaczego tysiące małżonków nie odkryło tej złotej recepty?

    Ileż razy wydawało mi się, że „to nie ta wspólnota”, „nie ta rodzina”, „nie to miejsce”. Gdzie indziej z całą pewnością byłoby łatwiej. To pokusa stara jak świat. Jej echo odnajduję w ewangelicznej opowieści o uczniach, którzy maszerowali do Emaus i nie potrafili rozpoznać towarzyszącego im Zmartwychwstałego. Tak naprawdę nie szli do Emaus, ale zwiewali z Jerozolimy: miasta, w którym doznali zawodu, traumy i ogromnego rozczarowania. Ewangelia wspomina, że gdy rozpoznali Jezusa, „wrócili do Jerozolimy”. Przestali uciekać. W Mieście Pokoju odnaleźli to, przed czym próbowali uciec.

    Dosadniej się nie dało

    Doskonale pamiętam scenę sprzed lat. Ponieważ wiele spraw nie układało się po mojej myśli, siedziałem i robiłem bilans strat i zysków. Oczywiście w moim mniemaniu strat było o wiele więcej. Szukałem pretekstu, by opuścić ws​​pólnotę i zostawić to, co robiłem przez ostatnie kilkanaście lat. Po kilku minutach jałowej walki złożyłem broń i otwarłem Biblię na zdaniu, którego dosłowność i dosadność rozłożyła mnie na łopatki: „Nie szukaj wymówek, gdy masz spełnić swój obowiązek” (Syr 10,26). Bóg nie mógł powiedzieć do mnie większymi literami. Przestałem szukać wymówek i wróciłem do pracy. Gdy po pewnym czasie pojechałem do klasztoru dominikanek w Świętej Annie, usłyszałem od mniszek w białych habitach: „Czym jest powołanie? To bieżąca konieczność. Po prostu rób to, co masz dzisiaj zrobić”.

    − Miałem kiedyś takie doświadczenie u kamedułów − opowiada dominikanin o. Tomasz Nowak, rozchwytywany kaznodzieja. – W moim zakonie doświadczałem pustki, jałowości tego wszystkiego, co robiłem. Byłem zmęczony duszpasterską gonitwą, tęskniłem za kontemplacją, miałem wrażenie, że kręcę się w kółko i nie czuję wiatru w skrzydłach. „Nie po to tu wstępowałem!” − użalałem się. „Miało być inaczej”. Przypominałem znajomego muzyka, który powiedział mi kiedyś: „To po to się ożeniłem, żebym miał gorzej?” (śmiech). Pojechałem na rekolekcje do kamedułów − do zakonu, do którego już dawno miałem ciągoty. „Będzie mi lepiej u mnichów” – rozmyślałem, pracując w ogródku. Grabiłem kamienie i spotkałem kamedułę, który łatał mur. Popatrzył na mnie i rzucił: „A on chce do nas wstąpić?”. „Myślę o tym” – odparłem. „To wstąpić, rozczarować się, wystąpić” − odpowiedział. Nie dałem za wygraną, bo wiedziałem, że reguła Benedykta nakazuje zniechęcanie kandydatów. Nagle ten mnich rzucił: „Bo tak człowiek czasami żyje na rozstaju dróg, a za rogiem czekają sprawy i nie mogą zaistnieć”. Jakby piorun we mnie strzelił! Zobaczyłem, że jestem w tej sytuacji. Na rozstaju dróg. Wróciłem do celi, a ponieważ czytałem akurat traktaty Mistrza Eckharta, zerknąłem na zdanie, na którym skończyłem lekturę. Następne zdanie brzmiało: „Zmiana zakonu to pokusa. Na każdej drodze znajdziesz to, co ci jest potrzebne do zbawienia”. Dosadniej się nie dało. (śmiech)

    Siedź w budzie!

    Przeglądam „Gerontikon” − opasły tom apoftegmatów ojców pustyni i zdumiewam się, jak wielką część tych opowieści egipskich mnichów zajmuje wspomniany temat. Świadomość, że Bóg działa tu i teraz, i przestrzeganie przed duchową mantrą: „A co by było, gdyby?”. Jak proroczo brzmi dewiza, którą wypowiedział Abba Hieraks: „Siedź spokojnie w swojej celi. Gdy będziesz głodny – jedz, gdy będziesz spragniony – pij, a tylko nie obmawiaj nikogo, a będziesz zbawiony”. To „spokojne siedzenie w swojej celi” jest dla mnie lekarstwem na nucenie pod nosem refrenu: „Wszędzie dobrze, gdzie nas nie ma”.

    „Pewien brat przyszedł do Sketis, do Abba Mojżesza, prosząc go o słowo. Starzec mu odpowiedział: »Wracaj do swojej celi, a ona cię wszystkiego nauczy«”. U ojców pustyni znajduję mnóstwo podobnych wskazówek: „Gdziekolwiek zamieszkasz, nie odchodź stamtąd łatwo” − podpowiadał św. Antoni Wielki. Wiele rad zdumiewa nas swym radykalizmem: „Abba Arseniusz był bezwzględny, gdy ktoś przychodził do niego i mówił: »Dręczą mnie moje myśli, nie jestem zdolny do postu ani do pracy. A może przynajmniej poszedłbym opiekować się chorymi, bo to także jest miłość?«. Starzec rozpoznał podszepty diabła i tak odpowiedział: »Wracaj. Jedz, pij, śpij, żadnej pracy nie wykonuj, tylko się z celi nie oddalaj«, bo wiedział, że to wytrwanie w celi doprowadza mnicha do doskonałości”.

    − „Wszędzie dobrze, gdzie nas nie ma”? Ten refren kojarzy mi się z powiedzeniem ks. Bronisława Mokrzyckiego: „Siedź w budzie”. Słyszałam je wielokrotnie na rekolekcjach u sióstr zawierzanek – uśmiecha się s. Dorota Kowalewska, augustianka z Krakowa. − Chodzi o to, by wciąż być w chwili obecnej, bo ona jest ogromnym zadaniem, ale też tylko ona jest objęta łaską aktualną. Jeśli wybiegam gdzieś w przeszłość albo przyszłość, to niestety, już szatan mnie ma. Łaską jest chwila obecna: jeśli z niej nie korzystam, gdzieś biegnę myślą, to wówczas tracę. Bóg działa tu i teraz. Mogę mieć wpływ jedynie na to, co „mam”, a jest nim „teraz”. Przeszłości nie zmienię (zanurzam w miłosierdziu), przyszłość jest w Sercu Jezusa (i to najlepsza lokata), więc cała walka duchowa polega na tym, by nie dać się wystraszyć ani pozwolić, by pokusy wyrwały mnie z chwili obecnej. Jeśli dziękuję za to, co mam i gdzie jestem, to wiem, że otrzymuję, że nie mam tego sama z siebie, że jest Ktoś, kto mi to daje. Być może dla kogoś uznanie takiej zależności może być problemem, ale ja się niesamowicie cieszę, że wszystko jest w ręku Tego, który kocha mnie do szaleństwa i nie da mi zrobić krzywdy. Jasne, że czasami myślałam: „Co ja tu robię?”, ale wiem, że to pokusa, by mnie „wyrwać z budy”. Szkoda czasu. Jest tyle do zrobienia w chwili obecnej. Zresztą Bóg sam doskonale wie, dokąd mnie posłać… Takie gdybanie obnaża brak zaufania do Tego, który mnie tu i teraz w tym miejscu postawił.

    Lekarstwo

    – Ta pokusa przychodzi, gdy zapominamy o radości i uciekamy w szukanie przyjemności – podpowiada o. Wit Chlondowski, franciszkanin z Cieszyna. − Lekarstwem jest radość: ta głęboka, wewnętrzna, o której mówi nam słowo Boże, gdy przypomina: „zawsze się radujcie”. Gdy radujesz się z sytuacji, miejsca, w którym jesteś, stajesz się wolny, wdzięczny. Nawet jeśli jest to prześladowanie. Apostołowie radowali się nawet po biczowaniu! Od pewnego czasu Pan zaprasza mnie do takiego dziękczynienia, pokazuje, że tylko w Nim znajdę odpowiedź na moje pytania. To dlatego ojcowie pustyni tak często przestrzegali: „Siedź w celi, nie wykonuj żadnych gwałtownych ruchów, przeczekaj”. A pamiętajmy, jak monotonne było ich życie. Codziennie ten sam rytm, żmudne wyplatanie lin, te same modlitwy, ten sam jałowy pustynny krajobraz. Żadnego urozmaicenia, nawet kulinarnego. Jedli troszkę warzyw, wypiekanych placków chlebowych i troszkę oliwy. Nic więcej. A jednak podpowiadali: „Nie zmieniaj otoczenia, wytrwaj, cela nauczy cię wszystkiego”. Jasne, że pokusa dopada nas niezwykle często. U mnie pojawiła się już w nowicjacie. Czy na pewno dobrze wybrałem? A może powinienem pójść do zakonu kontemplacyjnego? Do kamedułów? Na szczęście miałem mądrego spowiednika, który pozwolił mi ponazywać moje pragnienia. Rozeznałem, że moim powołaniem jest droga franciszkańska.

    Dlaczego demon kusi nas w ten sposób? – Bo chce nam odebrać skarb – podsumowuje o. Wit. − Przychodzą do mnie małżeństwa i wzdychają z zazdrością: „Ale ojciec ma fajnie! Tyle czasu na modlitwę, ciszę, sam na sam z Bogiem”. Naprawdę myślą, że ja tak bardzo każdego dnia doceniam ten skarb? (śmiech) Nie widzą, że ich skarbem jest małżeństwo, wychowywanie dzieci, relacje. A ja nie dostrzegam często, że moim skarbem jest samotność i przebywanie z Bogiem sam na sam. To dlatego demon tak chętnie uderza właśnie w tę sferę.

    Nie gdybaj!

    − Zostawić to, co się robi, i zacząć gdzie indziej? – to pokusa stara jak świat. Zawsze u sąsiada, po drugiej stronie rzeki trawa jest bardziej zielona – śmieje się siostra Bogna Młynarz, doktor teologii duchowości. − To tak powszechne odczucie, że trudno mu się oprzeć. A przecież błogosławieni, czyli szczęśliwi, ci, którzy potrafią przyjąć swoje „tu i teraz” jako najlepszą opcję. I nie chodzi mi o jakieś fatalistyczne, bierne godzenie się z rzeczywistością, które jest wyrzeczeniem się marzeń. Wprost przeciwnie. Tylko ten, kto akceptuje realia życia, może coś osiągnąć, bo zna punkt wyjścia do zrobienia kolejnego kroku. I jeszcze jedna rzecz, która najmocniej przemawia za pełnym dziękczynienia przyjęciem rzeczywistości takiej, jaka jest: tylko w realu można spotkać prawdziwego Boga. On działa tu i teraz, a to jest największy skarb i szczęście. Nie ma po co włóczyć się po bezdrożach bezpłodnych marzeń, że gdyby to lub tamto… Bóg, który nas kocha, jest tutaj. W moim i twoim życiu. Razem z Nim możesz uczynić je sensownym i szczęśliwym. Nawet jeśli jest trudne, jest ono jedynym i wystarczającym pasem startowym, jaki masz do lotu w przyszłość.•

    Marcin Jakimowicz/Gość Niedzielny

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Skocznie narciarskie i tysiącletnie opactwo.

    Z wizytą u Czarnej Madonny w Einsiedeln

    Benedyktyńskie opactwo jest jak mikroświat. W klasztornych murach kryją się warsztaty, winiarnia, ogród, a nawet stajnie.

    ***

    Każdy miłośnik skoków narciarskich wie, gdzie leży Einsiedeln. Czy jednak każdy wie, że od średniowiecza mieszka tam Czarna Madonna, a kościół Jej poświęcony pobłogosławił sam Chrystus?

    Pustelnia? Dobre sobie! – myślę sceptycznie, gdy w otoczonym górami i jeziorami urokliwym miasteczku w szwajcarskim kantonie Schwyz szukamy miejsca, by zaparkować. Gwar dobiegający z zatłoczonych kafejek, liczne hotele, śmiech dzieci bawiących się na pobliskim placu zabaw, korek, który utworzył się tuż przy kościele – tu wszystko mówi, że nie jesteśmy w pustelni. To Einsiedeln, znany ośrodek sportów zimowych i słynne miejsce pielgrzymkowe, gdzie króluje Matka Jezusa, czczona w wizerunku Czarnej Madonny.

    Einsied po niemiecku znaczy „pustelnik”, skojarzenia z cichym, oddalonym od zgiełku codzienności miejscem dla samotników nasuwały się więc nieodparcie. Rozwiały się jednak natychmiast, gdy stanęliśmy przed monumentalną świątynią z dwiema sięgającymi nieba wieżami, piramidą schodów i otaczającą jasny plac przed wejściem kolumnadą, która jakby brała w objęcia średniowieczną studnię stojącą na środku.

    Skocznie narciarskie i tysiącletnie opactwo. Z wizytą u Czarnej Madonny w Einsiedeln

    Obecny kościół pochodzi z XVIII wieku.

    ***

    U Czarnej Madonny

    Szwajcarska Pani wita nas, jak dobra Gospodyni, już od progu bazyliki. Wzniesiona z czarnego marmuru kaplica Łask odbija się od tła jasnych wnętrz kościoła, zajmując centralne miejsce niemal przy jego wejściu. Maryi nie trzeba tu szukać, Ona wychodzi nam naprzeciw i – zanim ruszymy dalej, do Jej Syna – zaprasza do siebie.

    Skocznie narciarskie i tysiącletnie opactwo. Z wizytą u Czarnej Madonny w Einsiedeln

    Kaplica Łask z figurą Czarnej Madonny wzniesiona została w miejscu śmierci średniowiecznego eremity Meinarda.

    ***

    Wysoka na 117 cm, smukła, lekko pochylona na lewą stronę postać Madonny, wykonana jest z drewna lipowego. Ubrana w czerwoną suknię, ściągniętą paskiem i spływającą w miękkich fałdach, trzyma na ręku Jezusa. Niemowlę jest nagie. Wiemy to wszystko dzięki przechowywanej w kaplicy Wieżowej kopii cudownego posągu, bo Maryja, do której przybywają pielgrzymi, niemal ginie w bogactwie zdobiących ją złotych, kunsztownie haftowanych szat, pod ozdobną koroną. „Gdzie jest Jezus?” – zastanawiam się przez chwilę, zanim wzrokiem wyłowię z zakrywających Go sukienek maleńką buzię Chłopca. Mnisi opowiadają, że strojne szaty kryją przed wzrokiem ciekawskich intymną więź Matki i Dziecka. Oboje otula ciepłe, bursztynowe światło. Patrzę w czarną twarz Maryi. Uśmiecha się lekko, jakby chciała zapewnić, że wszystko będzie dobrze. Gdy spoglądam w górę, na przepiękne freski zdobiące kopułę bazyliki, to samo światło pada na malowidło przedstawiające Maryję rodzącą Jezusa.

    Skocznie narciarskie i tysiącletnie opactwo. Z wizytą u Czarnej Madonny w Einsiedeln

    Oblicze Madonny sczerniało od dymu świec i lamp oliwnych.

    ***

    Mówi się, że posąg Madonny sczerniał od dymów ze świec i lamp oliwnych. Wolę myśleć, że to ślady modlitw, które ludzie przynoszą tutaj od wieków. – Głównie Szwajcarzy i Austriacy, ale pielgrzymują tu także Włosi i Francuzi. Bywają i Polacy, choć oni zazwyczaj nocują w Austrii, bo u nas jest drogo – przyznaje o. Lorenz Moser, benedyktyn, który w klasztorze w Einsiedeln spędził ponad 60 lat. Zapytany, o co ludzie modlą się do Madonny, uśmiecha się z zakłopotaniem. – O wszystko. Maryja nie ma tu jakiejś specjalizacji. Ona po prostu przyciąga ludzi do siebie, by prowadzić ich dalej, do Jezusa. Odzyskują u Niej spokój i poczucie bezpieczeństwa. Jak to u matki – wyjaśnia. W klasztorze przechowywane są stare księgi, w których spisywano otrzymane tutaj łaski. Dziś o wysłuchanych modlitwach przypominają obrazy zdobiące wejście do świątyni.

    Dwa kruki

    Jest późne popołudnie, czas nieszporów. Szum wypowiadanych szeptem w różnych miejscach świątyni modlitw cichnie, gdy unosi się nad nimi chorałowy śpiew wspólnoty benedyktynów. Po zakończeniu nieszporów przy głównym ołtarzu mnisi ustawiają się w procesję. Słychać ich rytmiczne, jakby żołnierskie kroki, gdy zmierzają w stronę Czarnej Madonny. Od 1547 roku, codziennie, śpiewają tu dla Niej Salve Regina.

    Skąd się wzięła w tym miejscu? Odpowiedź na to pytanie wymaga cofnięcia się do czasów, które w Polsce były pogańskie. W 835 roku młody szlachcic Meinrad, mnich w klasztorze Reichenau, opuścił wspólnotę, aby żyć jako eremita w głębokich lasach północno-wschodniej Szwajcarii. Przez 26 lat mieszkał w lesie, żył ascetycznie, spędzając długie godziny na modlitwie przed figurą Matki Bożej, którą otrzymał od Hildegardy, wnuczki Karola Wielkiego. Towarzyszyły mu dwa oswojone kruki, a samotność zakłócały pielgrzymki osób, które u świątobliwego mnicha szukały pomocy czy duchowych porad. W 861 r. ufny pustelnik przyjął pod swój dach dwóch pątników. Zbójcy zamordowali mnicha, ale nie uciekli daleko. Za bandytami podążyły kruki, wskazując miejsce ich pobytu. Zostali schwytani i skazani na śmierć. Dwaj skrzydlaci przyjaciele Meinrada są dziś symbolami Einsiedeln, umieszczono je również w herbie opactwa. Ich wizerunki towarzyszyły nam wszędzie: na terenie klasztoru i w miasteczku, dostrzegaliśmy je wśród sprzedawanych gadżetów i na murach kamienic.

    Anielska konsekracja

    Kaplica Czarnej Madonny stoi w miejscu, w którym przed wiekami znajdowała się pustelnia benedyktyna Meinrada. Jego współbracia wznieśli ją w 934 roku, a konsekracji dokonał… sam Chrystus. – W noc poprzedzającą uroczystość poświęcenia biskupowi Konstancji Konradowi objawili się aniołowie i święci. Widział też Chrystusa, który zstępuje na ziemię, by pobłogosławić swoją świątynię – opowiada ojciec Lorenz, wskazując na ilustrujący tę legendę fresk nad kaplicą Łask. Gdy następnego dnia biskup chciał przystąpić do konsekracji kościoła, usłyszał trzykrotnie powtarzane z nieba słowa: „Powstrzymaj się, kaplica jest już poświęcona przez Boga”. Papież Leon VIII potwierdza cud, a w liście do mnichów stwierdza, że to Jezus „ustawił w leśnym klasztorze swojej Najświętszej Matki tron łaski i go poświęcił”. Wieść o nadzwyczajnym wydarzeniu lotem błyskawicy obiegła cały ówczesny świat, rozpoczynając ponadtysiącletnią historię pielgrzymowania do Einsiedeln, a 14 września każdego roku obchodzona jest pamiątka cudu. Na uroczystą procesję Poświęcenia Anielskiego ściągają tłumy wiernych z całej Szwajcarii.

    Skocznie narciarskie i tysiącletnie opactwo. Z wizytą u Czarnej Madonny w Einsiedeln

    o. Lorenz Moser jest mnichem od ponad 60 lat.

    ***

    Wśród pątników wędrujących do Czarnej Madonny kroniki klasztorne zapisały m.in. biskupów Ulricha (zm. 983), Wolfganga (zm. 994) i Konrada (zm. 995); polską błogosławioną, czczoną na Pomorzu Dorotę z Mątowów (zm. ok. 1398), rozmodlonego Mikołaja z Fliie (zm. ok. 1474), odnowiciela życia kościelnego Karola Boromeusza (zm. 1570), nauczyciela wiary Piotra Kanizjusza (zm. 1597), pokutnika Benedykta Józefa Labre (zm. 1783), opiekunkę ubogich Janinę Antidę Thouret (zm. 1795) oraz papieża Jana Pawła II (zm. 2005).

    Troje ostatnich mogło oglądać kościół klasztorny w obecnym kształcie. Wspaniałą świątynię, nazywaną perłą niemieckiego baroku, wzniesiono w 1719 roku na polecenie ówczesnego opata wspólnoty benedyktynów Thomasa Schenklina. Została zbudowana według projektu Caspara Moosbruggera, architekta i benedyktyna. Wnętrze kościoła zapiera dech w piersi. Jasne ściany odcinają się od pokrywających sklepienie różnobarwnych, utrzymanych w pastelowych tonach fresków przedstawiających sceny z życia Maryi i Jezusa. Warto patrzeć w górę, gdzie unoszą się skrzydlate postaci aniołów, a misternie rzeźbione białe kraty chóru przywodzą skojarzenia z… babcinymi haftowanymi serwetkami.

    Ojciec Moser sprowadza nas na ziemię, a dokładnie – do kaplic umieszczonych wokół rozciągającej się na długość stu metrów głównej nawy. Wskazuje relikwie dwóch najważniejszych w historii opactwa mnichów – Benedykta z Nursji i Meinarda. Po chwili prowadzi nas jeszcze w jedno miejsce, do kaplicy, przed którą umieszczono całkiem współczesny portret zakonnika. – Kto to? – pytam zdumiona, wciąż pod wrażeniem sięgającej tysiąclecia historii, której ślady oglądamy tu na każdym kroku. Z twarzy nieznanego mnicha bije światło.

    To brat Meinard, zakonny krawiec, który rozpoczął nowicjat w Einsiedeln w 1874 roku i spędził tu całe życie, aż do ostatniego dnia, który nadszedł dla niego 14 czerwca 1925 roku. Kiedy wypytuję ojca Lorenza o zasługi tego mnicha – nie każdy zakonny krawiec otoczony jest przecież czcią po śmierci – ten długo zastanawia się nad odpowiedzią. – Był prostym, pobożnym człowiekiem – odpowiada w końcu. Nawet dokumenty, na podstawie których sformułowano wniosek o rozpoczęcie procesu beatyfikacyjnego, mówią tyle, że ów mnich niczym szczególnym się nie wyróżniał, był za to szczęśliwy i pogodny, zarażając swoją radością ludzi, którzy szukali u niego rady i pociechy. – To wystarczy, by zostać błogosławionym? – pytam z rosnącym zdziwieniem. – A to mało? – odpowiada nasz przewodnik, wyjaśniając, że świątobliwy brat był dla innych wzorem życia zakonnego i ucieleśnieniem Reguły św. Benedykta. Cytuje ulubione powiedzonko sługi Bożego: „Och, bądź cierpliwy, wszystko przeminie, z wyjątkiem wieczności!”. – Ludzie go kochali – dodaje jeszcze.

    Klasztor jak mikrokosmos

    Opuszczamy kościół. Ojciec Moser prowadzi nas korytarzami klasztoru – tak samo jasnymi i przestronnymi jak benedyktyńska świątynia – do zabudowań biblioteki. Przez otwarte okna wpada powietrze przesycone słabą, ale charakterystyczną wonią. – Wypasacie tutaj krowy? – pytam sędziwego zakonnika, krzywiąc się pod wpływem ostrego zapachu. Śmieje się głośno. Nie. Krów mnisi nie wypasają, ale prowadzą hodowlę koni. Opactwo jest jak mikrokosmos. „Jeśli to możliwe, klasztor powinien być tak zaprojektowany, aby można było w nim wykonywać wszystko, co niezbędne”– radził św. Benedykt. Zgodnie z dewizą ora et labora w Einsiedeln uprawia się zioła, kwiaty i warzywa, w klasztornych piwnicach dojrzewają wina z położonych nad jeziorem winnic należących do opactwa, a w tartaku przetwarzane jest pochodzące z benedyktyńskich lasów drewno. Jeden z braci to fizjoterapeuta. Mnisi prowadzą szkołę, w której uczy się ok. 400 młodych osób z miasteczka i okolic. – W większości jednak zatrudniamy osoby z zewnątrz, nas jest za mało, by angażować się bezpośrednio w te wszystkie prace – tłumaczy o. Lorenz. Jego wspólnota liczy dzisiaj 45 zakonników w wieku od 30 do 90 lat. W bibliotece klasztornej przechowywane są m.in. bezcenne rękopisy z X wieku.

    Skocznie narciarskie i tysiącletnie opactwo. Z wizytą u Czarnej Madonny w Einsiedeln

    W bibliotece klasztornej przechowywane są m.in. bezcenne rękopisy z X wieku.

    ***

    Docieramy do ciężkich, kutych drzwi, z pewnością liczących kilkaset lat. Wyobraźnia podpowiada, że ojciec Lorenz wyciągnie z kieszeni habitu starodawny klucz… Nic bardziej mylnego! Wprawnym ruchem wprowadza kod do nowoczesnego zamka, dzięki któremu otwiera się skarbiec biblioteczny. Wchodzimy do pomieszczenia, w którym czas się zatrzymał. Otaczają nas starodruki i rękopisy – najstarsze liczą sobie tysiąc lat. – Jeśli chcesz wiedzieć, czym jest nasza duchowość, tutaj znajdziesz odpowiedź – mówi o. Moser, odruchowo ściszając głos, choć nikogo oprócz nas tu nie ma.

    – Podstawą jest Biblia. Następnie lektury duchowe dla mnichów. Hieronim, Augustyn, Ambroży – wylicza autorów ksiąg. Zgromadzone są tu dzieła literatury, filozofii i teologii, nauk przyrodniczych, medycyny i geografii. – A tak wyglądał podręcznik szkolny w X wieku. Takich ksiąg tutaj używano – odsłania jedną z gablot, w której spoczywa prastary rękopis. Z tego czasu pochodzi ponad 60 przechowywanych tutaj rękopisów. Najstarszy średniowieczny utwór o szachach Versus de scachis również jest złożony w benedyktyńskich zbiorach Einsiedeln.

    W bibliotece zebrano cenne manuskrypty i druki, są wśród nich również dzieła zakazane w różnych czasach przez Kościół. Mnisi zgromadzili w sumie ok. 230 tys. książek, 1230 rękopisów i 1040 inkunabułów.

    Zmarły w 1947 roku opat Ignacy, bibliotekarz, pisał: „Tajemnice biblioteki klasztornej i jej wyjątkowość można utożsamić z tradycją. Stare jest konserwowane i chronione: czasem ostrożnie, czasem z mniejszym szacunkiem, a wszystko w zależności od tego, jak zmieniało się podejście do duchowego dziedzictwa dawnych czasów. I nabywa się nowe rzeczy. W odkryciu tajemnicy biblioteki klasztornej pomagają dwa pojęcia: tradycja i kultura. Z pokolenia na pokolenie, każdy wnosi swój wkład”. Biblioteka to zwierciadło ducha, rzeczywiste życie klasztoru.

    Jednak pustelnia!

    Po wyjściu z tworzących wraz z kościołem czworobok budynków klasztornych idziemy jeszcze na wspinającą się po zboczu góry Meinarda drogę krzyżową. Wchodzimy w las. Stopniowo cichną głosy dzieci bawiących się na placu zabaw, szum samochodów, rozgwar miasteczka. Zanurzamy się w zieleń i ciszę, która pobrzmiewa tylko wszechobecnymi tutaj odgłosami dzwonków, niosącymi się nad doliną. Uświadamiam sobie, że towarzyszą nam one od początku wizyty w Szwajcarii – każdy ruch pasących się na licznych łąkach i halach zwierząt wywołuje falę srebrzystego dźwięku. i dźwięk ich dzwonków to nieodłączne elementy krajobrazów alpejskich.

    W ich rytmie zatrzymujemy się przy kolejnych stacjach pustelniczej drogi krzyżowej. Mija nas kilka osób: rozgadane dziewczyny z psem, samotny mężczyzna, pielgrzym z muszlą św. Jakuba na plecaku. Nie mógł tego wszystkiego widzieć Meinard, bo drogę krzyżową tuż przed II wojną światową stworzył tu szwajcarski rzeźbiarz Alois Peyer, trudno jednak oprzeć się myśli, że idziemy śladami pierwszego eremity. Zapewne modlił się w tych lasach, wędrując po okolicznych wzgórzach wraz z nieodłącznymi krukami. Gdy patrzę w górę, widzę ukrytą w gęstym listowiu rzeźbioną twarz Ukrzyżowanego. Po chwili, tuż pod szczytem góry odsłania się imponująca grupa ukrzyżowania. XII stacja drogi krzyżowej przedstawia konającego Chrystusa, Jego Matkę i Jana. Testament z krzyża.

    Skocznie narciarskie i tysiącletnie opactwo. Z wizytą u Czarnej Madonny w Einsiedeln

    Miasteczko położone jest w malowniczej dolinie na przedgórzu alpejskim.

    ***

    Odwracam wzrok w stronę, skąd przyszliśmy. W obramowaniu stworzonym z gałęzi drzew pyszni się panorama Einsiedeln. W dole zabudowania miasteczka, po lewej stronie widoczny jest kompleks skoczni narciarskich, gdzie szybowali w niebo m.in. Adam Małysz, Kamil Stoch, Maciej Kot czy Klemens Murańka, po prawej, górując nad miastem, rozciąga się opactwo. Ciszę rozdziera jednostajne bicie 12 dzwonów wzywających z kościelnych wież do modlitwy. Wraz z delikatnym pogłosem pasterskich dzwonków tworzą melodię, która opiewa duchowe poszukiwania setek tysięcy zdążających tu od wieków pielgrzymów, opowiada o czarnej twarzy czuwającej nad Szwajcarią Madonny, o przekazywanych od tysiąclecia z pokolenia na pokolenie modlitwach mnichów. Jesteśmy w pustelni.

    tekst: Magdalena Dobrzyniak/zdjęcia: Henryk Przondziono/Gość Niedzielny

    Madonna wśród gór i jezior

    ______________________________________________________________________________________________________________

    ______________________________________________________________________________________________________________

  • Ogłoszenia – czerwiec 2024

    ______________________________________________________________________________________________________________

    KOŚCIÓŁ ŚW. PIOTRA

    PARTICK, 46 HYNDLAND STREET, Glasgow, G11 5PS

    Niedziela 13/12 Msza św. g. 14:00 kościół św. Piotra (St Peters) Glasgow

     

    _________________________________________________________________________________

    W KAŻDY PIĄTEK JEST GODZINNA ADORACJA OD GODZ. 18.00

    NA ZAKOŃCZENIE ADORACJI PRZED MSZĄ ŚWIĘTĄ W MIESIĄCU CZERWCU ŚPIEWAMY LITANIĘ DO SERCA JEZUSOWEGO. W TYM CZASIE JEST MOŻLIWOŚĆ SPOWIEDZI ŚWIĘTEJ.

    _______________________________________

    W KAŻDĄ SOBOTĘ O GODZ. 18.00 JEST MSZA ŚWIĘTA WIGILIJNA Z NIEDZIELI

    MOŻLIWOŚĆ SPOWIEDZI ŚWIĘTEJ JEST PRZED MSZĄ ŚWIĘTĄ OD GODZ. 17.30

    ***

    W PIERWSZE SOBOTY MIESIĄCA PO MSZY ŚWIĘTEJ JEST NABOŻEŃSTWO PIĘCIU SOBÓB WYNAGRADZAJĄCYCH ZA ZNIEWAGI I BLUŹNIERSTWA PRZECIKO NAJŚWIĘTSZEJ MARYI PANNY.

    ***

    W DRUGIE SOBOTY MIESIĄCA PO MSZY ŚWIĘTEJ MODLIMY SIĘ KORONKĄ DO SERCA BOLENEJ MATKI PRZEBITEGO SIEDMIOKROTNIE MIECZEM BOLEŚCI.

    ***

    W TRZECIE SOBOTY MIESIĄCA PO MSZY ŚWIĘTEJ MODLIMY SIĘ NA RÓŻAŃCU O POKÓJ NA ŚWIECIE.

    _______________________________________

    W KAŻDĄ NIEDZIELĘ MSZA ŚWIĘTA JEST O GODZ. 14.00

    PRZED MSZĄ ŚWIĘTĄ JEST ADORACJA I MOŻLIWOŚĆ SPOWIEDZI ŚWIĘTEJ OD GODZ. 13.30

    ______________________________________________________________________________________________________________

    KAPLICA IZBA JEZUSA MIŁOSIERNEGO

    4 PARK GROVE TERRACE, GLASGOW G3 7SD

    This image has an empty alt attribute; its file name is image-2-e1673870873179-1024x683.png

    ***

    W KAŻDY PIERWSZY CZWARTEK MIESIĄCA JEST MSZA ŚWIĘTA O GODZ. 19.00

    PO MSZY ŚWIĘTEJ – GODZINNA ADORACJA

    ______________________________________________________________________________________________________________

    W KAŻDĄ DRUGĄ SOBOTĘ MIESIĄCA JEST SPOTKANIE BIBLIJNE NA TEMAT: W KOBIETY W PIŚMIE ŚWIĘTYM. NA POCZĄTKU SPOTKANIA O GODZ. 10.00 ŚPIEWAMY GODZINKI KU CZCI NAJŚWIĘTSZEJ MARYI PANNY A NA ZAKOŃCZENIE – W POŁUDNIE – MODLITWA NA ANIOŁ PAŃSKI.

    ______________________________________________________________________________________________________________

    W CZWARTYM TYGODNIU KAŻDEGO MIESIĄCA – Z PIĄTKU NA SOBOTĘ – JEST CAŁONOCNA ADORACJA PRZED NAJŚWIĘTSZYM SAKRAMENTEM DLA KOBIET W KAPLICY SIÓSTR BENEDYKTYNEK W LARGS.

    POCZĄTEK ADORACJI ROZPOCZYNA SIĘ MODLITWĄ RÓŻAŃCOWĄ O GODZ. 21.00. NA ZAKOŃCZENIE ADORACJI ŚPIEWANE SĄ GODZINKI KU CZCI NAJŚWIĘTSZEJ MARYI PANNY I MSZA ŚWIĘTA O BRZASKU SOBOTNIEGO DNIA O GODZ. 5.00.

    Benedictine Monastery, 5 Mackerston Place, Largs, Scotland

    ______________________________________________________________________________________________________________

    CZERWCOWY MIESIĄC POŚWIĘCONY JEST NAJŚWIĘTSZEMU SERCU PANA JEZUSA

    kaplica Serca Pana Jezusa w Sanktuarium św. Jana Pawła II Wielkiego w Krakowie.

    W tej kaplicy jest całodzienna adoracja Najświętszego Sakramentu.

    fot.Michał Zięba

    ***

    Kult Serca Jezusowego rozwinął się w Polsce jeszcze przed objawieniami św. Małgorzaty Marii Alacoque. Polska miała też szczególne przywileje papieskie. Na cały Kościół święto Serca Pana Jezusa rozszerzył papież Pius IX w roku 1856. Począwszy od 1995 r. w uroczystość Najświętszego Serca Pana Jezusa, która wypada zawsze w piątek po oktawie Bożego Ciała, Jan Paweł II ustanowił Światowy Dzień Modlitwy o Uświęcenie Kapłanów.

    „Kult Serca Jezusowego ukazuje wielką miłość Pana Boga do nas, który nie cofa jej w zależności od postępowania człowieka. Kontemplując Serce Boże, odkrywamy nieskończoną miłość Boga, którą nam objawił w swoim Synu. Chodzi jednak o to, aby nie zatrzymywać się tylko na tym, ale by starać się naśladować przymioty Bożego Serca: łagodność, cierpliwość, pokorę. W ten sposób będziemy przyczyniać się do budowania +cywilizacji miłości+” – powiedział rzecznik Konferencji Episkopatu Polski ks. Leszek Gęsiak SJ.

    Liturgiczne święto Boskiego Serca Pana Jezusa, wraz z Mszą św. i oficjum brewiarzowym, ustanowił w 1765 r. papież Klemens XIII. Był to przywilej tylko dla Polski, dla ówczesnego Królestwa Polskiego i jednej Konfraterni Najświętszego Serca w Rzymie. W ten sposób Stolica Apostolska odpowiedziała na memoriał biskupów polskich z 1764 r.

    Początku samego kultu Serca Jezusowego można upatrywać wcześniej. Prymas Polski kard. Stefan Wyszyński podkreślał, że pierwszą Jego czcicielką była bez wątpienia Najświętsza Panna. „Dwa te najpiękniejsze Serca – Jezusa i Maryi – biły zawsze zgodnie i najżywiej ze sobą współczuły i w chwilach radości, i w godzinach bólu czy męki” – pisał kard. Wyszyński w 1965 r. Do grona czcicieli Najświętszego Serca Jezusowego należeli m.in. św. Bernard, Bonawentura, Katarzyna ze Sieny, Franciszek Salezy. Najbardziej znaną pozostaje jednak św. Małgorzata Maria Alacoque (1647-1690), wizytka z klasztoru w Paray-le-Monial. Obok takich praktyk pobożnych jak pierwsze piątki, Komunia św. wynagradzająca czy „godzina święta” (adoracja przez godzinę Najśw. Sakramentu w nocy z czwartku na pierwszy piątek) – Pan Jezus zlecił jej podjęcie starań o ustanowienie w Kościele święta Jego Serca, w piątek po oktawie Bożego Ciała.

    Na ziemiach polskich Serce Boskiego Zbawcy czczone było jeszcze przed objawieniami św. Małgorzaty Marii Alacoque. Pierwszy w świecie podręcznik tego nabożeństwa napisał o. Kacper Drużbicki. Autor książeczki „Ognisko serc – Serce Jezusa” zmarł 13 lat przed objawieniami w Paray-le-Monial. O ustanowienie święta Bożego Serca zabiegali w Stolicy Apostolskiej polscy królowie i biskupi. Dekret z 1765 r. był właśnie odpowiedzią na sławny memoriał polskich biskupów, który podaje historyczny przegląd kultu i uzasadnia wymowę tego nabożeństwa. Prymas Polski abp Ledóchowski poświęcił Najświętszemu Sercu metropolię gnieźnieńską. Nabożeństwem do Serca Jezusowego odznaczali się biskupi Bilczewski i Pelczar, autor dzieł o Najświętszym Sercu i założyciel zgromadzenia sióstr sercanek. Kolejny prymas, kard. Dalbor, w imieniu Episkopatu powierzył Polskę Sercu Zbawiciela i Jego Najświętszej Matce. W 1921 r. jako wotum wdzięczności Sercu Bożemu za odzyskanie niepodległości przez Naród Polski konsekrowano bazylikę Najświętszego Serca Pana Jezusa w Krakowie. W Poznaniu wzniesiono też pomnik „Sacratissimo Cordi – Polonia Restituta” (został on zburzony w 1940 r.). W 1948 r. biskupi zachęcali wiernych do osobistego poświęcenia się Najświętszemu Sercu Jezusowemu, a trzy lata później Episkopat Polski ogłosił rok poświęcenia Narodu Polskiego Najświętszemu Sercu Pana Jezusa.

    „Sam Pan Jezus, ukazując św. Małgorzacie swe Serce spragnione miłości, żądał tego poświęcenia, które ona nazywała prywatnym albo małym w odróżnieniu od publicznego poświęcenia się całych społeczeństw” – przypomnieli biskupi. Praktyka prywatnego poświęcenia się Sercu Pana Jezusa została zapomniana i dopiero po 200 latach, po objawieniach w Paray-le-Monial, przypomniał je papież Pius XI. O osobistym poświęceniu mowa w encyklice „Miserentissimus Redemptor” z roku 1928.

    Polscy biskupi zachęcali do osobistego poświęcenia Sercu Jezusowemu, ale i oddania całych rodzin, co nazywane jest intronizacją Serca Jezusowego w rodzinach. Dopiero zwieńczeniem modlitw prywatnych było wspólne poświęcenie Najświętszemu Sercu Jezusowemu Narodu i Rzeczypospolitej. Nastąpiło to w uroczystość Chrystusa Króla w 1951 r. Akt poświęcenia poprzedził tydzień modlitw do Serca Jezusowego.

    11 czerwca 2021 roku, w uroczystość Najświętszego Serca Pana Jezusa, w Bazylice Najświętszego Serca Pana Jezusa w Krakowie, biskupi polscy zgromadzeni na 389. Zebraniu Plenarnym Konferencji Episkopatu Polski, ponowili Akt poświęcenia Narodu Polskiego Najświętszemu Sercu Pana Jezusa. Mszy św. przewodniczył abp Stanisław Gądecki, przewodniczący Konferencji Episkopatu Polski, który dokonał także ponowienia Aktu. „Powierzamy Ci całe nasze życie osobiste, rodzinne i społeczne, które pragniemy oprzeć na trwałych zasadach Ewangelii. Podobnie jak przed stu laty, w pokorze poświęcamy się Twojemu Najświętszemu Sercu, oddając naszą Ojczyznę w Twoje władanie” – powiedział przewodniczący Episkopatu odczytując Akt.

    Stolica Apostolska dopiero po ścisłych i dokładnych badaniach zezwoliła na obchodzenie święta, jak i na cześć wizerunków Jezusowego Serca w formach dzisiaj powszechnie przyjętych. Na cały Kościół święto Serca Pana Jezusa rozszerzył papież Pius IX w roku 1856. Znamienny jest też akt oddania całego Kościoła i rodzaju ludzkiego w opiekę Serca Jezusowego, jakiego dokonał 31 grudnia 1899 roku papież Leon XIII. Nowy rys nadał papież Jan Paweł II. Począwszy od 1995 r. w uroczystość Najświętszego Serca Pana Jezusa, która wypada zawsze w piątek po oktawie Bożego Ciała, ustanowił on Światowy Dzień Modlitwy o Uświęcenie Kapłanów.

    Episkopat.pl

    ______________________________________________________________________________________________________________

    16 CZREWCA – XI NIEDZIELA ZWYKŁA ROK B

    ADORACJA NAJŚWIĘTSZEGO SAKRAMENTU/SPOWIEDŹ ŚWIĘTA – OD GODZ. 13.30

    MSZA ŚWIĘTA O GODZ. 14.00

    „Gdyby ludzie znali wartość Eucharystii, służby porządkowe musiałyby kierować ruchem”.

    (św. Matka Teresa z Kalkuty)

    ***

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Jak inaczej można nazwać Mszę Świętą?

    Te określenia pomogą ci głębiej zrozumieć i przeżywać liturgię

    EUCHARYSTIA

    Creativa Images | Shutterstock

    ***

    To oznacza, że kończy się Eucharystia w kościele, a zaczyna Eucharystia naszego codziennego życia, w które jesteśmy posłani z Jego mocą.

    „Podczas tego łamania chleba modlimy się za śp. Janinę Kowalską…” – usłyszałeś kiedyś takie lub podobne zdanie? Ja też nie! Zazwyczaj ksiądz powie: „Ta msza święta (lub Eucharystia) sprawowana jest za śp. Janinę”. Skąd zatem to „łamanie chleba”? To jedno z najstarszych określeń Mszy Świętej! Poznaj pozostałe, by lepiej przeżywać to liturgiczne spotkanie!

    Eucharystia to znaczy dziękczynienie

    To jedno z częściej spotykanych określeń. Brzmi bardzo dostojnie, nieco tajemniczo. Pochodzi z języka greckiego i oznacza „dziękczynienie”. Chrześcijanie zaczęli go używać już w pierwszych wiekach.

    Nawiązuje ono do modlitwy, którą wygłaszał ojciec żydowskiej rodziny w trakcie uczty paschalnej. Dziękował Bogu za wszystkie Jego dobrodziejstwa. Każda Eucharystia to okazja dla nas, by podziękować Bogu i zobaczyć, jak On działa w naszym życiu.

    Warto przyjść kilka minut przed rozpoczęciem mszy do kościoła, zatrzymać się na chwilę i pomyśleć: co dobrego dzieje się w moim życiu? I wybrać jedno, konkretne wydarzenie, za które podziękuję Panu w czasie modlitwy. Można do tego wrócić w trakcie przygotowania darów i razem z chlebem i winem złożyć na ołtarzu

    Pamiątka i uobecnienie

    Jedną z definicji mszy jest pamiątka i uobecnienie paschalnych wydarzeń zbawczych. Nie chodzi tu jednak o muszelkę znad morza, na którą patrzymy i ciepło myślimy o tym, co było. Eucharystia to takie wspominanie, które czyni obecnym tu i teraz to, co wydarzyło się 2000 lat temu! 

    Obrzęd mszy, za pomocą znaków i słów mocą Ducha Świętego pozwala nam przeżyć wydarzenia z życia Jezusa. Kiedy słuchamy czytanego słowa Bożego, słuchamy samego Jezusa. Kiedy przyjmujemy Komunię, to On sam nas karmi. 

    Najświętsza ofiara

    Z powodu tego uobecnienia męki Pana Jezusa na krzyżu nazywamy Mszę Święta „Najświętszą Ofiarą”. Najświętszy jest tu bowiem kapłan – Chrystus, oraz ofiara – On sam i całe Jego życie. Z tego powodu Eucharystia nie może być miejscem na głupotę, płyciznę i wesołkowatość.

    Stajemy w końcu pod krzyżem! Warto pamiętać, że nie jest to powtórzenie ofiary Jezusa. Ta dokonała się raz na zawsze. 

    To świetna motywacja, by dobrze się do niej przygotować: przeczytać wcześniej słowo Boże, które będzie czytane, odświętnie się ubrać, przyjść nieco wcześniej i, co najważniejsze, zadbać o czyste serce. Dzięki temu możemy głębiej przeżyć spotkanie z Ukrzyżowanym i Zmartwychwstałym.

    Usiądźmy przy stole na uczcie Pańskiej

    Jezus ustanowił Eucharystię w trakcie wieczerzy (Mk 14,22-25). Po swoim zmartwychwstaniu spotykał się z uczniami w trakcie posiłków (J 21,9-10). Każda Msza Święta to także uczta, kiedy siadamy przy jednym stole i jemy jeden Chleb. Uczta to obraz nieba, do którego przygotowujemy się w trakcie mszy. 

    Przy jednym stole siadamy z tymi, których kochamy. To przestrzeń budowania wspólnoty. Jeśli tak podejdziemy do każdej Eucharystii, będzie nam łatwiej otwierać się na ludzi wokół nas i dzielić z nimi nie tylko chleb niebiański.

    Łamanie chleba

    Tak mówili o Eucharystii pierwsi wierzący. Jezus w czasie ostatniej wieczerzy “wziął chleb, odmówił błogosławieństwo, połamał i dał im, mówiąc: «Bierzcie, to jest Ciało moje»” (Mk 14,22). I to kazał czynić na swoją pamiątkę. 

    Ta nazwa przypomina nam, że jemy jedno Ciało Jezusa, oraz że sami tworzymy jedno ciało! Z tego powodu nie powinno być między nami kłótni, sporów i braku jedności.

    To także zaproszenie, by samemu stawać się jak bochenek chleba, z którego każdy może sobie ukroić kromkę chleba, jak mówił św. Albert Chmielowski. To wezwanie, by stać się darem.

    Ite missa est

    Słowo „msza” pochodzi o łacińskiego „missa”, które oznacza “posłany”. Z jednej strony na każdej Eucharystii posyłamy do Boga nasze modlitwy, a z drugiej to On posyła nas.

    Po Komunii świętej Msza Święta szybko zmierza do zakończenia. Na jej końcu słyszymy słowa rozesłania: “Idźcie w pokoju Chrystusa”. Otrzymaliśmy największy dar – samego Jezusa – i teraz mamy Go nieść innym.

    Kończy się Eucharystia w kościele, a zaczyna Eucharystia naszego codziennego życia, w które jesteśmy posłani z Jego mocą.

    Dariusz Dudek/Aleteia.pl

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Przeistoczenie. Kiedy chleb przestaje być chlebem? I co się dzieje na ołtarzu?

    EUCHARYSTIA

    Shutterstock

    ***

    Wiemy, że chleb i wino stają się w Eucharystii Ciałem i Krwią Chrystusa. Ale czy potrafimy wytłumaczyć, jak to się dzieje i precyzyjnie określić moment, w którym to następuje?

    Nasz wykładowca metafizyki w seminarium krótko i dosadnie wyjaśnił nam, co dzieje się w momencie przeistoczenia, odwołując się do filmu „Asterix i Obelix: Misja Kleopatra”.

    Chodziło mu o scenę, w której pracujący przy budowie pałacu królowej Egiptu robotnicy, wspierani przez dzielnych Gallów i ich druida, słyszą ostrzeżenie następującej treści: „Uwaga! Uwaga! Na obiekcie rozprowadzany jest fałszywy napój magiczny! Wygląda jak napój magiczny, pachnie jak napój magiczny, smakuje jak napój magiczny, ale to zupa jest z brukselek!”.

    Otóż coś podobnego dzieje się podczas Mszy Świętej. W pewnym momencie chleb i wino nadal wyglądają, pachną i smakują jak chleb i wino, ale mimo zachowania tych wszystkich cech charakterystycznych dla chleba i wina nie są już nimi, lecz Ciałem i Krwią Pana.

    Przeistoczenie, czyli co?

    Polskie słowo „przeistoczenie” to dosłowne tłumaczenie łacińskiego „transsubstantiatio”. Oba wskazują na istotę cudu eucharystycznego, czyli zmianę istoty, inaczej: substancji. W klasycznym ujęciu metafizyki (czyli nauki o bycie) każda rzecz ma swoją substancję (istotę) i przypadłości (cechy).

    Wszędzie wokół siebie obserwujemy, że rzeczom zmieniają się przypadłości, a substancja pozostaje niezmieniona. Na przykład Katarzyna jako młode dziewczę była szczupłym rudzielcem, a teraz jest korpulentną, siwą starszą panią, ale to nadal ta sama Katarzyna. Mój samochód był kiedyś zapierającą dech w piersiach i błyszczącą od nowości „czerwoną strzałą”, a obecnie stanowi przeżartą rdzą, ledwo toczącą się po prostej drodze potwarz dla motoryzacji, niemniej to wciąż to samo auto. Przypadłości się zmieniają, istota pozostaje ta sama.

    Tymczasem z chlebem i winem podczas mszy świętej dzieje się coś dokładnie odwrotnego. Dzięki działaniu Ducha Świętego przypadłości pozostają te same, a zmienia się istota (czyli substancja). Był chleb, jest Ciało, choć o zapachu, smaku, wyglądzie i fakturze chleba. Tak samo wino staje się Krwią, zachowując wszystkie cechy wina. I dlatego mówimy o cudzie, bo „normalnie” coś takiego się nie dzieje, żeby zmieniała się istota rzeczy, a nie jej cechy.

    Kiedy chleb staje się Ciałem, a wino Krwią?

    Paradoksalnie jednak łatwiej jest wytłumaczyć, na czym polega cud przeistoczenia, niż wskazać dokładny moment, w którym on następuje. Teologowie nigdy nie sprecyzowali ostatecznie z dokładnością „co do sekundy” chwili, w której na ołtarzu chleb przestaje być chlebem, a wino winem.

    Wyróżnić tu trzeba dwa istotne momenty: modlitwę epikletyczną i słowa przeistoczenia z relacji o ustanowieniu Eucharystii zaczerpnięte z Pisma Świętego. Epikleza to modlitwa, w której przyzywamy mocy Ducha Świętego, aby On sam przemienił złożone dary w Ciało i Krew Jezusa. Na przykład: „Uświęć te dary mocą Twojego Ducha, aby stały się dla nas Ciałem i Krwią naszego Pana Jezusa Chrystusa”.

    Niektórzy chcieliby widzieć moment przeistoczenia w chwili, gdy kapłan wykonuje znak krzyża nad darami. Jednak właściwym gestem epikletycznym nie jest znak krzyża, ale wyciągnięcie rąk nad darami. Poza tym na przykład w Pierwszej Modlitwie Eucharystycznej (która na Zachodzie przez wieki była jedyną) znak krzyża nad darami i epikleza są od siebie znacznie oddalone.

    Inni z kolei uważają, że konsekracja dokonuje się dopiero w momencie wypowiedzenia słów „Bierzcie i jedzcie… Bierzcie i pijcie…”.

    Na Zachodzie kładziono zazwyczaj akcent na moment przywołania słów Chrystusa. Ale Kościół Wschodni zna ryty, w których słowa te w ogóle nie padają, a przeistoczenie mimo to następuje. Wschód przykłada więc większą wagę do modlitwy epikletycznej.

    Widać to nawet w samym porządku liturgii. O ile na Zachodzie epikleza jest pierwsza i sprawia wrażenie wstępu do słów z relacji o ustanowieniu, o tyle na Wschodzie umieszczona jest zazwyczaj dopiero po nich i stanowi ich „zwieńczenie”. Ostatecznego rozstrzygnięcia nie ma i nie będzie. Ducha Świętego nie da się „złapać za rękę”.

    Przemienić się w Jego Ciało

    W tym kontekście wielu liturgistów podkreśla, że tak naprawdę charakter konsekracyjny ma cała modlitwa eucharystyczna, a nie tylko jej wybrane momenty. Co jeszcze ciekawsze – a na co raczej rzadko zwracamy uwagę – ten sam Duch Święty, którego mocy i działania przywołujemy nad chlebem i winem już za chwilę jest wzywany nad nami.

    Jest to – także zawarta w modlitwie eucharystycznej – tak zwana epikleza komunijna. Prosimy w niej, „aby Duch Święty zjednoczył nas wszystkich przyjmujących Ciało i Krew Chrystusa”.

    Tak jak wino i chleb przemieniły się w Niego, tak my – uczestnicy Eucharystii – mamy zostać przemienieni w Jego Ciało – zjednoczone i będące Jego najprawdziwszą Obecnością. Bez tego nasz udział w Eucharystii pozostałby niepełny, a przyjmowanie Jezusa w Komunii pozostałoby pustym znakiem.

    Cud ojca Malachiasza

    Na zakończenie cytat, który niczego nie rozstrzyga i nie próbuje rozstrzygnąć, ale pomaga na nowo zachwycić się cudem:

    Ojciec Malachiasz wierzył, jak każdy prawdziwy kapłan musi wierzyć, iż jest przedstawicielem Chrystusa, że kiedy wymawiając sakramentalne słowa nachyli się nad hostią i nad kielichem, wstąpi w nie Ciało i Krew Tego, którego on zastępuje.

    Wierzył w to, ponieważ tak uczy Kościół i ponieważ patrząc na tyle otaczających go cudów w postaci słońca, księżyca, gwiazd i pór roku nie miał żadnego powodu, aby wątpić, że Pan nasz w tak piękny sposób zstępuje z nieba (…).

    Stojąc przed ołtarzem, raz jeszcze szedł śladami męki Chrystusa Pana. Chodził tam i z powrotem, zwracając się ku prawej, to ku lewej stronie, lecz wciąż wolno i ze czcią, jak gdyby sowimi krokami pragnął odkupić pospieszne „łapu-capu” nowoczesnych ludzi. Potem stanąwszy na środku ołtarza, pogrążył się w głębokim morzu mszy świętej i podczas gdy Piotr i Paweł, Szymon i Tadeusz, Kosma i Damian obstąpili go i stanęli wokół niego jak skały, pochylił się i wśród niedosłyszalnego szmeru niewidzialnych skrzydeł przemienił chleb w Boga (Bruce Marshall, Cud ojca Malachiasza, Warszawa 1999, s. 50-51).

    ks. Michał Lubowicki /Aleteia.pl

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Kulminacyjny moment Eucharystii: patrzeć na hostię lub kielich czy schylać głowę?

    PODNIESIENIE PODCZAS EUCHARYSTII

    Shutterstock

    ***

    To moment Mszy Świętej, w którym dzieje się coś najważniejszego. Jak się zachować podczas podniesienia?

    Podniesienie

    Gdybyśmy mieli wskazać najważniejszy moment mszy świętej, wielu z nas powiedziałoby pewnie, że to podniesienie, gdy kapłan ukazuje kolejno przemienioną w Ciało Pańskie hostię i kielich z Krwią Chrystusa. Wszyscy klęczą, ministrant uderza w gong lub w dzwonki. Trudno wyobrazić sobie Eucharystię bez tego „kulminacyjnego” momentu.

    Tymczasem przez długie wieki podniesienia po prostu nie było. Miało co prawda krótki epizod w IV wieku, ale potem szybko zanikło. Zaczęto je zalecać ponownie w wieku XI po pokonaniu herezji Berengariusza z Tours, który zaprzeczał realnej obecności Jezusa w Najświętszym Sakramencie, ale pierwsze przepisy liturgiczne wydano w tej sprawie dopiero na początku wieku XIII. I dotyczyły one jedynie podniesienia i ukazania hostii.

    Podniesienie kielicha pojawia się dopiero w mszale z 1570 roku. Był to dla odmiany wynik konfrontacji z protestantyzmem – podniesienie obu Postaci miało być znów wyrazem wiary w realną obecność Jezusa w Najświętszym Sakramencie, której – przynajmniej w części – protestantyzm zaprzeczał.

    By adorować Chrystusa w Hostii

    Zwyczaj podniesienia Ciała Pańskiego został wprowadzony w tym celu, by wierni mogli adorować prawdziwie obecnego w konsekrowanej hostii Chrystusa. Stąd towarzyszy mu postawa klęcząca i dźwięk dzwonków, którego zadaniem jest zwrócić uwagę wiernych, że oto następuje bardzo ważny moment. Zdarzało się, że na czas podniesienia przed ołtarzem klękali posługujący z pochodniami, by dzięki ich światłu hostia w dłoniach celebransa była lepiej widoczna.

    Dodajmy, że podniesienie trwało wówczas nieraz bardzo długo, a na pewno o wiele dłużej niż dziś, gdyż była to jedyna okazja do adoracji widocznego Najświętszego Sakramentu. Dopiero później wymyślono i wprowadzono do powszechnego użytku monstrancję służącą ekspozycji Ciała Pańskiego. Z tamtego okresu pochodził też zwyczaj podtrzymywania przez usługujących do mszy tylnej części ornatu celebransa, który do dziś można zobaczyć podczas celebracji „mszy trydenckiej”. Ornaty były bogato zdobione i przez to ciężkie, więc taka pomoc ułatwiała kapłanowi dłuższe podniesienie hostii.

    Schylać głowę czy patrzeć?

    Podniesienie Ciała i Krwi Pańskiej jest momentem milczącej adoracji i chwilą, w której mamy sobie uświadomić, że to rzeczywiście sam Pan stał się wśród nas jak najprawdziwiej obecny. Niekoniecznie trzeba więc wówczas schylać głowę czy spuszczać oczy – choć niektórzy tak właśnie wyrażają swoją cześć wobec Tajemnicy.

    Zamysł wprowadzenia tego gestu do liturgii był taki, by dać nam możliwość wpatrywania się w Eucharystycznego Jezusa. I warto z tego korzystać. Wielu z nas uczono gdzieś w okolicach przygotowania do Pierwszej Komunii, by wpatrując się w hostię i kielich w chwili podniesienia powtórzyć w myślach wyznanie świętego Tomasza uczynione w Wieczerniku wobec Zmartwychwstałego: „Pan mój i Bóg mój”. To prosta i głęboka praktyka. Wyznanie wiary i akt uwielbienia jednocześnie.

    ks. Michał Lubowicki /Aleteia.pl

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Podczas każdej Mszy Świętej jest miejsce na Twoje osobiste intencje. Jak je składać?

    EUCHARYSTIA

    Shutterstock

    ***

    Podczas Mszy Świętej jest kilka takich momentów „szczególnie odpowiednich”, by przywołać i ofiarować Bogu swoje prośby.

    Na początku każdej niemal mszy słyszymy, że jest odprawiana w jakiejś intencji. Najczęściej za zmarłych – o dar życia wiecznego. Czasami za żywych, o Boże błogosławieństwo i potrzebne im łaski. O co tu właściwie chodzi? Jaki jest sens „zamawiania” Mszy Świętej w jakiejś intencji? I czy to znaczy, że jeśli Msza jest za Kowalskiego, to moja modlitwa w jakiejś osobistej sprawie nie będzie już w trakcie tej Mszy wysłuchana?

    Co to znaczy „zamówić” Mszę?

    Znaczy to tyle, że Kościół – czyli wspólnota sprawująca daną Eucharystię pod przewodnictwem kapłana – zgadza się prosić Pana Boga, aby dobrami duchowymi wynikającymi z tej Eucharystii obdarzył konkretną osobę lub grupę osób. Co to za dobra?

    Odpowiedź kryje się w odpowiedzi na pytanie: Czym jest Eucharystia? To uobecnienie Ofiary Jezusa, którą złożył Ojcu z samego siebie oddając swoje życie na krzyżu. W tej Jedynej Ofierze Jezus doskonale i w pełni zjednoczył się z Ojcem.

    My sprawując Eucharystię włączamy się w tę Ofiarę Jezusa, stajemy się jej uczestnikami, jej częścią – bierzemy w niej udział, a więc jednoczymy się „przez Chrystusa, z Chrystusem i w Chrystusie” z Ojcem. „Intencja” oznacza, że robiąc to prosimy, by Pan Bóg w to zjednoczenie włączył konkretnego człowieka – by to zjednoczenie stało się przede wszystkim jego udziałem. A zjednoczenie z Bogiem, to nic innego jak zbawienie.

    Jeśli prosimy na przykład o zdrowie, o pomyślne zdanie egzaminu, o błogosławieństwo i tak dalej, to w tym sensie, że one mają służyć sprawie zbawienia konkretnego człowieka, czyli jego bycia zjednoczonym z Bogiem na zawsze.

    Nie da się ofiarować komuś nic cenniejszego

    W gruncie rzeczy nie można prosić o nic więcej, o nic lepszego. I nie można nikomu ofiarować nic więcej niż to. Nasze zaangażowanie – nasza uwaga, obecność, poświęcony czas, gorliwa modlitwa czy ofiara materialna związana z „zamówieniem” mszy wyrażają naszą miłość, która w Eucharystii staje się częścią doskonałej i pełnej miłości jednoczącej Chrystusa z Ojcem.

    Proste „zamówienie” Mszy (zakładające zasadniczo także jak najpełniejsze w niej uczestnictwo), to coś absolutnie najcenniejszego – wręcz bezcennego – co człowiek może dać drugiemu człowiekowi – żywemu lub zmarłemu. Aż dziwne, że „zamawianie” intencji staje się coraz mniej popularne.

    A co z „prywatnymi” intencjami?

    Czy to oznacza, że moje „prywatne” intencje nie zostaną przez Boga wysłuchane, kiedy modlę się w nich podczas Mszy Świętej? Najpierw sprostowanie. Nie ma „prywatnych” intencji, bo Msza Święta to nie moje sam-na-sam z Bogiem, ale wspólne dzieło całego Kościoła.

    I to nie tylko tego zebranego w konkretnym miejscu, ale naprawdę całego. Tę Mszę Świętą, w której bierzemy udział sprawuje wraz z nami „Kościół rozproszony po całym świecie”. Na znak tego w każdej Mszy, w modlitwie eucharystycznej przywołuje się imię papieża i miejscowego biskupa, którego jedność z papieżem jest znakiem jedności naszej wspólnoty z całym Kościołem Powszechnym.

    To dlatego tuż przed śpiewem „Święty, Święty, Święty” poprzedzającym konsekrację przypominamy sobie, że modlimy się wraz z aniołami i świętymi. Poza tym w mszy świętej modlimy się za cały świat i za wszystkich ludzi. Jeśli uważnie wsłuchamy się w Modlitwę Eucharystyczną, to usłyszymy w niej skierowane do Boga błagania: „aby ta Ofiara sprowadziła na cały świat pokój i zbawienie”, abyś pamiętał „o całym Twoim ludzie i o wszystkich, którzy szczerym sercem Ciebie szukają”, a także prośbę za wszystkich naszych zmarłych braci i siostry oraz „tych których wiarę jedynie Ty znałeś”. Krótko mówiąc: nie ma takiego człowieka, za którego Kościół nie modliłby się sprawując Eucharystię.

    Czas i miejsce na nasze osobiste prośby

    Jak wynika z powyższego jest – i to jak najbardziej – we Mszy Świętej miejsce na moje osobiste intencje. Są one włączone w błaganie całego Kościoła. I bardzo dobrze jest przychodzić na Eucharystię z takimi osobistymi intencjami. Dlaczego? Po pierwsze – jeśli mam takie osobiste intencje, to znaczy, że kocham. A miłość – moja słaba, ułomna, ludzka miłość – jednoczy mnie z nieskończenie kochającym Chrystusem, który ofiaruje się odwiecznie miłującemu Ojcu.

    Po drugie – ta osobista intencja „motywuje” mnie do jak najbardziej gorliwego i świadomego uczestnictwa w sprawowanej Mszy Świętej. A przez takie uczestnictwo coraz bardziej jednoczę się z Bogiem, który na serio mnie słucha i „bierze sobie do serca” to i tych, których ja noszę w swoim człowieczym sercu.

    Specjalne momenty

    Jest podczas Mszy kilka takich momentów „szczególnie odpowiednich”, by przywołać i ofiarować Bogu te swoje prośby. Najpierw na samym początku, kiedy kapłan informuje wspólnotę w jakiej intencji sprawujemy Eucharystię.

    Pamiętajmy, że nie jest ona „konkurencyjna” względem tej naszej osobistej. Wręcz przeciwnie. Im gorliwiej włączam się w tę „wspólną”, tym bardziej kocham, a więc tym bardziej to co noszę w swoim sercu staje się Jezusowe – tym bardziej On to może oddawać i polecać Ojcu. Kolejny dobry moment to „ofiarowanie”, czyli moment, kiedy na ołtarz przynoszone są chleb i wino, a kapłan przedstawia je po cichu Bogu, prosząc by niebawem stały się „Pokarmem i Napojem Duchowym”.

    W tym czasie zazwyczaj zbierana jest tak zwana „taca”. Nie należy lekceważyć tego momentu. Moja materialna ofiara z pieniędzy, które przecież są mi tak bardzo potrzebne do życia bardzo dosłownie wyraża moją ofiarę duchową. Przy tym nie wolno „magicznie” myśleć, że im więcej dam, tym bardziej zostanę wysłuchany. Kłania się ewangeliczna historia o wdowim groszu, którym zachwycił się Jezus (Marek 12,43). Bóg zna moje możliwości i wie, co to dla mnie znaczy dać naprawdę dużo.

    Najważniejszy moment i „Boski Zakładnik”

    Najważniejszy moment to ten, kiedy przyjmuję Chrystusa w Komunii. On jest ze mną, jest we mnie, jest w moim sercu. Moje serce – wszystkie jego sprawy i troski – stają się Jego. Mogę śmiało powiedzieć Ojcu: Mam Twojego Syna. Chcę Ci go ofiarować, oddać. A wraz z nim samego siebie, a więc też wszystko i wszystkich, którzy są dla mnie ważni. Wszystko albo nic, Panie Boże!

    Ten „święty szantaż” zadziała zawsze, jeśli powoduje mną miłość do Boga i człowieka. Bo ta miłość to przecież Duch Święty, który działa w moim sercu i przyczynia się za mną w błaganiach, których sam nie potrafię ubrać w słowa. To moment, kiedy najpełniej – tu na ziemi – uczestniczę w życiu Trójcy Świętej. Jestem z Bogiem, jestem w Bogu. Moje serce zanurzone w Nim. Wszystko, co moje, staje się Jego. Wszystko i wszyscy.

    ks. Michał Lubowicki /Aleteia.pl

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Post eucharystyczny jest obowiązkowy.

    Czy zbyt łatwo o nim nie zapominamy?

    PRZYGOTOWANIE DARÓW

    Shutterstock

    ***

    Kogo obowiązuje post eucharystyczny? Jakie ma znaczenie? I jak liczyć czas postu?

    Uczono nas o nim podczas przygotowania do Pierwszej Komunii Świętej, ale praktyka pokazuje, że często ulatuje nam z pamięci albo nie przykładamy do niego większej wagi. Tymczasem to podstawowy sposób przygotowania się do owocnego udziału w mszy świętej.

    Obudzić pragnienie serca

    Powstrzymanie się od pokarmów i napojów podtrzymujących i uprzyjemniających nasze życie biologiczne ma uświadomić nam, że oto niebawem będziemy przyjmowali Pokarm i Napój dający nam życie duchowe i wieczne. Tak pisał o tym święty Efrem Syryjczyk:

    W Twym Chlebie ginie łakomstwo, Twój kielich unicestwia nieprzyjaciela – śmierć, co nas pożera. Spożywamy Cię, Panie, i pijemy nie tylko, by się nasycić, ale by żyć przez Ciebie.

    Fizyczny głód i pragnienie mają za zadanie rozbudzić naszą duchową tęsknotę za Jezusem w Eucharystii. Takie duchowe „przez żołądek do serca” à rebours.

    Niezwykły pokarm

    Post eucharystyczny znany był w Kościele już w pierwszych wiekach. Co prawda pierwsze pokolenie chrześcijan łączyło nieraz Eucharystię z braterską ucztą zwaną „agapą”, ale dość szybko zdecydowano się rozdzielić te dwa wydarzenia, a przyjmowanie Ciała Pańskiego poprzedzać czasem powstrzymywania się od jakichkolwiek innych pokarmów i napojów.

    Wynikało to z dużej wrażliwości na realną obecność Chrystusa w Najświętszym Sakramencie. Uważano, że nie godzi się, by Chleb Eucharystyczny mieszał się w nas ze zwykłym, wcześniej przyjętym pożywieniem.

    Dziś może dziwić, a nawet śmieszyć nas takie „organiczne”, naturalistyczne podejście, ale powinno też sprowokować do pytania: Czy ja rzeczywiście zdaję sobie sprawę, że w Komunii przyjmuję naprawdę Ciało i Krew Boga?

    Komunia dla wytrwałych

    Pierwsze precyzyjne przepisy dotyczące postu eucharystycznego wprowadził w XVI w. Sobór w Trydencie. Ustalone tam zasady były bardzo surowe. Aby przystąpić do Komunii, należało powstrzymać się od jakiegokolwiek pokarmu oraz napoju od północy aż do momentu jej przyjęcia. Zasada ta obowiązywała wszystkich i bez jakichkolwiek wyjątków.

    Stąd msze święte sprawowano zasadniczo tylko w godzinach porannych. Był to też jeden – choć nie jedyny – z powodów, dla których wierni nie przystępowali do Komunii zbyt często.

    Dopiero w 1953 r. papież Pius XII pozwolił na picie w tym czasie samej wody, a niedługo potem skrócił obowiązujący czas postu eucharystycznego do trzech godzin. Następna zmiana przyszła już po II Soborze Watykańskim, gdy papież Paweł VI określił minimalny czas postu do jednej godziny. W 1973 r. w instrukcji Immensae caritatis zezwolił też, by w przypadku osób chorych, starszych oraz opiekujących się nimi było to jedynie piętnaście minut.

    Post eucharystyczny dzisiaj

    Obowiązujący nas dzisiaj Kodeks prawa kanonicznego z 1983 r. w kanonie 919 nakazuje powstrzymanie się od jakiegokolwiek pokarmu i napoju z wyjątkiem wody i lekarstw „przynajmniej na godzinę przed przyjęciem Komunii Świętej”.

    Post eucharystyczny nie obowiązuje osób w podeszłym wieku, chorych oraz opiekujących się nimi. Zwolniony z postu eucharystycznego jest też kapłan sprawujący drugą lub trzecią mszę tego samego dnia (ale nie przed pierwszą Mszą).

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Poza określonymi powyżej wyjątkami post eucharystyczny obowiązuje wszystkich wiernych i zasadniczo nie występuje możliwość dyspensowania (czyli zwalniania) od niego zarówno w przypadku przyjmowania Komunii podczas mszy świętej, jak i poza nią. Czas postu eucharystycznego liczymy bowiem – o czym warto pamiętać – nie do chwili rozpoczęcia mszy, ale właśnie do przyjęcia Komunii.

    ks. Michał Lubowicki /Aleteia.pl

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Co to jest „Msza wszech czasów”? I dlaczego liturgia przedsoborowa została zmieniona?

    MSZA TRYDENCKA

    fot. Kamil Szumotalski/Aleteia.pl

    ***

    Każdy element był szczegółowo opisany – na przykład, jak szeroko rozkładać ręce na słowa „Pan z wami”, jak właściwie przyklękać, ile razy zrobić znak krzyża podczas modlitwy eucharystycznej…

    Dominik Jarczewski OP: Msza wszech czasów – co to takiego?

    Dominik Jurczak OP*: To konstrukt wymyślony przez tych, którzy próbują nas przekonać, że dawna liturgia przedsoborowa jest tą jedyną właściwą.

    Liturgia przedsoborowa, czyli ta, którą sprawowano mniej więcej do końca lat sześćdziesiątych.

    Tak. I której ciągłość trwała przez wieki. Po Soborze Watykańskim II, zgodnie ze wskazówkami ojców soborowych, zdecydowano się ją odnowić.

    Nie chce mi się wierzyć w tę ciągłość. Jakieś zmiany chyba zachodziły.

    To oczywiste, że liturgia podlegała i nadal podlega zmianom. Nie ma jednej idealnej czy uniwersalnej formy oderwanej od konkretnego człowieka i jego epoki. Twierdzenie, że msza przedsoborowa jest idealna lub że istnieje – jak to nazwałeś – msza wszech czasów, to uproszczenie, by nie powiedzieć – nadużycie.

    Poza tym, msza przedsoborowa, czyli jaka? Każdy jest po jakimś soborze – jedni po Soborze w Konstantynopolu, inni po Soborze Laterańskim IV, a jeszcze inni po Soborze Watykańskim II. Czy msza z XIII wieku, zakładając, że była wyłącznie jedna jej forma, odmienna od tej z początku XX wieku, jest lepsza?

    Sobory zmieniały liturgię?

    Nie, to nie sobory zmieniały liturgię, ale modlitwa Kościoła. Ona tak naprawdę rzeźbi liturgię. Forma dwudziestowiecznej liturgii, z jaką mieliśmy do czynienia przed soborem, daleka była od ideału – dlatego ojcowie Soboru Watykańskiego II opowiedzieli się za jej odnową i rewizją niektórych praktyk.

    Innymi słowy, gdyby ówczesna liturgia była idealna, jak błędnie próbuje się dziś pokazywać, to szczerze wątpię, żeby niemal jednogłośnie ojcowie podnieśli rękę za odnową liturgii. Ewidentnie coś nie działało.

    Co?

    Na przykład zbytnie sformalizowanie – niezrozumiałe ani dla wiernych, ani nawet dla księdza, krępujące ruchy i utrudniające modlitwę. Istniało coś takiego jak ritus servandus, czyli instrukcja krok po kroku, co ma robić celebrans.

    Każdy element był szczegółowo opisany – na przykład, jak szeroko rozkładać ręce na słowa „Pan z wami”, jak właściwie przyklękać, ile razy zrobić znak krzyża podczas modlitwy eucharystycznej, czy jak poprawnie wypowiedzieć słowa Hoc est enim corpus meum. Wszystko było dopracowane w najdrobniejszych szczegółach!

    Chciano dobrze, a wyszło jak zwykle?

    W samej precyzji nie ma nic złego, ale w praktyce przez takie podejście na pierwszym planie była nie celebrowana tajemnica, lecz dbałość o szczegóły. Gdy w tym nagromadzeniu detali treść odeszła na dalszy plan, wygrał formalizm. Liczyło się to, aby zmieścić się w slalomie przepisów.

    Tym sposobem liturgia przestała rozumieć człowieka, ale też człowiek przestał rozumieć liturgię.

    Czy teraz nie przesadzamy w drugą stronę? Skoro czegoś nie rozumiemy, to do wyrzucenia. Zero miejsca na tajemnicę!

    Bez wątpienia jesteśmy w innym miejscu. Obecnie językowo zrozumiałe jest w zasadzie wszystko – łacina, która dla wielu była przeszkodą, zniknęła z liturgii, a mimo to trudno odnotować jakieś skokowe pogłębienie teologiczne. Powiedziałbym raczej, że tendencja jest odwrotna – niestety często jest bardziej banalnie (…).

    Kardynał Ratzinger we wstępie do swojej książki Duch liturgii, odwołując się do tego, co zaszło w XX wieku, przywołuje ciekawy obraz. Dzieło odnowy liturgicznej porównał bowiem do odnowy fresku. Reforma soborowa miała odkryć jej piękno; miała oczyścić z pyłu i poprawić wyblakłe, niewyraźne już kolory, tak by na nowo zachwycić się jej blaskiem!

    Ale czy nie poszła za daleko?

    Tak mówią krytycy, poniekąd słusznie. Nie wszystko, co się stało po soborze, poszło we właściwym kierunku. Niektóre z rozwiązań, jak na przykład homilia czy komentarze w trakcie liturgii, które miały sprawić, że liturgia będzie bardziej zrozumiała, zbytnio skoncentrowały naszą uwagę na osobie celebransa. Patrzymy, czy fajnie odprawia, czy opowiada dowcipy na kazaniu, czy potrafi właściwie odpowiedzieć na potrzeby tłumu. Nie zadajemy pytania, czy daliśmy się poprowadzić Chrystusowi, ale czy nie było nudno. W dawnym rycie ksiądz był bardziej „przezroczysty”.

    Innym przykładem jest kultywowanie zmiany dla samej zmiany. Panuje przeświadczenie, że liturgia jest wytworem ludzkim, więc jeśli coś nie działa, jeśli z czymś mamy problem, należy to zmienić. Dlatego kiedy na przykład do parafii przychodzi nowy ksiądz, to powinien się przyjrzeć, jak ta wspólnota się modli, czym żyje, a nie zaczynać od zmian – oczywiście według własnej wizji. Z doświadczenia liturgisty mogę powiedzieć, że to, czego nam zazwyczaj potrzeba, to nie zmiana, ale – wtajemniczenie.

    Jeśli więc wystawiamy nasz „fresk” na rozmaite czynniki zewnętrzne, to pojawia się ryzyko, że będzie on erodował i koniec końców na zawsze utracimy piękno, które chcieliśmy odkryć (…).

    Liturgia zmieniała się przez wieki. Dlaczego więc tyle emocji towarzyszy odnowie soborowej?

    Bo liturgia jest częścią nas, dotyka życia chrześcijańskiego. Zmiany, które się pojawiły po Soborze Watykańskim II, wprowadzano odgórnie, z dnia na dzień – wczoraj było tak, dziś jest inaczej. Obecnie wiemy, że to błąd, dlatego nie ma odwrotu od odnowionej liturgii, mimo jej mankamentów.

    Poza tym, nim wprowadzimy jakąkolwiek zmianę, potrzeba gruntownych badań naukowych – nie takich, które potwierdzą to, co z góry sobie założymy. W odnowie posoborowej ryty, które były najlepiej przestudiowane, są obecnie używane.

    Przy czym nie chodzi oczywiście o to, by tworzyć jakąś rekonstrukcję historyczną. Te badania mają służyć modlącej się wspólnocie. Wobec niej liturgista musi zachować pokorę. Dlatego nie wszystkie zaproponowane zmiany ostatecznie weszły w życie (…).

    Gdybyś miał coś z powrotem przywrócić do mszału, co by to było?

    Nie wiem, czy bym cokolwiek przywracał. Ale elementem wciąż niedowartościowanym, nie tyle w samej mszy, ile w obrzędach sakramentu małżeństwa, jest błogosławieństwo nowożeńców.

    To, które jest po Ojcze nasz?

    Tak. Mam wrażenie, że w celebracji sakramentu małżeństwa główny akcent kładziemy na wyrażenie zgody między małżonkami, tymczasem błogosławieństwo, o którym mowa, to bardzo stara, przepiękna modlitwa. W swojej strukturze jest podobna do modlitwy eucharystycznej.

    Można zatem zaryzykować stwierdzenie, że jest taką „modlitwą eucharystyczną” wypowiadaną nad nowożeńcami, by stali się jednością w Chrystusie. To, w moim przekonaniu, bardzo zasługuje na uwypuklenie. Nie potrzeba niczego dodawać, wystarczy skorzystać z tego, co mamy. A ponieważ jest to długa modlitwa, to na różne sposoby próbuje się ją ominąć.

    Podobnie ma się sprawa z błogosławieństwem wody chrzcielnej. Przepiękna, długa modlitwa, pełna odniesień biblijnych…

    Jest to fragment książki: „Nerw święty. Rozmowy o liturgii”, Dominik Jurczak OP, Dominik Jarczewski OP, Wydawnictwo W Drodze. Tytuł, lead i skróty pochodzą od redakcji Aleteia.pl.

    * o. dr Dominik Jurczak OP jest wykładowcą w Papieskim Instytucie Liturgicznym „Anselmianum” i na Papieskim Uniwersytecie „Angelicum” w Rzymie, członkiem Międzynarodowej Komisji Liturgicznej Zakonu Kaznodziejskiego.

    rozmawiał ks. Michał Lubowicki/W drodze/Aleteia.pl

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Liturgia wróciła do korzeni

    Najświętsza ofiara sprawowana w bazylice kolegiackiej Wniebowzięcia Najświętszej Maryi Panny w Krzeszowie.

    Najświętsza ofiara sprawowana w bazylice kolegiackiej Wniebowzięcia Najświętszej Maryi Panny w Krzeszowie/fot.Józef Wolny/Gość Niedzielny
    ***

    Myślę, że Msza, którą odprawiał św. Piotr,bardziej przypominała tę naszą, współczesną,niż np. tę z XVIII wieku, kiedy barok podkreślał„święty teatr” przez architekturę,złoto i piękne paramenty – mówi ks. dr Andrzej Hoinkis, liturgista.

    Agnieszka Huf: Niedawno minęło 60 lat od uchwalenia pierwszego dokumentu soborowego – Sacrosanctum concilium, Konstytucji o Liturgii Świętej. Tego dnia przypadła 400. rocznica zakończenia Soboru Trydenckiego. Ta data nie wydaje się przypadkowa…

    Ks. dr Andrzej Hoinkis: Na pewno wybór daty był świadomą decyzją. Zresztą wydanie mszału po Soborze Watykańskim II odbyło się w 500. rocznicę wydania mszału po Soborze Trydenckim. Ale nie było tak, że przyspieszano pracę nad konstytucją, aby zdążyć z jej ogłoszeniem w konkretnym dniu – to było dzieło dobrze przygotowane. Kwestia liturgii żyła bardzo mocno w świadomości katolików w latach 50. i 60. XX wieku, aktywnie działał Ruch Liturgiczny, odkrywano nowe teksty źródłowe. To wszystko było procesem, który przygotował do zajęcia się na soborze liturgią.

    Sam Sobór Watykański II to też nie było nagłe wydarzenie – Jan XXIII nie obudził się przecież pewnego dnia z myślą, że zwoła sobór. Proces, którego był on finałem, zaczął się już w końcówce XIX wieku…

    Nawet wcześniej, bo Sobór Watykański I, obradujący w latach 1869–1870, nie został zakończony i w Kościele żywa była myśl, że należy do niego wrócić. XX wiek przyniósł wiele zmian – I wojna światowa mocno wstrząsnęła Europą i Kościołem, II wojna światowa tym bardziej. Po niej pojawił się w myśleniu światowym pozytywistyczny trend: „wszystko jesteśmy w stanie zmienić”. Mimo eskalacji zła, która objawiła się w latach wojny, społeczeństwa bardzo szybko się odradzały. XX wiek to też czas wielkich zmian mentalnych – chociażby rewolucja 1968 roku, która przecież nie wybuchła z dnia na dzień, tylko narastała przez lata. Myślę, że papież słuchał Ducha Świętego, miał wyczucie, że pewne rzeczy trzeba uprzedzić, uporządkować, żeby nie obudzić się „z ręką w nocniku”.

    Wspomniał Ksiądz o Ruchu Liturgicznym. Co to takiego?

    Ruch Liturgiczny rozpoczął się we Francji w opactwach benedyktyńskich w XIX wieku. Co ciekawe, u jego początków leżało odkrycie, że mszał potrydencki z 1570 r. jest bardzo bogaty w treści – często bardziej niż mszały diecezjalne, z których we Francji w XIX w. powszechnie korzystano. Dlatego Ruch Liturgiczny doprowadził do powszechniejszego przyjęcia mszału potrydenckiego w wielu diecezjach francuskich i niemieckich; sprawił, że do doceniono piękno liturgii rzymskiej. Równocześnie odkrywano i opracowywano starożytne źródła pokazujące historię Kościoła i liturgii w czasach starożytnych. Mszał potrydencki to w większości mszał Kurii Rzymskiej z XII wieku, bo kiedy trwał Sobór Trydencki, naukowcy czy liturgiści nie mieli starszych źródeł. Tymczasem w XIX i XX wieku odkryto i opracowano teksty z pierwszych wieków chrześcijaństwa, dzięki czemu zauważono, że obowiązująca liturgia jest mocno sklerykalizowana. Na przykład święty Justyn w pisanej w II wieku Apologii wspomina, że w czasie liturgii posługiwali lektorzy, którzy czytali Pismo Święte, że słowo Boże było wiernym wyjaśniane – to wszystko na skutek różnych procesów w Kościele stopniowo zanikło. Ruch Liturgiczny postulował pójście głębiej niż XII wiek, na którym zatrzymała się reforma liturgii po Soborze Trydenckim. Stopniowo sięgano do korzeni, do starożytnych tekstów, do żywszego udziału wiernych w Mszy, a nie tylko biernego jej słuchania. Pojawiały się próby przybliżenia Eucharystii wiernym – na przykład kapłan sprawował Mszę po łacinie, ale ludzie odpowiadali w języku narodowym. To wszystko działo się powoli, latami, ale u początków XX wieku potrzeba rozumienia przez wiernych, co się dzieje w czasie Mszy, była już bardzo nabrzmiała.

    Jednak sprawa liturgii wydawała się już przesądzona – Pius V w bulli Quo primum tempore w 1570 r. napisał przecież: „będzie odtąd bezprawiem na zawsze w całym świecie chrześcijańskim śpiewanie albo recytowanie Mszy św. według formuły innej niż ta przez Nas wydana”, czyli niejako „zabetonował” Mszę.

    Warto się zastanowić, czy naprawdę Pius V miał intencję „zamrożenia” liturgii. Trzeba spojrzeć na kontekst historyczny: Sobór Trydencki był reakcją na reformację. Pius V nie zabronił stosowania ani rytu ambrozjańskiego, ani innych rytów, które istniały wtedy w Kościele zachodnim i były prawnie obowiązujące. Mszał wydany po Soborze Trydenckim także nie obowiązywał z automatu na całym świecie – aż do XIX wieku w wielu diecezjach francuskich czy niemieckich obowiązywały mszały diecezjalne, które powstały na długo przed soborem. Jeśli tradycja ich używania była starsza niż 200 lat, to diecezje mogły je zachować. 

    Piusowi V chodziło o uchronienie liturgii przed naleciałościami protestanckimi? 

    W dużej mierze tak. Papież chciał zabezpieczyć Mszę przed protestantyzacją. Ale diecezje, które miały księgi liturgiczne starsze niż 200 lat, mogły je zachować. Żeby było ciekawiej proces przyjęcia mszału potrydenckiego nałożył się na wynalazek Gutenberga, który ułatwiał masowy druk. Stąd wydanie mszału w dużym nakładzie było tańsze niż wydanie niewielkiej liczby egzemplarzy lokalnych ksiąg. Polskie diecezje, które wówczas istniały – gnieźnieńska czy krakowska – mogły zachować swoje mszały. Jednak ze względów ekonomicznych oraz z uwagi na uchwały synodów (np. piotrkowskiego z 1577 r.) przyjęły księgi liturgiczne wydane po Soborze Trydenckim. Stwierdzenie, że Pius V zobowiązał czy zmusił cały Kościół do odprawiania Mszy św. według mszału z 1570 r., nie jest prawdziwe.

    Czyli pojęcie „Mszy wszech czasów” nie jest poprawne?

    To błędne pojęcie, myślę, że nie ma czegoś takiego jak „Msza wszech czasów”. Inaczej sprawowali ją apostołowie, inaczej np. św. Ambroży czy św. Augustyn, a jeszcze inaczej Kościół po Soborze Trydenckim. Można by o takiej mówić, gdyby Jezus, zakładając Kościół, od razu wręczył uczniom mszał z odpowiednimi tekstami i sposobem celebracji. Mówienie o „Mszy wszech czasów” jest ahistorycznością.

    Z Soborem Watykańskim II kojarzy się najczęściej wprowadzenie języków narodowych do liturgii i odprawianie Mszy św. przez księdza zwróconego twarzą do ludzi. Ale wczytując się w Konstytucję o Liturgii Świętej, można zauważyć, że akcent położony jest na samą teologię liturgii. Jakie najważniejsze kwestie porusza ta konstytucja?

    Proszę nie zapominać, że pierwotnie w liturgii posługiwano się językami narodowymi. Język łaciński w starożytnym Rzymie był językiem tych ludzi, którzy we Mszy św. uczestniczyli. Także i odprawianie jej twarzą czy plecami do ludu jest uproszczeniem. Chodziło o coś innego – o zwrócenie się na wschód, w stronę „Wschodzącego Słońca”, czyli Zmartwychwstałego. Przez wieki papieże przy konfesji św. Piotra sprawowali Mszę św. twarzą do ludu. Przed Soborem Watykańskim II biskup Karol Wojtyła w 1958 roku w Tyńcu odprawiał pasterkę także twarzą do ludu. Ani mszał potrydencki nie nakazywał odprawiania Mszy tyłem do ludu, ani ten powatykański nie nakazuje robienia tego twarzą do ludu. To są rzeczy drugorzędne. Konstytucja przypomniała, że liturgia to nie jest dzieło celebransa, ale przede wszystkim samego Boga i całego Kościoła, a wierni mają prawo w niej pobożnie i czynnie uczestniczyć, a nie tylko być jej biernymi świadkami. 

    Wcześniej Msza była trochę teatrem jednego aktora – ksiądz robił coś przy ołtarzu, a ludzie nie do końca rozumieli, co się dzieje.

    Ludzie często nie mieli pojęcia, co dzieje się na Mszy. Nie znali łaciny, nie mogli także usłyszeć, jakimi tekstami celebrans się modli. Mogło to być takie „magiczne”… Stąd zresztą wziął się zwrot „hokus-pokus” jako symbol magicznego zaklęcia. Pochodzi on od słów konsekracji: hoc est enim corpus meum. Prawdopodobnie ministranci – bo oni, będąc najbliżej ołtarza, mogli usłyszeć wypowiadane modlitwy – tak przekręcili te słowa i zwrot wszedł do obiegu. Dopiero w XIX wieku popularne stały się mszaliki, w których wyjaśniony był przebieg liturgii, i dzięki temu wierni mogli lepiej „uczestniczyć” we Mszy św. Sobór Watykański II przywrócił liturgię do stanu zbliżonego do tego, który istniał na początku chrześcijaństwa. Kiedy sięgniemy do wspomnianej Apologii Justyna, w której dwa razy opisana jest Msza starożytnego Kościoła, to zobaczymy, że podkreślone jest w niej współuczestnictwo, a nie podział na biernych wiernych i działającego kapłana. Myślę, że Msza, którą odprawiał św. Piotr, bardziej przypominała tę naszą, współczesną, niż np. tę z XVIII wieku, kiedy barok podkreślał „święty teatr” przez architekturę, złoto i piękne paramenty – co oczywiście na tamte czasy mogło być najlepszą drogą. Zmiana sposobu myślenia stała się możliwa dzięki odkryciu tekstów starochrześcijańskich, do których twórcy mszału potrydenckiego nie mieli dostępu.

    Ta zmiana dla wielu musiała być szokiem…

    Tekst Sacrosanctum concilium i tak jest „konserwatywny” – nie wiem, jak wyglądałby tekst tej konstytucji, gdyby uchwalono ją na koniec soboru. Zupełnie inaczej wyglądają późniejsze dokumenty, choćby konstytucja Gaudium et spes. Wielu spodziewało się, że ta zmiana pójdzie dużo dalej – przykładem może być Hans Küng. W efekcie w USA i w krajach Europy zachodniej wielu teologów stwierdzało, że ten tekst nie jest taki, jaki być powinien, i odwoływało się do tzw. ducha liturgii czy ducha soboru, a nie do samego tekstu.

    Początkowo nawet abp Lefebvre, który dziś jest symbolem sprzeciwu wobec zmian posoborowych, podpisał ten dokument, nie wysuwając zastrzeżeń. Więc jak to się stało, że niektóre środowiska traktują dziś sobór jako moment zniszczenia liturgii?

    Sobór Watykański II nie zniszczył liturgii. Tu dużą rolę odegrali wspomniany „duch liturgii” i… dziennikarze! Jeśli zajrzymy do książki P. Seewalda Benedykt XVI. Życie, to bardzo wyraźnie zauważymy różnicę: Joseph Ratzinger pracował systematycznie, źródłowo, a Hans Küng „pracował” z mediami, urabiał je. Mówił to, co media chciały usłyszeć, i przez to kreował np. „ducha liturgii”. W usta ojców soborowych wkładał to, co wydawało mu się słuszne. Ale Küng nie był sam – było więcej osób, które powołując się na „ducha soboru” i na to, co ich zdaniem powinien on uchwalić, kształtowały opinię publiczną, wtedy jeszcze bardzo katolicką. Rozdmuchiwały ogniska potrzebne im do tego, żeby urabiać czy forsować kwestie, które z litery soboru nie wynikały. Zresztą nie chodzi tu tylko o liturgię, ale o całą teologię.

    Krytycy mówią, że miała być ewolucja i reforma, a wyszła rewolucja i deforma…

    Skąd się w ogóle wzięły we współczesnym Kościele tendencje tradycjonalistyczne i mówienie o deformie? Postawiłbym tezę, że gdyby reforma liturgiczna po Soborze Watykańskim II w całym Kościele postępowała tak, jak to było robione w Polsce, prawdopodobnie dziś nie byłoby z tym problemu. U nas zmiany wprowadzano powoli, z rozmysłem. Kardynał Wyszyński nie był strażakiem gaszącym ogień Ducha, tylko człowiekiem rozsądnie myślącym. W Polsce Kościół był w bardzo specyficznej sytuacji pewnego rodzaju „podziemia” – byliśmy cały czas kontrolowani przez UB, aparat komunistyczny itd. Wyszyńskiemu bardzo zależało, żeby nie robić niepotrzebnych ruchów, które mogłyby wywołać nieprzewidziane konsekwencje. Często mówił, że trzeba coś przemyśleć, działać powoli, bo nie wiadomo, co z tego wyniknie. Chciał, żeby wszystkie działania – choćby tłumaczenie mszału – od początku do końca były wykonane bardzo starannie. A na Zachodzie na zmiany soborowe rzucono się pędem, przechodząc od jednego ekstremum do drugiego. Porównywałem tłumaczenia Konstytucji o Liturgii zatwierdzone przez Konferencje Episkopatu różnych krajów i na przykładzie jednego słowa – recognitio – widać, jak zupełnie inne jest jego rozumienie w tekście niemieckim i polskim. U nas przetłumaczono je bardziej zachowawczo – „należy krytycznie opracować”, „starannie rozpatrzeć”, „zbadać i poprawić”, a w niemieckim radykalnie – „przerobić”, „sprawdzić”, „zreformować”, „na nowo uporządkować”. A w oryginale konstytucji jest ciągle jedno słowo – recognitio!  

    I stąd wzięły się te nadużycia, o których czasem czytamy – że księża na Zachodzie odprawiają dziś Mszę dziwnie poprzebierani, na papierowym talerzyku zamiast na patenie, tańcząc albo jeżdżąc na rolkach?

    Tak, prawdopodobnie to jest przyczyną. A także subiektywizm, mówienie: „Gdyby Jezus dziś żył, to z pewnością…”. Ale z drugiej strony nadużycia i błędy nie zaczęły się po Soborze Watykańskim II. Można powiedzieć, że odkąd Bóg powierzył człowiekowi swój Kościół, zawsze pojawiały się tego typu problemy. Także i Msza według mszału potrydenckiego nie była wolna od wypaczeń i „deformy”, dlatego tak głośne było wołane o reformę liturgii w połowie XX wieku. Przykładem mogą być Msze odprawiane z wystawieniem Najświętszego Sakramentu, co było przez Kościół potępiane.

    A tych błędów wierni często nawet nie dostrzegali, bo laicy nie znali w szczegółach przebiegu Mszy ani nie słyszeli, co się dzieje ołtarzu.

    Oczywiście! Dziś się mówi, że Msza potrydencka, w przeciwieństwie do „dzisiejszej”, była bezbłędna, święta, a tak naprawdę i tam było wiele nadużyć! Biblioteki kościelne XIX i początków XX wieku byłyby o połowę skromniejsze, gdyby nie powstały wszystkie książki piętnujące nadużycia w czasie sprawowania Eucharystii.

    Ale jednak to o współczesnej Mszy mówi się, że jest przestrzenią improwizacji.

    Zachód Europy i Ameryka bardzo zachłysnęły się wolnością i to spowodowało największy kryzys Kościoła posoborowego, bo często prowadziło do „przegięć”. Po Soborze Watykańskim II Kościół dopuścił używanie innych modlitw eucharystycznych, nie tylko Kanonu Rzymskiego. Chodziło o powrót do korzeni, do starochrześcijańskich modlitw – np. tzw. Kanonu Hipolita, który był uznawany za przykład rzymskiej starożytnej modlitwy eucharystycznej – dziś to jest II Modlitwa Eucharystyczna. Sobór chciał wrócić do tekstów znanych u początków Kościoła, a później zapomnianych, które mogą być ubogaceniem naszej wiary. Tymczasem w niektórych miejscach przesadzono, uznając, że każdy może sobie wymyślać własną modlitwę eucharystyczną. Ja sam w latach 2000. spotkałem się w Austrii z całymi skoroszytami z „pisanymi na kolanie” modlitwami eucharystycznymi. Zachłyśnięto się dostępem do języków narodowych i improwizacji w liturgii. Faktycznie, pierwsze wieki Kościoła to były czasy improwizacji, bo nie było jeszcze ksiąg liturgicznych. Jednak z biegiem czasu lepsze, piękniejsze teksty zaczęto spisywać i w ten sposób powstały księgi liturgiczne. Sobór Watykański II nie zakładał ani nie dopuszczał, że teraz każdy celebrans może improwizować Mszę (por. np. art. 22 KL) – to była nadinterpretacja, wynikająca raczej nie tyle ze złej woli, co z płytkiej fascynacji nowością.

    Co z perspektywy Księdza jako liturgisty jest najbardziej pozytywną zmianą po Vaticanum II?

    Choćby to, że ludzie rozumieją teksty mszalne, mogą się nimi „karmić”, że mają możliwość świadomego uczestnictwa w tym, co dzieje się w czasie Mszy. Ważne jest też to, że w czasie liturgii czytane jest Pismo Święte, które wierni rozumieją. Bo na Mszy potrydenckiej ksiądz sam dla siebie czytał teksty Pisma, które były napisane po łacinie, a ponadto przez cały tydzień czytano te same fragmenty. Na początku XX wieku wielu ludziom towarzyszyło ogromne pragnienie życia słowem Bożym – reforma liturgii to umożliwiła. Ważne jest też, że wróciły pewne posługi znane z tekstów starochrześcijańskich – wtedy co innego robił ksiądz, co innego lektor, diakon i tak dalej. Potem przez wieki to się mocno sklerykalizowało, a dziś znowu świeccy mają swoje miejsce w liturgii. Kolejna ważna sprawa to reforma liturgii innych sakramentów, dzięki czemu chociażby rodzice czy chrzestni mogą rozumieć, co dzieje się podczas chrztu, i uniknąć poczucia magiczności. Dostępność do liturgii – dzieła Boga dla nas – to wielki plus rzeczywistości, w której żyjemy. Na ile go wykorzystujemy, to już inne pytanie.

    rozmawiała Agnieszka Huf(Historia Kościoła)Gość Niedzielny

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Eucharystia to droga, szczyt, źródło i… miejsce podziałów [Modlitwa, chrześcijaninie!]

    Eucharystia

    fot. Vatican News

    ***

    Eucharystia w Konstytucji o Liturgii „Sacrosanctum Concilium” nazywana jest szczytem i źródłem życia chrześcijańskiego. Jest ona także drogą, ale też, niestety, miejscem podziałów. Dlaczego?

    Szczyt, źródło i droga

    Eucharystia, tak jak każda modlitwa, ma wiele swoich definicji. To rzeczywistość tak głęboka, że mimo poświęcenia jej setek książek, artykułów, podcastów i filmów wciąż można zagłębiać się w jej tematykę. Kościół podczas Soboru Watykańskiego II nazwał Eucharystię szczytem i źródłem życia chrześcijańskiego (Por. „Sacrosanctum Coniclium” 10).

    Msza święta jest szczytem, ponieważ w niej dokonuje się to, co jest celem modlitwy – zjednoczenie z Bogiem. Kościół uczy, że podczas Eucharystii, niezależnie od wiary i pobożności księdza, Bóg jest rzeczywiście obecny i udziela się ludziom. Jezus spotyka się z nami w Słowie, które jest czytane, we wspólnocie, która gromadzi się w Jego imię, w osobie szafarza, a najpełniej – w Ciele i Krwi. To szczyt doświadczenia modlitewnego.

    Eucharystia to także źródło naszej wiary. Na niej słuchamy Słowa, które pomaga nam podejmować decyzje, spotykamy innych wierzących i karmimy się samym Bogiem, by mieć do rozwoju naszej relacji i służenia innym ludziom.

    Sobór nie mówi o Mszy św. jako drodze, ale to słowo także oddaje jej istotę. Eucharystia respektuje, że jesteśmy na różnych etapach naszej drogi rozwoju duchowego. Stopniowo odsłania przed nami swoje tajemnice: od rozpoczęcia i aktu pokuty, przez Słowo, do misterium przeistoczenia i Komunii świętej, aż do posłania z Dobrą Nowiną. Wraz z wiekiem, doświadczeniem i wiedzą inaczej przeżywamy każdy z tych elementów, a msza prowadzi nas coraz bardziej w głąb.

    Miejsce podziałów

    Mimo tych pięknych definicji, obrazów i głębi Eucharystia, mimo że jest jednym stołem, przy którym siadamy i jednym Chlebem, który łamiemy, jest miejscem podziału wierzących. Pisał już o tym św. Paweł: „Przede wszystkim słyszę – i po części wierzę – że zdarzają się między wami spory, gdy schodzicie się razem jako Kościół. […] Tak więc, gdy się zbieracie, nie ma u was spożywania Wieczerzy Pańskiej. Każdy bowiem już wcześniej zabiera się do własnego jedzenia, i tak się zdarza, że jeden jest głodny, podczas gdy drugi nietrzeźwy (1 Kor 11, 18-21). 

    Echa tych pierwotnych kłótni widać w historii Kościoła. Jan Hus – czeski duchowny z przełomu XIV i XV w. sugerował reformę Kościoła. Jego postulatami były m.in.: język narodowy w Eucharystii oraz komunia pod dwiema postaciami. Hus został spalony na stosie, a po jego śmierci rozgorzała kilkuletnia wojna.

    W czasie Soboru Watykańskiego II bp Marcel Lefebvre sprzeciwił się niektórym jego postanowieniom – w tym reformie liturgii. W wyniku jego niezgody doszło do schizmy w Kościele, która trwa do dziś.  Spory o kształt Mszy św. są i dziś, gdy mowa o nadzwyczajnej formie rytu rzymskiego – tzw. Msza trydencka, która dla niektórych jest jedyną słuszną liturgią, a dla innych – reliktem przeszłości.

    Brak jedności obecny jest także w kwestii formy przyjmowania Komunii świętej, gdyż są tacy, którzy kwestionują decyzje Kościoła, oskarżając innych o profanowanie Ciała Pańskiego. 

    Te przykre wydarzenia, choć przewijają się w historii chrześcijaństwa, nie mogą stać się normą! Eucharystia to przecież uczta jedności, uobecnienie ofiary, dzięki której znikły podziały między ludźmi.

    Lek na rozbicie

    Eucharystia zmieniała się przez wieki trwania Kościoła. Inaczej wyglądała liturgia pierwszych wieków w Jerozolimie, a inaczej – w Antiochii czy Koryncie. Przed Soborem Trydenckim istniały różne formy sprawowania Mszy św., ale Kościół Zachodni zdecydował, że wzorcową będzie ta rzymska. Mimo to przetrwały ryty dominikański, benedyktyński czy lyoński. Po Soborze Watykańskim II liturgia została uproszczona zgodnie z postulatem powrotu do źródeł, a jakiś czas później powstał ryt zairski, przystosowany do niektórych rejonów Afryki.

    Kościół na Wschodzie zawsze był różnorodny pod względem liturgii. Istnieje kilkanaście różnych obrządków, choćby: bizantyjski, syryjski, malabarski, czy maronicki. Msza św. odprawiana w rytach wschodnich jest inna, niż ta „zachodnia”, ale to wciąż ta sama modlitwa, którą Jezus zostawił Kościołowi. 

    Lekiem na rozbicie może być dostrzeżenie bogactwa liturgicznego Kościoła i uznanie, że może istnieć jedność w różnorodności. 

    Jak modlić się Eucharystią?

    W trakcie naszego cyklu „Modlitwa, chrześcijaninie!” mówiliśmy o modlitwie ustnej, słuchania i kontemplacji. Eucharystia łączy ze sobą wszystkie te trzy elementy w modlitwę całej wspólnoty.

    • Jest oczywiste, że msza jest modlitwą ustną, gdyż pada na niej wiele słów, które wypowiadamy. Ważne jest to, że mówimy je razem, jako jedna wspólnota.
    • Słowo Boże jest czytane i wyjaśnianie w Eucharystii. Słuchamy na niej Boga, który do nas mówi. Warto wsłuchać się też w inne teksty: modlitwy, prefację i słowa modlitwy eucharystycznej.
    • Eucharystia to kontemplacja par excellence. Trwamy na niej przy Bogu i pozwalamy Mu działać przez Jego Słowo i komunię świętą. Dobrze jest zostać po mszy przez chwilę w kościele i na spokojnie skupić się Bogu, który przyszedł do mnie: we wspólnocie, Słowie i Komunii, jeśli tylko mogę ją przyjąć.

    Dariusz Dudek/Aleteia.pl

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Cuda eucharystyczne:

    wyróżnienie, czy przestroga?

    (GS/PCh24.pl)

    ***

    Cuda eucharystyczne od wieków budzą wielkie emocje nie tylko wśród wiernych, ale także wśród naukowców, którzy z zapałem badają próbki cudownych Hostii. Gdy okazuje się, że dane wydarzenie nie jest wynikiem zakażenia bakterią (np. Pałeczką krwawą), czy rozwojem pleśni, a pod mikroskopem można dostrzec komórki żywej, ludzkiej tkanki, jesteśmy sytuacją niezwykle przejęci, wzruszamy się i dziwimy. Jako katolicy, cieszymy się, że kolejny raz potwierdza się to, w co od zawsze wierzymy. Fakty naukowe mówią same za siebie – Chrystus głosił prawdę: chleb naprawdę zamienia się w Jego Ciało, a wino w Krew.

    Niestety, wobec sporego, informacyjnego zamieszania wokół cudu i jego “technicznych” szczegółów, wielu z nas traktuje sprawę jako sensację, ciekawostkę do poczytania “przy kawie”, zapominając przy tym o zadaniu sobie najważniejszego pytania – co Bóg chce nam przez to powiedzieć? Cuda nie dzieją się bez powodu – gdy Jezus przemienił wodę w wino, uzdrawiał, czy wskrzeszał, czynił to, by ludzie w Niego uwierzyli i zyskali zbawienie, na które Boża Łaska jest przede wszystkim ukierunkowana.

    Gdyby bowiem czyny Chrystusa ograniczały się do doczesnych, ludzkich korzyści, na pewno uzdrowiłby wszystkich chorych, a wszystkich biednych obsypałby pieniędzmi. Spójrzmy choćby na przykład z Ewangelii św. Mateusza, kiedy to Pan Jezus, nakarmiwszy tłumy i odprawiwszy uczniów, udał się samotnie na modlitwę. Mógł przecież zostać z ludem i w dalszym ciągu go “uszczęśliwiać”. Jak widać, Bóg nie chce, byśmy traktowali Go jedynie jako „spełniacza” naszych ziemskich pragnień. Pozwala nam to domniemywać, że i nadprzyrodzone zjawiska związane z Eucharystią mają w zamyśle Bożym pomóc nam osiągnąć życie wieczne.

    Jak jednak mogą one przynieść dobry owoc, skoro często uważamy doświadczenie cudu za wyróżnienie? A może jest zgoła odwrotnie? Może Bóg domaga się poprawy naszego zachowania, upomina się o większą wiarę lub o szczerą miłość? Aby lepiej poznać istotę rzeczy, prześledźmy kilka przykładów cudów eucharystycznych z zaznaczeniem szczególnych okoliczności każdego z nich.

    Odpowiedź na zwątpienie

    Jeden z najbardziej spektakularnych cudów eucharystycznych dokonał się w pierwszej połowie VIII wieku we włoskim Lanciano, podczas Mszy Świętej, której celebransem był pewien bazylianin wątpiący w prawdziwość przeistoczenia. W odpowiedzi na ów brak wiary, Hostia w dłoniach kapłana zaczęła krwawić, a wino w kielichu było już substancjalnie krwią.

    Cud w Bolsenie z 1263 r. również wydaje się być wytknięciem niedowiarstwa kapłanowi – ks. Piotrowi, który podczas odprawiania Mszy Świętej podważył w duchu realną obecność Chrystusa w konsekrowanej Hostii. Tuż po słowach konsekracji z wytrysnęła z Niej krew.

    Fiecht w Austrii, rok 1310 – tam z kolei wino przeistoczyło się w kipiącą krew. Powątpiewający w transsubstancjację ksiądz przeraził się owym nagłym, dynamicznym zjawiskiem i nie zdołał wypić zawartości kielicha do końca.

    Niewiara początkiem występku

    Zdarza się, iż “nieleczone” i pogłębiające się zwątpienie ducha zyskuje swoje uzewnętrznienie w postaci nieodpowiedniego, haniebnego zachowania. W historii zdarzały się bowiem i takie indywidua, w przypadku których lekceważenie słów Chrystusa: To jest Ciało moje[…] pociągnęło za sobą świętokradzkie czyny. Niewiara wiąże się z brakiem bojaźni Bożej, wobec czego niewierzący, bagatelizując zapowiedź kary, drwi również z powagi grzechu.

    W 1421 r. w holenderskim Bergen ksiądz proboszcz dopuścił się nieprawdopodobnej profanacji – wrzucił pozostałe po Mszy Świętej Hostie do kanału. Po wielu tygodniach zostały one dostrzeżone przez miejscowych rybaków – ku ich zdziwieniu, pokryte były one najprawdziwszą krwią.

    9 lat później, w Dijon we Francji, Pan Jezus powtórnie wystąpił przeciw ludzkiej bezduszności i dobitnie przypomniał o Swojej obecności w Sanctissimum. Pewna pani nabyła w Monako starą monstrancję, z której nie wyjęto Najświętszego Sakramentu. Bez żadnych skrupułów kobieta zabrała się do usunięcia “czynnika zbędnego”, o zgrozo, za pomocą noża! Nagle z dużej Hostii zaczęła broczyć krew tworząc ostatecznie pasyjny wizerunek Chrystusa.

    Reakcja na błędy i uchybienia?

    Wielkie cuda eucharystyczne miały miejsce również wtedy, gdy prawdopodobnie niechcący, w wyniku “roztrzepania” lub braku koncentracji, dopuszczono do tego, aby Ciało Pańskie znalazło się np. na podłodze. 15 sierpnia 1996 roku podczas Mszy Świętej w Buenos Aires na ziemię upadła Hostia, czego nikt nie zauważył. Dopiero po zakończeniu Eucharystii znaleziono ją i umieszczono w vasculum, by się rozpuściła. Po upływie kilku dni zauważono na niej krwawe ślady.

    W Polsce w 2008 r. miała miejsce analogiczna sytuacja – w kościele parafialnym pw. św. Antoniego w Sokółce podczas udzielania Komunii Świętej Hostia przypadkowo upadła na podłogę. Zgodnie z przepisami liturgicznymi zastosowano vasculum, jednak Komunikant wcale się nie rozpuścił – na Jego powierzchni pojawiła się natomiast czerwona plamka. Jak się okazało, była to prawdziwa tkanka serca.

    Niezwykle ciekawym przypadkiem jest cud w Tixtla w Meksyku z 2006 r., kiedy Komunikant wypuścił z Siebie prawdziwą krew, i to wcale nie w okolicznościach wątpliwości kapłana, świadomej profanacji przez przeciwników wiary, lub niefortunnego upadku na ziemię, ale w czasie “zwyczajnego” rozdawania Komunii Świętej przez siostrę zakonną… Co chce nam przez to powiedzieć Pan?

    Ku pokrzepieniu serc…

    Warto pamiętać, iż niektóre cuda eucharystyczne nie zawsze wyglądały tak, jak te opisane wyżej, a ich istotą wcale nie była widoczna gołym okiem krew. Na przykład na kolumbijskiej wyspie Tumaco w 1906 r. Najświętszy Sakrament, który niesiony był w uroczystej procesji u wybrzeży Pacyfiku, uspokoił potężne tsunami i ocalił mieszkańców przed zagładą. Wydaje się, że w ów “bezkrwawy” sposób Bóg podaje pomocną dłoń człowiekowi, nie tyle upomina go i karci, co wprost okazuje miłość.

    Wnioski dla Kościoła

    O czym przypominają nam cuda eucharystyczne? Z pewnością są one empirycznymi, niezbitymi dowodami realnej obecności Jezusa Chrystusa w Najświętszym Sakramencie. Powinny wzmacniać naszą wiarę i utwierdzać w przekonaniu, że przyjmując Komunię Świętą, w istocie łączymy się najściślej z samym Bogiem. Należy Mu się Boska cześć, wielki szacunek i przede wszystkim miłość. Niestety w naszych czasach Hostia budzi w świecie mniejszy respekt – np. schowanie Jej do szarego, kartonowego pudła byłoby dawniej niesłychanym świętokradztwem. Dziś mówi się natomiast : “Pan Bóg wybaczy, musimy dbać o planetę, dlatego zamiast ozdobnego tabernakulum użyjemy kartonu, a Komunię, zamiast ze złotej puszki, będziemy rozdawać z plastikowych misek.”

    Nie chciałabym przypisywać nikomu, kto się do tego przyczynia, złych intencji. Trzeba jednak przypomnieć, że w jakimś celu Kościół od wieków używał złotych naczyń, pateny, baldachimów, przepięknych monstrancji, czy tabernakulum do przechowywania Ciała Pana i odnosił się do Niego z najwyższą bojaźnią i pieczołowitością. Rezygnacja z tego typu środków może świadczyć o co najmniej niezrozumiałej dla wielu katolików zmianie w postrzeganiu istoty Eucharystii. Pociąga to za sobą coraz “swobodniejsze” obchodzenie się z naszym Sacrum np. w sytuacji, gdy dotykają Go osoby, które nie powinny tego robić.

    Cudowne Hostie krwawiły, ponieważ to człowiek zadawał Im rany przez swoje błędy, zaniedbania, ignorancję, zwątpienie, lub świadome profanacje. Pamiętajmy, że Hostia to żywe, kochające serce naszego Pana, któremu winni jesteśmy godne oddawanie czci z całą okazałością kultu.

    Zofia Michałowicz/PCh24.pl

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Nicolas Poussin Adoracja złotego cielca olej na płótnie, 1633 National Gallery, Londyn.WIKIPEDIA 

    ***

    Zaułki religijności – dokument Komisji Nauki Wiary KEP wskazuje problem

    Z wszystkiego, co nie jest Bogiem, człowiek potrafi zrobić sobie bożka – nawet z form kultu. O wiarę trzeba się więc troszczyć.

    Mogą one być przesadne albo idące w niewłaściwym kierunku, mogą przeradzać się w zabobon albo stawać się pustym ceremoniałem, mogą prowadzić do religijności neurotycznej, zabobonnej albo do wiary wyjałowionej z elementu duchowego.

    Wypaczenia religijności obserwujemy od samego początku istnienia chrześcijaństwa, a nawet wcześniej, o czym świadczy choćby przypadek złotego cielca, sporządzonego przez Izraelitów po wyjściu z niewoli egipskiej. Zjawiska te są obecne także dzisiaj. Biskupi, których obowiązkiem jest korygowanie nieprawidłowości w dziedzinie praktykowania wiary, postanowili wskazać najważniejsze i najczęściej występujące dziś błędy w tym zakresie. Służy temu najnowszy dokument Komisji Nauki Wiary Konferencji Episkopatu Polski „O właściwym rozumieniu chrześcijańskiej religijności”. Znajdujemy tam wyjaśnienie, czym jest zdrowa religijność i wskazanie przyczyn, które ją wykrzywiają.

    Co jest ważne

    Pierwsza część dokumentu przedstawia istotę chrześcijańskiej cnoty religijności, jej źródło i zdrowe praktyki z niej wynikające. Autorzy przypominają, że to nie ludzka natura jest zasadniczym źródłem religii chrześcijańskiej, ale miłość Boża, którą rozlewa w sercach Duch Święty. Ta miłość skłania do oddawania Bogu czci, do czego uzdalnia nas cnota religijności. Jej podstawowym wyrazem są wewnętrzne akty wiary, nadziei i miłości. Dopiero z nich mogą pochodzić pozostałe akty religijności, takie jak: adoracja, modlitwa, ofiara, przyrzeczenia i śluby, społeczne formy wypełniania obowiązku religijnego.

    „Zewnętrzne akty religijności realizowane w oderwaniu od jej wewnętrznych zasad, którymi są dary łaski, zasługują na surowe napomnienie ze strony Chrystusa” – zauważają twórcy dokumentu. Wskazują, że cnota religijności zakorzeniona w cnocie wiary musi się cechować uznaniem hierarchii prawd wiary. Wyjaśniają, że niektóre spośród tych prawd mają znaczenie bardziej podstawowe, przy podejmowaniu aktów religijnych należy więc właściwie rozłożyć akcenty. Podają przykład: prawda o Bogu Stworzycielu czy Bożej Opatrzności nie może być podporządkowana prawdzie o oddziaływaniu aniołów czy demonów na człowieka i całe stworzenie. Jeśli ta druga prawda dominuje nad pierwszą, łatwo staje się religijnością zabobonną. Religijność prawdziwie chrześcijańska – podkreślają – powinna koncentrować się wokół najbardziej podstawowych prawd wiary – tajemnicy Trójjedynego Boga oraz tajemnicy Wcielenia Syna Bożego i Jego zbawczego dzieła.

    Dokument zwraca uwagę na cnotę nadziei, która buduje religijność chroniącą przed rozpaczą i zuchwałą ufnością. Rozpacz przejawia się brakiem ufności w Boże miłosierdzie, a zuchwała ufność cechuje się oczekiwaniem Bożego przebaczenia bez podejmowania wysiłku nawrócenia. Natomiast religijność zakorzeniona w cnocie nadziei oddaje sprawiedliwość zarówno temu, co doczesne, jak i temu, co wieczne. „Dla chrześcijanina bowiem ani zbytnia koncentracja na tym, co teraźniejsze i doczesne, ani porzucenie zdrowej troski o doczesność w imię wieczności nie mogą być wyrazami cnoty religijności” – zaznaczają autorzy. Religijność płynąca z cnoty nadprzyrodzonej miłości nie może ograniczać się tylko do aktów kultu, lecz musi wyrażać się też przez czynne miłosierdzie i pomoc okazywaną potrzebującym.

    Zeświecczenie

    W drugiej części dokumentu wyszczególniono błędy w rozumieniu chrześcijańskiej religijności. Jako pierwsze z jej wypaczeń wskazano zsekularyzowanie chrześcijaństwa, czyli zeświecczenie, a jako drugie – wypaczenie gorliwości. Oba przypadki cechują się uznawaniem własnych intuicji religijnych za ważniejsze niż religijność płynąca z wiary integralnej, opartej na Objawieniu.

    Chrześcijaństwo zsekularyzowane polega na rozdzielaniu wiary i religii, a nawet przeciwstawianiu ich sobie. Autorzy zauważają, że tendencja ta w założeniach miała oczyścić chrześcijaństwo z błędów w rodzaju kultu bożków czy zabobonności i dostosować chrześcijańskie orędzie do współczesnego świata. „Religijność sytuowano po stronie natury, wiarę zaś po stronie łaski. A skoro przeciwstawiano łaskę naturze, wyciągnięto wniosek, że religijność przeciwstawia się wierze chrześcijańskiej i ją niszczy” – stwierdza dokument.

    Postawa taka prowadzi do przeciwstawiania pobożności indywidualnej publicznemu kultowi, a osobistego rozeznawania prawu moralnemu albo doktrynie moralnej Kościoła. Z tym wiąże się pomniejszanie roli Tradycji i Urzędu Nauczycielskiego Kościoła, a także liturgii, na rzecz eksponowania roli indywidualnego i wewnętrznego doświadczenia wiary. Za tym idzie lekceważenie lub nawet odrzucanie zasadności aktów i form religijnych w przestrzeni publicznej, a także negowanie rozróżnienia między kapłaństwem urzędowym a kapłaństwem powszechnym. To z kolei skutkuje odrzucaniem rozumienia Eucharystii jako ofiary składanej Bogu przez kapłana działającego „w Osobie Chrystusa” w imieniu Ludu Bożego. Tendencje te prowadzą też do kwestionowania wartości życia konsekrowanego.

    Prywatyzacja wiary

    Autorzy dokumentu zwracają także uwagę na nową postać chrześcijaństwa zsekularyzowanego, polegającą na spłaszczeniu wiary do wymiaru przede wszystkim horyzontalnego. Lekceważy się w ten sposób sakramentalną i duchową drogę do jedności z Bogiem i świętości na rzecz np. działalności charytatywnej. „W tym sensie rdzeniem zsekularyzowanego chrześcijaństwa byłaby tendencja do redukowania przesłania Chrystusa do tego, co ma znaczenie i jest ważne przede wszystkim w doczesności” – czytamy. Jezus zostaje w tej wersji sprowadzony do roli nauczyciela ogólnoludzkich „humanistycznych” wartości. Takie elementy Jego misji jak odkupienie, sakramenty, ustanowienie Kościoła są tu traktowane jako drugorzędne.

    Skutkiem tych tendencji jest indywidualizacja albo wręcz prywatyzacja wiary chrześcijańskiej, z czym wiąże się zgoda na usuwanie chrześcijańskich form, symboli i zachowań z przestrzeni publicznej.

    Autorzy dokumentu podkreślają, że jeśli chrześcijaństwo ma zachować tożsamość, to m.in. publiczne formy kultu, instytucja kapłaństwa czy wymiar ofiarniczy Eucharystii nie mogą zostać ani usunięte, ani poddane sekularyzacji. Ostrzegają także przed próbami „sprowadzania Kościoła katolickiego do roli jednej z wielu organizacji służących polepszaniu warunków życia ludzkiego”, ponieważ jego zasadniczym celem jest prowadzenie ludzi do zbawienia przez sprawowanie sakramentów, głoszenie Ewangelii, wzywanie do nawrócenia i życia w łasce uświęcającej.

    Fascynacja złym duchem

    Wśród błędów religijności dokument wylicza także wypaczoną gorliwość, która temu co podporządkowane nadaje główne znaczenie. Ten błąd charakteryzuje się też odrzucaniem roli rozumu w akcie wiary.

    Kolejną formą wypaczenia jest religijność zabobonna, czyli „wynaturzony przerost religijności”, który ma miejsce np. wtedy, gdy praktykom religijnym przypisuje się magiczne znaczenie. Błąd ten pojawia się np. wtedy, gdy chrześcijanin źródło skuteczności modlitwy widzi nie w łasce Bożej, ale w spełnieniu konkretnych praktyk modlitewnych w określony sposób. Towarzyszy temu często lekceważenie modlitwy liturgicznej z jednoczesnym podkreślaniem znaczenia indywidualnych form modlitewnych. „Należy pamiętać, że uczestnictwo w liturgii Kościoła czy publicznych i wspólnotowych aktach paraliturgicznych jest skutecznym oraz owocnym narzędziem przyjmowania łaski Bożej jedynie wówczas, gdy odpowiada mu właściwe usposobienie wewnętrzne, którego wyrazem jest stan łaski uświęcającej, a nie określone doświadczenia emocjonalne czy stany świadomości” – czytamy w dokumencie.

    Wypaczeniom może ulegać także odniesienie do świętych. Ma to miejsce, gdy człowiek zanadto skupia się na „skuteczności” danego świętego, tak jakby on sam był źródłem łask, a nie Bóg. Taka religijność może mieć cechy politeizmu, w którym chodzi o zaskarbienie sobie łask danego bóstwa. W takim wypadku także relikwie świętych traktuje się jak talizmany.

    Wypaczeniem religijności jest także dająca się dziś zauważyć niezdrowa fascynacja światem złych duchów. Jako przykład dokument podaje „przywiązywanie zbyt wielkiej wagi do działań złego ducha (…) przy jednoczesnym zaniedbywaniu regularnych praktyk sakramentalnych, ascetycznych i modlitewnych”. Autorzy podkreślają, że moc i skuteczność złego ducha są radykalnie nieproporcjonalne w stosunku do mocy Opatrzności i zbawczej łaski Boga.

    Katastrofizm, gnostycyzm…

    Znakiem wypaczenia religijności może być również „pokusa manichejska”, czyli przekonanie, że stworzony świat jest zły z natury i akcentowanie dziedzictwa grzechu pierworodnego kosztem prawdy o zbawczym działaniu Boga. Podobnym wypaczeniem jest katastrofizm – tendencja do postrzegania świata stworzonego jako królestwo szatana, które zmierza do zniszczenia. Dokument przypomina, że Zbawiciel przyjdzie na końcu czasów nie tylko jako sprawiedliwy Sędzia, ale też jako Stwórca, który zbawczym działaniem odnowił całe stworzenie.

    Autorzy dokumentu wymieniają wśród wypaczeń także nadmierną koncentrację na objawieniach prywatnych. Zwracają uwagę, że objawienia te, nawet uznane przez Kościół, „nie powinny w życiu religijnym chrześcijanina zastępować zgłębiania jedynego Bożego Objawienia poprzez lekturę Pisma Świętego i świadectw Tradycji Kościoła”. Przypominają, że objawienia te nie należą do depozytu wiary. Ich rolą jest jedynie pomoc w pełniejszym przeżywaniu Objawienia Chrystusa w danej epoce. Dokument krytykuje postawę nadmiernego skupiania uwagi na cudach. Podkreśla, że cuda mogą stanowić argument na rzecz wiary albo być skutkami działania łaski wiary, ale nie powinny stać się głównym przedmiotem zainteresowania człowieka wierzącego.

    Ostatnimi wypaczeniami religijności, na jakie wskazuje dokument, są gnostycyzm i pelagianizm. „Wspólnymi ich cechami są subiektywizm i pycha” – piszą autorzy dokumentu. Współczesny gnostycyzm absolutyzuje rolę wiedzy, sugerując, że sama znajomość Ewangelii i prawd wiary wystarczy dla osiągnięcia chrześcijańskiej doskonałości. Postawa taka jest „kierowaniem się bardziej własnym przekonaniem aniżeli natchnieniami Ducha Świętego i nauczaniem Kościoła”. Dzisiejszy pelagianizm z kolei przejawia się w zbytnim zaufaniu w siłę własnej woli w dążeniu do doskonałości. Taka postawa zaprzecza wyznawanej przez Kościół prawdzie wiary, że „usprawiedliwienie pochodzi od Boga” – czytamy.

    Podsumowując, autorzy przypominają, że aby religijność chrześcijańska mogła pełnić właściwe sobie zadanie i by nie ulegała wypaczeniom, należy stale nad nią czuwać i się o nią troszczyć. Temu właśnie służy omawiany dokument.

    Franciszek Kucharczak/Gość Niedzielny

    ______________________________________________________________________________________________________________

    fot. Rachel Coyne /Unsplash

    ***

    KATECHEZA PAPIEŻA FRANCISZKA/19 CZERWCA 2024

    Tak modlił się sam Jezus. Może każdy człowiek

    Modlitwa, której kompozytorem jest Duch Święty.

    Przygotowując się do nadchodzącego Jubileuszu, zachęciłem do poświęcenia roku 2024 „wielkiej «symfonii» modlitwy”. W dzisiejszej katechezie pragnę przypomnieć, że Kościół ma już symfonię modlitwy, której kompozytorem jest Duch Święty, a jest nią Księga Psalmów.

    Podobnie jak w każdej symfonii, są w niej różne „części”, czyli różne rodzaje modlitwy: uwielbienie, dziękczynienie, błaganie, lamentacja, narracja, refleksja mądrościowa i inne, zarówno w formie osobistej, jak i chóralnej całego ludu. Są to pieśni, które sam Duch włożył w usta Oblubienicy – Kościoła. Wszystkie Księgi Biblii, jak wspomniałem poprzednio, są natchnione przez Ducha Świętego, ale Księga Psalmów jest nią również w tym sensie, że jest pełna natchnienia poetyckiego.

    Psalmy zajmują uprzywilejowane miejsce w Nowym Testamencie. Istotnie były i nadal są wydania, które zawierają Nowy Testament i Psalmy łącznie. Na moim biurku mam takie wydanie Nowego Testamentu i Psalmów w języku ukraińskim, które było własnością żołnierza poległego w czasie wojny, które mi przysłano. On będąc na froncie modlił się z tą księgą.

    Psalmy modlitwą wszystkich pokoleń chrześcijan

    Nie wszystkie psalmy – i nie wszystko z każdego psalmu – może być powtarzane i czynione przez chrześcijan, a tym bardziej przez współczesnego człowieka. Niekiedy odzwierciedlają one sytuację historyczną i mentalność religijną, które nie są już nasze. Nie oznacza to, że nie są natchnione, ale że pod pewnymi względami są powiązane z jakimś okresem i pewnym tymczasowym etapem Objawienia, podobnie jak to jest w przypadku znacznej części ustawodawstwa starożytnego.

    Do przyjęcia psalmów najbardziej zachęca nas fakt, że były one modlitwą Jezusa, Maryi, Apostołów i wszystkich pokoleń chrześcijan, które nas poprzedziły. Kiedy je recytujemy, Bóg słyszy je w tej wielkiej „orkiestracji”, jaką jest świętych obcowanie. Jezus, według Listu do Hebrajczyków, przychodzi na świat z wersetem psalmu w sercu: „Oto przychodzę, abym spełniał wolę Twoją, Boże” (por. Hbr 10, 7; Ps 40, 9); i odchodzi ze świata, według Ewangelii Łukasza, z innym wersetem na ustach: „Ojcze, w Twoje ręce powierzam ducha mojego” (Łk 23, 46; por. Ps 31, 6).

    Za posługiwaniem się psalmami w Nowym Testamencie podążają Ojcowie i cały Kościół, który czyni je stałym elementem celebracji Mszy Świętej i Liturgii Godzin. „Chociaż całe Pismo promieniuje łaską Boga – mówi św. Ambroży – to jednak w stopniu najwyższym urzekająca Księga Psalmów”.

    Musimy uczynić psalmy naszą modlitwą

    Zadam wam pytanie: czy niekiedy modlicie się Psalmami? Czy bierzecie do ręki Biblię, lub Nowy Testament i modlicie się którymś z Psalmów? Na przykład, gdy jesteście smutni, ponieważ zgrzeszyliście, czy modlicie się Psalmem 50? Jest wiele psalmów, które pomagają nam iść naprzód. Nabierzcie nawyku modlenia się Psalmami. Zapewniam, że na końcu będziecie szczęśliwi.

    Nie możemy jednak żyć jedynie dziedzictwem przeszłości: musimy uczynić psalmy naszą modlitwą. Napisano, że w pewnym sensie sami musimy stać się „autorami” psalmów, przyswajając je sobie i modląc się nimi. Jeśli są pewne psalmy lub choćby wersetyktóre przemawiają do naszego serca, dobrze je powtarzać i modlić się nimi w ciągu dnia. Psalmy są modlitwami „na każdą porę roku”: nie ma stanu duszy ani potrzeby, która nie znalazłaby w nich najlepszych słów, by zamienić je w modlitwę. W przeciwieństwie do wszystkich innych modlitw, psalmy nie tracą swojej efektywności przez powtarzanie; wręcz przeciwnie, zwiększają ją. Dlaczego? Ponieważ są natchnione przez Boga i „tchną” Bogiem za każdym razem, gdy czyta się je z wiarą.

    Jeśli czujemy się obciążeni wyrzutami sumienia i poczuciem winy, boi jesteśmy grzesznikami, możemy powtarzać za Dawidem: „Zmiłuj się nade mną, Boże, w łaskawości swojej, / w ogromie swej litości zgładź nieprawość moją” (Ps 51, 3). Jeśli chcemy wyrazić silną osobistą więź z Bogiem, mówimy: „Boże, mój Boże, szukam Ciebie / i pragnie Ciebie moja dusza. / Ciało moje tęskni za Tobą, / jak zeschła ziemia łaknąca wody” (Ps 63, 2). Nie bez powodu liturgia włączyła ten psalm do jutrzni niedzielnych i uroczystości. A jeśli ogrania nas strach i udręka, przychodzą nam na ratunek te wspaniałe słowa Psalmu 23: „Pan jest moim pasterzem […] Chociażbym przechodził przez ciemną dolinę, zła się nie ulęknę” (Ps 23, 1.4).

    Prawdziwa symfonia modlitwy

    Psalmy pozwalają nam nie zubażać naszej modlitwy, sprowadzając ją jedynie do próśb, do ciągłego „daj mi, daj nam…”. Uczmy się z modlitwy Ojcze nasz, która przed prośbą o „chleb powszedni” mówi: „święć się imię Twoje, przyjdź królestwo Twoje, bądź wola Twoja”. Psalmy pomagają nam otworzyć się na modlitwę mniej skoncentrowaną na nas samych: modlitwę uwielbienia, błogosławieństwa, dziękczynienia; pomagają nam również stać się głosem całego stworzenia, włączając je w nasze uwielbienie.

    Bracia i siostry, niech Duch Święty, który Kościołowi – Oblubienicy dał słowa, by modlić do swego Boskiego Oblubieńca, pomoże nam sprawić, aby rozbrzmiewały one dzisiaj w Kościele i aby ten rok przygotowawczy do Jubileuszu stał się prawdziwą symfonią modlitwy.

    Stacja7.pl

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Modlitwa (według) Teresy

    Nie potrafimy się modlić. Ona też sobie nie radziła, ale była niezmordowana w poszukiwaniu Boga żywego, Miłości. Odkryła, że modlitwa to „nawiązywanie przyjaźni, powtarzane sam na sam z Tym, o którym wiemy, że nas miłuje”.

    Avila, rzeźba przedstawiająca św. Teresę/fot. Józef Wolny/Gość Niedzielny

    ***

    Anegdota opowiada, że ktoś widząc św. Teresę, słynną już wtedy mistyczkę, z apetytem zajadającą obiad, nie krył swojego rozczarowania i zdziwienia. „Kiedy modlitwa, to modlitwa, kiedy kuropatwa, to kuropatwa!” – miała na to powiedzieć święta. Zawsze chodziła twardo po ziemi. Jej serce, dusza i ciało nieraz odlatywały do nieba, ale ona mimo nadzwyczajnych mistycznych darów zawsze trzeźwo patrzyła na życie, także życie duchowe. Otrzymała łaskę głębokiej modlitwy i – co ważne – umiała oceniać i rozumieć „procesy duchowe” bardzo racjonalnie. Co więcej, potrafiła przekazywać swoje doświadczenie i wiedzę innym. Doświadczała, rozumiała i przekazywała. Te trzy dary decydują o tym, że jej dzieła zyskały tak wielki rozgłos, choć nazywała siebie „nieuczoną kobieciną”. Stała się nauczycielką modlitwy, przewodniczką po wewnętrznym życiu i pozostaje nią do dziś. Najważniejsze dzieło poświęcone życiu modlitwy zatytułowała „Twierdza wewnętrzna”. Wiele lat patrzyła z okna swojej celi na wysokie średniowieczne mury opasujące Avila (cudowne miejsce!). Może właśnie dlatego ten obraz. Twierdza to miejsce chronione przed wrogiem, przestrzeń bezpieczna, pewna, dająca schronienie. Każdy z nas ma w sobie taką twierdzę – to Chrystus w nas. „Już nie ja żyję, ale żyje we mnie Chrystus”, pisał św. Paweł. Teresa zrozumiała, że to jest formuła prawdziwego życia. Skoro Bóg żyje w nas, trzeba wyruszyć w głąb siebie, aby Go spotkać. Droga modlitwy, którą wskazała Teresa, nie jest czymś „tylko dla orłów”. Wiele jej wskazówek zaskakuje prostotą i realizmem. To klasyka duchowości. A klasyka nigdy się nie starzeje.

    Pomoce w przedszkolu modlitwy

    Pierwsza podpowiedź Teresy: korzystajcie z książek. „Przez cały ten czas [18 lat] nigdy, z wyjątkiem dziękczynienia po Komunii, nie śmiałam przystąpić do modlitwy bez książki. Mając pod ręką tę pomoc, która mi była jakby towarzystwem i puklerzem do odbijania pocisków nastających na mnie myśli obcych, uspokajałam się”, wyznaje.

    Nieraz słyszałem w seminarium radę, aby do klęcznika nie zabierać żadnych lektur, „nie czytać Panu Bogu”, ale skupić się na Jego słuchaniu. A tymczasem św. Teresa radzi początkującym coś dokładnie odwrotnego: „Pożytecznie jest używać książki dla szybszego skupienia się w duchu”. Oczywiście chodzi o lekturę duchową, pozostającą zawsze tylko pomocą, pewnym zabezpieczeniem siebie przed rozproszeniem, przygotowaniem do bardziej swobodnej rozmowy z Panem. „W chwili gdy wezmę książkę do ręki, skupiam się w sobie z wewnętrznego zadowolenia i tak czytanie zamienia się w modlitwę”. Oczywiście podstawową księgą pozostaje Biblia, której nie można porównać z żadną inną. Na marginesie warto pamiętać, że w czasach Teresy lektura całego Pisma Świętego z wielu względów była niemożliwa. Święta z tym większą żarliwością starała się zachowywać w sercu każde zdanie z Biblii, które wyłuskała z innych ksiąg czy usłyszała w liturgii. Dla Teresy „księgą” pomagającą w modlitwie była także przyroda. Piękno świata sprzyja kontemplacji. Dlatego dbała, by w każdym karmelitańskim klasztorze był ogród. Kolejna wskazówka, konieczność mistrza, przewodnika. Święta Teresa sama miewała spore kłopoty ze znalezieniem spowiednika, który by ją rozumiał. Chodzi o takiego kierownika duchowego, który będzie stawiał prowadzonemu wysokie cele, a nie tylko uczył chodzenia „żółwim krokiem” czy „samego tylko polowania na drobne jaszczurki”. Nie sądzę, by dziś było łatwiej znaleźć dobrego przewodnika niż w czasach Teresy. Tym niemniej zwłaszcza w sytuacjach kryzysowych w życiu pomoc kogoś z zewnątrz jest konieczna. „Wielkie to nieszczęście dla duszy być pozostawioną samej sobie wśród niebezpieczeństw”, zauważa Teresa. Sama przekonała się o tym. „Z tego powodu radziłabym każdemu, kto oddaje się modlitwie wewnętrznej, aby zwłaszcza na początku starał się o przyjaźń i towarzystwo z takimi, którzy podobnie ćwiczą się w rozmyślaniu”. Modlitwie, która ma być przyjaźnią z Bogiem, sprzyja ludzka przyjaźń z kimś, kto sam się modli, kto jest blisko Jezusa.

    Powiązanie modlitwy z życiem

    Modlitwa nie jest czymś oderwanym od życia. Przeciwnie, jest związana najgłębiej z życiem. Uczymy się modlitwy, żyjąc, uczymy się życia, modląc się. Pomyślmy, co nas rozprasza na modlitwie? To, czym żyjemy. Nasze lęki, grzechy, frustracje, żale, nadzieje, iluzje, marzenia itd. Wszystkie wewnętrzne pęknięcia człowieka, niekonsekwencje, zafałszowania ukazują się z całą siłą, kiedy klęka na dłuższą chwilę przed Bogiem. Teresa żyjąc 20 lat w klasztorze Wcielenia, toczyła walkę o głębszą modlitwę, rozpraszana licznymi kontaktami z ludźmi i jej niekończącymi się rozmowami w zakonnej rozmównicy. Celem modlitwy nie jest modlitwa, ale sam Bóg, więź z Nim, przyjaźń, miłość, prawda. Modlitwa pokazuje prawdę o nas samych, o naszej relacji z Bogiem. O jakości modlitwy decyduje w największej mierze nasz sposób życia, nasze priorytety i cele, które sobie stawiamy. Teresa zakładając klasztor św. Józefa, pierwszą wspólnotę żyjącą według nowych reguł, chciała stworzyć siostrom lepsze warunki dla modlitwy. Akcentowała, że rozwój życia duchowego oznacza nie tylko koncentrację na samej modlitwie, ale rozwój samego człowieczeństwa, czyli używając archaicznie dziś brzmiącego zwrotu „rozwój cnót”. Słowo „cnota” wypadło z naszego codziennego słownika. Funkcjonuje w mowie potocznej już tylko w szyderstwach z czystości seksualnej. Ale cnota oznacza moralną sprawność człowieka, umiejętność, pewną stałą dyspozycję, gotowość, nastawienie na jakieś dobro. Jakie duchowe „sprawności” sprzyjają modlitwie? Pierwsza, fundamentalna to miłość.

    Nie o to nam chodzić powinno, byśmy dużo rozmyślały, jeno o to, byśmy dużo miłowały” – poucza siostry. „Kto prawdziwie miłuje, ten wszędzie na każdym miejscu miłuje i pamięta o Umiłowanym”. Przy czym chodzi zarówno o miłość do Boga, jak i do ludzi, wyrażającą się nie tyle w emocjach, co w działaniach. „To jest, córki, kres modlitwy; do tego ma służyć i to jest małżeństwo duchowe, aby z niego rodziły się czyny, i jeszcze raz czyny”. „Bóg żąda uczynków. Gdy widzisz siostrę chorą, której możesz przynieść ulgę, nie wahaj się ani chwili; poświęć dla niej swoje nabożeństwo, okaż jej współczucie, co ją boli, niech ciebie boli”. „Bez usilnego starania się o cnoty, bez ciągłego ćwiczenia się w nich, zawsze pozostaniecie duchowymi karłami”, przestrzega Teresa. Kolejna cnota to oderwanie, czyli wolność wewnętrzna, brak przywiązania do rzeczy czy ludzi. „Potrzeba nam ze swobodą ducha postępować tą drogą, oddawszy się w ręce Boga”. Pozwolić, by On nas prowadził i zaskakiwał. Wiele miejsca w swoich pismach Teresa poświęca pokorze. Nie powinno się jej utożsamiać z nieśmiałością, lękiem, melancholią. Pokora to autentyczność, zgoda na siebie, „chodzenie w prawdzie”. Święta mniszka wielokrotnie przestrzega przed fałszywą pokorą. Wie, co mówi, bo sama musiała zmagać się z taką pokusą. „Zrozumiejmy to dobrze i nigdy o tym nie zapominajmy, że Bóg nam daje łaski swoje bez żadnej naszej zasługi, że zatem naszą powinnością jest dziękować za nie Jego Boskiemu Majestatowi. Bo jeśli nie znamy i nie rozumiemy tego, co od Niego otrzymujemy, nie zdołamy też pobudzić siebie do Jego miłości. Jest rzeczą pewną, że im jaśniej dusza uznaje, jak bogata jest przez łaskę Bożą, pamiętając o tym, jak sama z siebie jest uboga, tym wyżej postąpi w cnocie, tym głębiej się utwierdzi w prawdziwej pokorze”. Teresa podkreśla także cnotę mężnej wytrwałości. „Wszystko na tym polega, by przystąpili do rzeczy z niezachwianym postanowieniem, iż nie spoczną, póki nie staną u celu”. W modlitwie konieczny jest jakiś rodzaj natarczywości, determinacji, świętego uporu. Kiedy Teresa opowiada o swoim nawróceniu przed wizerunkiem ubiczowanego Jezusa, wyznaje: „Powiedziałam Mu wówczas, zdaje mi się, że nie wstanę od modlitwy, dopóki nie spełni mojego błagania”. Przypomina się biblijny Jakub walczący z Bożym wysłańcem o błogosławieństwo: „Nie puszczę cię, dopóki mi nie pobłogosławisz!” (Rdz 32,27).

    Co jest istotą modlitwy?

    W reformie Karmelu podjętej przez Teresę ukryty był subtelny, ale wyraźny sprzeciw wobec modlitwy nadmiernie sformalizowanej, zewnętrznej, „zimnej”. Karmelitanka z Avila za priorytetową uznała modlitwę osobistą, wewnętrzną, angażującą całego człowieka, otwartą na doświadczenia mistyczne dostępne wszystkim, którzy tylko tego pragną. Teresa mówi więc najczęściej o „modlitwie myślnej” (oración mental). Nie znaczy to wcale, że odrzuca, lekceważy modlitwę ustną, wspólnotową, brewiarz czy nabożeństwa. Owszem, ceni je, ale pod warunkiem, że nie są bezmyślne. Dlatego szuka momentów ciszy i samotności, w której można być sam na sam z Bogiem. W tej wewnętrznej modlitwie ważne jest nie tyle, co mówić czy jak mówić. Akcent pada na osoby: ja i Bóg. Sedno leży w tym, aby być. BYĆ z Nim, dla Niego! Jak osoba z osobą, a dokładniej – jak dwie kochające się osoby. Najbardziej klasyczna definicja: „Modlitwa myślna nie jest, według mnie, niczym innym jak głębokim związkiem przyjaźni, w którym rozmawiamy sam na sam z Bogiem, w przekonaniu, że On nas kocha”. Takie polskie tłumaczenie znajdziemy w Katechizmie Kościoła (2709). Inne tłumaczenia mówią o „nawiązywaniu” przyjaźni czy też przyjacielskim „obcowaniu”. Hiszpański czasownik tratar oznacza rozmowę, utrzymywanie bliskiej, wręcz intymnej relacji, zabieganie o kontakt. Drugim słowem kluczem jest tutaj „przyjaźń”. Bóg jest przyjacielem, który jest zawsze obecny i pragnie jedynie odpowiedzi na swoją miłość. To jest odkrycie Teresy. Bóg Przyjaciel. To jest centrum jej duchowości. Przyjaciel to ktoś, z kim chce się być. To ktoś, kto powoduje, że stajemy się lepsi, piękniejsi. Przy kim odnajdujemy wewnętrzny pokój, swoją wartość, siebie samego. Z przyjacielem zawsze można o czymś pogadać albo zwyczajnie z nim pobyć. Cisza między przyjaciółmi nie jest czymś krępującym. Najważniejsze więc w modlitwie jest odnalezienie skupienia, aby patrzeć na Jezusa. „Starałam się, o ile mogłam, przedstawić sobie obecnego we mnie Jezusa Chrystusa”. Jeśli komuś trudno o taki rodzaj koncentracji, Teresa radzi mu odmówić „Ojcze nasz”, wkładając „umysł i serce” w to, „co mówią usta”.

    Chodzi nie tyle o wysilanie wyobraźni, ile o obudzenie wzroku wiary, który dostrzega Bożą obecność. Może w tym dopomóc ikona, krzyż czy pobożna lektura. Spojrzenie na Jezusa – to wystarczy, podpowiada Teresa. „Nie żądam od was wielkich o Nim rozmyślań nie natężonej pracy rozumu ani zdobywania się na piękne, wysokie myśli i uczucia – żądam tylko, byście na Niego patrzyły (…); niczego więcej od nas nie żąda, tylko spojrzenia”. Owszem, rozmowa „jak z Ojcem, jak z Bratem, jak z Panem, raz w ten, drugi raz w inny sposób, jak On sam was nauczy”. Ale długie przemowy do Niego nie są konieczne. „Lepiej spokojnie stanąć przy boku cierpiącego Pana, uspokoiwszy rozum albo tak go tylko może zajmując, by patrzył na Tego, który spogląda na niego, towarzyszył Mu, przedstawiał Jemu swoje prośby i z głębokim upokorzeniem cieszył się Jego obecnością, pamiętając przy tym na swoją niskość, iż nie jest godzien tak z Nim i przy Nim pozostawać”. W tym fragmencie mieści się kolejna z Terezjańskich definicji modlitwy. Brzmi ona: „patrzeć na Tego, który patrzy na mnie” (hiszp. mire que le mira). Przypomina się zdanie zupełnie z innego świata, ale bardzo à propos. „Stajemy się tym, na co patrzymy” – mówił Marshall McLuhan, analizując wpływ telewizji na człowieka. To zdanie można odnieść z powodzeniem do tego, o czym mówi Teresa. Zacheusz chciał tylko zobaczyć Jezusa. Kiedy sam został dostrzeżony przez Pana, staje się innym człowiekiem. Spoglądanie na Jezusa przemienia nas w Niego. Teresa, wrażliwa, piękna, kochająca kobieta, nie boi się porównania modlitwy do spojrzenia zakochanych. „Dwoje mocno miłujących się, a odpowiednią obdarzonych pojętnością potrafi, można powiedzieć, bez żadnych znaków, samym tylko spojrzeniem porozumiewać się między sobą”. Podobnie „Bóg i dusza rozumieją się między sobą tym samym sposobem, tylko że Jego Boski Majestat chce, by dusza Go rozumiała. I tak bez żadnych słów rozmawiają ze sobą ci dwoje jak przyjaciel z przyjacielem i wzajemną sobie miłość swoją okazują”. Jesteśmy już o krok od mistyki.

    Mistyka mocna jak eros

    Teresa była obdarzona niezwykłymi darami mistycznymi. Słynna rzeźba Berniniego w rzymskim kościele Santa Maria della Vittoria usiłuje ukazać moment ekstatycznego doświadczenia zakonnicy – przebicia serca. Na jej twarzy maluje się upojenie, które wygląda bardzo zmysłowo, na granicy pobożności i erotyki. W świecie zwulgaryzowanej cielesności, w której żyjemy, można obawiać się takich połączeń. Ale jak o tym przekonywał papież Benedykt XVI w encyklice „Deus caritas est”, miłość „agape” i miłość „eros” dopełniają się, potrzebują nawzajem. Dotyczy to także miłości Boga. Gdzieś w tych rejonach warto szukać przywrócenia sakralnego wymiaru ludzkiej cielesności (teologia ciała!), a także mądrego „ucieleśnienia” naszej pobożności (nieraz przespirytualizowanej). Ostatecznie zarówno w głodzie ludzkiego ciała, jak i głodzie ludzkiego ducha wyraża się fundamentalna tęsknota za wieczną miłością. Mocniejszą niż śmierć. Sama Teresa opisuje w „Księdze życia” ów moment tak: „Ujrzałam w ręku tego anioła długą złotą włócznię, a grot jej żelazny u samego końca był jakby z ognia. Tą włócznią kilka razy przebijał mi serce, zagłębiając ją aż do wnętrzności. Za każdym wyciągnięciem włóczni miałam to uczucie, jakby wraz z nią wnętrzności mi wyciągał. Tak mnie pozostawił całą gorejącą wielkim zapałem miłości Bożej. Tak wielki był ból tego przebicia, że wyrywał mi z piersi te jęki, o których wyżej wspomniałam. Ale taką zarazem przewyższającą wszelki wyraz słodycz sprawia mi to niewypowiedziane męczeństwo, że najmniejszego nie czuję w sobie pragnienia, by ono się skończyło i w niczym innym dusza moja nie znajduje zadowolenia, tylko w samym Bogu”. Jak taki opis brzmi dla nas, zagonionych śmiertelników, niepotrafiących się skupić na jednym „Ojcze nasz”? Przedziwne połączenie doświadczenia duchowego z czymś zmysłowym, cielesnym. Przyjemność i ból. Radość i cierpienie. Nienasycone pragnienie Boga sąsiaduje z nieugaszoną namiętnością. To się jakoś przenika na najgłębszych poziomach. Zapowiedź nieba? Jaki obraz Boga tutaj się wyłania? Do tych pytań powrócimy. Za pociechę niech nam posłuży to, że św. Teresa pod koniec swojego życia wciąż rozpraszała się podczas modlitw. W jednym z listów mówi, że to „nieuleczalna choroba”. „Pan dobrze wie, że skoro się modlimy, chcielibyśmy to czynić jak najlepiej”, pociesza siebie i nas. „Jest to rzecz nieunikniona, zatem ani niepokoić się o to, ani trapić nie powinniśmy”, radzi.

    Jak to przełożyć na nasze życie?

    Krótko, konkretnie: 1) Modlitewnemu skupieniu sprzyjają książki. Korzystaj z ich pomocy, modląc się. 2) Dobry spowiednik albo wierzący przyjaciel, z którym można pogadać o Bogu, to skarb. 3) Modlitwa i życie to jedność. Miłość, wolność (oderwanie), pokora, upór – te cnoty pomagają modlitwie. 4) Modlitwa to przyjaźń z Bogiem, myśl o Nim jak o przyjacielu, patrz na Niego. 5) Nie rób tragedii z rozproszeń, cierpliwością osiągniesz wszystko. 6) Niech miłość ci podpowiada, jak się modlić. 7) Nie bój się nadzwyczajnych darów duchowych, ale nie goń za nimi. 8) Absolutne mistrzostwo – nienasycony żar namiętności kierować w stronę Boga – Miłości.

    ks. Tomasz Jaklewicz/Gość Niedzielny

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Drzwi ciągle otwarte

    Bóg nigdy nikogo nie przekreśla i nie czyni tego również Kościół. Zawsze istnieje też możliwość formalnego powrotu do Kościoła, jeśli ktoś tego szczerze pragnie.

    Istockphoto/Gość Nieedzielny

    ***

    Żadne drzwi się nie zatrzaskują za człowiekiem. On co prawda z Kościoła wychodzi, ale te drzwi pozostają otwarte, on może wrócić – mówił ks. prof. Przemysław Kantyka, dziekan Wydziału Teologii Katolickiego Uniwersytetu Lubelskiego podczas prezentacji broszury „Zanim odejdziesz… Kilka słów do osób rozważających wystąpienie z Kościoła katolickiego” – publikacji bardzo potrzebnej w czasach, gdy zasygnalizowany w tytule problem dotyczy coraz większej liczby osób.

    Emocje i decyzje

    Zarówno okładka, przedstawiająca odwróconego tyłem człowieka stojącego tuż za progiem świątyni i widzianego z jej wnętrza, jak i tytuł „Zanim odejdziesz…” są bardzo wymowne. Także dla nas, wierzących i trwających w Kościele, mogą być one rachunkiem sumienia: czy zrobiliśmy wszystko, by naszych współbraci rozważających odejście zatrzymać? Z pewnością broszura przygotowana przez Instytut Nauk Teologicznych KUL jest czymś w rodzaju koła ratunkowego rzucanego odchodzącym – z nadzieją, że jednak się go uchwycą. Świadczy o tym chociażby fakt, że część dotyczącą samej procedury odejścia i jej konsekwencji poprzedza coś w rodzaju krótkiej katechezy, napisanej w osobistym tonie i skierowanej bezpośrednio do osoby chcącej opuścić wspólnotę wierzących, jaką jest Kościół. W zwięzłej, przystępnej formie przybliżone zostały tu podstawowe prawdy katolickiej wiary, a także znaczenie Kościoła, założonego przez samego Chrystusa, by kontynuował Jego dzieło zbawienia.

    Znajdziemy też próbę odpowiedzi na potencjalne pytania, które mogą sobie stawiać odchodzący, jak choćby takie: „Nie czuję się częścią Kościoła, dlaczego zatem mam w nim pozostać?”. „Kiedy zostałeś ochrzczony, wszedłeś do rodziny, która tworzy się przez wiarę i chrzest. Czasami bywa tak, że nie czujemy silnych więzów z naszą rodziną, w której się wychowaliśmy, a nawet boli nas postępowanie niektórych jej członków. Osoby w naszej rodzinie często nie są doskonałe, tak jak i my sami. Zwykle jednak kochają nas, nawet jeśli nie umieją tej miłości dobrze wyrazić. A jednak naszym pierwszym pragnieniem nie jest opuszczenie tej rodziny, lecz chcielibyśmy, aby była ona lepsza. Podobnie jest z Kościołem” – odpowiadają autorzy. Wszystkie te wyjaśnienia są bardzo ważne, bo decyzja o odejściu z Kościoła w wielu przypadkach może być podyktowana emocjami, a nie gruntownym przemyśleniem własnego światopoglądu. Warto więc, by zainteresowany rozważył raz jeszcze dokładnie w swoim sumieniu wszystkie za i przeciw.

    Przyczyny i skutki

    Jeśli jednak taka osoba nadal pozostaje przy swojej decyzji, ważne jest, by wiedziała, jakie konsekwencje się z tym wiążą – zarówno na poziomie doczesnym, jak i wiecznym. Autorzy broszury przestrzegają: „Jeśli dobrowolnie i świadomie porzucasz ten Kościół, Twoje zbawienie jest zagrożone”. Oczywiście, nic nie jest tu przesądzone: „Bóg może wszystko i Jego miłosierdzie nie zna granic. Każdy człowiek jest jednak wolny i może nie przyjąć tego daru” – dodają autorzy. Warto tu nadmienić, że nie każde odstąpienie od Kościoła jest apostazją, bo ta polega na całkowitym porzuceniu chrześcijańskiej wiary. Natomiast zdarza się, że występujący nadal uważa się za człowieka wierzącego, tylko z jakichś względów, np. przez zgorszenie złem w Kościele, nie chce pozostawać we wspólnocie, uznawać zwierzchnictwa papieża i biskupów, a także przystępować do sakramentów. W takim wypadku mówimy o schizmie. Z kolei gdy ktoś uporczywie zaprzecza którejś z głoszonych przez Kościół prawd, mamy do czynienia z herezją.

    Jednak bez względu na powód złożenia deklaracji o wystąpieniu z Kościoła akt ten skutkuje zawsze ekskomuniką, czyli wyłączeniem z udziału w życiu Kościoła. „Ekskomunika niesie ze sobą niemożność przyjmowania jakichkolwiek sakramentów; zakaz pełnienia funkcji chrzestnego, świadka bierzmowania, świadka zawarcia sakramentalnego małżeństwa; zakaz wykonywania różnych posług i zadań w Kościele; zakaz przynależności do organizacji kościelnych i katolickich; pozbawienie pogrzebu kościelnego” – wyliczają autorzy broszury. Dodają przy tym, że zakaz przyjmowania sakramentów zostaje zawieszony w niebezpieczeństwie śmierci, ale tylko wtedy, gdy zainteresowany o to poprosi i okaże postawę nawrócenia. Natomiast ślub może zostać zawarty w Kościele katolickim, ale tylko pod warunkiem, że współmałżonek będzie wyznania rzymskokatolickiego, i tylko ze względu na niego. W przypadku powrotu danej osoby na łono Kościoła proboszcz wystąpi do biskupa z prośbą o ustalenie, czy powracający zawarł małżeństwo w sposób ważny kościelnie.

    Chrzest nie do wymazania

    Ci, którzy mimo wszystko zdecydują się wystąpić z Kościoła i chcą dopełnić związanych z tym formalności, zostaną poproszeni o zachowanie odpowiedniej procedury. Będą musieli osobiście spotkać się z proboszczem parafii, w której aktualnie mieszkają (pod rygorem nieważności nie może to być inny ksiądz), i odbyć z nim rozmowę, podczas której zostaną poinformowani o wszystkich konsekwencjach takiego aktu i zachęceni do przemyślenia swojego stanowiska. Jeśli dana osoba nadal będzie obstawać przy swojej decyzji, musi złożyć pisemne oświadczenie, w którym opisze wolę opuszczenia wspólnoty Kościoła i kierujące nią motywy. Oświadczenie takie musi być podpisane własnoręcznie. Dostarczyć trzeba również świadectwo chrztu.

    Bywa, że występujący domaga się usunięcia informacji o jego chrzcie z akt Kościoła katolickiego – sprawy takie ocierały się w Polsce nawet o sądy. Jednak obecnie, po wyroku Naczelnego Sądu Administracyjnego z 9 lutego 2016 r., linia orzecznicza jest taka, by postępować zgodnie z przepisami prawa kościelnego. Te zaś mówią wprost, że informacja o chrzcie nie zostanie usunięta, bo sakramentu nie można anulować. To zresztą logiczne: mamy przecież do czynienia z wydarzeniem historycznym, które faktycznie zaistniało w przeszłości, trudno więc zmieniać ów zapis. Zamiast tego w księdze ochrzczonych przy informacji o chrzcie pojawia się adnotacja o wystąpieniu z Kościoła, która musi być odtąd również umieszczana na świadectwie chrztu.

    Gotowi na powrót

    Dodać tu trzeba koniecznie, że człowiek, który złożył taką deklarację, nie przestaje być członkiem wspólnoty ochrzczonych, nawet jeśli jest wrogo nastawiony do samego Boga. Bóg nigdy nikogo nie przekreśla i nie czyni tego również Kościół. Zawsze istnieje możliwość formalnego powrotu do Kościoła, jeśli ktoś tego szczerze pragnie. W tym celu również trzeba spotkać się z proboszczem i złożyć odpowiednie oświadczenie. Podobnie jak poprzednio następuje wówczas rozmowa, w której proboszcz upewnia się, że dana osoba jest gotowa do powrotu. Jeśli tak jest w istocie, zwraca się on do biskupa o uwolnienie tej osoby od ekskomuniki. Może się ono wiązać z nałożeniem jakiejś pokuty. Przy akcie chrztu pojawi się natomiast kolejna adnotacja – tym razem o powrocie do wspólnoty z Kościołem.

    Publikacja przygotowana przez Instytut Nauk Teologicznych KUL jest cenna także dlatego, że przypomina o ciągle otwartych drzwiach Kościoła. Warto, by ten obraz pozostał w tych, którzy się z nią zetkną, nawet jeśli w tym momencie mieliby trwać przy swojej decyzji o odejściu. Autorzy kończą broszurę zapewnieniem: „Bez względu na Twoją ostateczną decyzję wspólnota Kościoła będzie się za Ciebie modlić, wspierać, jeśli zajdzie taka potrzeba, i liczyć na Twój powrót. Zależy nam na Tobie, bo chcemy, abyś był szczęśliwy i otrzymał życie wieczne, którego początek i obietnicę dostałeś na chrzcie świętym. Chcemy razem z Tobą przezwyciężać trudności w wierze i dołożyć starań, aby cała wspólnota Kościoła była bardziej święta i aby usunięty z niej został każdy grzech (…). Bóg i Kościół będą Cię zawsze kochać. Jak powiedział Benedykt XVI, przez chrzest zostałeś przyjęty do grona przyjaciół, które Cię nigdy nie opuści ani za życia, ani po śmierci. Dlatego zawsze będziemy gotowi na Twój powrót do pełnej jedności z Kościołem katolickim”. Dobrze by było, gdyby podobny życzliwy ton towarzyszył i naszym rozmowom z tymi, którzy być może stoją teraz w progu Kościoła i wahają się, w którą stronę zrobić krok.•

    Szymon Babuchowski/Gość Niedzielny

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Księga Apokalipsy w 365 dni

    ***

    „Przestań płakać:

    Oto zwyciężył Lew z pokolenia Judy!”

    Dr Miduch dla Frondy: Apokalipsa jest przesłaniem nadziei na nasze czasy

    Apokalipsa opowiada o tym, że wszystko dobrze się kończy. Niezależnie od tego, co się dzieje i jak się dzieje, Pan Bóg ma nad tym wszystkim panowanie. W piątym rozdziale Apokalipsy padają piękne słowa: „Przestań płakać: Oto zwyciężył Lew z pokolenia Judy”. Niezależnie od tego, co się wydarzy, nad tym wszystkim jest zwycięstwo Pana Boga. On już zwyciężył. Umarł i zmartwychwstał. Jego zwycięstwo już się dokonało – mówi portalowi Fronda.pl dr Maria Miduch. Biblistka opowiada o tym, w jaki sposób czytać Pismo Święte oraz gdzie znaleźć w Biblii nadzieję wobec targających dzisiejszym światem kryzysów.

    Fronda.pl: Zawodowo zajmuje się Pani Doktor badaniem Pisma Świętego. Ta fascynacja Biblią, jak Pani wskazuje, rozpoczęła się już w dzieciństwie. Gdzie jest jej źródło i co dzisiaj, poza zawodowymi obowiązkami, motywuje Panią do pochylania się nad Słowem Bożym?

    Dr Maria Miduch: Tą motywacją jest po prostu chęć budowania relacji z Panem Bogiem. Chcę Go poznać i cały czas poznawać głębiej. Kiedy chce się mieć żywą relację z jakąś osobą, to naturalnym jest, że chce się słuchać, co ta osoba mówi. Najprostszym sposobem na to, aby usłyszeć, co mówi do mnie Bóg, jest sięgniecie po Pismo Święte. To jest ta motywacja, dzięki której dziś sięgam po Słowo Boże.

    Rzeczywiście, w moim życiu przyjaźń z Biblią rozpoczęła się już w dzieciństwie, choć trudno powiedzieć, czy od samego początku była to fascynacja. Od dzieciństwa miałam jednak kontakt z Pismem Świętym. To była inicjatywa mojej mamy, ale również mojego dziadka. Mieszkaliśmy z dziadkami w jednym domu, a mój dziadek miał taki zwyczaj, że codziennie rano modlił się Psalmami w przekładzie Romana Brandstaettera. I właśnie na tych Psalmach uczył mnie czytać. Nie było to oczywiście rzeczą łatwą, bo ich język jest trochę inny niż ten elementarzowy. Również mama podawała mi biblijne opowieści, najpierw w wersji dla dzieci. Tak też od dziecka w jakiś sposób przyjaźniłam się z biblijnymi bohaterami. Zawsze ta historia była dla mnie historią żywą, nigdy nie była zbyt odległa. Na tyle weszło mi to w serce, że nawet kiedy przeżywałam w swoim życiu okres silnego buntu i wrogiego nastawienia do Kościoła, to jednak z Pismem Świętym ciągle miałam kontakt. Ono stale było w moim życiu obecne.

    W życiu wielu katolików zapał do zgłębiania Pisma Świętego szybko wygasa. Jednym z kluczowych tego powodów są trudności napotykane w czasie lektury. Wychodzi Pani Doktor naprzeciw tym trudnościom w swojej nowej książce, będącej wyjątkowym wprowadzeniem do lektury Biblii. Wyjątkowym, bo czytelnik znajduje w niej w zasadzie wszystkie elementy akademickiego Wprowadzenia do Pisma Świętego, ale podane w niezwykle przystępnej formie. W prosty i zwięzły sposób przybliża Pani kwestie dotyczące natchnienia, objawienia, autorstwa. Opowiada Pani o formułowaniu się kanonu, gatunkach literackich czy zagadnieniach językowych. To w przyswojeniu tych zagadnień leży klucz do tego, by sięgać po Biblię z prawdziwą fascynacją i uniknąć zniechęcenia już na początku lektury?

    Klucz leży w motywacji, to ona jest najważniejsza. Kiedy natomiast mam taką motywację, chcę poznać Pana Boga i to, co On do mnie mówi w swoim Słowie, to chcę zrozumieć to Słowo jak najlepiej. Skoro chcę zrozumieć, sięgam po takie narzędzia, które pozwolą mi dotrzeć do serca tego przesłania. Potrzebuję narzędzi, które nie pozwolą mi się zatrzymać tylko na zewnętrznej, często bardzo trudnej otoczce tych słów. Narzędzi, które pozwolą mi wejść głęboko. Jeżeli mam dobrą motywację, to podejmę wysiłek, aby moją lekturę Biblii uczynić lekturą rozumną. Pan Bóg po to dał człowiekowi rozum, żeby człowiek tego rozumu używał. Wiara jest bardzo ważna, ale rozumu nie zastąpi. Pisał o tym w encyklice „Fides et ratio” św. Jan Paweł II: „wiara i rozum są jak dwa skrzydła, na których duch ludzki unosi się ku kontemplacji prawdy”. Dociekanie, co Słowo Boże naprawdę do mnie mówi, może sprawić mi trudności. Jeżeli jednak naprawdę chcę się tego dowiedzieć, to podejmę wysiłek, aby te trudności pokonać.

    Ta książka jest wyjściem naprzeciw potrzebom tych wszystkich, którzy nie studiowali teologii ani biblistyki, ale mają w sobie głód Słowa Bożego. Pisząc ją, chciałam takiemu czytelnikowi w prosty i przystępny sposób pokazać, jak docierać do Słowa Bożego. W jaki sposób odnaleźć serce tego, ubranego w swoją literacką i kulturową formę Słowa. Oczywiście ta książka nie rozwiąże wszystkich problemów. Nie jest magicznym podręcznikiem, po którego przeczytaniu nagle wszystko w Piśmie Świętym stanie się łatwe. Ale jest jedną z prób poradzenia sobie z trudnościami, które napotykamy w czasie spotkania ze Słowem Bożym.

    Wielu, nawet bardzo żarliwie praktykujących katolików, w ogóle nie sięga po księgę Pisma Świętego. Mają jednak kontakt ze Słowem Bożym, uczestnicząc co niedzielę, a nierzadko częściej, we Mszy świętej. W jaki sposób przeżywać liturgię Słowa, aby była ona rzeczywiście spotkaniem z Chrystusem – Słowem?

    Musimy zdać sobie sprawę z różnych form obecności Jezusa we Mszy świętej. On jest obecny nie tylko w postaciach eucharystycznych, ale również w czytanym Słowie, w Ludzie Bożym, w osobie sprawującego Eucharystię kapłana. Sposoby obecności Chrystusa są różne i pojawia się problem, kiedy chcemy skupić się tylko na jednym z nich. Wtedy w jakiś sposób rozmijamy się z Panem Bogiem, chcącym w bliskości do nas przemawiać. Dlatego musimy sobie przede wszystkim uświadomić, że On jest obecny w czytanym podczas zgromadzenia Słowie. Wówczas łatwiej nam będzie na tym Słowie skupić swoją uwagę.

    Musimy starać się usłyszeć, co Bóg do nas mówi. Znamy teksty, które pojawiają się w czasie liturgii. Słyszeliśmy je wielokrotnie, przez całe nasze życie się gdzieś przewijają. Kiedy słyszymy początek czytania, wiemy już, jak ta historia się skończy. Mamy wtedy pokusę, aby się „wyłączyć”. Należy walczyć z tą pokusą i starać się słuchać Słowa Bożego tak, jakbyśmy słyszeli je po raz pierwszy. Wsłuchiwać się w nie i ciągle na nowo pytać, co Pan Bóg przez nie mówi.

    Coraz więcej parafii proponuje dodatkową formację w ramach różnego rodzaju kręgów biblijnych. Zakładając, że w parafii taki pomysł cieszy się zainteresowaniem, co musi się wydarzyć, aby taka wspólnota oferowała rzetelną formację? Co powinno charakteryzować takie kręgi?

    Czymś cudownym jest, że coraz więcej wiernych chce sięgać po Słowo Boże, czytać je i zgłębiać. To też wyzwanie dla pracujących w parafii księży i dobrze, że takie wyzwanie jest. Bo to wymaga od duszpasterzy przygotowania. Nie wystarczy, że w czasie studiów były zajęcia z Pisma Świętego. Tym Pismem Świętym trzeba żyć na co dzień. Obowiązek związany z prowadzeniem takiej grupy może w tym samemu księdzu pomóc.

    Kluczowym jest moim zdaniem, aby te kręgi były odpowiedzią na zapotrzebowanie parafian. Żeby nie było tak, że ksiądz „na siłę” zgarnia parafian do czytania Pisma Świętego i czyta to, co on przygotował i on uznał za słuszne. Kręgi biblijne powinny być przestrzenią, w której parafianie mogą pytać o Słowo, które akurat ich dotyka i nurtuje.

    Ważnym jest też, aby takie kręgi przygotowywały do czytania Pisma Świętego. To znaczy uczyły metod czytania, metod radzenia sobie z trudnymi tekstami. Aby nie tyle wyjaśniały trudne teksty, co przygotowywały ludzi na spotkanie z nimi. Takie kręgi byłyby najlepszą odpowiedzią na zapotrzebowanie wiernych na kontakt ze Słowem Bożym.

    To, o czym rozmawiamy i o czym pisze Pani w swojej nowej książce, ma pomóc nam w odczytaniu Słowa Bożego w taki sposób, aby stało się ono aktualne dla naszego życia. Słowo Boże jest aktualne dla konkretnego człowieka, ale również dla Kościoła i świata konkretnych czasów. Charakterystyką obecnej doby jest kryzys. Zastanawiamy się dziś nad kryzysem Kościoła, mówimy o kryzysie bezpieczeństwa, obserwujemy kryzys geopolityczny… Jest jakieś szczególne miejsce w Piśmie Świętym, w którym szuka Pani odpowiedzi na obecne kryzysy?

    Kościół zawsze zmagał się z kryzysami. Czymś naturalnym jest, że jeśli coś przeżywamy, jest to dla nas dziesięć razy mocniejsze od tego, o czym jedynie czytamy. Nie ma więc niczego dziwnego w tym, że pojawia się w nas przekonanie, iż nasz kryzys jest największy. Patrząc jednak na historię Kościoła, musimy przyznać, że inni też przeżywali poważne kryzysy. Dlatego nie absolutyzowałabym naszego kryzysu i nie stawiała go ponad tymi, przez które Kościół już przechodził.

    Pismo Święte jest żywym Słowem Boga. Skoro jest żywe, to odnosi się do nas, w naszej konkretnej życiowej sytuacji. Możemy znaleźć wiele tekstów, które będą pasować do tego, co przeżywamy. Myślę, że księgą, która – odpowiednio odczytana – będzie dawać nam nadzieję, jest Księga Apokalipsy. Ona była, jest i będzie aktualna na każdym etapie historii Kościoła. Jej przesłanie było tak samo aktualne dla Kościoła starożytnego, Kościoła w średniowieczu, Kościoła w czasie II wojny światowej, jak jest aktualne dla nas dzisiaj. Tylko ważne jest, abyśmy czytając ją, wybrali dobrą perspektywę. Abyśmy, tak jak czytający ją pierwsi chrześcijanie dostrzegli, że jest to księga nadziei. Apokalipsa opowiada o tym, że wszystko dobrze się kończy. Niezależnie od tego, co się dzieje i jak się dzieje, Pan Bóg ma nad tym wszystkim panowanie. W piątym rozdziale Apokalipsy padają piękne słowa: „Przestań płakać: Oto zwyciężył Lew z pokolenia Judy” (Ap 5,5). Niezależnie od tego, co się wydarzy, nad tym wszystkim jest zwycięstwo Pana Boga. On już zwyciężył. Umarł i zmartwychwstał. Jego zwycięstwo już się dokonało. Przyjmując tę perspektywę dostrzeżemy, że naprawdę nie mamy się czym martwić. Klucz do naszego pokoju leży w ufności Panu Bogu.

    Apokalipsa uchodzi za jedną z najtrudniejszych ksiąg Pisma Świętego. W swojej książce rozprawia się Pani Doktor z wieloma popularnymi trudnościami pojawiającymi się wokół Biblii. Obala Pani argument „brutalnego Boga” wyciągany ze starotestamentalnych opisów wojennych, opowiada o psalmach złorzeczących, przybliża również Księgę Apokalipsy właśnie. W ramach proponowanych czytelnikowi ćwiczeń, zachęca też Pani do zastanowienia się nad fragmentem, który dla niego osobiście jest najtrudniejszy. Sama również miewa Pani trudności w lekturze Biblii? To także doświadczenie biblisty, żeby się z takimi trudnościami zmagać?

    Tak! Dziwnym by było, gdyby spotykający się ze Słowem Bożym człowiek, nawet najlepiej do tego przygotowany, nie miał żadnej trudności. To by znaczyło, że w jakiś sposób spłyca lekturę. Spotykamy się ze słowem, które choć jest wyrażone w języku ludzkim, to jest Słowem Bożym. My natomiast jesteśmy tylko ludźmi i mamy tylko ludzkie możliwości zgłębiania tego Słowa. Ono jest o wiele większe, niż nam się wydaje. Dlatego zupełnie naturalną rzeczą jest to, że spotykając się ze Słowem Bożym, będziemy natrafiać na trudności. Nie te trudności są tutaj najważniejsze, ale to, jak na nie zareagujemy. Pojawia się wiele pokus. Możemy się na jakiś tekst Pisma Świętego obrazić. Możemy też znaleźć jakąś, nieraz bardzo naiwną interpretację i utrzymywać, że jest to jedyna możliwa interpretacja. W tekstach biblijnych to się zupełnie nie sprawdza, bo są to teksty tak pojemne, że rzadko kiedy jest możliwa jedynie jedna interpretacja. Możemy też orzec, że wszystko jest w porządku, bo jakiś trudny tekst dla nas jest nieistotny. A może ten tekst wymaga od nas pokory, zatrzymania się nad nim i zwrócenia się do Boga: Panie, jeszcze nie wiem, co chcesz powiedzieć przez te słowa, jeszcze ich do końca nie rozumiem, ale wierzę, że będziesz mi pomalutku objawiał to, co dla mnie w tych słowach przygotowałeś.

    „Jak nie wybuchnąć śmiechem, jeśli ktoś mówi, że wąż był istotą posiadającą nogi, a po grzechu je stracił i musi teraz czołgać się na brzuchu” – zauważa Pani w swojej książce, wyjaśniając zaraz, że ta śmieszność wynika z nierozumienia tekstu i jego przesłania. Tego typu wyśmiewanie Biblii coraz częściej obserwujemy w debacie publicznej czy w mediach społecznościowych. To pokazuje, jak niskim poziomem zrozumienia, bądź co bądź kluczowego dla naszej cywilizacji dzieła, charakteryzuje się wielu z nas. Mówimy o pogłębianiu znajomości Biblii przez katolików. Czy ta znajomość jest tymczasem wciąż ważna dla niekatolików? Pytam o to w kontekście obecnej dyskusji na temat obecności lekcji religii w szkole czy omawiania fragmentów Pisma Świętego na lekcjach języka polskiego. Jest dziś sens uczyć o Biblii dzieci z rodzin niechrześcijańskich w szkołach publicznych?

    Biblia jest częścią naszej kultury, więc jakaś znajomość tej księgi jest konieczna dla każdego. Należy rozróżnić jednak znajomość księgi jako tekstu literackiego od jej znajomości jako tekstu natchnionego, mającego budować wiarę. Każdy wykształcony człowiek, niezależnie od wiary lub jej braku, powinien posiadać jakieś pojęcie o Biblii. Człowiek wierzący natomiast powinien jeszcze wiedzieć, jak w tym tekście spotkać się z żywym Bogiem. Powinien wiedzieć, że Biblia jest czymś więcej niż dziełem literackim. Mamy duży problem z tym, w jaki sposób Słowo Boże jest prezentowane również w ramach naszej katechezy. Ta rzecz wymaga jakiejś zmiany i powinno się nad nią pracować. Bo bardzo często ulegamy takiemu błędnemu myśleniu, że skoro jestem katolikiem, to muszę zażarcie bronić wszystkiego, co dosłownie czytam w Biblii. Na przykład, jeżeli czytam o przywołanym wężu, który stracił nogi, to twardo twierdzę, że tak w rzeczywistości musiało być. Absolutnie nie, to jest błąd leżący gdzieś u podstaw spotkania z Biblią. Pismo Święte nie jest podręcznikiem do zoologii czy astronomii. Nie jest też kroniką spisującą dzieje starożytnego świata w takim sensie, w jakim dziś rozumiemy kronikę i historię. Biblia jest księgą, która opowiada nam o działaniu Boga i o tym, jak Bóg współdziała z człowiekiem. I tyle. Nie znajdziemy w niej odpowiedzi na pytania dotyczące ruchu ciał niebieskich, przebiegu starożytnych wojen, czy geografii antycznego świata. To nie ten rodzaj księgi. I dobrze by było, gdyby katolicy, osoby czytające Biblię jako świętą księgę, doskonale sobie z tego zdawały sprawę. Aby nie szukali w Słowie Bożym odpowiedzi na pytania związane z historią, biologią czy astronomią, bo nie takie odpowiedzi ma ona człowiekowi dawać.

    Uczy Pani Doktor języka hebrajskiego, więc nie mogę jeszcze na koniec nie zadać pytania, które bibliści słyszą pewnie zbyt często. Po jaki polski przekład Pisma Świętego najlepiej sięgać?

    I to jest bardzo trudne pytanie! Ze studentami pracuję na Biblii Tysiąclecia. Głównie dlatego, że uczę w seminariach, a przyszli księża będą później spotykać się z tym przekładem w liturgii. Ale podkreślam, nie ma doskonałego przekładu. Mówimy o przekładzie z języków starożytnych. Hebrajski i aramejski to języki semickie, które charakteryzują się niesłychaną głębią. Każde tłumaczenie będzie zdradą oryginału. Lubię też na zajęciach sięgać po inne tłumaczenia, żeby pokazywać pewne różnice. W innych tłumaczeniach może się zdarzyć, że pewne rzeczy zostały trochę lepiej, trochę głębiej oddane. Nie jest tak, że mamy jedno, doskonałe tłumaczenie Pisma Świętego.

    Maria Miduch jest doktorem teologii w zakresie teologii biblijnej. Dyrektor Salezjańskiego Instytutu Teologicznego w Krakowie. Uczy egzegezy Starego i Nowego Testamentu oraz języka hebrajskiego w krakowskim Wyższym Seminarium Duchownym Księży Salezjanów. Jest członkiem Stowarzyszenia Biblistów Polskich. Autorka wielu książek. Ostatnio, nakładem Wydawnictwa WAM, ukazała się jej nowa praca: „Słowo przed Słowem. Zachwyć się Pismem Świętym”.

    Karol Kubicki/Fronda.pl

    ______________________________________________________________________________________________________________


    Bóg dał nam światło przez

    św. siostrę Faustynę i ks. Dolindo Ruotolo

    Bóg dał nam światło przez św. siostrę Faustynę i ks. Dolindo Ruotolo

    ks. Robert Skrzypczak – fot. Wyd. Esprit

    ***

    Wielu patrząc na swoje osobiste doświadczenia i na dzieje świata, zadaje sobie pytanie o to, gdzie w tym wszystkim jest Pan Bóg? Jak Go odnaleźć? Bóg jest obecny w świecie i posyła nam wiele znaków swojej obecności. O kilku z nich (św. siostrze Faustynie, św. Gemmie Galgani i ks. Dolindo Ruotolo) mówił ks. prof. Robert Skrzypczak w przygotowaniach do tegorocznej Uroczystości Serca Pana Jezusa w Krakowie.

    Dzisiaj jesteśmy w takim momencie, że trzeba zająć stanowisko albo za, albo przeciw. Ja jestem bardzo przekonany. Od jakiegoś czasu to też zostało mi jakoś podarowane, ja zostałem na to nie wiem jakim sposobem naprowadzony, ale jestem przekonany, że dzisiaj Bóg naszemu zmęczonemu, przejedzonemu, smutnemu społeczeństwu postanowił włączyć dwa potężne reflektory.

    Jednym z tych reflektorów to jest przesłanie o Bożym Miłosierdziu. I Bóg w tym celu między innymi posłużył się jedną zwykłą siostrą zakonną. Z Płocka, potem z Wilna, a potem z Krakowa, siostrą Faustyną. I posługując się tą zwykłą kobietą konsekrowaną, odsłonił nam, przypomniał nam taki istotny fragment Ewangelii, jakim jest Miłosierdzie Boga.

    Miłosierdzie Boga to kwintesencja ewangelii

    Co to znaczy, że Bóg jest miłosierny? Co to znaczy, że Jezus mówi bądźcie miłosierni jak Ja jestem miłosierny? Bóg jest miłosierny, to znaczy zawsze odpowiada dobrem na zło. On jest jedyny, przy którym mogę się pomylić. I Bóg nie musi od razu wyciągać z tego powodu konsekwencji. Kocha mnie także wtedy, kiedy ja jestem dla innych i dla siebie nie do zniesienia. Kocha mnie nawet wtedy, kiedy ja siebie przekreślam. Kiedy w siebie przestaję wierzyć, a On patrzy na mnie z miłością.

    Jak bardzo potrzebowaliśmy tego przesłania. Zobaczcie, dzienniczek o Bożym Miłosierdziu siostry Faustyny jest najczęściej tłumaczonym dziełem polskiej literatury na wszystkie języki świata. Faustyna dawno przebiła już Sienkiewicza i Lema, razem wziętych. Wszędzie na świecie wizerunek Jezusa Miłosiernego. Jak bardzo tego potrzebowaliśmy.

    Wydawało się, że Bóg jest sędzią sprawiedliwym tylko, który za dobro wynagradza i za złe karze. Dlatego ludzie zawsze zbliżają się do Boga na wdechu. Boimy się prawdy. A tu okazuje się w tym miejscu, gdzie pojawia się prawda czeka na nas Ktoś, kto szczerze z całego serca walczy za nas. Chce nas mieć przy sobie. Chce nas obdarzyć życiem i to życiem wiecznym.

    Lekarstwo przyjdzie przez ‘zwykłego księdza’

    A drugi wielki reflektor, który został włączony temu pokoleniu to jest reflektor z Neapolu. Jestem o tym coraz bardziej przekonany. Że tak jak tutaj w tym wypadku Bóg posłużył się zwykłą siostrą zakonną, w tamtym wypadku Bóg posłużył się zwykłym księdzem.

    Jedna z najsłynniejszych mistyczek, żyjących we Włoszech na początku XX wieku to św. Gemma Galgani. Była mistyczką, stygmatyczką, cierpiała, jednoczyła się z Chrystusem. W swoim dzienniku napisała, że Kościół będzie kiedyś w przyszłości przechodził przez straszne tarapaty, kryzys tożsamości, zagubi się. Odłączy się od swojego Zbawiciela. Tak pisała Gemma Galgani. I ratunek, lekarstwo przyjdzie nie z najwyższych półek, stanowisk, władzy w Kościele. Nie ze strony wielkich teologów, tylko ze strony zwykłego księdza. Ale nie powiedziała o kogo chodzi.

    Mistyk z Neapolu, ksiądz Dolindo Ruotolo

    Kiedy się dowiedziałem o księdzu Dolindo, zacząłem szukać kto to jest ten człowiek, który uczył nas wszystkich takiej prostej modlitwy: „Gesú, pensa ci Tu”. Tak pięknie po włosku to brzmi. Po polsku „Jezu, Ty się tym zajmij”. Ksiądz Dolindo przekazuje nam inny aspekt, inną stronę tajemnicy Boga, że wierzyć w Boga to jest odpocząć w Jego zaufaniu. W zaufaniu do Niego. Że to zaufanie jest tak bardzo skuteczne.

    Kiedy po raz pierwszy wybrałem się do Neapolu, mówiłem o księdzu Dolindo w jakiejś włoskiej parafii i nagle pojawia się przede mną para małżeńska. I oni mówią, my mieszkaliśmy tyle lat w Neapolu, a naprawdę nigdy w życiu nie słyszeliśmy o żadnym księdzu Dolindo. Otworzyłeś nam oczy. Jesteśmy tak w tej chwili zaciekawieni, że nie będziemy w stanie teraz spać. Ja pomyślałem sobie, Bogu dzięki. Dostaję nie tylko dwoje przewodników, którzy mi pomagają, którzy znają miasto, ale jeszcze dobre towarzystwo. I pojechaliśmy, szukaliśmy.

    Gdzie on może być? Gdzie on żył? Nikt nie wiedział. Ani taksówkarze, ani w księgarni katolickiej. Kto? Jak? Do… jak mówisz? Dolindo? I wreszcie znaleźliśmy. Znaleźliśmy ten kościół, w którym pracował. Jego ciało, które spoczywa z boku w takim pięknym sarkofagu. I ludzi, którzy się przytulają jak jaskółki do grobowca księdza Dolindo. I pukają ciągle. I uczą się tego: „Jezu, Ty się tym zajmij”.

    Grazia, bratanica księdza Dolindo ma w tej chwili 96 lat. Ale jaki umysł, jaka pamięć. Wtedy po raz pierwszy się z nią spotkałem. Byłem tak szczęśliwy, że znajduję świadka z pierwszej ręki. A ona była zadziwiona, że jakiś ksiądz z dalekiej Polski przyjechał i chce słuchać o jej stryju, jak to potem mi powiedziała, ‘z rozszerzonymi źrenicami’. I ona wtedy powiedziała: „wiesz, ksiądz Dolindo nieraz mówił, ‘ludzie nie widzą Boga, bo Mu nie ufają. Ale zaledwie zaczniesz Mu ufać, będziesz Go widział’. Uczył wszystkich bezgranicznego zaufania wobec Boga”.

    Kim był ks. Dolindo?

    A to był człowiek, który przeszedł przez ogromne cierpienie. Zostawił autobiografię, która jest wręcz zatytułowana ‘Dolindo, znaczy ból’. Trudno sobie wyobrazić, że jeden człowiek może przejść przez tak dużo nieszczęść, tarapatów. I rodzinnych, i związanych z ciałem, ze zdrowiem, ale przede wszystkim także z przykrości, ostracyzmu, niechęci, prześladowania, które go spotkało także ze strony Kościoła, który kochał do końca. Czterokrotnie postawiony przed Świętym Oficjum. Poddawany niekończącym się przesłuchaniom. Jak czasami czytałem protokoły tych przesłuchań, naprawdę można się załamać.

    Stawiano mu zarzuty, przed którymi w ogóle nie wiedział, jak się wybronić. I on wszystko to oddawał w ręce Boga. Całe to upokorzenie, które na niego spadało. Najpierw pozbawili go prawa głoszenia, potem spowiadania, potem odprawiania mszy świętej. Na czas trwania procesów nawet nie wolno mu było przyjmować Komunii Świętej. Heretyku, schowaj się! I ksiądz Dolindo nigdy się na nikogo nie skarżył. Wszystko oddawał w ręce Boga. Cały żal, na który się zdobywał. To jak jeden świadek kiedyś powiedział, wszedł do kościoła w nocy i spotkał księdza Dolindo przed otwartym tabernakulum. Płakał, modlił się tak z rękami wyciągniętymi do Pana Jezusa. I powtarzał perché (dlaczego)? I to był cały jego żal. A resztę wyrażał na organach. Bo wtedy grał i komponował, żeby utrzymać się przy życiu. 19,5 roku w karach kościelnych.

    Jeden z prefektów Świętego Oficjum, który pilnował księdza Dolindo, jego aresztowania, mówił: Dolindo, żaden z tych zarzutów, które ci postawili nie sprawdził się, nie potwierdził się. Wiesz, gdybym ja ciebie nie znał, to pomyślałbym, że fakt, że cię w ten sposób traktują, mógłby świadczyć tylko o jednym, że jesteś niezłym kanalią. Ale ja wiem, że ty jesteś niewinny.

    I radził mu: Dolindo, postaw się. Zacznij się bronić. Nigdy się nie bronił. Wszystko oddawał w ręce Boga. A kiedy po 19,5 roku został zrehabilitowany, przywrócony do wszystkich czynności kapłańskich, nagle okazuje się, że ma wszystkie te same właściwości, dary jak ojciec Pio. Dar czytania w sercach ludzi, dar prorokowania, dar rozróżniania. Mówili mi Neapolitańczycy: Padre, widzisz tamtą ulicę, która dochodzi do kościoła, gdzie pracował? Schodzi w dół, w dół, daleko, daleko. Potem się zawija, a potem jest skrzyżowanie. Tam mniej więcej kończyła się kolejka ludzi, którzy czekali, żeby u księdza Dolindo się wyspowiadać. Albo żeby skonsultować swoją własną sprawę, prosić o modlitwy.

    Karabin na diabła

    Grazia mi mówiła: Księdzu Dolindo zależało przede wszystkim na tym, żeby Słowo Boga materialnie wróciło do serc ludzi. Żebyśmy zaczęli na nowo spotykać się z Chrystusem poprzez Pismo Święte, Słowo Boga. Dlatego skomentował całe Pismo Święte, 33 tomy. Każdy po 1000 stron. Czekają na tłumaczenie. Ale to co jest najważniejsze, to jest jego bezpośredniość wobec Boga. On ufał Bogu i zarażał innych ludzi tym zaufaniem.

    Jednego wieczoru ja idę sobie po dzielnicy. Idę sobie wieczorem tam dzielnicą, gdzie ksiądz Dolindo pracował. Nagle wyrasta przed mną taki siwy, starszy Pan. Zobaczył, że jestem w koloratce. I mówi, „a ksiądz polski?” Mówię, tak. „Pewnie do księdza Dolindo”. Ja mówię, tak.

    I on wtedy zmienia się na twarzy i mówi: „ja pamiętam go, byłem jego ministrantem”. Mówi do mnie, Padre, bo tak Włosi mówią do księdza. „Padre, jak ksiądz Dolindo głosił słowo ludziom, to ogień wychodził z jego ust. Z jego oczu, ogień. Wyobrażasz to sobie? Jak on mówił o Bogu?” I jednocześnie ciągle nosił przy sobie różaniec. I kiedy ludzie go pytali. Dolindo, a czemu ty wszędzie z tym różańcem chodzisz? To on wtedy uśmiechał się i mówił. To jest mój karabin na diabła. Modlił się nawet wtedy, kiedy głosił słowo.

    Ja to próbowałem przetestować. Nijak mi to nie wychodzi. Albo jedno, albo drugie. Nieraz jak odprawiał mszę świętą, to widział Matkę Bożą obok siebie. Maryja mu towarzyszyła do ostatnich chwil życia. Jej poświęcił także ostatnie dzieło. Miał 84 lata. Głowa zwisała na dół. Nie mógł jej utrzymać. Już tak był schorowany. I wtedy podejmuje się napisać ostatnie dzieło o Matce Bożej, Maryja Niepokalana. I wtedy doznaje takich ataków. Szatan przychodzi i mówi: „nie dopuszczę. Nie pozwolę ci napisać tego dzieła”.

    Czasami w nocy wołał o pomoc. I przybiegała jedna z kobiet, które mieszkały blisko w sąsiedztwie. I mówiła: „znajdowałam staruszka Dolindo jakby wepchniętego siłą pod łóżko. Cały drżał i tylko mówił ‘znowu tu był’”. Kiedy ukończył dzieło, rok potem, 19 listopada 1970 roku odszedł. A kiedy odchodził, ludzie modlili się obok niego. Był już tak słaby, że nie mógł się nawet podnieść. W pewnym momencie, wieczorem, nagle, jakby jakaś siła go posadziła. Usiadł i tylko wyciągnął ręce. Tak. Wpatrzony. Pojawił się zachwyt na jego twarzy i powiedział: „Jakże jesteś piękna”.

    I umarł. No powiedzcie, jak nie zazdrościć? Jezu, Ty się tym zajmij. Jezu, Ty się tym zajmij. On mówił tak: „Jeśli masz wrażenie, że zaczynają spiętrzać się kłopoty w Twoim życiu. Zaczynasz się lękać, że te wszystkie sprawy, które idą przeciwko Tobie się nawarstwiają, jak huragan, jak burza. W pewnym momencie spadną Ci na głowę i Cię zmiażdżą. Nie panikuj. Nie pękaj, mówił. Tylko ze wszystkich sił, które jeszcze w sobie znajdujesz. Zacznij wołać. Jezu, Ty się tym zajmij. Jezu, Ty się tym zajmij. Jezu. I zobaczysz, co to znaczy, że w pewnym momencie pokój Boży zacznie przenikać w Twoje życie”.

    Jeszcze na zakończenie Wam powiem. Jedna kobieta mi opowiadała. Mówi. W moim małżeństwie już doprowadziliśmy się do szaleństwa. Już żeśmy myśleli tylko, że jedyną drogą wyjścia jest rozwód, bo inaczej sobie zrobimy krzywdę. Byliśmy tak wściekli na siebie. Nie mogliśmy wymienić ani jednego słowa bez napastliwości.

    Kiedy ona się dowiedziała o tym, że ksiądz Dolindo uczył tej modlitwy całkowitego zaufania, mówi; „niczego innego nie podejmowałam. Tylko tę modlitwę w sercu. We dnie, w nocy. W nocy nie mogłam spać. Myśli buzują. Jezu, Ty się tym zajmij. Jezu. Po paru tygodniach zauważyłam, że przestajemy używać wulgaryzmów w stosunku do siebie. Dalej się modliłam”. „Po następnych dwóch tygodniach – mówi, przestaliśmy być wobec siebie złośliwi i napastliwi. Dalej się modlę i już zaczynam dostrzegać pierwsze objawy czułości w tym w jaki sposób się komunikujemy. Nigdy nie przestanę być wdzięczna”.

    Jeden list do mnie dotarł. Ja mieszkam w Warszawie na Ursynowie. Niedaleko jest wielkie centrum onkologiczne. Jedna kobieta do mnie napisała list. „Jestem na hematologii. Walczę z rakiem krwi. Moje dni są policzone, ale jestem tak szczęśliwa. Bo właśnie odkryłam księdza Dolindo i nauczyłam się tej przepięknej modlitwy. I nieustannie ją w myślach i w sercu noszę. Jezu, Ty się tym zajmij. I wiem, że Bóg mi podarował tego człowieka i tę modlitwę, żebym mogła przygotować się na najważniejszy moment mojego życia.”

    Kiedy dotarła do mnie ta wiadomość, ta Pani już nie żyła. Chcesz wiedzieć, co jest najważniejsze? Kochaj. Ufaj. Nigdy się nie załamuj. Jak będzie Ci ciężko, to nie mów, mam wszystkiego dość, jestem zmęczony, muszę się zamknąć. Nie krzycz, tylko wołaj: „Jezu, Ty się tym zajmij!”.

    ks. Robert Skrzypczak/Deon.pl

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Jedna z największych mistyczek XX wieku

    Bł. Aleksandra Maria da Costa bywa nazywana “ukrzyżowaną z Balazar”. Jezus trzykrotnie zapowiedział jej wybuch drugiej wojny światowej. Przez 13 lat żyła tylko Komunią świętą.

    Bł. Aleksandra Maria da Costa/Wikipedia

    ***

    Historia Aleksandry Marii da Costa zdaje się być wciąż mało znana. Urodziła się 30 marca 1904 roku w parafii Balazar w Portugalii. Była to Wielka Środa. Ochrzczona została 2 kwietnia w Wielką Sobotę. Jej życie można podzielić na dwa etapy. Pierwsze radosne 19 lat i 32 lata Drogi Krzyżowej z Jezusem cierpiącym. Pod koniec życia była nazywaną “ukrzyżowaną” lub “chorą z Balazar”.

    Przez całe życie była związana ze swoją wioską. Od szóstego roku życia uczyła się katechizmu, mając siedem lat przyjęła Pierwszą Komunię. Chętnie chodziła do kościoła, bo bardzo lubiła oglądać figury świętych. Rozkochała się w figurze Bolesnej Matki Bożej i św. Józefie. Opiekowała się nią siostra Diolinda. Matka musiała pracować od rana do wieczora, by wyżywić rodzinę. Jako dziecka była małą psotnicą. Ale chętnie pomagała w domu.

    “Nie mogę sobie wyobrazić, że mały Jezus, mając taką Matkę jak Maryja, nie miał pieluch i ubranek. Nie mogę sobie wyobrazić, żeby mały Jezus był brudny. Chciałam zawsze być świętą, ale byłoby to dla mnie umartwienie nie do zniesienia, gdybym musiała iść do świętości w brudzie. Uważam, że Bóg nie chce ani brudu duszy, ani ciała”.

    Od 12 roku życia pracowała u bogatego gospodarza w sąsiedztwie. Wymagał pracy ponad siły i był ordynarny. Po pięciu miesiącach Aleksandra zrezygnowała z pracy u niego i poszła pracować na polu. Gdy skończyła 14 lat zaczęła budzić zainteresowanie u chłopaków. Przypomniał sobie o niej gospodarz, u którego pracowała. Pewnego dnia zjawił się w towarzystwie dwóch wyrostków domu Aleksandry. Jej siostra kazała zamknąć drzwi i kazała odejść mężczyznom, ci jednak przepuścili atak. Wdarli się do domu, rzucili na Diolindę i drugą dziewczynę, która była u da Costów, Aleksandra, by uchronić się przed gwałtem wyskoczyła przez okno. Spadła z 4 metrów.

    “Poczułam ogromny ból w kręgosłupie. Z trudem podniosłam się, chwyciłam kawał kija z winnicy i pobiegłam do domu ratować siostrę i jej przyjaciółkę. Wywijając kijem, wołałam: <<Psy! Precz stąd!>>. Napastnicy uciekli, a my zmęczone wróciłyśmy do pracy. Chwilę później poczułam straszliwe bóle i musiałam się położyć do łóżka”.

    Następstwem upadku był postępujący paraliż. Gdy skończyła 19 lat nie mogła już wstać z łóżka. Była do niego przykuta do końca życia. Na początku choroby prosiła Boga o uzdrowienie.  Dopiero w 1928 r. zrozumiała, że to cierpienie jest jej powołaniem. W 1931 roku Jezus zaprasza Aleksandrę, aby razem z Nim złożyła siebie na ofiarę. Jej powołanie kryje się w słowach: “Kochać, cierpieć, wynagradzać”. W 1936 roku czuje, że Jezus wzywa ją: “Pomóż mi zbawiać ludzi”. Jej stan się pogarsza, a proboszcz decyduje się przynosić jej codziennie Komunię świętą.

    3 października 1938 roku Aleksandra przeżywa po raz pierwszy Mękę Chrystusa. To przeżycie będzie się powtarzać aż do 20 marca 1942 roku. Ojciec święty poleca ks. Emmanuele Vilar zbadać całą sprawę.

    Jezus trzykrotnie zapowiedział jej wybuch drugiej wojny światowej, jako karę za ciężkie grzechy. Aleksandra składa swoje życie, jako ofiarę dla ubłagania pokoju.

    3 kwietnia 1939 roku jej stan znowu się pogarsza. Przestaje jeść. Do śmierci będzie żyła wyłącznie Komunią świętą, a więc 13 lat. 21 czerwca 1944 roku spotyka salezjanina ks. Umberto Pasquale, który będzie jej kierownikiem duchowym do samego końca. Przez 11 lat kapłan zebrał prawie 5 tysięcy stron dokumentacji tego, co Aleksandra mówiła do siostry, do niego, do nauczycielki z Balazar.

    W 1945 roku ks. Umberto przynosi jej dyplom współpracownicy salezjańskiej. Swoje cierpienie ofiarowuje za współpracowników salezjańskich. Obok łóżka oprócz dyplomu prosi o zamieszczenie zdjęcia z kaplicy nowicjackiej z Mogofores, by jako siostra cierpiąca, wspierać ich przygotowanie do pracy salezjańskiej z młodzieżą. Napisze do nich:

    “Mam was wszystkich w moim sercu. Zaufajcie: Jezus będzie zawsze z wami. Liczcie na mnie tu na ziemi i potem w niebie, gdzie będę was oczekiwać. Proszę was bardzo: módlcie się za mnie! Wasza Aleksandra.”

    W styczniu 1946 roku przeżywa mistyczne zmartwychwstanie i wniebowstąpienie. Jezus obieca jej również, że do jej grobu przywoła wielu grzeszników, którzy się nawrócą. Wielu pielgrzymów zacznie przychodzić do niej jeszcze za życia. Jezus powie do Aleksandry: “Przeżywasz teraz okres mojej publicznej działalności. Wiele dusz rozpali się dzięki twemu przykładowi wielką miłością do Eucharystii”.

    Od 9 kwietnia 1954 zaczyna mieć problemy ze wzrokiem. Swój pokój nazywa ciemnym więzieniem. 6 maja 1955 roku Maryja mówi do niej, że wkrótce po nią przyjdzie. Stało się to 13 października 1955 roku. Wokół niej była grupa ludzi. Szepcze do nich:

    “Nie grzeszcie. Świat jest nic nie wart. To wszystko. Przystępujcie często do Komunii świętej. Każdego dnia odmawiajcie różaniec. Z Bogiem, do zobaczenia w niebie”.

    Zmarła wieczorem mówiąc: “idę do nieba”. 25 kwietnia 2004 roku Alexandra Maria da Costa została ogłoszona błogosławioną.


    Tekst na podstawie książki: Ks. S. Schmidt SDB, Święci, błogosławieni, słudzy boży rodziny salezjańskiej, Wydawnictwo Salezjańskie 1997

    Małgorzata Gajos/Gość Niedzielny

    ______________________________________________________________________________________________________________

    domena publiczna/wikipedia.org

    ***

    Święci, dla których Eucharystia była jedynym pokarmem

    Wśród świętych i błogosławionych Kościoła katolickiego znajdujemy osoby, które przez część swojego życia żywiły się jedynie… Eucharystią! Ich życie ukazuje niezwykłą siłę i moc tego sakramentu.

    Św. Mikołaj z Flue. Pustelnik z woli Bożej

    To jeden z najwybitniejszych mistrzów medytacji i mistyków żyjących u schyłku średniowiecza. Był obdarowany niezwykłymi charyzmatami – przez 19 lat jego pożywieniem była wyłącznie Eucharystia, co zostało potwierdzone procesem kanonicznym.

    fot. Wikipedia

    ***

    Mikołaj wstąpił do benedyktynów w Engelberg, ostatecznie jednak zrezygnował z drogi kapłańskiej i za radą rodziców wstąpił w związek małżeński. Miał 10 dzieci: 5 synów i 5 córek. Po kampanii wojennej, w wieku 50 lat, za zezwoleniem małżonki ponownie wstąpił do klasztoru reformowanych benedyktynów. We śnie otrzymał wskazówkę, że wolą Bożą jest, aby został pustelnikiem w swoich rodzinnych stronach. Mikołaj zadanie wykonał – ludzie przychodzili do pustelnika we wszelkich potrzebach, radzono się w najtrudniejszych sprawach, proszono o modlitwę. 

    15 maja 1947 r. papież Pius XII dokonał uroczystej kanonizacji Mikołaja, ogłaszając go równocześnie głównym patronem Szwajcarii. Jest także patronem papieskiej Gwardii Szwajcarskiej, sędziów, radnych, rodzin wielodzietnych.

    Bł. Aleksandra Maria da Costa. Cierpienie za zbawienie młodzieży

    Aleksandra urodziła się 30 marca 1904 r. w Balasarze koło Bragi, w Portugalii. Mając 14 lat, została napadnięta przez mężczyznę, który chciał ją zgwałcić. Uciekając wyskoczyła przez okno i spadła z wysokości czterech metrów – poprzez upadek została całkowicie sparaliżowana. Przez kolejne 30 lat nie mogła podnieść się z łóżka.„Jezu, jesteś więźniem tabernakulum, a ja mojego łóżka, z Twojej woli. Będę więc trwała przy Tobie” – powtarzała.

    fot. Wikipedia

    ***

    Aleksandra prosiła Matkę Bożą o łaskę uzdrowienia. Obiecywała, że gdy wyzdrowieje, poświęci się bez reszty pracy misyjnej. Jednak gdy paraliż nie ustępował, zrozumiała, że to cierpienie jest jej powołaniem – i przyjęła je całym sercem. Od tego momentu doświadczała przeżyć mistycznych, m.in. Pan Jezus w widzeniu zapowiedział Aleksandrze wybuch II wojny światowej jako kary za ciężkie grzechy. Aleksandra ofiarowała Mu swoje życie, by powstrzymać rozlew krwi.

    Od 1942 r. Jezus obdarzył Aleksandrę jeszcze jedną łaską mistyczną: od tej pory nie przyjmowała już żadnego pokarmu, żyła jedynie Eucharystią. Ofiarowała swoje cierpienie dla zbawienia młodzieży. Wiele osób przybywało do niej po rady i z prośbą o modlitwę. Do grona błogosławionych wprowadził ją św. Jan Paweł II w dniu 25 kwietnia 2004 roku.

    Św. Kolumba z Rieti. Mistrzyni jednania skłóconych

    Angiolella Guadangoli urodziła się 2 lutego 1467 r. w Rieti, we Włoszech. Już jako młoda dziewczyna chciała oddawać szczególną cześć Męce Chrystusa – podejmowała w tym kierunku praktykę umartwienia zmysłów oraz nosiła włosienicę. Wstąpiła do tercjarek dominikańskich i podążając śladami św. Katarzyny ze Sieny, oddała się służbie ubogim odwiedzając chorych i umierających. Nie zapominała też o więźniach i skazanych na śmierć. Wyjechała do Perugii gdzie ufundowała klasztor Sióstr Dominikanek.

    fot. Wikipedia

    ***

    Często pościła o chlebie i wodzie. W jednym ze źródeł wspomniano również, że w pewnym momencie odzwyczaiła się nawet od jedzenia chleba. Przyjmowała tylko Komunię Świętą, wodę i sok z ziół. Nie przeszkadzało jej to jednak w codziennej pracy i modlitwie. 

    Znana była ze szczególnej umiejętności jednania skłóconych obywateli miasta, którzy powierzali jej swoje problemy. Dzięki roztropności i mądrości udzielanych rad, udawało jej się doprowadzać do upragnionej zgody i pokoju. Jej kult zatwierdził, a tym samym beatyfikował ją Papież Urban VIII w 1627 roku.

    Sługa Boża Floripes de Jesús. „Kto chce mnie szukać, znajduje mnie w Sercu Jezusa”

    Lepiej znana jako Lola – to Brazylijka, która przez 60 lat żywiła się wyłącznie Eucharystią. Urodziła się w 1913 roku w stanie Minas Gerais w Brazylii. W wieku 16 lat spadła z drzewa. Wypadek zmienił jej życie. Została sparaliżowana i „jej ciało się zmieniło – nie czuła już głodu, pragnienia ani senności. Żadne lekarstwo nie było skuteczne ” – powiedział brazylijski ksiądz Gabriel Vila Verde, który podzielił się historią Loli w mediach społecznościowych.

    Floripes de Jesús zaczęła się odżywiać jedną konsekrowaną Hostią dziennie. „Żyła w ten sposób przez 60 lat” powiedział Vila Verde. Ponadto „przez długi czas pozostawała w łóżku bez materaca, jako forma pokuty”.

    Wiara w świętość świeckiej rosła, a tysiące pielgrzymów przyjeżdżało, aby ją zobaczyć w jej domu. W księdze podpisów gości z lat 50. XX wieku odnotowano, że w ciągu zaledwie miesiąca odwiedziło ją 32 980 osób. Wszystkich, którzy ją odwiedzali Lola prosiła o pójście do spowiedzi, przyjęcie komunii oraz nabożeństwo w pierwszy piątek ku czci Najświętszego Serca Jezusowego.

    Lola poświęciła swoje życie modlitwie za kapłanów i szerzeniu kultu Najświętszego Serca Jezusowego. Zmarła w kwietniu 1999 r. W jej pogrzebie wzięło udział 22 księży i ​​około 12 000 wiernych. W 2005 roku została ogłoszona Sługą Bożą przez Stolicę Apostolską.

    brewiarz.pl, matkakolumba.dominikanki.pl, zś/Stacja7

    ______________________________________________________________________________________________________________

    W sobotę 15 czerwca 2024 roku w bazylice Bożego Miłosierdzia w krakowskich Łagiewnikach odbyła się beatyfikacja ks. Michała Rapacza. Kościół katolicki wyniósł go na ołtarze jako męczennika czasów komunizmu. Duchowny ten został rozstrzelany przez bojówkarzy w 1946 r. w Płokach w Małopolsce.

     Uroczystość beatyfikacji ks. Michała Rapacza w bazylice Bożego Miłosierdzia.

    Beatyfikacja ks. Michała Rapacza w bazylice Bożego Miłosierdzia/fot. Łukasz Gągulski/PAP

    ***

    Testament błogosławionego męczennika

    ks. Rapacza dla Polaków w kraju i na emigracji

    Testament błogosławionego męczennika ks. Rapacza dla Polaków w kraju i na emigracji

    bł. ks. Michał Rapacz – wikimedia, dp., pixabay.com

    ***

    Ks. Michał Rapacz dla Polaków w kraju jak i „dla współczesnej emigracji polskiej to piękny przykład wierności Bogu na wszystkich odcinkach życia, służby Ojczyźnie, umiłowania tradycji narodowych, budzenia patriotyzmu, przyczyniania się do duchowego i moralnego odrodzenia społeczeństwa polskiego” – powiedział portalowi Polskifr.fr ks. Dionizy Jedynak, kapłan archidiecezji krakowskiej, pochodzący z parafii Płoki, gdzie pracował ks. Michał Rapacz, dziś beatyfikowany w Krakowie-Łagiewnikach.

    Michał Rapacz był synem Jana i Marianny z domu Wójcik. Urodził się w 1904 r. we wsi Tenczyn, należącej wówczas do parafii Lubień w diecezji krakowskiej. Po ukończeniu szkoły podstawowej wstąpił do gimnazjum w Myślenicach. Następnie w 1926 r. wstąpił do Wyższego Seminarium Duchownego w Krakowie. 1 lutego 1931 r. został wyświęcony na kapłana. W latach 1931 do 1933 pełnił obowiązki wikariusza parafialnego w Płokach, później jego drugą parafią była Rajcza, gdzie był wikariuszem w latach 1933-1937. Dokładnie 11 listopada 1937 roku został mianowany administratorem w parafii Płoki. Tam pełnił swoje obowiązki do męczeńskiej śmierci, która nastąpiła 12 maja 1946 r. Gdy wyprowadzono ks. Rapacza z plebanii mówił: „Niech się dzieje Twoja wola, Panie”. Związano go powrozem, następnie prowadzono wokół kościoła, był bity. Później uprowadzono go do pobliskiego lasu koło cmentarza i tam wykonano wyrok – jeden strzał nad okiem w głowę, drugi w potylicę. Został pochowany na cmentarzu parafialnym w Lubniu.

    Ks. Dionizy Jedynak, wspominając, jak w czasach dzieciństwa odwiedzał miejsce, gdzie 12 maja 1946 r. przyszły błogosławiony został zamordowany przez komunistów, dodał: „osobiście nie znałem ks. Michała Rapacza, gdyż urodziłem się 7 lat po jego męczeńskiej śmierci. Natomiast pamięć o nim była żywa w mojej rodzinie. Moim rodzicom udzielił on ślubu. Od najmłodszych lat, gdy z rodzicami chodziłem na groby zmarłych z rodziny, to zaprowadzali mnie do pobliskiego lasu, bo to było niedaleko od cmentarza, na miejsce zabójstwa. Tam był ustawiony krzyż, tam ludzie zapalali świece, składali kwiaty, pamiętali o nim. Mówili, że to był męczennik”.

    W latach 1945-1946, kiedy komuniści objęli władzę w Polsce, ks. Michał Rapacz stał się szybko obiektem ich szykan. Był ostrzegany o grożącym mu niebezpieczeństwie i nakłaniany do opuszczenia parafii. Podczas jednego z kazań powiedział: „choćbym miał trupem paść, nie zaprzestanę tej Ewangelii głosić i nie wyrzeknę się własnego krzyża”. Ks. Jedynak przypomniał, że „po morderstwie rodzina zabrała ciało i ks. Rapacz został pochowany na cmentarzu parafialnym w Lubniu. Tam spoczywał przez 34 lata, do roku 1980, kiedy to ekshumowano jego ciało i przewieziono z powrotem do Płok. Tam spoczywa do dziś”.

    Trudna komunistyczna rzeczywistość

    Ks. Rapacz zdawał sobie sprawę z tego, że skuteczność jego pracy dla dobra ludzi jest mała ze względu na bardzo trudne komunistyczne uwarunkowania. „Dzięki wierze i oddaniu Kościołowi robił jednak swoje jako kapłan” – powiedział ks. Jedynak.

    Ks. Michał działał na terenach, gdzie w diecezji krakowskiej było najwięcej fabryk i ośrodków przemysłu. Ludność organizowała się w różnorodne związki i stowarzyszenia. „To były tereny zamieszkałe w większości przez chłoporobotników, bo ludzie pracowali w fabrykach, a później na roli. Tam widać było wpływy lewicowe, nastawione wrogo do Kościoła, do tradycyjnych wartości. Z tamtego terenu, z powiatu chrzanowskiego, wywodzili się komunistyczni działacze partyjni i Urzędu Bezpieczeństwa” – poinformował znawca życia ks. Rapacza. Cztery miesiące po jego śmierci w Libiążu UB zastrzeliło miejscowego proboszcza.

    Męczeństwo – świadectwo ponad wszelkie inne

    „Człowiek osiąga świętość przez naśladowanie Chrystusa, realizację cnót teologicznych, jak również przez wierne przestrzeganie zasad religijno-moralnych. Dla katolików męczeństwo to wielkie świadectwo ponad wszelkie inne. Męczennik to ten, który oddaje swoje życie, coś, co ma najcenniejszego, za Chrystusa, za wyznawaną wiarę w Niego” – zaznaczył ks. Dionizy Jedynak.

    Podkreślił, że „ks. Rapacz poniósł śmierć męczeńską z powodu głoszonej nauki Chrystusa zawartej w Ewangelii, z powodu wierności Kościołowi, nauczając i ukazując prawdy moralne”. To nie podobało się powojennej komunistycznej władzy ludowej, gdyż „ich ideologia mówiła, że Boga nie ma, więc taki człowiek był im niewygodny, dlatego na zebraniu partyjnym w Trzebini postanowili go zlikwidować”.

    Ks. Michałowi Rapaczowi zależało na zbawieniu każdego, bo „był gorliwym duszpasterzem i nie ulegał władzy ani w czasie wojny hitlerowskiej, ani w czasach komunizmu. Głosił prawdę Bożą. Domagał się od parafian, by byli wierni Chrystusowi, a nie szli za błędnymi naukami”. Późniejszy męczennik modlił się za parafian nawet nocami. „Wiedział, że w tych trudnych czasach ludzie potrzebują większego wsparcia duchowego, płynącej z wiary pociechy. Jako kapłan pełen wiary doskonale wiedział, że w trudnych sytuacjach należy pokornie i ufnie błagać Boga. Tak uczył ludzi i sam to robił, naśladując Chrystusa Najwyższego Kapłana. Tu widzimy Jego świętość” – stwierdził ks. Dionizy Jedynak.

    Przesłanie ks. Rapacza

    „Ks. Michał uczy nas tego, że w każdej sytuacji życiowej, gdziekolwiek jesteśmy i w jakimkolwiek systemie społecznym żyjemy, powinniśmy być wierni Bogu i żyć według przykazań. Uczy również wierności wierze i tradycjom wyniesionym z domu rodzinnego. Uczy dawania świadectwa, wyznawania wiary, mimo grożących niebezpieczeństw, a nawet ryzyka utraty życia” – ocenił ks. Dionizy.

    Polskfir.fr / pzk/Deon.pl

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Niezwykłe wizje mistyczne dwóch świętych, które zapoczątkowały kult Serca Pana Jezusa

    fot. Wikipedia/Canva

    ***

    Kult Najświętszego Serca Pana Jezusa kojarzy się nieodłącznie ze świętą Małgorzatą Marią Alacoque, ale już w średniowieczu, w zgromadzeniu cystersek w Helfcie żyły dwie mistyczki, które miały widzenia Boskiego Serca i żywiły do Niego szczególne nabożeństwo.

    Mechtylda z Magdeburga i Gertruda Wielka żyły w ścisłym zjednoczeniu z Sercem Pana Jezusa. Z Nim i w Nim przeżywały zwykłe trudności dnia codziennego, a także wszelkie cierpienia duchowe i fizyczne, których doświadczały.

    Któregoś dnia Mechtylda opowiadała, jak podczas spotkania Pan tak mocno przycisnął jej serce do Swojego, iż miała wrażenie, że te dwa serca stanowią jedno. Do tego zjednoczenia serc Chrystus przygotowywał je od najmłodszych lat.

    Serce Jezusa, Św. Gertruda i nawrócenie… w klasztorze

    Gertruda już jako pięcioletnia dziewczyna trafiła do zgromadzenia cystersek w Helfcie i spędziła tam całe życie. Najpierw była uczennicą, a po latach nauki została mniszką. W zgromadzeniu przeżyła wewnętrzne nawrócenie, bowiem nauka pochłonęła ją tak bardzo, iż niemal straciła z oczu Boga.

    Gdy zrozumiała, że nie można przedkładać idei nad rzeczywistość, a czytania o miłosierdziu nad czynienie go, rozpoczął się nowy etap w jej życiu naznaczony darem kontemplacji, nadprzyrodzonych ekstaz, objawień i proroczych wizji. W swoim dziele opisywała miłość Boga do duszy oraz duszy do Boga, której źródło tkwi w Najświętszym Sercu Jezusa. 

    Niezwykłe dzieło św. Mechtyldy o Sercu Jezusa, które tworzyła 40 lat!

    Mechtylda natomiast w wieku 12 lat miała wizję Ducha Świętego i od tego wydarzenia wiele czasu poświęcała na praktyki religijne i rozwój duchowy. Mając 23 lata opuściła dom i związała się z beginkami w Magdeburgu. Był to ruch religijny i społeczny wywodzący się z franciszkanizmu, a kierowany przez dominikanów. Jego członkowie prowadzili życie zgodne z Ewangelią, wypełnione modlitwą i pracą.

    Mechtylda przez czterdzieści lat tworzyła dzieło zatytułowane Strumień światła boskości, w którym opisywała swoje przeżycia mistyczne. Posługując się symbolami płomienia, światła, ciepła i rosy, ukazywała w jaki sposób spotykają się pragnienia duszy i Boga.: „Dusza wyszła z Serca Bożego i powinna tam ponownie wrócić”. W wieku 60 lat, zmuszona sytuacją polityczną, ale również krytyką ze strony niektórych hierarchów kościoła, schroniła się w klasztorze cystersek w Helfcie, gdzie pozostała aż do śmierci.

    Jak wygląda Serce Jezusa?

    Mechtylda z Magdeburga zapisała w „Strumieniu Światła Boskości” słowa:

    „Kiedy uboga dusza przybywa na dwór, jest rozumna i delikatna. Pełna radości patrzy na swego Boga. Ach, z jak wielką miłością jest przyjmowana! Milczy ona i niezmiernie pragnie Jego chwały. Wówczas On ukazuje jej z wielkim pragnieniem swe Boskie Serce.

    Jest podobne do czerwonego złota, które płonie w wielkim ogniu rozżarzonych węgli. A On wkłada ją do swego rozpalonego Serca. Kiedy najwyższy Władca i mała służebnica obejmują się tak serdecznie i są złączeni jak woda z winem, wtedy ona jakby znika i odchodzi sama od siebie. Skoro tylko ona nic już nie może zrobić, On z tęsknoty za nią jest chory z miłości, tak jak już był zawsze, gdyż On w swoim odwiecznym pragnieniu miłosnym nie wzrasta ani nie maleje. Wtedy dusza mówi: <Panie, Ty jesteś moim Umiłowanym, moją tęsknotą, moim tryskającym źródłem, moim słońcem, a ja jestem Twoim zwierciadłem>. Tak wygląda podróż na dwór miłującej duszy, która nie może istnieć bez Boga”.

    Rozmowa ze św. Janem o Sercu Jezusa

    Niemal w tym samym czasie Gertruda, która z czasem otrzymała przydomek Wielka, w dziele zatytułowanym Objawienia, czyli Poseł Bożej pobożności opisała rozmowę ze świętym Janem, umiłowanym uczniem Pana Jezusa.

    „Powiedz mi – zapytała Gertruda – jakich uczuć doznawałeś, spoczywając podczas ostatniej uczty na sercu Jezusa? Jan zaczął opowiadać. Wspominał o głębokim zanurzeniu swej duszy w duszy Jezusa Chrystusa i o gorejącym ogniu, jaki go ogarniał. – A dlaczegóż w takim razie – dopytywała – dlaczegóż, nic o tym nie napisałeś? – Dlatego – odpowiedział – że miałem tylko polecone przedstawiać powstającemu Kościołowi nauki Słowa i przekazywać prawdy wiekom, w miarę jak wieki te będą zdolne je pojąć; bo nikt ich dokładnie zrozumieć nie zdoła. Co do niewysłowionych rozkoszy, których doznawałem na sercu Jezusowym, postanowiłem o nich mówić później, aby poznanie tych niewymownych słodyczy rozpaliło na nowo oziębłą i dogasającą miłość starzejącego się świata i obudziło go z odrętwienia”. 

    Magdalena Wyżga/Stacja7.pl

    ______________________________________________________________________________________________________________

    ***

    Serce Jezusa. Bosko-ludzka miłość

    Początki kultu Serca Jezusa sięgają Golgoty, kiedy to Najświętsza Maryja Panna, św. Jan i św. Maria Magdalena jako pierwsi oddali hołd przebitemu włócznią Sercu Zbawiciela. W Średniowieczu idea ta dojrzewała poprzez kult Najświętszych Ran, następnie Rany Boku Zbawiciela i wreszcie Jego Serca.

    z Siostrą Wizytką Marią Bernadetą Wysocką rozmawia Dawid Gospodarek (KAI).


    Dlaczego to właśnie czerwiec jest miesiącem Serca Pana Jezusa? Jak daleko sięga tradycja czerwcowych nabożeństw, wciąż obecna w polskiej pobożności?

    Można powiedzieć, że jest to decyzja Pana Jezusa, bowiem właśnie w czerwcu przekazał ludziom najważniejsze tajemnice swego Serca oraz prosił o ustanowienie święta ku Jego czci w piątek po oktawie Bożego Ciała, a to zazwyczaj wypada w czerwcu.

    Stąd też wywodzi się tradycja nabożeństw czerwcowych. Przyjmuje się, że w Polsce pierwsze takie nabożeństwo zostało odprawione 1 czerwca 1857 r. w kościele sióstr wizytek w Lublinie. Od 1873 r. papież Pius IX zatwierdził je również dla całego Kościoła.

    Skąd w ogóle wziął się kult Jezusowego Serca i na czym on polega? Czy czcimy serce jako część ciała?

    Początki kultu sięgają już Golgoty, kiedy to Najświętsza Maryja Panna, św. Jan i św. Maria Magdalena jako pierwsi oddali hołd przebitemu włócznią setnika Sercu Zbawiciela. W Średniowieczu idea ta dojrzewała poprzez kult Najświętszych Ran, następnie Rany Boku Zbawiciela i wreszcie Jego Serca. Były to jednak nabożeństwa prywatne. Dopiero w XVII w. kult Bożego Serca nabrał charakteru publicznego, a to za sprawą wizytki z francuskiego klasztoru w Paray-le-Monial – św. Małgorzaty Marii Alacoque. Jej życie, naznaczone nadzwyczajnymi przeżyciami mistycznymi, związane było z objawieniami Jezusa, w których ukazał On istotę i praktyki kultu Jego Serca. Zatem przedmiotem kultu jest fizyczne Serce Jezusa, które symbolizuje Jego bosko – ludzką miłość. Równocześnie trzeba podkreślić, że mówiąc o Sercu Jezusa mamy na myśli osobę Jezusa w tajemnicy Jego miłości. Natomiast odpowiedzią człowieka jest miłość zadość czyniąca, wyrastająca ze świadomości grzechów w jakich tonie świat.

    Z kultem Najświętszego Serca kojarzy się też „9 pierwszych piątków miesiąca”. Ta pobożna praktyka, z którą wiąże się pewne obietnice Pana Jezusa, wydaje się jednak trochę magiczna. Czy mogłaby Siostra coś więcej o niej opowiedzieć?

    Rzeczywiście, w liście z maja 1688 r. do przełożonej klasztoru wizytek w Dijon św. Małgorzata Maria Alacoque napisała:  „Pewnego razu w piątek, w czasie Mszy św. Serce Boże wypowiedziało, jeżeli się nie mylę, te słowa do swej niegodnej niewolnicy: «Obiecuję ci w nadmiarze miłosierdzia mojego Serca, że Jego wszechmocna miłość użyczy łaski ostatecznej pokuty tym wszystkim, którzy będą przyjmować Komunię św. przez 9 pierwszych piątków miesiąca. Umrą w mojej łasce i przyjmą Sakramenty Święte. Moje Boskie Serce stanie się dla nich pewnym schronieniem w ostatniej chwili życia»”. Magisterium Kościoła oficjalnie nie odniosło się do teologicznej prawdziwości tej obietnicy, ale nigdy też jej nie zaprzeczyło. Musimy pamiętać, że nie chodzi tu nasze zasługi czy wypełnienie sprawiedliwości, ale o przejaw Miłosierdzia Bożego, które nie zna granic.

    Czy nie wydaje się Siostrze, że ta pobożność wokół Serca Jezusowego jest trochę sfeminizowana? Czy w kulcie Najświętszego Serca mężczyźni również znajdują jakąś przestrzeń wzrostu duchowego?

    Może wynika to z tego, że przewagę ilościową w naszych kościołach stanowią kobiety. Ich struktura psychofizyczna jest bardziej wrażliwa na sprawy duchowe, jak również idea współcierpienia i wynagradzania Bogu za grzechy chyba bardziej bliska niż mężczyznom. Jednak uważam, że kult Serca Bożego jest dla wszystkich. Przykładem mogą być ostatnio kanonizowani papieże: Jan XXIII i Jan Paweł II, gorliwi propagatorzy tego kultu, oraz wielu innych mężczyzn, którzy przyczynili się do jego rozwoju. Św. Jan XXIII, od chrztu poświęcony Jezusowemu Sercu, z wiekiem wyznał: „Jestem przekonany, że byłbym gotowy przelać krew dla sprawy Najświętszego Serca”. Obydwaj papieże wzrastali u „Źródła życia i świętości” i z pewnością każdy wierzący mężczyzna może tam znaleźć swoje miejsce.

    W Krakowie z siostrami wizytkami – Zakonem Nawiedzenia Najświętszej Maryi Panny, a więc wydawałoby się – zgromadzeniem raczej maryjnym, kojarzy się właśnie kult Najświętszego Serca. Przede wszystkim dzięki Arcybractwu Straży Honorowej Najświętszego Serca Pana Jezusa. Czy mogłaby Siostra opowiedzieć o tej wspólnocie?

    Pomimo podeszłego wieku – wkrótce będziemy świętować 150 lat istnienia w Polsce –wspólnota arcybracka wciąż jest atrakcyjna dla tych, którzy w kulcie Serca Pana Jezusa znajdują realizację swoich potrzeb duchowych. Stanowi on bowiem cenny depozyt chrześcijańskiej tożsamości. Straż Honorowa NSPJ założona przez s. Marię od Najświętszego Serca Bernaud, prawie dwieście lat po objawieniach w Paray-le-Monial, poprzez codzienną „Godzinę obecności przy Sercu Jezusa” oraz inne praktyki związane z tym kultem po dzień dzisiejszy realizuje swoją misję w świecie.

    W Polsce ośrodki Straży znajdują się w ponad 400 parafiach, kilku seminariach i domach zakonnych. Więcej o charyzmacie i misji Arcybractwa, jego historię i aktualne wydarzenia można znaleźć na stronie: strazhonorowa.pl

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Opat z Fontgombault:

    Komunia po komunii, nasze serca stają się jak serce samego Chrystusa

    Radio Maryja.pl

    ***

    Przyjmowanie Komunii Świętej oznacza udanie się do niewyczerpanego źródła, które przekształci nasze jestestwo. Jezu cichy i pokornego serca, uczyń nasze serca według Serca Twego… Takie są owoce Eucharystii. Komunia po komunii, nasze serca coraz bardziej i bardziej przypominają serce Chrystusa. Żyją Jego życiem, uczą się miłować tak, jak miłował On sam, to znaczy oddając życie za swoich przyjaciół.

    Homilia o. Jeana Pateau, opata z Fontgombault na uroczystość Bożego Ciała

    Fac cor nostrum secundum Cor tuum.

    Uczyń serca nasze według Serca Twego.

    (wers z litanii do Serca Pana Jezusa)

    Drodzy bracia i siostry,

    Moi wielce umiłowani synowie,

    Uroczystość Najświętszej Trójcy, którą obchodziliśmy w minioną niedzielę, zamknęła cykl liturgiczny poświęcony tajemnicom chrześcijańskim. Dwie uroczystości dopełniają tego cyklu: Boże Ciało oraz uroczystość Najświętszego Serca Pana Jezusa. Pierwsza z nich sięga korzeniami XIII wieku. Druga wpisuje się w rozwój nabożeństwa do Serca Jezusowego w średniowieczu w związku z objawieniami w Paray-le-Monial w latach 1673-1675. Uroczystość Najświętszego Serca Pana Jezusa jest celebrowana na całym świecie dzięki decyzji papieża Piusa IX z 1856 roku.

    27 grudnia [2023 roku] rozpoczął się wielki jubileusz 350. rocznicy objawień św. Małgorzacie-Marii [Alacoque], w rocznicę pierwszego z głównych objawień. Zakończy się 27 czerwca 2025 roku w uroczystość Najświętszego Serca. Jubileusz ten zachęca nas do przemyślenia związku tych dwóch uroczystości.

    Na pierwszy rzut oka wydaje się, że różni je wszystko. Sama nazwa Bożego Ciała w języku francuskim – Fête-Dieu, Święto Boga – przywołuje na myśl Boga niebios i ziemi, Wszechmogącego, Pana Zastępów, tak bardzo odległego od ludzi… Odwrotnie jest z sercem – nawet Najświętszym Sercem – które kojarzy się z wrażliwością. Serce nadaje życiu rytm swoim biciem; wiemy aż za dobrze, że ostatnie z jego uderzeń wyznaczy godzinę naszej śmierci. Oddziaływanie na serce, ranienie go – oznacza oddziaływanie na samo życie, ranienie życia, a nawet jego zniszczenie. Jeżeli potraktujemy słowo „serce” przenośnie, odnosząc je do życia braterskiego, rodzinnego i społecznego, zobaczymy, że serce może być czasami zamknięte, wykluczać naszych bliźnich – albo, przeciwnie, płonąć pragnieniem ich pożarcia.

    Co mają ze sobą wspólnego z jednej strony Serce odwieczne, niewzruszone i niezniszczalne – a z drugiej serce ludzkie, tak bardzo słabe?

    Tak mówi tekst dzisiejszej Ewangelii, zaczerpnięty z nauczania Jezusa w synagodze w Kafarnaum:

    Ciało moje jest prawdziwym pokarmem, a Krew moja jest prawdziwym napojem. Kto spożywa moje Ciało i Krew moją pije, trwa we Mnie, a Ja w nim. […] Kto spożywa ten chleb, będzie żył na wieki (J 6, 55 – 58).

    Żydzi szemrali już wtedy, kiedy Pan powiedział: Jam jest chleb życia. Kto do Mnie przychodzi, nie będzie łaknął; a kto we Mnie wierzy, nigdy pragnąć nie będzie (J 6, 35). Słowa te wydawały im się skandaliczne. Już wystarczy. Wielu uczniów odeszło, przestało za Nim chodzić.

    W naszych czasach to obojętność jest główną przeszkodą dla daru miłości, który Pan chce nam ofiarować w swoim Ciele i Krwi. Świadczy o tym pustoszenie kościołów i zwalczanie kultury chrześcijańskiej, postrzeganej jako przestarzała. Czy my sami z kolei potrafimy – jak poleca św. Paweł w dzisiejszym liście – rozpoznać ciało Pana, kiedy idziemy do komunii? Jak możemy rozpoznać Jego ciało w tak niewielkiej ilości chleba?

    Skierujmy się do Krzyża, gdzie Pan, zawoławszy donośnym głosem, oddał właśnie ducha. Kiedy człowiek umiera, jego ciało ogarnia cisza. W tym wypadku tak się nie stało. Jak zaświadczył św. Mateusz:

    A oto zasłona przybytku rozdarła się na dwoje z góry na dół; ziemia zadrżała i skały zaczęły pękać. Groby się otworzyły i wiele ciał Świętych, którzy umarli, powstało. I wyszedłszy z grobów po Jego zmartwychwstaniu, weszli oni do Miasta Świętego i ukazali się wielu. Setnik zaś i jego ludzie, którzy odbywali straż przy Jezusie, widząc trzęsienie ziemi i to, co się działo, zlękli się bardzo i mówili: «Prawdziwie, Ten był Synem Bożym» (Mt 27, 51-54).

    Skonfrontowani z pozbawionym życia ciałem Jezusa, centurion i strażnicy rozpoznali obecność Syna Bożego. Św. Jan przywołuje postać żołnierza, który wkrótce potem przebił bok Pana włócznią i sięgnął Jego serca: …i natychmiast wypłynęła krew i woda (J 19, 34). Dodał natychmiast: Zaświadczył to ten, który widział, a świadectwo jego jest prawdziwe. On wie, że mówi prawdę, abyście i wy wierzyli (J 19, 35).

    Rzeczywiście, chodzi tutaj o wiarę: o zobaczenie w ranie otwartego Serca niewyczerpanego strumienia łaski sakramentalnej, który jest wylewany na każdego człowieka dobrej woli, dzięki czemu tak często otrzymujemy i pokarm i napój w Eucharystii.

    Kiedy serce przestaje bić, oznacza to śmierć człowieka; jest świadectwem ludzkiego końca. Jednak nie w przypadku Syna Bożego. Jeżeli Bóg jest Bogiem, by tak rzec, jeżeli chciał przybrać ciało, to mógł po prostu wystawić swoje Serce na przebicie. Śmierć Jezusa na krzyżu nie jest końcem życia. Jest odnowieniem życia, wszelkiego życia, ponownymi narodzinami ofiarowanymi każdemu człowiekowi dla nieskończonego życia.

    Przyjmowanie Komunii Świętej oznacza udanie się do niewyczerpanego źródła, które przekształci nasze jestestwo. Jezu cichy i pokornego serca, uczyń nasze serca według Serca Twego… Takie są owoce Eucharystii. Komunia po komunii, nasze serca coraz bardziej i bardziej przypominają serce Chrystusa. Żyją Jego życiem, uczą się miłować tak, jak miłował On sam, to znaczy oddając życie za swoich przyjaciół.

    Najświętszy Sakrament będzie adorowany pomiędzy mszą a nieszporami; tak stanie się również w następną niedzielę oraz w uroczystość Najświętszego Serca, podobnie jak w każdą niedzielę pomiędzy noną a nieszporami; prośmy wówczas naszego Pana o to, by kontynuował i dopełnił dzieła głębokiego przeobrażenia naszego życia, naszych serc. Niech ofiaruje nam to serce, które nie umiera, serce, które nie męczy się nawet wówczas, kiedy praktykuje bezkresną miłość, po prostu dlatego, że czerpie z miłości samego Serca Jezusa. Niech ofiaruje nam serce, które ma za motto następujące wersy z hymnu do miłości:

    Miłość cierpliwa jest, łaskawa jest. Miłość nie zazdrości, nie szuka  poklasku, nie unosi się pychą; nie dopuszcza się bezwstydu, nie szuka swego, nie unosi się gniewem, nie pamięta złego; nie cieszy się z niesprawiedliwości, lecz współweseli się z prawdą. Wszystko znosi, wszystkiemu wierzy, we wszystkim pokłada nadzieję, wszystko przetrzyma (1 Kor, 4 – 7).

    Kto spożywa moje Ciało i Krew moją pije, trwa we Mnie, a Ja w nim (J 6, 56).

    Amen, Alleluja.

    źródło: rorate-coeli.blogspot.com/PCh24.pl/Pach

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Profesor de Mattei:

    Czerwiec to miesiąc Najświętszego Serca.

    Prośmy w nim o nawrócenie własne i całej ludzkości

    Tak jak miesiąc maj jest poświęcony Matce Bożej, tak czerwiec jest tradycyjnie poświęcony Najświętszemu Sercu. Nabożeństwo do Niego towarzyszy życiu duchowemu każdego katolika i każdego roku w miesiącu czerwcu musi być odnawiane, pielęgnowane, pogłębiane – przypomina profesor Roberto de Mattei w artykule na łamach portalu Voice of Family.

    Jak zwraca uwagę włoski historyk, pielęgnowanie i pogłębianie tego nabożeństwa nie sprowadza się do jego aspektu sentymentalnego, choć i on jest on istotny, ponieważ każde prawdziwe nabożeństwo pochodzi z serca. Trzeba jednak jeszcze używać rozumu do refleksji nad jego naturą i znaczeniem. „W przypadku nabożeństwa do Najświętszego Serca można to zrobić poprzez ponowne przeczytanie trzech encyklik, napisanych przez trzech różnych papieży” – wskazuje autor komentarza.

    Jako pierwszy papieski dokument profesor wymienia Annum Sacrum autorstwa Leona XIII, datowany na 25 maja 1899 roku. Ojciec Święty wzywa tam ludzi, rodziny i narody do poświęcenia się Najświętszemu Sercu Jezusa. Jest to lekarstwo na zło trapiące ludzkość.

    „Zbłądziliśmy i musimy wrócić na właściwą drogę; ciemność zaćmiła nasze umysły, a ciemność musi zostać rozproszona przez światło prawdy; śmierć nas ogarnęła, a my musimy uchwycić się życia. W końcu stanie się możliwe, aby nasze liczne rany zostały uleczone i wszelka sprawiedliwość ponownie zakwitła z nadzieją na przywrócenie władzy; aby wspaniałość pokoju została odnowiona, a miecze i broń opadły z rąk, kiedy wszyscy ludzie uznają królestwo Chrystusa i chętnie będą posłuszni Jego słowu, i każdy język wyzna, że ​​Pan nasz Jezus Chrystus jest w chwale Boga Ojca (Flp 2:11)” – cytuje prof. de Mattei.

    Drugą przypomnianą przezeń encykliką jest Miserentissimus Redemptor (8 maja 1928) papieża Piusa XI. Autor zachęca do poświęcenia się Najświętszemu Sercu, przez które ofiarujemy się Bogu w ramach pokuty i zadośćuczynienia za grzechy własne i innych ludzi.

    Trzecią encykliką przywołaną przez autora tekstu na łamach thevoiceofthefamily.com, jest Haurietis Aquas (15 maja 1956). Pius XII zaznacza, iż „objawienia św. Małgorzacie Marii [Alacoque] nie wniosły nic nowego do doktryny katolickiej. Ich znaczenie polegało na tym, że Chrystus Pan nasz, odsłaniając swoje Najświętsze Serce, zechciał w sposób zupełnie niezwykły zaprosić umysły ludzkie do kontemplacji i nabożeństwa do tajemnicy miłosiernej miłości Boga wobec rodzaju ludzkiego. W tej szczególnej manifestacji Chrystus wyraźnie i wielokrotnie powtarzał słowa wskazujące na swoje Serce jako na symbol, przez który ludzie powinni być pociągnięci do poznania i uznania Jego miłości; a jednocześnie ustanowił ją jako znak lub rękojmię miłosierdzia i łaski dla potrzeb Kościoła naszych czasów”.

    „Ale wspominając nabożeństwo do Najświętszego Serca, jakże nie kojarzyć go z nabożeństwem do Niepokalanego Serca Maryi, stworzenia, które bardziej doskonale niż ktokolwiek inny zrozumiało i umiłowało Boskiego Odkupiciela?” – pyta retorycznie autor.

    Profesor cytuje treść modlitwy, której anioł nauczył trzech pastuszków w Fatimie jesienią 1916 roku, przed rozpoczęciem następujących kilka miesięcy później objawień Matki Bożej:

    „Trójco Przenajświętsza, Ojcze, Synu i Duchu Święty, wielbię Cię najgłębiej i ofiaruję Ci najdroższe Ciało, Krew, Duszę i Bóstwo Jezusa Chrystusa, obecnego we wszystkich tabernakulach świata, na zadośćuczynienie za zniewagi, świętokradztwa i obojętność, które tak bardzo Go obrażają. I przez nieskończone zasługi Najświętszego Serca Jezusowego i Niepokalanego Serca Maryi błagam Cię o nawrócenie biednych grzeszników”.

    „Przez nieskończone zasługi Najświętszego Serca Jezusowego i przez wstawiennictwo Niepokalanego Serca Maryi prośmy więc o nawrócenie biednych grzeszników, nawrócenie całej ludzkości, ale przede wszystkim o nasze własne nawrócenie” – wzywa prof. de Mattei.

    PCh24.pl/źródło: thevoiceofthefamily.com

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Litania do Serca Pana Jezusa

    Ołtarz Najświętszego Serca Jezusowego w bazylice św. Piotra

    Ołtarz Najświętszego Serca Jezusowego w bazylice św. Piotra
     fot. Włodzimierz Rędzioch

    ***

    Wszechmogący, wieczny Boże, wejrzyj na Serce najmilszego Syna swego i daj się przebłagać tym, którzy żebrzą Twojego miłosierdzia

    Kyrie, elejson. Chryste, elejson. Kyrie, elejson.
    Chryste, usłysz nas. Chryste, wysłuchaj nas.

    Ojcze z nieba, Boże, zmiłuj się nad nami.
    Synu, Odkupicielu świata, Boże, zmiłuj się nad nami.
    Duchu Święty, Boże, zmiłuj się nad nami.
    Święta Trójco, Jedyny Boże, zmiłuj się nad nami.

    Serce Jezusa, Syna Ojca Przedwiecznego, zmiłuj się nad nami.
    Serce Jezusa, w łonie Matki Dziewicy przez Ducha Świętego utworzone, zmiłuj się nad nami.
    Serce Jezusa, ze Słowem Bożym istotowo zjednoczone, zmiłuj się nad nami.
    Serce Jezusa, nieskończonego majestatu, zmiłuj się nad nami.
    Serce Jezusa, świątynio Boga, zmiłuj się nad nami.
    Serce Jezusa, przybytku Najwyższego, zmiłuj się nad nami.
    Serce Jezusa, domie Boży i bramo niebios, zmiłuj się nad nami.
    Serce Jezusa, gorejące ognisko miłości, zmiłuj się nad nami.
    Serce Jezusa, sprawiedliwości i miłości skarbnico, zmiłuj się nad nami.
    Serce Jezusa, dobroci i miłości pełne, zmiłuj się nad nami.
    Serce Jezusa, cnót wszelkich bezdenna głębino, zmiłuj się nad nami.
    Serce Jezusa, wszelkiej chwały najgodniejsze, zmiłuj się nad nami.
    Serce Jezusa, królu i zjednoczenie serc wszystkich, zmiłuj się nad nami.
    Serce Jezusa, w którym są wszystkie skarby mądrości i umiejętności, zmiłuj się nad nami.
    Serce Jezusa, w którym mieszka cała pełnia Bóstwa, zmiłuj się nad nami.
    Serce Jezusa, w którym sobie Ojciec bardzo upodobał, zmiłuj się nad nami.
    Serce Jezusa, z którego pełni wszyscyśmy otrzymali, zmiłuj się nad nami.
    Serce Jezusa, odwieczne upragnienie świata, zmiłuj się nad nami.
    Serce Jezusa, cierpliwe i wielkiego miłosierdzia, zmiłuj się nad nami.
    Serce Jezusa, hojne dla wszystkich, którzy Cię wzywają, zmiłuj się nad nami.
    Serce Jezusa, źródło życia i świętości, zmiłuj się nad nami.
    Serce Jezusa, przebłaganie za grzechy nasze, zmiłuj się nad nami.
    Serce Jezusa, zelżywością napełnione, zmiłuj się nad nami.
    Serce Jezusa, dla nieprawości naszych starte, zmiłuj się nad nami.
    Serce Jezusa, aż do śmierci posłuszne, zmiłuj się nad nami.
    Serce Jezusa, włócznią przebite, zmiłuj się nad nami.
    Serce Jezusa, źródło wszelkiej pociechy, zmiłuj się nad nami.
    Serce Jezusa, życie i zmartwychwstanie nasze, zmiłuj się nad nami.
    Serce Jezusa, pokoju i pojednanie nasze, zmiłuj się nad nami.
    Serce Jezusa, krwawa ofiaro grzeszników, zmiłuj się nad nami.
    Serce Jezusa, zbawienie ufających Tobie, zmiłuj się nad nami.
    Serce Jezusa, nadziejo w Tobie umierających, zmiłuj się nad nami.
    Serce Jezusa, rozkoszy wszystkich Świętych, zmiłuj się nad nami.

    Baranku Boży, który gładzisz grzechy świata, przepuść nam, Panie.
    Baranku Boży, który gładzisz grzechy świata, wysłuchaj nas, Panie.
    Baranku Boży, który gładzisz grzechy świata, zmiłuj się nad nami.

    K: Jezu cichy i pokornego serca,
    W: Uczyń serca nasze według Serca Twego.

    Módlmy się. Wszechmogący, wieczny Boże, wejrzyj na Serce najmilszego Syna swego i na chwałę, i zadośćuczynienie, jakie w imieniu grzeszników Ci składa, † daj się przebłagać tym, którzy żebrzą Twojego miłosierdzia, * i racz udzielić przebaczenia w imię tegoż Syna swego, Jezusa Chrystusa, który z Tobą żyje i króluje na wieki wieków. Amen.

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Historia litanii do Najświętszego Serca Pana Jezusa

    Czerwiec poświęcony jest Jezusowi Chrystusowi, którego w tym czasie czcimy w sposób szczególny w nabożeństwach dedykowanych Jego Najświętszemu Sercu. Jest ono – jak nauczał papież Leon XIII (+1903) gorący orędownik kultu Serca Jezusowego – “symbolem i żywym obrazem nieskończonej miłości” Jezusa do wiernych.

    Nabożeństwa czerwcowe, odprawiane w obecnej formie, pojawiły się dość późno, bo dopiero w XIX wieku. Sam kult Serca Jezusowego został już wcześniej zainicjowany przez św. Małgorzatę Marię Alacoque (1647-1690) – francuską wizytkę.

    16 czerwca 1675 r., kiedy siostra św. Małgorzata Maria Alacoque modliła się w kaplicy klasztoru w Paray-le-Monial we Francji, po raz trzeci objawił się jej Pan Jezus. Powiedział wówczas do niej: „Oto Serce, które tak bardzo umiłowało ludzi, że niczego nie szczędziło aż do wyczerpania i wyniszczenia się, by im dać dowody swojej miłości.”

    Znamienne wydarzenie w wielbieniu Serca Jezusowego miało miejsce w Marsylii, gdy w mieście w 1720 roku olbrzymie żniwo zbierała zakaźna choroba – cholera. Biskup tego miasta postanowił szukać ratunku w Miłosiernym Sercu Jezusa. Specjalnym dekretem zarządził uroczyste poświęcenie swej diecezji Sercu Jezusa. Akt poświęcenia odmówiono 1 listopada 1720 roku. Ledwo umilkły pokutne śpiewy, a ta zaraźliwa choroba przewodu pokarmowego zaczęła szybko ustępować. W rok po zażegnaniu epidemii ordynariusz Marsylii nakazał odprawianie nowenny do Najświętszego Serca Jezusowego.

    Kult Serca Jezusowego przybierał najrozmaitsze formy. Samo zaś nabożeństwo czerwcowe pojawiło się w Paryżu w pierwszej połowie XIX wieku za sprawą zakonnicy – Anieli de Sainte-Croix. Otóż podczas dziękczynienia po przyjęciu Jezusa w Komunii Św. pomyślała ona, że skoro maj jest poświęcony Matce Bożej, to dobrze byłoby ofiarować czerwiec Sercu Jezusa. Podzieliła się tym pomysłem z innymi. Była to myśl na tyle trafna, że została dosyć szybko oficjalnie zaakceptowana przez kościelną hierarchię. Papież Pius IX zatwierdził nabożeństwo czerwcowe jako oficjalną modlitwę Kościoła w roku 1873.

    W Polsce nabożeństwa czerwcowe odmawiano już od 1857 r. Nabożeństwa ku czci Najświętszego Serca Pana Jezusa były znane najpierw w klasztorach Wizytek w Warszawie, Krakowie i Lublinie. Potem zostały zaaprobowane przez biskupa Lublina i polecone do odprawiania w jego diecezji. Następnie rozprzestrzeniły się na terenie całego kraju.

    Nabożeństwo czerwcowe składa się z dwóch podstawowych elementów:

    • adoracji Najświętszego Sakramentu oraz
    • Litanii do Najświętszego Serca Pana Jezusa.

    Oryginalny tekst, ułożony przez siostrę Annę Magdalenę Remusat z Marsylii liczył 27 wezwań. 12 z nich zakonnica ta zaczerpnęła od jezuity, ojca Jana Croiset, który już w 1691 roku w ten sposób czcił Serce Pana Jezusa i dał początek tej pięknej modlitwie. Dodatkowe 6 odmawianych współcześnie wezwań dołożyła rzymska Kongregacja Wiary przy ostatecznym zatwierdzeniu tekstu litanii w 1899 roku. Litania obecna licząca 33 prośby, upamiętnia symboliczną liczbę lat życia Jezusa na ziemi.

    Układ wezwań litanii do Bożego Serca składa się w logiczną całość. Można w niej wyróżnić trzy części wezwań:

    • Pierwsza część dotyczy stosunku Jezusa do Ojca i Ducha Świętego (Serce Jezusa, Syna Ojca Przedwiecznego, Serce Jezusa, w łonie Matki Dziewicy przez Ducha Świętego utworzone, Serce Jezusa, ze Słowem Bożym istotowo zjednoczone, Serce Jezusa, nieskończonego majestatu, Serce Jezusa, świątynio Boga, Serce Jezusa, przybytku Najwyższego, Serce Jezusa, domie Boży i bramo niebios). Odmawiając tę część wchodzimy w kontemplację relacji Serca Jezusa z Trójcą Świętą.
    • Druga część wezwań dotyczy przymiotów Serca Jezusowego (Serce Jezusa, gorejące ognisko miłości, Serce Jezusa, sprawiedliwości i miłości skarbnico, Serce Jezusa, dobroci i miłości pełne, Serce Jezusa, cnót wszelkich bezdenna głębino, Serce Jezusa, wszelkiej chwały najgodniejsze, Serce Jezusa, królu i zjednoczenie serc wszystkich, Serce Jezusa, w którym są wszystkie skarby mądrości i umiejętności, Serce Jezusa, w którym mieszka cała pełnia Bóstwa).
    • Trzecia część litanii akcentuje stosunek Bożego Serca do ludzi (Serce Jezusa, z którego pełni wszyscyśmy otrzymali, Serce Jezusa, odwieczne upragnienie świata, Serce Jezusa, cierpliwe i wielkiego miłosierdzia, Serce Jezusa, hojne dla wszystkich, którzy Cię wzywają, Serce Jezusa, źródło życia i świętości, Serce Jezusa, przebłaganie za grzechy nasze, Serce Jezusa, zelżywością napełnione, Serce Jezusa, dla nieprawości naszych starte, Serce Jezusa, aż do śmierci posłuszne, Serce Jezusa, włócznią przebite, Serce Jezusa, źródło wszelkiej pociechy, Serce Jezusa, życie i zmartwychwstanie nasze, Serce Jezusa, pokoju i pojednanie nasze, Serce Jezusa, krwawa ofiaro grzeszników, Serce Jezusa, zbawienie ufających Tobie, Serce Jezusa, nadziejo w Tobie umierających, Serce Jezusa, rozkoszy wszystkich Świętych).

    Wszystkie wezwania w tekście owej litanii mają głębokie odniesienie do Pisma Świętego. Większość z nich jest prawie dosłownym cytowaniem Biblii, a inne biorą z niej natchnienie. Każde wezwanie zostało poprzedzone zwrotem Serce Jezusa. Wypowiadając te dwa słowa mamy na myśli samego Chrystusa, który kocha nas swoim Sercem. Owo Serce jest symbolem całego Miłosierdzia i Miłości, jaką Chrystus ma dla ludzi. Jeśli ktoś jest spragniony, a wierzy we mnie, niech przyjdzie do mnie i pije, gdyż – jak zapowiedziało Pismo – strumienie wody żywej popłyną z mojego serca. W tych słowach Jezus objawił najgłębszą tajemnicę Swojego Serca. Jest ono źródłem żywej wody, która, jak określa św. Jan, oznacza Ducha Świętego (por. J 7, 39). Inaczej mówiąc, dary Ducha Świętego wypływają z samego wnętrza, z Serca Chrystusa Pana.

    Wielkim zwolennikiem i czcicielem Serca Jezusowego był Ojciec Święty Jan Paweł II, który wielokrotnie dawał wyraz swej radości z faktu, że w Polsce ta forma pobożności jest wciąż obecna. W Elblągu w 1999 r. powiedział: “Cieszę się, że ta pobożna praktyka, aby codziennie w miesiącu czerwcu odmawiać albo śpiewać Litanię do Najświętszego Serca Pana Jezusa, jest w Polsce taka żywa i ciągle podtrzymywana”. Jest to pochwała, ale i zadanie dla nas – katolików, rodaków Jana Pawła II. Zadanie, aby te nabożeństwa przetrwały i były kultywowane przez kolejne pokolenia.

    WSPÓLNOTA W SERCU JEZUSA
    www.odnowa.jezuici.pl/wsercujezusa

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Tylko „zapalony” może zapalać.

    O czci do Najświętszego Serca Pana Jezusa

    (fot. Andreas F. Borchert, CC BY-SA 3.0 DE , via Wikimedia Commons)

    ***

    Patrząc na obraz Najświętszego Serca Pana Jezusa, porusza człowieka Jego „rozpłomienienie” – nie sposób nie odnieść tego do jednego z wezwań Litanii do Serca Bożego: „Serce Jezusa, gorejące ognisko miłości…”. Obraz ten ukazuje niekończącą się nigdy miłość Boga do człowieka. Przecież ludzie jak mówią o miłości to wskazują na serce i jest to przekaz niewerbalny, a dodałbym także uniwersalny, bo zrozumiały dla wszystkich ludzi. Bóg objawia swe Serce – mówi w rozmowie z PCh24.pl o. Robert Więcek SJ.

    Proszę Ojca, co przedstawia obraz Serca Pana Jezusa?

    – Jest wiele obrazów – przedstawień Serca Pana Jezusa. Są medaliki, a także figury i to pokaźnych niekiedy wymiarów – ta najbardziej znana w Rio de Janeiro ma 35 metrów wysokości – mówimy o dziesięciopiętrowym wieżowcu. Rzadkością są kościoły, w których nie ma obrazu Serca Pana Jezusa. Sam obraz przedstawiać może samo Serce, albo osobę Pana Jezusa, który wskazuje na swe serce. Wizerunki możemy spotkać wszędzie. Niedługo przed II wojną światową w Poznaniu stał monumentalny pomnik Serca Jezusowego na placu przed zamkiem. Figura wysoka na cztery metry, miała serce szczerozłote, dar matek katolickiego Poznania. Pomnik zburzyli Niemcy zaraz po wkroczeniu do miasta i do dziś go nie odbudowano.

    Pomnik Serca Jezusowego wystawiono na jednym ze szczytów And, dzielącym państwa: Chile, Argentynę i Boliwię, jako znak pojednania za zakończenie wojny między państwami. W Polsce mamy około 400 kościołów oraz kilkadziesiąt kaplic pod tym wezwaniem. Oto niektóre znane w świecie kościoły: w Paryżu na Montmartre (Wzgórze Męczenników), w Paray-le-Monial, w pobliżu Barcelony na Górze Tibidabo, narodowa Bazylika Najświętszego Serca w Brukseli czy też Bazylika Serca Pana Jezusa w Krakowie, konsekrowana w 1921 roku – wotum Narodu Polskiego za odzyskanie niepodległości. Motywem wiodącym jest ukazanie Serca Boga, miłości Bożej, które kocha bezgranicznie człowieka.

    Czego symbolem jest Serce Pana Jezusa?

    Patrząc na obraz Najświętszego Serca Pana Jezusa, porusza człowieka Jego „rozpłomienienie” – nie sposób nie odnieść tego do jednego z wezwań Litanii do Serca Bożego: „Serce Jezusa, gorejące ognisko miłości…”. Obraz ten ukazuje niekończącą się nigdy miłość Boga do człowieka. Przecież ludzie jak mówią o miłości to wskazują na serce i jest to przekaz niewerbalny, a dodałbym także uniwersalny, bo zrozumiały dla wszystkich ludzi. Bóg objawia swe Serce.

    W przedstawieniach osoby Pana Jezusa i Jego Serca jest wskazanie na Zmartwychwstałego i Jego łagodne i pełne miłości spojrzenie. To ewangeliczne „spojrzał z miłością” prowadzi do odsłonięcia szaty, by pośrodku zobaczyć Jego Serce, z którego wypływają zdroje wszelkich łask. To symbol Boga, który nic nie zostawia dla siebie, który daje się całkowicie – czego wyrazem jest sakrament Eucharystii, w którym możemy uczestniczyć. Serce Boże w sposób nierozerwalny połączone jest z Eucharystią.

    Co oznaczają płomienie w Sercu Pana Jezusa?

    Z Serca Pana Jezusa wychodzą płomienie ognia. To przecież powszechny sposób opisu wielkiej i żarliwiej miłości. Miłość płonie! W obrazie Serca Pana Jezusa ogień wydobywa się z rany. Zadanej i ciągle zadawanej. Odpowiedzią na zadawane rany jest strumień miłości, a dokładniej – ogień miłości. Miłość prawdziwa zapala i rozpala – do czerwoności. To lekarstwo na oziębłość naszych serc.

    Płomienie i ciepło są przymiotami żywiołu. Bo miłość jest żywiołowa, a dokładniej życiodajna i życionośna. Dlatego te płomienie połączyć można z płomieniami, które ukazały się nad uczniami w Wieczerniku u dniu Pięćdziesiątnicy. To symbole Ducha Świętego, który jest dany każdemu wierzącemu, aby roznosić na cały świat Dobrą Nowinę.

    Jesteśmy świadkami żarliwości Boga względem człowieka. Płonie i płonąć nie przestaje jak krzak na pustyni, który widzi Mojżesz i z ciekawością podchodzi, by usłyszeć: „Zdejmij sandały, bo ziemia, na której stoisz jest święta” (por. Wj 3). To także ogień, do którego zostali wrzuceni młodzieńcy nieposłuszni rozkazom Nabuchodonozora, który ich nie strawił, a pozwolił przechadzać się i uwielbiać Boga (por. Dn 3).         

    Nie sposób też nie wspomnieć o żarliwości o „dom”, która porusza Serce Boże, o Kościół, o każdego człowieka. Pomocą niech będą słowa Pana Jezusa z Ostatniej Wieczerzy: „Gorąco pragnąłem spożyć Paschę z wami” (Łk 22, 16) czy z krzyża Jezusowe wołanie „Pragnę”.   

    Co oznacza krzyż na Sercu Pana Jezusa?

    Krzyż kieruje nasz wzrok na Golgotę, gdzie dokonało się nasze zbawienie – wybuch nieograniczony miłości Ojca i Syna i Ducha. Krzyż ten rodzi się z płomieni miłości. W wizerunkach Serca Jezusa na dłoniach Pana Jezusa widać ślady po gwoździach – to świadectwo Jego męki i śmierci krzyżowej, którą poniósł za nasze grzechy. To samo mówi korona cierniowa, otaczająca Serce Boże – lekarstwo na pychę. Żar (żarliwość), o którym wyżej wspomnieliśmy, jest tak ogromny, że Syn oddaje życie za nas, za tych, których kocha. Krzyż i Serce to wychodzenie Boga w stronę człowieka z orędziem miłości miłosiernej. Miłość jak na dłoni…

    Wierząc w miłość i Miłości prowadzi do przyjęcia i podjęcia cierni i krzyża. Serce Jezusa jest ciche i pokorne na każdym etapie ziemskiej pielgrzymki. Także i teraz w swej obecności na naszych ołtarzach w Najświętszym Sakramencie czy w tabernakulach. Otoczony jest płomieniami – nie spalającymi i niszczącymi, a dającym nadzieję.      

    Ten krzyż woła: „Chcesz iść za Mną?” Wpatrując się w Me Serce, kontemplując Mą miłość do ciebie czy chcesz iść za Mną, moimi śladami? Weź krzyż oznacza weź miłość, weź udział w miłości Bożej. Zanurz się w nią. Zaczerpnij. Pozwól się nią ogarnąć.    

    Z którymi objawieniami związany jest kult Serca Pana Jezusa?

    Możemy powiedzieć, że fundamentalnym objawieniem związanym z kultem Serca Pana Jezusa jest… Ostatnia Wieczerza i Golgota. To zwieńczenie objawiania się Boga człowiekowi i światu.

    Przyglądając się historii idziemy ku skromnej siostrze zakonnej, wizytce, św. Małgorzacie Marii Alacoque (1647-1690). Ukryta w klasztorze w Paray-le-Monial otrzymała objawienie od Pana Jezusa o Sercu Bożym i krzewieniu tegoż kultu w Kościele. Oczywiście to cały ciąg historyczny etapów objawiania się Boga, Jego przymiotów. Święta miała cztery widzenia.

    W pierwszym usłyszała: „Moje Boskie Serce tak płonie miłością ku ludziom, że nie może dłużej utrzymać tych płomieni gorejących, zamkniętych w moim łonie. Ono pragnie rozlać je za twoim pośrednictwem i pragnie wzbogacić ludzi swoimi Bożymi skarbami”. Warto te słowa odnieść do snutej wyżej refleksji nad promieniami na obrazie Serca Jezusowego. W kolejnych Pan Jezus prosił o konkretne formy czci Serca Bożego.

    Czym jest akt poświęcenia Narodu Polskiego Najświętszemu Sercu Pana Jezusa?

    Taki akt, wielokrotnie powtarzany, jest oddaniem się Sercu Pana Jezusa – wejściem w interakcję tzn. Bóg daje mi się całkowicie, wszystko od Niego pochodzi i ku Niemu zmierza, a więc ja (my) chcemy odpowiedzieć tym samym. Pierwszym poświęcającym się człowiekowi jest Pan. My odpowiadamy. To zawarcie przymierza, a więc także akt wyznania wiary i uznania, że w Nim pokładamy nadzieję, że od Niego otrzymaliśmy – odnosząc się do setnej rocznicy poświęcenia Polski – dar niepodległości.

    Dlaczego właściwie nie mówi się o tym, że zaledwie trzy lata temu minęło sto lat od poświęcenia Polski Najświętszemu Sercu Pana Jezusa?

    Bezradnie rozkładam ręce i w szczerości serca mówię, że do końca nie wiem dlaczego tak się stało. Znając historię wielu tego rodzaju „rocznic” i ich przeżywania raczej w większości kończy się na obchodzeniu uroczystości i… potem „obchodzeniu” szerokim łukiem. Może to wynika z tego, że lubimy uroczystości i świętowanie? Może też z tego, że podskórnie odczuwamy, że zaangażowanie się w kult Serca Bożego, w ów akt poświęcenia (się) wymagać będzie konsekwencji, postaw wiary, naśladowania tegoż Serca? Zaczęliśmy od opisu obrazu i rodzi się też pytanie na ile dotyka mnie ten Obraz, na ile porusza mnie Serce Boże i to wszystko, co z nim się wiąże?

    Czemu odnowienie aktu poświęcenia Narodu Polskiego Najświętszemu Sercu Pana Jezusa jest praktycznie przemilczane?

    Przemilczane? Nie użyłbym takiego przymiotnika. Są bowiem osoby czy wspólnoty, które dalej żyją tajemnicą Bożego Serca, dodałbym „w zaciszu swego serca”. Zapewne wielu liczyło na wielkie poruszenie. Tymczasem wierzę, że kropla wody jest w stanie rozłupać najtwardsze skały, byle miała na to czas. Jednym z owoców tego odnowienia było wydanie książki pt. „Droga do Serca”, w której zebrano materiały (tzn. artykuły do różnych czasopism czy portali, wywiady, a także rozważanie adwentowe, drogi krzyżowe) z całego czasu przed samym Jubileuszem. Tak został cały materiał ułożony, że stał się „podręcznikiem” do rocznej pracy – zarówno indywidualnej jak i wspólnotowej. W ramach Światowej Papieskiej Sieci Modlitwy (Apostolstwa Modlitwy) w czasopiśmie „Modlitwa i Służba” ukazała się seria artykułów o kulcie NSPJ. Do kilku parafii jezuici krakowscy udali się, by dawać rekolekcje o Sercu Bożym. Także misjonarze od Sercanów poprosili o serię konferencji o kulcie Serca Bożego na nasze czasy. Oni sami wyruszyli do parafii, by zachęcać do oddawania się Sercu Pana Jezusa.           

    Zachęcać, ale to wcale nie jest takie proste, zwłaszcza dziś…

    Coraz bardziej przekonuję się, że na nasze czasy potrzeba pracy osobistej – sam ze sobą i… twarzą w twarz, np. w kierownictwie duchowym. Bez pracy osobistej (i osobowej), bez stawiania pytań i szukania na nich odpowiedzi – nie odkryjemy głębi tajemnicy Serca Bożego. Bo dotyczy to osobistego wyboru i pracy. Tego nie da się narzucić. Osobiste rozważnie da siłę do podejmowania trudnych pytań. Nie straszne będą meandry teologii. W świecie, który cierpi na chroniczny brak miłości prawdziwej, odważnej, cichej i pokornej – mamy głosić taką właśnie, wypływającą z Serca, miłość wymagającą i odpowiedzialną, miłość dającą i szanującą życie, miłość gotową na rezygnację z samego siebie.     

    Wróćmy jeszcze do obietnic dla czcicieli Serca Pana Jezusa. Jedna brzmi: „Osoby, które będą to nabożeństwo rozszerzały, będą miały imię swoje wypisane w Sercu Moim”. Proszę Ojca, jak czcić Serce Pana Jezusa?

    Tylko „zapalony” może zapalać. Jeśli będzie we mnie „gorliwość o dom Boży” – we mnie i wokół mnie, to znajdzie ona właściwe formy do realizacji tego ognia miłości, który zapłonie. Prawdziwa miłość „nigdy się nie kończy”. Nie liczyłbym na wielkie zgromadzenia, fajerwerki wszelkiego kalibru. Jako Krajowy Sekretariat Apostolstwa Modlitwy przygotowujemy publikację pt.: „Ku poświęceniu się Sercu Jezusowemu. Modlitewnik dla każdego”, która ma dopomóc podprowadzić do osobistego poświęcenia się Najświętszemu Sercu Pana Jezusa. I to jest istotne w tym kulcie – jeśli moje serce przylgnie do Serca Bożego (to jeden z obrazów z objawień św. Marii Małgorzaty, w którym Pan Jezus wziął jej serce i złożył w swoim Sercu) to będę umiał też „zapalać” innych. Wspomniana publikacja ma być też pomocą do poświęcenia małżeństw, rodzin, wspólnot Sercu Pana Jezusa. Bo z takiego przylgnięcia, w którym wypełnia się modlitwa „uczyń serca nasze według Serca Twego”, przyjdzie światło i poprowadzi dalej i głębiej.

    Dziękuję za rozmowę.

    Marta Dybińska/PCh24.pl

    ______________________________________________________________________________________________________________

    This image has an empty alt attribute; its file name is 11351_13255.jpg

    ***

    Obietnice Najświętszego Serca Pana Jezusa zostały przekazane za pośrednictwem św. Małgorzaty Marii Alacoque, zakonnicy z klasztoru Sióstr Wizytek w Paray-le-Monial:

    1) czciciele otrzymają łaski potrzebne do realizacji ich zadań życiowych, wynikających z obowiązków stanu;
    2) pokój w rodzinach;
    3) pocieszenie w strapieniach;
    4) opiekę Zbawiciela w życiu, szczególnie w godzinę śmierci;
    5) błogosławieństwo w podejmowanych przedsięwzięciach;
    6) grzesznicy znajdą w Bożym Sercu „źródło i ocean miłosierdzia”;
    7) oziębli staną się gorliwymi w swoim życiu religijnym;
    8) gorliwi w wierze szybko staną się doskonałymi;
    9) Pan Jezus będzie błogosławił tym domom, rodzinom, w których jest czczony obraz Boskiego Serca;
    10) imiona osób propagujące to nabożeństwo zostaną zapisane w Sercu Pana Jezusa;
    11) kapłani poruszą najbardziej zatwardziałe serca;
    12) Pan Jezus da łaskę pokuty i będzie „ucieczką” w ostatniej godzinie życia osobom, które przez dziewięć pierwszych piątków miesiąca będą przyjmowały Komunię Świętą wynagradzającą.

    _________________________________________________________

    Oby te wspaniałe obietnice Najświętszego Serca Pana Jezusa mogły się w nas spełnić – dlatego zachęcajmy się nawzajem do gorliwego praktykowania dziewięciu pierwszych piątków miesiąca.

    ______________________________________________________________________________________________________________

    9 pierwszych piątków miesiąca.

    Na czym polega to nabożeństwo?

    W pierwszy piątek miesiąca wielu wiernych przystępuje do spowiedzi i Komunii świętej. Na czym polega praktyka 9 pierwszych piątków miesiąca i co się z nią wiąże?

    9 pierwszych piątków miesiąca to nabożeństwo, które jest znane wielu wiernym. Większość dzieci słyszy o nich na katechezie, zachęca się je też do tej praktyki tuż po Pierwszej Komunii. Dla dużej części osób pierwsze piątki miesiąca pozostają już na stałe dniem spowiedzi i komunii świętej. Skąd wzięła się ta praktyka?

    9 pierwszych piątków miesiąca w objawieniach Małgorzaty Marii Alacoque

    Powiedział o niej sam Jezus francuskiej siostrze zakonnej, św. Małgorzacie Marii Alacoque w czasie objawień. Przez ponad półtora roku ukazywał jej On swoje Serce płonące miłością do ludzi i zranione ich grzechami. Św. Małgorzata usłyszała od Jezusa o obietnicach, jakie daje On czcicielom jego Serca.

    Wśród nich pojawia się i ta: „Przyrzekam w nadmiarze miłosierdzia Serca mojego, że wszechmocna miłość moja udzieli tym wszystkim, którzy komunikować będą w pierwsze piątki przez dziewięć miesięcy z rzędu, łaskę pokuty ostatecznej, że nie umrą w stanie niełaski mojej ani bez sakramentów i że Serce moje stanie się dla nich bezpieczną ucieczką w godzinę śmierci”.

    Wielka obietnica

    Mówiąc to Jezus ukazał się św. Małgorzacie jako ubiczowany. Z czasem obietnicę tę nazwano „Wielką”, jako największą, jakiej człowiek może dostąpić w czasie ziemskiego życia. Jezus obiecuje praktykującym 9 pierwszych piątków miesiąca, że nie umrą nie będąc w stanie łaskie uświęcającej. W najstarszym polskim miesięczniku katolickim, „Posłańcu Serca Jezusowego”, można przeczytać niezwykłą historię związaną z tą obietnicą.

    Jedna z więźniarek obozu Ravensbrück została wyznaczona do egzekucji. Nie mogła uwierzyć, że po wielokrotnym odprawieniu dziewięciu piątków umrze bez sakramentów świętych. Tak się jednak złożyło, że choć dwukrotnie wzywano ją do tzw. transportu, z którego nie było już powrotu, w obu wypadkach niespodziewanie polecono jej wrócić do obozu. Dotrwała do czasu, gdy do obozu przemycono puszkę z komunikantami. Została stracona w dniu, w którym przyjęła Komunię św.

    9 pierwszych piątków miesiąca. Po pierwsze – Komunia!

    Warto zwrócić uwagę, że Jezus w swojej obietnicy mówi o przyjęciu Komunii świętej w kolejne 9 pierwszych piątków, nie o samej spowiedzi. Aby jednak przystąpić do Komunii, trzeba być w stanie łaski uświęcającej, więc dobrze poprzedzić ją sakramentem pokuty. Stąd w wielu parafiach z racji pierwszego piątku organizuje się dodatkowe dyżury kapłanów w konfesjonałach.

    9 pierwszych piątków miesiąca nie jest bynajmniej praktyką magiczną, nie ma nic wspólnego z zabobonem. Pomaga ona jednak wypracować nawyk regularnej spowiedzi i częstszego, niż tylko w niedzielę, przyjmowania Komunii Świętej.

    W czerwcu szczególną uwagę poświęca się Sercu Jezusa. Codziennie odmawiana jest Litania do Serca Pana Jezusa, a w pierwszy piątek po oktawie Bożego Ciała obchodzimy Uroczystość Najświętszego Serca Pana Jezusa. Tym bardziej warto właśnie w tym miesiącu rozpocząć praktykę 9 pierwszych piątków.

    os/Stacja7

    ______________________________________________________________________________________________________________

    fot. Canva.co

    ***

    5 pięknych modlitw do Serca Pana Jezusa,

    które powinien znać każdy

    Serce Jezusa obdarza nas wyjątkową Miłością! Pomódl się tymi niezwykłymi modlitwami na co dzień, by odkrywać tę niezwykłą siłę Miłości Serca Pana Jezusa.

    Czerwiec to czas, w którym naszą szczególną uwagę kierujemy na Serce Pana Jezusa i związane z nim tajemnice oraz obietnice. Wielu świętych doświadczyło niezwykłych łask modląc się do Serca Pana Jezusa.

    Te pięć modlitw pomoże Ci odkryć siłę Miłości Serca Pana Jezusa, które przebite na krzyżu oddało za nas życie!

    1. Modlitwa do Serca Pana Jezusa

    Dziękuję Ci, Panie, że stałeś się człowiekiem i miałeś ludzkie serce. Dlatego czułeś ból i radość. Płakałeś i tęskniłeś. Gromiłeś i przebaczałeś, kochałeś ludzi i chciałeś być przez nich kochanym.

    Dziękuję Ci za to, że nas dzieci, przytulałeś do swego Serca. Za to, że Janowi pozwoliłeś położyć głowę na Twoim Sercu.

    Dziękuję Ci, że pozwoliłeś dla nas otworzyć Twoje Serce włócznią żołnierza. Chyba nie mogłeś okazać nam większej miłości. Będę w pierwsze piątki przyjmował Cię do swego serca, aby podziękować Ci za to, że tak nas ukochałeś, aby wynagrodzić Ci za grzechy moje i innych, którzy Cię nigdy nie przepraszają.

    A gdy moje serce bić przestanie, niech mi zostanie miłość ku Tobie i niech znajdę w Twoim Sercu bezpieczne schronienie. Amen.

    2. Modlitwa Codziennego Ofiarowania Sercu Pana Jezusa

    Boskie Serce Jezusa,

    ofiaruję Ci przez Niepokalane Serce Maryi wszystkie modlitwy, sprawy, prace i krzyże dnia dzisiejszego jako wynagrodzenie za nasze grzechy.

    Łączę je z tymi intencjami, w jakich Ty za nas ofiarowałeś się na krzyżu i nieustannie ofiarujesz się na ołtarzach całego świata.

    Ofiaruję Ci je za Kościół święty katolicki, za Ojca świętego Franciszka i na wszystkie intencje na ten miesiąc i dzień wyznaczone.

    Pragnę też zyskać wszystkie odpusty, jakich dostąpić mogę i ofiaruję je za dusze w czyśćcu. Amen.

    3. Pozdrowienie i Oddanie się Najświętszemu Sercu Pana Jezusa

    Pozdrawiam Cię, Najświętsze Serce Jezusa, Serce mego Zbawiciela, żywe i niewyczerpane źródło szczęścia i życia wiecznego, nieskończona skarbnico Bóstwa. Ty jesteś moją ucieczką, moim ukojeniem, moim wszystkim. Serce pełne miłości, rozpal moje serce świętym żarem, który trawi Twoje Serce. Napełnij moje serce swymi łaskami, które obficie wypływają z Ciebie jak ze źródła. Spraw, niech moja dusza będzie zawsze złączona z Twoją duszą, a moja wola zawsze podporządkowana Twojej woli. Pragnę tylko jednego: aby Twoja święta wola była jedynym moim drogowskazem i jedynym celem wszystkich moich myśli, wszystkich moich pragnień i wszystkich moich czynów.

    O Jezu, z ufnością powierzam się całkowicie dobroci Twego Boskiego Serca. Oddaję Ci moją przeszłość ze wszystkimi wykroczeniami, nędzą i słabością, moją przyszłość i moją duszę na całą wieczność. Tobie oddaję się i powierzam i jestem pewny, że nie zawiedziesz mnie w czasie i w wieczności. Amen.

    4. Modlitwa do Serca Pana Jezusa autorstwa Benedykta XV

    Panie, przychodzę do Ciebie

    Ty jesteś moją jedyną Drogą. Chcę postępować drogą Twoich przykazań, Twoich nauk, Twojego przykładu. Chcę Cię naśladować w posłuszeństwie, wyrzeczeniu, ofierze. To jest droga, która prowadzi do Ciebie, do nieba.

    Jezu, Ty jesteś moim Życiem dzięki łasce uświęcającej. Ona jest życiem naszych dusz. Jesteś mym życiem dzięki Twej nauce. Zawiera ona w sobie słowa życia wiecznego. Ty jesteś Życiem dzięki sakramentom świętym. Oto Chleb Żywy, który przychodzi z nieba. Jesteś moim życiem dzięki Twemu Najświętszemu Sercu. Jest ono źródłem życia dla każdej poszczególnej duszy, jak również uzdrowieniem dla całej ludzkości. Z całego serca wierzę w Twoje Słowo. Głęboko łaknę Eucharystii, Żywego Chleba, który zstąpił z nieba. Szeroko otwieram swe serce na życiodajne źródła łaski wytryskujące z Twojego Serca. Zgadzam się ze wszystkimi Twoimi za-miarami. Niech Twoje Boskie Serce zapanuje nad wszystkimi dziećmi Kościoła i nad całą ludzkością.

    5. Krótka modlitwa św. Tomasza z Akwinu do Serca Pana Jezusa

    Daj mi, Panie, serce wrażliwe,

    aby mnie żadna próżna myśl nie oderwała od Ciebie. Daj mi, Panie, serce szlachetne, aby mnie żadna niegodna Ciebie namiętność nie usidliła. Daj mi, Panie, serce proste i szczere, aby się nie dało opanować przez żadną złą skłonność. Pozwól mi, Panie, znosić Twoje kary w duchu pokuty, a z Twoich dobrodziejstw korzystać rozumnie, abym mógł kiedyś przeżywać wieczną radość w niebieskiej Ojczyźnie.

    redemptor.by/pl/Stacja7

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Serce Jezusa: „w Nim zasypiam bez zmartwień i wypoczywam bez niepokojów”

    SERCE JEZUSA

    Najświętsze Serce – street art/Catherine Leblanc | Godong

    ***

    Chorzy i grzesznicy odnajdują w Przenajświętszym Sercu mojego umiłowanego Jezusa pewne schronienie i spokojnie odpoczywają – pisała św. Małgorzata Maria Alacoque.

    Kult Serca Jezusowego

    Dorota Giebułtowicz (KAI): Miłowanie Boga jest fundamentalnym przykazaniem naszej wiary: „Będziesz miłował Pana, Boga twojego, z całego swego serca, z całej duszy swojej, ze wszystkich swych sił” (Pwt 6,5). Czy potrzebujemy zatem osobnego kultu Serca Jezusowego?

    O. Marek Wójtowicz SJ*: Kontemplacja przebitego Serca Jezusa prowadzi nas do odkrycia Jego wielkiej miłości. Jezus, nasz Pan i Zbawiciel, do końca nas umiłował, objawiając w ten sposób miłość Boga Ojca. Początkowe wezwania Litanii do Serca Jezusa wskazują na trynitarny wymiar pobożności związanej z Sercem Pana Jezusa.

    Chodzi nade wszystko o osobistą, przyjacielską więź z Jezusem, o której w wielu miejscach swojego „Dziennika duchowego” pisze jezuita, św. Klaudiusz la Colombière, spowiednik św. Małgorzaty Alacoque i pierwszy Apostoł miłości do Serca Jezusa. Właśnie on ułożył przepiękną modlitwę powierzenia się Jezusowi.

    Zacytuję krótki jej fragment: „O Jezu! Ty jesteś moim prawdziwym Przyjacielem, moim jedynym Przyjacielem. Ty uczestniczysz we wszystkich moich niepowodzeniach – bierzesz je na siebie; Ty wiesz, jak obrócić je w błogosławieństwa. Słuchasz mnie z największą dobrocią, kiedy powierzam Tobie wszystkie moje kłopoty i zawsze masz coś na uleczenie moich ran”.

    Kult Najświętszego Serca w Kościele powszechnym nawiązuje do prywatnych wizji mistycznych, jakie miała św. Małgorzata Maria Alacoque († 1690). Jak można krótko przedstawić istotę objawień?

    We wspomnienie św. Jana Ewangelisty, 27 grudnia 1673 r., siostra Małgorzata Maria, dzięki mistycznej łasce, została obdarzona poznaniem tajemnic Najświętszego Serca Pana Jezusa. Serce Zbawiciela dało jej odczuć, że jest tak często przez ludzi zapominane, a mimo to wciąż ogarnia hojną miłością każdego człowieka.

    Pan Jezus prosił wizytkę o praktykowanie zadośćuczynienia za niewdzięczność tak wielu ludzi wobec bezgranicznej miłości Boga, objawionej w dramacie Golgoty. Potem następowały kolejne objawienia, podczas których Pan Jezus udzielał jej wskazań o tym, jak szerzyć kult Jego Najświętszego Serca.

    Owocem tych niezwykłych spotkań ze Zbawicielem było wyznanie świętej: „W Najświętszym Sercu Jezusa odnajduję wszystko to, czego brak mi w moim ubóstwie, gdyż jest ono pełne miłosierdzia. Nie znalazłam nigdy skuteczniejszego środka na moje strapienia niż Przenajświętsze Serce mojego umiłowanego Jezusa.

    W Nim zasypiam bez zmartwień i wypoczywam bez niepokojów (…). Chorzy i grzesznicy odnajdują w Nim pewne schronienie i spokojnie odpoczywają. Boskie i umiłowane Serce jest całą moją nadzieją: jest moją ucieczką. Jego zasługi są dla mnie zbawieniem, życiem i zmartwychwstaniem”.

    Kolejne objawienia miały miejsce w 1674 r., podczas których Pan Jezus wyraził żądanie pierwszopiątkowej komunii świętej przyjmowanej w duchu wynagrodzenia. Dnia 16 czerwca 1675 r. nastąpiło tzw. „wielkie objawienie” z deklaracją: „Oto Serce, które tak bardzo umiłowało ludzi…”. Pan Jezus domagał się również ustanowienia osobnego liturgicznego wspomnienia.

    Św. Faustyna i Serce Jezusa

    Niektóre sformułowania z objawień św. Małgorzaty bardzo przypominają słowa Jezusa skierowane do św. siostry Faustyny. Zwłaszcza te o gorącym pragnieniu rozdzielania swoich łask, miłosierdziu względem grzeszników, niewdzięczności ludzi i wynagradzaniu za zniewagi, jakich doświadcza Zbawiciel. Czy można dostrzec jakieś analogie między tymi objawieniami, które dzielą trzy wieki?

    W czasie formacji zakonnej w Zgromadzeniu Matki Bożej Miłosierdzia już od nowicjatu siostra Faustyna zetknęła się z żywym kultem Serca Jezusa. Jej spowiednikiem był wtedy jezuita, ojciec Józef Andrasz, który przez wiele lat był redaktorem naczelnym miesięcznika „Posłaniec Serca Jezusowego”, wydawanego od 1872 r. w Krakowie. W klasztornej kaplicy w Łagiewnikach w miejscu, gdzie dzisiaj jest obraz Jezusa Miłosiernego, znajdował się obraz Serca Jezusa.

    W samym „Dzienniczku”, w bardzo wielu miejscach, św. Faustyna pisze, że pragnie się ukryć w Sercu Jezusa. Dostrzegamy to zwłaszcza w tekście Nowenny do Miłosierdzia Bożego, w której kolejne grupy osób, za które się modliła, pragnęła umieścić w przestrzeni Serca Zbawiciela.

    Z pewnością polska mistyczka dobrze znała objawienia świętej wizytki, które głęboko ją poruszały i inspirowały. Z podobną hojnością pragnęła odpowiedzieć na Miłość, która jest wzgardzona i nie jest kochana. Ubolewała, że tak wielu ludzi oddziela od Jezusa mur obojętności i niewdzięczności. Również idea wynagradzania Sercu Jezusa była bardzo droga św. Faustynie.

    Do czego Jezus wzywa tych, którzy pragną poświęcić się Jego Sercu? Czy są to jakieś konkretne zobowiązania?

    Sądzę, że najlepiej wyraża to wezwanie: „Serce Jezusa, uczyń serca nasze według Serca Twego!”. Co to oznacza? Wciąż nie dorastamy do miary miłości, jaką darzy nas Bóg. Pisze o tym Benedykt XVI w encyklice „Deus caritas est”.

    Wciąż jesteśmy zbytnio skoncentrowani na sobie, egoistyczni, zamknięci na Boga i drugiego człowieka. Z tego narcystycznego więzienia może wyzwolić nas przebite na krzyżu Serce Zbawiciela. Jak powinniśmy świadczyć o miłości w życiu codziennym przypomniał nam św. Paweł w Pierwszym Liście do Koryntian w rozdziale 13.

    O. Marek Wójtowicz SJ – współpracuje z Krajowym Sekretariatem Apostolstwa Modlitwy w Krakowie. Autor wielu książek, ostatnio wydał: „Serce Jezusa. Bogactwo litanii”, Kraków 2021.

    Katolicka Agencja Informacyjna /Aleteia.pl

    ______________________________________________________________________________________________________________

    ŻYWY RÓŻANIEC

    Aby Matka Boża była coraz bardziej znana i miłowana!

    „Różaniec Święty, to bardzo potężna broń.

    Używaj go z ufnością, a skutek wprawi cię w zdziwienie”.

    (św. Josemaria Escriva do Balaguer)

    A rosary is used for prayers and meditations.
    fot.wiseGeek

    *****

    INTENCJA ŻYWEGO RÓŻAŃCA

    NA MIESIĄC CZERWIEC 2024

    Intencja papieska:

    *Módlmy się, aby emigranci, zmuszeni z powodu wojen lub głodu do pełnej zagrożeń i niebezpieczeństw ucieczki, znaleźli akceptację i nowe perspektywy życia w krajach, które ich przyjmują.

    więcej informacji – Vaticannews.va: Papieska intencja

    _______________________________________________________



    Intencje Polskiej Misji Katolickiej w Glasgow:

    * za naszych kapłanów, aby dobry Bóg umacniał ich w codziennej posłudze oraz o nowe powołania do kapłaństwa i życia konsekrowanego.  

    * za papieża Franciszka, aby Duch Święty prowadził go, a św. Michał Archanioł strzegł.

    * Panie Jezu Chryste, Twoja miłość jest bez granic – a nasza ludzka niewdzięczność wciąż grzeszy nie tylko wielkim zapomnieniem, ale nawet i wzgardą. Dlatego w te czerwcowe dni pragniemy wynagrodzić Ci naszą oziębłość i wyrządzoną krzywdę, bo one tak bardzo ranią Twoje Najmiłościwsze Serce. Dlatego prosimy o łaskę skruchy, abyśmy mogli wynagradzać modlitwą i pokutą za grzechy swoje i za grzechy tych, którzy błąkają się po niebezpiecznych drogach tego świata. Bądź Pasterzem dla tych już zgromadzonych w Twojej owczarni i Pasterzem szukającym pogubionych w cierniach szatańskich sideł.

    ____________________________________________

    Intencja dodatkowa dla Róży Matki Bożej Częstochowskiej (II),

    św. Moniki i bł. Pauliny Jaricot: 

    * Rozważając drogi zbawienia w Tajemnicach Różańca Świętego prosimy Bożą Matkę, aby wypraszała u Syna swego a Pana naszego Jezusa Chrystusa właściwe drogi życia dla naszych dzieci.

    *****

    Od 1 czerwca modlimy się kolejnymi Tajemnicami Różańca Świętego i w nowych intencjach, które otrzymaliście na maila 29 maja z adresu e-rozaniec@kosciol.org (jeśli ktoś z Was nie dostał maila na ten miesiąc, proszę o kontakt z Zelatorem Róży, albo na adres rozaniec@kosciolwszkocji.org)

    ________________________________________

    Obecnie mamy 19 Róż Żywego Różańca, choć mieliśmy do niedawna 21. Dlatego bardzo serdecznie zachęcamy chętnych, aby zechcieli dołączyć się do Żywego Różańca. Módlmy się też w tej intencji, aby dotąd nieprzekonani mogli się przekonać jak skuteczną i tym samym jak bardzo potrzebną jest dziś modlitwa różańcowa.

    ***

    KRÓLOWO RÓŻAŃCA ŚWIĘTEGO, MÓDL SIĘ ZA NAMI!

    ______________________________________________________________________________________________________________

    ISTOCKPHOTO

    ****

    Rozżarzone węgle. Czym jest Żywy Różaniec?

    Wymienianie się tajemnicami nie musi oznaczać szpiegostwa czy plotkarstwa. Może być osią najprężniejszej akcji modlitewnej w historii świata. Posłuchajcie różanych opowieści…

    Na hasło w krzyżówce: „Robotnicy, Róża” odpowiedź nie musi brzmieć: „Luksemburg”. Może być nią Paulina Jaricot, osoba równie bliska lyońskim pracownicom i grupom, których dewiza brzmi: „Różaniec? Stanowczo odmawiam”. Jej pomysł był genialny w swej prostocie. „Piętnaście węgli: jeden płonie, trzy lub cztery tlą się zaledwie, pozostałe są zimne. Ale zbierzcie je razem, a wybuchną ogniem”.

    Nigdy się nie zawiodłam

    – Z Różańcem zaprzyjaźniłam się dwadzieścia lat temu, gdy poznałam orędzie fatimskie, ale odmawiałam go nieregularnie – opowiada Katarzyna Błotny. – Kilka lat temu poszłam na Mszę do swego parafialnego kościoła na katowickim Wełnowcu i zdziwiona zauważyłam, że w prezbiterium śpiewa Henryk Czich, jeden z założycieli popularnej grupy Universe. Miał wiaderko z różami i zachęcał do przystąpienia do tej formy modlitwy. Poszłam po jedną różę i… od czterech lat odmawiam codziennie swoją dziesiątkę. Zawsze, gdy czuję się bezsilna, chwytam za różaniec. Nigdy jeszcze się nie zawiodłam…

    Sam wokalista Universe opowiada: „Wybrałem Jezusa na Pana i Zbawiciela w 2007 roku, w czasie kursu Filip prowadzonego przez gliwicką Szkołę Nowej Ewangelizacji. Pan Bóg przestał być tylko Kimś, w kogo powinno się wierzyć, ale stał się mi bliski. Wyciągnąłem z szafki dawno nieużywane Pismo Święte i bardzo dotknęły mnie słowa: »Otwórz moje wargi, Panie, a usta moje będą głosić Twoją chwałę«. Tej nocy długo nie mogłem zasnąć”.

    Grupy Żywego Różańca istnieją w większości polskich parafii. Ile osób zrzeszają, Pan Bóg raczy wiedzieć… Ponieważ każda grupa jest jednostką autonomiczną i nie łączy się z innymi w struktury, nie można stworzyć bazy danych. Może i dobrze… Nad Wisłą obowiązuje zatwierdzony przez Prymasa Tysiąclecia Ceremoniał Żywego Różańca, opracowany w roku 1977 przez dominikanina Szymona Niezgodę. Odkąd świętujący ćwierćwiecze pontyfikatu Jan Paweł II w liście ­Rosarium Virginis Mariae wprowadził tajemnice światła, w grupie modli się nie piętnaście, jak na początku dzieła, ale dwadzieścia osób.

    Wiem, że Ty wiesz

    – Staram się upolować wolną chwilę już od rana. Najlepsze są dyżury w szkole – uśmiecha się Milena Żak, nauczycielka. – Do intencji za moje dzieci, o to, by nie pogubiły się w życiu i odnalazły swą relację z Jezusem, dorzucam chrześniaków, uczniów… Dorzucam też tych, którzy przyjdą mi tego dnia na myśl. Wybiegam także w przyszłość, bo już dziś modlę się za przyszłych małżonków moich dzieci. Rozpoczynam od przedstawienia intencji, które Pan Bóg zna już na pamięć. (śmiech) Mówię Mu jednak: „Ja wiem, że Ty wiesz, ale mi to pomaga, że Ci o tym opowiem”.

    – W parafii Ducha Świętego w Siemianowicach Śląskich działa prężnie róża różańcowa rodziców. Ludzie wpisywali na listę imiona dzieci, wnuków, chrześniaków – opowiada Beata Górny. – Weszłam w to, bo szukałam konkretu, modlitwy, która będzie dla mnie zobowiązaniem. Dotąd modliłam nieregularnie, a dzięki róży muszę wygospodarować na modlitwę czas, pilnować tego – i bardzo mi to pomaga. Co więcej mogę dać dzieciom, które polecam Bogu? Wierzę, że w tych pełnych zawirowań czasach uchronił je już od wielu niebezpieczeństw, że są w najlepszych rękach. Raz w miesiącu w parafii są odprawiane Msze w intencji róż różańcowych i widać wówczas, jak wiele osób zaangażowanych jest w to dzieło!

    Jeden za drugiego

    – Gdy trafiłem do Bytomia, nie było tu żadnych wspólnot – opowiadał mi przed laty Rafał Kogut, franciszkanin. – Zaczęliśmy od powołania wspólnoty Żywego Różańca. Dlaczego? Zależało mi na tym, by ludzie modlili się za parafię.

    – Przez lata miałam problemy z Różańcem, odmawianie go sprawiało mi sporą trudność, więc dołączenie do róży było dla mnie wyzwaniem – mówi Aleksandra Nowojska z Siemianowic Śląskich. – Zaryzykowałam, bo napędzała mnie myśl, że nie tylko ja sama będę modliła się za moje dzieci, ale otoczy je modlitwa całej grupy. I to do końca ich życia! Zachwyciła mnie ta zasada naczyń połączonych, ludzi, którzy wzajemnie sobie błogosławią. Swą małą cegiełkę dokładam do tego zawsze rano, gdy tylko wstanę…

    Pół godziny nikogo nie zbawi

    Kończy się majowe i większość ludzi wychodzi z kościoła. Na Eucharystii pozostaje jedynie część wiernych. Z jednej strony świadczy to o tym, że piękne maryjne nabożeństwa są wciąż nad Wisłą niezwykle popularne, a z drugiej rodzi się pytanie, czy właściwie rozłożyliśmy akcenty. Hitem stał się lapsus językowy jednego z proboszczów, który rzucił: „Po Różańcu będzie Msza Święta. Zostańcie, te pół godziny nikogo nie zbawi!”.

    Różaniec jest mi bliski. Nie rozumiem jednak tych, którzy opowiadają o tym, jak łatwą jest modlitwą. – To jest bardzo trudna modlitwa – mówił mi o. Joachim Badeni. – Ona jest łatwa jedynie na poziomie najniższym. To dotyczy ludzi prostych, bez wykształcenia. Natomiast jeśli przyjdzie ktoś, kto się zajmuje naukowo np. hodowlą mrówek, to to całe różańcowe mówienie może mu przeszkadzać w myśleniu. On woli myśleć: nawet jeśli nie o tych swoich mrówkach, to o Matce Boskiej. I twierdzi, że tam, gdzie jest miłość, mówienie nie jest potrzebne. Milcząca miłość matki jest bardziej wymowna niż tłumaczenie dziecku, że się je kocha. Ludzie wykształceni boją się gadania. A można zagadać Matkę Boską! Człowiek potrafi właściwie w tej dziedzinie wszystko. Naukowiec boi się właśnie takiego zagadania i… przeżywa kryzys Różańca. Co zrobić? Wchodzić stopniowo w życie Maryi i Jezusa, a po pewnym czasie te tajemnice rodzą się we mnie. Do tego dojdzie i intelektualista, i prosty człowiek. Myślę, że gdybym był jednym z asysty dworu Pana Zastępów, to usłyszałbym: „Mnie się podoba modlitwa, w której jest mowa o Matce Mego Syna. I tę modlitwę obdarzę licznymi łaskami”. Tak to sobie wyobrażam.

    Róża zamiast kołysanki?

    Masz problemy z zasypianiem? Zapisz się do róży różańcowej i modlitwę odłóż na ostatnią chwilę dnia. Nic tak nie usypia jak zdrowaśki – taką „złotą radę” dostałem od osób zaangażowanych w dzieło. Cytując klasyka: nie idźcie tą drogą.

    Członkowie Żywego Różańca zgodnym chórkiem opowiadają, że najtrudniejsze są wierność i systematyczność. Wielu z nich bliska staje się opowieść Teresy z Lisieux, która wyznawała: „Odmawianie Różańca kosztuje mnie więcej niż używanie narzędzi pokutnych. Czuję, że tak źle go odmawiam! Nie mogę skupić myśli”.

    – Dlaczego modlę się w róży? Bo wierzę w słowa z listu św. Jakuba: „Wielką moc posiada wytrwała modlitwa sprawiedliwego” – opowiada Agnieszka Skarecka. – Czasami mam wrażenie, że dla współczesnego świata hasło: „Mogę się za ciebie pomodlić” jest wyrazem bezradności. Wierzę w to, że modlitwa za mojego męża naprawdę przynosi mu błogosławieństwo.

    – Jestem przekonany, że Żywy Różaniec to najpotężniejszy i jednocześnie najbardziej wykpiwany ruch w Kościele – twierdzi ks. dr Grzegorz Wita z Wydziału Teologicznego Uniwersytetu Śląskiego. – Geniusz Pauliny Jaricot polegał na tym, że idealnie wpisała się w społeczny i historyczny klimat epoki. Pomysł był oddolny (to niezmiernie istotne! To nie była akcja odgórnie narzucona przez episkopat!). Schemat jest prosty: zapraszam do róży tych, którym ufam. Trochę kojarzy mi się to z budowaniem siatki konspiracyjnej. „Swoi” znają „swoich”. Zaufanie, zgrany team plus konkretna intencja to elementy scalające wspólnotę.

    To nie handel!

    Nie chcę przytaczać świadectw o tym, „co można wymodlić w róży”. Nie po to stworzono to dzieło. To nie rodzaj handlu: dziesiątka za usługę. Pracujący na Wschodzie oblat o. Andrzej Madej opowiadał: – W wielu kościołach zauważam tablice: „W tym miejscu Pan Bóg wysłuchał mojej prośby”, ale jeszcze nigdy nie widziałem tablicy: „Tu ja posłuchałem Pana Boga”. A byłby to nie mniejszy cud!

    Róże różańcowe to odpowiedź na zaproszenie do wiernej modlitwy. Lekcja słuchania.

    – Modlę się w intencjach, które proponuje Kościół, które są przypisane na dany miesiąc – mówi Mariusz Wolnik (prowadzi firmę na Górnym Śląsku). – Do róży należę razem żoną. Ja modlę się najczęściej w samochodzie, bo nie chcę zostawiać tej modlitwy na koniec dnia…

    „Lubimy dania z mikrofalówki, a Pan Bóg woli marynaty”. Róże różańcowe doskonale wiedzą, co „poeta miał na myśli”, nauczając: „Wytrwajcie w miłości mojej”. Słowo to nosi przecież w sobie pewną decyzję, determinację, zmaganie z przeciwnościami. Paulina Jaricot stawiała na wierność. – Dla mnie – podsumowuje Agnieszka Skamrot, nauczycielka z Warszawy – modlitwa w ramach róży różańcowej jest najbardziej niepozorną, a jednocześnie najpotężniejszą bronią.

    Marcin Jakimowicz/Gość Niedzielny

    ______________________________________________________________________________________________________________

    fot. Wikipedia/Freepik

    ***

    Niezwykła modlitwa św. s. Faustyny.

    Tak ratowała udręczone dusze czyśćcowe.

    W swoim “Dzienniczku” św. siostra Faustyna pokazała, jak modlić się za dusze czyśćcowe.

    Na Bramie Miłosierdzia przed bazyliką znajdują się wypisane uczynki miłosierdzia co do duszy i ciała. Także i ten: „Modlić się za żywych i umarłych”. Siostra Faustyna wypełniała ten uczynek bardzo często, a nieraz była do niego wręcz przynaglana! Jak i dlaczego modliła się za dusze czyśćcowe? Pisze Małgorzata Pabis w książce „Kobiety do zadań specjalnych”.

    1. Modlitwa na prośbę… samych dusz czyśćcowych!

    Siostra Faustyna miała kontakt z duszami czyśćcowymi. Odwiedzały ją dusze jej współsióstr i prosiły ją o pomoc.

    W swoim „Dzienniczku” św. s. Faustyna pisała taką opowieść:

    „Kiedy umarła Siostra Dominika w nocy koło pierwszej godziny, przyszła do mnie i dała mi znać, że umarła. Pomodliłam się gorąco za nią. Rano powiedziały mi Siostry, że już nie żyje – odpowiedziałam, że wiem, bo była u mnie. Siostra infirmerka prosiła mnie, abym pomogła ją ubrać; w chwili, kiedy pozostałam z nią, dał mi Pan poznać, że jeszcze cierpi w czyśćcu. Podwoiłam swoje modlitwy za nią; jednak pomimo gorliwości, z jaką się zawsze modlę za nasze zmarłe Siostry, pomyliłam sobie dni, i zamiast [przez] trzy dni ofiarować modły, jak nakazuje reguła, to ja wskutek pomyłki ofiarowałam dwa dni; czwartego dnia dała mi znać, że jeszcze jej się należą ode mnie modlitwy i że są jej potrzebne. Natychmiast zrobiłam intencję ofiarowania całego dnia za nią, ale nie tylko tego dnia, ale więcej, jak mi podyktowała miłość bliźniego”. (Dzienniczek, nr 1382).

    Kolejne niezwykłe spotkanie zostało zapisane pod datą 29 IV 1926 roku.

    „Przełożeni wysłali mnie do Krakowa do nowicjatu. Radość niepojęta panowała w duszy mojej. Kiedyśmy przyjechały do nowicjatu, Siostra … była umierająca. Za parę dni siostra… przychodzi do mnie i każe mi iść do Matki Mistrzyni i powiedzieć, żeby matka prosiła jej spowiednika, księdza Rosponda, żeby za nią odprawił jedną mszę św. i trzy akty strzeliste. W pierwszej chwili powiedziałam, że dobrze, ale na drugi dzień pomyślałam sobie, że nie pójdę do Matki Mistrzyni, ponieważ niewiele rozumiem, czy to sen, czy jawa. I nie poszłam. Na przyszłą noc powtórzyło się to samo wyraźniej, w czym nie miałam żadnej wątpliwości. Jednak rano postanowiłam sobie, że nie powiem o tym mistrzyni. Dopiero powiem, jak ją zobaczę wśród dnia. Zaraz się z nią spotkałam na korytarzu, robiła mi wyrzuty, [że] nie poszłam zaraz, i napełnił duszę moją wielki niepokój, więc natychmiast poszłam do matki mistrzyni i opowiedziałam wszystko, co zaszło. Matka odpowiedziała, że tę sprawę załatwi. Natychmiast spokój zapanował w duszy, a na trzeci dzień owa siostra przyszła i powiedziała mi: «Bóg zapłać.»” (Dzienniczek, nr 21).

    2. Modlitwa za dusze czyśćcowe za wstawiennictwem Matki Bożej

    W relacji ks. Sopoćki przytoczonej w książce „Kobiety do zadań specjalnych” czytamy, że Faustyna miała wizję sądu nad… Marszałkiem Piłsudskim. Zobaczyła w trakcie wizji niezwykłą siłę wstawiennictwa Matki Bożej.

    Podczas procesu ks. Sopoćko relacjonował: «W związku ze śmiercią Marszałka Piłsudskiego 12.05.1935 (S. Faustyna) opowiadała mi na drugi dzień, że widziała wczoraj, jak Marszałek konał, widziała Sąd Boży nad nim, który był ciężki, i że za wstawiennictwem Matki Bożej sąd ten skończył się pomyślnie».

    W innym miejscu pisał: «Następnie 12 maja widziała w duchu konającego Marszałka J. Piłsudskiego opowiadała o strasznych jego cierpieniach. Pan Jezus miał jej to pokazać i powiedzieć: »Patrz, czym kończy się wielkość tego świata«. Widziała następnie sąd nad nim, a gdy zapytałem, czym on się skończył, odpowiedziała: »Zdaje się, że Miłosierdzie Boże za przyczyną Matki Bożej zwyciężyło«”. (za: Proroctwa, wizje, charyzmaty świętej Faustyny, s. 100–101).

    Stacja7.pl

    ______________________________________________________________________________________________________________

    1 CZERWCA – PIERWSZA SOBOTA MIESIĄCA

    KOŚCIÓŁ ŚW. PIOTRA

    OD GODZ. 17.00 – SPOWIEDŹ ŚW.

    GODZ. 18.00 – MSZA ŚW. WIGILIJNA Z IX NIEDZIELI (ROK B)

    PO MSZY ŚW. – NABOŻEŃSTWO WYNAGRADZAJĄCE PIERWSZYCH SOBÓT MIESIĄCA ZA ZNIEWAGI I BLUŹNIERSTWA PRZECIWKO

    NAJŚWIĘTSZEJ MARYI PANNY

    _________________________________________________________________________

    2 CZERWCA – NIEDZIELA

    KOŚCIÓŁ ŚW. PIOTRA

    OD GODZ. 13.30 – ADORACJA NAJŚWIĘTSZEGO SAKRAMENTU/ SPOWIEDŹ ŚW.

    GODZ. 14.00 – MSZA ŚW.

    PO MSZY ŚW. – KORONKA DO BOŻEGO MIŁOSIERDZIA

    ______________________________________________________________________________________

    45 lat temu 2 czerwca rozpoczęła się pierwsza pielgrzymka Ojca św. Jana Pawła II

    Jan Paweł II w czasie pierwszej pielgrzymki do Polski w 1979 roku.

    Jan Paweł II w czasie pierwszej pielgrzymki do Polski w 1979 roku.
    fot. Wojtek LaskiEast News
     

    ***

    Przełamanie żelaznej kurtyny.

    Kulisy pierwszej pielgrzymki Jana Pawła II do Polski

    Bez pierwszej pielgrzymki Jana Pawła II do ojczyzny trudno sobie wyobrazić wydarzenia, które latem 1980 r. zapoczątkowały tzw. polski sierpień oraz erozję systemu komunistycznego w całej Europie Wschodniej. W czerwcu mija 45 lat od wizyty, która zmieniła bieg historii.

    Aby w pełni zrozumieć historyczny wymiar tamtej pielgrzymki, trzeba przypomnieć, w jakich historycznych realiach się odbywała. Dzisiaj wiemy, że pontyfikat Jana Pawła II rozpoczął się w schyłkowym okresie zimnej wojny. Wtedy jednak żadne czynniki nie zapowiadały kresu sowieckiej dominacji nad Europą Wschodnią oraz zmierzchu światowego systemu komunistycznego. Pojawienie się papieża z Polski zmieniło jednak geopolityczne status quo. Zdawały sobie z tego sprawę władze, zarówno w Warszawie, jak i w Moskwie, kiedy przyszła wiadomość, że Jan Paweł II zamierza odwiedzić ojczyznę. Już dzień po wyborze, 17 października 1978 r., sekretarz generalny Episkopatu Polski bp Bronisław Dąbrowski wydał komunikat, w którym wyraził nadzieję polskich biskupów, że Ojciec Święty weźmie udział w uroczystościach 900-lecia męczeńskiej śmierci św. Stanisława oraz jubileuszu 600-lecia obecności obrazu Matki Boskiej Częstochowskiej na Jasnej Górze.

    Edward Gierek wiedział, że nie może – jak to kiedyś zrobił Władysław Gomułka – zignorować tej prośby. Do Polski w grudniu 1966 r. chciał przyjechać papież Paweł VI i dla uczczenia Millennium Chrztu Polski odprawić pasterkę na Jasnej Górze. Tym razem papieżem był Polak – niewpuszczenie go do kraju, do czego Gierka namawiał Leonid Breżniew, byłoby skandalem międzynarodowym i spowodowałoby ogromne straty wizerunkowe dla polskich komunistów. Władze w końcu zdecydowały, że pielgrzymka się odbędzie, ale na ich warunkach.

    Spór o termin i trasę

    Obawy i lęki były nie tylko w Warszawie. Władze obawiały się „krucjaty zwróconej ku Wschodowi” i „uporczywego trzymania się wyciągniętej z lamusa koncepcji przedmurza chrześcijaństwa”, jak otwarcie o skutkach organizacji pielgrzymki mówił m.in. Kazimierz Kąkol, szef Urzędu ds. wyznań. Zaniepokojona była także Kuria Rzymska. Zastanawiano się tam, jak zorganizować przyjazd papieża do Polski, aby wizyta nie zniszczyła owoców dialogu prowadzonego przez Stolicę Apostolską z krajami komunistycznymi. W tym kontekście należy rozumieć wyjaśnienia abp. Agostino Casarolego, jednego z głównych architektów papieskiej Ostpolitik, który w rozmowie z peerelowskimi dyplomatami w Rzymie przekonywał, że zależy mu na tym, aby „problem podróży papieża do Polski rozwiązany został w atmosferze wzajemnych uzgodnień”. Władze jasno określiły swoje priorytety w liście, jaki Henryk Jabłoński, przewodniczący Rady Państwa, wystosował do papieża, zapraszając go do Polski. Przyjazd Jana Pawła II miał sprzyjać „pogłębieniu patriotycznej jedności wszystkich Polaków oraz przynieść „nowe impulsy dla współdziałania Kościoła i Państwa w dziele kształtowania pomyślności Polskiej Rzeczypospolitej Ludowej i umacnianiu jej pozycji w świecie”.

    Wizję pielgrzymki jako czasu narodowych rekolekcji, duchowego impulsu dla całego narodu oraz regionu miały od początku tylko dwie osoby: prymas Polski kard. Stefan Wyszyński oraz Jan Paweł II. Wyraźnie zostało to zapisane w Pro memoria, które dla abp. Casarolego na życzenie prymasa przygotował w połowie kwietnia 1979 r. bp Bronisław Dąbrowski, sekretarz Episkopatu Polski. Istotę papieskiego pielgrzymowania ujęto w tym dokumencie następująco: „Papież przybywa jako pielgrzym do ludu Bożego, a nie na pertraktacje polityczne – do rozmów dyplomatycznych ma swoją Kurię i Episkopat”.

    Gospodarzem pielgrzymki miały być także komunistyczne władze, ale początkowo postanowiły zyskać na czasie i przesunąć jej termin na później. W połowie grudnia 1978 r. szef Zespołu do spraw Kontaktów Roboczych ze Stolicą Apostolską przy ambasadzie polskiej w Rzymie, min. Kazimierz Szablewski, przekazał abp. Agostino Casarolemu, sekretarzowi Rady ds. Publicznych Kościoła, stanowisko, że zdaniem rządu PRL, wizyta papieska w Polsce w roku następnym jest „niecelowa”. Przyjazd papieża w 1979 r. ustalono dopiero podczas spotkania kard. Stefana Wyszyńskiego z Edwardem Gierkiem 24 stycznia 1978 r. W trakcie rozmowy prymas forsował termin majowy pielgrzymki, który wiązano z obchodami 900-lecia śmierci św. Stanisława Biskupa i Męczennika. Gierek się temu sprzeciwiał, przypisując postaci biskupa męczennika, zamordowanego na rozkaz króla Bolesława Śmiałego, ideologiczny kontekst. W rządowej interpretacji św. Stanisław miał być symbolem oporu Kościoła wobec każdej władzy. Spowodowało to kolejny impas. Do jego przełamania na prośbę papieża włączony został abp Casaroli. Jego przyjazd do Warszawy i rozmowy z władzami prowadzone w dniach 22–24 marca 1979 r. odegrały istotną rolę w przygotowaniach pielgrzymki. Ostatecznie 4 maja 1979 r. opublikowano komunikat o uzgodnionym przebiegu wizyty, podpisany przez prymasa Polski oraz przewodniczącego Rady Państwa Henryka Jabłońskiego.

    Chrystus kluczem dziejów

    Jan Paweł II przebywał w Polsce od 2 do 10 czerwca 1979 r. Mottem pielgrzymki były słowa średniowiecznego hymnu religijnego Gaude Mater Polonia („Raduj się, matko Polsko”), napisanego ku czci św. Stanisława Biskupa i Męczennika. Papież odwiedził Warszawę, Gniezno, Częstochowę, Kraków, Nowy Targ, Wadowice, Oświęcim, Kalwarię Zebrzydowską. Jak się szacuje, osobiście w spotkaniach z papieżem wzięło wówczas udział ok. 10 mln Polaków. Transmisje telewizyjne i radiowe z przebiegu pielgrzymki były oglądane nie tylko w Polsce, ale także w Czechosłowacji i NRD. Pielgrzymka była uważnie śledzona również w przygranicznych regionach Związku Sowieckiego – na Litwie, Białorusi i Ukrainie, gdzie odbierana była polska telewizja.

    Przemierzając Polskę, papież przemienił ojczyznę w Wieczernik Pięćdziesiątnicy. Jak trafnie zauważyli biskupi polscy w komunikacie podsumowującym pielgrzymkę, dzięki niej „dokonało się wielkie obudzenie serc i umysłów milionów Polaków, dokonała się wielka moralna przemiana w życiu społecznym naszego kraju”. W ocenie biskupów kilkanaście milionów Polaków mogło się bezpośrednio zetknąć z Janem Pawłem II, a miliony mogły go widzieć w telewizji. W centrum papieskiego nauczania było przesłanie, że Chrystus jest kluczem do zrozumienia sensu życia ludzkiego i dziejów narodów, a Polska to ziemia szczególnej odpowiedzialności. Przewodnikiem po jej dziejach stały się postacie świętych: św. Wojciecha – patrona chrztu Polski – i św. Stanisława – patrona bierzmowania polskich dziejów, czyli umocnienia w wierze. Z prawdy o człowieku – przekonywał papież – wynikają jego prawa. Ten motyw był eksponowany w homilii na placu Zwycięstwa w Warszawie. Było to w przeddzień Zesłania Ducha Świętego, dlatego papież z wielką mocą przywołał Ducha Świętego, by odnowił „oblicze ziemi, tej ziemi”. Gigantyczna owacja, jaka nastąpiła po tych słowach, została zauważona na całym świecie. Prawa człowieka były także ważnym motywem homilii wygłoszonej w Oświęcimiu.

    Miejscem, gdzie papież w czerwcu 1979 r. zatrzymał się najdłużej, było sanktuarium jasnogórskie. Jan Paweł II przybył tam 4 czerwca 1979 r. Tego dnia odprawił Mszę św. na tzw. szczycie, w której wzięło udział blisko milion pielgrzymów z całego kraju. Było to jedno z największych zgromadzeń podczas tej pielgrzymki. Podkreślając swój głęboki duchowy związek z sanktuarium, mówił: „Powołanie syna polskiego narodu na Stolicę Piotrową zawiera w sobie oczywistą więź z tym świętym miejscem. Z tym sanktuarium wielkiej nadziei – że mogę powtórzyć tylko: »Totus Tuus«”. Zakończył zaś osobistym wyznaniem: „Jestem człowiekiem zawierzenia. Nauczyłem się nim być tutaj”. Kończąc swój pobyt na Jasnej Górze, papież zawierzył Maryi Europę i wszystkie kontynenty, m.in. słowami „oddaję Ci Rzym i Polskę, zjednoczone poprzez Twego sługę nowym węzłem miłości”.

    Wobec narodów pobratymczych

    Podczas pielgrzymki w 1979 r. Jan Paweł II po raz pierwszy określił się jako papież Słowianin, co wskazywało na znacznie szerszy kontekst jego pobytu w Polsce. W ciągu tych kilku dni papież przedstawił ideowe założenia swego „programu słowiańskiego”, który będzie konsekwentnie realizował do końca pontyfikatu. Najważniejszymi punktami odkrywania tego programu były dwa wydarzenia: homilia wygłoszona 3 czerwca 1979 r. w Gnieźnie oraz obszerne przemówienie, które Jan Paweł II wygłosił 5 czerwca 1979 r. w czasie zamkniętego spotkania z Radą Główną Episkopatu Polski na Jasnej Górze. Dopiero 40 lat po tym wydarzeniu poznaliśmy przebieg tego niezwykłego spotkania.

    W Gnieźnie papież wyszedł w swym nauczaniu poza krąg polskich tematów, rozpoczynając wielką katechezę o dziejowych przeznaczeniach i potrzebie odkrywania chrześcijańskich korzeni przez narody Europy Wschodniej, które nazwał „narodami pobratymczymi”. Zadał wtedy fundamentalne dla całego pontyfikatu pytanie: „Czyż Chrystus tego nie chce, czy Duch Święty tego nie rozrządza, ażeby ten papież Polak, papież Słowianin właśnie teraz odsłonił duchową jedność chrześcijańskiej Europy, na którą składają się dwie wielkie tradycje: Zachodu i Wschodu?”. Jednocześnie zadeklarował swoją, ale także całego Kościoła solidarność z Kościołami znajdującymi się w potrzebie.

    Rozwinięcie tych myśli nastąpiło podczas spotkania na Jasnej Górze 5 czerwca 1979 r. Jan Paweł II stwierdził wówczas, że jednym z celów jego wizyty w Polsce jest przypomnienie Słowiańszczyzny i zapomnianych narodów Europy Wschodniej. Poruszył także sprawę Kościoła obrządku wschodniego na Ukrainie i w Rumunii, deklarując wsparcie dla niego. Słusznie zauważa włoski politolog Giovanni Barberini, że odkrycie narodów słowiańskich oraz ich doświadczenia i wiary dla Europy stanowiło „element kluczowy całego projektu politycznego papieża Jana Pawła II, który stawiał sobie za ostateczny cel zjednoczenie kontynentu europejskiego”.

    Konflikt odłożony

    Słusznie zauważył prymas Polski kard. Stefan Wyszyński podczas spotkania z papieżem na Jasnej Górze 5 czerwca 1979 r., że jego pielgrzymka była „przełamaniem żelaznej kurtyny”. W sensie ideowym burzyła porządek jałtański zbudowany na logice podziału i stref wpływu oraz równowadze strachu. Społeczność ludzi wierzących, która wielomilionową rzeszą wyległa na ulice i place Polski, nagle zobaczyła, że jest w tym kraju większością. Odrzucono strach, odzyskano poczucie bycia gospodarzem we własnym domu. Od tego momentu władza komunistyczna była w defensywie. Z pewnością w Polsce, a w jakimś stopniu także w innych krajach, propagowany przez partię komunistyczną marksizm przestał się liczyć. Pozostał zbiorowym rytuałem nomenklatury, która odprawiała go w poczuciu konieczności wypełnienia obowiązku, a nie w przekonaniu, że jest to właściwy klucz interpretacyjny dziejów i busola wyznaczająca właściwy kierunek na przyszłość.

    Jak słusznie zauważył znany działacz katolicki Andrzej Micewski, komentując pobyt Jana Pawła II w Polsce dla zachodnich mediów, fakt, że do niego doszło, oznaczał nową jakość w relacjach Kościoła z państwem. Dialog wyszedł poza salony i politykę dyplomatów. Zamienił się „w politykę wielkich placów i ulic”. Znaczenie tej zmiany zauważył prof. Jan Szczepański, wybitny socjolog bliski obozowi władzy. W notatce dla kierownictwa partii przewidywał, że konsekwencją obecności papieża w Polsce będzie „konflikt odłożony”, m.in. dlatego, że pielgrzymka „stworzyła warunki dla realizacji nowej wizji politycznej roli katolicyzmu, która pod naciskiem mas może stać się ciałem”. Społeczność, która podczas wizyty Jana Pawła II milionową rzeszą wyległa na ulice i place Polski, istotnie szobaczyła, że jest w tym kraju większością. „Konflikt odłożony” wybuchł zaś w sierpniu 1980 r. Narodził się związek zawodowy Solidarność, który stał się wielką siłą społeczną, głosząc program reform znacznie wykraczający poza obszar spraw pracowniczych. To by się nie wydarzyło bez religijnego przebudzenia społeczeństwa w czasie pierwszej pielgrzymki papieża do Polski.

    Andrzej Grajewski/Gość Niedzielny

    ______________________________________________________________________________________________________________

    6 CZERWCA – PIERWSZY CZWARTEK MIESIĄCA

    W KAPLICY IZBIE JEZUSA MIŁOSIERNEGO – MSZA ŚW. O GODZ. 19.00

    PO MSZY ŚW. – GODZINA ŚWIĘTA

    ___________________________________________________

    fot. parafia Matki Bożej Frydeckiej/Jaworzynka

    ***

    Modlitwa za kapłanów

    Panie Jezu, Ty wybrałeś Twoich kapłanów spośród nas i wysłałeś ich, aby głosili Twoje Słowo i działali w Twoje Imię. Za tak wielki dar dla Twego Kościoła przyjmij nasze uwielbienie i dziękczynienie. Prosimy Cię, abyś napełnił ich ogniem Twojej miłości, aby ich kapłaństwo ujawniało Twoją obecność w Kościele. Ponieważ są naczyniami z gliny, modlimy się, aby Twoja moc przenikała ich słabości. Nie pozwól, by w swych utrapieniach zostali zmiażdżeni. Spraw, by w wątpliwościach nigdy nie poddawali się rozpaczy, nie ulegali pokusom, by w prześladowaniach nie czuli się opuszczeni. Natchnij ich w modlitwie, aby codziennie żyli tajemnicą Twojej śmierci i zmartwychwstania. W chwilach słabości poślij im Twojego Ducha. Pomóż im wychwalać Twojego Ojca Niebieskiego i modlić się za biednych grzeszników. Mocą Ducha Świętego włóż Twoje słowo na ich usta i wlej swoją miłość w ich serca, aby nieśli Dobrą Nowinę ubogim, a przygnębionym i zrozpaczonym – uzdrowienie. Niech dar Maryi, Twojej Matki, dla Twojego ucznia, którego umiłowałeś, będzie darem dla każdego kapłana. Spraw, aby Ta, która uformowała Ciebie na swój ludzki wizerunek, uformowała ich na Twoje boskie podobieństwo, mocą Twojego Ducha, na chwałę Boga Ojca. Amen.

    ***

    Nowenna Pompejańska za Kapłanów: 1 kwietnia – 24 maja 2021 r.

    ***

    Zachęcamy, a jednocześnie prosimy Was o podjęcie wyzwania – walki o świętość życia Kapłanów. Pragniemy zaprosić Was do modlitwy z prośbą o światło, moc i mądrość Ducha Świętego dla Kapłanów, aby sprostali znakom czasu i pułapkom szatana. Dziś potrzebujemy Waszego wsparcia bardziej niż kiedykolwiek… (www.zakaplanow.pl)

    ______________________________________________________________________________________________________________

    „Uczył, by zło dobrem zwyciężać”.

    14 lat temu ks. Popiełuszko został ogłoszony błogosławionym

    „Jak testament brzmią ostatnie jego publicznie wypowiedziane słowa” – podkreślają biskupi w stanowisku, opublikowanym z okazji rocznicy beatyfikacji księdza Jerzego Popiełuszki.

    fot. Andrzej Iwański/CREATIVE COMMONS ATTRIBUTION-SHARE ALIKE 3.0/COMMONS.WIKIMEDIA.ORG

    ***

    W czwartek 6 czerwca o godz. 15:00 w archikatedrze warszawskiej bp Michał Janocha będzie przewodniczył Mszy Świętej w intencji kanonizacji bł. księdza Jerzego Popiełuszki. Po niej w Muzeum Archidiecezji Warszawskiej odbędzie się wernisaż wystawy pt. „Prawda i wolność. Ksiądz Jerzy Popiełuszko”, związanej również z przypadającą w tym roku 40. rocznicą męczeńskiej śmierci kapłana. 

    Na wystawie będzie można zobaczyć często nieznane fotografie, przedstawiające życie i działalność księdza Jerzego Popiełuszki oraz korespondujące z nimi dzieła sztuki współczesnej wypożyczone z polskich muzeów i kolekcji prywatnych. 

    Ponadto, na ekspozycji zaprezentowane zostaną filmy dokumentalne z fragmentami homilii księdza, nagrania świadków i przyjaciół księdza Jerzego gromadzone przez Muzeum Księdza Jerzego Popiełuszki oraz przygotowane specjalnie na wystawę, autorskie ścieżki dźwiękowe. Wystawę w Muzeum Archidiecezji Warszawskiej będzie można oglądać do 3 listopada. 

    Tego dnia o godz. 19:00 w Domu Pielgrzyma „Amicus” w Warszawie odbędzie się spotkanie z Ewą Czaczkowską i Tomaszem Wiścickim, autorami najnowszej biografii ks. Jerzego Popiełuszki. 

    Z kolei we wtorek 11 czerwca o godz. 18:00 w parafii św. Stanisława Kostki na Żoliborzu odbędzie się Msza Święta z udziałem Konferencji Episkopatu Polski. 

    Episkopat ze specjalnym komunikatem z okazji rocznicy

    Rada KEP ds. Społecznych opublikowała specjalne stanowisko pt. „Zło dobrem zwyciężaj”, w którym gremium podkreśla, że “błogosławiony ksiądz Jerzy Popiełuszko może być dobrym patronem dla współczesnego człowieka, a zwłaszcza dla ludzi młodych, narażonych na zgubne oddziaływanie ideologii promujących źle rozumianą wolność i proponujących życie bez wartości, religii, krzyży w miejscach pracy, bez Boga”. “On nazywał te zagrożenia po imieniu”.

    Jak czytamy, “zasady, jakie głosił ks. Popiełuszko i jakimi się kierował jako duszpasterz pielęgniarek i lekarzy, hutników i robotników oraz studentów, są wciąż aktualne”. 

    “Jak testament brzmią ostatnie jego publicznie wypowiedziane słowa: „Módlmy się, abyśmy byli wolni od lęku, zastraszenia, ale przede wszystkim od żądzy odwetu i przemocy” (Bydgoszcz, 19 października 1984). Uczył wewnętrznej wolności, jaką można osiągnąć w najtrudniejszych warunkach życia. Uczył chrześcijańskiej postawy w walce z wszelkimi patologiami. Uczył – jeszcze raz powtórzmy – by „zło dobrem zwyciężać”. Sam realizował zasadę, którą wyrażał następująco: „Walczę z przejawami zła, a nie z człowiekiem czyniącym zło” – czytamy.

    Pielęgnować pamięć o bł. ks. Popiełuszce

    Przy parafii św. Stanisława Kostki znajduje się Muzeum Księdza Jerzego Popiełuszki oraz obszerne społeczne archiwum, które mieści się w zajmowanym niegdyś przez niego mieszkaniu przy kościele na Żoliborzu.

    To ostatni moment, by dotrzeć do niektórych ważnych świadków życia ks. Popiełuszki – mówi Paweł Kęska, manager Muzeum Księdza Jerzego Popiełuszki i Ośrodka Dokumentacji Życia i Kultu Księdza Jerzego Popiełuszki, w rozmowie z KAI.

    W archiwum znajdują się m.in. fotografie, materiały audiowizualne, archiwalne numery Biuletynu wydawanego przez Służbę Informacyjną oraz materiały wykorzystane w Biuletynie. To ponad 5 tys. zdjęć ułożonych chronologicznie, obejmujących dzieciństwo ks. Popiełuszki, jego młodość, seminarium, wojsko i posługę duszpasterską a także zdjęciowe portrety kapłana. Znajdują się tam też zdjęcia z pogrzebu oraz ogromny zbiór zdjęć wykonanych przy grobie ks. Popiełuszki – mówi Paweł Kęska. 

    Proces beatyfikacyjny ks. Jerzego Popiełuszki rozpoczął się na szczeblu diecezjalnym w 1997 roku, a zakończył w Rzymie 19 grudnia 2009 r. papieskim dekretem o męczeństwie.

    Beatyfikacja odbyła się 6 czerwca 2010 roku podczas Mszy sprawowanej na pl. Piłsudskiego w Warszawie, pod przewodnictwem prefekta Kongregacji Spraw Kanonizacyjnych abp. Angelo Amato.

    archwwa.pl/Stacja7

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Ks. Popiełuszko:

    „Ale wiesz, że nie mogę udzielić ci rozgrzeszenia”. Szkoła patriotyzmu i wyzwalania z nienawiści

    Jerzy Popiełuszko

    © Public Domain

    ***

    „Jesteśmy Narodem, który ma przekazać w daleką przyszłość moce nagromadzone przez całe tysiąclecia… Tylko Naród, który ma zdrowego ducha i czułe sumienie może tworzyć śmiałą przyszłość”.

    „Pytałem, czy się boi, bo to już wtedy miało miejsce wrzucanie cegieł, straszenie. On spytał tylko: „A co oni mi mogą zrobić? Najwyżej mogą mnie zabić…” – wspomina ks. Andrzej Dziełak, który poznał błogosławionego w wojsku dla kleryków.

    Morderstwo ks. Jerzego Popiełuszki

    19 października 1984 r. w czasie powrotu z Bydgoszczy do Warszawy, niedaleko miejscowości Górsk, funkcjonariusze Samodzielnej Grupy „D” Departamentu IV MSW uprowadzili ks. Jerzego PopiełuszkęBity i torturowany, był związany w taki sposób, aby każdy ruch zaciskał pętlę na szyi.

    Gdy 30 października wyłowiono ciało księdza, było obciążone workiem z kamieniami. Sekcja wykazała, że w czasie wrzucania do Wisły mógł jeszcze żyć.

    Mimo, że od zamordowania kapłana przez oficerów PRL-owskiej milicji politycznej minęło 40 lat, wciąż nie wiemy, kto wydał na niego wyrok śmierci.

    Kto wydał wyrok?

    Do ataku szykowano się przez dłuższy czas. 12 września 1984 r. w radzieckiej Izwiestii Leonid Toporkow pisał: „(…) przekształcił swoje mieszkanie w składnicę literatury nielegalnej i ściśle współpracuje z zaciekłymi kontrrewolucjonistami. Ma się wrażenie, że nie czyta z ambony kazań, lecz ulotki napisane przez Bujaka. Zieje z nich nienawiść do socjalizmu”.

    13 września w czasie spotkania z Czesławem Kiszczakiem Wojciech Jaruzelski miał powiedzieć wprost: „Załatw to, niech on nie szczeka”.

    W tym okresie wzrosła też ilość anonimów wysyłanych do księdza. „Zostaniesz bohaterem narodowym numer dwa – po Przemyku” – pisano. Albo: „Ty obrzydliwy faszysto! Niech nie dziwią się twoi kumple, że znajdą cię wkrótce z poderżniętym gardłem. Ty k… jedna! Módl się, może to ci coś pomoże. Ty wyrodku rodu ludzkiego, kreaturo!”.

    Ojczyzna wymaga modlitwy

    Pierwsza msza święta w intencji ojczyzny w kościele św. Stanisława Kostki na Żoliborzu została odprawiona przez ks. Jerzego 28 lutego 1982 r. Odprawił ich w sumie dwadzieścia sześć, w okresie od 28 lutego 1982 r. do 26 sierpnia 1984 r. jednak pierwszą mszę dla robotników odprawił 31 sierpnia 1980 r. To nie była jego inicjatywa.

    Kiedy 28 sierpnia 1980 r. na znak poparcia dla Wybrzeża stanęła Huta Warszawa, robotnicy poszli do prymasa Polski z prośbą o niedzielną mszę świętą. W przedsiębiorstwie strajkowało kilka tysięcy ludzi, potrzebowali kapłana. W wywiadzie tak mówił o tamtym dniu: „Szedłem z ogromną tremą. Już sama sytuacja była zupełnie nowa. Co zastanę? Jak mnie przyjmą? Czy będzie gdzie odprawiać?”.

    Jednak wszystkie lęki rozwiały się, gdy zobaczył tłumy robotników witających go oklaskami. Był pierwszym w historii Huty księdzem, który przekroczył bramę zakładu.

    Nie głosił prawd ks. Jerzego

    „Nie uprawiam polityki z ambony. Mnie chodzi o sprawę moralności, a nie o politykę” – mówił w wywiadzie. Przez półtora roku msze i głoszone homilie były pogłębioną katechezą na temat sumienia, prawdy, wolności, patriotyzmu i poszanowania praw człowieka. Często zachęcał do trwania w ciszy modlitewnej po wyjściu z kościoła. Prosił, by nie dać się sprowokować tajniakom, którzy wywołują zamęt, aby ewentualne reakcje przypisać modlącym się.

    Msze nie były wymierzone w nikogo. Nie potępiały komunistów i ich sługusów. Były szkołą wyzwalania z nienawiści do kogokolwiek nawet wtedy, gdy nas skrzywdził. Ks. Jerzy formował do wolności, w duchu Ewangelii, a tej, ze swej natury, komunistyczny system sprzeciwiał się i ją odrzucał.

    „Na mszach świętych za ojczyznę i tych, którzy dla niej cierpią najbardziej, nigdy nie głosiłem własnej mądrości, ale kierowałem się Ewangelią oraz nauczaniem Prymasa Tysiąclecia, księdza kardynała Stefana Wyszyńskiego i Ojca Świętego Jana Pawła II” – mówił w czasie Bożego Narodzenia 25 grudnia 1983 r. Mimo, że słuchały go tysiące ludzi, nigdy nie grał na siebie, nie przyciągał do Jerzego, głosił Chrystusa.

    Czy chciał zostać męczennikiem?

    Mówienie o ojczyźnie i obowiązku służenia jej w sytuacji, gdy rządzący w Polsce podlegali poleceniom z Moskwy, a czerpiący zyski z wspierania zbrodniczego systemu nie widzieli w swych działaniach moralnego zgrzytu było nie tylko trudne, to był podwójny heroizm.

    Z jednej strony przypominanie prawdy historycznej, upominanie się o internowanych i więzionych, stanowcze stawanie po stronie pokrzywdzonych, bitych, zabijanych – od pierwszego kazania wygłoszonego w czasie mszy w intencji ojczyzny Popiełuszko narażał się władzy. Z drugiej strony przypominanie definicji słów: ojczyzna, naród, służba, bezinteresowność, patriotyzm, po latach komunistycznego wypaczania tych pojęć były wielkim ryzykiem Popiełuszki. Mogły wystawiać go na pośmiewisko.

    Rządzący wydają wyroki śmierci, a naród ma szukać sposobu, by nie odpłacić złem za zło? Tysiące aparatczyków w całym kraju czerpie korzyści z przynależności do PZPR, a właściwe formowane sumienie powinno chronić przez chęcią odnalezienia ich i wymierzenia sprawiedliwości? To się wydawało nie do przejścia, za trudne. Dokładnie takie, jaka jest ewangelia.

    Wielu pytało po latach o to, czemu nie przestał? Dlaczego – być może – ich prowokował? Dlaczego nie wycofał się w porę? Nie poszedł na układ? Przecież mógł się modlić w zaciszu plebanii na Żoliborzu. Czy chciał zostać męczennikiem?

    Znajomość historii Polski

    „Naród nie dał się zniszczyć mimo rozbiorów, przegranych powstań i Sybiru, mimo wynaradawiania, rusyfikacji i Kulturkampfu, bo miał mocno zapuszczone korzenie w poprzednich wiekach dziejów ojczystych. Nie dał się zniszczyć, bo żywił się kulturą poprzednich wieków” – mówił. I zaraz też odważnie pytał, odnosząc się do aktualnej sytuacji:

    „A czym pożywi się naród w niedalekiej przyszłości z dzisiaj tworzonej historii i kultury? Tylko naród wolny duchowo i miłujący prawdę może trwać i tworzyć dla przyszłości tak, jak tworzyli przyszłość powstańcy padający na polach bitew, czy wieszczowie, którzy patrzyli daleko w przyszłość”.

    W znajomości historii Polski i poszanowaniu wszystkich prób podejmowanych przez przodków w walce o wolność widział fundament, na którym stawia się kolejne warstwy budowli jaką jest ojczyzna.

    Od nienawiści chroń nas, Boże…

    „Naród Polski nie nosi w sobie nienawiści i dlatego zdolny jest wiele przebaczyć, ale tylko za cenę powrotu do prawdy. Nie da się domu ojczystego budować na kłamstwie, przemocy i nienawiści” – uczył.

    Marzył o kraju wolnym, bezpiecznym i praworządnym. Jednocześnie, w zawirowaniach i trudnościach widział etap, odcinek w czasie. Nadzieję na pokojową zmianę, bez rozlewu krwi, pokładał w Bogu, jednak nie liczył na cud. Wiedział, że Bóg oczekuje współpracy.

    „Bóg jest zdolny wyprowadzić naród ku wolności, gdy lud jest wierny Bogu, Kościołowi i Ojczyźnie, i gdy żyje wiarą, nadzieją, prawdą i solidarnością” – mówił w jednym z kazań.

    „W pojednaniu musi być jeden cel, mianowicie dobro ojczyzny i poszanowanie godności ludzkiej. Jeśli wyciągasz rękę do pojednania, nie trzymaj w niej narzędzi do zadawania cierpienia i bólu” – mówił w innym miejscu.

    Co może Kościół?

    Zasady funkcjonowania relacji państwo – Kościół jasno przedstawił 27 maja 1984 r. Na zakończenie mszy, tuż przed błogosławieństwem powiedział słowa, z których przyjęciem i dziś, 35 lat po odzyskaniu wolności, wielu miałoby kłopot.

    „Kościół ma prawo i obowiązek pouczania wiernych o ich prawach i obowiązkach wobec państwa. Katolicy jako członkowie społeczności państwowej mają prawo wypowiadania swoich przekonań politycznych. Katolicy nie mogą należeć do organizacji ani do partii, których zasady są sprzeczne z nauką chrześcijańską lub których czyny i działalność zmierzają do podważenia etyki chrześcijańskiej”.

    Po władzę mogą sięgnąć tyko ludzie moralni, to znaczy tacy, którzy rozumieją istotę dobra wspólnego obywateli”. Podkreślał, że nie jesteśmy narodem tylko na dziś. Wszystkie nasze działania muszą brać pod uwagę tych, co urodzą się po nas.

    „Jesteśmy narodem, który ma przekazać w daleką przyszłość moce nagromadzone przez całe tysiąclecia” – podkreślał i wskazywał na niebezpieczeństwo utraty przez młodzież więzi z przeszłością narodu i kulturą. „Tylko naród, który ma zdrowego ducha i czułe sumienie może tworzyć śmiałą przyszłość”.

    Nienawiść wyklucza rozgrzeszenie

    W jednej z książek o księdzu Jerzym Milena Kindziuk, jego biografka, przytacza historię opowiedzianą przez Romę Szczepkowską, aktorkę. Ks. Popiełuszko surowo karał wtedy, gdy ktoś mówił, że nie może pozbyć się uczucia nienawiści. Nie dawał rozgrzeszenia, gdy ktoś nie okazał przynajmniej woli przebaczenia. Szczepkowska doświadczyła tego w czasie swojej spowiedzi. „Ja tego nie przewalczę…” – mówiła. „Ale wiesz, że nie mogę udzielić ci rozgrzeszenia… Gdy odeszła, dogonił ją tuż przy bramie i powiedział, niemal błagając: Proszę, spróbuj”. I uczynił znak krzyża. „I od tej chwili nigdy już nie doświadczyłam uczucia nienawiści” – mówiła aktorka.

    Duma z bycia Polakiem

    Mimo wielkich trudności, których Polska doświadczała przez wieki – zwłaszcza, gdy na 123 lata trzy mocarstwa starły ją z mapy Europy – ks. Popiełuszko wielokrotnie podkreślał dumę z przynależności do narodu polskiego.

    Jego patriotyzm nie miał nic z narodowego tryumfalizmu, unoszącego się ponad tych, którzy zadali Polsce razy. Był patriotyzmem człowieka o dobrze ukształtowanym sumieniu, który zna historię, ale daje szansę. Ma świadomość zła uczynionego, ale nie ulega złu domagającemu się odwetu.

    Sprawiedliwość według księdza Jerzego jest ściśle połączona z miłością, ale zawsze opiera się na prawdzie – prawdzie o winie i prawdzie o słabości człowieka. Te zaś są możliwe do uniesienia tylko i wyłącznie we współpracy z Bogiem.

    „Jesteśmy dziećmi narodu, który od tysiąca z górą lat oddaje chwałę Bogu w Trójcy Jedynemu. Nasz naród słynął ze znanej w świecie tolerancji religijnej. U nas znajdowali miejsce ci, którzy z powodu prześladowań religijnych musieli opuszczać rodzinny kraj” – mówił.

    29 stycznia 1984 r. przekonywał, że „lepiej jest cierpieć z gorliwości o sprawy Boże niż uzyskać pochwałę roztropności od nieprzyjaciół Boga i Kościoła”.

    Agnieszka Bugała/Aleteia.pl

    ______________________________________________________________________________________________________________

    7 CZERWCA – PIERWSZY PIĄTEK MIESIĄCA

    UROCZYSTOŚĆ

    NAJŚWIĘTSZEGO SERCA PANA JEZUSA

    W KOŚCIELE ŚW. PIOTRA

    GODZINNA ADORACJA Z CZERWCOWYM NABOŻEŃSTWEM OD GODZINY 18.00

    W TYM CZASIE JEST MOŻLIWOŚĆ SPOWIEDZI ŚWIĘTEJ

    MSZA ŚWIĘTA O GODZINIE 19.00

    Istotą kultu Serca Jezusa jest centralna prawda chrześcijaństwa, którą najgłębiej wyraził św. Jan Apostoł, zapisując słowa:  „Bóg jest miłością” (J 4,16).

    EAST NEWS

    ***

    Pewnego grudniowego dnia młoda wizytka Małgorzata Alacoque ujrzała Jezusa. Zbawiciel pokazał jej własne serce, płonące miłością do ludzi. „Moje Boskie Serce tak płonie miłością ku ludziom, że nie może dłużej utrzymać tych płomieni gorejących, zamkniętych w moim łonie. Ono pragnie rozlać je za twoim pośrednictwem i pragnie wzbogacić ludzi swoimi Bożymi skarbami” – usłyszała zakonnica.

    Pragnienie Zbawiciela spełniło się – nabożeństwo do Najświętszego Serca Pana Jezusa błyskawicznie rozlało się po całym świecie. Kult Serca Bożego trafił do serc milionów ludzi. Jego materialnym świadectwem są niezliczone obrazy i rzeźby przedstawiające Zbawiciela z wyeksponowanym sercem. Wręcz standardem stały się obrazy Serca Jezusa zawieszone w sypialniach, najczęściej obok wizerunków Serca Maryi. Tak było w katolickich domach jeszcze w połowie minionego wieku. Tak wielka popularność tego kultu to fenomen choćby z uwagi na fakt, że trwa on już 350 lat.

    Ważna istota

    Dziś wizerunki związane z kultem Serca Jezusowego rzadziej zdobią domy katolików, ubywa też uczestników nabożeństw ku czci Bożego Serca. Czy to oznacza, że kult ten stał się anachronizmem niezrozumiałym dla młodszego pokolenia?

    – To prawda, że kult Najświętszego Serca Jezusowego nie cieszy się dzisiaj tak wielką popularnością, jak to było np. w XIX wieku – przyznaje sercanin ks. dr Leszek Poleszak, teolog duchowości, zajmujący się w pracy naukowej teologią Najświętszego Serca Jezusowego. Nie zgadza się jednak z sugestią, jakoby kult ten był anachronizmem.

    – Warto pamiętać, że w liturgii i Tradycji Kościoła mamy bogactwo różnych kultów, które nie tyle przeciwstawiają się sobie i wzajemnie wykluczają, ale mają nam pomóc w dostrzeżeniu różnych odcieni, jakie składają się na obraz Boga, Jezusa bądź świętych. Nikt przecież nie mówi o zaniku kultu Trójcy Przenajświętszej, Ducha Świętego, Chrystusa Króla, Najświętszego Ciała i Krwi Pańskiej czy w ogóle kultu Eucharystii bądź innych form kultu, które również mają swoje okresy większej lub mniejszej popularności. Moim zdaniem nie chodzi o porównywanie popularności danego kultu, ale o zwrócenie uwagi na jego istotę – przekonuje duchowny. Przyczyn spadku popularności dopatruje się w niezrozumieniu tej istoty albo w znużeniu jego pewnymi formami. – Myślę np. o pewnych niedojrzałych bądź przesłodzonych formach wizerunku Bożego Serca, o kładzeniu przesadnego akcentu na uczuciowość (co wyrażało się np. w języku modlitw) – zauważa. Podkreśla jednak, że istotą tego kultu jest centralna prawda chrześcijaństwa, której nie możemy odrzucić ani o niej zapomnieć, a którą najgłębiej wyraził św. Jan Apostoł, zapisując słowa: „Bóg jest miłością” (J 4,16).

    – Prawda ta obejmuje nie tylko sam fakt tego, czym jest Trójjedyny Bóg: Ojciec, Syn i Duch Święty, ale także wszystko to, co wyraża się w prawdach wiary dotyczących stworzenia, odkupienia i celu człowieka, a więc zawiera ona także w sobie prawdę o miłości Boga, która wyraża się w przymiocie miłosierdzia – zaznacza teolog.

    Czemu „Serce”?

    Pewną trudnością dla ludzi o dzisiejszej mentalności jest zrozumienie, po co w ogóle kult Serca, skoro można zwracać się po prostu do „całego” Jezusa. Odpowiadając, ks. Leszek Poleszak odwołuje się do słów Jezusa: „Przyjdźcie do Mnie wszyscy, którzy utrudzeni i obciążeni jesteście, a Ja was pokrzepię. Weźcie moje jarzmo na siebie i uczcie się ode Mnie, bo jestem cichy i pokorny sercem, a znajdziecie ukojenie dla dusz waszych” (Mt 11,28-29).

    – Jezus, mówiąc o swoim cichym i pokornym sercu, nie mówi jedynie o organie swojego ciała, który, zgodnie z Jego pragnieniem, mamy czcić. On mówi o tym, Kim jest: przedstawia nam siebie jako Bożego Syna, współistotnego Ojcu. On jest źródłem miłości, świętości, dobra i piękna. Jest „obrazem Ojca”. Jeśli więc używamy w modlitwie słów „Serce Jezusa”, wówczas powinniśmy mieć przed oczyma całą Osobę Jezusa – Syna Bożego, który zaprasza nas do tego, byśmy przyszli do Niego i stali się Jego uczniami, naśladując Jego cnoty: cichość, pokorę, dobroć, życzliwość wobec ludzi, przebaczenie, a także te dotyczące Jego odniesienia do Ojca: głęboką miłość, zaufanie, pragnienie pełnienia woli Ojca, oddanie się do Jego dyspozycji, by stać się widzialnym znakiem Jego obecności w świecie. To oznacza sformułowanie: „być uczniami Jezusa” – tłumaczy kapłan. Wyraża przekonanie, że ludzie, także młodzi, wciąż mają takie ideały i pragną odnajdować w sobie pokłady dobra i piękna, zakorzenione w mocy Boga.

    Kult żyje

    Przekonanie to potwierdzają świadectwa żywotności różnych form kultu Bożego Serca w rodzaju Straży Honorowej NSPJ czy innych wspólnot, których członkami są także osoby młode. Wiele rodzin poświęca się Bożemu Sercu, wciąż też popularne są rekolekcje i misje temu Sercu poświęcone. Liczni wierni pielęgnują pierwsze piątki miesiąca czy nabożeństwa czerwcowe.

    Pobożność tę inspirują też przykłady świętych czcicieli Serca Jezusowego z czasów stosunkowo nieodległych. Ich sylwetki są na tyle bliskie współczesnej mentalności, że łatwo trafiają do przekonania wielu ludzi. – Najbardziej znany jest św. Jan Paweł II, następnie św. Faustyna Kowalska, która wielokrotnie w „Dzienniczku” pisze o Sercu Jezusa, św. Karol de Foucauld, czcigodna służebnica Boża Rozalia Celakówna, czcigodny sługa Boży Leon Dehon… – wylicza ks. Leszek Poleszak.

    Także oficjalne nauczanie Kościoła często odwołuje się do kultu Najświętszego Serca Jezusowego. Systematycznie nawiązują do niego wszyscy papieże ostatnich czasów, zwłaszcza Jan Paweł II. Bardzo dużo takich wątków znajdziemy u Benedykta XVI, który wielokrotnie mówił o kulcie Bożego Serca – na przykład we wprowadzeniach do modlitwy Anioł Pański czy w katechezach ogólnych. Sercanin przypomina, że papież ten 20 sierpnia 2011 r. poświęcił Najświętszemu Sercu Jezusa młodzież zgromadzoną na ŚDM, a w uroczystość Najświętszego Serca Jezusowego 19 czerwca 2009 r. ogłosił Rok Kapłański, czyniąc Serce Jezusa wzorem dla każdego kapłana.

    O Najświętszym Sercu Jezusowym mówi także obecny papież Franciszek. – Wprawdzie nie opublikował specjalnego dokumentu na ten temat, ale zwłaszcza przy okazji miesiąca czerwca czy uroczystości Bożego Serca przypomina i zachęca do praktyki tej formy pobożności, zwracając uwagę szczególnie na miłość Boga i Jego zatroskanie o człowieka – zauważa duchowny.

    Aktualizacja?

    W obliczu zmian w mentalności społecznej wiele form przekazu siłą rzeczy ulega zmianie. W tym kontekście powstaje pytanie, jaka jest możliwość aktualizacji kultu NSPJ, jego adaptacji do dzisiejszych czasów. I czy w ogóle jest to tak istotne – przecież pewne formy pobożności zmieniają się i bywają zastępowane przez inne, bardziej odpowiadające wrażliwości danego pokolenia.

    – Jeśli zrozumiemy, że istotą kultu Bożego Serca jest miłość Boża, to zrozumiemy także, iż obok tego kultu nie możemy przejść obojętnie. I nie chodzi tutaj o podtrzymywanie samych jego form, które znamy: litania, Komunia Święta wynagradzająca, uczestnictwo w pierwszych piątkach miesiąca, adoracja Najświętszego Sakramentu, cześć oddawana obrazowi Bożego Serca, koronka do Serca Jezusowego, godzina święta czy inne. Każda z nich ma nas prowadzić do bliskości z Jezusem i do poznania Jego Osoby. Jezus sam nas zaprasza: „Jak Mnie umiłował Ojciec, tak i Ja was umiłowałem. Trwajcie w miłości mojej!” (J 15,9) – akcentuje kapłan.

    Podkreśla, że to wołanie Jezusa o miłość jest aktualne także dzisiaj. – A może zwłaszcza dzisiaj, kiedy słowo „miłość” odmieniamy przez przypadki, a nie potrafimy prawdziwie kochać – zauważa. Jest pewien, że gdy doświadczymy miłości Jezusa, w naszym sercu zacznie płonąć płomień, który zapali nas do wdzięczności za tę miłość, do odpowiedzi na nią. – Najpierw zrealizuje się to w relacji do Boga – nazywamy to odwzajemnieniem miłości. Następnie będziemy pragnęli dzielić się naszym doświadczeniem miłości z innymi, innych do Boga przyciągać – przekonuje ks. Leszek Poleszak. I zapewnia: – Zrozumiemy wtedy, że jedynie w bliskości Boga, w świetle Jego miłości, jest możliwy nasz pełny rozwój, nasze szczęście, zarówno w wymiarze osobistym, jak też rodzinnym i społecznym. Staniemy się wówczas narzędziami w rękach Boga, który dzięki nam prawdę o swojej miłości do każdego człowieka przekaże kolejnym pokoleniom swych dzieci.

    Franciszek Kucharczak/Gość Niedzielny

    ______________________________________________________________________________________________________________

    fot. Sebastian Bergmann/Didier B, Wikipedia

    ***

    Bazylika Sacré-Cœur

    Najświętszego Serca Pana Jezusa.

    Tu bije serce Paryża!

    Co wspólnego z budową Bazyliki Sacré-Cœur mają objawienia Małgorzaty Alacoque? Co o Francji mówiła Matka Boża z Fatimy? Dlaczego świątynię budowano aż 40 lat? Dlaczego z bazyliką “konkurowała” Wieża Eiffla? Poznaj niezwykłą historię Bazyliki Sacré-Coeur – Najświętszego Serca Pana Jezusa.

    Wybudowana z białego granitu, zwanego trawertynem, w stylu romańsko-bizantyjskim, od blisko stu pięćdziesięciu lat góruje nad Paryżem. Majestatyczna Bazylika Sacré-Coeur – Najświętszego Serca Pana Jezusa. Do uwieńczonej kopułą, otoczonej czterema wieżyczkami świątyni prowadzą wykonane z białego piaskowca schody, oblegane przez paryżan i turystów z całego świata. Co roku przybywa tu około 11,5 mln osób, żeby to miejsce zwiedzić, ale przede wszystkim tu wspólnie się modlić. Tu bije serce Paryża – od 1885 roku. Pomimo wojen, licznych wrogich działań i agresji trwa tu nieustająca adoracja Najświętszego Sakramentu.

    Historia duchowego zmagania się Francuzów

    Historia powstania Bazyliki Najświętszego Serca Pana Jezusa w Paryżu nie jest zwykłą opowieścią o wznoszeniu budynku – od projektu po wspaniały wystrój wnętrza. Jest to także historia duchowego zmagania się Francuzów, wiernych chrześcijaństwu, ze współobywatelami zwalczającymi Kościół wszelkimi metodami, pragnącymi zatrzeć ślad Ewangelii w państwie nazywanym pierworodną córką Kościoła.

    Historia zaczyna się w 1870 roku, w czasie wojny francusko-pruskiej, gdy dwaj przedsiębiorcy, Alexandre Legentil i Hubert Rohault de Fleury, ślubowali, że jeśli otoczony przez wojska pruskie Paryż ocaleje, wybudują kościół poświęcony Sercu Jezusa. Wojna się skończyła, miasto ocalało i pięć lat później Zgromadzenie Narodowe podjęło specjalną uchwałę, aprobującą pomysł przedsiębiorców i proponowany przez nich sposób podziękowania za Bożą opiekę nad stolicą Francji. W roku 1876 rozpoczęła się budowa, która trwała całe czterdzieści lat. W trakcie prac przekształcała się idea wzniesienia Bazyliki – z wotum dziękczynnego w wotum przebłagalne za błędy, grzechy i zaniedbania Francuzów.

    Świątynia powstała w wyjątkowym, specjalnie wybranym miejscu – na wzgórzu Montmartre, czyli Wzgórzu Męczenników, gdzie w czasach rzymskiego panowania zostali zgładzeni – pierwszy biskup Paryża, św. Dionizy, i jego towarzysze. W kolejnych wiekach wybudowano tu klasztor benedyktynek, który został zniszczony w antychrześcijańskich czasach rewolucji francuskiej. Jego ostatnia ksieni, Marie-Louise de Laval Montmorency, dołączyła do grona męczenników, ścięta na gilotynie.

    ***

    fot. Francisco Gonzalez/Wikipedia

    ***

    Objawienia Małgorzaty Alacoque

    Tytulatura Bazyliki – Najświętszego Serca Pana Jezusa – mocno powiązana jest z duchową historią wiary Francuzów. Aby ją zrozumieć, trzeba cofnąć się do wieku XVII, gdy dwudziestoczteroletnia córka notariusza, Małgorzata Alacoque, wstąpiła do klasztoru wizytek w Paray-le Monial. Była jedną z tysięcy skromnych zakonnic pragnących oddać swoje życie Bogu. Ale to właśnie ona w latach 1673-1675 miała objawienia, w których Jezus prosił, aby przekazała prawdę o wypełniającej Jego boskie Serce wielkiej, gorejącej miłości do ludzi.

    Zbawiciel przekazał jej też wieść, jak odprawiać nabożeństwo do Jego Sercaobiecał liczne łaski Jego czcicielom, zapewnił o gotowości przebaczenia win skruszonym grzesznikom. Polecił też namalowanie obrazu, na którym widniałoby Jego Serce otoczone cierniami, uwieńczone płomieniem i wetkniętym w nie krzyżem. Kult Serca Jezusowego i jego obraz rozpowszechniły się szybko, zarówno we Francji, jak i w całym katolickim świecie, również w Polsce, stając się na zawsze swoistym znakiem rozpoznawczym francuskiego katolicyzmu.

    Prośba od samego Jezusa

    Ale skromna zakonnica, Małgorzata Maria Alacoque, modląca się za klauzurą swojego klasztoru, otrzymała jeszcze jedną ważną misję do wypełnienia. W 1689 roku miała objawienie, w którym Jezus prosił ją, żeby przekazała królowi Ludwikowi XIV życzenie: aby poświęcił Francję i całą swoją rodzinę Jego Najświętszemu Sercu. Król miał też wznieść świątynię pod tym wezwaniem, szerzyć kult Najświętszego Serca wśród wojska i ozdobić znakiem gorejącego Serca Jezusowego królewskie sztandary. Niestety, król, zwany Słońcem, rządzący najpotężniejszym wówczas krajem w Europie, nie posłuchał głosu Boga, przekazanego przez św. Małgorzatę Marię Alacoque.

    ***

    św. MAŁGORZATA MARIA ALACOQUE
    Corrado Giaquinto/fot. Wikipedia

    ***

    „Za późno” czyli wiadomość do Francji od Matki Bożej z Fatimy

    We Francji zaczęły kiełkować wówczas, a później ujawniły się z ogromną siłą, antychrześcijańskie prądy intelektualne, które otwarcie sprzeciwiały się Bogu, Kościołowi oraz katolickiemu dziedzictwu swej ojczyzny. Równo sto lat po tym objawieniu wybuchła okrutna rewolucja, topiąca we krwi nie tylko arystokratów i ludzi związanych z władzą, ale zapoczątkowano także bezwzględne prześladowanie duchownych i zakonników.

    Na szafocie poniosło śmierć męczeńską szesnaście karmelitanek z Compiegne, które ofiarowały się w intencji ustania terroru. Karygodną ślepotę duchową króla Słońce naprawił jego prawnuk, Ludwik XVI. Będąc więźniem twierdzy Temple, ofiarował Francję Najświętszemu Sercu Jezusa. Jednak, jak powiedziała Matka Boża Łucji, jedynemu dziecku z Fatimy, które doczekało dorosłości – było już za późno.

    Jedna spośród 78 propozycji

    Francuscy katolicy znali dobrze historię rodzenia się kultu Serca Jezusa. Dlatego też dla arcybiskupa Paryża Josepha Hypolite’a Guiberta i fundatorów Bazyliki wybór jej tytułu był oczywisty. Kult Najświętszego Serca zawierał wszak jak w soczewce duchowe zmagania i dramat Francji. W 1875 roku wmurowano kamień węgielny pod budowę świątyni, rok później rozpoczęły się prace budowlane. Wcześniej rozpisano konkurs architektoniczny. Spośród siedemdziesięciu ośmiu propozycji wybrano projekt utalentowanego architekta Paula Abadiego. W całym kraju ogłoszono zbiórkę na budowę świątyni, zachęcano do wykupienia choć jednej cegiełki, a najhojniejsi darczyńcy byli upamiętniani inicjałami, wyrytymi na białych blokach budulca. Katolicy nie zawiedli – wielką sumą czterdziestu dwóch milionów franków w całości pokryli koszty budowy.

    Burzliwa historia budowy Bazyliki

    Jednak myliłby się ten, kto by sądził, że prace budowlane postępowały normalnie i bez przeszkód. Świątynię wznoszono czterdzieści lat, konsekrowano ją dopiero w 1919 roku. Opóźnienia spowodowane były nie tylko wybuchem i przebiegiem pierwszej wojny światowej. Realizację utrudniali wewnętrzni przeciwnicy Kościoła i chrześcijaństwa. W ciągu jednego pokolenia, licząc od roku 1875, gdy parlament przyjął uchwałę o budowie Bazyliki, Francję zalała fala gwałtownej laicyzacji. W 1905 roku radykalnosocjalistyczny rząd jednostronnie zerwał podpisany ponad sto lat wcześniej konkordat ze Stolicą Apostolską. Ogłosił rozdział Kościoła od państwa, skonfiskował kościelne budynki, skazał na banicję wspólnoty i zgromadzenia zakonne. Modlące się na Wzgórzu Montmartre benedyktynki musiały opuścić swoją siedzibę, a władze Republiki zaczęły snuć projekty, na jaki budynek „użyteczności publicznej” przerobić wznoszoną Bazylikę.

    ***

    PREZBITERIUM BAZYLIKI | fot. DidierI B/Wikipedia

    ***

    Wieża Eiffla „konkurencją” dla Bazyliki Najświętszego Serca

    Rządzących wówczas Francją masonów i agresywnych ateistów bolało coś jeszcze: biała świątynia górowała nad miastem, była widoczna z odległości czterdziestu kilometrów i była najwyższym punktem Paryża. Dziś mało znany jest fakt, że wieża Eiffla, która została wzniesiona z okazji wystawy światowej, zorganizowanej w stulecie wybuchu rewolucji francuskiej, była także „konkurencją” dla Bazyliki Najświętszego Serca, wręcz miała ją przewyższyć. Rzeczywiście, metalowa konstrukcja, złożona z osiemnastu tysięcy elementów, miała trzysta metrów wysokości i długo była najwyższą budowlą na świecie. Wieża miała być rozebrana po dwudziestu latach, ale w końcu ją pozostawiono i dziś to ona, a nie katedra Notre Dame czy Bazylika na Wzgórzu Męczenników, jest wizytówką i symbolem francuskiej stolicy.

    Ostatecznie kolejne rządy odstąpiły od agresywnej antykatolickiej polityki po wybuchu tzw. zamieszek inwentarzowych. Inwentaryzacje polegały na tym, że po wypowiedzeniu konkordatu do kościołów i obiektów należących do podmiotów kościelnych wkraczali państwowi urzędnicy, którzy spisywali wszystkie obiekty i nie wahali się bezcześcić Najświętszego Sakramentu, otwierając tabernakula. Wierni bronili kościołów, a gdy wskutek przepychanek zginęły dwie osoby (Gery Ghysel z liczącego dwa tysiące mieszkańców miasteczka Boeschepe właściwie został zastrzelony przez urzędnika inwentaryzacyjnego) rząd George’a Clemenceau wycofał się ze ścieżki agresywnej konfrontacji i wstrzymał inwentaryzację. Później wybuchła pierwsza wojna światowa, a w 1921 roku wznowiono stosunki dyplomatyczne ze Stolicą apostolską, choć nie zmienił się model rozdziału Kościoła od państwa.

    Francja „gorliwa, pokutująca i wdzięczna”

    Mimo licznych przeciwności, Bazylika powoli wzrastała i wzgórze Montmartre wraz z białą świątynią, stało się duchowym centrum Paryża. Od ponad stu lat przybywają tu Francuzi i wierni z całego świata, żeby się modlić i adorować Najświętszy Sakrament. Świątynię zamyka się dla przybyszów o godzinie 22.30, ale chętni mogą zgłosić się i przyłączyć do benedyktynek czuwających przed Panem całą noc.

    Dziś Bazylika jest także centrum nowej ewangelizacji i tak jak niegdyś budzi niechęć gorliwych przeciwników chrześcijaństwa. W 1971 roku wdarła się do świątyni grupa lewicowców i przez jakiś czas ją okupowała. Znajdująca się w Bazylice ogromna, licząca ponad czterysta metrów kwadratowych mozaika, przedstawia Chrystusa z rozpostartymi ramionami i gorejącym Sercem. Widoczny pod nią napis brzmi:„Najświętszemu Sercu Chrystusa – Francja gorliwa, pokutująca i wdzięczna”. Podobno wyraz „wdzięczna” dodano po zakończeniu pierwszej wojny światowej. Francja rzeczywiście powinna być wdzięczna: mimo burz i ataków na wiarę duchowe serce narodu na Wzgórzu Męczenników w Paryżu wciąż bije.

    (tekst pochodzi z miesięcznika dla kobiet „List do Pani”. Śródtytuły zostały nadane przez redakcję).


    Pismo ukazuje się od lutego 1993 r., a jego wydawcą jest Polski Związek Kobiet Katolickich. Miesięcznik poświęcony szeroko pojętej formacji religijnej, adresowany jest do kobiet, które pragną ogarnąć refleksją swoje życie i zadania wynikające z kobiecego powołania. Punktem odniesienia dla twórców pisma jest Ewangelia i nauczanie Jana Pawła II, Jego teologiczna wizja kobiety i jej zadań w misterium Stworzenia i Zbawienia. Wpisany w nurt tak pojętego nowego feminizmu „List do Pani” ukazuje niezwykłą rolę kobiety w rodzinie, społeczeństwie, w nowej ewangelizacji; upomina się o powszechny szacunek dla macierzyństwa, ojcostwa, rodziny, dziecka, o politykę prorodzinną; stara się wykazać, jak błędne i szkodliwe są postawy i ideologie zaprzeczające w pełni ludzkiemu i duchowemu rozumieniu rodziny, kobiety i dziecka.

    Alina Petrowa-Wasilewicz/Stacja7.pl

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Najświętsze Serce czy Jezus Miłosierny?

    Dzieje pewnego obrazu

    Obraz Najświętszego Serca Pana Jezusa w kościele jezuitów w Poznaniu przywodzi na myśl znany na całym świecie wizerunek Jezusa Miłosiernego. Jaka jest historia tego dzieła?

    Obraz Najświętszego Serca Pana Jezusa znajduje się w ołtarzu głównym jezuickiego kościoła w Poznaniu.

    o. Adam Tomaszewski SJ

    ***

    W głównym ołtarzu najstarszej z zachowanych świątyń lewobrzeżnego Poznania znajduje się obraz Najświętszego Serca Pana Jezusa. Zbawiciel, ubrany w białą szatę, z czerwonym himationem zarzuconym na ramiona, wznosi prawą rękę w geście błogosławieństwa. Jego lewa dłoń wskazuje na przebite i otoczone koroną z ciernia serce, na którego szczycie płonie ogień. Nietypowe jest tło tego wizerunku. Jezus wyłania się z obłoków i kroczy po nich. Te, które znajdują się za Nim oraz w górnej części dzieła, mają złotą barwę i sprawiają na patrzącym wrażenie, jakby Chrystus wychodził ze światła. Obłoki, które Go otaczają, są białe i kłębiaste. W dole obrazu widzimy zarysowane kontury schodów – oto Pan schodzi z nieba na ziemię i idzie w kierunku człowieka.

    Wizerunek zakazany

    To przedstawienie jest intrygujące. Na obu dłoniach Zbawiciela widoczne są rany po gwoździach. Z Jego serca wychodzą liczne promienie, emanujące światłem, a twarz okolona delikatną aureolą do złudzenia przypomina znany na całym świecie wizerunek Miłosiernego. Skojarzenia są jednoznaczne, a ich potwierdzenie odnajdujemy w prawym rogu dzieła, gdzie umieszczono podpis autora. To Adolf Hyła, „malarz Bożego Miłosierdzia”. Obraz Serca Bożego w jezuickim kościele Najświętszego Serca Pana Jezusa i Matki Bożej Pocieszenia w Poznaniu w lewym dolnym narożniku został datowany na 1963 rok. Wszystko to skłania do przypuszczeń, że poznański wizerunek Najświętszego Serca Pana Jezusa mógł zostać przemalowany z najsłynniejszego przedstawienia Jezusa Miłosiernego, które wyszło spod pędzla Adolfa Hyły. Czy te podejrzenia mają podstawy?

    – W związku z ogłoszeniem w 1959 roku przez Święte Oficjum Notyfikacji zakazującej rozpowszechniania obrazów i pism przedstawiających nabożeństwo do Miłosierdzia Bożego w formach proponowanych przez siostrę Faustynę, wiele wizerunków ukazujących Jezusa Miłosiernego przemalowano – wyjaśnia ks. Piotr Szweda MS, teolog duchowości i historyk sztuki, autor monumentalnej biografii „Adolf Hyła. Malarz Bożego Miłosierdzia”. Jako przykład saletyn podaje historię obrazu Najświętszego Serca Pana Jezusa, który Hyła namalował do kościoła parafialnego pw. św. Mikołaja w Skale, w diecezji kieleckiej.

    Powstał on w niezwykłych okolicznościach. W związku z ogłoszeniem Notyfikacji ówczesny proboszcz ks. Stanisław Połetek postanowił usunąć ze świątyni obraz Bożego Miłosierdzia pędzla Adolfa Hyły, powstały w 1953 roku. W tej sytuacji Józef Wardyński, fundator wizerunku Jezusa Miłosiernego, poprosił malarza, aby na istniejącym już obrazie namalował przedstawienie Najświętszego Serca Pana Jezusa. Artysta uczynił to w czerwcu 1960 roku.

    Obraz przedstawia promieniejącą intensywnym światłem postać Jezusa, otoczonego białymi obłokami. Zbawiciel ubrany jest w czerwoną szatę przewiązaną w pasie. Na ramiona zarzucony jest pomarszczony himation w kolorze oliwkowym. Inaczej niż na dotychczasowych obrazach, na swoje serce Chrystus wskazuje nie lewą, ale prawą ręką. Przebite i otoczone cierniową koroną serce stanowi główne źródło światła na obrazie. Na jego wierzchołku płonie ogień, z którego wyłania się brązowy krzyż. Lewa ręka wyciągnięta jest do przodu w geście zapraszającym. Na rękach i stopie widać rany po gwoździach. Hyła nie przemalował jednak twarzy Jezusa.

    Malarz Serca

    – Najczęściej o przemalowywaniu obrazów Jezusa Miłosiernego po wprowadzeniu Notyfikacji Świętego Oficjum decydowali sami proboszczowie parafii, w których tego typu przedstawienia się znajdowały. Nie były to jednak liczne sytuacje, a sporadyczne przypadki – zaznacza ks. Szweda. Jak dodaje, w większości obrazy Jezusa Miłosiernego wisiały w kościołach nadal, ewentualnie przenoszono je w mniej eksponowane miejsca. Po zniesieniu notyfikacji część z przemalowanych obrazów restytuowano, przywracając im początkowy wygląd, ale większość, jeśli miała domalowane serce, takimi pozostawała. – Niektóre pierwotne obrazy Bożego Miłosierdzia po przemalowaniu zmieniły swoje znaczenie ikonograficzne i stały się malowidłami Najświętszego Serca Pana Jezusa – podkreśla historyk sztuki.

    Obrazów ukazujących Najświętsze Serce Pana Jezusa w dorobku malarskim Adolfa Hyły jest 37. Do tej pory udało się zlokalizować 26 z nich, 11 wciąż pozostaje nieodnalezionych. – Różnią się między sobą przede wszystkim przedstawieniem Pana Jezusa, zwłaszcza jeśli chodzi o wygląd twarzy czy ubiór, a także proporcjami postaci Zbawiciela. Najczęściej artysta kopiował te wizerunki z oryginałów włoskiego malarza Pompeo Batoniego, tworzącego na przełomie baroku i klasycyzmu, oraz niemieckiego artysty Martina Feuersteina – mówi autor opracowania przedstawiającego życie i twórczość Adolfa Hyły.

    Malarz tworzył obrazy Najświętszego Serca Pana Jezusa w latach 1937–1963. – Można zatem powiedzieć, iż przez całe życie artysty towarzyszyła mu ta tematyka, natomiast nie był to motyw wiodący w jego twórczości – zauważa ks. Szweda. O tym, co naprawdę było życiowym tematem Hyły, świadczy liczba wizerunków Jezusa Miłosiernego. Spod pędzla artysty wyszło ich 245.

    Wzajemne przenikanie

    Na ścisły związek kultu Najświętszego Serca Pana Jezusa i Bożego Miłosierdzia zwraca uwagę o. Marek Wójtowicz SJ. Jak przypomina, z kultem Bożego Serca siostra Faustyna zetknęła się już w czasie formacji zakonnej w Zgromadzeniu Matki Bożej Miłosierdzia. Jej spowiednikiem był wtedy o. Józef Andrasz SJ, wieloletni redaktor naczelny miesięcznika „Posłaniec Serca Jezusowego”, wydawanego od 1872 r. w Krakowie. – W klasztornej kaplicy w Łagiewnikach, w miejscu, gdzie dzisiaj jest obraz Jezusa Miłosiernego, znajdował się wizerunek Serca Jezusa. W samym „Dzienniczku”, w bardzo wielu miejscach, św. Faustyna pisze, że pragnie się ukryć w Sercu Jezusa – wskazuje o. Wójtowicz. Ślady jej żywej czci dla Serca Jezusowego odnaleźć można również w tekście Nowenny do Miłosierdzia Bożego, w której kolejne grupy osób, za które się modliła, pragnęła umieścić w Bożym Sercu.

    – Z pewnością polska mistyczka dobrze znała objawienia św. Małgorzaty Marii Alacoque, które głęboko ją poruszały i inspirowały. Z podobną hojnością pragnęła odpowiedzieć na miłość, która jest wzgardzona i nie jest kochana. Ubolewała, że tak wielu ludzi oddziela od Jezusa mur obojętności i niewdzięczności. Również idea wynagradzania Sercu Jezusa była jej bardzo droga – dodaje jezuita.

    Jak podkreśla ks. Piotr Szweda, pomimo ogłoszonej w 1959 roku Notyfikacji Świętego Oficjum duchowy klimat czasu, w którym żył Adolf Hyła, wyznaczał w Polsce rozwijający się coraz prężniej kult Bożego Miłosierdzia. – Nie możemy zatem mówić o „konkurowaniu” dwóch kultów, bo jednak kult Najświętszego Serca Pana Jezusa był zdominowany w pewien sposób przez ten pierwszy – uważa teolog.

    Wróćmy do Poznania. Czy znajdujący się w kościele jezuitów obraz, największy spośród tego typu wizerunków wykonanych przez Adolfa Hyłę, mógł być przemalowany z przedstawienia Jezusa Miłosiernego? Takie przypuszczenia miał m.in. filipin ks. Dariusz Dąbrowski. Ksiądz Szweda, który wykonał skrupulatną kwerendę dzieł Adolfa Hyły, nie pozostawia jednak miejsca na wątpliwości. – To dzieło od samego początku było w zamyśle wizerunkiem Najświętszego Serca Pana Jezusa – mówi.

    Historia pewnej katastrofy

    Namalowany na dwa lata przed śmiercią artysty obraz jest największy spośród tego typu przedstawień w twórczości malarskiej Hyły, w dodatku nieszablonowy, i dotychczas nie był u niego spotykany. Artysta stworzył go na dwa lata przed swoją śmiercią. Inicjatorem ufundowania dzieła był o. Zbigniew Lucjan Frączkowski SJ. 25 października 1963 roku zwinięte w rulon płótno przywiózł do klasztoru osobiście sam Adolf Hyła. – Podróż z Krakowa do Poznania przebiegała jednak dramatycznie, gdyż w Mysłowicach pociąg, którym jechał twórca obrazu, wykoleił się. W wyniku zbyt dużej prędkości wagon pocztowy ze znajdującym się w nim obrazem wypadł z torów – opowiada ks. Szweda.

    Na szczęście malarz wyszedł z wypadku bez szwanku. Ocalało również jego dzieło, choć przewożone było w wagonie najbardziej w katastrofie zniszczonym. W stanie nietkniętym obraz został wydobyty z jego zgliszcz – tylko on ocalał z rzeczy transportowanych w wagonie pocztowym. – 26 października 1963 roku obraz Najświętszego Serca Pana Jezusa obsadzono w głównym ołtarzu na miejscu wizerunku św. Dominika. Dużo pracy włożył w instalację tego malowidła br. Zygmunt Geppert SJ – przypomina ks. Szweda.

    Adolf Hyła wrócił do Krakowa tego samego dnia wieczorem. Kilka dni później w liście do o. Stanisława Mirka SJ pisał, że obraz ma zostać poświęcony w Nowy Rok 1964, kiedy z Rzymu wróci ordynariusz poznański abp Antoni Baraniak. Od tego czasu w jezuickiej świątyni spełniana jest prośba skierowana przez Jezusa do św. Faustyny: „Patrz w Moje miłości i pełne miłosierdzia Serce, jakie mam dla ludzi, a szczególnie dla grzeszników” (Dz. 1663).

    Magdalena Dobrzyniak/Gość Niedzielny

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Najświętsze Serce Pana Jezusa

    Renata Sedmakova | Shutterstock

    ***

    Ta uroczystość jest obchodzona w piątek po tzw. oktawie Bożego Ciała. Została ona ustanowiona na prośbę Jezusa, którą przekazał św. Małgorzacie Marii Alacoque:

    Oto Serce, które tak bardzo umiłowało ludzi, że nie szczędziło niczego aż do zupełnego wyniszczenia się dla okazania im miłości, a w zamian za to doznaje od większości ludzi tylko gorzkiej niewdzięczności, wzgardy, nieuszanowania, lekceważenia, oziębłości i świętokradztw, jakie oddają mu w tym Sakramencie Miłości. Dlatego żądam, aby pierwszy piątek po oktawie Bożego Ciała był odtąd poświęcony jako osobne święto ku czci Mojego Serca i na wynagrodzenie Mi przez komunię i inne praktyki pobożne zniewag, jakich doznaję.

    Katolicy mają obowiązek uczestniczyć w Eucharystii w każdą niedzielę oraz w niektóre uroczystości – tzw. święta nakazane. Jest nimi m.in. Boże Ciało. 

    W uroczystość Najświętszego Serca Pana Jezusa nie ma obowiązku uczestniczenia we Mszy Świętej.

    Katolicy w Polsce nie jedzą mięsa w każdy piątek. Wynika to z przepisów Prawa Kanonicznego oraz ustaleń Konferencji Episkopatu Polski. Taka wstrzemięźliwość od pokarmów mięsnych nie obowiązuje, gdy w piątek przypada uroczystość. 

    Uroczystość Najświętszego Serca Pana Jezusa znosi post i można jeść mięso.

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Jak Polacy ratowali kult

    Najświętszego Serca Pana Jezusa

    web3-sacred-heart-jesus-kamil-szumotalski

    Kamil Szumotalski/Aleteia

    ***

    Czerwiec to miesiąc nabożeństwa do Najświętszego Serca Pana Jezusa. Mało kto jednak zna polskie wątki związane z tym kultem.

    Kult Najświętszego Serca Pana Jezusa

    Na pomysł nabożeństw czerwcowych wpadła (wszystko wskazuje, że pod wpływem Ducha Świętego) s. Aniela de Sainte-Croix. Było to w połowie XIX w. i główną inspiracją były nabożeństwa majowe. „Skoro cały maj poświęcony jest Matce Bożej – pomyślała s. Aniela – to wypadałoby ofiarować coś też Jej Synowi”. I tu skojarzenia naszej wizytki pobiegły bardzo szybko w stronę jej, zmarłej w opinii świętości, współsiostry z XVII w. – Małgorzaty Marii Alaqoque.

    To jej Jezus polecił przekazać Kościołowi, że pragnie, by przypomniano prawdę o Jego miłosierdziu. Tak zrodził się kult Najświętszego Serca, którego wyrazem początkowo była litania, akt oddania się jemu – osobisty oraz oddania całej rodziny – i praktyka pierwszych piątków, czyli spowiedzi i przyjęcia Komunii św. w pierwsze piątki kolejnych dziewięciu miesięcy.

    Wizje o których mowa, zaczęły się w latach siedemdziesiątych XVII w., a główna, dotycząca form czci i związanych z nią obietnic, nastąpiła właśnie w czerwcu, w 1675 r.

    Wszystko pięknie się ze sobą zgrało: pomysł s. Anieli, data najważniejszej wizji, wreszcie to, że uroczystość Najświętszego Serca Pana Jezusa też wypada w tym miesiącu (piątek po oktawie Bożego Ciała). Uzyskawszy zgodę przełożonych, a potem biskupa miejsca, siostry przyjęły praktykę codziennej modlitwy Litanią do Najświętszego Serca Pana Jezusa przed wystawionym Najświętszym Sakramentem. Nabożeństwo to bardzo szybko trafiło na ziemie polskie, bo już w 1857 r.

    To tempo nie dziwi, jeśli weźmiemy pod uwagę, że zarówno w biografii św. Małgorzaty, jak i w przyjęciu przez Kościół jej objawień pojawia się dwukrotnie, i to w kluczowych momentach, polski wątek.

    Święty Jacek a powołanie

    Wizjonerka, wcześnie osierocona przez ojca, była wychowywana bardzo surowo przez wuja i ciotki. To oni dyktowali, jak ma układać swoje życie. Kiedy powiedziała, że pragnie wstąpić do zakonu, najpierw rodzina kazała jej porzucić ten pomysł. Do tej pory łagodna i spolegliwa wychowanka odmówiła i trwała przy tej decyzji, więc rodzina uznała, że trudno, ale przynajmniej niech idzie do urszulanek.

    Tymczasem panna Alacoque już rozeznała, że ma iść do wizytek. Nacisk krewnych był jednak tak duży, że zaczęła się chwiać w swojej decyzji.

    I wtedy o wsparcie poprosiła św. Jacka Odrowąża. Modliła się za jego wstawiennictwem do Matki Bożej i wespół w zespół doprowadzili rodzinę do pogodzenia się z faktem, że Małgorzata będzie tam, gdzie chce ją Bóg. O tej akcji modlitewnej pisze w autobiografii, po latach wciąż wspominając z wielkim sentymentem i sympatią opiekę polskiego dominikanina.

    Episkopat w akcji

    Drugi raz pomoc z Polski nadeszła w drugiej połowie XVIII w. Prawda przekazana w objawieniach s. Małgorzaty spotkała się z gwałtownym odrzuceniem już za jej życia. Głównymi jej krytykami byli janseniści (bardzo rygorystyczny nurt w ówczesnym Kościele, m.in. kładący zbyt duży nacisk na sprawiedliwość Bożą).

    Rozpętali tak skuteczną nagonkę, że nawet Stolica Apostolska przez ponad wiek zachowywała milczenie na temat wspomnianych objawień. Momentem zwrotnym w ich uznaniu był memoriał Episkopatu Polski z 1765 r., domagający się ich przyjęcia. Co też się stało: najpierw uroczystość Najświętszego Serca miały prawo obchodzić wizytki, potem pozwolenie otrzymał Kościół w Polsce, a w połowie XIX w. zaczęto ją świętować w Kościele powszechnym.

    Najwyraźniej, co jak co, ale głoszenie miłosierdzia zawsze było bliskie polskiej duchowości.

    Elżbieta Wiater/Aleteia.pl

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Kim był Kasper Drużbicki, jezuita i mistyk, który szerzył kult Serca Jezusa na ziemiach polskich w XVII wieku?

    Ojciec Kasper Drużbicki, jezuita, propagował kult Serca Jezusa na ziemiach polskich na długo przed objawieniami w Paray-le-Monial.

    O. Kasper Drużbicki był jedną z osób, które najbardziej przyczyniły się do rozwoju kultu Jezusowego Serca  na ziemiach polskich.

    reprodukcja Henryk Przondziono/fot. Gość Niedzielny

    ***

    Już w nowicjacie Towarzystwa Jezusowego, do którego wstąpił w 1609 roku, dostrzeżono jego liczne talenty. Miał wyjątkowe zdolności organizacyjne i intelektualne, był pobożny i zdolny do poświęceń. Z charakteru jego pisma wynika, że był człowiekiem gwałtownym i emocjonalnym. Nie stanowiło to jednak przeszkody na drodze do doskonałości. Jak wynika z jego pamiętników „nie stawiał oporu w czynieniu dobra, ani do zła nie był porywczy”. Nic dziwnego, formował się w szkole św. Ignacego z Loyoli i wszystkie siły zaangażował w służbie dla „większej chwały Bożej”.

    Praktyczny i aktywny

    Kasper pochodził z Drużbic, niedaleko Piotrkowa Trybunalskiego, a jego działalność przypadła na XVII wiek. To czas wojen ze Szwedami i zagrożenia ze strony Kozaków. Święcenia przyjął w 1621 roku i szybko zaczęto mu powierzać różne funkcje. Był rektorem kolegium, wykładowcą, formatorem w seminarium, a dwukrotnie również prowincjałem. Badacze jego pism podkreślają, że był osobowością niezwykle praktyczną i aktywną. Po najeździe Szwedów organizował odbudowę zniszczonych kolegiów. Jako prowincjał obserwował sytuację w folwarkach i opracował reguły dla jezuitów zarządzających majątkami ziemskimi. Nie był obojętny na los chłopów. „Starał się tworzyć dobre warunki pracy i traktował poddanych w sposób ludzki. Podobne zalecenia wydał również w memoriale skierowanym do jezuitów pełniących obowiązki zwierzchników” – pisze Justyna Łukaszewska-Haberkowa, zajmująca się rozwojem polskiej kultury religijnej.

    Pełnienie urzędów nie przeszkadzało mu w pisaniu. Zostawił po sobie 24 tomy kazań i wiele traktatów ascetycznych. Te drugie zdobyły popularność głównie na zachodzie Europy. Na szczególną uwagę zasługuje jego dzieło zatytułowane „Meta cordium Cor Jesu” („Cel serc – Serce Jezusa”). To synteza „duchowości serca”, która powstała kilkanaście lat przed objawieniami Jezusa św. Małgorzacie Marii Alacoque we francuskim Paray-le-Monial. J.W. Bainvel, jeden z francuskich XIX-wiecznych teologów, znawca kultu Serca Jezusowego, ocenił, że „żadna dotąd książka nie mówiła tak jasno o Sercu Pana Jezusa, żadna nie odsłaniała tylu horyzontów. I dotąd jeszcze wśród tylu podręczników nie ma żadnego praktyczniejszego, bogatszego, sugestywniejszego”.

    Jak Drużbicki doszedł do czci Jezusowego Serca? Gdzie stawiał akcenty i na czym opierał propagowany przez siebie kult?

    U źródeł kultu Serca

    „Siebie samego Tobie i z Tobą, a przez Ciebie Ojcu Wiekuistemu i Duchowi Świętemu ofiaruję, prosząc, abyś mnie strawił ogniem miłości, którą płoniesz do Ojca, świata, wybranych i do mnie” – zapisał Kasper w „Modlitwie do Rany Boku i Serca Jezusa”. „Proszę Cię i najusilniej błagam, abyś mnie płomienną miłością Twoją i miłością ku Tobie w proch obrócił. Obyś też wedle wszelkiej zdolności mojej i wszelkiego chcenia, jakie wraz z Ojcem i Duchem sam żywisz, przemienił mnie całego w ranę Miłości oraz miłość samą i nie dozwolił, abym z tej rany kiedykolwiek się uleczył” – kontynuował.

    To modlitwa mistyka, co widać w jej tytule. Kult, jakim Kasper Drużbicki otaczał Serce Jezusa, wyrasta z jego doświadczenia modlitwy. Jak zaznacza jego współbrat w opracowanej pośmiertnie biografii, Kasper jeszcze przed święceniami kapłańskimi otrzymał szczególne dary. Już w nowicjacie Pan „obdarzył go rzadkim nabożeństwem do męki Chrystusa”. Czy u źródeł książeczki, która zawiera praktyczne wskazówki dotyczące kultu Jezusowego Serca, znajduje się jakieś szczególne doświadczenie duchowe? Ojciec Henryk Fros SJ, bollandysta, badacz życiorysów świętych, podkreśla, że ten kult wyrasta z rozważania męki Pańskiej. Wpatrzony w rany Jezusa, a zwłaszcza w ranę Jego Serca, Drużbicki zaczął współodczuwać ze swoim Mistrzem. Formował się w szkole duchowości ignacjańskiej, więc jego uwagę przykuwały nie tyle zewnętrzne aspekty męki, cierpienie i ból, co wspólnota serca. Zgodnie z zaleceniami założyciela swego zakonu, kontemplując mękę, wchodził w doświadczenie uczestnictwa i głęboką zażyłość z Chrystusem. Wiedział, że rozważanie męki Syna Bożego ma jeden cel – zjednoczenie z Bogiem, a przez to doskonałą miłość. Serce było dla niego czymś więcej niż jej symbolem. To nie „przedmiot” nabożnej, zewnętrznej czci. Patrząc na przebite Serce i Jego ranę, zbliżał się do uczuć Chrystusa, odkrywał Jego pragnienia. Często nazywał to Serce „Bosko-ludzkim” (Cor Theandricum). Ono stało się dla Kaspra tak bardzo istotne, że w testamencie napisał: „Zamykam się, wiążę i grzebię w Bosko-ludzkim Sercu Twoim. Z chwilą Twej najdroższej śmierci łączę i polecam chwilę mojej śmierci. Cały wreszcie pragnę w Ciebie całego przemienić się i przebóstwić”.

    Cel serc – Serce Jezusa

    Polski tytuł jednego z ważniejszych dzieł Drużbickiego brzmi: „Cel serc – Serce Jezusa”. To nie jest zwykła książeczka do nabożeństwa ani teologiczny traktat, których wiele wyszło spod jego pióra. To pismo mistyka, który dzieli się swoim wieloletnim doświadczeniem. Przebija z niego znajomość duchowych spraw. Drużbicki wiedział, do czego chce doprowadzić innych. Podkreślał, że to ćwiczenia, mały podręcznik, dzięki któremu modlący się kształtuje się w szkole Jezusa. Co to konkretnie oznacza?

    Kasper Drużbicki wpisał kult Jezusowego Serca w drogę duchową, która zgodnie z klasycznym podziałem składa się z trzech etapów: oczyszczenie, oświecenie i zjednoczenie. Zwracał też uwagę na cel. Cześć dla Serca Jezusa to nie propozycja płytkiego sentymentalizmu, ale droga dla tych, którzy chcą osiągnąć świętość. Na każdym jej etapie jezuita podkreślał konkretne postawy przyjmowane przez ćwiczącego. Wchodząc na drogę oczyszczenia, trzeba przyjść przed Serce Jezusa i zderzając się z Jego pięknem, zobaczyć własne niedoskonałości. W drodze oświecenia ćwiczący przystępuje do Serca Jezusa i podejmuje decyzję – chce być posłuszny Jego woli, wypełniać ją, bez względu na koszty. W drodze zjednoczenia ma badać pragnienia, odrzucać te, które nie pochodzą od Jezusa, i prosić o rozpalenie tych, które wypełniały Jego Serce.

    Chodzi więc o kształtowanie postaw i regularne ćwiczenia. Co ciekawe, autor wydaje się bardzo wrażliwy na potrzeby tych, którzy je podejmują. Zaleca bardzo indywidualne podejście. Zwraca uwagę na aktualny stan człowieka, który wchodzi w modlitwę. Jezuicie chodzi więc o wewnętrzną uważność i badanie poruszeń, obserwację tego, co dzieje się we wnętrzu podczas modlitwy. Dlatego zaleca, aby zatrzymywać się przy tych wezwaniach, które przykuwają uwagę. „Tak długo medytujemy nad jakimś z nich, wyrażającym cnotę i przymiot Serca Jezusa, jak długo przychodzą do nas różne znaczenia, porównania, duchowe smaki i inne pobożne poruszenia wokół niego”.

    Drużbicki nadaje Sercu Jezusa różne nazwy i przypisuje symbole, w większości zaczerpnięte ze średniowiecznej literatury duchowej. Jak zaznacza o. Fros, kult Serca Jezusa został sprowadzony w tym dziele z wyżyn mistyki do ćwiczeń ascetycznych. Wpisuje się też w tradycję poprzednich wieków. Czy to, co proponował, różniło się znacząco od objawień św. Marii Małgorzaty Alacoque?

    Z Serca Jezusa, jakim widział je Drużbicki, przebijają radość i chwała. Takie obrazy jak miód, słodycz, złota kadzielnica, ołtarz, lampa, schronienie czy ogród stanowią często punkt wyjścia jego rozważań. To prawda, że mogą być obce współczesnej mentalności, czasem kojarzą się z płytkim sentymentalizmem czy barokową przesadą. Jednak w czasach, w których w pobożności pasyjnej często stawiano zbyt mocne akcenty na wątki związane z bólem i cierpieniem, obrazy proponowane przez Drużbickiego tchnęły świeżością. O. Fros zaznacza, że dzięki głębi duchowej i znajomości dzieł średniowiecznych mistyków Drużbicki zawsze był wpatrzony w Serce, które mimo cierpienia promieniuje światłem, jest chwalebne i żywe. Używane przez niego obrazy pomagały w dostrzeżeniu tej chwały.

    Zapomniany?

    Kasper Drużbicki był jednym z tych duchownych, którzy wywarli największy wpływ na rozwój religijności w XVII-wiecznej Polsce. Jego dzieła to głównie teologiczne traktaty spisane po łacinie. Były we Francji cenionymi podręcznikami ascetyki. Mniejsze publikacje, takie jak wspomniany „Modlitewnik” zawierający ćwiczenia, tłumaczone były pod koniec XIX wieku na języki angielski, niemiecki i czeski. Za sprawą ks. Stojałowskiego ze Lwowa dzieło to doczekało się także kolejnych wydań w języku polskim.

    Postać i dzieło o. Kaspra Drużbickiego są dzisiaj w Polsce mało znane. Wpływ na to miały z pewnością uwarunkowania historyczne. Nie bez znaczenia jest także łacina, język jego publikacji. Nie ulega jednak wątpliwości, że jest on jednym z tych, którzy najbardziej przyczynili się do rozwoju kultu Jezusowego Serca na ziemiach polskich. Wpłynął na swoją epokę i kolejne pokolenia, a sam został zapomniany, jakby zamknięty we wnętrzu Jezusowego Serca, na wieki. O to prosił przez całe życie: „Przyjmij mnie i zamknij w głębiach Twego Serca, w nim zachowaj, przetop, oczyść, rozgrzej, zapal, rozpłomień, na nowo ukształtuj”.•

    ks. Rafał Bogacki/Gość Niedzielny

    _____________________________________________________________________________________________________________

    fot. nauki katolickie.pl

    ***

    Najświętsze Serce Jezusa

    wygrało Bitwę Warszawską!

    Związek Radziecki miał w planach zlikwidowanie Europy, ale na drodze stanęła katolicka Polska, która zwróciła się do Najświętszego Serca Pana Jezusa.

    Wiele Polacy zawdzięczają w tym zwycięstwie Maryi, ale nie dziś przypomnijmy wielką rolę Najświętszego Serca Pana Jezusa w tym zwycięstwie „18 lipca w Warszawie na Placu Saskim odbyła się uroczystość Armii Ochotniczej. W czasie Mszy św. biskup polowy, Stanisław Gall wręczył gen. Hallerowi sztandar dla sztabu armii. Na jednej jego stronie znajdowało się Serce Jezusa i wyhaftowany napis: “W tym znaku zwyciężysz!” Wkrótce podobne sztandary otrzymały samodzielne bataliony i pułki ochotnicze. Ochotnicy szli do ataku skandując: “Bóg tak chce!” bądź “Jezus i Maryja!” Identyczne okrzyki wznosili w XI stuleciu uczestnicy wypraw krzyżowych, organizowanych w celu wyzwolenia Grobu Chrystusa.” (1)

    Znamienne są tu daty aktów intronizacyjnych skierowane do Chrystusa Króla i Jego Serca, dokonanych przez Episkopat Polski w historii naszego Narodu. „1920 r. – to jest akt dokonany podczas agresji bolszewickiej na Polskę i dzięki temu aktowi dokonanemu przez cały Episkopat na Jasnej Górze. 27 lipca 1920 roku nawała bolszewicka została powstrzymana. 1921 r. – to ponowienie tego aktu z 1920 r. ale już w formie dziękczynienia na Małym Rynku w Krakowie 3 czerwca 1921 roku, cały Episkopat z kard. Edmundem Dalborem Prymasem Polski na czele oraz 150 tysięczna rzesza ludzi brała udział w tym akcie poświęcenia i było to bardzo uroczyste wydarzenie. (2)

    Z pewnością tuż po wojnie, pamiętano o tym, że Najświętsze Serce Pana Jezusa szczególnie kocha Polskę, a w dniach zagrożenia uratowało nasz kraj przed nawałą bolszewików. Stawiano liczne wota, z których najważniejszymi był tzw. Pomnik Wdzięczności Najświętszemu Serca Pana Jezusa w Poznaniu, a także Bazylika Najświętszego Serca Pana Jezusa księży jezuitów w Krakowie przy ul. Kopernika. Były też mniejsze lokalne akty dziękczynienia, przejawiające się często w publicznym ustawianiu pomników Jezusa z uwidocznionym Jego miłującym Sercem. Przykładem jest rzeźba z ulicy Warszawskiej w Łomiankach, miejscowości położonej na północ od Warszawy. Tam tablica informująca o związkach fundacji pomnika Jezusa z rokiem 1920 przez dłuższy czas była zasłonięta nowszą tablicą z napisem „Jezu Ufam Tobie”. Tak w obawie przed komunistami próbowano zacierać pewne prawdy, które na szczęście teraz są przypominane.

    Z pewnością, szczególnie w okolicach Warszawy, rozkwitał kult NSJ. Świadczą o tym bardzo licznie zakładane grupy modlitewne Straży Honorowej NSJ i innych. Także wśród młodzieży było dużo powołań do zakonów czczących Serce Jezusa. Wiele życiowych sytuacji z tego czasu opisuje niedawno odnaleziona korespondencja ojca Bolesława (Aleksandra) Wartałowicza, chłopaka z okolic Łomianek, z Czosnowa, który właśnie w tamtym czasie postanowił wstąpić do Zgromadzenia Najświętszych Serc Jezusa i Maryi i Wieczystej Adoracji Najświętszego Sakramentu Ołtarza, zgromadzenia które powstało we Francji w roku 1800, a w którym nie było jeszcze Polaków.

    Lata gimnazjalne bohatera książki (3) zbiegły się z wielki mi przemianami w Europie i na świecie. (…) W 1919 roku wywiązał się konflikt zbrojny między Polską a Rosją Radziecką. Twierdza w Modlinie była pośpiesznie modernizowana, jej fortyfikacje włączono do systemu obronnego Polski. W życiu Aleksandra nastąpił ważny moment; wówczas 18-letni, gotów był zapłacić najwyższą cenę za nie podległość ukochanego kraju i wstąpił na ochotnika do wojska. „Było wtedy z nami krucho” – pisał w jednym z listów – „barbarzyńcy pod parli się aż prawie pod samą Warszawę i Modlin, kto mógł, wstępował do wojska, ja również byłem kilka miesięcy na ochotnika.” W monografii poświęconej ojcu Bolesławowi autor podkreśla: Radość i poczucie dumy na rodowej Polaków były wielkie, a w Czosnowie za miast rosyjskiego gwaru sprzed wojny słychać było język polski. Czytamy w jego zapiskach: „Skropiliśmy jednak napastników tak, że im się chyba na zawsze odechce Polski… pieszo się co raz prze chadzają się oddziały polskich zuchów w maciejówkach z białym orłem, śpiewając rodzi me piosnki, od których aż serce rośnie. Wszędzie u nas, zwłaszcza śród młodzieży, pełnem tętnem bije radość polskie go życia. Te raz w ogóle tu między ludźmi panu jeinny duch, pełen brawury na rodowej i polskości, zwłaszcza po inwazji bolszewickiej”

    Można się pokusić o tezę, że wiele figur Najświętszego Serca Pana Jezusa, dziś już zapomnianych, albo traktowanych z niesłuszną pogardą jako „ludowe”, było po tzw. Cudzie nad Wisłą stawianych nie tylko w kontekście religijnym, ale i patriotycznym. Stanowiły one centra nie tylko kultu religijnego do nabożeństw czerwcowych, ale także uroczystości patriotycznych. To nie jest tylko polska specyfika, także w innych krajach poświęcano się Sercu Jezusowemu prosząc o wybawienie od ateizmu związanego z komunizmem. Komuniści zaś o tym wiedzieli i niszczyli publiczne wizerunki Jezusa, kiedy tylko mogli. Wiele jest takich przykładów z Hiszpanii. Ten antykomunistyczny wymiar kultu Najświętszego Serca Pana Jezusa ma swoje głębokie korzenie już w objawieniach św. Małgorzaty Marii Alacoque (1647-1690), która twierdziła, że król Francji Ludwik XIV powinien poświęcić się NSJ i nawrócić, a jeżeli tego nie uczyni, królestwo zaginie a Francja stanie się przyczyną cierpień całego świata (4). I tak się niestety stało, a napad bolszewików na Polskę był konsekwencją tego w historycznym ciągu wydarzeń. Podczas napadu bolszewików na Polskę miały miejsce liczne profanacje świątyń, poprzez grzech czy bluźnierstwa. Może to skłoniło Aleksandra, chłopaka z Czosnowa do wstąpienia do zgromadzenia szczególnie modlącego się do Serca Jezusa w intencji wynagradzania za grzechy rewolucji.

    Bibliografia:
    (1) Posłaniec Serca Jezusowego, Józef Koskowski  http://www.deon.pl/po-godzinach/historia-i-spoleczenstwo/art,242,modlitwy-do-serca-jezusowego-wyblagaly-cud-nad-wisla.html

    (2) Teresa: Niezbadane są drogi Opatrzności Bożej. Pon 16:07, 01 Cze 2015, http://www.traditia.fora.pl/kult-nspj-chrystusa-krola-i-intronizacja,47/sympozjum-i-uroczystosc-nspj-w-krakowie-1-lipca-2011,6319.html

    (3) Mirosława Koberda Wartałowicz, Radosław Zięzio: Ojciec Bolesław Wartałowicz SSCC : pierwszy zakonnik Najświętszych Serc Jezusa i Maryi w Polsce / Warszawa : Oficyna Wydawniczo-Poligraficzna “Adam”, 2012.

    (4) ks. Eugeniusz Ziemann SCJ, Powiernica Serca Jezusa z Paray-le-Monial, http://www.sercanie.pl/scj/peregrynacja/malgorzata.html

    Maria Patynowska/Fronda.pl

    ______________________________________________________________________________________________________________

    8 CZERWCA – SOBOTA

    UROCZYSTOŚĆ NIEPOKALANEGO SERCA NAJŚWIĘTSZEJ MARYI PANNY

    W KOŚCIELE ŚW. PIOTRA JEST MOŻLIWOŚĆ SPOWIEDZI ŚW. OD GODZ. 17.30

    MSZA ŚWIĘTA – O GODZ. 18.00

    PO MSZY ŚWIĘTEJ – NABOŻEŃSTWO DO NAJŚWIĘTSZEJ MARYI PANNY, KTÓREJ NIEPOKALANE SERCE ZOSTAŁO PRZEBITE SIEDMIOKROTNIE

    ***

    Modlitwa do Matki Bożej Bolesnej

    ***

    Kiedy modlimy się do Boleściwej Bożej Matki, która doświadczyła niewyobrażalnego bólu i cierpienia podczas męki i śmierci swojego Syna – to właśnie wtedy dobrze jest swój ból i pragnienie nawrócenia swojego serca oddać Tej, która najlepiej uczy nas cierpliwości i wytrwałości w wierze.

    ***

    Modlitwy do Matki Bożej Bolesnej

    Prośba o łaskę żalu za grzechy

    O słodka Panno Maryjo przez miecz boleści, który przeszył Twą duszę, gdyś widziała Syna Twego najdroższego na krzyżu wzniesionego, obnażonego, przybitego do pręgierza hańby, pokrytego ranami i bliznami, uproś nam tę łaskę, aby serce nasze również było mieczem żalu za grzechy przeszyte, i grotem miłości Bożej zranione. O Panno święta! przez te niewypowiedziane cierpienia, któreś bez skargi przeniosła, gdy stojąc pod krzyżem, słyszałaś Syna Twego polecającego Cię Janowi świętemu, wydającego głos wielki i oddającego ducha Swego w ręce Boga Ojca, wspomóż nas przy końcu życia naszego.

    Wsparcie w godzinie śmierci

    Gdy język nasz nie będzie już mógł Cię wzywać, gdy oczy nasze zamkną się na światło, a uszy nasze na wszystkie świata odgłosy, kiedy nas wszystkie siły opuszczą, wspomnij wtedy, o Matko najmiłosierniejsza, o tych modłach, jakie do Boga w Twej obecności wznosimy, Twojej je polecając dobroci! Wspomóż nas w godzinę niebezpieczeństwa strasznego i racz dusze nasze przedstawić Synowi Twemu Boskiemu, aby za przyczyną Twoją ocalił je od wszelkiego cierpienia i wprowadził do wiekuistego w niebieskiej ojczyźnie spoczynku.

    Prośba o pokutę i przemianę duszy

    O Panno najczystsza! przez te ciężkie westchnienia, które się wyrywały z Twej piersi wezbranej boleścią, gdy przyjmując w Swe ręce Syna ukochanego zdjętego z krzyża, wpatrywałaś się w ciało Jego uwielbione, pokryte ranami i w Oblicze Jego tak przecudnie piękne, a śmiercią tak zeszpecone, spraw, błagamy Cię! abyśmy opłakiwali nasze grzechy, i aby pokuta uleczyła rany tych grzeszników; żeby w chwili, gdy śmierć, ciało nasze przedmiotem wstrętu uczyni dla wszystkich, dusza nasza jaśniejąca pięknością, zasłużyła na przyjęcie jej w objęcia najsłodszego Jezusa Syna Twojego, a Pana naszego. Amen.

    ***

    "Starzec Symeon i Dzieciątko Jezus w świątyni". Ostatni, nieukończony obraz Rembrandta, 1689 r.

    „Starzec Symeon i Dzieciątko Jezus w świątyni”. Ostatni, nieukończony obraz Rembrandta, 1689 r. © fot. Wikicommons

    ***

    W tajemnicy Ofiarowania Pańskiego spełnia się starotestamentowe proroctwo o przybyciu Pana do świątyni (por. Ml 3,1). Starzec Symeon, którego imię oznacza „słuchający”, kieruje prorocze słowa wypowiedziane pod natchnieniem Ducha Świętego: „A Twoją duszę miecz przeniknie — aby na jaw wyszły zamysły serc wielu” (Łk 2,35). W tych tajemniczych słowach widać jak ściśle Boża Matka złączona jest z dziełem zbawienia. Miecz przeszywający serce Maryi – jest po prostu współcierpieniem z Jezusem, a którego szczytem będzie udział Maryi w męce Syna. Maryja stojąca pod krzyżem współuczestniczy w tajemnicy odkupienia. Św. Jan Paweł II tak właśnie interpretuje w Encyklice poświęconej Maryi, że prorocze słowa Symeona stanowią jak gdyby uzupełnienie obietnicy otrzymanej od Archanioła Gabriela: “Słowa Symeona są jakby drugą zapowiedzią dla Maryi, gdyż wskazują na konkretny wymiar historyczny, w którym Jej Syn wypełni swoje posłannictwo, to jest wśród niezrozumienia i w cierpieniu. Jeśli taka zapowiedź potwierdza z jednej strony Jej wiarę w wypełnienie Boskich obietnic zbawienia, to z drugiej strony objawia również, że swoje posłannictwo będzie musiała przeżywać w cierpieniu u boku cierpiącego Zbawiciela i że Jej macierzyństwo pozostanie w cieniu i będzie bolesne”. (Redemptoris Mater, nr 16;)

    Tak więc — kontynuuje Ojciec Święty — Dobra Nowina wiąże się z trudem serca, „jaki związany jest z »ciemną nocą wiary« — używając słów św. Jana od Krzyża — jakby z »zasłoną«, poprzez którą wypada przybliżać się do Niewidzialnego i obcować z tajemnicą. W taki też sposób Maryja przez wiele lat obcuje z tajemnicą swego Syna i idzie naprzód w swojej pielgrzymce wiary…” (RM, 17). I nie może być inaczej, ponieważ Ojca nie zna nikt inny, jak tylko Syn (por. Mt 11,27), tak że „nawet Ta, której najpełniej została objawiona tajemnica Jego Boskiego synostwa, Matka, z tajemnicą tą obcowała tylko przez wiarę” (RM, 17). W sposób najbardziej bolesny doświadczy tej „nocy wiary” oczywiście pod krzyżem, bo kiedy słucha proroctwa Symeona i je zapamiętuje, nie wie jeszcze, w jaki sposób jego słowa się wypełnią: „śmiertelny miecz przeniknie Jej życie, gdy włócznia centuriona przebije Jego serce. Jeszcze nie rozumie, co oznacza ten miecz. Każde proroctwo jest ciemne przed spełnieniem” (R. Laurentin). W każdym razie na Golgocie napięcie pomiędzy obietnicą anioła a sposobem jego wypełnienia okaże się największe, noc stanie się wtedy najczarniejsza:

    …stojąc u stóp Krzyża, Maryja jest świadkiem całkowitego, po ludzku biorąc, zaprzeczenia tych słów. Jej Syn kona na tym drzewie jako skazaniec (…) Jakże wielkie, jak heroiczne jest wówczas posłuszeństwo wiary, które Maryja okazuje wobec »niezbadanych wyroków« Boga! (…) Przez tę wiarę Maryja jest doskonale zjednoczona z Chrystusem w Jego wyniszczeniu (…) U stóp Krzyża, Maryja uczestniczy przez wiarę we wstrząsającej tajemnicy tego wyniszczenia. Jest to chyba najgłębsza w dziejach człowieka „kenoza” wiary. Przez wiarę Matka uczestniczy w śmierci Syna — a jest to śmierć odkupieńcza (RM, 18).

    Proroctwo Symeona, w którym słowa dotyczące roli Maryi następują zaraz po przepowiedni dotyczącej misji Jezusa, nieprzypadkowo łączą się w jedną całość. Maryi dane będzie od początku aż do końca trwać przy Chrystusie przez wiarę, pomimo miecza przenikającego Jej duszę. W ten sposób Maryja współuczestniczy w misterium dokonującego się Odkupienia.

    Kościół ogłosił już cztery dogmaty dotyczące Bożej Matki: o Boskim macierzyństwie Maryi, o Jej wiecznym dziewictwie, o Niepokalanym Poczęciu oraz o Wniebowzięciu Najświętszej Maryi Panny. W niedługim już czasie, wyznaczonym przez Ducha Świętego, będzie ogłoszony kolejny dogmat – współodkupicielstwo Matki Boga. To przeświadczenie jest bardzo mocno obecne w wypowiedziach wielu świętych pochodzących z kręgów pierwszych uczniów św. Ignacego Loyoli oraz św. Alfonsa de Liguoriego. W naszych czasach mówili o niej św. Maksymilian Kolbe i św. Jan Paweł II, papież Pius XI i Pius XII, a także bł. kard. Stefan Wyszyński, który proponował ogłoszenie tego dogmatu na Soborze Watykańskim II. W oficjalnym nauczaniu św. Jan Paweł II nawiązał do współodkupicielstwa Maryi siedem razy. Ten temat podejmował również sługa Boży ks. Dolindo Ruotolo.

    ***

    Liturgiczne święta Matki Bożej idą zwykle równolegle ze świętami Pana Jezusa. Tak więc Kościół obchodzi: Boże Narodzenie (25 XII) i Narodzenie Najświętszej Maryi (8 IX), Ofiarowanie Chrystusa w świątyni (2 II) i Ofiarowanie Maryi (21 XI), Wielki Piątek i wspomnienie Matki Bożej Bolesnej (15 IX), Wniebowstąpienie Pana Jezusa i Wniebowzięcie Maryi (15 VIII), Serca Pana Jezusa i Serca Maryi (dzień później), Chrystusa Króla (w ostatnią niedzielę przed Adwentem) i Maryi Królowej (22 VIII).



    O Sercu Maryi jako pierwszy pisze św. Łukasz (Łk 2, 19. 51). Pierwsze ślady kultu Serca Maryi napotykamy już w XII w. I tak o Sercu Maryi wspominają: św. Azelm (+ 1109), jego uczeń Eudmer (+ 1124), Hugo od św. Wiktora (+ 1141), św. Bernard (+ 1153), św. Herman Józef (+ 1236), św. Bonawentura (+ 1274), św. Albert Wielki (+ 1280), Tauler (+ 1361), bł. Jakub z Voragine (+ 1298), św. Mechtylda (+ 1299), św. Gertruda Wielka (+ 1303), św. Brygida Szwedzka (+ 1373) i inni.
    Na wielką skalę kult Serca Maryi rozwinął św. Jan Eudes (1601-1680). Kult, który szerzył, nosił nazwę Najświętszego Serca Maryi lub Najsłodszego Serca Maryi. Jak wiemy, łączył go ze czcią Serca Pana Jezusa. Odtąd powszechne są obrazy Serca Jezusa i Serca Maryi. Najwięcej jednak do rozpowszechnienia czci Serca Maryi przyczynił się ks. Geretes, proboszcz kościoła Matki Bożej Zwycięskiej w Paryżu. W roku 1836 założył on bractwo Matki Bożej Zwycięskiej, mające za cel nawracanie grzeszników przez Serce Maryi. W roku 1892 bractwo liczyło 20 milionów członków.
    W objawieniu “cudownego medalika Matki Bożej Niepokalanej”, jakie otrzymała w roku 1830 św. Katarzyna Laboure, są umieszczone dwa Serca: Jezusa i Maryi. Św. Antoni Maria Klaret (+ 1870) Niepokalane Serce Maryi ustanowił Patronką swojego zgromadzenia. Co więcej, Serce Niepokalane Maryi umieścił w herbie tegoż zakonu.



    W wieku XIX rozpowszechniło się nabożeństwo do Niepokalanego Serca Maryi dla podkreślenia przywileju Jej Niepokalanego Poczęcia i wszystkich skutków, jakie ten przywilej na Maryję sprowadził. To nabożeństwo w ostatnich dziesiątkach lat stało się powszechne. Początek temu nabożeństwu dało ogłoszenie dogmatu o Niepokalanym Poczęciu Maryi przez papieża Piusa IX w roku 1854, jak też objawienia Matki Bożej w Lourdes (1858). Najbardziej jednak przyczyniły się do tego głośne objawienia Matki Bożej w Fatimie w roku 1917.Dnia 13 maja 1917 roku, kiedy dzieci: Łucja (lat 10), jej cioteczny brat Franciszek (lat 9) i Hiacynta (siostra Franciszka, lat 7) w odległości 3 km od Fatimy pasły swoje owce, ujrzały nagle silny błysk ognia jakby potężnej błyskawicy, który powtórzył się dwa razy. Zaniepokojone dzieci zaczęły zabierać się do domu ze swymi owcami. Ujrzały nagle na dębie postać Matki Bożej i usłyszały Jej głos: “Nie bójcie się, przychodzę z nieba. Czy jesteście gotowe na wszelkie cierpienia i pokuty, aby sprawiedliwości Bożej zadośćuczynić za grzechy, jakie Jego Majestat obrażają? Jesteście gotowe nieść pociechę memu Niepokalanemu Sercu?” W imieniu trojga odpowiedziała najstarsza Łucja: “Tak jest, bardzo tego chcemy”. Matka Boża poleciła dzieciom, aby przychodziły na to samo miejsce co miesiąc 13 każdego miesiąca.
    Dzieci wzięły sobie głęboko do serca polecenie z nieba i zadawały sobie w tym czasie najrozmaitsze pokuty i cierpienia na wynagrodzenie Panu Bogu za grzechy ludzkie. W czerwcu Łucja usłyszała od Maryi: “Moje Serce Niepokalane chciałoby Panu Bogu składać dusze odkupione, jako kwiaty przed Jego tronem”. W lipcu Maryja powiedziała: “Musisz ofiarować się za grzechy. Kiedy to będziesz czynić, powtarzaj: «O Jezu, czynię to z miłości dla Ciebie i za nawrócenie grzeszników w łączności z Niepokalanym Sercem Maryi»”. Matka Boża pokazała też dzieciom piekło, a w nim wiele dusz potępionych, aby wzbudzić w nich grozę i tym większe pragnienie ratowania grzeszników od ognia wiecznego. Zażądała także z tej okazji, aby w każdą pierwszą sobotę miesiąca była przyjmowana Komunia święta wynagradzająca. W końcu poleciła: “Gdy będziecie odmawiać różaniec, to na końcu dodajcie: – O Jezu, strzeż nas od grzechu i zachowaj nas od ognia piekielnego, wprowadź wszystkie dusze do nieba, a zwłaszcza te, które wyróżniały się szczególnym nabożeństwem do Niepokalanego Serca Maryi”.
    10 grudnia 1925 roku Matka Boża pojawiła się siostrze Łucji, pokazała jej swoje Serce otoczone cierniami i powiedziała: “Spójrz, córko moja, na to Serce otoczone cierniami, którymi ludzie niewdzięczni Mnie ranią. (…) Ty przynajmniej staraj się Mnie pocieszać i oznajmij w moim imieniu, że przybędę w godzinę śmierci z łaskami potrzebnymi do zbawienia tym wszystkim, którzy w pierwsze soboty pięciu następujących po sobie miesięcy wyspowiadają się, przyjmą Komunię świętą, odmówią różaniec, towarzyszyć Mi będą przez 15 minut w rozważaniu tajemnic różańca świętego w intencji wynagrodzenia”.
    Episkopat Polski wyprosił u Stolicy Apostolskiej przywilej odprawiania w każdą pierwszą sobotę miesiąca (za wyjątkiem sobót uprzywilejowanych liturgicznie) Mszy świętej o Niepokalanym Sercu Maryi. Warto z tego przywileju korzystać i nadać nabożeństwu odpowiednią oprawę. We wszystkie inne zwykłe soboty można odprawiać Mszę świętą wotywną o Najświętszej Maryi Pannie.



    13 października 1942 roku, w 15. rocznicę zakończenia objawień fatimskich, papież Pius XII drogą radiową ogłosił całemu światu, że poświęcił rodzaj ludzki Niepokalanemu Sercu Maryi. Polecił także, aby uczyniły to poszczególne kraje w swoim zakresie. Pierwsza uczyniła to Portugalia z udziałem prezydenta państwa. Polska była wówczas pod okupacją hitlerowską. Prymas Polski, kardynał August Hlond w obecności całego Episkopatu Polski i około miliona pielgrzymów uczynił to 8 września 1946 r. na Jasnej Górze przed obrazem Matki Bożej Częstochowskiej. Papież Pius XII wysłał z tej okazji osobny list gratulacyjny do Polski (23 grudnia 1946 r.). Jak widać, objawienia fatimskie ukierunkowały kult Serca Maryi do czci Jej Serca Niepokalanego. Nadto nadały mu charakter wybitnie ekspiacyjny, w czym bardzo upodobnił się do kultu Serca Pana Jezusa, propagowanego w objawieniach danych św. Małgorzacie Marii Alacoque.Samo święto Serca Maryi zapoczątkował św. Jan Eudes już w roku 1643. Wyznaczył je dla swoich rodzin zakonnych na dzień 8 lutego. On to ustanowił zakon pod wezwaniem Serc Jezusa i Maryi (kongregacja eudystów), ustalił odpowiednie pozdrowienie codzienne wśród współbraci tego zakonu i napisał teksty liturgiczne: mszalne i brewiarzowe na dzień święta. Wiemy także, że św. Jan Eudes pierwszy napisał dziełko na temat kultu Serca Maryi. Ukończył je przed samą swoją śmiercią w roku 1680. Wydane zostało drukiem w roku 1681. Papież Pius VII (+ 1823) zatwierdził święto Najświętszego Serca Maryi dla niektórych diecezji i zakonów jako święto lokalne. Papież Pius IX (+ 1878) zatwierdził teksty Mszy świętej dla tego święta i oficjum brewiarza. Dla całego Kościoła święto Niepokalanego Serca Maryi wprowadził papież Pius XII dnia 4 maja 1944 roku. Posoborowa reforma liturgiczna przesunęła je na sobotę po uroczystości Najświętszego Serca Jezusowego.
    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Biblijne pojęcie „serca” wymyka się obrazom i słowom. Serce to, mówiąc najprościej, wnętrze człowieka, jego skarbiec.

    reprodukcja – Henryk Przondziono/Gość Niedzielny

    ***

    Spotykam je na każdym kroku. Popularne od początku XX wieku oleodruki na dobre trafiły pod strzechy i na blokowiska. Co więcej, mam wrażenie, że dziś odkurzone przeżywają swój renesans.

    Popularny jest również inny wizerunek – „od siedmiu boleści”. Nawiasem mówiąc, to ciekawe, że w języku polskim określenie to nabrało wybitnie pejoratywnego znaczenia. Artyści przedstawiali cierpienia Maryi, malując lub rzeźbiąc Jej serce przekłute mieczami symbolizującymi konkretne grzechy, które, używając słów biblijnego starca Symeona, „przeszywają Jej duszę”.

    Skarbiec

    Na początek ważna uwaga: biblijne pojęcie „serca” wymyka się obrazom i słowom. To dlatego przez wieki artyści mieli problem z przedstawieniem serca Maryi. Malowali organ, którym zajmują się kardiolodzy, a przecież nie chodzi o narząd układu krwionośnego, którego zadaniem jest pompowanie krwi, ale o szeroko rozumianą przestrzeń wnętrza. Dziś, znając dokonania neurobiologii, wiązalibyśmy tę rzeczywistość raczej z ludzkim mózgiem. To „centrum dowodzenia”, podejmowania decyzji („Natan powiedział do króla: »Uczyń wszystko, co zamierzasz w sercu«”), źródło myśli („Pan spełni pragnienia serca”), czynów. Można je również utożsamić z sumieniem. Paweł wyjaśnia: „W prostocie serca, a nie według mądrości doczesnej, lecz według łaski Bożej postępowaliśmy na tym świecie” (2 Kor 1,12). Serce to, mówiąc najprościej, wnętrze człowieka, jego skarbiec: „Z obfitości serca mówią usta. Dobry człowiek wydobywa z dobrego skarbca dobre rzeczy” (Mt 12,34). Znany ze swej mądrości król Salomon wyjaśniał: „Zważaj na moje słowa, przechowuj je pilnie w swym sercu” (Prz 4,23).

    Słowa te wyjaśniają źródło kultu Niepokalanego Serca Maryi, która, jak czytamy w Ewangelii, przejęła się do żywego słowami Księgi Przysłów i, jak zanotował Łukasz, „zachowywała wszystkie te sprawy i rozważała je w swoim sercu” (Łk 2,19).

    Serce przy sercu

    Kulty Serca Jezusowego i Niepokalanego Serca Maryi rozwijały się w tym samym czasie. Pierwsze wzmianki o kulcie Serca Niepokalanej znajdziemy już w XII wieku. Wspominała o nim między innymi urodzona w 1303 r. na zamku w Finstad św. Brygida – wywodząca się z rządzącej Szwecją rodziny królewskiej Folkungarów mistyczka, niezwykle krytyczna wobec kierunku, w jakim podążał zakon krzyżacki, piętnująca hipokryzję braci w białych płaszczach i upominająca ich w ostrych słowach: „Zapominacie o Królestwie Niebieskim, a przywiązujecie się do ziemskiego państwa. To się na was zemści”.

    Najbardziej znanym hymnem opisującym cierpienia Najpiękniejszej Córki Izraela jest pieśń Stabat Mater dolorosa, iuxta crucem lacrimosa. Jej autor, franciszkański mistyk Jacopone da Todi, był obok Dantego najwybitniejszym przedstawicielem średniowiecznej poezji włoskiej i twórcą kilkudziesięciu laud. Święty Bernard z Clairvaux wołał: „O błogosławiona Dziewico! Otwórz Twoje serce dla wiary, usta wyznaniu, a łono Zbawicielowi. Oto upragniony przez wszystkie narody stoi z zewnątrz i kołacze do drzwi Twoich”.

    W otchłani miłości

    Liturgiczne święto zapoczątkował w 1643 r. św. Jan Eudes, okrzyknięty „apostołem kultu Serca Jezusa i Maryi”. Urodził się 14 listopada 1601 r. w Normandii. Jako 22-latek wstąpił do Oratorium Jezusa, a po święceniach kapłańskich niósł pomoc ofiarom dziesiątkującej kraj zarazy. Przez 44 lata był wędrownym kaznodzieją. Prowadził aż 110 misji, przemierzając Normandię, Bretanię i Burgundię, a w swych płomiennych kazaniach wiele miejsca poświęcał Sercom Jezusa i Maryi. To on uzyskał u poszczególnych biskupów zezwolenia na celebrowanie święta Serca Jezusa i Serca Maryi oraz ułożył do Mszy św. i brewiarza osobne czytania i hymny. W zakonach, które założył, pozdrawiano się: „Zdrowaś, Serce Najświętsze! Zdrowaś, Najukochańsze Serce Jezusa i Maryi!”. Zmarł w Caen w 1680 r., a na ołtarze wyniósł go po 229 latach Pius X.

    „Jego droga świętości była oparta na niezachwianej ufności w miłość, objawioną przez Boga ludzkości w kapłańskim Sercu Chrystusa i w macierzyńskim Sercu Maryi. W czasach okrucieństwa, zaniku życia duchowego zwracał się do serc, przemawiając słowami Psalmów, trafnie zinterpretowanych przez św. Augustyna. Na serce chciał zwrócić uwagę poszczególnych osób, zwykłych ludzi, a zwłaszcza przyszłych kapłanów, ukazując kapłańskie serce Chrystusa i macierzyńskie serce Maryi. Każdy kapłan powinien być świadkiem i apostołem tej miłości serca Chrystusa i Maryi” – przypomniał Benedykt XVI, dodając: „Święty Jan Eudes wzywa kapłanów: »Oddajcie się Jezusowi, by wejść w niezmierzone przestrzenie Jego wielkiego Serca, obejmującego Serce Jego Świętej Matki i wszystkich świętych, i by zatracić się w tej otchłani miłości, miłosierdzia, pokory, czystości, cierpliwości, poddania się i świętości«”

    Jak na drożdżach

    Nabożeństwo do Niepokalanego Serca Maryi zaczęło dynamicznie rozpowszechniać się na Starym Kontynencie w XIX wieku. Nic dziwnego. Było ono ściśle związane z ogłoszeniem dogmatu o Niepokalanym Poczęciu Maryi. Niezwykle ważny był kontekst historyczny. Pontyfikat Piusa IX, który trwał aż 31 lat, przypadł na czas gwałtownych politycznych zawirowań, gdy Włochy wrzały, a dotychczasowe instytucje legły w gruzach. To ten papież w 1870 roku, gdy wojska włoskie przedarły się przez mury Rzymu i uznały to miasto za część nowego państwa, ogłosił się „więźniem Watykanu” i aż do śmierci (po ośmiu latach) nie opuścił okolic bazyliki świętego Piotra. Pius IX nadał charakterystyczny rys kultowi maryjnemu, „odkrył na nowo” pochodzący z przełomu XIV i XV wieku obraz Matki Bożej Nieustającej Pomocy i po wiekach ukrycia w kaplicy augustianów nakazał przenieść go uroczyście do kościoła redemptorystów, a w 1866 roku nadał mu papieskie korony. On również rozpowszechnił słynne nabożeństwo majowe, zatwierdzając jego obowiązującą do dziś formę.

    Popularność nabożeństw do Niepokalanego Serca Maryi ściśle wiąże się również z XIX-wiecznymi objawieniami. W Lourdes Maryja na pytanie, kim jest Piękna Pani, miała odpowiedzieć: Que soy era Immaculada Councepciou – „Ja jestem Niepokalanym Poczęciem”. Bernadeta Soubirous zapamiętała te słowa, nie mając pojęcia o tym, że cztery lata wcześniej, 8 grudnia 1854 roku, Pius IX uroczyście ogłosił dogmat o Niepokalanym Poczęciu. Kultowi pomogły również wcześniejsze objawienia w alpejskiej wiosce La Salette, gdzie Maryja ukazała się jeden jedyny raz – 19 września 1846 roku, a 15-letnia Melania Calvat i 11-letni Maksymin Giraud ujrzeli, jak płakała.

    Prawdziwą eksplozję popularności tej formy nabożeństw zawdzięczamy jednak objawieniom w zabitej dechami portugalskiej wiosce. Czy Kasia Sobczyk, śpiewająca: „Trzynastego nie liczy się strat”, myślała o objawieniach fatimskich?

    Szczęśliwa trzynastka

    Gdy w 1917 roku w nikomu nieznanej dolinie Cova da Iria objawiła się Maryja, oznajmiając słowa, które miały wstrząsnąć Kościołem, Łucja miała dziesięć lat, Franciszek dziewięć, a Hiacynta siedem. Nigdy nie wytknęli nosa poza swą wioskę. Łucja usłyszała, że „grzechy niewdzięcznych ranią Niepokalane Serce Maryi”; „Moje Serce Niepokalane chciałoby Panu Bogu składać dusze odkupione, jako kwiaty przed Jego tronem”. 10 grudnia 1925 r. Maryja miała ukazać się jej, pokazując swe oplecione cierniami serce („Spójrz, córko moja, na to Serce otoczone cierniami, którymi ludzie niewdzięczni Mnie ranią”). Prosiła wówczas o zadośćuczynienie przez odprawienie nabożeństwa kolejnych pięciu pierwszych sobót miesiąca. Niebawem doszła do nich praktyka tzw. nabożeństw fatimskich, które trzynastego dnia każdego miesiąca skupiały w kościołach coraz większe rzesze wiernych.

    Forma ta znakomicie przyjęła się na polskim gruncie. Pamiętam ogłoszenie na krośnieńskim dworcu PKS: „Uwaga podróżni! W każdą pierwszą sobotę miesiąca, od 1 maja do października, PKS w Krośnie S.A. organizuje wyjazd na nabożeństwo fatimskie do Miejsca Piastowego”.

    13 maja 1930 r., 13 lat po rozpoczęciu objawień, Kościół potwierdził ich wiarygodność, a Portugalia jako pierwsza dokonała uroczystego poświęcenia kraju Niepokalanemu Sercu Maryi. Wierni kraju „trzech F” (fado, futbol, Fatima) wierzą, że dzięki temu ominęła ich krwawa rewolucja komunistyczna niszcząca sąsiednią Hiszpanię, a kraj do końca II wojny zdołał zachować neutralność.

    Rosja i triumfujące serce

    Dlaczego kult Serca Niepokalanej stał się tak popularny nad Wisłą? Odpowiedzi udzielił mi niedawno ks. Marcin Modrzyński: – Jan Paweł II powiedział, że my, Polacy, mamy charyzmat maryjny. To ciekawe, bo nie ma takiego charyzmatu na „oficjalnej liście”. On odczytywał naszą miłość do Maryi jako rodzaj daru dla całego Kościoła.

    To on 25 marca 1984 roku poświęcił świat Niepokalanemu Sercu Maryi. 39 lat wcześniej, podczas konferencji plenarnej Konferencji Episkopatu Polski, zapadła decyzja o poświęceniu Niepokalanemu Sercu Maryi narodu polskiego. Na centralne uroczystości na Jasnej Górze, do których biskupi przygotowywali się przez dwudniowe rekolekcje, ściągnęły z całego kraju nieprzebrane tłumy. 8 września 1946 r. z wałów popłynęły słowa: „Niepokalana Dziewico, Przeczysta Matko Boga! (…) Tobie, Twemu Niepokalanemu Sercu, poświęcamy siebie, cały naród i wskrzeszoną Rzeczpospolitą, obiecując Ci wierną służbę, zupełne oddanie oraz cześć dla Twych świątyń i ołtarzy”.

    W medialnym krwiobiegu hasło „Serce Maryi” często wybrzmiewa w kontekście geopolitycznym. Związane jest z fatimską obietnicą, że „na końcu Rosja się nawróci, a moje Niepokalane Serce zatriumfuje”. 13 października 1942 roku Pius XII drogą radiową ogłosił całemu światu, że poświęcił rodzaj ludzki Niepokalanemu Sercu Maryi. On też 4 maja 1944 r. rozszerzył święto Niepokalanego Serca Maryi na cały Kościół.

    Po agresji Rosji na Ukrainę, 25 marca 2022 r., podczas celebracji pokutnej w bazylice św. Piotra, Franciszek poświęcił oba te kraje Niepokalanemu Sercu Maryi. Modlił się wówczas: „Tak wiele razy doświadczyliśmy Twojej opatrznościowej czułości, Twojej obecności, która przywraca nam pokój, ponieważ Ty zawsze prowadzisz nas do Jezusa, Księcia Pokoju. My jednak zgubiliśmy drogę do pokoju. Zapomnieliśmy o nauce płynąc​ej z tragedii minionego wieku, o poświęceniu milionów poległych podczas wojen światowych. Staliśmy się chorzy z chciwości, zamknęliśmy się w nacjonalistycznych interesach, pozwoliliśmy, by sparaliżowały nas obojętność i egoizm. A teraz ze wstydem mówimy: przebacz nam”.

    Marcin Jakimowicz/Gość Niedzielny

    ______________________________________________________________________________________________________________

    23 CZREWCA – XII NIEDZIELA ZWYKŁA ROK B

    ADORACJA NAJŚWIĘTSZEGO SAKRAMENTU/SPOWIEDŹ ŚWIĘTA – OD GODZ. 13.30

    MSZA ŚWIĘTA O GODZ. 14.00

    „Gdyby ludzie znali wartość Eucharystii, służby porządkowe musiałyby kierować ruchem”.

    (św. Matka Teresa z Kalkuty)

    _________________________________________________________

    PO MSZY ŚWIĘTEJ, KIEDY ZACZYNA SIĘ GODZINA BOŻEGO MIŁOSIERDZIA – MODLIMY SIĘ KORONKĄ, KTÓREJ SŁOWA SAM PAN JEZUS PODYKTOWAŁ ŚW. FAUSTYNIE W WILNIE, 13-14 WRZEŚNIA 1935 ROKU, JAKO PRZEBŁAGANIE I UŚMIERZENIE GNIEWU BOŻEGO (Dz.474-476).

    Obraz Jezusa Miłosiernego/Eugeniusz Kazimirowski/fot. Wikipedia

    ***

    Obietnice, jakie Jezus złożył modlącym się Koronką do Bożego Miłosierdzia

    Koronka do Bożego Miłosierdzia to modlitwa, jaką Jezus podyktował św. siostrze Faustynie. W “Dzienniczku” zapisała ona obietnice, jakie Jezus złożył wszystkim odmawiającym tę modlitwę.

    W „Dzienniczku”, w którym św. s. Faustyna zapisywała słowa Jezusa, znajdziemy treść obietnic, jakie Jezus złożył wszystkim modlącym się Koronką do Bożego Miłosierdzia.

    O trzeciej godzinie – mówił Pan Jezus do Siostry Faustyny – błagaj Mojego miłosierdzia, szczególnie dla grzeszników, i choć przez krótki moment zagłębiaj się w Mojej męce, szczególnie w Moim opuszczeniu w chwili konania. Jest to godzina wielkiego miłosierdzia dla świata całego (Dz. 1320).

    Ten, kto odmawia koronkę ofiaruje Bogu Ojcu „Ciało i Krew, Duszę i Bóstwo” Jezusa Chrystusa na przebłaganie za grzechy swoje, bliskich i całego świata, a także jednoczy się z ofiarą Jezusa. Podczas modlitwy odwołuje się do tej miłości, jaką Ojciec niebieski darzy swego Syna, a w Nim wszystkich ludzi.

    W tej modlitwie możemy prosić również o „miłosierdzie dla nas i całego świata”. Tym samym spełniamy uczynek miłosierdzia. Kiedy dodamy do tego podstawę ufności i wypełnimy warunki każdej dobrej modlitwy (pokora, wytrwałość, przedmiot zgodny z wolą Bożą), możemy oczekiwać spełnienia Chrystusowych obietnic. Dotyczą one szczególnie godziny śmierci: łaski nawrócenia i spokojnej śmierci. Dostąpią ich nie tylko osoby, które odmawiają tę koronkę, ale także konający, przy których inni jej słowami modlić się będą.

    12 stycznia 2024 roku minęło już 22 lata od kiedy Polska otrzymała specjalny przywilej. Każdy, kto odmówi Koronkę do Miłosierdzia Bożego i zachowa odpowiednie warunki, otrzyma odpust zupełny. Zezwolenie to było odpowiedzią Stolicy Apostolskiej na prośbę Księdza Kardynała Józefa Glempa, Prymasa Polski i Przewodniczącego Konferencji Episkopatu.

    ________________________________________________________________________

    Koronka do Bożego Miłosierdzia w obozie koncentracyjnym. „Tarcza mocy i nadziei”

    ks. Francieszek Cegiełka SAC /fot. Wikipedia / Obraz Jezusa Miłosiernego, Eugeniusz Kazimirowski fot. domena publiczna, wikipedia,org

    ***

    Wstrząsające świadectwo ks. Franciszka Cegiełki pallotyna. Kapłan w obozie koncentracyjnym w Dachau na skrawku niemieckiej gazety pisał tekst modlitwy Koronką do Miłosierdzia Bożego.

    Tekst Koronki do Miłosierdzia Bożego zaczął rozpowszechniać się w szybkim tempie po śmierci siostry Faustyny, w latach II wojny światowej. Miał w tym udział ks. Michał Sopoćko, spowiednik świętej. To on postarał się o wydanie książeczek z tą modlitwą w Wilnie.

    Koronka do Bożego Miłosierdzia. Wołanie o miłosierdzie w czasie II wojny światowej

    Po śmierci św. siostry Faustyny modlitwa Koronką do Miłosierdzia Bożego była praktykowana przede wszystkim w Zgromadzeniu Matki Bożej Miłosierdzia. Siostry rozdawały także obrazki z tą modlitwą ludziom przychodzącym do furty, wysyłały je także z paczkami do więzień i obozów koncentracyjnych.

    Kiedy nie było możliwości otrzymania obrazka, ludzie przepisywali tekst Koronki ręcznie lub uczyli się jej na pamięć od tych, którzy ją znali.

    Koronka do Bożego Miłosierdzia „tarczą mocy i nadziei” w obozie koncentracyjnym

    Wstrząsające świadectwo dał ks. Franciszek Cegiełka SAC, który w obozie koncentracyjnym w Dachau na skrawku niemieckiej gazety pisał tekst tej modlitwy. W swoim świadectwie napisał, że gdy leżał na pryczy w wysokiej gorączce, przyszedł do niego proboszcz z Krotoszyna ks. Ogrodowski i powiedział:

    Ksiądz na pewno wyzdrowieje, jeśli Ksiądz szerzyć będzie tę Koronkę. Wtedy pytam ks. Ogrodowskiego, skąd Ksiądz zdobył tutaj tę Koronkę? – pisze dalej we wspomnieniu ks. Franciszek Cegiełka SAC – Ano, przez „zugangów”, nowych przybyszów do obozu (…). Z ks. Dominikiem Sierszulskim, będącym wówczas na rewirze obok mnie, zacząłem tę Koronkę odmawiać ze skrawka gazetowego papieru, w łóżku. (…) Koronka do Miłosierdzia Bożego, bardzo znana zwłaszcza wśród księży polskich w Dachau, stała się dla mnie i dla olbrzymiej części więźniów polskich tarczą mocy i nadziei.

    Najbardziej znana modlitwa do Miłosierdzia Bożego

    Po wojnie tekst Koronki do Miłosierdzia Bożego bardzo szybko się upowszechniał w wielu językach, tłumaczony nie tylko na podstawowe języki świata, ale także języki bardzo egzotyczne czy plemienne.

    Koronkę do Miłosierdzia Bożego odmawia się nie tylko w kościołach i kaplicach, w rodzinach zakonnych i różnych wspólnotach, ale także poprzez media katolickie w wielu krajach. Stąd dzisiaj jest to najbardziej znana modlitwa do Miłosierdzia Bożego, przez którą ludzie upraszają wiele łask.

    Stacja7.pl/faustyna.pl

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Sanktuarium Matki Bożej Łaskawej na Mentorelli

    ***

    Sanktuarium Matki Bożej Łaskawej na Mentorelli, jedno z najstarszych miejsc kultu maryjnego w Europie, jest od 1857 roku pod opieką Zgromadzenia Zmartwychwstania Pańskiego. Znajduje się ono w Górach Prenestyńskich na wysokości 1020 metrów npm. w odległości ok. 65 km na wschód od Rzymu. Kościół i klasztor osadzone są na wysuniętej skale na wschodnim stoku góry Guadagnolo (1218 npm.). Rozciąga się stąd niezwykle piękna panorama widokowa, obejmująca obszar kilkudziesięciu kilometrów.

    Sanktuarium Mentorellskie było ulubionym miejscem pielgrzymkowym kardynała Karola Wojtyły w czasie jego pobytów w Rzymie. Modlił się tutaj także na krótko przed rozpoczęciem konklawe, w czasie którego został wybrany Papieżem.  W trzynastym dniu pontyfikatu, 29 października 1978 roku, Jan Paweł II przybył na Mentorellę. Była to jego pierwsza oficjalna pielgrzymka i wizyta duszpasterska, w czasie której wygłosił niezwykle ważne, programowe przemówienie o modlitwie jako pierwszorzędnym zadaniu papieża. Również kardynał Joseph Ratzinger wielokrotnie odwiedzał Sanktuarium, natomiast jako papież Benedykt XVI przybył z wizytą prywatną do Pani Mentorellskiej dnia 29 października 2005 roku.

    Z miejscem tym związana jest historia nawrócenia św. Eustachego w II wieku. Poniósł on wraz z całą rodziną męczeńską śmierć za wiarę w Jezusa Chrystusa. Dwa wieki później cesarz Konstantyn nakazał wybudować na skale świątynię poświęconą Męczennikowi, którą konsekrował Papież Sylwester I. Najprawdopodobniej po koniec VI wieku Mentorella została powierzona benedyktyńskim mnichom z Subiaco. W połowie XII wieku pojawiła się w sanktuarium łaskami słynąca figura Matki Bożej – największy „skarb“ Mentorelli, ukoronowana w 1901 roku przez Kapitułę Watykańską. Benedyktyni opuścili założony przez nich klasztor i sanktuarium pod koniec XIV wieku. Z czasem budynki zaczęły popadać w ruinę i osłabł kult Pani Łaskawej .

    W XVII wieku miejsce to zostało na nowo odkryte przez o. Atanazego Kirchera – niemieckiego jezuitę i naukowca, który był przekonany, że Mentorella należy do dwunastu klaszorów założonych osobiście przez św. Benedykta i że Święty przez dwa lata żył w naturalnej grocie skalnej, znajdującej się na terenie sanktuarium. Ks. Kircher podjął trud przebudowy obiektu oraz ponownego ożywienia pobożności do Matki Bożej Mentorellskiej. Gdy umierał, poprosił, aby jego serce zostało pochowane u stóp cudownej figury. Także Papież Innocenty XIII,  pociągnięty tym przykładem, wyraził wolę, by jego serce zostało złożone w kościele.

    Po kasacie zakonu jezuitów w 1773 roku ponownie osłabło zainteresowanie Mentorellą, które z czasem doprowadziło do degradacji budynków i zaniedbania kultu maryjnego. 3 kwietnia 1857 roku Papież Pius IX powierzył Sanktuarium zmartwychwstańcom, a w roku 1864 przekazał je Zgromadzeniu na wieczystą własność. Stała obecność zakonników i opieka duchowa nad pielgrzymami zaowocowały ożywieniem ruchu pątniczego, a częste wizyty ostatnich Papieży rozsławieniem czci Pani Mentorellskiej.

    www.santuariodellamentorella.jimdo.co

    _________________________________________________________________

    Nie bądź taki ważny – odpocznij

    Zanim odpoczniesz wiecznie, pomyśl o odpoczynku doczesnym. Niech służy wiecznemu.

    Jaki jest szczyt lenistwa? Wstawać o czwartej rano, żeby móc dłużej w ciągu dnia nic nie robić.

    Nie każdy jest skłonny do tak heroicznych postaw w zakresie nicnierobienia, nawet w czasie wakacji – i chwała Bogu, bo nierobienie niczego nie bardzo człowiekowi służy. Służy mu za to odpoczynek, a to co innego. Wielu ludzi, gdy odpoczywa, odczuwa wyrzuty sumienia, że leniuchuje. Inni mają trudności z odróżnieniem lenistwa od odpoczynku. Warto więc sobie uświadomić, że odpoczynek jest nie tylko prawem, ale też moralnym obowiązkiem człowieka.

    Zaharowanie się na śmierć z własnego wyboru nie jest postawą godną pochwały. Praca jest ważna, ale człowiek jest od niej ważniejszy – choć za czasów słusznie minionych władza ludowa widziała to inaczej. Do dziś w Zabrzu stoi pomnik przedstawiający przodownika pracy Wincentego Pstrowskiego. Rębacz dołowy został przez propagandę PRL wyniesiony na piedestał i przedstawiony jako wzór do naśladowania w zakresie przekraczania norm wydobycia. Rzekomo wyrabiał 270 proc. normy, a jego hasłem motywującym innych do roboty było: „Kto zrobi więcej niż ja”. Długo tak nie pociągnął. Gdy po dwóch latach „przodownictwa” zmarł, lud ułożył o nim taką rymowankę: „Wincenty Pstrowski, górnik ubogi, przekroczył normę, wyciągnął nogi”. Gospodarka socjalistyczna ostatecznie także podzieliła jego los. Nie mogło być inaczej – człowiek ma swoje możliwości, a lekceważenie ich nigdy nie prowadzi do dobrych skutków.

    Odpoczynek? Stać cię

    Chrześcijaństwo widzi to w ten sposób – człowiek musi zaufać Bogu w każdym wymiarze, również w zakresie wykonywanej pracy i… powstrzymania się od niej. Czasem to drugie jest nawet trudniejsze od pracy. Gdy napięte terminy gonią i gdy plan pracy wydaje się sypać, niewielu powie: „Dziś niedziela, zaufam Bogu, zrobię to jutro”. Niewielu jest też chętnych, żeby dobrowolnie zrezygnować z miraży niedzielnego zysku, gdy stoją przed wyborem: zamknąć dziś sklep czy handlować? „Nie stać mnie na odpoczynek” – mówią ludzie wpatrzeni w słupki przychodów i rozchodów, niepomni słów Jezusa: „Nie troszczcie się”. I choć system gospodarczy jest dziś inny niż za komunizmu, oni wciąż harują jak Pstrowski. Gdybyż uwierzyli, że to naprawdę Bóg jest Panem wszelkiego powodzenia, o czym zapewnia przez psalmistę: „Jeżeli Pan domu nie zbuduje, na próżno się trudzą ci, którzy go wznoszą. Jeżeli Pan miasta nie ustrzeże, strażnik czuwa daremnie. Daremnym jest dla was wstawać przed świtem, wysiadywać do późna – dla was, którzy jecie chleb zapracowany ciężko; tyle daje On i we śnie tym, których miłuje” (Ps 127). Tę biblijną prawdę oddaje ludowe porzekadło „Niedzielna praca wniwecz się obraca”.

    Związek z Bogiem

    To zaskakujące, jak silny akcent kładzie Bóg w Starym Testamencie na ten szczególny odpoczynek, jaki ma nastąpić po sześciu dniach pracy. Księga Rodzaju podaje motywację: „A gdy Bóg ukończył w dniu szóstym swe dzieło, nad którym pracował, odpoczął dnia siódmego po całym swym trudzie, jaki podjął. Wtedy Bóg pobłogosławił ów siódmy dzień i uczynił go świętym; w tym bowiem dniu odpoczął po całej swej pracy, którą wykonał, stwarzając” (Rdz 2,2-3). Bóg się oczywiście nie męczy, ale nie to jest istotą tej informacji, lecz fakt, że odpoczynek szabatu ma mocny związek z Bogiem. I to, że aby odpocząć tak, jak chce Bóg, trzeba wiary. „Przeto zachowujcie szabat, który winien być dla was świętością. I ktokolwiek by go znieważył, będzie ukarany śmiercią, i każdy, kto by wykonywał pracę w tym dniu, będzie wykluczony ze swojego ludu” – czytamy w Księdze Wyjścia (Wj 31,14).

    Jezus wyjaśnił, że nie można traktować tego przepisu bezdusznie, bo „szabat jest dla człowieka, a nie człowiek dla szabatu” – dziś jednak mamy problem nie tyle z faryzejską skrupulatnością w wypełnianiu litery wypoczynku niedzielnego, ile w ogóle ze zrozumieniem sensu tego wypoczynku. „Ten dzień jest wam dany na modlitwę i odpoczynek. Jest dniem, który Pan uczynił. Radujmy się w nim i weselmy” – mówi anonimowy autor w starożytnym tekście Sermo de die dominica. Sobór Watykański II w konstytucji Gaudium et spes wyjaśnia, że ustanowienie niedzieli przyczynia się do tego, by „wszyscy korzystali z wystarczającego odpoczynku i czasu wolnego, który mogliby poświęcić życiu rodzinnemu, kulturalnemu, społecznemu i religijnemu”.

    Ostatecznie chodzi więc o to, żeby odpoczynek pozwalał człowiekowi odnaleźć siebie jako człowieka właśnie, a nie jako maszynę do zarabiania pieniędzy. I o to, żeby człowiek zauważył cel, dla którego w ogóle pracuje, żeby dostrzegł ludzi, którzy są wokół niego – przede wszystkim swoich bliskich. Odpoczynek ma człowieka odświeżyć nie tylko zewnętrznie.

    Znów począć

    Norwid powiedział kiedyś: „Od-począć to znaczy począć na nowo”. Do tych słów nawiązał w 1979 r. Jan Paweł II. „Otóż duchowy odpoczynek człowieka (…) musi prowadzić do odnalezienia i wypracowania w sobie owego nowego stworzenia, o którym pisze św. Paweł. Droga do tego wiedzie przez słowo Boże odczytywane i celebrowane z wiarą i miłością, poprzez uczestnictwo w sakramentach, a nade wszystko w Eucharystii. Droga do tego wiedzie przez zrozumienie i realizację wspólnoty, czyli komunii z ludźmi, która rodzi się z Komunii z Chrystusem, z Eucharystii. Droga do tego wiedzie także przez zrozumienie i realizację ewangelicznej służby, czyli diakonii” – mówił święty papież. Mowa tu o odpoczynku duchowym. Pytanie jednak, czy można naprawdę odpocząć bez odpowiedniego odniesienia do spraw duchowych. One w przypadku nas, chrześcijan, towarzyszą wszystkiemu, zgodnie z Pawłowym wezwaniem: „Czy jecie, czy pijecie, czy cokolwiek innego czynicie, wszystko na chwałę Bożą czyńcie”. Dodać więc można: „czy odpoczywacie”. Jezus też w tym jest i dostrzega konkretne ludzkie zmęczenie wynikające z przepracowania. Marek Ewangelista notuje słowa Jezusa, wypowiedziane do uczniów: „Pójdźcie wy sami osobno na miejsce pustynne i wypocznijcie nieco”. I dodaje od siebie: „Tak wielu bowiem przychodziło i odchodziło, że nawet na posiłek nie mieli czasu” (Mk 6,31).

    Jezus nie hoduje pracoholików, nie wymaga wyrobienia podwójnej normy. Skoro jest tylu ludzi, że nie ma czasu zjeść, to trzeba ten czas znaleźć. Nie zawsze można usunąć się na „miejsce pustynne”, ale gdy można, to trzeba to zrobić – w imię miłości bliźniego. Do tego służą nasze wakacje i urlopy, które należy w miarę możliwości wykorzystać na odnowienie sił. Bo człowiek przepracowany niekoniecznie dobrze posłuży bliźniemu i samemu sobie, co jest zgodne z nieco żartobliwym powiedzeniem, że „łaska Boża bazuje na naturze najedzonej i wyspanej”.

    Jarzmo wytchnienia

    Powyższej dewizy nie należy traktować w sposób absolutny, bo są sytuacje, w których nawet senność i zmęczenie nie zwalniają z obowiązku dalszego czuwania. „Obowiązki rodzinne lub ważne zadania społeczne stanowią słuszne usprawiedliwienie niewypełnienia nakazu odpoczynku niedzielnego. Wierni powinni jednak czuwać, by uzasadnione powody nie doprowadziły do nawyków niekorzystnych dla czci Boga, życia rodzinnego oraz zdrowia” – mówi Katechizm Kościoła Katolickiego.

    Klucz do rozpoznania „uzasadnionych powodów” daje św. Augustyn: „Umiłowanie prawdy szuka czasu wolnego, a potrzeba miłości podejmuje uzasadnioną pracę”. Są sytuacje, w których miłość nie pozwala spać. Taka właśnie sytuacja przydarzyła się apostołom w Ogrodzie Oliwnym w czasie, gdy Jezus, pozbawiony wsparcia ich modlitwy, pocił się aż do krwi. „Gdy przyszedł po raz trzeci, rzekł do nich: »Śpicie dalej i odpoczywacie? Dosyć! Przyszła godzina, oto Syn Człowieczy będzie wydany w ręce grzeszników«” – czytamy w Ewangelii według św. Marka. To jednak rzecz wyjątkowa, która – mimo chwilowego dyskomfortu – ostatecznie i tak miała prowadzić uczniów do prawdziwego odpoczynku przy Sercu Jezusa. To o takim odpoczynku mówi sam Jezus: „Przyjdźcie do Mnie wszyscy, którzy utrudzeni i obciążeni jesteście, a Ja was pokrzepię. Weźcie moje jarzmo na siebie i uczcie się ode Mnie, bo jestem cichy i pokorny sercem, a znajdziecie ukojenie dla dusz waszych. Albowiem jarzmo moje jest słodkie, a moje brzemię lekkie” (Mt 11,28-29).

    Takiego najgłębszego odpoczynku doświadcza każdy, kto ryzykuje zaufanie słowu Jezusa i podejmuje Jego jarzmo. Jarzmem tym bywają różne rzeczy, ale zawsze sprowadzają się do konieczności zaufania, że Bóg wie lepiej. Lepiej wie o naszych ograniczeniach, lepiej wie, że nie jesteśmy samowystarczalni i że największy wysiłek nie jest w stanie zapewnić nam pomyślności. Wie wreszcie, czym jest prawdziwa pomyślność. Chce naszego dobra również wtedy, gdy wbrew naszym troskom oczekuje od nas podjęcia odpoczynku. Taki odpoczynek uświadamia nam, że nie jesteśmy tacy ważni i gdy czegoś nie zrobimy, świat się nie tylko nie zawali, ale wręcz będzie funkcjonował lepiej. Podjęcie takiego odpoczynku staje się swoistym aktem wiary, a przez to prowadzi do zbawienia. Mówi o tym autor Listu do Hebrajczyków. „Wchodzimy istotnie do odpoczynku my, którzy uwierzyliśmy. (…) Kto bowiem wszedł do Jego odpoczynku, odpocznie po swych czynach, jak Bóg po swoich” (Hbr 4,3.10).

    I o to w doczesnym odpoczynku chodzi – powinien być taki, żeby prowadził do wiecznego odpoczynku.•

    Franciszek Kucharczak/Gość Niedzielny

    ______________________________________________________________________________________________________________

    fot. Freepik

    ***

    Jak wyjaśnić dziecku czym są sakramenty?

    Spowiedź, Komunia Święta – jak wytłumaczyć dziecku, czym są te sakramenty? O tym w rozmowie z Pawłem Krzemińskim opowiadają Anna Hazuka i Aneta Liberacka, współautorki “Modlitewnika dla dzieci”.

    Aneta Literacka, redaktor naczelna portalu Stacja7, mama czwórki dorosłych dzieci oraz Anna Hazuka, dziennikarka, coach i mama piątki dzieci gościły w audycji Nocne Światła w Radiu Plus. 

    Autorki “Modlitewnika dla dzieci”, który ukazał się nakładem Wydawnictwa Stacja7, w rozmowie z gospodarzem programu, red. Pawłem Krzemińskim wzięły pod lupę wyzwanie: jak skutecznie zachęcić dzieci do modlitwy.

    Jak zrozumieć sakramenty. Wyzwanie nie tylko dla dzieci

    Paweł Krzemiński: Dużym wyzwaniem dla rodziców jest pokazanie żywego Boga obecnego w znakach, tj. mistagogia dla dzieci, czyli nauka o sakramentachJak wytłumaczyć dzieciom, że Bóg jest namacalnie obecny właśnie w tych konkretnych znakach? Dla dziecka to może być duży problem. 

    Anna Hazuka: Ja sobie myślę, że to też dla dorosłego jest problem. Mam zawsze takie poczucie, kiedy podchodzimy do prawd wiary, do tajemnic wiary, żeby wprost powiedzieć dziecku: “ja też tego nie rozumiem”. To nie jest tak, że w którymś momencie zrozumiesz, jak to się dzieje, albo zrozumiesz, co się dzieje. Prawdopodobnie, jeżeli nie będziemy mieć małych mistyków w rodzinie, to dzieci tego nie zrozumieją, tak samo jak my nie rozumiemy i to jest w porządku, Pan Bóg jest tajemnicą.

    Znowu ciśnie mi się słowo “zwyczajnie” – czyli żeby mówić o tym, w taki sposób, który jest dostępny dla dziecka.

    Szykujemy w tej chwili jedną z naszych córeczek do Pierwszej Komunii świętej, w takiej bardzo pięknej przestrzeni, która powstała w Kościele w Polsce już dobrych kilka lat temu, czyli w formacji Baranków. To jest trochę inne przygotowanie do Pierwszej Komunii, spoczywające w dużej mierze na rodzicach, na tym, w jaki sposób rodzice przeżywają wiarę.

    Kiedy mówimy dzieciakom, właśnie chociażby tej naszej tegorocznej pierwszokomunijnej dziewczynce, o sakramencie pojednania i o sakramencie Eucharystii, do przede wszystkim mówimy, że “spotkasz  się z Panem Jezusem, z prawdziwym Chrystusem, spotkasz się tak, jak jeszcze nigdy dotąd!”

    Mam wrażenie, że jest to łatwiejsze do wytłumaczenia dzieciom, dlatego, że tutaj mamy przepiękny symbol – symbol chleba. Mówimy o tym, że to już nie jest chleb, to jest ciało i mówimy o tym, że tak jakby Pan Jezus chciał nasze ciało zmieniać w swoje ciało, to jest piękne teologicznie – weź moje ciało, daj mi swoje.

    Mówimy o tej wielkie wymianie, że im więcej będzie w nas Ciała Chrystusa, im więcej będzie w nas Jego krwi, tym będzie w nas coraz więcej Królestwa Bożego, coraz więcej Jego pokarmu, coraz więcej Jego ducha, coraz więcej Jego sposobu myślenia, coraz więcej Jego miłosierdzia, coraz więcej Jego miłości. 

    Fundamentalne jest to, żeby dziecko wiedziało, że to nie jest opłatek, że to nie jest chlebek, to jest ciało Chrystusa. Czy my dorośli to rozumiemy? Nie! Czy dziecko to zrozumie? Nie! Natomiast to, co jest potrzebne do przyjęcia Najświętszego sakramentu, to to rozróżnienie. 

    Dziecko i pierwsza spowiedź. Jak go do tego przygotować?

    Jeżeli chodzi o pierwszą spowiedź, to akurat w naszej rodzinie też do niej przygotowujemy dzieci w pedagogice Baranków. To jest taki sposób przygotowywania do pierwszej spowiedzi jako do tego momentu, w którym wracam po moje piękne oblicze. Najpierw skupiamy się na pięknym obliczu – czyli na tym, co mamy, co jest naszym talentem, naszym zasobem, co jest pomysłem Pana Boga na mnie – robimy taką ścieżkę talentów, ścieżkę darów. Robimy to w świetle Ewangelii o talentach, po to, żeby dziecko zobaczyło, jak bardzo jest obdarowane, żeby urosło w takie poczucie wyjątkowości, w poczucie wybrania, w poczucie tego, że Bóg sobie mnie wyśnił i wyśnił sobie mnie niesamowitego.

    No i teraz w ciągu roku przygotowań do Pierwszej Spowiedzi wisiały w naszym domu  plakaty, na których wypisujemy talenty Baranka, tą wyjątkowość tego naszego przygotowującego się do sakramentów Pierwszej Spowiedzi i Pierwszej Komunii dziecka i to dziecko z takim poczuciem obdarowania wprowadzamy w świat Pierwszej Spowiedzi.  

    Idziemy wyczyścić z naszego obrazu to wszystko, co go zniekształciło, co odebrało nam to poczucie wyjątkowości. Kładziemy nacisk na to, że jest to spotkanie. Chociaż Pana Jezusa nie będziemy widzieć, ale to będzie autentyczne spotkanie i ja zostawiam tutaj Duchowi Świętemu, mocy Bożej to, co trafi do serc naszych dzieci. 

    Ja mam wspomnienie mojej własnej Pierwszej Komunii i pamiętam moje wzruszenie. Nie zapomniałam, że to było wzruszenie tej Ani z drugiej klasy szkoły podstawowej, która mówiła Panu Jezusowi: “Panie Jezu, nareszcie!” I tak sobie myślę, że skoro mi to zostało, to znaczy, że jest możliwe, żeby moje dziecko spotkało się z Panem Jezusem w Pierwszej Komunii, w Pierwszej spowiedzi.

    I to mnie tak jakoś niesie, że skoro ja coś takiego przeżyłam, to liczę, że moje dzieci to też przeżyją właśnie takie spotkanie.

    Pierwsza Komunia Święta. Nowy etap dla dziecka

    Aneta Liberacka: Ja bym nawiązała do poczucia dorosłości, gdy dziecko wchodzi w taki etap, że czuje się bardziej dorosłe, gotowe do przejścia do takiej relacji z Panem Bogiem, którą może mieć osobiście, ponieważ są takie sprawy, tylko między nim a Bogiem, które wobec rodziców mogą być tajemnicą. 

    Ja w momencie przyjęcia Pierwszej Komunii Świętej poczułam się taka dorosła, weszłam w jakiś taki etap, dostępny do tej pory dla starszych ode mnie osób. Nie do końca rozumiałam, na czym polega ta relacja, ale wiedziałam, że weszłam w kolejny etap tej relacji i to dla mnie było po prostu takie poczucie dorosłości. Myślę, że może też coś takiego dzieciom towarzyszyć – to poczucie, że to jest kolejny etap w życiu.

    Jeśli chodzi o spowiedź, to słyszy się pytania, dlaczego takie małe dzieci mają się spowiadać, po co mówić księżom swoje grzechy i jeszcze przez to mieć poczucie winy. 

    Ja uważam, że właśnie jest wręcz odwrotnie, że dziecko często ma poczucie winy z jakiegoś powodu i rodzice tłumaczą dziecku, że spowiedź to jest ten moment, kiedy już nie będzie żadna wina na tobie ciążyła, że pójdziesz, wyznasz to w konfesjonale i w tym momencie jesteś z tego oczyszczany, już się nie masz tym martwić. Myślę, że w ten sposób można tłumaczyć dziecku spowiedź: po prostu wyrzuć siebie to, z czym czujesz się źle. 

    Myślę, że to jest takie bardzo duże odciążenie dziecka z tych jego problemów, z którymi się boryka. Nie sprowadzam oczywiście konfesjonału do jakiejś psychoterapii, tylko to jest po prostu dobre wytłumaczenie, że spowiedź odciąża dziecka sumienie. Dla dziecka to jest niezwykle ważne, bo dzieci potrafią naprawdę zadręczać się takimi rzeczami, że ciężko nawet rodzicom na to wpaść, że ono się czymś takim się trapią, więc ta spowiedź, to jest ta tajemnica, pokazanie dziecku, że gdy mówisz grzechy, gdy je szepczesz, to przekazujesz je i tym samym już jakby ich nie ma. 

    Myślę, że to jest bardzo uwalniające, bo spowiedź zrzuca ten bagaż z pleców dziecka.

    Stacja7.pl

    ______________________________________________________________________________________________________________

    fot. Zac Durant/Unsplash

    ***

    „I nie wódź nas na pokuszenie”. O co prosimy Boga na koniec modlitwy „Ojcze Nasz”?

    Czy Bóg “zwodzi nas na pokuszenie”?

    Zacznijmy od tego, że warto przedstawić samą treść modlitwy „Ojcze nasz”, w której znajdują się słowa: „i nie wódź nas na pokuszenie”.

    „I nie wódź nas na pokuszenie”. Fragment modlitwy Ojcze nasz

    Ojcze nasz,
    któryś jest w niebie:
    święć się imię Twoje,
    przyjdź Królestwo Twoje,
    bądź wola Twoja jako w niebie,
    tak i na ziemi.
    Chleba naszego powszedniego
    daj nam dzisiaj.
    I odpuść nam nasze winy,
    jako i my odpuszczamy naszym winowajcom.
    I nie wódź nas na pokuszenie,
    ale nas zbaw od złego.
    Amen.

    U wielu wiernych szóste wezwanie modlitwy „Ojcze nasz” może budzić zdziwienie. W końcu jak Bóg, który pragnie zbawienia każdego z nas może chcieć „zwodzić nas na pokuszenie”. A przecież wiadomo, że przedmiotem kuszenia człowieka nie jest Bóg, a szatan. W liście św. Jakuba można przeczytać takie słowa: „Kto doznaje pokusy, niech nie mówi: «Bóg mnie kusi». Bóg bowiem ani nie podlega pokusie do zła, ani też nikogo nie kusi” (Jk, 1,13).

    Okazuje się, że w języku atamejskim, czyli w takim, w którym oryginalnie Jezus wypowiedział słowa modlitwy „Ojcze nasz” słowo „pokuszenie”, właściwie tłumaczone jest jako „próba”. W końcu Bóg w Piśmie Świętym często ukazuje się jako ten, który poddaje próbie. Przykładów nie trzeba daleko szukać, bo już w pierwszej księdze Starego Testamentu, gdzie Bóg poddaje próbie Abrahama. Jednak w przeciwieństwie do kuszenia szatana, Bóg nie pragnie próbą upokorzyć człowieka, a okazać mu swoją miłość.

    Skąd więc „pokuszenie”?

    W treści Ewangelii wg św. Mateusza oraz Łukasza, które zostały spisane w j. greckim, aramejski termin „próba” został zastąpiony greckim słowem, które tłumaczy się jako pokusa, próba. Następnie św. Hieronim, który tłumaczył Pismo Święte na łacinę, słowo to ograniczył wyłącznie do pokusy. Jako, że Wulgata dała początek wszystkim tłumaczeniom na języki współczesne, tak „nie wódź nas na pokuszenie” już na zawsze utrwaliło się w formie modlitwy „Ojcze nasz”.

    Aby nie wprowadzać wierzących w błąd, współcześni bibliści, w nowych tłumaczeniach Biblii Tysiąclecia wprowadzili tłumaczenie: „nie dopuść, abyśmy ulegli pokusie”, a w Biblii Paulistów „I nie dopuszczaj do nas pokusy”. Wówczas jasno wskazuje się, że to nie Bóg prowadzi człowieka do pokusy, ale szatan.

    źródło: archidiecezjalubelska, Ks. prof. Mirosław S. Wróbel, Instytut Nauk Biblijnych KUL, opracowanie: kw/Stacja7

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Co to jest „Msza wszech czasów”? I dlaczego liturgia przedsoborowa została zmieniona?

    MSZA TRYDENCKA

    fot. Kamil Szumotalski/Aleteia.pl

    ***

    Każdy element był szczegółowo opisany – na przykład, jak szeroko rozkładać ręce na słowa „Pan z wami”, jak właściwie przyklękać, ile razy zrobić znak krzyża podczas modlitwy eucharystycznej…

    Dominik Jarczewski OP: Msza wszech czasów – co to takiego?

    Dominik Jurczak OP*: To konstrukt wymyślony przez tych, którzy próbują nas przekonać, że dawna liturgia przedsoborowa jest tą jedyną właściwą.

    Liturgia przedsoborowa, czyli ta, którą sprawowano mniej więcej do końca lat sześćdziesiątych.

    Tak. I której ciągłość trwała przez wieki. Po Soborze Watykańskim II, zgodnie ze wskazówkami ojców soborowych, zdecydowano się ją odnowić.

    Nie chce mi się wierzyć w tę ciągłość. Jakieś zmiany chyba zachodziły.

    To oczywiste, że liturgia podlegała i nadal podlega zmianom. Nie ma jednej idealnej czy uniwersalnej formy oderwanej od konkretnego człowieka i jego epoki. Twierdzenie, że msza przedsoborowa jest idealna lub że istnieje – jak to nazwałeś – msza wszech czasów, to uproszczenie, by nie powiedzieć – nadużycie.

    Poza tym, msza przedsoborowa, czyli jaka? Każdy jest po jakimś soborze – jedni po Soborze w Konstantynopolu, inni po Soborze Laterańskim IV, a jeszcze inni po Soborze Watykańskim II. Czy msza z XIII wieku, zakładając, że była wyłącznie jedna jej forma, odmienna od tej z początku XX wieku, jest lepsza?

    Sobory zmieniały liturgię?

    Nie, to nie sobory zmieniały liturgię, ale modlitwa Kościoła. Ona tak naprawdę rzeźbi liturgię. Forma dwudziestowiecznej liturgii, z jaką mieliśmy do czynienia przed soborem, daleka była od ideału – dlatego ojcowie Soboru Watykańskiego II opowiedzieli się za jej odnową i rewizją niektórych praktyk.

    Innymi słowy, gdyby ówczesna liturgia była idealna, jak błędnie próbuje się dziś pokazywać, to szczerze wątpię, żeby niemal jednogłośnie ojcowie podnieśli rękę za odnową liturgii. Ewidentnie coś nie działało.

    Co?

    Na przykład zbytnie sformalizowanie – niezrozumiałe ani dla wiernych, ani nawet dla księdza, krępujące ruchy i utrudniające modlitwę. Istniało coś takiego jak ritus servandus, czyli instrukcja krok po kroku, co ma robić celebrans.

    Każdy element był szczegółowo opisany – na przykład, jak szeroko rozkładać ręce na słowa „Pan z wami”, jak właściwie przyklękać, ile razy zrobić znak krzyża podczas modlitwy eucharystycznej, czy jak poprawnie wypowiedzieć słowa Hoc est enim corpus meum. Wszystko było dopracowane w najdrobniejszych szczegółach!

    Chciano dobrze, a wyszło jak zwykle?

    W samej precyzji nie ma nic złego, ale w praktyce przez takie podejście na pierwszym planie była nie celebrowana tajemnica, lecz dbałość o szczegóły. Gdy w tym nagromadzeniu detali treść odeszła na dalszy plan, wygrał formalizm. Liczyło się to, aby zmieścić się w slalomie przepisów.

    Tym sposobem liturgia przestała rozumieć człowieka, ale też człowiek przestał rozumieć liturgię.

    Czy teraz nie przesadzamy w drugą stronę? Skoro czegoś nie rozumiemy, to do wyrzucenia. Zero miejsca na tajemnicę!

    Bez wątpienia jesteśmy w innym miejscu. Obecnie językowo zrozumiałe jest w zasadzie wszystko – łacina, która dla wielu była przeszkodą, zniknęła z liturgii, a mimo to trudno odnotować jakieś skokowe pogłębienie teologiczne. Powiedziałbym raczej, że tendencja jest odwrotna – niestety często jest bardziej banalnie (…).

    Kardynał Ratzinger we wstępie do swojej książki Duch liturgii, odwołując się do tego, co zaszło w XX wieku, przywołuje ciekawy obraz. Dzieło odnowy liturgicznej porównał bowiem do odnowy fresku. Reforma soborowa miała odkryć jej piękno; miała oczyścić z pyłu i poprawić wyblakłe, niewyraźne już kolory, tak by na nowo zachwycić się jej blaskiem!

    Ale czy nie poszła za daleko?

    Tak mówią krytycy, poniekąd słusznie. Nie wszystko, co się stało po soborze, poszło we właściwym kierunku. Niektóre z rozwiązań, jak na przykład homilia czy komentarze w trakcie liturgii, które miały sprawić, że liturgia będzie bardziej zrozumiała, zbytnio skoncentrowały naszą uwagę na osobie celebransa. Patrzymy, czy fajnie odprawia, czy opowiada dowcipy na kazaniu, czy potrafi właściwie odpowiedzieć na potrzeby tłumu. Nie zadajemy pytania, czy daliśmy się poprowadzić Chrystusowi, ale czy nie było nudno. W dawnym rycie ksiądz był bardziej „przezroczysty”.

    Innym przykładem jest kultywowanie zmiany dla samej zmiany. Panuje przeświadczenie, że liturgia jest wytworem ludzkim, więc jeśli coś nie działa, jeśli z czymś mamy problem, należy to zmienić. Dlatego kiedy na przykład do parafii przychodzi nowy ksiądz, to powinien się przyjrzeć, jak ta wspólnota się modli, czym żyje, a nie zaczynać od zmian – oczywiście według własnej wizji. Z doświadczenia liturgisty mogę powiedzieć, że to, czego nam zazwyczaj potrzeba, to nie zmiana, ale – wtajemniczenie.

    Jeśli więc wystawiamy nasz „fresk” na rozmaite czynniki zewnętrzne, to pojawia się ryzyko, że będzie on erodował i koniec końców na zawsze utracimy piękno, które chcieliśmy odkryć (…).

    Liturgia zmieniała się przez wieki. Dlaczego więc tyle emocji towarzyszy odnowie soborowej?

    Bo liturgia jest częścią nas, dotyka życia chrześcijańskiego. Zmiany, które się pojawiły po Soborze Watykańskim II, wprowadzano odgórnie, z dnia na dzień – wczoraj było tak, dziś jest inaczej. Obecnie wiemy, że to błąd, dlatego nie ma odwrotu od odnowionej liturgii, mimo jej mankamentów.

    Poza tym, nim wprowadzimy jakąkolwiek zmianę, potrzeba gruntownych badań naukowych – nie takich, które potwierdzą to, co z góry sobie założymy. W odnowie posoborowej ryty, które były najlepiej przestudiowane, są obecnie używane.

    Przy czym nie chodzi oczywiście o to, by tworzyć jakąś rekonstrukcję historyczną. Te badania mają służyć modlącej się wspólnocie. Wobec niej liturgista musi zachować pokorę. Dlatego nie wszystkie zaproponowane zmiany ostatecznie weszły w życie (…).

    Gdybyś miał coś z powrotem przywrócić do mszału, co by to było?

    Nie wiem, czy bym cokolwiek przywracał. Ale elementem wciąż niedowartościowanym, nie tyle w samej mszy, ile w obrzędach sakramentu małżeństwa, jest błogosławieństwo nowożeńców.

    To, które jest po Ojcze nasz?

    Tak. Mam wrażenie, że w celebracji sakramentu małżeństwa główny akcent kładziemy na wyrażenie zgody między małżonkami, tymczasem błogosławieństwo, o którym mowa, to bardzo stara, przepiękna modlitwa. W swojej strukturze jest podobna do modlitwy eucharystycznej.

    Można zatem zaryzykować stwierdzenie, że jest taką „modlitwą eucharystyczną” wypowiadaną nad nowożeńcami, by stali się jednością w Chrystusie. To, w moim przekonaniu, bardzo zasługuje na uwypuklenie. Nie potrzeba niczego dodawać, wystarczy skorzystać z tego, co mamy. A ponieważ jest to długa modlitwa, to na różne sposoby próbuje się ją ominąć.

    Podobnie ma się sprawa z błogosławieństwem wody chrzcielnej. Przepiękna, długa modlitwa, pełna odniesień biblijnych…

    Jest to fragment książki: „Nerw święty. Rozmowy o liturgii”, Dominik Jurczak OP, Dominik Jarczewski OP, Wydawnictwo W Drodze. Tytuł, lead i skróty pochodzą od redakcji Aleteia.pl.

    * o. dr Dominik Jurczak OP jest wykładowcą w Papieskim Instytucie Liturgicznym „Anselmianum” i na Papieskim Uniwersytecie „Angelicum” w Rzymie, członkiem Międzynarodowej Komisji Liturgicznej Zakonu Kaznodziejskiego.

    rozmawiał ks. Michał Lubowicki/W drodze/Aleteia.pl

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Liturgia wróciła do korzeni

    Najświętsza ofiara sprawowana w bazylice kolegiackiej Wniebowzięcia Najświętszej Maryi Panny w Krzeszowie.

    Najświętsza ofiara sprawowana w bazylice kolegiackiej Wniebowzięcia Najświętszej Maryi Panny w Krzeszowie/fot.Józef Wolny/Gość Niedzielny
    ***

    Myślę, że Msza, którą odprawiał św. Piotr,bardziej przypominała tę naszą, współczesną,niż np. tę z XVIII wieku, kiedy barok podkreślał„święty teatr” przez architekturę,złoto i piękne paramenty – mówi ks. dr Andrzej Hoinkis, liturgista.

    Agnieszka Huf: Niedawno minęło 60 lat od uchwalenia pierwszego dokumentu soborowego – Sacrosanctum concilium, Konstytucji o Liturgii Świętej. Tego dnia przypadła 400. rocznica zakończenia Soboru Trydenckiego. Ta data nie wydaje się przypadkowa…

    Ks. dr Andrzej Hoinkis: Na pewno wybór daty był świadomą decyzją. Zresztą wydanie mszału po Soborze Watykańskim II odbyło się w 500. rocznicę wydania mszału po Soborze Trydenckim. Ale nie było tak, że przyspieszano pracę nad konstytucją, aby zdążyć z jej ogłoszeniem w konkretnym dniu – to było dzieło dobrze przygotowane. Kwestia liturgii żyła bardzo mocno w świadomości katolików w latach 50. i 60. XX wieku, aktywnie działał Ruch Liturgiczny, odkrywano nowe teksty źródłowe. To wszystko było procesem, który przygotował do zajęcia się na soborze liturgią.

    Sam Sobór Watykański II to też nie było nagłe wydarzenie – Jan XXIII nie obudził się przecież pewnego dnia z myślą, że zwoła sobór. Proces, którego był on finałem, zaczął się już w końcówce XIX wieku…

    Nawet wcześniej, bo Sobór Watykański I, obradujący w latach 1869–1870, nie został zakończony i w Kościele żywa była myśl, że należy do niego wrócić. XX wiek przyniósł wiele zmian – I wojna światowa mocno wstrząsnęła Europą i Kościołem, II wojna światowa tym bardziej. Po niej pojawił się w myśleniu światowym pozytywistyczny trend: „wszystko jesteśmy w stanie zmienić”. Mimo eskalacji zła, która objawiła się w latach wojny, społeczeństwa bardzo szybko się odradzały. XX wiek to też czas wielkich zmian mentalnych – chociażby rewolucja 1968 roku, która przecież nie wybuchła z dnia na dzień, tylko narastała przez lata. Myślę, że papież słuchał Ducha Świętego, miał wyczucie, że pewne rzeczy trzeba uprzedzić, uporządkować, żeby nie obudzić się „z ręką w nocniku”.

    Wspomniał Ksiądz o Ruchu Liturgicznym. Co to takiego?

    Ruch Liturgiczny rozpoczął się we Francji w opactwach benedyktyńskich w XIX wieku. Co ciekawe, u jego początków leżało odkrycie, że mszał potrydencki z 1570 r. jest bardzo bogaty w treści – często bardziej niż mszały diecezjalne, z których we Francji w XIX w. powszechnie korzystano. Dlatego Ruch Liturgiczny doprowadził do powszechniejszego przyjęcia mszału potrydenckiego w wielu diecezjach francuskich i niemieckich; sprawił, że do doceniono piękno liturgii rzymskiej. Równocześnie odkrywano i opracowywano starożytne źródła pokazujące historię Kościoła i liturgii w czasach starożytnych. Mszał potrydencki to w większości mszał Kurii Rzymskiej z XII wieku, bo kiedy trwał Sobór Trydencki, naukowcy czy liturgiści nie mieli starszych źródeł. Tymczasem w XIX i XX wieku odkryto i opracowano teksty z pierwszych wieków chrześcijaństwa, dzięki czemu zauważono, że obowiązująca liturgia jest mocno sklerykalizowana. Na przykład święty Justyn w pisanej w II wieku Apologii wspomina, że w czasie liturgii posługiwali lektorzy, którzy czytali Pismo Święte, że słowo Boże było wiernym wyjaśniane – to wszystko na skutek różnych procesów w Kościele stopniowo zanikło. Ruch Liturgiczny postulował pójście głębiej niż XII wiek, na którym zatrzymała się reforma liturgii po Soborze Trydenckim. Stopniowo sięgano do korzeni, do starożytnych tekstów, do żywszego udziału wiernych w Mszy, a nie tylko biernego jej słuchania. Pojawiały się próby przybliżenia Eucharystii wiernym – na przykład kapłan sprawował Mszę po łacinie, ale ludzie odpowiadali w języku narodowym. To wszystko działo się powoli, latami, ale u początków XX wieku potrzeba rozumienia przez wiernych, co się dzieje w czasie Mszy, była już bardzo nabrzmiała.

    Jednak sprawa liturgii wydawała się już przesądzona – Pius V w bulli Quo primum tempore w 1570 r. napisał przecież: „będzie odtąd bezprawiem na zawsze w całym świecie chrześcijańskim śpiewanie albo recytowanie Mszy św. według formuły innej niż ta przez Nas wydana”, czyli niejako „zabetonował” Mszę.

    Warto się zastanowić, czy naprawdę Pius V miał intencję „zamrożenia” liturgii. Trzeba spojrzeć na kontekst historyczny: Sobór Trydencki był reakcją na reformację. Pius V nie zabronił stosowania ani rytu ambrozjańskiego, ani innych rytów, które istniały wtedy w Kościele zachodnim i były prawnie obowiązujące. Mszał wydany po Soborze Trydenckim także nie obowiązywał z automatu na całym świecie – aż do XIX wieku w wielu diecezjach francuskich czy niemieckich obowiązywały mszały diecezjalne, które powstały na długo przed soborem. Jeśli tradycja ich używania była starsza niż 200 lat, to diecezje mogły je zachować. 

    Piusowi V chodziło o uchronienie liturgii przed naleciałościami protestanckimi? 

    W dużej mierze tak. Papież chciał zabezpieczyć Mszę przed protestantyzacją. Ale diecezje, które miały księgi liturgiczne starsze niż 200 lat, mogły je zachować. Żeby było ciekawiej proces przyjęcia mszału potrydenckiego nałożył się na wynalazek Gutenberga, który ułatwiał masowy druk. Stąd wydanie mszału w dużym nakładzie było tańsze niż wydanie niewielkiej liczby egzemplarzy lokalnych ksiąg. Polskie diecezje, które wówczas istniały – gnieźnieńska czy krakowska – mogły zachować swoje mszały. Jednak ze względów ekonomicznych oraz z uwagi na uchwały synodów (np. piotrkowskiego z 1577 r.) przyjęły księgi liturgiczne wydane po Soborze Trydenckim. Stwierdzenie, że Pius V zobowiązał czy zmusił cały Kościół do odprawiania Mszy św. według mszału z 1570 r., nie jest prawdziwe.

    Czyli pojęcie „Mszy wszech czasów” nie jest poprawne?

    To błędne pojęcie, myślę, że nie ma czegoś takiego jak „Msza wszech czasów”. Inaczej sprawowali ją apostołowie, inaczej np. św. Ambroży czy św. Augustyn, a jeszcze inaczej Kościół po Soborze Trydenckim. Można by o takiej mówić, gdyby Jezus, zakładając Kościół, od razu wręczył uczniom mszał z odpowiednimi tekstami i sposobem celebracji. Mówienie o „Mszy wszech czasów” jest ahistorycznością.

    Z Soborem Watykańskim II kojarzy się najczęściej wprowadzenie języków narodowych do liturgii i odprawianie Mszy św. przez księdza zwróconego twarzą do ludzi. Ale wczytując się w Konstytucję o Liturgii Świętej, można zauważyć, że akcent położony jest na samą teologię liturgii. Jakie najważniejsze kwestie porusza ta konstytucja?

    Proszę nie zapominać, że pierwotnie w liturgii posługiwano się językami narodowymi. Język łaciński w starożytnym Rzymie był językiem tych ludzi, którzy we Mszy św. uczestniczyli. Także i odprawianie jej twarzą czy plecami do ludu jest uproszczeniem. Chodziło o coś innego – o zwrócenie się na wschód, w stronę „Wschodzącego Słońca”, czyli Zmartwychwstałego. Przez wieki papieże przy konfesji św. Piotra sprawowali Mszę św. twarzą do ludu. Przed Soborem Watykańskim II biskup Karol Wojtyła w 1958 roku w Tyńcu odprawiał pasterkę także twarzą do ludu. Ani mszał potrydencki nie nakazywał odprawiania Mszy tyłem do ludu, ani ten powatykański nie nakazuje robienia tego twarzą do ludu. To są rzeczy drugorzędne. Konstytucja przypomniała, że liturgia to nie jest dzieło celebransa, ale przede wszystkim samego Boga i całego Kościoła, a wierni mają prawo w niej pobożnie i czynnie uczestniczyć, a nie tylko być jej biernymi świadkami. 

    Wcześniej Msza była trochę teatrem jednego aktora – ksiądz robił coś przy ołtarzu, a ludzie nie do końca rozumieli, co się dzieje.

    Ludzie często nie mieli pojęcia, co dzieje się na Mszy. Nie znali łaciny, nie mogli także usłyszeć, jakimi tekstami celebrans się modli. Mogło to być takie „magiczne”… Stąd zresztą wziął się zwrot „hokus-pokus” jako symbol magicznego zaklęcia. Pochodzi on od słów konsekracji: hoc est enim corpus meum. Prawdopodobnie ministranci – bo oni, będąc najbliżej ołtarza, mogli usłyszeć wypowiadane modlitwy – tak przekręcili te słowa i zwrot wszedł do obiegu. Dopiero w XIX wieku popularne stały się mszaliki, w których wyjaśniony był przebieg liturgii, i dzięki temu wierni mogli lepiej „uczestniczyć” we Mszy św. Sobór Watykański II przywrócił liturgię do stanu zbliżonego do tego, który istniał na początku chrześcijaństwa. Kiedy sięgniemy do wspomnianej Apologii Justyna, w której dwa razy opisana jest Msza starożytnego Kościoła, to zobaczymy, że podkreślone jest w niej współuczestnictwo, a nie podział na biernych wiernych i działającego kapłana. Myślę, że Msza, którą odprawiał św. Piotr, bardziej przypominała tę naszą, współczesną, niż np. tę z XVIII wieku, kiedy barok podkreślał „święty teatr” przez architekturę, złoto i piękne paramenty – co oczywiście na tamte czasy mogło być najlepszą drogą. Zmiana sposobu myślenia stała się możliwa dzięki odkryciu tekstów starochrześcijańskich, do których twórcy mszału potrydenckiego nie mieli dostępu.

    Ta zmiana dla wielu musiała być szokiem…

    Tekst Sacrosanctum concilium i tak jest „konserwatywny” – nie wiem, jak wyglądałby tekst tej konstytucji, gdyby uchwalono ją na koniec soboru. Zupełnie inaczej wyglądają późniejsze dokumenty, choćby konstytucja Gaudium et spes. Wielu spodziewało się, że ta zmiana pójdzie dużo dalej – przykładem może być Hans Küng. W efekcie w USA i w krajach Europy zachodniej wielu teologów stwierdzało, że ten tekst nie jest taki, jaki być powinien, i odwoływało się do tzw. ducha liturgii czy ducha soboru, a nie do samego tekstu.

    Początkowo nawet abp Lefebvre, który dziś jest symbolem sprzeciwu wobec zmian posoborowych, podpisał ten dokument, nie wysuwając zastrzeżeń. Więc jak to się stało, że niektóre środowiska traktują dziś sobór jako moment zniszczenia liturgii?

    Sobór Watykański II nie zniszczył liturgii. Tu dużą rolę odegrali wspomniany „duch liturgii” i… dziennikarze! Jeśli zajrzymy do książki P. Seewalda Benedykt XVI. Życie, to bardzo wyraźnie zauważymy różnicę: Joseph Ratzinger pracował systematycznie, źródłowo, a Hans Küng „pracował” z mediami, urabiał je. Mówił to, co media chciały usłyszeć, i przez to kreował np. „ducha liturgii”. W usta ojców soborowych wkładał to, co wydawało mu się słuszne. Ale Küng nie był sam – było więcej osób, które powołując się na „ducha soboru” i na to, co ich zdaniem powinien on uchwalić, kształtowały opinię publiczną, wtedy jeszcze bardzo katolicką. Rozdmuchiwały ogniska potrzebne im do tego, żeby urabiać czy forsować kwestie, które z litery soboru nie wynikały. Zresztą nie chodzi tu tylko o liturgię, ale o całą teologię.

    Krytycy mówią, że miała być ewolucja i reforma, a wyszła rewolucja i deforma…

    Skąd się w ogóle wzięły we współczesnym Kościele tendencje tradycjonalistyczne i mówienie o deformie? Postawiłbym tezę, że gdyby reforma liturgiczna po Soborze Watykańskim II w całym Kościele postępowała tak, jak to było robione w Polsce, prawdopodobnie dziś nie byłoby z tym problemu. U nas zmiany wprowadzano powoli, z rozmysłem. Kardynał Wyszyński nie był strażakiem gaszącym ogień Ducha, tylko człowiekiem rozsądnie myślącym. W Polsce Kościół był w bardzo specyficznej sytuacji pewnego rodzaju „podziemia” – byliśmy cały czas kontrolowani przez UB, aparat komunistyczny itd. Wyszyńskiemu bardzo zależało, żeby nie robić niepotrzebnych ruchów, które mogłyby wywołać nieprzewidziane konsekwencje. Często mówił, że trzeba coś przemyśleć, działać powoli, bo nie wiadomo, co z tego wyniknie. Chciał, żeby wszystkie działania – choćby tłumaczenie mszału – od początku do końca były wykonane bardzo starannie. A na Zachodzie na zmiany soborowe rzucono się pędem, przechodząc od jednego ekstremum do drugiego. Porównywałem tłumaczenia Konstytucji o Liturgii zatwierdzone przez Konferencje Episkopatu różnych krajów i na przykładzie jednego słowa – recognitio – widać, jak zupełnie inne jest jego rozumienie w tekście niemieckim i polskim. U nas przetłumaczono je bardziej zachowawczo – „należy krytycznie opracować”, „starannie rozpatrzeć”, „zbadać i poprawić”, a w niemieckim radykalnie – „przerobić”, „sprawdzić”, „zreformować”, „na nowo uporządkować”. A w oryginale konstytucji jest ciągle jedno słowo – recognitio!  

    I stąd wzięły się te nadużycia, o których czasem czytamy – że księża na Zachodzie odprawiają dziś Mszę dziwnie poprzebierani, na papierowym talerzyku zamiast na patenie, tańcząc albo jeżdżąc na rolkach?

    Tak, prawdopodobnie to jest przyczyną. A także subiektywizm, mówienie: „Gdyby Jezus dziś żył, to z pewnością…”. Ale z drugiej strony nadużycia i błędy nie zaczęły się po Soborze Watykańskim II. Można powiedzieć, że odkąd Bóg powierzył człowiekowi swój Kościół, zawsze pojawiały się tego typu problemy. Także i Msza według mszału potrydenckiego nie była wolna od wypaczeń i „deformy”, dlatego tak głośne było wołane o reformę liturgii w połowie XX wieku. Przykładem mogą być Msze odprawiane z wystawieniem Najświętszego Sakramentu, co było przez Kościół potępiane.

    A tych błędów wierni często nawet nie dostrzegali, bo laicy nie znali w szczegółach przebiegu Mszy ani nie słyszeli, co się dzieje ołtarzu.

    Oczywiście! Dziś się mówi, że Msza potrydencka, w przeciwieństwie do „dzisiejszej”, była bezbłędna, święta, a tak naprawdę i tam było wiele nadużyć! Biblioteki kościelne XIX i początków XX wieku byłyby o połowę skromniejsze, gdyby nie powstały wszystkie książki piętnujące nadużycia w czasie sprawowania Eucharystii.

    Ale jednak to o współczesnej Mszy mówi się, że jest przestrzenią improwizacji.

    Zachód Europy i Ameryka bardzo zachłysnęły się wolnością i to spowodowało największy kryzys Kościoła posoborowego, bo często prowadziło do „przegięć”. Po Soborze Watykańskim II Kościół dopuścił używanie innych modlitw eucharystycznych, nie tylko Kanonu Rzymskiego. Chodziło o powrót do korzeni, do starochrześcijańskich modlitw – np. tzw. Kanonu Hipolita, który był uznawany za przykład rzymskiej starożytnej modlitwy eucharystycznej – dziś to jest II Modlitwa Eucharystyczna. Sobór chciał wrócić do tekstów znanych u początków Kościoła, a później zapomnianych, które mogą być ubogaceniem naszej wiary. Tymczasem w niektórych miejscach przesadzono, uznając, że każdy może sobie wymyślać własną modlitwę eucharystyczną. Ja sam w latach 2000. spotkałem się w Austrii z całymi skoroszytami z „pisanymi na kolanie” modlitwami eucharystycznymi. Zachłyśnięto się dostępem do języków narodowych i improwizacji w liturgii. Faktycznie, pierwsze wieki Kościoła to były czasy improwizacji, bo nie było jeszcze ksiąg liturgicznych. Jednak z biegiem czasu lepsze, piękniejsze teksty zaczęto spisywać i w ten sposób powstały księgi liturgiczne. Sobór Watykański II nie zakładał ani nie dopuszczał, że teraz każdy celebrans może improwizować Mszę (por. np. art. 22 KL) – to była nadinterpretacja, wynikająca raczej nie tyle ze złej woli, co z płytkiej fascynacji nowością.

    Co z perspektywy Księdza jako liturgisty jest najbardziej pozytywną zmianą po Vaticanum II?

    Choćby to, że ludzie rozumieją teksty mszalne, mogą się nimi „karmić”, że mają możliwość świadomego uczestnictwa w tym, co dzieje się w czasie Mszy. Ważne jest też to, że w czasie liturgii czytane jest Pismo Święte, które wierni rozumieją. Bo na Mszy potrydenckiej ksiądz sam dla siebie czytał teksty Pisma, które były napisane po łacinie, a ponadto przez cały tydzień czytano te same fragmenty. Na początku XX wieku wielu ludziom towarzyszyło ogromne pragnienie życia słowem Bożym – reforma liturgii to umożliwiła. Ważne jest też, że wróciły pewne posługi znane z tekstów starochrześcijańskich – wtedy co innego robił ksiądz, co innego lektor, diakon i tak dalej. Potem przez wieki to się mocno sklerykalizowało, a dziś znowu świeccy mają swoje miejsce w liturgii. Kolejna ważna sprawa to reforma liturgii innych sakramentów, dzięki czemu chociażby rodzice czy chrzestni mogą rozumieć, co dzieje się podczas chrztu, i uniknąć poczucia magiczności. Dostępność do liturgii – dzieła Boga dla nas – to wielki plus rzeczywistości, w której żyjemy. Na ile go wykorzystujemy, to już inne pytanie.

    rozmawiała Agnieszka Huf(Historia Kościoła)Gość Niedzielny

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Cuda eucharystyczne:

    wyróżnienie, czy przestroga?

    (GS/PCh24.pl)

    ***

    Cuda eucharystyczne od wieków budzą wielkie emocje nie tylko wśród wiernych, ale także wśród naukowców, którzy z zapałem badają próbki cudownych Hostii. Gdy okazuje się, że dane wydarzenie nie jest wynikiem zakażenia bakterią (np. Pałeczką krwawą), czy rozwojem pleśni, a pod mikroskopem można dostrzec komórki żywej, ludzkiej tkanki, jesteśmy sytuacją niezwykle przejęci, wzruszamy się i dziwimy. Jako katolicy, cieszymy się, że kolejny raz potwierdza się to, w co od zawsze wierzymy. Fakty naukowe mówią same za siebie – Chrystus głosił prawdę: chleb naprawdę zamienia się w Jego Ciało, a wino w Krew.

    Niestety, wobec sporego, informacyjnego zamieszania wokół cudu i jego “technicznych” szczegółów, wielu z nas traktuje sprawę jako sensację, ciekawostkę do poczytania “przy kawie”, zapominając przy tym o zadaniu sobie najważniejszego pytania – co Bóg chce nam przez to powiedzieć? Cuda nie dzieją się bez powodu – gdy Jezus przemienił wodę w wino, uzdrawiał, czy wskrzeszał, czynił to, by ludzie w Niego uwierzyli i zyskali zbawienie, na które Boża Łaska jest przede wszystkim ukierunkowana.

    Gdyby bowiem czyny Chrystusa ograniczały się do doczesnych, ludzkich korzyści, na pewno uzdrowiłby wszystkich chorych, a wszystkich biednych obsypałby pieniędzmi. Spójrzmy choćby na przykład z Ewangelii św. Mateusza, kiedy to Pan Jezus, nakarmiwszy tłumy i odprawiwszy uczniów, udał się samotnie na modlitwę. Mógł przecież zostać z ludem i w dalszym ciągu go “uszczęśliwiać”. Jak widać, Bóg nie chce, byśmy traktowali Go jedynie jako „spełniacza” naszych ziemskich pragnień. Pozwala nam to domniemywać, że i nadprzyrodzone zjawiska związane z Eucharystią mają w zamyśle Bożym pomóc nam osiągnąć życie wieczne.

    Jak jednak mogą one przynieść dobry owoc, skoro często uważamy doświadczenie cudu za wyróżnienie? A może jest zgoła odwrotnie? Może Bóg domaga się poprawy naszego zachowania, upomina się o większą wiarę lub o szczerą miłość? Aby lepiej poznać istotę rzeczy, prześledźmy kilka przykładów cudów eucharystycznych z zaznaczeniem szczególnych okoliczności każdego z nich.

    Odpowiedź na zwątpienie

    Jeden z najbardziej spektakularnych cudów eucharystycznych dokonał się w pierwszej połowie VIII wieku we włoskim Lanciano, podczas Mszy Świętej, której celebransem był pewien bazylianin wątpiący w prawdziwość przeistoczenia. W odpowiedzi na ów brak wiary, Hostia w dłoniach kapłana zaczęła krwawić, a wino w kielichu było już substancjalnie krwią.

    Cud w Bolsenie z 1263 r. również wydaje się być wytknięciem niedowiarstwa kapłanowi – ks. Piotrowi, który podczas odprawiania Mszy Świętej podważył w duchu realną obecność Chrystusa w konsekrowanej Hostii. Tuż po słowach konsekracji z wytrysnęła z Niej krew.

    Fiecht w Austrii, rok 1310 – tam z kolei wino przeistoczyło się w kipiącą krew. Powątpiewający w transsubstancjację ksiądz przeraził się owym nagłym, dynamicznym zjawiskiem i nie zdołał wypić zawartości kielicha do końca.

    Niewiara początkiem występku

    Zdarza się, iż “nieleczone” i pogłębiające się zwątpienie ducha zyskuje swoje uzewnętrznienie w postaci nieodpowiedniego, haniebnego zachowania. W historii zdarzały się bowiem i takie indywidua, w przypadku których lekceważenie słów Chrystusa: To jest Ciało moje[…] pociągnęło za sobą świętokradzkie czyny. Niewiara wiąże się z brakiem bojaźni Bożej, wobec czego niewierzący, bagatelizując zapowiedź kary, drwi również z powagi grzechu.

    W 1421 r. w holenderskim Bergen ksiądz proboszcz dopuścił się nieprawdopodobnej profanacji – wrzucił pozostałe po Mszy Świętej Hostie do kanału. Po wielu tygodniach zostały one dostrzeżone przez miejscowych rybaków – ku ich zdziwieniu, pokryte były one najprawdziwszą krwią.

    9 lat później, w Dijon we Francji, Pan Jezus powtórnie wystąpił przeciw ludzkiej bezduszności i dobitnie przypomniał o Swojej obecności w Sanctissimum. Pewna pani nabyła w Monako starą monstrancję, z której nie wyjęto Najświętszego Sakramentu. Bez żadnych skrupułów kobieta zabrała się do usunięcia “czynnika zbędnego”, o zgrozo, za pomocą noża! Nagle z dużej Hostii zaczęła broczyć krew tworząc ostatecznie pasyjny wizerunek Chrystusa.

    Reakcja na błędy i uchybienia?

    Wielkie cuda eucharystyczne miały miejsce również wtedy, gdy prawdopodobnie niechcący, w wyniku “roztrzepania” lub braku koncentracji, dopuszczono do tego, aby Ciało Pańskie znalazło się np. na podłodze. 15 sierpnia 1996 roku podczas Mszy Świętej w Buenos Aires na ziemię upadła Hostia, czego nikt nie zauważył. Dopiero po zakończeniu Eucharystii znaleziono ją i umieszczono w vasculum, by się rozpuściła. Po upływie kilku dni zauważono na niej krwawe ślady.

    W Polsce w 2008 r. miała miejsce analogiczna sytuacja – w kościele parafialnym pw. św. Antoniego w Sokółce podczas udzielania Komunii Świętej Hostia przypadkowo upadła na podłogę. Zgodnie z przepisami liturgicznymi zastosowano vasculum, jednak Komunikant wcale się nie rozpuścił – na Jego powierzchni pojawiła się natomiast czerwona plamka. Jak się okazało, była to prawdziwa tkanka serca.

    Niezwykle ciekawym przypadkiem jest cud w Tixtla w Meksyku z 2006 r., kiedy Komunikant wypuścił z Siebie prawdziwą krew, i to wcale nie w okolicznościach wątpliwości kapłana, świadomej profanacji przez przeciwników wiary, lub niefortunnego upadku na ziemię, ale w czasie “zwyczajnego” rozdawania Komunii Świętej przez siostrę zakonną… Co chce nam przez to powiedzieć Pan?

    Ku pokrzepieniu serc…

    Warto pamiętać, iż niektóre cuda eucharystyczne nie zawsze wyglądały tak, jak te opisane wyżej, a ich istotą wcale nie była widoczna gołym okiem krew. Na przykład na kolumbijskiej wyspie Tumaco w 1906 r. Najświętszy Sakrament, który niesiony był w uroczystej procesji u wybrzeży Pacyfiku, uspokoił potężne tsunami i ocalił mieszkańców przed zagładą. Wydaje się, że w ów “bezkrwawy” sposób Bóg podaje pomocną dłoń człowiekowi, nie tyle upomina go i karci, co wprost okazuje miłość.

    Wnioski dla Kościoła

    O czym przypominają nam cuda eucharystyczne? Z pewnością są one empirycznymi, niezbitymi dowodami realnej obecności Jezusa Chrystusa w Najświętszym Sakramencie. Powinny wzmacniać naszą wiarę i utwierdzać w przekonaniu, że przyjmując Komunię Świętą, w istocie łączymy się najściślej z samym Bogiem. Należy Mu się Boska cześć, wielki szacunek i przede wszystkim miłość. Niestety w naszych czasach Hostia budzi w świecie mniejszy respekt – np. schowanie Jej do szarego, kartonowego pudła byłoby dawniej niesłychanym świętokradztwem. Dziś mówi się natomiast : “Pan Bóg wybaczy, musimy dbać o planetę, dlatego zamiast ozdobnego tabernakulum użyjemy kartonu, a Komunię, zamiast ze złotej puszki, będziemy rozdawać z plastikowych misek.”

    Nie chciałabym przypisywać nikomu, kto się do tego przyczynia, złych intencji. Trzeba jednak przypomnieć, że w jakimś celu Kościół od wieków używał złotych naczyń, pateny, baldachimów, przepięknych monstrancji, czy tabernakulum do przechowywania Ciała Pana i odnosił się do Niego z najwyższą bojaźnią i pieczołowitością. Rezygnacja z tego typu środków może świadczyć o co najmniej niezrozumiałej dla wielu katolików zmianie w postrzeganiu istoty Eucharystii. Pociąga to za sobą coraz “swobodniejsze” obchodzenie się z naszym Sacrum np. w sytuacji, gdy dotykają Go osoby, które nie powinny tego robić.

    Cudowne Hostie krwawiły, ponieważ to człowiek zadawał Im rany przez swoje błędy, zaniedbania, ignorancję, zwątpienie, lub świadome profanacje. Pamiętajmy, że Hostia to żywe, kochające serce naszego Pana, któremu winni jesteśmy godne oddawanie czci z całą okazałością kultu.

    Zofia Michałowicz/PCh24.pl

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Ksiądz Biskup Janusz Stepnowski, ordynariusz diecezji łomżyńskiej, delegat KEP ds. kontaktów z COMECE, czyli Komisją Episkopatów Wspólnoty Europejskiej. :

    Będąc Europejczykami, powinniśmy być dumni z polskości

    Samplefot. Lukasz Gdak/East News

    ***

    W Europie istnieją różne tożsamości, ale wszyscy żyjemy na jednym kontynencie. Polska jest częścią tego organizmu, który nazywamy wspólnotą europejską. Będąc Europejczykami, powinniśmy być dumni z polskości – mówi w rozmowie z KAI bp Janusz Stepnowski, biskup łomżyński i delegat KEP ds. kontaktów z COMECE, czyli Komisją Episkopatów Wspólnoty Europejskiej. W wywiadzie porusza kwestię zbliżających się eurowyborów, przypomina zarówno o chrześcijańskim dziedzictwie, jak i kryzysach Starego Kontynentu, podkreśla też rolę Kościoła w integracji europejskiej.

    KAI: Katoliccy biskupi Unii Europejskiej w opublikowanym w ub. tygodniu oświadczeniu COMECE (Komisji Episkopatów Wspólnoty Europejskiej) wzywają do głosowania na partie proeuropejskie w zbliżających się wyborach do Parlamentu Europejskiego. Wskazali m.in.: „Wiemy, że Unia Europejska nie jest doskonała i że wiele jej propozycji politycznych i prawnych nie jest zgodnych z wartościami chrześcijańskimi i oczekiwaniami wielu jej obywateli, ale wierzymy, że jesteśmy wezwani do jej ulepszenia za pomocą środków, które oferuje nam demokracja”. Jak powinniśmy rozumieć to wezwanie?

    Bp Janusz Stepnowski: Powinniśmy głosować na tych polityków, którzy prezentują wartości chrześcijańskie, bronią ludzkiego życia i godności. To jest teraz główne zadanie. Wspomniane oświadczenie zawiera jednak przede wszystkim wezwanie, aby iść na wybory i zagłosować, bo wiemy, że wybory do Parlamentu Europejskiego nie cieszą się nadmiernym zainteresowaniem niemal w każdym kraju.

    KAI: Jest to zatem wezwanie do obudzenia w sobie zaangażowania obywatelskiego?

    – Tak, należy się zaangażować i włączać w to działanie także ludzi młodych.

    KAI: Kościół katolicki w Polsce oczywiście nie wskazuje na kogo głosować…

    – Zachęcam do pójścia na wybory, a to, kto kogo skreśli na karcie wyborczej, jest jego decyzją.

    KAI: …ale zazwyczaj Kościół przed każdymi wyborami po pierwsze przypomina o odpowiedzialności obywatelskiej wyrażającej się w głosowaniu, a po drugie apeluje do sumień o oddanie głosu na kandydatów, którzy służą określonym wartościom.

    – Tak, trzeba odwoływać się do sumień polityków, którzy bronią życia i tradycyjnych europejskich wartości. Europa bowiem przez ostatnie lata zmierza w kierunku ideologizacji życia, przez co koncentruje się na tym, co nie jest najistotniejsze. Próbuje też stać się niejako superpaństwem. Nam się wydaje, że Europa jest pępkiem świata. Już od dawna nim nie jesteśmy. Europa militarnie nic nie znaczy, nie potrafimy nawet stworzyć europejskiego batalionu. Jest dowództwo, ale batalionu jeszcze nie ma. Jeśli chodzi o gospodarkę, też niewiele znaczymy. Co do technologii też zostaliśmy z tyłu. Stajemy się powoli swoistym muzeum.

    KAI: COMECE widzi swoją rolę m.in. w przypominaniu o dziedzictwie chrześcijańskim, które legło u podstaw tworzenia się Unii Europejskiej?

    – Rolę COMECE widzę jako zachęcanie do powrotu do tradycyjnych wartości. Nie wszyscy politycy, którzy tworzyli Unię Europejską, byli chrześcijanami czy katolikami, ale wiedzieli, że wspólny mianownik tego wielkiego organizmu, jakim jest Unia Europejska, istnieje. A tworzą to podstawowe wartości.

    KAI: Wielokrotnie w ostatnich latach COMECE występowała choćby przeciwko próbom uznania aborcji za prawo człowieka w UE.

    – Obrona życia jest jednym z naszych obowiązków jako biskupów. Jest to obowiązek najważniejszy. I trzeba to podkreślać dziś, gdy Europa przeżywa zapaść demograficzną, a poprzez uznawanie aborcji próbuje się jeszcze ten proces przyspieszyć.

    KAI: Jakie inne zagrożenia dla wspólnoty europejskiej widzi COMECE? Mówi się, że stoimy na krawędzi różnych kryzysów i niepokojów: migracyjnego, klimatycznego, wychodzenia z UE… Biskupi patrzą na te kwestie z troską?

    – Sądzę, że ideologizacja prowadzi do tego, że w obecnych wyborach większą rolę będą odgrywały partie ekstremistyczne, czy to z prawej czy z lewej strony. W UE skoncentrowano się niestety na tym, co nie jest istotne i co nie jest jej celem. Próbuje się zbudować superpaństwo, podporządkowując mu państwa mniejsze. Tymczasem Unia Europejska jest wspólnotą, a nie superpaństwem.

    KAI: W debacie przedwyborczej liczy się bardziej gra na emocjach niż wymiana argumentów?

    – Tak. Wielka Brytania wyszła z Unii, bo tak ludzie zagłosowali w referendum. A Brytyjczycy są przyzwyczajeni do swojej autonomii. Mówi się, że to był ich błąd, ale ten błąd został popełniony i z jednej, i z drugiej strony.

    KAI: COMECE wydało niedawno „Przewodnik dla młodych Europejczyków” przed zbliżającymi się wyborami do PE. To przykład, jak Kościoły europejskie chcą, aby młode pokolenie aktywnie angażowało się w życie obywatelskie?

    – To bardzo istotnie, podobnie jak to, aby partie polityczne otwierały się na młodych ludzi, a wiadomo, że nie zawsze tak jest. Widać to choćby po samych kandydatach do Parlamentu Europejskiego.

    KAI: Młodzi są nadzieją starzejącej się Europy?

    – Na pewno tak. Europa zmienia się demograficznie i będzie w najbliższych latach zmieniać się etnicznie, co już widać w poszczególnych państwach. Z tym związane będą jednak też problemy, co widać na przykładzie Szwecji. Polityka jest natomiast niestety krótkowzroczna, myśli się o tym, co tu i teraz, a co jutro, to się zobaczy…

    KAI: W tym roku przypada 20. rocznica obecności Polski w Unii Europejskiej. Co Kościół w Polsce może robić, aby pomagać zrozumieć, że to był słuszny krok?

    – Pamiętamy, że po referendum akcesyjnym entuzjazm był większy, dziś jest słabszy. Tu, znowu, istotna jest rola polityków, aby powrócili do tego, co najważniejsze. Nie, żeby koncentrowali się na Zielonym Ładzie czy ideologizacji, ale aby zadbali o to, by Unia była wspólnotą wspólnot, które mają swoją autonomię, a nie superpaństwem. Bo wtedy ludzie staną się nieznaczącym elementem tego pejzażu, zamiast pozostawać narodami o określonej tożsamości, kulturze, przynależności wyznaniowej: katolickiej, prawosławnej, ewangelickiej. Każdy naród ma swój koloryt i to trzeba uwzględniać, a nie traktować wszystkich według jednego szablonu.

    KAI: Ślązak czy Kaszub będący katolikiem może być jednocześnie dumny z bycia Europejczykiem?

    – Oczywiście. W Europie istnieją różne tożsamości, ale wszyscy żyjemy na jednym kontynencie, i wszystkich nas łączy owa wspólna idea Unii Europejskiej.

    KAI: Św. Jan Paweł II wskazywał, że „Europa potrzebuje Polski, a Kościół w Europie potrzebuje świadectwa wiary Polaków”. To nadal aktualne wezwanie?

    – Św. Jan Paweł II był pierwszym Europejczykiem. Był za tym, aby Polska stanowiła część tego organizmu, który nazywamy wspólnotą europejską. I abyśmy mieli też swoje zdanie i swoją tożsamość, potrafili tego bronić i być z tego dumni. Wydaje się, że Polacy mają jakiś kompleks niższości wobec innych europejskich narodów i dlatego starają się być bardziej „europejscy”. A powinniśmy być dumni z polskości, tak jak np. Bawarczyk jest dumny ze swoich krótkich spodenek z  szelkami, które nam wydają się śmieszne, a to jest element jego tożsamości.

    KAI: Parafie, zakony, diecezje w Polsce od lat ubiegają się o fundusze unijne, wykorzystywane na konkretne projekty, m.in. ekologiczne, konserwatorskie, pomocowe np. dla osób niepełnosprawnych. Jest to działanie na rzecz dobra wspólnego, obejmujące także katolików jako obywateli naszego państwa?

    – Nie można traktować katolików jak jakiejś odrębnej rasy. A zabytki w Polsce to głównie kościoły. Gdyby nie świątynie, nie byłoby ich w Polsce wiele. Dlatego wszyscy musimy o nie dbać, nie tylko katolicy. To nasz niemalże konstytucyjny obowiązek. To jest dziedzictwo narodowe. Musimy też być z tego dumni i przekazywać następnym pokoleniom te zabytki w dobrym stanie. Są też projekty socjalne, które służą nie tylko katolikom, ale wszystkim. W naszym kraju brakuje np. ośrodków dla osób starszych, co widać w małych miejscowościach jak choćby Łomża. Co do unijnej pomocy na te cele, wymagana jest oczywiście przejrzystość, zwłaszcza że kryteria rozliczania poszczególnych projektów są bardzo precyzyjne.

    KAI: Dziękuję za rozmowę.

    rozmowę przeprowadził Łukasz Kasper/kai

    ______________________________________________________________________________________________________________

    „Możny cudotwórco, módl się za nami”.

    Litania do św. Benedykta za Europę

    WAKACYJNY KALENDARZ LITURGICZNY

    św. Benedykt z Nursji/Wikipedia | Domena publiczna

    ***

    Przed nami wybory do parlamentu Unii Europejskiej dobrze jest polecić cały kontynent europejski wstawiennictwu – św. Benedykta, patrona Europy

    Św. Benedykt z Nursji jest patronem Europy. Św. Paweł VI powiedział, że jest on: „„zwiastunem pokoju, sprawcą jedności, nauczycielem cywilizacji, głosicielem religii Chrystusowej i twórcą życia monastycznego na Zachodzie” (List apostolski „Pacis nuntius”). Przez jego wstawiennictwo módlmy się za całą Europę.

    Litania do św. Benedykta

    Kyrie elejson, Chryste elejson, Kyrie elejson.
    Chryste, usłysz nas. Chryste, wysłuchaj nas.

    Ojcze z nieba, Boże, zmiłuj się nad nami.
    Synu Odkupicielu świata, Boże, zmiłuj się nad nami.
    Duchu Święty, Boże, zmiłuj się nad nami.
    Święta Trójco, Jedyny Boże, zmiłuj się nad nami.

    Święta Maryjo, módl się za nami.
    Święta Maryjo, Zwierciadło zakonnej doskonałości,  

    Święty Ojcze Benedykcie, módl się za nami.
    Święty Benedykcie, miłośniku krzyża,  
    Święty Benedykcie, wierny naśladowco Jezusa Chrystusa,  
    Święty Benedykcie, niezwykły w umartwianiu i surowości życia,  
    Święty Benedykcie, miłośniku ubóstwa, czystości, posłuszeństwa, pobożności i wszelkich cnót,  
    Święty Benedykcie, serafinie pałający miłością Boga i bliźniego,  
    Święty Benedykcie, wzgardzicielu świata,  
    Święty Benedykcie, ojcze nieprzeliczonych synów i córek duchowych,  
    Święty Benedykcie, mistrzu wszelkiej doskonałości,  
    Święty Benedykcie, ozdobo Kościoła Bożego,  
    Święty Benedykcie, wdzięczny przybytku Ducha Świętego,  
    Święty Benedykcie, zwierciadło bogomyślności,  
    Święty Benedykcie, obrońco do ciebie się uciekających,  
    Święty Benedykcie, patronie przeciw pożarom, piorunom, gradobiciu, nieurodzajom i głodowi,  
    Święty Benedykcie, pocieszycielu smutnych i strapionych,  
    Święty Benedykcie, patronie we wszelkiej potrzebie,  
    Święty Benedykcie, uzdrawiający chorych znakiem Krzyża świętego,  
    Święty Benedykcie, wspomożycielu konających,  
    Święty Benedykcie, patronie dobrej śmierci,  
    Święty Benedykcie, możny cudotwórco,  
    Święty Benedykcie, aniele obyczajów i życia,  
    Święty Benedykcie, następco patriarchów,  
    Święty Benedykcie, podobny męczennikom,  
    Święty Benedykcie, patriarcho mnichów,  
    Święty Benedykcie, wzorze przełożonych,  
    Święty Benedykcie, chwało wyznawców,  
    Święty Benedykcie, naśladowco Apostołów,  
    Święty Benedykcie, wielką chwałą ukoronowany,  
    Święty Benedykcie, patronie Europy,  

    Baranku Boży, który gładzisz grzechy świata, przepuść nam, Panie.
    Baranku Boży, który gładzisz grzechy świata, wysłuchaj nas, Panie.
    Baranku Boży, który gładzisz grzechy świata, zmiłuj się nad nami.

    K. Módl się za nami, Ojcze Benedykcie,
    W. Abyśmy się stali godnymi obietnic Chrystusowych.

    Módlmy się:

    Wszechmogący, wieczny Boże, który nas przykładem świętego Benedykta do umiłowania doskonałości zachęcasz, oczyść serca nasze i napełnij łaską Twoją, ażebyśmy przez nią z Tobą złączeni wytrwali w dobrych postanowieniach naszych i służyli Ci wiernie do śmierci, a przez to osiągnęli szczęśliwość wieczną. Przez Chrystusa, Pana naszego. Amen.

    Aleteia.pl/źródło: benedyktynkiopactwo.pl

    ______________________________________________________


    „Nagle ujrzał światło”. Na Monte Cassino św. Benedykt miał wizję nieba

    MONTE CASSINO

    fotokenzo | DepositPhotos

    ***

    Wizję św. Benedykta opisał św. Grzegorz Wielki.

    Św. Benedykt urodził się w Nursji (płn. Włochy) około 480 r. Jego rodzina była zapewne zamożna, skoro rodziców stać było na wysłanie go do Rzymu w celu uzupełnienia wykształcenia. Święty porzucił wkrótce studia i rozpoczął życie pustelnicze w grocie w Subiaco.

    Habit otrzymał z rąk mnicha Romanusa, który udzielił mu też pierwszych nauk ascetycznych. W pustelni po pewnym czasie odnaleźli go pasterze, których święty zaczął uczyć prawd wiary. Benedykt szybko stał się znaną postacią. Wkrótce mnisi z Vicovaro poprosili, by został opatem w ich klasztorze.

    Jednak jego rzetelność, dbałość o zachowywanie reguły, zaskoczyły mnichów i wywołały spisek. Podjęta próba otrucia świętego nie powiodła się. Benedykt powrócił do Subiaco, lecz wkrótce zaczęli ściągać do niego nowi uczniowie. Zrezygnował zatem z życia pustelniczego i rozpoczął życie wspólnotowe (cenobityczne).

    Zawiść sąsiada – kapłana Florencjusza, który „zaślepiony  mrokiem zawiści doszedł do tego, że słudze Boga wszechmogącego posłał chleb zatruty jako chleb poświęcony” – skłoniła Benedykta do przeniesienia się na Monte Cassino. Przybywszy na miejsce wraz z częścią swych mnichów, zniszczył znajdującą się tam świątynię Apollina, zbudował dwie kaplice (św. Marcina i św. Jana Chrzciciela) oraz klasztor. W nim spędził resztę życia.

    Na Monte Cassino Benedykt miał wizję nieba, którą opisał św. Grzegorz Wielki: „Stojąc w oknie, modlił się do Boga wszechmogącego, gdy nagle ujrzał światło, które rozlewając się z góry, przepłoszyło nocne mroki […], a gdy na nie patrzył […], cały świat ukazał się jego oczom jakby skupiony w jednym promieniu słońca”.

    Wydarzenie to Grzegorz wyjaśnił w słowach: „Dla duszy, która widzi Stwórcę, ciasne jest całe stworzenie. Choćby tylko niewiele dojrzał ze światła Stwórcy, wszystko, co stworzone, staje się dla niego małe, gdyż światło wewnętrznej kontemplacji pogłębia pojemność duszy, która tak rozrasta się w Bogu, że wyższa jest od świata”. W dniu swojej śmierci święty przyjął Komunię i umarł w klasztornej kaplicy, na stojąco śpiewając psalm, podtrzymywany przez braci. Stało się to 21 marca 547 r.

    Imię Benedykt (łac. Benedictus) znaczy błogosławiony. O życiu i charakterze św. Benedykta dowiadujemy się najwięcej z lektury pism papieża św. Grzegorza Wielkiego oraz z samej Reguły. Paradoksalnie o wiele lepiej znamy ducha i myśl niż biografię świętego.

    Święty Grzegorz w swoich Dialogach przedstawia Benedykta jako cudotwórcę, „Męża Bożego”, człowieka „napełnionego duchem wszystkich sprawiedliwych”. Grzegorz opisując życie Benedykta, ukazuje je na tle wydarzeń biblijnych, dlatego podczas lektury Dialogów warto czytać te fragmenty Biblii, z których ich autor czerpał. Dialogi ukazują Benedykta jako mnicha zakorzenionego w Bogu.

    Ten niezwykle silny związek ze Stwórcą owocuje licznymi cudami, darem proroctwa, oraz – a może przede wszystkim – głęboką znajomością człowieka. Artyści, malując Benedykta, często przedstawiali go jako brodatego starca o surowym spojrzeniu. Tymczasem Grzegorz napisał, że Patriarcha „miał zawsze pogodny wyraz twarzy”.

    Także zalecenia Benedykta zapisane w Regule, jak np.: szanować wszystkich ludzi; we wszystkim należy zachować umiar ze względu na tych, którym brak siły ducha – mogły pochodzić tylko od kogoś pełnego życzliwości dla bliźnich. W czasach gdy powstawała Reguła św. Benedykta wśród mnichów i mniszek powszechne były surowe umartwienia (np. wielodniowe posty, ograniczenia snu).

    Benedykt zrezygnował z wielu praktyk tego typu, a położył nacisk na ukształtowanie ducha przez posłuszeństwo i pokorę. Mnich kierujący się w życiu Regułą staje się powoli człowiekiem błogosławieństw (por. Mt 5,1–12).

    W literaturze polskiej sugestywny portret św. Benedykta i jego czasów ukazała Hanna Malewska w powieści Przemija postać świata.

    Przez swoją naukę św. Benedykt kształtował oblicze chrześcijańskiej Europy. Przypomniał o tym papież Paweł VI, ogłaszając Patriarchę mnichów patronem Europy podczas poświęcenia odbudowanego klasztoru na Monte Cassino w 1964 r.

    o. Szymon Hiżycki OSB/fragment książki „Medalik Świętego Benedykta”

    ______________________________________________________________________________________________________________

    “Europa zjednoczona to Europa chrześcijańska”.

    Jak wyglądałby świat, gdyby nie bitwa pod Lepanto? (wywiad)

    battle-of-lepanto

    ***

    W tym roku przypada 453 rocznica bitwy pod Lepanto, wielkiego starcia między Imperium Osmańskim a Świętą Ligą, w którym Cervantes, autor “Don Kichota”, stracił dłoń.

    Jean-François Colosimo, teolog i historyk, wyjaśnia, dlaczego bitwa ta miała decydujące znaczenie dla Europy.

    Jean-François Colosimo jest teologiem i historykiem religii. Jako wybitny znawca sytuacji chrześcijan w krajach Wschodu przypomina on o geopolitycznym znaczeniu, jakie miała bitwa pod Lepanto. Autor książki Szabla i Turban. Jak daleko zajdzie Turcja? (Wydawnictwo Cerf2020) uważa, że podczas tej bitwy narodziła się wspólna tożsamość Europy, zjednoczonej w swojej religii.

    Laurent Ottavi: Jakie uwarunkowania polityczne i religijne doprowadziły do bitwy pod Lepanto, 7 października 1571 roku?

    Jean-François Colosimo: Imperium Osmańskie, rozciągające się na trzy kontynenty i cztery morza, było wówczas wielką potęgą morską. Dominowało nad Morzem Śródziemnym i nie przestawało posuwać się naprzód, poprzez kolejne podboje. Podporządkowało sobie już wtedy krąg chrześcijaństwa wschodniego i zaczęło zagrażać światu chrześcijan zachodnich. Turcy, którzy zajęli Konstantynopol, zamierzali też zawładnąć Rzymem. W międzyczasie zaatakowali Cypr.

    Katolicka Europa pod wodzą dominikańskiego papieża Piusa V zjednoczyła wówczas swoje siły wokół Świętej Ligi. W przymierzu tym nie uczestniczyła Francja, ze względu na wrogi stosunek wobec niej ze strony tworzących Ligę potęg. Wszystkich jednak łączyło poczucie, że należy powstrzymać “Wielkiego Turka”.

    Czy obecnie fałszywie określa się przyczyny bitwy pod Lepanto?

    Ogólna amnezja dotykająca naszej świadomości historycznej dotyczy także tej bitwy. Łączy się ją z krucjatami, gdy tymczasem była to bitwa o charakterze obronnym. Pod Lepanto stanęły twarzą w twarz dwa światy, odmienne pod względem wyznania i kultury: łaciński świat chrześcijański i osmański świat islamu. Agresor jednak był tylko jeden, sułtan Wysokiej Porty, dla którego dominacja oznaczała demonstrowanie swojej wyższości religijnej i politycznej. Niezrozumienie tego, w obronie czego rozegrała się bitwa pod Lepanto, to niezrozumienie naszej teraźniejszości.

    Aleteia.pl

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Ulicami stolicy 16 czerwca przejdzie XIX Narodowy Marsz dla Życia i Rodziny

    Pod hasłem “Zjednoczeni dla życia, rodziny, Ojczyzny” w niedzielę, 16 czerwca, odbędzie się w stolicy XIX Narodowy Marsz dla Życia i Rodzin. Jego uczestnicy przejdą w południe z placu Trzech Krzyży w kierunku Belwederu.

    fot. Karol Porwich/Tygodnik Niedziela

    ***

    “Obronimy najdroższe nam wartości, tylko, jeśli będziemy zjednoczeni – zgodni i współpracujący tak w wymiarze lokalnym, jak i ogólnopolskim” – zaznaczyli w mediach społecznościowych organizatorzy marszu.

    Zapowiedzieli, że tegoroczny marsz w stolicy odbędzie się 16 czerwca i przejdzie pod hasłem “Zjednoczeni dla życia, rodziny, Ojczyzny”. “W obliczu narastających ataków na życie, małżeństwo, wolność i suwerenność,(…) chcemy zdecydowanie pokazać, że nie ustąpimy w walce o przyszłość naszych dzieci, rodzin i całej Ojczyzny” – zaznaczyli.

    Marsz wyruszy o godz. 12.00 z placu Trzech Krzyży i przejdzie w kierunku Belwederu. Poprzedzi go Msza św. o godz. 11.30 w kościele św. Aleksandra.

    Pierwszy Marsz dla Życia i Rodziny odbył się w 2006 r. w Warszawie. Od tego czasu organizacji marszu podjęło się ponad 150 miast i miejscowości w kraju, a z każdym rokiem ta liczba się powiększa. W wydarzeniu uczestniczą również osoby starsze i samotne, członkowie ruchów, stowarzyszeń, duchowni i osoby publiczne.(PAP)

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Modlitwa za Ojczyznę

    Boże, Rządco i Panie narodów,
    z ręki i karności Twojej racz nas nie wypuszczać,
    a za przyczyną Najświętszej Panny, Królowej naszej,
    błogosław Ojczyźnie naszej, by Tobie zawsze wierna,
    chwałę przynosiła Imieniowi Twemu
    a syny swe wiodła ku szczęśliwości.
    Wszechmogący wieczny Boże,
    spuść nam szeroką i głęboką miłość ku braciom
    i najmilszej Matce, Ojczyźnie naszej,
    byśmy jej i ludowi Twemu,
    swoich pożytków zapomniawszy,
    mogli służyć uczciwie.
    Ześlij Ducha Świętego na sługi Twoje,
    rządy kraju naszego sprawujące,
    by wedle woli Twojej ludem sobie powierzonym
    mądrze i sprawiedliwie zdołali kierować.
    Przez Chrystusa, Pana naszego. Amen.

    sługa Boży ks. Piotr Skarga

    __________________________________________________________________________________

    Modlitwę za państwo odmawianą przez Zygmunta Starego przetłumaczyła z łaciny prof. Bogumiła Jędrzejewska. Poniżej: faksymile królewskiej modlitwy.

    fot. Roman Koszowski/Gość Niedzielny

    *** 

    „Aniołowie niech strzegą granic”.

    Nieznana modlitwa króla za Ojczyznę

    „Otocz opieką nasze Państwo, Panie, a aniołowie Twoi niech strzegą jego granic” – modlił się król Zygmunt Stary.

    Niepozorna droga z Białowieży do Narewki. Rzadko jeżdżą nią samochody, częściej turyści na rowerach. I niewielu chyba wie, że tą drogą setki lat temu królowie polscy przemierzali kraj, bo była to ówczesna „autostrada” łącząca Kraków i Wilno. Ważny trakt, który umożliwiał rządzenie ogromnym państwem, z postojem w myśliwskim dworku w Puszczy Białowieskiej. Dziś w miejscu tym, nazywanym Starą Białowieżą, rosną wiekowe dęby. A o historii przypominają nowe tablice opisujące działalność polskich królów na tym terenie. Jednym z nich był Zygmunt Stary, znany z gospodarności, pracowitości, ale i… pobożności. W sposób szczególny 500 lat temu modlił się za kraj. Dziś ta modlitwa, przy obecnej granicy państwa, nabiera szczególnego znaczenia.

    Na koronę nie miał szans

    Nad powstaniem tablic pracowała prof. Bogumiła Jędrzejewska z PAN, która od lat mieszka w Białowieży. – W 2022 roku przygotowywałam dla Nadleśnictwa Białowieża nowe tablice edukacyjne na Szlak Królewskich Dębów w uroczysku Stara Białowieża. Jest to miejsce, gdzie od XIV do końca XVI wieku stał królewski dwór myśliwski Jagiellonów i Batorego. Do każdej tablicy poświęconej królom, którzy tu bywali, szukałam ilustracji związanej z Puszczą Białowieską – opowiada pani profesor. – Opracowaliśmy coś w rodzaju pocztu królów, którzy w Białowieży zatrzymywali się, polowali, ale też sprowadzali królewskich kapelanów i modlili się.

    Uwagę prof. Jędrzejewskiej przykuł Zygmunt Stary. Był szóstym dzieckiem Kazimierza Jagiellończyka i Elżbiety Rakuszanki, urodził się w 1467 roku. W zasadzie więc nie miał szans na tron. Jednak po bezpotomnej śmierci starszych braci został wielkim księciem Litwy i królem Polski. Miał już 40 lat, przez 41 kolejnych rządził Polską i Litwą.

    Państwo polsko-litewskie, rozległe i różnorodne, wymagało gospodarnej ręki, nadzoru. Jak to jednak zrobić przy słabej komunikacji? Pomagał tzw. objazdowy system sprawowania rządów. Władcy jeździli po swoich włościach i w ten sposób doglądali terenów, sądzili, zarządzali etc.

    Zygmunt nie podróżował zbyt regularnie pomiędzy Krakowem i Wilnem, a w punktach popasowych zatrzymywał się na krótko. W Puszczy Białowieskiej był od 6 do 8 razy. Co tam robił? Głównie odpoczywał, bo w przeciwieństwie do ojca i dziada nie był specjalnym pasjonatem łowiectwa. Wiadomo, że w Starej Białowieży zatrzymał się, kiedy – po śmieci żony Barbary – wraz z córeczkami, 3-letnią Jadwigą i 4-miesięczną Anną, udawał się do Wilna. Bywała tu również jego kolejna żona, królowa Bona. 

    „Aniołowie niech strzegą granic”. Nieznana modlitwa króla za ojczyznę

    fot. Roman Koszowski/Gość Niedzielny

    ***

    Mądry, pobożny król

    Za panowania Zygmunta Starego rozpoczął się złoty wiek w naszych dziejach. Władca szanował prawo, miał głębokie poczucie sprawiedliwości, był stateczny, uczciwy, gospodarny. I głęboko wierzący. O jego religijności jednak niewiele się mówi. Tymczasem wiara miała wpływ na postawę władcy. Król uważał, że jego obowiązkiem – jako Bożego pomazańca – jest ewangelizacja, dbanie o życie religijne podwładnych. Również dlatego w większych miejscowościach na trasie jego podróży na Litwę fundował świątynie: w Krynkach, Milejczycach, Narwi i Kleszczelach. Natomiast królowa Bona ufundowała lub uposażyła kościoły m.in. w Prużanie i Jałówce. – Gdy dwa lata temu pracowaliśmy nad nowymi tablicami opisującymi polskich królów w Białowieży, trafił w moje ręce pięknie wydany przez Uniwersytet Adama Mickiewicza w Poznaniu „Modlitewnik Zygmunta I Starego”. Został on napisany w 1524 roku. Król zawsze miał go przy sobie. Zawsze, czyli również w Białowieży. Tutaj modlił się. Miał zapewne w jednej z komnat dworku myśliwskiego kaplicę – opowiada prof. Jędrzejewska, która przeglądała modlitewnik strona po stronie. – Wówczas natrafiłam na Oracio pro civitate, to znaczy modlitwę za państwo. I już początek tego łacińskiego tekstu sprzed pięciu wieków uderzył mnie zdumiewającą aktualnością. Jedna ze strof brzmiała: „Otocz opieką nasze Państwo, Panie, a aniołowie Twoi niech strzegą jego granic”. Słowa te zrobiły na mnie spore wrażenie, bowiem wówczas przedostawali się przez granicę w Puszczy Białowieskiej nielegalni migranci z Białorusi, pchani do Polski przez reżim Aleksandra Łukaszenki. Mocno destabilizowało to nasze życie, ale i zagrażało krajowi. Trwał też niszczący spór polityczny na ten temat…

    „Aniołowie Twoi niech strzegą jego granic” – to ważny fragment, może w jakiś sposób proroczy. A przynajmniej dający do myślenia: oto władcy muszą o bezpieczeństwo granic dbać zawsze. Ale powinni też powierzać kraj wyższej od siebie „Instancji”. – Wiedziałam już, że na tablicy o Zygmuncie Starym znajdą się pierwsze strony tej modlitwy z królewskiego modlitewnika – opowiada profesor. – Spisałam całą tę modlitwę, starałam się poznać jej kontekst i historię.

    Prof. Jędrzejewska, przy pomocy znawcy łaciny z seminarium białostockiego, przetłumaczyła modlitwę na współczesny język polski. 

    „Aniołowie niech strzegą granic”. Nieznana modlitwa króla za ojczyznę

    fot. Roman Koszowski/Gość Niedzielny

    ***

    Modlitewnik i modlitwa za państwo

    Modlitewnik króla został wykonany w 1524 roku przez Stanisława Samostrzelnika, cystersa, znakomitego iluminatora ksiąg, oraz zapewne także przez jego uczniów. Poza starannie wykaligrafowanym tekstem zawiera piękne miniatury, bordiury i inicjały.

    Modlitewnik długo był używany po śmierci Zygmunta Starego. Z pewnością był w rękach Zygmunta III Wazy, aby po długiej tułaczce trafić w XIX wieku do British Library w Londynie. Piękne faksymile modlitewnika zostało w Polsce po raz pierwszy wydane dopiero w 2016 roku (Uniwersytet im. Adama Mickiewicza, Wydawnictwo PSP, Poznań 2016). I – poza środowiskami naukowymi – przeszło w zasadzie bez echa. – Modlitewnik służył królowi codziennie podczas Mszy Świętej, ale również w czasie osobistej modlitwy. Umieszczony w specjalnym futerale dla ochrony przed zniszczeniem, był zabierany przez Zygmunta we wszystkie podróże. W każdym miejscu pobytu króla znajdował się „pod ręką”, przy łożu. Na niektórych kartach zachowały się ślady wskazujące na ulubione, bo odmawiane częściej niż inne, modlitwy króla − do nich należy Oracio pro civitate. Dolny róg stronicy z tą modlitwą wydaje się wręcz brudny od królewskiego palca – mówi prof. Jędrzejewska. Władca wracał więc do modlitwy bardzo regularnie. Musiała być dla niego ważna.

    Pacierz za państwo znajduje się w drugiej części modlitewnika, zatytułowanej Clipeus spiritualis, czyli „Tarcza duchowa”. Traktowana była jak tarcza, służyła obronie państwa. Król powierzał swój kraj potężniejszemu od siebie Królowi. – Na tle innych modlitewników z XVI wieku, nawet królewskich, ten zbiór modlitw jest wyjątkowy. Pokazuje władcę jako obrońcę państwa. Król jest jednak przede wszystkim Bożym pomazańcem, a więc wszystko, co ma, należy do Boga. Ma więc służyć państwu i ludziom – mówi prof. Jędrzejewska.

    Kto ułożył modlitwę za państwo dla króla Zygmunta Starego? Siostra profesor Urszula Borkowska OSU, która modlitewnikom Jagiellonów poświęciła osobną książkę, uważała, że pochodzi ona z wcześniejszego (zaginionego) modlitewnika króla Zygmunta i została napisana przez „pewnego pobożnego eremitę”. Sądziła, że ów eremita mógł pochodzić ze środowiska paulinów na Skałce lub Jasnej Górze albo kartuzów węgierskich. Z tymi klasztorami król Zygmunt był związany przez pielgrzymki i wizyty.

    Czy mogła być to modlitwa napisana na specjalną prośbę i po sugestiach panującego władcy? Niewykluczone. Król starał się propagować tę modlitwę w państwie. Uważał, że powinna być odmawiana także przez lud. – Dlatego w XVI wieku była kopiowana do innych modlitewników, a nawet drukowana w wersji łacińskiej i w polskim tłumaczeniu – opowiada profesor.

    Uświęć państwo!

    Państwo, którym rządził Zygmunt Stary, obejmowało wielki obszar: ziemie Korony Królestwa Polskiego rozciągały się od Pomorza Gdańskiego i Wielkopolski po Podole, a ziemie Wielkiego Księstwa Litewskiego od Żmudzi, przez ziemie Połockie, Witebskie i Kijowskie, aż po Dzikie Pola na południowym wschodzie. Blisko milion kilometrów kwadratowych, około 11 mln mieszkańców. Jedno z największych państw Europy, potęga polityczna, militarna i ekonomiczna, o kwitnącej kulturze. Udawało się to dzięki świetnej polityce władcy. Czy wyłącznie dzięki ludzkim wysiłkom?

    „Pobłogosław i uświęć to państwo” − modlił się regularnie król, ale też błagał: „Panie, zobacz, gdzie zgromadzili się nasi nieprzyjaciele (…), zetrzyj ich siłę i rozprosz ich”. Bo niebezpieczeństw z zewnątrz było wiele. – Za panowania Zygmunta trwały wojny z zakonem krzyżackim, wojna litewsko-moskiewska, walki z Mołdawią, narastało zagrożenie ze strony Imperium Osmańskiego. Władca dbał o granice i modlił się: „Rozprosz ich i porzuć, obrońco nasz, Panie, byśmy nie zginęli. Daj pokój, Panie, za dni naszych”. Biskup Samuel Maciejowski w kazaniu pogrzebowym po śmierci Zygmunta Starego w 1548 roku powiedział: „Król codziennie kilka godzin poświęcał na modlitwę, a w dni świąteczne tak się modlił, jakby był kapłanem”.

    A pięćset lat później? Granice państwa są zupełnie inne. Problemy podobne. Może więc królewska modlitwa sprzed tylu lat, która została „odkryta” na nowo, jest znakiem? Zachętą do naśladowania króla, który prowadził kraj do świetności?

    MODLITWA ZA PAŃSTWO − ORACIO PRO CIVITATE

    (pierwszy raz publikowana w całości we współczesnym brzmieniu)

    Wysłuchaj, Panie, modlitw naszych

    i otocz opieką nasze państwo, Panie,

    a aniołowie Twoi niech strzegą jego granic.

    Wysłuchaj, Panie, Twojego ludu,

    aby Twe miłosierdzie oddaliło gniew Twój

    od Twego ludu i Twego państwa.

    Słyszeliśmy bowiem o udręczeniach państwa,

    Panie, zmiłuj się.

    Wysłuchaj, Panie, modlitw sług Twoich,

    błogosław i uświęć to państwo,

    Panie, który dochowujesz przymierza

    i okazujesz miłosierdzie sługom Twoim,

    co zawsze całym sercem

    chodzą przed Tobą, Boże Izraela.

    Wysłuchaj, Panie, pokornych modlitw,

    jakie słudzy Twoi zanoszą dziś do Ciebie,

    aby oczy Twoje były otwarte

    i uszy Twoje nakłonione

    ku sprawom tego państwa we dnie i w nocy.

    Wejrzyj, Panie, któremu zawsze miłe są prośby

    pokornych i cichych, i ich wołanie ze łzami.

    Proszę Cię, Panie, zobacz,

    gdzie zgromadzili się nasi nieprzyjaciele

    i chełpią się swoją mocą.

    Zetrzyj ich siłę, Panie, i rozprosz ich,

    aby poznali, że nie kto inny,

    lecz Ty, Boże nasz, walczysz za nas.

    Rozprosz ich i porzuć, obrońco nasz, Panie.

    Ku Tobie nasze oczy są zwrócone,

    byśmy nie zginęli.

    Daj pokój, Panie, za dni naszych,

    wejrzyj na naszą pokorę.

    Wysłuchaj, Panie, modlitw naszych

    i daj nam pojednanie.

    Przez Pana naszego Jezusa Chrystusa. Amen.

    (tłumaczenie z łaciny: Bogumiła Jędrzejewska)

    Agata Puścikowska/Gość Niedzielny

    ______________________________________________________________________________________________________________

    UNSPLASH

    ***

    Dni bł. kard. Wyszyńskiego w Rzymie: to miasto było dla niego oknem na świat

    Modlitwa o kanonizację kard. Stefana Wyszyńskiego oraz cykl spotkań przybliżających jego życie i nauczanie miały miejsce w Rzymie. Swym świadectwem dzieliła się Anna Rastawicka, wieloletnia współpracowniczka błogosławionego kardynała.

    Członkini Instytutu Prymasa Wyszyńskiego spotkała się m.in. z prefektem Dykasterii Spraw Kanonizacyjnych, ambasadorem Polski przy Stolicy Apostolskiej, dziećmi ze szkoły polskiej, kapłanami studiującymi w Rzymie oraz z rzymską Polonią.

    W czasie spotkania, które odbyło się w siedzibie watykańskiej dykasterii, kard. Marcello Semeraro wyznał, że postać bł. kard. Wyszyńskiego jest mu bliska. „Spotkałem się z jego świadectwem w czasie moich studiów seminaryjnych. Patrzyliśmy wówczas na trudności, którym musiał stawić czoło, na jego miłość do Kościoła i oddanie narodowi. Pokazywał swym życiem, że miłość do Boga przekłada się na oddanie ludowi, który Mu powierzył” – powiedział prefekt Dykasterii Spraw Kanonizacyjnych w czasie spotkania z delegacją Instytutu Prymasa Wyszyńskiego. Kard. Semeraro wyznał, że kilka dni przed liturgicznym wspomnieniem błogosławionego kardynała, które przypada 28 maja, użył w czasie jednej z Mszy tiary, którą nosił w czasie uroczystości beatyfikacyjnych w Warszawie. „Modlimy się i czekamy na kanonizację” – powiedziała Anna Rastawicka, informując kardynała o rozszerzającym się kulcie Prymasa Tysiąclecia. Przypomniała, że w katedrze warszawskiej, w każdy wtorek trwa modlitwa o kanonizację. „Przychodzi wiele osób, które na grobie błogosławionego kardynała składają prośby i dziękczynienie” – zaznaczyła, podkreślając, że takich modlitewnych karteczek zebrano już 7 tys. Współpracowniczka kard. Wyszyńskiego podzieliła się też radością z faktu, że w Polsce są już trzy sanktuaria pod wezwaniem błogosławionego kardynała.

    Wizyta w ambasadzie i modlitwa o kanonizację

    W rocznicę śmierci prymasa Anna Rastawicka spotkała się z ambasadorem Polski przy Stolicy Apostolskiej. W siedzibie ambasady wspominała ostatnie godziny życia błogosławionego i jego niezwykłą więź ze św. Janem Pawłem II. „Kiedy kard. Wyszyński umierał miał 80 lat, a ja 37. Przez dwanaście lat pracy w jego sekretariacie na Miodowej w Warszawie patrzyłam na jego zwyczajność, a zarazem ogromną miłość” – wspominała Anna Rastawicka w rozmowie z ambasadorem Adamem Kwiatkowskim. Przypomniała, że Prymas Tysiąclecia często bywał niezrozumiany i dopiero historia przyznała słuszność decyzjom, które podejmował. „Pamiętam, jak w trudnych dla Polski chwilach pytano go o to, co teraz będzie, a on odpowiadał: «Tylko Bóg będzie i my z Nim». Uderzał ten jego spokój i przekonanie, że jeśli człowiek nie będzie nowy, to żadna zmiana polityczna nie przyniesie rezultatów. Prymas powtarzał, że «cnota nie idzie przez partie polityczne, tylko przez ludzkie serce»” – opowiadała Anna Rastawicka, dodając, że w swych decyzjach Prymas Tysiąclecia szedł linią sumienia i ogromnej intuicji społecznej.

    W liturgiczne wspomnienie błogosławionego kardynała w bazylice Matki Bożej na Zatybrzu, która była jego kościołem tytularnym, modlono się w intencji jego kanonizacji. Uroczystej Eucharystii przewodniczył abp Salvatore Pennacchio, który w czasie beatyfikacji był nuncjuszem apostolskim w Polsce. Podkreślił on, że „źródłem świętości bł. kard. Stefana Wyszyńskiego było Słowo Boże i Eucharystia”. Wspomniał, że „kierował odważnie, wytrwale i zdecydowanie łodzią Kościoła w Polsce, przeciwstawiając ideologii, która odczłowieczała i oddalała człowieka od pełni życia, prawdę zawartą w Ewangelii Chrystusa, wiernie przeżywaną i realizowaną. W walce o obronę wolności polskich kobiet i mężczyzn często powtarzał: «Kto nienawidzi, ten już przegrał»”. Hierarcha przypomniał, że siłę do stawiania czoła przeciwnościom kard. Wyszyński czerpał od Jasnogórskiej Maryi. Dawał świadectwo życia całkowicie oddanego Bogu i Ewangelii, którą żył z odwagą. „Stajemy się święci nie wtedy, gdy staramy się być «w porządku», lecz gdy troszczymy się, by wydać owoc, czynić dobro i nie mieć jałowego życia” – mówił. Abp Pennacchio zaznaczył, że choć żyjemy w zupełnie innym kontekście historycznym, to wezwanie kard. Wyszyńskiego do postawienia całkowicie na Boga wciąż jest aktualne, szczególnie w czasie budzących strach wojen, ubóstwa, klęsk naturalnych i ideologii, które dehumanizują człowieka.

    W czasie liturgii modlono się za przyczyną bł. kard. Wyszyńskiego za Polskę, by szła wskazaną przez niego drogą, rozwijając jego dziedzictwo duchowe i pobożność maryjną. Na zakończenie swym świadectwem podzieliła się Anna Rastawicka, która podkreśliła, że „Rzym był dla błogosławionego kardynała najważniejszym i najbardziej umiłowanym po Jasnej Górze miejscem na ziemi. Był dla niego oknem na świat”.

    Modlitwa o kanonizację w bazylice na Zatybrzu, drugi rok z rzędu, została zorganizowana z inicjatywy ambasadora Adama Kwiatkowskiego. „Jest czymś wyjątkowym, że mogliśmy wysłuchać świadectwa świadka życia Prymasa Tysiąclecia, być może nie będziemy już mieli wiele takich okazji” – powiedział Radiu Watykańskiemu ambasador Kwiatkowski. Dodał, że warto zawsze podkreślać, że bez Prymasa Tysiąclecia Karol Wojtyła nie zostałby papieżem. Kard. Wyszyński był również jednym z bohaterów odzyskania przez Polskę wolności. Ambasador wyraził też radość, że przy okazji pielgrzymki doktor Helena Pyz, która należy do Instytutu Prymasa Wyszyńskiego, spotkała się z przedstawicielami korpusu dyplomatycznego akredytowanego przy Stolicy Apostolskiej i opowiedziała o swej wyjątkowej służbie wśród trędowatych w Indiach. „Ambasadorowie wychodzili poruszeni jej pracą wśród wykluczonych ze społeczeństwa. Mówili, że jest to piękne świadectwo nadziei w naszym naznaczonym wojnami i podziałami świecie” – podkreślił ambasador Kwiatkowski, wyznając, że potrzeba więcej takich pięknych opowieści o Polsce. „Doktor Helena z dumą mówiła o swojej polskości i o tym, czego nauczyła się w naszej ojczyźnie i co otrzymała od bł. kard. Wyszyńskiego” – dodał ambasador. 

    Kapłan na trudne czasy

    W czasie tygodniowej pielgrzymki Anna Rastawicka dzieliła się swym świadectwem życia m.in. z księżmi studiującymi w Rzymie. Spotkanie odbyło w Papieskim Instytucie Kościelnym na zaproszenie rektora, ks. Adama Sycza. Było to miejsce, w którym błogosławiony prymas zatrzymywał się w czasie swych pobytów w Wiecznym Mieście. Temat spotkania brzmiał: „Kapłan na trudne czasy”. „Zależało mi na tym, by pokazać, jak Prymas Tysiąclecia radził sobie w trudnych czasach, ale by dać też delikatną podpowiedź, jak robić to dzisiaj, bo czasy dla kapłanów też są trudne, są jakby na pierwszej linii walki” – mówi papieskiej rozgłośni Anna Rastawicka. W swym świadectwie położyła akcent na źródła siły, dzięki której kard. Wyszyński zwyciężał. „Pierwszym było zaufania Bogu. On nie tylko wierzył w Boga, ale on wierzył Bogu. I wydaje mi się, że w naszym życiu i w pracy kapłańskiej także dziś pierwsze wyzwanie to uwierzyć Bogu, oddać Mu się całkowicie. Kard. Wyszyński oddaje się w więzieniu Matce Bożej w niewolę po to, by Ona oddała go Chrystusowi w niewolę” – podkreśla Anna Rastawicka. Wskazuje, że drugą ogromną wartością w jego życiu, która pomogła mu przeżyć te trudne czasy, było odkrycie realnej obecności Matki Bożej w naszym życiu, że Ona nie jest przeszłością, że Ona nie odeszła do archiwum, że Ona jest przy każdym rodzeniu się Chrystusa, przy każdej ludzkiej biedzie. „Maryja była ogromną siłą w życiu prymasa, ale wiedział też, że to jest siła dla całego Kościoła, dla całego narodu” – podkreśla wieloletnia współpracowniczka błogosławionego kardynała. Dodaje, że trzecią jego siłą był szacunek dla człowieka. „On właściwie nie walczył z żadnym ustrojem, ale w każdym ustroju walczył o człowieka, bo wiedział, czym jest kapitalizm, bo w tym czasie we Włocławku pracował z robotnikami. On wiedział, czym jest komunizm i on wiedział, że problem nie jest w nazwie, nawet nie w ideologii. Problem jest w tym, jak się szanuje człowieka, jak się podchodzi do człowieka. Bo właściwie to jest sprawdzian wierności Bogu” – podkreśla Anna Rastawicka. Przypomina, że błogosławiony kardynał pokazywał swym życiem, że miłość do człowieka jest drogą dotarcia z prawdą o Bogu do poszczególnych ludzi.

    Wyjątkowo wzruszające było spotkanie z dziećmi ze szkoły działającej przy polskiej parafii na via delle Botthege Oscure oraz z rzymską Polonią. „Dzieciom chciałam przede wszystkim pokazać prymasa Wyszyńskiego nie jako człowieka z pomnika i jedynie obrońcę ojczyzny, który walczył z komunizmem, ale przede wszystkim jako człowieka, który był bliski ich życiu, ich problemom, który był blisko ludzi” – powiedziała Radiu Watykańskiemu Anna Rastawicka. Wyznała, że zaskoczyły ją pytania o to, co prymas robił w czasie odzyskania przez Polskę niepodległości, czy jakim był harcerzem. Na zakończenie jedna z dziewczynek powiedziała, że z tego spotkania zapamięta to, co ciągle przypomina jej mama, że Polska bez wiary się nie ostoi, że siłą Polski jest wiara. „Bardzo się z tego ucieszyłam, bo jeżeli dzieci odkryją ten jeden element, to właściwie jest to ratunek nie tylko dla ojczyzny, bo ważny jest każdy człowiek, ale przede wszystkim dla nich. Bo człowiek bez Boga jest bardzo samotny w dzisiejszym świecie” – powiedziała Anna Rastawicka.

    Audiencja u Ojca Świętego

    Centralnym wydarzeniem pielgrzymki członkiń Instytutu Prymasa Wyszyńskiego w intencji kanonizacji prymasa była audiencja środowa i możliwość osobistego spotkania z Ojcem Świętym. „To, że dostrzegł postać bł. kard. Wyszyńskiego, było dla nas bardzo ważne. A jego zachęta skierowana do Polaków, by Prymas Tysiąclecia był dla Kościoła w Polsce i świecie wzorem wierności Chrystusowi i Matce Najświętszej jest dla nas wezwaniem do jeszcze większego propagowania jego dziedzictwa” – podkreśliła Anna Rastawicka, wyrażając nadzieję, że modlitwa o jego kanonizację będzie w Rzymie kontynuowana. Przypomniała słowa Prymasa Tysiąclecia: „Potrzebuję Rzymu jak powietrza”.

    Beata Zajączkowska/Vaticannews.VA/Gość Niedzielny

    ______________________________________________________________________________________________________________

    PONIEDZIAŁEK 24 CZERWCA

    Uroczystość Narodzenia św. Jana Chrzciciela

    MSZA ŚW. W KOŚCIELE ŚW. PIOTRA O GODZINIE 19.00

    JanChrzciciel

    ***

    Pół roku przed narodzeniem Jezusa, Kościół obchodzi uroczystość Narodzenia św. Jana Chrzciciela, który poprzedził przyjście Chrystusa i ukazał Go ludowi. Był pierwszym świętym czczonym w całym Kościele.

    Jan Chrzciciel jako jedyny wśród świętych Pańskich cieszy się takim przywilejem, iż obchodzi się jako uroczystość dzień jego narodzin. U wszystkich innych świętych obchodzimy jako święto dzień ich śmierci – czyli dzień ich narodzin dla nieba. Ponadto w kalendarzu liturgicznym znajduje się także wspomnienie męczeńskiej śmierci św. Jana Chrzciciela, obchodzone 29 sierpnia.

    Imię Jan jest pochodzenia hebrajskiego i oznacza tyle, co “Bóg jest łaskawy”. Jan Chrzciciel urodził się jako syn kapłana Zachariasza i Elżbiety (Łk 1, 5-80). Jego narodzenie z wcześniej bezpłodnej Elżbiety i szczególne posłannictwo zwiastował Zachariaszowi archanioł Gabriel, kiedy Zachariasz jako kapłan okadzał ołtarz w świątyni (Łk 1, 8-17). Przyszedł na świat sześć miesięcy przed narodzeniem Jezusa (Łk 1, 36), prawdopodobnie w Ain Karim leżącym w Judei, ok. 7 km na zachód od Jerozolimy. Wskazuje na to dawna tradycja, o której po raz pierwszy wspomina ok. roku 525 Teodozjusz. Przy obrzezaniu otrzymał imię Jan, zgodnie z poleceniem anioła. Z tej okazji Zachariasz wyśpiewał kantyk, w którym sławi wypełnienie się obietnic mesjańskich i wita go jako proroka, który przed obliczem Pana będzie szedł i gotował mu drogę w sercach ludzkich (Łk 1, 68-79). Kantyk ten wszedł na stałe do liturgii i stanowi istotny element codziennej porannej modlitwy Kościoła – Jutrzni. Poprzez swoją matkę, Elżbietę, Jan był krewnym Jezusa (Łk 1, 36)…

    “Cztery Ewangelie podkreślają wielkie znaczenie postaci Jana Chrzciciela, jako proroka, który zamyka Stary Testament i rozpoczyna Nowy, wskazując na Jezusa z Nazaretu jako Mesjasza, Pomazańca Pańskiego. Faktycznie sam Jezus będzie mówił o Janie w ten sposób: «On jest tym, o którym napisano: Oto Ja posyłam mego wysłańca przed Tobą, aby przygotował Ci drogę. Zaprawdę, powiadam wam: Między narodzonymi z niewiast nie powstał większy od Jana Chrzciciela. Lecz najmniejszy w królestwie niebieskim większy jest niż on» (Mt 11, 10-11).

    (…) Kiedy pewnego dnia sam Jezus przyszedł z Nazaretu, żeby przyjąć chrzest, Jan początkowo odmówił, ale potem zgodził się i ujrzał Ducha Świętego, który spoczął na Jezusie i usłyszał głos Ojca Niebieskiego, który głosił, że jest On Jego Synem (por. Mt 3, 13-17). Ale jego misja nie była jeszcze zakończona: wkrótce potem miał poprzedzić Jezusa także w gwałtownej śmierci: Jan został ścięty w więzieniu króla Heroda, i w ten sposób złożył pełne świadectwo o Baranku Bożym, którego jako pierwszy rozpoznał i publicznie wskazał…”

    Jemu Bóg powierzył misję wskazania na Jezusa jako na Oczekiwanego. Spełnił to nad Jordanem, gdy wśród tłumu grzeszników rozpoznał Świętego. Wzbraniając się, spełnił swą powinność: obmył Jezusa wodą pokuty. Na tę chwilę przygotował go Bóg. A Jan został tej chwili wierny, tak jak zawsze był wierny dobru. Tę wierność przypłacił życiem. Jako Głos do końca był wierny Słowu. Jako człowiek zasłużył na jedyną w swoim rodzaju pochwałę z ust Jezusa: „Między narodzonymi z niewiast nie ma większego od Jana” (Łk 7,28). Wielki powołaniem, wielki wiernością, wielki dobrocią Prorok znad Jordanu. Zniknął w blasku Jezusa — ale do tego został powołany, aby Jezus wzrastał, a on sam się umniejszał (J 3,30).

    ______________________________________________________________________________________________________________

  • Ogłoszenia – maj 2024

    ______________________________________________________________________________________________________________

    KOŚCIÓŁ ŚW. PIOTRA

    Niedziela 13/12 Msza św. g. 14:00 kościół św. Piotra (St Peters) Glasgow

    ST PETER’S CHURCH, PARTICK, 46 HYNDLAND STREET, Glasgow, G11 5PS

    _______________________________

    CZWARTEK 30 MAJA

    Uroczystość Najświętszego Ciała i Krwi Chrystusa

    MSZA ŚWIĘTA Z PROCESJĄ W KOŚCIELE ŚW. PIOTRA O GODZINIE 20.00

    ENGLAND,EUCHARIST,CORPUS CHRISTI

    © Mazur/catholicnews.org.uk

    ****

    Pamiątkę ustanowienia Najświętszego Sakramentu Kościół obchodzi w Wielki Czwartek. Jednak wówczas Chrystus rozpoczyna swoją mękę. Dlatego od XIII wieku Kościół obchodzi osobną uroczystość Najświętszego Ciała i Krwi Chrystusa (zwaną potocznie Bożym Ciałem), aby za ten dar niezwykły Chrystusowi w odpowiednio uroczysty sposób podziękować.

    Chrystus Pan ustanowił Najświętszy Sakrament przy Ostatniej Wieczerzy. Opisali to dokładnie wszyscy trzej synoptycy i św. Paweł Apostoł (Mt 26, 26-28; Mk 14, 22-24; Łk 22, 19-20; 1 Kor 11, 17-30). Św. Łukasz przytacza ważne słowa, którymi Chrystus Pan nakazał swoim uczniom sprawować ten Sakrament: “To czyńcie na moją pamiątkę” (Łk 22, 19). Św. Paweł dodaje, że gdyby ktoś odważył się przyjmować Eucharystię niegodnie, sam sobie przez to gotuje sąd Boży (1 Kor 11, 25-30). Apostoł Narodów zaznacza więc, że do przyjęcia Eucharystii należy przystępować z odpowiednim przygotowaniem wewnętrznym; trzeba wypełnić niezbędne warunki, którymi są stan łaski i odpowiednie przygotowanie serca.

    Do żadnego sakramentu Chrystus Pan tak starannie swoich uczniów nie przygotowywał, jak do Eucharystii. Na wiele miesięcy przed jej ustanowieniem obiecał, da swoim wiernym na pokarm własne ciało, które będą mogli spożywać, jak się spożywa codzienny chleb. Wskazał przy tym, że Chleb ten będzie miał o wiele donioślejsze skutki dla człowieka niż manna, którą kiedyś Izraelici karmili się na pustyni: da im bowiem życie wieczne. Eucharystia jest tak ważnym pokarmem, że bez niej Jego uczniowie nie dostąpią zbawienia.

    Kościół od samych początków dawał wyraz swojej wierze w realną obecność Pana Jezusa w Najświętszym Sakramencie i dlatego Eucharystię uczynił centralnym ośrodkiem kultu Nowego Przymierza. Na czym ta obecność polega? Opłatek, który jest dobrze wypieczonym chlebem pszennym, po wypowiedzeniu przez kapłana słów przeistoczenia, mocą Ducha Świętego staje się Ciałem Pana Jezusa, a wino – Jego Krwią. Substancja chleba (opłatka) przechodzi w substancję Ciała Pańskiego, a substancja (czyli materia, istota) wina przechodzi w materię i w istotę Krwi Pańskiej.

    Taką władzę powierzył kapłanom sam Chrystus, kiedy powiedział przy Ostatniej Wieczerzy: “To czyńcie na moją pamiątkę” (Łk 22, 19; 1 Kor 11, 25). Tymi słowami polecił Apostołom i ich następcom przeistaczanie (przemienianie) chleba w Ciało Pańskie, a wina w Krew Pańską. Spełniła się w ten sposób obietnica: “A oto Ja jestem z wami przez wszystkie dni, aż do skończenia świata” (Mt 28, 20).

    Jezus dając obietnicę Komunii świętej równocześnie wskazał na jej zasadniczy cel: życie wieczne. “Kto spożywa moje Ciało i pije moją Krew, ma życie wieczne, a Ja go wskrzeszę w dniu ostatecznym” (J 6, 54). Chrystus przyrzeka więc dwa ważne dary: wieczne zbawienie duszy i chwałę zmartwychwstałych ciał. Komunia święta daje nam prawo do nieba i jest zadatkiem nieśmiertelności także naszych ciał. Przyjmując bowiem uwielbione ciało Chrystusa, zostajemy w swoim ciele niejako wszczepieni w Jego nieśmiertelne ciało, nabywamy prawa do nieśmiertelności i zmartwychwstania.

    Przyjęta jest powszechnie praktyka częstego nawiedzania Pana Jezusa, obecnego w Najświętszym Sakramencie. Dlatego poleca się, by kościoły przynajmniej w pewnych porach były otwarte. Komunię sakramentalną w takich wypadkach zastępuje częściowo “komunia duchowa”, czyli gorące pragnienie przyjęcia eucharystycznego Chrystusa.

    Inicjatorką ustanowienia święta Bożego Ciała była św. Julianna z Cornillon (1192-1258). Kiedy była przeoryszą klasztoru augustianek w Mont Cornillon w pobliżu Liege, w roku 1245 została zaszczycona objawieniami, w których Chrystus żądał ustanowienia osobnego święta ku czci Najświętszej Eucharystii. Pan Jezus wyznaczył sobie nawet dzień uroczystości Bożego Ciała – czwartek po niedzieli Świętej Trójcy. Biskup Liege, Robert, po naradzie ze swoją kapitułą i po pilnym zbadaniu objawień, postanowił wypełnić życzenie Pana Jezusa. W roku 1246 odbyła się pierwsza procesja eucharystyczna.

    Jednak w tym samym roku biskup Robert zmarł. Wyższe duchowieństwo miasta, za namową teologów, uznało krok zmarłego ordynariusza za przedwczesny, a wprowadzenie święta pod taką nazwą za wysoce niewłaściwe. Co więcej, omalże nie oskarżono św. Julianny o herezję. Karnie została przeniesiona z klasztoru w Mont Cornillon na prowincję (1247 r.). Po interwencji archidiakona katedry w Liege, Jakuba, kardynał Hugo zlecił ponowne zbadanie sprawy i zatwierdził święto. W roku 1251 po raz drugi archidiakon Jakub poprowadził ulicami Liege procesję eucharystyczną. Pan Jezus hojnie wynagrodził za to gorliwego kapłana. Ten syn szewca z Troyes (Szampania) został wkrótce biskupem w Verdun, patriarchą Jerozolimy i ostatecznie papieżem (1261-1264). Panował jako Urban IV. On też w roku 1264 wprowadził w Rzymie uroczystość Bożego Ciała.

    Aleteia.pl/Ewangelia na co dzień

    ______________________________________________________________________________________________________________

    fot. Jacob Bentzinger/Unsplash

    ****

    “Dla zmysłów niepojęte”

    Historia Bożego Ciała i słynnego hymnu

    W jednym czasie i w jednym miejscu spotkały się trzy osoby. Gdyby nie ten przypadek, historia święta Bożego Ciała byłaby zupełnie inna.

    Miejsce akcji: Bolsena, Orvieto

    Oba miasteczka znajdują się jakieś 100 kilometrów na północ od Rzymu. Bolsena rozciąga się nad brzegiem pięknego powulkanicznego jeziora. Orvieto, Urb vetus, Stare Miasto, wznosi się na tufowym klifie z daleka widocznym, gdy w stronę Rzymu jedziemy Autostradą Słońca z Florencji. 

    W XIII wieku Bolsena przyciąga pielgrzymów za sprawą grobu św. Krystyny. Córka – prawdopodobnie – prefekta Bolseny zginęła śmiercią męczeńską podczas prześladowań za czasów Dioklecjana, dziewięć wieków wcześniej. Jej kult jest wciąż żywy. 

    Odległość między Bolseną i Orvieto to zaledwie 12 kilometrów najkrótszą ścieżką. Ta odległość ma znaczenie, stanie się trasą pierwszej w historii procesji Bożego Ciała.

    Czas akcji: 1263

    Są to burzliwe czasy dla papiestwa. Rezydencją papieży stało się Orvieto. Przeniósł się tu Aleksander IV, a było to wynikiem zatargu z królem Sycylii Manfredem – przywódcą stronnictwa Gibellinów, walczących z papiestwem. Kiedy Manfred zdobył poparcie rzymian, którzy wybrali go senatorem, Aleksander IV musiał uciekać z Rzymu. Schronienie znalazł w jednej z rezydencji w trudnym do zdobycia dzięki naturalnemu położeniu Orvieto, podobnie jak jego następca, papież Urban IV.

    Bohaterowie

    Urban IV

    Zanim został papieżem, Jakub Pantaleon, Francuz z pochodzenia, pełnił funkcję archidiakona między innymi w Liege. To tam zetknął się z objawieniami prywatnymi augustianki, Julianny z Mont Cornillon. Twierdziła, że Jezus przykazał jej starania o ustanowienie święta ku czci swojego Ciała i Krwi. Pod wpływem tych objawień, od 1247 roku w Liege istniało już lokalne święto Najświętszego Ciała i Krwi Chrystusa. Propagatorem kultu eucharystycznego i wprowadzenia takiego święta do kalendarza liturgicznego był sam kardynał Jakub. Podobnie jak ona, był przekonany o prawdziwości słów Jezusa: “A oto ja jestem z wami po wszystkie dni aż do skończenia świata”. Był przekonany o prawdziwej obecności Chrystusa w Eucharystii.

    Tomasz z Akwinu

    Od dwóch lat w klasztorze dominikanów w Orvieto przebywa 39-letni Tomasz z Akwinu, ceniony już teolog i filozof. Po powrocie z Paryża, gdzie zdobywa wykształcenie i sławę, przyjmuje powierzone mu przez władze zakonne zadanie prowadzenia stałej formacji dla dominikanów posługujących w Orvieto. Jednocześnie przygotowuje kolejne głośne dzieła, między innymi Summę contra gentiles

    Piotr z Pragi

    Dużo o nim nie wiemy. Był Niemcem, podróżował z Francji do Rzymu. Zatrzymał się na szlaku pątniczym w Bolsenie, by u grobu św. Krystyny odprawić Mszę św. Wszystko wskazuje na to, że powątpiewał w realną obecność Chrystusa w Eucharystii. 

    Kwestia ta jest żywo dyskutowana przez teologów. Poszukuje swojego sformułowania, uzasadnienia, zrozumienia, definicji. Pół wieku wcześniej Sobór Laterański IV sformułował taką oto prawdę o Eucharystii, a zwłaszcza o jej kluczowym momencie, przeistoczeniu, transsubstancjacji: Jeden jest przeto powszechny Kościół, zgromadzenie wierzących, poza którym nikt nie doznaje zbawienia, w którym też Jezus Chrystus jest kapłanem i jednocześnie ofiarą, którego ciało i krew prawdziwie zawarte są w sakramencie ołtarza pod postaciami chleba i wina, po przeistoczeniu mocą Bożą chleba w ciało i wina w krew.

    Darmo wzrok to widzieć chce

    Podczas każdej Mszy św. kapłan powtarza słowa Jezusa z Ostatniej Wieczerzy: “To jest Ciało moje”. Na patenie jest chleb, biała hostia. Czy rzeczywiście w chwili wypowiadania tych słów chleb staje się ciałem? Przecież żadnej zmiany nie widać. Wzrok wciąż widzi chleb. Widzieć Ciało Chrystusa w tym chlebie pozwala wiara. A może naiwność?

    Z tymi wahaniami od miesięcy targającymi myśli, Piotr z Pragi rozpoczyna w krypcie św. Krystyny sprawowanie Mszy św.

    Słowem więc Wcielone słowo
    Chleb zamienia w Ciało swe

    I wtedy, gdy Piotr odprawia Mszę św., podczas transsubstancjacji, przeistoczenia, dzieje się cud. Na jego słowa “To jest Ciało moje” na hostii pojawia się krew. Jej stróżki wsiąkają w korporał, barwiąc go na czerwono, krew wsiąka w kamienną podłogę. Struktura części chleba przypominała partykułę prawdziwego ludzkiego ciała. 

    O wydarzeniu natychmiast robi się głośno. Piotr postanawia udać się do papieża. 

    Co dla zmysłów niepojęte

    Wszystko, co dzieje się później, jest wynikiem tego, że w Orvieto w tym samym czasie przebywają trzy osoby: Jakub Laodejski – papież Urban IV, Tomasz z Akwinu i Piotr z Pragi, chcący wszystko opowiedzieć papieżowi.

    Papież wysłuchuje jego bezpośredniej relacji. Prawdopodobnie o wydarzeniach w Bolsenie zdążył się już dowiedzieć, teraz przyszedł czas na wiarygodną weryfikację pogłosek. Papież wysyła do Bolseny biskupa Orvieto, by ten z kolei na miejscu zbadał hostię i zakrwawiony korporał. 

    Urban IV wie o obecności w Orvieto zyskującego uznanie Tomasza z Akwinu. Niedaleko przebywa również pochodzący z niedalekiego Bagnoregio franciszkanin, Bonawentura. Obu przyszłych wielkich świętych i doktorów Kościoła postanawia zaangażować w zbadanie niewytłumaczalnego zjawiska. Zresztą nie tylko. Zostaną zaangażowani w przygotowanie liturgii święta, które obchodzimy po dziś dzień.

    Hołd po wszystkie nieśmy dni

    To podobno oni, dominikanin, Doktor Anielski, i franciszkanin, Doktor Seraficki, szli na czele procesji z Bolseny do Orvieto, podczas której przeniesiono cudownie zmienioną hostię, Najświętszy Sakrament. Dwunastokilometrowa procesja napotkała na Moście Słońca nieopodal Orvieto samego papieża, który oddał cześć Najświętszemu Sakramentowi i sam przeniósł Hostię do katedry.

    Dla Tomasza, przyszłego świętego i doktora Kościoła, był to moment istotny. Wkrótce światło dzienne ujrzy jego Suma Teologiczna, w której zawrze swe sformułowanie prawdy o transubstancjacji, wyrażenie jej w kategoriach pojęciowych, filozoficzno-teologicznych. To, co stało się w Bolsenie, jeszcze bardziej uwydatniło to, co jest cudem podczas każdej Mszy świętej, nawet jeśli fizycznie nadal nic się nie zmienia.

    Kilka lat później w Sumie Teologicznej Tomasz napisze: Zmysły nie mogą stwierdzić obecności prawdziwego Ciała i Krwi Chrystusa w sakramencie Eucharystii. O tej obecności mówi nam jedynie wiara w oparciu o Boże świadectwo. Nawiązując do słów Pana: “To jest Ciało moje, które za was będzie wydane”, Cyryl mówi: “Nie wątp w prawdziwość słów Zbawiciela, ale raczej przyjmij je z wiarą. On nie kłamie, wszak sam jest Prawdą”

    Sław języku tajemnicę

    Już rok później, w 1264 roku, po raz pierwszy pod przewodnictwem papieża odbyły się uroczystości Najświętszego Ciała i Krwi Chrystusa. Dekret wydał w ten sprawie Urban IV, który zlecił ponadto Tomaszowi i Bonawenturze przygotowanie całej liturgii. Tej liturgii, którą sprawujemy po dziś dzień w czwartek Bożego Ciała, a której oryginalne części wciąż funkcjonują, nawet jeśli przez wieki jej forma ewoluowała.

    To wtedy, w 1264 roku, św. Tomasz z Akwinu, napisał słynny hymn, w całości śpiewany w Wielki Czwartek oraz w uroczystość Bożego Ciała, a powszechnie znany w swej ostatniej części, bo wyśpiewywany przy okazji wystawienia Najświętszego Sakramentu. Hymn, którego nawet polskie, czasem zawodne, tłumaczenie, pokazuje kunszt i geniusz Tomasza, który w literackiej formie, w rytmicznych wersach i rymach potrafił sformułować teologię przeistoczenia:

    Sław języku tajemnicę
    Ciała i najdroższej Krwi,
    którą jako Łask Krynicę
    wylał w czasie ziemskich dni,
    Ten, co Matkę miał Dziewicę,
    Król narodów godzien czci.

    Z Panny czystej narodzony,
    posłan zbawić ludzki ród,
    gdy po świecie na wsze strony
    ziarno słowa rzucił w lud,
    wtedy cudem niezgłębionym
    zamknął Swej pielgrzymki trud.

    W noc ostatnią, przy Wieczerzy,
    z tymi, których braćmi zwał,
    pełniąc wszystko jak należy,
    czego przepis prawny chciał,
    sam Dwunastu się powierzył,
    i za pokarm z Rąk Swych dał.

    Słowem więc Wcielone Słowo
    chleb zamienia w Ciało Swe,
    wino Krwią jest Chrystusową,
    darmo wzrok to widzieć chce.
    Tylko wiara Bożą mową
    pewność o tym w serca śle.

    Przed tak wielkim Sakramentem
    upadajmy wszyscy wraz,
    niech przed Nowym Testamentem
    starych praw ustąpi czas.
    Co dla zmysłów niepojęte,
    niech dopełni wiara w nas.

    Bogu Ojcu i Synowi
    hołd po wszystkie nieśmy dni.
    Niech podaje wiek wiekowi
    hymn triumfu, dzięki, czci,
    a równemu Im Duchowi
    niechaj wieczna chwała brzmi.

    ks. Przemysław Śliwiński/Stacja7.pl

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Cud eucharystyczny, który przekonał papieża do święta Bożego Ciała

    fresk przedstawiający cud eucharystyczny w Bolsenie

    GHIGO ROLI / PHOTO12 VIA AFP

    ****

    Papież Urban IV najpierw wysłuchał relacji księdza, który był świadkiem cudu, a następnie wysłał tam swoich zaufanych teologów Tomasza z Akwinu i Bonawenturę z Bagnoregio.

    Ksiądz ma wątpliwości co do Eucharystii

    Był rok 1263. Pewien niemiecki ksiądz, podróżujący z Pragi, któremu tradycja nadała imię Piotr, wyruszył na pielgrzymkę do Rzymu. Chciał wzmocnić swoją wiarę i rozwiać wątpliwości, które od pewnego czasu trapiły jego kapłańskie serce, mianowicie czy Chrystus rzeczywiście jest obecny w Najświętszym Sakramencie.

    Podróżował wzdłuż Via Francigena czyli wzdłuż tzw. Drogi Francuskiej – głównej trasy pielgrzymkowej do grobów św. Piotra i św. Pawła. Z uwagi na to, że przy tej właśnie trasie zlokalizowane były ważne dla katolików miejsca a także punkty odpoczynku dla pątników, kapłan z Pragi w drodze do Rzymu zatrzymał się w Bolsenie, w diecezji Orvieto, aby odpocząć i odprawić mszę świętą przy grobie św. Krystyny, w miejscu zwanym „miejscem stóp”.

    Ksiądz prosi Boga o znak

    Informację o jego obecności w średniowiecznej Bolsenie potwierdza marmurowy epigraf z 1573 r., przypisywany Hipolitowi Scalza, w którym czytamy: Był tam niemiecki kapłan o wyjątkowej roztropności i wybitnej dobroci obyczajów, który we wszystkim okazywał się wierny Bogu, tylko w wierze w Sakrament miał duże wątpliwości, to znaczy: jak to może być, że po wypowiedzeniu przez kapłanów słów – „to jest Ciało moje” – chleb przemienia się w prawdziwe i najświętsze Ciało Chrystusa, a po wypowiedzeniu – „to jest Krew moja” – wino przemienia się w Krew Pana.

    Jednak każdego dnia prosił Boga w swoich modlitwach, aby raczył mu pokazać jakiś znak, który usunąłby z duszy wszelką wątpliwość. Kiedy nadszedł czas, aby ów ksiądz odstąpił od swego błędu i miał większą pewność w wierze, wszechmocy i miłosierny Bóg, który nie chce śmierci grzesznika, lecz aby się nawrócił i żył, i który nie opuszcza nikogo, kto pokłada w Nim nadzieję, zarządził, aby ten kapłan, dla wyproszenia przebaczenia swoich grzechów, postanowił odwiedzić grób apostołów Piotra i Pawła oraz inne pobożne miejsca. Dlatego wyruszył on w drogę do Rzymu, a dotarłszy na zamek w Bolsenie, postanowił odprawić mszę w kościele św. Krystyny”.

    Cud eucharystyczny w Bolsenie

    Wszystkie wątpliwości, które pielgrzym – kapłan niósł w sercu od wielu tygodni rozwiały się przy ołtarzu w Bolsenie. Kiedy celebrował mszę i trzymał hostię w dłoniach, nad kielichem, nagle zdał sobie sprawę, że nie trzyma białego opłatka, ale prawdziwe, ludzkie Ciało, poplamione Krwią.

    On nie tylko wiedział, nie tylko uwierzył, on zobaczył, na własne oczy, chleb przemieniony w Ciało. Jedynie fragment, którego dotykał palcami był nadal opłatkiem. Przeżył wstrząs, zorientował się, że opaska używana do puryfikacji kielicha też jest zalana Krwią. Starał się ukryć hostię w korporale, ale im więcej wkładał w to wysiłku, tym ona bardziej plamiła tkaninę…

    Każda kropla krwi, plamiąca korporał, układała się w kształt przypominający człowieka. Kapłan nie mógł sobie z ta sytuacją poradzić, wreszcie przerwał celebrację mszy i skruszony, drążącymi rękami, schował Sakrament do tabernakulum.

    „Udał się pospiesznie do papieża Urbana IV i klęcząc przed nim, opowiedział mu o wszystkim, co zaszło, i o własnej zatwardziałości serca a także poprosił o przebaczenie swego błędu i miłosierdzie” – czytamy na marmurowym epigrafie.

    Teologowie badają cud eucharystyczny

    Jak wiadomo koniec XIII w. to czas, kiedy zarówno Bolsena, jak i Orvieto znajdują się na obszarze Państwa Papieskiego, a papieże często przebywają poza Rzymem. Papież Urban IV mieszkał w tym czasie akurat w Orvieto, w jednym z papieskich pałaców. Natychmiast został powiadomiony o tym, co zaszło w kościele św. Krystyny.

    Najpierw wysłuchał relacji księdza – pątnika, który był świadkiem cudu, a następnie wysłał tam swoich zaufanych teologów Tomasza z Akwinu i Bonawenturę z Bagnoregio. Przybyli na miejsce, wypytali świadków i z pełnym przekonaniem potwierdzili, że w Bolsenie wydarzył się najprawdziwszy cud eucharystyczny – Pan Jezus pozostawił ślady swojej Krwi.

    Tomasz i Bonawentura przynieśli też cudowną hostię oraz korporał oznaczony śladami Krwi Chrystusa do papieża.

    Urban IV oczekiwał ich na moście zwanym dzisiaj Mostem Słońca. W pozycji klęczącej przyjął relikwie a następnie, w bardzo uroczystej procesji przeniósł je do katedry w Orvieto. Niektórzy z badaczy twierdzą, że to właśnie wtedy odbyła się pierwsza w historii procesja Bożego Ciała.

    fresk przedst

    GHIGO ROLI / PHOTO12 VIA AFP

    ****

    Święto Najświętszego Ciała i Krwi Chrystusa

    Już rok później, 11 sierpnia 1264 r. papież Urban IV ogłosił bullę Transiturus de hoc Mundo, na mocy której wprowadził święto Najświętszego Ciała i Krwi Chrystusa, zwane dziś Bożym Ciałem, a uroczystą liturgię odprawianych tego dnia mszy świętych przygotowali Tomasz z Akwinu i Bonawentura z Bagnoregio.

    Co ciekawe, cud w Bolsenie uznany przez papieża w niezwykły sposób zbiegł się w czasie z wizjami i staraniami bł. Julianny z Cornillon, która w 1230 r. ujawniła pragnienie Jezusa, aby Kościół ustanowił szczegółowe święto dla uczczenia żywej obecności Boga w Najświętszym Sakramencie. Propagowaniu święta Bożego Ciała, bł. Julianna poświęciła całe swoje życie i choć nie doczekała jego ustanowienia dla całego Kościoła, jej wkład jest bezsprzeczny.

    Idziemy w procesji Bożego Ciała

    My – którzy żyjemy siedemset lat później i po raz kolejny w swym życiu ruszymy w procesji Bożego Ciała – powinniśmy być świadomi, że Bóg, chcąc zwrócić naszą uwagę na Jego żywą obecność w białej Hostii, nie objawił się w słupie ognistym, ale skorzystał z uważnej miłości mniszki Julianny z klasztoru w Mont Cornillon, braku wiary w Jego obecność niemieckiego kapłana Piotra i otwartej na Boże znaki służebnej postawy papieża Urbana IV.

    Rodzi się pytanie: Czy nie mógł posłużyć się tylko wierzącym papieżem? Pewnie mógł, ale czyż nie piękniej, gdy w odkrywaniu Go też idziemy w licznej procesji, a nie w pojedynkę?

    Agnieszka Bugała/Aleteia.pl (na podstawie książki: S. Meloni, „Cuda eucharystyczne i chrześcijańskie korzenie Europy”, Wydawnictwo Jedność)

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Cud eucharystyczny w Krakowie

    WEB ADORACJA OŁTARZ KRAKÓW

    © Mazur/catholicnews.org.uk

    ****

    Świadectwo dwóch milionów młodych ludzi na Światowych Dniach Młodzieży jest może bardziej porywające niż jakikolwiek „nadprzyrodzony dowód”.

    W Sienie, średniowiecznym włoskim mieście położonym na wzgórzach, znajduje się wyniosła bazylika św. Franciszka. Chociaż nie ma białych i czarnych marmurów, które zdobią sieneńską katedrę, ani efektownych starych fresków, jakie uświetniają sąsiednie kościoły, bazylika św. Franciszka chlubi się nadzwyczajnym przedmiotem kultu  – cudem eucharystycznym.

    Historia cudu sięga 14 sierpnia 1730 roku, kiedy z kościelnego tabernakulum skradziono cyborium pełne konsekrowanych hostii. Szczęśliwie trzy dni później znaleziono hostie schowane w puszce na ofiarę – złodziejowi zależało jedynie na kosztownym złotym cyborium.

    Hostie starannie oczyszczono z kurzu. Jednak kapłani, którzy je znaleźli, zamiast je spożyć, jak nakazuje praktyka, umieścili je z powrotem w tabernakulum. Okazało się, że Hostie te – od trzystu lat! – nie ulegają zepsuciu, a badania naukowe wykazują, że są nadal tak świeże, jakby zostały konsekrowane podczas dzisiejszej mszy.

    Najdziwniejsza jednak nie jest sama natura zachowania Hostii, ale raczej brak rozpowszechnionego kultu tego nadprzyrodzonego zdarzenia. W letnie miesiące 2016 roku podczas Eucharystii, w których uczestniczyłem u św. Franciszka, środkowa nawa bazyliki nigdy – w niedziele także – nie była wykorzystywana. Nie było takiej potrzeby. Msze odprawiano w małej, narożnej kaplicy, w obecności ośmiu czy dziewięciu osób czczących cudowne hostie.

    W obliczu takiego braku reakcji na nadprzyrodzony dowód Najświętszego Sakramentu można by zapytać: „Jeśli wierni nie reagują na ten przejaw mocy Bożej, jak mamy zaszczepić na świecie wiarę w Eucharystię?”.

    Odpowiedź przychodzi poprzez cud eucharystyczny, jakim były Światowe Dni Młodzieży w Krakowie.

    W środę, 27 lipca 2016 roku ponad 18000 ludzi zgięło kolana przed Eucharystią. Ten tłum obejmował tylko tych, którzy zdołali wejść na nabity stadion Tauron Arena. Jednak ten przejaw nabożeństwa to był zaledwie przedsmak prawdziwego cudu, który miał nadejść trzy dni później, kiedy prawie dwa miliony pielgrzymów ze 187 narodów przyłączyło się do papieża Franciszka w adoracji Najświętszego Sakramentu.

    Światowe Dni Młodzieży były cudem, bo ci młodzi ludzie często spisywani są na straty jako zbyt zlaicyzowani lub niewierni. A przecież tamtej nocy Hostia nie zmieniła wyglądu; właściwie względnie niewielu mogło nawet zobaczyć hostię, którą adorowali. Nie było grzmotów ani błyskawic, żaden głos z nieba nie przypomniał nam: „To jest mój Syn Umiłowany, w którym mam upodobanie”. Nie było nawet radosnej muzyki, która towarzyszyła młodym w czasie innych wydarzeń. ŚDM. Była tylko postać chleba … i ogromna wiara.

    Ten cud jest jeszcze donioślejszy, jeśli pomyślimy o historii, która przywiodła te dwa miliony młodych ludzi do Polski, aby demonstrowali swoją wiarę w Jezusa Chrystusa ukrytego pod postacią chleba. Żeby młodzi przyjechali do Krakowa, musiał ich zachęcić i zająć się nimi jakiś dorosły organizator (ksiądz, katecheci, itd.). Jednak to była już odpowiedź na zaproszenie, które do młodych wystosował papież Franciszek. A zaproszenie to było konsekwencją tego, że ponad trzydzieści lat temu papież Jan Paweł II w ogóle ustanowił Światowe Dni Młodzieży.

    Tę oś czasu można prowadzić dalej i dalej, przez nawiązywane kontakty i zaproszenia, aż do spotkania Chrystusa, który zaprasza Szymona i Andrzeja, aby poszli za Nim i zostali rybakami ludzi.

    Ci, którzy byli świadkami cudu 30 lipca 2016, nigdy go nie zapomną, bo nikt nie jest w stanie zapomnieć czystego szaleństwa 2 milionów ludzi kłaniających się na prośbę starszego pana, czule zwanego Ojcem Świętym, przed tym, co oczy postrzegają jako chleb.

    W ten sposób dochodzimy do odpowiedzi pytanie: Jak mamy zaszczepić na świecie wiarę w Najświętszy Sakrament? Spotykajmy się z ludźmi, zapraszajmy ich, zachęcajmy ich, stawiajmy im wyzwania, przyprowadźmy ich na modlitwę.

    Jak widać, światło zwykłego spotkania może rozpalić wielką wiarę, podczas gdy światło nadprzyrodzonej interwencji może pozostać ukryte pod korcem małej, nieodwiedzanej kaplicy w wielkim, niewykorzystywanym kościele.

    Evan H. Harrington/tekst opublikowany w angielskiej edycji portalu Aleteia

    ______________________________________________________________________________________________________________

    fot. BP KEP/flickr.com

    ****

    Jak uzyskać odpust zupełny w Boże Ciało?

    Uroczystość Bożego Ciała oraz towarzysząca jej procesja eucharystyczna to jedne z najbardziej uroczystych momentów w kalendarzu liturgicznym. Wyjaśniamy, jak w tym czasie można uzyskać

    Boże Ciało, czyli uroczystość Najświętszego Ciała i Krwi Chrystusa, jest jednym z najważniejszych świąt w Kościele katolickim. To święto nakazane, co oznacza, że tego dnia Katolicy są zobowiązani uczestniczyć we Mszy świętej. Wypada ono zawsze w czwartek, po Niedzieli Trójcy Świętej i dokładnie 60 dni po Wielkanocy. To wyjątkowe święto łączy się z celebracją Eucharystii oraz adoracją Najświętszego Sakramentu.

    Tego dnia katolicy uczestniczą w uroczystych procesjach eucharystycznych, oddając cześć Jezusowi Chrystusowi w Najświętszym Sakramencie. Co więcej, w tym dniu wierni mają także możliwość uzyskania odpustu zupełnego. Odpust zupełny to darowanie kary doczesnej za grzechy, które zostały już odpuszczone w sakramencie spowiedzi.

    Odpust zupełny w uroczystość Bożego Ciała można uzyskać za pobożny udział w uroczystej procesji eucharystycznej, która ma szczególne znaczenie dla uroczystości Najświętszego Ciała i Krwi Chrystusa.

    Aby uzyskać odpust zupełny należy pamiętać także o jego podstawowych zasadach:

    • nie mieć przywiązania do jakiegokolwiek grzechu, nawet powszedniego
    • być w stanie łaski uświęcającej
    • przyjąć Komunię Świętą
    • modlitwa w intencjach, w których modli się Ojciec Święty np. „Ojcze nasz” i „Zdrowaś Mario”

    Co więcej, odpust zupełny za udział w uroczystej procesji eucharystycznej można uzyskać nie tylko dniu samej uroczystości, ale także w jej oktawie. Oznacza to również, że jeśli ktoś będzie brał udział w uroczystej procesji każdego dnia oktawy Bożego Ciała i wypełni pozostałe warunki odpustu zupełnego, to może przez te dni, codziennie uzyskać odpust zupełny.

    ______________________________________________________________________________________________________________

    fot. Patrycja Książek/Stacja7.pl

    ****

    Dlaczego Boże Ciało jest w czwartek?

    Boże Ciało czyli Uroczystość Najświętszego Ciała i Krwi Chrystusa – to jest jedno z najbardziej uroczystych świąt w kalendarzu liturgicznym, które obchodzi się w czwartek. To wyjątkowe święto, które przyciąga tysiące wiernych pragnących wyrazić swoją wiarę na ulicach wsi i miast.

    Podczas Bożego Ciała, wierni przygotowują uroczystą procesję, podczas której kapłan niesie Chrystusa w Najświętszym Sakramencie, a dzieci komunijne sypią przed Nim kwiaty. Procesja prowadzi do czterech ołtarzy, które symbolizują cztery strony świata, na które ma dotrzeć Ewangelia Chrystusa oraz cztery Ewangelie.

    Datę Bożego Ciała warunkuje data Wielkanocy. W tym roku wypadała ona 31 marca. Dlatego Uroczystość Najświętszego Ciała obchodzimy w czwartek, 30 maja – dokładnie 60 dni po Zmartwychwstaniu Chrystusa.

    Wielki Czwartek jest dniem, w którym Chrystus Pan ustanowił Najświętszy Sakrament Eucharystii i Sakrament Kapłaństwa. To właśnie wtedy pierwszy raz miało miejsce przemienienie w Ciało i Krew Chrystusa. Co więcej, to sam Pan Jezus polecił Juliannie z Mont Cornillon w trakcie objawień obchodzić tę uroczystość właśnie tego dnia.

    _____________________________________________________________

    fot. Wojciech Łączyński/Archidiecezja Warszawska

    ****

    Czy w Boże Ciało trzeba iść do kościoła?

    Bez wątpienia, najbardziej charakterystyczną cechą Bożego Ciała są procesje, w których wierni co roku chętnie uczestniczą. Niektórzy, wybierając się na procesję, rezygnują z pójścia na Mszę Świętą. Czy w Boże Ciało mamy obowiązek w niej uczestniczyć?

    Uroczystość Najświętszego Ciała i Krwi Chrystusa, znana jako Boże Ciało, obchodzona jest na pamiątkę ustanowienia sakramentu Eucharystii w czasie Ostatniej Wieczerzy.

    Boże Ciało przypada zawsze w czwartek po Niedzieli Trójcy Świętej, ale jest świętem ruchomym, które celebruje się 60 dni po Wielkanocy i 10 dni po Zesłaniu Ducha Świętego.

    Za najbardziej charakterystyczny element obchodów Bożego Ciała można bez wątpienia uznać uroczyste procesje z Najświętszym Sakramentem, które przechodzą ulicami każdej parafii.

    Czy w Boże Ciało trzeba uczestniczyć we Mszy Świętej?

    Katolicy mają obowiązek uczestniczenia we Mszy Świętej w święta nakazane, do których należą wszystkie niedziele w roku oraz w następujące uroczystości:

    • 1 stycznia – Uroczystość Świętej Bożej Rodzicielki
    • 6 stycznia – Uroczystość Objawienia Pańskiego (Trzech Króli)
    • Uroczystość Najświętszego Ciała i Krwi Pana Jezusa (Boże Ciało)
    • 15 sierpnia – Uroczystość Wniebowzięcia Najświętszej Maryi Panny
    • 1 listopada – Uroczystość Wszystkich Świętych
    • 25 grudnia – Uroczystość Narodzenia Pańskiego

    Dlatego w Boże Ciało należy wziąć udział w Mszy Świętej. Inaczej jest z procesją, w której uczestnictwo nie jest wymagane.

    Obowiązek uczestniczenia we Mszy Świętej katolicy mogą wypełnić w dzień świąteczny lub przed, czyli w wigilię uroczystości. „Nakazowi uczestniczenia we Mszy Świętej czyni zadość ten, kto bierze w niej udział, gdziekolwiek jest odprawiana w obrządku katolickim, bądź w sam dzień świąteczny, bądź też wieczorem dnia poprzedzającego” (Kodeks Prawa Kanonicznego, kan. 1248 § 1).

    ______________________________________________________________________________________________________________

    fot. Dulce María/Cathopic

    ****

    Boże Ciało

    Święto, którego brakowało samemu Chrystusowi

    Kluczowe dla ustanowienia uroczystości Najświętszego Ciała i Krwi Chrystusa, były wizje bł. Julianny z Retine, w czasie których Jezus wyznał, że w roku kościelnym szczególnie brakuje święta oddającego cześć Najświętszej Eucharystii.

    Pierwsze obchody odbywały się w Krakowie

    Wszystkie starożytne święta w Kościele są związane ze wspomnieniem konkretnego wydarzenia z historii zbawienia.

    Dopiero późne średniowiecze wprowadza do kalendarza liturgicznego tzw. święta idei, a więc uroczystości, w których czcimy Boga, w jakimś Jego przymiocie, czy tajemnicy: Uroczystość Trójcy Świętej, Uroczystość Najświętszego Serca Pan Jezusa a nade wszystko Uroczystość Najświętszego Ciała i Krwi Chrystusa, tradycyjnie nazywana Bożym Ciałem.

    Oczywiście święto nie rozpowszechniło się w Kościele od razu, ale już od XIV wieku było obchodzone we Francji, Niemczech, Hiszpanii i Polsce. Boże Ciało w Polsce obchodzono po raz pierwszy w diecezji krakowskiej w 1320 roku. Dopiero 100 lat później święto obowiązywało we wszystkich diecezjach polskich. Od XV wieku uroczystości towarzyszyła jedna procesja eucharystyczna w mieście.

    Ułożenie oficjum (formularz mszalny i Liturgia Godzin) tej uroczystości wiązano z osobą św. Tomasza z Akwinu, nie jest to jednak pewne. Najprawdopodobniejsze jest autorstwo Akwinaty sekwencji Lauda Sion, która nie została włączona do nowego Mszału. Formularz z Mszału potrydenckiego został przeniesiony do Mszału Pawła VI z 1970 roku, jednakże została zmieniona nazwa święta na: uroczystość Najświętszego Ciała i Krwi Chrystusa (Sanctissimi Corporis et Sanguinis Christi sollemnitas).

    Z pragnienia adoracji

    Na powstanie święta Bożego Ciała złożyło się wiele okoliczności. Pierwszą z nich jest paradoksalna sytuacja, która ma swoje początki pod koniec I tysiąclecia, a apogeum osiąga na przełomie XI-XII w., w której wraz z niebywałym rozwojem kultu eucharystycznego praktycznie zanika wśród wiernych przystępowanie do Komunii świętej.

    Na kolejnych synodach i soborach wydaje się dekrety ograniczające możliwość przystępowania do komunii dla wiernych, do tego stopnia, że później trzeba wręcz przykazaniem – zachowanym do dnia dzisiejszego – nakazywać wiernym, żeby przynajmniej raz w roku w okresie wielkanocnym do komunii jednak przystąpili (dekret Soboru Laterańskiego IV z 1215 r.). Skoro – rodziło się to z takiego formy pobożności i doświadczenia niegodności – wierni w średniowieczu rzadko przystępowali do Komunii świętej, to rodziło się w nich pragnienie oglądania (adorowania) hostii, którą zaczęto wystawiać w monstrancjach. Do liturgii zostało wprowadzone podniesienie hostii i kielicha, aby wierni mogli patrzeć na Ciało i Krew Pana, skoro nie mogli ich spożyć. Zaczynają się pojawiać procesje eucharystyczne.

    Wizje bł. Julianny z Retine

    Równocześnie w tym czasie pojawiły się herezje negujące realną obecność Chrystusa w Eucharystii, co Kościół musiał skutecznie potępić. Najważniejszym jednak wydarzeniem były wizje bł. Julianny z Retine (koło Liège) żyjącej w XIII wieku. Miała ona widzieć jasną tarczę księżyca z jedną ciemną sferą. Świecąca tarcza księżyca miała symbolizować blask wszystkich uroczystości kalendarza liturgicznego, zaś ta jedna ciemna sfera symbolizowała brak jednego święta.

    Julianna usłyszała w czasie tej wizji od Chrystusa, że w roku kościelnym szczególnie brakuje święta oddającego cześć Najświętszej Eucharystii. Julianna, która tę wizję miała w wieku zaledwie 16 lat, ujawniła jej treść znacznie później. Wtedy komisja teologiczna, w skład której wchodził także archidiakon Jakub Pantaleone (późniejszy Urban IV) stwierdziła, że takie święto nie sprzeciwia się prawdom wiary, a wręcz przeciwnie, dopełnia kult Eucharystii w Kościele.

    Niezwykły cud eucharystyczny

    W 1246 roku biskup Robert de Thourotte ustanowił święto Bożego Ciała, które pierwotnie odnosiło się tylko do diecezji Liège, a które było obchodzone w czwartek po uroczystości Trójcy Świętej. Kiedy Jakub Pantaleone został papieżem, jako Urban IV bullą Transiturus de hoc Mundo ustanowił dla całego Kościoła uroczystość Najświętszego Ciała Pana naszego Jezusa Chrystusa. Prawdopodobnie miał na to wpływ także cud eucharystyczny, który miał miejsce w Bolsena w 1263 roku. Papież Urban przebywający wtedy w Orvieto miał zobaczyć korporał splamiony krwią spływającą z hostii. Celami tego święta było przeproszenie za zniewagi Najświętszego Sakramentu, przeciwstawienie się herezjom oraz uczczenie ustanowienia Eucharystii.

    ks. Krzysztof Porosło/Stacja7.pl

    ______________________________________________________________________________________________________________

    fot. Wikipedia/Pixabay

    ****

    Zdarzenie, którego doświadczyła św. s. Faustyna podczas procesji Bożego Ciała

    W “Dzienniczku” św. s. Faustyna kilka razy nawiązuje do uroczystości Najświętszego Ciała i Krwi Chrystusa oraz procesji Bożego Ciała. W słowach, które Pan Jezus skierował do świętej, odkrywamy sens i znaczenie tej uroczystości.

    „Wtem promienie z obrazu tego przeszły przez Hostię świętą i rozeszły się na cały świat…”

    W pewnej chwili, kiedy był ten obraz wystawiony w ołtarzu na procesji Bożego Ciała, kiedy kapłan postawił Przenajświętszy Sakrament i chór zaczął śpiewać, wtem promienie z obrazu tego przeszły przez Hostię świętą i rozeszły się na cały świat. – Wtem usłyszałam te słowa: Przez ciebie, jako przez tę Hostię, przejdą promienie (184) miłosierdzia na świat. Po tych słowach głęboka radość wstąpiła w duszę moją

    (Dz 441)

    „Niech się napełni radością serce Twoje”

    27 [V 1937]. Boże Ciało.

    W czasie modlitwy usłyszałam te słowa: Córko Moja, niech się napełni radością serce twoje. Ja, Pan, jestem z tobą, nie lękaj się niczego, jesteś w sercu Moim. W tym momencie poznałam wielki majestat Boga i zrozumiałam, że z jednym poznaniem Boga nic nie może iść w porównanie; zewnętrzna wielkość niknie jak proszek, przed jednym aktem głębszego poznania Boga.

    (Dz 1133)

    „Tu jest odpocznienie moje”

    1 VI 1937. Dziś u nas procesja Bożego Ciała324. Przy pierwszym ołtarzu wyszedł ogień z Hostii świętej i przeszył mi serce – i usłyszałam głos: Tu jest odpocznienie Moje. Żar zapalił się w sercu moim; czułam, że jestem przemieniona cała w Niego.

    (Dz 1140)

    Święta siostra Faustyna w “Dzienniczku” opisuje także dni oktawy Bożego Ciała, które w jej życiu miały szczególne znaczenie:

    „Poznałam, jak bardzo mnie Bóg miłuje”

    Było [to] w czasie oktawy Bożego Ciała15. Bóg napełnił duszę moją światłem wewnętrznym głębszego poznania Go, jako najwyższego dobra i piękna. Poznałam, jak bardzo mnie Bóg miłuje. Przedwieczna jest miłość Jego ku mnie. Było to w czasie nieszporów – w prostych słowach, które płynęły z serca, złożyłam Bogu ślub wieczystej czystości. Od tej chwili czułam większą zażyłość z Bogiem, Oblubieńcem swoim. Od tej chwili uczyniłam celkę w sercu swoim, gdzie zawsze przestawałam z Jezusem.

    (Dz 16)

    „Łaska ta trwała króciutką chwilę, ale moc tej łaski jest wielka.”

    Co do mnie, otrzymałam tę łaskę po raz pierwszy, i to przez bardzo krótką chwilę, w osiemnastym roku życia, w czasie oktawy Bożego Ciała podczas nieszporów, kiedy złożyłam Panu Jezusowi ślub wieczysty czystości. Żyłam jeszcze na świecie, jednak wkrótce wstąpiłam do klasztoru. Łaska ta trwała króciutką chwilę, ale moc tej łaski jest wielka. Po tej łasce nastąpiła długa przerwa. Wprawdzie otrzymywałam od Pana w tej przerwie wiele łask, ale innego rzędu. Był to okres doświadczeń i oczyszczenia. Doświadczenia [te] były tak bolesne, że dusza moja doznała zupełnego opuszczenia przez Boga, została pogrążona w tak wielkich ciemnościach. Zauważyłam i zrozumiałam, że nikt mnie z tych udręk nie zdoła wyprowadzić ani mnie mogli zrozumieć. Były dwa momenty, gdzie dusza moja była pogrążona w rozpaczy: raz pół godziny, drugi raz trzy kwadranse. Jak co do łask, nie mogę ich wielkości dokładnie napisać, tak i co do tych doświadczeń Bożych, chociażbym użyła nie wiem jakich słów, to wszystko bladym jest cieniem. Jednak, jak Pan mnie pogrążył w tych udrękach, tak i Pan mnie wyprowadził. Trwało to jednak parę lat i znów otrzymałam tę wyjątkową łaskę zjednoczenia, (184) która trwa do dziś. Jednak i w tym powtórnym zjednoczeniu były krótkie przerwy. Jednak obecnie od pewnego czasu nie doznaję żadnej przerwy, ale coraz głębiej pogrąża mnie w Bogu. Wielkie światło, jakim jest oświecony rozum, daje poznać wielkość Boga, nie jakoby w Nim miała poznawać poszczególne przymioty, jako dawniej, nie – tu jest inaczej: w jednym momencie poznaję całą Istotę Boga.

    (Dz 770)

    fot. cathopic.com

    ****

    Modlitwa uwielbienia Hostii Świętej

    Poznaj dwie wyjątkowe modlitwy uwielbienia Hostii Świętej, które w “Dzienniczku” zapisała św. s. Faustyna Kowalska.


    Hostio św., w której zawarty jest testament miłosierdzia Bożego dla nas, a szczególnie dla biednych grzeszników.

    Hostio św., w której zawarte jest Ciało i Krew Pana Jezusa, jako dowód nieskończonego miłosierdzia ku nam, a szczególnie ku biednym grzesznikom.

    Hostio św., w której jest życie wiekuiste i nieskończonego miłosierdzia, nam obficie udzielane, a szczególnie biednym grzesznikom.

    Hostio św., w której zawarte jest miłosierdzie Ojca, Syna i ducha Świętego ku nam, a szczególnie ku biednym grzesznikom.

    Hostio św., w której zawarta jest nieskończona cena miłosierdzia, która wypłaci wszystkie długi nasze, a szczególnie biednych grzeszników.

    Hostio św., w której zawarte jest źródło wody żywej, tryskającej z nieskończonego
    miłosierdzia dla nas, a szczególnie dla biednych grzeszników.

    Hostio św., w której zawarty jest ogień najczystszej miłości, który płonie z łona Ojca Przedwiecznego, jako z przepaści nieskończonego miłosierdzia dla nas, a szczególnie dla biednych grzeszników.

    Hostio św., w której zawarte jest lekarstwo na wszystkie niemoce nasze, płynące z nieskończonego miłosierdzia, jako z krynicy, dla nas, a szczególnie dla biednych grzeszników.

    Hostio św., w której zawarta jest łączność pomiędzy Bogiem a nami, przez nieskończone miłosierdzie dla nas, a szczególnie dla biednych grzeszników.

    Hostio św., w której zawarte są wszystkie uczucia najsłodszego Serca Jezusowego ku nam, a szczególnie ku biednym grzesznikom.

    Hostio św., nadziejo nasza jedyna wśród ciemności i burz wewnętrznych i zewnętrznych.

    Hostio św., nadziejo nasza jedyna w życiu i śmierci godzinie.

    Hostio św., nadziejo nasza jedyna wśród niepowodzeń i zwątpienia toni.

    Hostio św., nadziejo nasza jedyna wśród fałszu i zdrad.

    Hostio św., nadziejo nasza jedyna wśród ciemności i bezbożności, która zalewa ziemię.

    Hostio św., nadziejo nasza jedyna wśród tęsknoty i bólu, w którym nas nikt nie zrozumie.

    Hostio św., nadziejo nasza jedyna wśród znoju i szarzyzny życia codziennego.

    Hostio św., nadziejo nasza jedyna wśród zniszczenia naszych nadziei i usiłowań.

    Hostio św., nadziejo nasza jedyna wśród pocisków nieprzyjacielskich i wysiłków piekła.

    Hostio św., ufam Tobie, gdy ciężkości przechodzić będą siły moje, gdy ujrzę wysiłki swoje bezskuteczne.

    Hostio św., ufam Tobie, gdy burze miotają mym sercem, a duch strwożony chylić się będzie ku zwątpieniu.

    Hostio św., ufam Tobie, gdy serce moje drżeć będzie – i śmiertelny pot zrosi nam czoło.

    Hostio św., ufam Tobie, gdy wszystko sprzysięże się przeciw mnie i rozpacz czarna wciskać się będzie do duszy.

    Hostio św., ufam Tobie, gdy wzrok mój gasnąć będzie na wszystko, co doczesne, a duch mój po raz pierwszy ujrzy światy nieznane.

    Hostio św., ufam Tobie, gdy prace moje będą przechodzić siły moje, a niepowodzenie będzie stałym udziałem moim.

    Hostio św., ufam Tobie, gdy spełnienie cnoty trudnym mi się wyda i natura buntować się będzie.

    Hostio św., ufam Tobie, gdy ciosy nieprzyjacielskie wymierzone przeciw mnie będą.

    Hostio św., ufam Tobie, gdy trudy i wysiłki potępione przez ludzi będą.

    Hostio św., ufam Tobie, gdy zabrzmią sady Twoje nade mną, wtenczas ufam morzu
    miłosierdzia Twego.

    (Dz 356)



    Jestem hostią w Twym ręku,

    O Jezu, Stwórco mój i Panie,
    Cicha, ukryta, bez krasy i wdzięku,
    Bo cała piękność mej duszy we wnętrzu odbita została.
    Jestem hostią w Twym ręku, o Boski Kapłanie,
    Czyń ze mną, co Tobie się podoba.
    Jestem cała zdana na wolę Twą, Panie,
    Bo ona jest mej duszy rozkosz i ozdoba.
    Jestem w Twym ręku, o Boże, jak hostia biała,
    Błagam, przeistocz mnie sam w siebie,
    Niech [będę] ukryta w Tobie cała,
    Zamknięta w Twym miłosiernym Sercu jak w niebie.
    Jestem w Tym ręku jako hostia, o wiekuisty Kapłanie,
    Niechaj opłatek ciała mego kryje mnie przed okiem ludzkim,
    Niech tylko Twoje oko mierzy mą miłość i oddanie,
    Bo moje serce zawsze jest złączone z Twym Sercem Boskim.
    Jestem w Twym ręku, o Boski Pośredniku, jako hostia ofiarna
    I płonę na ołtarzu całopalenia,
    (22) Zmielona i starta cierpieniem jak pszeniczne ziarna,
    A to wszystko dla Twojej chwały, dla dusz zbawienia.
    Jestem hostią, która przebywa w tabernakulum Serca Twego,
    Idę przez życie w miłości Twej zatopiona
    I nie lękam się na świecie niczego,
    Boś Ty mi sam – tarcza, moc i obrona.
    Jestem hostią złożoną na ołtarzu Serca Twego,
    By płonąć ogniem miłości przez wieki całe,
    Bo wiem, żeś mnie wywyższył jedynie z miłosierdzia swego,
    A więc wszystkie dary i łaski obracam na Twoją chwałę.
    Jestem hostią w Twym ręku, o Sędzio i Zbawicielu,
    W ostatniej życia mego godzinie,
    Niech wszechmoc Twej łaski doprowadzi mnie do celu,
    Niechaj Twa litość nad naczyniem miłosierdzia zasłynie.

    (Dz 1629)

    Stacja7.pl

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Eucharystia to droga, szczyt, źródło i… miejsce podziałów [Modlitwa, chrześcijaninie!]

    Ksiądz wznosi Ciało Pańskie podczas Eucharystii

    Gorodenkoff | Shutterstock

    ****

    Eucharystia w Konstytucji o Liturgii „Sacrosanctum Concilium” nazywana jest szczytem i źródłem życia chrześcijańskiego. Jest ona także drogą, ale też, niestety, miejscem podziałów. Dlaczego?

    Szczyt, źródło i droga

    Eucharystia, tak jak każda modlitwa, ma wiele swoich definicji. To rzeczywistość tak głęboka, że mimo poświęcenia jej setek książek, artykułów, podcastów i filmów wciąż można zagłębiać się w jej tematykę. Kościół podczas Soboru Watykańskiego II nazwał Eucharystię szczytem i źródłem życia chrześcijańskiego (Por. „Sacrosanctum Coniclium” 10).

    Msza jest szczytem, ponieważ w niej dokonuje się to, co jest celem modlitwy – zjednoczenie z Bogiem. Kościół uczy, że podczas Eucharystii, niezależnie od wiary i pobożności księdza, Bóg jest rzeczywiście obecny i udziela się ludziom. Jezus spotyka się z nami w Słowie, które jest czytane, we wspólnocie, która gromadzi się w Jego imię, w osobie szafarza, a najpełniej – w Ciele i Krwi. To szczyt doświadczenia modlitewnego.

    Eucharystia to także źródło naszej wiary. Na niej słuchamy Słowa, które pomaga nam podejmować decyzje, spotykamy innych wierzących i karmimy się samym Bogiem, by mieć do rozwoju naszej relacji i służenia innym ludziom.

    Sobór nie mówi o mszy jako drodze, ale to słowo także oddaje jej istotę. Eucharystia respektuje, że jesteśmy na różnych etapach naszej drogi rozwoju duchowego. Stopniowo odsłania przed nami swoje tajemnice: od rozpoczęcia i aktu pokuty, przez Słowo, do misterium przeistoczenia i komunii świętej, aż do posłania z Dobrą Nowiną. Wraz z wiekiem, doświadczeniem i wiedzą inaczej przeżywamy każdy z tych elementów, a msza prowadzi nas coraz bardziej w głąb.

    Miejsce podziałów

    Mimo tych pięknych definicji, obrazów i głębi Eucharystia, mimo że jest jednym stołem, przy którym siadamy i jednym Chlebem, który łamiemy, jest miejscem podziału wierzących. Pisał już o tym św. Paweł: „Przede wszystkim słyszę – i po części wierzę – że zdarzają się między wami spory, gdy schodzicie się razem jako Kościół. […] Tak więc, gdy się zbieracie, nie ma u was spożywania Wieczerzy Pańskiej. Każdy bowiem już wcześniej zabiera się do własnego jedzenia, i tak się zdarza, że jeden jest głodny, podczas gdy drugi nietrzeźwy (1 Kor 11, 18-21). 

    Echa tych pierwotnych kłótni widać w historii Kościoła. Jan Hus – czeski duchowny z przełomu XIV i XV w. sugerował reformę Kościoła. Jego postulatami były m.in.: język narodowy w Eucharystii oraz komunia pod dwiema postaciami. Hus został spalony na stosie, a po jego śmierci rozgorzała kilkuletnia wojna.

    W czasie Soboru Watykańskiego II bp Marcel Lefebvre sprzeciwił się niektórym jego postanowieniom – w tym reformie liturgii. W wyniku jego niezgody doszło do schizmy w Kościele, która trwa do dziś.  Spory o kształt mszy są i dziś, gdy mowa o nadzwyczajnej formie rytu rzymskiego – tzw. msza trydencka, która dla niektórych jest jedyną słuszną liturgią, a dla innych – reliktem przeszłości.

    Brak jedności obecny jest także w kwestii formy przyjmowania komunii świętej, gdyż są tacy, którzy kwestionują decyzje Kościoła, oskarżając innych o profanowanie Ciała Pańskiego. 

    Te przykre wydarzenia, choć przewijają się w historii chrześcijaństwa, nie mogą stać się normą! Eucharystia to przecież uczta jedności, uobecnienie ofiary, dzięki której znikły podziały między ludźmi.

    Lek na rozbicie

    Eucharystia zmieniała się przez wieki trwania Kościoła. Inaczej wyglądała liturgia pierwszych wieków w Jerozolimie, a inaczej – w Antiochii czy Koryncie. Przed Soborem Trydenckim istniały różne formy sprawowania mszy, ale Kościół Zachodni zdecydował, że wzorcową będzie ta rzymska. Mimo to przetrwały ryty dominikański, benedyktyński czy lyoński. Po Soborze Watykańskim II liturgia została uproszczona zgodnie z postulatem powrotu do źródeł, a jakiś czas później powstał ryt zairski, przystosowany do niektórych rejonów Afryki.

    Kościół na Wschodzie zawsze był różnorodny pod względem liturgii. Istnieje kilkanaście różnych obrządków, choćby: bizantyjski, syryjski, malabarski, czy maronicki. Msza odprawiana w rytach wschodnich jest inna, niż ta „zachodnia”, ale to wciąż ta sama modlitwa, którą Jezus zostawił Kościołowi. 

    Lekiem na rozbicie może być dostrzeżenie bogactwa liturgicznego Kościoła i uznanie, że może istnieć jedność w różnorodności. 

    Jak modlić się Eucharystią?

    W trakcie naszego cyklu „Modlitwa, chrześcijaninie!” mówiliśmy o modlitwie ustnej, słuchania i kontemplacji. Eucharystia łączy ze sobą wszystkie te trzy elementy w modlitwę całej wspólnoty.

    • Jest oczywiste, że msza jest modlitwą ustną, gdyż pada na niej wiele słów, które wypowiadamy. Ważne jest to, że mówimy je razem, jako jedna wspólnota.
    • Słowo Boże jest czytane i wyjaśnianie w Eucharystii. Słuchamy na niej Boga, który do nas mówi. Warto wsłuchać się też w inne teksty: modlitwy, prefację i słowa modlitwy eucharystycznej.
    • Eucharystia to kontemplacja par excellence. Trwamy na niej przy Bogu i pozwalamy Mu działać przez Jego Słowo i komunię świętą. Dobrze jest zostać po mszy przez chwilę w kościele i na spokojnie skupić się Bogu, który przyszedł do mnie: we wspólnocie, Słowie i komunii, jeśli tylko mogę ją przyjąć.

    Dariusz Dudek/Aleteia.pl

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Dlaczego wciąż masz wątpliwości?

    Przecież w Eucharystii jest żywy Jezus

    Komunia święta

    godongphoto | Shutterstock

    ****

    „Te chwile tuż po przyjęciu Komunii świętej to najcenniejsze minuty naszego życia…”

    „To jest chleb, który z nieba zstąpił – nie jest on taki jak ten, który jedli wasi przodkowie, a poumierali. Kto spożywa ten chleb, będzie żył na wieki” (J 6, 58).

    W niektórych krajach pokolenie starszych ludzi często powtarzało to piękne przysłowie:

    „W całym roku trzy czwartki warte są wspomnienia:
    Czwartek Wielki, Boże Ciało i dzień Wniebowstąpienia”

    Wiesz, czym jest święto Bożego Ciała?

    To uroczystość Ciała i Krwi Chrystusa obecnego w Eucharystii, która dawniej funkcjonowała jako święto Corpus Domini, czyli Ciało Pańskie.

    W ten wyjątkowy dzień dajemy świadectwo naszej wiary i pewności co do żywej i autentycznej obecności Jezusa w każdej Hostii konsekrowanej przez katolickiego kapłana.

    Dla mnie jest to wielkie święto na cześć mojego przyjaciela z dzieciństwa, dobrego Jezusa, obecnego we wszystkich tabernakulach świata i na każdej Eucharystii.

    Bóg się uobecnił

    Dlaczego wciąż macie wątpliwości? Jezus powiedział nam bardzo wyraźnie:

    „Ciało moje jest prawdziwym pokarmem, a Krew moja jest prawdziwym napojem. Kto spożywa moje Ciało i Krew moją pije, trwa we Mnie, a Ja w nim” (J 6, 55-56).

    Na własne oczy widziałem niepodważalne cuda eucharystyczne. Nie mam żadnych wątpliwości. Wiem, że pod eucharystycznymi postaciami jest Jezus.

    Nie dopuszczaj do siebie wątpliwości

    Czytałem również, że niektórzy katolicy nie wierzą tak, jak powinni w rzeczywistą obecność żywego Jezusa w każdej konsekrowanej Hostii.

    Wątpią, by coś podobnego mogło się wydarzyć. Popełniają wielki błąd, pozbawiając się obfitych łask, jakich dostępujemy przy okazji każdej Komunii świętej…

    Nie chcą zajrzeć głębiej, spojrzeć oczyma duszy, wszystko rozpatrują w kategoriach ziemskich. Tak, jak święty Tomasz prezentują postawę niedowiarstwa, muszą zobaczyć i dotknąć. Zapominają przy tym jednak o czymś absolutnie podstawowym:

    „…Dla Boga bowiem nie ma nic niemożliwego” (Łk 1, 37).

    Podobne wątpliwości trapią niektórych kapłanów. Trudno im uwierzyć, że w konsekrowanych przez nich hostiach jest żywy Jezus.

    Czasami w takich przypadkach Bóg postanawia interweniować, dokonując cudów eucharystycznych, aby rozproszyć te wątpliwości i wzmocnić ich wiarę.

    Hostia na ich oczach przeobraża się w Ciało, a wino w Krew. Jeden z najsłynniejszych takich cudów miał w miejsce we włoskim miasteczku Lanciano.

    Zmysły a wiara

    Jedno zdanie z hymnu eucharystycznego autorstwa św. Tomasza z Akwinu „Tantum Ergo” szczególnie do mnie przemawia. Brzmi ono tak:

    „Przed tak wielkim Sakramentem upadajmy wszyscy wraz […] co dla zmysłów niepojęte, niech dopełni wiara w nas”.

    Naszymi ziemskimi zmysłami nie jesteśmy w stanie pojąć wielkości, tajemnicy ani cudu miłości, do którego dochodzi w naszej obecności.

    Doniosłość komunii

    Obyśmy potrafili dostrzec prawdziwą wartość tej tajemnicy i przystępować do Komunii z większą gorliwością. Aby później rozważać te słowa włoskiej karmelitanki, św. Marii Magdaleny de’Pazzi:

    „Te chwile tuż po przyjęciu Komunii świętej to najcenniejsze minuty naszego życia; z naszej strony najodpowiedniejsze, aby porozumieć się z Bogiem, a ze strony Boga, aby przekazać nam Swoją miłość”.

    Po przystąpieniu do Komunii świętej wracam do tych słów i przez chwilę rozmawiam z Jezusem, dziękując Mu za tyle niezasłużonych łask, za Jego miłość, Jego przyjaźń i wszelkie dobro, które nam zsyła, a w szczególności za to, że przebywa we mnie, choć na to nie zasługuję.

    Dziękuję Ci Jezu, że spełniasz daną nam obietnicę: „A oto Ja jestem z Wami przez wszystkie dni, aż do skończenia świata” (Mt 28, 20). Jezu, jesteś taki dobry!

    Śpiewaj Jezusowi

    Dzisiaj jest okazja, aby świętować i dziękować za ten dar, który otrzymujemy. Okazja, by adorować Jezusa obecnego w Najświętszym Sakramencie płynącym z głębi serca radosnym śpiewem:

    Jezusowi cześć i chwała za miłości cud
    Niech Mu śpiewa ziemia cała,
    Niech Go wielbi lud. […]

    Więc dziękujmy Jemu z całej duszy,
    Że się dla nas w małej Hostii skrył.
    Niech ta miłość serca nasze wzruszy,
    Byśmy Go kochali z wszystkich sił!

    Żyjmy na co dzień tą tajemnicą naszej wiary!

    Claudio de Castro/Aleteio.pl

    ______________________________________________________________________________________________________________

    PIĄTEK 31 MAJA

    UROCZYSTOŚĆ NAWIEDZENIA NMP

    Witraż Nawiedzenie NMP
     fot. ZGROMADZENIE SIÓSTR ELŻBIETANEK

    ***

    Nawiedzenie Elżbiety przez Maryję – Matki Boskiej jagodnej

    Św. Łukasz ewangelista chciał zbadać i dokładnie opisać historię Jezusa od pierwszych chwil, aby przekazać pewną naukę. I to on opowiada o tym wydarzeniu. 31 maja Kościół wspomina bowiem odwiedziny Maryi u św. Elżbiety, matki Jana Chrzciciela. Święto Nawiedzenia św. Elżbiety przez Matkę Jezusa ma zatem swoje podstawy biblijne. Pobożność ludowa nazywała ten dzień świętem ‘Matki Boskiej jagodnej’.

    Nawiedzenie to historia spotkania dwóch matek. Maryja nosiła w swoim łonie Jezusa, zapowiedzianego Mesjasza. Elżbieta była matką Jego poprzednika, św. Jana Chrzciciela. Elżbieta była krewną Maryi. O tym, że starsza i bezpłodna Elżbieta zostanie matką Maryja dowiedziała się od Anioła Gabriela w czasie Zwiastowania. Anioł zapowiedział, że poczęcie i perspektywa narodzin dziecka dla uchodzącej za bezpłodną Elżbiety jest dowodem na to, że dla Boga nie ma nic niemożliwego. To było także zapewnieniem, że spełnią się zapowiedzi co do Maryi, że stanie się matką Syna Bożego. Po tym, co powiedział Anioł, Maryja wypowiada swoje ‘fiat’ – niech mi się stanie według twego słowa.

    Niedługo potem wyruszyła z Nazaretu do Ain Karim, gdzie mieszkała Elżbieta. Ain Karim to niewielka miejscowość, położona 7 kilometrów od Jerozolimy. Z Nazaretu jest to jednak około 150 kilometrów. Trudno sobie wyobrazić, aby Maryja, która była wtedy kilkunastoletnią dziewczyną, pokonywała ten dystans samotnie. Zapewne dołączyła się do jakiejś grupy pątników pielgrzymujących do Jerozolimy.

    Po przybyciu na miejsce Maryja pozdrowiła Elżbietę i zaraz dowiedziała się, że ona wie o wszystkim. Świadczą o tym słowa, które przytacza św. Łukasz (1, 43-45): „A skądże mi to, że Matka mojego Pana przychodzi do mnie? Oto, skoro głos Twego pozdrowienia zabrzmiał w moich uszach, poruszyło się z radości dzieciątko w moim łonie. Błogosławiona jesteś, któraś uwierzyła, że spełnią się słowa powiedziane Ci od Pana». To Jan Chrzciciel, będąc w łonie swej matki, wyczuł obecność Tego, którego będzie zapowiadał i poprzedzał.

    Nawiedzenie św. Elżbiety - Philippe de Champaigne, Public domain, via Wikimedia Commons

    Nawiedzenie św. Elżbiety

    Philippe de Champaigne, P.d., via Wiki. Comm.

    ***

    Sługa Boży, o. Piotr Skarga, jezuita, zachwycony tym Bożym zrządzeniem, wołał: „O dziwne cuda, które czynisz, Chryste, przez głos swojej Matki. Nawiedźcie też nas dzisiaj. Niech głos Twój – Maryjo – zabrzmi w uszach naszych, byśmy się z ciemności tych pokwapili do światłości i służby Syna Twego”.

    Święto Nawiedzenia od samego początku kultywowane było na chrześcijańskim wschodzie. W Kościele zachodnim św. Bonawentura wprowadził tę uroczystość we wspólnotach zakonu franciszkanów w roku 1263. Papież Bonifacy IX w roku 1389 rozszerzył to święto na cały Kościół. Chciał w ten sposób za przyczyną Maryi modlić się o jedność podzielonego chrześcijaństwa. Oficjalnie święto to zatwierdził sobór w Bazylei, w roku 1441.

    Do czasu reformy kalendarza liturgicznego za św. Pawła VI w roku 1969, święto to obchodzono 2 lipca. Pobożność ludowa, łącząc święta maryjne z porami roku, czy aktywnością człowieka, nazywała ten dzień świętem ‘Matki Boskiej jagodnej’. Początek lipca, bowiem, to czas pojawiania się jagód, owoców leśnych i ogrodowych. W ludowych przekonaniach jagody były także pożywieniem Maryi w czasie wędrówki na spotkanie z Elżbietą. I właśnie dlatego, ze względu na szacunek dla Maryi, nie wolno było tego dnia zrywać owoców, ani zbierać jagód.

    Reforma kalendarza liturgicznego umieściła to święto pod datą 31 maja, żeby wypadało po Zwiastowaniu, które wspominamy 25 marca, a przed świętem Narodzenia Jana Chrzciciela, obchodzonym 24 czerwca. W ten sposób jest ono bardziej zgodne z relacją biblijną. Nawiedzenie św. Elżbiety przez Maryję było inspiracją dla wielu artystów i jest to jeden z najpiękniejszych obrazów przychodzenia Boga do człowieka.

    o. Paweł Kosiński SJ/Deon.pl

    ***

    ADORACJA NAJŚWIĘTSZEGO SAKRAMENTU WRAZ Z NABOŻEŃSTWEM MAJOWYM I MOŻLIWOŚĆ SPOWIEDZI ŚW. OD GODZ.18.00

    19.00 MSZA ŚW.

    ______________________________________________________________________________________________________________

    NIEDZIELA 26 MAJA

    UROCZYSTOŚĆ TRÓJCY PRZENAJŚWIĘTSZEJ

    fot. franciszkanie.pl

    ***

    ADORACJA NAJŚWIĘTSZEGO SAKRAMENTU/SPOWIEDŹ ŚW. OD GODZ.13.30

    MSZA ŚW.GODZ. 14.00

    PO MSZY ŚW. KORONKA DO BOŻEGO MIŁOSIERDZIA 

    _____________________________________________________________________________

    Trójcę Świętą Kościół czci od pierwszych wieków swego istnienia. Jej tajemnica – jak mówili święci – jest trudniejsza do pojęcia niż przelanie łyżeczką oceanu. Mimo tego warto o Trójcy Świętej rozmyślać i nie ustawać w modlitwach do Boga Trójjedynego.

    Św. Kolumban

    Ojciec, Syn i Duch Święty to jeden Bóg. Wiedzę o Trójcy Świętej słusznie porównano z głębokością morza. Podobnie jak niedostępne dla ludzkich spojrzeń są głębiny morskie, tak też Trójca Święta jest niedostępna dla umysłu ludzkiego. Ci, którzy chcą przeniknąć bezmiar Boga, niech wcześniej spróbują poznać wszechświat.

    Św. Faustyna Kowalska

    W pewnym momencie obecność Boża przeniknęła moją całą istotę, umysł mój został dziwnie oświecony w poznaniu Jego Istoty; przypuścił mnie [Bóg] do poznania swego życia wewnętrznego. Widziałam w duchu Trzy Osoby Boskie, ale jedna Ich Istota. On jest sam, jeden, jedyny, ale w trzech Osobach, ani mniejsza, ani większa jedna z Nich ani w piękności, ani w świętości nie ma różnicy, bo jedno są. Jedno, absolutnie jedno są. Miłość Jego przeniosła mnie w to poznanie i złączyła mnie ze sobą. Kiedy byłam złączona z jedną [Osobą Boską], to także byłam złączona z drugą i trzecią [Osobą Boską], tak że, jak się łączymy z jedną, przez to samo łączymy się z tymi dwiema Osobami tak samo jak z jedną. Jedna ich jest wola, jeden Bóg, chociaż w Osobach Troisty. Kiedy się duszy udziela jedna z trzech Osób, to mocą tej jednej woli jest złączona z trzema Osobami i jest zalana szczęściem, które spływa z Trójcy Przenajświętszej; tym szczęściem karmią się święci. Szczęście, jakie tryska z Trójcy Przenajświętszej, uszczęśliwia wszystko, co jest stworzone; tryska życie, które ożywia i daje wszelkie życie, które z Niego bierze początek.

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Trójca Święta. Witraż z katedry św. Wita na Hradczanach/fot. Henryk Przondziono

    *** 

    Skąd wiemy o Bogu Trójjedynym?

    Jeśli ktoś myśli, że nasza wiedza o Trójcy Świętej nie spadła nam z nieba, jest w błędzie: spadła.

    Już najmłodszym dzieciom na religii powtarza się: „Jest jeden Bóg w trzech Osobach. Nie trzech Bogów”. To bardzo ważne, bo wiara w Trójcę Świętą to podstawa chrześcijaństwa. Nad każdym z wyznawców Chrystusa wezwano imiona trzech Osób Boskich, gdy stawał się członkiem Kościoła. Każdy świadomy chrześcijanin co dnia, kreśląc znak krzyża, wzywa Ojca i Syna, i Ducha Świętego. Każda modlitwa zaczyna się wezwaniem Trójcy Świętej i wielu wierzących w imię trzech Osób Trójcy podejmuje ważne działania.

    Na ogół nie zdajemy sobie sprawy, jak długi i niełatwy proces poprzedził jednoznaczne sformułowanie prawdy wiary o Bogu Trójjedynym. Dogmat powstawał w ferworze zażartych nieraz dyskusji, przebijając się przez rozmaite teorie, które czasami rozpalały nawet prostych ludzi. „Jeśli zapytasz o pieniądze, ten ci odpowie dysertacją o Zrodzonym i Niezrodzonym; jeśli się pytasz o cenę chleba, odpowiedzą ci: Ojciec jest większy od Syna; jeśli zauważysz, że kąpiel jest dobra, łaziebny ci zadeklaruje, że Syn jest z niebytu” – relacjonował Grzegorz z Nyssy, jeden z ojców Kościoła, opisując klimat panujący w Konstantynopolu przed soborem w 381 r.

    Dużo czasu

    – My patrzymy z perspektywy dwóch tysięcy lat rozwiniętej teologii, która za pomocą aparatu filozoficznego próbowała wytłumaczyć, kim jest Jezus Chrystus. Nie od razu też było jasne, czy Duch Święty to jest ktoś, czy coś, jakaś bezosobowa moc. Pan Jezus nie używał w swoim przesłaniu filozoficznych sformułowań. Posługiwał się językiem wręcz rodzinnym. Gdy o Bogu mówi „Tatuś”, to trudno nam z tego od razu wywnioskować, że jest jedną z Osób Trójcy Świętej – tłumaczy ks. prof. Dariusz Klejnowski-Różycki z Uniwersytetu Opolskiego. Dogmatyk zwraca uwagę, że minęło sporo czasu, zanim Kościół na Soborze Nicejskim I w 325 roku ujednoznacznił, kim jest Jezus Chrystus. – Była to też reakcja na niektóre tezy Ariusza, który mówił, że Jezus jest Synem Bożym, ale do Boga podobnym. Kościół orzekł, że Jezus jest współistotny Ojcu, i dał to do Credo: że jest „zrodzony, a nie stworzony” – wskazuje.

    Pierwszym etapem kształtowania się nauki o Trójcy Świętej było zatem formułowanie nauki na temat tożsamości Jezusa Chrystusa, Jego boskości i człowieczeństwa. Nauką o Duchu Świętym zajęto się w kolejnym kroku, podczas Soboru Konstantynopolitańskiego I, w 381 roku.

    – Proszę spojrzeć na daty: zanim Kościół był w stanie powiedzieć, kim jest Jezus Chrystus i kim jest Duch Święty, minęło prawie 400 lat. To bardzo długo, ale Kościół przez cały ten czas funkcjonował. Ojcowie Kościoła, zwłaszcza tzw. ojcowie kapadoccy, czyli Bazyli Wielki, Grzegorz z Nyssy i Grzegorz z Nazjanzu, przysłużyli się do stworzenia słownictwa trynitarnego, żeby powiedzieć, kim są Ojciec, Syn i Duch także względem siebie, co pozwoliło soborom to sformułować. Wokół tych sformułowań rozpętała się kłótnia. Sprzeciwiano się zastosowaniu „pogańskich słów” z filozofii greckiej, do jakich należało słowo „współistotny”. Kościół, nauczony tym doświadczeniem, mówiąc o Duchu Świętym, zaczął używać sformułowań biblijnych. Choć mógłby powiedzieć, że Duch Święty jest współistotny Ojcu i Synowi, stwierdził, że wierzymy w „Pana i Ożywiciela”, który „z Ojcem i Synem odbiera uwielbienie i chwałę” – zauważa teolog. Wskazuje, że uwielbia się Boga, Bogu oddaje się chwałę. – Te sformułowania, które co niedzielę powtarzamy w Credo, są starożytnymi sformułowaniami, świadczącymi o rozwoju nauki o Trójcy Świętej – podkreśla.

    Człowiek by nie wymyślił

    To sam Jezus pierwszy użył formuły wskazującej na troistą naturę Jedynego Boga. „Idźcie więc i nauczajcie wszystkie narody, udzielając im chrztu w imię Ojca i Syna, i Ducha Świętego” – polecił, wstępując do nieba (Mt 28,19). Samo słowo „Trójca” jednak nie pada. To określenie pojawia się bardzo późno, i na Wschodzie, i na Zachodzie.

    – Oczywiście, że nie ma go w Biblii. Pan Jezus nie dawał wykładu systematycznej teologii. To jest sformułowanie techniczne, wymyślone przez teologów dla określenia związku Ojca, Syna i Ducha. To się dokonywało na gruncie rozbudowanej filozofii starożytnej, w której nie było jednoznacznych pojęć – tłumaczy teolog. Do pojęć tych należy „osoba” (po łacinie persona), której teologia nadała nowe znaczenie, aby móc lepiej wyrazić to, w co wierzymy. Lepiej nie znaczy idealnie, bo ludzkie słowa zawsze będą niewystarczające dla opisu natury Boga, która jest absolutnie wyjątkowa.

    Dzieje się tak, ponieważ wiara w Trójcę Świętą nie wynika z ewolucji religijnego myślenia, z refleksji filozofów i teologów. Ona została nam objawiona. Za pomocą rozumu można dojść do pojęcia Boga „jednoosobowego”, Absolutu, Stwórcy, ale do czegoś tak obcego naszemu aparatowi pojęciowemu, jak jeden Bóg w trzech Osobach, nie moglibyśmy dojść samodzielnie.

    Paradoksalnie niemożność objęcia rozumem tej tajemnicy wskazuje na jej Boskie pochodzenie.

    – Wierzymy w Boga, którego nasza wyobraźnia, nasz rozum nie ogarniają. Bóg jest większy od wszystkiego, co znane. Bóg jako „jednoosobowy” wydaje się mniej przekonujący, bo ta jedyność jest do zrozumienia. Taki Bóg jest podobny do człowieka, tymczasem tradycja Wschodu i Zachodu mówi, że jesteśmy podobni do Pana Boga w rozumności i w wolności. Nie znaczy to, że mamy taką samą rozumność i wolność, ale jesteśmy jakoś do Niego podobni. Potrafimy rozpoznać, co jest dobre, a co złe, także w relacjach. Potrafimy oceniać sytuację, wyciągać wnioski. Chrześcijaństwo zawsze podkreśla rozumność wiary, bo to jest akt rozumu. Można powiedzieć, że to „rozum wierzy”, uznaje, że taka a taka konstrukcja świata jest najbardziej logiczna. Rozum i wolna wola, czyli wolność, bo ja mogę podążać za tym, co rozum rozpoznaje, albo zupełnie nie – podkreśla duchowny.

    Osoba – nie tylko ludzka

    Słowo „osoba” w takim sensie, w jakim rozumiemy je dzisiaj, ma ścisły związek z kształtowaniem się dogmatu o Trójcy Świętej.

    – Co to jest osoba? To jest ktoś taki, kto z jednej strony jest „osobny”, oddzielny, ma niepowtarzalną tożsamość, a z drugiej strony potrafi wejść z kimś w więź i tak się zespolić, żeby stanowić z nim jedno – zaznacza ks. Dariusz Klejnowski-Różycki. Zauważa, że takie są przede wszystkim cechy Osób Trójcy Świętej. Ojciec nie jest Synem – jest zupełnie odmienny. Duch nie jest Ojcem – jest zupełnie odmienny. A jednocześnie Osoby Boskie mają taką więź, że są jednością, są totalnie zharmonizowane.

    – To potrafi osoba. Dlatego ludzie mogą się zaprzyjaźnić, stać się braćmi jednego serca i jednego ducha, umrzeć dla tej samej wartości. Dobre przyjaźnie, małżeństwa opierają się na takich właśnie więziach wynikających z miłości – stwierdza dogmatyk. Wskazuje zarazem, że z drugiej strony nie jesteśmy sobą nawzajem, jesteśmy totalnie odmienni pod względem przeżywania swojej tożsamości. Podkreśla, że to ma tylko kultura chrześcijańska. Na przykład kultura chińska nie wypracowała pojęcia osoby – wzięła je od nas.

    – Chińczycy nie mieli potrzeby mówić „osoba”, wystarczyło im powiedzieć „człowiek”. To my potrzebowaliśmy pojęcia osoby, żeby wytłumaczyć Trójcę Świętą, i dopiero z Trójcy przenieśliśmy to na człowieka. I nie tylko na człowieka, bo mówiąc „osoba”, chcemy powiedzieć coś więcej niż tylko „człowiek”. Aniołowie też są osobami – a nie są to ludzie – przypomina teolog.

    Skoro zatem my jesteśmy osobami jak aniołowie, a nade wszystko jak sam Bóg, to znaczy, że dobrze jest być osobą. To niewyobrażalna godność, a zarazem zobowiązanie do życia w miłości: na wzór relacji w Trójcy Świętej.

    Franciszek Kucharczak/Gość Niedzielny

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Ks. Roman Kempny: Tajemnica Trójcy Świętej to nie mur, a horyzont

    fot. via Pixabay.com

    ***

    Tajemnica Trójcy Świętej to nie mur, a horyzont

    Powiedzenie komuś w rozmowie: „ i tak tego nie zrozumiesz”, „nie dorosłeś”, „nie jesteś w stanie tego pojąć” — jest trochę obraźliwe. Mówiąc tak, uważa się rozmówcę za niegodnego dalszej konwersacji, dialogu, wyjaśnień. Pozostawanie z nim, dalsze przemawianie do niego, tłumaczenie byłoby zwykłą stratą czasu.

    W przypadku naszego stosunku do Boga i poznawania Go jest inaczej. Dzisiejsza uroczystość to jedna z tych Tajemnic, przed którymi raczej trzeba uklęknąć, aniżeli o nich mówić. Kontemplować, a nie tłumaczyć. Z tej kontemplacji zrodzi się słowo zachwytu nad Tajemnicą Boga: „Jak jest przedziwne imię Twoje, Panie”.

    „Jeżeli jednak mówimy — powie św. Augustyn — to nie po to, by o Najświętszej Trójcy coś powiedzieć, ale by o Niej nie milczeć. Chrześcijanin bowiem nie może o Najświętszej Trójcy milczeć. Musi on najpierw uwielbiać Boga za objawienie tej prawdy, dlatego że Trójca Święta nie została wymyślona przez nas, chrześcijan, ale została nam objawiona”. Każdemu z nas w uroczystość Najświętszej Trójcy Chrystus przypomina: „Jeszcze wiele mam wam do powiedzenia, ale teraz jeszcze znieść nie możecie” (J 16,12). Jednak każdy liturgiczny obchód przybliża nas do coraz pełniejszego poznania i odkrycia Tajemnicy, którą ostatecznie poznamy w pełni w chwale i radości przebywania z Bogiem „twarzą w twarz” w niebie.

    Wtedy też doświadczymy prawdziwości wyznania św. Pawła co do poznania Tajemnicy Boga: „Gdy zaś przyjdzie to, co jest doskonałe, zniknie to, co jest tylko częściowe. Gdy byłem dzieckiem, mówiłem jak dziecko, czułem jak dziecko, myślałem jak dziecko. Kiedy zaś stałem się mężem, wyzbyłem się tego, co dziecięce. Teraz widzimy jakby w zwierciadle, niejasno; wtedy zaś [zobaczymy] twarzą w twarz. Teraz poznaję po części, wtedy zaś poznam tak, jak i zostałem poznany” (1Kor 13,10—12). Na myśl przychodzą słowa de Saint-Exupéry’ego: „Tajemnica nie jest murem, ale horyzontem. Tajemnica nie uśmierca inteligencji, ale jest ogromną przestrzenią, którą Bóg ofiaruje naszemu pragnieniu Prawdy”.

    Co mówi nam Kościół o Tajemnicy Najświętszej Trójcy? Kościół wyznaje w nowym Katechizmie Kościoła Katolickiego, iż wiara wszystkich chrześcijan opiera się na Najświętszej Trójcy. Chrześcijanie są ochrzczeni „w imię” — a nie „w imiona” — Ojca i Syna, i Ducha Świętego, ponieważ jest tylko jeden Bóg, Ojciec wszechmogący, i Jego jedyny Syn, i Duch Święty: Trójca Święta. Cała historia zbawienia nie jest niczym innym, jak historią drogi i środków, przez które prawdziwy i jedyny Bóg, Ojciec, Syn i Duch Święty, objawia się i jednoczy ze sobą ludzi, którzy odwracają się od grzechu. Kościół, powołując się na Nowy Testament, wyznaje: Jeden jest Bóg i Ojciec, od którego wszystko pochodzi; jeden Pan Jezus Chrystus, dla którego jest wszystko; jeden Duch Święty, w którym jest wszystko.

    Jakie znaczenie dla mojego życia ma ta Tajemnica? Ks. Bronisław Bozowski w książce „Proboszcz niezwykłej parafii” tak mówi o tej Tajemnicy w swoim życiu: „W seminarium traktat o Najświętszej Trójcy wykładano nam ponad pół roku. Egzamin zdałem na piątkę, ale nic z tego nie wynikało dla mojego życia. Dopiero później, chyba gdzieś w dziesiątym roku kapłaństwa, dostałem monografię O. Hugo o dogmacie Najświętszej Trójcy. I wtedy »zakochałem się« w tej Tajemnicy. Dla mnie dawniej ta Tajemnica była bliska w niedziele, teraz uświadomiłem sobie, że jesteśmy stworzeni na obraz i podobieństwo Najświętszej Trójcy, a więc winniśmy żyć na Jej podobieństwo. Trójca Święta to nie zamknięty klan, towarzystwo wzajemnej adoracji. Ona jest otwarta na cały świat. Bóg nie jest Bogiem zimnym, obcym i dalekim, ale współczuje ze światem, współcierpi i współraduje się z ludźmi”.

    Przez sakramenty Bóg dzieli się z nami swoją jednością, harmonią, intymnością, miłością, zatroskaniem, współczuciem, serdecznością, światłem, życiem. Objawia nam prawdę o sobie samym. Wszak „przez Pana naszego Jezusa Chrystusa (…) uzyskaliśmy dostęp do tej łaski, w której trwamy i chlubimy się nadzieją chwały Bożej” (por. Rz 5,1).

    Jakże aktualne i potrzebne jest odzwierciedlenie w naszej codzienności tej Tajemnicy Bożego Życia. Wzywa Apostoł Paweł, gdy pisze do chrześcijan w Koryncie: „Bracia, radujcie się, dążcie do doskonałości, pokrzepiajcie się na duchu, jedno myślcie, pokój zachowujcie, a Bóg miłości i pokoju niech będzie z wami!” (2 Kor 13,11). Oto droga do świętości, do doskonałości, której tak bardzo oczekuje od każdego Bóg i świat. Umacnia nas na tej drodze słowo św. Pawła: „A nadzieja zawieść nie może, ponieważ miłość Boża rozlana jest w sercach naszych przez Ducha Świętego, który został nam dany” (Rz 5,5).

    Wyznaję z pokorą: wierzę bezgranicznie, choć nic nie widzę, ponieważ wierzę Temu, który widzi wszystko.

    ks. Roman Kempny/Gość Niedzielny/Opoka.org.pl

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Samplefot. Wikipedia/ekai

    ***

    Napisana przez Rublowa w 1411 roku ikona „Trójca Święta” należy do najcenniejszych i najbardziej szanowanych tego rodzaju dzieł sztuki. Ikona, zwana niekiedy Trójcą Starotestamentową lub Gościnnością Abrahama, oparta jest na historii biblijnej o wizycie u Abrahama trzech aniołów, którzy przepowiedzieli narodziny pierworodnego syna (Rdz.18,1–15). Rublow, zgodnie z kanonem teologii patrystycznej (św. Cyryl, św. Ambroży, św. Maksym Wyznawca, św. Jan z Damaszku), przedstawił w aniołach symbol Trójcy Świętej. (e-kai)
    ***

    Odkrywamy piękno ikony „Trójca Święta” Andrieja Rublowa

    Mówi się, że ikona jest oknem do nieba. Dzieło „Trójca Święta Andrieja Rublowa bez wątpienia ukazuje nam transcendentną rzeczywistość i otwiera na to, co boskie. Warto poznać genezę tej ikony, jej symbolikę, a także wartość teologiczną.

    Ikony są pięknymi, ważnymi i wartościowymi dziełami. Jak pisze E. Smykowska w książce „Ikona. Mały słownik”, „jest przedmiotem kultu nieodłącznym od liturgii, miejscem obecności łaski, (…) znakiem niewidzialnej obecności Trójjedynego Boga (…), ma oddziaływać na widza, otwierając go na inny wymiar rzeczywistość”. W innym swoim dziele, „Liturgia prawosławna”, Smykowska pisze, że ikona jest „obrazem świętym, który za pomocą środków plastycznych i symbolicznych objawia świat duchowy (…), jest miejscem duchowej obecności Trójjedynego Boga, a jako sztuka Boska, wyobraża misterium świata duchowego, przemienionego i transcendentnego”. 

    Powstanie ikony

    Ikona „Trójca Święta” została napisana przez Andrieja Rublowa na początku XV w. w Moskwie. Dzieło było poświęcone pamięci św. Sergiusza Radoneżskiego, wielkiego ascety i pustelnika. Jego uczeń, św. Nikon, po śmierci swojego mistrza zlecił Rublowowi napisanie ikon. Ikona została odkryta w 1904 r. w ikonostasie Soboru Troicko-Siergiejewskiej Ławry w Siergiejewskim Posadzie. Do 1929 r. ikona znajdowała się w tamtejszym muzeum, a obecnie jest na stałe wystawiona w Galerii Trietiakowskiej w Moskwie. W 1551 r. została uznana przez  „Sobór Stu Rozdziałów” za dzieło godne naśladowania dla wszystkich ikonopisów.  

    Symbolika

    Ikona Rublowa ukazuje trzy postaci – aniołów. Dzieło zwane jest również „Trójcą Starotestamentową” lub „Gościnnością Abrahama”, bo jest oparte na historii biblijnej opisanej w osiemnastym rozdziale Księgi Rodzaju, przedstawiającej wizytę trzech Aniołów u Abrahama. Artysta dzięki bogactwu kolorów chciał przedstawić część tajemnicy wspaniałości Boga, który odwiedza człowieka. Wędrowcy na ikonie są pochłonięci milczącą rozmową. Środkową postać należy uważać za Jezusa, na co wskazuje drzewo za Jego plecami (symbol Krzyża) oraz to, że Jego ręka sięga po kielich. Anioł po prawej stronie to Duch Święty, natomiast postać anioła po lewej stronie to obraz Boga Ojca, ponieważ anioł ten jest pełen majestatu, a za Nim znajduje się dom – symbol Kościoła. 

    „Aniołowie zostali wpisani w koło poruszające się od prawej strony ku lewej, symbolizujące idealną równość” – czytamy w dziele „Teologiczna pedagogia ikony na przykładzie »Trójcy Świętej« Andrieja Rublowa” autorstwa ks. Wojciecha Cichosza i Elżbiety Pankowskiej-Siedlik. Obok symbolu koła zauważyć można również symbol krzyża. Pionowe ramię krzyża zdają się tworzyć: drzewo, postać środkowego anioła, jego dłoń, czasza i prostokąt w pionowej płaszczyźnie stołu. Poziome ramię krzyża tworzy linia łącząca głowy aniołów siedzących po lewej i po prawej stronie. Stół, przy którym zasiadają Ojciec, Syn i Duch Święty, reprezentuje sferę materialną Wszechświata, która możemy świadomie odczuwać za pomocą naszych zmysłów. Stół ten jest zarazem ołtarzem ofiarnym, bo stoi na nim kielich. Z kolei trony, na których spoczywają aniołowie, są oznaką najwyższej godności królewskiej. Pozycja siedząca aniołów jest oznaką odpoczynku i słuchania. Warto również przyjrzeć się skrzydłom aniołów, które się łączą. Jest to symbol jedności.

    Kolorystyka

    Nie sposób pominąć kolorystyki ikony. Zauważyć można kolor biały, który symbolizuje bezczasowość. Złoty, widoczny na przykład na szacie anioła po lewej stronie, jest symbolem wierności Boga względem człowieka. Purpurowa szata anioła siedzącego w środku, czyli Syna Bożego, symbolizuje ludzką naturę Zbawiciela, podczas gry błękitny płaszcz oznacza naturę boską. Zielone okrycie, jakim jest przyodziana postać Ducha, symbolizuje życie, odrodzenie i odnowienie. 

    Wartość teologiczna

    Należy również wspomnieć o teologicznym przekazie tej ikony. Przede wszystkim jest to ukazanie miłości Boga, który przychodzi do człowieka. Z jednej strony wychodzi do człowieka, z drugiej strony daje się człowiekowi poznać „przez miłość i komunię (H.J.M. Nouwen, „Ujrzeć piękno Pana. Modląc się ikonami”). Scena przedstawiona na ikonie jest dla człowieka zaproszeniem do uczestniczenia w rozmowie toczącej się pomiędzy Osobami Trójcy Świętej. 

    Życzeniem św. Sergiusza z Radoneża, mistrza Andrieja Rublowa, było zgromadzenie wszystkich ludzi „wokół imienia Bożego, aby przez kontemplację Trójcy Świętej mogli pokonać nienawiść pożerającą świat” – jak czytamy w wyżej cytowanym dziele H.J.M. Nouwena. I to właśnie stanowi drugie, jakże ważne, aktualne i potrzebne przesłanie ikony Rublowa. Poprzez podziwianie Trójcy Świętej przedstawionej na ikonie, przyglądanie się barwom i kompozycji figur w człowieku rodzi się zachwyt. Kontemplacja dzieła może poruszyć także serca i stworzyć pewnego rodzaju klimat modlitwy, a także być zachętą dla odbiorcy do wejścia we wspólnotę Osób Trójcy Świętej. 

    Oddziaływanie na odbiorce

    Trudno w kilku słowach podsumować piękno i wyjątkowość ikony „Trójcy Świętej” autorstwa Andrieja Rublowa. Nie ulega wątpliwości, że jest ona oznaką ogromnego kunsztu artystycznego, a także wiary i osobistej relacji z Bogiem. Ikona Rublowa jest przepełniona wieloma symbolami i niemal każda rzecz umieszczona na niej ma teologiczne przesłanie. Mnie osobiście ikona Trójcy Świętej przypomina o tym, jak ważna jest osobista relacja człowieka z Bogiem i zachęca do tego, by tę relację pielęgnować.  

    Weronika Jakubowska/Misyjne drogi.pl

    ______________________________________________________________________________________________________________

    fot. Wikipedia/Freepik

    ***

    Niezwykłe wizje mistyków. Co widzieli podczas Mszy świętej?

    Mistycy Kościoła otrzymali niezwykły dar widzenia Pana Jezusa podczas Mszy świętej już tu, na ziemi. Ich doświadczenia pomagają nam na nowo odkrywać siłę i tajemnicę sakramentu Eucharystii.

    Poznaj co widzieli w swoich wizjach mistycznych w czasie Mszy świętej znani mistycy Kościoła katolickiego – św. Ojciec Pio, św. s. Faustyna Kowalska oraz o. Joachim Badeni.

    Święty ojciec Pio. „On całuje mnie całego i rozkoszuje się w swoim stworzeniu”.

    (fragment książki „Serce Ojca Pio”)

    Opowiedz mi, Ojcze, o cierpieniach, jakie przeżywasz w czasie Mszy świętej.
    Wszystko, co wycierpiał Jezus podczas swojej męki, ja także – choć w niewspółmiernie mniejszym stopniu – przeżywam, na ile jest to możliwe dla ludzkiej istoty. A to wszystko dzieje się nie dzięki moim zasługom, lecz jedynie dzięki Jego dobroci.

    Widziałem, że Ojciec drżał, wychodząc na stopnie ołtarza. Dlaczego? Czy z powodu tego, co miał Ojciec wycierpieć?
    Nie z powodu tego, co miałem wycierpieć, ale co miałem ofiarować.

    W jakich godzinach dnia Ojciec najwięcej cierpi?
    W czasie odprawiania Mszy świętej. Najboleśniejszy moment trwa od Konsekracji do Komunii.

    Dlaczego Ojciec płacze w czasie Ofertorium?
    Jest to moment, w którym dusza oddziela się od tego, co ziemskie.

    Czy w Boskiej ofierze Ojciec bierze na siebie nasze nieprawości?
    Nie można inaczej postąpić, ponieważ to należy do Boskiej ofiary.

    Co powinniśmy robić podczas Mszy świętej?
    Współodczuwać z Jezusem i braćmi oraz kochać.

    Jak powinniśmy uczestniczyć we Mszy świętej?
    Tak samo, jak Najświętsza Maryja oraz pobożne niewiasty i święty Jan uczestniczyli w ofierze eucharystycznej i ofierze krzyża.

    Co Jezus czyni podczas Komunii?
    On całuje mnie całego i rozkoszuje się w swoim stworzeniu. Komunia polega na zjednoczeniu się z Panem, jak dwie świece, które się topią i nie można ich już odróżnić.

    Jakie dobrodziejstwa otrzymujemy podczas Komunii?
    Nie można ich wyliczyć. Zobaczycie je wszystkie w niebie!

    Czy we Mszy świętej Ojciec umiera?
    Mistycznie w Świętej Komunii.

    Czego oczekujesz od nas?
    Od moich dzieci pragnę tylko tego: Mszy świętej i Komunii każdego dnia.

    Ojciec Joachim Badeni. „Dane mi było czuć Ciało Pańskie”

    Byłem na wieczornym nabożeństwie u dominikanów. Ksiądz wyszedł z zakrystii, wszedł na stopnie ołtarza – dla mnie to były nowości, bo w życiu nie chodziłem na nabożeństwa, na msze niedzielne zawsze, ale na Różaniec, to tylko babcia chodziła. Ksiądz wystawił w monstrancji Hostię, okadził i zaczął mówić „Zdrowaśki” – ten fragment przedrzemałem, bo ciągle jeszcze byłem obojętny. Ksiądz skończył się modlić i znowu wszedł po stopniach ołtarza – zdjął monstrancję i pobłogosławił wiernych trzy razy. Patrzę na monstrancję, widzę białe kółko w środku. Nagle zobaczyłem: Ciało, Krew, Dusza, Bóstwo, Chrystus – jasne, okazałe, bez egzaltacji. Od razu do spowiedzi poszedłem. Dość długo trwało, zanim się wyspowiadałem. Mówię: „Ja nie tylko wierzę w to, ale ja to widzę”.

    Ta wizja pozostała we mnie później przez całą wojnę. Wszędzie, gdzie tylko był kapelan, kościół, biegłem do Komunii – miałem ogromny głód Eucharystii w sobie. Potem kiedy zostałem księdzem, bardzo wyraźnie czułem, co trzymam w ręce podczas konsekracji – tylko czasem były w tym przerwy. Ale prawie na co dzień dane mi było czuć Ciało Pańskie – miękkość Jego Ciała. Nie tylko raz od święta wielka wizja. Dzień w dzień, miesiąc po miesiącu, rok po roku. 

    To wszystko otrzymałem od Matki Boskiej. To Jej dar. Dzisiaj, z dalszej perspektywy, widzę to w taki sposób: najpierw wyciągnęła mnie z błota, posłała do kościoła – dotknęła, pokazała mi Ciało Syna, dała głód tego właśnie Pokarmu. Jej plan układał się dalej: niech będzie księdzem i jako ksiądz będzie widział, co trzyma w ręce. To bardzo kobiece działanie, działanie Matki. Na pierwszym miejscu jest Syn Jednorodzony, potem trzeba kogoś ratować – dlaczego właśnie mnie?… Nie wiem. Byłem bardzo pospolitym grzesznikiem, nawrócenie mnie nie było żadną sensacją, dlaczego tak się stało… to tajemnica Opatrzności.

    (fragment książki „Siła nadziei”)

    Św. siostra Faustyna Kowalska. „W jednej chwili ujrzałam wielkość i świętość Boga niepojętą”

    Widziałam w czasie przed podniesieniem Pana Jezusa ukrzyżowanego, który odrywał prawą rękę od krzyża, i światło, które wychodziło z rany, dotykało ramienia jego; powtórzyło się to w trzech Mszach świętych. Zrozumiałam, że Bóg da mu moc do spełnienia dzieła tego, pomimo trudności i przeciwności. Dusza ta, miła Bogu, jest ukrzyżowana wielorakimi cierpieniami, ale nie dziwię się wcale temu, bo tak Bóg postępuje z tymi, których szczególnie miłuje.
    (Dz 1253)

    Byłyśmy na nabożeństwie popołudniowym. Była śpiewana litania do Najsłodszego Serca Jezusa. Pan Jezus był wystawiony w monstrancji, po chwili ujrzałam małego Pana Jezusa, który wyszedł z Hostii i Sam spoczął na rękach moich. Trwało to krótka chwilę; radość niezmierna zalewała duszę moją. Tak samo wyglądało Dziecię Jezus, jak w tej chwili, kiedy weszłyśmy do kapliczki z Matka Przełożoną, a dawniejszą Mistrzynią moją – Matka Józefą.
    (Dz 406)

    Na drugi dzień, w czasie Mszy świętej, przed podniesieniem, duch ten zaczął śpiewać te słowa: Święty, Święty, Święty. Głos jego jakoby głosów tysiące, niepodobna tego napisać. Wtem duch mój został zjednoczony z Bogiem, w jednej chwili ujrzałam wielkość i świętość Boga niepojętą, a zarazem poznałam  nicość, jaką jestem sama z siebie. Poznałam, wyraźniej niżeli kiedy indziej, Trzy Boskie Osoby: Ojca, Syna i Ducha Świętego. Jednak istność ich jest jedna i równość, i majestat. Dusza moja obcuje z tymi Trzema, lecz słowami nie umiem tego wyrazić, ale dusza rozumie to dobrze. Ktokolwiek jest złączony z jedną z tych Trzech Osób, przez to samo jest złączony z całą Trójcą Świętą, ponieważ Ich jedność jest nierozdzielna. To widzenie, czyli poznanie, zalało duszę moją szczęściem niepojętym, dlatego że Bóg jest tak wielkim. Nie widziałam tu tego, com napisała, oczami, jako dawniej, ale czysto wewnętrznie, w sposób czysto duchowy i niezależny od zmysłów. Trwało to do końca Mszy świętej. Teraz zdarza mi się to często i nie tylko w kaplicy, ale i przy pracy, i w czasie, jak się najmniej tego spodziewam.
    (Dz 472)

    Stacja7.pl

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Okres Wielkanocny kończy się w Uroczystość Zesłania Ducha Świętego. Z kolei czas Komunii Wielkanocnej trwa do Uroczystości Przenajświętszej Trójcy.

    V przykazań kościelnych

    Przykazania kościelne wyznaczają normy postępowania, które ustanawia Kościół Katolicki. Dotyczą one uczestniczenia w życiu Kościoła, a zwłaszcza w liturgii.

    1. W niedziele i święta nakazane uczestniczyć we Mszy świętej i powstrzymać się od prac niekoniecznych.

    2. Przynajmniej raz w roku przystąpić do Sakramentu Pokuty.

    3. Przynajmniej raz w roku, w okresie wielkanocnym, przyjąć Komunię świętą.

    4. Zachowywać nakazane posty i wstrzemięźliwość od pokarmów mięsnych, a w czasie Wielkiego Postu powstrzymywać się od udziału w zabawach.

    5. Troszczyć się o potrzeby wspólnoty Kościoła.

    ____________________________________

    W ciągu roku jest sześć świąt, w których należy uczestniczyć we Mszy św.:

    • 1 stycznia — Uroczystość Świętej Bożej Rodzicielki Maryi;
    • 6 stycznia — Uroczystość Objawienia Pańskiego (tzw. Trzech Króli);
    • czwartek po Uroczystości Trójcy Świętej — Uroczystość Najświętszego Ciała i Krwi Chrystusa (tzw. Boże Ciało);
    • 15 sierpnia — Uroczystość Wniebowzięcia Najświętszej Maryi Panny (Matki Bożej Zielnej);
    • 1 listopada — Uroczystość Wszystkich Świętych;
    • 25 grudnia — Uroczystość Narodzenia Pańskiego (Boże Narodzenie).

    W niedziele i w święta wierni nie powinni wykonywać prac, które utrudniają oddawanie czci Bogu, przeżywania radości właściwej dniowi świątecznemu i korzystania z należytego odpoczynku duchowego i fizycznego.

    Zgodnie z drugim przykazaniem kościelnym każdy wierny powinien przynajmniej raz w roku przystąpić do spowiedzi św.

    5 warunków dobrej spowiedzi świętej:

    • Rachunek sumienia.
    • Żal za grzechy.
    • Mocne postanowienie poprawy.
    • Szczera spowiedź
    • Zadość uczynienie Panu Bogu i Bliźniemu.

    Okres Wielkanocny w trzecim przykazaniu obejmuje czas od Niedzieli Zmartwychwstania Pańskiego do Niedzieli Zesłania Ducha Świętego.

    Co do czwartego przykazania – wszyscy wierni obowiązani są czynić pokutę. Dla wyrażenia tej pokutnej formy pobożności chrześcijańskiej Kościół ustanowił dni i okresy pokuty. W tym czasie chrześcijanin powinien szczególnie praktykować czyny pokutne służące nawróceniu serca, co jest istotą pokuty w Kościele. Powstrzymywanie się od zabaw pomaga w opanowaniu instynktów i sprzyja wolności serca.

    • Czynami pokutnymi są: modlitwa, jałmużna, uczynki pobożności i miłości, umartwianie przez wierniejsze pełnienie obowiązków, wstrzemięźliwość od pokarmów mięsnych i post.
    • Czasem pokuty w Kościele są poszczególne piątki całego roku i czas Wielkiego Postu.
    • Wstrzemięźliwość obowiązuje wszystkich, którzy ukończyli 14 rok życia we wszystkie piątki i Środę Popielcową.
    • Post ścisły obowiązuje w Środę Popielcową i w Wielki Piątek wszystkich między 18 a 60 rokiem życia.
    • Uzasadniona niemożliwość zachowania wstrzemięźliwości w piątek domaga się od chrześcijanina podjęcia innych form pokuty.
    • Powstrzymywanie się od zabaw obowiązuje we wszystkie piątki i w czasie Wielkiego Postu.

    ______________________________________________________________________________________________________________

    26 MAJA 2024 – DZIEŃ MATKI

    Ks. Janusz Pasierb: Matka Boska Częstochowska w kulcie i kulturze polskiej

    ***

    Dzień Matki my Polacy obchodzimy w najpiękniejszym miesiącu.
    I cały ten miesiąc poświęcony jest szczególnie jedynej Matce,
    tej Najważniejszej,

    która dała nam Bożego Syna, naszego Zbawiciela.
    Dzisiaj z wielką serdecznością myślimy o macierzyństwie.

    To słowo mieści w sobie nie tylko mamy biologiczne,
    ale też mamy adopcyjne i przybrane, czy raczej wybrane
    i mamy, które przez modlitwę i pokutę rodzą nas do życia w pełni prawdziwego,

    które jest w Sercu samego Boga.
    Są mamy niemal doskonałe, które wspaniale odczytały Boży zamysł macierzyńskiego cudu

    i są takie trochę mniej idealne.
    Ale one wszystkie – na swoją miarę – sprawiają, że świat otoczony jest
    pulsującym ciepłem serca.
    Macierzyństwo to wielki dar,
    ale i wielkie wyzwanie.
    Dlatego bardzo potrzebne jest wsparcie

    z samej Góry.
    I o to wsparcie, szczególnie dziś, prosimy w modlitwie.

    ***

    ***

    Święte matki.

    5 kobiet, które uczą nas, co jest ważne

    Patrząc na nasze mamy, wielokrotnie jesteśmy pełni podziwu dla ich siły, wytrwałości, poświęcenia. O wielu z nich można byłoby powiedzieć, że to święte kobiety. Poznajcie 5 mam, które mogą wstawiać się za nami w niebie.

    Jaka byłaby Maryja, gdyby nie jej mama? Św. Anna jest dla nas przykładem wierności Bożemu Słowu i godnego naśladowania zaufania Panu Bogu. Przez wiele lat nie mogła mieć potomstwa. Anna kochała swojego męża Joachima i Boga z całej swojej duszy, jednak nie mogła zrozumieć, dlaczego spotyka ją takie doświadczenie. Nieustannie jednak wierzyła w cud – z Pisma Świętego znała wiele historii, w których Bóg obdarzał potomstwem bezpłodne pary.


    „Dajcie mi modlące się matki, a uratuję świat”. Powiedział tak św. Augustyn, który na własnej skórze doświadczył, jak ogromną moc ma modlitwa mamy. Jego mama, św. Monika, wiele lat spędziła na modlitwie za niego, o jego nawrócenie. Jako młoda dziewczyna została wydana za patrycjusza o bardzo trudnym i porywczym charakterze, który był poganinem. Swoją łagodnością, cierpliwością i modlitwami Monika doprowadziła go na krótko przed śmiercią do nawrócenia. W wieku 39 lat została wdową. Św. Augustyn był spośród trojga dzieci tym, który przysparzał jej najwięcej trosk.


    Kiedy skończyła 18 lat, chciała wstąpić do klasztoru, ale rodzice wybrali dla niej kandydata na męża. Miał przeszłość wojskową, był politykiem i… typem awanturnika. Małżeństwo z kobietą o niezwykłych zdolnościach do rozwiązywania konfliktów, nie uspokoiło jego temperamentu. Również obaj ich synowie nie byli wzorami cierpliwości i spokoju. Kiedy ich ojciec został zamordowany, próbowali go pomścić. Matka w tym czasie modliła się za nich, by Bóg uchronił ich od grzechu. Podania mówią, że nie zdążyli zemścić się na nikim, ponieważ zmarli w czasie epidemii dżumy. Po tych wszystkich doświadczeniach cierpliwa żona i matka postanowiła wstąpić do zakonu. Dziś jest orędowniczką w sprawach, co do których nie ma już nadziei. To św. Rita z Cascii, jedna z najpopularniejszych świętych Kościoła.


    Na zdjęciach widzimy piękną, uśmiechniętą kobietę. Była świetnym lekarzem i cudowną matką. Znała się na modzie i kochała góry. Żona, mama, siostra, przyjaciółka. Św. Joanna Beretta Molla to niezwykła mama. Pokazała, że świętość jest na wyciągnięcie ręki, że świętym może zostać każdy. Wiedziała też. jak wielkim darem jest życie. W ostatniej ciąży, pod koniec drugiego miesiąca w jej macicy rozwinął się włókniak. Wskazania medyczne były konkretne – przerwanie ciąży. Jednak Joanna zdecydowała się urodzić.


    Na koniec mama, której proces beatyfikacyjny ruszył w 2018 roku – Chiara Petrillo. Straciła dwoje dzieci, zanim zaszła w trzecią ciążę. Gdy rodzice cieszyli się, że dziecko zdrowo się rozwija, w piątym miesiącu ciąży u Chiary zdiagnozowano nowotwór języka. Lekarze, chcąc ją ratować, naciskali na chemioterapię, jednak odmówiła, nie chcąc narażać życia i zdrowia synka.

    Stacja7.pl

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Ogromne zaufanie do Boga, wyniesione z domu rodzinnego, cechowało Emilię Wojtyłową. W tym duchu wychowywała swoich synów.

    reprodukcja :Roman Koszowski/Gość Niedzielny

    ***

    Matczyne lekcje ufności.

    Marianna Kolbe, Emilia Wojtyłowa, Marianna Popiełuszko

    Choć różne miały charaktery, temperamenty, wykształcenie, to u wszystkich widać podobne otwarcie na Boże działanie. Marianna Kolbe, Emilia Wojtyłowa i Marianna Popiełuszko uczyły swoich synów postawy zawierzenia.

    Ich synowie zapisali się złotymi zgłoskami w polskiej historii XX wieku i dla wielu z nas są dziś punktami odniesienia, jeśli chodzi o świętość. Jak do tej świętości przyczyniły się matki: Marianna Kolbe, Emilia Wojtyłowa, Marianna Popiełuszko? Co łączy te nietuzinkowe kobiety? Jak atmosfera stworzonych przez nie domów wpłynęła na życiową postawę przyszłych świętych i błogosławionego?

    Plan na życie synów

    „Nie były to matki idealne, wolne od wad i słabości” – podkreśla Milena Kindziuk, która tym i kilku innym kobiecym postaciom poświęciła swoją książkę „Matki świętych”. Pierwsza ze wspomnianych kobiet, Marianna Kolbe, mówiła nawet o sobie: „Zawsze czułam się niezdolna być dobrą żoną i matką”. Surowa, apodyktyczna, próbowała kierować życiem swoich dzieci. „Trzymała synów mocną ręką, pod kloszem, w izolacji od złych wpływów świata” – stwierdza Natalia Budzyńska, która w książce „Matka męczennika” jako pierwsza przekazała czytelnikom portret Marianny Kolbe, wcześniej zaledwie wspominanej w biografiach św. Maksymiliana. Jest to portret daleki od hagiografii, ukazujący tę postać uczciwie – z wszystkimi jej wadami i zaletami. „Zaczęłam poznawać rodzinę Kolbego jako zwykłą rodzinę, bez bagażu jego świętości, która przecież pojawiła się dopiero później. Chciałam ją poznać taką, jaka była naprawdę. (…) Przede wszystkim zaskoczył mnie fakt, że osoby, które pisały dotychczasowe biografie Maksymiliana, korzystały z tych samych materiałów co ja, ale jakiś wewnętrzny cenzor kazał im pomijać wątki niepasujące do wyobrażenia o rodzinie świętego. Zastanowiło mnie to, bo przecież one wcale tej świętości nie umniejszają. Przecież fakt, że w normalnej rodzinie może wyrosnąć człowiek, który oddaje swoje życie za drugiego, jest chyba budujący?” – opowiadała autorka w rozmowie z „Gościem Niedzielnym”.

    O Mariannie Kolbe, pobożnej córce tkaczy ze Zduńskiej Woli, która sama w młodości chciała zostać zakonnicą, można nawet powiedzieć, że do pewnego momentu solidnie „przeszkadzała” swojemu synowi w wypełnieniu jego powołania. „Największym marzeniem matki było, aby jej synowie »spełnili w życiu wolę Bożą«. Jednocześnie jednak, jakby na to nie zważając, sama chciała kształtować przyszłość synów według swojej woli. Miała własny plan na ich życie. Jaki? Aby zostali zakonnikami. Ale co ciekawe – nie wszyscy. Jeden z nich, Rajmund, miał prowadzić życie świeckie i pozostawać przez cały czas przy matce” – opowiada Milena Kindziuk. Rajmund, czyli właśnie Maksymilian, bo takie imię przybrał później w zakonie drugi z pięciu synów Marianny.

    Bozia da krzyżyki

    Nie wszystko szło zgodnie z jej planem. Dwóch najmłodszych synów, Walenty i Antoni, zmarło we wczesnym dzieciństwie. Najstarszy Franciszek poszedł wprawdzie do zakonu, ale przed złożeniem ślubów wieczystych porzucił klasztor i udał się na front I wojny światowej, gdzie zaginął na pewien czas. Odnalazł się, ale do zakonu już nie wrócił, tylko wstąpił w związek małżeński, niezbyt zresztą udany. Zginął w 1945 r. w KL Mittelbaum. W klasztorze wytrwał za to „środkowy” syn Marianny, Józef (przybrał zakonne imię Alfons). On z kolei zmarł nagle w 1930 r. z powodu zapalenia wyrostka robaczkowego.

    Do śmierci wszystkich pięciu synów, z którą musiała się zmierzyć Marianna, należy dodać jeszcze przedwczesną śmierć męża Juliusza, z którym wcześniej rozstała się, by urzeczywistnić swoje pragnienie zostania mniszką. Ostatecznie została jedynie tercjarką przy krakowskim klasztorze felicjanek. On również pomieszkiwał najpierw przy klasztorach, potem prowadził księgarnię i sklep piśmienniczy, próbował też zostać organistą. W czasie I wojny wyruszył na poszukiwanie syna, w końcu sam został żołnierzem i zginął w niewyjaśnionych do końca okolicznościach.

    Jako tercjarka Marianna Kolbe czuła się szczęśliwa, ale przewidywała już, że nie wszystko będzie przebiegało po jej myśli: „Dotychczas idzie mi wszystko pomyślnie, ale się przygotowuję na przyszłość, bo wiem, że Bozia i tu da mi krzyżyki” – pisała w liście do Alfonsa. Później, po śmierci Maksymiliana, podpisywała swoje listy: „Matka Bolesna Marya Kolbowa” albo w skrócie: „Matka Boleściwa”. Jeszcze bardziej przylgnęła wtedy do Boga, zafascynowała się „Dziejami duszy” św. Teresy z Lisieux, naśladując jej „małą drogę”. „Kochałam moich syneczków i męża nad życie, ale nie nad wolę Bożą” – stwierdziła kiedyś. Mimo wszystkich wad, jakie miała, pragnienie pełnienia tej woli udało jej się przekazać synom. Nade wszystko Maksymilianowi, który potwierdził to najpełniej – ofiarą z własnego życia.

    Zwyczajna dama

    Emilia Wojtyła sama okazała gotowość do poniesienia takiej ofiary. Nie zgodziła się na aborcję, choć lekarz ostrzegał ją, że przy porodzie prawdopodobnie umrze i ona, i dziecko. Przeżyli oboje – Emilia cieszyła się synem jeszcze przez dziewięć lat życia, które jej zostały, coraz mocniej naznaczonych chorobą serca. Tym synem był przyszły papież Jan Paweł II. Sam nigdy nie mówił o tym wprost, ale wiele wskazuje na to, że znał tę historię. „Pamiętam, jak mówił, że (…) żyje tylko dzięki jej decyzji wydania życia na świat. Wtedy nie rozumiałam jeszcze do końca, o co chodzi. Podczas pracy nad książką [„Emilia i Karol Wojtyłowie. Rodzice św. Jana Pawła II” – przyp. Sz.B.] dotarłam jednak do świadków, którzy potwierdzili, uwiarygodnili decyzję Emilii Wojtyłowej o urodzeniu Lolka mimo zagrożonej ciąży i zagrożenia własnego życia” – opowiadała na łamach „Gościa Niedzielnego” Milena Kindziuk. Z zebranych przez nią relacji wynika, że znany wadowicki ginekolog i położnik Jan Moskała zdecydowanie nalegał na aborcję i nie chciał nawet prowadzić ciąży. Zgodził się natomiast na jej prowadzenie żydowski lekarz doktor Samuel Taub, choć i on miał wyraźnie zastrzec, że podejmie się ryzyka na wyraźną prośbę obojga małżonków i na ich własną odpowiedzialność.

    Wiele wskazuje na to, że decyzja matki Karola Wojtyły wynikała z jej głębokiej wiary. Wiemy, że to właśnie Emilia pierwsza wprowadzała swojego syna w świat modlitwy: „Tajemnicy owej uczyły mnie ręce matki, która – składając małe dziecięce dłonie do pacierza – pokazywała, jak kreśli się krzyż… Dzisiaj, po tylu latach, jakże wdzięczny ci jestem, moja matko” – mówił Jan Paweł II w 1991 r. w Wadowicach.

    Wywodziła się ze skromnej krakowskiej rodziny rzemieślniczej, była piątą z trzynaściorga dzieci. Ojciec, siodlarz i rymarz, zadbał jednak o jej wykształcenie – ukończyła prawdopodobnie szkołę prowadzoną przez Zgromadzenie Córek Bożej Miłości, nazywaną „szkołą dla córek wyższej sfery”. Już jako dziewczynka grała na skrzypcach, znała też francuski i niemiecki. Nic dziwnego, że – jak relacjonuje Milena Kindziuk – uchodziła później w Wadowicach za damę. Prestiż rodziny wzmacniała jeszcze profesja jej męża Karola, który był wojskowym.

    Codzienność pełna wiary

    Na zdjęciach zawsze elegancka, w pięknych sukniach i biżuterii, nie była jednak typem osoby wywyższającej się. „Codzienne życie w domu upływało Emilii między zwyczajnymi domowymi obowiązkami, modlitwą i odpoczynkiem. Toczyło się prosto, zwyczajnie, w rytmie roku naturalnego i kościelnego” – pisze autorka „Matek świętych”.

    Dom, jaki stworzyli Emilia i Karol Wojtyłowie, był w jakimś sensie niezwykły, choć oni sami z pewnością nie byli ludźmi idealnymi. Wiele wskazuje na to, że ich pierwszy syn Edmund począł się jeszcze przed zawarciem przez nich związku małżeńskiego (narodził się zaledwie sześć i pół miesiąca po ślubie). W żaden sposób nie umniejsza to jednak ich świętości, do której dochodzenie, jak podkreśla postulator ich procesu beatyfikacyjnego ks. Sławomir Oder, jest procesem, dorastaniem. Milena Kindziuk twierdzi, że niezwykła była w tej rodzinie przede wszystkim miłość – małżeńska i rodzicielska, wiara, ale także sposób przeżywania codziennego życia: „Ci ludzie potrafili odnosić swoje doświadczenia – także te trudne, związane z cierpieniem, chorobą, śmiercią – do wiary, która była integralną częścią ich codzienności. Wykazywali ogromne zaufanie Bożej Opatrzności. I to cechowało całą rodzinę – zarówno tę ze strony matki, jak i ze strony ojca. W tym właśnie duchu wychowywali się synowie Wojtyłów: Edmund i Karol. Warto zwrócić uwagę, że ten dom, który wychował Karola papieża, wychował też Edmunda lekarza. Edmund zdecydował się ratować życie pacjentki mimo tego, że sam mógł się zakazić szkarlatyną – nieuleczalną wówczas chorobą zakaźną. Ostatecznie się zaraził i umarł. Rodzina Wojtyłów z Czańca powiedziała mi, że jego postawa wzięła się przede wszystkim z domu rodzinnego. To od rodziców pierwszy raz usłyszał on o etosie lekarza i jego misji. Właśnie dzięki postawie rodziców i tym wartościom, które wyniósł z domu, podjął tę heroiczną decyzję i poświęcił swoje życie dla chorej pacjentki”.

    Nikt nie ma dziecka dla siebie

    „Wiara była u nas twarda, w serce wbita każdemu, dziadom, pradziadom” – opowiadała Milenie Kindziuk, autorce książki „Matka świętego. Poruszające świadectwo Marianny Popiełuszko”, jej główna bohaterka. Pewnie dlatego młody Alek (ks. Jerzy otrzymał na chrzcie imię Alfons) codziennie, niezależnie od pogody i samopoczucia, wstawał wcześnie rano, by zdążyć przed szkołą na Mszę w Suchowoli, oddalonej od rodzinnych Okopów o 5 kilometrów. I pewnie dlatego mimo trudnych doświadczeń w wojsku, gdzie znęcano się nad młodym klerykiem, mógł zapisać: „Okazałem się bardzo twardy, nie można mnie złamać groźbą ani torturami. Może to dobrze, że akurat ja, bo może ktoś inny by się załamał, a jeszcze innych wkopał”. W czasie ciąży matka ofiarowała go Panu Bogu, prosząc, by syn został kapłanem. A jeśli będzie dziewczynka – by była zakonnicą. Nie dziwiły jej więc specjalnie jego dziecięce zabawy – zamienianie stołu w ołtarz, rozkładanie na nim świętych obrazków. Choć do matury nikomu o tym nie mówił, ona domyślała się już, że zostanie księdzem.

    Decyzję Alka o wyborze kapłańskiej drogi przyjęła ze spokojem, mimo że wiązała się ona z rozłąką, bo późniejszy ks. Jerzy wybrał seminarium w Warszawie. Nie czyniła mu wyrzutów z tego, że wpadał do domu na krótko, „jak po ogień”. Byli teraz osobno, ale łączyła ich modlitwa. „Nikt nie ma przecież dziecka dla siebie. Ono musi iść w świat, by spełnić wolę Bożą” – czytamy we wspomnianej książce. Przeczuwała, że w jego przypadku wiąże się to z ciągłym narażaniem życia, choć syn nie zwierzał się ze wszystkich problemów, jakie miał ze Służbą Bezpieczeństwa.

    Ten ostatni raz zatrzymał się jednak w domu na nieco dłużej. Zostawił matce do zaszycia sutannę, mówiąc: „Odbiorę następnym razem. Albo najwyżej będzie mama miała na pamiątkę”. I jeszcze: „Jakbym zginął, to tylko nie płaczcie po mnie”. Potem kilka razy obchodził dom, pobiegł na pole, robił zdjęcia czerwonych maków, które zasiała matka. „A gdy odjeżdżał, pani Marianna odprowadziła go, jak nigdy, aż do Suchowoli. A potem długo stała na drodze i patrzyła na oddalający się samochód z jej synem, aż zniknął za horyzontem” – pisze Milena Kindziuk.

    Ta rana zawsze jest i będzie

    Gdy przyszła wiadomość o jego śmierci, nie płakała. To jej mąż Władysław krzyczał i płakał na przemian. Ona natomiast siedziała w bezruchu, milcząca, jakby skamieniała. O swoim cierpieniu powie krótko, ale przejmująco: „Ja jestem ból do samego nieba”. I jeszcze: „Ta rana zawsze jest i będzie”. Od śmierci ks. Jerzego potrafiła już odmawiać tylko bolesne tajemnice Różańca. A jednak przebaczyła zabójcom syna. „Najbardziej bym się cieszyła, żeby oni się nawrócili” – mówiła. „Czy dobrze, czy źle – to i tak dobrze. Jak jest, tak jest dobrze. Maryja też była matką. Stała pod krzyżem i cierpiała z Panem Jezusem. Tak i ja zgodziłam się z tym cierpieniem. Widocznie Pan Bóg tak chciał. Co Pan Bóg komu wymianował, to ludzka zazdrość nie ukradnie. A co nie, to i z ręki wypadnie”.

    Prosta kobieta spod Suchowoli nigdy nie przypuszczała, że będzie się spotykać z największymi tego świata: prezydentami, premierami, a nawet samym papieżem. Nie lubiła kamer, najchętniej pozostałaby w cieniu, ale zgadzała się na rozmowy z dziennikarzami o swoim synu, bo traktowała to jako misję. Mądrość i pokorę pani Marianny najlepiej chyba widać w jej dialogu z Janem Pawłem II, przytoczonym na kartach tej książki: „– Matko, dałaś nam wielkiego syna. – Ojcze Święty, nie ja dałam, ale Bóg dał przeze mnie światu”.

    Podobną postawę widać u wszystkich trzech matek wielkich polskich świętych i błogosławionych. Choć różne miały charaktery, temperamenty, wykształcenie, to u wszystkich widać podobne otwarcie na Boże działanie – zaufanie, które pozwalało odczytywać w świetle wiary wszystkie, także najtrudniejsze życiowe sprawy. Tej postawy nauczyły swoich synów, którzy całym swoim życiem (a w dwóch przypadkach także męczeńską śmiercią) pokazali, czym jest zawierzenie Stwórcy.

    Szymon Babuchowski/Gość Niedzielny

    _____________________________________________________________________________________________________________

    Mamy codziennie święte

    Matki spełnione to te, które przyjmują swoje życie tak samo jak życie dzieci – z miłością.

    Świętość macierzyństwa buduje się od momentu poczęcia, bo wtedy kobieta staje się matką, ale ta budowa trwa przez całe życie.

    istockphoto

    ***

    Był czerwiec 1960 roku. Iza właśnie urodziła Stasia, pierwszego syna. Miała głębokie przekonanie, że otrzymuje w depozyt skarb. – Czułam, że to dowód zaufania ze strony Boga. Zwróciłam się wtedy do Niego z taką modlitwą: „A więc, Panie Boże, ustalmy jedno: to dziecko jest Twoje. Chciałabym, żeby na końcu swej drogi powróciło do Ciebie takie, jakie mi dałeś, czyli niewinne. Ty znasz jego drogę. Gdyby miało się potknąć i wpaść w przepaść zatracenia, Ty możesz temu zapobiec. Możesz je zabrać, zanim do tego dojdzie. Nie zważaj na mój ból. Nie o mnie tu chodzi”. Układałam się z Bogiem przez całą bezsenną noc. Jestem pewna, że takiej prośbie Bóg nie odmawia – opowiada. Mówi, że taką samą „polisę ubezpieczeniową” zawarła dla kolejnych trojga dzieci. – Teraz, gdyby coś zawirowało, mogę powiedzieć: „Spokojnie, jesteście ubezpieczeni na życie” – uśmiecha się. Ma dziś 84 lata, a wszystkie jej dzieci są przekonane, że błogosławieństwo jej heroicznej modlitwy wciąż promieniuje na ich życie. Cała czwórka dzięki mamie lepiej rozumie, że świętość to w istocie pełna zaufania zgoda na działanie Boga w każdym obszarze życia.

    W czasie, gdy rodziły się kolejne dzieci Izabeli, aborcja była już zwyczajną praktyką w państwach rządzonych przez komunistów, a więc i w PRL. Preferowano model rodziny 2 plus 1. Stąd też Izabela nieraz słyszała od lekarzy standardowe: „Rodzimy czy usuwamy?”.

    Cóż, ludzkie opinie i wszelkie „trendy” nie mają żadnego znaczenia, gdy kolidują ze słowem Boga. Droga do harmonii i szczęśliwego życia niejednokrotnie wiedzie przez sprzeciw wobec tego, co mówi „świat”, gdy mówi coś innego niż Ewangelia. A „świat” dziś bardzo głośno krzyczy o prawie do aborcji. Pewnie dlatego na prośbę o nadsyłanie świadectw o współczesnych świętych matkach tak wiele osób wskazało na kluczową postawę szacunku ich rodzicielek wobec życia już na jego najwcześniejszym etapie.

    Skąd ta siła?

    – Moja mama Zofia, dziś już świętej pamięci, przy czwórce dzieci nigdy nie traciła nadziei – wspomina Żaneta. Pamięta, że od lat 60. do 90. minionego wieku mieć więcej niż dwoje dzieci było uważane za patologię. – Moja mama była namawiana do aborcji przez swojego lekarza, ośmieszały ją nawet koleżanki, z którymi pracowała, ale ona żadnego dziecka nie pozbawiłaby życia. Zawsze mówiła, że po to jest rodzina, żeby były dzieci. Uważała, że życie jest świętością i nikt nie ma prawa na nie podnosić ręki. Przekazała nam wiarę w Boga. To jest najcenniejsze w moim życiu. Pamiętam, jak ją pytałam, skąd bierze siłę na to wszystko: czworo dzieci, praca… Odpowiedziała, że jej siłą jest Różaniec – przypomina sobie córka. – Mama zasiała w nas wiarę w Boga. Dużo z nią o tym rozmawiałam i to owocuje do dziś w moim życiu. To był najcenniejszy spadek, jaki nam zostawiła – wspomina Żaneta. Dodaje, że gdy mama odchodziła z tego świata, wołała na pomoc św. Józefa, który przynosił jej pokój i ukojenie w bólu. – Gdy już nie było słychać żadnego oddechu, nagle jakby się rozpromieniła, a na jej twarzy pojawił się szeroki uśmiech – wzrusza się córka. – Tego się nie zapomina – podkreśla.

    Przejmująca jest historia Anny, matki Piotra Falany. Przez wiele lat wraz z mężem bezskutecznie starali się o dziecko. Ona pracowała jako technik rentgenowski w szpitalu. – To były stare technologie, przy których narażenie na promieniowanie było bardzo duże. Kiedy wreszcie okazało się, że mama jest w ciąży, urządzenie, które bada ilość przyjętych dawek rentgenowskich, wykazało nieprawdopodobnie wysokie napromieniowanie. Jego przyczyną była prawdopodobnie awaria aparatu – opowiada Piotr. W związku z tym zalecono natychmiastową aborcję dziecka, ponieważ lekarze byli absolutnie pewni, że urodzi się potwór. – Rodzice zdecydowali się nie pójść za radą lekarzy… i urodziłem się ja – mówi syn Anny. Okazał się zupełnie zdrowym dzieckiem, dziś jest mężczyzną w sile wieku, mężem i ojcem rodziny. – W dzisiejszych czasach wielu ludzi, chcąc zachować wygodne życie, rezygnuje z posiadania dziecka. Mama nie zgodziła się na zabicie mnie, chociaż wszyscy wręcz nakazywali jej to zrobić – podkreśla z wdzięcznością Piotr Falana.

    Albo ty, albo dziecko

    Maria Stasiak nie urodziłaby się, gdyby jej matka posłuchała lekarza. – Powiedział mamie, że musi mnie usunąć, bo inaczej umrze – opowiada. Domyśla się, że musiało to być dla matki bardzo trudne, bo w domu czekało na nią dwóch synków, z których starszy chodził do pierwszej klasy. – Mama jest bardzo wierząca. Powierzyła mnie Maryi i przez całe dziewięć miesięcy leżała ze mną w szpitalu. Jestem przekonana, że dzięki temu zawierzeniu urodziłam się jako śliczna, zdrowa dziewczynka. Mama obiecała też Maryi, że jeśli urodzi się córeczka, będzie nosiła jej imię – uśmiecha się. Nazywa swoją mamę chodzącym aniołem. Gdy zachorowała jej siostra z Wielkopolski, pojechała do niej i opiekowała się nią przez osiem miesięcy. – Teraz, choć we wrześniu skończy 84 lata, opiekuje się moim niepełnosprawnym bratem, który kilkanaście lat temu uległ wypadkowi i wymaga stałej pomocy. Moja mama jest święta – podkreśla Maria.

    W podobnej sytuacji znalazła się kiedyś mama Ireneusza Sobczyka, dziś franciszkanina o zakonnym imieniu Symplicjusz. Lekarz nalegał na usunięcie rozwijającego się w jej łonie dziecka. Jego zdaniem matka mogła nie przeżyć ciąży, a dziecko, nawet jeśli zdołałoby się urodzić, nie byłoby zdrowe. Matka jednak nie miała żadnych wątpliwości i nie posłuchała lekarza. Bardzo czekała na to dziecko, swojego drugiego syna. – Mama pozwoliła mi się urodzić, gdy lekarz chciał mnie zabić. Choć jej życie było zagrożone, wszystko oddała Matce Bożej – wspomina dziś syn. Matka przeżyła, a i dziecko urodziło się zdrowe.

    Nie byłam sama

    Wiele matek oczekujących dziecka musi dźwigać ciężar niepokoju, wzmaganego diagnozami. – W obecnych czasach już podejrzenie wady wrodzonej płodu uprawnia do aborcji. Z racji tego, że byłam w ciąży po 35. roku życia, z automatu dostałam skierowanie na badania prenatalne. Wynik: 90 proc. prawdopodobieństwa, że dziecko urodzi się z zespołem Downa – opowiada Agnieszka Borc. Lekarz poinformował ją, że jest kwalifikowana do amniopunkcji i że przysługuje jej prawo do „zabiegu”. – Ani na jedno, ani na drugie nie wyraziłam zgody. Co przeżyłam, to moje, a dziecko urodziło się w pełni zdrowe – cieszy się. – Czasami wiara ratuje życie i daje życie. Chwała Panu – kończy pani Agnieszka.

    Syn Marii Bober ma dziś 37 lat. – Ciąża była zagrożona, otarliśmy się z dzieckiem prawie o śmierć, ale wiem, że nie byłam sama. Z różańcem w dłoni schroniliśmy się pod płaszczem Maryi. Kiedy patrzę na syna, dziękuję Bogu za dar jego życia i za osoby, które mnie w tym czasie wspierały – wyznaje pani Maria. I przywołuje powiedzenie swojej mamy, które na zawsze zapadło jej w serce: „Lepiej na ramieniu niż na sumieniu”.

    Odmowa poddania się aborcji sugerowanej ze względów medycznych oczywiście nie zawsze kończy się przeżyciem i matki, i dziecka. Bodaj najbardziej znanym przykładem macierzyńskiej miłości, oddającej życie za dziecko, jest św. Joanna Beretta-Molla. Takich matek jest znacznie więcej, choć mało kto wie o ich poświęceniu. Irena Sawicka nie pamięta swojej matki. – Moja mama była namawiana na aborcję, bo chorowała na nerki. Ale ona nie usunęła mnie, żeby ratować swoje życie. Urodziła, wiedząc, że umrze, i rzeczywiście trzy dni po porodzie zmarła. Oddała swoje życie za mnie, za swoje dziecko, i cieszy się na pewno wielką chwałą nieba – mówi córka.

    To było w latach 80. 38-letnia kobieta zaszła w trzecią ciążę. Poszła do ginekologa i po badaniu usłyszała: „Ze względu na stan zdrowia matki zalecana jest aborcja”. Wyszła z gabinetu, płacząc. Mąż, dowiedziawszy się o przyczynie łez, powiedział: „Nie zabijemy tego dziecka, z Bożą pomocą wszystko będzie dobrze”. – I tak na świecie pojawiłam się ja – uśmiecha się Dorota Gaś, która opowiedziała tę historię, zaznaczając, jak ważna była postawa ojca, który stanął na wysokości zadania. – Może to opowieść nie tylko o świętej matce, która zdecydowała się mnie urodzić mimo zagrożenia swojego życia, ale też o postawie ojca w obliczu takiej wiadomości. Teraz, kiedy rodziców już ze mną nie ma, musiałam się tym podzielić – wyznaje.

    Herbata zawsze czeka

    To zrozumiałe, że świętość macierzyństwa buduje się od momentu poczęcia, bo wtedy kobieta staje się matką, ale ta budowa trwa przez całe życie. O codziennej świętości matek, niezwykłych w swojej zwyczajności, świadczą ich dzieci. – Moja mama Irena poroniła dwa razy, zanim mnie urodziła. Zrezygnowała wtedy z pracy i poświęciła się, aby być ze mną. W stanie wojennym stała w kolejkach od rana, aby mi niczego nie brakowało. Miała bardzo dobry kontakt z sąsiadami. Pod koniec życia, kiedy już bardzo chorowała i cierpiała, wytrwale modliła się na różańcu – zapamiętała Barbara Reiman.

    Beata Bogusz jest przekonana, że jej mama jest święta już tutaj, na ziemi. – Urodzona w kochającej się, ale biednej rodzinie. Najmłodsza, ale od początku ciężko pracująca w gospodarstwach innych ludzi. Dość wcześnie wyszła za mąż za człowieka pracowitego i dobrego, ale skłonnego do uzależnień – wspomina. Pamięta, że bywały takie noce, podczas których mama musiała ją i rodzeństwo zabierać z domu z powodu awantur. Mimo to nigdy się nie skarżyła, zawsze była uśmiechnięta i dobra dla potrzebujących. – I uczyła tego nas, swoje dzieci. Zawsze się wszystkim dzieliła i dzieli: jedzeniem, piciem, czasem. Niezwykle gościnna. Odwiedzający ją goście podkreślają niezwykłą atmosferę i czekającą na nich herbatę – opowiada pani Beata. Dodaje, że mama prawie nigdy się nie skarży, a gdy jej ciężko, bierze w dłonie różaniec. I modli się, modli za wszystkich: za dzieci, wnuki, bliskich i dalszych znajomych, o pokój na świecie i w wielu innych intencjach. I codziennie także wspólnie z tatą odmawiają Różaniec. – Patrząc po ludzku, żadnej kariery nie zrobiła. Ale jest niezwykła. Taka codzienna święta – podkreśla córka.

    Matka dla zgody

    Codzienną świętość dostrzega w życiu swojej mamy także Karina Zdziebłowska. – Kiedy urodziła mnie, pierwszą z trzech córek, zrezygnowała z pracy zawodowej. Poświęciła nam swoje życie – ocenia córka. Mówi o wzruszeniu, jakie ją ogarniało, gdy codziennie wieczorem widziała mamę lub tatę modlących się na kolanach przy łóżku. Zaświadcza, że i dziś zawsze można na mamę liczyć. – Nigdy ona sama nie jest dla siebie najważniejsza. Zawsze cierpliwa i nigdy nie narzekająca. Płacząca w ukryciu, modląca się i niezwykle skromna. Zawsze staje w obronie zgody w małżeństwach swoich córek, przemilczy, gdy dzieje się źle, nie wtrąca się, ale wiem na pewno, że oddaje to Bogu. Potrafi swoją nienarzucającą się, lecz pełną miłości postawą wpłynąć na nas, by zgoda była ponad wszelkie różnice. Myślę, iż jej ogromną zasługą jest fakt, że dziś stanowimy naprawdę dużą już rodzinę, taką do tańca i do różańca – podsumowuje Karina.

    – Moja żona jest świętą mamą pięciorga naszych dzieci – podkreśla Jacek Sommer. Jak mówi, widział to, gdy małe wtedy dzieci zasypiały przy wspólnie odmawianej modlitwie. – Często żona kładła się obok nich i toczyły się długie rozmowy o Bogu, o niebie… Ciekawość dziecięcych wyobrażeń przedłużała te chwile, padało wiele pytań: jak tam jest, a co Matka Boża gotowała na obiad etc. – wspomina mąż. Zaświadcza, że były też dramatyczne momenty. Dwukrotnie stracili cały dobytek w pożarach. – Ucieczka z dziećmi w popłochu, chwile grozy… Cudem przeżyliśmy. Te i inne doświadczenia życiowe pomagają nam, gdy mamy okazję dawać świadectwo, np. wobec młodzieży przed bierzmowaniem, gdy pełniliśmy posługę katechistów archidiecezji poznańskiej – mówi pan Jacek. I dodaje z przekonaniem: – Doceniam to, co robi moja żona.

    Franciszek Kucharczak/Gość Niedzielny

    ______________________________________________________________________________________________________________

    WTOREK 28 MAJA

    Rocznica śmierci i wspomnienie liturgiczne błogosławionego Księdza Kardynała Stefana Wyszyńskiego, Prymasa Polski

     pl.wikipedia.org

    ***

    Ksiądz Kardynał Stefan Wyszyński urodził się się 3 sierpnia 1901 roku z Zuzeli nad Bugiem. W 1920 roku wstąpił do Wyższego Seminarium Duchownego we Włocławku. Święcenia kapłańskie otrzymał w 1924 roku. W 1946 roku otrzymał sakrę biskupią. W swoim herbie umieścił hasło Soli Deo (Jedynemu Bogu).

    Po śmierci kard. Augusta Hlonda w listopadzie 1948 roku został mianowany Arcybiskupem warszawskim i gnieźnieńskim. Przez 33 lata pełnił posługę ordynariusza obu archidiecezji będąc Prymasem Polski. Stojąc na czele Kościoła w Polsce, bronił chrześcijańskiej tożsamości Polskiego Narodu. Gdy komunistyczny rząd próbował podjąć jawną ingerencję w sprawy Kościoła i obsadę kościelnych stanowisk, Ks. Kard. Wyszyński wyraził swoje słynne non possumus. W odwecie został aresztowany w 1953 roku i przez trzy lata był internowany. Wtedy opracował program odnowy życia religijnego społeczeństwa, zawarty w idei Jasnogórskich Ślubów Narodu. Przygotowując założenia Wielkiej Nowenny, wprowadził Kościół w jubileusz 1000-lecia chrztu Polski. W tym czasie ułożył program Wielkiej Nowenny oraz napisał Jasnogórskie Śluby Narodu Polskiego.

    Prymas Wyszyński zmarł w Warszawie 28 maja 1981 roku w uroczystość Wniebowstąpienia Pańskiego.

    Beatyfikacja bł. Ks. Kardynała Stefana Wyszyńskiego odbyła się 12 września 2021 roku w Świątyni Opatrzności Bożej w Warszawie. Liturgiczne wspomnienie obchodzone jest 28 maja.

    ___________________________________________________________________

    Jasna Góra: dziś początek dziękczynnych czuwań nocnych za beatyfikację Prymasa Wyszyńskiego

    „Z błogosławionym Prymasem czuwamy w Domu Matki”. Szczególna modlitwa wdzięczności za beatyfikację kard. Stefana Wyszyńskiego, która wpisze się także w przygotowania do ogólnopolskiego dziękczynienia za nowego błogosławionego rozpocznie się na Jasnej Górze już dzisiaj. Zainagurowane zostaną comiesięczne nocne czuwania z Prymasem Wyszyńskim.

    bł. kard. Stefan Wyszyński/fot. Karol Porwich/Tygodnik Niedziela

    ****

    Modlitwa z 27 na 28 dzień miesiąca to nawiązanie do trwających tu niemal nieprzerwanie od 40 lat czuwań prowadzonych przez Instytut Prymasa Wyszyńskiego z prośbą o beatyfikację tego wielkiego kapłana i Polaka. Teraz, przez cały rok, w Kaplicy Matki Bożej gromadzić się będą przedstawiciele różnych ruchów i wspólnot.

    – Modlitwa dziękczynna za beatyfikację Prymasa Wyszyńskiego jest bardzo potrzebna i wynika z wielkiej potrzeby ludzi – przekonuje Agnieszka Kołodyńska, odpowiedzialna generalna Instytutu Prymasa Wyszyńskiego. Przypomina, że modlitwa o ogłoszenie kard. Wyszyńskiego błogosławionym także odbywała się na prośbę świeckich, którzy wskazywali, że jest nam potrzebny taki orędownik w niebie. – Instytut podjął tę inicjatywę i modlitwa trwała 40 lat. Teraz wyzwanie przyjęła Jasna Góra, by w duchu dziękczynienia trwać wraz z wiernymi przed Obliczem Matki Bożej – powiedziała przedstawicielka Instytutu Prymasa Wyszyńskiego.

    Nocne czuwania będą miały konkretny program oparty na słowach „ABC Społecznej Krucjaty Miłości” bł. ks. Prymasa. Dziesięć punktów Krucjaty to zdaniem świadków jego życia i posługi prymasowski testament na XXI wiek. Społeczna Krucjata to program odnowy życia codziennego, to zaproszenie do oddziaływania miłością w rodzinie, w domu, w pracy, wśród przyjaciół, na wakacjach, wszędzie. Tak, aby zacząć przemieniać świat od siebie, od najbliższego otoczenia.

    „Szanuj każdego człowieka, bo Chrystus w nim żyje; Myśl dobrze o wszystkich; Mów zawsze życzliwie o drugich; Rozmawiaj z każdym językiem miłości; Przebaczaj wszystko wszystkim; Działaj zawsze na korzyść bliźniego; Czynnie współczuj w cierpieniu; Pracuj rzetelnie; Włącz się w społeczną pomoc bliźnim; Módl się za wszystkich, nawet za nieprzyjaciół”, brzmią słowa Krucjaty, którą Stefan kard. Wyszyński ogłosił w 1967 r. w liście pasterskim na Wielki Post.

    Stanisława Nowicka, świadek życia i posługi bł. Prymasa zauważa, że kard. Wyszyński o trzecim tysiącleciu mówił, że będzie to czas pytania o miłość społeczną. Chciał, by owocem Milenijnego Roku Jubileuszowego była miłość w międzyludzkich relacjach. Była to także jego odpowiedź na Sobór Watykański II, który wzywał do rewizji tego, czy miłość społeczna jest realizowana w naszym codziennym życiu. Dlatego zaproponował program Społecznej Krucjaty Miłości. – Hasło „społeczna” znaczy powszechna, uogólniona; to wyprawa do kogoś, po drugiego. Słowo „krucjata” jest zakorzenione w historii Kościoła, nawiązuje do wypraw wojennych pod znakiem krzyża, dotyczy też bardzo głębokiej walki duchowej. Miłość dotyka największej potrzeby duchowej każdego człowieka. Miłość głoszona w krucjacie jest jej potrzebą w relacjach międzyludzkich, jest dotrzymaniem przyrzeczeń złożonych w Jasnogórskich Ślubach Narodu i jest konsekwencją Milenijnego Aktu Oddania Polski w macierzyńską niewolę miłości – wyjaśnia Stanisława Nowicka i podkreśla, że „dziś tak bardzo potrzeba nam tej społecznej miłości, o którą też trzeba bardzo modlić się”.

    Każde nocne czuwanie z bł. Prymasem Wyszyńskim w Domu Matki (z 27 na 28 dzień miesiąca) inaugurować będzie Apel Jasnogórski, w czasie którego odmawiana będzie specjalna modlitwa za wstawiennictwem bł. Stefana kard. Wyszyńskiego przygotowana przez Instytut Prymasa Wyszyńskiego. Wystawiony zostanie portret Prymasa Tysiąclecia i jego relikwie.

    Po Apelu o godz. 22.00 rozpoczynać się będzie konferencja formacyjna głoszona przez świadków życia błogosławionego i specjalistów zajmujących się opracowywaniem jego teksów, zwłaszcza dotyczących nauki społecznej i jego maryjności.

    Po konferencji przewidziano wspólną modlitwę różańcową z rozważaniami kard. Wyszyńskiego przygotowanymi przez Jasnogórską Rodzinę Różańcową.

    Mszę św. o północy sprawować będą paulini, do wspólnoty których błogosławiony został włączony przez konfraternię czyli grono przyjaciół i dobrodziejów.

    Organizatorami modlitwy dziękczynnej są: Jasna Góra, Instytut Prymasa Wyszyńskiego i Katolickie Stowarzyszenie „Civitas Christiana”, którego bł. Prymas jest patronem.

    Partnerem medialnym inicjatywy jest Radio Jasna Góra, które nocną modlitwę będzie transmitować.

    Narodowe dziękczynienie za beatyfikację Prymasa Wyszyńskiego zgodnie z decyzją Konferencji Episkopatu Polski odbędzie się na Jasnej Górze 3 maja, w uroczystość Królowej Polski.

    Jasna Góra (KAI)

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Jasna Góra: pierwsze liturgiczne wspomnienie bł. Prymasa Tysiąclecia

     

    Kardynał Stefan Wyszyński przemawia do wiernych zebranych przed jasnogórskim szczytem, 26 sierpnia 1957 r

    Archiwum Instytutu Prymasowskiego Stefana Kardynała Wyszyńskiego

    Kardynał Stefan Wyszyński przemawia do wiernych zebranych przed jasnogórskim szczytem, 26 sierpnia 1957 r

    ***

    – Umieszczenie relikwii bł. Prymasa Wyszyńskiego obok Cudownego Obrazu Matki Bożej, jego fizyczna ponowna obecność będzie dla nas przypomnieniem o wartości wiary, znaczeniu chrześcijańskich wartości i o wielkim zawierzeniu Maryi – uważa przełożony generalny Zakonu Paulinów. To on w obecności przeora Jasnej Góry i innych zakonników dokona uroczystego wprowadzenia relikwii do Kaplicy Matki Bożej. Relikwiarz ma kształt kardynalskiego herbu. Jest w nim kropla płynu otrzewnowego z elementami krwi.

    Tę niezwykłą relikwię przekazał 8 marca 2020 r., a więc na kilka miesięcy przed planowaną wówczas beatyfikacją, lekarz patomorfolog.

    Jak wyznał o. Arnold Chrapkowski było to niezwykłe doświadczenie bliskości ze świętym, „dotknięcie czegoś wyjątkowego związanego z wyjątkową postacią”. Podkreślił, że umieszczenie relikwii obok Cudownego Obrazu jest niejako przypieczętowaniem wielkiego zawierzenia bł. Prymasa, które tutaj wielokrotnie czynił.

    – Chcemy nie tylko jako wspólnota jasnogórska, ale cały Zakon z wielką czcią te relikwie wnieść na Jasną Górę, w tym szczególnym dniu. Jest to też forma naszej wdzięczności nie tylko za przykład wielkiego zawierzenia Maryi, ale za wieloletnie związki kardynała z paulińskim zakonem nie tylko w Polsce, ale także w innych klasztorach poza granicami – dodał Generał.

    Podkreślił, że relikwie mają szczególne znaczenie, bo „możemy poczuć bliskość świętego”. – Umieszczone w ołtarzu będą nam przypominały, że możemy dziś za wstawiennictwem bł. kard. Wyszyńskiego prosić o potrzebne łaski nie tylko w wymiarze indywidualnym, ale także narodowym. W czasie zniewolenia to on dbał o chrześcijański kształt naszej Ojczyzny. Musimy o tym pamiętać, zwłaszcza teraz, gdy ten duch chrześcijański się rozmywa. Jego fizyczna ponowna obecność tutaj, będzie dla nas przypomnieniem o wartości wiary, o wartościach chrześcijańskich i o tym wielkim zawierzeniu Maryi – powiedział o. Chrapkowski.

    Wyraził nadzieję, że będziemy potrafili wykorzystać ten dar beatyfikacji dla naszej wiary, duchowego wzrostu, dla naszego zawierzenia Bożej Matce.

    – Chcemy bardzo uroczyście przeżywać ten dzień, bo to dla Jasnej Góry postać wyjątkowa, wpisująca się w historię tego miejsca, jego cała prymasowska posługa jest związana z Jasną Górą – powiedział z kolei przeor klasztoru. O. Samuel Pacholski przypomniał, że Prymas Wyszyński to „ człowiek, który postawił na Maryję i to jak sam mówił, jasnogórską. Z Nią związał całe swoje prymasowskie posługiwanie, Jej zawierzył trudne czasy Kościoła po II wojnie światowej i dzięki Niej wypełniły się słowa jego wielkiego poprzednika Augusta Hlonda, że zwycięstwo, gdy przyjdzie będzie to zwycięstwo Maryi”.

    Jasnogórski przeor zauważył, że odczytując z tarczy herbowej słowa Prymasa „Soli Deo” w kontekście całego jego życia, to, czym dla niego było oddanie Bogu przez Maryję, „chcemy podjąć tę samą drogę, bo też chcemy dostąpić łaski świętości, czyli szczęścia życia wiecznego”.

    – Wszystkich zapraszamy na Jasną Górę. Bądźmy razem tego dnia. Zapraszamy tych, którym ta postać jest bliska, i tych, którzy nie znają ks. Prymasa – zaprasza przeor.

    Jutrzejsze liturgiczne wspomnienie poprzedzi dziś nocna modlitwa „Z błogosławionym Prymasem czuwamy w Domu Matki” podejmowana tradycyjnie z 27 na 28 dzień miesiąca. Tym razem poprowadzą ją przedstawicielki Instytutu Prymasa Wyszyńskiego.

    W Sanktuarium cały rok trwa dziękczynienie za wyniesienie na ołtarze tego wielkiego kapłana i Polaka.


    Jasna Góra (KAI)

    ______________________________________________________________________________________________________________

    CZWARTEK 30 MAJA

    UROCZYSTOŚĆ NAJŚWIĘTSZEGO CIAŁA i KRWI CHRYSTUSA

    ___________________________________________

    MSZA ŚWIĘTA W KOŚCIELE ŚW. PIOTRA i PROCESJA WEWNĄTRZ KOŚCIOŁA – o godzinie 20.00

    ****

    Czy w dzień Bożego Ciała trzeba uczestniczyć we Mszy Świętej?

    fot. Wojciech Łączyński/Archidiecezja Warszawska

    ____________________________________________________

    Bez wątpienia, najbardziej charakterystyczną cechą Bożego Ciała są procesje, w których wierni co roku chętnie uczestniczą. Niektórzy, wybierając się na procesję, rezygnują z pójścia na Mszę Świętą. Czy w Boże Ciało mamy obowiązek w niej uczestniczyć?

    Uroczystość Najświętszego Ciała i Krwi Chrystusa, znana jako Boże Ciało, obchodzona jest na pamiątkę ustanowienia sakramentu Eucharystii w czasie Ostatniej Wieczerzy.

    Boże Ciało przypada zawsze w czwartek po Niedzieli Trójcy Świętej, ale jest świętem ruchomym, które celebruje się 60 dni po Wielkanocy i 10 dni po Zesłaniu Ducha Świętego.

    Za najbardziej charakterystyczny element obchodów Bożego Ciała można bez wątpienia uznać uroczyste procesje z Najświętszym Sakramentem, które przechodzą ulicami każdej parafii.

    Czy w dzień Bożego Ciała trzeba uczestniczyć we Mszy Świętej?

    Katolicy mają obowiązek uczestniczenia we Mszy Świętej w święta nakazane, do których należą wszystkie niedziele w roku oraz 6 dodatkowych uroczystości.

    Obowiązek uczestniczenia we Mszy Świętej katolicy mogą wypełnić w dzień świąteczny lub przed, czyli w wigilię uroczystości. „Nakazowi uczestniczenia we Mszy Świętej czyni zadość ten, kto bierze w niej udział, gdziekolwiek jest odprawiana w obrządku katolickim, bądź w sam dzień świąteczny, bądź też wieczorem dnia poprzedzającego” (Kodeks Prawa Kanonicznego, kan. 1248 § 1).

    Stacja7.pl

    ______________________________________________________________________________________________________________

    fot. Wikipedia/Pixabay

    ***

    Zdarzenie, którego doświadczyła św. s. Faustyna podczas procesji Bożego Ciała

    W “Dzienniczku” św. s. Faustyna kilka razy nawiązuje do uroczystości Najświętszego Ciała i Krwi Chrystusa oraz procesji Bożego Ciała. W słowach, które Pan Jezus skierował do świętej, odkrywamy sens i znaczenie tej uroczystości.

    „Wtem promienie z obrazu tego przeszły przez Hostię świętą i rozeszły się na cały świat…”

    W pewnej chwili, kiedy był ten obraz wystawiony w ołtarzu na procesji Bożego Ciała, kiedy kapłan postawił Przenajświętszy Sakrament i chór zaczął śpiewać, wtem promienie z obrazu tego przeszły przez Hostię świętą i rozeszły się na cały świat. – Wtem usłyszałam te słowa: Przez ciebie, jako przez tę Hostię, przejdą promienie (184) miłosierdzia na świat. Po tych słowach głęboka radość wstąpiła w duszę moją

    (Dz 441)

    „Niech się napełni radością serce Twoje”

    27 [V 1937]. Boże Ciało.

    W czasie modlitwy usłyszałam te słowa: Córko Moja, niech się napełni radością serce twoje. Ja, Pan, jestem z tobą, nie lękaj się niczego, jesteś w sercu Moim. W tym momencie poznałam wielki majestat Boga i zrozumiałam, że z jednym poznaniem Boga nic nie może iść w porównanie; zewnętrzna wielkość niknie jak proszek, przed jednym aktem głębszego poznania Boga.

    (Dz 1133)

    „Tu jest odpocznienie moje”

    1 VI 1937. Dziś u nas procesja Bożego Ciała324. Przy pierwszym ołtarzu wyszedł ogień z Hostii świętej i przeszył mi serce – i usłyszałam głos: Tu jest odpocznienie Moje. Żar zapalił się w sercu moim; czułam, że jestem przemieniona cała w Niego.

    (Dz 1140)

    Święta siostra Faustyna w “Dzienniczku” opisuje także dni oktawy Bożego Ciała, które w jej życiu miały szczególne znaczenie:

    „Poznałam, jak bardzo mnie Bóg miłuje”

    Było [to] w czasie oktawy Bożego Ciała15. Bóg napełnił duszę moją światłem wewnętrznym głębszego poznania Go, jako najwyższego dobra i piękna. Poznałam, jak bardzo mnie Bóg miłuje. Przedwieczna jest miłość Jego ku mnie. Było to w czasie nieszporów – w prostych słowach, które płynęły z serca, złożyłam Bogu ślub wieczystej czystości. Od tej chwili czułam większą zażyłość z Bogiem, Oblubieńcem swoim. Od tej chwili uczyniłam celkę w sercu swoim, gdzie zawsze przestawałam z Jezusem.

    (Dz 16)

    „Łaska ta trwała króciutką chwilę, ale moc tej łaski jest wielka.”

    Co do mnie, otrzymałam tę łaskę po raz pierwszy, i to przez bardzo krótką chwilę, w osiemnastym roku życia, w czasie oktawy Bożego Ciała podczas nieszporów, kiedy złożyłam Panu Jezusowi ślub wieczysty czystości. Żyłam jeszcze na świecie, jednak wkrótce wstąpiłam do klasztoru. Łaska ta trwała króciutką chwilę, ale moc tej łaski jest wielka. Po tej łasce nastąpiła długa przerwa. Wprawdzie otrzymywałam od Pana w tej przerwie wiele łask, ale innego rzędu. Był to okres doświadczeń i oczyszczenia. Doświadczenia [te] były tak bolesne, że dusza moja doznała zupełnego opuszczenia przez Boga, została pogrążona w tak wielkich ciemnościach. Zauważyłam i zrozumiałam, że nikt mnie z tych udręk nie zdoła wyprowadzić ani mnie mogli zrozumieć. Były dwa momenty, gdzie dusza moja była pogrążona w rozpaczy: raz pół godziny, drugi raz trzy kwadranse. Jak co do łask, nie mogę ich wielkości dokładnie napisać, tak i co do tych doświadczeń Bożych, chociażbym użyła nie wiem jakich słów, to wszystko bladym jest cieniem. Jednak, jak Pan mnie pogrążył w tych udrękach, tak i Pan mnie wyprowadził. Trwało to jednak parę lat i znów otrzymałam tę wyjątkową łaskę zjednoczenia, (184) która trwa do dziś. Jednak i w tym powtórnym zjednoczeniu były krótkie przerwy. Jednak obecnie od pewnego czasu nie doznaję żadnej przerwy, ale coraz głębiej pogrąża mnie w Bogu. Wielkie światło, jakim jest oświecony rozum, daje poznać wielkość Boga, nie jakoby w Nim miała poznawać poszczególne przymioty, jako dawniej, nie – tu jest inaczej: w jednym momencie poznaję całą Istotę Boga.

    (Dz 770)

    Stacja7.pl

    ______________________________________________________________________________________________________________

    fot. cathopic.com

    ***

    Modlitwa uwielbienia Hostii Świętej

    Poznaj dwie wyjątkowe modlitwy uwielbienia Hostii Świętej, które w “Dzienniczku” zapisała św. s. Faustyna Kowalska.
    Hostio św., w której zawarty jest testament miłosierdzia Bożego dla nas, a szczególnie dla biednych grzeszników.

    Hostio św., w której zawarte jest Ciało i Krew Pana Jezusa, jako dowód nieskończonego miłosierdzia ku nam, a szczególnie ku biednym grzesznikom.

    Hostio św., w której jest życie wiekuiste i nieskończonego miłosierdzia, nam obficie udzielane, a szczególnie biednym grzesznikom.

    Hostio św., w której zawarte jest miłosierdzie Ojca, Syna i ducha Świętego ku nam, a szczególnie ku biednym grzesznikom.

    Hostio św., w której zawarta jest nieskończona cena miłosierdzia, która wypłaci wszystkie długi nasze, a szczególnie biednych grzeszników.

    Hostio św., w której zawarte jest źródło wody żywej, tryskającej z nieskończonego
    miłosierdzia dla nas, a szczególnie dla biednych grzeszników.

    Hostio św., w której zawarty jest ogień najczystszej miłości, który płonie z łona Ojca Przedwiecznego, jako z przepaści nieskończonego miłosierdzia dla nas, a szczególnie dla biednych grzeszników.

    Hostio św., w której zawarte jest lekarstwo na wszystkie niemoce nasze, płynące z nieskończonego miłosierdzia, jako z krynicy, dla nas, a szczególnie dla biednych grzeszników.

    Hostio św., w której zawarta jest łączność pomiędzy Bogiem a nami, przez nieskończone miłosierdzie dla nas, a szczególnie dla biednych grzeszników.

    Hostio św., w której zawarte są wszystkie uczucia najsłodszego Serca Jezusowego ku nam, a szczególnie ku biednym grzesznikom.

    Hostio św., nadziejo nasza jedyna wśród ciemności i burz wewnętrznych i zewnętrznych.

    Hostio św., nadziejo nasza jedyna w życiu i śmierci godzinie.

    Hostio św., nadziejo nasza jedyna wśród niepowodzeń i zwątpienia toni.

    Hostio św., nadziejo nasza jedyna wśród fałszu i zdrad.

    Hostio św., nadziejo nasza jedyna wśród ciemności i bezbożności, która zalewa ziemię.

    Hostio św., nadziejo nasza jedyna wśród tęsknoty i bólu, w którym nas nikt nie zrozumie.

    Hostio św., nadziejo nasza jedyna wśród znoju i szarzyzny życia codziennego.

    Hostio św., nadziejo nasza jedyna wśród zniszczenia naszych nadziei i usiłowań.

    Hostio św., nadziejo nasza jedyna wśród pocisków nieprzyjacielskich i wysiłków piekła.

    Hostio św., ufam Tobie, gdy ciężkości przechodzić będą siły moje, gdy ujrzę wysiłki swoje bezskuteczne.

    Hostio św., ufam Tobie, gdy burze miotają mym sercem, a duch strwożony chylić się będzie ku zwątpieniu.

    Hostio św., ufam Tobie, gdy serce moje drżeć będzie – i śmiertelny pot zrosi nam czoło.

    Hostio św., ufam Tobie, gdy wszystko sprzysięże się przeciw mnie i rozpacz czarna wciskać się będzie do duszy.

    Hostio św., ufam Tobie, gdy wzrok mój gasnąć będzie na wszystko, co doczesne, a duch mój po raz pierwszy ujrzy światy nieznane.

    Hostio św., ufam Tobie, gdy prace moje będą przechodzić siły moje, a niepowodzenie będzie stałym udziałem moim.

    Hostio św., ufam Tobie, gdy spełnienie cnoty trudnym mi się wyda i natura buntować się będzie.

    Hostio św., ufam Tobie, gdy ciosy nieprzyjacielskie wymierzone przeciw mnie będą.

    Hostio św., ufam Tobie, gdy trudy i wysiłki potępione przez ludzi będą.

    Hostio św., ufam Tobie, gdy zabrzmią sady Twoje nade mną, wtenczas ufam morzu
    miłosierdzia Twego.

    (Dz 356)



    Jestem hostią w Twym ręku,
    O Jezu, Stwórco mój i Panie,
    Cicha, ukryta, bez krasy i wdzięku,
    Bo cała piękność mej duszy we wnętrzu odbita została.
    Jestem hostią w Twym ręku, o Boski Kapłanie,
    Czyń ze mną, co Tobie się podoba.
    Jestem cała zdana na wolę Twą, Panie,
    Bo ona jest mej duszy rozkosz i ozdoba.
    Jestem w Twym ręku, o Boże, jak hostia biała,
    Błagam, przeistocz mnie sam w siebie,
    Niech [będę] ukryta w Tobie cała,
    Zamknięta w Twym miłosiernym Sercu jak w niebie.
    Jestem w Tym ręku jako hostia, o wiekuisty Kapłanie,
    Niechaj opłatek ciała mego kryje mnie przed okiem ludzkim,
    Niech tylko Twoje oko mierzy mą miłość i oddanie,
    Bo moje serce zawsze jest złączone z Twym Sercem Boskim.
    Jestem w Twym ręku, o Boski Pośredniku, jako hostia ofiarna
    I płonę na ołtarzu całopalenia,
    (22) Zmielona i starta cierpieniem jak pszeniczne ziarna,
    A to wszystko dla Twojej chwały, dla dusz zbawienia.
    Jestem hostią, która przebywa w tabernakulum Serca Twego,
    Idę przez życie w miłości Twej zatopiona
    I nie lękam się na świecie niczego,
    Boś Ty mi sam – tarcza, moc i obrona.
    Jestem hostią złożoną na ołtarzu Serca Twego,
    By płonąć ogniem miłości przez wieki całe,
    Bo wiem, żeś mnie wywyższył jedynie z miłosierdzia swego,
    A więc wszystkie dary i łaski obracam na Twoją chwałę.
    Jestem hostią w Twym ręku, o Sędzio i Zbawicielu,
    W ostatniej życia mego godzinie,
    Niech wszechmoc Twej łaski doprowadzi mnie do celu,
    Niechaj Twa litość nad naczyniem miłosierdzia zasłynie.

    (Dz 1629)

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Ukrywano ją przez 400 lat. Marcel Pérès przyleciał do Poznania zaśpiewać zakazaną muzykę na Boże Ciało

    Marcel Pérès

    Marcel Pérès/fot. Piotr Łysakowski

    ***

    Kodeks Occo to księga zawierająca muzykę najwyższej próby z przełomu XV i XVI wieku, napisaną ku czci Najświętszego Sakramentu. Przez wieki manuskrypt uchodził za zaginiony, a dopiero niedawno okazało się, że pozostawał w ukryciu. Marcel Pérès, słynny francuski muzyk, przyleciał do Poznania żeby ta muzyka znów zabrzmiała, i to w święto Bożego Ciała. Liturgie podczas których zabrzmi ten niezwykły śpiew odbędą się w środę o 19:30 u Jezuitów i w piątek o 18 w Sanktuarium Najświętszej Krwi Pana Jezusa.

    „Cicha procesja”

    WXIV wieku w Amsterdamie miał miejsce cud eucharystyczny: Hostia wrzucona do ognia nie spłonęła, lecz przez wiele dni unosiła się nad paleniskiem. W kamienicy, w której się to stało, powstała kaplica, zwana „Nasz Pan na Poddaszu”, do której ciągnęły niezliczone pielgrzymki. Został też zbudowany kościół Heilige Stede, w którym szczególną czcią był otaczany Najświętszy Sakrament. Jednak w czasach ikonoklazmu protestanci zniszczyli kościół, zakazali kultu eucharystycznego i wyznania katolickiego w ogóle. Katolicy wobec zakazu w rocznicę cudu gromadzili się i po cichu, niby przypadkiem, niby każdy z osobna, przemierzali trasę procesji eucharystycznej. Ten nielegalny zwyczaj zwano „Cichą Procesją” i trwa on do dziś.

    Muzyka przechowywana przez wieki

    Pompejusz Occo, bogaty patrycjusz, który na przełomie XV i XVI wieku był właścicielem kaplicy, zamówił wykonanie manuskryptu z muzyką przeznaczoną do kultu Najświętszego Sakramentu. Była to muzyka najlepszych kompozytorów tej epoki: Josquina des Pres, Pierre’a de la Rue, Jeana Muoton, Anthoniusa Divitisa. Księga została też spisana i iluminowana przez najlepszego kaligrafa tej epoki – słynnego Petrusa Alamire. Jednak w zawierusze prześladowań protestanckich zaginęła. Uważano, że najpewniej została zniszczona podczas prześladowań. Jednak pod koniec XX wieku okazało się, że rodzina Pompejusza Occo przechowała ją w ukryciu i to przez kilkaset lat! Dzięki temu ta kunsztowna muzyka (tzw. polifonia franko-flamandzka) przetrwała. Zachwycali się nią jednak głównie muzykolodzy.

    W 2019 roku powstał międzynarodowy Projekt Occo, czyli inicjatywa Stowarzyszenia Brandsma, Stowarzyszenia Dusza, Fundacji Dominikański Ośrodek Liturgiczny i Fundacji św. Benedykta, aby przywrócić tę muzykę do życia. Odbył się cykl siedmiu warsztatów, podczas których muzycy i śpiewacy głównie z Polski, ale też z Litwy, Francji, Estonii, Włoch i Portugalii poznawali i zgłębiali ten repertuar pod kierownictwem Marcela Pérèsa, słynnego muzyka z Francji, lidera Ensemble Organum. Projekt miał prowadzić do wykonania tej muzyki w samym Amsterdamie, w miejscach związanych z cudem eucharystycznym. Jednak gdy grupa złożona z 25 muzyków pojechała do stolicy Niderlandów, miała zaplanowane wykonania liturgiczne i koncerty… wybuchła pandemia. Z godziny na godzinę wchodziły w życie kolejne obostrzenia, wieści o utrudnieniach powrotu, wreszcie o zamknięciu granic. Odwołano koncerty, zakazano liturgii, zamknięto kościoły.

    Jednak proboszcz kościoła Najświętszego Sakramentu wpuścił śpiewaków w nocy do kościoła, i w nocy wybuchu pandemii, w dość apokaliptycznych okolicznościach, muzycy zaśpiewali muzykę z Kodeksu Occo… przed samym Najświętszym Sakramentem. Nikt z zewnątrz nie mógł zostać wpuszczony, jednak był Ten, dla którego ta muzyka została napisana. Wykonanie to zostało nagrane, całe godzinne wykonanie było potem puszczane w holenderskim radio w dniu „Cichej Procesji” i pozwalało odbyć ją na sposób duchowy. Projekt Occo po pandemii powrócił i jest regularnie kontynuowany: Marcel Pérès uczy podczas warsztatów kolejnych śpiewów z Kodeksu Occo. Obecnie w Poznaniu trwa najnowsza odsłona projektu, którego uczestnicy pracują nad Mszą De Venerabili Sacramento Hottineta Barra oraz Oficjum o Najświętszym Sakramencie św. Tomasza z Akwinu.

    Kodeks Occo w Poznaniu

    W XIV wieku w Poznaniu również miał miejsce słynny cud eucharystyczny. Wykradziona i sprofanowana Hostia zaczęła krwawić, a potem wrzucona do studni nie utonęła, lecz unosiła się nad wodą. Wyrzucona przez porywaczy na podpoznańskie mokradła nie dała się zakopać, lecz nadal unosiła się nad ziemią. W miejscu, gdzie ją odnaleziono, zbudowano następnie kościół Bożego Ciała: powstanie sanktuarium wspierał m.in. król Władysław Jagiełło, a królowa Jadwiga przekazała na jego rzecz swoje klejnoty koronacyjne.

    Teraz podczas uroczystości Bożego Ciała muzyka z Kodeksu Occo i Oficjum o Najświętszym Sakramencie zabrzmi w miejscach związanych z poznańskim cudem. W środę 29 maja o 19:30 odbędzie się tradycyjna łacińska wigilia – w kościele jezuitów przy ul. Szewskiej 18, czyli dawnym kościele dominikańskim, z którego w 1399 roku wykradziono Hostię. Z kolei w piątek 31 maja o 18 w kościele pw. Najświętszego Serca Pana Jezusa przy ul. Żydowskiej 34 w Poznaniu (zbudowanym w kamienicy, w której Hostia została wówczas sprofanowana i wrzucona do studni) odbędzie się msza w tzw. oktawie uroczystości Bożego Ciała. Będzie to liturgia w klasycznym rycie rzymskim, podczas której zabrzmi polifonia z Kodeksu Occo.

    Oficjum św. Tomasza z Akwinu

    W środę 29 maja 2024 r. w kościele jezuitów odbędzie się wigilia Bożego Ciała, czyli tradycyjne nocne nabożeństwo, podczas którego śpiewane są psalmy, responsoria, czytania, komentarze ze św. Tomasza z Akwinu i św. Augustyna. To czuwanie jest swego rodzaju medytacją, przygotowującą do przeżywania wielkiego święta. Matutinum, czyli jutrznia jest najbardziej starożytnym nabożeństwem, starszym od laudesu czy nieszporów. A antyfony dla tego konkretnego nabożeństwa na Boże Ciało, czyli Oficjum o Najświętszym Sakramencie, ułożył sam św. Tomasz z Akwinu, w czasie gdy w XIII wieku w konsekwencji objawień została ustanowiona uroczystość Bożego Ciała. To z tego oficjum, z jego części nieszpornej, pochodzi m.in. hymn „Pange lingua”, czyli „Sław języku Tajemnicę”, z którego wywodzi się śpiew „Przed tak wielkim Sakramentem”.

    W tym roku obchodzimy 750. rocznicę śmierci i 800. rocznicę urodzin św. Tomasza z Akwinu, więc przywrócenie jego wielkiego liturgicznego dzieła wpisuje się w obchody roku Akwinaty, który w Polsce dotąd celebruje przede wszystkim Fundacja św. Benedykta.

    Jan Kiernicki/Aleteia.pl

     ___________________________________________________________________________________________

    19 MAJA

    UROCZYSTOŚĆ ZESŁANIA DUCHA ŚWIĘTEGO

    OD GODZ. 13.30 – ADORACJA NAJŚWIĘTSZEGO SAKRAMENTU, MOŻLIWOŚĆ SPOWIEDŹ ŚW.


    MSZA ŚW. O GODZ. 14.00

    Samplefot. Waiting For The Word / flickr.com

    ***

    Zesłanie Ducha Świętego oznacza początek Kościoła. Duch Święty jest niezmiennie duszą Kościoła, ożywia go nadzieją, napełnia radością i przypomina o jego młodości. Duch Święty czyni z odkupionych przez Chrystusa jeden organizm – wspólnotę.

    Zapowiedź posłania Ducha Bożego do świata pojawia się już w Starym Testamencie, szczególnie u proroka Izajasza, ale najpełniej wyraża ją Jezus podczas Ostatniej Wieczerzy. Mówi do apostołów: „A Paraklet, Duch Święty, którego Ojciec pośle w moim imieniu, on Was wszystkiego nauczy i przypomni Wam wszystko, co Ja wam powiedziałem”.

    W tym dniu, jak pisze św. Łukasz w Dziejach Apostolskich, grono Apostołów zostało „uzbrojone mocą z wysoka”. W języku liturgicznym święto Ducha Świętego nazywa się „Pięćdziesiątnicą” – z greckiego Pentecostes, tj. pięćdziesiątka, – bo obchodzi się 50-go dnia po Zmartwychwstaniu Pańskim.

    Na zgromadzonych w Wieczerniku Apostołów, jak pisze św. Łukasz w Dziejach Apostolskich Jezus Chrystus zesłał Ducha Pocieszyciela, by Ten, doprowadził do końca dzieło zbawienia. „I stał się z prędka z nieba szum, jakoby przypadającego wiatru gwałtownego, i napełnił wszystek dom, gdzie siedzieli. I ukazały się im rozdzielone języki jakoby ognia, i usiadł na każdym z nich z osobna: i napełnieni są wszyscy Duchem Świętym i poczęli mówić rozmaitymi językami, jako im Duch Święty wymawiać dawał” (Dzieje Ap., II, 2-4).

    W dniu Zesłania Ducha Świętego powstaje Kościół, który od samego początku jest posłany do wszystkich narodów „aż po krańce ziemi”, który jest powszechny czyli otwarty na wszystkich, nie związany szczególnie z żadnym narodem czy partykularnym środowiskiem. Celem istnienia Kościoła jest kontynuowanie w świecie zbawczej misji Jezusa Chrystusa. To zadanie najlepiej definiuje najważniejszy dokument Soboru Watykańskiego II konstytucja dogmatyczna „Lumen gentium”. Kościół jest – jak czytamy: „niejako sakramentem zjednoczenia ludzi z Bogiem i budowania jedności rodzaju ludzkiego”.

    Swoich darów Duch Święty udziela wszystkim członkom Kościoła, niezależnie od ich stanu. Są to dary: mądrości, rozumu, rady, męstwa, umiejętności, pobożności i bojaźni Bożej. Uzdalnia wiernych do dojrzałej obecności w świecie. Kieruje losami Kościoła, kiedy wybiera do grona Apostołów w miejsce Judasza św. Macieja, kiedy prosi o wyznaczenie Barnaby i Pawła, jak pisze święty Łukasz „do dzieła, które im wyznaczyłem”, czy kiedy posyła Apostołów do tego, by w określonych częściach świata głosili Ewangelię. Wprowadza wspólnotę wierzących w głębsze rozumienie tajemnicy Chrystusa, dając im zrozumienie Pisma świętego. Ponadto, w ramach Kościoła Duch Święty w każdej epoce powołuje nowe instytucje, nowe inicjatywy, które są odpowiedzią na potrzeby aktualnej epoki.

    Uroczystość liturgiczna Zesłania Ducha Świętego sięga pierwszych wieków chrześcijaństwa. Łączono ją z Wielkanocą, a od IV w. wyodrębniono jako osobne święto, uroczyście obchodzone zarówno w Kościele Wschodnim jak i Zachodnim. Synod w Elwirze urzędowo wprowadził ją w 306 roku. W wigilię Pięćdziesiątnicy, podobnie jak w wigilię Wielkanocy, święcono wodę do chrztu świętego i udzielano chrztu katechumenom.

    Papież Leon XIII wprowadził nowennę, czyli dziewięciodniowe przygotowania modlitewne na przyjście Ducha Świętego, aby dokonał przemiany w naszych sercach, tak jak przemienił Apostołów w Wieczerniku.

    Uroczystość tę powszechnie nazywa się w Polsce Zielonymi Świętami, gdyż w okresie, w którym jest obchodzona, przyroda odnawia się po zimie, a zieleń jest dominującym kolorem pejzażu. Wszystkie obrzędy ludowe z nimi związane noszą piętno radości i wesela. Kościoły, domy, obejścia przybrane są „majem” – najczęściej młodymi brzózkami; posadzkę kościelną, podłogę chat i wiejskie podwórka potrząsają wonnym tatarakiem; wszędzie rozlewa się rzeźwa woń świeżej majowej zieleni.

    Uroczystość Zesłania Ducha Świętego kończy w Kościele katolickim trwający 50 dni okres wielkanocny, który obejmuje czas od niedzieli Zmartwychwstania Pańskiego (czyli już od Wigilii Paschalnej) do Niedzieli Zesłania Ducha Świętego.

    W ikonografii, w sztuce chrześcijańskiej Duch Święty jest przedstawiany w formie gołębicy, języków ognia bądź obłoku. W wielu barokowych kościołach Ducha Świętego symbolizował po prostu snop jasnego światła wpadający do ciemnego wnętrza przez kopułę.

    Zesłanie Ducha Świętego obchodzone jest przez dwa dni, w wielu krajach europejskich są one wolne od pracy: w Niemczech, Francji, Szwajcarii, Holandii, Danii a także na Węgrzech. W Polsce drugi dzień Zielonych Świąt jako dzień wolny od pracy zniesiono w okresie stalinizmu w 1951 r. i do dziś nie przywrócono. Wyjątek stanowią tu wyznawcy Kościoła Zielonoświątkowego w RP, którzy na mocy Ustawy z dnia 20 lutego 1997 o stosunku Państwa do Kościoła Zielonoświątkowego w Rzeczypospolitej mają ten dzień wolny od pracy.

    Kai.pl

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Andrei del Verrocchio “Chrzest Chrystusa” | Fot. Wikipedia

    ***

    Kim jest Duch Święty? 7 biblijnych faktów

    Bez Ducha Świętego Bóg jest daleko, Chrystus pozostaje w przeszłości, Ewangelia pozostaje martwą literą, Kościół jest tylko organizacją, władza – dominacją, misja – propagandą, liturgia – niczym więcej, jak tylko wspomnieniem, życie chrześcijańskie – moralnością niewolnika.

    Niewątpliwie Duch Święty to najbardziej tajemnicza Osoba Trójcy Świętej. W Starym Testamencie Lud Izraela najpierw doświadczył objawienia Boga jako Stworzyciela i Ojca. W Nowym Testamencie uczniowie Jezusa zrozumieli w końcu, że jest On Przedwiecznym Słowem i Synem Ojca. Natomiast pełnia objawienia Ducha Świętego to dopiero dzień Zielonych Świątek, ale przecież wciąż w potocznej świadomości religijnej pozostaje On niejako „na uboczu”. Przypomnijmy zatem kilka biblijnych faktów o Trzeciej Osobie Trójcy Świętej.

    1. Tchnienie Boga, czyli?…

    Pisarze Starego Testamentu na określenie Ducha Bożego używali terminu ruah, czyli tchnienie, powietrze, wiatr. Nikt z nas nie widzi wiatru, ale działanie wiatru można poznać po skutkach, jakie on sprawia. Wiatr przesuwa chmury, porusza drzewami, spiętrza fale (por. Ps 107, 25).

    Duch Święty, tak jak wiatr, jest niewidoczny, nie można go zamknąć w żadnym pomieszczeniu ani zmierzyć, a jednak działa. 

    ***

    Tak samo oddech człowieka jest niewidoczny i ulotny, ale bez oddechu nie można żyć! Wiatr jako zjawisko atmosferyczne oznaczał zawsze potężną siłę, tchnienie zaś, czyli oddech, oznaczało życie.

    W Starym Testamencie  Duch Święty nie był jeszcze znany jako osoba. Jest to raczej tajemnicza moc Bożą, którą posługiwał się Bóg w dziele stworzenia i zbawienia. Czytamy, że „Jahwe ulepił człowieka z prochu ziemi i tchnął w jego nozdrza tchnienie życia, wskutek czego stał się człowiek istotą żywą” (Rdz 2, 7). W  zdaniu tym nie ma co prawda słowa „ruah”, ale opisana czynność (tchnienie), wskazuje, że znów chodzi o Ducha Jahwe. Człowiek ulepiony z prochu żyje, ponieważ Bóg przekazał mu swoje „tchnienie” (por. Iz 42, 5Hi 33, 4). Ta moc Boża daje życie, ratuje i zbawia; działa często poprzez ludzi, biorąc ich w posiadanie i uzdalniając do szczególnych czynów.

    Dopiero uważna lektura Nowego Testamentu ukazuje nam, że Duch Boży to nie jakaś siła, wiatr, tchnienie czy moc, ale Osoba Boża.

    2. O co chodzi z tą gołębicą?

    Kiedy byłem ostatnio z moją córką na Mszy Świętej dla dzieci, ksiądz wskazał na mozaikę ukazującą Chrzest Pański i zapytał:

    – „Co pojawiło się nad głową Jezusa podczas chrztu w Jordanie?”.

    Pewien chłopiec, przyjrzał się mozaice i odparł pytaniem na pytanie:

    – „Chodzi o ten złoty krążek?”.

    –  „Nie, nie chodzi mi o aureolę!  – zaprzeczył ksiądz – Spójrzcie wyżej! Tam jest unosząca się gołębica, czyli Duch Święty”…

    Przyznam, że to stwierdzenie „gołębica, czyli Duch Święty” rozbawiło mnie bardziej niż słowa chłopca.

    fot. Smendocci/Catholic

    ***

    Ikonografia tak bardzo przyzwyczaiła nas do Ducha Świętego jako gołębicy, że pojawia się ona na obrazach przedstawiających zarówno Zwiastowanie Najświętszej Maryi Panny, jak i Zesłanie Ducha Świętego w Dniu Pięćdziesiątnicy. Doszło do tego, że nawet na obrazach ukazujących Trójcę Świętą widzimy Boga Ojca jako siwobrodego starca, Syna Bożego jako młodszą wersję Boga Ojca, a Ducha Świętego oczywiście jako unoszącą się między nimi białą gołębicę. Możemy rzecz jasna mówić, że to tylko wyobrażenie symboliczne, ale gdy słyszymy słowo „Duch Święty”, pewnie większość z nas ma właśnie pierwsze skojarzenie ornitologiczne.

    Źródłem przedstawiania Ducha Świętego jako gołębicy są ewangeliczne opisy chrztu Chrystusa w Jordanie. Gwoli ścisłości Ewangelie nie mówią jednak, że Duch zstąpił na Jezusa jako gołębica, ale raczej porównują Jego zstąpienie do lotu gołębicy: Wtedy otworzyło się Mu niebo i zobaczył Ducha Bożego, który zstępował na Niego jakby gołębica (Mt 3, 16); ujrzał niebo otwarte i Ducha, który zstępował na Niego jakby gołębica (Mk 1, 10); Ujrzałem Ducha, który zstępował z nieba jakby gołębica i pozostał na Nim (J 1, 32).

    Jedynie Łukasz stwierdza nieco inaczej: „Duch Święty zstąpił na Niego w postaci cielesnej jakby gołębica” (Łk 3, 22). Chyba chciał przez to podkreślić, że fakt ten był dostrzegalny i był prawdziwą teofanią, analogiczną do tych, jakie spotyka się w Starym Testamencie.

    Prawdopodobnie Ewangelistom chodziło nie tyle o samego ptaka, co o jego sposób poruszania się. Niektórzy widzą tu nawiązanie do opisu stwarzania świata z Księgi Rodzaju i zdania, że Duch Boży unosił się nad wodami (hebr. Weruah Elohim merahefet al-pne hammajim – Rdz 1, 2).

    W wersecie tym czasownik „unosił się”  pochodzi od rdzenia haraf (krążyć, szybować), który opisywał lot ptaka nad gniazdem i pisklętami. Ten sam czasownik w Pwt 32, 11 oznacza czynność orła, który unosi się na skrzydłach nad pisklętami w gnieździe, aby je zachęcić do lotu. Wybór takiego terminu w Rdz 1, 2 z pewnością nie był przypadkowy. Duch Boży, czyli tchnienie Boga, unoszące się nad wodami, to symbol roztaczania opiekuńczych skrzydeł nad stwarzanym światem, oznacza twórczą moc Boga, przygotowującą chaos do życia. W tym kontekście Duch Święty, zstępujący jak gołębica na Jezusa, to znak inauguracji nowego stworzenia, którego Mesjasz napełniony Duchem Świętym, jest fundamentem i twórcą.

    3. Mówił przez proroków i przemawia przez Pismo Święte

    W wyznaniu wiary powtarzamy formułę, że Duch Święty „mówił przez proroków”. Ojcowie Soboru (381 r.), chcieli poprzez te słowa podkreślić misję, jaką realizował odwiecznie Duch Święty we wszechświecie i wśród ludzi. Prorocy oznaczają tu wszystkich, którzy mówili i działali w imieniu Boga.

    Ten sam Duch natchnął autorów Biblii. Święty Paweł pisze, że „wszelkie Pismo od Boga natchnione [jest] i pożyteczne do nauczania” (2 Tm 3, 16). Natchnienie to polegało na tym, że „kierowani Duchem Świętym mówili od Boga święci ludzie” (2 P 1, 21).

    Ojcowie Kościoła porównywali natchnienie Biblii do stworzenia świata. Bóg nie tylko „na początku stworzył niebo i ziemię” (Rdz 1, 1), ale ciągle podtrzymuje je w istnieniu. Podobnie Duch Święty – nie tylko działał przy powstawaniu Księgi, ale działa również w napisanej Księdze.

    Stąd Pismo nie tylko jest natchnione Duchem Świętym, ale również dziś Nim tchnie. Myśl tę podjął Sobór Watykański II, ucząc, że Pismo „natchnione przez Boga (…) w wypowiedziach Proroków i Apostołów pozwala rozbrzmiewać głosowi Ducha Świętego” (KO 21).

    4. Ciągle obecny w życiu Jezusa

    Duch Święty towarzyszy Jezusowi od samego początku Jego wcielenia. Anioł Gabriel, wyjaśniając Maryi, w jaki sposób stanie się Matką Mesjasza, używa słów: „Duch Święty zstąpi na Ciebie i moc Najwyższego osłoni Cię” (Łk 1, 35). Pismo Święte wyraźnie mówi, że Maryja „znalazła się brzemienną za sprawą Ducha Świętego” (Mt 1, 18). Anioł wyjaśnia też Józefowi: „nie bój się wziąć do siebie Maryi, twej Małżonki; albowiem z Ducha Świętego jest to, co się w Niej poczęło” (Mt 1, 20).

    Jezus posiada Ducha od momentu swego poczęcia (por. Mt 1, 20Łk 1, 35), jednak w chrzcie na nowo otrzymuje wylanie Ducha, namaszczenie Duchem Świętym, co potwierdza św. Piotr w przemówieniu w domu Korneliusza: „Bóg namaścił Duchem Świętym i mocą Jezusa z Nazaretu” (por. Dz 10, 38). Wszyscy trzej synoptycy podkreślają, że zaraz po chrzcie to Ducha Święty wyprowadza Jezusa na pustynię, „aby był kuszony przez diabła” (Mt 4, 1; por. Łk 4, 1Mk 1, 12).

    Po kuszeniu Jezus powraca „w mocy Ducha do Galilei”, aby nauczać (Łk 4, 14-15). Podczas czytania w synagodze Jezus odnosi do siebie fragment księgi Izajasza: „Duch Pański spoczywa na Mnie, ponieważ Mnie namaścił i posłał Mnie, abym ubogim niósł dobrą nowinę, więźniom głosił wolność, a niewidomym przejrzenie; abym uciśnionych odsyłał wolnymi, abym obwoływał rok łaski od Pana” (Łk 4,18-19).

    Ten, kto odważa się twierdzić, że moc Jezusa pochodzi od Szatana, bluźni przeciwko Duchowi Świętemu (por. Mk 3, 22-30), bo właśnie „mocą Ducha Świętego” Jezus wypędza złe duchy (Mt 12, 28).

    Obecność Ducha Świętego widoczna jest w sposób szczególny w modlitwie Jezusa. Łukasz opowiada, że w momencie chrztu w Jordanie, „gdy [Jezus] się modlił, otworzyło się niebo i Duch Święty zstąpił na Niego” (Łk 3, 21-22). Związek między modlitwą Jezusa a obecnością Ducha wyrażony jest również w słowach: „Jezus rozradował się w Duchu Świętym i rzekł: Wysławiam Cię, Ojcze, Panie nieba i ziemi” (Łk 10, 21).

    5. Jest naszym Adwokatem i Rzecznikiem

    Pewnego razu papież Franciszek nawiązał podczas homilii do zdarzenia ze swojego życia, kiedy był jeszcze proboszczem w parafii patriarchy San José w San Migiel i podczas Mszy Świętej dla dzieci w uroczystość Zesłania Ducha Świętego zapytał: „Kto wie, kim jest Duch Święty?”  Wszystkie dzieci podniosły ręce, a jedno z nich odpowiedziało z powagą: „Paralitykiem!”.

    Chodzi oczywiście o Parakleta. Trudne słowo, więc łatwo je pomylić.

    Gdy Jezus zapowiada i obiecuje Ducha Świętego, nazywa Go właśnie Parakletem (J 14, 16. 2615, 2616, 7). Słowo „Parakletos” tłumaczy się zazwyczaj jako „Pocieszyciel”, ale tak naprawdę ten grecki termin nie ma adekwatnego polskiego odpowiednika.

    Pochodzi od czasownika „parakaleo” (wzywam, proszę). Dosłownie oznacza: „Ten, który jest wzywany”. Można to oddać terminami: obrońca, adwokat, doradca, rzecznik, asystent, pomocnik, opiekun.

    To ktoś, kto jest powołany, aby być u czyjegoś boku i stawać w jego obronie. „Ja zaś będę prosił Ojca, a innego Parakleta da wam, aby z wami był na zawsze — Ducha Prawdy (…); nie zostawię was sierotami” – mówi Jezus (J 14, 16). Dlaczego „innego”? Otóż w 1 J 2, 1 Parakletem nazwany jest także Chrystus, który wstawia się za nami. Współgra to ze słowami z Listu do Rzymian: „Jeżeli Bóg z nami, któż przeciwko nam? (…) Któż może wystąpić z oskarżeniem przeciw tym, których Bóg wybrał?” (por. Rz 8, 31b-39).

    6. Prowadzi nas do Prawdy

    Jezus oznajmił Apostołom: „Jeszcze wiele mam wam do powiedzenia, ale teraz jeszcze znieść nie możecie. Gdy zaś przyjdzie On, Duch Prawdy, doprowadzi was do całej prawdy” (J 16, 12-13). Te słowa mówią o działaniu Ducha Świętego w Kościele. Jeśli Jezus jest drogą, to Duch jest przewodnikiem, prowadzącym po tej drodze. Jest nauczycielem, który strzeże prawdy i pomaga ją odróżnić od fałszu. Święty Paweł napisał: „Nikt nie może powiedzieć bez pomocy Ducha Świętego: Panem jest Jezus” (1 Kor 12, 3). Duch Święty podtrzymuje żywą pamięć Kościoła o dziełach dokonanych przez Jezusa, przekonuje świat o grzechu, czyli o konieczności zbawienia.

    Nie przypadkiem w Credo właściwie jednym tchem mówimy: „wierzę w Ducha Świętego, święty Kościół powszechny”. To właśnie Duch Święty współtworzy Kościół, jest źródłem wspólnoty, jego powszechności i świętości. Metropolita Ignatios IV Hazim z Laodycei w czasie ekumenicznego zjazdu w Uppsali w 1968 r. wypowiedział znamienne i często cytowane słowa:

    Bez Ducha Świętego Bóg jest daleko, Chrystus pozostaje w przeszłości, Ewangelia pozostaje martwą literą, Kościół jest tylko organizacją, władza – dominacją, misja – propagandą, liturgia – niczym więcej, jak tylko wspomnieniem, życie chrześcijańskie – moralnością niewolnika. Ale w Duchu Świętym: kosmos jest zmartwychwstały i wzdycha w bólach rodzenia Królestwa, Zmartwychwstały Chrystus jest tutaj, Ewangelia jest mocą życia, Kościół ukazuje życie Trójcy, władza jest posługą wyzwalania, misja jest Pięćdziesiątnicą, liturgia – pamiątką i zapowiedzią, ludzkie działanie jest przebóstwione.

    7. Mieszka w nas

    Właściwie każda modlitwa kierowana do Ducha Świętego, zaczyna się od tradycyjnych słów „Przyjdź!”. Ale przecież Duch Święty cały czas jest z nami, cały czas jest w Kościele, bo został dany Kościołowi na zawsze.

    W Ewangelii Janowej czytamy, że Jezus po zmartwychwstaniu przyszedł do uczniów zgromadzonych w wieczerniku i pozdrowiwszy ich, „tchnął na nich i powiedział im: Weźmijcie Ducha Świętego! Którym odpuścicie grzechy, są im odpuszczone, a którym zatrzymacie, są im zatrzymane” (J 20, 22-23).

    Święty Paweł pyta Koryntian: „Czyż nie wiecie, żeście świątynią Boga i że Duch Boży mieszka w was? Jeżeli ktoś zniszczy świątynię Boga, tego zniszczy Bóg. Świątynia Boga jest świętą, a wy nią jesteście” (1 Kor 3, 16-17).

    Należy to rozumieć w ten sposób, że w całym Kościele i w poszczególnych wiernych mieszka Duch.

    Święty Ireneusz uważał nawet, że chrześcijanin składa się z ciała, duszy i Ducha Świętego (Adversus haereses V, 6,1). Inny fragment z 1 Listu do Koryntian mówi jeszcze dobitniej: „Czyż nie wiecie, że ciało wasze jest świątynią Ducha Świętego, który w was jest” (1 Kor 6, 19).

    Alonso Schökel stwierdził kiedyś, że chrześcijanina można przyrównać do Namiotu Spotkania na pustyni. Nosząc w sobie Świętego Ducha uświęcamy ten świat, który bez Boga staje się pustynią.

    Nasze dziecięctwo Boże jest właśnie dziełem mieszkającego w nas Ducha Świętego, którego Paweł nazywa „Duchem przybrania za synów” (Rz 8, 15-16). To dlatego możemy zwracać się do Boga tym samym zawołaniem, jakim zwracał się do Niego Jezus, to znaczy mówić „Abba – Tatusiu!” (Mk 14, 36Ga 4, 6-7).

    Duch Święty jest także rękojmią naszego zmartwychwstania: „A jeżeli mieszka w was Duch Tego, który Jezusa wskrzesił z martwych, to Ten, co wskrzesił Chrystusa Jezusa z martwych, przywróci do życia wasze śmiertelne ciała mocą mieszkającego w was swego Ducha” (Rz 8, 11).

    Roman Zając/Stacja7.pl

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Skąd mam wiedzieć, że to Duch Święty?

    Skąd mam wiedzieć, że to Duch Święty?

    fot. Roman Koszowski/Gość Niedzielny

    ***

    Radzi dyrektor Centrum Duchowości Księży Jezuitów w Częstochowie ks. Artur Wenner SJ.

    Jarosław Dudała: Czy Duch Święty może wejść do duszy człowieka?

    o. Artur Wenner SJ: 
    Duch Święty jako jedna z osób Boskich ma dostęp do całej rzeczywistości, także do każdego człowieka. W tym sensie nie ma żadnych przeszkód, aby Duch Święty przenikał nas w całości. Ma On więc dostęp do wszystkiego, co w nas jest. Oczywiście, trzeba dodać, że z racji szczególnego charakteru stworzenia, jakim jest człowiek, Pan Bóg zachowuje pewnego rodzaju dyskrecję. Szanuje wolność człowieka, co oznacza, że ten dostęp do nas jest w jakiejś mierze regulowany naszą odpowiedzią i naszą otwartością na Boga.

    A czy to samo potrafią zrobić złe duchy?
    Nie, złe duchy są zupełnie w innej sytuacji. One są stworzeniami, bytami duchowymi, które są inteligentne i które mają własną wolę, ale nie są Bogiem. Tak jak my zbliżamy się do innych osób i możemy w pewnym sensie poznawać ich wnętrze po tym, jak ono jest wyrażone na zewnątrz, tak też złe duchy mają taką możliwość – i to w sposób jeszcze bardziej wnikliwy niż my. Ale absolutnie nie mają pełnego dostępu do wnętrza człowieka. Ma je tylko Bóg.

    Czyli demony nie słyszą ludzkich myśli?
    Bezpośrednio ich nie słyszą, natomiast mogą wiele wywnioskować na podstawie naszej mimiki, rozmów. Mogą się domyślić wielu nawet nie do końca wyrażonych myśli, tak jak i my się ich u innych domyślamy.

    To skąd się biorą takie zjawiska, jak opętanie (kiedy zły duch zdaje się zawładnąć czyimś ciałem) oraz pokusa? Nieraz przecież pół żartem, pół serio mówimy, że to zły duch podszepnął to czy tamto.
    To są dwie zupełnie różne sytuacje i różne sposoby obecności czy wpływu złego na człowieka.
    Opętanie to jest sytuacja szczególna, która musi być zweryfikowana, bo pewne zachowania czy zjawiska mogą wydawać się opętaniem, a są to jedynie przejawy choroby psychicznej. Jeżeli rzeczywiście mamy do czynienia z opętaniem, to zawsze jest w tej sytuacji moment przyzwolenia człowieka, zgody na dopuszczenie do siebie złego ducha aż do oddania mu własnej osobowości i własnej woli.
    W przypadku pokusy oczywiście takiej sytuacji nie ma. Nie ma podporządkowania złemu duchowi woli człowieka. Pokusa to w dużym stopniu działanie zewnętrzne, zmierzające do tego, żeby człowieka ukierunkować ku czemuś złemu, ale w pełni dysponujemy wtedy własną wolą. Nawet jeśli ktoś czy coś bardzo mocno na nas wpływa, nie jest to nigdy tak daleko idące, żeby człowiek nie mógł temu powiedzieć „nie” i się wycofać.

    Skoro zły duch nie ma bezpośredniego dostępu do ludzkiego wnętrza, to jaki jest mechanizm działania pokusy?
    Zły duch nie może zawładnąć ludzką wolą, ale może nam podsuwać różne myśli. Może wykorzystywać naszą słabość, naszą skłonność do złego, którą obserwuje, poznaje. Może też wpływać na naszą sferę emocjonalną.

    Jak więc rozpoznać, które z naszych myśli czy emocji pochodzą od złego ducha, a które są natchnieniem Ducha Świętego?
    Niektóre są dość ewidentne. Znając trochę Boga, znając Ewangelię, widzimy, że pewne myśli czy uczucia są zgodne z tym duchem, a inne nie.

    Wtedy nie ma problemu. Ale sytuacja nie zawsze jest taka klarowna.
    To prawda. Zły duch jest kłamcą, co oznacza, że może nie tylko wprost odciągać nas od Pana Boga, ale może nas też zwodzić, oszukiwać, udawać ducha światłości. Może próbować wykorzystywać do swoich celów dobre pragnienia zwłaszcza tych osób, które są bliżej Pana Boga. Czyli na przykład może poddawać nam jakąś myśl, która wydaje się na pierwszy rzut oka dobra, ale potem, gdy już ją wcielimy w życie, wyprowadzi nas na manowce.

    Jak zdemaskować ten podstęp?
    Oczywiście, nie jest takie łatwe w momencie, kiedy to się pojawia. Trzeba uwzględnić kilka czynników.
    Po pierwsze – ewangeliczny sposób rozpoznawania myśli czy duchów po ich owocach, czyli skutkach. Jeśli coś na koniec przynosi dobre skutki, to na pewno stał za tym dobry duch. Natomiast jeżeli przynosi to ostatecznie skutki złe, to mieliśmy do czynienia z duchem złym. Ale dostrzeżenie tego wymaga czasu. Nie dzieje się to natychmiast.
    Natomiast w momencie, kiedy to się dzieje, czyli kiedy przychodzi dana myśl, warto zwrócić uwagę, czy ta ogólnie dobra myśl wpisuje się korzystnie w nasz kontekst życiowy, nasze powołanie, zaangażowanie, posiadane zobowiązania. Generalnie można przyjąć, że duch dobry utwierdza nas w tej drodze, która jest już wcześniej rozeznana jako pochodząca od Boga. Bo dobre duchy nie przeczą sobie nawzajem. Natomiast duch zły może podsunąć nam propozycję dobrą samą w sobie, ale niezgodną z dotychczasowymi wyborami. Gdy spojrzy się na nią w tym kontekście wydaje się ona nieraz po prostu dziwna. Wtedy trzeba dużo większej ostrożności i solidnego zbadania tej myśli, zanim się da jej wiarę.
    Problemem niektórych osób jest zbyt łatwe udzielanie kredytu zaufania swoim poruszeniom, zwłaszcza gdy proponowane działanie ma być długofalowe i wymaga dużego zaangażowania. Bywa, że ktoś się w coś angażuje, a potem nagle okazuje, że pójście w tę stronę podważa jego wcześniejsze wybory. Człowiek staje wtedy jakby na takim rozdrożu.

    Jakie miejsce w tym rozeznaniu mają ludzkie pragnienia i lęki?
    Samo słowo „pragnienia” może mieć różne znaczenia. Ja używam go tutaj w znaczeniu tego, co pociąga ku przyszłości.
    Niektóre z tych pociągnięć mają charakter głęboki, sięgający naszego serca czy wnętrza, a niektóre są czymś bardziej w rodzaju zachcianek, impulsów, które bazują często na poszukiwaniu przyjemności, chęci zaspokojenia różnego rodzaju potrzeb. Ważne jest, żeby to rozróżnić – zobaczyć, co jest ulotnym, bardzo chwilowym pociągnięciem czy skłonnością, a co jest bardzo głęboko wpisane w moje wnętrze.
    Tak jest na przykład z kwestią powołania. Nasze powołanie zawsze ma zakorzenienie w głębokim pragnieniu, które daje nam Pan Bóg.
    Jeśli natomiast chodzi o lęki, to wyrastają one z naszej kondycji psychofizycznej, z historii życia, naszych doświadczeń. To także kwestia formacji, którą przechodzimy. Można „zarazić się” lękami innych i to nie tylko w domu rodzinnym, ale też środowisku, w którym przebywamy.
    Te lęki najczęściej niestety bywają wykorzystywane przez złego ducha do tego, żeby nas zamykać w sobie. Radzenie sobie z tymi lękami jest możliwe, kiedy otwieramy się na Pana Boga i kiedy badamy ich racjonalność. Bo wiele tego typu uczuć jest irracjonalnych. Kiedy się im głębiej przyjrzymy, to widzimy, że nie mają jakiejś obiektywnej podstawy.

    Wróćmy na chwilę do kwestii: pragnienie a powołanie. Z jednej strony, bywają ludzie, którzy mają głębokie pragnienie np. życia zakonnego czy kapłańskiego, tymczasem dalsze rozeznanie – np. przełożonych czy formatorów – wskazuje na coś innego. To znaczy, że samo pragnienie nie jest jeszcze decydujące. Z drugiej strony, może być i tak, że ktoś nie ma pragnienia np. do życia kapłańskiego czy zakonnego i jest to bardzo istotna wskazówka, mówiąca, że to nie jest dla niego, nawet jeżeli jakieś inne elementy zdawałyby się przemawiać na rzecz takiego powołania.
    Tak, może się wydawać, że ktoś ma predyspozycje, jest inteligentny, potrafi kontaktować się z innymi, ale nie ma z jego strony jakiegoś pociągnięcia, pragnienia. Wtedy nie można mówić o powołaniu.
    Natomiast jeśli chodzi o pragnienia, które napotykają w realizacji na przeszkody, to trzeba zwrócić uwagę na jakość tego pragnienia, poznania bliżej, skąd to pragnienie pochodzi. Ważne jest, aby poznać, czy dana osoba jest psychicznie i duchowo dojrzała, bo takie też będą jej pragnienia. Może się zdarzyć, że osoba czegoś bardzo pragnie, że pragnie rzeczy obiektywnie dobrych – na przykład kapłaństwa czy życia zakonnego – ale to pragnienie nie musi być wolą Bożą, a jedynie nieuporządkowanym uczuciem, nieuporządkowanym przywiązaniem lub może wynikać z nieuświadomionych lęków.
    Tak więc samo istnienie silnego przekonania i pragnienia podjęcia danej drogi życia nie jest jeszcze wystarczające do stwierdzenia pewności powołania takiej osoby.
    Z drugiej strony, ta sama osoba może czegoś trudnego nie podejmować, nawet gdyby to była wola Boża, z tym samych motywów, czyli z lęków i z powodu uczuć nieuporządkowanych. Może zatem mieć powołanie, ale obawia się wzgardy, prześladowania związanego z danym powołaniem i odrzucenia przez społeczeństwo. Takie uczucia też są nieuporządkowane.

    Czy ma Ojciec jakieś złote rady albo wskaźniki, markery, których wykrycie wskazuje z wysokim prawdopodobieństwem, że mamy do czynienia z natchnieniem Ducha Świętego albo przeciwnie – z działaniem złego ducha?
    Podkreśliłbym rolę szczerości przed samym sobą, a także przed innymi. A także związanej z nią pokory, bo jeżeli nie mam pokory, to nie mogę być do końca szczerym i przejrzystym. W pokorze jest element tego, że chcę dać się poznać innym. Chcę naprawdę zweryfikować, czy mam do czynienia z czymś obiektywnym, czy jest to tylko mój wymysł.
    Do tego dołożyłbym ducha realizmu, czyli chęci weryfikowania, obiektywizowania swoich pragnień. On pozwala na zdobycie głębszego przekonania, że dobrze odczytuję swoją drogę.
    Czynnikiem, na który jestem bardzo wrażliwy, jest postawa uporu, przywiązania do własnego zdania, a zwłaszcza przywiązania do własnej interpretacji pewnych znaków czy natchnień przy jednoczesnej niechęci do ich prześwietlenia i zweryfikowania przez innych. Takie zadufanie w sobie wskazuje często na działanie złego ducha, na kierowanie się uczuciami nieuporządkowanymi i przywiązaniami.
    Podobnie jest z nadmiernym pośpiechem w podejmowaniu decyzji. On też wskazuje raczej na obecność złego ducha niż dobrego.

    Gość Niedzielny

    ______________________________________________________________________________________________________________

    PONIEDZIAŁEK 20 MAJA

    DRUGI DZIEŃ ZIELONYCH ŚWIĄT

    UROCZYSTOŚĆ NAJŚWIĘTSZEJ MARYI PANNY MATKI KOŚCIOŁA

    MSZA ŚWIĘTA W KOŚCIELE ŚW. PIOTRA O GODZINIE 20.00

    ***

    El Greco 1596–1600 (fragment obrazu), temat obrazu został zaczerpnięty z Dziejów Apostolskich:
    Nagle dał się słyszeć z nieba szum, jakby uderzenie gwałtownego wiatru, i napełnił cały dom, w którym przebywali. Ukazały się im też języki jakby z ognia, które się rozdzieliły, i na każdym z nich spoczął jeden. I wszyscy zostali napełnieni Duchem Świętym, i zaczęli mówić obcymi językami, tak jak im Duch pozwalał mówić (Dz 2,2–4)

    ***

    Święto Maryi, Matki Kościoła, obchodzone w poniedziałek po uroczystości Zesłania Ducha Świętego, zostało wprowadzone do polskiego kalendarza liturgicznego 4 maja 1971 r. przez Episkopat Polski – za zgodą Pawła VI. Dzień ten został wybrany dlatego, że Zesłanie Ducha Świętego było początkiem działalności Kościoła. Jak podają Dzieje Apostolskie, w momencie Zesłania Ducha Świętego w Wieczerniku obecni byli wszyscy Apostołowie, którzy “trwali jednomyślnie na modlitwie razem z niewiastami, Maryją, Matką Jezusa, i braćmi Jego” (Dz 1, 14). Matka Najświętsza, Oblubienica Ducha Świętego, mocą którego w dniu Zwiastowania poczęła Jezusa Chrystusa, przeżyła w Wieczerniku wraz z Apostołami zstąpienie Ducha Miłości na Kościół. Od tej chwili Maryja, Wspomożycielka Wiernych i Matka Kościoła, towarzyszy Kościołowi w świecie.
    Maryja jest Matką Kościoła. Tytuł ten dawali Matce Najświętszej teologowie już od początków dziejów Kościoła, a w ostatnim stuleciu papieże: Leon XIII, Jan XXIII i Paweł VI. Biskupi polscy złożyli Pawłowi VI Memoriał z gorącą prośbą o ogłoszenie Maryi Matką Kościoła i oddanie ponowne Jej macierzyńskiemu Sercu całej rodziny ludzkiej. Prymas Polski, kard. Stefan Wyszyński, w imieniu 70 biskupów polskich w dniu 16 września 1964 roku, podczas trzeciej sesji soborowej, wygłosił przemówienie, uzasadniając konieczność ogłoszenia Maryi Matką Kościoła. Powoływał się na doświadczenia naszego Narodu, dla którego Matka Chrystusowa, obecna w naszych dziejach, i zawsze przez nas wzywana, była ratunkiem, pomocą i zwycięstwem. Biskupi polscy zabiegali również bardzo o to, aby nauka o Matce Najświętszej została włączona do Konstytucji o Kościele, gdyż to podkreśla godność Maryi jako Matki Kościoła i Jej czynną obecność w misterium Chrystusa i Kościoła.
    W 1968 r. Paweł VI potwierdził swoje orzeczenie o Matce Kościoła w Wyznaniu Wiary, w tzw. Credo Pawłowym. Episkopat Polski włączył wówczas do Litanii Loretańskiej nowe wezwanie: “Matko Kościoła, módl się za nami”. Wniósł równocześnie prośbę do Stolicy Świętej, aby wezwanie to znalazło się w Litanii odmawianej w Kościele Powszechnym, i aby papież ustanowił Święto Matki Kościoła również dla całego Kościoła Powszechnego.
    (ze strony brewiarz.pl)

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Sobór, kard. Wyszyński i Matka Kościoła

    Uczestnicy Soboru Watykańskiego II w bazylice św. Piotra w Rzymie.

    Uczestnicy Soboru Watykańskiego II w bazylice św. Piotra w Rzymie.
    ALBUM ONLINE /EAST NEWS

    ***

    Od testamentu z krzyża („Oto Matka twoja”) do ogłoszenia Maryi Matką Kościoła musiało minąć niemal 2 tysiące lat. Kropkę nad „i” postawił Paweł VI podczas Soboru Watykańskiego II. Udział w tym miał kard. Stefan Wyszyński.

    Przeto na chwałę Matki Bożej i ku naszemu pokrzepieniu ogłaszamy Najświętszą Maryję Pannę Matką Kościoła, to jest Matką całego Ludu Bożego, zarówno wiernych jak i pasterzy, którzy nazywają Ją najukochańszą Matką. Pragniemy, by pod tym tytułem od tej chwili Dziewica Matka była jeszcze bardziej czczona i wzywana przez lud chrześcijański (…). Odpowiada to doskonale celowi, który wytknął sobie obecny Sobór, a mianowicie – aby ukazać prawdziwe oblicze Kościoła świętego, z którym Maryja jest wewnętrznie złączona i którego – jak to słusznie zauważono – jest Ona cząstką największą, cząstką najlepszą, cząstką szczególną, cząstką najwyborniejszą – mówił papież Paweł VI w dniu 21 listopada 1964 roku, na zakończenie trzeciej sesji Soboru Watykańskiego II. Na tę decyzję pracował cały sztab biskupów, teologów, świeckich. Ale jedna osoba szczególnie czuła się w tym momencie szczęśliwa: prymas Polski, kardynał Stefan Wyszyński zakrył dłońmi twarz, ale nie zdołał ukryć płynących z oczu łez.

    Jak w Efezie

    Gdy przed laty trafiłem do ruin starożytnego Efezu, poza amfiteatrem, w którym św. Paweł wygłaszał swoje kazania, koniecznie chciałem odnaleźć również miejsce, w którym odbywał się Sobór Efeski w 431 roku. Nie prowadziły do niego żaden znak ani tablica informacyjna. Po zasięgnięciu języka miejsce „znalazło się” tuż przy bramkach wyjściowych, obok… toalet, za którymi biegnie ledwo widoczna ścieżka, zarośnięta krzakami i trawą. Po paru krokach wyłoniły się ruiny kościoła Maryi Dziewicy, z nie najgorzej – jak na ogólny stan – zachowanymi fragmentami prezbiterium. W tym miejscu efescy ojcowie soborowi ogłosili dogmat o Bożym macierzyństwie Maryi (Theotokos – Boża Rodzicielka). Kiedy patriarcha Aleksandrii św. Cyryl ogłosił tę prawdę publicznie, efezjanie zaczęli świętować na ulicach. Zmysł wiary prostych ludzi utwierdzał cały Kościół.

    Przypomniałem sobie o tym, gdy parę lat później czytałem wspomnienie kard. Stefana Wyszyńskiego z Vaticanum II: „Fantastyczny entuzjazm napełnia aulę, trwają długotrwałe oklaski. Wszyscy biskupi powstają ze swoich miejsc. Uniesienie – równe może temu, które panowało w Efezie. Trwa to długą chwilę. Jest świadectwem jedności ojców soborowych, nie widać tu ani konserwatystów, ani progresistów – są biskupi wierzący, pragnący Matki” (cyt. za: Ewa Czaczkowska, Kardynał Wyszyński. Biografia). Tak zareagowali ojcowie soborowi, gdy Paweł VI ogłosił Maryję Matką Kościoła. Najbardziej wzruszony był z pewnością polski prymas. Bo to jego pragnienie i „lobbing” sprawiły, że papież zdecydował się na ten krok. Reakcja ojców soborowych z całego świata pokazała jednak, że polski hierarcha tylko wymodlił i „wychodził” to, co przez całe wieki było częścią chrześcijańskiego krwiobiegu – choć nie nazwane wprost i oficjalnie, to jednak stanowiło część tożsamości Kościoła.

    Wieczernik XX wieku

    Echo tej radości ojców soborowych i samego prymasa Wyszyńskiego słychać w jego wspomnieniach: „Tegoż wieczoru Ojciec Święty zaprosił mnie do siebie na prywatną audiencję pożegnalną. Gdy przyszedłem do niego, dziękowałem za to, co uczynił – że tak życzliwie przyjął Memoriał Episkopatu Polski. Papież uśmiechnął się i powiedział: – Zapewne jesteście zadowoleni, spełniłem wasze życzenia. Odpowiedziałem: – Jesteśmy porwani, podniesieni na duchu! Mamy bolesne doświadczenia w naszej Ojczyźnie, ale są one osłodzone obecnością Świętej Bożej Rodzicielki, która jest naszą Matką, daną »ku obronie« Narodu polskiego. I dodałem jeszcze: – Dziękując jeszcze za to, co Wasza Świątobliwość uczynił dla chwały Matki Boga i ludzi, pragnę przypomnieć, że kiedyś w Wieczerniku też było tak jak dzisiaj w Bazylice Piotrowej. Był tam Piotr, pierwszy papież, i Maryja w gronie zalęknionych Apostołów. A dziś, w Bazylice Piotrowej, powtórzyło się to samo. Był Piotr w Pawle VI i była Maryja. A więc – w imię Boże”.

    Ten fragment zapisków kard. Wyszyńskiego przypomniał mi znowu o soborze w Efezie, gdzie Maryję ogłoszono Matką Boga. To nie przypadek, że mariologia triumfowała właśnie w Efezie. Tam przecież w starożytności popularny był, obok Artemidy, kult egipskiej bogini-matki. Przedstawiano ją często… z dzieciątkiem karmionym piersią. To tam właśnie św. Cyryl wygłosił pochwałę Matki Boga: „Dzięki Tobie czczona jest Trójca, dzięki Tobie w całym świecie hołd odbiera krzyż drogocenny! Dzięki Tobie cały świat pogrążony w służbie bałwanom poznaje prawdę”. W Efezie również znajduje się domek Maryi, gdzie według tradycji miała spędzić ostatnie chwile życia na ziemi i skąd miała zostać zabrana z duszą i ciałem do nieba. Ta sama nieprzypadkowość, zgodność miejsca i okoliczności wybrzmiewa w porównaniu, którego użył kard. Wyszyński: nie było lepszej okazji, by ogłosić Maryję Matką Kościoła, niż zebranie w jednym miejscu wszystkich następców apostołów pod przewodnictwem Piotra, bo to powtórzenie doświadczenia Wieczernika, w oczekiwaniu na zesłanie Ducha Świętego, razem z Matką Jezusa.

    Odkurzanie Kościoła

    Jest jeszcze jedna okoliczność, która sprawiła, że to właśnie Sobór Watykański II stwarzał najlepsze warunki do oficjalnego ogłoszenia Maryi Matką Kościoła: sobór po raz pierwszy od wielu wieków nie zajmował się herezjami i błędami, które należało potępić, ale próbował na nowo odkryć istotę, naturę Kościoła, odkurzyć w nim to, co zostało przykryte niepotrzebną fasadą. Taki „odkurzony” Kościół miał również zdefiniować na nowo swój stosunek do świata współczesnego i swoje w nim miejsce. Skupienie się na tajemnicy Kościoła było idealną okazją, by rozważyć również rolę Maryi w jego życiu. Pierwszą osobą, która na forum zgłosiła propozycję ogłoszenia Maryi Matką Kościoła, był kardynał Giovanni Montini. Zrobił to już podczas pierwszej sesji soboru. Nikt jeszcze, łącznie z nim samym, nie wiedział, że ten właśnie kardynał będzie zamykał obrady soboru jako papież Paweł VI. Już po drugiej sesji wyraził nadzieję, że Maryja zostanie ogłoszona Matką Kościoła, co wywołało pierwsze poruszenie wśród ojców soborowych. Panował niemal powszechny entuzjazm w tej sprawie, choć nie brakowało teologów, którzy mieli wątpliwości, czy na pewno można to uczynić. Dlatego też kard. Wyszyński wraz z całym Episkopatem Polski zajął się przygotowaniem solidnego opracowania, które wyjaśniałoby wszelkie teologiczne pytania w tej kwestii.

    Miejsce dla Miriam

    Aktywność soborowa kardynała Wyszyńskiego sięga jeszcze okresu poprzedzającego sesje: w latach 1960–62 uczestniczył już w pracach Centralnej Komisji Przygotowawczej, do której powołał go papież Jan XXIII. Później współtworzył Sekretariat do Spraw Nadzwyczajnych, a w 1963 r. już nowy papież Paweł VI powołał go do Prezydium Soboru, czyli bardzo wąskiego grona kierującego pracami tego zgromadzenia biskupów z całego świata. Kard. Wyszyński zabierał również głos na forum podczas dziesięciu sesji generalnych.

    Polski prymas podejmował głównie wątki dotyczące przygotowania tekstu maryjnego – początkowo miał powstać osobny dokument poświęcony Maryi, ostatecznie zaś umieszczono obszerny fragment Jej poświęcony w konstytucji dogmatycznej o Kościele Lumen gentium. Kardynał Wyszyński nie ukrywał, że jego zdaniem bardziej właściwe byłoby przyjęcie osobnego dokumentu poświęconego Maryi. Był już nawet gotowy projekt takiej konstytucji dogmatycznej, ale po głosowaniu uznano, że zostanie połączony z konstytucją dogmatyczną o Kościele. Kardynał Wyszyński przekonywał wówczas, że nauka o Matce Boga nie może być tylko dodatkiem do nauki o Kościele, dołączonym na końcu dokumentu. „O najdostojniejszej Matce Boga wiele i prawdziwie należy powiedzieć raczej w traktacie o Chrystusie Odkupicielu i Jego Kościele, i to nie tylko okazjonalnie, lecz także w sposób fundamentalny i istotny”, mówił. Większość ojców soborowych miała jednak inne zdanie i trzeba przyznać, że włączenie Maryi do dokumentu o Kościele nie tylko niczego Jej nie ujmuje, ale przeciwnie, pokazuje Jej rolę w życiu uczniów Jezusa, żywą, aktywną i nierozłączną. Postulaty kard. Wyszyńskiego szły wyraźnie w kierunku uznania Maryi za Współodkupicielkę, ale to postulat, który – choć mający swoich zwolenników do dziś – swego czasu nawet kard. Joseph Ratzinger uznał za trudny do uzasadnienia na gruncie biblijnym i teologicznym. Za to jak najbardziej oparte na Biblii i Tradycji było uznanie Maryi za Matkę Kościoła. I tu również rola kard. Wyszyńskiego okazała się nieoceniona. Mozaika na ścianie przy bazylice św. Piotra w Rzymie.

    Mozaika na ścianie przy bazylice św. Piotra w Rzymie.

     Mozaika na ścianie przy bazylice św. Piotra w Rzymie.

    fot. Henryk Przondziono/Gość Niedzielny

    ***

    Dowody w sprawie

    To polski episkopat, pod przewodnictwem kard. Wyszyńskiego, zwrócił się do Pawła VI z prośbą, by wspólnie z ojcami soborowymi, dokonał aktu oddania Matce Bożej całego Kościoła. Polscy biskupi wysłali papieżowi specjalny Memoriał, który został przygotowany przez teologów w Jasnogórskim Studium Mariologicznym. Memoriał postulował również, by po papieżu i soborze aktu oddania dokonali poszczególni biskupi w swoich diecezjach na całym świecie. Autorzy Memoriału i polscy biskupi byli przekonani, że stanowiłoby to potwierdzenie prawdy o Maryi jako Matce Kościoła, co byłoby równoznaczne z uznaniem tego tytułu przez cały Kościół. W tekście Memoriału biskupi odwoływali się do nauczania Kościoła od czasów patrystycznych aż do ostatnich papieży. „Dowodem w sprawie” były również teksty liturgiczne, potwierdzające wiarę ludu Bożego w duchowe macierzyństwo Maryi. W Memoriale biskupi polscy powoływali się również na wspomniane już wyżej przemówienie Pawła VI na zakończenie drugiej sesji soborowej, w której nowy papież wyraził nadzieję na przyznanie Maryi tytułu Matki Kościoła. Chodziło o te słowa Pawła VI: „że ten Sobór poda najwłaściwsze rozwiązanie kwestii schematu o Najświętszej Maryi Pannie, tak mianowicie, aby jednomyślnie i z największym pietyzmem uznano najbardziej uprzywilejowane miejsce, które Matka Boża zajmuje w świętym Kościele […], miejsce po Chrystusie najwyższe i równocześnie nam najbliższe, tak że możemy Ją uczcić imieniem »Matki Kościoła« – dla Jej chwały, a naszego pokrzepienia” (cytuję za: Jan Pach OSPPE, „Salvatoris Mater” 16/1/4).

    Sobór wyklęczany

    Ta nadzieja Pawła VI szła w parze z nadzieją polskich biskupów, zwłaszcza prymasa Wyszyńskiego. Nic dziwnego, że gdy nadzieja się spełniła i papież ogłosił Maryję Matką Kościoła, „niewzruszony kardynał” nie potrafił ukryć emocji. Arcybiskup Antoni Baraniak, który był świadkiem reakcji prymasa Wyszyńskiego, zanotował: „Gdy Papież wypowiadał słowa: Proclamamus Mariam Matrem Esslesiae – Ogłaszamy Maryję Matką Kościoła – wszyscy biskupi zerwali się z miejsc i zaczęli klaskać z ogromnej radości, długo i żarliwie. Ciągle patrzyłem na Ojca Prymasa. Ojciec stał, miał twarz zasłoniętą rękami: między palcami spływały łzy. Widziałem, że był ze wszech miar wstrząśnięty. Dokonywała się jego umiłowana sprawa, przeogromna chwała Maryi, którą on ukochał i za którą gotów był poświęcić wszystko”. Ta historia nie byłaby pełna, gdyby pominąć w niej jeden istotny fakt: za sprawą prymasa Wyszyńskiego cały Kościół w Polsce – tysiące wiernych i duchownych – modlił się za sobór przez cały czas. Czuwania w intencji soboru, zwłaszcza na Jasnej Górze, ale również we wszystkich diecezjach, były fenomenem na skalę nieznaną w innych Kościołach lokalnych. Nie ma wątpliwości, że również przyznanie, a raczej potwierdzenie przez papieża prawdy, że Matka Boga jest też Matką Kościoła, zostało wymodlone przez tysiące kolan w polskich świątyniach. To przekonanie prymasa wybrzmiewa także w tej części jego notatek: Kard. Cerejeira mówi mi: »To kardynał polski zwyciężył, bo ja nic nie mówiłem«. Odpowiadam: zwyciężył Bóg, któremu na dzisiejsze czasy potrzebna jest większa chwała Maryi” (źródło: S. Wilk, A. Wójcik, Stefan Kardynał Wyszyński Prymas Polski, cyt. za: Ryszard Matejuk SJ, „Studia Gnesnensia” 2018). Łzy kard. Wyszyńskiego płynęły także dlatego, że miał świadomość, ile serca w ten proces włożyli polscy katolicy.

    Jacek Dziedzina/Gość Niedzielny

    ___________________________________________________________________________________________

     CZWARTEK 23 MAJA

    UROCZYSTOŚĆ JEZUSA CHRYSTUSA, NAJWYŻSZEGO I WIECZNEGO KAPŁANA

    Jezus Chrystus, Najwyższy i Wieczny Kapłan

    Fr. Lawrence OP | Flickr | CC BY-NC-ND 2.0/Aleteia.pl

    ***

    MSZA ŚWIĘTA W KOŚCIELE ŚW. PIOTRA O GODZINIE 20.00

    ***

    Święto Chrystusa

    Najwyższego i Wiecznego Kapłana

    Święto Jezusa Chrystusa Najwyższego i Wiecznego Kapłana obchodzone jest w czwartek po niedzieli Zesłania Ducha Świętego.

    Papież Benedykt XVI zaproponował, żeby do kalendarza liturgicznego wprowadzić nowe święto ku czci Jezusa Chrystusa Najwyższego i Wiecznego Kapłana. Jest to odpowiedź Ojca Świętego na postulaty zgłaszane przez różne episkopaty, ale przede wszystkim środowiska zakonne dla upamiętnienia Roku Kapłańskiego, który był obchodzony od 19 czerwca 2009 do 11 czerwca 2010 r. Jest to odpowiedź papieża na potrzebę obchodzenia takiego święta. (Do tej pory w Mszale Rzymskim jest tylko Msza wotywna, którą często kapłani sprawują z okazji pierwszego czwartku miesiąca, gdy w sposób szczególny modlimy się o powołania kapłańskie i dziękujemy Chrystusowi za ustanowienie sakramentu Eucharystii i kapłaństwa).

    Benedykt XVI wyznaczył dzień na takie święto – czwartek po niedzieli Zesłania Ducha Świętego, czyli tydzień przed uroczystością najświętszego Ciała i Krwi Chrystusa, zwaną Bożym Ciałem.

    To nowe święto wpisuje się w cykl uroczystości i świąt, szczególnych dni, obchodzonych po zakończeniu cyklu paschalnego. Radość wielkanocna ze Zmartwychwstania Chrystusa i Jego zwycięstwa trwa pięćdziesiąt dni, kończy go uroczysty 50. dzień – Zesłanie Ducha Świętego – który pieczętuje świąteczny okres obchodów liturgicznych. I dopiero po zakończeniu tego okresu w określone dni, mające rangę uroczystości czy święta, powraca się do pewnych tajemnic wiary, które zaistniały w Wydarzeniu Wielkanocnym. Wówczas nie było możliwości świętowania konkretnej tajemnicy, konkretnego aspektu wiary, ponieważ Triduum Paschalne i Wielkanoc zawiera jak w pigułce całą naszą wiarę, to, co jest najważniejsze, więc godzina po godzinie objawiają się kolejne tajemnice, które rozważamy i przeżywamy.

    W Wieczerniku w Wielki Czwartek wieczorem świętujemy ustanowienie sakramentu Eucharystii, ale zaraz się zaczyna świętowanie Męki Pańskiej, bo przecież Msza Wielkiego Czwartku zaczyna Triduum Męki Chrystusa. Nie ma czasu na uroczyste obchody ku czci Eucharystii. Dlatego została ustanowiona specjalna uroczystość – Najświętszego Ciała i Krwi Chrystusa, by ten sakrament uczcić. W Wielki Piątek Jezus kona na krzyżu, następuje moment przebicia Jego Serca. Nie ma w liturgii wielkopiątkowej miejsca na rozbudowanie wątku uczczenia miłości Boga, objawionej w przebitym Sercu Jezusa – stąd oddzielna uroczystość – Najświętszego Serca Pana Jezusa – także po zakończeniu cyklu uroczystości paschalnych.

    I ta propozycja – święto Jezusa Chrystusa Najwyższego i Wiecznego Kapłana – wpisuje się w ten ciąg. Jezus w Wieczerniku ustanawia sakrament kapłaństwa. Sam objawia się poprzez całe Misterium Paschalne i to, czego dokonuje – że On jest najwyższym Kapłanem, On składa ofiarę, tak naprawdę jedyną skuteczną – za grzechy świata. W Wielki Czwartek, podczas Mszy Wieczerzy Pańskiej, gdy wspólnota wiernych zgromadzi się w danej parafii, nie bardzo jest miejsce dla uczczenia kapłaństwa Chrystusa, w które wpisane jest kapłaństwo ludzi, przyjmujących sakrament święceń, by przez nich Pan Jezus Swoje kapłaństwo wykonywał. Stąd potrzeba pogłębienia tej tajemnicy i wprowadzenia odrębnego święta.

    kai

    _______________________________________________________________________________

    Niedoszła ofiara Abrahama pokazała, jak wielką ofiarę złożył za nas Bóg.


    fot. Ikona Kiko Arguello

    ***

    Ta Liturgia Słowa to jakby jedna historia opowiedziana kilkukrotnie. Historia Ojca, który składa w ofierze swego Syna. Najpierw „zaaranżowana” w życiu Abrahama, w dramatycznej dla niego i jego syna Izaaka próbie, tak jakby Bóg chciał zapowiedzieć, co zrobi w przyszłości, i uświadomić jednocześnie, jak kosztowna nawet dla Boga-Ojca to ofiara (PIERWSZE CZYTANIE Rdz 22, 9–18).

    Potem słyszymy Syna, posyłanego przez Ojca, który mówi: Oto idę. Dialog odbywa się jakby w niebiosach, a może w modlitwie w Getsemani (PIERWSZE CZYTANIE Hbr 10,4–10). Uświadamia, jak kosztowna nawet dla Syna Bożego to ofiara. W końcu ofiara się spełni, nie zostanie przerwana, jak w Księdze Rodzaju. Przepełniona trwogą modlitwa w Ogrodzie Oliwnym to przygotowanie Syna. Choć to Bóg, Jezus – prawdziwy też Człowiek, podejmuje ostatecznie decyzję (EWANGELIA).

    Jest sam, opuszczony przez uczniów. Paradoksalnie, gdy my jesteśmy sami i czujemy się opuszczeni przez Boga, On z nami jest, bo wcześniej wziął na siebie nasze trwogi. Niewidoczny jak Baranek w zaroślach.

    Stacja7.pl

    ***

    Jezus Chrystus –
    Dobry Pasterz i Pośrednik Nowego Przymierza –
    jest Najwyższym i Wiecznym Kapłanem.

    Spełniając funkcję kapłańską, złożył samego siebie na ołtarzu krzyża jako ofiarę przebłagalną za wszystkich ludzi. Pojednał świat z Bogiem, stając się jedynym skutecznym Pośrednikiem pomiędzy Bogiem i ludźmi. Jezus Chrystus nie zatrzymuje niczego dla siebie. Dlatego, jako Najwyższy Kapłan, zechciał podzielić się swoim kapłaństwem z tymi wszystkimi, którzy za Nim pójdą. Wybiera ludzi, którzy przez święcenia otrzymują udział w Jego kapłańskiej służbie. Dziękujemy za tych pasterzy, którzy otaczają miłością lud święty, karmią go słowem i wzmacniają sakramentami, poświęcają swoje życie dla zbawienia braci. Prosimy, aby byli dobrymi pasterzami, którzy okażą się wierni w wykonywaniu przyjętego urzędu posługiwania i każdego dnia będą upodabniać się do Chrystusa, składając świadectwo wiary i miłości. To święto jest okazją, by wesprzeć ich modlitwą – zarówno tych, którzy już odpowiedzieli pozytywnie na Boże wezwanie i posługują w Kościele jako biskupi, kapłani, diakoni, bracia zakonni i siostry zakonne, osoby konsekrowane, misjonarze i katechiści, jak i tych, którzy w tych dniach podejmują kluczowe dla swego życia decyzje. Niech nie zabraknie im naszego wsparcia w postaci modlitwy i życzliwości. Amen.

    MODLITWA O UŚWIĘCENIE KAPŁANÓW

    O Jezu, wiekuisty Najwyższy Kapłanie, zachowaj Twoich kapłanów w opiece Twojego Najwyższego Serca, gdzie nikt im nie może zaszkodzić. Zachowaj nieskalanymi ich namaszczone dłonie, które codziennie dotykają Twojego Świętego Ciała. Zachowaj czystymi ich wargi, które zraszane są Twoją Najdroższą krwią. Zachowaj czystymi ich serca naznaczone wspaniałą pieczęcią Twojego Kapłaństwa. Spraw, aby wzrastali w miłości i wierności Tobie, chroń ich przed zepsuciem i skażeniem tego świata. Wraz z mocą przemiany chleba i wina udziel im również mocy przemiany serc. Błogosław ich trudowi, aby wydał obfite owoce. Niech dusze, którym służą, będą ich pociechą tu na ziemi, a także wieczną koroną w życiu przyszłym. Amen.

    MODLITWA O POWOŁANIA

    Jezu, Synu Boga, w którym mieszka cała pełnia bóstwa. Ty powołujesz ochrzczonych, by wypłynęli na głębię, krocząc drogami świętości. Wzbudź w sercach ludzi młodych pragnienie, by być świadkami potęgi Twojej miłości. Napełnij młodych Twoim Duchem odwagi i roztropności, aby prowadził ich ku głębi tajemnicy człowieka, aby stali się zdolnymi do odkrycia pełnej prawdy o sobie i o własnym powołaniu. Nasz Zbawicielu, posłany przez Ojca, aby objawić Jego miłosierną miłość. Obdarz Twój Kościół darem ludzi młodych, którzy są gotowi wypłynąć na głębię, aby być wśród ludzi znakiem Twojej obecności, która odnawia i zbawia. Najświętsza Dziewico, Matko Zbawiciela, niezawodna Przewodniczko na drodze ku Bogu i bliźniemu. Ty, która zachowywałaś słowa Jezusa w głębi Twojego serca, wspieraj Twoim macierzyńskim wstawiennictwem rodziny i wspólnoty kościelne, aby pomagały ludziom młodym w hojnej odpowiedzi na wezwanie Pana. Amen.

    Sanktuarium Matki Bożej Łaskawej/parafia św. Karola Boromeusza

    ___________________________________________________

    PIĄTEK 24 MAJA  

    ADORACJA NAJŚWIĘTSZEGO SAKRAMENTU WRAZ Z NABOŻEŃSTWEM MAJOWYM I MOŻLIWOŚĆ SPOWIEDZI ŚW. OD GODZ.18.00

    19.00 MSZA ŚW.

    ***

    4-TEGO TYGODNIA KAŻDEGO MIESIĄCA Z PIĄTKU NA SOBOTĘ JEST CAŁONOCNA ADORACJA PRZED NAJŚWIĘTSZYM SAKRAMENTEM DLA KOBIET W KAPLICY SIÓSTR BENEDYKTYNEK W LARGS. POCZĄTEK ADORACJI ROZPOCZYNA SIĘ MODLITWĄ RÓŻAŃCOWĄ O GODZ. 21.00. NA ZAKOŃCZENIE ADORACJI JEST NABOŻEŃSTWO – GODZINKI KU CZCI NMP I MSZA ŚW. O BRZASKU SOBOTNIEGO DNIA – O GODZ. 05.00.

    ___________________________________________________

    SOBOTA 25 MAJA

    OD GODZ. 17.00 – SPOWIEDŹ ŚW.

    MSZA ŚW. WIGILIJNA Z NIEDZIELI TRÓCY PRZENAJŚWIĘTSZEJ GODZ. 18.00

    INTENCJA MSZY ŚW. – ZA WSPÓLNOTĘ ŻYWEGO RÓŻAŃCA

    _____________________________________________________

    NIEDZIELA 26 MAJA

    UROCZYSTOŚĆ TRÓJCY PRZENAJŚWIĘTSZEJ

    ADORACJA NAJŚWIĘTSZEGO SAKRAMENTU/SPOWIEDŹ ŚW. OD GODZ.13.30

    MSZA ŚW.GODZ. 14.00

    PO MSZY ŚW. KORONKA DO BOŻEGO MIŁOSIERDZIA 

    _____________________________________________________________________________

    Okres Wielkanocny kończy Uroczystość Zesłania Ducha Świętego. Zaś czas Komunii Wielkanocnej kończy się w Uroczystość Najświętszej Trójcy.

    V przykazań kościelnych

    Przykazania kościelne wyznaczają normy postępowania, które ustanawia Kościół Katolicki. Dotyczą one uczestniczenia w życiu Kościoła, a zwłaszcza w liturgii.

    1. W niedziele i święta nakazane uczestniczyć we Mszy świętej i powstrzymać się od prac niekoniecznych.

    2. Przynajmniej raz w roku przystąpić do Sakramentu Pokuty.

    3. Przynajmniej raz w roku, w okresie wielkanocnym, przyjąć Komunię świętą.

    4. Zachowywać nakazane posty i wstrzemięźliwość od pokarmów mięsnych, a w czasie Wielkiego Postu powstrzymywać się od udziału w zabawach.

    5. Troszczyć się o potrzeby wspólnoty Kościoła.

    ____________________________________

    W ciągu roku jest sześć świąt, w których należy uczestniczyć we Mszy św.:

    • 1 stycznia — Uroczystość Świętej Bożej Rodzicielki Maryi;
    • 6 stycznia — Uroczystość Objawienia Pańskiego (tzw. Trzech Króli);
    • czwartek po Uroczystości Trójcy Świętej — Uroczystość Najświętszego Ciała i Krwi Chrystusa (tzw. Boże Ciało);
    • 15 sierpnia — Uroczystość Wniebowzięcia Najświętszej Maryi Panny (Matki Bożej Zielnej);
    • 1 listopada — Uroczystość Wszystkich Świętych;
    • 25 grudnia — Uroczystość Narodzenia Pańskiego (Boże Narodzenie).

    W niedziele i w święta wierni nie powinni wykonywać prac, które utrudniają oddawanie czci Bogu, przeżywania radości właściwej dniowi świątecznemu i korzystania z należytego odpoczynku duchowego i fizycznego.

    Zgodnie z drugim przykazaniem kościelnym każdy wierny powinien przynajmniej raz w roku przystąpić do spowiedzi św.

    5 warunków dobrej spowiedzi świętej:

    • Rachunek sumienia.
    • Żal za grzechy.
    • Mocne postanowienie poprawy.
    • Szczera spowiedź
    • Zadość uczynienie Panu Bogu i Bliźniemu.

    Okres Wielkanocny w trzecim przykazaniu obejmuje czas od Niedzieli Zmartwychwstania Pańskiego do Niedzieli Zesłania Ducha Świętego.

    Co do czwartego przykazania – wszyscy wierni obowiązani są czynić pokutę. Dla wyrażenia tej pokutnej formy pobożności chrześcijańskiej Kościół ustanowił dni i okresy pokuty. W tym czasie chrześcijanin powinien szczególnie praktykować czyny pokutne służące nawróceniu serca, co jest istotą pokuty w Kościele. Powstrzymywanie się od zabaw pomaga w opanowaniu instynktów i sprzyja wolności serca.

    • Czynami pokutnymi są: modlitwa, jałmużna, uczynki pobożności i miłości, umartwianie przez wierniejsze pełnienie obowiązków, wstrzemięźliwość od pokarmów mięsnych i post.
    • Czasem pokuty w Kościele są poszczególne piątki całego roku i czas Wielkiego Postu.
    • Wstrzemięźliwość obowiązuje wszystkich, którzy ukończyli 14 rok życia we wszystkie piątki i Środę Popielcową.
    • Post ścisły obowiązuje w Środę Popielcową i w Wielki Piątek wszystkich między 18 a 60 rokiem życia.
    • Uzasadniona niemożliwość zachowania wstrzemięźliwości w piątek domaga się od chrześcijanina podjęcia innych form pokuty.
    • Powstrzymywanie się od zabaw obowiązuje we wszystkie piątki i w czasie Wielkiego Postu.

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Jak przygotować się do spowiedzi?

    Porady biskupa

    Jak przygotować się do spowiedzi? Porady biskupa

    fot. via Pixabay.com

    ***

    Przygotowanie bezpośrednie do spowiedzi to nie ten krótki moment, kiedy stoimy w kolejce do konfesjonału. Wtedy praktycznie jest już za późno, by dobrze się przygotować do spowiedzi. Bezpośrednie przygotowanie do sakramentu pojednania powinno obejmować jakiś konkretny czas naszego trwania przed Bogiem w prawdzie o sobie. Może to być wieczór przed dniem spowiedzi albo jakiś bardzo konkretny czas poświęcony wyłącznie na to przygotowanie.

    Z obu stron kratek konfesjonału widać czasem słabe przygotowanie do sakramentu pojednania. Księża stają przed trudnością dobrego wyspowiadania osoby, która przychodzi do spowiedzi „bezpośrednio” z ulicy, wypowiadając ten sam zestaw grzechów od wielu lat. Narzekają oni, że „przystępujący do sakramentu pokuty bagatelizują rachunek sumienia, nie uznają za stosowne, by podać okoliczności przekroczeń i częstotliwość grzechu. Spowiednicy mają wątpliwości co do żalu spowiadających się, a już bardzo po macoszemu praktykowane jest postanowienie poprawy”[1]. Z kolei penitenci zadają sobie nieraz pytanie, na czym polega dobre przygotowanie do spowiedzi, ponieważ czują, że nie zawsze daje im ona spodziewane poczucie duchowej odnowy, a rutyna i przyzwyczajenie prowadzą czasem do osłabnięcia wiary w sakrament pojednania, odwlekanie go i coraz rzadsze przystępowanie do niego.

    Pragnę podzielić się kilkoma uwagami dotyczącymi dobrego przygotowania do sakramentu pokuty i pojednania. W procesie tym ważna jest moim zdaniem współpraca człowieka z Bogiem oraz dwa etapy: przygotowanie dalsze i przygotowanie bezpośrednie. Poniżej, omawiając te dwa etapy, zwrócę również uwagę na postawy penitenta i konkretne metody przygotowania.

    We współpracy z Duchem Świętym

    Dzieje Apostolskie zawierają bardzo ważną formułę, której używali Apostołowie w niektórych momentach swojej działalności. Między innymi przed Sanhedrynem wyznają oni: Dajemy temu świadectwo my właśnie oraz Duch Święty (Dz 5, 32). Duch Święty i my to dwa podmioty, które muszą współpracować w przygotowaniu do spowiedzi. Penitent winien przygotowywać się do spowiedzi, nie tylko opierając się na własnym rozeznaniu i wyczuciu. Należy to robić we współpracy i pod kierownictwem Ducha Świętego. Przygotowanie do spowiedzi winno się zaczynać od zaproszenia i nawiązania kontaktu z Duchem Świętym. Wynika to z samej istoty spowiedzi. Święty Jan Paweł II uczy nas: „W sakramencie pojednania (czyli pokuty) więź z Duchem Świętym zostaje ustanowiona mocą słów samego Chrystusa. Czytamy bowiem u Jana Ewangelisty, że Jezus tchnął na Apostołów i powiedział im: «Weźmijcie Ducha Świętego! Którym odpuścicie grzechy, są im odpuszczone, a którym zatrzymacie, są im zatrzymane» (J 20, 22-23)”[2]. Misją Ducha Świętego, Ducha Prawdy, jest pokazać nam Prawdę, pouczyć nas o naszym grzechu i stać się naszym Obrońcą – Parakletem. Każde przygotowanie do spowiedzi winniśmy więc zaczynać od modlitwy do Ducha Świętego i dyspozycji wsłuchania się w Jego poruszenia, pamiętając przy tym, że nasze sumienie nie jest subiektywnym i osobistym oglądem rzeczywistości, w której żyjemy, ale głosem Ducha Świętego w nas.

    Po uświadomieniu sobie roli Ducha Świętego w przygotowaniu do spowiedzi przychodzi moment na nasze działania. Wydaje się, że przygotowanie się do tej jednej, konkretnej spowiedzi zależy od naszego ogólniejszego nastawienia i rozumienia tego sakramentu. Tak jak rozumiemy spowiedź, tak będziemy ją przeżywać w pojedynczych spotkaniach ze spowiednikiem. W ramach dalszego przygotowania się do spowiedzi w grę wchodzi więc pogłębiona świadomość tego, czym ten sakrament jest z ustanowienia Jezusa Chrystusa, a nie tylko z naszych osobistych doświadczeń czy według opinii ludzi i tradycyjnych przyzwyczajeń.

    Dalsze przygotowanie do spowiedzi

    W przygotowaniu dalszym do spowiedzi ważne jest traktowanie sakramentu pojednania właśnie jako sakramentu, a nie jako działania psychologicznego. Jeśli penitent przygotowuje się do spowiedzi tak, jakby miał iść na spotkanie z psychologiem, często doświadczy rozczarowania i nie zrozumie, że skuteczność spowiedzi nie leży w mądrych, ludzkich radach czy przeżywanych stanach emocjonalnych, ale w mocy samego Chrystusa.

    Dla uzasadnienia wspomnianej postawy przytoczę słowa czeskiego teologa, ks. Tomáša Halíka, który stwierdza: „Tajemnica paschalna jest źródłem owej władzy, która została powierzona spowiednikom, władzy «związywania i rozwiązywania» oraz leczenia ran spowodowanych w świecie przez zło i winę; kiedy wypowiadam formułę rozgrzeszenia, najważniejsze wydają mi się słowa «przez śmierć i zmartwychwstanie swego Syna». Bez tej «władzy Wielkanocy» spowiedź (i cały sakrament pojednania) byłaby rzeczywiście tylko tym, co wyobrażają sobie ludzie będący poza Kościołem: możliwością wypowiedzenia się, zwierzenia, ulżenia sobie, zasięgnięcia rady – czyli czymś, co mogłoby być zastąpione […] rozmową z psychoanalitykiem. W rzeczywistości sakrament pojednania jest czymś zupełnie innym, znacznie głębszym; jest uzdrawiającym owocem wydarzeń paschalnych”[3].

    Kolejna postawa przygotowania dalszego do spowiedzi to rozumienie jej jako „trybunału miłosierdzia”. W postawie człowieka wobec sakramentu pojednania mogą dominować dwa skrajne podejścia: bardziej jurydyczne, kiedy spowiedź traktowana jest jak pójście do sądu po ocenę czynu i nałożenie kary; i bardziej liberalne – kiedy nastąpił już pewien zanik poczucia winy i obiektywnego zła, a spowiedź traktuje się jako okazję do opowiadania nie tyle o konkretnych grzechach, ile o zranieniach. Pośrodku tych postaw można z powodzeniem umieścić nazwanie spowiedzi „trybunałem miłosierdzia”[4]. Określenie to pochodzi z Dzienniczka św. Siostry Faustyny Kowalskiej i pozwala w przygotowaniu do spowiedzi zająć postawę najbardziej właściwą, w której nie zapomina się, że spowiedź to forma oceny moich konkretnych czynów, ale ocena ta dokonuje się zawsze w sercu miłosiernego Boga.

    Postawą, na którą chcę zwrócić uwagę w dalszym przygotowaniu do spowiedzi, jest także traktowanie sakramentu pojednania w kontekście całego życia duchowego. Spowiedzi nie da się odłączyć od całości życia religijnego człowieka. Ściśle wiąże się ona z korzystaniem przez penitenta z innych sakramentów, z jego życiem modlitewnym i zażyłością ze słowem Bożym. Człowiek, który często obcuje z Pismem Świętym i prowadzi systematyczne życie modlitewne, będzie miał większą łatwość w przygotowaniu do spowiedzi niż ten, który zaniedbuje życie duchowe. Działa to na zasadzie światła: jeśli jesteśmy blisko światła, lepiej widzimy swoje brudy; kiedy żyjemy w ciemności, trudno nam je zauważyć.

    Podstawową metodą na etapie dalszego przygotowania do spowiedzi jest systematyczna praktyka rachunku sumienia, a nie tylko odprawianie go tuż przed przystąpieniem do spowiedzi. Metodę tę dobrze znamy z Ćwiczeń duchownych św. Ignacego Loyoli. Zalecał on, aby każdego dnia przynajmniej trzy razy badać swoje sumienie. Przy porannej modlitwie rachunek sumienia obejmuje postanowienia na nadchodzący dzień, w południe jest to szczegółowy rachunek sumienia z jednej lub kilku wad, nad którymi aktualnie pracujemy, a wieczorem – to ogólny rachunek sumienia z analizą całego dnia pod kątem osiągnięć i grzechów[5]. Metoda codziennego rachunku sumienia pozwoli nam lepiej poznać siebie i zobaczyć swoje potknięcia. Ochroni nas również przed chorobą zbyt szerokiego sumienia i problemami dostrzeżenia i nazwania po imieniu swoich grzechów.

    Bezpośrednie przygotowanie do spowiedzi

    Dopiero w następny etap przygotowania do spowiedzi możemy wpisać konkretne czynności związane z przygotowaniem i przeżyciem pojedynczego sakramentu pokuty i pojednania. To etap bezpośredniego przygotowania do spowiedzi. Ważne jest tu także przygotowanie od strony „technicznej”: określenie miejsca i czasu odbycia spowiedzi, jeśli to możliwe wybór określonego spowiednika oraz takie zorganizowanie zewnętrznych okoliczności, by nie przeszkodziły, ale pomogły w spokojnym przeżyciu spowiedzi. Zawsze aktualna pozostaje zachęta do spowiedzi systematycznej i korzystanie z posługi stałego spowiednika. Choć nie można do tego podchodzić w sposób bezwarunkowy (pamiętamy, że spowiedź jest sakramentem i każda ma swoją moc i skuteczność), to jednak praktyka stałej spowiedzi staje się niesłychanie pomocna w duchowym uzdrowieniu i pracy nad sobą.

    Przejdźmy teraz do omówienia postaw i metod w przygotowaniu bezpośrednim do spowiedzi. Wskazując najważniejsze dyspozycje wewnętrzne w postawie osoby przygotowującej się do spowiedzi, posłużę się radami kard. Christopha Schonborna z jego rekolekcji dla kapłanów[6]. Autor ten, w ślad za Dzienniczkiem św. Siostry Faustyny, podaje trzy główne postawy konieczne do owocnego przygotowania i przeżycia spowiedzi. Są nimi: szczerość, pokora i posłuszeństwo.

    Wszyscy zdajemy sobie sprawę z tego, że nieszczera spowiedź po prostu nie miałaby najmniejszego sensu. Już na etapie przygotowania do spowiedzi musimy szczerze stanąć przed Bogiem i nazwać własne grzechy. Nie chodzi tu o jakieś skrupulanctwo, ale o dokładną ocenę swojego życia. Dla pełnej szczerości trzeba wziąć w nawias ewentualne skrępowanie przed spowiednikiem i nie sprowadzać całego wysiłku przygotowania do oględnego omówienia grzechów albo szukania jakieś stosownej formy wypowiedzi, by oględnie nazwać swoje grzechy.

    Ważna w spowiedzi jest także postawa pokory. To prawda o sobie i sztuka widzenia siebie takim, jakim się jest[7]. Pokora potrzebna jest do cierpliwego wyznawania grzechów. Nie pozwala nam też zniechęcać się tym, że ciągle mamy te same grzechy i że od ostatniej spowiedzi mało było w nas nawrócenia. Nie możemy więc bać się wyznawać, jeśli taka jest prawda, ciągle tych samych grzechów. Pokora ma nam też dodać odwagi w przyznawaniu się do grzechów wielkich i ciężkich. Postawa pokory wiąże się również z naszym stawaniem wobec pośrednika miłosierdzia Bożego, którym jest kapłan. To też wymaga pokory. Niestety, zdarzają się podczas spowiedzi niepokorni penitenci, obrażający się na pytania i pouczenia spowiednika czy denerwujący się z powodu jego uwag. Już na etapie przygotowania do spowiedzi warto wzbudzić w sobie postawę pokory, by umieć przyjąć pouczenia spowiednika i prawdę, że Bóg może widzieć naszą duszę zupełnie inaczej niż my.

    Już sama forma spowiadania wymaga od nas również posłuszeństwa. Nie warto dyskutować i zastanawiać się, jak powinna wyglądać spowiedź, ale przyjąć wszystkie warunki i przepisy, które Kościół łączy ze sprawowaniem tego sakramentu. Jeszcze bardziej postawa posłuszeństwa potrzebna jest w czasie robienia rachunku sumienia. U początku bowiem każdego grzechu leży nasze nieposłuszeństwo. Grzeszymy, ponieważ bardziej słuchamy świata, siebie i szatana niż Pana Boga. Wszystkie elementy przygotowania do spowiedzi powinny opierać się na posłuszeństwie Bożym przykazaniom, Ewangelii i nauczaniu Kościoła.

    Metody bezpośredniego przygotowania się do spowiedzi

    Przygotowanie bezpośrednie do spowiedzi to nie ten krótki moment, kiedy stoimy w kolejce do konfesjonału. Wtedy praktycznie jest już za późno, by dobrze się przygotować do spowiedzi. Bezpośrednie przygotowanie do sakramentu pojednania powinno obejmować jakiś konkretny czas naszego trwania przed Bogiem w prawdzie o sobie. Może to być wieczór przed dniem spowiedzi albo jakiś bardzo konkretny czas poświęcony wyłącznie na to przygotowanie. Nie musi to być długi czas, ale koniecznie musi to być zatrzymanie się sam na sam przed Bogiem. Czas tego bezpośredniego przygotowania winien obejmować trzy istotne elementy: modlitwę osobistą, krótkie dziękczynienie i rachunek sumienia.

    Czas bezpośredniego przygotowania do spowiedzi powinien zacząć się od osobistej modlitwy. Powiedzieliśmy już, że spowiedź to nie tylko dzieło i zaangażowanie człowieka, lecz także wielka aktywność Ducha Świętego. Modlitwa przygotowująca do spowiedzi powinna więc być przede wszystkim wielkim wołaniem o światło Ducha Świętego, proszeniem Go, by pokazał nam nasze grzechy. Ważnym elementem tej modlitwy jest modlitwa uwielbienia, aby Bóg zanurzył nas całkowicie w swoim miłosierdziu, byśmy swoje słabości i grzechy odkrywali w pełnej świadomości miłości Bożej.

    Ważne też, byśmy „oglądanie swojego życia” zaczęli od dziękczynienia, od zauważenia tego wszystkiego, co od ostatniej spowiedzi udało nam się zrobić, zmienić, jakie łaski i dary otrzymaliśmy od Boga. Dziękczynienie rozszerza nasze serca i pokazuje, jak bardzo jesteśmy obdarowani. Podczas dziękczynienia Bóg pokaże nam jednocześnie nasze braki. Będą one jednak oglądane w kontekście wielkiego obdarowania, przez co nasze grzechy widzieć będziemy jeszcze bardziej jako kontrast do dobroci Boga. Uchroni nas to przed samopotępieniem, ale również wyostrzy bojaźń Bożą. Widząc, ile Bóg nam daje, zobaczymy, jak często słaba i grzeszna jest nasza odpowiedź na owo obdarowanie.

    Rachunek sumienia bezpośrednio przed spowiedzią to jeden z warunków ważności spowiedzi. Fakt ten winien nas przekonać, że to naprawdę ważne i że rachunku nie można ani pominąć, ani odprawić byle jak. Jest bardzo dużo metod robienia rachunku sumienia. Jedni opierają go na Dekalogu, inni na ośmiu błogosławieństwach, jeszcze inni ufają sobie i sami szczerze dokonują oglądu własnego życia. Dobrze jednak czasem zmienić swój styl odprawiania rachunku sumienia, by zobaczyć siebie i swoje życie z innej strony. Możemy też korzystać, choć roztropnie, z niektórych gotowych rachunków sumienia. Chronią nas one przed groźnym subiektywizmem i rutyną w ocenie samego siebie, uświadamiają niekiedy całkiem zapomniane i zepchnięte do nieświadomości grzechy. Cudowną sprawą jest ocenianie siebie w świetle słowa Bożego z wykorzystaniem konkretnych tekstów biblijnych. Zewnętrzne pytania rachunku sumienia czy podpowiedzi Pisma Świętego trzeba jednak zawsze konkretnie i szczerze osadzić w realiach własnego życia i w kontekście osobistej relacji z Bogiem, z innymi ludźmi i z samym sobą.

    Owocność spowiedź, choć to przede wszystkim dzieło samego Boga, zależy od naszego przygotowania. Im lepiej przygotowujemy się do tego sakramentu, tym lepszą stajemy się glebą dla wzrostu ziaren królestwa Bożego w nas samych i w całym świecie.

    Bp Antoni Długosz 

    (tekst pochodzi z miesięcznika “Życie Duchowe”)
    _______________________
    Przypisy:

    [1] B. Czajka, Przygotowanie wiernych do sakramentu pokuty, [w:] Pokuta i sakrament pojednania we współczesnym Kościele, Poznań 1985, s. 61.

    [2] Jan Paweł II, Wierzę w Ducha Świętego Pana i Ożywiciela, Watykan 1992, s. 320.

    [3] T. Halík, Noc spowiednika. Paradoksy małej wiary w epoce postoptymistycznej, Katowice 2007, s. 26-27.

    [4] Św. Faustyna Kowalska, Dzienniczek, Warszawa 2003, 975.

    [5] Por. K. Osuch SJ, Szczegółowy rachunek sumienia, „Pastores”, 44/2009, s. 118.

    [6] Por. Ch. Schonborn, Radość kapłaństwa. Śladami Proboszcza z Ars, Warszawa 2010, s. 50-59.

    [7] Por. tamże, s. 55. 

    mp/Miesięcznik “Życie Duchowe”

    Neutralność dyskryminująca

    Taki mamy klimat, że dyskryminacją jest krzyż, a okazaniem szacunku zdrada swoich przekonań.

    Kilka dni temu Rafał Trzaskowski podpisał rozporządzenie zakazujące eksponowania symboli religijnych w urzędzie miasta. Urzędnikowi magistratu nie wolno mieć krzyżyka nawet na biurku. Na razie urzędnikom pozwolono nosić symbole w sposób indywidualny, np. w postaci medalika.

    Sam prezydent Trzaskowski, uzasadniając decyzję, raczył oznajmić na portalu X, że stolica zawsze będzie szanować tradycję, ale „Polska jest państwem świeckim”. I powołał się na Konstytucję RP, cytując: „Rzeczpospolita Polska jest państwem świeckim, neutralnym w sprawach religii i przekonań”.

    Coś słabo u niego ze znajomością ustawy zasadniczej. Otóż Konstytucja RP w ogóle nie używa pojęcia „państwo świeckie”. Stanowi natomiast w rozdziale I, art. 25, punkt 2: „Władze publiczne w Rzeczypospolitej Polskiej zachowują bezstronność w sprawach przekonań religijnych, światopoglądowych i filozoficznych, zapewniając swobodę ich wyrażania w życiu publicznym”.

    Bezstronność to zgoda na to, co jest ważne dla społeczeństwa i nienarzucanie mu własnych rozwiązań. Ale przesądzające jest zakończenie tego zdania: „zapewniając swobodę ich wyrażania w życiu publicznym”. To, co zrobił Rafał Trzaskowski, jest ograniczeniem swobody, a nie jej zapewnieniem. Arbitralnie, opierając się na swoim widzimisię, zakazał wyrażania przekonań religijnych w miejskich instytucjach Warszawy.

    KONS-TY-TUC-JA!, panie prezydencie. Ta konstytucja, która w preambule mówi o Bogu i o „kulturze zakorzenionej w chrześcijańskim dziedzictwie Narodu”. Bo ten naród ma takie dziedzictwo, a jego obywatele w znacznej większości przyznają się do katolicyzmu (dane z ostatniego spisu powszechnego).

    Gadanie o „świeckości” i „neutralności” to mydlenie oczu. Lenin też tak gadał. Nie da się stworzyć przestrzeni, w której wszyscy się czują jednakowo dobrze. Takie wyjałowione z wartości, wręcz wysterylizowane społeczeństwo nie istnieje, bo administracyjne usunięcie jednej wartości zawsze powoduje pojawienie się innej. Ilustruje to fakt, na który zwrócił uwagę publicysta Paweł Ozdoba: następnego dnia po wprowadzeniu nowego zarządzenia stołeczny urząd oficjalnie „świętował” Dzień przeciw Homofobii, Transfobii i Bifobii. „Czyli są przekonania, które można promować, i są te, których nie można…” – zauważył na platformie X.

    Właśnie o to chodzi, że po zdjętym krzyżu nigdy nie pozostaje „neutralność”. Po to się go zdejmuje, żeby nie kolidował z promowanymi aktualnie antywartościami.

    Nie będzie neutralności, bo nie ma neutralnych ludzi. Obecny prezydent Warszawy jest człowiekiem zaangażowanym w promocję światopoglądu odległego od chrześcijaństwa – i konsekwencje właśnie widzimy. Wcale nie jest to krok ku „uśmiechniętej Polsce” – jesteśmy raczej o krok bliżej świata, w którym nikomu nie będzie do śmiechu.


    KRÓTKO:

    Taki katolicyzm

    Zarząd szkół katolickich w Toronto nie zgodził się na wywieszenie na zarządzanych przez siebie budynkach flagi ruchu obrońców życia. Za to od 2021 roku zezwala na wywieszanie flagi LGBTQ+ w czerwcu („miesiącu dumy gejowskiej”). Dr Teresa Pierre, przewodnicząca kanadyjskiej organizacji Parents as First Educators stwierdziła, że członkowie zarządu Okręgu Szkół Katolickich w Toronto „po raz kolejny podeptali prawa rodziców do edukacji dzieci zgodnie z nauczaniem katolickim, głosując 8 do 2 przeciwko propozycji wywieszania flagi pro-life w szkołach”. Jak podaje KAI, decyzja o wywieszaniu flagi gejowskiej (mimo sprzeciwu ze strony arcybiskupa Toronto) została podjęta trzy lata temu taką samą większością głosów 8 do 2, jaką teraz została odrzucona propozycja wywieszenia flagi pro-life. I to się w sumie zgadza: jacy katolicy, tacy prolajferzy.

    Dramat aktywistki

    Marta Lempart na łamach „Gazety Wyborczej” nawołuje do podpisania Inicjatywy Ustawodawczej dla aborcji dostępnej w całej Europie pt. „My Voice My Choice”. Jej celem jest wsparcie finansowe dla państw mogących udostępnić aborcję Europejkom, które nie mają dostępu do legalnej aborcji w swoich krajach. Wówczas za likwidację ich dzieci płaciłaby wspólnota. Lempart ubolewa, że w Polsce do tej pory zebrano 20 tys. podpisów, a trzeba 10 razy więcej. A może, pani Lempart, kobiety w Polsce po prostu nie chcą tego „dobrodziejstwa”?

    Franciszek Kucharczak/Gość Niedzielny

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Chwalcie łąki umajone

    fot. Pieśni Religijne/Polska Tradycja.pl

    ***

    1. Chwalcie łąki umajone,
    Góry, doliny zielone.
    Chwalcie, cieniste gaiki,
    Źródła i kręte strumyki!

    2. Co igra z morza falami,
    W powietrzu buja skrzydłami,
    Chwalcie z nami Panią Świata,
    Jej dłoń nasza wieniec splata.

    3. Ona dzieł Boskich korona,
    Nad Anioły wywyższona;
    Choć jest Panią nieba, ziemi,
    Nie gardzi dary naszymi.

    4. Wdzięcznym strumyki mruczeniem,
    Ptaszęta słodkim kwileniem,
    I co czuje, i co żyje,
    Niech z nami sławi Maryję!

    ***

    Chwalcie łąki umajone jest przepiękną pieśnią pochwalną ku czci Najświętszej Maryi Panny. Słowa napisał jezuicki zakonnik Karol Antoniewicz w latach 40-tych XIX wieku. Natomiast nie jest znany kompozytor melodii.

    ***

    Kim jest autor pieśni „Chwalcie, łąki umajone”?

    Życie naznaczone heroizmem w znoszeniu cierpień

    Epitafium Karola Bołoza-Antoniewicza w kościele  św. Jakuba w Obrze, gdzie zmarł w 1852 r.

    Epitafium Karola Bołoza-Antoniewicza w kościele św. Jakuba w Obrze, gdzie zmarł w 1852 r.
    fot. ks. Marcin Siewruk/Gość Niedzielny

    ***

    Liryczne strofy, które w maju śpiewa dla Maryi cała Polska, zrodziły się w sercu człowieka doświadczonego cierpieniem Hioba. Utracił wszystko, co kochał, ale jego ból wydał zadziwiające owoce wiary i niezachwianej ufności.

    Karol Bołoz-Antoniewicz znany jest jako autor pieśni „Chwalcie, łąki umajone” czy „W krzyżu cierpienie”, ale jego spuścizna literacka jest o wiele bogatsza. Tworzył wiersze, rozmyślania, wspomnienia i kazania, zostawił po sobie imponującą kolekcję napisanych przepięknym językiem listów i świadectwa duszpasterskiej żarliwości, ale prawdziwym opus magnum stało się jego życie, naznaczone heroizmem w znoszeniu cierpień, które wydają się nie do udźwignięcia dla zwykłego człowieka. Był szlachcicem, powstańcem, romantycznym poetą, jezuitą i misjonarzem. Był także nieszczęśliwym, wcześnie owdowiałym mężem i zbolałym ojcem piątki dzieci, z których żadne nie przeżyło na tej ziemi więcej niż rok.

    Poeta i romantyk

    Urodził się 6 listopada 1807 roku w znanej szlacheckiej rodzinie polskich Ormian mieszkających we Lwowie. Jego ojciec Józef Antoniewicz był doktorem obojga praw i krajowym adwokatem, matka Józefa z Nikorowiczów również pochodziła z ormiańskiej rodziny. Gdy w 1818 roku ojciec zachorował, Antoniewiczowie przenieśli się do majątku we Skwarzawie k. Lwowa. Pięć lat później Józef zmarł. Pierwsze doświadczenie straty ukochanej osoby przerwało szczęśliwą młodość przyszłego jezuity, który odtąd szukał pociechy w modlitwie i samotności. Debiutancki wiersz napisał jako 17-latek i dedykował go ukochanej matce.

    Po powrocie do Lwowa rozpoczął studia prawnicze. Poznał kilka języków obcych, z zamiłowaniem grał na fortepianie, komponował muzykę. Wkrótce zaciągnął się w szeregi powstańców listopadowych, ale ta przygoda nie trwała długo. Po powrocie z powstania, ku zaskoczeniu krewnych i przyjaciół, Karol poprosił o rękę Zosię, najstarszą córkę swojego wuja Ignacego Nikorowicza, który po śmierci pierwszej żony ożenił się powtórnie. Macocha zamierzała szybko wydać Zosię za mąż, choć kandydat był od niej dużo starszy. Karol więc sam poprosił o jej rękę. Nie zamierzał się wiązać, chciał tylko zyskać czas i znaleźć dziewczynie odpowiedniego kandydata. Ten fortel nie spodobał się jednak jego matce, która orzekła, że w takiej sytuacji Karol powinien ożenić się z Zofią. O zgodę trzeba było prosić papieża, bo pokrewieństwo młodych było bliskie. „Ty Zosi pokochać nie możesz, żenisz się tylko dla danego słowa – patrz, żebyś nie był nieszczęśliwy” – miał mu powiedzieć któryś z przyjaciół. Słowa te okazały się ponurym proroctwem, choć ten człowiek w jednym nie miał racji. Karol pokochał Zofię miłością głęboką, która przetrwała ciosy, jakie wkrótce, raz za razem, zaczęły spadać na młode małżeństwo.

    Litania cierpień

    Pierwsze dziecko, którego imienia nie znamy, żyło zaledwie kilka miesięcy, potem zmarła maleńka Maria i kolejna dziewczynka, również Maria. Zmarło też dwóch synków, obaj nosili imię Józef. Żałoba stała się codziennym chlebem Zofii i Karola. Po latach, już jako kapłan, pisał we wspomnieniach: „Byłem ojcem − ach to słowo, to było jedno słowo, którem posłyszał z ust dzieci moich! Jakby tylko na to przyszły na świat, aby mnie w imieniu Boga tym słowem powitać, tym słowem pożegnać. Boże! Ty wiesz, żeśmy te dzieci dla Ciebie tylko wychować chcieli, żeśmy je zawsze jak Twoją własność uważali; dziękowaliśmy Ci, gdyś je nam powierzył, nie skarżyliśmy się, gdyś je nam odebrał! Cieszyliśmy się nad ich kolebką, płakaliśmy nad ich grobem”.

    Małżonkowie szukali ukojenia w modlitwie i uczynkach miłosierdzia, troszcząc się o biednych, chorych i opuszczonych. We Lwowie podejmowali różne posługi w szpitalu sióstr miłosierdzia. To w tych murach zakiełkowało i zaczęło dojrzewać powołanie Karola. Jeszcze mocniej odezwało się w sercu jego żony. Złożyli wówczas prywatne śluby czystości. Ukochana Zofia wkrótce zachorowała na gruźlicę. Małżonkowie obiecali sobie, że jeśli wyzdrowieje, oboje wstąpią do zakonu. Zofia do szarytek, Karol – do jezuitów. Niestety, w wieku 27 lat jego żona zmarła.

    Nowe życie

    „Szukałem dla siebie jeszcze innego nieba, i wszystkom utracił i nicem nie uzyskał! − O! nie, uzyskałem wszystko; wśród łez i cierpienia ujrzałem po raz pierwszy duszą i sercem Ciebie, o Jezu, Ciebie na krzyżu rozpiętego!” – wyznawał Antoniewicz.

    Śmierć żony była dla Karola wstrząsem, który zmusił go do rewizji życia i podtrzymał w decyzji o wstąpieniu do jezuitów. „Przeczuwał, że tylko na tej drodze może odnaleźć ulgę w swym bólu, gdyż sensu cierpienia nikt mu nie wyjaśni i musi sam je w sobie przeżyć. Zrozumiał, że tajemnica życia kryje się w szczęściu przybitym do krzyża” – pisze o tym przełomowym momencie życia poety s. Bożena Leszczyńska, autorka poświęconej Antoniewiczowi książki „W Krzyżu – miłości nauka…”. Jej czytelnikami są m.in. rodzice dzieci chorych i tych, które odeszły. Siostra pracuje w szpitalu dziecięcym w Krakowie i z doświadczenia wie, że ks. Antoniewicz może stać się bliski ludziom, którzy stracili dzieci. Sama uczy się od niego pokory. – Pokory wobec tego, co przynosi życie. Pokory wobec krzyża obecnego w życiu człowieka. Zaufania do Pana Boga, przekonania, że On wszystkim kieruje, że ze wszystkiego potrafi wyprowadzić dobro – wyjaśnia.

    „Żyje ta pamięć w głębi duszy, a jeśli ją poruszę, to chwilka po chwilce, uczucie po uczuciu, tak żywo powraca, jakby ten przeciąg czasu jednym tylko ciężkim był snem (…), chciałem się modlić, ale nie znalazłem słów, tylko łzy!” – opisywał puste mury opuszczonego domu przyszły jezuita. „Stan ten porównać można do doświadczenia nocy ciemnej opisywanej przez św. Jana od Krzyża, kiedy to Bóg prowadzi człowieka ku światłu zmartwychwstania przez ciemność, a dusza cierpi bez pociechy i nadziei światła czy duchowego dobra. (…) Poddana oczyszczeniu i wypaleniu w ogniu cierpienia, rozjaśniona zostaje przez Bożą Mądrość” – pisze s. Leszczyńska.

    Cierpienie nie złamało Antoniewicza, ale stało się fundamentem jego duchowej przemiany. „Serce jego stało się ze zbolałego tkliwym, ze smutnego rzewnym, z zamkniętego otwartym, z cierpkiego słodkim, z rozburzonego cichym, z hardego pokornym, z przygasłego gorejącym najczystszą Boga i ludzi miłością” – opisywał stan ducha poety ks. Aleksander Jełowicki. Pod krzyżem przemienił się w nowego człowieka.

    Za zakonną furtą

    Druga część życia autora pieśni „Chwalcie, łąki umajone” upłynęła we wspólnocie jezuitów. Spokój odzyskał w Starej Wsi, gdzie odbył nowicjat. To właśnie tam, zachwycony pięknem krajobrazu Pogórza Brzozowskiego, stworzył strofy tego hymnu i ubrał je w melodię, która stała się symbolem majowych nabożeństw. Klimat starowiejskiego kościoła, piękno krajobrazów i miłość Karola do Matki Bożej zaowocowały zresztą całym cyklem wierszy i pieśni ku czci Maryi, zebranych w tomiku „Wianeczek majowy”. W naznaczonym trudami życiu Antoniewicza Maryja odgrywała bardzo ważną rolę, wnosząc w nie klimat radości i szczęścia dziecka bez reszty ufającego Matce. Wielokrotnie pisał o tym, że Najświętsza Dziewica była dla niego opiekunką, pociechą i ostoją.

    W Starej Wsi ks. Karol Antoniewicz spędził lata 1839–1841. Jako wotum dla Matki Bożej zostawił tutaj najcenniejszą pamiątkę poprzedniego życia – swoją ślubną obrączkę. – Polecił, by włożyć ją w koronę figurki Matki Bożej Nowicjackiej – opowiada jezuita o. Stanisław Groń. Ta niewielka, bo 24 cm mierząca statua, kopia Matki Bożej Loretańskiej, była otoczona serdeczną modlitwą wielu pokoleń jezuickich nowicjuszy. „Przed tą statuą przez dwa lata modliłem się, codziennie odprawiałem rozmyślania i nieraz walczyłem i płakałem gorzką łzą, nie łzą żalu za światem, ale łzą żalu za grzechy, którymi tyle, tyle Boga obrażałem” – pisał ks. Antoniewicz.

    Najważniejsza ofiara

    Ostatnia dekada życia ks. Antoniewicza upłynęła pod znakiem misji, żarliwego kaznodziejstwa, niestrudzonego przemierzania wielu miast i wsi dla głoszenia Ewangelii i pokrzepiania ludności ciemiężonej przez zaborców. Karol był misjonarzem słuchanym i cenionym, ale nie przez wszystkich mile widzianym. Nie w smak były ówczesnym władzom jego dążenia do tego, by dodawać ludziom odwagi i nadziei, by podtrzymywać ich wiarę, miłość do Boga i ojczyzny. Głosił słowem i życiem, bo na pierwszym miejscu stawiał zawsze chorych i cierpiących, którym posługiwał z oddaniem, jak niegdyś z Zofią w szpitalu sióstr szarytek. Misjonarskie drogi prowadziły go do Lwowa i na Huculszczyznę, do Krakowa i niewielkich małopolskich miejscowości, na Śląsk i do Wielkopolski. Był aktywny mimo mnożących się przeciwności, mimo zakazów, jakie nakładały na niego władze, mimo wrogości różnych środowisk. Był „aniołem pociechy” dla mieszkańców Krakowa, gdy miasto ogarnął wielki pożar. Na zgliszczach kościołów głosił kazania i opatrywał rany ofiar pożogi.

    Żywiołem, który ostatecznie zakończył życie niestrudzonego jezuity, okazał się jednak nie pożar, ale epidemia. Spowiadał umierających na cholerę i nie opuszczał ich do ostatniej chwili. Szedł tam, gdzie żaden ksiądz czy lekarz nie chciał wchodzić. „Dziś od pierwszej w nocy do siódmej rano 17 chorych odwiedziłem. O! biedny, biedny lud! Powiedziałem sercu: milcz! − i milczy, bo inaczej, jeśli nie z cholery, to z boleści byłbym umarł” – pisał na początku września 1852 roku z Kościana.

    Jego ostatnią misją miało być utworzenie domu zakonnego w Obrze, gdzie dotarł 4 listopada 1852 roku. W nocy 7 listopada poczuł się jednak bardzo źle. „Gasnąca epidemia cholery upomniała się o swą najważniejszą ofiarę” – pisała s. Leszczyńska. Cierpiał przez kilka dni, do końca przytomny i rozmodlony. Zmarł 14 listopada 1852 roku. Miał 45 lat.

    Magdalena Dobrzyniak/Gość Niedzielny

    ______________________________________________________________________________________________________________

    nunek_54/shutterstock.com

    ***

     Litania Loretańska do Najświętszej Maryi Panny

    Kyrie eleison. Christe, eleison. Kyrie eleison.

    Chryste, usłysz nas. Chryste, wysłuchaj nas.

    Ojcze z nieba, Boże, — zmiłuj się nad nami.

    Synu, Odkupicielu świata, Boże, — zmiłuj się nad nami.

    Duchu Święty, Boże, — zmiłuj się nad nami.

    Święta Trójco, Jedyny Boże, — zmiłuj się nad nami.

    Święta Maryjo, — módl się za nami.

    Święta Boża Rodzicielko,

    Święta Panno nad pannami,

    Matko Chrystusowa,

    Matko Kościoła,

    Matko miłosierdzia,

    Matko łaski Bożej,

    Matko nadziei,

    Matko nieskalana,

    Matko najczystsza,

    Matko dziewicza,

    Matko nienaruszona,

    Matko najmilsza,

    Matko przedziwna,

    Matko dobrej rady,

    Matko Stworzyciela,

    Matko Zbawiciela,

    Panno roztropna,

    Panno czcigodna,

    Panno wsławiona,

    Panno można,

    Panno łaskawa,

    Panno wierna,

    Zwierciadło sprawiedliwości,

    Stolico mądrości,

    Przyczyno naszej radości,

    Przybytku Ducha Świętego,

    Przybytku chwalebny,

    Przybytku sławny pobożności,

    Różo duchowna,

    Wieżo Dawidowa,

    Wieżo z kości słoniowej,

    Domie złoty,

    Arko przymierza,

    Bramo niebieska,

    Gwiazdo zaranna,

    Uzdrowienie chorych,

    Ucieczko grzesznych,

    Pociecho migrantów,

    Pocieszycielko strapionych,

    Wspomożenie wiernych,

    Królowo Aniołów,

    Królowo Patriarchów,

    Królowo Proroków,

    Królowo Apostołów,

    Królowo Męczenników,

    Królowo Wyznawców,

    Królowo Dziewic,

    Królowo wszystkich Świętych,

    Królowo bez zmazy pierworodnej poczęta,

    Królowo wniebowzięta,

    Królowo różańca świętego,

    Królowo rodzin,

    Królowo pokoju,

    Królowo Polski,

    Baranku Boży, który gładzisz grzechy świata, — przepuść nam, Panie.

    Baranku Boży, który gładzisz grzechy świata, — wysłuchaj nas, Panie.

    Baranku Boży, który gładzisz grzechy świata, — zmiłuj się nad nami.

    P. Módl się za nami, Święta Boża Rodzicielko.
    W. Abyśmy się stali godnymi obietnic Chrystusowych.

    Módlmy się. Panie, nasz Boże, daj nam, sługom swoim, cieszyć się trwałym zdrowiem duszy i ciała, 
    † i za wstawiennictwem Najświętszej Maryi, zawsze Dziewicy * uwolnij nas od doczesnych utrapień i obdarz wieczną radością. Przez Chrystusa, Pana naszego. W. Amen.

    Antyfona

    Pod Twoją obronę uciekamy się, Święta Boża Rodzicielko, naszymi prośbami racz nie gardzić w potrzebach naszych, ale od wszelakich złych przygód racz nas zawsze wybawiać, Panno chwalebna i błogosławiona. O Pani nasza, Orędowniczko nasza, Pośredniczko nasza, Pocieszycielko nasza. Z Synem swoim nas pojednaj, Synowi swojemu nas polecaj, swojemu Synowi nas oddawaj.

    Modlitwa św. Bernarda

    Pomnij, o Najświętsza Panno Maryjo, że nigdy nie słyszano, abyś opuściła tego, kto się do Ciebie ucieka, Twej pomocy wzywa, Ciebie o przyczynę prosi. Tą ufnością ożywiony, do Ciebie, o Panno nad pannami i Matko, biegnę, do Ciebie przychodzę, przed Tobą jako grzesznik płaczący staję. O Matko Słowa, racz nie gardzić słowami moimi, ale usłysz je łaskawie i wysłuchaj. W. Amen.

    ***

    Nowe brzmienie litanii loretańskiej obowiązuje z dniem podjęcia uchwały, tzn. od 28 sierpnia 2020 r. W obecnym kształcie litania loretańska ma 55 wezwań do Matki Bożej.

    Litania loretańska nazywana jest także litanią do Najświętszej Maryi Panny. Pierwsza wersja tego rodzaju modlitwy powstała w XII wieku we Francji, nie zachowała się. Utrwaliła się wersja używana od pierwszej połowy XVI wieku w Loreto. Stąd nazwa litania loretańska. W 1587 roku papież Sykstus V związał z jej odmawianiem przywilej odpustu. W roku 1631 zakazano wprowadzania wszelkich zmian w litanii bez zezwolenia Stolicy Apostolskiej, co wpłynęło na jej ujednolicenie i upowszechnienie.

    ***

    tradycyjna przydrożna kapliczka z Maryją stojąca pośród pól, Polska

    fot. Mateusz Kuca | Shutterstock/Aleteia.pl

    ***

    Dlaczego litania jest loretańska?

    Dlaczego litanię poświęconą czci Matki Bożej nazywamy “loretańską”?

    W litanii loretańskiej mamy aż cztery grupy wezwań, które mają nam pomóc zrozumieć Matkę Bożą; ale nie tylko Ją samą, chyba też trochę Pana Boga… Tekst litanii, może stać się dla nas jak rekolekcje, jak zapis kolejnych punktów do rozmyślania.

    Samo słowo „litania” oznacza w języku greckim prośbę. Początki litanii loretańskiej sięgają XII w. i wiążą się z Francją. Wzorem dla jej twórców była pewnie poezja rycerską i nazywanie Maryi „Panią”. Sama nazwa litanii nawiązuje do Loreto – włoskiego miasteczka, do którego w średniowieczu przeniesiono autentyczny dom rodzinny Maryi z Nazaretu. 

    Rodzinny dom Maryi

    To niezwykłe sanktuarium Maryjne, bowiem nie czci się tu przede wszystkim wizerunku Matki Bożej, ale… jej rodzinny dom. Jak podaje legenda, w średniowieczu, z powodu muzułmańskich podbojów Ziemi Świętej, dom Maryi miał być w cudowny sposób przeniesiony z Nazaretu do włoskiej wsi na wybrzeżu Adriatyku. Za niebiańskim transportem gabarytowej relikwii mieli zaś stać zwyczajnie aniołowie. 

    Badacze historii Domku Maryi, znajdującego się dziś we włoskim Loreto opowiadają ją jednak bardziej przekonująco dla współczesnych racjonalnych umysłów. Aniołami jest w niej bogata rodzina Angelich, zaś cudowny transport polegał w istocie na rozebraniu i rekonstrukcji w nowym miejscu domostwa, w którym według tradycji wychowywała się Maryja.

    Domek Maryi a Litania Loretańska

    Gdy w XIII w. krzyżowcy zaczęli ratować spod panowania muzułmańskiego kolejne relikwie swojej wiary, zadbali także o ten Domek. Dzięki pokaźnej dotacji ze strony rodziny Angelich z Włoch udało się domek precyzyjnie rozebrać, opisując każdą część i przewieźć przez Chorwację na wschodnie wybrzeże Włoch. Tam w miejscowości Loreto pieczołowicie domek odbudowano. Prace rekonstrukcyjne zaś zakończyły się dokładnie 10 grudnia 1294 r. Data wspomnienia liturgicznego Matki Bożej z Loreto została przesunięta jeden dzień później z uwagi na wcześniej obchodzony już 10 grudnia dzień św. Grzegorza III. Na przenosiny budowli ma wskazywać stan zaprawy w kamieniach, badany już współcześnie. 

    W nowej, włoskiej ojczyźnie nazaretański Domek również otoczono pokaźną bazyliką. Modlitwy do Maryi i jej kolejne wezwania powtarzane w tym miejscu przekształciły się zaś w ciągu wieków w Litanię zwaną przez nas Loretańską. 

    (fragmenty tekstów autorstwa Szymona Hiżyckiego OSB oraz Anny Druś) Stacja7.pl

    ______________________________________________________________________________________________________________

    siostra Wanda Putyra:

    W młodości litania loretańska mnie nudziła. Dziś odkrywam ją na nowo!

    O nabożeństwach majowych pachnących bzem, znaczeniu i sensie modlitwy słowami Litanii Loretańskiej i budowaniu więzi z Maryją, rozmawiamy z s. Wandą Putyrą, nauczycielką muzyki, dyrygentką chóru i scholi gregoriańskiej w szkołach sióstr prezentek w Krakowie.

    Zofia Świerczyńska: Z czym kojarzy się siostrze maj?

    s. Wanda Putyra: Kiedy sięgam pamięcią do swojego dzieciństwa, maj kojarzy mi się z kościołem, zapachem kadzidła, z organami i… Litanią Loretańską. 

    Co wyjątkowego jest w tej modlitwie?

    To jest modlitwa, która nas uczy być jak Maryja, przez nią możemy wyprosić bardzo wiele. To jest najlepsza forma do przeżycia miesiąca poświęconego czci Maryi. To również okazja do zbudowania takiej serdecznej więzi z Matką Bożą. Wyjątkowość tej modlitwy stanowią słowa, którymi otaczamy Maryję jak wiankiem z najpiękniejszych kwiatów. To słowa miłości… Chyba każda mama lubi słyszeć od swojego dziecka tyle słów czułości, wdzięczności i podziwu. A my, jako dzieci uczymy się przez to bezinteresownej miłości. Pamiętam, kiedy byłam małą dziewczynką, zawsze chodziliśmy z mamą i moim rodzeństwem na nabożeństwa majowe. Moja mama uczyła mnie jak modlić się do Matki Bożej, pokazywała mi Maryję jako mądrą, dobrą i piękną kobietę. Pamiętam bzy, jaśminy, Litanię Loretańską i to piękno, którym jest otoczona Maryja. To dobre wspomnienia, do których często wracam z sentymentem.

    Nabożeństwa majowe wpisane są we wspomnienia z dzieciństwa wielu z nas. Co zrobić, by to nie było tylko wspomnienie, lecz nasza codzienność?

    Przyznam szczerze, że moja wiara w dzieciństwie to taka sielanka – majówki, litania… W czasie młodości strasznie mnie to nudziło. Nie mogłam przekonać się do tej modlitwy, bo wydawało mi się, że ciągle wołamy i wzywamy Maryję tymi samymi wezwaniami, na ciągle taką samą melodię… To było po prostu nudne! Pamiętam słowa śp. ks. Pawlukiewicza, które wtedy bardzo mnie poruszyły, i na nowo przekonały do tej modlitwy. Ksiądz Piotr powiedział, że litanie i koronki – modlitwy, które mają w sobie pewną powtarzalność słów i wyrażeń, wymyślili… mężczyźni i małe dzieci. Bo małe dzieci wołają “mamo kup, mamo kup” i mama w końcu się zlituje, a mężczyźni “pocałuj, pocałuj, pocałuj” i dziewczyna w końcu się zgodzi. Te słowa do mnie przemówiły (śmiech). I to żartobliwe porównanie pomogło mi na nowo odnaleźć sens i wrócić do tej modlitwy jaką jest Litania Loretańska.

    Które z określeń Matki Bożej najbardziej siostrę poruszają?

    Teraz, osiągnąwszy wiek troszkę większy niż naście lat (śmiech), przeżywam modlitwę litanią na nowo i odkrywam w niej Maryję jako piękną, dobrą, mądrą kobietę i wzór kobiecości dla siebie. Bardzo lubię te wezwania “Panno wierna”, “Panno łaskawa”, “Panno wsławiona”, “Panno można”. Odkrywam w nich wzór Matki duchowej, siostry która towarzyszy innym. Dla mnie cenne jest to wezwanie “Panno wierna”, bo chcę być wierna moim ślubom zakonnym, co wcale nie jest łatwe. To wezwanie i ukazanie Maryi jako kobiety wiernej, pomaga mi w codzienności.

    Kiedy ktoś kogoś kocha, to jest w stanie zrobić dużo, by tę osobę lepiej poznać.

    W litanii słyszymy też dużo wezwań, które brzmią archaicznie, niezrozumiale…

    Z jednej strony jest to piękne, ponieważ ten język jest sięgnięciem do skarbca Kościoła, do tradycji naszych przodków. Ja to odczytuję w ten sposób, że włączam się w coś, czym Kościół żyje już kilkaset lat, dlatego ten język – choć stary – jest taki piękny. Z drugiej strony, język oczywiście jest archaiczny, ale mamy teraz takie możliwości, że wystarczy gdzieś kliknąć w Internecie i jeżeli ktoś chce poznać lepiej swoją Mamę, wystarczy wpisać hasła w wyszukiwarkę i po prostu znaleźć znaczenie tych słów. Kiedy ktoś kogoś kocha, to jest w stanie zrobić dużo, by tę osobę lepiej poznać.

    Zgodziła się siostra wyśpiewać tą niezwykłą modlitwę. Dlaczego warto włączyć się w to wspólne “wołanie do Mamy”?

    Dla mnie to proste i oczywiste… Któż inny, jak Uzdrowienie chorych, Ucieczka grzesznych i Pocieszycielka strapionych zrozumie nas lepiej, wysłucha i pomoże przejść przez to, czym teraz żyjemy? 

    Stacja7.pl

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Obraz, przed którym po raz pierwszy na ziemiach polskich odprawiono nabożeństwo majowe

    MATKA BOŻA RÓŻAŃCOWA, TARNOPOLSKA

    Emerytowana nauczycielka Antonina Mrozówna wraz z siostrą z narażeniem życia przechowały ten wizerunek przez okres pierwszej okupacji radzieckiej. Domena publiczna

    ***

    Zwyczaj nabożeństw majowych, o czym przypomniał już jakiś czas temu, Dominik Dubiel SJ w tekście „Majowe w czasach popkultury. Nabożeństwo bez przyszłości?”, rozpropagowali w XIX w. jezuici. Oni też wprowadzili majówki w naszym kraju.

    Jednak obraz Matki Bożej, przed którym w 1838 r. odprawiono pierwszą majówkę na ziemiach polskich, znajduje się w kościele… dominikańskim. Jak to możliwe?

    Kasaty zakonów

    Przedstawienie Matki Bożej Różańcowej z Tarnopola zostało namalowane w połowie XVIII w. do właśnie budowanego tam kościoła dominikanów. Ukończono go w latach 70. tego stulecia. A Maryi oddano do dyspozycji jedną z bocznych kaplic, ponieważ głównym opiekunem duchowym miejsca został św. Wincenty Ferreriusz.

    Kaznodzieje jednak nie nacieszyli się długo swoją świątynią. Najpierw „dokwaterowano” im parafię. Wkrótce potem nadeszły zabory i cesarz austriacki skasował ten klasztor, odsyłając ojców do ich domu zakonnego w Żółkwi.

    Pozostawili po sobie jednak całkiem nowy i zdecydowanie ładny kompleks budynków. A że w Rosji właśnie skasowano dla odmiany jezuitów, ci przybyli do Tarnopola i „tymczasowo” osiedli w miejsce dominikanów. Miało to miejsce w 1820 r. i tymczasowy pobyt przedstawicieli Towarzystwa Jezusowego wydłużył się do 1901 r.

    To właśnie sprawiło, że kiedy w 1838 r. o. Franciszek Ksawery Asum SJ postanowił odprawić pierwszą majówkę na ziemiach dawnej Rzeczpospolitej, odbyła się ona przed obrazem de facto dominikańskim. Jezuici wprowadzili zresztą zwyczaj, że na maj przenosili go do ołtarza głównego, tak, aby więcej wiernych mogło wziąć udział w nabożeństwie, a przy okazji też podziwiać piękno tego przedstawienia.

    Powrót dominikanów i wyjazd obrazu

    Jezuici opuścili klasztor tarnopolski w 1901 r. (wreszcie zdołali zbudować własny), a dwa lata później wrócili do niego dominikanie, sarkając nieco na przemalowania i przebudowy dokonane przez poprzednich mieszkańców.

    Dramatycznym momentem w jego historii był wrzesień 1939 r., kiedy wtargnęli do niego sowieccy żołnierze, którzy go ograbili, a następnie podpalili. Na szczęście Matka Boża Różańcowa była już wtedy bezpieczna w rękach emerytowanej nauczycielki Antoniny Mrozówny i jej siostry, które z narażeniem życia przechowały wizerunek przez okres pierwszej okupacji radzieckiej (1939-1941).

    Kiedy w 1945 r. bracia kaznodzieje znów zostali zmuszeni do opuszczenia Tarnopola, tym razem przez komunistyczne władze, zabrali ze sobą też cudowny obraz. Ten przez Lwów w 1946 r. trafił do Krakowa, gdzie w tamtym czasie miało miejsce coś w rodzaju zjazdu cudownych przedstawień Matki Bożej.

    Znalazły się tam wszystkie wizerunki z kresowych sanktuariów dominikańskich – Podkamienia, Czortkowa, Lwowa i właśnie Tarnopola. Ten ostatni trafił do Poznania, zapewne w tym samym roku. Przygotowywano się tam do budowy kościoła pod wezwaniem Matki Bożej Różańcowej, więc tarnopolski wizerunek idealnie wpisywał się w kontekst.

    Nowe sanktuarium

    Wbrew trudnościom z zaopatrzeniem i tym administracyjnym, piętrzonym przez komunistyczne władze, budynek powstał i w 1949 r. odbyło się wmurowanie kamienia węgielnego. Dzięki zapiskom na temat tej uroczystości wiemy, że 2 października tego roku Matka Boża Tarnopolska została umieszczona w nowym kościele w, najpierw prowizorycznym, ołtarzu głównym.

    Dziś każdy, kto chce pomodlić się przed Jej obrazem, odnajdzie go w kaplicy adoracji poznańskich dominikanów. Nie tylko jest piękny wizualnie, ale również jego historia to wspaniały przykład tego, że nie ma nic złego w konkurowaniu między sobą zakonów. Oczywiście pod warunkiem, że ścigają się w pobożności. Także maryjnej.

    Elżbieta Wiater/Aleteia.pl

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Matka Boża z Guadalupe i tajemnicze 23,5 stopnia nachylenia. Jej spojrzenie obejmuje całą ludzkość

    OUR LADY OF GUADALUPE

    Nachylenie osi obrotu Ziemi wobec płaszczyzny orbity ziemskiej wokół Słońca wynosi około 23,5 stopnia. Taki sam jest kąt nachylenia głowy Matki Bożej na wizerunku Matki Bożej z Guadalupe!

    ***

    Święto Matki Bożej z Guadalupe

    „Oczywiście. Pomodlę się za ciebie” – powiedziałem mojemu przyjacielowi, prawnikowi, który późno poczuł powołanie i został klerykiem, a następnego dnia czekał go egzamin. Miał problemy z metafizyką i ucząc się do egzaminu z tego przedmiotu, był kłębkiem nerwów.

    Następnego dnia było święto Matki Bożej z Guadalupe. Jadąc do pracy tego ranka, rutynowo robiłem w myślach mój plan dnia. Wtedy przypomniałem sobie, że obiecałem pomodlić się za mojego przyjaciela.

    Mógłbym zmówić krótką modlitwę właśnie tu, w samochodzie, pomyślałem, albo mógłbym pojechać w specjalne miejsce…

    Sanktuarium Matki Bożej z Guadalupe w Des Plaines, w stanie Illinois, znajduje się tylko sześć mil od mojego biura, ale nigdy dotąd tam nie byłem. Postanowiłem więc pojechać tam podczas przerwy obiadowej i ofiarować Matce Najświętszej mojego przyjaciela kleryka.

    Sanktuarium Matki Bożej z Guadalupe

    Okazało się, że tego przedpołudnia w pracy miałem więcej do zrobienia niż się spodziewałem. Moja praca obejmuje różne obowiązki związane z programami nauczania dla szkół w Park Ridge w stanie Illinois.

    Jednym z nich jest zarządzanie programem nauczania przedmiotów ścisłych. Są wśród nich zajęcia z podstaw astronomii. Wspominam o tym tylko po to, żeby wyjaśnić to, co miało nastąpić w trakcie mojej wizyty w sanktuarium.

    Gdy tam dojechałem, było już za piętnaście pierwsza. Był lekki mróz, a niebo było jasne i intensywnie błękitne. Poprosiłem przechodnia, żeby wskazał mi drogę do sanktuarium. Wkrótce znalazłem się wśród kilku tysięcy pielgrzymów, którzy przybyli tam na obchody święta.

    Skąpane w słońcu sanktuarium pławiło się w świetle, a powietrze nagle zrobiło się ciepłe. Pielgrzymi przekazywali kolorowe bukiety pracownikom, którzy układali kwiaty wokół kapliczki z repliką tilmy.

    Modlitwa przed Maryją

    Miejsce wypełniała cisza i absolutny spokój. I nagle przypomniałem sobie, dlaczego się tam znalazłem. Spojrzałem w górę, na tilmę i złapałem się na tym, że otwieram swoje serce przed Maryją.

    Jak dziecko opowiedziałem jej o moim przyjacielu kleryku i jego niepokoju związanym z egzaminami. Potem mówiłem o innych sprawach, osobno wspominając moich bliskich.

    Kiedy skończyłem, rozejrzałem się. Tysiące pielgrzymów robiło to samo: otwierało swe serca przed jedną i tą samą Matką. Wszyscy byliśmy jej dziećmi i wszyscy przyszliśmy, by być tam z nią.

    Nachylenie głowy Matki Bożej

    Spojrzałem jeszcze raz na pelerynę. W szybie kapliczki, dokładnie tam gdzie zobaczyłbym głowę Maryi, odbijała się tarcza słońca. Zamiast jej lekko przechylonej na bok twarzy, widziałem tylko odbicie blasku słońca.

    Zauważyłem, że rozbłysk światła promieniującego ze szczytu odbitej tarczy słonecznej miał takie samo nachylenie jak głowa na tilmie. Zrobiłem zdjęcie tego, co widziałem, przypominając sobie podstawowy fakt astrofizyki. Nachylenie osi obrotu Ziemi wobec płaszczyzny orbity ziemskiej wokół Słońca wynosi około 23,5 stopnia.

    Wracając na parking, spojrzałem w stronę Słońca. Zobaczyłem ten sam pionowy blask nachylony w kierunku Ziemi. Zrobiłem kolejne zdjęcie. O ile stopni przechyla głowę Matka Boża na tilmie? –  zastanawiałem się.

    Zaproszenie dla wszystkich

    Następnego dnia postanowiłem przyjrzeć się temu bliżej. Używając cyfrowej wersji obrazu Matki Bożej, jaki widać na oryginalnej tilmie, narysowałem jedną prostą, pionową linię, zaczynając od czubka Jej głowy.

    Potem pociągnąłem drugą linię, która szła pod kątem, pod którym pochylona jest głowa. Umieściłem kątomierz w punkcie, gdzie przecięły się te dwie linie. 23,5 stopnia!

    Mój rysunek był prosty, a moja znajomość astronomii zaledwie podstawowa. Nie wiedziałem wtedy, że ktoś inny, dr Juan Hernández Illescas, już dokonał tego odkrycia w 1981 roku. Ale z dziecięcą fascynacją zastanawiałem się, co to odkrycie może oznaczać.

    Wcześniej słyszałem spekulacje rozmaitych komentatorów, że pochylenie głowy Maryi oznacza jej pokorę. To bardzo możliwe. Ale teraz mam nowe spojrzenie na tę kwestię. Ze swojego miejsca w niebie, odziana w słońce, Matka Boża z Guadalupe kieruje swój wzrok pod kątem 23,5 stopnia, by objąć spojrzeniem całą ludzkość. Ludzkość, która odsunęła się od Boga.

    Widząc teraz wyraźnie wszystkie swoje dzieci, woła do każdego z nich: chrześcijanina i muzułmanina, protestanta i katolika, ateisty i deisty, wyznawcy New Age, hindusa, buddysty i żyda. Ona zaprasza nas wszystkich, byśmy otworzyli przed Nią nasze serca.

    Przesłanie Najświętszej Maryi Panny z Guadalupe

    Jeśli Najświętsza Maria Panna z Guadalupe ma dla nas jakieś zasadnicze przesłanie, to jest nim wieść, że cały świat ma matkę. A jeśli to prawda, to Dziecko, które Ona ma urodzić – jak to przedstawiono na tilmie – przychodzi do nas w tym czasie jako Zbawiciel całego świata. Wcielenie. Bóg staje się człowiekiem. Czy może być myśl bardziej pocieszająca?

    Jeśli o mnie chodzi, od tej pory będę zawsze pamiętać święto Matki Bożej z Guadalupe jako moje 23,5 stopnia pocieszenia.

    A.J. Clishem/Aleteia.pl

    ______________________________________________________________________________________________________________

    PONIEDZIAŁEK 13 MAJA

    WSPOMNIENIE MATKI BOŻEJ FATIMSKIEJ

    XXXXIII ROCZNICA CUDOWNEGO OCALENIA ŚW. JANA PAWŁA II NA PLACU ŚW. PIOTRA

    ***

    This image has an empty alt attribute; its file name is image-2-e1673870873179-1024x683.png

    KAPLICA IZBA JEZUSA MIŁOSIERNEGO – 4 PARK GROVE TERRACE, GLASGOW G3 7SD

    ______________________________________________

    O GODZ. 19.00 – MSZA ŚW.

    ***

    MODLITWA ANIOŁA Z FATIMY

    “O mój Boże, wierzę w Ciebie, wielbię Cię, ufam Tobie i kocham Cię!
    Błagam Cię o przebaczenie dla tych, którzy w Ciebie nie wierzą,
    nie wielbią Cię, nie ufają Tobie i Ciebie nie kochają!”
    “Trójco Przenajświętsza, Ojcze, Synu i Duchu Święty,
    uwielbiam Cię w najgłębszej pokorze, ofiarując najdroższe Ciało i Krew,
    Duszę i Bóstwo Pana naszego Jezusa Chrystusa,
    obecne na wszystkich ołtarzach świata jako wynagrodzenie za zniewagi,
    świętokradztwa i obojętność jakimi jest On obrażany.
    I przez nieskończone zasługi Jego Najświętszego Serca i Niepokalanego Serca Maryi,
    proszę Ciebie o łaskę nawrócenia biednych grzeszników”. Amen.

    ***************

    OBJAWIENIA ANIOŁA PORTUGALII

    Rok przed objawieniami Najświętszej Maryi Panny trójka pastuszków: Łucja, Franciszek i Hiacynta – Łucja de Jesus dos Santos i jej kuzyni Franciszek i Hiacynta Marto – mieszkająca w wiosce Aljustrel, należącej do parafii fatimskiej – miała trzy objawienia Anioła Portugalii, zwanego też Aniołem Pokoju.
     

    Pierwsze zjawienie się Anioła

    Pierwsze objawienie Anioła miało miejsce wiosną lub latem 1916 roku, przed grotą przy wzgórzu Cabeço, w pobliżu Aljustrel, i miało, zgodnie z opowiadaniem siostry Łucji, następujący przebieg:

    Bawiliśmy się przez pewien czas, gdy nagle silny wiatr zatrząsł drzewami, co skłoniło nas do popatrzenia, co się dzieje, ponieważ dzień był pogodny. Wtedy ujrzeliśmy w oddali, nad drzewami rozciągającymi się ku wschodowi, światło bielsze od śniegu, w kształcie przezroczystego młodego mężczyzny, jaśniejszego niż kryształ w promieniach słońca.

    W miarę jak się przybliżał, mogliśmy rozpoznać jego postać: młodzieniec w wieku około 14–15 lat, wielkiej urody. Byliśmy zaskoczeni i przejęci. Nie mogliśmy wypowiedzieć ani słowa.
    Gdy tylko zbliżył się do nas, powiedział:
    – Nie bójcie się. Jestem Aniołem Pokoju. Módlcie się ze mną.
    I klęcząc nachylił się, aż dotknął czołem ziemi. Pobudzeni nadprzyrodzonym natchnieniem, naśladując Anioła, zaczęliśmy powtarzać jego słowa:
    – O Mój Boże, wierzę w Ciebie, wielbię Cię, ufam Tobie i kocham Cię. Błagam Cię o przebaczenie dla tych, którzy nie wierzą w Ciebie, nie wielbią Cię, nie ufają Tobie i nie kochają Cię.
    Po trzykrotnym powtórzeniu tych słów podniósł się i powiedział:
    – Módlcie się tak. Serca Jezusa i Maryi uważnie słuchają waszych próśb.

    I zniknął. Atmosfera nadprzyrodzoności, jaka nas ogarnęła, była tak silna, że przez dłuższy czas prawie nie zdawaliśmy sobie sprawy z naszego własnego istnienia, pozostając w tej samej pozycji, w której nas Anioł zostawił, i powtarzając ciągle tę samą modlitwę. Obecność Boga była tak silna i tak dogłębna, że nie ośmieliliśmy się nawet odezwać do siebie. Następnego dnia jeszcze czuliśmy się ogarnięci tą atmosferą, która znikała bardzo powoli.

    Żadne z nas nie zamierzało mówić o tym zjawieniu, ale zachować je w tajemnicy. Taka postawa sama się narzucała. Było to tak dogłębne, że nie było łatwo powiedzieć o tym choćby słowa. Zjawienie to zrobiło na nas większe wrażenie, chyba dlatego, że było pierwsze. 

    Drugie zjawienie się Anioła 

    Po raz drugi Anioł pojawił się latem 1916 roku, przy studni domu Łucji, blisko której bawiły się dzieci. Oto jak siostra Łucja opowiada to, co Anioł powiedział jej samej i jej kuzynom:
    – Co robicie? Módlcie się! Módlcie się dużo! Przenajświętsze Serca Jezusa i Maryi chcą okazać przez was miłosierdzie. Ofiarowujcie nieustannie modlitwy i umartwienia Najwyższemu.
    – Jak mamy się umartwiać? – zapytałam.
    – Z wszystkiego, co możecie, zróbcie ofiarę Bogu jako akt zadośćuczynienia za grzechy, którymi jest obrażany, i jako uproszenie nawrócenia grzeszników. W ten sposób sprowadźcie pokój na waszą Ojczyznę. Jestem Aniołem Stróżem Portugalii. Przede wszystkim przyjmijcie i znoście 
    z pokorą i poddaniem cierpienia, które Bóg wam ześle.
    I zniknął. Te słowa Anioła wyryły się w naszych umysłach jak światło, które pozwoliło nam zrozumieć, kim jest Bóg, jak nas kocha, jak chciałby być kochany. Pozwoliły nam również pojąć wartość umartwienia, jak ono Bogu jest miłe i jak dzięki niemu nawracają się grzesznicy.

    Trzecie zjawienie się Anioła

    Trzecie objawienie miało miejsce końcem lata i początkiem jesieni 1916 roku. Także i tym razem w grocie Cabeço. Potoczyło się ono, zgodnie z opisem siostry Łucji, w następujący sposób: 

    Gdy tylko tam przyszliśmy, padliśmy na kolana i dotknąwszy czołami ziemi, poczęliśmy powtarzać słowa modlitwy Anioła: „O Mój Boże wierzę w Ciebie, wielbię Cię, ufam Tobie i kocham Cię etc.!”
    Nie pamiętam, ile razy powtórzyliśmy tę modlitwę, kiedy ujrzeliśmy błyszczące nad nami nieznane światło. Powstaliśmy, aby zobaczyć, co się dzieje, i ujrzeliśmy Anioła trzymającego kielich w lewej ręce, nad którym unosiła się hostia, z której spływały krople krwi do kielicha. Zostawiwszy kielich i hostię zawieszone w powietrzu, Anioł uklęknął z nami i trzykrotnie powtórzyliśmy z nim modlitwę:
    – Przenajświętsza Trójco, Ojcze, Synu, Duchu Święty, wielbię Cię z najgłębszą czcią i ofiaruję Ci najdroższe Ciało, Krew, Duszę i Bóstwo Jezusa Chrystusa, obecnego we wszystkich tabernakulach świata, jako przebłaganie za zniewagi, świętokradztwa i zaniedbania, którymi jest On obrażany! Przez nieskończone zasługi Jego Najświętszego Serca i Niepokalanego Serca Maryi błagam Cię o nawrócenie biednych grzeszników.
    Następnie powstając, wziął znowu w rękę kielich i hostię.
    Hostię podał mnie, a zawartość kielicha dał do wypicia Hiacyncie i Franciszkowi, jednocześnie mówiąc:
    – Przyjmijcie Ciało i pijcie Krew Jezusa Chrystusa straszliwie znieważanego przez niewdzięcznych ludzi. Wynagradzajcie zbrodnie ludzi i pocieszajcie waszego Boga.
    Potem znowu schylił się aż do ziemi, powtórzył wspólnie z nami trzy razy tę samą modlitwę: „Przenajświętsza Trójco… etc.” i zniknął.

    Natchnieni nadprzyrodzoną siłą, która nas ogarniała, naśladowaliśmy Anioła we wszystkim, to znaczy uklękliśmy czołobitnie jak on i powtarzaliśmy modlitwy, które on odmawiał. Siła obecności Boga była tak intensywna, że niemal zupełnie nas pochłaniała i unicestwiała. Wydawała się pozbawiać nas używania cielesnych zmysłów przez długi czas. W ciągu tych dni wykonywaliśmy nasze zewnętrzne czynności, jakbyśmy byli niesieni przez tę samą nadprzyrodzoną istotę, która nas do tego skłaniała.
    Spokój i szczęście, które odczuwaliśmy, były bardzo wielkie, ale tylko wewnętrzne, całkowicie skupiające duszę w Bogu. A również osłabienie fizyczne, które nas ogarnęło, było wielkie.

    Nie wiem, dlaczego objawienia Matki Bożej wywołały w nas zupełnie inne skutki. Ta sama wewnętrzna radość, ten sam spokój i to samo poczucie szczęścia, ale zamiast tego fizycznego osłabienia, pewna wzmożona ruchliwość. Zamiast tego unicestwienia w Bożej obecności, wielka radość. Zamiast trudności w mówieniu, pewien udzielający się entuzjazm. Lecz pomimo tych uczuć odczuwałam natchnienie, aby milczeć, zwłaszcza o niektórych rzeczach. Podczas przesłuchań czułam wewnętrzne natchnienie, które mi wskazywało odpowiedzi, aby nie odbiegając od prawdy, nie ujawniać tego, co wtenczas powinnam była ukryć.

    Objawienia Anioła w roku 1916 poprzedzone były trzema innymi wizjami. W okresie między kwietniem a październikiem 1915 roku, Łucja wraz z trzema innymi dziewczynkami, Marią Rosą Matias, Teresą Matias i Marią Justiną, ujrzały, z tego samego wzgórza Cabeço, ponad lasem znajdującym się w dolinie, zawieszony w powietrzu jakiś obłok bielszy od śniegu, przezroczysty, 
    w kształcie ludzkiej postaci. Była to postać, jakby ze śniegu, którą promienie słoneczne czyniły nieco przezroczystą. Jest to opis samej siostry Łucji.

    z książki: “Fatima – orędzie tragedii czy nadziei?” autorstwa A. Borellego

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Bóg lubi takie miejsca

    Bóg lubi takie miejsca

    “Chcę was prosić, abyście tu przychodziły co miesiąc o tej samej porze. W październiku powiem wam, kim jestem i czego od was pragnę. Odmawiajcie codziennie Różaniec, aby wyprosić pokój dla świata.”

    Przybywający do Fatimy podkreślają wyjątkowy klimat tego miejsca, inny od tego, który panuje na przykład w Lourdes. Mimo sporej ilości pielgrzymów i typowego odpustowego kramu, jest tam jakoś ciszej, spokojniej, jakby skromniej. Wciąż można tam spotkać zwykłych, pobożnych Portugalczyków, przypominających trójkę dzieci, którym ukazała się Maryja. „Daleko tu od wszystkiego, co (rzekomo) ważne: od centrów dowodzenia, znaczenia decydowania, gromadzenia finansów. Nieskończenie daleko od Londynu, Paryża, Berlina i Wall Street” – notuje jeden z pielgrzymów. Jest ubogo i prowincjonalnie. Bóg lubi takie miejsca. Cenili je także papieże: Pius XII, Paweł VI, który był tam jako pielgrzym; Jan Paweł II odwiedził to miejsce dwukrotnie. Benedykt XVI właśnie dopisuje się do tej listy.

    W 1916 r. w Fatimie trójce dzieci: Hiacyncie (6 lat), jej bratu Franciszkowi (8 lat) oraz kuzynce Łucji (9 lat) ukazał się anioł, który zapowiedział zjawienie się Maryi. Pierwsze objawienie Matki Najświętszej miało miejsce 13 maja 1917 r. Cudowna Pani powiedziała dzieciom: „Nie bójcie się, nic złego wam nie zrobię. Jestem z nieba. Chcę was prosić, abyście tu przychodziły co miesiąc o tej samej porze. W październiku powiem wam, kim jestem i czego od was pragnę. Odmawiajcie codziennie Różaniec, aby wyprosić pokój dla świata”. Ostatnie, szóste objawienie, było 13 października. W dolinie zgromadziło się kilkadziesiąt tysięcy ludzi, którzy byli świadkami niezwykłego zjawiska. Słońce jakby obracało się wokół swej osi i szybko zniżało ku ziemi. Przesłanie Maryi: „Przyszłam upomnieć ludzkość, aby zmieniała życie i nie zasmucała Boga ciężkimi grzechami. Niech ludzie codziennie odmawiają Różaniec i pokutują za grzechy”.

    Kościół uznał objawienia w roku 1930. Rok później, 13 maja, do sanktuarium fatimskiego przybyło ponad milion pątników. Jan Paweł II podkreślał, że opiece Matki Bożej z Fatimy zawdzięcza uratowanie podczas zamachu z 13 maja 1981 r. w Rzymie. Kula, która go zraniła, jest dziś najcenniejszym fatimskim wotum. Po prawie 100 latach przesłanie płynące z Fatimy nie straciło nic na aktualności: modlitwa różańcowa, pokuta, wezwanie do nawrócenia. Czy nie jest to ratunek dla naszego zakręconego świata? Ale aby w to uwierzyć, trzeba mieć w sobie coś z prostoty portugalskich dzieci. Z tym bywa trudno…

    ks. Tomasz Jaklewicz/Gość Niedzielny

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Podmieniona Łucja i inne absurdy.

    Przekłamania związane z objawieniami w Fatimie.

    Lúcia dos Santos oraz Francisco i Jacinta Martó. Tym dzieciom w Fatimie objawiła się Matka Boża.

    Lúcia dos Santos oraz Francisco i Jacinta Martó. Tym dzieciom w Fatimie objawiła się Matka Boża.
    WIKIPEDIA

    ***

    Sporo dziwacznych teorii narosło przez lata wokół objawień fatimskich. Zaczęło się od twierdzeń, że 70 tys. świadków cudu słońca uległo zbiorowej sugestii. Później powstawały książki przekonujące, że Maryja i anioł to ufoludki, a tańczące słońce to ich statek kosmiczny. Teraz internet jest zalany przez wypowiedzi, że złowrogi Kościół podmienił siostrę Łucję na odgrywającą jej rolę aktorkę.

    Choć to zadziwiające, każda z tych teorii – i parę innych, które pojawiły się po drodze – zdobyła grono zaciekłych wyznawców. Tak samo jest z najnowszą narracją o siostrze Łucji dos Santos, którą Kościół rzekomo podmienił na podobną do niej aktorkę. Oszustka – według tej narracji – miała odgrywać rolę wizjonerki z Fatimy aż przez 40 lat ostatnich lat życia!

    Święcie wierzy w to wiele osób związanych ze środowiskiem sedewakantystów. To osoby nieuznające Soboru Watykańskiego II ani wybieranych od tego czasu papieży.

    Na temat fałszywej Łucji powstają dzisiaj książki. „Dowody” wyliczają liczni twórcy kanałów na YouTube, w tym kobiety przedstawiające się jako pustelnice, ubrane w habity przypominające te sprzed soboru.

    Łucja podmieniona?

    Niektóre z ich argumentów w pierwszej chwili robią wrażenie, zwłaszcza gdy są przekazywane w masie, wszystkie razem. Twórcy jednej ze stron internetowych powołują się na ekspertyzy specjalistów. Człowiek przedstawiany jako grafolog twierdzi, że odręczne pismo młodej siostry Łucji, mimo pewnych podobieństw, istotnie różni się od jej pisma w starszym wieku. Jego zdaniem późniejsze teksty napisał ktoś inny. Zestawiane są obok siebie zdjęcia, na których młoda Łucja wygląda inaczej niż starsza. Podobno program do rozpoznawania twarzy zakwalifikował je jako dwie różne osoby. Przekonanie, że to ktoś inny, wyrażają też chirurg plastyczny czy chirurg jamy ustnej z USA. Trwa drobiazgowa analiza długości rynienki podnosowej, wystającego podbródka oraz wyglądu górnej powieki i jej odległości od brwi u „Łucji A” i „Łucji B”.

    Pokazywane obok siebie specjalnie dobrane zdjęcia rzeczywiście mogą u niejednego zasiać ziarno wątpliwości, zwłaszcza że młoda Łucja ma przednie zęby okazałe, a starsza – uzębienie drobne i równe. Zwolennicy tezy o wielkim oszustwie na szczęście czasami przyznają, że starsza Łucja nosiła protezę zębową. Naturalne zęby siostry z powodu zapalenia zostały usunięte przez dentystę jeszcze w końcu lat 40. XX wieku. Mogło to mieć wpływ – wraz z naturalnymi procesami starzenia – także na wygląd jej ust. Zdaniem tej grupy ludzi to nie tłumaczy jednak wszystkiego.

    Zwolennicy tej tezy podają zresztą różne jej wersje – na przykład, że prawdziwa Łucja zmarła w 1949 roku albo że zniknęła pomiędzy 1957 a 1967 rokiem. Na rozkaz z samego Watykanu miała ją zastąpić aktorka. Jedna z polskich youtuberek z wielką pewnością siebie oświadcza, że prawdziwa Łucja była przez kilkadziesiąt lat trzymana pod kluczem. Papież Paweł VI z siostrą Łucją w Fatimie.

    Papież Paweł VI  z siostrą Łucją w Fatimie.

    Papież Paweł VI z siostrą Łucją w Fatimie./WIKIPEDIA

    ***

    Złowrogie siostry

    Ksiądz Krzysztof Czapla, pallotyn, dyrektor Sekretariatu Fatimskiego na Krzeptówkach w Zakopanem, jest zaskoczony poziomem absurdu zawartym w tych rewelacjach. – Osoby, które znały siostrę Łucję, miałyby nie zauważyć przez całe lata, że to jest jakaś zupełnie inna osoba? Przecież żyje jej najbliższa rodzina! Nawet jej rodzone siostry miałyby się nie zorientować? Nagle po jej śmierci okazuje się, że interpretacja jakiegoś biegłego sądowego, wydana na podstawie niedoskonałych, czarno-białych zdjęć, jest słuszniejsza niż osób, które przez prawie sto lat spotykały się z siostrą Łucją? – dziwi się.

    Druga możliwość jest równie absurdalna: rozmodlone karmelitanki z Coimbry, współsiostry Łucji, musiałyby uczestniczyć w tym watykańskim spisku. Oznaczałoby to, że zarówno te mniszki, jak i członkowie rodziny wizjonerki z Fatimy, wielu innych świadków, portugalscy biskupi i oczywiście kolejni papieże – to osoby do cna zdeprawowane. Zdolne do uczestnictwa w ogromnym oszustwie – a może nawet w morderstwie i w ukryciu ciała. Trzeba by też założyć, że złowrogie zakonnice i inne osoby znające Łucję musiałyby się posługiwać oszustwem solidarnie i w sposób niezwykle szczelny. Nie mogłyby mieć nawet poważnych wyrzutów sumienia, skoro utrzymały spisek w tajemnicy i przez ponad pół wieku żadna się nie wygadała.

    Badają to w procesie

    W lutym 2024 r. ks. Czapla rozmawiał o tych spiskowych teoriach z księdzem rektorem sanktuarium fatimskiego. – Zapytałem, czy jest w ogóle świadomy tego, co dzieje się w przestrzeni medialnej, a jeśli tak, to jak do tego podchodzi. Odpowiedział, że trudno komentować absurdy, które przekraczają wszelkie granice. W internecie można napisać wszystko i powoływać się na dowolnych ekspertów. Problem w tym, że to jest bardzo trudne do zweryfikowania, tym bardziej iż często bezkrytycznie sięgamy do takich tekstów. – Kiedyś w dyskusji ze mną ktoś powołał się na jakąś wypowiedź postulatora procesu beatyfikacyjnego dzieci fatimskich. Podał jego imię i nazwisko. Poprosiłem: „Proszę, sprawdź, kto był postulatorem, i zobacz, czy to nazwisko się zgadza”. Okazało się, że nie. Co więcej, to nazwisko w tym procesie beatyfikacyjnym w ogóle nie występuje! – relacjonuje.

    Hiacynta i Franciszek zostali ogłoszeni świętymi w 2017 roku. Teraz trwa proces beatyfikacyjny ich kuzynki – siostry Łucji. Ksiądz Krzysztof Czapla usłyszał od księdza rektora z Fatimy, że wątek rzekomej podmiany wizjonerki nie mógł w nim zostać zbagatelizowany. – Aby w procesie beatyfikacyjnym dojść do konkluzji, musimy mieć pewność, że wszystkie sprawy dotyczące tożsamości ciała złożonego w grobie są jednoznacznie potwierdzone. W dzisiejszych czasach dzięki badaniom DNA zweryfikowanie tego jest czymś niezmiernie prostym. Zwłaszcza że żyją bardzo bliscy krewni siostry Łucji. Teza, że mamy do czynienia z jej podmianą, musiała już zostać zweryfikowana na etapie diecezjalnym procesu beatyfikacyjnego; aktualnie proces jest już na etapie rzymskim. Zostało już zatwierdzone tzw. positio i siostrze Łucji przysługuje tytuł czcigodnej sługi Bożej. W przeciwnym razie taki zarzut mógłby stanowić przyczynę do podważenia całej beatyfikacji – wskazuje.

    Sami piszą tajemnicę

    Dlaczego jednak – według zwolenników tej teorii spiskowej – Kościół miałby zastąpić Łucję oszustką? Otóż twierdzą oni, że dla ukrycia treści trzeciej tajemnicy fatimskiej. Ich zdaniem wizja, którą w 2000 r. ujawnił Jan Paweł II, to zaledwie część tej tajemnicy.

    Przypomnijmy, że w trzeciej tajemnicy dzieci zobaczyły biskupa odzianego w biel, który modląc się, szedł przez wielkie, w połowie zrujnowane miasto pełne trupów. Gdy na szczycie góry uklęknął u stóp wielkiego krzyża, został zabity – wraz ze swoimi wierzącymi towarzyszami – przez żołnierzy, strzelających z broni palnej i z łuków.

    Ponieważ jest to wizja symboliczna, nie wydaje się bardzo szokująca. „Po co było ukrywać przez 40 lat coś, co absolutnie nie wywołuje żadnej sensacji i żadnych emocji?” – komentują na YouTube ludzie wierzący w podmienienie Łucji. Twierdzą oni, że skoro przy pierwszych dwóch tajemnicach Matka Boża dodawała swoje tłumaczenie wizji, to przy trzeciej na pewno też tak było, tylko Watykan to ukrył.

    Wyznawcy teorii spiskowej znaleźli jednak na to radę: sami sobie napisali trzecią tajemnicę fatimską i nazwali ten tekst jej rekonstrukcją. Zawarli w niej swoje fobie. Ich zdaniem Matka Boża ostrzega w tej tajemnicy przed „okropną herezją”, czyli soborem, oraz zapowiada, że papież popchnie Kościół w kierunku zniszczenia.

    Zdaniem zwolenników teorii spiskowej kolejni papieże ukrywają prawdę o trzeciej tajemnicy fatimskiej. Watykan miał pozbyć się prawdziwej Łucji, żeby tego nie ujawniła. Z kolei zadaniem fałszywej Łucji miało być uwiarygodnienie tej – rzekomo okrojonej – wersji trzeciej tajemnicy.

    – Te osoby twierdzą, że Kościół coś ukrył, ponieważ w trzeciej tajemnicy fatimskiej nie znajdują tego, co by chcieli. Czy nie pobrzmiewa tu życzeniowość, chęć sensacji i odsunięcia w tych objawieniach tego, co jest istotne? – pyta ks. Krzysztof Czapla. – Proszę też zwrócić uwagę na to, że przed rokiem 2000, kiedy Jan Paweł II ujawnił trzecią tajemnicę, było w mediach mnóstwo domniemanych wizjonerów, którzy „ujawniali”, co w niej się znajduje. Niektórzy z tych ludzi mieli nawet stygmaty… Okazało się, że żadna z ich przepowiedni, a właściwie z ich domysłów, nawet jednym zdaniem nie otarła się o treść tajemnicy fatimskiej, którą upublicznił Kościół – dodaje.

    To statek UFO

    Dyrektor Sekretariatu Fatimskiego uważa, że pojawiające się kolejno dziwaczne teorie, które wprowadzają zamieszanie i odsuwają ludzką uwagę od istoty objawień, wbrew pozorom pokazują, jak wielkie znaczenie ma Fatima. – Zwróćmy uwagę, że takie zarzuty miały miejsce od początku. Niespełna dwa lata po objawieniach umiera Franciszek, a w 1920 r. – Hiacynta. Od razu pojawiły się wtedy informacje: „Kościół zaciera ślady po swojej mistyfikacji, usuwając aktorów tego przedstawienia” – relacjonuje. – Była też teoria o zbiorowej sugestii, jakoby ludzie na miejscu objawień zobaczyli to, co chcieli zobaczyć. Skoro ktoś specjalnie przyjechał, a potem stał przez całą noc i do południa następnego dnia w deszczu i w błocie, to co, miał wrócić i powiedzieć „Nic tam nie było”? Ta teoria nie uwzględniała jednak faktu, że w tym tłumie byli zarówno ci, którzy wierzyli, że Matka Boża przychodzi, jak i zawzięci przeciwnicy tej tezy, a wszyscy zobaczyli to samo. Mało tego, cud słońca widzieli nie tylko ludzie zebrani w miejscu objawień, ale także osoby w miejscowościach wokół Fatimy, które z różnych względów tam nie pojechały, bo na przykład nie miały czasu, albo ich to nie interesowało. To nie mogła więc być zbiorowa sugestia – podkreśla.

    Wśród dziwnych fatimskich teorii była też taka, że objawienia były zbiorową obserwacją UFO. Pisał o tym m.in. Erich von Däniken. Tańczące słońce, które widział 70-tysięczny tłum, według tych autorów było statkiem kosmicznym. Obcy po prostu popisywali się akrobacjami, zmienianiem kolorów i wypuszczaniem kolorowych wiązek światła…

    – Tego typu interpretacje pojawiały się i pojawiają. A to wszystko pokazuje, jak Fatima jest ważna. Jak napisał św. Ludwik Grignion de Montfort: dobry fałszerz nie podrabia czegoś, co ma małą wartość. Podrabia najcenniejsze kruszce, srebro, a przede wszystkim złoto – uważa ks. Czapla. – Zło zawsze będzie próbowało podważyć to, co jest darem Boga dla nas, co ma wielkie znaczenie. A Fatima czymś takim jest, bo może zmienić dzieje świata – mówi.

    Jeśli – jeśli

    Dyrektor Sekretariatu zwraca przy tym uwagę, że w tajemnicach fatimskich Maryja nie prorokuje o tym, co ma się na świecie wydarzyć. Wizje otrzymane przez dzieci to nie jest film, ukazujący z wyprzedzeniem przyszłość, w której niczego już nie można zmienić. – W tajemnicy pierwszej Matka Boża przedstawia wizję piekła, pokazuje, gdzie jest źródło zła i grzechu. W drugiej tajemnicy daje lekarstwo na choroby świata, które, jak to widzimy w trzeciej tajemnicy, prowadzą do zniszczenia, do śmierci, a może nawet do zagłady. Do tego doprowadzi stan chorobowy, jeśli nie zaaplikuje się lekarstwa. Co ważne, właściwego lekarstwa – podkreśla.

    Ksiądz Czapla wskazuje, że tym lekarstwem jest odmawianie Różańca jako praktyki codziennej oraz nabożeństwo do Niepokalanego Serca Maryi. – Ma ono wymiar poświęcenia się Niepokalanemu Sercu oraz wynagrodzenia przez nabożeństwo pierwszych sobót miesiąca – wylicza. – Maryja mówi: „Jeśli ludzie me życzenia spełnią, Rosja się nawróci, zapanuje pokój na świecie i nadejdzie triumf Niepokalanego Serca Maryi”. Coś tak wielkiego, czego, jak mówi Łucja, nie jesteśmy sobie w stanie nawet wyobrazić: w znaku Maryi zwycięstwo nad wszelkim złem. Tu pobrzmiewa pierwsza księga Biblii – bo to potomstwo Niewiasty zmiażdży głowę węża, oraz ostatnia księga, Apokalipsa, gdzie jest mowa o Niewieście obleczonej w słońce i księżycu pod jej stopami – komentuje.

    Dyrektor Sekretariatu Fatimskiego zwraca uwagę, że jeśli życzeń Matki Bożej nie spełnimy, o czym sama Maryja mówiła 13 lipca 1917 r., Rosja rozszerzy swoje błędy po świecie, wywołując wojny i cierpienia sprawiedliwych. Papież będzie bardzo cierpiał i wiele narodów zostanie zniszczonych. – Mamy więc „jeśli – jeśli”. Jeśli uczynimy, mamy przepiękną wizję przyszłości. Jeśli nie uczynimy, będzie miało miejsce coś, co można nazwać kataklizmem, zagładą całych narodów. Widzimy dzisiaj, co się dzieje: jakby świat siedział na beczce prochu. W wizji z trzeciej tajemnicy fatimskiej papież idzie pośród zniszczonych miast i zabitych ludzi, a później pod krzyżem zostaje zabity. Widzimy, że taka przyszłość świata jest możliwa. To się stanie, jeśli nie zawrócimy z naszej drogi. Wszystko zależy jednak od tego, czy uczynimy to, o co prosi Maryja, i w taki sposób, jak o to prosi – podkreśla. – Siostra Łucja u kresu swego życia powiedziała: „Gdyby ludzie żyli tym, co najważniejsze, co już zostało powiedziane! Zajmuje ich tylko to, co jeszcze nie zostało wyjawione, zamiast wypełniać to, o co proszono: modlitwa i pokuta! Napawa strachem, gdy się patrzy na dzisiejszy świat, na którym panuje taki nieporządek i który z taką łatwością pogrąża się w niemoralności. Jako lekarstwo pozostaje wyłącznie jedno rozwiązanie: ludzie muszą żałować za grzechy, zmienić życie i pokutować”. A jak to uczynić, jednoznacznie wskazała nam Maryja w Fatimie, mówiąc o wynagrodzeniu w pierwsze soboty miesiąca – dodaje.

    Przemysław Kucharczak/Gość Niedzielny

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Najświętszej Maryi Panny Fatimskiej

    OUR LADY

    Lawrence OP CC

    ***

    Na obrzeżach miasteczka Fatima, w miejscu zwanym Cova da Iria, Matka Boża ukazywała się od 13 maja do 13 października trojgu wiejskim dzieciom nie umiejącym jeszcze czytać. Byli to Łucja dos Santos (10 lat), Hiacynta Marto (7 lat) i Franciszek Marto (9 lat). Łucja była cioteczną siostrą rodzeństwa Marto. Pochodzili z podfatimskiej wioski Aljustrel, której mieszkańcy trudnili się hodowlą owiec i uprawą winorośli.

    Wcześniej, zanim pastuszkom objawi się Matka Boża, przez ponad rok, od marca 1916 roku, przygotowuje ich na to Anioł. A wszystko zaczęło się w ten sposób. Na wzgórzu Loca do Cabeco, niczego nie spodziewające się dzieci odmawiały różaniec i właśnie zaczynały zabawę. Raptem, gdy słyszą silny podmuch wiatru widzą przed sobą młodzieńca. Przybysz mówi: “Nie bójcie się, jestem Aniołem Pokoju, módlcie się razem ze mną!” Następnie uczy ich jak mają się modlić, słowami: “O mój Boże, wierzę w Ciebie, uwielbiam Cię, ufam Tobie i kocham Cię. Proszę, byś przebaczył tym, którzy nie wierzą, Ciebie nie uwielbiają, nie ufają Tobie i nie kochają Ciebie”. Nakazuje im modlić się w ten sposób, zapewniając, że serca Jezusa i Maryi słuchają uważnie ich słów i próśb.

    Anioł w kolejnych miesiącach objawiał się im kilkakrotnie, zachęcając także do umartwień, które byłyby zadośćuczynieniem za grzechy ludzi. Wyjaśnia, że “w ten sposób ściągniecie pokój na waszą ojczyznę”. Wyjaśnia, że jest on Aniołem Stróżem Portugalii. Pewnego dnia udziela im Eucharystii, a dzieci, podczas ekstazy eucharystycznej – jak później wspomina s. Łucja – doświadczają realnej obecności Chrystusa pod postaciami chleba i wina.

    “Jasna Pani”

    Wreszcie, nadchodzi 13 maja 1917 r. dzień, który otwiera sześć spotkań dzieci z Maryją, zakończonych 13 października. Troje dzieci wypasając owce w Cova da Iria spotykają „Jasną Panią”. Otrzymują od Niej orędzie, którego w wielu fragmentach nie rozumieją, zachowując dla siebie. Siostra Łucja będzie je ujawniać stopniowo po latach, a o upublicznieniu najbardziej strzeżonej “Trzeciej tajemnicy fatimskiej” zadecyduje Jan Paweł II dopiero w 2000 roku.

    “Jasna Pani”, gdyż dopiero na koniec objawień wyjawia swe imię (jestem Matką Bożą Różańcową), przekazuje pastuszkom niezwykle bogate w treści przesłanie i liczne polecenia. Poczynając od 13 maja w kolejnych miesiącach prosi je, aby codziennie odmawiały różaniec w intencji pokoju, aby przyjmowały cierpienia jako zadośćuczynienie za grzechy i nawrócenie grzeszników, ukazuje im swoje Niepokalane Serce, mówi, że Pan Jezus pragnie, by kult Jej Serca się szerzył, zapowiada wielki cud na zakończenie objawień.

    Maryja przepowiada dzieciom, że będą musiały wiele wycierpieć lecz łaska Boża ich nie opuści. Z Matką Bożą rozmawia tylko najstarsza Łucja. Ona jedyna z trojga pastuszków widzi, słyszy i może mówić do Maryi. Hiacynta tylko widzi i słyszy, Franciszek zaś jedynie widzi. Podczas pierwszego z objawień 13 maja dzieci są same, w czerwcu towarzyszy im ok. 50 zaciekawionych wieśniaków, ich liczba stopniowo wrasta by w październiku osiągnąć nawet ok. 70 tys. przybyszów z całej Portugalii.

    Pierwsza tajemnica

    Objawiając się w lipcu Matka Boża zleciła dzieciom przekazanie ludzkości swego głębokiego zatroskania spowodowanego bezbożnością i demoralizacją ludzi, dodając, że jeśli się oni nie nawrócą – nastąpi straszliwa kara. Świat się bowiem pogubił odchodząc od Boga i zasad moralnych. W ten sposób prosiła ludzkość o nawrócenie i pokutę, pragnąc zapobiec karom, jakie Bóg przygotował dla grzesznego świata.

    Nie zawahała się przed pokazaniem piekła tym trojgu dzieciom, aby jeszcze dobitniej ostrzec ludzi przed jego realnym istnieniem. “Promień światła zdawał się jakby przenikać ziemię i zobaczyliśmy jakby może ognia – wspomina Łucja – a w tym ogniu zanurzeni byli diabli i dusze w ludzkich postaciach, podobne do przezroczystych, rozżarzonych węgli, które pływały w tym ogniu. Postacie te były wyrzucane z wielką siłą wysoko wewnątrz płomieni i spadały ze wszystkich stron jak iskry podczas wielkiego pożaru, lekkie jak puch, bez ciężaru, i równowagi, wśród przeraźliwych krzyków, wycia, i bólu rozpaczy wywołujących dreszcz zgrozy. Diabli odróżniali się od ludzi swą okropną i wstrętną postacią, podobną do wzbudzających strach nieznanych jakichś zwierząt, jednocześnie przezroczystych jak rozżarzone węgle”.

    Maryja mówi dzieciom, ze pokazała im piekło, ale dlatego żeby ratować dusze grzeszników. Wyjaśnia, że “Bóg chce rozpowszechnić na świecie nabożeństwo do mego Niepokalanego Serca, a jeśli to się zrobi, to wielu przed piekłem zostanie uratowanych i nastanie pokój na świecie”.

    Druga tajemnica

    Druga część orędzia przekazana w trakcie objawień w kolejnych miesiącach – wzmacnia dotychczasowe warunki postawione ludzkości przez Matkę Bożą. Stawia ona ludzkość wobec wielkiej alternatywy: jeśli ludzie “nie przestaną obrażać Boga”, to On “ukarze świat za jego zbrodnie, przez wojny, głód i prześladowania Kościoła oraz Ojca Świętego”. Wtedy za następnego pontyfikatu (papieża o imieniu Pius XI) rozpocznie się druga wojna światowa, jeszcze straszniejsza od obecnie toczonej. Ponadto zapowiada prześladowania Kościoła i Ojca Świętego.

    Matka Boża przekazała po raz kolejny dzieciom, że dla ratowania grzeszników przed piekłem należy wprowadzić nabożeństwo do Jej Niepokalanego Serca, a także ustanowić w Kościele nabożeństwo Pięciu kolejnych Pierwszych Sobót Miesiąca, wraz z Komunią św. wynagradzającą.

    Maryja zapowiada także, że przybędzie, aby poprosić o poświęcenie Rosji Jej Niepokalanemu sercu. Dodaje, że “jeśli te życzenia zostaną spełnione, Rosja nawróci się i zapanuje pokój, jeżeli nie, bezbożna propaganda rozszerzy swe błędne nauki po świcie, wywołując wojny i prześladowanie Kościoła, dobrzy będą męczeni, a Ojciec Święty będzie musiał wiele wycierpieć. Różne narody zginą. Na koniec jednak moje Niepokalane Serce zatryumfuje. Ojciec Święty poświęci mi Rosję, która się nawróci, i przez pewien czas zapanuje pokój na świecie”. Warto dodać, że w lipcu 1917 r. nikt nie słyszał jeszcze o Piusie XI ani o bezbożnej dyktaturze w Rosji.

    Trzecia tajemnica

    Dwie pierwsze tajemnice zostały ujawnione w niespełna ćwierć wieku później, trzecia zaś elektryzować będzie ludzkość przez ponad 80 lat. Wcześniej została ona przekazana przez s. Łucję w tajemnicy kolejnym papieżom. Jej treść – stanowiącą zapowiedź olbrzymich prześladowań Kościoła i samego Ojca Świętego, który pada pod krzyżem – zdecydował się odsłonić dopiero Jan Paweł II w okresie Wielkiego Jubileuszu Chrześcijaństwa w 2000 r.

    Objawienia fatimskie zakończyły się 13 października 1917 roku. Towarzyszył im do dziś nie wyjaśniony, “cud słońca” obserwowany przez 70-tysięczny tłum, który zebrał się aby towarzyszyć wizjonerom. O tym, że cud był realny, a nie wywołany zbiorową psychozą, świadczy fakt, że widzieli go wszyscy, ktokolwiek znajdował się w promieniu 40 km od Fatimy, nawet ludzie całkiem niewierzący.

    Dalsze objawienia s. Łucji – Maryja domaga się ofiarowania Rosji Jej Niepokalanemu Sercu.

    W 1929 r., papież Pius XI został poinformowany przez Jose da Silva, biskupa diecezji Leiria w której znajdowała się Fatima, o kolejnych objawieniach Matki Bożej, w którym s. Łucja (znajdująca się wówczas w zgromadzeniu sióstr doroteuszek) otrzymała od Maryi ponowną prośbę, by Ojciec Święty dokonał konsekracji Rosji w łączności ze wszystkimi biskupami.

    Te kolejne z prywatnych objawień s. Łucja doznawała poczynając od grudnia 1925 r., kiedy Maryja prosi ją by “przekazała wszystkim, że w godzinę śmierci obiecuję przyjść z pomocą z wszystkimi łaskami tym, którzy przez 5 miesięcy w pierwsze soboty odprawią spowiedź, przyjmą Komunię św., odmówią jeden różaniec i przez 15 minut rozmyślania nad 15 tajemnicami różańca towarzyszyć mi będą w intencji zadośćuczynienia”.

    W 1929 roku po raz kolejny objawia się Łucji Matka Boża mówiąc, że “przyszła chwila, w którym Bóg prosi Ojca Świętego, aby wspólnie ze wszystkimi biskupami świata poświęcił Rosję memu Niepokalanemu Sercu, obiecując ją w ten sposób ocalić”. Z orędzia wynika po raz kolejny, że „jeżeli Rosja nawróci się, to nastanie pokój. Jeżeli nie, rozpowszechni ona swe błędy po świecie, wywołując wojny i prześladowania Kościoła Świętego. Ojciec Święty będzie cierpiał, wiele narodów zostanie zniszczonych”.

    W 1930 roku w czasie objawień Matka Boża Mówi Łucji, że jeśli ludzie się nie nawrócą i nie będą żałować za grzechy, dojdzie do następnej wojny światowej, klęski głodu, wielu konfliktów zbrojnych i prześladowania chrześcijan, a ratunkiem jest zawierzenie się Niepokalanemu Sercu Maryi oraz praktykowanie nabożeństwa pierwszych sobót miesiąca.

    Mimo, że 13 października 1930 biskup Leirii Jose Coreira da Siva uznaje autentyczność objawień, to jednak Pius XI nie spełnia żądania poświęcenia Rosji.

    W kwietniu 1939 r. nowym papieżem został Pius XII. 2 grudnia 1940 r. s. Łucja napisała do niego list, upominając się o konieczność konsekracji Rosji. Prośbę tę papież spełnił, ale tylko częściowo w 1942 r., poświęcając narody świata Niepokalanemu Sercu Maryi. Określając wojnę toczoną między hitlerowskimi Niemcami i stalinowskim ZSRR jako “wojnę dwóch szatanów” nie odważył się jednak oddzielnie wspomnieć o Rosji, obawiając się, aby nie zostało to wykorzystane przez Niemców na rzecz ich propagandy.

    W roku 1944 Pius XII ustanowił święto Niepokalanego Serca Najświętszej Maryi Panny, a dwa lata później przez swojego legata koronował figurę Matki Bożej Fatimskiej na Królową Świata. W 1949 r. wydał zgodę na rozpoczęcie prac koniecznych do otwarcia procesu beatyfikacyjnego fatimskich dzieci, Franciszka i Hiacynty.

    Dziesięć lat po Poświęceniu Narodów Niepokalanemu Sercu Maryi, w roku 1952 Pius XII powtórzył akt, tym razem wymieniając „wszystkie narody w Rosji” — ale Łucja pozostała nieprzekonana co do wypełnienia w pełni woli Matki Bożej, bowiem nie dokonał tego w łączności ze wszystkimi biskupami Kościoła katolickiego.

    Jan Paweł II początkowo nie interesował się specjalnie Fatimą. Zaczęła ona nurtować go po zamachu z 13 maja 1981 r. Poprosił o tekst objawień. Po opuszczeniu Polikliniki Gemelli, Jan Paweł II oświadczył: „Zrozumiałem, że jedyną drogą uniknięcia wojny, uratowania świata przed ateizmem, jest nawrócenie Rosji zgodnie z fatimskim orędziem”. To jego przekonanie potwierdziła s. Łucja w liście adresowanym doń z 12 maja 1982 r. Pisze w nim, że trzecia część tajemnicy odnosi się do słów Matki Bożej: „Jeżeli przyjmą moje żądania, Rosja nawróci się i zaznają pokoju; jeżeli nie, rozszerzy swoje błędne nauki po świecie, itd.”

    W rok po zamachu Jan Paweł II odbył pielgrzymkę do Fatimy, traktując ją jako wotum wdzięczności Matce Bożej za ocalenie życia. W kazaniu wyjaśnił, czemu Kościół przyjął orędzie Matki Bożej Różańcowej – jest tak dlatego, że zawiera prawdę i wezwanie, które są w swej zasadniczej treści prawdą i wezwaniem samej Ewangelii. „Nawracajcie się i wierzcie w Ewangelię” – to przecież pierwsze słowa, jakie Mesjasz skierował do ludzkości” – mówił.

    Będąc w Fatimie zawierzył też świat i Rosję Niepokalanemu sercu Maryi. Siostra Łucja prosiła go jednak o ponowienie tego aktu, gdyż nie był on dokonany w łączności ze wszystkimi biskupami.

    25 marca 1984 r. Jan Paweł II w duchowej jedności ze wszystkimi biskupami świata (uprzednio do tego wezwanymi) w Bazylice św. Piotra zawierzył ponownie świat i Rosję Maryi. Siostra Łucja osobiście potwierdziła, że taki uroczysty i powszechny akt odpowiadał temu, czego żądała Matka Boża. Jednocześnie dodała, że być może akt ten ustrzegł świat od wojny atomowej.

    Treść trzeciej tajemnicy

    Trzecią, ukrywaną na życzenie samej Matki Bożej część tajemnicy, siostra Łucja spisała po latach, na żądanie swojego ordynariusza, biskupa Jose da Silva 3 stycznia 1944 r. Powiadomiła biskupa, że tekst został zredagowany i jest do jego dyspozycji w zalakowanej kopercie, z adnotacją, że może ona zostać otwarta dopiero w 1960 r. Od 1957 r. koperta znajdowała się w Tajnym Archiwum Świętego Oficjum.

    Otwarcia zalakowanej koperty dokonał Jan XXIII w sierpniu 1959 r., dziesięć miesięcy po wyborze na papieża. Otworzył ją w obecności kard. Alfredo Ottavianiego, prefekta Kongregacji Świętego Oficjum. Nie będąc pewny, czy obaj rozumieją dokładnie wszystkie niuanse portugalskiego tekstu, zażądał sporządzenia jego profesjonalnego tłumaczenia. Po zapoznaniu się z nim zadecydował, że treść tajemnicy nie powinna być jeszcze ujawniona. Jednak 13 grudnia 1962 r., ustanowił święto Fatimskiej Matki Bożej Różańcowej. O fatimskim orędziu wyrażał się, że jest ono „największą nadzieją świata na pokój”.

    W 1963 r. rozpoczął się pontyfikat Pawła VI, który – po przeczytaniu pełnej treści objawień fatimskich – postanowił ich nie ujawniać, ale udać się do Fatimy osobiście. Jako pierwszy papież przybył tam z jednodniową, prywatną pielgrzymką, podczas przypadającej wówczas 50. rocznicy objawień.

    Dopiero w czerwcu 2000 r. w ramach Wielkiego Jubileuszu chrześcijaństwa, Jan Paweł II, po 56 latach od spisania przez siostrę Łucję, ujawnił trzecią tajemnicę fatimską. Zrobił to w jego imieniu kard. Joseph Ratzinger, sprawujący wówczas urząd prefekta Kongregacji Nauki Wiary, w trakcie konferencji prasowej 26 czerwca 2000 roku w watykańskiej Sala Stampa. Jej tekst brzmi:

    “Po dwóch częściach, które już przedstawiłam, zobaczyliśmy po lewej stronie Naszej pani nieco wyżej Anioła trzymającego w lewej ręce ognisty miecz; iskrząc się, wyrzucał języki ognia, które zdawało się, że podpalą świat; ale gasły one w zetknięciu z blaskiem, jaki promieniował z prawej ręki Naszej Pani w jego kierunku; Anioł wskazując prawą ręką ziemię, powiedział mocnym głosem: Pokuta, Pokuta, Pokuta!

    I zobaczyliśmy, w nieogarnionym świetle, którym jest Bóg: (coś podobnego do tego, jak widzi się osoby w zwierciadle, kiedy przechodzą przed nim) Biskupa odzianego w biel (mieliśmy przeczucie, że to jest Ojciec Święty). Wielu innych biskupów, kapłanów, zakonników i zakonnic wchodzących na stromą górę, na której szczycie znajdował się wielki Krzyż zbity z nieociosanych belek, jak gdyby z drzewa korkowego pokrytego korą; Ojciec Święty, zanim tam dotarł, przeszedł przez wielkie miasto w połowie zrujnowane i na poły drżący, chwiejnym krokiem, udręczony bólem i cierpieniem, szedł, modląc się za dusze martwych ludzi, których ciała napotykał na swojej drodze; doszedłszy do szczytu góry, klęcząc u stóp wielkiego Krzyża, został zabity przez grupę żołnierzy, którzy kilka razy ugodzili go pociskami z broni palnej i strzałami z łuku i w ten sam sposób zginęli jeden po drugim inni biskupi, kapłani, zakonnicy i zakonnice oraz wiele osób świeckich, mężczyzn i kobiet różnych klas i pozycji. Pod dwoma ramionami Krzyża były dwa Anioły, każdy trzymający w ręku konewkę z kryształu, do których zbierali krew Męczenników i nią skrapiali dusze zbliżające się do Boga”.

    Kard. Ratzinger wyjaśniał, że opublikowany tekst ma charakter proroczej wizji. „Anioł z ognistym mieczem stojący po lewej stronie Matki Bożej przypomina podobne obrazy z Apokalipsy. Przedstawia groźbę sądu, wiszącą nad światem. Myśl, że świat może spłonąć w morzu ognia, nie jawi się już bynajmniej jako wytwór fantazji: człowiek sam przez swe wynalazki zgotował na siebie ognisty miecz”.

    Prefekt kongregacji zaznaczał, że tej niszczącej sile zła może się przeciwstawić tylko Matka Boża z ludźmi, którzy przyjmują jej wezwanie do pokuty i nawrócenia. Dodał, że w ten sposób „zostaje podkreślone znaczenie wolności człowieka, gdyż przyszłość nie jest bynajmniej nieodwołalnie przesądzona”.

    Prorocza wizja trzeciej tajemnicy fatimskiej – jego zdaniem – w symboliczny sposób mówi o wielkich prześladowaniach, cierpieniach i męczeństwie wielu wyznawców Chrystusa, wśród których są również kapłani, biskupi oraz papieże dwudziestego wieku. Wielkie zniszczenia i prześladowania są spowodowane przez ludzi zniewolonych przez ateistyczne ideologie walczące z Bogiem, a w sposób szczególny przez komunizm.

    Trzecia tajemnica fatimska – jak podkreślił – jest dramatycznym ostrzeżeniem przed ateizmem, ponieważ największym zagrożeniem dla ludzkości jest odrzucenie Boga i Jego praw, zarówno przez ateizm w wydaniu komunistycznym jak i przez ateizm ukryty w tej najbardziej rozpowszechnionej mentalności życia takiego, jakby Bóg nie istniał.

    Jednocześnie kard. Ratzigner odniósł pośrednio tę wizję do zamachu na Jana Pawła II z 1981 r. Wyjaśniał, że papież „tamtego dnia znalazł się bardzo blisko granicy śmierci”, a jego ocalenie „jest jeszcze jednym dowodem na to, że nie istnieje nieodwołalne przeznaczenie, że wiara i modlitwa to potężne siły, które mogą oddziaływać na historię”.

    A jako Benedykt XVI, po pięciu latach swojego pontyfikatu, Joseph Ratzinger przybył do Fatimy 13 maja 2010 r. „Łudziłby się ten, kto sądziłby, że prorocka misja Fatimy została zakończona” – mówił. A nawiązując do zbliżającego się jubileuszu objawień w 2017 r., prosił: „Oby te lata, które dzielą nas od stulecia Objawień, przyspieszyło zapowiadany triumf Niepokalanego Serca Maryi ku chwale Trójcy Przenajświętszej”.

    W tym roku, w setną rocznicę objawień Matki Bożej w Fatimie przybył tam 12 maja papież Franciszek. Wyniósł na ołtarze dwoje z trojga uczestników wydarzeń z 1917 r. – Franciszka i Hiacyntę Marto. W homilii wskazał, że Matka Boża zachęca, byśmy „zaciągnęli się do walki Jej Boskiego Syna, zwłaszcza przez codzienne odmawianie różańca w intencji pokoju na świecie”. Wskazał, że słowa Maryi do ludzi pośród obecnego niepokoju na świecie i niepewności o przyszłość wymagają „wytrwałości w poświęceniu się Niepokalanemu Sercu Maryi, przeżywanej codziennie przez odmawianie różańca”. Zaapelował o powstrzymywanie zła, zatrzymując je na sobie, tak jak Chrystus, zamiast przekazywać je przez wyrządzanie krzywdy innemu.

    KAI/Aleteia.pl

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Jak Maryja ocaliła Jana Pawła II przed śmiercią

    Jak Maryja ocaliła Jana Pawła II przed śmiercią

    fot. János Korom Dr. from Wien, Austria via Wikipedia, CC BY-SA 2.0 / Eric Draper – whitehouse.gov (wikipedia), CC0

    ***

    Kard. Sodano objawiając 13.05.2000 r. główne treści trzeciej części tajemnicy fatimskiej stwierdził: “Według interpretacji Pastuszków, ostatnio potwierdzonej przez siostrę Łucję, ubrany na biało biskup, który modli się za wszystkich wiernych, to Papież. Także on, z trudem podążając ku krzyżowi wśród martwych ciał męczenników (biskupów, kapłanów, zakonników, zakonnic i licznych świeckich), pada, ugodzony kulami, jak martwy.”

    Teraz już wiemy, że to proroctwo wypełniło się wieczorem 13 maja 1981 r. Cały świat obiegła wtedy wstrząsająca wiadomość o zamachu na życie Ojca Świętego. Podczas środowej audiencji, kiedy Ojciec Święty stojąc w “papamobile” po raz drugi okrążał plac św. Piotra i zbliżał się do Spiżowej Bramy, turecki terrorysta Mechmed Ali Agca oddał do niego kilka strzałów (po czwartym zaciął mu się pistolet), raniąc go w jamę brzuszną, prawy łokieć i wskazujący palec prawej ręki.

    Ks. biskup Stanisław Dziwisz wspomina: “Huk był ogłuszający. Naturalnie zrozumiałem, że ktoś strzelał. Ale kto? I zobaczyłem, że Ojciec Święty został zraniony. Chwiał się, ale nie było widać ani krwi ani ran. Zapytałem: gdzie? odpowiedział: w brzuch, spytałem jeszcze: czy bardzo boli?, a on odpowiedział: Tak. Stojąc za Ojcem Świętym podtrzymywałem go, żeby nie upadł. Pół-leżal w aucie oparty o mnie i tak dojechaliśmy do ambulansu koło centrum sanitarnego wewnątrz murów watykańskich. Ojciec Święty oczy miał zamknięte, bardzo cierpiał i powtarzał krótkie modlitwy w formie aktów strzelistych. O ile dobrze pamiętam, to najczęściej: Maryjo, Matko moja! Maryjo, Matko moja”. Doktor Buzzonetti i brat Kamil, pielęgniarz, byli ze mną w karetce. Jechała bardzo szybko. Po kilkuset metrach, syrena karetki się popsuta. Trasa, którą normalnie pokonuje się w co najmniej pół godziny, zajęła 8 minut i to w rzymskim ruchu ulicznym! W czasie drogi Ojciec Święty bardzo cierpiał i modlił się coraz bardziej słabnącym głosem. Nie wymówił ani jednego słowa rozpaczy czy urazy, jedynie słowa głębokiej modlitwy, płynącej z wielkiego cierpienia. Później Ojciec Święty powiedział mi, że zachował przytomność aż do przyjazdu do szpitala, i tam dopiero ją stracił. Sakramentu Chorych udzieliłem Ojcu Świętemu tui przed samą operacją. Operacja zaczęła się przed godziną 18. Operował profesor Crucitti, asystowali mu: profesor Manni, reanimator, kardiolog doktor Manzoni, internista doktor Breda i lekarz z Watykanu”.


    Podczas przygotowań do operacji stwierdzono, że stan Papieża jest krytyczny. Ojciec Św. stracił trzy czwarte krwi, ciśnienie spadło do stanu alarmującego. Puls był prawie niewyczuwalny. Zgon mógł nastąpić w każdej chwili z powodu wykrwawienia. Nadzieja stopniowo zaczęła wracać, kiedy podczas operacji okazało się, że żaden z ważnych dla życia narządów nie został naruszony. Operacja była bardzo skomplikowana. Trwała około 5 godz. Trzeba było oczyścić jamę brzuszną, wyrównać skutki utraty krwi, w kilku miejscach zaszyć okrężnicę oraz wyciąć 55 cm jelit.

    Kiedy Papieża przywieziono do szpitala, wszystko było gotowe do operacji, ale przecież trzeba również przygotować i rannego. To wszystko rozgrywało się w kilku minutach pomiędzy życiem a śmiercią! Podczas gdy zwożono umierającego z dziesiątego piętra do sali operacyjnej na dziewiątym piętrze, na wszystkie strony wysyłano naglące wezwania do profesora Crucitti, któremu cudem udało się dotrzeć na czas do kliniki Gemelli.“Kiedy wjechałem na dziewiąte piętro – wspomina profesor – zakonnica zawołała do mnie: Prędko! Prędko!” Asystenci i siostry dosłownie rzucili się na mnie, Żeby ze mnie zedrzeć marynarkę i spodnie, i włożyć mi strój do operacji, rozsiewając naokoło wszystko, co miałem w kieszeniach: klucze, bilon i portfel. Kiedy pobiegłem myć ręce, jeden wiązał mi na plecach fartuch, drugi wkładał mi operacyjne buty, a w tym samym czasie inny lekarz meldował mi z sali: “Ciśnienie 80, 70, spada dalej”. Kiedy wszedłem, narkoza już zaczęła działać, Papież spał, a ja miałem skalpel w ręce. Ekipa od nagłych wypadków zrobiła już wszystkie niezbędne zabiegi i miałem tylko jedną myśl: otwierać, otwierać, nie tracąc ani sekundy. Otwarłem. I zobaczyłem krew, mnóstwo krwi. Było jej może ze trzy litry w jamie brzusznej. Usuwaliśmy ją aspirując, wycierając i osuszając na wszystkie sposoby, dopóki nie ukazały się źródła krwotoku. Wtedy mogłem się zabrać do tamowania krwawienia. Z chwilą, gdy ranny nie tracił już krwi i transfuzja zaczęta działać, ciśnienie się podniosło. Teraz spokojnie mogliśmy prowadzić operację dalej. Zbadałem więc jamę brzuszną i zobaczyłem szereg ran. Były to liczne uszkodzenia j elita cienkiego i okrężnicy. Jedne powstały przez bezpośrednie obrażenie: przecięcie lub przedziurawienie pociskiem, inne przez pęknięcie. Krezka jelita cienkiego, ta błona, z której wychodzą naczynia krwionośne prowadzące do jelita cienkiego, była uszkodzona w wielu miejscach. Zrobiłem resekcję i konieczne zespolenia, przepłukałem otrzewną, założyłem szwy na esicy. Tam, w ostatniej części okrężnicy znajdowała się straszliwa rana, spowodowana bezpośrednio przejściem pocisku.

         Po zatamowaniu krwawienia, skontrolowaniu akcji układu sercowo-naczyniowego i stwierdzeniu, jak poważne są rany, pomyślałem, że sytuacja wymaga z mojej strony przede wszystkim zimnej krwi. Będąc całkowicie świadomy trudności mojego zadania, byłem jednakże przekonany, że wynik będzie pozytywny. Żaden ważny dla życia organ jak: tętnica główna, tętnica biodrowa czy moczowód nie zostały naruszone. Pocisk przeszedł przez kość krzyżową po przebiciu przedniej ściany brzucha. Obficie krwawiący system żylny przed kością krzyżową sprawił nam wiele kłopotu: dla powstrzymania krwotoku musieliśmy go powlec wyjałowionym woskiem. Ale pocisk otarł się tylko o ważne narządy, których uszkodzenie mogłoby sprowadzić śmierć i wydawało się, że sąsiadujące z nimi ośrodki nerwowe nie ucierpiały. To było zupełnie zdumiewające.”

         Kiedy operacja się zakończyła, Ojca Świętego przewieziono do sali reanimacyjnej, gdzie przebywał do 18 maja. W pierwszych dniach po operacji Ojciec Święty bardzo cierpiał, głównie z powodu drenów, ale w miarę upływu czasu wszystko powoli wracało do normy.

         Po zakończeniu skomplikowanej operacji, prof. Crucitti stwierdził, że dziewięciomilimetrowa kula przeszła przez ciało Papieża nieprawdopodobnym torem, omijając wszystkie istotne dla życia organy, jakby prowadzona niewidzialną ręką. Przeszła o kilka milimetrów od tętnicy głównej. Jej uszkodzenie grozi natychmiastową śmiercią. Ominęła rdzeń kręgowy i inne istotne dla życia narządy. Jest to fakt, który nie da się wytłumaczyć w sposób naturalny. “To był prawdziwy cud i wiem, komu go zawdzięczam. Jedna ręka trzymała pistolet, a inna prowadziła kulę”. Tak skomentował ten fakt sam Ojciec Święty. Zamach miał miejsce 13 maja, w rocznicę pierwszego objawienia się Matki Bożej w Fatimie. Nawet godzina i minuty się zgadzały.

         Ks. biskup Dziwisz mówi, że “Ojciec Święty widział w tym wszystkim znak z nieba, a my łącznie z lekarzami, cud. Wydawało się, że wszystkim kieruje niewidzialna ręka. Nazajutrz po operacji Papież przyjął Komunię świętą. Następnego dnia już koncelebrował z nami, leżąc w łóżku. Ojciec Święty ani razu nie opuścił brewiarza. Pamiętam, że nazajutrz po zamachu jego pierwszym pytaniem po odzyskaniu przytomności było: Czy odmówiliśmy kompletę? Co wieczór odprawialiśmy Mszę św., a potem odmawialiśmy litanię do Matki Bożej. Ojciec Święty śpiewał razem z siostrami. Największym pragnieniem personelu była obecność na jego Mszy św. 23 maja lekarze podpisali komunikat, mówiący, że życiu chorego nie grozi już niebezpieczeństwo”.

         W czasie pobytu w klinice Gemelli Jan Paweł II poprosił biskupa Hnilicę, aby dostarczył mu wszystkie dokumenty związane z objawieniami w Fatimie. Papież dokładnie przestudiował całą dokumentację. Kiedy opuszczał szpital, powiedział biskupowi Hnilicy: “zrozumiałem, że jedynym sposobem ocalenia świata od wojny, od ateizmu, jest nawrócenie zgodnie z orędziem fatimskim.”

    Niezwykle interesującą interpretację nieudanego zamachu na życie Ojca Świętego usłyszeliśmy z ust samego zamachowca Ali Agcy. Ojciec Święty odwiedził go w rzymskim więzieniu Rebibbia. Podczas rozmowy z Papieżem Ali Agca powiedział: “Jak to się stało, że Ojciec Święty ocalał? Ja wiem, że dobrze celowałem. Wiem, że strzał był zabójczy, śmiertelny… a pomimo to nie zabił. Dlaczego? Co to jest, co wszyscy powtarzają: Fatima?”.

         Zamach na Ojca Świętego miał miejsce dokładnie w rocznicę pierwszego objawienia Matki Bożej w Fatimie, właśnie wtedy Matka Boża apelowała do wszystkich ludzi: “Przyszłam upomnieć ludzkość, aby poprawiła się i czyniła pokutę za swoje grzechy”.

         Orędzie fatimskie jest jasne i jednoznaczne: aby uchronić ludzkość od samozagłady, konieczne jest nawrócenie, jej powrót do Boga. W pierwszą rocznicę zamachu Papież pojechał z pielgrzymką do Fatimy, aby podziękować za cudowne ocalenie życia. Powiedział wtedy: “Daty te spotkały się ze sobą w taki sposób, że musiałem odczuć, iż jestem tutaj przedziwnie wezwany. I oto dzisiaj przybywam. Przybywam po to, ażeby w tym miejscu podziękować Bożej Opatrzności… Jedna ręka wymierzała broń, a druga zmieniła kierunek kuli”. Ojciec Święty przypomniał, że przyjechał do Fatimy w tym celu, “by raz jeszcze w imieniu całego Kościoła wysłuchać orędzia, które 65 lat temu popłynęło z ust wspólnej Matki, zatroskanej o los swoich dzieci. Dziś to orędzie jest bardziej aktualne i naglące, niż kiedykolwiek. Jak bowiem nie patrzeć bez trwogi na falę sekularyzmu i permisywizmu, które jakże poważnie zagrażają podstawowym wartościom moralnych zasad chrześcijańskich?” W dramatycznych słowach Papież wyraził swój ból, “że wezwanie do pokuty, nawrócenia, modlitwy, nie spotkało się i nie spotyka z takim przyjęciem jak powinno! O, Serce Niepokalane – wołał Ojciec Święty – pomóż nam przezwyciężyć grozę zła, które ciąży nad ludzkością i zamyka drogi ku przyszłości”.

         13.07.1917 r. podczas objawienia w Fatimie Matka Najświętsza powiedziała: “Ojciec Święty poświęci mi Rosję, która się nawróci…” Natomiast 13.06.1929 r. objawiając się s. Łucji w Tuy oświadczyła: “Przyszła chwila, w której Bóg wzywa i Ojca Świętego, aby wspólnie z biskupami całego świata poświęcił Rosję memu Niepokalanemu Sercu, obiecując ją uratować za pomocą tego środka”.

         W pamiętny dzień 25 marca 1984 roku Ojciec Święty, na placu św. Piotrą w Rzymie, w łączności z biskupami całego świata, dokonał aktu oddania całego świata i Rosji Niepokalanemu Sercu Maryi, w obecności specjalnie przywiezionej na tę okoliczność do Rzymu figurki Matki Bożej z Fatimy. Dwustu kardynałów i biskupów obecnych w tym dniu na Placu św. Piotra razem z wiernymi zdawało sobie sprawę, że jest to wydarzenie, które według fatimskiego orędzia, może zmienić losy świata. Jan Paweł II dokonał tego aktu poświęcenia, aby przezwyciężyć potęgę zła, która zagraża całej ludzkości: “Moc tego poświęcenia – mówił Ojciec Święty – trwa przez wszystkie czasy, ogarnia wszystkich ludzi, ludy i narody, przewyższa zaś wszelkie zło, jakie duch l ciemności zdolny jest rozniecić w sercu człowieka i w jego dziejach: jakie też rozniecił w naszych czasach… Zawierzając Ci, o Matko, świat, wszystkich ludzi i wszystkie ludy… składam je w Twym macierzyńskim Sercu. O Serce Niepokalane! Pomóż nam przezwyciężyć grozę zła, które tak łatwo zakorzenia się w sercach współczesnych ludzi – zła, które w swych niewymiernych skutkach ciąży już nad naszą współczesnością i zdaje się zamykać drogi ku przyszłości”. Po akcie oddania świata Maryi, Matce Kościoła, Ojciec Święty wręczył biskupowi z Fatimy wyjątkowy dar, mówiąc: “To jest pocisk wyjęty z mojego ciała 13 maja 1981 roku. Drugi zagubił się gdzieś na placu św. Piotra. Nie należy on do mnie, ale do Tej, która czuwała nade mną i mnie ocaliła. Niech ksiądz biskup zawiezie go do Fatimy i złoży w sanktuarium na znak mojej wdzięczności dla Najświętszej Maryi Panny, jako świadectwo wielkich dzieł Bożych”.

         Dzień oddania całego świata Matce Najświętrzej stał się przełomowym w historii ludzkości. W krótkim czasie nastąpił upadek ZSRR, pierwszego w historii ateistycznego imperium zła, które za wszelka cenę chciało zniszczyć chrześcijaństwo. W Związku Radzieckim do władzy doszedł Michaił Gorbaczow, zaczęły się zmiany zwane pierestrojką, które po kilku latach doprowadziły ostatecznie do upadku całego systemu komunistycznego.

    REKLAMA

         Związek Radziecki rozpadł się. Polska i inne kraje odzyskały niepodległość a wierzącym zostało przywrócone prawo do praktykowania swojej religii. Jesteśmy świadkami wielkiego cudu Matki Bożej, cudu zapowiedzianego w Fatimie.

    13 maja 1994 r. Ojciec Święty przebywał na leczeniu w klinice Gemelli, po złamaniu szyjki kości udowej w prawej nodze. W tym dniu skierował wielkanocne orędzie do włoskich biskupów, w którym napisał: “Piszę te słowa dziś, 13 maja, z polikliniki Agostino Gemelli. Pozwólcie, Bracia umiłowani, że wrócę myślą do tego, co wydarzyło się przed 13 laty na Placu św. Piotra. Wszyscy pamiętamy ten moment, kiedy po południu oddano strzały do papieża, aby go zabić. Kula, która przebiła jamę brzuszną, znajduje się obecnie w Sanktuarium w Fatimie, pas przedziurawiony tą kulą znajduje się w sanktuarium na Jasnej Górze. To macierzyńska ręka kierowała torem kuli, a umierający papież, przewieziony pośpiesznie do kliniki Gemelli, został zatrzymany na progu śmierci. We wrześniu ubiegłego roku, kiedy mogłem kontemplować oblicze Matki Bożej w Sanktuarium w Ostrej Bramie w Wilnie, skierowałem do Niej słowa wielkiego polskiego poety, Adama Mickiewicza: “Panno Święta, co Jasnej bronisz Częstochowy i w Ostrej świecisz Bramie! Do zdrowia powróciłaś cudem!” Powiedziałem to na koniec modlitwy różańcowej odmówionej w sanktuarium ostrobramskim. I głos mi się załamał.”

         W kontekście tych wszystkich wydarzeń niezwykłe znaczenie i wagę ma oświadczenie kard. Sodano po Mszy św. beatyfikacyjnej fatimskich Pastuszków Franciszka i Hiacynty 13.05.2000 r. “Ojciec Święty – stwierdził kardynał – po zamachu 13 maja 1981 uznał za rzecz oczywistą, że “macierzyńska ręka kierowała biegiem kuli, dzięki czemu znajdujący się w agonii Papież” zatrzymał się na progu śmierci”. Z okazji wizyty biskupa Leirii i Fatimy w Rzymie Papież postanowił przekazać kulę, którą po zamachu znaleziono w wiozącym go samochodzie, przekazać Sanktuarium Fatimskiemu. Została ona z inicjatywy biskupa umieszczona w koronie figury Matki Boskiej Fatimskiej.

         Dalsze wydarzenia 1989 roku przyniosły tak w Związku Radzieckim, jak i w licznych państwach Europy Wschodniej upadek szerzącego ateizm reżimu komunistycznego. Także za to Papież dziękuje z głębi serca Najświętszej Dziewicy. Jednak w innych częściach świata ataki na Kościół i chrześcijan oraz związane z tym cierpienia nie ustały. Nawet jeśli wydarzenia, do których odnosi się trzecia część tajemnicy fatimskiej, zdają się należeć do przeszłości, to wypowiedziane przez Matkę Bożą na początku dwudziestego wieku wezwanie do nawrócenia i pokuty dziś nadal zachowuje aktualność. Maryja przekazując swoje orędzia, zdawała się ze szczególną przenikliwością odczytywać znaki czasu, znaki naszego czasu. Jej naglące wezwanie do pokuty nie jest niczym innym, jak tylko przejawem Jej macierzyńskiej troski o los ludzkiej rodziny, potrzebującej nawrócenia i przebaczenia. 

    M.P./Miłujcie się! 5-8/2000

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Zamach na Jana Pawła II – wstrząsające pamiątki wydarzenia sprzed ponad 40 lat

    Sample

    fot. Damian Klamka/East News | wikipedia

    ***

    Dziś, 13 maja mijają 43 lata od zamachu na Jana Pawła II. W wielu miejscach w Polsce i poza granicami, przechowywane są różnego rodzaju przedmioty związane z tym dramatycznym wydarzeniem: przestrzelona sutanna, pocisk, który ranił papieża, pistolet, z którego strzelał Mehmet Ali Agca. Te szczególne pamiątki – z których część z uwagi na ślady krwi mają charakter relikwii – przechowywane są m.in. w Wadowicach, Krakowie i portugalskiej Fatimie.

    Sutanna

    Jednym z niemych świadków wydarzenia sprzed ponad 40 lat jest sutanna, którą papież miał na sobie w czasie zamachu. Można ją zobaczyć w sanktuarium św. Jana Pawła II na krakowskich Białych Morzach, gdzie spoczywa w szklanej gablocie. Podczas Światowych Dni Młodzieży w Krakowie w 2016 r. przy przestrzelonej sutannie, noszącej ślady krwi zatrzymywali się pielgrzymi z całego świata.

    Tę niezwykłą relikwię przekazał sanktuarium kard. Stanisław Dziwisz 13 maja 2015 roku, a więc w 34. rocznicę zamachu. „Trudno ją było dłużej trzymać w domu. Trzeba było ją przekazać w miejsce, w którym będzie przechowywana. Niech będzie świadkiem tego zamachu, ale też świadkiem wielkości Jana Pawła II” – mówił kard. Stanisław Dziwisz. Od tego czasu sutanna wystawiona jest na widok publiczny w jednej z kaplic górnego kościoła sanktuarium św. Jana Pawła II, będącego częścią papieskiego Centrum „Nie lękajcie się!”. Znajduje się ono na obszarze dawnych Zakładów Sodowych „Solvay”, a więc w miejscu związanym z latami młodości Karola Wojtyły.

    Pas

    Natomiast w skarbcu sanktuarium na Jasnej Górze przechowywany jest przestrzelony i noszący ślady krwi i pocisku, biały pas sutanny Jana Pawła II. Pas po raz pierwszy publicznie pokazano pielgrzymom 4 czerwca 2004 r. w Kaplicy Matki Bożej. Umieszczono go w specjalnej, pancernej i przeszkolonej szkatule w ołtarzu jasnogórskim po lewej stronie, tuż przy Cudownym Obrazie Matki Bożej.

    Kaseta, w której zawisł papieski pas, wykonana jest ze stali ozdobionej srebrem. Oglądanie pasa umożliwia kryształowa, hartowana szyba, chroniąca jednocześnie pas przed światłem i ciepłem. Kaseta waży ponad 20 kilogramów. Wieńczy ją wykonany ręcznie ze srebrnej blachy herb papieski Jana Pawła II połączony z elementami kluczy i tiary. Na wstędze widnieje napis: „Totus Tuus”. Wykonawcami kasety są Lech Dziewulski wraz z Markiem Ganewem z Krakowa.

    W czasie uroczystości udostępniania pielgrzymom tego niezwykłego przedmiotu, odtworzono nagranie słów, które Jan Paweł II wypowiedział na Jasnej Górze 19 czerwca 1983 r.: „W dniu 13 maja minęło dwa lata od tego popołudnia, kiedy ocaliłaś mi życie. Było to na Placu Św. Piotra. Tam, w czasie audiencji generalnej, został wymierzony do mnie strzał, który miał mnie pozbawić życia. Zeszłego roku w dniu 13 maja byłem w Fatimie, aby dziękować i zawierzać. Dziś pragnę tu, na Jasnej Górze pozostawić jako wotum widomy znak tego wydarzenia, przestrzelony pas sutanny”.

    Podkoszulek

    Dopiero w 2000 roku Anna Strenghellini, przełożona pielęgniarek na sali operacyjnej Polikliniki Gemelli wyciągnęła cenną pamiątkę i przekazała ją do domu prowincjalnego Sióstr Miłosierdzia św. Wincentego a Paulo, z którym od lat była związana. Pani Strenghellini pełniła dyżur tamtego pamiętnego dnia. Już po operacji ciężko rannego papieża, porządkując narzędzia chirurgiczne, zobaczyła na posadzce jego zakrwawiony podkoszulek. Zawinęła go w gazę i przechowywała w szafie.

    Dziś cenna relikwia jest eksponowana w domowej kaplicy szarytek przy via Francesco Albergotti 75 w Rzymie. Na zakrwawionej bieliźnie widoczne są trzy otwory od kuli (najwidoczniej podkoszulek musiał być zagięty, że pocisk zostawił tyle śladów) a tuż przy metce zachowały się inicjały „JP” wyhaftowane czerwoną nitką przez posługujące papieżowi siostry zakonne.

    Pistolet

    W Muzeum Dom Rodzinny Ojca Świętego Jana Pawła II w Wadowicach przechowywany jest m.in. oryginalny pistolet Browning HP kaliber 9mm, z którego Ali Agca strzelał do papieża. Broń wypożyczona przez rzymskie muzeum kryminologii jest jednym z przedmiotów wzbudzających największe zainteresowanie wśród zwiedzających muzeum w Wadowicach. 12 maja, broń, wypożyczoną przez rzymskie muzeum kryminologii będzie można zobaczyć podczas specjalnej prezentacji na dziedzińcu Muzeum.

    W 2017 r. minister sprawiedliwości Republiki Włoskiej na prośbę wadowickiej placówki, postanowił, że pistolet pozostanie na kolejne pięć lat w depozycie polskiego muzeum. „To trudna pamiątka. Z jednej strony jest narzędziem zbrodni, ale i świadectwem wielkości i świętości Jana Pawła II, który przebaczył zamachowcowi jeszcze w drodze do szpitala” – mówił ówczesny dyrektor Muzeum ks. Jacek Pietruszka.

    W tej samej placówce można zobaczyć garnitur szefa watykańskiej ochrony Francesco Pasanisiego, który własnym ciałem osłaniał rannego Papieża przed kolejnymi strzałami. Na spodniach do dzisiaj widoczne są ślady papieskiej krwi.

    Ponadto w Wadowicach prezentowane są sprzęty z pokoju szpitalnego z Polikliniki Gemelli, w którym papież przebywał w czasie swoich pobytów w tej klinice: łóżko, szafka nocna, przeszklona szafka na leki oraz dwa krzesła.

    Kula

    Kulę, która go raniła, Jan Paweł II przekazał sanktuarium maryjnemu w Fatimie, dokąd przybył z dziękczynną pielgrzymką dokładnie w pierwszą rocznicę zamachu, 13 maja 1982 r. Pocisk umieszczono w koronie wieńczącej figurę Matki Bożej. Papież uważał, że właśnie Fatimskiej Pani zawdzięcza swoje życie.

    Zamach nastąpił co do minuty o tej samej porze, co pierwsze objawienie Matki Bożej w Fatimie: o godz. 17.19. Nawiązując do tego faktu Papież powiedział: „Nie wiem, kto włożył pistolet w rękę strzelca, wiem jednak, kto zmienił lot kuli”. W 1991 r., podczas kolejnego pobytu w Fatimie, u stóp figury Matki Bożej powiedział: „Byłaś mi Matką zawsze, a w sposób szczególny 13 maja 1981 r., kiedy czułem przy sobie Twoją opiekuńczą obecność”.

    Kilka dni po zamachu Jan Paweł II polecił swoim najbliższym współpracownikom przygotowanie i dostarczenie sobie do szpitala wszelkich materiałów i dokumentów dotyczących trzeciej, nieujawnionej jeszcze wówczas, tajemnicy fatimskiej. Ujawniono ją dopiero w 2000 r.. Tekst ten mówił o „ubranym na biało biskupie, który krocząc z trudem ku krzyżowi wśród ciał zabitych męczenników [głównie duchownych i zakonnic], pada na ziemię jak martwy, rażony strzałami z broni palnej”. Według interpretacji watykańskiej, wizja ta dotyczyła zamachu na Jana Pawła II.

    Miejsce…

    Kule zamachowca dosięgły Papieża gdy papamobile znajdował się mniej więcej w połowie Placu św. Piotra, po prawej stronie patrząc na bazylikę. Miejsce to upamiętnia kwadratowa tabliczka z białego marmuru, wmontowana w bruk. Widnieje na niej herb Jana Pawła II i data zamachu zapisana w cyfrach rzymskich: XIII V MCMLXXXI.

    “Byłem właściwie po tamtej stronie”

    W książce “Pamięć i tożsamość” wydanej niedługo przed śmiercią Jana Pawła II, papież wspominał: „Agca wiedział, jak strzelać i strzelał z pewnością bezbłędnie. Tylko że jak gdyby ‘ktoś’ tę kulę prowadził. (…) Pamiętam tę drogę do szpitala. Zachowałem jeszcze przez pewien czas świadomość. Miałem poczucie, że przeżyję. Cierpiałem, był powód do strachu, ale miałem taką dziwną ufność (…) . Byłem już właściwie po tamtej stronie. (…) Na Boże Narodzenie 1983 roku odwiedziłem zamachowca w więzieniu. Długo ze sobą rozmawialiśmy. Ali Agca jest, jak wszyscy mówią, zawodowym zabójcą. Co znaczy, że zamach nie był jego inicjatywą,że ktoś inny to wymyślił, ktoś inny to zlecił. W ciągu całej rozmowy było jasne, że Alemu Acy nie dawało spokoju pytanie: jak to się stało, że zamach się nie powiódł? Przecież robił wszystko, co należało, zadbał o najdrobniejszy szczegół swojego planu. A jednak ofiara uniknęła śmierci. Jak to się mogło stać?

    opr. Tomasz Królak / pz | Warszawa Ⓒ Ⓟ/e-Kai

    ______________________________________________________________________________________________________________

    CZWARTEK – 16 MAJA

    DZIEŃ ŚWIĘTGO ANDRZEJA BOBOLI

    JEDNEGO Z GŁÓWNYCH PATRONÓW POLSKI

    Witraż św. Andrzeja Boboli, autorstwa Adama Bunscha, w kościele Polskiej MIsji Katolickiej na Devoni w Londynie – poświęcony “utraconym” Polskim Ziemiom Wschodnim. Dominikanin o. Alojzy Korzeniewski w roku 1819 w Wilnie doświadczył “objawienia” św. Andrzeja Boboli, który go zapewnił, że po “wielkiej wojnie” Polska, to co utraciła przez rozbiory, odzyska.

    ______________________________________________________________

    Św. Andrzej Bobola

    i jego oryginalny styl „autopromocji”

    Św. Andrzej Bobola jest m.in. patronem jedności Kościoła.

    św. Andrzej Bobola jest m.in. patronem jedności Kościoła.
    fot. Henryk Przondziono
    /Gość Niedzielny

    ***

    Jak to możliwe, że ktoś, o kim pamięć całkiem zaginęła, jest dziś patronem Polski?

    Był rok 1819. Napoleon dożywał swoich dni na Wyspie Świętej Heleny, a Polska nieodwołalnie już, wydawało się, utraciła niepodległość. Car zawładnął znaczną częścią dawnej Rzeczpospolitej i wprowadzał swoje porządki. Boleśnie odczuło je wielu patriotów, wśród nich dominikanin o. Alojzy Korzeniewski, któremu carska administracja zakazała prowadzenia duszpasterstwa i publikowania tekstów. Którejś nocy znękany zakonnik modlił się w klasztorze w Wilnie do Andrzeja Boboli. Zawierzał męczennikowi sprawę zniewolonej ojczyzny. Wtem ujrzał postać w jezuickim stroju, która przedstawiła się jako Andrzej Bobola. Przybysz wskazał na okno, za którym o. Alojzy ujrzał walczące ze sobą wielkie armie wielu różnych państw. „Kiedy ludzie doczekają takiej wojny, za przywróceniem pokoju nastąpi wskrzeszenie Polski, a ja zostanę jej głównym Patronem” – powiedział.

    Zapomniany, ale…

    Dziwne były drogi, jakimi rozwinął się kult św. Andrzeja Boboli. Gdyby odbywało się to tylko według ludzkich zasad, nie byłoby żadnego kultu, bo ludzie zwyczajnie by o tym człowieku nie wiedzieli. Owszem, za życia był dość znaną postacią – prawdopodobnie to on był autorem tekstu ślubów króla Jana Kazimierza, które monarcha złożył we Lwowie 1 kwietnia 1656 r., oddając królestwo pod opiekę Maryi. Głośna była jego działalność misyjna na wschodnich rubieżach Rzeczpospolitej. To ona przyniosła mu przydomek „duszochwat”. Słynął jako płomienny kaznodzieja, znakomity spowiednik i wychowawca młodzieży. Nazywano go też apostołem Pińszczyzny, bo w okolicy Pińska zbierał najobfitsze owoce swojej działalności. Jednocześnie jednak właśnie ta działalność wywołała nienawiść prawosławnych Kozaków, którzy w maju 1657 r. najechali Janów Poleski i urządzili masakrę tamtejszych Polaków i Żydów. W pobliskiej wsi pojmali Andrzeja Bobolę, przywlekli go na janowski rynek i znęcali się nad nim w sposób tak bestialski, że trudno z tym porównać jakikolwiek inny znany opis męczeństwa. W końcu Kozacy dobili go szablą. Nieludzko zmaltretowane ciało męczennika pochowano w Pińsku. Minęły lata i zatarła się pamięć o tych strasznych wydarzeniach. I tak by pewnie zostało, gdyby sam Bobola nie przypomniał o sobie. Konkretnie w nocy z 16 na 17 kwietnia 1702 roku ukazał się o. Marcinowi Godebskiemu, rektorowi pińskiego kolegium jezuickiego. Zakonnik zamartwiał się właśnie sytuacją państwa polskiego i związanymi z tym zagrożeniami dla kolegium i jego mieszkańców. Wtedy ujrzał nieznajomego zakonnika o miłej powierzchowności, otoczonego nieziemskim blaskiem. Ten wyrzucił Godebskiemu, „że szuka protektorów tam, gdzie ich znaleźć niepodobna”, po czym obiecał opiekę nad kolegium, jeśli rektor poleci odszukać jego, Andrzeja Boboli, ciało, pochowane w krypcie pod kościołem i złoży je w nowej trumnie. Nie było to łatwe zadanie, ale gdy miejscowy zakrystian – także w nadprzyrodzony sposób – otrzymał wskazówki, gdzie należy szukać, znaleziono trumnę z napisem: „O. Andrzej Bobola TJ umęczony i zabity przez Kozaków”. Gdy ją otwarto, okazało się, że – choć minęło 45 lat – ciało męczennika wygląda tak, jakby dopiero co zostało pochowane, bez oznak rozkładu. To było samo w sobie zdarzenie cudowne. W ten sposób kult Andrzeja Boboli zaczął się szybko rozwijać. Zebrano i zabezpieczono świadectwa o życiu i śmierci Boboli. W 1712 roku biskup łucki otworzył proces informacyjny w swojej diecezji. Ukazał się drukiem pierwszy życiorys męczennika.

    Kręte drogi

    W 1728 roku Rzym orzekł autentyczność dowodów świętości, męczeństwa i cudów sługi Bożego. W maju 1730 roku dokonano oględzin ciała z udziałem lekarzy. W dalszym ciągu było ono giętkie i elastyczne, wciąż było też widać zakrzepłą krew. Nie wydzielała się woń właściwa rozkładającym się zwłokom. Lekarze zeznali pod przysięgą, że zachowanie ciała w takim stanie, w wilgoci i w sąsiedztwie wielu rozkładających się zwłok, jest wytłumaczalne jedynie ingerencją nadprzyrodzoną. W 1736 roku rozpoczął się proces apostolski w Kongregacji Obrzędów. Tu jednak nowy promotor wiary, kard. Ludwik de Valentibus, poddał krytyce zebrany materiał i wyraził wątpliwość co do zasadności uznania śmierci Boboli jako męczeństwa za wiarę. Proces utknął na długie lata, a kasata zakonu jezuitów, zdawało się, sprawę zamknęła. Tylko w Polsce, a zwłaszcza w Pińsku, trwał kult męczennika.

    W 1793 roku, po drugim rozbiorze Polski, Pińsk zagarnęła Rosja. Caryca przekazała świątynię z grobem Boboli w ręce mnichów prawosławnych. Ci uszanowali relikwie, ale widząc, że przy jego trumnie modlą się nawet prawosławni, zamknęli kryptę. W 1808 roku reaktywowani jezuici uzyskali zgodę cara na przeniesienie ciała Boboli do Połocka. „Mamy tu w kolegium połockim drogocenny skarb, święte nienaruszone ciało Wielebnego Męczennika Andrzeja Boboli. Jak droga była przed Bogiem męczeńska śmierć tego Wyznawcy, to stwierdzają cuda tak liczne, że nosi on miano Cudotwórcy Polskiego” – pisał w 1809 roku kleryk Jan Rootham, późniejszy generał jezuitów. Dziesięć lat później dominikanin o. Alojzy Korzeniewski usłyszał w wizji zapowiedź wskrzeszenia Polski i o roli męczennika jako patrona Polski.

    Triumf

    Do spełnienia się proroctwa miało minąć prawie sto lat. Z czasem zyskało ono wśród Polaków rozgłos, podobnie jak postać samego Andrzeja Boboli. Notowano liczne świadectwa otrzymanych łask za jego wstawiennictwem. Wobec rosnącej popularności męczennika, w 1826 r. wznowiono jego proces beatyfikacyjny. W 1853 roku Pius IX zaliczył Andrzeja Bobolę do grona błogosławionych.

    Po beatyfikacji we francuskiej i w polskojęzycznej prasie ukazał się opis wizji, którą 27 lat wcześniej miał o. Alojzy Korzeniewski. Nikt nie mógł wtedy wiedzieć, że przyjdzie taki czas, gdy mocarstwa, które podzieliły się Rzeczpospolitą, rzucą się sobie do gardeł i zduszą się wzajemnie. Jedyny taki moment nastał w 1918 roku, gdy zakończyła się wielka wojna – i Polska go wykorzystała.

    Relikwie jednak nie zaznały spokoju. W 1922 roku bolszewicy wywieźli je do gmachu Wystawy Higienicznej Ludowego Komisariatu Zdrowia w Moskwie. Rok później, staraniem Piusa XI, Rosjanie oddali ciało Boboli, które zostało przewiezione do Rzymu. Wobec rosnącej popularności męczennika wszczęto jego proces kanonizacyjny. Dzień kanonizacji Andrzeja Boboli, 17 kwietnia 1938 roku, był największym wydarzeniem religijnym dwudziestolecia międzywojennego w Polsce. Jego zwieńczeniem było sprowadzenie relikwii z Rzymu do Polski w czerwcu tego samego roku. Ciało spoczęło u jezuitów przy ul. Rakowieckiej w Warszawie. Dziś znajduje się tam sanktuarium św. Andrzeja Boboli.

    Jest jeszcze drugie sanktuarium męczennika pińskiego – w jego rodzinnej miejscowości, Strachocinie koło Sanoka. I tu także Bobola wzbudził kult osobiście. W minionym wieku pokazywał się tamtejszym kapłanom, aż dopiero proboszcz ks. Józef Niźnik w 1987 roku zadał zjawie pytanie, kim jest. Święty przedstawił się, po czym wyraził życzenie: „Zacznijcie mnie czcić”. Rok później do Strachociny uroczyście sprowadzono relikwie męczennika, a w roku 2007 metropolita przemyski abp Józef Michalik podniósł tamtejszy kościół do rangi sanktuarium św. Andrzeja Boboli.

    Patron

    W 1999 roku prymas Polski kard. Józef Glemp zwrócił się do Stolicy Apostolskiej o zgodę na ogłoszenie św. Andrzeja Boboli kolejnym patronem Polski. W marcu 2002 roku Kongregacja Kultu Bożego i Dyscypliny Sakramentów zatwierdziła decyzję polskiego episkopatu. Odtąd św. Andrzej jest czczony jako patron Polski, na równi ze św. Stanisławem Kostką, czyli jako tzw. patron drugorzędny. Głównymi patronami Polski są Najświętsza Maryja Panna Królowa Polski i dwaj męczennicy – św. Wojciech i św. Stanisław ze Szczepanowa. Św. Andrzej Bobola patronuje też metropolii warszawskiej, diecezji łomżyńskiej, płockiej i warmińskiej, jest też drugorzędnym patronem archidiecezji wileńskiej. Ponadto św. Andrzej to patron jedności Kościoła i ewangelizacji w trudnych czasach.

    Czy Andrzej Bobola zostanie zaliczony do grona „głównych” patronów Polski? Zważywszy burzliwe losy kultu Andrzeja Boboli i jego oryginalny styl, polegający na osobistym wzbudzaniu kultu, można przypuszczać, że święty nie powiedział jeszcze ostatniego słowa, tym bardziej że ostatnie czasy znowu wyglądają na trudne.

    Franciszek Kucharczak/Gość Niedzielny

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Andrzej Bobola. Święty z charakterkiem

    Andrzej Bobola. Święty z charakterkiem

    Obraz św. Andrzeja Boboli w kościele jezuitów w Poznaniu

    ***

    W jaki sposób człowiek o trudnym charakterze, uciążliwy dla otoczenia, wybuchowy, z niewyparzonym językiem może osiągnąć świętość? Jak to udało się krewkiemu Andrzejowi Boboli? Odpowiedzi na to pytanie szukają Joanna i Włodzimierz Operaczowie, twórcy portalu poświęconego jezuickiemu świętemu.

    Magdalena Dobrzyniak: Za co polubiliście św. Andrzeja Bobolę? Czy w ogóle da się lubić człowieka o tak wybuchowym temperamencie jak on?

    Joanna Operacz: 
    Można by pomyśleć: co możemy mieć wspólnego z zakonnikiem sprzed czterech wieków, w dodatku takim, który nie zostawił po sobie żadnych zapisków? A jednak możemy powiedzieć, że się z nim zaprzyjaźniliśmy. W dodatku jak mówimy różnym znajomym o Andrzeju Boboli, często słyszymy coś w stylu: „O, to mój ulubiony święty!”.

    Włodzimierz Operacz: Mnie urzekło w nim „ludzkie oblicze” – człowieka z początkowo trudnym charakterem, uciążliwego dla otoczenia, wybuchowego, z niewyparzonym językiem. Ale właśnie takiego człowieka powołał Bóg do zakonu. A po latach ciężkiej pracy nad sobą Andrzej wykorzenił wady wynikające z temperamentu i szlacheckiego pochodzenia. Pod koniec jego życia przełożeni pisali o nim, że przyciąga ludzi miłym usposobieniem. Dalej pozostał cholerykiem i szlachciurą, ale kto wie, czy to właśnie nie jego upór, twardy charakter i zaciętość nie pomogły mu wytrwać w chwili męczeństwa.

    Można w jego życiu odkryć przepis na świętość zdobywaną mimo trudnego charakteru – a może dzięki niemu?

    WO: Ojciec Jan Poplatek, współbrat św. Andrzeja, który dokładnie przebadał wszystkie dokumenty na jego temat, napisał, że męczeństwo Boboli to „purpurowy kwiat róży zakwitającej na krzewie długo pielęgnowanym i bezwzględnie obcinanym”. Na przykładzie Andrzeja Boboli widać, że świętość to niekoniecznie miły i zgodny charakter, ale miłość do Boga i ludzi i wierność powołaniu. Kiedy Andrzej tuż po święceniach został skierowany do kościoła w Nieświeżu, był niezadowolony z tego przydziału, nieadekwatnego do jego oczekiwań. Swoje rozczarowanie wyartykułował na tyle dobitnie, że zostało to odnotowane w jego aktach zakonnych. Ale jednak oddał się wyznaczonej pracy z wielką gorliwością i sumiennością i doprowadził do nawrócenia setki osób – co również nie umknęło przełożonym.

    Duchowość ignacjańska w kontekście charakteru „terrorysty” służyła raczej temperowaniu temperamentu czy zaprzęgnięciu go w dojrzewanie wiary i jego relacji z Bogiem i ludźmi?

    WO: Zdecydowanie to drugie! Duchowość ignacjańska jest na tyle uniwersalna, że potrafi ukierunkować każdego człowieka, niezależnie od tego, jaki ma charakter i sytuację życiową, na jego ostateczny cel, czyli zbawienie. Święty Ignacy Loyola nadał swojemu zakonowi rys „wojskowy”, w XVI, XVII i XVIII wieku wśród polskich jezuitów znajdziemy mnóstwo wybitnych indywidualności – kaznodziejów, pisarzy, naukowców, wynalazców, nauczycieli, działaczy społecznych… Dzisiaj chyba mało pamiętamy o tym, jak wielką rolę odegrali jezuici w Polsce przedrozbiorowej i jaki mieli wpływ na ukształtowanie się naszego narodowego charakteru.

    „Prace służebne w kuchni i pielgrzymka żebracza” w czasie trzeciej probacji Boboli to trochę nie pasuje do wizerunku krewkiego mężczyzny z charakterem. Jak wyglądała ta ewolucja od awanturnika do skromnego zakonnika?

    JO: Wyobraźmy to sobie. Młody człowiek, który zapewne do tej pory raczej był przyzwyczajony do bycia obsługiwanym, ma się zająć szorowaniem podłóg! A potem wyrusza w drogę pieszo, bez pieniędzy i bez zarezerwowanych noclegów, i idzie do ludzi, którzy nierzadko są wrogo nastawieni do duchowieństwa katolickiego. I w dodatku musi sobie wyżebrać jedzenie! To niezły „hardcore”! Ale w taki sposób kształtuje się charakter.

    Jak wyjaśnić fakt, że człowiek o osobowości choleryka, zapewne niezjednującej mu przyjaciół, odnosił to, co dziś nazwalibyśmy „sukcesem duszpasterskim”?

    WO: Andrzej miał, jak się zdaje, talent kaznodziejski – bo to się powtarza we wszystkich opiniach przełożonych. Był też bardzo dobrze wykształcony. Znał na przykład grekę i pisma ojców Kościoła, więc mógł z powodzeniem dyskutować z prawosławnymi. Miał też coś niezbędnego, czyli gorliwość. Nie zrażał się niewygodami ani przeciwnościami. Najwyraźniej zależało mu na zbawieniu ludzi. Kiedy wędrował po koszmarnie zaniedbanych religijnie, bagnistych terenach Polesia, gdzie w praktyce panowało pogaństwo, udało mu się doprowadzić do nawrócenia na katolicyzm co najmniej dwie wsie. 

    Jego nieustępliwość dawała się we znaki również po śmierci… nawet dominikaninowi się objawił, by o sobie przypomnieć! Taki upór to zaleta czy raczej przeszkoda na drodze po pokojowego współistnienia z ludźmi o różnych poglądach i zapatrywaniach na świat?

    JO: Widać, że ludzie po śmierci nie tracą swojego charakteru i nadal są tacy jak za życia. Andrzej Bobola w niebie najwyraźniej nie stracił swojej gorliwości, ale też innych cech charakteru, takich jak wytrwałość czy stanowczość. Widać to w jego zachowaniu, kiedy po śmierci ukazywał się różnym ludziom. Po raz pierwszy zjawił się jezuicie o. Marcinowi Godebskiemu w Pińsku w 1702 r. i obiecał, że otoczy opieką zakon i miasto, zagrożone przez wojska grasujące po okolicy. Trochę robił mu wyrzuty – że nie szuka pomocy tam, gdzie może ją znaleźć, czyli u Boga. Poprosił o odnalezienie i wyeksponowanie trumny z jego ciałem. Drugi raz przyszedł do wspomnianego dominikanina o. Alojzego Korzeniewskiego w 1819 r. w Wilnie i zapowiedział, że Polska odzyska wolność po wielkiej wojnie, a on zostanie jej patronem. Trzecia taka sytuacja miała miejsce całkiem niedawno, w latach 80. XX w., kiedy przez kilka lat „straszył” na plebanii w Strachocinie proboszcza parafii, ks. Józefa Niżnika. Kiedy wreszcie ksiądz odważył się zapytać „zjawę”, kim jest i czego chce, usłyszał: „Jestem św. Andrzej Bobola. Zacznijcie mnie czcić w Strachocinie”. Dopiero później się okazało, że Bobola pochodził z tej właśnie miejscowości.

    Gdzie byście go umieścili w obecnym krajobrazie polskiego katolicyzmu? Byłby gwiazdą YouTube’a, rozchwytywanym i popularnym kaznodzieją, kontrowersyjnym z powodu jednoznacznych poglądów kapłanem, czarnym charakterem czy… dziwakiem? A może kimś zupełnie innym?

    WO: To ciekawe pytanie… Moim zdaniem, gdyby Bobola przeniósł się w nasze czasy, byłby zaskoczony indywidualizmem dzisiejszych duszpasterzy, który powoduje rozproszenie sił i osłabienie oddziaływania duszpasterskiego. Pewno próbowałby połączyć te wysiłki i nadać im pewne ramy. Wielki sukces jezuitów polegał na tym, że stworzyli oni „machinę”, która działała w sposób zaplanowany, przemyślany i zorganizowany. Kiedy oglądam różnych internetowych duszpasterzy na YouTube, zawsze sobie myślę, że szkoda, że każdy sobie rzepkę skrobie. Kiedy Bobola wyruszał na misje, np. w okolice Pińska, nie szedł sam, tylko zwykle z jednym albo dwoma współbraćmi. Kontynuowali oni to, co udało się zrobić poprzednikom, a po powrocie składali dokładne sprawozdania z tego, gdzie byli i co udało im się zrobić.

    JO: A ja myślę, że raczej byłby skromnym księdzem – pobożnym, gorliwym, oddanym ludziom. Pewno spędzałby długie godziny w konfesjonale i miał czas dla każdego. Nie byłby żadną gwiazdą czy postacią kontrowersyjną. Jednak w jego historii rzuca się w oczy to, że jego „kariera” zaczęła się dopiero po śmierci.

    Andrzej Bobola może być patronem dla różnych trudnych charakterków? Jaką nadzieję przekazuje ludziom, którzy zmagają się ze słabościami i wadami wybuchowej, skłonnej do napadów złości osobowości? Którędy wiedzie dla nich droga do świętości według temperamentnego jezuity?

    WO: Jak najbardziej! Mógłby być np. patronem terapeutów i wszystkich, którzy zmagają się z trudnościami charakterologicznymi czy emocjonalnymi. Każdy, kto znajduje się w takiej sytuacji, może się śmiało zwracać do niego o pomoc – bo Andrzej na pewno go zrozumie. W końcu wie, jak to jest.

    JO: Może dlatego tak nas urzekł? My oboje też mamy trudne charaktery, zwłaszcza ja [śmiech]. A mówiąc bardziej serio – myślę, że tym właśnie Andrzej Bobola przyciąga ludzi do siebie. W końcu każdy ma cechy, z którymi chciałby się uporać. Czasami próbujemy patrzeć i mówić o świętych w sposób cukierkowy – jako o ludziach zawsze potulnych i układnych. W życiorysach świętych czytamy, że jeśli musieli się oni czymś zmagać, to tylko z zewnętrznymi przeciwnościami. Może ludzie bez wad istnieją, ale na pewno wszyscy tacy nie jesteśmy. Ale to nie jest przeszkoda na drodze do świętości. Przeciwnie – to pewien „front” walki duchowej.


    Joanna i Włodzimierz Operaczowie stworzyli i prowadzą portal AndrzejBobola.info, są autorami książki “Boży wojownik. Opowieść o św. Andrzeju Boboli”.

    Magdalena Dobrzyniak/Gość Niedzielny

    ______________________________________________________________________________________________________________

    PIĄTEK – 17 MAJA

    KOŚCIÓŁ ŚW. PIOTRA

    Niedziela 13/12 Msza św. g. 14:00 kościół św. Piotra (St Peters) Glasgow

    ST PETER’S CHURCH, PARTICK, 46 HYNDLAND STREET, Glasgow, G11 5PS

    ________________________________________________________

    GODZ. 17.00 – SPRZĄTANIE KOŚCIOŁA (CHĘTNI MILE WIDZIANI)

    OD GODZ. 18.00 – GODZINNA ADORACJA PRZED NAJŚWIĘTSZYM SAKRAMENTEM

    NABOŻEŃSTWO MAJOWE I MOŻLIWOŚĆ SPOWIEDZI ŚW.

    MSZA ŚW. O GODZ. 19.00

    _____________________________________________________________

    SOBOTA – 18 MAJA

    KAPLICA IZBA JEZUSA MIŁOSIERNEGO

    GODZ. 10.00 – SPOTKANIE BIBLIJNE NA TEMAT: W KOBIETY W PIŚMIE ŚWIĘTYM

    ***

    KOŚCIÓŁ ŚW. PIOTRA

    OD GODZ. 17.00 – MOŻLIWOŚĆ SPOWIEDZI ŚW. I NABOŻEŃSTWO MAJOWE

    MSZA ŚW. WIGILIJNA Z NIEDZIELI O GODZ. 18.00 
    PO MSZY ŚW. – MODLITWA RÓŻAŃCOWA
    W INTENCJI POKOJU W LUDZKICH SERCACH

    ____________________________________________________________________

    19 MAJA

    UROCZYSTOŚĆ ZESŁANIA DUCHA ŚWIĘTEGO

    OD GODZ. 13.30 – ADORACJA NAJŚWIĘTSZEGO SAKRAMENTU, MOŻLIWOŚĆ SPOWIEDŹ ŚW.


    MSZA ŚW. O GODZ. 14.00


    PO MSZY ŚW. – KORONKA DO BOŻEGO MIŁOSIERDZIA

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Andrei del Verrocchio “Chrzest Chrystusa” | Fot. Wikipedia

    ***

    Kim jest Duch Święty? 7 biblijnych faktów

    Bez Ducha Świętego Bóg jest daleko, Chrystus pozostaje w przeszłości, Ewangelia pozostaje martwą literą, Kościół jest tylko organizacją, władza – dominacją, misja – propagandą, liturgia – niczym więcej, jak tylko wspomnieniem, życie chrześcijańskie – moralnością niewolnika.

    Niewątpliwie Duch Święty to najbardziej tajemnicza Osoba Trójcy Świętej. W Starym Testamencie Lud Izraela najpierw doświadczył objawienia Boga jako Stworzyciela i Ojca. W Nowym Testamencie uczniowie Jezusa zrozumieli w końcu, że jest On Przedwiecznym Słowem i Synem Ojca. Natomiast pełnia objawienia Ducha Świętego to dopiero dzień Zielonych Świątek, ale przecież wciąż w potocznej świadomości religijnej pozostaje On niejako „na uboczu”. Przypomnijmy zatem kilka biblijnych faktów o Trzeciej Osobie Trójcy Świętej.

    1. Tchnienie Boga, czyli?…

    Pisarze Starego Testamentu na określenie Ducha Bożego używali terminu ruah, czyli tchnienie, powietrze, wiatr. Nikt z nas nie widzi wiatru, ale działanie wiatru można poznać po skutkach, jakie on sprawia. Wiatr przesuwa chmury, porusza drzewami, spiętrza fale (por. Ps 107, 25).

    Duch Święty, tak jak wiatr, jest niewidoczny, nie można go zamknąć w żadnym pomieszczeniu ani zmierzyć, a jednak działa. 

    Kim jest Duch Święty? 7 biblijnych faktów
    „STWORZENIE ŚWIATA” – WILLIAM BLAKE

    ***

    Tak samo oddech człowieka jest niewidoczny i ulotny, ale bez oddechu nie można żyć! Wiatr jako zjawisko atmosferyczne oznaczał zawsze potężną siłę, tchnienie zaś, czyli oddech, oznaczało życie.

    W Starym Testamencie  Duch Święty nie był jeszcze znany jako osoba. Jest to raczej tajemnicza moc Bożą, którą posługiwał się Bóg w dziele stworzenia i zbawienia. Czytamy, że „Jahwe ulepił człowieka z prochu ziemi i tchnął w jego nozdrza tchnienie życia, wskutek czego stał się człowiek istotą żywą” (Rdz 2, 7). W  zdaniu tym nie ma co prawda słowa „ruah”, ale opisana czynność (tchnienie), wskazuje, że znów chodzi o Ducha Jahwe. Człowiek ulepiony z prochu żyje, ponieważ Bóg przekazał mu swoje „tchnienie” (por. Iz 42, 5Hi 33, 4). Ta moc Boża daje życie, ratuje i zbawia; działa często poprzez ludzi, biorąc ich w posiadanie i uzdalniając do szczególnych czynów.

    Dopiero uważna lektura Nowego Testamentu ukazuje nam, że Duch Boży to nie jakaś siła, wiatr, tchnienie czy moc, ale Osoba Boża.

    2. O co chodzi z tą gołębicą?

    Kiedy byłem ostatnio z moją córką na Mszy Świętej dla dzieci, ksiądz wskazał na mozaikę ukazującą Chrzest Pański i zapytał:

    – „Co pojawiło się nad głową Jezusa podczas chrztu w Jordanie?”.

    Pewien chłopiec, przyjrzał się mozaice i odparł pytaniem na pytanie:

    – „Chodzi o ten złoty krążek?”.

    –  „Nie, nie chodzi mi o aureolę!  – zaprzeczył ksiądz – Spójrzcie wyżej! Tam jest unosząca się gołębica, czyli Duch Święty”…

    Przyznam, że to stwierdzenie „gołębica, czyli Duch Święty” rozbawiło mnie bardziej niż słowa chłopca.

    FOT. SMENDOCCI/CATHOPIC

    ***

    Ikonografia tak bardzo przyzwyczaiła nas do Ducha Świętego jako gołębicy, że pojawia się ona na obrazach przedstawiających zarówno Zwiastowanie Najświętszej Maryi Panny, jak i Zesłanie Ducha Świętego w Dniu Pięćdziesiątnicy. Doszło do tego, że nawet na obrazach ukazujących Trójcę Świętą widzimy Boga Ojca jako siwobrodego starca, Syna Bożego jako młodszą wersję Boga Ojca, a Ducha Świętego oczywiście jako unoszącą się między nimi białą gołębicę. Możemy rzecz jasna mówić, że to tylko wyobrażenie symboliczne, ale gdy słyszymy słowo „Duch Święty”, pewnie większość z nas ma właśnie pierwsze skojarzenie ornitologiczne.

    Źródłem przedstawiania Ducha Świętego jako gołębicy są ewangeliczne opisy chrztu Chrystusa w Jordanie. Gwoli ścisłości Ewangelie nie mówią jednak, że Duch zstąpił na Jezusa jako gołębica, ale raczej porównują Jego zstąpienie do lotu gołębicy: Wtedy otworzyło się Mu niebo i zobaczył Ducha Bożego, który zstępował na Niego jakby gołębica (Mt 3, 16); ujrzał niebo otwarte i Ducha, który zstępował na Niego jakby gołębica (Mk 1, 10); Ujrzałem Ducha, który zstępował z nieba jakby gołębica i pozostał na Nim (J 1, 32).

    Jedynie Łukasz stwierdza nieco inaczej: „Duch Święty zstąpił na Niego w postaci cielesnej jakby gołębica” (Łk 3, 22). Chyba chciał przez to podkreślić, że fakt ten był dostrzegalny i był prawdziwą teofanią, analogiczną do tych, jakie spotyka się w Starym Testamencie.

    Prawdopodobnie Ewangelistom chodziło nie tyle o samego ptaka, co o jego sposób poruszania się. Niektórzy widzą tu nawiązanie do opisu stwarzania świata z Księgi Rodzaju i zdania, że Duch Boży unosił się nad wodami (hebr. Weruah Elohim merahefet al-pne hammajim – Rdz 1, 2).

    W wersecie tym czasownik „unosił się”  pochodzi od rdzenia haraf (krążyć, szybować), który opisywał lot ptaka nad gniazdem i pisklętami. Ten sam czasownik w Pwt 32, 11 oznacza czynność orła, który unosi się na skrzydłach nad pisklętami w gnieździe, aby je zachęcić do lotu. Wybór takiego terminu w Rdz 1, 2 z pewnością nie był przypadkowy. Duch Boży, czyli tchnienie Boga, unoszące się nad wodami, to symbol roztaczania opiekuńczych skrzydeł nad stwarzanym światem, oznacza twórczą moc Boga, przygotowującą chaos do życia. W tym kontekście Duch Święty, zstępujący jak gołębica na Jezusa, to znak inauguracji nowego stworzenia, którego Mesjasz napełniony Duchem Świętym, jest fundamentem i twórcą.

    3. Mówił przez proroków i przemawia przez Pismo Święte

    W wyznaniu wiary powtarzamy formułę, że Duch Święty „mówił przez proroków”. Ojcowie Soboru (381 r.), chcieli poprzez te słowa podkreślić misję, jaką realizował odwiecznie Duch Święty we wszechświecie i wśród ludzi. Prorocy oznaczają tu wszystkich, którzy mówili i działali w imieniu Boga.

    Ten sam Duch natchnął autorów Biblii. Święty Paweł pisze, że „wszelkie Pismo od Boga natchnione [jest] i pożyteczne do nauczania” (2 Tm 3, 16). Natchnienie to polegało na tym, że „kierowani Duchem Świętym mówili od Boga święci ludzie” (2 P 1, 21).

    Ojcowie Kościoła porównywali natchnienie Biblii do stworzenia świata. Bóg nie tylko „na początku stworzył niebo i ziemię” (Rdz 1, 1), ale ciągle podtrzymuje je w istnieniu. Podobnie Duch Święty – nie tylko działał przy powstawaniu Księgi, ale działa również w napisanej Księdze.

    Stąd Pismo nie tylko jest natchnione Duchem Świętym, ale również dziś Nim tchnie. Myśl tę podjął Sobór Watykański II, ucząc, że Pismo „natchnione przez Boga (…) w wypowiedziach Proroków i Apostołów pozwala rozbrzmiewać głosowi Ducha Świętego” (KO 21).

    4. Ciągle obecny w życiu Jezusa

    Duch Święty towarzyszy Jezusowi od samego początku Jego wcielenia. Anioł Gabriel, wyjaśniając Maryi, w jaki sposób stanie się Matką Mesjasza, używa słów: „Duch Święty zstąpi na Ciebie i moc Najwyższego osłoni Cię” (Łk 1, 35). Pismo Święte wyraźnie mówi, że Maryja „znalazła się brzemienną za sprawą Ducha Świętego” (Mt 1, 18). Anioł wyjaśnia też Józefowi: „nie bój się wziąć do siebie Maryi, twej Małżonki; albowiem z Ducha Świętego jest to, co się w Niej poczęło” (Mt 1, 20).

    Jezus posiada Ducha od momentu swego poczęcia (por. Mt 1, 20Łk 1, 35), jednak w chrzcie na nowo otrzymuje wylanie Ducha, namaszczenie Duchem Świętym, co potwierdza św. Piotr w przemówieniu w domu Korneliusza: „Bóg namaścił Duchem Świętym i mocą Jezusa z Nazaretu” (por. Dz 10, 38). Wszyscy trzej synoptycy podkreślają, że zaraz po chrzcie to Ducha Święty wyprowadza Jezusa na pustynię, „aby był kuszony przez diabła” (Mt 4, 1; por. Łk 4, 1Mk 1, 12).

    Po kuszeniu Jezus powraca „w mocy Ducha do Galilei”, aby nauczać (Łk 4, 14-15). Podczas czytania w synagodze Jezus odnosi do siebie fragment księgi Izajasza: „Duch Pański spoczywa na Mnie, ponieważ Mnie namaścił i posłał Mnie, abym ubogim niósł dobrą nowinę, więźniom głosił wolność, a niewidomym przejrzenie; abym uciśnionych odsyłał wolnymi, abym obwoływał rok łaski od Pana” (Łk 4,18-19).

    Ten, kto odważa się twierdzić, że moc Jezusa pochodzi od Szatana, bluźni przeciwko Duchowi Świętemu (por. Mk 3, 22-30), bo właśnie „mocą Ducha Świętego” Jezus wypędza złe duchy (Mt 12, 28).

    Obecność Ducha Świętego widoczna jest w sposób szczególny w modlitwie Jezusa. Łukasz opowiada, że w momencie chrztu w Jordanie, „gdy [Jezus] się modlił, otworzyło się niebo i Duch Święty zstąpił na Niego” (Łk 3, 21-22). Związek między modlitwą Jezusa a obecnością Ducha wyrażony jest również w słowach: „Jezus rozradował się w Duchu Świętym i rzekł: Wysławiam Cię, Ojcze, Panie nieba i ziemi” (Łk 10, 21).

    5. Jest naszym Adwokatem i Rzecznikiem

    Pewnego razu papież Franciszek nawiązał podczas homilii do zdarzenia ze swojego życia, kiedy był jeszcze proboszczem w parafii patriarchy San José w San Migiel i podczas Mszy Świętej dla dzieci w uroczystość Zesłania Ducha Świętego zapytał: „Kto wie, kim jest Duch Święty?”  Wszystkie dzieci podniosły ręce, a jedno z nich odpowiedziało z powagą: „Paralitykiem!”.

    Chodzi oczywiście o Parakleta. Trudne słowo, więc łatwo je pomylić.

    Gdy Jezus zapowiada i obiecuje Ducha Świętego, nazywa Go właśnie Parakletem (J 14, 16. 2615, 2616, 7). Słowo „Parakletos” tłumaczy się zazwyczaj jako „Pocieszyciel”, ale tak naprawdę ten grecki termin nie ma adekwatnego polskiego odpowiednika.

    Pochodzi od czasownika „parakaleo” (wzywam, proszę). Dosłownie oznacza: „Ten, który jest wzywany”. Można to oddać terminami: obrońca, adwokat, doradca, rzecznik, asystent, pomocnik, opiekun.

    To ktoś, kto jest powołany, aby być u czyjegoś boku i stawać w jego obronie. „Ja zaś będę prosił Ojca, a innego Parakleta da wam, aby z wami był na zawsze — Ducha Prawdy (…); nie zostawię was sierotami” – mówi Jezus (J 14, 16). Dlaczego „innego”? Otóż w 1 J 2, 1 Parakletem nazwany jest także Chrystus, który wstawia się za nami. Współgra to ze słowami z Listu do Rzymian: „Jeżeli Bóg z nami, któż przeciwko nam? (…) Któż może wystąpić z oskarżeniem przeciw tym, których Bóg wybrał?” (por. Rz 8, 31b-39).

    6. Prowadzi nas do Prawdy

    Jezus oznajmił Apostołom: „Jeszcze wiele mam wam do powiedzenia, ale teraz jeszcze znieść nie możecie. Gdy zaś przyjdzie On, Duch Prawdy, doprowadzi was do całej prawdy” (J 16, 12-13). Te słowa mówią o działaniu Ducha Świętego w Kościele. Jeśli Jezus jest drogą, to Duch jest przewodnikiem, prowadzącym po tej drodze. Jest nauczycielem, który strzeże prawdy i pomaga ją odróżnić od fałszu. Święty Paweł napisał: „Nikt nie może powiedzieć bez pomocy Ducha Świętego: Panem jest Jezus” (1 Kor 12, 3). Duch Święty podtrzymuje żywą pamięć Kościoła o dziełach dokonanych przez Jezusa, przekonuje świat o grzechu, czyli o konieczności zbawienia.

    Nie przypadkiem w Credo właściwie jednym tchem mówimy: „wierzę w Ducha Świętego, święty Kościół powszechny”. To właśnie Duch Święty współtworzy Kościół, jest źródłem wspólnoty, jego powszechności i świętości. Metropolita Ignatios IV Hazim z Laodycei w czasie ekumenicznego zjazdu w Uppsali w 1968 r. wypowiedział znamienne i często cytowane słowa:

    Bez Ducha Świętego Bóg jest daleko, Chrystus pozostaje w przeszłości, Ewangelia pozostaje martwą literą, Kościół jest tylko organizacją, władza – dominacją, misja – propagandą, liturgia – niczym więcej, jak tylko wspomnieniem, życie chrześcijańskie – moralnością niewolnika. Ale w Duchu Świętym: kosmos jest zmartwychwstały i wzdycha w bólach rodzenia Królestwa, Zmartwychwstały Chrystus jest tutaj, Ewangelia jest mocą życia, Kościół ukazuje życie Trójcy, władza jest posługą wyzwalania, misja jest Pięćdziesiątnicą, liturgia – pamiątką i zapowiedzią, ludzkie działanie jest przebóstwione.

    7. Mieszka w nas

    Właściwie każda modlitwa kierowana do Ducha Świętego, zaczyna się od tradycyjnych słów „Przyjdź!”. Ale przecież Duch Święty cały czas jest z nami, cały czas jest w Kościele, bo został dany Kościołowi na zawsze.

    W Ewangelii Janowej czytamy, że Jezus po zmartwychwstaniu przyszedł do uczniów zgromadzonych w wieczerniku i pozdrowiwszy ich, „tchnął na nich i powiedział im: Weźmijcie Ducha Świętego! Którym odpuścicie grzechy, są im odpuszczone, a którym zatrzymacie, są im zatrzymane” (J 20, 22-23).

    Święty Paweł pyta Koryntian: „Czyż nie wiecie, żeście świątynią Boga i że Duch Boży mieszka w was? Jeżeli ktoś zniszczy świątynię Boga, tego zniszczy Bóg. Świątynia Boga jest świętą, a wy nią jesteście” (1 Kor 3, 16-17).

    Należy to rozumieć w ten sposób, że w całym Kościele i w poszczególnych wiernych mieszka Duch.

    Święty Ireneusz uważał nawet, że chrześcijanin składa się z ciała, duszy i Ducha Świętego (Adversus haereses V, 6,1). Inny fragment z 1 Listu do Koryntian mówi jeszcze dobitniej: „Czyż nie wiecie, że ciało wasze jest świątynią Ducha Świętego, który w was jest” (1 Kor 6, 19).

    Alonso Schökel stwierdził kiedyś, że chrześcijanina można przyrównać do Namiotu Spotkania na pustyni. Nosząc w sobie Świętego Ducha uświęcamy ten świat, który bez Boga staje się pustynią.

    Nasze dziecięctwo Boże jest właśnie dziełem mieszkającego w nas Ducha Świętego, którego Paweł nazywa „Duchem przybrania za synów” (Rz 8, 15-16). To dlatego możemy zwracać się do Boga tym samym zawołaniem, jakim zwracał się do Niego Jezus, to znaczy mówić „Abba – Tatusiu!” (Mk 14, 36Ga 4, 6-7).

    Duch Święty jest także rękojmią naszego zmartwychwstania: „A jeżeli mieszka w was Duch Tego, który Jezusa wskrzesił z martwych, to Ten, co wskrzesił Chrystusa Jezusa z martwych, przywróci do życia wasze śmiertelne ciała mocą mieszkającego w was swego Ducha” (Rz 8, 11).

    Roman Zając/Stacja7.pl

    ______________________________________________________________________________________________________________

    fot. Stormseeker/ Unsplash

    ***

    Grzechy przeciwko Duchowi Świętemu.

    Sprawdź, czy ich nie popełniasz!

    Grzechy przeciwko Duchowi Świętemu to jedyne grzechy, o których Jezus powiedział, że nie będą odpuszczone. Może je popełniać każdy z nas…

    Grzechy przeciwko Duchowi Świętemu to jedyne, które mogą nie zostać nam odpuszczone. Powiedział o tym sam Jezus Chrystus w Ewangelii:

    „Zaprawdę, powiadam wam: wszystkie grzechy i bluźnierstwa, których by się ludzie dopuścili, będą im odpuszczone. Kto by jednak zbluźnił przeciw Duchowi Świętemu, nigdy nie otrzyma odpuszczenia, lecz winien jest grzechu wiecznego”(Mk 3,28-29).

    U św. Mateusza natomiast czytamy takie słowa Chrystusa:

    „Każdy grzech i bluźnierstwo będą odpuszczone ludziom, ale bluźnierstwo przeciwko Duchowi nie będzie odpuszczone. Jeśli ktoś powie słowo przeciw Synowi Człowieczemu, będzie mu odpuszczone, lecz jeśli powie przeciw Duchowi Świętemu, nie będzie mu odpuszczone ani w tym wieku, ani w przyszłym(Mt 12, 31-32)

    Św. Łukasz pisze bardzo krótko, ale treściwie o grzechu przeciwko Duchowi Świętemu:

    “Każdemu, kto mówi jakieś słowo przeciw Synowi Człowieczemu, będzie przebaczone, lecz temu, kto bluźni przeciw Duchowi Świętemu, nie będzie przebaczone”.

    Grzechy przeciwko Duchowi Świętemu według Piusa XII

    1. Grzeszyć zuchwale w nadziei miłosierdzia Bożego.
    2. Rozpaczać albo wątpić o łasce Bożej.
    3. Sprzeciwiać się uznanej prawdzie chrześcijańskiej.
    4. Zazdrościć lub nie życzyć bliźniemu łaski Bożej.
    5. Mieć zatwardziałe serce na zbawienne natchnienia.
    6. Umyślnie zaniedbywać pokutę aż do śmierci.

    Jak je interpretować?

    Pierwszy odnosi się do tego, gdy popełniam grzech ze świadomością, że Bóg jest dobry i miłosierny, więc i tak odpuści mi to, czego się dopuściłem. Taka postawa jest lekceważąca wobec dobroci Boga.

    Drugi grzech natomiast pokazuje postawę zupełnie odwrotną od wyżej przedstawionej. Ten grzech ma miejsce wówczas, gdy żyję ze świadomością, że jestem tak złym człowiekiem, że tak dużo grzeszę, że nie ma dla mnie ratunku, że nie ma dla mnie zbawienia, że Bóg nie jest w stanie mnie ocalić. Za tym idzie to, że nie zmieniam swojej postawy i nie robię pokuty.

    Trzeci grzech dotyczy sytuacji, w której świadomie odrzucam naukę kościoła. Przykładem takiej sytuacji jest, gdy mieszkam z chłopakiem przed ślubem mimo, że Kościół mówi, że to grzech. Tłumaczę sobie wówczas, że świat się zmienia i wszyscy tak robią, co nie zmienia faktu, że wciąż jest to grzech ciężki i nie ma co do tego żadnych wątpliwości.

    Czwarty dotyczy tego, by doceniać łaski, które Pan Bóg zsyła na mnie i na moją rodzinę, przyjaciół. Nie wolno patrzeć na sąsiadów, nieprzyjaciół, bo każdy dostaje tyle dobra, ile potrzebuje. Bóg dysponuje swoim miłosierdziem sprawiedliwie.

    Piąty grzech dotyczy zamknięcia się na Boże znaki. Na przykład, Bóg bardzo często stawia na mojej drodze kogoś, kto robi wszystko, by zbliżyć mnie do Boga. Ja robię wszystko, by mu nie uwierzyć, nie zaufać, by nie iść tą drogą. Wówczas lekceważę to, co mówi do mnie Bóg, nie chcę nawrócenia, odrzucam je.

    Ostatni grzech dotyczy sytuacji, w której nie odmawiam pokuty. Podczas każdej spowiedzi świętej, kapłan daje mi pokutę. Ważnym jest, by iść jak najszybciej odmówić ją w spokoju – wykonać to, co kapłan nam każe. Gdy tego nie robię, lekceważę dar, jakim jest spowiedź święta i nie chcę naprawić wyrządzonych przeze mnie krzywd.

    ***

    Jan Paweł II o grzechach przeciwko Duchowi Świętemu

    „Bluźnierstwo [przeciw Duchowi Świętemu] nie polega na słownym znieważeniu Ducha Świętego; polega natomiast na odmowie przyjęcia tego zbawienia, jakie Bóg ofiaruje człowiekowi przez Ducha Świętego”. (Dominum et Vivicantem, 46).

    „Bluźnierstwo przeciw Duchowi Świętemu polega więc w konsekwencji na radykalnej odmowie przyjęcia tego odpuszczenia, którego wewnętrznym szafarzem jest Duch Święty, a które zakłada całą prawdę nawrócenia, dokonanego przezeń w sumieniu. Jeśli Chrystus mówi, że bluźnierstwo przeciw Duchowi Świętemu nie może być odpuszczone ani w tym, ani w przyszłym życiu, to owo „nie-odpuszczenie” związane jest przyczynowo z „nie-pokutą” — to znaczy z radykalną odmową nawrócenia się. (…)

    „Bluźnierstwo” przeciw Duchowi Świętemu jest grzechem popełnionym przez człowieka, który broni rzekomego „prawa” do trwania w złu, we wszystkich innych grzechach, i który w ten sposób odrzuca Odkupienie. Człowiek pozostaje zamknięty w grzechu, uniemożliwiając ze swej strony nawrócenie — a więc i odpuszczenie grzechów, które uważa za jakby nieistotne i nieważne w swoim życiu”.

    Stacja7.pl/źródła: ofm.krakow, onet

    ______________________________________________________________________________________________________________

    fot. Grant Whitty/Unsplash

    ***

    Czym są grzechy ciężkie i kiedy je popełniamy?

    Kościół daje nam pewne obiektywne kryteria oceny tego, czy dany czyn był grzechem i czy chodziło o grzech ciężki (zwany inaczej śmiertelnym), czy też o grzech lekki (zwany powszednim).

    „Usiłując zrozumieć grzech — czytamy w Katechizmie Kościoła Katolickiego — trzeba najpierw uznać głęboką więź człowieka z Bogiem” (KKK 386). Poza tą więzią można mówić o złu, o krzywdzie, o błędach, nawet o zbrodni — ale nie o grzechu. W pojęcie grzechu jest bowiem wpisane odniesienie do Tego, który, choć nieskończenie większy od nas, traktuje nas bardzo poważnie, niemal jak równych sobie.

    Grzech a relacja z Bogiem

    Problem w tym, że my najczęściej zauważamy tylko jeden kraniec tej więzi: nas samych. Kiedy zdarza nam się skrzywdzić drugiego człowieka, od razu widzimy owoce naszego czynu: ktoś cierpi, płacze, gniewa się… Jeśli nie jesteśmy ludźmi zatwardziałymi albo pozbawionymi empatii, spontanicznie odczuwamy żal za to, co zrobiliśmy.

    Z Panem Bogiem jest inaczej: na skutek grzechu pierworodnego utraciliśmy zdolność spontanicznego, bliskiego kontaktu z Nim. Grzesząc, nie czujemy wcale, że Go ranimy. W konsekwencji, zastanawiając się nad tematem grzechu, skupiamy się na nas samych i na przykazaniach, które przekroczyliśmy; ewentualnie nad skrzywdzonym bliźnim, jeśli grzech był grzechem przeciwko bliźniemu. Kochający nas Bóg pozostaje gdzieś na drugim planie, a nieraz jest zupełnie niewidoczny.

    Grzechy lekkie i ciężkie. Jak je odróżnić?

    Świadomość tego, że w temacie grzechu nie możemy do końca zaufać temu, co czujemy, jest bardzo ważna przy rozróżnianiu grzechów ciężkich i lekkich. Często brak nam takiej świadomości, dlatego ciężar grzechu mylimy z intensywnością wstydu, który z jego powodu odczuwamy albo ze skalą dezaprobaty ze strony innych ludzi. Mamy rozregulowaną zdolność odczuwania grzechu: nie czujemy ciężaru tego co najcięższe (grzechy przeciw Bogu), a często przesadnie odczuwamy ciężar rzeczy błahych. W tej sytuacji, żeby pomóc nam we właściwym rozeznaniu, Kościół daje nam pewne obiektywne kryteria oceny tego, czy dany czyn był grzechem i czy chodziło o grzech ciężki (zwany inaczej śmiertelnym), czy też o grzech lekki (zwany powszednim).

    W Katechizmie czytamy, że choć samo to rozróżnienie daje się zauważyć już w Piśmie Świętym (1 J 5, 16-17), definitywnie zostało ono sformułowane w tradycji Kościoła (KKK 1854). Grzech śmiertelny to ten, który niszczy miłość w sercu człowieka, podczas gdy grzech powszedni jedynie ją osłabia. Św. Tomasz z Akwinu mówił, że grzech śmiertelny jest jak śmiertelna rana, podczas gdy grzech powszedni — jak rana uleczalna. Człowiek może mieć w ciele wiele ran i żyć, ale wystarczy jedna śmiertelna, żeby umarł…

    Grzech ciężki. 3 warunki

    Aby grzech kwalifikował się jako ciężki, muszą być spełnione jednocześnie trzy warunki: poważna materia, pełna świadomość i całkowita zgodaPierwszy z warunków jest określony przede wszystkim przez dziesięć przykazań Bożych: po prostu już w samym Objawieniu znajdujemy wskazówkę, że pewne czyny są dla człowieka bardziej niszczące niż inne. „Ciężar grzechów jest większy lub mniejszy: zabójstwo jest czymś poważniejszym niż kradzież. Należy uwzględnić także pozycję osób poszkodowanych: czymś poważniejszym jest przemoc wobec rodziców aniżeli wobec kogoś obcego” (KKK 1858).

    Drugi warunek ma wykluczyć wszystkie te sytuacje, kiedy człowiek nie wie, że to, co czyni, jest sprzeczne z prawem Bożym i/lub z podstawowymi zasadami wypisanymi w ludzkim sumieniu.

    Z kolei trzeci warunek wyklucza przede wszystkim te przypadki, kiedy człowiek czyni zło przymuszony przez kogoś innego. Może on też dotyczyć działań dokonywanych pod presją emocji tak silnych, że niemożliwych do kontrolowania. Katechizm podaje jednak tutaj ważne uściślenie: „ignorancja zawiniona i zatwardziałość serca nie pomniejszają, lecz zwiększają dobrowolny charakter grzechu” (KKK 1859).

    Narzucone przez Kościół?

    Wymienione trzy kryteria, a szczególnie pierwsze z nich, mogą z początku budzić opór jako coś narzuconego przez Kościół, a nie wypływającego z głębi naszego serca. Nauczanie Kościoła o grzechu nie jest bowiem opisem tego, co przeżywamy, ale pewną szkołą, systemem wychowawczym, który ma nam stopniowo otwierać oczy na piękno Bożej miłości i na brzydotę grzechu.

    Im bardziej człowiek wzrasta w cnocie, tym jaśniej widzi zło grzechu; im bliżej żyje Boga, tym większą ma świadomość tego, jak bardzo grzech Go rani. Stąd jeden z teologów mógł napisać, że „tym, kto najlepiej rozumie grzech, nie jest grzesznik, nawet grzesznik, któremu wybaczono, lecz święty”.

    ks. Andrzej Persidok/Stacja7.pl

    ______________________________________________________________________________________________________________

    fot. Ministries.org

    ***

    Drobne „przypadki” Ducha Świętego, które zmieniają całe życie

    Z Duchem Świętym jest jak z wiatrem, nie widać Go, a działa i zmienia rzeczywistość.

    Duch Święty jest nazywany najbardziej tajemniczą Osobą Trójcy Świętej. W Starym Testamencie określa się Go jako ruah, czyli tchnienie, wiatr. Ale co to oznacza w praktyce – kim jest i jak możemy rozpoznać Jego działanie.

    Duch Święty pomaga i kieruje

    Jest dla mnie przede wszystkim Przewodnikiem: zarówno przy podejmowaniu ważnych decyzji, gdyż daje mi światło i rozeznanie, co powinnam robić, jak i przy uwielbianiu Boga, bo z Jego pomocą mogę się modlić– mówi Weronika Mucha ze wspólnoty „Niekanapowi” i duszpasterstwa św. Anny w Warszawie. Duch Święty przejawia się też w wewnętrznej radości oraz pokoju, który odczuwam na modlitwie, mimo że wcześniej byłam pełna obaw o codzienne sprawy czy życiowe decyzje.

    Z kolei jej kolega Andrzej Drożdż z ruchu „Odnowy w Duchu Świętym” działającym przy wspomnianym kościele św. Anny, podkreśla, że Ducha Świętego najbardziej rozpoznaje po dobrych owocach Jego działania. Czasem jest to pocieszenie w chwilach zwątpienia, innym razem pojawia się ktoś znikąd i podaje pomocną dłoń. Niekiedy jest to ewidentne działanie Bożej mocy w jednej chwili  i nie mam co do tego wątpliwości, a nieraz seria drobnych „przypadków Ducha Świętego” – mówi Andrzej.

    O takich przypadkach dużo może powiedzieć Piotr Orzechowski, z tej samej wspólnoty, który niedawno poprosił o pomoc Ducha Świętego. Bałem się, że nie znajdę miejsca do zaparkowania w centrum stolicy i modliłem do Ducha Świętego, aby pomógł mi w tej sprawie. Gdy zatrzymałem się w miejscu, gdzie jest zakaz parkowania, nagle odjechał samochód, zwalniając mi miejsce, a musiałem wtedy załatwić bardzo ważną sprawę, którą powierzam Panu Bogu od ponad roku – opowiada Piotr.

    On się nie spóźnia!

    Często o Jego mocy dowiadujemy się po czasie, jednak możemy również na co dzień dostrzegać Jego interwencje w naszym życiu. Rozpoznanie Ducha Świętego ułatwia mi wieczorna refleksja nad minionym dniem, gdy zastanawiam się, jak i gdzie mi pomógł. Jednak najczęściej dopiero później spadają mi klapki z oczu i wtedy dostrzegam Jego wsparcie w mojej codzienności – przyznaje Andrzej.

    Już w opisie stworzenia świata w Księdze Rodzaju jest napisane, że Duch Boży „unosił się” nad wodami. Co ciekawe, ten sam czasownik jest też użyty w Księdze Powtórzonego Prawa (Pwt 32, 11) i oznacza zachowanie orła, który unosi się na skrzydłach nad pisklętami w gnieździe, aby je zmobilizować do lotuDuch Święty zachęca nas do wychodzenia ze swojej strefy komfortu, a jednocześnie wspiera w trudnych momentach.

    Daje mi siłę do świadczenia o Chrystusie wśród znajomych, a także ostudza moje emocje przy podejmowaniu ważnych decyzji. Pomaga mi  też pozbywać się złudzeń na swój temat, a także dotyczących innych ludzi. Daje mi pokorę, bez której trudno byłoby mi iść dalej – zauważa Weronika.

    Duch Święty… zaprasza

    Członkowie warszawskiego duszpasterstwa zgodnie podkreślają, że to właśnie Duch Święty prowadzi ich do Źródła Życia. Bez Niego nic w Kościele nie możemy uczynić. On rozpala moje serce pragnieniem bliskości z Bogiem i daje odwagę pójścia za Nim. Dostrzegam, że Duch Święty „podsuwa” mi różne myśli, często na początku niezrozumiałe. Potem zjawia się ktoś, kto je wyjaśnia albo pomaga mi zrealizować plany, które zmieniają moje życie na lepsze i przybliżają do Boga – opowiada Andrzej.

    Świętujemy Zesłanie Ducha Świętego. Dla Andrzeja to ważne święto, jednak nie zawsze tak było. Przed nawróceniem prawie nic o Nim nie wiedziałem, był dla mnie bardzo odległy, a tymczasem sam Jezus powiedział, że odchodzi, ale posyła nam Ducha Świętego, aby nas pocieszał, wyjaśnił prawdę o Nim i Ojcu oraz żeby uzdalniał do wypełniania naszego powołania –  tłumaczy Andrzej. W życiu spotka nas wiele różnych przygód, ale On zawsze chce nam pomagać i wskazywać dobry kierunek  – dodaje.

    Prośmy Ducha Świętego, aby stał się naszym życiowym Przewodnikiem. Możemy Go o to poprosić słowami modlitwy papieża Franciszka, wypowiedzianej podczas jednej z uroczystości Zesłania Ducha Świętego:

    Tchnij na nas Duchu Święty, porywczy wietrze Boga. Tchnij w nasze serca i spraw, abyśmy oddychali czułością Ojca. Tchnij na Kościół i pchnij go aż po krańce ziemi, aby niesiony przez Ciebie, nie niósł niczego innego jak tylko Ciebie. Tchnij na świat delikatne ciepło pokoju i orzeźwiające pokrzepienie nadziei. Przyjdź, Duchu Święty, przemień nasze wnętrze i odnów oblicze ziemi. Amen.

    Maria Górczyńska/Stacja7.pl

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Papież Franciszek oficjalnie ogłosił Jubileusz 2025

    Papież Franciszek oficjalnie ogłosił Jubileusz 2025

    Ogłoszenie Roku Świętego 2025. Bullę czyta bp Leonardo Sapienza

    PAP/EPA/RICCARDO ANTIMIANI / POOL

    ***

    Papież Franciszek oficjalnie ogłosił Jubileusz 2025 roku. Będzie on „Rokiem Świętym, charakteryzującym się nadzieją, która nie gaśnie, nadzieją w Bogu” – stwierdził Ojciec Święty w bulli „Spes non confundit” (Nadzieja zawieść nie może).

    Uroczystość rozpoczęła się w przedsionku bazyliki św. Piotra w Watykanie, przed jej Drzwiami Świętymi, otwieranymi na każdy kolejny Jubileusz. Papież Franciszek wręczył bullę zwołującą Jubileusz 2025 archiprezbiterom czterech bazylik papieskich (był wśród nich kard. Stanisław Ryłko z bazyliki Matki Bożej Większej), kilku przedstawicielom Kościoła powszechnego z różnych stron świata i dziekanowi protonotariuszy apostolskich (prał. Leonardo Sapienza), który następnie odczytał najistotniejsze fragmenty tego dokumentu.

    „Zbliżający się Jubileusz będzie Rokiem Świętym, charakteryzującym się nadzieją, która nie gaśnie, nadzieją w Bogu” – stwierdza Franciszek w bulli zaczynającej się od słów słów św. Pawła „Nadzieja zawieść nie może” (Rz 5, 5). W dokumencie tym Ojciec Święty wskazuje między innymi główne cele i etapy tego wydarzenia.

    Na początku papież podkreśla znaczenie nadziei w życiu chrześcijańskim, a osoby pragnące przeżyć ten Jubileusz określa jako pielgrzymów nadziei. Następnie przypomina nauczanie biblijne, wskazując, iż z cnotą nadziei wiąże się cnota cierpliwości.
    Kolejny fragment dokumentu poświęcony jest przypomnieniu, czym jest Rok Święty i zaproszeniu pielgrzymów do Rzymu, aby przeżyli doświadczenie nawrócenia. Dodaje, że możliwe też będzie uzyskanie łask jubileuszowych w Kościołach lokalnych. W tym kontekście Franciszek kieruje szczególne zaproszenie do wiernych Kościołów wschodnich.

    Ojciec Święty zapowiada, że 24 grudnia bieżącego roku otworzy drzwi święte bazyliki watykańskiej, 29 grudnia bazyliki św. Jana na Lateranie, 1 stycznia 2025 roku zostaną one otworzone w bazylice Matki Bożej Większej, zaś 5 stycznia w bazylice św. Pawła za Murami. W tych trzech ostatnich bazylikach drzwi święte zostaną zamknięte przed niedzielą 28 grudnia 2025 roku. Rok Święty zostanie zainaugurowany w katedrach i konkatedrach poszczególnych diecezji 29 grudnia br., a zakończony 28 grudnia 2025 roku. Jubileusz zakończy się zamknięciem drzwi świętych w bazylice watykańskiej 6 stycznia 2026 roku.

    Franciszek stwierdza, że potrzeba pokoju stanowi wyzwanie dla wszystkich i zachęca do podjęcia negocjacji prowadzących do trwałego pokoju. Następnie zwraca uwagę na dramatyczny spadek liczby urodzin i wzywa do otwartości na życie. Ojciec Święty przypomina, że łaska Roku Świętego powinna także wiązać się z amnestią dla więźniów. Zapowiada, że będzie chciał osobiście otworzyć drzwi święte w jednym z zakładów karnych. Apeluje o otoczenie troską chorych i młodzieży, zwłaszcza zapewniając jej pracę. Podkreśla potrzebę otwartości na migrantów i uchodźców. Apeluje o docenianie wkładu osób starszych a także wrażliwość na potrzeby ubogich.

    Papież przypomina, że dobra ziemi należą do wszystkich i zachęca do umorzenia długów krajów najuboższych. Wreszcie przypomina, że w roku 2025 minie 1700 lat od obrad Soboru Nicejskiego, który miał za zadanie zachowanie jedności chrześcijan. W tym kontekście Franciszek zachęca wszystkie Kościoły do podążania drogą ku widzialnej jedności, i apeluje do chrześcijan Wschodu i Zachodu do wspólnej daty celebracji Wielkanocy.

    Franciszek wskazuje, że fundamentem nadziei jest dla chrześcijan wiara w życie wieczne. Zachęca do odkrycia daru nowego życia otrzymanego w sakramencie chrztu świętego. Podkreśla znacznie świadectwa męczenników. „Musimy strzec ich świadectwa, aby nasza nadzieja była owocna” – przekonuje Ojciec Święty. Proponuje, aby podczas Jubileuszu miała miejsce celebracja ekumeniczna, ukazująca bogactwo ich świadectwa. Papież podkreśla znaczenie jubileuszowego odpustu, przeznaczonego szczególnie dla tych, którzy odeszli przed nami. Zwraca uwagę, na potrzebę sakramentu spowiedzi św. i aktów przebaczenia. Uwypukla rolę misjonarzy miłosierdzia, którzy powinni udawać się między innymi do więzień, szpitali, „aby nikt nie był pozbawiony możliwości otrzymania przebaczenia i pocieszenia Boga”. Podkreśla rolę sanktuariów maryjnych, jako uprzywilejowanych miejsc budzenia nadziei.

    „Zbliżający się Jubileusz będzie zatem Rokiem Świętym, charakteryzującym się nadzieją, która nie gaśnie, nadzieją w Bogu” – stwierdza Ojciec Święty. „Niech moc nadziei wypełnia naszą teraźniejszość, w ufnym oczekiwaniu na powrót Pana Jezusa Chrystusa, któremu niech będzie cześć i chwała teraz i na przyszłe wieki” – pisze papież na zakończenie bulli.

    Po procesjonalnym wejściu do bazyliki rozpoczęły się Drugie Nieszpory Uroczystości Wniebowstąpienia Pańskiego, którym przewodniczył papież. W homilii Franciszek wskazał, że wniebowstąpienie Jezusa jest wypełnieniem Jego misji. „Jezus zstąpił do nas, abyśmy mogli wstąpić do Ojca; zstąpił, aby nas wywyższyć; zstąpił do głębin ziemi, aby niebo mogło otworzyć się nad nami na oścież. Zniszczył naszą śmierć, abyśmy mogli otrzymać życie na wieki” – wyjaśnił papież, dodając, że jest to „fundament naszej nadziei”.

    I „właśnie tę nadzieję, zakorzenioną w Chrystusie, który umarł i zmartwychwstał, chcemy wychwalać, przyjąć i głosić całemu światu w nadchodzącym Jubileuszu”. Przygotowując się do niego poprzez Rok Modlitwy, „wznieśmy nasze serca do Chrystusa, aby stać się piewcami nadziei w świecie naznaczonym zbyt wielką beznadzieją”, zachęcił Ojciec Święty.

    Zauważył, że nadziei potrzebuje „społeczeństwo, w którym żyjemy, często pogrążone wyłącznie w teraźniejszości i niezdolne do patrzenia w przyszłość”. Potrzebuje jej „stworzenie, poważnie zranione i oszpecone przez ludzki egoizm”. Potrzebują jej „ludy i narody, które stoją w obliczu jutra pełnego niepokojów i lęków, podczas gdy arogancko trwa nadal niesprawiedliwość, ubodzy są odrzucani, wojny sieją śmierć, ostatni wciąż pozostają na dole listy, a marzenie o braterskim świecie może wydawać się złudzeniem”. Potrzebują jej „ludzie młodzi, często zdezorientowani, ale pragnący żyć w pełni”. Potrzebują jej „osoby starsze, których kultura wydajności i odrzucenia nie potrafi już szanować i słuchać”. Potrzebują jej „chorzy i wszyscy zranieni na ciele i duchu, którzy mogą doznać ulgi dzięki naszej bliskości i naszej trosce”.

    Nadziei potrzebuje także Kościół, „aby nawet wtedy, gdy doświadcza ciężaru trudu i kruchości, nigdy nie zapomniał, że jest Oblubienicą Chrystusa, umiłowaną wieczną i wierną miłością, powołaną do strzeżenia światła Ewangelii, posłaną, aby przekazywać wszystkim ogień, który Jezus przyniósł i zapalił na świecie raz na zawsze”.

    Nadziei potrzebuje każdy z nas, „nasze niekiedy znużone i zranione życie, nasze serca spragnione prawdy, dobra i piękna, nasze marzenia, których nie może zgasić żaden mrok”. „Wszystko, w nas i na zewnątrz nas, woła o nadzieję i szuka, nawet o tym nie wiedząc, bliskości Boga” – stwierdził papież.

    Liturgię zakończyło odśpiewanie antyfony Maryjnej „Regina caeli, laetare” (Królowo nieba, wesel się).

    Gość Niedzielny/Kai.pl

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Wieczernik9.

    Ksiądz Arcybiskup Adrian Galbas SAC zaprasza na

    internetowe rekolekcje przed

    Zesłaniem Ducha Świętego

    Play: Video
    cytat

    ______________________________________________________________________________

    episkopat

    ________________________________________________________________________________

    Ogólnopolskie duchowe przygotowanie do uroczystości Zesłania Ducha Świętego rozpoczyna się w piątek 10 maja. Rekolekcje Wieczernik9 to 9 dni modlitwy i wewnętrznego przygotowania do przyjęcia obecności i darów Ducha Świętego. Inicjatywa powstała pod patronatem Rady Konferencji Episkopatu Polski ds. Apostolstwa Świeckich. Do wzięcia udziału w rekolekcjach zaprasza Ks. Abp Adrian Galbas SAC.

    Rekolekcje Wieczernik9 to najnowsza duchowa propozycja twórców takich dzieł jak Oddanie33, Rodzina33 czy Adoracja9. Tym razem organizatorzy zapraszają do konkretnego, 9-dniowego przygotowania na Uroczystość Zesłania Ducha Świętego.

    Wszystkie materiały można znaleźć na stronie: www.wieczernik9.pl oraz na stronie Wieczernikna FB oraz na kanale YT o tej samej nazwie. Rekolekcje są dostępne w formie video, audio oraz w formie książki. Organizatorzy zapraszają osoby zainteresowane do dołączenia do grupy rekolekcyjnej w aplikacji Whastapp.

    Publikacja odcinka z rozważaniami będzie mieć miejsce o północy, natomiast odcinek z przygotowaniem do spowiedzi będzie publikowany codziennie o 19:00.

    Inicjatywa Wieczernik9 startuje 10 maja. W materiałach uczestnicy znajdą oparte na słowie Bożym rozważania, zaproszenie do codziennej Mszy Świętej (wraz z zadaniem eucharystycznym na każdy dzień!), pomoc w przygotowaniu do spowiedzi świętej, oraz zaproszenie do codziennej modlitwy serca w jedności z Maryją – jak Apostołowie w Wieczerniku.

    Rozważania Wieczernik9 są częścią większego projektu ewangelizacyjnego, którego celem jest zaproszenie wiernych do codziennego wzywania Ducha Świętego, słowami: “Niech zstąpi Duch Twój i odnowi oblicze ziemi”. Skąd ta idea? Dokładnie w tym roku obchodzimy bowiem 45 rocznicę słów, które św. Jan Paweł II wypowiedział na Placu Zwycięstwa w Warszawie, gdzie wołał: “Niech zstąpi Duch Twój i odnowi oblicze ziemi, tej ziemi!”.

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Wieczernik9 – w piątek rozpoczyna się duchowe przygotowanie do Uroczystości Zesłania Ducha Świętego

    Sample

    ***

    W piątek, 10 maja, rozpoczynają się dziewięciodniowe rekolekcje Wieczernik9. Inicjatywa przygotowująca do przyjęcia obecności i darów Ducha Świętego powstała pod patronatem Rady Konferencji Episkopatu Polski ds. Apostolstwa Świeckich. Do wzięcia udziału w rekolekcjach zaprasza przewodniczący Rady abp Adrian Galbas SAC.

    Rekolekcje Wieczernik9 to najnowsza duchowa propozycja twórców takich dzieł jak Oddanie33, Rodzina33 czy Adoracja9. Tym razem organizatorzy zapraszają do konkretnego, 9-dniowego przygotowania na Uroczystość Zesłania Ducha Świętego.

    Wszelkie materiały można znaleźć na stronie: www.wieczernik9.pl oraz na stronie Wieczernik9 na FB oraz na kanale YT o tej samej nazwie. Rekolekcje są dostępne w formie video, audio oraz w formie książki. Organizatorzy zapraszają osoby zainteresowane do dołączenia do grupy rekolekcyjnej w aplikacji Whastapp – można to zrobić poprzez link.

    Publikacja odcinka z rozważaniami będzie mieć miejsce o północy, natomiast odcinek z przygotowaniem do spowiedzi będzie publikowany codziennie o 19:00.

    Inicjatywa Wieczernik9 startuje 10 maja. W materiałach uczestnicy znajdą oparte na słowie Bożym rozważania, zaproszenie do codziennej Mszy Świętej (wraz z zadaniem eucharystycznym na każdy dzień), pomoc w przygotowaniu do spowiedzi świętej, oraz zaproszenie do codziennej modlitwy serca w jedności z Maryją – jak Apostołowie w Wieczerniku – tłumaczą pomysłodawcy rekolekcji.

    Inicjatywa Wieczernik9 jest też duchowym przygotowaniem do pierwszego, ogólnopolskiego czuwania osób zawierzonych Maryi, które odbędzie się w Bazylice w Licheniu, 18 maja 2024 roku, w Wigilię Zesłania Ducha Świętego.

    Rozważania Wieczernik9 są częścią większego projektu ewangelizacyjnego, którego celem jest zaproszenie wiernych do codziennego wzywania Ducha Świętego, słowami: “Niech zstąpi Duch Twój i odnowi oblicze ziemi”.  Właśnie w tym roku przypada 45. rocznica Mszy św. na stołecznym Placu Zwycięstwa w Warszawie, gdzie Jan Paweł II wypowiedział słynne już słowa: “Niech zstąpi Duch Twój i odnowi oblicze ziemi, tej ziemi!”.

    Inspiracją dla powstania rekolekcji Wieczernik9 było także zaproszenie Papieża Franciszka, który rok 2024 ustanowił rokiem modlitwy i zaprosił, aby w tym czasie podejmować inicjatywy, które poprzez modlitwę pomogą wiernym przygotować się do roku jubileuszowego 2025.

    Abp Adrian Galbas zachęca: “Wołajmy razem, aby dokonała się w nas odnowa, aby Duch Święty poprowadził nas ku życiu głębszemu, mądrzejszemu i bardziej pobożnemu. Niech zstąpi Duch Twój i odnowi oblicze ziemi, którą my jesteśmy!”.

    ______________________________________________________________________________________________________________

    (Dnalor 01, CC BY-SA 3.0 AT , via Wikimedia Commons)

    ***

    Nowenna do Ducha Świętego

    Na dziewięć dni przed Niedzielą Zesłania Ducha Świętego trwamy na wspólnej modlitwie podobnie jak apostołowie, którzy modlili się po wniebowstąpieniu Pana Jezusa czekając na zapowiedziane przez Niego zesłanie Ducha Świętego.

    Nowenna przed Zesłaniem Ducha Świętego składa się z modlitwy wstępnej, modlitwy na poszczególny dzień nowenny oraz modlitw końcowych (Ojcze Nasz, modlitwa, Litania do Ducha Świętego). W roku 2024 Uroczystość Zesłania obchodzić będziemy 19 maja, stąd Nowennę rozpoczniemy w piątek, 10 maja.

    ***

    DZIEŃ PIERWSZY – piątek 10 maja

    Panie Jezu Chryste, pragniemy przyjąć łaskę Ducha Świętego i przynosić owoce cnót.

    MODLITWA WSTĘPNA (odmawiana w każdym dniu nowenny)

    Duchu Święty, Boże, który w dniu narodzin Kościoła raczyłeś zstąpić widomie na apostołów, aby oświecić ich rozum, zapalić serca, utwierdzić w wierze i życie ich uświęcić, błagamy Cię najgoręcej w czasie tej nowenny, abyś również nam raczył udzielić tych samych darów dla naszego uświęcenia i wzrostu chwały Bożej. Przez Chrystusa, Pana naszego. Amen.

    MODLITWA W PIERWSZYM DNIU NOWENNY

    W ostatnim dniu oktawy Święta Namiotów, Jezus „zawołał donośnym głosem: Jeśli ktoś jest spragniony, a wierzy we Mnie, niech przyjdzie do Mnie i pije! A powiedział to o Duchu, którego mieli otrzymać wierzący w Niego” (J 7,37.39).

    Módlmy się: Panie Jezu Chryste, jak drzewo po przyjęciu wody rozwija się i przynosi owoce, również i my pragniemy przyjąć łaskę Ducha Świętego i przynosić owoce cnót. Amen.

    MODLITWY KOŃCOWE (odmawiane w każdym dniu nowenny)

    Ojcze nasz…

    Módlmy się: Boże, Ty otworzyłeś nam bramy życia wiecznego wywyższając Chrystusa i zsyłając nam Ducha Świętego, spraw, aby tak wielkie dary umocniły nasze oddanie się Tobie i pomnożyły naszą wiarę. Przez Chrystusa, Pana naszego. Amen.

    Litania do Ducha Świętego

    Kyrie, elejson. Chryste, elejson. Kyrie, elejson.
    Chryste, usłysz nas, Chryste, wysłuchaj nas.
    Ojcze z nieba, Boże, zmiłuj się nad nami.
    Synu Odkupicielu świata, Boże, zmiłuj się nad nami.
    Duchu Święty, Boże, zmiłuj się nad nami.
    Święta Trójco, Jedyny Boże, zmiłuj się nad nami.

    Duchu Święty, Trzecia Osobo Trójcy Przenajświętszej, zmiłuj się nad nami.
    Duchu Święty, który od Ojca i Syna pochodzisz, zmiłuj się nad nami.
    Duchu Święty, który na początku stworzenia świata unosiłeś się nad wodami, zmiłuj się nad nami.
    Duchu Święty, który w postaci gołębicy pojawiłeś się nad Chrystusem w wodach Jordanu, zmiłuj się nad nami.
    Duchu Święty, który zstąpiłeś na Apostołów w postaci języków ognistych, zmiłuj się nad nami.
    Duchu Święty, który żarem gorliwości przepełniłeś serca uczniów Pańskich, zmiłuj się nad nami.
    Duchu Święty, który odrodziłeś nas w wodzie Chrztu świętego, zmiłuj się nad nami.
    Duchu Święty, który nas umocniłeś w Sakramencie Bierzmowania, zmiłuj się nad nami.
    Duchu Święty, przez którego Bóg czyni nas dziećmi Swoimi, zmiłuj się nad nami.
    Duchu Święty, który wlewasz miłość Boską do serc naszych, zmiłuj się nad nami.
    Duchu Święty, który nas uczysz prawdziwej pobożności, zmiłuj się nad nami.
    Duchu Święty, źródło radości, zmiłuj się nad nami.
    Duchu Święty, strażniku sumień naszych, zmiłuj się nad nami.
    Duchu Święty, obecny w nas przez łaskę swoją, zmiłuj się nad nami.
    Duchu Święty, dawco mądrości i rozumu, zmiłuj się nad nami.
    Duchu, Święty, dawco rady i męstwa, zmiłuj się nad nami.
    Duchu Święty, dawco umiejętności i pobożności, zmiłuj się nad nami.
    Duchu Święty, dawco bojaźni Bożej, zmiłuj się nad nami.
    Duchu Święty, dawco wiary, nadziei i miłości, zmiłuj się nad nami.
    Duchu Święty, natchnienie skruchy i żalu wybranych, zmiłuj się nad nami.

    Bądź nam miłościw, przepuść nam, Duchu Święty.
    Bądź nam miłościw, wysłuchaj nas, Duchu Święty.
    Bądź nam miłościw, wybaw nas, Duchu Święty.

    Od zwątpienia w zbawcze działanie łaski, wybaw nas, Duchu Święty.
    Od buntu przeciwko prawdzie chrześcijańskiej, wybaw nas, Duchu Święty.
    Od braku serca wobec bliźnich naszych, wybaw nas, Duchu Święty.
    Od zatwardziałości w grzechach, wybaw nas, Duchu Święty.
    Od zaniedbania pokuty, wybaw nas, Duchu Święty.
    Od wszelkich złych i nieczystych spraw i myśli, wybaw nas, Duchu Święty.
    Od nagłej i niespodziewanej śmierci, wybaw nas, Duchu Święty.
    Od potępienia wiekuistego, wybaw nas, Duchu Święty.
    My grzeszni, Ciebie prosimy, wysłuchaj nas Duchu Święty

    Abyś Kościołem Twoim świętym rządzić i zachować go raczył, wysłuchaj nas Duchu Święty
    Abyś nas w wierze katolickiej utwierdzić raczył, wysłuchaj nas Duchu Święty
    Abyś nam wytrwałości i męstwa udzielić raczył, wysłuchaj nas Duchu Święty
    Abyś umysły nasze pragnieniem posiadania nieba natchnąć raczył, wysłuchaj nas Duchu Święty
    Abyś w nas godne mieszkanie dla siebie przygotować raczył, wysłuchaj nas Duchu Święty
    Abyś nas w cierpieniach pocieszyć raczył, wysłuchaj nas Duchu Święty
    Abyś nas w łasce Twojej utwierdzić raczył, wysłuchaj nas Duchu Święty
    Abyś nas wszystkich do zbawienia doprowadzić raczył, wysłuchaj nas Duchu Święty

    Baranku Boży, który gładzisz grzechy świata, przepuść nam Panie.
    Baranku Boży, który gładzisz grzechy świata, wysłuchaj nas, Panie.
    Baranku Boży, który gładzisz grzechy świata, zmiłuj się nad nami.

    P.: Stwórz, Boże, we mnie serce czyste.
    W.: I odnów we mnie moc ducha.

    Módlmy się:
    Duchu Święty, który zgromadziłeś wszystkie narody w jedności wiary, przybądź i napełnij serca Twoich sług łaskę Swoją, zapal w nas ogień Twojej miłości i chroń od wszelkiego złego. Amen.

    ***

    DZIEŃ DRUGI – sobota 11 maja

    Boże, spraw, aby Duch Święty wspierał nasze pragnienie nieba.

    MODLITWA WSTĘPNA (odmawiana w każdym dniu nowenny)

    Duchu Święty, Boże, który w dniu narodzin Kościoła raczyłeś zstąpić widomie na apostołów, aby oświecić ich rozum, zapalić serca, utwierdzić w wierze i życie ich uświęcić, błagamy Cię najgoręcej w czasie tej nowenny, abyś również nam raczył udzielić tych samych darów dla naszego uświęcenia i wzrostu chwały Bożej. Przez Chrystusa, Pana naszego. Amen.

    MODLITWA W DRUGIM DNIU NOWENNY

    Pismo święte poucza: „Bóg zbawił nas przez obmycie odradzające w Duchu Świętym, którego wylał na nas obficie przez Jezusa Chrystusa, Zbawiciela naszego, abyśmy usprawiedliwieni Jego łaską, stali się w nadziei dziedzicami życia wiecznego” (Tt 3,5-7).

    Módlmy się: Boże, który w chrzcie świętym obficie wylałeś na nas Ducha Świętego, spraw łaskawie, aby wspierał On nasze pragnienie nieba, aby nas zachęcał, uczył, oświecał, pocieszał, umacniał, leczył, usprawiedliwiał i zbawiał. Amen.

    MODLITWY KOŃCOWE (odmawiane w każdym dniu nowenny)

    Ojcze nasz…

    Módlmy się: Boże, Ty otworzyłeś nam bramy życia wiecznego wywyższając Chrystusa i zsyłając nam Ducha Świętego, spraw, aby tak wielkie dary umocniły nasze oddanie się Tobie i pomnożyły naszą wiarę. Przez Chrystusa, Pana naszego. Amen.

    Litania do Ducha Świętego

    Kyrie, elejson. Chryste, elejson. Kyrie, elejson.
    Chryste, usłysz nas, Chryste, wysłuchaj nas.
    Ojcze z nieba, Boże, zmiłuj się nad nami.
    Synu Odkupicielu świata, Boże, zmiłuj się nad nami.
    Duchu Święty, Boże, zmiłuj się nad nami.
    Święta Trójco, Jedyny Boże, zmiłuj się nad nami.

    Duchu Święty, Trzecia Osobo Trójcy Przenajświętszej, zmiłuj się nad nami.
    Duchu Święty, który od Ojca i Syna pochodzisz, zmiłuj się nad nami.
    Duchu Święty, który na początku stworzenia świata unosiłeś się nad wodami, zmiłuj się nad nami.
    Duchu Święty, który w postaci gołębicy pojawiłeś się nad Chrystusem w wodach Jordanu, zmiłuj się nad nami.
    Duchu Święty, który zstąpiłeś na Apostołów w postaci języków ognistych, zmiłuj się nad nami.
    Duchu Święty, który żarem gorliwości przepełniłeś serca uczniów Pańskich, zmiłuj się nad nami.
    Duchu Święty, który odrodziłeś nas w wodzie Chrztu świętego, zmiłuj się nad nami.
    Duchu Święty, który nas umocniłeś w Sakramencie Bierzmowania, zmiłuj się nad nami.
    Duchu Święty, przez którego Bóg czyni nas dziećmi Swoimi, zmiłuj się nad nami.
    Duchu Święty, który wlewasz miłość Boską do serc naszych, zmiłuj się nad nami.
    Duchu Święty, który nas uczysz prawdziwej pobożności, zmiłuj się nad nami.
    Duchu Święty, źródło radości, zmiłuj się nad nami.
    Duchu Święty, strażniku sumień naszych, zmiłuj się nad nami.
    Duchu Święty, obecny w nas przez łaskę swoją, zmiłuj się nad nami.
    Duchu Święty, dawco mądrości i rozumu, zmiłuj się nad nami.
    Duchu, Święty, dawco rady i męstwa, zmiłuj się nad nami.
    Duchu Święty, dawco umiejętności i pobożności, zmiłuj się nad nami.
    Duchu Święty, dawco bojaźni Bożej, zmiłuj się nad nami.
    Duchu Święty, dawco wiary, nadziei i miłości, zmiłuj się nad nami.
    Duchu Święty, natchnienie skruchy i żalu wybranych, zmiłuj się nad nami.

    Bądź nam miłościw, przepuść nam, Duchu Święty.
    Bądź nam miłościw, wysłuchaj nas, Duchu Święty.
    Bądź nam miłościw, wybaw nas, Duchu Święty.

    Od zwątpienia w zbawcze działanie łaski, wybaw nas, Duchu Święty.
    Od buntu przeciwko prawdzie chrześcijańskiej, wybaw nas, Duchu Święty.
    Od braku serca wobec bliźnich naszych, wybaw nas, Duchu Święty.
    Od zatwardziałości w grzechach, wybaw nas, Duchu Święty.
    Od zaniedbania pokuty, wybaw nas, Duchu Święty.
    Od wszelkich złych i nieczystych spraw i myśli, wybaw nas, Duchu Święty.
    Od nagłej i niespodziewanej śmierci, wybaw nas, Duchu Święty.
    Od potępienia wiekuistego, wybaw nas, Duchu Święty.
    My grzeszni, Ciebie prosimy, wysłuchaj nas Duchu Święty

    Abyś Kościołem Twoim świętym rządzić i zachować go raczył, wysłuchaj nas Duchu Święty
    Abyś nas w wierze katolickiej utwierdzić raczył, wysłuchaj nas Duchu Święty
    Abyś nam wytrwałości i męstwa udzielić raczył, wysłuchaj nas Duchu Święty
    Abyś umysły nasze pragnieniem posiadania nieba natchnąć raczył, wysłuchaj nas Duchu Święty
    Abyś w nas godne mieszkanie dla siebie przygotować raczył, wysłuchaj nas Duchu Święty
    Abyś nas w cierpieniach pocieszyć raczył, wysłuchaj nas Duchu Święty
    Abyś nas w łasce Twojej utwierdzić raczył, wysłuchaj nas Duchu Święty
    Abyś nas wszystkich do zbawienia doprowadzić raczył, wysłuchaj nas Duchu Święty

    Baranku Boży, który gładzisz grzechy świata, przepuść nam Panie.
    Baranku Boży, który gładzisz grzechy świata, wysłuchaj nas, Panie.
    Baranku Boży, który gładzisz grzechy świata, zmiłuj się nad nami.

    P.: Stwórz, Boże, we mnie serce czyste.
    W.: I odnów we mnie moc ducha.

    Módlmy się:
    Duchu Święty, który zgromadziłeś wszystkie narody w jedności wiary, przybądź i napełnij serca Twoich sług łaską Swoją, zapal w nas ogień Twojej miłości i chroń od wszelkiego złego. Amen.

    ***

    DZIEŃ TRZECI – niedziela 12 maja

    Duchu Przenajświętszy, zjednocz wszystkich wierzących w Chrystusa w Jego świętym Kościele.

    MODLITWA WSTĘPNA (odmawiana w każdym dniu nowenny)

    Duchu Święty, Boże, który w dniu narodzin Kościoła raczyłeś zstąpić widomie na apostołów, aby oświecić ich rozum, zapalić serca, utwierdzić w wierze i życie ich uświęcić, błagamy Cię najgoręcej w czasie tej nowenny, abyś również nam raczył udzielić tych samych darów dla naszego uświęcenia i wzrostu chwały Bożej. Przez Chrystusa, Pana naszego. Amen.

    MODLITWA W TRZECIM DNIU NOWENNY

    Pismo święte poucza: „Wszyscyśmy w jednym Duchu zostali ochrzczeni, aby stanowić jedno Ciało: czy to Żydzi, czy Grecy, czy to niewolnicy, czy wolni. Wszyscyśmy też zostali napojeni jednym Duchem” (1 Kor 12,13).

    Módlmy się: Duchu Przenajświętszy, Boże jedności, zgody i pokoju, błagamy Cię pokornie, abyś zawsze jednoczył wszystkich wierzących w Chrystusa w Jego świętym Kościele. Amen.

    MODLITWY KOŃCOWE (odmawiane w każdym dniu nowenny)

    Ojcze nasz…

    Módlmy się: Boże, Ty otworzyłeś nam bramy życia wiecznego wywyższając Chrystusa i zsyłając nam Ducha Świętego, spraw, aby tak wielkie dary umocniły nasze oddanie się Tobie i pomnożyły naszą wiarę. Przez Chrystusa, Pana naszego. Amen.

    Litania do Ducha Świętego

    Kyrie, elejson. Chryste, elejson. Kyrie, elejson.
    Chryste, usłysz nas, Chryste, wysłuchaj nas.
    Ojcze z nieba, Boże, zmiłuj się nad nami.
    Synu Odkupicielu świata, Boże, zmiłuj się nad nami.
    Duchu Święty, Boże, zmiłuj się nad nami.
    Święta Trójco, Jedyny Boże, zmiłuj się nad nami.

    Duchu Święty, Trzecia Osobo Trójcy Przenajświętszej, zmiłuj się nad nami.
    Duchu Święty, który od Ojca i Syna pochodzisz, zmiłuj się nad nami.
    Duchu Święty, który na początku stworzenia świata unosiłeś się nad wodami, zmiłuj się nad nami.
    Duchu Święty, który w postaci gołębicy pojawiłeś się nad Chrystusem w wodach Jordanu, zmiłuj się nad nami.
    Duchu Święty, który zstąpiłeś na Apostołów w postaci języków ognistych, zmiłuj się nad nami.
    Duchu Święty, który żarem gorliwości przepełniłeś serca uczniów Pańskich, zmiłuj się nad nami.
    Duchu Święty, który odrodziłeś nas w wodzie Chrztu świętego, zmiłuj się nad nami.
    Duchu Święty, który nas umocniłeś w Sakramencie Bierzmowania, zmiłuj się nad nami.
    Duchu Święty, przez którego Bóg czyni nas dziećmi Swoimi, zmiłuj się nad nami.
    Duchu Święty, który wlewasz miłość Boską do serc naszych, zmiłuj się nad nami.
    Duchu Święty, który nas uczysz prawdziwej pobożności, zmiłuj się nad nami.
    Duchu Święty, źródło radości, zmiłuj się nad nami.
    Duchu Święty, strażniku sumień naszych, zmiłuj się nad nami.
    Duchu Święty, obecny w nas przez łaskę swoją, zmiłuj się nad nami.
    Duchu Święty, dawco mądrości i rozumu, zmiłuj się nad nami.
    Duchu, Święty, dawco rady i męstwa, zmiłuj się nad nami.
    Duchu Święty, dawco umiejętności i pobożności, zmiłuj się nad nami.
    Duchu Święty, dawco bojaźni Bożej, zmiłuj się nad nami.
    Duchu Święty, dawco wiary, nadziei i miłości, zmiłuj się nad nami.
    Duchu Święty, natchnienie skruchy i żalu wybranych, zmiłuj się nad nami.

    Bądź nam miłościw, przepuść nam, Duchu Święty.
    Bądź nam miłościw, wysłuchaj nas, Duchu Święty.
    Bądź nam miłościw, wybaw nas, Duchu Święty.

    Od zwątpienia w zbawcze działanie łaski, wybaw nas, Duchu Święty.
    Od buntu przeciwko prawdzie chrześcijańskiej, wybaw nas, Duchu Święty.
    Od braku serca wobec bliźnich naszych, wybaw nas, Duchu Święty.
    Od zatwardziałości w grzechach, wybaw nas, Duchu Święty.
    Od zaniedbania pokuty, wybaw nas, Duchu Święty.
    Od wszelkich złych i nieczystych spraw i myśli, wybaw nas, Duchu Święty.
    Od nagłej i niespodziewanej śmierci, wybaw nas, Duchu Święty.
    Od potępienia wiekuistego, wybaw nas, Duchu Święty.
    My grzeszni, Ciebie prosimy, wysłuchaj nas Duchu Święty

    Abyś Kościołem Twoim świętym rządzić i zachować go raczył, wysłuchaj nas Duchu Święty
    Abyś nas w wierze katolickiej utwierdzić raczył, wysłuchaj nas Duchu Święty
    Abyś nam wytrwałości i męstwa udzielić raczył, wysłuchaj nas Duchu Święty
    Abyś umysły nasze pragnieniem posiadania nieba natchnąć raczył, wysłuchaj nas Duchu Święty
    Abyś w nas godne mieszkanie dla siebie przygotować raczył, wysłuchaj nas Duchu Święty
    Abyś nas w cierpieniach pocieszyć raczył, wysłuchaj nas Duchu Święty
    Abyś nas w łasce Twojej utwierdzić raczył, wysłuchaj nas Duchu Święty
    Abyś nas wszystkich do zbawienia doprowadzić raczył, wysłuchaj nas Duchu Święty

    Baranku Boży, który gładzisz grzechy świata, przepuść nam Panie.
    Baranku Boży, który gładzisz grzechy świata, wysłuchaj nas, Panie.
    Baranku Boży, który gładzisz grzechy świata, zmiłuj się nad nami.

    P.: Stwórz, Boże, we mnie serce czyste.
    W.: I odnów we mnie moc ducha.

    Módlmy się:
    Duchu Święty, który zgromadziłeś wszystkie narody w jedności wiary, przybądź i napełnij serca Twoich sług łaską Swoją, zapal w nas ogień Twojej miłości i chroń od wszelkiego złego. Amen.

    ***

    DZIEŃ CZWARTY – poniedziałek 13 maja

    Duchu Święty, dziękujemy Ci za to, że nas opieczętowałeś Bożym podobieństwem.

    MODLITWA WSTĘPNA (odmawiana w każdym dniu nowenny)

    Duchu Święty, Boże, który w dniu narodzin Kościoła raczyłeś zstąpić widomie na apostołów, aby oświecić ich rozum, zapalić serca, utwierdzić w wierze i życie ich uświęcić, błagamy Cię najgoręcej w czasie tej nowenny, abyś również nam raczył udzielić tych samych darów dla naszego uświęcenia i wzrostu chwały Bożej. Przez Chrystusa, Pana naszego. Amen.

    MODLITWA W CZWARTYM DNIU NOWENNY

    Pismo święte poucza: „Bóg jest tym, który umacnia nas wespół z wami w Chrystusie i który nas namaścił. On też wycisnął na nas pieczęć i zostawił zadatek Ducha w sercach naszych” (2 Kor 1,21-22).

    Módlmy się: Duchu Święty, dziękujemy Ci za to, że nas opieczętowałeś Bożym podobieństwem, które jest zadatkiem szczęścia wiecznego i wezwaniem do świętości. Amen.

    MODLITWY KOŃCOWE (odmawiane w każdym dniu nowenny)

    Ojcze nasz…

    Módlmy się: Boże, Ty otworzyłeś nam bramy życia wiecznego wywyższając Chrystusa i zsyłając nam Ducha Świętego, spraw, aby tak wielkie dary umocniły nasze oddanie się Tobie i pomnożyły naszą wiarę. Przez Chrystusa, Pana naszego. Amen.

    Litania do Ducha Świętego

    Kyrie, elejson. Chryste, elejson. Kyrie, elejson.
    Chryste, usłysz nas, Chryste, wysłuchaj nas.
    Ojcze z nieba, Boże, zmiłuj się nad nami.
    Synu Odkupicielu świata, Boże, zmiłuj się nad nami.
    Duchu Święty, Boże, zmiłuj się nad nami.
    Święta Trójco, Jedyny Boże, zmiłuj się nad nami.

    Duchu Święty, Trzecia Osobo Trójcy Przenajświętszej, zmiłuj się nad nami.
    Duchu Święty, który od Ojca i Syna pochodzisz, zmiłuj się nad nami.
    Duchu Święty, który na początku stworzenia świata unosiłeś się nad wodami, zmiłuj się nad nami.
    Duchu Święty, który w postaci gołębicy pojawiłeś się nad Chrystusem w wodach Jordanu, zmiłuj się nad nami.
    Duchu Święty, który zstąpiłeś na Apostołów w postaci języków ognistych, zmiłuj się nad nami.
    Duchu Święty, który żarem gorliwości przepełniłeś serca uczniów Pańskich, zmiłuj się nad nami.
    Duchu Święty, który odrodziłeś nas w wodzie Chrztu świętego, zmiłuj się nad nami.
    Duchu Święty, który nas umocniłeś w Sakramencie Bierzmowania, zmiłuj się nad nami.
    Duchu Święty, przez którego Bóg czyni nas dziećmi Swoimi, zmiłuj się nad nami.
    Duchu Święty, który wlewasz miłość Boską do serc naszych, zmiłuj się nad nami.
    Duchu Święty, który nas uczysz prawdziwej pobożności, zmiłuj się nad nami.
    Duchu Święty, źródło radości, zmiłuj się nad nami.
    Duchu Święty, strażniku sumień naszych, zmiłuj się nad nami.
    Duchu Święty, obecny w nas przez łaskę swoją, zmiłuj się nad nami.
    Duchu Święty, dawco mądrości i rozumu, zmiłuj się nad nami.
    Duchu, Święty, dawco rady i męstwa, zmiłuj się nad nami.
    Duchu Święty, dawco umiejętności i pobożności, zmiłuj się nad nami.
    Duchu Święty, dawco bojaźni Bożej, zmiłuj się nad nami.
    Duchu Święty, dawco wiary, nadziei i miłości, zmiłuj się nad nami.
    Duchu Święty, natchnienie skruchy i żalu wybranych, zmiłuj się nad nami.

    Bądź nam miłościw, przepuść nam, Duchu Święty.
    Bądź nam miłościw, wysłuchaj nas, Duchu Święty.
    Bądź nam miłościw, wybaw nas, Duchu Święty.

    Od zwątpienia w zbawcze działanie łaski, wybaw nas, Duchu Święty.
    Od buntu przeciwko prawdzie chrześcijańskiej, wybaw nas, Duchu Święty.
    Od braku serca wobec bliźnich naszych, wybaw nas, Duchu Święty.
    Od zatwardziałości w grzechach, wybaw nas, Duchu Święty.
    Od zaniedbania pokuty, wybaw nas, Duchu Święty.
    Od wszelkich złych i nieczystych spraw i myśli, wybaw nas, Duchu Święty.
    Od nagłej i niespodziewanej śmierci, wybaw nas, Duchu Święty.
    Od potępienia wiekuistego, wybaw nas, Duchu Święty.
    My grzeszni, Ciebie prosimy, wysłuchaj nas Duchu Święty

    Abyś Kościołem Twoim świętym rządzić i zachować go raczył, wysłuchaj nas Duchu Święty
    Abyś nas w wierze katolickiej utwierdzić raczył, wysłuchaj nas Duchu Święty
    Abyś nam wytrwałości i męstwa udzielić raczył, wysłuchaj nas Duchu Święty
    Abyś umysły nasze pragnieniem posiadania nieba natchnąć raczył, wysłuchaj nas Duchu Święty
    Abyś w nas godne mieszkanie dla siebie przygotować raczył, wysłuchaj nas Duchu Święty
    Abyś nas w cierpieniach pocieszyć raczył, wysłuchaj nas Duchu Święty
    Abyś nas w łasce Twojej utwierdzić raczył, wysłuchaj nas Duchu Święty
    Abyś nas wszystkich do zbawienia doprowadzić raczył, wysłuchaj nas Duchu Święty

    Baranku Boży, który gładzisz grzechy świata, przepuść nam Panie.
    Baranku Boży, który gładzisz grzechy świata, wysłuchaj nas, Panie.
    Baranku Boży, który gładzisz grzechy świata, zmiłuj się nad nami.

    P.: Stwórz, Boże, we mnie serce czyste.
    W.: I odnów we mnie moc ducha.

    Módlmy się:
    Duchu Święty, który zgromadziłeś wszystkie narody w jedności wiary, przybądź i napełnij serca Twoich sług łaską Swoją, zapal w nas ogień Twojej miłości i chroń od wszelkiego złego. Amen.

    ***

    DZIEŃ PIĄTY – wtorek 14 maja

    Pismo święte poucza: “Duch przychodzi z pomocą naszej słabości”.

    MODLITWA WSTĘPNA (odmawiana w każdym dniu nowenny)

    Duchu Święty, Boże, który w dniu narodzin Kościoła raczyłeś zstąpić widomie na apostołów, aby oświecić ich rozum, zapalić serca, utwierdzić w wierze i życie ich uświęcić, błagamy Cię najgoręcej w czasie tej nowenny, abyś również nam raczył udzielić tych samych darów dla naszego uświęcenia i wzrostu chwały Bożej. Przez Chrystusa, Pana naszego. Amen.

    MODLITWA W PIĄTYM DNIU NOWENNY

    Pismo święte poucza: „Duch przychodzi z pomocą naszej słabości. Gdy bowiem nie umiemy się modlić tak, jak trzeba, sam Duch przyczynia się za nami w błaganiach, których nie można wyrazić słowami. Ten zaś, który przenika serca, zna zamiar Ducha, wie, że przyczynia się za świętymi zgodnie z wolą Bożą” (Rz 8,26-27).

    Módlmy się: Panie Jezu Chryste, dzięki mieszkającemu w nas Duchowi Świętemu, modlitwa nasza zdolna jest ujarzmić szatana i pokusy świata, a także zdolna jest wielbić Ciebie wraz z Ojcem i Duchem Świętym. Amen.

    MODLITWY KOŃCOWE (odmawiane w każdym dniu nowenny)

    Ojcze nasz…

    Módlmy się: Boże, Ty otworzyłeś nam bramy życia wiecznego wywyższając Chrystusa i zsyłając nam Ducha Świętego, spraw, aby tak wielkie dary umocniły nasze oddanie się Tobie i pomnożyły naszą wiarę. Przez Chrystusa, Pana naszego. Amen.

    Litania do Ducha Świętego

    Kyrie, elejson. Chryste, elejson. Kyrie, elejson.
    Chryste, usłysz nas, Chryste, wysłuchaj nas.
    Ojcze z nieba, Boże, zmiłuj się nad nami.
    Synu Odkupicielu świata, Boże, zmiłuj się nad nami.
    Duchu Święty, Boże, zmiłuj się nad nami.
    Święta Trójco, Jedyny Boże, zmiłuj się nad nami.

    Duchu Święty, Trzecia Osobo Trójcy Przenajświętszej, zmiłuj się nad nami.
    Duchu Święty, który od Ojca i Syna pochodzisz, zmiłuj się nad nami.
    Duchu Święty, który na początku stworzenia świata unosiłeś się nad wodami, zmiłuj się nad nami.
    Duchu Święty, który w postaci gołębicy pojawiłeś się nad Chrystusem w wodach Jordanu, zmiłuj się nad nami.
    Duchu Święty, który zstąpiłeś na Apostołów w postaci języków ognistych, zmiłuj się nad nami.
    Duchu Święty, który żarem gorliwości przepełniłeś serca uczniów Pańskich, zmiłuj się nad nami.
    Duchu Święty, który odrodziłeś nas w wodzie Chrztu świętego, zmiłuj się nad nami.
    Duchu Święty, który nas umocniłeś w Sakramencie Bierzmowania, zmiłuj się nad nami.
    Duchu Święty, przez którego Bóg czyni nas dziećmi Swoimi, zmiłuj się nad nami.
    Duchu Święty, który wlewasz miłość Boską do serc naszych, zmiłuj się nad nami.
    Duchu Święty, który nas uczysz prawdziwej pobożności, zmiłuj się nad nami.
    Duchu Święty, źródło radości, zmiłuj się nad nami.
    Duchu Święty, strażniku sumień naszych, zmiłuj się nad nami.
    Duchu Święty, obecny w nas przez łaskę swoją, zmiłuj się nad nami.
    Duchu Święty, dawco mądrości i rozumu, zmiłuj się nad nami.
    Duchu, Święty, dawco rady i męstwa, zmiłuj się nad nami.
    Duchu Święty, dawco umiejętności i pobożności, zmiłuj się nad nami.
    Duchu Święty, dawco bojaźni Bożej, zmiłuj się nad nami.
    Duchu Święty, dawco wiary, nadziei i miłości, zmiłuj się nad nami.
    Duchu Święty, natchnienie skruchy i żalu wybranych, zmiłuj się nad nami.

    Bądź nam miłościw, przepuść nam, Duchu Święty.
    Bądź nam miłościw, wysłuchaj nas, Duchu Święty.
    Bądź nam miłościw, wybaw nas, Duchu Święty.

    Od zwątpienia w zbawcze działanie łaski, wybaw nas, Duchu Święty.
    Od buntu przeciwko prawdzie chrześcijańskiej, wybaw nas, Duchu Święty.
    Od braku serca wobec bliźnich naszych, wybaw nas, Duchu Święty.
    Od zatwardziałości w grzechach, wybaw nas, Duchu Święty.
    Od zaniedbania pokuty, wybaw nas, Duchu Święty.
    Od wszelkich złych i nieczystych spraw i myśli, wybaw nas, Duchu Święty.
    Od nagłej i niespodziewanej śmierci, wybaw nas, Duchu Święty.
    Od potępienia wiekuistego, wybaw nas, Duchu Święty.
    My grzeszni, Ciebie prosimy, wysłuchaj nas Duchu Święty

    Abyś Kościołem Twoim świętym rządzić i zachować go raczył, wysłuchaj nas Duchu Święty
    Abyś nas w wierze katolickiej utwierdzić raczył, wysłuchaj nas Duchu Święty
    Abyś nam wytrwałości i męstwa udzielić raczył, wysłuchaj nas Duchu Święty
    Abyś umysły nasze pragnieniem posiadania nieba natchnąć raczył, wysłuchaj nas Duchu Święty
    Abyś w nas godne mieszkanie dla siebie przygotować raczył, wysłuchaj nas Duchu Święty
    Abyś nas w cierpieniach pocieszyć raczył, wysłuchaj nas Duchu Święty
    Abyś nas w łasce Twojej utwierdzić raczył, wysłuchaj nas Duchu Święty
    Abyś nas wszystkich do zbawienia doprowadzić raczył, wysłuchaj nas Duchu Święty

    Baranku Boży, który gładzisz grzechy świata, przepuść nam Panie.
    Baranku Boży, który gładzisz grzechy świata, wysłuchaj nas, Panie.
    Baranku Boży, który gładzisz grzechy świata, zmiłuj się nad nami.

    P.: Stwórz, Boże, we mnie serce czyste.
    W.: I odnów we mnie moc ducha.

    Módlmy się:
    Duchu Święty, który zgromadziłeś wszystkie narody w jedności wiary, przybądź i napełnij serca Twoich sług łaską Swoją, zapal w nas ogień Twojej miłości i chroń od wszelkiego złego. Amen.

    ***

    DZIEŃ SZÓSTY – środa 15 maja

    Panie, pomnóż w nas wiarę i oświecaj nas światłem Ducha

    MODLITWA WSTĘPNA (odmawiana w każdym dniu nowenny)

    Duchu Święty, Boże, który w dniu narodzin Kościoła raczyłeś zstąpić widomie na apostołów, aby oświecić ich rozum, zapalić serca, utwierdzić w wierze i życie ich uświęcić, błagamy Cię najgoręcej w czasie tej nowenny, abyś również nam raczył udzielić tych samych darów dla naszego uświęcenia i wzrostu chwały Bożej. Przez Chrystusa, Pana naszego. Amen.

    MODLITWA W SZÓSTYM DNIU NOWENNY

    Pismo święte poucza: „Postępujcie według ducha, a nie spełnicie pożądania ciała. Owocem ducha jest: miłość, radość, pokój, cierpliwość, uprzejmość, dobroć, wierność, łagodność, opanowanie. Mając życie od Ducha, do Ducha się też stosujmy” (Gal 5,16.22.25).

    Módlmy się: Panie, pomnóż w nas wiarę w Ciebie i zawsze nas oświecaj światłem Ducha Świętego, abyśmy postępowali według ducha i cieszyli się jego owocami. Amen.

    MODLITWY KOŃCOWE (odmawiane w każdym dniu nowenny)

    Ojcze nasz…

    Módlmy się: Boże, Ty otworzyłeś nam bramy życia wiecznego wywyższając Chrystusa i zsyłając nam Ducha Świętego, spraw, aby tak wielkie dary umocniły nasze oddanie się Tobie i pomnożyły naszą wiarę. Przez Chrystusa, Pana naszego. Amen.

    Litania do Ducha Świętego

    Kyrie, elejson. Chryste, elejson. Kyrie, elejson.
    Chryste, usłysz nas, Chryste, wysłuchaj nas.
    Ojcze z nieba, Boże, zmiłuj się nad nami.
    Synu Odkupicielu świata, Boże, zmiłuj się nad nami.
    Duchu Święty, Boże, zmiłuj się nad nami.
    Święta Trójco, Jedyny Boże, zmiłuj się nad nami.

    Duchu Święty, Trzecia Osobo Trójcy Przenajświętszej, zmiłuj się nad nami.
    Duchu Święty, który od Ojca i Syna pochodzisz, zmiłuj się nad nami.
    Duchu Święty, który na początku stworzenia świata unosiłeś się nad wodami, zmiłuj się nad nami.
    Duchu Święty, który w postaci gołębicy pojawiłeś się nad Chrystusem w wodach Jordanu, zmiłuj się nad nami.
    Duchu Święty, który zstąpiłeś na Apostołów w postaci języków ognistych, zmiłuj się nad nami.
    Duchu Święty, który żarem gorliwości przepełniłeś serca uczniów Pańskich, zmiłuj się nad nami.
    Duchu Święty, który odrodziłeś nas w wodzie Chrztu świętego, zmiłuj się nad nami.
    Duchu Święty, który nas umocniłeś w Sakramencie Bierzmowania, zmiłuj się nad nami.
    Duchu Święty, przez którego Bóg czyni nas dziećmi Swoimi, zmiłuj się nad nami.
    Duchu Święty, który wlewasz miłość Boską do serc naszych, zmiłuj się nad nami.
    Duchu Święty, który nas uczysz prawdziwej pobożności, zmiłuj się nad nami.
    Duchu Święty, źródło radości, zmiłuj się nad nami.
    Duchu Święty, strażniku sumień naszych, zmiłuj się nad nami.
    Duchu Święty, obecny w nas przez łaskę swoją, zmiłuj się nad nami.
    Duchu Święty, dawco mądrości i rozumu, zmiłuj się nad nami.
    Duchu, Święty, dawco rady i męstwa, zmiłuj się nad nami.
    Duchu Święty, dawco umiejętności i pobożności, zmiłuj się nad nami.
    Duchu Święty, dawco bojaźni Bożej, zmiłuj się nad nami.
    Duchu Święty, dawco wiary, nadziei i miłości, zmiłuj się nad nami.
    Duchu Święty, natchnienie skruchy i żalu wybranych, zmiłuj się nad nami.

    Bądź nam miłościw, przepuść nam, Duchu Święty.
    Bądź nam miłościw, wysłuchaj nas, Duchu Święty.
    Bądź nam miłościw, wybaw nas, Duchu Święty.

    Od zwątpienia w zbawcze działanie łaski, wybaw nas, Duchu Święty.
    Od buntu przeciwko prawdzie chrześcijańskiej, wybaw nas, Duchu Święty.
    Od braku serca wobec bliźnich naszych, wybaw nas, Duchu Święty.
    Od zatwardziałości w grzechach, wybaw nas, Duchu Święty.
    Od zaniedbania pokuty, wybaw nas, Duchu Święty.
    Od wszelkich złych i nieczystych spraw i myśli, wybaw nas, Duchu Święty.
    Od nagłej i niespodziewanej śmierci, wybaw nas, Duchu Święty.
    Od potępienia wiekuistego, wybaw nas, Duchu Święty.
    My grzeszni, Ciebie prosimy, wysłuchaj nas Duchu Święty

    Abyś Kościołem Twoim świętym rządzić i zachować go raczył, wysłuchaj nas Duchu Święty
    Abyś nas w wierze katolickiej utwierdzić raczył, wysłuchaj nas Duchu Święty
    Abyś nam wytrwałości i męstwa udzielić raczył, wysłuchaj nas Duchu Święty
    Abyś umysły nasze pragnieniem posiadania nieba natchnąć raczył, wysłuchaj nas Duchu Święty
    Abyś w nas godne mieszkanie dla siebie przygotować raczył, wysłuchaj nas Duchu Święty
    Abyś nas w cierpieniach pocieszyć raczył, wysłuchaj nas Duchu Święty
    Abyś nas w łasce Twojej utwierdzić raczył, wysłuchaj nas Duchu Święty
    Abyś nas wszystkich do zbawienia doprowadzić raczył, wysłuchaj nas Duchu Święty

    Baranku Boży, który gładzisz grzechy świata, przepuść nam Panie.
    Baranku Boży, który gładzisz grzechy świata, wysłuchaj nas, Panie.
    Baranku Boży, który gładzisz grzechy świata, zmiłuj się nad nami.

    P.: Stwórz, Boże, we mnie serce czyste.
    W.: I odnów we mnie moc ducha.

    Módlmy się:
    Duchu Święty, który zgromadziłeś wszystkie narody w jedności wiary, przybądź i napełnij serca Twoich sług łaską Swoją, zapal w nas ogień Twojej miłości i chroń od wszelkiego złego. Amen.

    ***


    DZIEŃ SIÓDMY – czwartek 16 maja

    Boże, dopomóż nam, byśmy z Duchem Świętym przeciwstawiali się pokusom.

    MODLITWA WSTĘPNA (odmawiana w każdym dniu nowenny)

    Duchu Święty, Boże, który w dniu narodzin Kościoła raczyłeś zstąpić widomie na apostołów, aby oświecić ich rozum, zapalić serca, utwierdzić w wierze i życie ich uświęcić, błagamy Cię najgoręcej w czasie tej nowenny, abyś również nam raczył udzielić tych samych darów dla naszego uświęcenia i wzrostu chwały Bożej. Przez Chrystusa, Pana naszego. Amen.

    MODLITWA W SIÓDMYM DNIU NOWENNY

    Pismo święte poucza: „Czyż nie wiecie, że ciało wasze jest świątynią Ducha Świętego, który w was jest, a którego macie od Boga, i że już nie należycie do samych siebie? Za wielką bowiem cenę zostaliście nabyci. Chwalcie więc Boga w waszym ciele” (1 Kor 6,19-20).

    Módlmy się: Boże, dopóki żyjemy w ciele, walczymy ze złem, spraw przeto, abyśmy umieli opanować wszelkie pokusy i popędy przy pomocy mieszkającego w nas Ducha Świętego, abyśmy żyli wiecznie. Amen.

    MODLITWY KOŃCOWE (odmawiane w każdym dniu nowenny)

    Ojcze nasz…

    Módlmy się: Boże, Ty otworzyłeś nam bramy życia wiecznego wywyższając Chrystusa i zsyłając nam Ducha Świętego, spraw, aby tak wielkie dary umocniły nasze oddanie się Tobie i pomnożyły naszą wiarę. Przez Chrystusa, Pana naszego. Amen.

    Litania do Ducha Świętego

    Kyrie, elejson. Chryste, elejson. Kyrie, elejson.
    Chryste, usłysz nas, Chryste, wysłuchaj nas.
    Ojcze z nieba, Boże, zmiłuj się nad nami.
    Synu Odkupicielu świata, Boże, zmiłuj się nad nami.
    Duchu Święty, Boże, zmiłuj się nad nami.
    Święta Trójco, Jedyny Boże, zmiłuj się nad nami.

    Duchu Święty, Trzecia Osobo Trójcy Przenajświętszej, zmiłuj się nad nami.
    Duchu Święty, który od Ojca i Syna pochodzisz, zmiłuj się nad nami.
    Duchu Święty, który na początku stworzenia świata unosiłeś się nad wodami, zmiłuj się nad nami.
    Duchu Święty, który w postaci gołębicy pojawiłeś się nad Chrystusem w wodach Jordanu, zmiłuj się nad nami.
    Duchu Święty, który zstąpiłeś na Apostołów w postaci języków ognistych, zmiłuj się nad nami.
    Duchu Święty, który żarem gorliwości przepełniłeś serca uczniów Pańskich, zmiłuj się nad nami.
    Duchu Święty, który odrodziłeś nas w wodzie Chrztu świętego, zmiłuj się nad nami.
    Duchu Święty, który nas umocniłeś w Sakramencie Bierzmowania, zmiłuj się nad nami.
    Duchu Święty, przez którego Bóg czyni nas dziećmi Swoimi, zmiłuj się nad nami.
    Duchu Święty, który wlewasz miłość Boską do serc naszych, zmiłuj się nad nami.
    Duchu Święty, który nas uczysz prawdziwej pobożności, zmiłuj się nad nami.
    Duchu Święty, źródło radości, zmiłuj się nad nami.
    Duchu Święty, strażniku sumień naszych, zmiłuj się nad nami.
    Duchu Święty, obecny w nas przez łaskę swoją, zmiłuj się nad nami.
    Duchu Święty, dawco mądrości i rozumu, zmiłuj się nad nami.
    Duchu, Święty, dawco rady i męstwa, zmiłuj się nad nami.
    Duchu Święty, dawco umiejętności i pobożności, zmiłuj się nad nami.
    Duchu Święty, dawco bojaźni Bożej, zmiłuj się nad nami.
    Duchu Święty, dawco wiary, nadziei i miłości, zmiłuj się nad nami.
    Duchu Święty, natchnienie skruchy i żalu wybranych, zmiłuj się nad nami.

    Bądź nam miłościw, przepuść nam, Duchu Święty.
    Bądź nam miłościw, wysłuchaj nas, Duchu Święty.
    Bądź nam miłościw, wybaw nas, Duchu Święty.

    Od zwątpienia w zbawcze działanie łaski, wybaw nas, Duchu Święty.
    Od buntu przeciwko prawdzie chrześcijańskiej, wybaw nas, Duchu Święty.
    Od braku serca wobec bliźnich naszych, wybaw nas, Duchu Święty.
    Od zatwardziałości w grzechach, wybaw nas, Duchu Święty.
    Od zaniedbania pokuty, wybaw nas, Duchu Święty.
    Od wszelkich złych i nieczystych spraw i myśli, wybaw nas, Duchu Święty.
    Od nagłej i niespodziewanej śmierci, wybaw nas, Duchu Święty.
    Od potępienia wiekuistego, wybaw nas, Duchu Święty.
    My grzeszni, Ciebie prosimy, wysłuchaj nas Duchu Święty

    Abyś Kościołem Twoim świętym rządzić i zachować go raczył, wysłuchaj nas Duchu Święty
    Abyś nas w wierze katolickiej utwierdzić raczył, wysłuchaj nas Duchu Święty
    Abyś nam wytrwałości i męstwa udzielić raczył, wysłuchaj nas Duchu Święty
    Abyś umysły nasze pragnieniem posiadania nieba natchnąć raczył, wysłuchaj nas Duchu Święty
    Abyś w nas godne mieszkanie dla siebie przygotować raczył, wysłuchaj nas Duchu Święty
    Abyś nas w cierpieniach pocieszyć raczył, wysłuchaj nas Duchu Święty
    Abyś nas w łasce Twojej utwierdzić raczył, wysłuchaj nas Duchu Święty
    Abyś nas wszystkich do zbawienia doprowadzić raczył, wysłuchaj nas Duchu Święty

    Baranku Boży, który gładzisz grzechy świata, przepuść nam Panie.
    Baranku Boży, który gładzisz grzechy świata, wysłuchaj nas, Panie.
    Baranku Boży, który gładzisz grzechy świata, zmiłuj się nad nami.

    P.: Stwórz, Boże, we mnie serce czyste.
    W.: I odnów we mnie moc ducha.

    Módlmy się:
    Duchu Święty, który zgromadziłeś wszystkie narody w jedności wiary, przybądź i napełnij serca Twoich sług łaską Swoją, zapal w nas ogień Twojej miłości i chroń od wszelkiego złego. Amen.

    ***

    DZIEŃ ÓSMY – piątek 17 maja

    Przybądź, Duchu Święty, napełnij serca Twoich wiernych

    MODLITWA WSTĘPNA (odmawiana w każdym dniu nowenny)

    Duchu Święty, Boże, który w dniu narodzin Kościoła raczyłeś zstąpić widomie na apostołów, aby oświecić ich rozum, zapalić serca, utwierdzić w wierze i życie ich uświęcić, błagamy Cię najgoręcej w czasie tej nowenny, abyś również nam raczył udzielić tych samych darów dla naszego uświęcenia i wzrostu chwały Bożej. Przez Chrystusa, Pana naszego. Amen.

    MODLITWA W ÓSMYM DNIU NOWENNY

    Pismo święte poucza: „Ani oko nie widziało, ani ucho nie słyszało, ani serce człowieka nie zdołało pojąć. jak wielkie rzeczy przygotował Bóg tym, którzy Go miłują. Nam zaś objawił to Bóg przez Ducha – Duch przenika wszystko, nawet głębokości Boga samego” (1 Kor 2,919).

    Módlmy się: Przybądź, Duchu Święty, napełnij serca Twoich wiernych i zapal w nich ogień Twojej miłości, abyśmy miłowali Boga całym sercem i otrzymali wieczne szczęście. Amen.

    MODLITWY KOŃCOWE (odmawiane w każdym dniu nowenny)

    Ojcze nasz…

    Módlmy się: Boże, Ty otworzyłeś nam bramy życia wiecznego wywyższając Chrystusa i zsyłając nam Ducha Świętego, spraw, aby tak wielkie dary umocniły nasze oddanie się Tobie i pomnożyły naszą wiarę. Przez Chrystusa, Pana naszego. Amen.

    Litania do Ducha Świętego

    Kyrie, elejson. Chryste, elejson. Kyrie, elejson.
    Chryste, usłysz nas, Chryste, wysłuchaj nas.
    Ojcze z nieba, Boże, zmiłuj się nad nami.
    Synu Odkupicielu świata, Boże, zmiłuj się nad nami.
    Duchu Święty, Boże, zmiłuj się nad nami.
    Święta Trójco, Jedyny Boże, zmiłuj się nad nami.

    Duchu Święty, Trzecia Osobo Trójcy Przenajświętszej, zmiłuj się nad nami.
    Duchu Święty, który od Ojca i Syna pochodzisz, zmiłuj się nad nami.
    Duchu Święty, który na początku stworzenia świata unosiłeś się nad wodami, zmiłuj się nad nami.
    Duchu Święty, który w postaci gołębicy pojawiłeś się nad Chrystusem w wodach Jordanu, zmiłuj się nad nami.
    Duchu Święty, który zstąpiłeś na Apostołów w postaci języków ognistych, zmiłuj się nad nami.
    Duchu Święty, który żarem gorliwości przepełniłeś serca uczniów Pańskich, zmiłuj się nad nami.
    Duchu Święty, który odrodziłeś nas w wodzie Chrztu świętego, zmiłuj się nad nami.
    Duchu Święty, który nas umocniłeś w Sakramencie Bierzmowania, zmiłuj się nad nami.
    Duchu Święty, przez którego Bóg czyni nas dziećmi Swoimi, zmiłuj się nad nami.
    Duchu Święty, który wlewasz miłość Boską do serc naszych, zmiłuj się nad nami.
    Duchu Święty, który nas uczysz prawdziwej pobożności, zmiłuj się nad nami.
    Duchu Święty, źródło radości, zmiłuj się nad nami.
    Duchu Święty, strażniku sumień naszych, zmiłuj się nad nami.
    Duchu Święty, obecny w nas przez łaskę swoją, zmiłuj się nad nami.
    Duchu Święty, dawco mądrości i rozumu, zmiłuj się nad nami.
    Duchu, Święty, dawco rady i męstwa, zmiłuj się nad nami.
    Duchu Święty, dawco umiejętności i pobożności, zmiłuj się nad nami.
    Duchu Święty, dawco bojaźni Bożej, zmiłuj się nad nami.
    Duchu Święty, dawco wiary, nadziei i miłości, zmiłuj się nad nami.
    Duchu Święty, natchnienie skruchy i żalu wybranych, zmiłuj się nad nami.

    Bądź nam miłościw, przepuść nam, Duchu Święty.
    Bądź nam miłościw, wysłuchaj nas, Duchu Święty.
    Bądź nam miłościw, wybaw nas, Duchu Święty.

    Od zwątpienia w zbawcze działanie łaski, wybaw nas, Duchu Święty.
    Od buntu przeciwko prawdzie chrześcijańskiej, wybaw nas, Duchu Święty.
    Od braku serca wobec bliźnich naszych, wybaw nas, Duchu Święty.
    Od zatwardziałości w grzechach, wybaw nas, Duchu Święty.
    Od zaniedbania pokuty, wybaw nas, Duchu Święty.
    Od wszelkich złych i nieczystych spraw i myśli, wybaw nas, Duchu Święty.
    Od nagłej i niespodziewanej śmierci, wybaw nas, Duchu Święty.
    Od potępienia wiekuistego, wybaw nas, Duchu Święty.
    My grzeszni, Ciebie prosimy, wysłuchaj nas Duchu Święty

    Abyś Kościołem Twoim świętym rządzić i zachować go raczył, wysłuchaj nas Duchu Święty
    Abyś nas w wierze katolickiej utwierdzić raczył, wysłuchaj nas Duchu Święty
    Abyś nam wytrwałości i męstwa udzielić raczył, wysłuchaj nas Duchu Święty
    Abyś umysły nasze pragnieniem posiadania nieba natchnąć raczył, wysłuchaj nas Duchu Święty
    Abyś w nas godne mieszkanie dla siebie przygotować raczył, wysłuchaj nas Duchu Święty
    Abyś nas w cierpieniach pocieszyć raczył, wysłuchaj nas Duchu Święty
    Abyś nas w łasce Twojej utwierdzić raczył, wysłuchaj nas Duchu Święty
    Abyś nas wszystkich do zbawienia doprowadzić raczył, wysłuchaj nas Duchu Święty

    Baranku Boży, który gładzisz grzechy świata, przepuść nam Panie.
    Baranku Boży, który gładzisz grzechy świata, wysłuchaj nas, Panie.
    Baranku Boży, który gładzisz grzechy świata, zmiłuj się nad nami.

    P.: Stwórz, Boże, we mnie serce czyste.
    W.: I odnów we mnie moc ducha.

    Módlmy się:
    Duchu Święty, który zgromadziłeś wszystkie narody w jedności wiary, przybądź i napełnij serca Twoich sług łaską Swoją, zapal w nas ogień Twojej miłości i chroń od wszelkiego złego. Amen.

    ***

    DZIEŃ DZIEWIĄTY – sobota 18 maja

    Duchu Święty spraw, abyśmy potrafili mówić językiem słów, językiem czynów, językiem przykładu i wszystkimi możliwymi językami dla pomnożenia chwały Bożej

    MODLITWA WSTĘPNA (odmawiana w każdym dniu nowenny)

    Duchu Święty, Boże, który w dniu narodzin Kościoła raczyłeś zstąpić widomie na apostołów, aby oświecić ich rozum, zapalić serca, utwierdzić w wierze i życie ich uświęcić, błagamy Cię najgoręcej w czasie tej nowenny, abyś również nam raczył udzielić tych samych darów dla naszego uświęcenia i wzrostu chwały Bożej. Przez Chrystusa, Pana naszego. Amen.

    MODLITWA W DZIEWIĄTYM DNIU NOWENNY

    Pismo święte poucza: „Kiedy nadszedł dzień Pięćdziesiątnicy, znajdowali się wszyscy razem na tym samym miejscu. Nagle dał się słyszeć z nieba szum, jakby uderzenie gwałtownego wichru, i napełnił cały dom, w którym przebywali. Ukazały się im też języki jakby z ognia, które się rozdzieliły, i na każdym z nich spoczął jeden. I wszyscy zostali napełnieni Duchem Świętym, i zaczęli mówić obcymi językami, tak jak im Duch pozwalał mówić (Dz 2,1-4).

    Módlmy się: Duchu Święty, który sprawiłeś, że apostołowie mówili różnymi językami, spraw abyśmy w życiu chrześcijańskim potrafili mówić językiem słów, językiem czynów, językiem przykładu i wszystkimi możliwymi językami dla pomnożenia chwały Bożej. Amen.

    MODLITWY KOŃCOWE (odmawiane w każdym dniu nowenny)

    Ojcze nasz…

    Módlmy się: Boże, Ty otworzyłeś nam bramy życia wiecznego wywyższając Chrystusa i zsyłając nam Ducha Świętego, spraw, aby tak wielkie dary umocniły nasze oddanie się Tobie i pomnożyły naszą wiarę. Przez Chrystusa, Pana naszego. Amen.

    Litania do Ducha Świętego

    Kyrie, elejson. Chryste, elejson. Kyrie, elejson.
    Chryste, usłysz nas, Chryste, wysłuchaj nas.
    Ojcze z nieba, Boże, zmiłuj się nad nami.
    Synu Odkupicielu świata, Boże, zmiłuj się nad nami.
    Duchu Święty, Boże, zmiłuj się nad nami.
    Święta Trójco, Jedyny Boże, zmiłuj się nad nami.

    Duchu Święty, Trzecia Osobo Trójcy Przenajświętszej, zmiłuj się nad nami.
    Duchu Święty, który od Ojca i Syna pochodzisz, zmiłuj się nad nami.
    Duchu Święty, który na początku stworzenia świata unosiłeś się nad wodami, zmiłuj się nad nami.
    Duchu Święty, który w postaci gołębicy pojawiłeś się nad Chrystusem w wodach Jordanu, zmiłuj się nad nami.
    Duchu Święty, który zstąpiłeś na Apostołów w postaci języków ognistych, zmiłuj się nad nami.
    Duchu Święty, który żarem gorliwości przepełniłeś serca uczniów Pańskich, zmiłuj się nad nami.
    Duchu Święty, który odrodziłeś nas w wodzie Chrztu świętego, zmiłuj się nad nami.
    Duchu Święty, który nas umocniłeś w Sakramencie Bierzmowania, zmiłuj się nad nami.
    Duchu Święty, przez którego Bóg czyni nas dziećmi Swoimi, zmiłuj się nad nami.
    Duchu Święty, który wlewasz miłość Boską do serc naszych, zmiłuj się nad nami.
    Duchu Święty, który nas uczysz prawdziwej pobożności, zmiłuj się nad nami.
    Duchu Święty, źródło radości, zmiłuj się nad nami.
    Duchu Święty, strażniku sumień naszych, zmiłuj się nad nami.
    Duchu Święty, obecny w nas przez łaskę swoją, zmiłuj się nad nami.
    Duchu Święty, dawco mądrości i rozumu, zmiłuj się nad nami.
    Duchu, Święty, dawco rady i męstwa, zmiłuj się nad nami.
    Duchu Święty, dawco umiejętności i pobożności, zmiłuj się nad nami.
    Duchu Święty, dawco bojaźni Bożej, zmiłuj się nad nami.
    Duchu Święty, dawco wiary, nadziei i miłości, zmiłuj się nad nami.
    Duchu Święty, natchnienie skruchy i żalu wybranych, zmiłuj się nad nami.

    Bądź nam miłościw, przepuść nam, Duchu Święty.
    Bądź nam miłościw, wysłuchaj nas, Duchu Święty.
    Bądź nam miłościw, wybaw nas, Duchu Święty.

    Od zwątpienia w zbawcze działanie łaski, wybaw nas, Duchu Święty.
    Od buntu przeciwko prawdzie chrześcijańskiej, wybaw nas, Duchu Święty.
    Od braku serca wobec bliźnich naszych, wybaw nas, Duchu Święty.
    Od zatwardziałości w grzechach, wybaw nas, Duchu Święty.
    Od zaniedbania pokuty, wybaw nas, Duchu Święty.
    Od wszelkich złych i nieczystych spraw i myśli, wybaw nas, Duchu Święty.
    Od nagłej i niespodziewanej śmierci, wybaw nas, Duchu Święty.
    Od potępienia wiekuistego, wybaw nas, Duchu Święty.
    My grzeszni, Ciebie prosimy, wysłuchaj nas Duchu Święty

    Abyś Kościołem Twoim świętym rządzić i zachować go raczył, wysłuchaj nas Duchu Święty
    Abyś nas w wierze katolickiej utwierdzić raczył, wysłuchaj nas Duchu Święty
    Abyś nam wytrwałości i męstwa udzielić raczył, wysłuchaj nas Duchu Święty
    Abyś umysły nasze pragnieniem posiadania nieba natchnąć raczył, wysłuchaj nas Duchu Święty
    Abyś w nas godne mieszkanie dla siebie przygotować raczył, wysłuchaj nas Duchu Święty
    Abyś nas w cierpieniach pocieszyć raczył, wysłuchaj nas Duchu Święty
    Abyś nas w łasce Twojej utwierdzić raczył, wysłuchaj nas Duchu Święty
    Abyś nas wszystkich do zbawienia doprowadzić raczył, wysłuchaj nas Duchu Święty

    Baranku Boży, który gładzisz grzechy świata, przepuść nam Panie.
    Baranku Boży, który gładzisz grzechy świata, wysłuchaj nas, Panie.
    Baranku Boży, który gładzisz grzechy świata, zmiłuj się nad nami.

    P.: Stwórz, Boże, we mnie serce czyste.
    W.: I odnów we mnie moc ducha.

    Módlmy się:
    Duchu Święty, który zgromadziłeś wszystkie narody w jedności wiary, przybądź i napełnij serca Twoich sług łaską Swoją, zapal w nas ogień Twojej miłości i chroń od wszelkiego złego. Amen.

    Stacja7.pl

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Szczęśliwa dziewiątka.

    Skąd wzięła się praktyka odprawiania nowenn?

    Szczęśliwa dziewiątka. Skąd wzięła się praktyka odprawiania nowenn?

    fot. Henryk Przondziono/Gość Niedzielny

    ***

    Nowenna nie polega na przekonywaniu Boga, żeby dał. Bóg daje, ale ma coś lepszego.

    Wczesną wiosną 1936 roku św. Faustyna zanotowała w „Dzienniczku” takie słowa spowiednika: „Niech siostra odprawia nowennę po nowennie, a Bóg łask nie odmówi”. Święta przekonywała się wielokrotnie o prawdziwości tego zapewnienia. Owocem nowenn były konkretne łaski. Gdy na przykład o. Andrasz polecił jej odprawienie nowenny w intencji lepszego poznania woli Bożej w odniesieniu do zaistnienia nowego zgromadzenia, pod koniec tej modlitwy zakonnica otrzymała „wewnętrzne światła i zapewnienie, że zgromadzenie to będzie i jest miłe Bogu”. Towarzyszyło temu duchowe pocieszenie: „w duszę moją wstąpił zupełny spokój i siła z wysoka”.

    Święta wielokrotnie, za zgodą przełożonych, odprawiała nowenny w różnych intencjach. W sierpniu 1937 roku, gdy do uroczystości Niepokalanego Poczęcia NMP przygotowywało się całe zgromadzenie, odprawiając wspólną nowennę, Faustyna otrzymała dodatkowo zgodę na odmówienie na cześć Maryi tysiąc razy „Zdrowaś Maryjo” każdego dnia przez dziewięć dni.

    „Już trzeci raz odprawiam taką nowennę do Matki Bożej, to jest składającą się z jednego tysiąca »Zdrowasiek« dziennie, to jest dziewięć tysięcy pozdrowień składa się na całość tej nowenny” – wyjaśniła Faustyna. Dodała, że choć odprawiła taką nowennę już trzy razy w życiu, to nigdy nie przeszkodziło jej to w wykonywaniu obowiązków. „W dniach tych nie wymówiłam ani jednego słowa niekoniecznie potrzebnego, chociaż muszę przyznać, że ta sprawa wymaga dość dużo uwagi i wysiłku. Ale dla uczczenia Niepokalanej nic nie ma za wiele” – zaznaczyła. W dniu uroczystości Niepokalanego Poczęcia przed Komunią Świętą ujrzała „Matkę Najświętszą w niepojętej piękności”. Maryja powiedziała z uśmiechem: „Córko Moja, z polecenia Boga mam ci być w sposób wyłączny i szczególny Matką, ale pragnę, abyś i ty szczególnie była Mi dzieckiem”.

    Odmawianie nowenn zalecał Faustynie także sam Jezus, wzywając ją na przykład do odprawienia tego nabożeństwa w intencji ojczyzny. Szczególne znaczenie ma nowenna poprzedzająca Białą Niedzielę, czyli obecne święto Miłosierdzia Bożego. „W tej nowennie udzielę duszom wszelkich łask” – obiecał Zbawiciel, osobiście dyktując też treść każdego dnia nowenny.

    Czekanie na Ducha

    Praktyka odprawiania nowenn ma swoje źródło u samych początków Kościoła – w czasie modlitewnego oczekiwania, jaki upłynął między wniebowstąpieniem a zesłaniem Ducha Świętego. Z Dziejów Apostolskich dowiadujemy się, że kiedy Jezus wstąpił do nieba, uczniowie wrócili z Góry Oliwnej do Jerozolimy i „weszli do sali na górze”. Tradycja utożsamia tę salę z Wieczernikiem na wzgórzu Syjon. „Wszyscy oni trwali jednomyślnie na modlitwie razem z niewiastami, Maryją, Matką Jezusa, i braćmi Jego” – czytamy (1,14). Dziesiątego dnia po wniebowstąpieniu Jezusa na zebranych zstąpił Duch Święty. Modlitwa w Wieczerniku trwała zatem dziewięć dni.

    Słowo „nowenna” pochodzi właśnie od słowa „dziewięć” (łac. novem).

    Już w średniowieczu istniała praktyka Mszy nowennowych, odprawianych przez 9 dni w jakiejś ważnej intencji. W XVIII wieku były znane nowennowe Msze za zmarłych – sprawowano je przez 9 dni po pogrzebie.

    Dość szybko popularność wśród wiernych zdobyła też praktyka nowenn modlitewnych, która z czasem stała się rodzajem nabożeństwa trwającego 9 dni, miesięcy lub lat, odprawianego prywatnie lub publicznie ku czci Boga lub świętego. Może mieć charakter dziękczynny, błagalny lub wielbiący.

    Nowenny odprawiane publicznie poprzedzają przede wszystkim święta i uroczystości kościelne. Oficjalnie w Kościele odmawia się nowennę przed Bożym Narodzeniem (o takiej modlitwie wspomina już Synod Toledański w 694 roku) i nowennę przed Zesłaniem Ducha Świętego. Tę ostatnią usilnie zalecił w 1897 roku Leon XIII.

    „Postanawiamy więc i polecamy, by w całym katolickim świecie w tym roku, a także po wszystkie czasy, we wszystkich kościołach parafialnych oraz, jeśli ordynariusze miejscowi uznają to za stosowne, także w innych świątyniach i kaplicach, była odprawiana nowenna przed Zesłaniem Ducha Świętego” – pisał papież w encyklice Divinum illud munus, udzielając za odprawienie nowenny, pod zwykłymi warunkami, odpustu zupełnego.

    Do tradycji w wielu parafiach weszło także wspólne odmawianie nowenny przed Niedzielą Miłosierdzia Bożego.

    Nowenny poprzedzają także obchody świąt lokalnych, przeżywanych w parafiach, zgromadzeniach czy instytutach życia konsekrowanego. Chodzi w nich o duchowe przygotowanie do uroczystości, a także uproszenie szczególnej łaski u Boga, często za wstawiennictwem świętego.

    Nowenny do świętych najczęściej są odmawiane w związku z ich charyzmatami. Popularne są nowenny do św. Józefa, na przykład o pomoc w znalezieniu dobrego męża czy dobrej żony albo o rozwiązanie jakiejś trudnej sprawy. Często w sprawach „beznadziejnych” wzywani w nowennach są św. Rita lub św. Juda Tadeusz. W kwestiach odnalezienia rzeczy zagubionych często odprawiane są nowenny do św. Antoniego. Niemniej trzymanie się „specjalizacji” świętych nie jest wymagane. Każdy może sobie wybrać dowolnego świętego – na przykład swojego patrona – i przez 9 dni wytrwale zwracać się za jego wstawiennictwem w swojej sprawie. Wielu ludzi potwierdza, że taka modlitwa przyniosła ważne zmiany w ich życiu.

    Wielkie nowenny

    Specjalnym rodzajem tego rodzaju nabożeństw są nowenny ogłaszane z racji nadchodzących wydarzeń, szczególnie ważnych dla danej społeczności lub całego Kościoła. W Polsce wyjątkowa pod tym względem była Wielka Nowenna – dziewięcioletni program duszpasterski poprzedzający Milenium Chrztu Polski. Jej obchody zapoczątkował prymas Stefan Wyszyński, który przebywając na przymusowym odosobnieniu, postanowił uczynić z tej nowenny rodzaj rekolekcji narodowych. Miały one przygotować Polaków do jubileuszu tysiąclecia chrześcijaństwa w Polsce. Program Wielkiej Nowenny został rozpisany na 9 lat, a każdy rok koncentrował się na kwestiach wyznaczanych przez odpowiednie motto, na przykład: „Małżeństwo – sakrament wielki w Kościele”, „Młodzież wierna Chrystusowi” czy „Weź w opiekę Naród cały”. Treści nowenny uwrażliwiały społeczeństwo na potrzebę życia w trzeźwości, czystości, w wierności Bogu. Ostatni rok Wielkiej Nowenny był wielką modlitwą maryjną, która akcentowała rolę Maryi czczonej na Jasnej Górze jako źródła narodowego ocalenia. Nowennie towarzyszyła peregrynacja kopii wizerunku Matki Bożej z Jasnej Góry. W założeniu obraz miał odwiedzić wszystkie parafie w Polsce, jednak we wrześniu 1966 roku został „aresztowany” przez służby PRL. Nie zatrzymało to peregrynacji – odbywała się dalej, w symbolu pustych ram. Nie osłabiło to duchowego oddziaływania przedsięwzięcia, za to jeszcze wymowniej dało świadectwo systemowi komunistycznemu.

    Wielka Nowenna była przeżyciem jedynym w swoim rodzaju. Wpłynęło ono na całe ówczesne pokolenie, to zaś przyczyniło się do osłabienia prądów laicyzacyjnych, obecnych już w Europie Zachodniej i w państwach o podobnej sytuacji, w jakiej znajdowała się Polska.

    W tym roku Kościół w Polsce rozpoczął kolejną Wielką Nowennę – tym razem jej celem jest, jak napisał przewodniczący KEP abp Tadeusz Wojda, „odrodzenie duchowo-moralne i przygotowanie do Jubileuszu dwutysiąclecia Odkupienia”. Głównymi punktami tej nowenny będą coroczne uroczystości Triduum Paschalnego, Wniebowstąpienia Pańskiego, Zesłania Ducha Świętego i uroczystość Chrystusa Króla Wszechświata. „Obchodząc co roku te najważniejsze momenty liturgiczne, będziemy w sposób szczególny dziękować i uwielbiać Boską Trójcę za dzieło Odkupienia, które ogarnia cały świat” – zapowiedział metropolita gdański.

    Co ważniejsze

    Liczne świadectwa osób wysłuchanych potwierdzają „skuteczność” nowenn. Nie samo wypełnienie próśb jednak jest w nowennie najistotniejsze, lecz fakt, że skłaniają one człowieka do wytrwałej modlitwy. Regularne zwracanie się ku Bogu jest wartością samą w sobie, dużo większą niż zaspokojenie doraźnych potrzeb – choć i tym sprawom Bóg chętnie zaradza. Ostatecznie okaże się, że w nowennie to nie człowiek nakłania Boga do udzielenia łask, ale On łowi człowieka, aby przyjął łaskę największą: Jego samego. Ta łaska gwarantuje szczęście: i teraz, i w wieczności.

    Franciszek Kucharczak/Gość Niedzielny

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Pokuta nie jest ciężka – ciężkie jest życie bez pokuty

    Pokuta nie jest ciężka – ciężkie jest życie bez pokuty

    UNSPLASH

    ***

    Ludzie myślą, że o losach świata decyduje przede wszystkim siła militarna i strategia. Mylą się.

    Na świecie szalała największa z wojen, jakie widziała ludzkość, gdy siostra Łucja, wizjonerka z Fatimy, spisywała treść trzeciej tajemnicy fatimskiej. Robiła to „na polecenie Jego Ekscelencji biskupa Leirii i Matki Najświętszej”. W 2000 roku decyzją Jana Pawła II tajemnica została upubliczniona. Po krótkim wstępie czytamy w niej: „Po dwóch częściach, które już przedstawiłam, zobaczyliśmy po lewej stronie Naszej Pani nieco wyżej Anioła trzymającego w lewej ręce ognisty miecz; iskrząc się, wyrzucał języki ognia, które zdawało się, że podpalą świat; ale gasły one w zetknięciu z blaskiem, jaki promieniował z prawej ręki Naszej Pani w jego kierunku; Anioł, wskazując prawą ręką ziemię, powiedział mocnym głosem: »Pokuta, pokuta, pokuta!«”.

    Znaki czasu

    Motyw pokuty pojawia się w całym orędziu fatimskim, przede wszystkim w przesłaniu, jakie Łucja, Hiacynta i Franciszek usłyszeli od Matki Bożej. „Naglące wezwanie Maryi do pokuty nie jest niczym innym jak tylko przejawem Jej macierzyńskiej troski o los ludzkiej rodziny, potrzebującej nawrócenia i przebaczenia” – powiedział Jan Paweł II w 1997 r. Kardynał Ratzinger w komentarzu teologicznym stwierdził, że potrójne wołanie: „Pokuta, pokuta, pokuta!” jest kluczem do III tajemnicy fatimskiej. Wskazał, że jest to nawiązanie do wezwania z Ewangelii: „Nawracajcie się i wierzcie w Ewangelię!” (Mk 1,15). „Rozumieć znaki czasu znaczy: rozumieć pilną potrzebę pokuty – nawrócenia – wiary. Jest to właściwa odpowiedź na moment dziejowy niosący wielkie zagrożenia, które zostaną ukazane w następnych obrazach” – napisał przyszły papież. W tym miejscu wtrącił osobiste wspomnienie ze spotkania z siostrą Łucją: „Powiedziała mi w rozmowie, że coraz wyraźniej uświadamia sobie, iż celem wszystkich objawień było nakłonienie do nieustannego wzrastania w wierze, nadziei i miłości – cała reszta miała prowadzić tylko do tego”.

    Ówczesny prefekt Kongregacji Nauki Wiary wskazał, że stojący obok Maryi anioł z ognistym mieczem przywodzi na myśl podobne obrazy z Apokalipsy. „Przedstawia groźbę sądu wiszącą nad światem. Myśl, że świat może spłonąć w morzu ognia, nie jawi się już bynajmniej jako czysty wytwór fantazji: człowiek sam przez swoje wynalazki zgotował na siebie ognisty miecz” – zauważył.

    Dziś, w obliczu agresji Rosji na Ukrainę, wobec wzrastającego napięcia i fiaska złudzeń o pokojowym charakterze relacji międzypaństwowych, widzimy jeszcze większą realność tego „miecza”. Okazuje się, że ludzkość wcale nie staje się lepsza dzięki postępowi technologicznemu ani za sprawą wygłaszanych deklaracji o pokojowym współistnieniu. Warunki, w jakich żyjemy, nie mają, jak się wydaje, związku z podejmowanymi wyborami, które ostatecznie mogą doprowadzić ludzkość do zagłady. W tym kontekście kard. Joseph Ratzinger mówi o Tej, która w wizji fatimskiej przeciwstawia się mocy zniszczenia – to „jaśniejąca blaskiem postać Matki Bożej i pochodzące w jakiś sposób od tego blasku wezwanie do pokuty”.

    Wszystko to pokazuje, jak dalece człowiek jest wolny, skoro swoimi decyzjami może radykalnie wpływać na losy świata. Przyszły papież podkreśla, że „przyszłość nie jest bynajmniej nieodwołalnie przesądzona, a obraz, który widziały dzieci, nie jest wcale filmem ukazującym z wyprzedzeniem przyszłość, w której niczego już nie można zmienić”. Zaznacza, że cała wizja miała miejsce wyłącznie dla przypomnienia o wolności i po to, żebyśmy nadali jej konstruktywny kierunek. Bo nie chodzi o obejrzenie „filmu z przyszłości”, która musi się wydarzyć. „Jej cel jest dokładnie przeciwny – ma ona mobilizować siły do przemiany ku dobru” – akcentuje duchowny.

    Okazje są wszędzie

    A zatem: „Pokuta, pokuta, pokuta!”. W gruncie rzeczy jest to tylko przypomnienie nauki Ewangelii, która wzywa do nawrócenia. Czym jednak właściwie jest pokuta?

    W sierpniu 1940 roku siostra Łucja, wizjonerka z Fatimy, pisała do swojego kierownika duchowego: „Czuję, że należy ludziom uświadomić, że obok znaczenia wielkiego zaufania w Boże Miłosierdzie i w opiekę Niepokalanego Serca Maryi równie ważna jest potrzeba modlitwy i pokuty – a specjalnie świadome unikanie grzechu”.

    Trzy lata później stwierdziła: „Bóg pragnie, aby duszom wyjaśnić, że prawdziwa pokuta, której On obecnie żąda, to przede wszystkim ofiara z wypełniania naszych religijnych i codziennych obowiązków”. Później, dopytywana, uściśliła, że pokuta, jakiej obecnie Bóg od nas oczekuje, „to ofiara, którą każdy z nas osobiście ponosi, ażeby prowadzić życie sprawiedliwe z zachowywaniem Bożego Prawa”. Łucja dodała, że „wielu ludzi, uznając pokutę za akty nadzwyczaj surowe, nie czuje się na siłach do podejmowania ich, co prowadzi do zniechęcenia i trwania w obojętności i grzechu”.

    W praktyce chodzi więc o uczciwe wypełnianie tego, co wynika z realizowanego powołania. Życie zgodne z sumieniem każdego dnia przynosi konieczność starcia się tego, co „by się chciało”, z tym, co jest dobre, czyli z tym, czego oczekuje Bóg. W gruncie rzeczy to właśnie oznacza „unikanie grzechu”. Kto unika grzechu, zrezygnuje z oferowanej korzyści, jeśli ceną za nią jest zrobienie czegoś niemoralnego, na przykład wręczenie łapówki. Kto unika grzechu, przezwycięży lenistwo i wykona dobrze swoją pracę. Kto unika grzechu, nie posunie się do niemoralnych metod osiągania nawet tego, co jest wielkim pragnieniem jego serca, na przykład posiadanie potomstwa.

    Okazji do podejmowania pokuty jest mnóstwo. Są praktycznie wszędzie. „Z wszystkiego, co tylko możecie, zróbcie ofiarę jako zadośćuczynienie za grzechy, którymi On jest obrażany, i dla uproszenia nawrócenia grzeszników” – wskazał dzieciom anioł w Fatimie. Natomiast Maryja już w pierwszym objawieniu 13 maja poprosiła je o przyjęcie cierpienia. „Czy chcecie ofiarować się Bogu, aby znosić wszystkie cierpienia, które On wam ześle jako zadośćuczynienie za grzechy, którymi jest obrażany, i jako prośbę o nawrócenie grzeszników?” – zapytała. Na co dzieci bez wahania odpowiedziały: „Tak, chcemy!”. I temu „tak” do końca pozostały wierne. Były tak zmotywowane, że wręcz zachłannie poszukiwały okazji do podjęcia jakiegoś wyrzeczenia na rzecz zagrożonych duchowo ludzi, na przykład rezygnując z jedzenia i picia w bardzo upalne dni. Hiacynta, najmłodsza wizjonerka, swoje śniadanie dawała głodnym dzieciom, wskutek czego te czekały na nią każdego dnia przy drodze, którą szła. Gdy Łucja i Franciszek dostrzegli, że sprawia jej to wielką radość, poszli za jej przykładem.

    W gotowości dzieci do pokutowania objawił się ewangeliczny paradoks „lekkiego brzemienia” i „słodkiego jarzma”: znoszone niedogodności i przyjęte cierpienia owocowały w nich pogodą i radością. „Kiedy tylko zobaczyliśmy dzieci, Hiacynta biegła zanieść im nasz cały posiłek dzienny, i to z taką radością, jak gdyby nie odczuwała jego braku” – wspominała potem Łucja.

    Dzieci pozostały w duchu pokuty aż do końca. Widać to w relacji Łucji, która odwiedziła chorą Hiacyntę w szpitalu. „Zastałam ją radosną, taką jak zwykle. Uściskała mnie, a ja ją. Zapytałam, czy bardzo cierpi. »Tak – odpowiedziała – cierpię, ale ofiarowuję to za grzeszników i jako wynagrodzenie Niepokalanemu Sercu Maryi«”.

    Także Franciszek wiele pokutował, mając przede wszystkim pragnienie pocieszania Jezusa. Łucja wspominała: „Często odnajdywałam go za jakimś murem albo krzakami, gdzie się ukrywał. Tam modlił się na kolanach albo rozmyślał i mawiał: »Pan Jezus jest taki smutny z powodu tylu grzechów«”. Był tak pochłonięty Bogiem, że nawet gdy przyszła śmiertelna choroba, on się nią nie przejmował. Jego kuzynka zapamiętała, że do końca pozostawał „pogodny i zadowolony”. Nie narzekał. Pytany, jak bardzo cierpi, mówił: „Dosyć, ale nic nie szkodzi. Cierpię, żeby pocieszyć Naszego Pana. Już niedługo pójdę do nieba!”. Krótko przed śmiercią bardzo chciał się wyspowiadać i przyjąć Komunię. Przedtem jednak poprosił Łucję: „Powiedz mi, czy zauważyłaś, że kiedyś zgrzeszyłem, a potem idź do Hiacynty i ją zapytaj”. Nie chciał, żeby pozostał w jego sumieniu jakikolwiek niewyznany grzech. Po spowiedzi i Komunii „promieniał z radości”.

    Lekka czy ciężka?

    Doświadczenie dzieci fatimskich pokazuje, że pokuta, wbrew rozpowszechnionym stereotypom, nie jest ponurym samobiczowaniem się i koszmarnie bolesnym wyrzekaniem się tego, co się kocha. Na początku prawdziwej pokuty jest spotkanie z Bogiem. W konsekwencji opadają z człowieka przywiązania do wielu zniewalających go rzeczy. To, bez czego nie można się było obejść, nagle przestaje cokolwiek znaczyć, a często nawet budzi obrzydzenie. W jasności Bożej właściwie układa się hierarchia wartości i to, co było gorzkie, staje się słodkie, to zaś, co wydawało się słodkie, teraz zamienia się w gorycz. Człowiek widzi jasno, że wartość ma to, co prowadzi do trwałego szczęścia z Bogiem, zaś bezwartościowe jest to, co temu w żaden sposób nie służy. Wtedy pokuta nie jest ciężarem – jest pragnieniem, bo wyrasta z przemienionego serca. A takie serca miały dzieci fatimskie. „Gdybym mogła włożyć w serca wszystkich ludzi ogień, który płonie w głębi mojego serca i który sprawia, że kocham tak bardzo Serce Jezusa i Serce Maryi!” – mówiła Hiacynta. Przed śmiercią powiedziała jeszcze: „Trzeba pokutować. Jeśli ludzie będą żałować, to Pan Jezus im jeszcze przebaczy, ale jeśli nie zmienią swego życia, przyjdzie kara”.

    Rzecz zatem w zmianie życia. To jest owoc prawdziwej pokuty. Nie jest jej istotą wykonanie określonych działań ascetycznych i podjęcie takich czy innych wyrzeczeń. To jest możliwe do wykonania nawet bez wiary, na przykład dla udowodnienia sobie lub innym, że da się radę, albo dla wzbudzenia podziwu. Działania pozorujące pokutę są zakorzenione w faryzeizmie bądź w myśleniu magicznym, gdy wykonywane czynności w istocie mają przymusić Boga do zesłania zamówionego efektu.

    To daremne. Istotą jest zmiana myślenia, czyli nawrócenie, które skutkuje zmianą życia. Nikt się nie nawraca, jeśli się nie odwraca – w swoim myśleniu – od tego, co grzeszne, a tym samym co zaburza prawidłowe poznanie i rozumienie rzeczywistości. Prawdziwa pokuta wynika z właściwych intencji. Motywacją dzieci fatimskich była miłość Boga, którą rozpaliła w nich „Dobra Pani”, a za tym poszło gorące pragnienie ratowania tych, którzy tę miłość odrzucają – zatwardziałych grzeszników.

    Podobne jest doświadczenie wszystkich, którzy szczerym sercem zaryzykowali podjęcie pokuty. Wtedy okazuje się lekka. Ciężka pozostaje dla tych, którzy jej nie podejmują. •

    Franciszek Kucharczak/Gość Niedzielny

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Dobry wzrok analfabety

    Dobry wzrok analfabety

    ***

    Próbował mi niedawno kolega psycholog tłumaczyć różnicę pomiędzy urojeniami i halucynacjami. Mało z tego zrozumiałem i nie zamierzam absolutnie tej wiedzy przekazywać dalej, do codziennego życia nie jest ani mnie, ani szanownemu Czytelnikowi niezbędna.

    To, że nasz ludzki umysł czy też nasze zmysły pozwalają sobie nas czasem oszukiwać, jest powszechnie wiadome. Niejeden z nas przestraszył się na widok własnego odbicia w lustrze, zamiast stukotu deszczu o parapet usłyszał niepokojące kroki, a obojętne spojrzenie przyjaciela zinterpretował jako manifestację końca przyjaźni. Mocno to upraszczając, powiem tak: my, ludzie, często widzimy coś, co chcielibyśmy widzieć; słyszymy coś, co słyszeć pragniemy. I mamy na to mnóstwo sposobów, w tym tworzenie teorii spiskowych. Przyznam, że gdy jako dziecko słyszałem określenie „trzecia tajemnica fatimska”, przeszywał mnie dreszcz. Była szczytem sekretności, esencją apokaliptyki, budziła domysły, pozostawiała bez odpowiedzi. Do chwili upublicznienia na żądanie Jana Pawła II. Niektórzy byli potem jakby rozczarowani. Nie dziwiło mnie to, raczej trochę śmieszyło. Przypominałem sobie Miłoszowską „Piosenkę o końcu świata” i słowa o zawiedzionych, jakby wzruszających ramionami na znak, że to nie tak miało być: „A którzy czekali błyskawic i gromów,/ Są zawiedzeni./ A którzy czekali znaków i archanielskich trąb,/ Nie wierzą, że staje się już./ Dopóki słońce i księżyc są w górze,/ Dopóki trzmiel nawiedza różę,/ Dopóki dzieci różowe się rodzą,/ Nikt nie wierzy, że staje się już”. Całkiem to przewidywalne, no i – bądź co bądź – powiązane z urojeniami, przerostem oczekiwań i wyobrażeniami o zapowiadanej rzeczywistości. To jako ludzie potrafimy, i to, powtórzę, w zupełnie różnych sytuacjach i okolicznościach. I przyznam szczerze: zamykając ten numer „Gościa”, odnoszę wrażenie, że właściwie w każdym z tekstów można się tej naszej ludzkiej skłonności do przekłamań dopatrzyć. „Żeby w nieustannie płynącym strumieniu życia rozpoznać fakty historyczne, trzeba mieć zmysł historii” – napisał w swoim felietonie Marek Jurek, dodając: „Zmysł historii ożywia się, gdy myślimy o przyszłości, ale dobrze działa dopiero wtedy, gdy warunki przyszłości narodu naprawdę rozumiemy. Najlepszy bowiem wzrok nie pomoże w lekturze analfabecie” („Polska, która chce żyć” – s. 74). Spodobało mi się to porównanie, trochę àrebours stosuję je do siebie, bo coraz słabszy wzrok idzie u mnie w parze z coraz silniejszym uzależnieniem od książek. I od razu przyszły mi do głowy te wszystkie inne przekłamania i teorie, które, choć wymagają wysilania wzroku i umysłu, do prawdy jednak nie prowadzą. Mam tu na myśli między innymi coraz popularniejsze tezy dotyczące najsłynniejszej wizjonerki z Fatimy, siostry Łucji, która została rzekomo (!) zastąpiona przez inną, bardziej podatną na idee „nowatorskiego” Kościoła posoborowego. Rozprawia się z nimi w swoim tekście Przemysław Kucharczak („Podmieniona Łucja i inne absurdy” – s. 16). Polecając szanownemu Czytelnikowi ten artykuł, dodam na koniec apel: zachowajmy zdrowy rozsądek, bo „wierzący” nie musi oznaczać „nierozsądny”, choć wielu tak by się mogło wydawać.

    ks. Adam Pawlaszczyk/Gość Niedzielny

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Polska, która chce żyć

    Narodowy Marsz Życia był wielką demonstracją naszej odpowiedzialności.

    Żeby w nieustannie płynącym strumieniu życia rozpoznać fakty historyczne, trzeba mieć zmysł historii. Zmysł historii, a więc świadomość, że pośród setek bieżących wydarzeń są takie, które naprawdę mogą rozstrzygać przyszłość, które są czymś więcej niż medialnym „newsem”. Zmysł historii ożywia się, gdy myślimy o przyszłości, ale dobrze działa dopiero wtedy, gdy warunki przyszłości narodu naprawdę rozumiemy. Najlepszy bowiem wzrok nie pomoże w lekturze analfabecie.

    Miesiąc temu, w Święto Chrztu Polski, odbyła się w Warszawie największa polska manifestacja w obronie życia w XXI wieku. Poprzednia tak duża miała miejsce dwadzieścia siedem lat temu, po zniesieniu ochrony życia nienarodzonych w okresie rządów SLD. Tamten marsz poprzedził pomnikowe orzeczenie Trybunału Konstytucyjnego, stwierdzające, że ochrona życia w każdej jego fazie, od poczęcia, jest warunkiem koniecznym funkcjonowania praworządnej demokracji. Marsz i orzeczenie były jak wołanie i odpowiedź.

    Obecny marsz jednak nie był jedynie aktem protestu. Owszem, w swej rezolucji zażądał „natychmiastowego zaniechania wywrotowych działań obecnego rządu i rządowej większości parlamentarnej przeciw przyrodzonemu prawu do życia, potwierdzonemu w Konstytucji Rzeczypospolitej”. Na marszu mocno wybrzmiał sprzeciw wobec udostępniania nastolatkom pigułek wczesnoporonnych i wobec aborcyjnego zastraszania lekarzy oraz innych podobnych praktyk władzy. Przesłanie marszu było jednak dużo szersze. Było wielkim wołaniem o wolność i odpowiedzialność osobistą. O wolność – bo legalizacja prenatalnego dzieciobójstwa to straszliwy instrument presji na matki oczekujące dziecka, ze strony wszystkich, którzy nie chcą, by dziecko mogło się urodzić. Na przykład „partnera” lub (za przeproszeniem) męża, który nie chce podjąć ojcowskiej odpowiedzialności. Abortera, który „radzi, by nie rodzić”, bo tak dyktuje mu zwykły materialny interes albo psychologiczna, podświadoma potrzeba usprawiedliwienia własnego procederu „potrzebą społeczną”. Albo nawet rodziców, którzy „wiedzą lepiej” od córki. W warunkach zalegalizowania prenatalnego dzieciobójstwa wszyscy oni mogą matkę namawiać, bo przecież wolno. A jej możliwości obrony są o wiele mniejsze, gdy nie może odpowiedzieć, że przecież nie wolno. Te właśnie elementarne fakty – że na nasze postępowanie wpływają kultura i otoczenie, że wpływają szczególnie, gdy wybierając, wahamy się i ważymy sprzeczne wartości, że podjętej pochopnie decyzji potem często żałujemy – usiłuje zakrzyczeć prymitywna, odwołująca się do pychy naiwnych ideologia „wolności wyboru”. Zakłamująca najbardziej podstawową prawdę naszej natury, że człowiek jest istotą społeczną.

    Marsz był też świadectwem odpowiedzialności osobistej. Bo skoro przez jakiś czas będziemy żyć pod władzą kontrkultury śmierci, tym bardziej będzie rosła rola rodzin, które swym dzieciom chcą przekazywać życie, a narodowi zapewnić społeczną ciągłość pokoleń. To nasze rodziny od lat powstrzymują trwająca katastrofę demograficzną i to nasze rodziny zapewnią Ojczyźnie przetrwanie.

    Narodowy Marsz Życia został przemilczany przez władzę i zbagatelizowany przez prorządowe media. Ale dlaczego do marszu nie nawiązują prezydent i opozycja? Co z deklaracjami o „rozmowie z ludźmi”? Niedługo wszyscy będziemy się mogli do tego odnieść. O nadchodzących wyborach europejskich nie myślmy jako o „polityce”, wobec której można zachować rezerwę. Owszem, rezerwę należy zachować wobec partyjnych central i partyjnych emocji, ale odpowiedzialny dystans nie może oznaczać indyferentyzmu.

    Prawo i Sprawiedliwość tradycyjnie korzysta z poparcia opinii chrześcijańskiej, ale musi udowodnić, że poważnie traktuje jej postulaty. Konfederacja zapewniła opinii chrześcijańskiej alternatywę wyborczą, ale do tego, że jest alternatywą ideową – musi czynną polityką przekonać. Być może pewnego dnia będzie potrzebne skoncentrowanie poparcia na jednej z tych opcji, ale dziś, szczególnie podczas kampanii wyborczej – samymi naszymi reakcjami możemy wpływać na politykę i na zobowiązania, które ugrupowania i politycy przyjmują.

    Każde wybory powszechne są zbiorowym aktem władzy, który na każdego z nas nakłada odpowiedzialność przed Bogiem. Będziemy wspólnie wykonywać władzę wyborczą, będziemy – my wszyscy – wysyłać do Parlamentu Europejskiego nasze przedstawicielstwo. Wyślijmy tam tych, którzy będą pracować dla cywilizacji życia, którzy będą potrafili ją reprezentować i szukać dla niej sojuszników.

    Marek Jurek/Gość Niedzielny

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Największa walka duchowa toczy się czasem o używanie rozumu

    Największa walka duchowa toczy się czasem o używanie rozumu

    Guido Reni, Św. Michał pokonuje szatana/PD

    ***

    Możemy jakimś swoim wyborem zdradzić rozum – iść za tym, co nadzwyczajne albo co ma pozory nadzwyczajności. To częsta pułapka – zauważa przeorysza karmelitanek bosych w Krakowie Wesołej matka Cecylia Teresa od Niepokalanego Serca Maryi.

    Jarosław Dudała: Powiedziała Matka kiedyś, że największa walka duchowa toczy się czasem o używanie rozumu. Tymczasem postulat używania rozumu jest chyba oczywisty dla każdego człowieka – wierzącego czy niewierzącego. Co tu ma do rzeczy walka duchowa?

    Matka Cecylia Teresa od Niepokalanego Serca Maryi OCD: 
    Zdolność używania rozumu jest często poddawana próbie przez emocje. One potrafią zaburzyć trzeźwe myślenie. To jest trochę tak, jak z pobieraniem krwi do badania: niby nie ma się czegoś bać, a jednak pod wpływem emocji u niektórych pacjentów żyły się chowają. Tak samo pod naporem emocji rozum potrafi się gdzieś schować, wycofać.

    I mamy wtedy problem: jak ponownie dopuścić ten rozum do głosu? Nie jest to łatwe, bo emocje – w tym przypadku lęk – są jakby… szybsze. I głośniejsze… Potrafią zakrzyczeć rozum.  Można by nawet powiedzieć, że strach to jest zdradziecka odmowa pomocy ze strony rozumu. Gdy rozum ucieka z pola walki, oddaje pierwszeństwo lękowi czy innym emocjom, to dzieją się rzeczy złe. Dlatego można mówić o autentycznej walce duchowej o używanie rozumu.

    Emocje same w sobie nie przynależą jeszcze do sfery duchowej. One należą raczej do sfery psychiki.

    To prawda, ale gdy w grę wchodzą wartości duchowe – choćby wierność podjętej decyzji, wierność we współpracy z łaską Bożą – to pojawia się już moment duchowy. Wtedy bez rozumu ani rusz.

    Chodzi o to, że diabeł może manipulować emocjami człowieka, żeby zniszczyć jakieś duchowe dobro?

    Tak. Przeciwnikowi zawsze chodzi o to, żeby albo pomniejszyć to dobro, albo odwrócić człowieka od niego, łudząc jakimś dobrem pozornym. Rozum człowieka może mu pomóc w zdemaskowaniu tego podstępu.

    Jak odróżnić prawdziwe dobro od tego pozornego?

    Podstawowe kryterium to: „po owocach poznacie”. Warto podejmować takie rozeznawanie w codziennym rachunku sumienia, żeby nie dopuścić do sytuacji, w której zajdziemy zbyt daleko w złym kierunku. Warto patrzeć na owoce, to znaczy: czy ja przez te konkretne swoje decyzje i czyny zbliżam się do Boga czy się od Niego oddalam? Za pomocą rozumu jesteśmy w stanie ocenić to w swoim sumieniu.

    Pan Bóg chce, żebyśmy używali rozumu, tymczasem u niektórych widać skłonność do szukania znaków, objawień, cudowności…

    To jest jeszcze inna pułapka. Ona polega na tym, że możemy naszym wyborem zdradzić rozum – iść za tym, co nadzwyczajne albo co ma pozory nadzwyczajności. To częsta pokusa. Inaczej św. Jan od Krzyża nie poświęciłby tyle miejsca w „Drodze na Górę Karmel” i w „Nocy ciemnej” na pokazywanie, że trzeba iść drogą wiary, a nie jakichś cudowności czy objawień.

    Kościół jednak uznaje niektóre objawienia prywatne.

    Tak, bo one mogą być pomocne. Mamy naturę nie tylko duchową, ale cielesno-duchową i dlatego takie znaki mogą w nas obudzić albo umocnić wiarę. Świadczą o tym liczne historie autentycznych nawróceń i łask, jakie ludzie otrzymują w Lourdes czy w Fatimie.

    Czyli nie chodzi o odrzucenie objawień prywatnych, ale o umieszczenie ich zdecydowanie niżej w hierarchii od tego Objawienia, które się dokonało w Chrystusie i które przekazuje nam Kościół?

    Dokładnie tak. Św. Teresa od Jezusa czy św. Jan od Krzyża podkreślali, że Bóg jest wolny i może dawać nadzwyczajne łaski czy objawienia nadprzyrodzone, ale gdyby one były w czymkolwiek niezgodne z podstawowym Objawieniem – z Ewangelią Jezusa Chrystusa i z prawdami wiary, których uczy Kościół, to należy je bezwzględnie odrzucić.

    Wiele błędów nie polega na uznaniu fałszu za prawdę, ale na przeakcentowaniu jakiejś prawdy.

    Tak i dlatego trzeba siebie pytać: czy to, w co się angażuję, czym się zaczytuję, czemu poświęcam czas, czy to mi pomaga w rozwoju relacji do Pana Boga i bliźnich? I nie chodzi o jakąś subiektywną odpowiedź, daną raz na zawsze, ale stale weryfikowaną z pomocą osób, z którymi żyję, z pomocą spowiednika, kierownika duchowego, Kościoła.

    Ateiści często zarzucają ludziom wierzącym, że ich wiara oznacza konieczność wyrzeczenia się używania rozumu.

    Po prostu się mylą. Wiara potrzebuje rozumu, wiara ma być rozumna.

    Ale – uwaga! – rozum nie może nas ograniczać w wierze. Może się zdarzyć, że miłość Chrystusa przynagli nas do przekroczenia racji rozumu i pójścia za racjami miłości. Św. Teresa od Jezusa przytacza przykład pewnego biskupa, który ofiarował siebie, żeby wykupić z niewoli syna jakiejś ubogiej wdowy. Rozum mógł mu mówić i pewnie mówił: „jesteś odpowiedzialny za całą wspólnotę, nie możesz oddać się dla tej jednej osoby”. W św. Teresie przykład życia tego biskupa budzi wręcz zachwyt, zazdrość i… ciężkie westchnienie, że nasza wiara jest nieraz „zbyt rozumna, za mało szalona”, a przecież Pan Jezus był szalony w miłości do nas. Posunął się do szaleństwa, czyli przekroczył rozum.  Takie rzeczy nie zdarzają się co dzień. Ale – na szczęście – rzeczywiście się zdarzają i to w każdych czasach, w naszych też… tylko nie wolno się na nie porywać bez przynaglenia łaski.
    Dlatego nie absolutyzujemy rozumu, ale wykorzystujemy go na drodze wiary w stu procentach, do granic, do których on nie przeszkadza nam iść dalej.

    Często wiążemy sprawy wiary raczej z emocjami niż z rozumem. Tymczasem wielcy teologowie mówią, że np. sumienie człowieka to nie kwestia jego uczuć, ale rozumu. Także gdy chodzi o modlitwę, mistrzowie duchowi podkreślają, że emocje mają w niej swoje miejsce, ale w dużej mierze jest ona dziełem ludzkiego rozumu.

    Modlitwa bez rozumu jest ślepa.

    Trzeba w pełni wykorzystać to, w czym rozum nam może pomóc w modlitwie. Nie będzie się rozwijał w modlitwie ktoś, kto nie zna, nie rozumie Pisma Świętego, kto nie karmi swej wiary dobrą teologią. Z pewnością w przestrzeni modlitwy rozum nie jest wszystkim, ale nie wolno go nie używać. Nie wolno z niego nie korzystać. To byłby ogromny błąd.
    Ale sam rozum – bez doświadczenia modlitwy – pozostanie tylko spekulacją.

    Jarosław Dudała/Gość Niedzielny

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Jak zostałam karmelitanką

    Jak zostałam karmelitanką

    S. Cecylia Teresa jest karmelitanką bosą z klasztoru w Krakowie na Wesołej. Do niedawna była przeoryszą tamtejszej wspólnoty.

    ***

    Bóg towarzyszy naszemu rozwojowi jak najlepszy kierownik duchowy, nie wyprzedzając, nie wymuszając na nas niczego. Wręcz prowadzi nas do odkryć, które wydają się nam być… naszymi własnymi – mówi s. Cecylia Teresa od Niepokalanego Serca Maryi, karmelitanka bosa z klasztoru w Krakowie na Wesołej.

    Jarosław Dudała: Św. Teresa z Lisieux niejedną kobietę przyprowadziła do Karmelu. Siostrę też?

    S. Cecylia Teresa: Rozeznawałam swoje powołanie w 1983 r. Wtedy pojawiła się Teresa, jej “Dzieje duszy”. Nie znałam ich wcześniej. To była świeża lektura, niczym nie obciążona. Potem wielokrotnie słyszałam, że są osoby – także zakonnice, zakonnicy, kapłani – dla których Teresa nie jest łatwa do przyjęcia – przez swój język, ptaszki, kwiatuszki… One są dla nich jakąś barierą. Ci ludzie odbierają Teresę, jakby była infantylna.

    Może dlatego, że przez lata u duchownych formowało się przede wszystkim rozum i wolę. Rozum – bo taki formowany musi potem umieć powiedzieć kazanie czy poprowadzić katechezę. A wolę – żeby w przyszłości nie zrobił/zrobiła czegoś głupiego. Sfera emocjonalna pozostawała trochę na uboczu. W efekcie św. Teresa może być odbierana jako nieznośnie egzaltowana.

    A ja byłam zaskoczona, że w ogóle można tak Teresę odczytać. Mnie podarowane zostało takie spotkanie z nią, że nie była to żadna kwestia, przez którą trzeba by się było przedzierać. Może wzięło się to stąd, że sama byłam wtedy w głębokiej rozterce duchowej. Byłam na trzecim roku studiów…

    Co Siostra studiowała?

    Byłam na Akademii Ekonomicznej w Krakowie, kierunek: planowanie i finansowanie gospodarki narodowej. Ekstra, prawda? Fascynujące! (śmiech)

    Od pierwszych dni na uczelni towarzyszyło mi poczucie, że to było pudło. Pomyłka życiowa. Ale to był mój własny, świadomy wybór. Nie pozwoliłam nikomu w tym uczestniczyć. Odsuwałam wszelkie sugestie. Chciałam iść za swoim. Logika wyboru była dość prosta: dobrze się czułam z matematyką, mniej z fizyką (jestem po klasie matematyczno-fizycznej). Postanowiłam, że znajdę kierunek, na którym jest matematyka, a nie ma fizyki. Takie wybrałam kryterium.

    Brzmi rozsądnie. Mimo to, zawiodło.

    Te studia to zdecydowanie nie było to. Czułam, że to niemożliwe, żeby ekonomia nadała sens mojemu życiu, mojej pracy. Czułam, że coś z tym trzeba zrobić. Tylko co?

    Poczucie porażki przy podejmowaniu pierwszego własnego, dorosłego wyboru było czymś, czym Pan Bóg się posłużył…

    Przepraszam, ale nie lubię, kiedy ludzie tak mówią: “Pan Bóg się tym posłużył”. Bo to się tak lekko mówi – z perspektywy kilkudziesięciu lat. Ale wtedy pewnie nie było to wszystko takie łatwe.

    Kiedy mówię, że Pan Bóg się tym posłużył, mam na myśli to, że dla mnie była to dobra lekcja: Pan Bóg nauczył mnie dystansu do siebie samej. Na tamtym etapie byłam przekonana, że wystarczy słuchać tego, co mi rozum podpowiada i… wszystko będzie dobrze. Tymczasem w tej sytuacji nikt mi nie radził, nie miałam na kogo zwalić…

    Czyli: moja wola, mój rozum…

    Tak! I proszę: jaki efekt? Doświadczam na własnej skórze, że spudłowałam! Gorzkie, naprawdę gorzkie doświadczenie. To była pierwsza, konkretna lekcja życiowa: nie wszystko, co ja wymyślę, jest dobre, a to, co złe, nie przychodzi tylko z zewnątrz – ja też mogę głupio wybrać. W tym sensie mówię, że Pan Bóg się tym posłużył.

    Chodziło mi raczej o to, że drażni mnie radosne mówienie: “zrobiłam źle, ale Pan Bóg się tym posłużył”. Owszem, dziś siostra mówi o tym z dystansem, na uśmiechu. Ale wtedy na pewno nie było tak łatwo.

    Nie było. Byłam jak pod ścianą. Nie wiedziałam, co mam z tym zrobić. To nie był łatwy czas – potwierdzam to całą sobą. Nie chciałam robić kroku w tył – pytać kogoś: bliskich czy kolegów, koleżanki, kogokolwiek. Skąd oni mieliby wiedzieć, co ja mam w życiu robić? Dlatego czułam się jak pod ścianą. Ale to mnie dobrze uruchomiło. Rozczarowanie efektami tego, co mi mój rozum podpowiadał, otworzyło mnie na nowy kierunek, na nowy styl bycia – w którym się rozwijam – czyli: pytanie Pana Boga o wszystko.
    Skąd Siostra wie, że odpowiedzi, które otrzymuje, nie płyną z własnej podświadomości, z lęków, pragnień, czegokolwiek…
    Tego nigdy nie wiem do końca. I pewnie nie będę wiedziała. Ale jest konkretne kryterium: “po owocach poznacie”.

    Czyli nie ma siostra telefonu do nieba. Jak więc odebrać odpowiedź, żeby wiedzieć, że jest stamtąd?

    Odpowiedzią jest to, co przeżyłam. Dla mnie była to odpowiedź wystarczająca. Potwierdziły ją kolejne lata. Czy to dla innych będzie przekonujące – tego nie wiem.

    Zwróciłam do Pana Boga z pytaniem: co ja mam zrobić ze swoim życiem, żeby ono miało sens? – czytaj: żebym była szczęśliwa, bo JA CHCĘ BYĆ SZCZĘŚLIWA! Zadałam pytanie Bogu, choć nie widziałam i nie słyszałam Go tak, jak pana. Ale – i to jest łaska wiary – nie miałam poczucia, że zadaję pytanie w próżnię. Wiedziałam, że ono zostało zadane konkretnej Osobie, która mnie zna, która mnie kocha, która jest zainteresowana moim szczęściem i która mi odpowie.

    Skąd siostra to wiedziała?

    Było mi to dane w pakiecie wiary. Na tyle wiary wtedy miałam, że to wiedziałam. To była cała moja energia w poszukiwaniach. Tam ją ulokowałam. Pytanie zadane – odpowiedź przyjdzie. Nie wiem kiedy, ale przyjdzie. Czekałam. Minął pierwszy rok studiów, drugi… Po drodze myślałam o zmianie kierunku – na matematykę na Uniwersytecie Jagiellońskim. Ale przeniesienie było zbyt skomplikowane, więc porzuciłam tę myśl.

    To nie nauka była problemem, ale brak sensu. Poczucie, że taka praca mnie nie uszczęśliwi.

    Czekałam.

    I co?

    Odkryłam wtedy ciekawą rzecz: z chwilą gdy zadam pytanie Bogu, otwiera się we mnie jakieś wewnętrzne ucho – coś w rodzaju radaru – i niezależnie od tego, czy mam je na bieżąco w świadomości, czy nie, jeśli tylko pojawiają w otoczeniu sygnały, które mogłyby być odpowiedzią, to ja je wychwytuję. Może to jest działanie Ducha Świętego? On jest z nami od momentu bierzmowania…

    Nawet chrztu.

    Tak. Ale bierzmowanie to jest specjalny moment, w którym ta łaska osiąga jakąś pełnię – oczywiście, do dalszego rozwoju. W każdym razie jeśli wchodzimy w wierze na płaszczyznę zadawania pytań Bogu, to Duch Święty czuwa nad tym, żebyśmy nie przegapili odpowiedzi.

    Jakoś to wiedziałam – nie wiedząc. Nie musiałam tego wiedzieć, żeby to działało.

    Kiedy zadziałało?

    Wyczekiwanie było długie. “Boże, jak długo jeszcze…?” Minął jeden rok studiów, drugi… I nic. Co mogę jeszcze zrobić, żeby tę odpowiedź usłyszeć?

    Była wtedy pielgrzymka z Krakowa na Jasną Górę. Poszłam z tą intencją: “proszę, odpowiedz mi, czekam”. Wróciłam z pielgrzymki. Zaczął się rok akademicki, trzeci rok moich studiów. Byłam w sobie na nowo – jeszcze mocniej – “rozgrzana” do tego, żeby słuchać, nasłuchiwać.

    Słuchać o zakonie?

    Powołania zakonnego w ogóle nie brałam pod uwagę. Moje nastawienie życiowe było takie: zakładam rodzinę, chcę być matką. W marzeniach i przeczuciach „już widziałam” swoich pięciu synów. (śmiech)

    Może dlatego „Pan Bóg nie dał rady” wcześniej dotrzeć do mnie ze swoją odpowiedzią…?

    A tymczasem w duszpasterstwie akademickim pojawił się nowy kolega. “Aha, może to ten?!” Rozpoczęliśmy wszyscy kurs przygotowania do małżeństwa. W tę stronę szłam. Tak byłam nastrojona.

    Przyszedł styczeń 1983 r. Dorabiałam sobie do stypendium. Osoby starsze i potrzebujące przynosiły do duszpasterstwa swoje adresy. Kto chciał, mógł do nich pójść, pomóc im i sobie zarobić.

    Wtedy usłyszałam odpowiedź.

    Gdzie, kiedy?

    Sprzątałam na ul. Moniuszki w Krakowie u dwóch starszych pań, rodzonych sióstr. Właśnie sprzątałam łazienkę. Wtedy – nie na modlitwie! – usłyszałam wewnątrz: “Chcę, żebyś była zakonnicą”.

    W tej łazience było lustro. Stanęłam przed nim, płacząc jak bóbr. Ścierki wypadły mi z rąk. I powiedziałam, chyba na głos: “Ale ja nie chcę.”

    Fenomenem dla mnie samej było to, że nie miałam cienia wątpliwości. Byłam pewna, że to jest odpowiedź na moje pytanie. Trwało to dwa i pół roku, ale odpowiedź przyszła.

    Problem był tylko jeden: co zrobić, bo ja nie chcę.

    Tego nie było w moich zamierzeniach życiowych.

    Wtedy pojawiła się Tereska. Wcześniej się z nią nie spotkałam, choć byłam w duszpasterstwie karmelitów bosych.

    No to ojcowie chyba czegoś zaniedbali…

    Nie. “Mają oczy, a nie widzą, mają uszy, a nie słyszą” – to był prawdopodobnie mój przypadek.

    Po tym moim pierwszym: “ale ja nie chcę” pojawiło się: “co mam zrobić, żeby też chcieć?” Uruchomiło mnie to do pewnej drogi, która zaczęła się w styczniu, a w grudniu tego samego roku zaprowadziła mnie tutaj (czyli do klasztoru karmelitanek bosych w Krakowie na Wesołej). I trwa…

    Ile lat?

    Trzydzieści siedem.

    Co się działo pomiędzy sceną w łazience a wstąpieniem do Karmelu?

    Do maja tamtego roku z nikim się tym nie dzieliłam. Nauczyłam się, że z Bogiem można wszystko omówić. Że można mieć swoje sprawy z Bogiem. On jest zainteresowany bezpośrednim kontaktem, wewnętrzną rozmową o sprawach ważnych. Ze mną – więc prawdopodobnie z każdym. To jest możliwe. Bóg ma swoje sposoby. Nie znaleźliśmy się na ziemi z przypadku, nie dzieje się nic, o czym On by nie wiedział, więc wolno nam czytać nasze życie jako pewną…

    … aranżację?

    Nie. To raczej tajemnica towarzyszenia. Bóg towarzyszy naszemu rozwojowi jak najlepszy kierownik duchowy, nie wyprzedzając, nie wymuszając na nas niczego. Wręcz prowadzi nas do odkryć, które wydają się nam być… naszymi własnymi.

    Tak robi dobry kierownik duchowy. Nie odbiera nam podmiotowości. Pozostawia nam satysfakcję przedzierania się, poszukiwania, zadawania pytań, czekania, rozbijania nosa, mylenia drogi… Traktuje nas jak swoich partnerów, jak dojrzałe osoby. To jest moje doświadczenie – bardzo mocne, bardzo konkretne. Tego nikt mi nie zabierze.

    Jak to się stało, że od “ale ja nie chcę” przeszła siostra do: “tak, chcę”?

    Podczas rekolekcji wielkopostnych prowadzący je ojciec kapucyn powiedział nam, że długo się wahał, modlił się, prosząc Pana Boga o światło, czy ma na TO powiedzieć. Zdecydował, że TO powie. I powiedział rzecz, która na tamten moment okazała się dla mnie strategiczna dla otwarcia się na to, co Pan Bóg chciał mi dalej mówić. Powiedział: “Pamiętajcie Kochani, życie mamy jedno. W życiu nie chodzi o to, żeby robić jakieś dobro, tylko żeby żyć w łasce, czyniąc to dobro, o które Bóg Was prosi. Wartość wieczną ma tylko to, co robimy zgodnie z wolą Bożą”.

    To na mnie niesamowicie podziałało, bo ja się broniłam, mówiąc: “Co jest tym złego, że ja chcę mieć kochającego męża i pięciu synów? Dlaczego mam to zostawić? Co mam z tym zrobić? To przecież jest takie moje!”

    To Siostrę rozbroiło?

    Tak. Słowa tego ojca wytraciły mi broń z ręki. Pojawiło się słowo-klucz: szczęście.

    Zrozumiałam, że faktycznie istnieje takie niebezpieczeństwo: oto na końcu życia staję twarzą w twarz z Bogiem i odkrywam, że tego prawdziwie szczęśliwego życia uzbierało się – z 70 lat, przykładowo – zaledwie kilka dni, miesięcy czy lat, bo… nie poszłam za tym, do czego mnie zapraszał, nie zaufałam Mu… Co wtedy poczuję?

    W “Żółtym zeszycie” są takie słowa Tereski: “Jeżeli pójdę między Serafinów, nie będę postępować tak, jak Oni. Oni zakrywają się skrzydłami w obecności Boga. Ja będę się pilnowała, żeby się nie zakrywać skrzydłami”. Ale z drugiej strony, w pieśni pogrzebowej śpiewamy: “Wstyd mi, że przed Tobą stanę tak niepodobny, Boże mój, do Ciebie”. To drugie podejście wydaje mi się bardziej naturalne niż to, co powiedziała Tereska.

    Ona nas wyprzedza.

    Poza tym, nie każda pieśń kościelna jest do końca ortodoksyjna…

    Miałyśmy kiedyś rekolekcje z o. Wojciechem Giertychem…

    …teologiem Domu Papieskiego…

    … który na początek każdej konferencji prosił, żebyśmy zaśpiewały coś według swojego wyboru. No to myśmy coś wybierały…

    … a on znajdował w tym herezję? (śmiech)

    Tak! Dokładnie! Punktował herezje! (śmiech)

    Jak to dominikanin… (śmiech)

    Wniosek z tego taki, że bardziej niż pieśniom kościelnym trzeba ufać świętym, zwłaszcza doktorom Kościoła!

    Wróćmy jednak do tego rekolekcjonisty-kapucyna, który tak wpłynął na siostrę jeszcze przed wstąpieniem do Karmelu…

    Mówił, że niebo jest synonimem pełni szczęścia, do którego Bóg nas wzywa. Ale wbrew naszej woli Bóg nas tam nie zaciągnie.
    To, co mnie się marzyło, moje pragnienie założenia rodziny, nie było złe. Sednem jednak było to:  “nie chodzi o to, żeby robić jakieś dobro, ale to dobro, o które mnie Bóg prosi”. A ja wiedziałam, o co mnie Bóg prosi.

    Zazdroszczę Siostrze tej pewności.

    To dar, czysty dar. Teraz doceniam go bardziej niż wtedy.

    Bóg jest wolny. Może z nami postępować według tego, co uważa za dobre. Z jednym tak, z drugim inaczej. Ale nikogo nie krzywdzi.
    Na Teresę przyszedł czas ciemności. Być może na mnie… też taki czas przyjdzie. To Bóg wybiera.

    W każdym razie wtedy coś się we mnie uwolniło.

    A potem?

    Od duszpasterza akademickiego dostałam “Dzieje duszy” św. Teresy. Całą niedzielę spędziłam sama, czytając je. Zatrzymał mnie fragment, w którym Teresa – sprowokowana zaproszeniem na ślub kuzynki – pisze zaproszenie na swoje śluby. Uniosła się jakby dumą: “Co to znaczy? Tu tylko człowiek z człowiekiem i taka pompa…?!” A ona przecież przygotowuje się do zaślubin z samym Bogiem i miałoby to przejść tak bez echa? Napisała więc zaproszenie na swoje śluby: “Ja, Pan nieba i ziemi…”

    Siostra też poczuła się wybranką Króla?

    Dla mnie to było olśnienie, kolejne uwolnienie w kierunku tego, o co mnie Bóg poprosił. Uświadomiłam sobie, że ja wcale nie muszę wyrzekać się tych swoich pragnień, żeby założyć rodzinę, mieć kochającego męża i gromadkę dzieci. Mam tylko przyjąć do wiadomości, że tym, który mnie prosi o rękę, jest Jezus.

    W tym mi pomogła Teresa.

    Obudziła moje zaufanie i to na maksa!

    I znów byłam o krok dalej.

    Już wiedziałam: chcę być karmelitanką bosą; chcę żyć tak, jak ona.

    Mijają lata, a jej determinacja do życia w prawdzie, do życia miłością, jest dla mnie coraz bardziej zachwycająca:

    „Kocham Ciebie, mój Jezu, kocham Kościół Święty – Matkę moją i pamiętam, że najmniejszy akt CZYSTEJ MIŁOŚCI jest dlań bardziej użyteczny niż wszystkie inne dzieła razem wzięte. Ale czy CZYSTA MIŁOŚĆ jest naprawdę w mym sercu?! (…) oświeć mnie, o Jezu, Ty wiesz, że szukam prawdy…”

    Gość Niedzielny

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Chcą tego, co ma Kościół.

    Kim są konwertyci na katolicyzm?

     John Henry Newman.

    John Henry Newman.
    reprodukcja: Henryk Przondziono
    /Gość Niedzielny

    ***

    Konwertyci uświadamiają tym, którzy są w Kościele od niemowlęctwa, co mają. Ich pełne fascynacji odkrywanie skarbów Kościoła pomaga nam zrozumieć, jak wiele otrzymaliśmy.

    To nie tak, że ludzie odchodzą z Kościoła za sprawą długotrwałych przemyśleń, a już na pewno nie wskutek głębokich doświadczeń duchowych. Na ogół odejścia są spowodowane emocjami, natomiast głęboka refleksja i modlitwa sprzyjają znalezieniu drogi do Kościoła katolickiego. To dlatego wciąż mają miejsce konwersje na katolicyzm osób, które wcześniej szły przez życie zupełnie innymi drogami. Do takich osób należy Ulf Ekman, były szwedzki protestant. Pierwszy krok miał miejsce w 1970 roku, gdy Ekman miał 19 lat. „Wszedłem do mojego pokoju, uklęknąłem i poprosiłem Jezusa, by odpuścił mi grzechy i został moim Panem i Zbawcą. Od tego dnia do dziś nazywam się chrześcijaninem. Praktykującym chrześcijaninem” – wspominał w książce „Wielkie odkrycie. Nasza droga do Kościoła katolickiego”, napisanej wspólnie z żoną Brigittą. Wtedy, jak stwierdził, miłość Boża stała się w jego życiu namacalna. Odbył studia teologiczne, po których w 1979 r. objął funkcję pastora luterańskiego. W 1983 roku założył ponadwyznaniowy kościół Livets Ord, który stał się największą zielonoświątkową wspólnotą w Szwecji.

    W 1992 roku podczas spotkania ewangelizacyjnego w Albanii zagadnął go starszy człowiek, który radośnie oznajmił mu: „Też jestem katolikiem”. Ulf Ekman nie wiedział, co powiedzieć. „O, to cudownie, bracie!” – odparł. „Wtedy coś zaczęło mnie nękać, a potem już nie chciało się ode mnie odczepić i to coś miało związek z Kościołem katolickim” – wyznał. To nim wstrząsnęło i poprowadziło do Kościoła katolickiego. Nie był to szybki proces – trwał jeszcze ponad dwie dekady. Oboje z żoną ogłosili decyzję o zostaniu katolikami w marcu 2014 roku. „Niektórzy z naszych znajomych powiedzieli, że było to jakby tsunami uderzyło w Szwecję. Wszystko to za sprawą mediów, byliśmy już bowiem całkiem dobrze znani w Szwecji” – mówił Ekman Radiu Watykańskiemu krótko po ceremonii przyjęcia do Kościoła katolickiego, która odbyła się w klasztorze brygidek pod Sztokholmem. „Ja po prostu zacząłem odkrywać, że prawda jest w Kościele katolickim” – tłumaczył, podkreślając, że nie oznacza to nieobecności prawdy gdzie indziej. „Ale istnieje coś takiego jak dziedzictwo prawdy, nadprzyrodzony depozyt prawdy. I Pan złożył to w swoim Kościele” – wyjaśniał. „Jedyny motyw mojej decyzji to właśnie to, że ja potrzebuję pełni prawdy, potrzebuję tego, co ma Kościół katolicki” – zaakcentował.

    Znaleźliśmy dom!

    Scott Hahn, obecnie jeden z najwybitniejszych amerykańskich teologów katolickich, a w przeszłości pastor prezbiteriański, trafił do Kościoła katolickiego, konsekwentnie podążając za tym, co odkrywał jako prawdę. Studiując Biblię, zdał sobie sprawę, że istotne elementy protestantyzmu nie znajdują potwierdzenia w Piśmie Świętym. Studium Nowego Testamentu uświadomiło mu, jak ważne dla wspólnoty chrześcijańskiej są sakramenty i liturgia, a to z kolei doprowadziło go do odkrycia, że w Kościele katolickim jest odpowiedź na wiele jego dylematów. Pewnego wieczoru zrodziło się w nim przekonanie, że Chrystus wzywa go do Kościoła katolickiego. Zaczął się gorąco modlić, aby Bóg pokazał mu, czy rzeczywiście w Kościele katolickim jest złożona pełnia prawdy objawionej. I stopniowo Pan mu to pokazywał, na przykład za sprawą rozmów teologicznych z przyjaciółmi, zawziętymi wrogami katolicyzmu. Scott wraz z nimi próbował znaleźć błędy w katolickiej doktrynie, ale się nie udawało. Stopniowo upadały kolejne „bastiony oporu”, a ostatnim z nich był kult maryjny. Pewnego dnia ktoś przysłał Scottowi pocztą różaniec. Patrząc na niego, zaczął się modlić o zrozumienie nauki Kościoła katolickiego o Maryi. Wreszcie wziął różaniec do ręki i odmówił tę modlitwę w intencji, która wydawała mu się beznadziejna. Po niedługim czasie jego prośba została spełniona. Nagle stało się dla niego jasne, że Maryja naprawdę zajmuje szczególne miejsce w historii zbawienia, a argumenty na poparcie tego twierdzenia są jak najbardziej biblijne. Co więcej – czcząc Matkę Jezusa, naśladujemy Jej Syna, który przecież w doskonały sposób realizował Dekalog, w tym przykazanie czci rodziców.

    Po pokonaniu wszystkich trudności Scott w Wigilię Paschalną 1986 r. został katolikiem. Cztery lata później – po długiej i bolesnej duchowej walce – dołączyła do niego żona Kimberly. „Jak dobrze jest znaleźć dom w Kościele katolickim! Jak wielką łaską jest zastanawiać się nad swoim życiem i dzielić się drogą, którą Pan prowadzi nas do siebie i swego Kościoła” – zaświadczyła w książce „W domu najlepiej”, której ona i mąż są autorami.

    Powrót do portu

    Jeśli ktoś, wybierając Kościół, poświęca swoje dotychczasowe życie, karierę, ryzykuje zerwanie więzi, mówi tym samym: Kościół jest tego wart. Właśnie taki jest przekaz wielkich konwertytów w rodzaju Johna Henry’ego Newmana.

    Ten urodzony w 1801 roku londyńczyk zachwycił się Bogiem w wieku 15 lat. W konsekwencji w 1824 roku został anglikańskim księdzem. Jego kazania w uniwersyteckiej kaplicy w Oksfordzie cieszyły się dużą popularnością. On sam stopniowo zainteresował się głębiej pismami ojców Kościoła. W latach 30. XIX wieku zapoczątkował z przyjaciółmi tzw. ruch oksfordzki, którego celem była reforma anglikanizmu w obliczu rosnącej sekularyzacji społecznej. Po kilku latach studiów nad pismami ojców Kościoła, rozmyślaniach i modlitwy Newman doszedł do przekonania, że to nie Kościół katolicki pobłądził, ale Kościół Anglii zagubił pierwotny depozyt wiary. Wniosek był jeden: przyjąć katolicyzm. W 1845 roku Newman został katolikiem, a dwa lata później przyjął w Rzymie święcenia kapłańskie w stowarzyszeniu Księży Filipinów (oratorianie). Oczywiście musiał odejść z Oksfordu. Od 1848 roku przewodził parafii filipinów w Birmingham. Nie było łatwo. Przez 20 lat anglikanie okazywali mu wrogość, a katolicy nieufność. A jednak Newman nie zawahał się. „Moje nawrócenie było jak powrót do portu po wzburzonym morzu, a moje szczęście z tego powodu trwa niezakłócone do tej pory” – zapewniał w książce Apologia pro vita sua, w której uzasadnił swoje przekonania, a która uświadomiła czytelnikom, jakiego formatu to człowiek. Docenił go Leon XIII, który w 1879 roku kreował go kardynałem.

    John Henry Newman umarł 11 sierpnia 1890 roku. Nazajutrz „The Times” pisał o nim tak: „Niezależnie od tego, czy Rzym ogłosi go świętym, czy też tego nie zrobi, zostanie on kanonizowany w myślach ludzi różnych wyznań w Anglii”. Rzym to zrobił – 13 października 2019 roku Newman został wyniesiony do chwały ołtarzy.

    Błyskotliwy obrońca

    Ponad trzy dekady po śmierci Newmana na katolicyzm przeszedł jego rodak Gilbert Keith Chesterton. Niewielu jest autorów, którzy mogliby mu dorównać w błyskotliwości, wnikliwości, złotym humorze czy eleganckiej uszczypliwości. Był już sławny i bardzo popularny, gdy w 1922 roku, mając 48 lat, przeszedł na katolicyzm. Gdy po Anglii gruchnęła wiadomość, że ten mistrz felietonu, autor poczytnych książek, z anglikanina stał się „papistą”, wielu sądziło, że to może jakiś jego kolejny żart. Ale Chesterton w swoim lekkim stylu wyjaśnił, że do konwersji na katolicyzm doszedł drogą rozumowania. Było to zgodne z jego naturą – ten człowiek bezustannie myślał, analizował, porównywał i wyciągał wnioski. Tak właśnie doszedł do wiary, bo jako nastolatek w ogóle nie wierzył w Boga. W tym okresie parał się przez pewien czas magią. Taką postawę skomentował później z autoironią: „Nie ma gorszego bigota od ateisty”.

    Obserwując ataki „racjonalistów” na chrześcijaństwo doszedł do wniosku, że są one mało racjonalne – chaotyczne i zaprzeczające sobie. Wreszcie uznał, że to właśnie chrześcijaństwu świat zawdzięcza pojęcie ludzkiej godności z jednoczesnym wskazaniem na niewystarczalność człowieka, która wymaga pokory i pracy nad sobą. Włączył się w nurt moralnej odnowy anglikanizmu. Dalsza refleksja doprowadziła go do katolicyzmu. „To była najszczęśliwsza godzina w moim życiu” – wyznał, mówiąc o chwili, gdy stał się katolikiem. Od tej pory swój talent oddał na służbę prawdzie, którą odkrył. „Z dumą tkwię w okowach przestarzałych dogmatów i martwych wyznań wiary, ponieważ doskonale wiem, że to heretyckie wyznania wiary są martwe i że tylko sensowne dogmaty żyją na tyle długo, by nazywać je przestarzałymi” – stwierdził kiedyś w swoim zaczepnym stylu.

    G.K. Chesterton zmarł 14 czerwca 1936 roku. Pius XI wysłał depeszę kondolencyjną, w której nazwał go „oddanym synem Kościoła świętego i obrońcą wiary”.

    Franciszek Kucharczak/Gość Niedzielny

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Nawrócenie się Malcolma Muggeridge’a

    fot. Forum katolik.d500.pl

    ***

    Wstąpienie Malcolma Muggeridge’a do Kościoła katolickiego w 1982 r. odbiło się głośnym echem w środkach masowego przekazu. Był on bowiem jednym z najsłynniejszych angielskich dziennikarzy, pisarzy i twórców najlepszych telewizyjnych programów w XX wieku.

    Malcolm Muggeridge był prawdziwą gwiazdą małego ekranu, a równocześnie niezwykle bły­sko­tli­wym pisarzem, porównywanym z G.K. Chestertonem i C.S. Lewisem. Nawrócenie Malcolma Muggeridge’a nie było gwałtownym wydarzeniem, tak jak nawrócenie św. Pawła, lecz ukoronowaniem długiego procesu wytrwałego poszukiwania prawdy. Sam konwertyta stwierdził, że do czasu wstąpienia do Kościoła katolickiego nieustannie „walczył przeciwko czemuś, o czym wiedział, że go w końcu urzeknie i zdobędzie”…

    Dzieciństwo

    Malcolm Muggeridge urodził się w Londynie 24 marca 1903 r. Jego ojciec był agnostykiem, współzałożycielem Niezależnej Partii Pracy (Independent Labour Party) i Towarzystwa Fabiańskiego (Fabian Society). W rodzinnym domu Malcolma chrześcijaństwo zostało zastąpione religią socjalistycznego postępu – rodzice sądzili, że Pan Bóg jest im niepotrzebny. Malcolm przejął od ojca przekonanie, że będzie można zbudować socjalistyczny raj na ziemi – sprawiedliwe, pokojowe i dostatnie społeczeństwo.

    Jako chłopiec Malcolm w wielkiej tajemnicy przed rodzicami zdobył Biblię i czytał ją w ukryciu, jakby to była zakazana książka. Czytał Ewangelię z wypiekami na twarzy, ale tak, aby nikt tego nie widział. Czytając biblijne teksty, odkrywał nowy tajemniczy świat, znajdował tam wielką duchową głębię i pocieszenie. Podkreślał niektóre zdania, czytał Biblię nawet w łóżku, zatrzymywał się nad fragmentami tekstów, które szczególnie go dotknęły, a najczęściej były to opisy męki i śmierci Chrystusa. Inną książką, która w tym okresie wywarła na niego wielki wpływ, była Boska komedia Dantego Alighieri.

    Cambridge

    Malcolm studiował w Selwyn College w Cambridge. Zaprzyjaźnił się ze starszym od siebie klerykiem Vidlerem, który był wpływową postacią w college’u. Ich przyjaźń przetrwała aż do śmierci. Dzięki tej znajomości Malcolm mógł przez dwa semestry zamieszkać w klasztorze anglikańskiego zakonu Dobrego Pasterza. Był to dla niego okres wyjątkowego doświadczenia wspólnoty Kościoła. Zajęcia codzienne były tam przeplatane modlitwą brewiarzową, Eucharystią, nauką oraz pracą w ogrodzie. Malcolm rozpaczliwie szukał pomocy w kwestiach wiary. Chciał wiedzieć, czym ona jest i jak można ją zdobyć. W żarliwej modlitwie prosił o jakiś namacalny znak życia w wieczności, ale takiego znaku nie otrzymał. Nie wiedział, że wiara jest trudną i bolesną drogą całkowitego ogołacania się ze wszelkiego zła, które człowieka zniewala i uniemożliwia mu doświadczenie świata duchowego. To krótkie religijne doświadczenie sprawiło, że Malcolm zrozumiał, iż – jak to sam po latach napisał – „drogi wstrzemięźliwości prowadzą do szczęścia, natomiast pobłażanie sobie, szczególnie w dziedzinie seksualnej, prowadzi do nieszczęścia i wyrzutów sumienia. Co za radość rodzi się w sercu, gdy odrzuci się światowe ambicje, rozpustę, krzykliwe egoistyczne pragnienia. Co za cierpienie – gdy człowiek im ulegnie”…

    Utrata wiary

    Pod koniec studiów Muggeridge traci wiarę i porzuca chrześcijaństwo. Nauka stała się wówczas dla niego namiastką religii. Po skończonych studiach otrzymuje propozycję pracy nauczyciela w Indiach. Wyjeżdża tam, ale nie może uciec przed pytaniami o ostateczny sens życia. Poznanie hinduizmu, buddyzmu i islamu jednak pogłębia jego szacunek do wielkości i głębi chrześcijaństwa. W 1926 r. w liście do ojca napisał, że „chrześcijaństwo ogarnia całość i jest tym dla życia, czym Szekspir dla literatury”. To wtedy Malcolm zafascynował się książkami Chestertona o św. Franciszku i o podstawach wiary (m.in. Orthodoxy). Pisał, że kocha Chrystusa, ale nie znosi instytucjonalnego Kościoła, dlatego że „zabija żywe piękno Boga”; w rzeczywistości jednak całą swoją ufność pokładał nie w Chrystusie, tylko w ideach socjalizmu.

    Wraca do Anglii w 1927 r. i rozpoczyna pracę jako nauczyciel w Birmingham. Muggeridge był wtedy przekonany, że człowiek osiągnie wewnętrzną harmonię i szczęście w socjalistycznym państwie. „Jestem socjalistą – pisał – dlatego, że wierzę, iż odpowiednie warunki pomogą człowiekowi być dobrym, a tylko kolektywizm takie warunki stwarza”. Malcolm otrzymuje propozycję pracy w Kairze i wyjeżdża tam razem ze swoją żoną. W Kairze zaczyna swoją karierę dziennikarską, pracując jako korespondent „Manchester Guardian”.

    Zakochany we wstrzemięźliwości

    Malcolm Muggeridge poślubił Kitty Dobbs latem 1927 r. w urzędzie stanu cywilnego. Żona Malcolm pochodziła z zamożnej rodziny i tak jak on była przesiąknięta socjalistycznymi ideami. Oboje uważali się za wyzwolonych ze wszelkich religijnych ograniczeń i przesądów, dlatego ich ślub był zwykłą partnerską umową, którą można było zerwać w każdej chwili. Poglądy na temat seksu mieli ultraliberalne. Dopiero po wielu latach zrozumieli, że egoistyczna pogoń za seksualną przyjemnością, która doprowadziła ich do licznych zdrad małżeńskich, była przyczyną ogromu cierpień, które zadawali sobie i swoim dzieciom. Kiedy Malcolm zdradzał żonę, towarzyszyło mu zawsze silne poczucie winy. Czuł pogardę do swoich egoistycznych zachowań i tęsknotę za czystością serca. Pisał, że uleganie seksualnej pożądliwości jest egoistyczną pogonią za szczęściem, które jest jak „młoda sarenka, piękna i gibka. Kiedy poluje się na nią, staje się biedną, wystraszoną ofiarą, a kiedy się ją zabije – cuchnącym mięsem”.

    Przez większą część swojego życia Malcolm walczył z cielesną pożądliwością. Podczas tej duchowej batalii o czystość serca z tęsknotą zwracał się w stronę chrześcijańskich zasad, które mówiły, że prawdziwe szczęście można znaleźć tylko „w odrzuceniu egoizmu, a nie w uleganiu mu; w odwracaniu się od cielesnych pożądliwości, a nie w ich zaspokajaniu”. Malcolm nie zagłuszał głosu sumienia, nie próbował usprawiedliwiać swoich zdrad małżeńskich i nazywać zła dobrem. Zachował elementarną uczciwość, był wierny głosowi sumienia. Taka postawa, po latach wewnętrznych zmagań, doprowadziła go do wiary i pojednania się z Bogiem, do odkrycia pełni prawdy w Kościele katolickim.

    Muggeridge napisał esej na temat rewolucji seksualnej Down with Sex (Precz z seksem). Na podstawie swoich obserwacji, jak również przykładów z życia ukazał, do jakiej pustki duchowej oraz deprawacji przyczynia się łamanie zasad moralnych w dziedzinie płciowości. Ostrzegał, że styl życia proponowany przez seksualną rewolucję prowadzi do największych życiowych nieszczęść. 18 stycznia 1962 roku tak pisał w swoim dzienniku: „Jedyne pragnienie, które w tym życiu pozostało we mnie, to to, aby wypalił się we mnie wszelki egoizm, cała pycha, lubieżność, chciwość… Pragnę, aby słabnący płomień mego istnienia płonął jasno i pewnie, bez wybuchów dymu, aż błyśnie ostatni raz”. W wywiadzie udzielonym w grudniu 1965 r. wyznał, że udało mu się wreszcie stać się panem samego siebie i opanować swoje żądze. Powiedział: „Człowiek musi podjąć decyzję: albo utrzymać w karbach swoje pożądliwości, albo im ulec. Ja swoje zwyciężyłem”.

    Odtąd zaczął się najpiękniejszy okres życia w ich małżeństwie: wielki pokój i szczęście płynące z małżeńskiej harmonii. Malcolm i Kitty odkryli radość czystej miłości małżeńskiej, zaczęli cieszyć się sobą nawzajem tak, jak nigdy przedtem. Powściągliwość, samoograniczenie, asceza, uczenie się panowania nad sferą zmysłów i uczuć w tym celu, aby osiągnąć wolność ducha i potrafić kochać, i cieszyć się życiem, było płynięciem pod prąd powszechnie lansowanemu stylowi życia. Nic dziwnego, że taka postawa Muggeridge’a wywołała falę krytyki i szyderstw ze strony obrońców i piewców liberalnego seksu, którzy propagowali hedonistyczne oraz permisywne zachowania.

    Postawa Muggeridge’a nie była powrotem do purytanizmu, ale drogą do wolności i pełnej radości życia. W swoim dzienniku pisał: „Teraz jestem zakochany we wstrzemięźliwości. Nie powinien człowiek rezygnować z jakichś rzeczy dlatego, że są przyjemne (to jest purytanizm), ale dlatego, że kiedy ich sobie odmówi, inne okażą się przyjemniejsze”.

    Przemiana

    Muggeridge był bezkompromisowy w poszukiwaniu prawdy zarówno w wymiarze moralnym, jak i intelektualnym. Walczył ze swoim egoizmem, z nieopanowanymi uczuciami i pożądliwością, ale dokonywało się w nim również zmaganie intelektualne w poszukiwaniu prawdy. Całkowicie przesiąknięty ideami socjalizmu na początku lat trzydziestych XX w. opowiedział się za komunizmem. Kiedy w 1932 r. wyjeżdżał do Moskwy jako korespondent, był przekonany, że zobaczy kraj, w którym po raz pierwszy w ludzkiej historii nie ma wyzysku, są za to równość, sprawiedliwość i szczęście.

    Będąc na miejscu, bardzo szybko się jednak przekonał, że wierzył w utopię. Odkrył, że wszystko w ZSRR zbudowane zostało na kłamstwie i przemocy. Pisał: „Na początku było tam kłamstwo i kłamstwo stało się informacją, która zamieszkała między nami”. Osobiście doświadczył, że komunistyczna ideologia wcielona w życie ukazuje swoje barbarzyńskie oblicze, przerażające monstrum totalitarnego zniewolenia i ludobójstwa. Był świadkiem głodu na Ukrainie, który uśmiercił dziesiątki milionów ludzi. Ten głód został z premedytacją zaplanowany i zrealizowany przez Stalina jako kara za opór wobec przymusowej kolektywizacji.

    W tym samym czasie europejskie elity zachwycały się Związkiem Radzieckim. Wielu dziennikarzy, pisarzy i intelektualistów, kierując się polityczną poprawnością i zwykłym oportunizmem, wbrew faktom pisało idylliczne kłamstwa o sytuacji w komunistycznym „raju”. Malcolm opisał to zjawisko ślepoty, głupoty i nieuczciwości intelektualnej w noweli Winter in Moscow (Zima w Moskwie, 1934) i nazwał je szczególnym grzechem XX w. Muggeridge jako jeden z niewielu dziennikarzy miał odwagę pisać prawdę. Był pierwszym, który poinformował opinię publiczną o przerażającej zbrodni głodu na Ukrainie. Swoje artykuły wysłał do redakcji w Manchesterze, ukrywając je w bagażu dyplomatycznym, aby nie zostały skonfiskowane przez komunistycznych agentów.

    Pobyt w ZSRR spowodował, że Muggeridge z odrazą odrzucił całą komunistyczną ideologię, która owocuje w totalitaryzmie władzy, w zniewoleniu i zbrodni ludobójstwa. Jego przebywanie w Związku Radzieckim sprawiło, że Muggeridge ponownie zainteresował się życiem duchowym i Chrystusem. Odkrył ponadto mistyczną tradycję rosyjskiej kultury w książkach Dostojewskiego i Tołstoja. Kiedy podczas liturgii w cerkwi stał w tłumie wygłodzonych, modlących się ludzi, po raz pierwszy w swoim życiu doświadczył radosnej prawdy o Zmartwychwstaniu Chrystusa: że żadne moce na tej ziemi nie zdołają Go zwyciężyć. Malcolm odczuł wtedy wielkie pragnienie, ażeby całkowicie i bezwarunkowo zawierzyć całe swoje życie Chrystusowi, który jest wszechmocny swoją miłością, ale nie stosuje żadnych środków przymusu. Uświadomił sobie wtedy również, do jak katastrofalnych następstw prowadzi odrzucenie Chrystusa i Jego nauki – człowiek staje się wtedy szaleńcem i stacza się do poziomu zwierzęcego. Pojawiła się wtedy u Malcolma głęboka tęsknota, aby zostać chrześcijaninem. Pisał: „Religia chrześcijańska jest dla mnie jak beznadziejna miłość. Noszę w sobie jej obraz i od czasu do czasu patrzę na nią z rzewną tęsknotą”.

    Terroryzm liberalnej ideologii

    Rozczarowanie pobytem w ZSRR oraz ideologią liberalizmu sprawiły, że w 1944 r. Malcolm Muggeridge zaczął myśleć o wstąpieniu do Kościoła katolickiego. Tak pisał w swoim pamiętniku: „Widzę siłę i ważność Kościoła katolickiego, ale nie mogę jeszcze uczciwie zaakceptować Jego dogmatów”. Po powrocie z Moskwy Muggeridge zrozumiał, do jakiego stopnia liberalizm niszczy cywilizację europejską, że ostatecznym ukoronowaniem liberalizmu jest totalitaryzm. Liberalizm jest prekursorem totalitaryzmu. Pisał, że podstępnym kłamstwem liberalizmu jest pominięcie oczywistego faktu, że „człowiek pozostawiony samemu sobie staje się okrutny, lubieżny, leniwy i skłonny do zbrodni. Jedynym sposobem utrzymania w karbach jego złych skłonności jest wzbudzenie w nim bojaźni przed Bogiem i przed innymi ludźmi. Z tych dwóch alternatyw wyżej stawiam bojaźń przed Bogiem”. Według niego to, co ludzi uszlachetnia i mobilizuje do dobrego życia, to przede wszystkim świadomość istnienia Bożej sprawiedliwości i obawa, że z własnej winy można utracić życie wieczne.

    Muggeridge bronił chrześcijaństwa, nie będąc jeszcze chrześcijaninem; twierdził, że najgroźniejszym niszczycielem chrześcijaństwa nie jest Stalin czy Hitler, lecz liberalizm. Ostrzegał, że cywilizacja śmierci w liberalnym przebraniu już od przeszło 100 lat niszczy fundamenty chrześcijańskiej cywilizacji, która broni godności każdego człowieka, wolności sumienia i prawa do życia od chwili poczęcia aż do naturalnej śmierci. Idee liberalizmu wprowadzone w życie eliminują etykę chrześcijańską i wszelkie wynikające z niej zasady postępowania, a w konsekwencji prowadzą ludzkość do samozniszczenia.

    W swojej autobiografii Chronicles of Wasted Time (Kroniki zmarnowanego czasu) tak Muggeridge pisał o destruktywnym wpływie poglądów Freuda i Marksa na całą zachodnią cywilizację: „Tak całkowicie podkopali fundament cywilizacji zachodniej Europy, jak tego nigdy nie uczynił lub nie mógł uczynić żaden rewolucyjny ruch”. Freud dokonał tego w dziedzinie moralności, a Marks w historii. Obaj wprowadzili pojęcie determinizmu i w ten sposób wmówili ludziom, że są zwolnieni ze wszelkiej odpowiedzialności za swoje osobiste i społeczne zachowania. Muggeridge podkreślał, że Jezus Chrystus jest jedynym fundamentem europejskiej cywilizacji, nie jest nim ani Charles Darwin, ani Karl Marks, ani Włodzimierz Iljicz Lenin. Liberalizm jest zaprzeczeniem tego wszystkiego, co objawił Chrystus. Jeżeli odrzuci się Chrystusa, to wtedy szukanie nadziei zaprowadzi do beznadziei, pogoń za szczęściem do ostatecznej rozpaczy, a pragnienie życia – do macek śmierci.

    Muggeridge był bezkompromisowy w walce z terroryzmem liberalnej ideologii. W 1968 r. zrezygnował ze stanowiska rektora uniwersytetu w Edynburgu. W kategoryczny sposób przeciwstawił się żądaniom studentów, którzy domagali się legalizacji na terenie uniwersytetu zażywania narkotyku LSD i rozprowadzania pigułki antykoncepcyjnej. W swoim przemówieniu podczas składania rezygnacji wykpił żądania studentów. Porównał tamtejszą sytuację do kondycji moralnej cesarstwa rzymskiego w czasie jego upadku. Natomiast bunt studentów z ich żądaniami narkotyków i środków antykoncepcyjnych określił jako makabrycznie zabawną i najbardziej żałosną w całej historii próbę ucieczki od obowiązków i trudności. Mówił: „Narkotyk i łóżko – jest to rodzaj ucieczki właściwy dla każdego starego, zaślinionego rozpustnika w każdym czasie i gdziekolwiek w świecie”.

    Świętość życia

    Malcolm Muggeridge zawsze był przekonany o świętości ludzkiego życia. Zrozumiał, że oddzielenie współżycia seksualnego od prokreacji spowodowało straszne spustoszenie w sferze moralnej, w postawach, zachowaniach i relacjach międzyludzkich. Doprowadziło to do dyskredytowania macierzyństwa i promowania staropanieństwa, do akceptacji seksualnych perwersji i traktowania ich na równi z relacjami seksualnymi w małżeństwie, które są otwarte na nowe życie. W końcu doprowadziło to do legalizacji aborcji i przerażającego holokaustu nienarodzonych dzieci.

    W 1978 r. Muggeridge przepowiedział, że w niedalekiej przyszłości europejskie kraje ulegną pokusie zalegalizowania eutanazji jako sposobu na uwolnienie siebie i swojego elektoratu od rosnącego ciężaru opieki nad chorymi, starymi i upośledzonymi. Mówił, że opóźnianie rosnącego publicznego nacisku na legalizację eutanazji było spowodowane świadomością, że podczas procesu w Norymberdze eutanazja była zaliczona do potwornych zbrodni II wojny światowej. Muggeridge stwierdził: „wystarczy 30 lat, aby w naszym humanistycznym społeczeństwie przemienić tę zbrodnię wojenną w akt współczucia”. Podkreślał bolesny fakt, że aborcja i eutanazja są swego rodzaju „humanitarnym” holokaustem, w którym zdecydowanie więcej zamordowano ludzi aniżeli za czasów Hitlera.

    Muggeridge mocno zaangażował się w obronę encykliki Humanae vitae papieża Pawła VI. Podczas konferencji w San Francisco w 1978 r. poświęconej tej encyklice Muggeridge w swoim wystąpieniu stwierdził, że seksualność trzeba rozumieć jako sakrament miłości, fundament nierozerwalności małżeństwa i wspólnoty rodzinnej. Określił encyklikę Humanae vitae jako dokument o fundamentalnym znaczeniu dla całej ludzkości. Był przekonany, że historia potwierdzi słuszność stanowiska Kościoła w kwestii antykoncepcji. Takie stanowisko Muggeridge’a było aktem wielkiej cywilnej odwagi, wbrew dominującej w tamtym czasie propagandzie, że legalizacja antykoncepcji i aborcji jest znakiem emancypacji i wyzwolenia kobiet.

    Muggeridge zwalczał mentalność antykoncepcyjną i bronił świętości ludzkiego życia od momentu poczęcia aż do naturalnej śmierci. Był przekonany, że jedyną skuteczną odtrutką na zbrodnie aborcji i eutanazji – czyli, jak to nazywał, liberalne pragnienie śmierci – jest obrona świętości życia prowadzona przez Kościół katolicki. Kiedykolwiek słyszał stwierdzenie „niechciane dziecko”, wtedy mówił o tym, jak Matka Teresa, trzymając w dłoni małego noworodka, którego znalazła w Kalkucie w koszu na śmieci, z uśmiechem powiedziała: „Widzisz? W niej jest życie”.

    W progach domu

    Muggeridge wytrwale szukał prawdy. Na tej drodze mocnym wsparciem była dlań lektura dzieł wielkiego konwertyty św. Augustyna oraz arcydzieło mistyki chrześcijańskiej z XIV w. Obłok niewiedzy (The Cloud of Unknowing)Decydujący jednak wpływ na nawrócenie Muggeridge’a miało jego spotkanie z bł. Matką Teresą wiosną 1969 r., podczas realizacji filmu o Zgromadzeniu Misjonarek Miłości. Muggeridge pisał: „Matka Teresa jest sama w sobie żyjącym nawróceniem. Jest niemożliwe, aby będąc z nią, słuchając jej, obserwując, co robi i jak to robi, nie stać się samemu w jakiejś mierze nawróconym. Jej całkowite oddanie się Chrystusowi, jej pewność, że każdy człowiek ma być tak traktowany, wspomagany, kochany, jakby był to sam Chrystus; jej proste życie Ewangelią i radość z przyjmowania sakramentów jest czymś, czego nie można odrzucić. Nie ma książki, którą kiedykolwiek czytałem, przemowy, którą słyszałem, albo nabożeństwa, w którym uczestniczyłem, nie ma ludzkiej relacji lub jakiegoś transcendentalnego doświadczenia, które przybliżyłoby mnie bardziej do Chrystusa albo uczyniłoby mnie bardziej świadomym, co znaczy dla nas Wcielenie i czego od nas się domaga. Czym jest więc nawrócenie? Jest to kwestia podobna to pytania: czym jest zakochanie się? Nie ma standardowych procedur i ustalonego czasu”.

    Świadectwo Matki Teresy sprawiło, że w sercu Malcolma pojawiła się miłość do Kościoła katolickiego, ale potrzebował jeszcze 13 lat do podjęcia ostatecznej decyzji o staniu się katolikiem. Jego książka Jesus Rediscovered (Jezus na nowo odkryty), wydana w 1969 r., świadczy o tym, że Muggeridge zaczął się uważać za chrześcijanina nie związanego z żadnym Kościołem.

    Miał już świadomość, że najgroźniejszą chorobą ducha jest pycha, która odcina człowieka od Boga, a także zmysłowość, która wiąże człowieka z ziemią. Pojawiły się wtedy u niego wyrzuty sumienia, że zmarnował dużą część swojego życia. Swój żal wyraził w słowach: „Wzywałeś mnie, lecz ja nie przyszedłem – te puste lata, te puste słowa, ta pusta namiętność”.

    Podjął wtedy mocne postanowienie, aby owocniej przeżyć te lata, które mu jeszcze pozostały. Zaczął wspierać misję Matki Teresy i angażować się w pomoc dla umysłowo upośledzonych we wspólnocie L’Arche założonej przez Jeana Vaniera. Aleksander Sołżenicyn, Simone Weil oraz Jean Vanier byli według niego najważniejszymi współczesnymi mu pisarzami chrześcijańskimi.

    W połowie lat siedemdziesiątych ubiegłego wieku Muggeridge całkowicie pozbył się telewizora. Doszedł bowiem do przekonania, że telewizja jest „magazynem naszego zakłamania”, a kamera telewizyjna „najbardziej groźnym ze wszystkich wynalazków w naszych czasach”. W 1981 r. podczas wywiadu Muggeridge ostrzegał, że najtrudniej jest chrześcijaninowi przeciwstawić się „ogromnej sile urojeń. Człowiek stworzył w tym wieku taką maszynę urojeń, jakiej nigdy dotąd nie było. Gdziekolwiek się znajdziesz, te urojenia są obecne i sugerują ci, że szczęście osiąga się przez cielesność, że pełnię życia znajduje się w sukcesie”.

    Muggeridge wskazywał na niebezpieczeństwo ucieczki w świat urojony, nierzeczywisty, wirtualny, wytworzony przez media i reklamę: „Nigdy dotąd w dziejach ludzkości mało istotne materialne aspekty życia nie przedstawiano w tak kuszący sposób przez reklamę, nakłaniając ludzi, aby pragnęli coraz więcej i więcej rzeczy, wtłaczając im przekonanie, że radość i największe szczęście osiąga się przez cielesność”. Podkreślał, żerzeczywistość „musimy penetrować, ogarnąć ją, kochać ją, jako największy dar”, gdyż w tej rzeczywistości jest obecny Wcielony Bóg – Jezus Chrystus, a dokonuje się to przez modlitwę.

    Wreszcie w domu

    Decyzja wstąpienia do Kościoła katolickiego była w życiu Muggeridge’a ukoronowaniem długiego procesu duchowego dojrzewania. Z wielką pokorą przyjął wszystkie prawdy objawione nam przez Boga i nauczane w Kościele katolickim. Żałował, że tak długiego czasu potrzebował, aby całkowicie się nawrócić. Został przyjęty do Kościoła katolickiego wraz ze swoją żoną Kitty 27 listopada 1982 r. w kaplicy Our Lady Help of Christians w Sussex, w miejscowości Hurst Green. Ceremonii przewodniczył biskup diecezji Arundel Cormac Murphy O’Connor. Jak Muggeridge sam napisał, jego nawrócenie dało mu „poczucie powrotu do domu, pozbierania nici zmarnowanego życia, odpowiedzi na wezwanie dzwonu, który przez długi czas go wzywał. Znalezienia miejsca przy stole, które czekało na niego od dawna”.

    Muggeridge odkrył radosną prawdę, jak dobry i miłosierny jest Bóg, który czyni wszystko, aby doprowadzić wszystkich grzeszników do nawrócenia się. Człowiek jest wolny i może stracić kontakt z Bogiem, może pogrążyć się w swojej zmysłowości i w swojej pysze wywyższać siebie, gardzić swoim Stwórcą. W swojej głupocie może Boga przeklinać, wyśmiewać się z ludzi wierzących, może ogłosić śmierć Boga. Jednak pod koniec swojego ziemskiego życia pozostanie mu tylko jedno: upaść na kolana i w pokornej modlitwie zawierzyć siebie Bożemu Miłosierdziu. Jeżeli tego nie zrobi, czeka go przerażająca wieczność piekła. Jeżeli natomiast to uczyni, wtedy doświadczy ogromu dobroci, miłości i miłosierdzia Boga, nieopisanej radości z przebaczenia wszystkich swoich grzechów.

    Muggeridge całym sercem przyjął skarb wiary i podporządkował całe swoje życie jej wymaganiom. Czytamy w Liście do Hebrajczyków, że „wiara jest poręką tych dóbr, których się spodziewamy, dowodem tych rzeczywistości, których nie widzimy” (11,1). Malcolm Muggeridge podkreślał, że wiara jest specjalnym rodzajem poznania, gdyż musimy zaakceptować istnienie zasłony tajemnicy pomiędzy czasem i wiecznością. Wiara pozwala człowiekowi wnikać w tę tajemnicę i nawiązać osobisty kontakt z Jezusem Chrystusem, który jako prawdziwy Bóg stał się prawdziwym człowiekiem, aby nas uwolnić z niewoli szatana, grzechu i śmierci.

    Po swoim nawróceniu Muggeridge okazywał szczególną miłość Chrystusowi obecnemu w Najświętszym Sakramencie. Uczestniczenie we Mszy św. było dla niego najważniejszym wydarzeniem każdego dnia. Nadprzyrodzony świat duchowej rzeczywistości stał się dlań bardziej realny aniżeli świat poznawany naszymi zmysłami. Razem z żoną prowadzili życie w ciszy, bez telewizji, w oddaleniu od świata, w całkowitym oddaniu się Bogu podczas długich codziennych modlitw. Przygotowywali się na najważniejszy moment spotkania się z Chrystusem w chwili śmierci, prowadząc mistyczne życie, całkowicie oddane Bogu.

    W 1988 r., na dwa lata przed swoją śmiercią, Muggeridge pisał: „Tu na ziemi zawsze czułem się obcy, mając świadomość, że nasz dom jest gdzie indziej. Teraz, zbliżając się do końca mojej pielgrzymki, znalazłem schronienie w Kościele katolickim, skąd mogę widzieć Bramę Niebios w murach Jeruzalem, wyraźniej niż skądkolwiek indziej, choć tylko jak przez przyciemnione szkło”. W 1989 r. Muggeridge coraz bardziej podupada na zdrowiu i traci pamięć. Pan Bóg wysłuchał jego modlitwy, w której prosił o całkowite oczyszczenie: „upokorz moją dumę”.

    Opatrzony świętymi sakramentami Muggeridge odszedł do wieczności 14 listopada 1990 r. – przeszedł przez Bramę Niebios. Jego życie jest świadectwem tego, że Bóg „Daje się znaleźć tym, co Go nie wystawiają na próbę, objawia się takim, którym nie brak wiary w Niego. (…) Mądrość nie wejdzie w duszę przewrotną, nie zamieszka w ciele zaprzedanym grzechowi” (Księga Mądrości 1,2.4).

    ks. Mieczysław Piotrowski TChr/Miłujcie się! 1/2012

    źródła: M. Muggeridge, Conversion: The spiritual Journey of a Twentieth-Century Pilgrim, Harper Collins, 1988; Gregory Wolf, Malcolm Muggeridge: A Biography, London 1995; M. Muggeridge, Jesus Rediscovered, London 1969; Joseph Pearce, Literary Converts, Ignatius Press, 2000; Joseph Pearce, Pisarze nawróceni, Fronda.

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Jazda z Jezusem. Taksówkarz, dawny trener MMA, modli się za swoich pasażerów

    Marek Dybowski nie wstydzi się w swojej pracy mówić innym o Jezusie.

    Marek Dybowski nie wstydzi się w swojej pracy mówić innym o Jezusie.
    fot. Roman Koszowski/
    Gość Niedzielny

    ***

    Dawniej był trenerem MMA i ćwiczył stadionowych kiboli. Teraz w taksówce… mówi ludziom o Jezusie.

    Dobrze zbudowany, łysy, z tatuażami. W godzinach rannych i południowych spotkać go można na ulicach Zabrza. Marek Dybowski nie tylko jeździ taksówką. On się w niej także modli za swoich pasażerów.

    Jak w domu

    – Nie można być nachalnym – Marek stawia sprawę jasno. – Ale jak ktoś opowiada mi o chorobach, problemach, trudnych wydarzeniach, to proponuję, że pomodlę się za niego na różańcu – mówi. Jeśli wtedy pasażer pociągnie temat, to takie spotkanie w taksówce kończy się modlitwą wstawienniczą.

    Marek często wozi osoby starsze, samotne, wdowy. – Mówię im: „My, chrześcijanie, mamy świadomość, że spotkamy się z naszymi bliskimi w niebie” – opowiada. – Te starsze osoby zazwyczaj są wierzące, a wiozę je z reguły do lekarza. Wtedy pytam, czy mogę pomodlić się za nie o uzdrowienie. Zgadzają się, są bardzo wzruszone. Wczoraj kobieta, którą wiozłem, miała ból w lędźwiach; wyszła z auta i powiedziała: „O, jakby lżej” – cieszy się. – Kiedyś modliłem się za panią, której mocno drętwiały ręce. Wyszedłem z samochodu i pomodliłem się za nią na zewnątrz. To jest dla mnie świadectwo wiary – przechodzą ludzie, ja robię znak krzyża, ale ci, nad którymi się modlę, nie wstydzą się. Ta pasażerka powiedziała, że zaczyna jej wracać czucie w rękach. Innym razem wiozłem kobietę na pogrzeb jej ojca. I też mówiłem jej, że chrześcijanie wierzą, iż spotkamy się w niebie. Podjechaliśmy pod kościół i zapytałem, czy mogę się za nią pomodlić. Zgodziła się, podałem jej rękę, a ona nie chciała jej później wypuścić. Ludzie naprawdę potrzebują modlitwy – ocenia taksówkarz.

    Byłem egoistą

    Marek nie od razu był miłym, modlącym się za innych taksówkarzem. – Moim bożkiem był sport – przyznaje były trener MMA. – Najpierw koszykówka, potem sporty walki, początkowo jako zawodnik, później – trener, instruktor – opowiada.

    W międzyczasie zajmował się sprzedawaniem kredytów, tzw. chwilówek. – Byłem królem życia. Miałem pieniądze, miałem opinię dobrego instruktora, moi uczniowie zdobywali nagrody – wymienia. – I byłem egoistą, pycha kroczyła przede mną, w domu byłem najważniejszy. Łatwo wybuchałem, nie kontrolowałem siebie. Jednak zawsze byłem wrażliwy na biedę drugiego człowieka. Jak mogłem pomóc, to pomagałem. Gdy na ulicy widziałem ubogą matkę z trójką, czwórką dzieci, to modliłem się za nich: „Ojcze nasz” i „Zdrowaś, Maryjo”. A gdy na siłowni widziałem jakieś biedne dziecko, to kupowałem mu np. buty – opowiada. – Mimo to najbardziej liczyłem się ja, sport, wygląd, pieniądze…

    – Pewnego razu stwierdziłem, że nie będę chodził do kościoła. Miałem zasadę, że dwa razy w roku: na Wielkanoc i Boże Narodzenie chodziłem do spowiedzi. Ale w stanie łaski uświęcającej byłem tydzień, dwa. Stwierdziłem, że nic nie dzieje się w moim życiu duchowym, i chciałem zrezygnować z Kościoła – mówi Marek.

    Spotkanie z Marią Vadią

    W tym czasie otrzymał od znajomej płytę z nagraniami modlitw prowadzonych przez charyzmatyczną amerykańską katoliczkę Marię Vadię. – Opowiadała w niej o świadectwach, o Jezusie działającym w mocy Ducha Świętego. Autentycznie byłem tym zafascynowany. Tej płytki słuchałem przez dwa miesiące – przyznaje po latach. Niedługo potem udało mu się być na modlitwie w Gliwicach, gdzie posługiwała Maria Vadia. Właśnie wtedy zaczęło się jego nawrócenie. – Po Eucharystii zainicjowano uwielbienie: zespół, gitary, perkusja. Byłem zachwycony. Do tego ludzie – starsi, młodsi. Kościół był nabity. Cały czas w głowie pojawiały mi się słowa, żebym zostawił wszystko i poszedł za Jezusem – mówi po latach.

    Prowadząca w pewnym momencie zapytała, czy ktoś chce oddać życie Jezusowi, i zaprosiła takie osoby przed ołtarz. Marek podszedł z innymi. – Maria Vadia prorokowała, wspomniała mi o dwóch rzeczach, o których poza mną wiedziała tylko moja żona. Mocno narozrabiałem, moje małżeństwo wisiało na włosku, a ona powiedziała, że Bóg naprawi moją sytuację, że mam iść do domu i już się tym nie martwić. I druga rzecz, dotycząca mojej pracy, o której wiedziałem tylko ja. Chciałem zmienić pracę, a ona powiedziała, że ludzie będą mi w tym pomagać, że stoją przede mną otwarte drzwi – mówi Marek. – Pomyślałem wtedy: jednak Bóg jest. Neofita nie chodzi, tylko fruwa, i tak było też ze mną – śmieje się. – Wszystkim chciałem mówić o Bogu.

    Marek zaczął uczestniczyć w spotkaniach Szkoły Nowej Ewangelizacji. – Uwielbienie – ta forma modlitwy była mi bardzo bliska – mówi.

    Pan nie jest katolikiem

    Pewnego razu, gdy Marek modlił się z innymi ludźmi ze wspólnoty, poczuł się nieswojo. – Stałem sobie z boku, przy filarze. Uwielbienie, ludzie śpiewają, podnoszą ręce, a w mojej głowie nagle pojawiła się refleksja: „Co ja tu robię? Z taką przeszłością? Przecież ja się w ogóle tu nie nadaję”. W tym momencie podszedł do mnie Paweł, nasz lider, i spytał, czy nie poniósłbym baldachimu w procesji Bożego Ciała. Chciałem mu odmówić, ale w końcu się zgodziłem. Przychodzę do domu i mówię żonie o wszystkim. Ona uświadomiła mi wtedy, że będę szedł zaraz przy Panu Jezusie. Bóg zareagował błyskawicznie! – opowiada z pasją.

    W Marku zrodziło się silne pragnienie czytania słowa Bożego i modlitwy za innych. Z czasem zaczął posługiwać tą modlitwą w swojej wspólnocie, później zaczęła się ewangelizacja uliczna, a teraz modli się także za ludzi, których wozi w taksówce. – Kilkakrotnie wiozłem pewną dziewczynę. Mieszka w Zabrzu, ma troje dzieci, w tym jedno chore, z autyzmem. Ona mocno chorowała, lekarze nie potrafili jej zdiagnozować. Była samotna, nie miała z kim zostawić dzieci, żeby pójść do szpitala na diagnostykę. Zapytałem, czy mogę się za nią pomodlić. Zgodziła się. Po tygodniu znów się spotkaliśmy w taksówce. Wtedy już sama poprosiła mnie, żebym się za nią pomodlił. Spotykałem ją później jeszcze parę razy. Powiedziała mi, że kiedy przechodzą koło kościoła, jej najmłodszy syn chce do niego wstąpić. Syna autystycznego udało jej się umieścić w ośrodku prowadzonym przez siostry zakonne, dzięki temu mogła pójść do szpitala. Kiedy widziałem ją ostatni raz, była uśmiechnięta, szczęśliwa, z jakimś mężczyzną. Wierzę, że po tych modlitwach coś zmieniło się w jej życiu – wspomina.

    Po trzech miesiącach od nawrócenia Marek miał udar. Lekarze dwa dni walczyli o jego życie na OIOM-ie, potem mówili, że będzie kaleką. W tym czasie modliła się za niego wspólnota. I stało się: Marek, wbrew opiniom lekarzy, dziś jest w pełni zdrowy. – Jestem bardzo wdzięczny za to Panu Bogu. Okazał mi swoje miłosierdzie, wybaczył grzechy, dał mi łaskę wiary, uzdrowił mnie fizycznie, odbudował moje małżeństwo – wymienia mężczyzna. Kiedy zaczął czytać Pismo Święte, zakochał się w Psalmie 23. – Do dziś jest dla mnie kotwicą – zapewnia i dodaje: – Cuda dzieją się tam, gdzie głoszona jest Ewangelia.

    – W aucie mam małe Pismo Święte. Raz wiozłem panią, która je zauważyła. Zapytała mnie, czy je czytam, czy jestem katolikiem. Ona była świadkiem Jehowy – mówi Marek. Z tą kobietą rozmawiał o niebie i o Duchu Świętym. – I na koniec ona mi mówi: „Pan nie jest katolikiem. Za dobrze zna pan Pismo Święte” – śmieje się Marek.

    Przyjdź do kościoła

    Często modli się za osoby, które z różnych powodów zrezygnowały z chodzenia do kościoła. „Przyjdź do kościoła, kiedy jest on pusty” – zachęca wtedy.

    – Dobry łotr nie miał czasu na zmianę postępowania. Był skruszony jedynie w sercu, ale to Jezusowi wystarczyło. Usłyszał: „Jeszcze dziś będziesz ze mną w raju”. Nie w czyśćcu. W niebie. Bóg zna twoje serce i twoje pragnienia – mówi Marek. – Ja sam bardzo długo chodziłem w masce, już się do niej przyzwyczaiłem. I wiem, że On zna moje serce. Na zewnątrz mogę udawać wszystkich… Wierzę, że Pan Bóg zna serce tego, za kogo modlę w samochodzie, i będzie chciał interweniować.

    Marek pracuje także w schronisku Brata Alberta w Zabrzu, gdzie mieszkają bezdomni. Zdarza się, że także za nich się modli, np. Koronką do Bożego Miłosierdzia, którą pokochał po swoim nawróceniu. – Pamiętam człowieka, za którego wcześniej się modliłem. Powiedział mi: „Pan jest dobrym człowiekiem”. Na kolejnej mojej zmianie on już nie żył. Wierzę, że to była taka forma pożegnania się ze mną. Staram się widzieć w nich Chrystusa i być sprawiedliwym dla każdego – mówi. W budynku, gdzie pracuje, jest kaplica. – Jeśli tu jest Jezus, to jest to Jego dzieło. Czy w innej pracy mógłbym pójść na adorację? – cieszy się. – Mam Chrystusa na wyciągnięcie ręki.

    Joanna Kojda/Gość Niedzielny

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Odsiew na zasiew

    Kto spotkał Chrystusa w Kościele, znajduje Go w każdym kościele.

    Proboszcz dużej miejskiej parafii powiedział mi niedawno, że choć dzisiaj ubyło uczestników Mszy, to znaczna większość obecnych przystępuje do Komunii.

    Rzeczywiście, to zjawisko jest chyba powszechne. Inaczej było przed laty, gdy do stołu Pańskiego przystępowali stosunkowo nieliczni spośród uczestników liturgii. Zapewne zmiana jest owocem wielu czynników, ale mój znajomy zwrócił uwagę na jeszcze jedno zjawisko. – Kasa się zgadza – powiedział. Wyjaśnił, że mimo zmniejszenia się liczby wiernych na Mszach, finanse parafii pozostają na stałym poziomie.

    – Myślisz, że ci, którzy teraz chodzą, dają więcej? – zapytałem.

    – Nie. Myślę, że ci, którzy nie dawali, przestali chodzić do kościoła – stwierdził.

    Coś w tym jest. Jesteśmy chyba świadkami swoistego odsiewu: ludzie, którzy w kościele modlili się o to, żeby się jak najszybciej skończyło – i to była jedyna forma modlitwy, jaką praktykowali – teraz przestali chodzić. Z prostego powodu: gdy ustąpiły przyczyny społeczne, czyli np. wpływ rodziny czy sąsiadów, nie zostało już nic. Bo nie było motywacji wiary. Natomiast ci, którzy tę motywację mają, na ogół zachowują ją do śmierci. Bo wiara, chwalić Boga, tak łatwo nie znika. Kiedy ktoś odkrył Chrystusa w Kościele, to nawet najgorszy ksiądz nie zdoła go do Niego zniechęcić. Dla takiej osoby ofiarność „na tacę” nie jest wspieraniem klerofaszyzmu i dotowaniem pedofilii – jest jednym z wielu aktów miłości do Chrystusa. Ci, którzy „dają na Kościół”, na ogół dobrze rozumieją, że nie robią łaski księdzu czy diecezji. To oni doświadczają łaski, bo dając coś od siebie, stają się uczestnikami błogosławieństwa, które otrzymuje „radosny dawca”. Takie dawanie jest po prostu ewangeliczne i ewangelicznie procentuje. Jest aktem wiary i zaufania Bogu – nie proboszczowi. Bardzo więc możliwe, że jest właśnie tak: do kościoła chodzą ci, którzy spotkali Chrystusa – głowę Kościoła. Jak przyjmowali Komunię, tak nadal przyjmują, i jak dawali na tacę, tak dają i teraz. Śmiem twierdzić, że tych ludzi nie wyrzucą z Kościoła żadne skandale, bo oni są tam dla Tego, który gładzi grzechy świata, a nie dla tych, co je popełniają.

    Oczywiście lepiej, żeby nikt nie opuszczał Kościoła, ale zdaje się, że syn marnotrawny nigdy by nie zauważył, kim jest jego ojciec, gdyby go nie porzucił. Gdy spadł do poziomu świńskiego koryta, ocalenie przyniosły mu skrucha i decyzja powrotu, a nade wszystko ojcowskie miłosierdzie.

    Bóg szanuje ludzką wolność – pozwala ludziom odchodzić, więc my też powinniśmy. Ale On na nich czeka – więc my też powinniśmy.


    KRÓTKO:

    Euroznawczyni

    Ktoś w serwisie X zgłosił postulat zakazu spowiadania dzieci. Zdaniem użytkownika taka spowiedź to „nieuprawniona i szkodliwa ingerencja w intymność dziecka, na dodatek całkowicie pozbawiona kontroli”. Europoseł KO Danuta Huebner tak to skomentowała: „Dziecko nabiera też zaufania do tego przebranego pana, co ułatwia później podobnie przyodzianym panom krzywdzić dzieci”. W odpowiedzi wielu komentatorów przypomniało Huebner jej przynależność do PZPR, wskazując, że kieruje się nabytą wtedy mentalnością. Warto zauważyć, że włodarze PRL nie odważyli się czegoś podobnego nawet zasugerować. A zatem – jest rozwój.

    Winne rodzinne

    Magdalena Środa w GW ubolewa, że jesteśmy „obywatelsko pasywni”, co widać m.in. po frekwencji wyborczej. Wychowanie rodzinne jej zdaniem nie uczy postaw prospołecznych. „Nie znam domu, w którym rodzice mówią dzieciom: pamiętaj, żeby zawsze płacić podatki, pamiętaj, by być aktywnym społecznie, by angażować się obywatelsko etc.”. I to prawda: pani etyk nie zna takich domów. Nie zna też Kościoła, skoro twierdzi, że on „nie uczy niczego oprócz modlitwy i posłuszeństwa zakazom”. I pyta: „jak więc młody człowiek ma budować wspólnotę, zacieśniać więzy społecznego zaufania, wzmacniać kapitał społeczny i zaangażowanie obywatelskie?”. Może tak, jak to robi „dobrze wychowana” młodzież na Zachodzie – paląc auta i grabiąc sklepy?

    Franciszek Kucharczak/Gość Niedzielny

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Czuwaj ze Mną. Ogólnodostępna, całodobowa adoracja Najświętszego Sakramentu

    Czuwaj ze Mną. Ogólnodostępna, całodobowa adoracja Najświętszego Sakramentu

    ISTOCKPHOTO

    ***

    Zaskakująco szybko rośnie w Polsce liczba miejsc, gdzie można adorować Jezusa w Najświętszym Sakramencie – przez cały dzień, przez jedną noc w miesiącu lub w tygodniu, a nawet 24/7.

    Na niedzielne Msze przychodzi nad Wisłą coraz mniej ludzi, całe klasy w szkołach średnich rezygnują z lekcji religii, wydaje się, że wiara jest w odwrocie. Można by przypuszczać, że piękna, ale trudna modlitwa, jaką jest adoracja, też będzie powoli zanikać. Jest jednak zupełnie na odwrót. Liczba miejsc, gdzie każdy może wejść, uklęknąć i – nawet bez słów – wpatrywać się w Jezusa, w ostatnich latach gwałtownie w Polsce rośnie.

    Pierwsza ogólnodostępna przez całą dobę wieczysta adoracja ruszyła w 1987 roku w warszawskiej parafii św. Józefa na Kole. – Po 25 latach, w 2012 roku, w całym kraju było już 10 takich miejsc. W ciągu następnej dekady ta liczba jeszcze się zwielokrotniła: w 2022 r. naliczyliśmy ich już 38! Dzisiaj takich ośrodków jest ponad 40 – mówi ks. Bolesław Szewc, od 16 lat opiekun wieczystej adoracji w parafii na Kole.

    Nie ma schematu

    Często adoracja jest wprowadzana z inicjatywy świeckich, którzy bardzo chcą w ten sposób się modlić i przychodzą z tym do swoich proboszczów. Czasem odbywa się to jeszcze z innej strony. Ks. Szewc zauważył, że nie ma jednego schematu rozpoczęcia stałej adoracji. Łączy je tylko to, że są inicjatywami oddolnymi. – Geneza każdej z nich jest inna. To dla mnie znak, że nie jest to żadna organizacja, żaden ruch. Źródłem jest Pan Jezus Eucharystyczny i wiara tych ludzi, którzy w sposób niezwiązany ze sobą podejmują tę inicjatywę. To działanie Ducha Świętego – uważa.

    Podaje przykład Tarnobrzegu-Serbinowa, gdzie proboszczem i budowniczym kościoła od końca lat 70. XX wieku był ks. Michał Józefczyk. – To wybitna postać, zmarł w opinii świętości. Wierzył w to, że adoracja jest podstawą dla budowania tej parafii. Dzięki niemu do dzisiaj ta modlitwa w Serbinowie jest podzielona na osiedla, bloki i klatki! To jedyny taki przypadek, jaki znam. Również przy okazji budowy parafii zaczęła się stała adoracja w parafii w Wyszkowie – wylicza.

    Co znowu wymyślają

    W parafii św. Ludwika w Katowicach-Panewnikach adoracja dzienna trwa od wielu lat. W 2013 r. do proboszcza przyszli świeccy z prośbą o rozszerzenie jej na jedną noc w tygodniu. Ojciec Alan, franciszkanin, z początku nie zareagował z entuzjazmem. „Przyszły kobiety, a ja myślę: »Co znowu wymyślają… Ale skoro chcą się modlić, to jak im powiem, że nie?«” – mówił ze śmiechem „Gościowi” krótko po tamtym spotkaniu. Był sceptyczny ze względu na problemy techniczne, które przy tej okazji trzeba było rozwiązać. Okazało się jednak, że świeccy mieli już przemyślane gotowe – i sensowne – rozwiązania. Była też lista ludzi, którzy zadeklarowali się na nocny dyżur przed wystawionym w monstrancji Chrystusem. „Ich propozycja nie dawała mi spokoju, cały czas za mną chodziła. Kiedy później przeczytałem w ich kronice, jak one ten pomysł przed przyjściem do mnie przemodliły, ile w tej intencji poświęciły Mszy św. i adoracji, to przestało mnie dziwić, dlaczego tak to na mnie zadziałało… Widać to już Duch Święty nie dawał mi spokoju” – stwierdził ojciec Alan.

    Problemy techniczne zostały przezwyciężone i adoracja ruszyła. Ludzi chętnych do podjęcia stałych dyżurów tak szybko przybywało, że została rozszerzona na drugą i na trzecią noc w tygodniu, a wreszcie stała się wieczysta. Za grafik dyżurów odpowiadają świeccy.

    Odnowa w pandemii

    W kościele św. Józefa na Kole w Warszawie ideę rozszerzenia adoracji na całą dobę rzucił rekolekcjonista, dziś już nieżyjący ks. Krzysztof Małachowski. Parafianie, wśród których było wielu ludzi gotowych do działania, też sami zorganizowali dyżury. – Po trzydziestu latach widać jednak było, że grono adorujących się starzeje, ludzi ubywa. Na modlitwę zawsze przychodziło u nas bardzo dużo młodzieży, tyle że ci młodzi nie chcieli się deklarować na dyżury adoracyjne – relacjonuje ks. Szewc. – Gdy w 2020 r. przyszła pandemia, zaapelowaliśmy do nich, żeby pomogli ocalić adorację. Efekt: przyszło ponad sto osób! Dzięki mobilizacji młodych w pandemii na naszej adoracji wymieniły się pokolenia – mówi.

    Drugie w Polsce ogólnodostępne miejsce wieczystej adoracji powstało w 1994 r. w Białymstoku. Proboszczowi parafii Ducha Świętego, ks. Stanisławowi Andrukiewiczowi, pomysł podsunęła mieszkanka USA, Stefania Chasse. Dzięki temu w dolnej części probostwa powstała kaplica pod wezwaniem Męczenników Polskich. Zgłosiło się około 400 osób chętnych do podjęcia dyżurów.

    W 1998 r. nieustającą adorację zaczęła parafia NMP Królowej Apostołów w Ełku – a potem ruszyła lawina. Dołączyły Częstochowa, Łodź, Kraków-Łagiewniki i szereg innych miejscowości. – To narasta. Od 2018 r. powstaje już po kilka takich miejsc rocznie – mówi ks. Bolesław Szewc. Zauważa, że akurat tu zjawisko polaryzacji przynosi coś pozytywnego. – Dzisiaj bycie chrześcijaninem nie jest tytułem do chwały. Dlatego w Kościele powoli zostają już tylko ci, którzy są przekonani. To wąska grupa, ale skłonna do zaangażowania – wskazuje.

    Totalne wyciszenie

    Zdarza się czasami, że adoracja trwa gdzieś nieustannie, ale nie przez całą dobę jest ogólnodostępna. Tak bywa w ponad dziesięciu żeńskich klasztorach czy w kościele św. Marii Magdaleny w Tychach. W tej ostatniej aż 370 osób regularnie, o stałych godzinach, adoruje Jezusa w nocy. Ze względów bezpieczeństwa drzwi świątyni są tam od pewnego czasu zamykane na noc.

    W 2017 r. pani Agnieszka zapytała oblatów prowadzących parafię w Katowicach-Koszutce, czy mogłaby modlić się przed Najświętszym Sakramentem w nocy z piątku na sobotę. Ta  łoda kobieta odczuwała wielkie pragnienie adoracji. Brakowało jej choć jednej nocy w tygodniu – jak powiedziała – „takiego totalnego wyciszenia się”. Noc, kiedy miasto śpi, takie wyciszenie ułatwia. „Możecie mnie nawet zamknąć na noc w kościele” – zaproponowała.

    Ówczesny proboszcz, ojciec Bartosz Madejski, zgodził się. W czasie rozmowy z Agnieszką stwierdził, że skoro ona i tak będzie tej nocy czuwać w kościele, to po co go zamykać. A może jeszcze ktoś będzie chciał przyjść się pomodlić? Oblaci wspomnieli więc o możliwości nocnego adorowania Pana w ogłoszeniach parafialnych. Nie było żadnych plakatów ani telefonicznego mobilizowania znajomych. A jednak – ku zdumieniu wszystkich – katowiczanie na to ogłoszenie odpowiedzieli. Przez całą noc do kościoła na Koszutce przychodzili ludzie. Wielu wpadało na godzinę, inni na dłużej. I tak już zostało. Dziś można tu adorować Jezusa w każdą noc z piątku na sobotę i z soboty na niedzielę. Korzystają z tego ludzie z całego śródmieścia Katowic. Zwłaszcza do północy kaplica jest wypełniona. Trwa też codzienna adoracja w ciągu dnia, aż do 22.00.

    Hałaśliwy świat

    Niektórzy sądzą, że na adoracji trzeba zarzucać Jezusa modlitwami: koronką, Różańcem, litaniami… Wielu z czasem zaczyna doceniać najprostszą formę spotkania z Bogiem: kiedy zwyczajnie patrzysz w ciszy na Niego i pozwalasz, żeby On patrzył na ciebie. Modlący zanurzają się wtedy w ciszy. – Na co dzień żyjemy w hałaśliwym świecie, pełnym obrazów. Ta cisza, w której trwamy w Bożej obecności, daje nam wytchnienie. Można w niej wreszcie usłyszeć siebie, swoje sumienie, swoje pragnienia. I można rzeczywiście nawiązać żywą relację z Panem Jezusem, który jest i patrzy na nas – zauważa Barbara Mrozek, zaangażowana w stałą adorację.

    Ks. Bolesław Szewc dodaje: – Dla mnie adoracja najbardziej owocna jest wtedy, kiedy pojawia się w moim życiu taki stan bezradności. A jest dużo okazji do tego, żebym nie wiedział, co dalej robić, do kogo się odwołać. Wtedy po prostu idę do Pana Jezusa i On to po swojemu jakoś ustawia. Pojawia się nowa perspektywa, sprawy się rozwiązują.

    Uczestnicy adoracji często ze zdziwieniem zauważają, że jeśli w natłoku swoich zajęć na przekór wszystkiemu idą na adorację, doświadczają… rozmnożenia czasu. Nie tylko dają radę zdążyć ze swoimi obowiązkami, ale jeszcze zostaje im czas na odpoczynek. Twierdzą też, że po godzinie nocnej adoracji następnego dnia wcale nie brakuje im snu. Co nie zmienia faktu, że w środku nocy bardzo trudno jest wstać na adorację. To jest z ich strony dużą ofiarą. – Myślę, że to dla Pana Jezusa miłe, jeżeli człowiek odda swój sen z miłości do Niego. Każdego do tego zachęcam – mówi Krystian, emerytowany górnik.

    Mamusiu, usiądź

    Wielu ludzi w czasie swojej godziny adoracji wycisza się i otwiera na Boga. Czasami przychodzą wtedy różne natchnienia. Aleksandra z Panewnik, która modliła się o dziecko dla bezdzietnych syna i synowej, w czasie jednej z adoracji niespodziewanie doznała silnego przekonania, że została wysłuchana. – Zszokowana mówię: „Co ja tu sobie wymyślam?”. Ale już nie umiałam dalej modlić się o ciążę dla synowej, tak jakby tę modlitwę coś mi odrzucało… Odczułam, że mam dziękować, bo synowa już jest w ciąży, i że niczym mam się nie przejmować. Więc od tej pory już tylko prosiłam, żeby się urodziło zdrowe dziecko – wspomina. Po dwóch miesiącach Wojtek z Anią przylecieli z Irlandii. Powiedzieli: „Mamusiu, usiądź sobie” i oznajmili, że synowa jest w drugim miesiącu ciąży. – Ja na to tylko się uśmiechnęłam. Oni: „Jak to, nie cieszysz się?”. A ja: „Cieszę się bardzo, ale po prostu wiem to już od dwóch miesięcy” – mówi. Po Róży przyszli na świat jeszcze czterej jej bracia: Jakub, Emil, Józef i urodzony niespełna pół roku temu Dawid. – Wszystkie dzieci są zdrowe, radosne, wychowywane w wierze katolickiej, choć mieszkają za granicą, w Irlandii – mówi Aleksandra.

    Kroniki miejsc, gdzie trwa wieczysta adoracja, są pełne podobnych świadectw.

    Aplikacja dla adorujących

    Wielu nigdy nie doświadcza na adoracji żadnych nadzwyczajności. Najważniejsze jest jednak bycie z Bogiem i karmienie się Jego obecnością.

    W 2020 r. ruszyła całodobowa adoracja w kaplicy kościoła św. Jana Kantego w Legionowie. Ewelina Staniec, żona i matka dwóch synów, była jedną z osób zaangażowanych w jej uruchomienie. – Adoracja to przebywanie z Kimś, kto najbardziej mnie rozumie i zna – mówi. W kaplicy adoracji siedzi z Jezusem, milczy z Nim, słucha Go. Nieraz dostaje wtedy odpowiedzi na swoje pytania, dotyczące zwykłych, codziennych spraw, jak zapisanie dziecka do tej czy innej szkoły. – Często w kaplicy nic nie usłyszę, nie dostaję żadnego światła, ale jak wyjdę na zewnątrz, nagle przychodzą maile i SMS-y, które są jakby namacalną odpowiedzią na modlitwę – zauważa.

    Ewelina przy okazji wyjazdów korzysta też z adoracji w różnych innych miejscach. Kilka razy jednak natknęła się wtedy na zamknięte drzwi do kościołów, bo okazywało się, że zmieniły się godziny Eucharystii i adoracji. Wraz ze swoją wspólnotą „Adoracja w drodze” przygotowuje więc dzisiaj specjalną aplikację na telefon. Ma ona ułatwić znalezienie najbliższego miejsca, gdzie akurat – o konkretnej porze dnia lub nocy – trwa adoracja w ciszy. – Na mapie będą zaznaczone: punkt, gdzie stoję, najbliższe miejsce adoracji i trasa dojścia lub dojazdu – mówi. – Powoli dodajemy miejsca adoracji na mapkę na naszej stronie adoracjawdrodze.pl. Mamy już wpisanych 206 takich punktów. Natomiast aplikacja na telefon powinna być gotowa za około rok – zapowiada.

    A co z ludźmi, którzy przez chorobę, niepełnosprawność czy z jakiegokolwiek innego powodu nie mogą pojechać na adorację osobiście, a czują pragnienie wytrwałego wpatrywania się w Jezusa? Propozycję ma dla nich telewizja EWTN. W serwisie YouTube prowadzi ona transmisję na żywo z kaplicy adoracji w Niepokalanowie. W każdej chwili w zwykłe dni korzysta z niej od 600 do 800 osób jednocześnie.

    II Kongres Wieczystej Adoracji

    Odbędzie się od 10 do 12 maja 2024 r. we Wrocławiu. Jest otwarty dla wszystkich. Szczegóły na stronie: ewtn.pl.

    Przemysław Kucharczak/Gość Niedzielny

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Kardynał Burke o najściślejszej więzi Niepokalanego Serca Maryi z życiem w Chrystusie

    (Nheyob, CC BY-SA 4.0 , via Wikimedia Commons)

    ***

    Niepokalana Dziewica Maryja, „Kobieta Eucharystii”, została nam dana jako nasza wiekuista Matka. Jej Niepokalane Serce coraz silniej przyciąga nas do Najświętszego Serca Pana Jezusa – mówił kard. Raymond Leo Burke.

    Kard. Raymond Burke wygłosił kazanie 4 maja w sanktuarium Matki Bożej z Guadalupe w La Crosse w Wisconsin w USA. Wychodząc od odnalezienia Pana Jezusa w świątyni mówił o związku łączącym Matkę Bożą z Jej Boskim Synem.

    – Chrystus przyjął ludzką naturę w łonie Maryi, ażeby Ona przed wszystkimi – w oczekiwaniu na owoce Jego zbawczej męki, śmierci, zmartwychwstania i wniebowstąpienia – a wreszcie i wszyscy, którzy przejdą w Nim do życia poprzez wiarę i chrzest, mogli uczestniczyć w Jego boskiej naturze, w życiu Boga – Ojca, Syna i Ducha Świętego – powiedział purpurat.

    – Dziewica Maryja jest ściśle i wyjątkowo zjednoczona ze swoim Boskim Synem w tajemnicy odkupieńczego Wcielenia. Jest zarazem pierwszą z odkupionych przez tajemnicę niepokalanego poczęcia; uczestniczy w dziele Odkupiciela, który chce przyprowadzić do Siebie wszystkie dusze – stwierdził.

    – [Maryja] została nam dana jako nasza wiekuista Matka, kiedy Jej Boski Syn umierał na krzyżu dla naszego zbawienia. Najświętsze Serce Niepokalanej coraz silniej przyciąga nasze serca do Najświętszego Serca Pana Jezusa, abyśmy wolni od grzechu mogli żyć coraz głębiej w Nim, w Jego boskiej prawdzie i miłości – podkreślił.

    Hierarcha wezwał na koniec do pobożnego uczestnictwa w Najświętszej Ofierze Mszy świętej w jedności z Niepokalaną, „Kobietą Eucharystii”.


    źródło: cardinalburke.com/PCh24.p

    ______________________________________________________________________________________________________________

    3 MAJA

    KOŚCIÓŁ ŚW. PIOTRA

    UROCZYSTOŚĆ NMP KRÓLOWEJ POLSKI

    PIERWSZY PIĄTEK MIESIĄCA

    ADORACJA NAJŚWIĘTSZEGO SAKRAMENTU OD GODZ. 18.00 WRAZ Z NABOŻEŃSTWEM MAJOWYM

    MSZA ŚW. – godz. 19.00

    ________________________________________

    Uroczystość Najświętszej Maryi Panny

    Królowej Polski

    Samplefot. Hubert Szczypek

    ***

    3 maja obchodzimy uroczystość Najświętszej Maryi Panny Królowej Polski, która została ustanowiona przez papieża Benedykta XV w 1920 r. na prośbę biskupów polskich. Uroczystość ta – głęboko zakorzeniona w naszej historii – nawiązuje do Ślubów Lwowskich króla Jana Kazimierza z 1656 r., Konstytucji 3 maja oraz oddania Polski pod opiekę Maryi po uzyskaniu niepodległości.

    Geneza: Maryja objawia się włoskiemu jezuicie jako królowa Polski

    Już w średniowieczu w na naszych ziemiach żywy był silny kult maryjny, a Matka Boża była traktowana jako szczególna opiekunka Królestwa Polskiego. Jan Długosz nazwał Maryję „Panią świata i naszą”, a maryjna pieśń Bogurodzica od XV wieku pełniła rolę nieoficjalnego hymnu państwowego.

    Mało kto wie, że po raz pierwszy Maryja została nazwana wprost Królową Polski w trakcie objawień jakich doświadczył w Neapolu włoski jezuita ojciec Juliusz Mancinelli 14 sierpnia 1608 r. Miał on objawienie, podczas którego Maryja poleciła mu, aby nazwał ją Królową Polski: „A czemu mnie Królową Polski nie zowiesz? Ja to Królestwo wielce umiłowałam i wielkie rzeczy dlań zamierzam, ponieważ osobliwą miłością ku Mnie pałają jego synowie”. Treść tych objawień rozpowszechnił na ziemiach Rzeczypospolitej książę Albrecht Radził, Wielki Kanclerz Litewski.

    W czasie najazdu szwedzkiego, 1 kwietnia 1656 r. w katedrze lwowskiej, przed cudownym wizerunkiem Matki Bożej Łaskawej, król Jan Kazimierz złożył uroczyste śluby, zawierające formułę: „Ciebie za patronkę moją i za Królowę państw moich dzisiaj obieram”. W trakcie ślubowania zobowiązywał się szerzyć cześć Maryi, wystarać się u papieża o pozwolenie na obchodzenie Jej święta jako Królowej Korony Polskiej, a także zająć się losem chłopów i zaprowadzić w państwie sprawiedliwość społeczną.

    Temu wiekopomnemu wydarzeniu towarzyszyło odśpiewanie litanii do Najświętszej Panny. Nuncjusz apostolski abp Pietro Vidoni, który przewodniczył uroczystej Mszy św. w katedrze lwowskiej, dodał do modlitwy wezwanie „Królowo Korony Polskiej, módl się za nami”, które zgromadzeni biskupi i senatorowie trzykrotnie powtórzyli. Po ślubowaniu władcy, w imieniu senatorów i szlachty, podobną rotę odczytał podkanclerz koronny biskup krakowski Andrzej Trzebnicki, a wszyscy obecni powtarzali słowa jego ślubowania.

    Jan Kazimierz nie mógł jednak dopełnić ślubów. Państwo opanowywał wówczas coraz większy chaos, a sam władca w niedługim czasie (1668 r.) zdecydował się abdykować i wyjechać za granicę. Szczególne związanie kultu Maryi, Królowej Korony Polskiej, z Jasną Górą nastąpiło 8 września 1717 r., kiedy to dokonano koronacji jasnogórskiego obrazu, co uznano za koronację Maryi na Królową Polski.

    Odnowienie ślubów w sytuacji narodowej niewoli

    W roku 1856 r. w Paryżu, nastąpiło odnowienie ślubów Jana Kazimierza przez jednego z twórców zgromadzenia zmartwychwstańców ks. Aleksandra Jełowickiego oraz krąg osób z nim związanych m. in. Adama Mickiewicza, którzy byli przekonani, że najwłaściwszą drogą do odzyskania niepodległości jest moralne odrodzenie polskiego społeczeństwa. Te idę propagowało później powstałe w tym kręgu zgromadzenie Księży Zmartwychwstańców, a silnie oddziaływała ona na ziemie pod zaborami i kształtujący się tam ruch zakonotwórczy.

    Kolejna aktualizacja ślubów Jana Kazimierza miała miejsce w 1904 roku. Dokonał tego św. Józef Bilczewski, ówczesny arcybiskup Lwowa, który zgromadził tam przedstawicieli wszystkich zaborów. Bilczewski wskazał po raz kolejny realizację ślubów Jana Kazimierza jako drogę do odzyskania niepodległości. Papież Pius X w 1908 r. zezwolił na wpisanie wezwania „Królowo Polski” na stałe do Litanii Loretańskiej. W tym samym roku ustanowił dla diecezji lwowskiej święto Królowej Polski.

    Po odzyskaniu niepodległości w 1918 r. Episkopat Polski zwrócił się do Stolicy Apostolskiej o wprowadzenie święta dla Polski pod wezwaniem „Królowej Polski”. Papież Benedykt XV przychylił się do tej prośby 14 stycznia 1920 r. ustanawiając święto dla całej Polski.

    Ustanowienie ogólnopolskiego święta Najświętszej Maryi Panny Królowej Polski

    W obliczu zagrożenia nowym „potopem”, tym razem bolszewickim, w 1920 r. Polacy ponownie zwrócili się o pomoc Matki Bożej. Episkopat odwołał się do ślubów Jana Kazimierza, szukając umocnienia narodu na Jasnej Górze, wzywając wiernych do zachowania nadziei i postawy na wzór ojca Augusta Kordeckiego. Niedługo później, 15 sierpnia, polska armia odniosła zwycięstwo nad bolszewikami, zwane „Cudem nad Wisłą”.

    Biskupi zaproponowali Ojcu świętemu dzień 3 maja, aby podkreślić nierozerwalną łączność tego święta z Sejmem Czteroletnim, a zwłaszcza z uchwaloną 3 maja 1791 pierwszą polską Konstytucją. W 1925 Pius XI rozszerzył święto NMP Królowej Polski na wszystkie diecezje w Polsce a jako datę jego obchodów wyznaczył 3 maja.

    Śluby Jasnogórskie zainicjowane przez kard. Hlonda

    Gorącym orędownikiem odnowienia ślubów narodu polskiego był prymas August Hlond. W 1936 roku na Jasnej Górze, przybyła tam w licznie 100 tys. osób młodzież akademicka, złożyła ślubowanie, w którym wybrała Matkę Bożą na swoją patronkę, zobowiązując się kształtować życie społeczne na wartościach religijno-narodowych, w duchu chrześcijańskim.

    Podczas wojny 31 października 1943 r. Pius XII dokonał poświęcenia całej rodziny ludzkiej Niepokalanemu Sercu Maryi.

    Po II wojnie światowej – z inicjatywy kard. Hlonda – 8 września 1946 roku milionowa rzesza wiernych, złożyła na Jasnej Górze Akt Ofiarowania Niepokalanemu Sercu Maryi, tym samym ponownie uaktualniając śluby Jana Kazimierza. Uroczystość ta nawiązywała również do aktu, którego w 1943 roku dokonał Pius XII.

    Nowa wersja ślubów opracowana przez internowanego Prymasa

    W 300. rocznicę królewskich ślubów Jana Kazimierza, nową ich wersję opracował internowany wówczas w Komańczy prymas Polski kard. Stefan Wyszyński. 26 sierpnia 1956 r. wierni na Jasnej Górze uroczyście ślubowali Maryi: „Przyrzekamy uczynić wszystko, co leży w naszej mocy, aby Polska była rzeczywistym królestwem Twoim i Twojego Syna, poddanym całkowicie pod Twoje panowanie, w życiu naszym osobistym, rodzinnym, narodowym i społecznym”. Przyrzekali „wszczepiać w umysły i serca dzieci ducha Ewangelii”, strzec chrześcijańskich obyczajów, wychować młode pokolenie w wierności Chrystusowi, bronić je przed bezbożnictwem i zepsuciem”.

    Tekst ślubów odczytał biskup Michał Klepacz (pełniący w tym czasie obowiązki przewodniczącego Episkopatu). O osobie uwięzionego Prymasa przypominał pusty fotel, ustawiony przed ołtarzem.

    W 1957 r. z inicjatywy prymasa Wyszyńskiego rozpoczęła się „Wielka Nowenna” przygotowująca Kościół w Polsce do obchodów Millennium Chrztu Polski. Połączona została z peregrynacją cudownego obrazu Matki Boskiej Częstochowskiej po wszystkich diecezjach i parafiach. Nawet „aresztowanie” obrazu przez SB nie wpłynęło na zastraszenie społeczeństwa.

    W 1962 r. papież Jan XXIII ogłosił Maryję Królową Polski i jej główną patronką, a święto NMP Królowej Polski stało się świętem I klasy we wszystkich diecezjach polskich. W 1969 Paweł VI na prośbę prymasa Wyszyńskiego podniósł święto do rangi uroczystości.

    Podczas jasnogórskich obchodów Millennium chrztu Polski 3 maja 1966 r. cały polski Episkopat w obecności kilkuset tysięcy pielgrzymów dokonał uroczystego ślubowania NMP. W uroczystościach milenijnych pragnął uczestniczyć papież Paweł VI, na to jednak nie zgodziły się komunistyczne władze. Dopiero Jan Paweł II, mógł jako pierwszy w historii papież przybyć na Jasną Górę.

    Zawierzenie Jana Pawła II

    3 i 4 czerwca 1979 r. Jan Paweł II dokonał aktu zawierzenia Pani Jasnogórskiej: „… Zawierzam Ci, o Matko Kościoła, wszystkie sprawy tego Kościoła, całą jego misję i całą jego służbę w perspektywie kończącego się drugiego tysiąclecia dziejów chrześcijaństwa na ziemi”.

    W 1982 r. Kościół obchodził 600-lecie obecności Cudownego Obrazu na Jasnej Górze. Zwieńczeniem kilkuletnich przygotowań do tego jubileuszu była kolejna obecność w Częstochowie Jana Pawła II, który przewodniczył obchodom 18 i 19 czerwca 1983 r.

    Biskupi polscy opracowali również w 1990 r. „Drugą Wielką Nowennę”, która miała za zadanie przygotować Kościół w Polsce na kolejne tysiąclecie chrześcijaństwa.

    Od 1992 r. (tak, jak w okresie międzywojennym) dzień ten jest świętem narodowym Polski – dla upamiętnienia zarówno uchwalenia Konstytucji w r. 1791, jak i święta Królowej Polski.

    Akt zawierzenia z okazji 1050-lecia chrztu Polski

    Nowego Aktu Zawierzenia Narodu Polskiego Matce Bożej – z okazji rocznicy 1050-lecia chrztu Polski – dokonał 3 maja 2016 r. obecny przewodniczący KEP – abp Stanisław Gądecki.

    Poważnym współczesnym problemem – podkreślał – jest wypaczone pojęcie wolności, gdyż dla wielu współczesnych „wolność staje się wręcz religią”, skutkującą tym, że „wywyższa się człowieka kosztem Boga i liczy się tylko nieskrępowana wolność poszczególnych jednostek”.

    Drugim nowym problemem – jak stwierdził – jest dzisiaj odniesienie do prawa Bożego, z czego – w przeciwieństwie do twórców Konstytucji 3 Maja – dzisiejsi prawodawcy rezygnują.

    Trzecim aktualnym problemem – zdaniem przewodniczącego KEP – jest kształt obecnego polskiego patriotyzmu. „Autentyczny patriotyzm nie zna nienawiści do nikogo (…) trzeba bezwzględnie unikać ryzyka tego, ażeby ta niezbywalna funkcja narodu nie wyrodziła się w nacjonalizm” – wyjaśniał.

    Ponowne zawierzenie w „dzisiejszym trudnym doświadczeniu”

    W 2020  r. abp Stanisław Gądecki dokonał w uroczystość Najświętszej Maryi Panny Królowej Polski, kolejnego zawierzenia Polski Najświętszemu Sercu Pana Jezusa i Matce Bożej Królowej Polski. Służył temu specjalny akt zawierzenia, nawiązujący do 100-lecia urodzin św. Jana Pawła II, przyszłej beatyfikacji kard. Stefana Wyszyńskiego jak również stulecia ocalenia Polski w Bitwie warszawskiej.

    „Wraz z Maryją, Bogurodzicą Dziewicą, Królową Polski i Świętymi Patronami, błagamy o ratunek dla naszej Ojczyzny w jej dzisiejszym trudnym doświadczeniu. (…) Zawierzamy Tobie naszą Ojczyznę i Naród, wszystkich Polaków żyjących w Ojczyźnie i na obczyźnie. Tobie zawierzamy całe nasze życie, wszystkie nasze radości i cierpienia, wszystko czym jesteśmy i co posiadamy, całą naszą przeszłość, teraźniejszość i przyszłość” – modlił się przewodniczący polskiego Episkopatu na Jasnej Górze.

    W tym roku 3 maja o godz. 11 uroczystej sumie na Jasnogórskich Wałach w uroczystość Najświętszej Maryi Panny Królowej Polski – przewodniczył nowy przewodniczący Konferencji Episkopatu Polski abp Tadeusz Wojda SAC, metropolita gdański.  W zaproszeniu na jasnogórskie obchody podkreślił, że „Maryja jest naszą Królową i chcielibyśmy w ten sposób zamanifestować, że zależy nam na tym, aby Maryja nas prowadziła, aby Maryja nas otaczała macierzyńską opieką, aby nas wpierała w tych trudnych czasach, które w tym momencie przeżywamy”.

    Marcin Przeciszewski/Kai

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Słowo Ewangelii na dzień 3 maja 2024 r. (J 19,25-27):

    “A obok krzyża Jezusowego stały: Matka Jego i siostra Matki Jego, Maria, żona Kleofasa, i Maria Magdalena. Kiedy więc Jezus ujrzał Matkę i stojącego obok Niej ucznia, którego miłował, rzekł do Matki: «Niewiasto, oto syn Twój». Następnie rzekł do ucznia: «Oto Matka twoja». I od tej godziny uczeń wziął Ją do siebie.”

    Przyjmij dar Matki, bądź bratem Jezusa!

    Depositphotos.com (5000517

    ***

    Wziąć Maryję do siebie. Uczeń otrzymuje i przyjmuje ‘dar Matki’. Oznacza to, że przyjmuje Ją za „swoją Matkę: uważa się za Jej syna i brata Jezusa”. W niej bije Boże źródło, z którego wypływa jego życiowa egzystencja.

    Obraz: Jesteśmy na Golgocie, miejscu męki Pana, kilka chwil przed Jego śmiercią. Oczyma wyobraźni zobaczę krzyż, wiszącego na nim Pana, płaczące niewiasty i umiłowanego ucznia. Zwrócę uwagę na swoje odczucia. Jestem częścią tego wydarzenia.
    Myśl: Ten krótki tekst, jedna z pięciu scen mających miejsce na Golgocie, jest opisem szczególnego momentu, ‘godziny Jezusa’, ale ma też znaczenie uniwersalne. Maryja i kobiety to osoby, które miłują Jezusa, uczeń jest umiłowany przez Pana. ‘Matka Jezusa’ pojawia się w ewangelii Jana w Kanie Galilejskiej i na Golgocie, na otwarciu i zamknięciu ‘Jego godziny’. Tu mamy przejście od „godziny Syna do czasu braci”. Od tego momentu uczeń staje się ‘jak On’. Maryja staje się matką każdego, kto żyje Słowem Pana. Zadaniem ucznia jest ‘stać obok krzyża Jezusowego’.
    Emocja: Wziąć Maryję do siebie. Uczeń otrzymuje i przyjmuje ‘dar Matki’. Oznacza to, że przyjmuje Ją za „swoją Matkę: uważa się za Jej syna i brata Jezusa”. W niej bije Boże źródło, z którego wypływa jego życiowa egzystencja.
    Wezwanie: Proszę o łaskę ‘przyjęcia Matki’. Podziękuję za dar Matki.
    Przez dłuższy moment będę adorował Jezusa na krzyżu.


    o. Paweł Kosiński SJ/Deon.pl

    ***

    PIERWSZA SOBOTA MIESIĄCA – 4 MAJA – KOŚCIÓŁ ŚW. PIOTRA
    SPOWIEDŹ ŚW. OD GODZ. 17.00
    MSZA ŚW. WIGILIJNA Z VI NIEDZIELI WIELKANOCNEJ O GODZ. 18.00 
    PO MSZY ŚW. NABOŻEŃSTWO WYNAGRADZAJĄCE ZA ZNIEWAGI I BLUŹNIERSTWA PRZECIWKO NIEPOKALANEMU SERCU NAJŚWIĘTSZEJ MARYI PANNY

    ***

    VI NIEDZIELA WIELKANOCNA – 5 MAJA
    KOŚCIÓŁ ŚW. PIOTRA
    OD GODZ. 13.30 – ADORACJA NAJŚWIĘTSZEGO SAKRAMENTU/ MOŻLIWOŚĆ SPOWIEDŹ ŚW.
    MSZA ŚW. O GODZ. 14.00
    PO MSZY ŚW. – KORONKA DO BOŻEGO MIŁOSIERDZIA

    ______________________________________________________________

    _________________________________

    Jasna Góra:

    zaproszenie na uroczystość Królowej Polski

     fot. Karol Porwich/Tygodnik Niedziela

    ***

    Na Maryję jako tę, która jest doskonale wolną, bo doskonale kochającą, wolną od grzechu wskazuje o. Samuel Pacholski. Przeor Jasnej Góry zaprasza na uroczystość Najświętszej Maryi Panny Królowej Polski 3 maja. Podkreśla, że Jasna Góra jest miejscem, które rodzi nas do wiary, daje nadzieję, uczy miłości, a o tym świadczą ścieżki wydeptane przez miliony pielgrzymów. Zachęca, by pozwolić się wprowadzać Maryi w przestrzeń, w której uczymy się ufać Bogu i „wierzymy, że w oparciu o tę ufność nie ma dla nas śmiertelnych zagrożeń, śmiertelnych zagrożeń dla naszej wolności”.

    – Żyjemy w czasach, kiedy nasza wspólnota narodowa jest bardzo podzielona. Myślę, że główny kryzys to kryzys wiary, który dotyka tych, którzy nominalnie są chrześcijanami, są katolikami. To ten kryzys generuje wszystkie inne wątpliwości. Trudno, by ci, którzy nie przeżywają wiary Kościoła, nie widząc naszego świadectwa, byli przekonani do naszych, modne słowo, „projektów”. To jest ciągle wołanie o rozwój wiary, o odrodzenie moralne osobiste i społeczne, bo bez tego nie będziemy wiarygodni i przekonujący – zauważa przeor. Jak wyjaśnia, jedną z głównych intencji zanoszonych do Maryi Królowej Polski będzie modlitwa o pokój, o dobre decyzje dla światowych przywódców i „byśmy zawsze potrafili budować relacje, w których jesteśmy gotowi na dialog, także z tymi, których nie rozumiemy”.

    O. Pacholski wskazuje na sens ewangelicznego wydarzenia, kiedy Jezus w ostatnich chwilach agonii na krzyżu w osobie Jana oddaje Maryi całą wspólnotę uczniów, wszystkich ludzi wszystkich czasów, także tych, którzy rodzą się na polskiej ziemi. Powierzenie nam Maryi jako Matki dotyka naszej najgłębszej potrzeby – miłości. Paulin wyjaśnia, że panowanie Maryi jest panowaniem przez miłość. – To Jej królowanie jest panowaniem przez czułość, nie jest panowaniem przez prawo, a zatem jest to zawsze służba, duchowa władza nad sercami tych, którzy uznają w Maryi swoją Matkę i Królową – wyjaśniał jasnogórski przeor. Wskazał na Maryję jako tę, która jest doskonale wolną, bo doskonale kochającą, wolną od grzechu i podkreślił, że jeśli poddajemy się z własnej woli miłości, jaką ma do nas Jezus Chrystus a jaką objawił nam w tajemnicy krzyża, jeśli poddajemy się miłości Jego Matki, to jesteśmy coraz bardziej wolni. – Poddanie się komuś, kto jest doskonale wolny, w żaden sposób nie zawęża perspektywy naszej wolności, ale jest właśnie tym czynnikiem, który nas uwalnia od dotychczasowych zniewoleń – wyjaśnia zakonnik. Zauważa, że Jasna Góra jest w tym sensie miejscem „wolnościotwórczym”, w jakim dokonuje się dźwiganie człowieka z niewoli grzechu w sakramencie pokuty i pojednania, który jest szczególnie wpisany w misję częstochowskiego sanktuarium i paulinów.

    O. Pacholski podkreśla, że Jasna Góra jest wciąż miejscem, które rodzi nas do wiary, daje nadzieję, uczy miłości, a o tym świadczą ścieżki wydeptane przez miliony pielgrzymów. – To pielgrzymi potwierdzają, że to miejsce jest żywe i ciągle niesie przesłanie, które jest dla nich istotne – zauważa i zwraca uwagę, że to też wyzwanie dla paulinów, by w nauczaniu, głoszeniu „znajdowali przestrzeń nadziei, dla tych którzy często tu przychodzą poranieni, bez nadziei, zrozpaczeni nawet, z kryzysami wiary, kryzysami życia małżeńskiego, kryzysami, jakie rodzi dzisiejsza cywilizacja i żeby nie zabrakło nam sił, aby ich jednać z Bogiem, żeby pokazywać, że ta nadzieja wiąże się najpierw z uwolnieniem ciężaru grzechu i winy”.

    Na program uroczystości ku czci Najświętszej Maryi Panny Królowej Polski, które rozpoczną się już w wigilię, a więc 2 maja złożą się m.in. o godz. 18.00 Koncert Maryjny w wykonaniu chóru chłopięco – męskiego „Pueri Claromontani” (Bazylika), a 18.30 Procesja Maryjna po Wałach. Apel Jasnogórski o 21.00 poprowadzi abp Tadeusz Wojda, przewodniczący Konferencji Episkopatu Polski, a nocne czuwanie podejmie Bractwo NMP Królowej Korony Polski przeżywające swoje święto patronalne.

    3 maja w uroczystość NMP Królowej Polski o godz.10.00 rozpocznie się modlitewne czuwanie: „W oczekiwaniu na beatyfikację sługi Bożej Stanisławy Leszczyńskiej” połączone z możliwością podjęcia duchowej adopcji dziecka poczętego. Suma odpustowa odprawiona zostanie o godz. 11.00.

    Celebrować ją będą przedstawiciele Konferencji Episkopatu Polski na czele z przewodniczącym abp. Tadeuszem Wojdą, który wygłosi też kazanie. Ponowiony zostanie Milenijny Akt Oddania Polski w Macierzyńską Niewolę Maryi, Matce Kościoła za Wolność Kościoła Chrystusowego. Mszę św. celebrowaną w Bazylice o godz. 19.00 pod przewodnictwem abp. Wacława Depo, metropolity częstochowskiego poprzedzi o 18.30 procesja eucharystyczna po Wałach. Uroczystość zwieńczy Apel Jasnogórski z udziałem Wojska Polskiego z racji święta Konstytucji 3 maja.

    Uroczystość Najświętszej Maryi Panny Królowej Polski nawiązuje do obrony Jasnej Góry przed Szwedami w 1655 r. i ślubów króla Jana Kazimierza, w których powierza on królestwo opiece Matki Bożej oraz do uchwalenia Konstytucji 3 Maja. Święto wyraża wiarę narodu w szczególną opiekę Bożą, jakiej Polacy doświadczali i doświadczają za pośrednictwem Maryi. Zostało ustanowione na prośbę biskupów polskich po odzyskaniu niepodległości po I wojnie światowej. Oficjalnie zostało zatwierdzone w 1920 r. przez papieża Benedykta XV. Obchodzone jest od 1923 r. Po reformie liturgicznej w 1969 r. zostało podniesione do rangi uroczystości.

    BP @JasnaGóraNews/KAI

    ______________________________________________________________________________________________________________

    ***

    Skąd wzięły się rysy na obrazie jasnogórskim? Nieznane historie najbardziej znanego sanktuarium

    ***

    Obrona Jasnej Góry przed Szwedami w 1655 roku.

    Obrona Jasnej Góry przed Szwedami w 1655 roku.
    fot. Henryk Przondziono/Gość Niedzielny

    ***

    Rysy na cudownym obrazie Maryi mówią o tym, że wszystko, co materialne, możemy stracić. Nawet taki skarb. Mało kto wie, jak często jasnogórskie sanktuarium, a z nim święta ikona, były zagrożone.

    Była Wielkanoc 14 kwietnia 1430 roku. Do klasztoru jasnogórskiego, który był już znanym sanktuarium, wpadła znaczna grupa zbrojnych. Wokół obiektu nie było jeszcze obwarowań, dzięki czemu napastnicy z łatwością dostali się do wnętrza. Byli to „pewni szlachcice polscy, którzy zbyt rozrzutnie roztrwonili swoje majątki po ojcach i mieli długi” – zapisał Jan Długosz. Historyk twierdził, że napastnicy liczyli na zdobycie wielkich skarbów, więc dobrali sobie „rabusiów z Czech, Moraw i Śląska”. Kosztowności, na które liczyli, nie było wiele. Zawiedzeni, rzucili się na sprzęty liturgiczne. „Ograbiają nawet sam obraz Najjaśniejszej Naszej Pani, którą pobożni wierni przystroili złotem i perłami. I nie poprzestając na grabieży, przebijają w poprzek mieczem twarz obrazu i łamią ramy, w które był oprawiony obraz, żeby na podstawie tak okrutnych i niegodziwych czynów wzięto ich nie za Polaków, ale za Czechów [chodziło o zrzucenie winy na husytów – przyp. F.K.]. Po dokonaniu tak niegodziwego czynu wychodzą z klasztoru z niewielkim łupem, bardziej zniesławieni niż wzbogaceni” – zanotował dziejopis.

    Święty wizerunek, pozbawiony wszelkich kosztowności, rabusie porzucili gdzieś poza klasztorem. Obraz został wielokrotnie cięty ostrym narzędziem, deska rozpadła się na trzy części, a oklejające ją płótno rozerwało się w kilku miejscach.

    Wstrząśnięty król Władysław Jagiełło kazał sprowadzić ikonę do Krakowa i zlecił naprawę zespołowi malarzy. Ci przeprowadzili gruntowną renowację. Skleili rozbitą tablicę i uzupełnili ubytki, a ślady cięć na twarzy Maryi nie tylko zachowali, lecz dodatkowo podkreślili je rylcem. Naprawiony obraz oprawili w gotycką ramę, a król w hołdzie Maryi podarował grawerowane srebrne i złote blachy w charakterze tła i nimbów nad głową Maryi i Dzieciątka.

    Obraz wywieziony

    Jeszcze w tym samym roku, 1430, wizerunek został przeniesiony w uroczystej procesji z Krakowa do Częstochowy, co przyniosło wzrost jego czci i sławy sanktuarium. Odtąd paulini wzmogli czujność, troszcząc się o bezpieczeństwo powierzonego im skarbu. A historia miała jeszcze nieraz dawać po temu powody. Już w 1466 roku Częstochowę najechał czeski oddział Ścibora Towaczowskiego, wysłany przez husyckiego króla Jerzego z Podiebradów. Wojsko czeskie, plądrując Śląsk, zapędziło się aż pod Jasną Górę. Tym razem obraz nie ucierpiał, ale zniszczeń w klasztorze było wiele, zniszczona została także Częstochowa. Jasne się stało, że bez solidnych murów sanktuarium jest bezbronne. W związku z tym król Zygmunt III Waza nakazał zbudowanie wokół Jasnej Góry fortyfikacji. Ostatecznie budowę twierdzy ukończono dopiero w 1648 roku, za panowania Władysława IV. Nie była to wielka forteca, ale zbudowana według najnowszych wzorów sztuki fortyfikacyjnej.

    Już za siedem lat okazało się, jak bardzo było to potrzebne. Gdy na Polskę zwalił się szwedzki potop, Jasna Góra była w stanie stawić czoła regularnym wojskom. Szwedzki generał Müller szybko oszacował jakość świeżo ukończonej twierdzy. Już po czterech dniach oblężenia pisał do króla Karola X Gustawa: „Przeto zwróciłem się do Pana Marszałka Polnego Wittenberga do Krakowa o dostarczenie mi paru ciężkich dział i jednego wielkiego moździerza, ponieważ klasztor, położony na dość wysokiej skale, otoczony jest bardzo głęboko wpuszczonym w ziemię i trudnym do zdobycia szturmem, wysokim i mocnym murem z wygodnymi flankami i dobrą artylerią, liczącą wiele małych, nawet 12-funtowych, a kto wie, czy nie większych dział”.

    Jak wiemy, echo wystrzałów spod Jasnej Góry odbiło się w całym kraju, a heroiczna obrona twierdzy stała się punktem zwrotnym w wojnie ze Szwedami. Przezorny przeor Augustyn Kordecki liczył się jednak z najgorszymi scenariuszami, dlatego kazał wywieźć na Śląsk cudowny obraz Matki Bożej. Dzień przed nadejściem wroga, 17 listopada 1655 roku, prowincjał o. Teofil Bronowski zabrał bezcenny wizerunek i pod osłoną ciemności przewiózł go do granicy, a stamtąd do klasztoru paulinów w Mochowie koło Głogówka. W jego miejsce w kaplicy na Jasnej Górze zawisła kopia.

    Znowu Szwedzi

    Po powrocie ze Śląska obraz nigdy już nie opuścił Jasnej Góry. Nastały dni wielkiej chwały tego miejsca. Twierdza stała się dwukrotnie – w latach 1657 i 1661 – rezydencją dworu królewskiego i miejscem obrad Senatu Rzeczpospolitej.

    W tym wspaniałym okresie dziejów Jasnej Góry nie obyło się bez fatalnego zgrzytu. Klasztor nie udzielił pomocy wojskom królewskim w czasie bitwy stoczonej 4 września 1665 roku z rokoszanami Jerzego Lubomirskiego pod murami twierdzy. Konsekwencją postawy neutralności, jaką przyjął pełniący ponownie funkcję przeora Augustyn Kordecki, była klęska żołnierzy królewskich, głównie pułków litewskich. Ponieważ nie otwarto im bram twierdzy ani nie użyto dział przeciw buntownikom, żołnierze królewscy zostali zepchnięci do rowu fortecznego i zmasakrowani. Straty szacowano na 1300 zabitych i 800 wziętych do niewoli. Rozgniewany król Jan Kazimierz zarządził wymianę garnizonu – żołnierze klasztorni zostali rozbrojeni i zwolnieni, a rotmistrz załogi klasztornej trafił na rok do więzienia. Twierdzę obsadziło wojsko królewskie.

    Nie wpłynęło to na stosunek następców Jana Kazimierza do klasztoru. Kolejną rozbudowę fortyfikacji zainicjował Jan III Sobieski, a kontynuowali następcy. Polscy władcy byli świadomi, że po skarby tak znacznego sanktuarium mogą zechcieć wyciągnąć ręce liczni wrogowie. A wtedy zagrożony może być skarb największy – cudowny wizerunek Maryi z Dzieciątkiem.

    Historia pokazała, że mieli rację. Pół wieku po potopie szwedzkim, podczas III wojny północnej, wojska szwedzkie znów stanęły pod klasztorem. W dniach 13–15 sierpnia 1702 roku Częstochowę zajął 9-tysięczny korpus gen. Nilsa C. Gylenstierna. Próby zdobycia twierdzy nie powiodły się i Szwedzi pomaszerowali na Kraków. W styczniu 1704 roku Szwedzi ponownie zaatakowali klasztor. 10 lutego doszło nawet do bezpośredniego szturmu (co w czasie potopu się nie zdarzyło), ale napastnicy nie zdołali wedrzeć się do wnętrza twierdzy. Kolejny atak, w dniach 1–14 kwietnia 1705 roku, przeprowadził szwedzki korpus generała Nilsa Stromberga – z podobnym skutkiem. Wreszcie w dniach 7–15 września 1709 roku Jasna Góra odparła atak szwedzkich oddziałów gen. Ernesta Detlor von Krassowa.

    Wielkie zasługi dla obrony Jasnej Góry w tych latach położyli kolejni przeorowie, pełniący zarazem funkcję komendantów twierdzy – o. Euzebiusz Najman, o. Innocenty Pokorski i o. Dionizy Chełstowski. Podkreślić trzeba, że żaden z nich nie mógł liczyć na pomoc ze strony panującego wówczas w Polsce Augusta II Sasa ani jego rywala Stanisława Leszczyńskiego.

    Okupanci w klasztorze

    W latach 1770–1772 Jasną Górę, mimo protestów przeora, podstępem zajęli konfederaci barscy – związek zbrojny polskiej szlachty utworzony przeciw panoszącym się w kraju wojskom rosyjskim. Konfederaci uczynili z fortecy centrum obozu warownego, usypując szańce na jej przedpolach. 1 stycznia 1771 roku pod klasztor podeszły rosyjskie oddziały korpusu oblężniczego płk. Drewicza. Trwające wiele dni walki nie przyniosły Rosjanom sukcesu. Dopiero półtora roku później, 1 sierpnia 1772 roku, rosyjski korpus gen. Golicyna przystąpił do ścisłej blokady i oblężenia twierdzy. Rozpaczliwa obrona skończyła się zawarciem układu, na mocy którego konfederaci poddali twierdzę hetmanowi Branickiemu, a ten następnie przekazał ją Rosjanom. 18 sierpnia 1772 roku po raz pierwszy w dziejach Jasnej Góry do twierdzy wkroczyły obce wojska. Wieczorem tego dnia garnizon rosyjski objął tam służbę i zaciągnął warty.

    Okupacja warownego sanktuarium trwała 6 miesięcy. Kosztowała paulinów 3 tysiące złotych dukatów. Rosjanie w tym czasie splądrowali bibliotekę i arsenał. Odchodząc, zabrali prawie całe uzbrojenie twierdzy.

    W 1793 roku przed wojskami pruskimi bronił się w twierdzy jasnogórskiej ostatni polski garnizon I Rzeczpospolitej. Także podczas zaborów grzmiały tam działa i zmieniały się załogi, kolejno: Prusacy, Francuzi, wojska Księstwa Warszawskiego, Rosjanie i Austriacy. W 1918 roku powróciła Polska, a klasztor na dwie dekady zaznał spokoju.

    3 września 1939 roku do Częstochowy wkroczyli Niemcy. Paulini obawiali się, że potraktują cudowny obraz jako łup wojenny i wywiozą do Rzeszy, dlatego zawczasu podmienili obraz Matki Bożej na jego wierną kopię. Oryginał zamurowali w jednej z cel klasztornych, a potem ukryli go w bibliotece, w specjalnie przygotowanym blacie stołu o podwójnej konstrukcji. Wiedziało o tym jedynie kilku zakonników. Niemcy nie byli świadomi, że w ołtarzu kaplicy została umieszczona jedynie kopia wizerunku Czarnej Madonny.

    Tak obraz przetrwał wojnę. Po kolejnej renowacji znów trafił na swoje miejsce, podtrzymując Polaków w latach komunizmu i patronując w czasach wolności. Dzięki męstwu strażników częstochowskiego sanktuarium Maryja w cudownym wizerunku pozostała ostoją Polaków w ich trudnej historii. Za sprawą Bożej Opatrzności Jasna Góra wciąż jest miejscem, o którym Jan Paweł II powiedział: „Tu zawsze byliśmy wolni”.

    Franciszek Kucharczak/Gość Niedzielny

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Nasi święci – filary polskiej maryjności

    „Potrzeba naszemu Narodowi, aby rozkochał się w ideale Maryi! Nie wystarczy patrzeć w Jej czyste Oblicze, choćby zranione, ale trzeba w Jej oczach wyczytać wszystko, co potrzebne jest dla odnowy życia narodowego” – przekonywał  kard. Stefan Wyszyński.

    „Potrzeba naszemu Narodowi, aby rozkochał się w ideale Maryi! Nie wystarczy patrzeć w Jej czyste Oblicze, choćby zranione, ale trzeba w Jej oczach wyczytać wszystko, co potrzebne jest dla odnowy życia narodowego” – przekonywał kard. Stefan Wyszyński.
    fot. Andrzej Kossobudzki Orłowski/PAP

    ***

    Każdy święty jest maryjny – szczególnie polski

    Święty Maksymilian Kolbe zachęcał wiernych: „Nie bójcie się kochać Niepokalaną, bo nigdy nie będziecie Jej kochali tak, jak kochał Ją Pan Jezus”. Jego maryjność, jak u wielu oddanych Bogu Polaków, splatała się z patriotyzmem. „Czyż Pośredniczka łask Bożych nie jest Polski Królową? Czyż Ona nie potrafi albo nie pragnie nam dopomóc?” – pytał retorycznie w rozważaniach nad przyczynami bezrobocia. „Tak, Ona, Niepokalana, musi zawładnąć naprawdę całą Polską, Ona musi być przedmiotem tkliwej miłości każdego, a zwłaszcza młodzieńczego serca, Ona musi być w Sejmie, Ona w Senacie. Ona, Niepokalana Królowa, ma wskazywać nam drogę, Ona krzepić siły. My chcemy, by rządziła w Polsce i poza Polską – Niepokalana” – pisał.

    Cały Twój

    Święty Maksymilian był autentyczny w swojej żarliwości maryjnej. Swoistą pieczęcią z nieba, położoną na jego życiu, była data śmierci. Franciszkanin został zamordowany zastrzykiem z fenolu w wigilię Wniebowzięcia Najświętszej Maryi Panny, 14 sierpnia 1941 r. Jego śmierć była spełnieniem widzenia, jakie miał w wieku 12 lat w kościele w Pabianicach. „Wtedy Matka Boża pokazała mi się, trzymając dwie korony: jedną białą, a drugą czerwoną. Spytała, czy chcę tych koron; biała miała oznaczać, że wytrwam w czystości, a czerwona, że będę męczennikiem. Odpowiedziałem, że chcę dwie” – zapisał święty w pamiętniku.

    Święty Maksymilian stał się jednym z filarów polskiej maryjności ostatnich czasów. Drugą postacią o podobnie żarliwej pobożności maryjnej był bł. Stefan Wyszyński. Hasło „Wszystko postawiłem na Maryję” towarzyszyło mu przez całe życie. Prymas Tysiąclecia był przekonany, że w dziecięcej relacji do Niepokalanej tkwi tajemnica prawdziwej pomyślności Polaków. „Potrzeba naszemu Narodowi, aby rozkochał się w ideale Maryi! Nie wystarczy patrzeć w Jej czyste Oblicze, choćby zranione, ale trzeba w Jej oczach wyczytać wszystko, co potrzebne jest dla odnowy życia narodowego” – przekonywał.

    Wyrazista była także maryjność św. Jana Pawła II, której świadectwem był nawet herb papieski, przedstawiający krzyż z literą M i napisem Totus Tuus. Wyznanie „Cały Twój” odnosiło się do Matki Bożej i było zaczerpnięte z Traktatu o prawdziwym nabożeństwie do Najświętszej Maryi Panny św. Ludwika Marii Grignion de Montforta. Słowa te święty papież powtarza trzykrotnie w swoim testamencie. Zawierzając Maryi swoje życie, oddaje w Jej ręce także chwilę śmierci, powtarzając: Totus Tuus. Dalej pisze: „W tych samych rękach matczynych zostawiam wszystko i Wszystkich, z którymi związało mnie moje życie i moje powołanie. W tych Rękach zostawiam nade wszystko Kościół, a także mój Naród i całą ludzkość”.

    Od matki do Matki

    Nie o wszystkich związanych z Polską świętych i błogosławionych mamy wystarczającą ilość źródeł, nie zawsze też wiarygodność przekazów jest pewna, można jednak stwierdzić, że każdy z nich miał osobiste nabożeństwo do Maryi. Bardzo często też pobożność ta wiąże się z odniesieniami narodowymi.

    Spośród świętych czczonych w Polsce pierwszy jest św. Wojciech. Według tradycji wstawiennictwo Maryi uratowało go w dzieciństwie od ciężkiej choroby. Ks. Skarga pisał, że przyszły biskup i męczennik „od płaczącej matki” został ofiarowany Matce Bożej w kościele w Libicach. „I nieśli go na poły umarłego do ołtarza Przeczystej Matki Bożej Maryjej, prosząc, aby Ona na służbę Synowi swemu nowego a maluczkiego sługę przykazała, a zdrowie mu do tego zjednała. Nie omieszkając dzieciątko ozdrowiało. Anielska i nasza Cesarzowa świętą przyczyną swoją i cudem onym naznaczyła sługę wielkiego Panu Bogu” – czytamy u autora „Żywotów świętych”. To zdarzenie miało przesądzić o przeznaczeniu dziecka z książęcego rodu do służby Bożej. Według Skargi to Wojciech „nauczył Polaków ślicznej pieśni do Matki Boskiej, zaczynającej się od słów: »Bogarodzica Dziewica«, którą to pieśń starożytną w katedrze gnieźnieńskiej, u grobu świętego Apostoła po dziś dzień co Niedzielę i święto śpiewają młodzi klerycy, kształcący się na kapłanów”.

    Ciesz się, synu

    Powszechnie znana jest też maryjność św. Jacka. Jego gorliwość misyjna miała wyraźny rys maryjny. Jej popularnym wyrazem jest legendarny przekaz o wyniesieniu przezeń z płonącego Kijowa Najświętszego Sakramentu i figury Matki Bożej. To pewne, że pierwszy polski dominikanin szerzył cześć Eucharystii i Matki Bożej. Kiedy przybył do Krakowa, spędzał noce na modlitwie przed Najświętszym Sakramentem i przed ołtarzem Maryi.

    Podczas jednej z takich nocy ujrzał zbliżającą się Maryję. „Ciesz się, synu mój, Jacku, bo miłe samemu Synowi prośby twoje, a o cokolwiek będziesz prosić za moją przyczyną, wszystko otrzymasz” – miała go zapewnić Najświętsza Panna. Dodała, że gdy nadejdzie czas, Ona sama po niego przyjdzie. Istotnie, św. Jacek zasłynął już za życia jako wielki cudotwórca. Jego śmierć stanowiła swoistą maryjną pieczęć nieba, zmarł bowiem 15 sierpnia 1257 r.

    Nie jest chyba przesadą stwierdzenie, że św. Jacek „wychował Naród Maryjny”. Z pewnością jego zasługą jest ożywienie kultu maryjnego i związanie Polaków z Różańcem.

    Trzy lata po śmierci św. Jacka na Polskę ponownie najechali Tatarzy. Wtedy to, w jednym z założonych przez świętego klasztorów – w Sandomierzu – męczeństwo poniósł bł. Sadok z 48 zakonnymi współbraćmi. Niewiele o nich wiadomo, ale sama śmierć tych dominikanów jest świadectwem ich maryjności. Jan Długosz w Liber beneficiorum wspomina, że mordowani przez Tatarów zakonnicy umierali, wzywając Maryję śpiewem pieśni Salve Regina.

    „Przerwaną przez śmierć pieśń do Bogurodzicy Dziewicy śpiewają dalej, idąc do nieba, a ich głosy zlewają się z sobą tak słodko, że głosy śmiertelników nigdy nie potrafiłyby tak zaśpiewać” – napisał żyjący na przełomie XVI i XVII wieku dominikański hagiograf Abraham Bzowski.

    Każdego dnia

    Wielką czcią dla Maryi odznaczał się św. Kazimierz królewicz, syn króla Kazimierza Jagiellończyka i Elżbiety Rakuszanki. Jego szczególnie ulubioną pieśnią był dziesięciozwrotkowy utwór przypisywany św. Bernardowi Omni die dic Mariae (Każdego dnia sław Maryję). Królewicz odmawiał go codziennie. Piotr Skarga napisał, że gdy 25-letni Kazimierz umierał, „prosił, aby napisany hymn ten złożono na jego piersiach w trumnie, co też uczyniono”. W związku z kanonizacją w 1602 r., a więc 118 lat po śmierci, otwarto grób królewicza. Mimo panującej w grobowcu dużej wilgotności ciało zmarłego okazało się nienaruszone. Przy głowie Kazimierza znaleziono tekst hymnu ku czci Maryi.

    Śladem gorącej pobożności maryjnej, jaką miał zmarły w 1505 roku bernardyn bł. Władysław z Gielniowa, są liczne nabożeństwa i pieśni ku czci Matki Bożej. Ten znakomity kaznodzieja i poeta jako jeden z pierwszych duchownych zaczął wprowadzać do Kościoła język polski. On też uczył wiernych śpiewać układane przez siebie polskie pieśni. Prawdopodobnie to właśnie Władysław z Gielniowa jest autorem popularnych Godzinek o Niepokalanym Poczęciu Najświętszej Maryi Panny.

    Młody a sławny

    Kiedy św. Stanisław Kostka przebywał na naukach w Wiedniu, ciężko zachorował. Ponieważ gospodarz luteranin nie dopuścił do niego księdza z Komunią Świętą, w cudowny sposób przyniosła mu Ciało Pańskie św. Barbara. Nieco później odwiedziła go także Maryja z Dzieciątkiem Jezus. Gdy Matka Boża położyła Dzieciątko w jego ramionach, Stanisław całkowicie wyzdrowiał. Na pożegnanie Najświętsza Panna poprosiła go, żeby wstąpił do jezuitów, co też chłopak bardzo szybko zrealizował, uciekając do zakonu spod władzy ojca.

    Gorące nabożeństwo do Maryi, które Stanisław miał od dzieciństwa, jeszcze się wzmogło. Bardzo pragnął odejść z tego świata w święto Wniebowzięcia Najświętszej Maryi Panny, co też się stało. W wigilię uroczystości poprosił o sakramenty, a o trzeciej nad ranem 15 sierpnia odszedł do nieba, mając niespełna 18 lat i odbywszy zaledwie 10 miesięcy jezuickiego nowicjatu. Jego śmierć poruszyła wielu ludzi. Postronnych obserwatorów zdumiały tłumy rzymian, które zjawiły się na pogrzebie. Widząc to, lekarz Stanisława, dr Francisco Tolet, późniejszy kardynał, zawołał: „To coś wspaniałego! Umiera młody polski nowicjusz, a Rzym czci go jak świętego!”.

    Stanisław Kostka szybko został beatyfikowany, ogłoszono go też patronem Polski. Za sprawą generała jezuitów św. Franciszka Borgiasza, który kazał przetłumaczyć na liczne języki i rozpowszechnić jego żywot, św. Stanisław stał się najbardziej znanym na świecie polskim świętym. Jego międzynarodową popularność przyćmił dopiero św. Maksymilian, a po nim św. Faustyna i św. Jan Paweł II.

    Współczuję z tobą

    Święta siostra Faustyna miała także osobiste nabożeństwo do Maryi. „Wtem ujrzałam Najświętszą Pannę niewymownie piękną, która się zbliżyła do mnie od ołtarza do mojego klęcznika i przytuliła mnie do siebie, i rzekła mi te słowa: Jestem wam Matką z niezgłębionego miłosierdzia Boga. Ta dusza Mi jest najmilszą, która wiernie wypełnia wolę Bożą” – zapisała święta 5 sierpnia 1935 r. (Dz. 449). To jedno z kilkudziesięciu opisanych przez nią spotkań z Matką Bożą. Wszystkie odbywały się w łączności z Jezusem i były związane z misją Faustyny: przekazaniem światu orędzia miłosierdzia Bożego.

    Maryja mówiła siostrze Faustynie o miłosierdziu Bożym i wyjaśniała także swoją rolę w Bożym planie. „Jestem nie tylko Królową nieba, ale i Matką Miłosierdzia i Matką twoją” – mówiła (Dz. 330). 25 marca 1936 roku Maryja ponownie podkreśliła, jak ważna jest wierność tchnieniom Bożej łaski. „Ja dałam Zbawiciela światu, a ty masz mówić światu o Jego wielkim miłosierdziu i przygotować świat na powtórne przyjście Jego, który przyjdzie nie jako miłosierny Zbawiciel, ale jako Sędzia sprawiedliwy” – przypomniała. Mówiąc o nadchodzącym dniu sprawiedliwości, ponownie napomniała: „Mów duszom o tym wielkim miłosierdziu póki czas zmiłowania; jeżeli ty teraz milczysz, będziesz odpowiadać w on dzień straszny za wielką liczbę dusz. Nie lękaj się niczego, bądź wierna do końca, Ja współczuję z tobą” (Dz. 635).

    Faustyna wypełniła swoją misję do końca, podobnie jak każdy ze świętych, a w szczególności Maryja – Królowa wszystkich świętych, Królowa Polski.


    Matka Boża – moja Matka

    Czesław Lang (mistrz kolarski, organizator Tour de Pologne)

    Zawsze czułem Jej opiekę. Moja mama, będąc w ciąży, ofiarowała mnie Pani Jasnogórskiej. Opowiadała mi o tym wielokrotnie. Była bardzo wierzącą kobietą. Pamiętam, że gdy byłem dzieckiem, w domu codziennie odmawiano Różaniec, modlono się pod figurą Maryi. Bez wiary nic nie ma sensu. Jeśli nie miałbym wiary w to, że znajdę sponsorów, partnerów biznesowych Tour de Pologne, nie dałbym rady. Niektórzy nazywają to przeznaczeniem, a ja wierzę, że to Pan Bóg.

    Janek Mela (podróżnik, zdobywca biegunów)

    Gdy szedłem z Markiem Kamińskim na biegun, modlitwa była elementem podróży. Przed wyprawą cieszysz się: „Będę miał czas na przemyślenia”, a potem okazuje się, że nie starcza ci myśli na wypełnienie całego czasu. Brniesz przez śnieg 10 godzin dziennie. Opracowałem na to patent. Dostosowałem swą modlitwę do tempa marszu. Szedłem tak: Zdrowaś, Maryjo, krok, łaskiś pełna, krok. Z nogi na nogę. Po powrocie słyszę, że Marek na jakiejś konferencji prasowej mówi: „Idąc, modliłem się w ciszy, krok za krokiem…”.

    Ulf Ekman (Szwed, ewangelizator, konwertyta z protestantyzmu)

    Zaczęliśmy odkrywać Maryję w 2002 roku po naszym przyjeździe do Izraela. Co chwilę napotykaliśmy Jej osobę, wpadaliśmy na obrazy, figurki, rzeźby. Odnosiliśmy wrażenie, jakby puszczała do nas oko. Odkryliśmy, że tak genialni i konkretni teologowie jak Atanazy i inni ojcowie Kościoła doceniani przez chrześcijan ewangelikalnych, wyrażali się o Niej w niesamowity sposób. Szacunek, jaki Jej okazywali, dał nam do myślenia. Zdaliśmy sobie sprawę, że Maryja odegrała kluczową rolę przy narodzinach Kościoła. Wyrażając zaufanie Kościołowi, stałem się pewny obecności Maryi. Dziś jest obecna w naszym życiu, pomaga nam. Rozmawiamy z Nią każdego wieczoru.

    ks. dr Tomasz Szałanda (teolog, autor książek z zakresu mariologii)

    Zachwyca mnie Jej łagodna obecność w życiu: względem wykluczonych (pasterze) i „innych” w wierze (magowie, czytający z gwiazd), zagrożonych kompromitacją (Kana), zdrajców (apostołowie), katów Jej Syna i bluźniących Mu (milcząco stojąca pod krzyżem). Biblia pokazuje nam Ją jako nieepatującą sobą Mistrzynię Drugiego Planu. I to również mnie w Niej fascynuje! Jej życie pokazuje, że zawsze chodzi o Niego.

    Franciszek Kucharczak/Gość Niedzielny

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Skąd się wzięło słynne papieskie „Totus Tuus”? I dlaczego Karol Wojtyła chciał być „cały Maryi”?

    Jan Paweł II i Maryja

    fot. Marek Lasyk/reporter; ArchiviFarabola/EAST NEWS

    ***

    „O ile dawniej byłem przekonany, że Maryja prowadzi nas do Chrystusa, to w tym okresie zacząłem rozumieć, że również i Chrystus prowadzi nas do swojej Matki”. Skąd ta zmiana? Co wpłynęło na maryjną pobożność Karola Wojtyły?

    „Tobie oddaję wszystkie owoce mojego życia i posługi,
    Tobie zawierzam losy Kościoła,
    Tobie polecam mój Naród,
    Tobie ufam i Tobie jeszcze raz wyznaję:
    Totus Tuus, Maria!
    Totus Tuus.
    Amen”

    – mówił w sierpniu 2002 r. klęcząc przed obrazem Maryi w Kalwarii Zebrzydowskiej, miejscu, które znał od najwcześniejszego dzieciństwa.

    Wszystko zaczęło się…

    W czasie drugiej wojny światowej. W związku z narzuconym przez władze okupacyjne obowiązkiem pracy w 1940 r. Karol Wojtyła zatrudnił się jako robotnik w Krakowskiej Fabryce Sody „Solvay”. Po roku pracy w kamieniołomach na Zakrzówku został przeniesiony do fabryki przy ulicy Zakopiańskiej 62 i zatrudniony przy oczyszczaniu wody dostarczanej do kotłów.

    Nosił wiadra z wodą wapienną przez długi dziedziniec zakładu i przenosił worki z odczynnikami chemicznymi. W czasie krótkich przerw w pracy zazwyczaj siadał z boku i wyjmował niewielką książeczkę w niebieskich okładkach. Jej zawartość była dla niego odkryciem – każda strona rzucała nowe światło na to, co znał, przeczuwał, ale nie potrafił sam nazwać.

    Czytał ją „od początku do końca i od końca do początku”, jakby chciał wziąć jasną myśl św. św. Ludwika Grigniona de Montfort i uczynić własną. Miał dwadzieścia lat i rozpoczął przygodę z Traktatem o prawdziwym nabożeństwie do Najświętszej Maryi Panny, która nie tylko będzie trwała przez całe jego życie, ale myśl św. Ludwika znajdzie miejsce w papieskim nauczaniu.

    „Zarówno duchowość maryjna, jak i odpowiadająca jej pobożność znajdują przebogate źródła w historycznym doświadczeniu osób i wspólnot chrześcijańskich żyjących pośród różnych ludów i narodów na całym globie. W tym względzie miło mi przypomnieć – wśród wielu wyznawców i nauczycieli tej duchowości – postać św. Ludwika Marii Grignion de Montfort, który zachęca chrześcijan do poświęcenia się Chrystusowi przez Maryję, widząc w nim skuteczny sposób wiernego realizowania w życiu zobowiązań chrztu świętego” – napisze już jako Jan Paweł II w encyklice „Redemptoris Mater”.

    Traktat o prawdziwym nabożeństwie do Najświętszej Maryi Panny

    To od św. Ludwika Grigniona de Montfort i jego Traktatu o prawdziwym nabożeństwie do Najświętszej Maryi Panny weźmie słowa, które wpisze najpierw w herb biskupi, a potem papieski. I gdy świat będzie się zastanawiał dlaczego duże, błękitne M w papieskich insygniach, on będzie powtarzał słowa modlitwy: Totus Tuus sum et omnia mea Tua sunt, czyli „całkowicie należę do Ciebie, a wszystko, co mam, jest Twoje”.

    W 50. rocznicę swoich święceń kapłańskich, już jako papież wyzna, że jego sposób pojmowania nabożeństwa do Matki Bożej dzięki lekturze i medytacji nad Traktatem… uległ przemianie. „O ile dawniej byłem przekonany, że Maryja prowadzi nas do Chrystusa, to w tym okresie zacząłem rozumieć, że również i Chrystus prowadzi nas do swojej Matki”.

    To dzięki św. Ludwikowi odkrył, że „Maryja jest «rajem» Boga, do którego zstąpił Syn Boży”.

    „Cały Jej” w testamencie

    Ostatnie publiczne spotkanie z wiernymi odbyło się 27 marca 2005 r. Była niedziela wielkanocna, papież stanął w oknie Pałacu Apostolskiego, ale nie był w stanie powiedzieć ani jednego słowa. Niemoc i cisza były tak dotkliwe, że wielu ludzi na placu i przed telewizorami zalewało się łzami dusząc szloch.

    Próbował, ale udało mu się tylko pozdrowić oczekujących gestem ręki. Na kartce zapisał dwa, powtarzane od lat, słowa: „Totus Tuus”.

    Po jego śmierci, gdy 7 kwietnia serwisy przekazywały sobie treść papieskiego testamentu, znów okazało się, że to, co uważał za najważniejsze do przekazania, to swoje oddanie Maryi. Aż trzy razy powraca w testamencie wyznanie, które powtarzał od 1940 r., a więc przez 65 lat.

    „W życiu i śmierci Totus Tuus przez Niepokalaną”.

    „Nie wiem, kiedy ona [śmierć] nastąpi, ale tak jak wszystko, również i tę chwilę oddaję w ręce Matki mojego Mistrza: totus Tuus. W tych samych rękach matczynych zostawiam wszystko i Wszystkich, z którymi związało mnie moje życie i moje powołanie. W tych Rękach zostawiam nade wszystko Kościół, a także mój Naród i całą ludzkość”.

    „Zamach na moje życie z 13.V.1981 w pewien sposób potwierdził słuszność słów zapisanych w czasie rekolekcji z 1980 r. (24.II – 1.III). Tym głębiej czuję, że znajduję się całkowicie w Bożych Rękach – i pozostaję nadal do dyspozycji mojego Pana, powierzając się Mu w Jego Niepokalanej Matce (Totus Tuus)” – pisał papież.

    Pobożność maryjna wg papieża

    „Ponieważ cała doskonałość nasza polega na upodobnieniu się do Chrystusa Pana, na zjednoczeniu z Nim i poświęceniu się Jemu, przeto najdoskonalszym ze wszystkich nabożeństw jest bezspornie to, które nas najdoskonalej upodabnia do Chrystusa, najściślej z Nim jednoczy i całkowicie Jemu poświęca.

    A że ze wszystkich stworzeń najpodobniejsza do Chrystusa Pana jest Matka Najświętsza, wynika stąd, że spośród wszystkich nabożeństw, tym, które duszę najlepiej poświęca Zbawicielowi naszemu i ją z Nim jednoczy, jest nabożeństwo do Najświętszej Panny, Jego świętej Matki. Im bardziej poświęcona jest Maryi, tym zupełniej należeć będzie do Jezusa” – napisał Jan Paweł II w liście „Rosarium Virginis Mariae” znów przytaczając naukę św. Ludwika z „Traktatu”.

    Akt osobistego poświęcenia się Niepokalanemu Sercu Maryi, do którego serdecznie zachęcał św. Ludwik, również zawiera te dwa słowa, które Karol Wojtyła przyjął i używał jak kotwicy, dzięki której można przybić bezpiecznie do brzegu.

    „Jestem CAŁY TWÓJ – i dzisiaj, i do końca moich dni, i przez całą wieczność. Możesz obchodzić się ze mną jak ze wszystkimi kwiatami Twego ogrodu: zabrać mnie stąd, choćby i dziś, i przesadzić w inne miejsce; podlewać wodą pociech lub dotknąć suszą oschłości i trudu, otoczyć pięknymi kwiatami ludzi bliskich i przyjaznych lub cierniami niechętnych i wrogich.

    Możesz dać mi obfitość pokarmu lub jałową glebę głodu, braków i niepowodzeń, a nawet odciąć mnie od korzeni życia i zdrowia, bo wiem, że w Twoich rękach będzie mi najlepiej. Chcę we wszystkim podobać się tylko Tobie, o Różo mistyczna, Różo męki i chwały, najpiękniejszy Kwiecie nieba i ziemi. Czyń ze mną, co tylko chcesz…” – powtarzał za św. Ludwikiem.

    Zamach: wielki test zawierzenia

    13 maja 1981 r, godz. 17.19. ten sam dzień, ten sam układ wskazówek na zegarze, tylko 64 lata po pierwszym objawieniu Maryi w Fatimie. Turecki zamachowiec Mehmet Ali Ağca strzela do papież jadącego w papamobile. Trafia w brzuch i rękę, choć – jak ustalili śledczy – celował w głowę.

    Ciężko ranny papież natychmiast zostaje przewieziony do kliniki Gemelli i poddany kilkugodzinnej operacji, podczas której lekarze toczą walką o jego życie. Świadkowie zeznali, że jeszcze w karetce, gdy był przytomny, słabym głosem wciąż szeptał te same dwa słowa: „Totus Tuus, totus Tuus”…

    Agnieszka Bugała/Aleteia.pl

    źródła:
    A. Boniecki, Kalendarium życia Karola Wojtyły
    Św. Ludwik, Traktat o prawdziwym nabożeństwie do Najświętszej Maryi Panny
    Św. Ludwik, Tajemnica Maryi

    ______________________________________________________________________________________________________________

    ŻYWY RÓŻANIEC

    Aby Matka Boża była coraz bardziej znana i miłowana!

    „Różaniec Święty, to bardzo potężna broń.

    Używaj go z ufnością, a skutek wprawi cię w zdziwienie”.

    (św. Josemaria Escriva do Balaguer)

    A rosary is used for prayers and meditations.
    fot.wiseGeek

    *****

    INTENCJA ŻYWEGO RÓŻAŃCA

    NA MIESIĄC MAJ 2024

    Intencja papieska:

    *Módlmy się, aby siostry i bracia zakonni oraz seminarzyści wzrastali w swoim powołaniu, dobrze korzystając z formacji ludzkiej, religijnej, duchowej i wspólnotowej, dzięki czemu staną się wiarygodnymi świadkami Ewangelii. 

    więcej informacji – Vaticannews.va: Papieska intencja

    _______________________________________________________

    Intencje Polskiej Misji Katolickiej w Glasgow:

    * za naszych kapłanów, aby dobry Bóg umacniał ich w codziennej posłudze oraz o nowe powołania do kapłaństwa i życia konsekrowanego.  

    * za papieża Franciszka, aby Duch Święty prowadził go, a św. Michał Archanioł strzegł.

    * W tym najpiękniejszym miesiącu, poświęconym Tobie Boża Matko, pragniemy każdego dnia wyśpiewywać litanijne wezwania, aby Cię wychwalać i dziękować, że zechciałaś być także Królową naszej Ojczyzny. Patrzysz na nas z Jasnogórskiego Obrazu Obliczem poranionym, bo znasz najlepiej dzieje wszystkich naszych pokoleń, które zmagały się i wciąż walczą z mocami zła, dla których Królestwo Twojego Syna tak bardzo przeszkadza na polskiej ziemi. Dlatego nieustannie Twojej pomocy przyzywamy i Ciebie o przyczynę prosimy. Bądź nam zawsze Matką i Królową.

    ____________________________________________

    Intencja dodatkowa dla Róży Matki Bożej Częstochowskiej (II),

    św. Moniki i bł. Pauliny Jaricot: 

    * Rozważając drogi zbawienia w Tajemnicach Różańca Świętego prosimy Bożą Matkę, aby wypraszała u Syna swego a Pana naszego Jezusa Chrystusa właściwe drogi życia dla naszych dzieci.

    *****

    Od 1 maja modlimy się kolejnymi Tajemnicami Różańca Świętego i w nowych intencjach, które otrzymaliście na maila 30 kwietnia z adresu e-rozaniec@kosciol.org (jeśli ktoś z Was nie dostał maila na ten miesiąc, proszę o kontakt z Zelatorem Róży, albo na adres rozaniec@kosciolwszkocji.org)

    ________________________________________

    Obecnie mamy 19 Róż Żywego Różańca, choć mieliśmy do niedawna 21. Dlatego bardzo serdecznie zachęcamy chętnych, aby zechcieli dołączyć się do Żywego Różańca. Teksty załączone poniżej niech pomogą przekonać nieprzekonanych jak skuteczną i tym samym jak bardzo potrzebną jest dziś modlitwa różańcowa.

    ***

    KRÓLOWO RÓŻAŃCA ŚWIĘTEGO, MÓDL SIĘ ZA NAMI!

    ***

    Kościół katolicki obchodzi 7 października święto Matki Bożej Różańcowej. Data jest związana z przypisaniem wstawiennictwu Bogurodzicy zwycięstwa floty chrześcijańskiej nad Turkami pod Lepanto w 1571 r.

    ***

    Matka Boża Różańcowa / Bitwa pod Lepanto (fragm.)

    Matka Boża Różańcowa / Bitwa pod Lepanto (fragm.)/PAOLO VERONESE

    ***


    Cały październik nazywany jest miesiącem różańcowym. Kościół w tym czasie szczególnie zaleca tę pełną prostoty i głębi modlitwę.

    Powstanie święta łączy się z wydarzeniem, które miało wpływ na losy Europy. Ekspansja turecka na Morzu Śródziemnym została zatrzymana pod Lepanto. W dniu 7 października 1571 r. połączone floty Hiszpanii, Wenecji i Państwa Kościelnego pod wodzą Juana d`Austria pokonały flotę turecką. W tym samym dniu ulicami Rzymu kroczyła pod przewodem Piusa V procesja odmawiając różaniec. Na czele procesji niesiono obraz Matki Boskiej Śnieżnej zwany Salus Populi Romani z bazyliki Santa Maria Maggiore w Rzymie.

    Do zwycięstwa pod Lepanto przyczyniła się nagła zmiana wiatru uznana za cudowną interwencję Matki Bożej na skutek odmawiania różańca. Od tej pory obraz Matki Boskiej Śnieżnej złączył się na stałe z nabożeństwem różańcowym i otrzymał nazwę Matki Boskiej Zwycięskiej. Pius V ustanowił święto Matki Boskiej Zwycięskiej, które rok później (1572) Grzegorz XIII zmienił na święto Matki Boskiej Różańcowej. Klemens XI rozszerzył je na cały Kościół w 1716 r., a w roku 1833 Leon XIII wprowadził do Litanii Loretańskiej wezwanie “Królowo Różańca świętego – módl się za nami”, a w dwa lata później zalecił, by w kościołach odmawiano różaniec przez cały październik.

    Początki i rozwój modlitwy różańcowej

    Geneza chrześcijańskiej modlitwy różańcowej nie została do tej pory jednoznacznie ustalona. Ogólnie przyjętej tradycji nie potwierdzają bowiem źródła w kilku istotnych sprawach. Miarodajne będzie zatem stwierdzenie, że różaniec stanowi wynik wielowiekowej ewolucji różnych form modlitewnych.

    Główny nurt tradycji różańcowej wywodzi się od św. Dominika. Według tej tradycji, święty przebywający w 1212 r. w klasztorze Prouille na wyspie Albi, doznał we śnie objawienia. Ukazała mu się Matka Boska, podarowała różaniec, wyjaśniła jak należy się na nim modlić i zachęciła do jego rozpowszechniania. Według przekazów dominikańskich, głównie Alanusa de Rupe, św. Dominik ewangelizując i głosząc kazania odmawiał różaniec łącząc modlitwę z wyjaśnianiem tajemnic wiary. Modlitwa różańcowa miała się przyczynić do zaniku herezji albigensów, których nawracał św. Dominik. Świętemu nie obca była mistyka rosarium – określał on różaniec jako „koronę z róż Najświętszej Maryi Panny”.

    Modlitwa różańcowa ogarnęła szybko świat chrześcijański i było to w głównej mierze zasługą bractw różańcowych. Pod koniec XVI w. nie było prawie miasta w Europie bez tej konfraterni. Erygowano w kościołach kaplice różańcowe lub ołtarze brackie, które otrzymywały liczne odpusty. Przyczyniły się one niemało do popularności różańca. Modlitwa różańcowa choć nie weszła do kultu liturgicznego osiągnęła rangę modlitwy powszechnej, praktykowanej przez wszystkie stany. Byłą dostępna dla ludzi nie umiejących czytać (stanowiło to w znacznym stopniu o jej powszechności) i zwano ją dlatego „brewiarzem dla ludu”.

    Prawdziwy rozkwit przeżyło nabożeństwo różańcowe w dobie kontrreformacji. Łącząc praktykę modlitwy z kontemplacją prawd wiary, różaniec, ta „skrócona Ewangelia” znakomicie realizował zalecenia Soboru Trydenckiego, był niezastąpiony w dziele poszerzania i popularyzacji wiary katolickiej. Rozwój ten wiązał się z działalnością dominikanów. W XVII w. byli oni jednym z najpotężniejszych zakonów. W samej Rzeczpospolitej posiadali wówczas 182 klasztory. „Nie było prawie parafii, gdzieby bractwo różańcowe nie istniało” – pisał historyk obyczajów Łukasz Gołębiowski. Należeli do nich dosłownie wszyscy – od króla do chłopa. Szlachcic (katolik) obok szabli miał zawieszony u pasa różaniec. Religijna gorliwość potrydencka powodowała, że do bractw różańcowych zapisywano nawet zmarłych.

    Październik nazywany jest miesiącem różańcowym. Kościół w tym czasie, a zwłaszcza od zakończenia ogłoszonego przez Jana Pawła w październiku 2002 r. Roku Różańcowego, szczególnie zaleca tę pełną prostoty i głębi modlitwę.

    Ikonografia

    Kult Matki Boskiej Różańcowej znalazł wyraz w ikonografii maryjnej. Wyobraźnia artystyczna w oparciu o treści ideowe różańca nie stworzyła jednak nowego typu przedstawienia. Zaadoptowano istniejące już wzory ikonograficzne wyposażając je w atrybuty kultu różańcowego.

    Pierwszą grupę przedstawień tworzą wizerunki maryjne nawiązujące do schematu Niewiasty Apokaliptycznej, opartego na wizji św. Jana. Początkowo, postać Niewiasty Apokaliptycznej uważano za personifikację Kościoła, później związano ją z osobą Matki Bożej. Typ Niewiasty Apokaliptycznej dał początek wizerunkom Immaculaty (Niepokalanie Poczętej), Assunty (Wniebowziętej) i Incoronaty (Królowej Nieba). Matka Boska przedstawiana jest w nich w całej postaci z symbolami apokaliptycznymi: słońcem, księżycem i gwiazdami. Immaculata jako Matka Boska Różańcowa malowana była z wieńcem różanym lub z różańcem w dłoniach. Występuje też w koronie jako Królowa Różańca. Wersja różańcowa Assunty i Incoronaty przedstawia Matkę Bożą na tle krzewu różanego lub otoczoną wieńcem z róż. Kwiaty białe symbolizują tajemnice radosne, czerwone – bolesne, złote – chwalebne.

    Druga grupa przedstawień różańcowych ukazuje scenę przekazywania różańca przez Matkę Bożą św. Dominikowi lub innym świętym dominikańskim. Jest Ona przedstawiana razem z Dzieciątkiem, w postaci stojącej lub wychylającą się z obłoków.

    Jeszcze inna grupa obrazów oparta jest na typie Maryi Orędowniczki wiernych. Malowano Ją w całej postaci jako adorowaną przez wiernych wszystkich stanów i rozdającą im sznury różańca. Matka Boska występuje tu jako Mater Omnium – Matka i Opiekunka wszystkich ludzi. Na takich wizerunkach idea różańcowa obejmuje często także Kościół cierpiący, ukazując dusze czyśćcowe, które za wstawiennictwem Matki Bożej aniołowie wprowadzają do nieba. Na obrazach takich występują często święci dominikańscy jak Dominik, Katarzyna ze Sieny, Tomasz z Akwinu, Jacek Odrowąż orędujących za duszami czyśćcowymi. I wreszcie ostatnim typem wizerunków Matki Boskiej Różańcowej, który zdobył największą popularność, to przedstawienia wzorowane na obrazie Matki Boskiej Śnieżnej (Salus Populi Romani) w Rzymie. W Polsce znajdowały się w prawie każdym kościele dominikańskim.

    MG/KAI/Opoka.pl

    ______________________________________________________________________________________________________________

    RÓŻANIEC

    Jak odmawiać różaniec ?

    Pełna Modlitwa Różańcowa składa się z czterech części – czyli czterech całych fizycznych różańców ! Modlitwa Różańcowa stanowi swego rodzaju streszczenie Ewangelii i składa się z czterech części opisujących wydarzenia z życia Jezusa i Maryi. Spytasz jak to zrobić? Oto sposób: uczyń znak Krzyża i odmów Skład Apostolski,(Wierze w Boga Ojca…) następnie jedno Ojcze nasz, oraz trzy Zdrowaś Maryjo. W dalszej kolejności odmów jedno Chwała Ojcu. Po tym wstępie przechodzimy do części głównej. Wymieniamy pierwszą tajemnicę i odmawiamy “Ojcze nasz”, następnie dziesięć “Zdrowaś Maryjo” i jedno “Chwała Ojcu”. Wymieniamy drugą tajemnicę i odmawiamy “Ojcze nasz”, dziesięć “Zdrowaś Maryjo” i jedno “Chwała Ojcu”. I tak kolejno wszystkie pięć tajemnic.

    Część Radosna

    Część Świetlista (Światła)

    Część Bolesna

    Część Chwalebna

    Generalni przyjmuje się, że każda część Różańca powinna być odmawiana w innym dniu. Tak więc nie jest konieczne odmawianie Pełnej Modlitwy w ciągu jednego dnia, czy za jednym razem. Wystarczy odmówić jedną część czyli jeden “sznur” różańca. Oczywiście nic nie stoi na przeszkodzie, aby raz dziennie odmówić Pełną Modlitwę Różańcową. Jeśli jednak chcesz odmówić jeden sznur różańca w ciągu dnia, to postaraj się stosować zasadę:

    RADOSNA – Poniedziałek i Sobota

    ŚWIATŁA – Czwartek

    BOLESNA – Wtorek i Piątek

    CHWALEBNA – Środa i Niedziela

    Dość często części Różańca nazywa się Tajemnicami – co jest też prawidłowe. My jednak dla ułatwienia i łatwiejszego zapamiętania używamy formuły części różańca. Każda z czterech części Pełnej Modlitwy Różańcowej składa się z 5 Tajemnic.

    RÓŻANIEC DO MATKI BOŻEJ MIŁOSIERDZIA

    “Witaj Królowo, Matko Miłosierdzia, życie słodyczy i nadziejo nasza witaj. Do Ciebie wołamy wygnańcy, synowie Ewy; do Ciebie wzdychamy jęcząc i płacząc na tym łez padole. Przeto Orędowniczko nasza, one miłosierne oczy na nas zwróć, a Jezusa, błogosławiony owoc żywota Twojego po tym wygnaniu nam okaż. O łaskawa, o litościwa, o słodka Panno Maryjo.”

    CZĘŚĆ RADOSNA

    1. Zwiastowanie Maryi, iż jest Matką Syna Bożego


    “Duch św. zstąpi na Ciebie i moc najwyższego osłoni Cię. Dlatego też Święte, które się narodzi, będzie nazwane Synem Bożym” (Łk.1,35). Cały świat zastygł przy Twoich ustach wyczekując ufnego “fiat”… “Maryjo, dotrzymał Bóg swego słowa, Ty w sobie Je nosi, bo Ten co włada wszechświatem, w Twym czystym łonie spoczywa” (por. hymn brewiarzowy) Najmilsza Matko, dziękuję Ci za Twoje “tak” – ono przyniosło ludziom Zbawiciela świata.

    2. Nawiedzenie świętej Elżbiety


    ” A skądże mi to, że matka mojego Pana przychodzi do mnie?” (Łk. 1,43) Maryjo, cała jesteś przepełniona miłością; Zawsze pojawiasz się tam, gdzie inni wyczekują pomocy. Przenikasz swym wejrzeniem wnętrze każdego człowieka, który znajduje się w potrzebie – a czynisz to z wielkim miłosierdziem, które uczy nas służebnego działania i wrażliwości serca na potrzeby innych.

    3. Narodzenie Pana Jezusa


    “Przebudź się człowiecze, dla ciebie, powtarzam, dla ciebie – Bóg stał się człowiekiem!” (św. Augustyn) Tak długo wyczekiwany przez ludzkość Bóg – nadszedł. Lecz nie w majestacie, jak się spodziewano tylko w skrajnym ubóstwie… Z miłosierdzia ku ludziom słowo stało się Ciałem, a Ty Maryjo Drogą, po której na ziemię zstąpiła Miłość. Naucz nas zawierzenia Miłości Bożej.

    4. Ofiarowanie Jezusa w świątyni


    “Matka szczęśliwa niesie w swych ramionach, Boga zakrytego pod zasłoną ciała; w czystych objęciach tuli swoje dziecię, które jest w pełni Bogiem i człowiekiem” (hymn brewiarzowy) Wielkie szczęście dotknęło Cię Matko – nie zatrzymujesz go jednak dla siebie. W całości należysz do Boga i Jemu oddajesz wszystko co najcenniejsze. Całkowicie zdana na Jego łaskę – oddajesz Bogu Jezusa.

    5. Odnalezienie Pana Jezusa wśród uczonych w świątyni


    Służebnico Pokorna, nadludzko zatroskana o Syna, nieustannie czuwająca nad Nim jako największym darem ludzkości. Struchlało zatrwożone serce Matki na fakt zniknięcia Syna. “Czy nie wiedzieliście, że powinienem być w tym, co należy do Mojego Ojca?” (Łk. 2,49) Ufnym milczeniem osłaniasz to czego zrozumieć teraz nie potrafisz… Uproś mi zapał i zatroskanie o sprawy Boże na wzór Twojego zatroskania o zaginionego Syna.

    CZĘŚĆ ŚWIETLISTA (ŚWIATŁA)

    1. Chrzest Pana Jezusa w Jordanie


    “Ten jest mój Syn umiłowany, w którym mam upodobanie”. Boże, dla własnego Syna otworzyłeś nie tylko niebiosa – ale gdy podjął się misji mającej zbawić ludzkość, dałeś Mu jako oparcie kochającą, ziemską Matkę z szeroko otwartym sercem. Pełna słodyczy towarzyszyła Ci w zbawczych wydarzeniach – dziś jest obecna przy każdym z nas z pomocnie wyciągniętą dłonią.

    2. Objawienie siebie na weselu w Kanie


    Maryjo jakże aktywnie jesteś tu obecna. Syn przemienia wodę w wino – objawia swoją Boskość pośród ludzi, którzy zatroskani biegną do Ciebie nie wiedząc co się dzieje. Ty jedna wiesz jak się zachować i odważnie, z całą pewnością uspokajasz weselnych gości słowami: “zróbcie wszystko cokolwiek wam powie” (J 2,5)

    3. Głoszenie Królestwa Bożego i wzywanie do nawrócenia


    Panie Jezu obrałeś sobie Maryję na doskonałe narzędzie w jednaniu ze sobą grzesznych ludzi. To Ona właśnie dopełnia Twoje dzieło i kruszy serca grzeszników; w niej Twoje słowa i Twoje pragnienia przemieniają się w czyny miłości. Matczyną troską ogarnia zabłąkane dusze i z radością przyprowadza je do zdrojów Twojej miłości. Matko Dobroci, dziękuję Ci za Twoją obecność w moim życiu.

    4. Przemienienie na Górze Tabor


    Przyjazne, pełne miłości obcowanie z Bogiem przemienia, daje siłę do ujawnienia się tego co od Boga pochodzi. Milcząca Oblubienico Bożego Baranka, nakłoń maje serce do naśladowania Twoich cnót – pragnę, by Bóg za Twoją przyczyną przemieniał mnie w Siebie.

    5. Ustanowienie Eucharystii


    “Miłosierdzie Jego z pokolenia na pokolenie”…. Bóg okazał ludziom wielkie miłosierdzie pozostając z nami pod postacią chleba. Tylko ten kto doświadczył Bożego miłosierdzia potrafi dzielić się miłosierdziem z innymi. Zwiastunko Bożego Miłosierdzia w Tobie widzimy niedościgniony wzór dzielenia się darami otrzymanymi od Pana. Bóg pozostał z nami w Eucharystii, Ty pozostań z nami w łasce miłosierdzia.

    CZĘŚĆ BOLESNA

    1. Modlitwa Pana Jezusa w Ogrodzie Oliwnym


    “Potem udał się na Górę Oliwną, upadł na kolana i modlił się; pogrążony w udręce jeszcze usilniej modlił się – a Jego pot był jak gęste krople krwi, sączące się na ziemię… Ojcze nie moja wola, lecz Twoja niech się stanie” (Łk 22,39-45) Delikatna miłość Matki usuwa się na drugi plan, ponieważ wypełnia się czas, w którym Ojciec przez Syna niesie światu zbawienie – objawia światu swoje miłosierdzie.

    2. Biczowanie Pana Jezusa


    “Popatrz się duszo jak cię Bóg miłuje” (Gorzkie żale) cichy Baranek, okrutnie biczowany – dla ciebie zeplwany… Maryjo, Bóg upodobał sobie w Tobie, dlatego od samego początku zanurzył Cię w zdroju swych niewyczerpanych łask. Wiedząc jak wiele otrzymałaś z Jego dobrotliwej ręki – sama patrząc na cierpienie Syna, litościwie spoglądasz na nas ludzi zadających Mu cierpienie, patrzysz pełna przebaczenia i miłosierdzia.

    3. Ukoronowanie koroną z cierni


    “Wtedy żołnierze namiestnika, uplótłszy wieniec z ciernia włożyli Mu na głowę, a do prawej ręki dali Mu trzcinę, przy tym pluli na niego, szydzili, brali trzcinę i bili Go po głowie mówiąc: Witaj królu Żydowski” (Mt. 27,27) Matko uczestniczysz w cierpieniach Jezusa. Ból tryska z Twojego serca; to kielich goryczy wypełnia się po brzegi… bez wahania Jezus wypija go do dna… Nadeszła godzina… “miej miłosierdzie dla nas i całego świata”…

    4. Dźwiganie krzyża przez Pana Jezusa


    “Jezus z drżeniem bierze krzyż w ramiona, usty całuje, chociaż na nim skona. Lecz swoją śmiercią imię Ojca wsławi, a ludzi zbawi” (Pieśń) Przebaczająca Matko, to Ty właśnie byłaś obecna na drodze wiodącej na Golgotę…. Milczą Twe usta a serce mówi: “Popatrz jestem służebnicą Pańską, niech mi się stanie wg słowa Twego”. To właśnie jest poddanie się woli Bożej. Zamilkłaś Matko Dobroci, pochylając czoło nad tajemnicą lecz pełna ufności wpatrujesz się w cierpiące Oblicze Jezusa.

    5.Śmierć na krzyżu


    “Ziemia się zatrzęsła – wszystko się spełniło” Ciało Jezusa zdjęte z krzyża spoczęło w ramionach Maryi, która głęboko przeżywała śmierć Syna. Ty patrzyłaś jak żołnierz otwiera Bok Bożego Miłosierdzia – z niego popłynęły łaski na świat cały. Proszę zaprowadź mnie pod krzyż i naucz przy nim trwać po sam koniec – by z Jezusem powiedzieć “wykonało się”.

    CZĘŚĆ CHWALEBNA

    1. Zmartwychwstanie Pana Jezusa


    Matko Przebaczająca, Twoje serce przeszyte mieczem boleści dziś w tajemnicy Zmartwychwstania Syna napełnia się radością doświadczenia nowego wymiaru życia, do którego zmierza każdy z nas. Wzbudzaj w nas pragnienie nieba i pośród ziemskich dróg prowadź na spotkanie z Jezusem Uwielbionym.

    2. Wniebowstąpienie Pana Jezusa


    Bóg nie wyczerpuje się w swoim miłosierdziu lecz pomnaża je również przez Twoją Osobę Maryjo. Poprzez Ciebie udziela nam niezliczonych łask. Wskaż jak odradzać się dla Niego w naszym ziemskim życiu.

    3. Zesłanie Ducha Świętego


    Matko, przeobfita łaska wylała się na Ciebie przez Ducha św. już u początku Twojego ziemskiego życia, a Ty w pokorze i wdzięczności serca zauważasz swą małość przy Bożej wielkości. Stałaś się przedmiotem upodobania Bożego i dlatego On powierzył Ci opiekę nad swoim Synem od narodzin w ubogiej stajence po konanie na krzyżu. Tak jak z miłości zawsze byłaś blisko Syna, prosimy bądź blisko nas odsłaniając przed nami świat swojego miłosierdzia.

    4. Wniebowzięcie Maryi


    Maryjo, Bóg wziął Cię do nieba z czystym sercem i nieskalaną duszą, pełną dobroci, miłosierdzia i ciepła. Mimo tak wielkiego zaszczytu nie opuściłaś grzesznego człowieka, lecz nadal pochylasz się nad nim i jego słabością – zawsze gotowa wstawić się. Dziękuję Ci za to najczulsza Matko.

    5. Ukoronowanie Maryi na Królową Nieba i Ziemi


    Matko, Twoja pokora, uniżenie i całkowite zawierzenie Bogu wyniosło Cię do godności Królowej Nieba. Zaszczytne tytuły nie przemieniły Twojej natury. Nadal pozostajesz cicha, wierna i całkowicie oddana Bogu. Służysz Mu nadal kierując ludzi ku Bożemu Majestatowi, nie zatrzymując ich wzroku na sobie. “Od śmierci Pana Jezusa Maryja stała się naszą Matką Miłosierdzia, albowiem wyjednała nam łaski i sprowadza Miłosierdzie Boże na nas”. Dziękujmy Bogu za zaufanie jakim obdarzył Matkę Swego Syna i za Jej pokorne “fiat”, które przemieniło świat: “wielbi dusza moja Pana i raduje się Duch mój w Bogu Zbawicielu moim, bo wejrzał na uniżenie swojej służebnicy! Wielkie rzeczy uczynił mi Wszechmocny, a Jego miłosierdzie z pokolenia na pokolenie!”.

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Dlaczego Najświętsza Maryja Panna regularnie przypomina o odmawianiu różańca, a nie o chodzeniu na Mszę św.?

    Siostra Łucja: „W życiu ludzkim nie ma takiego problemu, którego nie dałoby się rozwiązać za pomocą modlitwy różańcowej”.

    Niektóre źródła podają, że w ciągu wieków zgłoszono ok. 21 tys. świadectw o objawieniu się Matki Bożej. Kościół, po wnikliwych badaniach, uznał 70 z nich. Według o. René Laurentina, słynnego badacza objawień, przyjścia Maryi mają zawsze ten sam cel: przypomnienie o istnieniu i obecności Boga, nawoływanie do nawrócenia i odnowy wiary. Wszystkie łączy też jeden fakt: Maryja zachęca do odmawiania różańca.

    Maryja nie jest celebrytką

    Czy Maryja nie gra na siebie, gdy twierdzi, że przez modlitwę różańcem można u Boga wszystko wyprosić? Nie koncentruje nas na sobie, zamiast na Bogu? Czy nie chce zająć Jego miejsca? Czemu przypomina o odmawianiu różańca, a nie o chodzeniu na mszę świętą?

    Takie pytania często się pojawiają, ale są błędne, dowodzą nieznajomości Matki i przypisywaniu jej intencji, którymi kierujemy się my, skażeni grzechem pierworodnym.

    Maryja nie jest celebrytką, która co pewien czas przychodzi, by przypomnieć, że jest. Ona – Służebnica Pańska, wzór pokory i Matka wszystkich ludzi – nie ma innego celu swoich działań, niż dobro dzieci. A dobro to nawrócenie, radykalne odwrócenie się od zła.

    Czy ziemskie mamy, gdy widzą życiowe problemy swoich dzieci, odwiedzają je, by im przypomnieć, że są? I zagrać na siebie? Nic podobnego. Odwiedzają, bo się martwią i chcą pomóc. Maryja robi tak samo.

    Maryja sama trwa na modlitwie

    „Najświętsza Dziewica objawiła bł. Alanowi, że po Najświętszej Ofierze mszy świętej, która jest pierwszą i najbardziej żywą pamiątką naszego Pana, nie ma praktyki wspanialszej i wyjednującej większe łaski od różańca świętego, który jest jakby drugim upamiętnieniem i przedstawieniem życia i męki Chrystusa” – pisał św. Ludwik Maria Grignion de Montfort.

    Różaniec jest małą Ewangelią” – wyjaśniał św. ojciec Pio. Odmawianie różańca jest patrzeniem na świat przez kolejne etapy życia Jezusa, w obecności i z pomocą Maryi. Nie modlimy się do Niej, modlimy się z Nią, bo ona – Matka Boga i królowa nieba i ziemi – wciąż się modli, nieustannie trwa na modlitwie. Chwytając za różaniec, wchodzimy do Wieczernika, gdzie On jest.

    Maryja mówi do św. Dominika

    „Drogi Dominiku – mówiła Maryja w 1214 r. – czy wiesz, jakiej broni chce użyć błogosławiona Trójca, aby zmienić ten świat? O, moja Pani – odpowiedział święty – lepiej wiesz ode mnie, bo Ty zawsze byłaś obok Jezusa Chrystusa głównym narzędziem naszego zbawienia”.

    Wtedy Dominik usłyszał: „Chcę, abyś wiedział, że tego rodzaju taranem pozostaje zawsze Psałterz Anielski, który jest kamieniem węgielnym Nowego Testamentu. Jeśli więc chcesz zdobyć te zatwardziałe dusze i pozyskać je dla Boga, głoś mój Psałterz. O cokolwiek poprosisz przez różaniec, wszystko będzie ci udzielone”.

    Maryja mówi do Bernadety

    W Lourdes, w 1858 r., Maryja i Bernadeta Soubirous modlą się razem. Gdy pierwszy raz dziewczynka widzi Panią, odruchowo wyjmuje różaniec i zaczyna się modlić. Kiedy kończy kolejne Zdrowaś i Ojcze nasz, spostrzega, że Maryja przesuwa w dłoniach białe paciorki różańca, a potem razem z nią odmawia Chwała Ojcu.

    Pierwsze dwa spotkania Bernadety z Matką Bożą upływają wyłącznie na wspólnym odmawianiu różańca. Maryja nie namawia, Maryja pokazuje jak trwać na modlitwie.

    W czasie dwunastego objawienia Bernadeta korzysta z różańca znajomej.

    „Ach, pomyliłaś się. To nie jest przecież ten twój” – mówi Maryja. Badacze objawień podkreślają, że jest to wyraźne wezwanie, aby mieć własny różaniec.

    Maryja mówi do Hiacynty, Franciszka i Łucji

    W Fatimie już w czasie pierwszego objawienia Matka Boża prosiła: „Odmawiajcie codziennie różaniec, aby uzyskać pokój dla świata i koniec wojny!”. Podczas drugiego objawienia, 13 czerwca 1917 r., na pytanie dzieci, czego od nich oczekuje, odpowiedziała: „Chcę, żebyście codziennie odmawiali różaniec”.

    Kiedy Łucja prosiła Maryję o konkretne łaski, Matka zwracała uwagę, że żeby je otrzymać, trzeba odmawiać różaniec. 13 października 1917 r., podczas ostatniego objawienia, oznajmiła: „Jestem Matką Boską Różańcową. Trzeba w dalszym ciągu codziennie odmawiać różaniec. Wojna się skończy i żołnierze powrócą wkrótce do domu”.

    Maryja mówi w Gietrzwałdzie

    W Gietrzwałdzie przychodziła od 27 czerwca do 16 września 1877 r. , początkowo każdego wieczoru, kiedy odmawiano różaniec.

    „Czy chorzy będą uzdrowieni?” – pytały Justyna Szafryńska i Barbara Samulowska, dziewczynki, którym się Maryja ukazała. „Odmawiajcie różaniec” – usłyszały. „Czy smutni będą pocieszeni”? „Odmawiajcie różaniec” – powiedziała Maryja.

    „Oto tam płacze żona i matka, bo mąż i ojciec oddają się pijaństwu, gdzie szukać na to ratunku”? „Odmawiajcie różaniec”. „Oto zamknięte kościoły, wywieziono kapłanów…”. „Odmawiajcie różaniec” – zalecała Maryja.

    „Życzę sobie, abyście codziennie odmawiali różaniec” – powtarzała wielokrotnie przez wszystkie dni objawień.

    Maryja mówi w Medjugorie

    [objawienia niepotwierdzone przez Kościół]

    Zachęta, a czasem wręcz uniżona, błagalna prośba, by przez różaniec zwracać się do Boga, jest centrum trwających od 24 czerwca 1981 r. objawień.

    „Różaniec nie jest ozdobą domu, a często ludzie traktują go tylko jako ozdobę. Powiedz wszystkim, aby się na nim modlili” – mówiła Maryja do Mirjany 18 marca 1985 r.

    „Proszę was, abyście wszystkich wezwali do odmawiania różańca. Różańcem pokonacie wszystkie trudności, którymi szatan chce wyrządzić krzywdę Kościołowi katolickiemu. Kapłani, wszyscy odmawiajcie różaniec! Nie żałujcie czasu na modlitwę różańcową”.

    „Pragnę tylko, aby różaniec stał się dla was życiem” – prosi Maryja 4 sierpnia 1986 r.

     „Niech różaniec w waszych rękach przypomina wam o Jezusie…”

    Maryja mówi do Christiany

    [objawienia niepotwierdzone przez Kościół]

    W Aokpe, małej nigeryjskiej osadzie, Maryja objawiła się dwunastoletniej Christianie 1 grudnia 1992 r. Gdy dziewczynka po modlitwie różańcowej wychodziła śpiesznie z Kościoła, usłyszała: „Po odmówieniu różańca usiądź i oddaj się na jakiś czas medytacji”.

    Objawienia w Aokpe uznano za wielki apel o różaniec, zwłaszcza, że Maryja prosiła, aby rodzice uczyli dzieci tej modlitwy, odmawiania jej w skupieniu, bez pośpiechu.

    Maryja mówi do s. Agnes

    [objawienia niepotwierdzone przez Kościół]

    W japońskiej Akicie Maryja zostawiła s. Agnes Katsuko przesłanie, w którym ratunek dla świata ukryty jest w różańcu. „Jeżeli ludzie nie zaczną pokutować i nie poprawią się, Ojciec ześle na ludzkość straszliwą karę. Będzie to kara większa niż potop, nieporównywalna z niczym, co widział świat. Ogień spadnie z nieba i unicestwi większą część ludzkości, dobrych na równi ze złymi, nie oszczędzając ani kapłanów, ani wiernych.

    Ci, co ocaleją, będą czuć się tak samotni, że będą zazdrościć umarłym. Jedyna broń jaka wam pozostanie, to różaniec i znak pozostawiony przez mego Syna. Dlatego dzień i noc odmawiajcie różaniec. Na różańcu módlcie się za papieża, biskupów i kapłanów. Nie będziecie mieć innej broni oprócz różańca”.

    Maryja mówi w Itapirandze

    [objawienia niepotwierdzone przez Kościół]

    W Brazylii objawiła się Edsonowi Glauber i jego mamie, Marii Carmo. Był 30 kwietnia 1994 r., w czasie modlitwy różańcowej zobaczyli Matkę Bożą z różańcem w dłoni.

    „Usłyszałem bardzo piękny głos, który powiedział mi: Módl się z serca. Pomyślałem wtedy: Skąd ten głos i kto to jest? Odmawiając trzecią tajemnicę usłyszałem go ponownie. Powiedział: Módl się na różańcu każdego dnia…” – zeznawał Edson w czasie badań autentyczności objawień.

    Maryja mówi do Ciebie

    We wszystkich spotkaniach Maryja mówiła też do nas, do mnie i do ciebie. Przypominała, ba, więcej, gwarantowała, że różaniec otwiera niebo.

    W pierwszej rozmowie w Fatimie na pytanie: „Czy Franciszek pójdzie do nieba?” odpowiedziała jasno: „Tak, ale musi odmówić jeszcze wiele różańców”.

    I tak się stało. Mały Franio z wielkim sercem odpowiedział wtedy, że „odmówi tyle różańców, ile Maryja chce”. Dziś jest świętym Kościoła.

    Agnieszka Bugała/Aleteia.pl

    ______________________________________________________________________________________________________________

    O. Pio: Odmawiajcie Różaniec tak często, jak tylko to możliwe

    fot. via Wikipedia, CC 0

    ***

    św. ojciec Pio:

    Odmawiajcie Różaniec tak często, jak tylko to możliwe

    Święty Ojciec Pio od najmłodszych lat odznaczał się wyjątkowym umiłowaniem Najświętszej Maryi Panny. „Maryja jest wszelką przyczyną mej nadziei” – napisał na tabliczce zawieszonej nad drzwiami do swojej klasztornej celi. Wszystkim, którzy prosili go o pomoc, zawsze polecał, aby zawierzyli swoje sprawy naszej Matce.

    W swoim napisanym na kilka dni przed śmiercią duchowym testamencie włoski kapucyn zachęcał: „Kochajcie Matkę Najświętszą; czyńcie wszystko, by Ją kochano. Zawsze odmawiajcie Różaniec, róbcie to tak często, jak tylko to możliwe”. Sam, spełniając prośbę skierowaną przez Maryję do fatimskich dzieci, odmawiał Różaniec wiele razy dziennie, nazywając go swoją bronią.

    Tą modlitwą powierzał Bogu za przyczyną Matki Bożej wszystkich grzeszników, prosząc dla nich o nawrócenie. Szczególnie modlił się za kapłanów i zakonników, którzy mimo swojego wyjątkowego uprzywilejowania, oddają się grzesznemu życiu. Jeszcze zanim otrzymał łaskę noszenia stygmatów, w jednym z objawień Jezus powiedział mu: „Będę konał w agonii do końca świata z powodu dusz, które najbardziej uprzywilejowałem”.

    Takie samo polecenie otrzymały od Matki Bożej fatimskie dzieci. Hiacynta powiedziała pewnej siostrze zakonnej: „Matko moja, módl się za grzeszników! Módl się dużo za księży! Módl się dużo za zakonników! Księża powinni zajmować się wyłącznie sprawami Kościoła. Księża powinni być czyści, bardzo czyści. Nieposłuszeństwo księży i zakonników wobec ich przełożonych i wobec Ojca Świętego bardzo obraża Jezusa”.

    Modlitwa różańcowa za grzeszników, szczególnie za duchownych, jest wielkim głosem płynącym z fatimskich objawień i nauczania o. Pio. To modlitwa, do której wezwani są wszyscy katolicy, a która może wyjednać nawrócenie całego świata.

    kak/Giovanni Cavagnari, Ojciec Pio. Droga do świętości, tłum. Angieszka Daniluk, Kraków 2012

    Fronda.pl

    ______________________________________________________________________________________________________________

    św. Jan Paweł II:

    Odmawiajcie różaniec w domach!

    To droga uprzywilejowana

    rosary-shutterstock_676028902.jpg

    Shutterstock

    ***

    „Byłoby dobrze powrócić do pięknego zwyczaju odmawiania różańca w domu, jaki panował jeszcze w poprzednich pokoleniach. Rodzina, która modli się zjednoczona, zjednoczona pozostaje” – mówił papież w katechezie w 2003 roku.

    Różaniec: modlitwa prosta, a zarazem głęboka

    Jestem głęboko wdzięczny Bogu za ten czas łaski, w którym cała wspólnota Kościoła mogła pogłębić refleksję nad wartością i znaczeniem różańca jako modlitwy chrystologicznej i kontemplacyjnej.

    „Kontemplować z Maryją oblicze Chrystusa”. Te słowa, zaczerpnięte z Listu apostolskiego Rosarium Virginis Mariae stały się niejako mottem Roku Różańca. Wyrażają one syntetycznie autentyczne znaczenie tej modlitwy, prostej, a zarazem głębokiej. Jednocześnie uwypuklają związek między wezwaniem do modlitwy różańcowej a drogą, jaką wskazałem Ludowi Bożemu w moim poprzednim Liście apostolskim Novo millennio ineunte.

    Droga Maryi

    Jeśli bowiem na początku trzeciego tysiąclecia chrześcijanie mają być tymi, którzy „kontemplują oblicze Chrystusa” (Novo millennio ineunte, 16), a wspólnoty kościelne stać się „prawdziwymi szkołami modlitwy” (tamże, 33), to różaniec stanowi „drogę maryjną” – a przez to uprzywilejowaną — do osiągnięcia tego podwójnego celu.

    Kościół, który pragnie coraz lepiej odzwierciedlać misterium Chrystusa, medytuje tajemnice Jego Ewangelii w szkole Maryi.

    Jest to „droga Maryi” (Rosarium Virginis Mariae, 24), droga, na której zrealizowała swą wzorcową pielgrzymkę wiary, jako pierwsza uczennica Wcielonego Słowa. Równocześnie jest to droga autentycznej pobożności maryjnej, całkowicie skupionej na więzi łączącej Chrystusa i Jego Najświętszą Matkę (tamże).

    Różaniec odmawiany w domu

    Rodzina! To właśnie komórka rodzinna powinna być pierwszym środowiskiem, w którym przyjmuje się, pielęgnuje i chroni pokój Chrystusa. Jednak w naszych czasach bez modlitwy coraz trudniej jest rodzinom realizować to powołanie.

    Dlatego właśnie byłoby dobrze powrócić do pięknego zwyczaju odmawiania różańca w domu, jaki panował jeszcze w poprzednich pokoleniach. „Rodzina, która modli się zjednoczona, zjednoczona pozostaje” (Rosarium Virginis Mariae, 41).

    Są to fragmenty wypowiedzi Jana Pawła II z audiencji generalnej w Watykanie z dnia 29 października 2003 roku. Tytuł, lead, śródtytuły i skróty pochodzą od redakcji Aleteia.pl.

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Różaniec „działa” – zapewnia siostra Łucja z Fatimy i wyjaśnia, dlaczego tak uważa

    ROSARY

    Fred de Noyelle | Godong

    ***

    „Nie ma tak trudnego problemu, którego by nie rozwiązał różaniec”.

    Różaniec „działa”! Dlaczego? Oddajmy głos siostrze Łucji. Przecież to z nią rozmawiała w Fatimie sama Matka Boża!

    Siostra Łucja z Fatimy o różańcu

    26 grudnia 1957 r. ksiądz Augustín Fuentes z meksykańskiej diecezji w Veracruz przeprowadził z siostrą Łucja długą rozmowę. Był on wicepostulatorem procesów beatyfikacyjnych świętej Hiacynty i świętego Franciszka Marto, kuzynostwa Łucji, również widzących Matkę Bożą.

    Po spotkaniu z s. Łucją ksiądz przekazał słowa zakonnicy „z pełną gwarancją autentyczności i z wymaganą episkopalną aprobatą, włącznie z biskupem Fatimy”. Oto co wyznał zakonnica:

    Proszę zauważyć, księże, że w tym ostatnim czasie, który przeżywamy, Matka Boża nadała modlitwie różańcowej nową skuteczność. Dała nam tę skuteczność w taki sposób, że nie ma takiego problemu, przejściowego czy duchowego, jak bardzo trudnym by nie był, w naszym życiu osobistym, w życiu naszych rodzin, świata czy zakonnych wspólnot, a nawet w dziejach ludów i narodów, których by nie rozwiązał różaniec.

    Oświadczam, nie ma tak trudnego problemu, którego by nie rozwiązał różaniec. Dzięki różańcowi się uratujemy. Uświęcimy. Pocieszymy Pana Jezusa i uzyskamy zbawienie dla wielu dusz.

    Reasumując: różaniec „działa”!

    Francisco Veneto/Aleteia.pl

    ______________________________________________________________________________________________________________

    O RÓŻAŃCU

    Pewnego wieczora, udając się na spoczynek, o. Pio poprosił współbrata: „Podaj mi, proszę, broń z kieszeni mojego habitu”…

    Nieco skonsternowany brat posłusznie przetrząsnął kieszeń, ale broni tam nie znalazł. „Ojcze, tam nie ma żadnej broni. Tylko różaniec” – wyjaśnił. „A różaniec to niby nie broń?” – odparł święty.

    I tak właśnie jest. Różaniec to może być broń, za pomocą której możemy walczyć z egoizmem i namiętnościami. Broń, która rozwija w nas cierpliwość, pokorę i miłosierdzie. I wreszcie: broń, która pozwoliła ludzkości zwyciężyć w niezliczonych bitwach: duchowych i nie tylko. Przekonajcie się sami.

    ***

    Maria Paola Daud/Aleteia.pl

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Sposób Wojciecha Kilara na skołatane nerwy? Różaniec!

    Wojciech Kilar/ culture.pl

    Wojciech Kilar/ culture.pl

    ***

    Wojciech Kilar. Kompozytor znany fanom muzyki filmowej na całym świecie. W Polsce  żadna studniówka nie odbędzie się bez „Poloneza” do jego słynnej muzyki. Autor dzieł religijnych. Tworzył z miłości. Kochał Jasną Górę. Tam ładował baterie, odzyskiwał spokój.

    Nie był chrześcijaninem tylko w kościele. Pomagał niewidomym w podwarszawskich Laskach, chorym,  a kiedy widział, że w aptece brakuje człowiekowi na leki: płacił za nie. Wspierał schroniska dla zwierzaków. Serce oddał jednak całkowicie żonie Basi. Dzięki niej trwał przy Bogu. Czuł, że ma na niego Oko.

    W internecie pod utworami Wojciecha Kilara fani piszą, że emocji, jakie wywołują w nich jego utwory, nie są w stanie opisać słowami:

    „Jakim trzeba być, żeby tworzyć taką muzykę, która porusza każdą strunę. Panie Wojciechu, dziękujꔄCoś niesamowitego. Nie umiem opisać słowami, co czuję. Muzyka przenosi w inną rzeczywistość”.„Tęsknota za wiecznością”.

    Odpowiedzi na pytanie, jakim człowiekiem był Wojciech Kilar, można szukać u przyjaciół kompozytora. Choć nie zawsze go rozumieli.

     „Był szalenie gwałtowny, poirytowany, wybuchowy, a jednocześnie jakiś wycofany, powściągliwy, delikatny w sądach” – mówił reżyser Krzysztof Zanussi i dodawał, że nie rozumiał, jak można w sobie łączyć tak sprzeczne cechy.

    Inny znajomy dodawał: „Jest dwóch Wojtków. Jeden birbant i wesołek, cieszący się życiem jak mało kto, dowcipny i tryskający energią, i drugi – który ze strachu pożegnał się ze swoim grzesznym życiem i został prawie świętym”.

    Wojciech Kilar. Samotnik i mistyk, ale też dusza towarzystwa. Uwielbiał gości, ale nie organizował przyjęć. „Bywał zacięty, nerwowy” – mówiła Elżbieta Zanussi, kiedy widziała, jak kompozytor obraża się na jej męża. „Nieraz musiałam mu przypominać, że w chrześcijaństwie trzeba postępować wbrew uczuciom, jakie w danej chwili nas opanowały – poniżenia, lekceważenie czy skrzywdzenia i nieustannie wyciągać rękę do zgody. Gdybyśmy się poddali chwilowym urazom, to bylibyśmy w stanie wyrzucić z domu wszystkich przyjaciół, którzy nie myślą jak my”.

    Muzyka zaprowadziła kompozytora do Watykanu

    Żył poza schematami, budząc emocje. Żył między Polską (mieszkał w Katowicach), a Hollywood, gdzie spełniał swój Americam dream. Jeździł mercedesem z szaleńczą prędkością, uwielbiał eleganckie perfumy i krawaty. A w domu żarliwie odmawiał różaniec. Kochał góry. Kiedy stawał na szczycie, przeżywał „oszałamiające poczucie szczęścia”. Szczególnie lubił zaglądać na Kalatówki.

    „W kaplicy sióstr Albertynek przy drodze na Kalatówki miałem najlepszy kontakt duchowy z Bratem Albertem. Droga ta nie prowadzi na żadne interesujące szlaki tatrzańskie, ale jakby specjalnie do Niego”.

    Brat Albert Chmielowski był mu szczególnie bliski: artysta, malarz. Wojciech Kilar napisał muzykę do filmu o nim „Brat naszego Boga”(od red. film w reżyserii Krzysztofa Zanussiego, zrealizowany na podstawie dramatu Karola Wojtyły).

    Kilar był pasjonatem muzyki. Uważał, że prowadzi do Boga. Słuchając Bacha, myślał o potędze Boga Stwórcy. Słuchanie powodowało u niego stany mistyczne, które ogromnie go  pocieszały. Lubił też msze gregoriańskie. W muzyce chorałów czuł nieziemskie klimaty. Czysty kosmos: boskość.

    „Muzyką świętą jest każda muzyka czysta, dobra, piękna, zmierzającą ku budowaniu człowieka. Dlatego święty może być jakiś menuecik Mozarta czy preludium Chopina”.

    Być może podobne odczucia miał Jan Paweł II słuchając Mszy Kilara. W liście do kompozytora pisał, że modli się, by słuchaczy: „harmonia ducha jak najprędzej przepełniła serca”.

    Mieli okazję się poznać w Watykanie. Kompozytor czuł ogromne wzruszenie, kiedy widział, że papieżowi zmieniał się wyraz twarzy, podczas słuchania jego utworu, w którym słychać echa góralszczyzny.

    Nie zawsze był blisko Boga

    Zanim zaczął żyć wiarą, nie stronił od alkoholu. Do abstynencji i praktykowania religii, namówiła go żona. „Basia wyciągnęła mnie z alkoholowego dna i zrobiła to w sposób typowo kobiecy- prawą ręką do lewego ucha. Nie było ani słowa wymówki czy żadnego kazania”.

    Sakralny debiut kompozytora miał miejsce w jego 37 urodziny. Nastąpił przełom w podejściu do duchowości. Do tej pory unikał utworów religijnych i pełnych kościołów w niedzielę. Ludzie przeszkadzali mu w kontemplacji i był pełen szalejących w nim sprzeczności. Choć nigdy nie wątpił w istnienie Boga.

    „Szczęśliwie zostałem obdarzony jednym z darów Ducha Świętego, a mianowicie bojaźnią Bożą”. Zawsze czuł, że Ktoś na niego patrzy.

    Kocia natura kompozytora

    Kompozytor koty kochał miłością absolutną. Miał ich naturę. Skromny, wycofany, trochę narcystyczny Zaczynał żyć nocą. Wtedy przychodziły mu do głowy, najlepsze pomysły.

    „Przychodzą mi do głowy koło północy. Większość ludzi śpi, a ja mam wtedy stuprocentowy spokój i pracuję”. Z kocią fascynacją wiąże się plotka, że jeden z ufundowanych przez niego kościelnych dzwonów nazwał na część kota: Franciszka. Tłumaczył, że chodziło o świętego, ale i tak w świat poszła informacja, że w Brynowie dzwoni Wojciech, jego żona i ich kot. Denerwował się, kiedy mówili, że zwierzęta nie mają duszy. Nie mógł się zgodzić z tą teorią. Z pomocą przychodził Krzysztof Zanussi, mówiąc, że w Biblii nie ma ani jednego zdania, które by wykluczało taką możliwość. Jak kot dopuszczał do siebie blisko tylko wybranych. Kiedy mówił, jak wyobraża sobie niebo, odpowiadał, że cieszy się na spotkanie z Bogiem, żoną i  kotami. Po śmierci żony Basi większość czasu spędzał w domu. Kiedy miał problem z dokończeniem kompozycji, mówił, że dawała mu znaki, przykładowo śniąc się w nocy.

    „Często z nią rozmawiam, odwiedzam jej grób – zwyczajnie wierzę w świętych obcowanie”. Kiedy odeszła, nie pytał Boga, dlaczego ją zabrał. „Widziałem w tym jego łaskę, bo ostatnie lata Basi były ciężkie”.

    Dzięki modlitwie  przywoływał się do porządku. Przypominał sobie, że ona już nie cierpi. Mijało użalanie się nad sobą.  Kiedy w samotności odmawiał różaniec, myślał: „Kiedy mówię: „owoc żywota Twojego, Jezus, który Cię o Panną, wziął do nieba, … który Cię, o Panno, w niebie ukoronował” – myślę o niej”. Żona Wojciecha Kilara prowadziła go przez cała lata do Boga. W tej wędrówce niezwykle ważna była też Matka Boża.

    Jak nie wpaść w „uniesienie prorockie”?

    Kompozytorowi bliski był fragment Pisma Świętego o „wpadnięciu w uniesienie prorockie”. Czuł je podczas pisania  „Angelus”. Krytycy pisali o nim: „swoisty muzyczny Różaniec”. Kiedy komponował „Mszę”, czuł, że to było z góry zaplanowane.Zaczął w wigilię Zesłania Ducha Świętego, a ukończył w Zwiastowanie. Pracował nad nią dziewięć miesięcy. Przyznawanie się głośno do wiary, nie przywodziło mu sławy. Robi to, bo był sobą i nie bał się mówić, co jest dla niego najważniejsze.

    Wojciech Kilar dawanie świadectwa, uważał za obowiązek każdej osoby publicznej. Odnoszący sukces lekarz, stolarz czy dziennikarz pracuje w ten sposób na dobry obraz kościoła. Zaprzecza, że: „Kościół to grupa nieudaczników, znających tylko „pod Twoją obronę”.

    Kilar często mówił w mediach: „na Jasnej Górze czuje się u siebie”. Po raz pierwszy odwiedził Jasną Górę w stanie wojennym i od razu poczuł, że znalazł swoje miejsce. W miarę upływu lat doczekał się w klasztorze swojej celi, w której nawet pozwalano mu palić. Podczas pobytów odzyskiwał spokój i poczucie wolności. Na Jasnej Górze został dopuszczony do rzeczy niezwykłej. Widział, jak wywożą obraz windą do pokoju, gdzie czekali konserwatorzy, jak zakonnicy wyjmują go z ram. „Z bliska widać było, jak wizerunek Maryi jest zmordowany przez wieki, jakie nosi ślady uszkodzeń”. Kilar uciekał na Jasną Górę, by wewnętrznie przygotować się do komponowania, ale też…

    Różaniec lek na całe zło

    Największym przeżyciem na Jasnej Górze okazała się wspólna modlitwa w tłumie ludzi, której dotychczas unikał. Dotychczas wydawała mu się „natrętna i drażniąca mózg”. Nie lubił zbiorowego „recytowania zdrowasiek”.  Nagle w tej zbiorowości ludzkiej, gdzie każdy zawierzał Maryi swój los, powtarzana mantra- zmieniła go. Poczuł, że w tłumie ogarnia go „niepojęte wzruszenie”, że dotyka samego sacrum i chciał, żeby ta chwila trwała jak najdłużej.

    Na Jasnej Górze zrozumiał sens uczestnictwa w Kościele i radość bycia we wspólnocie. Odtąd nierozłącznym towarzyszem kompozytora stał się różaniec. Sięgał po niego codziennie. Uważał za skrót historii zbawienia. Ta modlitwa powodowała, że się uspokajał. Odmawiał go przed podróżami: każdym wylotem i podczas lądowania.

    Kompozytor był  fanem ks. Jana Twardowskiego. Łączyła ich miłość do różańca i Matki Bożej. Wiedział, że przez Nią można się łatwiej dostać do Jezusa.

    Skąd taka sława?

    Wojciech Kilar chorował na nowotwór złośliwy. Nie poddawał się, pracował. Mówi, że skoro Bóg trzyma go przy życiu, ma wobec niego zobowiązania. Siłę do walki dawała mu świadomość, że nie jest sam, to pozwalało mu przetrwać: „Jesteśmy ciągle razem, ciągle blisko z naszymi Najdroższymi Zmarłymi”.

    Kiedy pracował,  nie używał słów natchnienie od Ducha Świętego. Mówił, że w ten sposób można tłumaczyć każdą grafomanię. „Dlatego lepiej mówić o dobrej formie duchowej, jaką się ma podczas pracy”.

    Wojciech Kilar jako twórca czuł się zbędny społecznie. Często powtarzał, że ceni ludzi pracujących w zawodach, bez których nieustannego wysiłku nie moglibyśmy żyć (lekarz, górnik). Mówił też, że nigdy o nic nie zabiegał. „Wszystko przychodziło samo”.

    Nie walczył o karierę, bo miał teorię, że jak coś jest dobrem to samo wyjdzie z szuflady.

    Skąd więc taka kariera? Zdaniem Kilara dobrze jest do końca zachować duszę dziecka. Wtedy kolejne urodziny, jubileusze stają się mniej bolesne. „Za każdym razem rozsypuję na nowo puzzle nut i od nowa je składam”.

    Cytaty zmieszczone w tekście pochodzą z książek:

    “Kilar. Geniusz o dwóch twarzach”, Maria Wilczek-Krupa i “Wojciech Kilar. Takie piękne życie”, Barbara Gruszka-Zych

    Wojciech Kilar (1932-2013) Wybitny kompozytor muzyki poważnej, a także twórca muzyki do wielu filmów, m.in. „Ziemi obiecanej” Andrzeja Wajdy, „Pianisty” Romana Polańskiego, „Draculi” Francisa Forda Coppoli i serialu „Przygody pana Michała”. Do ważniejszych dzieł religijnych Kilara należą Angelus (1984) oraz Missa pro pace (2000). Nurt narodowo-religijny Kilara otworzyła Bogurodzica, napisana w 1975 r. Źródłem inspiracji utworu jest najstarsza polska pieśń religijna średniowiecza, którą kompozytor przedstawił wedle własnej wizji dźwiękowej. Był też autorem muzyki do filmu „Faustyna” –  historii życia siostry Faustyny Kowalskiej.

    Katarzyna Kamińska/Aleteia.pl

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Jedna niezwykle ważna rzecz o różańcu, której nauczył mnie torturowany żołnierz

    Czego nauczył mnie o różańcu torturowany jeniec wojenny

    LIU JIN / AFP

    ***

    Poruszające świadectwo żołnierza pokazało mi, że różaniec może być czymś znacznie więcej niż modlitwą uwielbienia.

    Poznałem tę historię jako nastolatek – na długo, zanim zostałem katolikiem – lecz nie mogę sobie przypomnieć, czy znam ją z gazety czy z filmu dokumentalnego w telewizji. Dotknęła mnie jednak i uświadomiła sprawy, które pozostają na trwałe w moim umyśle, ponieważ są bardzo poruszające.

    Młody żołnierz amerykański, zamknięty w upalnym więzieniu w środku dżungli, lepki od potu i niedożywiony, leżał półprzytomny na brudnej podłodze. Był bity codziennie, czasem nawet co kilka godzin. Kiedy noc mieszała się z dniem, a po jednym tygodniu nadchodził kolejny, ciągłe okrucieństwo wydawało się bez sensu, bez litości i bez końca.

    A mimo to, chociaż doświadczał olbrzymiego bólu i trawiła go gorączka, w momentach przytomności żołnierz trzęsącym się palcem wodził po podłodze, jakby coś w niej ryjąc. Łączył ze sobą dziesięć kropek w kółko, w środku rysując krzyż. I wtedy, prawie niezauważalnie, jego spuchnięte i zakrwawione usta zaczynały szeptać “Zdrowaś, Maryjo, łaski pełna, Pan z tobą…”.

    Jak później wspominał ten żołnierz, różaniec pozwalał mu pozostać przy zdrowych zmysłach w samym środku niewyobrażalnego okrucieństwa. Powtarzanie słów anioła Gabriela i św. Elżbiety skierowanych do Maryi: “Zdrowaś, Maryjo, łaski pełna, Pan z tobą, błogosławionaś ty między niewiastami”, modlenie się słowami “Ojcze nasz” i “Chwała Ojcu” oraz kontemplowanie tajemnic radosnej, bolesnej i chwalebnej wprowadzały żywą obecność Boga do tej rozpaczliwie ciemnej celi. Przesuwanie połamanymi palcami po punktach wyrytych w ziemi sprawiało, że czuł, iż porządek w jednej chwili bierze górę nad chaosem, a łaska przesłania bezsensowne cierpienie.

    Bóg był prawdziwie obecny

    Bowiem różaniec, jak doskonale rozumiał tamten żołnierz, nie jest bezmyślną recytacją frazy po frazie czy też bezdusznym wymienianiem scen z życia Chrystusa. Absolutnie nie. Jest to raczej głęboko mistyczne zanurzenie w Bogu. Jest to ucieczka od bezdusznego teraz do kochającego Wieczność. Jest to okazja do znalezienia się w ciepłych objęciach Jezusa Chrystusa. Jak to wyraził pewien wierzący pisarz:

    Słowa [różańca] są jak brzegi rzeki, a modlitwa jest jak rzeka. Brzegi są potrzebne, aby nadać rzece bieg i utrzymać jej ciągły przepływ. Ale chodzi nam głównie o rzekę. Tak jak w modlitwie chodzi o skłonienie serca ku Bogu, co jest najważniejsze… W miarę, jak rzeka płynie do morza, jej brzegi maleją. Tak też w miarę zbliżania się do głębi Bożej obecności słowa stają się mniej ważne… Mamy pozostać sami w cichym oceanie Bożej miłości.

    Tak rzeczywiście jest.

    Kiedy zostałem katolikiem, wierzyłem, że różaniec jest kontemplacyjną modlitwą uwielbienia. Uważałem, że być może jest to modlitwa, którą od czasu do czasu powinienem odmawiać. Jednak właśnie to poruszające świadectwo żołnierza pokazało mi jasno, że różaniec to coś o wiele więcej. Jest to niezrównane spotkanie z Chrystusem, który jest w stanie przeniknąć najtrudniejszą rzeczywistość. Jest to spotkanie modlitewne, podczas którego słowa stają się mniej istotne i “pozostajemy sami w cichym oceanie Bożej miłości”.

    Żołnierz, który przeżywał piekielne tortury, był tego świadomy i traktował różaniec jako głębokie i ratujące życie spotkanie z Bogiem. Czyż i my nie powinniśmy tak właśnie rozumieć modlitwy różańcowej?

    Tod Worner/Aleteia.pl

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Jezus mnie skarcił, gdy odprawiałem Mszę świętą

    Ksiądz modli się przy ołtarzu

    © Jeffrey Bruno ALETEIA

    ***

    Ksiądz, przytłoczony trudnymi sprawami swoich wiernych, poszedł odprawiać Eucharystię. Nie mógł się skupić, mylił się, odczytując modlitwę z mszału, aż w końcu wydarzyło się coś niespodziewanego…

    Każdy ksiądz na świecie doskonale to zna: nie ma ani jednego dnia, żeby ktoś mnie nie szukał i nie chciał ze mną porozmawiać. Słyszę wtedy pytania, jak należy postąpić w różnych sytuacjach: „Ojcze, już nie mogę znieść mojego męża. Jego wyzwiska, przemoc w domu sprawiają, że chcę go zostawić. Uważa ojciec, że to będzie dobre rozwiązanie?

    Czuję, że wszystko poszło nie tak w moim życiu. Cały mój wysiłek okazał się daremny, jestem zmęczona. Co mam zrobić…?”; „Moja teściowa jest przeciwko mnie, chcę się od niej odciąć i przestać się do niej odzywać. Co ojciec o tym myśli?”; „Dziadek zostawił nam wszystkim spadek, ale niektórzy na niego nie zasługują…”.

    Wiele takich historii i pytań słyszę każdego dnia. Zawsze staram się ich słuchać sercem, pocieszyć tych, którzy do mnie przychodzą słowami nadziei, zachęcić ich do czynienia dobra. Namawiam też, żeby prosili Boga o siły, by iść naprzód i przypominam, że o wiele bardziej warto cierpieć niesprawiedliwość, niż ją wyrządzać.

    Ale to, co mogę zrobić przede wszystkim, to modlić się za nich. Zwłaszcza w Eucharystii, kiedy trzymam w dłoniach swego Pana, mówię Mu: „Polecam Ci tę osobę i tamtą, pomóż im, aby podjęły jak najlepsze decyzje, ku chwale Twojej i z korzyścią dla ich rodzin…”.

    Co Jezus zrobiłby na moim miejscu?

    Jednak pewnego dnia, w trakcie tylko jednego popołudnia, spłynęła na mnie niezliczona ilość problemów i czułem, że moje rady są bardzo kiepskie. Do wieczornej mszy uzbierało się morze strapień i wciąż myślałem, co mógłbym zrobić, żeby właściwie ukierunkować osoby, które szukały u mnie konkretnego wsparcia. Tuż po konsekracji zająknąłem się kilka razy. Wtedy powiedziałem do siebie w myślach: „Źle to mówisz”.

    I w tym momencie usłyszałem wewnętrznie mojego słodkiego Jezusa: „To prawda, źle to mówisz. Nie będziesz mógł im pomóc. Powiedz im, by zapytali Mnie, co Ja zrobiłbym na ich miejscu? W ten sposób wskażesz im drogę”.

    Myliłem się. Nie tylko jąkając się przy odczytywaniu treści modlitwy z mszału, ale także w sposobie niesienia pomocy. Jezus miał rację. Któż, jak nie On, powie nam najlepiej, co mamy robić? Więc postanowiłem następnym razem nie martwić się tak mocno i tym, którzy przyjdą po poradę, dodać otuchy, żeby zbliżyli się do Boga i to Jego prosili o rady.

    Poproś o radę… Boga

    Tego samego wieczoru, zanim opuściłem kaplicę, przedstawił mi się pewien mężczyzna. Chciał ze mną porozmawiać. Opowiedział, że jego tata przez całe życie był dla niego bardzo okrutny. Właściwie dorastał wśród obelg i bicia, ojciec nigdy też nie wspierał jego i jego braci, by się kształcili. Mamę traktował równie źle, krzykiem wydając jej rozkazy. Więc kiedy tylko ten mężczyzna mógł, odsunął się od ojca i nie widział go od ponad 30 lat. Jednak tydzień temu jedna z ciotek opowiedziała mu, że jego ojciec jest dializowany, że jest bardzo słaby i że nikt z rodziny nie chce mu pomóc.

    W końcu mężczyzna zapytał mnie: „Ojcze, dzięki Bogu, mam rodzinę, jestem bardzo szczęśliwy, wiem, że moja żona i dzieci z ochotą przyjęłyby mojego tatę. Ale uważam, że to nie jest sprawiedliwe, żebym po tym wszystkim, co on nam zrobił, miał mu teraz pomagać. Wszyscy przez niego bardzo cierpieliśmy – ja, moja mama, moi bracia. Nie jestem zobowiązany mu pomóc, prawda?”.

    Objąłem tego mężczyznę i powiedziałem: „Ubolewam nad tym, co przeszedłeś, i rozumiem, że nie da się tego tak po prostu zrobić. Ale mam pewną propozycję. Otworzę kaplicę Najświętszego Sakramentu, a ty zapytaj naszego Pana, co On zrobiłby na twoim miejscu”.

    Kiedy minęło pół godziny, wrócił i we łzach powiedział mi: „Ojcze, przyjmę mojego ojca, dzięki niemu otrzymałem życie, przyjmę go w mym domu i pomogę mu we wszystkim, w czym tylko będę mógł…”.

    Tamtego wieczoru poszedłem spać bardzo szczęśliwy i czułem, że odpocząłem w czasie snu jak nigdy. Bóg kolejny raz pokazał mi, że to On rozwiązuje nasze problemy, że ja jedynie muszę Mu je przedstawić. Przypomniał mi także, jak łatwe byłoby nasze życie, gdybyśmy tylko Go do niego zaprosili.

    Wiele rzeczy wychodzi nam źle, bo nie pomyślimy, by zapytać o nie Jezusa: Co On zrobiłby na naszym miejscu? Bardzo chciałbym powiedzieć każdemu, kto przechodzi przez jakieś trudności albo musi podjąć ważne decyzje: „Nie bój się, nie zamęczaj siebie ze zgryzoty. Bóg cię kocha, jest z tobą i pomoże ci, tylko uklęknij przed Nim i zapytaj Go: „Dobry Jezu, co Ty zrobiłbyś na moim miejscu?”.

    ks. Sergio Argüello Vences/Aleteia.pl

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Ojciec Pio – sługa konfesjonału

    Ojciec Pio – sługa konfesjonału

    Sanktuarium w San Giovanni Rotondo. Kościół z zachowanym konfesjonałem ojca Pio.

    fot. Roman Koszowski/Gość Niedzielny

    ***

    To nie cudowne przenikanie duszy penitenta, czytanie z wnętrz ludzkich ani szorstkie traktowanie grzesznika, który unika przemiany, czyniło ze świętego ojca Pio charyzmatycznego spowiednika, lecz upór w doprowadzeniu człowieka do misterium zmartwychwstania.

    Przez ciemności nocy przesuwa się tłum pielgrzymów, któremu towarzyszy światło. Pochodnie, lampiony, latarki pomagają nie potknąć się na drodze krzyżowej, która w cieniu wysokich drzew biegnie zboczem wzgórza Castellano. Wije się serpentynami w górę, przecinając „schody do nieba”, jak nazwano szeroki kamienny trakt o długości 150 metrów. Wielu pielgrzymów wraca nimi na przykościelny plac. Francesco Messina, projektant i wykonawca tej drogi, której budowę rozpoczęto w 1967 roku, osiemnaście lat wcześniej, po spotkaniu z ojcem Pio, przeżył nawrócenie. Cztery lata później poświęcił ją arcybiskup Neapolu, kardynał Corrado Ursi. Przy piątej stacji ojciec Pio zastępuje Szymona Cyrenejczyka i pomaga Chrystusowi nieść krzyż. Trudno lepiej oddać rolę włoskiego mistyka w drodze krzyżowej Chrystusa. Zwłaszcza jeśli wziąć pod uwagę sakrament pokuty i pojednania, którego był niestrudzonym szafarzem, zwanym często „więźniem konfesjonału”. Od tego założenia trzeba wyjść, aby właściwie zrozumieć, dlaczego ojciec Pio był spowiednikiem, oględnie mówiąc, specyficznym.

    Czy szorstki, chwilami niemiły spowiednik, który potrafi odesłać penitenta bez rozgrzeszenia, może być skuteczny? Owszem, o ile nazywa się ojciec Pio.

    Szorstki święty

    Spowiedź u niego rzadko trwała dłużej niż pięć, sześć minut. Ba, stosunkowo często kończyła się po kilku sekundach… wyrzuceniem penitenta. „Siedział na krześle, często opierając stopę o dolną część klęcznika lub ramię o jego górną część” – napisał Luigi Peroni w dwutomowej biografii świętego, dodając: „Czasami bawił się dużą, błękitną chustką, a czasami sprawiał wrażenie skupionego na starannym wydzielaniu porcji tabaki. Gdy słuchał spowiadającego się penitenta, często utkwiwszy w nim spojrzenie, powolnym ruchem uderzał się w pierś. Słuchał uważnie; rzadko przerywał, prosząc o sprecyzowanie wypowiedzi. Tuż przy konfesjonale ci, którzy czekali na swoją kolej, aby się wyspowiadać, stali pogrążeni w głębokim milczeniu. Jakże inaczej odczuwali istotę sakramentu, do którego wielokrotnie w innych miejscach zbliżali się z nadmierną lekkością”. Te odmienne niż zazwyczaj emocje mogły towarzyszyć penitentom z rozmaitych przyczyn – spowiednik znany był przecież zarówno z nadzwyczajnych darów, dzięki którym przenikał duszę spowiadającego się – wiedząc nawet, co ten ukrywa, jak i z szorstkiego momentami zachowania. Stąd oczekiwanie na spowiedź często było nerwowe i pełne niepokoju, nierzadko towarzyszyło mu drżenie i strach. „Święta szorstkość ojca Pio” – zatytułowano jedną z ulotek rozpowszechnianych wśród członków Grup Modlitwy ojca Pio, w której przytoczono słowa kapucyna wypowiedziane do jednego ze współbraci, którego odprawił z konfesjonału bez rozgrzeszenia: „Jak bardzo cierpiałem! Tak bardzo chciałem go objąć!”. Te szorstkie, czasem obcesowe zachowania nazywał „kuksańcami”, którymi przywołuje do porządku swoje dzieci. Czy w epoce, w której neguje się stosowanie jakichkolwiek kar, a cielesnych szczególnie, wobec dzieci, ten typ spowiednika miałby kogo spowiadać? Czy garnęłyby się do niego tłumy? Czy przełożeni nie kazaliby mu powtarzać studiów pastoralnych? Trudno stwierdzić. Zapewne podręczników do penitencji pisać nie powinien, co nie znaczy, że ci, których wyspowiadał, mają czego żałować. I że żałować nie powinni ci, którzy spowiedzi u niego nie dostąpili.

    Ciężki krzyż trybunału

    Ponoć święty z San Giovanni Rotondo powtarzał często, że zasiadanie „w trybunale konfesjonału” jest bardzo trudnym obowiązkiem. Skojarzenie z Cyrenejczykiem nasuwa się po raz drugi – czy „przymuszony” do zmiany planów, napotkany po drodze zmęczony wędrowiec obarczony krzyżem przeszedłby w jakikolwiek inny sposób do historii? Robert Janson, słynny polski muzyk, na jednej ze swoich płyt nagrał piosenkę „Father Pio”. Zaśpiewał: „Ojcze Pio. Przyszedłem do Ciebie, gdyż cierpię (…) Między dziecięcymi grami i wojnami kretynów, między torturami i ulgą pomóż mi znaleźć mój dom”. W tej literackiej wizji święty ojciec Pio odpowiada: „Synu, jesteś tylko narzędziem losu, małym kawałkiem wieczności. Synu, możesz zmienić swoją drogę. Wszystko, co masz do zrobienia, to zmienić siebie”. Jansonowi udało się uchwycić sedno charyzmatu świętego spowiednika. Choć towarzyszyły mu cudowności, których większość posługujących w sakramencie pokuty i pojednania nie doświadcza, nie one były najważniejsze. Owszem, pomagały w różnych momentach. Na przykład wtedy, gdy pewien mężczyzna nie był w stanie przypomnieć sobie, ile czasu upłynęło od jego ostatniej dobrej spowiedzi. Wiedział doskonale, że jego spowiedzi od wielu lat były świętokradcze, ponieważ przystępował do nich właściwie tylko ze względu na swoją żonę. Ojciec Pio pomógł mu natychmiast, przypominając, że jego ostatnia dobrze odprawiona spowiedź miała miejsce zaraz po powrocie z podróży poślubnej.

    Największym jednak charyzmatem spowiednika nie było przypominanie przeszłości, lecz pomoc w wewnętrznej przemianie. Wszystko, co masz do zrobienia, to zmienić siebie, zdawał się mówić kapucyn z San Giovanni Rotondo.

    Jeśli więc przed tą zmianą uciekałeś, a pomimo tego klękałeś przy kratkach konfesjonału, trudno mu się dziwić, że cię odsyłał. Nie da się pomagać Chrystusowi nieść krzyża, nie biorąc go jednocześnie na swoje ramiona!

    Zmartwychwstanie grzesznika

    W siódmym roku swojego pontyfikatu Jan Paweł II podpisał adhortację apostolską Reconciliatio et poenitentia poświęconą tematyce sakramentu pokuty i pojednania. Napisał w niej między innymi, że każdy człowiek jest jak syn marnotrawny „owładnięty pokusą odejścia od Ojca, by żyć niezależnie; ulegający pokusie; zwiedziony ową pustką, która zafascynowała go jak miraż; samotny, zniesławiony, wykorzystany, gdy próbuje zbudować świat tylko dla siebie; w głębi swej nędzy udręczony pragnieniem powrotu do jedności z Ojcem”. To udręczenie człowieka pragnieniem powrotu zdawało się w życiu ojca Pio być główną przyczyną umiłowania posługi w konfesjonale. Peroni napisał: „Słowa: Ego te absolvo (Ja odpuszczam tobie grzechy) często wypowiadane przez spowiednika z wysiłkiem, przerywanym głosem, i ręka, która wzniesiona w geście rozgrzeszenia, nierzadko opadała jakby obciążona tajemniczym ciężarem, stanowiły żywy symbol tragedii penitenta i spowiednika. Jednak wraz z wypowiadaniem kolejnych słów formuły odpuszczenia grzechów poczucie odprężenia i radości napełniały spowiednika i penitenta, ponieważ zostały odrzucone więzy z szatanem, zaś drogi wiodące do życia wiecznego zostały przetarte na nowo. Misterium wielkanocne, misterium zmartwychwstania grzesznika zostały prawdziwie odprawione”.

    Znów przypomina się droga krzyżowa ze wzgórza Castellano: na jej początku ustawiono figurę świętego ojca Pio. Na jej końcu – zmartwychwstałego Chrystusa. Trudno bardziej obrazowo przedstawić życie i posługę świętego kapucyna jako „więźnia konfesjonału”. Ojciec Tarcisio z Cervinary ujął to dosadnie: „Stygmatyk z Gargano jest jedynym widzialnym znakiem pośród tysięcy udzielających sakramentu pokuty, który symbolizuje misterium męki i zmartwychwstania Chrystusa”.

    Nauczyciel spowiedników

    Czy faktycznie spośród tysięcy udzielających sakramentu pokuty i pojednania ojciec Pio był „jedynym”, jak to ujął Tarcisio, „widzialnym znakiem”? Trudno ocenić. Sakrament pokuty przynależy do najbardziej intymnych spotkań człowieka z Bogiem, w których – pomimo intymności – uczestniczy trzecia osoba. Jakkolwiek by nie interpretować zachowań świętego zakonnika w konfesjonale, zamiast dziwić się (czy gorszyć!) pozornym brakiem empatii wobec zestresowanego penitenta, warto raczej wsłuchać się w to, co sam o spowiedzi mówił. Zawsze po zakończeniu spowiadania udawał się do kościoła, gdzie długo się modlił skoncentrowany przede wszystkim na ogromnej odpowiedzialności, której się podjął, odpuszczając grzechy. Tę zasadę warto przypominać zarówno współczesnym penitentom, jak i ich spowiednikom. „Szukam najważniejszego błędu” – tłumaczył kapucyn, dodając: „Szukałem przez całe życie, lecz nie mogłem go znaleźć. Odchodzę od konfesjonału i oto pojawia się wątpliwość: czy dobrze wykonałem swoje zadanie, czy może źle? I nie mogę znaleźć argumentów, które by mnie oskarżały, ani takich, które by mnie usprawiedliwiały. Potrząsam głową i idę naprzód, łudząc się tym, aby uspokoić duszę. Spowiadam i mówię, że wyspowiadałem, nawet jeśli w wielu przypadkach popełniłem błąd, ale wątpliwość nigdy mnie nie opuszcza. Sądzisz, że to niewielkie cierpienie? Dręczy mnie to w dzień i w nocy i zadaję sobie pytanie, kim jestem? Nie wiem. Tym, który sam siebie łudzi? Nie wiem”. Biorąc pod uwagę obiegowe opinie na temat surowości ojca Pio jako spowiednika, skądinąd uzasadnione, trzeba przyznać, że powyższe słowa, będące zapisem wewnętrznego zmagania spowiednika, świadczą przede wszystkim o tym, jak poważnie traktował pełnioną przez siebie posługę. Nie o cukierkowate skojarzenia czułych pocieszeń wszak powinno chodzić, ale o przemianę człowieka. A zarówno ci penitenci, którym ojciec Pio rozgrzeszenia udzielił, jak i ci, którym go odmówił, odchodząc od konfesjonału, byli przekonani, że nie wydarzyło się nic rutynowego czy banalnie formalnego, ale dokonał się właśnie akt prawdziwej walki o siebie. To kolejna nauka zarówno dla spowiedników, jak i dla spowiadających się: zamiast tracić czas na pocieszanie, warto zająć się konkretną pomocą w walce. Bo bez niej – w kontekście grzechu – ani rusz. O ile chce się poważnie potraktować siebie, „w głębi swej nędzy udręczonego pragnieniem powrotu do Ojca”.

    ks. Adam Pawlaszczyk/Gość Niedzielny

    ______________________________________________________________________________________________________________

    CZWARTEK – 9 MAJA

    UROCZYSTOŚĆ WNIEBOWSTĄPIENIA PAŃSKIEGO
    MSZA ŚW. – godz. 20.00

    ***

    APEL JASNOGÓRSKI

    Bp Długosz: Europa bardziej od Zielonego Ładu potrzebuje Bożego ładu!

    Bp Antoni Długosz: Europa bardziej od Zielonego Ładu potrzebuje Bożego ładu!/09.05.2024

    ***

    „Europa musi mieć chrześcijańską duszę. W przeciwnym razie sama siebie unicestwi” – powiedział dziś wieczorem na Jasnej Górze bp Antoni Długosz, modląc się w czasie Apelu Jasnogórskiego w intencji uczestników jutrzejszej manifestacji przeciw Zielonemu Ładowi w Warszawie.

    W Warszawie odbędzie się jutro wielki protest przeciwko unijnej polityce klimatycznej, zorganizowany przez NSZZ „Solidarność” i NSZZ Rolników Indywidualnych „Solidarność”. Protestujący od 9 lutego rolnicy domagają się odejścia od unijnego Zielonego Ładu i powstrzymania napływu ukraińskich produktów rolnych.

    Dziś wieczorem, w częstochowskim sanktuarium jutrzejszy protest poprzedziło rozważanie „Europa nie potrzebuje Zielonego Ładu, potrzebuje Bożego ładu!”, które w ramach Apelu Jasnogórskiego poprowadził biskup pomocniczy senior archidiecezji częstochowskiej Antoni Długosz. Zgromadzeni w Kaplicy Cudownego Obrazu Matki Bożej modlili się za wszystkich, których dotkną konsekwencje Zielonego Ładu, za osoby zaniepokojone unijną polityką klimatyczną oraz za uczestników jutrzejszej demonstracji w Warszawie.

    – „Jasnogórska Pani, Tyś naszą Hetmanką! Polski Tyś Królową i najlepszą Matką. Dlatego dziś, w ten majowy wieczór, wołamy do Ciebie Matko, otocz płaszczem swojej opieki wszystkich polskich rolników, zatroskanych o los swoich gospodarstw. Polskich górników, hutników, stoczniowców przejętych przyszłością swoich rodzin. Polskich robotników, których miejsca pracy są zagrożone. Polskich pracowników, których firmy są stopniowo likwidowane. Polskich przedsiębiorców, na których nakłada się daniny nie do udźwignięcia. Polskich kupców, którzy nie mogą nadążyć za korporacyjną konkurencyjnością. Wreszcie tych, którzy czują się pokrzywdzeni, zagrożeni unijną polityką klimatyczną i wszystkich tych, którzy jutro licznie zgromadzą się w Warszawie i będą upominali się o prawo głosu dla nas, Polaków

    – rozpoczął modlitwę bp Długosz.

    Duchowny podkreślił, że „Europa bardziej od Zielonego Ładu potrzebuje Bożego ładu”.

    – „Bo kultura Unii Europejskiej, ukrywająca się za zasadą wolności religijnej, jest ateistyczna i antychrześcijańska. A szumnie głoszona neutralność światopoglądowa została zastąpiona obsesją na punkcie radykalnej lewicowej ideologii, w ramach której często mówi się o nowym światowym porządku, czy nowym światowym ładzie”

    – mówił.

    Wskazał, że podejmowane w ramach tej ideologii inicjatywy, zamiast prowadzić do harmonii, prowadzą do chaosu i ograniczania wolności. Zwrócił uwagę, że chcąc zrealizować te wizje, ich twórcy posuwają się do kłamstwa i podsycają ludzki strach, m.in. pod pretekstem globalnego ocieplenia.

    – „Wyzwalając strach i szlachetne intencje u poszczególnych jednostek, skłania się całe społeczeństwo do zaakceptowania ograniczeń dot. zużycia energii, użytkowania gruntów, z których każe się robić ugory. Zakazuje się hodowania bydła, jedzenia mięsa, podróży samolotami, zakupu samochodów”

    – wyliczał bp Długosz podkreślając, że w ten sposób ogranicza się wolność wyboru.

    Hierarcha mówił również o „cedowaniu elementów naszej suwerenności narodowej na rzecz międzynarodowych agencji, organizacji globalnych”.

    – „Unia Europejska szczyci się hasłami wolności i demokracji, ale żaden obywatel Europy, w tym Polski, nie został nigdy zapytany o to, czy godzi się na tzw. politykę Zielonego Ładu, choć to on poniesie największe konsekwencje w postaci zubożenia i znacznego obniżenia poziomu życia”

    – powiedział.

    Przypominając dziedzictwo św. Franciszka z Asyżu, bp Długosz zaznaczył w swoim rozważaniu, że „nam nie potrzeba jakiejś nowej ekoreligii, pod wpływem której młodzi ludzie oblewają farbą największe dzieła sztuki”, potrzeba nam Bożego ładu, który „zakłada, że człowiek ma obowiązek być w harmonii i szacunku wobec do natury”.

    – „Troska o środowisko jest ważna. Nawet bardzo ważna. Jednak nigdy nie może być ważniejsza od troski o człowieka”

    – przypomniał, przywołując prawdę o hierarchiczności stworzenia.

    Jeszcze raz podkreślił, że Europa potrzebuje Bożego ładu.

    – „Dlatego prawo w Europie powinno opierać się na chrześcijańskich wartościach, a nie na samowoli parlamentarzystów, wybieranych nieraz przypadkowo, którzy ustanawiają prawa sprzeczne z naturą człowieka, z Dekalogiem, z rozumem. Sprzeczne z zasadami przyzwoitości i uczciwości”

    – oświadczył.

    Zachęcając do sięgania do chrześcijańskich korzeni Europy, duchowny przypomniał symbolikę flagi Unii Europejskiej, która odwołuje się do pobożności maryjnej.

    – „Europa musi mieć chrześcijańską duszę. W przeciwnym razie sama siebie unicestwi”

    – zaznaczył.

    Bp Długosz prosił Jasnogórską Panią o wstawiennictwo przed Bogiem, aby polski naród miał siłę „do walki ze wszystkim, co się sprzeciwia godności człowieka oraz naszej chrześcijańskiej tożsamości”. Przypomniał słowa kard. Augusta Hlonda: „zwycięstwo, gdy przyjdzie, będzie to zwycięstwo Matki Najświętszej”.

    – „Głęboko ufamy, że tak się stanie, Nasza Matko i Królowa. Amen”

    – zakończył hierarcha.

    kak/Fronda.pl

    ______________________________________________________________________________________________________________

    PAX CHRISTI

    fot. radio Niepokalanów

    ***

    9 pierwszych piątków miesiąca. Na czym polega to nabożeństwo?

    W pierwszy piątek miesiąca wielu wiernych przystępuje do spowiedzi i Komunii świętej. Na czym polega praktyka 9 pierwszych piątków miesiąca i co się z nią wiąże?

    9 pierwszych piątków miesiąca to nabożeństwo, które jest znane wielu wiernym. Większość dzieci słyszy o nich na katechezie, zachęca się je też do tej praktyki tuż po Pierwszej Komunii. Dla dużej części osób pierwsze piątki miesiąca pozostają już na stałe dniem spowiedzi i komunii świętej. Skąd wzięła się ta praktyka?

    9 pierwszych piątków miesiąca w objawieniach Małgorzaty Marii Alacoque

    Powiedział o niej sam Jezus francuskiej siostrze zakonnej, św. Małgorzacie Marii Alacoque w czasie objawień. Przez ponad półtora roku ukazywał jej On swoje Serce płonące miłością do ludzi i zranione ich grzechami. Św. Małgorzata usłyszała od Jezusa o obietnicach, jakie daje On czcicielom jego Serca.

    Wśród nich pojawia się i ta: „Przyrzekam w nadmiarze miłosierdzia Serca mojego, że wszechmocna miłość moja udzieli tym wszystkim, którzy komunikować będą w pierwsze piątki przez dziewięć miesięcy z rzędu, łaskę pokuty ostatecznej, że nie umrą w stanie niełaski mojej ani bez sakramentów i że Serce moje stanie się dla nich bezpieczną ucieczką w godzinę śmierci”.

    Wielka obietnica

    Mówiąc to Jezus ukazał się św. Małgorzacie jako ubiczowany. Z czasem obietnicę tę nazwano „Wielką”, jako największą, jakiej człowiek może dostąpić w czasie ziemskiego życia. Jezus obiecuje praktykującym 9 pierwszych piątków miesiąca, że nie umrą nie będąc w stanie łaskie uświęcającej. W najstarszym polskim miesięczniku katolickim, „Posłańcu Serca Jezusowego”, można przeczytać niezwykłą historię związaną z tą obietnicą.

    Jedna z więźniarek obozu Ravensbrück została wyznaczona do egzekucji. Nie mogła uwierzyć, że po wielokrotnym odprawieniu dziewięciu piątków umrze bez sakramentów świętych. Tak się jednak złożyło, że choć dwukrotnie wzywano ją do tzw. transportu, z którego nie było już powrotu, w obu wypadkach niespodziewanie polecono jej wrócić do obozu. Dotrwała do czasu, gdy do obozu przemycono puszkę z komunikantami. Została stracona w dniu, w którym przyjęła Komunię św.

    Stacja7.pl

    ______________________________________________________________________________________________________________

    fot. domena publiczna,wikipedia.org/Muschio Di Quercia,Creative Commons Attribution 3.0,commons.wikimedia.org

    ***

    Modlitwa, którą codziennie odmawiał o. Pio. Koronka do Najświętszego Serca Jezusa

    Jak możemy dowiedzieć się z biografii św. o. Pio, często modląc się za innych ludzi, odmawiał on ułożoną przez siebie Koronkę do Najświętszego Serca Jezusa. Tekst tej modlitwy oparty jest na objawieniach św. Małgorzaty Marii Alacoque.

    Św. Małgorzata Maria Alacoque była francuską siostrą zakonną i mistyczką. Jest znana z propagowania nabożeństwa ku czci Najświętszego Serca Jezusowego, które zostało jej objawione w widzeniach przez Jezusa Chrystusa.

    W jednym z widzeń Jezus powiedział: „Przyrzekam w nadmiarze miłosierdzia Serca mojego, że wszechmocna miłość moja udzieli tym wszystkim, którzy komunikować będą w pierwsze piątki przez dziewięć miesięcy z rzędu, łaskę pokuty ostatecznej, że nie umrą w stanie niełaski mojej ani bez sakramentów i że Serce moje stanie się dla nich bezpieczną ucieczką w godzinę śmierci”. Tak zrodziła się praktyka 9 pierwszych piątków miesiąca.

    Św. Ojciec Pio miał wielką cześć dla Bożego Serca i znał objawienia Małgorzaty Marii Alacoque. Współbracia i inne osoby, które znały o. Pio, wspominali, że przez wiele lat, aż do śmierci, codziennie odmawiał tę koronkę, którą sam ułożył w latach 20. XX wieku – mówi kapucyn o. Roman Rusek, krajowy asystent Grup Modlitwy Ojca Pio.


    Koronka do Najświętszego Serca Jezusa

    1. O mój Jezu, Ty powiedziałeś: „Zaprawdę powiadam wam: proście, a otrzymacie, szukajcie, a znajdziecie, pukajcie, a będzie wam otworzone”, wysłuchaj mnie, gdyż pukam, szukam i proszę o łaskę…

    Ojcze nasz… Zdrowaś… Chwała Ojcu…
    Słodkie Serce Jezusa, w Tobie pokładam nadzieję.

    2. O mój Jezu, Ty powiedziałeś: „Zaprawdę powiadam wam: o cokolwiek prosić będziecie Ojca w imię Moje, da wam”, wysłuchaj mnie, gdyż proszę Ojca w imię Twoje o łaskę…

    Ojcze nasz… Zdrowaś… Chwała Ojcu…
    Słodkie Serce Jezusa, w Tobie pokładam nadzieję.

    3. O mój Jezu, Ty powiedziałeś: „Zaprawdę powiadam wam: niebo i ziemia przeminą, ale Moje słowa nie przeminą”, wysłuchaj mnie, gdyż zachęcony Twoimi słowami proszę o łaskę…

    Ojcze nasz… Zdrowaś… Chwała Ojcu…
    Słodkie Serce Jezusa, w Tobie pokładam nadzieję.

    O słodkie Serce Jezusa, dla Ciebie tylko jedno jest niemożliwe: nie mieć litości dla strapionych; dlatego okaż litość nad nami, biednymi grzesznikami i udziel nam łaski, o którą Cię prosimy przez bolesne i Niepokalane Serce Maryi, Twojej i naszej czułej Matki. Amen

    Antyfona Maryjna

    Witaj, Królowo, Matko miłosierdzia, życie, słodyczy i nadziejo nasza, witaj. Do Ciebie wołamy, wygnańcy, synowie Ewy. Do Ciebie wzdychamy, jęcząc i płacząc na tym łez padole. Przeto, Orędowniczko nasza, one miłosierne oczy Twoje na nas zwróć. A Jezusa, błogosławiony owoc żywota Twojego, po tym wygnaniu nam okaż. O łaskawa, o litościwa, o słodka Panno Maryjo.

    Wezwanie do św. Józefa

    Święty Józefie, Ojcze przybrany Jezusa Chrystusa, módl się za nami.

    Stacja7.pl

    ______________________________________________________________________________________________________________

    fot. Wojownicy Maryi/YouTube.com/Arina Krasnikova/Pexels

    ***

    Wojciech Modest Amaro: bez spowiedzi nie ma prawdziwego nawrócenia

    “W sakramencie spowiedzi spotykamy samego Boga. Jest to również przestrzeń na ziemi, do której szatan nie ma dostępu. Tam siedzi Chrystus. Nie ksiądz, który sam nie jest święty ani może nawet miły” – mówi Wojciech Modest Amaro w rozmowie z “Niedzielą”.

    W rozmowie Amaro przyznaje, że przez lata posługiwał przy ołtarzu, jako ministrant, ale przyszedł moment, kiedy porzucił Boga i „przestał rozwijać swoją wiarę”.

    Pochłonęło mnie życie: wyjechałem za granicę, popłynąłem z prądem świata w pogoni za zdobywaniem szczęścia swoimi metodami. Kontynuowałem czasami praktyki: niedzielną Mszę św., bardzo rzadko przystępowałem do sakramentu spowiedzi św., ale w swoim myśleniu byłem dalej osobą wierzącą – mówi w rozmowie z „Niedzielą”.

    „Poprosiłem, żeby mnie uratował”

    I w ten sposób żył bardzo długo, aż przyszedł moment nawrócenia, który – jak przekonuje – „jest gwarantowany dla każdego, kto jest ochrzczony”.

    Jest jeden mały warunek: musisz z głębi serca chcieć, żeby On ci pomógł, podał rękę, zmienił życie, uratował je, nadał mu sens. Taki warunek spełniłem, prosząc Go w sercu, aby mnie uratował – mimo że po ludzku nie brakowało mi niczego. I przyszedł po mnie… – opowiada.

    „Bez spowiedzi nie ma nawrócenia”

    Zapytany o to, czy można stawać publicznie po stronie Jezusa bez praktykowania wiary i sakramentów, odpowiada: Nie ma prawdziwego nawrócenia bez spowiedzi św. Nie jest to możliwe. I dodaje, że „wiara, którą wyznajemy, ma w sobie ten jedyny, unikalny sposób rozmowy z Bogiem w oparciu o Jego Dekalog”.

    Ta rozmowa – jak tłumaczy – to „kwintesencja posiadania przez nas wolnej woli, zaufania i wiary, że w sakramencie spowiedzi spotykamy samego Boga”Jest to również przestrzeń na ziemi, do której szatan nie ma dostępu. Tam siedzi Chrystus. Nie ksiądz, który sam nie jest święty ani może nawet miły – podkreśla, dodając, że bez spowiedzi nie można przyjąć „żywego Jezusa w Komunii Świętej, po którą przychodzisz do kościoła”.

    Po ten dar, tę cząstkę Bożą, którą składa w tobie, abyś mógł właśnie świecić Jego światłem, dawać o Nim świadectwo, żyć jego przykazaniami i po raz kolejny umniejszać swój egoistyczny wkład w twoim życiu – mówi.

    Tygodnik Niedziela.pl/Stacja7

    ______________________________________________________________________________________________________________

  • Ogłoszenia – kwiecień 2024

    ______________________________________________________________________________________________________________

    KOŚCIÓŁ ŚW. PIOTRA

    Niedziela 13/12 Msza św. g. 14:00 kościół św. Piotra (St Peters) Glasgow

    ST PETER’S CHURCH, PARTICK, 46 HYNDLAND STREET, Glasgow, G11 5PS

    ***

    W PIĄTEK 3 MAJA W UROCZYSTOŚĆ KRÓLOWEJ POLSKI

    MSZA ŚWIĘTA BĘDZIE O GODZ. 19.00

    _________________________________

    Jasna Góra:

    zaproszenie na uroczystość Królowej Polski

     fot. Karol Porwich/Tygodnik Niedziela

    ***

    Na Maryję jako tę, która jest doskonale wolną, bo doskonale kochającą, wolną od grzechu wskazuje o. Samuel Pacholski. Przeor Jasnej Góry zaprasza na uroczystość Najświętszej Maryi Panny Królowej Polski 3 maja. Podkreśla, że Jasna Góra jest miejscem, które rodzi nas do wiary, daje nadzieję, uczy miłości, a o tym świadczą ścieżki wydeptane przez miliony pielgrzymów. Zachęca, by pozwolić się wprowadzać Maryi w przestrzeń, w której uczymy się ufać Bogu i „wierzymy, że w oparciu o tę ufność nie ma dla nas śmiertelnych zagrożeń, śmiertelnych zagrożeń dla naszej wolności”.

    – Żyjemy w czasach, kiedy nasza wspólnota narodowa jest bardzo podzielona. Myślę, że główny kryzys to kryzys wiary, który dotyka tych, którzy nominalnie są chrześcijanami, są katolikami. To ten kryzys generuje wszystkie inne wątpliwości. Trudno, by ci, którzy nie przeżywają wiary Kościoła, nie widząc naszego świadectwa, byli przekonani do naszych, modne słowo, „projektów”. To jest ciągle wołanie o rozwój wiary, o odrodzenie moralne osobiste i społeczne, bo bez tego nie będziemy wiarygodni i przekonujący – zauważa przeor. Jak wyjaśnia, jedną z głównych intencji zanoszonych do Maryi Królowej Polski będzie modlitwa o pokój, o dobre decyzje dla światowych przywódców i „byśmy zawsze potrafili budować relacje, w których jesteśmy gotowi na dialog, także z tymi, których nie rozumiemy”.

    O. Pacholski wskazuje na sens ewangelicznego wydarzenia, kiedy Jezus w ostatnich chwilach agonii na krzyżu w osobie Jana oddaje Maryi całą wspólnotę uczniów, wszystkich ludzi wszystkich czasów, także tych, którzy rodzą się na polskiej ziemi. Powierzenie nam Maryi jako Matki dotyka naszej najgłębszej potrzeby – miłości. Paulin wyjaśnia, że panowanie Maryi jest panowaniem przez miłość. – To Jej królowanie jest panowaniem przez czułość, nie jest panowaniem przez prawo, a zatem jest to zawsze służba, duchowa władza nad sercami tych, którzy uznają w Maryi swoją Matkę i Królową – wyjaśniał jasnogórski przeor. Wskazał na Maryję jako tę, która jest doskonale wolną, bo doskonale kochającą, wolną od grzechu i podkreślił, że jeśli poddajemy się z własnej woli miłości, jaką ma do nas Jezus Chrystus a jaką objawił nam w tajemnicy krzyża, jeśli poddajemy się miłości Jego Matki, to jesteśmy coraz bardziej wolni. – Poddanie się komuś, kto jest doskonale wolny, w żaden sposób nie zawęża perspektywy naszej wolności, ale jest właśnie tym czynnikiem, który nas uwalnia od dotychczasowych zniewoleń – wyjaśnia zakonnik. Zauważa, że Jasna Góra jest w tym sensie miejscem „wolnościotwórczym”, w jakim dokonuje się dźwiganie człowieka z niewoli grzechu w sakramencie pokuty i pojednania, który jest szczególnie wpisany w misję częstochowskiego sanktuarium i paulinów.

    O. Pacholski podkreśla, że Jasna Góra jest wciąż miejscem, które rodzi nas do wiary, daje nadzieję, uczy miłości, a o tym świadczą ścieżki wydeptane przez miliony pielgrzymów. – To pielgrzymi potwierdzają, że to miejsce jest żywe i ciągle niesie przesłanie, które jest dla nich istotne – zauważa i zwraca uwagę, że to też wyzwanie dla paulinów, by w nauczaniu, głoszeniu „znajdowali przestrzeń nadziei, dla tych którzy często tu przychodzą poranieni, bez nadziei, zrozpaczeni nawet, z kryzysami wiary, kryzysami życia małżeńskiego, kryzysami, jakie rodzi dzisiejsza cywilizacja i żeby nie zabrakło nam sił, aby ich jednać z Bogiem, żeby pokazywać, że ta nadzieja wiąże się najpierw z uwolnieniem ciężaru grzechu i winy”.

    Na program uroczystości ku czci Najświętszej Maryi Panny Królowej Polski, które rozpoczną się już w wigilię, a więc 2 maja złożą się m.in. o godz. 18.00 Koncert Maryjny w wykonaniu chóru chłopięco – męskiego „Pueri Claromontani” (Bazylika), a 18.30 Procesja Maryjna po Wałach. Apel Jasnogórski o 21.00 poprowadzi abp Tadeusz Wojda, przewodniczący Konferencji Episkopatu Polski, a nocne czuwanie podejmie Bractwo NMP Królowej Korony Polski przeżywające swoje święto patronalne.

    3 maja w uroczystość NMP Królowej Polski o godz.10.00 rozpocznie się modlitewne czuwanie: „W oczekiwaniu na beatyfikację sługi Bożej Stanisławy Leszczyńskiej” połączone z możliwością podjęcia duchowej adopcji dziecka poczętego. Suma odpustowa odprawiona zostanie o godz. 11.00.

    Celebrować ją będą przedstawiciele Konferencji Episkopatu Polski na czele z przewodniczącym abp. Tadeuszem Wojdą, który wygłosi też kazanie. Ponowiony zostanie Milenijny Akt Oddania Polski w Macierzyńską Niewolę Maryi, Matce Kościoła za Wolność Kościoła Chrystusowego. Mszę św. celebrowaną w Bazylice o godz. 19.00 pod przewodnictwem abp. Wacława Depo, metropolity częstochowskiego poprzedzi o 18.30 procesja eucharystyczna po Wałach. Uroczystość zwieńczy Apel Jasnogórski z udziałem Wojska Polskiego z racji święta Konstytucji 3 maja.

    Uroczystość Najświętszej Maryi Panny Królowej Polski nawiązuje do obrony Jasnej Góry przed Szwedami w 1655 r. i ślubów króla Jana Kazimierza, w których powierza on królestwo opiece Matki Bożej oraz do uchwalenia Konstytucji 3 Maja. Święto wyraża wiarę narodu w szczególną opiekę Bożą, jakiej Polacy doświadczali i doświadczają za pośrednictwem Maryi. Zostało ustanowione na prośbę biskupów polskich po odzyskaniu niepodległości po I wojnie światowej. Oficjalnie zostało zatwierdzone w 1920 r. przez papieża Benedykta XV. Obchodzone jest od 1923 r. Po reformie liturgicznej w 1969 r. zostało podniesione do rangi uroczystości.

    BP @JasnaGóraNews/KAI

    ______________________________________________________________________________________________________________

    IV NIEDZIELA WIELKANOCNA 21 KWIETNIA

    NIEDZIELA DOBREGO PASTERZA

    Chrystus – Dobry Pasterz

    Ikona współczesna. Chrystus trzyma na ramionach owieczkę, która symbolizuje zagubionego człowieka, którego Dobry Pasterz odnajduje i przynosi z powrotem do owczarni. Jezus przytula z czułością pyszczek owieczki do swojej twarzy w geście przebaczenia i bezwarunkowego przyjęcia. Szata Jezusa ma kolor czerwony – królewski, a na ramieniu jest złoty pas – klaw, symbol godności arcykapłana. Tło złotego koloru to symbol boskości i światła.
    Litery IC XC to skrót greckich słów „Jezus Chrystus”

    (Ikona wykonana w Pracowni Klasztoru Mniszek Benedyktynek w Żarnowcu w 2017r.)

    ***

    ADORACJA OD GODZINY 13.30/ MOŻLIWOŚĆ SPOWIEDZI ŚWIĘTEJ

    MSZA ŚWIĘTA – GODZ. 14.00

    ***

    Dla Jezusa jesteś najważniejszy i niezastąpiony

    “Jezus myśli o każdym z nas jako o miłości swojego życia” – powiedział papież Franciszek w rozważaniu poprzedzającym południową modlitwę „Regina caeli”.

    Jezus Dobry Pasterz, któremu poświęcona jest w liturgii dzisiejsza niedziela, „daje życie swoje za owce”. Nie jest „najemnikiem, któremu nie zależy na owcach, ale tym, który je zna”.

    On nas zna, woła nas po imieniu, a kiedy zbłądzimy, szuka nas, aż nas znajdzie. Co więcej: Jezus jest nie tylko dobrym pasterzem, który dzieli życie owczarni; jest Dobrym Pasterzem, który ofiarował za nas swoje życie i po zmartwychwstaniu, dał nam swojego Ducha – wyjaśnił papież.

    Dla Jezusa jesteś niezastąpiony!

    Wskazał, że poprzez obraz Dobrego Pasterza Jezus chce nam powiedzieć „nie tylko, że jest przewodnikiem, Głową stada, lecz przede wszystkim, że myśli o każdym z nas jako o miłości swojego życia”.

    Pomyślmy o tym, że ja dla Chrystusa jestem ważny, niezastąpiony, jestem wart nieskończonej ceny Jego życia. Nie jest to pusta fraza: On naprawdę oddał za mnie życie, dla mnie umarł i zmartwychwstał, ponieważ mnie miłuje i znajduje we mnie piękno, którego często nie dostrzegam – podkreślił Franciszek.

    By odnaleźć siebie, trzeba stanąć w Jego obecności

    Zauważył, że wiele osób uważa, że „nasza wartość zależy od celów, jakie osiągamy, od naszego sukcesu w oczach świata, od osądów innych” i „często odrzucamy siebie z powodu błahostek”.

    Dzisiaj Jezus mówi nam, że jesteśmy dla Niego bardzo wiele warci, i to zawsze. Zatem pierwszą rzeczą, jaką musimy uczynić, aby odnaleźć siebie jest stanięcie w Jego obecności, pozwolenie, by nas powitały i podniosły miłujące ramiona naszego Dobrego Pasterza – zalecił papież

    Odkryj na nowo tajemnicę życia

    Zachęcił do zadania sobie pytania: „czy każdego dnia potrafię znaleźć chwilę, by przyjąć pewność, która nadaje wartość mojemu życiu? Chwilę modlitwy, adoracji, uwielbienia, przebywania w obecności Chrystusa i pozwolenia Mu, by mnie pogłaskał?”.

    Bracie, siostro, jeśli to uczynisz, odkryjesz na nowo tajemnicę życia: przypomnisz sobie, że Dobry Pasterz oddał za ciebie życie i że jesteś dla Niego ważny, wręcz niezastąpiony – powtórzył Franciszek.

    Kai/Stacja7.pl

    ***

    fot. radio Niepokalanów

    ***

    Każdego roku w IV Niedzielę Wielkanocną i następujący po nie tydzień jest czasem szczególnej modlitwy w intencji powołań do stanu kapłańskiego i życia zakonnego.

    Ojciec Święty Paweł VI 23 stycznia 1964 r. zarządził, że IV Niedziela Wielkanocna jest Niedzielą Dobrego Pasterza. Odtąd Kościół zachęca swoich wiernych do modlitwy o nowych „robotników żniwa”. Po raz pierwszy Dzień Modlitw o Powołania odbył się 12 kwietnia 1964 r.

    Jesteśmy wszyscy zaproszeni do żarliwej modlitwy o powołania kapłańskie, do życia konsekrowanego i misyjnego. Niech ten tydzień modlitw, który teraz przeżywamy, zachęci nas do stałej modlitwy w tych intencjach.

    Św. Jan Maria Vianney, który jest patronem kapłanów, zostawiał nam niesamowite ważne słowa, które, oby nas z mobilizowały do gorliwej i ustawicznej modlitwy o powołania kapłańskie: 

    „Gdyby zniesiono sakrament święceń, nie mielibyśmy Pana. Któż Go złożył tam, w tabernakulum? Kapłan. Kto przyjął waszą duszę, gdy po raz pierwszy wkroczyła w życie? Kapłan. Kto ją karmi, by dać siłę na wypełnienie jej pielgrzymki? Kapłan. Któż ją przygotuje, by pojawiła się przed Bogiem, obmywając ją po raz ostatni we Krwi Jezusa Chrystusa? Kapłan, zawsze kapłan. A jeśli ta dusza umiera ze względu na grzech, kto ją wskrzesi, kto da jej ciszę i pokój? Znowu kapłan… Po Bogu kapłan jest wszystkim!… On sam pojmie się w pełni dopiero w niebie.”

    Również warto posłużyć się modlitwą papieża Benedykta XVI w intencji powołań:

    Ojcze, spraw, by wśród chrześcijan rozkwitały liczne i święte powołania kapłańskie, które będą podtrzymywały żywą wiarę i strzegły wdzięczną pamięć o Twoim Synu Jezusie poprzez głoszenie Jego Słowa i sprawowanie Sakramentów, za pomocą których nieustannie odnawiasz Twoich wiernych. Daj nam świętych szafarzy Twojego ołtarza, którzy będą mądrymi i żarliwymi stróżami Eucharystii, Sakramentu najwyższego daru Chrystusa dla zbawienia świata.

    Powołuj sługi Twego miłosierdzia, którzy poprzez sakrament Pojednania będą rozszerzać radość Twojego przebaczenia. Spraw, Panie, by Kościół przyjmował z radością liczne natchnienia Ducha Twojego Syna i posłuszny Jego wskazaniom troszczył się o powołanie kapłańskie i do życia konsekrowanego. Wspieraj Biskupów, kapłanów i diakonów, osoby konsekrowane i wszystkich ochrzczonych w Chrystusie, aby wiernie wypełniali swoje posłannictwo w służbie Ewangelii. Prosimy o to przez Chrystusa naszego Pana. Amen.

    ***

    TYDZIEŃ MODLITW W INTENCJI KAPŁANÓW

    ***

    „Posłuszny jestem kapłanom”. Jakie miejsce w przesłaniu Bożego miłosierdzia zajmują kapłani?

    Święta siostra Faustyna: O, jak wielką mam cześć dla kapłanów i proszę Jezusa, Najwyższego Kapłana, o wiele łask dla nich.

    Święta siostra Faustyna: O, jak wielką mam cześć dla kapłanów i proszę Jezusa, Najwyższego Kapłana, o wiele łask dla nich.
    fot. Henryk Przondziono/Gość Niedzielny

    ***

    Jezus jest Dobrym Pasterzem. Staje się to szczególnie czytelne w misji kapłanów. Nie jesteśmy w stanie ogarnąć jej wielkości, ale możemy nieco z niej zrozumieć. Ułatwia to lektura „Dzienniczka” św. Faustyny.

    Krótko po pierwszych ślubach siostra Faustyna miała duchowe poznanie stanu pewnego duchownego, zagrożonego popełnieniem grzechu ciężkiego. „Zaczęłam prosić Boga, żeby dopuścił na mnie wszystkie udręki piekła, wszystkie cierpienia, jakie zechce, a przez to proszę o uwolnienie i wyrwanie z okazji popełnienia grzechu przez tego kapłana” – zanotowała święta w „Dzienniczku”. Jej ofiara została przyjęta: „W jednej chwili uczułam na głowie koronę cierniową. Kolce tej korony wdzierały mi się aż do mózgu. Trwało to trzy godziny”. Następnie Faustyna zapisała: „Uwolniony jest sługa Boży od onego grzechu, i umocnił Bóg jego duszę łaską szczególną”.

    Potrójna korona

    W przesłaniu Bożego miłosierdzia, przekazanym przez św. Faustynę, kapłani zajmują miejsce szczególne. To im i ich pasterskiej roli poświęcona jest znaczna część „Dzienniczka”. Najczęściej pojawiają się tam postacie kierownika duchowego Faustyny, ks. Michała Sopoćki, i jej spowiednika, jezuity o. Józefa Andrasza. Obaj ci duchowni zrozumieli, że Faustyna jest autentyczną mistyczką, obdarzoną wyjątkową misją, i bezbłędnie poprowadzili ją drogą woli Bożej. Ona sama była świadoma daru Bożego, jakim było dla niej ich duchowe towarzyszenie. Sam Jezus zapewnił ją w lutym 1938 roku: „Wiedz, że to jest wielka łaska Moja, jeżeli Ja daję duszy kierownika. Wiele dusz Mnie o to prosi, a nie wszystkim udzielam tej łaski”.

    Faustyna w pełni łaskę tę wykorzystała. Okazała całkowite posłuszeństwo swoim przewodnikom, a także wiele się za nich modliła. Ksiądz Michał Sopoćko nieraz przekonał się o skuteczności modlitw Faustyny. W styczniu 1936 roku święta zapisała: „W pewnej chwili prosił mnie jeden kapłan, żebym się pomodliła na jego intencję; obiecałam się pomodlić i poprosiłam o umartwienie”. Kiedy przełożona zgodziła się na podjęcie umartwienia, Faustyna poprosiła Jezusa ponadto, żeby przerzucił na nią wszystkie cierpienia, jakie tego dnia miał przeżywać ten duchowny.

    Skąd wiemy, że chodziło o ks. Sopoćkę? Wynika to z jego zapisków. „Trudności moje doszły do punktu kulminacyjnego w styczniu 1936 r. O tych trudnościach nikomu nie mówiłem, aż dopiero w dniu krytycznym prosiłem Siostrę Faustynę o modlitwę. Ku memu wielkiemu zdziwieniu w tymże dniu wszystkie trudności prysły jak bańka mydlana, zaś Siostra Faustyna opowiedziała mi, że przyjęła na siebie moje cierpienia i tegoż dnia doznała ich tyle jak nigdy w życiu” – wspominał 27 stycznia 1948 r.

    Z kolei Faustyna otrzymała duchowe wyjaśnienie, że cierpienia, których doświadcza ks. Sopoćko, są „dla potrójnej korony, która mu jest przeznaczona: dziewictwa, kapłaństwa i męczeństwa”.

    Kościół wyniósł księdza Sopoćkę do chwały ołtarzy. Obecnie toczy się proces beatyfikacyjny ojca Andrasza. Jezus kilkakrotnie zapewniał Faustynę, jak miły jest mu ten kapłan. „Dziś widziałam, jak ojciec Andrasz odprawiał Mszę Świętą; przed podniesieniem ujrzałam maleńkiego Jezusa, który był bardzo rozradowany” – zapisała święta w styczniu 1937 roku. Później zadała sobie pytanie, skąd ta radość. „Wtem usłyszałam te słowa wewnątrz: Bo dobrze Mi jest w sercu jego. I nie zdziwiło mnie to wcale, bo wiem, że bardzo kocha Jezusa” – podsumowała.

    Ojciec Andrasz jako spowiednik wielokrotnie rozjaśniał duchowe ciemności, w jakich czasem znajdowała się Faustyna. „Odpowiedzi jego tak głęboki spokój wprowadziły w duszę moją. Słowa jego były i są, i pozostaną na zawsze słupami ognistymi, które rozświeciły i oświecać będą duszę moją w dążeniu do najwyższej świętości” – zaświadcza zakonnica. Dalej przyznaje, że „mało jest takich kapłanów, którzy rozumieją całą głębię działania Bożego w duszy”.

    Jezus często podkreślał, że identyfikuje się ze spowiednikiem. „Wtem usłyszałam te słowa: Kapłan, kiedy Mnie zastępuje, to nie on działa, ale Ja przez niego; życzenia jego są życzeniami Moimi” – usłyszała święta w duszy. „Widzę, jak Jezus broni swych zastępców. Sam wchodzi w ich działanie” – skomentowała.

    Wiele będą żądać

    Faustyna bardzo szanowała kapłanów, co jednak nie znaczy, że odnosiła się do ich posługi potulnie i bezkrytycznie. Dzięki temu jej zawarte w „Dzienniczku” uwagi na temat duszpasterskiej funkcji duchownych są szczere i jasno formułowane. Najczęściej dotyczą one posługi w konfesjonale i kierownictwa duchowego i często wynikają z osobistych doświadczeń zakonnicy. „Czułam, że kapłan ten jakby się bał mnie spowiadać. To było dla mnie męczarnią” – zanotowała w pierwszym zeszycie „Dzienniczka”. Później rozwinęła tę myśl, stwierdzając: „Nie da duszy spokoju taki kapłan, jeżeli sam go nie posiada. O kapłani, wy świece jasne, które oświecacie dusze, niech jasność wasza nigdy nie będzie przyćmiona”. I dalej krótkie westchnienie: „O Jezu, daj nam kapłanów doświadczonych”.

    Święta wylicza błędy spowiedników. Należy do nich okazywanie zdziwienia, gdy penitent odsłania tajemnice swej duszy, których autorem jest Bóg. Taką reakcją spowiednik, który „mało zna drogi nadzwyczajne”, zamiast rozwiać wątpliwości, jeszcze ich przysparza. Kolejnym błędem jest okazywanie zniecierpliwienia. „Dusza wtenczas milknie i nie mówi wszystkiego, a tym samym nie odnosi pożytku” – pisze Faustyna. Wskazuje też na błąd lekceważenia drobnych rzeczy. „Nic nie ma w życiu duchowym drobnego. Czasami rzecz drobna na pozór odkryje rzecz wielkiej wagi, a dla spowiednika jest snopem światła w poznaniu duszy” – podkreśla. Zaznacza, że „cierpliwość i łagodność spowiednika otwiera drogę do najgłębszych tajni duszy”.

    W innym miejscu święta stwierdza: „O wiele więcej byłoby dusz świętych, gdyby było więcej kierowników doświadczonych i świętych”. Prowadzi ją to do konkluzji: „O wielka godności kapłana, ale i o wielka odpowiedzialności kapłana. Wiele ci dano, o kapłanie, ale i wiele od ciebie żądać będą…”. I wyznaje: „O, jak wielką mam cześć dla kapłanów i proszę Jezusa, Najwyższego Kapłana, o wiele łask dla nich”.

    Posłuszny Bóg

    Najważniejsze są w „Dzienniczku” słowa podkreślone, a w druku zaznaczone pogrubioną czcionką – to te, które wypowiada Jezus. Wielokrotnie są to wskazówki dla samej Faustyny, odnoszące się do korzystania z kapłańskiej posługi. Także w tym wypadku kontekstem jest najczęściej sakrament pokuty i pojednania. Wręcz szokująco brzmi zapewnienie Jezusa: „Przyszedłem pełnić wolę Ojca swego. Posłuszny byłem rodzicom, posłuszny katom, posłuszny jestem kapłanom”.

    Jezus jest posłuszny decyzjom, które kapłani podejmują w autorytecie swojego urzędu! O wyjątkowości tego autorytetu wiele mówi zdarzenie z ostatniego roku życia Faustyny, gdy przebywała w szpitalu. Ponieważ przez pewien czas nie przychodził do niej ksiądz z Komunią, zastępował go… serafin. Pewnego razu, gdy anioł zjawił się przed nią z Ciałem Pańskim, w Faustynie obudziła się wątpliwość co do czystości swojego serca. Zapytała o to Jezusa. „Nie mając odpowiedzi, rzekłam do Serafina: Czy byś mnie nie wyspowiadał? – A on mi odpowiedział: Żaden duch na niebie nie ma tej władzy” – czytamy w „Dzienniczku”. Żaden duch – jedynie kapłan.

    Faustyna, jako Sekretarka Bożego Miłosierdzia, wielokrotnie przekazuje wolę Jezusa w odniesieniu do kapłanów. „Córko Moja, mów kapłanom o tym niepojętym miłosierdziu Moim” – czytamy. Ze szczególnym naciskiem Jezus mówi o głoszeniu przez kapłanów Jego miłosierdzia: „Powiedz Moim kapłanom, że zatwardziali grzesznicy kruszyć się będą pod ich słowami, kiedy będą mówić o niezgłębionym miłosierdziu Moim, o litości, jaką mam dla nich w sercu swoim”. Towarzyszy temu obietnica: „Kapłanom, którzy głosić będą i wysławiać miłosierdzie Moje, dam moc przedziwną i namaszczę ich słowa, i poruszę serca, do których przemawiać będą”.

    Święta Faustyna, przebywając stale przy sercu Jezusa, dobrze rozumiała wielkość misji kapłańskiej. „Pragnęłabym się stać kapłanem, mówiłabym nieustannie o miłosierdziu Twoim duszom grzesznym, pogrążonym w rozpaczy. Pragnęłabym być misjonarzem i nieść światło wiary w dzikie kraje, by duszom dać poznać Ciebie, by dla nich wyniszczona umrzeć śmiercią męczeńską, jakąś Ty umarł dla mnie i dla nich” – modliła się z utęsknieniem. Jakby przeczuwając orzeczenie przyszłego soboru o uczestnictwie ochrzczonych w urzędzie kapłańskim Chrystusa, zakończyła tę modlitwę konkluzją: „O Jezu, wiem nadto dobrze, że mogę być kapłanem, misjonarzem, kaznodzieją, mogę umrzeć śmiercią męczeńską przez zupełne wyniszczenie i zaparcie się siebie z miłości dla Ciebie, Jezu, i dusz nieśmiertelnych”.

    Franciszek Kucharczak/Gość Niedzielny

    ___________________________________________________________________

    Ksiądz Arcybiskup Adrian Galbas SAC do księży:

    Śpiący i półsenni nikogo nie obudzą

    Abp Galbas do księży: Śpiący i półsenni nikogo nie obudzą

    Abp Adrian Galbas/fot.Roman Koszowski/Gość Niedzielny

    ***

    Śpiący i półsenni nikogo nie obudzą, a nieprzekonani nikogo nie przekonają! ‒ pisze do księży abp Adrian Galbas. Metropolita katowicki wystosował List do Księży z okazji Światowego Dnia Modlitwy o Powołania. Ten przypada w najbliższą niedzielę (21 kwietnia).

    W liście hierarcha zwraca uwagę na  orędzie papieża Franciszka. Przypomniał, że „bycie pielgrzymami nadziei i budowniczymi pokoju oznacza budowanie swojego życia na skale zmartwychwstania Chrystusa”, a naszym ostatecznym celem jest „spotkanie z Chrystusem i radość życia w braterstwie ze sobą na wieczność.” ‒ To ostateczne powołanie musimy antycypować każdego dnia: relacja miłości z Bogiem i z naszymi braćmi oraz siostrami zaczyna się już teraz, aby urzeczywistnić marzenie Boga, marzenie o jedności, pokoju i braterstwie ‒ wskazuje. Zachęca, za Ojcem Świętym, by nikt nie czuł się wykluczony z tego powołania!

    Arcybiskup pisze o odkrywaniu swojego powołania w Kościele i w świecie. „Bądźmy pasjonatami życia i zaangażujmy się w pełną miłości troskę o tych, którzy nas otaczają i o środowisko, w którym żyjemy” ‒ cytuje papieża Franciszka. Prosi również o modlitwę w intencji powołań. ‒ Módlmy się o to indywidualnie i wspólnotowo. Niech ta modlitwa będzie zanoszona podczas Mszy świętej oraz w czasie adoracji Najświętszego Sakramentu ‒ czytamy.

    Hierarcha zarządził ponadto, aby od IV Niedzieli Wielkanocnej (Dobrego Pasterza) aż do uroczystości świętych Apostołów Piotra i Pawła, podczas każdej Mszy świętej lub bezpośrednio po niej, modlono się o powołania, dodając to wezwanie do modlitwy powszechnej. Intencja ma być obecna również podczas nabożeństw majowych i czerwcowych. ‒ Ludzie muszą mieć świadomość, że jeśli nie będą modlili się o powołania, nie będą mieli w przyszłości kogoś, kto poda im Słowo i sakramenty ‒ pisze arcybiskup.

    Jak wskazuje, troska o nowe powołania to także nieustanna dbałość o jakość naszego życia. ‒ Przygotowujemy się do jubileuszu setnej rocznicy powstania naszej diecezji. Nie chcemy tego robić przede wszystkim w sposób zewnętrzny; przez proporczyki i chorągiewki ‒ podkreśla. ‒ Nie oszukujmy się, do gromady ludzi nieustannie zmęczonych i zmanierowanych nikt nie przyjdzie! Śpiący i półsenni nikogo nie obudzą, a nieprzekonani nikogo nie przekonają! ‒ pisze abp Galbas.

    Zachęca księży do regularnego rachunku sumienia, czy ich styl życia jest wzorowy. ‒ Jeśli powołania są darem Boga, to z pewnością Bóg ich nikomu nie podaruje „na zmarnowanie”. Jeśli jakaś wspólnota, nie będzie dostatecznie dojrzała, aby przyjąć Boży dar, jeśli nie zagwarantuje, że każde powołanie rozezna, uszanuje i dobre wykorzysta, Bóg powołań nie da ‒ czytamy w przesłaniu.

    Jak zauważa arcybiskup, troska o powołania to także stałe, systematyczne duszpasterstwo młodych, zarówno w wymiarze indywidualnym, jak i wspólnotowym. Zachęca do tworzenia dobrych miejsc spotkań na wzór oratoriów św. Jana Bosko. ‒ Nie szkodzi, że to kosztuje. Nie dajemy ze swoich ‒ przekonuje.

    Jak zaznacza, troska o powołania polega także na informacji. Odtąd w każdej parafialnej gablocie z ogłoszeniami ma pojawić się czytelna i jasna informacja o Wyższym Śląskim Seminarium Duchownym. Katechetów, duszpasterzy Liturgicznej Służby Ołtarza, a także młodzież i studentów hierarcha prosi, aby tematowi rozeznawania powołania poświęcili czas na katechezie i podczas spotkań formacyjnych. Informacje mają być też dostępne na stronach internetowych parafii.

    Arcybiskup prosi też o liczny udział w uroczystości święceń prezbiteratu, która odbędzie się w katedrze Chrystusa Króla 11 maja o godzinie 10:00. Jak podkreśla, sprawa powołań to sprawa naszej teraźniejszości i przyszłości. ‒ Poświęćmy się jej bez reszty i bez wyjątku. Jeśli nasze intencje będą szczere, modlitwy wytrwałe, a działania odważne, Bóg na pewno nam pobłogosławi! ‒ pisze abp Galbas.

    ASP/Gość Niedzielny

    ______________________________________________________________________________________________________________

    fot. Materiały Stacji7

    ***

    7 kroków do rozpoznania powołania kapłańskiego

    Odpowiedź na pytanie, czy ktoś jest powołany do kapłaństwa, nie jest oczywista. Poniższe refleksje mają ją przynajmniej w jakiejś mierze ułatwić.

    Wszyscy stanowimy święte i królewskie kapłaństwo (por. Lumen gentium, 10), tzn., że wszyscy ochrzczeni są powołani do tego, by ze swojego życia czynili miłą Bogu (Rz 12,1). W tym sensie nie ma się nad czym rozwodzić: jesteś ochrzczony(a) – jesteś powołany do kapłaństwa.

    Jednak obok kapłaństwa powszechnego Chrystus ustanowił również kapłaństwo, o którym Urząd Nauczycielski mówi często: „kapłaństwo służebne” – a więc takie, którego członkowie stawiają się do szczególnej i wyjątkowej posługi w Kościele.

    Oto 7 kroków do rozpoznania powołania.


    Krok 1: Głos sumienia

    Dla wielu ludzi mieć powołanie oznacza usłyszeć wezwanie od Boga. Nazywam to głosem sumienia, gdyż Bóg rozmawia z nami w naszym wnętrzu właśnie poprzez sumienie. Jeśli powołanie pochodzi od Boga, nie może być czymś urojonym czy też wykombinowanym przez nas samych. Jak się o tym przekonać, jeśli nie poprzez sumienie?

    Najważniejsze rzeczy w życiu są najmniej uchwytne. Chrześcijanin nie powinien czuć się tym faktem zdeprymowany. Przypomnijmy sobie historię uczniów zmierzających do Emaus (Łk 24,13-35). To, co najważniejsze w spotkaniu uczniów z Jezusem – rozpoznanie Zmartwychwstałego – dokonało się dokładnie wtedy, gdy Jezus przestał być dla uczniów zmysłowo postrzegany: „Wtedy oczy im się otworzyły i poznali Go, lecz On zniknął im z oczu” (Łk 24,31).  Ten paradoks: rozpoznanie Jezusa dokładnie wtedy, gdy staje się On nieobecny, często powtarza się jako zasada w życiu duchowym. Dla nas znaczy to tyle, iż jest możliwym prawdziwie rozpoznać głos Boga także wtedy, gdy jest on nieuchwytny, wycofany. Innymi słowy, nie muszę doświadczać żadnego prywatnego objawienia (choć nie przeczę, że początkiem dróg wielu duchownych, były i są takie doświadczenia), gwiazdy na niebie nie muszą mi się ułożyć w napis: „Idź do seminarium”, nie musi uderzyć mnie piorun – nie musi się dziać nic niesamowitego w moim życiu, by móc o sobie zgodnie z prawdą powiedzieć, że jest się powołanym.

    Głos sumienia jest zazwyczaj subtelny. Czasem wiem wprost, co mi mówi: „Nie jedz tego pączka!”. Niestety, sumienie rzadko wygłasza pełne zdania. Częściej przemawia do nas językiem wyrzutów sumienia, tj. wewnętrznym niepokojem i ich odwrotnością – pokojem w sercu. Sumienie nie odnosi się tylko do konkretnych czynów, ale do tego, kim jesteśmy i jacy się stajemy. Sumienie może mi poprzez język wyrzutów i pokoju serca mówić: „Nie jesteś teraz sobą”, „To nie jest twoja droga”, itd. Jeśli sumienie w ten sposób podpowiada danej osobie, że jej tożsamością jest bycie księdzem, jeśli myśl o byciu księdzem jest źródłem pokoju (mimo całej świadomości ciężaru tego powołania), a myśl o wyborze innej drogi (mimo, że nie musi się ona wiązać z niczym grzesznym) rodzi wyrzut, iż zdradza się samego siebie i do pewnego stopnia Boga (piszę: „do pewnego stopnia”, gdyż jestem przekonany, że nawet wtedy, gdy nie odpowiadamy na Boże wezwanie albo wybieramy inne drogi, niż te, które On dla nas zaplanował, to nie jest to definitywny koniec przygody z Bogiem. Bóg ma zawsze w zanadrzu plan B.), to znaczy, że sumienie wzywa do kapłaństwa.

    Wiem, że powyższa odpowiedź nie rozwiązuje wszystkich niejasności. Sumienie to sprawa skomplikowana, przede wszystkim dlatego, że poprzez sumienie przemawia nie tylko Bóg. Ten kanał komunikacji jest często zakłócany przez inne ośrodki nadawcze: takim „agentem wpływu” na sumienie może być babcia, która byłaby szczęśliwa i wreszcie dumna z wnuczka, jeśli pójdzie on „na księdza”, ksiądz proboszcz, który na emeryturze będzie mógł się chwalić, że miał o dwa powołania więcej niż proboszcz sąsiedniej parafii, czy też otoczenie, które lubi wywierać presje: „Myśleliśmy, że pójdziesz do seminarium, bo zawsze kręciłeś się przy kościele”. To dlatego głos sumienia wzywający do kapłaństwa sam w sobie nie równa się pewności, że to Bóg powołuje mnie do kapłaństwa (niemniej jest to bardzo mocny tego znak). Potrzebne są jeszcze dalsze kroki na drodze rozeznania.


    Krok 2: Miłość do Kościoła

    Trzeba kochać dziewczynę, by móc myśleć o związaniu się z nią na całe życie w małżeństwie. Podobnie, trzeba miłować Kościół, żeby móc myśleć o poświęceniu mu całego swego życia. Innymi słowy, jeśli ktoś czuje na widok sutanny rosnącą irytację, zwykłych wiernych nazywa „moherami”, instytucje kościelne go drażnią, a mimo to twierdzi, że jest powołany do kapłaństwa, może chcieć przemyśleć sprawę jeszcze raz. Kapłaństwo jest pracą w instytucjach kościelnych, z innymi księżmi i dla wiernych, takich, jakimi oni są, a nie takich, jakimi ktoś chciałby, żeby byli. Ktoś, kto myśli o sobie jako o anty-klerykale będzie się bardzo męczył w kapłaństwie.

    To nie tylko kwestia zmęczenia czy dobrego samopoczucia, bo ostatecznie nie one decydują o autentyczności powołania. To kwestia urealnienia głosu sumienia oraz konkretności powołania. Pan Bóg, kiedy powołuje, jest konkretny. Wiadomo, o co Mu chodzi: „Idźcie więc i nauczajcie wszystkie narody, udzielając im chrztu w imię Ojca i Syna, i Ducha Świętego” (Mt 28,19). Nie ma tu niedomówień. Z drugiej strony, kiedy mówimy o powołaniu do kapłaństwa, to wciąż poruszamy się w sferze abstrakcji, gdyż kapłaństwo jako takie jest czymś ogólnym. Gdy daną osobę pociąga przykład konkretnego księdza, wtedy opuszcza sferę abstrakcji. Może to być ksiądz – święty z przeszłości, ale być może nawet lepiej, gdy jest to ksiądz, którego się zna, a którego przykład, zachowanie i praca skłania do pomyślenia: „Chciałbym tak samo”. Wzory osobowe mogą się zmieniać w ciągu naszego własnego rozwoju – to jasne, niemniej, gdy ktoś jest w stanie w ten sposób ukonkretnić swoje roszczenie do bycia powołanym do kapłaństwa, to otrzymuje kolejny pozytywny znak w rozpoznawaniu swej drogi. Ktoś, kto nie czuje się przywiązany do Kościoła, kto nie jest w nim osadzony, może mieć spore problemy w ukonkretnianiu swego powołania. To dla niego znak ostrzegawczy: być może jeszcze buja w obłokach.


    Krok 3: Duch służby

    Możliwe, że ktoś zdziwił się, słysząc, że dokumenty Kościoła określają duchowieństwo mianem: „kapłaństwa służebnego”. Faktem jest, że częściej słyszy się np. o kapłaństwie urzędowym czy hierarchicznym, jednak to, że ulubioną formułą Soboru Watykańskiego II było „kapłaństwo służebne” ma swe proste uzasadnienie: kapłaństwo jest służebne, gdyż księża otrzymują święcenia, aby służyć wiernym (wystarczy przypomnieć sobie, co powiedział Jezus kłócącym się o pierwszeństwo Apostołom – Mt 20,25-28). To dlatego niektórzy ojcowie duchowni, którzy w seminariach towarzyszą klerykom w rozeznawaniu ich powołania, twierdzą, że najlepszą formą praktyk duszpasterskich jest ta, która sprawdza gotowość do służby. Innymi słowy szpital, dom starości czy hospicjum to znacznie lepsze miejsca rozeznawania powołania niż parafia czy szkoła. Tam sprawdza się to, czy przyszły duszpasterz będzie miał zapach owiec, o co dopomina się papież Franciszek (por. Evangelii gaudium, 24).

    Nie są to tylko pobożne ogólniki. Wielu młodych ludzi zmaga się z pytaniem, czy to, co biorą za powołanie do kapłaństwa, nie jest jakąś formą ucieczki przed wymaganiami życia? Co prawda, prestiż społeczny i status materialny księdza spadły dziś (szczególnie w dużych miastach) poniżej średniej krajowej, to jednak wciąż ta droga życia gwarantuje bezpieczeństwo i stabilność. Jak sprawdzić, czy moje motywacje są czyste? To właśnie tu decydującą sprawą jest stosunek do służby. Ktoś, kto ma takie pragnienie, nie ucieka przed trudami życia. Wręcz przeciwnie – z całą świadomością wychodzi im naprzeciw.


    Krok 4: Umiłowanie sakramentów

    Wrócę jeszcze raz do tekstów Soboru Watykańskiego II. „Dekret o posłudze i życiu prezbiterów”, wprowadzając podział na kapłaństwo powszechne i służebne, prosto wyjaśnia na czym polega służebność tego drugiego: „Pan (…) ustanowił niektórych sługami, by w społeczności wiernych na mocy święceń mieli świętą władzę składania Ofiary i odpuszczania grzechów” (pkt. 2). Istotą kapłaństwa służebnego jest sprawowanie sakramentów i głoszenie Słowa Bożego: „To czyńcie na moją pamiątkę” (Łk 22,19b) wypowiedziane podczas Ostatniej Wieczerzy, „Którym odpuścicie grzechy, są im odpuszczone” (J 20,23a), „Głoście Ewangelię wszelkiemu stworzeniu” (Mk 16,15), wypowiedziane po Zmartwychwstaniu – to najważniejsza część testamentu Jezusa zostawionego Apostołom. We wszystkich innych zadaniach Kościoła księdza może zastąpić świecki.

    Jeśli ktoś chce zostać księdzem, bo szczególnie fascynuje go praca z młodzieżą, musi pamiętać, że może zajmować się tym (również w Kościele) bez przyjmowania święceń. Jeśli ktoś chce zostać księdzem, bo pochłania go gorliwość o niesienie Ewangelii tym, którzy nie znają Chrystusa, to też warto pamiętać, że w ewangelizacyjnej misji Kościoła można uczestniczyć będąc i świeckim. Solą życia księdza, główną jego treścią są sakramenty i Słowo Boże. Zastanowienie się nad tą prawdą jest ważnym momentem rozeznawania powołania. Może ona uświadomić wielu osobom, że tak naprawdę gonią w swym życiu za czymś innym, niż kapłaństwo. Z drugiej strony upodobanie w liturgii, szczególnie liturgii Eucharystii, radość z uczestnictwa w niej, stanowią poważne pozytywne znaki wezwania do Bożej służby. Nie ma nic przypadkowego w tym, że najwięcej powołań wywodzi się ze służby liturgicznej.


    Krok 5: Powołanie do ojcostwa

    W sensie negatywnym kryterium to znaczy, że kapłaństwo nie jest dla ludzi z różnych względów niezdolnych do założenia rodziny. Dla księdza być ojcem znaczy w pierwszym rzędzie rodzić wiarę wśród wiernych: własnym przykładem życia, modlitwy, głoszeniem Słowa Bożego. Księża są ojcami, gdyż jak mówił Sobór Watykański II, gromadzą rodzinę Bożą. Zadaniem księdza jest przywracać ludzi Bogu Ojcu. „Pójdźcie za Mną, a sprawię, że się staniecie rybakami ludzi” (Mk 1,17) – powiedział Jezus powołując Szymona Piotra i Andrzeja. W sensie pozytywnym kryterium powołania do ojcostwa duchowego znaczy bycie wezwanym do łowienia ludzi dla Boga.

    Ojcostwo (również to duchowe) to branie na siebie odpowiedzialności za innych ludzi, przewodzenie im, troska o nich i ochrona przed niebezpieczeństwami. Innymi słowy, jeśli powołany do kapłaństwa jest równocześnie powołany do ojcostwa, to powinien odnajdywać w sobie takie cechy, jak życzliwość wobec ludzi, stałość ducha, słowność, stabilność emocjonalną, kulturę osobistą. Powyższa lista nie jest jakimś nieosiągalnym ideałem – w skrócie chodzi w niej o to, by rozeznający powołanie był dojrzałą osobą.


    Krok 6: Racjonalna ocena tego, czy jest się powołanym

    Już słyszę pomruki niezadowolenia: jak to? Czyż powołanie jako przychodzące do człowieka z góry nie przekracza tego, co nasz ograniczony intelekt może pojąć? Czyż „mądrość tego świata nie jest głupstwem u Boga” (1 Kor 3,19a)? Zgoda. Kiedy upieram się przy tym, że intelekt winien być zaangażowany w ocenę powołania, nie chodzi mi o to, że decyzja o pójściu do seminarium winna być chłodno wykalkulowana. W minimalnym sensie mowa w tym kryterium o tym, że rozeznawanie powołania nie może być wyłącznie kwestią czucia. Uczucia mają to do siebie, że, prędzej czy później, mijają. Kiedyś minie i subiektywne uczucie powołania. Czy ksiądz, któremu mija takie uczucie, ma stwierdzić, że już nie jest powołany i iść w świat?

    Racjonalna ocena powołania jest czymś dwuznacznym, gdyż bardzo łatwo zamienia się w racjonalną ocenę tego, czy się do kapłaństwa nadaję, a każdy trzeźwo myślący, kto staje przed ogromem wymagań i oczekiwań wobec posługi kapłańskiej, musi stwierdzić, że się nie nadaje. Bardzo często tego typu rozważania służą wielu autentycznie powołanym przez Boga jako szlachetna wymówka, by uchylić się przed Bożym wezwaniem. Trzeba zatem uważać, by ten krok rozeznawania nie zamienił się w konkurs kompetencji.

    Z drugiej strony, powtórzę, pytań typu: „Czy jestem powołany do bycia ojcem?”, „Czy chcę służyć innym?”, „Czy chcę być rybakiem ludzi?” nie można zostawić tylko subiektywnej ocenie tego, co aktualnie czuję. Decyzja o pójściu drogą kapłaństwa jest decyzją całego człowieka, a ponieważ rozum jest tym, co stanowi o naszym człowieczeństwie, dlatego i rozum winien być włączony w proces podejmowania tej decyzji.


    Krok 7: Poddanie się ocenie Kościoła

    W dziwny dla nas sposób wybierano w przeszłości biskupów. Kiedy w IV wieku powstał spór między arianami a katolikami, kto ma zostać nowym biskupem Mediolanu, na miejsce zamieszek w celu zapewnienia spokoju przybył namiestnik prowincji, Ambroży. Wtedy cały lud (ponoć pod wpływem dziecka) zaczął wołać: „Ambroży biskupem!”. I Ambroży biskupem został. Historia nie do końca nie przystaje do współczesnych realiów. Przechowuje ważną i dziś prawdę: to ostatecznie Kościół wybiera sobie ludzi, którzy będą mu służyli. Kiedy przyszło uzupełnić grono Dwunastu po zdradzie i śmierci Judasza, to Piotr wraz z pozostałymi Jedenastoma ustalili kryteria przyjęcia do swego grona kolejnej osoby (Dz 1,21-22). Historia ta pokazuje też ufność, że decyzji Kościoła towarzyszy i jest potwierdzana przez wolę samego Boga: „Ty, Panie, znasz serca wszystkich, wskaż z tych dwóch jednego, którego wybrałeś” (Dz 1,24).

    W rozeznawaniu powołania nie wystarczy więc moja ocena. Musi ona zostać jeszcze potwierdzona przez Kościół, co dziś w praktyce oznacza przez biskupa diecezji, któremu doradza w tej kwestii rektor seminarium duchownego. Niektórym może się to wydać niesprawiedliwe. Nie jest niczym miłym być przekonanym, że spełnia się wszystkie sześć wymienionych wcześniej kryteriów, a na koniec usłyszeć od innych osób, że jednak nie.

    Z drugiej strony, tak jak głos sumienia, choć ważny, jest najmniej uchwytny, tak ocena Kościoła jest najbardziej konkretnym kryterium powołania i z tego względu niezwykle księżom potrzebnym. Jak pisałem wcześniej, uczucia mijają, zachwyty mijają, nachodzą za to wątpliwości, czy się nadaję, czy podołam, czy nie ulegam jakiejś iluzji, czy się nie okłamuję? Właśnie wtedy księdzu przychodzi z pomocą fakt, że Kościół swego czasu pozytywnie wypowiedział się na temat jego powołania. Oczywiście, by wybór przez Kościół w ten sposób utwierdzał w powołaniu, potrzebna jest szczerość i przezroczystość kandydata do kapłaństwa wobec Kościoła (przede wszystkim do przełożonych seminaryjnych) w czasie lat rozeznawania tego powołania w seminarium duchownym.

    ks. Marek Dobrzeniecki/Stacja7.pl

    ______________________________________________________________________________________________________________

    „O Jezu, tylko nie ja”

    ***

    Miała być historykiem, archeologiem, historykiem sztuki a nawet krytykiem teatralnym. Wybrała matematykę, po to, by i tak ostatecznie zostać benedyktynką-sakramentką. O swoich burzliwych losach i skomplikowanej drodze powołania opowiada matka Maria Blandyna Michniewicz.


    Warszawa, Rynek Nowego Miasta. Duszny lipcowy poranek. Dość ciche miejsce jak na stolicę, ale życie tętni i tu. Ludzie siedzą w kawiarniach pod parasolami, niektórzy biegną, śpieszą się. Wokół Rynku na ławeczkach siedzą osoby starsze. Choć jest tu ładnie, robię tylko kilka fotek, bo już dochodzi dziesiąta. Wprost z Rynku wchodzę do klasztoru, gdzie jestem umówiona z Matką Przełożoną Sióstr Benedyktynek – Sakramentek Marią Blandyną – Joanną Michniewicz.

    Kiedy zamykam za sobą drzwi, czuję, że czas się zatrzymał, więcej, że cały świat mi się zmienił. Zmęczony mrużeniem od słońca wzrok przyzwyczajam do ciemności. Zewsząd owiewa mnie przyjemny chłód starych murów. Witam się z siostrą na furcie. Dostaję klucze, otwieram nimi trzy kolejne masywne drzwi, przez które docieram do pokoju rozmów (rozmównicy). Tam czeka na mnie Matka. Jest w czarnym habicie, na głowie czarny welon, jedynie pod welonem twarz owija biała chusta. Uśmiecha się pogodnie: zresztą często będzie wybuchała serdecznym śmiechem. Przez całą rozmowę będzie mnie dzieliła od niej krata. Sprawia mi to trudność na początku, dla niej jest codziennością. Ciasto i kawa, którą częstuje mnie Matka, podjeżdża do mnie poprzez wymyślny kołowrotek w ścianie.

    ***

    ***

    Aneta Liberacka: Co czuje młoda dziewczyna, wchodząc tutaj z rynku tętniącego życiem miasta, kiedy zamykają się drzwi? To co ja? Że skończył się tamten świat i zostawiam wszystko za sobą?

    Matka Maria Blandyna Michniewicz: Nie myślałam o tym, co za sobą zostawiam, ale o tym, co przede mną. Byłam nieopisanie szczęśliwa, że znalazłam swoje miejsce. Dla mnie prawdziwe życie tętni tutaj, w ciszy klauzury. Pamiętam swoje pierwsze noce w klasztorze, kiedy budziłam się (nie byłam przyzwyczajona do twardego materaca!) i dotykałam ściany, żeby się upewnić, że to nie sen, że naprawdę jestem w klasztorze.

    Czyli prawdziwa pewność wyboru. Nie było żadnej myśli: co teraz?

    Ja przede wszystkim bardzo się cieszyłam, że jestem już po tej drugiej stronie drzwi, bo można powiedzieć, że ja się do tego klasztoru włamałam siłą. Po prostu uciekłam z domu i chciałam, żeby ta furta zamknęła się za mną jak najszybciej.

    Jak to “uciekłam z domu”? Rodzice nie chcieli się zgodzić?

    Absolutnie nie.

    To ma Matka historię podobną do Matki Magdaleny Mortęskiej. Dlaczego nie chcieli się zgodzić?

    Jestem jedynaczką. Moja mama była osobą bardzo przedsiębiorczą, bardzo zaradną. Chciała, bym miała rodzinę. Nie chciała pogodzić się z taką moją drogą.

    Rozmawiałyście o tym?

    Bardzo chciałam załatwić to jak należy, po ludzku. Dzień wcześniej, gdy miałam wyjechać do Karmelu (pierwotnie to Karmel był moim planem), wieczorem usiadłam obok mamy i powiedziałam jej o tym, licząc, że może jednak to zrozumie, może się uda. Jednak nie. Awantura była do rana. Rano mama pojechała do pracy, a ja (skoro świt) pojechałam do mojego spowiednika, ks. Wiesława Niewęgłowskiego. Mieszkał wtedy na najwyższym piętrze dzwonnicy przy kościele św. Anny. Byłam tam bardzo wcześnie, więc w zasadzie wyciągnęłam go z łóżka. Opowiedziałam mu, że tak straszna rzecz mnie spotkała, i zapytałam, co mam robić w takiej sytuacji. Czułam wewnętrznie, że powinnam już być w Karmelu, a ciągle jestem tutaj.

    W trakcie tej rozmowy w pewnym momencie zadzwonił dzwonek domofonu. Gdy ksiądz podszedł do domofonu, usłyszałam głos mojej mamy. Rozegrała się wtedy scena jak z filmu, mama jechała windą na górę, a ja schodami zbiegałam na dół, żeby się z nią nie spotkać.

    To prawdziwa ucieczka do Pana Boga. Bardzo musiało być ciężko Wam obu… Ostatecznie jednak mama pogodziła się z takim wyborem?

    Niestety, nigdy się z tym nie pogodziła. Było nawet tak, że mama udała się do Karmelu i zagroziła siostrom, że jeśli przyjmą mnie do klasztoru, to ona popełni samobójstwo.

    To straszne…

    Siostry się bardzo wystraszyły. Widocznie obiecały dyskrecję, bo nie powiedziały mi o tym. Dowiedziałam się później od księdza, któremu mama się przyznała.

    Po wizycie mamy siostry postanowiły, że mnie nie przyjmą. Nie powiedziały mi tego wprost, poinformowały mnie, że nie znam łaciny i albo nauczę się w jakimś niemożliwym terminie, albo mam pójść do innego klasztoru. Wymieniły klasztor sakramentek. Byłam przygnębiona i zdenerwowana. Nie wiedziałam, czy to jest próba, czy rzeczywiście mam podjąć wyzwanie i nauczyć się w krótkim czasie tej łaciny, czy raczej to jest znak, że to jednak nie to zgromadzenie.

    Stałam skołowana na przystanku tramwajowym i myślałam, że jak tylko tramwaj podjedzie, pojadę prosto do księdza i zapytam, co mam robić. Tramwaj nie podjeżdżał prawie godzinę – nigdy się tak nie zdarzało – stałam więc tak i biłam się z myślami, co mam zrobić. Kiedy tramwaj wreszcie przyjechał, wiedziałam, że już nie spotkam się z księdzem, ponieważ zaczął już zajęcia z katechumenami. Stwierdziłam więc ponad wszelką wątpliwość: pójdę do Sakramentek.

    Pan Bóg zrobił mi też kawał. Trwał Tydzień Modlitw o Powołania Kapłańskie i Zakonne i pamiętam, że gdy stałam w kościele i ksiądz powiedział: modlimy się o powołania, poczułam paniczny lęk i pomyślałam: O Jezu, tylko nie ja…

    Skąd w ogóle pomysł na zamknięty klasztor? I kiedy przyszedł do głowy?

    Powołanie wprost dopadło mnie na pierwszym roku studiów. Złożyło się na nie wiele wydarzeń oraz lektur. Pan Bóg zrobił mi też kawał, dlatego, że pierwsze wspomnienie, jakie mam z powołaniem, pochodzi z mojego dzieciństwa. Miałam wtedy 8-10 lat. Trwał Tydzień Modlitw o Powołania Kapłańskie i Zakonne i pamiętam, że gdy stałam w kościele i ksiądz powiedział: modlimy się o powołania, poczułam paniczny lęk i pomyślałam: O Jezu, tylko nie ja… (śmiech).

    ***

    ***

    Tak bardzo się Matka wzbraniała?

    Bardzo… Miałam nawet potem taki etap, że w ogóle odeszłam od Kościoła. Po zakończeniu liceum, wybrałam matematykę na Uniwersytecie Warszawskim, chociaż miałam w głowie wiele pomysłów na siebie, a moją główną pasją jest historia. Chciałam studiować historię, ale w tamtych czasach, w latach osiemdziesiątych, nie uczyłabym się prawdy.

    A w samej matematyce co Matkę fascynowało?

    W matematyce fascynował mnie rozmach, nieskończoność.

    Czyli jednak piękna, głęboka wiara.

    Tak. Nie ciągnęło mnie do fizyki, w której widziałam jakieś praktyczne zastosowania. Interesowała mnie, nie wiedzieć czemu, sama teoria. Potem na pierwszym roku odkryłam, że nie tej nieskończoności szukałam…

    Czyli na drugim roku skończyła Matka studia matematyczne?

    W zasadzie po pierwszym roku. I na tym właśnie polegał, ten kawał, który zrobił mi Pan Bóg. Od czasu, kiedy tak bardzo nie chciałam, by mnie powołał do stanu zakonnego, minęło tyle lat i nagle znów z wielką mocą mi o Sobie przypomniał. Dopadła mnie taka chęć wstąpienia do klasztoru, że zaczęłam naprawdę bardzo modlić się o powołanie. Wiedziałam, że ja chcę, ale nie wiedziałam, czy Pan Bóg też tego chce.

    Po zakończeniu liceum, wybrałam matematykę na Uniwersytecie Warszawskim. W matematyce fascynował mnie rozmach, nieskończoność. Potem odkryłam, że nie tej nieskończoności szukałam… 

    Tak pomiędzy analizą matematyczną i algebrą nagle poczuła Matka powołanie?

    Dokładnie tak. Byłam nagle tak szaleńczo zakochana w Panu Bogu, że nie mogłam się  skupić na zajęciach. Siedziałam na ćwiczeniach i pisałam wiersze (śmiech).

    Prawdziwe zakochanie. Tak właśnie robią wszyscy zakochani. Kiedy już trafiła Matka po tych trudach do sakramentek od razu było wiadomo, że to jest to?

    Kiedy mistrzyni zaczęła opowiadać o duchowości i uwydatnił się ten rys wynagradzający tej duchowości, bardzo mnie to zaskoczyło i jednocześnie ujęło. W trakcie tej rozmowy byłam już pewna, że to jest to.

    Jak teraz wygląda jeden dzień z życia Matki? Jak wygląda takie macierzyństwo? Czy Matka za furtą klasztorną ma podobne problemy jak inne matki, np. bunt młodzieńczy, kryzysy, problemy wychowawcze? Niektóre dziewczyny przychodzą przecież czasem po liceum.

    Oczywiście, że są problemy, jesteśmy normalnymi ludźmi… W tej chwili już coraz rzadziej zdarza się, że przychodzi dziewczyna po liceum, raczej po studiach, czasem po dwóch fakultetach, więc przychodzą już raczej kobiety dojrzałe, wiedzące, czego chcą, czasem z przekonaniem o własnej wartości a czasem z pewnym bagażem doświadczeń.

    ***

    ***

    Mimo różnych problemów, jakich i w naszym życiu nie brakuje, nic nie jest w stanie zgasić radości z tego, że żyjemy tu, w Domu Bożym, pod jednym dachem z Nim, że wybrał nas dla Siebie na wyłączność

    Czy to powołanie daje radość, szczęście i spełnienie? Co jest największym blaskiem takiego życia?

    Mimo różnych problemów, jakich i w naszym życiu nie brakuje, nic nie jest w stanie zgasić radości z tego, że żyjemy tu, w Domu Bożym, pod jednym dachem z Nim, że wybrał nas dla Siebie na wyłączność, że powierza nam swoje sprawy i troskę o swoje dzieci w jakiś sposób składa w nasze ręce. I że całe nasze życie może stawać się adoracją i uwielbieniem Boga.

    Jest Matka osobą pełną pasji. Zrobiła Matka sama stronę internetową zgromadzenia, zresztą bardzo profesjonalną. Robi Matka piękne grafiki, filmy, kiedy tylko wspomnę, że przydałaby się jakaś funkcja na stronie, to następnego dnia już jest. Jak się realizuje takie pasje w zakonie klauzurowym? Czy w ogóle jest na to czas i możliwości?

    Strony to nie jest wcale moja pasja, tylko po prostu ktoś musi to zrobić i nie bardzo widzę na ten moment, kto mógłby się tym zająć. Pierwszą stronę internetową zrobił nasz kapelan ówczesny, ale była napisana w HTML-u i ciężko było nanosić jakieś zmiany, poprawki.

    Jest chyba Matka jedyną Przełożoną w Polsce, która posługuje się takim słownictwem programistycznym (śmiech)

    Musiałam najpierw trochę się nauczyć.

    Oczywiście, trzeba było sobie poradzić. Teraz nowa strona jest w WordPressie. Wszystko to Matka robiła sama, za zamkniętymi drzwiami klasztoru. Jak zdobywa się tu taką wiedzę i informacje o różnych nowinkach technologicznych?

    Z Internetu. Przecież wiadomo, że to jest źródło wiedzy wszelakiej.

    Czerpie Matka wiedzę z filmików na YouTube czy bardziej z czytania różnych artykułów? 

    Jak zaczynałam, to jeszcze nie było tak dużo filmików, raczej kursy, WordPressa uczyłam się po prostu na własnych błędach. Przeczytałam tylko, jak zainstalować, a potem to już poszło.

    Trochę nie chce mi się wierzyć, że Matka nie ma w tym pasji, bo jak oglądam stronę, zdjęcia, zrobione grafiki, to widać tam to “coś”: widać włożone serce i tę iskrę, która pokazuje, że człowiek, który siedział po drugiej stronie, bardzo to lubi. A inne Siostry realizują jakieś swoje pasje?

    W miarę możliwości. Nie wszystko się da. Są siostry bardzo uzdolnione, ale czasem tak się zdarza, że nie mogą swoich umiejętności rozwijać. Mamy np. siostrę, która ma ogromny talent do rzeźby. Niestety, nigdy się nie uczyła tego. Teoretycznie możemy rozwijać swoje talenty, ale po prostu brakuje na to czasu.

    A jak Matka znajduje czas na strony internetowe? To jest tak, że czasami się nie dosypia?

    Czasem tak jest. Wiadomo, że najlepiej pracuje się w nocy. Wtedy jest cisza, spokój – telefony nie dzwonią, domofon nie dzwoni, nikt nie puka.

    To prawda, a ma Matka konto na Twitterze?

    Swojego nie mam, prowadzę klasztorne.

    Na Facebooku też?

    Chciałabym, aby mi ktoś pomógł, ale na razie jestem sama. Są młodsze siostry, niektóre są bardzo biegłe w tych sprawach. Nasza nowicjuszka miała nawet swój teologiczny kanał na YouTube.

    Proszę, siostra klauzurowa, była vlogerka… Nam świeckim wydaje się, że kiedy człowiek idzie do klasztoru, ma święty spokój i dużo czasu na wszystko, a okazuje się, że cały dzień jest wypełniony. Jak wygląda taki jeden dzień Matki od rana do wieczora, czym jest wypełniony?

    Moje dni są bardzo zróżnicowane, bo mam dużo spraw do załatwienia i w zależności od tego, co muszę załatwić, czasami nawet zdarza się, że muszę w jakichś sprawach wychodzić. Czasem da się załatwić na miejscu. Przede wszystkim ogrom administracyjnych spraw.

    ***

    ***

    Jest też rytm życia klasztoru, rytm modlitwy… Zostaje tylko noc na pracę. Prowadzą siostry także opłatkarnię, dużo czasu pochłania siostrom ta praca? Jak wygląda rytm dnia?

    U nas musi być inaczej poukładane. Nie da się zachować 8-godzinnego rytmu pracy, ponieważ mamy przede wszystkim modlitwy. Każda siostra ma w kolejce długą adorację wynagradzającą, którą nazywamy z francuska reparacją, czyli długą Adorację Wynagradzającą, która trwa od Mszy św. do godziny 14. Więc taka siostra wypada z obiegu pracy.

    Sakramentki nazywają się tak samo jak paschalik, czyli świeca sakramentka. Czy jesteście takimi świecami dla nas, a jeśli tak to w jaki sposób? Czy nas ewangelizujecie?

    Przede wszystkim to duchowe wsparcie, ale też znak nieustannej Adoracji Najświętszego Sakramentu.

    Czyli można powiedzieć, że światło od Was idzie wprost z Najświętszego Sakramentu. Dziękujemy.

    (zdjęcia pochodzą ze strony internetowej sióstr benedyktynek sakramentek)

    rozmawiała Aneta Liberacka/Stacja7.pl

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Do seminarium poszedł w glanach. Ale zanim został księdzem, Bóg wyrwał go z ogromnej niewoli

    ks. Marcin Modrzyński

    fot. Wyrwani z Niewoli | YouTube

    ***

    Panie Boże, jeżeli ta myśl jest od Ciebie, pójdę do tego seminarium. Pójdę i udowodnię Ci, że się nie nadaję” – mówi ks. Marcin Modrzyński.

    Katarzyna Szkarpetowska: Co było powodem tego, że jako nastolatek zaczął ksiądz eksperymentować z technikami z pogranicza okultyzmu i New Age?

    Ks. Marcin Modrzyński: Wychowałem się w tradycyjnej rodzinie katolickiej. Gdy byłem w liceum, stwierdziłem, że wiara, o której tyle wcześniej słyszałem, którą wpajano mi od dzieciństwa, tak naprawdę nijak ma się do życia. Zastanawiałem się, jak to jest, że ludzie, którzy przychodzą do kościoła na mszę mają smutne miny i spuszczone głowy – przecież przyszli do tego kościoła na spotkanie z Bogiem!

    Na mój bunt i rodzące się w sercu wątpliwości nałożyły się także kompleksy, które w tamtym czasie miałem. Dziś mam 197 cm wzrostu, ale wtedy byłem jedną z najniższych osób w klasie. Nie chciałem być w szkole traktowany jak popychadło ani też okazywać słabości. Potrzebowałem udowodnić, że jestem silny, mocny. Nie miałem takiej możliwości w sferze fizycznej, więc postanowiłem spróbować na innym polu. Zacząłem interesować się różnymi, niebezpiecznymi duchowo teoriami, otwierać na doświadczenia ze świata New Age.

    Jednym z takich doświadczeń, na które ksiądz się otworzył, nie mając świadomości, że to zagrożenie duchowe, był świadomy sen.

    Tak. O świadomym śnie przeczytałem w internecie. Pomyślałem: fajna sprawa, spróbuję! Umiejętność kontrolowania snu opanowałem dość szybko, to była kwestia wykonywania określonych ćwiczeń. Spodobało mi się. Co noc mogłem mieć sen z sobą w roli głównej, przez siebie reżyserowany.

    Niestety, to sprawiło, że po jakimś czasie pojawiły się u mnie stany lękowe. Czułem na przykład ogromny lęk przed ciemnością. Pojawiły się paraliże senne, którym towarzyszyły duchowe efekty specjalne w postaci doświadczania demonicznej obecności. Przerażające było to, że w pewnym momencie zacząłem widzieć przy moim łóżku dziwne postaci. Paraliż senny może mieć co prawda podłoże medyczne, natomiast w moim przypadku problem był ewidentnie duchowy.

    Wtedy ksiądz jednak tego nie wiedział.

    Niestety. Jako kapłan od 13 lat pomagam egzorcystom, prowadząc posługę uwolnienia i wiem, po jakie taktyki sięga diabeł, żeby wprowadzić człowieka w świat iluzji, ale w tamtym czasie takiej wiedzy nie miałem. Byłem przekonany, że powodem lęku, tego, jak się czuję i czego doświadczam, jest wykonywanie przeze mnie zbyt małej ilości ćwiczeń mających na celu kontrolowanie snu. Zacząłem więc wykonywać ich więcej.

    To było błędne koło. Coś, co wyglądało z pozoru niewinnie, okazało się wejściem na teren przeciwnika. Byłem na wojnie, wszedłem na pole wroga i nie miałem broni. Te stany lękowe, o których wspomniałem, dręczenia diabelskie, wiązały się też z muzyką satanistyczną, z którą w tamtym czasie było mi po drodze. Zdarzało się, że słuchając jej zaczynałem warczeć. Nie chciałem tego, ale to warczenie było jakby niezależne ode mnie.

    Bał się ksiądz samego siebie?

    Tak i to było najgorsze, ponieważ od siebie człowiek nie ucieknie… Myślałem, że psycha mi siada. Nie opowiadałem o tych doświadczeniach innym, ponieważ bałem się, że jeśli komuś o tym powiem, zostanę uznany za wariata. To oczywiście potęgowało poczucie osamotnienia. Nawet moja mama nie wiedziała. Powiedziałem jej dopiero rok przed święceniami kapłańskimi.

    Które z tych trudnych doświadczeń najbardziej księdzem wstrząsnęło?

    Pewnego razu zły duch usiłował wypchnąć mnie pod koła samochodu. Skierował moje kroki w kierunki ruchliwej drogi. Czułem, że nie panuję nad własnymi nogami, że nie mogę im ufać – szedłem i to było, podobnie jak wspomniane wcześniej warczenie, niezależne ode mnie, mimowolne. Dzięki Bogu, gdy doszedłem do krawężnika, przewróciłem się. Gdy tak leżałem na chodniku, pomyślałem: Marcin, ktoś chce cię zabić! To był dla mnie bardzo trudny czas, ponieważ po tym upadku bałem się wychodzić z domu.

    Niedługo po tym zdarzeniu poznał ksiądz ludzi, którzy z jednej strony mówili księdzu o Bogu, z drugiej zaś próbowali zniechęcić do Kościoła katolickiego.

    To byli blackmetalowcy, którzy śpiewali o Jezusie. Później też okazało się, że są jakimś dziwnym, ekstremalnym odłamem zielonoświątkowców, z całym arsenałem pretensji i zarzutów pod adresem Kościoła katolickiego. Black metal to muzyka satanistyczna, powstała z inspiracji złego ducha, toteż na początku to łączenie – Jezusa i tej muzyki – wydawało mi się co najmniej dziwne. Nie rozumiałem tego. Ci ludzie jednak, oprócz tego, że śpiewali o Jezusie, czytali Pismo Święte, z szacunkiem traktowali Biblię. Mówili, że Chrystus uzdrawia, że Go spotkali. „Skoro tak mówią, to pewnie coś w tym jest”, myślałem.

    Któregoś razu kiepsko się czułem. Miałem za sobą trudny dzień, nawarstwiły się jakieś kłopoty. Poczułem, że chcę się pomodlić. Powiedziałem: „Panie Boże, jeżeli naprawdę jesteś, to chciałbym Cię spotkać”. To była chyba pierwsza tak szczera modlitwa w moim życiu. Pamiętam, że spojrzałem na półkę, na której leżała Biblia.

    Sięgnął ksiądz po nią?

    Tak. Wziąłem ją do ręki i – nie mając wcześniej takiego planu, to było zupełnie spontaniczne – otworzyłem na stronie ze słowami z Księgi Izajasza: „Nie lękaj się, bo cię wykupiłem, wezwałem cię po imieniu; tyś moim! Gdy pójdziesz przez wody, Ja będę z tobą, i gdy przez rzeki, nie zatopią ciebie. Gdy pójdziesz przez ogień, nie spalisz się, i nie strawi cię płomień. Albowiem Ja jestem Pan, twój Bóg, Święty Izraela, twój Zbawca” (Iz 43,1-3). Gdy czytałem te słowa, czułem, że sam Bóg wypowiada je w moim sercu. Zalała mnie fala miłości. Zacząłem płakać.

    Jaki to był płacz?

    Wyłem na całe gardło, ale ten płacz był uwalniający, uzdrawiał mnie. Czułem, że spadają mi z serca ogromne ciężary, przychodziła ulga. Gdy przestałem płakać, zorientowałem się, że po raz pierwszy od wielu miesięcy nie czuję obecności złych duchów. Pomyślałem: wow, ale jazda! I napisałem do tych ludzi od black metalu maila, w którym zrelacjonowałem, co się wydarzyło. Odpisali: „Słowo Boże ma moc egzorcyzmu, gdy czytasz je z wiarą”.

    Nigdy potem nie czuł ksiądz już obecności złych duchów?

    Czułem. Złe duchy tak łatwo nie odpuszczały, ale za każdym razem, gdy przychodziły, brałem do rąk Pismo Święte i gdy zaczynałem je czytać, one uciekały. Słowo Boże poruszało mnie, dotykało, uzdrawiało od wewnątrz. Płakałem czytając je, podkreślałem jakieś fragmenty… Pan Bóg mówił do mnie z czułością, bardzo osobiście, intymnie. Przychodził z uwolnieniem, z ukojeniem.

    Co sprawiło, że drogi – księdza i tych blackmetalowców – ostatecznie rozeszły się?

    To, że oni w międzyczasie cały czas usiłowali zaszczepić we mnie awersję do Kościoła katolickiego, do świętych, do Matki Bożej. W pewnym momencie zadałem sobie pytanie: jak to jest, że ludzie, którzy mówią o miłości Jezusa, buntują mnie przeciwko Kościołowi? Dowiedziałem się potem, że w przeszłości należeli do Kościoła katolickiego, ale z niego odeszli. Mieli w sercu jakieś poranienia, coś było nieuzdrowione.

    Skutkowało to m.in. tym, że gdy próbowałem weryfikować wiarygodność tego, co mówią, nie chcieli ze mną rozmawiać. Pytania, które zadawałem, były dla nich niewygodne. Z jednej strony Pan Bóg posłużył się nimi, żeby coś w moim życiu zrobić, a z drugiej strony potrzebowałem zerwać z nimi relacje, ponieważ widziałem, że manipulują.

    Kiedy po raz pierwszy pojawiła się w księdza głowie myśl o kapłaństwie? I czy była ona przez księdza chciana, czy niechciana?

    Niechciana 🙂 Mój kumpel, gdy zobaczył, że mam w domu Pismo Święte, zaczął wciągać mnie w rozmowy o wierze. Chciał mi udowodnić, że Boga nie ma. A ja już wiedziałem, że On jest. Po jakimś czasie stwierdziłem, że skoro potrafię godzinami rozmawiać o wierze z kolegą, który jest niewierzący, to potrafiłbym też rozmawiać o Bogu z innymi ludźmi. Przemknęło mi przez myśl, że może droga do tych rozmów wiedzie przez seminarium. Szybko jednak przywołałem się do porządku. „Marcin, to inny świat, nie dla ciebie. Na religii z jednym księdzem nie mogłeś wytrzymać, a co dopiero w seminarium!”, przekonywałem sam siebie. 

    O co przed maturą założył się ksiądz z Panem Bogiem i jakie były tego duchowe reperkusje?

    Dwa tygodnie przed maturą zorientowałem się, że nie za bardzo jestem do niej przygotowany. Nie miałem nawet zeszytów z notatkami. Kolega z klasy, Tomek, który był w podobnej sytuacji, wpadł na pomysł, że zamówi nam przez internet materiały do nauki. I tak zrobił. Przesyłka dotarła do nas po tygodniu, zatem na to, żeby przyswoić wiedzę, po którą nie sięgnęliśmy praktycznie przez całe liceum, został nam ostatni tydzień.

    Zaczęliśmy się uczyć. Po pierwszym dniu nauki byłem wyczerpany. Zasnąłem, po czym obudziłem się o piątej rano. Co ciekawe, tuż po przebudzeniu po głowie krążyła mi myśl o pójściu do seminarium. Odsunąłem ją czym prędzej. „Panie Boże, nie pójdę tam. Poszukaj wśród innych, którzy się do tego nadają. I nie rób mi takich numerów. Wiesz przecież, że potrzebuję być wyspany, bo przede mną mnóstwo nauki”, powiedziałem. Następnego dnia obudziłem się jeszcze wcześniej, bo o czwartej rano. I ta sama myśl. Na niczym innym nie byłem w stanie się skupić. Czułem, że coś jest na rzeczy.

    Bóg upominał się o księdza.

    Tak, walczył o mnie. Ale ja także prowadziłem w sercu walkę. Nie chciałem pozwolić, by myśl o seminarium zagrzała w mojej głowie miejsce na dobre. I właśnie wtedy się z Nim założyłem. Powiedziałem: „Panie Boże, jeżeli ta myśl jest od Ciebie i jeżeli sprawisz, że przez kolejne noce będę się wysypiał, to gdy zdam maturę, pójdę do tego seminarium. Pójdę i udowodnię Ci, że się nie nadaję”.

    Po tym, jak zrobiłem ten zakład – o dziwo! – zasnąłem. Kolejne noce także przespałem spokojnie. Po zdanej maturze kwestią honoru było pójść do seminarium i czekać, aż mnie wyrzucą (uśmiech). Nie wyrzucili, chociaż o to nie zabiegałem. Wcale nie chciałem wciskać się w seminaryjne ramy.

    Do seminarium poszedł Ksiądz w glanach 🙂

    Zawsze lubiłem glany. Noszę je do dzisiaj. Do sutanny. I pasują (uśmiech). Nikt z przełożonych przez sześć lat mojej bytności w seminarium nie zwrócił mi z tego powodu uwagi. Byli klerycy, którzy pytali:„Jak ty możesz chodzić w takich butach?”, ale nie przejmowałem się tym. „Chodzę, bo lubię, ty nie musisz”, odpowiadałem. Nawet na święcenia diakonatu poszedłem w glanach. Natomiast gdy dowiedziałem się, że chłopaki obstawiają między sobą, w jakich butach będę w dniu święceń kapłańskich, stwierdziłem, że nie warto generować niepotrzebnych emocji i włożyłem mokasyny (uśmiech).

    Ksiądz często podkreśla, że wiele w swoim życiu zawdzięcza Maryi.

    Wstawiennictwa i opieki Maryi doświadczam każdego dnia. Pamiętam, jak w jednej z parafii, w której posługiwałem, po mszy świętej podszedł do mnie mężczyzna i poprosił o błogosławieństwo. Zwierzył mi się wtedy, że nie może modlić się na różańcu. Gdy odmawiałem nad nim błogosławieństwo, usiłował zacisnąć swoje ręce na mojej szyi.

    Powiedział mi później, że kiedy się za niego modliłem, chciał mnie udusić. Zaproponowałem, by nazajutrz przyszedł na plebanię. Pojawił się i opowiedział o swoich problemach z wiarą. Kiedy ukląkł do modlitwy, zły duch zaczął nim potrząsać. Usłyszałem w sercu, że z pomocą przyjdzie Maryja. I tak się stało. Otuliła tego człowieka i uwolniła, gdy owinąłem go kapłańską stułą z Jej wizerunkiem. Takich i podobnych sytuacji miałem w życiu wiele. Maryja wyprasza łaski każdemu z nas. Jest naszą Pośredniczką. Matką, która zawsze jest blisko.

    *ks. Marcin Modrzyński – kapłan archidiecezji gnieźnieńskiej, rekolekcjonista, diecezjalny koordynator Odnowy w Duchu Świętym, duszpasterz ds. ruchów, organizacji i stowarzyszeń katolickich archidiecezji gnieźnieńskiej. Współtwórca projektów „Jedno Serce”,  Oddanie33.pl, autor książki „W strumieniach miłosierdzia”. Mieszka na terenie parafii pw. bł. Jolenty w Gnieźnie.

    rozmawiała Katarzyna Szkarpetowska/Aleteia.pl

    ___________________________________________________________

    Dobry Pasterz

    fot. Janusz Migura/Opoka.pl

    ______________________________________________________________________________________________________________

    PIĄTEK 26 KWIETNIA

    KOŚCIÓŁ ŚW. PIOTRA

    GODZINNA ADORACJA OD GODZINY 18.00/ MOŻLIWOŚĆ SPOWIEDZI ŚW.

    MSZA ŚW. – GODZ. 19.00

    NOCNA ADORACJA W KLASZTORZE SIÓSTR BENEDYKTYNEK SAKRAMENTEK W LARGS OD GODZ. 21.00.

    ZAKOŃCZENIE – O BRZASKU DNIA ŚPIEWEM GODZINEK KU CZCI NAJŚWIĘTSZEJ MARYI PANNY I O GODZ. 5.00 – MSZA ŚWIĘTA

    ___________________________________________________________

    SOBOTA 27 KWIETNIA

    KAPLICA IZBA JEZUSA MIŁOSIERNEGO

    GODZ. 10.00 – SPOTKANIE BIBLIJNE NA TEMAT: W KOBIETY W PIŚMIE ŚWIĘTYM (SAMARYTANKA – J 4, 1-42)

    ***

    KOŚCIÓŁ ŚW. PIOTRA

    SPOWIEDŹ ŚW. OD GODZINY 17.00

    MSZA ŚW. WIGILIJNA V NIEDZIELI WIELKANOCNEJ O GODZ. 18.00

    W OSTATNIĄ SOBOTĘ KAŻDEGO MIESIĄCA MSZA ŚWIĘTA ODPRAWIANA JEST W INTENCJI WSPÓLNOTY ŻYWEGO RÓŻAŃCA

    _____________________________________________________________

    KOŚCIÓŁ ŚW. PIOTRA

    V NIEDZIELA WIELKANOCNA 28 KWIETNIA

    ADORACJA OD GODZINY 13.30/ MOŻLIWOŚĆ SPOWIEDZI ŚW.

    MSZA ŚW. – GODZ. 14.00

    ***

    MODLITWA ANIOŁA Z FATIMY

    “O mój Boże, wierzę w Ciebie, wielbię Cię, ufam Tobie i kocham Cię!
    Błagam Cię o przebaczenie dla tych, którzy w Ciebie nie wierzą,
    nie wielbią Cię, nie ufają Tobie i Ciebie nie kochają!”
    “Trójco Przenajświętsza, Ojcze, Synu i Duchu Święty,
    uwielbiam Cię w najgłębszej pokorze, ofiarując najdroższe Ciało i Krew,
    Duszę i Bóstwo Pana naszego Jezusa Chrystusa,
    obecne na wszystkich ołtarzach świata jako wynagrodzenie za zniewagi,
    świętokradztwa i obojętność jakimi jest On obrażany.
    I przez nieskończone zasługi Jego Najświętszego Serca i Niepokalanego Serca Maryi,
    proszę Ciebie o łaskę nawrócenia biednych grzeszników”. Amen.

    ***************

    OBJAWIENIA ANIOŁA PORTUGALII

    Rok przed objawieniami Najświętszej Maryi Panny trójka pastuszków: Łucja, Franciszek i Hiacynta – Łucja de Jesus dos Santos i jej kuzyni Franciszek i Hiacynta Marto – mieszkająca w wiosce Aljustrel, należącej do parafii fatimskiej – miała trzy objawienia Anioła Portugalii, zwanego też Aniołem Pokoju.
     

    Pierwsze zjawienie się Anioła

    Pierwsze objawienie Anioła miało miejsce wiosną lub latem 1916 roku, przed grotą przy wzgórzu Cabeço, w pobliżu Aljustrel, i miało, zgodnie z opowiadaniem siostry Łucji, następujący przebieg:

    Bawiliśmy się przez pewien czas, gdy nagle silny wiatr zatrząsł drzewami, co skłoniło nas do popatrzenia, co się dzieje, ponieważ dzień był pogodny. Wtedy ujrzeliśmy w oddali, nad drzewami rozciągającymi się ku wschodowi, światło bielsze od śniegu, w kształcie przezroczystego młodego mężczyzny, jaśniejszego niż kryształ w promieniach słońca.

    W miarę jak się przybliżał, mogliśmy rozpoznać jego postać: młodzieniec w wieku około 14–15 lat, wielkiej urody. Byliśmy zaskoczeni i przejęci. Nie mogliśmy wypowiedzieć ani słowa.
    Gdy tylko zbliżył się do nas, powiedział:
    – Nie bójcie się. Jestem Aniołem Pokoju. Módlcie się ze mną.
    I klęcząc nachylił się, aż dotknął czołem ziemi. Pobudzeni nadprzyrodzonym natchnieniem, naśladując Anioła, zaczęliśmy powtarzać jego słowa:
    – O Mój Boże, wierzę w Ciebie, wielbię Cię, ufam Tobie i kocham Cię. Błagam Cię o przebaczenie dla tych, którzy nie wierzą w Ciebie, nie wielbią Cię, nie ufają Tobie i nie kochają Cię.
    Po trzykrotnym powtórzeniu tych słów podniósł się i powiedział:
    – Módlcie się tak. Serca Jezusa i Maryi uważnie słuchają waszych próśb.

    I zniknął. Atmosfera nadprzyrodzoności, jaka nas ogarnęła, była tak silna, że przez dłuższy czas prawie nie zdawaliśmy sobie sprawy z naszego własnego istnienia, pozostając w tej samej pozycji, w której nas Anioł zostawił, i powtarzając ciągle tę samą modlitwę. Obecność Boga była tak silna i tak dogłębna, że nie ośmieliliśmy się nawet odezwać do siebie. Następnego dnia jeszcze czuliśmy się ogarnięci tą atmosferą, która znikała bardzo powoli.

    Żadne z nas nie zamierzało mówić o tym zjawieniu, ale zachować je w tajemnicy. Taka postawa sama się narzucała. Było to tak dogłębne, że nie było łatwo powiedzieć o tym choćby słowa. Zjawienie to zrobiło na nas większe wrażenie, chyba dlatego, że było pierwsze. 

    Drugie zjawienie się Anioła 

    Po raz drugi Anioł pojawił się latem 1916 roku, przy studni domu Łucji, blisko której bawiły się dzieci. Oto jak siostra Łucja opowiada to, co Anioł powiedział jej samej i jej kuzynom:
    – Co robicie? Módlcie się! Módlcie się dużo! Przenajświętsze Serca Jezusa i Maryi chcą okazać przez was miłosierdzie. Ofiarowujcie nieustannie modlitwy i umartwienia Najwyższemu.
    – Jak mamy się umartwiać? – zapytałam.
    – Z wszystkiego, co możecie, zróbcie ofiarę Bogu jako akt zadośćuczynienia za grzechy, którymi jest obrażany, i jako uproszenie nawrócenia grzeszników. W ten sposób sprowadźcie pokój na waszą Ojczyznę. Jestem Aniołem Stróżem Portugalii. Przede wszystkim przyjmijcie i znoście 
    z pokorą i poddaniem cierpienia, które Bóg wam ześle.
    I zniknął. Te słowa Anioła wyryły się w naszych umysłach jak światło, które pozwoliło nam zrozumieć, kim jest Bóg, jak nas kocha, jak chciałby być kochany. Pozwoliły nam również pojąć wartość umartwienia, jak ono Bogu jest miłe i jak dzięki niemu nawracają się grzesznicy.

    Trzecie zjawienie się Anioła

    Trzecie objawienie miało miejsce końcem lata i początkiem jesieni 1916 roku. Także i tym razem w grocie Cabeço. Potoczyło się ono, zgodnie z opisem siostry Łucji, w następujący sposób: 

    Gdy tylko tam przyszliśmy, padliśmy na kolana i dotknąwszy czołami ziemi, poczęliśmy powtarzać słowa modlitwy Anioła: „O Mój Boże wierzę w Ciebie, wielbię Cię, ufam Tobie i kocham Cię etc.!”
    Nie pamiętam, ile razy powtórzyliśmy tę modlitwę, kiedy ujrzeliśmy błyszczące nad nami nieznane światło. Powstaliśmy, aby zobaczyć, co się dzieje, i ujrzeliśmy Anioła trzymającego kielich w lewej ręce, nad którym unosiła się hostia, z której spływały krople krwi do kielicha. Zostawiwszy kielich i hostię zawieszone w powietrzu, Anioł uklęknął z nami i trzykrotnie powtórzyliśmy z nim modlitwę:
    – Przenajświętsza Trójco, Ojcze, Synu, Duchu Święty, wielbię Cię z najgłębszą czcią i ofiaruję Ci najdroższe Ciało, Krew, Duszę i Bóstwo Jezusa Chrystusa, obecnego we wszystkich tabernakulach świata, jako przebłaganie za zniewagi, świętokradztwa i zaniedbania, którymi jest On obrażany! Przez nieskończone zasługi Jego Najświętszego Serca i Niepokalanego Serca Maryi błagam Cię o nawrócenie biednych grzeszników.
    Następnie powstając, wziął znowu w rękę kielich i hostię.
    Hostię podał mnie, a zawartość kielicha dał do wypicia Hiacyncie i Franciszkowi, jednocześnie mówiąc:
    – Przyjmijcie Ciało i pijcie Krew Jezusa Chrystusa straszliwie znieważanego przez niewdzięcznych ludzi. Wynagradzajcie zbrodnie ludzi i pocieszajcie waszego Boga.
    Potem znowu schylił się aż do ziemi, powtórzył wspólnie z nami trzy razy tę samą modlitwę: „Przenajświętsza Trójco… etc.” i zniknął.

    Natchnieni nadprzyrodzoną siłą, która nas ogarniała, naśladowaliśmy Anioła we wszystkim, to znaczy uklękliśmy czołobitnie jak on i powtarzaliśmy modlitwy, które on odmawiał. Siła obecności Boga była tak intensywna, że niemal zupełnie nas pochłaniała i unicestwiała. Wydawała się pozbawiać nas używania cielesnych zmysłów przez długi czas. W ciągu tych dni wykonywaliśmy nasze zewnętrzne czynności, jakbyśmy byli niesieni przez tę samą nadprzyrodzoną istotę, która nas do tego skłaniała.
    Spokój i szczęście, które odczuwaliśmy, były bardzo wielkie, ale tylko wewnętrzne, całkowicie skupiające duszę w Bogu. A również osłabienie fizyczne, które nas ogarnęło, było wielkie.

    Nie wiem, dlaczego objawienia Matki Bożej wywołały w nas zupełnie inne skutki. Ta sama wewnętrzna radość, ten sam spokój i to samo poczucie szczęścia, ale zamiast tego fizycznego osłabienia, pewna wzmożona ruchliwość. Zamiast tego unicestwienia w Bożej obecności, wielka radość. Zamiast trudności w mówieniu, pewien udzielający się entuzjazm. Lecz pomimo tych uczuć odczuwałam natchnienie, aby milczeć, zwłaszcza o niektórych rzeczach. Podczas przesłuchań czułam wewnętrzne natchnienie, które mi wskazywało odpowiedzi, aby nie odbiegając od prawdy, nie ujawniać tego, co wtenczas powinnam była ukryć.

    Objawienia Anioła w roku 1916 poprzedzone były trzema innymi wizjami. W okresie między kwietniem a październikiem 1915 roku, Łucja wraz z trzema innymi dziewczynkami, Marią Rosą Matias, Teresą Matias i Marią Justiną, ujrzały, z tego samego wzgórza Cabeço, ponad lasem znajdującym się w dolinie, zawieszony w powietrzu jakiś obłok bielszy od śniegu, przezroczysty, 
    w kształcie ludzkiej postaci. Była to postać, jakby ze śniegu, którą promienie słoneczne czyniły nieco przezroczystą. Jest to opis samej siostry Łucji.

    z książki: “Fatima – orędzie tragedii czy nadziei?” autorstwa A. Borellego

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Podczas każdej Mszy świętej jest miejsce na Twoje osobiste intencje. Jak je składać?

    EUCHARYSTIA
    Shutterstock

    ***

    Jest podczas Mszy świętej kilka takich momentów „szczególnie odpowiednich”, by przywołać i ofiarować Bogu swoje prośby.

    Na początku każdej niemal Mszy świętej słyszymy, że jest odprawiana w jakiejś intencji. Najczęściej za zmarłych – o dar życia wiecznego. Czasami za żywych, o Boże błogosławieństwo i potrzebne im łaski. O co tu właściwie chodzi? Jaki jest sens „zamawiania” Mszy św. w jakiejś intencji? I czy to znaczy, że jeśli Msza św. jest za Kowalskiego, to moja modlitwa w jakiejś osobistej sprawie nie będzie już w trakcie tej Mszy św. wysłuchana?

    Co to znaczy „zamówić” Mszę świętą?

    Znaczy to tyle, że Kościół – czyli wspólnota sprawująca daną Eucharystię pod przewodnictwem kapłana – zgadza się prosić Pana Boga, aby dobrami duchowymi wynikającymi z tej Eucharystii obdarzył konkretną osobę lub grupę osób. Co to za dobra?

    Odpowiedź kryje się w odpowiedzi na pytanie: Czym jest Eucharystia? To uobecnienie Ofiary Jezusa, którą złożył Ojcu z samego siebie oddając swoje życie na krzyżu. W tej Jedynej Ofierze Jezus doskonale i w pełni zjednoczył się z Ojcem.

    My sprawując Eucharystię włączamy się w tę Ofiarę Jezusa, stajemy się jej uczestnikami, jej częścią – bierzemy w niej udział, a więc jednoczymy się „przez Chrystusa, z Chrystusem i w Chrystusie” z Ojcem. „Intencja” oznacza, że robiąc to prosimy, by Pan Bóg w to zjednoczenie włączył konkretnego człowieka – by to zjednoczenie stało się przede wszystkim jego udziałem. A zjednoczenie z Bogiem, to nic innego jak zbawienie.

    Jeśli prosimy na przykład o zdrowie, o pomyślne zdanie egzaminu, o błogosławieństwo i tak dalej, to w tym sensie, że one mają służyć sprawie zbawienia konkretnego człowieka, czyli jego bycia zjednoczonym z Bogiem na zawsze.

    Nie da się ofiarować komuś nic cenniejszego

    W gruncie rzeczy nie można prosić o nic więcej, o nic lepszego. I nie można nikomu ofiarować nic więcej niż to. Nasze zaangażowanie – nasza uwaga, obecność, poświęcony czas, gorliwa modlitwa czy ofiara materialna związana z „zamówieniem” mszy wyrażają naszą miłość, która w Eucharystii staje się częścią doskonałej i pełnej miłości jednoczącej Chrystusa z Ojcem.

    Proste „zamówienie” Mszy św. (zakładające zasadniczo także jak najpełniejsze w niej uczestnictwo), to coś absolutnie najcenniejszego – wręcz bezcennego – co człowiek może dać drugiemu człowiekowi – żywemu lub zmarłemu. Aż dziwne, że „zamawianie” intencji staje się coraz mniej popularne.

    A co z „prywatnymi” intencjami?

    Czy to oznacza, że moje „prywatne” intencje nie zostaną przez Boga wysłuchane, kiedy modlę się w nich podczas Mszy św.? Najpierw sprostowanie. Nie ma „prywatnych” intencji, bo Msza św. to nie moje sam-na-sam z Bogiem, ale wspólne dzieło całego Kościoła.

    I to nie tylko tego zebranego w konkretnym miejscu, ale naprawdę całego. Tę mszę, w której bierzemy udział sprawuje wraz z nami „Kościół rozproszony po całym świecie”. Na znak tego w każdej Mszy św., w modlitwie eucharystycznej przywołuje się imię papieża i miejscowego biskupa, którego jedność z papieżem jest znakiem jedności naszej wspólnoty z całym Kościołem Powszechnym.

    To dlatego tuż przed śpiewem „Święty, Święty, Święty” poprzedzającym konsekrację przypominamy sobie, że modlimy się wraz z aniołami i świętymi. Poza tym w Mszy świętej modlimy się za cały świat i za wszystkich ludzi. Jeśli uważnie wsłuchamy się w Modlitwę Eucharystyczną, to usłyszymy w niej skierowane do Boga błagania: „aby ta Ofiara sprowadziła na cały świat pokój i zbawienie”, abyś pamiętał „o całym Twoim ludzie i o wszystkich, którzy szczerym sercem Ciebie szukają”, a także prośbę za wszystkich naszych zmarłych braci i siostry oraz „tych których wiarę jedynie Ty znałeś”. Krótko mówiąc: nie ma takiego człowieka, za którego Kościół nie modliłby się sprawując Eucharystię.

    Czas i miejsce na nasze osobiste prośby

    Jak wynika z powyższego jest – i to jak najbardziej – we mszy świętej miejsce na moje osobiste intencje. Są one włączone w błaganie całego Kościoła. I bardzo dobrze jest przychodzić na Eucharystię z takimi osobistymi intencjami. Dlaczego? Po pierwsze – jeśli mam takie osobiste intencje, to znaczy, że kocham. A miłość – moja słaba, ułomna, ludzka miłość – jednoczy mnie z nieskończenie kochającym Chrystusem, który ofiaruje się odwiecznie miłującemu Ojcu.

    Po drugie – ta osobista intencja „motywuje” mnie do jak najbardziej gorliwego i świadomego uczestnictwa w sprawowanej Mszy św. A przez takie uczestnictwo coraz bardziej jednoczę się z Bogiem, który na serio mnie słucha i „bierze sobie do serca” to i tych, których ja noszę w swoim człowieczym sercu.

    Specjalne momenty

    Jest podczas Mszy św. kilka takich momentów „szczególnie odpowiednich”, by przywołać i ofiarować Bogu te swoje prośby. Najpierw na samym początku, kiedy kapłan informuje wspólnotę w jakiej intencji sprawujemy Eucharystię.

    Pamiętajmy, że nie jest ona „konkurencyjna” względem tej naszej osobistej. Wręcz przeciwnie. Im gorliwiej włączam się w tę „wspólną”, tym bardziej kocham, a więc tym bardziej to co noszę w swoim sercu staje się Jezusowe – tym bardziej On to może oddawać i polecać Ojcu. Kolejny dobry moment to „ofiarowanie”, czyli moment, kiedy na ołtarz przynoszone są chleb i wino, a kapłan przedstawia je po cichu Bogu, prosząc by niebawem stały się „Pokarmem i Napojem Duchowym”.

    W tym czasie zazwyczaj zbierana jest tak zwana „taca”. Nie należy lekceważyć tego momentu. Moja materialna ofiara z pieniędzy, które przecież są mi tak bardzo potrzebne do życia bardzo dosłownie wyraża moją ofiarę duchową. Przy tym nie wolno „magicznie” myśleć, że im więcej dam, tym bardziej zostanę wysłuchany. Kłania się ewangeliczna historia o wdowim groszu, którym zachwycił się Jezus (Marek 12,43). Bóg zna moje możliwości i wie, co to dla mnie znaczy dać naprawdę dużo.

    Najważniejszy moment i „Boski Zakładnik”

    Najważniejszy moment to ten, kiedy przyjmuję Chrystusa w Komunii. On jest ze mną, jest we mnie, jest w moim sercu. Moje serce – wszystkie jego sprawy i troski – stają się Jego. Mogę śmiało powiedzieć Ojcu: Mam Twojego Syna. Chcę Ci go ofiarować, oddać. A wraz z nim samego siebie, a więc też wszystko i wszystkich, którzy są dla mnie ważni. Wszystko albo nic, Panie Boże!

    Ten „święty szantaż” zadziała zawsze, jeśli powoduje mną miłość do Boga i człowieka. Bo ta miłość to przecież Duch Święty, który działa w moim sercu i przyczynia się za mną w błaganiach, których sam nie potrafię ubrać w słowa. To moment, kiedy najpełniej – tu na ziemi – uczestniczę w życiu Trójcy Świętej. Jestem z Bogiem, jestem w Bogu. Moje serce zanurzone w Nim. Wszystko, co moje, staje się Jego. Wszystko i wszyscy.

    ks. Michał Lubowicki/Aleteia.pl

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Post eucharystyczny jest obowiązkowy.

    Czy zbyt łatwo o nim nie zapominamy?

    PRZYGOTOWANIE DARÓW
    Shutterstock

    ***

    Kogo obowiązuje post eucharystyczny? Jakie ma znaczenie? I jak liczyć czas postu?

    Uczono nas o nim podczas przygotowania do Pierwszej Komunii Świętej, ale praktyka pokazuje, że często ulatuje nam z pamięci albo nie przykładamy do niego większej wagi. Tymczasem to podstawowy sposób przygotowania się do owocnego udziału w Mszy świętej.

    Obudzić pragnienie serca

    Powstrzymanie się od pokarmów i napojów podtrzymujących i uprzyjemniających nasze życie biologiczne ma uświadomić nam, że oto niebawem będziemy przyjmowali Pokarm i Napój dający nam życie duchowe i wieczne. Tak pisał o tym święty Efrem Syryjczyk:

    W Twym Chlebie ginie łakomstwo, Twój kielich unicestwia nieprzyjaciela – śmierć, co nas pożera. Spożywamy Cię, Panie, i pijemy nie tylko, by się nasycić, ale by żyć przez Ciebie.

    Fizyczny głód i pragnienie mają za zadanie rozbudzić naszą duchową tęsknotę za Jezusem w Eucharystii. Takie duchowe „przez żołądek do serca” à rebours.

    Niezwykły pokarm

    Post eucharystyczny znany był w Kościele już w pierwszych wiekach. Co prawda pierwsze pokolenie chrześcijan łączyło nieraz Eucharystię z braterską ucztą zwaną „agapą”, ale dość szybko zdecydowano się rozdzielić te dwa wydarzenia, a przyjmowanie Ciała Pańskiego poprzedzać czasem powstrzymywania się od jakichkolwiek innych pokarmów i napojów.

    Wynikało to z dużej wrażliwości na realną obecność Chrystusa w Najświętszym Sakramencie. Uważano, że nie godzi się, by Chleb Eucharystyczny mieszał się w nas ze zwykłym, wcześniej przyjętym pożywieniem.

    Dziś może dziwić, a nawet śmieszyć nas takie „organiczne”, naturalistyczne podejście, ale powinno też sprowokować do pytania: Czy ja rzeczywiście zdaję sobie sprawę, że w Komunii przyjmuję naprawdę Ciało i Krew Boga?

    Komunia dla wytrwałych

    Pierwsze precyzyjne przepisy dotyczące postu eucharystycznego wprowadził w XVI w. Sobór w Trydencie. Ustalone tam zasady były bardzo surowe. Aby przystąpić do Komunii, należało powstrzymać się od jakiegokolwiek pokarmu oraz napoju od północy aż do momentu jej przyjęcia. Zasada ta obowiązywała wszystkich i bez jakichkolwiek wyjątków.

    Stąd Msze święte sprawowano zasadniczo tylko w godzinach porannych. Był to też jeden – choć nie jedyny – z powodów, dla których wierni nie przystępowali do Komunii zbyt często.

    Dopiero w 1953 r. papież Pius XII pozwolił na picie w tym czasie samej wody, a niedługo potem skrócił obowiązujący czas postu eucharystycznego do trzech godzin. Następna zmiana przyszła już po II Soborze Watykańskim, gdy papież Paweł VI określił minimalny czas postu do jednej godziny. W 1973 r. w instrukcji Immensae caritatis zezwolił też, by w przypadku osób chorych, starszych oraz opiekujących się nimi było to jedynie piętnaście minut.

    Post eucharystyczny dzisiaj

    Obowiązujący nas dzisiaj Kodeks prawa kanonicznego z 1983 r. w kanonie 919 nakazuje powstrzymanie się od jakiegokolwiek pokarmu i napoju z wyjątkiem wody i lekarstw „przynajmniej na godzinę przed przyjęciem Komunii Świętej”.

    Post eucharystyczny nie obowiązuje osób w podeszłym wieku, chorych oraz opiekujących się nimi. Zwolniony z postu eucharystycznego jest też kapłan sprawujący drugą lub trzecią Mszę św. tego samego dnia, ale nie przed pierwszą Mszą św.

    Poza określonymi powyżej wyjątkami post eucharystyczny obowiązuje wszystkich wiernych i zasadniczo nie występuje możliwość dyspensowania (czyli zwalniania) od niego zarówno w przypadku przyjmowania Komunii podczas Mszy świętej, jak i poza nią. Czas postu eucharystycznego liczymy bowiem – o czym warto pamiętać – nie do chwili rozpoczęcia Mszy św., ale właśnie do przyjęcia Komunii św.

    ks. Michał Lubowicki/Aleteia.pl

    ___________________________________________________________________________________________

    ŻYWY RÓŻANIEC

    Aby Matka Boża była coraz bardziej znana i miłowana!

    „Różaniec Święty, to bardzo potężna broń.

    Używaj go z ufnością, a skutek wprawi cię w zdziwienie”.

    (św. Josemaria Escriva do Balaguer)

    A rosary is used for prayers and meditations.
    fot.wiseGeek

    *****

    INTENCJA ŻYWEGO RÓŻAŃCA

    NA MIESIĄC KWIECIEŃ 2024

    Intencja papieska:

    *Módlmy się, aby wewnętrzne bogactwo i godność kobiet były szanowane we wszystkich kulturach i aby zniknęło zjawisko dyskryminacji, która przynosi tyle cierpienia w różnych częściach świata. 

    więcej informacji – Vaticannews.va: Papieska intencja

    _______________________________________________________

    Intencje Polskiej Misji Katolickiej w Glasgow:

    * za naszych kapłanów, aby dobry Bóg umacniał ich w codziennej posłudze oraz o nowe powołania do kapłaństwa i życia konsekrowanego.  

    * za papieża Franciszka, aby Duch Święty prowadził go, a św. Michał Archanioł strzegł.

    *Panie Jezu, który jesteś pełen Miłosierdzia, rozświetlaj Swoimi Promieniami mroki naszych serc, abyśmy mieli odwagę przebaczać wszelkie zranienia zadane i sobie samym i naszym bliźnim. Tylko Twoja Łaska może uleczyć nasze rany. Ucz nas przez doświadczenia codzienności otwierać się ku naszym braciom i siostrom akceptując siebie nawzajem takimi jakimi jesteśmy. Przez Twoją Bolesną Mękę i Twoje Zmartwychwstanie miej Miłosierdzie dla nas i całego świata.

    ____________________________________________

    Intencja dodatkowa dla Róży Matki Bożej Częstochowskiej (II),

    św. Moniki i bł. Pauliny Jaricot: 

    * Rozważając drogi zbawienia w Tajemnicach Różańca Świętego prosimy Bożą Matkę, aby wypraszała u Syna swego a Pana naszego Jezusa Chrystusa właściwe drogi życia dla naszych dzieci.

    *****

    W tym miesiącu możemy uzyskać odpust zupełny w następujące dni:

    *Niedziela 7 kwietnia 2024 – w UROCZYSTOŚĆ BOŻEGO MIŁOSIERDZIA – odpust zupełny dla członków Żywego Różańca

    *Poniedziałek 8 kwietnia: w UROCZYSTOŚĆ ZWIASTOWANIA NAJŚWIĘTSZEJ MARYI PANNIE – odpust zupełny dla członków Żywego Różańca

    Obecnie mamy 19 Róż Żywego Różańca. Wciąż brakuje nam kilka osób. Dlatego bardzo serdecznie prosimy chętnych, aby zechcieli dołączyć się do Żywego Różańca.

    KRÓLOWO RÓŻAŃCA ŚWIĘTEGO, MÓDL SIĘ ZA NAMI!

    ***

    Od 1 kwietnia modlimy się kolejnymi Tajemnicami Różańca Świętego i w nowych intencjach, które otrzymaliście na maila 31 marca z adresu e-rozaniec@kosciol.org (jeśli ktoś z Was nie dostał maila na ten miesiąc, proszę o kontakt z Zelatorem Róży, albo na adres rozaniec@kosciolwszkocji.org)

    ______________________________________________________________________________________________________________

    O. Pio: Odmawiajcie Różaniec tak często, jak tylko to możliwe

    fot. via Wikipedia, CC 0

    ***

    O. Pio: Odmawiajcie Różaniec tak często, jak tylko to możliwe

    Święty Ojciec Pio od najmłodszych lat odznaczał się wyjątkowym umiłowaniem Najświętszej Maryi Panny. „Maryja jest wszelką przyczyną mej nadziei” – napisał na tabliczce zawieszonej nad drzwiami do swojej klasztornej celi. Wszystkim, którzy prosili go o pomoc, zawsze polecał, aby zawierzyli swoje sprawy naszej Matce.

    W swoim napisanym na kilka dni przed śmiercią duchowym testamencie włoski kapucyn zachęcał: „Kochajcie Matkę Najświętszą; czyńcie wszystko, by Ją kochano. Zawsze odmawiajcie Różaniec, róbcie to tak często, jak tylko to możliwe”. Sam, spełniając prośbę skierowaną przez Maryję do fatimskich dzieci, odmawiał Różaniec wiele razy dziennie, nazywając go swoją bronią.

    Tą modlitwą powierzał Bogu za przyczyną Matki Bożej wszystkich grzeszników, prosząc dla nich o nawrócenie. Szczególnie modlił się za kapłanów i zakonników, którzy mimo swojego wyjątkowego uprzywilejowania, oddają się grzesznemu życiu. Jeszcze zanim otrzymał łaskę noszenia stygmatów, w jednym z objawień Jezus powiedział mu: „Będę konał w agonii do końca świata z powodu dusz, które najbardziej uprzywilejowałem”.

    Takie samo polecenie otrzymały od Matki Bożej fatimskie dzieci. Hiacynta powiedziała pewnej siostrze zakonnej: „Matko moja, módl się za grzeszników! Módl się dużo za księży! Módl się dużo za zakonników! Księża powinni zajmować się wyłącznie sprawami Kościoła. Księża powinni być czyści, bardzo czyści. Nieposłuszeństwo księży i zakonników wobec ich przełożonych i wobec Ojca Świętego bardzo obraża Jezusa”.

    Modlitwa różańcowa za grzeszników, szczególnie za duchownych, jest wielkim głosem płynącym z fatimskich objawień i nauczania o. Pio. To modlitwa, do której wezwani są wszyscy katolicy, a która może wyjednać nawrócenie całego świata.

    kak/Giovanni Cavagnari, Ojciec Pio. Droga do świętości, tłum. Angieszka Daniluk, Kraków 2012

    Fronda.pl

    ______________________________________________________________________________________________________________

    To była „kanonizacja stulecia”!

    10 lat temu Jana Pawła II ogłoszono świętym

    Na uroczystości kanonizacyjne dwóch papieży – Jana Pawła II i Jana XXIII, przybyło prawie milion osób z całego świata!

    fot. Jeffrey Bruno/WIKIMEDIA COMMONS CC BY-SA 2.0

    ***

    27 kwietnia 2014 roku, papież Franciszek, w obecności swojego poprzednika Benedykta XVI, wyniósł na ołtarze dwóch papieży: Jana Pawła II i Jana XXIII.

    „Współpracowali z Duchem Świętym, aby odnowić Kościół”

    Jan XXIII i Jan Paweł II współpracowali z Duchem Świętym, aby odnowić i dostosować Kościół do jego pierwotnego obrazu, który nadali mu święci w ciągu wieków – mówił w homilii Franciszek.

    Franciszek przypomniał, że obaj papieże zrealizowali w Kościele niezwykle istotne misje. Jan XXIII zwołał Sobór Watykański II, któremu przyświecał obraz pierwotnego Kościoła – prostego i pełnego miłości.

    Franciszek nazwał Jana Pawła II „papieżem rodziny”. Kiedyś sam tak powiedział, że chciałby zostać zapamiętany jako papież rodziny – przypomniał Franciszek.

    Proces beatyfikacyjny rozpoczął się półtora miesiąca po śmierci

    Okrzyk „santo subito”, czyli święty natychmiast, wznoszony podczas pogrzebu papieża Polaka zaczął się bardzo szybko realizować. Benedykt XVI zgodził się na otwarcie procesu beatyfikacyjnego Jana Pawła II półtora miesiąca po jego odejściu, 3 maja 2005 roku, a tym samym uchylił wymóg oczekiwania pięciu lat od śmierci kandydata na ołtarze.

    Do Watykanu spływało wiele świadectw o łaskach doznanych za wstawiennictwem Jana Pawła II. Jednak jako cud potrzebny do beatyfikacji wybrano przypadek uzdrowienia w czerwcu 2005 roku francuskiej zakonnicy Marie Simon-Pierre z zaawansowanej choroby Parkinsona, chorował na nią również papież.

    Msza beatyfikacyjna papieża Polaka miała miejsce 1 maja 2011 roku w Watykanie, a przewodniczył jej Benedykt XVI. W uroczystościach wzięło udział ponad milion wiernych, z czego ponad 100 tysięcy Polaków.

    Kobieta cudownie uzdrowiona z tętniaka mózgu

    Jako cud potrzebny do kanonizacji wybrano uzdrowienie Floribeth Mora Diaz z Kostaryki z tętnika mózgu, które nastąpiło dokładnie w dniu beatyfikacji Jana Pawła II.

    Jan XXIII zmarł w 1963 roku, a beatyfikował go Jan Paweł II w 2000 roku. Jako cud uznano niewytłumaczalne z punktu widzenia medycyny uzdrowienie w 1996 roku zakonnicy z Neapolu z ciężkiej choroby żołądka. Przed kanonizacją, Franciszek odstąpił od uznania kolejnego cudu.

    KAI/Stacja7

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Dom świętego papieża. W krakowskim sanktuarium św. Jana Pawła II dzieją się cuda

    Sanktuarium św. Jana Pawła II w Krakowie.

    Sanktuarium św. Jana Pawła II w Krakowie/fot. Henryk Przondziono/Gość Niedzielny
    ***

    Jan Paweł II dopiero zaczyna działać. Doświadczają tego ludzie na całym świecie. W Krakowie widać to wyraźnie.

    Izabela Ostrowska i mąż po ślubie przez cztery lata bezskutecznie starali się o dziecko.

    – Lekarze nie potrafili wskazać przyczyny, ale w końcu orzekli, że dziecka nie będziemy mieli. Proponowali metodę in vitro, ale dla mnie i męża do przyjęcia było tylko naturalne zapłodnienie – opowiada. Zasmucona diagnozą poszła pomodlić się przed obraz Jana Pawła II o cud. – Powiedziałam, że jeśli Bóg chce, żebyśmy mieli dziecko, i jeśli będzie to syn, to otrzyma imiona Jan Paweł. Obiecywałam, że postaram się być najlepszą mamą i że nawet jeśli będę miała w życiu problemy, nie dam tego odczuć ani mężowi, ani dziecku – wspomina. Dwa tygodnie później dowiedziała się, że jest w ciąży. Od początku była przekonana, że nosi chłopca. Zgodnie z obietnicą jego patronem został Jan Paweł II.

    Dziś Jaś ma 11 lat. – Nie dość, że jest dzieckiem naturalnie poczętym i zdrowym, to, wiem o tym, jest dzieckiem z cudu. Od tamtej pory wciąż odczuwamy obecność św. Jana Pawła II. Jestem przekonana, że on czuwa nad nami, nad Jasiem – zapewnia Izabela Ostrowska. Za jeden z wyrazów opieki patrona uważa fakt, że Jaś był pierwszym dzieckiem, które przystąpiło do pierwszej Komunii w sanktuarium św. Jana Pawła II w Krakowie. Wynikło to ze „zbiegu okoliczności”: kiedy Janek przygotowywał się do pierwszej Komunii Świętej, trwała pandemia, a dodatkowo pojawiły się też inne problemy, które skłoniły matkę do poszukania możliwości przyjęcia przez syna Komunii indywidualnie.

    Specjalność: rodzina

    Święty Jan Paweł II wciąż oddziałuje duchowo, po śmierci nawet bardziej niż za ziemskiego życia. Ważnym centrum jego duchowej aktywności jest krakowskie sanktuarium św. Jana Pawła II. – Jan Paweł II troszczy się o to miejsce – zapewnia ks. Tomasz Szopa, kustosz sanktuarium. – W każdą niedzielę nasz kościół jest pełny od rana do wieczora. Największą satysfakcję sprawia fakt, że najliczniej przychodzą rodziny z dziećmi. Co niedzielę o godzinie 11 samych dzieci jest kilkaset. Rodzice troszczą się o liturgię na tej Mszy św. Śpiew animuje schola złożona z rodziców – cieszy się kapłan. Panujący tam klimat dostrzegły także władze Krakowa, które już drugi rok z rzędu przyznały sanktuarium certyfikat „Miejsce przyjazne rodzinom z dziećmi”.

    Sanktuarium przyciąga także wiele par, które chcą zawrzeć tam sakrament małżeństwa, a także małżeństw, które chcą tam ochrzcić swoje dzieci. – Ponieważ nie jesteśmy parafią, pytamy o motyw, dlaczego akurat tutaj. Bardzo często słyszymy, że młodzi modlili się o dobrego małżonka przez wstawiennictwo Jana Pawła II i jego pomocy przypisują to, że się poznali. Mamy też wiele świadectw par długo starających się o potomstwo, które modliły się o to do Jana Pawła II i które otrzymały łaskę poczęcia – opowiada ksiądz kustosz.

    Ks. Tomasz Szopa sam nieraz przekonał się o skuteczności orędownictwa świętego papieża. Tak było m.in. bodaj trzy lata temu, w związku z planowanym świętem rodziny. – Staramy się tu organizować takie święto co roku, w jedną z ostatnich niedziel przed wakacjami. To jest dla nas bardzo ważne wydarzenie. Jest uroczysta Msza św., czasami z udziałem księdza arcybiskupa, a po niej mamy przygotowane na błoniach przeróżne atrakcje dla dzieci. Jest plac zabaw, są dmuchańce, konkursy. To się dzieje pod gołym niebem, a akurat w tamtą niedzielę była fatalna pogoda. Wiał silny wiatr i padał deszcz. Dmuchańce leżały klapnięte, nie można było ich napompować, bo by fruwały, organizatorzy się gdzieś pochowali… – relacjonuje duchowny. Bardzo go to zmartwiło. – Idąc na Mszę św. o godzinie 11, modliłem się, przyzywając absolutnie świadomie wstawiennictwa świętego papieża. Powtarzałem: „Janie Pawle II, jesteś opiekunem rodzin, zawsze Ci zależało na dzieciach, proszę Cię o dobrą pogodę”. Odprawiając Mszę, widziałem przez otwarte drzwi, jak nagle pogoda zaczęła się zmieniać. Przestało padać, a gdy Msza się kończyła, wiatr ustał i wzeszło słońce. Gdy wyszliśmy na zewnątrz, wszystkie dmuchańce były już gotowe i mogło się odbyć wszystko, co przygotowaliśmy. Dla mnie to było ewidentnie działanie Jana Pawła II dla rodzin, a zwłaszcza dla ich najmłodszych członków – wyznaje. Wskazuje, że zgadza się to z zaangażowaniem duszpasterskim i teologicznym świętego papieża za jego ziemskich dni.

    – Ojciec Święty Franciszek powiedział na Mszy św. kanonizacyjnej, że św. Jan Paweł II jest patronem rodzin – podkreśla.

    Karteczki – świadectwa

    Sanktuarium św. Jana Pawła II przyciąga coraz liczniejszych pielgrzymów z różnych stron świata. Oni też podkreślają, że dobrze się tu czują. – Mówią, że doświadczają tu obecności św. Jana Pawła II. On jest z nami obecny duchowo w tajemnicy obcowania świętych, ale też w materialnych znakach, które przechowujemy tu jako najcenniejsze relikwie – zaznacza ksiądz kustosz. Wskazuje, że ogromne wrażenie na pielgrzymach robi zakrwawiona sutanna, którą Jan Paweł II miał na sobie w chwili zamachu. Wielu wiernych modli się tam w skupieniu. Drugą cenną pamiątką jest krzyż, który Ojciec Święty tulił krótko przed śmiercią, uczestnicząc w Drodze Krzyżowej za pośrednictwem transmisji telewizyjnej. I jest wreszcie płyta z pierwszego grobu Jana Pawła II.

    – Powtarza się tu to, co zaczęło się po śmierci Jana Pawła II, gdy wierni stali w długich kolejkach, żeby móc choć przez chwilę przy grobie się pomodlić. Zostawiali tam na karteczkach różnego rodzaju podziękowania i prośby. Także i tu wierni przychodzą i zostawiają swoje prośby i podziękowania za łaski otrzymane przez wstawiennictwo św. Jana Pawła II. Przechowujemy te karteczki jako pamiątkę i świadectwo realnego działania papieża Polaka także dziś. Znaczące, że bardzo wiele tych świadectw dotyczy spraw rodzinnych – zauważa duchowny.

    Święty się troszczy

    Barbara Sikora jest pedagogiem specjalnym i neurologopedą, zawodowo pracuje z osobami z niepełnosprawnościami. Choć mieszka blisko sanktuarium św. Jana Pawła II, wcześniej tam za bardzo nie zaglądała. Gdy zjawiła się tam w lutym 2020 roku, zauważyła, że po Mszy św. jest nabożeństwo z modlitwą w intencjach przedstawianych wstawiennictwu św. Jana Pawła II. – Pozostawiłam wtedy trzy intencje. W jednej z nich poprosiłam za swoją mamę, choć nie było to związane z jakąś konkretną potrzebą. Kiedy wyszłam z kościoła, otrzymałam telefon od rodziny, że mama jest od pół godziny reanimowana. Uświadomiłam sobie, że kiedy się to zaczęło, nieświadoma tej sytuacji, modliłam się w sanktuarium za mamę – opowiada. Reanimacja się powiodła, matce wszczepiono rozrusznik, ale kilka dni później doznała zawału serca i podczas zabiegu koronografii zmarła. – Na początku było to dla mnie trudne. Czułam wstawiennictwo i opiekę św. Jana Pawła II, ale nie spodziewałam się, że tak szybko się to potoczy. Jednak już w marcu wybuchła pandemia i wtedy uświadomiłam sobie, że termin śmierci tuż przed lockdownem był opatrznościowy: mama mogła mieć normalny pogrzeb z udziałem całej rodziny, a jej ostatni tydzień życia pozwolił nam przygotować się na jej odejście – wyznaje. Zdarzenie to wpłynęło także na konkretyzację pragnień, które Barbara Sikora pod wpływem rozmów z uczniami z niepełnosprawnością nosiła w sercu od pewnego czasu. – Kiełkowała mi w głowie myśl, żeby powstało w Krakowie takie duszpasterstwo czy też wspólnota dla osób z niepełnosprawnością, ich rodzin i osób wspierających je zawodowo bądź wolontaryjnie. Po moich niedawnych doświadczeniach wyklarowała się myśl, żeby taką wspólnotę utworzyć przy sanktuarium św. Jana Pawła II – tłumaczy. Kiedy przedstawiła tę ideę kustoszowi ks. Tomaszowi Szopie, okazało się, że on też nosił się z podobną myślą. Razem doszli do wniosku, że św. Jan Paweł II na pewno takiej wspólnoty by sobie tutaj życzył. Tak powstało przy sanktuarium duszpasterstwo „Barka”. Niedługo odbędzie się trzecia rocznica jego istnienia. Dzieło – jedno z wielu istniejących przy sanktuarium – się rozrasta. Pod jego opieką znajdują się obecnie 23 rodziny osób z różnymi niepełnosprawnościami. Często przyprowadzani są nowi ludzie i chętnie zostają, bo mają poczucie, że są członkami dużej, różnorodnej i wspierającej się rodziny. – W tym miejscu, w sanktuarium, panuje taka atmosfera, że czujemy się tam jak w domu – przekonuje Barbara Sikora.

    Zgadza się to z obserwacjami, jakie poczynił ks. Tomasz Szopa. – W ostatnim czasie usłyszałem od różnych osób deklaracje, że tu czują się jak w domu. Myślę, że w ten sposób spełnia się pragnienie kard. Stanisława Dziwisza, który tworząc to miejsce, powtarzał, że chciałby, żeby to był dom Jana Pawła II. Mówił, że papież nigdy właściwie nie miał swojego domu, że jego dzieciństwo i młodość były naznaczone pewnego rodzaju tułaczką. Słysząc, że ludzie czują się tu jak w domu, miałem dużą satysfakcję, że to się spełnia – podkreśla ksiądz kustosz. I dodaje: – To dom Jana Pawła II, on tu jest ojcem i z miłością przyjmuje wszystkich, którzy tutaj przychodzą.

    Franciszek Kuchrczak/Gość Niedzielny

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Bp Wątroba zainicjował czytanie Pisma Świętego na antenie diecezjalnej rozgłośni

    ***

    XVI Ogólnopolski Tydzień Biblijny. W tym roku wydarzeniu towarzyszy hasło: „Powołani do wspólnoty – komunii z Bogiem i bliźnimi w Kościele”. Celem inicjatywy jest odkrywanie i pogłębianie znaczenia Słowa Bożego w życiu Kościoła i w osobistym życiu wiernych.

    ***

    Otwórz się na Słowo,

    czyli jak przeżyć Tydzień Biblijny

    Po co jest Tydzień Biblijny? Jak go przeżyć? Z jakich pomocy korzystać? Wyjaśnia s. Judyta Pudełko PDDM, biblistka.

    Jak przeżyć Tydzień Biblijny?

    Nie bez powodu Kościół ustanowił Tydzień Biblijny w okresie wielkanocnym. Ma on nam pomóc otworzyć się na Słowo i realizować je na co dzień.https://www.youtube.com/embed/k6_SW-plxeg

    Sięgnij po jedyną taką instrukcję obsługi

    Jak to zrobić w praktyce? W pierwszej kolejności warto sięgnąć po „instrukcję obsługi” Pisma Świętego. W naszym cyklu video s. Judyta Pudełko wyjaśnia jak skonstruowana jest Biblia, o czym są poszczególne Księgi Pisma Świętego, kto je napisał, jakie wydarzenia są najważniejsze, jak za pomocą Biblii Bóg komunikuje się z człowiekiem i w końcu – jak Słowo wprowadzić w praktykę.

    Pokochaj niedzielną Liturgię Słowa

    Pomocą w odkrywaniu i lepszym rozumieniu Słowa Bożego może być także cykl „Jutro Niedziela” autorstwa ks. Przemysława Śliwińskiego i ks. Marcina Kowalskiego. „Jutro Niedziela” ma już swoich wiernych fanów, którzy nie wyobrażają sobie niedzieli bez lektury i analizy niedzielnej Liturgii Słowa. Cykl dostępny jest online w wersji skróconej, szersza analiza dostępna jest w książkowej wersji oraz jako EBOOK

    Wypracuj w sobie nawyk!

    Osobom, którym potrzebna jest duża dawka motywacji polecamy planere, który pomoże ci wyrobić nawyk czytania Pisma Świętego. Możesz z niego korzystać sam, bądź z całą rodziną! Nawykownik biblijny to precyzyjne narzędzie do planowania codziennego czytania Pisma Świętego. Z pewnością przypadnie on do gustu osobom, które nie wyobrażają sobie funkcjonować bez kalendarza, listy zadań, a także tym, które wiedzą, że planowanie i organizacja czasu może niezwykle ułatwić codzienne życie, a przede wszystkim… osiągać zamierzone cele! W przypadku naszego nawykownika cel jest jasny – wypracowanie nawyku czytania Pisma Świętego. Pobierz, drukuj i… zachwycaj się Słowem!

    Postaw na Bible Journaling, zasadę „4P” lub tradycyjne metody

    Czy słyszałeś o Bible Journaling jako praktyce rozważania Słowa Bożego? Bible Journaling to twórczy sposób wyrażania i dokumentowania tego, co mówi Pan Bóg w Piśmie Świętym. Inaczej tę praktykę rozważania Słowa Bożego nazywamy dziennikiem biblijnym. To tworzenie własnej historii opartej o tę, którą możemy znaleźć w Piśmie Świętym. Dziennik biblijny to metoda znana przede wszystkim za granicą, ale w Polsce zyskuje coraz większą popularnośćTę technikę przybliża biblista, członek Papieskiej Komisji Biblijnej i współautor cyklu „Jutro Niedziela”, ks. Marcin Kowalski.

    W rozmowie z Judytą Syrek swoim autorskim pomysłem na czytanie Pisma Świętego podzielił się abp. Adrian Galbas. Może stanie się także twoim sposobem na efektywne czytanie Pisma Świętego.

    Dla tych, którzy nie lubią innowacyjnych rozwiązań proponujemy rozwiązania, które od wieków stosowali święci Kościoła. Proponujemy aż 7 sprawdzonych metod czytania Pisma Świętego – wybierz najlepszą dla siebie!

    Zachwyć się Biblią!

    Dlaczego w opisie cudu podczas wesela w Kanie Galilejskiej nikt nie wspomina o pannie młodej? Czy Pan Bóg jest pro-choice czy jednak pro-life? O kim jest jedyna historia w Ewangelii, która mówi o nieudanym powołaniu? Skorzystaj z szerokiej oferty tekstów o bohaterach i wydarzeniach biblijnych, które przygotowujemy specjalnie dla Ciebie! Zachwyć się Biblią!

    ______________________________________________________________________________________________________________

    „4xP”. Sposób Arcybiskupa Adriana Galbasa na czytanie Pisma Świętego

    fot. Ksiądz Arcybiskup Adrian Galbas SAC/Facebook/Stacja7.pl

    ***

    O osobistym dowodzie na to, że Słowo Boże jest żywe oraz o tym, dlaczego Biblia powinna być zawsze pod ręką, z ks. abp Adrianem Galbasem SAC rozmawia Judyta Syrek.

    Judyta Syrek: Zacznę od pytania, które często my, katolicy, słyszymy jako zarzut, że nie czytamy Pisma Świętego i nie żyjemy Słowem Bożym. Czy Ksiądz Biskup zgadza się z tym zarzutem?

    Abp Adrian Galbas SAC: Nie wiem. To zależy od każdego indywidualnie. Trzeba pytać osobiście: czy ja czytam Pismo Święte i czy próbuję stosować je w swoim życiu? Jeśli chodzi o duszpasterstwo, to na pewno jest dużo lepiej niż kiedyś. Od Soboru Watykańskiego II mamy w Kościele stały i wielowymiarowy proces nakłaniania katolików do bardziej regularnego spotkania ze Słowem Bożym i to przynosi owoce. Duszpasterstwo dzisiaj jest dużo bardziej „biblijne” niż jeszcze pół wieku temu. No, a jak jest w życiu pojedynczych osób, to już trzeba zajrzeć do swojego sumienia. I dobrą okazją jest tu najbliższa niedziela.

    Pozwolę sobie jeszcze pociągnąć wątek publicystyczny. To, że nam, świeckim, zarzuca się, że za mało znamy Pismo, to jedna strona. Ale jest też druga – skoro ksiądz Biskup mówi o duszpasterstwie – trudno nie nawiązać do praktyk księży, którzy nie zawsze w czasie codziennej Mszy św. komentują liturgię Słowa. A przecież dobre komentarze mogą świeckim ułatwić rozumienie Pisma.

    To jest właśnie jednym z głównych przesłań Niedzieli Słowa Bożego. Papież Franciszek mówi, że po pierwsze jest ona po to, by ukazać znaczenie Słowa w liturgii, czyli to, o czym Pani Redaktor mówi, a po drugie, by po raz kolejny zachęcić każdego do osobistego spotkania ze Słowem. Dziwię się, że są parafie w Polsce, gdzie nie ma jeszcze praktyki codziennego, choćby krótkiego głoszenia homilii, bo jest to nie do przecenienia i dla słuchaczy i dla głoszącego. Jeżeli ksiądz ma nawyk codziennego głoszenia, to prawdopodobnie ma także nawyk codziennej, choćby krótkiej medytacji, i nie spotyka się po raz pierwszy ze Słowem, dopiero wtedy, gdy w czasie liturgii słyszy je z ust lektorów, albo gdy sam podchodzi do ambony, by odczytać Ewangelię. Korzyści są więc wielorakie…

    Szczególnie, że Słowo Boże w liturgii pozwala ustawić codzienne patrzenie na wiele spraw. Wielu świeckich potwierdza, że Słowo z dnia trafia w to, z czym się w danej chwili zmagają.

    Dokładnie tak! Papież Franciszek w Liście ogłaszającym Niedzielę Słowa Bożego mówi, że między Pismem Świętym, a naszą wiarą zachodzi ekstremalna więź. To znaczy, że jeżeli nie mam nawyku codziennego spotkania ze Słowem Bożym, moja wiara szybko osłabnie, a nawet umrze, ale też jeżeli nie mam wiary, to będę czytał Pismo Święte jak zwykły tekst i nie zobaczę w nim Słowa Boga.

    Ojcowie Pustyni praktykowali Lectio Divina czyli Boże czytanie, uważali, że to najlepsza forma pobożności człowieka.

    Lectio Divina jest konkretnym sposobem łączenia Słowa Bożego z codziennym życiem. I bardzo dobrze, że ta praktyka przeżywa teraz swój renesans, zarówno za sprawą Verbum Domini papieża Benedykta XVI, jak i rozmaitych propozycji teologiczno-duszpasterskich, których mamy mnóstwo.

    Lectio Divina uczy nas, że Słowo nie powinno być czymś dodanym do życia, tylko, jak mówi Psalm 119 – ma być pochodnią. Nie reflektorem, który mogę zapalić i oświetlić sobie nim drogę długo naprzód, ale właśnie pochodnią, która oświetli mi miejsce tylko na jeden kroczek. Nie na zapas. Raz przeczytam i z głowy na pół roku. Właśnie nie! Pochodnia! Jak jej nie ma, to jest ciemno! Życia też się nie przeżywa na zapas…Ja mam swoje osobiste Lectio Divina, które nazywam: cztery „P”. To znaczy: przeczytaj, przemyśl, podejmij i popatrz.

    Przeczytaj – rozumiem. A kolejne „P”? Może Ksiądz Biskup rozwinąć, jak to wygląda w praktyce?

    „Przeczytaj” staram się praktykować wieczorem, czytając to, co liturgia proponuje na następny dzień…

    Przez cały rok w tym samym kluczu?

    Tak. Zgodnie z tym, co Pan Jezus mówi – czy człowiek śpi, czy czuwa, ziarno w nim kiełkuje. Mam więc taką nadzieję, że to Słowo posiane wieczorem, pracuje także przez sen, zresztą często mi się śni… Ja w łóżku, a Słowo w robocie… Następnego dnia staram się przemyśleć to Słowo, czyli odprawić medytację z prostym pytaniem: co Słowo mówi mi dzisiaj, w tej konkretnej sytuacji, w której jestem?

    Potem jest „podejmij” – czyli coś najważniejszego, ale i najtrudniejszego. Na to jest cały dzień. Chodzi o to, by życie dostosować do Słowa, a nie odwrotnie: by nie naginać Słowa do wymyślonego przez siebie życia. I Pan Bóg daje takie momenty, w których Słowo bardzo wyraźnie przypomina o sobie. Mówi: halo Adrian (bo jesteśmy ze Słowem po imieniu), oto teraz masz możliwość dokonania wyboru: albo zrobisz tak, że to będzie zgodne z tym, co usłyszałeś, albo…

    I ostatnie „P”: popatrz, czyli próba oceny, jak to bycie ze Słowem dzisiaj się udało, albo jak się nie udało i dlaczego? Jak wyglądało moje całodniowe przebywanie ze Słowem. To jest ocena całego minionego dnia i siebie w tym dniu. Najczęściej łączę to z Kompletą. A po „popatrz”, jest już następne: „przeczytaj”…

    ***

    ***

    To pomysł autorski czy zaczerpnięty z jakiegoś źródła?

    Te „P” to chyba sam sobie tak nazwałem, ale dynamika jest stara jak chrześcijaństwo. W spotkaniu ze Słowem Bożym dobrze jest znaleźć swoją metodę. Cudze sposoby nie zawsze muszą być moimi… Ważna jest wierność i to, by się nie zniechęcać. Sposób zależy też od osobistej sytuacji każdego. Na co innego może sobie pozwolić mnich, a na co innego człowiek żyjący aktywnie w świecie: z rodziną, obowiązkami zawodowym i czym tylko jeszcze. Ale każdy coś jednak może. Jeśli chce! Wielu z nas często dziś używa tzw. krokomierzy, chce każdego dnia przejść określoną liczbę kroków, by utrzymać kondycję. W spotkaniu ze Słowem też o to chodzi: o zrobienie paru świadomych i przemyślanych kroków. To bardzo dobrze wpływa na kondycję duchową.

    Ksiądz Biskup biega, więc to porównanie nie dziwi…

    Trzeba uważać, by nie było tu nierównowagi. Można przesadzić w trosce o swą fizyczność i zapomnieć o duchowości. To oczywiście dotyczy nie tylko świeckich, ale też nas, duchownych. Nawet szczególnie duchownych. Musimy bardzo uważać na – podkreślane zresztą często – niebezpieczeństwo zakłócenia równowagi pomiędzy eksportem a importem Słowa Bożego.

    Co to znaczy?

    My, księża, czy biskupi, stale eksportujemy Słowo, głosząc je na ambonie i w różnych innych przestrzeniach, np. na katechezie. Ale jak nie ma stałego importu, czyli przyjęcia Słowa, to prędzej czy później skończy się to jakąś duchową anoreksją, a nawet duchową śmiercią, albo tym, o czym pisała Agnieszka Osiecka w piosence „Sztuczny miód”: że cały ten nasz „eksport” Słowa stanie się niewiarygodny. Jak sztuczny miód, który z daleka wygląda na miód, ale nie ma ani zapachu, ani smaku, ani działania miodu.

    Jeżeli chodzi o techniki czytania Słowa, kiedyś popularyzowana była, szczególnie przez ruchy charyzmatyczne, taka praktyka: „Otwórz tam, gdzie Duch Święty ci podpowie”. Ojciec Badeni kiedyś w rozmowie zwrócił mi uwagę, że w tej metodzie jest też szansa, że zamiast Słowa i Pana Boga zacznę szukać siebie. Jak uniknąć złej interpretacji Słowa?

    Nigdy nie praktykowałem tego sposobu modlenia się Pismem Świętym. Niektórzy przestrzegają, że można otworzyć na fragmencie o Judaszu, który się powiesił, albo na fragmencie Psalmu mówiącym, że Boga nie ma – bo przecież i takie słowa znajdziemy w Biblii, w wyrwanym z kontekstu półzdaniu. Ale z drugiej strony, jeżeli ktoś miałby się w ogóle nie spotykać ze Słowem, to niech czyta, choćby i tak… Dla mnie jednak dużo lepsza jest nieco bardziej uporządkowana lektura Słowa, a najlepiej taka, w której dajemy się prowadzić Kościołowi, czyli kiedy korzystamy z pomocy liturgii dnia. Bardzo też zachęcam tych, którzy tego jeszcze nie zrobili, by przeczytali całe Pismo Święte. Przynajmniej raz w życiu.

    Od początku do końca?

    Można od początku do końca, można od końca do początku, czyli zacząć od Nowego Testamentu i potem dopiero poznawać Stary. Są też różne ciekawe aplikacje, które w tym pomagają. Dobre dla tych, którym trochę trudniej się samemu mobilizować. Kiedy byłem jeszcze w Nowicjacie, otrzymałem radę, by w rok przeczytać Pismo Święte. I przeczytałem. To było coś bardzo cennego. Oczywiście ktoś może w dwa lata, ale warto. To jest takie doświadczenie, którego dobro odkrywa się stopniowo, pomału. To przeczytane Słowo w człowieku pozostaje…

    W judaizmie Słowo Boże poznaje się od dziecka, więc może rodzina jest tym miejscem, gdzie powinniśmy zaczynać poznawać Słowo. Co poznajemy od dziecka, kiełkuje mocniej…

    Kiedyś pewna kobieta w Izraelu, pobożna i praktykująca Żydówka powiedziała mi, że gdy jej małe dziecko płacze, ona bierze je na kolana i czyta mu psalmy. Piękny sposób przekazywania Słowa i uczenia Słowa. U nas być może często jest tak, że jak dziecko płacze, mama daje mu smartfon z jakimś filmem, albo grą. Od naszych Starszych Braci na pewno możemy się uczyć miłości do Słowa. Zresztą, nieprzypadkowo, Niedziela Słowa Bożego została zaplanowana właśnie na trzecią niedzielę w ciągu roku, gdy jesteśmy krótko po Dniu Judaizmu i w Tygodniu Modlitw o Jedność Chrześcijan. Słowo nas łączy.

    Ojcowie Pustyni mówili, że Słowo Boże zawiera w sobie obecność Boga. Odczucie obecności jest może dla bardziej zaawansowanych, bo to już mistyka. Ale może każdy ma szansę na poczucie obecności Boga w trakcie czytania Słowa. Jak się do tego przygotować?

    Jak słyszymy “mistyka”, myślimy od razu…

    …wyższa szkoła jazdy…

    Św. Teresa z Ávila, Jan od Krzyża. Nie moja półka… Tymczasem mistyka dzieje się w codzienności, w której obecna jest Jego Obecność. Św. Hieronim mówi, że „kto nie zna Pisma Świętego, nie zna Chrystusa”. Nie, że nie ma wiedzy o Chrystusie, ale nie zna Chrystusa. Spotkanie ze Słowem, jeżeli tylko odbywa się w wierze, nie jest tylko spotkaniem z literką, z tekstem czy nawet z dźwiękiem, lecz z Osobą. Jak uczy Sobór Watykański II – kiedy odczytywane jest Pismo Święte, mówi sam Chrystus.

    ***

    ***

    Mówi się, że chrześcijaństwo to religia Słowa i dlatego w swoim codziennym życiu powinniśmy być bardziej wrażliwi na to, co mówimy. Czy Ksiądz Biskup czuje, przez wiele lat praktykowania codziennej lektury Pisma, że jest bardziej wrażliwy w komunikacji ze światem?

    To już muszą ocenić inni, ale na pewno Jego Słowo uczy, że i przez nasze słowo możemy się do kogoś zbliżyć, lub oddalić. Zbudować lub zniszczyć. I że nie ma słowa, które nie zostawia śladu. Zawsze coś robi w człowieku i między ludźmi. To kolejny pożytek ze stałego bycia ze Słowem Bożym. Bardziej doceniamy komunikację…

    Na koniec, zapytam standardowo, jaki fragment Pisma lubi Ksiądz Biskup najbardziej? Jest taki jeden?

    Nie mam ulubionego fragmentu. Bardzo lubię całe Słowo Boże. Były takie okresy w życiu, że z jakimś tekstem byłem bardziej związany, ale dzisiaj nie umiem takiego wskazać. Raczej wciąż się zaskakuję. Niby czytam ten sam tekst któryś już raz, a tu zdumienie…Coś takiego tam jest…Słowo zawsze trafia na konkretny moment w życiu. Nigdy jeszcze nie byłem w tym momencie życia, w którym jestem dzisiaj. I jeżeli to Słowo czytałem wczoraj, byłem człowiekiem z wczoraj. Nie miałem tego doświadczenia, tego przeżycia, tej emocji, tych rozterek, tych lęków, tych grzechów, tych słabości, tych szczęść i tych nieszczęść, które mam dzisiaj. To taki mój osobisty dowód na to, że Słowo Boże jest zawsze Słowem nowym i żywym.

    A z jakich komentarzy najlepiej korzystać? Kto Księdzu Biskupowi pomaga lepiej zrozumieć Pismo Święte?

    Jest ich mnóstwo. Lubię komentarze Ojców Pustyni. Nikt ich nie pobije w głębi interpretacji. Ze współczesnych, bardzo cenię nieżyjącego już kard. Martiniego. Korzystam też z komentarza Paulistów. Jest seria Lectio Divina wydawana przez siostry Loretanki, a ostatnio hitem są dla mnie komentarze do Ewangelii wydawnictwa “W drodze”. Ale nie każdy musi korzystać z komentarzy. Można sobie samemu zapisać i zaznaczyć pytania, które nas nurtują, których z lektury Pisma świętego nie rozumiemy, które są dziwne, czy nawet straszne, i poprosić duszpasterza o ich wyjaśnienie. Od tego w końcu duszpasterze są: by głosić i wyjaśniać Słowo. Bardzo wielką pomocą są także rozmaite grupy i duszpasterstwa biblijne. Jest ich coraz więcej i coraz różnych.

    Nie powiedziałem jeszcze o jednym. Skoro to koniec naszej rozmowy, to koniecznie muszę to dodać. Chodzi o to, by mieć w swoim mieszkaniu Biblię w widocznym miejscu, gdzieś pod ręką: na biurku, przy łóżku. Nawet jeżeli zwykle korzystamy z elektronicznej wersji Pisma Świętego. Czasem taki widok Księgi będzie nas kłuł w oczy, czasem pocieszy, a czasem po prostu o sobie przypomni… 

    Pamiętam jak kiedyś, na początku kapłaństwa, byłem na jednym z kursów ewangelizacyjnych i tam zadano uczestnikom pytanie: co by powiedziała twoja Biblia, gdyby dzisiaj umiała mówić? Chodzi nie o Słowo w niej zawarte, bo Ono przecież ciągle mówi, tylko o Księgę. To pytanie mocno we mnie zapadło i często stawiam je sobie przy rachunku sumienia…

    Czyli Biblia trochę tak, jak zdjęcie ukochanej osoby na biurku?

    Tak. Od Nowicjatu mam swoją osobistą, ulubioną Biblię. Są w niej zapisane różne modlitwy, podkreślone teksty. Jest nieźle zniszczona. Ciekawe, co by powiedziała, gdyby dzisiaj umiała mówić? Jakoś ze mną idzie… W testamencie więc poprosiłem, żeby włożyli mi ją do trumny. Niech też idzie ze mną na to ostateczne spotkanie ze Słowem. Face to face.

    Judyta Syrek/BIBLIA/Stacja7.pl

    ______________________________________________________________________________________

    Wybierz najlepszy sposób na modlitwę

    Słowem Bożym! 7 metod

    Czytanie Pisma Świętego jest jak zaspokajanie głodu – nie wystarczy raz porządnie się najeść, by już go nie odczuwać. W codziennym karmieniu się Bożym Słowem warto wybrać sobie jedną metodę rozważania, aby z czasem lektura i medytacja stawały się naturalnym czasem modlitwy.

    Jak modlić się Słowem Bożym? Okazuje się, że odpowiednie przygotowanie w znaczący sposób wpływa na lepsze rozumienie Słowa.

    Metoda ignacjańska

    Ignacy w medytacji dzieli modlitwę na 4 etapy. To, co cechuje tą metodę to porządek. Ignacy bardzo duży nacisk kładzie na Ewangelię i mówi, że to jest centrum. Kierujemy się też zasadą lectio continua (kolejnego dnia czytamy od miejsca, w którym skończyliśmy poprzedniego).


    Lectio divina

    To jedna z najstarszych praktyk, pochodząca jeszcze z czasów Ojców Pustyni i baza wszystkich duchowości, które istnieją w Kościele. Jej podstawą jest najbardziej fundamentalna rzecz w naszej wierze: Pismo Święte. W zasadzie większość metod modlitewnych można do niej sprowadzić i w większości ruchów formacyjnych taki model się pojawia. To klasyczny, najbardziej oryginalny i pierwotny model lectio divina, niezmodyfikowany przez żadną duchowość, zakon czy szkołę formacyjną, przez takiego czy innego świętego. To dotykanie Słowa wargami. Intymna rozmowa z Tajemnicą. Szkoła mistycznego zjednoczenia z Panem Bogiem.


    Metoda bł. Karola de Foucauld

    Metoda bibiljnej medytacji, którą praktykował Karol de Foucald, polega na uświadomieniu sobie w akcie wiary, co się zamierza czynić, a następnie – na przykład po lekturze fragmentu Nowego Testamentu – zapytaniu Boga, co ma nam do powiedzenia.


    Modlitwa karmelitańska

    Zmysłowa i banalna, ale jednocześnie – najbardziej ekstremalna „szkoła jazdy”. Ustępujesz w niej miejsca Bogu, oddajesz Mu wszystko i negujesz swoje pomysły. Masz się uczepić tylko jednego – wezwania „Pragnę Cię”. A właściwie… i tego Ci nie wolno.


    Metoda franciszkańska

    Medytacja franciszkańska jest kilkuwiekową metodą pracy duchowej. Powstała w oparciu o praktykę życia świętych franciszkanów – Bonawentury i Piotra z Alkantary. Jest prosta, opiera się na kilku punktach, których pierwsze litery układają się w słowo „amor” czyli „miłość”.


    Namiot Spotkania

    Za każdym razem, kiedy Mojżesz chciał się modlić – wchodził do Namiotu i rozmawiał z Bogiem „twarzą w twarz, jak się rozmawia z przyjacielem” (Wj 33, 11). Podobnie czynili inni, którzy chcieli rozmawiać z Bogiem. Ta metoda rozważania Biblii jest bardzo popularna w Ruchu Światło-Życie, a zaproponował ją założyciel Oazy, ks. Franciszek Blachnicki.


    Metoda św. Teresy Wielkiej

    Człowiek modlący się metodą terezjańską nie sam pochyla się nad rozważaniem danej prawdy, ale wspólnie z samym Bogiem. Nie jest stworzona po to, by czynić z nas filozofów czy teologów: została stworzona po to, aby rozpalić się Panem. Bóg pragnie nieustannie nawiązać z nami kontakt. Chce mieć udział w naszym życiu.

    Stacja7.pl

    ______________________________________________________________________________________________________________


    Jak czytać Biblię i nie zniechęcić się?

    Jak czytać Biblię i nie zniechęcić się?

    fot. Henryk Przondziono/Gość Niedzielny

    ***

    O lekturze trudnych fragmentów Pisma Świętego oraz początkach i owocach Dzieła Biblijnego w Polsce mówi ks. prof. Sławomir Stasiak, rektor Papieskiego Wydziału Teologicznego we Wrocławiu.

    ks. Rafał Bogacki: Czy Pismo Święte mogą czytać wszyscy, czy jest to lektura zarezerwowana dla wtajemniczonych?

    ks. prof. Sławomir Stasiak: 
    Może je czytać każdy wierzący człowiek. Nie zawiera ono w sobie żadnych informacji tajemnych czy niedostępnych dla czytelnika. Oczywiście lektura nie zawsze jest łatwa i często wymaga przygotowania. W odróżnieniu od literatury pozabiblijnej, zwłaszcza gnostyckiej, która mocno wchodziła w przestrzeń tajemnego znaczenia nawet poszczególnych słów, Pismo Święte jest słowem Boga skierowanym do człowieka. Wierzymy, że jest ono fundamentem teologii, jak również życia chrześcijańskiego, o czym przypomniał papież Benedykt XVI w adhortacji Verbum Domini.

    Od czego przeciętny katolik może rozpocząć lekturę Pisma Świętego?

    Warto rozpocząć od niedzielnych czytań mszalnych. Dzięki temu możemy osiągnąć podwójną korzyść. Po pierwsze, uczestnicząc w Eucharystii, jesteśmy przygotowani. Po drugie, mamy możliwość kontaktu z duszpasterzem. Najczęściej jest to kontakt w formie homilii, ale też w innych okolicznościach możemy zapytać o problemowe kwestie napotkane podczas lektury. Innym sposobem czytania Pisma Świętego jest rozpoczęcie od Nowego Testamentu. Wcześniejsze księgi są trudniejsze. Zdecydowana większość tekstów starotestamentalnych została zredagowana w języku hebrajskim. Podstawową trudnością jest to, że mamy do czynienia nie tylko ze zmianą języka, ale także zmianą mentalności. Semicki sposób myślenia zastąpiła mentalność europejska. Lepiej zatem zacząć od tych tekstów, które znajdują się u fundamentów naszej kultury.

    Czyli lektura „od deski do deski” nie jest najlepszym pomysłem…

    Taka lektura jest możliwa, ale wówczas trzeba mieć lepsze przygotowanie. Przyznam szczerze, że jeszcze będąc w szkole średniej, rozpocząłem lekturę od Księgi Rodzaju. Czytałem po jednym rozdziale dziennie. Lektura całej Biblii zajęła mi około trzech lat.

    Nie rozbił się Ksiądz Profesor o Księgę Kapłańską i zawarte w niej przepisy?

    Na szczęście formowałem się w Ruchu Światło–Życie. Bardzo mi to pomogło. Mogłem zadawać trudne pytania mojemu moderatorowi, a on potrafił szukać odpowiedzi. Był też cierpliwy w wysłuchiwaniu moich pytań. Dzięki temu przebrnąłem przez Księgę Kapłańską.

    Co jest największą trudnością w lekturze Pisma Świętego?

    Odległość czasowa i związana z tym mentalność autorów tekstów biblijnych. Trzeba zawsze pamiętać, że Pismo Święte to nie jest księga, która spadła z nieba. To tekst objawiony, który ma Boga za autora. Jednocześnie jest to tekst spisany przez ludzi, którzy żyli w konkretnej kulturze. Wejście w sposób myślenia ludzi tamtej epoki to duże wyzwanie.

    „Stary Testament ocieka krwią” – myślimy, wspominając kult w jerozolimskiej świątyni. Czy podobne teksty wciąż mogą karmić naszą wiarę?

    Rzeczywiście pytamy dziś: co te potoki krwi przelanej w świątyni jerozolimskiej mówią nam o Bogu, gdzie tutaj humanitaryzm? A on polega na tym, że nie zabijano wówczas ludzi. Miejsce człowieka zajęło zwierzę. W Starym Testamencie znajdujemy zakaz składania ludzi w ofierze. Dla nas to oczywiste, ale w kulturach starożytnych to była powszechna praktyka. Ludzie współcześni Abrahamowi nie mieli wątpliwości związanych z zabijaniem dzieci w ofierze dla bóstw.

    Wielu ludzi traktuje opowieści zawarte w Biblii jako legendy. Nie znajdujemy pozabiblijnych danych o historii Abrahama. Jak wierzący mają się odnieść do podobnych zarzutów?

    Przede wszystkim trzeba pamiętać, że ludzie spisywali te historie z perspektywy swojej wiedzy. Można powiedzieć, że Pismo Święte nie jest biografią Abrahama, Izaaka czy Jakuba ani stenogramem z wyjścia Izraelitów z Egiptu. Biblia zawiera opis historii zbawienia. Każdy z autorów miał określoną wizję wydarzeń, swój sposób rozumienia świata. Często stosował sposoby znane z historii literatury, by coś mocniej zaakcentować. Zarzuty dotyczące Biblii jako legendy czy fikcji literackiej pojawiały się w Polsce już w połowie XX wieku. Zenon Kosidowski opublikował wówczas „Opowieści biblijne”, a reakcją była odpowiedź ks. prof. Józefa Kudasiewicza zawarta w książce „Biblia, historia, nauka”. Znajdujemy w niej szereg rzeczowych argumentów. Ta publikacja nie straciła na aktualności. Wszystkim, którzy mierzą się z podobnymi pytaniami, polecam tę lekturę.

    W Starym Testamencie Bóg zachęca do prowadzenia wojen. Czy jako chrześcijanie powinniśmy odrzucić taki obraz Boga?

    Znowu powinniśmy pamiętać o mentalności ludzi tamtej epoki. Zadajmy proste pytanie: czy Izrael ma swojego Boga, który kształtuje jego historię? Odpowiedź jest oczywista. A skoro ten naród musi bronić swojej przestrzeni życia, prowadzi wojny z narodami, które mu zagrażają. Izraelici byli przekonani, że historia jest naznaczona obecnością Boga. Jeżeli dochodzi do wojny pomiędzy narodem, który wyznaje jedynego Boga, a narodem wyznającym inne bóstwo, to wniosek nasuwa się sam: Bóg zwycięskiego narodu jest potężniejszy. Mentalność ludzi, którzy spisywali te teksty, jest tutaj kluczowa.

    W Starym Testamencie znajdujemy także nakaz kamienowania – na przykład tych, których przyłapano na cudzołóstwie. Również za inne praktyki w Izraelu groziła śmierć…

    To były zwyczajowe kary obecne w ówczesnych kodeksach, na przykład w Kodeksie Hammurabiego. Podobnie było w średniowieczu, w europejskiej kulturze. Nikogo nie dziwiły obecne przy ratuszach pręgierze. Znajdowały się niemal we wszystkich miastach. Także popularna wówczas kara chłosty jest dzisiaj czymś nie do pomyślenia.

    Trudności mogą zrodzić się także przy lekturze tekstów Nowego Testamentu. Pracując we Francji, bardzo często słyszałem, że w listach Pawła znajdujemy fragmenty mówiące o dyskryminacji kobiet…

    Ja również spotykam się z podobnymi zarzutami. Czytając tekst, dosłownie moglibyśmy przyjąć, że Paweł zgadza się na dyskryminację kobiet. Ale pamiętajmy, że pisze on z perspektywy nauczyciela, który chwilę wcześniej był uczniem. Jezus instruował go, w jaki sposób ma żyć i głosić Ewangelię. Wspomina o tym we wszystkich swoich pismach. Paweł wypracował pewien model „nauczyciel–uczeń”, w którym jeden mówi, a drugi słucha. Z tej perspektywy mężczyzna to nauczyciel, a kobieta – uczeń. Gdy czytamy, że ma ona milczeć na zgromadzeniu, to jest tak nie dlatego, że nie ma nic do powiedzenia, ale że jest przykładem ucznia, który słucha, a następnie staje się mistrzem i przekazuje przyswojone treści. Bliska mi jest taka perspektywa – znacznie bardziej duchowa, otwarta, mniej literalna. Osobiście sam wiele zawdzięczam kobietom, które były moimi nauczycielami. Do dziś wspominam je z głębokim szacunkiem, one były dla mnie „mistrzyniami słowa”.

    Opublikował Ksiądz Profesor monografię „Biblia po obu stronach żelaznej kurtyny”, w której znajdujemy porównanie studiów biblijnych na wydziałach teologicznych we Florencji i we Wrocławiu w czasach komunistycznych. Czy współcześnie można porównać znajomość Pisma Świętego u katolików w Polsce i we Włoszech?

    Sądzę, że nasza znajomość Pisma Świętego jest na podobnym poziomie co katolików we Włoszech. Od czasów studiów biblijnych, czyli od 1994 roku, regularnie odwiedzam ten kraj. Badając nauki biblijne na obu uczelniach, zauważyłem wiele podobieństw. Podobnie jest w codziennym życiu chrześcijan. Ciekawe byłoby przeprowadzenie badań dotyczących funkcjonowania grup i kręgów biblijnych, celebrowania lectio divina i innych nabożeństw biblijnych w Polsce i w Italii. Myślę, że tutaj moglibyśmy wypaść nawet lepiej niż Kościół we Włoszech.

    W styczniu 2020 roku po raz pierwszy obchodziliśmy w Kościele powszechnym Niedzielę Słowa Bożego. Może należałoby połączyć ją z Niedzielą Biblijną?

    Gdy papież Franciszek ogłosił Niedzielę Słowa Bożego, pojawiły się głosy, by zainicjować dialog ze Stolicą Apostolską i wyjątkowo, dla Kościoła w Polsce, obchodzić to święto w III niedzielę wielkanocną. W styczniu, ze względu na odbywające się w Polsce wizyty duszpasterskie, trudno jednak dobrze przygotować Niedzielę Słowa Bożego. Ostatecznie pozostawiono dwie niedziele w myśl zasady: o słowie Bożym nigdy nie za dużo.

    rozmawiał ks. Rafał Bogacki/Gość Niedzielny

    ____________________________________________________________________________

    Jak spotykać się z Bogiem osobiście w czytaniu Słowa Bożego, w Lectio divina?

    LECTIO DIVINA

    TomFooleryLifePhotography | Shutterstock

    ***

    Św. Jan Paweł II powiedział, że jeżeli Lectio divina będzie wiernie praktykowane, to stanie się zaczątkiem nowej wiosny w Kościele. Ono opowiada nasze sprawy, towarzyszy nam w zwykłych wydarzeniach dnia, mieszka z nami tam, gdzie jest nasz dom, w miejscu pracy itp.

    ***

    Z o. Piotrem Stawarzem SDS, salwatorianinem z Centrum Formacji Duchowej w Krakowie, kierownikiem duchowym i rekolekcjonistą, rozmawia Małgorzata Bilska.

    Małgorzata Bilska: Budujecie w Krakowie Dom Słowa. To piękna nazwa – Słowo ma dom. Dom karmi słowem. Czyja to inicjatywa?

    O. Piotr Stawarz SDS: W ramach naszych prowincji funkcjonują różne dzieła apostolskie. Nazywamy je apostolatami. Jednym z nich jest krakowskie Centrum Formacji Duchowej (dyrektorem jest Krzysztof  Wons SDS) i to właśnie tu narodziła się ta inicjatywa. Centrum prężnie się rozwija od blisko 25 lat, potrzebujemy więcej przestrzeni. Decyzja została podjęta, choć długo dojrzewała jej realizacja. 

    Organizujecie rekolekcje, szkoły biblijne, szkoły kierownictwa duchowego, ćwiczenia ignacjańskie itd. – na bardzo wysokim poziomie. Chętnych jest często więcej niż miejsc, ale wciąż są ludzie, którzy was nie znają. Co jest wyróżnikiem Centrum?

    Doświadczenie spotkania z Bogiem. Oczywiście poza Centrum też można spotkać Pana Boga, ale ma ono cechy charakterystyczne. Spotkanie rodzi się tu w klimacie ciszy. Dziś jest to ogromne wyzwanie, czasem na początku trudne, bo na co dzień rzadko jej doświadczamy…

    Poza tym słowo Boga jest odkrywane jako osobiste, jako słowo na dzisiaj. Pan Bóg kieruje je do mnie! Ono naprawdę dotyka mego serca. Porusza je, nawraca, uzdrawia. To charyzmat, który Pan Bóg dał salwatorianom przez bł. Franciszka Jordana. On kochał słowo. Staramy się to w Centrum pielęgnować.

    Wśród prowadzących rekolekcje są goście z kraju i zagranicy a niektórzy przyciągają wręcz tłumy chętnych. Kto – przykładowo – u was był?

    Te osoby tworzyły ten dom, dużo im zawdzięczamy. Uczyły nas słuchania słowa. Pierwsze nazwisko, jakie mi się nasuwa, to śp. ks. Alessandro Pronzato, wybitny autor ponad 100 książek napisanych na bazie Biblii. Byli: kard. Gianfranco Ravasi (biblista i specjalista od języka hebrajskiego), prof. Bruna Costacurta (wykładowczyni teologii i duchowości Starego Testamentu na Papieskim Uniwersytecie Gregoriańskim w Rzymie), ojciec Amadeo Cencini (psychopedagog, formator), ojciec Innocenzo Gargano (patrolog, wielki propagator drogi Lectio divina), bracia kameduli ze wspólnoty Rocca di Gardia w północnych Włoszech.

    Są to wyjątkowe postacie. Planowaliśmy rekolekcje z kard. Luisem Antonio Tagle z Filipin, ale właśnie w tym czasie otrzymał nominację na prefekta Kongregacji ds. Ewangelizacji Narodów w Watykanie. W ostatniej chwili odwołał wtedy wszystkie zaplanowane spotkania. Jeśli chodzi o Polaków, to stałym gościem jest abp Grzegorz Ryś, bywa ks. dr hab. Wojciech Węgrzyniak, ks. prof. Waldemar Chrostowski, biblistka s. dr Joanna Nowińska, s. dr Judyta Pudełko, pani dr Danuta Piekarz w roli wykładowcy i tłumacza z języka włoskiego i wiele innych cennych osób. Sesje biblijne regularnie prowadzi oczywiście ojciec Krzysztof Wons, dyrektor i rekolekcjonista, autor wielu książek.

    W czasach odchodzenia od chrześcijaństwa (na różnych poziomach) wiele mądrych osób w Kościele stara się dotrzeć do ludzi nowymi metodami. Powstają wspólnoty, kwitnie ruch charyzmatyczny, są dzieła nowej ewangelizacji, a wy propagujecie pogłębianie czytania Biblii! Słowa, które jest pod ręką na półce niemal w każdym domu…

    Bo w Słowie, w Osobie jest orędzie, jest niesamowicie żywy i uniwersalny przekaz! Jest Dobra Nowina. Od Słowa wszystko się zaczęło. Nowe formy przekazu są ważne, ale one też czerpią ze Słowa… Słowo i ścieżka Lectio divina, którą praktykujemy – i jej uczymy – okazuje się niesamowitym darem dla Kościoła.

    Przed laty papież Jan Paweł II powiedział, że jeżeli Lectio divina będzie wiernie praktykowane, to stanie się zaczątkiem nowej wiosny w Kościele. I te słowa się spełniają. Całe środowiska, wspólnoty zakonne, przeżywają niezwykły renesans praktykując tę drogę.

    Nie chodzi o to, że od razu mają o 200 procent powołań więcej. Po prostu życie tych wspólnot, osób je tworzących, jest niesamowicie przesiąknięte modlitwą, Panem Bogiem. Oni żyją wiarą. To jest piękny owoc powrotu do tej pięknej tradycji.

    A czym jest Lectio divina? Ta praktyka czytania kiedyś była domeną mnichów. Dziś każdy chrześcijanin może w niej poznawać Boga. Z badań wynika jednak, że mało kto z młodych ludzi „modli się Biblią”. Bo Biblię się czyta jak literaturę…

    Lectio divina oznacza w dosłownym tłumaczeniu „Boże czytanie” albo „Boża lektura”. Pierwsze rozumienie określenia jest szerokie. To każdy kontakt człowieka ze słowem Bożym. Czyli ktoś, kto bierze do ręki Biblię rano czy wieczorem, by przeczytać drobny fragment, praktykuje drogę Lectio divina. I pewnie to jest słuszne.

    Jeśli te osoby otrzymają pomoc w spotkaniu ze słowem Bożym, ono staje się bardzo bliskie. Zostaje przetłumaczone na osobiste doświadczenie, na sytuację z życia. Potrzebne jest jednak wprowadzenie w to czytanie. Służą temu m. in. sesje weekendowe, które organizujemy.

    Jak spotykać się z Bogiem osobiście w czytaniu Słowa, w Lectio divina? Ono opowiada nasze sprawy, towarzyszy nam w zwykłych wydarzeniach dnia, mieszka z nami tam, gdzie jest nasz dom, w miejscu pracy itp. Możemy sięgać po Biblię codziennie.

    Boże czytanie w konsekwencji oznacza, że Bóg w spotkaniu ze mną czyta mnie, czyta moje życie. Znajduję w słowie Bożym komentarz, wskazówkę do zrozumienia głębi tego, co się w moim życiu wydarza.

    Jest w tej drodze jeszcze druga płaszczyzna – to my poznajemy Boga. Bóg pozwala siebie czytać w Lectio divina. Mówi o sobie, że jest miłością. Mówi o zamiarach. Wzdryga się przed tym, żeby wyniszczyć swój naród. Odkrywa przed nami to, jaki jest. Mówiąc językiem antropomorficznym – jakie jest Jego serce, pragnienia, myśli. Inne niż sobie wyobrażamy. Boże czytanie działa w dwie strony.  

    A węższe znaczenie określenia? Lectio divina ma 4 etapy.

    Tak. Są to: lectio (czytanie), meditatio (medytacja), oratio (modlitwa) i contemplatio (kontemplacja). Lectio divina nie była nigdy „przepisem” na modlitwę, raczej opisano w ten sposób doświadczenie mnichów. Ale rzeczywiście modlitwa słowem Bożym w ten sposób rośnie w człowieku. Tak się to dzieje.

    Etapy nie zostały sztucznie wymyślone, biorą się z wielowiekowego doświadczenia. Najczęściej osobiste przeżycie rekolekcji czy sesji prowadzi do odkrycia, o jakim doświadczeniu tu mówimy.

    Czemu ma służyć Dom Słowa, który budujecie obok obecnego Centrum?

    Zaczęliśmy budowę rok temu, 16 października 2020 roku (nieprzypadkowo wybraliśmy tę datę!) – wtedy poświęcony był plac budowy. Do końca marca planujemy ją zakończyć. Mamy nadzieję, że uda się zebrać konieczne środki. Praca idzie bardzo sprawnie. Część pieniędzy mieliśmy uzbieranych, część pochodzi z dotacji (składamy wnioski tam, gdzie możemy).

    Otrzymaliśmy pożyczkę od władz generalnych zgromadzenia, którą będziemy spłacać przez lata. Wciąż brakuje nam jednak pieniędzy, dlatego prosimy o pomoc ludzi dobrej woli, którzy chcą wesprzeć budowę Domu Słowa. Kiedy powstanie, będziemy mogli przyjmować dużo większą liczbę chętnych do uczestniczenia w warsztatach, szkołach, sesjach i rekolekcjach.

    Niestety często musimy odmawiać osobom zgłaszającym się na spotkania. Po prostu brakuje nam miejsc, żeby przyjąć wszystkich, którzy przysyłają zgłoszenia. 

    Jeśli ktoś chce się włączyć w budowę Domu Słowa, informacje znajdzie pod tym linkiem. Można również wesprzeć rozbudowę wykupując cegiełki. Za wszelką pomoc z serca dziękujemy i wspieramy darczyńców modlitwą. Liczymy na opiekę św. Józefa, patrona naszego zgromadzenia i patrona Kościoła.

    Małgorzata Bliska/Aleteia.pl

    ______________________________________________________________________________________________________________

    „Jest taki moment”. Poszukując klucza do Biblii

    „Jest taki moment”. Poszukując klucza do Biblii

    ks. dr Rafał Bogacki – redaktor „Gościa”, rzecznik archidiecezji katowickiej, biblista.

    fot. Henryk Przondziono/Gość Niedzielny

    ***

    O tym, co znaczy tęsknić za Biblią, i o chodzeniu po piaskach pustyni wraz z Abrahamem mówi ks. Rafał Bogacki, biblista, redaktor “Gościa Katowickiego”.

    Piotr Sacha: „Rafale, będziesz Biblię nieustannie czytał… Nigdy się z nią nie rozstaniesz”.

    Ks. Rafał Bogacki:
     Zaczynamy od Brandstaettera?

    W oryginalnym tekście „Kręgu Biblijnego” dziadek kieruje wspomniane słowa co prawda nie do Rafała, a do Romka, ale pomyślałem, że każdemu bibliście są one bliskie.

    Oczywiście, odnajduję się w tym zaproszeniu, gdzie pobrzmiewają słowa usłyszane przez Augustyna: „Tolle lege”, czyli „bierz, czytaj”. W tle słyszę też słowa: „Słuchaj, Izraelu, Pan jest naszym Bogiem – Panem jedynym” (Pwt 6,4). Jednak pierwsza myśl, jaka mi przyszła, to ta, że ktoś tego Romka Brandstaettera wprowadził w świat Biblii. Mieć mistrza, który cię za sobą pociągnie, wskaże kierunek, zainspiruje… To szalenie ważne.

    Na kolejnej stronie Brandstaetter zostawił cenną wskazówkę: „Każdy musi samodzielnie wędrować po Biblii. Każdy musi sobie do niej drogę wymościć”. Pamiętasz, kiedy dorosłeś do samodzielnej wędrówki?

    To dorastanie zaczęło się krótko przed wstąpieniem do seminarium duchownego. Oaza, namiot spotkania, wejście w modlitewną lekturę Pisma Świętego. Ale musiał pojawić się ktoś – ksiądz i animatorzy świeccy – kto pokazał mi, jak się do tego zabrać. Ktoś, kto dotarł w wędrówce już dalej. Zresztą w tej indywidualnej podróży po Biblii zawsze ważnym punktem odniesienia będzie wspólnota.  

    Dlaczego to jest takie ważne, żeby mieć jako przewodnika Kościół?

    Bo gdy samemu, trochę po omacku, zapuszczasz się w obce krainy, to podejmujesz ryzyko, że coś ważnego cię ominie, a może nawet znajdziesz się w niebezpieczeństwie. Historia Kościoła zna wiele przykładów dryfowania w stronę herezji. Ludzie oddalali się od wspólnoty, bezpośrednich świadków, od apostołów, ich następców, bo szli za swoimi prywatnymi intuicjami. Myślę, że we współczesnej kulturze, gdzie indywidualizm jest mocno podkreślany, istnieje podobne niebezpieczeństwo. Kościół natomiast oferuje bezpieczeństwo. Kto pozwala prowadzić się Duchowi Świętemu, ten zawsze znajdzie własną drogę w Kościele. Bo ten sam Duch, który natchnął autorów biblijnych, jest Duchem Kościoła. Jest Przewodnikiem.

    Zdarza się, że tęsknisz za Pismem Świętym?

    Zdarza się tak, mimo że zawsze mam je pod ręką – czy to w wersji papierowej, czy cyfrowej. Dochodzimy do ważnej kwestii: jaki użytek robię z Biblii. Czy jest ona obok, czy też – mówiąc słowami z Listu do Rzymian – „Słowo to jest blisko ciebie, na twoich ustach i w sercu twoim” (Rz 10,8). Tęsknota za Słowem pobudza mnie do wertowania kolejnych ksiąg, do zanurzenia się w nich.

    To ten rodzaj tęsknoty, jaki znamy, tęskniąc za osobą?

    Ostatecznie tęsknota do Biblii to tęsknota za osobą. Bo Pismo Święte ma doprowadzić mnie do spotkania. Celem jest stanięcie w Bożej obecności. Kiedy pytasz o tęsknotę, przypominam sobie inne słowa św. Augustyna: „Niespokojne jest serce człowieka, dopóki nie spocznie w Bogu”.

    „Jeśli nie chcesz przestać się modlić, nie przestawaj tęsknić”. To też Augustyn.

    To jeszcze jedna myśl od tego samego autora: „Nasze pragnienia zawsze się modlą, choćby wargi milczały”. Myśl bardzo mi bliska.

    Sięgnijmy więc po Biblię. Mam przed sobą egzemplarz „Tysiąclatki”. Jak to się dzieje, że wydrukowana księga z mnóstwem opowieści zapisanych w określonym czasie zamienia się w słowo Boże, czyli staje się opowieścią o mnie?

    Pomocne będzie zdanie z ostatniego soboru: „Pismo Święte powinno być czytane i interpretowane w tym samych Duchu, w jakim zostało napisane” (KO 12). Jest taki moment, który pozwala przejść od historii literackich do mojej opowieści. To moment łaski, w którym Duch Święty daje ci wejść w wydarzenie. On staje się Przewodnikiem – co już powiedzieliśmy – i pozwala zrobić krok dalej. Czytam już nie tylko o ludziach i wydarzeniach z przeszłości, ale o sobie dziś.
     
    Brzmi prosto.

    Trzeba tylko stworzyć odpowiednie warunki. Bo jeśli Biblia będzie zakurzoną książeczką na półce, to raczej ten moment łaski nie nadejdzie. Trzeba ją wziąć i czytać. Po prostu. Czasem się zmagać, stawiać pytania, szukając swojego sposobu lektury.

    Zdarza ci się zatrzymać na dłużej nad jednym, dwoma słowami?

    Bywa, że jedno słowo wprowadza mnie na spotkanie z Bogiem. Wtedy trwam przy tym jednym słowie.

    A później na temat tego jednego słowa głosisz rekolekcje?

    Niedawno prowadziłem rekolekcje na temat jednego zdania. (śmiech). A właściwie dwóch słów: „Chodźcie, a zobaczycie” (J 1,39). Z kolei jednemu słowu z Pierwszego Listu Świętego Jana poświęciłem pracę magisterską. To greckie słowo „parakletos”, które występuje w Biblii pięć razy. Sporo było przy tym intelektualnej dłubaniny, wędrowania różnymi zakamarkami Pisma Świętego.

    Biblia jak wielki labirynt? Czy wszędzie już byłeś?

    Jeszcze nie wszędzie (śmiech). Z kolei mi do głowy przyszedł inny obraz – Biblii jako kopalni. W miarę jej penetrowania docieramy do kolejnych warstw, kolejnych pokładów. I pewnie życia nam nie starczy, żeby być wszędzie. Kto był w kopalni, a ja miałem raz taką możliwość, ten wie, jaka to wymagająca i złożona rzeczywistość. Ale prawdą jest, że większość ludzi nie zjeżdża pod ziemię, a korzysta z wydobytego przez górników węgla.

    Czujesz się biblistą przodowym?

    Nie, na przodku są inni. (śmiech) Mam na myśli egzegetów i teologów, którzy zajmują się Biblią stricte naukowo. Jestem raczej tym zwykłym górnikiem, który każdego dnia stara się docierać w głąb i spotyka tam Kogoś.

    „Czytanie Biblii jest rzeczą bardzo łatwą. Trzeba ją tylko sobą wypełnić” – pisze Brandstaetter. Jak to jest, to Biblia nas wypełnia, czy my ją?

    Myślę, że najpierw to jednak ona nas wypełnia. Św. Paweł pisze do Tymoteusza: „Wszelkie Pismo od Boga natchnione…” (2 Tm 3,16). Ono tchnie Bogiem. A więc czytane z wiarą wypełnia mnie. Na rekolekcjach ignacjańskich dowiedziałem się, jak wejść na kontemplacyjną ścieżkę spotkania ze słowem Bożym, jak wypełnić sobą tekst, jak tam się znaleźć – na przykład przy stole wraz z Jezusem i uczniami, albo pod krzyżem.

    W jakim stopniu Biblia jest wypełniona księdzem Rafałem Bogackim?

    To ciekawe pytanie. Dotąd zastanawiałem się zwykle nad tym, ile Biblii jest we mnie. Bardzo chciałbym dotrzeć do wielu miejsc, w których jeszcze nie byłem. Przeczytałem cały tekst Biblii. Ale czym innym jest ją poznać, a czym innym wypełnić. Myślę, że to wypełnienie to zadanie na całe moje życie. „Żywe jest słowo Boże i skuteczne…” – mówi autor Listu do Hebrajczyków. A zaraz potem dopowiada:
    „Wszystko odkryte i odsłonięte jest przed oczami Tego, któremu musimy zdać rachunek” (Hbr 4,13). Cel to odkryć takiego Boga, przed którym nie muszę niczego ukrywać. Mogę stanąć nagi, z moim bólem, moim grzechem, ale i z bogactwem duchowym. Cały ja. Bez masek. Dać się Słowu przeczytać.

    Na pewno nosisz w pamięci długą listę ulubionych, poruszających Cię wersetów. Możemy wejść do któregoś z nich?

    Zapraszam. Ponieważ jesteśmy w okresie paschalnym, to proponuję spotkanie Zmartwychwstałego z Marią Magdaleną przy grobie. Pytanie: „Kogo szukasz” (J 20,15) jest dla mnie kluczowe. Zatrzymajmy się przy nim. Ono mnie odsyła do początku Ewangelii. Pierwsze pytanie, które Jezus stawia uczniom Jana brzmi: „Czego szukacie?” (J 1,38). W scenie przy grobie wybrzmiewa już nie „czego”, a „kogo”. To pytanie, które sam sobie stawiam. Czy ja szukam ostatecznie Chrystusa. I co to właściwie dla mnie znaczy? Jezus mówi Marii Magdalenie: „Idź do moich braci”.

    Gdzie Ciebie posyła dzisiaj?

    Posyła mnie do redakcji „Gościa”, posyła mnie do ludzi, na Eucharystię do konfesjonału i ołtarza, do moich malutkich obowiązków, do codziennych zajęć. Mówi mi: „żyj, angażuj się”. Mamy poranek po Zmartwychwstaniu, widzę tamten ogród, zieleń liści, czuję powiew wiatru…

    Często tak robisz? Uruchamiasz wyobraźnię, czytając Biblię?

    Tak, tekst do mnie przemawia. Daję mu się zaskoczyć, poprowadzić. Jeśli jestem w psalmie, to zwykle przebywam w świątyni, a gdy otwieram Księgę Rodzaju, to chodzę po piaskach pustyni razem z Abrahamem. Jest tam jasno, jest światłość. Bo ostatecznie nasza lektura Pisma Świętego ma być chrystocentryczna, przeniknięta tajemnicą paschalną, zmartwychwstaniem, Chrystusem, który wszystko rozjaśnia.

    I nie ma w nim żadnej ciemności.

    Nie ma.

    Wróćmy jeszcze do tamtego poranka, gdy Maria spotyka Jezusa. Dwukrotnie się odwraca w Jego stronę.

    Widzę w tym zaproszenie, żebym się nieustannie odwracał do Niego. Ale widzę też odniesienie do innej księgi – Pieśni nad pieśniami. Chór zwraca się do oblubienicy: „Odwróć się, odwróć Szulamitko, obróć się, obróć się, nich się twym widokiem nacieszymy” (Pnp 7,1), a po tym wezwaniu oblubieniec zachwyca się pięknem swej umiłowanej. Jan, który zna świetnie Pisma wskazuje, że relacja – ja i Jezus – to relacja miłości. A odwracać się powinienem się od swojego egoizmu, od grzechu, słabości, od gór, które wyrastają przede mną, od trudności, które wydają się nie do pokonania, a ostatecznie od swojej niewiary – ku wierze, że z Nim wszystko jestem w stanie przejść.

    Wygląda na to, że „słowo Boże jest żywe i skuteczne”.

    Tak! Pozwala odwrócić wzrok od siebie, od własnego grobu. Usłyszeć to wezwanie: „Rafale!”. I odpowiedzieć: „Rabbuni”.

    Gość Niedzielny

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Skąd wzięły się rysy na obrazie jasnogórskim? Nieznane historie najbardziej znanego sanktuarium

    Obrona Jasnej Góry przed Szwedami w 1655 roku.

    Obrona Jasnej Góry przed Szwedami w 1655 roku.
    fot. Henryk Przondziono/Gość Niedzielny

    ***

    Rysy na cudownym obrazie Maryi mówią o tym, że wszystko, co materialne, możemy stracić. Nawet taki skarb. Mało kto wie, jak często jasnogórskie sanktuarium, a z nim święta ikona, były zagrożone.

    Była Wielkanoc 14 kwietnia 1430 roku. Do klasztoru jasnogórskiego, który był już znanym sanktuarium, wpadła znaczna grupa zbrojnych. Wokół obiektu nie było jeszcze obwarowań, dzięki czemu napastnicy z łatwością dostali się do wnętrza. Byli to „pewni szlachcice polscy, którzy zbyt rozrzutnie roztrwonili swoje majątki po ojcach i mieli długi” – zapisał Jan Długosz. Historyk twierdził, że napastnicy liczyli na zdobycie wielkich skarbów, więc dobrali sobie „rabusiów z Czech, Moraw i Śląska”. Kosztowności, na które liczyli, nie było wiele. Zawiedzeni, rzucili się na sprzęty liturgiczne. „Ograbiają nawet sam obraz Najjaśniejszej Naszej Pani, którą pobożni wierni przystroili złotem i perłami. I nie poprzestając na grabieży, przebijają w poprzek mieczem twarz obrazu i łamią ramy, w które był oprawiony obraz, żeby na podstawie tak okrutnych i niegodziwych czynów wzięto ich nie za Polaków, ale za Czechów [chodziło o zrzucenie winy na husytów – przyp. F.K.]. Po dokonaniu tak niegodziwego czynu wychodzą z klasztoru z niewielkim łupem, bardziej zniesławieni niż wzbogaceni” – zanotował dziejopis.

    Święty wizerunek, pozbawiony wszelkich kosztowności, rabusie porzucili gdzieś poza klasztorem. Obraz został wielokrotnie cięty ostrym narzędziem, deska rozpadła się na trzy części, a oklejające ją płótno rozerwało się w kilku miejscach.

    Wstrząśnięty król Władysław Jagiełło kazał sprowadzić ikonę do Krakowa i zlecił naprawę zespołowi malarzy. Ci przeprowadzili gruntowną renowację. Skleili rozbitą tablicę i uzupełnili ubytki, a ślady cięć na twarzy Maryi nie tylko zachowali, lecz dodatkowo podkreślili je rylcem. Naprawiony obraz oprawili w gotycką ramę, a król w hołdzie Maryi podarował grawerowane srebrne i złote blachy w charakterze tła i nimbów nad głową Maryi i Dzieciątka.

    Obraz wywieziony

    Jeszcze w tym samym roku, 1430, wizerunek został przeniesiony w uroczystej procesji z Krakowa do Częstochowy, co przyniosło wzrost jego czci i sławy sanktuarium. Odtąd paulini wzmogli czujność, troszcząc się o bezpieczeństwo powierzonego im skarbu. A historia miała jeszcze nieraz dawać po temu powody. Już w 1466 roku Częstochowę najechał czeski oddział Ścibora Towaczowskiego, wysłany przez husyckiego króla Jerzego z Podiebradów. Wojsko czeskie, plądrując Śląsk, zapędziło się aż pod Jasną Górę. Tym razem obraz nie ucierpiał, ale zniszczeń w klasztorze było wiele, zniszczona została także Częstochowa. Jasne się stało, że bez solidnych murów sanktuarium jest bezbronne. W związku z tym król Zygmunt III Waza nakazał zbudowanie wokół Jasnej Góry fortyfikacji. Ostatecznie budowę twierdzy ukończono dopiero w 1648 roku, za panowania Władysława IV. Nie była to wielka forteca, ale zbudowana według najnowszych wzorów sztuki fortyfikacyjnej.

    Już za siedem lat okazało się, jak bardzo było to potrzebne. Gdy na Polskę zwalił się szwedzki potop, Jasna Góra była w stanie stawić czoła regularnym wojskom. Szwedzki generał Müller szybko oszacował jakość świeżo ukończonej twierdzy. Już po czterech dniach oblężenia pisał do króla Karola X Gustawa: „Przeto zwróciłem się do Pana Marszałka Polnego Wittenberga do Krakowa o dostarczenie mi paru ciężkich dział i jednego wielkiego moździerza, ponieważ klasztor, położony na dość wysokiej skale, otoczony jest bardzo głęboko wpuszczonym w ziemię i trudnym do zdobycia szturmem, wysokim i mocnym murem z wygodnymi flankami i dobrą artylerią, liczącą wiele małych, nawet 12-funtowych, a kto wie, czy nie większych dział”.

    Jak wiemy, echo wystrzałów spod Jasnej Góry odbiło się w całym kraju, a heroiczna obrona twierdzy stała się punktem zwrotnym w wojnie ze Szwedami. Przezorny przeor Augustyn Kordecki liczył się jednak z najgorszymi scenariuszami, dlatego kazał wywieźć na Śląsk cudowny obraz Matki Bożej. Dzień przed nadejściem wroga, 17 listopada 1655 roku, prowincjał o. Teofil Bronowski zabrał bezcenny wizerunek i pod osłoną ciemności przewiózł go do granicy, a stamtąd do klasztoru paulinów w Mochowie koło Głogówka. W jego miejsce w kaplicy na Jasnej Górze zawisła kopia.

    Znowu Szwedzi

    Po powrocie ze Śląska obraz nigdy już nie opuścił Jasnej Góry. Nastały dni wielkiej chwały tego miejsca. Twierdza stała się dwukrotnie – w latach 1657 i 1661 – rezydencją dworu królewskiego i miejscem obrad Senatu Rzeczpospolitej.

    W tym wspaniałym okresie dziejów Jasnej Góry nie obyło się bez fatalnego zgrzytu. Klasztor nie udzielił pomocy wojskom królewskim w czasie bitwy stoczonej 4 września 1665 roku z rokoszanami Jerzego Lubomirskiego pod murami twierdzy. Konsekwencją postawy neutralności, jaką przyjął pełniący ponownie funkcję przeora Augustyn Kordecki, była klęska żołnierzy królewskich, głównie pułków litewskich. Ponieważ nie otwarto im bram twierdzy ani nie użyto dział przeciw buntownikom, żołnierze królewscy zostali zepchnięci do rowu fortecznego i zmasakrowani. Straty szacowano na 1300 zabitych i 800 wziętych do niewoli. Rozgniewany król Jan Kazimierz zarządził wymianę garnizonu – żołnierze klasztorni zostali rozbrojeni i zwolnieni, a rotmistrz załogi klasztornej trafił na rok do więzienia. Twierdzę obsadziło wojsko królewskie.

    Nie wpłynęło to na stosunek następców Jana Kazimierza do klasztoru. Kolejną rozbudowę fortyfikacji zainicjował Jan III Sobieski, a kontynuowali następcy. Polscy władcy byli świadomi, że po skarby tak znacznego sanktuarium mogą zechcieć wyciągnąć ręce liczni wrogowie. A wtedy zagrożony może być skarb największy – cudowny wizerunek Maryi z Dzieciątkiem.

    Historia pokazała, że mieli rację. Pół wieku po potopie szwedzkim, podczas III wojny północnej, wojska szwedzkie znów stanęły pod klasztorem. W dniach 13–15 sierpnia 1702 roku Częstochowę zajął 9-tysięczny korpus gen. Nilsa C. Gylenstierna. Próby zdobycia twierdzy nie powiodły się i Szwedzi pomaszerowali na Kraków. W styczniu 1704 roku Szwedzi ponownie zaatakowali klasztor. 10 lutego doszło nawet do bezpośredniego szturmu (co w czasie potopu się nie zdarzyło), ale napastnicy nie zdołali wedrzeć się do wnętrza twierdzy. Kolejny atak, w dniach 1–14 kwietnia 1705 roku, przeprowadził szwedzki korpus generała Nilsa Stromberga – z podobnym skutkiem. Wreszcie w dniach 7–15 września 1709 roku Jasna Góra odparła atak szwedzkich oddziałów gen. Ernesta Detlor von Krassowa.

    Wielkie zasługi dla obrony Jasnej Góry w tych latach położyli kolejni przeorowie, pełniący zarazem funkcję komendantów twierdzy – o. Euzebiusz Najman, o. Innocenty Pokorski i o. Dionizy Chełstowski. Podkreślić trzeba, że żaden z nich nie mógł liczyć na pomoc ze strony panującego wówczas w Polsce Augusta II Sasa ani jego rywala Stanisława Leszczyńskiego.

    Okupanci w klasztorze

    W latach 1770–1772 Jasną Górę, mimo protestów przeora, podstępem zajęli konfederaci barscy – związek zbrojny polskiej szlachty utworzony przeciw panoszącym się w kraju wojskom rosyjskim. Konfederaci uczynili z fortecy centrum obozu warownego, usypując szańce na jej przedpolach. 1 stycznia 1771 roku pod klasztor podeszły rosyjskie oddziały korpusu oblężniczego płk. Drewicza. Trwające wiele dni walki nie przyniosły Rosjanom sukcesu. Dopiero półtora roku później, 1 sierpnia 1772 roku, rosyjski korpus gen. Golicyna przystąpił do ścisłej blokady i oblężenia twierdzy. Rozpaczliwa obrona skończyła się zawarciem układu, na mocy którego konfederaci poddali twierdzę hetmanowi Branickiemu, a ten następnie przekazał ją Rosjanom. 18 sierpnia 1772 roku po raz pierwszy w dziejach Jasnej Góry do twierdzy wkroczyły obce wojska. Wieczorem tego dnia garnizon rosyjski objął tam służbę i zaciągnął warty.

    Okupacja warownego sanktuarium trwała 6 miesięcy. Kosztowała paulinów 3 tysiące złotych dukatów. Rosjanie w tym czasie splądrowali bibliotekę i arsenał. Odchodząc, zabrali prawie całe uzbrojenie twierdzy.

    W 1793 roku przed wojskami pruskimi bronił się w twierdzy jasnogórskiej ostatni polski garnizon I Rzeczpospolitej. Także podczas zaborów grzmiały tam działa i zmieniały się załogi, kolejno: Prusacy, Francuzi, wojska Księstwa Warszawskiego, Rosjanie i Austriacy. W 1918 roku powróciła Polska, a klasztor na dwie dekady zaznał spokoju.

    3 września 1939 roku do Częstochowy wkroczyli Niemcy. Paulini obawiali się, że potraktują cudowny obraz jako łup wojenny i wywiozą do Rzeszy, dlatego zawczasu podmienili obraz Matki Bożej na jego wierną kopię. Oryginał zamurowali w jednej z cel klasztornych, a potem ukryli go w bibliotece, w specjalnie przygotowanym blacie stołu o podwójnej konstrukcji. Wiedziało o tym jedynie kilku zakonników. Niemcy nie byli świadomi, że w ołtarzu kaplicy została umieszczona jedynie kopia wizerunku Czarnej Madonny.

    Tak obraz przetrwał wojnę. Po kolejnej renowacji znów trafił na swoje miejsce, podtrzymując Polaków w latach komunizmu i patronując w czasach wolności. Dzięki męstwu strażników częstochowskiego sanktuarium Maryja w cudownym wizerunku pozostała ostoją Polaków w ich trudnej historii. Za sprawą Bożej Opatrzności Jasna Góra wciąż jest miejscem, o którym Jan Paweł II powiedział: „Tu zawsze byliśmy wolni”.

    Franciszek Kucharczak/Gość Niedzielny

    ______________________________________________________________________________________________________________

    fot. Biuro Prasowe Archidiecezji Krakowskiej/Flickr

    ***

    Dlaczego czcimy relikwie?

    Czy obecność relikwii nie odwraca uwagi od kultu Pana Boga? Jaką rolę mają w Kościele?

    W Polsce trwa peregrynacja relikwii Rodziny Ulmów. Warto zadać sobie pytanie: na czym polega fenomen relikwii?

    Skąd się wziął kult relikwii w Kościele?

    Nie minęło sto lat od Zmartwychwstania Pana Jezusa, kiedy ciało św. Ignacego Antiocheńskiego, męczennika, zostało w uroczystej procesji przeniesione na cmentarz w Antiochii. Był rok 107. Z czasem nad grobami zaczęto budować coraz bardziej okazałe pomniki, zwane nieraz konfesjami – najbardziej znane z późniejszych to watykańska konfesja św. Piotra czy gnieźnieńska konfesja św. Wojciecha.

    Kolejnym krokiem było wprowadzenie zasady, że szczątki zmarłego po ogłoszeniu świętym powinny zostać umieszczone w godnym i łatwo dostępnym miejscu – to już czasy wczesnego średniowiecza. Coraz więcej osób pytało jednak: a nie można by tych świętych… zobaczyć? Od XIV wieku relikwiarze są coraz częściej przezroczyste, barok wprowadza przezroczyste trumny. Zobaczyć, dotknąć, doświadczyć – to zupełnie naturalna potrzeba, która przesądziła o rosnącej popularności relikwii.

    Jednocześnie, subiektywizacja i koncentracja na własnych potrzebach groziła nadużyciami. I tych nie brakowało. Sobór Lyoński w XIII w. surowo potępił praktykę humiliacji. Polegała na tym, że jeśli modlitwa za wstawiennictwem danego świętego nie przynosiła oczekiwanych rezultatów, za karę… poniżano jego relikwie lub obraz. „Odrażające nadużycie” – orzekł Sobór.

    Chociaż czasem pasterze Kościoła musieli z bezradnością stwierdzić za św. Augustynem „jedno nauczamy, a co innego musimy tolerować”, podjęli wiele wysiłków, żeby kult relikwii prowadził do dobrych skutków. A tych jest wiele.

    Zero magii, dużo łaski

    Pierwszym jest nadzieja. Chrześcijanie nie obchodzili urodzin świętych, ale dzień ich narodzin dla nieba – czyli dzień śmierci. Odprawianie Mszy czy modlitwa przy ich szczątkach pozwalała pomyśleć: oni są już szczęśliwi! I ja nie muszę więc bać się śmierci, przywiązywać do tego, co doczesne, ale mogę z nadzieją czekać na dłuższą i piękniejszą część mojego życia.

    Kolejnym owocem jest lepsze rozumienie życia wiecznego. „Wierzę w ciała zmartwychwstanie” – powtarzamy przecież. Szacunek dla ciała zmarłych, którzy byli zjednoczeni z Bogiem, wyrażano już w Starym Testamencie (zabrano z Egiptu szczątki Jakuba-Izraela i Józefa, żeby mogli spocząć w ojczystych stronach), ale Zmartwychwstanie Pana Jezusa postawiło kwestię życia po śmierci w zupełnie innym świetle – w wielkim blasku Bożej miłości. Oddajemy cześć relikwiom, chociaż wiemy, że w wieczności nie będziemy mieli takich samych ciał, ale przebóstwione. Ale będziemy żyli w ciele i duszy. Skoro więc oni, mimo że umarli, żyją, modlitwa przy relikwiach pozwala na zdrowe spojrzenie na ciało: jest czymś ważnym i godnym szacunku, ale jego wartość wynika z istnienia nieśmiertelnej duszy.

    Trzeci z dobrych skutków, który zapewne jest najczęstszym bodźcem do oddawania czci relikwiom świętych, to ich pomoc. Pan Bóg nie potrzebuje pośredników, jedynym Pośrednikiem jest Chrystus Jezus (por. 1 Tm 2,5-6). Nie trzeba mieć znajomości ze świętymi, żeby pozwolili ominąć kolejkę. Ale Pan Bóg potrzebuje i oczekuje wiary od tego, kto prosi. A wiarę przeżywa się we wspólnocie, w Kościele, nie tylko w Kościele pielgrzymującym, czyli ziemskim – również razem z Kościołem chwalebnym.

    Modlitwa przy relikwiach pozwala zrozumieć: nie modlę się sam. Jest ktoś, na kogo mogę liczyć! I nie jest to fikcyjna czy mityczna postać, ale prawdziwy człowiek, który kiedyś chodził po ziemi, a dziś jest zjednoczony z Bogiem i chce mnie wspierać swoją modlitwą i wstawiennictwem. Święci nigdy nie są egoistami – nie mogliby nimi być, skoro są zjednoczeni z Bogiem, który jest Miłością. Dlatego ważnym elementem w procesie beatyfikacyjnym lub kanonizacyjnym jest uznanie cudu za wstawiennictwem danej osoby – skoro jej wstawiennictwo przynosi dobre owoce, musi być już blisko Pana Boga. Konstytucja o Kościele „Lumen Gentium” mówi, że możemy traktować świętych „jako przyjaciół i współdziedziców Jezusa Chrystusa, a zarazem braci naszych i szczególnych dobroczyńców”.

    Dobrze mieć przyjaciół

    Przyjaciele i współdziedzice Jezusa: dlatego do Niego kierują. Relikwie nie mają żadnej mocy same w sobie, ich siła leży w kierowaniu w stronę Pana Boga. Kult świętych jest zdrowy, jeśli patrząc na ich życie chwalimy Tego, który obdarzył ich tak wieloma łaskami. Szacunek do relikwii wynika z szacunku do Dawcy życia. Pan Jezus odkupił również nasze ciała – dlatego możemy czcić to, co cielesne, materialne. Co więcej, to zupełnie normalne, że posługując się zmysłami szukamy pomocy w modlitwie w tym, co zmysłowe. Przyjmujemy sakramenty, które są widzialne, i pozwalają one doświadczyć niewidzialnej łaski.

    Dobrze więc, że mamy relikwie: kierują one w stronę świętych, a ci pokazują zgodnie z jednym kierunku – na Pana Boga. Relikwie budzą nadzieję, pozwalają lepiej rozumieć obietnice życia wiecznego, pozwalają doświadczyć Bożych łask. Nie jesteśmy sami fizycznie ani duchowo: wokół jest tłum świętych i błogosławionych!

    ks. Grzegorz Pakowski/Stacja7.pl

    ______________________________________________________________________________________________________________

    fot. wikimedia.org

    ***

    Obrazki, rzeźby, medaliki. Dlaczego czcimy wizerunki Chrystusa, Maryi czy świętych?

    Wizerunki Chrystusa Maryi czy świętych towarzyszą nam na każdym kroku. Dlaczego czcimy wizerunki umieszczone na obrazach, rzeźbach czy medalikach? Co na ten temat mówi Pismo Święte?

    „Nie będziesz czynił żadnej rzeźby ani żadnego obrazu” (Wj 20, 4) — ilekroć ktoś cytuje te słowa, katolik może poczuć się nieswojo. Przecież w naszym życiu wiary obrazy, rzeźby i medaliki, przedstawiające Chrystusa, Maryję i świętych, towarzyszą nam na każdym kroku. Jest to zresztą powód, dla którego radykalne odłamy protestantyzmu oskarżają katolicyzm o idolatrię, niczym nie różniącą się od tej pogańskiej. Oskarżenie poważne, na które trzeba odpowiedzieć — także po to, żeby bardziej świadomie przeżywać to, co zwane jest w Kościele kultem obrazów.

    Co Pismo Święte mówi o kulcie obrazów?

    Oczywiście, dla zacytowanego powyżej ostrego zakazu można przytoczyć przynajmniej jeden wyjątek, mianowicie Boży nakaz wykonania posągów cherubów, które miały zostać umieszczone przez Mojżesza na obu krańcach Arki Przymierza (Wj 25, 18-20). Nie to jednak stanowi główny argument przemawiający za kultem obrazów. Kiedy w VIII wieku cesarz Leon III Izauryjczyk nakazał zniszczenie świętych wizerunków w całym Imperium, rozpoczynając w ten sposób okres ikonoklazmu. 

    Autorzy ortodoksyjni broniąc ikon, odwoływali się przede wszystkim do argumentu chrystologicznego. Podkreślali, że o ile w Starym Przymierzu Bóg zakazywał sporządzania wizerunków, o tyle w Nowym sam dał ludziom swój wizerunek — Jezusa Chrystusa, „Słowo, które stało się ciałem” (por. J 1, 14). On właśnie jest Słowem nie tylko usłyszanym, ale tym, które ujrzeliśmy własnymi oczami, na które patrzyliśmy i którego dotykały nasze ręce (por. 1 J 1, 1). Jest „obrazem Boga niewidzialnego” (Kol 1, 15, por. 2 Kor 4, 4) i Bóstwo mieszka w Nim „na sposób ciała” (Kol 2, 9). Bóg już dłużej nie chce być jedynie Głosem, który powołuje i poucza, ale postanowił „olśnić nas jasnością poznania chwały Bożej na obliczu Chrystusa” (2 Kor 4, 6). 

    Materia czy Stwórca?

    Jeden z pierwszych wielkich teologów ikony, św. Jan Damasceński (675-749), tak o tym pisał: „W dawnych czasach Boga, który nie ma ciała ani (widzialnej) postaci, nigdy nie przedstawiano w sposób obrazowy. Teraz natomiast, odkąd Bóg stał się widzialny w ciele i przebywał z ludźmi, mogę przedstawić to, co z Boga stało się widzialne. Nie wielbię materii, wielbię jej Stwórcę, który ze względu na mnie sam stał się materią, w niej żył i przez jej pośrednictwo dokonał dzieła zbawienia i zawsze będę okazywał szacunek materii, przez którą przyszło moje ocalenie”.

    Nasza sytuacja nie jest więc już taka sama, jak Izraelitów, którym Bóg ukazywał się w ciemnym obłoku, czuwając, by nikt nie spojrzał na Jego oblicze („gdyż żaden człowiek nie może oglądać mojego oblicza i pozostać przy życiu”, Wj 33, 20). Nowy Testament nie jest bowiem dopisanym do Starego, dodatkowym rozdziałem, ale jest tym, na co cały Stary Testament wskazywał, jest jego przekształceniem i doprowadzeniem do pełni. Można powiedzieć, że starotestamentalny zakaz sporządzania obrazów miał ochronić Izraelitów przed tym, by przedwcześnie nie przyjęli jakiegoś fałszywego obrazu Bóstwa. Był gwarancją tego, że w ich sercach będzie coś jak puste miejsce, nieskażone czysto ludzkimi wyobrażeniami, czekające na jedyny autentyczny Obraz, jakim jest wcielony Syn Boży. Kiedy to oczekiwanie się spełniło, nakaz nabrał odmiennego sensu (choć nie stracił swojej ważności, bo pokusa idolatrii stale towarzyszy człowiekowi).

    Czy można czcić ikony Maryi i świętych?

    A co z Maryją i świętymi? O nich przecież nie możemy powiedzieć, że są obrazem Boga, a jednak przedstawiamy ich na obrazach… Jak to usprawiedliwić? Przede wszystkim warto pochylić się nad tym, co stanowi istotę ludzkiej świętości. Nie jest nią sama moralna doskonałość czy radykalizm w spełnianiu przykazań, ale wewnętrzne upodobnienie do Chrystusa. Nie ma lepszego wizerunku Chrystusa niż człowiek, który Go konsekwentnie naśladuje — nie tyle odgrywając Jego rolę, ale odtwarzając w sobie Jego dążenia i Jego wewnętrzną postawę. Jak pisał wielki angielski poeta Gerard Manley Hopkins SJ, dzięki świętym „w tysiącach miejsc Chrystus się jarzy / Blaskiem, co ciała cudze prześwietla i oczy / By Pan mógł dostrzec światłość w rysach ludzkich twarzy” (tłum. S. Barańczak)[1]. Najlepsze ikony świętych nie są przedstawieniem ich czysto ludzkiej doskonałości, ani też możliwie dokładnym odtworzeniem ich ziemskich rysów: są symbolicznym ukazaniem ich podobieństwa do Chrystusa, tej cząstki chwały Bożej, którą w sobie odbili.

    Spór o kult obrazów

    Ostatecznie spór o kult obrazów tylko pozornie jest sporem o wierność zakazowi z Księgi Wyjścia. Tak naprawdę jest sporem o to, czy stworzony, widzialny świat, materia i ludzkie ciało mogą nas prowadzić do Boga. Marcin Luter nie wierzył w to, dlatego stwierdzał dobitnie, że „tylko słuch jest zmysłem chrześcijanina” — poza nagim posłuszeństwem nie ma żadnej innej formy kontaktu człowieka z Bogiem. Nie wierzą w to również dzisiejsi poszukiwacze „czystej” duchowości, którzy symboli Boga upatrują jedynie w tym, co wzniosłe i pozbawione treści, jak bezkres morza czy pusta, jednorodna przestrzeń. Katolicyzm, przeciwnie, zawsze twierdził, że nasza swojska, widzialna rzeczywistość jest w stanie odsłonić nam coś z tajemnicy samego Boga — nie dlatego, że sama z siebie ma taką moc, ale dlatego, że Stwórca zechciał ją do tego uzdolnić.

    To nie amulety

    Nie znaczy to, że niebezpieczeństwo bałwochwalstwa jest raz na zawsze zażegnane. W wielu z nas odżywa czasami poganin, który chciałby mieć Boga na wyciągnięcie ręki, z ulubionego świętego czy świętej zrobić sobie jakieś mniejsze, bliższe bóstwo, a z różańca, medalika czy krzyża — magiczny amulet, który swoją własną mocą ochroniłby nas przed złem. Obrazy, rzeźby i wszelkie materialne wizerunki spełniają swoją rolę, jeśli są dla nas oknem, a nie zasłoną. Zaufanie do pośrednictwa materii nie zmienia przecież tej podstawowej prawdy, o której Słowo Boże przypomina nam nieustannie: do Boga zdążamy drogą wiary, nie widzenia (por. 2 Kor 5, 7). Póki jesteśmy Kościołem pielgrzymującym, widzenie twarzą w twarz pozostaje dla nas przedmiotem nadziei i tęsknoty. 


    [1] Wiersz bez tytułu („I ważek wartkie wrzenia…”), w: G. M. Hopkins, Wybór poezji, Kraków: Znak 1981, s. 79.

    ks. Andrzej Persidok /Stacja7.pl

    ______________________________________________________________________________________________________________

    fot. Grant Whitty/unsplash.com

    ***

    Warunki dobrej spowiedzi. Q&A

    Kiedy przychodzimy do spowiedzi, nie siadamy ani na ławie oskarżonych, ani na krześle w gabinecie terapeuty. Kiedy przychodzimy do spowiedzi, pozwalamy, żeby to Jezus usiadł przy nas i przez swoją łaskę przywrócił nam życie, które sami sobie odebraliśmy przez grzech.

    Ława oskarżonych czy krzesło w gabinecie terapeuty? Czasem przyjście do spowiedzi może nam się kojarzyć z usadowieniem się w którymś z tych miejsc.

    Co więcej, jak w przypadku każdego skojarzenia, również i te związane ze spowiedzią mają w sobie coś z prawdy, ale też element zakłamania rzeczywistości. Bo w istocie konfesjonał ma w sobie coś z ławy oskarżonych. Jak w sądzie tak i tu mówienie nieprawdy wiąże się z sankcją, pożądane jest przyznanie się do winy, a na końcu zapada wyrok. Jednak z drugiej strony spowiednik nie jest i nie powinien stawiać siebie w roli prokurator śledczego, zaś tym, co można dostać w spowiedzi, jest miłość i miłosierdzie – i to nie w zawiasach.

    Z kolei siedząc w gabinecie terapeuty, podobnie jak wtedy, gdy klęczmy przy kratkach konfesjonału, mówimy obcej osobie, którą obowiązuje tajemnica, o naszych przeżyciach, mrocznych sprawach i życiowych przejściach, bo mamy nadzieję, że uzyskamy pomoc w powrocie do zdrowia. Ale z drugiej strony w przeciwieństwie do terapeuty spowiednikowi nie płaci się za rozmowę, celem spowiedzi nie jest rozwiązanie problemów psychiczno-emocjonalnych, a zdrowie, które można w jej trakcie uzyskać, dotyka najgłębszych warstw człowieczeństwa. Krótko mówiąc, niestety łatwo stracić orientację w tym, co wiąże się z sakramentem pokuty i pojednania. Na szczęście mamy drogowskazy.

    Pięć warunków dobrej spowiedzi pomaga odnaleźć się w tym spowiedziowym galimatiasie. Bo choć one same wiążą się raczej z prawniczym sposobem myślenia o spowiedzi, to jednak nie ignorują całego naszego bogactwa życia wewnętrznego i koniec końców prowadzą nas pewnie do tego, co w spowiedzi najistotniejsze – spotkania z łaską, która oczyszcza nas z grzechów.

    Trzy spośród pięciu warunków, czyli żal za grzechy, mocne postanowienie poprawy i szczera spowiedź, mówią nam o tym, co jest niezbędne, żeby w ogóle spotkać się z łaską, a więc między innymi uzyskać ważne rozgrzeszenie. Pozostałe dwa warunki – mimo tego, że bez ich wypełnienia, w tym bez odprawienia pokuty, można zaraz po odejściu od konfesjonału przyjąć Najświętszy Sakrament – są również ważne dla rozwoju naszej relacji z Chrystusem przez spowiedź.

    Przyjrzyjmy się nieco poszczególnym warunkom dobrej spowiedzi z perspektywy pytań, które spłynęły do redakcji.


    RACHUNEK SUMIENIA

    Czy istnieje jakiś uniwersalny rachunek sumienia dla każdego?

    Cienka książeczka z pożółkłymi stronami zapisanymi dziesiątkami pytań. Myślę, że nie tylko mnie wyobraźnia podsuwa ten obraz, gdy myślę o rachunku sumienia. I żeby było jasne, nie ma w tym nic złego. Wyglądające w podobny sposób publikacje, które mają nam pomagać w przygotowaniu do spowiedzi za pomocą katalogów pytań o różne aspekty życia, bywają pomocne. Jednak katalog pytań dotyczący grzechów to nie jest rachunek sumienia. Rachunek sumienia to przede wszystkim forma modlitwy, w której prosimy w imię naszego Pana, Jezusa, by Duch Święty pomógł nam zobaczyć nasze życie w swoim świetle i by wskazał nam drogę powrotu do jedności z Ojcem.

    Oczywiście możemy o rachunku sumienia myśleć jako o schemacie dochodzenia, w którego toku uzyskujemy listę przewinień do wyznania na spowiedzi. Jednak osobiście wolę myśleć o rachunku sumienia jako o czasie spędzonym z Bogiem, który owocuje tym, że jestem w stanie zidentyfikować w sobie rany zadane przez grzech. A dzięki temu, że znam moje rany, mogę powierzyć je pieczy Miłosiernego Lekarza.

    W związku z tym odpowiedź na pytanie o to, czy istnieje uniwersalny rachunek sumienia dla każdego, jest prosta. Tak, uniwersalnym rachunkiem sumienia dla każdego jest taki rachunek sumienia, w którym każdy z nas spotyka się z Bogiem. Natomiast to, czy ktoś w czasie rachunku sumienia używa książeczki z pożółkłymi stronami, czy rozważa Kazanie na Górze, czy korzysta z jakiegoś tekstu znalezionego w internecie, jest drugorzędne. Pierwszorzędne jest spotkanie z Bożym Miłosierdziem.

    Jak często powinno się go robić?

    Przede wszystkim rachunek sumienia warto robić przed każdą spowiedzią. Co więcej osoby odmawiające całość Liturgii Godzin powinny przeprowadzać rachunek sumienia codziennie przy okazji komplety. Natomiast niewątpliwie czymś dobrym jest to, żeby od czasu do czasu pomiędzy spowiedziami każdy z nas poświęcił parę chwil na to, żeby poprosić Boga o to, by rzucił światło na nasze życie. Światło od Boga jest nam potrzebna, bo pozwala nam zobaczyć to, co w nas samych wymaga naszej szczególnej troski i działania Bożej Miłości.


    ŻAL ZA GRZECHY

    Czy można się spowiadać, nie żałując?

    Nie można się spowiadać, nie mając żalu za grzechy, ale można się spowiadać, kiedy nie rozpacza się z powodu grzechów. Jest przecież wiele grzechów, po których popełnieniu nie rodzi się w nas rozpacz lub choćby smutek, ale raczej poczucie satysfakcji lub zadowolenia. Do tego, by uzyskać rozgrzeszenie, nie jest potrzebne użalanie się nad własnym grzechem, a jedynie wzbudzenie żalu za grzechy.

    Czym jest żal za grzechy?

    Uczucie pomiędzy smutkiem a wstydem, które przeżywamy, gdy zrobimy coś, co kłóci się z naszym kodeksem moralnym. To doświadczenie nazywamy poczuciem winy. Nie jest ono wymagane przy spowiedzi. Natomiast żal za grzechy, który jest konieczny do tego, by sakrament pokuty i pojednania mógł się dokonać, wiąże się ściśle z pracą naszego rozumu i decyzją woli. Praca rozumu polega na zestawieniu własnego działania i motywacji z tym, co w Piśmie Świętym i Tradycji Kościoła Bóg każe nam robić lub czego unikać.

    Decyzja woli polega na tym, by zgodzić się na to, że jeśli to, co ja uważam i co uważa Bóg, nie zgadza się ze sobą, to Bóg ma rację – nawet gdy nie rozumiem Jego stanowiska. Żal za grzechy polega na uznaniu, że Bóg lepiej ode mnie wie, co jest dla mnie dobre i co jest złe, a fakt, że zrobiłem coś wbrew Jego Prawu Miłości, nie tylko niszczy moje życie, ale narusza relację ze Źródłem życia i wymaga pojednania. Krótko mówiąc, żal za grzechy pojawia się we mnie wtedy, gdy widząc, że moja praktyka życiowa kłóci się z Ewangelią, nie chcę zmieniać Ewangelii, ale moją życiową praktykę.

    MOCNE POSTANOWIENIE POPRAWY

    Jak można postanowić poprawę, skoro jesteśmy wszyscy grzeszni?

    Gdybyśmy nie byli grzeszni, postanowienie poprawy nie byłoby możliwe, bo nie byłoby z czego się poprawiać. Postanowienie poprawy jest właśnie dla nas, dla ludzi słabych i poranionych przez grzech. Gdyby nasze postanowienie poprawy, które mamy wzbudzić przy spowiedzi, miało obejmować pewność zerwania z wszelkim grzechem, nikt z nas, nigdy nie uzyskałby najprawdopodobniej odpuszczenia grzechów w sakramentalnej spowiedzi. Przecież, czy tego chcemy, czy nie, nasze życie bywa naznaczone chciwością, bezwładem woli, żądzą i innymi siłami, które w nas działają. Nie przeczę temu, że jesteśmy wezwani do przeciwstawiania się tym czynnikom. Jednak zdolność panowania nad nimi nie przychodzi na początku, ale czeka na nas bliżej końca drogi naśladowania Wcielonej Miłości.

    Czy wystarczy deklaracja poprawy, czy to musi być konkretna czynność?

    W sakramencie pokuty i pojednania spowiednik zawsze bazuje na tym, co deklaruje osoba, która przychodzi do spowiedzi. Spowiednik nie siedzi w konfesjonale po to, żeby oceniać, czy ktoś mówi prawdę, czy nie, czy żałuje swoich grzechów, czy nie, czy zmieni swoje życie po spowiedzi, czy nie. Rolą spowiednika jest przyjęcie wyznanie grzechów i udzielenie rozgrzeszenia, o ile osoba przystępująca do spowiedzi deklaruje żal za grzechy i postanowienie poprawy, a przy tym jednocześnie nie przeczy temu tym, co sama mówi.

    Innymi słowy, gdy ktoś wyznaje w konfesjonale, że zrobił coś sprzecznego z Bożym prawem, deklaruje żal i postanowienie poprawy, ale jednocześnie stwierdza na głos lub wyłącznie w swoim sercu, że nie uznaje tego, co zrobił za grzech, spowiednik nie jest w stanie udzielić tej osobie ważnego rozgrzeszenia. Nie jest w stanie tego zrobić, nie dlatego że jest gdzieś taki przepis, który zabrania udzielenia rozgrzeszenia w opisanej sytuacji. To po prostu nie jest możliwe – ani dla spowiednika, ani nawet dla samego Chrystusa.

    Grzech może zostać odpuszczony wyłącznie, gdy osoba, która popełniła ten grzech, wyznaje, co zrobiła, żałuje tego i chce tego więcej nie robić. Jeśli nie widzimy naszego grzechu, nie chcemy usunąć go z naszego życia lub choćby rozpocząć z nim walki, pozbawiamy Wszechmocnego Boga możliwości działania w naszym życiu poprzez przebaczenie i odpuszczenie grzechów.

    Natomiast jeśli w naszej spowiedzi, choć w szczątkowej formie jest obecny prawdziwy żal za grzechy i faktyczne postanowienie poprawy, Bóg nie pragnie dla nas niczego innego niż pojednanie z Sobą Samym. A zakres działania, które mamy podjąć w związku z przebaczeniem, które otrzymujemy, zależy od tego, co nam przebaczono i na ile jesteśmy w stanie działać. Bóg jest długodystansowcem. Szanuje czas, którego potrzebujemy na pełne nawrócenie. Wie, że może nam się zdarzyć powrót do zła, nawet jeśli pragniemy zerwać z grzechem. Nie ignoruje tego, na co nas stać w danym momencie, choć to często niewiele.

    Po naszej stronie leży pierwszy krok. Bóg z kolei wie, jak poprowadzić nas dalej.


    SZCZERA SPOWIEDŹ

    Co powiedzieć księdzu o sobie przed wyznaniem grzechów?

    Przed wyznaniem grzechów, na początku spowiedzi należy powiedzieć spowiednikowi, kiedy ostatnio było się u spowiedzi i czy odprawiło się zadaną pokutę. Jest też szereg innych informacji, które warto przekazać spowiednikowi. Istotny jest wiek. Ważne jest również to, czy żyje się samotnie, czy w małżeństwie, czy ma się dzieci, czy jest się po rozwodzie, czy jest się zakonnicą, zakonnikiem lub osobą duchowną albo wdową lub wdowcem.

    Warto przekazywać spowiednikowi w czasie sprawowania sakramentu tylko te informacje, które są istotne z punktu widzenia wyznawanych grzechów. Jeśli spowiednik uzna, że potrzebuje jakiejś dodatkowej wiedzy, prawdopodobnie zada pytanie, które pozwoli mu ją zdobyć.

    Jak często się spowiadać?

    Zawsze, kiedy jest to niezbędne. Spowiedź jest konieczna za każdym razem, kiedy świadomie i dobrowolnie przekroczymy Boże prawo w ciężkiej materii, czyli popełnimy grzech ciężki. „Ciężka materia” to element żargonu związanego ze spowiedzią, który zasadniczo oznacza działania przeciwne któremuś z dziesięciorga przykazań. Kiedy nie popełniamy ciężkich grzechów, to zgodnie z jednym z przykazań kościelnych mamy obowiązek przynajmniej raz do roku przystąpić do spowiedzi.

    Jednak spowiedź to nie tylko moment, w którym uzyskujemy rozgrzeszenie. Spowiedź jest sakramentem, co oznacza, że zawsze kiedy do niej przystępujemy, Bóg udziela nam swojej łaski. Jeśli potrzeba, odpuszcza nam nasze grzechy, ale również pragnie udzielać nam łaski potrzebnej do życia w zgodzie z przykazaniami, siły do podejmowania nawrócenia, mądrości do harmonijnego funkcjonowania w naszym środowisku życia. Krótko mówiąc, mimo że nie popełniamy grzechów, które sprawiają, że spowiedź jest niezbędna, warto regularnie, na przykład co miesiąc, przystępować do spowiedzi. Bo szkoda marnować okazji, kiedy Bóg chce otoczyć nas swoją mocą, miłością i pokojem.


    ZADOŚĆUCZYNIENIE BOGU I BLIŹNIEMU

    Na czym powinno ono polegać?

    Zadośćuczynienie nie jest ceną, którą musimy zapłacić za przebaczenie grzechów. Cenę za nasz grzech zapłacił Pan Jezus przez swoje życie, śmierć i zmartwychwstanie. Jednak choć Chrystus zgładził nasze grzechy i w spowiedzi jedna nas z Ojcem, to nie usuwa konsekwencji zła, które świadomie i dobrowolnie wyrządziliśmy.

    Następstwa grzechu w naszym życiu rozciągają się od krzywdy wyrządzonej innym, poprzez naruszenie relacji z Bogiem i ludźmi, aż po spustoszenie, które dokonuje się w naszych własnych sercach. Zadośćuczynienie Bogu i bliźniemu jest związane właśnie z tymi konsekwencjami naszych grzechów.

    Zadośćuczynienie Bogu, które można kojarzyć z pokutą nakładaną na nas w czasie spowiedzi, ma na celu odbudowanie relacji z Bogiem i powrót do pełnego zdrowia duchowego. Z zasady pokuta powinna odpowiadać w jakiś sposób ranom, które zadaje nam grzech. Może to być podjęcie dzieła miłosierdzia, post, adoracja lub inna forma modlitwy.

    Z kolei zadośćuczynienie bliźniemu polega na przywrócenie naruszonego porządku sprawiedliwości. Jeśli komuś coś ukradłem, powinienem to zwrócić. Jeśli kogoś pomówiłem, powinienem sprostować pomówienie. Jeśli postąpiłem nie fair względem kogoś, powinienem przeprosić.

    Zadośćuczynienie powinno być współmierne do krzywdy, która się dokonała. Natomiast fakt, że nie mogę zadośćuczynić komuś bezpośrednio, nie zwalnia mnie z obowiązku próby naprawienia szkody, na przykład, poprzez wpłatę pieniędzy na działalność jakiejś fundacji roztaczającej opiekę nad osobami skrzywdzonymi działaniami podobnymi do moich własnych.

    Zadośćuczynienie w wielu przypadkach wymaga kreatywności i poświęcenia, ale nigdy nie jest pozbawione sensu.

    Czy można zadośćuczynić bliźniemu, nie informując go o tym?

    To zależy od rodzaju krzywdy wyrządzonej bliźniemu. Jednak zasadniczo można wyobrazić sobie sytuację, w której nie trzeba informować kogoś, komu czyni się zadość.

    o. Radoslaw Więcławek OP/Stacja7.pl

    ______________________________________________________________________________________________________________

    ***

    Ignacjański rachunek sumienia

    Ignacjański rachunek sumienia polega na „rachowaniu” nie swoich grzechów, ale… Bożej dobroci! Trwa tylko 15 minut, a pozwala uwrażliwić serce na Boże poruszenia. Sprawdź, jak 500-letnia metoda modlitwy może zmienić Twoje życie wewnętrzne.

    Ignacjański rachunek sumienia to forma codziennej modlitwy. Św. Ignacy z Loyoli proponuje, by zamiast „rachować” swoje grzechy, „badać” swoje sumienie. Tylko wtedy, kiedy ta modlitwa jest praktykowana każdego dnia, może przynosić regularne owoce.

    Ignacjański rachunek sumienia. Na czym polega?

    Rachunek sumienia większości z nas kojarzy się z mało przyjemnym obowiązkiem przed spowiedzią. W końcu ciężko z entuzjazmem podejmować się konfrontacji z czarną listą naszych grzechów, upadków i win. To, jak przeżywamy rachunek sumienia, zależy też w dużej mierze od tego jak postrzegamy Boga. Trudno jest przed Nim stanąć w prawdzie, pokazać się takimi, jakimi jesteśmy, jeśli się Go boimy i spodziewamy się jedynie kary za nasze występki. 

    Św. Ignacy z Loyoli proponuje zgoła inne podejście. Zamiast „rachować” swoje grzechy, zachęca w swoich Ćwiczeniach Duchownych do „badania” swojego sumienia. Sumienie to takie miejsce w nas gdzie przebywamy z Bogiem. Badamy to miejsce, żeby się spotkać z Nim – bliskim i kochającym. 

    Polega ona na słuchaniu Boga i słuchaniu swojego serca. Na spotkaniu z miłującym Bogiem i na spotkaniu z samym sobą w atmosferze Jego miłości. Na badaniu Jego wezwań i naszych odpowiedzi na nie. I wreszcie na „rachowaniu” Jego darów i miłości, którymi nas obdarza.

    Przede wszystkim skupiamy się na Nim i na dobru, które od niego otrzymujemy, a dopiero później na swojej grzeszności. Jednak nawet w momencie, kiedy zabieramy się za „pranie brudów”, nie robimy tego sami, tylko z Jego łaską. Nie po to, aby zadręczać się swoją słabością, ale po to, żeby odkryć mechanizmy zła, którym się poddajemy i przeciwdziałać im.

    Celem tej metody badania sumienia jest wdzięczność za działanie Boga i ukierunkowanie na przyszłość. Dzięki codziennej praktyce nasze serce jest bardziej czujne na Boże poruszenia i łatwiej nam odróżnić dobro od zła. 

    Jeśli podejmiesz się praktykowania tego sposobu modlitwy nie z lęku przed karą za swoje grzechy, ale z troski o swoje życie wewnętrzne, szybko zobaczysz jakie owoce ona przynosi.

    Kwadrans szczerości, czyli ignacjański rachunek sumienia krok po kroku

    Ignacjański rachunek sumienia jest bardzo prosty i składa się z pięciu punktów. Ta modlitwa ma trwać dokładnie piętnaście minut – ani dłużej, ani krócej.

    1. Podziękować Bogu, naszemu Panu za otrzymane dobrodziejstwa.

    Tak! Rachunek sumienia powinieneś zacząć od dziękczynienia! „Cóż masz, czego byś nie otrzymał?” – pyta św. Paweł w Pierwszym Liście do Koryntian (4,7). Każde dobro w ciągu dnia, każda łaska, czy choćby dar życia – to wszystko pochodzi od Boga. Dlatego rachunek sumienia zacznij od tego, co dobre. Zacznij od Tego, który jest dobry. W pierwszym, punkcie „rachujesz” Boże dary, zamiast własnych grzechów.

    Popatrz na cały swój dzień i zastanów się: Co mnie dobrego dziś spotkało? W czym widziałem miłość Boga? Jak On się o mnie troszczył? Co szczególnego się dzisiaj wydarzyło? Jakie Jego dary i prezenty odkryłem w swoim życiu? 

    W tym punkcie nie chodzi tylko o to, żeby dziękować za rzeczy oczywiste: „miałem co jeść”, „miałem gdzie spać” itd. Dziękuj bardzo konkretnie: wymień te dary, sytuacje, myśli, za które jesteś wdzięczny. Możesz także podziękować Bogu za to, czego nie straciłeś tego dnia. A jeśli naprawdę wydaje Ci się, że nie masz za co dziękować, możesz zawrzeć z Bogiem umowę: „Panie Boże, daj mi jutro tylko to, za co dzisiaj Ci podziękuję”.

    Uwaga! Jeśli ten punkt Cię zaabsorbuje, będziesz znajdować coraz to nowe rzeczy, za które możesz dziękować i Twój duch się będzie radował to trwaj w tej dziękczynnej modlitwie, aż do nasycenia. Smakuj dobroci Boga, ciesz się nią i bądź mu wdzięczny. Nie przejmuj się, że masz jeszcze cztery punkty „do przerobienia” – możesz spędzić na tym punkcie całe 15 minut przeznaczone na rachunek. Twoje spotkanie z Panem już przyniosło owoce!

    2. Prosić o łaskę poznania grzechów i porzucenia ich.

    Przechodząc do drugiego punktu, proś Ducha Świętego o łaskę spojrzenia na miniony dzień Jego oczami. Dlaczego to takie ważne? W tym punkcie skupiamy się na naszej grzeszności, słabości i naszych upadkach. Patrząc na nie jedynie ze swojej perspektywy możemy, łatwo wpaść w pułapkę samooskarżania się. Często jesteśmy dla samych siebie najbardziej surowymi sędziami. Musisz jednak pamiętać, że Bóg nigdy nie oskarża, nie wzbudza chorego poczucia winy, nie „wgniata” Cię w ziemię Twoimi grzechami. Tak działa szatan! Patrząc na nasze grzechy z pomocą Ducha Świętego, poucza on nas o naszym grzechu w sposób pełny miłości i delikatności po to, aby nas pobudzić do nawrócenia.

    Samo poznanie grzechów jednak nie wystarcza – potrzebujesz jeszcze przyznać przed sobą i Bogiem: „To JA zgrzeszyłem”. Dopiero kiedy uznasz swój grzech, możesz go odrzucić (nie możesz odrzucić grzechu, póki nie jest Twój). Wystarczy Twoja decyzja serca, akt woli. Łaska Boża zrobi resztę.

    3. Domagać się od duszy zdania sprawy od chwili powstania z łóżka aż po obecny rachunek sumienia, godzina po godzinie i chwila po chwili, najpierw z myśli, potem z mowy, wreszcie z uczynków (…). 

    W trzecim punkcie chodzi o to, abyś w Jego obecności uświadomił sobie, co się działo w ciągu dnia. Szczególnie przyjrzyj się swoim myślom, bo z nich bierze początek każdy czyn. Spróbuj zwrócić uwagę na to: z jakich myśli i intencji brały się dobre i złe czyny, które popełniłeś w ciągu dnia? Jakie były twoje motywacje? Za jakim sposobem myślenia podążasz?

    Skup się również na tym: jakie natchnienia otrzymałeś? Czy za nimi poszedłeś? Czy dałeś się kształtować Bogu?

    Nie odpowiadaj na te pytania sam. Porozmawiaj z Nim o tym, wysłuchaj Jego zdania. Poproś, żeby Ci pokazał, jak on widział ten dzień: co Jemu się podobało a co nie?

    Jeśli będziesz mieć problem z przypomnieniem sobie każdej chwili dnia (na początku może to być bardzo trudne!) to postaraj się popatrzeć na dzień jak na etapy, np.: od wstania z łóżka do wyjścia na uczelnię, od pierwszych zajęć do obiadu, od powrotu do domu do rachunku sumienia itp.

    4. Prosić Boga, naszego Pana, o przebaczenie win.

    Kiedy już zobaczyłeś cały swój dzień, uświadomiłeś sobie swoje grzechy i podjąłeś w sercu decyzję o ich odrzuceniu – przyszedł czas na kolejny etap. Proś Boga o to, aby wybaczył Ci Twoje winy. „Jeżeli wyznajemy nasze grzechy, Bóg jako wierny i sprawiedliwy odpuści je nam i oczyści nas z wszelkiej nieprawości.” – pisze św. Jan w swoim liście (1 J 1,9). Uświadom sobie, że potrzebujesz wybawcy i nie zapominaj, że On jest większy niż każda Twoja słabość!

    Pamiętaj, że nie stajesz przed sędzią, który chce Cię ukarać, ani przed policjantem, który przyłapie Cię na każdym najmniejszym wykroczeniu. Stajesz przed miłującym Ojcem, który chce Cię przyjąć w swoje ramiona. Pozwól Bogu kochać Cię takim, jaki jesteś.

    5. Postanowić poprawę za Jego łaską.

    Jeśli jeszcze nie minęło 15 minut, a wszystkie poprzednie punkty masz już za sobą, to przed Tobą ostatnia rzecz do zrobienia. Postanów poprawę Z JEGO ŁASKĄ. Nie próbuj własnymi siłami się zmieniać, nawracać czy pokonywać słabości, bo będziesz skazany na porażkę. 

    Jeśli pozwoliłeś się prowadzić Duchowi Świętemu w tej modlitwie, to z pewnością zauważysz co w Twoim życiu jest do poprawy. Owocem skruchy będzie to, że sam będziesz chciał się rozwijać i wzrastać.

    Nie czyń jednak jakichś wielkich postanowień! Niech to będzie jedna, drobna zmiana. Naucz się stawiać małe, konsekwentne kroki w rozwoju swojego życia duchowego. Mniej znaczy więcej! Tutaj również ważny jest konkret: nie „od jutra będę lepszy”, ale „przez najbliższe 7 dni poświęcę każdego ranka 5 minut na modlitwę za nadchodzący dzień”. Niech to postanowienie wypływa z tego, co zauważyłeś w ciągu całego dnia.

    Ojcze nasz

    Kilka przydatnych wskazówek

    • Ignacjański rachunek sumienia warto robić codziennie wieczorem, ale nie przed samym snem. Jeśli będziesz za bardzo znużony, możesz zasnąć w trakcie. Poruszenia w trakcie rachunku mogą Cię również pobudzić na tyle, że będziesz mieć problem z zaśnięciem!
    • Nie zniechęcaj się, jeśli będzie Ci na początku szło „topornie”. Potrzebujesz wytrwałości i cierpliwości. Łatwiej Ci się będzie zdyscyplinować, jeśli ustalisz stałą godzinę w ciągu dnia, w której będziesz robić rachunek sumienia. Możesz też spróbować kwadrans na rachunek „przypiąć” do jakiegoś stałego punktu wieczoru, np.: po kolacji, przed wieczorną toaletą itp.
    • Dopilnuj, aby ta modlitwa trwała dokładnie 15 minut (możesz ustawiać sobie minutnik). Jeśli trudno jest Ci wytrwać na modlitwie, chęć jej skrócenia potraktuj jako pokusę. Przekonasz się, że często w ostatnich sekundach Bóg poruszy Twoje serce. Za pokusę uznaj również chęć przedłużenia modlitwy. Kwadrans to kwadrans i bądź temu wierny. „Lepsze jest posłuszeństwo od ofiary” (1 Sm 15,22).
    • Jeżeli w którymś z punktów, Twoja modlitwa bardzo Cię poruszy, zacznie Cię nasycać, rozpalać do tego stopnia, że będziesz chcieć trwać w tym miejscu – nie przechodź do następnych punktów, nawet jeśli kończy Ci się czas. Słuchaj serca, a nie metody. Schemat modlitwy jest po to, aby Ci pomóc, a nie po to, żeby „odhaczyć” wszystkie jego punkty. 

    Paweł Witek/Stacja7.pl

    ______________________________________________________________________________________________________________

    fot. Instytut Prymasowski

    ***

    Rachunek sumienia z Prymasem Wyszyńskim

    Jako najważniejsze przykazanie Jezus zostawił nam Przykazanie Miłości. W jednej ze swoich przypowieści pokazał, że z końcem świata będziemy sądzeni właśnie z niej – z miłości okazanej potrzebującym, miłości okazanej bliźnim, miłości w relacjach. Jak sprawdzić, czy mamy w sobie tę miłość?

    Z pomocą przychodzi ABC Społecznej Krucjaty Miłości, które przedstawił kard. Stefan Wyszyński w 1967 roku w liście pasterskim na Wielki Post. Te 10 punktów z powodzeniem można wykorzystać jako punkt wyjścia do rachunku sumienia, do znalezienia odpowiedzi na pytanie, czy potrafimy prawdziwie kochać.

    1. Szanuj każdego człowieka, bo Chrystus w nim żyje. Bądź wrażliwy na drugiego człowieka, twojego brata (siostrę).

    • Jak traktuję swoich bliskich? Czy widzę w nich Jezusa? 
    • Jak okazuję swoją wrażliwość i troskę?

    2. Myśl dobrze o wszystkich – nie myśl źle o nikim. Staraj się nawet w najgorszym znaleźć coś dobrego.

    • Kogo oceniłem zbyt szybko? 
    • Co myślę o osobach niewierzących, błądzących, żyjących bez Boga?

    3. Mów zawsze życzliwie o drugich – nie mów źle o bliźnich. Napraw krzywdę wyrządzoną słowem. Nie czyń rozdźwięku między ludźmi.

    • Co mówię o innych osobach, czy daję się wciągnąć w plotkowanie? 
    • Jak często oczerniam kogoś w rozmowie z innymi? 

    4. Rozmawiaj z każdym językiem miłości. Nie podnoś głosu. Nie przeklinaj. Nie rób przykrości. Nie wyciskaj łez. Uspokajaj i okazuj dobroć.

    • Co dobrego udało mi się ostatnio powiedzieć moim bliskim, przyjaciołom? 
    • Które z moich słów mogły kogoś – nawet niezamierzenie – zaboleć, zranić? 

    5. Przebaczaj wszystko wszystkim. Nie chowaj w sercu urazy. Zawsze pierwszy wyciągnij rękę do zgody.

    • Jak często mam odwagę przyznać się do błędu?
    • Czy pielęgnuję w sobie urazę do kogoś? 

    6. Działaj zawsze na korzyść bliźniego. Czyń dobrze każdemu, jakbyś pragnął, aby tobie tak czyniono. Nie myśl o tym, co tobie jest kto winien, ale co Ty jesteś winien innym.

    • Kiedy ostatnio udało mi się zrobić coś dobrego z własnej inicjatywy? 
    • Czy zawsze dziękuję za miłe słowo, okazane wsparcie? 

    7. Czynnie współczuj w cierpieniu. Chętnie spiesz z pociechą, radą, pomocą, sercem.

    • Jak reaguję na cierpienie moich bliskich, przyjaciół, znajomych?
    • Komu powinienem teraz pomóc najbardziej?

    8. Pracuj rzetelnie, bo z owoców twej pracy korzystają inni, jak Ty korzystasz z pracy drugich.

    • Jak wygląda mój dzień? Jak wykorzystuję swój czas? 
    • Które z powierzonych mi zadań wykonuję sumiennie i uczciwie? 

    9. Włącz się w społeczną pomoc bliźnim. Otwórz się ku ubogim i chorym. Użyczaj ze swego. Staraj się dostrzec potrzebujących wokół siebie.

    • Na co przeznaczam swoje pieniądze? Czy pamiętam o potrzebujących? 
    • Jak dzielę się swoimi talentami w służbie innym? 

    10. Módl się za wszystkich, nawet za nieprzyjaciół.

    • O kim pamiętam w swoich modlitwach? 
    • O co modlę się dla osób, z którymi mam trudne relacje?

    Stacja7.pl

    ______________________________________________________________________________________________________________

    fot. Ivan Oboleninov/ Pexels

    ***

    Rachunek sumienia z miłosierdzia

    Papież Franciszek wskazał, że oliwą, którą powinniśmy napełniać swoją lampę, wiarę, są uczynki miłosierdzia. To one, wykonywane każdego dnia ze szczerością i zaangażowaniem, pomagają przygotować się na spotkanie z Jezusem. Przy spotkaniu na końcu naszego życia okaże się, czy mamy przygotowany zapas tej oliwy. Ten rachunek sumienia pozwoli sprawdzić, na ile praktykujemy uczynki miłosierdzia w naszej codzienności.

    Uczynki miłosierdzia co do duszy i co do działa to duchowy program do praktykowania miłosierdzia. Kościół daje konkretne wskazówki, by miłosierdzie nie było tylko patetycznym hasłem, ale prawdziwą postawą. Uczynki miłosierdzia mogą kształtować nasze myśli i wpływać na nasze decyzje.

    Oto propozycje pytań do rachunku sumienia, który pomoże sprawdzić, jak radzimy sobie z byciem miłosiernymi.

    UCZYNKI MIŁOSIERDZIA WZGLĘDEM DUSZY

    Grzeszących upominać

    • Jakie grzechy dostrzegam w sobie?
    • Jak często przystępuję do spowiedzi?
    • Czy chcę być zbawiony? Czy chcę tego dla moich przyjaciół i bliskich?
    • Jakie grzechy u innych przykuwają moją uwagę?
    • Jak zachowuję się, gdy ktoś robi coś złego?
    • W jaki sposób zwracam uwagę?

    Nieumiejętnych pouczać

    • W jaki sposób dbam o swoją formację w wierze? Skąd czerpię wiedzę na temat Boga i Kościoła?
    • Jak często czytam Pismo święte? Jak często sięgam po katolickie książki, artykuły?
    • Jak często rozmawiam ze znajomymi o wartościach?
    • W jaki sposób odnoszę się do osób, które mają mniejszą wiedzę?
    • W jaki sposób wyjaśniam, tłumaczę to, co niezrozumiałe?
    • Czy sam potrafię przyjąć pouczenie?

    Wątpiącym dobrze radzić

    • Jak zachowuję się, gdy nachodzą mnie wątpliwości w wierze?
    • Jak często modlę się o wiarę?
    • Gdzie szukam odpowiedzi na ważne pytania?
    • W jaki sposób troszczę się o ludzi zagubionych w wierze?
    • Jakich rad udzielam? Czy nie wywieram na kimś presji?
    • Jak często się za nich modlę?

    Strapionych pocieszać

    • Jak zachowuję się, gdy coś mnie smuci?
    • Jak traktuję trudności, które mnie spotykają?
    • Co mówię innym o przeżywaniu trudności?
    • Jak podnoszę znajomych na duchu?
    • W jaki sposób towarzyszę im w trudnych chwilach?
    • Czy potrafię przyznać się do bezradności?

    Krzywdy cierpliwie znosić

    • Jak reaguję na krzywdę?
    • Co najbardziej mnie boli?
    • W jaki sposób radzę sobie ze złością?
    • Co odpowiadam, gdy ktoś mnie obraża?
    • Co mówię o osobach, które mnie skrzywdziły?
    • Czy modlę się za osoby, które mnie zraniły?

    Urazy chętnie darować

    • Czym jest dla mnie przebaczenie?
    • Komu najtrudniej jest mi wybaczyć?
    • Jaką ranę noszę w sobie?
    • Czy mam tendencję do wyolbrzymiania krzywd?
    • W jaki sposób daję komuś wybaczenie?
    • Jak często myślę o tym, ile darował mi Chrystus?

    Modlić się za żywych i umarłych

    • Za kogo najczęściej się modlę?
    • Za kogo trudno mi się modlić?
    • O co modlę się dla innych?
    • Jak wygląda moja modlitwa za inne osoby?
    • Jak często modlę się za zmarłych?
    • Czy potrafię prosić o modlitwę za siebie?

    UCZYNKI MIŁOSIERDZIA WZGLĘDEM CIAŁA

    Głodnych nakarmić

    • Jak się odżywiam?
    • Jakie jest moje podejście do postu?
    • Czy traktuję jedzenie jako dar?
    • Jak często przygotowuję posiłki dla innych?
    • W jaki sposób pomagam instytucjom, które dbają o najuboższych?
    • Czym karmię ludzi w rozmowie z nimi?

    Spragnionych napoić

    • Jak dbam o środowisko naturalne?
    • Czy staram się nie marnować wody?
    • Jak podchodzę do kwestii picia alkoholu?
    • Jakie są moje pragnienia?
    • Czym je zaspokajam?
    • Jak często pomagam misjonarzom w krajach, gdzie brakuje wody?

    Nagich przyodziać

    • Jak reaguję na modowe trendy?
    • Na ile ważny jest dla mnie mój wygląd?
    • Jak daję wyraz temu, że ciało jest świątynią ducha?
    • Czym jest dla mnie czystość?
    • Co robię z nieużywanymi ubraniami? 
    • Co mówi o mnie mój ubiór?

    Podróżnych w dom przyjąć

    • Jak reaguję na niezapowiedziane wizyty? 
    • W czym przejawia się moja gościnność?
    • W jaki sposób rozmawiam z gośćmi? 
    • Czy w każdym człowieku widzę Boga? 
    • Na czym najbardziej mi zależy gdy przyjmuję gości? 
    • Jakim ja jestem gościem? 

    Więźniów pocieszać

    • Co myślę o osobach w więzieniu? 
    • Czy modlę się za nie?
    • Jak mogę im pomóc? 
    • Czy zdarzyło mi się kogoś niesłusznie oskarżyć?
    • Jakie zniewolenia dostrzegam w sobie?
    • Jakie pocieszenie mogę dać osobom w więzieniu?

    Chorych nawiedzać

    • W jaki sposób dbam o swoje zdrowie?
    • Jak pomagam chorym w moim otoczeniu?
    • Jak często wspieram organizacje pomagające chorym?
    • Które z moich zdolności mogę wykorzystać, by pomóc chorym?
    • Kiedy ostatni raz odwiedziłem kogoś chorego, potrzebującego pomocy?
    • Jak podnoszę chorych na duchu?

    Umarłych pogrzebać

    • Jak często modlę się za zmarłych?
    • Kiedy ostatni raz odwiedziłem groby bliskich?
    • Czy modlę się za dusze czyśćcowe?
    • Jakie jest moje podejście do kremacji?
    • Jak reaguję na śmierć kogoś bliskiego?
    • Jak często korzystam z możliwości uzyskania odpustu?

    Stacja7.pl


    fot. remehernandez/cathopic.com

    ***

    Modlitwy, które pomogą dobrze przeżyć spowiedź

    Sakrament pokuty wymaga skupienia i modlitewnej refleksji. Oto modlitwy, które pomogą właściwie przygotować się do pojednania z Panem Bogiem.

    Modlitwa przed rachunkiem sumienia

    Ojcze niebieski! Oto ja, grzeszne dziecko Twoje, przystępuję do Ciebie z całą pokorą serca, aby uprosić Twoje przebaczenie. Pragnę oczyścić moją duszę z licznych grzechów, którymi Cię obraziłem. Chcę odprawić dobrą spowiedź świętą i z Twoją pomocą szczerze się poprawić. Ześlij Ducha świętego do serca mego i wspomóż mnie swoją łaską.

    Przyjdź Duchu Święty, oświeć mój rozum, abym grzechy swoje dokładnie poznał, wzrusz moją wolę, abym za nie serdecznie żałował, szczerze się z nich wyspowiadał i stanowczo się poprawił. O Maryjo, Ucieczko grzesznych, wstawiaj się za mną! Święty Aniele Stróżu, święty mój Patronie, wyproście mi łaskę dobrej spowiedzi świętej. Amen.

    Ojcze nasz… Zdrowaś…


    Modlitwa przed spowiedzią

    Wszechmogący i miłosierny Boże, oświeć mój umysł, abym poznał grzechy, które popełniłem, i odmień moje serce, abym szczerze nawrócił się do Ciebie. Niech Twoja miłość zjednoczy mnie z wszystkimi, którym wyrządziłem krzywdę. Niech Twoja dobroć uleczy moje rany, umocni moja słabość. Niech Duch święty obdarzy mnie nowym życiem i odnowi we mnie miłość, aby w moich czynach zajaśniał obraz Twojego Syna, który z Tobą żyje i króluje na wieki wieków. Amen.


    Modlitwa po spowiedzi

    Panie i Boże mój, dziękuję Ci za to, żeś mnie stworzył, żeś mnie powołał do wiary w Jezusa Chrystusa, Syna Twojego, Zbawiciela naszego. Ty udzielasz nam Ducha Świętego, abyśmy się stali Twoimi dziećmi i dziedzicami. Ty nie opuszczasz grzesznika, lecz szukasz go z ojcowską miłością. Ty stale odnawiasz nas przez Sakrament Przebaczenia i Pojednania, abyśmy coraz doskonalej upodabniali się do Twojego Syna. Dziękuję Ci za cudowne dzieło Twego Miłosierdzia i wielbię Cię wraz z całym Kościołem za nasze zbawienie. Tobie niech będzie chwała przez Chrystusa w Duchu Świętym teraz i na wieki. Amen.

    Wszechmogący miłosierny Boże, proszę Cię pokornie w imię Syna Twego, Jezusa Chrystusa, daj mi wytrwałość w dobrem aż do śmierci. Wspieraj mnie i nit dozwól mi oddalać się od Ciebie. Amen.


    Modlitwa o ducha pokuty
    (św. Wincenty Pallotti)

    Najświętsza Maryjo Panno, Matko Boża i Ucieczko wszystkich biednych grzeszników. Przez nieskończone miłosierdzie Boże, przez nieskończone zasługi Jezusa Chrystusa i przez zasługi całego dworu niebieskiego racz przejąć z Najświętszego Serca Jezusowego cierpienia, które znosił przez całe życie, a które przyprawiły Go o konanie i krwawy pot w Ogrodzie Oliwnym. Racz je wyryć w sercu naszym i w sercach wszystkich ludzi; dla tych bowiem cierpień chcemy płakać i wyrzec się wszystkich grzechów, i za nie pokutować. Ofiarujemy też Krew Jezusa Chrystusa na podziękowanie, jak gdyby nam już wyjednała łaskę, o którą Cię prosiliśmy. Amen.

    ______________________________________________________________________________________________________________

    fot. Marcos Paulo Prado/Unsplash

    ***

    Akty: wiary, nadziei, miłości i żalu.

    Warto się nimi modlić!

    Akty: wiary, nadziei, miłości i żalu to jedna z najpopularniejszych, a zarazem najpiękniejszych modlitw. Modląc się nimi, prosimy Boga o przymnożenie wiary, o miłosierdzie, o pragnienie dobra i przebaczenie.

    Akty: wiary nadziei, miłości i żalu to doskonały sposób na codzienną modlitwę. Warto się nimi modlić w codzienności. To naprawdę prosty, rymowany zwrot do Boga, który oddaje istotę naszej wiary i pokładanej nadziei w Boże miłosierdzie. Zobaczcie sami!

    Akty: wiary, nadziei, miłości i żalu

    Wiara to odpowiedź człowieka na Boskie Objawienie. Osiągamy ją tylko dzięki łasce Bożej i pomocy Ducha Świętego. Prośmy Boga, by przymnożył nam wiary, by nie pozwolił nam zwątpić nam zwątpić w Jego miłosierdzie, w Jego Miłość.

    Akt wiary

    Wierzę w Ciebie, Boże żywy,
    W Trójcy jedyny, prawdziwy.
    Wierzę, coś objawił, Boże.
    Twe słowo mylić nie może.


    Często tracimy zaufanie w Boży plan. Wtedy z pomocą przychodzi nadzieja, która pomaga nam wierzyć, że Bóg ma dla nas najlepszy sposób na życie, a to, co dla nas przygotował, będzie ponad wszelkie nasze oczekiwania. Prośmy Boga, byśmy nigdy nie stracili nadziei, byśmy potrafili zawierzyć Mu całe swoje życie.

    Akt nadziei

    Ufam Tobie, boś Ty wierny,
    Wszechmogący i miłosierny.
    Dasz mi grzechów odpuszczenie,
    Łaskę i wieczne zbawienie.


    Miłość jest centrum moralności chrześcijańskiej. To na niej opierają się wszystkie Boże prawa – w końcu sam Bóg jest Miłością. Dlatego prośmy Go, by nigdy miłości nie zabrakło w naszym życiu, byśmy potrafili kochać, ale także byśmy czuli się kochani.

    Akt miłości

    Boże, choć Cię nie pojmuję,
    jednak nad wszystko miłuję,
    nad wszystko, co jest stworzone,
    boś Ty dobro nieskończone.


    Upadki są nieodłącznym elementem naszego życia. My upadamy, ale także nasi bliscy. Świadomie lub mniej świadomie, popełniamy grzechy, błądzimy. Ważnym jednak jest, aby umieć wstać, podnieść głowę i podać rękę drugiej osobie. Prośmy Boga o przebaczenieale także abyśmy i my działając w Jego imieniu potrafili przebaczyć tym, którzy nas skrzywdzili.

    Akt żalu

    Ach, żałuje za me złości
    jedynie dla Twej miłości.
    Bądź miłościw mnie, grzesznemu,
    dla Ciebie odpuszczam bliźniemu.


    źródło: eszkola.pl, modlitwy.24

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Tylko Boże Miłosierdzie może nas uratować!

    Tuż przed wybuchem II wojny światowej, w jednym z najtrudniejszych momentów dla ludzkości, Pan Jezus objawił się polskiej zakonnicy, aby przekazać jej prawdę dotyczącą całego świata. Jest to prawda o Bożym Miłosierdziu – jedynej nadziei dla zatwardziałych grzeszników...

    Za nami najważniejsze Święta chrześcijaństwa. Lecz zaraz po nich, zgodnie z życzeniem naszego Zbawiciela, w pierwszą niedzielę po Wielkanocy, Kościół obchodzi uroczystość Bożego Miłosierdzia. Jej genezą była seria objawień, jakich doznała siostra Faustyna Kowalska w Płocku i Wilnie w latach trzydziestych XX wieku…

    To właśnie przez Polkę Bóg przekazał światu tajemnicę Swojego Miłosierdzia. Dlatego też to my, Polacy jesteśmy szczególnie zobowiązani do zgłębiania tej prawdy i propagowania jej w świecie! Niestety… choć na ten temat ukazało się już wiele opracowań, to pewna część z nich traktuje temat powierzchownie lub – co gorsza – używa Miłosierdzia Bożego jako usprawiedliwienia swoich i cudzych grzechów lub powodu do zapomnienia o Sądzie i karze…

    Bóg jest miłosierny, ale też sprawiedliwy. Jego Miłosierdzie to dla nas jedyna szansa na ocalenie, lecz potrzebna jest też nasza współpraca z Bożą łaską…

    Boże Miłosierdzie czeka na Ciebie!

    Przymierze z Maryją/PCh24.pl

    ______________________________________________________________________________________________________________

    7 kwietnia

    NIEDZIELA BOŻEGO MIŁOSIERDZIA

    „Pragnę, ażeby pierwsza niedziela po Wielkanocy była Świętem Miłosierdzia”

    (słowa Pana Jezusa wypowiedziane do św. Faustyny Kowalskiej)

    UROCZYSTA MSZA ŚWIĘTA O GODZ. 14.00

    ADORACJA NAJŚWIĘTSZEGO SAKRAMENTU/SPOWIEDŹ ŚW. PRZED I PO MSZY ŚW.

    KORONKA DO BOŻEGO MIŁOSIERDZIA W GODZINIE MIŁOSIERDZIA 

    ***

    Święto Miłosierdzia w I niedzielę po Wielkanocy ustanowił całego Kościoła papież Jan Paweł II w dniu kanonizacji s. Faustyny Kowalskiej 30 kwietnia 2000 r.

    Wcześniej, jako pierwszy wpisał je do kalendarza liturgicznego kardynał Franciszek Macharski dla archidiecezji krakowskiej w roku 1985. Dziesięć lat później, na prośbę Polskiego Episkopatu, św. Jan Paweł II ustanowił to święto dla wszystkich diecezji w Polsce.


    Po raz pierwszy o ustanowieniu tego święta mówił Pan Jezus siostrze Faustynie w Płocku w 1931 r., gdy przekazywał swą wolę co do powstania obrazu: “Ja pragnę, aby było święto Miłosierdzia. Chcę, aby ten obraz, który wymalujesz pędzlem, żeby był uroczyście poświęcony w pierwszą niedzielę po Wielkanocy – ta niedziela ma być świętem Miłosierdzia” (Dz. 49).

    Wybór pierwszej niedzieli po Wielkanocy na Święto Miłosierdzia jest ściśle związane z wielkanocną Tajemnicą Odkupienia a tajemnicą Bożego Miłosierdzia. Ten związek podkreśla także Nowenna wraz z Koronką do Bożego Miłosierdzia, którą również Pan Jezus podyktował polecając, aby pierwszy dzień nowenny rozpoczynał się w Wielki Piątek.

    Święto Bożego Miłosierdzia jest dniem szczególnym, w którym Kościół uwielbia Boga w tajemnicy miłosierdzia a dla wszystkich ludzi jest czasem szczególnej łaski:

    W dniu tym otwarte są wnętrzności miłosierdzia Mego, wylewam całe morze łask na dusze, które się zbliżą do źródła miłosierdzia Mojego. Która dusza przystąpi do spowiedzi i Komunii świętej, dostąpi zupełnego odpuszczenia win i kar. W dniu tym otwarte są wszystkie upusty Boże, przez które płyną łaski” (Dz. 699).

    Wielkość tego święta mierzy się miarą niezwykłych obietnic, jakie Pan Jezus z tym świętem związał: “Kto w dniu tym przystąpi do Źródła Życia – powiedział Chrystus – ten dostąpi zupełnego odpuszczenia win i kar” (Dz. 300).

    Niech się nie lęka zbliżyć do Mnie żadna dusza, chociażby grzechy jej były jako szkarłat” (Dz. 699).

    Aby skorzystać z tych wielkich darów, trzeba wypełnić warunki nabożeństwa do Miłosierdzia Bożego (ufność w dobroć Boga i czynna miłość bliźniego) oraz być w stanie łaski uświęcającej (po spowiedzi świętej) i godnie przyjąć Komunię Świętą.

    ____________________________________________________

     fot. Karol Porwich/Tygodnik Niedziela

    ***

    Modlitwa, którą św. Jan Paweł II wypowiedział podczas konsekracji Bazylki Bożego Miłosierdzia 7 sierpnia 2002 roku w Łagiewnikach:

    Boże, Ojcze Miłosierny, który objawiłeś swoją miłość

    w Twoim Synu Jezusie Chrystusie,

    i wylałeś ją na nas w Duchu Świętym, Pocieszycielu,

    Tobie zawierzamy dziś losy

    świata i każdego człowieka.

    Pochyl się nad nami grzesznymi, ulecz naszą słabość,

    przezwycięż wszelkie zło,

    pozwól wszystkim mieszkańcom ziemi

    doświadczyć Twojego miłosierdzia,

    aby w Tobie, Trójjedyny Boże,

    zawsze odnajdywali źródło nadziei.

    Ojcze Przedwieczny,

    dla bolesnej męki i zmartwychwstania Twojego Syna,

    miej miłosierdzie dla nas i całego świata!

    _______________________________________________________________________

    Ostatnia deska ratunku
    fot. Roman Koszowski/Gość Niedzielny

    ***

    Dlaczego tę niedzielę porównuje do „drugiego chrztu”?

    Największa łaska

    Sam Jezus chciał, aby niedziela po Wielkanocy była obchodzona w Kościele jako Niedziela Miłosierdzia. Mówił o tym do św. siostry Faustyny Kowalskiej. Największą łaską jaką możemy otrzymać jest „zupełne odpuszczenie win i kar”. Należy w tym dniu przyjąć Komunią świętą po dobrze odprawionej spowiedzi (bez przywiązania do najmniejszego grzechu). W 2000 roku, podczas kanonizacji św. siostry Faustyny, papież Jan Paweł II ogłosił drugą niedzielę wielkanocną jako Niedzielę Miłosierdzia dla całego Kościoła.

    Słowa klucze

    Jezus: Weźmijcie Ducha Świętego! Którym odpuścicie grzechy, są im odpuszczone, a którym zatrzymacie, są im zatrzymane.

    Najlepszym komentarzem do tego fragmentu są słowa Jezusa, które powiedział podczas jednego z objawień św. siostrze Faustynie:
    „Pragnę, ażeby pierwsza niedziela po Wielkanocy była świętem Miłosierdzia (Dz. 299). Pragnę, aby święto Miłosierdzia, było ucieczką i schronieniem dla wszystkich dusz, a szczególnie dla biednych grzeszników. W dniu tym otwarte są wnętrzności miłosierdzia Mego, wylewam całe morze łask na dusze, które się zbliżą do źródła miłosierdzia Mojego. Która dusza przystąpi do spowiedzi i Komunii świętej, dostąpi zupełnego odpuszczenia win i kar. W dniu tym otwarte są wszystkie upusty Boże, przez które płyną łaski (Dzienniczek św. s. Faustyny, nr 699).

    Ks. Prof. Ignacy Różycki, który był członkiem Międzynarodowej Komisji Teologicznej, a wcześniej na polecenie kard. Karola Wojtyły jako arcybiskupa krakowskiego przeprowadził teologiczną analizę Dzienniczka św. s. Faustyny tak skomentował tę obietnicę Jezusa:
    „odpuszczenie wszystkich win i kar jest tylko sakramentalną łaską chrztu świętego. W przytoczonych zaś obietnicach Chrystus związał odpuszczenie win i kar z Komunią świętą przyjętą w święto Miłosierdzia, czyli pod tym względem podniósł ją do rzędu «drugiego chrztu»”.

    Dziś

    W Niedzielę Miłosierdzia możemy otrzymać łaskę porównywaną przez teologów do „drugiego chrztu”. Wykorzystajmy tę okazję, którą daje nam Jezus i powiedzmy o tym innym.

    ks. Paweł Rytel Andrianik/Tygodnik Niedziela

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Odpust zupełny na Święto Miłosierdzia

    fot. Karol Porwich/Niedziela

    ***

    Ażeby wierni przeżywali to święto z głęboką pobożnością, Ojciec Święty rozporządził, że we wspomnianą niedzielę będzie można dostąpić odpustu zupełnego, zgodnie ze wskazaniami podanymi poniżej. Dzięki temu wierni będą mogli obficiej korzystać z daru pocieszenia Ducha Świętego, a przez to żywić coraz większą miłość do Boga i bliźniego; kiedy zaś uzyskają oni Boże przebaczenie, sami będą z kolei gotowi przebaczyć ochoczo braciom.

    Dzięki temu wierni w sposób doskonalszy zachowywać będą ducha Ewangelii, urzeczywistniając w sobie odnowę wskazaną i wprowadzoną przez Sobór Watykański II: «Chrześcijanie, pamiętając o słowach Pana: ‘Po tym wszyscy poznają, żeście uczniami moimi, jeśli będziecie się wzajemnie miłowali’ (J 13, 35), niczego nie powinni pragnąć goręcej, niż żeby coraz wielkoduszniej i skuteczniej służyć ludziom w dzisiejszym świecie. (…) Ojciec zaś chce, abyśmy we wszystkich ludziach rozpoznali Chrystusa jako brata i skutecznie miłowali, tak słowem, jak i czynem» (Gaudium et spes, 93).

    Dlatego Ojciec Święty, powodowany gorącym pragnieniem rozbudzenia w chrześcijańskim ludzie jak najżywszej czci Bożego Miłosierdzia – ze względu na przebogate duchowe owoce, jakie może ona wydać – podczas audiencji udzielonej w dniu 13 czerwca 2002 r. niżej podpisanym, przełożonym Penitencjarii Apostolskiej, zechciał przyznać odpusty na następujących zasadach:

    Udziela się odpustu zupełnego na zwykłych warunkach (spowiedź sakramentalna, komunia eucharystyczna, modlitwa w intencjach papieskich) wiernemu, który w II Niedzielę Wielkanocną, czyli Miłosierdzia Bożego, w jakimkolwiek kościele lub kaplicy, z sercem całkowicie wolnym od wszelkiego przywiązania do jakiegokolwiek grzechu, choćby powszedniego, weźmie udział w pobożnych praktykach spełnianych ku czci Bożego Miłosierdzia albo przynajmniej odmówi przed Najświętszym Sakramentem Eucharystii, wystawionym publicznie lub ukrytym w tabernakulum, modlitwę «Ojcze nasz» i Credo, dodając pobożne wezwanie do Pana Jezusa Miłosiernego (np. «Jezu Miłosierny, ufam Tobie»).

    Udziela się odpustu cząstkowego wiernemu, który – przynajmniej z sercem skruszonym – skieruje do Pana Jezusa Miłosiernego jedno z prawnie zatwierdzonych pobożnych wezwań.

    Ponadto marynarze, którzy wykonują swoje obowiązki na niezmierzonych obszarach mórz; niezliczeni bracia, których tragedie wojenne, wy- darzenia polityczne, uciążliwe warunki naturalne i inne podobne przyczyny zmusiły do opuszczenia rodzinnej ziemi; chorzy i ich opiekunowie oraz ci wszyscy, którzy z uzasadnionej przyczyny nie mogą opuścić domów lub wykonują pilnie potrzebne zadania dla dobra społeczności, mogą uzyskać odpust zupełny w Niedzielę Miłosierdzia Bożego, jeśli wyrzekając się cał- kowicie jakiegokolwiek grzechu, jak to zostało powiedziane powyżej, i z zamiarem spełnienia – gdy tylko będzie to możliwe – trzech zwykłych warunków, odmówią przed świętym wizerunkiem naszego Pana Jezusa Miłosiernego modlitwę «Ojcze nasz» i Credo, dodając pobożne wezwanie do Pana Jezusa Miłosiernego (np. «Jezu Miłosierny, ufam Tobie»).

    www.faustyna.pl/Tygodnik Niedziela

    ______________________________________________________________________________________________________________

    fot. Eugeniusz Kazimirowski, Obraz Jezusa Miłosiernego, 1934 | Wikipedia

    ***

    Poprosił o nie sam Jezus.

    Święto Miłosierdzia Bożego

    Święto Miłosierdzia Bożego obchodzone jest w pierwszą niedzielę po Wielkanocy. Choć jest ono jednym z najmłodszych w kalendarzu liturgicznym, ukazuje jedną z najważniejszych prawd chrześcijaństwa. Można powiedzieć, że zostało ustanowione na prośbę samego Jezusa, przekazaną w objawieniach s. Faustynie Kowalskiej.

    Pragnienie Jezusa

    „Pragnę, ażeby pierwsza niedziela po Wielkanocy była świętem Miłosierdzia (Dz. 299). Pragnę, aby święto Miłosierdzia, było ucieczką i schronieniem dla wszystkich dusz, a szczególnie dla biednych grzeszników. W dniu tym otwarte są wnętrzności miłosierdzia Mego, wylewam całe morze łask na dusze, które się zbliżą do źródła miłosierdzia Mojego. Która dusza przystąpi do spowiedzi i Komunii świętej, dostąpi zupełnego odpuszczenia win i kar. W dniu tym otwarte są wszystkie upusty Boże, przez które płyną łaski” (Dz. 699).

    Takimi słowami zwrócił się do św. s. Faustyny Pan Jezus. Święto Miłosierdzia zamyka Oktawę Wielkanocy oraz otwiera Tydzień Miłosierdzia. To czas uważnego rozejrzenia się wokół, by lepiej dostrzec tych, którzy szczególnie potrzebują naszej pomocy. Jest czasem budzenia „wyobraźni miłosierdzia”, o którą apelował Jan Paweł II, po konsekracji świata Bożemu Miłosierdziu.

    Święto na zakończenie Oktawy Wielkanocnej

    Wybór pierwszej niedzieli po Wielkanocy na Święto Miłosierdzia nie jest przypadkowy – na ten dzień przypada oktawa Zmartwychwstania Pańskiego, która wieńczy obchody Misterium Paschalnego Chrystusa. Ten okres w liturgii Kościoła ukazuje tajemnicę miłosierdzia Bożego, która najpełniej została objawiona właśnie w męce, śmierci i zmartwychwstaniu Chrystusa. Inaczej mówiąc – nie byłoby dzieła odkupienia, gdyby nie było miłosierdzia Boga.

    W dniu tym otwarte są wnętrzności miłosierdzia Mego, wylewam całe morze łask na dusze, które się zbliżą do źródła miłosierdzia Mojego

    Przygotowaniem do obchodów święta jest nowenna, polegająca na odmawianiu Koronki do Miłosierdzia Bożego przez 9 dni, poczynając od Wielkiego Piątku. W tej nowennie – mówił sam Jezus – „udzielę duszom wszelkich łask” (Dz. 796).

    Święto Miłosierdzia Bożego wpisał do kalendarza liturgicznego najpierw kard. Franciszek Macharski dla archidiecezji krakowskiej (1985), a potem niektórzy biskupi polscy w swoich diecezjach. Na prośbę Episkopatu Polski Jan Paweł II w 1995 roku wprowadził to święto dla wszystkich diecezji w Polsce. Po kanonizacji Siostry Faustyny 30 kwietnia 2000 roku Papież ogłosił to święto jako obowiązujące w całym Kościele.

    Kult Bożego Miłosierdzia

    Pierwsze objawienia s. Faustyna miała w 1931 r. w Płocku, a później w Wilnie. Wedle jej wskazań malarz Eugeniusz Kazimirowski namalował obraz „Jezu Ufam Tobie” w 1934 r. w Wilnie. Wówczas wydrukowano także jego małe, czarno-białe reprodukcje. Został on umieszczony w wileńskim kościele św. Michała, w 1948 r. skonfiskowany przez sowietów, ale wykupiony potajemnie przez wiernych i ukryty.

    Maleńkie modlitewniki z Koronką i reprodukcją obrazu Jezusa Miłosiernego, w czasie II wojny światowej były bardzo popularne. Jest wiele świadectw mówiących o tym, że właśnie w trudnym okresie wojny wierni spontanicznie zwracali się do Miłosierdzia Bożego. Żołnierze polscy roznieśli orędzie s. Faustyny na cały świat.

    Dzięki Polakom z armii Andersa, utworzonej w 1941 roku w ZSRR, kult Miłosierdzia dotarł do Iranu, Palestyny, Libanu, Egiptu, a stamtąd – do Afryki i Włoch. Wielkie zasługi w szerzeniu kultu poza granicami oddał marianin ks. Józef Jarzębowski, który podczas okupacji wydostał się z Wilna wywożąc memoriał o nabożeństwie do Miłosierdzia Bożego ks. Michała Sopoćki, spowiednika s. Faustyny i dotarł w niemal cudowny sposób do Stanów Zjednoczonych, podróżując przez Syberię i Japonię. Jeszcze w czasie wojny pojawiły się teksty nowenny, koronki oraz litanii do Miłosierdzia Bożego w językach: niemieckim, litewskim, francuskim, włoskim i angielskim.

    W 1943 r. krakowski spowiednik s. Faustyny, o. Józef Andrasz, jezuita, poświęcił drugi obraz Jezusa Miłosiernego namalowany przez Adolfa Hyłę, także według wizji s. Faustyny i ofiarowany do klasztornej kaplicy Sióstr Matki Bożej Miłosierdzia w Łagiewnikach. O. Andrasz zapoczątkował też uroczyste nabożeństwo ku czci Miłosierdzia Bożego. Kaplica, która służyła dotąd siostrom i ich wychowankom, stała się miejscem publicznego kultu. Wizerunek bardzo szybko zasłynął licznymi łaskami.

    Próba ogniowa

    Zaraz po zakończeniu wojny, już w 1946 roku w sprawę zatwierdzenia kultu zaangażowali się biskupi polscy. W 1948 roku skierowana została prośba do Stolicy Apostolskiej o ustanowienie święta Miłosierdzia Bożego w myśl poleceń, które otrzymała s. Faustyna (Dzienniczek, nr 49,88,1530). 27 lutego 1948 r. rozgłośnia Radia Watykańskiego nadała audycję o siostrze Faustynie i jej posłannictwie.

    Pod koniec lat 50., według Marii Winowskiej – autorki biografii s. Faustyny, apostołka Miłosierdzia Bożego znana była w całej Europie, obu Amerykach, w Australii, w wielu krajach Azji i Afryki. Dzieła teologiczne poświęcone Miłosierdziu Bożemu oraz obrazki wraz z koronką do Miłosierdzia Bożego ukazały się w językach angielskim, francuskim, hiszpańskim, portugalskim, włoskim, niemieckim oraz w liturgicznym wówczas języku Kościoła – po łacinie. Same teksty nabożeństw i akt „Jezu, ufam Tobie!” przetłumaczone zostały ponadto na litewski, łotewski, niderlandzki, czeski, słowacki, ukraiński, węgierski oraz chorwacki. W Polsce istniało już wiele ośrodków, w których czczono Boże Miłosierdzie.

    W tej sytuacji sporym zaskoczeniem była Notyfikacja Świętego Oficjum z 1958 r., które kwestionowało nadprzyrodzoność objawień siostry Faustyny, sprzeciwiało się wprowadzeniu święta Miłosierdzia Bożego, zakazywało rozpowszechniania obrazków i pism propagujących nabożeństwo w formach proponowanych przez siostrę Faustynę. Wątpliwości związane były nie tyle z samym kultem, co wynikały z pewnych nieprawidłowości w jego formach. Były dwa główne powody wydania przez Święte Oficjum dekretu zakazującego nowego kultu.

    Na pierwszy złożyło się rozpowszechnianie wyrwanych z kontekstu albo niedokładnych i „poprawionych” przez jedną z sióstr fragmentów „Dzienniczka” siostry Faustyny, obecnych we włoskim tłumaczeniu, które dotarło do kongregacji, drugim zaś było – co może dziś szokować – stanowisko większości polskich hierarchów. Watykańscy eksperci opierali się na niedokładnych i źle przetłumaczonych odpisach rękopisów „Dzienniczka”. Ich autorka, siostra Ksawera Olszamowska, działając w dobrej wierze, „poprawiła” nieco dzieło Faustyny. Opuściła wielostronicowe fragmenty tekstu, pominęła wiele zdań i pozmieniała sens niektórych sformułowań.

    W drugiej nocie Świętego Oficjum z 6 marca 1959 r. autorzy wycofali się jednak z negatywnego sądu co do prawdziwości objawień, nie zakazywano tak ostro propagowania samego kultu, ale powierzono to „roztropności biskupów, włącznie z usunięciem ww. obrazów, które ewentualnie zostały już wcześniej wystawione do kultu”. W związku z czym obrazy ze świątyń zostały usunięte, zaprzestano organizowania nabożeństw.

    Jednak ówczesny metropolita krakowski abp Eugeniusz Baziak, zdecydował, że obraz Adolfa Hyły przedstawiający Jezusa Miłosiernego, związany z objawieniem siostry Faustyny ma pozostać tam, gdzie był, czyli w kaplicy klasztoru w Łagiewnikach. Z innych kościołów został usunięty.

    Karol Wojtyła

    Zasadniczą rolę w zdjęciu zakazu i dalszym rozwoju kultu Miłosierdzia Bożego odegrał następca abp Baziaka, abp Karol Wojtyła, który nie miał wątpliwości, jak pokazują następne wydarzenia, co do prawdziwości objawień siostry Faustyny i szczególnej aktualności przesłania o Bożym Miłosierdziu. Będąc młodym księdzem wracał często do kaplicy w Łagiewnikach. Kronika sióstr odnotowuje, że ksiądz Wojtyła kilkakrotnie głosił kazanie w trzecią niedzielę miesiąca w czasie Mszy świętej i nabożeństwa do Bożego Miłosierdzia.

    Wojtyła jako arcybiskup krakowski od 1964 r., przyjął bardzo mądrą strategię polegającą na tym, że najpierw należy doprowadzić do rozpoczęcia procesu beatyfikacyjnego s. Faustyny, a potem dopiero podjąć kroki mające na celu propagowanie kultu Bożego miłosierdzia.

    Proces informacyjny ws. siostry Faustyny w archidiecezji krakowskiej rozpoczął się w 1965. Zakończył po dwóch latach, a w 1968 zaczął być prowadzony jej proces beatyfikacyjny w watykańskiej Kongregacji ds. Świętych. W tym czasie kard. Wojtyła zarządził nowe wydanie „dzienniczka”, gdzie tekst został skopiowany dosłownie, bez opuszczeń i dopisków oraz ze zwróceniem uwag na podkreślenia ołówkiem, którym s. Faustyna zaznaczała słowa Jezusa.

    Zlecił on ekspertyzę teologiczną „Dzienniczka” s. Faustyny ks. prof. Ignacemu Różyckiemu z krakowskiego Papieskiego Wydziału Teologicznego, który znany był z tego, że nie był przekonany do orędzia siostry Faustyny. Jednakże napisana przez niego obiektywna, naukowa analiza, dała podstawy do tego, że Paweł VI w 1978 r. odwołał ograniczenia dotyczące kultu Bożego Miłosierdzia. W tym samym roku kard. Wojtyła został papieżem.

    Encyklika i „Dzienniczek”

    W 1980 roku Jan Paweł II ogłosił encyklikę „Dives in misericordia” o Bożym Miłosierdziu. Ważny etap rozwoju kultu stanowiła beatyfikacja s. Faustyny (18 kwietnia 1993 roku w Rzymie). Siedem lat później, 30 kwietnia 2000 r., bł. s. Faustyna Kowalska została wyniesiona przez Jana Pawła II do chwały ołtarzy jako święta. 5 maja 2000 roku Kongregacja Kultu Bożego i ds. Dyscypliny Sakramentów wydała dekret ustanawiający obowiązujące w całym Kościele powszechnym Święto Miłosierdzia Bożego. Polecenia Pana Jezusa, sformułowane w trakcie objawień zostały tym samym zrealizowane.

    W Polsce do rozwoju kultu Miłosierdzia Bożego przyczyniło się także wydane w 1981 r. krytyczne opracowanie „Dzienniczka” w jego oryginalnym kształcie. W połowie lat 80. nie było już diecezji, która by nie miała parafii pw. Miłosierdzia Bożego.

    Akt zawierzenia

    7 sierpnia 2002 roku Jan Paweł II zawierzył świat Bożemu Miłosierdziu. Tego dnia w Krakowie-Łagiewnikach konsekrował świątynię pod wezwaniem Bożego Miłosierdzia i ustanowił w niej światowe sanktuarium Miłosierdzia Bożego.

    „Tobie zawierzamy dziś losy świata i każdego człowieka. Pochyl się nad nami grzesznymi, ulecz naszą słabość, przezwycięż wszelkie zło, pozwól wszystkim mieszkańcom ziemi doświadczyć Twojego miłosierdzia, aby w Tobie, Trójjedyny Boże, zawsze odnajdywali źródło nadziei” – modlił się wówczas Papież, powierzając cały świat Bożemu Miłosierdziu.

    „Czynię to z gorącym pragnieniem, aby orędzie o miłosiernej miłości Boga, które tutaj zostało ogłoszone za pośrednictwem Siostry Faustyny, dotarło do wszystkich mieszkańców ziemi i napełniało ich serca nadzieją. Niech to przesłanie rozchodzi się z tego miejsca na całą naszą umiłowaną Ojczyznę i na cały świat” – wyjaśniał, apelując, że „Trzeba tę iskrę Bożej łaski rozniecać. Trzeba przekazywać światu ogień miłosierdzia, gdyż w miłosierdziu Boga świat znajdzie pokój, a człowiek szczęście”.

    „To zadanie powierzam wam, drodzy bracia i siostry, Kościołowi w Krakowie i w Polsce oraz wszystkim czcicielom Bożego miłosierdzia, którzy tutaj przybywać będą z Polski i z całego świata. Bądźcie świadkami miłosierdzia!” – apelował.

    Trzeba przekazywać światu ogień miłosierdzia, gdyż w miłosierdziu Boga świat znajdzie pokój, a człowiek szczęście”.

    Jan Paweł II odszedł do Domu Ojca po pierwszych Nieszporach Niedzieli Miłosierdzia 2005 r.; uroczystości, którą sam ustanowił. Fakt ten wydaje się wymownym dopełnieniem roli, jaką odegrał w upowszechnieniu prawdy o Bogu bogatym w miłosierdzie. Prawdy przypomnianej za pośrednictwem prostej s. Faustyny, przy grobie której modlił się w młodości.

    Łagiewniki i nie tylko

    Dziś do sanktuarium Miłosierdzia Bożego w Krakowie Łagiewnikach przybywa corocznie około 2,5 miliona pielgrzymów z Polski i wszystkich kontynentów. Szczególnie licznie sanktuarium odwiedzili młodzi podczas Światowych Dni Młodzieży w 2016 roku w Krakowie.

    Jednym z owoców konsekracji świata Bożemu Miłosierdziu w Krakowie, była decyzja o utworzeniu sanktuarium Bożego Miłosierdzia w Wilnie, mieście, gdzie s. Faustyną doświadczyła większości swych objawień. Obecny na uroczystościach w Łagiewnikach metropolita wileński kard. Audrys Juozas Bačkis postanowił pracować nad ożywieniem kultu na całej Litwie.

    Pierwszym krokiem miało być otwarcie sanktuarium Bożego Miłosierdzia. Kardynał wyremontował w tym celu kościół św. Trójcy w Wilnie, do którego przeniósł we wrześniu 2005 r. cudowny obraz Jezusa Miłosiernego. Obraz ten od czasów wojny, przez kilkadziesiąt lat ukrywany był w jednej z parafii na Białorusi, a do Wilna powrócił w 1987 r. i początkowo umieszczony został w należącym do miejscowych Polaków kościele Świętego Ducha.

    Dziś w wileńskim sanktuarium Bożego Miłosierdzia każdego dnia sprawowane są liturgie zarówno po litewsku jak i po polsku oraz w wielu innych językach. Przybywają tam pielgrzymki z całego świata.

    W Polsce obok sanktuarium w Krakowie-Łagiewnikach kult Miłosierdzia Bożego szerzony jest również w kilku innych sanktuariach, to znaczy w Dolinie Miłosierdzia w Częstochowie, w Myśliborzu, w Ożarowie Mazowieckim, w Kaliszu, Płocku, Warszawie, w Białymstoku, w Świnicach Warckich.

    Kult Bożego Miłosierdzia za granicą

    We Włoszech główne miejsce szerzenia kultu Miłosierdzia Bożego stanowi Centro della Divina Misericordia przy kościele Santo Spirito in Sassia w Rzymie w pobliżu Watykanu. Specyficzną formą szerzenia kultu Miłosierdzia Bożego w tym kraju jest peregrynacja obrazu Jezusa Miłosiernego do parafii i wspólnot zakonnych, które tego pragną. Kilkudniowy pobyt obrazu Jezusa Miłosiernego w parafii lub wspólnocie kończy się zapoczątkowaniem odmawiania na stałe koronki do Miłosierdzia Bożego i Godziny Miłosierdzia.

    W Niemczech od 1987 roku działa w Brilon Schwester Faustine Sekretariat, zajmujący się wydawaniem i dystrybucją obrazków, folderów i książek propagujących posłannictwo św. Siostry Faustyny i jej duchowość.

    We Francji od zakończenia II wojny światowej kult Miłosierdzia Bożego szerzą księża pallotyni z ośrodka w Osny pod Paryżem. W 1993 roku wznowione zostało po 35 latach przerwy czasopismo pt. „Messager de la Misericorde Divine”. Kult Jezusa Miłosiernego sprawowany jest w około 100 kościołach, kaplicach i wspólnotach zakonnych we Francji.

    W Portugalii szerzeniem kultu Miłosierdzia Bożego zajmuje się Apostolat Miłosierdzia Bożego z siedzibą w Balsamao. Oprócz Balsamao istnieje w Lizbonie ośrodek kultu Miłosierdzia Bożego założony przez Stowarzyszenie Katolików Świeckich pod nazwą „Odnowić wszystko w Chrystusie”.

    W Anglii i Irlandii istnieją liczne ośrodki kultu Miłosierdzia Bożego prowadzone przez księży marianów, a także ludzi świeckich. Za przykład można podać Fawley Court w Henley-on-Thames w Anglii. Ośrodek ten rozwija działalność duszpasterską i wydawniczą.

    W Czechach ośrodki kultu Miłosierdzia Bożego w Brnie i innych miastach utrzymują kontakty z sanktuariami polskimi. Czciciele Miłosierdzia Bożego z Czech co roku licznie przybywają do sanktuarium w Krakowie-Łagiewnikach na święto Miłosierdzia.

    Na Węgrzech główny ośrodek kultu Miłosierdzia Bożego mieści się w Egerze, a osobą odpowiedzialną za kontakty i współpracę Episkopatu Węgier z sanktuarium w Krakowie-Łagiewnikach jest tamtejszy sufragan bp Istvan Katona.

    Na Słowacji księża pallotyni budują w Spisska Nova Ves kościół pod wezwaniem Bożego Miłsoierdzia i od 1997 roku wydają czasopismo „Apostol Bozieho Molosrdenstva”.

    W Szwecji od 1995 roku grupa czcicieli Miłosierdzia Bożego gromadzi się regularnie przy parafii Najświetszej Maryi Panny w Malmo. Podobne grupy działają w Boras i w Göteborgu.

    Bardzo żywo kult miłosierdzia rozwija się od czasów II wojny światowej w Stanach Zjednoczonych. Obecnie w USA istnieje 75 sanktuariów Bożego Miłosierdzia, na czele z Narodowym Sanktuarium Miłosierdzia Bożego Stanów Zjednoczonych w Stockbridge w stanie Massachusetts.

    Kult, zapoczątkowany objawieniami św. Faustyny, jest bardzo rozpowszechniony także w Ameryce Południowej i Afryce, na Filipinach, Korei i Nowej Zelandii. W Australii działa Bractwo Miłosierdzia Bożego, które zrzesza ponad 5 tys. osób z 14 krajów. Bardzo prężnym ośrodkiem duszpasterskim i wydawniczym jest również kanadyjska wspólnota w Verdun, której członkowie troszczą się o ludzi zagubionych moralnie.

    Czciciele Miłosierdzia Bożego zrzeszają się ponadto w dwóch międzynarodowych organizacjach: Stowarzyszeniu Apostołów Bożego Miłosierdzia „Faustinum”, które liczy ok. 5 tys. osób z ponad 40 krajów oraz w wielomilionowym Apostolskim Ruchu Bożego Miłosierdzia. W samych Stanach Zjednoczonych należy do niego ok. miliona osób.

    Szerzeniem orędzia Miłosierdzia Bożego w szczególny sposób zajmuje się zgromadzenie Matki Bożej Miłosierdzia, do którego należała s. Faustyna oraz siostry Jezusa Miłosiernego – zgromadzenie założone przez kierownika duchowego i spowiednika s. Faustyny, bł. ks. Michała Sopoćkę.

    KAI/Stacja7.pl

    ______________________________________________________________________________________________________________

    „Francuskie Łagiewniki”.

    Słyszałeś o tym pięknym sanktuarium?

    Sanktuarium Bożego Miłosierdzia w Gallardon

    fot. Pack-Shot / Shutterstock

    ***

    70 km od Paryża, w Dolinie Loary, znajduje się sanktuarium Bożego Miłosierdzia w Gallardon. Można tu znaleźć liczne polskie akcenty. Obowiązkowy punkt do odwiedzenia podczas podróży po Francji!

    Wielka łaska Bożego Miłosierdzia

    Kult Bożego Miłosierdzia, w ołtarzu relikwie trojga wybitnych Polaków: św. Jana Pawła II, św. s. Faustyny oraz św. Stanisława, biskupa i męczennika, na czele wspólnoty polski rektor pallotyn ks. Adam Gałązka – choć mowa o sanktuarium w Gallardon we Francji, to jednak jest to miejsce, w którym polskie wątki są bardzo wyraźne.
    „Zapraszamy ludzi do korzystania z wielkiej łaski Bożego Miłosierdzia, regularnie trwamy w konfesjonale i czekamy na tych, którzy tej łaski doświadczają, a potem sami dzielą się wielką radością wolności i uzdrowienia” – powiedział ks. Gałązka, który w 2023 r. został następcą twórcy tego sanktuarium ks. kan. Dominiqe’a Auberta.
    Gallardon to niewielka miejscowość leżąca ok. 70 km na południowy zachód od Paryża, w Regionie Centralnym – Dolinie Loary we Francji. Znajduje się tu stosunkowo mało znane sanktuarium. Początki kultu Jezusa Miłosiernego w tym miejscu na szerszą skalę sięgają 2015 r., który został ustanowiony przez papieża Franciszka Rokiem Bożego Miłosierdzia.

    Sanktuarium Bożego Miłosierdzia w Gallardon

    fot. archiwum ks. Adama Gałązki SAC

    ***

    Miejsce duchowego uzdrowienia

    „Na początku sanktuarium niewiele mówiło wiernym, skąd wziął się słynny obraz ‘Jezu, ufam Tobie!’ i co oznacza przesłanie siostry Faustyny” – podkreślił ks. Adam Gałązka SAC. Znaczący wpływ na to miejsce miała wizyta ówczesnego rektora ks. Dominique’a Auberta w sanktuarium w Łagiewnikach. „Rektor nawiązał kontakty z siostrami Matki Bożej Miłosierdzia, zaczął wczytywać się w ‘Dzienniczek’ s. Faustyny” – opowiedział obecny polski rektor tego miejsca. Ówczesny metropolita krakowski kard. Stanisław Dziwisz zachęcił ks. Auberta do szczególnego propagowania sakramentu pokuty i pojednania jako wyraźnego znaku Bożego Miłosierdzia.
    Do Gallardon sprowadzono też relikwie polskich świętych. „Gdy pojawiły się relikwie i obraz Jezusa Miłosiernego, zaczęły pojawiać się osoby, modlić się, wczytywać w przesłanie s. Faustyny i doświadczać wewnętrznego uzdrowienia” – zrelacjonował ks. Gałązka.

    Pallotyni od Bożego Miłosierdzia

    Zanim ks. Adam Gałązka trafił do Gallardon, trzy lata pracował w pallotyńskim Centrum Dialogu w Paryżu. W tym czasie kończący kadencję rektora sanktuarium w Gallardon ks. Aubert zwrócił się z prośbą do polskich pallotynów. „On wielokrotnie słyszał o charyzmacie pallotynów, dlatego właśnie nawiązał kontakt z naszym przełożonym, ks. Krzysztofem Hermanowiczem, który zgłosił się właśnie do mnie, czy byłbym zainteresowany taką nową posługą przy sanktuarium Bożego Miłosierdzia” – opowiedział ks. Adam Gałązka.

    Przypomniał, że pallotyni we Francji znani są z działalności na polu Bożego Miłosierdzia. Pollotyńska regia (prowincja) we Francji nosi właśnie ten tytuł.

    Już w czasach II wojny światowej polscy pallotyni we Francji propagowali Boże Miłosierdzie, m.in. odmawianie koronki, do czego zachęcał wiernych były rektor Polskiej Misji Katolickiej we Francji ks. Franciszek Cegiełka. „Doświadczył ocalenia z niemieckiego obozu w Dachau, jak sam o tym świadczył, dzięki zaufaniu Bożemu Miłosierdziu i odprawianiu koronki” – zaznaczył rozmówca Polskifr.fr. Ks. Gałązka przypomniał też postać innego pallotyna ks. Alojzego Misiaka, który na różne sposoby starał się propagować we Francji kult Miłosiernego Chrystusa.

    „Czasem spotykam się z ciekawą reakcją ludzi, którzy znają już pallotynów jako propagatorów Miłosierdzia Bożego. Dziwią się, że s. Faustyna nie była pallotynką, tylko pochodziła z innego zgromadzenia” – powiedział z uśmiechem ks. Gałązka.

    Głosić Miłosierdzie Boże na różne sposoby

    Obraz Miłosierdzia Bożego ma dla Francuzów nieco inną wymowę niż dla Polaków, gdyż powstał w polskich realiach. „To nie przeszkadza w propagowaniu tego, co jest głębią, istotą samego Bożego Miłosierdzia, które w tej chwili jest propagowane już nie tylko przez pallotynów, w różnych miejscach, w różnych formach, poprzez różne ruchy kościelne” – podkreślił ks. Adam Gałązka. Jako przykład podał comiesięczne czuwania modlitewne w pierwsze piątki miesiąca prowadzone w bazylice Sacré-Cœur i kościele Saint-Sulpice, prowadzone przez Francuzkę polskiego pochodzenia Wiolettę Wawer.

    Sanktuarium Bożego Miłosierdzia w Gallardon

    fot. archiwum ks. Adama Gałązki SAC

    ***

    Święto Miłosierdzia Bożego, które obchodziliśmy w tym roku 7 kwietnia, ustanowił św. Jan Paweł II, odpowiadając na prośbę Jezusa, który w przesłaniu do s. Faustyny wyraził takie życzenie. „W dniu tym otwarte są wszystkie upusty Boże, przez które płyną łaski” („Dzienniczek”, 699) – mówił Chrystus do polskiej zakonnicy. To święto otwiera w Polsce Tydzień Miłosierdzia.

    ks. Adam Gałązka SAC/Aleteia.pl


    „Dzienniczek” – dzieło w kooperacji Boga

    i prostej kobiety

    „Dzienniczek” przynosi otuchę milionom ludzi i, dając nadzieję na Boże przebaczenie, skłania ich do nawrócenia.

    „Dzienniczek” przynosi otuchę milionom ludzi i, dając nadzieję na Boże przebaczenie, skłania ich do nawrócenia.
    fot.Jacek Bednarczyk/ PAP

    ***

    „Nie umiem pisać” – skarżyła się Jezusowi św. Faustyna. Ale posłuchała Go. Tak powstało dzieło uważane za perłę literatury mistycznej.

    Zbliżała się połowa sierpnia 1935 roku. Siostra Faustyna odprawiała trzydniowe rekolekcje w klasztorze w Wilnie. Pierwszego dnia o godzinie dziesiątej kaznodzieja mówił o miłosierdziu Bożym i o dobroci Boga względem człowieka. W tej chwili zakonnica zobaczyła w ołtarzu Pana Jezusa w białej szacie. Zauważyła, że trzymał w ręku zeszyt, w którym notowała swoje przeżycia. „Podczas całej tej medytacji Jezus przekładał karty zeszytu i milczał, jednak serce moje znieść nie mogło żaru, który się w duszy mojej zapalił” – zapisała później. W pewnej chwili Zbawiciel powiedział do niej: „Nie wszystko napisałaś w tym zeszycie o dobroci Mojej ku ludziom; pragnę, ażebyś nic nie pominęła, pragnę, niech się ugruntuje serce twoje w zupełnym spokoju” (Dz. 459).

    Sześć zeszytów

    Gdy w czerwcu 1938 roku, trzy miesiące przed śmiercią, s. Faustyna kreśliła ostatnie słowa w „Dzienniczku”, świat stał u progu drugiej wojny światowej. Zawarte tam przesłanie o Bożym miłosierdziu było jak diagnoza i recepta dla każdego człowieka. „Nie zazna ludzkość spokoju, dopokąd nie zwróci się do źródła miłosierdzia Mojego” – mówił Jezus do zakonnicy (Dz. 699). Sześć zeszytów, zapisanych niewprawnym pismem – w oryginale pełnych błędów ortograficznych i stylistycznych – składa się na dzieło określane przez teologów jako perła literatury mistycznej. Stworzenie czegoś takiego bez pomocy łaski jest niemożliwe, tym bardziej że Faustyna ukończyła jedynie trzy klasy szkoły podstawowej.

    Wiele fragmentów „Dzienniczka” przynosi otuchę milionom ludzi i, dając nadzieję na Boże przebaczenie, skłania ich do nawrócenia.

    „Rozkosz mi sprawiają dusze, które się odwołują do mojego miłosierdzia. Takim duszom udzielam łask ponad ich życzenia. Nie mogę karać, choćby ktoś był największym grzesznikiem, jeżeli on się odwołuje do mej litości, ale usprawiedliwiam go w niezgłębionym i niezbadanym miłosierdziu swoim” – zapewnia Zbawiciel Faustynę, a poprzez nią świat. Na kartach „Dzienniczka” robi to bezustannie.

    Sama święta wcale nie paliła się do pisania. „Mój Jezu, Ty widzisz, że dosyć nie umiem pisać, to jeszcze i pióra nawet dobrego nie mam, a nieraz to naprawdę tak mi się źle pisze, że po jednej literze muszę składać zdania” – skarżyła się Zbawicielowi. Do tego dochodził problem natury technicznej. „Notuję te niektóre rzeczy w sekrecie wobec sióstr, więc muszę nieraz co chwila zamykać zeszyt i cierpliwie wysłuchać opowiadania danej osoby, i czas, który miałam przeznaczony na pisanie, przeszedł, a nagłe zamykanie zeszytu – maże mi się. (…) Dziwna rzecz, że przecież nieraz pisze mi się możliwie, ale nieraz – to naprawdę sama ledwie przeczytam” – tłumaczyła.

    Ważna uwaga: Faustyna pisała z nakazu swojego kierownika duchowego i spowiednika, ks. Michała Sopoćki. On sam w liście do władz zgromadzenia z 1972 roku tak wyjaśniał okoliczności owej decyzji: „Byłem wówczas profesorem w Seminarium Duchownym i na Wydziale Teologicznym Uniwersytetu Stefana Batorego w Wilnie. Nie miałem czasu wysłuchiwać jej długich zwierzeń w konfesjonale, poleciłem jej spisać je w zeszycie i podawać mi je od czasu do czasu do przejrzenia. Stąd powstał »Dzienniczek«”.

    Napisz wszystko

    Choć Faustyna była wzorem posłuszeństwa, nie ustrzegła się błędu. Pewnego razu, gdy jej spowiednik wyjechał na kilka tygodni do Ziemi Świętej, dała się zwieść postaci, którą błędnie wzięła za anioła. „Głupstwo piszesz i narażasz tylko siebie i innych na wielkie przykrości” – przekonywała zjawa. Tłumaczyła, że pisanie jest stratą czasu. Gdy widzenie się powtórzyło, Faustyna spełniła żądanie i spaliła prowadzone zapiski. „Kazałem jej za pokutę odpisać treść zniszczoną, a tymczasem następowały nowe przeżycia, które ona notowała, przeplatając wspomnieniami ze spalonego zeszytu. Stąd w jej »Dzienniczku« nie ma porządku chronologicznego” – wyjaśniał później ks. Sopoćko.

    Sam Jezus, objawiając się Faustynie, wiele razy podkreślał, jak ważny jest „Dzienniczek” w jego planach. „Twoim zadaniem jest napisać wszystko, co ci daję poznać o Moim miłosierdziu dla pożytku dusz, które czytając te pisma, doznają w duszy pocieszenia i nabiorą odwagi zbliżać się do Mnie” – mówił, zaznaczając, że święta powinna wszystkie chwile wolne poświęcić pisaniu. Wielokrotnie też motywował Faustynę do kontynuowania zapisków. „Dziś nie miałam chęci do pisania – wtem usłyszałam głos w duszy: Córko Moja, nie żyjesz dla siebie, ale dla dusz, pisz dla ich pożytku. Wiesz, że wolę Moją co do pisania to już ci tyle razy potwierdzili spowiednicy” – zanotowała święta.

    Nie zniechęcaj się

    Chodzi więc o pożytek dusz, jaki odnoszą one dzięki lekturze „Dzienniczka”, a ten jest niezaprzeczalny. Wielu czytelników od lat zaświadcza, jak wiele dobra przyniosła im lektura zapisków św. Faustyny. Do najnowszych świadectw zaliczyć można m.in. entuzjastyczne komentarze, umieszczane pod kolejnymi odcinkami podkastu Zeszyty Miłości Pełne. Prowadzi go na platformie YouTube siostra Gaudia Skass, rzeczniczka Zgromadzenia Sióstr Matki Bożej Miłosierdzia. – Tam jest istny wylew wdzięczności i miłości. Ludzie piszą, jak ich „Dzienniczek” porusza i inspiruje – wyjaśnia.

    Siostra czyta w podkaście kolejne fragmenty „Dzienniczka” (docelowo „od deski do deski”), komentując je i objaśniając trudne miejsca. Bo i to trzeba powiedzieć, że nie jest to lektura łatwa. Wielu się zniechęca, niektórzy odczuwają nawet strach, czytając o skutkach grzechów, o odpowiedzialności za swoje czyny i o piekle. – Coraz częściej spotykałam się z takimi opiniami. Serce mnie bolało, kiedy słyszałam o ludziach, którzy odkładają „Dzienniczek” po pierwszych fragmentach. Było mi strasznie przykro, bo ta książka dała mi tak wiele… Znam ludzi na całym świecie, których życie zmieniło się o 180 stopni przez lekturę „Dzienniczka” – opowiada s. Gaudia.

    Wyjaśnia, że właśnie ta świadomość nasunęła jej myśl o stworzeniu podkastu. – Oczywiście w „Dzienniczku” jest o grzechu i o jego konsekwencjach, ale jeśli ktoś czyta Ewangelię selektywnie, też może uznać, że jest przerażająca. Gdy Jezus mówi tylko „biada, biada, biada”, to nie brzmi to jak dobra nowina. Jeśli się czyta selektywnie „Dzienniczek”, będzie to samo, bo tam, podobnie jak w Ewangelii, jest i opowieść o wielkiej miłości Boga, i przestroga przed konsekwencjami grzechów. Po prostu trzeba czytać całość – doradza s. Gaudia. Zwraca uwagę, że ze stron „Dzienniczka” wylewa się dużo więcej miłości niż przestróg, a te drugie muszą być odczytywane, podobnie jak Jezusowe „biada”, jako troska o ludzkie zbawienie. – W związku z tym Jezus nie może nam mówić tylko: „Kocham was, róbcie, co chcecie”. Z miłości przestrzega nas przed konsekwencjami grzechu, który jest naprawdę niszczący. Kościół katolicki przecież także uczy, że jest grzech, a jego skutki mogą sięgać wieczności. Nie można po Faustynie spodziewać się czegoś innego – żeby ona tam napisała tylko o słodyczach nieba, które osiąga się bez względu na to, jakie prowadziło się życie – zauważa siostra.

    Trudności w lekturze „Dzienniczka” mogą brać się także z faktu, że powstał on, bądź co bądź, w innej epoce, a do tego w obcym większości odbiorców środowisku zakonnym. – Trzeba pamiętać, że Faustyna pisze w pierwszej połowie XX wieku, przed Soborem Watykańskim II. Dobrze jest znać charakterystykę tamtych czasów, bo jest tam trochę wątków dziś już niezrozumiałych, zdecydowanie wymagających wyjaśnienia. Natomiast w tym, co w „Dzienniczku” jest wyakcentowane pogrubioną czcionką, czyli w słowach Jezusa, nie ma nic, co byłoby związane tylko z tamtym czasem. Jezus wypowiada się bardzo uniwersalnie – choć mówi językiem Faustyny. To jest Jego piękna subtelność, że gdy się z nami komunikuje, mówi do nas naszym językiem, dostosowuje się. Choć dla nas, czytających zapiski Faustyny, stanowi to pewne wyzwanie – podkreśla s. Gaudia. To wszystko rzeczniczka zgromadzenia bardzo szczegółowo i przystępnie wyjaśnia w podkaście. – Widzę, że to działa. Wielu ludzi pisze, że kiedyś zeszyty Faustyny były dla nich zbyt wymagające, a teraz mówią na przykład: „Aż się boję, że ten »Dzienniczek« się kiedyś skończy. Co wtedy zrobię?” – śmieje się.

    Owoc posłuszeństwa

    Uniwersalność zawartego w „Dzienniczku” przesłania o miłosierdziu Bożym potwierdza sama popularność tej pozycji. Żadna polska książka nie jest tak znana na świecie i tak często tłumaczona na języki obce. Ogólny nakład, w jakim rozchodzi się „Dzienniczek”, jest nie do oszacowania, zwłaszcza że do wersji drukowanej należy dziś doliczyć obfite korzystanie z wersji elektronicznych. Nie byłoby tego wszystkiego, gdyby nie posłuszeństwo prostej zakonnicy, którą Bóg posłużył się dla przekonania ludzkości o swoim niezgłębionym miłosierdziu.

    Franciszek Kucharczak/Gość Niedzielny

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Należał do najbogatszych w Polsce, gdy trafił na „Dzienniczek”: prezes prezesów rozłożony na łopatki

    ROMAN KLUSKA

    Anna Kaczmarz/Dziennik Polski/Polska Press/East News | HistoryIsResearch/Wikipedia | CC BY-SA 4.0

    ***

     Proszę sobie wyobrazić moje zdumienie, gdy czytając „Dzienniczek”, nie miałem ani jednej uwagi do Faustyny! Prezes prezesów rozłożony na łopatki przez dziewczynę po 3. klasie podstawówki. Urzekło mnie też to, że objawienie jest po polsku.

    Z Romanem Kluską – przedsiębiorcą, twórcą i byłym prezesem firmy Optimus, współtwórcą portalu Onet.pl, w latach 90. jednym z najbogatszych Polaków, niesłusznie oskarżonym o wyłudzenie 30 mln złotych podatku VAT; obecnie – właścicielem firmy produkującej zdrową żywność Prawdziwe Jedzenie, hodowcą owiec – rozmawia Małgorzata Bilska.

    Rozum i wiara

    Małgorzata Bilska: Rozum jest darem Boga, choć nie zawsze wiemy, jak go używać. Do czego w istocie służy?   

    Roman Kluska: Jesteśmy istotami rozumnymi, stworzonymi na wzór i podobieństwo Pana Boga. Rozum służy do tego, aby poznawać Go, wielbić; uczyć się i doskonalić. Korzystać z niego w każdej możliwej dziedzinie. Abyśmy z każdym dniem byli lepsi.

    Od czasu oświecenia drogi rozumu i wiary jakby się rozjechały. Rozum kojarzy się z naukowym racjonalizmem, w opozycji do religii. Do czego przydaje się w wierze?

    Nie rozłączałbym tych rzeczywistości. Wiara jest silnie wspomagana przez naukę, a nauka – przez wiarę… Jest to nierozłączna całość. Stanowi o pełni człowieczeństwa. Nie wyobrażam sobie ich rozdzielenia, będziemy wtedy błądzić.

    Na poparcie tej tezy mam dziesiątki, jeżeli nie setki spotkań z wybitnymi ludźmi nauki, głównie z obszaru nauk ścisłych (matematykami, fizykami, astronomami, chemikami, biologami itd.). Kiedy siedziałem z nimi wieczorem przy kolacji, prowadziłem z nimi dyskusje, często mówili, że nic tak nie umacnia wiary jak nauka.

    Prowadząc badania, rozkoszują się wielkością Stwórcy. Jego doskonałością. Wielkością – niepojętą dla nas. Im więcej wiedzą, tym większy czują zachwyt na dziełem stworzenia; nad Autorem.

    Im więcej ktoś wie, tym jest bardziej pokorny.

    Panu pokory troszkę brakowało przed spotkaniem Boga. Jak pan sam opowiada, dlatego że jest pan wybitnie inteligentny, co potwierdzają testy i badania. Tak było do wypadku?

    To nie całkiem tak. Już od szkoły średniej prowadziłem dyskusje z kolegami (myślącymi), poszukując odpowiedzi na pytanie: Jestem przypadkowym produktem ewolucji czy zostałem stworzony przez Stwórcę? Próbowaliśmy to zgłębić rozumem.

    Jako „licealne szczeniaczki”, potem studenci, prowadziliśmy „dyskusje akademickie”, które wielkiego śladu po sobie nie zostawiły. Ale nabrałem takiego nawyku. Przez całe życie, jak miałem chwilkę i wpadła mi w ręce jakaś wybitna publikacja, próbowałem uzyskać odpowiedź na to pytanie.

    Po przeczytaniu wielu książek pewności nie miałem, ale doświadczenia innych są pomocne. Jeśli książka jest zrobiona pięknie i godnie – to znaczy rzetelnie. Mając do czynienia z osobą poszukującą, z rozumem, który nie kombinuje, lecz szuka prawdy, mogę po lekturze zajść nawet dalej niż sam autor.

    Przez całe życie szukałem odpowiedzi. Była to jednak tylko wiedza, wynik aktywności rozumu. I tu dochodzimy do sedna problemu, który pani postawiła. Rozum czy wiara? W poznaniu naukowym (tak to nazwijmy) posuwałem się do przodu…

    Na gruncie teorii.

    Tak, argumentów czysto rozumowych. Z dziedziny filozofii, nauk ścisłych itd. Moja wiedza była „sucha”, jak nauka matematyki. Przełomem stało się moje cierpienie. Pozwoliło mi na osobiste przeżycie Dzienniczkasiostry Faustyny.

    Wypadek i siostra Faustyna

    Złamał pan nogę na nartach?

    Gorzej. Byłem człowiekiem bardzo zapracowanym. Nie miałem czasu pójść na narty w dzień, bo musiałbym przestać pracować (śmiech). A co gorsze, za dnia były długie kolejki do wyciągów.

    Była niedziela, ale ja nie mogłem sobie pozwolić na takie marnotrawstwo czasu. Gdyby można było rano zjechać 10 razy w ciągu godziny i wrócić, to bym tak zrobił! Ale godzinę stać w kolejce, żeby raz zjechać? To się nie mieściło w mojej racjonalności.

    Poszedłem na narty, jak zrobiło się ciemno. Wtedy stoki były: raz – bardzo słabo oświetlone, a dwa – o ratrakach nikomu się nie śniło. Choć to był kurort – Krynica.

    Jechałem po ciemku. Skończyło się zerwaniem zaczepu ścięgna Achillesa. Unieruchomiło mnie to w łóżku na długo. Jako człowiek pracy szybko zresztą odkryłem, że z niego można pracować. Korzystając z telefonu (internetu nie było), zarządzałem „imperium”.

    Jest pan więc prekursorem zdalnego zarządzania…

    (Śmiech) Można tak powiedzieć. Było mi o tyle łatwiej niż w pandemii, że wszyscy inni byli na stanowiskach. Miałem pod sobą około 30 przedsiębiorstw. Byłem szefem szefów i nikt nie dyskutował, jak dzwoniłem. Nieważne, o której godzinie.

    Dopóki ludzie byli pracy, gdzieś do 20.00, byłem zajęty. Tylko co potem? Nie potrafię nic nie robić. Pewnego wieczoru zostałem w domu sam, nie mogąc ruszyć się nawet po gazetę czy pilot od telewizora.

    Tortura.

    Jedyną pozycją, która leżała w zasięgu ręki, były fragmenty Dzienniczka siostry Faustyny. Dziś wiem, że to nie był przypadek.

    Żona zostawiła?

    Teściowa dostała tę książeczkę w Tarnowie w kościele, przywiozła, a żona położyła ją przy moim łóżku. Leżała aż do tamtego wieczora.

    Nie sięgnął pan po nią wcześniej.

    Autorka miała ukończone 3 klasy szkoły podstawowej…

    Żaden z niej partner do debat naukowych.

    A jej wykład jest tak logiczny! Byłem przyzwyczajony do tego, że niemal każdego z moich zastępców, prezesów podległych firm, bez problemu łapałem na niekonsekwencjach czy braku logiki. Wyłapywałem wszystkie uchyłki czyichś umysłów.

    Proszę sobie wyobrazić moje zdumienie, gdy czytając Dzienniczek, nie miałem ani jednej uwagi do Faustyny! Prezes prezesów rozłożony na łopatki przez dziewczynę po 3. klasie podstawówki. Tam nie ma żadnej niekonsekwencji wewnętrznej. Jest logiczna do bólu.

    Uznałem, że nie mogła tego sama napisać, naprawdę jest sekretarką Pana Jezusa. Nie byłaby w stanie zrobić spójnego wykładu na 600 stron książki o tym, jak powinniśmy żyć. Co jest dobre, a co złe. W zakonie była mniszką drugiego chóru, na pewno też nikt jej nie pomógł.

    Trzeba uznać, posługując się rozumem, że podyktował jej to Pan Jezus. Urzekło mnie też to, że objawienie jest po polsku, przekazane językiem XX wieku. Tekst nie wymaga tłumaczenia, jak Biblia. Tyle skarbów w jednym!

    Inwestycja w poznanie Stwórcy

    Jak to na pana wpłynęło?

    Zachwyciłem się Panem Bogiem. Jego doskonałością w każdym wymiarze.

    Mam wrażenie, że pan lubi pojedynki intelektualne i nie tyle nie złapał na braku logiki siostry Faustyny, co spotkał Boga – Arcymistrza logiki…

    Może pani to nazwała po imieniu. Po prostu to było tak piękne, wspaniałe, doskonałe, a równocześnie budujące. I takie konsekwentne!

    Bóg mówi człowiekowi: Masz do wyboru moją nieskończoną miłość miłosierną lub moją sprawiedliwość. Wszystko zależy od ciebie. Jesteś wolny! Wybieraj. Wreszcie poczułem, co to znaczy być człowiekiem wolnym… Mam prawo wyboru.

    Przeszedł pan długą drogę od wiedzy o Bogu do osobistej relacji z Nim. Jak ją budować?

    To jest trudne. Nie mogę być tu ani mistrzem, ani nauczycielem… Jestem marnością, jak my wszyscy. Mogę tylko powiedzieć, że kluczem do relacji jest chyba (mówiąc moim językiem biznesu) inwestycja w poznanie Stwórcy. Jak mogę mieć relację z kimś, kogo nie znam?

    Możliwości poznania jest wiele: Biblia, objawienia publiczne i prywatne, modlitwa, teologia. Muszę to potem sam rozważyć, rozumem i sercem. Wiedza to za mało. A następnie zacząć się rozkoszować Jego doskonałą Miłością. Wielkością. Wszechmocą. Musi przyjść zachwyt, a zarazem pokora.

    Dopiero gdy poczuję zachwyt, uznając przy tym w pokorze własną marność (to warunek konieczny), może się utworzyć jakaś relacja.

    Pana doświadczenie religijne jest zgodne z wiedzą z religioznawstwa. Według Rudolfa Otto są dwa wymiary doświadczenia sacrum: mysterium fascinans i mysterium tremendum. Przed Bogiem czujemy jednocześnie zachwyt i trwogę.

    Muszę coś dodać do kwestii miłosierdzia Bożego. Ono nie jest za darmo. Na przeogromną miłość, jaką Bóg nam ofiarował, musimy odpowiedzieć równie silnym zaufaniem. Nawet w naszej marności możemy je z siebie wykrzesać.

    W dzisiejszych czasach to jest trudne. Tu się wali, tam pali, a tam – gotuje. Nasz świat wygląda zupełnie inaczej, niż byśmy chcieli. A my musimy – w pokorze – okazać Bogu zaufanie. Do tego dodać jeszcze jakość życia.

    Nie mogę iść do Pana, który jest doskonałością, będąc brudnym od grzechów. Bez spowiedzi. Miłosierdzie nie polega na tym, że Bóg jest dobry i można robić, co się chce. To absurd.

    Jak mówić „Jezu, ufam Tobie”, skoro spada zaufanie do Kościoła?

    To już inny problem. Mnie jest łatwiej, bo jestem człowiekiem starszej daty. Wiem, czym był komunizm i jakimi metodami, jak perfidnie ideologowie niszczyli kapłanów. To była tak ogromna maszyna do niszczenia Kościoła, że konsekwencje są do dzisiaj.

    Polski Kościół był niszczony w konfrontacji z realnym socjalizmem, co skutkuje jakością ludzi. Trzeba mu więcej wybaczyć. Nie patrzeć tylko z perspektywy ideału, jaki być powinien.

    Małgorzata Bilska/Aleteia.pl

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Jakim językiem mówi do nas Bóg?

    Odpowiedź znajdziemy w „Dzienniczku” s. Faustyny

    Jakim językiem mówi do nas Bóg? Odpowiedź znajdziemy w „Dzienniczku” s. Faustyny

    fot. Blisko Rahamim/Youtube

    ***

    Czytając „Dzienniczek” krok po kroku będzie powiększała się nasza wrażliwość na duchowy świat i na nasze poruszenia wewnętrzne. Będziemy uczyć się ich interpretacji i rozumienia. Jego lektura może pomóc nam nauczyć się komunikacji z Panem Bogiem i rozumieć jakim językiem komunikuje się z nami – mówi s. Gaudia Skass z podcaście „Zeszyty Miłości Pełne”.  W pierwszym odcinku czytany jest „Dzienniczek” w punktach 1-16.

    Jak piszą siostry „Dzienniczek” będą czytać od deski do deski, a s. Gaudia będzie pomagać zrozumieć czasem niełatwe treści i odkryć w nich ważne inspiracje na naszą osobistą drogę.

    „Celem tej serii nie jest wyjaśnienie wszystkich wątków z „Dzienniczka”, bo seria ta mogłaby trwać dłużej niż życie tych, którzy ją nagrywają. Będziemy się skupiać się na wyszukiwaniu w faustynowych treściach tego, co dla nas najważniejsze, czego możemy się od niej nauczyć i co Jezus chce nam powiedzieć przez jej doświadczenie” – piszą siostry.

    – Jest niesamowite, że na trzech stronach siostra Faustyna zdołała opisać 20 lat swojego życia. Pisze o momentach, w których opisuje, jak Bóg dał jej poznać, jak bardzo ją kocha. Opisuje to, co najistotniejsze, momenty, który mają dać zrozumieć jej dalszą historię, jak Pan Bóg ją prowadził i jak doprowadził do momentu, gdzie dzieją się te wszystkie trudne rzeczy w jej życiu. Jak spotykanie Pana Boga i widzenie Pana Boga – mówi w komentarzu s. Gaudia.

    Do czego może nas to zainspirować?

    – Może byśmy zobaczyli, jak Pan Bóg nas prowadzi. Może teraz na początku roku jest taki dobry moment, żeby spojrzeć wstecz i dostrzec to Boże prowadzenie. By zobaczyć to, że On był zawsze w twoim życiu,  że się z tobą komunikował. Przypomnieć sobie momenty jakieś szczególnej łaski, szczególnych spotkań z Panem Bogiem. Być może wkładałeś jakieś poruszenia serca do szuflady, myśląc ze coś ci się wydawało. A może to jednak jest coś istotnego – zachęca.

    – Czytanie „Dzienniczka” jest tez po to, żebyśmy się nauczyli komunikacji z Panem Bogiem. Nauczyli się odczytywać i rozumieć Jego język – mówi.

    I podkreśla: – Rozumieć to, co chce nam powiedzieć i w jaki sposób się z nami komunikuje. I będziemy się tego uczyć krok po kroku. Czytając „Dzienniczek” siostry Faustyny będzie powiększała się nasza wrażliwość na duchowy świat, na nasze duchowe poruszenia i będziemy się uczyć ich interpretacji i rozumienia ich.

    – Siostra Faustyna mówi o tym, że pierwsze poruszenie zewnętrzne, kiedy Pan Bóg ją do czegoś zapraszał działo się w wieku 7 lat. (…) Kiedy jej rodzice, choć pobożni ludzie, nie zgadzają się jednak, by wstąpiła do zakonu, Helena zaczyna żyć tak, żeby o Panu Bogu nie myśleć, zagłuszyć się rozrywkami – mówi zakonnica.

    – Jest to naprawdę bardzo wartościowe, że możemy zobaczyć czyją drogę rozwoju – dodaje.

    Wiele znaków zapytania i niepewności

    – Siostra Faustyna opisuje dużo szczegółów swojej drogi z Bogiem, rozwoju swojej duchowości. Opisuje, jak wszystko zaczyna się od wielu znaków zapytania i niepewności. Nie wie, czy dobrze rozumie, ale Pan Bóg daje jej dużo zrozumienia przez wiele dróg. Ale jedną taką najważniejszą jest powiedzenie tego, co jej dzieje się w jej duszy poprzez kapłana, który jest jej kierownikiem duchowym – mówi siostra Gaudia.

    Pierwsze widzenie Boga na balu w Łodzi 

    I dodaje: – Takim apogeum zagłuszania swojego wewnętrznego głosu jest bal, na który idzie w centrum Łodzi. I to jest genialny moment w jej historii, co trzeba podkreślić, bo to jest ten pierwszy raz, kiedy Helena Pana Boga zobaczy realnie jako człowieka, nie pod postacią Hostii, gdzie jej ukryty. I to jest właśnie na imprezie. To burzy wiele naszych schematów, dotyczących naszej pobożności i tego, jak Pan Bóg może się z nami komunikować – że będzie się to działo tylko w miejscach bardzo świętych, tylko na kolanach, na modlitwie.

    – Nie. Pierwsze objawienie, które ma siostra Faustyna pokazuje nam jasno, że Pan Bóg bardzo lubi z nami spędzać codzienność. Nigdy nie wiesz, kiedy przyjdzie moment szczególnej łaski, szczególnego spotkania z Nim. Moment szczególnej komunikacji z Nim może być momentem najgorszego upadku, kiedy Pan Bóg stanie się szczególnie bliski – dodaje s. Gaudia.

    s. Gaudia Skass ZMBM /Deon.pl

    _____________________________________________________________________________

    S. Gaudia Skass ZMBM:

    Miłosierdzie to odpowiedź na wszystkie tęsknoty naszego serca

    S. Gaudia Skass pochodzi z Warszawy, gdzie ukończyła studia na wydziale malarstwa Akademii Sztuk Pięknych. Po studiach wstąpiła do Zgromadzenia Sióstr Matki Bożej Miłosierdzia. Obecnie głosi Boże Miłosierdzie głównie w mediach, prowadząc przestrzeń ewangelizacyjną  „Blisko Rahamim”.

    fot. Roman Koszowski/ Gość Niedzielny

    S. Gaudia Skass pochodzi z Warszawy, gdzie ukończyła studia na wydziale malarstwa Akademii Sztuk Pięknych. Po studiach wstąpiła do Zgromadzenia Sióstr Matki Bożej Miłosierdzia. Obecnie głosi Boże Miłosierdzie głównie w mediach, prowadząc przestrzeń ewangelizacyjną „Blisko Rahamim”.

    O „Blisko Rahamim”, malowaniu i rezygnacji z niego mówi s. Gaudia Skass.

    Barbara Gruszka-Zych: Jak się Siostra czuje jako dziewczyna z plakatu?

    S. Gaudia Skass:
     Znoszę to z przymrużeniem oka. Wersję z moją twarzą siostry wydrukowały tylko do naszego biura. W innych miejscach plakat reklamujący naszą przestrzeń ewangelizacyjną „Blisko Rahamim” zdobi tylko miniaturka naszego pierwszego podcastu.

    Zwykle zakonnice usuwają się na drugi plan, a Siostra jest na pierwszym – Wasz kanał oglądają dziesiątki tysięcy zainteresowanych.

    Pewnie zachęca ich właśnie nasza normalność, czyli to, że my, jego realizatorzy, nie przejmujemy się kamerą, a skupiamy się na przekazie treści o miłosiernym Bogu. Ludzie doceniają to, że szukamy nowych dróg, by do nich dotrzeć. Szczególnie zależy nam na młodszym pokoleniu, na tych, którzy częściej są w sieci niż w kościele.

    Nikt Siostrze nie wypomina, że jest za bardzo medialna?

    Rzadko się to zdarza. To dzieło całego naszego zgromadzenia, nawet siostry z innych zgromadzeń mi za nie dziękują. Cieszą się, że odważyłam się na to medialne działanie, a tym samym zmieniam funkcjonujący gdzieś jeszcze fałszywy obraz siostry zakonnej. Rozmawiam z wieloma z nich i wiem, że nie jestem odosobniona w tym, jak żyję i myślę, więc często, mówiąc o miłosierdziu, zamiast zaimka „ja” używam „my”.

    Jaka jest ta miłość miłosierna, o której Siostra mówi?

    Mam zamiar mówić o tym do skończenia świata lub jak długo Pan Bóg da. Miłosierdzie to odpowiedź na wszystkie tęsknoty naszego serca. To Bóg, który naprawdę przyjmuje nas takimi, jacy jesteśmy, który otwiera się na człowieka w jego biedzie, słabości, poranieniu. On jest Miłością, która jest gotowa przebaczyć największy grzech. Ale w przyjęciu jej często przeszkadza nam głęboka nieufność, która podpowiada, że akurat takich grzechów jak nasze przebaczyć się nie da. Często zamęczamy się, zmagając się z własnymi historiami przewinień i zaniedbań. Jest też druga skrajność, w którą zdarza się nam wpadać – dziwnie dobrotliwe wyobrażenie miłosiernego Boga, który jakby niedowidział, niedosłyszał. On przypomina takiego dziadzia, który zawsze nas pogłaszcze po głowie, bez względu na to, co przed chwilą zrobiliśmy. To niebezpieczna optyka, bo ktoś tak odbierający Boga przestaje uważać, że jego codzienne wybory są ważne. Myśli, że cokolwiek zrobi, wszystko zostanie mu wybaczone.

    To jak się powinno patrzeć na Pana Boga?

    Bardzo lubię Jego symboliczny obraz stworzony przez Clive’a Staplesa Lewisa w „Opowieściach z Narnii”. Chrystus ukazany jest tam pod symbolem lwa, potężnego, majestatycznego króla Narnii – dobrego, ale jednocześnie groźnego, a zarazem nieuchwytnego, nieobliczalnego. I choć jest nieprzewidywalny, to jednocześnie wiemy, że cokolwiek zrobi, będzie to dobre. Bo Bóg jest miłością i miłosierdziem.

    Wielu kwestionuje miłosierdzie Boga, kiedy spotyka ich cierpienie.

    Rozumiem reakcje doświadczonych przez życie osób. Naprawdę trzeba ogromnej dojrzałości duchowej, by w pierwszej chwili zareagować inaczej. Ale są też tacy, którzy z lubością obwiniają Boga o całe cierpienie tego świata, sami nie poczuwając się do żadnej odpowiedzialności. Wydaje mi się, że może to być ich nieuświadomiony sposób radzenia sobie z poczuciem winy. W komentarzach na naszym kanale regularnie pojawiają się te same oskarżenia wobec Boga. Padają pytania: „Czemu milczał, kiedy mordowano ludzi w Oświęcimiu?” czy „Gdzie jest, kiedy dzieci umierają na raka?”. I wiele podobnych.

    Co Siostra wtedy odpisuje?

    Staram się usłyszeć każdą osobę, bo przeczuwam, że za takim komentarzem stoi osobista historia czyjegoś bólu. Jeśli widzę, że ktoś chce dociec prawdy, wówczas istnieje szansa, żeby dojść do jakiegoś dobra. Myślę, że wielu z nas nie pojmuje tajemnicy Boga Wszechmogącego i Miłosiernego. Jakoś nie łączy się nam to w głowie z tym, że cierpimy z powodu konsekwencji każdego grzechu. Wielu, niestety, nie podejmuje takiej refleksji, ale to my, siostry, mamy prowokować do myślenia, do zadawania niewygodnych pytań. Kiedyś zajmowałam się w sanktuarium korespondencją z anglojęzycznymi pielgrzymami. Pewna pani z Irlandii po powrocie z Łagiewnik napisała do nas list z pretensjami, jak możemy głosić, że Bóg jest taki dobry, skoro dopuszcza tyle cierpienia. Wyjawiła w nim tak trudną historię swojego życia, że po jej przeczytaniu czułam się kompletnie bezradna.

    Poradziła jej Siostra coś?

    Byłam dopiero dwa lata po ślubach, dlatego poszłam po mądrość do jednej z naszych starszych sióstr. Usłyszałam od niej radę, która do dziś brzmi w moich uszach: „Odpisz jej jedno – »Zachęcam cię do adoracji krzyża Jezusa Chrystusa«”. Tylko tyle. Ale to było bardzo mocne. Kiedy od tej pani otrzymałam kolejny list, było w nim o połowę mniej goryczy. Myślę, że my, ludzie, od dawna mamy problem, który dobrze widać na przykładzie narodu izraelskiego w czasach Jezusa. Oni wtedy oczekiwali, że przyjdzie Mesjasz, który naprawi świat według ich ludzkiej logiki. My też chcemy, żeby przyszedł Bóg, który wszystko po naszemu naprawi. A tu przychodzi Jezus, który naprawia po swojemu – wchodzi w sam środek naszego cierpienia, dzieli je z nami i umiera za nas na krzyżu.

    A my chcemy Boga, którego sobie wymyśliliśmy.

    Jeżeli okazałby się taki, jak chcemy, to bylibyśmy głęboko rozczarowani.

    Cała nasza wiara jest zbudowana z paradoksów i zdziwienia nimi. Siostra Faustyna też musiała budzić zdziwienie. Jak Siostra na nią trafiła?

    Trafiłam najpierw na Jezusa, o którym ona pisze. Zaczęłam zaglądać do jej „Dzienniczka”, który leżał na wierzchu w moim domu. Kupiła go moja mama. Błogosławię Boga za mamy, które kupują dobre książki!

    Co Siostrę do niego przyciągnęło?

    Moc słów Jezusa, Jego wielka miłość i to, że tak po prostu rozmawia z kobietą żyjącą w XX wieku, i to Polką!

    Nie miała Siostra pokusy, by pomyśleć, że te duchowe rozmowy s. Faustyny to jakiś odlot?

    Wtedy otrzymałam szczególną łaskę, bo zwykle bardzo sceptycznie podchodzę do objawień prywatnych. Specjaliści mówią, że 90 proc. tzw. objawień zewnętrznych to wynik zaburzeń psychicznych lub działań złego ducha. U Faustyny bardzo mnie ujęło to, że sama sobie nie dowierzała, że szczerze szukała prawdy i była gotowa zanegować wszystko, co widziała i słyszała, jeśli Kościół tego nie potwierdzi.

    Kiedy Siostra poznawała św. Faustynę, sama była studentką ASP. Zwykle artyści bywają mocno zapatrzeni w siebie.

    Rzeczywiście, na studiach kładziono duży nacisk na to, by się wyróżniać. Jednocześnie byliśmy zachęcani, by odkrywać, co chcemy dać światu przez naszą sztukę. Wstępując do zgromadzenia, wiedziałam, że przestanę malować. To była moja świadoma rezygnacja.

    A co Siostra malowała na uczelni?

    Na ostatnim roku zdecydowałam się na szaleństwo i namalowałam dwadzieścia tajemnic Różańca. Zrobiłam z tego dyplom, przekonana, że muszę zająć się czymś istotnym, bo na dyplom poświęca się przecież minimum rok życia.

    A w którym momencie zdecydowała się Siostra wstąpić do klasztoru?

    Trzy tygodnie po obronie dyplomu. Chwila wstąpienia była jednocześnie bardzo trudna i bardzo łatwa. Czułam, że niesie mnie jakaś szczególna łaska, bo o własnych siłach nie byłabym w stanie tego zrobić. Potem przeczytałam, że św. Teresa Wielka podobnie przeżyła czas swojego wstąpienia do zakonu.

    Wybierając życie zakonne, umiera się dla tego świata?

    W czasach s. Faustyny podczas ślubów wieczystych, gdy śpiewana była Litania do Wszystkich Świętych, siostry kładły się krzyżem na ziemi i były przykrywane czarnym kirem z wyszytym na nim białym krzyżem. To był znak, że umierają dla tego świata.

    Siostry nie nakryto kirem.

    Nie ma już tego zwyczaju, ale czułam, że decyduję się na szczególną drogę świadomego umierania. Litania do Wszystkich Świętych była moim autentycznym wołaniem o pomoc całego nieba, bo mam świadomość własnych słabości.

    Jak sobie Siostra z nimi radzi?

    Po prostu oddaję je Bogu i nieustannie proszę Go o pomoc. Kilku świętym też się codziennie przypominam.

    A co z życiem, z którego Siostra zrezygnowała – dziećmi, mężem?

    To jest wielkie dobro, z którego można zrezygnować tylko wtedy, gdy się ma powołanie do innej formy życia. Powołaniu towarzyszy specjalna łaska, której autentycznie doświadczam, co nie znaczy, że łatwo jest żyć ślubami. One stanowią wyzwanie. Dla mnie zawsze najważniejszy był ślub czystości, przez który Jezusa stawiamy w centrum naszego serca, myśli, pragnień, wysiłków. Kiedyś, gdy słyszałam te słowa z Ewangelii: „Będziesz miłował Pana Boga swego całym swoim sercem, całą swoją duszą i całym swoim umysłem”, czułam wyrzuty sumienia, że ja tak nie potrafię, myślałam, że to za wysoko podniesiona poprzeczka. Ale potem usłyszałam te słowa jako obietnicę. Ucieszyłam się, że Bóg mi obiecuje, że mnie do takiej miłości doprowadzi!

    Pomaga Siostrze to, że jest zakonnicą w Zgromadzeniu Sióstr Matki Bożej Miłosierdzia?

    Dla mnie ważne jest, że zgromadzenie, do którego należę, skupia się na tym, co najistotniejsze w sercu Kościoła, czyli na Bożym miłosierdziu. Mój wybór przypieczętowały słowa papieża Jana Pawła II, które skierował do sióstr w Łagiewnikach w 1997 roku: „Dzisiejszy człowiek potrzebuje waszego głoszenia miłosierdzia; potrzebuje waszych dzieł miłosierdzia i potrzebuje waszej modlitwy o miłosierdzie”. W tym zdaniu ujął całe nasze życie apostolskie, bo to są trzy filary tego, co robimy w Kościele.

    Na swoim kanale czyta Siostra codziennie „Dzienniczek”.

    Bardzo się cieszę, że od niedawna mogę to robić z tysiącami osób z różnych zakątków świata! Wraz z początkiem roku wystartowaliśmy z nowym podcastem, zatytułowanym „Zeszyty miłości pełne”, w którym czytam i komentuję zapiski św. Faustyny. Do komentowania zapraszam również moje siostry i specjalnych gości. Ten podcast naprawdę wywołuje duże poruszenie. Nigdy w życiu nie czytałam tak wielu pięknych e-maili, wiadomości, komentarzy. Ewidentnie widać w tym projekcie działanie Boga!

    A Koronkę do Bożego Miłosierdzia często Siostra odmawia?

    Przede wszystkim staram się ją odmawiać z zaangażowaniem serca, skupiając się na Bogu Ojcu, który patrzy na mnie i na wszystkich nas, biednych grzeszników, przez rany swojego Syna. To jest wstrząsający obraz! Dlatego też serce Ojca jest nim głęboko poruszone. Bóg sam obiecał przez św. Faustynę naprawdę wielkie łaski dla tych, którzy będą się modlić koronką. Poza obietnicą dawania nam wszystkiego, o co Go prosić będziemy, oczywiście jeśli to będzie zgodne z Jego wolą, czyli naprawdę dobre, obiecał, że „Chociażby był grzesznik najzatwardzialszy, jeżeli raz tylko zmówi tę koronkę, dostąpi łaski z nieskończonego miłosierdzia Mojego. Pragnę, aby poznał świat cały miłosierdzie Moje. Niepojętych łask pragnę udzielać duszom, które ufają Mojemu miłosierdziu”.

    Gość NIedzielny

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Dużo światła. I zaufania

    Dużo światła. I zaufania

    Miała na imię Miriam, siedziała w półmroku wejścia do bazyliki Bożego Grobu, trzymała w ręce różaniec. Siedziałem tam i ja.

    Oboje patrzyliśmy na przechodzących ludzi, z których część padała na kolana przy płycie ociekającej niesamowicie pachnącym olejkiem. W pewnej chwili spojrzeliśmy na siebie, a ona wyciągnęła z torebki niewielki obrazek z Jezusem Miłosiernym i podpisem w języku arabskim. Była Palestynką, chrześcijanką. Podała mi obrazek, na co zareagowałem radością i słowami: „Mam taki, ale z podpisem po polsku”. Uśmiechnęła się również, odpowiadając, że miłosierdzie Boże to najpiękniejsze, co ją w życiu spotyka. Wzruszyłem się, nie ukrywam, zwłaszcza że dopiero co zetknąłem się z bardzo trudną sytuacją za pobliską granicą; Miriam schowała różaniec, na którym, jak powiedziała, zawsze w tym miejscu, u stóp Golgoty, odmawia Koronkę do Miłosierdzia Bożego.

    Arabskie litery pod najbardziej znanym na świecie polskim obrazem porównuję czasem z niezrozumiałymi znakami koreańskimi, dziwnie brzmiącym duńskim, trudnym do wypowiedzenia islandzkim… i nie mogę się oprzeć wrażeniu, że jeśli są takie słowa, które najpierw padły po polsku, a potem zostały przetłumaczone na wszystkie języki tego świata, to zwrot „Jezu, ufam Tobie” należy do nich na pewno. A wizerunek namalowany pod dyktando świętej siostry Faustyny jest chyba najbardziej rozpoznawalnym polskim znakiem eksportowym. Chcę o tym pamiętać, bez pustego nadęcia tak często nam towarzyszącego, bo żadna to nasza zasługa, aczkolwiek cieszyć się z tego nie zamierzam przestać. W pierwszą niedzielę po Wielkanocy natomiast, kiedy obchodzimy święto Miłosierdzia Bożego, zawsze przypominam sobie, że i o miłosierdziu, i o sprawiedliwości niezmiernie rzadko myślimy w sposób właściwy. Trochę to moje doświadczenie z początkowego okresu pontyfikatu Franciszka, gdy opublikował on dokument reformujący (najogólniej rzecz biorąc) proces o nieważność małżeństwa – Mitis iudex. Pół nocy straciłem wówczas na poszukiwaniach kolejnych znaczeń słowa mitis, bo dotychczas znaczyło ono dla mnie „łagodny”, a sędzia – jak wiedziałem – ma być przede wszystkim sprawiedliwy – iudex iustus. Sprawiedliwość i łagodność nie zgadzały mi się wówczas zupełnie, a jeszcze gorzej było, kiedy odkryłem, że jednym z możliwych tłumaczeń łacińskiego mitis jest „słodki”. Tego mi było za dużo. Śmieję się dzisiaj z tamtej zarwanej nad wszystkim posiadanymi słownikami nocy. Dzisiaj wiem, że rozumienie zarówno sprawiedliwości, jak i miłosierdzia kuleje u większości z nas na skutek prostego, aczkolwiek bardzo utrwalonego stereotypu, najmocniej dotyczącego Boga: albo traktując Go jako miłosiernego, przestajemy wierzyć w katastrofalne skutki własnych grzechów, albo uważając, że jest zimnym rygorystą, żyjemy w nieustannym poczuciu winy lub osądzamy innych. Nic z tego nie jest właściwe. Błądzić jest rzeczą ludzką, ale z błędu świadomie nie wychodzić – diabelską. Życzę w tę szczególną niedzielę dużo światła. I zaufania.

    ks. Adam Pawlaszczyk/Gość Niedzielny

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Pragnę się cała przemienić w miłosierdzie Twoje

    Św. Siostra Faustyna Kowalska zapisała w pierwszym zeszycie swojego “Dzienniczka” modlitwę, w której kolejne wezwania rozpoczyna słowami “Dopomóż mi, Panie” (nr 163)


    + Pragnę się cała przemienić w miłosierdzie Twoje i być żywym odbiciem Ciebie, o Panie; niech ten największy przymiot Boga, to jest niezgłębione miłosierdzie Jego, przejdzie przez serce i duszę moją do bliźnich.

    Dopomóż mi do tego, o Panie, aby oczy moje były miłosierne, bym nigdy nie podejrzewała i nie sądziła według zewnętrznych pozorów, ale upatrywała to, co piękne w duszach bliźnich, i przychodziła im z pomocą.

    Dopomóż mi, aby słuch mój był miłosierny, bym skłaniała się do potrzeb bliźnich, by uszy moje nie były obojętne na bóle i jęki bliźnich.

    Dopomóż mi, Panie, aby język mój był miłosierny, bym nigdy nie mówiła ujemnie o bliźnich, ale dla każdego miała słowo pociechy i przebaczenia.

    Dopomóż mi, Panie, aby ręce moje były miłosierne i pełne dobrych uczynków, bym tylko umiała czynić dobrze bliźniemu, na siebie przyjmować cięższe, mozolniejsze prace.

    Dopomóż mi, aby nogi moje były miłosierne, bym zawsze śpieszyła z pomocą bliźnim, opanowując swoje własne znużenie i zmęczenie. Prawdziwe moje odpocznienie jest w usłużności bliźnim.

    Dopomóż mi, Panie, aby serce moje było miłosierne, bym czuła ze wszystkimi cierpieniami bliźnich. Nikomu nie odmówię serca swego. Obcować będę szczerze nawet z tymi, o których wiem. że nadużywać będą dobroci mojej, a sama zamknę się w najmiłosierniejszym Sercu Jezusa. O własnych cierpieniach będę milczeć. Niech odpocznie miłosierdzie Twoje we mnie, o Panie mój. (Dz. 163).

    ______________________________________________________

    Św. Siostra Faustyna o modlitwie

    Dusza zbroi się przez modlitwę do walki wszelakiej. W jakimkolwiek dusza jest stanie, powinna się modlić. Musi się modlić dusza czysta i piękna, bo inaczej utraciłaby swą piękność; modlić się musi dusza dążąca do tej czystości, bo inaczej nie doszłaby do niej; modlić się musi dusza dopiero co nawrócona, bo inaczej upadłaby z powrotem; modlić się musi dusza grzeszna, pogrążona w grzechach, aby mogła powstać. I nie ma duszy, która by nie była obowiązana do modlitwy, bo wszelka łaska spływa przez modlitwę (Dz. 146).

    Niech dusza wie, że aby się modlić i wytrwać w modlitwie, musi się uzbroić w cierpliwość i mężnie pokonywać trudności zewnętrzne i wewnętrzne – trudności wewnętrzne: zniechęcenie, oschłości, ociężałość, pokusy; zewnętrzne: wzgląd ludzki – uszanować chwile, które są przeznaczone na modlitwę. Sama tego doświadczyłam, że jeżeli nie odprawiłam modlitwy w czasie dla niej przeznaczonym, później też jej nie odprawiłam, bo mi obowiązki nie pozwoliły, a jeżeli ją odprawiłam, to z wielkim trudem, bo myśl ucieka do obowiązku.

    Zdarzała mi się ta trudność, że jeżeli dusza dobrze odprawiła modlitwę i wyszła z niej z wewnętrznym, głębokim skupieniem, inni sprzeciwiają jej się w tym skupieniu, a więc musi być cierpliwość, aby wytrwać w modlitwie. Zdarzała mi się rzecz taka niejednokrotnie, że kiedy dusza moja była głębiej pogrążona w Bogu i większy owoc odniosła z modlitwy, i obecność Boża towarzyszyła w ciągu dnia, a przy pracy było większe skupienie i większa dokładność, i wysiłek w obowiązku – to jednak zdarzało mi się, że właśnie wtenczas najwięcej miałam upomnień, że jestem nieobowiązkowa, że jestem obojętna na wszystko, bo dusze mniej skupione chcą, aby i inni byli im podobni, ponieważ są dla nich ustawicznym wyrzutem (Dz. 147).

    Poznałam, jak bardzo potrzeba nam wytrwałości w modlitwie, i od takiej ciężkiej modlitwy zależy nieraz nasze zbawienie (Dz. 157).

    ______________________________________________________________________________

    fot. WikiCommons

    ***

    Jak s. Faustyna radziła sobie z cierpieniem? „Zaczęłam wołać o miłosierdzie…”

    Czujesz lęk przed śmiercią, chorobą? A może sam właśnie jesteś w trudniejszym czasie swojego życia? I codziennie pytasz Boga: „Czy Ty nie widzisz, że ja cierpię?”. Zobacz jak w takich sytuacjach radziła sobie św. s. Faustyna!

    S. Faustyna mając zaledwie 22 lata przeżywała mroczne doświadczenia: „…zaczęłam wołać o miłosierdzie. Jednak Jezus nie słyszy wołań moich. Czuję zupełne opuszczenie sił fizycznych, padam na ziemię, rozpacz zawładnęła całą duszą moją, prawdziwie przeżywam męki piekielne…” (Dzienniczek, 24).

    To zaledwie krótki fragment tego, co doświadczała przed półtora roku. Jednak przeszła przez to doświadczenie zwycięsko. Jak i jakie szczęście czekało ją na końcu drogi? O tym usłyszysz w kolejnym odcinku podcastu „Zeszyty Miłości Pełne” prowadzonym przez s. Gaudię Skass ZMBM.

    „Siostra Faustyna walczy”

    Kiedy przychodzi cierpienie i kiedy ono trwa i trwa – bez względu na to, czy to jest kilka godzin, kilka dni, miesięcy, lat – wraz z nim przychodzi myśl, która tak bardzo nas osłabia, że to się chyba nigdy nie zmieni, że to już chyba zawsze tak będzie. Tego również doświadczyła św. s. Faustyna. Co robiła w takiej sytuacji? Siostra Faustyna walczy. Opiera się o Słowo Boże – wskazuje s. Gaudia Skass ZMBM.

    Siostra Faustyna oprócz cierpienia fizycznego doznała wiele cierpień duchowych. Wiele razy popadała w przekonanie, że Bóg zostawił ją samą, odrzuca ją i jej nie chce. Faustyna pokazuje genialnie, że w takich doświadczeniach duchowych masz moc wybrać, że nie jesteś skazany na to, żeby żyć w rozpaczy, że pomimo, że się ta rozpacz wkrada do twojego serca, ty możesz wybrać, że będziesz ufać, że nie pójdziesz za rozpaczą.

    „Zaufanie to WYBÓR”

    Faustyna mówi: „Jezu, ufam Tobie, wbrew wszelkiej nadziei, wbrew wszelkiemu uczuciu, które mam wewnątrz, sprzeciwiające się nadziei.” Zobaczcie, widać po tym bardzo jasno, że zaufanie nie jest uczuciem, że zaufanie jest wyborem. Tak, jak miłość nie jest uczuciem, tylko miłość jest wyborem. I my mamy moc wyboru, zawsze.

    Słuchajcie, choćby nie wiem co się działo w naszym życiu, to ty zawsze masz moc wyboru, co ty z tym czymś zrobisz. Po jakiej stronie się opowiesz? Jaką wybierzesz postawę wobec Pana Boga w tym wszystkim? Czy Go przekreślisz jako Tego niedobrego, który zsyła na ciebie to wszystko? Czy jednak, pomimo tego cierpienia, będziesz wierzył, że On jest dobrym Ojcem, miłosiernym, kochającym. Że będziesz Mu ufał, że On jakoś jest obecny w tym, że skoro to dopuszcza, to w tym jest jakaś Jego mądrość, jakaś Jego miłość, której ty nie musisz rozumieć.

    Stacja7.pl

    ______________________________________________________________________________________________________________

    “Będą na ciebie patrzeć jak na dziwaczkę, ale Bóg łaski swojej nie poskąpi”. Co św. Faustyna mówiła o inności?

    “Jeżeli te rzeczy, które mi mówisz, prawdziwie od Boga pochodzą, to przygotuj duszę swoją na wielkie cierpienia. Spotkasz się z nieuznaniem, z prześladowaniem, będą na ciebie patrzeć jak na histeryczkę, dziwaczkę, ale Bóg łaski swojej nie poskąpi. Prawdziwe dzieła Boże zawsze napotykają na trudności i nacechowane są cierpieniem” – zapisała św. s. Faustyna w “Dzienniczku”.

    Fanatyczka, wizjonerka, histeryczka – to tylko kilka epitetów, które wielokrotnie słyszała Faustyna w związku z jej objawieniami. W tamtym czasie nikt nie wierzył jej, że spotyka się z samym Jezusem.

    Siostra Faustyna przez niemal dwa lata nie spotkała nikogo, kto utwierdziłby ją w przekonaniu, że objawienie się Jezusa nie było wytworem jej chorej wyobraźni. Był to dla niej bardzo trudny czas, a nawet najtrudniejszy w życiu. Ona jednak nie poddawała się i oddawała Jezusowi wszystkie przykrości. Oto co zapisała w “Dzienniczku” na ten temat: 

    Jezu, Jezu, już nie mogę” 

    W pewnym dniu jedna z matek tak się na mnie nagniewała i tak mnie upokarzała, że już myślałam, że nie zniosę tego. – Mówi mi: Dziwaczko, histeryczko, wizjonerko, wynoś mi się z pokoju, niech nie znam siostry. Sypało się na głowę moją wszystko, co się dało. Kiedy przyszłam do celi, padłam na twarz przed krzyżem i spojrzałam na Jezusa, a nie mogłam już ani jednego słowa wymówić. A jednak taiłam się przed innymi i udawałam, jakoby nic nie zaszło pomiędzy nami. 

    Szatan zawsze korzysta z takich chwil; zaczęły mi przychodzić myśli zniechęcenia: za wierność i szczerość – masz nagrodę. Jak można być szczerą, kiedy się jest tak nie zrozumianą. Jezu, Jezu, już nie mogę. Upadłam znowuż na ziemię pod tym ciężarem i pot wystąpił na mnie, i lęk jakiś zaczął mnie ogarniać. Nie mam się na kim wewnętrznie oprzeć. – Wtem usłyszałam głos w duszy: Nie lękaj się, Ja jestem z tobą. I jakieś dziwne światło oświeciło mój umysł, i poznałam, że nie powinnam się poddawać takim smutkom, i jakaś siła napełniła mnie, i wyszłam z celi z nową odwagą do cierpień.

    Dzienniczek, nr 129

    “Bóg łaski swojej nie poskąpi” 

    Bez pokory nie możemy się podobać Bogu. Ćwicz się w trzecim stopniu pokory, to jest nie tylko się nie tłumaczyć i uniewinniać, jak nam coś zarzucają, ale cieszyć się z upokorzenia.

    Jeżeli te rzeczy, które mi mówisz, prawdziwie od Boga pochodzą, to przygotuj duszę swoją na wielkie cierpienia. Spotkasz się z nieuznaniem, z prześladowaniem, będą na ciebie patrzeć jak na histeryczkę, dziwaczkę, ale Bóg łaski swojej nie poskąpi. Prawdziwe dzieła Boże zawsze napotykają na trudności i nacechowane są cierpieniem. Jeżeli Bóg będzie chciał coś przeprowadzić, czy wcześniej, czy później przeprowadzi, pomimo trudności przeprowadzi, a ty tymczasem uzbrój się w wielką cierpliwość.

    Dzienniczek, nr 270

    “Kropla umysłu ludzkiego umie tak przetrząsać dary Boże”

    Gdy pewna siostra ustawicznie mnie prześladuje jedynie z tego powodu, że Bóg ze mną tak ściśle obcuje; jej się zdaje, że to wszystko we mnie jest udane. Kiedy jej się wydaje, że popełniam jakieś uchybienia, wtenczas mówi: Objawienia mają, a takie błędy popełniają. 

    Rozpowiedziała o tym i innym siostrom, lecz w znaczeniu zawsze ujemnym, raczej podaje opinię jakiejś dziwaczki. W jednym dniu zabolało mnie to, że ta kropla umysłu ludzkiego umie tak przetrząsać (119) dary Boże. Po Komunii świętej modliłam się, aby ją Bóg oświecił; jednak poznałam, że dusza ta, jeżeli nie zmieni swojego wewnętrznego usposobienia, nie dojdzie do doskonałości.

    Dzienniczek, nr 1527

    Stacja7.pl

    ______________________________________________________________________________________________________________

    fot. Mazur/Episkopat News/fliockr.com

    ***

    „Wymaluj obraz według rysunku, który widzisz”. Historia obrazu Jezusa Miłosiernego

    22 lutego 1931 roku. Zgromadzenie Sióstr Matki Bożej Miłosierdzia w Płocku. Była pierwsza niedziela Wielkiego Postu. Wieczór. Faustyna wróciła właśnie do swojej celi. Nagle zobaczyła w celi Pana Jezusa.


    „Wszystko było jeszcze do zniesienia. Ale kiedy Pan zażądał, abym malowała ten obraz, już teraz naprawdę zaczynają mówić i patrzeć na mnie jako na jakąś histeryczkę i fantastyczkę (12526)” – pisała Siostra Faustyna w Dzienniczku o doświadczeniach z 1931 roku.

    „Histeryczka, wizjonerka, dziwaczka”

    „Fantastyczka”, a właściwie: fantastka, ale także histeryczka, wizjonerka, dziwaczka, nędza… Ile jeszcze epitetów musiała znieść? A wszystko to za sprawą objawienia Jezusa, który nakazał jej namalowanie obrazu, dzisiaj znanego na całym świecie, z podpisem „Jezu, ufam Tobie”. To był również początek realizacji misji przekazania światu orędzia o Bożym miłosierdziu.

    Siostra Faustyna przez niemal dwa lata nie spotkała nikogo, kto utwierdziłby ją w przekonaniu, że objawienie się Jezusa nie było wytworem jej chorej wyobraźni. Był to dla niej bardzo trudny czas. Bodaj najtrudniejszy w życiu.

    „Wymaluj obraz”

    Rozpoczął się 22 lutego 1931 roku. Siostra Faustyna, od sześciu lat w zakonie, niemal od roku mieszkała w klasztorze Zgromadzenia Sióstr Matki Bożej Miłosierdzia w Płocku. Była pierwsza niedziela Wielkiego Postu. Wieczór. Faustyna wróciła właśnie do swojej celi. Była po kolacji i modlitwach w klasztornej kaplicy. Przygotowywała się do snu. Nagle zobaczyła w celi Jezusa. „Jedna ręka wzniesiona do błogosławieństwa, a druga dotykała szaty na piersiach. Z uchylenia szaty na piersiach wychodziły dwa wielkie promienie, jeden czerwony, a drugi blady – opisywała w Dzienniczku. – W milczeniu wpatrywałam się w Pana, dusza moja była przejęta bojaźnią, ale i radością wielką. Po chwili powiedział mi Jezus: Wymaluj obraz według rysunku, który widzisz, z podpisem: Jezu, ufam Tobie.

    „Pragnę, aby ten obraz czczono najpierw w kaplicy waszej i na całym świecie. Obiecuję, że dusza, która czcić będzie ten obraz, nie zginie. Obiecuję także, już tu na ziemi, zwycięstwo nad nieprzyjaciółmi, a szczególnie w godzinę śmierci. Ja sam bronić ją będę jako swej chwały” (47).

    – Siostry przechodzące akurat koło oficyny widziały jakieś światło w oknie, jaśniejsze niż lampy naftowej – siostra Klawera Wolska, do niedawna przełożona płockiego domu, powtarza to, co w zakonie przetrwało w ustnych przekazach.

    faustyna_oltarz
    SANKTUARIUM MIŁOSIERDZIA BOŻEGO W KRAKOWIE-ŁAGIEWNIKACH | FOT. PIMKE/WIKIMEDIACOMMONS

    ***

    Orędzie i misja

    Spotkanie w celi nie było złudzeniem. Siostra Faustyna wiedziała to na pewno. Już wcześniej, kilkakrotnie, widziała Pana. Mówił do niej przed wstąpieniem do zgromadzenia, przynaglając do tego kroku, i później, gdy równolegle do formacji zakonnej postępowała na drodze życia mistycznego. Faustyna, po oczyszczeniu zmysłów i ducha podczas znanej tylko mistykom tak zwanej nocy ciemnej, coraz częściej w nagłych momentach światła udzielanego duszy przez Boga poznawała Jego Istotę i doznawała zjednoczenia z Bogiem w miłości.

    Dla Faustyny, która wcześniej nie wiedziała nic o meandrach życia mistycznego, były to wielkie, ale i trudne doświadczenia. Dopóki jednak to wszystko działo się wewnątrz jej duszy i dotyczyło jej samej, dopóty było radością jej serca. Ale tamtej niedzieli, 22 lutego 1931 roku, to się zmieniło. Tego dnia Jezus powierzył jej misję głoszenia orędzia o Bożym miłosierdziu całemu światu. Namalowanie obrazu było jej pierwszą częścią.

    Cztery lata później Jezus powie Faustynie, że ma przygotować świat na ostateczne Jego przyjście. Niemniej już wtedy, w Płocku, była przerażona wielkością zadania, które z czasem będzie się jeszcze rozrastać. I trudno się dziwić. Sama nie mogła namalować obrazu, gdyż nie miała takich zdolności. Jezus nakazał jej, aby wszystko, o czym jej mówi, przekazywała przełożonym. Ci jednak jej słowom nie dowierzali. „(…) okazują mi litość, jakbym była w złudzeniu albo pod wpływem wyobraźni” (38) – skarżyła się w duszy Bogu, co po latach zapisała w Dzienniczku. Oczekiwała, że przełożeni, którzy w jej przekonaniu powinni mieć lepsze rozeznanie w życiu duchowym niż ona, okażą jej pomoc.

    OLYMPUS DIGITAL CAMERA
    SANKTUARIUM BOŻEGO MIŁOSIERDZIA W KRAKOWIE – PREZBITERIUM | FOT. ALBERTUS TEOLOG/WIKIMEDIACOMMONS

    ***

    Rady spowiedników

    Pierwszą osobą, której Faustyna powiedziała o objawieniu Jezusa, był spowiednik. Nie wiemy, niestety, kto nim był. W tym czasie spowiedzi w płockim klasztorze Zgromadzenia Sióstr Matki Bożej Miłosierdzia słuchali trzej księża: Adolf Modzelewski, Ludwik Wilkoński i Wacław Jezusek. Ten ostatni po drugiej wojnie światowej (zmarł w 1950 roku) dużo i z przejęciem opowiadał klerykom w seminarium w Płocku o objawieniach siostry Faustyny, co nie znaczy, że wcześniej nie mógł być wobec doświadczeń Faustyny krytyczny.

    Pan Jezus prosi o ustanowienie Święta Miłosierdzia

    Wiadomo, że Spowiednik, któremu Faustyna powiedziała o objawieniu Jezusa, przyjął to z ogromną rezerwą. Właściwie zanegował polecenie Jezusa. Powiedział jej: „To się tyczy duszy twojej. (…) maluj obraz Boży w duszy swojej” (49). Gdy Siostra Faustyna uspokojona taką interpretacją objawienia odeszła od konfesjonału, usłyszała słowa Jezusa: „Mój obraz w duszy twojej jest”.

    Po chwili Jezus dodał: „Ja pragnę, aby było Miłosierdzia święto. Chcę, aby ten obraz, który wymalujesz pędzlem, żeby był uroczyście poświęcony w pierwszą niedzielę po Wielkanocy, ta niedziela ma być świętem Miłosierdzia” (45). Powiedział też, że tego dnia kapłani mają głosić ludziom Jego „wielkie miłosierdzie względem dusz grzesznych” (50).

    Jezus sformułował więc kolejne życzenie: ustanowienia święta Bożego Miłosierdzia. Kult Jezusa w obrazie i święto Miłosierdzia Bożego to były dwie pierwsze formy nowego nabożeństwa do Miłosierdzia, o których realizację Siostra Faustyna, ponaglana przez Chrystusa, będzie się odtąd starać wytrwale. A Jezus w kolejnych odsłonach będzie jej dawał poznać, czym jest Boże Miłosierdzie.

    200px-Faustina

    ***

    Niełatwe zadanie

    Faustyna, nie znajdując zrozumienia u spowiednika, powiedziała o objawieniu Jezusa przełożonej płockiego klasztoru matce Róży Kłobukowskiej. Ale i ona nie dowierzała. „Kiedy o tym powiedziałam matce przełożonej, że Bóg tego żąda ode mnie, odpowiedziała mi, żeby Jezus dał to wyraźnie poznać przez jakiś znak. Kiedy prosiłam Pana Jezusa o jakiś znak na świadectwo, iż prawdziwie Ty jesteś Bóg i Pan mój i od Ciebie pochodzą te żądania, na to usłyszałam taki głos wewnętrzny: Dam poznać przełożonym przez łaski, których udzielę przez ten obraz” (51). Jezus wymagał, ale nie ułatwiał wykonania zadania.

    Dopiero po latach Faustyna zrozumie, a Jezus jej to wyraźnie powie, że trudności są potrzebne dla potwierdzenia prawdziwości objawienia. Ponadto największą wartość w oczach Boga ma nie efekt działania człowieka, ale sama intencja, z jaką się je podejmuje, oraz cierpienie z nim związane. Wówczas jednak, w 1931 roku, Faustyna była zdezorientowana i skonfundowana: „(…) chodziłam od przełożonych do spowiednika, od spowiednika do przełożonych, a uspokojenia nie znajdowałam” (122) – pisała. Jednak przełożone Faustyny też nie miały łatwego zadania. Musiały być mocno zdziwione i strwożone, gdy pewnego dnia młoda zakonnica drugiego chóru oświadczyła im, że ukazał się jej Jezus i nakazał namalować obraz religijny nowego typu. Co więcej, polecił, by Kościół ustanowił nowe religijne święto.

    Przełożone Faustyny widziały w niej zapewne dobrą i pokorną, zjednoczoną z Jezusem, ale prostą i niewykształconą zakonnicę, która nie złożyła jeszcze ślubów wieczystych. Dlaczego – mogło im się zdawać – to jej Jezus miał się objawiać? Dlaczego jej przekazywać orędzie? I cóż mogła ona wiedzieć o mistyce? Gdzie owych stanów duchowych doznawać? Za ladą sklepu piekarniczego albo przy piecu kuchennym – gdzie pracowała?

    Objawienia – wierzyć czy nie?

    Objawienia prywatne są sprawą trudną. Nie stanowią problemu, dopóki są przeznaczone dla człowieka indywidualnie – jego nawrócenia czy wzrostu wiary. Stają się kłopotliwe, gdy wizjoner ogłasza, że otrzymał misję: ma przekazać światu słowa Boga, Maryi czy świętych. Dla Kościoła jedynym i ostatecznym Objawieniem się Boga jest Chrystus, Syn Boży. To najważniejsze Objawienie – zwane publicznym – jest zawarte w Piśmie Świętym. Kościół nie odrzuca objawień prywatnych, jeśli w długim zazwyczaj i żmudnym procesie uzyska pewność, że nie rozszerzają one, nie przekraczają ani nie zmieniają Objawienia publicznego, lecz wydobywają z niego jakieś zapomniane czy niedoceniane wątki, które w danej epoce historycznej są istotne. Drugą nie mniej ważną okolicznością jest upewnienie się, że wizjoner nie ogłasza objawień z przyczyn egoistycznych, nie szuka chwały, zaspokojenia swoich ambicji oraz że prowadzi życie w pełni chrześcijańskie. W ocenie prawdziwości objawień niezmiernie ważne jest też poddanie się dyscyplinie kościelnej, decyzjom przełożonych nawet za cenę cierpienia.

    Sw_faustyna_helena_kowalska
    HELENA KOWALSKA (FAUSTYNA TO IMIĘ ZAKONNE) W WIEKU 18 LAT

    ***

    Jedno z największych niebezpieczeństw objawień – podkreśla ksiądz Jan Machniak, profesor teologii duchowości, autor wielu książek poświęconych duchowości siostry Faustyny – wynika z tego, że dokonują się one w sferze zmysłów. Oddziałują na wzrok, słuch, dotyk, węch. – To wszystko, co działa na nasze zmysły, podlega też działalności złego ducha, który może zwodzić człowieka – wyjaśnia ksiądz Jan Machniak. – Dlatego święty Jan od Krzyża mówił, aby odrzucać wszystkie objawienia, nawet te, które przybliżają nas do Boga, aby nie popaść w pułapkę, jaką może zastawić na człowieka zły duch.

    Dystans

    Przełożone i spowiednicy Faustyny mieli zapewne jeszcze inne powody, by zachować dystans wobec tego, co mówiła. Prawdopodobne nieraz spotkali już osoby, których rzekome objawienia były po prostu wynikiem choroby psychicznej. Przeżycia wewnętrzne bardzo mocno działają bowiem na psychikę człowieka, dlatego czasem trudno odróżnić doznanie mistyka od choroby psychicznej. Potrzeba więc dużej ostrożności, a nawet badań psychiatrycznych. Dlatego kilka lat później, w Wilnie, ksiądz Michał Sopoćko, zanim został kierownikiem duchowym siostry Faustyny i pomocnikiem w głoszeniu orędzia o Bożym miłosierdziu, najpierw poprosił o zbadanie przyszłej świętej przez psychiatrę.

    Był jeszcze jeden powód rezerwy wobec objawień Faustyny. Jezuita ojciec Józef Andrasz, który także był kierownikiem duchowym pod koniec życia siostry Faustyny, twierdził, że jej zgromadzenie sceptycznie odnosiło się do nadzwyczajnych objawień, bo zwyczajnie na nie nie czekało. Zgromadzenie Sióstr Matki Bożej Miłosierdzia „wychowane na ascezie świętego Ignacego”, założyciela jezuitów, „dalekie od wszelkiej egzaltacji” miało już określone metody i kierunek pracy: „Przez swoje reguły, przez swoje ćwiczenia duchowe, przez coroczne rekolekcje, przez konferencje prowadzone przez kapłanów i przełożone, wpaja [zakon – przyp. red.] w swoje siostry wielki szacunek nie dla nadzwyczajności, ale dla cichej, gruntownej pracy, zaczynając od pokuty i pokory, a kończąc na gorącej, ale równocześnie ofiarnej miłości Boga i dusz. (…) Można z całą pewnością stwierdzić, że duchowa gleba zgromadzenia nie jest bynajmniej podatna, aby na niej mogły rozwijać się wizje mistyczne niepewnej wartości” – konkludował ojciec Andrasz, który w latach trzydziestych ubiegłego wieku dobrze poznał zgromadzenie.

    okno_faustyna_lagiewniki
    OKNO CELI, W KTÓREJ MIESZKAŁA SIOSTRA FAUSTYNA W KLASZTORZE W KRAKOWSKICH ŁAGIEWNIKACH | FOT. X ZIOMAL X/WIKIMEDIACOMMONS

    ***

    Po ludzku – została sama

    W ten sposób Siostra Faustyna z objawieniami, które nie były przeznaczone tylko dla niej, ale także dla całego świata, została po ludzku biorąc – sama. Był z nią Jezus, którego obecność i miłość do końca życia będą dodawać jej sił w realizacji powierzonej jej misji. Nie znaczy to jednak, że Faustynie nie towarzyszyły rozterki i wątpliwości. Podsycali je przełożeni, którzy nie dowierzali jej słowom, wprowadzali zamęt w jej sercu. Trwało to do momentu spotkania spowiedników, którzy rozpoznali charakter jej życia duchowego.

    Tymczasem w Płocku Siostra Faustyna strofowana przez przełożone zaczęła, jak pisze, „trochę opuszczać” się, czyli unikać wewnętrznych natchnień. „Zaczęłam unikać spotkania się z Panem we własnej duszy, bo nie chciałam być ofiarą złudzenia”. Ale na nic się to zdało, bo „mowa Boża wymowna jest i nic jej zagłuszyć nie może” – pisała. Pan ścigał ją „swymi darami”: „naprawdę, na przemian doznawałam męki i radości” (130).

    Gdy próbowała uciekać od nakazu Jezusa, On tym bardziej przynaglał ją do działań. Siostra Leokadia Drzazga pamiętała po latach, że przy jakiejś okazji, w Płocku, Siostra Faustyna powiedziała jej: „Za te dusze, które mają objawienia i widzenia, trzeba bardzo się modlić, bo mają wiele doświadczeń, wątpliwości i niepewności, tak, że mogą się załamać”.

    Niepewność i brak pomocy

    Kiedyś Siostra Faustyna zmęczona niepewnościami zwróciła się do Jezusa: „Jezu, czy Ty jesteś Bóg mój, czy widmo jakie? Bo mówią mi przełożeni, że bywają złudzenia i widma różne. Jeżeli jesteś Pan mój, to proszę, pobłogosław mi. – Wtem uczynił Jezus duży znak krzyża nade mną, a ja się przeżegnałam. Kiedy przeprosiłam Jezusa za to pytanie, Jezus mi odpowiedział, że tym pytaniem nie sprawiłam mu żadnej przykrości. I powiedział mi Pan, że bardzo Mu się podoba ufność moja” (54) – zapisała w Dzienniczku.

    Jednak mijały miesiące, a Siostra Faustyna nie mogła spełnić żadnego z poleceń Jezusa. Siostrze Damianie Ziółek, z którą w Płocku się zaprzyjaźniła, powiedziała kiedyś, że „jedna z sióstr” widziała „ślicznego Pana Jezusa (…) cały w promieniach jaśniejący”, chciała „odmalować Pana Jezusa, ale nie umiała”. Choć Damiana widziała zachwyt, z jakim to mówiła, nie domyślała się, że chodzi o nią. Faustyna prosiła o pomoc inne siostry, nie wtajemniczając ich w sprawę. Siostra Bożenna Pniewska: „Nie umiejąc malować twarzy, a nie wiedząc, że jej chodziło o obraz nowego typu, zaproponowałam, że mając dużo ładnych obrazków, dam je jej do wyboru. Podziękowała mi za tę propozycję, lecz jej nie przyjęła”.

    faustyna_filipiny
    FIGURA ŚW. FAUSTYNY KOWALSKIEJ W CANAN NA FILIPINACH | FOT. JUDGEFLORO/WIKIMEDIACOMMONS
    FIGURA ŚW. FAUSTYNY KOWALSKIEJ W CANAN NA FILIPINACH | FOT. JUDGEFLORO/WIKIMEDIACOMMONS

    ***

    Reakcja przełożonej

    Jesienią 1931 roku przełożona płockiego domu matka Róża Kłobukowska poinformowała matkę generalną Michaelę Moraczewską, że w przekonaniu siostry Faustyny Jezus polecił jej namalować obraz. Matka Michaela Moraczewska: „(…) mimo woli, przy całej wielkiej życzliwości, musiałam Siostrze Faustynie przyczynić cierpienia. (…) Dopóki jej bogate przeżycia wewnętrzne i mistyczne zamykały się w obrębie murów zakonnych, były tajemnicą między Bogiem, jej duszą i przełożonymi, [cieszyłam się], widząc w tych wszystkich łaskach wielki dar Boży dla Zgromadzenia. Inaczej jednak, gdy objawienia Siostry zaczęły dążyć do ujawnienia na zewnątrz. Bardzo się wtedy lękałam, żeby nie wprowadzić do życia Kościoła choćby najmniejszej nowostki, fałszywych nabożeństw itp., a jako główna przełożona czułam się tu za nasze Zgromadzenie odpowiedzialna”.

    Przyznaje też, że obawiała się u Faustyny „podkładu wybujałej fantazji albo może jakiejś histerii, bo nie zawsze co zapowiadała, spełniało się”. Matka Moraczewska pamiętała bowiem, iż pewnego dnia Faustyna prosiła inne siostry, aby modlić się za pewną uczennicę, która była w zakładzie wychowawczym prowadzonym przez zgromadzenie. Miała ona, według słów siostry Faustyny, „doświadczyć wielkich trudności w wyznawaniu swoich grzechów, lecz uczennica nie myślała w ogóle, że będzie się spowiadać, i nic o tym nie mówiła”. Dlatego matka generalna przyznaje, że „chętnie i ze zbudowaniem” słuchała, gdy Faustyna opowiadała „głębokie i śliczne swoje myśli, nadprzyrodzone oświecenia”, do czasu gdy poprosiła „o jakieś posunięcia zewnętrzne”. Wówczas odniosła się do nich „z wielką rezerwą”. Nie wiadomo, co matka Moraczewska poradziła czynić przełożonej klasztoru w Płocku w związku ze sprawą Faustyny. Być może radziła zachować dużą ostrożność i nie ulegać jej sugestiom.

    Brak zrozumienia

    Gdy w listopadzie 1932 roku Faustyna przyjechała z Płocka do Warszawy i osobiście powiedziała matce generalnej o poleceniu Jezusa, ta odpowiedziała: „Dobrze, dam siostrze farby i płótno, niech siostra maluje!”. Faustyna odeszła smutna.

    Nie znajdując u nikogo zrozumienia, modliła się gorąco o kierownika duchowego, który pomoże zrozumieć, co dzieje się w jej duszy i ułatwi spełnić polecenia Jezusa.

    1280px-Lomza_Holycross_fc03
    OBRAZY ŚW. FAUSTYNY KOWALSKIEJ I BŁ. MICHAŁA SOPOĆKI W KOŚCIELE PW. KRZYŻA ŚWIĘTEGO W ŁOMŻY | FOT. FCZARNOWSKI / WIKIMEDIACOMMONS

    ***

    Pomówienia

    Tymczasem w płockim klasztorze wśród sióstr zaczęła rozchodzić się fama, jakoby Faustyna widziała Jezusa. Siostry zaczęły przyglądać się jej z zaciekawieniem, bacznie obserwować. A że na zewnątrz niczym, oprócz szczególnego umiłowania modlitwy, nie wyróżniała się, większość niedowierzała tym wiadomościom. Niektóre siostry ostrzegały Faustynę, że ulega złudzeniom, mówiły, że jest fantastką, histeryczką. Były i siostry życzliwe Faustynie, wśród nich siostra Damiana Ziółek.

    Nie wiadomo, czy to ona czy inna zakonnica prosiła Faustynę, by się broniła przed pomówieniami. „Szczera była ta dusza i co słyszała – powiedziała mi szczerze. Ale podobne rzeczy codziennie wysłuchiwać musiałam” (125) – pisała Faustyna. I chociaż ją to wewnętrznie męczyło, postanowiła nie tłumaczyć się, ale wszystko znosić w cichości i pokorze. „Jednych drażniło to moje milczenie, a zwłaszcza więcej ciekawych. Drugie – głębiej myślące – mówiły, że jednak Siostra Faustyna musi być bardzo blisko Boga, że ma siłę znieść tyle cierpień. I widziałam przed sobą jakby dwie grupy sędziów. Starałam się o ciszę wewnętrzną. Nie mówiłam nic, co się tyczyło mojej osoby, chociaż byłam przez niektóre siostry wprost pytana. Zamilkły usta moje. Cierpiałam, jak gołębica, nie skarżąc się. Jednak niektóre siostry miały jakoby przyjemność, aby mi w jakikolwiek sposób dokuczyć. Drażniła je moja cierpliwość, jednak Bóg dawał mi wewnętrznie tyle siły, że znosiłam to ze spokojem” (126).

    „Strzeżona jak złodziej”

    W Dzienniczku, pisanym przecież od 1934 roku, Faustyna raz jeszcze wraca do sytuacji w płockim klasztorze, co pokazuje, że był to dla niej trudny czas. Po okresie zainteresowania sióstr jej osobą nastąpiło chwilowe uspokojenie, po czym znów ich wścibstwo wybuchło z dużą siłą, a do tego doszły jakieś niepowodzenia zewnętrzne, których jednak Faustyna nie precyzuje. „Widzę teraz, że jestem jak złodziej strzeżona wszędzie: w kaplicy, przy obowiązku, w celi. Już teraz wiem, że oprócz obecności Bożej mam zawsze obecność ludzką; naprawdę, nieraz bardzo ta obecność ludzka mnie męczyła. Były chwile, że się zastanawiałam, czy się rozebrać do mycia czy nie. Naprawdę, biedne moje łóżko, ono także było wiele razy kontrolowane. Śmiech mnie nieraz ogarnął, jak się dowiedziałam, że nawet łóżka nie zostawią w spokoju. Sama mi jedna z sióstr powiedziała, że co dzień wieczorem patrzyła się do mnie do celi, jak się w niej zachowuję” (128).

    Siostra Faustyna pomawiana o histerię, pod obstrzałem spojrzeń przełożonych, spowiedników i sióstr, chwilami niedowierzająca samej sobie nie przestawała modlić się o kierownika duchowego. Jej prośby zostały wysłuchane w 1933 roku, gdy w Wilnie poznała księdza Michała Sopoćkę, dziś błogosławionego. Rok później powstał obraz Jezusa Miłosiernego. Ale musiało minąć niemal pół wieku, aby objawienia prywatne siostry Faustyny zostały przez Kościół uznane.

    fragment książki „Siostra Faustyna. Biografia Świętej” autorstwa Ewy K. Czaczkowskiej/Stacja7.pl

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Co można wyczytać

    z obrazu Jezusa Miłosiernego?

    ***

    Prosta siostra Faustyna “od garnków”, zobaczyła i przekazała nam obraz, który teraz znany jest na całym świecie. O co w nim chodzi? O fenomenie Bożego Miłosierdzia opowiada s. Gaudia Skass ZMBM.

    „Uratowani” to ludzie, którzy w pewnym momencie swojego życia spotkali Chrystusa i poszli za Nim. „Uratowani” to też Ci, którzy w konfesjonale zostawiają cały swój ból Jezusowi. Jesteśmy wszyscy uratowani przez Miłość, bo za wszystkich nas umarł Chrystus. Wydarzenie Jego męki i śmierci najwięcej mówi o tym, jak bardzo nas kocha. Nie nas ogólnie, ale nas szczególnie – Ciebie i mnie.

    Ktoś oddał za Ciebie życie

    Nie każdy jest tego świadomy. To wielka szkoda. To straszne, jak wielu ludzi nie wie, że są uratowani. Przypomina mi się historia ze Stanów Zjednoczonych. Wyobraźcie sobie typowy amerykański dom – duży, zadbany, elegancki. W dużym salonie na parterze w szklanej gablocie wisiał mundur strażacki. Brudny, podarty mundur – widać, że po akcji. Kiedyś zaproszeni przez właścicieli goście zapytali, o co chodzi z tym mundurem, bo to dość nietypowe. Właściciel opowiedział im, że kiedy był mały w jego domu rodzinnym wybuchł pożar. Mundur ten należał do strażaka, który uratował go z płomieni, ale sam nie przeżył. „Od tej pory trzymam ten mundur u siebie w domu, żeby codziennie pamiętać, że ktoś oddał za mnie życie” – powiedział właściciel.

    ot. Faustyna.pl

    ***

    „Wszystko mi mówi o Bożym miłosierdziu”

    W pewnym sensie s. Faustyna miała łatwiej, bo mówiła „wszystko mi mówi o Bożym miłosierdziu”. Można by jej pozazdrościć. A nam na pewno o Bożym Miłosierdziu mówi ten obraz, obraz Jezusa Miłosiernego. Patrząc na niego możemy mówić „mam wizję, mam objawienie”, bo uczestniczymy w tym samym wydarzeniu, które opisała Faustyna. Ona była zachwycona i przerażona zarazem, bo z jednej strony to wielka radość, że Bóg jest tak blisko, a jednocześnie drżenie – bo to przecież Bóg. Jezus powiedział po prostu „Wymaluj obraz. Chcę by był czczony na całym świecie. Będę dawał wiele łask przez ten obraz.”

    Jezus Miłosierny na tym obrazie jest odpowiedzią na kryzys bliskich relacji, których ciągle nam brakuje. On przychodzi zwyczajnie, by z Tobą być, by Ciebie słuchać. Ręce Jezusa mają ślady po gwoździach. Bóg, który do nas przychodzi to poraniony Bóg i może dlatego tak łatwo nam z Nim być – bo też jesteśmy poranieni. Jego dłonie są też odpowiedzią na nasze niskie poczucie własnej wartości, bo krwawa rana to wyryte na nich moje i Twoje imię. Już przez Izajasza Bóg mówił nam „jesteś dla mnie bezcenny, wykupiłem Cię”.

    fot. Faustyna.pl

    ***

    Prosta siostra Faustyna od garnków, zobaczyła i przekazała nam obraz, który teraz znany jest na całym świecie. A wszystko zaczęło się w Płocku, w Polsce. Naprawdę dzieją się cuda, ludzie zbliżają się do Boga. Ten obraz jest niejako oknem na spotkanie z Bogiem. Jezus z tego obrazu mówi dziś „Spójrz na moje stopy. Nieustannie idę do Ciebie, nieustannie Cię szukam, ścigam Cię gdy się zagubisz”.

    fot. Faustyna.pl

    ***

    Krew i woda – eucharystia i spowiedź, życie i oczyszczenie

    Jezus chce wyprostować wszystkie zawikłane ścieżki i chce dać Ci pełnię życia, abyś poczuł jego smak. Dlatego czeka na Ciebie w sakramentach. Jezus powiedział Faustynie – „moją chwałą jest grzesznik”. Bóg nie męczy się przebaczaniem, mówił o tym papież Franciszek. On jest gotów cały czas nam przebaczać. Miłosierdzie Boże to odpowiedź na naszą nieumiejętność przebaczania sobie samym i innym, których często tak łatwo osądzamy.

    „Jezu, ufam Tobie”

    Ufa się tylko komuś, o kim wiesz, że Cię akceptuje takiego, jakim jesteś; kto Cię nie odrzuci, nawet gdybyś powiedział o najgorszych świństwach swojego życia. Bóg Cię nie odrzuci, będzie wzruszony, że mu zaufałeś. Takiego Boga poznała s. Faustyna – zaufała Mu na całego. Wiedziała, że Bóg jest samą Miłością i nie ma innej opcji, jak tylko zaufać Mu bezgranicznie.


    s. Gaudia Skass ZMBM – malarka i dziennikarka, przez wiele lat pracowała w Sanktuarium Bożego Miłosierdzia w Łagiewnikach. Współorganizowała duchowe przygotowania do Światowych Dni Młodzieży.

    Stacja7.pl

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Wśród pamiątek po bł. ks. Michale Sopoćce można znaleźć mocno zniszczoną z powodu częstego używania ulotkę z tekstem Nowenny do Miłosierdzia Bożego.

    fot. Józef Wolny/Gość NIedzielny

    Wśród pamiątek po bł. ks. Michale Sopoćce można znaleźć mocno zniszczoną z powodu częstego używania ulotkę z tekstem Nowenny do Miłosierdzia Bożego.

    ______________________________________________________________________________________________________________

    fot. M. Mazur/Flickr episkopat.pl

    ***

    Koronka do Miłosierdzia Bożego.

    Modlitwa o wielkiej mocy

    Koronka do Miłosierdzia Bożego to modlitwa, którą podczas objawień przekazał św. s. Faustynie sam Jezus Chrystus. Obiecał, że ktokolwiek będzie odmawiał Koronkę, dostąpi wielkiego miłosierdzia w godzinę śmierci. Jak odmawiać Koronkę do Miłosierdzia Bożego?

    Koronka do Miłosierdzia Bożego to modlitwa, którą Pan Jezus podyktował św. s. Faustynie w Wilnie, 13-14 września 1935 roku jako przebłaganie i uśmierzenie gniewu Bożego (zob. Dz.474-476).

    Ten, kto odmawia koronkę ofiaruje Bogu Ojcu „Ciało i Krew, Duszę i Bóstwo” Jezusa Chrystusa na przebłaganie za grzechy swoje, bliskich i całego świata, a także jednoczy się z ofiarą Jezusa. Podczas modlitwy odwołuje się do tej miłości, jaką Ojciec niebieski darzy swego Syna, a w Nim wszystkich ludzi.

    W tej modlitwie możemy prosić również o „miłosierdzie dla nas i całego świata”. Tym samym spełniamy uczynek miłosierdzia. Kiedy dodamy do tego podstawę ufności i wypełnimy warunki każdej dobrej modlitwy (pokora, wytrwałość, przedmiot zgodny z wolą Bożą), możemy oczekiwać spełnienia Chrystusowych obietnic. Dotyczą one szczególnie godziny śmierci: łaski nawrócenia i spokojnej śmierci. Dostąpią ich nie tylko osoby, które odmawiają tę koronkę, ale także konający, przy których inni jej słowami modlić się będą.

    12 stycznia 2022 roku mija 20 lat od kiedy Polska otrzymała specjalny przywilej. Każdy, kto odmówi Koronkę do Miłosierdzia Bożego i zachowa odpowiednie warunki, otrzyma odpust zupełny. Zezwolenie to było odpowiedzią Stolicy Apostolskiej na prośbę kard. Józefa Glempa, prymasa Polski i przewodniczącego Konferencji Episkopatu.

    Stacja7.pl


    KORONKA  DO  MIŁOSIERDZIA  BOŻEGO

    odmawiamy na zwykłej cząstce różańca – 5 dziesiątek


    Na początku

    Ojcze nasz, któryś jest w niebie, święć się imię Twoje, przyjdź królestwo Twoje, bądź wola Twoja jako w niebie, tak i na ziemi. Chleba naszego powszedniego daj nam dzisiaj i odpuść nam nasze winy jako i my odpuszczamy naszym winowajcom i nie wódź nas na pokuszenie, ale nas zbaw ode złego. Amen.

    Zdrowaś Maryjo, łaski pełna, Pan z Tobą. Błogosławionaś Ty między niewiastami i błogosławiony owoc żywota Twojego, Jezus. Święta Maryjo, Matko Boża, módl się za nami grzesznymi, teraz i w godzinę śmierci naszej. Amen.

    Wierzę w Boga, Ojca wszechmogącego, Stworzyciela nieba i ziemi, i w Jezusa Chrystusa, Syna Jego jedynego, Pana naszego, który się począł z Ducha Świętego, narodził się z Maryi Panny, umęczon pod Ponckim Piłatem, ukrzyżowan, umarł i pogrzebion. Zstąpił do piekieł, trzeciego dnia zmartwychwstał. Wstąpił na niebiosa, siedzi po prawicy Boga Ojca wszechmogącego. Stamtąd przyjdzie sądzić żywych i umarłych. Wierzę w Ducha Świętego, święty Kościół powszechny, świętych obcowanie, grzechów odpuszczenie, ciała zmartwychwstanie, żywot wieczny. Amen.


    Na dużych paciorkach (1 raz)
    Ojcze Przedwieczny, ofiaruję Ci Ciało i Krew, Duszę i Bóstwo najmilszego Syna Twojego, a Pana naszego Jezusa Chrystusa, na przebłaganie za grzechy nasze i całego świata.


    Na małych paciorkach (10 razy)
    Dla Jego bolesnej męki, miej miłosierdzie dla nas i całego świata.


    Na zakończenie (3 razy)
    Święty Boże, Święty Mocny, Święty Nieśmiertelny, zmiłuj się nad nami i nad całym światem.

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Ikona Bożego Miłosierdzia będzie pielgrzymować po świecie

    Samplefot. Marcin Jarzembowski / Biuro Prasowe Diecezji Bydgoskiej

    ***

    W Niedzielę Bożego Miłosierdzia rozpoczęła się ogólnoświatowa peregrynacja ikony Bożego Miłosierdzia. Została ona pobłogosławiona przez papieża Franciszka w czasie listopadowej audiencji dla wolontariuszy i podopiecznych Małego Domu Miłosierdzia z Geli.

    Zalecenie Ojca Świętego jest jasne: zanieść przygotowaną specjalnie na tę okazję ikonę Jezusa Miłosiernego do kościołów, na place i do domów na całym świecie aż do 2033 roku, kiedy obchodzone będzie dwa tysiące lat Odkupienia, przechodząc przez zwykły Jubileusz 2025 roku. Wraz z ikoną peregrynować będą po świecie relikwie czworga świętych – Jana Pawła II, Faustyny Kowalskiej, Teresy od Dzieciątka Jezus, Matki Teresy z Kalkuty oraz bł. Carlo Acutisa.

    W 2013 roku papież Franciszek poprosił ks. Pasqualino di Dio o założenie Małego Domu Miłosierdzia. Dzięki pracy wolontariuszy rozpoczęły się różne działania solidarnościowe. Dom pomaga w różnych trudnościach udzielając potrzebującym pomocy psychologicznej, żywnościowej. Prowadzi też jadłodajne, akademik i poradnię medyczną. W liście do założyciela, Ojciec Święty nazwał ten ośrodek „latarnią światła i nadziei w ciemności cierpienia i rezygnacji”. A podczas prywatnej audiencji dla 300 pielgrzymów z Geli stwierdził: „Daliście się sprowokować potrzebami braci i sióstr, których Bóg postawił na waszej drodze, zwłaszcza tych ostatnich, najbardziej potrzebujących”. Dodał, że w obecnym czasie niepewności, wojen, mocno wybrzmiewają słowa Jezusa Miłosiernego, powierzone polskiej mistyczce: „Ludzkość nie znajdzie pokoju, dopóki nie zwróci się z ufnością do Bożego Miłosierdzia”.

    9 kwietnia 2024/Vatican News PL/Watykan Ⓒ Ⓟ

    ______________________________________________________________________________________________________________

    PONIEDZIAŁEK 8 KWIETNIA

    UROCZYSTOŚĆ ZWIASTOWANIA PAŃSKIEGO

    This image has an empty alt attribute; its file name is image-2-e1673870873179-1024x683.png

    MSZA ŚW. W KAPLICY IZBIE JEZUSA MIŁOSIERNEGO O GODZ. 19.00

    Po Mszy św. będzie możliwość rozpoczęcia Duchowej Adopcji Dziecka Poczętego

    Członkowie Żywego Różańca mogą tego dnia uzyskać odpust zupełny pod zwykłymi warunkami:

    • stan łaski uświęcającej; 
    • brak przywiązania do jakiegokolwiek grzechu (jeśli tego warunku brak, zyskujemy odpust cząstkowy); 
    • Komunia św. ; 
    • modlitwa w intencjach, w których modli się papież

    ***

    Zwiastowanie Pańskie prowadzi do Zmartwychwstania

    W tym roku uroczystość Zwiastowania Pańskiego przypada 8 kwietnia, ponieważ 25 marca Kościół przeżywał Wielki Tydzień. Dziś, po świętach paschalnych, wracamy do tego momentu, w którym wypełniła się Boża obietnica. Zwiastowanie Pańskie miało miejsce w maleńkiej mieścinie, pogardzanej przez mieszkańców nie tylko Jerozolimy. To tam właśnie Anioł Pański przychodzi do bardzo prostej, skromnej i młodziutkiej dziewczyny, która nazwała siebie służebnicą Pańską.

    To nie ludzka pycha, to nie chęć, aby innymi ludźmi się posługiwać decyduje o losach świata. To Miriam przez swoją zgodę, o którą pytał Archanioł Gabriel, spowodowała nowy czas dla ludzkości.

    __________________________________________________________________________

    Zwiastowanie Pańskie i najważniejsza decyzja świata

    Zwiastowanie Pańskie i najważniejsza decyzja świata

    Bazylika Zwiastowania – Grota Zwiastowania, ikona/ fot. Henryk Przondziono/Gość Niedzielny

    ***

    W szóstym miesiącu „Anioł Pański zwiastował Pannie Maryi i poczęła z Ducha Świętego”.

    G7 (ang. Group of Seven) to grupa państw uznawanych za najbardziej rozwinięte gospodarki i demokracje świata. Jednak żadne z polityczno-gospodarczych posiedzeń „na szczycie” tego międzyrządowego forum, złożonego z przedstawicieli Stanów Zjednoczonych, Japonii, Niemiec, Wielkiej Brytanii, Francji, Włoch i Kanady, nie miało takiego znaczenia jak pewne kameralne spotkanie w otoczonym zielonymi wzgórzami galilejskim miasteczku. Na skraju potężnego Imperium Rzymskiego, i to w jego najbardziej kłopotliwej prowincji. Odbyło się przy zamkniętych drzwiach, z dala od ciekawskich oczu. Żydowska nastolatka rozmawiała twarzą w twarz z potężnym Gabrielem.

    „Zapłatą za grzech jest śmierć” – Jezus przekonał się o tym na własnej skórze. Czy to dlatego Bóg wysłał do Nazaretu archanioła, który w angelologii jest aniołem wykonującym Boże wyroki i który miał obrócić w pył Sodomę i Gomorę? Już samo jego potężne imię, brzmiące „Bóg jest mocą”, budziło grozę. Czy zaskoczona Maria zrozumiała narrację: „Urodzisz sędziego, który… wykona wyrok na samym sobie”? Podejmując najważniejszą decyzję w dziejach wszechświata, odrzekła: Hineni – „Oto jestem”, a Jej słowa podzieliły historię na dwie ery: „przed” narodzeniem Tego, o którym wspomniał archanioł, i „po” nim. To dzięki nim w Nazarecie przeczytamy dziś dewizę: Verbum caro hic factum est. „Tu słowo stało się ciałem”. Tu, nie w Betlejem.

    – Gabriel nazywa Maryję tajemniczym imieniem kecharitomene – wyjaśnia ks. prof. Mariusz Rosik. – Ten grecki termin oznacza „pełną łaski”. Ciekawe, że Biblia wielokrotnie mówi o ludziach wypełnionych Bożą łaską, jednak za każdym razem pojawia się tam fraza złożona z dwóch wyrazów. O Szczepanie mówi się w Dziejach Apostolskich, iż był pełen łaski (6,8), jednak Łukasz używa tam sformułowania złożonego z dwóch słów (pleres charitos). Tymczasem w przypadku Maryi ten sam autor sięga po inny termin, aby wyraźnie odróżnić postać Matki Jezusa od innych postaci, które również obdarzone były łaską. W opisie zwiastowania warto zwrócić uwagę na jeszcze jedno określenie – genoito, które tłumaczymy: „niech się stanie”. Zawołanie to nie jest – jak chcieliby niektórzy – naznaczone rezygnacją czy determinacją („no dobrze, niech już tak będzie”). Oryginalne, greckie wyrażenie jest jak najdalsze od takiego wydźwięku! Użyta przez Łukasza forma występuje niezwykle rzadko na kartach Nowego Testamentu, a greckie genoito jest radosnym zawołaniem „niech tak będzie!” i wyraża ochocze przyjęcie woli Bożej, entuzjastyczne wręcz podjęcie współdziałania z nią.

    – Scena przedstawiona przez św. Łukasza wpisuje się w dobrze nam znaną opowieść z kart Księgi Rodzaju – podsumowuje dominikanin Wojciech Surówka. – Zarówno u początku odkupienia, jak i u wrót upadku stoi rozmowa. Dwie rozmowy zaciążyły na losach ludzkości: jedna w rajskim ogrodzie, druga w domu w Nazarecie. Pierwsza zamknęła raj, druga otworzyła niebo.

    Marcin Jakimowicz/Gość Niedzielny

    ______________________________________________________________________

    W Uroczystość Zwiastowania Pańskiego Kościół przeżywa Dzień Świętości Życia.
    W intencji dziecka zagrożonego w łonie matki zabiciem możemy podjąć  Duchową Adopcję Dziecka Poczętego, która trwa przez 9 miesięcy. Adoptujemy każdorazowo tylko jedno nieznane dziecko zagrożone aborcją. Pan Bóg – Dawca Życia zna jego imię i sam nam je wybiera.

    Zwykle Duchową Adopcję rozpoczynamy od złożenia przyrzeczenia, które powinno być składane w sposób uroczysty w kościele czy w kaplicy; warunkowo można składać przyrzeczenie adopcyjne prywatnie, przed Krzyżem albo wizerunkiem Matki Bożej (np. z powodu choroby lub  znacznej odległości miejsca zamieszkania od kościoła sprawującego liturgię przyrzeczeń adopcyjnych), najlepiej w któreś święto Matki Bożej.

    ***

    Zwiastowanie – źródło świętości życia

     Renáta Sedmáková/fotolia.com

    ***

    Tajemnica Wcielenia nierozerwalnie związana jest z tajemnicą śmierci i Zmartwychwstania Chrystusa. Trudno się zatem dziwić, że w kalendarzu katolickim uroczystość Zwiastowania niemal sąsiaduje z Wielkanocą, mimo że kojarzy się przede wszystkim z Bożym Narodzeniem.

    Jeśli kogoś dziwi ta koincydencja chrześcijańskich tajemnic, to prawdopodobnie padł ofiarą szkodliwych skrótów myślowych. Zarówno bowiem we Wcieleniu, jak i w świętach paschalnych chodzi o to samo dzieło, któremu na imię zbawienie człowieka. Chrystus przyszedł w ludzkim ciele, aby to ciało mogło być umęczone i zabite na krzyżu. Gdyby w tym miejscu kończyła się historia zbawienia, nie byłoby powodów do radości, dlatego trzeba dopowiedzieć najważniejsze: Chrystus przyszedł w ludzkim ciele, aby to ciało mogło zmartwychwstać.

    Uświęcił naturę

    Jest jeszcze jeden bardzo ważny aspekt tej tajemnicy. Niektórzy zastanawiali się na przykład, czy Chrystus mógł się pojawić na ziemi w inny sposób, niż to miało miejsce. Skoro jednym z przymiotów Boga jest Jego wszechmoc, Odwieczny mógł zesłać swego Syna nawet na chmurze. Skoro jednak miało miejsce Wcielenie odwiecznego Logosu, w fakcie tym należy dopatrywać się dodatkowych treści. Jedną z nich jest niewątpliwie uświęcenie ludzkiego życia, a nawet uświęcenie sposobu jego przekazywania. Innymi słowy – to nie przypadek, że Pan Jezus został poczęty pod sercem swojej Matki. To nie przypadek, że rozwijał się tam jak wszystkie dzieci, które poczęte przez dziewięć miesięcy oczekują w bezpiecznym miejscu na rozwiązanie. To nie przypadek także, że wśród malarzy znaleźli się tacy, którzy mieli odwagę namalować Matkę Najświętszą w stanie błogosławionym. Maryja, dokładnie tak jak się to dzieje w przypadku wszystkich matek, nosiła swego Syna pod sercem przez dziewięć miesięcy.

    Aby zrozumieć doniosłość tego wydarzenia, warto przytoczyć zręby żydowskiego myślenia na temat ludzkich urodzin. Akt ten traktowany był przez naszych starszych braci w wierze za nieczysty. Po narodzinach dziecka rodzice przychodzili do świątyni, aby się oczyścić. Od momentu przyjścia na świat Jezusa Chrystusa możemy więc mówić o swoistym przewrocie kopernikańskim. Nie tylko ludzkie życie jest święte, ale święty jest także sposób jego przekazywania. Możemy powiedzieć, że akt ten jest nawet podwójnie święty: po pierwsze – zapisany został w Bożej pedagogice, a po drugie – uświęcony został przyjściem na świat Jezusa Chrystusa. To przecież znów nie mógł być przypadek, że Chrystus pojawił się wśród nas nie na chmurze, ale w sposób jak najbardziej naturalny – począł się, a później narodził.

    W nazaretańskim domu

    Uroczystość Zwiastowania w kalendarzu chrześcijan pojawiła się dość późno, bo – w zależności od miejsca na mapie starożytnego świata – od VI do VII wieku. W Nazarecie jednak już w IV wieku powstała bazylika upamiętniająca moment Zwiastowania. Wybudowana została ona w miejscu, gdzie prawdopodobnie znajdował się dom Matki Najświętszej. Dzisiaj Nazaret jest arabskim miastem, którego mieszkańcy w zdecydowanej większości stanowią ludność muzułmańską. Można tam jednak podziwiać współczesny kościół upamiętniający spotkanie Maryi z aniołem, a także pozostałości po dawnej świątyni z IV wieku. Przyzwyczailiśmy się traktować tę uroczystość jako okazję do oddania czci Matce Najświętszej, ale warto pamiętać, że pierwotnie traktowana była ona przede wszystkim jako dzień poświęcony osobie Jezusa Chrystusa. Przecież w momencie Zwiastowania pod sercem Maryi zaczęło rozwijać się ludzkie ciało. Od tego momentu zasadne jest pytanie stawiane przez teologów całego świata: dlaczego Bóg stał się człowiekiem?

    Aby dobrze odpowiedzieć sobie na to pytanie, warto odwołać się do Protoewangelii ze Starego Testamentu. Już tam, w Księdze Rodzaju (3, 14-15), można spotkać się z zapowiedzią, po wielekroć powtarzaną później przez proroków będących piewcami Dobrej Nowiny. W zapowiedzi tej jest mowa o potomku Maryi, który zmiażdży głowę węża (szatana).

    Budzenie sumień

    Wspomnienie poczęcia Jezusa Chrystusa stało się okazją do ustanowienia Dnia Świętości Życia. Jan Paweł II w 85. numerze encykliki „Evagelium vitae” napisał następujące słowa: „proponuję (…) aby corocznie w każdym kraju obchodzono Dzień Życia (…). Trzeba, aby dzień ten był przygotowany i obchodzony przy czynnym udziale wszystkich członków Kościoła lokalnego. Jego podstawowym celem jest budzenie w sumieniach, w rodzinach, w Kościele i w społeczeństwie świeckim wrażliwości na sens i wartość ludzkiego życia w każdym momencie i w każdej kondycji. Należy zwłaszcza ukazywać, jak wielkim złem jest przerywanie ciąży i eutanazja, nie należy jednak pomijać innych momentów i aspektów życia, które trzeba każdorazowo starannie rozważyć w kontekście zmieniającej się sytuacji historycznej”.

    Tegoroczne obchody Dnia Świętości Życia odbywać się będą w wyjątkowym kontekście historycznym. Skoro bowiem Jan Paweł II zachęcał do uwzględnienia zmieniającej się sytuacji historycznej, trudno byłoby nie dostrzec dyskusji, która w tych dniach obecna była niemal we wszystkich mediach w naszej ojczyźnie, a nawet na ulicach większych miast. Rzecz dotyczy tzw. aborcji eugenicznej, która póki co w naszym kraju jest legalna i pozwala na usunięcie uszkodzonego płodu z łona matki przed urodzeniem dziecka. W kontekście tej dyskusji warto więc podkreślić, że Jan Paweł II mówił o życiu w każdej kondycji. Słowa te są tym bardziej warte podkreślenia, im bardziej uświadomimy sobie, że coraz wyraźniejsza jest w opinii publicznej narracja wspominająca o tzw. jakości życia. Niektórzy etycy chcieliby przekonać, że wartość ludzkiego życia uzależniona jest od jego jakości.

    W dyskusji na ten temat zwolennicy aborcji zarzucają przeciwnikom, że osoby broniące życia zmuszają potencjalne matki dzieci niepełnosprawnych do heroizmu. W tak sformułowanej tezie kryje się jednak bardzo niebezpieczna manipulacja. Dojrzałe społeczeństwa powinny w swoich budżetach przewidzieć niezbędne fundusze na ośrodki, w których można by wychowywać niepełnosprawne dzieci w przypadku, gdyby ich naturalni rodzice z jakiegoś powodu nie dali rady. Z faktu, że ktoś urodzi niepełnosprawne dziecko, nie musi wcale wynikać obowiązek jego wychowania. Św. Matka Teresa z Kalkuty wielokrotnie prosiła kobiety w stanie błogosławionym, by urodziły swoje dzieci i w przypadku biedy czy innej okoliczności przynosiły je później do domów, w których zajmą się nimi siostry miłosierdzia. Prawdziwa świętość rozumiała, że życie jest święte od poczęcia do naturalnej śmierci.

    ks. Marek Łuczak/Tygodnik Niedziela

    ______________________________________________________________________________________________________________

    MATKA BOŻA z Guadalupe,

    Patronka życia poczętego

    No photo description available.

    ***

    Niezwykłe odkrycia naukowców:

    – Temperatura płótna, na którym znajduje się obraz wynosi 36,6 stopni Celsjusza.

    specjaliści NASA odkryli także w ikonie tętno. Okazało się, że puls wynosi 115 uderzeń na minutę – jak bicie serca dziecka w łonie matki!

    – 30 kwietnia 2007 roku podczas Mszy Świętej odprawianej w intencji dzieci zabitych przed narodzeniem, na cudownym wizerunku Matki Bożej z Guadalupe przez około godzinę obserwowano niewytłumaczalne światło. Wydawało się, że wychodzi z łona i ma formę oraz rozmiary, a także charakterystyczne dla obrazu USG cienie – ludzkiego embriona. Liczni świadkowie tego cudu – który wydarzył się w chwili, gdy w Meksyku zalegalizowano aborcję – uznali, że „Maryja ukazała nam Jezusa w swoim łonie!”.

    – Układ gwiazd uwidoczniony na płaszczu Maryi wg astronomów odzwierciedla dokładnie konstelację z 12 grudnia 1531 roku. Jak ustalono, układ gwiazd widziany jest jednak nie z ziemi ale… z nieba.

    – Na wizerunku z tilmy nie ma żadnych cząstek farby ani śladów barwników naturalnych, oleju, gruntowania ani śladów szkicowań czy pociągnięć pędzlem.

    – W 1936 roku badający wizerunek niemiecki chemik, późniejszy noblista Richard Kuhn doszedł do wniosku, że włókna tilmy nie są niczym zabarwione – po prostu są kolorowe – tak jakby były one syntetyczne, choć barwniki syntetyczne wynaleziono dopiero w 1850 roku!

    – Na płaszczu Matki Bożej dostrzeżono zapisane nuty. Muzykę tę nazwano niebiańską. Można jej posłuchać na YT

    Radio Niepokalanów

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Abp Galbas: prawa kobiet są ważne, ale czemu mają być ważniejsze niż prawa dzieci?

     

    Abp Adrian Galbas

     Arcybiskup Adrian Galbas SAC/fot. Karol Porwich/Tygodnik Niedziela

    ***

    Prawa kobiet są ważne, ale czemu mają być ważniejsze niż prawa dzieci? – pytał abp Adrian Galbas w homilii podczas Mszy sprawowanej w uroczystość Zwiastowania Pańskiego w Katedrze Chrystusa Króla. Liturgia zainaugurowała rekolekcje „oddanie 33” w Archidiecezji Katowickiej.

    W homilii abp Galbas mówił o szaleństwie Zwiastowania Pańskiego, szaleństwie Bożej miłości, „która popchnęła Boga do tego, by stał się człowiekiem dla nas i dla naszego zbawienia”. – W Nazarecie stało się coś radykalnego i niesamowitego: Bóg nie tylko pochylił się nad ziemią, ale przyszedł na ziemię. Daleki Bóg, stał się bliski, odwieczny Bóg poddał się prawom czasu, wielki Bóg stał się mały, tak mały, że zmieścił się w kobiecym łonie. Bóg nie tylko zmniejszył odległość do człowieka, ale tę odległość całkowicie zlikwidował; sam stał się człowiekiem. To co stało się w Nazarecie nieskończenie przewyższa wszystkie zapowiedzi i wszystkie oczekiwania prorockie wyrażone na kartach pisma – podkreślił abp Galbas.

    Zachęcał , by odpowiedzą na tak wielki gest Boga było przyjęcie i pełnienie Jego woli. Za wzór najpierw postawił Chrystusa, a później Maryję która „dała całą siebie do dyspozycji woli Bożej”. Zauważył, że „droga do pełnienia woli Bożej jest prosta, stosowana i proponowana przez Kościół od wieków”. – Składa się z trzech elementów: unikaj trwania w grzechu, trzymaj się łaski Bożej i bądź posłuszny nauce Kościoła – mówił.

    Metropolita katowicki przypomniał, że Uroczystość Zwiastowania Pańskiego obchodzona jest jako dzień świętości życia. – Najczęściej kojarzymy to określenie z podjęciem adopcji dziecka poczętego, czyli z tym szlachetnym protestem przeciwko grzechowi i złu tzw. aborcji. Dziś głos w obronie życia poczętego znów musi być podnoszony wyraźnie. Kościół naucza niezmiennie (por. KKK 2270 nn.), że życie ludzkie zaczyna się przy poczęciu i od poczęcia ma pełną wartość i godność, tak samo jak życie w każdym innym momencie, aż do naturalnej śmierci. Podlega też takiej samej ochronie. I w pierwszym tygodniu, i w jedenastym, i w dwunastym i w każdym, aż po ostatni – powiedział abp Galbas.

    Wyraził wdzięczność wszystkim, którzy to rozumieją, tak postępują, zwłaszcza matkom”. – Rozumiem też tych rodziców poczętego już dziecka, dla których informacja o poczęciu jest trudna do przyjęcia, są nią zszokowani, zaskoczeni, nieprzygotowani, więcej: nie chcą tego dziecka. Tak się zdarza i nie świadczy to o ich okrucieństwie. Nie świadczy to o tym, że są współczesnymi Herodami, lub innymi zbrodniarzami. Częściej świadczy to po prostu o bezradności i poczuciu, że życie ich przerosło – zauważył. – Niech jednak nigdy rozwiązaniem nie będzie tzw. aborcja. Państwo, z pomocą innych instytucji w tym Kościoła, musi wtedy tym rodzicom konkretnie pomóc; musi podjąć trud zapewnienia im potrzebnej pomocy i wsparcia, a dziecku dobry dom i dobre życie. To w XXI wieku jest możliwe. Tak, prawa kobiet są ważne, ale czemu mają być ważniejsze niż prawa dzieci? Jedne i drugie można i trzeba pogodzić – stwierdził abp Galbas.

    Z okazji patronalnego święta dziewic konsekrowanych podziękował im za posługę w archidiecezji. – Bądźcie widoczne dla świata nie przez zewnętrzny strój i zajmowanie w świątyni pierwszych miejsc, ale przez upodobanie w miejscach ostatnich, bo tam najprędzej spotkacie Chrystusa, waszego Oblubieńca – powiedział.

    Liturgia oficjalnie zainaugurowała rekolekcje „oddanie 33” w Archidiecezji Katowickiej, choć już wcześniej wiele osób podjęło je prywatnie. – Niezliczone są dobra, które otrzymali uczestnicy tych rekolekcji. Przede wszystkim to jedno: dar głębokiej więzi z Maryją i pokornej ufności w Bożą Opatrzność. Dzięki rekolekcjom następuje szczere oddanie się Maryi i szczere oddanie się z Maryją – podkreślił. Jednocześnie podziękował wszystkim, którzy te rekolekcje propagują i organizują, uczestnikom zaś życzył wytrwałości i odwagi.

    ks. Rafał Skitek /Radio eM/KAI/Tygodnik Niedziela

    ______________________________________________________________________________________________________________

    ŻYWY RÓŻANIEC

    Aby Matka Boża była coraz bardziej znana i miłowana!

    „Różaniec Święty, to bardzo potężna broń.

    Używaj go z ufnością, a skutek wprawi cię w zdziwienie”.

    (św. Josemaria Escriva do Balaguer)

    A rosary is used for prayers and meditations.
    fot.wiseGeek

    *****

    INTENCJA ŻYWEGO RÓŻAŃCA

    NA MIESIĄC KWIECIEŃ 2024

    Intencja papieska:

    *Módlmy się, aby wewnętrzne bogactwo i godność kobiet były szanowane we wszystkich kulturach i aby zniknęło zjawisko dyskryminacji, która przynosi tyle cierpienia w różnych częściach świata. 

    więcej informacji – Vaticannews.va: Papieska intencja

    _______________________________________________________

    Intencje Polskiej Misji Katolickiej w Glasgow:

    * za naszych kapłanów, aby dobry Bóg umacniał ich w codziennej posłudze oraz o nowe powołania do kapłaństwa i życia konsekrowanego.  

    * za papieża Franciszka, aby Duch Święty prowadził go, a św. Michał Archanioł strzegł.

    *Panie Jezu, który jesteś pełen Miłosierdzia, rozświetlaj Swoimi Promieniami mroki naszych serc, abyśmy mieli odwagę przebaczać wszelkie zranienia zadane i sobie samym i naszym bliźnim. Tylko Twoja Łaska może uleczyć nasze rany. Ucz nas przez doświadczenia codzienności otwierać się ku naszym braciom i siostrom akceptując siebie nawzajem takimi jakimi jesteśmy. Przez Twoją Bolesną Mękę i Twoje Zmartwychwstanie miej Miłosierdzie dla nas i całego świata.

    ____________________________________________

    Intencja dodatkowa dla Róży Matki Bożej Częstochowskiej (II),

    św. Moniki i bł. Pauliny Jaricot: 

    * Rozważając drogi zbawienia w Tajemnicach Różańca Świętego prosimy Bożą Matkę, aby wypraszała u Syna swego a Pana naszego Jezusa Chrystusa właściwe drogi życia dla naszych dzieci.

    *****

    W tym miesiącu możemy uzyskać odpust zupełny w następujące dni:

    *Niedziela 7 kwietnia 2024 – w UROCZYSTOŚĆ BOŻEGO MIŁOSIERDZIA – odpust zupełny dla członków Żywego Różańca

    *Poniedziałek 8 kwietnia: w UROCZYSTOŚĆ ZWIASTOWANIA NAJŚWIĘTSZEJ MARYI PANNIE – odpust zupełny dla członków Żywego Różańca

    Obecnie mamy 19 Róż Żywego Różańca. Wciąż brakuje nam kilka osób. Dlatego bardzo serdecznie prosimy chętnych, aby zechcieli dołączyć się do Żywego Różańca.

    KRÓLOWO RÓŻAŃCA ŚWIĘTEGO, MÓDL SIĘ ZA NAMI!

    ***

    Od 1 kwietnia modlimy się kolejnymi Tajemnicami Różańca Świętego i w nowych intencjach, które otrzymaliście na maila 31 marca z adresu e-rozaniec@kosciol.org (jeśli ktoś z Was nie dostał maila na ten miesiąc, proszę o kontakt z Zelatorem Róży, albo na adres rozaniec@kosciolwszkocji.org)

    (strona Żywego Różańca: zr.kosciol.org – intencje, ogłoszenia, patroni róż, tajemnice)

    ___________________________________________________________________________________________

    o. Samuel Karwacki paulin, Krajowy Moderator Duchowej Adopcji Dziecka Poczętego:

    Stańmy w obronie tych, którzy jeszcze sami nie potrafią się bronić

    Sample

    fot. Bonnie Kittle/Unsplash

    ***

    Coraz częściej widzimy, że nowe życie traktowane jest jako zagrożenie dla tych, którym jest dane. Nie pozwólmy na takie wypaczenie naszych sumień – apeluje paulin o. Samuel Karwacki. Krajowy Moderator Duchowej Adopcji Dziecka Poczętego w liście do wiernych Kościoła w Polsce zachęca do podjęcia troski o nienarodzonych, by w dzień Zwiastowania Pańskiego, który w tym roku przypada wyjątkowo 8 kwietnia, „nie zabrakło kochających serc, które przyjmą do siebie małe bezbronne dzieci i ich rodziny”.

    Jasna Góra od lat stanowi centrum tej modlitwy. Obrona życia człowieka od poczęcia do naturalnej śmierci jest również realizacją Jasnogórskich Ślubów Narodu Polskiego i nauczania bł. Prymasa kard. Stefana Wyszyńskiego.

    Na Jasnej Górze znajduje się Centralny Ośrodek Duchowej Adopcji. Zlokalizowany jest on w murach klasztornych naprzeciwko Kaplicy św. Józefa na tzw. Halach i jest czynny od wtorku do soboty w godz. od 11.00 do 15.00.

    – Każde życie – od poczęcia do naturalnej śmierci – jest niesamowitym darem Boga dla każdego i każdej z nas pisze o. Karwacki i zauważa, że obecnie „coraz częściej widzimy, że nowe życie traktowane jest jako zagrożenie dla tych, którym jest dane”.

    – Nie pozwólmy na takie wypaczenie naszych sumień. Każde dziecko przyjmujmy z wdzięcznością Panu Bogu, bo – jak pisał św. Jan Paweł II – „każde z nich jest dowodem pokładanej w was przez Boga ufności. On chce wasze współpracy w swoim stwórczym dziele” – apeluje o. Karwacki. Zauważa, że często różne okoliczności i warunki powodują, iż „nie zawsze rodzice cieszą się z nadchodzących narodzin nowego człowieka, a widać to również w skali całego społeczeństwa, któremu dziś wmawia się, że dziecko jest własnością jedynie kobiety, która może z nim zrobić co sama uważa za słuszne”. Krajowy Moderator Duchowej Adopcji Dziecka apeluje, by stanąć w obronie tych nienarodzonych, którzy jeszcze nie potrafią sami się bronić.

    – Otoczmy też wsparciem całe rodziny, aby miały w sobie tyle miłości i odwagi, żeby przyjąć ten piękny dar, jakim jest nowe życie w ich codzienności – zachęca zakonnik. Wskazuje też, że „największym wsparciem, przemieniającym rzeczywistość, jakie możemy ofiarować jest dar modlitwy”.

    – Zachęcam Was wszystkich do podjęcia duchowej adopcji dziecka poczętego. To tak niewiele: jedna dziesiątka różańca dziennie przez dziewięć miesięcy, krótka modlitwa oraz podjęte dobrowolne wyrzeczenie. To taka nasza „mała cząstka” – jak małe ziarenko padające na glebę – niby niewielkie, ale wyrosnąć z niego może niejedno drzewo, dające dobre owoce! Ta codzienna wierność podjętej modlitwie przemienia oblicze świata. Niech w dzień Zwiastowania Pańskiego, który w tym roku przypada wyjątkowo 8 kwietnia, nie zabraknie kochających serc, które przyjmą do siebie te małe bezbronne dzieci i ich rodziny – pisze Krajowy Moderator Duchowej Adopcji Dziecka Poczętego.

    Uroczystość Zwiastowania Pańskiego ( w tym roku wyjątkowo 8 kwietnia) przeżywana jest od 26 lat jako Dzień Świętości Życia jako odpowiedź biskupów na apel św. Jana Pawła II zawarty w encyklice „Evangelium Vitae”. Jedną ze skutecznych form obrony życia jest Duchowa Adopcja Dziecka Poczętego. To modlitwa wstawiennicza w intencji życia, które poczęło się w łonie matki, a jednak nie zostało przez nią przyjęte. Ma formę dziewięciomiesięcznej modlitwy. Polega na codziennym odmawianiu jednej tajemnicy różańcowej – radosnej, bolesnej, chwalebnej lub światła oraz specjalnej modlitwy w intencji dziecka i jego rodziców. Do modlitwy można też dołączyć dowolnie wybrane postanowienia (np. częsta spowiedź i Komunia święta, adoracja Najświętszego Sakramentu, czytanie Pisma Świętego), nie jest to jednak obowiązkowe.

    Duchową Adopcję Dziecka Poczętego może podjąć każdy człowiek i zacząć ją w dowolnym czasie, ale w sposób uroczysty można ją rozpocząć właśnie w uroczystość Zwiastowania Pańskiego.

    Wiele osób, także młodzież, podejmuje modlitwę za dziecko, którego życie w łonie matki jest zagrożone, podczas letnich pieszych pielgrzymek na Jasną Górę. To już wieloletni zwyczaj wielu grup, np. pielgrzymki pieszej diec. płockiej.

    Inicjatorami powstania w Polsce duchowej adopcji byli świeccy skupieni we wspólnocie „Straż Pokoleń” przy paulińskim kościele Świętego Ducha w Warszawie, skąd, co roku, wyrusza piesza pielgrzymka na Jasną Górę. W tym kościele 2 II 1987 r. zostały złożone pierwsze przyrzeczenia Duchowej Adopcji. Obecnie to Sanktuarium Jasnogórskiej Matki Życia. Tego tytułu Maryi – Matka Życia używał kard. Stefan Wyszyński.

    W Roku Rodziny (1994) Jan Paweł II udzielił Dziełu Krzewienia Duchowej Adopcji Dziecka Poczętego błogosławieństwa, co stało się inspiracją do powołania Centralnego Ośrodka Krzewienia Duchowej Adopcji z siedzibą na Jasnej Górze. W roku powołania Centralnego Ośrodka jego siedziba znajdowała się przy Jasnogórskiej Poradni Rodzinnej. 16 maja 2004 r. na podstawie decyzji wydanych przez ówczesne władze klasztoru jasnogórskiego Ośrodek Duchowej Adopcji stał się samodzielną jednostką.

    Watykański Komitet Obchodów Wielkiego Jubileuszu Roku 2000 zalecił modlitwę Duchowej Adopcji jako skuteczny środek budowania kultury życia.

    Obrona życia człowieka od poczęcia do naturalnej śmierci jest również realizacją Jasnogórskich Ślubów Narodu Polskiego. Jednym z punktów jest przyrzeczenie „że odtąd wszyscy staniemy na straży budzącego się życia, walczyć będziemy w obronie każdego dziecka i każdej kołyski, równie mężnie, jak Ojcowie nasi walczyli o byt i wolność Narodu, płacąc obficie krwią własną. Gotowi jesteśmy raczej śmierć ponieść, aniżeli zadać śmierć bezbronnym a dar życia uważać będziemy za największą łaskę Ojca wszelkiego życia i za najcenniejszy skarb Narodu”.

    Jasna Góra/kai

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Jak rozmawiać o aborcji. Przegramy debatę, jeśli nie odświeżymy języka

    Aborcja coraz częściej traktowana jest jak „prawo człowieka”, a każdy głos podważający taką opinię  lub wskazujący, że mamy tu do czynienia z zabójstwem, nazywany jest opresyjnym, przemocowym, „talibańskim”.

    Aborcja coraz częściej traktowana jest jak „prawo człowieka”, a każdy głos podważający taką opinię lub wskazujący, że mamy tu do czynienia z zabójstwem, nazywany jest opresyjnym, przemocowym, „talibańskim”.
    Istockphoto/Gość Niedzielny

    ***

    W tej dyskusji daliśmy się zepchnąć do narożnika i, jeśli nie chcemy całkiem z niej wypaść, potrzebna jest poważna refleksja nad językiem, którego używamy w obronie życia.

    Marszałek Sejmu Szymon Hołownia zapowiedział na 10–12 kwietnia debatę nad czterema projektami ustaw dotyczących aborcji. Można przewidywać, że dla zwolenników obrony życia nienarodzonych będzie to jedna z najtrudniejszych debat, z jakimi mieliśmy do czynienia w ostatnich latach. Język, którym na ten temat rozmawiamy, zmienił się bowiem tak bardzo, że trudno będzie osiągnąć jakiekolwiek porozumienie. To nie przypadek, ale efekt bardzo przemyślanej strategii, od lat stosowanej zwłaszcza przez środowiska lewicowe na całym świecie. Pod tym względem moglibyśmy się od nich wiele nauczyć.

    Dopuszczalność czy swoboda

    Debata przypada na bardzo niekorzystny moment w historii – we Francji miażdżąca większość parlamentarzystów opowiedziała się za wpisaniem do konstytucji „prawa do aborcji”. Do artykułu 34. francuskiej ustawy zasadniczej dodano nowy paragraf: „Ustawa określa warunki korzystania z przysługującej kobiecie swobody dobrowolnego przerywania ciąży”. Francja jest, póki co, jedynym krajem na świecie, który ma podobny zapis w konstytucji, ale jeśli ten trend się utrzyma, bardzo realne jest, że w ślad za nią pójdą inne państwa. Już teraz w Polsce można usłyszeć głosy stawiające pod tym względem Francję za wzór – padają one nawet z ust dziennikarzy głównego wydania wiadomości telewizji publicznej. Aborcja coraz częściej traktowana jest jak „prawo człowieka”, a każdy głos podważający taką opinię lub, nie daj Boże, wskazujący, że mamy tu do czynienia z zabójstwem, nazywany jest opresyjnym, przemocowym, „talibańskim”.

    Zauważmy, do jakich przesunięć doszło na poziomie języka – tytuł obowiązującej ciągle w Polsce „kompromisowej” ustawy z 1993 r. mówi o „planowaniu rodziny, ochronie płodu ludzkiego i warunkach dopuszczalności przerywania ciąży”. Te dwa słowa: „warunki dopuszczalności” – sugerują, że mamy do czynienia z jakąś sytuacją wyjątkową; że generalnie aborcja jest czymś złym i jeśli prawo ją dopuszcza, to tylko pod pewnymi, ściśle określonymi warunkami. Takie podejście stwarza pole do dyskusji, ale jest to raczej dyskusja na temat tego, kiedy można odstąpić od karania, by nie wywołać jeszcze gorszych szkód. Ci, którzy opowiadają się za zmniejszeniem zakresu tego karania, nie zawsze muszą być zwolennikami aborcji. Osobiście uważam, że za argumentowaną w ten sposób liberalizacją przepisów stoi nierzadko pewna naiwność i lekceważenie wychowawczej funkcji prawa, niekoniecznie jednak jest to zła wola. Warto o tym pamiętać w dyskusjach, bo może się okazać, że pochopnie uznamy za przeciwnika kogoś, kto w sprawach najistotniejszych ma w gruncie rzeczy podobne do nas poglądy.

    Zabiegi językowe

    Nowy paragraf francuskiej konstytucji przenosi jednak debatę w zupełnie inne rejony. Nie mówimy tu już o „warunkach dopuszczalności”, ale o „warunkach korzystania z przysługującej kobiecie swobody”. Słowem: aborcja jest w tym ujęciu czymś, co się kobiecie po prostu należy. Jeżeli jej zapragnie – może z niej skorzystać. W Polsce drogę do takiego myślenia od lat torują chociażby „Wysokie Obcasy” – magazyn „Gazety Wyborczej”, który na jednej ze swoich okładek umieścił nawet aktywistki w koszulkach z napisem „Aborcja jest OK”. Dodajmy jednak, że środowiska propagujące aborcję z reguły zalecają unikanie sformułowań „aborcja na życzenie” czy „aborcja na żądanie”. Pierwsze z nich kojarzy się bowiem z kaprysem, drugie jest nacechowane agresywnie. Zamiast tego proponują formy pozornie bardziej neutralne – „aborcja w pełni dostępna” albo „aborcja do 12. tygodnia ciąży bez ograniczeń”. W gruncie rzeczy chodzi jednak o to samo: pokazanie, że aborcja jest jedynie „zabiegiem”, czymś, co da się zestawić np. z wyrwaniem zęba (takiej analogii dokonała niedawno podczas dyskusji na Kanale Zero ginekolog dr Anna Orawiec, która próbowała też dowodzić, że z biologicznego punktu widzenia płód da się porównać do pasożyta).

    Środowiska określające siebie jako pro-choice wiedzą jednak, że to, jakich używamy w tej debacie sformułowań, jest bardzo istotne. Dlatego publikują nawet rozmaite poradniki, uczące adeptów aborcyjnej propagandy, których określeń używać, a których unikać. Przykład z „aborcją na życzenie” i „aborcją w pełni dostępną” zaczerpnąłem z poradnika „Jak mówić/pisać o aborcji?”, przygotowanego przez Federację na Rzecz Kobiet i Planowania Rodziny. Na pierwszej stronie tego poradnika można wyczytać hasło: „Język kreuje rzeczywistość” – i jest to mimowolna autodemaskacja jego autorów. Tak właśnie: kreuje, a nie odzwierciedla, bo w lewicowej nowomowie chodzi o to, by stworzyć alternatywną rzeczywistość. Niczym w „Roku 1984” Orwella język jest tu kształtowany tak, by nie dało się nawet pomyśleć czegoś, co godziłoby w proaborcyjną ideologię. Charakterystyczną cechą tego języka jest odwracanie pojęć – według poradnika „Federy” nie należy używać określenia takich jak „obrońca/obrończyni życia (pro-life)”, lecz powinno się je zastąpić negatywnymi sformułowaniami, np. „przeciwnik/przeciwniczka aborcji/wyboru (anti-abortion, anti-choice)”. „»Pro-life« sugeruje, że zwolennicy wyboru i dostępu do bezpiecznej aborcji są przeciwko życiu, tymczasem to im zależy na życiu kobiet zarówno w sensie jego fizycznej ochrony, jak też poszanowania konstytucyjnego prawa do decydowania o swym życiu osobistym” – tłumaczą autorzy poradnika. W skrócie: prawdziwymi obrońcami życia są ci, którzy opowiadają się za możliwością jego przerwania na mniej lub bardziej wczesnym etapie.

    Tak mówić, żeby było widać

    To odwrócenie pojęć jest możliwe dzięki redukowaniu ich znaczenia do tych elementów, które pasują do obowiązującej ideologii. Na przykład pojęcie „życia” można ograniczyć do tego, co urodzone. Prawa kobiet da się wtedy odmieniać przez wszystkie przypadki i rozszerzać na to, co żadnym prawem nie jest, a mały człowiek w łonie matki traci swoją podmiotowość – nie ma żadnych praw. Znamienne, że w podrozdziale „Język wizualny” wspomniany poradnik zaleca, by „ze względu na siłę obrazu” unikać przy tekstach o aborcji „stereotypowych” ilustracji, w tym – uwaga! – „płodów przypominających noworodki”. Dlaczego? Czy przypadkiem nie po to, by ktoś nie pomyślał, że mamy jednak do czynienia z człowiekiem?

    I tu warto się zatrzymać, bo wydaje się, że i od lewicowych ideologów możemy się czegoś nauczyć, przekuwając ich przestrogi w zachętę. Skoro obraz ma taką siłę – wykorzystajmy ją! Niekoniecznie wystawiając w miejscach publicznych zdjęcia rozczłonkowanych ciał, które mogą przerazić małe dzieci. Ale pokazujmy, jak wygląda człowiek na różnych etapach życia płodowego. I mówmy o nim tak, żeby było widać to, o czym opowiadamy. Starajmy się odzwierciedlać, a nie kreować rzeczywistość. Czy faktycznie wymaga to używania terminologii biologicznej: zygota, zarodek, embrion i płód, jak zachęca Dominika Kozłowska w internetowej rozmowie z Karolem Paciorkiem? Redaktor naczelna miesięcznika „Znak” uważa za nadużycie stosowanie w debacie publicznej określenia „dziecko nienarodzone”, bo „wtedy terminacja ciąży czy aborcja staje się od razu zabójstwem”. Natomiast proponowana przez nią terminologia „stara się opisywać i pokazywać pewną stopniowalność rozwoju życia ludzkiego”. Jest jednak w tym rozumowaniu pewien paradoks: skoro według samej naczelnej „Znaku” wszystkie te fazy rozwoju dotyczą „życia ludzkiego”, to czy słowo „zabójstwo” nie jest tu jak najbardziej na miejscu? Od którego w takim razie momentu zaczyna się człowiek? Czy to aby nie biologia dostarcza nam odpowiedzi na to pytanie, mówiąc, że zygota, czyli komórka powstała w wyniku zapłodnienia, „jest pierwszym stadium rozwojowym nowego, genetycznie unikalnego osobnika potomnego”?

    Nie tylko o zakazach

    W tym kontekście warto też wspomnieć o tak często pomijanym w dyskusji na temat tzw. tabletki „dzień po” fakcie, że jednym z możliwych jej działań jest uniemożliwienie zagnieżdżenia zarodka (w stadium blastocysty) w macicy. Najczęściej mówi się tylko, że tabletka w tej sytuacji „zapobiega ciąży”, przyjmując, że ta zaczyna się właśnie od momentu zagnieżdżenia (nie jest to zresztą jedyna istniejąca definicja ciąży). Ale skoro już posługujemy się terminologią biologiczną, to bądźmy w tym konsekwentni i precyzyjni. Czemu m.in. poradnik „Federy” nie używa w tym kontekście np. terminu „zarodek”, tylko mówi o „zapłodnionej komórce jajowej”? Czy nie po to, by ktoś przypadkiem nie pomyślał, że mamy do czynienia z ludzkim życiem?

    Osobiście jestem jak najbardziej za tym, by używać w tej debacie wiedzy z dziedziny biologii, zwłaszcza że to właśnie ona dostarcza najsilniejszych argumentów za tym, by chronić życie od samego początku. Warto jednak korzystać z tej wiedzy w taki sposób, by rozjaśniać, a nie zaciemniać czy rozmydlać rzeczywistość. Naukowa terminologia może się przydać w specjalistycznych sporach o niuanse, ale w rozmowach między laikami lepszy będzie język bardziej obrazowy. Mówmy więc o tym, że już od pierwszych tygodni rozwoju zarodka rozwija się układ nerwowy małego człowieka; pokazujmy, kiedy pojawiają się poszczególne organy, kiedy zaczyna bić serce (według najnowszych badań już w 16. dniu od poczęcia!). Unikajmy natomiast w tej rozmowie agresji – w ten sposób nikogo nie przekonamy; sprawimy tylko, że strony okopią się na swoich stanowiskach. I wreszcie (w tym akurat rację ma redaktor naczelna „Znaku”) debata nie powinna dotyczyć wyłącznie zakazów, ale także, a może przede wszystkim, wsparcia – państwowego, społecznego, kościelnego – dla kobiet w ciąży, ofiar przemocy, rodziców wychowujących dzieci z niepełnosprawnościami. Bo życie ludzkie wymaga ochrony na każdym jego etapie – przed i po narodzinach. Nasze bycie pro-life nie będzie wiarygodne, jeśli zaniedbamy którykolwiek z tych etapów.

    Szymon Babuchowski/Gość Niedzielny

    ______________________________________________________________________________________________________________

    „Nie chcesz aborcji, to jej nie rób”, „prawo człowieka”, „wybór kobiety”. 10 mitów o aborcji

    10 mitów o aborcji

    fot. StunningArt / Shutterstock

    ***

    Niewiele jest tematów w debacie publicznej, wokół których narosło tyle nieprawdziwych przekonań co wokół aborcji. Słyszeliście na przykład, że tysiące Polek wyjeżdżają do sąsiednich krajów w celu wykonania aborcji? To nieprawda. Oto 10 mitów o aborcji.

    Człowiek – od kiedy?

    Zwolennicy aborcji operują argumentem, że nie wiąże się ona z zabiciem człowieka tylko jest usunięciem „płodu”, czy zestawu tkanek, który nie ma cech ludzkich. Zupełnie inaczej wypowiadają się na ten temat przedstawiciele nauki, twierdząc, że nie istnieje żaden inny moment początku życia człowieka jak zapłodnienie komórki jajowej w organizmie matki.

    Podczas konferencji Polskiej Akademii Nauk w Poznaniu w 2012 roku uczeni z różnych dziedzin dyskutowali na temat: „Człowiek – od kiedy?”. Profesorowie genetyki zgodnie stwierdzili, że z momentem wniknięcia plemnika do komórki jajowej mamy do czynienia z życiem ludzkim. Andrzej Legocki z Instytutu Chemii Bioorganicznej PAN, stwierdził, że zarodek jest człowiekiem. „Bo jeśli nie, to czym jest? Nie jest jedynie tkanką ludzką, bo jeśli tak, to czyją?” – pytał. „Kiedy mówimy o początku życia, nie ma wątpliwości, że życie zaczyna się wtedy, kiedy komórka jajowa zostaje zapłodniona. Ta zapłodniona komórka ma potencjał rozwoju w cały organizm, także ludzki” – ocenił prof. Marek Świtoński z Uniwersytetu Przyrodniczego w Poznaniu, wiceprezes poznańskiego oddziału PAN.

    Tezę tę potwierdza wielu innych naukowców z całego świata, wśród nich słynny genetyk, odkrywca Zespołu Downa, nieżyjący już prof. Jérôme Lejeune. „Przyjęcie za pewnik faktu, że po zapłodnieniu powstała nowa istota, nie jest już sprawą upodobań czy opinii. Ludzka natura tej istoty od chwili poczęcia do starości nie jest metafizycznym twierdzeniem, z którym można się spierać, ale zwykłym faktem naukowym” – posumował.

    Dziecko – pierwsza ofiara aborcji

    Pierwszą i główną ofiarą aborcji jest dziecko, które jeszcze przed urodzeniem jest zdolne do odczuwania bólu. Aborcja zadaje dziecku ogromne cierpienie fizyczne, fakt ten potwierdzają badania brytyjskich naukowców które wykazały, że receptory bólu pojawiają się w 7. tygodniu ciąży, od 20. tygodnia są już obecne w całym ciele. Pierwszą częścią ciała dziecka, reagującą na dotyk, są okolice ust około – 8. tygodnia ciąży. W okolicach 14. tygodnia ciąży większość ciała dziecka jest na niego wrażliwa, szereg badań dokumentuje też zdolność dziecka do reakcji na sytuację stresową – reaguje podniesionym poziomem hormonu stresu np. po inwazyjnych badaniach wymagających przekłucia powłok brzusznych.

    W literaturze medycznej opisane są liczne przypadki dzieci, które przeżyły aborcję, doznały jednak poważnych uszkodzeń ciała. Niektóre z nich zmarły zaraz po urodzeniu, inne borykały się z tymi skutkami przez całe życie.

    Matka – druga ofiara aborcji

    Choć aborcja może zdawać się szybkim rozwiązaniem problemu, w rzeczywistości jednak pozostawia on trwały ślad w organizmie kobiety, która długo odczuwa skutki psychiczne i fizyczne. Niektóre z nich pojawiają się dopiero po upływie kilku lat lub przy staraniu o kolejne dziecko.

    Powikłania, występujące bezpośrednio po zabiegu obejmują m.in.: krwotok z macicy, uszkodzenia trzonu lub szyjki macicy, infekcję narządu rodnego lub macicy, perforację macicy, zapalenie otrzewnej, niekompletną aborcję wymagająca dalszej interwencji chirurgicznej, wstrząs septyczny czy nawet zgon. Około 30% zgonów związanych z aborcją ma miejsce wskutek infekcji dróg rodnych.

    Jednym z częstszych skutków aborcji są problemy psychiczne takie jak: syndrom poaborcyjny, depresja, lęk napadowy, ataki paniki, zaburzenia dwubiegunowe i adaptacyjne, zaburzenia nastroju i myśli samobójcze, ryzykowne stosowanie używek, uzależnienie od alkoholu, nikotyny, narkotyków, symptomy zespołu stresu pourazowego PTSD.

    Aborcja niesie za sobą także skutki odległe w czasie, a wśród nich: ryzyko wystąpienia ciąży pozamacicznej, łożyska przodującego, przedwczesnego porodu oraz poronienia w kolejnej ciąży, urodzenia martwego dziecka i wtórnej niepłodności.

    Proceder ten może także powodować problemy w relacji z partnerem. 22 proc. relacji uległo rozpadowi w ciągu roku po aborcji, a połowa kobiet z tych związków właśnie aborcję uważa za jego pośrednią przyczynę. Innym skutkiem mogą być czasowe lub długoterminowe dysfunkcje seksualne oraz częste konflikty.

    Podobnie jest, jeśli chodzi o aborcję farmakologiczną. W Stanach Zjednoczonych, w których można dokonać legalnej aborcji za pomocą pigułki aborcyjnej, w latach 2000-2011 zmarło 14 kobiet. Statystyki dotyczące liczby zgonów kobiet związanych z aborcją w tym kraju dowodzą że w latach 2000-2009 było ich ogółem 87, z czego dwie powiązane z nielegalną aborcją. Z kolei fińskie badania przeprowadzone w latach 1987-2000 wykazały, że wskaźnik śmiertelności kobiet po aborcji farmakologicznej wyniósł 83 na 100 000 ciąż w porównaniu do 28 po porodzie.

    Inny stereotyp mówi o tym, że aborcja farmakologiczna jest całkowicie bezpieczna. Dlaczego więc same kliniki aborcyjne na swoich stronach internetowych ostrzegają, że aborcja farmakologiczna jest ryzykowna i kobieta nie powinna jej dokonywać w domu? Możliwymi powikłaniami są m.in. krwotoki, poważne infekcje wymagających hospitalizacji i transfuzji krwi, konieczność interwencji chirurgicznej, ciąży pozamaciczne w przyszłości, a nawet zgony. W 2021 roku wskutek powikłań po aborcji farmakologicznej zmarła 23-letnia argentyńska aktywistka proaborcyjna, która wcześniej walczyła o legalizację.

    Zapomniane ofiary – ojcowie

    Także niektórzy ojcowie cierpią po aborcji, doświadczają przewlekłego stresu, poczucia winy, bólu, przerażenia. Uważają, że aborcja miała negatywny wpływ na ich relacje z partnerką i uznają swoją obecność przy jej dokonaniu za traumatyczną. Część z nich żałuje podjętej decyzji, odczuwa tęsknotę, niepokój i popada w depresję.

    Prawo jak dotąd nie wymaga zgody obojga małżonków na dokonanie aborcji, zdarza się też że ojcowie są pomijani w decyzjach aborcyjnych ich partnerek. Sprzeciw ojców, którzy chcieliby zachować swoje dziecko przy życiu, pozostaje niemy, ponieważ jest pozbawiony mocy prawnej. Chociaż w Polsce w świetle prawa cywilnego domniemanie ojcostwa jest gwarantowane (art. 62 Kodeks rodzinny i opiekuńczy), dotyczy jedynie dziecka urodzonego, także z powództwem o ustalenie ojcostwa można wystąpić jedynie wobec dziecka narodzonego. W innym miejscu kodeks stwarza możliwość uznania przez mężczyznę dziecka za swoje jeszcze przed jego narodzeniem, jednak potrzeba do tego potwierdzenia przez matkę  (Art. 73 KRO).

    Aborcja to kwestia sumienia?

    „Aborcja to sprawa sumienia, prawo nie ma znaczenia” – głoszą proaborcyjne środowiska. Gdybyśmy zawsze podejmowali tylko dobre decyzje, kodeks karny byłby pusty. Każdy człowiek stoi przed pokusą dokonania zła, dlatego prawo stanowione jest niezbędne i ma realny wpływ na kształtowanie w świadomości społecznej tego, co  jest dobre a co złe.

    Aborcja prawem człowieka?

    Aborcja nie może być nazywana prawem człowieka, ponieważ życie człowieka, także tego znajdującego się w łonie matki, jest podstawowym dobrem podlegającym ochronie prawnej. Żaden wiążący akt prawa międzynarodowego nie nakłada na państwa obowiązku legalizacji aborcji w jakimkolwiek zakresie, pozostawiając decyzję w tej kwestii wyłącznie poszczególnym państwom.

    Polacy nie chcą aborcji na życzenie

    Środowiska lewicowe twierdzą, że Polacy chcą aborcji na życzenie. To kolejna manipulacja, z ostatnich badań CBOS opublikowanych w marcu br., wynika, że nadal większość Polaków, bo 63% (w tym 41% zdecydowanie) nie zgadza się na liberalizację dostępu do aborcji, gdy kobieta „po prostu nie chce mieć dziecka”.

    Aborcje Polek za granicą

    Także twierdzenia o tysiącach Polek wykonujących aborcję w klinikach w Czechach, Niemczech, Holandii czy Wielkiej Brytanii są zmyślone. Wszystkie kraje, w których aborcja przeprowadzona jest legalnie w szpitalach lub klinikach, podają dokładne dane na ten temat. Zgodnie z oficjalnymi statystykami tych krajów, rocznie przerywa tam ciążę od kilkunastu do kilkuset Polek. To ciągle o kilkaset za dużo, ale liczba ta nie przystaje do statystyk organizacji feministycznych, mówiących o 10-30 tysiącach zagranicznych aborcji rocznie.

    Aborcja dzieci chorych lub niepełnosprawnych

    Ze strony środowisk proaborcyjnych można usłyszeć argument, że aborcja jest najlepszym rozwiązaniem w przypadku zdiagnozowania choroby lub niepełnosprawności dziecka na etapie prenatalnym. Tymczasem dzisiejsza medycyna może rozwiązać wiele zdrowotnych problemów na tym wczesnym etapie życia. W Polsce operuje się dzieci wewnątrzmacicznie w pięciu ośrodkach: Bytomiu, Łodzi, Gdańsku i dwóch szpitalach w Warszawie. Operacje te są refundowane przez Narodowy Fundusz Zdrowia. Już w okresie prenatalnym w kilku ośrodkach w Polsce można leczyć m.in. wady układu moczowego, bezgłowie, małowodzie, wielowodzie, wodogłowie wewnętrzne, nieimmunologiczny obrzęk płodu, wrodzone wytrzewienie, konflikt serologiczny, zespół podkradania w ciąży bliźniaczej, czy przeszczep kręgosłupa. Ten ostatni to jedna z najczęstszych wad rozwojowych cewy nerwowej. Wada ta każdego roku w Europie jest podstawą do dokonania ponad tysiąca aborcji, podczas gdy wczesne wykrycie rozszczepu kręgosłupa dzięki rutynowemu badaniu USG może uchronić dziecko przed ciężką niepełnosprawnością. Oczywiście, nie wszystkie choroby są uleczalne. Kiedy terapia jest niemożliwa, rodzice mogą skorzystać z opieki hospicjów perinatalnych.

    Moje ciało, moja decyzja, mój wybór

    To moje ciało, mogę o nim decydować – mówią zwolenniczki aborcji. W czasie ciąży dziecko oczywiście znajduje się w ciele kobiety, nie jest jednak jego integralną częścią. Żadna matka nie ma dwóch głów, czterech rąk, czterech nóg… Dziecko różni od matki DNA, a często również grupa krwi. Człowiek, którego życie rozpoczęło się w momencie zapłodnienia, jest więc odrębną istotą.

    Każdy dojrzały człowiek wie, że w wyniku współżycia może począć się dziecko i właśnie wtedy pojawia się czas wyboru – przed podjęciem współżycia. Matka nie może mieć wyboru, czy zabije dziecko, czy nie. Może natomiast zdecydować, czy wychowa je sama, czy odda do adopcji. Warto zaznaczyć, że przed 2020 r. w wielu szpitalach jedyną opcją dla kobiety, która dowiadywała się o chorobie swojego dziecka, była aborcja. W większości kobiety nie były informowane o tym, że w Polsce można operować dziecko wewnątrzłonowo (na NFZ) lub też, że mogą skorzystać z kompleksowej pomocy w hospicjum perinatalnym.

    I jeszcze jedna kwestia. Stwierdzenia, że aborcja to sprawa kobiety, jest natomiast bardzo wygodne dla nieodpowiedzialnych mężczyzn, którzy mogą czerpać przyjemność ze współżycia i nie muszą ponosić żadnych konsekwencji. A zdjęcie z mężczyzn odpowiedzialności za poczęte dziecko może prowadzić do powielania schematu „to twoja sprawa” także w innych sytuacjach życiowych.

    ***

    Artykuł powstał na podstawie książki „Ekologia prokreacji – Vademecum” (wydanie trzecie, Polskie Stowarzyszenie Obrońców Życia Człowieka, Kraków 2021 r.), gdzie znaleźć można  rozwinięcie poruszonych powyżej tematów i przytoczonych argumentów, a także szczegółowe przypisy.

    Anna Rasińska-KAI/Aleteia.pl

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Pijane wahadło

    Pijane wahadło

     

    Kompromis przyzwoitości ze zbrodnią zawsze jest wyłącznym sukcesem tej drugiej. 

    Jak wiadomo, Sejm przyjął do dalszych prac wszystkie cztery projekty aborcyjne, z których ani jeden, z punktu widzenia ludzkiego prawa do życia, nie jest do przyjęcia. W tym kontekście słyszę często, że gdyby poprzednia władza nie „zaostrzała” prawa dotyczącego aborcji, to nie byłoby tego dążenia do jego „liberalizacji”. Bo trzeba było nie ruszać „kompromisu aborcyjnego”; teraz zaś wahadło odbije w drugą stronę, tratatata.

    Pozwolę sobie zakwestionować tezę, jakoby pozostawienie prawa na wcześniejszym poziomie zagwarantowałoby pokój społeczny i pozostanie przy rzeczonym „kompromisie aborcyjnym”. A guzik. Nigdy nie ustało dążenie drugiej strony do poszerzenia w Polsce swobody dokonywania aborcji. Nie udało się to, ponieważ się po prostu nie dało – konstytucja na to nie pozwala. Trybunał Konstytucyjny, jakikolwiek by był, musiałby to przyznać. Dlatego nie uda się i teraz, chyba że dojdzie do złamania prawa, tak jak doszło już w innych dziedzinach.

    To jedno. A drugie, że Polska ze swoim prawem chroniącym ludzkie życie (pamiętajmy, że wciąż chroni) jest jak trzeźwy na libacji alkoholowej. Pijani uczestnicy takich imprez bardzo nie lubią takich ludzi. To dla nich wyrzut sumienia i wskazanie, że można inaczej. Dlatego pijane krwią wpływowe państwa nam nie odpuszczą. Dla nich to nie do pojęcia, żeby ktokolwiek w środku Europy śmiał nie tylko pozostawać w aborcyjnej stagnacji, ale wręcz iść w przeciwnym niż one kierunku. Znaczące, że rząd francuski we wstępie do ustawy wprowadzającej aborcję do konstytucji oznajmił, że Francja robi to w odpowiedzi na decyzję Sądu Najwyższego USA, znoszącą federalne prawo do aborcji. A przy tym wyraził ubolewanie, że „w wielu krajach, również w Europie, istnieją nurty opinii próbujące za wszelką cenę utrudniać kobietom swobodę przerywania ciąży”. To oczywiście o nas. A już bezpośrednio do nas zwrócił się Parlament Europejski, wzywając Polskę do uchylenia prawa ograniczającego aborcję. Pozostałym zaś krajom zalecił wprowadzenie pełnej niekaralności aborcji.

    I teraz pytanie: dlaczego w krajach, gdzie wolno dzieci poczęte zabijać wedle kaprysu, „wahadło” jakoś nie wraca na stronę pro-life? Dlaczego, choć dawno już przebiło ścianę, wychyla się jeszcze bardziej w stronę zabijania? Odpowiedź: bo nie ma sprzeciwu. Podczas gdy tam bożek Moloch dąży do zabetonowania swojego „prawa” do pożerania dzieci, u nas próbuje dopiero wyszarpać dla siebie chociaż niektóre maleństwa. Nie dajmy więc sobie wmówić, że w Polsce prawo „za bardzo” dziś chroni życie i że to „daje paliwo” zwolennikom opcji przeciwnej. Zło nigdy nie nasyci się nieprawością. Jeśli nikt nie stawia mu tamy, ono ogarnie kolejne obszary i pójdzie dalej. Nie zadowoli się jakimiś „kompromisami”. Naszym zadaniem jest więc pozostać trzeźwymi, choćby wszyscy inni wpadli w delirium. Tu chodzi o ludzkie życie, i to nie tylko doczesne.


    KRÓTKO:

    Kolejne „otwarcie”

    Belgia dojrzewa do dalszego poszerzania oferty eutanazyjnej. Jak informuje portal Vatican News, pojawił się tam projekt eutanazji dla „ludzi zmęczonych życiem”.

    Inicjatorem pomysłu stworzenia nowej kategorii uprawnionych do rozstania się z życiem jest Luc Van Gorp, prezes jednego z funduszy ubezpieczeń, dążącego do zapewnienia każdemu godnej opieki zdrowotnej. Dyskusja na ten temat rozgorzała już w tamtejszej prasie. Przeważa oczywiście opcja „za”. Van Gorp stwierdził, że „ci, którzy są zmęczeni życiem, powinni mieć możliwość spełnienia swojego pragnienia o końcu życia”. Wskazał na „kwestię starzenia się społeczeństwa”, stwierdzając, że „nie można przedłużać życia tych, którzy sami już tego nie chcą, bo chodzi o budżet i kosztuje to rząd duże pieniądze”. Zauważył też, że w coraz starszych społeczeństwach Europy jest to narastający problem, przejawiający się m.in. w braku personelu do opieki nad ludźmi starymi. Trzeba przyznać, że pan prezes ujmuje rzecz dość jasno: szkoda kasy na ludzi starych (czytaj: bezproduktywnych, niepotrzebnych), więc trzeba ich uśmiercić.

    Teoretycznie chodzi o dobrowolność, o możliwość skorzystania z prawa do śmierci, ale w praktyce każdy co bardziej wrażliwy starszy Belg zrozumie, że społeczeństwo już go nie chce, i wyciągnie wnioski. Krótko mówiąc: projekt przewiduje uśmiercanie tych, którym się żyć odechciało, a państwo zrobi wszystko, żeby takich ludzi było jak najwięcej.

    Franciszek Kucharczak/Gość NIedzielny

    ______________________________________________________________________________________________________________

    ______________________________________________________________________________________________________________

    31 MARCA

    NIEDZIELA ZMARTWYCHWSTANIA PAŃSKIEGO

    UROCZYSTA MSZA ŚWIĘTA – godzina 14.00

     
    autor/źródło: AC,AC, Licencja:2/Opoka.pl

    __________________________________

    Liturgia Wielkiej Nocy przemawia na różne sposoby,

    nawet kamieniem, który znajdował się u wejścia do grobu Pana.

    Niewiasty idąc drogą, tym kamieniem się martwiły – bo kto go odsunie?

    Jeszcze nie wiedziały, że zupełnie niepotrzebnie taki ciężar niosły.

    Każdy z nas też jest na tej drodze

    i też ciężar dźwiga, i to coraz większy, bo już samo przemijanie jest jak kamień:

    twarde, zimne i nieubłagane.

    Zechciej przyjąć na te święta Wielkiej Nocy życzenia,

    żeby głaz już piersi nie przytłaczał,

    żeby wreszcie rozpadł się mur ułożony z kamieni obrazy,

    żeby radość wróciła i już nie było kamiennej twarzy,

    żeby zwątpienie zrodzone z niepotrzebnej trwogi

    zobaczyło moc Zmartwychwstałego Pana, który wszystko uczynił już nowe.

    ks. Marian

    ___________________________________________________

    * TRZECI DZIEŃ NOWENNY DO BOŻEGO MIŁOSIERDZIA

    ______________________________________________________________________________________________________________

    1 KWIETNIA

    PONIEDZIAŁEK WIELKANOCNY  

    MSZA ŚWIĘTA – godzina 14.00

    * CZWARTY DZIEŃ NOWENNY DO BOŻEGO MIŁOSIERDZIA

    _____________________________________________________________

    emaus

    zdjęcie ze strony: grupa modlitwy o. Pio/diecezja kaliska

    ***

    Bogu niech będą dzięki za kolejny rok, w którym znowu jest nam dane przeżywać najważniejsze wydarzenia w dziejach całego wszechświata, bo dzięki tym wydarzeniom dokonuje się nieustannie dzieło Bożego miłosierdzia.

    Wejdźmy na drogę, którą przemierzali uczniowie zmierzający do miejscowości zwanej Emaus. Wydawało im się, że są tylko we dwoje…

    Idą całkowicie zawiedzeni i rozgoryczeni wydarzeniami jakie miały miejsce w świętym mieście Jeruzalem. Ich upragniony i oczekiwany Mesjasz, jakim miał być Jezus z Nazaretu, nie tak wypełnił swoją misję, jak się spodziewali.

    Odchodzą od miejsca umęczenia i ukrzyżowania Pana Jezusa nie wiedząc, że oto na tej swojej drodze ucieczki spotykają Nieznajomego, któremu opowiadają całą swoją gorycz a potem słuchają, jak Boży zamysł w szczegółach opisany w świętych Księgach wypełnił się dokładnie co do joty. I choć “oczy ich były niejako na uwięzi” – to jednak serca “pałały”.

    Jak to dobrze, że przymusili, wciąż jeszcze Nierozpoznanego Towarzysza ich drogi, aby pozostał z nimi w miejscu do którego zdążali. Bo gdyby nie ich gościnność, z taką żarliwością wypowiedziana, pewnie nadal pozostałoby w nich i rozczarowanie i strach.

    Jak to dobrze, że tak usilnie prosili owego Nieznajomego, aby pozostał – bo w końcu zobaczyli kim ON jest naprawdę. Kiedy przełamał chleb, którym został poczęstowany – nagle znikł strach, znikło rozczarowanie, niczym mgła.

    Mimo, że był już wieczór, późny wieczór, natychmiast powrócili do Jerozolimy, bo nie mogli  nie opowiedzieć o spotkaniu z Jezusem, który rzeczywiście zmartwychpowstał.

    Ci sami a jakże przemienieni! Przekroczyli swoje ludzkie oczekiwania.

    Niech Zmartwychwstały Pan sprawi, w Twoim i w moim sercu, też taką wielką przemianę.

    Wystarczy tylko wypowiedzieć całą swoją niemoc a potem słuchać uważnie co mówi do Ciebie i do mnie wciąż jeszcze do końca NIEROZPOZNANY TEN SAM ZAWSZE OBECNY na drogach naszego ziemskiego “padołu”.

    I choć nasze oczy też są tak często “na uwięzi” – wystarczy tylko zaprosić i to zaprosić tak usilnie, jak uczynił to Kleofas ze swoim towarzyszem drogi, do swojego Emaus …..       

    ks. Marian
    Ilustracja

    Wieczerza w Emaus/Rembrandt/Paryż

    [7] Rembrandt 1660, olej 50 x 64 cm Luwr

    Wieczerza w Emaus /Rembrandt/Luwr

    ______________________________________________________________________________________________________________

    ZMARTWYCHWSTAŁY PAN

    zmartwychwstały

    ***

    Jadąc wiosenną porą wzdłuż budzących się do życia wrzosowych pól patrzę na maleńkie, dopiero co urodzone baranki porozrzucane na rozległych przestrzeniach uroczej Szkocji. Te maleństwa są takie bezbronne. I pomyśleć, że Pan Jezus jest takim barankiem. Liturgia przypomina tę prawdę, bo mówi o Baranku Wielkanocnym, który zgładził grzechy świata.

    Dokonało się to poprzez Jego Mękę i Śmierć. W okresie Wielkiego Postu, a szczególnie w Wielkim Tygodniu Ewangelie opisywały bardzo dokładnie poszczególne etapy Drogi Krzyżowej. Ta Jezusowa śmierć – straszna, przeraźliwa, okropna – stwierdzona ponad wszelką wątpliwość tak przytłoczyła apostołów i najbliższe otoczenie, że oni nie tyle co zapomnieli o obietnicy zmartwychwstania, ile raczej znajdowali się w stanie zupełnej niemożliwości, aby uwierzyć w to, co mówił Chrystus o swoim powstaniu z martwych. Bo czym jest Zmartwychwstanie? Z czym porównać tę nieprawdopodobną i całkowicie niewyobrażalną nową rzeczywistość?

    Ksiądz Biskup Jan Pietraszko w książce pt. „Po śladach Słowa Bożego” tłumaczy, że „wiara w zmartwychwstanie Chrystusa nie narodziła się z naiwnych pragnień, ani ze świadectwa ludzi, ani też ze świadectwa straży, ani z pogłosek, które roznosiły niewiasty, jak również nie ze świadectwa miłującej Go bardzo Magdaleny, ani z wieści krążących pomiędzy łatwowiernymi ludźmi; wiara w zmartwychwstanie wykształtowała się w pierwotnym Kościele z samego Jezusa Chrystusa, który przez częste ukazywanie się i słowo swoje uporczywie gruntował w świadomości swoich uczniów przekonanie, że naprawdę powstał z grobu i żyje”.

    Dopiero z tych wielokrotnych spotkań narodziło się przekonanie i wiara, że Pan rzeczywiście żyje. Dlatego Piotr z całym przekonaniem mógł powiedzieć w domu centuriona w Cezarei: „Myśmy z Nim jedli i pili po Jego zmartwychwstaniu”. Tak więc św. Piotr i inni Apostołowie stali się świadkami Zmartwychwstania wobec całego świata. Na tym świecie głosili Ewangelię, to znaczy Dobrą Nowiną, która jest objawieniem Bożej Miłości. To Ona rządzi światem, a nie zło. To Ona daje każdemu człowiekowi prawdziwie życie, które jest życiem w pełni. Kościół czyta dziś słowa św. Pawła, że „razem z Chrystusem powstaliśmy z martwych”.

    Każda epoka ma swoich świadków Zmartwychwstania. I jak pisze ks. Jerzy Chowańczak: „Nie ma tak ciemnej godziny, w której ukazuje się w całej pełni siła ‘tajemnicy nieprawości’, w której by jednocześnie nie zajaśniało w życiu ludzi światło zwycięstwa dobra nad złem”. Tę moc wiary Kościół poprzez wieki czerpie od Tego, który po trzech dniach swój grób pozostawił pusty. I odtąd Jezus daje swoje życie. Człowiek może w tym Bożym życiu uczestniczyć i uczestniczy. Jak wielu jest dziś świadków Zmartwychwstania, których życie zanurza się coraz bardziej w Życie Jezusa.

    Uczestnicząc w dzisiejszej Liturgii Zmartwychwstania Pańskiego czy nie czuję się jakby przymuszonym, na podobieństwo owych pozbieranych z opłotków z Jezusowej przypowieści, których zaproszono na ucztę. Pan Jezus zechciał wybrać właśnie nas – i to też jest wielka tajemnica Bożego Miłosierdzia. Wybrał nas i zgromadził. Aby lepiej zrozumieć przeżywane Misterium zacytuję słowa, które powiedział kardynał Jean-Marie Lustiger: „Moc Boża, wbrew wszelkim naszym słabościom, niezdolności uwierzenia, wbrew naszym grzechom i ciemnościom, czyni z nas uczniów Jezusa, lud ‘żywych’, żyjący życiem, które nie do nas należy, ale które staje się naszym. W ten sposób jesteśmy jakby niesieni, unoszeni przez moc, która nas przerasta, a o której mamy świadczyć naszym braciom. Jesteśmy jak ci ślepcy porażeni światłem, którzy mają mówić, że światło istnieje”.

    Panie Jezu Chryste spraw swoją mocą, abym całym moim życiem głosił, żeś zmartwychwstał, żeś prawdziwie zmartwychwstał.

    ks. Marian

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Prof. Marinelli: Całun Turyński to Ewangelia napisana ciałem Jezusa

    fot. via: Wikipedia (domena publiczna)

    ***

    Prof. Marinelli: Całun Turyński to Ewangelia napisana ciałem Jezusa

    Całun to pierwsza Ewangelia, napisana przez samego Jezusa Jego własnym ciałem – powiedziała prof. Emanuela Marinelli, badaczka Całunu Turyńskiego. W rozmowie z KAI przedstawiła ona zarówno historię badań nad tą szczególną relikwią, jak i jej znaczenie dla wiary w mękę i zmartwychwstanie Pana Jezusa.

    Istnieje całkowita zbieżność między tym, co zostało utrwalone na Całunie, a tym, co opisuje Ewangelia. Prof. Marinelli podaje szczegóły. W Ewangelii czytamy, że Jezus został ubiczowany. Płótno daje dowody, że Jezusowi wymierzono ok. 120 uderzeń biczem. Bicz był zakończony kawałkami kości albo ołowiu, które rozrywały skórę. Potem nałożono Mu koronę cierniową. Także tu Ewangelie nie podają szczegółów, jak ona wyglądała, artyści zaś przedstawiają ją jako małą obręcz wokół skroni. W rzeczywistości Jezus został ukoronowany jako król Judei, miał więc na głowie rodzaj królewskiej mitry, jakby kask z cierni, które zadały Mu ok. 50 ran. Następnie niósł patibulum, czyli poprzeczną belkę krzyża. Wielokrotnie pod nią upadał: Jego twarz nosi ślady wielu obrzęków na czole i policzkach. Był torturowany przez swoich oprawców. Widzimy, np. że z jednej strony wyrwano mu brodę. Jego twarz i kolana noszą ślady ziemi wymieszanej z krwią. To dowód, że upadał.

    Chrystus został ukrzyżowany za pomocą gwoździ, ale Całun pokazuje, że aby mogły one podtrzymywać całe ciało, zostały wbite w nadgarstki, a nie w dłonie. Wreszcie ostatnia z ran. To rana w boku. Wiemy, że zadano ją po śmierci, i że z niej, jak widzimy to na Całunie, wypłynęły krew i osocze. Wewnątrz klatki piersiowej doszło wcześniej do krwotoku wewnętrznego wokół serca. Kardiologowie mówią, że Jezus zmarł wskutek ataku serca: w następstwie bardzo silnego okrzyku bólu Jego serce się zatrzymało. Po śmierci Jego ciało wisiało jeszcze ok. 2,5 godz. na krzyżu, aby zesztywniało.

    Czy Całun jest również świadkiem zmartwychwstania? „Obraz ciała, który widzimy na Całunie, pozostaje wielką tajemnicą, bo pochodzenia tego obrazu nie można wyjaśnić inaczej, jak tylko w ten sposób, że ciało wygenerowało promieniowanie, rodzaj światła. Sam obraz jest odbiciem, które powstało na materiale wskutek działania światła. Pewne dziecko powiedziało, że na Całunie Jezus zrobił sobie ‘selfie’. Urocze porównanie” – mówi badaczka.

    o. Aleksander Posacki/Fronda.pl

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Cuda Zmartwychwstania: Chusta z Manopello

    Screenshot via: Youtube (Miłujcie się!, Agape & RCS TV)

    ***

    Cuda Zmartwychwstania: Chusta z Manopello

    Od wieków w Watykanie czczony jest wizerunek Jezusa, który miał odbić się na chuście Weroniki. Czy to prawdziwe oblicze? Czy jest to chusta Weroniki? I czy płótno to rzeczywiście znajduje się jeszcze w Watykanie? Paule Badde twierdzi, iż wizerunek zwany vera eikon (tzn. prawdziwe oblicze), został wykradziony z bazyliki św. Piotra przed 500 laty, a przechowywany jest obecnie w Manopello. Płótno to nie jest jednak chustą Weroniki lecz całunem, którym przykryto twarz Chrystusa po złożeniu do grobu

    Z Paulem Badde rozmawia Judyta Syrek

    W książce „Boskie oblicze” przedstawia Pan historię prawdziwego wizerunku Jezusa odbitego na delikatnej tkaninie. Czy rzeczywiście jest to prawdziwe oblicze, niepisane ludzką ręką?

    Istnieją przesłanki, przemawiające za tym, że faktycznie jest to obraz niemalowany ludzką ręką, ten o którym słyszymy od dwóch tysięcy lat. Chociaż obraz ma charakter szkicu, malunku, holografii, to nie jest wykonany żadną z tych wymienionych technik. Poza tym obraz ma nieporównywalny z niczym wyraz. Najlepszym określeniem tego wizerunku  jest stwierdzenie, że spotkanie z nim, jest jak spotkanie z żywym człowiekiem. I tak też się go opisuje.

    Czy to oblicze znajduje się w Watykanie, czy też zostało wykradzione?

    I tak, i nie. Wizerunek ten przez wieki był przechowywany w Watykanie i pokazywany jako chusta Weroniki, natomiast w pewnym momencie został wykradziony z bazyliki św. Piotra i dzisiaj znajduje się w innym miejscu. Ale ponieważ Watykan nie przestał nadal pokazywać chusty Weroniki (nie zostało oficjalnie podane, iż wizerunek ten został skradziony i raz do roku pokazywany publicznie – przyp. red.), to pamięć o nim nie zaginęła. Paradoksalnie, Watykan pokazując kopię oblicza Chrystusa zachował „tradycję” o prawdziwym obrazie. Sprawił, że pamięć o tym obrazie wciąż jest żywa, a pielgrzymi w Watykanie wciąż mogą je oglądać.

    Czym różni się całun z Manopello od całunu z Turynu?

    Różnica jest jak między dniem i nocą. Te obrazy nie tylko się różnią, można powiedzieć, że one się również uzupełniają. Całun z Turynu szczegółowo opisuje przebieg męki Chrystusa i ukazuje całe ciało. Opowiada również o takich szczegółach, których nie ma w Ewangelii. Podczas gdy całun z Manopello jest wizerunkiem twarzy uchwyconym w jednym momencie, a jest to moment zmartwychwstania, moment, w którym człowiek budzi się ze snu. 
    Całun z Manopello nie tylko różni się wizerunkiem twarzy, inna jest również tkanina, na której został on utrwalony (przezroczysty jedwab morski – przyp. red.). Ponad to wyraz twarzy na całunie zManopello przeniknięty jest zdziwieniem i miłosierdziem.

    Ten wizerunek Jezusa jest archetypem licznych wizerunków przedstawianych od wielu wieków przez malarzy. Wzorował się na nim między innymi Tycjan. Skąd artyści o nim wiedzieli?

    Obraz ten nie był tajemnicą. Znali go wielcy twórcy, między innymi Dante, który pisze o nim w „Boskiej komedii”. Był to obraz znany tym wszystkim, którzy przybywali do bazyliki św. Piotra, a traktowano go  jako matkę wszystkich innych ikon Jezusa. Widzieli go malarze ikon ze Sieny, widział go autor mozaiki w kościele w Konstantynopolu, jak również Dürer czy Rafael. Jednak ci malarze przedstawiali tylko pewne aspekty tego wizerunku, nie oddali wszystkiego, ponieważ na tym obrazie wszystkie pojedyncze aspekty łączą się, tworząc jedność.

    W Pana książce charakterystyczne są dwie postacie: siostra Blandina i ojciec Pheifer. To dwie, zupełnie różne osobowości, które badają owo oblicze. Siostra jest, trapistką i kontemplatyczką, zaś Ojciec jest typem naukowca. Co Pan chciał powiedzieć czytelnikowi przedstawiając te dwie postacie w książce?

    Nie chciałem nic przez to powiedzieć. Po prostu spotkałem te osoby na swojej drodze. Z siostrą Blandiną spędziłem wiele godzin na rozmowach, godzinami też rozmawiałem z Ojcem. Jednak ta książka ma wielu bohaterów: są ojciec Pio i ojciec Dominik, których nie poznałem osobiście. Również ja stałem się bohaterem tej książki oraz osoby, które angażowały się w jej przekład na język polski. Ale chciałbym podkreślić, że wszystkie te osoby są na drugim planie, bo główną postacią jest Jezus i Jego oblicze z Manopello. To Jezus przyciąga do książki kolejnych współpracowników czy współbohaterów. I tak w polskim wydaniu pojawia się kard. Joachim Meissner, o którym nie pisałem tak wiele w przekładzie niemieckim. Kardynał napisał posłowie do wydania polskiego. W kolejnym wydaniu, może w jeszcze większym zakresie, pojawi się papież Benedykt XVI.

    Wizerunkiem z Manopello zainteresował się Benedykt XVI, ale to oblicze Jezusa kontemplował również Jan Paweł II. Czy rozmawiał Pan kiedyś z nim o całunie z Manopello?

    Jan Paweł II nigdy nie widział tego wizerunku bezpośrednio, widział tylko bardzo starą kopię która znajduje się w kaplicy sykstyńskiej. Jest to obraz z Edessy, tzw. Mandylion z Edessy. Z czasem to oblicze zaczęło odgrywać coraz większą rolę w nauczaniu Jana Pawła II. W przesłaniu, które zostawił nam na nowe tysiąclecie podkreślił, że potrzebujemy nowej świętości, która rodzi się z oblicza Jezusa. A jedną z ostatnich wielkich wizji, jakie zostawił nam Jan Paweł II, była wizja Europy nad którą unosi się pełne chwały oblicze Chrystusa. 
    Pod koniec jego życia wysłałem mu fotografię całunu z Manopello i otrzymałem bardzo osobistą odpowiedź. Niestety Jan Paweł II był zbyt chory, aby odwiedzić Manopello. Prawdopodobnie stanie się to udziałem jego następcy.

    Jak mieszkańcy Manopello przeżywają obecność prawdziwego wizerunku w swoim miasteczku?

    Mieszkańcy Manopello zawsze otaczali ten obraz wielką czcią i miłością. Ale Włosi z natury są ludźmi mniej podatnymi na sensację niż Niemcy. Oni mają o wiele bardziej bezpośredni kontakt ze świętością niż my i traktują takie rzeczy inaczej.

    Czy myśli Pan, że całun z Manopello będzie tak popularny i tak poruszy świat, jak całun z Turynu?

    Myślę, że ten całun stanie się jeszcze sławniejszy, kiedy tylko zostanie udowodniony przez naukowców, że nie został on namalowany ludzką ręką, lecz jest dziełem samego Boga. Stanie się bardziej popularny, ponieważ mówi o wiele więcej niż całun z Turynu. Jest bardziej bezpośredni w wyrazie. Na tym całunie widnieje wyraźny zarys twarzy Chrystusa i właśnie dlatego wielu krytyków mówi, że to nie mogło być dzieło Boga. Całun z Turynu i wizerunek, który na nim został odbity jest bardzo niewyraźny, ale mówi się, że to może być dzieło Boga, zaś wyrazistość na całunie z Manopello, ma rzekomo zdaniem krytyków, przemawiać za tym, iż jest to dzieło malowane ludzką ręką… 
    Uważam, że jeśli zostanie dowiedzione cudowne pochodzenie i prawdziwość wizerunku z Manopello to jestem pewien, iż stanie się on bardziej popularny. Wizerunek z całunu turyńskiego jest bardzo majestatyczny, zaś oblicze z całunu przechowywanego w Manopello charakteryzuje się ogromnym miłosierdziem i dobrocią Jezusa. Nie znam innego obrazu na całym świecie, z którym człowiek byłby w stanie wejść w tak bezpośredni kontakt.

    Dziękuję za rozmowę!

    Paul Badde, Judyta Syrek (tłum. Artur Kuć)

    Sekty i fakty/Fronda.pl

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Oktawa Wielkiej Nocy

    Cud Zmartwychwstania „nie mieści się” w jednym dniu, dlatego też Kościół obchodzi Oktawę Wielkiej Nocy – przez osiem dni bez przerwy wciąż powtarza się tę samą prawdę, że Chrystus Zmartwychwstał.

     

    fot. Karol Porwich

    ***

    Nazwa “oktawa” pochodzi od łacińskiego słowa oznaczającego liczbę osiem. Ta wielkanocna jest weselem z wydarzeń przeżywanych podczas Triduum Paschalnego. To osiem dni świętowania Kościoła, które później przedłuża się aż do Pięćdziesiątnicy.

    Zwyczaj przedłużania najważniejszych świąt chrześcijańskich na oktawę jest bardzo dawny. Nie znamy dokładnej daty powstania oktawy Paschy. Jednak wspomina o niej w już IV stuleciu Asteriusz Sofista z Kapadocji. Kościół chce w ten sposób podkreślić rangę i ważność uroczystości.

    Oprócz Wielkanocy w Kościele obchodzi się również oktawę Narodzenia Pańskiego.

    Dni oktawy Wielkanocy mają, podobnie jak Niedziela Zmartwychwstania, rangę uroczystości. Okres ośmiu dni traktowany jest jak jeden dzień, jako jedna uroczystość. Dlatego w oktawie Wielkanocy nie obowiązuje piątkowy post.

    W te dni codziennie śpiewamy “Gloria” i wielkanocną sekwencję „Niech w święto radosne”. Na Mszach świętych czytane są także perykopy o spotkaniach Zmartwychwstałego, m.in. z Marią Magdaleną, z uczniami idącymi do Emaus, z uczniami nad jeziorem Genezaret.

    Teksty mszalne wyjaśniają tez znaczenie sakramentu chrztu. W dawnych wiekach był to bowiem czas tzw. katechezy mistagogicznej dla ochrzczonych w Święta Paschalne. Miała ona na celu wprowadzić ich w tajemnicę obecności Chrystusa we wspólnocie wierzących.

    Ostatnim dniem oktawy jest Biała Niedziela. Niegdyś w ten dzień neofici ochrzczeni podczas rzymskiej Wigilii Paschalnej, odziani w białe szaty podarowane im przez gminę chrześcijańską, szli w procesji do kościoła św. Pankracego, by tam uczestniczyć w Mszy.

    Święty Jan Paweł II ustanowił tę niedzielę świętem Miłosierdzia Bożego.

    W czasie jednej z wizji św. siostry Faustyny Kowalskiej Jezus powiedział do niej:

    “Święto Miłosierdzia wyszło z wnętrzności moich, pragnę, aby uroczyście obchodzone było w pierwszą niedzielę po Wielkanocy. Nie zazna ludzkość spokoju, dopokąd nie zwróci się do źródła miłosierdzia mojego”.

    W roku 2000 papież Jan Paweł II ustanowił tę niedzielę świętem Miłosierdzia Bożego dla całego Kościoła powszechnego. Stąd dzisiaj określa się niedzielę w oktawie Wielkanocy jako Niedzielę Miłosierdzia Bożego.

    Liturgiczny okres wielkanocny

    Sam liturgiczny okres wielkanocny trwa 50 dni, aż do uroczystości zesłania Ducha Świętego (tzw. Pięćdziesiątnicy).

    W tym czasie paschał, mający swoje miejsce przy ambonie lub przy ołtarzu, jest zapalony we wszystkich uroczystych celebracjach liturgicznych, a więc w czasie mszy św., podczas jutrzni i w czasie nieszporów, aż do niedzieli zesłania Ducha Świętego.

    Krzyż ołtarzowy w okresie wielkanocnym przyozdobiony jest czerwoną stułą. Na miejscu widocznym, w pobliżu ołtarza, ale nie na nim, ustawia się figurę Chrystusa zmartwychwstałego. Ponadto zamiast modlitwy “Anioł Pański” odmawia się modlitwę “Królowo nieba” (Regina coeli).

    Zgodnie z przykazaniami kościelnymi każdy wierny zobowiązany jest przynajmniej raz w roku, w okresie wielkanocnym, przyjąć Komunię Świętą (III przykazanie kościelne).

    205. Konferencja Episkopatu Polski 21 marca 1985 r. w Warszawie ustaliła, że w naszym kraju “okres, w którym obowiązuje czas wielkanocnej komunii św. obejmować będzie okres od Środy Popielcowej do niedzieli Trójcy Świętej”. W tym roku 2024 uroczystość Trójcy Przenajświętszej przypadnie 26 maja.

    ______________________________________________________________________________________________________________

    „Regina Coeli” zamiast modlitwy „Anioł Pański”. Co to za antyfona?

    OLYMPUS DIGITAL CAMERA/Stacja7.pl

    ***

    W okresie wielkanocnym –trwającym w Kościele katolickim do Zesłania Ducha Świętego południową modlitwę “Anioł Pański” zastępuje hymn Regina Coeli. To jedna z czterech wielkich antyfon maryjnych. Jej tekst znaleziono w pochodzącym z 1171 r. antyfonarzu z bazyliki św. Piotra.

    Kto jest jej autorem „Regina caeli”?

    Przyjmuje się, że hymn ten powstał między Xi a XII wiekiem, choć dokładna data ani autor nie są znane. Dość często autorstwo dzieła przypisuje się papieżowi Grzegorzowi V (996-99). Nazywał się on Bruno i był Saksończykiem, synem księcia Karyntii (w dzisiejszej Austrii), spokrewnionym z cesarzem niemieckim Ottonem II. Na Tron św. Piotra wstąpił, mając 24 lata, zapoczątkowując stosunkowo krótki okres papieży niemieckich. Mimo młodego wieku i krótkiego pontyfikatu, w dziejach Kościoła zdążył zapisać się m.in. tym, że jako pierwszy biskup Rzymu ogłosił interdykt, czyli klątwę, obejmującą cały kraj, w tym wypadku Francję z powodu niemoralnego, według niego, postępku jej króla Roberta II. Pod koniec krótkiego, jak się później okazało, życia zaczął reformować Kościół w duchu zmian zapoczątkowanych w Cluny. I właśnie temu papieżowi niektórzy przypisują ułożenie antyfony „Regina Caeli”.

    Anielski śpiew

    Bardzo piękna, barwna legenda widzi jej autora w innym papieżu o tym samym imieniu, ale wcześniejszym o 4 stulecia – św. Grzegorzu I Wielkim (590-604). Według tej wersji, w r. 596, w okresie wielkanocnym Rzym nawiedziła zaraza. Aby ją powstrzymać, Papież zarządził procesję pokutno-błagalną. O świcie oznaczonego dnia przybył on wraz ze swym duchowieństwem do rzymskiego kościoła Ara Caeli, skąd wyruszono do bazyliki św. Piotra. Papież niósł ikonę Matki Bożej, której autorstwo przypisywano powszechnie św. Łukaszowi Ewangeliście. Gdy mijano Zamek Hadriana, usłyszano głos z wysokości, opiewający Maryję Królową Nieba. Ojciec Święty, zaskoczony niezwykłym zjawiskiem i ujęty anielskim śpiewem, odpowiedział głośno: „Ora pro nobis Deum, alleluia” (Módl się za nami do Boga, alleluja). W tejże chwili ukazał się świetlisty anioł, trzymający w ręku miecz zarazy, który natychmiast schował do pochwy i od tego czasu epidemia ustała.

    Na pamiątkę tamtego cudownego wydarzenia nazwę Zamku zmieniono na Zamek Świętego Anioła a słowa anielskiego hymnu umieszczono na dachu kościoła Ara Caeli. Znacznie później (prawdopodobnie w wieku XII) do wezwania tego dopisano następne i tak powstała dzisiejsza antyfona.

    Wszystko dzięki franciszkanom

    Wielkimi jej propagatorami, jak zresztą wielu innych modlitw maryjnych, byli franciszkanie, którzy najpierw odmawiali ją jako dodatek do hymnu Magnificat, wykonywany w w czasie Nieszporów w oktawie wielkanocnej, a w drugiej połowie XIII w. włączyli ją do modlitwy brewiarzowej swego zakonu. Na polecenie Mikołaja III (1277-80) trafiła ona do modlitw kapłańskich w całym Rzymie. Benedykt XIV (1740-58) dekretem z 20 kwietnia 1742 zalecił odmawianie tego hymnu w okresie wielkanocnym, począwszy od Wielkiej Soboty aż do soboty przed Zesłaniem Ducha Świętego.

    Oto oryginalny tekst tej modlitwy i tłumaczenie:

    Regina Caeli, laetare, alleluia (Królowo nieba, wesel się, alleluja)
    Quia quem meruisti portare, alleluia, (Bo Ten, któregoś nosiła, alleluja)
    Resurrexit, sicut dixit, alleluia, (Zmartwychwstał jak powiedział, alleluja)
    Ora pro nobis Deum, alleluia. (Módl się za nami do Boga, alleluja.)

    Po odśpiewaniu tych zwrotek kapłan mówi: 

    Gaude et laetare Virgo Maria, alleluia (Raduj się i wesel, Panno Mario, alleluja).

    Wierni odpowiadają: 

    Quia surrexit Dominus vere, alleluia (Bo zmartwychwstał Pan prawdziwie, alleluja).

    Modlitwa: 

    Oremus. Deus, qui per resurrectionem Filii Tui Domini nostri Iesu Christi mundum laetificare dignatus es: praesta, quaesumus, ut, per eius Genitricem Virginem Mariam, perpetuae capiamus gaudia vitae. Per Christum Dominum nostrum. Amen.

    (Módlmy się. Boże, któryś przez zmartwychwstanie Syna swojego, Pana naszego Jezusa Chrystusa świat uweselić raczył, daj nam, prosimy, abyśmy przez Jego Rodzicielkę Pannę Maryję dostąpili radości życia wiecznego. Przez Chrystusa Pana naszego. Amen.)

    W każdą niedzielę okresu wielkanocnego modlitwę „Regina Caeli” odmawiać będzie w południe z wiernymi Papież Franciszek.

    Stacja7.pl

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Jakie owoce przynosi kontemplacja spotkań ze Zmartwychwstałym?

    Piotr Faber był jednym z pierwszych towarzyszy św. Ignacego Loyoli.

    Piotr Faber był jednym z pierwszych towarzyszy św. Ignacego Loyoli.
    fot. Henryk Przondzuino/ Gość Niedzielny

    ***

    Jakie owoce przynosi kontemplacja spotkań ze Zmartwychwstałym? Odpowiedzi można szukać w zapiskach duchowych Piotra Fabera, XVI-wiecznego jezuity.

    Droga ćwiczeń duchowych zaproponowana przez św. Ignacego obejmuje cztery tygodnie. Pierwszy poświęcony jest medytacjom nad miłością Boga i własnym grzechem. W drugim rozważa się życie Jezusa, Jego codzienność, publiczną działalność, aż do zapowiedzi męki. Kolejne dwa tygodnie obejmują mękę, śmierć oraz zmartwychwstanie Chrystusa.

    Już w drugim tygodniu odprawiający ćwiczenia zaproszony jest do tego, by od modlitwy medytacyjnej, w której akcent kładzie się na rozważanie, wszedł na drogę kontemplacji ewangelicznej. To przejście od rozumu do serca, od intelektualnej pracy i wysiłku do trwania przy Jezusie, obecności i aktywnego uczestnictwa.

    Przez wyobraźnię do spotkania

    W kontemplacji ewangelicznej istotną rolę odgrywa zaangażowanie wyobraźni, uczuć i całego świata wewnętrznego, czyli umiejętność, którą w pewnej mierze można wypracować. W jaki sposób Ignacy zachęca do używania jej w rozważaniu spotkań ze Zmartwychwstałym? Rada jest prosta. Chodzi o „ustalenie miejsca, jakby się widziało” – pisze w książeczce ćwiczeń (CD 220). Pierwsza zalecana kontemplacja opiera się nie na Biblii, lecz na przekazie tradycji. To spotkanie Zmartwychwstałego z Matką. Ignacy zaleca „widzieć urządzenie wewnętrzne świętego grobu i miejsce, czyli dom Pani naszej, oglądając poszczególne jego części, pokój, miejsce modlitwy itd.”. W kontemplacjach o zmartwychwstaniu założyciel Towarzystwa Jezusowego ma jasny cel. Chce, by modlący się przylgnął do Chrystusa, pokochał Go, naśladował, był z Nim w każdym momencie Jego życia, od kołyski aż po grób, i dalej – by wkroczył z Nim w radykalizm nowego życia. Wyraźnie określa owoc kontemplacji czwartego tygodnia. To „łaska wesela i silnej radości”.

    Ignacy daje też dodatkowe wskazania pomocne w osiągnięciu radości paschalnej. Ten, który pragnie spotkać Chrystusa, powinien „pamięcią i myślą ogarniać rzeczy, które pobudzają do zadowolenia, wesela i radości duszy, np. chwałę w niebie”. Są też inne zalecenia. Jedne dotyczą wspomnień, inne… uważnej obserwacji przyrody. Radość rodzi się ze spotkania i odkrycia bóstwa Chrystusa, które, ukryte w męce, po zmartwychwstaniu jaśnieje niezwykłym blaskiem. Nie jest jednak oderwana od doświadczenia życiowego. Ignacy zachęca do wspomnienia pozytywnych doświadczeń międzyludzkich, momentów wesela, rozmów z przyjaciółmi, które wniosły w życie sporą dawkę dobra. Innym środkiem pomocnym w uzyskaniu radości paschalnej ma być korzystanie „z blasku dnia i z miłych stron pór roku, np. ze świeżości na wiosnę albo ze słońca i ciepła zimą…”. Uwaga poświęcona naturalnemu otoczeniu ma pomóc w dojściu do celu, którym jest „radowanie się w Stworzycielu i Odkupicielu swoim” (CD 229c). W tym punkcie wyraźnie widać, że kontemplacja dla Ignacego nie jest próbą przyswojenia abstrakcyjnych treści. Chodzi raczej o wejście w logikę daru, zwrócenie uwagi na tak prozaiczne sprawy jak jakość międzyludzkich relacji czy warunki atmosferyczne. W drodze do Boga pomocne może być wszystko.

    Radość jak zaczyn

    Pisząc książeczkę ćwiczeń, Ignacy miał jasną wizję drogi chrześcijańskiej. Jej istotnym elementem jest radość. Jak ją rozumiał? „Zajmujemy się tutaj paschalną radością, radością właściwą Wielkanocy, która wytryskuje z jeszcze bardziej fundamentalnej łaski, łaski wiary i miłości czyniącej zmartwychwstałego Chrystusa, choć się Go nie widzi, samym rdzeniem istnienia wierzącego” – pisze Michael Ivens, jezuita, w książce „Przewodnik po Ćwiczeniach Duchowych”. Dodaje też, że chodzi o rzeczywiste spotkanie ze Zmartwychwstałym. On wnosi w świat i w życie wierzącego radykalną nowość, nadzieję i radość. On daje siłę, impuls do prowadzenia apostolskiej misji, pocieszenie pośród trudności. Udzielony przez niego dar radości wzmacnia zwykłe radości życia, choć różni się od nich znacząco. Jest jak „zaczyn subtelnie przenikający smutek czy ociężałość, które w danej chwili trzeba znieść”.

    Obserwacja i uczestnictwo

    Za pomocą wyobraźni modlący się wkracza w ewangeliczną scenę, by stanąć w centrum wydarzeń. Jest i obserwatorem, i uczestnikiem. Czuje, przeżywa, słyszy ton głosu. Oddycha klimatem danej sceny. Nic nie umyka jego uwadze. Jest cały w tym, co rozważa, a przez to otwiera się na wewnętrzne poruszenia.

    Ignacy miał świadomość, że ta forma modlitwy zawiera wiele subiektywnych elementów. W modlitwie chodzi jednak o coś znacznie głębszego. Wydarzenia zbawcze są punktem wyjścia do odkrycia ich znaczenia w życiu wierzącego. Ignacy świadomie wprowadził element subiektywny, aby stworzyć warunki dla spotkania i przez to dopuścić Zmartwychwstałego do życia tego, który się modli.

    Metoda zalecana przez Ignacego to droga wewnętrznego poznania. Inny typ „uczenia się Jezusa”. Uzupełnia teologiczną refleksję oraz studia Pisma Świętego. Pozwala wejść w świat, do którego rozum ma ograniczony dostęp.

    W jaki sposób Piotr Faber, jeden z pierwszych towarzyszy Ignacego, wprowadził ją w życie? Jakie ślady pozostawiała w jego sercu?

    Pobożność dla zadowolenia?

    Wigilia Paschalna 1543 roku. Piotr Faber, jezuita, przebywa w Niemczech. Od chwili, gdy Marcin Luter przybił do drzwi katedry w Wittenberdze swoje tezy, minęło ponad 20 lat. Piotr jest przekonany, że reforma Kościoła nie dokona się inaczej jak przez odnowę duchową. Uformowany w szkole ćwiczeń duchowych przez Ignacego, notuje w swoim dzienniku jedno z wewnętrznych doświadczeń: „Zrodziły się we mnie dobre myśli o tych dwóch artykułach wiary: »Umęczon pod Ponckim Piłatem, ukrzyżowan, umarł i pogrzebion, zstąpił do piekieł, trzeciego dnia zmartwychwstał«. Kiedy myślałem o tym, wzbudziło się we mnie pragnienie, by coś wycierpieć dla Chrystusa, dźwigać swój krzyż codziennie, umrzeć dla grzechu i dla świata”. Dalej pisze o pragnieniu życia w Chrystusie. Chce zmartwychwstać „z nowym duchem i nowym ciałem”. W opisie duchowych doświadczeń używa języka przenikniętego Biblią. Piotr przeżywa ogromny pokój ducha. W Wielki Piątek rozważał mękę Chrystusa i doświadczał wielkich strapień, myśląc o własnej niedoskonałości. Notował, że w jego działaniach dominowały nieporządek, lenistwo i brak duchowej przenikliwości. Teraz, w Wigilię Paschalną, rozważając zstąpienie Chrystusa do otchłani i Jego zmartwychwstanie, doświadcza wielkiego pokoju. Gotów jest znosić wszelkie przeciwności dla Chrystusa. Ma świadomość, że Zmartwychwstały ogarnia Jego życie.

    Także w Niedzielę Zmartwychwstania doznaje wielkich pocieszeń. Zaskakująco brzmi ten fragment, w którym pisze, że nie towarzyszyła mu wówczas pobożność. Piotr znajduje wyjaśnienie. Jest przekonany, że i ten brak wpisuje się w duchową drogę wyznaczoną mu przez Boga. „Często pragnąłem pobożności dla własnego zadowolenia i dla zbudowania bliźniego, szukając w tym samego siebie, albo przynajmniej było w tym trochę nieuporządkowania co do intensywności pragnienia, jakie się we mnie budziło”. Wie, że to nie wewnętrzne uczucia, ale czysta wiara jest w stanie ukierunkować jego życie i doprowadzić je do upragnionego celu. Żarliwie prosi Boga, „przez Jezusa Chrystusa, który powstał z martwych, aby dzięki Jego łasce mógł pewnego dnia zobaczyć swoje ciało, swoją duszę i swego ducha uwielbione ku chwale Boga, z którego, przez którego i w którym mieszka cała łaska, chwała i całe naturalne dobro”.

    Piotr modli się, aby wszyscy w święto Zmartwychwstania zostali napełnieni łaskami. Prosi o konkretne dary. „Prosiłem o pewne uzdolnienia dla mego ducha: aby użyczono mi łaski, bym dla czynienia dobra i znoszenia zła był na przyszłość bardziej zręczny, bardziej przenikliwy i przejrzysty oraz mniej wrażliwy na zło”.

    Doświadczyć wolności

    Owocne przeżycie świąt przez Piotra, pragnienia wzbudzone pod wpływem kontemplacji spotkań ze Zmartwychwstałym gasną jednak, jak się zdaje, dzień później. W Poniedziałek Wielkanocny Faber zapisuje, że powrócił „do swego zwyczajnego już krzyża”. Wymienia trzy przyczyny smutku: brak odczuwania znaków Bożej miłości „tak, jak by mi się to podobało”, doświadczenie słabości, „oznak starego Adama bardziej, niżby tego pragnął” oraz poczucie braku wpływu na innych ludzi, „przynoszenia w bliźnich owoców, jakich by pragnął”. Trzy udręki, które dają o sobie znać tuż po świętach. Jednak refleksja nad własnym duchowym stanem prowadzi go do doświadczenia wolności. Piotr jest przekonany, że w Wielkanoc 1543 roku zostały mu udzielone trzy wielkie dary. Pierwszy to odkrycie, że pokój rodzi się z uporządkowanej pobożności, szukania Boga, a nie skupienia na Jego darach. Drugi związany jest z wolnością wobec niedoskonałości, „pawłowego ościenia”, którego spotkanie ze Zmartwychwstałym nie usunęło. I po trzecie – zgoda na brak zewnętrznych owoców, uznania i pochwał.

    Czy i my, zachłanni ludzie XXI wieku, nie potrzebujemy podobnego uporządkowania, wewnętrznej wolności i zgody na życie?

    ks. Rafał Bogacki /Gość Niedzielny

    ______________________________________________________________________________________________________________

    WTOREK 2 KWIETNIA 2024

    XIX ROCZNICA “ODEJŚCIA DO DOMU OJCA”

    ŚW. JANA PAWŁA II

    Bazylika Mniejsza w Wadowicach widziana z ulicy Kościelnej, na której stoi dom rodzinny Papieża Jana Pawła II-go.
    Na ścianie Bazyliki Mniejszej NAJŚWIĘTSZEJ MARYI PANNY w Wadowicach znajduje się zegar słoneczny, który Karol Wojtyła oglądał codziennie z okien swojego mieszkania. Oto jego słowa, które wypowiedział był na wadowickim rynku: „A dom był tutaj, za moimi plecami, przy ulicy Kościelnej. Kiedy patrzyłem przez okno, widziałem na murze zegar słoneczny i napis: „Czas ucieka, wieczność czeka”. Po śmierci św. Jana Pawła II dopisano datę: „2 kwietnia 2005”. Inskrypcja została wpisana między godziny oznaczone rzymskimi cyframi XI i X. Ma to symbolizować godzinę 21.37, tę, w której odszedł Jan Paweł II do Domu Ojca.(fot. ze strony: muzeum JPII)
    Jan Paweł II zamieszkał tu na stałe
    Rodzinny dom Karola Wojtyły w Wadowicach – widok na zegar słoneczny na ścianie kościoła parafialnego
    fot. Henryk Przondziono/Gość Niedzielny

    ________________________________________________________________________

    Jan Paweł II – odchodzenie Pasterza

    Sample

    fot. East News

    ***

    2 kwietnia przypada 19. rocznica śmierci Jana Pawła II. Z tej okazji z publikujemy kilkadziesiąt faktów i opinii związanych z odchodzeniem Papieża.

    Podczas ostatniej, jak miało się okazać, pielgrzymki do Polski, w 2002 r., papież „pożegnał się” z drogimi mu miejscami z młodości. Przejechał obok domu przy Tynieckiej, gdzie mieszkał wraz z ojcem po przyjeździe do Krakowa, przed kościołem św. Floriana, gdzie był duszpasterzem młodzieży, ponadto nawiedził grób rodziców, opactwo w Tyńcu i klasztor kamedułów na krakowskich Bielanach. Papieski helikopter przeleciał nad rodzinnymi Wadowicami i ukochanymi Tatrami…

    Jan Paweł II zaczął pisać testament już pół roku po rozpoczęciu pontyfikatu – w marcu 1979 r. Tekst uzupełniał siedmiokrotnie, zawsze w czasie rekolekcji wielkopostnych. Ostatni zapis nosi pochodzi z roku 2000. W tym niezwykłym, bardzo osobistym dokumencie papież z wdzięcznością wspomina rodziców, rodzeństwo, ludzi związanych z bliskimi mu miejscami: Wadowicami, szkołą podstawową, gimnazjum, uniwersytetem, fabryką, Niegowicią, kościołem św. Floriana… „Wszystkim im pragnę powiedzieć jedno: «Bóg Wam zapłać!»”. Ten niezwykle prosty dokument kończą przywołane po łacinie słowa Chrystusa: „w ręce Twoje Panie oddaję ducha mego”.

    Ostatnią niedzielą w życiu papieża była Niedziela Wielkanocna 27 marca 2005. Tego dnia w południe chory Papież podszedł do okna swojego apartamentu, żeby z tego miejsca pozdrowić rzesze wiernych i turystów zgromadzone na Placu św. Piotra i udzielić tradycyjnego błogosławieństwa Urbi et Orbi (Miastu i światu). Nie był już jednak w stanie wypowiedzieć żadnego słowa, jedynie pobłogosławił wiernych.

    Świadomość wzrastających ograniczeń fizycznych, niewątpliwie potęgowała cierpienie papieża. Na niespełna tydzień przed śmiercią wyznał swojemu otoczeniu: jeśli nie mogę być z ludźmi, jeśli nie mogę celebrować Mszy św. w tak wielkie święto jak Wielkanoc, jeśli nie mogę przemówić, to lepiej, żebym odszedł.

    Jan Paweł II doskonale zdawał sobie sprawę z tego, że umiera. W ostatnim dniu chciał mieć dużo spokoju. Poprosił, aby mu czytać Ewangelię św. Jana a wieczorem zwrócił się do najbliższych, żeby odprawili przy jego łóżku Mszę św. i przyjął jeszcze parę kropel Eucharystii, po czym stopniowo tracił świadomość.

    Papież zmarł 2 kwietnia 2005 r. w wieku 84 lat. Śmierć nastąpiła o 21. 37. Przy łożu Jana Pawła II umierającego w papieskich apartamentach byli jego najbliżsi współpracownicy m.in.: abp Stanisław Dziwisz osobisty sekretarz papieża, ks. prof. Tadeusz Styczeń, jego uczeń z KUL, ks. prałat Mieczysław Mokrzycki i opiekujące się Janem Pawłem II na co dzień siostry sercanki. Obecna była także dr Wanda Półtawska, którą z ks. Wojtyłą łączyła wieloletnia współpraca i przyjaźń.

    Na dwa dni przed śmiercią Jan Paweł II zawierzył Kościół i świat Bożemu Miłosierdziu. W specjalnym telegramie z 31 marca 2005 na uroczystość Bożego Miłosierdzia w Łagiewnikach r., napisał m.in. „Pragnę ponownie zawierzyć tej Miłości Kościół i świat, wszystkich ludzi na całym okręgu ziemi, a także siebie samego w mojej słabości”. Telegram został odczytany w sanktuarium nazajutrz po śmierci papieża, w niedzielę 3 kwietnia.

    Pontyfikat 264. następcy św. Piotra trwał 26 lat 5 miesięcy i 16 dni i był trzecim co do długości w historii papiestwa – po św. Piotrze i Piusie IX. W audiencjach generalnych u Jana Pawła II uczestniczyło w sumie około 18 milionów osób.

    Przejmujący opis ostatnich chwil Jana Pawła II przekazał kilka dni po jego śmierci obecny przy nim do końca ks. prof. Tadeusz Styczeń. „Byłem świadkiem, jak podnosił ręce (…) jak gdyby wołał pasterza, ponieważ ja chcę być do końca według miary mierzonej przez Ojca mojego. (…) ta twarz pojawiła się nieoczekiwanie jako twarz kogoś uśmiechniętego (…). Uśmiech, który jak gdyby nie konał, ale pozostawał żywy, coraz bardziej wymowny”.

    Zgodnie z tradycją towarzysząca pochówkom papieży, do trumny z ciałem Jana Pawła II włożono – zapieczętowany w specjalnej metalowej tubie – napisany po łacinie jego krótki życiorys. Początek tego dokumentu, zwanego „rogito”, brzmi: „W świetle Chrystusa zmartwychwstałego, 2 kwietnia roku Pańskiego 2005, o godzinie 21:37 wieczorem, gdy sobota dobiegała kresu i weszliśmy już w Dzień Pański w Oktawie Wielkanocy i Niedzielę Bożego Miłosierdzia, umiłowany Pasterz Kościoła Jan Paweł II przeszedł z tego świata do Ojca. Jego odejściu towarzyszył modlitwą cały Kościół, zwłaszcza młodzież”.

    Jan Paweł II, dzień przed śmiercią, pożegnał się ze swoim najbliższym otoczenie pisząc, z pomocą arcybiskupa Dziwisza, na niewielkiej karteczce: „Jestem radosny, wy także bądźcie. Módlmy się razem z radością. Wszystko powierzam Pannie Maryi”.

    „Gdy zaś nadejdzie chwila ostatecznego «przejścia», pozwól, abyśmy umieli ją powitać z pokojem w sercu, nie żałując niczego, co przyjdzie nam porzucić” – napisał Jan Paweł II w ułożonej przez siebie w 1999 r. modlitwie, zamieszczonej w „Liście do osób w podeszłym wieku”.

    Czas umierania papieża spowodował olbrzymie zainteresowanie mediów, nieporównywalne bodaj z żadnym innym wydarzeniem w dziejach świata. Nie jest tajemnicą, że światowe stacje telewizyjne już na wiele miesięcy wcześniej wyłożyły ogromne pieniądze za prawo do ustawienia kamer w miejscach, z których roztaczał się dogodny widok na Plac św. Piotra.

    Poprzez fakt, że w ostatnich dniach życia papieża Jan Paweł II był absolutnym tematem nr 1 w mediach na całym globie, miliony ludzi na całym świecie mogły nie tylko na bieżąco śledzić rozwój sytuacji ale też modlić się w intencji papieża w poczuciu solidarności z wiernymi i turystami gromadzącymi się na Placu św. Piotra.

    Świadectwo jakie dał światu umierający Jan Paweł II nazwano jego „piętnastą encykliką”. Powszechnie zwracano uwagę, że pomimo ciężkiej choroby chciał wypełnić swa misję do końca; że (w przeciwieństwie do dotychczasowych obyczajów watykańskich) nie czynił ze swojej choroby tajemnicy że z niezwykłym spokojem przyjmował nadchodzący kres życia, zachęcając otoczenie, by pozostawało radosne bo on sam zachowuje radość.

    „Szukałem was, a teraz wy przyszliście do mnie i za to wam dziękuję” – wyszeptał na łożu śmierci Jan Paweł II, gdy dowiedział się, że na Plac św. Piotra przybyły rzesze młodych ludzi by modlić się w jego intencji.

    „Umierający Jan Paweł II przypominał mi Chrystusa, z tą różnicą, że Chrystus na krzyżu mógł mówić, Papież zaś odchodził w milczeniu” – powiedział na kilka dni przed śmiercią papieża doktor Renato Buzzonetti. Włoski lekarz towarzyszył mu od początku pontyfikatu aż do ostatnich chwil.

    Ostatnie w swoim życiu nabożeństwo Drogi Krzyżowej, ciężko chory papież odprawił w Wielki Piątek, 25 marca 2005 w swojej prywatnej kaplicy, obserwując na ekranie telewizora transmisję z tradycyjnej Drogi Krzyżowej w Koloseum. Pod koniec nabożeństwa papież wziął w dłonie duży, drewniany krzyż. Fotografie, na których uwieczniono te chwile, należą do najbardziej znanych zdjęć całego pontyfikatu.

    Podczas ostatniego w życiu pobytu w klinice Gemelli, Jan Paweł II przeszedł 24 lutego operację tracheotomii. Zabieg miał pomóc papieżowi w oddychaniu. Stan papieża rzeczywiście poprawił się, ale – co jest naturalnym skutkiem takiego zabiegu – papież na początku utracił głos, choć po kilku dniach, choć z trudem, porozumiewał się z otoczeniem.

    „Jan Paweł II na nowym etapie swojego cierpienia wkroczył na drogę męki Chrystusa” – mówił kard. Joseph Ratzinger wkrótce po tym, jak papież przeszedł operację tracheotomii. Ocenił wówczas, że milczenie papieża ma swój sens i Jan Paweł II jest gotowy w inny sposób przekazywać decyzje i komunikować się. Kardynał, który półtora miesiąca później miał zostać następca chorego papieża podkreślił, że symbolem długiego pontyfikatu Jana Pawła II jest cierpienie, które stanowi jedyne w swoim rodzaju przesłanie. „Również na drodze swojego cierpienia papież wiele ludziom powiedział i ofiarował”.

    Śmiertelnie chory Jan Paweł II zdążył jeszcze zobaczyć swoją świeżo wydaną książkę „Pamięć i tożsamość”. Pierwsze egzemplarze wręczył papieżowi 9 marca w klinice Gemelli prezes Społecznego Instytutu Wydawniczego Znak, Henryk Woźniakowski. Wedle jego relacji papież położył rękę na okładce, pogłaskał ją i powiedział: „Niech teraz idzie między ludzi”. W późniejszych dniach, na życzenie Jana Pawła II opiekujące się nim osoby czytały mu tę książkę na głos.

    W 1989 i 1994 roku Jan Paweł II napisał dwa listy, w których wyraził gotowość ustąpienia z powodu ciężkiej choroby lub innej przeszkody, uniemożliwiającej pełnienie posługi (treść dokumentów ujawniono pięć lat po śmierci papieża). W liście z 15 lutego 1989 roku napisał: „(…) w przypadku choroby (…), która nie pozwoliłaby mi skutecznie pełnić mojej posługi apostolskiej, bądź w przypadku, gdyby inna poważna i długotrwała trudność była w tym również przeszkodą, zrezygnuję z mego świętego i kanonicznego urzędu, zarówno jako Biskupa Rzymu, jak i Głowy świętego Kościoła katolickiego, na ręce Księdza Kardynała Dziekana Kolegium Kardynalskiego (…)”. W drugim liście, 74-letni wówczas papież napisał: „(…) pozostawiłem na piśmie moją wolę rezygnacji ze świętego i kanonicznego urzędu Rzymskiego Papieża w przypadku choroby, która byłaby uznana za nieuleczalną i która uniemożliwiałaby [skuteczne] pełnienie funkcji posługi Piotrowej”.

    We wrześniu 1981 r. Papież napisał specjalne przesłanie na temat zamachu, które miał odczytać podczas audiencji generalnej. Zaznaczył w nim, że swoje słowa kieruje „również do tego mojego brata, który 13 maja chciał pozbawić mnie życia, a chociaż do tego nie doszło, przyczynił się on do licznych ran, które musiałem leczyć przez wiele miesięcy”. Papież zapewnił, że przebaczył sprawcy już w karetce, która wiozła go po zamachu i dodał: „Akt przebaczenia jest pierwszym i podstawowym warunkiem, abyśmy my, ludzie, nie byli nawzajem podzieleni i stanęli jeden przeciwko drugiemu, jak nieprzyjaciele”. Ostatecznie zrezygnował z odczytania tego tekstu, uznając, że nie byłoby to właściwe z powodu toczącego się śledztwa w sprawie zamachu.

    Przed zamknięciem drewnianej trumny z ciałem Jana Pawła II nastąpił obrzędem przykrycia jego twarzy białym welonem. Towarzyszyła temu modlitwa do Pana życia i śmierci: „Wierzymy, że życie Jana Pawła II jest obecne w Tobie. Jego twarz, nieoświetlona już światłem tego świata niech będzie na zawsze oświetlona Twoim, wiecznym i niewyczerpanym Światłem. Jego Twarz, która badała Twoje szlaki, żeby wskazać je Kościołowi, niech cieszy się Twoją łaską. Jego twarz, której my już nie będziemy oglądać, niech cieszy się Twoją obecnością”.

    Jan Paweł II został pochowany w miejscu, gdzie do 2001 r. był grobowiec Jana XXIII. Trumnę z ciałem tego papieża przeniesiono w związku z jego beatyfikacją (3 września 2000) do bazyliki św. Piotra.

    Pogrzeb Jana Pawła II, który miał miejsce 8 kwietnia 2005 roku w Rzymie, stał się największym w dziejach świata zgromadzeniem najważniejszych przedstawicieli globu. W pożegnaniu papieża Wojtyły wzięło udział dwieście oficjalnych delegacji z szefami państw i rządów oraz przedstawicielami rodów królewskich i książęcych, przywódcami wyznań i religii z całego świata i szefami największych organizacji międzynarodowych.

    Liturgii pogrzebowej Jana Pawła II przewodniczył dziekan kolegium kardynalskiego, kard. Joseph Ratzinger, a wraz z nim koncelebrowało 160 kardynałów i patriarchowie wschodnich Kościołów oraz kilkumilionowa rzesza wiernych ze wszystkich stron świata. W homilii podczas Mszy za duszę papieża kard. Ratzinger powiedział: „Możemy być pewni, że nasz umiłowany Papież jest obecnie w oknie domu Ojca niebieskiego, widzi nas i nam błogosławi”.

    To właśnie Jan Paweł II „sprowadził” kard. Josepha Ratzingera, późniejszego Benedykta XVI, do Watykanu. 25 listopada 1981 r. dotychczasowy metropolita Monachium i Fryzyngi został mianowany prefektem Kongregacji Nauki Wiary. Stał się jedną z najbardziej wyrazistych postaci Watykanu i „strażnikiem doktryny” podczas całego niemal pontyfikatu papieża Wojtyły.

    Podczas uroczystości pogrzebowej na Placu św. Piotra, zgodnie z tradycją trumna z ciałem papieża spoczęła nie na katafalku, lecz na dywanie rozłożonym na kamiennych schodach bazyliki. Przed pochówkiem w grotach watykańskich, trumnę cyprysową umieszczono w drugiej, metalowej i ocynkowanej. Na obydwu umieszczono pieczęcie urzędów watykańskich. Do środka włożono medale pamiątkowe pontyfikatu. Ciało Jana Pawła II zostało złożone do grobu 8 maja o 14. 20.

    Tomasz Królak/e-Kai

    ____________________________________________________________________________________

    Wykonało się Jana Pawła II

    Wykonało się Jana Pawła II

    East News/Se/Sebastian Musioł/Gość Niedzielny

    ***

    Jego śmierć była jak pieczęć potwierdzająca dokonane dzieło. Życie spełnione i wierne aż po ostatnie „Amen”. Umierający Jan Paweł II mógł bez wątpienia powtórzyć za Ukrzyżowanym: „Wykonało się!”.

    Ostatnie słowa Jezusa – ostatnie słowa Jana Pawła II. Czy wolno pozwolić sobie na takie zestawienie? Wolno, a może nawet trzeba. Papież powtarzał przecież, że człowieka nie można zrozumieć bez Chrystusa. Tym bardziej tego człowieka nie można zrozumieć bez Chrystusa.

    Jakie życie, taka śmierć

    Umieranie Jana Pawła II było i pozostanie doświadczeniem bardzo osobistym dla wielu ludzi na całym świecie, nie tylko dla wierzących. Pewnie dlatego, że Papież z Polski miał niezwykły dar komunikacji. Budował osobistą więź. Nawet kiedy spotykał się z ludźmi w tłumach, nawiązywał kontakt z każdą osobą. Kiedy stałem na Placu św. Piotra wpatrzony w okna pokoju Papieża, miałem wrażenie, jakbym był tuż obok niego. Drugim uczuciem było poczucie jedności z wszystkimi, którzy są obok mnie, a także dalej w Polsce i na całym świecie. Byliśmy razem, jak rodzina żegnająca ukochanego Ojca. Aż żal, że te chwile jedności, zwłaszcza wśród Polaków są tak rzadkie. Pomimo ogromnej medialności tego wydarzenia, uszanowana została intymność śmierci. Bezpośrednich świadków ostatnich chwil Papieża było niewielu. Najbliżsi współpracownicy, przyjaciele. Pod krzyżem Chrystusa stało także niewielu, a przecież ta śmierć miała znaczenie uniwersalne. Śmierć Papieża poruszyła świat. Zostawiła ślad nie tylko w emocjach, łzach, wzruszeniu, ale doprowadziła wielu do przemiany życia, do nawrócenia.


    Jan Paweł II wygłosił w 1987 roku w katedrze wawelskiej przejmującą medytację o krzyżu w życiu św. Jadwigi Królowej. „Skąd się bierze ta władza? – pytał Papież. – Jaką ma moc, On, wyniszczony, skazany na swoją krzyżową agonię na tylu miejscach świata? Poprzez tę agonię, poprzez wyniszczenie, poprzez obraz skrajnej słabości, hańby i nędzy, przemawia moc: jest to moc miłości »aż do końca«”. Wielu dziennikarzy przybyłych do Rzymu nie rozumiało, co się dzieje. Dlaczego tylu ludzi? Skąd ta wyjątkowa atmosfera? Tyle modlitwy, skupienia, nadziei? I ani śladu rozpaczy? Papież umierał przytulony do krzyża Chrystusa. Dlatego zwyciężył. Mocą miłości „do końca”. Świadomość, że usta, które wypowiedziały tyle dobrych, mądrych, jasnych słów, za chwilę zamilkną, potęgowała oczekiwanie na słowa ostatnie. Watykański dokument, który ukazał się pół roku po śmierci Jana Pawła wspomina tylko o jednym zdaniu, które wypowiedział w agonii: „Pozwólcie mi odejść do domu Ojca”. Do świata przeciekały informacje także o innych słowach. Nikt tych wieści oficjalnie nie potwierdził, ale były one bez wątpienia w jego stylu.

    Słowa wyszeptane
    „Jestem radosny, wy też bądźcie” – tak napisał ponoć Jan Paweł II na karteczce podanej współpracownikom. To słowa nadziei większej niż cierpienie i śmierć. To jakby echo i potwierdzenie wyznania sprzed lat: „Głębokim pokojem napełnia mnie myśl o chwili, w której Bóg wezwie mnie do siebie z życia do życia! Dlatego wypowiadam często – i bez najmniejszego odcienia smutku – modlitwę: w godzinie śmierci wezwij mnie i każ mi przyjść do Siebie”. „Szukałem was, a teraz przyszliście do mnie, i za to wam dziękuję”. Podano, że Papież wyszeptał te słowa do młodzieży wieczorem 1 kwietnia. Może usłyszał modlitwę czy śpiew pod oknami, chyba czuł obecność młodych. Potwierdził, że kocha ich na śmierć i życie. Młodzież od razu odwzajemniła te słowa. Jak zawsze. Mówiono o nich nieustannie, wypisywano je na papieskich flagach, portretach, transparentach. Ojciec Góra z ekipą z Lednicy, stojąc w kolejce do Bazyliki św. Piotra, śpiewał je jak refren w litanii do Papieża.

    „Amen”. Taki był podobno ostatni szept umierającego Papieża. To słowo najmocniej kojarzy się z Jezusowym „Wykonało się”. W ustach Ukrzyżowanego to słowo było obwieszczeniem ukończenia dzieła, wypełnienia zadania. Było ostatecznym potwierdzeniem życia Chrystusa, które było całkowicie dla innych – dla Ojca i dla ludzi. Życie wydane, poświęcone, w służbie, w posłuszeństwie. Czyż ten Chrystusowy wzór nie był programem życia Jana Pawła? Życie Papieża wykonało się. Życie dobre, spełnione, domknięte. Jak ziarno rzucone w glebę świata, ziemię serc. Przyniosło, przynosi plon obfity.

    ks. Tomasz Jaklewicz/Gość Niedzielny

    _____________________________________________________________________

    Ostatnie przesłanie św. Jana Pawła II:

    „Zostań z nami, Panie…”

    fot. Eric Draper – whitehouse.gov/Wikipedia

    ***

    Podczas swoich ostatnich życzeń wielkanocnych papież Polak skierował przepiękne słowa przesłania do każdego z nas.

    Ostatnie życzenia Ojca Świętego i ostatnie przesłanie z roku 2005:

    Moi drodzy, prowadzeni przez liturgię, módlmy się do Pana Jezusa, aby świat zobaczył i uznał, że dzięki Jego męce, śmierci i zmartwychwstaniu to, co uległo zniszczeniu, zostaje odbudowane, to co było stare, odnawia się, i wszystko powraca — jeszcze piękniejsze — do swej pierwotnej doskonałości.

    Z całego serca składam wszystkim gorące życzenia i zapewniam o pamięci w modlitwie, aby zmartwychwstały Pan obdarzył każdego z was oraz wasze rodziny i wspólnoty paschalnym darem swego pokoju.

    Zostań z nami, Panie…
    Potrzebujemy Ciebie, zmartwychwstały Panie,
    także i my, ludzie trzeciego tysiąclecia!
    Zostań z nami teraz i po wszystkie czasy.
    Spraw, by materialny postęp ludów
    nigdy nie usunął w cień wartości duchowych,
    które są duszą ich cywilizacji.
    Prosimy Cię, wspieraj nas w drodze.
    W Ciebie wierzymy, w Tobie pokładamy nadzieję,
    bo Ty jeden masz słowa życia wiecznego.

    Stacja7.pl

    ________________________________________________________________________

    03.04.2005 – Rzym Watykan n/z Plac św. Piotra po śmierci papieża Jana Pawła II /fot.Tomasz Wierzejski

    ***

    „Nawróciłam się, kiedy umierał Jan Paweł II”

    Od tamtego momentu nie mam już żadnych wątpliwości: Bóg istnieje. I to właśnie Jemu, Karolowi, udało się mnie o tym przekonać. Właśnie wtedy, kiedy nie potrafił już mówić…

    Byłam ateistką. Ignorowałam Boga, Kościół, no i Papieża. Chociaż może mógł wydawać się jednym z nas, ja widziałam w nim starego uparciucha, który wierzył w coś, co zupełnie nie istnieje.

    „Nie wiem dlaczego zaczęłam śledzić te wiadomości”

    Potem docierały do mnie wiadomości, że Papież odchodzi z tego świata. Nie wiem dlaczego, ale zaczęłam śledzić wszystkie wiadomości i programy w telewizji. Widziałam plac św. Piotra pełen twarzy, łez. Ludzie modlili się na kolanach, młodzież śpiewała, skandowała jego imię. Czuło się atmosferę adoracji, zwycięstwa miłości nad śmiercią. Właśnie w tym momencie zaczęłam zastanawiać się, czy nie stoję czasami po złej stronie…

    A kiedy wiadomość o śmierci Papieża obiegła świat, powtarzałam w duchu tylko jedno zdanie: „Nie, nie, to nie może być prawdą, Boże mój, nie!”. Mając nadzieję, że zdarzy się cud, oczekiwałam na Jego postać, patrząc w papieskie okno. Chciałam powiedzieć Mu, że do tej pory byłam ślepa.

    Na koniec ten „stary uparciuch” zaprowadził mnie do Boga!

    Kiedy potwierdzono wiadomość o śmierci Jana Pawła II, nie potrafiłam już się opanować. Wybuchłam płaczem. Jeszcze dziś nie potrafię wytłumaczyć, co się ze mną stało. Odczuwałam taki straszny ból, co dla mnie samej było czymś niewyjaśnionym. Od tamtego momentu nie mam już żadnych wątpliwości: Bóg istnieje. I to właśnie Jemu, Karolowi, udało się mnie o tym przekonać. Właśnie wtedy, kiedy nie potrafił już mówić…

    Ile razy ignorowałam Jego nauki, a na koniec ten „stary uparciuch” zaprowadził mnie do Boga! Podczas Jego pogrzebu oddałam Mu się w opiekę, aby pomógł mi stawać się dobrą chrześcijanką. Jest świętym wszystkich, nawet tych, którzy podobnie jak ja odkryli zbyt późno, kim On jest naprawdę i ile miłości nam dał.

    Benedetta, Włochy


    Świadectwo pochodzi z książki „100 cudów na 100-lecie urodzin Jana Pawła II” Wydawnictwa św. Stanisława BM, zawierającej historie nawróceń, odzyskanego zdrowia, daru potomstwa – które swoją modlitwą wyprosił u Boga św. Jan Paweł II.


    Kardynał Angelo De Donatis zaprasza wiernych do udziału we Mszy świętej w 10 rocznicę kanonizacji św. Jana Pawła II

    Samplefot. Moisés Becerra / Cathopic

    ***

    Do czynnego udziału we Mszy św. sprawowanej pod przewodnictwem dziekana Kolegium Kardynalskiego, kard. Giovanniego Battisty Re 27 kwietnia o godz. 17.00 w 10 rocznicę kanonizacji św. Jana Pawła II w bazylice Świętego Piotra zachęcił wiernych i duchowieństwo Wiecznego Miasta, kard. Angelo De Donatis. Wikariusz Ojca Świętego dla Rzymu zaapelował do nich, „aby raz jeszcze zademonstrowali miłość diecezji do swego biskupa”.

    Kard. De Donatis przypomniał o słowach prośby wypowiedzianej przez papieża z Polski podczas pierwszej prywatnej audiencji dla ówczesnego kardynała wikariusza – Ugo Polettiego, aby pomógł mu poznać Rzym, jego rzeczywistość chrześcijańską, duchową, ludzką i cywilną. Zaznaczył, że od tej chwili rozpoczęła się miłość Ojca Świętego do jego diecezji, która stawała się coraz silniejsza z upływem każdego dnia. „Możemy powiedzieć z absolutną pewnością, że święty Jan Paweł II bardzo kochał Rzym i jego mieszkańców, a Wieczne Miasto zdecydowanie odwzajemniało tę miłość!” – stwierdził purpurat. Przypomniał, że świadczą o niej liczne wizyty w rzymskich parafiach. „W ciągu ponad 26 lat pontyfikatu papież Wojtyła odwiedził aż 301 parafii, a gdy w 2002 r. stan zdrowia nie pozwalał mu już na zbyt częste wędrówki po mieście, zaczął zapraszać wspólnoty parafialne do Watykanu: 16 wspólnot przybyło do Auli Pawła VI” – podkreślił papieski wikariusz dla Rzymu.

    „Miał zdolność wsłuchiwania się zarówno w radości, jak i niepokoje, których doświadczał lud Boży, poprzez konkretność życia parafialnego, aby następnie sformułować odpowiedzi wykraczające poza lokalne realia. W ten sposób parafie odwiedzone przez Papieża stały się prawdziwą Katedrą Piotrową, z której można było usłyszeć głos Biskupa Rzymu jako Pasterza Kościoła Powszechnego” – stwierdził kard. De Donatis. Zaznaczył, że 27 kwietnia kapłani, którzy wyrażą taką wolę będą mogli wziąć udział w koncelebrowanej Mszy św., przynosząc ze sobą albę i stułę.

    e-Kai/Vatican

    ______________________________________________________________________________________________________________

    WTOREK 2 KWIETNIA 2024

    * PIĄTY DZIEŃ NOWENNY DO BOŻEGO MIŁOSIERDZIA

    ______________________________________________________________________________________________________________

    ŚRODA 3 KWIETNIA 2024

    * SZÓSTY DZIEŃ NOWENNY DO BOŻEGO MIŁOSIERDZIA

    ***

    3 kwietnia 33 r. – dzień, w którym umarł Jezus

    Data śmierci Jezusa to zapewne 3 kwietnia 33 r.

    fot. Eyepix / NurPhoto / AFP

    ***

    Pięć dni temu, w Wielki Piątek, obchodziliśmy liturgiczną pamiątkę śmierci, która przyniosła wybawienie całej ludzkości. A dzisiaj prawdopodobnie wypada rocznica historyczna. Data śmierci Jezusa to zapewne 3 kwietnia 33 r.

    Liturgia i historia

    Wielkanoc jest świętem ruchomym (wypadającym, jak niedawno pisaliśmy, w terminie między 21 marca a 25 kwietnia), a więc wcześniejszy o trzy dni Wielki Piątek również ma w różnych latach różne daty, które może dzielić maksymalnie aż 34 dni.

    Ale nie zapominajmy, że ukrzyżowanie Jezusa Chrystusa miało miejsce w konkretnym miejscu i czasie. Kiedy? Najbardziej prawdopodobna data to 3 kwietnia 33 r. n.e. Tak wynika z opublikowanego w 1983 r. w piśmie naukowym Nature artykułu Colina J. Humphreys i W. G. Waddingtona. Badacze przedstawili tam wnioski z analizy świątynnego kalendarza żydowskiego, danych astronomicznych, zapisków historycznych (przede wszystkim kroniki historyka żydowskiego Józefa Flawiusza) i informacji podanych w Biblii.

    Pod Ponckim Piłatem

    Jezus został zamordowany – jak czytamy w Piśmie Świętym i jak powtarzamy w Credo – w czasie, kiedy prokuratorem Judei był Poncjusz Piłat. Czyli wydarzyło się to między 26 a 36 r. n.e.

    Jak wiemy z czterech Ewangelii, Pan Jezus skonał na krzyżu w piątek, dzień przed żydowskim świętem Paschy, czyli 14. lub 15. dnia miesiąca nisan (badacze nie są w tej kwestii zgodni). Zgodnie z żydowskim zwyczajem dzień zaczyna się i kończy zachodem słońca, które wiosną w Izraelu ma miejsce – „przekładając” to nasz zegar – około godziny 19.

    Pan Jezus umarł około godziny 15. Świętowanie Paschy zaczynano od rytualnego zabicia baranka, które zwykle miało miejsce między godziną 15 a 17 . Kiedy wschodził księżyc (tej nocy zawsze była pełnia), rozpoczynała się wieczerza paschalna.

    Pięć możliwych dat

    14 dzień miesiąca nisan w latach 26-36 wypadł w piątek tylko trzy razy: 11 kwietnia 27 r., 7 kwietnia 30 r. i 3 kwietnia 33 r. Natomiast 15 dzień nisan – 23 kwietnia 34 r. lub w wyjątkowych okolicznościach (kiedy z powodu złych zbiorów zarządzano rok przestępny i dodawano jeden miesiąc do kalendarza) – 11 kwietnia 27 r.

    Kwiecień roku 27 to zbyt wcześnie z dwóch powodów. Jan Chrzciciel rozpoczął swoją działalność w 28 lub 29 r., ponieważ czytamy: „Było to w piętnastym roku rządów Tyberiusza Cezara…” (Łk 3,1-2). Chrzest Jezusa w Jordanie nie mógł więc mieć miejsca przed 28 r. Po drugie z niektórych zapisów Ewangelii według św. Łukasza wynika, że Piłat był już prokuratorem Judei przez jakiś czas przed ukrzyżowaniem Jezusa, bo Jezus podczas swojej publicznej działalności, w czasie jednej z podróży do Jerozolimy, usłyszał „o Galilejczykach, których krew Piłat zmieszał z krwią ich ofiar” (Łk 13,1).

    Z kolei rok 34 jest datą zbyt późną. Rok ten uważa się za datę nawrócenia św. Pawła, na co wskazują również dane z Jego listu do Galatów (Ga 1,18; 2,1). Ponadto 15. dzień nisan wypadłby w piątek 34 r. tylko wtedy, gdyby do kalendarza tego roku został wprowadzony dodatkowy miesiąc przestępny – a na to nic nie wskazuje.

    A więc dwie możliwe daty śmierci naszego Pana Jezusa Chrystusa to: 7 kwietnia 30 r. lub 3 kwietnia 33 r. Tę pierwszą należy wykluczyć z powodu wspomnianego terminu rozpoczęcia działalności Jana Chrzciciela najwcześniej jesienią 28 r. Z Ewangelii według św. Jana wiemy bowiem, że Jezus w czasie swojej publicznej działalności obchodził trzy razy święto Paschy.

    Zostaje jedna data – piątek, 3 kwietnia 33 r. A więc dziś wypada 1991. rocznica śmierci, która przyniosła zbawienie całej ludzkości.

    Zaćmienie i krwawy księżyc

    Jest jeszcze jedna przesłanka potwierdzająca tę opcję. W Dziejach Apostolskich czytamy, że w dzień Zesłania Ducha Świętego, czyli kilka tygodni po śmierci Jezusa, św. Piotr w słynnej mowie do swoich współbraci Żydów powiedział im, że na ich oczach spełniła się przepowiednia proroka Joela: „Słońce zamieni się w ciemności, a księżyc w krew, zanim nadejdzie dzień Pański, wielki i wspaniały” (Dz 2,14-20). Piotr z pewnością wspomina tu o trzech godzinach ciemności, które zapadły nad Jerozolimą w czasie ukrzyżowania Jezusa, oraz późniejszym zaćmieniu księżyca, które na ziemi jest obserwowane właśnie jako czerwona barwa księżyca.

    W latach 26-36 w Jerozolimie miało miejsce jedno częściowe zaćmienie księżyca – 3 kwietnia 33 roku! Zaczęło się ono ok. godz. 18.20 (gdy księżyc był tuż nad horyzontem i gdy pobożni żydzi szczególnie intensywnie mu się przyglądali, czekając na sygnał do rozpoczęcia wieczerzy) i trwało ok. 30 minut.

    Ustalenia dotyczące prawdopodobnej historycznej daty śmierci Jezusa niczego nie zmieniają w liturgii Kościoła ani – tym bardziej – w naszej wierze. Ale może warto w tym dniu, w którym zapewne dokonało się nasze zbawienie, jeszcze raz westchnąć do Pana i podziękować Mu za to, że z miłości do nas przyszedł na świat, umarł za nas i nas wybawił?

    Joanna Operacz/Aletaia.pl

    ______________________________________________________________________________________________________________

    4 KWIETNIA – PIERWSZY CZWARTEK MIESIĄCA

    * ŚIÓDMY DZIEŃ NOWENNY DO BOŻEGO MIŁOSIERDZIA

    This image has an empty alt attribute; its file name is image-2-e1673870873179-1024x683.png

    KAPLICA IZBA JEZUSA MIŁOSIERNEGO – 4 PARK GROVE TERRACE, GLASGOW G3 7SD

    MSZA ŚW. W KAPLICY IZBIE JEZUSA MIŁOSIERNEGO O GODZ. 19.00

    PO MSZY ŚW. – GODZINA ŚWIĘTA W INTENCJI KAPŁANÓW

    Adoracja Najświętszego Sakramentu

    fot. Opoka.pl

    ***

    “Dzieło Duchowej Adopcji Kapłanów powstało po to, by zrzeszać ludzi pragnących wspierać kapłanów w ich posłudze, przede wszystkim poprzez modlitwę, ofiarowanie cierpień duchowych lub fizycznych, czy udział we Mszy Świętej. Gorąco wierzymy, że nasze modlitwy przyczynią się do wzrostu wiary kapłanów oraz rozpalania charyzmatu ich powołania, przez co staną się lepszymi głosicielami Słowa Bożego i szafarzami Sakramentów”.

    Dobry pasterz, pasterz według Bożego serca, jest największym skarbem, jaki dobry Bóg może dać parafii i jednym z najcenniejszych darów Bożego miłosierdzia (św. Jan Maria Vianney).

    Modlitwa za kapłanów

    Panie Jezu, Ty wybrałeś Twoich kapłanów spośród nas i wysłałeś ich, aby głosili Twoje Słowo i działali w Twoje Imię. Za tak wielki dar dla Twego Kościoła przyjmij nasze uwielbienie i dziękczynienie. Prosimy Cię, abyś napełnił ich ogniem Twojej miłości, aby ich kapłaństwo ujawniało Twoją obecność w Kościele. Ponieważ są naczyniami z gliny, modlimy się, aby Twoja moc przenikała ich słabości. Nie pozwól, by w swych utrapieniach zostali zmiażdżeni. Spraw, by w wątpliwościach nigdy nie poddawali się rozpaczy, nie ulegali pokusom, by w prześladowaniach nie czuli się opuszczeni. Natchnij ich w modlitwie, aby codziennie żyli tajemnicą Twojej śmierci i zmartwychwstania. W chwilach słabości poślij im Twojego Ducha. Pomóż im wychwalać Twojego Ojca Niebieskiego i modlić się za biednych grzeszników. Mocą Ducha Świętego włóż Twoje słowo na ich usta i wlej swoją miłość w ich serca, aby nieśli Dobrą Nowinę ubogim, a przygnębionym i zrozpaczonym – uzdrowienie. Niech dar Maryi, Twojej Matki, dla Twojego ucznia, którego umiłowałeś, będzie darem dla każdego kapłana. Spraw, aby Ta, która uformowała Ciebie na swój ludzki wizerunek, uformowała ich na Twoje boskie podobieństwo, mocą Twojego Ducha, na chwałę Boga Ojca. Amen.

    ______________________________________________________________________________________________________________

    KOŚCIÓŁ ŚW. PIOTRA

    5 KWIETNIA – PIERWSZY PIĄTEK MIESIĄCA

    ADORACJA I SPOWIEDŹ ŚW. OD GODZ. 18.00

    MSZA ŚWIĘTA O GODZ. 19.00 W INTENCJI PRZEBŁAGALNEJ ZA GRZECHY NASZE I GRZECHY CAŁEGO ŚWIATA

     Adobe Stock

    ***

    W piątek 10 czerwca 1675 r., po oktawie Bożego Ciała, miało miejsce ostatnie objawienie Jezusowego Serca św. Małgorzacie Marii. Jezus powiedział do niej: „Oto Serce, które tak bardzo umiłowało ludzi, że nie szczędziło niczego aż do zupełnego wyniszczenia się dla okazania im miłości, a w zamian za to doznaje od większości ludzi tylko gorzkiej niewdzięczności, wzgardy, nieuszanowania, lekceważenia, oziębłości i świętokradztw, jakie oddają mu w tym Sakramencie Miłości. Dlatego żądam, aby pierwszy piątek po oktawie Bożego Ciała był odtąd poświęcony jako osobne święto ku czci Mojego Serca i na wynagrodzenie Mi przez komunię i inne praktyki pobożne zniewag, jakich doznaję”.

    __________________________________

    * ÓSMY DZIEŃ NOWENNY DO BOŻEGO MIŁOSIERDZIA

    ______________________________________________________________________________________________________________

    6 KWIETNIA – PIERWSZY SOBOTA MIESIĄCA

    * DZIEWIĄTY DZIEŃ NOWENNY DO BOŻEGO MIŁOSIERDZIA

    MSZA ŚW. WIGILIJNA Z UROCZYSTOŚCI BOŻEGO MIŁOSIERDZIA

    O GODZ. 18.00

    PO MSZY ŚW. NABOŻEŃSTWO WYNAGRADZAJĄCE ZA ZNIEWAGI I BLUŹNIERSTWA SKIEROWANE PRZECIWKO NIEPOKALANEMU SERCU NAJŚWIĘTSZEJ MARYI PANNY.

    This image has an empty alt attribute; its file name is NSM.jpg

    *****

    Pierwsza sobota miesiąca.

    Maryja: “Przybędę z łaskami”

    „Córko moja – prosiła Maryja – spójrz, Serce moje otoczone cierniami, którymi niewdzięczni ludzie przez bluźnierstwa i niewdzięczność stale ranią. Przynajmniej ty staraj się nieść Mi radość i oznajmij w moim imieniu, że przybędę w godzinie śmierci z łaskami potrzebnymi do zbawienia do tych wszystkich, którzy przez pięć miesięcy w pierwsze soboty odprawią spowiedź, przyjmą Komunię świętą, odmówią jeden różaniec i przez piętnaście minut rozmyślania nad piętnastu tajemnicami różańcowymi towarzyszyć Mi będą w intencji zadośćuczynienia”. Te słowa zawierające prośbę Maryi wypowiedziane w dni 10 grudnia 1925 r. w Pontevedra (Hiszpania) są nadal mało znane, a tym bardziej słabo praktykowane w kościele Chrystusowym. W tym dniu Maryja objawiła się s. Łucji z Dzieciątkiem Jezus i pokazała cierniami otoczone Serce…

    Nabożeństwo pierwszych sobót miesiąca, które tu omawiam, jest ściśle związane z Objawieniami Fatimskimi w 1917 roku. Spośród trójki dzieci Franciszka, Hiacynty i Łucji, „Niebo” wybrało Łucję do „specjalnego zadania” o którym poinformowała ją Najświętsza Maryja w dniu 13 czerwca 1917 roku: „Jezus chce posłużyć się tobą, abym była bardziej znana i miłowana. Chce zaprowadzić na świecie nabożeństwo do mego Niepokalanego Serca. Tym, którzy przyjmą to nabożeństwo, obiecuję zbawienie. Te dusze będą przez Boga kochane jak kwiaty postawione przeze mnie dla ozdoby Jego tronu”.

     S. Łucja również otrzymała w nocy z 29 na 30 maja 1930 r. w Tuy odpowiedź od Pana Jezusa na pytanie o zasadność pięciu pierwszych sobót miesiąca.
    „Córko moja, powód jest prosty: Jest pięć rodzajów obelg i bluźnierstw wypowiadanych przeciwko Niepokalanemu Sercu Maryi:
    – bluźnierstwa przeciw Niepokalanemu Poczęciu;

    Dzisiaj zatrzymamy się nad pierwszym bluźnierstwem przeciwko Niepokalanemu Poczęciu.

    Papież Pius IX w 9 grudnia 1854 roku w konstytucji apostolskiej Ineffabilis Deus ogłosił dogmat o Niepokalanym Poczęciu Najświętszej Maryi Panny, który brzmi: 
    (…) ogłaszamy, orzekamy i określamy, że nauka, która utrzymuje, iż Najświętsza Maryja Panna od pierwszej chwili swego poczęcia – mocą szczególnej łaski i przywileju wszechmogącego Boga, mocą przewidzianych zasług Jezusa Chrystusa, Zbawiciela rodzaju ludzkiego – została zachowana jako nietknięta od wszelkiej zmazy grzechu pierworodnego, jest prawdą przez Boga objawioną, i dlatego wszyscy wierni powinni w nią wytrwale i bez wahania wierzyć.

    Niestety sam termin “Niepokalane Poczęcie” wielu ludzi doprowadza do najwyższej irytacji. Często słychać nawet z ust ludzi wierzących “wszystko w tym chrześcijaństwie mogłabym przyjąć, tylko tego Niepokalanego Poczęcia nie mogę przełknąć!”. Takie spojrzenie jest dobrym powodem, aby spokojnie się zastanowić nad tą prawdą wiary katolickiej, którą dopiero w dziewiętnastym wieku uznano za dogmat. Trzeba tu jednak dodać, że cztery lata później „samo Niebo” jakby go potwierdziło „posyłając” Maryję do skromnej 14 letniej Bernadety w Lourdes, a Ona w święto Zwiastowania, 25 marca 1858 roku powiedziała: “Ja jestem Niepokalanym Poczęciem”. Bernadetta była zaskoczona tą odpowiedzią, gdyż nie wiedziała, co znaczy to dziwne imię “Niepokalanie Poczęta”, tym bardziej że nigdy o nim nie słyszała. Nie zdążyła się już jednak o nic więcej zapytać, ponieważ śliczna Pani zniknęła. 
    Gdy słyszę, jak ktoś w podobny sposób podważa dogmat o Niepokalanym Poczęciu nietrudno udowodnić takim ludziom, że w ogóle nie wiedzą o czym mówią, bo często bywa tak, że mylą oni dogmat o Niepokalanym Poczęciu z zupełnie inną prawdą wiary o dziewictwie Maryi i narodzinach Bożego Syna z Dziewicy. Ale to są dwie całkowicie różne sprawy. 
    Bóg wybrał Maryję, aby stała się Matką Odkupiciela rodzaju ludzkiego i o Niej słyszymy: błogosławioną między niewiastami. Jest błogosławiona, ponieważ uwierzyła, że u Boga nie ma nic niemożliwego. Wielokrotnie Bóg przemawiał przez proroków chcąc wejść w ludzkie życie i szukając, którędy by mógł do nas wejść, i tak Pan znalazł otwarte Serce Maryi na boży głos gotowe wypełnić Bożą wolę. Kiedy chce przemówić do nas – choćby w tym nadchodzącym czasie pokuty – to być może szuka właśnie owego Maryjnego punktu w naszym życiu. Być może nie interesuje Go, jak bardzo jesteśmy pobożni, moralni, ascetyczni i zdyscyplinowani – chce raczej wiedzieć, jak bardzo jesteśmy otwarci na Jego Słowo i Jego wolę, czyli jak bardzo jest otwarte nasze serce. 
    Brama, przez którą wchodzi Pan w historię życia ludzkiego, jest Maryjne FIAT, “stań się” – “Niech mi się stanie według Słowa Twego!”. U początków dzieła stworzenia znajduje się Boże FIAT – Niech się stanie! Niech się stanie światłość! Niech się stanie ziemia! Niech się staną słońce i gwiazdy! To Boże słowo wyraża Jego władze i stwórczą potęgę, powołuje rzeczy z niebytu do bytu – tak było na początku dzieła stworzenia o czym czytamy w księdze Rodzaju.

    Gdy jednak ludzkość uległa podszeptom szatana i uległa grzechowi, Pan rozpoczyna swoje dzieło naszego odkupienia, przez które dziełu stworzenia dopiero nadaje ostateczną głębię i sens. To dzieło również jest zależne od FIAT Maryi – będące ludzką odpowiedzią na Boże wezwanie. Słowo wiary Maryi: “Fiat mihi secundum verbum Tuum” – “Niech mi się stanie według słowa Twego”. Owo FIAT czyli “stań się” wypowiada Maryja całym swoim jestestwem, całą swoją wiarą i życiem Ta, która nie doznała skazy grzechu pierworodnego.

    Cieszmy się zatem, że mamy taką Matkę, która dla nas jest też prawdziwym przykładem, że Pan Bóg ma w swej opiece tych, którzy Mu ufają.

    W każdym czasie naszej egzystencji chcemy się uczyć takiej wiary i ufności – dlatego my Sercanie Biali zapraszamy do naszego klasztoru w Polanicy Zdroju ul. Reymonta 1, do Sanktuarium Matki Bożej Fatimskiej, czyli SZKOŁY SERCA na pierwsze soboty miesiąca, aby razem wynagradzać za grzechy, jakich dopuszczają się ludzie, także niewierzący, przeciwko Niepokalanemu Sercu Maryi, a w konsekwencji przeciw Bogu, ale również uczyć się od Maryi miłości i posłuszeństwa Panu Bogu, czyli mówić Bogu w sposób świadomy i odważny FIAT „niech mi się tak stanie”. 
    Nasze modlitewne spotkanie zaczynamy o godzinie 20.00 Mszą Świętą, a później Różaniec wynagradzający i czuwanie. Jest to dobra okazja do odbycia spowiedzi. 
    (Szczegóły na stronie www.sanktuarium-fatimskie.pl ) 
    W ten sposób chcemy wynagradzać Niepokalanemu Sercu Maryi za różne obelgi i bluźnierstwa.
    Zapraszamy wszystkich chętnych do przybycia do MATKI… 
    „Muszę wyznać – pisała Siostra Łucja – że nigdy nie czułam się tak szczęśliwa, niż kiedy przychodzi pierwsza sobota. Czy nie jest prawdą, że największym naszym szczęściem jest być całym dla Jezusa i Maryi i kochać Ich wyłącznie, bezwarunkowo?”.

    fronda.pl/o. Zdzisław Świniarski SSCC (Sercanin Biały)

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Marksizm nadal zaraża.

    Prof. Wojciech Roszkowski w nowej książce o powracającej modzie na marksizm

    Marksizm nadal zaraża. Prof. Wojciech Roszkowski w nowej książce o powracającej modzie na marksizm

    fot. Jakub Szymczuk/Gość Niedzielny

    ***

    Marksizm jest jak hydra – gdy odcina się jedną głowę, na jej miejscu wyrastają nowe, nie mniej groźne. Fenomen długiego trwania marksizmu analizuje prof. Wojciech Roszkowski w swej najnowszej książce.

    Marksizm w przeszłości interesował polskich intelektualistów nie tylko jako teoretyczna idea, ale jako ideologia, która zmieniła bieg historii po zwycięstwie rewolucji bolszewickiej w Rosji, a później w wyniku sowietyzacji Europy Wschodniej. Wśród autorów zajmujących się tym zagadnieniem wyjątkowe miejsce zajmują prof. Leszek Kołakowski oraz o. Józef M. Bocheński. Po 1989 r. studia nad marksizmem ograniczały się do badania historycznych uwarunkowań jego percepcji. Zasługą prof. Wojciecha Roszkowskiego jest przeniesienie tej dyskusji w czasy współczesne, gdyż jak dowodzi, marksizm, chociaż jest nagi i martwy, zaraża kolejne pokolenia.

    – Książka powstawała bardzo długo – mówi w rozmowie z „Gościem” prof. Roszkowski – ponieważ jest oparta m.in. na moich notatkach z czasów, gdy zdawałem egzamin doktorski z filozofii i musiałem się przygotować także z filozofii marksistowskiej. Wydaje mi się, że istnieje potrzeba analizy marksizmu jako źródła różnych współczesnych izmów. Celem nie jest stuprocentowa kontynuacja marksizmu, ale traktowanie go jako źródła inspiracji przynajmniej w dwóch punktach: wojującego ateizmu oraz rewolucji. Marks w młodości był satanistą i jego głównym założeniem był wojujący ateizm. Dla niego religia nie tylko jest opium dla mas – przekonuje prof. Roszkowski. – Zakładał on, że świat jest zjawiskiem jedynie materialnym. Z tego bierze się cała jego fałszywa filozofia – dodaje.

    Natomiast drugim fundamentalnym bytem w myśli marksistowskiej była rewolucja. Założenie podstawowe zakładało, że istniejący świat i porządek społeczny należy zburzyć. Jednocześnie Marks nie opisuje, jaki nowy świat z tego chaosu powstanie. Natomiast cała warstwa społeczno-ekonomiczna marksizmu jest oparta na wielu nieporozumieniach i bałamutnych twierdzeniach: teorii wartości opartej na pracy, teorii wartości dodatkowej itp. Jak ocenia prof. Roszkowski, katastrofalna jest także antropologia Marksa, gdyż z niej wypływa tak modne dzisiaj założenie, że człowiek sam się stwarza. To jest antropologia nieograniczona, jak mówią niektórzy badacze. Chrześcijaństwo opiera się na antropologii ograniczonej, gdyż człowiek jest stworzeniem, a nie stwórcą. Zaś antropolodzy nieograniczeni uważają, że stwórcy nie ma, a człowiek sam się stwarza. I to jest w gruncie rzeczy Marks. Całe jego wywody na temat niesprawiedliwości społecznej, które przysporzyły mu sławy oraz sympatii w różnych kręgach społecznych jako głównemu ideologowi części ruchu robotniczego, oparte są na tej bałamutnej antropologii. Marks chciał zburzyć istniejący świat. Jemu w ogóle nie zależało na poprawie losu robotników. Wyznawał bowiem rewolucyjną ideologię, bliską rosyjskim anarchistom Bakuninowi czy Nieczajewowi, że poprawa warunków życia robotników utrudnia rewolucję. Prawdziwa poprawa sytuacji robotników miała miejsce w Anglii, dzięki działalności związków zawodowych. Jak jednak przypomina prof. Roszkowski, Marks w „Manifeście komunistycznym” wyraża poparcie dla najbardziej skrajnego, rewolucyjnego sposobu zmiany położenia warstw najuboższych. Narzędziem tej zmiany, podkreśla, miała być rewolucja przeprowadzona w imię jakiegoś nowego człowieka, którego Marks nie potrafi zdefiniować.

    Marksizm zrusyfikowany

    Zwycięstwo bolszewików w Rosji zapoczątkowało realizację marksistowskiej utopii w kraju, w którym według Marksa nie miało prawa się to wydarzyć. Klasa robotnicza była tam nieliczna, a zasadniczym rezerwuarem sił rewolucyjnych było chłopstwo. Ten rozdział pracy prof. Roszkowskiego jest jednocześnie studium sowieckiego modelu władzy, jedynej w praktyce dziejowej spełnionej formy pomysłów Marksa i Engelsa. Jak słusznie zauważa prof. Roszkowski, Lenin, przystępując do budowy komunizmu w Rosji, nie kopiował rewolucyjnych wzorów opisanych w dziełach Marksa i Engelsa, ale przeprowadził ich adaptację do specyficznych, rosyjskich warunków. Marksizm – jak ocenił to jeden z najwybitniejszych rosyjskich myślicieli tamtej epoki Mikołaj Bierdiajew – został w ten sposób „zrusyfikowany”. Nie robotnicze masy zdecydowały o biegu wydarzeń, ale kadrowa partia bolszewików, która raz zdobytej władzy nie oddała, posługując się terrorem w skali wcześniej nieznanej. Kolektywizacja rolnictwa także wpisywała się w kultywowane w Rosji od wieków tradycje nie indywidualnego posiadania ziemi, lecz uprawiania jej przez wspólnoty – miry i obszcziny. Pierwszym widzialnym skutkiem rewolucji bolszewickiej było powstanie ogromnej armii urzędników, zarządzającej upaństwowionym majątkiem narodowym oraz kontrolującej coraz to nowe obszary życia społecznego. Wyjątkowe miejsce w tym systemie zajęła tajna policja, tzw. czeka, która w pewnym momencie miała także prawo do osądzenia winnych i natychmiastowego wykonywania wyroków śmierci.

    Jedną z ofiar rewolucji stała się rosyjska Cerkiew prawosławna, która pierwsza wzięła na siebie uderzenie neopogańskiej furii bolszewików. Później represje dotknęły także inne wspólnoty religijne, zwłaszcza Kościół katolicki. Wszystkie organizacje religijne utraciły podmiotowość prawną i znalazły się pod kontrolą zarówno administracji państwowej, jak i tajnej policji. Już w sierpniu 1918 r. zaczęto w Rosji zakładać obozy koncentracyjne, które po latach stały się częścią wielkiej państwowej struktury zorganizowanego niewolnictwa – Gułagu. Początkowo zamykano tam „kułaków, księży, białogwardzistów i inne wątpliwe elementy”, później zbuntowanych chłopów, a w końcu każdego, kto wyrażał jakąkolwiek wątpliwość co do słuszności bolszewickich metod rządzenia krajem. W szczytowej fazie w łagrach siedziało 12 mln ludzi, współczesnych niewolników.

    Przyjmuje się, że terror pochłonął ok. 67 mln obywateli sowieckich: ofiar głodu, łagrów i masowych egzekucji. W krwawym młynie rewolucji przemielona została cała warstwa rosyjskiej inteligencji, przemysłowców, ziemiaństwa, zamożniejszego chłopstwa oraz duchowieństwa wszystkich wyznań i religii. Związek Sowiecki był przez wiele dziesięcioleci jedynym przykładem realizacji teorii Marksa i Engelsa przez Lenina i Stalina. Kolejne mutacje tego systemu w Chinach oraz niektórych krajach Azji były nie mniej okrutne. Nieco inaczej potoczyły się losy krajów Europy Wschodniej, gdzie model sowiecki adaptowano do miejscowych warunków. Nigdzie jednak ten system społeczny nie rozwiązał żadnego z istotnych problemów społecznych. Poza tym okazał się kompletnie niewydolny gospodarczo. Dlatego, jak pisze Roszkowski, „socjalizm realny” nazywano coraz częściej najdłuższą drogą od kapitalizmu do kapitalizmu.

    Życie po życiu

    Wydawałoby się, że upadek komunizmu oraz rozpad Związku Sowieckiego oznaczać będzie także kres marksistowskiej utopii. Tak się jednak nie stało. Obecnie powraca moda na marksizm, adaptowany do współczesnych warunków. Próbą wyjaśnienia tego zjawiska jest ostatniaczęść książki prof. Roszkowskiego, zatytułowana „Sieroty po Marksie”. Jego zdaniem we współczesnych utopiach przetrwały przede wszystkim dwa zasadnicze fundamenty marksizmu: ateizm i przekonanie o konieczności rewolucyjnej przebudowy świata. Nie mniej ważna jest – obecna zarówno w praktyce komunistycznej, jak również w wielu współczesnych izmach – kategoria grup i społeczności „wykluczonych”. – Najpierw opisywana była w ten sposób klasa robotnicza, później kobiety, teraz transseksualiści – analizuje to zjawisko prof. Roszkowski. Rozwinięciem myśli marksistowskiej jest uznanie, że zagrożeniem dla rewolucji są ludzie jako tacy, dlatego że ekologizm zakłada, że to człowiek jest przeszkodą w rozwoju gospodarczym i generalnie zagraża światu. – Nie jestem przeciwko ochronie środowiska – wyjaśnia prof. Roszkowski. – Jednak pomiędzy polityką ekologiczną a ekologizmem jest zasadnicza różnica. Ekologizm jest uwielbieniem matki Ziemi, której szkodzą ludzie. Oczywiście ubrane to jest w inne słowa, ale logika działania i filozofia są podobne do marksizmu.

    Praca prof. Roszkowskiego jest zarówno esejem filozoficznym, jak i studium historii, opisywanej ze szczególnym uwzględnieniem roli, jaką w niej odgrywał marksizm. Autor zwraca uwagę, że marskizm zawsze odwoływał się do różnych ludzkich słabości, które usprawiedliwiał, twierdząc, że moralność jest kwestią społeczną. Z tej perspektywy oceniane było także prawo, które według Marksa było narzędziem ucisku i ma wymiar klasowy. Dotyczy to także zdefiniowanego na nowo pojęcia rodziny, co jest istotnym elementem wywodów kontynuatorów Marksa, postulujących „wyzwolenie” rodziny spod władzy zastałych, „patriarchalnych” struktur społecznych. Temu mają służyć głębokie zmiany w prawie. – Filozofia, jak mówił Marks, nie jest po to, aby świat wytłumaczyć, ale aby go zmienić – konkluduje prof. Roszkowski. – Feminizm, genderyzm, ekologizm i transhumanizm są ideologiami, które także nie tłumaczą świata, ale chcą go zmienić w sposób równie radykalny, jak proponował to niegdyś Marks.

    Andrzej Grajewski/Gość Niedzielny

    ***

    W. Roszkowski,  Bezbożność, terror i propaganda.  Fałszywe proroctwa marksizmu  Kraków 2024 r., ss. 301

    Wojciech  Roszkowski, Bezbożność, terror i propaganda. Fałszywe proroctwa marksizmu Kraków 2024 r., ss. 301
    fot. Henryk Przondziono/Gość Niedzielny

    ______________________________________________________________________________________________________________

    ______________________________________________________________________________________________________________

  • Ogłoszenia – marzec 2024

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Niedziela 13/12 Msza św. g. 14:00 kościół św. Piotra (St Peters) Glasgow

    ST PETER’S CHURCH, PARTICK, 46 HYNDLAND STREET, Glasgow, G11 5PS

    ______________________________________________________________________________________________________________

    30 MARCA

    WIELKA SOBOTA

    LITURGIA PASCHALNA – godzina 21.30

    * DRUGI DZIEŃ NOWENNY DO BOŻEGO MIŁOSIERDZIA

    ŚWIĘCENIE POKARMÓW NA STÓŁ WIELKANOCNY O GODZ. 12.00 I 15.00

    ________________________________________________________

    Tej nocy następuje zmiana czasu o jedną godzinę do przodu

    _________________________________________________________

    Wielka cisza spowiła ziemię;

    wielka na niej cisza i pustka.

    Cisza wielka, bo Król zasnął

    Grób Pański w kościele św. Tomasza Apostoła/profil parafii na FB/PCh24.pl

    ______________________________________________________

    Noc Zmartwychwstania WIELKANOC

    Obrzędy Wigilii Paschalnej

    EAST NEWS

    ***

    Ta uroczysta Eucharystia, wieńcząca nocne paschalne czuwanie, jest par excellence rezurekcją, a nie poranna procesja. Wyjaśniamy znaczenie liturgicznych znaków Wigilii Paschalnej.

    Wielki szabat

    Doświadczenie pustki i ciszy. „Kościół trwa przy Grobie Pańskim, rozważając Mękę i Śmierć Chrystusa oraz Jego zstąpienie do otchłani, a także w modlitwie i poście oczekuje na Jego Zmartwychwstanie”.

    W naszej polskiej tradycji to także – niekorespondujący zbytnio z nastrojem Wielkiej Soboty – zwyczaj błogosławienia pokarmów na wielkanocny stół. Oby nie zmącił wielkosobotniej ciszy i skupienia. Gdy wielki i święty szabat, wraz z nastaniem nocy dobiegnie kresu, nadejdzie oczekiwane.

    Noc

    Konieczny warunek. Świętowanie Zmartwychwstania rozpoczyna się „czuwaniem na cześć Pana” w nocy. Wigilia Paschalna domaga się tego znaku. Nie chodzi o to, by rozpoczynając liturgie w popołudniowych godzinach Wielkiej Soboty wyobrazić sobie, że jest noc. Trzeba tej nocy doświadczyć.

    Dlatego przepisy liturgiczne stanowczo zakazują rozpoczęcia Wigilii Paschalnej przed zapadnięciem nocy. Bez niej trudno będzie zrozumieć pełny sens tej celebracji.

    Światło

    Rozprasza ciemności nocy. Przy rozpalonym ognisku, przed kościołem, rozpoczyna się pierwsza część Wigilii Paschalnej – Liturgia Światła. Kapłan poświęca nowy ogień.

    Po chwili, zapalona od nowego ognia i oznaczona symbolami Chrystusa paschalna świeca wnoszona jest do ciemnego kościoła, otwierając procesję. „Jak synowie Izraela szli za przewodem słupa ognia, tak chrześcijanie idą w ślady Zmartwychwstałego Chrystusa”. Światło Chrystusa! Ciemna świątynia powoli rozjaśnia się blaskiem setek płomieni trzymanych w rękach świec.

    Orędzie

    Przed płonącym paschałem wyśpiewywane jest Orędzie Wielkanocne. W przepięknym lirycznym poemacie otwiera się przed uczestnikami liturgii tajemnica paschalnej nocy.

    „Jest to ta sama noc, w której niegdyś ojców naszych, synów Izraela, wywiodłeś z Egiptu; noc, która światłem ognistego słupa rozproszyła ciemności grzechu; a teraz ta sama noc uwalnia wszystkich wierzących w Chrystusa (…) od mroku grzechów; tej właśnie nocy Chrystus skruszywszy więzy śmierci, jako zwycięzca wyszedł z otchłani; o, zaiste błogosławiona noc!”.

    Noc Paschy Izraela, noc Zmartwychwstania Chrystusa, noc naszego czuwania. Ta sama noc.

    Słowo

    Stół słowa tej nocy jest zastawiony obficie. Czytanie słowa Bożego stanowi podstawową część Wigilii Paschalnej. Siedem czytań ze Starego Testamentu, dwa z Nowego; towarzyszą im psalmy i modlitwy.

    „Kościół – poczynając od Mojżesza i wszystkich proroków – wyjaśnia paschalne misterium Chrystusa”. Otwierają się przed nami w tę noc najważniejsze etapy historii zbawienia: stworzenie świata („Bóg widział, że wszystko, co uczynił, było bardzo dobre”); próba Abrahama („Wszystkie ludy ziemi będą sobie życzyć szczęścia takiego, jakie jest udziałem twojego potomstwa”); przejście Izraela przez Morze Czerwone („Ulękli się Pana i uwierzyli Jemu oraz Jego słudze Mojżeszowi”); Boże obietnice dawane za pośrednictwem proroków („Dam wam serce nowe i ducha nowego tchnę do waszego wnętrza”).

    Słuchając słowa, symbolicznie przechodzimy od Pierwszego do Nowego Przymierza. Wypełnia się Pascha naszego zbawienia: „Przez chrzest zostaliśmy razem z Chrystusem pogrzebani po to, abyśmy i my wkroczyli w nowe życie – jak Chrystus powstał z martwych”; rozbrzmiewa radosne: „nie ma Go tu, zmartwychwstał!”. By to usłyszeć, trzeba mieć czas. Jakikolwiek pośpiech byłby zaprzeczeniem czuwania.

    Chrzest

    Liturgia chrzcielna jest trzecią częścią Wigilii Paschalnej. Pascha Chrystusa staje się realnie naszą Paschą. Urzeczywistnia się w sakramencie. Katechumeni, mający przyjąć w tę noc chrzest, wspierani przez wszystkich modlitwą „z radosną nadzieją zbliżają się do źródła odrodzenia”.

    Nawet jeśli gdzieś nie ma katechumenów ani dzieci, które mają być ochrzczone, błogosławi się wodę chrzcielną, używaną do udzielania chrztu przez cały okres wielkanocny: „Prosimy Cię Panie, niech przez Twojego Syna zstąpi na tę wodę moc Ducha Świętego, aby wszyscy przez chrzest pogrzebani razem z Chrystusem w śmierci, z Nim też powstali do nowego życia”.

    Katechumeni wyrzekają się szatana, wyznają wiarę i przyjmują chrzest. Pozostali uczestnicy liturgii, z płonącymi świecami w rękach, odnawiają swoje chrzcielne przyrzeczenia. Do tego momentu przygotowywali się przez czterdzieści dni Wielkiego Postu. Krople chrzcielnej wody obficie zraszają zgromadzonych.

    Eucharystia

    Jest czwartą częścią Wigilii Paschalnej i jej szczytem. „Jest ona bowiem najpełniej sakramentem paschalnym, czyli upamiętnieniem ofiary krzyża i obecnością Chrystusa Zmartwychwstałego”. Nowo ochrzczeni uczestniczą w niej po raz pierwszy, dopełniając chrześcijańskiego wtajemniczenia.

    Ta uroczysta Eucharystia, wieńcząca nocne paschalne czuwanie, jest par excellence rezurekcją! To przecież nie procesja po porannej mszy świętej w wielkanocny poranek nosić powinna to miano. Msza rezurekcyjna, czyli pierwsza msza Zmartwychwstania, sprawowana jest na zakończenie Wigilii Paschalnej w Wielką Noc.

    Wpisana w naszą polską tradycję procesja rezurekcyjna doskonale może zakończyć (tak dzieje się już w wielu kościołach) nocną rezurekcję. Radosne ogłoszenie światu Zmartwychwstania Pana będzie wtedy naturalną konsekwencją przeżytej Paschy i początkiem pięćdziesięciu dni świątecznej radości.

    ks. Grzegorz Michalczyk/Aleteia.pl

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Wielka Sobota i „zstąpienie do piekieł”

    Chrystus w krainie umarłych

    Chrystus wyciąga Adama i Ewę z Otchłani, fresk z kościoła w Stambule, 1315

    © José Luiz Bernardes Ribeiro/Wikipedia | CC

    ***

    „Tobie, Adamie, rozkazuję: Zbudź się, który śpisz! Nie po to bowiem cię stworzyłem, abyś pozostawał spętany w Otchłani. Powstań ty, który jesteś moim obrazem uczynionym na moje podobieństwo. Powstań, pójdźmy stąd!”

    O jakie „piekła” chodzi?

    W odmawianych przez nas słowach Składu Apostolskiego, wyrażających wiarę Kościoła, tuż przed wyznaniem wiary w zmartwychwstanie Chrystusa spotykamy dość enigmatyczne stwierdzenie: „zstąpił do piekieł”. Co oznacza ta formuła? Inaczej mówiąc: dokąd i w jakim celu Jezus zstąpił?

    Pierwsze nasuwające się w tym kontekście skojarzenie „piekieł” ze stanem potępienia jest mylące. Staropolskie, wyrażane w liczbie mnogiej „piekła” są bowiem oddaniem znajdującego się w wyznaniu wiary greckiego „katotata” (dosłownie: dół) czy łacińskiego „infernae” (również w liczbie mnogiej), które – choć może oznaczać piekło w dosłownym tego słowa znaczeniu – sugeruje przede wszystkim coś, co znajduje się „niżej”.

    Chodzi więc o „krainę umarłych”, Otchłań, biblijny Szeol (hebr.), przetłumaczony potem przez Biblię grecką jako „Hades”.

    Szeol i kraina umarłych

    Pojęcie „Szeolu” oznaczało pierwotnie w Biblii krainę umarłych, bez rozróżnienia ostatecznych konsekwencji ich życia i ich czynów. Szeol był taki sam dla wszystkich, którzy umarli: smutny i beznadziejny. Przebywający w nim byli cieniami, niespełnieni, oddzieleni od Boga. Szukający nadziei człowiek potrafił jednak modlić się: „Choćbym przechodził przez dolinę cienia śmierci, zła się nie ulęknę, bo Ty jesteś ze mną” (Ps 23,4), „Jesteś przy mnie, gdy położę się w Szeolu” (Ps 139,8).

    W późniejszych tekstach Starego Testamentu pojawia się coraz wyraźniej koncepcja zmartwychwstania i sądu, podkreślająca konsekwencje dobrych i złych czynów człowieka.

    Znajdujemy ją też w Ewangelii w nauczaniu Jezusa: przypowieść o bogaczu, cierpiącym w wiecznych płomieniach gehenny z powodu braku miłości w swym życiu i Łazarzu, doświadczającym szczęścia „na łonie Abrahama”, jest jej wyraźnym przykładem, choć wciąż nie jest rozwiązaniem „problemu śmierci” i braku zbawienia.

    ks. Grzegorz Michalczyk/Aleteia.pl 

    ______________________________________________________________________________________________________________

    _________________________________

    Jak uzyskać odpust zupełny w czasie Triduum Paschalnego?

    Jak uzyskać odpust zupełny w czasie Triduum Paschalnego?

    CATHOPIC

    ***

    Każdego dnia Triduum Paschalnego można uzyskać odpust zupełny za siebie lub za zmarłego. Kościół określa warunki, jakie w tym celu trzeba wypełnić.

    “Odpust jest to darowanie przed Bogiem kary doczesnej za grzechy, zgładzone już co do winy. Dostępuje go chrześcijanin odpowiednio usposobiony i pod pewnymi, określonymi warunkami, za pośrednictwem Kościoła, który jako szafarz owoców odkupienia rozdaje i prawomocnie przydziela zadośćuczynienie ze skarbca zasług Chrystusa i świętych. Każdy wierny może uzyskać odpusty dla siebie lub ofiarować je za zmarłych” – czytamy w 1471 punkcie Katechizmu Kościoła Katolickiego. 

    Odpust może uzyskać osoba ochrzczona, wolna od ekskomuniki, będąca w stanie łaski uświęcającej przynajmniej pod koniec wypełniania przepisanych czynności oraz posiadająca przynajmniej ogólną intencję zyskania odpustu. 

    Warunki przyjęcia odpustu:

    WIELKI CZWARTEK: 

    adoracja Najświętszego Sakramentu trwająca przynajmniej przez pół godziny;
    lub
    odmówienie w sposób uroczysty hymnu ,,Przed tak wielkim Sakramentem”

    WIELKI PIĄTEK:

    pobożne odprawienie Drogi Krzyżowej (przed stacjami prawnie erygowanymi, połączone z rozważaniem Męki i Śmierci Chrystusa i przechodzeniem od stacji do stacji; w publicznym odprawianiu wystarczy przechodzenie prowadzącego)
    lub
    pobożny udział w obrzędzie liturgicznym w Wielki Piątek i ucałowanie krzyża

    WIELKA SOBOTA:

    odnowienie przyrzeczeń chrztu św. w czasie nabożeństwa Wigilii Paschalnej.

    Oprócz tego spełnione muszą być stałe warunki odpustu, którymi są:

    – spowiedź sakramentalna (niekoniecznie w dniu odpustu)
    – Komunia eucharystyczna
    – modlitwa w intencjach Ojca Świętego (np. Ojcze nasz i Zdrowaś)
    – brak przywiązania do jakiegokolwiek grzechu.

    (Po jednej spowiedzi sakramentalnej można uzyskać wiele odpustów zupełnych. Natomiast po jednej Komunii eucharystycznej i po jednej modlitwie w intencjach Ojca Świętego zyskuje się tylko jeden odpust zupełny.)

    AH/Gość Niedzielny

    ______________________________________________________________________________________________________________

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Tu chodzi o miłość

    „Maria Magdalena i święte niewiasty u grobu Jezusa”.  Obraz z cyklu „Życie naszego Pana Jezusa Chrystusa”  James Tissot, 1886–1894.

    „Maria Magdalena i święte niewiasty u grobu Jezusa”. Obraz z cyklu „Życie naszego Pana Jezusa Chrystusa” James Tissot, 1886–1894.
    Brooklyn Museum

    ***

    Co roku powraca temat Trzech Dni, które są centrum Ewangelii. Co zrobić, by przeżyć je głęboko? Trzeba dać się porwać miłości. Bo ona jest kluczem. Tak Bóg umiłował, że Syna swego dał. Dał na krzyżu i dał w poranek wielkanocny. Nieprzypadkowo jako pierwsza ten dar przyjęła kochająca Maria Magdalena.

    Zacznę od końca. Czyli od poranka wielkanocnego, a konkretnie od Marii Magdaleny i jej drogi na cmentarz w ciemnościach, tuż przed wschodem słońca. Szła nieświadoma, jak niezwykła niespodzianka ją czeka. Na wpół umarła. Niesiona tylko jedną siłą – miłością. Św. Jan pisze, że Maria Magdalena udała się do grobu Jezusa „pierwszego dnia po szabacie, wczesnym rankiem, gdy jeszcze było ciemno…”. Co czuła wtedy? Dopiero co stała pod krzyżem i widziała wszystko – Jego rany, konanie, samotność, śmierć. Pomagała zdjąć z krzyża martwe ciało Mistrza, owinąć je w płótna i złożyć do grobu. Wiedziała, że to koniec. W co tu jeszcze wierzyć? Jaką mieć nadzieję? Została tylko miłość, która zawsze ma jeszcze coś do zrobienia. Trzeba dopełnić pogrzebu, umyć ciało z krwi, namaścić. Choć w ten sposób mogła Go jeszcze kochać. Maria wstaje w nocy, gdy apostołowie spali lub barykadowali drzwi z obawy przed wrogami. Kiedy widzi pusty grób, jej ból się pogłębia. Zawiadamia uczniów słowem bliskim rozpaczy: „Zabrano Pana z grobu i nie wiem, gdzie Go położono”. Potem już tylko płacze przed pustym miejscem pochówku. Nie ma już nic, nawet ciała Jezusa. Kiedy Zmartwychwstały Pan staje przed nią żywy, nie rozpoznaje Go. Dopiero gdy zwraca się do niej po imieniu: „Mario!”, w jej sercu zapala się światło, rodzi się na nowo. Chce Go zatrzymać, nacieszyć się Nim, ale Jezus prosi, aby zwiastowała uczniom, że On żyje. Czy w ten sposób sam Jezus nie podpowiada i nam, by uczynić Marię Magdalenę przewodniczką po tajemnicy Jego śmierci i zmartwychwstania?

    Dramat w trzech częściach

    Triduum Paschalne to jedna droga pokonana przez Jezusa. Są trzy wyraźne części tego paschalnego dramatu. Pierwszy akt to Jezus ukrzyżowany – ta część Paschy składa się z kilku scen: ostatnia wieczerza, gdy Jezus antycypuje swoją śmierć w znakach połamanego chleba i kielicha z winem; noc trwogi w Ogrójcu zakończona uwięzieniem; sąd i droga na Golgotę; śmierć na krzyżu.

    Druga część to Jezus złożony do grobu – tu pozornie niewiele się dzieje. Zero akcji, cisza grobu. Jezus schodzi w otchłań śmierci, idzie ku tym, którzy umarli, aż do Adama i Ewy, aby ich wybudzić do życia.

    Trzecia część to Jezus zmartwychwstały – zwycięstwo miłości nad nienawiścią, życia nad śmiercią. Spotkanie z wybranymi uczniami, ale pierwsza była ona – nawrócona grzesznica Maria Magdalena.

    Można powiedzieć, że pierwsze dwie części, Wielki Piątek (który zaczyna się ostatnią wieczerzą) i Wielka Sobota, spowijają ciemności. Jezus wprawdzie umierał w środku dnia (od południa do godziny trzeciej), ale – jak relacjonują ewangeliści – mrok ogarnął wtedy całą ziemię. Sobota to dzień grobowej ciszy. Obumarłe Ziarno Miłości padło w ziemię i jeszcze nie wzeszło. Światło pojawia się dopiero w noc zmartwychwstania. Uczestnicząc w liturgicznych obrzędach Triduum Paschalnego – od celebracji Wieczerzy Pańskiej w Wielki Czwartek, przez Liturgię Męki w Wielki Piątek, post i ciszę grobu w Wielką Sobotę, aż do wschodzącego paschalnego światła w Wielką Noc – naśladujemy Marię Magdalenę. Idziemy dwa dni w mroku, aby na trzeci dzień powitać zwycięską Miłość, Wschodzące Słońce. Cały ten liturgiczno-mistyczny dramat ma jeden cel – doprowadzić nas do osobistego spotkania w wierze z Ukrzyżowanym i Zmartwychwstałym Panem, który wypowiada moje własne imię, ociera moje łzy i prosi: „Idź, powiedz innym, że ja JESTEM”.

    Zapach olejku miłości

    W jakim sensie Maria Magdalena może być dla nas przewodniczką w przeżywaniu Triduum Paschalnego? Nie było jej podczas ostatniej wieczerzy, to prawda. Ale sześć dni przed Paschą namaściła Jezusa w domu Marty i Łazarza w Betanii. Mistyk Jan pisze: „Maria zaś wzięła funt szlachetnego i drogocennego olejku nardowego i namaściła Jezusowi nogi, a włosami swymi je otarła. A dom napełnił się wonią olejku” (J 12,3). Judasz przelicza koszty i powiada, że te pieniądze można było wydać na ubogich. Ale Jezus rozumie Marię. On widzi jej serce i wie, że jej gest był znakiem najczystszej miłości. Podczas całego Triuduum Paschalnego mówią przede wszystkim znaki. Mówią więcej niż słowa. Serce przemawia do serca. Nieskalane ciało Baranka zostanie złożone w ofierze na ołtarzu krzyża. Maria jak nikt inny odczytuje, że wkrótce objawi się światu największa miłość. „Podczas gdy inni są zajęci błahymi rozmowami i skupiają się na nieistotnych sprawach, Jezus spogląda w głąb serca Marii Magdaleny i odnajduje tam uważność, czułe oddanie Jego obecności, miłosne skupienie. Odnajduje uwielbienie, czystą adorację” (Sean Davidson). Oczywiście te dwie miłości (Boga i człowieka) nigdy nie są równe, ale przecież szukają się wzajemnie i oczekują wzajemności. Namaszczenie to symbol godności kapłańskiej, królewskiej i prorockiej. Maria swoim gestem niejako otwiera Jezusowi drogę ku temu, aby jako kapłan złożył Najwyższą Ofiarę, by jako Król wstąpił na tron Krzyża, jako Prorok wypowiedział „Wykonało się”. Woń nardu to zapach miłości. Ten zapach napełnił dom w Betanii. Ciało Jezusa zostanie roztrzaskane jak drogocenny flakon, aby moc Jego Miłości, aromat Ducha Świętego rozlał się na cały świat.

    Aby przeżyć dobrze liturgię Triduum, trzeba naśladować Marię. Nie skupiać się na szczegółach, zamilknąć, nie koncentrować się na zewnętrznej stronie misterium, ale pójść w głąb, wyciszyć rozum, obudzić serce, adorować, trwać. Tu chodzi o miłość. Aby ją odkryć, trzeba samemu kochać. Wiara i nadzieja są ważne, ale sednem jest miłość. Jej aromat przenika paschalny dramat. Ona jest kluczem.

    ks.Tomasz Jaklewicz/Gość Niedzielny

    ______________________________________________________________________________________________________________

    31 MARCA

    NIEDZIELA ZMARTWYCHWSTANIA PAŃSKIEGO

    UROCZYSTA MSZA ŚWIĘTA – godzina 14.00

     
    autor/źródło: AC,AC, Licencja:2/Opoka.pl

    __________________________________

    Liturgia Wielkiej Nocy przemawia na różne sposoby,

    nawet kamieniem, który znajdował się u wejścia do grobu Pana.

    Niewiasty idąc drogą, tym kamieniem się martwiły – bo kto go odsunie?

    Jeszcze nie wiedziały, że zupełnie niepotrzebnie taki ciężar niosły.

    Każdy z nas też jest na tej drodze

    i też ciężar dźwiga, i to coraz większy, bo już samo przemijanie jest jak kamień:

    twarde, zimne i nieubłagane.

    Zechciej przyjąć na te święta Wielkiej Nocy życzenia,

    żeby głaz już piersi nie przytłaczał,

    żeby wreszcie rozpadł się mur ułożony z kamieni obrazy,

    żeby radość wróciła i już nie było kamiennej twarzy,

    żeby zwątpienie zrodzone z niepotrzebnej trwogi

    zobaczyło moc Zmartwychwstałego Pana, który wszystko uczynił już nowe.

    ks. Marian

    ___________________________________________________

    * TRZECI DZIEŃ NOWENNY DO BOŻEGO MIŁOSIERDZIA

    ______________________________________________________________________________________________________________

    1 KWIETNIA

    PONIEDZIAŁEK WIELKANOCNY  

    MSZA ŚWIĘTA – godzina 14.00

    * CZWARTY DZIEŃ NOWENNY DO BOŻEGO MIŁOSIERDZIA

    _____________________________________________________________

    emaus

    zdjęcie ze strony: grupa modlitwy o. Pio/diecezja kaliska

    ***

    Bogu niech będą dzięki za kolejny rok, w którym znowu jest nam dane przeżywać najważniejsze wydarzenia w dziejach całego wszechświata, bo dzięki tym wydarzeniom dokonuje się nieustannie dzieło Bożego miłosierdzia.

    Wejdźmy na drogę, którą przemierzali uczniowie zmierzający do miejscowości zwanej Emaus. Wydawało im się, że są tylko we dwoje…

    Idą całkowicie zawiedzeni i rozgoryczeni wydarzeniami jakie miały miejsce w świętym mieście Jeruzalem. Ich upragniony i oczekiwany Mesjasz, jakim miał być Jezus z Nazaretu, nie tak wypełnił swoją misję, jak się spodziewali.

    Odchodzą od miejsca umęczenia i ukrzyżowania Pana Jezusa nie wiedząc, że oto na tej swojej drodze ucieczki spotykają Nieznajomego, któremu opowiadają całą swoją gorycz a potem słuchają, jak Boży zamysł w szczegółach opisany w świętych Księgach wypełnił się dokładnie co do joty. I choć “oczy ich były niejako na uwięzi” – to jednak serca “pałały”.

    Jak to dobrze, że przymusili, wciąż jeszcze Nierozpoznanego Towarzysza ich drogi, aby pozostał z nimi w miejscu do którego zdążali. Bo gdyby nie ich gościnność, z taką żarliwością wypowiedziana, pewnie nadal pozostałoby w nich i rozczarowanie i strach.

    Jak to dobrze, że tak usilnie prosili owego Nieznajomego, aby pozostał – bo w końcu zobaczyli kim ON jest naprawdę. Kiedy przełamał chleb, którym został poczęstowany – nagle znikł strach, znikło rozczarowanie, niczym mgła.

    Mimo, że był już wieczór, późny wieczór, natychmiast powrócili do Jerozolimy, bo nie mogli  nie opowiedzieć o spotkaniu z Jezusem, który rzeczywiście zmartwychpowstał.

    Ci sami a jakże przemienieni! Przekroczyli swoje ludzkie oczekiwania.

    Niech Zmartwychwstały Pan sprawi, w Twoim i w moim sercu, też taką wielką przemianę.

    Wystarczy tylko wypowiedzieć całą swoją niemoc a potem słuchać uważnie co mówi do Ciebie i do mnie wciąż jeszcze do końca NIEROZPOZNANY TEN SAM ZAWSZE OBECNY na drogach naszego ziemskiego “padołu”.

    I choć nasze oczy też są tak często “na uwięzi” – wystarczy tylko zaprosić i to zaprosić tak usilnie, jak uczynił to Kleofas ze swoim towarzyszem drogi, do swojego Emaus …..       

    ks. Marian
    Ilustracja

    Wieczerza w Emaus/Rembrandt/Paryż

    [7] Rembrandt 1660, olej 50 x 64 cm Luwr

    Wieczerza w Emaus /Rembrandt/Luwr

    ______________________________________________________________________________________________________________

    DZIEŃ ZMARTWYCHWSTANIA PANA NASZEGO JEZUSA CHRYSTUSA

    zmartwychwstały

    Jezus żyje

    Jadąc wiosenną porą wzdłuż budzących się do życia wrzosowych pól patrzę na maleńkie, dopiero co urodzone baranki porozrzucane na rozległych przestrzeniach uroczej Szkocji. Te maleństwa są takie bezbronne. I pomyśleć, że Pan Jezus jest takim barankiem. Liturgia przypomina tę prawdę, bo mówi o Baranku Wielkanocnym, który zgładził grzechy świata.

    Dokonało się to poprzez Jego Mękę i Śmierć. W okresie Wielkiego Postu, a szczególnie w Wielkim Tygodniu Ewangelie opisywały bardzo dokładnie poszczególne etapy Drogi Krzyżowej. Ta Jezusowa śmierć – straszna, przeraźliwa, okropna – stwierdzona ponad wszelką wątpliwość tak przytłoczyła apostołów i najbliższe otoczenie, że oni nie tyle co zapomnieli o obietnicy zmartwychwstania, ile raczej znajdowali się w stanie zupełnej niemożliwości, aby uwierzyć w to, co mówił Chrystus o swoim powstaniu z martwych. Bo czym jest Zmartwychwstanie? Z czym porównać tę nieprawdopodobną i całkowicie niewyobrażalną nową rzeczywistość?

    Ksiądz Biskup Jan Pietraszko w książce pt. „Po śladach Słowa Bożego” tłumaczy, że „wiara w zmartwychwstanie Chrystusa nie narodziła się z naiwnych pragnień, ani ze świadectwa ludzi, ani też ze świadectwa straży, ani z pogłosek, które roznosiły niewiasty, jak również nie ze świadectwa miłującej Go bardzo Magdaleny, ani z wieści krążących pomiędzy łatwowiernymi ludźmi; wiara w zmartwychwstanie wykształtowała się w pierwotnym Kościele z samego Jezusa Chrystusa, który przez częste ukazywanie się i słowo swoje uporczywie gruntował w świadomości swoich uczniów przekonanie, że naprawdę powstał z grobu i żyje”.

    Dopiero z tych wielokrotnych spotkań narodziło się przekonanie i wiara, że Pan rzeczywiście żyje. Dlatego Piotr z całym przekonaniem mógł powiedzieć w domu centuriona w Cezarei: „Myśmy z Nim jedli i pili po Jego zmartwychwstaniu”. Tak więc św. Piotr i inni Apostołowie stali się świadkami Zmartwychwstania wobec całego świata. Na tym świecie głosili Ewangelię, to znaczy Dobrą Nowiną, która jest objawieniem Bożej Miłości. To Ona rządzi światem, a nie zło. To Ona daje każdemu człowiekowi prawdziwie życie, które jest życiem w pełni. Kościół czyta dziś słowa św. Pawła, że „razem z Chrystusem powstaliśmy z martwych”.

    Każda epoka ma swoich świadków Zmartwychwstania. I jak pisze ks. Jerzy Chowańczak: „Nie ma tak ciemnej godziny, w której ukazuje się w całej pełni siła ‘tajemnicy nieprawości’, w której by jednocześnie nie zajaśniało w życiu ludzi światło zwycięstwa dobra nad złem”. Tę moc wiary Kościół poprzez wieki czerpie od Tego, który po trzech dniach swój grób pozostawił pusty. I odtąd Jezus daje swoje życie. Człowiek może w tym Bożym życiu uczestniczyć i uczestniczy. Jak wielu jest dziś świadków Zmartwychwstania, których życie zanurza się coraz bardziej w Życie Jezusa.

    Uczestnicząc w dzisiejszej Liturgii Zmartwychwstania Pańskiego czy nie czuję się jakby przymuszonym, na podobieństwo owych pozbieranych z opłotków z Jezusowej przypowieści, których zaproszono na ucztę. Pan Jezus zechciał wybrać właśnie nas – i to też jest wielka tajemnica Bożego Miłosierdzia. Wybrał nas i zgromadził. Aby lepiej zrozumieć przeżywane Misterium zacytuję słowa, które powiedział kardynał Jean-Marie Lustiger: „Moc Boża, wbrew wszelkim naszym słabościom, niezdolności uwierzenia, wbrew naszym grzechom i ciemnościom, czyni z nas uczniów Jezusa, lud ‘żywych’, żyjący życiem, które nie do nas należy, ale które staje się naszym. W ten sposób jesteśmy jakby niesieni, unoszeni przez moc, która nas przerasta, a o której mamy świadczyć naszym braciom. Jesteśmy jak ci ślepcy porażeni światłem, którzy mają mówić, że światło istnieje”.

    Panie Jezu Chryste spraw swoją mocą, abym całym moim życiem głosił, żeś zmartwychwstał, żeś prawdziwie zmartwychwstał.

    ks. Marian

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Oktawa Wielkiej Nocy

    Cud Zmartwychwstania „nie mieści się” w jednym dniu, dlatego też Kościół obchodzi Oktawę Wielkiej Nocy – przez osiem dni bez przerwy wciąż powtarza się tę samą prawdę, że Chrystus Zmartwychwstał.

     

    fot. Karol Porwich

    ***

    Nazwa “oktawa” pochodzi od łacińskiego słowa oznaczającego liczbę osiem. Ta wielkanocna jest weselem z wydarzeń przeżywanych podczas Triduum Paschalnego. To osiem dni świętowania Kościoła, które później przedłuża się aż do Pięćdziesiątnicy.

    Zwyczaj przedłużania najważniejszych świąt chrześcijańskich na oktawę jest bardzo dawny. Nie znamy dokładnej daty powstania oktawy Paschy. Jednak wspomina o niej w już IV stuleciu Asteriusz Sofista z Kapadocji. Kościół chce w ten sposób podkreślić rangę i ważność uroczystości.

    Oprócz Wielkanocy w Kościele obchodzi się również oktawę Narodzenia Pańskiego.

    Dni oktawy Wielkanocy mają, podobnie jak Niedziela Zmartwychwstania, rangę uroczystości. Okres ośmiu dni traktowany jest jak jeden dzień, jako jedna uroczystość. Dlatego w oktawie Wielkanocy nie obowiązuje piątkowy post.

    W te dni codziennie śpiewamy “Gloria” i wielkanocną sekwencję „Niech w święto radosne”. Na Mszach świętych czytane są także perykopy o spotkaniach Zmartwychwstałego, m.in. z Marią Magdaleną, z uczniami idącymi do Emaus, z uczniami nad jeziorem Genezaret.

    Teksty mszalne wyjaśniają tez znaczenie sakramentu chrztu. W dawnych wiekach był to bowiem czas tzw. katechezy mistagogicznej dla ochrzczonych w Święta Paschalne. Miała ona na celu wprowadzić ich w tajemnicę obecności Chrystusa we wspólnocie wierzących.

    Ostatnim dniem oktawy jest Biała Niedziela. Niegdyś w ten dzień neofici ochrzczeni podczas rzymskiej Wigilii Paschalnej, odziani w białe szaty podarowane im przez gminę chrześcijańską, szli w procesji do kościoła św. Pankracego, by tam uczestniczyć w Mszy.

    Święty Jan Paweł II ustanowił tę niedzielę świętem Miłosierdzia Bożego.

    W czasie jednej z wizji św. siostry Faustyny Kowalskiej Jezus powiedział do niej:

    “Święto Miłosierdzia wyszło z wnętrzności moich, pragnę, aby uroczyście obchodzone było w pierwszą niedzielę po Wielkanocy. Nie zazna ludzkość spokoju, dopokąd nie zwróci się do źródła miłosierdzia mojego”.

    W roku 2000 papież Jan Paweł II ustanowił tę niedzielę świętem Miłosierdzia Bożego dla całego Kościoła powszechnego. Stąd dzisiaj określa się niedzielę w oktawie Wielkanocy jako Niedzielę Miłosierdzia Bożego.

    Liturgiczny okres wielkanocny

    Sam liturgiczny okres wielkanocny trwa 50 dni, aż do uroczystości zesłania Ducha Świętego (tzw. Pięćdziesiątnicy).

    W tym czasie paschał, mający swoje miejsce przy ambonie lub przy ołtarzu, jest zapalony we wszystkich uroczystych celebracjach liturgicznych, a więc w czasie mszy św., podczas jutrzni i w czasie nieszporów, aż do niedzieli zesłania Ducha Świętego.

    Krzyż ołtarzowy w okresie wielkanocnym przyozdobiony jest czerwoną stułą. Na miejscu widocznym, w pobliżu ołtarza, ale nie na nim, ustawia się figurę Chrystusa zmartwychwstałego. Ponadto zamiast modlitwy “Anioł Pański” odmawia się modlitwę “Królowo nieba” (Regina coeli).

    Zgodnie z przykazaniami kościelnymi każdy wierny zobowiązany jest przynajmniej raz w roku, w okresie wielkanocnym, przyjąć Komunię Świętą (III przykazanie kościelne).

    205. Konferencja Episkopatu Polski 21 marca 1985 r. w Warszawie ustaliła, że w naszym kraju “okres, w którym obowiązuje czas wielkanocnej komunii św. obejmować będzie okres od Środy Popielcowej do niedzieli Trójcy Świętej”. W tym roku uroczystość Trójcy Przenajświętszej przypadnie 4 czerwca.

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Ukryty i prawdziwy

    Adoracja Najświętszego Sakramentu

    fot. Opoka.pl

    ***

    Rzeka ludzi ruszyła w kierunku świątyni, gdzie padli na kolana przed Chrystusem ukrytym w Eucharystycznym Chlebie.

    Kilkanaście lat temu zupełnie przypadkowo trafiłem wraz z jednym z moich współbraci na niezwykłe widowisko. Na Piazza Navona w centrum zatłoczonego Rzymu grupa młodych ludzi przedstawiała misterium śmierci i zmartwychwstania Jezusa. Największe wrażenie zrobiła na nas scena wniebowstąpienia, gdy Jezus unosił się w górę niczym cyrkowy akrobata. Radość i entuzjazm tych młodych ludzi udzielały się zebranym wokół turystom. Pewnie zapomniałbym szybko o tym wydarzeniu, przecież na ulicach Wiecznego Miasta można spotkać ich wiele, gdyby nie to, co wydarzyło się potem. Coś, co skutecznie przyćmiło obraz Jezusa akrobaty.

    Na scenę weszła niewysoka zakonnica i zaczęła opowiadać historię młodych aktorów. Byli narkomanami, którzy trafili do jej wspólnoty. Tam odnaleźli Boga, samych siebie i wolność. „Ich oczy są pełne nadziei, ponieważ są pełne Boga. Oni są szczęśliwi, ponieważ pozwolili odnaleźć się Jezusowi” – mówiła s. Elvira Petrozzi, założycielka wspólnot Cenacolo. „I wy możecie zrobić to samo!” – zachęcała. Następnie zaprosiła wszystkich na adorację Najświętszego Sakramentu do pobliskiego kościoła św. Agnieszki. Rzeka ludzi ruszyła w kierunku świątyni, gdzie padli na kolana przed Chrystusem ukrytym w Eucharystycznym Chlebie. Postanowili pozwolić odnaleźć się Jezusowi. Nie temu z przedstawienia, ale prawdziwemu, ukrytemu w Najświętszym Sakramencie.

    Siostra Petrozzi doskonale wiedziała, do Kogo prowadzi młodych. W jednej ze swoich książek zapisała: „Dzieła Boże rodzą się w ciszy. Wielkie rzeczy, ważne rzeczy, naprawdę pożyteczne dla życia i dla wieczności nie robią hałasu, trudno o nich usłyszeć. (…) Nie obrażajmy Pana, krążąc wokół Niego. Jeśli Bóg do nas nie przemawia, to znak, że klękacie przed bożkami, a nie przed Bogiem Jezusa Chrystusa! Jeśli nie jest Bogiem, który daje śmiałość, odwagę, wolność oderwania się od siebie samego, od swojego strachu, kompleksów, grzechów, i nie prowadzi nas w świat, abyście kroczyli i dawali świadectwo, to nie jest Bóg Jezusa”.

    o. Wojciech Surówka OP/Gość Niedzielny

    ____________________________________________________________________________________________________________________________________________________________________________________________________________________________

    POCZĄTEK WIELKIEGO TYGODNIA

    NIEDZIELA PALMOWA – 24 MARCA

    GODZ. 13.30 – ADORACJA, SPOWIEDŹ ŚW.

    GODZ. 14.00

    UROCZYSTA MSZA ŚWIĘTA

    Z CEREMONIĄ POŚWIĘCENIA PALM I PROCESJĄ

    Plik:Józef Chełmoński - Krzyż w zadymce (1907).jpg
     Józef Chełmoński – Krzyż w zadymce (1907)

    ++++++++++

    Ludzkie krzyże

    W pokoju, w którym mijają moje dni i noce, miesiące i lata
    wisi dużo krzyży – a każdy krzyż jest inny, bo i jego ciężar, który ciąży człowiekowi niczym brzemię, też jest inny, jedyny, niepowtarzalny…
    W swojej scenerii układają się w stacje Drogi Krzyżowej.
    Ciągle dochodzą kolejne wydłużając pogłębiającą się koleinę przeróżnych dramatów.
    Ludzkie krzyże: duże i małe, z drzewa szorstkiego i bardzo ozdobne
    uczestniczą nie tylko w mojej modlitwie,
    ale i w udręce, bo lęku doznaję – jak Jonasz.
    Czemu we mnie jest jeszcze tak mało z Szymona z Cyreny, który niosąc belkę Krzyża pozbył się przymusu?

    Ludzkie krzyże z Jezusowym wizerunkiem przenoszę na drugi brzeg. Z trudem pokonuję wir rzeki. I chociaż widzę coraz wyraźniej jak Twoje, Panie Jezu, Nieskończone Miłosierdzie obmywało moją nędzę po wielokroć razy – a jednak wciąż powtarzam za psalmistą: … “Uznaję bowiem nieprawość moją, a grzech mój jest zawsze przede mną”…

    Niech wreszcie utonie w wodzie, z którą się zmagam, mój ciężar słabości i grzechu, abym mógł nieść tylko Ciebie Panie, któryś ukrył swoje Oblicze w każdym człowieczym sercu.

    ks. Marian

    ______________________________________________________________________________________________________________

    25 MARCA 2024 – WIELKI PONIEDZIAŁEK

    Dlaczego w tym roku UROCZYSTOŚĆ ZWIASTOWANIA PAŃSKIEGO jest przeniesiona?

    fot. Wikimedia

    ***

    Gdyby nie Wielki Poniedziałek, Kościół obchodziłby dzisiaj uroczystość Zwiastowania Pańskiego.

    Kościół obchodzi uroczystość Zwiastowania Pańskiego zazwyczaj 25 marca, więc dokładnie dziewięć miesięcy przed Bożym Narodzeniem. Inaczej jest jednak w tym roku, gdy 25 marca przypada Wielki Poniedziałek, czyli drugi dzień obchodów Wielkiego Tygodnia.

    Triduum Paschalne Męki i Zmartwychwstania Pańskiego to najważniejsze obchody liturgiczne w Kościele. Zaraz po nich znajdują się m.in. uroczystości Narodzenia Pańskiego, Objawienia Pańskiego, ale również dni Wielkiego Tygodnia od poniedziałku do czwartku włącznie oraz dni oktawy Wielkanocy. A dopiero dalej – uroczystości Pańskie oraz Najświętszej Mary Panny.

    W tym roku będziemy obchodzić uroczystość Zwiastowania Pańskiego dopiero za dwa tygodnie, czyli w poniedziałek 8 kwietnia, ponieważ dni Wielkiego Tygodnia, Triduum Paschalne oraz oktawa Wielkanocy mają wyższą rangę w kalendarzu kościelnym.

    kh/Stacja7

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Czy w Wielki Czwartek trzeba iść do kościoła?

    fot. pventura/Cathopic/Stacja7.pl

    ***

    Eucharystia i kapłaństwo to sakramenty, których ustanowienie Kościół wspomina w Wielki Czwartek. To ważny dzień, który rozpoczyna obchody Triduum Paschalnego.

    W Wielki Czwartek Kościół wspomina Ostatnią Wieczerzę, podczas której Chrystus Pan ustanowił dwa sakramenty – kapłaństwa i eucharystii.

    W kościołach katedralnych w Wielki Czwartek rano celebrowane są Msze Krzyżma, podczas której biskupi święcą oleje chorych i krzyżmo, używane później przez cały roku przy udzielaniu sakramentów.

    Msza Krzyżma celebrowana w Wielki Czwartek w katedrach jest okazją do wyrażenia jedności biskupa i kapłanów. W czasie Eucharystii księża odnawiają przyrzeczenia złożone w dniu święceń kapłańskich.

    Msza Krzyżma nie wlicza się jeszcze do obchodów Triduum Paschalnego, mimo że jest celebrowana w Wielki Czwartek.

    Najważniejsze dni

    Msza Wieczerzy Pańskiej celebrowana wieczorem w Wielki Czwartek rozpoczyna obchody Triduum Paschalnego, najważniejszego czasu w Kościele.

    W czasie tej Mszy św. w wielu kościołach praktykowany jest obrzęd obmycia nóg, tak jak uczynił to Pan Jezus wobec swoich uczniów podczas ostatniej wieczerzy w Wieczerniku.

    Po Komunii św. księża przenoszą Najświętszy Sakrament do ciemnicy, która przypomina o pojmaniu Pana Jezusa. Tabernakulum jest puste.

    Czy w Wielki Czwartek trzeba iść do kościoła?

    Mimo że Wielki Czwartek rozpoczyna obchody Triduum Paschalnego, to nie należy do świąt nakazanych. Oznacza to, że katolicy nie muszą uczestniczyć tego dnia we Mszy świętej i nie wiąże się to z popełnieniem grzechu ciężkiego.

    Triduum Paschalne jest najważniejszym świętem w Liturgicznym roku, dlatego Kościół zachęca swoich wiernych, aby uczestniczyli w tych obrzędach.

    ______________________________________________________________________________________________________________

    28 MARCA

    WIELKI CZWARTEK

    MSZA ŚW. WIECZERZY PAŃSKIEJ – godzina 20.00

    PO MSZY ŚW. ADORACJA PRZED NAJŚWIĘTSZYM SAKRAMENTEM

    PAN JEZUS PO POJMANIU JEST W CIEMNICY

    El Greco, Ostatnia Wieczerza
    El Greco (1541-1614)
    ok. 1568, olej na desce, Pinakoteka, Bolonia

    ***

    „Panie Jezu, daj nam wejść razem z Tobą do Wieczernika, gdzie czeka na nas Największy z Cudów”.

    Pani Jezu, nadchodzi godzina, gdy zostaniesz wydany w ręce ludzi. Przygotowani przez Twoje nauczanie i odnowieni przez czterdziestodniowy post chcemy kontemplować głębię wielkiego misterium, jakie dzisiaj się rozpoczyna…

    Z dziękczynieniem chcemy celebrować tajemnicę Najświętszej Ofiary i jednocześnie uwielbiać Cię jako Najwyższego i Wiecznego Kapłana.

    Przepełnieni wdzięcznością za tak wielki dar składamy na ołtarzu nasze życie, wszystkie problemy i troski, całą naszą słabość i grzeszność. Przemień je, Jezu, i uczyń ofiarą miłą Tobie. W wieczornym mroku patrzymy na nasze zdrady, które wydały Cię na śmierć.

    Nie jesteśmy godni, aby przebywać z Tobą, ale Ty mimo wszystko przygarniasz nas do siebie i przebaczasz wszystkie nasze nieprawości. Patrzymy na Ciebie w ciemnicy i współodczuwamy Twoje osamotnienie i smutek. Chcemy być razem z Tobą w oczekiwaniu na wydarzenie, które przyniesie nam usprawiedliwienie i pokój.

    ks. Mateusz Szerszeń CSMA/Aleteia.pl 

    ______________________________________________________________

    Modlitwa w intencji kapłanów:

    Panie Jezu, Ty wybrałeś Twoich kapłanów spośród nas i wysłałeś ich, ab głosili Twoje Słowo i działali w Twoje Imię. Za tak wielki dar dla Twego Kościoła przyjmij nasze uwielbienie i dziękczynienie. 

    Prosimy Cię, abyś napełnił ich ogniem Twojej miłości, aby ich kapłaństwo ujawniało Twoją obecność w Kościele. Ponieważ są naczyniami z gliny, modlimy się, aby Twoja moc przenikała ich słabości. Nie pozwól, by w swych utrapieniach zostali zmiażdżeni. Spraw, by w wątpliwościach nigdy nie poddawali się rozpaczy, nie ulegali pokusom, by w prześladowaniach nie czuli się opuszczeni.

    Natchnij ich w modlitwie, aby codziennie żyli tajemnicą Twojej śmierci i zmartwychwstania. W chwilach słabości poślij im Twojego Ducha. Pomóż im wychwalać Twojego Ojca Niebieskiego i modlić się za biednych grzeszników. Mocą Ducha Świętego włóż Twoje słowo na ich usta i wlej swoją miłość w ich serca, aby nieśli Dobrą Nowinę ubogim, a przygnębionym i zrozpaczonym – uzdrowienie.

    Niech dar Maryi, Twojej Matki, dla Twojego ucznia, którego umiłowałeś, będzie darem dla każdego kapłana. Spraw, aby Ta, która uformowała Ciebie na swój ludzki wizerunek, uformowała ich na Twoje boskie podobieństwo, mocą Twojego Ducha, na chwałę Boga Ojca. Amen.

    _____________________________________________________

    W ten wyjątkowy wieczór Wielkiego Czwartku przypomnijmy sobie słowa św. o. Pio o Najświętszej Ofierze Mszy świętej:

    “W tych tak smutnych czasach śmierci wiary, triumfującej bezbożności, najbezpieczniejszym środkiem uchronienia się przed chorobą zakaźną, która nas otacza, jest wzmacnianie się pokarmem eucharystycznym. Rzeczą oczywistą jest, że nie może się nim wzmocnić ten, kto miesiącami nie karmi się ciałem nieskalanego Baranka Bożego”.

    ***

    “Każda Msza święta, w której dobrze i pobożnie się uczestniczy, jest przyczyną cudownych działań w naszej duszy, obfitych łask duchowych i materialnych, których my sami nawet nie znamy. Dla osiągnięcia takiego celu nie marnuj bezowocnie twego skarbu, ale go wykorzystaj. Wyjdź z domu i uczestnicz we Mszy Świętej. Świat mógłby istnieć nawet bez słońca, ale nie może istnieć bez Mszy świętej”.

    ***

    “Póki nie jesteśmy pewni, że nasze sumienie jest obciążone ciężką winą nie należy zaprzestawać przyjmowania Komunii świętej”

    ***

    “Przed Jezusem obecnym w Najświętszym Sakramencie wzbudzaj święte uczucia, rozmawiaj z Nim, módl się i trwaj w Objęciach Umiłowanego”. 

    ***

    “Jak mogę nosić w mym małym sercu Nieskończonego? Jak mogę zamykać Boga w małej celi mej duszy? Moja dusza napełnia się w bólu i miłości. Napełnia mnie trwoga, że nie zdołam zatrzymać Go w wąskiej przestrzeni mego serca”. 

    ____________________________________________________________________________________________________________

    Stara i piękna modlitwa na Wielki Czwartek

    Za co można uzyskać odpust zupełny w Wielki Czwartek? To naprawdę proste

    fot. Depositphotos.com / sidneydealmeida.com

    ***

    Trzy dni przed Wielkanocą to wyjątkowy czas dla ludzi wierzących. Wielki Czwartek ma swoją wyjątkową atmosferę, za którą podążają nasze myśli i emocje. Ta piękna, stara modlitwa pomoże ci dziś skupić się na tym, co jest najważniejsze.

    Opublikowana w modlitewniku z 1887 roku, ta wielkoczwartkowa modlitwa podpowie ci, o co dziś prosić i za co dziękować Bogu. Odmówiona rano, wprowadzi cię w atmosferę Ostatniej Wieczerzy i pomoże lepiej przeżywać wieczorną liturgię i cud Eucharystii.

    Stara modlitwa osobista na Wielki Czwartek

    Mój Boże! Jakże wielka jest miłość Twoja dla ludzi, jaką nas ukochałeś do śmierci! Tak wiele wycierpiałeś przez nas i dla nas na ziemi, a jednak, kiedy nadeszła godzina odejścia do chwały Ojca Twojego, chciałeś między nami pozostać i pod tajemniczą chleba postacią dałeś nam Ciało i Krew Swą Przenajświętszą, aby nam była na ukojenie tęsknoty i ugaszenie pragnienia.

    O Jezu mój najdroższy! Upadam z wdzięcznością na kolana przed Tobą i dobroć Twą uwielbiając, błagam Cię, racz sprawić, aby serce moje godnym się stało przyjęcia tego anielskiego chleba! Bądź mi pomocą w zasłużeniu na szczęście uczestniczenia w tej świętej wieczerzy do jakiej zawezwałeś Twych uczniów i naucz mnie naśladować tę miłość i pokorę, jakiej tak wielki przykład nam dałeś.

    O Jezu pochylony u stóp Apostołów, strzeż duszę moją od wszelkiej wyniosłości pychy; stłum we mnie chęć każdą do szukania dla siebie pomiędzy ludźmi pierwszeństwa. Niechaj pamięć upokorzenia Twojego zatrze w mym sercu fałszywe pojęcie o mojej nad innymi wyższości i niech mnie zachęci do niesienia posług nie tylko rodzicom, którym miłość i uszanowanie należy się ode mnie, ale każdemu, kto zażąda mojej usługi. Nie dopuść tego, mój Jezu, żebym się kiedy miał(a) od biednych usuwać i lekceważyć tych, którym Ty w osobach Swych uczniów nogi dziś umywałeś; ale owszem, niech staję przed ludźmi z tak cichym i pokornym sercem, aby się nikt do niego nie wahał zapukać i każdy biegł do nie z ufnością, a ja sam (a), abym się żadnego uniżenia nie lękał(a), gdy w Imię Twoje zażąda go kto ode mnie.

    O Panie! Pamiętaj o mnie, jak o Swych uczniach myślałeś, gdyś im przy tej wieczerzy dawał nauki, jak żyć mają pomiędzy ludźmi na świecie po Twoim od nich odejściu. Wlej także i w moje serce odwagę w trudnych okolicznościach życia i w zwyciężaniu wszystkich złych popędów i wad, jakie odzywają się we mnie, daj mi cierpliwość do zniesienia z pogodą i pokojem wszystkiego, co na mnie lub na ukochanych moich dopuścisz; wzmacniaj we mnie ufność bez granic w Twoją ojcowską opiekę; daj mi pożądać i pragnąć w całym życiu Ciała i Krwi Twojej Przenajświętszej i nie odmawiaj mi tego chleba żywota w ostatniej mojej godzinie, ażebym nim posilony(a) cieszył(a) się spełnieniem obietnic Twoich, mój Jezu.

    Amen.

    ____________________________________

    Jak można uzyskać odpust zupełny

    w Wielki Czwartek?

    Czym jest odpust zupełny? To darowanie kar za odpuszczone już w sakramencie pokuty grzechy. Oznacza to, że usunięte zostają konsekwencje popełnionego przez nas zła. Kościół daje wiele okazji, by uzyskać taki odpust. Jeden z nich jest związany z Wielkim Czwartkiem.

    Odpust zupełny na Wielki Czwartek jest związany z pobożnym zaśpiewaniem lub odmówieniem pieśni “Sław języku tajemnice”, bardziej znanym pod tytułem pochodzącym od kolejnej zwrotki: “Przed tak Wielkim Sakramentem”. Napisał ją św. Tomasz z Akwinu, a w polskich kościołach najczęściej jest śpiewana podczas wystawienia Najświętszego Sakramentu. W Wielki Czwartek jej odmówienie lub odśpiewanie jest jednym  z warunków uzyskania odpustu zupełnego.

    Za kogo można ofiarować odpust zupełny w Wielki Czwartek?

    Odpust – zupełny i cząstkowy – zawsze można ofiarować za siebie lub za osobę zmarłą. Nie możemy go za to ofiarować za osobę żyjącą inną niż my sami. Gdy ofiarujemy go za osobę zmarłą i spełnimy warunki do uzyskania odpustu zupełnego, ta osoba, jeśli wciąż przebywa w czyśćcu, zostaje przeniesiona do nieba. 

    Warunki uzyskania odpustu zupełnego w Wielki Czwartek

    Aby uzyskać odpust zupełny, poza wymienioną pieśnią należy w Wielki Czwartek być przede wszystkim w stanie łaski uświęcającej (lub, jeśli w niej nie jesteśmy, skorzystać z sakramentu spowiedzi) i przystąpić do Komunii św., a także wyrzec się przywiązania do jakiegokolwiek grzechu i pomodlić się w intencjach ważnych dla papieża (może to być np. modlitwa “Ojcze nasz…” lub “Pod Twoją obronę…”. ). Jeśli nie jesteśmy w obecnym stanie zrezygnować z przywiązania do grzechu, odpust nie “przepada” – uzyskujemy wtedy tzw. odpust cząstkowy.

    Deon.pl

    _____________________________________________________________________________________________________________

    29 MARCA

    WIELKI PIĄTEK

    LITURGIA MĘKI PAŃSKIEJ – godzina 20.00

    * DZIEŃ ŚCISŁEGO POSTU CO DO JAKOŚCI I ILOŚCI

    * PIERWSZY DZIEŃ NOWENNY DO BOŻEGO MIŁOSIERDZIA

    * O GODZ. 15.00 W KAPLICY IZBIE – DROGA KRZYŻOWA

    Jezus staje przed Piłatem. Ten fakt budzi nasze wątpliwości jak również medialną, sensację. Czy Oskarżony jest wiarygodny i prawdziwy, skoro Jego Królestwo nie jest z tego Świata?
    Chrystus pogrąża się w mroku, zamyka oczy przed ziemskim prawem, gdyż wie, że nie jest podsądnym, lecz Sędzią Niebieskim, który ponownie przyjdzie sądzić żywych i umarłych. Będzie Boskim Sędzią, dobrym i naturalnym jak słońce, w przeciwieństwie do Piłata, któremu przyświeca sztuczny blask reflektorów, aby wszyscy widzieli, jak obmywa ręce z krwi Baranka.
    Chrystus Król z Pierwszej Stacji Drogi Krzyżowej Jerzego Dudy Gracza

    _____________________________________________________________________

    _______________________________________________

    Dziś przed krzyżem klękamy jak przed Najświętszym Sakramentem

    i całujemy go z wielką czcią, wielbimy adorując …

    PAPIEŻ JAN PAWEŁ II Z KRZYŻEM
    East News

    __________________________________________________________________________________________

    Dzisiejszego wieczoru medytując Mękę Pana naszego Jezusa Chrystusa

    wchodzę w nieprawdopodobną ciszę.

    Nie ma muzyki ani śpiewu.

    Są jedynie lamentacje.

    Kapłan w milczeniu zbliża się do obnażonego ołtarza przed którym pada na twarz. Ten gest wyraża „ukorzenie się człowieka oraz smutek i ból Kościoła”.

    Na ołtarzu nie ma zapalonych świec.

    Nie ma krzyża.

    I nie ma Mszy św.

    W takiej scenerii pragnę pokutować za grzechy swoje i grzechy świata całego.

    Słucham opisu Męki Pańskiej według Ewangelii św. Jana.

    I widzę coraz wyraźniej jak często i jak lekkomyślnie swoimi wyborami skazywałem

    Ciebie, Panie Jezu na śmierć.

    Jak uczynić zadość za każdy Twój upadek, Jezu?

    Jak wynagrodzić za każde wyszydzanie Ciebie, Jezu?

    Bo w Twojej męce wpisany jest mój konkretny grzech.

    Wiem, że łaską jest pragnienie, aby doznać nawrócenia. Dlatego proszę o tę łaskę.

    Już w Ogrodzie oliwnym Twój pot stał się krwią.

    W tym duchowym cierpieniu widziałeś, Jezu,

    jak bardzo wielu tak bezgranicznie ukochanych przez Ciebie nie tylko nie uszanuje,

    ale pogardzi Twoją Miłością.

    Dziś w Wielki Piątek cierpisz także fizycznie.

    Dlatego medytuję opis Twojej Męki i proszę Cię, Panie,

    abym nie zwątpił patrząc na Twoje niewyobrażalne cierpienia i śmierć,

    ale oddał Tobie całego siebie bez żadnych zastrzeżeń.

    Bo tylko Ty, Panie, możesz przeprowadzić mnie z moim krzyżem przez ten padół wszystkiego czego się wciąż lękam.

    Dróg jest wiele, ale Tyś Panie jest tą jedyną Drogą, prawdziwą Drogą,

    bo tylko Ty jeden masz moc doprowadzić do Zmartwychpowstania.

    ks. Maran

    __________________________________________________________________________

    Erem Camaldoli, 18 kwietnia 1511 [r.], Wielki Piątek

    Wielki Piątek, dzień święty, jaki wszystkie istoty ludzkie albo przynajmniej wszyscy chrześcijanie powinni zawsze uznawać za dzień goryczy, nie tyle z powodu udręki naszego Pana i Zbawiciela, ile raczej ze względu na naszą niewdzięczność wobec tak wielkiego umiłowania i miłości, i który powinni czcić w najwyższy sposób, uznając, że tego dnia dokonało się nasze prawdziwe zbawienie.

    Ja, nieszczęsny, dzisiaj, a właściwie tej nocy, kiedy szedłem na matutinum, wstąpiłem do zakrystii, gdzie w grobie spoczywało błogosławione Ciało mojego Pana, i odmówiłem tam krótką modlitwę. Po matutinum wróciłem tam i pozostałem, jak sądzę, niemal przez godzinę, zmuszając swą pierś do pozostawania z moim najłagodniejszym i łaskawym Odkupicielem. Chciałbym móc ci przekazać wszystkie myśli, jakie objawiałem Panu i znałem je w tamtej godzinie, ale nie potrafiłbym ich powtórzyć w taki sposób, w jaki je formułowałem; a zresztą zabrakłoby mi arkusza na tak wiele treści. W największym skrócie przekażę ci drobną tego część, na podstawie której będziesz mógł się domyślić reszty. Przypominałem sobie, że poprzedniego dnia otrzymałem Najświętszy Sakrament Ciała Chrystusa i, zwracając się właśnie do Pana, mówiłem w najdłuższych wywodach mojego ducha: „O Panie i Odkupicielu mój, dlaczego szukam Cię gdzie indziej? Czy to nie Ty dzisiaj przybyłeś do domu tego nieszczęsnego grzesznika i celnika? Och, jakże to prawdziwe, że Jezus chciał i chce, bardziej niż kiedykolwiek, zadawać się z grzesznikami! Któż jest większym grzesznikiem ode mnie? A Ty, Panie, w bezmiarze swego miłosierdzia zechciałeś wejść do mego domu! O słodki Panie mój, nie bądź tutaj jako gość, ale jako prawdziwy i pełnoprawny gospodarz. Oto mój rozum i moja wola, wszystkie siły mojej duszy, które dotychczas sprawowały tyrańskie rządy w tym domu, kłaniając się przed Tobą, oddają Ci władzę. Umysł nie chce już myśleć o niczym poza tym, do czego Ty go zwrócisz. Wola nie chce już chcieć niczego poza tym, do czego Ty ją pobudzisz. Pamięć nie chce już pamiętać niczego poza tym, co Ty przed nią postawisz.


    fragment publikacji “Pisma, tom 5” – Wydawnictwo Ojców Benedyktynów w Tyńcu

    Bł. Paweł Giustiniani (1476–1528). Humanista, wykształcony na Uniwersytecie w Padwie, głęboko przepojony doktryną stoików, wyrzekł się przyjemności cielesnych, aby zwracać się coraz bardziej ku Bogu. W roku 1510 wstąpił do eremu Camaldoli. Świeżo po złożeniu ślubów, przyszło mu reformować cały zakon kamedulski. W 1520 r. opuścił Camaldoli, podjąć życie jeszcze bardziej samotnicze. Wnet dołączyli do niego uczniowie, z którymi założył Towarzystwo Eremitów św. Romualda, które do dziś istnieje pod nazwą Kongregacji Eremitów Kamedułów Góry Koronnej.

    Tajemniczy wizerunek Chrystusa.

    Stworzony nieprzerwaną linią. Jak to możliwe?

    Ta szesnastowieczna rycina przedstawiająca Chrystusa w koronie cierniowej była jednym z najpopularniejszych wizerunków Zbawiciela w XVII-wiecznej Europie. Jednak technika wykonania wizerunku pozostaje tajemnicą, której nikt nie zdołał powtórzyć.

    Sudarium św. Weroniki, znane także pod tytułami Święte ObliczeOblicze Chrystusa, przedstawiające twarz umęczonego Jezusa wpisaną w koło to jeden z najbardziej tajemniczych wizerunków Zbawiciela.  Stworzył je w 1649 r. francuski grawer i malarz Claude Mellan (1598 –1688).

    Twarz Chrystusa

    Miedzioryt na pierwszy rzut oka nie różni się od innych dzieł z epoki. Ale gdy spojrzymy na niego z bliska zobaczymy, że twarz Chrystusa tworzy ciągła, nieprzerwana spiralna linia. Zaczyna się na czubku nosa, rozwija się (zgodnie z ruchem wskazówek zegara), rozszerza i ponownie zwęża, nie stykając się z sąsiednią linią, i tworzy kompletny obraz.

    Twarz Chrystusa. Miedzioryt autorstwa Claude’a Mellana
    Rene den Engelsman/ Wikimedia Commons

    ***

    Spoglądają na nas smutne oczy Jezusa. Widzimy detale, takie jak krople krwi i potu, poszczególne włosy na brodzie i pukle loków na głowie, a także misternie wykończoną koronę cierniową. Wszystkie te elementy, cienie i efekt plastyczny powstały poprzez wygięcie i poszerzenie lub osłabienie pojedynczej, wygrawerowanej linii.

    „Święte Oblicze”

    U dołu znajdują się dwie łacińskie inskrypcje. Pierwsza z nich informuje, że autorem pracy jest Claude Mellan i powstała ona w Luwrze w 1649 r. Druga, Formatur Unicus Una Non Alter (łac. jedyny uczyniony z jedynego [być może „jednorodzony”?], żadnego innego), od wielu lat stanowi zagadkę i budzi domysły historyków sztuki.

    Jedna z interpretacji sugeruje, że chodzi o osobę jednorodzonego Syna Bożego, zrodzonego z Dziewicy, a napis NON ALTER oznacza, że ​​nie ma nikogo, kto przypominałby, kto byłby drugim Chrystusem. Jednocześnie napis nawiązuje też do mistrzowskiej techniki grawera, jego pewnej ręki, której pracy nikt nie jest w stanie skopiować.

    Tym bardziej, że napis miał podobno umieścić przyjaciel Mellana, Michel de Marolles, opat z Villeloin-Coulangé w środkowej Francji. Niektórzy badacze skłaniają się też do teorii, że napis odnosi się do odbicia Chrystusowego oblicza, które w momencie podania przez św. Weronikę chusty zostało stworzone „ręką Boga”.

    Krzysztof Stępkowski/Aleteia.pl

    ______________________________________________________________

    Dzisiejszy dzień jest dniem postu ścisłego co do ilości i jakości.

    Wstrzemięźliwością od pokarmów mięsnych i post ścisły (trzy posiłki w ciągu dnia, w tym tylko jeden – do syta) zobowiązani są wszyscy wierzący powyżej 14-tego roku życia, a post dotyczy osób pełnoletnich do 60-tego roku życia. (Kodeks Prawa Kanonicznego: 1251-1252)

    Poprzez post mam doświadczyć głodu, który mnie osłabi, bo w tej słabości łatwiej uświadomić sobie, jak bardzo jestem słaby, kruchy i bezbronny. Ta niemoc nakarmienia samego siebie powinna mnie tak mocno ogarnąć, że zaczynam wołać do Boga: Nakarm mnie! Tak bardzo potrzebuję Ciebie, Panie!

    Mój dobrowolnie przyjęty post, który powinienem odczuć, pomoże mi zbliżyć się i zjednoczyć z Panem naszym Jezusem Chrystusem przyjmującym całkowicie dobrowolnie krzyż naszych grzechów po to, aby poprzez swoją mękę i śmierć i chwalebne Zmartwychwstanie nakarmić swoim Ciałem głód całego świata.

    ________________________________________________________________________

    Nowenna przed Świętem Miłosierdzia Bożego

    Nowennę tę kazał Pan Jezus siostrze Faustynie zapisać w sierpniu 1937 roku, polecając odprawianie jej przed Świętem Miłosierdzia, począwszy od Wielkiego Piątku:

    “Pragnę, abyś przez te dziewięć dni sprowadzała dusze do zdroju mojego miłosierdzia, by zaczerpnęły siły i ochłody, i wszelkiej łaski, jakiej potrzebują na trudy życia, a szczególnie w śmierci godzinie. W każdym dniu przyprowadzisz do serca mego odmienną grupę dusz i zanurzysz je w tym morzu miłosierdzia mojego. A ja te wszystkie dusze wprowadzę w dom Ojca mojego. Czynić to będziesz w tym życiu i w przyszłym. I nie odmówię żadnej duszy niczego, którą wprowadzisz do źródła miłosierdzia mojego. W każdym dniu prosić będziesz Ojca mojego przez gorzką mękę moją o łaski dla tych dusz.

    Odpowiedziałam: Jezu, nie wiem, jak tę nowennę odprawiać i jakie dusze wpierw wprowadzić w najlitościwsze Serce Twoje. – I odpowiedział mi Jezus, że powie mi na każdy dzień, jakie mam dusze wprowadzić w Serce Jego”. (1209)

    _________________________________________

    PIERWSZY DZIEŃ NOWENNY DO BOŻEGO MIŁOSIERDZIA

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Modlitwa Jezusa w Ogrójcu

    Domena publiczna/Aletaia.pl

    ***

    Obraz „Jezus w Ogrójcu” namalowany przez El Greco.

    Z prawej strony widać zbliżających się już żołnierzy. Z lewej strony – apostołowie zmorzeni snem.

    Pan Jezus jest w centrum i wpatruje się w anioła. 

    Patrząc na skupionego Pana Jezusa – pytam samego siebie:

    Do kogo jest mi bliżej? Do śpiących apostołów?

    A może do śpieszących się żołnierzy z Judaszem na czele?

    Panie Jezu, pragnę patrzeć tylko na Ciebie. Proszę, daj mi tę łaskę.

    ______________________________________________________

    Droga krzyżowa twarzą w twarz z Chrystusem

    ***

    W tej Drodze krzyżowej przeżywajmy Mękę Pańską naszego Zbawiciela zmierzającego na Golgotę.

    Bądźmy tak blisko Pana Jezusa, jak blisko byli z Nim najbardziej oddani Mu ludzie. Stańmy przy Boleściwej Matce Najświętszej Maryi, przy św. Janie, przy św. Marii Magdalenie. Odnajdźmy się w postaciach Szymona z Cyreny i św. Weroniki. Zobaczmy ogromny ból i cierpienie, ale też wzruszenie, wdzięczność i nadzieję, które rysowały się podczas Męki na twarzy umęczonego Zbawiciela. Dostrzeżmy w oczach Syna Bożego determinację do złożenia ofiary z siebie, płynącą z niewyczerpanej miłości do człowieka.

    W tej modlitwie pomogą nam malarskie przedstawienia Męki Chrystusa. To bardzo intymna droga krzyżowa. Jezus odsłania przed nami swoje wnętrze, a my możemy odpowiedzieć Mu naszą empatią i wdzięcznością tak jak najlepszemu Przyjacielowi.

    Droga krzyżowa

    Modlitwa wstępna

    Panie, przychodzę do Ciebie ze skruszonym sercem. Ze świadomością, że wyruszasz w tę drogę krzyżową, na krzyż, zamiast mnie. Chcę Ci w niej towarzyszyć i stanąć tuż przy Tobie. Spojrzeć w Twe oczy przepełnione miłością i poddać się jej – przyjąć ją całym sercem. Z wdzięcznością i wzajemnością, na mój mały, ludzki sposób.

    Każdą stację rozpoczynamy słowami:

    Kłaniamy się Tobie Panie Jezu Chryste i błogosławimy Tobie, żeś przez Krzyż swój Święty, świat odkupić raczył.

    Któryś za nas cierpiał rany, Jezu Chryste zmiłuj się nad nami.

    Stacja I: Pan Jezus skazany na śmierć

    • Stacja I: Pan Jezus skazany na śmierć

    Piłat patrzy w Twoją twarz. Co w niej dostrzega? Nie widzi w Tobie niesprawiedliwości. Nie jesteś wszak kryminalistą. „Czy Ty jesteś królem?” – pyta. Czy dostrzega w Tobie tę królewską godność? Czy wie, że gdybyś chciał, on nie miałby nad Tobą żadnej władzy? Że stoisz przed nim z własnej woli? Co ja widzę gdy na Ciebie patrzę? Widzę mojego Pana, który staje pomiędzy mną a Piłatem. Patrzę w Twoje oczy z niedowierzaniem. Aż tak bardzo mnie kochasz, Panie?  

    ***

    Stacja II: Pan Jezus bierze krzyż na ramiona

    • Stacja II: Pan Jezus bierze krzyż na ramiona

    Belka już czeka. Przygotowana dla Twoich ramion. Ciąży, tym bardziej, że chwilę wcześniej zostałeś ubiczowany. Rany muszą potwornie boleć, a to przecież nie koniec… To dopiero początek. W każdej chwili mogłeś powiedzieć „dosyć”, ale Ty wybrałeś miłość do swoich dzieci. Co mogły mówić Twoje oczy wtedy? Czy kipiały nienawiścią? Czy Twoją twarz wykrzywił grymas zawodu, potępienia? „Król spotkał się z Jego spojrzeniem. Takich oczu jeszcze nie widział. (…) w oczach Jezusa nie było nienawiści. (…) I z kolei odkrył rzecz, która go przyprawiła o zdumienie: Jezus mu współczuje. Coś niepojętego: ten Człowiek skazany na śmierć, tak strasznie poraniony, zachowuje się tak, jakby nieważne było Jego własne cierpienie, ale jakby jedynie ważnym był on – stary król” (ks. M. Maliński „Bajki nie tylko dla dzieci. Czwarty Król”, Wrocław 1988).

    ***

    Stacja III: Pan Jezus upada pod krzyżem po raz pierwszy

    • Stacja III: Pan Jezus upada pod krzyżem po raz pierwszy

    Upadek. Ciężar belki dociska Cię do ziemi. Pył, drobne kamienie dostają się do Twoich ran. Cierpienie i ból, jakież straszne cierpienie… Chcę odwrócić od tego twarz, nie patrzeć, zasłonić oczy i uszy… Chcę uciec. Ale serce mi nie pozwala – chcę być teraz przy Tobie. Być na wyciągnięcie ręki, choć nic w tej sytuacji nie mogę zrobić. Łzy same cisną się do oczu. Jestem przy Tobie, choć w tej chwili czuję się tak bardzo mały/mała. Ale w Twoich oczach nie widzę rozczarowania… jest pokój i miłość. I jasny cel. Wiesz, dlaczego, dla kogo to robisz… Nikt z nas na to nie zasłużył.

    ***

    Stacja IV: Pan Jezus spotyka swoją Matkę

    • Stacja IV: Pan Jezus spotyka swoją Matkę

    Ta para oczu, która się spotyka, rozumie się najlepiej na świecie. Niewinny Jezus i bezgrzeszna Maryja. Ich dwoje – czystych i szlachetnych. Jaśniejących niewidzialnym blaskiem. A wokół Nich ciemność. Nasza ciemność grzesznych wyborów, nienawiści, nieczystości, zdrad, nałogów, agresji… I ich cierpienie, poświęcenie – znów z miłości do nas. Takich słabych, ciągle upadających. Ale pomiędzy Nimi jest jakiś pokój, który tylko Oni rozumieją, pomimo bólu. Ufają Bogu Ojcu do końca. Jezus nie musi niczego tłumaczyć Maryi. Ona stoi przy Nim całym sercem, całą sobą jest po Jego stronie. Ona wie… A ja patrzę na Matkę i na Syna i płacze moje serce ze współczucia. A przecież to mój grzech… to ja…

    ***

    Stacja V: Szymon z Cyreny pomaga nieść krzyż Jezusowi

    • Stacja V: Szymon z Cyreny pomaga nieść krzyż Jezusowi

    Przymuszają Szymona, aby pomógł Ci nieść krzyż. Czy był do tego chętny? Czy zrobił to bez pretensji? Czy ja, zajęty/zajęta swoimi sprawami dałbym/dałabym się tak łatwo od nich odciągnąć, aby pomóc nieść krzyż? Czy znów nie powiedziałbym/-abym ze zniecierpliwieniem “za chwilę!”, “nie widzisz, że jestem zajęty/-a?”… Daj mi Panie wrażliwe i chętne do pomocy serce. Abym się nie spóźnił/-a kochać.

    ***

    Stacja VI: Święta Weronika ociera twarz Pana Jezusa

    • Stacja VI: Święta Weronika ociera twarz Pana Jezusa

    Jej wrażliwość i piękne serce. Odwaga, która popchnęła ją przed tłum. Wybiegła, aby choć trochę ulżyć Ci w tym potwornym cierpieniu. Może się to wydawać bezsensowne, że przecież to nic nie zmieni, bo ileż tego cierpienia ona odejmie… A jednak, dla Ciebie było to ważne. Widzę to w pozostawionym na chuście wizerunku. Twoja miara jest inna niż nasza. Ty Panie patrzysz Sercem w serce. Naucz mnie tak widzieć innych Panie. Tak, jak Ty ich widzisz.

    ***

    Stacja VII: Pan Jezus upada pod krzyżem po raz drugi

    • Stacja VII: Pan Jezus upada pod krzyżem po raz drugi

    Upadek. To brzmi tak ludzko. Tyle ich mamy w swoich życiorysach. Tyle ich jeszcze przed nami. Teraz upadasz pod krzyżem, pod ciężarem naszych grzechów. Tak, jakby to, co się wydarzyło do tej pory, to było za mało… Panie, proszę Cię o wytrwanie w dobru, o czyste, pragnące dobra serce. Wyryj w moim sercu pamięć o Twoim upadku z powodu naszych, moich grzechów. Niech ten obraz pomaga mi za każdym razem wygrywać z pokusami, aby Ciebie więcej nie ranić.

    ***

    Stacja VIII: Pan Jezus pociesza płaczące niewiasty

    • Stacja VIII: Pan Jezus pociesza płaczące niewiasty

    Jezu, tak bardzo cierpisz. A pomimo to potrafisz w tym cierpieniu dostrzec inne osoby. Zobaczyć je, usłyszeć i ukochać. Kiedy nas małe trudności potrafią zamknąć w sobie i odwrócić od ludzi. Nie mówiąc o świadczeniu im wtedy dobra. Panie, proszę, daj nam łaskę, byśmy nie skupiali się na naszych trudnościach, ale pomimo nich dostrzegali potrzeby innych osób z miłością i serdecznością.

    ***

    Stacja IX: Pan Jezus upada pod krzyżem po raz trzeci

    • Stacja IX: Pan Jezus upada pod krzyżem po raz trzeci

    Trzeci upadek. Na nowo rozdziera rany. Boli, tak bardzo boli… A my? Może już przyzwyczailiśmy się do patrzenia na cierpienie? Może stępiała nasza wrażliwość na nie? Przechodzimy obojętnie obok potrzebujących. Odrzucamy telefon od przyjaciela, nie interesujemy się sytuacją krewnych. Przesuwamy kolejne posty w internecie z coraz większą obojętnością… Panie, ożyw nasze serca, oczyść nasze oczy, abyśmy nigdy nie zobojętnieli na cierpienie drugiego człowieka. Byśmy nigdy nie byli obojętni na Twój krzyż.

    ***

    Stacja X: Pan Jezus z szat obnażony

    • Stacja X: Pan Jezus z szat obnażony

    Oddałeś im nawet swoje ubranie. Totalne ubóstwo. Totalna wolność. A mnie jest trudno przejść obojętnie obok świecących witryn sklepowych. Ciągle mało i mało. Przydałoby się więcej i więcej… A serce pustoszeje coraz bardziej, staje się chytre, nieufne, zazdrosne. Przy tej stacji proszę Cię Panie o wolność serca, ubóstwo i jego czystość. O obojętność na to, co jest mrzonką i iluzją, na to co mami, ale nie syci.

    ***

    Stacja XI: Pan Jezus przybity do krzyża

    • Stacja XI: Pan Jezus przybity do krzyża

    Twój święty Krzyż. Twoje święte rany. Twoje święte poświęcenie. Ofiara. Pasja. Twoja miłość. W wolności, z miłości. Patrzę na krzyż i wszystko we mnie krzyczy: Jezus jest niewinny, jak dziecko, jak baranek… Twoja miłość, Panie, jest dla mnie niepojęta. Ale dziękuję Ci za nią. Patrzę na Twój krzyż i wraca mi życie. Patrzę na Twój krzyż i on mnie uzdrawia. Nie chcę nigdy odwracać od niego wzroku.

    ***

    Stacja XII: Pan Jezus umiera na krzyżu

    • Stacja XII: Pan Jezus umiera na krzyżu

    Dokonało się. Oddałeś swoje życie. Złożyłeś wszystko w ręce swego Ojca, abyśmy mogli żyć. Abym ja mógł/mogła żyć. Błagam Cię Panie, pomóż mi dzisiaj z wdzięcznością przyjąć Twoją ofiarę, jej owoce, dary i łaski. Proszę, abym jak najwięcej pojął/pojęła, co Ty dla mnie uczyniłeś. I otwórz me serce, duszę, umysł, abym przyjął/przyjęła całkowicie prawdę o Twojej ofierze dla mnie. Pomóż mi być Ci za nią wdzięcznym/wdzięczną… Nigdy nie stracić jej z oczu.

    ***

    Stacja XIII: Pan Jezus zdjęty z krzyża

    • Stacja XIII: Pan Jezus zdjęty z krzyża

    Twoje ciało zdjęte z krzyża przez tych, którzy Cię kochali, składane jest z czułością na kolanach Twej Matki. Jej ramiona tyle razy Cię tuliły, dłonie głaskały, usta składały pocałunki. Ostatni raz pogładzi Cię po włosach, Jej łza kapnie na Twoją świętą twarz. Już nie cierpisz – cierpią Ci, którzy zostali bez Ciebie. Widzę tę scenę oczami wyobraźni… I myślę o tych, których kocham. Proszę Cię Panie o miłość, której nigdy nie jest za dużo. O dostrzeganie mych bliskich i okazji do okazywania im miłości. Tak, jak oni tego potrzebują. Tak, aby oni byli ze mną szczęśliwi.

    ***

    Stacja XIV: Pan Jezus złożony do grobu

    • Stacja XIV: Pan Jezus złożony do grobu

    Twój grób nie jest końcem drogi. To tylko zakręt, za którym widać już świt poranka. To nie kropka na końcu zdania, ale przecinek, a potem kolejne tomy pełne niezwykłych dowodów na to, że żyjesz. Twoi bliscy chowają Twoje Ciało do grobu z niezwykłym szacunkiem i delikatnością. Jak ziarno, z którego wykiełkuje nie roślina, nawet nie ogród, ale nowy wszechświat, nowa rzeczywistość. Dziękuję Ci za tę perspektywę, dziękuję za nadzieję. Dziękuję za Twoją miłość.

    ***

    tekst: Michał Ziółkowski – Maria Ziółkowska/Aleteia.pl

    obrazy: © Wikimedia Commons | domena publiczna/© Renata Sedmakova | Shutterstock

    © Almonroth – praca własna | Wikimedia Commons | CC BY-SA 3.0/Aleteia.pl

    +++

    „Boże mój, czemuś Mnie opuścił?”.

    Jezus Opuszczony może stać się towarzyszem każdej samotności

    Doświadczenie opuszczenia  jest przejściem, bramą: jeśli rozpoznamy  w nim obecność Jezusa, On wypełni je swoją szaloną miłością i światłem.

    Doświadczenie opuszczenia jest przejściem, bramą: jeśli rozpoznamy w nim obecność Jezusa, On wypełni je swoją szaloną miłością i światłem.
    CSC AUDIOVISIVI

    ***

    Słowa: „Boże mój, Boże mój, czemuś Mnie opuścił?”, które rozbrzmiewają w Wielki Piątek, w tym dniu pozostają bez odpowiedzi. Wydaje się, że Bóg milczy. Odpowiedź przyjdzie nieco później, a jest nią zmartwychwstanie.

    Dziesięć lat temu towarzyszyłam jako tłumacz niezwykłej czwórce Włochów, którzy zostali zaproszeni do Polski, aby przedstawić świadectwo życia beatyfikowanej w 2010 roku Chiary Luce Badano. Byli to jej rodzice, Maria Teresa i Ruggero, oraz przyjaciółka Chicca ze swoim bratem Franzem. Nie zapomnę rozmów z nimi, w których nie tyle wspominali Chiarę, ile przeżywali z nią swoją codzienność. Frapujący był dialog z Franzem, który na historię młodej błogosławionej i życie jej najbliższych patrzył z perspektywy agnostyka, jak siebie określał. Jeśli każda pojedyncza relacja człowieka do Boga pozostaje dla nas w swej istocie tajemnicą, to w przypadku niektórych osób i ich historii ta tajemnica staje się szczególnie wyraźna. Tak było z nim.

    Kim On jest?

    Całe wydarzenie Jezusa Chrystusa – Jego Wcielenie, życie ziemskie, pascha – jest historią uniżenia się Boga wobec człowieka, o czym pisał św. Paweł (Flp 2,6-11), a za nim wielka tradycja teologiczna. Krzyż stanowi kulminację, zawiera w sobie ogromny ból fizyczny, rozproszenie się uczniów, ostateczne odrzucenie przez naród, przekleństwo ze strony Boga, gdyż Żydzi wiedzieli, że „wiszący [na drzewie] jest przeklęty przez Boga” (Pwt 21,23). Koniec wydaje się naprawdę okrutny i pozbawiony nadziei. To prawda, że w ciągu całego swojego życia Jezus wiele razy doświadczył niezrozumienia, a nawet odrzucenia ze strony ludzi, także najbliższych. Ale żył w obecności Ojca, w nieprzerwanej rozmowie z Nim w miejscach ustronnych i wśród tłumu. O tej wyjątkowej bliskości świadczyło całe Jego życie, a także niektóre wypowiedzi, takie jak: „Ja i Ojciec jedno jesteśmy” (J 10,30) czy „Ojcze, dziękuję Ci, żeś Mnie wysłuchał. Ja wiedziałem, że Mnie zawsze wysłuchujesz” (J 11,41-42). W decydującym momencie zdaje się, że Ten, którego nazywał Abba, opuścił Go.

    Komentując wizytę w Polsce, Franz opowiadał o wrażeniu, jakie wywarło na nim zwiedzanie Auschwitz, i nazwał ten obóz katedrą Jezusa Opuszczonego. Nie ma w całym chrześcijańskim świecie, zauważył, kościoła ani nawet małej kaplicy poświęconej opuszczeniu Jezusa na krzyżu, ale jest wiele miejsc, które je przywołują w sposób wymowny. Są to sale szpitali onkologicznych, więzienia, obozy dla uchodźców… ale także domy ukryte wśród osiedli naszych miast, w których zamiast spodziewanej ludzkiej życzliwości i wzajemnego wsparcia panują złość, obojętność czy rozpacz. Kiedy osoba przedstawiająca się jako agnostyk opowiada o Bogu w taki sposób, kiedy dotyka trudnej kwestii cierpienia i łączy je z tajemnicą krzyża, może poruszyć struny duszy i umysłu, które niełatwo potem uciszyć. To mocne wyzwanie dla chrześcijan! Co mógł mieć na myśli Franz, mówiąc o katedrze Jezusa Opuszczonego? Kim jest Jezus Opuszczony?

    W pobożności chrześcijańskiej ukształtowało się wiele praktyk, które prowadzą nas w rozmyślaniu nad męką Jezusa. Jedną z nich jest przypomnienie „siedmiu słów” Jezusa zapisanych przez ewangelistów w kontekście sceny ukrzyżowania. Żaden z autorów nie przytacza wszystkich siedmiu słów (czy raczej zdań), a każda z czterech narracji wydarzeń Wielkiego Piątku stanowi pewną literacką i teologiczną całość. Jednym z tych ostatnich słów Jezusa, przytoczonych przez Marka oraz Mateusza, jest cytat z Psalmu 22: „Boże mój, Boże mój, czemuś Mnie opuścił?”. A więc nie jest to nawet oryginalna wypowiedź Jezusa: posługuje się On wcześniejszym tekstem, jakby dla potwierdzenia, że wypełnia się to, co Bóg w swojej Opatrzności przewidział.

    Rany duchowe i sens życia

    Psalmista przywołuje swoje dramatyczne doświadczenie, ale w drugiej części jego lament przechodzi w pełną ufności pieśń dziękczynną. W Wielki Piątek historia Jezusa zatrzymuje się na tej pierwszej części psalmu, w której rozbrzmiewa dramat opuszczenia, samotności, niewyjaśnionego cierpienia. Na to cierpienie – które z perspektywy zmartwychwstania możemy dziś nazwać zbawczym – składają się poszczególne etapy męki, od modlitwy w Ogrodzie Oliwnym aż po agonię. Poszczególni święci i zapoczątkowane przez nich prądy duchowe podkreślali na przestrzeni wieków ten czy inny aspekt życia Chrystusa, naśladując Go w nim i adorując. Wielu z nich odnosiło się do Jego męki jako kulminacyjnego momentu historii Wcielenia. A może współczesny człowiek, tak jak Franz, odkrywa w jakiś sposób tę ranę duchową, jaką jest doświadczenie opuszczenia?

    Umocniony bliskością Boga, a nawet w imię czysto ludzkiej, głębokiej miłości, człowiek może znieść także najokrutniejsze cierpienie fizyczne, ponieważ niesie go sens nadany życiu. Kiedy takiej obecności zabraknie, kiedy walą się wszystkie dotychczasowe punkty oparcia, te przyrodzone i nadprzyrodzone, nasza osobista walka nie ma już motywacji. Cała rzeczywistość traci sens. Myślę, że takie doświadczenie – czasem prywatne, czasem związane z sytuacją bliskich osób, środowiska, w którym żyjemy i pracujemy, a nawet ze względu na więź z Kościołem w jego aktualnym kryzysie – każdy z nas choć trochę rozumie, bo niesie je w sobie. Czy to możliwe, że również Jezus je przeżył?

    Oblubieńcy Opuszczonego

    Nie lekceważąc bardzo ciekawej refleksji teologicznej na ten temat, warto odwołać się do intuicji płynących z doświadczenia mistrzów życia duchowego. Przywołana przeze mnie na początku bł. Chiara Luce Badano była duchową córką swojej imienniczki, Chiary Lubich, założycielki Ruchu Focolari. Chiara Lubich (1920–2008) znana jest pewnie przede wszystkim ze swojego dążenia do jedności, w odpowiedzi na modlitwę Jezusa: „Aby wszyscy stanowili jedno” (J 17,21). Tymczasem ta apostołka jedności chce być zapamiętana jako „oblubienica Jezusa Opuszczonego”. Rozumie ona, że jedność to dar, udzielanie się ludziom życia Boga – dzięki temu, że wchodzi On w ludzkie doświadczenie rozdarcia, oddalenia, niejedności i wypełnia je swoją miłością. Jeśli z jednej strony jest to ogromna tajemnica, to z drugiej przekłada się bezpośrednio na codzienne życie. Chiara Lubich, a za jej przykładem także bł. Chiara Luce i wielu innych, postanawia w każdym cierpieniu, zwłaszcza tym duchowym, w poranionych relacjach z Bogiem i między ludźmi, w gorszących podziałach, w pytaniach bez odpowiedzi rozbrzmiewających między niebem a ziemią, rozpoznać i przyjąć z miłością oblicze Jezusa Opuszczonego. Mówi o boskiej alchemii przemieniającej cierpienie w miłość, o ile przyjmiemy tę perspektywę opuszczenia, które prowadzi ostatecznie do zmartwychwstania. Doświadczenie opuszczenia jest przejściem, bramą: jeśli rozpoznamy w nim obecność Jezusa, On wypełni je swoją szaloną miłością i światłem. Pisze Chiara Lubich: „Chciałabym zaświadczyć przed całym światem, że Jezus Opuszczony wypełnił każdą pustkę, rozjaśnił każdą ciemność, stał się towarzyszem każdej samotności, przekreślił każde cierpienie i wymazał każdy grzech”.

    Odpowiedź przyjdzie później

    Słowa: „Boże mój, Boże mój, czemuś Mnie opuścił?”, które rozbrzmiewają w Wielki Piątek, w tym dniu pozostają bez odpowiedzi. Wydaje się, że Bóg milczy. Odpowiedź przyjdzie nieco później, a jest nią zmartwychwstanie. Choć wyznajemy je aktem wiary i doświadczamy pewnych owoców, nie poznaliśmy jeszcze jego pełni. Poruszamy się w przestrzeni „już i jeszcze nie” albo „już i coraz pełniej”, gdzie cierpienie wciąż przeplata się z radością, poczucie opuszczenia i braku sensu z chwilami duchowych uniesień i bliskości Boga. Ale właśnie w tej przestrzeni On jest obecny ze swoją szaloną miłością; Ten, który oddaje życie, fizycznie i duchowo. Takiego Boga objawia nam Jezus Opuszczony.

    Tak, rozpoznaję Jezusa Opuszczonego, gdyż – czy tego chcę, czy nie – spotykam Go często we mnie i wokół mnie. Zdarzają się takie chwile, kiedy odczuwam sacrum Jego obecności, jakby w katedrze, o której mówił Franz. Innym razem odwracam wzrok, bo spotkanie z Nim może być zaskakujące, bolesne, dramatyczne. A przecież On jest Paschą, czyli przejściem do poranka zmartwychwstania. Bóg współczesnego człowieka, „mój” Bóg: Jezus Opuszczony – Zmartwychwstały.

    Katarzyna Wasiutyńska/Gość Niedzielny

    +++

    Nowenna w intencji Ojczyzny.

    Ksiądz Arcybiskup Stanisław Gądecki prosi o włączenie się w modlitwę dziewięciodniową w intencji naszej Ojczyzny

    Abp Stanisław Gądecki/ fot. Agata Ślusarczyk /FundacjaOpoka

    ***

    NOWENNA W INTENCJI OJCZYZNY

    ZAPROSZENIE DO MODLITWY NOWENNOWEJ W INTENCJI OJCZYZNY

    W związku z rodzącą wiele pytań i niepokojów sytuacją społeczną w naszej Ojczyźnie, proszę wszystkich o wspólną modlitwę w ważnych dla naszego kraju intencjach.

    Zapraszam do włączenia się w modlitwę nowennową „Akcja 21:20” w intencji Ojczyzny, zgody narodowej i poszanowania życia ludzkiego. Nowenna będzie mieć miejsce w dniach od 16 do 24 marca 2024 roku, czyli przed Dniem Świętości Życia, przypadającym dnia 25 marca.

    W łączności z Sanktuarium Matki Bożej na Jasnej Górze wznośmy nasze modlitwy do Boga, odmawiając Apel Jasnogórski,  po nim, o godz. 21:20 modlitwy nowennowe, także po każdej Mszy św. Jeśli nie będzie to możliwe, nowennę można odmówić indywidualnie w dowolnym momencie dnia.

    Układ Nowenny jest bardzo prosty. Wystarczy odczytać intencję na dany dzień i odmówić „Ojcze nasz”, „Zdrowaś Maryjo” oraz modlitwę w intencji Ojczyzny, np. autorstwa ks. Piotra Skargi. Zachęcam gorąco, aby odmawiać modlitwę w kościołach, kaplicach, parafiach i wspólnotach duszpasterskich.

    Pragniemy modlić się za wstawiennictwem św. Andrzeja Boboli i bł. ks. Jerzego Popiełuszki – wielkich orędowników Polski.

    ✠ Stanisław Gądecki
    Arcybiskup Metropolita Poznański
    Przewodniczący Konferencji Episkopatu Polski

    Warszawa, 4 marca 2024 roku

    ___________________________________________________

    DNI NOWENNY

    Dzień 1
    16 marca (sobota)

    Postępujcie nadal mężnie, ale z tą odwagą chrześcijańską, która idzie w parze z roztropnością i z tą mądrością, która umie bystro patrzeć i przewidywać. (Pius XII, Encyklika o Świętym Andrzeju Boboli)

    Intencja:
    O odnowienie wiary każdego z nas, by prowadziła do umocnienia ducha naszego narodu.

    Modlitwę poprowadzi abp Wacław Depo (Kaplica Matki Bożej na Jasnej Górze)

    Dzień 2
    17 marca (niedziela)

    Modlimy się o nadzieję na lepsze jutro, o pojednanie narodu w duchu miłości… Zło dobrem zwyciężaj. (bł. ks. Jerzy Popiełuszko)

    Intencja:
    Módlmy się o pojednanie narodowe, mądrość dla rządzących i solidarność społeczną.

    Modlitwę poprowadzi abp Stanisław Gądecki (Bazylika Archikatedralna św. Apostołów Piotra i Pawła w Poznaniu)

    Dzień 3
    18 marca (poniedziałek)

    Warunkiem pokoju w sumieniu, pokoju w rodzinie, pokoju w Ojczyźnie i świecie jest sprawiedliwość oparta na miłości. (bł. ks. Jerzy Popiełuszko)

    Intencja:
    Módlmy się o zachowanie pokoju i bezpieczną przyszłość dla Polski.

    Modlitwę poprowadzi kard. Kazimierz Nycz (Sanktuarium Narodowe św. Andrzeja Boboli w Warszawie)

    Dzień 4
    19 marca (wtorek)

    Miłość i Prawdę można ukrzyżować, ale nie można zabić. (bł. ks. Jerzy Popiełuszko)

    Intencja:
    Módlmy się o odczytanie prawdziwej roli mężczyzny i kobiety w małżeństwie oraz trwałość rodzin.

    Modlitwę poprowadzi bp Wiesław Śmigiel (Sanktuarium Matki Bożej Patronki Rodzin w Toruniu)

    Dzień 5
    20 marca (środa)

    Wiara niech będzie przepasaniem bioder waszych; niech ona głoszona będzie po całym świecie, niech dla was i dla wszystkich będzie tym zwycięstwem, które zwycięża świat. (Pius XII, Encyklika o Świętym Andrzeju Boboli)

    Intencja:
    Módlmy się o siłę i odwagę dla młodych w odkrywaniu wiary i życiowego powołania.

    Modlitwę poprowadzi kard. Grzegorz Ryś (Łódź)

    Dzień 6
    21 marca (czwartek)

    Dzisiaj potrzeba nam odważnego upominania się dla Narodu o prawo do Boga, do miłości, do wolności sumień, do kultury i dziedzictwa rodzimego. Nie można tworzyć dziejów bez dziejów. (bł. ks. Jerzy Popiełuszko)

    Intencja:
    Módlmy się o światło dla nas jako narodu, byśmy kierowali się zawsze dobrem Ojczyzny.

    Modlitwę poprowadzi abp Wojciech Polak (Bazylika Prymasowska przy relikwiach i pomniku bł. Stefana Wyszyńskiego w Gnieźnie)

    Dzień 7
    22 marca (piątek)

    Postawmy prawdę na pierwszym miejscu, jeśli nie chcemy, by nasze sumienie porosło pleśnią. (bł. ks. Jerzy Popiełuszko)

    Intencja:
    Módlmy się o prawdę i odpowiedzialność za słowo w przestrzeni medialnej, także w mediach społecznościowych.

    Modlitwę poprowadzi bp Rafał Markowski (grób bł. Jerzego Popiełuszki, Parafia św. Stanisława Kostki, Sanktuarium Diecezjalne Błogosławionego Księdza Jerzego Popiełuszki w Warszawie)

    Dzień 8
    23 marca (sobota)

    Módlmy się, abyśmy byli wolni od lęku, zastraszenia, ale przede wszystkim od żądzy odwetu i przemocy. (bł. ks. Jerzy Popiełuszko)

    Intencja:
    Módlmy się o szacunek i język dialogu w przestrzeni publicznej.

    Modlitwę poprowadzi bp Marek Szkudło (Sanktuarium Matki Sprawiedliwości i Miłości Społecznej w Piekarach Śląskich)

    Dzień 9
    24 marca (niedziela)

    Zadaniem Kościoła jest nie tylko teoretyczne głoszenie świętości życia, prawa do życia nienarodzonych, lecz także praktyczna obrona tego prawa. Istnieje pilna potrzeba podejmowania konkretnych inicjatyw mających na celu udzielanie pomocy samotnym matkom, dziewczętom w ciąży, które wahają się, czy urodzić dziecko (bł. ks. Jerzy Popiełuszko)

    Intencja:
    Módlmy się o pełną ochronę prawną życia dzieci nienarodzonych.

    Modlitwę poprowadzi bp Andrzej Czaja (Sanktuarium św. Anny na Górze Świętej Anny)

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Modlitwa o wolność od lęku i nienawiści za wstawiennictwem błogosławionego ks. Jerzego Popiełuszki w roku 40. rocznicy jego męczeńskiej śmierci.

    Samplefot. Wojciech Strozyk/kai.pl

    ***

    Modlitwą o wolność od lęku i nienawiści za wstawiennictwem bł. ks. Jerzego Popiełuszki, odmówioną 28 lutego wieczorem przy jego grobie na warszawskim Żoliborzu zainaugurowano rok obchodów 40. rocznicy męczeńskiej śmierci kapelana „Solidarności”. Modlitwa ta odmawiana będzie przy grobie codziennie przez 37 tygodni jako program „osobistej i społecznej duchowej przemiany”. Osoby włączające się w modlitwę zaproszone są też do podjęcia postu od agresywnych zachowań i słów a także do wrażliwości na potrzeby innych.

    __________________________________

    Panie Jezu Chryste, Ty powołałeś błogosławionego księdza Jerzego Popiełuszkę do gorliwego głoszenia Ewangelii miłości, prawdy i prawdziwej wolności, zwyciężania zła dobrem, do obrony bliźnich przed krzywdą i nienawiścią, do leczenia ran złamanych serc. Za Jego wstawiennictwem proszę Cię o przemianę mojego serca, myśli, uczuć i woli, abym w swoim życiu zło dobrem zwyciężał. Pomóż mi uwolnić się od pychy, chciwości, gniewu, kłamstwa i egoizmu. Spraw, bym żył w prawdzie i wolności, a przez swoją wewnętrzną przemianę przyczyniał się do odrodzenia wiary w mojej rodzinie, wspólnocie, Ojczyźnie i na całym świecie. Proszę Cię, Boże o łaskę kanonizacji błogosławionego Jerzego Popiełuszki, aby dla całego świata stawał się wzorem wierności Chrystusowi, Kościołowi i bliźnim.

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Modlitwa za Ojczyznę Ks. Piotra Skargi!

    Dziś jest ona szczególnie potrzebna

    ks. Piotr Skarga/PCh24.pl

    ***

    W tych trudnych czasach, gdy naszej Ojczyźnie zagrażają różne niebezpieczeństwa, szczególnie potrzebna jest nasza modlitwa. Sięgajmy  w niej do słów ułożonych przez Kaznodzieję Narodu, Sługę Bożego Ks. Piotra Skargę.

    Modlitwa za Ojczyznę – ks. Piotr Skarga SJ

    Boże, Rządco i Panie narodów, z ręki i karności Twojej racz nas nie wypuszczać, a za przyczyną Najświętszej Panny, Królowej naszej, błogosław Ojczyźnie naszej, by Tobie zawsze wierna chwałę przynosiła Imieniowi Twemu, a syny swe wiodła ku szczęśliwości.

    Wszechmogący wieczny Boże, spuść nam szeroką i głęboką miłość ku braciom i najmilszej Matce, Ojczyźnie naszej, byśmy jej i ludowi Twemu, swoich pożytków zapomniawszy, mogli służyć uczciwie.

    Ześlij Ducha Świętego na sługi Twoje, rządy kraju naszego sprawujące, by wedle woli Twojej ludem sobie powierzonym mądrze i sprawiedliwie zdołali kierować. Przez Chrystusa, Pana naszego.

    Amen.

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Jak budować Polskę? Na Chrystusie!

    O to walczył ks. Piotr Skarga

    oprac. GS/PCh24.pl

    ***

    Nie tylko świat polityki, ale cała nasza codzienność winna być zbudowana na Chrystusie. To najpewniejsza recepta na zachowanie zdrowego państwa, społeczeństwa, na ochronę rodziny i rozwój każdego z osobna. Rozwój, co najważniejsze, prowadzący do Nieba. Wiedział o tym doskonale sługa Boży ksiądz Piotr Skarga, który z zapałem tępił błędy i grzechy, także narodowe, zaś heretyków… miłował. Mawiał: „heretyki złe, ale ludzie dobre” – stąd zabiegał o ich dusze, ale nieprawe czyny potępiał, również te mające wpływ na kształt Ojczyzny. W tym zakresie bowiem nie ma miejsca na dialog. Najsamprzód Chrystus, zawsze i wszędzie!

    W czasach politycznej burzy, ideologicznego zamętu, wykrzywiania pojęć i zakłamywania świata warto sięgać do tych, którzy owe zagrożenia dla duszy człowieka nie tylko celnie rozpoznawali, definiowali, ale potrafili wskazać po mistrzowsku receptury na stawienie im skutecznego oporu.

    Bez wątpienia Mistrzem w tej materii był ks. Piotr Skarga. I choć w swojej działalności ów niezmęczony sługa Boży podejmował wiele działań – był choćby świadkiem Bożego Miłosierdzia (dzieło Arcybractwa Miłosierdzia czy Bractwo Betanii św. Łazarza) – to pozostańmy na chwilę na jednym z odcinków zatroskania ks. Skargi. Co takiego Kaznodzieja Narodu mówił o katolikach, heretykach, państwie, o Kościele? Słowem o tym, co nas – jako społeczeństwo – mocno kształtuje… Wczytajmy się w Jego pisma, bo przemawia z nich to, co dziś ma być zakrzyczane, co ma nie dojść do głosu. Ksiądz Skarga bez wątpienia jest kapłanem z przesłaniem „skrojonym na dzisiejsze czasy”. Ono czasem boli. Ale jest ozdrawiające.

    Ach, gdybyśmy tylko, jako katolicy, byli tak gorliwi; gdybyśmy ograniczali owo irytujące – jak pisał ks. Skarga – „ziewanie flegmatyckie”, gdybyśmy byli wystarczająco gorący w wierze, pomysły rewolucjonistów nie wyszłyby z gabinetów swoich twórców, bo nie znalazłyby posłuchu jako antyludzkie i z założenia fałszywe.

    Ksiądz Skarga jest tu niewygodny „podwójnie”: jako kapłan i jako twórca. Sługa Boży ma bowiem swój niewątpliwy wkład w rozkwit języka polskiego. A jako mistrz słowa, przybliżał ludziom Chrystusa. Jego kazania były więc nie tylko wyrazem osobistych przemyśleń, religijnego doświadczenia, ale nauką dla ludu Bożego. Dziś patrzymy na kryzys powołań, widzimy idący w kierunki niezdefiniowanego braterstwa ruch ekumeniczny…

    A ksiądz Skarga? On w czasie reformacji zapisał na swe konto cały szereg konwersji. Przyciągał do Kościoła. Mówił: „heretyki złe, ale ludzie dobre” i tak czynił – potępiał błędy, ale podchodził z miłością do ludzi. W swym działaniu był postrzegany jako kontrreformator, hamulcowy zmian uważanych powszechnie za coś pożądanego. Mówił: ut unum sint („aby byli jedno”) i budował ową jedność, tak jak nauczał Chrystus. Nauczał i bronił doktryny Kościoła oraz Jego jedności, w której postrzegał siłę nośną scalonego państwa. Dziś to dla wielu niewygodny przykład do naśladowania. Nic dziwnego, bowiem ta wizja ks. Skargi psuje wygodną dla źle sprawujących swoje urzędy ideę divide et impera („dziel i rządź”).

    Groźna herezja

    Ksiądz Piotr Skarga doskonale odczytywał, jakie zagrożenie niosą ze sobą obecne w królestwie polskim herezje. Znał też miernotę i nijakość wielu „flegmatycznych” katolików oraz „ziewanie” tych, „którzy nie patrzą na koniec, do którego wszystkie herezje zmierzają”. Stąd nawoływał – także duchownych – do podejmowania duchowej wojny z trucizną heretycką. Skarga pisał wprost o tym, że herezje wpuszczone w przestrzeń państwa będą dla dusz zgubą, spowodują rozłam religijny, a w efekcie dojdzie do zniszczenia fundamentów katolickiego porządku społecznego. Zatem jego troska rozlewała się nie tylko na Kościół i chęć zachowania zdrowego nauczania Kościoła Katolickiego. Obejmowała też państwo w jego całej okazałości.

    Czyż dziś nie widzimy podobnych zagrożeń? Czyż dziś w życie społeczne i polityczne nie wtargnęły z wielką mocą kłamstwo, manipulacje, przyzwolenie na grzech? Czyż nie niszczy się tego, co można ująć w słowie „Tradycja”? Spójrzmy zatem, jaki przepis na silne państwo miał ksiądz Skarga.

    „Wiara katolicka – szczęściem Rzeczypospolitej”

    W Kazaniu sejmowym piątym czytamy:

    Wielkie też jest szczęście Rzeczypospolitej, gdy ma ludzie cnotliwe i bogobojne i karne i do tego je przyprawować swoim staraniem i zwyczajami i nauką może. Bo gdzie ludzie mają bojaźń Bożą i cnoty pobożności i sprawiedliwości, tam rząd dobry i łacny, tam Pan Bóg błogosławi i ono królestwo zatrzymawa i rozmnaża, jako mówi Pismo św.: „Sprawiedliwość wynosi naród, a mizerne ludzie grzech czyni”. Katolicka nauka i wiara, bogobojność i cnoty z niej idące między ludźmi szczepi: a heretyctwo i nauka ich barzo cnoty suszy i korzeń im podcina (…).

    Przetoż herezje nie mogą czynić „bonos cives”. I w tej mierze pogańscy zakonodawcy, którzy prawo Rzeczypospolitej opatrowali, więtsze na rozmnożenie cnót ludzkich oko mając, daleko byli mędrszy. Bo nad wszytki srogości praw na złe i pokój ludzki psujące ludzie karanie Boskie, którego nikt ujść nie może, i tu na ziemi i po śmierci wieczne ono, opowiedali i tym grozili i lud do cnót wszytkich powolniejszy czynili.

    Z drugiej strony wiara katolicka swoją nauką i prawdą dziwnie ludzie na dobre odmienia i czyni z nich „bonos cives”. Bo wszędzie bojaźni Bożej naucza, srogość Pańską na złe rozszerzając i tu w tym żywocie i po śmierci. A obiecując każdemu za jego dobry uczynek namniejszy zapłatę wieczną, potężnie barzo do wszytkich cnót pobudza. I dla tej w niebie zapłaty i na wojnie mężne ludzie czyni, iż radzi o Rzeczypospolitą i bracia swoje umrzeć chcą, nadzieją się po śmierci zapłaty zapalając i za nie wszytkie śmierci te doczesne mając. (…)

    Wiara katolicka pilnie i często naucza, aby każdy Boga się bał, a króla czcił, jako Piotr św. nauczał, aby każdy urzędom, królowi i sprawcom jego podlegał, aby się ich miecza bal, aby o nieposłustwo ku nim sumnienie miał. I rodzą się katolicy synami posłuszeństwa, bo się go począwszy od wiary, w której rozumu swego odstępują, wszędzie uczą, i dlatego szczęście do Rzeczypospolitej przynoszą.

    Kim są „szkodliwi katolicy”?

    Stawianie Chrystusa jako fundamentu życia osobistego i publicznego było więc dla księdza Skargi oczywistością. Problem był, jak zawsze, w ludziach, a dokładnie w braku ich zapału w miłości do Stwórcy. Ks. Skarga z mocą pisał:

    A naszkodliwszy są katolicy bojaźliwi, i małego serca, którzy gniewem się sprawiedliwym i świętym ku obronie czci Boga swego nie zapalają, a zelum [gorliwości] nie mają, i jako straszydła na wróble stoją.

    Skupią się na obieranie Trybunalistów abo Sejmowych posłów, będzie jako zawżdy do kila set katolików, a dziesięć abo mniej heretyków: śmiałością, fukiem, groźbą sedycyj i wojny domowej ustraszą wszytki katoliki, i heretyka na Trybunał abo na posełstwo wsadzą, a zukani katolicy przyzwalają i śmiech z siebie czynią, i przeklęctwo ono żydowskie na się przywodzą: iż jeden sto ich zastraszy, i mocniejszy fałsz niźli prawda, i słabsze żelazo niżli rózga, i słudzy Boga prawego, bogów się fałszywych boją, a swemu prawdziwemu nie dufają.

    O nierozumie, nie widzisz co za szkodę heretyk wierze świętej i sprawiedliwości katolickiej, i R. P. czynić może.

    Oni nas straszą sedycjami, zuchwalstwem i wojną domową, jako garścią konopi, a my się boim, i mniemamy aby z to serca mieli, na potężność i liczbę katolicką patrząc; oni chytrością na nas idą, i swoje przewodzą; a my z prawdą Bożą, z prawy ojczystemi i starożytnemi, z Statutami na nie iść nie śmiemy i przed nimi pierzchamy?

    My się ich śmiałej nadętości boim, a oni się mocy naszej przy Bogu, przy prawach i prawdzie nie boją? Dlaczegóż? Iż darów Bożych w sobie nie czujem, iż Pana Boga i czci jego i zbawienia swego i ludzkiego nie miłujem: dlatego w ich heretyckich grzechach więźniem, i pomsty ich na sobie i z nimi nie ujdziem, gdy głosu tego nie słuchamy: Uciekajcie od namiotów ludzi niezbożnych, abyście się w ich grzechach nie zawinęli (Wzywanie do pokuty).

    „Prawdziwa miłość bliźniego”

    Kaznodzieja Narodu wiedział, że budowanie wspólnoty musi być oparte na relacjach. Dziś słowo to przeżywa prawdziwy renesans, ale czy ks. Skarga zgodziłby się ze współczesnym jego znaczeniem? Warto sięgnąć po słowa kapłana, który pisał o najważniejszej relacji – relacji miłości, która ostatecznie służyć ma przyciąganiu osób słabej wiary, ale heretyków – nie na pola dialogu, ale na łono Kościoła – do prawdziwej Wiary. Ksiądz Skarga jednak ostrzegał – być ratując innych sam w odmętach nie zaginął. Pisał tak:

    Obacz, jaki jest pożytek wiernej, uprzejmej a towarzyskiej miłości. Przez onę uprzejmość, którą ma kto ku miłemu bratu swemu, pomaga mu Pan Bóg, iż go z wielkich grzechów wyrwać swem wdzięcznem a pogodnem upominaniem może. Wielką moc ma upominanie z miłości gorącej ku bliźniemu i ku jego zbawieniu pochodzące, gdy miły towarzysz nasz baczy, iż nasze o nim staranie o dobro jego z chęci ku niemu pochodzi. A Bóg tam mieszka, gdzie miłość uprzejma, na cnocie i Bogu fundowana, panuje, i szczęści dobre a uprzejme ku towarzyszowi serce.

    Dobrze Augustyn św. po. wiedział: Miłość tę moc ma, iż inne rodzi, buduje niedoskonałych, najmniejszych obrazić się boi, z jednym się schyli, z drugim się podnosi, jednemu się łagodną, drugiemu ostrą, nikomu się nieprzyjazną nie stawi, a wszystkim się być matką pokazuje. Nauczże się wiernym towarzyszem być, a obłudności się strzeż, a zawżdy do dobrego przyjaciela miłego pociągaj, zwłaszcza heretyka. A staraj się, abyś ty tak duży był, żeby nie on ciebie do swego błota wciągnął. Musi mieć dobre barki, kto z tonącym wypłynąć chce, aby z nim zaraz nie utonął. Przeto takiego towarzystwem, w którembyś ty tracić miał, nadziei do pozyskania towarzysza nie miał, radzę, wczas pomijaj (Żywoty Świętych).

    Ksiądz a polityka – można czy nie?

    Kościół a polityka – jakże dziś aktualny i gorący to temat. Podobnież jak i w czasach czcigodnego jezuity. Widać przed wiekami też rządzący nie lubili kiedy im „jakiś klecha” przypominał o Prawie Bożym i Bożym porządku na jakim ma być budowane państwo.

    Czy jest zatem? Kapłan ma milczeć na tematy polityczne? A może winien odważnie zabierać głos? Warto sięgnąć po rady Kaznodziei Narodu, bo i w tym temacie miał sporo racji. Oddajmy mu głos:

    Rzecz kto: Ksiądz się wdawa w politykę. Wdawa i wdawać się winien, nie w rządy jej, ale w zatrzymanie, aby jej grzechy nie gubiły, a wykorzenione z niej były, a dusze ludzkie w niej nie ginęły. Abo nie słyszym, co P. Bóg do Jeremjasza mówi? Otom cię postanowił nad narodami i królestwy, abyś wykorzeniał, psował i gubił (grzechy i złości) a budował i szczepił (bojaźń Bożą i cnoty święte, i dobre uczynki, i pokutę którąby się pomsta Boża od królestw oddalała, i polityka wasza nie ginęła).

    My na złe prawa i niesprawiedliwości wasze narzekamy: a wy politykę swoję naprawujcie, jeśli z nią zginąć nie chcecie. Piszemy wiele praw, ale mało roztropnych, i które wykonania nie mają; a praw niesprawiedliwych nie gasim, które są na wszytkie katy i tyrany naokrutniejszymi.

    Bo tyrańska moc krótka, a prawa wieczności chcą, i okrucieństwo we złych nie ustaje. Jeśli drugie były od przodków postawione, a czasom onym gdy cnota kwitnęła służyły, teraz gdy niecnota i niewstyd groble potargała, odmiany praw złych i szkodliwych, i prędszych i ostrzejszych, i wykonania ich prędkiego potrzebują, aby nas mściwa i ciężka ręka Boża nie pogubiła, abyśmy z Prorokiem nie narzekali mówiąc: Ziemia się zaraziła od obywatelów swoich. Bo przestąpili zakon, odmienili prawa (dobre i święte), rozproszyli przymierze wieczne (z Panem Bogiem i z sprawiedliwością). Dlatego przeklęctwo ziemię pożre, i grzeszyć będą obywatele jej, i pomsty Bożej na się przyczyniać.

    Prawieć połamali święte starowieczne prawa kościelne i Boże, aby im było wolno grzeszyć, a to co Bogu dano, dziedzictwo kościelne wydzierać, a za to na karanie się żadne nie oglądać. Lecz sprawiedliwy Bóg nie zaśpi. Przeklęctwo puści na to królestwo, w którym pożarte od nieprzyjaciół będzie (czego uchowaj Pan Bóg) jeśli prawa pokuta nie nastąpi (Wzywanie do pokuty).

    „Kościół serdeczny” według księdza Skargi vs. inkluzywność

    Kaznodzieja Narodu celnie pisał też o Kościele Katolickim. O tym, jak ma być on budowany i dokąd ma nas prowadzić. Współcześnie wiele mówi się o tym, że należy prowadzić dialog ekumeniczny, że trzeba traktować ze zrozumieniem innowierców, a naszym priorytetem ma być inkluzywność, każdy ma czuć się dobrze (wraz z brudem swoich grzechów, o których się nie mówi). Ksiądz Skarga pisząc o Kościele serdecznym mocno wskazywał na osobiste wzrastanie i budowanie świątyni – nie od razu tej z murami, ale najpierw tej duchowej. Tylko tak bowiem – z wiarą – można sprawić, że kamienna świątynia wypełni się ludem Bożym, pragnącym prawdziwie wielbić Pana – z czcią Mu należną i na kolanach! Ksiądz Skarga pisał:

    (…) Ci, którzy Panu Bogu kościoły widome budują, pierwej kościół serdeczny w sobie zbudowali. Bo pierwej serca swe bojaźnią i miłością Boską, i miłością bliźnich, których też zbawienie fundowaniem kapłanów i chwały Bożej obmyślają, napełnili, i stali się świętym kościołem jego: toż dopiero to, co się w sercu zbudowało, na wierzch do pieniędzy i nakładów wyniknęło.

    Tak też wszyscy czynić mamy; chcemy-li Pana Boga z sobą mieć, aby z nami na wszelką pomoc naszą mieszkał: stajmy się kościołem i domem jego, i budujmy jemu pałac drogi: abyśmy go do siebie przywabili, chędogiem i pańskiem a przystojnem budowaniem. Nie wiecie, iżeście wy są, mówi apostol – kościołem Bożym, i Duch Boży mieszka w was?

    Zakładajmy kościoła tego serdecznego fundament: wiarę w Boga w Trójcy jedynego. Ściany niech będą: nadzieja w obietnicach Bożych, i czekanie wszelakiej z nieba pomocy, i one cztery główne cnoty: mądrość duchowna, sprawiedliwość, czystość i męstwo, z innemi pobożnościami świętemi, które z nich pochodzą. Te ściany pozłacajmy miłością gorącą ku Bogu i bliźniemu.

    Niech w tym kościele gore ustawiczny ogień żądz niebieskich: do którego drew słowa Bożego i rozmyślania nabożnego, i oleju miłosiernych uczynków przykładajmy. Postawmy w nim ołtarz pokory i pokłonu, któryśmy Bogu prawemu powinni. Na którym ofiarujmy wszytko serce nasze, i majętność, i ciało nasze, na upodobanie i wolą jego, mówiąc: twoje to, czyń z tem, co chcesz. Niech w tym kościele brzmi ustawiczna muzyka wesela duchownego, chwały Bożej, i wzdychania do Chrystusa. Postawmy obraz piękny Chrystusowego żywota, i świętych jego naśladowania. Niech będą chorągwie podniesione krzyża i męki Odkupiciela naszego, na zwycięstwo wszystkich pokus cielesnych i świeckich, i na pokonanie czarta, który nas zwodzi i zdradza. Dzwony niech będą czujność, którą się do śmierci i sądu Bożego budzim (Kazania na niedziele).

    27 września przypada rocznica śmierci ks. Piotra Skargi (+1612).

    Oprac. Marcin Austyn

    źródła: PCh24.pl, piotrskarga.pl

    W tekście wykorzystano fragmenty pism ks. Piotra Skargi, wydanych w roku 1936 na kartach książki pt.

    „Skarga pośród nas”

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Ksiądz Arcybiskup Tadeusz Wojda SAC

    nowym przewodniczącym Episkopatu

    [PILNE] Znamy nowego przewodniczącego KEP. Episkopat właśnie go ogłosił

    fot. EpiskopatNews / Flickr / CC BY-NC-SA 2.0 DEED

    ***

    Ksiądz Arcybiskup Tadeusz Wojda, 67-letni metropolita gdański, pallotyn, został nowym przewodniczącym Konferencji Episkopatu Polski. Zastąpi na tym stanowisku abp Stanisława Gądeckiego, który pełnił tę funkcję przed dwie pięcioletnie kadencje. Wyboru dokonali biskupi podczas trwającego w Warszawie 397 Zebrania Plenarnego KEP we czwartek 14 marca br.

    Tadeusz Wojda urodził się 29 stycznia 1957 r. w Kowali na Kielecczyźnie w rodzinie wielodzietnej, jako czwarte dziecko Władysława i Anieli z domu Pietrzyk. Jego młodszy brat również jest księdzem w Stowarzyszeniu Apostolstwa Katolickiego (pallotyni), zaś starsza siostra jest w Zgromadzeniu Sióstr Elżbietanek Cieszyńskich.

    W 1976 r. wstąpił do Stowarzyszenia Apostolstwa Katolickiego (SAC). W latach 1977-1983 odbył studia z filozofii i teologii w Wyższym Seminarium Duchownym Stowarzyszenia Apostolstwa Katolickiego w Ołtarzewie k. Warszawy, a jednocześnie w latach 1980-1983 – studia z teologii fundamentalnej na Akademii Teologii Katolickiej w Warszawie, ukończone tytułem magistra. W 1982 r. przyjął święcenia diakonatu w Stowarzyszeniu Apostolstwa Katolickiego, a 8 maja 1983 r. – święcenia prezbiteratu. Po święceniach przez kilka miesięcy pracował jako wikariusz w parafii Chrystusa Króla w Warszawie, a następnie był współpracownikiem pallotyńskiego Sekretariatu Misyjnego w Ząbkach.

    W maju 1984 r., decyzją Rady Prowincjalnej, został skierowany na studia z misjologii do Rzymu, na Papieskim Uniwersytecie Gregoriańskim, które ukończył doktoratem w 1989 roku. Obronił pracę doktorską nt. „Nurty teologii misji z Münster i Louvain”. Nostryfikowano ją na Wydziale Teologicznym Uniwersytetu Kardynała Stefana Wyszyńskiego w Warszawie w 2001 roku.

    2 stycznia 1990 r. ks. Wojda rozpoczął pracę w Papieskim Dziele Rozkrzewiania Wiary i w Kongregacji ds. Ewangelizacji Narodów. Od 12 grudnia 2007 r. pełnił funkcję kierownika biura w Kongregacji ds. Ewangelizacji Narodów. 24 lipca 2012 r. został mianowany przez papieża podsekretarzem w Kongregacji ds. Ewangelizacji Narodów. Ponadto od 1991 r. ks. Wojda jest kapelanem wspólnoty sióstr boromeuszek w Rzymie, a od 1996 r. – kapelanem Centrum Edukacji Fizycznej dla niepełnosprawnych Czerwonego Krzyża Włoskiego. Jest też autorem licznych artykułów i rozpraw naukowych z zakresu misjologii.

    12 kwietnia 2017 r. Ojciec Święty Franciszek mianował go arcybiskupem metropolitą białostockim. Święcenia biskupie ks. Wojda przyjął 10 czerwca 2017 roku. Udzielił mu ich prefekt Kongregacji Ewangelizacji Narodów i Krzewienia Wiary kard. Fernando Filoni. Wspókonsekratorami byli abp Edward Ozorowski oraz abp Henryk Hoser. Podczas tej uroczystości odbył się ingres nowego arcybiskupa metropolity do archikatedry białostockiej.

    Arcybiskup Wojda jest członkiem Kościelnej Komisji Konkordatowej oraz komisji misyjnej Konferencji Episkopatu Polski.

    2 marca 2021 roku abp Wojda został mianowany przez papieża Franciszka metropolitą gdańskim.

    Mottem posługi biskupiej abp. Tadeusza Wojdy są słowa z Ewangelii według św. Marka (13,10): „Oportet praedicari Evangelium” (Aby była głoszona Ewangelia).

    Arcybiskup Tadeusz Wojda - Osoby - Archidiecezja Gdańska

    ___________________________________________________________________________

    Pasterz, lider, przewodnik, brat.

    To nie są synonimy Zbawiciela świata

    Narzucamy rolę zbawcy – narodu, Kościoła, świata – ludziom, którzy sami nawet nie próbują stawiać się w takiej roli. Rozdmuchane oczekiwania wobec kolejnych papieży, biskupów, przewodniczących Konferencji Episkopatu Polski, proboszczów, wikarych, liderów zawsze będą kończyć się jakimś rozczarowaniem. Zamiast tego wystarczy uznać w nich równocześnie przewodników i braci w wierze. To pomaga połączyć szacunek i wsparcie z godzeniem się na ich niedoskonałość. I z prawem do mądrej krytyki.

    Z faktu, że nasz Zbawiciel jest równocześnie dla nas i Bratem, i Pasterzem, nie można wyciągać wniosku, że to działa również w drugą stronę: że każdy pasterz i przewodnik w wierze ma pełnić funkcję zbawcy naszej rzeczywistości.

    „Oczekiwania, jakie formułują ludzie, są nieludzkie. Przekraczają możliwości zwykłego śmiertelnika. Biskup wedle tych żądań ma być pasterzem, ojcem, sędzią, ekonomistą, administratorem, publicystą, orantem, oczywiście człowiekiem i kim tylko jeszcze. No i w tym wszystkim ma być świetny i święty, doskonały i nienaganny. A jakie oczekiwania media, w tym niestety także katolickie formułowały wobec nowego przewodniczącego KEP? To dopiero była karuzela. Bóg może by sprostał, choć nie wiem. Albo to wynikało z ignorancji, albo z manipulacji. Kiedyś Wisława Szymborska powiedziała, że jak się zostaje noblistką, to trzeba się znać na wszystkim, na konserwacji rur hydraulicznych i na podróżach w kosmos. Z biskupem jest chyba podobnie. Biskupie trudności wiążą się także z samotnością, która potrafi odebrać zapał”.

    To fragment rozmowy Agnieszki Huf i Piotra Sachy z abp. Adrianem Galbasem, metropolitą katowickim, która ukaże się wkrótce na portalu „Gościa Niedzielnego”. Moi redakcyjni koledzy przeprowadzili ją przed wyborami nowego przewodniczącego KEP, ale przytoczone wyżej słowa dobrze oddają klimat, jaki panował w mediach wokół tego wydarzenia. Owszem, wydarzenia ważnego, ale nie rozstrzygającego przecież o tym, kim będziemy jako Kościół w najbliższych latach. Bo o tym decyduje suma tak wielu czynników (z których osobiste nawrócenie każdego wiernego i pasterza jest warunkiem wstępnym), że opieranie nadziei na jednej zmianie personalnej wydaje się po prostu nieracjonalne.

    To prawda, że do pewnego stopnia takie myślenie jest zrozumiałe: mamy prawo oczekiwać, że na czele Kościoła powszechnego, diecezji, parafii, instytucji kościelnych będą stać ludzie, którym po prostu można zaufać, na których doświadczeniu wiary i osobistej uczciwości można się oprzeć. Nie każdy przecież musi być liderem, pasterzem, przewodnikiem, a skoro już godzi się na swój wybór – musi liczyć się z oczekiwaniem, że widzi dalej i głębiej niż pozostali, że potrafi podejmować decyzje, a nie tylko „piastować urząd”. Ale przecież zgoda na bycie „tym pierwszym” nigdy nie jest zgodą na przyjmowanie roli zbawcy narodu, Kościoła, świata. I z tym powinni pogodzić się również ci wszyscy, którzy – świadomie lub nie – taką rolę próbują narzucić i z takiej roli swojego „idola” rozliczać.

    Myślałem o tym już dwa lata temu, gdy kolejne wypowiedzi papieża Franciszka o wojnie na Ukrainie budziły nasze zdumienie, niezrozumienie, pewnie czasem nawet irytację. Sam napisałem zresztą trudny dla mnie osobiście tekst „Franciszku, nie rozumiem” (https://www.gosc.pl/doc/7411798.Franciszku-nie-rozumiem). Ale po czasie doszedłem do tyleż banalnej, co lekceważonej często refleksji: Kochajmy tego papieża. Ale takiego, jakim naprawdę jest i jakim chyba chce być – przewodnika w sprawach wiary, ale też brata na wspólnej drodze. A jeśli brata, to popełniającego również błędy, jak my, w ocenie rzeczywistości. Podobnie z biskupami, kolejnymi przewodniczącymi KEP, proboszczami….

    Nie, to nie żadne „luzowanie wymagań” wobec pasterzy w sytuacji, gdy potrzeba naprawdę wielu stanowczych działań i decyzji, które pozwolą Kościołowi z „oczyszczoną nadzieją” wejść w radykalnie zmieniającą się rzeczywistość społeczną. To tylko zachęta, by nie wiązać nadmiernych oczekiwań z osobami, które nie mają być zbawcami, wykonującymi robotę za innych. Albo odwrotnie: by nie skreślać z góry kogoś, kto w naszym mniemaniu „nie rokuje”. To także zachęta do tego, by godzić się na czytelne komunikowanie o realnych problemach, niedociągnięciach, by zrezygnować z języka, który nie opisuje rzeczywistości kościelnej, ale ją maluje i ubiera w gorset niestrawnych oświadczeń. Już kiedyś pisałem, że na szczęście w czasach apostolskich nie istniało Biuro Prasowe Dwunastu. Bo wtedy zamiast szczerych do bólu Ewangelii, Dziejów Apostolskich i Listów, mielibyśmy oficjalne oświadczenia o przebiegu wydarzeń i wypowiedziach Apostołów, na przykład: „Nie jest prawdą, że uczniowie Jezusa spierali się miedzy sobą o to, który z nich jest ważniejszy i który ma mieć najlepsze miejsce w królestwie niebieskim. W rzeczywistości była to tylko rzeczowa dyskusja o tym, kto dłużej zna Jezusa i kto dzięki temu lepiej zapamiętał Jego pierwsze przypowieści” albo i takie: „Nie jest prawdą, że między Pawłem i Piotrem doszło do jakichś nieporozumień i że pierwszy upomniał publicznie drugiego. W rzeczywistości doszło do pogłębionej rozmowy między Apostołami, w wyniku której obaj wyrazili sobie wdzięczność za godne prowadzenie dzieła Bożego”.

    Jeśli z takiego lukrowania kościelnej rzeczywistości zrezygnujemy, będzie nam łatwiej – zarówno cieszyć się z dobrych działań, słów, gestów, decyzji pasterzy Kościoła, jak i nazywać po imieniu sytuacje, w których zawiodą. Rozdmuchane oczekiwania wobec kolejnych papieży, biskupów, przewodniczących Konferencji Episkopatu Polski, proboszczów, wikarych, liderów zawsze będą kończyć się jakimś rozczarowaniem. Zamiast tego wystarczy uznać w nich równocześnie przewodników i braci w wierze. To pomaga mądrze połączyć należny szacunek i wsparcie z godzeniem się na ich niedoskonałość. I z prawem do mądrej krytyki.

    Jacek Dziedzina/Gość Niedzielny

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Nadajemy ton Europie

    Nadajemy ton Europie

    fot. Roman Koszowski/Gość Niedzielny

    ***

    O słabościach Kościoła w Europie, kwitnącym chrześcijaństwie w Azji i Afryce, nawracaniu się muzułmanów oraz silnej wierze Podlasia opowiada abp Tadeusz Wojda.

    Marcin Jakimowicz: Europa jest jeszcze pępkiem świata? Kościoła?

    Abp Tadeusz Wojda: Problemem Europejczyków jest to, że są zbyt skoncentrowani na sobie. Reszta świata interesuje ich o tyle, o ile przyczynia się to do ich rozwoju, przede wszystkim materialnego. Rzym jest centrum Kościoła, to nie uległo zmianie. A jednak, ponieważ w dzisiejszej Europie stale zmniejsza się liczba wierzących katolików, światła reflektorów powinniśmy skierować na Amerykę Łacińską, a jeszcze bardziej na Azję. Nawet z przyczyn demograficznych. Jeśli przyjmiemy, że na świecie żyje 7 mld ludzi, to w samych Indiach i Chinach mieszkają 3 miliardy. Kościół z nadzieją spogląda na Wschód. Tam chrześcijaństwo rozwija się w szybkim tempie, choć wielkie religie czy systemy społeczne, jak hinduizm, buddyzm czy islam, skutecznie chcą zahamować ten wzrost.

    Czytam dane Episkopatu Korei Południowej, z których wynika, że 18 proc. koreańskich katolików stanowią dwudziestoletni mężczyźni, a ponad połowa księży nie przekroczyła 50. roku życia. Katolicy stanowią już 10,1 proc. ludności kraju i wciąż ich przybywa…

    To prawdziwy fenomen. To wyjątkowy młody Kościół. W II połowie XVIII wieku dotarły do Korei pierwsze teksty nestoriańskie w języku chińskim. W 1784 r. wydarzyła się ciekawa rzecz: grupa świeckich studiujących te teksty tak się nimi zachwyciła, że postanowiła wysłać do Pekinu kogoś, kto przyjąłby chrzest i przeszczepił na ich ziemię chrześcijaństwo.

    Oddolna inicjatywa…

    I to jest w tym najpiękniejsze! W 1784 r. świeccy posłali swego człowieka do Chin, by został ochrzczony. Bóg zaczął od małej grupki wiernych. To fenomen wspólnoty Kościoła, która często zaczyna się od drobinki, maleńkiego zaczynu, niewielkiej grupki ludzi. Dopiero po 10 latach przybyli tu pierwsi misjonarze. Wspólnoty powstawały jak grzyby po deszczu, do tego stopnia, że dziś to jeden z najbardziej chrześcijańskich krajów Azji (po Timorze Wschodnim, gdzie mieszka ponad 90 proc. katolików, i Filipinach ­– 65 proc.).

    Jeszcze 50 lat temu katolicy stanowili zaledwie 1 proc. społeczeństwa, a dziś już 10,4 proc. (5,5 mln). Ich liczba stale wzrasta…

    To prawda. Niektórzy mówią nawet o 12 proc. katolików. Fenomen wzrostu w Korei polegał na tym, że Kościół odpowiedział na problemy społeczne ludności. Występował przeciwko rządom junty wojskowej, domagał się praw obywatelskich. Dzięki temu zdobył serca Koreańczyków. Przełomowym momentem był 1989 r., gdy przyleciał tu po raz drugi papież Polak. Na spotkanie przyszło niemal 7 mln wiernych. W tamtym roku nawróciło się 350 tys. ludzi. Każdego roku czyni to ponad 100 tys. osób. Byłem w tym kraju dwukrotnie i widziałem, że dla Koreańczyków przystąpienie do Kościoła jest rodzajem nobilitacji, prestiżu.

    A w sąsiednich Chinach? Niektórzy żartują, że nawet Pan Bóg nie wie, ilu modli się tu katolików…

    Tu wszystko jest pod kontrolą Stowarzyszenia Patriotycznego i Komunistycznej Partii Chin. Wedle ich danych jest około 6 mln katolików, ale uwzględniają one tylko Kościół patriotyczny. Ze względu na prześladowania nie można prowadzić statystyk, ale w watykańskiej kongregacji przyjmowaliśmy, że w Chinach modli się ok. 30 mln katolików.

    Młodzi Chińczycy na ŚDM-ie nie chcieli pokazywać twarzy. Dlaczego?

    Bo lęk towarzyszy im na co dzień. Nie ma już może formy przemocy fizycznej, jaka przez lata towarzyszyła Kościołowi podziemnemu, ale jest nieustanny nadzór, kontrola, inwigilacja, zastraszanie. Stolica Apostolska zawsze podkreślała jedność Kościołów patriotycznego i podziemnego.

    Siedząc przez lata w statystykach, nie martwi się Ksiądz Arcybiskup o przyszłość Kościoła?

    Nie. Absolutnie się nie boję.

    My zazwyczaj spoglądamy przez pryzmat belgijskich kościołów zamienianych na puby. To dobra perspektywa?

    Nie za bardzo. Zachód, zżerany przez libertynizm, materializm, neopogaństwo i wszechobecną poprawność polityczną, kompletnie się pogubił, zatracił punkt odniesienia. W niektórych miastach Europy zakazuje się nawet stawiania szopek czy choinek. W Anglii kartki „Merry Christmas” zastępowane są przez dziwaczne życzenia z okazji przesilenia zimowego, enigmatycznego Święta Światła… Absurd. Co ciekawe, powołując się na poprawność polityczną, zamyka się usta jedynie chrześcijanom. Przemoc muzułmanów jest tuszowana.

    Gdy Jan Kowalski czyta doniesienia o pustoszejących kościołach we Francji czy konfesjonałach wystawionych na aukcji w Niemczech, drapie się po głowie: czy to naprawdę ta zapowiadana „nowa wiosna Kościoła”?

    To zrozumiałe, że z niepokojem patrzymy na przeżywający kryzys Zachód. Koszula bliższa ciału. W Szwajcarii słyszałem, że niektóre Kościoły protestanckie przestały już nawet udzielać chrztu. Ton narracji nadają elity wywodzące się z rewolucji obyczajowej roku 1968, które zatraciły nie tylko poczucie sacrum, ale i elementarnych, szlachetnych wartości. Nie bardzo wierzę w ich przemianę. Starych drzew się nie przesadza. Pocieszające jest to, że również w tych krajach modlą się dynamiczne ruchy i wspólnoty młodzieżowe. Są jak ogniska…

    Na ŚDM do Katowic przyjechała ponad setka młodych ze Wspólnoty św. Jana (kilka tysięcy). Zawstydzili naszą oazową młodzież, opowiadając, że ich Eucharystie poprzedza godzinna adoracja w ciszy.

    Moja siostra przyjęła w czasie ŚDM-u kilkoro francuskich nastolatków. Opowiadali podobne rzeczy. O Eucharystii, adoracji… Byli zmęczeni marazmem Zachodu, negacją chrześcijańskich wartości. Znam podobne ośrodki w Holandii. Tworzą je również młodzi. Nie mam wątpliwości, że ostoją chrześcijaństwa w Europie jest Polska.

    Nie boi się Ksiądz Arcybiskup, że trafi do szufladki „mesjanizm”?

    Jaki mesjanizm? Nie wyciągam haseł z poezji Norwida czy Mickiewicza. Patrzę na fakty. Jeśli znajomi księża ze Szkocji opowiadają mi, że dzięki temu, że Polacy się spowiadają, Szkoci również zaczynają przystępować do tego sakramentu; jeśli irlandzcy biskupi mówią mi, że pod wpływem polskich katolików budzą się Irlandczycy; jeśli widzę, że Różaniec do Granic, który tak znakomicie „wypalił” nad Wisłą, zorganizowano i we Włoszech, i na Zielonej Wyspie, to dlaczego miałbym twierdzić, że nie mamy nic do powiedzenia? To my nadajemy Europie duchowy ton. I dziękujmy za to Bogu.

    Czytam, że na świecie rośnie liczba chrześcijan: o 80 tys. dziennie. To nie jest jakaś kościelna propaganda?

    Nie. Trzeba jedynie popatrzeć dalej, szerzej, poza granice Starego Kontynentu. Paradoksem, którego nie jest w stanie zrozumieć ten świat, jest to, że Kościół tam, gdzie jest najbardziej prześladowany, najszybciej się rozwija. Przez pierwsze trzy wieki w Kościele krew lała się strumieniami. W roku 313, w chwili wydania edyktu mediolańskiego, zrównującego chrześcijaństwo z innymi religiami cesarstwa, w Imperium Rzymskim żyło ok. 40 mln ludzi, w tym, uwaga, aż 6 mln chrześcijan! 15 proc. ludności. Skąd oni się wzięli? Z tej garstki 12 apostołów? Popatrzmy na wieki XVIII i XIX i ogromne prześladowania w Azji, Ameryce Łacińskiej, zerknijmy na Afrykę Zachodnią. Znów fenomen: Kościoły dynamicznie się rozwijały. Tak to działa. Tak działa świadectwo: „Skoro Jezus był w stanie oddać za mnie życie, jestem gotowy poświęcić życie za Niego”. Tertulian miał rację: krew męczenników jest zasiewem Kościoła.

    W krajach, w których wzrasta stopa życiowa, ubywa ludzi w kościołach. Czy nie jest to przyczyną kryzysu zachodniego chrześcijaństwa? Jest rozleniwione, wygodne, zblazowane; trudno przelewać krew za nowego iPhone’a…

    Wystarczy włączyć telewizję, by usłyszeć, w czym ten świat pokłada nadzieję: „kupuj, kupuj, kupuj”. To ślepy zaułek. Dlatego papież Franciszek nieustannie burzy bożki rozleniwionej zachodniej Europy, „punktuje” tych ludzi: „wstańcie z kanapy”, „wyjdźcie z letargu”.

    Czy to, co dzieje się na Czarnym Lądzie, jest naprawdę największą ekspansją chrześcijaństwa w historii? Liczba katolików w Afryce ma przekroczyć liczbę katolików w Europie już za 20 lat. Seminaria duchowne w Ugandzie nie są w stanie pomieścić rzesz kleryków…

    To prawda. Afryka ma mnóstwo powołań. Pamiętajmy jednak, że część z nich ma podłoże socjalne; jest dla tych ubogich ludzi sposobem na stabilne życie. Dlatego największą troską seminariów jest rozeznanie motywów kandydatów na kapłanów. Potrzebna jest solidna weryfikacja i selekcja. Nie chodzi o to, by było mnóstwo kiepskich księży, ale by zostali ci, którzy dadzą czytelne świadectwo. Ale zostawiając tę kwestię na boku: rzeczywiście w Afryce obserwujemy boom powołaniowy. Nie tylko w Ugandzie, również w Nigerii, Ruandzie, Tanzanii, Burundi. To dynamiczny, tętniący życiem Kościół. Powiem szczerze: za każdym razem, gdy przylatywałem do Afryki, zachwycałem się pięknem tego Kościoła. Widziałem ludzi, którzy na Msze św. szli nawet kilkadziesiąt kilometrów, pełne świątynie, porywającą liturgię. Afryka mnie urzekła.

    W 2006 r. w wywiadzie dla telewizji al-Dżazira libijski uczony islamski i dyrektor ośrodka kształcenia imamów szejk Ahmad al-Kataani ubolewał: „Co roku 6 mln muzułmanów przyjmuje chrzest, a średnio co godzinę w samej tylko Afryce 667 muzułmanów przyjmuje wiarę chrześcijańską”. Nie słyszymy o tym zbyt często.

    Problem konwersji z islamu jest niezwykle skomplikowany. Wedle Koranu za konwersję grozi kara śmierci. Nawet w rodzinach mieszanych (znamy przykład Meriam z Sudanu, gdzie część rodziny była chrześcijanami). Presja i straszenie karą śmierci są na porządku dziennym. W Rzymie czytałem o sytuacjach, gdy rodzice zabijali własne dziecko, które zbliżyło się do Kościoła i przyjmowało zachodni styl życia. To nie były jednostkowe przypadki. Jestem pewny (obserwuję to zjawisko od lat), że gdyby nie lęk o życie, wielu muzułmanów dawno przeszłoby na chrześcijaństwo. Poznałem seminarzystę, który po tym, jak wstąpił do seminarium w Afryce, musiał wyjechać do innego kraju, bo grożono mu śmiercią. Inny znajomy, wywodzący się z rodziny muzułmańskiej, po spotkaniu młodych włoskich katolików zachwycił się chrześcijaństwem i wstąpił do seminarium. Jego rodzina wielokrotnie przyjeżdżała do seminarium, by wybić mu to z głowy. Nie załamał się, był twardy. Do dziś pracuje w jednej z włoskich parafii. Wielokrotnie z nim rozmawiałem. „Jak wygląda sytuacja w domu?” – pytałem. „Po latach zimnej wojny i kłótni dziś, gdy przyjeżdżam do rodziny, nie rozmawiamy na temat religii”. Wiem doskonale, że jest wiele nawróceń, konwersji na chrześcijaństwo. Nie wierzę jednak w to, że jest ich tak dużo jak w przytoczonej wypowiedzi imama…

    Socjolog religii prof. Massimo Introvigne w rozmowie z Radiem Watykańskim powiedział: „Islamiści uważają, że zmaganie o to, czy świat będzie muzułmański czy chrześcijański, rozegra się w Afryce. Islam już przegrał tę bitwę, dlatego odpowiada na to bombami”.

    Ludzie żyją w rzeczywistości „islam albo śmierć”, więc nie mają możliwości wyboru. Gdyby nie było karanego śmiercią zakazu konwersji, mnóstwo wyznawców islamu przyjęłoby chrześcijaństwo. Jak długo można żyć w panicznym strachu? To trudny temat. Tu nic nie jest czarno-białe. Media zbyt łatwo chcą nas przekonać, że wojny w Afryce czy na Bliskim Wschodzie mają podłoże religijne. To zbyt prosta i nietrafiona diagnoza. To przede wszystkim walka o władzę, strefę wpływów, pieniądze.

    Chrześcijaństwo i islam skazane są na cywilizacyjny konflikt?

    Nie. I nie są to jedynie pobożne życzenia. Jest mnóstwo miejsc na świecie, gdzie te religie istniały przez wieki obok siebie. Żyły w zgodzie. W pasie środkowej Afryki wyznawcy tych religii żyli w symbiozie. Podobnie w Indonezji, gdzie chrześcijanie i muzułmanie wzajemnie uczestniczą w swych świętach. Problem pojawia się zawsze, gdy zjawią się jednostki fundamentalistyczne i zaczynają swą propagandą zatruwać umysły prostych, ubogich ludzi. To one są ogniskami zapalnymi zmieniającymi spokojne ziemie w tereny spływające krwią. Arcybiskup Dieudonné Nzapalainga ze stolicy Republiki Środkowoafrykańskiej ukrył u siebie imama, bo bronił go przed agresją. Stanowczo zbyt mało mówimy w mediach o takich gestach.

    Wróćmy z podróży dookoła świata na Podlasie. Odetchnął Ksiądz Arcybiskup, zamieniając globus na plany Krynek, Grzybowszczyzny czy Sokółki?

    Nie da się ukryć, że tak. (śmiech) Zachwyciła mnie otwartość tych ludzi, ich zakorzenienie w Kościele, pobożność, serdeczność. Cała niedoceniana w Polsce „ściana wschodnia” to ziemia, na której ludzie żyją wiarą, masowo przystępują do sakramentów. Liczba wspólnot, chociażby samych Przyjaciół Oblubieńca, zakładanych przez jednego z pallotynów, świadczy o tym, że ci ludzie szukają pogłębienia tradycyjnej, przekazywanej z ojca na syna wiary. Niemal każdego tygodnia dowiaduję się o wspólnocie, o której wcześniej nie miałem pojęcia. (śmiech) Właśnie wracam z wypełnionej po brzegi katedry, w której występowało kilkadziesiąt dziecięcych i młodzieżowych chórów śpiewających kolędy. To robi wrażenie. Z naszej katedry przeszły do katedry prawosławnej. Tu naprawdę oddycha się chrześcijaństwem.•

    rozmawiał: Marcin Jakimowicz/Gość Niedzielny – 3/2018

    ______________________________________________________________________________________________________________

    ***

    PIĄTEK – 15 MARCA

    GODZ. 17.00 – SPRZĄTANIE KOŚCIOŁA

    ADORACJA PRZED NAJŚWIĘTSZYM SAKRAMENTEM – GODZ. 18.00

    NABOŻEŃSTWO DROGI KRZYŻOWEJ – GODZ. 18.30

    MSZA ŚWIĘTA – GODZ. 19.00

    To było jedno z jego ukochanych nabożeństw. Przeżyj Drogę Krzyżową z Janem Pawłem II
    fot. screenshot – YouTube (Radio Maryja)

    ***

    Rozważania według błogosławionego ks. Michała Sopoćki
    (tekst z publikacji „MIŁOSIERDZIE BOGA W DZIEŁACH JEGO”)

    ***

    STACJA I 
    PAN JEZUS NA ŚMIERĆ SKAZANY  

    Kłaniamy się Tobie, Jezu Chryste, i błogosławimy Ciebie, 
    żeś przez Krzyż Twój święty świat odkupić raczył.

    „Wstydzę się, Panie, stanąć przed świętym obliczem Twoim, bo tak mało jestem do Ciebie podobny. Ty za mnie tyle wycierpiałeś przy biczowaniu, że sama ta męka zadałaby Ci śmierć, gdyby nie wola i wyrok Ojca Niebieskiego, że miałeś umrzeć na krzyżu. A dla mnie rzeczą trudną jest znosić małe uchybienia i ułomności domowników. Ty z miłosierdzia przelałeś tyle krwi dla mnie, a mnie każda ofiara i poświęcenie dla bliźnich wydaje się ciężkie. Ty z niewypowiedzianą cierpliwością i w milczeniu znosiłeś bóle biczowania, a ja narzekam i jęczę, gdy wypadnie znieść dla ciebie jakąś dolegliwość lub wzgardę ze strony bliźniego”.

    MIŁOSIERNY PANIE, 
    DOPOMÓŻ MI Z UFNOŚCIĄ IŚĆ ZA TOBĄ 

    Któryś za nas cierpiał rany, 
    Jezu Chryste zmiłuj się nad nami. 

    ***

    STACJA II 
    PAN JEZUS BIERZE KRZYŻ NA SWE RAMIONA 

    Kłaniamy się Tobie, Jezu Chryste, i błogosławimy Ciebie, 
    żeś przez Krzyż Twój święty świat odkupić raczył.

    „Z głębokim współczuciem pójdę za Jezusem! Zniosę cierpliwie tę przykrość, która mnie dziś spotka, jakże małą dla uczczenia Jego drogi na Golgotę. Wszak za mnie idzie na śmierć! Za moje grzechy cierpi! Jakże mogę być obojętny na to? Nie żądasz ode mnie, Panie, bym niósł z Tobą Twój ciężki krzyż, lecz bym swoje małe krzyże codzienne cierpliwie znosił. Tymczasem dotąd tego nie czyniłem. Wstyd mi i żal tej małoduszności i niewdzięczności mojej. Postanawiam, wszystko co z miłosierdzia swego na mnie włożysz, z ufnością przyjąć i z miłością znosić”.

    MIŁOSIERNY PANIE, 
    DOPOMÓŻ MI Z UFNOŚCIĄ IŚĆ ZA TOBĄ 

    Któryś za nas cierpiał rany, 
    Jezu Chryste zmiłuj się nad nami. 

    ***

    STACJA III 
    PAN JEZUS UPADA POD KRZYŻEM 

    Kłaniamy się Tobie, Jezu Chryste, i błogosławimy Ciebie, 
    żeś przez Krzyż Twój święty świat odkupić raczył.

    „Wziąłeś, Panie, straszliwe brzemię – grzechy całego świata wszystkich czasów na siebie. A wśród tej przerażającej masy grzechów wszystkich ludzi, moje niezliczone grzechy zaciążyły na Tobie brzemieniem przygniatającym i powaliły na ziemię. Dlatego ustają Twe siły. Dalej tego ciężaru unieść nie możesz i upadasz pod nim na ziemię. Baranku Boży, który z miłosierdzia swego gładzisz grzechy świata przez brzemię krzyża Twego, zdejmij ze mnie ciężkie brzemię grzechów moich i zapal ogień miłości Twojej, aby jej płomień nigdy nie ustał”.

    MIŁOSIERNY PANIE, 
    DOPOMÓŻ MI Z UFNOŚCIĄ IŚĆ ZA TOBĄ 

    Któryś za nas cierpiał rany, 
    Jezu Chryste zmiłuj się nad nami. 

    ***

    STACJA IV 
    PAN JEZUS SPOTYKA SWOJĄ MATKĘ  

    Kłaniamy się Tobie, Jezu Chryste, i błogosławimy Ciebie, 
    żeś przez Krzyż Twój święty świat odkupić raczył.

     „ Matko Najświętsza, Matko Dziewico, niech żałość Twej duszy i mnie się udzieli! 
    Kocham Cię, Matko Boleściwa, która idziesz tą drogą, jaką kroczył Syn Twój najmilszy – drogą hańby i poniżenia, drogą wzgardy i przekleństwa. Wyryj mnie na swym Niepokalanym Sercu i jako Matka Miłosierdzia, wyjednaj mi łaskę, bym idąc za Jezusem i Tobą, nie załamał się na tej ciernistej drodze kalwaryjskiej, jaką i mnie miłosierdzie Boże wyznaczyło”.

    MIŁOSIERNY PANIE, 
    DOPOMÓŻ MI Z UFNOŚCIĄ IŚĆ ZA TOBĄ 

    Któryś za nas cierpiał rany, 
    Jezu Chryste zmiłuj się nad nami. 

    ***

    STACJA V 
    SZYMON CYRENEJCZYK 
    POMAGA PANU JEZUSOWI DŹWIGAĆ KRZYŻ    

    Kłaniamy się Tobie, Jezu Chryste, i błogosławimy Ciebie,  żeś przez Krzyż Twój święty świat odkupić raczył.

    „Jak dla Szymona, tak i dla mnie krzyż jest rzeczą przykrą. Z natury wzdrygam się przed nim, wszelako okoliczności zmuszają mnie do oswojenia się z nim. Będę się starał odtąd nieść krzyż swój z usposobieniem Chrystusa Pana. Będę dźwigał krzyż za swe grzechy, za grzechy innych ludzi, za dusze w czyśćcu cierpiące, naśladując najmiłosierniejszego Zbawiciela. Wówczas odbywać będę drogę królewską Chrystusa, a pójdę nią nawet wtedy, kiedy otoczy mnie tłum ludzi wrogich i szydzących”. 

    MIŁOSIERNY PANIE, 
    DOPOMÓŻ MI Z UFNOŚCIĄ IŚĆ ZA TOBĄ 

    Któryś za nas cierpiał rany, 
    Jezu Chryste zmiłuj się nad nami. 

    ***

    STACJA VI 
    WERONIKA OCIERA TWARZ PANU JEZUSOWI  

    Kłaniamy się Tobie, Jezu Chryste, i błogosławimy Ciebie, 
    żeś przez Krzyż Twój święty świat odkupić raczył.

    „Pan Jezus nie cierpi już więcej, dlatego nie mogę podać mu chusty do otarcia potu i krwi. Ale cierpiący Zbawiciel żyje ciągle w swoim ciele mistycznym, w swoich współbraciach, obciążonych krzyżem, a więc w chorych, konających, ubogich i potrzebujących, którzy potrzebują chustki do otarcia potu. Wszak on powiedział: Wszystko, co uczyniliście jednemu z tych braci moich najmniejszych, Mnie uczyniliście (Mt 25,40). Stanę więc u boku chorego i umierającego z prawdziwą miłością i cierpliwością, aby mu otrzeć pot, aby go wzmocnić i pocieszyć”.

    MIŁOSIERNY PANIE, 
    DOPOMÓŻ MI Z UFNOŚCIĄ IŚĆ ZA TOBĄ 

    Któryś za nas cierpiał rany, 
    Jezu Chryste zmiłuj się nad nami. 

    ***

    STACJA VII 
    PAN JEZUS PO RAZ DRUGI UPADA POD KRZYŻEM 

    Kłaniamy się Tobie, Jezu Chryste, i błogosławimy Ciebie, 
    żeś przez Krzyż Twój święty świat odkupić raczył.

    „Panie, (…) jak możesz tolerować jeszcze mnie grzesznego, który obrażam Cię grzechami codziennymi po niezliczone razy? Mogę to wytłumaczyć tylko wielkością miłosierdzia Twojego, tym że czekasz jeszcze mej poprawy. Oświeć mnie Panie, światłością łaski swojej, bym mógł poznać wszelkie zdrożności i złe skłonności moje, które spowodowały Twój powtórny upadek pod krzyżem i bym odtąd systematycznie je tępił. Bez łaski Twojej nie potrafię ich się wyzbyć. Przeto proszę i ufam, że miłosierdzie Twoje mnie wspomoże”. 

    MIŁOSIERNY PANIE, 
    DOPOMÓŻ MI Z UFNOŚCIĄ IŚĆ ZA TOBĄ 

    Któryś za nas cierpiał rany, 
    Jezu Chryste zmiłuj się nad nami. 

    ***

    STACJA VIII 
    PAN JEZUS POCIESZA PŁACZĄCE NIEWIASTY  

    Kłaniamy się Tobie, Jezu Chryste, i błogosławimy Ciebie, 
    żeś przez Krzyż Twój święty świat odkupić raczył.

    „I dla mnie jest czas miłosierdzia Bożego, ale ograniczony. Po upływie tego czasu nastąpi wymiar sprawiedliwości, o której Pan Jezus groźnie wspomina. (…) Na mnie ciążą liczne winy, toteż więdnę i usycham z bojaźni, ale pomimo tego pójdę śladami Chrystusa, przejmę się skruchą i będę czynić zadość sprawiedliwości przez szczerą pokutę. Do tej pokuty pobudza mnie potęga Boga i powinność służenia Mu. Do tej pokuty pobudza mnie nieskończone miłosierdzie Jezusa, który koronę chwały zamienił na cierniową i wyszedł mnie poszukiwać, a odnalazłszy przytulił do swego Serca”.

    MIŁOSIERNY PANIE, 
    DOPOMÓŻ MI Z UFNOŚCIĄ IŚĆ ZA TOBĄ 

    Któryś za nas cierpiał rany, 
    Jezu Chryste zmiłuj się nad nami. 

    ***

    STACJA IX 
    PAN JEZUS UPADA POD KRZYŻEM PO RAZ TRZECI  

    Kłaniamy się Tobie, Jezu Chryste, i błogosławimy Ciebie, 
    żeś przez Krzyż Twój święty świat odkupić raczył.

    „Za mnie cierpi Jezus i za mnie upada pod krzyżem! Gdzie byłbym dziś bez tych cierpień Zbawiciela? Z otchłani piekielnej wyrywa nas tylko Zbawiciel. (…) Dlatego wszystko, co dziś mamy i czym jesteśmy w znaczeniu nadprzyrodzonym, zawdzięczamy tylko męce Pana Jezusa. Nawet niesienie naszego krzyża nic nie znaczy bez łaski. Dopiero męka Zbawiciela czyni skruchę naszą zasługującą, a pokutę skuteczną. Dopiero miłosierdzie Jego, ujawnione w potrójnym upadku, jest rękojmią mojego zbawienia”.

    MIŁOSIERNY PANIE, 
    DOPOMÓŻ MI Z UFNOŚCIĄ IŚĆ ZA TOBĄ 

    Któryś za nas cierpiał rany, 
    Jezu Chryste zmiłuj się nad nami. 

    ***

    STACJA X 
    PAN JEZUS Z SZAT OBNAŻONY  

    Kłaniamy się Tobie, Jezu Chryste, i błogosławimy Ciebie, 
    żeś przez Krzyż Twój święty świat odkupić raczył.

    „Przy tej strasznej tajemnicy obecna była Matka Najświętsza, która wszystko widziała, słyszała i wszystkiemu się przypatrywała. Można sobie wyobrazić, jakie przeżywała boleści wewnętrzne, widząc Syna swego głęboko zawstydzonego, w pokrwawionej nagości, kosztującego gorzki napój, do którego i ja dolewałem gorycze przez grzech nieumiarkowania w jedzeniu i piciu. Pragnę odtąd i postanawiam, przy pomocy łaski Bożej, praktykować rozumne umartwienie w tej materii, by nagość mej duszy nie obrażała oka Pana Jezusa ani jego Niepokalanej Matki”.

    MIŁOSIERNY PANIE, 
    DOPOMÓŻ MI Z UFNOŚCIĄ IŚĆ ZA TOBĄ 

    Któryś za nas cierpiał rany, 
    Jezu Chryste zmiłuj się nad nami. 

    ***

    STACJA XI 
    PAN JEZUS PRZYBITY DO KRZYŻA 

    Kłaniamy się Tobie, Jezu Chryste, i błogosławimy Ciebie, 
    żeś przez Krzyż Twój święty świat odkupić raczył.

    „Stańmy w myślach naszych na Golgocie pod krzyżem Pana Jezusa i rozważajmy straszną scenę. Pomiędzy niebem i ziemią wisi Zbawiciel za miastem, odtrącony od swego ludu, wisi jak zbrodniarz między dwoma zbrodniarzami, jako obraz najstraszliwszej nędzy, opuszczenia i boleści. Ale jest On podobny do wodza, który podbija narody – nie mieczem i orężem, ale krzyżem – nie w celu ich zniszczenia, ale w celu ocalenia. Bo też krzyż Zbawiciela stanie się odtąd narzędziem chwały Bożej, sprawiedliwości i nieskończonego miłosierdzia”.

    MIŁOSIERNY PANIE, 
    DOPOMÓŻ MI Z UFNOŚCIĄ IŚĆ ZA TOBĄ 

    Któryś za nas cierpiał rany, 
    Jezu Chryste zmiłuj się nad nami. 

    ***

    STACJA XII 
    PAN JEZUS UMIERA NA KRZYŻU 

    Kłaniamy się Tobie, Jezu Chryste, i błogosławimy Ciebie, 
    żeś przez Krzyż Twój święty świat odkupić raczył.

    „Nikt nie towarzyszył tej czynności ofiarnej z tak cudownymi i odpowiednimi uczuciami i myślami jak Matka Miłosierdzia, jak przy poczęciu i narodzeniu zastępowała całą ludzkość, adorując i miłując gorąco Pana Zastępów, tak i przy śmierci swego Syna adoruje martwe ciało wiszące na krzyżu, boleje nad nim, ale zarazem pamięta i o swych dzieciach przybranych. Przedstawicielem ich jest Jan Apostoł i nowonawrócony umierający łotr, za którym wstawiła się do Syna. Wstaw się i za mną, Matko Miłosierdzia, pomnij i na mnie, gdy w mej agonii będę polecać Ojcu swego ducha”.

    MIŁOSIERNY PANIE, 
    DOPOMÓŻ MI Z UFNOŚCIĄ IŚĆ ZA TOBĄ 

    Któryś za nas cierpiał rany, 
    Jezu Chryste zmiłuj się nad nami. 

    ***

    STACJA XIII 
    ZDJĘCIE Z KRZYŻA CIAŁA PANA JEZUSA 

    Kłaniamy się Tobie, Jezu Chryste, i błogosławimy Ciebie, 
    żeś przez Krzyż Twój święty świat odkupić raczył.

    „Najmiłosierniejszy Zbawicielu, czyje serce zdoła się oprzeć porywającej i kruszącej wymowie, z jaką przemawiasz do nas przez niezliczone rany Twego martwego ciała, spoczywającego na łonie Twojej Bolesnej Matki? (…) każdy czyn Twój wystarczyłby dla przebłagania sprawiedliwości i zadość uczynienia za zniewagi. Ale obrałeś ten rodzaj Odkupienia, aby pokazać wielką cenę duszy naszej i swoje bezgraniczne Miłosierdzie, by nawet największy grzesznik mógł z ufnością i skruchą przystąpić do Ciebie i otrzymać odpuszczenie, jak otrzymał je konający łotr”.

    MIŁOSIERNY PANIE, 
    DOPOMÓŻ MI Z UFNOŚCIĄ IŚĆ ZA TOBĄ 

    Któryś za nas cierpiał rany, 
    Jezu Chryste zmiłuj się nad nami. 

    ***

    STACJA XIV 
    ZŁOŻENIE DO GROBU CIAŁA PANA JEZUSA 

    Kłaniamy się Tobie, Jezu Chryste, i błogosławimy Ciebie, 
    żeś przez Krzyż Twój święty świat odkupić raczył.

    „Matko Miłosierdzia, wybrałaś mnie za dziecko swoje, abym stał się bratem Jezusa, którego opłakujesz po złożeniu do grobu! (…) Nie zważaj na moją słabość, niestałość i niedbalstwo, które opłakuję bez przerwy, i wyrzekam się ich ustawicznie. Ale wspomnij na wolę Pana Jezusa, który mnie oddał pod Twoją opiekę. Spełnij tedy względem mnie niegodnego swe posłannictwo, dostosuj łaski Zbawiciela do mojej słabości i bądź dla mnie zawsze Matką Miłosierdzia!”.

    MIŁOSIERNY PANIE, 
    DOPOMÓŻ MI Z UFNOŚCIĄ IŚĆ ZA TOBĄ 

    Któryś za nas cierpiał rany, 
    Jezu Chryste zmiłuj się nad nami. 

    (www.faustyna.eu)

    ___________________________________________________________________________________________

    Patrz na Ukrzyżowanego!

    Św. Franciszek i męka Chrystusa

    Patrz na Ukrzyżowanego! I pamiętaj, że to On  pierwszy na ciebie spojrzał i nigdy nie przestanie na ciebie patrzeć.

    Patrz na Ukrzyżowanego! I pamiętaj, że to On pierwszy na ciebie spojrzał i nigdy nie przestanie na ciebie patrzeć.
    fot. Henryk Przondziono/Gość Niedzielny

    ***

    W jego pismach próżno szukać określenia „Ukrzyżowany”. Nie znajdziemy w nich również opisów męki Chrystusa. A jednak dwa lata przed śmiercią Pan naznaczył św. Franciszka cielesnymi śladami swojego cierpienia.

    San Damiano i La Verna. Dwa krzyże i dwa spotkania. Początek młodego Jana Bernardone i kulminacja jego doświadczenia duchowego. „Wszystkie dążenia męża Bożego, tak publiczne, jak prywatne, obracały się wokół krzyża Pańskiego i od samego początku jego rycerskiej służby Ukrzyżowanemu rozbłyskały wokół niego różne tajemnice krzyża” – pisał biograf Biedaczyny Tomasz z Celano. – To jedno zdanie pomaga zrozumieć, jakie miejsce zajmuje w życiu św. Franciszka doświadczenie stygmatów – uważa o. Andrzej Zając OFM Conv. Jak dodaje, są one kluczem do interpretacji wszystkiego, co wydarzyło się w historii asyżanina i jego duchowych synów. W ich świetle rozumiemy też, na czym polega istota franciszkańskiej duchowości pasyjnej.

    Spojrzenie anioła

    Przypomnijmy okoliczności pierwszej w historii Kościoła stygmatyzacji. Jest rok 1224. Minęło kilka miesięcy od urządzenia w Greccio inscenizacji narodzenia Pana Jezusa. Franciszek udaje się na górę La Verna, gdzie trwa na modlitwie i czterdziestodniowym poście ku czci Michała Archanioła. Najprawdopodobniej 14 września rano, w święto Podwyższenia Krzyża Świętego, ukazuje mu się anioł o sześciu skrzydłach, przybity do krzyża. „Gdy święty sługa Najwyższego ujrzał to widzenie, jak najbardziej zadziwił się, ale nie wiedział, co ono miało dlań znaczyć. Bardzo się ucieszył i mocno uradował miłym i łaskawym względem, z jakim Serafin patrzył na niego. Jego piękno było niezwykle urzekające, ale całkowicie przejmowało trwogą jego przybicie do krzyża i udręczenie męką” – relacjonuje Tomasz z Celano. Franciszek był świadomy spojrzenia ukrzyżowanego anioła. Biograf Biedaczyny drobiazgowo opisał też rany, które podczas tego widzenia pojawiły się na jego ciele: przebite ręce i stopy, wielkość i kształt gwoździ kaleczących skórę, krwawiącą bliznę prawego boku, „tak, że po wiele razy jego tunika i spodnie były spryskane świętą krwią”. Bolesne pamiątki męki Zbawiciela święty ukrywał nie tylko przed obcymi, nawet najbliżsi bracia przez długi czas o nich nie wiedzieli.

    Na górze La Verna Franciszek po raz pierwszy fizycznie doświadczył śladów tortur krzyża, ale wewnętrzne stygmaty wycisnęły się na jego sercu o wiele wcześniej, na samym początku duchowej drogi, pod krzyżem w San Damiano. Tomasz relacjonuje, że od chwili, gdy Ukrzyżowany spojrzał na niego z miłością i poprosił: „Idź, napraw mój dom, który cały idzie w ruinę”, duszę Franciszka „przebiło współcierpienie z Ukrzyżowanym” i „wycisnęły się wówczas na jego sercu, choć jeszcze nie na ciele, stygmaty czcigodnej Męki”.

    Jezusowe cierpienie na krzyżu sprawiało pokornemu bratu mniejszemu ból nie do opisania. Jak opowiadano, wciąż o tym rozmyślał, nie mógł powstrzymać się od łez, „głośno płakał nad męką Chrystusa” i „wzdychaniami napełniał drogi”. Nie dawał się pocieszyć, gdy tylko wspomniał rany Zbawiciela.

    Tomasz opisywał różne wydarzenia i cuda związane ze stygmatami Franciszka. – Utkwił mi bardzo w pamięci opis walk, podczas których jeden z wojowników padł, a jego szyja została przebita mieczem. Krwawił, a ludzie nie wiedzieli, co robić. W pewnym momencie zobaczyli, że ten miecz wyskoczył sam z przebitej szyi mężczyzny. Okazało się, że ten człowiek – czciciel św. Franciszka – miał w tym czasie widzenie, podczas którego asyżanin podszedł i wyciągnął z niego miecz – opowiada o. Zając. Jednak od nadzwyczajnych cudów i znaków ważniejsze są szacunek i cześć, jaką naśladowcy Franciszka oddawali wizerunkowi krzyża. Znamienne jest – zwraca uwagę o. Zając – że kojarzący się z franciszkanami i umiłowany przez ich duchowego ojca znak Tau nie zawiera szczegółów męki, jak np. krzyż saletyński, który na poziomej belce ma z jednej strony obcęgi, z drugiej młotek. – Tau nie pokazuje ukrzyżowania w wymiarze fizycznym, tylko zwraca uwagę na owoce męki Chrystusa – podkreśla franciszkanin.

    – Ukrzyżowanego w pismach św. Franciszka nie ma. Franciszek ani razu nie używa miana „Ukrzyżowany”. Jest mowa o krzyżu, o ukrzyżowaniu. Oczywiście Franciszek mówił o Jezusie Ukrzyżowanym, bo wokół tajemnicy krzyża koncentrowało się jego życie duchowe, ale próżno tu szukać obrazowych opisów męki – zauważa autor biografii asyskiego brata pt. „Bóg jest piękny”. Dla Franciszka Pismo Święte jest słowem krzyża. Czytał je, by poznawać w nim Pana. Wyznał niegdyś jednemu z braci, że tyle już zajmował się Pismem, iż wystarczy mu go do rozmyślania i rozważania. „Więcej nie potrzebuję, bo wystarczy mi, że wiem, iż Chrystus był ubogi i ukrzyżowany” – miał powiedzieć święty. – To zaś powinno skłonić chrześcijan do zadania sobie takiego samego pytania: do czego prowadzi moje czytanie słowa Bożego? Czy dochodzę dzięki tej lekturze do przekonania, że Chrystus był ubogi i ukrzyżowany? Bo kiedy to zrozumiem, będę mógł powiedzieć, że pojąłem, o co chodzi w Biblii – wskazuje o. Zając.

    Trzy modlitwy

    O cierpieniu Zbawiciela Franciszek myśli inaczej niż ludzie jego epoki, lubujący się w naturalistycznych szczegółach. W jaki sposób? Tu, jak zachęca franciszkański zakonnik, można wskazać trzy momenty, trzy modlitwy Franciszka związane wprost z krzyżem. Na ich podstawie da się prześledzić jego duchowy rozwój i dojrzewanie wrażliwości pasyjnej.

    Pierwsza z nich, zwana modlitwą przed krucyfiksem lub modlitwą w godzinie nawrócenia, została odmówiona przez Franciszka w San Damiano: „Najwyższy, chwalebny Boże, rozjaśnij ciemności mego serca i daj mi, Panie, prawdziwą wiarę, niezachwianą nadzieję i doskonałą miłość, zrozumienie i poznanie, abym wypełniał Twoje święte i prawdziwe posłannictwo”. Druga, zapisana w „Testamencie” umbryjskiego świętego, jest dobrze dziś znana z nabożeństwa Drogi Krzyżowej: „Wielbimy Cię, Panie Jezu Chryste, tu i we wszystkich kościołach Twoich, które są na całym świecie, i błogosławimy Tobie, że przez święty krzyż Twój odkupiłeś świat”. Ostatnia powstała na górze La Verna. To modlitwa uwielbienia w odpowiedzi na dar stygmatów. Franciszek, co charakterystyczne, nie zwraca się w niej do Ukrzyżowanego, ale do Boga Ojca. Jemu oddaje cześć, wyznaje miłość i zachwyt nad dziełem zbawienia.

    – W pierwszej modlitwie uwydatnia się „ja” Franciszka, który prosi o duchowe dary dla siebie. W drugiej modlitwie jego świadomość się rozszerza, już nie myśli tylko o sobie, myśli o wspólnocie Kościoła i o braciach. W trzeciej modlitwie znika „ja” Franciszka i „my” wspólnoty. Jest już tylko „Ty” Boga Ojca – wyjaśnia duchową drogę Biedaczyny o. Zając. – Franciszek odkrywa, że najbardziej jest, gdy jest wobec Boga, który nadaje sens jego życiu. Nie zajmuje się sobą ani nikim innym, tylko Bogiem Ojcem – dodaje.

    Dowód miłości

    W duchowości krzyża św. Franciszka z Asyżu ważny jest jeszcze jeden aspekt. – Kiedy mówi on o męce, śmierci i krzyżu Chrystusa, to zawsze widzimy w tym relację Syna do Ojca – podkreśla o. Andrzej Zając. Przykład? Modlitwa Jezusa w Ogrójcu, w której święty dostrzegał przede wszystkim wolę Ojca oddającego ukochanego Syna, aby Ten „ofiarował się na ołtarzu krzyża nie za siebie, zostawiając nam przykład, abyśmy szli Jego śladami”. – Warto zwrócić uwagę na dwie relacje: Jezusa do Ojca, a potem Jezusa do nas. Zbawiciel przecież cierpiał na krzyżu ze względu na nas, więcej – to nam zostawił przykład, jak mamy Go naśladować. Męka Chrystusa jest też ostatecznym argumentem dla postępowania braci – komentuje zakonnik.

    Święty Franciszek w swoich „Napomnieniach” pokazuje nie tylko wzniosłość i godność człowieczeństwa, ale też jego aspekt negatywny, upadek natury ludzkiej. „Nawet złe duchy nie ukrzyżowały Go, lecz to ty wraz z nimi ukrzyżowałeś Go i krzyżujesz Go nadal przez upodobanie w wadach i grzechach” – wskazuje braciom. Natomiast osobiste krzyże, dźwigane na ziemi przez każdego człowieka, wiąże z krzyżem Chrystusa – Dobrego Pasterza, który poniósł mękę krzyżową dla zbawienia swoich owiec.

    – Jaki jest powód, byśmy miłowali nieprzyjaciół? – pyta dalej za św. Franciszkiem jego duchowy syn. – Bo Pan nasz, Jezus Chrystus, którego śladami mamy postępować, swojego zdrajcę nazwał przyjacielem – odpowiada. Dla Franciszka Ukrzyżowany jest jednak przede wszystkim punktem odniesienia, wzorem postawy godnej dzieci Bożych. To dlatego nie skupia się on na poszczególnych elementach męki i ukrzyżowania, ale koncentruje uwagę na miłości, która objawia się w krzyżu. Patrzy na wydarzenie zbawcze, nie na okropieństwa męki i udręk znoszonych przez Syna Bożego. – Duchowość franciszkańska wielu ludziom kojarzy się z duchowością pasyjną. I słusznie, ale nie jest to duchowość cierpiętnicza, zawsze przebija z niej miłość Boga, która nas zbawia.

    Śmierć, która jest życiem

    Papież Franciszek, najbardziej franciszkański spośród jezuitów, zastanawiał się kiedyś w Asyżu, skąd zaczęła się droga jego patrona ku Chrystusowi. „Wychodzi ona od spojrzenia Jezusa na krzyżu: pozwolić, aby On na nas patrzył w chwili, kiedy oddaje za nas swoje życie i pociąga nas do siebie” – mówił. Takiego spojrzenia doświadczył Franciszek zarówno w San Damiano, jak i na górze La Verna. Ukrzyżowany, który patrzy z miłością na pokornego brata mniejszego z Asyżu, nie jest martwy, lecz żywy. „Ukrzyżowany nie mówi nam o porażce, o niepowodzeniu. Paradoksalnie mówi nam o śmierci, która jest życiem, która rodzi życie, ponieważ mówi nam o miłości, ponieważ jest miłością Boga Wcielonego, a miłość nie umiera, wręcz przeciwnie – zwycięża zło i śmierć” – podkreślał papież, dodając, że człowiek, który pozwala, by spojrzał na niego ukrzyżowany Jezus, zostanie stworzony na nowo. „Stąd wynika wszystko – jest to doświadczenie łaski, która przemienia, doświadczenie bycia kochanym bez zasługi, choć jesteśmy grzesznikami” – stwierdził.

    „Patrz na Ukrzyżowanego” – to wezwanie wypełniło się w historii Franciszka, pierwszego stygmatyka w Kościele katolickim, ale jest skierowane do chrześcijan wszystkich czasów. – Warto pamiętać, o czym mówi życie Biedaczyny, że to On pierwszy na nas spojrzał i nigdy nie przestanie na nas patrzeć – podsumowuje o. Andrzej Zając.

    Magdalena Dobrzyniak/Gość Niedzielny

    ______________________________________________________________________________________________________________

    SOBOTA – 16 MARCA

    This image has an empty alt attribute; its file name is image-2-e1673870873179-1024x683.png

    KAPLICA IZBA JEZUSA MIŁOSIERNEGO – 4 PARK GROVE TERRACE, GLASGOW G3 7SD

    GODZ. 10.00 – GODZINKI KU CZCI NIEPOKALANEJ NAJŚWIĘTSZEJ MARYI PANNY

    SPOTKANIE BIBLIJNE NA TEMAT KOBIET W PIŚMIE ŚWIĘTYM

    ***

    W KOŚCIELE ŚW. PIOTRA OD GODZ. 17.00 – SPOWIEDŹ ŚW.

    O GODZ. 18.00 – MSZA ŚW. WIGILIJNA Z V NIEDZIELI WIELKIEGO POSTU

    PO MSZY ŚWIĘTEJ – MODLITWA RÓŻAŃCOWA PRZED NAJŚWIĘTSZYM SAKRAMENTEM W INTENCJI PRAWDZIWEGO POKOJU, KTÓRY DAJE TYLKO CHRYSTUS PAN

    ______________________________________________________________________________________________________________

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Modlitwa do św. Michała Archanioła.

    Dlaczego św. Jan Paweł II zachęcał do jej odmawiania?

    Michał Archanioł

    Martinidry – shutterstock

    ***

    100 lat po tym, jak Leon XIII napisał swoją słynną modlitwę, św. Jan Paweł II prosił katolików do odnowienia zwyczaju jej odmawiania.

    Jak Leon XXIII ułożył modlitwę do Michała Archanioła


    Modlitwa do Michała Archanioła została ułożona w 1884 r. przez papieża Leona XIII. Po odprawieniu Mszy świętej papież pozostał w kościele, aby odmówić modlitwę dziękczynienia przy ołtarzu. Pod koniec usłyszał dialog – rozmowę dwóch głosów, z których jeden był łagodny, a drugi ostry. Przypominało to trochę „targowanie” się Szatana z Bogiem zapisane w Księdze Hioba.

    Szatan przechwalał się w ten mniej więcej sposób: choć Jezus powiedział, że bramy piekielne nie przemogą Kościoła, to on mógłby go zniszczyć, „gdyby tylko miał trochę czasu i mocy – w 75 do 100 lat”.

    Według ojca Domenico Pechenino, który zeznawał jako świadek tego wydarzenia, twarz papieża Leona, słyszącego ten dialog, wyrażała przerażenie i trwogę. W końcu jednak – wróciwszy do swoich zmysłów – lekko, ale zdecydowanie uderzył dłonią w blat i wstał. Udał się do swojego prywatnego gabinetu.

    Jego asysta podążyła za nim z niepokojem i troską, szepcąc: „Ojcze Święty, czy dobrze się czujesz? Potrzebujesz czegoś?”. Odpowiedział: „Nie, nie”. Około pół godziny później wezwał sekretarza jednej z kongregacji i wręczając mu kartkę papieru, poprosił o rozesłanie jej treści do wszystkich biskupów ordynariuszy na całym świecie.

    Modlitwa do Michała Archanioła odmawiana na koniec Mszy św.

    Modlitwa ta została rozpowszechniona jako modlitwa do św. Michała Archanioła. Dwa lata później papież Leon XIII zadekretował, że będzie ona odmawiana na koniec Mszy św. w całym Kościele. Po Soborze Watykańskim II odstąpiono od tego obowiązku, ale zalecano, aby wierni kontynuowali odmawianie jej prywatnie.

    Sto lat po tym, jak Leon XIII ułożył swoją modlitwę, św. Jan Paweł II – nie przywracając oficjalnie praktyki modlitwy po Mszy św. – prosił wszystkich katolików, aby powrócili do tego błagania adresowanego do Księcia Aniołów.

    W 1984 r. – podczas międzynarodowego Roku Rodziny – przestrzegał, że los ludzkości jest w poważnym niebezpieczeństwie i wzywał ludzi Kościoła do odmawiania tej modlitwy codziennie, aby pokonać siły ciemności i zła na świecie.

    W swoim rozważaniu po „Regina Coeli” w niedzielę, 24 kwietnia 1994 r. św. Jan Paweł II także przywołał modlitwę papieża Leona XII, mówiąc: „Niech ta modlitwa umacnia nas do walki duchowej, o której mowa w Liście do Efezjan: W końcu bądźcie mocni w Panu – siłą Jego potęgi (Ef 6, 10). A jest to ta sama walka, do której odnosi się Apokalipsa, przywołując przed nasze oczy obraz św. Michała Archanioła. Przed oczami papieża Leona XIII była zapewne właśnie ta scena, kiedy pod koniec XIX stulecia zapoczątkował specjalną modlitwę do św. Michała”.

    Modlitwa do św. Michała Archanioła

    Święty Michale Archaniele!
    Wspomagaj nas w walce,
    a przeciw niegodziwości i zasadzkom złego ducha
    bądź naszą obroną.
    Oby go Bóg pogromić raczył,
    pokornie o to prosimy,
    a Ty, Wodzu niebieskich zastępów,
    Szatana i inne duchy złe,
    które na zgubę dusz ludzkich po tym świecie krążą,
    mocą Bożą strąć do piekła. Amen.

    Aleteia.pl

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Liturgia wróciła do korzeni

    Najświętsza ofiara sprawowana w bazylice kolegiackiej Wniebowzięcia Najświętszej Maryi Panny w Krzeszowie.

    Najświętsza ofiara sprawowana w bazylice kolegiackiej Wniebowzięcia Najświętszej Maryi Panny w Krzeszowie/fot.Józef Wolny/Gość Niedzielny
    ***

    Myślę, że Msza, którą odprawiał św. Piotr,bardziej przypominała tę naszą, współczesną,niż np. tę z XVIII wieku, kiedy barok podkreślał„święty teatr” przez architekturę,złoto i piękne paramenty – mówi ks. dr Andrzej Hoinkis, liturgista.

    Agnieszka Huf: Niedawno minęło 60 lat od uchwalenia pierwszego dokumentu soborowego – Sacrosanctum concilium, Konstytucji o Liturgii Świętej. Tego dnia przypadła 400. rocznica zakończenia Soboru Trydenckiego. Ta data nie wydaje się przypadkowa…

    Ks. dr Andrzej Hoinkis: Na pewno wybór daty był świadomą decyzją. Zresztą wydanie mszału po Soborze Watykańskim II odbyło się w 500. rocznicę wydania mszału po Soborze Trydenckim. Ale nie było tak, że przyspieszano pracę nad konstytucją, aby zdążyć z jej ogłoszeniem w konkretnym dniu – to było dzieło dobrze przygotowane. Kwestia liturgii żyła bardzo mocno w świadomości katolików w latach 50. i 60. XX wieku, aktywnie działał Ruch Liturgiczny, odkrywano nowe teksty źródłowe. To wszystko było procesem, który przygotował do zajęcia się na soborze liturgią.

    Sam Sobór Watykański II to też nie było nagłe wydarzenie – Jan XXIII nie obudził się przecież pewnego dnia z myślą, że zwoła sobór. Proces, którego był on finałem, zaczął się już w końcówce XIX wieku…

    Nawet wcześniej, bo Sobór Watykański I, obradujący w latach 1869–1870, nie został zakończony i w Kościele żywa była myśl, że należy do niego wrócić. XX wiek przyniósł wiele zmian – I wojna światowa mocno wstrząsnęła Europą i Kościołem, II wojna światowa tym bardziej. Po niej pojawił się w myśleniu światowym pozytywistyczny trend: „wszystko jesteśmy w stanie zmienić”. Mimo eskalacji zła, która objawiła się w latach wojny, społeczeństwa bardzo szybko się odradzały. XX wiek to też czas wielkich zmian mentalnych – chociażby rewolucja 1968 roku, która przecież nie wybuchła z dnia na dzień, tylko narastała przez lata. Myślę, że papież słuchał Ducha Świętego, miał wyczucie, że pewne rzeczy trzeba uprzedzić, uporządkować, żeby nie obudzić się „z ręką w nocniku”.

    Wspomniał Ksiądz o Ruchu Liturgicznym. Co to takiego?

    Ruch Liturgiczny rozpoczął się we Francji w opactwach benedyktyńskich w XIX wieku. Co ciekawe, u jego początków leżało odkrycie, że mszał potrydencki z 1570 r. jest bardzo bogaty w treści – często bardziej niż mszały diecezjalne, z których we Francji w XIX w. powszechnie korzystano. Dlatego Ruch Liturgiczny doprowadził do powszechniejszego przyjęcia mszału potrydenckiego w wielu diecezjach francuskich i niemieckich; sprawił, że do doceniono piękno liturgii rzymskiej. Równocześnie odkrywano i opracowywano starożytne źródła pokazujące historię Kościoła i liturgii w czasach starożytnych. Mszał potrydencki to w większości mszał Kurii Rzymskiej z XII wieku, bo kiedy trwał Sobór Trydencki, naukowcy czy liturgiści nie mieli starszych źródeł. Tymczasem w XIX i XX wieku odkryto i opracowano teksty z pierwszych wieków chrześcijaństwa, dzięki czemu zauważono, że obowiązująca liturgia jest mocno sklerykalizowana. Na przykład święty Justyn w pisanej w II wieku Apologii wspomina, że w czasie liturgii posługiwali lektorzy, którzy czytali Pismo Święte, że słowo Boże było wiernym wyjaśniane – to wszystko na skutek różnych procesów w Kościele stopniowo zanikło. Ruch Liturgiczny postulował pójście głębiej niż XII wiek, na którym zatrzymała się reforma liturgii po Soborze Trydenckim. Stopniowo sięgano do korzeni, do starożytnych tekstów, do żywszego udziału wiernych w Mszy, a nie tylko biernego jej słuchania. Pojawiały się próby przybliżenia Eucharystii wiernym – na przykład kapłan sprawował Mszę po łacinie, ale ludzie odpowiadali w języku narodowym. To wszystko działo się powoli, latami, ale u początków XX wieku potrzeba rozumienia przez wiernych, co się dzieje w czasie Mszy, była już bardzo nabrzmiała.

    Jednak sprawa liturgii wydawała się już przesądzona – Pius V w bulli Quo primum tempore w 1570 r. napisał przecież: „będzie odtąd bezprawiem na zawsze w całym świecie chrześcijańskim śpiewanie albo recytowanie Mszy św. według formuły innej niż ta przez Nas wydana”, czyli niejako „zabetonował” Mszę.

    Warto się zastanowić, czy naprawdę Pius V miał intencję „zamrożenia” liturgii. Trzeba spojrzeć na kontekst historyczny: Sobór Trydencki był reakcją na reformację. Pius V nie zabronił stosowania ani rytu ambrozjańskiego, ani innych rytów, które istniały wtedy w Kościele zachodnim i były prawnie obowiązujące. Mszał wydany po Soborze Trydenckim także nie obowiązywał z automatu na całym świecie – aż do XIX wieku w wielu diecezjach francuskich czy niemieckich obowiązywały mszały diecezjalne, które powstały na długo przed soborem. Jeśli tradycja ich używania była starsza niż 200 lat, to diecezje mogły je zachować. 

    Piusowi V chodziło o uchronienie liturgii przed naleciałościami protestanckimi? 

    W dużej mierze tak. Papież chciał zabezpieczyć Mszę przed protestantyzacją. Ale diecezje, które miały księgi liturgiczne starsze niż 200 lat, mogły je zachować. Żeby było ciekawiej proces przyjęcia mszału potrydenckiego nałożył się na wynalazek Gutenberga, który ułatwiał masowy druk. Stąd wydanie mszału w dużym nakładzie było tańsze niż wydanie niewielkiej liczby egzemplarzy lokalnych ksiąg. Polskie diecezje, które wówczas istniały – gnieźnieńska czy krakowska – mogły zachować swoje mszały. Jednak ze względów ekonomicznych oraz z uwagi na uchwały synodów (np. piotrkowskiego z 1577 r.) przyjęły księgi liturgiczne wydane po Soborze Trydenckim. Stwierdzenie, że Pius V zobowiązał czy zmusił cały Kościół do odprawiania Mszy św. według mszału z 1570 r., nie jest prawdziwe.

    Czyli pojęcie „Mszy wszech czasów” nie jest poprawne?

    To błędne pojęcie, myślę, że nie ma czegoś takiego jak „Msza wszech czasów”. Inaczej sprawowali ją apostołowie, inaczej np. św. Ambroży czy św. Augustyn, a jeszcze inaczej Kościół po Soborze Trydenckim. Można by o takiej mówić, gdyby Jezus, zakładając Kościół, od razu wręczył uczniom mszał z odpowiednimi tekstami i sposobem celebracji. Mówienie o „Mszy wszech czasów” jest ahistorycznością.

    Z Soborem Watykańskim II kojarzy się najczęściej wprowadzenie języków narodowych do liturgii i odprawianie Mszy św. przez księdza zwróconego twarzą do ludzi. Ale wczytując się w Konstytucję o Liturgii Świętej, można zauważyć, że akcent położony jest na samą teologię liturgii. Jakie najważniejsze kwestie porusza ta konstytucja?

    Proszę nie zapominać, że pierwotnie w liturgii posługiwano się językami narodowymi. Język łaciński w starożytnym Rzymie był językiem tych ludzi, którzy we Mszy św. uczestniczyli. Także i odprawianie jej twarzą czy plecami do ludu jest uproszczeniem. Chodziło o coś innego – o zwrócenie się na wschód, w stronę „Wschodzącego Słońca”, czyli Zmartwychwstałego. Przez wieki papieże przy konfesji św. Piotra sprawowali Mszę św. twarzą do ludu. Przed Soborem Watykańskim II biskup Karol Wojtyła w 1958 roku w Tyńcu odprawiał pasterkę także twarzą do ludu. Ani mszał potrydencki nie nakazywał odprawiania Mszy tyłem do ludu, ani ten powatykański nie nakazuje robienia tego twarzą do ludu. To są rzeczy drugorzędne. Konstytucja przypomniała, że liturgia to nie jest dzieło celebransa, ale przede wszystkim samego Boga i całego Kościoła, a wierni mają prawo w niej pobożnie i czynnie uczestniczyć, a nie tylko być jej biernymi świadkami. 

    Wcześniej Msza była trochę teatrem jednego aktora – ksiądz robił coś przy ołtarzu, a ludzie nie do końca rozumieli, co się dzieje.

    Ludzie często nie mieli pojęcia, co dzieje się na Mszy. Nie znali łaciny, nie mogli także usłyszeć, jakimi tekstami celebrans się modli. Mogło to być takie „magiczne”… Stąd zresztą wziął się zwrot „hokus-pokus” jako symbol magicznego zaklęcia. Pochodzi on od słów konsekracji: hoc est enim corpus meum. Prawdopodobnie ministranci – bo oni, będąc najbliżej ołtarza, mogli usłyszeć wypowiadane modlitwy – tak przekręcili te słowa i zwrot wszedł do obiegu. Dopiero w XIX wieku popularne stały się mszaliki, w których wyjaśniony był przebieg liturgii, i dzięki temu wierni mogli lepiej „uczestniczyć” we Mszy św. Sobór Watykański II przywrócił liturgię do stanu zbliżonego do tego, który istniał na początku chrześcijaństwa. Kiedy sięgniemy do wspomnianej Apologii Justyna, w której dwa razy opisana jest Msza starożytnego Kościoła, to zobaczymy, że podkreślone jest w niej współuczestnictwo, a nie podział na biernych wiernych i działającego kapłana. Myślę, że Msza, którą odprawiał św. Piotr, bardziej przypominała tę naszą, współczesną, niż np. tę z XVIII wieku, kiedy barok podkreślał „święty teatr” przez architekturę, złoto i piękne paramenty – co oczywiście na tamte czasy mogło być najlepszą drogą. Zmiana sposobu myślenia stała się możliwa dzięki odkryciu tekstów starochrześcijańskich, do których twórcy mszału potrydenckiego nie mieli dostępu.

    Ta zmiana dla wielu musiała być szokiem…

    Tekst Sacrosanctum concilium i tak jest „konserwatywny” – nie wiem, jak wyglądałby tekst tej konstytucji, gdyby uchwalono ją na koniec soboru. Zupełnie inaczej wyglądają późniejsze dokumenty, choćby konstytucja Gaudium et spes. Wielu spodziewało się, że ta zmiana pójdzie dużo dalej – przykładem może być Hans Küng. W efekcie w USA i w krajach Europy zachodniej wielu teologów stwierdzało, że ten tekst nie jest taki, jaki być powinien, i odwoływało się do tzw. ducha liturgii czy ducha soboru, a nie do samego tekstu.

    Początkowo nawet abp Lefebvre, który dziś jest symbolem sprzeciwu wobec zmian posoborowych, podpisał ten dokument, nie wysuwając zastrzeżeń. Więc jak to się stało, że niektóre środowiska traktują dziś sobór jako moment zniszczenia liturgii?

    Sobór Watykański II nie zniszczył liturgii. Tu dużą rolę odegrali wspomniany „duch liturgii” i… dziennikarze! Jeśli zajrzymy do książki P. Seewalda Benedykt XVI. Życie, to bardzo wyraźnie zauważymy różnicę: Joseph Ratzinger pracował systematycznie, źródłowo, a Hans Küng „pracował” z mediami, urabiał je. Mówił to, co media chciały usłyszeć, i przez to kreował np. „ducha liturgii”. W usta ojców soborowych wkładał to, co wydawało mu się słuszne. Ale Küng nie był sam – było więcej osób, które powołując się na „ducha soboru” i na to, co ich zdaniem powinien on uchwalić, kształtowały opinię publiczną, wtedy jeszcze bardzo katolicką. Rozdmuchiwały ogniska potrzebne im do tego, żeby urabiać czy forsować kwestie, które z litery soboru nie wynikały. Zresztą nie chodzi tu tylko o liturgię, ale o całą teologię.

    Krytycy mówią, że miała być ewolucja i reforma, a wyszła rewolucja i deforma…

    Skąd się w ogóle wzięły we współczesnym Kościele tendencje tradycjonalistyczne i mówienie o deformie? Postawiłbym tezę, że gdyby reforma liturgiczna po Soborze Watykańskim II w całym Kościele postępowała tak, jak to było robione w Polsce, prawdopodobnie dziś nie byłoby z tym problemu. U nas zmiany wprowadzano powoli, z rozmysłem. Kardynał Wyszyński nie był strażakiem gaszącym ogień Ducha, tylko człowiekiem rozsądnie myślącym. W Polsce Kościół był w bardzo specyficznej sytuacji pewnego rodzaju „podziemia” – byliśmy cały czas kontrolowani przez UB, aparat komunistyczny itd. Wyszyńskiemu bardzo zależało, żeby nie robić niepotrzebnych ruchów, które mogłyby wywołać nieprzewidziane konsekwencje. Często mówił, że trzeba coś przemyśleć, działać powoli, bo nie wiadomo, co z tego wyniknie. Chciał, żeby wszystkie działania – choćby tłumaczenie mszału – od początku do końca były wykonane bardzo starannie. A na Zachodzie na zmiany soborowe rzucono się pędem, przechodząc od jednego ekstremum do drugiego. Porównywałem tłumaczenia Konstytucji o Liturgii zatwierdzone przez Konferencje Episkopatu różnych krajów i na przykładzie jednego słowa – recognitio – widać, jak zupełnie inne jest jego rozumienie w tekście niemieckim i polskim. U nas przetłumaczono je bardziej zachowawczo – „należy krytycznie opracować”, „starannie rozpatrzeć”, „zbadać i poprawić”, a w niemieckim radykalnie – „przerobić”, „sprawdzić”, „zreformować”, „na nowo uporządkować”. A w oryginale konstytucji jest ciągle jedno słowo – recognitio!  

    I stąd wzięły się te nadużycia, o których czasem czytamy – że księża na Zachodzie odprawiają dziś Mszę dziwnie poprzebierani, na papierowym talerzyku zamiast na patenie, tańcząc albo jeżdżąc na rolkach?

    Tak, prawdopodobnie to jest przyczyną. A także subiektywizm, mówienie: „Gdyby Jezus dziś żył, to z pewnością…”. Ale z drugiej strony nadużycia i błędy nie zaczęły się po Soborze Watykańskim II. Można powiedzieć, że odkąd Bóg powierzył człowiekowi swój Kościół, zawsze pojawiały się tego typu problemy. Także i Msza według mszału potrydenckiego nie była wolna od wypaczeń i „deformy”, dlatego tak głośne było wołane o reformę liturgii w połowie XX wieku. Przykładem mogą być Msze odprawiane z wystawieniem Najświętszego Sakramentu, co było przez Kościół potępiane.

    A tych błędów wierni często nawet nie dostrzegali, bo laicy nie znali w szczegółach przebiegu Mszy ani nie słyszeli, co się dzieje ołtarzu.

    Oczywiście! Dziś się mówi, że Msza potrydencka, w przeciwieństwie do „dzisiejszej”, była bezbłędna, święta, a tak naprawdę i tam było wiele nadużyć! Biblioteki kościelne XIX i początków XX wieku byłyby o połowę skromniejsze, gdyby nie powstały wszystkie książki piętnujące nadużycia w czasie sprawowania Eucharystii.

    Ale jednak to o współczesnej Mszy mówi się, że jest przestrzenią improwizacji.

    Zachód Europy i Ameryka bardzo zachłysnęły się wolnością i to spowodowało największy kryzys Kościoła posoborowego, bo często prowadziło do „przegięć”. Po Soborze Watykańskim II Kościół dopuścił używanie innych modlitw eucharystycznych, nie tylko Kanonu Rzymskiego. Chodziło o powrót do korzeni, do starochrześcijańskich modlitw – np. tzw. Kanonu Hipolita, który był uznawany za przykład rzymskiej starożytnej modlitwy eucharystycznej – dziś to jest II Modlitwa Eucharystyczna. Sobór chciał wrócić do tekstów znanych u początków Kościoła, a później zapomnianych, które mogą być ubogaceniem naszej wiary. Tymczasem w niektórych miejscach przesadzono, uznając, że każdy może sobie wymyślać własną modlitwę eucharystyczną. Ja sam w latach 2000. spotkałem się w Austrii z całymi skoroszytami z „pisanymi na kolanie” modlitwami eucharystycznymi. Zachłyśnięto się dostępem do języków narodowych i improwizacji w liturgii. Faktycznie, pierwsze wieki Kościoła to były czasy improwizacji, bo nie było jeszcze ksiąg liturgicznych. Jednak z biegiem czasu lepsze, piękniejsze teksty zaczęto spisywać i w ten sposób powstały księgi liturgiczne. Sobór Watykański II nie zakładał ani nie dopuszczał, że teraz każdy celebrans może improwizować Mszę (por. np. art. 22 KL) – to była nadinterpretacja, wynikająca raczej nie tyle ze złej woli, co z płytkiej fascynacji nowością.

    Co z perspektywy Księdza jako liturgisty jest najbardziej pozytywną zmianą po Vaticanum II?

    Choćby to, że ludzie rozumieją teksty mszalne, mogą się nimi „karmić”, że mają możliwość świadomego uczestnictwa w tym, co dzieje się w czasie Mszy. Ważne jest też to, że w czasie liturgii czytane jest Pismo Święte, które wierni rozumieją. Bo na Mszy potrydenckiej ksiądz sam dla siebie czytał teksty Pisma, które były napisane po łacinie, a ponadto przez cały tydzień czytano te same fragmenty. Na początku XX wieku wielu ludziom towarzyszyło ogromne pragnienie życia słowem Bożym – reforma liturgii to umożliwiła. Ważne jest też, że wróciły pewne posługi znane z tekstów starochrześcijańskich – wtedy co innego robił ksiądz, co innego lektor, diakon i tak dalej. Potem przez wieki to się mocno sklerykalizowało, a dziś znowu świeccy mają swoje miejsce w liturgii. Kolejna ważna sprawa to reforma liturgii innych sakramentów, dzięki czemu chociażby rodzice czy chrzestni mogą rozumieć, co dzieje się podczas chrztu, i uniknąć poczucia magiczności. Dostępność do liturgii – dzieła Boga dla nas – to wielki plus rzeczywistości, w której żyjemy. Na ile go wykorzystujemy, to już inne pytanie.

    rozmawiała Agnieszka Huf(Historia Kościoła)Gość Niedzielny

    ______________________________________________________________________________________________________________

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Nocna Droga Krzyżowa

    piątek 15 marca 2024

    Rozpoczęcie w kościele św. Józefa (2 Eaglesham Rd, Clarkston, Glasgow, G76 7BT)

    Msza Święta o godz. 20.00,  wyjście o godz. 21.00

    image.png


    długość Drogi Krzyżowej: 25 km (15.5miles)

    liczba miejsc ograniczona do 60

    kontakt:Jakub Dulski 07895479677, Kamil Olas 07872502885,  e-mail  msj.glasgow@gmail.com

    ______________________________________________________________________________________________________________

    W DRUGĄ SOBOTĘ KAŻDEGO MIESIĄCA MODLIMY SIĘ KORONKĄ DO MATKI BOLESNEJ, KTÓREJ NAJŚWIĘTSZE SERCE ZOSTAŁO PRZEBITE SIEDMIOKROTNIE

    This image has an empty alt attribute; its file name is 024624_XJDA_35278_98.jpg.webp

    Pietro Lorenzetti/Wikimedia Commons

    ***

    Koronkę do Siedmiu Boleści Maryi zatwierdził papież Benedykt XIII w 1724 r. Rozpowszechniona jest ona w całym Kościele. Matka Boża sama przypomniała o tym nabożeństwie (1981-83) podczas objawień trzem dziewczynkom w Kibeho w Rwandzie (w 2001 r. biskup diecezji Gikongoro, Augustina Misago objawienia te uznał za autentyczne; są to pierwsze Maryjne objawienia uznane przez Kościół w XXI wieku).

    Według biskupa Jana Chrzciciela Gahamanyi, z diecezji Butare w Rwandzie, Najświętsza Panna zwróciła się do jednej z widzących z Kibeho: To o co was proszę, to pokuta. Chcę jedynie skruchy – powiedziała 31 maja 1982 roku. Jeżeli będziecie odmawiać Koronkę do Siedmiu Boleści, rozważając ją, otrzymacie moc, by naprawdę żałować. Dziś wielu ludzi w ogóle nie umie prosić o przebaczenie. Nadal krzyżują mego Syna. Dlatego chciałam was przestrzec. Proszę cię powiedz o tym całemu światu dodała kiedy indziej (13.08.1982). Dziewica kocha tę Koronkę. Pragnie, aby została na nowo rozszerzona w Kościele. Prosi, by odmawiać tę Koronkę często, zwłaszcza we wtorki i piątki, rozważając każdą tajemnicę. Prośmy Ducha Świętego, by pobudził nasze serca do pobożnego i owocnego rozważania tajemnic siedmiu boleści Maryi.

    Sposób odmawiania Koronki do Siedmiu Boleści

    Znak Krzyża Świętego
    P. Matko Bolesna, porusz serce moje.
    W. Abym w boleści umiał wniknąć Twoje.

    Boleść pierwsza: Proroctwo Symeona
    Starzec Symeona przepowiada Maryi, że duszę Jej przeszyje miecz.
    A stanie się to dlatego, że jej Synowi, będą się niektórzy sprzeciwiać.
    Owocem tajemnicy jest poddanie się woli Bożej, jak Maryja.
    Ojcze nasz, 7 x Zdrowaś Maryjo, Chwała Ojcu

    Boleść druga: Ucieczka do Egiptu
    Na polecenie Anioła Józef wziął dziecię i Matkę jego i uszedł do
    Egiptu przed złością Heroda. Maryja w czasie tej tułaczki przeżyła
    wiele zmartwień. Owocem tajemnicy jest słuchanie głosu Bożego, jak Maryja.
    Ojcze nasz, 7 x Zdrowaś Maryjo, Chwała Ojcu

    Boleść trzecia: Szukanie Pana Jezusa, który pozostał w świątyni
    Jezus zaginął w Jerozolimie, trzy dni Maryja wraz z Józefem
    bolejąc szukali Jezusa. Czy może być większa boleść dla Matki?
    Owocem tajemnicy jest tęsknota za Jezusem.
    Jezusa i Jej współcierpienia.
    Ojcze nasz, 7 x Zdrowaś Maryjo, Chwała Ojcu

    Boleść czwarta: Spotkanie Pana Jezusa dźwigającego krzyż
    Skazany na śmierć Jezus dźwiga krzyż na Golgotę.
    A oto w drodze spotyka się z Matką swoją. Rzewne musiało być to spotkanie.
    Owocem tajemnicy jest cierpliwe znoszenie krzyżów.
    Ojcze nasz, 7 x Zdrowaś Maryjo, Chwała Ojcu

    Boleść piąta: Śmierć Pana Jezusa na krzyżu
    Obok krzyża Jezusowego stała Matka Jego.
    Mężnie współcierpiała z Synem dla zbawienia świata.
    Owocem tajemnicy jest panowanie nad złymi skłonnościami.
    Ojcze nasz, 7 x Zdrowaś Maryjo, Chwała Ojcu

    Boleść szósta: Złożenie martwego ciała Syna na kolana Matki
    Zdjęte z krzyża: Ciało Jezusowe złożono w ramiona Maryi.
    Jezus przestał już cierpieć, a Ona jakby uzupełnia to,
    czego nie dostaje cierpieniom Jezusowym.
    Z największą czcią i wdzięcznością całuje Jego święte Rany i obmywa je swymi łzami.
    Owocem tajemnicy jest szczery żal za grzechy.
    Ojcze nasz, 7 x Zdrowaś Maryjo, Chwała Ojcu

    Boleść siódma: Złożenie Pana Jezusa do grobu
    Umęczone Ciało Jezusowe złożono do grobu w obecności Matki Najświętszej.
    Żegnała je Maryja z bólem i z wielką wiarą, że Syn zmartwychwstanie.
    Owocem tajemnicy jest prośba o szczęśliwą śmierć.
    Ojcze nasz, 7 x Zdrowaś Maryjo, Chwała Ojcu

    Dla uczczenia łez wylanych przez Matkę Boża Bolesną:
    3 x Zdrowaś Maryjo
    Za dobrodziejów żywych i umarłych:

    Witaj Królowo, Matko miłosierdzia
    P. Niech pomoc Bożą zawsze nam wyprasza.
    W. Matka Chrystusa i Matka nasza.

    adonai.pl

    __________________________________________________________________________________

    Bóg przygotowuje uderzenie, jakiego jeszcze nie było. Orędzie Matki Bożej z La Salette

    screenshot Youtube / fot. Qfamily via Flickr, CC BY 2.0

    ***

    Bóg przygotowuje uderzenie, jakiego jeszcze nie było.

    Orędzie Matki Bożej z La Salette

    Kościół potwierdził prawdziwość Orędzia z La Salette

    Było to dnia 19 września 1846 roku, w sobotę, w dzień poprzedzający Święto Siedmiu Boleści Maryi. Słoneczny ranek zagościł w kotlinie La Salette. Dwoje pastuszków, Maksymin i Melania, wypędzają swoje stado zygzakowatą drogą po zboczu Planeau pod górę, na pastwisko w granicach gminy La Salette. Nie domyślają się, że prowadzi ich tajemnicza dłoń. Piotr Selme, gospodarz, u którego w tym tygodniu Maksymin jest na służbie, przez całe przedpołudnie kosi trawę w pobliżu dzieci pasących stada.

    Około południa słychać z wioski La Salette głos dzwonu na Anioł Pański.  Dzieci spędzają zwierzęta razem i prowadzą je w inne miejsce płaskowyżu. Najpierw poją krowy w potoku Sezia, w tzw. zbiorniku dla bydła i pędzą je na łagodne zbocze góry Gargas. Same zaś siadają w dole, na lewym zboczu Sezii, obok źródła dla zwierząt i spożywają przyniesiony ze sobą  czarny chleb z serem. Piją do tego świeżą źródlaną wodę, a wierny towarzysz Maksymina – pies Lulu, również dostaje swoją porcję jedzenia.

    Inni pasterze, pasący niedaleko Maksymina i Melanii, też przyprowadzili swoje bydło do źródła, aby je napoić i aby również się posilić. Maksymin i Melania zostają w końcu sami. Siadają wygodnie po prawej stronie strumienia, obok małej studni, która w lecie zawsze wysychała. Ponieważ bawiły się przez całe przedpołudnie i już od samego świtu były na nogach, są zmęczone. Słońce praży na odsłoniętych stokach – i dzieci, wbrew swoim zwyczajom, zasypiają.

    Po półtorej godzinie Melania nagle się budzi. Pierwsza jej myśl dotyczy krów. Zrywa się na równe nogi i rozgląda się wokoło, wypatrując zwierząt. Nie może ich jednak zobaczyć z niecki, w której się znajduje. Wówczas przestraszona woła: Maksyminie, chodź, nie ma naszych krów! Na wpół śpiący jeszcze chłopiec mówi do swej towarzyszki: Co się stało? Co tak krzyczysz? Melania znów powtarza: Krowy zniknęły! Dzieci zrywają się szybko z miejsca i pędzone strachem biegną pod górę, na małe wzniesienie. Spostrzegają, że krowy pasą się na przeciwległym zboczu góry Gargas.

    Z westchnieniem ulgi Melania chce zawrócić z powrotem do niecki, ale w połowie drogi staje jak wryta, ogarnięta ponownie strachem. Najpierw nie może wydobyć z siebie żadnego słowa. Później woła słabym głosem: Memin, spójrz na tę wielką jasność tam w dole! Gdzie, gdzie? – odpowiada chłopiec i doskakuje do dziewczynki. Nad kamieniem, na którym spali niedawno, unosi się tajemnicza, wielka ognista kula To wyglądało jak słońce, które spadło na ziemię – powiedzą dzieci później – ale o wiele piękniejsze i jaśniejsze niż słońce. Światło staje się coraz większe i im bardziej się powiększa, tym intensywniej świeci. Co to może być? – jak błyskawica przez głowę dziewczynki przelatuje myśl: to może być Zły, którym grozili jej niekiedy ludzie majstra, gdy była niegrzeczna. Ach, Boże kochany – wzdycha i wypuszcza z ręki pasterski kij. Maksymin jest również wystraszony. Podobnie jak Melania wypuszcza kij, ale natychmiast go podnosi i mówi: Trzymaj swój kij, ja trzymam swój, a jeżeli to coś nam zrobi, już ja je zdzielę. W tym momencie jasność zaczyna robić się nagle przeźroczysta. W roziskrzonym świetle ukazują się dwie ręce, w rękach zaś ukryta twarz. Coraz wyraźniej zarysowuje się kształt postaci. Zdaje się siedzieć, pochylona z głową do przodu, jak kobieta, którą przygniata ciężkie brzemię lub wielkie cierpienie. Następnie świetlista kula zaczyna się rozjaśniać ku górze, a dziwna osoba wstaje, odejmuje ręce od twarzy, chowa je w szerokich rękawach sukni, zbliża się do pastuszków i uspokaja ich słowami pełnymi dobroci. Zwraca się do dzieci, które wciąż jeszcze stoją nieruchomo, nie spuszczając z Niej oczu. I teraz słyszą głos:“Zbliżcie się moje dzieci, nie bójcie się! Jestem tutaj, aby przekazać wam ważne Orędzie”.

    Głos nieznajomej Pani brzmi serdecznie i łagodnie jak muzyka. Wszelki strach gdzieś pierzchnął, a dzieci zbiegają zboczem w dół, do tajemniczej postaci. Pani pełna majestatu podchodzi bliżej, a potem stają tak blisko siebie, że nikt nie mógłby przejść między nimi. Przed nimi stoi Pani pełna dostojeństwa, ale i matczynej troski. Jest tak piękna, iż od tej pory dzieci mają dla Niej tylko jedno imię – “la belle Dame” – Piękna Pani. Ma na sobie złocistą szatę, na której promienieją niezliczone gwiazdy. Korona z róż otacza Jej głowę. W każdej róży lśni świetlisty diament, a całość wygląda jak lśniący diadem królowej. Na długą, białą szatę ma zaś założony złocistożółty fartuch. Na Jej nogach – skromne białe buty, obsypane jednak perłami, a Jej stopy przyozdabia mała girlanda z róż we wszystkich kolorach. Trzeci wieniec z róż okala Jej niebieską chustę na ramionach, na których dźwiga ciężki, złoty łańcuch. Na małym łańcuszku wokół szyi wisi krzyż z młotkiem i obcęgami po bokach. A Chrystusa na krzyżu widzą dzieci, jak gdyby był żywy. Promienieje z Niego całe światło, w którym zanurzona jest Zjawiona. Szlachetna, owalna twarz Pięknej Pani jest pełna wdzięku, którego żaden artysta nie jest w stanie oddać. Promieniuje najjaśniejszym blaskiem. Oczy zaś pełne są nieskończonego bólu, Pani płacze bez przerwy gorzkimi łzami. Jednakże łzy te płyną jedynie do wysokości krzyża na piersi i zamieniają się tam w promienisty wieniec świetlistych pereł. Całe zjawisko jest przeźroczyste i unosi się odrobinę nad ziemią. Wszystko błyszczy i migocze, iskrzy się i promienieje.  Dzieci stoją zdumione i zapominają o wszystkim wokół siebie.

    Zjawiona obejmuje dzieci spojrzeniem pełnym matczynej miłości. Potem zaczyna mówić: “Jeżeli mój lud nie zechce się poddać, będę zmuszona puścić ramię Mojego Syna. Jest ono tak ciężkie i tak przygniatające, że już dłużej nie będę mogła go podtrzymywać.

    Od jak dawna już cierpię z waszego powodu! Chcąc, aby Mój Syn was nie opuścił, jestem zmuszona nieustannie wstawiać się za wami. Ale wy sobie nic z tego nie robicie.

    Choćbyście wiele się modlili i czynili, nigdy nie zdołacie wynagrodzić mi trudu, którego się dla was podjęłam.
    Dałam wam sześć dni do pracy, siódmy zastrzegłam sobie, i nie chcą mi go przyznać. To właśnie czyni ramię Mego Syna tak ciężkim. Woźnice przeklinają, wymawiając Imię Mojego Syna. Te dwie rzeczy czynią ramię Mego Syna tak ciężkim.
    Jeżeli zbiory się psują, to tylko z waszej winy. Pokazałam wam to zeszłego roku na ziemniakach, ale nic sobie z tego nie robiliście; przeciwnie, znajdując zepsute ziemniaki, przeklinaliście, wymawiając Imię Mojego Syna. Będą się one psuły nadal, a tego roku na Boże Narodzenie nie będzie ich wcale.”


    Tu Zjawiona przerywa nagle. Podczas gdy mówi o ziemniakach, Melania odwraca się do Maksymina, jak gdyby chciała go zapytać, co Piękna Pani chce przez to powiedzieć. Melania rozumie tylko niektóre słowa francuskie, m.in. również pomme jako jabłko. “Ach, nie rozumiecie, dzieci! Powiem wam to inaczej.” Powtarza im w miejscowej gwarze to, co już powiedziała o zbiorach i kontynuuje w dialekcie: “Jeżeli macie zboże nie trzeba go zasiewać, bo wszystko, co posiejecie, zjedzą zwierzęta. A jeżeli coś wyrośnie, obróci się w proch przy młóceniu. Nastanie wielki głód, lecz zanim to nastąpi, dzieci poniżej lat siedmiu będą dostawały dreszczy i będą umierać na rękach trzymających je osób. Inni będą cierpieć z powodu głodu. Orzechy się zepsują, a winogrona zgniją.”

    Zjawiona znowu przerwała. Każdemu z dwojga dzieci powierzona zostaje tajemnica w taki sposób, że żadne nie słyszy, co Pani mówi drugiemu. Później Pani kontynuuje: “Jeżeli się nawrócą, kamienie i skały zamienią się w sterty zboża, a ziemniaki same się zasadzą. A teraz Zjawiona stawia im pytanie: Czy dobrze się modlicie, moje dzieci? Obydwoje odpowiadają zupełnie szczerze: Niespecjalnie, proszę Pani. Na to następuje matczyne napomnienie: Ach dzieci, trzeba się dobrze modlić, rano i wieczorem. Jeżeli nie macie czasu, odmawiajcie przynajmniej Ojcze nasz i Zdrowaś Maryjo, a jeżeli będziecie mogły, módlcie się więcej. Latem na Mszę Świętą chodzi zaledwie kilka starszych niewiast. Inni pracują w niedziele przez całe lato, a w zimie, gdy nie wiedzą, czym się zająć, idą na Mszę świętą jedynie po to, by sobie drwić z religii. W czasie Wielkiego Postu chodzą do rzeźni jak psy! Piękna Pani stawia dzieciom jeszcze jedno pytanie: Moje dzieci, czy nie widziałyście nigdy zepsutego zboża?”

    Maksymin, nie zastanawiając się długo odpowiada w imieniu ich obojga: “Nie, proszę Pani, nigdy nie widzieliśmy”.
    Wtedy Pani zwraca się do chłopca: “Lecz ty Maksyminie, musiałeś je widzieć. Nie przypominasz sobie, jak kiedyś szedłeś z ojcem z Coin do Corps? Tam wstąpiliście do zagrody. Gospodarz powiedział: „Chodźcie zobaczyć, jak moje zboże się psuje”. Poszliście razem.

    Twój ojciec wziął dwa lub trzy kłosy w dłonie, pokruszył je i wszystko obróciło się w proch. W drodze powrotnej do domu ojciec dał ci kawałek chleba ze słowami: „Weź to, kto wie, czy na Boże Narodzenie będziemy mieli jeszcze cokolwiek, jeżeli zboże będzie się dalej tak psuło”. – “Tak, zgadza się, proszę Pani!” – woła ożywiony Maksymin – “teraz sobie przypominam. Nie pomyślałem o tym”.

    Wtedy Piękna Pani daje im taki nakaz: “A więc, moje dzieci, ogłoście to całemu mojemu ludowi!” 
    Potem oddala się od pastuszków, przechodzi strumień Sezia i unosi się w górę drogą w kształcie litery S. Przy tym powtarza swoją prośbę, tym razem już nie w dialekcie, spoglądając w stronę Rzymu: “A więc, moje dzieci, przekażcie to dobrze całemu mojemu ludowi!” 

    Przybywszy na szczyt wzniesienia Pani unosi się na około półtora metra nad ziemię. Jeszcze raz ogarnia swoim matczynym spojrzeniem dzieci i całą ziemię. Przestaje płakać i wydaje się jeszcze piękniejsza niż przedtem. Jednak głęboki smutek pozostaje na Jej obliczu. Pastuszkowie patrzą teraz ze zdziwieniem, jak postać zaczyna rozpływać się w blasku, który Ją opromienia. Najpierw znika głowa, później ramiona, a w końcu całe ciało. Tylko kilka róż, którymi były przyozdobione Jej stopy, unosi się jeszcze przez chwilę w powietrzu. Maksymin podskakuje do góry i chce je chwycić, jednak wtedy znikają również i one, i wszystko się kończy.

    Dzieci stoją pogrążone w zadumie. Melania pierwsza odzyskuje mowę: Musiała to być jakaś wielka Święta! A Maksymin dodaje: O gdybyśmy wiedzieli, że to była wielka Święta, poprosilibyśmy Ją, aby nas zabrała ze sobą do nieba! A Melania z żalem wzdycha: Ach, gdyby tak jeszcze tu była! Potem dodaje: Chyba nie chciała, abyśmy zobaczyli, dokąd pójdzie.

    Dzieciom zostaje wspomnienie – wspomnienie, które jest obecne w ich sercach i nigdy nie wygaśnie – a także polecenie Pięknej Pani, by przekazały dalej Jej Orędzie.

    Wiadomość o Objawieniu i cudownym źródle rozchodziła się niezwykle szybko. W pierwszą rocznicę Objawienia, dnia 19 września 1847 roku, frekwencja przypominała wędrówkę ludów. Już dzień wcześniej wszystkie ulice i drogi pełne były ludzi. Kościoły w okolicznych wioskach były oblegane przez tych, którzy chcieli przystąpić do sakramentów świętych – znak, że to nie tylko ciekawość wiodła te tłumy ludzi do La Salette.

    Do badania i oceny objawienia Maryjnego uprawniony jest biskup diecezji, w której się ono zdarzyło. Biskup wypowiada się w tym wypadku jako oficjalny reprezentant całego Kościoła przy czym zobowiązuje się do wnikliwego przeanalizowania faktów i potwierdza naturalną pewność idącą w parze 

    z tymi udowodnionymi faktami.
    La Salette należy do diecezji Grenoble. Dlatego też Objawienie z La Salette zostało poddane badaniu przez ówczesnego biskupa Grenoble Philiberta de Bruillard. Gdy usłyszał o cudownym wydarzeniu w La Salette – po raz pierwszy dnia 5 października 1846 roku, a więc 14 dni po Objawieniu, od proboszcza Melin z Corps – powołał dwie komisje, składające się z kanoników katedralnych i profesorów seminarium duchownego. Miały one zbadać i sprawdzić szczegółowo Objawienie. On sam tym badaniom przewodniczył. Wysłał wszystkie dokumenty i wyniki badań do Rzymu i otrzymał za swoje surowe i mądre badanie wyraźną pochwałę.

    W wyniku tego dnia 19 września 1851 roku mógł obwieścić światu:

    “Objawienie się Najświętszej Maryi Panny dwojgu pastuszkom na jednej z gór należących do łańcucha Alp, położonej w parafii La Salette, dnia 19 września 1846 roku, posiada w sobie wszystkie cechy prawdziwości i  wierni mają uzasadnione podstawy uznać je za niewątpliwe i pewne”.


    Za decydujące uznał następujące problemy:
    1. Wydarzenia z La Salette, ani jego okoliczności, ani jego celu ściśle religijnego nie da się wytłumaczyć innymi przyczynami, jak tylko przez Bożą interwencję.
    2. Cudowne następstwa wydarzenia są świadectwem samego Boga sprawiającego cuda, a takie świadectwo przewyższa świadectwa ludzi czy też ich zastrzeżenia.
    3. Tym dwom motywom, rozważanym osobno i razem, należy podporządkować całe zagadnienie. Obalają one wszystkie, doskonale nam zresztą znane, zarzuty i wątpliwości związane z La Salette.
    4. Zważywszy wreszcie, że poddanie się przestrogom z nieba może nas uchronić przed nowymi karami, które nam zagrażają, stwierdzamy, że dalsze wahanie się i upór może nas tylko narazić na zło, którego nie można by naprawić.

    Rok później, w maju 1852 roku, biskup Philibert de Bruillard osobiście położył kamień węgielny pod sanktuarium, którego budowa w trudnych do przebycia górach do dzisiaj jest świadectwem wielkiej ofiarności ludzi owego czasu. W celu rozpowszechniania ważnego Orędzia z La Salette powołał do istnienia Zgromadzenie Księży – Misjonarzy Matki Bożej z La Salette. Założenie nowego zgromadzenia biskup de Bruillard uważał za ukoronowanie dzieła swojego życia. Jego ostatnią wolą było, aby jego serce zostało złożone na Świętej Górze w sanktuarium Pięknej Pani.

    saletyni.pl/la-salette/objawienie

    ______________________________________________________________________________________________________________

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Liturgia wróciła do korzeni

    Najświętsza ofiara sprawowana w bazylice kolegiackiej Wniebowzięcia Najświętszej Maryi Panny w Krzeszowie.

    Najświętsza ofiara sprawowana w bazylice kolegiackiej Wniebowzięcia Najświętszej Maryi Panny w Krzeszowie/fot.Józef Wolny/Gość Niedzielny
    ***

    Myślę, że Msza, którą odprawiał św. Piotr,bardziej przypominała tę naszą, współczesną,niż np. tę z XVIII wieku, kiedy barok podkreślał„święty teatr” przez architekturę,złoto i piękne paramenty – mówi ks. dr Andrzej Hoinkis, liturgista.

    Agnieszka Huf: Niedawno minęło 60 lat od uchwalenia pierwszego dokumentu soborowego – Sacrosanctum concilium, Konstytucji o Liturgii Świętej. Tego dnia przypadła 400. rocznica zakończenia Soboru Trydenckiego. Ta data nie wydaje się przypadkowa…

    Ks. dr Andrzej Hoinkis: Na pewno wybór daty był świadomą decyzją. Zresztą wydanie mszału po Soborze Watykańskim II odbyło się w 500. rocznicę wydania mszału po Soborze Trydenckim. Ale nie było tak, że przyspieszano pracę nad konstytucją, aby zdążyć z jej ogłoszeniem w konkretnym dniu – to było dzieło dobrze przygotowane. Kwestia liturgii żyła bardzo mocno w świadomości katolików w latach 50. i 60. XX wieku, aktywnie działał Ruch Liturgiczny, odkrywano nowe teksty źródłowe. To wszystko było procesem, który przygotował do zajęcia się na soborze liturgią.

    Sam Sobór Watykański II to też nie było nagłe wydarzenie – Jan XXIII nie obudził się przecież pewnego dnia z myślą, że zwoła sobór. Proces, którego był on finałem, zaczął się już w końcówce XIX wieku…

    Nawet wcześniej, bo Sobór Watykański I, obradujący w latach 1869–1870, nie został zakończony i w Kościele żywa była myśl, że należy do niego wrócić. XX wiek przyniósł wiele zmian – I wojna światowa mocno wstrząsnęła Europą i Kościołem, II wojna światowa tym bardziej. Po niej pojawił się w myśleniu światowym pozytywistyczny trend: „wszystko jesteśmy w stanie zmienić”. Mimo eskalacji zła, która objawiła się w latach wojny, społeczeństwa bardzo szybko się odradzały. XX wiek to też czas wielkich zmian mentalnych – chociażby rewolucja 1968 roku, która przecież nie wybuchła z dnia na dzień, tylko narastała przez lata. Myślę, że papież słuchał Ducha Świętego, miał wyczucie, że pewne rzeczy trzeba uprzedzić, uporządkować, żeby nie obudzić się „z ręką w nocniku”.

    Wspomniał Ksiądz o Ruchu Liturgicznym. Co to takiego?

    Ruch Liturgiczny rozpoczął się we Francji w opactwach benedyktyńskich w XIX wieku. Co ciekawe, u jego początków leżało odkrycie, że mszał potrydencki z 1570 r. jest bardzo bogaty w treści – często bardziej niż mszały diecezjalne, z których we Francji w XIX w. powszechnie korzystano. Dlatego Ruch Liturgiczny doprowadził do powszechniejszego przyjęcia mszału potrydenckiego w wielu diecezjach francuskich i niemieckich; sprawił, że do doceniono piękno liturgii rzymskiej. Równocześnie odkrywano i opracowywano starożytne źródła pokazujące historię Kościoła i liturgii w czasach starożytnych. Mszał potrydencki to w większości mszał Kurii Rzymskiej z XII wieku, bo kiedy trwał Sobór Trydencki, naukowcy czy liturgiści nie mieli starszych źródeł. Tymczasem w XIX i XX wieku odkryto i opracowano teksty z pierwszych wieków chrześcijaństwa, dzięki czemu zauważono, że obowiązująca liturgia jest mocno sklerykalizowana. Na przykład święty Justyn w pisanej w II wieku Apologii wspomina, że w czasie liturgii posługiwali lektorzy, którzy czytali Pismo Święte, że słowo Boże było wiernym wyjaśniane – to wszystko na skutek różnych procesów w Kościele stopniowo zanikło. Ruch Liturgiczny postulował pójście głębiej niż XII wiek, na którym zatrzymała się reforma liturgii po Soborze Trydenckim. Stopniowo sięgano do korzeni, do starożytnych tekstów, do żywszego udziału wiernych w Mszy, a nie tylko biernego jej słuchania. Pojawiały się próby przybliżenia Eucharystii wiernym – na przykład kapłan sprawował Mszę po łacinie, ale ludzie odpowiadali w języku narodowym. To wszystko działo się powoli, latami, ale u początków XX wieku potrzeba rozumienia przez wiernych, co się dzieje w czasie Mszy, była już bardzo nabrzmiała.

    Jednak sprawa liturgii wydawała się już przesądzona – Pius V w bulli Quo primum tempore w 1570 r. napisał przecież: „będzie odtąd bezprawiem na zawsze w całym świecie chrześcijańskim śpiewanie albo recytowanie Mszy św. według formuły innej niż ta przez Nas wydana”, czyli niejako „zabetonował” Mszę.

    Warto się zastanowić, czy naprawdę Pius V miał intencję „zamrożenia” liturgii. Trzeba spojrzeć na kontekst historyczny: Sobór Trydencki był reakcją na reformację. Pius V nie zabronił stosowania ani rytu ambrozjańskiego, ani innych rytów, które istniały wtedy w Kościele zachodnim i były prawnie obowiązujące. Mszał wydany po Soborze Trydenckim także nie obowiązywał z automatu na całym świecie – aż do XIX wieku w wielu diecezjach francuskich czy niemieckich obowiązywały mszały diecezjalne, które powstały na długo przed soborem. Jeśli tradycja ich używania była starsza niż 200 lat, to diecezje mogły je zachować. 

    Piusowi V chodziło o uchronienie liturgii przed naleciałościami protestanckimi? 

    W dużej mierze tak. Papież chciał zabezpieczyć Mszę przed protestantyzacją. Ale diecezje, które miały księgi liturgiczne starsze niż 200 lat, mogły je zachować. Żeby było ciekawiej proces przyjęcia mszału potrydenckiego nałożył się na wynalazek Gutenberga, który ułatwiał masowy druk. Stąd wydanie mszału w dużym nakładzie było tańsze niż wydanie niewielkiej liczby egzemplarzy lokalnych ksiąg. Polskie diecezje, które wówczas istniały – gnieźnieńska czy krakowska – mogły zachować swoje mszały. Jednak ze względów ekonomicznych oraz z uwagi na uchwały synodów (np. piotrkowskiego z 1577 r.) przyjęły księgi liturgiczne wydane po Soborze Trydenckim. Stwierdzenie, że Pius V zobowiązał czy zmusił cały Kościół do odprawiania Mszy św. według mszału z 1570 r., nie jest prawdziwe.

    Czyli pojęcie „Mszy wszech czasów” nie jest poprawne?

    To błędne pojęcie, myślę, że nie ma czegoś takiego jak „Msza wszech czasów”. Inaczej sprawowali ją apostołowie, inaczej np. św. Ambroży czy św. Augustyn, a jeszcze inaczej Kościół po Soborze Trydenckim. Można by o takiej mówić, gdyby Jezus, zakładając Kościół, od razu wręczył uczniom mszał z odpowiednimi tekstami i sposobem celebracji. Mówienie o „Mszy wszech czasów” jest ahistorycznością.

    Z Soborem Watykańskim II kojarzy się najczęściej wprowadzenie języków narodowych do liturgii i odprawianie Mszy św. przez księdza zwróconego twarzą do ludzi. Ale wczytując się w Konstytucję o Liturgii Świętej, można zauważyć, że akcent położony jest na samą teologię liturgii. Jakie najważniejsze kwestie porusza ta konstytucja?

    Proszę nie zapominać, że pierwotnie w liturgii posługiwano się językami narodowymi. Język łaciński w starożytnym Rzymie był językiem tych ludzi, którzy we Mszy św. uczestniczyli. Także i odprawianie jej twarzą czy plecami do ludu jest uproszczeniem. Chodziło o coś innego – o zwrócenie się na wschód, w stronę „Wschodzącego Słońca”, czyli Zmartwychwstałego. Przez wieki papieże przy konfesji św. Piotra sprawowali Mszę św. twarzą do ludu. Przed Soborem Watykańskim II biskup Karol Wojtyła w 1958 roku w Tyńcu odprawiał pasterkę także twarzą do ludu. Ani mszał potrydencki nie nakazywał odprawiania Mszy tyłem do ludu, ani ten powatykański nie nakazuje robienia tego twarzą do ludu. To są rzeczy drugorzędne. Konstytucja przypomniała, że liturgia to nie jest dzieło celebransa, ale przede wszystkim samego Boga i całego Kościoła, a wierni mają prawo w niej pobożnie i czynnie uczestniczyć, a nie tylko być jej biernymi świadkami. 

    Wcześniej Msza była trochę teatrem jednego aktora – ksiądz robił coś przy ołtarzu, a ludzie nie do końca rozumieli, co się dzieje.

    Ludzie często nie mieli pojęcia, co dzieje się na Mszy. Nie znali łaciny, nie mogli także usłyszeć, jakimi tekstami celebrans się modli. Mogło to być takie „magiczne”… Stąd zresztą wziął się zwrot „hokus-pokus” jako symbol magicznego zaklęcia. Pochodzi on od słów konsekracji: hoc est enim corpus meum. Prawdopodobnie ministranci – bo oni, będąc najbliżej ołtarza, mogli usłyszeć wypowiadane modlitwy – tak przekręcili te słowa i zwrot wszedł do obiegu. Dopiero w XIX wieku popularne stały się mszaliki, w których wyjaśniony był przebieg liturgii, i dzięki temu wierni mogli lepiej „uczestniczyć” we Mszy św. Sobór Watykański II przywrócił liturgię do stanu zbliżonego do tego, który istniał na początku chrześcijaństwa. Kiedy sięgniemy do wspomnianej Apologii Justyna, w której dwa razy opisana jest Msza starożytnego Kościoła, to zobaczymy, że podkreślone jest w niej współuczestnictwo, a nie podział na biernych wiernych i działającego kapłana. Myślę, że Msza, którą odprawiał św. Piotr, bardziej przypominała tę naszą, współczesną, niż np. tę z XVIII wieku, kiedy barok podkreślał „święty teatr” przez architekturę, złoto i piękne paramenty – co oczywiście na tamte czasy mogło być najlepszą drogą. Zmiana sposobu myślenia stała się możliwa dzięki odkryciu tekstów starochrześcijańskich, do których twórcy mszału potrydenckiego nie mieli dostępu.

    Ta zmiana dla wielu musiała być szokiem…

    Tekst Sacrosanctum concilium i tak jest „konserwatywny” – nie wiem, jak wyglądałby tekst tej konstytucji, gdyby uchwalono ją na koniec soboru. Zupełnie inaczej wyglądają późniejsze dokumenty, choćby konstytucja Gaudium et spes. Wielu spodziewało się, że ta zmiana pójdzie dużo dalej – przykładem może być Hans Küng. W efekcie w USA i w krajach Europy zachodniej wielu teologów stwierdzało, że ten tekst nie jest taki, jaki być powinien, i odwoływało się do tzw. ducha liturgii czy ducha soboru, a nie do samego tekstu.

    Początkowo nawet abp Lefebvre, który dziś jest symbolem sprzeciwu wobec zmian posoborowych, podpisał ten dokument, nie wysuwając zastrzeżeń. Więc jak to się stało, że niektóre środowiska traktują dziś sobór jako moment zniszczenia liturgii?

    Sobór Watykański II nie zniszczył liturgii. Tu dużą rolę odegrali wspomniany „duch liturgii” i… dziennikarze! Jeśli zajrzymy do książki P. Seewalda Benedykt XVI. Życie, to bardzo wyraźnie zauważymy różnicę: Joseph Ratzinger pracował systematycznie, źródłowo, a Hans Küng „pracował” z mediami, urabiał je. Mówił to, co media chciały usłyszeć, i przez to kreował np. „ducha liturgii”. W usta ojców soborowych wkładał to, co wydawało mu się słuszne. Ale Küng nie był sam – było więcej osób, które powołując się na „ducha soboru” i na to, co ich zdaniem powinien on uchwalić, kształtowały opinię publiczną, wtedy jeszcze bardzo katolicką. Rozdmuchiwały ogniska potrzebne im do tego, żeby urabiać czy forsować kwestie, które z litery soboru nie wynikały. Zresztą nie chodzi tu tylko o liturgię, ale o całą teologię.

    Krytycy mówią, że miała być ewolucja i reforma, a wyszła rewolucja i deforma…

    Skąd się w ogóle wzięły we współczesnym Kościele tendencje tradycjonalistyczne i mówienie o deformie? Postawiłbym tezę, że gdyby reforma liturgiczna po Soborze Watykańskim II w całym Kościele postępowała tak, jak to było robione w Polsce, prawdopodobnie dziś nie byłoby z tym problemu. U nas zmiany wprowadzano powoli, z rozmysłem. Kardynał Wyszyński nie był strażakiem gaszącym ogień Ducha, tylko człowiekiem rozsądnie myślącym. W Polsce Kościół był w bardzo specyficznej sytuacji pewnego rodzaju „podziemia” – byliśmy cały czas kontrolowani przez UB, aparat komunistyczny itd. Wyszyńskiemu bardzo zależało, żeby nie robić niepotrzebnych ruchów, które mogłyby wywołać nieprzewidziane konsekwencje. Często mówił, że trzeba coś przemyśleć, działać powoli, bo nie wiadomo, co z tego wyniknie. Chciał, żeby wszystkie działania – choćby tłumaczenie mszału – od początku do końca były wykonane bardzo starannie. A na Zachodzie na zmiany soborowe rzucono się pędem, przechodząc od jednego ekstremum do drugiego. Porównywałem tłumaczenia Konstytucji o Liturgii zatwierdzone przez Konferencje Episkopatu różnych krajów i na przykładzie jednego słowa – recognitio – widać, jak zupełnie inne jest jego rozumienie w tekście niemieckim i polskim. U nas przetłumaczono je bardziej zachowawczo – „należy krytycznie opracować”, „starannie rozpatrzeć”, „zbadać i poprawić”, a w niemieckim radykalnie – „przerobić”, „sprawdzić”, „zreformować”, „na nowo uporządkować”. A w oryginale konstytucji jest ciągle jedno słowo – recognitio!  

    I stąd wzięły się te nadużycia, o których czasem czytamy – że księża na Zachodzie odprawiają dziś Mszę dziwnie poprzebierani, na papierowym talerzyku zamiast na patenie, tańcząc albo jeżdżąc na rolkach?

    Tak, prawdopodobnie to jest przyczyną. A także subiektywizm, mówienie: „Gdyby Jezus dziś żył, to z pewnością…”. Ale z drugiej strony nadużycia i błędy nie zaczęły się po Soborze Watykańskim II. Można powiedzieć, że odkąd Bóg powierzył człowiekowi swój Kościół, zawsze pojawiały się tego typu problemy. Także i Msza według mszału potrydenckiego nie była wolna od wypaczeń i „deformy”, dlatego tak głośne było wołane o reformę liturgii w połowie XX wieku. Przykładem mogą być Msze odprawiane z wystawieniem Najświętszego Sakramentu, co było przez Kościół potępiane.

    A tych błędów wierni często nawet nie dostrzegali, bo laicy nie znali w szczegółach przebiegu Mszy ani nie słyszeli, co się dzieje ołtarzu.

    Oczywiście! Dziś się mówi, że Msza potrydencka, w przeciwieństwie do „dzisiejszej”, była bezbłędna, święta, a tak naprawdę i tam było wiele nadużyć! Biblioteki kościelne XIX i początków XX wieku byłyby o połowę skromniejsze, gdyby nie powstały wszystkie książki piętnujące nadużycia w czasie sprawowania Eucharystii.

    Ale jednak to o współczesnej Mszy mówi się, że jest przestrzenią improwizacji.

    Zachód Europy i Ameryka bardzo zachłysnęły się wolnością i to spowodowało największy kryzys Kościoła posoborowego, bo często prowadziło do „przegięć”. Po Soborze Watykańskim II Kościół dopuścił używanie innych modlitw eucharystycznych, nie tylko Kanonu Rzymskiego. Chodziło o powrót do korzeni, do starochrześcijańskich modlitw – np. tzw. Kanonu Hipolita, który był uznawany za przykład rzymskiej starożytnej modlitwy eucharystycznej – dziś to jest II Modlitwa Eucharystyczna. Sobór chciał wrócić do tekstów znanych u początków Kościoła, a później zapomnianych, które mogą być ubogaceniem naszej wiary. Tymczasem w niektórych miejscach przesadzono, uznając, że każdy może sobie wymyślać własną modlitwę eucharystyczną. Ja sam w latach 2000. spotkałem się w Austrii z całymi skoroszytami z „pisanymi na kolanie” modlitwami eucharystycznymi. Zachłyśnięto się dostępem do języków narodowych i improwizacji w liturgii. Faktycznie, pierwsze wieki Kościoła to były czasy improwizacji, bo nie było jeszcze ksiąg liturgicznych. Jednak z biegiem czasu lepsze, piękniejsze teksty zaczęto spisywać i w ten sposób powstały księgi liturgiczne. Sobór Watykański II nie zakładał ani nie dopuszczał, że teraz każdy celebrans może improwizować Mszę (por. np. art. 22 KL) – to była nadinterpretacja, wynikająca raczej nie tyle ze złej woli, co z płytkiej fascynacji nowością.

    Co z perspektywy Księdza jako liturgisty jest najbardziej pozytywną zmianą po Vaticanum II?

    Choćby to, że ludzie rozumieją teksty mszalne, mogą się nimi „karmić”, że mają możliwość świadomego uczestnictwa w tym, co dzieje się w czasie Mszy. Ważne jest też to, że w czasie liturgii czytane jest Pismo Święte, które wierni rozumieją. Bo na Mszy potrydenckiej ksiądz sam dla siebie czytał teksty Pisma, które były napisane po łacinie, a ponadto przez cały tydzień czytano te same fragmenty. Na początku XX wieku wielu ludziom towarzyszyło ogromne pragnienie życia słowem Bożym – reforma liturgii to umożliwiła. Ważne jest też, że wróciły pewne posługi znane z tekstów starochrześcijańskich – wtedy co innego robił ksiądz, co innego lektor, diakon i tak dalej. Potem przez wieki to się mocno sklerykalizowało, a dziś znowu świeccy mają swoje miejsce w liturgii. Kolejna ważna sprawa to reforma liturgii innych sakramentów, dzięki czemu chociażby rodzice czy chrzestni mogą rozumieć, co dzieje się podczas chrztu, i uniknąć poczucia magiczności. Dostępność do liturgii – dzieła Boga dla nas – to wielki plus rzeczywistości, w której żyjemy. Na ile go wykorzystujemy, to już inne pytanie.

    rozmawiała Agnieszka Huf(Historia Kościoła)Gość Niedzielny

    ______________________________________________________________________________________________________________

    A tu naraz… spowiednik!

    A tu naraz… spowiednik!

    fot. Henryk Przondziono/Gość Niedzielny

    ***

    To nie tak, że ludzie nie chcą się spowiadać. Gdy spotkają świadka Chrystusa, padną na kolana.

    To było w połowie lat 70. w Poznaniu. Ksiądz Aleksander Woźny leżał chory w łóżku. Około pierwszej w nocy obudził go głos: „Wstań, załóż sutannę i wyjdź na ulicę”. Kapłan nie był pewien, czy nie ulega złudzeniu. „Czy mi się zdaje, czy to Ty do mnie mówisz?” – zwrócił się do Boga. „Wstań zaraz, załóż sutannę i idź na ulicę!” – usłyszał ponownie. Ksiądz ubrał się i wyszedł. Idąc ulicą Grunwaldzką, ujrzał wychodzącego zza rogu mężczyznę w średnim wieku. Na widok duchownego tamten stanął jak wryty. „Ksiądz? Muszę się zaraz wyspowiadać!” – zawołał. Głęboko poruszony, wyjaśnił, co się stało. Otóż przyjechał do Poznania przed godziną. Poszedł z dworca pieszo, ale pobłądził. Klucząc ulicami miasta, przypomniał sobie, że przed laty pokłócił się ze swoim proboszczem. Był tak zraniony, że postanowił, iż już nigdy w życiu nie pójdzie do spowiedzi. Teraz, rozmyślając nad tym, próbował usprawiedliwić się przed sobą. Powiedział sobie, że ma rację i nie będzie się spowiadał. „No chyba, że bym w tej chwili spotkał księdza” – dodał, będąc pewnym, że w środku nocy na pustej ulicy żadnego księdza nie spotka. „A tu naraz ksiądz… Proszę o spowiedź” – powiedział wzruszony.

    Mam się nawrócić

    Podobnych zdarzeń w życiu ks. Aleksandra Woźnego było wiele i najczęściej dotyczyły one sakramentu pokuty i pojednania. On sam poczuł się szczególnie wezwany do posługi w konfesjonale w 1945 roku, gdy po wyzwoleniu z obozu koncentracyjnego w Dachau wracał do Polski. Usłyszał wtedy wypowiedziane przez kogoś słowa, które zapadły mu głęboko w serce: „Ksiądz będzie przede wszystkim spowiednikiem, to jest księdza zadanie”. Zapytał, co ma robić, żeby sprostać temu zadaniu. „Trzeba pilnować konfesjonału, czekać na penitentów i być dla nich cierpliwym. Reszty dokona łaska Boża i Boże Miłosierdzie” – padła odpowiedź.

    Ks. Woźny przejął się tymi wskazaniami. Każdego dnia zasiadał w konfesjonale od wczesnego rana, spowiadał też wieczorami, nieraz do późna. Czasami jakby wyczuwał, że ktoś potrzebuje spowiedzi, i dotyczyło to nawet ludzi przechodzących obok kościoła. Zdarzało się, że kapłan, czekając na przystanku, nagle wracał do kościoła, żeby kogoś wyspowiadać. W konfesjonale był cierpliwy, nie przerywał, często po dłuższym milczeniu wypowiadał słowa celnie trafiające w sedno problemu.

    W latach 50. jedna z penitentek ks. Woźnego usłyszała od niego dziwne polecenie: „Dziś nie ja będę cię spowiadał. Pójdziesz na dworzec. Poproś o spowiedź pierwszego księdza, którego napotkasz na peronie. Nalegaj tak długo, aż cię wyspowiada”. Na Dworu Głównym w Poznaniu kobieta spotkała księdza, który wysiadł z pociągu. Ten zareagował nerwowo. „Na dworcu mam panią spowiadać? Niech pani idzie do kościoła i da mi spokój” – rzucił obcesowo. Kobieta nie dała za wygraną. Wsiadła z nim do tramwaju i dalej go prosiła. Ksiądz wyjaśnił, że jedzie na spotkanie z biskupem i nie może się spóźnić. „Ale ja muszę właśnie u księdza się wyspowiadać!” – rozpłakała się. Duchowny skapitulował. „Widzę, że się pani nie odczepi. Zaraz będzie kościół na ul. Fredry. Wyspowiadam panią”. W kościele kapłan zapytał: „Czemu pani taka nachalna?”. Usłyszał: „Ja księdza nie znam, ale tak mi polecił mój spowiednik”. Ksiądz zdumiał się. „Co to za spowiednik?” – zapytał. „Ks. Aleksander Woźny, mój proboszcz” – padła odpowiedź. Teraz duchowny wybuchł płaczem. Łkając, wyznał: „Kochana siostro, jechałem do kurii, żeby oznajmić biskupowi, że rezygnuję z kapłaństwa. Teraz wiem, że mam się nawrócić i zacząć nowe życie. Proszę podziękować księdzu Woźnemu”.

    Od 2013 roku trwa proces beatyfikacyjny ks. Aleksandra Woźnego.

    Charyzmatyk konfesjonału

    W kościele bernardynów w Krakowie jest konfesjonał, w którym ludzie od lat składają świeże kwiaty, a obok znajduje się portret zakonnika, który tu spowiadał. To o. Wiktoryn Swajda, bernardyn obdarzony zdolnością czytania w ludzkich duszach. „Był spowiednikiem nie takim, że siadał w wyznaczonych godzinach, ale od rana, czasem do dziesiątej i jedenastej w nocy” – mówił kaznodzieja podczas Mszy w Kalwarii Zebrzydowskiej, odprawionej w kwietniu 1994 roku, tydzień po śmierci o. Wiktoryna. „Tak było dzień za dniem, przez wszystkie lata jego kapłańskiego życia” – zaświadczał duchowny, podkreślając, że zmarły „nigdy nie narzucał innym czegokolwiek”, a przy tym słuchał z niezwykłą dobrocią i życzliwością, i mimo natłoku zajęć umiał dla każdego znaleźć czas. „Wiemy o tym, że po spowiedzi u niego człowiek czuł się spokojny, a często szczęśliwy” – zaznaczał. W jego przekonaniu o. Wiktoryn to „dar Boga dla nas, współczesnych ludzi”.

    „To charyzmatyk konfesjonału. Kiedy patrzyliśmy na takich ojców, też się i nasz duch kształtował. To żywe świadectwo i okazja do zapytania siebie: »Chłopie, a ile ty możesz przez swą posługę zdziałać?«” – wspominał współbrata o. Lucjusz Wilk OFM w rozmowie dla GN.

    Zachowała się obfita korespondencja, z której wynika, jak ważnym przewodnikiem dla wielu był o. Wiktoryn. Ludzie piszą mu o łaskach, jakich doświadczyli za pośrednictwem jego posługi, proszą go o modlitwę, zapewniają o owocności dawanych im nauk.

    O. Wiktoryn zmarł nagle na chórze kościoła bernardynów, gdzie posługiwał jako organista. Odszedł w powszechnej opinii świętości. Dziś, po 30 latach, do jego konfesjonału ludzie wciąż przynoszą kwiaty.

    Nie musisz mówić

    Szczególnym wzorem spowiedników jest św. Jan Vianney. To bodaj jego pierwszego nazwano męczennikiem konfesjonału. Proboszcz z francuskiej wsi Ars spowiadał po kilkanaście godzin, nieomal bez przerwy, przyjmując w ciągu roku ok. 30 tys. penitentów. Łącznie przez 41 lat posługi wyspowiadał około miliona ludzi. Penitenci przyjeżdżali do niego z całej Francji, zarówno ludzie prości, jak i paryska elita, a także najwyżsi dostojnicy kościelni. „Pan pozwolił mu pojednać wielkich pokutujących grzeszników, a także prowadzić ich ku duchowej doskonałości, której szczerze zapragnęli” – mówił o nim z podziwem św. Jan Paweł II.

    Liczba penitentów proboszcza z Ars stale wzrastała, żeby w ostatnim roku posługi osiągnąć 80 tysięcy. Znaczące, że działo się to w porewolucyjnej Francji, w której szalał laicyzm, odciągając od Kościoła znaczną część społeczeństwa. Prosty wiejski duchowny pokazał, że laicyzacja to nie sprawa „nieuniknionych procesów dziejowych”, lecz efekt braku świadków Chrystusa, którzy żyjąc jak On, objawiliby światu moc Bożą.

    Ludzie korzystający z posługi św. Jana Vianneya byli zdumieni jego znajomością sekretów ich dusz. Podobny dar miał św. ojciec Pio. Dzięki niemu nieraz pękały skorupy, którymi opancerzyli swoje serca zatwardziali grzesznicy. Nawracali się nawet tacy, którzy nie mieli w planie się spowiadać, tak jak się to przydarzyło rzeźbiarzowi Francesco Messinie, który wybrał się do znanego kapucyna z czystej ciekawości, zaintrygowany opowieściami o towarzyszących mu nadprzyrodzonych zjawiskach. Przyjechał do San Giovanni Rotondo późno, ale wpuszczono go z uwagi na znanego w klasztorze przyjaciela, który z nim był. Podszedł ojciec Pio. Kazał rzeźbiarzowi zejść na dół, do konfesjonału. Ten chciał zaprotestować, nie spowiadał się od ślubu i nie czuł się do tego przygotowany. Nie zdążył jednak nic powiedzieć, bo kapłana już nie było. Zszedł więc do kościoła. Gdy zjawił się duchowny, Messina chciał wyjaśnić, że to nie ten moment, ale kapucyn powiedział stanowczym głosem: „Nie musisz nic mówić. Odpowiesz tylko na moje pytania”. Poprowadził mężczyznę do konfesjonału, kazał uklęknąć i zaczął mówić. Artysta był zszokowany, słysząc szczegóły z całego swego życia. Zakonnik przypomniał mu o wielu zdarzeniach, o jego myślach i działaniach, o których on nigdy nikomu nie mówił. „Przemawiał poważnym, zasmuconym głosem, lecz zarazem pełnym serdecznej łagodności. W tonie jego słów nie wyczuwało się nagany. Byłem wstrząśnięty faktem, że wiedział o mnie wszystko, ale jednocześnie odczuwałem ogromną radość” – wspominał penitent. Wstał od kratek konfesjonału całkiem odmieniony. „Od owego momentu zmieniło się całe moje życie” – stwierdził po latach. Przyznał też, że w życiu spotkał wiele wybitnych osobistości, w tym ludzi o wielkich cnotach. „Nikt jednak nie zafascynował mnie tak, jak ojciec Pio” – przyznał.

    Trzeba posłusznych

    Niesłabnąca popularność spowiedników w rodzaju św. Jana Vianneya czy św. ojca Pio pokazuje, że ludzie wcale nie mają skłonności do porzucania praktyk sakramentalnych, jeśli tylko doświadczają ich skuteczności. Za spowiednikami na wzór Chrystusa potrafią przemierzać tysiące kilometrów, nie narzekając, że Kościół każe się im „biczować i ujawniać intymne szczegóły życiorysu”. Tam, gdzie są pokorni słudzy Chrystusa, tam działa On sam i tam zbiegają się tłumy, spragnione autentyzmu wiary.

    Wniosek: świat potrzebuje ludzi posłusznych Chrystusowi, tak, aby On mógł się nimi posłużyć. Czyli świętych.

    Franciszek Kucharczak/Gość Niedzielny

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Krótka historia spowiedzi

    Krótka historia spowiedzi

    Spowiedź uszna rozpowszechniła się w Kościele za sprawą mnichów w VI i VII wieku/EAST NEWS

    ***

    Ukrzyżowany i zmartwychwstały Jezus przekazał Kościołowi misję udzielania ludziom łaski przebaczenia. W ciągu dziejów zmieniały się formy sakramentu pokuty i pojednania. 


    Historia każdego sakramentu zaczyna się od Jezusa Chrystusa. Nie inaczej jest w przypadku sakramentu pokuty i pojednania. Jezus nie tylko wzywał do nawrócenia, ale – co widać doskonale w scenie z paralitykiem – sam udzielał ludziom odpuszczenia grzechów. Czynił to na mocy swojej Bożej władzy (jako Syn Boży), ale zarazem czynił to jako człowiek (co tak bulwersowało faryzeuszy). Już w tej historii można dopatrzeć się zapowiedzi przekazania Boskiej władzy przebaczenia wspólnocie Kościoła. Otwarcie mówi o tym Jezus dopiero po śmierci i zmartwychwstaniu.

    Sakrament spowiedzi jest bowiem owocem Paschy. To przez krzyż i zmartwychwstanie dokonało się pojednanie ludzi z Bogiem. Owoce tego Jezusowego dzieła pojednania mają być przekazywane ludziom poprzez Kościół. „Wieczorem owego pierwszego dnia… przyszedł Jezus, stanął pośrodku i rzekł (do apostołów): »Weźmijcie Ducha Świętego! Którym odpuścicie grzechy, są im odpuszczone, a którym zatrzymacie, są im zatrzymane«” (J  20,19.22-23). Pan Jezus nie określił precyzyjnie, jak ma wyglądać sprawowanie sakramentu pokuty. Dał Kościołowi Ducha Świętego, który jest gwarancją Bożej obecności, a apostołom udzielił władzy „odpuszczania” i „zatrzymywania”. Historia sakramentu pokuty pokazuje, jak ta niezmienna władza była konkretnie sprawowana w zmieniających się warunkach historycznych. Ów skarb, jakim jest moc jednania ludzi z Bogiem, jest przechowywany w glinianym naczyniu Kościoła. Moc idzie od Boga, ale przez posługę kapłanów, którzy sami jako grzesznicy miłosierdzia potrzebują. 


    Jednorazowa i publiczna pokuta 


    Już w Listach i Dziejach Apostolskich pojawia się problem grzechu występującego po chrzcie świętym. Budziło to zgorszenie i pewne zażenowanie młodej wspólnoty. W początkach Kościoła to chrzest był traktowany jako sakrament pojednania z Bogiem. Przyjmowali go dorośli, którzy wyznawali wiarę i nawracali się. Zanurzając się w wodzie chrztu, „topili” starego, grzesznego człowieka i zaczynali nowe życie. Panowało mocne przekonanie, że życie po chrzcie może i powinno być życiem wolnym od grzechu. Doświadczenie pokazało, że było to zbyt optymistyczne. Dzieło „Pasterz” Hermasa (ok. 150 po Chr.) jest najstarszym świadectwem mówiącym o odpuszczeniu grzechów po chrzcie. Przez kilka wieków dominowało w Kościele przekonanie, że po chrzcie pokuta jest możliwa tylko raz. Przyjmowano, że jest jakby drugim chrztem. Przy czym chodziło o ciężkie grzechy, za jakie uważano cudzołóstwo, morderstwo i apostazję.

    Problem pokuty nasilił się w związku z prześladowaniami chrześcijan przez Rzym. Nie wszyscy jednak byli gotowi na męczeństwo, niektórzy wypierali się Chrystusa (tzw. lapsi – upadli). Potem, gdy ustały prześladowania, chcieli wrócić do Kościoła, ale rygoryści odmawiali im tego prawa. W Kościele zwyciężyło jednak przekonanie, że nie należy im odmawiać Bożego miłosierdzia. Grzesznik musiał wyrazić przed wspólnotą swój żal i postanowienie poprawy. Następnie odbywał publiczną pokutę, którą nakładał na niego biskup (tzw. pokuta kanoniczna). Dopiero po okresie ekspiacji biskup udzielał przebaczenia, nakładając ręce i wypowiadając słowa rozgrzeszenia. Do VI wieku pokuta miała charakter jednorazowy i publiczny. 


    Wynalazek mnichów


    Spowiedź indywidualną zawdzięczamy mnichom pochodzącym z Irlandii i Wielkiej Brytanii. Tak zwani mnisi iroszkoccy stali się wielkimi ewangelizatorami północnej i zachodniej Europy w VI i VII wieku. Oni rozpowszechnili w całym Kościele spowiedź uszną przed kapłanem i praktykę osobistej pokuty. Od VI wieku spowiadano się już częściej niż raz. Zwykle wtedy, gdy ktoś popełnił grzech ciężki. Nadal jednak było tak, że najpierw trzeba było odpokutować grzech, a potem u tego samego kapłana, który nałożył pokutę, prosić o rozgrzeszenie. Mnisi tworzyli tzw. księgi penitencjarne, zawierające katalogi wszelkich możliwych grzechów oraz odpowiadających im pokut zwanych taryfowymi. Określano precyzyjnie formę i czas pokutowania.

    Ciekawostka: duchowni mieli znacznie surowsze pokuty niż świeccy. Księgi z taryfowymi pokutami okazały się jednak ślepym zaułkiem. Pojawiały się wynaturzenia, bogaci zaczynali zastępować pokutne czyny określoną sumą pieniędzy. Około X wieku ustaliła się reguła, że penitent zaraz po wyznaniu grzechów uzyskuje rozgrzeszenie, a pokutę odprawia po spowiedzi. Porzucono księgi pokutne. Pokuta po spowiedzi stawała się coraz bardziej symboliczna.

    
Na Soborze Laterańskim IV (1215 r.) zadecydowano, że wszyscy wierni mają obowiązek osobiście przynajmniej raz w roku wiernie wyznać wszystkie swoje grzechy kapłanowi. Później, już na Soborze Trydenckim (1545–1563), doprecyzowano, że obowiązek ten dotyczy jedynie grzechów ciężkich. Oczywiście chodzi o grzechy, których człowiek po dokładnym zbadaniu siebie jest świadomy. W roku 1304 papież Benedykt XI usankcjonował tzw. spowiedź generalną. Chodzi o spowiedź z całości życia, albo jakiegoś jego etapu, w której wyznajemy grzechy już wcześniej wyznane i odpuszczone. Spowiedź generalna jest nadal praktykowana i bywa pożyteczna w pewnych przełomowych życiowych momentach (np. przed ślubem czy święceniami).
Średniowieczny Kościół rozwinął teologię sakramentu pokuty. Spierano się o rozłożenie akcentów. Święty Tomasz z Akwinu, jak zwykle, szukał mądrej równowagi. Akcentował, że na skuteczność sakramentu składają się zarówno elementy subiektywne, czyli akty samego penitenta: żal połączony z postanowieniem poprawy, wyznanie grzechów i zadośćuczynienie, jak i element obiektywny, którym jest sakramentalne rozgrzeszenie. W porównaniu z pierwszymi wiekami Kościoła najważniejsza zmiana polegała na odejściu od przesadnego akcentowania uczynków pokutnych, jakby „wypracowywania” przebaczenia. Pozostałością po starożytnej surowej praktyce pokutnej pozostała teologia odpustów. 


    Negowanie i obrona spowiedzi 


    Marcin Luter, twórca reformacji, sam do końca życia spowiadał się. Ale w swoich pismach raz uznaje spowiedź za sakrament, raz ją odrzuca. Nie podobało mu się kościelne przykazanie nakazujące przynajmniej raz w roku spowiadać się. Tak mocno akcentował konieczność zaufania Bożemu miłosierdziu, że negował znaczenie samej absolucji i ludzkich wysiłków pokutnych. Jak w wielu innych sprawach, tak i w tej wylał dziecko z kąpielą. Kościoły wyrosłe z reformacji ostatecznie odrzuciły spowiedź.
Wspomniany już Sobór Trydencki w odpowiedzi na reformację uporządkował nauczanie o spowiedzi. Potwierdził nauczanie św. Tomasza z Akwinu. Akcentował, że spowiedź jest sakramentem powtarzalnym, że rozgrzeszenia może udzielać tylko kapłan. Potwierdził znane już wcześniej rozróżnienie na żal doskonały (z miłości) i niedoskonały (z lęku). Do otrzymania rozgrzeszenia wystarczy żal niedoskonały. 
To nauczanie pozostaje nadal aktualne.

    Na Soborze Watykańskim II zwrócono uwagę na wspólnotowy wymiar sakramentu pokuty. Podkreślono, że spowiedź to nie tylko pojednanie z Bogiem, ale także z Kościołem. Utrzymano jednak jako podstawową formę sakramentu indywidualną spowiedź. Drugą formą jest pojednanie większej liczby penitentów wraz z indywidualną spowiedzią. Trzecia forma, czyli tzw. absolucja generalna, jest możliwa tylko w sytuacjach nadzwyczajnych.

    Jan Paweł II w adhortacji „Reconciliatio et paenitentia” (1984 r.) zwrócił uwagę, że spowiedź nie jest tylko rodzajem procedury sądowej przed trybunałem miłosierdzia, ale ma również charakter „leczniczy”. „Pragnę leczyć, a nie oskarżać”, mówi św. Augustyn. „To dzięki lekarstwu spowiedzi doświadczenie grzechu nie przeradza się w rozpacz” – komentuje papież. „Każdy konfesjonał to uprzywilejowane i błogosławione miejsce, w którym (…) rodzi się nowy, nieskażony i pojednany człowiek – pojednany świat!”


    Spowiedź w wielu krajach przeżywa kryzys. Konfesjonały służą tam za schowki na szczotki i szmaty. Księża przestali spowiadać, więc ludzie przestali chodzić do spowiedzi. Zachodnia cywilizacja głównie przy pomocy armii psychologów i medialnych inżynierów społecznych dokonuje zastępczego świeckiego „rozgrzeszenia”. Wmówiono społeczeństwom i niestety także wierzącym, że są bez winy. Mówimy już tylko o słabości, o rozpadzie małżeństwa, wypaleniu, niedostosowaniu czy traumie z dzieciństwa. Tam, gdzie nie ma przyznania się do winy, nie ma też nawrócenia i spowiedzi. Wtedy zło staje się nieuleczalne.

    ks. Tomasz Jaklewicz/Gość Niedzielny

    ______________________________________________________________________________________________________________

    DO SAKRAMENTU SPOWIEDZI ŚW. MOŻNA PRZYSTĄPIĆ W KOŚCIELE ŚW. PIOTRA – KAŻDEGO WIECZORU PO LITURGII TRIDUUM I W WIELKI PIĄTEK W KAPLICY-IZBIE OD GODZ. 12.00 -15.00

    Niechciany sakrament

    Niechciany sakrament
    fot. Roman Koszowski/Gość Niedzielny

    ***

    Jezus powiedział św. Faustynie: „Nie odkładaj sakramentu spowiedzi, bo to Mi się nie podoba”. Każdemu to mówi.

    Dziesięciu księży spowiada od wieczora do późnej nocy. Ludzie, czasem po raz pierwszy od wielu lat, wylewają przed Bogiem swoje dusze. Siedząc twarzą w twarz ze spowiednikiem, mówią rzeczy, których nikomu, nawet sobie, powiedzieć nie chcieli. Płaczą. Wreszcie słyszą: „Bóg, Ojciec miłosierdzia, który pojednał świat ze sobą przez śmierć i zmartwychwstanie swojego Syna i zesłał Ducha Świętego na odpuszczenie grzechów, niech ci udzieli przebaczenia i pokoju przez posługę Kościoła. I ja odpuszczam tobie grzechy w imię Ojca i Syna, i Ducha Świętego”. I odchodzą przemienieni. I mówią: „Nie wiedziałem, że Kościół taki jest. Nie wiedziałam, że taka może być spowiedź”.

    Franciszek Kucharczak/Gość Niedzielny

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Rachunek sumienia – podstawa duchowego wzrostu

    Jeśli ktoś go odprawia, w jego życiu mogą dziać się cuda. O znaczeniu i roli rachunku sumienia mówi ks. Łukasz Sośniak, jezuita.

    Franciszek Kucharczak: Robi Ksiądz rachunek sumienia?

    Ks. Łukasz Sośniak SJ:
     Oczywiście, że robię.

    Codziennie?

    Tak! Rachunek sumienia był najważniejszą modlitwą św. Ignacego. On zwalniał swoich podwładnych, na przykład ze względu na chorobę, z różnych praktyk religijnych, nawet z Mszy św., ale nigdy z rachunku sumienia. To jest serce duchowości ignacjańskiej i jako jezuici staramy się bardzo tego pilnować. Naszą zasadą jest „szukać i znajdować Boga we wszystkim”, a ta modlitwa jest idealnym narzędziem do tego.

    Jak to w praktyce wygląda?

    W domach zakonnych najczęściej robi się to przed obiadem. Tu, gdzie jestem, zbieramy się w kaplicy i mamy pięciominutowy rachunek sumienia, ale każdy jezuita robi go też indywidualnie, najczęściej na zakończenie dnia. Ma schemat zaczerpnięty z książeczki „Ćwiczeń duchowych” św. Ignacego. Zaczyna się czymś nietypowym, bo dziękczynieniem za dobro, które dzisiaj otrzymałem od Pana Boga. Nie jakieś abstrakcyjne, tylko konkretne: że dziś spotkałem tę i tę osobę, doświadczyłem tego i tego. Starsi, chorzy ojcowie mówili mi na przykład, że dziękują za to, że ich dzisiaj mniej bolało. Moim zdaniem to dziękczynienie jest kluczem do rachunku sumienia. Widzę, że to też bardzo pomaga rekolektantom. Jak ktoś ma problem z modlitwą, zawsze mówię, żeby robić rachunek sumienia albo przynajmniej ten pierwszy punkt. To ważne, bo często ktoś mówi: „Ja nie mam za co dziękować, spotykają mnie same cierpienia”, a po tygodniu czy dwóch robienia rachunku sumienia stwierdza, że Bóg jednak jest obecny w jego życiu i że jest tam wiele dobra. I to mu daje dużo pocieszenia.

    A co po dziękczynieniu?

    Ignacy pisze: „Prosić o łaskę poznania grzechów i odrzucenia ich precz”. Ja modlę się do Ducha Świętego, żeby przypomniał mi te momenty, w których Pan Bóg działał w ciągu dnia, a tego nie zauważałem. To drugi punkt. Trzeci to retrospekcja – można analizować godzinę po godzinie, spoglądając na to, co się wydarzyło w ciągu dnia. Ja często trwam w ciszy i kontemplacji i czekam, co się samo narzuci, co mi Pan Bóg powie. Często przypominają się wtedy momenty w ciągu dnia, związane z jakimiś wydarzeniami, i wtedy widzę: o, tu działał Pan Bóg, tu mogłem Go spotkać. Potem jest czwarty punkt – prośba o przebaczenie. Powiedziałbym, że to taka modlitwa oddania, nie jakieś oskarżanie się, wypominanie sobie grzechów, tylko ufne zawierzenie z prośbą, żeby Pan Bóg przychodził nam z pomocą w naszych słabościach. I ostatnia rzecz – postanowienie. Ono musi być konkretne i realistyczne. Ignacy nie chce, żeby to było coś w stylu: „zmienię się, będę lepszy, będę pracował nad sobą”. To ma być decyzja, co konkretnie zrobię, żeby osiągnąć konkretny cel. Gdy się robi rachunek sumienia codziennie, to nieraz też robi się go z tego postanowienia.

    Wielu ludziom jednak rachunek sumienia kojarzy się z bezduszną buchalterią albo bolesnym rozdrapywaniem ran.

    Myślę, że nazwa „rachunek sumienia” jest trochę mylna. Rzeczywiście kojarzy się z rachowaniem, a Pan Bóg z jakimś księgowym, który czyha na nasze potknięcia, albo z sędzią, który wyda wyrok skazujący po wyciągnięciu średniej. Natomiast my mówimy o rachunku sumienia jako „kwadransie uważności”. Chodzi o uważność na Boże działanie. O. Józef Augustyn SJ nazwał rachunek sumienia „kwadransem szczerości”. Jeszcze inny autor używał określenia „kwadrans miłującej uwagi”. Tu akcent jest położony nie na grzechy, tylko na dobro. Gdy wchodzę w światło, gdy kontempluję działanie Boga w swoim życiu, wtedy widzę swoje słabości i dostrzegam, że korzenie zła są we mnie.

    Podjęcie takiej praktyki może być trudne.

    Rozumiem to, ale można spróbować co kilka dni albo na początek co tydzień. Kiedy ktoś zauważy, jakie to przynosi owoce, to myślę, że podejmie się tego codziennie. Zwłaszcza że to nie jest długa modlitwa, zajmuje maksymalnie 15 minut. A że zawiera dziękczynienie, to jest bardzo eucharystyczna i może być moją codzienną modlitwą. Nie muszę podejmować innych, mogę nawet uczynić z tego przez jakiś czas jedyną praktykę modlitewną.

    Czasem refleksja nad sobą może się zrodzić z poziomu świńskiego żłobu, jak się to przydarzyło synowi marnotrawnemu z Jezusowej przypowieści. Czytamy, że „zastanowił się”. Czyli chyba zrobił przegląd swojego postępowania. To zastanowienie to rachunek sumienia?

    Oczywiście. To jest bardzo dobra metafora „kwadransa szczerości”. Od tego zaczyna się rachunek sumienia – przerywam swoje pogrążanie się w złu i przychodzi refleksja. Widzę, że coś jest nie tak, i zaczynam się zastanawiać nad tym, co robię. Można powiedzieć, że to jest łaska Boża. Jeśli świadomie podejmę tę refleksję, ona może mnie doprowadzić z powrotem do Ojca, czyli do nawrócenia. Bo celem rachunku sumienia jest codzienne nawracanie się. Chodzi o to, żeby zawsze powracać do Ojca, który nieustannie wychodzi naprzeciw i powracającego nigdy nie potępia.

    Syn marnotrawny na początku po prostu widzi, że fatalnie się porobiło. To chyba pocieszające, że wstępna motywacja nie musi być zaraz taka czysta?

    Rzeczywiście, syn marnotrawny wraca, bo mu się skończyła kasa i zobaczył, jak nisko upadł. Jeszcze nie dostrzega dobroci ojca, ale kiedy spotyka się z jego bezinteresowną miłością, zaczyna ją odwzajemniać. Czasem trzeba się zadowolić początkową motywacją typu „jak trwoga, to do Boga”. Pan Bóg musi mieć o co się zahaczyć. Papież w książce „Miłosierdzie to imię Boga” mówi, że On szuka każdej szczeliny, żeby Jego miłosierdzie przedostało się do człowieka. Nawet taka kiepska motywacja ze względu na polepszenie swojego bytowania już wystarcza Bogu, żeby zaczął działać. Człowiek musi dać Panu Bogu jakąkolwiek zgodę. Od tego się zaczyna. W moim przypadku też tak było. Wiedziałem, że muszę coś zmienić w swoim życiu. Czułem, że ono nie ma treści, że ucieka mi między palcami. I postanowiłem jechać na rekolekcje ignacjańskie – i tam zacząłem od rachunku sumienia. To była pierwsza modlitwa, którą zacząłem praktykować, i to mi zaczęło otwierać oczy. Nie sądziłem, że to mnie zaprowadzi do zakonu. Pan Bóg dał mi tę łaskę, że mogłem zrobić ten pierwszy krok, szukać dla siebie jakiegoś wyjścia, a dalej On już wszystko załatwił. Więc nie ma się co bać otworzyć się i użyć jakiegoś konkretnego narzędzia.

    Co zrobić, żeby się „otworzyć”?

    Można codziennie wieczorem chociaż podziękować za to, co się wydarzyło, i zwrócić uwagę na to, co się konkretnie wydarzyło. Na to, jak mi Pan Bóg dzisiaj pomógł, jak był obecny. A potem wejść w kolejne punkty rachunku sumienia. Jeśli ktoś to będzie robił, wtedy cuda mogą się dziać w jego życiu.

    Jednak przeciętny katolik rachunek sumienia robi tylko przed spowiedzią i raczej słabo kojarzy się to z modlitwą. Jak się to ma do praktyki codziennej „miłującej uważności”?

    Ten rachunek sumienia, gdy przeglądam po kolei: pierwsze, drugie, trzecie przykazanie – to jest takie leczenie objawowe. Stwierdzam: „gniewałem się na żonę/męża, na dzieci, to i tamto mnie wkurzało”. No dobrze, ale nie idę dalej i nie wiem dlaczego. Co się dzieje, że ja się tak irytuję? Po jednorazowym rachunku sumienia ciężko w to wejść. To jest taka aspiryna – przestaje mnie boleć głowa i tyle. Uważałbym bardzo na schemat „grzech – spowiedź – Komunia”, bo to oznacza, że ja chcę tylko formalnie zaliczać punkty i kręcę się w kółko. Ignacjański rachunek sumienia to jest zupełnie inna praktyka – to jest codzienne trwanie przy Panu Bogu. Kiedy Mu dziękuję, poprawia się mój obraz Boga, staje się on coraz bardziej Chrystusowy, biblijny, nieoparty tylko na doświadczeniu mojego biologicznego ojca. Widzę, że nie muszę zasługiwać na Jego miłość.

    Właśnie – zasługiwać. Niełatwo przyjąć darmowość zbawienia.

    Papież Franciszek w encyklice Gaudete et exsultate mówi, że największą herezją współczesności jest pelagianizm – przekonanie, że ja sam muszę osiągnąć zbawienie, że to ode mnie wszystko zależy. Kiedy rozmawiam z ludźmi na rekolekcjach, widzę, że to jest jeden z najpowszechniejszych problemów. Bo jesteśmy Zosiami samosiami, społeczeństwo nas uczy, że trzeba na wszystko zapracować, wszystko wywalczyć, nie ma nic za darmo i wszystko, co mam, jest moją zasługą. I do duchowości przenosimy to jeden do jednego. Tymczasem praktyka kwadransa uważności pozwala nam oderwać się od takiego myślenia, a skupia nas na śladach Boga, w życiu, rozwija wrażliwość na Niego, pozwala odkryć, że Bóg jest z nami w każdej chwili i nie przestaje nam błogosławić. To dla wielu ludzi staje się źródłem ogromnej siły i nadziei, odrywa ich od siebie i pozwala przetrwać najtrudniejsze chwile.

    ks. Łukasz Sośniak jest jezuitą, absolwentem filologii polskiej i dziennikarstwa. Do niedawna pracował w Radiu Watykańskim, obecnie mieszka w Warszawie./Gość Niedzielny

    ____________________________________________________________________________________________________________________________________________________________________________________________________________________________

    10 MARCA

    IV NIEDZIELA WIELKIEGO POSTU

    fot. Archidiecezja Krakowska, flickr.com/stacja7.pl

    ****

    Laetare, czyli najbardziej radosna niedziela w Wielkim Poście

    W IV niedzielę Wielkiego Postu księża używają podczas Mszy świętej najrzadszego koloru liturgicznego. Co oznacza różowy kolor szat?

    Niedziela Laetare to szczególny dzień w liturgii. Obchodzona jest ona w IV Niedzielę Wielkiego Postu, a jej nazwa pochodzi z języka łacińskiego i oznacza „Raduj się”. Słowa te nawiązują do pierwszych słów antyfony śpiewanej w tym dniu na wejście: „Laetare, Jerusalem…” („Raduj się, Jeruzalem…”).

    Niedziela radości nie przez przypadek nosi taką nazwę, gdyż ma przypominać nam, że zbliżające się święta Wielkanocne to święta pełne nadziei i radości ze zwycięstwa Chrystusa nad śmiercią. Pokazuje przewagę światła nad ciemnością.

    Różowy kolor szat liturgicznych. Dlaczego?

    Dzień ten często nazywany jest także „Niedzielą różową”, ponieważ kolor liturgiczny zmienia się z fioletowego na różowy. To jeden z dwóch dni w roku, kiedy kapłan może sprawować liturgię w szatach tego koloru. Używa się ich również w Niedzielę „Gaudete”, czyli w III niedzielę Adwentu, która zapowiada przyjście Chrystusa i odkupienie, jakie przyniesie.

    W liturgii Wielkiego Postu obowiązuje fioletowy kolor szat liturgicznych. Kolor ten ma przywoływać na myśl pokutę i oczekiwanie. Dlatego też Niedziela Laetare wprowadza pewną przerwę w atmosferze pokuty i refleksji, charakterystycznej dla Wielkiego Postu.

    Niedziela Laetare ma przypomnieć wierzącym, że nawet w czasie postu, przygotowującego do Triduum Paschalnego, warto odkryć radość płynącą z nadziei zbawienia. Choć Wielki Post to czas zadumy, Niedziela Radości przypomina o nadchodzącym Zmartwychwstaniu Chrystusa.

    13.30 – ADORACJA NAJŚWIĘTSZEGO SAKRAMENTU

    GORZKIE ŻALE

    SPOWIEDŹ ŚW.

    14.00 – MSZA ŚW.

    PO MSZY ŚW. KORONKA DO BOŻEGO MIŁOSIERDZIA

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Papież baranek

    Koronację Napoleona i Józefiny uwiecznił Jacques-Louis David. W rzeczywistości przygnębiony Pius VII siedział bez ruchu – gest błogosławieństwa kazał namalować cesarz.

    Koronację Napoleona i Józefiny uwiecznił Jacques-Louis David. W rzeczywistości przygnębiony Pius VII siedział bez ruchu – gest błogosławieństwa kazał namalować cesarz/WIKIMEDIA

    ***

    W filmie „Napoleon” Ridleya Scotta widzimy papieża, który po koronacji Napoleona wznosi gromki okrzyk ku jego czci. W rzeczywistości Piusowi VII daleko było do entuzjazmu. Był wstrząśnięty arogancją cesarza. A potem było tylko gorzej.

    Ależ to była gala! Paryska katedra Notre Dame widziała już wiele koronacji, ta jednak miała przewyższyć wszystkie. Bo też nie królewska głowa miała być uwieńczona złotym znakiem władzy, lecz cesarska.

    O królach porewolucyjna Francja nie chciała już słyszeć. Korona Ludwika XVI spadła na paryski bruk razem z jego głową. Napoleon Bonaparte miał zresztą większe ambicje. Dzięki swojemu wojennemu geniuszowi i dyplomatycznej zręczności zawładnął krajem i rzucił na kolana pół Europy. Chciał być następcą i kontynuatorem Karola Wielkiego, którego skronie 1004 lata wcześniej przyozdobiła korona cesarza Zachodu, nałożona w Rzymie przez samego papieża. Francuski władca nie zamierzał się jednak fatygować do Rzymu – sprowadził następcę św. Piotra do Paryża.

    Pius VII nie mógł odmówić. W razie oporu Napoleon użyłby siły, a papież wiedział, że ten człowiek nie cofnie się przed niczym. Arogancji francuskiej władzy rewolucyjnej, której Bonaparte był elementem, doświadczył jego poprzednik Pius VI, który w konsekwencji zmarł w niewoli z dala od Rzymu. Poza tym papież nie chciał zadrażniać relacji z człowiekiem, który, bądź co bądź, zakończył we Francji rewolucję i przywrócił Kościół do istnienia po okresie jego formalnej likwidacji.

    Ojciec Święty zatem, choć z ciężkim sercem, przybył, aby osobiście koronować cesarza. To znaczy… tak sądził.

    Arogancja i upokorzenie

    Rankiem 2 grudnia 1804 roku cały Paryż rozbrzmiał dźwiękiem dzwonów – tych, których rewolucjoniści nie zdążyli przetopić na armaty. Wspaniały orszak wyruszył z pałacu Tuileries do katedry Notre Dame. W świątyni, przyklęknąwszy na klęczniku, oczekiwał papież. Okazało się, że musiał tak czekać… półtorej godziny. Po nałożeniu cesarskich strojów Napoleon i jego żona Józefina, wśród wiwatów tłumu, wkroczyli wreszcie do kościoła wypełnionego ośmioma tysiącami znakomitych gości. Ogromny czerwony płaszcz Napoleona, podbity gronostajami, trzymali dwaj jego bracia, a jego dwie siostry podtrzymywały płaszcz Józefiny.

    Rolę papieża w najdrobniejszych szczegółach ustalono w przygotowanym wcześniej ceremoniale. Zgodnie z planem Pius VII odebrał od Napoleona przyrzeczenie, że będzie chronił Kościół, po czym nowy władca przyjął namaszczenie. Na życzenie Bonapartego miało to miejsce w ustronnej części katedry, aby nie sugerować, że cesarz jest poddanym Kościoła. Potem papież poświęcił insygnia cesarskie. Gdy jednak miało nastąpić nałożenie korony na głowę nowego imperatora, ten podszedł do ołtarza, odwrócił się tyłem do papieża i stojąc naprzeciw zebranych… ukoronował się sam. Następnie, również osobiście, nałożył koronę na głowę klęczącej Józefiny.

    Tę właśnie scenę uwiecznił na potężnym obrazie malarz Jacques-Louis David. To wybitne malowidło z fotograficzną dokładnością dokumentuje rzeczywistą scenę koronacji, pewne szczegóły jednak fałszuje. Na obrazie widać papieża błogosławiącego parę cesarską. W rzeczywistości Pius VII po samokoronacji cesarza siedział bez ruchu, przygnębiony arogancją władcy. To Napoleon, oglądając powstające dzieło, kazał artyście przedstawić Piusa VII z ręką uniesioną w geście błogosławieństwa. „Nie po to sprowadzałem papieża z Rzymu, żeby nic nie robił” – miał powiedzieć. 

    Napoleon sam nakłada sobie koronę w obecności papieża – rysunek Davida.

    Napoleon sam nakłada sobie koronę w obecności papieża – rysunek Davida/WIKIMEDIA

    ***

    Dam się porąbać

    Pius VII zaznał od Napoleona wielu upokorzeń. Bonaparte nie raczył go nawet w godny sposób przyjąć, gdy papież zbliżał się do Paryża. Przywitał gościa w stroju myśliwskim, bo „przypadkiem” akurat polował. I tak, w otoczeniu sfory psów, towarzyszył Ojcu Świętemu do miejsca jego pobytu.

    Pomysł cesarza Francuzów na papieża był prosty – chciał z niego uczynić swojego wasala. Głowa Kościoła miała służyć potędze Francji, a przede wszystkim jego własnej sławie. Zaraz po koronacji złamał wiele obietnic, do których się zobowiązał. Chciał mieć wpływ na wszystkie ważne decyzje Kościoła, nie oddał też zagarniętych przez Francję terenów Państwa Kościelnego. Irytowały go oznaki czci, jakie okazywali Piusowi ludzie, gdziekolwiek ten się zjawił. Kazał go pilnować i ograniczać kontakty ze światem zewnętrznym. Nie pozwalał nawet na publiczne odprawianie przez niego Mszy i nabożeństw. Nie zgadzał się też na powrót papieża do Rzymu. Miał plan: chciał, jak w średniowieczu, osadzić papieża w stolicy bądź w Awinionie i w ten sposób kontrolować Kościół.

    Tu się jednak przeliczył. Pius VII był na to przygotowany. „W Paryżu zatrzymacie jedynie biednego mnicha Barnabę Chiaramontiego, bo na wypadek zatrzymania mnie tu złożyłem rezygnację” – powiedział.

    W tej sytuacji papież odzyskał wolność i powrócił do Rzymu. Ale i tam sięgała długa ręka Napoleona, który po zwycięstwie pod Austerlitz traktował Italię jak część swojego władztwa. Wojska francuskie obsadziły wszystkie strategiczne miejsca, a sam Bonaparte zażądał, żeby papież uznał przeciwników cesarstwa za własnych wrogów. Oczekiwał też, że co najmniej jedną trzecią kolegium kardynalskiego będą stanowić Francuzi. Z podpisanym konkordatem, który i tak zawierał sporo ustępstw na rzecz Francji, praktycznie przestał się liczyć. Papież w jego koncepcji stawał się jednym z książąt cesarstwa, a Państwo Kościelne miałoby stać się częścią państwa federacyjnego.

    Pius VII, rodowe nazwisko Luigi Barnaba Chiaramonti,urodził się w 1742 roku w Cesenie, w rodzinie szlacheckiej. W 1758 roku wstąpił do benedyktynów. Zakonnikami zostali także czterej jego bracia, a i matka po śmierci męża wstąpiła do Karmelu. W 1782 roku papież mianował go biskupem Tivoli. Trzy lata później został kardynałem i objął diecezję Imola. Na papieża został wybrany w 1800 roku. Dał się poznać jako człowiek delikatny i obdarzony zdolnością łagodzenia konfliktów. Ta cecha przydała mu się w obliczu a…

    Pius VII, rodowe nazwisko Luigi Barnaba Chiaramonti,urodził się w 1742 roku w Cesenie, w rodzinie szlacheckiej. W 1758 roku wstąpił do benedyktynów. Zakonnikami zostali także czterej jego bracia, a i matka po śmierci męża wstąpiła do Karmelu. W 1782 roku papież mianował go biskupem Tivoli. Trzy lata później został kardynałem i objął diecezję Imola. Na papieża został wybrany w 1800 roku. Dał się poznać jako człowiek delikatny i obdarzony zdolnością łagodzenia konfliktów. Ta cecha przydała mu się w obliczu a…
    WIKIMEDIA

    ***

    Rzym jest mój!

    Po każdym papieskim ustępstwie Napoleon stawiał nowe żądania. Papież miał więc zamknąć porty przed Anglikami i wziąć udział w blokadzie kontynentalnej. Ponieważ namiestnik Piotrowy nie kwapił się z realizacją tych żądań, 2 lutego 1808 roku wojsko francuskie wkroczyło do Rzymu. Na Kwirynale stanęły działa wycelowane w rezydencję papieską. Wreszcie Pius VII, człowiek z natury łagodny i skłonny do dialogu, powiedział posłowi francuskiemu: „Powiedz pan w Paryżu, że dam się porąbać na kawałki, ale do systemu federalnego nie przystąpię”. W odwecie Francuzi aresztowali wszystkich współpracowników papieża, a w końcu jego samego. Przewożono go z miejsca na miejsce, a funkcjonariusze cesarza maltretowali go psychicznie. Z początku pozwolono mu wystawiać dokumenty, ale gdy Pius VII nazwał uzurpacją próby samowolnego mianowania przez cesarza biskupów, odebrano mu książki, przybory do pisania i pierścień Rybaka.

    Najbardziej zależało Napoleonowi na skłonieniu papieża do zrzeczenia się władzy świeckiej nad Państwem Kościelnym.

    „Będzie Pan miał dość zajęcia, jeśli się Pan ograniczy do kierowania duszami” – pisał złośliwie Bonaparte do Piusa VII. „Już od dawna papieże mieszali się do tego, co ich nie powinno obchodzić, a co za tym idzie, zaniedbywali prawdziwe interesy Kościoła. Uznaję Pana za głowę w sprawach dotyczących religii, ale ja jestem cesarzem. Rzym jest nieodwołalnie częścią mego cesarstwa” – deklarował.

    Paradoksalnie – mimo arogancji autora i jego złych intencji – było to swoiste proroctwo, ale to jeszcze nie był ten czas. To miało się spełnić za 60 lat, ale na razie Państwo Kościelne wciąż jeszcze dawało Kościołowi względną niezależność wobec wielkich tego świata. Pius VII więc, a także kilku jego następców nie wyobrażali sobie innej możliwości.

    Wobec nieprzejednanej postawy papieża w lutym 1810 roku francuski senat uchwalił oficjalne przyłączenie Państwa Kościelnego. Francuzi znieśli wszystkie klasztory i 17 biskupstw, a mianowany przez cesarza książę miał rządzić jako król Rzymu. Papież, według planów Napoleona, miał złożyć mu przysięgę wierności i rezydować na przemian w Rzymie i w Paryżu – przy czym kuria papieska miała urzędować w stolicy Francji. W tym celu już od roku ściągano do Paryża wszystkich kardynałów, likwidowano rzymskie biura kurialne i przewożono archiwa watykańskie – a przy okazji i dzieła sztuki. Wierność cesarzowi mieli też przysiąc wszyscy duchowni. Większość to uczyniła. Opornym groziło więzienie.

    W tym samym czasie cesarz, pragnąc mieć legalnego potomka, rozwiódł się z Józefiną i poślubił Marię Ludwikę, Habsburżankę. Francuskie władze kościelne na rozkaz Napoleona orzekły nieważność jego poprzedniego związku. 13 spośród 29 obecnych w Paryżu kardynałów nie zjawiło się na ślubie, za co zostali ukarani utratą dochodów i zakazem używania stroju kardynalskiego. 

    Francuski generał Étienne Radet aresztuje i wywozi Piusa VII z Rzymu w 1809 roku.

    Francuski generał Étienne Radet aresztuje i wywozi Piusa VII z Rzymu w 1809 roku.
    WIKIMEDIA

    ***

    Czas na refleksję

    Wobec dalszego oporu uwięzionego papieża cesarz kazał zwołać w Paryżu sobór narodowy. Posłuszni duchowni zorganizowali obrady tego dziwnego gremium, które ruszyły w kwietniu 1811 roku. Ku zaskoczeniu władcy znaczna część obecnych tam kardynałów i biskupów stanowczo opowiedziała się po stronie następcy Piotra. W końcu poirytowany cesarz anulował wszystkie konkordaty, których zresztą i tak się rzadko trzymał. W 1812 roku kazał przewieźć papieża w pobliże stolicy. W obawie przed rozpoznaniem tak niezwykłego podróżnego i zdemaskowaniem miejsca jego pobytu namiestnik Chrystusowy został ubrany dla niepoznaki w czarną sutannę i pofarbowane czarnym atramentem buty. Tak trafił do Fontaineblau. Napoleon chciał mieć papieża bliżej siebie, żeby móc na niego wpływać.

    Czas cesarza dobiegał jednak końca. Jego gwiazda mocno przybladła po porażce Wielkiej Armii w Rosji, a po klęsce pod Lipskiem całkiem przygasła. W styczniu 1814 roku Napoleon kazał papieża przewieźć do Sawony, a dwa miesiące później zupełnie go uwolnił. Pius VII wrócił do Rzymu. Nie przypuszczał, że czeka go jeszcze jedno wygnanie – choć krótkie. W czasie „stu dni” Napoleona musiał uciekać do Genui. Bonaparte jeszcze raz próbował zmusić papieża do zrzeczenia się władzy świeckiej. Oczywiście bezskutecznie. Po 78 dniach Ojciec Święty znów był w Rzymie.

    Zdetronizowany i pokonany imperator miał na Wyspie św. Heleny czas na rozmyślania. Docenił wtedy wyjątkowość Piusa VII, który zatroszczył się o niego, przysyłając mu księdza, żeby go wspierał duchowo. Co więcej, papież przygarnął w Rzymie matkę Bonapartego, Letycję, i Fescha, jego wuja, który wyrządził następcy Piotra wiele krzywd. Zaopiekował się też siostrzeńcem Napoleona Lucjanem, dając mu nawet tytuł senatora rzymskiego. Wszyscy oni znaleźli u papieża schronienie przed zemstą ze strony Burbonów. Zdumiony taką ewangeliczną postawą Bonaparte nazwał go barankiem.

    Pius VII mimo olbrzymich przeciwności zachował równowagę ducha do śmierci. Ta nastąpiła nad ranem 20 sierpnia 1823 roku. Dzień wcześniej poprosił o Wiatyk, otrzymał też ostatnie namaszczenie. W agonii powtarzał słowa: „Fontaineblau, Sawona”. Były to miejsca jego niewoli. W chwili śmierci Pius VII miał 81 lat. Przeżył Napoleona o dwa lata.

    Benedykt XVI zatwierdził otwarcie jego procesu beatyfikacyjnego.

    Papież Franciszek, z okazji 200. rocznicy śmierci Piusa VII, tak mówił o tym niezwykłym człowieku: „Pomimo politycznego i społecznego zamieszania, które naznaczyło wiek XIX, z ufnością oddał się woli Bożej, przyjął upokorzenie wygnania z przykładną uległością, ofiarując wszystko Panu dla dobra Kościoła”.

    na podstawie m.in. z książki ks. Z. Zielińskiego „Papiestwo i papieże dwóch ostatnich wieków”.

    Franciszek Kucharczak/Gość Niedzielny

    ______________________________________________________________________________________________________________

    ŻYWY RÓŻANIEC

    Aby Matka Boża była coraz bardziej znana i miłowana!

    „Różaniec Święty, to bardzo potężna broń.

    Używaj go z ufnością, a skutek wprawi cię w zdziwienie”.

    (św. Josemaria Escriva do Balaguer)

    A rosary is used for prayers and meditations.
    fot.wiseGeek

    *****

    INTENCJA ŻYWEGO RÓŻAŃCA

    NA MIESIĄC MARZEC 2024

    Intencja papieska:

    *Módlmy się za tych, którzy w różnych częściach świata narażają swoje życie z powodu Ewangelii, aby rozpalali Kościół swoją odwagą i misyjnym entuzjazmem.

    więcej informacji – Vaticannews.va: Papieska intencja

    _______________________________________________________

    Intencje Polskiej Misji Katolickiej w Glasgow:

    * za naszych kapłanów, aby dobry Bóg umacniał ich w codziennej posłudze oraz o nowe powołania do kapłaństwa i życia konsekrowanego.  

    * za papieża Franciszka, aby Duch Święty prowadził go, a św. Michał Archanioł strzegł.

    *Święty Józefie, Patronie nasz, w Twoim miesiącu, w którym przeżywamy Wielki Post, chroń od zarazy błędów i zepsucia, którymi nieustannie “kusiciel” próbuje osłabić jeden, święty, powszechny i apostolski Kościół. Z wielką ufnością błagamy o Twoją opiekę nad naszymi rodzinami zmagającymi się w walce z mocami ciemności. Tak jak ratowałeś Bożego Syna i Twoją Najświętszą Oblubienicę Bogurodzicę od wielorakich zagrożeń, bądź i nam pomocą w niebezpieczeństwach od wrogich zasadzek i od wszelkich przeciwności.

     

    Intencja dodatkowa dla Róży Matki Bożej Częstochowskiej (II),

    św. Moniki i bł. Pauliny Jaricot: 

    * Rozważając drogi zbawienia w Tajemnicach Różańca Świętego prosimy Bożą Matkę, aby wypraszała u Syna swego a Pana naszego Jezusa Chrystusa właściwe drogi życia dla naszych dzieci.

    *****

    W tym miesiącu możemy uzyskać odpust zupełny w następujące dni:

    *31 marca 2024 – w UROCZYSTOŚĆ ZMARTWYCHWSTANIA PAŃSKIEGO – odpust zupełny dla członków Żywego Różańca

    *25 marca: w UROCZYSTOŚĆ ZWIASTOWANIA NAJŚWIĘTSZEJ MARYI PANNIE – odpust zupełny dla członków Żywego Różańca

    *2 marca mija 11 lat, odkąd został reaktywowany Żywy Różaniec przy Polskiej Misji Katolickiej w Szkocji i zaczęliśmy się modlić w naszej Wspólnocie Różańcowej. Te osoby, które wtedy rozpoczęły się modlić, mogą 2 marca 2024 roku uzyskać odpust zupełny pod zwykłymi warunkami.

    Obecnie mamy 19 Róż Żywego Różańca. Wciąż brakuje nam kilka osób. Dlatego bardzo serdecznie prosimy chętnych, aby zechcieli dołączyć się do Żywego Różańca.

    KRÓLOWO RÓŻAŃCA ŚWIĘTEGO, MÓDL SIĘ ZA NAMI!

    ***

    Od 1 marca modlimy się kolejnymi Tajemnicami Różańca Świętego i w nowych intencjach, które otrzymaliście na maila 29 lutego z adresu e-rozaniec@kosciol.org (jeśli ktoś z Was nie dostał maila na ten miesiąc, proszę o kontakt z Zelatorem Róży, albo na adres rozaniec@kosciolwszkocji.org)

    (strona Żywego Różańca: zr.kosciol.org – intencje, ogłoszenia, patroni róż, tajemnice)

    ___________________________________________________________________________________________

    Aborcja w konstytucji. „Francja sięgnęła dna”

    Aborcja w konstytucji. „Francja sięgnęła dna”

    Paryż.PXHERE

    ***

    Francuski Kongres w 2007 roku zdecydował o wpisaniu do konstytucji zniesienia kary śmierci. 4 marca bieżącego roku wprowadził do ustawy zasadniczej prawo do zabicia dzieci przez ich matki.

    Kongres, czyli połączone izby Zgromadzenia Narodowego i Senatu, zebrał się w poniedziałkowe popołudnie 4 marca w pałacu królewskim w Wersalu w celu zapisania w konstytucji prawa do aborcji. Dla dokonania zmiany w ustawie zasadniczej wymagana jest większość trzech piątych obradujących razem deputowanych i senatorów. Ten próg został w znacznym stopniu przekroczony. Spośród 925 głosujących aż 780 parlamentarzystów poparło zmianę. Przeciw było jedynie 72 głosujących. Ogłoszeniu decyzji towarzyszyły olbrzymi aplauz i entuzjazm zebranych. 

    Do artykułu 34 konstytucji wpisano nowy paragraf o treści: „Ustawa określa warunki korzystania z przysługującej kobiecie swobody dobrowolnego przerwania ciąży”. W ten sposób Francja stała się jedynym krajem na świecie, który prawo do aborcji zapisał w swojej ustawie zasadniczej. 
    Decyzja Kongresu była formalnością, ponieważ Zgromadzenie Narodowe zatwierdziło ustawę w styczniu tego roku 493 głosami przeciw 30. W ostatnią środę lutego taką samą decyzję podjęła izba wyższa francuskiego parlamentu proporcją głosów 267 do 50. 

    Inicjatywa wpisania prawa do aborcji do konstytucji wyszła od Emmanuela Macrona, który prawo to obiecał uczynić „nieodwracalnym”. Francuski prezydent zobowiązał się przeprowadzić swój zamiar w odpowiedzi na decyzję Sądu Najwyższego USA, znoszącej federalne prawo do aborcji. Wspomniał o tym także rząd we wstępie do projektu ustawy. Stwierdzono tam z ubolewaniem, że „w wielu krajach, również w Europie, istnieją nurty opinii próbujące za wszelką cenę utrudniać kobietom swobodę przerywania ciąży”. 

    Parlamentarzyści podczas debaty wielokrotnie wyrażali przekonanie o konieczności trwałego zabezpieczenia Francji przed „przykładem amerykańskim”. W mediach pojawiły się też sugestie, że zapis w konstytucji był konieczny, aby powstrzymać falę „reakcyjnych” zmian społecznych w Europie, mogących płynąć z Węgier czy z Polski. Associated Press ubolewał nad „zaostrzeniem i tak już restrykcyjnego prawa aborcyjnego” przez polski Trybunał Konstytucyjny w 2020 roku. 

    Po decyzji Senatu francuski episkopat wyraził smutek, przypominając, że aborcja jest atakiem na ludzkie życie u jego początku, i zaznaczając, że nie można jej postrzegać tylko przez pryzmat praw kobiet. „W czasach, gdy wychodzi na jaw wiele form przemocy wobec kobiet i dzieci, konstytucja naszego kraju byłaby uhonorowana, gdyby w jej centrum znalazła się ochrona kobiet i dzieci” – napisali biskupi. Podkreślili, że jako katolicy zawsze będą sługami życia wszystkich, od poczęcia do naturalnej śmierci, i „budowniczymi szacunku dla każdej istoty ludzkiej, która zawsze jest darem dla wszystkich innych”. Wezwali do modlitwy o to, „aby nasi współobywatele na nowo odkryli smak życia, jego dawania, przyjmowania, towarzyszenia mu oraz posiadania i wychowywania dzieci”. 

    Z kolei emerytowany arcybiskup Paryża, Michel Aupetit, na wieść o decyzji Senatu napisał: „Aborcja w konstytucji. Klauzula sumienia dla leczących zostaje odrzucona. Prawo bierze górę nad sumieniem, co zmusza ludzi do umierania. Francja sięgnęła dna. Stała się państwem totalitarnym”. 

    Franciszek Kucharczak/Gość Niedzielny

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Maryja z Guadalupe jest jak żywa osoba. Najważniejsze fakty dotyczące cudownego wizerunku

    fot. Depositphotos/Deon.pl

    ***

    Tajemnicze światło na obrazie Matki Bożej z Guadalupe – Patronki życia

    Podczas Mszy św. w intencji dzieci zabitych przed narodzeniem, z obrazu Matki Bożej z Guadalupe, w Sanktuarium w Meksyku, wydobyło się światło, które – na oczach tysięcy wiernych – utworzyło kształt ludzkiego embrionu, podobny do obrazu widzianego podczas badań echograficznych.

    Matka Boża z Guadalupe

    Zjawisko zostało sfotografowane przez obecnych w świątyni. Zdjęcia wizerunku Matki Bożej ze świetlnym embrionem można zobaczyć na stronie internetowej Francuskiego Stowarzyszenia Katolickich Pielęgniarek i Lekarzy (www.acimps.org). Jego działacze przypuszczają, że Maryja pokazała w swym łonie obraz nienarodzonego Jezusa.

    Matka Boża z Guadalupe

    Komentując zamieszczone fotografie, ks. Luis Matos ze Wspólnoty Błogosławieństw podkreśla, że nie są one odblaskiem światła zewnętrznego, np. fleszy aparatów fotograficznych. Powiększenia fotografii, zrobionych przez wiernych obecnych w sanktuarium, wyraźnie pokazują, że światło pochodzi bezpośrednio z wnętrza obrazu. Białe, intensywne światło ma formę i rozmiary ludzkiego embrionu. Widać również na nich strefy cienia, charakterystyczne dla echograficznych wizerunków płodu w łonie matki.

    Matka Boża z Guadalupe

    Tymczasem ks. José Luis Guerrero Rosado, kanonik bazyliki w Guadalupe i dyrektor Wyższego Instytutu Studiów Guadalupiańskich przestrzega przed pochopnym nazywaniem zaobserwowanego zjawiska cudem. Na stronie internetowej sanktuarium (www.virgendeguadalupe.org.mx) określa krążące w internecie doniesienia na ten temat mianem sensacyjnych. Wskazuje, że jedyne, co na razie wiadomo, to fakt, że przed wizerunkiem Matki Bożej pojawiło się światło, niewytłumaczalne w sposób naturalny. Nie jest to jednak wystarczająca podstawa, by z całą pewnością stwierdzić, że Maryja ukazała nam Jezusa jako nienarodzone dziecko – zaznacza duchowny. Argumentuje, że brak naturalnego wyjaśnienia zjawiska nie oznacza jeszcze, że dokonał się cud. Zauważa zarazem, że w sprawie tej nie wypowiedziały się jeszcze ani władze sanktuarium, ani archidiecezja Miasta Meksyk, na której terenie się ono znajduje.

    Matka Boża z Guadalupe

    12 grudnia 2015-Pustynia Serca/źródło: sanctus.pl

    *********

    Adopcja Poczętego Dziecka

    Duchowa Adopcja to modlitwa zainicjowana przez ojców paulinów ponad 30 lat temu, w warszawskim kościele pod wezwaniem Świętego Ducha, który jest obecnie Sanktuarium Jasnogórskiej Matki Życia. „Istotą Duchowej Adopcji jest codzienna modlitwa za dziecko w łonie matki, trwająca przez dziewięć miesięcy. Polega ona na codziennym odmawianiu jednej tajemnicy (dziesiątki) różańca świętego oraz specjalnej, krótkiej modlitwy za dziecko, którego życie jest zagrożone”.

    „Przeżywany teraz czas realnego zagrożenia własnego życia mobilizuje do szukania sposobów jego chronienia, ale także pobudza do wzajemnej modlitwy. Jest szansą otwarcia oczu i serca – nowego spojrzenia – na najbardziej bezbronne i samotne wobec zagrożenia zagładą – życie dzieci nienarodzonych” – podkreślają paulini.

    Szczegółowe informacje o Dziele Adopcji Dziecka Poczętego można znaleźć na stronach:  centrumzawierzenia.jasnagora.pl,  www.duchowaadopcja.pl oraz  paulini.com.pl/duchowa-adopcja. Aby ułatwić codzienne zobowiązanie modlitewne można też skorzystać z aplikacji na telefon „Adoptuj życie” stworzonej przez Fundację Małych Stópek. Dzięki aplikacji można zobaczyć, jak dziecko codziennie rośnie, są również zdjęcia USG, które towarzyszą w każdym dniu modlitwy.

    Dzień Świętości Życia został ustanowiony w Kościele w Polsce w 1998 r. w odpowiedzi na apel św. Jana Pawła II zawarty w encyklice „Evangelium Vitae” ogłoszonej 25 lat temu, 25 marca 1995 roku. Papież napisał w niej m.in., że „Człowiek i jego życie jawią się nam jako jeden z najwspanialszych cudów stworzenia…” (Evangelium Vitae, 84). Dzień Świętości Życia przypada dziewięć miesięcy przed Bożym Narodzeniem.  Jego celem jest budzenie wrażliwości na sens i wartość ludzkiego życia na każdym jego etapie oraz zwrócenie uwagi na potrzebę szczególnej troski o nie.

    MODLITWA W INTENCJI OBRONY ŻYCIA

    (do odmawiania po Koronce do Bożego Miłosierdzia)

    O Maryjo, jutrzenko nowego świata, Matko żyjących, Tobie zawierzamy sprawę życia: spójrz, o Matko, na niezliczone rzesze dzieci, którym nie pozwala się przyjść na świat, ubogich, którzy zmagają się z trudnościami życia, mężczyzn i kobiet – ofiary nieludzkiej przemocy, starców i chorych zabitych przez obojętność albo fałszywą litość.

    Spraw, aby wszyscy wierzący w Twojego Syna potrafili otwarcie i z miłością głosić ludziom naszej epoki Ewangelię życia. Wyjednaj im łaskę przyjęcia jej jako zawsze nowego daru, radość wysławiania jej z wdzięcznością w całym życiu oraz odwagę czynnego i wytrwałego świadczenia o niej, aby mogli budować, wraz z wszystkimi ludźmi dobrej woli, cywilizację prawdy i miłości na cześć i chwałę Boga Stwórcy, który miłuje życie.

    Jan Paweł II
    Encyklika Evangelium vitae, 105

    *********

    Codzienna modlitwa Duchowej Adopcji Dziecka Poczętego,
    towarzysząca dziesiątce różańca: 

    Panie Jezu,
    za wstawiennictwem Twojej Matki, Maryi,
    która urodziła Cię z miłością
    oraz za wstawiennictwem św. Józefa, człowieka zawierzenia,
    który opiekował się Tobą po narodzeniu,
    proszę Cię w intencji tego nie narodzonego dziecka, które duchowo adoptowałem,
    a które znajduje się w niebezpieczeństwie zagłady.
    Proszę, daj rodzicom miłość i odwagę,
    aby swoje dziecko pozostawili przy życiu,
    które Ty sam mu przeznaczyłeś.
    Ame
    n.

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Dzieło Duchowej Adopcji Dziecka Poczętego

    Dzieło Duchowej Adopcji Dziecka Poczętego
    materdolorosa.pl

    ***

    Istota Dzieła Duchowej Adopcji Dziecka Poczętego

    Duchowa adopcja jest przyjęciem w modlitewną opiekę jednego dziecka, któremu grozi śmierć w łonie matki. Imię tego dziecka jest znane jedynie samemu Bogu. Modlitwą oganiamy nie tylko poczęte dziecko, ale również jego rodziców, aby przyjęli je z miłością i dobrze wychowali. Zobowiązanie do takiej modlitwy podejmowane jest przez konkretną osobę na dziewięć miesięcy od chwili poczęcia do urodzenia.

    Duchowa adopcja, wypływająca z idei miłosiernej miłości dla istoty najmniejszej i całkowicie bezbronnej, jest bezpośrednim powierzeniem Panu Bogu tego adoptowanego duchowo dziecka w modlitwie, błaganiu o zmianę myślenia jego rodziców, w prośbach, aby wypełnieni miłością nie zamykali się na nowe życie,nie bali się zubożenia tym życiem. Bo miłość, gdy się nią dzielisz, gdy nią obdarzasz jest jak chleb – takiej miłości i takiego chleba przybywa (Matka Teresa z Kalkuty).

    Duchowa Adopcja

    Może ją podjąć każdy człowiek:

    • obejmuje jedno dziecko i jego rodziców, o których wie tylko Bóg
    • trwa przez dziewięć miesięcy

    Warunki

    • codzienna modlitwa – jeden dziesiątek różańca
    • dobrowolne postanowienia, np.: post, Komunia św., pomoc potrzebującym, walka ze złym przyzwyczajeniem,
    • modlitwa w intencji uratowania życia dziecka

    Modlitwa codzienna

    Panie Jezu – za wstawiennictwem Twojej Matki Maryi, która urodziła Cię z miłością, oraz za wstawiennictwem św. Józefa, człowieka zawierzenia, który opiekował się Tobą po urodzeniu – proszę Cię w intencji tego nienarodzonego dziecka, które duchowo adoptowałem, a które znajduje się w niebezpieczeństwie zagłady. Proszę, daj rodzicom miłość i odwagę, aby swoje dziecko pozostawili przy życiu, które Ty sam mu przeznaczyłeś. Amen.

    Treść przyrzeczenia

    “Wysławiam Cię, Ojcze, Panie nieba i ziemi, że zakryłeś te rzeczy przed mądrymi i roztropnymi, a objawiłeś je prostaczkom. Tak, Ojcze, gdyż takie było Twoje upodobanie”. Najświętsza Panno, Bogarodzico Maryjo, wszyscy Aniołowie i Święci. Wiedziony(a) pragnieniem niesienia pomocy w obronie nienarodzonych, ja (N.N.), postanawiam mocno i przyrzekam, ze od dnia (…) biorę w Duchową Adopcję jedno dziecko, którego imię jedynie Bogu jest wiadome, aby przez dziewięć miesięcy, każdego dnia, modlić się o uratowanie jego życia oraz o sprawiedliwe i prawe życie po urodzeniu. Tymi modlitwami będą:

    • jedna tajemnica Różańca;
    • modlitwa, która dziś po raz pierwszy odmówię;
    • ewentualne dobrowolne postanowienie(a): .…………………………..”

    www.duchowaadopcja.com.pl

    ze strony parafii Matki Bożej Bolesnej w Jawiszowicach

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Duchowa adopcja to dziewięciomiesięczna modlitwa w intencji życia zagrożonego w łonie matki. Dla Polaków jest ona także formą osobistego wypełnienia Jasnogórskich Ślubów Narodu. Polega na indywidualnym modlitewnym zobowiązaniu podjętym w intencji dziecka zagrożonego zabiciem w łonie matki. Osoba odmawia jedną dowolnie wybraną tajemnicę “Różańca” i specjalną modlitwę w intencji dziecka i jego rodziców. Do modlitwy wierni mogą dołączyć dodatkowe wyrzeczenie, np. post czy działania charytatywne.

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Mocne świadectwo byłej aborcjonistki: „Sprzedawałam kobietom kłamstwa”

    Była dyrektorką w amerykańskiej organizacji zarządzającej klinikami aborcyjnymi Planned Parenthood. Abby Johnson w wywiadzie dla portalu aleteia, podzieliła się swoim świadectwem, w którym opowiedziała o tym, jak stała się zwolenniczką ochrony życia. Abby Johnson jest autorką książki, na podstawie której powstał film „Nieplanowane”.

    – Moja historia to opowieść o miłości Boga i o cudach, jakie zdziałał w moim życiu – mówiła Abby Johnson

    – Nie mogę uwierzyć, że moje życie zostało opowiedziane w filmie, że widzowie oglądają i analizują to, co we mnie było najgorsze, ale też dostrzegają moją wrażliwość. Poniekąd otwieram się po raz kolejny. Ale, kiedy patrzę na to z dystansu, czuję także, że jest w tym coś wyjątkowego. Przecież moja historia to również opowieść o miłości Boga i o cudach, jakie zdziałał w moim życiu — dodawała 

    – Nie ma dnia, w którym nie pomyślałabym o tym dziecku, które straciło wtedy życie i o jego matce. Wierzę też, że tamto życie trwa w wieczności. Modlę się i za to dziecko, i za tę matkę – opowiadała

    – To była chwila, w której zobaczyłam, jak malutkie dziecko rozpaczliwie walczy o swoje życie. Zrozumiałam wtedy, że sprzedawałam innym kobietom kłamstwa. Prawda jest taka, że gdy kobieta zachodzi w ciążę, w jej macicy naprawdę powstaje życie, tam pojawia się człowiek. Biorąc udział w aborcji, widziałam, jak to życie umiera. Widziałam to na własne oczy. – zaznaczała Johnson

    – W zasadzie to był proces. Zaczęło się już wtedy, gdy moja przełożona naciskała na mnie, by w mojej klinice wzrosła liczba aborcji. Z jej punktu widzenia chodziło po prostu o wzrost dochodów Planned Parenthood, bo aborcje to najbardziej korzystna finansowo usługa. Kolejnym etapem, gdy pojawiły się wątpliwości, była zapowiedź jednej z partnerskich klinik, że powstanie ośrodek, w którym aborcje będą wykonywane po 24. tygodniu ciąży. Do późnych aborcji byłam zawsze nastawiona negatywnie i w mojej klinice takich w ogóle nie wykonywano. Natomiast ten moment, w którym wzięłam udział w aborcji, to był już punkt kulminacyjny. Gdy zobaczyłam, co dzieje się z dzieckiem na ekranie ultrasonografu, gdy lekarz wprowadził do macicy kaniulę, wiedziałam już, że nie mogę dłużej pracować w Planned Parenthood — mówiła.

    – Miałam do czynienia z kobietami, które podejmowały decyzje o aborcji. Często z nimi rozmawiałam, byłam ich konsultantką. Opisałam wiele takich rozmów w swojej książce. Jakie są moje wnioski? Kobiety nie chcą aborcji. Nawet jeśli się na nią decydują, to nie jest żaden wybór. Nie ma czegoś takiego jak postawa „pro-choice”. Ich decyzja o aborcji wynika raczej z braku wyboru. W wielu przypadkach chodzi o brak środków na utrzymanie dziecka, brak wsparcia ze strony bliskich, które jest potrzebne każdej kobiecie w ciąży i po urodzeniu dziecka. Towarzyszy temu presja innych osób, które zamiast pomóc takiej kobiecie, namawiają ją do aborcji, czyli odrzucenia dziecka – wyjaśniała

    – W Planned Parenthood powtarzano mi, że obrońcy życia są okropni. Sama zresztą dostawałam pogróżki w związku ze swoją pracą w klinice aborcyjnej, co dopełniało ten negatywny obraz. – dodawała

    – Mogę śmiało powiedzieć, że to miłość wyprowadziła mnie z kliniki aborcyjnej — powiedziała.

    Fronda.pl/wpolityce.pl

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Księża Pallotyni z Regi Bożego Miłosierdzia we Francji, do której należę, mają teraz wizytację Ks. Generała z Radą Generalną z Rzymu. W tym czasie zastępuje mnie ksiądz Proboszcz Tadeusz Dec z Archidiecezji Przemyskiej. 

    ______________________________________________________________________________________________________________

    PIERWSZY CZWARTEK MIESIĄCA – 4 KWIETNIA

    MSZA ŚWIĘTA W KAPLICY IZBIE JEZUSA MIŁOSIERNEGO O GODZ. 19.00

    PO MSZY ŚW. – GODZINNA ADORACJA PRZED NAJŚWIĘTSZYM SAKRAMENTEM W INTENCJI KAPŁANÓW

    This image has an empty alt attribute; its file name is image-2-e1673870873179-1024x683.png

    4 PARK GROVE TERRACE, GLASGOW G3 7SD

    ___________________________________________________

    fot. parafia Matki Bożej Frydeckiej/Jaworzynka

    ***

    Modlitwa za kapłanów

    Panie Jezu, Ty wybrałeś Twoich kapłanów spośród nas i wysłałeś ich, aby głosili Twoje Słowo i działali w Twoje Imię. Za tak wielki dar dla Twego Kościoła przyjmij nasze uwielbienie i dziękczynienie. Prosimy Cię, abyś napełnił ich ogniem Twojej miłości, aby ich kapłaństwo ujawniało Twoją obecność w Kościele. Ponieważ są naczyniami z gliny, modlimy się, aby Twoja moc przenikała ich słabości. Nie pozwól, by w swych utrapieniach zostali zmiażdżeni. Spraw, by w wątpliwościach nigdy nie poddawali się rozpaczy, nie ulegali pokusom, by w prześladowaniach nie czuli się opuszczeni. Natchnij ich w modlitwie, aby codziennie żyli tajemnicą Twojej śmierci i zmartwychwstania. W chwilach słabości poślij im Twojego Ducha. Pomóż im wychwalać Twojego Ojca Niebieskiego i modlić się za biednych grzeszników. Mocą Ducha Świętego włóż Twoje słowo na ich usta i wlej swoją miłość w ich serca, aby nieśli Dobrą Nowinę ubogim, a przygnębionym i zrozpaczonym – uzdrowienie. Niech dar Maryi, Twojej Matki, dla Twojego ucznia, którego umiłowałeś, będzie darem dla każdego kapłana. Spraw, aby Ta, która uformowała Ciebie na swój ludzki wizerunek, uformowała ich na Twoje boskie podobieństwo, mocą Twojego Ducha, na chwałę Boga Ojca. Amen.

    ***

    Nowenna Pompejańska za Kapłanów: 1 kwietnia – 24 maja 2021 r.

    ***

    Zachęcamy, a jednocześnie prosimy Was o podjęcie wyzwania – walki o świętość życia Kapłanów. Pragniemy zaprosić Was do modlitwy z prośbą o światło, moc i mądrość Ducha Świętego dla Kapłanów, aby sprostali znakom czasu i pułapkom szatana. Dziś potrzebujemy Waszego wsparcia bardziej niż kiedykolwiek… (www.zakaplanow.pl)

    ***

    DUCHOWE DZIEŁO ADOPCJI KAPŁANÓW – DDAK.PL

    „Gdyby nie było Sakramentu Kapłaństwa nie mielibyśmy PANA wśród nas”. (św. J. M.  Vianney)

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Gdybym jako student miał taką wiedzę, nie dałbym się wyświęcić na kapłanao. Pio

    Ojciec Pio: Gdybym jako student miał taką wiedzę, nie dałbym się wyświęcić na kapłana

    fot. Domena publiczna / Wikimedia Commons

    ***

    Nie ma takich słów, które w pełni oddałyby powołanie do kapłaństwa. Owa złożona w sercu ludzkim iskra Boża wymyka się wszelkim definicjom. Świadczy o tym następująca anegdota z życia Ojca Pio. Kiedy pewnego razu został zapytany, czy gdyby urodził się powtórnie, zostałby kapucynem i kapłanem, odpowiedział: “Tak, zostałbym znów kapucynem, ale nie kapłanem, ponieważ jestem niegodny reprezentować Jezusa na ziemi. Każdego rana drżę i cierpię na myśl, że mam Go uśmiercić i ukrzyżować, aby potem złożyć w ofierze Ojcu Niebieskiemu. Gdybym jako student miał taką wiedzę, jaką mam teraz, nie dałbym się wyświęcić na kapłana”.

    Kapłaństwo jest miłością Najświętszego Serca Jezusowego. Kapłan to monstrancja, ma pokazywać Jezusa. Sam musi zniknąć, aby Go ukazać. “Patrzcie na swoją godność, bracia kapłani – apelował św. Franciszek z Asyżu – i bądźcie świętymi, bo On jest święty. I jak Pan Bóg ze względu na tę posługę uczcił was ponad wszystkich ludzi, tak i wy więcej od innych kochajcie Go, szanujcie i czcijcie. Wielkie to nieszczęście i pożałowania godna słabość, że gdy macie Go wśród siebie obecnego, zajmujecie się czymś innym na świecie. Niech zatrwoży się cały człowiek, niech zadrży cały świat i niech rozraduje się niebo, gdy na ołtarzu w rękach kapłana jest Chrystus, Syn Boga Żywego”.

    Dar z własnego życia

    Dzisiaj ofiara krzyża wciąż trwa, choć dokonuje się w sposób bezkrwawy w każdej mszy świętej. Jest stale uobecniana dzięki kapłanom, którym została zlecona posługa uświęcania, sprawowania sakramentów, nauczania i kierowania Ludem Bożym. “Za pośrednictwem kapłana – pisał Jan Paweł II – sam Chrystus w sposób tajemniczy składa siebie w ofierze, oddając Ojcu dar własnego życia, złożony ongiś na krzyżu. W Eucharystii nie zawiera się jedynie wspomnienie ofiary złożonej raz na zawsze na Kalwarii. Ta ofiara powraca jako aktualna, ponawiając się sakramentalnie w każdej wspólnocie, która ją składa przez ręce konsekrowanego szafarza”.

    By zrozumieć istotę daru kapłaństwa, warto sięgnąć do słów patrona proboszczów, św. Jana Marii Vianneya z Ars: “Gdyby nie było sakramentu kapłaństwa, nie mielibyśmy Pana wśród nas. Kto bowiem włożył Go do tabernakulum? Kapłan. Kto przyjął wasze dusze do społeczności Kościoła, kiedyście się narodzili? Kapłan. Kto karmi je, by miały siłę do ziemskiego pielgrzymowania? Kapłan. Kto przygotowuje je, aby mogły stanąć przed Bogiem, wykąpane w krwi Jezusa Chrystusa? Kapłan. Zawsze kapłan. A kiedy dusza popadnie w grzech śmiertelny, kto ją wskrzesi do życia? Tylko kapłan.

    Nie znajdziecie żadnego dobra, które pochodzi od Boga, żeby za nim nie stał kapłan. Spróbujcie wyspowiadać się przed Matką Bożą albo przed którymś z aniołów. Rozgrzeszą was? Nie. Czy mogą dać wam Ciało i Krew Pańską? Nie. Najświętsza Maryja Panna nie ma władzy sprowadzenia swego Syna do Hostii. Choćby stanęło przed wami dwustu aniołów, nie mają oni władzy odpuszczania wam grzechów.

    O, kapłan to coś wielkiego! Gdyby samego siebie pojął, skonałby. Kapłan pojmie siebie dobrze dopiero w niebie. Ten sakrament wynosi człowieka do Boga. Spotykając kapłana i anioła, kapłana pozdrowiłbym jako pierwszego. Anioł jest przyjacielem Boga, lecz kapłan Go zastępuje. Jakie to nieszczęsne – kapłan pozbawiony duchowości! Lecz ona wymaga wyciszenia, milczenia, rekolekcji. To, co nam, kapłanom, przeszkadza zostać świętymi, to brak rozważań. Nie zastanawiamy się nad sobą, nie wiemy, co robimy. Trzeba nam rozważań, modlitwy, zjednoczenia z Bogiem!”.

    Wyjątkowa celebracja

    Ojciec Pio dobrze wiedział, z czym wiąże się powołanie, które otrzymał. Z wielkim zaangażowaniem wypełniał więc swoją posługę: celebrowanie mszy, sprawowanie sakramentu pojednania i kierownictwo duchowe. Te trzy działania właściwe są każdemu kapłanowi, lecz w tym przypadku według papieża Jana Pawła II zostały rozwinięte w najwyższym stopniu. Stygmatyk bardzo sobie cenił możliwość odprawiania Eucharystii, zwłaszcza w obecności wiernych. Było to sensem jego życia, spełnieniem powołania. W ten sposób oddziaływał na innych. Największe i najgłośniejsze nawrócenia nastąpiły właśnie podczas składania przez niego ofiary na ołtarzu. Msza święta była sercem jego kapłaństwa: źródłem i szczytem, fundamentem i centrum życia oraz działania.

    15 kwietnia 1949 roku Ettore Bernabei w dzienniku “Il domani d’Italia” napisał artykuł pt.: “Msza Ojca Pio”, w którym zamieścił następującą relację: “Ojciec Pio powoli zbliżył się do ołtarza i z twarzą pochyloną nad kielichem rozpoczął ofiarę Ciała i Krwi Chrystusa. Zdjął swoje do połowy obcięte czarne rękawice, które zakrywają rany dłoni, i rozkładając ramiona w żarliwej prośbie Orate fratres, ukazał czerwień świeżej krwi błyszczącej w migoczącym świetle świec.

    Modliło się z nim, wcale nie czując ciężaru ani ciała, ani świata, ani nawet żadnego z najbardziej dotkliwych zmartwień: modliło się z niewymownym bólem ofiary krzyża. Tego czerwcowego poranka, tak jak przez trzydzieści już lat, Ojciec Pio nie odprawiał rytu, lecz doświadczał w ciele cierpień ludzkości, przeżywał w duszy karę za wszystkie grzechy ludzi. Od konsekracji do komunii po jego woskowej cerze spływały do kielicha duże łzy. Przy spożywaniu Komunii Świętej jego ciało zdawało się być wzburzone nawałnicą szlochania.

    Gdy Ojciec Pio ruszył w stronę zakrystii, nie zdawałem sobie sprawy z tego, że upłynęły prawie dwie godziny. Wszyscy, którzy przebywali ze mną w małym kościele Matki Bożej Łaskawej, w modlitwie towarzyszyli mu we wchodzeniu na Kalwarię i pozostali u stóp krzyża, na nowo utwierdzając się w wierze i nadziei”.

    Świadectwo to wskazuje, że Ojciec Pio dogłębnie uczestniczył w męce Chrystusa. Był Jego obrazem od pierwszej do ostatniej odprawionej przez siebie Eucharystii. Po śmierci Stygmatyka dziennik “L’Osservatore Romano” pisał: “Do ostatka cierpiący na astmę i zapalenie oskrzeli, wyczerpany pokutą, Ojciec Pio żył, wypełniając swoją posługę: pozwolono mu na odprawianie mszy świętej na siedząco, do konfesjonału udawał się na wózku inwalidzkim, gdyż nie mógł utrzymać się na nogach, lecz nie chciał zrezygnować z misji i obowiązku każdego kapłana, szafarza łaski i Bożego miłosierdzia. Jego konfesjonał był trybunałem miłosierdzia i stanowczości. Nawet ci, którzy zostali odesłani bez rozgrzeszenia, w większości pragnęli powrócić, aby odnaleźć pokój i zrozumienie, podczas gdy już właśnie w tym rozpoczął się dla nich nowy okres życia duchowego”.

    Więcej niż sława

    Papież Paweł VI w 1971 roku powiedział o Ojcu Pio: “Spójrzcie, jak był sławny! Jak wielką światową klientelę zgromadził wokół siebie! Ale dlaczego? Czy może dlatego, że był filozofem, mędrcem albo dysponował wielkimi środkami? Nie! Dlatego, że pokornie odprawiał mszę świętą, spowiadał od rana do wieczora i był, trudno to wyrazić słowami, naznaczonym stygmatami przedstawicielem naszego Pana”. Sam Ojciec Pio mawiał, że pośród ludzi jest bratem, na ołtarzu ofiarą, a w konfesjonale sędzią.

    Kapłaństwo Ojca Pio wydaje się być nadzwyczajne ze względu na dary, które otrzymywał od chwili, gdy przyszedł na świat. Wynika to z jego zwierzeń wyjawionych w szczerej rozmowie na osobiste tematy z duchowymi dziećmi, jak również z listów: “Już od momentu narodzin Jezus ukazał mi szczególne znaki swojego upodobania we mnie i dał mi poznać, że będzie nie tylko moim Zbawicielem, moim największym dobroczyńcą, lecz także najwierniejszym przyjacielem, szczerym i od serca, nieskończoną miłością, pocieszeniem, radością, otuchą, całym moim skarbem”.

    Potwierdzeniem tych słów są notatki pozostawione przez jego kierownika duchowego, o. Agostina z San Marco in Lamis, z których można się dowiedzieć, że Ojciec Pio już od dzieciństwa spotykał się na co dzień z Maryją i Jezusem: “Ekstazy i wizje zaczęły się u niego w piątym roku życia, gdy przyszło mu na myśl po raz pierwszy, żeby ofiarować się Panu i gdy jeszcze wierzył, że jest to całkiem naturalne i zdarza się wszystkim”.

    Przesłanie na dziś

    Kapłan sprawuje Eucharystię in persona Christi: uosabiając Chrystusa. Jego kapłaństwo rodzi się podczas mszy świętej (ponieważ wtedy ten sakrament jest udzielany), wypełniane jest dla niej (bo sprawuje ją każdego dnia) i za nią szczególnie odpowiada (powinien dbać o to, aby sacrum nie przerodziło się w profanum). Dzięki otrzymanemu powołaniu, jak nikt inny, ma jedyną w swoim rodzaju możliwość kłócenia się z Panem Bogiem o grzesznika. Warto przypomnieć sobie, jak wielką odwagę mieli prorocy walczący o tych, którzy już nawet sami o sobie nie pamiętali. Przykładem niech będzie Abraham mówiący Bogu, że jeśli odrzuci jego pobratymców, musi i jego wymazać z księgi życia, gdyż on jest jednym z nich.

    W dobie wielkiego zamieszania we współczesnym świecie trzeba się modlić o nowe, święte powołania do służby Bożej, za wszystkich kapłanów, opiekunów duchowych Grup Modlitwy, proboszczów… Nie należy jednak patrzeć tylko na ich osobiste przymioty, lecz na powołanie, posługę i zadania. Wsparcie kapłanów dobrym słowem, modlitwą i zaangażowaniem przełoży się na wspólne dobro.

    o. Robert Krawiec OFMCap/z dwumiesięcznika “Głos Ojca Pio”/DEON.pl

    ______________________________________________________________________________________________________________

    PIERWSZY PIĄTEK MIESIĄCA – 5 KWIETNIA

    Adoracja Najświętszego Sakramentu

    fot. opoka.pl

    ***

    18.00 ADORACJA NAJŚWIĘTSZEGO SAKRAMENTU/ SPOWIEDŹ ŚW.

    18.30 NABOŻEŃSTWO DROGI KRZYŻOWEJ

    MSZA ŚWIĘTA O GODZ. 19.00 W INTENCJI PRZEBŁAGALNEJ ZA GRZECHY NASZE I GRZECHY CAŁEGO ŚWIATA

     Adobe Stock

    ***

    W piątek 10 czerwca 1675 r., po oktawie Bożego Ciała, miało miejsce ostatnie objawienie Jezusowego Serca św. Małgorzacie Marii. Jezus powiedział do niej: „Oto Serce, które tak bardzo umiłowało ludzi, że nie szczędziło niczego aż do zupełnego wyniszczenia się dla okazania im miłości, a w zamian za to doznaje od większości ludzi tylko gorzkiej niewdzięczności, wzgardy, nieuszanowania, lekceważenia, oziębłości i świętokradztw, jakie oddają mu w tym Sakramencie Miłości. Dlatego żądam, aby pierwszy piątek po oktawie Bożego Ciała był odtąd poświęcony jako osobne święto ku czci Mojego Serca i na wynagrodzenie Mi przez komunię i inne praktyki pobożne zniewag, jakich doznaję”.

    __________________________________________

    Pierwsze piątki miesiąca.

    Czemu służy ta praktyka i jak najlepiej ją wypełniać?

    Już przystępując do Pierwszej Komunii Świętej dzieci zobowiązują się do uczestnictwa w 9. Pierwszych Piątkach miesiąca. Praktykę, stosowaną już od 1673 roku, gdy Świętej Małgorzacie Marii Alacoque objawił się Pan Jezus, Kościół propaguje w celu pogłębienia życia religijnego wszystkich wiernych. Czemu służy ta praktyka i jak najlepiej ją wypełniać?

    Serce niegdyś rozumiano jako wolę. A zatem Wolna Wola naszego Umiłowanego Nauczyciela poddała się zupełnie Woli Ojca. Przykład Chrystusa jest wzorem postępowania dla wszystkich chrześcijan. Nasze cierpienia winniśmy składać na Niepokalane Ręce Matki Zbawiciela. Prosić Matkę naszego Pana, aby te serca, przepełnione współczuciem wobec Mąk Jej Syna Jezusa zaniosła przed Tron Przenajświętszej Trójcy.

    Aby okazanej ludziom Bożej Miłości zadośćuczynić za grzechy ,,gorzkiej niewdzięczności, wzgardy, nieuszanowania, lekceważenia, oziębłości i świętokradztw” (Chrystus do Świętej Małgorzaty) należy w tym dniu.

    1. Być w stanie łaski uświęcającej albo wyspowiadać się (w intencji wynagradzającej Niepokalanemu Sercu Maryi, aby połączyć praktykę pierwszego piątku i pierwszej soboty miesiąca).

    2. Uczestniczyć w piątek we Mszy Świętej celebrowanej w intencji wynagradzającej Najświętszemu Sercu Pana Jezusa.

    3. Przyjąć Komunię Świętą.

    4. Odmówić Litanię do Najświętszego Serca Pana Jezusa.

    5. W miarę możliwości odprawić godzinną adorację Najświętszego Sakramentu.

    Wszystkim czczącym Najświętsze Serce Pana Jezusa i rozpowszechniającym Jego kult, Król Nieba i Ziemi przez Świętą Małgorzatę Marię Pan Jezus składa 12 obietnic:

    1. Dam im łaski, potrzebne w ich stanie.

    2. Ustalę pokój w ich rodzinach.

    3. Będę ich pocieszał w utrapieniach.

    4. Będę ich pewną ucieczką w życiu, a szczególnie w godzinę śmierci.

    5. Będę im błogosławił w ich przedsięwzięciach.

    6. Grzesznicy znajdą w mym Sercu źródło i ocean miłosierdzia.

    7. Dusze oziębłe staną się gorliwymi.

    8. Dusze gorliwe prędko dojdą do doskonałości.

    9. Będę błogosławił domom, w których wizerunek Serca mojego będzie czczony.

    10. Osoby, które będą to nabożeństwo rozszerzały, będą miały imię swoje wypisane w Sercu moim.

    11. Dam kapłanom dar wzruszania serc nawet najzatwardzialszych.

    12. W nadmiarze miłosierdzia Serca mojego przyrzekam tym wszystkim, którzy będą komunikować w pierwsze piątki miesiąca przez dziewięć miesięcy z rzędu w intencji wynagrodzenia, że miłość moja udzieli łaskę pokuty, iż nie umrą w mojej niełasce, ani bez Sakramentów świętych, a Serce moje będzie im pewną ucieczką w ostatniej godzinie życia.

    NP/PCh24.pl

    ________________________________________________________________________

    PIERWSZA SOBOTA MIESIĄCA – 6 KWIETNIA

    17.00 SPOWIEDŹ ŚW.

    18.00 – MSZA ŚW. WIGILIJNA Z III NIEDZIELI WIELKIEGO POSTU

    PO MSZY ŚWIĘTEJ

    NABOŻEŃSTWO WYNAGRADZAJĄCE ZA ZNIEWAGI I BLUŹNIERSTWA PRZECIWKO

    NIEPOKALANEMU SERCU MARYI

    This image has an empty alt attribute; its file name is NSM.jpg

    *****

    Wielka obietnica

    Siedem lat po zakończeniu fatimskich objawień Matka Boża zezwoliła siostrze Łucji na ujawnienie treści drugiej tajemnicy fatimskiej. Jej przedmiotem było nabożeństwo do Niepokalanego Serca Maryi.
    10 grudnia 1925r. objawiła się siostrze Łucji Najświętsza Maryja Panna z Dzieciątkiem i pokazała jej cierniami otoczone serce.

    Słowa Dzieciątka Jezus:
    Miej współczucie z Sercem Twej Najświętszej Matki, otoczonym cierniami, którymi niewdzięczni ludzie je wciąż na nowo ranią, a nie ma nikogo, kto by przez akt wynagrodzenia te ciernie powyciągał.

    Słowa Najświętszej Maryi:
    Córko moja, spójrz, Serce moje otoczone cierniami, którymi niewdzięczni ludzie przez bluźnierstwa i niewierności stale ranią. Przynajmniej ty staraj się nieść mi radość i oznajmij w moim imieniu, że przybędę w godzinie śmierci z łaskami potrzebnymi do zbawienia do tych wszystkich, którzy przez pięć miesięcy w pierwsze soboty odprawią spowiedź, przyjmą Komunię świętą, odmówią jeden Różaniec i przez piętnaście minut rozmyślania nad piętnastu tajemnicami różańcowymi towarzyszyć mi będą w intencji zadośćuczynienia.

    Dlaczego pięć sobót wynagradzających?

    Córko moja – powiedział Pan Jezus – chodzi o pięć rodzajów zniewag, którymi obraża się Niepokalane Serce Maryi:

    1. Obelgi przeciw Niepokalanemu Poczęciu,
    2. Przeciw Jej Dziewictwu,
    3. Przeciw Jej Bożemu Macierzyństwu,
    4. Obelgi, przez które usiłuje się wpoić w serca dzieci obojętność, wzgardę, a nawet nienawiść wobec nieskalanej Matki,
    5. Bluźnierstwa, które znieważają Maryję w Jej świętych wizerunkach.

    WARUNKI ODPRAWIENIA NABOŻEŃSTWA

    PIĘCIU PIERWSZYCH SOBÓT MIESIĄCA

    Warunek 1
    Spowiedź w pierwszą sobotę miesiąca

    Siostra Łucja przedstawiła Panu Jezusowi trudności, jakie niektóre dusze miały co do spowiedzi w sobotę i prosiła, aby spowiedź święta mogła być osiem dni ważna. Jezus odpowiedział: Może nawet wiele dłużej być ważna pod warunkiem, ze ludzie są w stanie łaski, gdy Mnie przyjmują i ze mają zamiar zadośćuczynienia Niepokalanemu Sercu Maryi.

    Do spowiedzi należy przystąpić z intencją zadośćuczynienia za zniewagi wobec Niepokalanego Serca Maryi. W kolejne pierwsze soboty można przystąpić do spowiedzi w intencji wynagrodzenia za jedną z pięciu zniewag, o których mówił Jezus. Można wzbudzić intencję podczas przygotowania się do spowiedzi lub w trakcie otrzymywania rozgrzeszenia.

    Przed spowiedzią można odmówić taką lub podobną modlitwę:

    Boże, pragnę teraz przystąpić do świętego sakramentu pojednania, aby otrzymać przebaczenie za popełnione grzechy, szczególnie za te, którymi świadomie lub nieświadomie zadałem ból Niepokalanemu Sercu Maryi. Niech ta spowiedź wyjedna Twoje miłosierdzie dla mnie oraz dla biednych grzeszników, by Niepokalane Serce Maryi zatriumfowało wśród nas.

    Można także podczas otrzymywania rozgrzeszenia odmówić akt żalu:

    Boże, bądź miłościw mnie grzesznemu, szczególnie za moje grzechy przeciwko Niepokalanemu Sercu Maryi.

    Warunek 2

    Komunia św. w pierwszą sobotę miesiąca

    Po przyjęciu Komunii św. należy wzbudzić intencję wynagradzającą. Można odmówić taką lub inna modlitwę:

    Najchwalebniejsza Dziewico, Matko Boga i Matko moja! Jednocząc się z Twoim Synem pragnę wynagradzać Ci za grzechy tak wielu ludzi przeciw Twojemu Niepokalanemu Sercu. Mimo własnej nędzy i nieudolności chcę uczynić wszystko, by zadośćuczynić za te obelgi i bluźnierstwa. Pragnę Najświętsza Matko, Ciebie czcić i całym sercem kochać. Tego bowiem ode mnie Bóg oczekuje. I właśnie dlatego, że Cię kocham, uczynię wszystko, co tylko w mojej mocy, abyś przez wszystkich była czczona i kochana. Ty zaś, najmilsza Matko, Ucieczko grzesznych, racz przyjąć ten akt wynagrodzenia, który Ci składam. Przyjmij Go również jako akt zadośćuczynienia za tych, którzy nie wiedzą, co mówią, w bezbożny sposób złorzeczą Tobie. Wyproś im u Boga nawrócenie, aby przez udzieloną im łaskę jeszcze bardziej uwydatniła się Twoja macierzyńska dobroć, potęga i miłosierdzie. Niech i oni przyłączą się do tego hołdu i rozsławiają Twoją świętość i dobroć, głosząc, że jesteś błogosławioną miedzy niewiastami, Matką Boga, której Niepokalane Serce nie ustaje w czułej miłości do każdego człowieka. Amen.

    Warunek 3

    Różaniec wynagradzający w pierwszą sobotę miesiąca

    Po każdym dziesiątku należy odmówić Modlitwę Anioła z Fatimy. Akt wynagrodzenia:

    O mój Jezu, przebacz nam nasze grzechy, zachowaj nas od ognia piekielnego, zaprowadź wszystkie dusze do nieba i pomóż szczególnie tym, którzy najbardziej potrzebują Twojego miłosierdzia.

    Zaleca się odmówienie Różańca wynagradzającego za zniewagi wyrządzone Niepokalanemu Sercu Maryi. Odmawia się go tak jak zwykle Różaniec, z tym, że w „Zdrowaś Maryjo…” po słowach „…i błogosławiony owoc żywota Twojego, Jezus” włącza się poniższe wezwanie, w każdej tajemnicy inne:

    Zachowaj i pomnażaj w nas wiarę w Twoje Niepokalane Poczęcie!
    Zachowaj i pomnażaj w nas wiarę w Twoje nieprzerwane Dziewictwo!
    Zachowaj i pomnażaj w nas wiarę w Twoją rzeczywistą godność Matki Bożej!
    Zachowaj i pomnażaj w nas cześć i miłość do Twoich wizerunków!
    Rozpłomień we wszystkich sercach żar miłości i doskonałego nabożeństwa do Ciebie!

    Warunek 4

    Piętnastominutowe rozmyślanie nad jedną z dwudziestu tajemnic różańcowych w pierwszą sobotę miesiąca

    (Jeden z przykładów rozmyślania nad pierwszą tajemnicą radosną)

    1. Najpierw odmawia się modlitwę wstępną:
    Zjednoczony ze wszystkimi aniołami i świętymi w niebie, zapraszam Ciebie, Maryjo, do rozważania ze mną tajemnic świętego różańca, co czynić chcę na cześć i chwałę Boga oraz dla zbawienia dusz.

    2. Należy przypomnieć sobie relację ewangeliczną (Łk 1,26 – 38). Odczytaj tekst powoli, w duchu głębokiej modlitwy.

    3. Z pokora pochyl się nad misterium swojego zbawienia objawionym w tej tajemnicy różańcowej. Rozmyślanie można poprowadzić według następujących punktów:
    a. rozważ anielskie przesłanie skierowane do Maryi,
    b. rozważ odpowiedź Najświętszej Maryi Panny,
    c. rozważ wcielenie Syna Bożego.

    4. Z kolei zjednocz się z Maryją w ufnej modlitwie. Odmów w skupieniu Litanię Loretańską. Na zakończenie dodaj:
    Niebieski Ojcze, zgodnie z Twoją wolą wyrażoną w przesłaniu anioła, Twój Syn Jednorodzony stał się człowiekiem w łonie Najświętszej Dziewicy Maryi. Wysłuchaj moich próśb i dozwól mi znaleźć u Ciebie wsparcie za Jej orędownictwem, ponieważ z wiarą uznaję Ją za prawdziwą Matkę Boga. Amen.

    5. Na zakończenie wzbudź w sobie postanowienia duchowe.

    Będę gorącym sercem miłował Matkę Najświętszą i każdego dnia oddawał Jej cześć.
    Będę uczył się od Maryi posłusznego wypełniania woli Bożej, jaką Pan mi ukazuje co dnia.
    Obudzę w sobie nabożeństwo do mojego Anioła Stróża.


    Osoby, które z różnych ważnych powodów (np. choroba) nie mogą osobiście uczestniczyć w nabożeństwie i przyjąć Komunii św. w kościele św. Piotra lub swoim lokalnym kościele, mogą łączyć się online, np. z Sanktuarium Matki Bożej Fatimskiej na Krzeptówkach w Zakopanem:

    https://smbf.pl/parafia/sanktuarium-na-zywo/  – w pierwszą sobotę miesiąca o godz. 18.30 pokutny różaniec fatimski (w Szkocji 17:30), następnie medytacja pierwszosobotnia, Msza św. z kazaniem i Apel Maryjny.

    *****

    WIęcej informacji na temat Nabożeństw Pięciu Pierwszych Sobót Miesiąca można znaleźć na stronie www.pierwszesoboty.pl lub na stronie www.sekretariatfatimski.pl

    ______________________________________________________________________________________________________________

    3 MARCA

    TRZECIA NIEDZIELA WIELKIEGO POSTU

    13.30 – ADORACJA NAJŚWIĘTSZEGO SAKRAMENTU

    GORZKIE ŻALE

    SPOWIEDŹ ŚW.

    14.00 – MSZA ŚW.

    PO MSZY ŚW. KORONKA DO BOŻEGO MIŁOSIERDZIA

     Adobe Stock

    ***

    …”Jezus wyrzucił ze świątyni tych, którzy do niej nie należeli. Usunął z niej wszystko to, co było jej obce. Jezus uczynił to w świątyni materialnej, ale świątynią jest także każdy człowiek. Czyż nie wiecie, żeście świątynią Boga i że Duch Boży mieszka w was? Jeżeli ktoś zniszczy świątynię Boga, tego zniszczy Bóg. Świątynia Boga jest świętą, a wy nią jesteście (1 Kor 3, 16-17) – pisze św. Paweł. Każdy człowiek … jest świątynią, którą sam Bóg tworzy, jeśli tylko mu na to człowiek pozwoli. Ponieważ człowiek jest świątynią Boga, jego wnętrze musi być czyste. Usunąć winien ze swego serca i myśli, ze swojego słownika i z obrazów, którym się przygląda, ale też ze swoich pragnień i spośród znajomych wszystko to i tych, co zaśmieca, co zanieczyszcza jego wnętrze, co sprawia, że inni nie widzą w nim już Boga” …

    (fragment rozważania z III Niedzieli Wielkiego Postu o. prof. Zdzisława Kijasa OFM/Tygodnik Niedziela)

    ________________________________________________________________________

    REKOLEKCJE WIELKOPOSTNE

    W DNIACH OD 21 – 24 MARCA

    W KOŚCIELE ŚW. PIOTRA

    NAUKI GŁOSI KS. ROMAN SZCZYPA, SALEZJANIN

    roman szczypa - misje salezjanie
    Ks. Rekolekcjonista święcenia kapłańskie przyjął w roku 2003 w Łodzi. Kilka lat temu był duszpasterzem w szkockiej parafii w Glasgow a obecnie pracuje w Młodzieżowym Ośrodku Rekolekcyjnym (Savio House) w Bollington, w Anglii.

    ______________________________________________________________________________________________________________

    CZWARTEK – 21 MARCA

    GODZ. 20.00 – MSZA ŚW. – I NAUKA REKOLEKCYJNA

    Ponieważ dzisiejszego wieczoru kościół jest zajęty przez parafian św. Piotra – Msza św. i nauka rekolekcyjna będzie w sali parafialnej (wejście od strony zakrystii).

    ______________________________________________________________________________________________________________

    PIĄTEK – 22 MARCA

    GODZ. 18.00 – ADORACJA, SPOWIEDŹ ŚW.

    GODZ. 18.30 – NABOŻEŃSTWO DROGI KRZYŻOWEJ

    GODZ. 19.00 – MSZA ŚW. – II NAUKA REKOLEKCYJNA

    ______________________________________________________________________________________________________________

    SOBOTA – 23 MARCA

    GODZ.17.00 – ADORACJA, SPOWIEDŹ ŚW.

    GODZ. 18.00 – MSZA ŚW. WIGILIJNA Z NIEDZIELI PALMOWEJ

    III NAUKA REKOLEKCYJNA

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Odpusty, które można uzyskać tylko w Wielkim Poście.

    Usuwają bolesne skutki grzechów

    Te odpusty uzyskasz tylko w Wielkim Poście. Usuwają bolesne skutki grzechów

    fot. Depositphotos.com

    ***

    Najważniejsze zadanie na Wielki Post to nawrócenie: czas łaski, dni, w których Bóg jest blisko i czeka na nas ze swoją miłością i miłosierdziem. Wśród wszystkich pomocy, z których możemy skorzystać w czasie Wielkiego Postu, są też możliwe do uzyskania za wielkopostne czynności odpusty zupełne.

     Czym jest odpust zupełny? To darowanie kar za odpuszczone już w sakramencie pokuty grzechy – a prościej mówiąc, boże usuwanie konsekwencji naszych grzechów, które dotykają nas samych, naszych bliskich i świat. 

    Jaki jest skutek odpustu zupełnego?

    Odpust można ofiarować za siebie lub za osobę zmarłą. Jeśli ofiarujemy go za siebie, uwalniamy się od konsekwencji grzechów, które popełniliśmy, a które mogą sprawiać, że nasze życie jest pełne trudności i cierpienia. Gdy ofiarujemy go za osobę zmarłą i spełnimy warunki do uzyskania odpustu zupełnego, wymieniony przez nas zmarły, który po śmierci nie trafił jeszcze do nieba, ale oczyszcza się przed wejściem do niego w czyśćcu,  zostaje, obrazowo mówiąc, natychmiast przeniesiony do nieba.

    Odpusty, które można uzyskać w Wielkim Poście:

    By uzyskać odpust zupełny, trzeba spełnić kilka warunków: należy być w stanie łaski uświęcającej (lub się wyspowiadać) i przyjąć Komunię świętą, pomodlić się w papieskich intencjach (nie trzeba ich znać) oraz zrezygnować z przywiązania do grzechów. Jakie aktywności pozwolą nam oczyścić swoje życie ze skutków grzechów w Wielkim Poście?

    1. Adoracja i ucałowanie Krzyża w trakcie liturgii Męki Pańskiej w Wielki Piątek.

    2. Odmówienie modlitwy: Oto ja, o dobry i najsłodszy Jezu – po Komunii św. przed obrazem Jezusa Chrystusa w każdy piątek Wielkiego Postu i w Wielki Piątek.

    “Oto ja, dobry i najsłodszy Jezu, upadam na kolana przed Twoim obliczem i z największą gorliwością ducha proszę Cię i błagam, abyś wszczepił w moje serce najżywsze uczucia wiary, nadziei i miłości oraz prawdziwą skruchę za moje grzechy i silną wolę poprawy. Oto z sercem przepełnionym wielkim uczuciem i z boleścią oglądam w duchu Twoje pięć ran i myślą się w nich zatapiam, pamiętając o tym, dobry Jezu, co już prorok Dawid włożył w Twoje usta: Przebodli ręce moje i nogi, policzyli wszystkie kości moje. (Ps 22, 17)”

    3. Odmówienie (lub zaśpiewanie): Przed tak wielkim Sakramentem… podczas liturgii Wieczerzy Pańskiej po Mszy św. (w Wielki Czwartek). 

    4. Odprawienie Drogi Krzyżowej. Należy spełnić następujące warunki: odprawić nabożeństwo przed stacjami Drogi Krzyżowej, która ma 14 stacji, rozważając mękę i śmierć Jezusa i przechodząc od jednej stacji do drugiej (przy publicznym odprawianiu wystarczy, aby prowadzący przechodził, jeśli wszyscy wierni nie mogą tego zrobić). Jeśli ktoś ze względu na np. chorobę nie jest w stanie przejść drogi krzyżowej, może przez pół godziny pobożnie czytać i rozważać mękę i śmierć Chrystusa. 

    5. Uczestnictwo w nabożeństwie Gorzkich Żalów: jeden raz w tygodniu w okresie Wielkiego Postu, w jakimkolwiek kościele na terenie Polski.

    DEON.pl / mł

    ________________________________________________________________________________________

    Gorzkie żale, przybywajcie!

     fot. Karol Porwich/Tygodnik Niedziela

    ***

    W polskiej pobożności występuje szereg nabożeństw i pieśni, które stanowią o jej bogactwie i oryginalności. Obok kolęd i silnego wątku maryjnego szczególne miejsce w naszej duchowości zajmuje nabożeństwo do Męki Pańskiej, a zwłaszcza Gorzkie żale, które są rdzennie polskim nabożeństwem wielkopostnym, występującym tylko u nas.

    Po raz pierwszy nabożeństwo pasyjne będące pierwowzorem dzisiejszych Gorzkich żali odprawiono w pierwszą niedzielę Wielkiego Postu 16 lutego 1697 r. w Warszawie. Wprowadził je proboszcz parafii Świętego Krzyża, a jego wprowadzenie nastąpiło – jak zapisano w „Księdze Protokołów Bractwa św. Rocha” – „na gorącą intencję Ich Mościów Panów Braci, którzy chcąc wedle możności Chrystusa cierpiącego i przebłogosławionego Patrona naszego św. Rocha w umartwieniu ciała naśladować, a to Jego Mościa Ks. Proboszcza pokornie upraszali, który tak święte i pobożne zamysły ordynował i wiecznymi czasy postanowił, aby takowe nabożeństwo co rok w każde niedziele Postu po nieszporze tutejszym św. Krzyża odprawiane było”.

    Obecną formę Gorzkich żali opracował promotor Bractwa św. Rocha ks. Wawrzyniec Benik w lutym 1707 r., a więc 311 lat temu. Zaś w 2. poł. XIX wieku biskupi polscy wprowadzili Gorzkie żale jako obowiązkowe nabożeństwo pasyjne w parafiach.

    Czemu ma służyć to uświęcone tradycją nabożeństwo odprawiane od początku swego istnienia przed wystawionym Najświętszym Sakramentem? Odpowiedź jest bardzo prosta i można ją streścić słowami bł. Marii od Męki Pańskiej, która mówiła, że „kto szuka Chrystusa Ukrzyżowanego, ten nie musi się niczego obawiać”.

    Św. Franciszek Salezy rozważanie Męki Pańskiej nazywa „prawdziwą szkołą miłości, najsłodszą pobudką do gorliwości”. Według niego, kiedy rozważamy słowa Pana Jezusa z krzyża: „Ojcze, przebacz im, bo nie wiedzą, co czynią”, sami uczymy się przebaczenia. Rozważając postawę św. Weroniki, uczymy się współczucia i pomocy cierpiącym. Nawracający się łotr na krzyżu ukazuje ogrom Bożej łaski i miłosierdzia, również w ostatniej chwili życia. Rozważanie cierpień Pana uczy nas sensu cierpienia, daje moc do niesienia krzyży i przypomina o Jego nieskończonej miłości.

    Pan Jezus wielu świętym zalecał rozważanie swej Męki i ukazywał jej zbawienne owoce.

    Św. Bernardowi z Clairvaux Pan objawił tajemnicę nieznanej bolesnej Rany swego Ramienia w takich słowach: „Miałem ranę na ramieniu, spowodowaną dźwiganiem krzyża, na trzy palce głęboką, w której widniały trzy odkryte kości. Sprawiła Mi ona większe cierpienie i ból, aniżeli wszystkie inne. Ludzie mało o niej myślą, dlatego jest nieznana, lecz ty staraj się objawić ją wszystkim chrześcijanom całego świata. Wiedz, że o jakąkolwiek łaskę prosić Mnie będą przez tę właśnie Ranę, udzielę jej. I wszystkim, którzy z miłości do tej Rany uczczą Mnie odmówieniem codziennie trzech «Ojcze nasz» i trzech «Zdrowaś Maryjo», daruję grzechy powszednie, ich grzechów ciężkich już więcej pamiętać nie będę i nie umrą nagłą śmiercią, a w chwili konania nawiedzi ich Najświętsza Dziewica i uzyskają łaskę i zmiłowanie Moje”.

    Św. Brygidzie Szwedzkiej Pan Jezus objawił, ile otrzymał ran i jak należy uczcić każdą z nich. Pewnego dnia Zbawiciel objawił się jej i rzekł: „Moje Ciało otrzymało 5480 ciosów. Jeżeli chcesz je uczcić pobożną praktyką, zmów codziennie 15 «Ojcze nasz» i 15 «Zdrowaś Maryjo» z modlitwami, których cię nauczyłem, podczas całego roku. W ten sposób w ciągu roku uczcisz każdą moją Ranę”. Dalej św. Brygida, patronka Europy, usłyszała słowa: „Trzeba wiedzieć, że choćby kto żył przez 30 lat w grzechu, lecz potem skruszonym sercem odmawiałby pobożnie te modlitwy albo przynajmniej powziął postanowienie ich odmawiania, Pan mu odpuści jego grzechy”.

    Wśród współczesnych świętych szczególnym nabożeństwem do Męki Pańskiej odznaczała się św. Faustyna, która w swoim „Dzienniczku” odnotowuje takie słowa Pana Jezusa: „Córko Moja, rozważaj często cierpienia Moje, które dla ciebie poniosłem; a nic ci się wielkim nie wyda, co ty cierpisz dla Mnie. Najwięcej Mi się podobasz, kiedy rozważasz Moją bolesną mękę; łącz swoje małe cierpienia z Moją bolesną męką, aby miały wartość nieskończoną przed Moim Majestatem” (Dz. 1512). W innym miejscu „Dzienniczka” czytamy: „Usłyszałam głos w duszy: «Jedna godzina rozważania Mojej bolesnej męki większą zasługę ma, aniżeli cały rok biczowania się aż do krwi; rozważanie Moich bolesnych ran jest dla ciebie z wielkim pożytkiem, a Mnie sprawia wielką radość»” (Dz. 369).

    Zmysł wiary naszych przodków, pobudzany przez Ducha Świętego, w rozważaniu Męki Pańskiej upatrywał siły do niesienia naszych codziennych krzyży i był wyrazem wdzięczności, jaką jesteśmy winni Temu, który za nas cierpiał rany. Pismo Święte uczy nas tego nabożeństwa: „Będą patrzeć na tego, którego przebili, i boleć będą nad Nim, jak się boleje nad jedynakiem, i płakać będą nad nim, jak się płacze nad pierworodnym” (Za 12,10n). Ponieważ „Krwią Jego ran zostaliście uzdrowieni” (1 P 2,21-24), „a w Jego ranach jest nasze zdrowie” (Iz 53,5).

    Śpiewajmy zatem wszyscy razem: Gorzkie żale, przybywajcie….

    ks. Zbigniew Chromy/Tygodnik Niedziela

    _______________________________________________________________

    fot. stevenneira/Cathopic/Stacja7.pl

    ***

    Uczestnicząc w nabożeństwie „Gorzkie żale” można uzyskać odpust zupełny raz w tygodniu, dowolnego dnia, w okresie Wielkiego Postu. Należy wziąć udział w nabożeństwie w kościele – nie wystarczy prywatne odmówienie „Gorzkich żali”. Aby uzyskać odpust zupełny trzeba spełnić wymagane warunki, o których przypominam poniżej.

    ________________________________________________________________________________________

    DROGA KRZYŻOWA

    fot. James Coleman/Unsplash/Stacja7.pl

    ***

    Jak uzyskać odpust zupełny za udział w Drodze Krzyżowej?

    W Wielkim Poście Kościół zachęca nas do nabożeństw pasyjnych, w szczególności Drogi Krzyżowej. Za udział w niej można uzyskać odpust zupełny, który Stolica Apostolska wyjaśnia w następujący sposób:

    • Pobożne ćwiczenie należy odprawić przed stacjami Drogi Krzyżowej prawnie erygowanymi
    • Do erygowania zaś Drogi Krzyżowej wymaga się 14 krzyży, przy których zwykło się zamieszczać z pożytkiem duchowym tyleż obrazów, przedstawiających stacje jerozolimskie
    • Zgodnie z powszechniejszym zwyczajem pobożna praktyka składa się z czternastu właściwych czytań, do których dodaje się pewne wezwania modlitewne. Do odprawienia jednak Drogi Krzyżowej wymaga się tylko pobożnego rozważania Męki i Śmierci Chrystusa. Nie jest zatem konieczne rozmyślanie poszczególnych tajemnic każdej stacji
    • Wymaga się przechodzenia od jednej stacji do drugiej. Jeżeli jednak to nabożeństwo odprawia się publicznie i wszyscy biorący udział nie mogą bez zamieszania przechodzić od stacji do stacji, wystarczy, jeżeli do poszczególnych stacji przechodzi prowadzący Drogę Krzyżową, podczas gdy inni pozostają na swoim miejscu
    • Wierni, którzy mają prawnie uzasadnioną przeszkodę, mogą uzyskać taki sam odpust, jeżeli przynajmniej przez pewien czas, na przykład przez kwadrans będą pobożnie czytać i rozważać mękę i śmierć Pana naszego, Jezusa Chrystusa.

    ***

    Warunki uzyskania odpustu zupełnego:

    • być w stanie łaski uświęcającej;
    • przyjąć w tym dniu Komunię Świętą;
    • pomodlić się w intencjach polecanych przez Ojca Świętego – ”Wierzę Boga”, ”Zdrowaś Maryjo”;
    • nie mieć w sobie przywiązania do żadnego grzechu, nawet lekkiego;

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Odpust w Kościele katolickim.

    Ile razy można go uzyskać?

    Odpust w Kościele katolickim. Ile razy można go uzyskać?

    Sąd Ostateczny – witraż z kościoła św. Barbary w Kutnej Horze w Czechach (fot. wrangel / depositphotos)

    ***

    Na czym polega odpust Kościele katolickim, jakie są warunki jego uzyskania, co oznacza odpust zupełny i cząstkowy, za kogo można ofiarować odpust, jak do odpustów pochodzono w przeszłości – wyjaśnia o. dr. hab. Marek Blaza SJ, profesor teologii w Akademii Katolickiej w Warszawie – Collegium Bobolanum.

    Jakub Kołacz SJ: W ostatnim czasie znów więcej mówimy na temat odpustów – specjalne wydarzenia, jak Rok św. Józefa są okazją do ich uzyskania. Odpusty jednak uzyskać można w listopadzie, przy okazji różnych uroczystości czy choćby co roku podczas odpustu parafialnego. Może warto przypomnieć, czym są odpusty?

    Prof. AKW, dr hab. Marek Blaza SJ: – Obecnie obowiązująca oficjalna definicja odpustu w Kościele katolickim została po raz pierwszy ogłoszona w Konstytucji apostolskiej papieża św. Pawła VI Indulgentiarum doctrina w 1967 r. i w całości zamieszczona w Katechizmie Kościoła Katolickiego z 1992 r.: „Odpust jest to darowanie wobec Boga kary doczesnej za grzechy, zgładzone już co do winy. Dostępuje go chrześcijanin odpowiednio usposobiony i pod pewnymi, określonymi warunkami, za pośrednictwem Kościoła, który jako szafarz owoców odkupienia rozdaje i prawomocnie przydziela zadośćuczynienie ze skarbca zasług Chrystusa i świętych” (nr 1471)

    W przeszłości sprawa odpustów wywoływała wielkie kontrowersje. To m.in. od tej „iskry” zapalił się wielki ogień Reformacji. Skąd brały się te kontrowersje?

    – Aby zrozumieć, dlaczego odpusty wywołały tak wielkie kontrowersje, należy pamiętać, że w dużej mierze ich początki związane są z wieloletnimi praktykami pokutnymi nakładanymi za bardzo ciężkie grzechy w pierwszym tysiącleciu chrześcijaństwa. Co prawda od VI wieku można było już wielokrotnie przystępować do pokuty (wcześniej można było do niej przystąpić tylko raz w życiu!), ale była ona nadal długotrwała i uciążliwa. Jednak w tym kontekście zaczęło dochodzić do różnorakich wynaturzeń związanych z praktykami pokutnymi: bogatsi pokutnicy otrzymali możliwość wykupienia nałożonej pokuty za określoną sumę pieniędzy, np. rok postu można było zamienić na określoną opłatę. Te zamiany nie ograniczały się jedynie do pieniędzy. Można było bowiem 3 dni postu zamienić na recytację 50 psalmów. Tego rodzaju wynaturzenia osłabiały prawdziwego ducha pokuty i nawrócenia.

    – Wreszcie problematyczną stawała się sytuacja, kiedy pokutnik zmarł, nie odprawiwszy do końca swojej pokuty. W takiej sytuacji uważano, że musi on ją dokończyć już po śmierci. Stąd od początku II tysiąclecia chrześcijaństwa starano się, aby jednak owa kara będąca konsekwencją grzechów mogła zostać odpokutowana już za życia. Od XI w. takie darowanie kary było związane z udziałem w wyprawach krzyżowych, a nieco później z nawiedzaniem miejsc świętych, np. grobu św. Jakuba Apostoła w Santiago de Compostela lub kaplicy Porcjunkuli w Asyżu. Natomiast od XIV w. pojawia się praktyka zamieniania aktów pokuty na opłaty pieniężne. I tak, poprzez zakupienie listu odpustowego za siebie lub za zmarłego, można było skrócić męki czyśćcowe.

    – Z kolei tą wspomnianą „iskrą”, która zapaliła ogień Reformacji, był odpust ogłoszony w 1515 r. przez papieża Leona X w celu zebrania pieniędzy na budowę bazyliki św. Piotra w Rzymie. Przy tej okazji doszło jednak do wielu rażących nadużyć, związanych również z kupowaniem urzędów kościelnych za pieniądze uzyskane z odpustów. Dlatego począwszy od 1517 r. reformatorzy na czele z Marcinem Lutrem potępiali tę praktykę, odnosząc się do niej ironicznie: „Gdy tylko złoto w misce zadzwoni, do nieba jakaś duszyczka goni”. Reformatorzy jednak nie poprzestali na potępieniu nadużyć, ale wręcz zakwestionowali samą teologię i praktykę odpustów. Z drugiej strony ta krytyka przyczyniła się do zrewidowania nauki o odpustach w Kościele katolickim.

    Kiedyś – widzimy to jeszcze w starych książeczkach do nabożeństwa – za odmówienie niektórych modlitw można było uzyskać 300 dni odpustu. Dziś inaczej rozumiemy te kwestie, ale może warto wyjaśnić, skąd brało się takie podejście – czy dawniej wyobrażano sobie, że na sądzie Bożym, po śmierci, człowiek otrzymywał wyrok np. 500 dni w czyśćcu?

    – Aby wyjaśnić tę kwestię, warto sięgnąć chociażby do Katechizmu św. Piusa X z początku XX w. Na pytanie „co znaczy odpust na przykład czterdziestu dni, stu dni albo siedmiu lat?” pada odpowiedź: „Odpust na przykład czterdziestu dni, stu dni albo siedmiu lat oznacza odpuszczenie takiego okresu kary doczesnej, jaki byłby do odpokutowania przez czterdzieści dni, sto dni albo siedem lat praktyk pokutnych, jakie w dawnych czasach były nakładane przez Kościół” („O sakramencie pokuty”, pytanie 132.). Należy także mieć na uwadze, że w teologii katolickiej przynajmniej od czasów średniowiecza przyjmowano, że w czyśćcu istnieje jakiś rodzaj czasu, choć nie jest on tożsamy z czasem ziemskim. O ile w opisie natury tego czasu w czyśćcu teologowie wykazywali się powściągliwością, o tyle wizjonerzy średniowieczni potrafili bardzo szczegółowo opowiadać o tym, jak długo takie cierpienia trwają. Wreszcie papież Aleksander VII (1655-1667) w celu położenia kresu tego rodzaju dywagacjom potępił twierdzenie, że dusza nie może przebywać dłużej w czyśćcu niż 20 lat. Dlatego dziś w Kościele katolickim wyróżniamy jedynie dwa rodzaje odpustu: „cząstkowy lub zupełny, zależnie od tego, czy uwalnia od kary doczesnej należnej za grzechy w całości lub w części” (KKK 1471)

    Odpusty możemy uzyskać dla siebie czy dla innych?

    – Odpust można uzyskać tylko i wyłącznie dla siebie lub ofiarować go za zmarłych na sposób wstawiennictwa. Odpustu nie można ofiarować za inną żyjącą osobę.

    A skoro już raz uzyskamy odpust, to po co starać się o niego po raz drugi? Wydawać by się mogło, że skoro już uzyskaliśmy odpust zupełny, to jesteśmy bezpieczni.

    – Nie trzeba by było starać się uzyskać odpustu drugi czy kolejny raz, gdybyśmy po uzyskaniu odpustu zupełnego zaprzestali popełniania grzechów. To faktycznie może się udać na łożu śmierci, ale pod warunkiem, że po uzyskaniu odpustu niezwłocznie umrzemy. W tym kontekście warto też dodać, że jednym ze skutków przyjęcia sakramentu chrztu jest uzyskanie odpustu zupełnego. Jednak nawet po przyjęciu chrztu pozostaje w chrześcijaninie zarzewie grzechu (fomes peccati), czyli pewna skłonność do popełniania grzechów. Dlatego uzyskiwać odpust można nawet codziennie. Odpust zupełny można uzyskać tylko jeden raz w ciągu dnia, chociaż w chwili śmierci można uzyskać odpust zupełny nawet wtedy, gdy się go uzyskało wcześniej w tym samym dniu. Z kolei odpust cząstkowy można uzyskać kilka razy dziennie.

    Czy odpust może uzyskać każdy, kto tego chce?

    – Do uzyskania odpustu zdolna jest osoba ochrzczona, nieekskomunikowana i znajdująca się w stanie łaski uświęcającej, czyli wolna od grzechu ciężkiego. W celu zaś uzyskania odpustu zupełnego winna być ona wolna od jakiegokolwiek grzechu, nawet powszedniego przynajmniej pod koniec wypełniania przepisanych czynności.

    Często, gdy przypominamy o możliwości uzyskania odpustu, mówimy, że można go uzyskać „pod zwykłymi warunkami”. Jakie są te „zwykłe warunki”?

    – Z zasady z uzyskaniem odpustu zupełnego wiąże się przystąpienie do sakramentalnej spowiedzi, przyjęcie Komunii św. oraz odmówienie przepisanych modlitw: Ojcze nasz, Wierzę w Boga i modlitwy w intencji Ojca Świętego. Tą modlitwą w intencji papieża może być Ojcze nasz lub Zdrowaś, lub jakakolwiek inna modlitwa, którą wierny uważa za stosowną do odmówienia. Po jednej spowiedzi sakramentalnej można uzyskać kilka odpustów zupełnych, ale po jednej Komunii św. i odmówieniu wyżej wspomnianych modlitw można uzyskać tylko jeden odpust zupełny. Spowiedź, Komunia i przepisane modlitwy jako warunki odpustu zupełnego można wypełnić na wiele dni przed lub po wykonaniu danego dzieła związanego z odpustem (np. nawiedzenie kościoła w danym dniu). Jednak usilnie zaleca się, aby Komunię przyjąć i przepisane modlitwy odmówić w dniu, z którym związany jest dany odpust.

    Podsumowując, co zostaje nam darowane, gdy uzyskamy odpust?

    – Kara doczesna za grzechy, wcześniej zgładzona już co do winy. Odpusty nie podważają bowiem skuteczności rozgrzeszenia otrzymanego w sakramencie pokuty. Aby lepiej zrozumieć tę różnicę między winą i karą, można posłużyć się przykładem skazanego prawomocnym wyrokiem sądowym za przestępstwo. Czy taki skazaniec może otrzymać rozgrzeszenie w sakramencie pojednania, jeżeli żałuje za to, co zrobił? Może. Ale czy to rozgrzeszenie poskutkuje zwolnieniem z odbycia kary, na którą sąd skazał złoczyńcę? Nie.

    Zatem uzyskiwanie i ofiarowanie odpustów za zmarłych to forma naszej solidarności z nimi i modlitwy w ich intencji. Mają one zatem wartość również dla nas, bo starając się o nie, sami stajemy się lepsi.

    – Praktyka uzyskiwania i ofiarowania odpustów przypomina nam o tym, że Kościół to wspólnota wierzących, do których należą także przebywający w czyśćcu. Tę wspólnotę nazywamy Kościołem pokutującym.  Z kolei cały Kościół, również ten tryumfujący (święci) i pielgrzymujący (my tutaj na ziemi), jest jednocześnie pośrednikiem i szafarzem owoców odkupienia. To Kościół bowiem rozdaje i prawomocnie przydziela zadośćuczynienie ze skarbca zasług Chrystusa i świętych. Św. Jan Paweł II w ramach swojej katechezy na audiencji generalnej 29 września 1999 r. podkreślił, że „tego rozdzielania [ze skarbca] nie należy pojmować jako swego rodzaju mechanicznej dystrybucji, tak jakby chodziło o «rzeczy». Jest ono raczej wyrazem pełnej ufności Kościoła, że jest wysłuchiwany przez Ojca, gdy ze względu na zasługi Chrystusa, a także — za Jego przyzwoleniem — na zasługi Matki Boskiej i świętych, prosi Go o zmniejszenie lub przekreślenie bolesnego aspektu kary, pogłębiając jej wymiar leczniczy poprzez inne rodzaje działania łaski. W niezgłębionej tajemnicy Bożej mądrości ten dar wstawiennictwa może być użyteczny również dla wiernych zmarłych, którzy korzystają z jego owoców stosownie do swej sytuacji”.

    – Natomiast w odniesieniu do uzyskującego odpust, św. Jan Paweł II wskazuje w tej katechezie, że „odpusty nie są nigdy swoistą «zniżką» zwalniającą z obowiązku nawrócenia, ale raczej stanowią pomoc w bardziej zdecydowanym, ofiarnym i radykalnym realizowaniu tej powinności. (…) Jest zatem w błędzie ten kto sądzi, że można otrzymać ten dar po wykonaniu kilku zwykłych czynności zewnętrznych. Przeciwnie, są one wymagane jako wyraz nawrócenia i wsparcie na tej drodze”. Praktyka odpustów każe nam zatem dbać o nasze zbawienie, a jednocześnie poczuć się współodpowiedzialnym za zbawienie zmarłych znajdujących się w czyśćcu. W ten sposób dobitnie widać, że Kościół jako Ciało Chrystusa jest rzeczywiście skutecznym środkiem zbawienia.

    o. Jakub Kołacz SJ / o. Marek Blaza SJ/Deon.pl

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Czym jest odpust zupełny? 

    Czym jest odpust zupełny? Nie ma nic wspólnego z kupowaniem sobie rozgrzeszenia, jak wciąż głoszą niektóre miejsko-kościelne legendy. To teologicznie uzasadniona duchowa praktyka, pokazująca ogrom Bożego miłosierdzia. Odpust zupełny to darowanie człowiekowi przez Boga wszystkich kar doczesnych, które powinien ponieść za swoje grzechy, odpuszczone już podczas spowiedzi. Potocznie mówiąc – odpust to łaska, która pozwala “wyzerować” swój czyśćcowy rachunek, czyli kary, którymi będziemy oczyszczani przed wejściem do nieba. Odpust może być zupełny – czyli wymazujący wszystkie kary, lub cząstkowy, czyli uwalniający nas z ich części.

    Odpust można uzyskać dla siebie i w ten sposób uniknąć kar czyśćcowych – lub ofiarować go za zmarłą osobę i w ten sposób sprawić, że z czyśćca trafi prosto do nieba.

    ______________________________________________________________________________________________________________

    MOŻLIWOŚCI UZYSKANIA ODPUSTU ZUPEŁNEGO W WIELKIM POŚCIE

    Oprócz odprawienia nabożeństw wielkopostnych takich jak Droga Krzyżowa i Gorzkie Żale – również pobożne odmówienie w piątki Wielkiego Postu przed wizerunkiem Ukrzyżowanego modlitwy: Oto ja, dobry i najsłodszy Jezu*, przypisana jest możliwość uzyskania odpustu zupełnego. Możemy go ofiarować za siebie lub za zmarłych.

    ***

    *MODLITWA

    Oto ja, dobry i najsłodszy Jezu, upadam na kolana przed Twoim obliczem i z największą gorliwością ducha proszę Cię i błagam, abyś wszczepił w moje serce najżywsze uczucia wiary, nadziei i miłości oraz prawdziwą skruchę za moje grzechy i silną wolę poprawy. Oto z sercem przepełnionym wielkim uczuciem i z boleścią oglądam w duchu Twoje pięć ran i myślą się w nich zatapiam, pamiętając o tym, dobry Jezu, co już prorok Dawid włożył w Twoje usta: „Przebodli ręce moje i nogi, policzyli wszystkie kości moje” (Ps 22,17).

    ***

    INFORMACJE DOTYCZĄCE ODPUSTÓW:

    1. Odpust jest darowaniem wobec Boga kary doczesnej za grzechy odpuszczone już co do winy w czasie spowiedzi. Może go uzyskać wierny, odpowiednio przygotowany – po wypełnieniu pewnych określonych warunków. Odpustami są czynności wiernych, w wielu wypadkach łączące się z jakimś miejscem (np. kościołem) lub z rzeczą (np. różańcem).
    2. Odpust jest cząstkowy albo zupełny, zależnie od tego, czy uwalnia od kary doczesnej w części lub w całości. Tym więcej będzie darowania, im więcej gorliwości okaże osoba zyskująca odpust.
    3. Nikt nie może przekazywać innym osobom żyjącym odpustów, jakie sam zyskuje. Odpusty zarówno cząstkowe jak i zupełne mogą być zawsze ofiarowane za zmarłych na sposób wstawiennictwa.
    4. Odpust zupełny można uzyskać tylko jeden w ciągu dnia. Jednakże w momencie śmierci wierny może uzyskać odpust zupełny, chociażby tego dnia zyskał już inny odpust zupełny. Odpust cząstkowy można uzyskać kilka razy dziennie, chyba że co innego jest wyraźnie zaznaczone.
    5. Do uzyskania odpustu zupełnego wymaga się wykonania dzieła obdarzonego odpustem, oraz wypełnienia trzech następujących warunków: 1) spowiedź sakramentalna, 2) Komunia eucharystyczna, 3) modlitwa w intencjach w jakich modli się Ojciec Święty.
    6. Ponadto wymaga się wykluczenia wszelkiego przywiązania do grzechu nawet powszedniego. Jeśli brakuje pełnej tego rodzaju dyspozycji, albo nie zostaną spełnione wyliczone warunki, wtedy odpust będzie tylko cząstkowy.
    7. Wypada, by Komunia święta i modlitwa w intencjach Ojca Świętego miały miejsce w tym dniu, w którym wykonuje się dzieło obdarzone odpustem.
    8. Po jednej spowiedzi sakramentalnej można uzyskać kilka odpustów zupełnych. Natomiast po jednej Komunii eucharystycznej i po jednej modlitwie w intencjach Ojca Świętego zyskuje się tylko jeden odpust zupełny.
    9. Warunek dotyczący modlitwy w intencjach Ojca Świętego wypełnia się całkowicie przez odmówienie jeden raz “Ojcze nasz” i “Zdrowaś”. Pozostawia się wiernym swobodę wyboru jakiejkolwiek modlitwy zgodnie z ich pobożnością.
    10. Jeżeli do uzyskania odpustu związanego z jakimś dniem wymagane jest nawiedzenie kościoła lub kaplicy, to można go dokonać od południa dnia poprzedzającego, aż do północy kończącej dzień oznaczony.

    Wierni mogą uzyskać odpust zupełny wypełniając warunki określone w punkcie 5 i następujące dzieła obdarzone odpustem:

    1. adoracja Najświętszego Sakramentu trwająca przynajmniej przez pół godziny,
    2. pobożne przyjęcie – choćby tylko przez radio – Błogosławieństwa Papieskiego udzielanego Miastu i Światu,
    3. nawiedzenie cmentarza w dniach od 1 do 8 listopada połączone z modlitwą – choćby tylko w myśli – za zmarłych (odpust ten może być ofiarowany tylko za dusze w czyśćcu cierpiące),
    4. pobożny udział w obrzędzie liturgicznym w Wielki Piątek i ucałowanie krzyża,
    5. udział w ćwiczeniach duchowych (rekolekcjach) trwających przynajmniej przez trzy dni,
    6. publiczne odmówienie Aktu Wynagrodzenia w uroczystość Najświętszego Serca Jezusowego,
    7. publiczne odmówienie Aktu poświęcenia rodzaju ludzkiego Chrystusowi Królowi w uroczystość Chrystusa Króla,
    8. w uroczystość śś. Apostołów Piotra i Pawła, każdy kto pobożnie używa przedmiotu religijnego (krzyża, różańca, szkaplerza, medalika) poświęconego przez Papieża lub Biskupa i w tym dniu odmówi Wyznanie Wiary,
    9. wysłuchanie w czasie misji kilku kazań i udział w uroczystym ich zakończeniu,
    10. przystąpienie po raz pierwszy do Komunii św. lub udział w takiej pobożnej ceremonii,
    11. odprawienie pierwszej Mszy św. lub pobożne uczestnictwo w niej,
    12. odmówienie różańca w kościele, w rodzinie, we wspólnocie zakonnej (należy odmówić przynajmniej jedną część, jednakże pięć dziesiątek w sposób ciągły, z modlitwą ustną należy połączyć pobożne rozważanie tajemnic, w publicznym odmawianiu tajemnice winne być zapowiadane zgodnie z zatwierdzoną miejscową praktyką, w odmawianiu prywatnym wystarczy, że wierny łączy z modlitwą ustną rozważanie tajemnic),
    13. czytanie Pisma św. z szacunkiem należnym słowu Bożemu, przynajmniej przez pół godziny,
    14. odmówienie w sposób uroczysty hymnu “Przed tak wielkim Sakramentem” w Wielki Czwartek,
    15. odmówienie tego samego hymnu w uroczystość Bożego Ciała,
    16. publiczne odmówienie hymnu “Ciebie Boże wielbimy” w ostatnim dniu roku,
    17. publiczne odmówienie hymnu “Przybądź Duchu” w Nowy Rok i w Zesłanie Ducha Świętego,
    18. pobożne odprawienie Drogi Krzyżowej (przed stacjami prawnie erygowanymi, połączone z rozważaniem Męki i Śmierci Chrystusa i przechodzeniem od stacji do stacji; w publicznym odprawianiu wystarczy przechodzenie prowadzącego),
    19. pobożne nawiedzenie kościoła w święto tytułu i dnia 2 sierpnia (odpust Porcjunkuli) i odmówienie “Ojcze nasz” i “Wierzę”,
    20. pobożne nawiedzenie kościoła lub ołtarza w dniu jego konsekracji i odmówienie “Ojcze nasz” i “Wierzę”,
    21. pobożne nawiedzenie kościoła w Dniu Zadusznym i odmówienie “Ojcze nasz” i “Wierzę” (odpust ten może być ofiarowany tylko za dusze w czyśćcu cierpiące),
    22. pobożne nawiedzenie kościoła lub kaplicy zakonnej w święta Założyciela i odmówienie “Ojcze nasz” i “Wierzę”,
    23. odnowienie przyrzeczeń chrztu św. w czasie nabożeństwa Wigilii Paschalnej lub w rocznicę swego chrztu,
    24. pobożne nawiedzenie jednej z czterech patriarchalnych bazylik rzymskich i odmówienie tam “Ojcze nasz” i “Wierzę” w: święto tytułu, jakiekolwiek święto nakazane, raz w roku w innym dniu wybranym przez wiernego,
    25. w momencie śmierci, o ile wierny miał za życia zwyczaj odmawiania jakichkolwiek modlitw (w tym wypadku wymieniony warunek zastępuje trzy zwyczajne warunki uzyskania odpustu zupełnego), dla uzyskania tego odpustu chwalebną rzeczą jest posługiwać się krucyfiksem lub krzyżem.
    26. Pobożne odmówienie Koronki do Miłosierdzia Bożego.

    (por. Kodeks Prawa Kanonicznego, kan. 992-997; Indulgentiarum Doctrina, Posoborowe Prawodawstwo Kościelne, t. I, z. 2; Enchiridion indulgentiarum (wyd. 4, lipiec1999), Posoborowe Prawodawstwo Kościelne, t. IX, z. 3)

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Długo wymykał się “łowcom księży”.

    Jego iluzjonistyczne skrytki uratowały życie setkom ludzi

    Długo wymykał się "łowcom księży". Jego iluzjonistyczne skrytki uratowały życie setkom ludzi

    fot. Tim Marshall / Unsplash

    ***

    Gdy był młody, uczył się na stolarza i murarza: to pomogło mu później budować przemyślne schowki i kaplice. Wzrastał w atmosferze coraz większych prześladowań katolików w Anglii. Nie przeszkodziło mu to jednak we wstąpieniu do zakonu jezuitów. 

    Kościół katolicki w Wielkiej Brytanii obchodził 22 marca indywidulane wspomnienie męczennika św. Mikołaja Owena, jezuity, który zasłynął z ukrywania i ratowania księży katolickich, prześladowanych w Anglii w 2. połowie XVII w. Stworzone przezeń przemyślne skrytki, kaplice czy korytarze są pokazywane do dziś na Wyspach Brytyjskich. Kanonizował go 25 października 1970 Paweł VI w grupie 40 męczenników angielskich.

    “Łowcy księży” aresztowali go dwukrotnie

    Przyszły święty urodził się ok.1562 r. w Oxfordzie, w pobożnej rodzinie katolickiej. Uczył się na stolarza i murarza, co pomogło mu później budować przemyślne schowki i kaplice dla prześladowanych księży. Wzrastał w atmosferze coraz większych prześladowań katolików, dla których podstawą były tzw. penal laws (prawa karne, mające na celu ustanowienie monopolu Kościoła anglikańskiego w życiu religijnym w Anglii). Nie przeszkodziło mu to jednak we wstąpieniu do zakonu jezuitów. Również jego dwaj bracia zostali księżmi katolickimi.

    Dwukrotnie aresztowali go agenci królewscy, tzw. priest hunters, czyli „łowcy księży”. Po raz pierwszy trafił za kratki w 1581, gdy działał przy innym przyszłym świętym męczenniku – Edmundzie Campionie (1540-81). Pewnej bogatej rodzinie katolickiej udało się go jednak wówczas wykupić z więzienia. Przez dalszych 18 lat działał m.in. u boku jeszcze innego słynnego jezuity – Henry’ego Garneta (1555-1606) i wówczas zajął się budowaniem owych przemyślnych miejsc schronienia dla prześladowanych kapłanów.

    “Nie do wiary, jak wielką radość sprawiło nam aresztowanie Owena”

    Do drugiego zatrzymania, które tym razem zakończało się męczeńską śmiercią Mikołaja, doszło na początku 1606 r. Radość z powodu aresztowania tak ważnego przeciwnika wyraził wówczas sekretarz stanu Robert Cecil: „Nie do wiary, jak wielką radość sprawiło nam aresztowanie Owena, twórcy niezliczonych kryjówek dla ukrywających się w całej Anglii księży”. Owena osadzono ostatecznie w słynnej londyńskiej Wieży (Tower), gdzie mimo okrutnych tortur nic nie ujawnił swoim prześladowcom. Zmarł w nocy z 1 na 2 marca 1606 r. Według jezuickiego historyka Johna Gararda brat Mikołaj „dzięki swoim umiejętnościom i niepoddaniu się torturom uratował życie setek katolików – duchownych i świeckich”.

    Jest patronem iluzjonistów, bo potrafił doskonale stworzyć złudzenie trójwymiarowości

    Mikołaja (Nicholasa) Owena ogłosił świętym 25 listopada 1970 św. Paweł VI jako jednego z „40 męczennikowi Anglii i Walii”. Jest on patronem iluzjonistów i sztukmistrzów ze względu na umiejętność malowania iluzjonistycznego (franc. „trompe l’oeil” – sposób malowania wywołujący złudzenie trójwymiarowości). W Anglii jest on patronem dwóch kościołów: w Little Thornton (hrabstwo Lancashire) i w Burton Latimer (hr. Northamptonshire). Jego imię nosi także katolicka organizacja oświatowa w hrabstwie Worcestershire w Środkowej Anglii.

    Deon.pl/KAI / mł

    ______________________________________________________________________________________________________________

    W galeriach, na ulicach i placach.

    Zobacz niezwykłe, współczesne ikony!

    Ukrzyżowanie | fot. Materiały “Fraterni”

    ***

    Fraternia to inicjatywa braci kapucynów, którzy poszukując nowych form ewangelizacji odkryli, że sztuka, a zwłaszcza ikona, jest uprzywilejowaną przestrzenią spotkania człowieka z Bogiem. Właśnie tak nawrócił się m.in. św. Franciszek z Asyżu! Będąc pogrążony w ciemności i kryzysie, w ruinach kościoła św. Damiana, stając przed ikoną ukrzyżowanego i zmartwychwstałego Jezusa usłyszał głos Boga.

    Bazując na ponad dwudziestoletnim doświadczeniu twórczych poszukiwań brata Marcina Świądra OFMCap, bracia oraz grupa świeckich tworząc współczesną ikonę, pragną przekazywać dobrą nowinę o miłości Boga do każdego człowieka.

    Dla tych, którzy nie mają już siły iść do kościoła

    W ostatnich latach wspólnota skupiła się na dorobku artystycznym Jerzego Nowosielskiego. Odkrywamy w jego twórczości charyzmatyczny geniusz. Dzieła, które tworzył, a zwłaszcza ikonografia są zaskakującą, prostą syntezą tradycji chrześcijańskiej i sztuki współczesnej. Fascynujący proces przełamywania egzystencjalnej prawdy o słabości ludzkiej, dokonuje się w dramatycznym poszukiwaniu harmonii, światła, sensu i formy istnienia… czyż nie jest to doświadczenie każdego człowieka? Ostateczny sens życia ludzkiego w konwulsjach poszukiwań Nowosielski odnajduje w Chrystusie. To dlatego wydaje nam się, że ten wciąż nieodkryty i niedoceniony malarz jest swego rodzaju prorokiem – wyjaśniają.

    WJAZD DO JEROZOLIMY | fot. Materiały „FRATERNI”

    ***

    Głównym celem Fraterni jest tworzenie kerygmatycznej ikonografii, w której zapisany jest cały depozyt wiary. Powstające prace promowane są na różne sposoby poprzez wystawy w galeriach, na ulicach i placach – aby ci którzy nie mają już siły iść do kościoła, czy cerkwi mogli otrzymać dobrą nowinę.

    Kiedyś miałam sprawę do załatwienia w Urzędzie Marszałkowskim w Rzeszowie. Już idąc na spotkanie zobaczyłam przed wejściem rzędy fotogramów z ikonami, ale spieszyłam się na spotkanie, które jak się okazało przesunęło się w czasie o godzinę. Trochę dla zabicia czasu poszłam popatrzeć na ikony – opowiada Celina Byś.

    ZWIASTOWANIE | fot. Materiały „FRATERNI”

    ***

    Chociaż nie jestem osobą pobożną, a nawet w pierwszym odruchu zdenerwowałam się, że pobożne obrazki są nawet przed urzędami, to jednak po obejrzeniu wystawy i przeczytaniu zamieszczonych tam komentarzy pomyślałam, że dobrze, że taka wystawa się tam pojawiła. Przecież z oglądaniem dzieł sztuki jest tak, jak z jedzeniem fast foodów. Jeżeli ja nie uznaję ich za jedzenie, to nie znaczy, że trzeba rozwalić wszystkie McDonald`sy. Nawet poleciłam tę wystawę do obejrzenia paru znajomym – dodaje.

    Komunikacja bez słów

    Aktualne prace Fraterni skupione są na powstającej w Szczepkowie Borowym wschodniej kaplicy ekumenicznej, gdzie bogata ikonografia i symbolika przestrzeni będzie służyła nie tylko liturgii, lecz również katechezie wprowadzającej w doświadczenie chrześcijańskie.

    PUSTY GRÓB | fot. Mmateriały „FRATERNI”

    ***

    Bliski jest mi świat ikon i tradycja oraz liturgia bizantyjska, którą chętnie sprawuję. Przez lata posługując w obrządku wschodnim, zauważyłem, że jest pewna liczba osób o wielkiej wrażliwości, do których niejednokrotnie ikona przemawia bardziej, niż mówione słowa lub teksty liturgii. Jest pewne misterium pojmowania tego niewerbalnego przekazu właściwe duszom subtelnym – mówi br. Justyn Rusin OFMCap.

    Dlatego wielką radością było dla mnie, kiedy po wielu latach posługi na Ukrainie musiałem wrócić do Polski z powodów zdrowotnych, że bracia zaproponowali mi przyłączenie się do Fraterni. Wszelkie działania związane z ikonografią i jej promocją, wystawami, produktami medialnymi i itp. przyczyniają się do tego, by brzmiał ten język bez słów pojmowany przez wielu – wyjaśnia.

    ZAŚNIĘCIE BOGURODZICY | fot. Materiały „FRATERNI”

    ***

    W planach jest także powołanie do życia otwartą pracownię malarską przy klasztorze kapucynów w Krośnie oraz stałą galerię w zabytkowym kompleksie cerkiewnym w Czerteżu koło Sanoka.

    Bieżące wydarzenia z Fraterni można śledzić na stronie internetowej oraz InstagramieFacebooku, a także na Fraternia OFMCap – YouTube (tutaj można oglądnąć etiudy filmowe „Święto – Ikona współczesna”).

    OBJAWIENIA PAŃSKIE | fot. Materiały „FRATERNI”

    NARODZENIE PAŃSKIE | fot. MATERIAŁY „FRATERNI”

    PRZEMIENIENIE PAŃSKIE | fot. MATERIAŁY „FRATERNI

    ______________________________________________________________________________________________________________

    WIECZERZA MISTYCZNA | fot. MATERIAŁY „FRATERNI”

    mat. prasowe Fraternia.pl, zś/Stacja7.pl

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Kontemplacja ikony Trójcy Świętej?

    Ta modlitwa cię zaskoczy!

    Poznaj wskazówki o. Badeniego

    fot. Archiwum dominikanów w Krakowie

    ***

    Ojciec Joachim Badeni najczęściej kontemplował ikonę Trójcy Świętej Rublowa i pozostawił ważne wskazówki prowadzące przez etapy tej niezwykłej modlitwy.

    Ojciec Joachim Badeni po okresie fascynacji religiami Dalekiego Wschodu, pod wpływem słów Jana Pawła II – w których Papież podkreślał, że chrześcijaństwo oddycha dwoma płucami – zaczął studiować Filokalia i kontemplować ikonę. Najczęściej kontemplował ikonę Trójcy Świętej Rublowa. W książce „Siła nadziei” w rozmowie z Judytą Syrek opisał sposób na umiejętną kontemplację ikony:

    Po co kontemplować ikonę?

    Bardzo doradzam kontemplację ikony, z której promieniuje obiektywne, niewidzialne światło. Światło energii boskiej – to jest ujęcie teologii wschodniej. Teologia zachodnia to samo zjawisko interpretuje inaczej. Nawet są problemy, jak to ekumenicznie pogodzić, ale Wschód trzyma się mocno stwierdzenia, że to są energie niestworzone. Jakie są, takie są, ale na pewno robią silne wrażenie. Przypuśćmy, że według praktyk zachodnich mamy jakieś przeżycia mistyczne, autentyczne, sprawdzone przez
    spowiednika. Chodzę z nimi jak radziecki marszałek z medalami – kilka medali ma i nosi je dla urody. Chwalę się, że mam przeżycia. Natomiast w przypadku ikony jest obiektywne promieniowanie energii boskiej. To jest coś ciągłego, czego nie mogę ze sobą zabrać do celi jako własnego przeżycia.

    Krok pierwszy: oczyść się

    Przed ikoną muszę się oczyścić, ale najpierw muszę chcieć być pokornym, bez pokory nie będzie czystości. Gdyby Matka Boska nie była pokorna, nie byłaby niepokalana. Trzeba oczyścić się głównie przez prostotę pokory. Jak to zrobić? Pójść do kaplicy, paść na kolana, zrobić głęboki pokłon przed Trójcą Świętą i powiedzieć: „Panie, jestem niczym. Jestem niczym zupełnie. Mam mnóstwo grzechów. Panie, przebacz! Jestem grzeszny i głupi człowiek. Daj mi swoją mądrość”.

    Może się mylę, ale myślę, że energia mądrości zacznie wtedy emanować z tej ikony. Zacznę rozumieć, że coś mnie oczyszcza z moich grzechów, głupoty, słabości, wahań. Kiedy modlę się przed ikoną takimi słowami, to zaczynam się prostować pokorą, która jest owocem doświadczenia, obecności mądrości Bożej. A ta mądrość promienieje z ikony Trójcy Świętej, przed którą klęczę. Można to praktykować codziennie.

    Jesteś na pierwszym roku filozofii, nie bardzo sobie radzisz, nie wiesz, o co właściwie chodzi, co jest grane. U mamy wszystko było jasne. Myślisz: „Miałem swoją dziewczynę, randki były. Tutaj coś mówią o żywiole, a tam to był żywioł z Marysią”. I to jaki, aż kipiało, proszę państwa! W zakonie tego nie ma. Wieczorem przyjdę do celi, jestem sam, nikt mnie nie pocieszy. Idę do przeora i mówię, że źle się czuję. A przeor na to:
    – No, to do lekarza, proszę bardzo.

    Sposób na wyjście z samotności

    W chwilach samotności idę przed ikonę, klękam i mówię: „Mądrości, pociesz mnie, bo jestem bardzo sam”. Po chwili czuję radość. Dziwne to jest. Mówię dalej: „Boże, niech będzie u mnie jaśniej”. Nagle coś się rozjaśnia. Światło promienieje z ikony. Nie na długo, bo potem może wrócić ciemność. Ale ja już wiem, że to światło jest. „Ja jestem światłością świata” (J 8, 12) – mówi Pan. Mam te słowa w pamięci, choć wiem, że teraz jest okres ciemności, niepowodzeń i udręczenia. Ale jest to światło: było i znowu wyjdzie. Chrystus jest wschodzącym słońcem. Dla mnie to jasne, to nie jest tylko zjawisko astronomiczne, to jest symbol światła Bożego w moim życiu.

    Poczuć obecność Trójcy Świętej

    Powoli zaczyna się wszystko układać w takim wielkim ciągu przebóstwienia. Ufamy, że wreszcie te przebłyski, światło Boże, zjednoczą nas z samym Bogiem. Mogą to być tylko przebłyski, mogą być rzadkie, ale potem światło przebóstwienia zostaje już na stałe. Obecność Trójcy Świętej rozjaśnia mnie jak gdyby i przebóstwia. Czuję się bardzo tożsamy z energiami przebóstwiającymi, promieniującymi z ikony Trójcy Świętej Rublowa. To jest mistyka Wschodu. Ale myślę, że zważywszy na wypowiedź Jana Pawła II, warto w tym kierunku podążać. Oczywiście pod nadzorem spowiednika, żebyśmy nie mieli jakichś widzeń nadzwyczajnych. Ikona jest rzeczą niewidzialną. To, co jest widzialne, jest namalowane na desce. A niewidzialne emanuje z ikony.

    (fragment pochodzi z książki „Siła nadziei” Judyty Syrek i p. Joachima Badeniego)


    Judyta Syrek, Joachim Badeni OP
    Siła nadziei. Uwierzcie w koniec świata

    Książka wyrywa z apatii i poczucia beznadziei. I zaskakuje. Mimo, że jej główny wątek stanowi pogłębiona teologiczna refleksja, poświęcona poważnym tematom ostatecznym, ta lektura odświeża ducha, zachęca do działania i w efekcie – zadziwiająco pokrzepia. 

    Stacja7.pl

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Najsłynniejsza jaka powstała.

    Co przedstawia ikona Rublowa?

    To chyba najsłynniejsze i być może najpiękniejsze takie dzieło, jako kiedykolwiek powstało. O ikonie “Trójca Święta” Andrieja Rublowa opowiada bp Michał Janocha, historyk sztuki.

    Rublow podjął się namalowania ikony Trójcy Świętej na początku XV wieku, około roku 1410, do Ławry Troicko-Siergiejewskiej, klasztoru założonego przez wybitnego mistyka św. Sergiusza z Radoneża, który miał wielki wpływ na duchowość mnicha malarza.

    Ikona odwołuje się do opisu z Księgi Rodzaju, gdzie trzej mężowie przychodzą w gościnę do Abrahama, który jest już stary i przeżywa kryzys. Bóg obiecał mu potomstwo “liczne, jak gwiazdy na niebie”, a tymczasem on się zestarzał, jego żona Sara również, ale nadal nie mają dzieci. I ci trzej młodzieńcy przychodzą – jak pisze Księga Rodzaju – „w najgorętszej porze dnia”, kiedy Abram siedzi pod dębem Mamre, i przynoszą dobrą nowinę, czyli Ewangelię. „Rzekł mu [jeden z nich]: «O tej porze za rok znów wrócę do ciebie, twoja zaś żona Sara będzie miała wtedy syna»” – czytamy w Księdze Rodzaju.

    Przez wieki nie dało się zilustrować tej sceny. Umożliwiło to chrześcijaństwo

    Przez osiemnaście wieków, bo tyle mniej więcej czasu przed Chrystusem miała miejsce historia Abrahama, nie dało się zilustrować tej sceny. Przedstawienie Boga w widzialnej postaci umożliwiło dopiero pojawienie się chrześcijaństwa, ponieważ Bóg przyszedł w Chrystusie. Sztuka zaczęła pokazywać to wydarzenie jako zapowiedź Trójcy Świętej w Starym Testamencie: młodzieńcy otrzymali skrzydła i stali się aniołami, wszystko dzieje się pod dębem Mamre, na tych scenach pojawia się również Abraham, który bardzo często zabija cielca, aby ugościć przybyszów, a towarzyszy mu żona Sara.

    Rublow zrezygnował (nie on pierwszy, bo zdarzało się to już wcześniej) z przedstawienia Abrahama i Sary i nadał tej scenie – w oparciu o istniejący kanon – zupełnie nową, plastyczną kompozycję i – w pewnym sensie – nowy aspekt treściowy. Scenę z Abrahamem i Sarą nazywano po grecku “filoksenią Abrahama”, czyli gościnnością Abrahama. Poprzez rezygnację z tych postaci i pozostawienie tylko owych trzech młodzieńców, Rublow uczynił ze sceny biblijnej i historycznej – scenę teologiczną i dogmatyczną.

    Jutro Niedziela - Trójcy Świętej A
    OBECNIE IKONA ANDRIEJA RUBLOWA ZNAJDUJE SIĘ W GALERII TRETIAKOWSKIEJ

    ***

    Wzorcowa ikona Trójcy Świętej. Kim jest centralna postać?

    Aniołowie siedzą wokół stołu, który jest ołtarzem, prowadzą bezgłośną dysputę nad zbawieniem świata i są wpisani w przepiękny okrąg, powtarzający się na kosmykach włosów, nimbach aureoli. Przepiękna jest kolorystyka ich szat: chitonów i himationów. Trudno o niej opowiadać, ponieważ to ikona do kontemplacji, gdzie strona estetyczna i teologiczna przenikają się nawzajem.

    Osobę w środku uznaje się najczęściej za Boga Ojca. Inna, równie częsta interpretacja, widzi w centralnej postaci Chrystusa, co trochę kłóciłoby się z tradycyjnym wyobrażeniem Syna Bożego, który siedzi po prawicy Ojca. Jednak może ta dyskusja, która pochłonęła przez wieki bardzo wiele atramentu, nie jest tu najważniejsza.

    Dzieło Rublowa na Wielkim Synodzie Moskiewskim w 1551 roku, a więc jakieś 120-130 lat po namalowaniu, zostało uznane za wzorcową ikonę Trójcy Świętej. Nie można w inny sposób ukazać plastycznie Trójcy Świętej, ponieważ wcielił się tylko Chrystus, nie Bóg Ojciec ani Duch Święty. Namalowanie Ojca, Syna i Ducha Świętego jako ludzi czy aniołów jest możliwe, ponieważ oni sami objawili się Abrahamowi.

    To ikona eucharystyczna. Co symbolizują poszczególne elementy?

    Przyjmijmy, że postać pośrodku to Chrystus, który czyni znak krzyża nad kielichem, jednoznacznie kojarzący się z Eucharystią. To ikona na wskroś eucharystyczna, zapowiedź Tajemnicy Wcielenia i ofiary Jezusa Chrystusa. Ponad postacią po naszej lewej, czyli heraldycznie prawej, stronie jest dom, który stanowi aluzję do domu Abrahama i Sary, ale to jest domus ecclesiae – dom Kościoła, a jednocześnie nowa Jerozolima.

    Za plecami aniołów widać również drzewo, które jest dębem Mamre, ale przywołuje drzewo rajskie, drzewo poznania dobra i zła, o którym mówi, nieznana Rublowowi, prefacja Kościoła rzymskiego, zbieżna z teologią wschodnią. Czytamy w niej, że „na drzewie rajskim śmierć wzięła początek, na drzewie Krzyża powstało nowe życie, a szatan, który na drzewie zwyciężył, na drzewie również został pokonany, przez Chrystusa Pana naszego”. Dlatego drzewo rajskie jest figurą drzewa Krzyża, ale również oznaką, symbolem i zapowiedzią raju otwartego przez Krzyż.

    I wreszcie góra, heraldycznie z lewej, czyli z naszej prawej strony przywołuje górę Moria. To na niej Abram złoży syna, którego narodziny zwiastują trzej przybysze. Jednak przywołuje również górę Synaj, na której Mojżesz trzyma Dekalog, górę Przemienienia Pańskiego, górę Kalwarię, górę Wniebowstąpienia i wszystkie góry biblijne, gdzie niebo styka się z ziemią.

    Rzeczywistość Trójcy Świętej skupia się w naszym sercu

    Dom, drzewo i góra, czyli wielkie odwołania do kultury i do natury oznaczają wszystkie początki i końce, które spotykają się w tym błogosławieństwie, czyli geście czynionym nad kielichem, stanowiącym centrum ikony. W prestole, czyli na tkaninie, która okrywa stół, widać też wklęsły prostokąt interpretowany jako kosmos, universum – w ten sposób ta Eucharystia nabiera wymiaru kosmicznego.

    Ostatni akcent to podnóżek, którego układ perspektywiczny jest niejako odwrócony w stosunku do tego, co malował w tym czasie Fra Angelico w renesansowych Włoszech. Włosi odkryli prawo perspektywy linearnej, gdzie linie stykają się umownie w tle obrazu, pokazując ten trzeci wymiar niejako w głębi.

    Natomiast Rublow zastosował perspektywę odwróconą, gdzie linie podnóżka skupiają się nie w głębi, ale w sercu osoby, która patrzy na tę ikonę. Czy Rublow był świadom tego zabiegu? Myślę, że nie, ale wyrażał swoim genialnym językiem plastycznym pewną intuicję obecną w całej bizantyjskiej tradycji, że rzeczywistość przedstawiona na ikonie, a więc tajemnica Przenajświętszej Trójcy skupia się w naszym sercu.

    Ks. bp Michał Janocha, historyk sztuki./Stacja7.pl

    ______________________________________________________________________________________________________________

    fot. Chrześcijańskie Stowarzyszenie Twórców Sztuki Sakralnej ECCLESIA/ ecclesia.jezuici.pl

    ***

    Ikona

    Formuje charakter i uczy życia w Bożym świetle

    Praca nad ikoną otwiera na Bożą obecność, „temperuje” choleryka, uczy pokory. O sztuce tworzenia ikon rozmawiamy z Krzysztofem Pado z Chrześcijańskiego Stowarzyszenia Twórców Sztuki Sakralnej w Krakowie.

    Stacja7: Od dwunastu lat zajmuje się Pan ikonopisaniem. Czy można odkrywać Maryję poprzez ten rodzaj sztuki?

    Krzysztof Pado: Ikonopisanie to forma modlitwy i dobry sposób na rozwinięcie relacji z Maryją. Przygotowując ikonę – szkic, nakładając kolejne warstwy kolorów, wpatrując się we wzór, według którego malujemy, nawiązujemy coraz ściślejszy kontakt z Pierwowzorem, w tym przypadku z Maryją. Widzimy jak stopniowo, coraz wyraźniej, pojawiają się święte oblicza na naszej desce i w wyobraźni. Zaczynamy żyć w obecności malowanej postaci. Przy malowaniu można odmawiać różaniec, słuchać Akatystu do Matki Bożej czy innych pieśni maryjnych. Na pewno to wszystko pogłębia relację z Matką Bożą, ale wydaje mi się, że najważniejsza jest nasza częsta modlitwa, po prostu rozmowa z Maryją. I tu pomaga gotowa ikona, przed którą można usiąść czy uklęknąć i wypowiedzieć wszystkie bolączki i troski serca. Moją ulubioną ikoną „modlitewną” jest ikona Matki Bożej Włodzimierskiej, jej powierzam swoje sprawy, ufając, że przedstawi je Swojemu Synowi. 

    Tej lekcji zaufania potrzeba nam dziś bardziej, niż kiedykolwiek…

    Modlitwa z wiarą, choć trudna – jest możliwa i może być lekarstwem na wszystko. Modlitwa taka łagodzi i usuwa strach, którym od wielu już tygodni karmią nas media. Zamykamy się w domach i boimy powrotu do normalności. Powinniśmy przestrzegać zalecanych zasad bezpieczeństwa, ale jednocześnie mieć na uwadze, że nasz los jest zapisany w Księdze Życia. Nie musimy się lękać niczego, czy to pandemii, czy końca świata. Pamiętajmy o zapewnieniu Jezusa Chrystusa, Pana Panów i Króla Królów – „To wam powiedziałem, abyście pokój we Mnie mieli. Na świecie doznacie ucisku, ale miejcie odwagę: Jam zwyciężył świat» (J 16,33).

    IKONA MATKI BOŻEJ RYCHWAŁDZKIEJ W WYKONANIU KRZYSZTOFA PADO

    Skąd u Pana zamiłowanie do sztuki sakralnej?

    Nigdy nie sądziłem, że będę zajmował się sztuką, a tym bardziej sztuką sakralną. Z wykształcenia jestem biologiem, w dzieciństwie lubiłem rysować. Zainteresowanie sztuką ikony przyszło nagle, „z Góry”, kilkanaście lat temu. Pewnego dnia, tak po prostu (tak mi się wtedy wydawało) zapragnąłem namalować ikonę. Początkowo były to nieudolne samodzielne próby z wykorzystaniem temper w tubkach. Narastało jednak we mnie pragnienie, by namalować/napisać „prawdziwą” ikonę, zgodną z kanonem sztuki. Znalazłem wtedy w Internecie ogłoszenie o warsztatach ikonopisania odbywających się w Chrześcijańskim Stowarzyszeniu Twórców Sztuki Sakralnej Ecclesia w Krakowie, prowadzonych przez jezuitę, ojca Zygfryda Kota. I tak zaczęła się fascynacja ikoną i trwa nadal, a nawet poszerzyła się o zainteresowania sakralnym malarstwem gotyckim i mozaiką. Sztuka sakralna wciągnęła mnie już tak bardzo, że o innych rodzajach sztuki nawet nie myślę, na inne nie miałbym już sił i czasu. Wydaje mi się, że dzisiejszy zlaicyzowany człowiek coraz bardziej potrzebuje sztuki sakralnej, choć się do tego nie przyznaje.

    Kto może tworzyć ikony?

    Ikonopisanie to nie tylko czas spędzony przy sztaludze. To także zgłębianie tajników starej techniki tempery jajecznej, formowanie charakteru przez naukę cierpliwości i wytrwałości. To przede wszystkim przebywanie z pojawiającym się na desce Pierwowzorem świętej postaci, którą malujemy[/shortcode]

    Tę formę pogłębienia wiary mogę polecić każdemu i zachęcić do malowania nawet te osoby, które uważają, że nie posiadają talentu artystycznego. Ikonopisanie to nie tylko czas spędzony przy sztaludze. To także zgłębianie tajników starej techniki tempery jajecznej, formowanie charakteru przez naukę cierpliwości i wytrwałości. To przede wszystkim przebywanie z pojawiającym się na desce Pierwowzorem świętej postaci, którą malujemy – trwanie w obecności Jezusa Chrystusa, Matki Bożej, aniołów czy świętych. Malując ikonę lubię znać imię osoby, dla której ta ikona jest przeznaczona, pracując otaczam tę osobę modlitwą. W moim przypadku pisanie ikon, a przy tym uczestnictwo w warsztatach prowadzonych przez Stowarzyszenie Ecclesia oraz członkostwo w Grupie Lumen, zaprowadziło mnie do zainteresowania się duchowością ignacjańską i przyczyniło się do odprawienia rekolekcji ignacjańskich.

    Czy sztuka pisania ikon zarezerwowana jest więc tylko dla osób wierzących?

    Ikony może pisać każdy, kto ma szczere pragnienie by to robić. Myślę jednak, że osobie niewierzącej może być trudno namalować ikonę. Jest ryzyko, że będzie ona raczej kolejnym świeckim portretem osoby, z którą artysta nie czuje emocjonalnej więzi, a tym bardziej nie darzy jej czcią. Ikona taka może będzie poprawna technicznie i nawet namalowana zgodnie z kanonem, ale nie będzie dla tej osoby oknem na rzeczywistość duchową, otwarciem się na Boga. Ale.. może być też inny scenariusz – niewykluczone, że niewierzący artysta właśnie poprzez pracę nad ikoną odkryje Boga. Każdy ma swoją niepowtarzalną drogę prowadzącą do Boga.

    Co radzi Pan osobom, które chciałyby rozpocząć przygodę z ikonopisaniem?

    Na początkowym etapie, łatwiej jest pisać ikony osobom cierpliwym i spokojnym. Ikona nie lubi zamieszania i niepokoju, ona nauczy pokory, dokładności i niejednego choleryka „utemperuje”.[/shortcode]

    Jest wiele kursów, na których można nauczyć się zasad tej trudnej i wymagającej techniki, a doświadczenie i efekty, jak we wszystkich dziedzinach, przychodzą z czasem. Wydaje mi się, że przynajmniej na początkowym etapie, łatwiej jest pisać ikony osobom cierpliwym i spokojnym. Ikona nie lubi zamieszania i niepokoju, ona nauczy pokory, dokładności i niejednego choleryka „utemperuje”.

    Do pracowni na kursy ikonopisania przychodzą osoby z różnymi intencjami i motywacjami. Myślę, że przy pisaniu ikony chyba najważniejsza jest chęć, wynikająca z potrzeby serca. Nie jest potrzebny specjalny talent i wybitne umiejętności. Tej sztuki można się nauczyć przy samozaparciu i licznych ćwiczeniach – da się! Dla jednych osób będzie to dość łatwe, dla innych trudniejsze, ale naprawdę warto podjąć ten wysiłek. Efektem są nie tylko gotowe ikony, ale ubogacające życie w Bożym świetle. Ikona zachęca do modlitwy i modlitwę ułatwia. Ta forma sztuki uczy nas dostrzegania dobra i piękna w codzienności. Ikonopisanie jest bowiem sztuką użytkową – ikony przede wszystkim mają służyć modlitwie i otwieraniu nas na Bożą obecność. Ikona, a szerzej sztuka sakralna, pokazuje, że oprócz otaczającej nas rzeczywistości materialnej, istnieje rzeczywistość ważniejsza, duchowa, o której tak wiele osób zapomina. W dzisiejszym świecie trwa walka o „rząd dusz”, a powołaniem każdego ochrzczonego jest opowiedzenie się po stronie Światłości. Ikona, w której nie ma miejsca na ciemność – do malowania nie używa się czarnego koloru – może nas prowadzić do Światłości, do Boga.

    Czym zajmuje się Chrześcijańskie Stowarzyszenie Twórców Sztuki Sakralnej Ecclesia?

    W ramach Chrześcijańskiego Stowarzyszenia Twórców Sztuki Sakralnej Ecclesia w Krakowie działa Grupa Lumen, z którą jestem związany. Należy do niej około 40 osób – w różnym wieku i różnej profesji, w zdecydowanej większości bez wykształcenia artystycznego. Wszystkich nas łączy zamiłowanie do ikon i sztuki sakralnej. Dlatego uczestniczymy w warsztatach ikonopisania, organizujemy wystawy, plenery, prelekcje, rekolekcje, wyjazdy do muzeów krajowych i zagranicznych. Od kilku lat włączmy się też w Cracovia Sacra. Co miesiąc bierzemy udział w spotkaniu formacyjnym rozpoczynających się od Mszy św. i modlitwy brewiarzowej.

    Wasze prace zdobią karty książki Anety Liberackiej „30 scen z życia Maryi”… 

    Pierwotnie były one przygotowane na wystawę obrazów Madonn Papieskich „Mater Ecclesiae” – otwartą  z okazji 40. rocznicy wyboru św. Jana Pawła II na papieża. Na jednym ze spotkań Grupy zastanawialiśmy się, jak uczcić ten jubileusz. Pojawił się pomysł, aby zorganizować wystawę Madonn, w szczególny sposób związanych z Janem Pawłem II. W większości są to wizerunki Madonn, które koronował Jan Paweł II, jak również ukoronowane przez arcybiskupa Karola Wojtyłę, kiedy jeszcze nie był papieżem. Jest także obraz Matki Bożej z Niegowici, pierwszego probostwa Karola Wojtyły. Przy wyborze konkretnej ikony maryjnej twórcy kierowali się m.in. osobistym nabożeństwem do danego wizerunku lub względami emocjonalnymi, często decydowali się na te pochodzące z rodzinnych stron. Czasami jakiś wizerunek Matki Bożej po prostu szczególnie przykuł uwagę twórcy i dlatego został przez niego namalowany. Tak było w moim przypadku.

    Ikony, które piszemy zazwyczaj powstają z potrzeby serca, są doskonałym prezentem dla bliskich i przyjaciół. Czasem malujemy na konkretne zamówienie. Jako Grupa realizujemy również projekt „Lumen dla Misji”. Swoim talentem wspieramy ubogie kościoły za granicą. I tak m.in. podarowaliśmy obraz św. Cecylii dla katolickiej szkoły muzycznej w Republice Środkowej Afryki (autorka: p. Maria Pilch), obraz św. Antoniego dla kościoła w Prohebyczu na Ukrainie  (autorka: p. Agata Białas), ikonę Trójcy Świętej dla kościoła w Niemirowie na Ukrainie (autorka: p. Ewa Kolarz) oraz obraz Jezusa Miłosiernego dla kościoła w Boryspolu na Ukrainie (autorka: p. Barbara Grabowska). Wśród najbliższych planów Grupy Lumen jest wykonanie ikony św. Jana Pawła II dla kościoła w Syrii.

    Kim dla Pana osobiście jest Maryja?

    Maryja, Matka Boga, to dla mnie przede wszystkim Pośredniczka łask, Przewodniczka (jak w typie ikonograficznym Hodegetrii – wskazującej drogę) i niezawodna droga do Jezusa Chrystusa – Jej Syna. Po ludzku bliska jak mama. Trudno wybrać kilka najważniejszych cech z tak wielu wspaniałych przymiotów Matki Bożej. Chyba na pierwszym miejscu postawiłbym pokorę. Jej Fiat ukazuje jak zgadzać się z wolą Bożą i jak ją pełnić. Maryja to też wzór ufności w moc Jej Syna, co widzimy m.in. podczas ewangelicznej sceny wesela w Kanie Galilejskiej. Dziś bardzo potrzebujemy zaufania Jezusowi, którego uczy nas Maryja. Rozczula mnie Jej opiekuńczość – Maryja zawsze jest gotowa okryć nas Swoim płaszczem. Do Niej możemy uciekać i chronić się w każdej, nawet najtrudniejszej sytuacji.

    rozmowa z Krzysztofem Pado/Stacja7.pl

    (szczegółowe informacje o działalności ChSTSS Ecclesia i Grupy Lumen można znaleźć na stronie: ecclesia.jezuici.pl)

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Ikona. Szczególny sposób modlitwy

    fot. Materiały promocyjne Centrum Animacji Misyjnej

    ***

    Ikona zmieniła moje postrzeganie świata. Dzięki niej uświadomiłam sobie, że przez codzienne „zapędzenie”, mamy nieczytelny obraz rzeczywistości, nie umiemy zdecydować co w życiu jest ważne, a czym nie warto zaprzątać swojej uwagi.

    Wiara rodzi się ze słuchania

    Już od kilkunastu lat obserwujemy ożywione zainteresowania ikoną. Do niedawna ikona była kojarzona jedynie z Prawosławiem, skąd więc ikona w Kościele Katolickim? Jeśli zajrzymy do historii, okaże się, że Ikona jest wspólnym dziedzictwem Kościoła, że jej korzenie są dużo starsze niż data rozłamu na Kościół Wschodni i Zachodni. Od wieków Kościół Katolicki głosi, że „Święty obraz, ikona liturgiczna, przedstawia przede wszystkim Chrystusa. Nie może ona przedstawiać niewidzialnego i niepojętego Boga; dopiero Wcielenie Syna Bożego zapoczątkowało ową «ekonomię» obrazów: Niegdyś Bóg, który nie ma ani ciała, ani twarzy, nie mógł absolutnie być przedstawiany na obrazie. Ale teraz, gdy ukazał się nam w ciele i żył wśród ludzi, mogę przedstawić na obrazie to, co zobaczyłem z Boga… Z odsłoniętym obliczem kontemplujemy chwałę Pana (Św. Jan Damasceński, De sacris imaginibus orationes, 1, 16: PG 96, 1245 A). Ikonografia chrześcijańska za pośrednictwem obrazu wyraża orędzie ewangeliczne, które Pismo święte opisuje za pośrednictwem słów. Obraz i słowo wyjaśniają się wzajemnie. Mówiąc krótko, pragniemy strzec zazdrośnie wszystkich nienaruszonych tradycji Kościoła, tak pisanych jak ustnych. Jedną z nich jest przedstawianie wzoru za pośrednictwem obrazu, jeśli zgadza się z literą orędzia ewangelicznego i służy potwierdzeniu prawdziwego, a nie nierzeczywistego Wcielenia Słowa Bożego, oraz przynosi nam korzyść, ponieważ przedmioty przekazują jeden drugiemu to, co wyobrażają, przez to, co bez dwuznaczności oznaczają (Sobór Nicejski II (787): COD 111)” KKK 1159-1160. W powyższym tekście znajdziemy też funkcję i zadanie ikony. To porównanie i jej bliskość z Pismem Świętym pokazuje nam, że ikona ma głosić Dobrą Nowinę jak robi to Pismo Święte. Wiara rodzi się ze słuchania (por. Rz 10,17).

    Ale wróćmy do naszego pytania: dlaczego dziś ikona wraca do Kościoła Katolickiego? Dlaczego jest dziś tak pożądanym prezentem na chrzest, ślub czy bierzmowanie? Co takiego dzieje się w dzisiejszym świecie, że ikona nas pociąga, że warsztaty ikonograficzne znajdują tak wielu chętnych? Czy to tylko przedmiot, który ładnie wygląda? Który w dzisiejszym świecie pełnym reklamy, migających bilbordów, kusi swoim ascetyzmem? Czy to tylko forma sztuki? A może tylko moda? Czy jednak coś więcej? Wielu teologów poszukuje odpowiedzi na te pytania.

    Dla mnie ikona jest niezwykłym pomostem łączącym Wschód z Zachodem, drogą do jedności Kościoła. Ikona przenika całe moje życie, moją modlitwę, moją codzienność. Ikona zmieniła moje postrzeganie świata. Jest dla mnie oknem na świat nadprzyrodzony, który wcześniej był dla mnie zakryty, jakby za mgłą, ale kiedy to okno otworzyłam, zobaczyłam inny, piękny obraz, spokojny i bez pośpiechu. Przemieniony Boskim światłem. Wtedy uświadomiłam sobie, że przez to „zapędzenie”, mamy nieczytelny obraz rzeczywistości, nie umiemy zdecydować co w życiu jest ważne, a czym nie warto zaprzątać swojej uwagi.

    Ikona. Sztuka dla każdego?

    Czy każdy może malować ikony? A może ikony się pisze, a nie maluje? Z języka greckiego czasownik γράφω (grapho) oznacza zarówno czynność pisania, jak i malowania, podobnie w języku rosyjskim czasownik писать (pisat’). W języku polskim posługiwanie się pędzlem nazywamy malowaniem, a nie pisaniem, tak więc nazywając czynność powstawania ikony malowaniem, a jej twórcę malarzem ikon, nie popełnimy błędu. Ale czy chodzi tu tylko o nazwanie czynności? W świetle teologii i zgodnie z orzeczeniami Soboru Nicejskiego II, który w swych dokumentach użył słowa περιγράφω (perigrapho), mówiąc, że Jezus Chrystus jest możliwy „do opisania” w formie plastycznej (np. w ikonie, mozaice itp.) powinno się jednak używać określeń pisać ikonę i ikonopisarz lub ikonograf. Mamy tu przecież do czynienia ze Słowem Bożym wyrażonym kolorami (por. KKK 1160).

    Osobiście uważam, że ikonę może pisać każdy, kto odczuwa takie pragnienie, nie stawiam tu żadnych wymagań, ani dotyczących zdolności artystycznych, bądź ich kompletnego braku, ani gorliwości religijnej. Cudownie jest, jeśli osoba, która siada do pisania ikony ma przygotowanie teologiczne, na pewno jest łatwiej. Jednak takiej granicy też nie stawiam. Przyjmuję na warsztaty osoby, które mają pragnienie napisania ikony, i choć czasem nie potrafią określić dlaczego, to na końcu zawsze objawia się cudowność ikony. Bóg objawia Swoją wolę, Swój zamysł. Ja do tej pory mam ogromny respekt, gdy widzę już przygotowaną, jeszcze czystą deskę, czuję dreszcz emocji – jakby to był mój pierwszy raz. Pragnę jednak tak malować ikony, żeby zachować tę pierwotną czystość, a z drugiej strony – jakby to miała być moja ostatnia ikona tzn. namalowana z taką precyzją, dokładnością, namaszczeniem, jakbym już nigdy nic nie miała namalować.

    Modlitwa i post

    Cudownym doświadczeniem są warsztaty pisania ikon podczas dziesięciodniowych rekolekcji z postem Daniela. Modlitwa i post są tym środowiskiem, w którym rodzą się najpiękniejsze ikony. Czas, kiedy toczy się walka z ciałem, Bóg daje wzmocnienie na modlitwie. Pisanie ikon jest szczególnym sposobem modlitwy. Przed osobą, która posiądzie umiejętności techniczne (zapanuje nad materią: pędzlem i farbą) otwiera się niezwykły świat modlitwy kontemplacyjnej. Rozmowy twarzą w twarz z Chrystusem i Świętymi.

    „Piękno i kolor obrazów pobudzają moją modlitwę. Jest to święto dla moich oczu, podobnie jak widok natury pobudza me serce do oddawania chwały Bogu” (Św. Jan Damasceński, De sacris imaginibus orationes, 1, 27: PG 94, 1268 B) KKK 1162.

    Urszula Żakowska – STYL ŻYCIA/Stacja7.pl

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Ulubiona liczba Boga i liczba bestii.

    Co oznaczają liczby w Biblii?

    Ulubiona liczba Boga i liczba bestii. Co oznaczają liczby w Biblii?

    fot. jorisvo/depositphotos.com

    ***

    Pisarze chrześcijańscy często traktowali liczby w Biblii nie tylko jako oznaczenie ilości i miary, ale także jako rodzaj symbolicznego języka, którym posługuje się Bóg. Dość powszechne było przeświadczenie, że Stwórca chciał nam coś powiedzieć również przez liczby.

    Należę do tej części ludzkości, która przedstawia się jako humaniści, aby usprawiedliwić swoją matematyczną ignorancję. Mógłbym też zacytować publicystę i dziennikarza Rafała Ziemkiewicza, któremu zdarza się czasem wyjaśniać, że jest „magistrem od literek, a nie od cyferek”. W przypadku Biblii to rozróżnienie poniekąd traci jednak rację bytu, ponieważ w języku hebrajskim cyfry zapisywano poszczególnymi literami alfabetu. Dziewięć pierwszych spółgłosek ma wartość od 1 do 9, dziesięć dalszych oznacza dziesiątki, a cztery końcowe – setki. Inne wartości liczbowe można zapisać za pomocą kombinacji liter.

    „Cyfrowa” Biblia

    Istnieje piosenka (kolęda?), która ma ułatwić zapamiętanie pewnych liczb obecnych w wierze chrześcijańskiej. Ostatnia zwrotka brzmi: „Dwunastu, dwunastu, dwunastu Apostołów, / Jedenastu Filistynów, / Dziesięć przykazań Bożych, / Dziewięć chórów anielskich, / Osiem błogosławieństw, / Siedem sakramentów, / Sześć stągwi kamiennych, / Pięć przykazań kościelnych, / Czterech ewangelistów, / Trzech królów magów, / Wołek i osiołek, / Dzieciątko w żłóbeczku, a w stajence chłód. / Kto stworzył świat cały? Tylko jeden Bóg”. Nie wszystkie z tych liczb mają wprost pochodzenie biblijne. Na przykład Ewangelia Mateusza nie podaje wcale, że było trzech Mędrców ze Wschodu, którzy pokłonili się Jezusowi. Liczbę tę wydedukowano jednak z faktu, że Dzieciątko otrzymało od nich trzy dary.

    Egzegeci patrystyczni, zwłaszcza ze szkoły aleksandryjskiej, stosowali między innymi techniki numerologiczne uznające liczby za znaki głębszej rzeczywistości. Poszukiwali oni sensu ukrytego w liczbach i próbowali ustalić ich symbolikę. „Czy sądzisz, że Mojżesz chciał nas […] pouczyć jedynie o historycznym znaczeniu liczb i że wbrew przyjętemu przez siebie zwyczajowi nie zawarł w tych różnych liczbach żadnej tajemnicy?” – pytał retorycznie Orygenes (Homilie o Księdze Liczb 4, 1). Wtórował mu Dydym Ślepy, twierdząc, że liczby występujące w Piśmie nigdy nie są przypadkowe, ale pojawiają się według rozumnego planu (Komentarz do Księgi Rodzaju 154, 8–10). Uważano, że skoro w Biblii nie ma nic przypadkowego, także liczby mają wymiar teologiczny i duchowy. Jeszcze w czasach karolińskich Raban Maur pisał, że wszyscy, którzy chcą posiąść głębsze rozumienie Pisma, powinni pilnie studiować matematykę (!), bo w biblijnych liczbach Bóg ukrył wiele tajemnic.

    Pisarze chrześcijańscy często traktowali liczby w Biblii nie tylko jako oznaczenie ilości i miary, ale także jako rodzaj symbolicznego języka, którym posługuje się Bóg. Dość powszechne było przeświadczenie, że Stwórca chciał nam coś powiedzieć również przez liczby. W konsekwencji praktycznie każdą liczbę, która pojawiła się w Piśmie Świętym, uważano za wyjątkowe i wieloznaczne misterium, przez które przemawia Chrystus. Ich rozważanie było formą medytacji. Z lubością wyszukiwano różne konteksty użycia tej samej liczby i wyciągano z tego przeróżne wnioski. Oczywiście traktowanie liczb jako nośników ukrytych, duchowych treści prowadziło czasem interpretatorów o nadmiernie wybujałej wyobraźni do nieskrępowanej dowolności skojarzeń i nadinterpretacji.

    „Ulubione” liczby Pana Boga

    Pewne liczby wydają się w sposób szczególny uprzywilejowane i powiązane ze sferą sacrum. Podkreślano ich wymiar teologiczny i duchowy, doskonałość i związek z Bogiem. Na przykład jedynka, ponieważ jedność i jedyność jest atrybutem Boga, o czym wyraźnie mówi przykazanie miłości Boga w Księdze Powtórzonego Prawa: „Słuchaj, Izraelu, Pan jest naszym Bogiem – Pan jedynie” (Pwt 6,4). Tylko On jest w pełni JEDEN (hebr. Ehad), w przeciwieństwie do stworzeń posiadających w ramach danego gatunku licznych przedstawicieli. Poza tym tylko On istnieje naprawdę, a wszyscy inni, tak zwani, bogowie, to postacie fikcyjne, wymyślone (por. Za 14,9).

    Możemy przypuszczać, że trójka również należy do „ulubionych” liczb Boga, bo jest On przecież Trójcą. Trzej mężczyźni, którzy gościli u Abrahama (por. Rdz 18,1–16), uważani są za prefigurację tej tajemnicy, podobnie jak trzykrotne „Święty!” (tzw. Trishagion) wyśpiewywane przez serafy (por. Iz 6,3). W sferze moralnej mamy trzy cnoty: wiarę, nadzieję i miłość, a to wszystko, co stanowi fundament naszej wiary, dokonało się podczas triduum paschalnego. Zbawiciel nauczał przez trzy lata i według tradycji miał trzydzieści trzy lata, kiedy umarł.

    Jako liczba święta, wyjątkowa, mistyczna i doskonała postrzegana jest oczywiście siódemka. Świat był tworzony przez sześć dni, a siódmy był dniem odpoczynku, ponieważ Bóg pobłogosławił go i uczynił świętym (por. Rdz 2,3). Każdy siódmy rok był rokiem szabatu dla ziemi (por. Kpł 25,4), a gdy upłynęło siedem razy po siedem lat następował rok jubileuszowy (por. Kpł 25,8). Z liczbą 7 związane są liczne przepisy kultyczne Narodu Wybranego, a siedmioramienny świecznik stał się symbolem wierności Bogu. Można też zadać pytanie, czy to przypadek, że modlitwa Ojcze nasz zawiera akurat siedem próśb.

    W Księdze Tobiasza Rafał mówi o siedmiu aniołach, którzy mają dostęp do Tronu Bożego, „stoją w pogotowiu i wchodzą przed majestat Pański” (Tb 12,15). Także prorok Zachariasz pisze o siedmiu oczach Pana, „które przypatrują się całej ziemi” (Za 4,10). W Apokalipsie czytamy o „siedmiu Duchach” przed tronem Bożym (por. Ap 1,4; 5,6). Wiemy również, że siedmiu aniołom zostanie dane siedem trąb, aby oznajmiały kolejne plagi (por. Ap 8,2).

    Można zadać pytanie, czy to przypadek, że modlitwa Ojcze nasz zawiera akurat siedem próśb.

    Użycie w Biblii liczby 7 niekoniecznie oddaje ścisłą ilość, najczęściej oznacza nieokreśloną „całość” lub „pełnię”. Tym bardziej taki sens ma wielokrotność siódemki. Na przykład siedemdziesiąt tygodni jest symbolem wypełnienia się czasu mesjańskiego (por. Dn 9,24), a Jezus, mówiąc o konieczności przebaczania siedemdziesiąt siedem razy (por. Mt 18,22), nie chciał zasugerować, że po przekroczeniu tego limitu nie ma już przebaczenia, ale wprost przeciwnie – że w przebaczaniu nie ma absolutnie żadnych limitów.

    Tu warto przypomnieć, że niedziela nie jest siódmym dniem tygodnia, ale pierwszym dniem nowego tygodnia. A skoro zwieńczeniem stwarzania świata był siódmy dzień, czyli szabat, ósmy dzień, jako dzień zmartwychwstania, jest zarazem symbolicznie pierwszym dniem nowego stworzenia, bo w Jezusie Bóg „wszystko czyni nowe” (por. Ap 21,5). Święty Justyn typologicznie tłumaczył liczbę ośmiu osób uratowanych w arce z wód potopu, łącząc ich liczbę z dniem zmartwychwstawania i inauguracją nowego świata. Fakt, że król Dawid był ósmym synem Jessego uważano z kolei za zapowiedź Mesjasza. Warto też dodać, że Jezus został obrzezany ósmego dnia i wygłosił osiem błogosławieństw. Co ciekawe, liczbowa wartość imienia Jezus, zapisanego po grecku, to 888 (jota = 10; eta = 8; sigma = 200; omikron = 70; ypsilon, = 400, sigma = 200, czyli suma 10 + 8 + 200 + 70 + 400 + 200 = 888).

    O ile ósemka ma związek z Jezusem, dziewiątka łączy się z Duchem Świętym, ze względu na liczbę Jego darów (por. 1 Kor 12,4–6) i owoców (por. Ga 5,22).

    Do liczb „doskonałych” zaliczana jest też dziesiątka, która kojarzy nam się głównie z Dekalogiem, a więc prawem nadanym przez Boga.

    Dwunastka jest z kolei symbolem świętego ludu Bożego, zarówno Starego, jak i Nowego Przymierza. Nie przypadkiem Jezus wybrał akurat dwunastu Apostołów. Chciał w ten sposób nawiązać do dwunastu plemion Izraela. Dwunastka pojawia się w Biblii wielokrotnie (dwanaście chlebów pokładanych, dwanaście kamieni na pektorale arcykapłana, dwanaście bram w Niebiańskim Jeruzalem, którego fundamenty ścian wykonane są z dwunastu kamieni szlachetnych, itp.). Wielokrotność 12, czyli 144 tysiące (12x12x1000) to symboliczna liczba zbawionych w czasach eschatologicznych (por. Ap 7,4–8; 12,1–3).

    Nieświęte liczby?

    Skoro niektóre liczby Biblia w szczególny sposób kojarzy ze świętością, sferą sacrum i Bogiem, analogicznie powinny istnieć też liczby mieszczące się na drugim biegunie, czyli będące synonimem niedoskonałości, powiązane z człowiekiem i światem, złem i Szatanem. Na przykład dwójka wyraża ideę dualizmu, podziału i rozłamu. Ale z drugiej strony mamy też dwie tablice Przymierza, dwóch cherubów zdobiących arkę, dwie oliwki w wizji Zachariasza, a prawdziwość świadectwa gwarantuje dwóch świadków. Liczba podwójna istniejąca w języku hebrajskim czasem wskazywała równocześnie na rzeczywistość ziemską i towarzyszącą jej rzeczywistość nadprzyrodzoną.

    Czwórka to symbol doczesności i poznawalnego zmysłami świata ziemskiego (cztery strony świata, cztery pory roku, cztery kierunki wiatru). Liczba 40, jako jej wielokrotność, zazwyczaj łączy się z jakimś trudnym doświadczeniem lub okresem próby, czego przykładem są różne wydarzenia biblijne (potop, pobyt Mojżesza na górze Synaj, „błądzenie” Narodu Wybranego po pustyni, pustynna wędrówka Eliasza do góry Horeb, czas dany Niniwitom na nawrócenie, post Jezusa na pustyni).

    Czwórka miała jednak również charakter ambiwalentny. Wiemy przecież o czterech odnogach, na które dzielił się strumień wypływający z ogrodu Eden (por. Rdz 2,10) i o czterech świętych zwierzętach przy tronie Boga (por. Ap 4,6–9), a najświętsze imię Boga składa się z czterech liter, określanych mianem tetragramu (JHWH).

    Oczywiście największą karierę zrobiła liczba 666, która zawierać ma rzekomo zakodowaną informację o tożsamości Antychrysta. W Apokalipsie św. Jana liczba ta określana jest mianem „liczby Bestii”: „Tu jest [potrzebna] mądrość. Kto ma rozum, niech liczbę Bestii przeliczy: liczba to bowiem człowieka. A liczba jego: sześćset sześćdziesiąt sześć” (Ap 13,18). Istnieją ludzie, którzy odczuwają irracjonalny lęk przed tą liczbą, co określa się mianem heksakosjoiheksekontaheksafobii.

    Na przestrzeni wieków wysnuwano najbardziej fantastyczne teorie, jak „odkodować” tę liczbę, aby wiedzieć, skąd pojawi się zagrożenie. Omówienie ich zajęłoby wiele stron. Najstarsza interpretacja tego wersetu zakłada, że chodziło o zaszyfrowanie imienia Nerona, który – jak wiadomo – prześladował chrześcijan. Jeśli grecką formę imienia Neron (z końcowym „n”) i słowo kesar (cesarz) zapiszemy hebrajskimi spółgłoskami, po zsumowaniu liczb odpowiadających poszczególnym literom otrzymamy właśnie 666. Z kolei w pewnych radykalnych kręgach protestanckich, w których istnieje tradycja utożsamiania Antychrysta z papiestwem, szukano usilnie sposobu na powiązanie z liczbą 666 biskupa Rzymu. Publicyści antykatoliccy wykazywali się tu wielką kreatywnością.

    Na przestrzeni wieków wysnuwano najbardziej fantastyczne teorie, jak „odkodować” tę liczbę, aby wiedzieć, skąd pojawi się zagrożenie.

    Osobiście uważam, że jest to nawiązanie do szóstego dnia stworzenia, kiedy powstał człowiek. Biblia używa czasem szóstki do wskazania niedoskonałości. Sześć jest niepełną siódemką, której czegoś brakuje, aby nastało boskie siedem. Trzy szóstki to zwielokrotniona niedoskonałość, symbolizująca cywilizację budowaną bez Boga (czyli de facto cywilizację śmierci), w której ludzie ciągle ulegają pradawnej pokusie, aby „być jak bogowie” i decydować o tym, co jest dobrem, a co złem.

    Szóstka pojawia się jednak w Biblii także w pozytywnym kontekście. Wiązano ją z wymiarami świątyni w Niebiańskiej Jerozolimie (por. Ez 40,5; 41,8), a Izajasz ujrzał serafy, oddające chwałę Bogu, które miały po sześć skrzydeł. Niektórzy ojcowie Kościoła uważali wręcz, że szóstka to liczba chrystologiczna, bo greckie słowo Iesous (Jezus) składa się z sześciu liter.

    Dla tych, którzy lubią liczyć

    Ponieważ każda litera alfabetu hebrajskiego oznacza równocześnie jakąś liczbę, poszczególne wyrazy można potraktować jako zbiór pewnych liczb i obliczyć wartość liczbową każdego wyrazu (lub zdania) poprzez zsumowanie wartości przypisanych poszczególnym literom. Zastąpienie liter cyframi dawało możliwość poszukiwania słów o tej samej wartości liczbowej. W średniowieczu żydowscy kabaliści skupiali się na takim właśnie badaniu numerycznych wartości słów użytych w Biblii i poszukiwali słów wyrażających tę samą liczbę, a potem wyciągali z tego wnioski teologiczne. W ten sposób kabaliści odkrywali związki między bardzo odległymi od siebie słowami. Porównując różne wyrazy, których litery dawały tę samą wartość liczbową, próbowali odcyfrować tajemne znaczenia biblijnych zawiłości, między innymi utożsamiali ze sobą różne pojęcia, osoby czy zjawiska. Praktykę tę nazywano gematrią.

    Rabini, używający tej metody, zauważyli na przykład, że opowiadanie o stworzeniu świata składa się w języku hebrajskim z 434 słów. Tę samą wartość liczbową ma słowo delet (hebr. drzwi), w związku z czym twierdzono, że stworzenie świata przez Boga to drzwi do zrozumienia Biblii, czyli stanowi podstawową wskazówkę niezbędną przy jej czytaniu.

    Ponieważ w języku hebrajskim słowa „drabina” (sullam) i „Synaj” (Sinaj) posiadają tę samą wartość liczbową (130), w egzegezie judaistycznej uznano drabinę z wizji Jakubowej (por. Rdz 28,12) za symbol Prawa danego przez Jahwe Mojżeszowi na górze Synaj.

    Uwadze żydowskich egzegetów nie uszedł także fakt, że 318 sług Abrahama (por. Rdz 14,14) odpowiada liczbie imienia Eliezera, spadkobiercy Abrahama.

    Pierwsze zdanie Księgi Rodzaju: „Na początku Bóg stworzył niebo i ziemię” (Rdz 1,1) brzmi po hebrajsku: Bereszit bara Elohim et haszszamajim weet haarec. Pierwsze litery poszczególnych wyrazów tworzących ten pierwszy werset Biblii po przeliczeniu na wartość liczbową i zsumowaniu dają łącznie liczbę 22, akurat tyle, ile liter posiada hebrajski alfabet. To utwierdzało rabinów w przekonaniu, że skoro Bóg stworzył świat, wypowiadając słowa w języku hebrajskim, to każdą literę hebrajskiego alfabetu należy uznać za coś na podobieństwo idei u Platona.

    Niektórzy badacze (np. Ireneusz Kania czy prof. Andrzej Wierciński) uważają, że egzegeza gematryczna była popularna wśród Żydów już w I wieku naszej ery i autorzy ksiąg Nowego Testamentu mogli celowo użyć gematrii, aby ukryć pewne informacje w swoich Pismach. Pogląd ten budzi sporo wątpliwości, aczkolwiek można podać kilka przykładów dość prawdopodobnego zastosowania gematrii.

    Rodowód przodków Jezusa podany w Ewangelii Mateusza podzielony jest na trzy grupy po czternaście pokoleń w każdej. Autor wydaje się sugerować, że Bóg w ten sposób prowadził dzieje świata, aby akurat od Abrahama do Dawida było czternaście pokoleń, potem od Dawida do momentu wygnania – czternaście pokoleń i w końcu, aby tyle samo pokoleń było od powrotu z wygnania do narodzenia Jezusa (por. Mt 1,17). Imię Dawid w języku hebrajskim zapisuje się trzema spółgłoskami (DWD), których wartość numeryczna wynosi właśnie czternaście (dalet = 4, waw = 6, dalet = 4). Genealogia zbudowana byłaby więc według schematu 3 razy 14, ponieważ suma wartości numerycznej trzech spółgłosek w imieniu Dawid to czternaście. Mateusz mógł chcieć w ten sposób podkreślić, że Jezus jest prawdziwym Synem Dawida, czyli Mesjaszem.

    Inny przykład. W Ewangelii Jana znajduje się wzmianka, że Apostołowie złowili w Jeziorze Tyberiadzkim dokładnie 153 ryby, które wyciągnął na brzeg Szymon Piotr (por. J 21,11). To nieoczekiwane podanie liczby wyłowionych ryb jest zaskakujące, bo nigdzie indziej w Ewangeliach nie ma podobnych statystyk połowów. W końcu nie są to przecież sprawozdania z działalności jakiegoś klubu wędkarskiego. Czyżby uczniowie Jezusa zdziwili się, że ryb jest tak dużo i dlatego je policzyli, a informacja o tym przypadkowo znalazła się w tekście? A może ta liczba coś symbolizuje? Święty Hieronim uważał, że tyle znano wówczas gatunków ryb, co symbolicznie miało wskazywać na wszystkie narody, które będą przedmiotem działalności ewangelizacyjnej Kościoła (przypomnijmy, że Apostołowie mieli być „rybakami ludzi”). W interpretacji gematrycznej zwrócono z kolei uwagę na fakt, że taką właśnie wartość liczbową ma hebrajski zwrot Bnej ha- Elohim, czyli „Synowie Boży” (bet = 2, nun = 50, jod = 10, he = 5, alef = 1, lamed = 30, he = 5, jod = 10, mem = 40; czyli: 2 + 50 + 10 + 5 + 1 + 30 + 5 + 10 + 40 = 153). W ten sposób określano na przykład aniołów, ale we wspomnianym fragmencie może chodzić o tych, którzy stanowić będą święte zgromadzenie Boże, czyli Kościół. Interpretacja ta wydaje się trochę naciągana, ale różni egzegeci są skłonni się do niej przychylić.

    Czyżby uczniowie Jezusa zdziwili się, że ryb jest tak dużo i dlatego je policzyli, a informacja o tym przypadkowo znalazła się w tekście? A może ta liczba coś symbolizuje?

    Gematrycznych interpretacji Nowego Testamentu jest bardzo wiele. Wspomnę jeszcze o jednej. Jan Chrzciciel był przez niektórych uważany za proroka Eliasza, który ponownie przyszedł na świat (por. Mt 11,13–14; 16,14; 17,10; Mk 9,11; 15,35; Łk 9,7–8; J 1,21). Co prawda, gdy zapytano go wprost, czy jest Eliaszem, zaprzeczył (por. J 1, 21), ale w analizie gematrycznej zwrócono uwagę na fakt, że hebrajskie imię Jochanan ma wartość liczbową 124 (jod = 10, waw = 6, chet = 8, nun = 50), identycznie jak hebrajski zwrot gilgul Elijahu, czyli „wcielenie Eliasza” (gimel = 3, lamed = 30, gimel = 3, waw = 6, lamed = 30, alef = 1, lamed = 30, jod = 10, he = 5, waw = 6).

    Rozmawiałem kiedyś z pewnym zwolennikiem wiary w reinkarnację, który przytoczył te gematryczne wyliczenia jako dowód na to, że Jan Chrzciciel musiał być reinkarnacją Eliasza, choć sam pewnie o tym nie wiedział. Powołał się również na słowa Jezusa, który wprost stwierdził, że Jan był Eliaszem (por. Mt 17,10–13). Oczywiście pogląd o reinkarnacji dusz jest całkowicie nie do pogodzenia z nauką biblijną, Jan Chrzciciel nie był jedynym Jochananem, żyjącym w tamtych czasach, a Eliasz w ogóle nie umarł, tylko został wniebowzięty (por. 2 Krl 2,11) i właśnie dlatego wierzono, że kiedyś powróci, aby zapowiedzieć przyjście Mesjasza (por. Ml 3,23–24). Kiedy Jezus powiedział, że Jan był Eliaszem, chodziło Mu o to, że wypełniał misję analogiczną do misji tego proroka, a więc był niejako jego duchowym spadkobiercą.

    Biblia jako matematyczny kod?

    Również współcześnie podejmowane są próby deszyfrowania Biblii, czyli poszukiwania (między innymi poprzez użycie obliczeń matematycznych) jej zakodowanego przesłania. Pojawiły się analizy wskazujące, że pewne liczby w Biblii układają się w logiczne ciągi wplecione grupami w strukturę tekstu słownego. Rosyjski matematyk Ivan Panin całe swe życie poświęcił na studiowanie biblijnych cyfr i dokonywanie skomplikowanych obliczeń, ponieważ wierzył, że tekst Biblii jest tak naprawdę bardzo zręcznie ułożonym przez Boga matematycznym kodem. Obliczał on sumę wszystkich wartości cyfrowych liter w różnych słowach, zdaniach, paragrafach i całych księgach i odkrył te same prawidłowości w każdym z tych podziałów!

    Okazało się na przykład, że liczba słów w każdym z nich dzieli się przez siedem. Podobnie liczba nazw własnych, zarówno męskich, jak i żeńskich, słowa pojawiające się jeden raz, liczba rzeczowników, a nawet liczba słów zaczynających się od każdej litery alfabetu – wszystkie te liczby były podzielne przez siedem. Analizując pierwsze zdanie Biblii: „Na początku Bóg stworzył niebo i ziemię”, Panin zauważył, że w języku hebrajskim jest to dokładnie siedem słów, składających się z dwudziestu ośmiu liter (4 razy 7) oraz trzy rzeczowniki (Bóg, niebo, ziemia). Zastępując ich litery odpowiadającymi im cyframi i sumując je, uzyskał łączny wynik 777 (7 razy 111)! W zdaniu tym jest tylko jeden czasownik – „stworzył” (bara). Jego łączna wartość cyfrowa wynosi 203 (29 razy 7). Pierwsze trzy słowa zawierają dokładnie czternaście liter (2 razy 7), podobnie jak pozostałe cztery. Hebrajskie słowa będące dopełnieniami (niebo i ziemia) mają po siedem liter każde. Wartość pierwszej, środkowej i ostatniej litery w tym zdaniu jest równa 133 (19 razy 7). Wartość cyfrowa pierwszych i ostatnich liter wszystkich wyrazów wynosi 1393 (199 razy 7). Wartość pierwszych i ostatnich liter pierwszego i ostatniego wyrazu tego wersetu wynosi 497 (71 razy 7), pierwszych i ostatnich liter każdego słowa między pierwszym i ostatnim – 896 (128 razy 7) itd.

    To oczywiście tylko drobny wycinek z tych matematycznych dociekań. Dla niektórych ludzi wyszukiwanie podobnych prawidłowości stanowi jakąś formę matematyczno-mistycznej kontemplacji przybliżającej ich do Boga. Nie rozumiem tego, ale może po prostu nie dorastam do takiego poziomu mistycznej percepcji.

    Roman Zając (ur. 1973), biblista, demonolog, publicysta. Opublikował między innymi: Trzej Królowie. Tajemnica Mędrców ze Wschodu; Biblia. Początek, czyli jak powstał najlepszy know how na świecie; Przewodnik po niebie, piekle i ich mieszkańcach

    (tekst pochodzi z “Życia Duchowego”)

    Roman Zając/DEON.pl

    ______________________________________________________________________________________________________________

  • Ogłoszenia – luty 2024

    ______________________________________________________________________________________________________________

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Niedziela 13/12 Msza św. g. 14:00 kościół św. Piotra (St Peters) Glasgow

    ST PETER’S CHURCH, PARTICK, 46 HYNDLAND STREET, Glasgow, G11 5PS

    ***

    25 LUTEGO

    DRUGA NIEDZIELA WIELKIEGO POSTU

    13.30 ADORACJA NAJŚWIĘTSZEGO SAKRAMENTU/ GORZKIE ŻALE/SPOWIEDŹ ŚW.

    14.00 MSZA ŚW.

    PO MSZY ŚW. KORONKA DO BOŻEGO MIŁOSIERDZIA

    _________________________________________________________________________________________

    W DZISIEJSZĄ NIEDZIELĘ W PARAFII ŚW. PIOTRA ROZPOCZYNA SIĘ

    40-GODZINNA ADORACJA EUCHARYSTYCZNA

    Adoracja Najświętszego Sakramentu

    fot. opoka.pl

    ***

    GODZINA ŚWIĘTA O GODZ.16.00 

    ZAKOŃCZENIE ADORACJI MSZĄ ŚW. W JĘZYKU ANGIELSKIM O GODZ. 18.00 

    W PONIEDZIAŁEK I WE WTOREK WYSTAWIENIE NAJŚWIĘTSZEGO SAKRAMENTU 

    ROZPOCZNIE SIĘ MSZĄ ŚW. W JĘZYKU ANGIELSKIM O GODZ. 10.00 

    ZAKOŃCZY GODZINĄ ŚWIĘTA O GODZ. 19.00

    ______________________________________________________________________________________________________________

    „Współpracując z misjonarzami uczestniczymy w dziele zbawienia świata”

    “W Kościele jesteśmy misjonarzami nie w pojedynkę, ale jako wspólnota, a to oznacza, że spoczywa na nas wszystkich odpowiedzialność za dzieło misyjne” – napisał bp Jan Piotrowski, przewodniczący Komisji Episkopatu Polski ds. Misji.

    fot. Alesandoval/Cathopic.com

    ***

    W II Niedzielę Wielkiego Postu, 25 lutego przeżywamy Dzień Modlitwy, Postu i Solidarności z Misjonarzami. W tym roku niedziela „Ad Gentes” obchodzona jest pod hasłem: „W Kościele jesteśmy wspólnotą misyjną”.

    Odwołując się do tegorocznego hasła, bp Piotrowski zaznaczył, że „zawsze wierzymy we wspólnocie Kościoła”. „W Kościele jesteśmy misjonarzami nie w pojedynkę, ale jako wspólnota, a to oznacza, że spoczywa na nas wszystkich odpowiedzialność za dzieło misyjne. I chociaż nie wszyscy mamy możliwość wyjazdu na placówki misyjne w Afryce, Ameryce Łacińskiej, Azji i Oceanii, wszyscy możemy służyć misjom poprzez modlitwę, ofiarowanie cierpień i niedostatków życiowych w intencji misji, a także żywe zaangażowanie w zdobywanie środków finansowych i materialnych na misje” – podkreślił.

    Bp Piotrowski przypomniał, że obecnie ok. 1700 misjonarek i misjonarzy z Polski posługuje w 99 krajach, „a potrzeby młodych Kościołów misyjnych są znacznie większe”.

    Przewodniczący Komisji Episkopatu Polski ds. Misji przyznał, że „misje nas ubogacają duchowo i są źródłem Bożego błogosławieństwa dla nas. Nie tylko rodzą w nas radość z tego, że jesteśmy użyteczni i możemy pomagać innym; że współpracując z misjonarzami uczestniczymy w dziele zbawienia świata”. „Ci, którym pomagamy na misjach odwdzięczają się modlitwą i wypraszają nam potrzebne łaski” – dodał.

    ***

    KOMUNIKAT BP. JANA PIOTROWSKIEGO,
    PRZEWODNICZĄCEGO KOMISJI EPISKOPATU POLSKI DS. MISJI,
    NA II NIEDZIELĘ WIELKIEGO POSTU „AD GENTES” 2024 r.,
    BĘDĄCĄ DNIEM MODLITWY, POSTU I SOLIDARNOŚCI Z MISJONARZAM

    Siostry i bracia, misjonarki i misjonarze oraz przyjaciele misji!

    I. Od kilku lat, w II niedzielę Wielkiego Postu Kościół w Polsce wraz z Dziełem Pomocy Misjom „Ad Gentes” zaprasza nas do modlitwy i materialnego wsparcia polskich misjonarek i misjonarzy. Tegoroczny Dzień Modlitwy, Postu i Solidarności z misjonarzami przeżywamy pod hasłem: „W Kościele jesteśmy wspólnotą misyjną”. Raz jeszcze przywołujemy prawdę, bliską sercu Ojca Świętego Benedykta XVI, że kto wierzy nigdy nie jest sam. Zawsze wierzymy we wspólnocie Kościoła. Jako wspólnota uczniów Jezusa żyje on mandatem misyjnym – nakazem Chrystusa: „Idźcie i głoście”. Jego zadaniem jest dzielenie się Ewangelią z ludźmi na całym świecie.

    W tym roku dziękujemy Bogu za misjonarki i misjonarzy pochodzących z Polski, którzy mimo wielu trudnych wyzwań ofiarnie posługują w 99 krajach misyjnych dając świadectwo wierności Chrystusowi i Jego Kościołowi. Prośmy, nie tylko dzisiaj, aby w Kościele rodziły się oddane Bogu powołania misyjne. Niech nasze rodziny i parafie pomagają powołanym w odczytaniu ich misji i jej wypełnieniu. Ta modlitwa powinna być coraz gorętsza, zważywszy ogrom potrzeb misyjnych. Obecnie ok. 1 700 misjonarek i misjonarzy z Polski pracuje w świecie, a potrzeby młodych Kościołów misyjnych są znacznie większe.

    II. W Kościele jesteśmy misjonarzami nie w pojedynkę, ale jako wspólnota, a to oznacza, że spoczywa na nas wszystkich odpowiedzialność za dzieło misyjne. I chociaż nie wszyscy mamy możliwość wyjazdu na placówki misyjne w Afryce, Ameryce Łacińskiej, Azji i Oceanii, wszyscy możemy służyć misjom poprzez modlitwę, ofiarowanie cierpień i niedostatków życiowych w intencji misji, a także żywe zaangażowanie w zdobywanie środków finansowych i materialnych na misje. Korzystając z okazji pragnę serdecznie podziękować wszystkim duchownym i wiernym świeckim Kościoła w Polsce ‒ naszej wspólnoty misyjnej ‒ za życzliwe i stałe zatroskanie o misje i pomoc. Bez niego misjonarze nie byliby w stanie wypełniać swych zadań i służyć ubogim.

    Dziękuję wszystkim: duszpasterzom oraz ich współpracownikom, którzy angażują się w pomoc misjom i w innych rozpalają zapał misyjny. Zachęcam Was do ożywienia zainteresowania misjami. Dziękuję katechetom, dzieciom i młodzieży, zwłaszcza aktywnie działającym w grupach misyjnych. Jestem wdzięczny dorosłym, chorym, seniorom, niepełnosprawnym i wszystkim, którzy stają u boku misjonarek i misjonarzy z różnorakimi darami, nie tylko dzisiaj, ale ciągu całego roku.

    Niech czas Wielkiego Postu skłoni nas do hojnej jałmużny na rzecz misji. Zachęcam, by środowiska misyjne w Polsce podejmowały w  tym czasie łaski nowe i pożyteczne inicjatywy duszpasterskie. 

    III. W tym roku pragnę zwrócić uwagę na jeszcze jedną, bardzo ważną prawdę, że misje nas ubogacają duchowo i są źródłem Bożego błogosławieństwa dla nas. Nie tylko rodzą w nas radość z tego, że jesteśmy użyteczni i możemy pomagać innym; że współpracując z misjonarzami uczestniczymy w dziele zbawienia świata. Ci, którym pomagamy na misjach odwdzięczają się modlitwą i wypraszają nam potrzebne łaski. Modlą się również za zmarłych darczyńców misji, błagając Pana Boga o ich wieczne zbawienie.

    Przed nami – jako wspólnotą misyjną – ogromne pole możliwości działania. Obyśmy tylko pragnęli być przydatni, a znajdziemy swe miejsce w misyjnym dziele Kościoła i we wspólnocie, która ze swej natury jest misyjna.

    Niech Chrystus, posłany przez Ojca z Dobrą Nowiną, wszystkim zaangażowanym w dzieło misyjne błogosławi i utwierdza w dobrych uczynkach.

    Bp Jan Piotrowski
    Przewodniczący Komisji Episkopatu Polski ds. Misji

    BP KEP/KAI

    __________________________________________________________________________________________________________

    Te odpusty uzyskasz tylko w Wielkim Poście. Usuwają bolesne skutki grzechów

    Te odpusty uzyskasz tylko w Wielkim Poście. Usuwają bolesne skutki grzechów

    fot. Depositphotos.com

    ***

    Najważniejsze zadanie na Wielki Post to nawrócenie: czas łaski, dni, w których Bóg jest blisko i czeka na nas ze swoją miłością i miłosierdziem. Wśród wszystkich pomocy, z których możemy skorzystać w czasie Wielkiego Postu, są też możliwe do uzyskania za wielkopostne czynności odpusty zupełne.

     Czym jest odpust zupełny? To darowanie kar za odpuszczone już w sakramencie pokuty grzechy – a prościej mówiąc, boże usuwanie konsekwencji naszych grzechów, które dotykają nas samych, naszych bliskich i świat. 

    Jaki jest skutek odpustu zupełnego?

    Odpust można ofiarować za siebie lub za osobę zmarłą. Jeśli ofiarujemy go za siebie, uwalniamy się od konsekwencji grzechów, które popełniliśmy, a które mogą sprawiać, że nasze życie jest pełne trudności i cierpienia. Gdy ofiarujemy go za osobę zmarłą i spełnimy warunki do uzyskania odpustu zupełnego, wymieniony przez nas zmarły, który po śmierci nie trafił jeszcze do nieba, ale oczyszcza się przed wejściem do niego w czyśćcu,  zostaje, obrazowo mówiąc, natychmiast przeniesiony do nieba.

    Odpusty, które można uzyskać w Wielkim Poście:

    By uzyskać odpust zupełny, trzeba spełnić kilka warunków: należy być w stanie łaski uświęcającej (lub się wyspowiadać) i przyjąć Komunię świętą, pomodlić się w papieskich intencjach (nie trzeba ich znać) oraz zrezygnować z przywiązania do grzechów. Jakie aktywności pozwolą nam oczyścić swoje życie ze skutków grzechów w Wielkim Poście?

    1. Adoracja i ucałowanie Krzyża w trakcie liturgii Męki Pańskiej w Wielki Piątek.

    2. Odmówienie modlitwy: Oto ja, o dobry i najsłodszy Jezu – po Komunii św. przed obrazem Jezusa Chrystusa w każdy piątek Wielkiego Postu i w Wielki Piątek.

    “Oto ja, dobry i najsłodszy Jezu, upadam na kolana przed Twoim obliczem i z największą gorliwością ducha proszę Cię i błagam, abyś wszczepił w moje serce najżywsze uczucia wiary, nadziei i miłości oraz prawdziwą skruchę za moje grzechy i silną wolę poprawy. Oto z sercem przepełnionym wielkim uczuciem i z boleścią oglądam w duchu Twoje pięć ran i myślą się w nich zatapiam, pamiętając o tym, dobry Jezu, co już prorok Dawid włożył w Twoje usta: Przebodli ręce moje i nogi, policzyli wszystkie kości moje. (Ps 22, 17)”

    3. Odmówienie (lub zaśpiewanie): Przed tak wielkim Sakramentem… podczas liturgii Wieczerzy Pańskiej po Mszy św. (w Wielki Czwartek). 

    4. Odprawienie Drogi Krzyżowej. Należy spełnić następujące warunki: odprawić nabożeństwo przed stacjami Drogi Krzyżowej, która ma 14 stacji, rozważając mękę i śmierć Jezusa i przechodząc od jednej stacji do drugiej (przy publicznym odprawianiu wystarczy, aby prowadzący przechodził, jeśli wszyscy wierni nie mogą tego zrobić). Jeśli ktoś ze względu na np. chorobę nie jest w stanie przejść drogi krzyżowej, może przez pół godziny pobożnie czytać i rozważać mękę i śmierć Chrystusa. 

    5. Uczestnictwo w nabożeństwie Gorzkich Żalów: jeden raz w tygodniu w okresie Wielkiego Postu, w jakimkolwiek kościele na terenie Polski.

    DEON.pl / mł

    ________________________________________________________________________________________

    Gorzkie żale, przybywajcie!

     fot. Karol Porwich/Tygodnik Niedziela

    ***

    W polskiej pobożności występuje szereg nabożeństw i pieśni, które stanowią o jej bogactwie i oryginalności. Obok kolęd i silnego wątku maryjnego szczególne miejsce w naszej duchowości zajmuje nabożeństwo do Męki Pańskiej, a zwłaszcza Gorzkie żale, które są rdzennie polskim nabożeństwem wielkopostnym, występującym tylko u nas.

    Po raz pierwszy nabożeństwo pasyjne będące pierwowzorem dzisiejszych Gorzkich żali odprawiono w pierwszą niedzielę Wielkiego Postu 16 lutego 1697 r. w Warszawie. Wprowadził je proboszcz parafii Świętego Krzyża, a jego wprowadzenie nastąpiło – jak zapisano w „Księdze Protokołów Bractwa św. Rocha” – „na gorącą intencję Ich Mościów Panów Braci, którzy chcąc wedle możności Chrystusa cierpiącego i przebłogosławionego Patrona naszego św. Rocha w umartwieniu ciała naśladować, a to Jego Mościa Ks. Proboszcza pokornie upraszali, który tak święte i pobożne zamysły ordynował i wiecznymi czasy postanowił, aby takowe nabożeństwo co rok w każde niedziele Postu po nieszporze tutejszym św. Krzyża odprawiane było”.

    Obecną formę Gorzkich żali opracował promotor Bractwa św. Rocha ks. Wawrzyniec Benik w lutym 1707 r., a więc 311 lat temu. Zaś w 2. poł. XIX wieku biskupi polscy wprowadzili Gorzkie żale jako obowiązkowe nabożeństwo pasyjne w parafiach.

    Czemu ma służyć to uświęcone tradycją nabożeństwo odprawiane od początku swego istnienia przed wystawionym Najświętszym Sakramentem? Odpowiedź jest bardzo prosta i można ją streścić słowami bł. Marii od Męki Pańskiej, która mówiła, że „kto szuka Chrystusa Ukrzyżowanego, ten nie musi się niczego obawiać”.

    Św. Franciszek Salezy rozważanie Męki Pańskiej nazywa „prawdziwą szkołą miłości, najsłodszą pobudką do gorliwości”. Według niego, kiedy rozważamy słowa Pana Jezusa z krzyża: „Ojcze, przebacz im, bo nie wiedzą, co czynią”, sami uczymy się przebaczenia. Rozważając postawę św. Weroniki, uczymy się współczucia i pomocy cierpiącym. Nawracający się łotr na krzyżu ukazuje ogrom Bożej łaski i miłosierdzia, również w ostatniej chwili życia. Rozważanie cierpień Pana uczy nas sensu cierpienia, daje moc do niesienia krzyży i przypomina o Jego nieskończonej miłości.

    Pan Jezus wielu świętym zalecał rozważanie swej Męki i ukazywał jej zbawienne owoce.

    Św. Bernardowi z Clairvaux Pan objawił tajemnicę nieznanej bolesnej Rany swego Ramienia w takich słowach: „Miałem ranę na ramieniu, spowodowaną dźwiganiem krzyża, na trzy palce głęboką, w której widniały trzy odkryte kości. Sprawiła Mi ona większe cierpienie i ból, aniżeli wszystkie inne. Ludzie mało o niej myślą, dlatego jest nieznana, lecz ty staraj się objawić ją wszystkim chrześcijanom całego świata. Wiedz, że o jakąkolwiek łaskę prosić Mnie będą przez tę właśnie Ranę, udzielę jej. I wszystkim, którzy z miłości do tej Rany uczczą Mnie odmówieniem codziennie trzech «Ojcze nasz» i trzech «Zdrowaś Maryjo», daruję grzechy powszednie, ich grzechów ciężkich już więcej pamiętać nie będę i nie umrą nagłą śmiercią, a w chwili konania nawiedzi ich Najświętsza Dziewica i uzyskają łaskę i zmiłowanie Moje”.

    Św. Brygidzie Szwedzkiej Pan Jezus objawił, ile otrzymał ran i jak należy uczcić każdą z nich. Pewnego dnia Zbawiciel objawił się jej i rzekł: „Moje Ciało otrzymało 5480 ciosów. Jeżeli chcesz je uczcić pobożną praktyką, zmów codziennie 15 «Ojcze nasz» i 15 «Zdrowaś Maryjo» z modlitwami, których cię nauczyłem, podczas całego roku. W ten sposób w ciągu roku uczcisz każdą moją Ranę”. Dalej św. Brygida, patronka Europy, usłyszała słowa: „Trzeba wiedzieć, że choćby kto żył przez 30 lat w grzechu, lecz potem skruszonym sercem odmawiałby pobożnie te modlitwy albo przynajmniej powziął postanowienie ich odmawiania, Pan mu odpuści jego grzechy”.

    Wśród współczesnych świętych szczególnym nabożeństwem do Męki Pańskiej odznaczała się św. Faustyna, która w swoim „Dzienniczku” odnotowuje takie słowa Pana Jezusa: „Córko Moja, rozważaj często cierpienia Moje, które dla ciebie poniosłem; a nic ci się wielkim nie wyda, co ty cierpisz dla Mnie. Najwięcej Mi się podobasz, kiedy rozważasz Moją bolesną mękę; łącz swoje małe cierpienia z Moją bolesną męką, aby miały wartość nieskończoną przed Moim Majestatem” (Dz. 1512). W innym miejscu „Dzienniczka” czytamy: „Usłyszałam głos w duszy: «Jedna godzina rozważania Mojej bolesnej męki większą zasługę ma, aniżeli cały rok biczowania się aż do krwi; rozważanie Moich bolesnych ran jest dla ciebie z wielkim pożytkiem, a Mnie sprawia wielką radość»” (Dz. 369).

    Zmysł wiary naszych przodków, pobudzany przez Ducha Świętego, w rozważaniu Męki Pańskiej upatrywał siły do niesienia naszych codziennych krzyży i był wyrazem wdzięczności, jaką jesteśmy winni Temu, który za nas cierpiał rany. Pismo Święte uczy nas tego nabożeństwa: „Będą patrzeć na tego, którego przebili, i boleć będą nad Nim, jak się boleje nad jedynakiem, i płakać będą nad nim, jak się płacze nad pierworodnym” (Za 12,10n). Ponieważ „Krwią Jego ran zostaliście uzdrowieni” (1 P 2,21-24), „a w Jego ranach jest nasze zdrowie” (Iz 53,5).

    Śpiewajmy zatem wszyscy razem: Gorzkie żale, przybywajcie….

    ks. Zbigniew Chromy/Tygodnik Niedziela

    _______________________________________________________________

    fot. stevenneira/Cathopic/Stacja7.pl

    ***

    Uczestnicząc w nabożeństwie „Gorzkie żale” można uzyskać odpust zupełny raz w tygodniu, dowolnego dnia, w okresie Wielkiego Postu. Należy wziąć udział w nabożeństwie w kościele – nie wystarczy prywatne odmówienie „Gorzkich żali”. Aby uzyskać odpust zupełny trzeba spełnić wymagane warunki, o których przypominam poniżej.

    ________________________________________________________________________________________

    DROGA KRZYŻOWA

    fot. James Coleman/Unsplash/Stacja7.pl

    ***

    Jak uzyskać odpust zupełny za udział w Drodze Krzyżowej?

    W Wielkim Poście Kościół zachęca nas do nabożeństw pasyjnych, w szczególności Drogi Krzyżowej. Za udział w niej można uzyskać odpust zupełny, który Stolica Apostolska wyjaśnia w następujący sposób:

    • Pobożne ćwiczenie należy odprawić przed stacjami Drogi Krzyżowej prawnie erygowanymi
    • Do erygowania zaś Drogi Krzyżowej wymaga się 14 krzyży, przy których zwykło się zamieszczać z pożytkiem duchowym tyleż obrazów, przedstawiających stacje jerozolimskie
    • Zgodnie z powszechniejszym zwyczajem pobożna praktyka składa się z czternastu właściwych czytań, do których dodaje się pewne wezwania modlitewne. Do odprawienia jednak Drogi Krzyżowej wymaga się tylko pobożnego rozważania Męki i Śmierci Chrystusa. Nie jest zatem konieczne rozmyślanie poszczególnych tajemnic każdej stacji
    • Wymaga się przechodzenia od jednej stacji do drugiej. Jeżeli jednak to nabożeństwo odprawia się publicznie i wszyscy biorący udział nie mogą bez zamieszania przechodzić od stacji do stacji, wystarczy, jeżeli do poszczególnych stacji przechodzi prowadzący Drogę Krzyżową, podczas gdy inni pozostają na swoim miejscu
    • Wierni, którzy mają prawnie uzasadnioną przeszkodę, mogą uzyskać taki sam odpust, jeżeli przynajmniej przez pewien czas, na przykład przez kwadrans będą pobożnie czytać i rozważać mękę i śmierć Pana naszego, Jezusa Chrystusa.

    ***

    Warunki uzyskania odpustu zupełnego:

    • być w stanie łaski uświęcającej;
    • przyjąć w tym dniu Komunię Świętą;
    • pomodlić się w intencjach polecanych przez Ojca Świętego – ”Wierzę Boga”, ”Zdrowaś Maryjo”;
    • nie mieć w sobie przywiązania do żadnego grzechu, nawet lekkiego;

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Odpust w Kościele katolickim.

    Ile razy można go uzyskać?

    Odpust w Kościele katolickim. Ile razy można go uzyskać?

    Sąd Ostateczny – witraż z kościoła św. Barbary w Kutnej Horze w Czechach (fot. wrangel / depositphotos)

    ***

    Na czym polega odpust Kościele katolickim, jakie są warunki jego uzyskania, co oznacza odpust zupełny i cząstkowy, za kogo można ofiarować odpust, jak do odpustów pochodzono w przeszłości – wyjaśnia o. dr. hab. Marek Blaza SJ, profesor teologii w Akademii Katolickiej w Warszawie – Collegium Bobolanum.

    Jakub Kołacz SJ: W ostatnim czasie znów więcej mówimy na temat odpustów – specjalne wydarzenia, jak Rok św. Józefa są okazją do ich uzyskania. Odpusty jednak uzyskać można w listopadzie, przy okazji różnych uroczystości czy choćby co roku podczas odpustu parafialnego. Może warto przypomnieć, czym są odpusty?

    Prof. AKW, dr hab. Marek Blaza SJ: – Obecnie obowiązująca oficjalna definicja odpustu w Kościele katolickim została po raz pierwszy ogłoszona w Konstytucji apostolskiej papieża św. Pawła VI Indulgentiarum doctrina w 1967 r. i w całości zamieszczona w Katechizmie Kościoła Katolickiego z 1992 r.: „Odpust jest to darowanie wobec Boga kary doczesnej za grzechy, zgładzone już co do winy. Dostępuje go chrześcijanin odpowiednio usposobiony i pod pewnymi, określonymi warunkami, za pośrednictwem Kościoła, który jako szafarz owoców odkupienia rozdaje i prawomocnie przydziela zadośćuczynienie ze skarbca zasług Chrystusa i świętych” (nr 1471)

    W przeszłości sprawa odpustów wywoływała wielkie kontrowersje. To m.in. od tej „iskry” zapalił się wielki ogień Reformacji. Skąd brały się te kontrowersje?

    – Aby zrozumieć, dlaczego odpusty wywołały tak wielkie kontrowersje, należy pamiętać, że w dużej mierze ich początki związane są z wieloletnimi praktykami pokutnymi nakładanymi za bardzo ciężkie grzechy w pierwszym tysiącleciu chrześcijaństwa. Co prawda od VI wieku można było już wielokrotnie przystępować do pokuty (wcześniej można było do niej przystąpić tylko raz w życiu!), ale była ona nadal długotrwała i uciążliwa. Jednak w tym kontekście zaczęło dochodzić do różnorakich wynaturzeń związanych z praktykami pokutnymi: bogatsi pokutnicy otrzymali możliwość wykupienia nałożonej pokuty za określoną sumę pieniędzy, np. rok postu można było zamienić na określoną opłatę. Te zamiany nie ograniczały się jedynie do pieniędzy. Można było bowiem 3 dni postu zamienić na recytację 50 psalmów. Tego rodzaju wynaturzenia osłabiały prawdziwego ducha pokuty i nawrócenia.

    – Wreszcie problematyczną stawała się sytuacja, kiedy pokutnik zmarł, nie odprawiwszy do końca swojej pokuty. W takiej sytuacji uważano, że musi on ją dokończyć już po śmierci. Stąd od początku II tysiąclecia chrześcijaństwa starano się, aby jednak owa kara będąca konsekwencją grzechów mogła zostać odpokutowana już za życia. Od XI w. takie darowanie kary było związane z udziałem w wyprawach krzyżowych, a nieco później z nawiedzaniem miejsc świętych, np. grobu św. Jakuba Apostoła w Santiago de Compostela lub kaplicy Porcjunkuli w Asyżu. Natomiast od XIV w. pojawia się praktyka zamieniania aktów pokuty na opłaty pieniężne. I tak, poprzez zakupienie listu odpustowego za siebie lub za zmarłego, można było skrócić męki czyśćcowe.

    – Z kolei tą wspomnianą „iskrą”, która zapaliła ogień Reformacji, był odpust ogłoszony w 1515 r. przez papieża Leona X w celu zebrania pieniędzy na budowę bazyliki św. Piotra w Rzymie. Przy tej okazji doszło jednak do wielu rażących nadużyć, związanych również z kupowaniem urzędów kościelnych za pieniądze uzyskane z odpustów. Dlatego począwszy od 1517 r. reformatorzy na czele z Marcinem Lutrem potępiali tę praktykę, odnosząc się do niej ironicznie: „Gdy tylko złoto w misce zadzwoni, do nieba jakaś duszyczka goni”. Reformatorzy jednak nie poprzestali na potępieniu nadużyć, ale wręcz zakwestionowali samą teologię i praktykę odpustów. Z drugiej strony ta krytyka przyczyniła się do zrewidowania nauki o odpustach w Kościele katolickim.

    Kiedyś – widzimy to jeszcze w starych książeczkach do nabożeństwa – za odmówienie niektórych modlitw można było uzyskać 300 dni odpustu. Dziś inaczej rozumiemy te kwestie, ale może warto wyjaśnić, skąd brało się takie podejście – czy dawniej wyobrażano sobie, że na sądzie Bożym, po śmierci, człowiek otrzymywał wyrok np. 500 dni w czyśćcu?

    – Aby wyjaśnić tę kwestię, warto sięgnąć chociażby do Katechizmu św. Piusa X z początku XX w. Na pytanie „co znaczy odpust na przykład czterdziestu dni, stu dni albo siedmiu lat?” pada odpowiedź: „Odpust na przykład czterdziestu dni, stu dni albo siedmiu lat oznacza odpuszczenie takiego okresu kary doczesnej, jaki byłby do odpokutowania przez czterdzieści dni, sto dni albo siedem lat praktyk pokutnych, jakie w dawnych czasach były nakładane przez Kościół” („O sakramencie pokuty”, pytanie 132.). Należy także mieć na uwadze, że w teologii katolickiej przynajmniej od czasów średniowiecza przyjmowano, że w czyśćcu istnieje jakiś rodzaj czasu, choć nie jest on tożsamy z czasem ziemskim. O ile w opisie natury tego czasu w czyśćcu teologowie wykazywali się powściągliwością, o tyle wizjonerzy średniowieczni potrafili bardzo szczegółowo opowiadać o tym, jak długo takie cierpienia trwają. Wreszcie papież Aleksander VII (1655-1667) w celu położenia kresu tego rodzaju dywagacjom potępił twierdzenie, że dusza nie może przebywać dłużej w czyśćcu niż 20 lat. Dlatego dziś w Kościele katolickim wyróżniamy jedynie dwa rodzaje odpustu: „cząstkowy lub zupełny, zależnie od tego, czy uwalnia od kary doczesnej należnej za grzechy w całości lub w części” (KKK 1471)

    Odpusty możemy uzyskać dla siebie czy dla innych?

    – Odpust można uzyskać tylko i wyłącznie dla siebie lub ofiarować go za zmarłych na sposób wstawiennictwa. Odpustu nie można ofiarować za inną żyjącą osobę.

    A skoro już raz uzyskamy odpust, to po co starać się o niego po raz drugi? Wydawać by się mogło, że skoro już uzyskaliśmy odpust zupełny, to jesteśmy bezpieczni.

    – Nie trzeba by było starać się uzyskać odpustu drugi czy kolejny raz, gdybyśmy po uzyskaniu odpustu zupełnego zaprzestali popełniania grzechów. To faktycznie może się udać na łożu śmierci, ale pod warunkiem, że po uzyskaniu odpustu niezwłocznie umrzemy. W tym kontekście warto też dodać, że jednym ze skutków przyjęcia sakramentu chrztu jest uzyskanie odpustu zupełnego. Jednak nawet po przyjęciu chrztu pozostaje w chrześcijaninie zarzewie grzechu (fomes peccati), czyli pewna skłonność do popełniania grzechów. Dlatego uzyskiwać odpust można nawet codziennie. Odpust zupełny można uzyskać tylko jeden raz w ciągu dnia, chociaż w chwili śmierci można uzyskać odpust zupełny nawet wtedy, gdy się go uzyskało wcześniej w tym samym dniu. Z kolei odpust cząstkowy można uzyskać kilka razy dziennie.

    Czy odpust może uzyskać każdy, kto tego chce?

    – Do uzyskania odpustu zdolna jest osoba ochrzczona, nieekskomunikowana i znajdująca się w stanie łaski uświęcającej, czyli wolna od grzechu ciężkiego. W celu zaś uzyskania odpustu zupełnego winna być ona wolna od jakiegokolwiek grzechu, nawet powszedniego przynajmniej pod koniec wypełniania przepisanych czynności.

    Często, gdy przypominamy o możliwości uzyskania odpustu, mówimy, że można go uzyskać „pod zwykłymi warunkami”. Jakie są te „zwykłe warunki”?

    – Z zasady z uzyskaniem odpustu zupełnego wiąże się przystąpienie do sakramentalnej spowiedzi, przyjęcie Komunii św. oraz odmówienie przepisanych modlitw: Ojcze nasz, Wierzę w Boga i modlitwy w intencji Ojca Świętego. Tą modlitwą w intencji papieża może być Ojcze nasz lub Zdrowaś, lub jakakolwiek inna modlitwa, którą wierny uważa za stosowną do odmówienia. Po jednej spowiedzi sakramentalnej można uzyskać kilka odpustów zupełnych, ale po jednej Komunii św. i odmówieniu wyżej wspomnianych modlitw można uzyskać tylko jeden odpust zupełny. Spowiedź, Komunia i przepisane modlitwy jako warunki odpustu zupełnego można wypełnić na wiele dni przed lub po wykonaniu danego dzieła związanego z odpustem (np. nawiedzenie kościoła w danym dniu). Jednak usilnie zaleca się, aby Komunię przyjąć i przepisane modlitwy odmówić w dniu, z którym związany jest dany odpust.

    Podsumowując, co zostaje nam darowane, gdy uzyskamy odpust?

    – Kara doczesna za grzechy, wcześniej zgładzona już co do winy. Odpusty nie podważają bowiem skuteczności rozgrzeszenia otrzymanego w sakramencie pokuty. Aby lepiej zrozumieć tę różnicę między winą i karą, można posłużyć się przykładem skazanego prawomocnym wyrokiem sądowym za przestępstwo. Czy taki skazaniec może otrzymać rozgrzeszenie w sakramencie pojednania, jeżeli żałuje za to, co zrobił? Może. Ale czy to rozgrzeszenie poskutkuje zwolnieniem z odbycia kary, na którą sąd skazał złoczyńcę? Nie.

    Zatem uzyskiwanie i ofiarowanie odpustów za zmarłych to forma naszej solidarności z nimi i modlitwy w ich intencji. Mają one zatem wartość również dla nas, bo starając się o nie, sami stajemy się lepsi.

    – Praktyka uzyskiwania i ofiarowania odpustów przypomina nam o tym, że Kościół to wspólnota wierzących, do których należą także przebywający w czyśćcu. Tę wspólnotę nazywamy Kościołem pokutującym.  Z kolei cały Kościół, również ten tryumfujący (święci) i pielgrzymujący (my tutaj na ziemi), jest jednocześnie pośrednikiem i szafarzem owoców odkupienia. To Kościół bowiem rozdaje i prawomocnie przydziela zadośćuczynienie ze skarbca zasług Chrystusa i świętych. Św. Jan Paweł II w ramach swojej katechezy na audiencji generalnej 29 września 1999 r. podkreślił, że „tego rozdzielania [ze skarbca] nie należy pojmować jako swego rodzaju mechanicznej dystrybucji, tak jakby chodziło o «rzeczy». Jest ono raczej wyrazem pełnej ufności Kościoła, że jest wysłuchiwany przez Ojca, gdy ze względu na zasługi Chrystusa, a także — za Jego przyzwoleniem — na zasługi Matki Boskiej i świętych, prosi Go o zmniejszenie lub przekreślenie bolesnego aspektu kary, pogłębiając jej wymiar leczniczy poprzez inne rodzaje działania łaski. W niezgłębionej tajemnicy Bożej mądrości ten dar wstawiennictwa może być użyteczny również dla wiernych zmarłych, którzy korzystają z jego owoców stosownie do swej sytuacji”.

    – Natomiast w odniesieniu do uzyskującego odpust, św. Jan Paweł II wskazuje w tej katechezie, że „odpusty nie są nigdy swoistą «zniżką» zwalniającą z obowiązku nawrócenia, ale raczej stanowią pomoc w bardziej zdecydowanym, ofiarnym i radykalnym realizowaniu tej powinności. (…) Jest zatem w błędzie ten kto sądzi, że można otrzymać ten dar po wykonaniu kilku zwykłych czynności zewnętrznych. Przeciwnie, są one wymagane jako wyraz nawrócenia i wsparcie na tej drodze”. Praktyka odpustów każe nam zatem dbać o nasze zbawienie, a jednocześnie poczuć się współodpowiedzialnym za zbawienie zmarłych znajdujących się w czyśćcu. W ten sposób dobitnie widać, że Kościół jako Ciało Chrystusa jest rzeczywiście skutecznym środkiem zbawienia.

    o. Jakub Kołacz SJ / o. Marek Blaza SJ/Deon.pl

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Czym jest odpust zupełny? 

    Czym jest odpust zupełny? Nie ma nic wspólnego z kupowaniem sobie rozgrzeszenia, jak wciąż głoszą niektóre miejsko-kościelne legendy. To teologicznie uzasadniona duchowa praktyka, pokazująca ogrom Bożego miłosierdzia. Odpust zupełny to darowanie człowiekowi przez Boga wszystkich kar doczesnych, które powinien ponieść za swoje grzechy, odpuszczone już podczas spowiedzi. Potocznie mówiąc – odpust to łaska, która pozwala “wyzerować” swój czyśćcowy rachunek, czyli kary, którymi będziemy oczyszczani przed wejściem do nieba. Odpust może być zupełny – czyli wymazujący wszystkie kary, lub cząstkowy, czyli uwalniający nas z ich części.

    Odpust można uzyskać dla siebie i w ten sposób uniknąć kar czyśćcowych – lub ofiarować go za zmarłą osobę i w ten sposób sprawić, że z czyśćca trafi prosto do nieba.

    ______________________________________________________________________________________________________________

    MOŻLIWOŚCI ZYSKANIA ODPUSTU ZUPEŁNEGO W WIELKIM POŚCIE

    Oprócz odprawienia nabożeństw wielkopostnych takich jak Droga Krzyżowa i Gorzkie Żale – również pobożne odmówienie w piątki Wielkiego Postu przed wizerunkiem Ukrzyżowanego modlitwy: Oto ja, dobry i najsłodszy Jezu*, przypisana jest możliwość uzyskania odpustu zupełnego. Możemy go ofiarować za siebie lub za zmarłych.

    ***

    *MODLITWA

    Oto ja, dobry i najsłodszy Jezu, upadam na kolana przed Twoim obliczem i z największą gorliwością ducha proszę Cię i błagam, abyś wszczepił w moje serce najżywsze uczucia wiary, nadziei i miłości oraz prawdziwą skruchę za moje grzechy i silną wolę poprawy. Oto z sercem przepełnionym wielkim uczuciem i z boleścią oglądam w duchu Twoje pięć ran i myślą się w nich zatapiam, pamiętając o tym, dobry Jezu, co już prorok Dawid włożył w Twoje usta: „Przebodli ręce moje i nogi, policzyli wszystkie kości moje” (Ps 22,17).

    ***

    INFORMACJE DOTYCZĄCE ODPUSTÓW:

    1. Odpust jest darowaniem wobec Boga kary doczesnej za grzechy odpuszczone już co do winy w czasie spowiedzi. Może go uzyskać wierny, odpowiednio przygotowany – po wypełnieniu pewnych określonych warunków. Odpustami są czynności wiernych, w wielu wypadkach łączące się z jakimś miejscem (np. kościołem) lub z rzeczą (np. różańcem).
    2. Odpust jest cząstkowy albo zupełny, zależnie od tego, czy uwalnia od kary doczesnej w części lub w całości. Tym więcej będzie darowania, im więcej gorliwości okaże osoba zyskująca odpust.
    3. Nikt nie może przekazywać innym osobom żyjącym odpustów, jakie sam zyskuje. Odpusty zarówno cząstkowe jak i zupełne mogą być zawsze ofiarowane za zmarłych na sposób wstawiennictwa.
    4. Odpust zupełny można uzyskać tylko jeden w ciągu dnia. Jednakże w momencie śmierci wierny może uzyskać odpust zupełny, chociażby tego dnia zyskał już inny odpust zupełny. Odpust cząstkowy można uzyskać kilka razy dziennie, chyba że co innego jest wyraźnie zaznaczone.
    5. Do uzyskania odpustu zupełnego wymaga się wykonania dzieła obdarzonego odpustem, oraz wypełnienia trzech następujących warunków: 1) spowiedź sakramentalna, 2) Komunia eucharystyczna, 3) modlitwa w intencjach w jakich modli się Ojciec Święty.
    6. Ponadto wymaga się wykluczenia wszelkiego przywiązania do grzechu nawet powszedniego. Jeśli brakuje pełnej tego rodzaju dyspozycji, albo nie zostaną spełnione wyliczone warunki, wtedy odpust będzie tylko cząstkowy.
    7. Wypada, by Komunia święta i modlitwa w intencjach Ojca Świętego miały miejsce w tym dniu, w którym wykonuje się dzieło obdarzone odpustem.
    8. Po jednej spowiedzi sakramentalnej można uzyskać kilka odpustów zupełnych. Natomiast po jednej Komunii eucharystycznej i po jednej modlitwie w intencjach Ojca Świętego zyskuje się tylko jeden odpust zupełny.
    9. Warunek dotyczący modlitwy w intencjach Ojca Świętego wypełnia się całkowicie przez odmówienie jeden raz “Ojcze nasz” i “Zdrowaś”. Pozostawia się wiernym swobodę wyboru jakiejkolwiek modlitwy zgodnie z ich pobożnością.
    10. Jeżeli do uzyskania odpustu związanego z jakimś dniem wymagane jest nawiedzenie kościoła lub kaplicy, to można go dokonać od południa dnia poprzedzającego, aż do północy kończącej dzień oznaczony.

    Wierni mogą uzyskać odpust zupełny wypełniając warunki określone w punkcie 5 i następujące dzieła obdarzone odpustem:

    1. adoracja Najświętszego Sakramentu trwająca przynajmniej przez pół godziny,
    2. pobożne przyjęcie – choćby tylko przez radio – Błogosławieństwa Papieskiego udzielanego Miastu i Światu,
    3. nawiedzenie cmentarza w dniach od 1 do 8 listopada połączone z modlitwą – choćby tylko w myśli – za zmarłych (odpust ten może być ofiarowany tylko za dusze w czyśćcu cierpiące),
    4. pobożny udział w obrzędzie liturgicznym w Wielki Piątek i ucałowanie krzyża,
    5. udział w ćwiczeniach duchowych (rekolekcjach) trwających przynajmniej przez trzy dni,
    6. publiczne odmówienie Aktu Wynagrodzenia w uroczystość Najświętszego Serca Jezusowego,
    7. publiczne odmówienie Aktu poświęcenia rodzaju ludzkiego Chrystusowi Królowi w uroczystość Chrystusa Króla,
    8. w uroczystość śś. Apostołów Piotra i Pawła, każdy kto pobożnie używa przedmiotu religijnego (krzyża, różańca, szkaplerza, medalika) poświęconego przez Papieża lub Biskupa i w tym dniu odmówi Wyznanie Wiary,
    9. wysłuchanie w czasie misji kilku kazań i udział w uroczystym ich zakończeniu,
    10. przystąpienie po raz pierwszy do Komunii św. lub udział w takiej pobożnej ceremonii,
    11. odprawienie pierwszej Mszy św. lub pobożne uczestnictwo w niej,
    12. odmówienie różańca w kościele, w rodzinie, we wspólnocie zakonnej (należy odmówić przynajmniej jedną część, jednakże pięć dziesiątek w sposób ciągły, z modlitwą ustną należy połączyć pobożne rozważanie tajemnic, w publicznym odmawianiu tajemnice winne być zapowiadane zgodnie z zatwierdzoną miejscową praktyką, w odmawianiu prywatnym wystarczy, że wierny łączy z modlitwą ustną rozważanie tajemnic),
    13. czytanie Pisma św. z szacunkiem należnym słowu Bożemu, przynajmniej przez pół godziny,
    14. odmówienie w sposób uroczysty hymnu “Przed tak wielkim Sakramentem” w Wielki Czwartek,
    15. odmówienie tego samego hymnu w uroczystość Bożego Ciała,
    16. publiczne odmówienie hymnu “Ciebie Boże wielbimy” w ostatnim dniu roku,
    17. publiczne odmówienie hymnu “Przybądź Duchu” w Nowy Rok i w Zesłanie Ducha Świętego,
    18. pobożne odprawienie Drogi Krzyżowej (przed stacjami prawnie erygowanymi, połączone z rozważaniem Męki i Śmierci Chrystusa i przechodzeniem od stacji do stacji; w publicznym odprawianiu wystarczy przechodzenie prowadzącego),
    19. pobożne nawiedzenie kościoła w święto tytułu i dnia 2 sierpnia (odpust Porcjunkuli) i odmówienie “Ojcze nasz” i “Wierzę”,
    20. pobożne nawiedzenie kościoła lub ołtarza w dniu jego konsekracji i odmówienie “Ojcze nasz” i “Wierzę”,
    21. pobożne nawiedzenie kościoła w Dniu Zadusznym i odmówienie “Ojcze nasz” i “Wierzę” (odpust ten może być ofiarowany tylko za dusze w czyśćcu cierpiące),
    22. pobożne nawiedzenie kościoła lub kaplicy zakonnej w święta Założyciela i odmówienie “Ojcze nasz” i “Wierzę”,
    23. odnowienie przyrzeczeń chrztu św. w czasie nabożeństwa Wigilii Paschalnej lub w rocznicę swego chrztu,
    24. pobożne nawiedzenie jednej z czterech patriarchalnych bazylik rzymskich i odmówienie tam “Ojcze nasz” i “Wierzę” w: święto tytułu, jakiekolwiek święto nakazane, raz w roku w innym dniu wybranym przez wiernego,
    25. w momencie śmierci, o ile wierny miał za życia zwyczaj odmawiania jakichkolwiek modlitw (w tym wypadku wymieniony warunek zastępuje trzy zwyczajne warunki uzyskania odpustu zupełnego), dla uzyskania tego odpustu chwalebną rzeczą jest posługiwać się krucyfiksem lub krzyżem.
    26. Pobożne odmówienie Koronki do Miłosierdzia Bożego.

    (por. Kodeks Prawa Kanonicznego, kan. 992-997; Indulgentiarum Doctrina, Posoborowe Prawodawstwo Kościelne, t. I, z. 2; Enchiridion indulgentiarum (wyd. 4, lipiec1999), Posoborowe Prawodawstwo Kościelne, t. IX, z. 3)

    ______________________________________________________________________________________________________________

    PIERWSZY PIĄTEK MIESIĄCA – 1 MARCA

    18.00 ADORACJA NAJŚWIĘTSZEGO SAKRAMENTU/ SPOWIEDŹ ŚW.

    18.30 NABOŻEŃSTWO DROGI KRZYŻOWEJ

    MSZA ŚWIĘTA O GODZ. 19.00 W INTENCJI PRZEBŁAGALNEJ ZA GRZECHY NASZE I GRZECHY CAŁEGO ŚWIATA

     Adobe Stock

    ***

    W piątek 10 czerwca 1675 r., po oktawie Bożego Ciała, miało miejsce ostatnie objawienie Jezusowego Serca św. Małgorzacie Marii. Jezus powiedział do niej: „Oto Serce, które tak bardzo umiłowało ludzi, że nie szczędziło niczego aż do zupełnego wyniszczenia się dla okazania im miłości, a w zamian za to doznaje od większości ludzi tylko gorzkiej niewdzięczności, wzgardy, nieuszanowania, lekceważenia, oziębłości i świętokradztw, jakie oddają mu w tym Sakramencie Miłości. Dlatego żądam, aby pierwszy piątek po oktawie Bożego Ciała był odtąd poświęcony jako osobne święto ku czci Mojego Serca i na wynagrodzenie Mi przez komunię i inne praktyki pobożne zniewag, jakich doznaję”.

    __________________________________________

    Pierwsze piątki miesiąca.

    Czemu służy ta praktyka i jak najlepiej ją wypełniać?

    Już przystępując do Pierwszej Komunii Świętej dzieci zobowiązują się do uczestnictwa w 9. Pierwszych Piątkach miesiąca. Praktykę, stosowaną już od 1673 roku, gdy Świętej Małgorzacie Marii Alacoque objawił się Pan Jezus, Kościół propaguje w celu pogłębienia życia religijnego wszystkich wiernych. Czemu służy ta praktyka i jak najlepiej ją wypełniać?

    Serce niegdyś rozumiano jako wolę. A zatem Wolna Wola naszego Umiłowanego Nauczyciela poddała się zupełnie Woli Ojca. Przykład Chrystusa jest wzorem postępowania dla wszystkich chrześcijan. Nasze cierpienia winniśmy składać na Niepokalane Ręce Matki Zbawiciela. Prosić Matkę naszego Pana, aby te serca, przepełnione współczuciem wobec Mąk Jej Syna Jezusa zaniosła przed Tron Przenajświętszej Trójcy.

    Aby okazanej ludziom Bożej Miłości zadośćuczynić za grzechy ,,gorzkiej niewdzięczności, wzgardy, nieuszanowania, lekceważenia, oziębłości i świętokradztw” (Chrystus do Świętej Małgorzaty) należy w tym dniu.

    1. Być w stanie łaski uświęcającej albo wyspowiadać się (w intencji wynagradzającej Niepokalanemu Sercu Maryi, aby połączyć praktykę pierwszego piątku i pierwszej soboty miesiąca).

    2. Uczestniczyć w piątek we Mszy Świętej celebrowanej w intencji wynagradzającej Najświętszemu Sercu Pana Jezusa.

    3. Przyjąć Komunię Świętą.

    4. Odmówić Litanię do Najświętszego Serca Pana Jezusa.

    5. W miarę możliwości odprawić godzinną adorację Najświętszego Sakramentu.

    Wszystkim czczącym Najświętsze Serce Pana Jezusa i rozpowszechniającym Jego kult, Król Nieba i Ziemi przez Świętą Małgorzatę Marię Pan Jezus składa 12 obietnic:

    1. Dam im łaski, potrzebne w ich stanie.

    2. Ustalę pokój w ich rodzinach.

    3. Będę ich pocieszał w utrapieniach.

    4. Będę ich pewną ucieczką w życiu, a szczególnie w godzinę śmierci.

    5. Będę im błogosławił w ich przedsięwzięciach.

    6. Grzesznicy znajdą w mym Sercu źródło i ocean miłosierdzia.

    7. Dusze oziębłe staną się gorliwymi.

    8. Dusze gorliwe prędko dojdą do doskonałości.

    9. Będę błogosławił domom, w których wizerunek Serca mojego będzie czczony.

    10. Osoby, które będą to nabożeństwo rozszerzały, będą miały imię swoje wypisane w Sercu moim.

    11. Dam kapłanom dar wzruszania serc nawet najzatwardzialszych.

    12. W nadmiarze miłosierdzia Serca mojego przyrzekam tym wszystkim, którzy będą komunikować w pierwsze piątki miesiąca przez dziewięć miesięcy z rzędu w intencji wynagrodzenia, że miłość moja udzieli łaskę pokuty, iż nie umrą w mojej niełasce, ani bez Sakramentów świętych, a Serce moje będzie im pewną ucieczką w ostatniej godzinie życia.

    NP/PCh24.pl

    ________________________________________________________________________

    PIERWSZA SOBOTA MIESIĄCA – 2 MARCA

    17.00 SPOWIEDŹ ŚW.

    18.00 MSZA ŚW. WIGILIJNA Z III NIEDZIELI WIELKIEGO POSTU

    PO MSZY ŚWIĘTEJ

    NABOŻEŃSTWO PIĘCIU PIERWSZYCH SOBÓT MIESIĄCA WYNAGRADZAJĄCE ZA ZNIEWAGI I BLUŹNIERSTWA PRZECIWKO

    Niepokalanemu Sercu Maryi

    This image has an empty alt attribute; its file name is NSM.jpg

    *****

    Wielka obietnica

    Siedem lat po zakończeniu fatimskich objawień Matka Boża zezwoliła siostrze Łucji na ujawnienie treści drugiej tajemnicy fatimskiej. Jej przedmiotem było nabożeństwo do Niepokalanego Serca Maryi.
    10 grudnia 1925r. objawiła się siostrze Łucji Maryja z Dzieciątkiem i pokazała jej cierniami otoczone serce.

    Dzieciątko powiedziało:
    Miej współczucie z Sercem Twej Najświętszej Matki, otoczonym cierniami, którymi niewdzięczni ludzie je wciąż na nowo ranią, a nie ma nikogo, kto by przez akt wynagrodzenia te ciernie powyciągał.

    Maryja powiedziała:
    Córko moja, spójrz, Serce moje otoczone cierniami, którymi niewdzięczni ludzie przez bluźnierstwa i niewierności stale ranią. Przynajmniej ty staraj się nieść mi radość i oznajmij w moim imieniu, że przybędę w godzinie śmierci z łaskami potrzebnymi do zbawienia do tych wszystkich, którzy przez pięć miesięcy w pierwsze soboty odprawią spowiedź, przyjmą Komunię świętą, odmówią jeden Różaniec i przez piętnaście minut rozmyślania nad piętnastu tajemnicami różańcowymi towarzyszyć mi będą w intencji zadośćuczynienia.

    Dlaczego pięć sobót wynagradzających?

    Córko moja – powiedział Jezus – chodzi o pięć rodzajów zniewag, którymi obraża się Niepokalane Serce Maryi:

    1. Obelgi przeciw Niepokalanemu Poczęciu,
    2. Przeciw Jej Dziewictwu,
    3. Przeciw Jej Bożemu Macierzyństwu,
    4. Obelgi, przez które usiłuje się wpoić w serca dzieci obojętność, wzgardę, a nawet nienawiść wobec nieskalanej Matki,
    5. Bluźnierstwa, które znieważają Maryję w Jej świętych wizerunkach.

    _________________________________________________________

    WARUNKI ODPRAWIENIA NABOŻEŃSTWA PIĘCIU PIERWSZYCH SOBÓT MIESIĄCA

    Warunek 1
    Spowiedź w pierwszą sobotę miesiąca

    Łucja przedstawiła Jezusowi trudności, jakie niektóre dusze miały co do spowiedzi w sobotę i prosiła, aby spowiedź święta mogła być osiem dni ważna. Jezus odpowiedział: Może nawet wiele dłużej być ważna pod warunkiem, ze ludzie są w stanie łaski, gdy Mnie przyjmują i ze mają zamiar zadośćuczynienia Niepokalanemu Sercu Maryi.

    Do spowiedzi należy przystąpić z intencją zadośćuczynienia za zniewagi wobec Niepokalanego Serca Maryi. W kolejne pierwsze soboty można przystąpić do spowiedzi w intencji wynagrodzenia za jedną z pięciu zniewag, o których mówił Jezus. Można wzbudzić intencję podczas przygotowania się do spowiedzi lub w trakcie otrzymywania rozgrzeszenia.

    Przed spowiedzią można odmówić taką lub podobną modlitwę:

    Boże, pragnę teraz przystąpić do świętego sakramentu pojednania, aby otrzymać przebaczenie za popełnione grzechy, szczególnie za te, którymi świadomie lub nieświadomie zadałem ból Niepokalanemu Sercu Maryi. Niech ta spowiedź wyjedna Twoje miłosierdzie dla mnie oraz dla biednych grzeszników, by Niepokalane Serce Maryi zatriumfowało wśród nas.

    Można także podczas otrzymywania rozgrzeszenia odmówić akt żalu:

    Boże, bądź miłościw mnie grzesznemu, szczególnie za moje grzechy przeciwko Niepokalanemu Sercu Maryi.

    Warunek 2

    Komunia św. w pierwszą sobotę miesiąca

    Po przyjęciu Komunii św. należy wzbudzić intencję wynagradzającą. Można odmówić taką lub inną modlitwę:

    Najchwalebniejsza Dziewico, Matko Boga i Matko moja! Jednocząc się z Twoim Synem pragnę wynagradzać Ci za grzechy tak wielu ludzi przeciw Twojemu Niepokalanemu Sercu. Mimo własnej nędzy i nieudolności chcę uczynić wszystko, by zadośćuczynić za te obelgi i bluźnierstwa. Pragnę Najświętsza Matko, Ciebie czcić i całym sercem kochać. Tego bowiem ode mnie Bóg oczekuje. I właśnie dlatego, że Cię kocham, uczynię wszystko, co tylko w mojej mocy, abyś przez wszystkich była czczona i kochana. Ty zaś, najmilsza Matko, Ucieczko grzesznych, racz przyjąć ten akt wynagrodzenia, który Ci składam. Przyjmij Go również jako akt zadośćuczynienia za tych, którzy nie wiedzą, co mówią, w bezbożny sposób złorzeczą Tobie. Wyproś im u Boga nawrócenie, aby przez udzieloną im łaskę jeszcze bardziej uwydatniła się Twoja macierzyńska dobroć, potęga i miłosierdzie. Niech i oni przyłączą się do tego hołdu i rozsławiają Twoją świętość i dobroć, głosząc, że jesteś błogosławioną miedzy niewiastami, Matką Boga, której Niepokalane Serce nie ustaje w czułej miłości do każdego człowieka. Amen.

    Warunek 3

    Różaniec wynagradzający w pierwszą sobotę miesiąca

    Po każdym dziesiątku należy odmówić Modlitwę Anioła z Fatimy. Akt wynagrodzenia:

    O mój Jezu, przebacz nam nasze grzechy, zachowaj nas od ognia piekielnego, zaprowadź wszystkie dusze do nieba i pomóż szczególnie tym, którzy najbardziej potrzebują Twojego miłosierdzia.

    Zaleca się odmówienie Różańca wynagradzającego za zniewagi wyrządzone Niepokalanemu Sercu Maryi. Odmawia się go tak jak zwykle Różaniec, z tym, że w „Zdrowaś Maryjo…” po słowach „…i błogosławiony owoc żywota Twojego, Jezus” włącza się poniższe wezwanie, w każdej tajemnicy inne:

    Zachowaj i pomnażaj w nas wiarę w Twoje Niepokalane Poczęcie!
    Zachowaj i pomnażaj w nas
    wiarę w Twoje nieprzerwane Dziewictwo!
    Zachowaj i pomnażaj w nas wiarę w Twoją rzeczywistą godność Matki Bożej!
    Zachowaj i pomnażaj w nas cześć i miłość do Twoich wizerunków!
    Rozpłomień we wszystkich sercach żar miłości i doskonałego nabożeństwa do Ciebie!

    Warunek 4

    Piętnastominutowe rozmyślanie nad piętnastoma tajemnicami różańcowymi w pierwszą sobotę miesiąca

    (Jeden z przykładów rozmyślania nad pierwszą tajemnicą radosną)

    1. Najpierw odmawia się modlitwę wstępną:
    Zjednoczony ze wszystkimi aniołami i świętymi w niebie, zapraszam Ciebie, Maryjo, do rozważania ze mną tajemnic świętego różańca, co czynić chcę na cześć i chwałę Boga oraz dla zbawienia dusz.

    2. Należy przypomnieć sobie relację ewangeliczną (Łk 1,26 – 38). Odczytaj tekst powoli, w duchu głębokiej modlitwy.

    3. Z pokora pochyl się nad misterium swojego zbawienia objawionym w tej tajemnicy różańcowej. Rozmyślanie można poprowadzić według następujących punktów:
    a. rozważ anielskie przesłanie skierowane do Maryi,
    b. rozważ odpowiedź Najświętszej Maryi Panny,
    c. rozważ wcielenie Syna Bożego.

    4. Z kolei zjednocz się z Maryją w ufnej modlitwie. Odmów w skupieniu Litanię Loretańską. Na zakończenie dodaj:
    Niebieski Ojcze, zgodnie z Twoją wolą wyrażoną w przesłaniu anioła, Twój Syn Jednorodzony stał się człowiekiem w łonie Najświętszej Dziewicy Maryi. Wysłuchaj moich próśb i dozwól mi znaleźć u Ciebie wsparcie za Jej orędownictwem, ponieważ z wiarą uznaję Ją za prawdziwą Matkę Boga. Amen.

    5. Na zakończenie wzbudź w sobie postanowienia duchowe.

    Będę gorącym sercem miłował Matkę Najświętszą i każdego dnia oddawał Jej cześć.
    Będę uczył się od Maryi posłusznego wypełniania woli Bożej, jaką Pan mi ukazuje co dnia.
    Obudzę w sobie nabożeństwo do mojego Anioła Stróża.

    ______________________________________________________________________________________________________________

    WIęcej informacji na temat Nabożeństw pięciu pierwszych sobót miesiąca można znaleźć na stronie www.pierwszesoboty.pl lub na stronie www.sekretariatfatimski.pl

    ______________________________________________________________________________________________________________

    3 MARCA

    TRZECIA NIEDZIELA WIELKIEGO POSTU

    13.30 ADORACJA NAJŚWIĘTSZEGO SAKRAMENTU/ GORZKIE ŻALE/SPOWIEDŹ ŚW.

    14.00 MSZA ŚW.

    PO MSZY ŚW. KORONKA DO BOŻEGO MIŁOSIERDZIA

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Piękna modlitwa znaleziona w grobie Pana Jezusa. Zawierz całe swoje życie Zbawicielowi

    Piękna modlitwa znaleziona w grobie Pana Jezusa. Zawierz całe swoje życie Zbawicielowi

    fot. Bruno van der Kraan / unsplash.com

    ***

    Pomódl się dziś piękną modlitwą znalezioną w grobie Pana Jezusa i zawierz Mu całe swoje życie. “O najsłodszy Panie Jezu oddaję się Tobie dnia dzisiejszego i na zawsze, a osobiście w godzinę śmierci mojej”.

    Modlitwa znaleziona w grobie Pana Jezusa

    O najsłodszy Panie Jezu oddaję się Tobie dnia dzisiejszego i na zawsze, a osobiście w godzinę śmierci mojej.
    Odwołuję się do nieskończonej dobroci Twojej.
    Rany Twoje najświętsze, niechaj będą mym spoczynkiem.
    Krew i woda, która wypłynęła z Najświętszego Serca Twego, niechaj mnie broni na strasznym sądzie Twoim.
    Najświętsze ciało i krew Twoja, niechaj mnie nakarmi i napoi
    Bojaźliwa śmierć Twoja, niechaj mnie zachowa ku żywotowi wiecznemu.
    Krwawe krople Twoje, niechaj zmyją grzechy moje.
    O mój Jezu Twój gorzki smutek ofiaruję Najmilszemu Ojcu Twemu Niebieskiemu na odpuszczenie wszelkich grzechów moich.
    Twoje wzgardy i zelżywości o najmilszy Jezu, które wycierpiałeś, niechaj zapłacą wszystkie grzechy moje.
    Twoje ciężkie urąganie i męki niesłychane, niechaj mnie ochronią.
    Te wszystkie boleści Twoje, o mój Jezu, oddaję Twemu Ojcu Niebieskiemu, za wszystkie moje niedbalstwa w służbie Twojej.
    Twoja wielka miłość, niech mnie obroni od sztormów szatańskich w godzinę śmierci mojej.
    O Panie Jezu mój, Twoja Święta Krew, niechaj duszę moją grzechami zmazaną obmyje.
    Twoja poraniona Głowa, niechaj mnie obroni od wszelkiego złego.
    Twoje niewinne na śmierć zasądzenie, niechaj mi będzie na odpuszczenie grzechów moich, długów moich.
    Twoje prace, niechaj nagrodzą moje popełnione złości.
    Twoja nagość, niechaj okryje nagość duszy mojej.
    Twoje gorzkości i ciężkości śmiertelne, zranione nogi, ręce i Serce Przenajświętsze, niechaj mnie w złej mocy śmierci mojej oświecą.
    W Ranach Twoich Przenajświętszych ukryj mnie całego.
    Krew Twoja z Przenajświętszego Serca Twego, niechaj mnie obmyje.
    Twoja Boska Moc, niechaj mnie utwierdza i zachowa od wszystkiego złego na duszy i ciele.
    O najsłodszy Panie Jezu Chryste, Twoje Rany i boleści niechaj mnie błogosławią.
    O gorzka Męko Jezusowa, zachowaj mnie od zguby wiecznej.
    O najdroższe Rany Jezusa mojego, bądźcie mi pomocą w ostatnią godzinę śmierci mojej.
    O Najdroższa Krwi Jezusa mojego, obmyj grzechy moje przed Bogiem Ojcem Twoim.
    O Panie Jezu Chryste, Twoja boleść, śmierć, uczynki dobre i nauki, niechaj mi pomogą zaprzestać grzechów moich, ale i dozwól mi za nie serdecznie żałować.
    Oddaję się na koniec, o mój dobry Jezu, Najświętszemu Sercu Twemu i ufam Twemu Miłosierdziu, wierzę w zasługi Męki i Śmierci Twojej, której się polecam i oddaje, a osobliwie w godzinę śmierci mojej. Amen.

    misyjne.pl / tk / Deon.pl

    ______________________________________________________________________________________________________________

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Czwartek – 22 LUTEGO 2020

    fot. Aryton/iam_os/Unsplash

    ***

    W święto Katedry św. Piotra można uzyskać odpust zupełny

    Aby uzyskać w dzisiejsze święto Katedry św. Piotra odpust zupełny trzeba nawiedzić jakikolwiek kościół katedralny i pomodlić się w intencjach w jakich modli się papież: “Ojcze nasz”, “Zdrowaś Maryjo” oraz “Wierzę w Boga”. Oczywiście trzeba również spełnić pozostałe warunki potrzebne do uzyskania odpustu zupełnego takie jak: być w stanie łaski uświęcającej, przyjąć w tym dniu Komunię Świętą i nie mieć w sobie przywiązania do żadnego grzechu, nawet lekkiego.

    ***

    Katedrą zwano od początku przede wszystkim uroczyste krzesło, na którym w czasie liturgii zasiadał biskup. Od początku w rzymskiej wspólnocie chrześcijan szczególną czcią otaczano krzesło, na którym zasiadał św. Piotr. Dla wspomnienia jego władzy i jedności, jaką zapewnia Kościołowi, 22 lutego obchodzimy święto katedry św. Piotra.

    Choć to święto zostało ustanowione dopiero w 1558 r. przez papieża Pawła IV, katedrę św. Piotra czczono w Kościele od początku. Odkąd powstała bazylika św. Piotra w Watykanie, katedra, czyli to Święto-Piotrowe krzesło było widoczne w eksponowanym miejscu. Szczątki pierwszego „mebla” oprawiono w kość słoniową, nadając kształt zbliżony do pierwotnego. 

    Nie chodzi o mebel

    Jednak w święcie tym nie chodzi o czczenie mebla, ale o wspomnienie wyjątkowej funkcji, jaką wśród chrześcijan od początku pełnił św. Piotr i jego następcy. Naukę o jego roli formułowali od początku Ojcowie Kościoła, pisząc o św. Piotrze, że jest „fundamen­tem Kościoła”, „skałą, na której Chrystus zbudował Swój Kościół”, „księciem i obrońcą wszystkich innych”, „naczelnym wodzem i zwierzchnikiem apostołów”, „głową i księciem drugich”, „kamieniem, na którym Kościół zbudowany” (Orygines, Euzebiusz, św. Cyryl Aleksandryjski, św. Grzegorz, św. Bazyli). 

    Dzień modlitwy za następcę św. Piotra

    Święto Katedry św. Piotra to przede wszystkim okazja do modlitwy za następcę św. Piotra oraz za jedność Kościoła, którą on uosabia.

    Dowody w sprawie grobu św. Piotra

    Decyzja papieża Piusa XII spowodowała, że podziemia Bazyliki św. Piotra stały się terenem wielkich wykopalisk, gdzie z największą starannością i dbałością prowadzono odwierty, kopano tunele, wywożono gruz i ziemię, a wszystko to w ogromnej tajemnicy. Kolejne lata żmudnych prac przyniosły kluczowe “testimonia”, czyli świadectwa na istnienie grobu Piotra.

    Współczesny turysta spacerujący po Placu św. Piotra, zachwycony harmonią kolumnady mistrza Berniniego, wpatrujący się w kopułę Bazyliki św. Piotra projektu genialnego Michała Anioła Buonarrotiego, nie przypuszcza, że pod jego stopami, pod ziemią, istnieją mury poprzedniczki – bazyliki konstantyńskiej z IV wieku. Zbudowana ona została dla uczczenia „trofeum” – jak je określiła starożytność chrześcijańska – świętych szczątków Rybaka z Galilei – św. Piotra, wikariusza Chrystusa na ziemi, który został pochowany na wzgórzu watykańskim.

    Początek prac

    Po śmierci papieża Piusa XI, na tron Piotrowy został wybrany kardynał Eugenio Pacelli, Sekretarz Stanu Stolicy Świętej. Ten rzymianin z urodzenia, człowiek wykształcony i obdarzony otwartym umysłem oraz odwagą, podjął się pamiętnego przedsięwzięcia odszukania grobu św. Piotra. Pius XII, natchniony pragnieniem ostatecznego potwierdzenia wiary i tradycji wieków Kościoła, ale też respektujący prawdę, wziął na siebie ogromną odpowiedzialność, gdy do podziemi Bazyliki wysłał grupę młodych archeologów, aby przeprowadzili wykopaliska i badania. Dokonał tego pod znamienną datą – w wigilię uroczystości Świętych Apostołów Piotra i Pawła – 28 września 1939 roku.

    Czy mógł tego zaniechać? Kiedy jako archiprezbiter Bazyliki doglądał prac przy budowie grobu swego poprzednika, który – jak nakazywał zwyczaj – miał spocząć w Bazylice, ujrzał odsłonięte podczas prac fragmenty murów pierwszej Bazyliki. Ani trudny czas zbliżającej się II wojny światowej, ani splendor wyboru i koronacji na następcę św. Piotra nie sprawiły, że o tym odkryciu zapominał.

    Decyzja papieża Piusa XII spowodowała, że podziemia Bazyliki stały się terenem wielkich wykopalisk, gdzie z największą starannością i dbałością prowadzono odwierty, kopano tunele, wywożono gruz i ziemię, a wszystko to w ogromnej tajemnicy. Kolejne lata żmudnych prac przyniosły kluczowe testimonia, używając szlachetnej łaciny, czyli świadectwa na istnienie grobu Piotra.

    Flickr/Richard White

    ***

    Wzruszony Pius XII w radiowym orędziu z 24 grudnia 1950 roku poinformował świat o dziejowym odkryciu: grób pierwszego Biskupa Rzymu został odnaleziony, a kopuła Bazyliki wznosi się dokładnie w miejscu jego pochówku.

    Testimonium Primus

    Do podziemi Bazyliki św. Piotra, celem prowadzenia wykopalisk, udała się ekipa złożona z młodych uczonych oraz profesorów z Papieskiego Instytutu Archeologii Chrześcijańskiej, których prace miał koordynować niemiecki ks. prałat Ludwig Kass, zajmujący się archeologią raczej hobbystycznie

    Odkryto stary cmentarz z grobami pochodzącymi z II i III wieku oraz nieliczne groby z I wieku. Systematyczne oczyszczano znaleziska, dokonując przy tym bezcennych odkryć archeologicznych. Od 1940 roku prace skoncentrowały się na przestrzeni pod konfesją św. Piotra w nawie głównej Bazyliki. Przełomowe okazało się odnalezienie wśród grobowców pozostałości murku, który ze względu na czerwony kolor tynku nazwano murro rosso – czerwonym murem. Po dokładnym zbadaniu okazało się, że jest to dwupoziomowa kaplica nagrobna, z dwiema kolumienkami i marmurowa płytą. Pytanie zrodziło się samo: czyj to grób? Wyjątkowo czczony i odwiedzany, o czym świadczyły liczne napisy na otaczających go murach. W celu uzyskania odpowiedzi posłużono się planem i opisami bazyliki z czasów Konstantyna. Usytuowanie stanowiło zasadniczą wskazówkę, ponieważ ten grób znajdował się w miejscu ołtarza – relikwiarza Bazyliki z IV wieku, tam gdzie cesarz polecił ulokować grób św. Piotra.

    Wzruszony Pius XII w radiowym orędziu z 24 grudnia 1950 roku poinformował świat o dziejowym odkryciu: grób pierwszego Biskupa Rzymu został odnaleziony, a kopuła Bazyliki wznosi się dokładnie w miejscu jego pochówku.

    Testimonium secundum

    We wnęce czerwonego muru znaleziono niewielkich rozmiarów drewnianą skrzyneczkę, w środku której znajdowały się szczątki kości. Na początku z polecenia papieża, jego osobisty doktor Ricardo Galeazzi – Lisi, wspomagany przez specjalistów, w specjalnie przygotowanym w Watykanie laboratorium, badał znalezione kości, stosując metody radiograficzne, mikroskopowe i chemiczne. Później kolejne gremia lekarskie specjalistów najwyższej próby, podejmowały badania, aby zyskać jak największą pewność. Ostatecznie wyniki analiz brzmiały: kości należały do mężczyzny wieku około 60-70 lat, o krępej budowie ciała i średniego wzrostu. Dodatkowo badania ujawniły, że ciało musiało być spowite w purpurową tkaninę przetykaną złotymi nićmi. Taki kolor w starożytności przysługiwał osobom piastującym wysokie stanowiska i mającym znaczenie dla społeczności.

    Testimonium tertium

    W 1952 roku grupa włoskich naukowców przystąpiła do kolejnych badań watykańskich wykopalisk. Wśród nich była znakomita epigrafik z uniwersytetu La Sapienza, profesor Margherita Guarducii. Jej zadaniem było badanie napisów pozostawionych na ścianach mauzoleów, wszelkich graffiti znajdujących się na podziemnych murach. Niezmordowana uczona we wrześniu 1953 roku odkryła napis w języku greckim: Petr(os) eni, czyli Piotr tu jest, fragment ten znajdował się na styku czerwonego muru z murem „g”. Za to odkrycie Margherita Guarducii została nazwana przez potomnych una punta di diamante – (F. Zeri). Poinformowała o nim papieża Pawła VI, który 1968 roku ogłosił wyniki badań prof. Guarducii, stwierdzając, że relikwie św. Piotra zostały zidentyfikowane w sposób, który można uznać za przekonywujący. Odtąd znajdują się w relikwiarzu, w miejscu gdzie zostały znalezione, na głębokości ok. 7 metrów, strzeżone jak największy skarb.

    blesstheirheartsmom.blogspot.com

    ***

    Na koniec warto przywołać współczesne nam testimonium. Wydarzenie bez precedensu, godne ze wszech miar odnotowania. Kości pierwszego z Apostołów, galilejskiego Rybaka, tego, który stał się fundamentem Kościoła, w przepięknym relikwiarzu zostały wystawione do publicznego nabożeństwa na rzymskim palcu, noszącym jego imię. Tu, w sercu chrześcijaństwa.

    Papież Franciszek, ukazując relikwiarz wiernym i całując go z największą czcią, zakończył obchody Roku Wiary w Kościele. Pokazał tym znaczącym gestem wielką prawdę, że doczesne szczątki Księcia Apostołów są wciąż obecne pośród ludu Bożego a starożytne Petr(os) eni (Piotr tu jest) stało się adresem św. Piotra, pod którym zawsze możemy go odwiedzić, przybywając do Wiecznego Miasta. Ten fakt podkreślił także i to, że nieustannie trwają sukcesja apostolska i wielka misja umacniania braci w wierze, powierzone dwa tysiące lat temu Szymonowi – Piotrowi.

    s. Marta Ziółkowska USJK/Stacja7.pl

    ______________________________________________________________________________________________________________

    22 lutego – 93. rocznica objawienia się

    Jezusa Miłosiernego św. s. Faustynie

    Obraz Jezusa Miłosiernego namalowany przez Eugeniusza Kazimirowskiego

    Obraz Jezusa Miłosiernego namalowany przez Eugeniusza Kazimirowskiego/ fot. Krzysztof Tadej

    ***

    93. rocznica objawienia się Jezusa Miłosiernego w obrazie „Jezu ufam Tobie” św. s. Faustynie Kowalskiej przypada w czwartek 22 lutego. Wydarzyło się ono w 1931 roku Płocku, na terenie klasztoru Zgromadzenia Sióstr Matki Bożej Miłosierdzia na Starym Rynku.

    22 lutego 1931 roku s. Faustyna Kowalska ze Zgromadzenia Sióstr Matki Bożej Miłosierdzia, w swojej celi w Płocku po raz pierwszy ujrzała Jezusa Miłosiernego, w obrazie „Jezu ufam Tobie”.

    ***

    Święta s. Faustyna Kowalska (1905-1938) w wieku 20 lat wstąpiła do Zgromadzenia Sióstr Matki Bożej Miłosierdzia w Warszawie. Od początku pobytu w zakonie była „obdarzona darem modlitwy kontemplacyjnej i mistycznej”. W 1930 r. św. Faustyna zamieszkała w klasztorze Zgromadzenia Sióstr Matki Bożej Miłosierdzia w Płocku, spędziła w nim lata 1930-1932. Dnia 22 lutego 1931 r., w pierwszą niedzielę Wielkiego Postu, 26-letnia Faustyna miała pierwsze objawienie Jezusa Miłosiernego, w obrazie „Jezu ufam Tobie”. Wydarzenie to tak opisała w swym „Dzienniczku”, który powstawał w latach 1934-1938: „Wieczorem, kiedy byłam w celi, ujrzałam Pana Jezusa ubranego w szacie białej. Jedna ręka wzniesiona do błogosławieństwa, a druga dotykała szaty na piersiach. Z uchylenia szaty na piersiach wychodziły dwa wielkie promienie: jeden czerwony, a drugi blady /…/. Po chwili powiedział mi Jezus: wymaluj obraz według rysunku, który widzisz z podpisem: +Jezu, ufam Tobie+. Pragnę, aby ten obraz czczono najpierw w kaplicy waszej i na całym świecie”. S. Faustyna usłyszała też życzenie, dotyczące ustanowienia w kościele Święta Miłosierdzia Bożego. Wola Pana wypełniła się, gdy powstał słynny obraz Jezusa Miłosiernego z podpisem: „Jezu, ufam Tobie”, a Papież Polak wprowadził nowe święto kościelne – Niedzielę Miłosierdzia Bożego. „W myślach przemierzam ten świetlisty szlak, na którym św. Faustyna Kowalska przygotowywała się do przyjęcia orędzia o miłosierdziu – szlak od Łodzi i Warszawy, poprzez Płock, Wilno po Kraków” – te słowa wypowiedział papież Jan Paweł II, który 30 kwietnia 2000 roku w Rzymie wyniósł na ołtarze siostrę Faustynę. Na terenie klasztoru Zgromadzenia Sióstr Matki Bożej Miłosierdzia przy Starym Rynku znajduje się Sanktuarium Bożego Miłosierdzia, a w nim kaplica z obrazem Jezusa Miłosiernego i relikwiami św. Faustyny.

    Kai.pl/Tygodnik Niedziela

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Brat Albert i Faustyna. Miłosierdzie ludzkie i Boskie

    web3-jesus-merciful-mercy-god-wikipedia1

    Jezus Miłosierny z wizji św. Faustyny jest przebóstwiony, przemieniony.

    Jezus na obrazie Brata Alberta jest nieprawdopodobnie ludzki.

    „Jezu ufam Tobie” i „Ecce Homo” stanowią część tej samej drogi.

    ***

    Papież Jan Paweł II ma wielki wkład w rozwój kultu Bożego Miłosierdzia, którego był orędownikiem, apostołem i świadkiem aż do śmierci. To on beatyfikował i kanonizował Helenę Kowalską, czyli św. Faustynę – „sekretarkę Jezusa”.

    Wszyscy znają zarówno „Dzienniczek”, jak i wizerunek z napisem „Jezu ufam Tobie” z sanktuarium w Łagiewnikach, namalowany przez Adolfa Hyłę w 1944 roku. Autorem pierwszego obrazu Jezusa Miłosiernego był jednak Eugeniusz Kazimirowski, absolwent Akademii Sztuk Pięknych w Krakowie. Powstał on w Wilnie w 1934 roku na prośbę ks. Michała Sopoćki – według wskazówek s. Faustyny. Nadal znajduje się w tym mieście, w Sanktuarium Bożego Miłosierdzia. Obraz rozczarował s. Faustynę, gdyż nie oddawał piękna „jej” Jezusa. Natomiast obrazu Hyły nie zdążyła zobaczyć przed śmiercią.

    jezusa_chrystusa_jezu_ufam_tobbie_eugeniusz_kazimirowski_1934-2
    Obraz Jezusa Miłosiernego autorstwa Eugeniusza Kazimirowskiego

    ***

    Trzeba przypomnieć jednak o drugim obrazie Jezusa i drugim, niezwykłym sanktuarium w Krakowie. Dopiero oba wizerunki składają się na spójny wizerunek Jezusa, Boga-człowieka, który oddał się pod ludzki osąd, choć był bez winy, przeszedł drogę męki i poniżenia, by zmartwychwstać w chwale. Chodzi o obraz Ecce Homoz sanktuarium Ecce Homo sióstr albertynek znajdującego się na Prądniku Czerwonym w Krakowie.

    Adam Chmielowski zaczął go malować we Lwowie w 1879 roku, jeszcze zanim został Bratem Albertem, franciszkańskim tercjarzem i mistrzem miłosierdzia wobec ubogich. Woził go ze sobą i dobytkiem w różne miejsca, aż osiadł w Krakowie. Nigdy go nie ukończył. Koncentrował się na twarzy Jezusa, poprawiał, kontemplował, zmieniał…

    W 1904 r. domalował pewne elementy i podarował obraz abp. Andrzejowi Szeptyckiemu, hierarsze greckokatolickiemu ze Lwowa. To abp Szeptycki dostrzegł, że czerwony płaszcz Jezusa układa się w kształt serca, dzięki czemu cała Jego postać – umęczona, ubiczowana, zakrwawiona, staje się sercem i źródłem Miłości dla każdego człowieka.

    chmielowskiadam-1881-eccehomo-1
    Ecce Homo autorstwa Alberta Chmielowskiego

    ***

    Brat Albert nie potrafił usilnym prośbom arcybiskupa odmówić. Oddał mu swój najważniejszy, mistyczny wręcz obraz, nad którym pracował kilkanaście lat, zmieniając się razem z nim. Doświadczył w tym czasie Miłosierdzia Boga, oddając życie na służbę ubogim i potrzebującym, kosztem kariery artystycznej. Z czasem zrezygnował w ogóle z malarstwa, a był znakomitym artystą!

    Jezus Miłosierny z wizji św. Faustyny jest przebóstwiony, przemieniony. Wokół głowy ma aureolę, prawą rękę unosi w geście błogosławieństwa. Z serca wypływają krew i woda, a z nimi obfite strumienie miłosierdzia do grzeszników. Jezus na obrazie Brata Alberta jest nieprawdopodobnie ludzki. To człowiek skatowany, zamiast berła ma trzcinę, a na głowie – koronę z cierni raniącą skronie. Oczy przymyka z bólu i cierpienia.

    Czego na obrazie brakuje? Artysta nie dokończył aureoli, a także dłoni. Może my sami mamy stać się Jego dłońmi, aktywnie działając na rzecz bliźnich, do których Chrystus chce iść? Których pragnie przytulić do serca?

    Jak uświadamia nam papież Franciszek, poza kultem Bożego Miłosierdzia oraz modlitwą ważne są nasze własne, codzienne uczynki miłosierdzia. „Ecce Homo” i „Jezu ufam Tobie” stanowią jakby część tej samej drogi. Jesteśmy wezwani do tego, by wciąż szukać obrazu Boga, Jezusa ukrzyżowanego w drugim człowieku. Mijamy go na ulicy, w pracy, a nawet w domu. Wychodząc z kościoła, może z pełnej uniesień religijnych pielgrzymki do Łagiewnik…

    Brat Albert nigdy w pielgrzymkach nie uczestniczył. Mimo tego wykonał dla bezdomnych, osieroconych, chorych psychicznie, niepełnosprawnych fizycznie i intelektualnie, uzależnionych, ofiar zarazy i wojny, starszych itd. ciężką pracę. Swoim wyborem drogi zainspirował nie tylko albertynów i albertynki (założył dwa zgromadzenia), ale też choćby Karola Wojtyłę.

    Przyszły papież miał dług wdzięczności wobec Brata Alberta, o czym wspominał. Spłacał go pisząc dramat „Brat Naszego Boga”. Za przykładem Chmielowskiego zostawił karierę artystyczną (teatr), całego siebie oddając na służbę innym. Jako papież beatyfikował (1983) i kanonizował (1989) polskiego Biedaczynę. Brata Alberta i s. Faustynę łączą: Jan Paweł II, Kraków i Miłosierdzie.

    Chmielowski nie miał wizji, choć jego obraz jest czymś więcej niż dziełem pędzla na płótnie. Przypatrzmy się przy tym chronologii zdarzeń. Brat Albert umiera na nowotwór w 1916 roku w Krakowie. Helenka Kowalska ma wtedy 11 lat, już w wieku 17 chce wstąpić do zakonu, lecz rodzice protestują. W czerwcu 1924 roku idzie za zabawę do parku Wenecja w Łodzi, gdzie wtedy mieszka. W czasie tańca widzi Jezusa „jak na Drodze Krzyżowej”, umęczonego, odartego z szat i pokrytego ranami, który pyta „Dokąd cię cierpiał będę […]”? Pod wpływem tego doświadczenia, wbrew rodzinie, podejmuje decyzję – tak rodzi się siostra Faustyna. Czy Jezus, jakiego zobaczyła w Wenecji nie przypomina… Ecce Homo Brata Alberta?

    Nie ma chyba widocznego śladu bezpośredniej inspiracji Bratem Albertem w przypadku św. Faustyny. Oboje na trwałe wpisali się natomiast w mapę duchową Kościoła. Jak dodamy, że Helena Kowalska mieszkała w Łodzi raptem 2 lata, pracując w tym czasie u trzech tercjarek – członkiń świeckiego Trzeciego Zakonu Świętego Franciszka (miały wspólnego spowiednika), trudno oprzeć się wrażeniu działania Bożej Opatrzności. Bez wiary w Opatrzność kult Miłosierdzia stoi na kruchych, glinianych nogach. Na ulotnych, tylko ludzkich fundamentach.

    Polska Monk
    Obraz Jezusa Miłosiernego autorstwa Adolfa Hyły/fot. East News

    ***

    Małgorzata Bilska/Aleteia.pl

    ***

    14 LUTEGO W ŚRODĘ POPIELCOWĄ ROZPOCZYNA SIĘ OKRES WIELKIEGO POSTU

    fot. Wojciech Łączyński/Archidiecezja Warszawska

    ***

    Środa Popielcowa posiada szczególną liturgię, która rozpoczyna Wielki Post.

    W kościołach celebrowane są Msze św. z obrzędem posypania głów popiołem.

    Podczas liturgii celebrans błogosławi popiół, a następnie posypuje nim głowy wszystkich uczestniczących w Eucharystii.

    Ten gest przypomina o pokucie i o nawróceniu.

    ***

    Tego dnia, jak również w Wielki Piątek, katolików obowiązuje post ścisły.

    • od 14 roku życia – wstrzemięźliwość od pokarmów mięsnych (jak we wszystkie piątki całego roku) oraz post ścisły 
    • osoby między 18 a 60 rokiem życia – spożycie trzech bezmięsnych posiłków tego dnia, w tym jednego do syta).

    ***

    Na czym polega sens postu?

    Post nie oznacza tylko tego, by jeść mniej oraz nie jeść mięsa. Sens postu polega także na tym, by poświęcić mniej czasu na przygotowanie potraw – dziś mięso można zastąpić wieloma wykwintnymi daniami, a w te dni chodzi o świadome odmówienie sobie jakiejś przyjemności. W dni postne chodzi przede wszystkim o pokutę, którą jako katolicy jesteśmy zobowiązani podjąć. (Kodeks Prawa Kanonicznego)

    ***

    Katolicy są zobowiązani do uczestniczenia we Mszy świętej w każdą niedzielę i w święta nakazane. Katechizm Kościoła Katolickiego przypomina: „wierni zobowiązani są do uczestniczenia w Eucharystii w dni nakazane, chyba że są usprawiedliwieni dla ważnego powodu (np. choroba, pielęgnacja niemowląt) lub też otrzymali dyspensę od ich własnego pasterza. Ci, którzy dobrowolnie zaniedbują ten obowiązek, popełniają grzech ciężki” (art. 2181).

    Świętami nakazanymi są wszystkie niedziele oraz następujące uroczystości: 

    • uroczystość Świętej Bożej Rodzicielki (1 stycznia),
    • uroczystość Objawienia Pańskiego (6 stycznia),
    • uroczystość Najświętszego Ciała i Krwi Chrystusa (Boże Ciało),
    • uroczystość Wniebowzięcia Najświętszej Maryi Panny (15 sierpnia),
    • uroczystość Wszystkich Świętych (1 listopada)
    • uroczystość Narodzenia Pańskiego (25 grudnia).

    Środa Popielcowa jest dniem rozpoczynającym Wielki Post. Nie należy jednak do świąt nakazanych – co oznacza, że katolicy nie są zobowiązani do uczestniczenia tego dnia we Mszy świętej i nie popełniają grzechu ciężkiego, jeśli nie przyjdą na Eucharystię.

    ____________________________________________________________________________________

    W ŚRODĘ POPIELCOWĄ MSZA ŚWIĘTA

    WRAZ Z CEREMONIĄ POSYPANIA GŁÓW POPIOŁEM

    BĘDZIE O GODZ. 20.00 W KOŚCIELE ŚW. PIOTRA

    ___________________________________________________________________________________

    „Prochem jesteś i w proch się obrócisz”.

    Skąd wzięły się Środa Popielcowa i Wielki Post?

    Wielki Post to czas modlitwy, wyciszenia, osobistej odnowy i nawrócenia. Rozpoczyna się w Środę Popielcową i trwa aż do Mszy Wieczerzy Pańskiej w Wielki Czwartek. Skąd wzięły się Środa Popielcowa i Wielki Post? Czy zawsze i wszędzie trwał 40 dni? Jak kiedyś wyglądał obrzęd posypania popiołem?

    Dlaczego Wielki Post trwa 40 dni?

    W pierwszych wiekach chrześcijaństwa poszczono tylko przez 40 godzin w Wielki Piątek i w Wielką Sobotę – mówi o. prof. Bazyli Degórski, patrolog, z Papieskiego Uniwersytetu św. Tomasza z Akwinu w Rzymie. Post trwający 40 dni poprzedzających Wielkanoc rozpowszechnił się w pierwszej połowie IV wieku – dodaje.

    Pod koniec pontyfikatu Grzegorza Wielkiego (zmarł w 604 r.), ustalono rozpoczęcie Wielkiego Postu w środę poprzedzającą pierwszą niedzielę postu. W niedziele post oczywiście nie obowiązywał, a więc dodane dni dawały ważną liczbę 40 dni, która odnosi się do wydarzeń biblijnych, między innymi postu Pana Jezusa na pustyni.

    Obecnie początek Wielkiego Postu zbiega się ze Środą Popielcową. Jednak nie wszędzie w Kościele katolickim i nie we wszystkich wyznaniach chrześcijańskich tak jest. Na przykład w Mediolanie i w całej jego metropolii obowiązuje obrządek ambrozjański, w którym Wielki Post rozpoczyna się o cztery dni później. Tak więc karnawał kończy się tam dopiero w sobotę. W Lombardii dniem postu i wstrzemięźliwości, który rozpoczyna Wielki Post, jest pierwszy piątek tego okresu – mówi o. prof. Degórski.

    Tradycja posypywania głowy popiołem

    Chcąc ustalić pojawienie się i dzieje Środy Popielcowej, trzeba dodać, że wywodzi się ona ze starochrześcijańskich rytów pokutnych ­– mówi paulin. Od połowy V wieku na początku Wielkiego Postu odbywał się obrzęd wypraszania z kościoła publicznych grzeszników. Mogli wrócić do wspólnoty dopiero po odprawieniu pokuty. Spowiadali się przed biskupem (albo jego delegatem), po czym o ustalonej porze przychodzili przed wejście do kościoła, byli wprowadzani do środka, a biskup i prezbiterzy posypywali im głowy popiołem, wypowiadając formułę biblijną: +Pamiętaj, człowiecze, że jesteś prochem i w proch się obrócisz; czyń pokutę, byś miał życie wieczne+. Biskup kropił ich następnie wodą święconą; święcił także ich szaty pokutne – wyjaśnia o. prof. Degórski. W X wieku, oprócz owych publicznych grzeszników, w tego rodzaju pokutnym obrzędzie uczestniczyli także inni wierni – dodaje.

    Popiołem posypywano także głowę papieża podczas specjalnej celebracji. Nałożenie w Środę Popielcową popiołu na głowę papieża miało tradycyjnie miejsce w rzymskiej bazylice św. Anastazji na Palatynie ­– mówi o. prof. Bazyli Degórski. Z bazyliki tej ruszała następnie procesja pokutna, która boso (przynajmniej do XII w.) kierowała się do pierwszego kościoła stacyjnego u św. Sabiny na Awentynie, gdzie papież odprawiał nabożeństwo i wygłaszał homilię – dodał.

    Ojciec profesor zaznacza, że świadectwa potwierdzające praktykowanie posypywania głów popiołem można znaleźć także na innych terenach. Między innymi na początku XI w. wspomina o nim anglosaski mnich benedyktyński znany jako Aelfric Grammaticus.

    Ryt posypania głowy popiołem, który powstał jako praktyka związana ze zwyczajem rozpoczynania publicznej pokuty od Wielkiego Postu (od IV w.), wiązał się z używaniem włosiennicy i popiołu – mówi o. prof. Bazyli Degórski. Symbol popiołu przetrwał do naszych czasów – dodał.

    Family News Service, pa/Stacja7

    ______________________________________________________________________________________________

    Proch z nadzieją

    Proch z nadzieją
    fot. ks. Rafał Starkowicz/Gość Niedzielny

    ***

    Zwyczaj posypywania głów popiołem w pierwszym dniu Wielkiego Postu ma już prawie tysiąc lat. I wciąż jest czytelny.

    W słowniku synonimów „posypać sobie głowę popiołem” znaczy: przeprosić, uderzyć się w piersi, ugiąć przed kimś karku, ugiąć przed kimś głowy, uznać swoją winę, ukorzyć się, pójść do Canossy, pokajać się, upokorzyć się, skruszyć się… Popiół od wieków symbolizuje uniżenie i żal z powodu własnych błędów. Stosowano go w różnych kulturach dla wyrażenia skruchy i chęci przeproszenia albo też jako znak żałoby po śmierci kogoś bliskiego. Posypanie popiołem wyrażało także rozpacz z powodu przegranej wojny bądź skutków kataklizmu. Użycie tej symboliki w chrześcijaństwie oznacza przyznanie: Jestem słaby i sam nie jestem w stanie sobie poradzić. Uznaję swoją kruchość i niezdolność do osiągnięcia czegokolwiek bez Twojej łaski.

    Na długo zanim popiół stał się elementem liturgii, stanowił znak pokuty, pokornego przyjęcia porażki. W Biblii symbol ten występuje już w Księdze Hioba. „Kajam się w prochu i w popiele” – mówi Hiob, świadom swojej małości wobec Boga. „Córo mojego narodu, przywdziej wór pokutny i kajaj się w popiele!” – wzywa Jeremiasz, a Daniel wyznaje: „Zwróciłem więc twarz do Pana Boga, oddając się modlitwie i błaganiu w postach, pokucie i popiele”. W Księdze Judyty czytamy z kolei, że Izraelici, przeżywając ciężki lęk, „upadli na twarz przed świątynią, posypali głowy swoje popiołem i odziani w wory wyciągali ręce przed Panem”. A Juda Machabeusz i jego ludzie w rozterce „pościli, włożyli na siebie wory, głowy posypali popiołem i porozdzierali swoje szaty”. Wreszcie sam Jezus, wypowiadając „biada” nad Korozain i Betsaidą, stwierdza, że gdyby w Tyrze i Sydonie działy się podobne cuda, miasta te „już dawno w worze i w popiele by się nawróciły”.

    Znak popiołu

    Już w starożytności, gdy wyznawca Chrystusa popełnił szczególnie ciężki grzech, otrzymywał szansę pojednania z Kościołem po odbyciu surowej pokuty. Jej wyznaczeniu towarzyszył ceremoniał, który pomagał pokutnikom uświadomić sobie ciężar ich winy, a zarazem zrozumieć, jak wielką łaskę otrzymują, mogąc odpokutować swój grzech.

    Najstarsze świadectwo posłużenia się popiołem w liturgii rozpoczynającej okres pokuty pojawiło się w IX wieku w tekście benedyktyńskiego mnicha Reginone z opactwa w Prüm. Dwieście lat później na synodzie w Benewencie papież Urban II wprowadził w Kościele zwyczaj posypywania głów. Ustalono też, że popiół używany do obrzędu ma pochodzić z palm, które rok wcześniej zostały poświęcone w Niedzielę Palmową.

    „Na początku Wielkiego Postu wszyscy pokutnicy, którzy podjęli lub podejmą publiczną pokutę, stawią się u wejścia do kościoła przed biskupem miasta, ubrani w wory i bez obuwia, upadłszy twarzą do ziemi, uznając się winnymi swojego stanu; mają tam być dziekani, czyli archiprezbiterzy parafii, wraz ze świadkami, czyli prezbiterami pokutników, którzy mają starannie oceniać ich zachowanie” – zapisano w Pontyfikale Rzymskim, księdze liturgicznej z XII wieku. Następnie biskup nakładał pokuty odpowiednie do rodzaju popełnionej winy, po czym wprowadzał pokutników do kościoła i wraz z innymi duchownymi padał na twarz, modląc się o uwolnienie dla nich. „Wtedy, powstawszy do przepisanej modlitwy, nakłada na nich rękę, kropi wodą święconą, nakłada najpierw popiół, a potem włosiennicę na ich głowy, a wśród lamentów i wzdychania wymierza im karę na wzór Adama, który został wygnany z raju, tak i oni za swoje grzechy zostaną wygnani z kościoła” – czytamy.

    Biskup „nakłada najpierw popiół”… Dziś w liturgii nie stosuje się worów pokutnych i nie chodzi się boso, ale wciąż używa się popiołu.

    Proch to nie zgliszcza

    – Nasze zwyczaje pokutne są powiązane z tymi, które istniały w judaizmie. Posypywanie się popiołem oznaczało tam w ogóle pokutę. Było formą rezygnacji z ozdabiania swojego ciała dla okazania, że się pości. Tak zachowały się Judyta i królowa Estera. Obie posypały się popiołem na znak pokuty – zauważa ks. dr hab. Dominik Ostrowski. Wskazuje, że w liturgii mówi się jednak o prochu (łac. pulvis), podkreślając, że jest różnica między popiołem a prochem. – Popiół ma w moim odczuciu bardziej negatywne znaczenie niż proch. Popiół (łac. ­cinis) to są zgliszcza, to, co zostaje po spaleniu. Kiedy spalimy coś na popiół, nic już z tego nie można zrobić; to kompletna destrukcja, materiał jałowy. Myśl ta ma odbicie w pewnym ograniczeniu dotyczącym obrzędów pogrzebowych z kremacją. Jeśli powodem kremacji jest niewiara w zmartwychwstanie, a przez spopielenie własnego ciała chce się zamanifestować tę niewiarę i beznadzieję, negując teologię chrześcijańską, wtedy prawo kościelne odmawia katolickiego pogrzebu – zaznacza liturgista, przypominając, że jeśli za kremacją nie stoją sprzeczne z teologią poglądy, jest ona dopuszczalna (choć wcale nie zalecana). Zwraca uwagę, że Bóg w Księdze Rodzaju mówi do człowieka: „Prochem jesteś i w proch się obrócisz”. – Prochem, nie popiołem. Proch nie jest materią całkowicie zniszczoną. Dlatego, choć w liturgii używamy popiołu, za tym znakiem stoi proch. Popiół nie może być budulcem, natomiast z prochu, przy użyciu odpowiedniego spoiwa, można coś odbudować. Wyraża to alternatywny werset przy posypywaniu popiołem: „Nawracajcie się i wierzcie w Ewangelię”. Oznacza to: Owszem, jesteś prochem i nawet się w proch obrócisz, ale Bóg może cię z tego prochu podźwignąć – podkreśla ks. Dominik Ostrowski.

    Dla nowego życia

    Chrześcijańska nadzieja udziału w zmartwychwstaniu Chrystusa przebija w treści modlitwy błogosławieństwa popiołu, która bez istotnych zmian była używana w liturgii Kościoła przez tysiąc lat, a i do tej pory się z niej korzysta. Składa się z czterech części. Pierwsza podkreśla majestat Boga i Jego łaskę, która przynosi zdrowie ciała i ducha: „Wszechmogący wieczny Boże, zmiłuj się nad pokutującymi, okaż łaskę błagającym i racz posłać świętego anioła swego, aby pobłogosławił i uświęcił te popioły, niech staną się zbawiennym lekarstwem dla wszystkich pokornie wzywających Twojego świętego imienia, którzy oskarżają siebie świadomi swoich przewinień i opłakują przed Twoją Boską łaskawością swoje złe czyny, a także pokornie i z całych sił proszą najczystszy Twój majestat, i daj, przez wzywanie najświętszego imienia Twego, aby każdy, kto będzie nimi posypany dla odkupienia swoich grzechów, dostąpił zdrowia ciała i ochrony duszy”.

    Druga część nawiązuje do słów: „Prochem jesteś i w proch się obrócisz”. Jej odpowiednik w odnowionej liturgii brzmi: „Boże, Ty nie chcesz śmierci grzeszników, lecz ich nawrócenia, wysłuchaj łaskawie nasze prośby i racz w swojej dobroci pobłogosławić ten popiół, którym zamierzamy posypać nasze głowy; spraw, abyśmy uznając, że jesteśmy prochem i w proch się obrócimy, przez gorliwe pełnienie czterdziestodniowej pokuty otrzymali odpuszczenie grzechów i nowe życie na podobieństwo Twojego zmartwychwstałego Syna”.

    Franciszek Kucharczak/Gość Niedzielny

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Modlitwa na Środę Popielcową, aby dobrze rozpocząć Wielki Post

    fot. ze strony: Wydział Katechetyczny Kurii Diecezjalnej w Opolu
    ***

    Okryj mnie, Panie, swoim miłosierdziem według Twojej hojności. W ogromie Twej dobroci zamień w proch to, co powinno umrzeć dla Ciebie.

    Nie pozwól, abym przywiązywał się do tego, co moje i słabe. Nie pozwól, abym odrzucił to, co od Ciebie pochodzi. Prochem jestem i wszystkie moje myśli z dala są od Ciebie.

    Z bólu mówić nie potrafię! Mam jednak dobrą wolę pójścia za Twoimi wskazaniami. Nie chcę zostawiać już nic dla siebie, ale wszystko oddać Tobie i pod Twój osąd.

    Marne jest moje dzieło. Po ludzku powinno dawno się rozpaść, ale Ty, Panie, masz w nim upodobanie. Podtrzymujesz je i uświęcasz. Błogosławisz każdemu dobremu postanowieniu i każdej pokucie.

    Dzięki Tobie zdolny jestem do modlitwy i pokornego uklęknięcia przed Twoim majestatem. Zgięte kolana i złożone ręce niech będą wyrazem mojej służby i gotowości do podjęcia trudu, który mnie czeka.

    Niech ten Wielki Post będzie dla mnie umocnieniem na drodze wiary. Nie pozwól, aby zmiażdżyła mnie pokusa. Niech za każdym razem gdy upadnę, uratuje mnie Twoje nieskończone miłosierdzie. Nie jestem godzien, aby o nie prosić, ale Ty zachęcasz mnie do tego mimo mojej niewdzięczności.

    Dobry Jezu, czuwaj przy mnie przez czterdzieści dni, abym i ja mógł czuwać nad sobą. Ulecz przez zbawienną pokutę wszystkie moje grzechy i zranienia. Tobie oddaję cały ten czas, abym mógł na końcu wyznać wiarę w Ciebie i z radosnym okrzykiem zawołać: Chwała Tobie na wieki!

    ks. Mateusz Szerszeń CSMA/Aleteia.pl

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Ksiądz Arcybiskup Adrian Galbas SAC:

    życzę głębokiego Wielkiego Postu, bo inny jest bez sensu

    Sample

    fot. Renata Różańska

    ***

    Życzę głębokiego Wielkiego Postu, bo inny jest bez sensu – powiedział w katowickiej katedrze Chrystusa Króla abp Adrian Galbas. Metropolita katowicki w Środę Popielcową przewodniczył Mszy św. Liturgia rozpoczyna czas Wielkiego Postu.

    Arcybiskup przypomniał, że zdanie „Nawracajcie się i wierzcie w Ewangelię” to jest pierwsze zdanie, które wypowiedział Chrystus w najstarszej Ewangelii, spisanej przez Marka. – Zdanie, od którego zaczyna swoje nauczanie, które jest jak program, jak expose i jak uwertura w operze – powiedział dodając, że wypełni ono całą Ewangelię. Będzie obecne we wszystkich jej szczegółach i epizodach, we wszystkich słowach i działaniach.

    Metropolita katowicki powiedział, że nawrócenie ma dwa wymiary. Pierwszy i podstawowy jest negatywny, co chodzi w nim o odwrócenie się od popełnianego zła, grzechu. – Jest więc w nim i głupota, i egoizm, i nieprawość, i kłamstwo, i nieszczęście i samotność – mówił. Zaznaczył, że grzech nie odwraca od nas Serca Bożego, lecz odwraca nasze serca od Boga. – To my, grzesząc, stajemy do Boga plecami. On zawsze jest zwrócony do nas twarzą. Miłosierną twarzą – przekonywał. I wzywał obecnych do porzucenia grzechu. Zachęcał do wielkopostnej spowiedzi i pojednania się z Bogiem.

    Mówił też o drugim, pozytywnym wymiarze nawrócenia. Chodzi w nim o „magis”, czyli o „więcej”. – W nawróceniu chodzi nie tylko o przejście od złego do dobrego, ale także o przejście od dobrego do lepszego. Chodzi o to, by się szarpnąć do bardziej gorliwej miłości wobec Boga, bliźniego i samego siebie. Chodzi o większą żarliwość – zauważał hierarcha. Zachęcał, by na początku Wielkiego Postu zrobić sobie rachunek sumienia właśnie z tego. – Czy tak właśnie jest w moim życiu, czy – patrząc na siebie uczciwie – obserwuję wzrost i rozwój? Czy moja relacja z Bogiem, relacje, które buduję z innymi są bardziej dojrzałe? (…) Po prostu: czy kocham więcej? – pytał.

    Zachęcił do wielkopostnych praktyk: modlitwy, jałmużny i postu. Polecił, by w Wielkim Poście było więcej modlitwy, czyli dobrze pojętej miłości Boga, więcej otwartości na Jego Słowo, więcej chwil spędzonych na cichej adoracji Pana. Oby był czas i na Drogę Krzyżową, i na Gorzkie Żale i na rekolekcje. – Oby w Wielkim Poście było więcej jałmużny, czyli dobrze pojętej miłości bliźniego – powiedział. Mówił o poście, czyli o dobrze pojętej miłości siebie samego. – Z czego warto zrezygnować, żeby siebie bardziej mieć, siebie odzyskać? Co mnie dziś najbardziej zagraca? Co mi przeszkadza? Co mnie uszkadza? – pytał.  Przekonywał, że post to nie tylko i nie przede wszystkim ryba zamiast mięsa i ser zamiast wędliny.

    Abp Galbas zaapelował, abyśmy stanęli w prawdzie o sobie i o swoim życiu. – Sama religijność nie wystarcza i nie pomaga. Ona może przytłoczyć, może być tylko pozą, kolejną teatralną sztuką w teatrze życia – przekonywał. – Bóg widzi w ukryciu, Bóg patrzy na serce, na intencje, na pragnienia i na motywacje. Dopóki tam nie będzie wszystko uporządkowane, dopóty – choćbyśmy się nie wiem, ile namodlili, napościli i najałumużnikowali, to za czterdzieści dni będziemy w tym samym miejscu – dodał.

    Arcybiskup powiedział, że umierający na krzyżu Chrystus nie gra żadnej roli. – Nie było żadnego show. Chrystus umierał prawie bez widowni. Prawie. Bo na Jego śmierć patrzył Ojciec, który widział w ukryciu i oddał Synowi – mówił. – Nawrócenie to jest nasza praca na Wielki Post, to jest nasza droga powrotu do Boga, do początku, i to jest nasze „więcej”. Nasze magis!  – podkreślił. Życzył obecnym głębokiego Wielkiego Postu, bo „inny jest bez sensu”

    Kai.pl

    ______________________________________________________________________________________________________________

    PIĄTEK – 16 LUTEGO

    WYJĄTKOWO TEGO DNIA Z RACJI POGRZEBU W PARAFII ŚW. PIOTRA O GODZ. 18.00 NIE BĘDZIE SPRZĄTANIA KOŚCIOŁA O GODZ. 17.OO I NIE BĘDZIE ADORACJI PRZED MSZĄ ŚW.

    MSZA ŚWIĘTA O GODZ. 19.00

    PO MSZY ŚW. – NABOŻEŃSTWO DROGI KRZYŻOWEJ

    To było jedno z jego ukochanych nabożeństw. Przeżyj Drogę Krzyżową z Janem Pawłem II
    fot. screenshot – YouTube (Radio Maryja)

    ***

    Rozważania według błogosławionego ks. Michała Sopoćki, którego wczoraj obchodziliśmy liturgiczne wspomnienie
    (tekst z publikacji „MIŁOSIERDZIE BOGA W DZIEŁACH JEGO”)

    ***

    STACJA I 
    PAN JEZUS NA ŚMIERĆ SKAZANY  

    Kłaniamy się Tobie, Jezu Chryste, i błogosławimy Ciebie, 
    żeś przez Krzyż Twój święty świat odkupić raczył.

    „Wstydzę się, Panie, stanąć przed świętym obliczem Twoim, bo tak mało jestem do Ciebie podobny. Ty za mnie tyle wycierpiałeś przy biczowaniu, że sama ta męka zadałaby Ci śmierć, gdyby nie wola i wyrok Ojca Niebieskiego, że miałeś umrzeć na krzyżu. A dla mnie rzeczą trudną jest znosić małe uchybienia i ułomności domowników. Ty z miłosierdzia przelałeś tyle krwi dla mnie, a mnie każda ofiara i poświęcenie dla bliźnich wydaje się ciężkie. Ty z niewypowiedzianą cierpliwością i w milczeniu znosiłeś bóle biczowania, a ja narzekam i jęczę, gdy wypadnie znieść dla ciebie jakąś dolegliwość lub wzgardę ze strony bliźniego”.

    MIŁOSIERNY PANIE, 
    DOPOMÓŻ MI Z UFNOŚCIĄ IŚĆ ZA TOBĄ 

    Któryś za nas cierpiał rany, 
    Jezu Chryste zmiłuj się nad nami. 

    ***

    STACJA II 
    PAN JEZUS BIERZE KRZYŻ NA SWE RAMIONA 

    Kłaniamy się Tobie, Jezu Chryste, i błogosławimy Ciebie, 
    żeś przez Krzyż Twój święty świat odkupić raczył.

    „Z głębokim współczuciem pójdę za Jezusem! Zniosę cierpliwie tę przykrość, która mnie dziś spotka, jakże małą dla uczczenia Jego drogi na Golgotę. Wszak za mnie idzie na śmierć! Za moje grzechy cierpi! Jakże mogę być obojętny na to? Nie żądasz ode mnie, Panie, bym niósł z Tobą Twój ciężki krzyż, lecz bym swoje małe krzyże codzienne cierpliwie znosił. Tymczasem dotąd tego nie czyniłem. Wstyd mi i żal tej małoduszności i niewdzięczności mojej. Postanawiam, wszystko co z miłosierdzia swego na mnie włożysz, z ufnością przyjąć i z miłością znosić”.

    MIŁOSIERNY PANIE, 
    DOPOMÓŻ MI Z UFNOŚCIĄ IŚĆ ZA TOBĄ 

    Któryś za nas cierpiał rany, 
    Jezu Chryste zmiłuj się nad nami. 

    ***

    STACJA III 
    PAN JEZUS UPADA POD KRZYŻEM 

    Kłaniamy się Tobie, Jezu Chryste, i błogosławimy Ciebie, 
    żeś przez Krzyż Twój święty świat odkupić raczył.

    „Wziąłeś, Panie, straszliwe brzemię – grzechy całego świata wszystkich czasów na siebie. A wśród tej przerażającej masy grzechów wszystkich ludzi, moje niezliczone grzechy zaciążyły na Tobie brzemieniem przygniatającym i powaliły na ziemię. Dlatego ustają Twe siły. Dalej tego ciężaru unieść nie możesz i upadasz pod nim na ziemię. Baranku Boży, który z miłosierdzia swego gładzisz grzechy świata przez brzemię krzyża Twego, zdejmij ze mnie ciężkie brzemię grzechów moich i zapal ogień miłości Twojej, aby jej płomień nigdy nie ustał”.

    MIŁOSIERNY PANIE, 
    DOPOMÓŻ MI Z UFNOŚCIĄ IŚĆ ZA TOBĄ 

    Któryś za nas cierpiał rany, 
    Jezu Chryste zmiłuj się nad nami. 

    ***

    STACJA IV 
    PAN JEZUS SPOTYKA SWOJĄ MATKĘ  

    Kłaniamy się Tobie, Jezu Chryste, i błogosławimy Ciebie, 
    żeś przez Krzyż Twój święty świat odkupić raczył.

     „ Matko Najświętsza, Matko Dziewico, niech żałość Twej duszy i mnie się udzieli! 
    Kocham Cię, Matko Boleściwa, która idziesz tą drogą, jaką kroczył Syn Twój najmilszy – drogą hańby i poniżenia, drogą wzgardy i przekleństwa. Wyryj mnie na swym Niepokalanym Sercu i jako Matka Miłosierdzia, wyjednaj mi łaskę, bym idąc za Jezusem i Tobą, nie załamał się na tej ciernistej drodze kalwaryjskiej, jaką i mnie miłosierdzie Boże wyznaczyło”.

    MIŁOSIERNY PANIE, 
    DOPOMÓŻ MI Z UFNOŚCIĄ IŚĆ ZA TOBĄ 

    Któryś za nas cierpiał rany, 
    Jezu Chryste zmiłuj się nad nami. 

    ***

    STACJA V 
    SZYMON CYRENEJCZYK 
    POMAGA PANU JEZUSOWI DŹWIGAĆ KRZYŻ    

    Kłaniamy się Tobie, Jezu Chryste, i błogosławimy Ciebie, 
    żeś przez Krzyż Twój święty świat odkupić raczył.

    „Jak dla Szymona, tak i dla mnie krzyż jest rzeczą przykrą. Z natury wzdrygam się przed nim, wszelako okoliczności zmuszają mnie do oswojenia się z nim. Będę się starał odtąd nieść krzyż swój z usposobieniem Chrystusa Pana. Będę dźwigał krzyż za swe grzechy, za grzechy innych ludzi, za dusze w czyśćcu cierpiące, naśladując najmiłosierniejszego Zbawiciela. Wówczas odbywać będę drogę królewską Chrystusa, a pójdę nią nawet wtedy, kiedy otoczy mnie tłum ludzi wrogich i szydzących”. 

    MIŁOSIERNY PANIE, 
    DOPOMÓŻ MI Z UFNOŚCIĄ IŚĆ ZA TOBĄ 

    Któryś za nas cierpiał rany, 
    Jezu Chryste zmiłuj się nad nami. 

    ***

    STACJA VI 
    WERONIKA OCIERA TWARZ PANU JEZUSOWI  

    Kłaniamy się Tobie, Jezu Chryste, i błogosławimy Ciebie, 
    żeś przez Krzyż Twój święty świat odkupić raczył.

    „Pan Jezus nie cierpi już więcej, dlatego nie mogę podać mu chusty do otarcia potu i krwi. Ale cierpiący Zbawiciel żyje ciągle w swoim ciele mistycznym, w swoich współbraciach, obciążonych krzyżem, a więc w chorych, konających, ubogich i potrzebujących, którzy potrzebują chustki do otarcia potu. Wszak on powiedział: Wszystko, co uczyniliście jednemu z tych braci moich najmniejszych, Mnie uczyniliście (Mt 25,40). Stanę więc u boku chorego i umierającego z prawdziwą miłością i cierpliwością, aby mu otrzeć pot, aby go wzmocnić i pocieszyć”.

    MIŁOSIERNY PANIE, 
    DOPOMÓŻ MI Z UFNOŚCIĄ IŚĆ ZA TOBĄ 

    Któryś za nas cierpiał rany, 
    Jezu Chryste zmiłuj się nad nami. 

    ***

    STACJA VII 
    PAN JEZUS PO RAZ DRUGI UPADA POD KRZYŻEM 

    Kłaniamy się Tobie, Jezu Chryste, i błogosławimy Ciebie, 
    żeś przez Krzyż Twój święty świat odkupić raczył.

    „Panie, (…) jak możesz tolerować jeszcze mnie grzesznego, który obrażam Cię grzechami codziennymi po niezliczone razy? Mogę to wytłumaczyć tylko wielkością miłosierdzia Twojego, tym że czekasz jeszcze mej poprawy. Oświeć mnie Panie, światłością łaski swojej, bym mógł poznać wszelkie zdrożności i złe skłonności moje, które spowodowały Twój powtórny upadek pod krzyżem i bym odtąd systematycznie je tępił. Bez łaski Twojej nie potrafię ich się wyzbyć. Przeto proszę i ufam, że miłosierdzie Twoje mnie wspomoże”. 

    MIŁOSIERNY PANIE, 
    DOPOMÓŻ MI Z UFNOŚCIĄ IŚĆ ZA TOBĄ 

    Któryś za nas cierpiał rany, 
    Jezu Chryste zmiłuj się nad nami. 

    ***

    STACJA VIII 
    PAN JEZUS POCIESZA PŁACZĄCE NIEWIASTY  

    Kłaniamy się Tobie, Jezu Chryste, i błogosławimy Ciebie, 
    żeś przez Krzyż Twój święty świat odkupić raczył.

    „I dla mnie jest czas miłosierdzia Bożego, ale ograniczony. Po upływie tego czasu nastąpi wymiar sprawiedliwości, o której Pan Jezus groźnie wspomina. (…) Na mnie ciążą liczne winy, toteż więdnę i usycham z bojaźni, ale pomimo tego pójdę śladami Chrystusa, przejmę się skruchą i będę czynić zadość sprawiedliwości przez szczerą pokutę. Do tej pokuty pobudza mnie potęga Boga i powinność służenia Mu. Do tej pokuty pobudza mnie nieskończone miłosierdzie Jezusa, który koronę chwały zamienił na cierniową i wyszedł mnie poszukiwać, a odnalazłszy przytulił do swego Serca”.

    MIŁOSIERNY PANIE, 
    DOPOMÓŻ MI Z UFNOŚCIĄ IŚĆ ZA TOBĄ 

    Któryś za nas cierpiał rany, 
    Jezu Chryste zmiłuj się nad nami. 

    ***

    STACJA IX 
    PAN JEZUS UPADA POD KRZYŻEM PO RAZ TRZECI  

    Kłaniamy się Tobie, Jezu Chryste, i błogosławimy Ciebie, 
    żeś przez Krzyż Twój święty świat odkupić raczył.

    „Za mnie cierpi Jezus i za mnie upada pod krzyżem! Gdzie byłbym dziś bez tych cierpień Zbawiciela? Z otchłani piekielnej wyrywa nas tylko Zbawiciel. (…) Dlatego wszystko, co dziś mamy i czym jesteśmy w znaczeniu nadprzyrodzonym, zawdzięczamy tylko męce Pana Jezusa. Nawet niesienie naszego krzyża nic nie znaczy bez łaski. Dopiero męka Zbawiciela czyni skruchę naszą zasługującą, a pokutę skuteczną. Dopiero miłosierdzie Jego, ujawnione w potrójnym upadku, jest rękojmią mojego zbawienia”.

    MIŁOSIERNY PANIE, 
    DOPOMÓŻ MI Z UFNOŚCIĄ IŚĆ ZA TOBĄ 

    Któryś za nas cierpiał rany, 
    Jezu Chryste zmiłuj się nad nami. 

    ***

    STACJA X 
    PAN JEZUS Z SZAT OBNAŻONY  

    Kłaniamy się Tobie, Jezu Chryste, i błogosławimy Ciebie, 
    żeś przez Krzyż Twój święty świat odkupić raczył.

    „Przy tej strasznej tajemnicy obecna była Matka Najświętsza, która wszystko widziała, słyszała i wszystkiemu się przypatrywała. Można sobie wyobrazić, jakie przeżywała boleści wewnętrzne, widząc Syna swego głęboko zawstydzonego, w pokrwawionej nagości, kosztującego gorzki napój, do którego i ja dolewałem gorycze przez grzech nieumiarkowania w jedzeniu i piciu. Pragnę odtąd i postanawiam, przy pomocy łaski Bożej, praktykować rozumne umartwienie w tej materii, by nagość mej duszy nie obrażała oka Pana Jezusa ani jego Niepokalanej Matki”.

    MIŁOSIERNY PANIE, 
    DOPOMÓŻ MI Z UFNOŚCIĄ IŚĆ ZA TOBĄ 

    Któryś za nas cierpiał rany, 
    Jezu Chryste zmiłuj się nad nami. 

    ***

    STACJA XI 
    PAN JEZUS PRZYBITY DO KRZYŻA 

    Kłaniamy się Tobie, Jezu Chryste, i błogosławimy Ciebie, 
    żeś przez Krzyż Twój święty świat odkupić raczył.

    „Stańmy w myślach naszych na Golgocie pod krzyżem Pana Jezusa i rozważajmy straszną scenę. Pomiędzy niebem i ziemią wisi Zbawiciel za miastem, odtrącony od swego ludu, wisi jak zbrodniarz między dwoma zbrodniarzami, jako obraz najstraszliwszej nędzy, opuszczenia i boleści. Ale jest On podobny do wodza, który podbija narody – nie mieczem i orężem, ale krzyżem – nie w celu ich zniszczenia, ale w celu ocalenia. Bo też krzyż Zbawiciela stanie się odtąd narzędziem chwały Bożej, sprawiedliwości i nieskończonego miłosierdzia”.

    MIŁOSIERNY PANIE, 
    DOPOMÓŻ MI Z UFNOŚCIĄ IŚĆ ZA TOBĄ 

    Któryś za nas cierpiał rany, 
    Jezu Chryste zmiłuj się nad nami. 

    ***

    STACJA XII 
    PAN JEZUS UMIERA NA KRZYŻU 

    Kłaniamy się Tobie, Jezu Chryste, i błogosławimy Ciebie, 
    żeś przez Krzyż Twój święty świat odkupić raczył.

    „Nikt nie towarzyszył tej czynności ofiarnej z tak cudownymi i odpowiednimi uczuciami i myślami jak Matka Miłosierdzia, jak przy poczęciu i narodzeniu zastępowała całą ludzkość, adorując i miłując gorąco Pana Zastępów, tak i przy śmierci swego Syna adoruje martwe ciało wiszące na krzyżu, boleje nad nim, ale zarazem pamięta i o swych dzieciach przybranych. Przedstawicielem ich jest Jan Apostoł i nowonawrócony umierający łotr, za którym wstawiła się do Syna. Wstaw się i za mną, Matko Miłosierdzia, pomnij i na mnie, gdy w mej agonii będę polecać Ojcu swego ducha”.

    MIŁOSIERNY PANIE, 
    DOPOMÓŻ MI Z UFNOŚCIĄ IŚĆ ZA TOBĄ 

    Któryś za nas cierpiał rany, 
    Jezu Chryste zmiłuj się nad nami. 

    ***

    STACJA XIII 
    ZDJĘCIE Z KRZYŻA CIAŁA PANA JEZUSA 

    Kłaniamy się Tobie, Jezu Chryste, i błogosławimy Ciebie, 
    żeś przez Krzyż Twój święty świat odkupić raczył.

    „Najmiłosierniejszy Zbawicielu, czyje serce zdoła się oprzeć porywającej i kruszącej wymowie, z jaką przemawiasz do nas przez niezliczone rany Twego martwego ciała, spoczywającego na łonie Twojej Bolesnej Matki? (…) każdy czyn Twój wystarczyłby dla przebłagania sprawiedliwości i zadość uczynienia za zniewagi. Ale obrałeś ten rodzaj Odkupienia, aby pokazać wielką cenę duszy naszej i swoje bezgraniczne Miłosierdzie, by nawet największy grzesznik mógł z ufnością i skruchą przystąpić do Ciebie i otrzymać odpuszczenie, jak otrzymał je konający łotr”.

    MIŁOSIERNY PANIE, 
    DOPOMÓŻ MI Z UFNOŚCIĄ IŚĆ ZA TOBĄ 

    Któryś za nas cierpiał rany, 
    Jezu Chryste zmiłuj się nad nami. 

    ***

    STACJA XIV 
    ZŁOŻENIE DO GROBU CIAŁA PANA JEZUSA 

    Kłaniamy się Tobie, Jezu Chryste, i błogosławimy Ciebie, 
    żeś przez Krzyż Twój święty świat odkupić raczył.

    „Matko Miłosierdzia, wybrałaś mnie za dziecko swoje, abym stał się bratem Jezusa, którego opłakujesz po złożeniu do grobu! (…) Nie zważaj na moją słabość, niestałość i niedbalstwo, które opłakuję bez przerwy, i wyrzekam się ich ustawicznie. Ale wspomnij na wolę Pana Jezusa, który mnie oddał pod Twoją opiekę. Spełnij tedy względem mnie niegodnego swe posłannictwo, dostosuj łaski Zbawiciela do mojej słabości i bądź dla mnie zawsze Matką Miłosierdzia!”.

    MIŁOSIERNY PANIE, 
    DOPOMÓŻ MI Z UFNOŚCIĄ IŚĆ ZA TOBĄ 

    Któryś za nas cierpiał rany, 
    Jezu Chryste zmiłuj się nad nami. 

    (www.faustyna.eu)

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Dziś globalny różaniec w intencji pokoju na świecie

    Sample

    fot. James Coleman / Unsplash

    ****

    W pierwszy piątek Wielkiego Postu, 16 lutego, Zgromadzenie Świętego Krzyża poprowadzi globalny różaniec w intencji pokoju na świecie.

    Modlitwa rozpocznie się w Rzymie o godz. 16.00 i będzie transmitowana online w 18 krajach na pięciu kontynentach.

    Zgromadzenie Świętego Krzyża w informacji prasowej podkreśliło, że „teraz bardziej niż kiedykolwiek świat potrzebuje modlitwy o pokój”. Dlatego też przełożony generalny Zgromadzenia Świętego Krzyża br. Paul Bednarczyk CSC zaprasza wszystkich do modlitwy w pierwszy piątek Wielkiego Postu 16 lutego. Globalny Różaniec w intencji pokoju na świecie rozpocznie się w Rzymie o godz. 16.00 czasu lokalnego osobistym przesłaniem i modlitwą br. Bednarczyka.

    Po wprowadzeniu br. Bednarczyka, wydarzenie będzie kontynuowane Różańcem do Siedmiu Boleści Matki Bożej i nabożeństwem do Matki Bożej Bolesnej. Zakonnicy i świeccy z ośrodków duszpasterskich Świętego Krzyża na pięciu kontynentach będą na zmianę prowadzić różaniec. Wydarzenie transmitowane online będzie zawierać hymny śpiewane przez grupy z Kenii, północno-wschodnich Indii, Meksyku i Stanów Zjednoczonych.

    Aby pokazać jedność, różaniec wraz z rozważaniami i modlitwami będą prowadzić zakonnicy i świeccy partnerzy Świętego Krzyża w 18 krajach misyjnych: Australii, Bangladeszu i Filipinach (pierwsza tajemnica), Ghanie, Brazylii i Peru (druga tajemnica), FrancjiMeksyku i Irlandii (trzecia tajemnica), Tanzanii, Haiti i Ugandzie (czwarta tajemnica), Stanach Zjednoczonych, Chile i Indiach (piąta tajemnica), Kenii, Filipinach i Kanadzie (szósta tajemnica) oraz Bangladeszu, Peru i Stanach Zjednoczonych (siódma tajemnica).

    Br. Bednarczyk zwraca uwagę, że modlitwa jest odpowiedzią na przerażające konflikty na świecie. „Przerażająca przemoc i tragiczne ofiary śmiertelne, których byliśmy świadkami podczas wojny w Ukrainie, a teraz niedawnej wojny w Izraelu i Strefie Gazy, są zdumiewające i szokujące” – powiedział. „Takie brutalne konflikty mają jednak miejsce również w innych częściach świata. Nikt z nas nie pozostaje obojętny na te przerażające wydarzenia. Staramy się odpowiedzieć naszą wiarą” – dodał.

    Przełożony generalny wyraził nadzieję, że „Maryja będzie Matką Bożą Nadziei, pomagając nam być budowniczymi pokoju, mężczyznami i kobietami z nadzieją, aby położyć kres wszelkiej przemocy i wojnie”.

    Do modlitwy można dołączyć przez platformę YouTube

    lub wpisując w wyszukiwarkę: Global Rosary For Peace 2024 – YouTube.

    Informacje o wydarzeniu można znaleźć pod adresem: HCFM.org/PrayForPeace.

    Zgromadzenia Świętego Krzyża utworzył w 1837 bł. Bazyli Antoni Maria Moreau. Prowadzi pracę edukacyjną i duszpasterską w kilkunastu krajach świata: Bangladeszu, Brazylii, Kanadzie, Chile, Francji, Haiti, Indiach, Kenii, Meksyku, Peru, Tanzanii, Ugandzie oraz Stanach Zjednoczonych. Obecnie Zgromadzenie Świętego Krzyża składa się z ponad 1300 braci zakonnych i kapłanów zakonnych.

    Rzym/Kai.pl

    ______________________________________________________________________________________________________________

    SOBOTA – 17 LUTEGO

    OD GODZ. 17.00 – SPOWIEDŹ ŚW.

    O GODZ. 18.00 – MSZA ŚW. WIGILIJNA Z I NIEDZIELI WIELKIEGO POSTU

    PO MSZY ŚWIĘTEJ

    MODLITWA RÓŻAŃCOWA PRZED NAJŚWIĘTSZYM SAKRAMENTEM O POKÓJ W LUDZKICH SERCACH

    _______________________________________________________

    Kard. Ernest Simoni:

    różaniec to najpotężniejsza modlitwa Maryi

    Samplefot. Scavuzzo/AGF/REX/Shutterstock/EAST NEWS

    ***

    Różaniec to najpotężniejsza modlitwa Najświętszej Maryi Panny. Wszystkie zwycięstwa Kościoła zostały przypieczętowane przez Matkę Bożą – mówi Radiu Watykańskiemu 95-letni kard. Ernest Simoni, który 28 lat spędził w więzieniach komunistycznej Albanii. Przyznaje, że to właśnie dzięki tej wytrwałej, codziennej modlitwie przetrwał prześladowania i to też zawsze zaleca wszystkim wiernym.

    Pomimo podeszłego wieku albański kardynał nadal służy Kościołowi. Codziennie otrzymuje ok. 120 telefonów. 50 z nich to prośby o egzorcyzmy lub modlitwy o uwolnienie. Odpowiada na nie bezzwłocznie, recytując z pamięci łacińskie formuły tak samo jak w więzieniu odprawiał z pamięci tajne Msze. Obecni przy nich zaprzyjaźnieni muzułmanie zalewali się łzami, pociągani przez Ducha Świętego do modlitwy – wspomina kard. Simoni.

    W tych dniach gości on w Watykanie. We wtorek został zaproszony przez papieża na kolację. Rozmawiał z nim, jak wyznał, o sprawach wiary. W środę uczestniczył w audiencji ogólnej. Franciszek pozdrowił go jako żywego męczennika.

    „Powiedziałem, że muszę dziękować Duchowi Świętemu, Bogu Wszechmogącemu, Najświętszej Maryi Pannie, a także św. Janowi Pawłowi II, który pomaga mi w egzorcyzmach. Niektórzy twierdzą, iż nawet go widzą – opowiada Radiu Watykańskiemu kard. Simoni. – Dochodzi do bardzo wielu uwolnień, ale to nie jest moją zasługą. Dziękuję też św. Ojcu Pio, który przekazał nam przesłanie, ale nie wszyscy w to wierzą. Przesłanie dla nawrócenia i ocalenia świata. Trzeba nieść światło wszystkim członkom Kościoła, aby ze wszystkich sił zabiegali o wyzwolenie ludzi ze ślepoty, z grzechu i prowadzili ich do światła Bożego. Albowiem, jak mówi Jezus, nikt nie zna dnia ani godziny, nie wiemy, kiedy przyjdzie po raz drugi“.

    16 lutego 2024/Radio Watykańskie/Watykan Ⓒ Ⓟ

    ______________________________________________________________________________________________________________

    NIEDZIELA – 18 LUTEGO

    OD GODZ. 13.30 – ADORACJA NAJŚWIĘTSZEGO SAKRAMENTU / SPOWIEDŹ ŚW.

    NABOŻEŃSTWO GORZKICH ŻALÓW

    GODZ. 14.00 – MSZA ŚWIĘTA Z I NIEDZIELI WIELKIEGO POSTU

    PO MSZY ŚW. – KORONKA DO BOŻEGO MIŁOSIERDZIA

    _______________________________________________________________________

    ___________________

    papież Benedykt XVI:

    Eucharystia – pokarm prawdy, sakrament miłości

    Benedykt XVI: Eucharystia-pokarm prawdy, sakrament miłości

    fot. Peter Nguyen via Flickr, CC BY 2.0

    ***

    1. Sakrament miłości, Najświętsza Eucharystia jest darem, jaki Jezus Chrystus czyni z samego siebie, objawiając nam nieskończoną miłość Boga wobec każdego człowieka. W tym przedziwnym sakramencie objawia się miłość największa, ta, która przynagla, by „życie swoje oddać za przyjaciół swoich” (J 15, 13). Istotnie, Jezus „do końca ich umiłował” (J 13, 1). Tymi słowami zapowiada Ewangelista Jego gest nieskończonej pokory: zanim umarł na krzyżu za nas, przepasawszy się prześcieradłem, umył uczniom nogi. Tak też, w sakramencie Eucharystii Jezus nadal miłuje nas „aż do końca”, aż po dar ze swego ciała i swojej krwi. Jakież zdziwienie musiało napełnić serca Apostołów wobec czynów i słów Pana podczas tej Wieczerzy! Jakiż zachwyt winna wzbudzić w naszym sercu tajemnica Eucharystii!

    2. W sakramencie Ołtarza, Pan przychodzi do człowieka, stworzonego na obraz i podobieństwo Boże (por. Rdz 1, 27), stając się jego towarzyszem w drodze. W tym sakramencie, Pan staje się rzeczywiście pokarmem dla człowieka spragnionego prawdy i wolności. Skoro tylko prawda może nas uczynić wolnymi (por. J 8, 36), to Chrystus staje się dla nas pokarmem prawdy. Z przenikliwą znajomością ludzkiej kondycji, św. Augustyn zwrócił uwagę na to, iż człowiek działa spontanicznie, a nie z przymusu, kiedy staje wobec czegoś, co go pociąga i wzbudza w nim pragnienie. Pytając tedy, co może człowieka ostatecznie od wewnątrz poruszyć, święty Biskup zawołał: „Czegoż dusza pragnie na sposób bardziej żarliwy niż prawdy?”[2]. Każdy bowiem człowiek niesie w sobie niezniszczalne pragnienie prawdy, ostatecznej i definitywnej. Dlatego Pan Jezus, który jest „drogą, prawdą i życiem” (J 14, 6) zwraca się do spragnionego serca człowieka, który czuje się pielgrzymem, do serca tęskniącego za źródłem życia, do serca, które żebrze o prawdę. Jezus Chrystus istotnie jest Prawdą i jednocześnie Osobą, która pociąga do siebie świat. „Jezus jest gwiazdą polarną wolności ludzkiej: bez Niego traci ona orientację, ponieważ bez poznania prawdy wolność się wynaturza, izoluje i redukuje do poziomu jałowego kaprysu. Wraz z Nim, wolność się odnajduje”[3]. W sakramencie Eucharystii, Jezus ukazuje w sposób szczególny prawdę o miłości, która jest samą istotą Boga. I to jest ta prawda ewangeliczna, która interesuje każdego człowieka i całego człowieka. Dlatego Kościół, który znajduje w Eucharystii swoje życiowe centrum, ciągle podejmuje wysiłek głoszenia w porę i nie w porę (por. 2 Tm 4, 2), że Bóg jest miłością[4]. Właśnie dlatego, że Chrystus stał się dla nas pokarmem Prawdy, Kościół zwraca się do człowieka, zapraszając go, by dobrowolnie przyjął dar Boży.

    […]

    6. „Oto, wielka tajemnica wiary!”. Tym wyrażeniem wypowiadanym natychmiast po słowach konsekracji, kapłan głosi sprawowane misterium i odsłania swój zachwyt nad substancjalną przemianą chleba i wina w Ciało i Krew Pana Jezusa, rzeczywistością, która przekracza wszelkie ludzkie zrozumienie. W istocie Eucharystia jest w całym tego słowa znaczeniu „tajemnicą wiary”, „streszczeniem i podsumowaniem całej naszej wiary”[13]. Wiara Kościoła jest istotowo wiarą eucharystyczną i karmi się ona w szczególny sposób przy stole Eucharystii. Wiara i sakramenty to dwa uzupełniające się aspekty życia kościelnego. Wzbudzona przez głoszenie słowa Bożego, dzięki łasce wiara karmi się i wzrasta w spotkaniu ze zmartwychwstałym Panem, które realizuje się w sakramentach: „Wiara wyraża się w obrzędzie a obrzęd zwiększa i umacnia wiarę”[14]. Dlatego też sakrament Ołtarza pozostaje zawsze w centrum życia Kościoła; „dzięki Eucharystii, Kościół odradza się ciągle na nowo!”[15]. Im żywsza jest wiara eucharystyczna w Ludzie Bożym, tym głębsze jest jego uczestnictwo w życiu kościelnym poprzez świadome przylgnięcie do misji, jaką Chrystus powierzył swoim uczniom. Świadczy o tym sama historia Kościoła. Każda wielka reforma wiąże się, w jakiś sposób, z odkryciem w wierze obecności eucharystycznej Pana wśród swego ludu.

    7. Pierwszą rzeczywistością wiary eucharystycznej jest sama tajemnica Boga, czyli miłość trynitarna. W rozmowie Jezusa z Nikodemem znajdujemy wyjaśnienie tego zagadnienia: „Tak bowiem Bóg umiłował świat, że Syna swego Jednorodzonego dał, aby każdy, kto w Niego wierzy, nie zginął, ale miał życie wieczne. Albowiem Bóg nie posłał swego Syna na świat po to, aby świat potępił, ale po to, by świat został przez Niego zbawiony” (J 3, 16-17). Te słowa wskazują na ostateczny korzeń daru Bożego. Jezus w Eucharystii daje nie „coś”, ale siebie samego; ofiaruje on swoje ciało i przelewa swoją krew. W ten sposób daje całą swą egzystencję, objawiając pierwotne źródło tej miłości. Jest On wiecznym Synem danym nam przez Ojca. Słyszymy ponadto w Ewangelii, jak Jezus po nakarmieniu tłumu przez rozmnożenie chleba i ryb, mówi do swych rozmówców, którzy poszli za Nim aż do synagogi w Kafarnaum: „Ojciec mój da wam prawdziwy chleb z nieba. Albowiem chlebem Bożym jest Ten, który z nieba zstępuje i życie daje światu” (J 6, 32-33); i dochodzi do utożsamienia samego siebie, swego własnego ciała i swojej własnej krwi z tym chlebem: „Ja jestem chlebem żywym, który zstąpił z nieba. Jeśli kto spożywa ten chleb, będzie żył na wieki. Chlebem, który Ja dam, jest moje ciało za życie świata” (J 6, 51). W ten sposób, Jezus objawia się jako chleb życia, który Ojciec przedwieczny daje ludziom.

    8. W Eucharystii odsłania się zamysł miłości, który kieruje całą historią zbawienia (por. Ef 1, 10; 3, 8-11). W niej Deus Trinitas, który sam jest miłością (por. 1 J 4, 7-8), w pełni angażuje się w naszą ludzką kondycję. W chlebie i winie, pod których postaciami Chrystus nam się daje w paschalnej uczcie (por. Łk 22, 14-20; 1 Kor 11, 23-26), całe Boże życie dociera do nas i udziela się w formie sakramentu. Bóg jest doskonałą komunią miłości pomiędzy Ojcem, Synem i Duchem Świętym. Już w stworzeniu człowiek został powołany do udziału, w jakiejś mierze, w ożywczym Bożym tchnieniu (por. Rdz 2, 7). Ale w Chrystusie umarłym i zmartwychwstałym oraz w wylaniu Ducha Świętego, danym bez miary (por. J 3, 34) stajemy się uczestnikami Bożej zażyłości[16]. Jezus Chrystus, który „przez Ducha wiecznego złożył Bogu samego siebie jako nieskalaną ofiarę” (Hbr 9, 14) w darze eucharystycznym udziela nam tego samego Bożego życia. Chodzi o dar absolutnie bezinteresowny, który jest jedynie odpowiednikiem obietnic Bożych, spełnionych ponad wszelką miarę. Kościół przyjmuje, celebruje, adoruje ten dar w wiernym posłuszeństwie. „Tajemnica wiary” jest tajemnicą miłości trynitarnej, do uczestnictwa w której jesteśmy przez łaskę wezwani. Także więc i my musimy zawołać wraz z św. Augustynem: „Jeśli widzisz miłość, widzisz Trójcę”[17]…

    z adhortacji apostolskiej Sacramentum caritatis papieża Benedykta XVI, 22 lutego 2007 roku

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Jak pokutować za grzechy?

    fot. Hernán Piñera via Flickr, CC BY-SA 2.0

    ***

    Jak pokutować za grzechy

    Pytanie o to, w jaki sposób zadośćuczynić za popełnione zło, jest problemem każdego z nas. Pamiętamy jeszcze pięć warunków dobrej spowiedzi, gdzie ostatni brzmi: zadośćuczynić Panu Bogu i bliźniemu. Paradoksalnie im bardziej człowiek postępuje w przyjaźni z Bogiem, tym bardziej widzi swoją słabość i grzeszność. Wyraził to lapidarnie w swej Regule św. Benedykt: „Dawne swoje grzechy codziennie ze łzami i wzdychaniem na modlitwie wyznawać Bogu. A na przyszłość poprawić się z tych grzechów” (Reguła, rozdz. 4,57–58). Aby lepiej zrozumieć te zalecenia św. Benedykta, trzeba zapoznać się z tekstami jego mistrza – św. Jana Kasjana.

    Tajemnice pokuty

    Rozmówcą Kasjana i Germanusa jest abba Pinufiusz, którego spotkali już wcześniej w Betlejem. Opowiedziana na początku Rozmowy XX historia ucieczki Pinufiusza przed sławą i pokorna służba w jednym z pachomiańskich klasztorów, stają się zrozumiałe dopiero po lekturze całej Rozmowy: Kasjan chce pokazać czytelnikowi już od razu ikonę pokutnika, który osiąga cel zadośćuczynienia, to znaczy całkowite wyzwolenie z grzechu i pogodną gorliwość w walce o czystość serca, której nie są w stanie zachwiać przykrości, których doznajemy codziennie ze strony ludzi. Choć bowiem opisywane przez Kasjana trudności i upokorzenia, których zaznawał abba Pinufiusz są w istocie przerażające (czy tak wyobrażamy sobie klasztor, w którym mieszkają święci mężowie?), to intencją naszego autora jest pokazanie raczej siły motywacji Pinufiusza i jego niezależność od ludzkiego uznania bądź ludzkiej pogardy – sprawa kluczowa przy przyznaniu się do grzechu i rozpoczęciu pokuty za popełnione zło.

    Punktem wyjścia jest szczere wyznanie Germanusa, w którym opisuje rozpacz z powodu dawnych grzechów, jeszcze bardziej wzmacnianą przez obraz upragnionego nieba, które zdaje się być nieskończenie odległe z powodu zła, którego nasz mnich się dopuścił.

    Ponieważ nieznana nam nauka bardziej wzniośle i wspanialej otwarła nam stromą ścieżkę do najbardziej zaszczytnego wyrzeczenia się [świata] i – jakby po usunięciu ślepoty naszych oczu – pokazała nam swój szczyt znajdujący się w niebie, to tym cięższe przygniata nas brzemię rozpaczy. Przymierzając bowiem jego niezmierną wysokość do małości naszych sił i przyrównując wielką słabość naszej niewiedzy z nieskończoną wzniosłością ukazanej nam cnoty, czujemy, że nasza małość nie tylko nie zdoła go osiągnąć, lecz może nawet spaść z miejsca, w którym się znajduje. Uciskani bowiem ciężarem nadmiernej rozpaczy spadamy jakby z najniższego stopnia na jeszcze niższy. Dlatego jedno jedyne lekarstwo może pomóc uleczyć nasze rany: dowiedzmy się, jaki jest kres pokuty, a szczególnie jakie są oznaki zadośćuczynienia, abyśmy pewni odpuszczenia wcześniejszych grzechów mogli się także ośmielić wspinać na szczyt wyżej wspomnianej doskonałości (Rozmowa XX,3,1–2)

    Problem, który formułuje Germanus, jak za chwilę zobaczymy, nie polega na pytaniu, w jaki sposób uwolnić się od zła. Młody mnich jest raczej przekonany, że upadek na dno piekła jest sprawą nieuchronną. Jedyny ratunek widzi w pokucie, choć zapewne jej definicja, podana przez abba Pinifiusza, trochę go zaskoczyła:

    Pełna i doskonała definicja pokuty jest taka: nie popełniać już więcej grzechów, za które pokutujemy lub które gryzą nasze sumienie. Oznaką zaś zadośćuczynienia i odpuszczenia [grzechów] jest usunięcie z naszych serc także skłonności do nich (Rozmowa XX,5,1)

    Opinia doświadczonego mnicha może wydawać się nieco zaskakująca: pokutą nie jest czyn, którym człowiek zadośćuczyni za popełnione zło, ale to definitywne odwrócenie się od grzechu. Aby zrozumieć tę definicję, musimy pamiętać, że przez łaciński rzeczownik poenitentia zazwyczaj oddawano grecki metanoia. Trudno odnaleźć polski odpowiednik – przekładać trzeba, w zależności od kontekstu, jako „nawrócenie”, „pokuta”, „zmiana myślenia”, „przemiana serca”. Nie chodzi tutaj o zadawanie sobie cierpienia, o czyny, których dokonuje człowiek, ale raczej o przemienienie wewnętrznie i w konsekwencji zrozumienie tego, co było złe, nazwanie zła złem i zdecydowane zwrócenie się w kierunku dobra. Taka definicja wskazuje więc raczej na kierunek niż mówi o środku za pomocą którego ten cel można osiągnąć. Pokuta jest celem, nie drogą.

    Germanus w swej emocjonalnej wypowiedzi popełnia podstawowy błąd wszystkich wybuchających gorliwością pierwotnego nawrócenia – zbytnio koncentruje się na sobie i swej słabości. Przeczytajmy jeszcze raz jego wypowiedź – ona jest najeżona zaimkiem „ja”. Trudno nie pokaleczyć się o taką konstrukcję. Pinufiusz jest jednak zbyt mądry, aby wskazywać ów błąd wprost. Zamiast tego proponuje zwrócenie się ku czemuś, co nazywa „owocami pokuty” (Rozmowa XX,8,1–11). Katalog czynów, oparty w dużej mierze na drugiej homilii Orygenesa do Księgi Kapłańskiej, proponuje na podstawie Pisma Świętego pewne możliwości, dzięki którym możemy otrzymać od Boga przebaczenie. Oprócz męczeństwa zawiera miłość, jałmużnę, łzy, wyznanie grzechów Bogu i ludziom, umartwienie, prośba o wstawiennictwo świętych, miłosierdzie i wiarę, nawracanie grzeszników i przebaczenie winowajcom. Co charakterystyczne – spożywając każdego dnia choćby jeden z tych owoców, mnich odwraca wzrok od siebie i swej biedy, a zaczyna zauważać niedolę ludzką, której on, tak przytłoczony grzechem, może przecież jakoś zaradzić. Pinufiusz nie radzi rozpamiętywania grzechów (czyniącego tak porównuje do człowieka mieszającego w kloace drągiem i duszącego się śmierdzącymi wyziewami, które wzbudził pracą własnych rąk), ale zaleca jedynie pamięć o swej niegodności i wytrwałe praktykowanie dzieł, o których wyżej była mowa. W ten sposób przekonujemy się, że to nadmierne skupienie się na sobie i przylgnięcie pamięcią do swej nędzy, a nie do Boga, stanowi problem, który musi zostać rozwiązany. Cała praca zostaje wykonana dzięki wytrwałej modlitwie i codziennie praktykowanej miłości.

    Zło, którego nie chcę…

    Tytuł Rozmowy XXIII, O bezgrzeszności, został sformułowany w sposób trochę przewrotny. Z podobnym chwytem retorycznym u Kasjana spotkaliśmy się już w Rozmowie XVI, O przyjaźni, która w istocie poświęcona jest w dużej mierze wadzie gniewu. W naszym tekście Kasjan wykazuje, że słabość, zło, jest czymś nieuniknionym, choć rozumie to w sposób specyficzny. Przechodząc do rozmowy z abba Teonasem momentalnie przenosimy się w inny obszar problemów. Tematem dyskusji są słowa św. Pawła: Nie czynię dobra, którego pragnę, lecz zło, którego nienawidzę, to czynię (Rz 7,19n). Teonas występuje z ciekawą propozycją: na pytanie, jakie to zło tak niechciane przez niego, czyni św. Paweł, odpowiada, że jest nim nietrwałość modlitwy, odchodzenie od kontemplacji i zapominanie o Bogu, gdyż jedynym, który na tej ziemi stałą pamięć o Ojcu utrzymał w swym sercu był Jezus Chrystus. Rozproszenie, odwrócenie wzroku od Boga na tym świecie, jest czymś, co przydarza się największym świętym nawet Apostołom, ale, stwierdza Kasjan jest czymś złym, choć nikt nie pragnie utracić wzniosłej kontemplacji. Aby lepiej zrozumieć ten nacisk na konieczność pamiętania o Stwórcy, musimy przeczytać początek Rozmowy IX z abba Izaakiem, gdzie dokładnie zostaje nam wyjaśnione w jaki sposób pamięć taka, poprzez nieustanną modlitwę, oczyszcza ludzkie serce z grzechów i wad. Rozmowa XXIII jest ważnym uzupełnieniem podjętego tam wątku: modlitwa nieustanna, pamięć o Bogu, są w istocie czymś upragnionym, ale na tej ziemi nieosiągalnym.

    Podsumowanie

    Zestawienie Rozmowy XX i XXIII może wywołać pewną konsternację: pierwsza traktuje o metodach walki ze złem, pozbywania się grzechu i utwierdzania się na drogach miłości. Druga z kolei pokazuje nam cel całego trudu: nie jest nim doskonałość czy bezgrzeszność osiągnięta jako cel własnego samodoskonalenia czy rozwoju, ale to bliskość i zażyłość z Bogiem, o których Kasjan pisze z wyjątkowym liryzmem i głębokim uczuciem. Pokuta, która prowadzi do pragnienia nieustannej modlitwy – oto cel pedagogiki Kasjana. Kierujący się jej wskazaniami coraz bardzo wyzbywa się egoizmu i zaczyna dostrzegać ludzi, których ma kochać i Boga, Któremu chce służyć. To jest droga właściwa także na nasze czasy.

    Szymon Hiżycki OSB (ur. w 1980 r.) studiował teologię oraz filologię klasyczną; odbył specjalistyczne studia z zakresu starożytnego monastycyzmu w kolegium św. Anzelma w Rzymie. Jest miłośnikiem literatury klasycznej i Ojców Kościoła. W klasztorze pełnił funkcję opiekuna ministrantów, duszpasterza akademickiego, bibliotekarza i rektora studiów. Do momentu wyboru na urząd opacki był także mistrzem nowicjatu tynieckiego. Autor książki na temat ośmiu duchów zła „Pomiędzy grzechem a myślą” oraz o praktyce modlitwy nieustannej „Modlitwa Jezusowa. Bardzo krótkie wprowadzenie”.

    mp/tyniec.com.pl

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Nie tylko spowiedź. Kiedy jeszcze Bóg odpuszcza grzechy?

    fot. via Pixabay.com

    ***

    Nie tylko spowiedź.

    Kiedy jeszcze Bóg odpuszcza grzechy?

    Mówiąc o konieczności i pożytku sakramentu pokuty Rytuał Obrzędy pokuty zawiera również ważne stwierdzenia dotyczące sposobów czynienia nieustannej pokuty i oczyszczania się z grzechów. Chodzi tu o pozasakramentalne formy przepraszania Boga za grzechy. Można je podzielić na dwie grupy: liturgiczne i nie związane bezpośrednio z liturgią. Do grupy pierwszej należą te wszystkie elementy celebracji liturgicznych, w których wierni wyznają, że są grzesznikami, i proszą Boga i braci o przebaczenie. Ma to miejsce głównie w czasie głoszenia i słuchania słowa Bożego, w specjalnych w celebracjach pokutnych, we wspólnej modlitwie i elementach pokutnych liturgii mszalnej.

    Sakramentu pokuty i pojednania nie należy więc uważać za jedyną drogę prowadzącą do otrzymania przebaczenia grzechów, zwłaszcza gdy chodzi o grzechy powszednie. Z tych bowiem uwalnia sam udział w Eucharystii; istnieją też liczne, wyżej wymienione, już pozasakramentalne sposoby ich gładzenia. Wszystkie jednak winny być ożywione wiarą, nadzieją i miłością, mają one prowadzić do Eucharystii – ofiary naszego pojednania, złożonej przez Chrystusa raz na zawsze na odpuszczenie grzechów.

    Obecnie dokumenty Kościoła zalecają zwłaszcza wspólnotowe celebracje słowa Bożego oraz celebracje pokutne.

    LITURGICZNE FORMY POKUTY POZASAKRAMENTALNEJ

    1. Głoszenie słowa Bożego wezwaniem do pojednania z Bogiem

    Główną i czasowo pierwszą formą posługi Kościoła, która prowadzi do pojednania człowieka z Bogiem, jest głoszenie słowa Bożego. Chrystus powierzył Apostołom posłannictwo głoszenia w Jego imieniu pokuty i odpuszczanie grzechów wszystkim narodom (por. Łk 24, 27). Już pierwsze wystąpienie Piotra w dzień Pięćdziesiątnicy zawiera wezwanie do nawrócenia i przyjęcia chrztu w imię Jezusa na odpuszczenie grzechów (Dz 2, 38). Od tego dnia Kościół nigdy nie zaprzestał wzywać ludzi do nawrócenia z grzechów i przez celebrację pokuty ukazywać zwycięstwo Chrystusa nad grzechem.

    Głoszenie słowa Bożego jako posługa jednania odnosi się nie tylko do niewierzących, aby uwierzyli i pojednali się z Bogiem, lecz skierowane jest także do ochrzczonych i wierzących jako orędzie wiary i wezwanie do pokuty, zachęta do czynów miłości, pobożności i apostolstwa, aby coraz bardziej stawali się światłością świata. Dlatego każda forma głoszenia słowa Bożego w Kościele jest przepowiadaniem „słowa jednania” (2 Kor 5, 19). „Słowo Boże oświeca wiernego, aby poznał swoje grzechy, wzywa go do nawrócenia i ufności w miłosierdzie Boże” oraz do coraz doskonalszego upodobnienia się do Chrystusa. Słowo Boże ukazuje także tajemnicę pojednania przez Misterium Paschalne Chrystusa i dar Ducha Świętego, określa, co jest dobre, a co złe w życiu ludzi, i przez to pomaga do zrobienia dobrego rachunku sumienia. Uczestnicząc w celebracji słowa Bożego wierni słyszą wezwanie do nawrócenia i odnowy życia oraz poznają prawdę o wyzwoleniu z grzechów przez śmierć i zmartwychwstanie Chrystusa.

    Św. Augustyn nazywa słowo Boże „sakramentem słownym”. Odnosi się to głównie do opisanych w Piśmie świętym wydarzeń zbawczych oraz zawartych w Objawieniu Bożym prawd wiary i wskazań dotyczących życia moralnego. Dla wyrażenia podobieństwa i współzależności słowa i sakramentu nazywa się niekiedy słowo Boże „sakramentem słyszalnym”, a sakrament „słowem widzialnym”. Tak rozumiana rola słowa Bożego wskazuje na jego moc zbawczą w tym sensie, że uzdalnia ono człowieka do otwarcia się na Boże wezwanie do wiary i nawrócenia oraz do dania na nie pozytywnej i konsekwentnej odpowiedzi. Potwierdza to tekst Listu do Hebrajczyków: „Żywe bowiem jest słowo Boże, skuteczne i ostrzejsze niż wszelki miecz obosieczny, przenikające aż do rozdzielenia duszy i ducha, stawów i szpiku, zdolne osądzić pragnienia i myśli serca” (Hbr 4, 12). W proklamowanym w Kościele słowie Bożym sam Chrystus przemawia i jest w nim obecny (por. KL 7). Od słuchaczy oczekuje odpowiedzi wyrażającej się wiarą i kształtowaniem całego ich życia według usłyszanego i przyjętego słowa. Sobór stwierdza, że „w słowie Bożym tkwi tak wielka moc i potęga, że jest ono dla Kościoła podporą i siłą życiową, a dla synów Kościoła utwierdzeniem wiary, pokarmem duszy oraz źródłem czystym i stałym życia duchowego” (KO 21). Taka moc i działanie słowa Bożego nie odnosi się jedynie do słowa głoszonego w czasie liturgii, ale także czytanego i rozważanego w prywatnej lub wspólnotowej lekturze. Dzięki wierze słuchacz słowa Bożego przyjmuje je w ten sposób, jak czynili to współcześni Chrystusowi. Tak przyjmowane słowo Chrystusa prowadzi do nawrócenia serca, obdarza udręczonych pokojem i pozwala pokonać trudności związane z dochowaniem wierności Bogu.

    2. Celebracje pokutne

    Rytuał Obrzędy pokuty zalicza celebracje pokutne do „licznych i różnych” sposobów podejmowania przez Kościół pokuty 9 i zaznacza, że są one „bardzo pożyteczne w życiu jednostek i wspólnot” 10. Celebracje pokutne jako zgromadzenia wiernych na słuchanie słowa Bożego mają strukturę właściwą dla wspólnotowych celebracji słowa Bożego 11. Celem celebracji pokutnych jest: rozwijanie ducha pokuty we wspólnotach chrześcijańskich, przygotowanie do indywidualnej spowiedzi, wychowanie dzieci do właściwego rozumienia, czym jest grzech, i wyzwolenie z niego przez Chrystusa, pomoc katechumenom w ich procesie nawrócenia 12.

    Celebracje pokutne zawierają w swej strukturze wiele elementów będących pozasakramentalnymi formami pokuty. Wspólna modlitwa, żal za grzechy, rachunek sumienia, które mają miejsce podczas tychże celebracji, a przede wszystkim słowo Boże, stanowią bardzo dobrą pomoc w autentycznym przeżywaniu nawrócenia. Wzbudzają one w sercach uczestników szczery żal za popełnione grzechy, a przez to prowadzą do darowania grzechów powszednich oraz usposabiają do oczyszczenia się także z grzechów śmiertelnych. Zawsze jednak pozostają jedynie pozasakramentalną formą pokuty. Ta zaś, chociaż jest wystarczająca do darowania grzechów powszednich, to jednak nie jest zwyczajnym sposobem pojednania z Bogiem i z Kościołem wiernych obciążonych grzechami śmiertelnymi. Jedynie w sytuacjach nadzwyczajnych, np. w przypadku braku kapłanów, niebezpieczeństwa śmierci, z czym wiąże się fizyczna niemożność skorzystania z sakramentalnego pojednania, przyczynia się do odzyskania łaski uświęcającej, przy uwzględnieniu także drugiego warunku: pragnienia przystąpienia do sakramentu pokuty przy najbliższej okazji 13.

    Nigdy jednak uczestnictwo w takich celebracjach pokutnych nie zastępuje sakramentu pokuty i pojednania, lecz do niego przygotowuje przez kształtowanie prawdziwego ducha pokuty chrześcijańskiej, dobrego rachunku sumienia i szczerego żalu za grzechy. Ponadto celebracje pokutne podkreślają społeczny charakter grzechu i pokuty chrześcijanina, ale także społeczny wymiar pojednania z Bogiem i Kościołem, który wstawia się za grzesznikiem i przyczynia się do jego nawrócenia przez modlitwę 14. Będąc jedną z pozasakramentalnych form gładzenia grzechów powszednich, w żadnym wypadku nie są łatwiejszą drogą pojednania z Bogiem i nie zastępują sakramentu pokuty i pojednania.

    INNE FORMY POKUTY POZASAKRAMENTALNEJ

    Do nieliturgicznych form pokuty możemy zaliczyć wszelkiego rodzaju nabożeństwa przebłagalne, uczestnictwo w Drodze Krzyżowej i Gorzkich Żalach, odmawianie psalmów i modlitw pokutnych. Duże znaczenie w czynieniu pokuty i moc gładzenia grzechów mają również: cierpliwość (por. 1 P 4, 13), współuczestnictwo w cierpieniach Chrystusa, spełnianie dzieł miłosierdzia i miłości, gdyż „miłość zakrywa wiele grzechów” (1 P 4, 8), codzienne nawracanie się według wskazań Ewangelii, połączone z wolą działania i postanowieniem porzucenia grzesznego sposobu życia 15. Jako środki prowadzące do otrzymania przebaczenia grzechów Katechizm Kościoła Katolickiego wymienia ponadto „wysiłki podejmowane w celu pojednania się z bliźnim, łzy pokuty, troskę o zbawienie bliźniego (por. Jk 5, 20), wstawiennictwo świętych i praktykowanie miłości” (KKK 1434).

    Po Soborze Watykańskim II zaczęto ponownie zwracać uwagę na integralne rozumienie pokuty chrześcijańskiej i w konsekwencji przypominać o pozasakramentalnych sposobach gładzenia grzechów powszednich.

    Drogami wiodącymi do pojednania z Bogiem i braćmi są według papieża Jana Pawła II także: pokonywanie egoizmu, znoszenie niesprawiedliwości i dominacji nad drugim człowiekiem, znoszenie wyzysku innych, pokonywanie grzesznego przywiązania do dóbr materialnych, zwycięstwo nad niepohamowaną przyjemnością 16.

    Katechizm Kościoła Katolickiego do pozasakramentalnych form pokuty zalicza czyny i wysiłki podejmowane celem pojednania się z bliźnimi, łzy żalu, troskę o uświęcenie drugich, wstawiennictwo świętych i codzienną praktykę miłości bliźniego. Pokuta prowadząca do prawdziwego wewnętrznego nawrócenia dokonuje się również przez troskę o biednych, o sprawiedliwość i praworządność, unikanie własnych błędów, braterskie upomnienie, rachunek sumienia, kierownictwo duchowe, przyjęcie i cierpliwe znoszenie prześladowań (KKK 1435).

    1. Pokutny charakter życia chrześcijańskiego

    Papież Paweł VI w Konstytucji apostolskiej Paenitemini (17 lutego 1966) pisze, że do czynienia pokuty zobowiązani są wszyscy specjalnym przykazaniem (Mk 1, 15; Łk 13, 3-5). Zaznacza równocześnie, że nie należy dążyć do wyszukanych form pokuty, gdyż już samo życie codzienne chrześcijanina może być formą pokuty, która przejawia się w wytrwałym spełnianiu obowiązków swego wieku, stanu, powołania i na cierpliwym znoszeniu utrapień w życiu każdego dnia. Kościół „nalega, aby wszyscy praktykowali cnotę pokuty, wytrwale wypełniając obowiązki swego wieku i stanu oraz cierpliwe znosząc utrapienia, jakie towarzyszą codziennym potrzebom ich ziemskiego życia, i niepewne warunki, które wnoszą do duszy udrękę” 17. Pokutne znaczenie mogą mieć także choroba, ból, cierpienie, niedostatek, bieda, jeśli znoszone są z poddaniem się woli Bożej i połączone z intencją wynagrodzenia za własne lub innych grzechy 18. Nie oznacza to oczywiście biernego poddania się tym cierpieniom ani nie zwalnia innych do niesienia pomocy ludziom znajdującym się w takich sytuacjach.

    Każdy chrześcijanin podejmując różne formy pokuty zewnętrznej nie może zapominać o istotnym znaczeniu pokuty wewnętrznej. To, co jest najbardziej istotne w chrześcijańskim rozumieniu pokuty, zawiera się w greckim słowie metánoia, które oznacza „wewnętrzną zmianę całego człowieka, dzięki której zaczyna on właściwie myśleć, sądzić i układać swe życie, przeniknięty tą świętością i miłością Boga, które w Jego Synu zostały nam na nowo objawione oraz w pełni udzielone” 19. W tym sensie nawrócenie obejmuje cztery etapy: poznanie i zrozumienie popełnionego zła; żal i skruchę z powodu grzechów; postanowienie czynienia dobra; ekspiację za popełnione grzechy. Tę samą myśl wyraża Katechizm Kościoła Katolickiego mówiąc o pokucie wewnętrznej jako warunku owocnego przyjmowania sakramentu pokuty i pojednania:

    Pokuta wewnętrzna jest radykalną przemianą całego życia, powrotem, nawróceniem się do Boga całym sercem, zerwaniem z grzechem, odwróceniem się od zła z odrazą do popełnionych przez nas złych czynów. Pokuta wewnętrzna zawiera równocześnie pragnienie i postanowienie zmiany życia oraz nadzieję na miłosierdzie Boże i ufność w pomoc Jego łaski. Temu nawróceniu serca towarzyszy zbawienny ból i smutek, który Ojcowie Kościoła nazywali smutkiem duszy i skruchą serca (KKK 1431).

    2. Uczynki pokutne: modlitwa, post i jałmużna

    Pokuta, która obejmuje myśli i serce człowieka, powinna następnie przejawiać się na zewnątrz w sposób właściwy do warunków danego czasu: „Kościół uwzględniając znaki czasu, prócz postu i wstrzymania się od potraw mięsnych, szuka zawsze nowych form pokuty, które w tym celu dla poszczególnych czasów powinny być bardziej odpowiednie i lepiej dostosowane” 20. Papież Paweł VI wskazuje następnie na konieczność „cielesnego umartwienia”, które jest „dalekie od poglądów stoickich i nie oznacza potępienia i pogardy ciała, gdyż ongiś przyjął je nawet Syn Boży”. Oznacza ono wyzwolenie człowieka z kajdan nieuporządkowanej pożądliwości (por. Rz 7, 23), aby przez post ciała otrzymał on duchową moc, o której mówi prefacja: „przez post ciała uśmierzasz wady, podnosisz ducha, udzielasz cnoty i nagrody”. Dlatego Kościół zachęca wszystkich wiernych, aby oprócz niewygód i nieszczęść, jakie przynosi życie codzienne, odpowiedzieli również na Boże przykazanie pokuty przez jakieś czyny cielesnego umartwienia (por. KK 42; KL 9; 12; 104).

    Według Pawła VI są trzy „znakomite sposoby, przekazane z dawnych wieków, którymi można zadośćuczynić Bożemu przykazaniu pokuty, mianowicie: modlitwa, post i uczynki miłosierdzia, jakkolwiek wstrzymanie się od potraw mięsnych i post otaczane są szczególnym uznaniem. Te sposoby pełnienia pokuty były wspólne wszystkim okresom” 21. W III Niedzielę Wielkiego Postu liturgia (kolekta) przypomina, że sam Bóg wskazał swojemu ludowi, że lekarstwem na grzechy jest post, modlitwa i jałmużna.

    Katechizm Kościoła Katolickiego, odwołując się do Pisma świętego i nauczania Ojców Kościoła, także dużą wagę przywiązuje do tych trzech tradycyjnych form pokuty, jakimi są post, modlitwa i jałmużna. Wyrażają one „nawrócenie w odniesieniu do samego siebie, do Boga i do innych ludzi” (KKK 1434). Praktyki te powinny towarzyszyć wiernym przez cały rok, ale mają specjalne znaczenie w piątki całego roku i w okresie Wielkiego Postu 22. Wielki Post jest bowiem czasem szczególnie odpowiednim dla „ćwiczeń duchowych, liturgii pokutnej, pielgrzymek o charakterze pokutnym, dobrowolnych wyrzeczeń, jak post i jałmużna, braterskiego dzielenia się z innymi” (KKK 1438). Podejmowanie codziennych praktyk pokutnych jest zwyczajną formą zadośćuczynienia za grzechy. Post wyraża nawrócenie do siebie samego, modlitwa – nawrócenie do Boga, a jałmużna – otwarcie się i zwrócenie do innych ludzi (por. KKK 1434; 1969).

    Postawa pokutna nie może istnieć bez uczynków pokutnych. Papież Paweł VI obok ducha pokuty wymaga także pokuty zewnętrznej, uczynków pokutnych, panowania nad swoim ciałem przez post i wstrzemięźliwość, cierpliwość, naśladowanie Chrystusa cierpiącego i zaleca modlitwę, post i jałmużnę.

    Według KPK kan. 1249 nakazane dni pokuty są po to, aby wierni jednoczyli się we wspólnym wypełnianiu czynów pokutnych, które ma polegać na bardziej intensywnej modlitwie, pełnieniu czynów miłości, umartwieniu siebie „przez wierniejsze wypełnianie własnych obowiązków, zwłaszcza zaś zachowanie postu i wstrzemięźliwości”.

    a) M o d l i t w a

    W Ewangelii czytanej w liturgii Środy Popielcowej, rozpoczynającej okres Wielkiego Postu, Kościół zaleca swoim wiernym trzy główne praktyki pobożne, które winny być szczególnie przez nich pielęgnowane jako przygotowanie do świąt Paschy: jałmużnę, modlitwę i post (por. Mt 6, 1-6.16-18). Każda z nich ma wartość tylko wtedy, gdy nie jest wykonywana przed ludźmi, aby otrzymać od nich pochwałę, lecz znana jest jedynie Bogu, który „widzi w ukryciu” i nagrodzi każdy dobry czyn człowieka.

    Modlitwa zawsze jest znakiem wiary i miłości do Boga Stwórcy i Zbawiciela. Wyrażać się może w niej Jego uwielbienie, dziękczynienie za otrzymane dobrodziejstwa, prośba o Jego błogosławieństwo i przebłaganie za popełnione grzechy. Ta ostatnia forma modlitwy ma ścisły związek z poznaniem Bożego miłosierdzia i poczuciem winy za popełnione grzechy. Wtedy rodzi się w sercu grzesznika pragnienie i potrzeba pojednania z Bogiem. Modlitwa prośby grzesznika jest już powrotem do Boga, gdyż uznaje on, że Bóg jest jego Stwórcą i Panem (por. KKK 2629). Z kolei prośba o przebaczenie jest pierwszym dążeniem modlitwy błagalnej (por. KKK 2631). Poznając z Pisma świętego ogrom Bożego miłosierdzia i doświadczając go we własnym życiu, człowiek wierzący kieruje z kolei do Boga modlitwę dziękczynienia za otrzymany dar łaski i uwielbia Go za okazane mu przebaczenie grzechów.

    Modlitwa przebłagalna za grzechy może być wspólnotowa lub prywatna. Jej treścią jest zwykle przyznanie się przed Bogiem do grzechu, odwołanie się do Bożego miłosierdzia i pokorna prośba o przebaczenie win. Wzorem takiej modlitwy o odpuszczenie grzechów jest modlitwa Dawida zawarta w Psalmie 51:

    Zmiłuj się nade mną, Boże, w łaskawości swojej,

    w ogromie swej litości zgładź moją nieprawość.

    Uznaję bowiem nieprawość swoją,

    a grzech mój jest zawsze przede mną.

    Przeciwko Tobie samemu zgrzeszyłem

    i uczyniłem, co złe jest przed Tobą.

    Odwróć swe oblicze od moich grzechów

    i zmaż wszystkie moje przewinienia.

    Także inne Psalmy zawierają prośby o odpuszczenie grzechów i mogą być używane w modlitwie wspólnotowej lub indywidualnej, np. Psalmy pokutne (Ps 6; 32; 51; 102; 130; 143); formuły modlitw pokutnych ze Starego Testamentu (Iz 63, 7-64; 11; Tb 3, 1-6; Dn 9, 4-19). Formą krótkiej i częstej modlitwy zawierającej prośbę o przebaczenie grzechów mogą być krótkie wezwania zaczerpnięte z Pisma świętego, np.: „Boże, bądź miłościw mnie grzesznemu”, „Zmiłuj się nade mną, Boże, w swoim miłosierdziu” itp., lub modlitwy zawierające żal za grzechy zamieszczane w licznych książeczkach do nabożeństwa 23.

    Modlitwą przebłagalną za grzechy są również Droga Krzyżowa, Gorzkie Żale, Koronka do Miłosierdzia Bożego oraz inne modlitwy zawierające prośby o odpuszczenie grzechów. Występują one zwłaszcza we wspólnotowych nabożeństwach pokutnych, ale także w czasie modlitw indywidualnych. Modlitwą, która wyprasza u Boga przebaczenie grzechów, jest także indywidualnie lub wspólnotowo odmawiana po rachunku sumienia „Spowiedź powszechna”.

    Według św. Augustyna „trzema sposobami odpuszczają się grzechy w Kościele: przez chrzest, przez Modlitwę Pańską i przez pokorę większej pokuty” 24. Odmawianą przez chrześcijan modlitwę „Ojcze nasz” nazwał także „codziennym chrztem”. Zachęcał do niej wiernych słowami: „Nie mogę wskazać nic lepszego nad codzienną modlitwę, w której pouczył nas Chrystus, pokazał, jak mamy mówić do Ojca, a wyraził to słowami: «I odpuść nam nasze winy, jako i my odpuszczamy naszym winowajcom»„ 25.

    Zawartą w Modlitwie Pańskiej prośbę o odpuszczenie win Katechizm Kościoła Katolickiego określa „zadziwiającą prośbą”, gdyż jej wysłuchanie jest uwarunkowane spełnieniem przez proszącego określonych wymagań (KKK 2838). Sama prośba o odpuszczenie win jest już przyznaniem się do grzechów, ale jednocześnie wyznaniem wiary w Boże miłosierdzie i nadzieję, że Bóg udziela przebaczenia, ponieważ dzięki Jego Synowi „mamy odkupienie – odpuszczenie grzechów” (Kol 1, 14; Ef 1, 7). Jednocześnie proszący winien być świadomy, że otrzyma łaskę przebaczenia grzechów jedynie wtedy, gdy sam przebaczy swoim winowajcom. Odmowa odpuszczenia win bliźnim zamyka serce, czyniąc je zatwardziałym, i przez to „staje się ono niedostępne dla miłosiernej miłości Ojca” (KKK 2840). Staje się ono otwarte na Jego łaskę tylko wtedy, gdy człowiek przyznaje się przed Bogiem do własnego grzechu i udziela przebaczenia innym (tamże). W ten sposób należy rozumieć słowa: „jako i my odpuszczamy naszym winowajcom”. Do takiego postępowania wzywa Chrystus w przypowieści o nielitościwym dłużniku i przestrzega, że „podobnie uczyni wam Ojciec mój niebieski, jeżeli każdy z was nie przebaczy z serca swemu bratu” (Mt 18, 23-35). Św. Paweł zaś pisze: „przebaczamy sobie tak, jak i Bóg nam przebaczył w Chrystusie” (Ef 4, 32). Przebaczenie chrześcijańskie winno obejmować bez wyjątku wszystkich ludzi, także nieprzyjaciół (por. Mt 5, 43-44). Staje się wtedy świadectwem, że miłość silniejsza jest od grzechu (por. KKK 2844).

    b) P o s t

    Modlitwa o odpuszczenie grzechów winna być złączona z postem i jałmużną. Post chrześcijański nie oznacza pogardy dla cielesnej natury człowieka, gdyż przyjął ją sam Chrystus, lecz jest jedynie środkiem do celu, czyli do panowania ducha nad ciałem i poddania się działaniu Ducha Świętego, który daje właściwe rozumienie wymagań Chrystusa zawartych w Ewangelii.

    Kościół był i jest przeciw jedynie zewnętrznemu stosowaniu postu jako pokuty na wzór faryzejskiego postępowania 26. Już św. Augustyn ostrzegał swych wiernych przed tego rodzaju postami w następujących słowach: „Posty chrześcijańskie należy więcej odnieść do sfery duchowej niż cielesnej. Przede wszystkim więc należy powstrzymywać się od grzechów, aby posty nasze nie zostały potępione przez Pana, jak to się stało z postami żydowskimi” 27. „Posty żydowskie” stały się synonimem postów cielesnych, obejmujących tylko sferę somatyczną człowieka. Św. Augustyn określił jako „nieużyteczny i próżny” ten post, który skłania nas tylko do odmówienia pożywienia brzuchowi, nie uwzględnia zaś potrzeby „usunięcia zła i nieprawości z naszego i serca, i umysłu” 28. Podobnie według św. Jana Chryzostoma zawężenie postu wyłącznie do sfery fizycznej jest jego największą dewaluacją, gdyż „istotna wartość postu nie zasadza się na abstynencji od pokarmów, lecz na odstąpieniu od grzechów. Kto by zatem zawężał posty do samej tylko wstrzemięźliwości od pokarmów, ten zarazem najbardziej by je deformował” 29. Nie należy więc skupiać całej uwagi na formie zewnętrznej postów, lecz na ich wartości wewnętrznej. „Z dobrymi zaś i świętymi postami nic tak zbawiennie nie idzie w parze jak uczynki miłosierdzia […] Kto współczuje z serca jakiejkolwiek nędzy, cnotą życzliwości i dobrem pokoju uszczęśliwi siebie […] Szeroki jest zakres uczynków miłosiernych” 30. Św. Leon Wielki pisze również, że „nie na samym ograniczeniu pokarmów polega istota naszych postów. Na nic się zda głodzenie ciała, jeżeli duch nie wyrzeknie się wszelkiej nieprawości i niepohamowany język nie zaprzestanie oszczerstw” 31. Według niego sam post bez jałmużny wprawdzie „karci ciało, lecz nie oczyszcza duszy” 32. Podobnie pisze św. Augustyn: „post bez miłosierdzia nic nie znaczy” 33. Według św. Cezarego z Arles „post bez jałmużny, to tyle co lampa bez oliwy” 34.

    Ojcowie Kościoła mówią o poście „miłym i doskonałym w oczach Bożych”, który obejmuje trzy elementy: wstrzemięźliwość od zła (w myśli, mowie i uczynkach), wstrzemięźliwość od pokarmów i napojów i dobre uczynki. Św. Jan Chryzostom pisze:

    Pościsz? Udowodnij to czynami. Zapytasz jakimi? Gdy ujrzysz biednego – ulituj się nad nim; spotkasz nieprzyjaciela – pojednaj się z nim; zobaczysz przyjaciela, który coś dobrego czyni – nie zazdrość mu; spotkasz piękną niewiastę – nie zatrzymuj się. Niech nie pości tylko podniebienie, lecz także oko, ucho, nogi, ręce i wszystkie członki naszego ciała” 35.

    Chrześcijański post jest postawą wstrzemięźliwości całego człowieka, obejmuje jego sferę fizyczną i duchową. Nie można, jak to czyni się obecnie, sprowadzać postu jedynie do kategorii fizycznych i traktować jako powstrzymanie się od pokarmów mięsnych lub ograniczenie ich przyjmowania. Ma on objąć całego człowieka i dotyczyć jego życia we wszystkich wymiarach: indywidualnym, rodzinnym i społecznym. Według papieża Jana Pawła II post może być praktykowany „w sposób dawny i nowy, jako znak nawrócenia, skruchy i osobistego umartwienia, jednocześnie w łączności z Chrystusem Ukrzyżowanym i w solidarności z głodującymi i cierpiącymi” 36. Współczesną formą postu mogą być przykładowo: ograniczenie oglądania telewizji (post dla oczu), słuchania radia czy muzyki, zwłaszcza typowo rozrywkowej (post dla uszu), rezygnacja lub ograniczenie korzystania z używek – kawa, alkohol, słodycze itp.

    c) J a ł m u ż n a

    Już w Starym Testamencie jałmużna oznaczała gest dobroci człowieka względem jego brata jako naśladowanie czynów Boga, który pierwszy okazał dobroć człowiekowi. Jako akt religijny prowadzi do przebaczenia grzechów: „Woda gasi płonący ogień, a jałmużna gładzi grzechy” (Syr 3, 30) oraz „Jałmużna uwalnia od śmierci i oczyszcza z każdego grzechu. Ci, którzy dają jałmużnę, nasyceni będą życiem” (Tb 12, 8-9). Do dawania jałmużny zachęca Chrystus: „Gdy ty dajesz jałmużnę, niech nie wie lewica twoja, co prawica twoja czyni” (Łk 6, 55). Czyn dobry w postaci jałmużny ma być całkowicie bezinteresowny i znany jedynie Bogu. Ważna jest także nie tyle ilość czy wielkość złożonego daru, ile raczej wewnętrzne nastawienie dającego, czyli jego intencja. Potwierdza to sam Chrystus, kiedy chwali grosz wrzucony do skarbonki przez ubogą wdowę (por. Łk 4, 25). Wartość jałmużny jest jeszcze większa, jeśli dawana jest nie z tego, co zbywa, lecz z tego, co niezbędne, oraz jeśli świadczona jest chętnie, gdyż „radosnego dawcę miłuje Bóg” (2 Kor 6, 10). Scena sądu ostatecznego jest przestrogą dla tych, którzy nie byli wrażliwi na potrzeby bliźnich. Biednego nakarmić, nagiego przyodziać, podróżnego ugościć, chorego i więźnia odwiedzić jest równoznaczne z uczynieniem tego samego Chrystusowi (por. Mt 25, 35-46). Podobnie w listach apostolskich znajdujemy zachęty do dzielenia się dobrami z potrzebującymi. „Kto by miał majętność tego świata, a widziałby brata swego w potrzebie i zamknął przed nim serce swoje – jakże może w nim przebywać miłość Boża?” (1 J 3, 17). Św. Jakub zaś ostrzega: „Sąd bowiem bez miłosierdzia spotka tego, który miłosierdzia nie czyni, a miłosierdzie przewyższa sąd” (Jk 2, 13) 37. Jałmużna w każdej postaci powinna być wyrazem miłości Boga. Zwraca na to uwagę Jan Paweł II: „Dawanie i oddanie się nie zależy od ilości posiadanych rzeczy, lecz od żywionej w duszy miłości do Boga. Nasze pokorne oddanie się – samo w sobie może znikome, jak oliwa wdowy z Sarepty lub grosz ubogiej wdowy – staje się miłe w oczach Boga dzięki zjednoczeniu z ofiarą Jezusa” 38. Jałmużna nie tylko wyprasza Boże błogosławieństwo, ale także leczy rany grzechu oraz chroni przed nimi.

    Ważne jest jednak właściwe rozumienie i praktykowanie jałmużny. Dzielić się można nie tylko dobrami materialnymi, ale także duchowymi. Jałmużna bowiem nie jest jedynie formą materialnej pomocy świadczonej potrzebującemu. Zwracał na to uwagę już św. Cezary z Arles: „Wiecie bowiem doskonale, że są dwa rodzaje jałmużny: pierwszy – dać głodnemu kęs chleba, drugi zaś posłużyć niewiedzącemu wiedzą. Jeżeli obfitujesz w coś, czym mógłbyś okazać pomoc ciału, Bogu niech będą dzięki! Jeżeli nie masz czym ciała nakarmić, wzmocnij duszę słowem Bożym” 39.

    Św. Augustyn wymienia następujące rodzaje jałmużny: „Nie tylko ten, kto daje łaknącemu pokarm, pragnącemu napój, nagiemu odzienie, podróżnemu gościnę, jeńcowi wykupienie, słabemu wspomożenie, smutnemu pocieszenie, błądzącemu drogę, wątpiącemu radę i potrzebującemu, co jest mu konieczne, lecz także kto daje przebaczenie grzeszącemu – jałmużnę daje […] ponieważ miłosierdzie wyświadcza” 40. Za największą jałmużnę uważano darowanie komuś wyrządzonej przez niego krzywdy.

    Według Jana Pawła II „jałmużna jest środkiem nadania konkretnego wyrazu miłości przez dzielenie się swoimi dobrami z tymi, którzy ponoszą skutki ubóstwa” 41.

    Wyrazem miłości, czyli formą duchowej jałmużny, będzie więc każde zainteresowanie się także wyższymi potrzebami człowieka i w miarę możliwości zaspokojenie ich własnym działaniem lub zorganizowanie skutecznej pomocy. Taką pomocą może być dobra rada, zachęcające i podtrzymujące na duchu słowo, porada prawna, pomoc w załatwieniu formalności i skierowanie do właściwego urzędu, wskazanie i polecenie przeczytania wartościowej książki lub artykułu, wyjaśnienie spraw dotyczących życia religijnego.

    Katechizm Kościoła Katolickiego spośród uczynków miłosierdzia wylicza także jałmużnę dawaną ubogim i zalicza ją do „podstawowych świadectw miłości braterskiej” oraz „praktykowania sprawiedliwości, która podoba się Bogu” (KKK 2447; 2462; por. Mt 6, 2-4; Łk 3, 11; 11, 41; Jk 2, 15-16). Jałmużna chrześcijańska różni się od wszelkiego rodzaju działań filantropijnych czy nawet akcji humanitarnych ze względu na motywy, z których wynika. Nierzadko bowiem działania te związane są z bardziej lub mniej wyraźną intencją zdobycia rozgłosu (reklamy, wszelkiego typu tzw. sponsoring) lub zaspokojenia potrzeby publicznego uznania. Tymczasem głównym motywem dawania jałmużny powinna być miłość Boga i bliźniego w duchu słów samego Chrystusa: „Wszystko, co uczyniliście jednemu z tych braci moich najmniejszych, Mnieście uczynili” (Mt 25, 40).

    Z licznych czynów miłosiernych co do duszy wylicza się zwykle następujące:

    • g r z e s z n y c h u p o m i n a ć , aby odwrócili się od zła i pojednali się z Bogiem;
    • n i e u m i e j ę t n y c h p o u c z y ć, aby na miarę swoich możliwości poznali zasady wiary i moralności chrześcijańskiej i według nich żyli;
    • w ą t p i ą c y m d o b r z e r a d z i ć, aby mieli jasne rozeznanie dotyczące zwłaszcza oceny moralnej swego postępowania;
    • s t r a p i o n y c h p o c i e s z a ć, gdyż smutek może prowadzić do rozpaczy, pesymizmu i psychicznego załamania, którego konsekwencją jest niekiedy nawet utrata wiary i odejście od Boga;
    • k r z y w d y c i e r p l i w i e z n o s i ć, mając świadomość, że sami nie jesteśmy bez winy i niekiedy również na różne sposoby krzywdzimy naszych bliźnich;
    • u r a z y c h ę t n i e d a r o w a ć, gdyż Bóg zawsze przebacza nam popełnione grzechy i od tego, czy przebaczymy innym, zależy to, czy sami otrzymamy od Niego darowanie win;
    • m o dl i ć s i ę z a ż y w y c h i u m a r ł y c h, aby uprosić u Boga dla żyjących łaskę pełnej i doskonałej realizacji ich życiowego powołania, a dla zmarłych łaskę miłosierdzia i wiecznego zbawienia.

    Wydaje się, że łatwiejsza jest pomoc człowiekowi w zakresie potrzeb odnoszących się do jego ciała, co tradycyjnie określa się jako uczynki miłosierne względem ciała. Są one tak bardzo konkretne, że nie wymagają komentarza, a jedynie przypomnienia i zachęty, aby o nich pamiętać i w miarę swoich możliwości zaradzać tym potrzebom naszych bliźnich. Pomocą będą zawsze słowa napomnienia i przestrogi wypowiedziane przez Chrystusa w kontekście sądu ostatecznego: „Wszystko, czego nie uczyniliście jednemu z tych najmniejszych, tegoście i Mnie nie uczynili” (Mt 25, 45). Jednocześnie należy mieć świadomość, że obecnie w naszym kraju znacznie wzrosła liczba osób ubogich, a nawet żyjących w nędzy, osób życiowo niezaradnych, które oczekują wielorakiej pomocy, bez której sami nie są w stanie poprawić warunków swojej egzystencji. Pomoc okazana tym osobom wchodzi z całą pewnością w zakres uczynków miłosiernych względem ciała wyliczanych przez Katechizm: „łaknących nakarmić, pragnących napoić, nagich przyodziać, podróżnych w dom przyjąć, więźniów pocieszać, chorych nawiedzać, umarłych grzebać”.

    Jałmużną jest także dar przebaczenia temu, kto zgrzeszył względem nas. Przebaczając innym, sami otrzymujemy od Boga przebaczenie własnych grzechów. Jałmużna przyczynia się także do tego, że modlitwy zanoszone do Boga będą przez Niego przyjęte i wysłuchane. Św. Augustyn pisze: „Czyńcie jałmużnę, aby wasze modlitwy były wysłuchane przez Boga i aby wam pomógł poprawić wasze życie” 43. Wymienione wyżej uczynki miłosierne są przejawem zachowań chrześcijanina w obliczu elementarnych potrzeb człowieka, aby je zaspokoić w sposób przynajmniej podstawowy. Dzisiaj jednak należy mieć na uwadze nie tylko konkretnego człowieka, tego najbliżej nas żyjącego, ale także potrzeby całych społeczności narodowych i międzynarodowych, gdyż wszyscy tworzą jedną rodzinę ludzką 44. Zwraca na to uwagę Jan Paweł II, apelując często, zwłaszcza w związku z Jubileuszem, aby darować długi krajom biednym. Byłby to z pewnością czyn miłosierdzia chrześcijańskiego całych społeczności państwowych, ale przy aktywnym udziale także poszczególnych osób. Zresztą istnieją już w ramach organizacji międzynarodowych struktury, które w sposób instytucjonalny niosą pomoc będącym w potrzebie. W tych działaniach wyraża się solidarność międzyludzka i konkretna miłość. Nawet gdy nie są to organizacje chrześcijańskie, jeśli czynią dobrze i bezinteresownie pomagają biednym, chorym, więźniom, głodującym – realizują polecenie Chrystusa.

    d) pielgrzymki

    Pielgrzymki mają uzasadnienie biblijne 45. Misja publiczna Chrystusa związana była ściśle z jego pielgrzymowaniem do świętego miasta Jeruzalem (por. KKK 583) 46. Cały Kościół jest także ludem pielgrzymującym do niebieskiej ojczyzny (por. KK 2; 48-49; KKK 671). Również życie każdego chrześcijanina jest pielgrzymką, „czasem łaski i miłosierdzia, jaki Bóg ofiaruje człowiekowi, by realizował swoje ziemskie życie według zamysłu Bożego i by decydował o swoim ostatecznym przeznaczeniu” (KKK 1013; por. 1344; 1392; 1469). Dlatego pielgrzymka może być symbolem życia chrześcijańskiego (por. Hbr 11, 13), gdyż jesteśmy jedynie przechodniami na tej ziemi (por. 1 P 2, 11). Pielgrzymka jest aktem religijnym należącym do pobożności ludowej i jako taka podejmowana jest w celu dziękczynienia, przebłagania i zadośćuczynienia za grzechy lub prośby (por. KKK 1674). Pielgrzymka zawsze związana jest z wysiłkiem i ofiarą. Jest czasem intensywnej modlitwy, słuchania słowa Bożego, umocnienia wiary, pełniejszego zjednoczenia z Bogiem i braćmi. Ma także aspekt eschatologiczny – jest obrazem pielgrzymowania do domu Ojca w niebie.

    Papież Jan Paweł II w Incarantionis mysterium pisze, że pielgrzymki są świadectwem wiary i wspomagają religijność chrześcijańskiego ludu, uświadamiając mu, że życie ludzkie jest wędrówką, gdyż człowiek z natury swej jest homo viator. Pielgrzymka do sanktuarium jest zawsze ważnym wydarzeniem w życiu chrześcijan jako symbol indywidualnej wędrówki człowieka wierzącego śladami Odkupiciela, „jest praktyką czynnej ascezy i pokuty za ludzkie słabości, wyraża nieustanną czujność człowieka wobec własnej ułomności i przygotowuje go wewnętrznie do przemiany serca. Przez czuwanie, post i modlitwę pielgrzym postępuje naprzód drogą chrześcijańskiej doskonałości…” 47.

    Pielgrzymka wtedy ma właściwe znaczenie i prowadzi do przebaczenia grzechów, jeśli podejmowana jest w motywów religijnych i połączona jest z uczestnictwem w praktykach pobożnych zarówno w czasie drogi, jak i w samym sanktuarium. Pielgrzymi winni mieć również należytą intencję ofiarowania wszystkich trudów pielgrzymowania za popełnione grzechy oraz pragnienie otrzymania od Boga ich przebaczenia, połączone ze szczerym żalem i mocnym postanowieniem poprawy.

    Zakończenie

    Obdarzony przez Boga darem nowego życia w sakramencie chrztu i wezwany do ustawicznego jego rozwoju oraz ciągłego doskonalenia naśladowania Chrystusa stosownie do swego powołania i stanu życia, każdy chrześcijanin powinien czynić pokutę. Jeśli popełni grzech ciężki, który zrywa jego więzi przyjaźni z Bogiem i Kościołem, powinien poddać się pokucie sakramentalnej, tzn. wyznać go w indywidualnej spowiedzi, przyjąć i wypełnić wyznaczone przez kapłana zadośćuczynienie (czyn pokutny). Sakrament pokuty i pojednania Kościół zaleca także tym wiernym, którzy nie popełnili żadnego grzechu wymagającego sakramentalnej pokuty, aby jego łaską umocnili się w dobrym i prowadzili coraz doskonalsze życie chrześcijańskie. Natomiast tak jedni, jak i drudzy powinni spełniać uznane i zalecane przez Kościół praktyki pokuty codziennej. Jej formy są bardzo różne i przez to dostępne dla każdego, kto świadom swych grzechów pragnie za nie przebłagać Boga i otrzymać od Niego łaskę przebaczenia. Zaniedbywanie i lekceważenie tych pozasakramentalnych dróg pojednania z Bogiem prowadzić może także do odejścia od sakramentalnej spowiedzi, wynikającego z przekonania o własnej doskonałości i braku grzechu. Natomiast podejmowanie z wiarą i miłością codziennej pokuty doskonale przygotowuje i usposabia do duchowo owocnego spotkania z miłosiernym Bogiem w sakramencie pokuty i pojednania. W życiu religijnym każdego chrześcijanina jest zatem miejsce i stosowny czas zarówno na sakrament pokuty i pojednania, jak i na wielorakie formy tzw. pokuty codziennej, która także gładzi grzechy powszednie i przez to doskonali miłość do Boga.

    ks. Czesław Krakowiak

    (część z artykułu z „Roczników Teologicznych” 48:2001 z.6 s.103–120)

    mp/za: Mateusz.pl/Fronda/pl

    ______________________________________________________________________________________________________________

    fot. Freepik

    ***

    Rachunek sumienia.

    Czym jest i dlaczego powinniśmy go robić?

    Rachunek sumienia to bardzo ważny element przygotowania się do spowiedzi. Czym jest i dlaczego powinniśmy go robić przed każdym przystąpieniem do sakramentu pokuty i pojednania?

    Rachunek sumienia przede wszystkim jest jednym z pięciu warunków dobrej spowiedzi. To właśnie od niego powinno się rozpocząć każde przygotowanie do sakramentu pokuty i pojednania.

    Najprościej rzecz ujmując, rachunek sumienia jest swego rodzaju moralną oceną własnego postępowania. To niezwykle ważny element wiary chrześcijańskiej, bowiem dzięki niemu człowiek rozeznaje swoją sytuację życiową pod względem duchowego rozwoju. Dzięki niemu, można stale wzrastać w wierze i naprawiać swoje postępowanie.

    Codzienny rachunek sumienia

    Wielu świętych zalecało, aby pamiętać o rachunku sumienia w codziennej modlitwie. Między innymi Ignacy Loyola propagował to rozwiązanie. Stworzył nawet konkretne wskazówki, które miały pomagać w codziennym rozważaniu.

    Według niego rachunek sumienia powinien rozpoczynać się od dziękczynienia Bogu za okazane dobrodziejstwa. Następnie człowiek powinien prosić Boga o łaskę poznania grzechów i porzucenia ich. Kolejno należy uświadomić sobie, co działo się w ciągu dnia i dostrzec to co było dobre, ale także to, co było złe. Na samym końcu człowiek powinien prosić Boga o przebaczenie oraz postanowić poprawę za Jego łaską.

    Jak przygotować się do spowiedzi?

    Jeśli wiesz, że w najbliższym czasie chcesz przystąpić do spowiedzi, znajdź przede wszystkim czas. Przejrzyj stan swojej duszy w spokoju i bez pośpiechu. Jednakże należy pamiętać, aby nie robić rachunku sumienia bez pomocy. To ma być działanie Ducha Świętego, dlatego trzeba pozwolić mu działać w modlitwie.

    Z jakich grzechów należy się spowiadać? Świadomość tego, że w temacie grzechu nie możemy do końca zaufać temu, co czujemy, jest bardzo ważna przy rozróżnianiu grzechów ciężkich i lekkich. Często brak nam takiej świadomości, dlatego ciężar grzechu mylimy z intensywnością wstydu, który z jego powodu odczuwamy albo ze skalą dezaprobaty ze strony innych ludziKościół daje nam pewne obiektywne kryteria oceny tego, czy dany czyn był grzechem i czy chodziło o grzech ciężki (zwany inaczej śmiertelnym), czy też o grzech lekki (zwany powszednim).

    Nie można pamiętać tylko o tym, co złe. Trzeba też dostrzec dobro, które dzieje się na co dzień. Dzięki temu łatwiej będzie spojrzeć na grzechy z innej perspektywy. Kiedy już je dostrzeżesz, nie zapomnij prosić Boga o wybaczenie, a także zadośćuczynić tym, którym wyrządziłeś krzywdę.

    Pamiętaj także, że niezależnie od stanu Twojego sumienia, Twojej sytuacji życiowej – rachunek sumienia jest momentem przepełnionym Bożą Miłością. Bóg spotyka się z Tobą, aby Ci przebaczyć. Dlatego właśnie powinniśmy go robić codziennie, albo chociaż regularnie przed przystąpieniem do sakramentu pokuty i pojednania.

    kw/Stacja7

    ______________________________________________________________________________________________________________

    ŻYWY RÓŻANIEC

    Aby Matka Boża była coraz bardziej znana i miłowana!

    „Różaniec Święty, to bardzo potężna broń.

    Używaj go z ufnością, a skutek wprawi cię w zdziwienie”.

    (św. Josemaria Escriva do Balaguer)

    A rosary is used for prayers and meditations.
    fot.wiseGeek

    *****

    INTENCJA ŻYWEGO RÓŻAŃCA

    NA MIESIĄC LUTY 2024

    Intencja papieska:

    *Módlmy się, aby osoby nieuleczalnie chore oraz ich rodziny zawsze miały niezbędną opiekę i wsparcie, zarówno medyczne, jak i ludzkie.

    więcej informacji – Vaticannews.va: Papieska intencja

    _______________________________________________________

    Intencje Polskiej Misji Katolickiej w Glasgow:

    * za naszych kapłanów, aby dobry Bóg umacniał ich w codziennej posłudze oraz o nowe powołania do kapłaństwa i życia konsekrowanego.  

    * za papieża Franciszka, aby Duch Święty prowadził go, a św. Michał Archanioł strzegł.

    *Prosimy Cię Boża Matko, nazywana w tym miesiącu Gromniczną Panią, uproś nam łaskę naśladowania Twojej pokory. Pragniemy przeżywać nasze życie w rozświetlonej przestrzeni przez Światłość Twojego Syna, którego nam dałaś. Broń nas przed zaplątaniem się w niebezpieczne zakusy złego ducha, abyśmy nie popadli w ciemności grzechu. Nawet kiedy przyjdzie nam przechodzić przez ciemne doliny mroków zwątpienia, już teraz prosimy – bądź z nami w każdy czas.

    *** 

    Intencja dodatkowa dla Róży Matki Bożej Częstochowskiej (II),

    św. Moniki i bł. Pauliny Jaricot: 

    * Rozważając drogi zbawienia w Tajemnicach Różańca Świętego prosimy Bożą Matkę, aby wypraszała u Syna swego a Pana naszego Jezusa Chrystusa właściwe drogi życia dla naszych dzieci.

    *****

    Od 1 lutego modlimy się kolejnymi Tajemnicami Różańca Świętego i w nowych intencjach, które otrzymaliście na maila w środę 31 stycznia z adresu e-rozaniec@kosciol.org (jeśli ktoś z Was nie dostał maila na ten miesiąc, proszę o kontakt z Zelatorem Róży, albo na ten adres rozaniec@kosciolwszkocji.org)

    KTO CHCIAŁBY DOŁĄCZYĆ DO ŻYWEGO RÓŻAŃCA – BARDZO SERDECZNIE ZACHĘCAMY

    Strona Żywego Różańca: zr.kosciol.org – intencje, ogłoszenia, patroni róż, tajemnice.

    ___________________________________________________________________________________________

    Niezwykła historia o tym, jak powstała Nowenna pompejańska i o cudach Matki Bożej Różańcowej

    BLESSED VIRGIN OF THE ROSARY OF POMPEI

    Wikimedia Commons / domena publiczna

    ***

    Concettina była przerażona i zdziwiona zarazem. Dała im znak, by zbliżyły się po cichu i szepnęła: „Natina rozmawia z Najświętszą Panną”.

    Biografia bł. Bartola Longa – włoskiego satanisty, który przeżył cudowne uwolnienie i nawrócenie, a w ramach pokuty obiecał, że „nie opuści tej dzikiej krainy, dopóki nie rozszerzy tutaj różańca Maryi” – jest materiałem na świetny film. Jednak dziś nie opowiemy Państwu o życiu budowniczego Pompejów, ale o Nowennie pompejańskiej, nazywanej „nowenną nie do odparcia”, którą miliony wierzących na całym świecie modli się z ufnością w sprawach, których po ludzku nie da się rozwiązać. I zaświadczają, że sprawy te zostają rozwiązane.

    Bartolo Longo: satanista zostaje tercjarzem

    Nawrócenie Bartola Longa było mocne, przeżył potężny wstrząs. Ale nie było jednorazowym aktem. Co pewien czas targały nim nie tylko wątpliwości, ale doświadczał napadów panicznego wręcz lęku.

    „Pomimo pokuty wciąż gnębiła mnie myśl, że należę do szatana i nadal jestem jego niewolnikiem, a on oczekuje na mnie w piekle. Rozważając to popadłem w rozpacz i byłem bliski samobójstwa” – pisał były kapłan świątyni szatana.

    Dominikanin Albert Radente, u którego Bartolo odbył generalną spowiedź, modlił się za niego gorąco i pościł w jego intencji. 25 marca 1871 r. przyjął go do trzeciego zakonu dominikańskiego, a Longo wybrał dla siebie imię brat Różaniec.

    Różaniec i zbawienie

    Mimo powracającej depresji  i lęków walczył, podjął pokutę. Porządkował dawne sprawy i odwiedzał znajomych z sekty, mówiąc im, że całym sercem tkwią w błędzie, który może skazać ich na wieczne potępienie. Był wyśmiewany, nikt nie rozumiał, o co mu chodzi.

    Poszedł nawet na spotkanie grupy oddającej się seansom spirytystycznym i trzymając w dłoniach medalik Matki Bożej zawołał: „Wyrzekam się spirytyzmu, bo jest on tylko plątaniną kłamstw i błędów!”. W chwilach największych pokus przeciw nadziei przywoływał słowa o. Radentego, powtarzającego za Maryją: „Ten, kto propaguje mój różaniec, będzie zbawiony”.

    Podczas kolejnego ataku rozpaczy, którego doświadczył już w Pompejach, też przypomniał sobie te słowa, upadł na kolana i wyznał: „Jeżeli te słowa są prawdą, to osiągnę zbawienie, ponieważ nie opuszczę tej dzikiej krainy, dopóki nie rozszerzę tutaj Twojego różańca”.

    I ruszył. Tak zaczęła się jego ciężka, wyczerpująca zdrowie i siły, pełna trudności praca nad zbudowaniem nie tylko świątyni z kamieni i drewna, ale żywej, z serc ludzi wierzących Królowej Różańca Świętego. „Opatrzność wzięła mnie za rękę, tak jak ktoś, kto prowadzi niewidomych i dzieci” – zanotował po latach.

    Bartolo Longo
    Bartolo Longo/Wikimedia Commons / domena publiczna; montaż – Aleteia

    ***

    Potęga ufności Bartola Longa

    Był rok 1879, Bartolo Longo chorował na dur brzuszny, którego nikt nie potrafił wyleczyć. Bardzo cierpiał, wydawało się, że umiera. Jednocześnie nadzorował prace budowy świątyni w Pompejach.

    „Nadszedł dzień Wniebowzięcia, 15 sierpnia 1879 roku. Po raz pierwszy koronę ze złota umieszczono na głowie Matki Bożej, lecz tego dnia leżałem w łóżku we wciąż pogarszającym się stanie. Wszyscy otaczający mnie przyjaciele, a wśród nich ojciec Radente, modlili się do Madonny za moje życie. Nie było nawet promyka nadziei…

    Wtedy pomyślałem, żeby już dłużej nie czekać i z Bożą pomocą zatrzymać ciężki dur. Trzeba było wziąć obraz z parafii i postawić go w mojej sypialni. Tak się stało. Obecni powtarzali: Wtedy i my uwierzymy w cuda Maryi pod tym obrazem, gdy wyzdrowieje. A ja zwróciłem się z ufnością do świętej Katarzyny ze Sieny i powiedziałem jej tak:

    Moja droga siostro, napisałem o tobie w książce «Piętnaście Sobót», że z nieba narzekasz na małą liczbę swoich wiernych na ziemi, którzy uciekaliby się do ciebie z prośbą o łaski, jakby zmniejszyła się w niebie moc, którą Jezus powierzył ci na ziemi. Dziś jakim sposobem czytelnicy mają dać wiarę moim słowom, jeśli ja jako pierwszy, który się do ciebie zwracam, nie otrzymam od ciebie łaski? I jak uwierzą w cuda Maryi Różańcowej z Pompejów, jeśli ona pozwoli umrzeć temu, kto zainicjował budowę jej świątyni i rozpowiada o jej czynach?

    Niewypowiedziana dobroci Matki, która spełniła modlitwy świętej Katarzyny! O północy otworzyłem oczy – ból w karku i kręgosłupie minął wraz z durem, tak że pierwszy promień słońca przyjemnie skaleczył moje oczy pierwszy raz po wielu dniach, gdy przez ból nie znosiłem światła! Czy nie jest to jawny cud?” – pisał wzruszony Bartolo Longo będąc pewnym interwencji Matki Bożej Różańcowej.

    Pięć lat później, w 1884 r., Maryja czczona w Pompejach w wizerunku Królowej Różańca sama zabierze głos, dając tym samym światło Bartolowi Longowi na napisanie nowenny, dziś zwanej pompejańską.

    Sanktuarium Matki Bożej Różańcowej w Pompejach
    Sanktuarium Matki Bożej Różańcowej w Pompejach
    fot. Cezary Wojtkowski Shutterstock

    ***

    Cud Królowej Różańca

    8 maja 1884 r. w Neapolu, na pierwszym piętrze pałacu Rocco przy Via Settembrini 5 wydarza się rzecz niewytłumaczalna. W pokoju stoi 21-letnia Fortunatina Agrelli, od prawie dwóch lat chorująca na dziwną chorobę, która objawiała się silnymi konwulsjami, trwającymi nieustannie przez dziesięć godzin. Każdego wieczoru coś dusiło ją w środku, a ona trzymała się kurczowo za gardło, rzucała się na łóżku, wyrywała włosy z głowy, gryzła i z nadludzką siłą uderzała w ludzi i przedmioty.

    Były wieczory, że czterech silnych mężczyzn nie potrafiło utrzymać jej na łóżku. Po atakach padała bezsilna i wyczerpana, a jej ciałem wstrząsały drgawki. Poza atakami cierpiała na bóle głowy, nóg i brzucha, a temperatura jej ciała raz opadała, a raz się podnosiła do niebezpiecznych wartości. Nikt nie wiedział, co robić. Medycyna wyczerpała możliwości, nietypowe objawy trwały przez dwa lata.

    Fortunatina, nazywana przez bliskich Natiną, modliła się do Matki Bożej, prosząc Ją o pomoc. I właśnie 8 maja, po tych dwuletnich torturach wstała z krzesła i bez żadnego problemu stanęła prosto na środku pokoju. Wszyscy świadkowie wstrzymali oddech, a ona odkryła, że może się poruszać, nic jej nie dusi, nie przypiera do łóżka. Została uzdrowiona!

    Natychmiast przypomniała sobie słowa Maryi: „Kiedy zaczniesz znów chodzić, uklęknij i odmów trzy razy Zdrowaś, Maryjo w podziękowaniu”. Ruszyła pod obraz i uklękła w skupieniu.

    18 czerwca 1884 r. przyjechała do Doliny Pompejańskiej i w obecności całej rodziny dała świadectwo cudu. Był to cud nie tylko o jej uzdrowieniu, ale o skuteczności nowenny, którą podpowiedziała sama Maryja. Bartolo Longo rozpropagował modlitwę w oparciu o relację Fortunatiny, która pod przysięgą zeznała, że sposób odmawiania został jej objawiony przez Matkę Bożą. Jak to się stało?

    Skuteczność „pompejanki”

    Żeby zrozumieć cud uzdrowienia Fortunatiny i rolę, którą odegrał w spisaniu nowenny pompejańskiej Bartolo Longo, musimy się cofnąć w czasie. „Był 16 lutego 1884 roku. Pan Mariano Rosati, gorliwy pomocnik w budowie świątyni, przybył do mnie i poprosił o poświęcony medalik Matki Bożej Pompejańskiej. Chciał go wręczyć swojemu przyjacielowi, doktorowi Belmontemu dla jego ciężko chorej pacjentki” – zapisał w książce pt. Cuda i łaski Królowej Różańca Świętego w Pompejach bł. Bartolo Longo.

    „Jeżeli Najświętsza Panna Pompejańska uzdrowi pannę Agrelli – powiedział – to do grona jej czcicieli na pewno dołączy wielu neapolitańczyków. Ojciec chorej ma sporo przyjaciół. Wyślę jej także książeczkę z nowenną, niech rodzina się modli, a obrazek Matki Bożej Pompejańskiej niech zawieszą nad łóżkiem chorej.

    Kiedy Natina odebrała obrazek, medalik i nowennę od swojego lekarza, poczuła przypływ miłości i jakąś tajemniczą ufność ku nabożeństwu do Matki Bożej Pompejańskiej. Przejęta tym pobożnym uczuciem zapragnęła napisać prośbę do Matki Bożej. Ponieważ była bardzo osłabiona i nie mogła utrzymać pióra, podyktowała następujące słowa:

    Ciężko chora Fortunatina Agrelli prosi o uzdrowienie Najświętszą Pannę Różańcową w Pompejach. Jeżeli zostanie wysłuchana, przyrzeka osobiście przybyć do Pompejów, złożyć swoje podziękowanie i przekazać ofiarę na Jej kościół”.

    Pan Rosati odesłał prośbę do Pompejów, Bartolo Longo złożył ją na ołtarzu u stóp Matki Bożej Pompejańskiej, a Fortunatina i cała jej rodzina rozpoczęła nowennę w intencji odzyskania zdrowia. Stan chorej nie tylko nie ulegał poprawie, ale zaczął się pogarszać. Dziewczyna zaczęła wątpić w pomoc Maryi.

    Gdy jednak upłynęły dwa dni od zakończenia nowenny, zaczęły dziać się nadzwyczajne zdarzenia, które obszernie opisała, a potwierdzili je liczni świadkowie, w tym jej ojciec, adwokat Camil Agrelli, ksiądz Salvator Nisio oraz Vincent Belmonte, lekarz z Neapolu.

    BLESSED VIRGIN OF THE ROSARY OF POMPEI
    Matka Boża Pompejańska – obraz znajdujący się w ołtarzu głównym bazyliki w Pompejach

    ***

    Rozmowy z Maryją

    W świadectwie złożonym w sanktuarium w Pompejach czytamy: „3 marca po godzinie 14 na nowo zaczęły się konwulsje, które po godzinie jednak niespodziewanie ustąpiły. Concettina, która siedziała przy łóżku chorej, usłyszała nagle głos Fortunatiny, która zupełnie głośno i wyraźnie wypowiedziała następujące słowa: Królowo Różańca z Pompejów, udziel mi tej łaski!

    Wystraszyło to Concettinę i zaczęła uważnie przysłuchiwać się słowom chorej. Pragnąc, by także inni członkowie rodziny byli świadkami tego nadzwyczajnego wydarzenia, pociągnęła za dzwonek. Przybyła natychmiast jej matka Teresa oraz inni domownicy. Concettina była przerażona i zdziwiona zarazem. Dała im znak, by zbliżyły się po cichu i szepnęła: Natina rozmawia z Najświętszą Panną!

    Wszyscy zaczęli przysłuchiwać się tej tajemniczej rozmowie. Do ich uszu docierały tylko odpowiedzi chorej, ale nie słyszeli słów niewidzialnej Rozmówczyni. Zauważyli, że podczas rozmowy Natina szukała czegoś na szyi, jakby pragnęła wziąć do ręki medalik Matki Bożej. Zabrano mi go! – zawołała głosem pełnym bólu. Potem zaczęła składać różne obietnice, że będzie ten medalik nosiła na szyi i zawiesi obrazek nad łóżkiem. W końcu usłyszeli takie słowa: Pozwól mi, Matko, ucałować koniec Twojej szaty!

    Zapadła cisza. Fortunatina przeżegnała się tak dokładnie i z taką swobodą, jakby odzyskała wszystkie siły. Lecz zaraz potem znów wpadła w konwulsje”.

    Świadectwo widzenia Maryi

    Fortunatina później zrelacjonowała swoje widzenie: „Leżałam w półśnie, gdy ukazała mi się Matka Boża Różańcowa. Gdy ją ujrzałam, natychmiast uczyniłam znak krzyża. Najświętsza Panna jedną ręką trzymała Dzieciątko Jezus, a drugą różaniec. Siedziała na tronie, który otaczali aniołowie. Maryja i Jezus byli ubrani w biało-złote szaty z jedwabiu, na głowach mieli korony wysadzane drogimi kamieniami.

    Towarzyszyli im zakonnik i zakonnica św. Dominika. Tron, piękno Maryi i wspaniałość nieba mnie zachwyciły. Maryja patrzała na mnie czułym, macierzyńskim wzrokiem. Wzbudziło to moje zaufanie i zaczęłam ją natychmiast błagać:

    Królowo Różańca Świętego w Pompejach, udziel mi łaski zdrowia! Już złożyłam Ci tę prośbę, odmówiłam nowennę, ale nie doświadczyłam jeszcze Twojego miłosierdzia. O Maryjo, dotąd nie wyświadczyłaś mi jeszcze żadnej łaski. Chcę być zdrowa!

    Maryja odpowiedziała: Modliłaś się do mnie pod różnymi wezwaniami i zawsze odbierałaś łaski. Teraz, gdy mnie wzywasz pod imieniem Królowej Różańca Świętego z Pompejów, które mi jest bliższe ponad wszystkie inne, nie mogę ci odmówić. Odpraw trzy nowenny, oddawaj mi cześć, a wyzdrowiejesz”.

    Nowenna pompejańska

    W trakcie trwania trzyczęściowej nowenny Maryja przyszła do Fortunatiny jeszcze kilka razy. W czasie jednego z widzeń powiedziała: „W trakcie ostatniej nowenny pogorszy ci się tak bardzo, że lekarz potwierdzi beznadziejny stan. A gdy już wszyscy zwątpią w twoje wyzdrowienie, ty tym bardziej w to ufaj. 15 sierpnia, w święto Wniebowzięcia, będziesz zupełnie zdrowa”.

    Po dwóch tygodniach, w nocy z 19 na 20 kwietnia Fortunatina znów zobaczyła Matkę Bożą Różańcową. To widzenie dodało jej odwagi i wyznała: „Najświętsza Panno Pompejańska, nie chcę czekać do 15 sierpnia na całkowite wyzdrowienie”. I o dziwo Maryja wysłuchała prośby o zmianę daty cudu uzdrowienia. Co ciekawe, Maryja odpowiedziała natychmiast:

    „Ponieważ znosiłaś chorobę z poddaniem się woli Bożej, Bóg udzieli ci tej łaski na Moją prośbę. W 26 dniu tego miesiąca zostaniesz uzdrowiona z porażenia. 30 kwietnia ustaną wszystkie inne cierpienia. Od tego dnia będziesz mogła chodzić. Kiedy znów staniesz na nogi, uklęknij i odmów trzy razy Zdrowaś, Maryjo w podziękowaniu. Zanim upłynie maj, wyjdziesz z domu”.

    Zanim odeszła, dodała głosem pełnym przychylności i dobroci: „Ktokolwiek pragnie otrzymać łaski, niech odprawi na moją cześć trzy nowennyodmawiając piętnaście tajemnic różańca, a potem niech odmówi znowu trzy nowenny dziękczynne” – zapisał Bartolo Longo.

    26 kwietnia, w święto Matki Bożej Dobrej Rady, około godziny 3 nad ranem, całkowicie ustało wewnętrzne porażenie, któremu medycyna nie mogła w żaden sposób zaradzić. Fortunatina Agrelli cierpiała na nie przez rok i dwa tygodnie bez przerwy. W ten sposób spełniła się zapowiedź Maryi. Zgodnie z Jej słowami 30 kwietnia ustały wszystkie inne cierpienia.

    8 maja odmówiła modlitwę błagalną do potężnej Królowej Różańca w Pompejach, którą tego dnia w południe odmawiają wszyscy czciciele Matki Bożej Różańcowej. Wpatrywała się też ufnie w obraz Matki Bożej Pompejańskiej wiszący na przeciwległej ścianie, przed którym paliły się od rana dwie duże świece.

    WIARA

    Rido | Shutterstock

    ***

    Cuda z rąk Matki

    Bartolo Longo, pewny wstawiennictwa Maryi nie tylko uporządkował Jej rady co do sposobu odprawiania nowenny, ale zaczął starannie zapisywać wszystkie świadectwa o łaskach otrzymanych za pośrednictwem Królowej Pompejów.

    „O ukochane serce Maryi! Pojawiła się ona córce kapitana Agrelli z Neapolu i powtórzyła jej te słodkie słowa: Za każdym razem, gdy chcesz otrzymać ode mnie łaskę, zmów trzy razy nowennę z piętnastoma tajemnicami różańca, a potem trzy nowenny dziękczynne.

    Młoda Fortunatina odmówiła wszystko w tym porządku i cudownie ozdrowiała. Za jej przykładem, po odmówieniu trzech nowenn, cudownie ozdrowiało i otrzymało odpowiednie łaski tysiące osób nie tylko we Włoszech, ale także we wszystkich rejonach Europy, w Ameryce, Afryce, a nawet w Indiach i Chinach.

    Relacje o łaskach i cudach, jakie miały miejsce w następstwie odmawiania nowenny pompejańskiej – poświadczone procesami kanonicznymi i zeznaniami wiarygodnych świadków oraz dyplomowanych lekarzy, opisywane przez wielu biskupów z dalekich diecezji – przeczytać można w czasopiśmie Różaniec i Nowe Pompeje począwszy od roku 1884 aż do dziś” – pisał niestrudzony brat Różaniec.

    B. Longo, „Historia sanktuarium w Pompejach”.
    B. Longo, „Cuda i łaski Królowej Różańca Świętego w Pompejach
    „.

    Agnieszka Bugała/Aleteia.pl


    ______________________________________________________________________________________________________________

    PIĄTEK 9 LUTEGO – KOŚCIÓŁ ŚW. PIOTRA

    OD GODZ. 18.00 – GODZINNA ADORACJA PRZED NAJŚWIĘTSZYM SAKRAMENTEM/ RÓWNIEŻ W TYM CZASIE JEST MOŻLIWOŚĆ PRZYSTĄPIENIA DO SAKRAMENTU SPOWIEDZI ŚW.

    MSZA ŚWIĘTA O GODZ. 19.00

    ______________________________________________________________________________________________________________

    49 LAT TEMU, W PIĄTKOWY WIECZÓR PRZYJECHAŁEM NA GLASGOWSKI DWORZEC CENTRAL STATION, WYSŁANY PRZEZ PRZEŁOŻONEGO REGII BOŻEGO MIŁOSIERDZIA, ABY PEŁNIĆ TU POSŁUGĘ DUSZPASTERZA DLA POLAKÓW, KTÓRZY PRZESZLI PRZEZ “NIELUDZKĄ ZIEMIĘ”. CUDEM OCALENI PRZEMIERZALI POTEM I PERSJĘ I BLISKI WSCHÓD I WŁOCHY I FRANCJĘ, ABY W KOŃCU DOTRZEĆ DO SZKOCKIEJ ZIEMI, NA KTÓREJ JUŻ POZOSTALI AŻ DO SWOJEJ ŚMIERCI, BO NIE BYŁO IM DANE, ABY POWRÓCIĆ NA OJCZYZNY ŁONO.

    KAŻDEGO DNIA POLECAM TYCH NASZYCH RODAKÓW MIŁOSIERNEMU BOGU, ABY JUŻ W PEŁNI UCZESTNICZYLI W PRAWDZIWEJ LUDZKIEJ ZIEMI – W NIEBIESKIM KRÓLESTWIE, PO PRZEBYCIU SWOJEJ KRZYŻOWEJ DROGI TU, NA TYM NASZYM, TAK BARDZO CZĘSTO, NIELUDZKIM PADOLE.

    ***

    źródło: INP Twitter/Polskie Radio Koszalin

    W nocy z 9 na 10 lutego 1940 roku, rozpoczęła się pierwsza z czterech masowych deportacji Polaków na Sybir. W głąb Związku Radzieckiego wywieziono wtedy około 140 tysięcy obywateli polskich.

    __________________________________________________________________

    „Kat mnie popędzi ku Sybiru śniegom”. Abp Gądecki w 84. rocznicę pierwszej masowej zsyłki Polaków

    fot. screenshot – YouTube (Sybirak)

    ***

    „Kat mnie popędzi ku Sybiru śniegom”.

    Abp Gądecki w 84. rocznicę pierwszej masowej zsyłki Polaków

    Przewodniczący Konferencji Episkopatu Polski arcybiskup Stanisław Gądecki wygłosił w kościele pod wezwaniem Najświętszego Zbawiciela w Poznaniu homilię z okazji 84. rocznicy pierwszej masowej zsyłki Polaków na Sybir przez rosyjskiego okupanta.

    Oto pełny tekst homilii:

    Jest w Polsce jedna droga, od lat wyjeżdżona. 84. rocznica pierwszej masowej zsyłki Polaków na Sybir

    Odejdę od was cicho, niespodzianie,
    Odejdę od was pewnie nocą ciemną,
    Nikt mi nie ściśnie rąk na pożegnanie
    I, jak z umarłym, nikt nie pójdzie ze mną!

    Na próżno składać będziecie narady!
    Pytać się, płacząc: ‘Kędy jego droga?’
    Bo wam ukryte, zostaną me ślady,
    Jak ślad dusz, z trumny lecących do Boga! 

    Lecz nie polecę ku wiecznej krainie –
    Lecz nie odejdę ku kwiecistym brzegom –
    Kat mnie popędzi ku Sybiru śniegom
    I pamięć moja z serc waszych upłynie.

                        (Zygmunt Krasiński, Na Sybir)

    Tymi słowami Zygmunt Krasiński opisywał drogę Polaków na Sybir. Tragiczna rzeczywistość, opisywana  przez poetę, w przedziwny sposób wpisuje się – w dzisiejszym pierwszym czytaniu – w dawne dziejami zsyłek, które rozpoczynają się od zsyłki starożytnego Izraela do Asyrii oraz starożytnych mieszkańców Judy do Babilonu. To jakby dalszy ciąg podobnego zjawiska, którego 84. rocznicę dzisiaj obchodzimy, a które – świadomi imperialnych zapędów Rosji – może mieć swoją dalszą kontynuację.

    Z tej racji warto dzisiaj zatrzymać się choć na chwilę przy dwóch sprawach: przy kwestii starotestamentalnych zsyłek i deportacjach nowożytnych.

      1.       ZSYŁKI STAROTESTAMENTALNE (1 Krl 11,29-32; 12,19).

    „Gdy pewnego razu Jeroboam wyszedł z Jerozolimy, spotkał go na drodze prorok Achiasz z Szilo, odziany w nowy płaszcz. Sami tylko obydwaj byli na polu. Wtedy Achiasz zdjął nowy płaszcz, który miał na sobie, porozdzierał go na dwanaście części i powiedział Jeroboamowi: ‘Weź sobie dziesięć części, bo tak rzekł Pan, Bóg Izraela: Oto wyrwę królestwo z ręki Salomona, a tobie dam dziesięć pokoleń. Jedno tylko pokolenie będzie miał ze względu na Dawida, mego sługę, i ze względu na miasto Jeruzalem, które wybrałem ze wszystkich pokoleń Izraela’. Tak więc Izrael odpadł od rodu Dawida po dzień dzisiejszy”.

    Autor tego fragmentu Pierwszej Księgi Królewskiej przedstawia teologiczną interpretację historii narodu wybranego – od przejęcia rządów przez Salomona po swoim ojcu Dawidzie (1 Krl 1–2) aż do upadku Królestwa Judy (2 Krl 24–25). W tym ludzkim porządku wydarzeń często przywołuje motyw „gniewu Bożego”. Ze szczególnym naciskiem czyni to w punktach zwrotnych tych dziejów, takich jak podział Królestwa Salomona (1 Krl 11–12), a następnie upadek Królestwa Północnego (Izraela) i  i deportacja mieszkańców do Asyrii (2 Krl 17*) a potem upadek Królestwa Południowego (Judy) i wygnanie ludności do Babilonii (2 Krl 24–25).

    Tragiczny rozpad Królestwa Salomona oraz katastrofalny koniec monarchii w Izraelu i Judzie są – według niego – skutkiem słusznego gniewu YHWH w odpowiedzi na zerwanie przymierza przez

    naród wybrany i bałwochwalstwo samego Salomona (1 Krl 11,31-37). Gniewne działanie Boga jest odpłatą za nieprawnie zerwanie przymierza. Tak nakreślona teologiczna wizja dziejów wskazuje na uniwersalną prawdę, że to człowiek sprowadza gniew Boży przez swoje grzeszne uczynki i zmusza Boga do wymierzenia mu zasłużonej kary. Motyw gniewu YHWH staje się ponadczasową lekcją historii i przestrogą dla przyszłych pokoleń.

    2.       DEPORTACJE NOWOŻYTNE

    Druga kwestia nowożytne deportacje w głąb Rosji. Zdajemy sobie bowiem sprawę z tego, iż deportacja Polaków na Sybir, której 84. rocznicę obchodzimy, nie była pierwszą tego rodzaju deportacją naszych rodaków w tamte regiony. Jest to raczej jeden z wielu odcinków Golgoty Wschodu, która to droga rozpoczęła się już w XVI wieku.   

    •     Bodajże najwcześniej – bo już w XVI wieku – zesłanymi na Syberię byli polscy jeńcy z czasów wojny Stefana Batorego z Rosją.
    •     Następnie dołączyli do nich – wzięci do niewoli rosyjskiej – uczestnicy tzw. dymitriad, czyli wypraw polskiej szlachty do Rosji w XVI w., mających na celu zdobycie i zwiększenie tam wpływów polskich. Ich nazwa pochodzi od Dymitra Samozwańca, domniemanego syna Iwana Groźnego, którego szlachta polska usiłowała wprowadzić na tron moskiewski.
    •     Na początku XVIII wieku na Syberię zsyłano zwolenników króla Stanisława Leszczyńskiego.
    •     14 października 1767 roku poseł rosyjski Nikołaj Repnin rozkazał porwać przywódców konfederacji radomskiej (biskupa krakowskiego Kajetana Sołtyka, biskupa kijowskiego Józefa Andrzeja Załuskiego, hetmana polnego koronnego Wacława Rzewuskiego i jego syna Seweryna) i zesłał ich do Kaługi. Pozbawiony opozycji sejm uchwalił w lutym 1768 prawa kardynalne i przyjął gwarancję rosyjską. Tym samym Rzeczpospolita stała się protektoratem Imperium Rosyjskiego.
    •     Potem – na podstawie rozkazu Katarzyny II – na Syberię zostali zsyłani konfederaci barscy. Według szacunków rosyjskich w 1771 wzięto wówczas do niewoli 14 tys. konfederatów.
    •     Po stłumieniu powstania kościuszkowskiego zostało zesłanych na Wschód ok. 20 tys. jego uczestników.
    •     Bliżej nieznana pozostaje dokładna liczba polskich zesłańców, wziętych do rosyjskiej niewoli po przegranej wojnie w 1812 roku.
    •     Nieznana jest też liczba polskich zesłańców po rozbiciu przez władze rosyjskie organizacji spiskowych na ziemiach zajętych w latach dwudziestych XIX wieku.
    •     Podobnie nieznana jest dokładna liczba zesłanych po powstaniu listopadowym. W latach 1831–1832 – w ramach represji po powstaniu – wcielono kilka tysięcy uczestniczących w nim dzieci do specjalnych batalionów rosyjskich i popędzono w głąb Rosji. W drodze z Warszawy do Bobrujska zmarło dwie trzecie tych dzieci, resztę wychowano na rosyjskich żołnierzy.
    •     W 1833 roku – po rozbiciu ruchu partyzanckiego Józefa Zaliwskiego – wielu z jego członków zostało skazanych na katorgę.
    •     W 1844 władze carskie rozbiły spisek chłopski księdza Piotra Ściegiennego. Zesłano wówczas w głąb Rosji wielu członków tej konspiracji.
    •     W roku 1863 – po stłumieniu powstania styczniowego – zesłano na katorgę ok. 40 tysięcy powstańców, z których więcej niż połowa już nigdy nie powróciła do Ojczyzny.
    •     W latach 1807 – 1870 zesłano na Syberię 461 tysięcy osób.
    •     W drugiej połowie XIX wieku liczba zsyłanych wahała się w granicach 10 – 15 tysięcy rocznie.

    Dzisiaj jednak obchodzimy 84. rocznicę pierwszej masowej zsyłki Polaków na Sybir, nie zapominając owszem o wszystkich poprzedzających deportacjach.

    Pierwsza deportacja

    Po agresji ZSRR na Polskę (17 września 1939 r.) tysiące polskich mieszkańców Kresów uległo przesiedleniu, niektórzy m.in. na Syberię (inni np. do Kazachstanu). W pierwszej wywózce (10.02.1940) Polacy stanowili 70% wywożonych, pozostałe 30% to ludność białoruska i ukraińska. Wywożono wtedy przede wszystkim osadników wojskowych, średnich i niższych urzędników państwowych, służbę leśną oraz pracowników PKP. Zabierano całe rodziny bez wyjątku. Zgodnie ze ściśle tajnymi materiałami radzieckimi deportowano wówczas ok. 140 tys. osób.

    Druga deportacja

    W czasie drugiej deportacji (13-14.04.1940) wysiedleniu podlegały rodziny tzw. wrogów ustroju: urzędników państwowych, wojskowych, policjantów, służby więziennej, nauczycieli, działaczy społecznych, kupców, przemysłowców i bankierów, oraz rodziny osób aresztowanych i zatrzymanych przy nielegalnej próbie przekroczenia granicy niemiecko-radzieckiej. W ramach tej akcji zesłano ok. 61 tys. Wyjątkowo duży był w tym przypadku odsetek kobiet i dzieci, wynosił bowiem do 80% całości transportów.

    Trzecia deportacja

    Trzecia deportacja (maj-lipiec 1940) objęła głównie uchodźców z centralnej i zachodniej Polski,  przybyłych w czasie działań wojennych na tereny, które znalazły się potem pod okupacją radziecką. Liczba zesłańców wyniosła ponad 80 tys.

    Czwarta deportacja

    W czasie czwartej wywózki (maj-czerwiec 1941) na Wschód pojechała głównie ludność ze środowisk inteligenckich, pozostali uchodźcy, rodziny kolejarzy, rodziny osób aresztowanych przez NKWD w czasie drugiego roku okupacji, wykwalifikowani robotnicy i rzemieślnicy. Deportacja ta dotknęła szczególnie dotkliwie Białostocczyznę, Grodzieńszczyznę i Wileńszczyznę. W sumie deportowano ponad 85 tys. osób.

    O tych zbiorowych ludzkich cierpieniach nie da się zapomnieć. Naszym obowiązkiem jest podtrzymać pamięć o tych, którzy zostali wywiezieni na Golgotę Wschodu. Którzy do końca swego życia pozostali wierni Bogu i Ojczyźnie, chroniąc się od wynarodowienia i utraty wiary. Wielu – zadręczonych katorżniczym losem – pozostało tam, bez znaku pamięci, pogrzebawszy wcześniej swoje dzieci w bezkresach tajgi i stepów. Podziwiamy ich heroizm i chcemy pamiętać ich niezłomne trwanie w obronie najwyższych wartości, jakimi są: życie, wolność, Polska, a nade wszystko wiara w Boga.

    Karol I, błogosławiony cesarz Austrii i Węgier, przekazał w 1920 roku bardzo ważną  obserwację: „nie ma bardziej patriotycznego narodu od narodu polskiego, […] Z katolickiej perspektywy, również nie ma bardziej wierzącego narodu od narodu polskiego i żaden w ostatnim czasie tyle nie wycierpiał dla swojej wiary, co Polacy. Jedyną tylko cechę negatywną ma państwo polskie: jest za bardzo wyeksponowane, ma zbyt wielu wrogów i bardzo złe położenie militarne” (Memoriał dla Lethbridge’a).

    Gdy więc na koniec pytamy o sens ludzkiego cierpienia, to trzeba zwrócić uwagę na to, że – po pierwsze – czasami cierpienie bywa ceną za nasze własne grzechy; podobnie jak w przypadku syna marnotrawnego. Ów syn sam sobie zgotował cierpienie, jako nieuchronny skutek popełnionych przez siebie błędów. W ten sposób rodzą się ludzkie tragedie (np. w postaci uzależnień, brutalnej przestępczości, rozwodów, zabijania nienarodzonych, ludobójstwa). O tego rodzaju krzyżach najchętniej mówią stacje telewizyjne. Dziennikarze opisują je z okrutną dokładnością. Nie przejmują się wcale tym, że ich relacje często inspirują kolejne pokolenia do powtarzania dramatu swych poprzedników. Istnieją całe środowiska, które w obliczu cierpienia najchętniej oskarżają Boga, o to, że On jest winny za wszelkie zło tego świata.

    Po wtóre, nasze cierpienia bywają też ceną za miłość: za miłość małżeńską, rodzicielską, kapłańską, za miłość odpowiedzialnego wychowawcy i wiernego przyjaciela, za miłość człowieka sprawiedliwego, za miłość człowieka, który wprowadza pokój, który przebacza, który kocha nawet nieprzyjaciół, który staje się dla innych bezinteresownym darem z samego siebie. Cierpienie rozumiane jako cena za miłość bywa szczególnie bolesne wtedy, gdy kochamy tych, którzy nas nie kochają i których trudno jest nam pokochać.

    Po trzecie, bywa i tak, że cierpimy bez żadnej naszej winy; na przykład na skutek jakiejś niezawinionej choroby, albo wskutek kataklizmu, który niszczy nasz dobytek. W takim przypadku cierpienie pozostaje tajemnicą, ale i wtedy możemy być pewni, że to nie Bóg nam je zsyła. Zwykle za niewinnym cierpieniem jednego człowieka kryje się głupota, chciwość, lub wina innego człowieka.

    ZAKOŃCZENIE

    Zakończmy dzisiejszą refleksję słowami poety:

    Jest w Polsce jedna droga, od lat wyjeżdżona
    Na wschód północny wiedzie, znana od stuleci,
    Za mężem w noc porwanym płakała tam żona

    I od matek oddarte ginęły tam dzieci. […]

    O poro złud okrutnych, żałosna rachubo,
    Po której się to samo powtarza, to samo,
    Że lata są wygnaniem, dzień każdy jest zgubą
    A w nocy słychać salwy za więzienną bramą. […]

    Jest w Polsce jedna droga, gdzie prędzej czy później
    Z cierpień moc taka wyjdzie, że Boga zadziwi:
    Powracają ojcowie, umarli podróżni
    Budzą synów – i walczą – polegli i żywi.

                                  (Kazimierz Wierzyński, Jest w Polsce jedna droga)

    Abp Stanisław Gądecki, Poznań, kościół pod wezwaniem Zbawiciela – 9.02.2024.

    ren/archpoznan.pl, fronda.pl

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Wiara, Kościół i tożsamość – dzięki nim zesłańcy zdołali przetrwać piekło na ziemi

    #Kosciół #sybir #wiara #zesłańcy

    (Zesłańcy, zdjęcie ilustracyjne. Fot. IPN)

    ***

    Zesłańców jednoczyła wiara, dzięki wierze przetrwali. To zaprasza także i nas do tego żebyśmy nie zdradzali wiary i wartości naszych przodków. Warto robić wszystko, żeby tę wiarę pielęgnować i przekazywać dalej. Zesłańcy zbierali się na wspólnej modlitwie, ale ktoś przeważnie stał na czatach. Kiedy tam rodziło się dziecko, to rodzice szukali babci, która by się odważyła to dziecko ochrzcić. Za taki czym mogli ją rozstrzelać, a ponieważ była osobą starszą to – tak po ludzku – miała już najmniej do stracenia – mówi o. Alexey Mitsinskiy MIC – misjonarz z Kazachstanu, który obecnie posługuje w Tajynszy.

    Proszę Ojca, miejscowość, w której Ojciec posługuje jest chyba szczególnie Ojcu bliska?

    To jest miejscowość, do której w 1936 roku była wywieziona moja babcia. Może warto przypomnieć, że zesłańcy byli wywożeni w tragicznych warunkach – w wagonach bydlęcych, poupychani, jeden na drugim. Bez jedzenia, bez prywatności, bez toalety. Za toaletę służyła dziura w jednym z rogów wagonu. Zdarzało się, że ktoś podczas podróży umarł, to wtedy jego ciało było wyrzucane z pociągu. Oni zostali wywiezieni tylko dlatego, że byli chrześcijanami, należeli do szlachty. Dziś, kiedy się spotykam z tymi, którzy przeżyli tragedię wywózek, widzę, że oni są pogodni, nie mają w sobie żalu, złości, nienawiści. To my, młodsi, często na coś ciągle narzekamy… A zesłańcy są pogodzeni z tym, co się wydarzyło. Przyjmują rzeczywistość taką, jaka jest. Zimą pamiętam minus czterdzieści osiem, czterdzieści dziewięć, a latem – plus pięćdziesiąt w cieniu i w takich warunkach ludzie musieli przeżyć.

    Co się stało z Ojca babcią?

    Moja babcia opowiadała, że przygarnęła ich rodzina Kazachów, i w nocy tylko jedną godzinę każde z nich spało pod kożuchem. A los rzucali o to kto będzie spał przy drzwiach, ponieważ zwyczajnie mógł się nie obudzić, mógł zamarznąć. Ludzie mówią, że najbardziej w tamtym czasie dokuczał im głód i chłód. Głód był na tyle duży, że kobiety próbowały przynieść z pola w kieszeniach chociaż kilka ziaren zboża, żeby z tego ugotować strawę dla swoich dzieci. Kobiety chodziły też po stepie i próbowały znaleźć coś, co by się nadawało do jedzenia. Później wyszła ustawa, w myśl której każda kobieta, u której znaleziono kilka ziaren zboża miała być rozstrzelana na miejscu, bez dochodzenia. Często potem umierały także jej dzieci, bo nie miały co jeść.

    Historia pokazuje, że ludzie, którzy przeżyli piekło na ziemi, którym próbowano wyrwać człowieczeństwo – byli ludzcy, wrażliwi na krzywdę innych…   

    Owszem, zdarzały się takie sytuacje, że dziecko, którego matka została zamordowana, a ojciec – wcześniej wywieziony w przeciwnym kierunku, trafiło pod opiekę obcych ludzi, ale na ogół do takiego dziecka ludzie bali się zbliżyć, bo władza groziła, że za pomoc sierotom może ich spotkać taki sam los jak matkę dziecka. Kiedy ktoś w urzędzie się jednak dowiedział, że jakaś rodzina zajęła się dzieckiem – gwałcili tą kobietę. Ona się na to godziła, bo ważniejsze było dla niej życie dziecka. 

    Co jednoczyło zesłańców? 

    Wiara ich jednoczyła, dzięki wierze oni przetrwali. To zaprasza także i nas do tego żebyśmy nie zdradzali wiary i wartości naszych przodków. Warto robić wszystko, żeby tę wiarę pielęgnować i przekazywać dalej. Zesłańcy zbierali się na wspólnej modlitwie, ale ktoś przeważnie stał na czatach. Kiedy tam rodziło się dziecko, to rodzice szukali babci, która by się odważyła to dziecko ochrzcić. Za taki czym mogli ją rozstrzelać, a ponieważ była osobą starszą to – tak po ludzku – miała już najmniej do stracenia.

    A jednak silna wiara przetrwała…

    Kobiety, kiedy miały kilkadziesiąt minut na przygotowanie się do wywózki zabierały ze sobą obrazki z wizerunkiem Matki Boskiej Częstochowskiej, ale też medaliki, różańce i modlitewniki. Te modlitewniki przepisywały ręcznie, a później z nich uczyły swoje dzieci modlitwy i języka polskiego.

    Co dawało tamtym ludziom siłę do życia?

    Oprócz wiary to także Kościół, ale nie w sensie budynków, bo takich nie było. Kościół jako duszpasterze, którzy byli razem z nimi zesłani, którzy uczyli i swoim przykładem zachęcali, żeby przebaczyć nieprzyjaciołom – przebaczyć tym, którzy mordowali tych, których kochali. Ci ludzie przebaczali. Księża chodzili po nocach, aby ludziom posługiwać. Jednym z takich księży był ks. Bukowiński, obecnie błogosławiony i jak ufamy, że będzie także ogłoszony świętym.

    Co Ojca fascynuje w Ks. Bukowińskim?

    To, jaki był. Miał możliwość powrotu do Polski, ale nie skorzystał z tej szansy. Wiedział, że jeśli zostanie z zesłańcami to będzie miał większy dostęp do ludzi, że będzie mógł się swobodnie poruszać po kraju. Ks. Bukowiński szukał każdej okazji by dotrzeć do człowieka. Na przykład – co może wyda się zaskakujące, szukał ludzi na cmentarzu. Przychodził w to miejsce, szukał grobów z polskimi nazwiskami i czekał, aż ktoś przyjdzie odwiedzić miejsce doczesnego spoczynku swojego bliskiego. Tam, na cmentarzu zaczęła się rodzić wspólnota Kościoła. Kiedy ks. Bukowiński był w łagrach to do niektórych swoich przyjaciół pisał, żeby wysłali mu troszkę rodzynek i chleba. Było mu to potrzebne, aby mógł odprawić Msze świętą. Napisał, że gdyby miał możliwość wybierać sobie drogę życiową, to wybrałby taką samą drogę. 

    Tamci ludzi naprawdę pragnęli Mszy świętej, chociaż wiedzieli, że „zgromadzenia” nie są legalne?

    Ludzie trwali z księdzem na modlitwie nawet i całe noce. Wiedzieli, że więcej takiej możliwości może już nie być, bo przecież nie było pewności, że ksiądz jeszcze wróci.     

    Wspomniał Ojciec o trzech filarach: wiara, Kościół i …?

    Tożsamość. To trzeci filar, a znaczyło to dla nich tyle, co drugi człowiek obok. Nie było ważne, że nie jest to brat czy siostra z rodziny. Oni mówili, że to jest ich „mała Ojczyzna”. Naprawdę ci ludzie byli odpowiedzialni za siebie nawzajem. Pamiętam rozmowy, kiedy zesłańcy dokładnie pamiętali z kim byli, co robili… Prawda jest taka, że Kazachowie pomogli zesłańcom przeżyć. Dzielili się tym, co mieli. Kazachowie sami cierpieli, ale dbali o zesłańców, mimo, że dzieliło ich wyznanie, język, wartości, zasady. 

    Takie przykłady można mnożyć?

    Pamiętam, że po śmierci mojej babci przyszła do zakrystii starsza pani. Była niewidoma, po omacku szła do kościoła, ale powiedziała mi, że codziennie modli się za moją babcię, bo jechały w jednym wagonie. Ogromne znaczenie dla tamtych ludzi miała wierność także i drugiemu człowiekowi. Pamięta, że były razem, i nawet po śmierci mojej babci nie przestawała za nią się modlić.

    Wspomniał Ojciec o pomocy, bezinteresownej. A dziś są wojny, nieporozumienia, morderstwa…

    Dziś wcale człowiek nie musi być dla drugiego człowieka wilkiem. Może być bratem, ale warto pielęgnować to, za co nasi przodkowie oddawali życie: wiara, Kościół, tożsamość. To wartości, które pomogły przeżyć nie tylko zesłańcom, ale mogą być pomocne także i nam. Obyśmy nigdy nie zapomnieli tego, co ma prawdziwą wartość i znaczenie.

    Wydaje się, że to prawdziwe wyzwanie dla współczesnego świata, kiedy obserwujemy to, co się dzieje?

    Boli mnie serce, kiedy słyszę jak w Polsce ludzie planują uroczystość Pierwszej Komunii Świętej. Już dwa lata wcześniej wynajmują sale, wybierają dekoracje, prezenty… Zastanawiam się czy jest jeszcze miejsce dla Pana Jezusa, w tym wszystkim.

    Jak Ojciec zapamiętał swoją Pierwszą Komunię Świętą?

    Na uroczystość Pierwszej Komunii Świętej poszła ze mną babcia. Moi rodzice nie chodzą do Kościoła i pewnie jakoś po swojemu wierzą. Tamtego dnia mama coś robiła w domu, tato oglądał telewizję, ale babcia towarzyszyła mi w czasie przyjęcia Pierwszej Komunii Świętej.

    Pamięta Ojciec jakie dostał prezenty?

    Trochę cukierków, ale nie tak dużo, bo zmieściły się w jednej ręce. Dostałem też różaniec i Pismo Święte w obrazkach po rosyjsku.

    Jak rodzice zareagowali na decyzję o wstąpieniu do seminarium?

    Powiedzieli, że nigdy nie dadzą na to zgody. Wyjechałem jako siedemnastolatek do Polski, bo zostałem przyjęty do Zgromadzenia Księży Marianów. Dziś nie wyobrażam sobie, że mógłbym posługiwać poza Kazachstanem. Głosimy tego samego Chrystusa. Mamy kościół parafialny i kilka kapliczek dojazdowych, w odległości ok. 30-35 km. Jak na warunki Kazachstanu to mamy dużo parafian – ok. czterystu osób. W tych ludziach jest ogromne pragnienie modlitwy.   

    Co wyróżnia duszpasterstwo w Kazachstanie?

    To bardziej duszpasterstwo dla konkretnego człowieka. Oczywiście to dłużej trwa, ale ludzie, którzy do nas przychodzą wiedzą, że jesteśmy teraz tylko dla nich. Często nawet kiedy idziemy do jakiegoś domu, bo dostajemy informację, że ktoś umarł – słyszymy, że umarł z różańcem w ręce. W parafii jest jeden pan, który ma problem ze słuchem i wzrokiem, ale kiedy przychodzi się do niego z Komunią świętą – dla niego nie ma większej radości. Przygrabiony klęczy, przyjmuje Ciało Chrystusa. W jego postawie zawiera się: „Pan mój i Bóg mój”.    

    Skąd tak dobrze zna Ojciec język polski?

    Kiedy miałem jedenaście lat to zapisałem się na język polski, chociaż sam nie wiedziałem po co to zrobiłem. Mój tato jest Polakiem, mama – Rosjanką, ale poznali się w Kazachstanie. Tato powiedział, że dobrze zrobiłem, chociaż mama nie bardzo była z tego faktu zadowolona. I jak to dziecko – trochę pochodziłem na język polski, ale w końcu przestałem. Zacząłem się sam uczyć w domu. Minęło pięć lat i zrozumiałem, po co mi była ta nauka…

    Pan Bóg na każdego znajdzie sposób?

    Kiedyś na przerwie w szkole widziałem, że moja koleżanka pokazuje coś nauczycielce w zeszycie. Nie wiedziałem co to było, ale dowiedziałem się, że jest taka kapliczka, przy której Księża Marianie uczą dzieci. Jeden uczył geografii, drugi angielskiego. To mnie zaciekawiło, bo było to coś nowego. Następnego dnia poszedłem tam z moją koleżanką ze szkoły. To było moje pierwsze spotkanie z Kościołem.

    Co jest najtrudniejszym wyzwaniem na teraz?

    Już myślimy o następnej zimie, bo potrzebujemy kupić wagon węgla oraz utrzymać misję. Jak zaczynamy palić we wrześniu to kończymy czasami w połowie maja. Środki materialne są dla nas potrzebne, ponieważ poza naszym utrzymaniem – staramy się też pomagać innym, na przykład przez długi czas dokarmialiśmy w jednej ze szkół biedne dzieci, które, kiedy wracały do domu to widziały tylko pijanych rodziców; pomagamy również według rozeznania i możliwości także bezdomnym. Dziękuję też za modlitwę, bo czujemy, że są ludzie, którzy za nas się modlą. 

    Dziękuję za rozmowę

    Marta Dybińska/PCh24.pl

    ______________________________________________________________________________________________________________

    ______________________________________________________________________________________________________________

    NIEDZIELA – 11 LUTEGO

    OD GODZ. 13.30 – ADORACJA NAJŚWIĘTSZEGO SAKRAMENTU / SPOWIEDŹ ŚW.

    GODZ. 14.00 – MSZA ŚWIĘTA * VI NIEDZIELA ZWYKŁA * ROK B

    PO MSZY ŚW. – KORONKA DO BOŻEGO MIŁOSIERDZIA

    _________________________________________________

    Dzień Matki Bożej z Lourdes

    “Na świecie istnieje miłość silniejsza od śmierci, od naszych grzechów i słabości” 

    Dziś dzień Matki Bożej z Lourdes. "Na świecie istnieje miłość silniejsza od śmierci, od naszych grzechów i słabości"
    Lourdes, grota/ fot. Roman Koszowski/Gość Niedzielny

    ***

    Dziś przypada XXXII Światowy Dzień Chorego oraz 40. rocznicy Listu Apostolskiego „Salvifici doloris” św. Jana Pawła II o chrześcijańskim sensie ludzkiego cierpienia, który jest jednym z najbardziej kompletnych dokumentów Kościoła ostatnich dziesięcioleci na temat ludzkiego cierpienia.

    Cierpienie wyzwala miłość.

    Św. Jan Pawł II powiedział: „Miłosiernym Samarytaninem jest każdy człowiek, który zatrzymuje się przy cierpieniu drugiego człowieka”.

    W owej ewangelicznej przypowieści o dobrym Samarytaninie odnajdujemy różne postawy w odniesieniu do ludzkiego cierpienia. Najpierw jest to obojętność i religijna hipokryzja kapłana i lewity, którzy widząc śmiertelnie pobitego i złupionego przez zbójców człowieka, po prostu go mijają, choć wracają z jerozolimskiej świątyni, gdzie sprawowali religijny kult. I pewnie wydawało się im, że są blisko Boga. Ale to tylko im się wydawało – bo przecież ich serca były całkowicie znieczulone i zimne. Właściwie – tak jak powinien zachować się każdy człowiek – zachował się Samarytanin, bo w tym na pół umarłym nieszczęśniku zobaczył drugiego człowieka. Mieć serce po właściwej stronie – to znaczy zobaczyć w cierpiących, których napotykamy na drodze naszego życia, przede wszystkim człowieka. Ks. Józef Tischner będąc już na łożu śmierci napisał takie słowa: “Cierpienie nie dźwiga, cierpienie nie uszlachetnia. Wręcz przeciwnie: cierpienie zawsze niszczy. Tym, co uszlachetnia, co dźwiga, podnosi i wznosi ku górze, jest tylko miłość”. Prawdziwa miłość bliźniego potrafi zobaczyć dramat cudzego cierpienia, wzruszyć się i konkretnie mu ulżyć. To właśnie uczynił Dobry Samarytanin.

    Z Ewangelii wg św. Łukasza


    Jezus (…) rzekł: „Pewien człowiek schodził z Jerozolimy do Jerycha i wpadł w ręce zbójców.

    Ci nie tylko że go obdarli, lecz jeszcze rany mu zadali i zostawiwszy na pół umarłego, odeszli. Przypadkiem przechodził tą drogą pewien kapłan; zobaczył go i minął. Tak samo lewita, gdy przyszedł na to miejsce i zobaczył go, minął.

    Pewien zaś Samarytanin, będąc w podróży, przechodził również obok niego. Gdy go zobaczył, wzruszył się głęboko: podszedł do niego i opatrzył mu rany, zalewając je oliwą i winem; potem wsadził go na swoje bydlę, zawiózł do gospody i pielęgnował go.

    Następnego zaś dnia wyjął dwa denary, dał gospodarzowi i rzekł: »Miej o nim staranie, a jeśli co więcej wydasz, ja oddam tobie, gdy będę wracał«. Któryż z tych trzech okazał się, według twego zdania, bliźnim tego, który wpadł w ręce zbójców?”. On odpowiedział: „Ten, który mu okazał miłosierdzie”. Jezus mu rzekł: „Idź, i ty czyń podobnie!” (Łk 10, 30–37)

    _____________________________________________________________________________

    Miłosierny Samarytanin

    Eugene Delacroix, „Miłosierny Samarytanin”

    „Miłosierny Samarytanin” – Eugene Delacroix,
    olej na płótnie, 1849, kolekcja prywatna, Paryż
    /Gość Niedzielny

    ***

    Dobry Samarytanin (wg Delacroix)

    Dobry Samarytanin (wg Delacroix)
    Obraz Vincenta van Gogha z 1890 roku

    ______________________________________________________________________________________________________________

    OD 11 LUTEGO DO 16 LIPCA 1858 ROKU

    NAJŚWIĘTSZA MARYJA PANNA

    OBJAWIŁA SIĘ 18 RAZY

    św. BERNARDECIE SOUBIROUS w grocie Massabielle

    Objawienia w Lourdes - gigantyczny dar Pana Boga dla ludzkości

    ***

    Objawienia w Lourdes – gigantyczny dar Pana Boga dla ludzkości

    Objawienia Matki Bożej w Lourdes

         Objawienia Matki Bożej w Lourdes w 1858 r. są niezwykle ważnym wydarzeniem historycznym i równocześnie wielkim Bożym darem dla Kościoła oraz całej ludzkości.

         W tym sanktuarium Jezus Chrystus za pośrednictwem swojej Matki, Maryi, nieustannie przemienia serca milionów pielgrzymów przybywających tam każdego roku, uzdrawiając ich dusze i ciała. To właśnie w takich miej scach j ak Lourdes w sposób namacalny odkrywa się prawdę słów Chrystusa: że to, co decyduje o historii ludzkości i wiecznym szczęściu każdego człowieka, jest zakryte przed “mądrymi i roztropnymi” – czyli takimi, którzy nie kierują się logiką wiary, natomiast “zostaje objawione prostaczkom” – czyli ludziom, dla których wiara w Jezusa Chrystusa staje się najcenniejszym skarbem. Kochający Bóg nieustannie do nas apeluje: “Jeżeli nie uwierzycie, nie zrozumiecie” (por. Iz 7, 9). To znaczy: jeżeli nie uwierzycie w istnienie tajemnicy Boga, który stał się prawdziwym człowiekiem w łonie Maryi Dziewicy, zamykacie sobie możliwość poznania prawdy i drogę życia wiecznego.

    Historia objawień

         Święta Bernadetta Soubirous przychodzi na świat 7 stycznia 1844 r. w pobożnej i biednej rodzinie młynarza Franciszka i Ludwiki Soubirous. W 1854 r. z powodu finansowego kryzysu rodzina musi opuścić młyn w Boly i przeprowadzić się do małego, nędznego mieszkania w Lourdes. Ich sytuacja materialna pogarsza się wtedy jeszcze bardziej. Ojciec i matka pracują jako najemni robotnicy. Bernadetta zastępuje ich w domu i opiekuje się młodszym rodzeństwem – siostrą Antosią oraz braćmi Janem-Marią i Justynem. Z tego powodu nie chodzi do szkoły i nie przygotowuje się do Pierwszej Komunii św.

         W 1855 r. epidemia cholery dociera do Lourdes. Umiera wielu ludzi. Zaraża się również jedenastoletnia Bernadetta. Choroba zrujnowała jej delikatny organizm – dziewczynka nabawiła się astmy, a później gruźlicy kości nóg, co stało się przyczyną jej śmierci w trzydziestym czwartym roku życia. Na początku września 1857 r. rodzice wysyłają Bernadettę do rodziny Avarantów w pobliskiej wiosce Bertres, aby pomagała tam w pasieniu owiec.

         Wkrótce podejmuj decyzję o jej powrocie do Lourdes. Bernadetta wraca 21 stycznia 1858 r. i rozpoczyna przygotowanie do Pierwszej Komunii św. oraz naukę w szkole podstawowej, którą prowadziły siostry z Nevers. W krótkim czasie Bernadetta nauczyła się płynnie pisać i czytać. Kiedy wracała ze szkoły, pomagała matce w pracach domowych i opiekowała się młodszym rodzeństwem. Bernadetta wychowywała się w atmosferze prostej i szczerej pobożności swoich rodziców, którzy codziennie modlili się razem z dziećmi. Przejęła od nich skarb żywej wiary i dziecięcego zaufania Bogu.

    Przełomowy dzień

         11 lutego 1858 r. Bernadetta razem z siostrą Antonią i sąsiadką Joanną wybrały się nad rzekę Gave, aby nazbierać suchych gałęzi do palenia w piecu. Kiedy podeszły do groty, nad którą wznosiła się skała, nazywana Massabielle, musiały przeprawić się przez przepływający tam strumień lodowatej wody. Po ściągnięciu butów Bernadetta zdejmowała pończochy, gdy nagle usłyszała dziwny szum wiatru. “Spojrzałam w stronę groty – pisała potem – i zobaczyłam, że z jej wnętrza wypłynął złocisty obłok, a tuż za nim wyszła tak niezwykle piękna Pani, jakiej nigdy w życiu nie widziałam. Miała białą szatę, welon także biały, błękitny pasek i żółte róże na stopach. Od razu popatrzyła na mnie, uśmiechnęła się i pokazała mi, bym podeszła do Niej, jak gdyby była moją matką. Cały mój strach zniknął, ale wydawało mi się, że straciłam świadomość tego, gdzie jestem. Przecierałam oczy, zamykałam je, otwierałam, lecz Pani wciąż stała na tym samym miejscu, dalej uśmiechając się do mnie – aż zrozumiałam, że to wszystko nie jest złudzeniem. Nie myśląc o tym, co robię, wzięłam w ręce swój różaniec i uklękłam. Pani skinęła głową na znak aprobaty i sama także wzięła do rąk różaniec, który miała przewieszony przez prawe ramię. Kiedy chciałam zacząć odmawiać różaniec i próbowałam podnieść dłoń do czoła, rękę miałam jakby sparaliżowaną – i dopiero kiedy Pani się przeżegnała, ja mogłam zrobić to samo. Jednak modliłam się sama, a Pani tylko przesuwała paciorki różańca w palcach, nie mówiąc nic. Dopiero na końcu każdej dziesiątki różańca odmawiała ze mną Chwała Ojcu… Kiedy skończyłam, dała mi znak, abym się do niej zbliżyła, ale się nie ośmieliłam. Wtedy nagle znikła”.

         Kiedy dziewczynki zobaczyły klęczącą Bernadettę, zaczęły się z niej wyśmiewać, mówiąc, że jest głupią dewotką. Jednak po chwili zrozumiały, że coś musiało się stać, i dlatego uporczywie dopytywały się swej koleżanki, co to było. Początkowo Bernadetta nic im nie chciała powiedzieć, ale w końcu uległa; opowiedziała swym towarzyszkom o ukazaniu się tajemniczej Pani, prosząc je o zachowanie całkowitej tajemnicy. Jednak po powrocie do domu dziewczynki szybko wszystko wypaplały, a Bernadetta musiała w szczegółach opowiedzieć matce o swym tajemniczym widzeniu. Matka skrzyczała ją za to, twierdząc, że są to tylko przywidzenia, i zakazała jej chodzenia do groty.

    “Nie obiecuję ci szczęścia na tym świecie”…

         Spotkanie z tajemniczą piękną Panią, która wyglądała na młodą dziewczynę w wieku szesnastu lub siedemnastu lat, było dla Bernadetty tak wielkim przeżyciem, że od tamtej pory odczuwała wewnętrzne przynaglenie, aby jak najszybciej iść do groty na kolejne widzenie. Matka jednak kategorycznie zabraniała jej tego. Dopiero w niedzielę 14 lutego po Mszy św. uległa usilnym prośbom córki i wyraziła zgodę. Bernadetta razem z dwiema koleżankami natychmiast wyruszyły do groty Messabielle. Były uzbrojone w różańce oraz w butelkę ze święconą wodą. Chciały tajemniczą postać pokropić wodą święconą i w ten sposób sprawdzić, czy nie jest to przypadkiem jakaś pułapka złego ducha. Po drodze przyłączyły się do nich jeszcze inne dziewczynki. Bernadetta doszła pierwsza do groty i od razu uklękła do modlitwy różańcowej. “Zaledwie skończyłam pierwszy dziesiątek – pisze – ujrzałam tę samą Panią. Natychmiast zaczęłam kropić ją wodą święconą, mówiąc, aby została, jeśli przychodzi od Boga, a jeśli nie – aby odeszła. Równocześnie przyspieszyłam kropienie wodą. Pani uśmiechnęła się do mnie i pochyliła głowę. Im więcej kropiłam, tym bardziej uśmiechała się i potakiwała głową. (…) Kiedy skończyłam różaniec, postać znikła”. Trzeba podkreślić fakt, że tylko sama Bernadetta widziała objawiającą się Postać. W czasie widzenia była w ekstazie, cała pochłonięta tym, co widzi, jakby oderwana od rzeczywistości, ze wzrokiem utkwionym w jeden punkt.

         Po powrocie do domu Bernadetta usłyszała od matki, że już nigdy nie będzie jej wolno pójść do groty Massabielle. Wpływowa i bogata mieszkanka Lourdes, pani Peyret, trawiona wielką ciekawością, wymogła jednak na matce Bernadetty, aby ta zgodziła się na pójście swej córki na miejsce objawień. 18 lutego, w piątek, po porannej Mszy św. Bernadetta razem z paniami Peyret i Millet wyruszyły do Massabielle. Piękna Pani ponownie objawiła się i prosiła widzącą: “Czy będziesz uprzejma przychodzić tu przez piętnaście dni?”. Dziewczynka odpowiedziała, że z radością spełni Jej prośbę – i wtedy usłyszała: “Nie obiecuję ci szczęścia na tym świecie, lecz w innym”.

         W czasie czwartego i piątego objawienia (19 i 20 lutego) Bernadetcie towarzyszyła dosyć duża gromadka ludzi. 20 lutego Maryja nauczyła ją modlitwy, którą Bernadetta odmawiała codziennie przez całe życie, ale jej tekstu nikomu nie przekazała. Podczas szóstego objawienia (21 lutego) Matka Boża prosiła o modlitwę za grzeszników. Wtedy też niewierzący lekarz, dr Dozous, chciał “zdemaskować oszustwo” – i dlatego postanowił zbadać dziewczynkę podczas ekstazy. Został głęboko poruszony jej zachowaniem i doświadczył obecności wielkiej tajemnicy. Od tego momentu rozpoczął się proces jego nawracania się. W swoim oświadczeniu dr Dozous stwierdził, że podczas ekstazy twarz Bernadetty stawała się nieziemsko piękna. Oznaczało to, że dziewczynka nawiązywała z kimś autentyczny kontakt. Podczas swych widzeń miała regularny puls, swobodny oddech i absolutnie nic nie wskazywało na jej nerwowe podniecenie.

    Wezwanie do pokuty i nawrócenia

         Ponieważ coraz więcej ludzi zaczęło przybywać na miejsce objawień, władze bardzo się zaniepokoiły i próbowały przez zastraszanie i przesłuchania zabronić Bernadetcie przychodzenia do groty. Podczas siódmego objawienia (23 lutego) Maryja przekazała dziewczynce “trzy tajemnice” – dotyczące wyłącznie jej osoby – których Bernadetta nigdy nikomu nie wyjawiła. Matka Boża prosiła ją też o przekazanie księdzu proboszczowi prośby, aby wybudował kaplicę w miejscu objawień. Ksiądz Peyramale nie wierzył jednak w prawdziwość objawień i dlatego poprosił o czytelny znak – aby Bernadetta zapytała piękną Panią, jakie ma imię, gdyż on, jak powiedział, nie ma zwyczaju wierzyć tajemniczym nieznajomym. A jeśli zjawa nie powie, kim jest, to będzie wg niego oznaczało, że jest oszustką albo że Bernadetta ma halucynacje.

         Podczas ósmego objawienia Matka Boża przekazała orędzie wzywające do pokuty i nawrócenia oraz do modlitwy o nawrócenie grzeszników. Mówiła: “Pokutujcie i módlcie się do Boga o nawrócenie grzeszników”. Następnego dnia (25 lutego) Maryja wskazała Bernadetcie miejsce na ziemi w grocie i kazała jej “napić się z tego zdroju, a potem się w nim obmyć”. A ponieważ nie było tam żadnego źródła, zaskoczona dziewczynka zaczęła rozgrzebywac ziemię i po chwili zauważyła wypływającą wodę. Nabrała więc dłońmi mulistej cieczy, napiła się jej, a następnie obmyła nią twarz, przez co pobrudziła ją sobie całą błotem. Wkrótce z tego miejsca zaczął płynąć wartki strumień krystalicznej wody. Wiadomość o źródle, które wytrysnęło w grocie, szybko rozeszła się po okolicy. Woda z tego źródła stała się znakiem uzdrawiającej łaski Bożej. Świadczą o tym tysiące uzdrowień niewytłumaczalnych z naukowego punktu widzenia.

    Pierwsze cudowne uzdrowienia

         Następnego dnia Maryja nie objawiła się Bernadetcie, za to przy grocie wydarzył się pierwszy cud. Kamieniarz Luis Bouriette od dwudziestu lat nie widział na prawe oko, które zostało mu wybite podczas wypadku przy pracy. Żarliwie modlił się przed grotą Massabielle i kilkakrotnie przemył oczy wodą ze źródła. Wtedy stał się cud: jego prawe oko zostało na nowo stworzone, a Luis odzyskał zdolność widzenia.

         Drugie cudowne uzdrowienie nastąpiło 1 marca. Katarzyna Latapie po ciężkim wypadku i skomplikowanym złamaniu nie mogła otworzyć dłoni. Po modlitwie i zanurzeniu dłoni w źródle jej ręka powróciła do stanu przed wypadkiem.

         Woda ze źródła w grocie Massabielle stała się znakiem Bożego działania. W pobliżu pobudowano specjalne baseny, w których każdego roku, po modlitwie, zanurza się setki tysięcy chorych. Następują tam wtedy cudowne uzdrowienia fizyczne i duchowe. Badania wykazały, że jest to normalna woda, że nie ma ona żadnych właściwości antyseptycznych czy antybakteryjnych. Nie stwierdzono jednak żadnego przypadku zakażenia czy zachorowania przez kąpiel albo picie zanieczyszczonej wody z tych basenów, w których wcześniej zanurzono tysiące ludzi cierpiących na różne choroby. Jest to dla nauki wielka lekcja pokory wobec Bożej strategii działania, które wymyka się wszelkim laboratoryjnym badaniom i analizom. Nie jest to jakaś woda “magiczna”, ale zanurzenie się w niej, napicie się jej czy obmycie się nią ma być znakiem nawrócenia, zerwania z grzechem, całkowitego zawierzenia Bogu i pojednania się z Nim oraz gotowości pełnienia Jego woli. Wtedy woda z Lourdes staje się znakiem, poprzez który Bóg dokonuje uzdrowień fizycznych i duchowych.

         Podczas objawień 27 lutego przed grotą zgromadziło się około 1000 ludzi. Z każdym dniem było ich coraz więcej. 3 marca zebrało się około 4000 osób, a 4 marca było ich już blisko 8000. Wśród nich znajdowali się dziennikarze lokalnych czasopism, w których niezadługo ukazały się artykuły pełne kpin i ironii. Teksty te stały się głównym źródłem informacji dla dzienników z Paryża i innych wielkich miast francuskich. Tylko artykuły Romana Capdevielle’a, znakomitego redaktora Memoriał des Pyrenees, przedstawiały w sposób bezstronny, wyważony oraz obiektywny fakty z groty Massabielle.

         Tego samego dnia, po skończonym objawieniu przy grocie, Bernadetta wracała do domu. Przy drodze spotkała niewidomą dziewczynę, Eugenię Troy, dotkniętą nowotworem rakowatym oczu, którą serdecznie uściskała i ucałowała, a następnie poprosiła ją, aby obmyła się wodą ze źródła z groty Massabielle. Kiedy Eugenia to uczyniła, została natychmiast uzdrowiona. Wieść o tym cudzie rozeszła się naokoło lotem błyskawicy.

    “Jestem Niepokalanym Poczęciem”

         W święto Zwiastowania, 25 marca, w nocy Bernadetta czuje nagle silne wewnętrzne przynaglenie, dlatego już o godzinie 5 rano udaje się do groty, razem ze swoimi rodzicami. Było jeszcze ciemno i panowała głęboka cisza, ale w miejscu objawień zgromadziła się już duża grupa ludzi, a wśród nich komisarz Jacomet. W czasie modlitwy różańcowej Bernadetcie objawia się piękna Pani. Podczas wcześniejszych objawień dziewczynka wielokrotnie pytała Ją o imię, ale w odpowiedzi otrzymywała tylko uśmiech. Tym razem ponownie zapytała zjawę, kim jest, i wtedy otrzymała długo oczekiwaną odpowiedź: “Jestem Niepokalanym Poczęciem”. Bernadetta była zaskoczona tą odpowiedzią, gdyż nie wiedziała, co znaczy to dziwne imię “Niepokalanie Poczęta”, tym bardziej że nigdy o nim nie słyszała. Nie zdążyła się już jednak o nic więcej zapytać, ponieważ śliczna Pani zniknęła.

         Bernadetta szybko pobiegła do proboszcza Peyramale’a, aby przekazać mu to dziwne imię. Aby go nie zapomnieć, w drodze ciągle powtarzała: “Niepokalanie Poczęta”. Bernadetta nie wiedziała, że 8 grudnia 1854 r. w Bazylice Watykańskiej został uroczyście ogłoszony przez papieża Piusa IX dogmat o Niepokalanym Poczęciu Najświętszej Maryii Panny. Kiedy proboszcz usłyszał z ust Bernadetty imię “Niepokalanie Poczęta”, z wrażenia aż zaniemówił. Zrozumiał bowiem, że Maryja użyła teologicznie doskonałej formuły, która potwierdzała dogmat ogłoszony cztery lata wcześniej. Maryja jest Niepokalanie Poczętą, ponieważ od momentu swego poczęcia została zachowana od wszelkiej zmazy grzechu pierworodnego, po to by mogła wypełnić misję Matki Zbawiciela. Dopiero wtedy proboszcz zrozumiał, że ma do czynienia z rzeczywistymi objawieniami Matki Bożej, a ta czternastoletnia dziewczynka, w swojej prostocie i niewiedzy, stała się przekazicielką orędzia Niepokalanej Pani dla całego świata. Widzenie 25 marca było przełomowe dla Bernadetty, gdyż dopiero wtedy dziewczynka zrozumiała, że ta piękna Pani, która się jej objawia, to Matka Boża, a nie jakaś dusza czyśćcowa czy też halucynacja, jak to niektórzy próbowali jej sugerować.

    Dwa ostatnie objawienia

         7 kwietnia miało miejsce siedemnaste objawienie. Podczas ekstazy Bernadetta nieświadomie przesunęła swą prawą dłoń nad palący się płomień świecy, którą trzymała w lewej ręce. Przez blisko kwadrans płomień przenikał jej przez palce, a mimo to dziewczynka nic nie czuła; na jej dłoni nie pozostał najmniejszy znak oparzenia. Obserwował to wszystko wspomniany wyżej dr Dozous, który po skończonej ekstazie Bernadetty przeprowadził na niej eksperyment: wziął drugą zapaloną świecę i dotknął nią ręki dziewczynki, która natychmiast krzyknęła z bólu i z oburzeniem powiedziała: “Pan mnie parzy!”. Dla dra Dozousa stało się wówczas oczywiste, że ma do czynienia z faktem nadprzyrodzonym, co definitywnie przekonało go o prawdziwości objawień.

         A przy grocie dokonywały się kolejne cudowne uzdrowienia – choćby takie jak to z 2 maja, kiedy to zrozpaczona matka przez 15 minut zanurzała w cudownym źródle swojego umierającego 18-miesięcznego synka. Już następnego dnia dziecko wróciło do pełni zdrowia.

         Nadzwyczajne uzdrowienia zaczęły przyciągać na miejsce objawień tysiące ludzi. Władze chciały jednak za wszelką cenę zatrzymać narastającą falę pielgrzymek i dlatego zamknęły dostęp do groty. Decyzją mera miasta stała się ona nielegalnym miejscem kultu religijnego. Nie poparł jednakże tego zarządzenia biskup i ludzie nadal tłumnie przybywali do Massabielle. Ponadto pielgrzymi zaczęli pisać petycje do ministra do spraw wyznań o odwołanie zarządzenia prefekta. Prócz tego mimo ponawianych gróźb ze strony władz ludzie kilkakrotnie zburzyli ogrodzenie broniące dostępu do groty. Wiele osób zostało z tego powodu osądzonych i skazanych lub ukaranych mandatami. Bernadetta w ogóle nie angażuje się w narastający konflikt pomiędzy ludźmi i władzą.

         Postawa władz radykalnie się zmieniła dopiero w końcu września 1858 r. Wówczas to cesarz Napoleon III, po cudownym uzdrowieniu swojego syna, nakazał otworzenie pielgrzymom dostępu do groty. Jego dziecko wyzdrowiało po napiciu się wody z cudownego źródła i spożyciu ziół pochodzących z Massabielle.

         Tymczasem z powodu pogarszającego się stanu zdrowia Bernadetta zostaje wysłana 8 maja na dwutygodniowe leczenie do pobliskiego sanatorium w Cauterets. Z wielkim utęsknieniem czekała i przygotowywała się na przyjęcie Pierwszej Komunii Świętej w dniu 12 czerwca 1858 r. Od tamtej chwili przyjmowanie Jezusa w Komunii św. stało się dla niej najważniejszym wydarzeniem i największym źródłem duchowej mocy. 16 lipca 1858 r., w święto Matki Boskiej z góry Karmel, po przyjęciu Komunii św. Bernadetta czuje wewnętrzne przynaglenie, aby udać się do groty na spotkanie z Niepokalaną Dziewicą. Dotarła tam tuż przed zachodem słońca. Podczas modlitwy różańcowej Matka Boża objawiła się jej po raz ostatni. Bernadetta mówiła, że Maryja wtedy milczała i że była piękniejsza niż kiedykolwiek wcześniej.

         Warto w tym miejscu odnotować znamienny fakt, że w czasie objawień, od 11 lutego do 16 lipca 1858 r., nie odnotowano w rejonie Lourdes żadnych przestępstw i nikt nie został w tym okresie skazany na karę więzienia.

    Epilog

         Objawienia Matki Bożej w Lourdes potwierdziły, że nauczanie Kościoła jest prawdą pochodzącą od Boga. 28 lipca 1858 r. ordynariusz Tarbes, bp Laurence, powołał komisję kanoniczną do zbadania prawdziwości objawień. Wielokrotnie przesłuchiwała ona Bemadettę i innych świadków, a także szczegółowo badała wszystkie przypadki cudownych uzdrowień. Po przyjęciu wyników prac komisji, 18 stycznia 1862 r., biskup Laurence wydał dekret uznający nadprzyrodzony charakter objawień w Lourdes. Czytamy w nim: “Uważamy za pewne, że Maryja Niepokalana, Matka Boża, rzeczywiście ukazała się Bernadecie Soubirous 11 lutego 1858 r. i w dniach następnych osiemnaście razy w Grocie Massabielskiej, na peryferiach Lourdes, i że wszystkie te objawienia były prawdziwe. Wierni zatem mogą w nie wierzyć”.

         W roku 1866 Bernadetta wstąpiła do zakonu sióstr miłosierdzia w Nevers i pozostała tam aż do swojej śmierci 16 kwietnia 1879 r. Lourdes tymczasem stało się jednym z największych sanktuariów w świecie. Obecnie każdego roku przybywa tam około 5 milionów pielgrzymów, aby prosić Maryję o uzdrowienie duszy i ciała. Sługa Boży Jan Paweł II dwukrotnie pielgrzymował do tego sanktuarium. Jego druga wizyta w Lourdes była zarazem jego ostatnią podróżą zagraniczną. Papież wypowiedział wtedy znamienne słowa: “Oto dotarłem do kresu mojej pielgrzymki”…



     ks. Andrzej Trojanowski TChr

    nr 1-2008

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Wściekli na objawienia!

    Jak wrogowie Kościoła obśmiewali Lourdes

    (fot. REUTERS/Regis Duvignau/FORUM)

    ***

    Objawienia z Lourdes widowiskowo potwierdziły prawdziwość wiary katolickiej. Nie dziwi zatem, że wrogowie Kościoła próbowali i nadal próbują je „zdemitologizować”. Jednak ich argumenty, po bliższym przyjrzeniu się, same okazują się dość łatwymi do obalenia mitami.

    Początek drugiej połowy XIX wieku to trudny czas dla chrześcijan. W 1859 roku Karol Darwin opublikował książkę „O pochodzeniu gatunków”. Wbrew woli autora wykorzystano ją do walki z religią. Z kolei trzy lata później ukazało się „Życie Jezusa” Ernsta Renana. Jego autor próbował „dowieść”, jakoby Pan Jezus był zwykłym, acz wyjątkowym człowiekiem. Po upływie kolejnych pięciu lat Karol Marks i Fryderyk Engels wydali „Kapitał”. Pozycję tę niejednokrotnie wykorzystywano do zwalczania religii.

    Jakby antycypując te ataki, w 1858 roku w miejscowości Lourdes w południowo-zachodniej Francji Matka Boża objawiła się 14-letniej ubogiej analfabetce Bernadecie Soubirous. Matka Boża w Lourdes, w grocie Massabielle zjawiła się 18 razy. Po raz pierwszy 11 lutego 1858 roku, a ostatni, osiemnasty, 16 lipca 1858 roku. Kulminacyjnym momentem jest objawienie szesnaste. Wówczas to, w Święto Zwiastowania, 25 marca Matka Boża powiedziała „Jestem Niepokalane Poczęcie”. Stało się to 4 lata po ogłoszeniu przez błogosławionego Piusa IX dogmatu o Niepokalanym Poczęciu Matki Bożej. Jednak Bernadeta, jako pochodząca z ubogiej rodziny analfabetka, nie wiedziała o tej prawdzie wiary. Podczas objawień Matka Boża wezwała też do odkopania źródła, do dziś służącego cudownym uzdrowieniom. Gorąco prosiła także o pokutę za grzeszników, a także ukazywała różaniec.

    Oprócz niezwykle istotnej treści tego objawienia, co najmniej równie istotne jest to, że w ogóle się ono wydarzyło. Jak bowiem zauważa Vittorio Messori w książce „Tajemnica Lourdes – Czy Bernadeta nas oszukała”: „jeśli Bernadeta nas nie oszukała, jeśli nie oszukiwała samej siebie, to nie oszukuje siebie też katolik, wierząc w prawdę Ewangelii i kierując się nauką Kościoła, który jest tej prawdy autentycznym gwarantem. (…) Ta grota jest więc punktem oparcia, kołem ratunkowym podarowanym wiernym, by mogli się go uchwycić w dramatycznym momencie zwrotnym współczesnej historii, w którym racjonalizm, pozytywizm, socjalizm, liberalizm i wszelkie inne izmy, wszelkie inne ideologie postchrześcijańskie przypuściły wielki atak na korzenie wiary jako takiej”.

    Innymi słowy, jeśli objawienia w Lourdes są fałszywe, to upada tylko jeden z licznych argumentów za prawdziwością wiary. Katolicyzm może i tak być religio vera – religią prawdziwą, choć z innych powodów. Jeśli jednak Lourdes nie jest zmyśleniem, jeśli rzeczywiście zjawiła się tam Matka Boża z różańcem, prosiła o przekazanie informacji katolickim księżom, mówiła o procesji, o budowie kaplicy, o katolickim dogmacie Niepokalanego Poczęcia, to stanowi to dowód prawdziwości Kościoła i wartości katolickiej pobożności.

    Kto chce ten może, przy odrobinie dobrej woli, dojść do prawdy na temat Lourdes. Tym bardziej, że praca źródłowa została już wykonana przez ludzi takich jak Vittorio Messori. Mimo to wciąż pojawiają się, nawet w wypowiedziach „uczonych”, twierdzenia dawno już obalone. Powiela się je wyłącznie by walczyć z Kościołem i głoszoną przezeń prawdą. Warto przyjrzeć się bliżej tym kłamliwym tezom.

    Rzekome oszustwo rodziców

    Zgodnie z jedną z karkołomnych prób „racjonalistycznego” wyjaśnienia objawień w Lourdes, stanowiły one spisek… rodziców dziewczynki. Ci bowiem, wcześniej zamożni, popadli w ruinę. W dodatku cieszyli się złą sławą. Ojciec, ledwie rok przed objawieniami, z powodów humanitarnych został zwolniony z aresztu. Mimo to wiele wskazywało na to, że rzeczywiście był winny zarzucanego mu czynu: kradzieży mąki. Matka natomiast „cieszyła się” złą sławą osoby nader często używającej alkoholu.

    „Zważywszy na to” – pisze Messori – „można było zakładać oszustwo zorganizowane przez owych nędzarzy, wykorzystujących najstarszą córkę, żeby zebrać ofiary od naiwnych bigotów i wyjść z nędzy, w którą wpadli po wcześniejszym okresie dobrobytu”.

    Prawda jest jednak całkowicie inna, jak precyzuje włoski pisarz. Przecież rodzicom Bernadety wręcz zależało na ukróceniu jej wizji. Niepokoiły ich tłumy ciekawskich chcących zobaczyć córkę. Komisarz policji Dominique Jacomet wmawiał wprawdzie, że rodzice nakłaniali dziewczynkę, by ta chodziła do groty. Posunął się do sfabrykowania zeznań Bernadety, skarżącej się jakoby na tego typu przymus. W rzeczywistości to jednak komisarz (podobnie jak jej ojciec) nakłaniali dziewczynkę do rezygnacji z chodzenia do groty objawień. Ta zaś nie uginała się pod presją. – Nie proszę pana, nie mogę nie pójść. Obiecałam – mówiła do komisarza. 

    „Wiarygodności świadectwu Bernadety przydała, może w sposób ostateczny, całkowita obojętność młodej dziewczyny na korzyści oraz jej troska, by to, co się wydarzyło i co się działo, nie przyniosło profitów ani jej samej, ani jej rodzinie. Dzięki temu obalone zostały podejrzenia władzy, które – niechętnie, jak przypuszczam – wreszcie zrezygnowały z tezy o oszustwie w celu ciągnięcia zysków” – podkreśla Messori.

    Bernadetta, pomna na słowa Matki Bożej pilnowała, by nie osiągnąć żadnego zysku z objawień. Dlatego też nie przyjmowała podarunków. Zasadę tę rozumiała dosłownie: nie chciała nawet podarowanych jej książek religijnych. Odmówiła też przyjęcia drogocennego różańca od biskupa. Także rodzina nie wzbogaciła się na wizjach Bernadety. Jeśli już, to można mówić o stracie. Wszak ciekawscy przybywający do domu… odrąbywali tynk ze ścian i podniszczali stół.

    „Kiedy ktoś przyjeżdżał z Lourdes i przekazywał jej wieści o najbliższych, zawsze mówiła, kręcąc głową: Oby tylko się nie wzbogacili. I rzeczywiście, mimo otwarcia sklepiku Jean Marie ani żadne z Soubirous, nigdy się nie wzbogacił – ani wtedy, ani później” – podkreśla Vittorio Messori.

    Rzekome oszustwo księży

    Zgodnie z inną pogłoską, Lourdes to wymysł ówczesnego kleru, liczącego bądź na zysk, bądź też na przyciągnięcie ludu do wiary. Jednak i ta pogłoska rozbija się o skałę faktów. Nie wykluczał jej wprawdzie komisarz policji, Dominique Jacomet. Sam wierny katolik, był co najmniej równie wiernym policjantem.   

    Wszystko jednak wskazuje przeciwko tej tezie. Kler nie tylko nie promował wizji Bernadety, lecz stanowczo się jej sprzeciwiał. Autor bestsellera poświęconego Lourdes, Henri Lasserre, zarzucał wręcz duchownym ignorowanie ludu, widzącego w objawieniach „palec Boży”. Jest w tym sporo prawdy, choć tak ostra krytyka jest nieuzasadniona. Zdrowy sceptycyzm w odniesieniu do objawień prywatnych stanowi bowiem stałą praktykę Kościoła. Pozwala on na odróżnienie objawień prawdziwych oraz fałszywych.

    Właśnie takim racjonalnym podejściem cechował się ówczesny biskup diecezji Tarbes, na terenie której dochodziło do objawień. Rygorystyczny i surowy, popierał jednocześnie postęp naukowy i techniczny. Mawiał, że gdyby nie powołanie kapłańskie zostałby inżynierem. Z pewnością tego spokojnego hierarchy nie da się oskarżyć o wichrzycielstwo czy łatwowierność. „Tego typu człowiek mógł dać się przekonać jedynie faktom, które przeszły próbę konkretnych badań” – zauważa Vittorio Messori.

    Co więcej, księża w ogóle nie mogli udawać się do groty objawień z powodu zakazu władz kościelnych. Jedynym duchownym, jaki podczas obowiązywania biskupiego zakazu zobaczył objawienia, okazał się Antoine Desirat. Usprawiedliwiając się, że nie mieszka w Lourdes, dołączył pewnego dnia do świeckich podążających do groty objawień. Stał tuż przy wizjonerce.

    Po opuszczeniu groty nie zamierzał swojego pobytu ukrywać. Gdy jednak opowiedział całą historię w seminarium w Saint-Pe w rozmowie z dwoma księżmi „przerwał mu wybuch śmiechu obu duchownych, którzy zaczęli natrząsać się z jego łatwowierności. Niechże, jeśli już musi, poświęci czas na poważne kwestie, teologiczne, biblijne, a nie ugania się za bajkami i duchami z ludowych zabobonów” – mówili. Dobrze odzwierciedla to ówczesne podejście lokalnego kleru do sprawy.

    Ktoś jednak może stwierdzić, że duchowieństwo, nie wierząc w objawienia wymyśliło je dla zysku, dla przyciągnięcia pielgrzymów i zwiększenia ich datków. Stosunek Bernadety do korzyści finansowych był, jak już wiemy, całkowicie negatywny. A co z duchowieństwem?

    Jak już wspomniano, początkowo sprzeciwiało się ono objawieniom i zniechęcało do dawania wiary rewelacjom Bernadetty. Nawet jednak po uznaniu objawień przez biskupa miejsca i rozpoczęciu budowy sanktuariów, objawienia nie przyczyniły się do wzbogacenia lokalnego kleru ani diecezji. Francuska władza, całkowicie oddzielona od Kościoła, nie wspomagała budowy sanktuariów nad Gave de Pau. Oficjalnej pomocy nie udzielił też Watykan. Wpływały jedynie osobiste datki: papieży i hierarchów, ale przede wszystkim wiernych. Handel w Lourdes, sprzedaż pamiątek religijnych et cetera od razu przekazano „wolnemu rynkowi”. I tak też jest do dzisiaj.

    Generalnie, jak zauważa Vittorio Messori „Lourdes nie było interesem, tylko studnią bez dna, przede wszystkim ze względu na konieczność poniesienia olbrzymich wydatków na zakup ziemi, gdyż biskup chciał, aby teren był jak najrozleglejszy, by ochronić nieprzekraczalny święty pas wokół groty”. Budowa i utrzymanie kompleksu także nie należały – i nie należą – do tanich. Co zaś z handlem pamiątkami religijnymi? Otóż „jedną z pierwszych decyzji diecezji w Tarbes było pozostawienie handlu w rękach osób prywatnych”.

    Hipoteza o komedii

    Twierdzenia o wpływie kleru lub rodziców na Bernadetę okazują się zatem błędne. Walczący z prawdą nie poprzestają jednak na nich. Jedną z najbardziej obraźliwych, jakie wysuwają jest „hipoteza komediantki”. Zgodnie z nią, Bernadeta, nawet jeśli nie działała w imię zysku, chciała po prostu zwrócić na siebie uwagę.

    Przeanalizujmy zatem także tę hipotezę. Otóż jej prawdziwości przeczy przede wszystkim charakter wizjonerki. Wszak Bernadeta wszystko czyniła z umiarem „(…) sprowadzała do samej istoty w sposób naturalny, bez cienia pokazowego mistycyzmu. Przychodziła do groty w ostatniej chwili w towarzystwie jedynie paru koleżanek, cicha i zamyślona, często biegła, spiesząc się na spotkanie z cudowną Postacią, z radosną twarzą, bez żadnych oznak udawanej pokory”. W objawieniach brakowało jakiejkolwiek teatralności. Ekstaza trwała krótko, a jedynym jej objawem okazywała się przemiana twarzy dziewczynki podczas wizji” – pisze Mesorri.

    Co istotne, dziewczynka nie zgadzała się też spełniać życzeń osób pragnących dotykać jej, niczym relikwii. Przeciwnie, zachowywała całkowitą skromność. Co ciekawe, Bernadeta sprzeciwiała się przedstawianiu Matki Bożej w postaci innej, niż ta, jaką rzeczywiście ujrzała. A więc drobnej dziewczynki. Obstawała przy tym, pomimo, że kłóciło się to z wyobrażeniami dominującymi w ówczesnym Kościele.

    Co więcej, objawienia Bernadety wywołały na krótki czas modę wśród okolicznych mieszkanek na udawanie wizjonerek. Zachowanie oszustek, pragnących zwrócić na siebie uwagę i usuwającej się w cień Bernadety okazało się jednak krańcowo inne.

    Halucynacje? Żadną miarą!

    Hipoteza mniej obraźliwa, a z pozoru naukowa, to twierdzenie o halucynacjach, na jakie rzekomo cierpiała Bernadeta. Z powodu niedożywienia, biedy, wątłego zdrowia uległa ona rzekomo złudzeniom. Zwolennicy tej wersji zachowują prawdę o nieskazitelności charakteru Bernadety, a jednocześnie chronią się przed przyjęciem do wiadomości „zabobonu”. Nie dziwi zatem, że to twierdzenie zyskało sobie popularność wśród inteligencji.

    Szkopuł tkwi jednak w tym, że ono także rozmija się z prawdą. Bernadeta była wprawdzie słabo wykształcona, ale zdrowego rozsądku jej nie brakowało. Wręcz przeciwnie. Nie wykazywała żadnych symptomów histerii ani podobnych zaburzeń. Nigdy nie skarżyła się na brak zrozumienia ani na choroby, a jej opowieści cechował wielki realizm.

    Ponadto 27 marca 1958 roku trzech lekarzy na polecenie władzy świeckiej miało orzec o zaburzeniach psychicznych wizjonerki. Chodziło o podkładkę służącą umieszczeniu jej w zakładzie dla obłąkanych. Mimo nacisków władzy lekarze, znajdujący się w rzeczywistości pod wrażeniem dziewczynki, wydali salomonowe orzeczenie. Służyło ono oddaleniu groźby umieszczenia Bernadety w przytułku, bez jednoczesnego rozdrażniania władzy.

    Gmach wznoszony przez zwolenników racjonalizmu nieskładnie, choć z wielkim mozołem, rozpada się zatem jak domek z kart. Pozostaje prawda o niezwykłych uzdrowieniach, odnowie życia religijnego, o Niepokalanym Poczęciu. Pozostaje prawda katolicka, prawda o Bogu stale wybierającym „właśnie to, co głupie w oczach świata, aby zawstydzić mędrców (…) to, co niemocne, aby mocnych poniżyć”. Wszak „to bowiem, co jest głupstwem u Boga, przewyższa mądrością ludzi, a co jest słabe u Boga, przewyższa mocą ludzi.” (1 Kor 25;27). 

    Marcin Jendrzejczak/na podstawie książki Vittorio Messori „Tajemnica Lourdes czy Bernadeta nas oszukała” Wydawnictwo Znak, Kraków 2014/PCh24pl

    _________________________________________________

    Dobrze jeszcze dodać do powyższego rozważania o zwalczaniu objawień refleksje na temat proroków Starego Testamentu, którzy głosili to co im Bóg objawił. W Nowym Testamencie św. Paweł nawrócił się, ponieważ objawił mu się Pan Jezus. Cała Księga Apokalipsy powstała z objawień. A w naszych czasach jak powstał “Dzienniczek” siostry Faustyny? Po prostu ona spisała podyktowane słowa Pana Jezusa.

    Warto również poczytać dokumenty św. Piusa X, który w mocnych słowach określał tzw. modernistów i pełnych pychy heretyków nieuznających objawień z Nieba.

    Czas objawień w Lourdes bardzo wyraźnie pokazuje walkę z Bogiem a tym samym z Kościołem, którą nieustannie prowadzi masoneria. To w tamtych latach (1848-1870) rządy we Francji sprawował Napoleon III. Ileż w tym czasie wybuchało buntów, rebelii i powstań. Wtedy rodził się liberalizm, socjalizm, nacjonalizm i komunizm. Warto również wspomnieć o objawieniach we Fatimie, gdzie władza w Portugalii w tamtym czasie była w rękach masonerii.

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Namaszczenie chorych – sakrament uzdrowienia, nie „ostatnie namaszczenie”

    fot. via: Flickr (Catholic Church England and Wales)

    ***

    Namaszczenie chorych – sakrament uzdrowienia, nie „ostatnie namaszczenie”

    W 1858 roku, w cztery lata po ogłoszeniu przez Piusa IX dogmatu o Niepokalanym Poczęciu, Matka Boża zjawiła się ubogiej pasterce, św. Bernadecie Soubirous, w Grocie Massabielskiej w Lourdes. Podczas osiemnastu zjawień (w okresie 11 lutego-16 lipca) Maryja wzywała do modlitwy i pokuty.

    25 lutego w czasie ekstazy Bernadetta słyszy polecenie:

    „A teraz idź do źródła, napij się z niego i obmyj się w nim”. Dziewczę kieruje swoje kroki do pobliskiej rzeki, ale słyszy głos: „Nie w tę stronę! Nie mówiłam ci przecież, abyś piła wodę z rzeki, ale ze źródła. Ono jest tu”.

    Dziewczę na kolanach podążyło ku wskazanemu w pobliżu groty miejscu. Gdy zaczęła grzebać, pokazała się woda. Na oczach tłumu śledzącego wszystko uważnie ukazało się źródło, którego dotąd nie było. Woda biła z niego coraz obficiej i szerokim strumieniem płynęła do rzeki. Okazało się rychło, że woda ta ma moc leczniczą. Następnego dnia posłał do źródła po wodę swoją córkę niejaki Bouriette, kamieniarz, rzeźbiarz nagrobków. Stracił prawe oko przy rozsadzaniu dynamitem bloków kamiennych. Także na lewe oko widział coraz słabiej. Po gorącej modlitwie począł przemywać sobie ową wodą oczy. Natychmiast odzyskał wzrok. Cud ten zapoczątkował cały szereg innych tak dalece, że Lourdes zasłynęło z nich jako pierwsze wśród wszystkich sanktuariów chrześcijańskich. 27 lutego Matka Boża ponawia życzenie, aby na tym miejscu powstała kaplica. 1 marca 1858 roku poleca Najświętsza Panna Bernadecie, aby modliła się nadal na różańcu. 2 marca Matka Boża wyraża życzenie, aby do groty urządzano procesje.

    Kiedy wspominamy Matkę Bożą z Lourdes – jest to czas, który zmusza nas do refleksji – jak przeżywamy z najbliższymi czas choroby i jak ich przygotowujemy przez sakrament chorych do spotkania z Bogiem w wieczności?

    Cierpienie budzi współczucie, szacunek i na swój sposób onieśmiela. Nic dziwnego: jest w nim przecież zawarta tajemnica. Dla katolików nie bez znaczenia jest to, że Jezus Chrystus, przez posługę Kościoła niesioną choremu w sakramencie chorych, faktycznie obdarowuje go nie tylko swoją Boską mocą, ale też daje znak swej szczególnej łączności z człowiekiem cierpiącym. Pisze św. Jakub Apostoł: Choruje ktoś wśród Was? Niech sprowadzi kapłanów Kościoła, by się modlili nad nim i namaścili go olejem w imię Pana. A modlitwa pełna wiary będzie dla chorego ratunkiem i Pan go podźwignie, a jeśliby popełnił grzechybędę mu odpuszczone” (Jk 5, 14-15).

    „Skutki specjalnej łaski sakrament namaszczenia chorych są następujące:
    – zjednoczenie chorego z męką Chrystusa dla jego własnego dobra oraz dla dobra całego Kościoła;
    – umocnienie, pokój i odwaga, by przyjmować po chrześcijańsku cierpienia choroby lub starość;
    – przebaczenie grzechów, jeśli chory nie mógł go otrzymać przez sakrament pokuty;
    – powrót do zdrowia, jeśli to służy dobru duchowemu;
    – przygotowanie na przyjście do życia wiecznego” (KKK 1532).

    Wraz z sakramentem chorych jest związana posługa roznoszenia chorym Komunii św. do ich domów. Pan Bóg sprawia, że już w trzeciej parafii, w której posługuję, odwiedzam w I Piątki Miesiąca chorych. Jest to szczególny rodzaj posługi, niesienie Jezusa Eucharystycznego tym, którzy przez chorobę i cierpienie, nie mogą aktywnie uczestniczyć w życiu parafii. Przez prawie 3 lata odwiedzałem regularnie, raz w miesiącu ponad 20 osób, część już z nich odeszła do Pana, obecnie odwiedzam 11 osób przykutych krzyżem choroby do łoża. Bardzo sobie cenią tę posługę. Przez regularnie przyjmowanie Jezusa, wielu chorych „godnie” przeżywa samotność, chorobę, fakt odchodzenia. Wielu „uspokaja” obecność kapłana. Boli jednak fakt, że wielu parafian, nie chce korzystać z tej formy posługi stałej bądź doraźnej. Wiele odchodzi nie przygotowanych, nie pojednanych z Bogiem. Często jest to wina najbliższych, którzy zabiegają przy chorym lub odchodzącym o wiele ważnych spraw, ale nie o te najważniejsze. Kto jest odpowiedzialny za to, że najbliższa osoba nie została przygotowana do przejścia do wieczności?

    Podczas studiów w na Uniwersytecie we Fribourgu, dane mi było kilka razy nawiedzać Sanktuarium Cierpienia w Lourdes. Jest to szczególne miejsce naznaczone obecnością Matki Bożej i ludzi chorych. Ilekroć staje się przed Grotą Masabielską, w której objawiała się Maryja, dotyka się tajemnicy ludzkiego cierpienia. Nie można zapomnieć tego miejsca z ludźmi chorymi, nie może nie wywrzeć nawet na niewierzących wrażenia procesja z Najświętszym Sakramentem o godz. 15.00 i błogosławieństwo nim chorych, czy wieczorna procesja różańcowa o godz. 21.00. Wielokrotnie byłem szczęśliwy, że mogłem tam być i uczestniczyć w tych wydarzeniach czynnie. Z całego świata rocznie przybywa prawie 6 milionów pielgrzymów, gdzie dokonują się uzdrowienia z chorób ciała i duszy. Wiele jest zgłaszanych w księgach uzdrowień, a o wielu wie tylko Bóg, Maryja i dane osoby. Chorzy pociągami, samolotami, samochodami przybywają i proszą o łaskę zdrowia.

    Takim pielgrzymem był już schorowany św. Jan Paweł II, który odbył w dniach 14-15/08/2004 roku przebywał w Lourdes. Najpierw skierował się do Groty Objawień. Długo klęczał na specjalnie przygotowanym klęczniku a jego twarz przenikała modlitewna zaduma połączona z wyraźnym śladem cierpienia. – Klękając tutaj, przy grocie Massabielskiej, ze wzruszeniem odczuwam, że dotarłem do kresu mej pielgrzymki – powiedział w przejmujący sposób.
    Zapalił świecę i napił się wody ze źródła – tak jak czynią to wszyscy pielgrzymi. Na ręce biskupa Tarbes i Lourdes Jacques’a Perrier przekazał Złotą Różę dla sanktuarium.
    Mówił:

    „Jestem tutaj razem z Wami, drodzy bracia i siostry, jako pielgrzym do Najświętszej Dziewicy. Czynię moimi wasze modlitwy i nadzieje, dzielę z Wami ten czas naznaczony fizycznym cierpieniem, ale niemniej płodny w cudownym zamyśle Boga. Z Wami modlę się za tych, którzy powierzają się modlitwie – zwrócił się bezpośrednio do chorych. Chciałbym Was wszystkich objąć, jednego po drugim, w sposób serdeczny moimi ramionami i zapewnić Was, jak bardzo Wam jestem bliski i solidarny z Wami. Czynię to w sposób duchowy, powierzając Was macierzyńskiej miłości Matki Pana i prosząc Ją, by wybłagała Wam Błogosławieństwo i pocieszenie Jej Syna Jezusa”.

    Ostatnim etapem pobytu Jana Pawła II w Lourdes, była przejmująca modlitwa papieska w Grocie. W miejscu, gdzie 25 marca 1858 r. św. Bernadettcie Sobirous objawiła się Matka Boża, papież przez kilkanaście minut modlił się w absolutnym skupieniu.
    Po tej modlitwie w ciszy i skupieniu towarzyszący papieżowi kardynałowie i biskupi zaintonowali pieśń „Salve Regina”. Papież uśmiechał się, pochylał głowę, wznosił wzrok na figurę Matki Bożej.

    Nie bójmy się kapłana, który przynosi ulgę w cierpieniu. Niech Matka Boża z Lourdes wyprasza nam łaskę zdrowia, łaskę dobrze przeżywanego sakramentu namaszczenia chorych i przyjmowania Jezusa Eucharystycznego, który daje siłę i moc do dźwigania krzyża cierpienia i choroby.

    ks. Grzegorz A. Ostrowski/Diecezja Płocka/Fronda.pl

    _____________________________________________________________________________________________________________

    o. Jan Strumiłowski OCist:

    Najgroźniejszy skutek grzechu

    (pixabay.com)

    ***

    Grzech nigdy nie jest wyłącznie pojedynczym aktem złego uczynku czy fatalnego wyboru, który pozostaje za nami w przeszłości. Grzech, nawet odpuszczony, pozostawia po sobie ranę, która wymaga uzdrowienia. Niekiedy terapia trwa do końca doczesnego życia. Jakie są zatem skutki grzechu?

    Grzech jest nade wszystko aktem sprzeciwu wobec Boga, przez co sprawia, że tracimy łaskę i jedność z Bogiem. Tak było zarówno w przypadku grzechu pierworodnego, jak i do dziś jest w przypadku grzechów uczynkowych ciężkich. Wraz z utratą Bożego życia tracimy zbawienie. Oczywiście dzięki Bożemu miłosierdziu możemy powrócić do jedności z Bogiem. Niektóre skutki grzechu jednak pozostają w nas nawet po odpuszczeniu nam samego grzechu. Najbardziej jaskrawo widzimy te skutki na przykładzie grzechu pierworodnego. Jednak to, co Kościół podaje nam jako prawdę o stanie naszej natury po grzechu pierworodnym, w odpowiedniej proporcji odnosi się również do skutków powodowanych przez nasze winy zaciągane indywidualnie.

    Wiemy, że skutkiem grzechu pierworodnego jest cały nieporządek w świecie: załamanie pierwotnej harmonii i osłabienie naszej natury. To, że dotykają nas choroby, że cierpimy, że umieramy – to wszystko stanowi skutek grzechu pierworodnego.

    Jego następstwem jest również osłabienie naszej woli i rozumu. Na skutek grzechu Bóg nie jest dla nas kimś oczywistym. Nasz rozum nie rozpoznaje Go spontanicznie. W stanie pierwotnej niewinności istnienie i obecność Boga były dla Adama czymś oczywistym. Grzech jednak tak osłabił ludzki rozum, że istnienie Boga nie jest czymś bezpośrednio mu się narzucającym.

    Ale natura nie została zniszczona, tylko osłabiona. Z tego względu nadal dla każdego człowieka poznanie istnienia Boga i Jego przymiotów jest możliwe nawet samym światłem naturalnego rozumu – o czym wyraźnie naucza Sobór Watykański I. Zauważyć jednak możemy pewną zależność: im bardziej człowiek grzeszy, czyli im bardziej sprzeciwia się Bogu, tym bardziej jego umysł pogrąża się w ciemności i nie jest w stanie rozpoznawać Jego światła.

    Podobnie dzieje się z wolą. Ta również została osłabiona, lecz nie zniszczona. Czynienie dobra jest możliwe nawet dla człowieka pozbawionego łaski uświęcającej. Ale nie jest ono czymś spontanicznym i oczywistym. Czasami czynienie dobra jest trudne i wymaga od nas poświęcenia. A zdarza się i tak, że nawet kiedy rozpoznajemy dobro i pragniemy go, nasza wola bywa sparaliżowana złem.

    Grzech zatem sieje spustoszenie i w nas, i w świecie. Skutki grzechu nie mają jednak mocy bezwzględnej. Jeśli konsekwentnie żyjemy łaską, to nasz rozum staje się coraz jaśniejszy, a Bóg jawi się nam jako ktoś coraz bardziej oczywisty. Podobnie wola, jeśli żyjemy łaską, umacnia się tak, że coraz bardziej potrafimy przeciwstawiać się przemocy grzechu. Nie oznacza to oczywiście, że wraz ze wzrostem świętości, maleją pokusy – czasami jest wręcz odwrotnie. Jednak wraz ze wzrostem świętości wzrasta wolność względem szatana i jego zła – tak, że jesteśmy coraz bardziej zdolni przeciwstawiać się najsilniejszym pokusom.

    Dalsze natomiast skutki grzechu, jak cierpienie i śmierć, nie są zależne od stopnia naszej świętości. One ustaną dopiero po przekroczeniu granicy doczesności.

    Zapomnienie o Bogu

    Istnieje jednakowoż jeszcze jeden skutek grzechu – najgroźniejszy ze wszystkich. Jest nim zapomnienie o Bogu. Człowiek został stworzony w taki sposób, że Bóg jest jego jedynym i właściwym spełnieniem. Pod tym względem jesteśmy zupełnie wyjątkowi w świecie stworzeń (nie licząc aniołów). Każde stworzenie znajduje swoje spełnienie we własnej doskonałości, to znaczy w pełni realizacji własnego bytu, aktualizacji własnej natury. Natura ludzka jest zaś otwarta na Boga – nie potrafi więc odnaleźć spełnienia w sobie samej. Choćby człowiek zyskał wszystkie dobra naturalne – wraz z nieśmiertelnością cielesną – to i tak będzie potrzebował „czegoś więcej”. Póki nie znajdzie Boga, będzie nieustannie za czymś tęsknił i usychał.

    Skutek grzechu, jakim jest zapomnienie o Bogu, może zatem pogrążyć człowieka w absolutnej beznadziei i pustce – tożsamej z piekłem. Sam zaś ten skutek jest w pewnym sensie przedziwny. Zazwyczaj bowiem ludzie, odnalazłszy jakiś swój cząstkowy cel lub spełnienie w czymś doczesnym, tracąc to, niepomiernie cierpią. Jeżeli ktoś na przykład błędnie odnajduje spełnienie w zaszczytach czy dobrach doczesnych, to utraciwszy je, tęskni za nimi i smuci się z powodu ich utraty. Kiedy ktoś pokłada nadzieję na spełnienie w relacji międzyosobowej, to tracąc ukochaną osobę przeżywa ogromną pustkę i czuje niewypowiedzianą tęsknotę. Po utracie żony, męża lub dziecka człowiek długo nie potrafi się pozbierać, bo przecież te ukochane osoby były w pewnym stopniu sensem jego istnienia.

    Jakże więc tragiczny jest fakt, że człowiek, dla którego Bóg jest absolutnym spełnieniem, tracąc Go, zapomina o Nim – a to zapomnienie jest wprost proporcjonalne do skali grzechu.

    Jest to w pewnym sensie skutek naturalny. Bóg jest Miłością. Spełnienie człowieka leży w miłosnym zjednoczeniu z Bogiem – i to mocą nie jedynie ludzkiej miłości, ale mocą miłości Bożej, która uobecnia się w ludzkiej woli i ją rozpala. Grzech zaś jest zaprzeczeniem właśnie tej nadprzyrodzonej miłości. Dlatego dla zbawienia konieczne było Objawienie. Konieczne jest przypomnieć sobie Boga.

    Jednakże problem ten sięga głębiej. Bo nie chodzi jedynie o przypomnienie czy poznanie intelektualne – chodzi o zwrot całej naszej osoby. Wydaje się bowiem, że można zapragnąć zbawienia – to znaczy zauważyć, że cały czas nam czegoś brakuje. Można nawet dać wiarę, że Bóg może nam to „coś” zapewnić – i z tego względu stać się człowiekiem religijnym. Jeśli jednak nie uświadomimy sobie w głębi naszej duszy, że tym kimś jest sam Bóg, to zdeformujemy nawet Jego dzieło Zbawienia. Wydaje się, że z takim zjawiskiem mamy dzisiaj powszechnie do czynienia.

    Wielu ludzi w Kościele – również duchownych – pokłada nadzieję w Bogu, jednak często Bóg nie jest celem. Celem jest ugaszenie tęsknoty i uleczenie świata z jego bolączek. Bóg oczywiście w tej przestrzeni pragnienia zbawienia pojawia się jako jego gwarant. Nie jest jednak celem.

    Wierzymy, bo Bóg da nam szczęście. Wierzymy, że On naprawi nasz świat. W Nim jest nadzieja, że nauczy nas pokoju, wzajemności, a nawet, że uratuje planetę od katastrof ekonomicznych czy ekologicznych. Jednocześnie brakuje nam przeświadczenia, że w pierwszym rzędzie mamy Mu oddawać chwałę – gdyż w naszym przekonaniu jest On przecież narzędziem, a nie celem. Nie czujemy się zobowiązani do czynienia wszystkich ludzi Jego wyznawcami, gdyż celem nie jest zjednoczenie z Nim, lecz powszechne braterstwo. Skupiamy się na człowieku, bo biedę człowieka dostrzegamy. Nie szukamy uzdrowienia w Bogu, lecz jedynie za pomocą Bożą – bo tak naprawdę Boga nie kochamy.

    Kościół, którego centrum stanowi człowiek, jest chory na najcięższą chorobę. Kościół, który skupia się na doczesności bardziej niż na wieczności, nie pamięta swojego celu. Kościół, który nie mówi o konieczności nawrócenia się do jedynego i prawdziwego Boga, lecz skupia się na imigrantach, ubóstwie czy ekologii, nie kocha Boga, gdyż jest dotknięty najstraszniejszą ślepotą duchową, jaka może istnieć. Kościół, który chętniej mówi o człowieku niż o Bogu, czyni tak dlatego, że po prostu tkwi w fatalnym zapomnieniu o Nim. Kościół, który człowieka stawia ponad wszystko, niestety tak naprawdę nie kocha Boga.

    o. Jan Strumiłowski OCist

    PCh24.pl/tekst pochodzi z dwumiesięcznika „Polonia Christiana” – nr 96 (styczeń-luty 2024)

     

    ______________________________________________________________________________________________________________


    Karol de Foucauld. Święty od porażek, który ukazuje prawdziwy sens życia

    Karol de Foucauld. Święty od porażek, który ukazuje prawdziwy sens życia

    Karol de Foucauld / fot. EWTN Vatican / YouTube / Jacob Bentzinger / Unsplas

    ***

    Karol de Foucauld “nie zobaczył owoców swojej ofiary, godzin adoracji, jedyne, na co mógł liczyć, to wysokie temperatury, chmary szarańczy, zmarszczki na twarzy i przykre dolegliwości ze strony szkorbutu”. Przeczytaj pierwszy z artykułów wielkopostnego cyklu “Święci od porażki”. Ryszard Paluch prezentuje w nim sześć nie(zwykłych) postaci, których życie może być dla nas wzorem i inspiracją.

    Drzwi były zaryglowane. Po drugiej stronie rozpoznał głos El Madaniego – znali się, bo wcześniej pracował w Tamanrasset. Tym razem jednak – pisze Mały Brat Moris – nie chciał podać ręki na przywitanie. Brat Karol de Foucauld został wywabiony ze swojej pustelni. Kolejna sekwencja zdarzeń nie jest do końca jasna, a wiele faktów zrekonstruowanych jest z dozą prawdopodobieństwa. Brata Karola oddano pod straż piętnastoletniego chłopca, wieczorem – kiedy kurierzy przyjadą odebrać pocztę – najprawdopodobniej przestraszony, oddaje śmiertelny strzał do swojego “więźnia”. W tym odejściu jest dużo jakiegoś chaosu i bezsensu. Ogrom złości, pytania “dlaczego?” i brak możliwości przygotowania na odejście kogoś nam bliskiego. Na myśl przychodzi mi wiadomość o śmierci Brata Rogera w Taizé, która dotknęła nas w gorący sierpniowy wieczór… To doświadczenie bezsilności jest spotęgowane uczuciem porażki – Brat Karol nie otrzymał odpowiedzi wobec projektu reguły, który wysłał do Rzymu. Stowarzyszenie, które chciał powołać do życia, zostanie reaktywowane już po jego śmierci przez przyjaciela – wybitnego francuskiego uczonego islamistę – Ludwika Massignon (na marginesie – wrócił do Boga dzięki Karolowi). Sam Karol nie doczekał się następców, nie zbudował wspólnoty, umierał w samotności. Nie zobaczył owoców swojej ofiary, godzin adoracji, jedyne, na co mógł liczyć, to wysokie temperatury, chmary szarańczy, zmarszczki na twarzy i przykre dolegliwości ze strony szkorbutu. Generalnie po byłym trapiście powinno pozostać jakieś sympatyczne wspomnienie, pielęgnowane w sercach wiernych albo złoty medal od Francuskiego Towarzystwa Geograficznego za książkę Wdzięczność dla Maroka. Tymczasem nieprzerwanie – aż po dzień dzisiejszy – rzesze osób inspirują się duchowością Brata Karola, wchodząc na drogę życia konsekrowanego jako siostry czy bracia (niektórzy z nich przyjmują święcenia) albo świeccy, za każdym razem jednak zachowując ducha Nazaretu, starając się naśladować ukryte życie Jezusa.

    Kilka tysięcy kilometrów od gorących piasków Sahary u stóp Jasnej Góry spotykamy Małe Siostry Jezusa – duchowe córki św. Karola i Magdaleny Hutin. Korzystając z okazji, ks. Krzysztof Grzywocz, po sąsiedzku – ze względu na obecność w jezuickim Centrum Duchowości – odwiedza “niebieskie siostry”. Lubi to miejsce. Ich przyjaźń trwa już wiele lat, często gości w domu, w którym chyba najbardziej ceni prostotę i naturalność – wspomina Katarzyna Mała Siostra Jezusa. Cieszy się gościnnością niewielkiej wspólnoty, sam, nie zajmując swoją osobą wiele miejsca, głównie słucha, zatroskany o więzi i wyrażający (z właściwym sobie poczuciem humoru) pragnienie… pochowania go po śmierci przy pustelni sióstr. Podczas sesji z 2002 r. Pójdzie na miejsce osobne opolski kapłan mówi o adoracji, o tym że trzeba się liczyć ze świadomością, że nie zobaczy się efektów swojej modlitwy, że “kwiaty” godzin milczącej modlitwy zakwitną w życiu innych osób. Jako przykład ks. Krzysztof podaje właśnie wspólnotę sióstr z Częstochowy – owoc adoracji Brata Karola (wówczas jeszcze w drodze na ołtarze).

    Adoracja jest modlitwą obumierania – Brat Moris słowa Jezusa o ziarnie, które wpadłszy w ziemię musi obumrzeć, aby wydało owoc (por. J 12,24) rozpisuje na dwa ostatnie rozdziały biografii swojego Założyciela. Wpierw musi przyjść doświadczenie ciemnych dni, niespełnionych marzeń, pustych dłoni i glinianych naczyń, które Pan napełni swoją łaską (por. 2 Kor 4,7). Owoce będą zbierane na jesień – uświadamiał nam tę niby oczywistą zależność ks. Krzysztof. Pamiętam spotkanie z Małymi Siostrami, kiedy mieszkały w jednym z lubelskich blokowisk. Kuchnia, sypialnia, jeden z pokoi zamieniony na kaplicę i równolegle słyszę słowa Brata Karola: “Marzę o czymś bardzo prostym, o czymś zbliżonym do najprostszych gmin chrześcijańskich w pierwszych wiekach Kościoła… Prowadząc życie Nazaretu w pracy i kontemplacji Jezusa… Mała rodzina, mała domowa wspólnota, jak najprostsza, jak najmniejsza…”. Duchowość Nazaretu: milczenie, rodzina, praca – wyliczam za Pawłem VI na podstawie jego przemówienia w mieście, w którym wzrastał Jezus (I 1964 r.).

    Po co to wszystko? Aby, adorując Jezusa na kolanach, w następstwie móc “uklęknąć” przed każdym, stać się bratem szczególnie tych już “skalsyfikowanych”, na których patrzymy z góry, łudząc się, że jesteśmy lepsi, moralniejsi, mądrzejsi. Aby adorując Jego oblicze, móc je dostrzec w twarzach tych, którzy zajmują ostatnie miejsca. I nie chodzi tu o jakiś duchowy ranking, okazywanie litości słabszym, napinanie duchowych mięśni, ale po prostu, by w naszym pogubionym świecie, w okresie moralnych przewartościowań, w którym – jak mówił ks. Grzywocz – mdłe słodycze mają przesłonić nam gorycz życia, aby w takim czasie swoją postawą “mówić” braciom, że ich życie – nawet jeśli zaciągnęło się w palecie szarości – ma sens. I w końcu, żeby im podziękować, bo przecież ci wrażliwi, z wiecznie załzawionymi oczyma, niejednokrotnie przypominają nam, że “nie ma (…) lepszych czy gorszych miejsc przy stole, lepszych czy gorszych ludzi” (W mroku depresji, s. 123).

    Rozważając o ubóstwie i istocie posiadania, ks. Krzysztof podkreślał, że Chrystus umierając na krzyżu, nie stracił życia, ale je oddał, nikt Mu go nie zabrał, to była Jego wola (Przeszkody w życiu duchowym, s. 12-13). A jak z moją wolą? Dziś, kiedy jest ciężko, szepczę za Bratem Karolem jego modlitwę oddania: “Uczyń ze mną, co zechcesz. Cokolwiek uczynisz ze mną, dziękuję Ci. Jestem gotów na wszystko, przyjmuję wszystko, aby Twoja wola spełniała się we mnie i we wszystkich Twoich stworzeniach”. On nie przegrał swojego życia, choć mierząc je, li tylko ludzkimi miarami trzeba powiedzieć, że była to porażka, nawet jego ciało zostało porzucone w rowie. Ostatecznie na tę tajemnicę należy spojrzeć w świetle Wielkiego Piątku, próbując ogarnąć coś, co jest niezrozumiałe, pożenić miłość z nieskończonym bólem, jak na “logo” Małych Braci i Sióstr, gdzie serce łączy się z krzyżem. W liście apostolskim Novo millennio ineunte, na zakończenie Wielkiego Jubileuszu Roku 2000, Jan Paweł II pisał o tym trudnym “związku”: “Kontemplacja oblicza Jezusa pozwala nam zatem zbliżyć się do najbardziej paradoksalnego aspektu Jego tajemnicy, który ujawnia się w ostatniej godzinie, w godzinie Krzyża. Jest to tajemnica w tajemnicy, którą człowiek może jedynie adorować na kolanach” (NMI 25). Tu nie ma innej metody – drogę do “zrozumienia” wyznaczają kolana i adoracja, wówczas Oblicze, w które się wpatrujemy, skierowane w naszą stronę, definiuje łaskę – jest naszym zbawieniem (por. Ps 80,4).

    Spowity w ciemnościach, Brat Karol dzięki praktykowanej adoracji ukazuje nam prawdziwy sens życia. I tak to już jest, że w tajemnicy świętych obcowania, my dzisiaj, możemy odnaleźć sens naszego życia dzięki doświadczeniu bez-sensu, jakie było udziałem Świętego z Tamanrasset: “Poprzez mrok bezsensu przechodzi w głąb mojego serca jej (adoracji-Eucharystii – przyp. red.) światło, światło sensu” (Pójdzie na miejsce osobne, s. 128). Poobijany w młodości, szukający, ale nie umiejący się nasycić, wreszcie sam odnaleziony, tak pisał: “Sprawiłeś, mój Boże, iż odczuwałem bolesną pustkę, smutek, których nigdy przedtem tak nie doświadczyłem, jak wtedy. (…) Trwałem w milczeniu i przygnębieniu podczas tzw. uroczystości: organizowałem je, lecz czas ich trwania spędzałem w milczeniu, pełen niesmaku, z poczuciem nieskończonej nudy. (…) To Ty sprawiłeś, że odczuwałem niepokój nieczystego sumienia, które – choć uśpione – nie było jeszcze zupełnie martwe. Nigdy wcześniej nie odczuwałem takiego smutku, takiego niesmaku, takiego niepokoju, jak wówczas”. Brat Karol, równolegle ze św. Faustyną Kowalską (por. Dzienniczek 20), wskazuje nam, jaki jest prawdziwy głód człowieka. To głód Boga, tęsknota za Nim. Ostatecznie – podkreśla ks. Grzywocz – adoracja będzie rodziła w nas tęsknotę za Eucharystią, w której Bóg dosłownie karmi nas sobą, jak nakarmił jednego z podoficerów w Forcie Motylińskiego, który przyjął Komunię Świętą z odnalezionej (porzuconej) w pustelni Brata Karola – po akcie męczeństwa – części monstrancji.

    I jeszcze na koniec. Nawet w odczuciu osamotnienia (ks. Krzysztof starannie odróżniał tę kategorię od samotności) prośmy Boga, aby… nie być samemu. Ta przestrzeń w życiu św. Karola została zagospodarowana przez długoletniego kierownika duchowego ks. Henriego Huvelina – a zaczęło się od przełomowego doświadczenie spowiedzi przyszłego świętego w kościele św. Augustyna w Paryżu. Od tamtej pory był on stale obecny w zwrotnych punktach życiorysu Małego Brata, który rozeznawał z nim ważne decyzje, niezmiennie z pokorą słuchając i zachowując postawę posłuszeństwa wobec słynnego francuskiego spowiednika. Inną ważną postacią była kuzynka Karola – Maria de Bondy – zachowana korespondencja między nimi to traktat życia duchowego. Wymieńmy także przełożoną klarysek w Nazarecie – ta ostatnia miała duży wpływ na podjęcie decyzji o przyjęciu święceń kapłańskich przez de Foucauld. Tak, czasem potrzebujemy pary innych oczu, aby dostrzec swoją wartość. Drugi człowiek może obiektywizować ale również “zapalić” i pokazać nowe światy – tak jak ubogi krawiec Jan Tyranowski, który choć sam nigdy nie wyszedł poza krakowskie Dębniki, to jednak wprowadził na drogę na Górę Karmel młodego Wojtyłę, przyszłego papieża.

    Spoglądam na fotografię młodego – jeszcze z włosami na głowie i w nienagannie skrojonej sutannie – ks. Krzysztofa Grzywocza wraz z Wioletą Małą Siostrą Jezusa, dla której, jak wspominała podczas Koncertu pamięci (XI 2017 r.), był jak ojciec i brat. Stoją przed drzwiami domu częstochowskiej wspólnoty. Zdjęcie opowiada o ciszy, która jest siostrą adoracji, o milczeniu, którego uczy nas Nazaret: “Nazaret jest szkołą, w której zaczyna się pojmować życie Jezusa: jest to szkoła Ewangelii… Najpierw lekcja milczenia. Niech się odrodzi w nas szacunek dla milczenia, tej pięknej i niezastąpionej postawy ducha…” (św. Paweł VI).

    Ryszard Paluch/Deon.pl

    P.S. Przy pisaniu korzystałem z – i do lektury której serdecznie zachęcam – biografii Brat Karol de Foucauld autorstwa Małego Brata Morisa (tłum. M. Żurowska, Wydawnictwo Księży Marianów, Warszawa 1997).

    ***

    Jeśli upadasz, brakuje ci nadziei, motywacji lub autorytetów, z których możesz brać przykład w trudnych chwilach, zapraszamy cię do wielkopostnego cyklu “Święci od porażki”. Ryszard Paluch prezentuje w nim sześć nie(zwykłych) postaci, których życie może być dla nas wzorem i inspiracją. Dlaczego? Bo święci, o których pisze autor, byli bezradni jak my, ale całkowicie zdali się na Boga. “Święci od porażki” są prezentowani z przenikliwością i wrażliwością, które były bliskie ks. Krzysztofowi Grzywoczowi.

    ____________________________________________________________________________________________________________________________________________________________________________________________________________________________

    PIERWSZY CZWARTEK MIESIĄCA – 1 LUTEGO

    MSZA ŚWIĘTA W KAPLICY IZBIE JEZUSA MIŁOSIERNEGO O GODZ. 19.00

    PO MSZY ŚW. – GODZINNA ADORACJA PRZED NAJŚWIĘTSZYM SAKRAMENTEM W INTENCJI KAPŁANÓW

    This image has an empty alt attribute; its file name is image-2-e1673870873179-1024x683.png

    4 PARK GROVE TERRACE, GLASGOW G3 7SD

    ___________________________________________________

    This image has an empty alt attribute; its file name is adoracja_jp2.jpg
    fot. parafia Matki Bożej Frydeckiej/Jaworzynka

    ***

    Modlitwa za kapłanów

    Panie Jezu, Ty wybrałeś Twoich kapłanów spośród nas i wysłałeś ich, aby głosili Twoje Słowo i działali w Twoje Imię. Za tak wielki dar dla Twego Kościoła przyjmij nasze uwielbienie i dziękczynienie. Prosimy Cię, abyś napełnił ich ogniem Twojej miłości, aby ich kapłaństwo ujawniało Twoją obecność w Kościele. Ponieważ są naczyniami z gliny, modlimy się, aby Twoja moc przenikała ich słabości. Nie pozwól, by w swych utrapieniach zostali zmiażdżeni. Spraw, by w wątpliwościach nigdy nie poddawali się rozpaczy, nie ulegali pokusom, by w prześladowaniach nie czuli się opuszczeni. Natchnij ich w modlitwie, aby codziennie żyli tajemnicą Twojej śmierci i zmartwychwstania. W chwilach słabości poślij im Twojego Ducha. Pomóż im wychwalać Twojego Ojca Niebieskiego i modlić się za biednych grzeszników. Mocą Ducha Świętego włóż Twoje słowo na ich usta i wlej swoją miłość w ich serca, aby nieśli Dobrą Nowinę ubogim, a przygnębionym i zrozpaczonym – uzdrowienie. Niech dar Maryi, Twojej Matki, dla Twojego ucznia, którego umiłowałeś, będzie darem dla każdego kapłana. Spraw, aby Ta, która uformowała Ciebie na swój ludzki wizerunek, uformowała ich na Twoje boskie podobieństwo, mocą Twojego Ducha, na chwałę Boga Ojca. Amen.

    ***

    Nowenna Pompejańska za Kapłanów: 1 kwietnia – 24 maja 2021 r.

    ***

    Zachęcamy, a jednocześnie prosimy Was o podjęcie wyzwania – walki o świętość życia Kapłanów. Pragniemy zaprosić Was do modlitwy z prośbą o światło, moc i mądrość Ducha Świętego dla Kapłanów, aby sprostali znakom czasu i pułapkom szatana. Dziś potrzebujemy Waszego wsparcia bardziej niż kiedykolwiek… (www.zakaplanow.pl)

    

    ______________________________________________________________________________________________________________

    

    KOŚCIÓŁ ŚW. PIOTRA

    I PIĄTEK MIESIĄCA – 2 LUTEGO

    UROCZYSTOŚĆ OFIAROWANIA PANA JEZUSA W ŚWIĄTYNI JEROZOLIMSKIEJ

    Dlaczego Matka Boska jest Gromniczna?

    W CZASIE MSZY ŚW. BĘDZIE POŚWIĘCENIE NASZYCH ŚWIEC GROMNICZNYCH

    ***

    OD GODZ. 18.00 – GODZINNA ADORACJA PRZED NAJŚWIĘTSZYM SAKRAMENTEM W KOŚCIELE ŚW. PIOTRA, W TYM CZASIE JEST RÓWNIEŻ MOŻLIWOŚĆ PRZYSTĄPIENIA DO SAKRAMENTU SPOWIEDZI ŚW.

    MSZA ŚWIĘTA O GODZ. 19.00 W INTENCJI PRZEBŁAGALNEJ ZA GRZECHY NASZE I GRZECHY CAŁEGO ŚWIATA

    

    _______________________________________

    KOŚCIÓŁ ŚW. PIOTRA

    I SOBOTA MIESIĄCA – 3 LUTY

    W KOŚCIELE ŚW. PIOTRA – OD GODZ. 17.00 SPOWIEDŹ ŚW.

    O GODZ. 18.00 – MSZA ŚW. WIGILIJNA Z V NIEDZIELI ZWYKŁEJ

    PO MSZY ŚWIĘTEJ BĘDZIE NABOŻEŃSTWO WYNAGRADZAJĄCE ZA PIĘĆ ZNIEWAG I BLUŹNIERSTW PRZECIWKO NAJŚWIĘTSZEJ MARYI PANNIE

    ***

    _____________________________________________________________________________________________________________

    Nowenna

    do Płomienia Miłości Niepokalanego Serca Maryi: 24 stycznia – 1 lutego

    

    W dniach od 24 stycznia do 1 lutego pragniemy podjąć nowennę do Płomienia Miłości Niepokalanego Serca Maryi przed świętem Ofiarowania Pańskiego, zwanym świętem Matki Bożej Gromnicznej, które przypada 2 lutego.


    Dlaczego właśnie wtedy? Maryja wyraziła życzenie, aby dzień 2 lutego był również świętem Płomienia Miłości Jej Niepokalanego Serca, mówiąc do węgierskiej mistyczki, Elżbiety Kindelmann: 

    Proszę Ojca Świętego, by wyznaczył obchody święta Płomienia Miłości mojego Niepokalanego Serca w dniu 2 lutego – w święto Matki Bożej Gromnicznej. Nie pragnę, by ustanawiano dodatkową uroczystość. (Dziennik duchowy PM – 1.08.1962)

    ***

    This image has an empty alt attribute; its file name is nowenna-do-plomienia.jpg

    ***

    Wprowadzenie

    Najświętsza Maryja Panna pragnie nam o wiele bardziej pomóc, niż my sami tej pomocy pragniemy. Składając naszą ufność w Jej Niepokalanym Sercu, odpowiadamy na Jej miłość i dajemy Jej wielką matczyną radość.

    Podjęcie modlitwy nowennowej to stanięcie do duchowej walki.

    Maryja: Stańcie do walki ‒ zwyciężymy! Szatan oślepnie na tyle, na ile zaangażujecie się w szerzenie Płomienia mojej miłości. Pragnę, by Płomień Miłości mojego Niepokalanego Serca, który dokonuje cudów w głębi ludzkich serc, stał się znany wszędzie, tak jak na całym świecie znane jest moje Imię. (Dziennik duchowy PM – 19 października 1962)

    Ja, piękny Promień jutrzenki, oślepię szatana.

    Uwolnię ludzkość od grzesznej lawy nienawiści.

    Żaden umierający nie może zostać potępiony.

    PŁOMIEŃ MOJEJ MIŁOŚCI wkrótce zapłonie. Córeczko, wiedz, że wybrane dusze będą musiały stoczyć walkę z księciem ciemności. Rozpęta się straszliwa burza. Nie, nie burza, lecz orkan, który wszystko spustoszy. Zniszczy wiarę i ufność nawet w wybranych. Wraz z nadciągającym szkwałem rozbłyśnie dla was jednak światło PŁOMIENIA MOJEJ MIŁOŚCI. Rozświetlę ciemną noc waszych dusz wylaniem jego łask. (Dziennik duchowy PM – 19 maja 1963)

    Jak myślicie, kto będzie odpowiadał za stawiane mi przeszkody? Gdyby tacy znaleźli się między wami, ze wszystkich sił brońcie przed nimi Płomienia mojej miłości! Starajcie się o oślepienie szatana, bo inaczej kiedyś zostaniecie pociągnięci do odpowiedzialności z powodu wielu, wielu zgubionych dusz. Nie chcę, by choć jedna dusza została potępiona. Szatan oślepnie na tyle, na ile zaangażujecie się w to dzieło. (Dziennik duchowy PM – 27 listopada 1963)

    Zaleca się odmawianie tej nowenny szczególnie, by otrzymać łaski do przezwyciężenia wszystkich trudnych doświadczeń w naszej rodzinie lub środowisku – prób, nieszczęść i okoliczności – na które nie mamy wpływu.

    Podczas tych dziewięciu dni nowenny ofiarujmy Najświętszej Dziewicy każdą duchową próbę, która może przyjść, lub ofiarę – co pomnoży moc naszych modlitw. Oto kilka przykładów: ofiarowanie naszego dnia Bogu, nawiedzenie Najświętszego Sakramentu, uczestnictwo we Mszy Świętej, składanie ofiar – dużych lub małych, post, cierpliwe zniesienie krzywdy, trudności rodzinne lub zawodowe, itp. Bądźmy pomysłowi, aby zachwycić Maryję! Bóg odpowiada na ufne modlitwy swoich dzieci obfitym błogosławieństwem.

    Jeśli któraś z naszych próśb nie zostanie od razu wysłuchana, nie traćmy pokoju, ufając Bogu, ponieważ oznacza to, że Bóg ma coś lepszego i większego dla nas niż to, o co prosimy. Niech ta prawda pomnoży naszą nadzieję i ufność.

    Modlitwy na każdy dzień nowenny

    Każdego dnia przed odmówieniem nowenny, zapalamy świecę i rozpoczynamy od uczynienia pięciokrotnego znaku krzyża, jednocześnie całując pięć Ran Pana Jezusa na krzyżu.

    KORONKA KAMEDULSKA

    Pexels | CC0

    

    1. Całuję Ranę Twojej Świętej Lewej Ręki, Panie Jezu, z głębokim i prawdziwym żalem.

    W imię Ojca i Syna i Ducha Świętego. Amen.

    2. Całuję Ranę Twojej Świętej Prawej Ręki, Panie Jezu, z głębokim i prawdziwym żalem.

    W imię Ojca i Syna i Ducha Świętego. Amen.

    3. Całuję Ranę Twojej Świętej Lewej Stopy, Panie Jezu, z głębokim i prawdziwym żalem.

    W imię Ojca i Syna i Ducha Świętego. Amen.

    4. Całuję Ranę Twojej Świętej Prawej Stopy, Panie Jezu, z głębokim i prawdziwym żalem.

    W imię Ojca i Syna i Ducha Świętego. Amen.

    5. Całuję Ranę Twego Świętego Boku, Panie Jezu, z głębokim i prawdziwym żalem.

    W imię Ojca i Syna i Ducha Świętego. Amen.

    

    Crystus umiera na krzyżu

    ____________________

    Modlę się w intencjach Niepokalanego Serca Maryi, a także proszę Cię, Matko, przez Płomień Twojej Miłości o łaskę/w intencji…. (wymień prośbę). Z wiarą, ufnością i kochającym sercem oddaję Ci Maryjo ten czas trwania nowenny, oświecaj mnie, przemieniaj i prowadź.

    ____________________

    

    Dzień 1 – 24 stycznia

    Dzieło Maryi dla zbawienia dusz

    Samplefot. DDP / Unsplash

    ***

    Zapalamy świecę i rozpoczynamy od uczynienia pięciokrotnego znaku krzyża, jednocześnie całując pięć Ran Pana Jezusa na krzyżu (patrz: “Modlitwy na każdy dzień nowenny” na górze strony).

    „Oto Ja służebnica Pańska, niech Mi się stanie według twego słowa” (Łk 1,38). Maryja mówi Bogu FIAT na Jego plan zbawienia. Zgodnie z Wolą Bożą, Maryja ma plan dla każdego z nas, a my możemy zjednoczyć się z Płomieniem Miłości jej Niepokalanego Serca i wiernie naśladować ją w Jej misji Matki Kościoła. Ona prosi nas, abyśmy przez nasze modlitwy i ofiary uratowali jak najwięcej dusz.

    Maryja: Moja karmelitanko! Chcę z tobą porozmawiać w nocnej ciszy. Słuchaj mnie, leżąc wygodnie! Prawda, że znasz wielki ból, który wypełnia mi Serce? Szatan z zatrważającą łatwością porywa dusze. Dlaczego nie staracie się ze wszystkich sił temu zapobiegać? Potrzebuje was! Serce pęka mi z bólu, gdy muszę się przyglądać, jak tyle dusz idzie na potępienie. Wiele z nich wpada w sieć diabła wbrew swoim dobrym intencjom. Zły z szyderczym śmiechem wyciąga ręce i ze złowrogą uciechą zagarnia dusze, za które mój Syn wycierpiał tak straszliwe męki. Pomóżcie mi! Pomóżcie! (Dziennik duchowy PM – 14 maja 1962)

    Chwila na refleksję

    1. Czy pragnę żyć jak prawdziwy chrześcijanin, któremu zależy na zbawieniu swojej duszy?
    2. W jaki sposób mogę najlepiej współpracować z Płomieniem Miłości Niepokalanego Serca Maryi, aby przyczynić się do zbawienia dusz innych ludzi?
    3. Każdy z nas może zmienić los dusz, którym grozi zatracenie. Mogę modlić się w zjednoczeniu z Trójcą Przenajświętszą, za wstawiennictwem Najświętszej Maryi Panny, wszystkich Świętych i dusz uwolnionych z czyśćca przez moje modlitwy.
    4. Czy ofiarowuję nocne czuwania modlitewne naszej Świętej Matce?

    Intencja

    Modlę się o zbawienie dusz, o uświęcenie moje i tych wszystkich, których noszę w sercu.

    Różaniec

    Odmawiamy jedną część Różańca (5 tajemnic) przypadającą na dany dzień, dodając na końcu:

    Matko Boża, rozlewaj na całą ludzkość działanie łaski Twojego Płomienia Miłości, teraz i w godzinę śmierci naszej. Amen.

    Święty Józefie, Ty w Betlejem szukałeś dla Matki Bożej miejsca na nocleg. Prosimy Cię, pomóż nam znajdować w ludzkich sercach miejsce dla jej Płomienia Miłości! Amen.

    ***

    

    Dzień 2 – 25 stycznia

    Modlitwa Płomienia Miłości Niepokalanego Serca Maryi – sposób na ratowanie dusz

    This image has an empty alt attribute; its file name is mb35y.jpg
    fot. vecstock Freepik

    ***

    Zapalamy świecę i rozpoczynamy od uczynienia pięciokrotnego znaku krzyża, jednocześnie całując pięć Ran Pana Jezusa na krzyżu (patrz: “Modlitwy na każdy dzień nowenny” na górze strony).

    Działania szatana ‒ wroga Boga, z jego mroczną strategią i demonicznymi sztuczkami, dają o sobie znać na różnych płaszczyznach i wywołują różne skutki, jak: negacja Boga, podziały w rodzinach, nieczystość i pożądliwość, aborcja, okultystyczne obrzędy, zabieganie o władzę i dominację, chciwość pieniądza i chęć posiadania coraz więcej, wojny, itd. Jakże pocieszająca jest świadomość, że mamy zdolność do przyjęcia i wykorzystania prostego sposobu danego nam przez Dziewicę Maryję, aby zwyciężyć zło!

    Maryja: Podczas modlitwy, poprzez którą oddaje mi się największą cześć, dodawajcie taką prośbę: „Zdrowaś Maryjo […], módl się za nami grzesznymi, rozlewaj na całą ludzkość działanie łaski Twojego Płomienia Miłości, teraz i w godzinę śmierci naszej. Amen”. (Dziennik duchowy PM – październik 1962)

    

    Pewien biskup zapytał Elżbietę, dlaczego modlitwa Zdrowaś Maryjo ma być teraz odmawiana inaczej?

    Maryja: Nie chcę zmieniać modlitwy, poprzez którą oddaje mi się największą cześć, lecz poprzez tę prośbę pragnę obudzić ludzkość. Te słowa nie mają być aktem strzelistym, lecz stałą modlitwą błagalną. (Dziennik duchowyPM – 2 lutego 1982)

    Jezus: Trójca Przenajświętsza wylała na was morze łask Płomienia Jej miłości wyłącznie na żarliwą prośbę mojej Najświętszej Matki i dlatego macie dodawać te słowa do ‘Pozdrowienia anielskiego’, aby ludzkość się nawróciła pod wpływem działania łask tego Płomienia. (Dziennik duchowy PM – 2.02.1982)

    

    Chwila na refleksję

    1. Czy z ufnością odmawiam Zdrowaś Maryjo, dodając potężną prośbę o wylanie Płomienia Miłości?
    2. Dziennik duchowy Elżbiety Kindelmann uczy nas i zaprasza do poznania próśb Dziewicy Maryi i Pana naszego Jezusa Chrystusa o ratowanie ginących dusz. Czy poświęcam czas na jego lekturę i medytację?
    3. Jakie jest moje zaangażowanie w szerzenie Płomienia Miłości Niepokalanego Serca Maryi, aby przyczyniać się do zbawienia ludzi wokół mnie?

    Intencja

    Będę odmawiać tak często, jak to możliwe, modlitwę Płomienia Miłości Niepokalanego Serca Maryi, jako potężny środek do ratowania dusz.

    Różaniec

    Odmawiamy jedną część Różańca (5 tajemnic) przypadającą na dany dzień, dodając na końcu:

    Matko Boża, rozlewaj na całą ludzkość działanie łaski Twojego Płomienia Miłości, teraz i w godzinę śmierci naszej. Amen.

    Święty Józefie, Ty w Betlejem szukałeś dla Matki Bożej miejsca na nocleg. Prosimy Cię, pomóż nam znajdować w ludzkich sercach miejsce dla jej Płomienia Miłości! Amen.

    ***

    

    Dzień 3 – 26 stycznia

    Maryja i świętość

    This image has an empty alt attribute; its file name is angiemenes-1585871083715-cathopic-scaled.jpg
    fot. radio Niepokalanów

    ***

    Zapalamy świecę i rozpoczynamy od uczynienia pięciokrotnego znaku krzyża, jednocześnie całując pięć Ran Pana Jezusa na krzyżu (patrz: “Modlitwy na każdy dzień nowenny” na górze strony).

    Ludzkość nie nawróci się dopóty, dopóki nie nawróci się i nie uświęci każda pojedyncza dusza ludzka, dlatego jesteśmy zobowiązani i musimy wybrać świętość. Jezus zachęca nas do tego, mówiąc: „Bądźcie więc wy doskonali, jak doskonały jest Ojciec wasz niebieski” (Mt 5,48). Nie ma świętości bez pokory. W duszy, która jest na drodze do świętości, pokora zawsze będzie wzrastać. Im bardziej dusza się uniża, tym bardziej rośnie w niej świętość. Z naszej pokornej ufności pokładanej w Boga wypływają wszystkie inne cnoty. Każda chwila życia Maryi była nieustannym „Tak” dla woli Bożej. Maryja jest doskonałym przykładem pokory, która w całkowitym poddaniu się przyjęła wolę Bożą dla swojego życia: kiedy została Matką Zbawiciela, kiedy udała się do Betlejem na spis ludności, kiedy przyjęła proroctwo Symeona, kiedy uciekała do Egiptu, kiedy była świadkiem śmierci Syna na krzyżu, kiedy uczestniczyła w Jego pogrzebie.

    Jezus i Maryja dbali o zachowanie pokory w sercu swojej wysłanniczki Elżbiety Kindelmann, a tym samym chronili jej świętość.

    Maryja: Córeczko, po co się męczysz? Dlaczego chciałaś mówić o Płomieniu mojej miłości w zgrabnych słowach? Miej przed oczami swoje powołanie: cierpienie. Pomyśl o słowach, które powiedział do ciebie mój Boski Syn: „Cierp bez ustanku i składaj ofiary!”. Twoje cierpienie nie pójdzie na darmo, ale nie twoim zadaniem jest decydowanie o tym, kto zrozumie Płomień mojej miłości. Jesteś małym narzędziem i nie powinnaś się dziwić, że brakuje ci daru wymowy. To ja działam. To ja zapalam Płomień mojego Serca w głębi ludzkich serc. To ja odebrałam ci słowa i zmąciłam twój umysł. Nie chciałam, by w twojej duszy rozpleniła się pycha. […] To byłby wielki błąd… Jesteś małym narzędziem w naszych rękach. Dbamy o to, by grzech nie miał do ciebie przystępu. Uważaj na siebie w pokusach, bo Zły wykorzystuje każdą okazję, by zachwiać twoją pokorą. (Dziennik duchowy PM – 17 grudnia1962)

    Jezus: Z każdym uderzeniem serca żałuj za swoje grzechy, również w zastępstwie tych, którzy nie współodczuwają razem ze Mną. Gdyby twoja miłość zaczęła słabnąć, zwróć się do naszej niebieskiej Matki. Ona znów napełni twoje serce głęboką miłością do Mnie. Nie ustawaj w kontemplowaniu moich świętych pięciu Ran, da ci to dużo siły. Polecaj siebie Ojcu Przedwiecznemu i żyj w łączności z Trójca Przenajświętszą. W chwilach pokus chroń się pod płaszczem naszej Matki. Ona obroni cię przed złym duchem, który was wciąż nęka. Ja będę z tobą. Nikt i nic nie może cię ode Mnie oddzielić… (Dziennik duchowy PM ‒ między 4 a 7 marca 1962)

    Chwila na refleksję

    1. Czy pragnę życia, które przynosi świętość? Jak chcę je osiągnąć?
    2. Czy strzegę i zachowuję łaskę uświęcającą, którą otrzymałem na chrzcie świętym?

    Intencja

    Odnawiam moje pragnienie świętości i żyję każdego dnia łaską chrztu świętego; zawsze wybierając dobro i wyrzekając się zła.

    Różaniec

    Odmawiamy jedną część Różańca (5 tajemnic) przypadającą na dany dzień, dodając na końcu:

    Matko Boża, rozlewaj na całą ludzkość działanie łaski Twojego Płomienia Miłości, teraz i w godzinę śmierci naszej. Amen.

    Święty Józefie, Ty w Betlejem szukałeś dla Matki Bożej miejsca na nocleg. Prosimy Cię, pomóż nam znajdować w ludzkich sercach miejsce dla jej Płomienia Miłości! Amen.

    ***

    

    Dzień 4 – 27 stycznia

    Maryja i Krzyż Święty

    This image has an empty alt attribute; its file name is iza-ok-1-e1615291557629.jpg
    „Maryja podtrzymująca martwego Chrystusa” Hans Memling/fot. z Królowej Różańca Świetego

    ***

    Zapalamy świecę i rozpoczynamy od uczynienia pięciokrotnego znaku krzyża, jednocześnie całując pięć Ran Pana Jezusa na krzyżu (patrz: “Modlitwy na każdy dzień nowenny” na górze strony).

    Dziewica Maryja była u stóp krzyża Jezusa. Ogromnie cierpiała, widząc jak Jej Syn umiera w tak straszliwej agonii. Z miłości do Boga i do nas zawsze przyjmowała swoje cierpienia, ponieważ znała wartość każdego z nich, i dlatego nimi żyła, kochała je i ofiarowywała Bogu jako dar, dla zbawienia dusz. Dzisiaj Maryja również towarzyszy nam w naszych cierpieniach. Swoim przykładem zaprasza nas do przyjęcia ich z głęboką pokorą i miłością, aby Płomień Miłości Jej Niepokalanego Serca z większą siłą oślepił szatana. Wiele dusz zostanie uzdrowionych i stanie się świętymi pod wpływem łagodnego światła i pocieszającego ciepła Płomienia Miłości. W ten sposób, zapraszając nas do przyjęcia naszych cierpień, Maryja zaprasza nas również do udziału w dziele zbawienia.

    Maryja: Widząc twoją długą walkę, powiem ci, dlaczego najpierw dałam Płomień mojej miłości właśnie tobie. Sama powiedziałaś, że jesteś tego niegodna. To prawda. Łaski tej mogłoby dostąpić wiele dusz o większych zasługach. Zasługi zyskałaś jednak dzięki licznym łaskom i cierpieniom, które na ciebie zsyłałam i które wiernie przyjmujesz. (…)

    Zobacz, córko, ty też jesteś matką wielu dzieci. Za ich sprawą znasz biedy i troski życia rodzinnego. Pod ciężarem krzyża często osuwałaś się na ziemię. Z powodu twoich dzieci, często z ich winy, doświadczyłaś wiele bólu. To, że znosiłaś to wszystko, jest twoją zasługą jako matki. (Dziennik duchowy PM – 19 listopada 1962)

    Jezus: Przyjmuj te udręki, choć są tak bolesne! Wiesz, że otrzymasz tyle łask, ilu inni nie dostępują w ciągu całych dziesięcioleci. Bądź za to wdzięczna! Do udzielenia tych łask zobowiązuje Mnie Płomień Miłości mojej Matki. Często podkreślam, że to Ona cię wybrała i zalicza cię do szczególnie uprzywilejowanych przez siebie dusz. (Dziennik duchowy PM – 1 sierpnia1963)

    Chwila na refleksję

    1. Nie ma prawdziwej miłości bez krzyża i ofiary. Czy w obliczu prób działam na wzór Maryi i ofiarowuję Bogu moje cierpienia?
    2. Czy moja miłość do Maryi Dziewicy, do mojej rodziny i do dusz, daje mi łaskę ofiarowania moich cierpień za nich?

    Intencja

    Każdego dnia będę z miłością przyjmował krzyż mojego życia zgodnie z wolą Bożą.

    Różaniec

    Odmawiamy jedną część Różańca (5 tajemnic) przypadającą na dany dzień, dodając na końcu:

    Matko Boża, rozlewaj na całą ludzkość działanie łaski Twojego Płomienia Miłości, teraz i w godzinę śmierci naszej. Amen.

    Święty Józefie, Ty w Betlejem szukałeś dla Matki Bożej miejsca na nocleg. Prosimy Cię, pomóż nam znajdować w ludzkich sercach miejsce dla jej Płomienia Miłości! Amen.

    ***

    

    Dzień 5 – 28 stycznia

    Maryja, Matka Eucharystii

    This image has an empty alt attribute; its file name is przygotowaniedoEucharystii.jpg
    fot. ze strony: Boża wola

    ***

    Zapalamy świecę i rozpoczynamy od uczynienia pięciokrotnego znaku krzyża, jednocześnie całując pięć Ran Pana Jezusa na krzyżu (patrz: “Modlitwy na każdy dzień nowenny” na górze strony).

    Mówiąc Bogu swoje „Tak”, Maryja w sposób intymny przyczyniła się do Wcielenia Syna Bożego, gdyż w jej ciele uformowały się Ciało i Krew Zbawiciela, które stały się obecne w Eucharystii. Niepokalane Poczęcie Maryi jest pierwszym przypadkiem przyjęcia przez człowieka Ciała Chrystusa. Można też powiedzieć, że wizyta Maryi u jej kuzynki Elżbiety była pierwszą procesją z Ciałem Chrystusa. W drodze do domu Elżbiety i powrotu do Nazaretu, Maryja wraz ze Świętym Bogiem przechodziła przez wioski i pola, które zostały pobłogosławione i uświęcone przez Zbawiciela. Z jaką czułością, pobożnością i rozkoszą Maryja nosiła w swym łonie Syna Bożego! To wzniosłe macierzyństwo Maryi pozwala nam na intymny kontakt z Jezusem, gdy przyjmujemy Go w Komunii Świętej. Razem z Maryją wpatrujmy się w oblicze Jezusa w Eucharystii i razem z Nią kontemplujmy Jego świętą Obecność i święte pragnienie zjednoczenia się z każdym z nas.

    Jezus: Córko, zrozum Mnie dobrze! Odtąd będę z tobą w Komunii Świętej. Nadal będę czekał na twoje przyjście z bijącym sercem. Bądź wierna, nie szukaj swojej woli. Nie kieruj się własnymi uczuciami, wyrzekaj się siebie i kochaj tylko Mnie! Niech cię wypełnia duch miłości! Kochaj Mnie, tak jak się kocha dziecko owinięte w białe pieluszki. Szukaj Mnie, tak jak moja Najświętsza Matka szukała Mnie w tłumie ze ściśniętym sercem, a gdy Mnie znajdziesz, uciesz się tym! Jeżeli uznasz, że potrzeba ci ojcowskiego wsparcia, wznieś oczy ku mojemu Ojcu Przedwiecznemu i z Duchem Świętym zanurz się w naszej miłości. (Dziennik duchowy PM – 20 kwietnia 1962)

    Chwila na refleksję

    1. Jakie miejsce zajmuje w moim życiu Msza Święta?
    2. Czy rozpoznaję przemianę, jaka dokonuje się w moim sercu dzięki Komunii Świętej?
    3. Czy przyjmując Eucharystię, jednoczę się z Jezusem dla oddania chwały Ojcu Niebieskiemu?

    Intencja

    Będę jak najczęściej godnie przyjmował Jezusa w Komunii św., a jeśli nie mogę uczestniczyć we Mszy św., to każdego dnia przyjmę Go duchowo.

    Różaniec

    Odmawiamy jedną część Różańca (5 tajemnic) przypadającą na dany dzień, dodając na końcu:

    Matko Boża, rozlewaj na całą ludzkość działanie łaski Twojego Płomienia Miłości, teraz i w godzinę śmierci naszej. Amen.

    Święty Józefie, Ty w Betlejem szukałeś dla Matki Bożej miejsca na nocleg. Prosimy Cię, pomóż nam znajdować w ludzkich sercach miejsce dla jej Płomienia Miłości! Amen.

    ***

    

    Dzień 6 – 29 stycznia

    Płomień Miłości Zjednoczonych Serc

    Jezusa i Maryi

    Święte Serce
    Witraż przedstawiający Najświętsze Serce Jezusa i Niepokalane Serce Maryi (zdjęcie OSV News / Sam Lucero)

    ***

    Zapalamy świecę i rozpoczynamy od uczynienia pięciokrotnego znaku krzyża, jednocześnie całując pięć Ran Pana Jezusa na krzyżu (patrz: “Modlitwy na każdy dzień nowenny” na górze strony).

    Miłość, która łączy Święte Serca jest nieskończona. Ojciec Przedwieczny roztacza nad ludzkością Ducha Miłości Jezusa i Maryi. Jeśli kochamy Maryję, to kochamy Jezusa. Serce matki jest zawsze zjednoczone poprzez czas i przestrzeń ze swoimi dziećmi. Prośmy Boga, aby pomógł nam kochać Zjednoczone Serca Jezusa i Maryi całą mocą naszej duszy.

    Jezus: Kochaj Mnie jeszcze bardziej, jeszcze wierniej, niech nie sprawia ci to trudu nawet wtedy, gdy się tylko skarżę. Córko, zanoszę tyle skarg, bo bardzo niewielu Mnie słucha. Na próżno skarżę się duszom Mi poświęconym. Nie zanurzają się one w skupieniu w swoją głębię, by tam wsłuchać się w moje słowa. A przecież w związku z przyjściem mojego królestwa chciałbym z nimi porozmawiać o tak wielu sprawach! (Dziennik duchowy PM – 2 lipca 1962)

    

    Elżbieta: Ukochany Zbawiciel poprosił mnie, bym razem z Nim wypowiadała Jego odwieczne pragnienia:

    Niech nasze stopy kroczą razem,

    niech nasze ręce zbierają razem,

    niech nasze serca biją razem,

    niech nasze dusze odczuwają razem.

    Niech nasze myśli się jednoczą!

    Niech nasze uszy razem wsłuchują się w ciszę.

    Niech nasze oczy wpatrują się w siebie,

    a nasze spojrzenia stapiają się w jedno.

    Niech nasze wargi razem proszą

    Ojca Przedwiecznego o zmiłowanie!

    Ta modlitwa stała się moją najbardziej osobistą modlitwą. Pan tyle razy ją ze mną rozważał! Nauczył mnie jej, bym ją przekazywała innym, aby złączyli się z Jego odwiecznymi myślami i pragnieniami.

    Kiedy Zbawiciel mnie o to poprosił, dodał jeszcze:

    – Ta modlitwa jest bronią w waszych rękach, bo gdy ktoś współdziała ze Mną, szatan zostaje oślepiony, a dzięki temu dusze są uwalniane od grzechu. (Dziennik duchowy PM – maj 1962)

    Chwila na refleksję

    1. Czy modlę się do Zjednoczonych Serc Jezusa i Maryi za dusze konsekrowane?
    2. Czy często pocieszam Zjednoczone Serca Jezusa i Maryi moimi aktami miłości i miłosierdzia?
    3. Płomień Miłości Zjednoczonych Serc Jezusa i Maryi nadaje nowy sens naszemu życiu. Czy rozsiewam radość, entuzjazm i miłość, aby rozpalić serca ludzi wokół mnie?

    Intencja

    Pójdę w najbliższym miesiącu na Mszę św. ku czci Najświętszego Serca Pana Jezusa i Niepokalanego Serca Maryi w pierwszy piątek i w pierwszą sobotę miesiąca.

    Różaniec

    Odmawiamy jedną część Różańca (5 tajemnic) przypadającą na dany dzień, dodając na końcu:

    Matko Boża, rozlewaj na całą ludzkość działanie łaski Twojego Płomienia Miłości, teraz i w godzinę śmierci naszej. Amen.

    Święty Józefie, Ty w Betlejem szukałeś dla Matki Bożej miejsca na nocleg. Prosimy Cię, pomóż nam znajdować w ludzkich sercach miejsce dla jej Płomienia Miłości! Amen.

    ***

    

    Dzień 7 30 stycznia

    Maryja, Arką ocalenia dla naszych czasów

    This image has an empty alt attribute; its file name is maryja_krolowa_pokoju_niepokalanow_1.jpg
    fot. radio Niepokalanów

    ***

    Zapalamy świecę i rozpoczynamy od uczynienia pięciokrotnego znaku krzyża, jednocześnie całując pięć Ran Pana Jezusa na krzyżu (patrz: “Modlitwy na każdy dzień nowenny” na górze strony).

    Wszyscy żyjemy w czasach, w których potrzebujemy pocieszenia i pomocy z nieba. Naszym schronieniem jest Serce Maryi. Z Niepokalanego Serca Maryi wypływa Płomień Miłości. Jezus wyjaśnia, że Płomień Miłości jest Arką zbawienia dla naszych czasów. W tej sprawie mówił do Elżbiety:

    Jezus: Przecież Płomień Miłości mojej Matki jest jak arka Noego! (Dziennik duchowy PM ‒ marzec 1981)

    Dusza, która całkowicie schroni się w Płomieniu Miłości Maryi, może się w życiu duchowym spodziewać wielu przywilejów. Łaski związane z Płomieniem Miłości: spowodują lub przyspieszą jej nawrócenie; zapewnią duszy pokój, ponieważ światło Płomienia Miłości oślepia szatana, dusza otulona tym Płomieniem jakby dla niego nie istniała; przyspieszają postęp duszy w życiu duchowym, bo dusza nie nękana już przez szatana, zyskuje więcej czasu i sił, by całkowicie zwrócić się ku Bogu oraz jednoczą duszę z Bogiem, bowiem miłość nie zatrzymuje się w pół drogi i domaga się coraz większego zjednoczenia, nie zaznaje spoczynku dopóty, dopóki nie osiągnie celu. Kiedy zaś dusza dostąpi jedności z Bogiem, umiera wprost ze szczęścia. Arka Niepokalanego Serca Maryi zapowiada misję Maryi Dziewicy w szerzeniu Płomienia Miłości. Jezus zaprasza nas do wejścia do Arki i życia orędziami Jego i naszej Matki. Ponieważ Płomień Miłości ratuje nas w tych trudnych i ciemnych czasach, zjednoczmy się z Płomieniem Miłości i ofiarujmy Maryi nasze wysiłki, aby rozprzestrzenić go jak pożar wokół nas i na całym świecie.

    Maryja: Jestem przecież waszą kochającą Matką, która was nie opuści. Jednoczcie się ze wszystkich sił i przygotowujcie dusze, by dały schronienie temu Płomieniowi. Odpowiednim miejscem dla niego będą serca tych, którzy pielgrzymują do sanktuariów. Ja, Matka łaski, nieustannie błagam mojego Boskiego Syna, aby wasze drobne wysiłki zjednoczył ze swoimi zasługami.

    Nie bójcie się Płomienia, który zapłonie niepostrzeżenie. Jego łagodny blask nie wzbudzi lęku, bo w sercach będą się dokonywać cuda. (Dziennik duchowy PM – 4 maja 1962)

    Chwila na refleksję

    1. Czy jestem świadomy, że moralnemu zepsuciu należy przeciwstawić uświęcenie?
    2. Czy mam czas na pielgrzymkę do sanktuariów maryjnych? Czy uczestniczę w rekolekcjach?
    3. Czy zdaję sobie sprawę, że Płomień Miłości Niepokalanego Serca Maryi jest arką ocalenia dla naszych czasów?

    Intencja

    Przyjmuję dziś Płomień Miłości jako ostateczny ratunek przed niebezpieczeństwem, także dla innych dusz.

    Różaniec

    Odmawiamy jedną część Różańca (5 tajemnic) przypadającą na dany dzień, dodając na końcu:

    Matko Boża, rozlewaj na całą ludzkość działanie łaski Twojego Płomienia Miłości, teraz i w godzinę śmierci naszej. Amen.

    Święty Józefie, Ty w Betlejem szukałeś dla Matki Bożej miejsca na nocleg. Prosimy Cię, pomóż nam znajdować w ludzkich sercach miejsce dla jej Płomienia Miłości! Amen.

    ***

    

    Dzień 8 – 31 stycznia

    Rozprzestrzenianie Płomienia Miłości Niepokalanego Serca Maryi

    Płomień Miłości Niepokalanego Serca Maryi
    źródło obrazu: Flame of Love of the Immaculate Heart of Virgin Mary | Facebook
    Obraz Maryi z objawień namalował austriacki artysta Erwin Schöppl

    ***

    Zapalamy świecę i rozpoczynamy od uczynienia pięciokrotnego znaku krzyża, jednocześnie całując pięć Ran Pana Jezusa na krzyżu (patrz: “Modlitwy na każdy dzień nowenny” na górze strony).

    Płomień Miłości jest łaską, którą Matka Boża otrzymała od Ojca Niebieskiego przez zasługi Świętych Ran Jezusa. Jej działanie polega na oślepianiu szatana, uniemożliwiając mu doprowadzanie dusz do grzechu. Dziewica Maryja prosi nas o pomoc w rozprzestrzenianiu Jej Płomienia Miłości na całym świecie. Oczekuje pilnej i wspaniałomyślnej odpowiedzi od każdego ze swoich dzieci.

    Maryja: Jak myślicie, kto będzie odpowiadał za stawiane mi przeszkody? Gdyby tacy znaleźli się między wami, ze wszystkich sił brońcie przed nimi Płomienia mojej miłości! Starajcie się o oślepienie szatana, bo inaczej kiedyś zostaniecie pociągnięci do odpowiedzialności z powodu wielu, wielu zgubionych dusz. Nie chcę, by choć jedna dusza została potępiona. Szatan oślepnie na tyle, na ile zaangażujecie się w to dzieło. (Dziennik duchowy PM – 27 listopada 1963)

    

    Bliski jest czas, gdy zapłonie Płomień mojej miłości, a kiedy to nastąpi, szatan zostanie oślepiony. Dam wam to odczuć, by pomnożyć w was ufność. Wleje to w wasze serca wielką siłę. Poczuje ją każdy człowiek, do którego dotrze Płomień. Zapłonie on nie tylko w poświęconych mi krajach, ale i na całej ziemi, rozszerzając się na cały świat, nawet na najbardziej niedostępne zakątki, bo i dla diabła nie ma niedostępnych miejsc! Niech napełnia to was siłą i ufnością! Będę wspierać wasz trud nieznanymi dotąd cudami. (Dziennik duchowy PM – 1 sierpnia 1962)

    Chwila na refleksję

    1. Czy daję z siebie wszystko, współpracując z ruchem Płomienia Miłości, aby wypełnić misję, jaką powierzyła nam Matka Boża?
    2. Co robię, aby uczynić znanym Płomień Miłości Niepokalanego Serca Maryi i ofiarowywać pocieszenie moim braciom i siostrom w potrzebie?

    Intencja

    Poprzez moje zjednoczenie z Jezusem Płomieniem Miłości, sam staję się „Płomieniem Miłości”, aby mój przykład rozsławiał ruch Płomienia Miłości i zachęcał jak najwięcej osób do przyłączenia się do tego maryjnego dzieła.

    Różaniec

    Odmawiamy jedną część Różańca (5 tajemnic) przypadającą na dany dzień, dodając na końcu:

    Matko Boża, rozlewaj na całą ludzkość działanie łaski Twojego Płomienia Miłości, teraz i w godzinę śmierci naszej. Amen.

    Święty Józefie, Ty w Betlejem szukałeś dla Matki Bożej miejsca na nocleg. Prosimy Cię, pomóż nam znajdować w ludzkich sercach miejsce dla jej Płomienia Miłości! Amen.

    ***

    

    Dzień 9 – 1 lutego

    Nasz dom – sanktuarium Płomienia Miłości

    This image has an empty alt attribute; its file name is 1685004291.jpg
     fot. Karol Porwich/Tygodnik Niedziela

    ***

    Zapalamy świecę i rozpoczynamy od uczynienia pięciokrotnego znaku krzyża, jednocześnie całując pięć Ran Pana Jezusa na krzyżu (patrz: “Modlitwy na każdy dzień nowenny” na górze strony).

    Dzisiaj diabeł koncentruje wszystkie swoje wysiłki szczególnie na tym, aby zniszczyć rodziny. Musimy rozpoznać strategie, jakimi posługuje się szatan, aby zniszczyć świętość małżeństwa i rodziny. Są to: negacja Boga i brak wiary, brak modlitwy, rutyna w rodzinie, brak dialogu, pycha, zazdrość, niewierność, pornografia, złość, raniące słowa, brak przebaczenia – krótko mówiąc, to wszystko, co rozbija lub pomniejsza miłość. Musimy być czujni, aby temu zapobiec. Musimy uwolnić broń Płomienia Miłości i moc modlitwy rodzinnej. „Bo gdzie są dwaj albo trzej zebrani w imię Moje, tam jestem pośród nich” (Mt 18, 20).

    Maryja: Moja mała karmelitanko! Za twoim pośrednictwem chcę wyrazić bezgraniczną miłość mojego matczynego Serca oraz wypływający z niej ból, który odczuwam z powodu grożącego całemu światu niebezpieczeństwa rozpadu rodzin. Moje matczyne błaganie kieruję zwłaszcza do was i w jedności z wami pragnę ratować ziemię. Córko, tobie w szczególny sposób pozwalam dostrzec, z jaką mocą działam, by oślepić szatana. (Dziennik duchowy PM ‒ 17 stycznia 1964)

    Jezus: Wiesz, że tam [w domu w Nazarecie] przygotowywałem się do wielkiej ofiary i licznych cierpień, które dla was wziąłem na siebie. I ty musiałaś się ukształtować w rodzinnym gnieździe, a ponieważ byłaś sierotą, dom zyskany dzięki założeniu rodziny stał się dla ciebie miejscem, gdzie przygotowałaś się do swojego powołania, które może dojrzeć wyłącznie w sanktuarium rodziny. Znam cię i znam twoje talenty, dlatego Bóg w swojej Opatrzności zaplanował wszystko tak, aby uzdolnić cię do ogłoszenia światu mojego orędzia. Z rodzinnej świątyni musicie wyjść w świat, rzucić się w ciężki bój życia. Pociągające ciepło tej świątyni ogrzewa dusze powracające z błędnych dróg. Tutaj odnajdują z powrotem siebie i na nowo zwracają się ku Bogu. Wy, matki, musicie zachować dla dzieci wyrozumiałe ciepło serca również po ich odejściu. To wielka odpowiedzialność, która na was spoczywa. Nie myślcie tylko, że dorosłe dziecko nie potrzebuje już rodziców! Moja Matka chodziła za Mną z miłością, a Jej ofiara i modlitwa wszędzie Mi towarzyszyły. I wy powinnyście tak postępować, a Ja błogosławię waszym wysiłkom.

    Moja Matka zobowiązała Mnie do tego, wybłagawszy mocą swojego orędownictwa strumień wielkich łask dla rodzin, który teraz zamierza wylać na ziemie. Jak sama powiedziała, takie wylanie łask nigdy jeszcze nie nastąpiło, odkąd Słowo stało się ciałem! (Dziennik duchowy PM ‒ 17 stycznia 1964)

    Chwila na refleksję

    1. Czy modlę się za podzielone rodziny przez Płomień Miłości Niepokalanego Serca Maryi?
    2. Czy dokonałem poświęcenia mojej własnej rodziny zjednoczonym Sercom Jezusa, Maryi i Józefa?
    3. Czy modlę się wspólnie w modlitwie małżeńskiej i rodzinnej?

    Intencja

    Zwracam się do Płomienia Miłości, aby błagać o miłosierdzie i przebaczenie dla mojej rodziny, aby wyprosić uzdrowienie podzielonych rodzin i uwolnić ich członków od zniewolenia przez szatana.

    Różaniec

    Odmawiamy jedną część Różańca (5 tajemnic) przypadającą na dany dzień, dodając na końcu:

    Matko Boża, rozlewaj na całą ludzkość działanie łaski Twojego Płomienia Miłości, teraz i w godzinę śmierci naszej. Amen.

    Święty Józefie, Ty w Betlejem szukałeś dla Matki Bożej miejsca na nocleg. Prosimy Cię, pomóż nam znajdować w ludzkich sercach miejsce dla jej Płomienia Miłości! Amen.

    ***

    Fragmenty dziennika duchowego Elżbiety Kindelmann zaczerpnięte z książki:„Płomień Miłości Niepokalanego Serca Maryi”, Elżbieta Kindelmann, wyd. Esprit., Nihil obstat: Kuria Metropolitalna w Krakowie, 21 czerwca 2022 r., bp Damian Muskus, wik. gen., o. prof. dr hab. Tomasz Dąbek OSB, cenzor.

    

    This image has an empty alt attribute; its file name is plomien-nsm.jpg

    ______________________________________________________________________________________________________________

    

    

    fot. Hopefootage /Carhopic/Stacja7.pl

    ***

    7 sakramentów świętych

    Właściwie od okresu niemowlęcego, przyjmujemy sakramenty. Na początku chrzest święty, potem Komunia, bierzmowanie… Sakramentów jest jednak więcej. Jakie są i dlaczego akurat takie? Sprawdźmy!

    7 sakramentów świętych – jedna z podstawowych definicji małego katechizmu. Niektóre sakramenty przyjmuje się wyłącznie raz w życiu, inne wiele razy. Kościół przyjmuje, że sakramenty ustanowił sam Chrystus. Katechizm Kościoła Katolickiego (1131) mówi o nich w następujący sposób:

    Sakramenty są skutecznymi znakami łaski, ustanowionymi przez Chrystusa i powierzonymi Kościołowi. Przez te znaki jest nam udzielane życie Boże. Obrzędy widzialne, w których celebruje się sakramenty, oznaczają i urzeczywistniają łaski właściwe każdemu sakramentowi. Przynoszą one owoc w tych, którzy je przyjmują z odpowiednią dyspozycją.

    

    Sakramenty i ich znaczenie

    Nie bez powodu 7 sakramentów świętych nazywa się czasem siedmioma mocami Kościoła. To prawdziwe dodanie mocy, radości, siły chrześcijanom, którzy je otrzymują. Każdy sakrament ma inną rolę.

    Chrzest święty

    Chrzest święty jest pierwszym sakramentem, który przyjmuje każdy wyznawca Chrystusa. Najczęściej przyjmuje się go na rękach rodziców w wieku niemowlęcym. Jednak zdarza się, że chrzest przyjmuje się w dorosłym wieku. Wówczas najczęściej dzieje się to w Wigilię Paschalną, a takie osoby nazywa się katechumenami. Ten sakrament obmywa z grzechu pierworodnego i jest nazywany sakramentem inicjacji chrześcijańskiej.

    Bierzmowanie

    Ten sakrament najczęściej otrzymują młodzi, wchodzący w dorosłość. W jego trakcie przyjmują Dary Ducha Świętego. Nazywa się go także sakramentem dojrzałości chrześcijańskiej. Ci, którzy go przyjmują decydują się na świadome życie zgodnie z zasadami wiary.

    Eucharystia

    Eucharystia jest takim sakramentem, do którego przystępuje się bardzo uroczyście pierwszy raz w trakcie Pierwszej Komunii Świętej. Potem można go, a nawet powinno się przyjmować całe życie. Eucharystia jest spożywaniem Ciała i Krwi Chrystusa pod postaciami chleba i wina. Podczas normalnej Mszy świętej najczęściej wierni spożywają wyłącznie Ciało Chrystusa pod postacią opłatka eucharystycznego. Jest to pamiątka Męki Chrystusa. Ten sakrament ustanowił Jezus podczas Ostatniej Wieczerzy, kiedy mówił: „bierzcie i jedzcie z tego wszyscy, to jest bowiem ciało moje, które za was będzie wydane”.

    Pokuta i pojednanie

    Spowiedź jest sakramentem, podczas którego wierni mają przyjrzeć się swojemu sumieniu i przyznać się do popełnianych błędów. Polega ona na wyznaniu w konfesjonale swoich złych czynów, zachowań, postaw. Ksiądz następnie w imię Chrystusa odpuszcza grzechy.

    Namaszczenie chorych

    Namaszczenie chorych nazywa się często ostatnim namaszczeniem. Nie oznacza to jednak, że sakrament ten można przyjąć wyłącznie raz w życiu i to przed śmiercią. Przyjmują go jednak głównie osoby chore i cierpiące.

    Kapłaństwo

    Kapłaństwo jest jednym wśród 7 sakramentów świętych, gdzie przyjmują go nieliczni. Tylko ci, którzy zostali wezwani przez Chrystusa do pełnienia wyjątkowej służby i poświęcenia w Jego imię całego swojego życia. Po sakramencie kapłaństwa, ksiądz następnie najczęściej pełni posługę w parafii, do której zostaje skierowany.

    Małżeństwo

    Małżeństwo to taki sakrament, który już na zawsze łączy dwa ciała w jedno. Dwoje kochających ludzi – kobieta i mężczyzna stają się jedną rodziną. Dzieje się tak, gdy przed Bogiem, w obecności kapłana i świadków, ślubują sobie wzajemnie miłość, wierność i uczciwość małżeńską.

    ***

    7 sakramentów świętych to prawdziwy dar dla nas, chrześcijan. Powinniśmy zatem z nich korzystać i dziękować Bogu za to, że nam je ofiarował, jako pomoc w codziennym wyznawaniu wiary.

    Stacja7.pl

    ______________________________________________________________________________________________________________

    fot. Zander Bederi/unsplash.com

    ***

    Dlaczego Matka Boża jest Gromniczna?

    Nazwa pochodzi od gromów, przed którymi strzec miały stawiane podczas burzy w oknach zapalone świece. Niektórzy widzieli tu też znaczenie symboliczne – Maryja czczona jest jako łamiąca strzały gniewu Bożego, który symbolizują również gromy…

    Maryja jest Niepokalana – dlaczego obchodzimy święto jej oczyszczenia?

    Święto Ofiarowania Pańskiego jest jednym z najstarszych świąt chrześcijańskich. Znane było już w IV wieku w Jerozolimie, natomiast w liturgii rzymskiej zadomowiło się w wieku VII. Przed 1969 rokiem na Zachodzie znane było jako Święto Oczyszczenia Najświętszej Maryi Panny. Po soborze zmieniono nazwę, żeby ukazać chrystocentryczne znaczenie uroczystości. W Polsce od gromnic święconych tego dnia przyjęła się nazwa „Matki Bożej Gromnicznej”.

    Z czego oczyszczono Maryję?

    Ewangelista Łukasz tak opisuje scenę ofiarowania Pana Jezusa w świątyni:

    „Gdy zaś nadszedł dzień poddania ich oczyszczeniu zgodnie z Prawem Mojżeszowym, zanieśli Go do Jerozolimy, aby był ofiarowany Panu, według tego, co jest napisane w Prawie Pańskim: Każde pierworodne dziecko płci męskiej będzie poświęcone Panu. Mieli również złożyć ofiarę zgodnie z tym, co jest powiedziane w Prawie Pańskim: parę synogarlic lub dwa gołąbki” (Łk 2, 22-23).

    Gdy kobieta urodziła syna, przez czterdzieści dni była uważana za rytualnie nieczystą (Kpł 12, 1-8). Dopiero po upłynięciu tego czasu mogła wejść do świątyni. Ofiarowanie („wykupienie” za złożoną ofiarę) pierworodnego, nawiązywało do wyzwolenia Żydów z egipskiej niewoli i ocalenia ich przed ostatnią plagą (Wj 12, 29-30).

    

    Dlaczego Matka Boska jest Gromniczna?
    PREZENTACJA W ŚWIĄTYNI. MENOLOG BAZYLEGO II, KONIEC X WIEKU

    ***

    W fakcie, iż Niepokalana Maryja poddała się mojżeszowemu Prawu, pobożność ludowa dostrzegała przede wszystkim jej pokorę. Wyraźnie widać to w tej tradycyjnej pieśni:

    Czystsza nad słońce oczyszczenia czeka,
    Idąc w poczet z grzesznemi;
    Lubo jest Matką Boga i Człowieka,
    Panią nieba, ziemi:
    Z Mojżeszowego wyjęta prawa,
    Przecież na wywód w kościele stawa,
    Wraz z niewiastami innemi.

    Będąc bez grzechu idzie na ofiarę,
    Z pokorą do wywodu;
    Kładzie na ołtarz synogarlic parę,
    Na okup Swego Płodu:
    Niesie na ręku Matka jedyna
    Swego i oraz Boskiego Syna,
    Zbawcę ludzkiego narodu.

    Zwycięża pychę Maryi pokora,
    Wyniosłość bierze w pęta;
    Gdy oczyszczenie ta przyjmuje, która
    Bez zmazy jest poczęta:
    Dała nam przykład Królowa nieba,
    Jak się w pokorze ćwiczyć potrzeba;
    Więc zgiń hardości przeklęta.

    Szczęśliwy Symeon i miecz boleści

    Symeon pod natchnieniem Ducha wypowiada wobec Maryi słowa, które przygotują ją na specjalny udział w odkupieńczej misji Syna: „Oto Ten przeznaczony jest na powstanie i na upadek wielu w Izraelu, i na znak, któremu sprzeciwiać się będą. A Twoją duszę miecz przeniknie, aby na jaw wyszły zamysły serc wielu” (Łk 2, 34-35).

    Scena ta mocno wpłynęła na mariologię i pobożność maryjną. Tu mają źródło nabożeństwa do Matki Boskiej Bolesnej, przebitego serca Niepokalanej, czy pogląd o Współodkupicielce rodzaju ludzkiego. Hymn uwielbienia, który wcześniej wyśpiewał świątynny starzec, biorąc w ramiona Zbawcę świata, jest codziennie odmawiany lub śpiewany przez modlących się kompletą.

    Wznosi Boga na swym ręku Symeon stary,
    I głosi światłem narodów prawdziwej wiary,
    Kapłan pożądany i na to posłany,
    Aby poznał Boga w ciele, Pana nad Pany.

    Anna święta, staruszeńka, ona prorokini,
    Uwija się prędziuteńko jako gospodyni,
    Nikomu nie łaje, przystępną się staje,
    Wszystkim gościom tam będącym chęci dodaje.

    [tradycyjna kolęda śpiewana 2 lutego]

    Miecz boleści, i teraz Maryją przenika,
    Według mowy onego starca Symeona,
    Gdy posłyszy że piekło pożera grzesznika,
    Za którego na krzyżu Jezus Syn jéj kona.

    (z pieśni: O Ofiarowaniu Chrystusowém)

    

    Dlaczego Matka Boska jest Gromniczna?
    Bellini 1474

    ***

    Symbolika światła

    Od początku celebracjom tego święta towarzyszyły procesje ze świecami. Procesja ze światłem nawiązuje do podróży Maryi i Józefa do świątyni oraz hymnu Symeona („Światło na oświecenie pogan”). Światło oczywiście oznacza Chrystusa (J 8, 12).

    Symbolikę wyjaśnia św. biskup Sofroniusz (VI/VII w.), którego piękne kazanie jest w Godzinie Czytań z tego dnia:

    „Idźmy wszyscy na spotkanie Chrystusa. Z ochoczym sercem podążajmy wielbiąc Jego tajemnice. Niechaj nikogo nie zabraknie na tym spotkaniu, niech każdy niesie zapaloną świecę.

    Blask gorejących świec oznacza najpierw Bożą chwałę Tego, który przychodzi, przez którego wszystko jaśnieje od czasu, kiedy blask światła wiecznego rozproszył złe ciemności. Oznacza także i nade wszystko, że trzeba nam z jasną duszą wyjść na spotkanie Chrystusa. Jak bowiem Bogurodzica, Dziewica niepokalana, niosła w swoich ramionach Światło prawdziwe idąc na spotkanie tych, którzy pozostawali w mroku śmierci, tak też i my oświeceni jego promieniami i trzymając w ręku widoczny dla wszystkich płomień, pośpieszajmy naprzeciw Tego, który jest prawdziwym Światłem .”

    

    Dlaczego Matka Boska jest Gromniczna?
    WIKIPEDIA.ORG/DOMENA PUBLICZNA

    ***

    Skąd gromnice? Walcząca z piorunami…

    Święto Matki Boskiej Gromnicznej w Polsce zawsze obchodzono bardzo uroczyście. Świece, które były święcone przed Mszą, i z którymi szło się w procesji, nazywano gromnicami. Nazwa pochodzi od gromów, przed którymi strzec miały stawiane podczas burzy w oknach zapalone świece.

    Niektórzy widzieli tu też znaczenie symboliczne – Maryja czczona jest jako łamiąca strzały gniewu Bożego, który symbolizują również gromy…

    Gromnice te, jak wskazuje stara modlitwa na ich poświęcenie, miały być wykonane z pszczelego wosku. W różnych regionach były one różnie przystrajane. Podczas Mszy trzymano je zapalone, często starano się je z tym poświęconym ogniem donieść do domu. Tam gospodarz błogosławił nimi dobytek, a dymem robił krzyżyk nad drzwiami i oknami, modląc się o ochronę przed wszelkimi niebezpieczeństwami.

    Gromnicę zapala się również przy konającym, by miał przed oczami światłość wiekuistą oraz wzywał Maryję, patronkę dobrej śmierci.

    Niżeli oczy zgasną proszę weź gromnicę,
    Post, jałmużny i spowiedź, poprzedzaj skonanie;
    A ujźrzysz z Symeonem mnie Bogarodzicę,
    Rzeczesz: dziś mnie wypuszczasz sługę Twego Panie.

    (z pieśni: O Ofiarowaniu Chrystusowém)

    Dawid Gospodarek/Stacja7.pl

    ______________________________________________________________________________________________________________

    fot. Unsplash

    ***

    Gromnica – świeca, która niesie światło Chrystusa

    Gromnica to świeca, którą każdy chrześcijanin powinien mieć w swoim domu. Zapala się ją przy przyjmowaniu sakramentów świętych, w trudnych chwilach, w czasie nawałnic, czy w godzinie śmierci. Jest ona symbolem światłości Chrystusa, która rozjaśnia mroki grzechu każdego człowieka.

    Gromnica to świeca, która towarzyszy chrześcijaninowi w najważniejszych wydarzeniach w życiu takich jak: chrzest święty, pierwsza Komunia Święta, bierzmowanie, ślub, czy w godzinie śmierci. Zapalana jest w trakcie najważniejszych świąt – między innymi w Wielką Sobotę podczas Liturgii Światła. 

    Wykonana jest z pszczelego wosku i niegdyś była przechowywana w każdym domu. Kiedy przychodziły gwałtowne burze, nawałnice, czy groziły wszelkiego rodzaju klęski żywiołowe – wyciągano je, palono i modlono się przy blasku świecy. Jest ona znakiem obecności Chrystusa – czyli Światłości świata.

    Gromnica a Ofiarowanie Pańskie 

    Święto Ofiarowania Pańskiego przypada na 2 lutego. Wiąże się ona ściśle z zakończeniem tradycyjnego okresu Bożego Narodzenia, od którego tego dnia mija 40 dni. W liturgii nie słyszymy już kolęd, a z naszych domów znikają wszelkie, świąteczne ozdoby. Podczas uroczystości, w Kościele świecimy świecę. Obrzęd ma przypominać chrześcijanom, że Chrystus jest Światłością świata, która rozjaśnia wszystkie mroki grzesznego życia każdego z nas. 

    Światło, które daje Chrystus możemy otrzymać między innymi w sakramentach. Wtedy wychodzimy z mroku i zaczynamy dostrzegać światło, które przyćmił grzech. Dzięki temu na nowo jesteśmy w stanie spojrzeć na rzeczywistość w świetle Ewangelii. Święto Ofiarowania Pańskiego w Polsce ma charakter Maryjny i przyjmuje się, że jest to Święto Matki Bożej Gromnicznej. 

    Kiedy zapalamy gromnicę? 

    Gromnicę zapala się zawsze podczas święta Ofiarowania Pańskiego, kiedy to następuje obrzęd jej poświęcenia. Mamy ją także w Kościele podczas liturgii światła, która odbywa się w Wielką Sobotę. Ponadto świeca zapalana jest między innymi podczas przyjmowania sakramentów tj. chrzest święty, pierwsza Komunia Święta, itd. Mówi się, że świeca, którą człowiek dostaje przy chrzcie świętym, powinna towarzyszyć mu przez całe życie. 

    Natomiast gromnicę zapala się także w domowych warunkach. Są to najczęściej sytuacje, kiedy powstaje zagrożenie związane z kataklizmami, panowaniem żywiołów. Symbol światła ma być dowodem obecności Boga w trudnych chwilach. Świecę można także zapalić, kiedy w życiu człowieka są sytuacje bez wyjścia, gdy wszystkie sprawy się komplikują – prosząc, by światło Chrystusa wskazało drogę wyjścia, oczyszczenia. Gromnicę zapala się także w obecności umierającej osoby, aby światłość Chrystusa zaprowadziła ją do zbawienia. 

    Świecę święci się co rok, ponieważ wynika to z tradycji. Dziś gromnicę pali się bardzo rzadko, zapominamy o tym, by modlić się przy jej towarzystwie w trudnych chwilach. Niegdyś bardzo często palono gromnicę, w czasie nawałnic, burz – stąd gromnica szybko się wypalała i pojawiła się potrzeba, by obrzęd poświęcenia świec odbywał się co roku. 

    Modlitwa przy gromnicy 

    Spraw, Gromniczna Pani,
    abyśmy naśladując Twoją pokorę,
    zawsze stawiali Chrystusa – Światłość
    w centrum naszego życia i wszelkich naszych poczynań.
    Nie pozwól, abyśmy zaplątani w wilcze zamysły szatana i jego sług, bezradnie błądzili w ciemnościach grzechu,
    beznadziei i niewiary.
    Gdy ogarnie nas mrok zwątpienia, przybądź nam na pomoc z zapaloną gromnicą i spraw, aby jej światłość rozproszyła wszelkie „wilcze watahy”, które czyhają na nas na każdym etapie naszego życia. A gdy zbliżymy się do jego kresu,, okaż w ciemności światło Chrystusa, Matko Gromniczna, Matko Jezusa’’ 

    Aleteia.pl, KAI, krolowa.pl/Stacja7.pl

    ______________________________________________________________________________________________________________

    fot. Sor Gaby FMA/cathopic.com

    ***

    Akt oddania Matce Bożej

    Matko Boża, ochotnym sercem oddaję się Tobie w niewolę miłości…

    Matko Boża, Niepokalana Maryjo!

    Tobie poświęcam ciało i duszę moją, wszystkie modlitwy i prace, radości i cierpienia, wszystko czym jestem i co posiadam. Ochotnym sercem oddaję się Tobie w niewolę miłości.

    Pozostawiam Ci zupełną swobodę posługiwania się mną dla zbawienia ludzi i ku pomocy Kościołowi świętemu, którego jesteś Matką.

    Chcę odtąd wszystko czynić z Tobą, przez Ciebie i dla Ciebie. Wiem, że własnymi siłami niczego nie dokonam. Ty zaś wszystko możesz, co jest wolą Twojego Syna i zawsze zwyciężasz.

    Spraw więc, Wspomożycielko wiernych, by moja rodzina, parafia i cała Ojczyzna były rzeczywistym Królestwem Twego Syna i Twoim. Amen.

    błogosławiony kardynał Stefan Wyszyński, Prymas Polski/Stacja7.pl


    

    Św. Jan Paweł II: Nie podcina się korzeni, z których się wyrosło!

    Św. Jan Paweł II:

    Nie podcina się korzeni, z których się wyrosło!

    – Byliśmy i jesteśmy w Europie, nie musimy do niej wchodzić ponieważ ją tworzyliśmy i tworzyliśmy ją z większym trudem aniżeli ci którym się to przypisuje… albo ci którzy sobie sami  przypisują patent na europejskość, wyłączność… A co ma być tym kryterium? – Wolność? – Jaka wolność? Np. wolność odbieranie życia nienarodzonemu dziecku..? – powiedział podczas św. Jan Paweł II.

    – Moi drodzy bracia i siostry, ja pragnę jako biskup Rzymu zaprotestować przeciwko takiemu kwalifikowaniu Europy! Europy zachodniej .. To obraża wielki świat kultury chrześcijańskiej z któregośmy czerpali i któryśmy współtworzyli… współtworzyli także za cenę naszych cierpień!  Tu na tej ziemi kujawskiej, tu w tym mieście męczenników musi być powiedziane to głośno! – mówił dalej.

    – Tak, oczywiście Europa to także dzieje wielkich kryzysów, dzieje kryzysu europejskiego, który ma wiele korzeni, który trwa i rozwija się, który trwa… rozwija się w naszych czasach.. ma także swój dalszy ciąg….niestety w tym stuleciu tragiczny!  – przekonywał Jan Paweł II -.To przecież w tym stuleciu stworzono ten światopogląd w imię którego człowiek może odbierać życie drugiemu człowiekowi… dlaczego? – ponieważ jest innej rasy, ponieważ ma taką grupę etniczną… ponieważ jest Żydem… ponieważ jest Cyganem…ponieważ jest Polakiem… rasa panów i rasa niewolników, mit klas…To wszystko jest także dziedzictwem europejskim, ale z tego się mamy wyzwalać!

    – Europa potrzebuje odkupienia! – wołał papież – Uroczystość Serca Bożego jest uroczystością odkupienia Europy, odkupienia świata, odkupienia Europy dla świata.

    – A cóż to jest odkupienie jak nie przywrócenie wartości?

    – Nie jest przywróceniem wartości człowiekowi spychanie go do tego co zmysłowe, do tych wszystkich rodzajów pożądania…do tych wszystkich ułatwień w dziedzinie zmysłów, w dziedzinie życia seksualnego, w dziedzinie używania.  Nie jest miarą europejskości, nie jest miarą kultury na które tak często powołują się rzecznicy naszego wejścia do Europy.

    – Przede wszystkim my wcale nie musimy wchodzić do  Europy bo my w niej jesteśmy !  Kulturę europejską tworzyli męczennicy trzech pierwszych stuleci, tworzyli ją także męczennicy na wschód od nas w ostatnich dziesięcioleciach i u nas  w ostatnich dziesięcioleciach! Tak tworzył ją ksiądz Jerzy..
    On jest partonem naszej obecności w Europie za cenę ofiary z życia. Tak jak Chrystus, tak jak Chrystus…

    – Tak jak Chrystus ma prawo obywatelstwa w świecie, ma prawo obywatelstwa w Europie…dlatego, że dał swoje życie za nas wszystkich …ma prawo obywatelstwa wśród nas , wszystkich narodów tego kontynentu, całego świata….przez swój krzyż…Tajemnica serca, które przebili, przebodli , tajemnica serca w które się wpatrywali …

    – To są ci wielcy pionierzy Europy …w przeszłości na przyszłość… Taką miarę europejskości przyjmujemy. Takiej miary europejskości pragniemy podjąć i kontynuować.

    Nie pozwolimy sobie zaniżyć tej miary!

    Pod koniec swojego życia papież Jan Paweł II podziękował Polsce, „która na forum europejskim broniła wiernie korzeni chrześcijańskich naszego kontynentu, z których wyrosła kultura i podstawy cywilizacji”.

    – JEDYNIE WIERNA SWYM KORZENIOM EUROPA BĘDZIE W STANIE SPROSTAĆ WYZWANIOM III TYSIĄCLECIA …. NIE PODCINA SIĘ KORZENI Z KTÓRYCH SIĘ WYROSŁO!

    mp/Fronda.pl

    ______________________________________________________________________________________________________________

    

    Abp Gądecki:

    Wzywam wszystkich ludzi dobrej woli, by jednoznacznie opowiedzieli się za życiem

    This image has an empty alt attribute; its file name is Stanislaw_Gadecki_2020.jpg

    (fot. Biuro Prasowe Konferencji Episkopatu Polski)

    ***

    W duchu odpowiedzialności za Kościół w Polsce i za dobro naszej wspólnej Ojczyzny, wzywam wszystkich ludzi dobrej woli, by jednoznacznie opowiedzieli się za życiem – napisał przewodniczący Konferencji Episkopatu Polski abp Stanisław Gądecki w Oświadczeniu w kwestii aborcji.

    Odwołując się do encykliki św. Jana Pawła II Evangelium vitae, przewodniczący Episkopatu przypomniał, że „Ustawy, które dopuszczają bezpośrednie zabójstwo niewinnych istot ludzkich, poprzez przerywanie ciąży i eutanazję, pozostają w całkowitej i nieusuwalnej sprzeczności z nienaruszalnym prawem do życia, właściwym wszystkim ludziom, i tym samym zaprzeczają równości wszystkich wobec prawa” (72).

    Powołując się dalej na Evangelium vitae, przewodniczący Episkopatu zaznaczył, że „w przypadku prawa wewnętrznie niesprawiedliwego, jakim jest prawo dopuszczające przerywanie ciąży i eutanazję, nie wolno się nigdy do niego stosować «ani uczestniczyć w kształtowaniu opinii publicznej przychylnej takiemu prawu, ani też okazywać mu poparcia w głosowaniu»” (73).

    Przewodniczący KEP podkreślił, że nauczanie Magisterium Kościoła jest jednoznaczne: „każdy – nie tylko członek Kościoła katolickiego – człowiek prawego sumienia stoi wobec moralnego obowiązku uszanowania ludzkiego życia od jego początku, aż do naturalnej śmierci”.

    Abp Gądecki zwrócił uwagę, że chociaż w demokracji większość podejmuje decyzje, „nie oznacza to jednak, że racja jest po stronie większości, a jedynie, że mniejszość nie potrafiła znaleźć wystarczająco przekonujących argumentów, aby stać się większością. O racji nie decyduje liczba zwolenników danego poglądu. Racja – przede wszystkim racja etyczna – często jest po stronie mniejszości. Niekiedy zaś – o czym przypomina postać Sokratesa – po stronie pojedynczego człowieka o dobrze uformowanym sumieniu”.

    „W duchu odpowiedzialności za Kościół w Polsce i za dobro naszej wspólnej Ojczyzny, wzywam wszystkich ludzi dobrej woli, by jednoznacznie opowiedzieli się za życiem” – podkreślił przewodniczący Episkopatu. Zaapelował również do członków obu izb parlamentu i prezydenta Rzeczypospolitej, „by dali świadectwo prawdziwej troski o życie bezbronne, bo nienarodzone”.

    OŚWIADCZENIE
    PRZEWODNICZĄCEGO KONFERENCJI EPISKOPATU POLSKI
    W KWESTII ABORCJI

    W związku z coraz częściej obecnymi w przestrzeni publicznej opiniami o rzekomej konieczności rozszerzenia dostępu do aborcji, chciałem przypomnieć stanowisko Kościoła katolickiego w kwestii prawa do życia. Jest to nauczanie, które odwołuje się do prawa naturalnego, a więc obowiązującego w sumieniu każdego człowieka. Dowodem jest choćby tekst przysięgi Hipokratesa, gdzie czytamy: „Nigdy nikomu, także na żądanie, nie dam zabójczego środka ani też nawet nie udzielę w tym względzie rady; podobnie nie dam żadnej kobiecie środka poronnego”. W przypadku katolika prawo do życia potwierdzone jest dodatkowo autorytetem Kościoła. Św. Jan Paweł II poświęcił temu zagadnieniu encyklikę Evangelium vitae, której fragmenty chciałbym teraz przypomnieć.

    Różnica między demokracją a tyranią

    „[We] współczesnej kulturze demokratycznej szeroko rozpowszechnił się pogląd, wedle którego porządek prawny społeczeństwa powinien ograniczać się do utrwalania i przyswajania sobie przekonań większości i w konsekwencji winien być zbudowany wyłącznie na tym, co większość obywateli stosuje i uznaje za moralne” (69). „Można się spotkać z poglądem, że relatywizm ten jest warunkiem demokracji, jako że tylko on miałby gwarantować tolerancję, wzajemny szacunek między ludźmi i uznanie decyzji większości, podczas gdy normy moralne uważane za obiektywne i wiążące prowadziłyby rzekomo do autorytaryzmu i nietolerancji. Ale właśnie problematyka szacunku dla życia pozwala dostrzec, jakie dwuznaczności i sprzeczności (…) kryją się za tym poglądem.

    To prawda, że historia zna przypadki zbrodni dokonywanych w imię «prawdy». Ale do czynów równie zbrodniczych i do radykalnego pogwałcenia wolności dochodziło też i nadal dochodzi pod wpływem «relatywizmu etycznego». Gdy większość parlamentarna lub społeczna uchwala, że zabicie jeszcze nie narodzonego życia ludzkiego jest prawnie dopuszczalne, choćby nawet pod pewnymi warunkami, to czyż nie podejmuje tym samym decyzji «tyrańskiej» wobec najsłabszej i najbardziej bezbronnej ludzkiej istoty? Sumienie powszechne słusznie wzdryga się w obliczu zbrodni przeciw ludzkości, które stały się tak smutnym doświadczeniem naszego stulecia. Czyż te zbrodnie przestałyby być zbrodniami, gdyby nie popełnili ich pozbawieni skrupułów dyktatorzy, ale gdyby nadała im prawomocność zgoda większości?” (70).

    Moralny charakter demokracji

    „W rzeczywistości demokracji nie można przeceniać, czyniąc z niej namiastkę moralności lub «cudowny środek» na niemoralność. Jest ona zasadniczo «porządkiem» i jako taka środkiem do celu, a nie celem. Charakter «moralny» demokracji nie ujawnia się samoczynnie, ale zależy od jej zgodności z prawem moralnym, któremu musi być podporządkowana podobnie jak każda inna działalność ludzka (…). Wartość demokracji rodzi się albo zanika wraz z wartościami, które ona wyraża i popiera (…). Gdyby na skutek tragicznego zagłuszenia sumienia zbiorowego sceptycyzm podał w wątpliwość nawet fundamentalne zasady prawa moralnego, zachwiałoby to samymi podstawami ładu demokratycznego, tak że stałby się on jedynie mechanizmem empirycznej regulacji różnych i przeciwstawnych dążeń. (…) W takiej sytuacji demokracja łatwo staje się pustym słowem” (70).

    Prawo cywilne a prawo moralne

    „Nie ulega wątpliwości, że zadanie prawa cywilnego jest inne niż prawa moralnego, a zakres jego oddziaływania węższy. (…) Właśnie dlatego prawo cywilne musi zapewnić wszystkim członkom społeczeństwa poszanowanie pewnych podstawowych praw, które należą do natury osoby i które musi uznać i chronić każde prawo stanowione. Wśród nich pierwszym i podstawowym jest nienaruszalne prawo do życia każdej niewinnej ludzkiej istoty. Chociaż władza państwowa może niekiedy powstrzymać się od zakazania czegoś, co — gdyby zostało zabronione — spowodowałoby jeszcze poważniejsze szkody, nigdy jednak nie może uznać, że jest prawem jednostek — nawet jeśli stanowiłyby one większość społeczeństwa — znieważanie innych osób przez łamanie ich tak podstawowego prawa, jakim jest prawo do życia. Prawna tolerancja przerywania ciąży lub eutanazji nie może więc w żadnym przypadku powoływać się na szacunek dla sumienia innych właśnie dlatego, że społeczeństwo ma prawo i obowiązek bronić się przed nadużyciami dokonywanymi w imię sumienia i pod pretekstem wolności” (71).

    Prawo jako narzędzie przemocy

    „W ciągłości z całą Tradycją Kościoła pozostaje także nauczanie o koniecznej zgodności prawa cywilnego z prawem moralnym (…). Takie też jest jednoznaczne nauczanie św. Tomasza z Akwinu, który pisze między innymi: «Prawo ludzkie jest prawem w takiej mierze, w jakiej jest zgodne z prawym rozumem, a tym samym wypływa z prawa wiecznego. Kiedy natomiast jakieś prawo jest sprzeczne z rozumem, nazywane jest prawem niegodziwym; w takim przypadku jednak przestaje być prawem i staje się raczej aktem przemocy»” (72).

    „[U]stawy, które dopuszczają bezpośrednie zabójstwo niewinnych istot ludzkich, poprzez przerywanie ciąży i eutanazję, pozostają w całkowitej i nieusuwalnej sprzeczności z nienaruszalnym prawem do życia, właściwym wszystkim ludziom, i tym samym zaprzeczają równości wszystkich wobec prawa. (…) Prawa, które dopuszczają oraz ułatwiają przerywanie ciąży i eutanazję, są zatem radykalnie sprzeczne nie tylko z dobrem jednostki, ale także z dobrem wspólnym i dlatego są całkowicie pozbawione rzeczywistej mocy prawnej. Nieuznanie prawa do życia, właśnie dlatego, że prowadzi do zabójstwa osoby, której społeczeństwo ma służyć, gdyż to stanowi rację jego istnienia, przeciwstawia się zdecydowanie i nieodwracalnie możliwości realizacji dobra wspólnego. Wynika stąd, że gdy prawo cywilne dopuszcza przerywanie ciąży i eutanazję, już przez ten sam fakt przestaje być prawdziwym prawem, moralnie obowiązującym” (72).

    „Otóż to właśnie ma dziś miejsce także na scenie polityki i państwa: pierwotne i niezbywalne prawo do życia staje się przedmiotem dyskusji lub zostaje wręcz zanegowane na mocy głosowania parlamentu lub z woli części społeczeństwa, choćby nawet liczebnie przeważającej. Jest to zgubny rezultat nieograniczonego panowania relatywizmu: „prawo” przestaje być prawem, ponieważ nie jest już oparte na mocnym fundamencie nienaruszalnej godności osoby, ale zostaje podporządkowane woli silniejszego. W ten sposób demokracja, sprzeniewierzając się własnym zasadom, przeradza się w istocie w system totalitarny. Państwo nie jest już „wspólnym domem”, gdzie wszyscy mogą żyć zgodnie z podstawowymi zasadami równości, ale przekształca się w państwo tyrańskie, uzurpujące sobie prawo do dysponowania życiem słabszych i bezbronnych, dzieci jeszcze nie narodzonych, w imię pożytku społecznego, który w rzeczywistości oznacza jedynie interes jakiejś grupy” (20).

    Powinność przeciwstawienia się niegodziwym prawom

    „Przerywanie ciąży i eutanazja są zatem zbrodniami, których żadna ludzka ustawa nie może uznać za dopuszczalne. Ustawy, które to czynią, nie tylko nie są w żaden sposób wiążące dla sumienia, ale stawiają wręcz człowieka wobec poważnej i konkretnej powinności przeciwstawienia się im poprzez sprzeciw sumienia. (…) Już w Starym Testamencie znajdujemy wymowny przykład oporu wobec niesprawiedliwego rozporządzenia władz — i to właśnie takiego, które było wymierzone przeciw życiu. Żydowskie położne sprzeciwiły się faraonowi, który nakazał zabijać wszystkie nowo narodzone dzieci płci męskiej: «nie wykonały rozkazu króla egipskiego, pozostawiając przy życiu [nowo narodzonych] chłopców» (Wj 1,17). Trzeba jednak zwrócić uwagę na głęboki motyw takiej postawy: «położne bały się Boga». Właśnie z posłuszeństwa Bogu (…) człowiek czerpie moc i odwagę, aby przeciwstawiać się niesprawiedliwym ludzkim prawom. Jest to moc i odwaga tego, kto gotów jest nawet iść do więzienia lub zginąć od miecza, gdyż jest przekonany, że «tu się okazuje wytrwałość i wiara świętych» (Ap 13,10)” (73).

    Zakaz głosowania przeciwko prawu do życia

    „Tak więc w przypadku prawa wewnętrznie niesprawiedliwego, jakim jest prawo dopuszczające przerywanie ciąży i eutanazję, nie wolno się nigdy do niego stosować «ani uczestniczyć w kształtowaniu opinii publicznej przychylnej takiemu prawu, ani też okazywać mu poparcia w głosowaniu»” (73). „Wprowadzenie niesprawiedliwych ustaw prawnych stawia często ludzi moralnie prawych przed trudnymi problemami sumienia dotyczącymi kwestii współpracy, a wynikającymi z obowiązku obrony własnego prawa do odmowy uczestnictwa w działaniach moralnie złych. Decyzje, które trzeba wówczas podjąć, są nieraz bolesne i mogą wymagać rezygnacji z osiągniętej pozycji zawodowej albo wyrzeczenia się słusznych oczekiwań związanych z przyszłą karierą” (74).

    Budowa państwa o ludzkim obliczu

    „Sprawa życia oraz jego obrony i promocji nie jest wyłączną prerogatywą chrześcijan. Choć czerpie swe niezwykłe światło i moc z wiary, należy do każdego ludzkiego sumienia, które dąży do prawdy i któremu nie są obojętne losy ludzkości. Życie ma w sobie niewątpliwie coś świętego i religijnego, ale ten jego aspekt nie dotyczy tylko wierzących: chodzi bowiem o wartość, którą każda ludzka istota może pojąć także w świetle rozumu i dlatego bez wątpienia odnosi się ona do wszystkich. (…) Kiedy Kościół stwierdza, że bezwarunkowe poszanowanie prawa do życia każdej niewinnej osoby — od poczęcia do naturalnej śmierci — jest jednym z filarów każdego cywilizowanego społeczeństwa, «pragnie po prostu przyczyniać się do budowy państwa o ludzkim obliczu. Państwa, które uznaje za swą podstawową powinność obronę fundamentalnych praw człowieka, zwłaszcza człowieka słabszego». (…). Nie może bowiem istnieć prawdziwa demokracja, jeżeli nie uznaje się godności każdego człowieka i nie szanuje jego praw. Nie może istnieć prawdziwy pokój, jeśli się nie bierze w obronę i nie popiera życia (…)” (101).

    Przytoczone fragmenty encykliki św. Jana Pawła II pokazują, że nauczanie Magisterium Kościoła jest jednoznaczne: każdy człowiek prawego sumienia – także nie należący do Kościoła katolickiego – stoi wobec moralnego obowiązku uszanowania ludzkiego życia od poczęcia, aż do naturalnej śmierci.

    Niejednokrotnie w życiu publicznym daje się słyszeć fałszywą tezę: „większość ma zawsze rację”. W demokracji – niewątpliwie – większość podejmuje decyzje. Nie oznacza to jednak, że racja jest po stronie większości, a jedynie, że mniejszość nie potrafiła znaleźć wystarczająco przekonujących argumentów, aby stać się większością. O racji nie decyduje liczba zwolenników danego poglądu. Racja – przede wszystkim racja etyczna – często jest po stronie mniejszości. Niekiedy zaś – o czym przypomina postać Sokratesa – po stronie pojedynczego człowieka o dobrze uformowanym sumieniu.

    W duchu odpowiedzialności za Kościół w Polsce i za dobro naszej wspólnej Ojczyzny, wzywam wszystkich ludzi dobrej woli, by jednoznacznie opowiedzieli się za życiem. Szczególny apel kieruję do członków obu izb parlamentu i prezydenta Rzeczypospolitej, by dali świadectwo prawdziwej troski o życie bezbronne, bo nienarodzone.

    + Stanisław Gądecki
    Arcybiskup Metropolita Poznański
    Przewodniczący Konferencji Episkopatu Polski

    Rzym, dnia 26 stycznia 2024 roku

    źródło: KAI, BP KEP

    ______________________________________________________________________________________________________________

    

    Dlaczego Bóg karze? O. Salij: Bo kocha!

    fot. Screenshot – YouTube (Teologia Polityczna)/Lot z córkami ucieka z Sodomy, za nimi odwracająca się jego żona, ilustracja z 1918 via: Wikipedia (domena publiczna)

    ***

    Dlaczego Bóg karze? O. Salij: Bo kocha!

    Nie wiem, skąd mi się wzięło takie przekonanie, że Kościół współczesny nie naucza już o karze Bożej, gdyż było to nazbyt ludzkie ujmowanie stosunku Boga do ludzi. Jakież było moje zdziwienie, kiedy w Apokalipsie przeczytałam tę oto modlitwę: “Dokądże, Władco święty i prawdziwy, nie będziesz sądził i wymierzał za krew naszą kary tym, co mieszkają na ziemi?” (6,10) Jak się wtedy poczułam, zachowam to dla siebie. W każdym razie zrozumiałam, że Pismo Święte nie tylko mówi o karze Bożej za grzechy, ale mówi to jeszcze w taki sposób, że nawet gdyby ktoś nie znał teorii resentymentu, to i tak w duchu tej teorii przytoczoną tu modlitwę zrozumie. Myślę, że Kościół i teologia mają jakieś metody ochrony wiernych przed nazbyt ludzkim rozumieniem takich wypowiedzi Pisma Świętego. Sama nie wiem, czego ja od Ojca oczekuję. Najprościej by było, gdyby Ojciec napisał, co myśli na temat kary Bożej.

    ODPOWIADA O. JACEK SALIJ OP:

    Postaram się nie powtarzać tego, co napisałem w tekście o gniewie Bożym (znajduje się on w mojej książce pt. Pytania nieobojętne). Próbowałem tam pokazać, iż nie tylko jest tak, że miłosierdzie Boże jest większe od Jego gniewu, ale również sam gniew Boży jest przejawem Jego miłości do nas. To po prostu niemożliwe, żeby Bóg był obojętny wobec zła, jakie czynimy. Znaczyłoby to, że my sami jesteśmy Mu obojętni, czyli że nas nie kocha.

    Przeinaczylibyśmy również prawdę o karze Bożej, gdybyśmy nie umieli w niej dostrzec przejawu Bożej miłości. Najpierw zauważmy, że tak już jesteśmy stworzeni, że czynienie zła i trwanie w złu niszczy nas i sprowadza na nas nieszczęście. Tutaj nie potrzeba nawet żadnej dodatkowej kary. Po prostu tak to już jest, że kto szuka korzyści lub szczęścia, nie licząc się z Bożymi przykazaniami, prędzej czy później przekona się, że działał przeciwko samemu sobie. Wprawdzie można powiedzieć, że na syna marnotrawnego Bóg w końcu zesłał karę. Ale przecież samo jego postępowanie prowadziło go do coraz to głębszej degradacji. Jak powiada przysłowie: “zło trawi samo siebie”.

    I to jest pierwsza różnica, jaka dzieli karę Bożą od kar ludzkich: Ludzie wymierzają karę w następstwie jakiegoś przestępstwa, kara Boża zawarta jest już w samym grzechu, tyle że grzesznik nie zawsze od razu to spostrzega. “Twoja niegodziwość cię karze — wypomina Bóg swojemu grzesznemu ludowi — twoje przestępstwo jest tym, co cię chłoszcze. Poznaj i zobacz, jak źle ci i gorzko, żeś opuściła Pana, Boga twego, i żadnej trwogi nie miałaś przede Mną” (Jr 2,19; por. 6,19).

    Pomyślmy sobie teraz, jakie to by było straszne, gdyby grzech nie sprowadzał na nas nieszczęścia. To by było gorzej jeszcze, niż kiedy żonie mąż nie jest potrzebny do szczęścia. Bo wprawdzie nie jest to normalne, że małżonkowie nie są sobie potrzebni do szczęścia, ale taką sytuację da się jeszcze wyobrazić. Jakże jednak człowiek może być szczęśliwy bez Boga? To trochę tak, jakby ktoś chciał oddychać bez powietrza albo najeść się tym, że mu się śniło jedzenie. Skoro grzech jest odejściem od Boga, rozumie się samo przez się, że jest to droga ku samozniszczeniu. Świat byłby absurdalny, gdyby było inaczej.

    “Grzech sam w sobie jest karą” — powiada mądre przysłowie. To prawda, że czasem działa on jak narkotyk i może dać człowiekowi na jakiś czas poczucie szczęścia i spełnienia, ale obiektywnie każdy grzech zmienia sytuację człowieka na gorsze. Toteż najbardziej tragiczną i przeklętą karą za grzech jest to, że otwiera on wrota do grzechów następnych. Jak powiada Apostoł Paweł: Tych, którzy nie liczą się z Bogiem, “wydał Bóg na pastwę ich bezużytecznego rozumu, tak że czynią to, co się nie godzi” (Rz 1,28).

    My czasem sądzimy, że utrapienia, które nas spotykają, są karą za nasze grzechy. Otóż tylko w szerokim sensie może to być prawda. Przecież nawet wówczas, kiedy są one oczywistym skutkiem jakichś naszych grzechów, stanowią raczej miłosierne upomnienie, żebyśmy jak najszybciej porzucili grzech, gdyż niszczy w nas samą duszę. W Piśmie Świętym czytamy nieraz, że grzesznik, któremu wszystko wiedzie się pomyślnie, powinien się tym bardzo zaniepokoić — kto wie, może to jest znak, że sam Bóg traci już nadzieję na jego nawrócenie.

        Pamiętny wyraz tej intuicji dał Adam Mickiewicz:
        Onego czasu w upał przyszli ludzie różni
        Zasnąć pod cieniem muru; byli to podróżni.
        Między nimi był zbójca; a gdy inni spali,
        Anioł Pański zbudził go: “Wstań, bo mur się wali”.
        On zbójca był ze wszystkich innych najzłośliwszy:
        Wstał, a mur inne pobił. On ręce złożywszy
        Bogu dziękował, że mu ocalono zdrowie.
        A Anioł Pański stanął przed nim i tak powie:
        “Ty najwięcej zgrzeszyłeś! kary nie wyminiesz,
        Lecz ostatni najgłośniej, najhaniebniej zginiesz”.

    Nie będę tu wskazywał wszystkich biblijnych źródeł tej poetyckiej przypowieści z Dziadów, części trzeciej, ale warto przynajmniej przytoczyć tu następującą wypowiedź Drugiej Księgi Machabejskiej: “Znakiem wielkiego dobrodziejstwa jest to, iż grzesznicy nie są pozostawieni w spokoju przez długi czas, ale że zaraz dosięga ich kara. Nie uważał bowiem Pan, że z nami trzeba postępować tak samo, jak z innymi narodami, co do których pozostaje cierpliwy i nie karze ich tak długo, aż wypełnią miarę grzechów. Nie chciał bowiem karać nas na końcu, dopiero wtedy, gdyby nasze grzechy przebrały miarę. A więc nigdy nie cofa On od nas swojego miłosierdzia; choć wychowuje przez prześladowania, to jednak nie opuszcza swojego ludu” (2 Mch 6,13-16; por. Am 4,6-12).

    Sami wiemy najlepiej, że to trudne miłosierdzie Boga wobec nas — miłosierdzie wyrażające się spuszczaniem na nas utrapień — bywa szczególnie skuteczne. Iluż to ludzi pod wpływem doznanych utrapień opamiętało się! “Wszystko, co na nas sprowadziłeś — modli się pokornie Azariasz — i wszystko, co nam uczyniłeś, uczyniłeś według sprawiedliwego sądu. (…) Niech jednak dusza strapiona i duch uniżony znajdą u Ciebie upodobanie. (…) Nie zawstydzaj nas, lecz postępuj z nami według swojej łagodności i według wielkiego swego miłosierdzia!” (Dn 3,31.39.42).

    Właśnie w tej perspektywie należy rozumieć modlitwę z Apokalipsy, która tak Panią zaniepokoiła. Proszę zauważyć, że nie jest to modlitwa ludzi takich samych jak my, a więc narażonych na subiektywizm oraz ciemne uczucia wobec swych prześladowców. Jest to modlitwa męczenników, którzy już oglądają święte oblicze Boga. Czyż serce nie podpowiada nam, że oni błagają Boga, aby nie zrażał się zatwardziałością swoich nieprzyjaciół, ale miłosiernie spuścił na nich utrapienia? Przecież nawet skałę da się skruszyć!

    Podsumujmy. O karze za grzechy mówi słowo Boże jakby na dwóch płaszczyznach. W sensie ścisłym karą za grzech są ciemności przebywania poza obecnością Bożą, wystawienie samego siebie na pustkę i bezsens. Mówiąc inaczej, karą za grzech jest sam grzech; nasze przebywanie w świecie bez Boga.

    Pismo Święte mówi ponadto o karze za grzech w sensie nieścisłym. Są to utrapienia, będące albo zwyczajną konsekwencją naszych grzechów, albo nawet przychodzące na nas w wyniku szczególnej ingerencji Bożej Opatrzności w nasze życie: abyśmy zaprzestali wreszcie iść do własnej zguby. Tego rodzaju “kara” jest znakiem Bożego miłosierdzia: Bóg usiłuje w ten sposób przywrócić nas do duchowej przytomności, abyśmy nie spadli do przepaści.

    Dla uniknięcia nieporozumień dodajmy jeszcze, że nie wszystkie utrapienia, które nas spotykają, muszą mieć właśnie ten sens. Bóg dopuszcza na nas również takie utrapienia, które stanowią raczej próbę i oczyszczenie niż wezwanie do opamiętania. “Bo kogo Bóg miłuje, tego karze. Chłoszcze zaś każdego, kogo uznaje za syna” (Prz 3,12; Hbr 12,6).

    mp/Fronda.pl

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Witold Gadowski:

    Euromarksiści rozprawili się z prawdą nieodwołalnie

    „Bez Pana Boga nie ma mowy o uniwersalnych wartościach, prawie naturalnym czy o wspólnym przestrzeganiu praw człowieka” – pisze na łamach tygodnika „Niedziela” Witold Gadowski.

    Koncepcję świata bez Boga przejawia przede wszystkim Komisja Europejska. Jak podkreśla Gadowski, negacja obecności Boga wśród europejskich biurokratów opiera się na stwierdzeniu, iż skoro „współczesna nauka” nie jest w stanie Go określić i wyjaśnić natury Jego istnienia, to znak, że takowa postać nie istnieje.

    „Co prawda wybitni specjaliści z zakresu fizyki i matematyki w dużej części umywają ręce przed takimi kategorycznymi stwierdzeniami, nasi eurokraci jednak są pewni, że Boga nie ma, a to co jest z Nim związane, nie ma żadnego sensu” – podkreśla Witold Gadowski. Jak dodaje – „ich dowody są przy tym równie mocne, jak ongiś twierdzenia, że Gagarin był w kosmosie i Boga nie zobaczył”.

    W postrzeganiu świata, w którym Bóg nie stanowi jedynej prawdy, takowych może być wiele, a zdarza się i tak, że zaczynają one wchodzić ze sobą w kolizję. „Oczywiście, nikomu z biurokratów [to] nie przeszkadza, wręcz przeciwnie, stanowi dowód na zdrową różnorodność. Z prawdą euromarksiści rozprawili się więc nieodwołalnie. Każdy ma swoją, a obowiązuje ta, za którą stoją największe wpływy” – podsumowuje dziennikarz.

    Podobnie sprawa ma się z uniwersalną dotąd etyką. Jeśli założymy, że Pana Boga, a wraz z nim jednej, niezbywalnej prawdy nie ma, trudno będzie nam ustalić jak owa etyka miałaby wyglądać. „Każdy przecież znów może mieć swój prywatny odstęp do objawień mówiących o tym, jakie zasady powinny powszechnie obowiązywać”- stwierdza. Skoro „nie ma Istoty Najwyższej, nie ma więc także mowy o ostatecznym ukorzenieniu, zuniwersalizowaniu jakichkolwiek wartości”.

    Błędne koło się zamyka, a my dochodzimy do wniosku, że każdy ma swoją hierarchie wartości i drugi człowiek nie ma prawa w nią ingerować. „Pomieszanie etycznych języków skutkuje powrotem prawa silniejszego i narzucaniem innym swoich standardów oraz ogólną barbarią” – podsumowuje dziennikarz.

    Kolejną konsekwencją odrzucenia Pana Boga jako prawdy absolutnej jest mnożenie się tzw. „ofert światopoglądowych”. Zdaniem autora – „w Jego miejsce szybko zostanie podstawiona galeria coraz większych absurdów”. „Pojawią się coraz to nowe zabobony i prymitywna magia, które są rozpowszechnione jako najbardziej modne i sprawdzone sposoby patrzenia na świat” – dodaje.

    Publicysta podkreśla, iż konsekwencje wycięcia Boga z postrzegania świata „można obserwować chociażby na tzw. paradach równości, które z paradami równości mają tyle wspólnego, ile z nauką twierdzenie o tym, że Boga nie ma”.

    źródło: Tygodnik Niedziela

    ______________________________________________________________________________________________________________

    

    22 stycznia 2024

    PATRON DNIA – ŚW. WINCENTY PALLOTTI

    ZAŁOŻYCIEL STOWARZYSZENIA APOSTOLSTWA KATOLICKIEGO KSIĘŻY PALLOTYNÓW

    

    This image has an empty alt attribute; its file name is Wincenty-Pallotti-zrodlo-pallotyni.pl_-e1705909508856.jpg

    ***

    ***

    Zakon Jezuitów otrzymał od swojego Założyciela motto:

    DLA WIĘKSZEJ CHWAŁY BOGAAD MAIOREM DEI GLORIAM

    Założyciel Księży Pallotynów swoim duchowym synom przekazał 4 zawołania:

    DLA NIESKOŃCZONEJ CHWAŁY BOGA – AD INFINITAM DEI GLORIAM

    DLA ZBAWIENIA DUSZ – AD SALVANDAS ANIMAS

    DLA ZNISZCZENIA GRZECHU – AD DESTRUENDUM PECATUM

    PAX CHRISTI – POKÓJ CHRYSTUSOWY

    ________________________________________________________________

    „O Boże, jakże ograniczone są nasze siły!
    Pocieszmy się jednak, że najdobrotliwszy Bóg znajduje upodobanie już w samych naszych pragnieniach,
    a więc przez nie już składamy Mu hołd uwielbienia!
    A zatem wszędzie tam, dokąd nie dociera skuteczność naszych uczynków, przeniknąć zdołamy,
    rozwijając na skrzydłach pragnień lot pokory i ufności”

    „Przypominaj sobie często, że jeśliby inni mieli do dyspozycji twoje środki i możliwości czynienia dobra, byliby wielkimi świętymi.”

                                                             św. Vincenty Pallotti

    ***

    W Kościele wspominamy dziś św. Wincentego Pallottiego – założyciela Zjednoczenia Apostolstwa Katolickiego, którego integralną częścią są pallotyni i pallotynki. „Po Soborze Watykańskim II charyzmat pallotyński stał się charyzmatem całego Kościoła. Członkowie zgromadzenia starają się odpowiadać na potrzeby ludzi” – powiedział portalowi Polskifr.fr pracujący we Francji superior Regii Miłosierdzia Bożego, ks. Krzysztof Hermanowicz SAC.

    Św. Wincenty Pallotti (1795-1850) był rzymskim kapłanem. Miał proroczą, nową jak na współczesny mu czas, ideę, żeby każdy ochrzczony był apostołem, świadkiem wiary, nadziei i miłości.

    „Chciał, aby każdy ochrzczony brał przykład z Jezusa Chrystusa – Apostoła Ojca Przedwiecznego. Abyśmy mogli wypełnić misję apostoła, mamy obrać jako naszą Przewodniczkę Maryję – Królową Apostołów, która pozostaje na modlitwie z Apostołami w Wieczerniku, oczekując na dar Ducha Świętego” – podkreślił ks. Krzysztof Hermanowicz.

    Ze względu na te idee angażowania ludzi świeckich w życie Kościoła Wincenty Pallotti bywa nazywany „prekursorem Akcji Katolickiej”. Papież Paweł VI powiedział o nim: „Obecnie jest rzeczą pewną, że Pallotti był zwiastunem przyszłości. Prawie o sto lat uprzedził on odkrycie następującego faktu: w świecie laików, do tego czasu biernym, ospałym, lękliwym i niezdolnym do wypowiedzenia się, istnieje wielka energia służenia dobru”.

    „Jak przypomina Katechizm Kościoła Katolickiego, poprzez chrzest stajemy się »żywymi kamieniami«. Każdy ochrzczony staje jest współodpowiedzialny za Kościół, każdy poprzez chrzest ma uczestniczyć w kapłaństwie Chrystusa, w Jego misji prorockiej i królewskiej” – podkreślił superior pallotynów.

    W czasach Pallottiego w praktyce nie było to aż tak bardzo oczywiste, ale od czasu Soboru Watykańskiego II (1962-1965) ta prorocza idea stała się udziałem całego Kościoła.

    Z czasem ludzie, pociągnięci jego przykładem, zaczęli gromadzić się wokół Wincentego Pallottiego. A on wciąż ich zachęcał, przykładem i słowem, do podejmowania różnych inicjatyw na rzecz Kościoła. Księża, bracia, siostry, ludzie świeccy, którzy określają siebie jako duchowe dzieci Pallottiego, nadal starają się żyć charyzmateùm założyciela, odczytując „znaki czasu” i odpowiadając, w czasie i w miejscu, w którym żyją, na konkretne potrzeby Kościoła i człowieka.

    „Angażują się w pracę duszpasterską w parafiach krajów, w których brakuje księży, prowadzą działalność misyjną, ekumeniczną, charytatywną, medialną, formację ludzi świeckich… Wszystko to w duchu zawołania św. Pawła: »Miłość Chrystusa przynagla nas« (2 Kor 5,14)”– zaznaczył rozmówca Polskifr.fr.

    We Francji pallotyni służą miejscowemu Kościołowi i starają się pozostać w służbie rodakom, pomagając im w utrzymaniu i przekazywaniu wiary młodym pokoleniom, ale także kultury polskiej, ojczystego języka i zwyczajów.

    „Przykładami takiej działalności są nasze ośrodki duszpasterskie w Arcueil, w Osny, w Oignies czy w Joinville-le-Pont, szkoły polskie przy naszych parafiach, czy też Centrum Dialogu w Paryżu lub ośrodek w Montmorency. Nie można zapomnieć także o lipcowych Zjazdach Katolickich w Osny, które nie tylko pozwalają Polakom znaleźć we Francji kawałek Ojczyzny, ale są także, dzięki obecności licznych przyjaciół francuskich, pomostem między Polską i Francją” – ocenił ks. Krzysztof Hermanowicz.

    22 stycznia 2024/Radio Maryja

    ***

    ______________________________________________________________________________________________________________

    NOWENNA PRZED UROCZYSTOŚCIĄ

    ŚW. WINCENTEGO PALLOTTIEGO

    This block contains unexpected or invalid content.

    Attempt Block Recovery

    Jan Ekiert (1907-1993), Wincenty Pallotti (1963) © SAC

    ***

    W imię Ojca i Syna, i Ducha Świętego. Amen.

    P. Módlmy się. Wszechmogący Boże, oświeć światłem wiary i rozpal żarem miłości nasze serca, abyśmy jako wspólnota zgromadzona wokół św. Wincentego Pallottiego, mogli godnie uczcić Twój majestat i przyczynić się do budowania Królestwa Bożego i zjednoczenia wszystkich ludzi wokół Twojego Syna, a naszego Pana Jezusa Chrystusa. Który z Tobą żyje i króluje w jedności Ducha Świętego, Bóg przez wszystkie wieki wieków.

    W. Amen.


    ROZWAŻANIA NA POSZCZEGÓLNE DNI NOWENNY:

    Wprowadzenie

    Dzień I   Bóg jest Miłością Nieskończoną i Miłosierdziem

    Dzień II Stworzenie człowieka

    Dzień III   Powołanie do świętości

    Dzień IV Apostoł Ojca Przedwiecznego

    Dzień V Naśladowanie Chrystusa

    Dzień VI   Maryja, Królowa Apostołów

    Dzień VII   Misja Ewangelizacyjna

    Dzień VIII  Jedność chrześcijan

    Dzień IX   Zjednoczenie Apostolstwa Katolickiego

    Zakończenie


    WPROWADZENIE:

    Nowenna jest modlitwą o charakterze błagalnym, odmawianą zwyczajowo przed każdą większą uroczystością lub wspomnieniem świętego, do którego ma się szczególne nabożeństwo. Odmawia się ją indywidualnie lub wspólnie przez dziewięć kolejnych dni dla uproszenia szczególnej łaski przez wstawiennictwo osoby, którą w nowennie przyzywamy.

    Proście, a otrzymacie, kołaczcie, a otworzą wam, szukajcie, a znajdziecie – powiedział Pan Jezus do swoich uczniów.

    Nowenna jest nie tylko przygotowaniem do obchodu jakiegoś ważnego wydarzenia, ale jest także dobrą okazją do zintensyfikowania swoich próśb, dlatego też modlitwa odmawiana przez kolejnych dziewięć dni ma niezwykłą skuteczność. Warto przy okazji odprawiania nowenny podjąć jakieś dodatkowe drobne wyrzeczenia, umartwienia, dobre uczynki, przystąpić do sakramentu pokuty i pojednania, uczestniczyć w Eucharystii i przyjąć Komunię Świętą.

    Nowenna przez wstawiennictwo św. Wincentego Pallottiego odprawiana jest przed jego liturgicznym wspomnieniem (w dniach od 13 do 21 stycznia), ma szczególną wymowę.

    13 stycznia 1850 roku, w ostatnim dniu Oktawy Epifanii, ks. Wincenty Pallotti posługiwał w konfesjonale. W czasie jednej ze spowiedzi zauważa, że jego penitent jest zziębnięty i nie ma na sobie wierzchniego okrycia. Zdejmuje wtedy swój płaszcz i oddaje go człowiekowi w potrzebie, co staje się z kolei przyczyną jego własnego przeziębienia. Przez kolejnych 9 dni choroba rozwija się i przeradza w zapalenie opłucnej. Wincenty Pallotti odchodzi do Pana w dniu 22 stycznia. Nowenna ta jest zatem niejako „czuwaniem przy łóżku konającego ks. Wincentego”.

    Przez tych dziewięć kolejnych dni rozważać będziemy dziewięć „kroków św. Wincentego”, czyli tych wszystkich spraw, którymi on żył. Wspólnie z nim będziemy kontemplowali Nieskończoną Miłość i Miłosierdzie Boga, stworzenie człowieka, nasze powołanie do świętości, posłannictwo Jezusa Chrystusa jako Apostoła Ojca Przedwiecznego i nasze naśladowanie Chrystusa, szczególną obecność NMP Królowej Apostołów, misję ewangelizacyjną Kościoła, budowanie jedności chrześcijan oraz Zjednoczenie Apostolstwa Katolickiego – dzieło, któremu poświęcił swoje życie.

    Niech zatem ta modlitwa i te rozważania będą dla nieskończonej chwały Boga i przyczynią się ku naszemu uświęceniu, zbawieniu dusz naszych i naszych bliźnich oraz zniszczeniu grzechu.

    _________________________________________

    DZIEŃ I

    Bóg jest Miłością Nieskończoną i Miłosierdziem

    Umiłowani, miłujmy się wzajemnie, ponieważ miłość jest z Boga, a każdy kto miłuje, narodził się z Boga i zna Boga, (…) bo Bóg jest miłością. W tym przejawia się miłość, że nie my umiłowaliśmy Boga, ale że to On sam nas pierwszy umiłował i posłał Syna swojego jako ofiarę przebłagalną za nasze grzechy. Umiłowani, jeśli Bóg tak nas umiłował, to i my winniśmy się wzajemnie miłować (…). Bóg jest miłością, kto trwa w miłości, trwa w Bogu, a Bóg trwa w nim.

    I List św. Jana Apostoła (4,7-16)

    This block contains unexpected or invalid content.

    Attempt Block Recovery

    Z PISM ŚW. WINCENTEGO PALLOTTIEGO:

    Bóg w Istocie swej to Miłość odwieczna, nieskończona i miłosierna bez granic; ja zaś, choć nieskończenie niegodny, aby w sercu mym rozlana była miłość Boża, to jednak ufam mocno, że Bóg, który jest Miłością w swej Istocie, przepaja mnie miłosiernie odwieczną swą i nieskończoną miłością, i ufam, że niweczy we mnie przez to całą mą świecką i przyziemną miłość oraz wszelkie jej następstwa i wszelkie myśli, słowa i uczynki, jakie spełniałem wbrew miłości Boga i bliźniego. I żywię nadto nadzieję, że niweczy mnie przez to na duszy, jak w ciele i w czynach tak dalece, że jestem jakby mnie nigdy nie było i jakbym nigdy nie miał być na świecie i że we mnie i we wszystkim był i jest zawsze Bóg – Miłość z Istoty swej odwieczna, niezmierna, nieskończona, niepojęta i bezgranicznie miłosierna – sam Bóg, wszystkie Boskie Osoby, wszystkie nieskończone przymioty.

    Wybór Pism, t. III, s. 249-250

    ____________________________________________

    MODLITWA DNIA:

    P. Boże, nasz Ojcze, Ty jako jedyne źródło miłości pierwszy nas umiłowałeś, abyśmy napełnieni bogactwem Twojej łaski, mogli żyć jedynie dla Twej miłości. Ty w ciągu wieków zapewniałeś nas o Twojej dobroci względem nas, a w tych ostatecznych czasach zesłałeś nam Twojego Umiłowanego Syna, a naszego Pana Jezusa Chrystusa, który jest pełnym objawieniem Twojej miłości i wierności. On to, umiłowawszy nas do końca, wydał samego siebie na okup za nasze grzechy, a umierając na drzewie krzyża, przywrócił nam życie wieczne. Dziękując Tobie za tak wielkie dary i wierząc, że jako nasz Najlepszy Ojciec pragniesz jedynie naszego szczęścia, ośmielamy się Ciebie prosić (o oraz) o łaski, których nam potrzeba. Przez Chrystusa, Pana naszego.

    W. Amen.

    ______________________________________________________________________________________________________________

    DZIEŃ II

    Stworzenie człowieka

    Bóg rzekł: „Uczyńmy człowieka na Nasz obraz, podobnego Nam. Niech panuje nad rybami morskimi, nad ptactwem powietrznym, nad bydłem, nad ziemią i nad wszystkimi zwierzętami pełzającymi po ziemi!”. Stworzył więc Bóg człowieka na swój obraz, na obraz Boży go stworzył: stworzył mężczyznę i niewiastę. Po czym Bóg im błogosławił (…). A Bóg widział, że wszystko, co uczynił było bardzo dobre.

    Księga Rodzaju (1, 26-31)

    This block contains unexpected or invalid content.

    Attempt Block Recovery

    mal. Bruno Zwiener

    ***

    Z PISM ŚW. WINCENTEGO PALLOTTIEGO:

    Człowiek jest, jak nas o tym poucza święta wiara, stworzony na obraz i podobieństwo Boga, Bóg zaś ze samej swej istoty jest miłością. A zatem człowiek na mocy samego aktu stwórczego jest żywym obrazem miłości Bożej. Bóg zaś, który ze samej swej istoty jest miłością, w swojej zewnętrznej działalności zawsze się skłania do działania na korzyść człowieka i to tak bardzo, że Syna swego Jednorodzonego zesłał, aby Ten swoją śmiercią krzyżową odkupił rodzaj ludzki. Jak Chrystus „stał się dla nas posłuszny aż do śmierci i to śmierci krzyżowej”, tak też i człowiek winien, w miarę swoich możliwości, naśladować Boga, okazując przy pomocy swoich uczynków czynną miłość bliźniemu, którym jest każdy człowiek zdolny do poznania Boga, niezależnie od warstwy społecznej, strefy geograficznej, narodowości itd. Dlatego też człowiek, mając na uwadze samą istotę aktu stwórczego, nie może się uchylać od przykazania miłości. Przyjąwszy zaś, że przykazanie miłości bliźniego, nakazujące nam kochać bliźniego jak siebie samego, jest naszym obowiązkiem, każdy już łatwo może sobie uświadomić, że nikt nie kocha siebie samego, jeśli całym sercem, całą duszą i wszystkimi siłami nie stara się w sposób skuteczny o własne zbawienie wieczne; i to, że nikt nie kocha bliźniego swego jak siebie samego, jeżeli nie stara się o wieczne zbawienie bliźniego tak, jak o swoje.

    Wybór Pism, t. I, s. 59-60

    _________________________________________________

    MODLITWA DNIA:

    P. Ojcze święty, Ty jeden jesteś Bogiem żywym i prawdziwym, Ty jesteś przedwieczny i trwasz na wieki. Tylko Ty, Boże, jesteś dobry i jako jedyne źródło życia powołałeś wszystko do istnienia, aby napełnić swoje stworzenia dobrami i wiele z nich uszczęśliwić jasnością Twojej chwały. Wysławiamy Cię, Ojcze święty, bo jesteś wielki i wszystkie stworzenia głoszą Twoją mądrość i miłość. Ty stworzyłeś człowieka na swoje podobieństwo i powierzyłeś mu cały świat, aby służąc Tobie samemu jako Stwórcy, rządził wszelkim stworzeniem. Dlatego też ośmielamy się wzywać Twego Świętego Imienia i z ufnością, że zostaniemy wysłuchani, ośmielamy Cię prosić (o… oraz) o łaski, których nam potrzeba. Przez Chrystusa, Pana naszego.

    W. Amen.

    ______________________________________________________________________________________________________________

    DZIEŃ III

    Powołanie do świętości

    Umiłowani, obecnie jesteśmy dziećmi Bożymi, ale jeszcze się nie objawiło, czym będziemy. Wiemy, że gdy się to objawi, będziemy do Niego podobni, bo ujrzymy Go takim, jakim jest. Każdy, kto pokłada w Nim tę nadzieję, uświęca się, podobnie jak On jest święty.

    I Listu św. Jana Apostoła (3, 2-3)

    This image has an empty alt attribute; its file name is ANF-Saint-Vincent-Pallotti-1600x900.jpg

    Z PISM ŚW. WINCENTEGO PALLOTTIEGO:

    Pomiędzy innymi łaskami, o które zwracam się z prośbą do mojego Ojca Niebieskiego, mojego nade wszystko najukochańszego oblubieńca Jezusa i mojej nade wszystko najukochańszej Matki Marii, aniołów i świętych, i błagam wszystkie inne stworzenia o wyjednanie tego za mnie, proszę, by Pan prowadził mnie drogą, że tak powiem, nieskończenie świętą, bezpieczną, doskonałą i ukrytą przed oczyma ludzi; proszę o dar świętej wytrwałości w dobrym i nieustające pomnażanie żarliwości w świętej służbie Bożej, a to ku nieskończonej chwale i czci Boga, oraz korzyści wszystkich dusz. Świętość jest konieczna. Ufam wielce dobroci Boga, że dla zasług świętych, aniołów, Marii i Jezusa wpoi ufność otrzymania tej łaski, która uświęca i sprawia, iż dla samej chwały Boga dokonujemy największych rzeczy i że zaszczepi we mnie najwyższe stopnie świętości i doskonałości.

    Postanowienia i dążenia, 116, 211 i 81

    ______________________________________________________________

    MODLITWA DNIA:

    P. Boże, źródło życia i świętości, tylko Ty jesteś święty i godzien wszelkiej chwały. Ty z miłości stworzyłeś człowieka i powołujesz go do świętości, aby mógł we wspólnocie z Tobą przebywać w Twojej chwale i radować się Twoją obecnością. Dlatego słusznie Cię sławi wszelkie stworzenie, bo przez Jezusa Chrystusa, Twojego Syna, staliśmy się Twoimi przybranymi dziećmi, a mocą Twojego Świętego Ducha ożywiasz nas i uświęcasz. Przez zasługi i wstawiennictwo wszystkich Świętych, wdzięczni za Twoje wielkie miłosierdzie względem nas, ośmielamy się Ciebie prosić (o… oraz) o łaski, których nam potrzeba. Przez Chrystusa, Pana naszego.

    W. Amen.

    ______________________________________________________________________________________________________________

    DZIEŃ IV

    Apostoł Ojca Przedwiecznego

    Jezus, podniósłszy oczy ku niebu, rzekł: „Ojcze, nadeszła godzina. Otocz swojego Syna chwałą, aby Syn Ciebie nią otoczył i aby mocą władzy udzielonej Mu przez Ciebie nad każdym człowiekiem dał życie wieczne wszystkim tym, których Mu dałeś. A to jest życie wieczne: aby znali Ciebie, jedynego prawdziwego Boga, oraz Tego, którego posłałeś, Jezusa Chrystusa. Ja Ciebie otoczyłem chwałą na ziemi przez to, że wypełniłem dzieło, które Mi dałeś do wykonania. A teraz Ty, Ojcze, otocz Mnie u siebie chwałą, którą miałem u Ciebie wpierw, zanim świat powstał”.

    Ewangelii według św. Jana (17, 1-5)

    This block contains unexpected or invalid content.

    Attempt Block Recovery

    Z PISM ŚW. WINCENTEGO PALLOTTIEGO:

    Przykazanie zaś miłości, które wszystkim nakazuje wielbić i ponad wszystko kochać Boga, a bliźniego swego miłować jak siebie samego, zobowiązuje nas również do starania się wszelkimi możliwymi sposobami o wieczne zbawienie tak swoje, jak i bliźniego. Staje się to jeszcze bardziej oczywiste, gdy przypomnimy sobie to, co mówi Duch Święty: „Każdemu z osobna dał Bóg rozkazanie o bliźnim jego”. Każdemu więc Bóg przykazał się troszczyć o wieczne zbawienie bliźniego. A ponieważ w wypełnianiu tego przykazania winniśmy naśladować Jezusa Chrystusa, który jest Apostołem Ojca Przedwiecznego, przeto życie Jezusa Chrystusa, będące Jego apostolstwem, ma być dla każdego wzorem apostolstwa. A że wszyscy są wezwani i, co więcej, zobowiązani do naśladowania Jezusa Chrystusa, przeto wszyscy powołani są do apostolstwa stosownie do swojego stanu i zawodu. Ale ponieważ nie wszyscy przestrzegają przykazania miłości Boga i bliźniego tak doskonale, jak to przykazał Jezus Chrystus, mówiąc: „Bądźcie doskonałymi, jak Ojciec wasz Niebieski jest doskonałym”, stąd też nie wszyscy zasługują na miano „apostoła”. Jednak miłość Pana naszego Jezusa Chrystusa pobudza każdego człowieka do czynów apostolskich, aby każdy mógł zasłużyć na miano „apostoła” i zdobyć zasługę oraz cieszyć się chwałą, dzięki wstawiennictwu Królowej Apostołów, Najświętszej Maryi.

    Wybór Pism, t. I, s. 39

    ___________________________________________________

    MODLITWA DNIA:

    P. Panie, nasz Boże, Ty objawiłeś nam Umiłowanego Syna Twojego Jezusa Chrystusa jako Apostoła posłanego przez Ciebie dla dokonania dzieła naszego zbawienia. On to za sprawą Ducha Świętego stał się człowiekiem, narodził się z Maryi Dziewicy i był do nas podobny we wszystkim oprócz grzechu. Ubogim głosił dobrą nowinę o zbawieniu, jeńcom wyzwolenie, a smutnym radość. Aby wypełnić Twoje postanowienie, wydał się na śmierć krzyżową, a zmartwychwstając, zwyciężył śmierć i odnowił życie, abyśmy żyli już nie dla siebie, ale jedynie ku Twojej chwale. Wdzięczni za tak wspaniały dar Twojej miłości, z dziecięcą ufnością ośmielamy się Ciebie prosić (o… oraz) o łaski, których nam potrzeba. Przez Chrystusa, Pana naszego.

    W. Amen.

    ______________________________________________________________________________________________________________

    DZIEŃ V

    Naśladowanie Chrystusa

    Wtedy Jezus rzekł do swoich uczniów: „Jeśli kto chce pójść za Mną, niech się zaprze samego siebie, niech weźmie krzyż swój i niech Mnie naśladuje. Bo kto chce zachować swoje życie, straci je; a kto straci swoje życie z mego powodu, znajdzie je. Cóż bowiem za korzyść odniesie człowiek, choćby cały świat zyskał, a na swojej duszy szkodę poniesie? Albo co da człowiek w zamian za swoją duszę? Albowiem Syn Człowieczy przyjdzie w chwale Ojca swego razem z aniołami swoimi i wtedy odda każdemu według jego postępowania”.

    Ewangelia według św. Mateusza (16, 24-27)

    This block contains unexpected or invalid content.

    Attempt Block Recovery

    Żyć w duchu świętego Wincentego Pallottiego

    Z PISM ŚW. WINCENTEGO PALLOTTIEGO:

    „Przeznaczył nas, abyśmy się stali na podobieństwo Syna Jego, żeby On był pierworodnym między wieloma braćmi” (por. Rz 8, 29). Święty Paweł Apostoł przestrzega nas, że Bóg chce, abyśmy dla osiągnięcia naszego jedynego, uszczęśliwiającego celu stali się podobni do Jego Jednorodzonego Syna, który dla nas stał się człowiekiem i który jest naszym pierworodnym Bratem. Naśladowanie zatem Pana naszego Jezusa Chrystusa jest tak niezbędne, jak niezbędne jest samo nasze zbawienie. Stąd też podstawową Regułą naszego najmniejszego Stowarzyszenia ma być życie Pana naszego Jezusa Chrystusa, po to, by naśladować Go w pokorze i z ufnością możliwie jak najdoskonalej we wszystkich Jego poczynaniach w życiu ukrytym i w publicznej posłudze ewangelicznej. Z tego powodu powinniśmy podejmować zawsze, najdoskonalej jak potrafimy, wysiłki zmierzające do tego, by nasze życie stawało się stale coraz bardziej podobne do życia pierworodnego naszego Brata Jezusa Chrystusa.

    Wybór Pism, t. II, s. 314

    _________________________________________________________________

    MODLITWA DNIA:

    P. Ojcze święty, wielbimy Ciebie, przez umiłowanego Syna Twojego Jezusa Chrystusa, za wspaniały plan Twojej miłości względem nas. On jest Słowem Twoim, przez które wszystko stworzyłeś. Jego nam zesłałeś jako Zbawiciela i Odkupiciela, który stał się człowiekiem za sprawą Ducha Świętego i narodził się z Dziewicy. On, spełniając Twoją wolę, nabył dla Ciebie lud święty, gdy wyciągnął swoje ręce na krzyżu, aby śmierć pokonać i objawić moc Zmartwychwstania. On swoim życiem wezwał nas do naśladowania, abyśmy upodobniwszy się do Niego, mogli osiągnąć życie wieczne w Twoim Królestwie. Za te znaki Twojej dobroci wychwalamy Cię i z ufnością Ciebie prosimy (o… oraz) o łaski, których nam potrzeba. Przez Chrystusa, Pana naszego.

    W. Amen.

    ______________________________________________________________________________________________________________

    DZIEŃ VI

    Maryja, Królowa Apostołów

    Wtedy wrócili do Jerozolimy. Przybywszy tam, weszli do sali na górze i przebywali w niej: Piotr i Jan, i Jakub, i Andrzej, Filip i Tomasz, Bartłomiej i Mateusz, Jakub, syn Alfeusza, i Szymon Gorliwy, i Juda, brat Jakuba. Wszyscy oni trwali jednomyślnie na modlitwie razem z niewiastami, z Maryją, Matką Jezusa, i z braćmi Jego. Kiedy nadszedł wreszcie dzień Pięćdziesiątnicy, znajdowali się wszyscy na tym samym miejscu. Nagle dał się słyszeć z nieba szum, jakby uderzenie gwałtownego wiatru, i napełnił cały dom, w którym przebywali. Ukazały się im też jakby języki z ognia, które się rozdzieliły, i na każdym z nich spoczął jeden. I wszyscy zostali napełnieni Duchem Świętym.

    Dzieje Apostolskie (1, 12-14; 2, 1-4)

    This image has an empty alt attribute; its file name is Kr%C3%B3lowo-Aposto%C5%82%C3%B3w.png

    Z PISM ŚW. WINCENTEGO PALLOTTIEGO:

    Postanawiam przedstawiać sobie (często to w sobie odnawiać), że w jakimkolwiek będę się znajdował miejscu, będę wraz ze wszystkimi stworzeniami w jerozolimskim Wieczerniku, gdzie Apostołowie otrzymali Ducha Świętego; i jak Apostołowie pozostawali tam z Najświętszą Maryją, tak będę sobie też wyobrażał, iż jestem tam z moją nade wszystko najukochańszą Matką Maryją i z nade wszystko najbardziej umiłowanym Oblubieńcem Jezusem, którzy – uważam to za pewne – jako moi najosobliwsi Obrońcy sprawią, że spłynie na mnie i na innych obfitość Ducha Świętego. A jak pragnę, aby ta obfitość Pańskiego Ducha pomnażała się we mnie i we wszystkich stworzeniach, w każdym, tak ze wszystkimi stworzeniami zostawać pragnę zawsze w tymże Wieczerniku. Tak też częściej wedle możności przedstawiać sobie będę, że kiedy ja i inne stworzenia trwamy w Wieczerniku, zstępuje na nas obfitość i pełnia Ducha Świętego. Pragnę z niej odnosić owoce tak obfite, jakie odnosiliby z niej wszyscy Święci, Apostołowie i Maryja.

    Wybór Pism, t. III, s. 46-47

    __________________________________________________________________

    MODLITWA DNIA:

    P. Wszechmogący, wieczny Boże, Ty w cudowny sposób wybrałeś Maryję na Matkę Twojego Jednorodzonego Syna, Jezusa Chrystusa. Ona, przyjmując niepokalanym sercem Twoje Słowo, poczęła Je w dziewiczym łonie i otaczała macierzyńską troską początek Kościoła, rodząc jego Założyciela. Przyjmując pod krzyżem testament Bożej miłości, wzięła za swoje dzieci wszystkich ludzi, którzy przez śmierć Chrystusa narodzili się do życia wiecznego. Gdy Apostołowie oczekiwali obiecanego Ducha Świętego, łączyła swe błagania z prośbami uczniów Chrystusa i stała się wzorem modlącego się Kościoła. Wyniesiona do niebieskiej chwały otacza macierzyńską miłością Kościół pielgrzymujący i wspiera go w dążeniach do wiecznej ojczyzny, aż nadejdzie pełen blasku dzień Pański. Wysławiając tak wielkie dzieła Twojej miłości oraz pokładając ufność we wstawiennictwo i zasługi naszej Matki i Królowej, ośmielamy się Ciebie prosić (o… oraz) o łaski, których nam potrzeba. Przez Chrystusa, Pana naszego.

    W. Amen.

    ______________________________________________________________________________________________________________

    DZIEŃ VII

    Misja ewangelizacyjna

    Jedenastu zaś uczniów udało się do Galilei, na górę, tam gdzie Jezus im polecił. A gdy Go ujrzeli, oddali Mu pokłon. Niektórzy jednak wątpili. Wtedy Jezus podszedł do nich i przemówił tymi słowami: „Dana Mi jest wszelka władza na niebie i na ziemi. Idźcie więc i nauczajcie wszystkie narody, udzielając im chrztu w imię Ojca i Syna, i Ducha Świętego. Uczcie je zachowywać wszystko, co wam przekazałem. A oto Ja jestem z wami przez wszystkie dni, aż do skończenia świata”.

    Ewangelia według św. Mateusza (28, 16-20)

    This block contains unexpected or invalid content.

    Attempt Block Recovery

    São Vicente Pallotti

    Z PISM ŚW. WINCENTEGO PALLOTTIEGO:

    Pobożne nasze Zjednoczenie, a jeszcze bardziej Stowarzyszenie Księży, stanowiące część wewnętrzną i dynamizującą tegoż Zjednoczenia, oddaje się od samego początku swego istnienia krzewieniu Królestwa Pana naszego Jezusa Chrystusa; poruszone zaś do żywego tkliwą miłością wyrażoną przez samego Odkupiciela w słowach: „Żniwo wprawdzie wielkie, ale robotników mało. Proście więc Pana żniwa, aby wysiał robotników na żniwo swoje” (Mt 9, 37-38), czuło się zawsze jak najbardziej zaangażowane do współdziałania, za pośrednictwem niezawodnego środka zalecanego przez Chrystusa w postaci modlitwy, w pozyskiwaniu ewangelicznych pracowników.

    Wybór Pism,t. II, s. 187

    __________________________________________________________

    MODLITWA DNIA:

    P. Boże, nasz Ojcze, Ty chcesz, aby wszystkie ludy i narody Ciebie poznały i jedynie Ciebie wielbiły jako swojego Pana i Stwórcę. Ty posłałeś na świat swojego Umiłowanego Syna Jezusa Chrystusa, aby wszystkim ludziom przyniósł zbawienie. Przez Niego posyłasz nieustannie głosicieli Dobrej Nowiny, aby Twoje Imię było wysławiane po całej ziemi. Ty powołałeś Kościół, aby był dla narodów sakramentem zbawienia i aby z wszystkich narodów wzrastał jeden lud święty. Wysławiamy Ciebie Boże, za wielkie dzieła Twojej Miłości i z pokorą ośmielamy Cię prosić (o…  oraz) o łaski, których nam potrzeba. Przez Chrystusa, Pana naszego.

    W. Amen.

    ______________________________________________________________________________________________________________

    DZIEŃ VIII

    Jedność chrześcijan

    Trwali oni w nauce Apostołów i we wspólnocie, w łamaniu chleba i w modlitwach. Bojaźń ogarniała wszystkich, gdyż Apostołowie czynili wiele znaków i cudów. Ci wszyscy, którzy uwierzyli, przebywali razem i wszystko mieli wspólne. Sprzedawali majątki i dobra i rozdawali je każdemu według potrzeby. Codziennie trwali jednomyślnie w świątyni, a łamiąc chleb po domach, spożywali posiłek w radości i prostocie serca. Wielbili Boga, a cały lud odnosił się do nich życzliwie. Pan zaś pomnażał im codziennie tych, którzy dostępowali zbawienia.

    Dzieje Apostolskie (2, 42-47)

    This block contains unexpected or invalid content.

    Attempt Block Recovery

    św. Vincenty Pallotti namalowany przez Oskara Kokoschka 






    Z PISM ŚW. WINCENTEGO PALLOTTIEGO:

    Jezus Chrystus zapowiedział czas, kiedy cały świat zjednoczy się jako jedna Owczarnia pod jednym Pasterzem. Nasza modlitwa o nadejście Królestwa podoba się Panu. Nasze dobre czyny, żarliwe modlitwy sprawiedliwych i wstawiennictwo Błogosławionej Dziewicy Maryi sprawią, że dzień ten nadejdzie. Mamy nadzieję, że przez naszą żarliwą modlitwę Bóg pozwoli, by już wkrótce nadszedł ten dzień, kiedy ujrzymy świat jako jedną Owczarnię pod jednym Pasterzem.

    Modlitewnik SAK, s. 70-71

    ________________________________________________________________________

    MODLITWA DNIA:

    P. Wszechmogący, wieczny Boże, nieustannie Ciebie wychwalamy i Tobie za wszystko składamy dzięki, przez naszego Pana Jezusa Chrystusa. Przez Niego bowiem doprowadziłeś nas do poznania Twojej prawdy, abyśmy złączeni węzłem jednej wiary i chrztu świętego, stali się członkami Jego Ciała. Przez Niego udzieliłeś wszystkim narodom Twojego Ducha Świętego, który działając przez rozmaite dary, jest Sprawcą jedności. Duch Święty zamieszkuje w Twoich przybranych dzieciach, napełnia cały Kościół i nim kieruje. Wierzymy, że przez nasze pokorne modlitwy przybliża się dzień, kiedy wszystkie ludy i narody zgromadzą się jako jedna Owczarnia pod jednym Pasterzem oraz ufamy, że wysłuchasz nasze prośby (o… oraz) o łaski, których nam potrzeba. Przez Chrystusa, Pana naszego.

    W. Amen.

    _____________________________________________________________________________________________________________

    DZIEŃ IX

    Zjednoczenie Apostolstwa Katolickiego

    Jezus tak modlił się za swoich uczniów: „Teraz poznali, że wszystko, cokolwiek Mi dałeś pochodzi od Ciebie. Słowo bowiem, które Mi powierzyłeś, im przekazałem, a oni je przyjęli i prawdziwie poznali, że od Ciebie wyszedłem, oraz uwierzyli, że Ty Mnie posłałeś. Ja za nich proszę. Ojcze święty, zachowaj ich w Twoim imieniu, które Mi dałeś, aby tak jak My, wszyscy oni stanowili jedno. Ojcze sprawiedliwy! Świat Ciebie nie poznał, lecz Ja Ciebie poznałem, i oni poznali, żeś Ty Mnie posłał. Objawiłem im Twoje imię i nadal będę objawiał, aby miłość, którą Ty Mnie umiłowałeś, w nich była i Ja w nich.

    Ewangelia według św. Jana (17, 7-9a, 11b. 25-26)

    VINCENT-PALLOTT

    Public Domain

    MATKA BOŻEJ MIŁOŚCI – OBRAZ DCASSAROTTI NA RELIKWIARZU ŚW WINCENTEGO PALLOTIEGO

    ***

    Z PISM ŚW. WINCENTEGO PALLOTTIEGO:

    Celem Stowarzyszenia jest większa chwała Boża, uświęcenie i zbawienie wieczne duszy własnej i dusz naszych bliźnich przez życie czynne i bogomyślne i przez uczynki miłosierdzia co do ciała i duszy. Chodzi też o to, by wiodąc życie w pokorze i w prawdziwej zawisłości, jednoczyć świętym węzłem współzawodniczącej miłości i gorliwości duchowieństwo świeckie i zakonne w pełnieniu dzieł świętego posługiwania, aby w ten sposób skuteczniej zapewnić zbawienie dusz, a także, by wszystkich wiernych bez różnicy płci wszelkiego stanu, godności, stanowiska, tak pojedynczo, jak zbiorowo, zapraszać do tego, by każdy, wypełniając rzetelnie przykazanie miłości Boga i bliźniego, przyczyniał się wedle swej możliwości do wspierania dzieł podejmowanych ku większej chwale Bożej i dla zbawienia dusz, bądź przez bezinteresowne prace osobiste, bądź przez składanie jałmużny czy ofiar wszelkiego rodzaju, bądź przynajmniej poprzez modlitwy. Dlatego to nasze Stowarzyszenie stara się samo o przyłączanie wszystkich wiernych bez różnicy płci oraz deleguje innych, aby się o to starali. Ci zaś przyłączeni do naszego Stowarzyszenia stanowią Pobożne Zjednoczenie, zwane też Apostolstwem Katolickim.

    Wybór Pism, t. II, s. 314-315

    _____________________________________________________

    MODLITWA DNIA:

    P. Wszechmogący i miłosierny Boże, Jedyne Źródło jedności i pokoju, Ty wszystkich ludzi, stworzonych dla chwały Twojego Imienia i odkupionych przez Krzyż Twojego Syna, zbierasz mocą Twojego Ducha w jedną rodzinę ludzką. Ty zgromadziłeś wszystkie narody i ludy ziemi w jedności Kościoła i dajesz wszystkim ludziom błogosławioną nadzieję swojego Królestwa. Ojcze święty, uwielbiamy Cię za to, że zechciałeś posłużyć się świętym Wincentym Pallottim dla budowania jedności w świecie i szerzenia Dobrej Nowiny. Pobudzeni przeto tak wspaniałym przykładem apostolskiej gorliwości, ośmielamy się Ciebie prosić (o… oraz) o łaski, których nam potrzeba. Przez Chrystusa, Pana naszego.

    W. Amen.

    _____________________________________________________________________________________________

    Z Dekretu Apostolskiego przyznającego

    ks. Wincentemu Pallottiemu cześć należną świętym

    20 stycznia 2020

    ***

    Wincenty Pallotti urodził się w Rzymie, dnia 21 miesiąca kwietnia, roku 1795, następnego dnia został ochrzczony w Bazylice Św. Wawrzyńca in Damasco. Od rodziców, którzy byli bardzo religijni, zaczerpnął wspaniałe wzory wszystkich cnót, tak że będąc trzyletnim dzieckiem zwykł już prosić Świętą Rodzicielkę Boga, aby uczyniła go świętym. Mając lat dziesięć, uprosił, aby mu po raz pierwszy pozwolono przystąpić do Komunii świętej; od tego dnia codziennie brał udział w Uczcie Eucharystycznej. Za poradą swojej pobożnej matki, ponieważ nie odznaczał się zdolnościami umysłowymi, odprawił modlitewną nowennę do Ducha Świętego i dzięki otrzymanej łasce stał się zdolnym do nauki, tak że łatwo już mógł przerobić wymagane dyscypliny, zdobyć doktoraty z filozofii i teologii i spełniać akademicki urząd na Uniwersytecie Sapienza, wyjaśniając alumnom teologiczne zagadnienia. Ten poważny urząd spełniał przez dziesięć lat z najwyższym podziwem i pożytkiem uczniów.

    Postępując w latach, stwierdził w sposób pewny, że jest wzywany do kapłaństwa. Wahając się czy wstąpić do jakiegoś zakonu, czy też w szeregi duchowieństwa świeckiego, wybrał wreszcie to ostatnie i włożył szatę kościelną. A ponieważ w tym czasie niesprawiedliwe prawo państwowe zabraniało przyjmować młodzieńców do świętych Seminariów, Wincenty pozostał w domu, gdzie celem należytego przygotowania się do kapłaństwa nieustannie oddawał się tak dziełom pobożności, jak i nauce. Nie zaniedbał umartwiania ciała, sypiał na ziemi, pościł czy też spożywał gorsze potrawy. Tego rodzaju umartwienia, dla odpokutowania za swoje grzechy i za grzechy innych ludzi, powiększał z każdym dniem, aż do końca swojego życia.

    Święcenia kapłańskie otrzymał w dniu 16 maja 1818 roku; zapalony gorliwością duszpasterską stał się apostołem miasta Rzymu, pamiętając w swoim życiu na słowa Pawła Apostoła: „Miłość Chrystusa przynagla nas“ (2 Kor 5,14). Aby religijnie ukształtować przede wszystkim młodzieńców, otworzył w Rzymie elementarne szkoły, w których rzemieślnicza młodzież zbierała się w godzinach wieczornych i zapoznawała się z chrześcijańską nauką oraz uczyła się czytać i pisać. Podjął się w świętym Seminarium Rzymskim obowiązków ojca duchownego oraz obowiązków spowiednika alumnów w Kolegiach: Rozkrzewiania Wiary, Szkockim, Greckim, Angielskim i Irlandzkim – aby w ten sposób służyć jak najlepiej tym, którzy zostali powołani do kapłaństwa. […]

    Mając na uwadze słowa Apostoła: „Kto nie miłuje brata swego, którego widzi, jakże może miłować Boga, którego nie widzi?“ (1 J 4,20) – wspomaganie biednych uważał za wielką radość; często, aby ich wesprzeć, oddawał im swoje łóżko czy pozbywał się swojego płaszcza. Miłość jego do chorych przejawiała się wspaniale wtenczas zwłaszcza, gdy w roku 1837 grasowała w Rzymie epidemia cholery. Nie szczędził wtedy swoich sił, aby w miarę swoich możliwości zaopatrzyć chorych Sakramentami świętymi i przynieść im pociechę, nie dbając przy tym o swoje zdrowie i życie.

    […] gorąco pragnął, aby wszyscy ludzie, stworzeni na obraz Boży, oddawali Bogu należną cześć, chciał również u wszystkich katolików na ziemi ożywić i umocnić prawdziwą i czynną wiarę; zaś tych, którzy tkwili jeszcze w próżnym pogaństwie, pociągnąć do chrześcijańskich obrzędów. Aby ten swój zamiar zrealizować, założył w roku 1835 Zjednoczenie Apostolstwa Katolickiego*, którego celem jest […] – „wzrost, obrona i rozszerzanie miłości i katolickiej wiary, pod specjalną opieką Niepokalanej Matki Bożej, Królowej Apostołów, w całkowitej zależności od Papieża“. Zjednoczenie to obejmuje trzy klasy członków: wpierw kapłanów i braci; następnie siostry, do których należy opieka nad dziełami miłosierdzia; i wreszcie ludzi świeckich obojga płcizakonników z różnych zakonów, którzy specjalnymi prawami albo przynajmniej modlitwą przyczyniają się do realizacji celów tego Zjednoczenia.

    […] Troską swoją ogarniał [Pallotti] również chrześcijan, którzy byli odłączeni od Stolicy Apostolskiej, aby i oni jak najprędzej wrócili do jednej Owczarni Chrystusowej; postarał się, iżby przez osiem dni po Objawieniu Pana naszego Jezusa Chrystusa zanoszono specjalne modlitwy i w sposób uroczysty sprawowano liturgię katolików wschodnich oraz wygłaszano kazania w różnych językach. Uroczystości te, jako że w nich brali udział ludzie z różnych narodów, ojcowie kardynałowie, biskupi, zakonnicy z różnych zakonów, alumni seminariów i kolegiów rzymskich, w przedziwny sposób ukazywały jedność i powszechność Rzymskiego Kościoła.

    […] gdy swoje życie poświęcał, aby przyczynić się do uśmierzenia istniejących rozruchów, aby Kościół mógł się cieszyć pełną i nienaruszoną wolnością, aby jego Papież mógł się uratować i czuć się bezpiecznym – wtenczas to dnia 13 stycznia 1850 roku niespodziewanie zachorował, wyglądało jednak, że w stanie jego zdrowia nastąpiła pewna poprawa. Z łoża jednak, ku zdziwieniu wszystkich, już nie chciał powstać. Życzył nawet, aby go pokrzepiono Wiatykiem i namaszczono olejami świętymi; podnosząc na duchu swoich synów, zmarł w dniu, który przepowiedział, to jest 22 tegoż miesiąca i roku.

    Jan XXIII

    Rzym, 20 stycznia 1963 rok

    _______________________________________________________________________________________________________

    Św. Wincenty Pallotti: kapłan otwarty na miłość

    PHOTO 2020 10 04 13 34 17

    ***

    Homilia św. Jana Pawła II wygłoszona 22 czerwca 1986 roku w kościele Świętego Zbawiciela na Fali w Rzymie ku czci Św. Wincentego Pallottiego

    „Będę głosił imię Twoje swym braciom” Ps. 21,23.

    1) Te słowa 21 psalmu mówił Jezus na krzyżu, a jako pośrednik między człowiekiem a Bogiem mówi je dalej i w tej eucharystycznej celebrze; głosi Boga w dalszym ciągu, pełniąc swe zadanie ostatecznego objawiciela Ojca „pośród zebrania” – to znaczy w Kościele, którego jest Głową; w dalszym ciągu wielbi On Boga i wzywa wszystkie ludy odkupione Jego własną Krwią, by Bogu oddawały chwałę oraz przez wewnętrzną odmianę wracały do Niego.

    Podobne wezwanie i podobne słowa odbijają się – czujemy to dziś – niby echo i w tej świątyni, jakby szły do nas od wielkiego naśladowcy Jezusa Chrystusa – świętego Wincentego Pallottiego, który w ciągu całego swojego życia był niestrudzonym zwiastunem ewan­gelicznego orędzia zbawienia.

    Drodzy Bracia i Siostry w Chrystusie!

    Wobec wszystkich obecnych tu członków pallotyńskiej Rodziny i wobec zbożnych wielbicieli świętego Wincentego Pallottiego pragnę wyrazić prawdziwą radość, że jestem tu z Wami i że Ofiarę Mszy św. sprawuję na tym ołtarzu, który strzeże przecennych relikwii Waszego świętego Założyciela.

    Przyszedłem odwiedzić to miejsce i tę Wspólnotę, ponieważ moje osobiste dzieje były przeplatane licznymi i ważnymi spotkaniami z duchowymi synami świętego Wincentego Pallottiego. Wadowice – moje rodzinne miasto – są kolebką polskich Pallotynów; moje z nimi kontakty były częste w okresie mej młodości, a szczególnie w czasie mego posługiwania kapłańskiego i biskupiego. Ponadto z tym miejscem i z tą Wspólnotą łączy mnie jeszcze szczególniejszy motyw. Nie bez wzruszenia i wdzięczności pamiętam teraz ów daleki dzień roku 1946, kiedy to jako młody kapłan, przybywszy do Rzymu dla doskonalenia mych studiów na papieskich uczelniach, zostałem przyjęty przez tę Wspólnotę. Jakkolwiek mój pobyt nie trwał tu zbyt długo, okazał się jednak wystarczający, by nie zapomnieć już o owym klimacie braterskiej pogody, jakim tu mogłem oddychać.

    Ale dzisiejsza moja wizyta ma jeszcze głębsze uzasadnienie, znajduje się w mym wielkim podziwie dla Osoby i Dzieła Waszego Założyciela, w podziwie, który potęgował się w częstych kontaktach ze sławnym Waszym współbratem, którego wspominam nie bez tęsknego żalu: z ojcem Wilhelmem Móhlerem, długoletnim przełożonym generalnym Waszego Stowarzyszenia, a także członkiem Papieskiej Rady dla Świeckich. W czasie Soboru Watykańskiego II pracowaliśmy razem nad tekstem Dekretu o apostolstwie świeckich, Apostolicam actuositatem, który zawiera uroczyste potwierdzenie trwałej wartości idei „Apostolstwa Katolickiego”, założonego i proklamowanego już w wieku ubiegłym przez Wincentego Pallottiego.

    Dlatego wizyta moja ma być aktem wdzięczności dla Waszego Założyciela, owego świętego Kapłana rzymskiego, którego niezapomniany mój poprzednik Jan XXIII nazwał „mężem mądrym o wybitnej świętości, który w swoim czasie… przyniósł zaszczyt włączeniu i przynależności do kleru pierwszej diecezji katolicyzmu,… niezmordowany apostoł, kierownik sumień, budziciel świętego entuzjazmu, wspaniały w różnych swych poczynaniach” (Discorsi, Messaggi, Colloąui, V, 1962-1963, s. 86 i 90).

    2) Oddając mu hołd chciałbym też wraz z Wami, Drodzy Bracia i Siostry, zastanowić się nieco nad początkami i nad twórczą siłą Jego charyzmatu.

    Wincenty Pallotti pragnął żyć w nieprzerwanym i w stale coraz to bardziej pogłębianym zjednoczeniu z Chrystusem tak dalece, że chciał być w Niego całkowicie przemieniony. Miał zwyczaj powtarzać tę oto modlitwę, która pozwala nam dostrzec wielkość jego chrześcijańskiego i kapłańskiego serca: „Niech będzie zniweczone życie moje, a życie Jezusa Chrystusa niech będzie moim życiem” (Vincenzo Pallotti, Opere Complete, X, 158 nn; passim). W podtrzymywanym przez długie lata kontakcie z Panem przez nieustanną modlitwę, przez wsłuchiwanie się i zatapianie w słowo Boże, w budującym sprawowaniu Eucharystii i sakramentu pojednania, przyswoił sobie usposobienie Chrystusa, pragnącego wszak zbawienia wszystkich ludzi i doprowadzenia ich do Ojca. W kapłańskim sercu Wincentego Pallottiego znajdowało oddźwięk tętniące Serce Jezusa, Dobrego Pasterza, wychodzącego na poszukiwanie zagubionej owieczki.

    Zagłębiając się w rozważanie przykazania miłości Boga i bliźniego Wincenty Pallotti pojął, jak niemożliwe jest kochać Boga bez miłowania bliźniego i jak niemożliwe jest kochać naprawdę bliźniego bez zaangażowania się w wieczne jego zbawienie. Otwierając się na miłość Bożą, wlaną weń przez Ducha Świętego, przynaglany miłością Chrystusa, pracował bez wytchnienia dla wiecznego zbawienia ludzi. A zatem Apostolat Katolicki zrodził się ze zbawczej miłości Chrystusa. Wincenty Pallotti pracował niestrudzenie nad odwagą wiary i nad rozpaleniem miłości wśród wszystkich katolików, by stali się apostołami Chrystusa, gorliwymi świadkami wiary i prawdziwego oddania się braciom, szczególnie ubogim i potrzebującym pomocy. Przeżywając na nowo posłanie Księgi Izajasza (Iz 58, 7-8 10-11), jakiego słuchaliśmy w pierwszym czytaniu, a jakie odnosi się do prawdziwego kultu należnego Bogu, mnożył inicjatywy zmierzające do pobudzania chrześcijan, aby w osamotnionym i słabym bracie dostrzegali cierpiące oblicze Chrystusa. Jednocześnie był przekonany, że za podstawę oddawania się braciom należy uznać miłość Boga, która jest ponad wszystkie charyzmaty. W tym sensie mógł powtarzać za św. Pawłem: „I gdybym rozdał na jałmużnę całą majętność moją, a ciało wydał na spalenie, lecz miłości bym nie miał, nic bym nie zyskał” (1 Kor 13,3); są to moce wyrażenia z „Hymnu Miłości”, jakie liturgia słowa dała nam do rozważenia.

    3) Wincenty Pallotti był głęboko przekonany, że autentyczne apostolstwo Kościoła bez działania Ducha Świętego jest niemożliwe. Widział to jasno w Jezusie Chrystusie, który swe apostolstwo – dzieło zbawienia – wykonał pod działaniem Ducha Świętego (Łk 4,18 nn); widział to w Najśw. Maryi, która otwarta na Ducha Świętego i na Niego zdana stała się nie tylko Matką Apostoła Ojca, ale i Matką uczniów Chrystusa; widział to i we wspólnocie wieczernikowej – wspólnocie, która posłuszna wyrażonemu na ostatku pragnieniu Jezusa, trwała na modlitwie w oczekiwaniu na Ducha.

    Wiecie dobrze, jak ważny dla Pallottiego był sens i wartość Wieczernika. Zanim został kapłanem, powziął już postanowienie trwania na zawsze w Wieczerniku z Maryją i wszystkimi stworzeniami, aby otrzymać obfitość darów Ducha Świętego (Vincenzo Pallotti, Opera Completa, X, 86 n.). A kiedy, niewolny od niepewności, nieporozumień i doświadczeń, kładł podwaliny pod swe Dzieło, to właśnie w wieczernikowej wspólnocie przepojonej Duchem Świętym odkrywał prawdziwą naturę i ideał własnej fundacji. Oto fragment z jego Testamentu: „Kiedy skończyłem pisanie Reguł Pobożnego Domu Miłosierdzia, to wtenczas podczas czytania w Życiorysie Najśw. Dziewicy o tym, jak Apostołowie po Zesłaniu Ducha Świętego udali się w różne strony świata, by tam głosić Ewangelię świętą, Pan nasz Jezus Chrystus ukształtował w moim umyśle prawdziwe pojęcie natury i zadań Pobożnego Zjednoczenia, dostosowane do ogólnego celu, jakim jest powiększanie, obrona i rozszerzanie pobożności oraz katolickiej wiary” (Vincenzo Pallotti, Opera Completa, III, 27).

    Święty Wasz Założyciel dał w sobie przykład człowieka, który się otwiera na Ducha, przyjmuje Go ochoczo i pozwala kierować się tym Duchem, który jest duszą Kościoła, a zatem źródłem życia i dynamizmu wszelkiego apostolstwa; czuł w sobie żarliwe pragnienie zbawiania dusz, a zastanawiając się często nad miejscem w Ewangelii dotyczącym „rozesłania Apostołów” – któregośmy słuchali – chciał odpowiedzieć na naglące wezwanie Jezusa: „Żniwo wprawdzie wielkie, ale robotników mało; proście więc Pana żniwa, żeby wyprawił robotników na swoje żniwo” (Łk 10,2). Wincenty Pallotti modlił się wiele i wiele działał; a czynił to w tym celu, aby Bóg w Kościele wzbudził liczne i święte powołanie, i by wielu młodych entuzjastycznie i wielkodusznie podjęło apel Jezusa, by iść i głosić światu: „Bliskie jest… Królestwo Boże!” (Łk 10,9).

    Chciałbym się jeszcze zatrzymać na innym, wiele mówiącym aspekcie życia i apostolskiej działalności świętego Wincentego Pallottiego. Chodzi o jego synowską, czułą i żarliwą cześć do Najśw. Maryi Panny. Ten wielki czciciel Maryi pragnął miłować Ją – gdyby to było możliwe – nieskończenie (Vincenzo Pallotti, Opere Complete, X, 538 n.), nadawać Jej najpiękniejsze tytuły (tamże, 156 n.), kochać Ją miłością Ojca, Syna i Ducha Świętego (tamże, 677). Chciał, by jego własna fundacja była niby akt hołdu wobec Najśw. Dziewicy, obranej – z tytułem Królowej Apostołów – na niebieską Patronkę Dzieła. Postąpił tak w tym celu, aby Ona uzyskiwała od Boga wszelkie dary niezbędne do tego, by Apostolat Katolicki istniał i był płodny w Kościele oraz by rozszerzył się szybko na całym świecie; w szczególności zaś, by „wszyscy ludzie, tak świeccy, jak i duchowieństwo świeckie oraz zakonnicy, z każdego stanu, zawodu i stanowiska, mieli w Najśw. Maryi, po Jezusie Chrystusie, najdoskonalszy wzór katolickiej gorliwości i doskonałej miłości. Maryja bowiem, aczkolwiek nie obdarzona kapłańską godnością, tak dalece się poświęciła dziełom dla większej chwały Boga i zbawienia dusz, że swymi zasługami przewyższyła Apostołów, stąd też Kościół słusznie Ją pozdrawia jako Królowę Apostołów; zasłużyła Ona w pełni na ten tytuł, gdyż o wiele bardziej niż Apostołowie pracowała około rozkrzewiania świętej wiary” (Vincenzo Pallotti, Opere Comple-te, I, 6 n.).

    A zatem podążając wiernie i wielkodusznie za przykładem Waszego świętego Założyciela kochajcie Maryję, uwielbiajcie Maryję, wzywajcie Maryję, naśladujcie Maryję!

    5) Spotkanie dzisiejsze nie może się ograniczyć do zwykłego wspomnienia rzeczy minionych, ale ma nas pobudzić do refleksji także nad tym, co jest obecnie, jak i do spoglądania w przyszłość. Niech Chrystusowa miłość przynagla nas do niestrudzonego działania, aby Kościół był rzeczywiście światłością świata i solą ziemi lub też, jak poucza Sobór Watykański II, „powszechnym sakramentem zbawienia” (Lumen gentium, 48).

    Chociaż idea, według której wszyscy ochrzczeni mają prawo i obowiązek być apostołami – prawo i obowiązek oparte na własnym „być chrześcijaninem” (Apostolicam actuositatem, 3) – i chociaż idea Apostolstwa Katolickiego nie budzi już niepokojów czy sporów, jak to miało miejsce w wieku ubiegłym, niemniej jego pełnienie co do skuteczności nie jest jeszcze w Kościele tym apostolstwem, jakiego można by się słusznie spodziewać, zwłaszcza po pouczeniach Soboru Watykańskiego II.

    Dlatego dziś chciałbym powiedzieć Wam po raz wtóry to, co powiedziałem do Członków Waszej Kapituły Generalnej: „Bardzo mi jest miłe to Wasze zobowiązanie, jakie zamierzacie wziąć na siebie, by zawsze z coraz to większą wielkodusznością odpowiadać na potrzeby Kościoła w duchu Waszego Założyciela…, by tchnąć nowe życie w tę formę apostolstwa, która zrzesza wiernych w dziele ewangelizacji i uświęcania, do jakiego cały Kościół został wezwany, zarówno w swej Głowie, jak i członkach, by rozwijać to w świecie dzisiejszym i przyszłym” (Discorso al Capitolo Generale dei Pallottini, 17 listopada 1983, n. 3; Insegnamenti, VI (2, s. 1113).

    Utwierdzajcie się dalej w tym zobowiązaniu, aby to, co w duchu proroczym zapowiedział Wincenty Pallotti i co autorytatywnie potwierdził Sobór Watykański II stało się szczęsną rzeczywistością, i by wszyscy chrześcijanie byli autentycznie apostołami Chrystusa w Kościele i świecie! Amen.

    __________________________________________________________________________________________________________________________

    TESTAMENT DUCHOWY ZAŁOŻYCIELA

    W chwili mej śmierci do moich Najukochańszych Braci Pobożnego Zjednoczenia Apostolstwa Katolickiego, aby się starali je rozwijać, wkładając w to całe serce, umysł, duszę i wszystkie siły.

    1. Pan nasz Jezus Chrystus kierując się swoim nieskończonym miłosierdziem, przez wzgląd na zasługi i orędownictwo swojej Najświętszej Matki Niepokalanej Maryi, Aniołów i Świętych, nie biorąc pod uwagę mojej niegodności, jaką zmierzyć można tylko w świetle Jego nieskończonej doskonałości, raczył sprawić, że od samego początku mogłem należeć do Pobożnego Zjednoczenia Apostolstwa Katolickiego, założonego w Rzymie za pozwoleniem wyższej władzy kościelnej i oddanego pod szczególną opiekę Najświętszej Maryi, Królowej Apostołów, celem powiększania, obrony i szerzenia pobożności oraz katolickiej wiary.

    This block contains unexpected or invalid content.

    Attempt Block Recovery

    Kościół św. Zbawiciela na Falach. Rzym
    kościół św. Zbawiciela na Falach. Rzym/fot. Włodzimierz Rędzioch

    ____________________________________________________________________________

    Mistyk i apostoł

    …. Wielu założycieli zakonnych, zwłaszcza w XIX wieku, czerpało pełnymi garściami ze szkoły ignacjańskiej, której twórcą był św. Ignacego Loyola (1491-1556) – założyciel zakonu Jezuitów. Wśród nich był również św. Wincenty Pallotti. W biografii poświęconej Pallottiemu pióra włoskiego benedyktyna (zresztą biskupa) Luigi Vaccari – brata jednego z pierwszych towarzyszy Wincentego Pallottiego, Franciszka Vaccari, czytamy, iż „Pallotti przygotowując Reguły dla swojego Stowarzyszenia Księży i Braci, inspirował się Konstytucjami Towarzystwa Jezusowego napisanymi przez św. Ignacego z Loyoli”. Więcej, pierwsze nasze Konstytucje, które zostały zatwierdzone w 1904 roku, były w dużej części dziełem jezuity ojca Nixa. Niestety, nie wyczuł on do końca charyzmatu pallotyńskiego. Dopiero w latach odnowy posoborowej, po tzw. „Kapitule Nadzwyczajnej” z 1968/69 roku, pallotyni powrócili do charyzmatu założycielskiego w jego oryginalnej formie.

    Co zaś do ignacjańskich śladów w duchowości pallotyńskiej, należy zwrócić uwagę na następujące elementy. Św. Ignacy założył zakon jezuitów dla obrony i szerzenia wiary oraz dla większej chwały Bożej i pożytku dusz. Podobną misję wyznaczył sobie Pallotti. Założył Zjednoczenie Apostolstwa Katolickiego dla ożywiania wiary i rozpalania miłości; dla nieskończonej chwały Bożej oraz dla zniszczenia grzechu i dla zbawienia dusz.

    W historii duchowości szczególne znaczenie mają 30-dniowe rekolekcje pod nazwą Ćwiczenia duchowne, których św. Ignacy jest autorem. On sam przeżył je i opisał podczas swojego pobytu w Manresa. Ćwiczenia te stały się pierwowzorem dla chrześcijańskich rekolekcji. Ignacy przypomina w nich, że człowiek musi dokonać pewnego wysiłku, aby współpracować z Bogiem. Stąd nazwa własna „ćwiczenia”. Trzy wieki później, podobne – choć nieco krótsze, bo 10-dniowe ćwiczenia – zaproponował św. Wincenty Pallotti, zwłaszcza dla wzrostu żarliwości i gorliwości ewangelicznej wśród duchowieństwa. Jako metodę, według której owe ćwiczenia powinny być prowadzone, Wincenty zasugerował metodę św. Ignacego z Loyoli. Pallotti znał dobrze tę metodę, i to z podwójnego tytułu: ponieważ sam praktykował ćwiczenia ignacjańskie, i sam je prowadził. W pallotyńskich archiwach nie brakuje dokumentów, które to potwierdzają. Na przykład „Regulamin do przestrzegania przez kierownika duchowego podczas ćwiczeń duchowych według św. Ignacego z Loyoli, przygotowywane z polecenia ojca Claudio Acquaviva, przełożonego generalnego Towarzystwa Jezusowego”. Regulamin ów, w dziesięciu punktach, jest przepisany własną rękę Pallottiego (por. OOCC XI, s.826-829).

    Ks. Wincentemu bardzo odpowiadała dynamika ćwiczeń ignacjańskich. „Ćwiczenia duchowe proponowane przez św. Ignacego Loyolę – pisał, są środkiem dobrze znanym i bardzo odpowiednim, ponieważ zdolnym przemienić człowieka i odziać go w człowieka nowego, to znaczy naszego Pana Jezusa Chrystusa. Dlatego nikt nie będzie nigdy z nich zwolniony, nawet ten, którego cnoty, godność, ranga i kwalifikacje byłyby bardzo uznane” (por. OOCC II, s. 282). Więcej, Pallotti zaleca w napisanej przez siebie Regule, aby każdy nowicjat rozpoczynał się czterema tygodniami Ćwiczeń ignacjańskich (por. OOCC II, s.282); seminarzyści i inni członkowie Zgromadzenia mają je odprawiać co roku podczas dziesięciu dni (por. OOCC II, s. 183-187); misjonarze mają je odprawić w formie 30-dniowej przed wyjazdem na misje (por. OOCC II, s.253); nawet wybory przełożonego generalnego winny być poprzedzone 10-dniowymi ćwiczeniami duchowymi (por. OOCC III, s.17).

    O św. Wincenty Pallottim mówiono, że był „apostołem i mistykiem”. Powstały nawet o nim biografie pod tym właśnie tytułem w językach niemieckim, angielskim, francuskim i polskim. Jezuici mówią natomiast o św. Ignacym z Loyola, że był „mistykiem i apostołem”. W rzeczy samej, Ignacy i Wincenty – to mistycy, którzy budzili, niepokoili, prowokowali, poruszali…

    Każdy z nas ma tendencję do „duchowej hibernacji” i życia na powierzchni. Człowiek lubi się urządzić i okrzepnąć, boć to przecież wygodne i spokój dające zajęcie. Ignacy i Wincenty uważali natomiast, że w życiu trzeba ciągle praktykować, ćwiczyć, próbować, podejmować wyzwania… Dlatego obaj nazywali siebie „pielgrzymami”, ludźmi w drodze. Uważali, że człowiek wierzący winien ciągle być w szkole. Ma prawo do eksperymentowania i do błędów. Nie jest przecież mistrzem, tylko uczniem, nowicjuszem. Nie musi mieć samych szóstek. Nie staje się bowiem doskonałym od razu.

    I ostatnia lekcja wypływająca prosto ze skarbca Ignacego i Wincentego: trzeba zawsze robić to, co po ludzku możliwe! A więc wlać ewangeliczną wodę do stągwi, odwalić kamień od grobu Łazarza, przynieść pięć chlebów i dwie ryby. Resztę zrobi Bóg. „Taką będzie pierwsza reguła tych, którzy działają – pisał Ignacy. Ufaj Bogu tak, jak gdyby powodzenie spraw zależało we wszystkim od ciebie a w niczym od Boga. Jednocześnie, włóż w sprawę cały twój wysiłek, tak, jakby Bóg miał zrobić wszystko sam, a ty nic”. Wincenty Pallotti zaś pisał: „Bóg może uczynić o wiele więcej niż to, o co Go prosimy lub co możemy sobie wyobrazić. Chce jednak, abyśmy my czynili wszystko to, co na tym świecie jest w naszej mocy”.

    I jeszcze jedno. Warto przypomnieć, iż zakon jezuitów odegrał w Polsce szczególną rolę. Wydał między innymi takie postaci, jak: św. Stanisław Kostka, św. Andrzej Bobola, św. Melchior Grodziecki czy bł. Jan Beyzym – apostoł trędowatych na Madagaskarze. Poza tym, jezuita Jakub Wujek jest tłumaczem pierwszej drukowanej Biblii w Polsce; Piotr Skarga był wybitnym kaznodziejom; Maciej Sarbiewski, to poeta zwany polskim Horacym; Franciszek Bohomolec jest ojcem komedii polskiej; Adam Naruszewicz był nie tylko biskupem, ale też historykiem i poetą; a Grzegorz Piramowicz sekretarzem Komisji Edukacji Narodowej.

    ks. Stanisława Stawicki SAC/ Re/cogito

    ______________________________________________________________________________________________________________

    św. Wincenty Pallotti

    WINCENTY ALOJZY FRANCISZEK PALLOTTI święty (1795 – 1850), ksiądz, założyciel Zjednoczenia Apostolstwa Katolickiego, pallotynów i pallotynek, pierwszy generał stowarzyszenia, „apostoł Rzymu”

    Urodził się 21 IV 1795 w Rzymie, w domu na Via del Pellegrini 130, jako 3. z 10 dzieci majętnej kupieckiej rodziny Piotra Pawła i Magdaleny de Rossi, słynących z pobożności i miłosierdzia. To o nich napisał później Wincenty: „Bóg dał mi świętych rodziców”. Ochrzczony został nazajutrz w kościele San Lorenzo in Damaso. Sześcioro rodzeństwa zmarło w dzieciństwie, żegnane przez rodziców z żalem, ale i z wiarą: „Bóg dał! Bóg wziął!”. W 6. roku życia rozpoczął naukę w szkole powszechnej u pijarów, przystąpił do pierwszej spowiedzi i otrzymał sakrament bierzmowania, a mając 10 lat przystąpił do I Komunii Świętej. Według ówczesnego zwyczaju przygotowanie odbywało się przez specjalne rekolekcje. Od tamtego czasu przyjmował Komunię Świętą kilka razy w tygodniu, a za pozwoleniem spowiednika codziennie. Idąc za przykładem ojca od wczesnych lat uczestniczył codziennie we Mszy i często towarzyszył ojcu w czasie 40-godzinnych nabożeństw. Należał do grupy ministrantów przy kościele św. Filipa Nereusza w Chiesa Nuova. Po ukończeniu szkoły podstawowej usiłował wstąpić do zakonu kapucynów. Jednak za radą spowiednika, ze względów zdrowotnych, zrezygnował z zakonu, ale nie z kapłaństwa. Rodzice Wincentego byli dobrodziejami tego zakonu; matka, która zmarła 19 VII 1827, spoczywa w rzymskim kościele kapucynów Santa Maria della Concezione na via Veneto. Na płycie nagrobnej widnieje do dziś napis, który ułożył na cześć swej matki Wincenty: „Kobieta mocna, pełna bojaźni Bożej, daleka od grzechu, a dobru zawsze oddana; trwała wiernie przy prawach Bożych. Była umocnieniem dla męża Piotra Pawła, pobożną matką dla dzieci, opiekunką biednych, wspaniałą w niepowodzeniach i cierpieniach. Módlcie się, aby jej mieszkaniem było niebieskie Jeruzalem”. Za radą swojej ciotki – klaryski Rity de Rossi, Wincenty stał się członkiem III Zakonu św. Franciszka; duchowość franciszkańska będzie inspirowała całe jego późniejsze życie. Jesienią 1809 rozpoczął naukę na Gregorianum (Kolegium Rzymskie), którą ukończył 1814, przyjmując 1811 święcenia niższe. Od jesieni 1814 studiował filozofię i teologię na rzymskim uniwersytecie Sapienza, uczęszczając równocześnie na wykłady nauk przyrodniczych, wyższej matematyki, historii i prawa. W tych latach prowadził głębokie życie wewnętrzne, jak o tym świadczy jego dziennik duchowy (Diario spirituale, Roma 1929; Dzienniczek duchowny. Wskazówki i rady Wielebnego ks. Wincentego Pallottiego dla jego synów duchownych, Warszawa 1937). Stać się świętym księdzem, było dla niego sprawą nieskończenie ważniejszą niż być księdzem uczonym. W czasie studiów zapoznał się ze Kasprem del Bufalo (†1837, święty), późniejszym założycielem Zgromadzenia Misjonarzy Przenajdroższej Krwi Chrystusa. Święcenia wyższe, poprzedzające kapłaństwo, otrzymał w Bazylice św. Jana na Lateranie. 16 V 1818 w tej samej świątyni przyjął święcenia kapłańskie z rąk wicegerenta Candido Marii Frattiniego, abpa tytularnego Philippi (†1821); Mszę prymicyjną odprawił następnego dnia w kościele del Gesù we Frascati. „Przechodzi to ludzkie wyobrażenie – napisał w swoim Diario spirituale – że nieskończona dobroć Boża mojego ukochanego Ojca raczyła w zadziwiający sposób spojrzeć na mnie i wynieść mnie do zaszczytu kapłaństwa… Proszę wszystkie stworzenia, aby za mnie dziękowały Bogu za nieocenioną łaskę powołania… Proszę Boga, aby raczył uczynić mnie niezmordowanym pracownikiem”. Ponieważ rodzice byli dość zamożni, stąd Wincenty po święceniach mieszkał w domu rodzinnym, aż do śmierci ojca (15 IX 1837) – na drugim piętrze, a potem na trzecim.

    Studia uniwersyteckie ukończył 15 VII 1818, uzyskując doktorat z filozofii i teologii. Otrzymał ponadto magisterium z filologii greckiej. Pierwszy rok kapłaństwa poświęcił głównie młodzieży, wśród której pracował już podczas studiów, niosąc jej pomoc duchową i materialną. Kontynuacją tej formy pracy było przyjęcie przez Pallottiego w 1819 stanowiska korepetytora teologii scholastycznej na Uniwersytecie Sapienza. W 1829 zrezygnował z funkcji wykładowcy. Swoje kapłańskie życie kształtował przez modlitwę i działalność duszpasterską. Do każdej Mszy przygotowywał się starannie, zaczynając od popołudnia dnia poprzedniego. Zwykle celebrował Mszę dla ludu przez ponad pół godziny, ale gdy odprawiał prywatnie, trwało to przez 3 kwadranse, a pod koniec życia nawet godzinę. W procesie beatyfikacyjnym wielu ludzi świadczyło, że widziało, jak podczas odprawiania Mszy unosił się w ekstazie nad posadzką (Bł. Elżbieta Sanna Porcu †1857, niepełnosprawna, współpracownica św. Wincentego, jedna z pierwszych kobiet w ZAK; bp Ignatius von Senestréy z Regensburga †1906). Posiadał też dar uzdrawiania chorych. Otrzymał też wiele innych darów mistycznych. Część z nich wzięto pod uwagę podczas procesu beatyfikacyjnego i poddano gruntownemu badaniu. Niezwykłymi darami była zdolność do bilokacji i widzenie przyszłości. Spowiadał się codziennie. Wielką wagę przywiązywał do nawiedzenia i adoracji Najświętszego Sakramentu, zwłaszcza poza Mszą św. Niekiedy całe noce spędzał na adoracji w różnych kościołach Rzymu. Pomimo wątłego zdrowia i rozległej działalności apostolskiej umiał zawsze wygospodarować czas na adorację eucharystyczną. Nieustanna adoracja Jezusa była dla niego źródłem apostolskiej gorliwości. „Gdy się modlił, oddawał świat Bogu, gdy szedł ulicą, niósł Boga światu”.

    W XII 1834 został mianowany rektorem ubogiego kościoła Santo Spirito dei Napoletani przy via Giulia. Funkcję tę spełniał do II 1846. Tu założył Zjednoczenie Apostolstwa Katolickiego, zatwierdzone najpierw 4 IV 1835 przez Carla Odeschalchi (†1841), kardynała wikariusza Rzymu, a następnie 11 VII 1835 przez papieża Grzegorza XVI. ZAK zrodziło się z jego pragnienia niesienia Ewangelii wszystkim narodom („by rozpalać ognie wiary i miłości w sercach wszystkich ludzi”). Postawił sobie przy tym jeden cel: dążyć do tego, by wszystkich katolików uczynić apostołami. Dlatego otoczył się grupą bliskich przyjaciół, tak duchowieństwa, jak i laikatu, którzy gromadzili się w jego pokoju, by omawiać sposoby „pogłębienia, szerzenia, obrony pobożności i wiary”. Wspólnie uradzono, że należy przetłumaczyć na język arabski książkę św. Alfonsa Marii de Liguoriego Prawdy wieczne, opublikować ją w niewielkim nakładzie i wysłać do ośrodków misyjnych na Bliskim Wschodzie. Do tego przedsięwzięcia postanowił utworzyć stowarzyszenie. Takie były początki Zjednoczenia Apostolstwa Katolickiego, dostępnego zarówno dla kapłanów, jak i dla osób świeckich. Był to nowatorski ruch, przypominający późniejszą Akcję Katolicką, czy instytuty świeckie albo stowarzyszenia życia apostolskiego. Pallotti twierdził, że „apostolstwo może być udziałem osób ze wszystkich stanów, gdyż jest ono działalnością, jaką każdy w miarę swoich możliwości może i powinien wykonywać ku większej chwale Boga oraz dla wiecznego zbawienia swego własnego i bliźnich”.

    Wedle Pallottiego motorem Zjednoczenia miało być stowarzyszenie kapłanów i braci, wyodrębnione przez niego i zatwierdzone 1846 przez pap. Piusa IX, które później nazwano Pobożnym Stowarzyszeniem Misyjnym (Pia Societas Missionum, zatwierdzonym przez Stolicę Apostolską w 1904), a które w 1947 powróciło do pierwotnej nazwy Stowarzyszenie Apostolstwa Katolickiego, popularnie nazywanym księżmi pallotynami. Pallotti jest też założycielem rzymskich Sióstr Misjonarek Pallotyńskich. Okazją do powstania tego zgromadzenia było rozpoczęcie starań w 1837 o założenie Kolegium Misyjnego oraz sierocińca dla młodzieży żeńskiej. W 1836 rozpoczął urządzać uroczystości oktawy Epifanii, które przetrwały w stowarzyszeniu przez 130 lat i gromadziły licznie wiernych Wiecznego Miasta. Nabożeństwa liturgiczne okresu epifanijnego były sprawowane w różnych obrządkach; śpiewy wykonywali alumni z międzynarodowych kolegiów rzymskich, a kazania były głoszone w różnych językach, także polskim. Liturgia tych nabożeństw miała ukazać bogactwo duchowe i liturgiczne Kościoła oraz uświadomić wiernym potrzebę zjednoczenia wszystkich chrześcijan i przyłączenia się do działań w tym kierunku. Wincentemu bardzo zależało na pozyskanie wyznawców Kościoła anglikańskiego, stąd w 1844 wysłał do Londynu ks. Raffaelego Melię (†1876), aby otoczył troską duszpasterską emigrantów włoskich i pracował – jak mawiano w tamtej epoce – na rzecz nawrócenia anglikanów. Osiągnięcia Melii wzbudziły w Pallottim chęć zaangażowania się do tej pracy. Miał zapłaconą już podróż, ale nie mógł jej urzeczywistnić. Ostatecznie wysłał do Londynu ks. Faà di Bruno (†1889). Pallotti ułożył też specjalną modlitwę o nawrócenie Anglii. Praca pallotynów w Londynie wydała swoje owoce w postaci nawróceń członków Ruchu Oksfordzkiego. Oprócz Melii i Faà di Bruno trochę później doniosłą rolę w tej kwestii odegrali księża Dominic Crescitelli (†1917), Antonio di Cristofaro (†1929) i inni. Wincenty bywa uważany za prekursora współczesnego ruchu ekumenicznego – zapoczątkował bowiem wspomnianą „Oktawę Modłów” po uroczystości Objawienia Pańskiego, a którą obecnie wyraża Kościół katolicki, obchodząc w dniach 18-25 I Tydzień Modlitw o Jedność Chrześcijan. Mimo przepracowania i choroby przyjął w 1842 nominację na duszpasterza wojskowego w Rzymie, a rok później kapelanię szpitala wojskowego Palazzo Cento Preti. Ważnym momentem w życiu Pallottiego było przekazanie przez Stolicę Apostolską dla Stowarzyszenia Apostolstwa Katolickiego pofranciszkańskiego klasztoru i kościoła SS. Salvatore in Onda przy via dei Pettinari (pismo z 14 VIII 1844; oficjalne przekazanie 27 II 1845; Pallotti ze wspólnotą przeprowadził się do niego w I 1846), gdzie do dziś znajduje się Zarząd Generalny stowarzyszenia. Swoją profesję w stowarzyszeniu Wincenty złożył 4 X 1846.  Bóg objawił Wincentemu dokładną datę jego śmierci za pośrednictwem Sługi Bożego z zakonu minimitów, Bernarda Marii Clausiego (†20 XII 1849), który wyjeżdżając z Rzymu, pożegnał się z nim słowami: „Wincenty! Rozstaniemy się z tym brudnym światem w odstępie miesiąca i trzech dni!”. Rzeczywiście Wincenty zmarł w miesiąc i 3 dni po o. Clausim. Choroba, która doprowadziła do śmierci trwała około 8 dni. Była następstwem ogólnego wyczerpania organizmu. Już po obchodach oktawy Epifanii był coraz bardziej wyczerpany „przekazywaniem wielorakich dzieł miłosierdzia”. Rano 14 I, przebywając w Domu Wychowawczym dla biednej i opuszczonej młodzieży, zwanym Pia Casa di Carità przy Sant’Agata ai Monti dostał silnego krwotoku, dlatego z pomocą innych osób powrócił do domu. Do łóżka położył się dopiero w środę 16 I, wieczorem, o godzinie 22.00, mając już lekką gorączkę. Następnego dnia temperatura wzrosła, zaczął odczuwać duszności oraz ból w klatce piersiowej. Wezwani lekarze stwierdzili zapalenie klatki piersiowej lub opłucnej. Zastosowano metody leczenia właściwe ówczesnym czasom – środki przeczyszczające oraz upuszczanie krwi z 8 miejsc na ciele.

    W niedzielę wieczorem 20 I, czując zbliżający się moment śmierci udzielił zebranym współbraciom potrójnego błogosławieństwa: miłości, mądrości i męstwa, czyli całej Trójcy Świętej. Ks. Francesco Vaccari błagał jeszcze usilnie Wincentego, aby wymodlił sobie przedłużenie życia, ale on nie chciał tego słyszeć mówiąc – „na miłość boską, pozwól mi odejść tam, gdzie będę z Bogiem”. Powiedział też wtedy: „Umrę, bo nie jestem godny być w zgromadzeniu, ale ono się rozwinie i Bóg mu pobłogosławi. Przekonacie się o tym. Mówię wam to nie dlatego, że taką mam ufność, tylko pewność”. Pożegnał się z każdym z osobna, wbrew dotychczasowemu swemu zwyczajowi, podając rękę do ucałowania, choć sam nie lubił całowania w rękę; w swej pokorze, zawsze nosił w rękawie niewielki relikwiarz ozdobiony wizerunkiem Matki Boskiej i Dzieciątka, który podsuwał każdemu, kto usiłował pocałować go w rękę. Następnie podniósł krucyfiks i przypomniał zebranym członkom stowarzyszenia, że do Chrystusa muszą się upodobnić i Jego mają naśladować w życiu. We wtorek wieczór 22 I powróciła wysoka gorączka i duszności; chciał też iść spowiadać. Ostatnie słowa, które wypowiedział na głos, około pół godziny przed śmiercią to: „Miejcie nade mną miłosierdzie i pozwólcie mi iść!”. Potem przycichł i spoczął na łóżku. Wszyscy myśleli, że odpoczywał. Wówczas przyjaciele i penitenci rozeszli się. Kiedy powrócili, aby dać mu lekarstwo, zorientowali się, że był w agonii. Tak „bez dawania znaku o zbliżającej się śmierci, tzn. bez łez, bez grymasu bólu, bez unieruchomionych powiek, umarł z wielkim pokojem i łagodnością, pozostawiając swoje dzieci w bólu, ale i w pocieszeniu, że ich ojciec jest teraz w Niebie. Śmierć przyszła trzy kwadranse po godzinie dziewiątej wieczorem”, tzn. we wtorek wieczór, 22 I, o godz. 21.45. Świadkiem śmierci był br. Angelo Palombi (†1891 jako cysters), który opiekował się nim i zostawił wzruszające wspomnienie: „W swoich rękach trzymał różańcowy medalik oraz krzyż i pomimo iż był wyczerpany z powodu utraty krwi, ciągłej gorączki, braku pożywienia i biegunki, cały czas trwał na modlitwie, która mnie zadziwiała i przypominałem sobie tę maksymę: jak żyjemy tak też umieramy: jego całe życie było modlitwą, której towarzyszyło życie cnotami i jeszcze bardziej taka była jego śmierć”. Dalszą przyczyną śmierci była ofiara z życia za Kościół i papieża, choć pytania o to zbywał uśmiechem. Były to bowiem czasy rewolucji rzymskiej, wypędzenia bł. papieża Piusa IX z miasta Rzymu i prześladowania Kościoła. Sam Pallotti w czasie rewolucji ukrywał się w Pontificio Collegio Irlandese. Ofiarę za Kościół i papieża potwierdza poniekąd on sam przytaczając słowa z księgi Pieśni nad pieśniami: „Przyjdź, Panie, nie zwlekaj; bądź podobny do gazeli lub do młodego jelenia” (8,14), „albowiem ani na chwilę nie mogę pozostać bez Ciebie” (Dzienniczek duchowny, 249). Prawie równocześnie w swej izdebce Elżbieta Sanna Porcu, miała wizję Ukrzyżowanego o ranach promieniujących jak źródła światła, do których uniósł się Wincenty, opromieniony ich blaskiem. Z polecenia Antonio kard. Tosti’ego (†1866) zdjęto pośmiertnie maskę gipsową. Przy przebieraniu zwłok przekonano się naocznie, że nawet w chorobie Wincenty nosił włosiennicę i łańcuchy. Inne narzędzia pokutne zastano w jego osobistych rzeczach. Lud Rzymu zelektryzowany wiadomością o śmierci „świętego”, za jakiego go już wówczas uważano, wypełniał od 23 I kościół SS. Salvatore in Onda. Msze żałobne, egzekwia i kazania prowadzili przez 3 dni wybitni księża, bliscy Wincentemu. Wszyscy chcieli mieć choćby cząstkę relikwii Pallottiego, dlatego z obawy, żeby szaty zmarłego nie zostały naruszone, rozprowadzono wśród wiernych kawałki jego pociętej sutanny. Pogrzeb odbył się 25 I. Kazanie pogrzebowe wygłosił jezuita Antonio Angelini-Rota (†1892), profesor wymowy na Gregorianum, biorąc za podstawę słowa: „Czyż będziemy mogli znaleźć podobnego mu człowieka, który miałby tak jak on ducha Bożego?” (Rdz 41,38); zostało ono wydrukowane jako Ellogium Vincentii Pallotti (Roma 1851). Zwłoki złożono w krypcie pod posadzką, w lewej nawie kościoła. Stosowny napis głosił „Tu spoczywa ciało Sługi Bożego Wincentego Pallottiego, kapłana rzymskiego, założyciela Zgromadzenia i Pobożnego Zjednoczenia Apostolstwa Katolickiego. Urodzony 21 kwietnia Roku Pańskiego 1795, przeżył 54 lata, 9 miesięcy i 1 dzień. Zmarł 22 stycznia Roku Pańskiego 1850. Ciało Jego zostało złożone w tym grobie 25 stycznia 1850, o szóstej godzinie nocy”. Wincenty Pallotti był człowiekiem znanym z niezwykłej różnorodności działań apostolskich na terenie Wiecznego Miasta i już za życia nazywano go „apostołem Rzymu” i „drugim św. Filipem Nereuszem”. Po jego śmierci prasa – mimo zdawkowości – prześcigała się w niekłamanych wyrazach żalu: Umarł Święty…Umarł drugi św. Filip Nereusz…Odszedł Apostoł Rzymu…Zmarł ojciec ubogich. W tym duchu patrycjat rzymski w swej uchwale stwierdził: „Nie było w Rzymie pobożnego dzieła, którego on nie byłby założycielem, promotorem lub najpilniejszym współpracownikiem”. Generałowie franciszkanów i serwitów, kapituła lateraneńska i watykańska uznali go za „sławę i ozdobę kleru rzymskiego”. Bł. Antoni Rosmini (†1855), kapłan, filozof i działacz polityczny, założyciel Instytutu Miłosierdzia (rosminianie) i Sióstr od Opatrzności tak określił Wincentego: „Rzadkością są tacy ludzie, których Pan kształtuje swą łaską i posyła w darze na ziemię dla pożytku wielu”. Pallotti jest duchowym twórcą i współzałożycielem Stowarzyszenia Misjonarzy św. Józefa z Mill Hill, Towarzystwa Misji Zagranicznych z Mediolanu i Zgromadzenia Słowa Bożego (werbistów).

    Jednym z najbardziej zadziwiających darów mistycznych, jakie otrzymał od Boga, była zdolność do nawracania najbardziej zatwardziałych grzeszników. Często cudowne okoliczności sprawiały, że pojawiał się o właściwej porze i miejscu, by przygotować człowieka na śmierć. Potrafił określić, czy chory umrze, czy też wyzdrowieje. Nieraz dzięki jego interwencji i modlitwie cierpiący odzyskiwał siły. Zyskał sobie uznanie jako spowiednik i przewodnik duchowy obdarzony szczególnymi łaskami, co zmuszało go do spędzania wielu godzin w konfesjonale; bywało że niekiedy przesiedział w nim cały dzień, opuszczając go dopiero około północy. Był dobrym i cierpliwym spowiednikiem, ale i stanowczym, jeżeli uznał to za konieczne. Obdarzony był niezwykłą zdolnością oceniania stanu duszy tych, którzy przychodzili do niego do spowiedzi. Zaglądając ludziom w tajniki serca nierzadko nawracał upartych grzeszników. Wincenty bezgranicznie ufał Bogu, a On nagradzał go za to cudownymi nawróceniami. Dlatego papież naznaczył go jednym z egzorcystów diecezji rzymskiej. Był też spowiednikiem papieży Grzegorza XVI i Piusa IX. Od 1827 przez 13 lat pełnił funkcję ojca duchownego kleryków seminarium rzymskiego, a także spowiednika w rozmaitych kolegiach, m.in. dla misji zagranicznych (Pontificio Collegio Urbano de Propaganda Fide), w Kolegium Angielskim (Pontificium Collegium Anglicanum), Irlandzkim i Greckim (Pontificio Collegio Greco).

    Szczególną troską Pallotti otaczał biedaków i robotników. Wykorzystywał swe talenty organizacyjne, by rozpoczynać lub inspirować rozmaite działania, sprzyjające zaspokojeniu ich potrzeb doczesnych. Stąd zakładał wieczorowe szkoły (m.in. służące doskonaleniu metod uprawy roli – dlatego we Włoszech czczono dawniej go wśród hodowców winorośli), sierocińce i ochronki dla dziewcząt, oraz zachęcał do zakładania wiejskich banków, mających chronić drobnych rolników. Rzemieślników łączył w cechy. Prowadził duszpasterstwo wśród żołnierzy i więźniów, a zwłaszcza wśród skazańców. Kiedy tylko wzywano go do któregoś z nich, spieszył do jego celi i nie opuszczał aż do momentu egzekucji, wiedząc, że wieczne zbawienie zależy nieraz od ostatnich chwil życia człowieka. Nie szczędził wysiłków, łez i modlitw, by wywołać u takiego nieszczęśnika poczucie skruchy. Powołał nawet w swoim Zjednoczeniu specjalną grupę, której zadaniem było wymodlenie tym osobom dobrego rozstania z tym światem. Pallotti działał także jako duszpasterz chorych, rekolekcjonista, misjonarz ludowy, spowiednik i kierownik duchowy laikatu i duchowieństwa. Sam pisał: „Chciałbym znaleźć się w szpitalach i więzieniach, równocześnie chciałbym iść do pałaców wielkich i możnych, chciałbym stale być obecny na wszystkich miejscach świata, aby wysoko postawionym i zapomnianym, biednym i bogatym, tak – wszystkim stworzeniom świata pomagać w poznawaniu Boga Ojca, w ukochaniu Go i służeniu Jemu”. Nie obcy mu był los emigrantów włoskich w Londynie, do których wysyłał kapłanów. Zbierał fundusze na misje. Miał wielu przyjaciół wśród ludzi całego świata. Bywał w klasztorze bazylianek rzymskich, gdzie poprzez przełożoną Makrynę Mieczysławską (†1869) poznał sprawę unii Kościoła z prawosławiem i polistopadową emigrację polską, m.in. pierwszych zmartwychwstańców Hieronima Kajsiewicza (†1873) i Piotra Semenekę (†1886). Kiedy w okresie Wiosny Ludów bazylianki popadły w biedę, prosił o pomoc dla nich, zwracając się w liście do księżnej Zofii Odescalchi z rodu Branickich (†1886). Poprzez nią Pallotti inspirował powstanie w 1848 specjalnego bractwa dla Polski – Miłosierdzia Bożego, które zostało zatwierdzone przez papieża Piusa IX i obdarzone odpustami. Ponadto 13 prokura Zjednoczenia Apostolstwa Katolickiego, obejmująca Polskę, oprócz oficjalnego patrona-apostoła, została przez Wincentego poświęcona Miłosierdziu Bożemu. Do podejmowania tak wielu zadań, na tak szeroką skalę, wzywało Pallottiego doświadczenie miłości Boga, a następnie ogromne pragnienie, aby każdy człowiek mógł poznać i uwielbić Boga, który dla Pallottiego był przede wszystkim nieskończoną Miłością. Pallotti był zafascynowany hasłem Caritas Christi urget nos – Miłość Chrystusa przynagla nas, prowadzi nas (2 Kor 5,14). Zainspirowany tym ewangelicznym przesłaniem stał się jednym z najaktywniejszych kapłanów rzymskich XIX stulecia, otwartym na potrzeby Kościoła w bardzo trudnych czasach. Już wkrótce po śmierci rozpoczęto jego proces informacyjny (18 II 1852; zamknięto 2 X 1860). Gdy w 1906 otwarto jego grób, znaleziono dobrze zachowane relikwie. Papież Pius XI ogłosił go 24 I 1932 „wielebnym”, potwierdzając heroiczność cnót. Dokładnie sto lat po jego śmierci, 22 I 1950, papież Pius XII beatyfikował go jako pierwszego błogosławionego Roku Świętego 1950. Jego doczesne szczątki, które nie uległy rozkładowi, zostały złożone w kryształowym sarkofagu pod mensą głównego ołtarza w kościele SS. Salvatore in Onda w Rzymie. W czasie trwania II Soboru Watykańskiego, 20 I 1963 papież Jan XXIII ogłosił Wincentego Pallottiego świętym. W homilii papież m.in. przedstawił Pallottiego jako wzór pragnienia jedności chrześcijan. Uroczystości kanonizacyjne powiązano z obchodami triduum w kościele San Andrea della Valle, tam gdzie tradycyjnie odbywała się oktawa Epifanii, sprawując Msze w różnych obrządkach.

    Pallotti miał szczególne nabożeństwo do Matki Bożej, którą ogłosił protektorką apostolstwa katolickiego. Nazywa się go niekiedy prekursorem Akcji Katolickiej (list apostolski Piusa XII z 22 I 1950 z okazji beatyfikacji). 6 IV 1963 papież Jan XXIII wydał dekret ogłaszający Pallottiego głównym patronem Papieskiej Unii Misyjnej. Między I a II sesją Soboru Watykańskiego II, zajmującą się różnymi aspektami apostolstwa świeckich, 1 IX 1963 papież Paweł VI udał się z Castel Gandolfo do pobliskiego miasta Frascati, aby uczcić relikwie św. Wincentego, które były wystawione w katedrze dla uczczenia przez wiernych. Przewodniczył tam Eucharystii, podczas której wygłosił homilię, podkreślając w niej proroczy i pionierski duch Pallottiego. Wspomnienie liturgiczne Pallottiego wypada w Kościele 22 I. W ikonografii przedstawiany jest w stroju zakonnym lub komży ze stułą, trzymający w ręku obrazek Matki Bożej z Dzieciątkiem; po 1850 ten typ ikonograficzny przedstawił w 2 obrazach Domenico Cassarotti.

    Wincenty Pallotti wydał Mese di maggio per i claustraliMese di maggio per gli ecclesiastici oraz Mese di maggio i fedeli (wszystkie Roma 1833). Jest także autorem krótkiej modlitwy za Polskę (1843): „Obsecro Te, Domina mea, Sancta Maria, suscipe Poloniam in manus Tuas. Amen (Matka moja, Najświętsza Maryjo, błagam Cię, weź Polskę w swoje ręce)”. Została ono przekazana wraz z błogosławieństwem poecie Józefowi Bohdanowi Zaleskiemu (†1886) i majorowi Józefowi Zaleskiemu (†1864), uczestnikom powstania listopadowego, przed ich wyjazdem do Ziemi Świętej, po odprawieniu Mszy w kościele Sant Andrea del Prate (przy ołtarzu, gdzie rok wcześniej dokonała się konwersja żydowskiego prawnika i bankiera Alfonsa Ratisbone’a †1884). Wówczas, jak pisał J. Zaleski (list z 6 XI 1863 do hrabiny Marii Stadnickiej): „Mszę świętą odprawiał nam słynący podówczas świętością życia i uczynków Ojciec Palota z intencją uproszenia dla nas pokory i pobożności w naszej pielgrzymce, oraz ubłagania łask Zbawiciela dla biednej naszej Ojczyzny i cierpiącego naszego Kościoła pod rządami odszczepieńców. Przy Mszy jego przystępowaliśmy do Komunii św. i ze schodzącym od Ołtarza kapłanem udaliśmy się za nim do zakrystii; tam uklęknęliśmy jeszcze raz u stóp świętego, aby nas obu na drogę pobłogosławił. Wstając od tego błogosławieństwa ująłem Ojca Palotę za rękę i uścisnąwszy z uszanowaniem prosiłem, aby nam dał jaką modlitewkę, którą byśmy u Grobu Pańskiego odmawiać mogli. Święty obrócił się do lady, na której stał kałamarz z piórem i leżała książka do zapisywania odprawianych Mszy, wziął kawałek luźnego papieru i napisał na nim po łacinie modlitewkę powyżej przepisaną”. Modlitwa Pallottiego została wypowiedziana przez Zaleskich przy Bożym Grobie w Jerozolimie, a następnie była odmawiana codziennie przez 20 lat, rano i wieczór.

    Pozostałe pisma Pallottiego zostały zebrane i opublikowane w Rzymie przez ks. Johannesa Hettenkofera (†1962, postulatora procesu beatyfikacyjnego), w tzw. kolekcji Hettenkofera: Epistulae latinae (1907), Propositi ed aspirazioni (1922; Postanowienia i dążenia, Kraków 1945), Regola della Congregazione dell’Apostolato Cattolico (1923), Pia Società dell’Apostolato Cattolico (1924), Diario spirituale. Avvisi e consigli ai suoi figli spirituali (1929; Dzienniczek duchowny. Wskazówki i rady Wielebnego ks. Wincentego Pallottiego dla jego synów duchownych, Warszawa 1937), Fioretti raccolti dagli scritti distribuiti per ogni giorno dell’anno (1929; Kwiateczki. Myśli wybrane na każdy dzień roku, Warszawa 1938), Raccolta di scritti relativi alla Pia Società dell’Apostolato Cattolico (I-II, 1929-34), Lettere e brani di lettere (1930), Collezione spirituali. Preghiere, meditazioni, considerationi, consigli, ricordi e materie predicabili (1933), Iddio l’amore infinito (1936; Bóg – miłość nieskończona, Ząbki 1996), Memorie biografiche (1937) i Scritti. Supplemento e Indice generale (1939); dzieła Pallottiego opublikował także ks. Ansgar Faller †1992 (Regole fondamentali della Società dell’Apostolato Cattolico, Roma 1944 i Le preghiere, Città del Vaticano 1982); opracowanie krytyczne pism wydał ks. Francesco Moccia †1998 (Opere complete I-XIII, Roma 1964-97; Wybór pism I-IV, Poznań 1978-2001), a listów – Faller i ks. Bruno Bayer (Opere complete lettere I-VIII, Roma 1995-2010; Listy. Lata 1816-1833, Ząbki 1997 i Listy łacińskie, Ząbki 2001); ponadto fragmenty pism Pallottiego zamieszczono w zbiorach: Notatki rekolekcyjne (Warszawa 1935), Krótka reguła (Warszawa 1938), Wielebny założyciel przypomina (Poznań 1949), Kacper del Bufalo jakim go znałem (Warszawa 1993), Świętość w służbie apostolstwa (Ząbki 1995), W drodze ze św. Wincentym Pallottim (Częstochowa 1999), Wyryłem Cię na dłoniach moich (Ząbki 2000) i O Eucharystii (Katowice 2005); w języku polskim biografię Wincentego popularyzują powieści – ks. Franciszka Mickiewicza Jedno życie to za mało (Poznań 1994) i ks. Franciszka Bogdana †2008 Znad Tybru na podniebne szlaki (Ząbki 2000).

    Tłumaczem na język polski większości pism Pallottiego wydanych do 1939 był ks. Józef Wróbel (†1971). W formie maszynopisu pozostawił 25 tytułów dzieł Założyciela. Ks. Tomasz Bielski (†1978) przetłumaczył pierwszy tom Wyboru pism i Listy łacińskie Pallottiego. Kontynuatorem tłumaczenia i wydania kolejnych tomów Wyboru pism założyciela stowarzyszenia oraz jego listów był ks. Franciszek Bogdan(…). „Czas jest drogocenny, krótki, niepowtarzalny. Czyńmy więc wszystko, wszystko – jeżeli to możliwe – nieskończenie wiele” (św. Wincenty Pallotti).

    Ostatnio zmodyfikowano: 12 kwietnia 2014 (uzupełniono 27 kwietnia 2017)

    ks. Stanisław Tylus SAC

    ______________________________________________________________________________________________________________

    W DZIEŃ OFIAROWANIA PANA JEZUSA W ŚWIĄTYNI JEROZOLIMSKIEJ KOŚCIÓŁ MODLI SIĘ ZA OSOBY KONSEKROWANE

    fot. franzball7/Cathopic

    ***

    Miała spędzić w zakonie 3 dni… Jest w nim od 50 lat!

    “Mój dziadek powiedział: ta dziewczyna? Ona albo w trzy dni rozwali klasztor albo ją wyrzucą…” – opowiada o niełatwej drodze powołania pallotynka, siostra Aleksandra Podleżańska.

    _________________________

    Alicja Samolewicz-Jeglicka: Czy trudno być siostrą zakonną w dzisiejszych czasach?

    Siostra Aleksandra Podleżańska SAC: Myślę, że w każdych czasach może być trudno. Każde czasy są ciekawe. Siostra zakonna jest członkiem społeczeństwa. W tym społeczeństwie się urodziła, wychowała, więc niesie ze sobą to co niesie społeczeństwo. W związku z tym to, co ludzie w danym czasie przeżywają, to też przeżywa siostra zakonna. Siostra w sposób świadomy i dobrowolny wybiera służbę Bogu i Kościołowi. A mówiąc Kościołowi nie mam na myśli murów tylko chrześcijan. Prawie zawsze w historii kościoła było tak, że osoby zakonne służyły społeczeństwu w którym żyły. Nawet jeśli to społeczeństwo było wymieszane kulturowo czy religijnie. My służymy wszystkim, bez wyjątku.

    Jesteśmy zgromadzeniem misyjnym – Zgromadzenie Sióstr Misjonarek Apostolstwa Katolickiego –  więc jako misjonarki służmy nie tylko w Polsce, ale i na świecie. Zarówno w krajach misyjnych, jak i tam, gdzie jest potrzebna neokatechizacja, czyli w krajach postsowieckich: Ukraina, Białoruś, Rosja. Prowadzimy domy dziecka, przedszkola, szkoły. Przyjmowani są wszyscy potrzebujący.

    Cofnijmy się w czasie. Pamięta siostra moment, kiedy poczuła, że chce iść do zakonu?

    Kiedy już się zdecydowałam żeby pójść do zgromadzenia, to długo ukrywałam to przed rodziną i znajomymi – by nikt nie wpływał na moją decyzję. Chciałam, by to było w stu procentach moje zdanie. W pewnym momencie moi rodzice się domyślili… No i wtedy rozpoczęła się wojna domowa. Powiedzieli mi, że pójście do zakonu jest dla mnie absolutnie niemożliwe. Mój dziadek powiedział to konkretnie: „ta dziewczyna? Na pewno nie! Ona albo w trzy dni rozwali klasztor albo ją wyrzucą…”

    Byłam osobą bardzo ruchliwą. W dzieciństwie bawiłam się głównie z chłopakami. Raczej byłam typem żołnierza niż grzecznej dziewczynki bawiącej się lalkami. Pochodzę z rodziny bardzo patriotycznej, rodziny powstańców wielkopolskich, rodziny więźniów obozów niemieckich. W tym roku mam 50-lecie wstąpienia do zgromadzenia.

    W moim dzieciństwie często była mowa o tym, że Niemcy wrócą do Polski – więc chciałam być żołnierzem. Chciałam bronić Wrocławia w którym mieszkałam. Rodzice mówili na mnie Oleńka, ale koleżanki i koledzy: Olek. Chodziłam w spodniach i trampkach, co w tamtych czasach nie było takie powszechne. Boksowałam, walczyłam, skakałam po drzewach i dachach. I naprawdę wtedy nikt sobie nie wyobrażał, że mogę być zakonnicą.

    …a jednak! Zakon kojarzy się wielu osobom z ciszą i spokojem. Ale dobrze wiem, że to mylne skojarzenie, prawda?

    Oczywiście! To bardzo fałszywe wyobrażenie o życiu zakonnym. Z mojego doświadczenia 50-letniego życia zakonnego, osoby ciche, spokojne, składające pobożnie rączki i wznoszące w górę oczki – najczęściej nie wytrzymują okresu próby. Większość sióstr, które znam to są typy waleczne.

    Siostra tę siłę to z mlekiem rodziców wyssała…

    Tak, i dziadków. Choruję genetycznie. Mam za sobą ponad 40 pobytów w szpitalach. Mam w sobie mnóstwo złomu, ale podkreślam „szlachetnego złomu”. Mam sztuczną część kręgosłupa, sztuczne kolano, wiele implantów. Jestem po udarze mózgu i po zawale serca. Ale nikt by tego nie powiedział patrząc na mnie. Jestem ciągle aktywna. Obecnie prowadzę kursy językowe dla uchodźców. Ponad 20 godzin tygodniowo. Dodatkowo działam w Centrum Integracji „Na Górce”, zajmuję się ekonomią, tworzę strony internetowe… Po prostu się nie poddaję. Nawet będąc sparaliżowaną uczyłam siostry pisania na komputerze, którego nie widziałam… i to w języku angielskim! Z zawodu jestem anglista, germanista. Mam również studium teologii i prawa. Staram się wykorzystywać wszystkie moje talenty.

    Jak wspomina siostra moment w którym poczuła powołanie?

    Na swoją pierwszą pieszą pielgrzymkę z Warszawy do Częstochowy wybrałam się w 1971 roku. Powód banalny – mój chłopak chodził na pielgrzymki. Pan Bóg ma niesamowite poczucie humoru. Pewnego dnia, podczas pielgrzymki, siedzę pod płotem i odpoczywam. Patrzę na tłumy młodych ludzi. Młodych – pełnych wiary, oddania i rozmodlonych. Serce rośnie. Wśród tego tłumu widzę swojego chłopaka i myślę „no jest najlepszy ze wszystkich”. I nagle, jak grom z jasnego nieba słyszę głos: „To prawda, ale jest Ktoś, kto jest od niego lepszy. Jeden jedyny”. Nie było obok mnie nikogo, nikt nie mógł mi tego powiedzieć, a ja słyszałam realny głos. I w ułamku sekundy stało się to dla mnie jasne, że mówi do mnie sam Bóg. Intelektualnie było to dla mnie jasne, ale emocjonalnie trudno było mi to przyjąć… Od tego dnia nie byłam w stanie spać, nie byłam w stanie zaznać spokoju.

    Wspomniała siostra, że pochodziła z wierzącej, religijnej rodziny. Ale potem powiedziała, że na wiadomość o siostry powołaniu wybuchła „wojna domowa”… Jak to?

    Przypuszczam, że gdyby któraś z moich starszych sióstr chciała iść do zakonu – nie byłoby problemu. Ale moje rodzeństwo już wyszło z domu. Ja byłam najmłodsza. Rodzice wymarzyli sobie, że zostanę z nimi. Poza tym – byłam chorowita, rodzice nie wierzyli, że dam sobie radę w zakonie. Wyobrażali sobie – tak jak to sobie wyobraża większość ludzi – że w zakonie to takie życie między kaplicą, krowami i polem. Czyli praca fizyczna, służebna i modlitwa.

    Kilka miesięcy sama walczyłam z Panem Bogiem. Tłumaczyłam Mu, że ja się do tego nie nadaję. Nocami nie spałam. Przypominałam Bogu swoje grzechy, z których przecież wcześniej się już wyspowiadałam. Którejś nocy poczułam bardzo mocno, że przecież Bóg jest miłosierny i nie powołuje mnie, bo jestem super, ale dlatego, że ma wobec mnie konkretny plan.

    Przyjęłam wolę Boga, ale zaczęłam się zastanawiać – kto mnie taką zechce, jak ja wytrzymam w zakonie. Chodziłam upalnym latem w sztruksowych sukienkach, bo ćwiczyłam jak to będzie w habicie… Przestałam pływać – choć to kocham – bo przecież w zakonie nie będzie możliwości. To były dziwne próby, które robiłam sama sobie… Teraz się z tego śmieję, ale wtedy nie było mi do śmiechu.

    Miały być trzy dni w zakonie, a jest już siostra 50 lat!

    Oj, to minęło jak jeden dzień. Naprawdę nie wiem kiedy. Całe moje życie zakonne to kolejne przygody przez które przeprowadzał mnie Bóg. Powiem szczerze, że mogłabym przyprowadzić całą gromadkę sióstr, które miały równie ciekawe przygody w życiu co ja.

    Co siostrze życzyć na kolejne lata oraz z okazji Dnia Życia Konsekrowanego?

    By ta przygoda z Bogiem nadal trwała. By dawał mi siłę. Wiem, że jak staje przede mną mur to i tak z Bogiem dam radę go pokonać, obejść, przeskoczyć a może i rozbić.

    Nie wiem ile Bóg da mi życia, ale na pewno będzie to wystarczający czas. Trzeba być gotowym, co dnia, na śmierć. Wystarczy codzienna Msza Święta, przyjmowanie komunii świętej, rachunek sumienia i spowiedź – i w każdej minucie można zmienić świat na ten drugi. Moje życie jest fantastyczne, ja się cały czas uczę. Nie mam czasu się nudzić albo zastanawiać czy jest trudno. Wszędzie może być pięknie, ale to my musimy starać się, żeby było pięknie. A z Bogiem zawsze tak jest!

    ALICJA SAMOLEWICZ-JEGLICKA – wywiad /Stacja7

    ______________________________________________________________________________________________________________

    III NIEDZIELA ZWYKŁA JEST OD PIĘCIU LAT CELEBROWANA JAKO NIEDZIELA SŁOWA BOŻEGO

    Papież Franciszek ogłosił ustanowienie Niedzieli Słowa Bożego Listem Apostolskim w formie motu proprio „Aperuit illis” wydanym 30 września 2019 roku. Dokument został popisany w 1600 rocznicę śmierci oraz w liturgiczne wspomnienie św. Hieronima – wielkiego miłośnika i tłumacza Pisma Świętego, doktora Kościoła.

    ____________________________________________________________________

    

    Co Ojciec Pio mówił o lekturze Pisma Świętego?

     

    o. Pio

     Archiwum Głosu Ojca Pio

    ***

    W czasach Ojca Pio czytanie Pisma Świętego przez wiernych nie było tak rozpowszechnione, jak dzisiaj. Niemałą trudnością był zresztą sam dostęp do świętego tekstu. W zapiskach Cleonice Morcaldi, jednej z najbliższych Ojcu Pio duchowych córek znajdujemy wymowne tego świadectwo.

    Któregoś dnia moja przyjaciółka, bardzo pobożna, przyniosła mi książkę, którą pożyczyły jej klaryski tylko na trzy dni. To było Pismo Święte. Z radości aż krzyknęłam. Trzymałam w rękach księgę, którą mogą mieć tylko kapłani! Pomyślałam, że przepiszę ją do grubego zeszytu, żeby zawsze mieć przy sobie słowo Boże. Pracowałam dzień i noc przy świetle lampki oliwnej, bez przerwy. Musiałam jednak oddać książkę koleżance, zanim skończyłam. To były księgi proroków. Zaczynało się tak: „Synów odchowałem i wypiastowałem, lecz oni odstąpili ode mnie. Wół zna swego właściciela, a osioł żłób swego pana, lecz Izrael nie ma rozeznania, mój lud niczego nie rozumie”. Tak bardzo poruszyły one moje serce, że się rozpłakałam. Płaczę za każdym razem, gdy je czytam. Ta książka tak mi się spodobała, że pochłaniałam ją umysłem i sercem. Jak spragniona łania piłam słowo Pana. Mówiłam: błogosławieni kapłani i zakonnice, że posiadają taki skarb.

    Choć dopiero Sobór Watykański II w 1965 roku zakończył ostatecznie w Kościele okres ostrożności w dawaniu świeckim do ręki tekstu Pisma Świętego, Ojciec Pio w kierownictwie duchowym bardzo zachęcał do jak najbliższego kontaktu ze słowem Boga, widząc w tym wielką wartość. Szczególnie wymowny jest tutaj list do Raffaeliny Cerase z 28 lipca 1914 roku, w którym przywołując przykłady i słowa różnych świętych, pisał:

    Przerażają mnie, moja Siostro, szkody, jakie czyni brak lektury Pisma Świętego. Nieprawdopodobny wydaje się szacunek, jaki dla świętych ksiąg miał św. Hieronim. Salvinie polecał, aby zawsze miała w ręku pobożne księgi, gdyż są one potężną tarczą pomocną w odrzuceniu wszelkich bezbożnych myśli, z którymi boryka się człowiek w młodym wieku. To samo wpajał św. Paulinowi: „Niech zawsze w twoich rękach znajduje się Pismo Święte, które dzięki pobożnej lekturze da pokarm twemu duchowi”. Wdowę o imieniu Furia namawiał, aby często czytała Pismo Święte oraz książki doktorów, których nauczanie jest święte i zdrowe, aby nie musiała męczyć się w wyborze pomiędzy błotem fałszywych dokumentów a złotem świętej i zdrowej nauki.

    Do Demetriady pisał: „Kochaj Pismo Święte, jeśli chcesz być kochana, napełniona i strzeżona przez Bożą Mądrość. Ona wpierw Cię ozdobi na różne sposoby – dodaje szybko święty doktor – umieści klejnoty na Twej piersi, kolie na szyi, drogie kamienie w uszach. W przyszłości święta lektura niech będzie Twoimi drogocennymi kamieniami i Twoją radością, świętymi myślami i pobożnym uczuciem, jakimi ozdobisz Twego ducha”. Potwierdza to św. Grzegorz, używając alegorii lustra: „Duchowe książki są jak lustro, które Bóg stawia przed nami, abyśmy patrząc na nie, mogli naprawić nasze mankamenty i przyozdobić się wszelkimi cnotami. Podobnie jak próżne kobiety często przeglądają się w lustrze, starając się usunąć wszelkie skazy z twarzy, na tysiąc sposobów poprawiają włosy, aby wyglądać pięknie w oczach innych, tak też chrześcijanin winien często przed oczy stawiać sobie Pismo Święte, aby poprawić błędy i umocnić cnoty, by podobać się swemu Bogu”.

    Nie będę odwoływał się do innych autorytetów. Chcę podkreślić, jaką siłę w zmianie drogi czy wejściu na drogę doskonałości, także świeckich osób, posiada święta lektura. Wystarczy zastanowić się nad nawróceniem św. Augustyna. Kto spowodował, że ten wielki człowiek się nawrócił? Nie były to ani łzy matki, ani elokwencja św. Ambrożego, lecz lektura świętej księgi. Kto czyta jego Wyznania nie może powstrzymać się od łez. Jakąż straszną walkę, jakież wielkie konflikty przeżywał w swym sercu, by odrzucić lubieżne przyjemności. Mówił, że jego wola była jak przykuta łańcuchem, a piekielny nieprzyjaciel trzymał go w okowach potrzeb. Mówił, że przeżywał agonię, kiedy miał pozostawić swe stare przyzwyczajenia. Mówił też, że gdy zbliżał się do rozwiązania, jego stare przyzwyczajenia i przyjemności odciągały go od dobrych postanowień i mówiły: Co, zostawiasz nas? Od tego momentu nie będziemy już z tobą przez całą wieczność? Podczas gdy przeżywał wewnętrzną walkę, usłyszał głos, który mu powiedział: „Weź i czytaj”. Od razu posłuchał tego głosu i czytając rozdział z listu św. Pawła, poczuł, jak natychmiast jego umysł oczyścił się z gęstej mgły, zniknęła twardość serca i ogarnęła go radość i głęboki pokój ducha. Od tej chwili św. Augustyn zrywa ze światem, z demonem, z ciałem i cały oddaje się służbie Bogu, stając się wielkim świętym, któremu dziś oddaje się cześć na ołtarzach. historia wspomina jeszcze św. Ignacego z Loyoli, który podczas choroby dzięki podjętej z nudów lekturze duchowej zmienił się z kapitana ziemskiego króla w kapitana Króla Niebios. Jeżeli lektura Pisma Świętego posiada wielką siłę, będącą w stanie przemienić ludzi w istoty duchowe, to o ileż potężniejsze w doprowadzeniu do jeszcze większej doskonałości winno okazać się czytanie Pisma Świętego przez osoby rozwinięte duchowo.

    W tym samym liście Ojciec Pio wspomina też o modlitewnym czytaniu Biblii, zachęcając do takiej właśnie pogłębionej lektury świętego tekstu:

    Święty Bernard mówi o czterech stopniach lub środkach, dzięki którym kroczy się do Boga i rozwija w doskonałości. Pisze, że są to: czytanie i medytacja, modlitwa i kontemplacja. Na potwierdzenie tego przytacza słowa Boskiego Nauczyciela: „Szukajcie a znajdziecie. Pukajcie, a otworzą wam”. Odnosząc to do czterech środków czy stopni doskonałości, twierdzi, że poprzez czytanie Pisma Świętego oraz innych świętych i pobożnych książek szuka się Boga. Znajduje się Go poprzez medytację. Dzięki modlitwie puka się do Jego serca, a dzięki kontemplacji wchodzi się do teatru Bożego piękna. Wszystko stoi otworem przed oczyma naszego umysłu dzięki czytaniu, medytacji i modlitwie. W innym miejscu autor ten pisze, że lektura jest niejako pokarmem dla duszy. Podczas medytacji „przeżuwa się” ten pokarm poprzez rozważania. Na modlitwie doświadcza się jego smaku, zaś kontemplacja jest słodyczą pokarmu duchowego, który umacnia i pociesza duszę. Lektura zatrzymuje się na stronie zewnętrznej tego, co się czyta. Medytacja analizuję istotę rzeczy. Modlitwa przeszukuje ją, używając swych próśb. Kontemplacja delektuje się nią, jak rzeczą, którą się posiada.

    Wspominana na wstępie Cleonice Morcaldi, gdy już posiadała wszystkie księgi Pisma Świętego, na jednej z nich otrzymała od Ojca Pio dedykację, która również dla nas niech będzie zachętą i wskazówką od świętego Stygmatyka:

    Duch Święty niech prowadzi Twój umysł, niech pozwoli Ci odkrywać ukryte prawdy zawarte w niniejszej księdze i niech rozpali Twą wolę, byś je wprowadzała w życie.

    Ojciec Pio z Pietrelciny

    o.Tomasz Duszyc OFMCap /naszczas.pl/Tygodnik Niedziela

    ______________________________________________________________________________________________________________

    

    „Osobista lektura Pisma Świętego prowadzi do fascynacji Bogiem”

    “Trzeba najpierw samemu „zasmakować” w osobistej lekturze ksiąg biblijnych. Wtedy łatwo będzie nam podzielić się osobistymi przeżyciami w słuchaniu słów, które Bóg do nas kieruje” – podkreślił ks. prof. Henryk Witczyk, przewodniczący Dzieła Biblijnego.

    

    This image has an empty alt attribute; its file name is pismo-swiete-750x422.jpg
    fot. Plusonevector/Freepik/Stacja7.pl

    ***

    Biuro Prasowe KEP: Księże Profesorze, z ustanowienia papieża Franciszka, III niedziela zwykła obchodzona jest w całym Kościele jako Niedziela Słowa Bożego. Jaki jest główny cel tej inicjatywy?

    Ks. prof. Henryk Witczyk: Papież Franciszek podaje kilka celów, które winny być osiągane poprzez uroczyste przeżywanie Niedzieli Słowa Bożego, zwłaszcza celebracje liturgiczne w parafiach i diecezjach. Równie ważne są różne aktywności związane ze Słowem Bożym zawartym w Piśmie świętym w naszych rodzinach. Sądzę, że ich syntetycznym ujęciem są słowa Aperuit illis („Oświecił ich umysły, aby rozumieli Pisma”; por. Łk 24, 45), które otwierają papieskie Motu proprio ustanawiające tę celebrację. Zmartwychwstały Jezus oświecił umysły uczniów idących z Jerozolimy do Emaus. Byli rozczarowani przebiegiem procesu, drogi krzyżowej, ukrzyżowania – i ostatecznie złożenia do grobu umęczonego Mesjasza – Króla głoszącego Królestwo Boże jako obecne pośród nich. Gdy dołączył do nich tajemniczy Wędrowiec, zaczął z nimi rozmawiać, zadawać pytania, a ostatecznie wyjaśniał im Pisma, które mówiły o cierpieniach Mesjasza, wpisanych w Jego drogę do Chwały. Jak sami wyznali, pod wpływem tych Jego słów, w każdym z nich „pałało serce”, otworzyły się ich oczy na aktywną i miłującą obecność zmartwychwstałego Pana. On stał się na nowo najważniejszą Osobą w ich życiu! Centrum życia całego Kościoła apostolskiego, gdy objawił się z kolei wszystkim uczniom w wieczerniku, niosąc im swoje słowa: Pokój wam!

    Tylko apostołowie z „otwartymi oczami” i „sercami pałającymi” ogniem Bożej obecności darowanej im w słowach Zmartwychwstałego mogli stać się głosicielami i świadkami Ewangelii. W Niedzielę Słowa Bożego cały Kościół pod przewodnictwem papieża Franciszka chce uwielbiać Boga za Jego obecność pod postacią słów Pisma świętego proklamowanych w Kościele, chce też dziękować Ojcu niebieskiemu za Słowo, które od Niego pochodzi! Ono otwiera nam oczy na misterium Trójcy Świętej, na Jej działanie w dziejach świata i ludzi, na Jej obecność w Kościele.

    W jaki sposób można realizować założenia tej Niedzieli na co dzień? Co może być pomocne w poznawaniu Słowa Bożego?

    Najważniejsze jest codzienne czytanie Pisma świętego. Dobrze jest zacząć od ksiąg Nowego Testamentu, które są nam mało znane, na przykład listy św. Pawła czy tzw. listy katolickie. One nie tylko wyjaśniają nauczanie Chrystusa, otwierają misterium Jego osoby, ale nade wszystko odnoszą je do życia tak pojedynczych wierzących jak i wspólnoty Kościoła. Ta aplikacja ma dla nas – borykających się dzisiaj z podobnymi wyzwaniami – absolutnie podstawowe znaczenie. Dokonywana jest bowiem pod natchnieniem Ducha Świętego, który jest Nauczycielem Kościoła wszystkich czasów aż do skończenia świata. To On, nie badania socjologiczno-psychologiczne, prowadzi Kościół do poznania Prawdy o zbawieniu człowieka, objawionej przez wcielonego Syna Bożego w Ewangeliach i Tradycji.

    Dużą pomocą w poznawaniu Słowa Bożego są istniejące w wielu parafiach kręgi biblijne, wspólnoty praktykujące lectio divina. W większości diecezji, w wielu dekanatach bibliści prowadzą regularne wykłady z Pisma św. dla osób świeckich i zakonnych w ramach różnego rodzaju szkół Słowa Bożego (głównie w soboty). Warto również wybrać się na rekolekcje biblijne, organizowane w licznych domach rekolekcyjnych.

    A niezastąpioną pomocą w osobistym studium Pisma świętego jest od roku aplikacja pod nazwą „Dzieło Biblijne”, stworzona dzięki dużemu zaangażowaniu i patronatowi KUL Jana Pawła II oraz Instytutowi Nauk Biblijnych KUL. Jest ona dostępna bezpłatnie w smartfonach, laptopie czy w wygodnym do czytania tablecie. A osoby zainteresowane nie tylko duchowym, ale i badawczym poznawaniem treści Pisma św. zachęcam do czytania artykułów naukowych w najlepszym polskim czasopiśmie biblijnym „The Biblical Annals”. Jest ono dostępne gratis na platformie czasopism KUL (https://czasopisma.kul.pl/index.php/ba), razem w biblijno-teologicznym „Verbum Vitae” (https://czasopisma.kul.pl/index.php/vv). Zamieszczane są w nich opracowania aktualnie dyskutowanych zagadnień i tematów – także w języku polskim.

    Św. Hieronim powiedział, że „nieznajomość Pisma świętego jest nieznajomością Chrystusa”. W jaki sposób można zachęcić wiernych do czytania Pisma Świętego?

    Trzeba najpierw samemu „zasmakować” w osobistej lekturze ksiąg biblijnych, czyli w dialogu z Bogiem. Wtedy łatwo będzie nam podzielić się osobistymi przeżyciami w słuchaniu słów, które Bóg do nas kieruje. W istocie bowiem czytanie Pisma świętego jest jedynie „narzędziem” umożliwiającym Ojcu niebieskiemu, Synowi Bożemu i Duchowi Prawdy komunikowanie się z nami. A każdy, kto świadomie chce przeżywać swoją wiarę, jest maksymalnie zainteresowany tym, co Bóg chce mi dzisiaj, w tym tygodniu, w tę niedzielę powiedzieć. Dopiero znając przesłanie do mnie skierowane mogę odpowiedzieć w modlitwie: uwielbienia, dziękczynienia, ufności czy prośby.

    Osobista lektura Pisma świętego prowadzi wierzących także do fascynacji Bogiem, osobą i nauczaniem Syna Bożego, działaniem Ducha Świętego w dziejach świata, pojedynczych ludzi, w historii Ludu Bożego pierwszego i nowego Przymierza, a nade wszystko w życiu współczesnego Kościoła, do którego zostaliśmy powołani.

    KAI/Stacja7.pl

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Ks. Teodor Sawielewicz na Niedzielę Słowa Bożego:

    nie trzeba czytać Biblii od deski do deski

    This image has an empty alt attribute; its file name is pismo_swiete_1.jpg

    fot. radio Niepokalanów

    ***

    Katolik powinien regularnie czytać Biblię, choć niekoniecznie musi to być przeczytanie jej od deski do deski. Wiele osób poznaje treść Biblii poprzez wybieranie konkretnych ksiąg, rozdziałów lub tematów, które są dla nich budujące – powiedział ks. Teodor Sawielewicz. Rekolekcjonista, założyciel kanału Teobańkologia, w rozmowie z KAI, wyjaśnił dlaczego warto sięgać po lekturę Pisma Świętego, opowiedział także jakie inicjatywy biblijne można znaleźć na kanale Teobańkologia. Jutro, już po raz piąty, będziemy obchodzić w Kościele Niedzielę Słowa Bożego, ustanowioną przez papieża Franciszka.

    Zadałbym pytanie mężowi: „czy to ważne, by poznawać każdego dnia lepiej swoją żonę? Przecież ją już niby poznałeś, to po co na to poświęcać więcej czasu?”. Św. Hieronim napisał takie słowa w czasach, w których nie było druku, a zdecydowana większość ludzi nie umiała czytać: „nieznajomość Pisma Świętego jest nieznajomością Chrystusa”. Najważniejsze przykazanie Starego Testamentu zaczyna się od słów: „Słuchaj Izraelu…”. Skoro mamy komuś ufać, powierzać mu swoje życie, kogoś naśladować, kochać, to najpierw musimy go poznawać. Każda karta Ewangelii to skarbiec informacji o życiu i posłannictwie Tego, w którego wierzymy.

    Papież Franciszek w swoim orędziu o ustanowieniu tej niedzieli podkreślił, że „Słowo Boże powinno być zawsze obecne w naszym życiu, a zwłaszcza w niedzielę, abyśmy mogli rozpoznać w nim obecność Chrystusa, który przemawia do nas i prowadzi nas”. Poprzez regularne spotkanie z Pismem Świętym możemy coraz bardziej odkrywać Boże przesłanie dla nas, pogłębiać wiarę, kształtować sumienie i prowadzić bardziej świadome życie chrześcijańskie.

    Ma Ksiądz pomysł jak zachęcić wiernych do czytania Biblii? Jak podkreślił Franciszek, celem Niedzieli Słowa Bożego jest to, by „w ludzie Bożym wzrosła religijna i bliska znajomość Pisma Świętego”.

    Myślę, że ogromna rolę ma tu nastawienie człowieka do Biblii, ale też głód. Prorok Amos wypowiada takie słowa: „Oto nadejdą dni – wyrocznia Pana Boga – gdy ześlę głód na ziemię, nie głód chleba ani pragnienie wody, lecz głód słuchania słów Pańskich. Wtedy błąkać się będą od morza do morza, z północy na wschód będą krążyli, by znaleźć słowo Pańskie”. Jeśli ktoś zdaje sobie sprawę, że Biblia to żywe Słowo Boga, Słowo, które ma moc przemiany serca i życia, to nie trzeba go specjalnie zachęcać do chłonięcia Go.

    Czy trzeba namawiać wygłodniałego do jedzenia? W Biblii znajdują się wskazówki jak żyć na Bożą chwałę, a przez to doświadczać wielu skutków ubocznych takiego życia: szczęście, dobre zarządzanie finansami, pozbycie się lęków i zmartwień itp. Rozmawiając z różnymi ludźmi, słyszałem podobne zdania: „Bóg jeden wie, co powinienem w tej sytuacji zrobić, modlę się o jakąś wskazówkę i nic…”. A kiedy pytałem: „A czy zajrzałeś do Pisma Świętego?”, odpowiadali ze zdziwieniem: „Ale po co? Przecież ja mam taki a taki problem do rozwiązania, co ma do tego czytanie Biblii?”. Odpowiadałem podobnymi słowami: „Zajrzyj, a sam się przekonasz”. Niektórzy z tych ludzi wracali potem do mnie z niesamowitymi świadectwami, a czytanie Słowa Bożego stało się odtąd ważnym elementem ich codzienności.

    Również na Teobańkologii można znaleźć wiele interesujących treści umożliwiających lepsze poznanie Pisma Świętego, chociażby różnego rodzaju medytacje nad tekstem biblijnym, czy mógłby Ksiądz nieco o nich opowiedzieć?

    Staram się, by treści i motywy zaczerpnięte z Pisma Świętego towarzyszyły każdemu aspektowi działalności Teobańkologii. Pojawiają się w błogosławieństwach w postaci postów i rolek o 7:00 i 19:00, w codziennych transmisjach różańcowych o 20:30, są inspiracją do rozmaitych akcji, są zawarte na naszej płycie “Niech zstąpi Duch Twój”.

    Jedną z najważniejszych inicjatyw związanych z Pismem Świętym są serie Komentarzy Biblijnych. Na początku przygotowywałem je sam. Później zaprosiłem do współpracy ks. prof. Mariusza Rosika – wybitnego polskiego biblistę – który w kilku- albo kilkunastominutowych filmach odpowiada na ważne pytania w oparciu o Pismo Święte. W ramach ostatniej serii były podejmowane m.in. takie zagadnienia: Czy Bóg chce mojej choroby? Czy Bóg może posłużyć się złem? Dlaczego Bogu na mnie zależy? Po co Kościołowi papież? To ważne pytania, na które czasem sami nie potrafimy znaleźć przekonującej odpowiedzi. Dlatego właśnie warto posłuchać, co ma nam w tych kwestiach do przekazania Pismo Święte, co do nas mówi sam Bóg.

    Myśli Ksiądz, że każdy katolik powinien przeczytać Pismo Święte od początku do końca? Dlaczego to tak mało powszechna praktyka wśród ludzi wierzących?

    Może zacznę od tego drugiego pytania. Powody, by czegoś nie robić, zawszę się znajdą: „Nie mam czasu”, „I tak nic z tego nie rozumiem, to za trudne”, „Nie lubię czytać”, „Wolę posłuchać kazania, katechezy, konferencji”, „To nudne i nie ma związku z moim życiem”. To tylko niektóre z wymówek, jakie słyszałem. Przy okazji zapraszam na do naszej akcji wielkopostnej „Jerycho – zmień swoje nawyki”. Może warto będzie te nauki zastosować właśnie do stałego zaprzyjaźnienia się z Pismem Świętym!

    A wracając do tematu, myślę, że każdy katolik powinien regularnie czytać Biblię, choć niekoniecznie musi to być przeczytanie jej od deski do deski. Wiele osób poznaje treść Biblii poprzez wybieranie konkretnych ksiąg, rozdziałów lub tematów, które są dla nich budujące. I to jest bardzo dobry pomysł, bo pozwala na głębsze zrozumienie konkretnych treści i ich odniesienie do swojej codzienności. Nie ma uniwersalnej, jednej metody. Papież Benedykt XVI mówił tak: „Rozważajcie często Słowo Boga i pozwólcie, aby Duch Święty był waszym nauczycielem. Odkryjecie wówczas, że myśli Boga nie są myślami ludzi. Będziecie skłonni kontemplować prawdziwego Boga i odczytywać wydarzenia historii Jego oczyma. Zakosztujecie w pełni radości, jaką rodzi prawda”. To jest właściwy klucz do lektury Pisma Świętego.

    Nie chodzi tylko o poznanie treści minionych wydarzeń, biografii Jezusa czy dziejów pierwotnego Kościoła, ale o czerpanie wiedzy i mądrości potrzebnej człowiekowi tu i teraz, powiązanie tych wydarzeń ze swoim życiem, o poddanie się Bożemu prowadzeniu, słuchanie Jego głosu każdego dnia, w każdej sytuacji. Przy takim podejściu do Pisma Świętego człowiek z biegiem lat czerpie z niego coraz więcej, coraz więcej odkrywa, rozumie i można powiedzieć, że ta lektura nigdy dla niego się nie kończy. I – uwaga – co najważniejsze: człowiek, który poznaje Stwórcę przez lekturę Biblii, w końcu dojdzie do pragnienia – ja chcę nie tylko o Bogu czytać, ja chcę Jego!

    Czy ma ksiądz jakieś wskazówki dla osób, które chciałyby zacząć czytać Pismo Święte, ale czują się zniechęcone jego objętością lub trudnością w zrozumieniu niektórych fragmentów?

    W dzisiejszych czasach można wykorzystać różne narzędzia, takie jak aplikacje mobilne, audiobooki lub podcasty, które dają łatwy dostęp do lepszego rozumienia Pisma Świętego. Trzeba jednak pamiętać, że głównym celem czytania Biblii nie jest jej zrozumienie, ale raczej sięgnięcie do tego, co jest niejako pod naskórkiem tekstu – a jest tam sam Bóg, którego możemy spotkać, nawet wtedy, gdy nie rozumiemy tego, co czytamy. On jest przecież Słowem, a to Słowo, które czytamy jest Bogiem.

    W seminarium przeczytałem na głos w oryginalnym języku dwa razy cały Nowy Testament. Niewiele z języka greckiego rozumiałem, ale chciałem się “otaczać” Bogiem. Fale dźwiękowe, wiadomo, nie są Bogiem, ale to Słowo Nim jest. Jeśli coś wydaje się nam niezrozumiałe, zbyt trudne, a bardzo nam zależy na zrozumieniu, mamy dziś sporo możliwości, by znaleźć pomoc, wsparcie, wyjaśnienie nurtujących nas kwestii. Jedną z nich jest Teobańkologia, bezpieczna przestrzeń modlitwy przeniknięta Słowem Bożym, z naszym hasłem “Niech Ewangelia się niesie na chwałę Bożą i pożytek ludzi jak najlepszymi środkami”.

    Jakie są Księdza ulubione fragmenty Pisma Świętego?

    Ewangelia św. Jana 10,10 [Ja przyszedłem po to, aby [owce] miały życie i miały je w obfitości – KAI] – ten cytat umieściłem też na moim obrazku prymicyjnym. Gdy rozważałem ten fragment, dotarło do mnie, że Pan Bóg chce dla mnie szczęścia, życia w obfitości tutaj na ziemi.

    Wcześniej chrześcijaństwo kojarzyło mi się inaczej: Królestwo Boże rozumiałem jako rzeczywistość odległą, niedostępną człowiekowi tu i teraz, na ziemi mam się męczyć i cierpieć, by potem pójść do nieba. Ten fragment zmienił moje myślenie. Zrozumiałem też, że odnosi się on do mojej misji. Ja jako pasterz dostałem misję od Dobrego Pasterza – Jezusa Chrystusa – po to, by uczynić obfitym życie innych.

    Czy ma Ksiądz jakieś osobiste świadectwo dotyczące momentu czytania Pisma Świętego, który wpłynął znacząco na Księdza życie duchowe?

    Przypominam sobie taką sytuację, gdy miałem 17 lat i jechałem autobusem do szkoły. Natknąłem się wtedy na fragment, który opisuje spotkanie Jezusa z niewidomym. Jezus zapytał tego człowieka: „Co chcesz, abym Ci uczynił?”, a on mu odpowiedział „Panie, żebym przejrzał”. Tak bardzo mnie wtedy dotknęły te słowa, przez kolejne dni wypowiadałem je niemalże bez przerwy i były tak naprawdę początkiem mojego głębokiego nawrócenia, zmiany, kiełkowania dobrych pragnień i uzdrowienia wielu ran na duszy.

    Gdzie szukać pomocy w interpretacji niezrozumiałych fragmentów Pisma Świętego?

    Pismo Święte jest zbiorem tekstów, które wymagają znajomości pewnego kontekstu i umiejętnej interpretacji. Czytanie Biblii bez odpowiedniej wiedzy i przygotowania może prowadzić do niewłaściwego zrozumienia treści, odnalezienia w niej sprzeczności, nawet absurdów, wyprowadzenia błędnych wniosków, wypaczenia obrazu Boga i Jego miłości. Dlatego warto korzystać z powszechnie dziś dostępnych komentarzy i objaśnień opracowanych przed doświadczonych biblistów, uwzględniających kontekst historyczny i kulturowy oraz kwestie języka i tłumaczeń, dobrym pomysłem jest też lektura we wspólnocie.

    Warto również korzystać z innych katolickich źródeł, takich jak publikacje katolickie, czasopisma, strony internetowe i aplikacje mobilne, które oferują komentarze, wyjaśnienia i materiały pomocne w zrozumieniu Pisma Świętego. Tylko proszę, by te moje powyższe zachęty do zgłębiania wiedzy o Biblii nie zniechęciły do tego, by by po prostu Pismo Święte otwierać i czytać. Ono jak zaklinacz węży będzie nawet bez naszego zrozumienia lub odczucia wyrzucać z nas złe myśli i pragnienia, o ile z wiarą i otwartym sercem staramy się je zgłębić i odnieść do swojego życia.

    rozmawiała Anna Rasińska/KAI/Tygodnik Niedziela

    ______________________________________________________________________________________________________________

    ____________________________________________________________________________________________________________

    PIERWSZY CZWARTEK MIESIĄCA – 1 LUTEGO

    MSZA ŚWIĘTA W KAPLICY IZBIE JEZUSA MIŁOSIERNEGO O GODZ. 19.00

    PO MSZY ŚW. – GODZINNA ADORACJA PRZED NAJŚWIĘTSZYM SAKRAMENTEM W INTENCJI KAPŁANÓW

    This image has an empty alt attribute; its file name is image-2-e1673870873179-1024x683.png

    4 PARK GROVE TERRACE, GLASGOW G3 7SD

    ___________________________________________________

    fot. parafia Matki Bożej Frydeckiej/Jaworzynka

    ***

    Modlitwa za kapłanów

    Panie Jezu, Ty wybrałeś Twoich kapłanów spośród nas i wysłałeś ich, aby głosili Twoje Słowo i działali w Twoje Imię. Za tak wielki dar dla Twego Kościoła przyjmij nasze uwielbienie i dziękczynienie. Prosimy Cię, abyś napełnił ich ogniem Twojej miłości, aby ich kapłaństwo ujawniało Twoją obecność w Kościele. Ponieważ są naczyniami z gliny, modlimy się, aby Twoja moc przenikała ich słabości. Nie pozwól, by w swych utrapieniach zostali zmiażdżeni. Spraw, by w wątpliwościach nigdy nie poddawali się rozpaczy, nie ulegali pokusom, by w prześladowaniach nie czuli się opuszczeni. Natchnij ich w modlitwie, aby codziennie żyli tajemnicą Twojej śmierci i zmartwychwstania. W chwilach słabości poślij im Twojego Ducha. Pomóż im wychwalać Twojego Ojca Niebieskiego i modlić się za biednych grzeszników. Mocą Ducha Świętego włóż Twoje słowo na ich usta i wlej swoją miłość w ich serca, aby nieśli Dobrą Nowinę ubogim, a przygnębionym i zrozpaczonym – uzdrowienie. Niech dar Maryi, Twojej Matki, dla Twojego ucznia, którego umiłowałeś, będzie darem dla każdego kapłana. Spraw, aby Ta, która uformowała Ciebie na swój ludzki wizerunek, uformowała ich na Twoje boskie podobieństwo, mocą Twojego Ducha, na chwałę Boga Ojca. Amen.

    ***

    Nowenna Pompejańska za Kapłanów: 1 kwietnia – 24 maja 2021 r.

    ***

    Zachęcamy, a jednocześnie prosimy Was o podjęcie wyzwania – walki o świętość życia Kapłanów. Pragniemy zaprosić Was do modlitwy z prośbą o światło, moc i mądrość Ducha Świętego dla Kapłanów, aby sprostali znakom czasu i pułapkom szatana. Dziś potrzebujemy Waszego wsparcia bardziej niż kiedykolwiek… (www.zakaplanow.pl)

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Gdybym jako student miał taką wiedzę, nie dałbym się wyświęcić na kapłanao. Pio

    Ojciec Pio: Gdybym jako student miał taką wiedzę, nie dałbym się wyświęcić na kapłana

    fot. Domena publiczna / Wikimedia Commons

    ***

    Nie ma takich słów, które w pełni oddałyby powołanie do kapłaństwa. Owa złożona w sercu ludzkim iskra Boża wymyka się wszelkim definicjom. Świadczy o tym następująca anegdota z życia Ojca Pio. Kiedy pewnego razu został zapytany, czy gdyby urodził się powtórnie, zostałby kapucynem i kapłanem, odpowiedział: “Tak, zostałbym znów kapucynem, ale nie kapłanem, ponieważ jestem niegodny reprezentować Jezusa na ziemi. Każdego rana drżę i cierpię na myśl, że mam Go uśmiercić i ukrzyżować, aby potem złożyć w ofierze Ojcu Niebieskiemu. Gdybym jako student miał taką wiedzę, jaką mam teraz, nie dałbym się wyświęcić na kapłana”.

    Kapłaństwo jest miłością Najświętszego Serca Jezusowego. Kapłan to monstrancja, ma pokazywać Jezusa. Sam musi zniknąć, aby Go ukazać. “Patrzcie na swoją godność, bracia kapłani – apelował św. Franciszek z Asyżu – i bądźcie świętymi, bo On jest święty. I jak Pan Bóg ze względu na tę posługę uczcił was ponad wszystkich ludzi, tak i wy więcej od innych kochajcie Go, szanujcie i czcijcie. Wielkie to nieszczęście i pożałowania godna słabość, że gdy macie Go wśród siebie obecnego, zajmujecie się czymś innym na świecie. Niech zatrwoży się cały człowiek, niech zadrży cały świat i niech rozraduje się niebo, gdy na ołtarzu w rękach kapłana jest Chrystus, Syn Boga Żywego”.

    Dar z własnego życia

    Dzisiaj ofiara krzyża wciąż trwa, choć dokonuje się w sposób bezkrwawy w każdej mszy świętej. Jest stale uobecniana dzięki kapłanom, którym została zlecona posługa uświęcania, sprawowania sakramentów, nauczania i kierowania Ludem Bożym. “Za pośrednictwem kapłana – pisał Jan Paweł II – sam Chrystus w sposób tajemniczy składa siebie w ofierze, oddając Ojcu dar własnego życia, złożony ongiś na krzyżu. W Eucharystii nie zawiera się jedynie wspomnienie ofiary złożonej raz na zawsze na Kalwarii. Ta ofiara powraca jako aktualna, ponawiając się sakramentalnie w każdej wspólnocie, która ją składa przez ręce konsekrowanego szafarza”.

    By zrozumieć istotę daru kapłaństwa, warto sięgnąć do słów patrona proboszczów, św. Jana Marii Vianneya z Ars: “Gdyby nie było sakramentu kapłaństwa, nie mielibyśmy Pana wśród nas. Kto bowiem włożył Go do tabernakulum? Kapłan. Kto przyjął wasze dusze do społeczności Kościoła, kiedyście się narodzili? Kapłan. Kto karmi je, by miały siłę do ziemskiego pielgrzymowania? Kapłan. Kto przygotowuje je, aby mogły stanąć przed Bogiem, wykąpane w krwi Jezusa Chrystusa? Kapłan. Zawsze kapłan. A kiedy dusza popadnie w grzech śmiertelny, kto ją wskrzesi do życia? Tylko kapłan.

    Nie znajdziecie żadnego dobra, które pochodzi od Boga, żeby za nim nie stał kapłan. Spróbujcie wyspowiadać się przed Matką Bożą albo przed którymś z aniołów. Rozgrzeszą was? Nie. Czy mogą dać wam Ciało i Krew Pańską? Nie. Najświętsza Maryja Panna nie ma władzy sprowadzenia swego Syna do Hostii. Choćby stanęło przed wami dwustu aniołów, nie mają oni władzy odpuszczania wam grzechów.

    O, kapłan to coś wielkiego! Gdyby samego siebie pojął, skonałby. Kapłan pojmie siebie dobrze dopiero w niebie. Ten sakrament wynosi człowieka do Boga. Spotykając kapłana i anioła, kapłana pozdrowiłbym jako pierwszego. Anioł jest przyjacielem Boga, lecz kapłan Go zastępuje. Jakie to nieszczęsne – kapłan pozbawiony duchowości! Lecz ona wymaga wyciszenia, milczenia, rekolekcji. To, co nam, kapłanom, przeszkadza zostać świętymi, to brak rozważań. Nie zastanawiamy się nad sobą, nie wiemy, co robimy. Trzeba nam rozważań, modlitwy, zjednoczenia z Bogiem!”.

    Wyjątkowa celebracja

    Ojciec Pio dobrze wiedział, z czym wiąże się powołanie, które otrzymał. Z wielkim zaangażowaniem wypełniał więc swoją posługę: celebrowanie mszy, sprawowanie sakramentu pojednania i kierownictwo duchowe. Te trzy działania właściwe są każdemu kapłanowi, lecz w tym przypadku według papieża Jana Pawła II zostały rozwinięte w najwyższym stopniu. Stygmatyk bardzo sobie cenił możliwość odprawiania Eucharystii, zwłaszcza w obecności wiernych. Było to sensem jego życia, spełnieniem powołania. W ten sposób oddziaływał na innych. Największe i najgłośniejsze nawrócenia nastąpiły właśnie podczas składania przez niego ofiary na ołtarzu. Msza święta była sercem jego kapłaństwa: źródłem i szczytem, fundamentem i centrum życia oraz działania.

    15 kwietnia 1949 roku Ettore Bernabei w dzienniku “Il domani d’Italia” napisał artykuł pt.: “Msza Ojca Pio”, w którym zamieścił następującą relację: “Ojciec Pio powoli zbliżył się do ołtarza i z twarzą pochyloną nad kielichem rozpoczął ofiarę Ciała i Krwi Chrystusa. Zdjął swoje do połowy obcięte czarne rękawice, które zakrywają rany dłoni, i rozkładając ramiona w żarliwej prośbie Orate fratres, ukazał czerwień świeżej krwi błyszczącej w migoczącym świetle świec.

    Modliło się z nim, wcale nie czując ciężaru ani ciała, ani świata, ani nawet żadnego z najbardziej dotkliwych zmartwień: modliło się z niewymownym bólem ofiary krzyża. Tego czerwcowego poranka, tak jak przez trzydzieści już lat, Ojciec Pio nie odprawiał rytu, lecz doświadczał w ciele cierpień ludzkości, przeżywał w duszy karę za wszystkie grzechy ludzi. Od konsekracji do komunii po jego woskowej cerze spływały do kielicha duże łzy. Przy spożywaniu Komunii Świętej jego ciało zdawało się być wzburzone nawałnicą szlochania.

    Gdy Ojciec Pio ruszył w stronę zakrystii, nie zdawałem sobie sprawy z tego, że upłynęły prawie dwie godziny. Wszyscy, którzy przebywali ze mną w małym kościele Matki Bożej Łaskawej, w modlitwie towarzyszyli mu we wchodzeniu na Kalwarię i pozostali u stóp krzyża, na nowo utwierdzając się w wierze i nadziei”.

    Świadectwo to wskazuje, że Ojciec Pio dogłębnie uczestniczył w męce Chrystusa. Był Jego obrazem od pierwszej do ostatniej odprawionej przez siebie Eucharystii. Po śmierci Stygmatyka dziennik “L’Osservatore Romano” pisał: “Do ostatka cierpiący na astmę i zapalenie oskrzeli, wyczerpany pokutą, Ojciec Pio żył, wypełniając swoją posługę: pozwolono mu na odprawianie mszy świętej na siedząco, do konfesjonału udawał się na wózku inwalidzkim, gdyż nie mógł utrzymać się na nogach, lecz nie chciał zrezygnować z misji i obowiązku każdego kapłana, szafarza łaski i Bożego miłosierdzia. Jego konfesjonał był trybunałem miłosierdzia i stanowczości. Nawet ci, którzy zostali odesłani bez rozgrzeszenia, w większości pragnęli powrócić, aby odnaleźć pokój i zrozumienie, podczas gdy już właśnie w tym rozpoczął się dla nich nowy okres życia duchowego”.

    Więcej niż sława

    Papież Paweł VI w 1971 roku powiedział o Ojcu Pio: “Spójrzcie, jak był sławny! Jak wielką światową klientelę zgromadził wokół siebie! Ale dlaczego? Czy może dlatego, że był filozofem, mędrcem albo dysponował wielkimi środkami? Nie! Dlatego, że pokornie odprawiał mszę świętą, spowiadał od rana do wieczora i był, trudno to wyrazić słowami, naznaczonym stygmatami przedstawicielem naszego Pana”. Sam Ojciec Pio mawiał, że pośród ludzi jest bratem, na ołtarzu ofiarą, a w konfesjonale sędzią.

    Kapłaństwo Ojca Pio wydaje się być nadzwyczajne ze względu na dary, które otrzymywał od chwili, gdy przyszedł na świat. Wynika to z jego zwierzeń wyjawionych w szczerej rozmowie na osobiste tematy z duchowymi dziećmi, jak również z listów: “Już od momentu narodzin Jezus ukazał mi szczególne znaki swojego upodobania we mnie i dał mi poznać, że będzie nie tylko moim Zbawicielem, moim największym dobroczyńcą, lecz także najwierniejszym przyjacielem, szczerym i od serca, nieskończoną miłością, pocieszeniem, radością, otuchą, całym moim skarbem”.

    Potwierdzeniem tych słów są notatki pozostawione przez jego kierownika duchowego, o. Agostina z San Marco in Lamis, z których można się dowiedzieć, że Ojciec Pio już od dzieciństwa spotykał się na co dzień z Maryją i Jezusem: “Ekstazy i wizje zaczęły się u niego w piątym roku życia, gdy przyszło mu na myśl po raz pierwszy, żeby ofiarować się Panu i gdy jeszcze wierzył, że jest to całkiem naturalne i zdarza się wszystkim”.

    Przesłanie na dziś

    Kapłan sprawuje Eucharystię in persona Christi: uosabiając Chrystusa. Jego kapłaństwo rodzi się podczas mszy świętej (ponieważ wtedy ten sakrament jest udzielany), wypełniane jest dla niej (bo sprawuje ją każdego dnia) i za nią szczególnie odpowiada (powinien dbać o to, aby sacrum nie przerodziło się w profanum). Dzięki otrzymanemu powołaniu, jak nikt inny, ma jedyną w swoim rodzaju możliwość kłócenia się z Panem Bogiem o grzesznika. Warto przypomnieć sobie, jak wielką odwagę mieli prorocy walczący o tych, którzy już nawet sami o sobie nie pamiętali. Przykładem niech będzie Abraham mówiący Bogu, że jeśli odrzuci jego pobratymców, musi i jego wymazać z księgi życia, gdyż on jest jednym z nich.

    W dobie wielkiego zamieszania we współczesnym świecie trzeba się modlić o nowe, święte powołania do służby Bożej, za wszystkich kapłanów, opiekunów duchowych Grup Modlitwy, proboszczów… Nie należy jednak patrzeć tylko na ich osobiste przymioty, lecz na powołanie, posługę i zadania. Wsparcie kapłanów dobrym słowem, modlitwą i zaangażowaniem przełoży się na wspólne dobro.

    o. Robert Krawiec OFMCap/z dwumiesięcznika “Głos Ojca Pio”/DEON.pl

    ______________________________________________________________________________________________________________

    O. Badeni: Antychryst już przebywa pośród nas

    fot. screenshot – YouTube (Stacja 7)

    ***

    O. Badeni: Antychryst już przebywa pośród nas

    Dla tych, którzy go mniej znali, ojciec Joachim Badeni mógł się wydawać miłym starszym księdzem, dobrotliwie uśmiechniętym, przyjaźnie nastawionym do każdego, kto się do niego zbliżał. Ale za tą — prawdziwą zresztą — powierzchownością krył się wulkan, kipiący wewnętrzną mocą. Dawał on o sobie znać nieoczekiwanymi pomrukami i nagłymi wstrząsami. Łagodny staruszek stawał się groźnym prorokiem, miotającym pioruny. Piszę o tym, aby ostrzec potencjalnych czytelników tej książki, którzy biorą ją do ręki.

    Co Ojcu daje wiara w paruzję?

    Pewność paruzji daje mi chociażby zupełnie inną postawę wobec przebiegu historii. Widząc, że istnieją historyczne sytuacje wrogie wierze chrześcijańskiej, wiem, że one przeminą. Widząc, że pustoszeją kościoły na Zachodzie Europy, konfesjonały są rozebrane — wiem, że ta sytuacja jest przejściowa, bo potęga Boga w niczym nie jest naruszona tym, że dzisiaj słabnie wiara. A triumf Chrystusa jest całkowicie pewny. Na kartach Ewangelii czytamy, pytanie, jakie Chrystus skierował do swoich uczniów: Czy kiedy przyjdę, zastanę wiarę na świecie? Uczniowie nie mieli potężnej wiary od razu, ale modlili się bardzo mądrze: Panie przymnóż nam wiary! Oni rozumieli, że sama znajomość Syna Bożego — w ich przypadku bardzo osobista — nie wystarczy.. Czy wszyscy uczniowie wierzyli od razu, że Jezus jest Mesjaszem? Wydaje mi się, że nie od razu wszyscy wierzyli, ale na pewno rozumieli, że muszą prosić o głęboką wiarę Każdy człowiek potrzebuje głębokiej wiary.

    Co mi jeszcze daje wiara w paruzję? Myślę, że dzięki niej otrzymałem spokój ducha, choć niekoniecznie nerwów. Człowiek zyskując pewność paruzji, dalej pozostaje nerwowy i zmienny. Ale jeśli sięgnę głębiej do swojej świadomości, to widzę tam wyraźnie absolutną pewność paruzji. Ona jest czasem przykryta wątpliwościami, lękami, ale pewność raz dana, nie została mi już odebrana. Wiem, że bieg historii, jest tylko przejściowy, a triumf Chrystusa, triumf wiary jest całkowity i pewny. Ta pewność jest ponadczasowa. Gdyby została podana z datą, to można by powiedzieć, że mamy jeszcze 200 albo 120 lat. Zaczęlibyśmy odliczać czas i doszli do wniosku, że jeszcze sobie możemy pohulać. Dlatego ponadczasowość paruzji daje bardzo głęboki, duchowy spokój temu, który ten spokój otrzymał. Może zrodzi się teraz w kimś pytanie, jak go otrzymać? Trzeba się o niego modlić. Niekonieczna jest wizja symboliczna, taka jaką ja miałem. Wystarczy sam dar pewności. Jeśli człowiek będzie się modlił o paruzję to otrzyma pewność, że będzie szczęście i dobro na świecie. Zaś pewność istnienia paruzji jest ogromną siłą pocieszenia, daną od samego Boga.

    Przeżycie paruzji jest też bardzo twórcze. Ustawia człowieka i umacnia jego wiarę. Człowiek mając pewność paruzji patrzy inaczej na zło. Widzi je jako zło, ale ono jest już w jego świadomości pokonane. Czyli człowiek współczesny wierzący w paruzję widzi, że zło nie jest już siłą, której nie można pokonać, ale wierzy, że w miejsce zła przyjdzie niewyobrażalne boskie szczęście całej ludzkości, ład i sprawiedliwość.

    Wiara w paruzję to dar Boży, dlatego daje spokój — spokój boski. Człowiek może być nadal nerwowy, zmienny, czy depresyjny, ale w głębi duszy będzie spokojny. Głębia ducha ludzkiego jest niezależna od nerwów.

    Czy wiara w paruzję daje siłę, żeby przetrwać?

    W razie kryzysu można po nią sięgnąć. Ale wiara w paruzję nie jest na powierzchni tak, jak wiara w istnienie Boga — o tym się wie, że Bóg istnieje. Natomiast wiara w paruzję jest skryta w planach bożych. Nawet Chrystus nie wie, kiedy będzie paruzja. Tylko Ojciec Niebieski będzie o tym wiedział.

    A jak się mamy modlić o paruzję?

    Marana tha — Przyjdź Panie Jezu. To ostatnie słowa Apokalipsy św. Jana. Odpowiedź brzmi: Przyjdę niebawem…

    Mówi Ojciec, że Pan Bóg nas zaskoczy? A może jednak łagodnie przygotuje za nim przyjdzie nas sądzić?

    Sam fakt paruzji, jak wynika z tekstu Pisma świętego, będzie raczej nagły. W Biblii zawarte jest wyraźne ostrzeżenie: Czuwajcie, bo nie znacie dnia ani godziny. Ten, kto jest w polu niech nie wraca po płaszcz.

    Ale kiedyś Ojciec mi mówił, że Pan Bóg lubi przychodzić w ciszy.

    Tak, ale nie zawsze. Stąd wynika potrzeba skupienia.

    Nie rozumiem, przecież skupienie to cisza. Jakie więc będzie to powtórne przyjście? W ciszy, czy w nagłości?

    Może być nagle w ciszy — w ciszy modlitewnej. Cisza nie przeszkadza nagłości. Przeciwnie, wydaje mi się, że cisza przygotowuje do nagłości. Jeśli jestem sfrustrowany, myślę o tysiącach rzeczy, to wtedy nie jestem przygotowany do czegoś nagłego. Jeśli zaś jestem skupiony i wyciszony, to wtedy nagłość mnie nie zaskoczy. Cisza, a raczej skupienie przygotowuje mnie do nagłości. To jest bardzo ciekawa myśl: czy cisza przeszkadza nagłości, czy sprzyja? Myślę, że sprzyja. Bo to cisza skupienia, która nas odrywa od doczesności. W tej chwili jestem skupiony i to może być bardzo podatny czas…

    Czyli może w tym jest jakiś klucz, że paruzja będzie wtedy, kiedy świat się wyciszy?

    Czy jest możliwe, żeby świat się wyciszył? Chyba nie. Spekulacje tutaj nie mają sensu. Warto skupić się w myślach na paruzji i potraktować to jako ćwiczenie w medytacji: „Paruzja jest pewna… Kiedy?… Nie wiem… W tej chwili nie wiem…”.

    W Apokalipsie św. Jana jest taka wskazówka, żebyśmy obserwowali drzewo figowe. I ten opis sugeruje, że paruzja będzie bliska wtedy, kiedy dobre owoce zaczną dojrzewać. Jak Ojciec zinterpretuje ten fragment?

    Powiem szczerze, że nie wiem… W Apokalipsie jest też bardzo wyraźnie powiedziane o klęskach, które poprzedzą paruzję. Jak te dwa fragmenty pogodzić? Trzeba zapytać dobrego biblistę… Ale próbowałbym to zrozumieć tak, że przy końcu świata może będzie liczna elita ludzi wybranych. I ze względu na nich, na owoce dobra, zostanie skrócone cierpienie i mniej będzie katastrof poprzedzających paruzję — to jest powiedziane w innym miejscu.

    W sumie, to szukamy teraz ludzkich, jasnych pojęć, a to jest ciemność wiary, w którą trzeba wejść z miłością. Dyskusja nigdy nie rozwiąże tajemnicy, tylko doprowadzi do frustracji.

    Czy oczekiwanie na przyjście Pana może pogłębić relacje z Panem Bogiem?

    Na pewno, bardzo. W relacji z Bogiem jest podobnie jak w relacji małżeńskiej. Wyobraźmy sobie taką historię: mąż wyjechał do Ameryki zarobić na dom. Żona przestaje oczekiwać jego powrotu, nie myśli o nim, nie dzwoni. Stwarza się między nimi dystans. Natomiast, jeżeli żona codziennie czeka na telefon od męża, mimo upływu czasu, to pogłębia stale swoją więź z mężem. Podobnie jest z Panem Bogiem. Oczekiwanie na Jego powtórne przyjście, pogłębia relację. Oczekujmy przyjścia Pana, ale bardzo spokojnie. Na pewności paruzji spoczywa mój spokój, bardzo głęboki.

    A może Pan Bóg specjalnie będzie nas trzymał w napięciu, żeby się pogłębiła wiara?

    Napięcia co do paruzji nie ma zupełnie i nie będzie. Nie wiem czy w Krakowie znalazłabyś choć jednego człowieka, który byłby spięty czekaniem na Pana Boga… Nawet wśród zakonników myślę, że nie ma takiego. Ja też do czasu widzenia, nigdy nie myślałem o paruzji, chociaż interesowały mnie opisy zawarte w Piśmie Świętym.

    Skąd bierze się w ludziach potrzeba poznania daty paruzji? Skąd te pomysły, że koniec świata będzie na przykład w roku 2012?

    Tajemnice Boga podlegają niestety sfałszowaniu. Myślę, że potrzeba zwycięstwa dobra nad złem jest zawsze obecna, dlatego objawia się czasem w sposób fałszywy. Wiem, że jednym z najważniejszych zadań życia wewnętrznego jest umiejętność rozróżniania fałszywek, które są dość częste. W swoim życiu nie raz udało mi się nabrać na coś, co było genialnie podrobione — bo diabeł nie jest głupi, czasami udaje głupiego, ale staje się też bardzo inteligenty. Ludzie niby pragną zwycięstwa dobra nad złem, więc wyznacza się datę paruzji — przecież było już coś takiego, że tłum zgromadził się na szczycie góry w białych sukniach. Ale fałszywka nie spełnia się i wtedy następuje załamanie wiary. Myślę, że jeżeli ktoś chce poznać dokładną definicję końca świata i poznać datę, to z Panem Bogiem się nie dogada. Pan Bóg owszem, daje człowiekowi dokładne rozporządzenia, takie, jak na przykład dał Mojżeszowi na górze Horeb — dokładny opis Tabernakulum w szczególikach. Ale wtedy Panu Bogu chodziło o kult i formację Izraela. Natomiast, jeśli indywidualnie chcemy się czegoś od Pana Boga dowiedzieć, to nawet nie powinniśmy pytać Go, tylko możemy prosić, żeby objawił swoją wolę przez natchnienie, przez księdza, przez znajomego…

    Mnie osobiście wiele rzeczy uświadomili ludzie świeccy. Przypadkiem, coś nagle powiedzieli i to była prawda. Dzisiaj miałem telefon, dzwoni kobieta i mówi, że moje książki są dla niej modlitwą. Świecka kobieta! Duchowny by tego nie powiedział, kobieta tak. Jej zdaniem są one pisane w sposób modlitewny, to jest prawda. Ludzie, którzy są przeformowani pojęciowo, myślę, że nie są w stanie bezpośrednio odczytać wiadomości tego typu. Wszystko klasyfikują starannie i dokładnie, ale to ich zamyka na niespodziewane światło Boga, bo nie potrafią go zmieścić, w żadnym rozdziale podręcznika do teologii. Pan Bóg mówi o czymś, zgodnie z dekalogiem, bo sam go podyktował, ale mówi czasami poza wszelkimi układami ludzkimi, mówi nagle. I to jest zaskakujące, ale prawda wtedy uderza. Instynkt prawdy wydaje się być dość częsty u ludu bożego. Spotykam się z nim u zupełnie prostych ludzi — żonatych, mających dzieci. U księży raczej nie spotkałem się z nim, choć może niektórzy mają taki wyraźny instynkt prawdy w sobie. . Jest takie przekonanie w teologii, że Duch Święty jest w ludzie bożym. Owszem w tym ludzie jest też pijaczyna i morderca, ale Duch święty jest ponad tym. A czy jest wśród duchowieństwa? Oby, ale wydaje się być mniej czytelny w duchowieństwie zakonnym czy diecezjalnym, niż u świeckich.

    Ale to przecież księża powinni być tym czytelnym znakiem Boga.

    Niestety nie są. Znam bardzo świętobliwych i pracowitych kapłanów, modlących się, ale oni nie są podatni na nagłe przyjęcie światła bożego. Są zbytnio uporządkowani. Ja osobiście nie mam żadnego porządku dnia, bo nie widzę, nie słyszę, wobec tego nie chodzę do chóru na modlitwy, czy liturgię godzin. Na mszy świętej słucham tylko mszału i dużo mnie to nauczyło. Słuchając tekstów z mszału, często otrzymuję odpowiedzi na różne pytania. Ale może przez to, że nie jestem czynny i mam dużo wolnego czasu, łatwiej widzę światło — mimo moich wszelkich braków. To samo dotyczy ludzi świeckich. Wiara u nich jest głęboka. Chodzą do kościoła, do spowiedzi, ale nie są zorganizowani wobec Pana Boga, i nie mają ustawionego planu. Pan Bóg zwykle działa ponad plan, w sposób zaskakujący. Wybory Boga są nie do przewidzenia, chociażby opisany w Biblii wybór króla Dawida. Nagle przychodzi światło, które poucza człowieka i nie można ustalić, że będzie to o piątej czy szóstej godzinie. Zakonnicy zwykle mają medytację o określonym czasie. Nic się wtedy specjalnego nie dzieje. Owszem, wszystko jest poprawne, ale to co Pan Bóg chce powiedzieć nagle, istnieje poza wszystkim. Czasem światło przychodzi do mnie na mszy świętej, bo tam jest sprawowana ofiara Syna Bożego. Ale nie koniecznie, bo czasem przyjdzie w najmniej oczekiwanych sytuacjach życiowych. Pan Bóg daje wtedy poczucie absolutnej prawdy, tym bardziej, kiedy otoczenie tego przeżycia jest zwyczajne, na przykład podczas obiadu. Pan Bóg nie ogranicza się do rozkładu zajęć klasztoru czy plebani, owszem uznaje ten układ, ale w razie potrzeby go przekracza. To jest tajemnica bożego działania. Zgodnie z prawdą, z Dekalogiem, z zarządzeniami w Kościele. Jednak Pana Boga nie mogą żadne kategorie uchwycić. To co mówi, tak, ale Jego samego, nie. Bóg przekracza wszelkie możliwe kategorie myślowe. Mistrz Eckhart bardzo dobrze wyczuwa Pana Boga i dobrze do niego podchodzi — negatywnie. Paradoksalnie, często więcej się wie o Panu Bogu, przez to, że się nic nie wie. W tej chwili, kiedy mówię, to czuję absolutną pewność paruzji i czuję, że to co mówię, ma być powiedziane.


    Czy kult Miłosierdzia Bożego jest znakiem zbliżającego się końca świata?

    Wydaje mi się, że tak. Można sobie to tak, trochę po ludzku wyobrazić, że jest to ostatnia próba. Jedna siostrzyczka z drugiego chóru [św. Faustyna], gruźliczka, słabo pisząca po polsku, jest narzędziem w rękach Boga. Ona krzewi miłosierdzie, które cieszy się wielkim powodzeniem. Do krakowskiego sanktuarium w Łagiewnikach od lat przybywają tłumy. Ale czy miłosierdzie zwycięży nad złem? Chyba nie. Dlatego przyjdzie czas na sprawiedliwość. Miłosierdzie ma nas przygotować, jak pisze św. siostra Faustyna, na drugie przyjście Chrystusa. Aktem wolnej woli człowiek może poddać się Bożemu Miłosierdziu. Ale ilu ludzi to robi?…

    Uważa Ojciec, że miłosierdzie nie wygra ze złem?

    To zależy od naszej wolnej woli. Człowiek musi przyjąć miłosierdzie. Nawet w teologii moralnej, spowiednicy podkreślają, że jeśli ktoś umierając, odrzuca Miłosierdzie Boże, to nie zostanie zbawiony. Czy tak jest na pewno, tego nie wiemy. Może prorocy to wiedzą.

    Tłumy w Łagiewnikach są bardzo pocieszające, ale to kropla w morzu potrzeb. Czy ta kropla uratuje świat? To jest możliwe. Przypominają mi się ciągle sławne targi Abrahama z Panem Bogiem, to wspaniała scena biblijna. Piękny dialog między człowiekiem a Stwórcą: Abraham pyta Boga, czy jak będzie trzydziestu sprawiedliwych, zniszczy Sodomę i Gomorę? Bóg odpowiada, że dopóki będą sprawiedliwi, nie zniszczy. Może właśnie ci ludzie, którzy przyjeżdżają do krakowskich Łagiewnik, pełnią taką funkcję? Może św. Faustyna oddala gromy gniewu Bożego?…

    W życiu kontemplacyjnym można doświadczyć przeżycia niesamowitej łagodności Boga. Ale zaraz po nim, następuje widzenie grozy Boga. Ona jest straszliwa. Mówi się, że ktoś, kto by widział tu na ziemi Boga twarzą w twarz, umarłby. Bóg jednak dopuszcza inne widzenie tu na ziemi, ono nie jest jeszcze bezpośrednie. To nie jest widzenie twarzą w twarz. To jest widzenie grozy, która jednocześnie jest niesamowicie łagodna: Baranek Boży, który gładzi grzechy świata… Pewien chłopiec zdradził mi swoją myśl, uważa, że Pan Jezus wszystkich gładzi, czyli głaszcze. „Oto Baranek Boży, który gładzi grzechy świata”… Ale ten Baranek jest wszechmocny i bardzo groźny. Jeśli odrzucimy Baranka, to będzie groza.

    Groza?! Przecież Miłosierdzie Boże nie zna granic.

    Granicą miłosierdzia jest poniekąd wolna wola każdego z nas. Pan Bóg nie wymusi na nikim swojego miłosierdzia. On je tylko proponuje. Tłumom, które przybywają do Łagiewnik proponuje się spowiedź i miłosierdzie. Ale jeśli ktoś powie nie, to Bóg na nim niczego nie wymusi. Co będzie w ostatniej minucie życia, tego nikt nie wie. Jedno jest pewne, gniew Boży jest nieubłagany, konkretny, straszliwy, a miłosierdzie Boże jest bardzo łagodne. Ludzie sobie myślą, że Pan Bóg jest cały czas taki sam, że nie ma gniewu Bożego, nie ma Bożej sprawiedliwości, że jest tylko miłosierdzie. Bardzo się mylą.

    Mówi się, że piekła już nie ma, bo Bóg objawił swoje miłosierdzie.

    Jest nawet taki teolog w Lublinie, który twierdzi, że piekła nie ma — nazwiska nie wypowiem, bo nie wypada — ale publicznie to głosi. Mówi, że piekło jest puste, bo tak wielkie jest miłosierdzie Boże. To jednak niemożliwe, żeby największy łobuz wbrew swojej woli został nawrócony. Jeżeli ktoś nie chce być nawrócony, bo nie wierzy w Boga, to Bóg go na siłę nie zbawi. Bóg bardzo szanuje wolną wolę człowieka. Przykład mamy już w pierwszym rozdziale Księgi Rodzaju. Miłosierdzie Boże nie będzie narzucone, ono jest tylko proponowane. Sprawiedliwość zaś, będzie narzucona i stanie się nagle. Ale przyjmując miłosierdzie, trzeba mu też zaufać, a wtedy wszystko będzie w porządku. Zaufać i przestać grzeszyć.

    Albo grzeszyć mniej…

    Zaufać Miłosierdziu Bożemu i dalej grzeszyć to byłoby nadużycie, bardzo groźne.

    Jakie może mieć konsekwencje?

    Sądzę, że odrzucenie miłosierdzia kończy się piekłem. Ale kto jest, kto nie jest w piekle, tego nie wiemy. Z wizji opisanych przez mistyków wynika, że piekło nie jest puste.

    Tutaj dotykamy tematu uczuciowości Boga. Osobiście uważam, że z tymi uczuciami u Boga to jest bardzo dziwna sprawa. Pan Bóg jest Absolutem. Jemu nie przypisuje się życia uczuciowego, ale przecież uczuciowe życie miał Chrystus: zapłakał nad Łazarzem, był wzruszony postawą Marii Magdaleny. W Starym Testamencie Bóg również mówi o sobie, że się wzruszył. I uczucia są tam bardzo częste. Ostrzega przecież Izraelitów, że się na nich rozgniewa. Czasami się na nich obraża — mówiąc na przykład pod górą Horeb, że dalej z nimi nie pójdzie. Później daje się przekonać Izraelitom i idzie dalej. To wszystko jest oczywiście taką antropomorficzną wizja Boga, ale jednak objawioną.

    W Biblii jest więcej takich opisów, których Absolutowi nie powinno się przypisywać. Mój ulubiony fragment Psalmu 17, przepiękny:

    Strzeż mnie, jak źrenica oka;
    w cieniu twych skrzydeł mnie ukryj

    Według Psalmisty Pan Bóg ma skrzydła, pod którymi ktoś może się schować, a przecież Absolut nie może mieć skrzydeł. Podobnie jest z Aniołami. Duch nie ma żadnych skrzydeł, tylko my tak sobie to wszystko wyobrażamy, bo Pan Bóg objawił się jako istota, pod której skrzydłami może schronić się wystraszony Izraelita, jak również każdy z nas. Pan Bóg jest tą źrenicą oka na sposób Absolutu, ale nie uczuciowo. On nie współczuje, bo Absolut nie ma współczucia, ale na kartach Biblii wchodzi w rolę istoty, która ma uczucia. I czyni to nawet jeszcze przed wcieleniem Syna Bożego.

    Przypominają mi się znowu targi Abrahama z panem Bogiem o Sodomę i Gomorę. Pamiętam, jak w oparciu o tę scenę, przekonałem kiedyś jednego protestanta, że Pana Boga można po ludzku skłonić do zmiany decyzji. Abraham targował się z Panem Bogiem i Pan Bóg ustąpił. Mimo, iż jest cały czas Absolutem Niezmiennym, to pragnie intymności i relacji z człowiekiem. Ale na pewno Pana Boga nie można zamknąć w uczuciowości, bo to byłaby dewocja.

    Myślę, że Pan Bóg najbardziej pragnie wiary, a wiara to ogromna siła. Syn Boży mówi: Gdybyście mieli, wiarę jak ziarnko gorczycy, powiedzielibyście tej górze rzuć się w morze, a stałoby się tak. Wiara ma kolosalną siłę. Wiarą można z Panem Bogiem bardzo wiele utargować — z własnego doświadczenia wiem, że jak z wiarą się o coś prosi, to Pan Bóg wysłucha, choć nie zawsze i nie wszystko.

    Dzisiaj wiara na Zachodzie Europy zanika, stała się bardzo obrzędowa. Dlatego boję się, żeby u nas nie była obecna tylko wiara w obrzędowość mszy św., zamiast w tajemnicę, w której ofiaruję mękę Syna Bożego Ojcu Przedwiecznemu za nasze grzechy.

    Fronda.pl/opoka.org

    ______________________________________________________________________________________________________________

    KOŚCIÓŁ ŚW. PIOTRA

    

    Niedziela 13/12 Msza św. g. 14:00 kościół św. Piotra (St Peters) Glasgow

    ST PETER’S CHURCH, PARTICK, 46 HYNDLAND STREET, Glasgow, G11 5PS

    ___________________________________________________________________________________

    I PIĄTEK MIESIĄCA – 2 LUTEGO

    UROCZYSTOŚĆ OFIAROWANIA PANA JEZUSA W ŚWIĄTYNI JEROZOLIMSKIEJ

    Dlaczego Matka Boska jest Gromniczna?

    W CZASIE MSZY ŚW. BĘDZIE POŚWIĘCENIE NASZYCH ŚWIEC GROMNICZNYCH

    OD GODZ. 18.00 – GODZINNA ADORACJA PRZED NAJŚWIĘTSZYM SAKRAMENTEM W KOŚCIELE ŚW. PIOTRA, W TYM CZASIE JEST RÓWNIEŻ MOŻLIWOŚĆ PRZYSTĄPIENIA DO SAKRAMENTU SPOWIEDZI ŚW.

    MSZA ŚWIĘTA O GODZ. 19.00 W INTENCJI PRZEBŁAGALNEJ ZA GRZECHY NASZE I GRZECHY CAŁEGO ŚWIATA

    __________________________________________________________________________________


    2 lutego obchodzimy święto

    Ofiarowania Pańskiego – Matki Bożej Gromnicznej,

    a także Dzień Życia Konsekrowanego

    (Francis Helminski, Public domain, via Wikimedia Commons)

    ***

    2 lutego, Kościół katolicki obchodzi święto Ofiarowania Pańskiego. Czyni to na pamiątkę ofiarowania przez Maryję i Józefa ich pierworodnego syna, Jezusa, w świątyni jerozolimskiej. W polskiej tradycji jest to też święto Matki Bożej Gromnicznej. 2 lutego przypada także Dzień Życia Konsekrowanego. Siostry i bracia zakonni, podobnie jak Jezus w świątyni Jerozolimskiej, ofiarowują swoje życie na wyłączną służbę Bogu. W Polsce żyje ok. 30 tys. osób konsekrowanych.

    Przed 1969 r. na Zachodzie święto Ofiarowania Pańskiego znane było jako Święto Oczyszczenia Najświętszej Maryi Panny. Po soborze zmieniono nazwę, żeby ukazać chrystocentryczne znaczenie uroczystości. W Polsce od gromnic święconych tego dnia przyjęła się nazwa „Matki Boskiej Gromnicznej”.

    Święto Ofiarowania Pańskiego przypada czterdziestego dnia po Bożym Narodzeniu. Jest to pamiątka ofiarowania Pana Jezusa w świątyni jerozolimskiej i dokonania przez Matkę Bożą obrzędu oczyszczenia.

    Według Ewangelii Jezus, zgodnie z prawem żydowskim, jako pierworodny syn był ofiarowany Bogu w świątyni jerozolimskiej. Wtedy też starzec Symeon wypowiedział proroctwo nazywając Jezusa „światłem na oświecenie pogan i chwałą Izraela”. Dlatego święto to jest bogate w symbolikę światła.

    Na pamiątkę ocalenia pierworodnych synów Izraela podczas niewoli egipskiej każdy pierworodny syn u Żydów był uważany za własność Boga. Dlatego czterdziestego dnia po jego urodzeniu należało zanieść syna do świątyni w Jerozolimie, złożyć go w ręce kapłana, a następnie wykupić za symboliczną opłatą. Równocześnie z obrzędem ofiarowania i wykupu pierworodnego syna łączyła się ceremonia oczyszczenia matki dziecka. Z tej okazji matka była zobowiązana złożyć ofiarę z baranka, a jeśli jej na to nie pozwalało zbyt wielkie ubóstwo – przynajmniej ofiarę z dwóch synogarlic lub gołębi. Fakt, że Maryja i Józef złożyli synogarlicę, świadczy, że byli bardzo ubodzy.

    Święto Ofiarowania Pana Jezusa należy do najdawniejszych, gdyż było obchodzone w Jerozolimie już w IV w., a więc zaraz po ustaniu prześladowań. Dwa wieki później pojawiło się również w Kościele zachodnim. W Jerozolimie odbywały się – zazwyczaj nocą – uroczyste procesje ze świecami.

    Według podania, procesja z zapalonymi świecami była znana w Rzymie już w czasach papieża św. Gelazego w 492 r. Od X w. upowszechnił się obrzęd poświęcania świec, których płomień symbolizuje Jezusa – Światłość świata, Chrystusa, który uciszał burze, był, jest i na zawsze pozostanie Panem wszystkich praw natury. Momentem najuroczystszym apoteozy Chrystusa jako światła, który oświeca narody, jest podniosły obrzęd Wigilii Paschalnej – poświęcenie paschału i przepiękny hymn Exsultet.

    W Rzymie w tym dniu odbywała się najstarsza maryjna procesja, której uczestnicy nieśli zapalone świece.

    Prawdopodobnie ta procesja do największego sanktuarium rzymskiego – bazyliki Matki Bożej Większej – nadała świętu Pańskiemu charakter maryjny, który z wolna zaczął przeważać. Przypuszcza się, że już w VI w. celebrowano je w Konstantynopolu, w którym zwrócono też większą uwagę na maryjny charakter święta.

    Od X w. – jak już wspomnieliśmy – pojawia się obrzęd poświęcenia świec, który jeszcze podkreśla i ubogaca symbolikę światła. Nawiązuje ona bezpośrednio do wielkanocnego paschału, który wyraża zwycięstwo nad śmiercią, grzechem i szatanem. Ofiarowanie Jezusa oznacza początek nowego przymierza i nowego kapłaństwa, w którym Syn Boży sam jest Świątynią, Kapłanem i Ofiarą. Treść tego święta podkreśla zamierzoną przez Boga powszechność zbawienia, które ma objąć nawet pogan.

    Matki Bożej Gromnicznej

    W Polsce święto ma charakter zdecydowanie maryjny – stąd nazywane jest świętem Matki Bożej Gromnicznej. Nazwa pochodzi od gromów, przed którymi strzec miały stawiane podczas burzy w oknach zapalone świece.

    W kościele dokonuje się poświecenia gromnic przyniesionych przez wiernych. Liturgię tego święta rozpoczyna obrzęd błogosławienia świec i procesja z nimi na uroczyste sprawowanie Eucharystii. Kapłan wypowiada słowa modlitwy, w której prosi, aby „wszyscy, którzy zgromadzili się w tej świątyni z płonącymi świecami, mogli kiedyś oglądać blask chwały Chrystusa”.

    Gromnice te, jak wskazuje stara modlitwa na ich poświęcenie, miały być wykonane z pszczelego wosku. W różnych regionach były one różnie przystrajane. Podczas Mszy trzymano je zapalone, często starano się je z tym poświęconym ogniem donieść do domu. Tam gospodarz błogosławił nimi dobytek, a dymem robił krzyżyk nad drzwiami i oknami, modląc się o ochronę przed wszelkimi niebezpieczeństwami.

    Na znak zawierzenia Maryi w czasie klęsk, szczególnie podczas burzy, w domach i gospodarstwach, również zapala się gromnice. Jako gromnice służą też świece chrzcielne, kiedy to w życie nowo ochrzczonej osoby wkracza światło wiary, która prowadzi przez życie. Pobłogosławione 2 lutego świece podaje się też umierającym.

    Ze świętem Matki Bożej Gromnicznej kończy się w Polsce okres śpiewania kolęd, trzymania żłóbków i choinek – kończy się tradycyjny (a nie liturgiczny – ten skończył się świętem Chrztu Pańskiego) okres Bożego Narodzenia. Święto zamyka więc cykl uroczystości związanych z objawieniem się światu Słowa Wcielonego. Liturgia po raz ostatni w tym roku ukazuje nam Chrystusa-Dziecię.

    Dzień Życia Konsekrowanego

    2 lutego przypada w Kościele katolickim także Dzień Życia Konsekrowanego, który ustanowił w 1997 roku święty papież Jan Paweł II, stwarzając okazję do głębszej refleksji całego Kościoła nad darem życia poświęconego Bogu. Siostry i bracia zakonni, a także członkowie instytutów świeckich, stowarzyszeń życia apostolskiego, pustelnicy, dziewice i wdowy podobnie jak Jezus w świątyni Jerozolimskiej, ofiarowują swoje życie na wyłączną służbę Bogu.

    W Polsce żyje ok. 30 tys. osób konsekrowanych. Największą grupę stanowią siostry ze zgromadzeń czynnych – ok. 16 tys. osób. W klasztorach kontemplacyjnych żyje ok. 1200 mniszek. Męskie instytuty życia konsekrowanego liczą ok. 11 tys. zakonników. Do Instytutów Świeckich w Polsce należy ok. 1000 osób a ok. 800 osób wybrało indywidualną formę życia konsekrowanego. Dane z ostatnich lat pokazują, że liczba zakonnic, zakonników i mniszek powoli lecz systematycznie spada. Względnie stabilna jest liczba członków Instytutów Świeckich, natomiast wzrasta liczba osób, które przyjęły indywidualną konsekrację.

    Tradycyjnie 2 lutego w kościołach w Polsce odbywa się zbiórka na potrzeby zakonów klauzurowych.

    PCh24.pl/źródło: KAI

    __________________________________________________________________________________________

    Święćmy gromnice.

    Sakramentalia zbliżają do Boga

    ***

    W święto Matki Bożej Gromnicznej, 2 lutego, zgodnie z tradycją święcimy świece, by zapewnić ochronę od żywiołów i wypraszać dobrą śmierć. Dzień później, w św. Błażeja, błogosławieństwo dwoma skrzyżowanymi świecami służy zachowaniu od chorób gardła i języka. Poświęcony 5 lutego, w św. Agaty, chleb i sól mają chronić nasz dom od pożaru. Zwyczaje, ważne dla naszych przodków, dziś praktykujemy coraz rzadziej. Rzadziej rozumiemy także jak te symboliczne czynności mają wpłynąć na naszą relację z Bogiem.

    Czy to jakaś magia? – pytają niektórzy. Bynajmniej, nie chodzi tu o żadne magiczne działanie czy myślenie, lecz o rodzaj modlitwy. O przypomnienie, że Bóg wypełnia skierowaną do Niego podczas poświęcenia przedmiotu prośbę: o ochronę czy o zdrowie. Innymi słowy, chodzi o to, by nie traktować błogosławieństw i błogosławionych przedmiotów jako zabobonu czy talizmanu, lecz jako znak, że zapraszamy Boga w naszą codzienność. To, co odróżnia poświęcone podczas świąt przedmioty czy inne sakramentalia od przesądów czy talizmanów to wiara w Boga, a nie w moc przedmiotu.

    Zabobon czy wiara

    Po co zatem komuś świeczka poświęcona w Gromniczną i postawiona na oknie, by chroniła od piorunów, skoro to Bóg chroni dom przed piorunami? Jesteśmy osobami zmysłowymi, bardziej przemawia do nas to, co widzimy i czego dotykamy. Dlatego to świeca ma nam przypominać, że Bóg jest Światłem w ciemnościach burzy czy śmierci, a chleb i sól zachowuje i ocala. I w ten sposób, oddziałując na zmysły, ułatwiać nam wiarę.

    Podobnie posługujemy się innymi sakramentaliami: nosimy poświęcony medalik nie po to, by wierzyć w jego moc, ale by przypominał nam o wierze w Boga. Nosimy go też jako zgodę wyrażoną Bogu: „Tak, chcę, by w moim życiu działało błogosławieństwo, które kapłan wypowiadał poświęcając ten przedmiot”. Noszenie medalika, palenie gromnicy, czy używanie wody święconej bez wiary w Boga nie ma sensu – ponieważ poświęcenie go nie jest nadawaniem jakiejś mocy. Sakramentalia od zabobonu odróżnić bardzo prosto: po wierze tego, kto daną rzecz poświęca i nosi.

    Tradycja Kościoła

    Zwyczaj święcenia świec, chleba i soli mają swoje interesujące pochodzenie. Podczas gdy święcenie świec w Matki Bożej Gromnicznej jest w swojej symbolice dość oczywiste i związane z oczekiwaniem na wiosnę i jej pierwsze burze, opowieści związane z pozostałymi świętami intrygują. Otóż św. Błażej, lekarz a potem biskup Sebasty (dziś teren Turcji) i pustelnik, żyjący na przełomie III i IV w. n.e. został uwięziony podczas prześladowań chrześcijan za cesarza Licyniusza. Gdy przebywał w lochu, był świadkiem jak rybia ość przebiła chłopcu gardło. Nikt nie potrafił jej wyjąć i chłopcu groziła śmierć przez uduszenie. I jak to w podobnych wypadkach bywa, gdy człowiek – z bezradności zwraca się do Boga,  wysłuchał prośby św. Błażeja. Chłopiec został uratowany, a Kościół zaczął czcić świętego męczennika jako patrona od chorób gardła.

    Ciekawa historia wiąże się także ze św. Agatą. Według tradycji, po jej męczeńskiej śmierci w Katanii na Sycylii, wybuchła Etna. Rozpalona lawa zagrażała miastu. Mieszkańcy prosili więc św. Agatę o pomoc i posłużyli się jej welonem dla powstrzymania ognistej lawy. Widać święta wyprosiła u Boga łaskę ocalenia, a na pamiątkę tego wierni do dziś modlą się o ocalenie przed ogniem za Jej wstawiennictwem. Aby to podkreślić, w dzień św. Agaty poświęca się pieczywo, sól i wodę, które mają chronić ludność od pożarów i piorunów, a dawniej poświęcone kawałki chleba wrzucano do ognia, by wiatr odwrócił pożar.

    Znak ufności

    Czym różnią się sakramentalia od sakramentów?  Różnica jest zasadnicza. Sakramenty to widzialne znaki bezpośredniego spotkania z żywym Bogiem i otrzymania Jego łaski. A sakramentalia to znaki oraz czynności (błogosławieństwa osób, posiłków, miejsc), które – przez modlitwę Kościoła – uzdalniają do przyjęcia łaski i dysponują do współpracy z nią. O ile moc działania sakramentów pochodzi wprost od Boga, o tyle działanie sakramentaliów bierze się z wiary i modlitwy Kościoła.

    Nadchodzące dni, jak widać, są okazją, by szczególnie uświadomić sobie sprawczość naszej  wiary. I to, że w obrzędach poświęcenia nie ma żadnej magii, bo to nie przedmiot ani nie dotyk uzdrawia. Oba są jedynie zewnętrznymi znakami naszej wewnętrznej ufności we wstawiennictwo świętego i moc Boga”.

    Dorota Niedźwiecka/PCh24.pl

    _________________________________________________________________________________________

    Matka Boża Gromniczna strzeże przed „wilkami”. „Duchowe drapieżniki” dyszą nienawiścią!

    ***

    Jednym z najpiękniejszych kalendarzy lat trzydziestych był „Kalendarz Królowej Apostołów”, wydawany przez Księży Pallotynów. I właśnie tam widziałem reprodukcję obrazu, która na długo utkwiła mi w pamięci.

    Oto jest noc, zasypane śniegiem wiejskie chaty, nigdzie nie widać nawet nikłego blasku świecy, cała wieś pogrążona jest we śnie. Bliżej widać drzewa, tuż za wioską rozciąga się gęsty las. Na jego skraju wyraźnie widoczna jest wataha wilków: wygłodniałych, złych, szykujących się do ataku na ludzkie siedziby. I nagle z boku obrazu wyłania się przepiękna, świetlista postać, odziana – mimo mrozu – jedynie w białą szatę. Postać kobieca, tchnąca dobrocią i spokojem, rusza prosto na stado wilków i odpędza je od domostw tych, którzy pogrążeni we śnie, nawet nie domyślają się niebezpieczeństwa. Wilki warczą, ale cofają się, gdyż Pani ta trzyma w ręku świecę, której drapieżniki najwyraźniej się boją. Pod obrazem widniał podpis: Matka Boża Gromniczna…

    Nie pamiętam już, kto był autorem tego obrazu, ani wszystkich szczegółów, bo od tamtego czasu upłynęło już wiele lat. Jednak od spotkania z tym obrazkiem w kalendarzu katolickim tytuł Matka Boża Gromniczna kojarzy mi się zawsze z ową piękną Panią, która czuwa nad człowiekiem i chroni go oraz jego bliskich od niebezpieczeństwa.

    2 lutego obchodzimy święto Oczyszczenia Najświętszej Maryi Panny, od reformy kalendarza liturgicznego nazywające się Świętem Ofiarowania Pańskiego. Nazwa nie jest tu jednak najważniejsza, natomiast niezwykle ważna jest wielowiekowa tradycja łącząca to święto z gromnicą, a więc świecą, która w tym dniu jest pobłogosławiona w kościele przez kapłana na pamiątkę słów starca Symeona, który nazwał Dziecię Jezus Światłem na oświecenie pogan.

    Zapewne słyszeliśmy, jak do tego doszło. Maryja, jak każda kobieta izraelska, chciała poddać się oczyszczeniu po narodzinach Dziecka. Nie musiała tego robić, bo porodziła bez utraty dziewictwa, ale chciała. Ona i św. Józef pragnęli jak najdokładniej wypełnić przepis Prawa. Dzień ten był równocześnie świętym dniem dla dwojga staruszków – Symeona i Anny, którzy wyczekiwali Zbawiciela, codziennie trwając przy Świątyni i błagając Boga, by ich oczy mogły ujrzeć Jego Syna. Czekali długo, ale kiedy wreszcie Maryja i Józef przynieśli Dzieciątko do Świątyni, Symeon wyśpiewał przepiękną pieśń, którą Kościół uczynił częścią modlitwy brewiarzowej i kazał swoim kapłanom, zakonnikom i wszystkim, którzy w tej doskonałej modlitwie chcą brać udział, odmawiać w ostatniej modlitwie danego dnia, czyli tzw. komplecie.

    To wtedy właśnie Maryja usłyszała proroctwo o Jezusie, że Jej duszę kiedyś przeniknie miecz, aby na jaw wyszły zamysły serc wielu. Od pierwszych wieków chrześcijaństwa Kościół święci w tym dniu świece i odwołuje się do wstawiennictwa Matki Zbawiciela, stąd popularnie to święto po dziś dzień nazywa się świętem Matki Bożej Gromnicznej. Poświęcona świeca jest symbolem Pana Jezusa, jako Światłości, ale jest też znakiem orędownictwa Jego Matki. Stąd opisany przeze mnie na początku obraz ukazujący Maryję, jako opiekunkę ludzkich siedzib. Dawniej, kiedy wilki rzeczywiście zagrażały ludziom w czasie długich i srogich zim, ci polecali się z ufnością Matce Boga, paląc gromnice, jako znak Jej wstawiennictwa i opieki. Zapalano gromnice także w czasie nawałnic i burz, kiedy pioruny (piorun to inaczej grom, stąd gromnica) uderzały w drzewa, a nieraz i w zabudowania. Pożar domu oznaczał zazwyczaj utratę całego dobytku, dlatego ludzie gorąco prosili Matkę Bożą, by ich ratowała od piorunów i nawałnic.

    Co do wilków, to te z lasu nie zagrażają nam już tak jak dawniej. Dziś jesteśmy narażeni raczej na spotkanie z innymi „wilkami”: to pokusy, grzechy czy sam szatan. Te „duchowe drapieżniki” porywają nawet niewinne dusze małych dzieci przez zło, które się zewsząd sączy w ludzkie umysły i zabija w duszach miłość Boga, czyniąc je przez to martwymi. Nigdy chyba jeszcze od czasów Cesarstwa Rzymskiego ludzie tak się nie chlubili popełnianym złem, jak robią to teraz. Grzech stał się czymś, co „robią wszyscy”. Czy ci nieszczęśliwi ludzie zdają sobie sprawę z tego, że razem z tymi „wszystkimi” mogą przegrać życie, a co gorsza – całą wieczność?

    Drodzy Czciciele Matki Bożej! Weźmy Jej świece, zaufajmy, że przez ten znak Maryja będzie nas chronić od zła fizycznego, a przede wszystkim od duchowego. Módlmy się, by kiedyś, kiedy będą się zamykać na zawsze nasze oczy na tym świecie, ostatnią rzeczą, jaką ujrzymy, było światło gromnicy. Amen.

    PCh24.pl(tekst ukazał się w 86. numerze „Przymierza z Maryją” z 2016 roku)

    _______________________________________

    I SOBOTA MIESIĄCA – 3 LUTEGO

    W KOŚCIELE ŚW. PIOTRA – OD GODZ. 17.00 SPOWIEDŹ ŚW.

    O GODZ. 18.00 – MSZA ŚW. WIGILIJNA Z V NIEDZIELI ZWYKŁEJ

    PO MSZY ŚWIĘTEJ

    NABOŻEŃSTWO PIĘCIU PIERWSZYCH SOBÓB MIESIĄCA

    Wynagrodzenie składane Niepokalanemu Sercu Maryi

    This image has an empty alt attribute; its file name is NSM.jpg

    *****

    Wielka obietnica

    Siedem lat po zakończeniu fatimskich objawień Matka Boża zezwoliła siostrze Łucji na ujawnienie treści drugiej tajemnicy fatimskiej. Jej przedmiotem było nabożeństwo do Niepokalanego Serca Maryi.
    10 grudnia 1925r. objawiła się siostrze Łucji Maryja z Dzieciątkiem i pokazała jej cierniami otoczone serce.

    Dzieciątko powiedziało:
    Miej współczucie z Sercem Twej Najświętszej Matki, otoczonym cierniami, którymi niewdzięczni ludzie je wciąż na nowo ranią, a nie ma nikogo, kto by przez akt wynagrodzenia te ciernie powyciągał.

    Maryja powiedziała:
    Córko moja, spójrz, Serce moje otoczone cierniami, którymi niewdzięczni ludzie przez bluźnierstwa i niewierności stale ranią. Przynajmniej ty staraj się nieść mi radość i oznajmij w moim imieniu, że przybędę w godzinie śmierci z łaskami potrzebnymi do zbawienia do tych wszystkich, którzy przez pięć miesięcy w pierwsze soboty odprawią spowiedź, przyjmą Komunię świętą, odmówią jeden Różaniec i przez piętnaście minut rozmyślania nad piętnastu tajemnicami różańcowymi towarzyszyć mi będą w intencji zadośćuczynienia.

    2. Dlaczego pięć sobót wynagradzających?

    Córko moja – powiedział Jezus – chodzi o pięć rodzajów zniewag, którymi obraża się Niepokalane Serce Maryi:

    1. Obelgi przeciw Niepokalanemu Poczęciu,
    2. Przeciw Jej Dziewictwu,
    3. Przeciw Jej Bożemu Macierzyństwu,
    4. Obelgi, przez które usiłuje się wpoić w serca dzieci obojętność, wzgardę, a nawet nienawiść wobec nieskalanej Matki,
    5. Bluźnierstwa, które znieważają Maryję w Jej świętych wizerunkach.

    WARUNKI ODPRAWIENIA NABOŻEŃSTWA

    PIĘCIU PIERWSZYCH SOBÓT MIESIĄCA

    Warunek 1
    Spowiedź w pierwszą sobotę miesiąca

    Łucja przedstawiła Jezusowi trudności, jakie niektóre dusze miały co do spowiedzi w sobotę i prosiła, aby spowiedź święta mogła być osiem dni ważna. Jezus odpowiedział: Może nawet wiele dłużej być ważna pod warunkiem, ze ludzie są w stanie łaski, gdy Mnie przyjmują i ze mają zamiar zadośćuczynienia Niepokalanemu Sercu Maryi.

    Do spowiedzi należy przystąpić z intencją zadośćuczynienia za zniewagi wobec Niepokalanego Serca Maryi. W kolejne pierwsze soboty można przystąpić do spowiedzi w intencji wynagrodzenia za jedną z pięciu zniewag, o których mówił Jezus. Można wzbudzić intencję podczas przygotowania się do spowiedzi lub w trakcie otrzymywania rozgrzeszenia.

    Przed spowiedzią można odmówić taką lub podobną modlitwę:

    Boże, pragnę teraz przystąpić do świętego sakramentu pojednania, aby otrzymać przebaczenie za popełnione grzechy, szczególnie za te, którymi świadomie lub nieświadomie zadałem ból Niepokalanemu Sercu Maryi. Niech ta spowiedź wyjedna Twoje miłosierdzie dla mnie oraz dla biednych grzeszników, by Niepokalane Serce Maryi zatriumfowało wśród nas.

    Można także podczas otrzymywania rozgrzeszenia odmówić akt żalu:

    Boże, bądź miłościw mnie grzesznemu, szczególnie za moje grzechy przeciwko Niepokalanemu Sercu Maryi.

    Warunek 2

    Komunia św. w pierwszą sobotę miesiąca

    Po przyjęciu Komunii św. należy wzbudzić intencję wynagradzającą. Można odmówić taką lub inna modlitwę:

    Najchwalebniejsza Dziewico, Matko Boga i Matko moja! Jednocząc się z Twoim Synem pragnę wynagradzać Ci za grzechy tak wielu ludzi przeciw Twojemu Niepokalanemu Sercu. Mimo własnej nędzy i nieudolności chcę uczynić wszystko, by zadośćuczynić za te obelgi i bluźnierstwa. Pragnę Najświętsza Matko, Ciebie czcić i całym sercem kochać. Tego bowiem ode mnie Bóg oczekuje. I właśnie dlatego, że Cię kocham, uczynię wszystko, co tylko w mojej mocy, abyś przez wszystkich była czczona i kochana. Ty zaś, najmilsza Matko, Ucieczko grzesznych, racz przyjąć ten akt wynagrodzenia, który Ci składam. Przyjmij Go również jako akt zadośćuczynienia za tych, którzy nie wiedzą, co mówią, w bezbożny sposób złorzeczą Tobie. Wyproś im u Boga nawrócenie, aby przez udzieloną im łaskę jeszcze bardziej uwydatniła się Twoja macierzyńska dobroć, potęga i miłosierdzie. Niech i oni przyłączą się do tego hołdu i rozsławiają Twoją świętość i dobroć, głosząc, że jesteś błogosławioną miedzy niewiastami, Matką Boga, której Niepokalane Serce nie ustaje w czułej miłości do każdego człowieka. Amen.

    Warunek 3

    Różaniec wynagradzający w pierwszą sobotę miesiąca

    Po każdym dziesiątku należy odmówić Modlitwę Anioła z Fatimy. Akt wynagrodzenia:

    O mój Jezu, przebacz nam nasze grzechy, zachowaj nas od ognia piekielnego, zaprowadź wszystkie dusze do nieba i pomóż szczególnie tym, którzy najbardziej potrzebują Twojego miłosierdzia.

    Zaleca się odmówienie Różańca wynagradzającego za zniewagi wyrządzone Niepokalanemu Sercu Maryi. Odmawia się go tak jak zwykle Różaniec, z tym, że w „Zdrowaś Maryjo…” po słowach „…i błogosławiony owoc żywota Twojego, Jezus” włącza się poniższe wezwanie, w każdej tajemnicy inne:

    Zachowaj i pomnażaj w nas wiarę w Twoje Niepokalane Poczęcie!
    Zachowaj i pomnażaj w nas wiarę w Twoje nieprzerwane Dziewictwo!
    Zachowaj i pomnażaj w nas wiarę w Twoją rzeczywistą godność Matki Bożej!
    Zachowaj i pomnażaj w nas cześć i miłość do Twoich wizerunków!
    Rozpłomień we wszystkich sercach żar miłości i doskonałego nabożeństwa do Ciebie!

    Warunek 4

    Piętnastominutowe rozmyślanie nad piętnastoma tajemnicami różańcowymi w pierwszą sobotę miesiąca

    (Podajemy przykładowe tematy rozmyślania nad pierwszą tajemnicą radosną)

    1. Najpierw odmawia się modlitwę wstępną:
    Zjednoczony ze wszystkimi aniołami i świętymi w niebie, zapraszam Ciebie, Maryjo, do rozważania ze mną tajemnic świętego różańca, co czynić chcę na cześć i chwałę Boga oraz dla zbawienia dusz.

    2. Należy przypomnieć sobie relację ewangeliczną (Łk 1,26 – 38). Odczytaj tekst powoli, w duchu głębokiej modlitwy.

    3. Z pokora pochyl się nad misterium swojego zbawienia objawionym w tej tajemnicy różańcowej. Rozmyślanie można poprowadzić według następujących punktów:
    a. rozważ anielskie przesłanie skierowane do Maryi,
    b. rozważ odpowiedź Najświętszej Maryi Panny,
    c. rozważ wcielenie Syna Bożego.

    4. Z kolei zjednocz się z Maryją w ufnej modlitwie. Odmów w skupieniu Litanię Loretańską. Na zakończenie dodaj:
    Niebieski Ojcze, zgodnie z Twoją wolą wyrażoną w przesłaniu anioła, Twój Syn Jednorodzony stał się człowiekiem w łonie Najświętszej Dziewicy Maryi. Wysłuchaj moich próśb i dozwól mi znaleźć u Ciebie wsparcie za Jej orędownictwem, ponieważ z wiarą uznaję Ją za prawdziwą Matkę Boga. Amen.

    5. Na zakończenie wzbudź w sobie postanowienia duchowe.

    Będę gorącym sercem miłował Matkę Najświętszą i każdego dnia oddawał Jej cześć.
    Będę uczył się od Maryi posłusznego wypełniania woli Bożej, jaką Pan mi ukazuje co dnia.
    Obudzę w sobie nabożeństwo do mojego Anioła Stróża.


    WIęcej informacji na temat Nabożeństw pięciu pierwszych sobót miesiąca można znaleźć na stronie www.pierwszesoboty.pl lub na stronie www.sekretariatfatimski.pl

    _____________________________________________________________________________________________________________

    pope-john-paul-ii-and-sister-lucia.jpg 
    W tym miesiącu 13 lutego będzie XIX rocznica śmierci siostry Łucji od Jezusa. 
    W Cova da Iria w Sanktuarium Fatimskim od 19 lutego 2006 r. spoczywają doczesne szczątki siostry Łucji, najstarszej z widzących z Fatimy.

    Łucja dos Santos, urodzona (podobnie jak jej kuzyni – święci Franciszek i Hiacynta Marto) w miejscowości Aljustrel, od 13 maja 1917 r. była świadkiem objawień Maryi, które zostały uznane przez Kościół katolicki za godne wiary. Wraz z rodzeństwem Marto uczestniczyła w trzech objawieniach Anioła (w 1916 r.) oraz sześciu objawieniach Matki Boskiej (w 1917 r.), która prosiła dzieci o modlitwę i pokutę w intencji wynagrodzenia i nawrócenia grzeszników. Szczególne posłannictwo Łucji polegało na upowszechnianiu nabożeństwa do Niepokalanego Serca Maryi, które jest sednem orędzia fatimskiego. W związku z powierzoną jej misją widząca miała kolejne objawienia Matki Boskiej oraz została obdarzona mistycznymi łaskami, które pomogły jej wiernie przejść wyznaczoną drogą życia.W 1925 r. Łucja wstąpiła do Zgromadzenia Sióstr Świętej Doroty i przebywając w domach zakonnych tego zgromadzenia w Hiszpanii – w Tui i w Pontevedrze – doznała objawień, w których widziała Trójcę Świętą, Matkę Boską i Jezusa. Aby móc lepiej odpowiedzieć na wezwania orędzia, które Maryja powierzyła widzącej, Łucja pragnęła życia w większym odosobnieniu. W 1948 r. wstąpiła do Karmelu w Coimbrze, gdzie oddała się głębokiej modlitwie i pokucie. Przyjęła wówczas imię siostra Maria Łucja od Jezusa i od Niepokalanego Serca.Siostra Łucja spotykała się z papieżami, głowami państw i szefami rządów, znanymi osobistościami i prostymi ludźmi. Odpowiadała na tysiące listów i próśb o modlitwę. Jej bogata korespondencja była szczegółowo badana w diecezjalnej fazie procesu kanonizacyjnego, która zakończyła się 13 lutego 2017 r. Oprócz analizy tysięcy listów i tekstów, wysłuchano również 61 świadków. Zgromadzono w sumie 15 tysięcy stron dokumentów, które przekazano następnie Kongregacji Spraw Kanonizacyjnych Stolicy Apostolskiej.Siostra Łucja od Jezusa zmarła 13 lutego 2005 r.

    SANKTUARIUM MATKI BOSKIEJ RÓŻAŃCOWEJ Z FATIMY

    ****

    „Córko moja – prosiła Maryja – spójrz, Serce moje otoczone cierniami, którymi niewdzięczni ludzie przez bluźnierstwa i niewdzięczność stale ranią. Przynajmniej ty staraj się nieść Mi radość i oznajmij w moim imieniu, że przybędę w godzinie śmierci z łaskami potrzebnymi do zbawienia do tych wszystkich, którzy przez pięć miesięcy w pierwsze soboty odprawią spowiedź, przyjmą Komunię świętą, odmówią jeden różaniec i przez piętnaście minut rozmyślania nad piętnastu tajemnicami różańcowymi towarzyszyć Mi będą w intencji zadośćuczynienia”. Te słowa zawierające prośbę Maryi wypowiedziane w dni 10 grudnia 1925 r. w Pontevedra (Hiszpania) są nadal mało znane, a tym bardziej słabo praktykowane w kościele Chrystusowym. W tym dniu Maryja objawiła się s. Łucji z Dzieciątkiem Jezus i pokazała cierniami otoczone Serce…

    Nabożeństwo pierwszych sobót miesiąca jest związane z Objawieniami Fatimskimi. Spośród trójki dzieci Franciszka, Hiacynty i Łucji, „Niebo” wybrało Łucję do „specjalnego zadania” o którym poinformowała ją Najświętsza Maryja w dniu 13 czerwca 1917 roku: „Jezus chce posłużyć się tobą, abym była bardziej znana i miłowana. Chce zaprowadzić na świecie nabożeństwo do mego Niepokalanego Serca. Tym, którzy przyjmą to nabożeństwo, obiecuję zbawienie. Te dusze będą przez Boga kochane jak kwiaty postawione przeze mnie dla ozdoby Jego tronu”.

     S. Łucja również otrzymała w nocy z 29 na 30 maja 1930 r. w Tuy odpowiedź od Pana Jezusa na pytanie o zasadność pięciu pierwszych sobót miesiąca.
    „Córko moja, powód jest prosty: Jest pięć rodzajów obelg i bluźnierstw wypowiadanych przeciwko Niepokalanemu Sercu Maryi:

    Pierwsze bluźnierstwo – przeciwko Niepokalanemu Poczęciu.

    Papież Pius IX w 9 grudnia 1854 roku w konstytucji apostolskiej Ineffabilis Deus ogłosił dogmat o Niepokalanym Poczęciu Najświętszej Maryi Panny: 
    (…) ogłaszamy, orzekamy i określamy, że nauka, która utrzymuje, iż Najświętsza Maryja Panna od pierwszej chwili swego poczęcia – mocą szczególnej łaski i przywileju wszechmogącego Boga, mocą przewidzianych zasług Jezusa Chrystusa, Zbawiciela rodzaju ludzkiego – została zachowana jako nietknięta od wszelkiej zmazy grzechu pierworodnego, jest prawdą przez Boga objawioną, i dlatego wszyscy wierni powinni w nią wytrwale i bez wahania wierzyć.

    “Niepokalane Poczęcie” jest dogmatem wiary katolickiej. Cztery lata po ogłoszeniu przez Kościół samo Niebo potwierdziło tę prawdę poprzez objawienie Maryi skromnej 14 letniej Bernadecie z Lourdes, w święto Zwiastowania, 25 marca 1858 roku słowami: “Ja jestem Niepokalanym Poczęciem”. Bernadetta była zaskoczona tą odpowiedzią, gdyż nie wiedziała, co znaczy to dziwne imię “Niepokalanie Poczęta”, tym bardziej że nigdy o nim nie słyszała. Nie zdążyła się już jednak o nic więcej zapytać, ponieważ śliczna Pani zniknęła. 
    Bóg wybrał Maryję, aby stała się Matką Odkupiciela rodzaju ludzkiego. Jest błogosławioną między niewiastami. Uwierzyła, że u Boga nie ma nic niemożliwego. Wielokrotnie przez wiele wieków Bóg przemawiał przez proroków przygotowując ludzkość na Tajemnicę Zwiastowania. W cudowny sposób Syn Ojca Przedwiecznego wchodzi w historię życia ludzkiego poprzez odpowiedź Maryi: “Niech mi się stanie według Słowa Twego!”


    „Muszę wyznać – pisała Siostra Łucja – że nigdy nie czułam się tak szczęśliwa, niż kiedy przychodzi pierwsza sobota. Czy nie jest prawdą, że największym naszym szczęściem jest być całym dla Jezusa i Maryi i kochać Ich wyłącznie, bezwarunkowo?”

    _________________________________________________________________________

    _____________________________________________________________________________________________________________

  • Ogłoszenia – styczeń 2024

    ______________________________________________________________________________________________________________

    KOŚCIÓŁ ŚW. PIOTRA

    

    Niedziela 13/12 Msza św. g. 14:00 kościół św. Piotra (St Peters) Glasgow

    ST PETER’S CHURCH, PARTICK, 46 HYNDLAND STREET, Glasgow, G11 5PS

    ___________________________________________________________________________________

    NIEDZIELA 28 STYCZNIA

    OD GODZ. 13.30 – ADORACJA NAJŚWIĘTSZEGO SAKRAMENTU / SPOWIEDŹ ŚW.

    GODZ. 14.00 – MSZA ŚWIĘTA * IV NIEDZIELA ZWYKŁA * ROK B

    PO MSZY ŚW. – KORONKA DO BOŻEGO MIŁOSIERDZIA

    ______________________________________________________________________

    Szatan istnieje naprawdę. Egzorcysta dostał od złego ducha...
    fot. Screenshot – YouTube (Edycja Świętego Pawła)

    ***

    Szatan istnieje naprawdę. Egzorcysta dostał od złego ducha..

    Przytaczamy wywiad pt.: “Niewidzialni wrogowie” przeprowadzony z ks. Marianem Rajchelem.

    Podobno wielu księży nie wierzy w istnienie złego ducha i w opętanie?

    Przytoczę słowa złego ducha usłyszane podczas przeprowadzania egzorcyzmu: “Bo wielu księży myśli, że ja jestem tylko w piekle”. Nie, zły duch jest tam, gdzie ludzie go wpuszczą.

    W wielu diecezjach, seminariach w Polsce i na świecie nie mówi się o piekle, złym duchu i opętaniach. Dlaczego?

    Również zadaję sobie to pytanie. Był to temat tabu. W Kościele egzorcyzmy stały się jakby sprawą wstydliwą, II Sobór Watykański ją ominął. Uważam, że doświadczenia egzorcystów powinno się zebrać i włączyć do nauki teologii i ascezy, czyli wierności na co dzień Panu Bogu. Powinniśmy się uczyć, jak rozpoznać wroga, przewidzieć, kiedy i w jaki sposób zły duch zaatakuje. W ten sposób łatwiej będzie nam się przed nim bronić.

    W większości ludzie także nie wierzą w istnienie piekła i działanie diabła…

    W 1972 roku papież Paweł VI powiedział, że zły duch rządzi światem, że wtargnął w historię za pozwoleniem ludzi. Po tej wypowiedzi świat był oburzony, a media opluwały papieża, grzmiąc: Jak w XX wieku można mówić o szatanie! Ale w tym samym czasie w wielu państwach rejestrowano kościoły satanistów, kościół Lucyfera. Tak wygląda nasza cywilizacja: oficjalnie mówi się co innego, a w praktyce jest co innego. 

    Ludzie nie wierzą w istnienie piekła, bo jest to dla nich łatwiejsze, a ukrywanie swojego działania wobec ludzi leży w interesie złego ducha, stanowiąc zarazem jedną ze skuteczniejszych jego akcji.

    Czy musimy wierzyć w istnienie diabła, aby się zbawić i być w Kościele? Nigdy przecież nie stwierdzono dogmatu o istnieniu złych duchów. Dlaczego?

    Bo nigdy w Kościele nie było z tą prawdą problemów. Kościół nigdy nie wątpił w istnienie i szkodliwe działanie złego ducha. Biblia wyraźnie stwierdza, kto skusił pierwszych rodziców do grzechu, kto kusił Pana Jezusa. Tu nie ma wątpliwości! Pytanie dotyczy konieczności uwierzenia. Mamy obowiązek wierzyć w prawdy wiary, choć nie wszystkie zostały zdogmatyzowane. Trzeba wierzyć zarówno w istnienie aniołów, jak i złych duchów. Bez tej wiary nie da się być w Kościele.

    Egzorcyści

    Słysząc o szatanie, ludzie boją się i myślą: “Jeśli zostawię złego ducha w spokoju, to i on zostawi mnie, a jeśli będę z nim walczył, to on mnie zaatakuje”. Czy boi się ksiądz diabła?

    Oczywiście, że się go boję! I nie chcę mieć z nim nic wspólnego. Chciałbym go mocą Bożą wyrzucać z ludzi jak najczęściej. Nie ma co ryzykować. Czy jest taki człowiek, który się go nie boi?! To wielki błąd, jeśli ktokolwiek udaje, że jest mocniejszy od złego ducha.

    Czy zły duch uprzykrza życie i utrudnia posługę również egzorcyście? 

    Świeży przykład może być? Wczoraj o godzinie 23.54, po modlitwie nad opętaną dziewczyną, dostałem bardzo “miły” SMS (zachowałem wiadomość w poczcie, jakby ktoś nie wierzył): “Pożałujesz tego, marny klecho, dotknij mnie jeszcze raz tymi wyświęconymi łapami i swoimi zabawkami, a cię zabiję! Dość już tego, dość, dość, dość… Dość mówię!”. Aż się z tego ucieszyłem. Dlaczego? Bo niekiedy się wydaje, że nasze modlitwy nic nie znaczą, a gdy zły duch się wścieka, to znaczy, że mocno ucierpiał i jest porządnie trafiony.  

    Inny SMS był taki: “Zdechniesz za to, co zrobiłeś, nie boję się Pani Niebieskiej ani ciebie z tymi zabawkami”. Znowu kłamstwo w wydaniu złego ducha: “nie boję się”, a równocześnie “zdechniesz za to, co zrobiłeś”. Można wyczuć, z kim ma się do czynienia! 

    Módlcie się za egzorcystów, gdyż nie wolno nam popełnić żadnego błędu, bo wtedy rzeczywiście zły duch może się zemścić.

    Arcybiskup Emmanuel Milingo był egzorcystą w Afryce i we Włoszech. Jednak wystąpił z Kościoła.

    A dlaczego Judasz odszedł od Pana Jezusa?…

    bo człowiek jest wolny…

    …tylko u Pana Boga jest wolny! U złego ducha jest zniewolony! Bóg nigdy nie zmusza człowieka, tylko składa propozycje: “Jeśli chcesz, to pójdź za mną”. Pan Bóg namawia, podaje argumenty, podsuwa projekty, ale nigdy nie zmusza. A działanie i opętanie złego ducha polega na przymusie, wzięciu człowieka we władanie, zniewoleniu go i degradacji.

    Czy ze złym duchem można rozmawiać?

    Spotkałem egzorcystów, którzy przyjmowali jak objawienie wszystko, co zły duch im powiedział. Uważam, że tego robić nie wolno, gdyż zły duch to ojciec kłamstwa. On, nawet przymuszony rozkazem wyznania jakiejś prawdy, dorzuci jeszcze jakiegoś śmiecia. Kiedyś zapytałem złego ducha: “Co zrobić, żebyś z tej osoby wyszedł?”. “Odmówić “Ojcze nasz” po francusku” – usłyszałemodpowiedź. I dwie osoby z zespołu egzorcystów odmówiły modlitwę po francusku! Mówiłem im, że tego nie trzeba robić, lecz one się pomodliły, co oczywiście nic nie pomogło. 

    Niekiedy sam zły duch rozpoznaje nasze myśli. Pewnego razu zastanawiałem się, czy osoba jest opętana, dręczona, czy tylko udaje. I w myślach rozkazywałem złemu duchowi: “Jeśli jesteś w tej osobie, to w Imię Jezusa powiedz, jakie jest twoje imię”. Po chwili ciszy zły duch objawił się w tej osobie. “Chcesz znać moje imię? Powiem ci” – przemówił. 

    Czasem trzeba rozkazywać złemu duchowi, by podał imię, to pomaga przy uwolnieniu. 

    Czytałem, że w Polsce jest około sześćdziesięciu księży egzorcystów i każdego dnia mają co robić. Co znaczy dla księdza być egzorcystą? 

    Przyznam się, że dla mnie posługa egzorcysty jest teologią praktyczną, której w seminarium nie było. Dzięki niej wiele douczyłem się o Bogu, o człowieku i złym duchu. To nie jest tylko problem dręczeń. Ile satanizmu jest w naszym życiu społecznym, narodowym, a nawet kulturalnym. Ile kłamstw, obłudy, podpuszczania… 

    Bardziej rozumiem, że Chrystus przyszedł nas wybawić od potwornego zła. Zbawiciel aż taką wielką cenę za nas zapłacił. Gdyby był to drobiazg, Bóg wysłałby anioła. Jezus sam przyszedł jako człowiek, by pokazać nam sposób życia w prawdzie i świętości oraz unaocznić niebezpieczeństwa grożące człowiekowi. To dają mi egzorcyzmy. 

    Z drugiej strony posługa ta pokazuje mi, że ludzie często nie wiedzą, co w życiu czynią. Nie wiedzieli, bo skazali niewinnego Chrystusa i jeszcze z Niego szydzili. Nie wierzyli, że jest Bogiem i mieli silnego kusiciela. Ludzie opętani i dręczeni na początku dziwią się mojej życzliwości, bo uważają się za odsuniętych, potępionych, napiętnowanych, a tymczasem spotykają się z radością, miłością i słowami: “Dobrze, dziecko Boże, że wracasz”. My, egzorcyści, cieszymy się każdym dobrem i martwimy każdym ustępstwem na rzecz zła. To pogłębia duszpasterską więź z przychodzącymi do nas ludźmi. Niedawno pewna pani powiedziała: “Ja tak bardzo bałam się przyjechać do księdza”. Później pozbyła się tego strachu.

    Zastanawiam się, dlaczego jeden egzorcyzm nie wystarczy, lecz trzeba go powtarzać.

    Kiedyś dziewczyna zdiagnozowana jako opętana zachowywała się na egzorcyzmie spokojnie, cicho, tylko delikatnie drżąc. Za drugim razem było tak samo, czyli bez większych objawów opętania. Wówczas wziąłem ją na bok i zapytałem, co robi w trakcie egzorcyzmu – czy odnawia pakt z szatanem. Kiwnęła głową, że tak: aby nie było objawów, w tym czasie ona ponownie oddawała się złemu duchowi. Na co taki egzorcyzm? Na nic! Nigdy modlitwa nie działa wbrew woli człowieka. 

    U osób, które nie chcą być uwolnione, zło wraca. Jeśli zaś człowiek wytrwa na egzorcyzmie – niekiedy całe miesiące – to wyjdzie spod wpływu złego ducha. 

    Czy zdarza się, że egzorcyzm w jakimś przypadku nie skutkuje?

    Niestety, może tak być. Mamy jako egzorcyści świadomość, że nie wszystko może się udać. Zdarza się, że na skutek działania złego ducha nie dochodzi do egzorcyzmu. W pewnym przypadku szatan tak bał się egzorcyzmu, że doprowadził do samobójstwa młodego chłopaka, zanim udało mu się ze mną spotkać. Jak opowiadali później jego koledzy, którzy wieźli go do mnie, chłopak nie wysiadł normalnie z samochodu, ale coś go wydarło przez okienko w drzwiach, i od razu pobiegł do Sanu odebrać sobie życie.

    Czy można egzorcyzmować kogoś wbrew jego woli? 

    Nie. Egzorcyzm to nie czary, wymaga zaangażowania opętanego, konieczna jest jego chęć poprawy i powrotu do Boga. On sam musi walczyć o uwolnienie od złego ducha. Jeżeli tego nie robi, modlitwa egzorcysty nic nie pomoże. Opętanie to stopniowa degradacja, a egzorcyzm jest procesem powrotu do Boga.

    Ile egzorcyzmów ksiądz przeprowadził?

    Nie wiem, bo ich nie liczę. Trochę by się tego uzbierało. Kiedyś w jednym miesiącu miałem sto dwadzieścia spotkań (wiele zakończonych egzorcyzmowaniem).

    Czy miał ksiądz jakiś widowiskowy egzorcyzm?

    Wszystkie egzorcyzmy takie są… Kiedyś modliliśmy się nad chłopakiem, maturzystą. Objawy opętania wystąpiły w szkole. Młodzież natychmiast szukała księdza. Pytałem ich, jak poznali, że potrzebna jest pomoc egzorcysty, przecież mogli zadzwonić po psychologa czy psychiatrę? Chłopcy powiedzieli: “Bo ten szczupły chłopak miał taką siłę, żeśmy w czterech nie mogli mu dać rady”, a dziewczyny stwierdziły: “Bo takim wzrokiem na nas patrzył, jakby chciał nas wszystkich w klasie pozabijać”. Odbył się pierwszy egzorcyzm, podczas którego chłopak krzyczał: “Ja wam tego nie daruję!”, a po chwili ciszy spokojne powiedział: “Macie szczęście, że On tu jest i Ona!” (zły duch bardzo niechętnie wypowiada imiona Jezusa i Maryi; jego słowa znaczyły, że wspiera nas Pan Jezus i Maryja). Czego więcej potrzeba! To był najkrótszy egzorcyzm w mojej karierze, dwa razy spotkaliśmy się na modlitwie i spokój. Czy to nie jest widowiskowe?

    mp/za: katolik.pl/Fronda.pl

    ________________________________________________________________________________________

    PIERWSZY CZWARTEK MIESIĄCA – 1 LUTY

    MSZA ŚWIĘTA W KAPLICY IZBIE JEZUSA MIŁOSIERNEGO O GODZ. 19.00

    PO MSZY ŚW. – GODZINNA ADORACJA PRZED NAJŚWIĘTSZYM SAKRAMENTEM W INTENCJI KAPŁANÓW

    This image has an empty alt attribute; its file name is image-2-e1673870873179-1024x683.png

    4 PARK GROVE TERRACE, GLASGOW G3 7SD

    ___________________________________________________

    fot. parafia Matki Bożej Frydeckiej/Jaworzynka

    ***

    Modlitwa za kapłanów

    Panie Jezu, Ty wybrałeś Twoich kapłanów spośród nas i wysłałeś ich, aby głosili Twoje Słowo i działali w Twoje Imię. Za tak wielki dar dla Twego Kościoła przyjmij nasze uwielbienie i dziękczynienie. Prosimy Cię, abyś napełnił ich ogniem Twojej miłości, aby ich kapłaństwo ujawniało Twoją obecność w Kościele. Ponieważ są naczyniami z gliny, modlimy się, aby Twoja moc przenikała ich słabości. Nie pozwól, by w swych utrapieniach zostali zmiażdżeni. Spraw, by w wątpliwościach nigdy nie poddawali się rozpaczy, nie ulegali pokusom, by w prześladowaniach nie czuli się opuszczeni. Natchnij ich w modlitwie, aby codziennie żyli tajemnicą Twojej śmierci i zmartwychwstania. W chwilach słabości poślij im Twojego Ducha. Pomóż im wychwalać Twojego Ojca Niebieskiego i modlić się za biednych grzeszników. Mocą Ducha Świętego włóż Twoje słowo na ich usta i wlej swoją miłość w ich serca, aby nieśli Dobrą Nowinę ubogim, a przygnębionym i zrozpaczonym – uzdrowienie. Niech dar Maryi, Twojej Matki, dla Twojego ucznia, którego umiłowałeś, będzie darem dla każdego kapłana. Spraw, aby Ta, która uformowała Ciebie na swój ludzki wizerunek, uformowała ich na Twoje boskie podobieństwo, mocą Twojego Ducha, na chwałę Boga Ojca. Amen.

    ***

    Nowenna Pompejańska za Kapłanów: 1 kwietnia – 24 maja 2021 r.

    ***

    Zachęcamy, a jednocześnie prosimy Was o podjęcie wyzwania – walki o świętość życia Kapłanów. Pragniemy zaprosić Was do modlitwy z prośbą o światło, moc i mądrość Ducha Świętego dla Kapłanów, aby sprostali znakom czasu i pułapkom szatana. Dziś potrzebujemy Waszego wsparcia bardziej niż kiedykolwiek… (www.zakaplanow.pl)

    ______________________________________________________________________________________________________________

    KOŚCIÓŁ ŚW. PIOTRA

    I PIĄTEK MIESIĄCA – 2 LUTY

    UROCZYSTOŚĆ OFIAROWANIA PANA JEZUSA W ŚWIĄTYNI JEROZOLIMSKIEJ

    Dlaczego Matka Boska jest Gromniczna?

    W CZASIE MSZY ŚW. BĘDZIE POŚWIĘCENIE NASZYCH ŚWIEC GROMNICZNYCH

    OD GODZ. 18.00 – GODZINNA ADORACJA PRZED NAJŚWIĘTSZYM SAKRAMENTEM W KOŚCIELE ŚW. PIOTRA, W TYM CZASIE JEST RÓWNIEŻ MOŻLIWOŚĆ PRZYSTĄPIENIA DO SAKRAMENTU SPOWIEDZI ŚW.

    MSZA ŚWIĘTA O GODZ. 19.00 W INTENCJI PRZEBŁAGALNEJ ZA GRZECHY NASZE I GRZECHY CAŁEGO ŚWIATA

    _______________________________________

    KOŚCIÓŁ ŚW. PIOTRA

    I SOBOTA MIESIĄCA – 3 LUTY

    W KOŚCIELE ŚW. PIOTRA – OD GODZ. 17.00 SPOWIEDŹ ŚW.

    O GODZ. 18.00 – MSZA ŚW. WIGILIJNA Z V NIEDZIELI ZWYKŁEJ

    PO MSZY ŚWIĘTEJ BĘDZIE NABOŻEŃSTWO WYNAGRADZAJĄCE ZA PIĘĆ ZNIEWAG I BLUŹNIERSTW PRZECIWKO NAJŚWIĘTSZEJ MARYI PANNIE

    ***

    _________________________________________________________________________

    NIEDZIELA – 4 LUTY

    OD GODZ. 13.30 – ADORACJA NAJŚWIĘTSZEGO SAKRAMENTU / SPOWIEDŹ ŚW.

    GODZ. 14.00 – MSZA ŚWIĘTA * V NIEDZIELA ZWYKŁA * ROK B

    PO MSZY ŚW. – KORONKA DO BOŻEGO MIŁOSIERDZIA

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Nowenna

    do Płomienia Miłości Niepokalanego Serca Maryi: 24 stycznia – 1 lutego

    W dniach od 24 stycznia do 1 lutego pragniemy podjąć nowennę do Płomienia Miłości Niepokalanego Serca Maryi przed świętem Ofiarowania Pańskiego, zwanym świętem Matki Bożej Gromnicznej, które przypada 2 lutego.


    Dlaczego właśnie wtedy? Maryja wyraziła życzenie, aby dzień 2 lutego był również świętem Płomienia Miłości Jej Niepokalanego Serca, mówiąc do węgierskiej mistyczki, Elżbiety Kindelmann: 

    Proszę Ojca Świętego, by wyznaczył obchody święta Płomienia Miłości mojego Niepokalanego Serca w dniu 2 lutego – w święto Matki Bożej Gromnicznej. Nie pragnę, by ustanawiano dodatkową uroczystość. (Dziennik duchowy PM – 1.08.1962)

    ***

    ***

    Wprowadzenie

    Najświętsza Maryja Panna pragnie nam o wiele bardziej pomóc, niż my sami tej pomocy pragniemy. Składając naszą ufność w Jej Niepokalanym Sercu, odpowiadamy na Jej miłość i dajemy Jej wielką matczyną radość.

    Podjęcie modlitwy nowennowej to stanięcie do duchowej walki.

    Maryja: Stańcie do walki ‒ zwyciężymy! Szatan oślepnie na tyle, na ile zaangażujecie się w szerzenie Płomienia mojej miłości. Pragnę, by Płomień Miłości mojego Niepokalanego Serca, który dokonuje cudów w głębi ludzkich serc, stał się znany wszędzie, tak jak na całym świecie znane jest moje Imię. (Dziennik duchowy PM – 19 października 1962)

    Ja, piękny Promień jutrzenki, oślepię szatana.

    Uwolnię ludzkość od grzesznej lawy nienawiści.

    Żaden umierający nie może zostać potępiony.

    PŁOMIEŃ MOJEJ MIŁOŚCI wkrótce zapłonie. Córeczko, wiedz, że wybrane dusze będą musiały stoczyć walkę z księciem ciemności. Rozpęta się straszliwa burza. Nie, nie burza, lecz orkan, który wszystko spustoszy. Zniszczy wiarę i ufność nawet w wybranych. Wraz z nadciągającym szkwałem rozbłyśnie dla was jednak światło PŁOMIENIA MOJEJ MIŁOŚCI. Rozświetlę ciemną noc waszych dusz wylaniem jego łask. (Dziennik duchowy PM – 19 maja 1963)

    Jak myślicie, kto będzie odpowiadał za stawiane mi przeszkody? Gdyby tacy znaleźli się między wami, ze wszystkich sił brońcie przed nimi Płomienia mojej miłości! Starajcie się o oślepienie szatana, bo inaczej kiedyś zostaniecie pociągnięci do odpowiedzialności z powodu wielu, wielu zgubionych dusz. Nie chcę, by choć jedna dusza została potępiona. Szatan oślepnie na tyle, na ile zaangażujecie się w to dzieło. (Dziennik duchowy PM – 27 listopada 1963)

    Zaleca się odmawianie tej nowenny szczególnie, by otrzymać łaski do przezwyciężenia wszystkich trudnych doświadczeń w naszej rodzinie lub środowisku – prób, nieszczęść i okoliczności – na które nie mamy wpływu.

    Podczas tych dziewięciu dni nowenny ofiarujmy Najświętszej Dziewicy każdą duchową próbę, która może przyjść, lub ofiarę – co pomnoży moc naszych modlitw. Oto kilka przykładów: ofiarowanie naszego dnia Bogu, nawiedzenie Najświętszego Sakramentu, uczestnictwo we Mszy Świętej, składanie ofiar – dużych lub małych, post, cierpliwe zniesienie krzywdy, trudności rodzinne lub zawodowe, itp. Bądźmy pomysłowi, aby zachwycić Maryję! Bóg odpowiada na ufne modlitwy swoich dzieci obfitym błogosławieństwem.

    Jeśli któraś z naszych próśb nie zostanie od razu wysłuchana, nie traćmy pokoju, ufając Bogu, ponieważ oznacza to, że Bóg ma coś lepszego i większego dla nas niż to, o co prosimy. Niech ta prawda pomnoży naszą nadzieję i ufność.

    Modlitwy na każdy dzień nowenny

    Każdego dnia przed odmówieniem nowenny, zapalamy świecę i rozpoczynamy od uczynienia pięciokrotnego znaku krzyża, jednocześnie całując pięć Ran Pana Jezusa na krzyżu.

    KORONKA KAMEDULSKA

    Pexels | CC0

    1. Całuję Ranę Twojej Świętej Lewej Ręki, Panie Jezu, z głębokim i prawdziwym żalem.

    W imię Ojca i Syna i Ducha Świętego. Amen.

    2. Całuję Ranę Twojej Świętej Prawej Ręki, Panie Jezu, z głębokim i prawdziwym żalem.

    W imię Ojca i Syna i Ducha Świętego. Amen.

    3. Całuję Ranę Twojej Świętej Lewej Stopy, Panie Jezu, z głębokim i prawdziwym żalem.

    W imię Ojca i Syna i Ducha Świętego. Amen.

    4. Całuję Ranę Twojej Świętej Prawej Stopy, Panie Jezu, z głębokim i prawdziwym żalem.

    W imię Ojca i Syna i Ducha Świętego. Amen.

    5. Całuję Ranę Twego Świętego Boku, Panie Jezu, z głębokim i prawdziwym żalem.

    W imię Ojca i Syna i Ducha Świętego. Amen.

    Crystus umiera na krzyżu

    ____________________

    Modlę się w intencjach Niepokalanego Serca Maryi, a także proszę Cię, Matko, przez Płomień Twojej Miłości o łaskę/w intencji…. (wymień prośbę). Z wiarą, ufnością i kochającym sercem oddaję Ci Maryjo ten czas trwania nowenny, oświecaj mnie, przemieniaj i prowadź.

    ____________________

    Dzień 1 – 24 stycznia

    Dzieło Maryi dla zbawienia dusz

    Samplefot. DDP / Unsplash

    ***

    Zapalamy świecę i rozpoczynamy od uczynienia pięciokrotnego znaku krzyża, jednocześnie całując pięć Ran Pana Jezusa na krzyżu (patrz: “Modlitwy na każdy dzień nowenny” na górze strony).

    „Oto Ja służebnica Pańska, niech Mi się stanie według twego słowa” (Łk 1,38). Maryja mówi Bogu FIAT na Jego plan zbawienia. Zgodnie z Wolą Bożą, Maryja ma plan dla każdego z nas, a my możemy zjednoczyć się z Płomieniem Miłości jej Niepokalanego Serca i wiernie naśladować ją w Jej misji Matki Kościoła. Ona prosi nas, abyśmy przez nasze modlitwy i ofiary uratowali jak najwięcej dusz.

    Maryja: Moja karmelitanko! Chcę z tobą porozmawiać w nocnej ciszy. Słuchaj mnie, leżąc wygodnie! Prawda, że znasz wielki ból, który wypełnia mi Serce? Szatan z zatrważającą łatwością porywa dusze. Dlaczego nie staracie się ze wszystkich sił temu zapobiegać? Potrzebuje was! Serce pęka mi z bólu, gdy muszę się przyglądać, jak tyle dusz idzie na potępienie. Wiele z nich wpada w sieć diabła wbrew swoim dobrym intencjom. Zły z szyderczym śmiechem wyciąga ręce i ze złowrogą uciechą zagarnia dusze, za które mój Syn wycierpiał tak straszliwe męki. Pomóżcie mi! Pomóżcie! (Dziennik duchowy PM – 14 maja 1962)

    Chwila na refleksję

    1. Czy pragnę żyć jak prawdziwy chrześcijanin, któremu zależy na zbawieniu swojej duszy?
    2. W jaki sposób mogę najlepiej współpracować z Płomieniem Miłości Niepokalanego Serca Maryi, aby przyczynić się do zbawienia dusz innych ludzi?
    3. Każdy z nas może zmienić los dusz, którym grozi zatracenie. Mogę modlić się w zjednoczeniu z Trójcą Przenajświętszą, za wstawiennictwem Najświętszej Maryi Panny, wszystkich Świętych i dusz uwolnionych z czyśćca przez moje modlitwy.
    4. Czy ofiarowuję nocne czuwania modlitewne naszej Świętej Matce?

    Intencja

    Modlę się o zbawienie dusz, o uświęcenie moje i tych wszystkich, których noszę w sercu.

    Różaniec

    Odmawiamy jedną część Różańca (5 tajemnic) przypadającą na dany dzień, dodając na końcu:

    Matko Boża, rozlewaj na całą ludzkość działanie łaski Twojego Płomienia Miłości, teraz i w godzinę śmierci naszej. Amen.

    Święty Józefie, Ty w Betlejem szukałeś dla Matki Bożej miejsca na nocleg. Prosimy Cię, pomóż nam znajdować w ludzkich sercach miejsce dla jej Płomienia Miłości! Amen.

    ***

    Dzień 2 – 25 stycznia

    Modlitwa Płomienia Miłości Niepokalanego Serca Maryi – sposób na ratowanie dusz

    fot. vecstock Freepik

    ***

    Zapalamy świecę i rozpoczynamy od uczynienia pięciokrotnego znaku krzyża, jednocześnie całując pięć Ran Pana Jezusa na krzyżu (patrz: “Modlitwy na każdy dzień nowenny” na górze strony).

    Działania szatana ‒ wroga Boga, z jego mroczną strategią i demonicznymi sztuczkami, dają o sobie znać na różnych płaszczyznach i wywołują różne skutki, jak: negacja Boga, podziały w rodzinach, nieczystość i pożądliwość, aborcja, okultystyczne obrzędy, zabieganie o władzę i dominację, chciwość pieniądza i chęć posiadania coraz więcej, wojny, itd. Jakże pocieszająca jest świadomość, że mamy zdolność do przyjęcia i wykorzystania prostego sposobu danego nam przez Dziewicę Maryję, aby zwyciężyć zło!

    Maryja: Podczas modlitwy, poprzez którą oddaje mi się największą cześć, dodawajcie taką prośbę: „Zdrowaś Maryjo […], módl się za nami grzesznymi, rozlewaj na całą ludzkość działanie łaski Twojego Płomienia Miłości, teraz i w godzinę śmierci naszej. Amen”. (Dziennik duchowy PM – październik 1962)

    Pewien biskup zapytał Elżbietę, dlaczego modlitwa Zdrowaś Maryjo ma być teraz odmawiana inaczej?

    Maryja: Nie chcę zmieniać modlitwy, poprzez którą oddaje mi się największą cześć, lecz poprzez tę prośbę pragnę obudzić ludzkość. Te słowa nie mają być aktem strzelistym, lecz stałą modlitwą błagalną. (Dziennik duchowy PM – 2 lutego 1982)

    Jezus: Trójca Przenajświętsza wylała na was morze łask Płomienia Jej miłości wyłącznie na żarliwą prośbę mojej Najświętszej Matki i dlatego macie dodawać te słowa do ‘Pozdrowienia anielskiego’, aby ludzkość się nawróciła pod wpływem działania łask tego Płomienia. (Dziennik duchowy PM – 2.02.1982)

    Chwila na refleksję

    1. Czy z ufnością odmawiam Zdrowaś Maryjo, dodając potężną prośbę o wylanie Płomienia Miłości?
    2. Dziennik duchowy Elżbiety Kindelmann uczy nas i zaprasza do poznania próśb Dziewicy Maryi i Pana naszego Jezusa Chrystusa o ratowanie ginących dusz. Czy poświęcam czas na jego lekturę i medytację?
    3. Jakie jest moje zaangażowanie w szerzenie Płomienia Miłości Niepokalanego Serca Maryi, aby przyczyniać się do zbawienia ludzi wokół mnie?

    Intencja

    Będę odmawiać tak często, jak to możliwe, modlitwę Płomienia Miłości Niepokalanego Serca Maryi, jako potężny środek do ratowania dusz.

    Różaniec

    Odmawiamy jedną część Różańca (5 tajemnic) przypadającą na dany dzień, dodając na końcu:

    Matko Boża, rozlewaj na całą ludzkość działanie łaski Twojego Płomienia Miłości, teraz i w godzinę śmierci naszej. Amen.

    Święty Józefie, Ty w Betlejem szukałeś dla Matki Bożej miejsca na nocleg. Prosimy Cię, pomóż nam znajdować w ludzkich sercach miejsce dla jej Płomienia Miłości! Amen.

    ***

    Dzień 3 – 26 stycznia

    Maryja i świętość

    fot. radio Niepokalanów

    ***

    Zapalamy świecę i rozpoczynamy od uczynienia pięciokrotnego znaku krzyża, jednocześnie całując pięć Ran Pana Jezusa na krzyżu (patrz: “Modlitwy na każdy dzień nowenny” na górze strony).

    Ludzkość nie nawróci się dopóty, dopóki nie nawróci się i nie uświęci każda pojedyncza dusza ludzka, dlatego jesteśmy zobowiązani i musimy wybrać świętość. Jezus zachęca nas do tego, mówiąc: „Bądźcie więc wy doskonali, jak doskonały jest Ojciec wasz niebieski” (Mt 5,48). Nie ma świętości bez pokory. W duszy, która jest na drodze do świętości, pokora zawsze będzie wzrastać. Im bardziej dusza się uniża, tym bardziej rośnie w niej świętość. Z naszej pokornej ufności pokładanej w Boga wypływają wszystkie inne cnoty. Każda chwila życia Maryi była nieustannym „Tak” dla woli Bożej. Maryja jest doskonałym przykładem pokory, która w całkowitym poddaniu się przyjęła wolę Bożą dla swojego życia: kiedy została Matką Zbawiciela, kiedy udała się do Betlejem na spis ludności, kiedy przyjęła proroctwo Symeona, kiedy uciekała do Egiptu, kiedy była świadkiem śmierci Syna na krzyżu, kiedy uczestniczyła w Jego pogrzebie.

    Jezus i Maryja dbali o zachowanie pokory w sercu swojej wysłanniczki Elżbiety Kindelmann, a tym samym chronili jej świętość.

    Maryja: Córeczko, po co się męczysz? Dlaczego chciałaś mówić o Płomieniu mojej miłości w zgrabnych słowach? Miej przed oczami swoje powołanie: cierpienie. Pomyśl o słowach, które powiedział do ciebie mój Boski Syn: „Cierp bez ustanku i składaj ofiary!”. Twoje cierpienie nie pójdzie na darmo, ale nie twoim zadaniem jest decydowanie o tym, kto zrozumie Płomień mojej miłości. Jesteś małym narzędziem i nie powinnaś się dziwić, że brakuje ci daru wymowy. To ja działam. To ja zapalam Płomień mojego Serca w głębi ludzkich serc. To ja odebrałam ci słowa i zmąciłam twój umysł. Nie chciałam, by w twojej duszy rozpleniła się pycha. […] To byłby wielki błąd… Jesteś małym narzędziem w naszych rękach. Dbamy o to, by grzech nie miał do ciebie przystępu. Uważaj na siebie w pokusach, bo Zły wykorzystuje każdą okazję, by zachwiać twoją pokorą. (Dziennik duchowy PM – 17 grudnia1962)

    Jezus: Z każdym uderzeniem serca żałuj za swoje grzechy, również w zastępstwie tych, którzy nie współodczuwają razem ze Mną. Gdyby twoja miłość zaczęła słabnąć, zwróć się do naszej niebieskiej Matki. Ona znów napełni twoje serce głęboką miłością do Mnie. Nie ustawaj w kontemplowaniu moich świętych pięciu Ran, da ci to dużo siły. Polecaj siebie Ojcu Przedwiecznemu i żyj w łączności z Trójca Przenajświętszą. W chwilach pokus chroń się pod płaszczem naszej Matki. Ona obroni cię przed złym duchem, który was wciąż nęka. Ja będę z tobą. Nikt i nic nie może cię ode Mnie oddzielić… (Dziennik duchowy PM ‒ między 4 a 7 marca 1962)

    Chwila na refleksję

    1. Czy pragnę życia, które przynosi świętość? Jak chcę je osiągnąć?
    2. Czy strzegę i zachowuję łaskę uświęcającą, którą otrzymałem na chrzcie świętym?

    Intencja

    Odnawiam moje pragnienie świętości i żyję każdego dnia łaską chrztu świętego; zawsze wybierając dobro i wyrzekając się zła.

    Różaniec

    Odmawiamy jedną część Różańca (5 tajemnic) przypadającą na dany dzień, dodając na końcu:

    Matko Boża, rozlewaj na całą ludzkość działanie łaski Twojego Płomienia Miłości, teraz i w godzinę śmierci naszej. Amen.

    Święty Józefie, Ty w Betlejem szukałeś dla Matki Bożej miejsca na nocleg. Prosimy Cię, pomóż nam znajdować w ludzkich sercach miejsce dla jej Płomienia Miłości! Amen.

    ***

    Dzień 4 – 27 stycznia

    Maryja i Krzyż Święty

    „Maryja podtrzymująca martwego Chrystusa” Hans Memling/fot. z Królowej Różańca Świetego

    ***

    Zapalamy świecę i rozpoczynamy od uczynienia pięciokrotnego znaku krzyża, jednocześnie całując pięć Ran Pana Jezusa na krzyżu (patrz: “Modlitwy na każdy dzień nowenny” na górze strony).

    Dziewica Maryja była u stóp krzyża Jezusa. Ogromnie cierpiała, widząc jak Jej Syn umiera w tak straszliwej agonii. Z miłości do Boga i do nas zawsze przyjmowała swoje cierpienia, ponieważ znała wartość każdego z nich, i dlatego nimi żyła, kochała je i ofiarowywała Bogu jako dar, dla zbawienia dusz. Dzisiaj Maryja również towarzyszy nam w naszych cierpieniach. Swoim przykładem zaprasza nas do przyjęcia ich z głęboką pokorą i miłością, aby Płomień Miłości Jej Niepokalanego Serca z większą siłą oślepił szatana. Wiele dusz zostanie uzdrowionych i stanie się świętymi pod wpływem łagodnego światła i pocieszającego ciepła Płomienia Miłości. W ten sposób, zapraszając nas do przyjęcia naszych cierpień, Maryja zaprasza nas również do udziału w dziele zbawienia.

    Maryja: Widząc twoją długą walkę, powiem ci, dlaczego najpierw dałam Płomień mojej miłości właśnie tobie. Sama powiedziałaś, że jesteś tego niegodna. To prawda. Łaski tej mogłoby dostąpić wiele dusz o większych zasługach. Zasługi zyskałaś jednak dzięki licznym łaskom i cierpieniom, które na ciebie zsyłałam i które wiernie przyjmujesz. (…)

    Zobacz, córko, ty też jesteś matką wielu dzieci. Za ich sprawą znasz biedy i troski życia rodzinnego. Pod ciężarem krzyża często osuwałaś się na ziemię. Z powodu twoich dzieci, często z ich winy, doświadczyłaś wiele bólu. To, że znosiłaś to wszystko, jest twoją zasługą jako matki. (Dziennik duchowy PM – 19 listopada 1962)

    Jezus: Przyjmuj te udręki, choć są tak bolesne! Wiesz, że otrzymasz tyle łask, ilu inni nie dostępują w ciągu całych dziesięcioleci. Bądź za to wdzięczna! Do udzielenia tych łask zobowiązuje Mnie Płomień Miłości mojej Matki. Często podkreślam, że to Ona cię wybrała i zalicza cię do szczególnie uprzywilejowanych przez siebie dusz. (Dziennik duchowy PM – 1 sierpnia1963)

    Chwila na refleksję

    1. Nie ma prawdziwej miłości bez krzyża i ofiary. Czy w obliczu prób działam na wzór Maryi i ofiarowuję Bogu moje cierpienia?
    2. Czy moja miłość do Maryi Dziewicy, do mojej rodziny i do dusz, daje mi łaskę ofiarowania moich cierpień za nich?

    Intencja

    Każdego dnia będę z miłością przyjmował krzyż mojego życia zgodnie z wolą Bożą.

    Różaniec

    Odmawiamy jedną część Różańca (5 tajemnic) przypadającą na dany dzień, dodając na końcu:

    Matko Boża, rozlewaj na całą ludzkość działanie łaski Twojego Płomienia Miłości, teraz i w godzinę śmierci naszej. Amen.

    Święty Józefie, Ty w Betlejem szukałeś dla Matki Bożej miejsca na nocleg. Prosimy Cię, pomóż nam znajdować w ludzkich sercach miejsce dla jej Płomienia Miłości! Amen.

    ***

    Dzień 5 – 28 stycznia

    Maryja, Matka Eucharystii

    fot. ze strony: Boża wola

    ***

    Zapalamy świecę i rozpoczynamy od uczynienia pięciokrotnego znaku krzyża, jednocześnie całując pięć Ran Pana Jezusa na krzyżu (patrz: “Modlitwy na każdy dzień nowenny” na górze strony).

    Mówiąc Bogu swoje „Tak”, Maryja w sposób intymny przyczyniła się do Wcielenia Syna Bożego, gdyż w jej ciele uformowały się Ciało i Krew Zbawiciela, które stały się obecne w Eucharystii. Niepokalane Poczęcie Maryi jest pierwszym przypadkiem przyjęcia przez człowieka Ciała Chrystusa. Można też powiedzieć, że wizyta Maryi u jej kuzynki Elżbiety była pierwszą procesją z Ciałem Chrystusa. W drodze do domu Elżbiety i powrotu do Nazaretu, Maryja wraz ze Świętym Bogiem przechodziła przez wioski i pola, które zostały pobłogosławione i uświęcone przez Zbawiciela. Z jaką czułością, pobożnością i rozkoszą Maryja nosiła w swym łonie Syna Bożego! To wzniosłe macierzyństwo Maryi pozwala nam na intymny kontakt z Jezusem, gdy przyjmujemy Go w Komunii Świętej. Razem z Maryją wpatrujmy się w oblicze Jezusa w Eucharystii i razem z Nią kontemplujmy Jego świętą Obecność i święte pragnienie zjednoczenia się z każdym z nas.

    Jezus: Córko, zrozum Mnie dobrze! Odtąd będę z tobą w Komunii Świętej. Nadal będę czekał na twoje przyjście z bijącym sercem. Bądź wierna, nie szukaj swojej woli. Nie kieruj się własnymi uczuciami, wyrzekaj się siebie i kochaj tylko Mnie! Niech cię wypełnia duch miłości! Kochaj Mnie, tak jak się kocha dziecko owinięte w białe pieluszki. Szukaj Mnie, tak jak moja Najświętsza Matka szukała Mnie w tłumie ze ściśniętym sercem, a gdy Mnie znajdziesz, uciesz się tym! Jeżeli uznasz, że potrzeba ci ojcowskiego wsparcia, wznieś oczy ku mojemu Ojcu Przedwiecznemu i z Duchem Świętym zanurz się w naszej miłości. (Dziennik duchowy PM – 20 kwietnia 1962)

    Chwila na refleksję

    1. Jakie miejsce zajmuje w moim życiu Msza Święta?
    2. Czy rozpoznaję przemianę, jaka dokonuje się w moim sercu dzięki Komunii Świętej?
    3. Czy przyjmując Eucharystię, jednoczę się z Jezusem dla oddania chwały Ojcu Niebieskiemu?

    Intencja

    Będę jak najczęściej godnie przyjmował Jezusa w Komunii św., a jeśli nie mogę uczestniczyć we Mszy św., to każdego dnia przyjmę Go duchowo.

    Różaniec

    Odmawiamy jedną część Różańca (5 tajemnic) przypadającą na dany dzień, dodając na końcu:

    Matko Boża, rozlewaj na całą ludzkość działanie łaski Twojego Płomienia Miłości, teraz i w godzinę śmierci naszej. Amen.

    Święty Józefie, Ty w Betlejem szukałeś dla Matki Bożej miejsca na nocleg. Prosimy Cię, pomóż nam znajdować w ludzkich sercach miejsce dla jej Płomienia Miłości! Amen.

    ***

    Dzień 6 – 29 stycznia

    Płomień Miłości Zjednoczonych Serc

    Jezusa i Maryi

    Święte Serce
    Witraż przedstawiający Najświętsze Serce Jezusa i Niepokalane Serce Maryi (zdjęcie OSV News / Sam Lucero)

    ***

    Zapalamy świecę i rozpoczynamy od uczynienia pięciokrotnego znaku krzyża, jednocześnie całując pięć Ran Pana Jezusa na krzyżu (patrz: “Modlitwy na każdy dzień nowenny” na górze strony).

    Miłość, która łączy Święte Serca jest nieskończona. Ojciec Przedwieczny roztacza nad ludzkością Ducha Miłości Jezusa i Maryi. Jeśli kochamy Maryję, to kochamy Jezusa. Serce matki jest zawsze zjednoczone poprzez czas i przestrzeń ze swoimi dziećmi. Prośmy Boga, aby pomógł nam kochać Zjednoczone Serca Jezusa i Maryi całą mocą naszej duszy.

    Jezus: Kochaj Mnie jeszcze bardziej, jeszcze wierniej, niech nie sprawia ci to trudu nawet wtedy, gdy się tylko skarżę. Córko, zanoszę tyle skarg, bo bardzo niewielu Mnie słucha. Na próżno skarżę się duszom Mi poświęconym. Nie zanurzają się one w skupieniu w swoją głębię, by tam wsłuchać się w moje słowa. A przecież w związku z przyjściem mojego królestwa chciałbym z nimi porozmawiać o tak wielu sprawach! (Dziennik duchowy PM – 2 lipca 1962)

    Elżbieta: Ukochany Zbawiciel poprosił mnie, bym razem z Nim wypowiadała Jego odwieczne pragnienia:

    Niech nasze stopy kroczą razem,

    niech nasze ręce zbierają razem,

    niech nasze serca biją razem,

    niech nasze dusze odczuwają razem.

    Niech nasze myśli się jednoczą!

    Niech nasze uszy razem wsłuchują się w ciszę.

    Niech nasze oczy wpatrują się w siebie,

    a nasze spojrzenia stapiają się w jedno.

    Niech nasze wargi razem proszą

    Ojca Przedwiecznego o zmiłowanie!

    Ta modlitwa stała się moją najbardziej osobistą modlitwą. Pan tyle razy ją ze mną rozważał! Nauczył mnie jej, bym ją przekazywała innym, aby złączyli się z Jego odwiecznymi myślami i pragnieniami.

    Kiedy Zbawiciel mnie o to poprosił, dodał jeszcze:

    – Ta modlitwa jest bronią w waszych rękach, bo gdy ktoś współdziała ze Mną, szatan zostaje oślepiony, a dzięki temu dusze są uwalniane od grzechu. (Dziennik duchowy PM – maj 1962)

    Chwila na refleksję

    1. Czy modlę się do Zjednoczonych Serc Jezusa i Maryi za dusze konsekrowane?
    2. Czy często pocieszam Zjednoczone Serca Jezusa i Maryi moimi aktami miłości i miłosierdzia?
    3. Płomień Miłości Zjednoczonych Serc Jezusa i Maryi nadaje nowy sens naszemu życiu. Czy rozsiewam radość, entuzjazm i miłość, aby rozpalić serca ludzi wokół mnie?

    Intencja

    Pójdę w najbliższym miesiącu na Mszę św. ku czci Najświętszego Serca Pana Jezusa i Niepokalanego Serca Maryi w pierwszy piątek i w pierwszą sobotę miesiąca.

    Różaniec

    Odmawiamy jedną część Różańca (5 tajemnic) przypadającą na dany dzień, dodając na końcu:

    Matko Boża, rozlewaj na całą ludzkość działanie łaski Twojego Płomienia Miłości, teraz i w godzinę śmierci naszej. Amen.

    Święty Józefie, Ty w Betlejem szukałeś dla Matki Bożej miejsca na nocleg. Prosimy Cię, pomóż nam znajdować w ludzkich sercach miejsce dla jej Płomienia Miłości! Amen.

    ***

    Dzień 7 30 stycznia

    Maryja, Arką ocalenia dla naszych czasów

    fot. radio Niepokalanów

    ***

    Zapalamy świecę i rozpoczynamy od uczynienia pięciokrotnego znaku krzyża, jednocześnie całując pięć Ran Pana Jezusa na krzyżu (patrz: “Modlitwy na każdy dzień nowenny” na górze strony).

    Wszyscy żyjemy w czasach, w których potrzebujemy pocieszenia i pomocy z nieba. Naszym schronieniem jest Serce Maryi. Z Niepokalanego Serca Maryi wypływa Płomień Miłości. Jezus wyjaśnia, że Płomień Miłości jest Arką zbawienia dla naszych czasów. W tej sprawie mówił do Elżbiety:

    Jezus: Przecież Płomień Miłości mojej Matki jest jak arka Noego! (Dziennik duchowy PM ‒ marzec 1981)

    Dusza, która całkowicie schroni się w Płomieniu Miłości Maryi, może się w życiu duchowym spodziewać wielu przywilejów. Łaski związane z Płomieniem Miłości: spowodują lub przyspieszą jej nawrócenie; zapewnią duszy pokój, ponieważ światło Płomienia Miłości oślepia szatana, dusza otulona tym Płomieniem jakby dla niego nie istniała; przyspieszają postęp duszy w życiu duchowym, bo dusza nie nękana już przez szatana, zyskuje więcej czasu i sił, by całkowicie zwrócić się ku Bogu oraz jednoczą duszę z Bogiem, bowiem miłość nie zatrzymuje się w pół drogi i domaga się coraz większego zjednoczenia, nie zaznaje spoczynku dopóty, dopóki nie osiągnie celu. Kiedy zaś dusza dostąpi jedności z Bogiem, umiera wprost ze szczęścia. Arka Niepokalanego Serca Maryi zapowiada misję Maryi Dziewicy w szerzeniu Płomienia Miłości. Jezus zaprasza nas do wejścia do Arki i życia orędziami Jego i naszej Matki. Ponieważ Płomień Miłości ratuje nas w tych trudnych i ciemnych czasach, zjednoczmy się z Płomieniem Miłości i ofiarujmy Maryi nasze wysiłki, aby rozprzestrzenić go jak pożar wokół nas i na całym świecie.

    Maryja: Jestem przecież waszą kochającą Matką, która was nie opuści. Jednoczcie się ze wszystkich sił i przygotowujcie dusze, by dały schronienie temu Płomieniowi. Odpowiednim miejscem dla niego będą serca tych, którzy pielgrzymują do sanktuariów. Ja, Matka łaski, nieustannie błagam mojego Boskiego Syna, aby wasze drobne wysiłki zjednoczył ze swoimi zasługami.

    Nie bójcie się Płomienia, który zapłonie niepostrzeżenie. Jego łagodny blask nie wzbudzi lęku, bo w sercach będą się dokonywać cuda. (Dziennik duchowy PM – 4 maja 1962)

    Chwila na refleksję

    1. Czy jestem świadomy, że moralnemu zepsuciu należy przeciwstawić uświęcenie?
    2. Czy mam czas na pielgrzymkę do sanktuariów maryjnych? Czy uczestniczę w rekolekcjach?
    3. Czy zdaję sobie sprawę, że Płomień Miłości Niepokalanego Serca Maryi jest arką ocalenia dla naszych czasów?

    Intencja

    Przyjmuję dziś Płomień Miłości jako ostateczny ratunek przed niebezpieczeństwem, także dla innych dusz.

    Różaniec

    Odmawiamy jedną część Różańca (5 tajemnic) przypadającą na dany dzień, dodając na końcu:

    Matko Boża, rozlewaj na całą ludzkość działanie łaski Twojego Płomienia Miłości, teraz i w godzinę śmierci naszej. Amen.

    Święty Józefie, Ty w Betlejem szukałeś dla Matki Bożej miejsca na nocleg. Prosimy Cię, pomóż nam znajdować w ludzkich sercach miejsce dla jej Płomienia Miłości! Amen.

    ***

    Dzień 8 – 31 stycznia

    Rozprzestrzenianie Płomienia Miłości Niepokalanego Serca Maryi

    Płomień Miłości Niepokalanego Serca Maryi
    źródło obrazu: Flame of Love of the Immaculate Heart of Virgin Mary | Facebook
    Obraz Maryi z objawień namalował austriacki artysta Erwin Schöppl

    ***

    Zapalamy świecę i rozpoczynamy od uczynienia pięciokrotnego znaku krzyża, jednocześnie całując pięć Ran Pana Jezusa na krzyżu (patrz: “Modlitwy na każdy dzień nowenny” na górze strony).

    Płomień Miłości jest łaską, którą Matka Boża otrzymała od Ojca Niebieskiego przez zasługi Świętych Ran Jezusa. Jej działanie polega na oślepianiu szatana, uniemożliwiając mu doprowadzanie dusz do grzechu. Dziewica Maryja prosi nas o pomoc w rozprzestrzenianiu Jej Płomienia Miłości na całym świecie. Oczekuje pilnej i wspaniałomyślnej odpowiedzi od każdego ze swoich dzieci.

    Maryja: Jak myślicie, kto będzie odpowiadał za stawiane mi przeszkody? Gdyby tacy znaleźli się między wami, ze wszystkich sił brońcie przed nimi Płomienia mojej miłości! Starajcie się o oślepienie szatana, bo inaczej kiedyś zostaniecie pociągnięci do odpowiedzialności z powodu wielu, wielu zgubionych dusz. Nie chcę, by choć jedna dusza została potępiona. Szatan oślepnie na tyle, na ile zaangażujecie się w to dzieło. (Dziennik duchowy PM – 27 listopada 1963)

    Bliski jest czas, gdy zapłonie Płomień mojej miłości, a kiedy to nastąpi, szatan zostanie oślepiony. Dam wam to odczuć, by pomnożyć w was ufność. Wleje to w wasze serca wielką siłę. Poczuje ją każdy człowiek, do którego dotrze Płomień. Zapłonie on nie tylko w poświęconych mi krajach, ale i na całej ziemi, rozszerzając się na cały świat, nawet na najbardziej niedostępne zakątki, bo i dla diabła nie ma niedostępnych miejsc! Niech napełnia to was siłą i ufnością! Będę wspierać wasz trud nieznanymi dotąd cudami. (Dziennik duchowy PM – 1 sierpnia 1962)

    Chwila na refleksję

    1. Czy daję z siebie wszystko, współpracując z ruchem Płomienia Miłości, aby wypełnić misję, jaką powierzyła nam Matka Boża?
    2. Co robię, aby uczynić znanym Płomień Miłości Niepokalanego Serca Maryi i ofiarowywać pocieszenie moim braciom i siostrom w potrzebie?

    Intencja

    Poprzez moje zjednoczenie z Jezusem Płomieniem Miłości, sam staję się „Płomieniem Miłości”, aby mój przykład rozsławiał ruch Płomienia Miłości i zachęcał jak najwięcej osób do przyłączenia się do tego maryjnego dzieła.

    Różaniec

    Odmawiamy jedną część Różańca (5 tajemnic) przypadającą na dany dzień, dodając na końcu:

    Matko Boża, rozlewaj na całą ludzkość działanie łaski Twojego Płomienia Miłości, teraz i w godzinę śmierci naszej. Amen.

    Święty Józefie, Ty w Betlejem szukałeś dla Matki Bożej miejsca na nocleg. Prosimy Cię, pomóż nam znajdować w ludzkich sercach miejsce dla jej Płomienia Miłości! Amen.

    ***

    Dzień 9 – 1 luty

    Nasz dom – sanktuarium Płomienia Miłości

     fot. Karol Porwich/Tygodnik Niedziela

    ***

    Zapalamy świecę i rozpoczynamy od uczynienia pięciokrotnego znaku krzyża, jednocześnie całując pięć Ran Pana Jezusa na krzyżu (patrz: “Modlitwy na każdy dzień nowenny” na górze strony).

    Dzisiaj diabeł koncentruje wszystkie swoje wysiłki szczególnie na tym, aby zniszczyć rodziny. Musimy rozpoznać strategie, jakimi posługuje się szatan, aby zniszczyć świętość małżeństwa i rodziny. Są to: negacja Boga i brak wiary, brak modlitwy, rutyna w rodzinie, brak dialogu, pycha, zazdrość, niewierność, pornografia, złość, raniące słowa, brak przebaczenia – krótko mówiąc, to wszystko, co rozbija lub pomniejsza miłość. Musimy być czujni, aby temu zapobiec. Musimy uwolnić broń Płomienia Miłości i moc modlitwy rodzinnej. „Bo gdzie są dwaj albo trzej zebrani w imię Moje, tam jestem pośród nich” (Mt 18, 20).

    Maryja: Moja mała karmelitanko! Za twoim pośrednictwem chcę wyrazić bezgraniczną miłość mojego matczynego Serca oraz wypływający z niej ból, który odczuwam z powodu grożącego całemu światu niebezpieczeństwa rozpadu rodzin. Moje matczyne błaganie kieruję zwłaszcza do was i w jedności z wami pragnę ratować ziemię. Córko, tobie w szczególny sposób pozwalam dostrzec, z jaką mocą działam, by oślepić szatana. (Dziennik duchowy PM ‒ 17 stycznia 1964)

    Jezus: Wiesz, że tam [w domu w Nazarecie] przygotowywałem się do wielkiej ofiary i licznych cierpień, które dla was wziąłem na siebie. I ty musiałaś się ukształtować w rodzinnym gnieździe, a ponieważ byłaś sierotą, dom zyskany dzięki założeniu rodziny stał się dla ciebie miejscem, gdzie przygotowałaś się do swojego powołania, które może dojrzeć wyłącznie w sanktuarium rodziny. Znam cię i znam twoje talenty, dlatego Bóg w swojej Opatrzności zaplanował wszystko tak, aby uzdolnić cię do ogłoszenia światu mojego orędzia. Z rodzinnej świątyni musicie wyjść w świat, rzucić się w ciężki bój życia. Pociągające ciepło tej świątyni ogrzewa dusze powracające z błędnych dróg. Tutaj odnajdują z powrotem siebie i na nowo zwracają się ku Bogu. Wy, matki, musicie zachować dla dzieci wyrozumiałe ciepło serca również po ich odejściu. To wielka odpowiedzialność, która na was spoczywa. Nie myślcie tylko, że dorosłe dziecko nie potrzebuje już rodziców! Moja Matka chodziła za Mną z miłością, a Jej ofiara i modlitwa wszędzie Mi towarzyszyły. I wy powinnyście tak postępować, a Ja błogosławię waszym wysiłkom.

    Moja Matka zobowiązała Mnie do tego, wybłagawszy mocą swojego orędownictwa strumień wielkich łask dla rodzin, który teraz zamierza wylać na ziemie. Jak sama powiedziała, takie wylanie łask nigdy jeszcze nie nastąpiło, odkąd Słowo stało się ciałem! (Dziennik duchowy PM ‒ 17 stycznia 1964)

    Chwila na refleksję

    1. Czy modlę się za podzielone rodziny przez Płomień Miłości Niepokalanego Serca Maryi?
    2. Czy dokonałem poświęcenia mojej własnej rodziny zjednoczonym Sercom Jezusa, Maryi i Józefa?
    3. Czy modlę się wspólnie w modlitwie małżeńskiej i rodzinnej?

    Intencja

    Zwracam się do Płomienia Miłości, aby błagać o miłosierdzie i przebaczenie dla mojej rodziny, aby wyprosić uzdrowienie podzielonych rodzin i uwolnić ich członków od zniewolenia przez szatana.

    Różaniec

    Odmawiamy jedną część Różańca (5 tajemnic) przypadającą na dany dzień, dodając na końcu:

    Matko Boża, rozlewaj na całą ludzkość działanie łaski Twojego Płomienia Miłości, teraz i w godzinę śmierci naszej. Amen.

    Święty Józefie, Ty w Betlejem szukałeś dla Matki Bożej miejsca na nocleg. Prosimy Cię, pomóż nam znajdować w ludzkich sercach miejsce dla jej Płomienia Miłości! Amen.

    ***

    Fragmenty dziennika duchowego Elżbiety Kindelmann zaczerpnięte z książki:„Płomień Miłości Niepokalanego Serca Maryi”, Elżbieta Kindelmann, wyd. Esprit., Nihil obstat: Kuria Metropolitalna w Krakowie, 21 czerwca 2022 r., bp Damian Muskus, wik. gen., o. prof. dr hab. Tomasz Dąbek OSB, cenzor.

    This image has an empty alt attribute; its file name is plomien-nsm.jpg

    ______________________________________________________________________________________________________________

    fot. Hopefootage /Carhopic/Stacja7.pl

    ***

    7 sakramentów świętych

    Właściwie od okresu niemowlęcego, przyjmujemy sakramenty. Na początku chrzest święty, potem Komunia, bierzmowanie… Sakramentów jest jednak więcej. Jakie są i dlaczego akurat takie? Sprawdźmy!

    7 sakramentów świętych – jedna z podstawowych definicji małego katechizmu. Niektóre sakramenty przyjmuje się wyłącznie raz w życiu, inne wiele razy. Kościół przyjmuje, że sakramenty ustanowił sam Chrystus. Katechizm Kościoła Katolickiego (1131) mówi o nich w następujący sposób:

    Sakramenty są skutecznymi znakami łaski, ustanowionymi przez Chrystusa i powierzonymi Kościołowi. Przez te znaki jest nam udzielane życie Boże. Obrzędy widzialne, w których celebruje się sakramenty, oznaczają i urzeczywistniają łaski właściwe każdemu sakramentowi. Przynoszą one owoc w tych, którzy je przyjmują z odpowiednią dyspozycją.

    Sakramenty i ich znaczenie

    Nie bez powodu 7 sakramentów świętych nazywa się czasem siedmioma mocami Kościoła. To prawdziwe dodanie mocy, radości, siły chrześcijanom, którzy je otrzymują. Każdy sakrament ma inną rolę.

    Chrzest święty

    Chrzest święty jest pierwszym sakramentem, który przyjmuje każdy wyznawca Chrystusa. Najczęściej przyjmuje się go na rękach rodziców w wieku niemowlęcym. Jednak zdarza się, że chrzest przyjmuje się w dorosłym wieku. Wówczas najczęściej dzieje się to w Wigilię Paschalną, a takie osoby nazywa się katechumenami. Ten sakrament obmywa z grzechu pierworodnego i jest nazywany sakramentem inicjacji chrześcijańskiej.

    Bierzmowanie

    Ten sakrament najczęściej otrzymują młodzi, wchodzący w dorosłość. W jego trakcie przyjmują Dary Ducha Świętego. Nazywa się go także sakramentem dojrzałości chrześcijańskiej. Ci, którzy go przyjmują decydują się na świadome życie zgodnie z zasadami wiary.

    Eucharystia

    Eucharystia jest takim sakramentem, do którego przystępuje się bardzo uroczyście pierwszy raz w trakcie Pierwszej Komunii Świętej. Potem można go, a nawet powinno się przyjmować całe życie. Eucharystia jest spożywaniem Ciała i Krwi Chrystusa pod postaciami chleba i wina. Podczas normalnej Mszy świętej najczęściej wierni spożywają wyłącznie Ciało Chrystusa pod postacią opłatka eucharystycznego. Jest to pamiątka Męki Chrystusa. Ten sakrament ustanowił Jezus podczas Ostatniej Wieczerzy, kiedy mówił: „bierzcie i jedzcie z tego wszyscy, to jest bowiem ciało moje, które za was będzie wydane”.

    Pokuta i pojednanie

    Spowiedź jest sakramentem, podczas którego wierni mają przyjrzeć się swojemu sumieniu i przyznać się do popełnianych błędów. Polega ona na wyznaniu w konfesjonale swoich złych czynów, zachowań, postaw. Ksiądz następnie w imię Chrystusa odpuszcza grzechy.

    Namaszczenie chorych

    Namaszczenie chorych nazywa się często ostatnim namaszczeniem. Nie oznacza to jednak, że sakrament ten można przyjąć wyłącznie raz w życiu i to przed śmiercią. Przyjmują go jednak głównie osoby chore i cierpiące.

    Kapłaństwo

    Kapłaństwo jest jednym wśród 7 sakramentów świętych, gdzie przyjmują go nieliczni. Tylko ci, którzy zostali wezwani przez Chrystusa do pełnienia wyjątkowej służby i poświęcenia w Jego imię całego swojego życia. Po sakramencie kapłaństwa, ksiądz następnie najczęściej pełni posługę w parafii, do której zostaje skierowany.

    Małżeństwo

    Małżeństwo to taki sakrament, który już na zawsze łączy dwa ciała w jedno. Dwoje kochających ludzi – kobieta i mężczyzna stają się jedną rodziną. Dzieje się tak, gdy przed Bogiem, w obecności kapłana i świadków, ślubują sobie wzajemnie miłość, wierność i uczciwość małżeńską.

    ***

    7 sakramentów świętych to prawdziwy dar dla nas, chrześcijan. Powinniśmy zatem z nich korzystać i dziękować Bogu za to, że nam je ofiarował, jako pomoc w codziennym wyznawaniu wiary.

    Stacja7.pl

    ______________________________________________________________________________________________________________

    fot. Zander Bederi/unsplash.com

    ***

    Dlaczego Matka Boża jest Gromniczna?

    Nazwa pochodzi od gromów, przed którymi strzec miały stawiane podczas burzy w oknach zapalone świece. Niektórzy widzieli tu też znaczenie symboliczne – Maryja czczona jest jako łamiąca strzały gniewu Bożego, który symbolizują również gromy…

    Maryja jest Niepokalana – dlaczego obchodzimy święto jej oczyszczenia?

    Święto Ofiarowania Pańskiego jest jednym z najstarszych świąt chrześcijańskich. Znane było już w IV wieku w Jerozolimie, natomiast w liturgii rzymskiej zadomowiło się w wieku VII. Przed 1969 rokiem na Zachodzie znane było jako Święto Oczyszczenia Najświętszej Maryi Panny. Po soborze zmieniono nazwę, żeby ukazać chrystocentryczne znaczenie uroczystości. W Polsce od gromnic święconych tego dnia przyjęła się nazwa „Matki Bożej Gromnicznej”.

    Z czego oczyszczono Maryję?

    Ewangelista Łukasz tak opisuje scenę ofiarowania Pana Jezusa w świątyni:

    „Gdy zaś nadszedł dzień poddania ich oczyszczeniu zgodnie z Prawem Mojżeszowym, zanieśli Go do Jerozolimy, aby był ofiarowany Panu, według tego, co jest napisane w Prawie Pańskim: Każde pierworodne dziecko płci męskiej będzie poświęcone Panu. Mieli również złożyć ofiarę zgodnie z tym, co jest powiedziane w Prawie Pańskim: parę synogarlic lub dwa gołąbki” (Łk 2, 22-23).

    Gdy kobieta urodziła syna, przez czterdzieści dni była uważana za rytualnie nieczystą (Kpł 12, 1-8). Dopiero po upłynięciu tego czasu mogła wejść do świątyni. Ofiarowanie („wykupienie” za złożoną ofiarę) pierworodnego, nawiązywało do wyzwolenia Żydów z egipskiej niewoli i ocalenia ich przed ostatnią plagą (Wj 12, 29-30).

    Dlaczego Matka Boska jest Gromniczna?
    PREZENTACJA W ŚWIĄTYNI. MENOLOG BAZYLEGO II, KONIEC X WIEKU

    ***

    W fakcie, iż Niepokalana Maryja poddała się mojżeszowemu Prawu, pobożność ludowa dostrzegała przede wszystkim jej pokorę. Wyraźnie widać to w tej tradycyjnej pieśni:

    Czystsza nad słońce oczyszczenia czeka,
    Idąc w poczet z grzesznemi;
    Lubo jest Matką Boga i Człowieka,
    Panią nieba, ziemi:
    Z Mojżeszowego wyjęta prawa,
    Przecież na wywód w kościele stawa,
    Wraz z niewiastami innemi.

    Będąc bez grzechu idzie na ofiarę,
    Z pokorą do wywodu;
    Kładzie na ołtarz synogarlic parę,
    Na okup Swego Płodu:
    Niesie na ręku Matka jedyna
    Swego i oraz Boskiego Syna,
    Zbawcę ludzkiego narodu.

    Zwycięża pychę Maryi pokora,
    Wyniosłość bierze w pęta;
    Gdy oczyszczenie ta przyjmuje, która
    Bez zmazy jest poczęta:
    Dała nam przykład Królowa nieba,
    Jak się w pokorze ćwiczyć potrzeba;
    Więc zgiń hardości przeklęta.

    Szczęśliwy Symeon i miecz boleści

    Symeon pod natchnieniem Ducha wypowiada wobec Maryi słowa, które przygotują ją na specjalny udział w odkupieńczej misji Syna: „Oto Ten przeznaczony jest na powstanie i na upadek wielu w Izraelu, i na znak, któremu sprzeciwiać się będą. A Twoją duszę miecz przeniknie, aby na jaw wyszły zamysły serc wielu” (Łk 2, 34-35).

    Scena ta mocno wpłynęła na mariologię i pobożność maryjną. Tu mają źródło nabożeństwa do Matki Boskiej Bolesnej, przebitego serca Niepokalanej, czy pogląd o Współodkupicielce rodzaju ludzkiego. Hymn uwielbienia, który wcześniej wyśpiewał świątynny starzec, biorąc w ramiona Zbawcę świata, jest codziennie odmawiany lub śpiewany przez modlących się kompletą.

    Wznosi Boga na swym ręku Symeon stary,
    I głosi światłem narodów prawdziwej wiary,
    Kapłan pożądany i na to posłany,
    Aby poznał Boga w ciele, Pana nad Pany.

    Anna święta, staruszeńka, ona prorokini,
    Uwija się prędziuteńko jako gospodyni,
    Nikomu nie łaje, przystępną się staje,
    Wszystkim gościom tam będącym chęci dodaje.

    [tradycyjna kolęda śpiewana 2 lutego]

    Miecz boleści, i teraz Maryją przenika,
    Według mowy onego starca Symeona,
    Gdy posłyszy że piekło pożera grzesznika,
    Za którego na krzyżu Jezus Syn jéj kona.

    (z pieśni: O Ofiarowaniu Chrystusowém)

    Dlaczego Matka Boska jest Gromniczna?
    Bellini 1474

    ***

    Symbolika światła

    Od początku celebracjom tego święta towarzyszyły procesje ze świecami. Procesja ze światłem nawiązuje do podróży Maryi i Józefa do świątyni oraz hymnu Symeona („Światło na oświecenie pogan”). Światło oczywiście oznacza Chrystusa (J 8, 12).

    Symbolikę wyjaśnia św. biskup Sofroniusz (VI/VII w.), którego piękne kazanie jest w Godzinie Czytań z tego dnia:

    „Idźmy wszyscy na spotkanie Chrystusa. Z ochoczym sercem podążajmy wielbiąc Jego tajemnice. Niechaj nikogo nie zabraknie na tym spotkaniu, niech każdy niesie zapaloną świecę.

    Blask gorejących świec oznacza najpierw Bożą chwałę Tego, który przychodzi, przez którego wszystko jaśnieje od czasu, kiedy blask światła wiecznego rozproszył złe ciemności. Oznacza także i nade wszystko, że trzeba nam z jasną duszą wyjść na spotkanie Chrystusa. Jak bowiem Bogurodzica, Dziewica niepokalana, niosła w swoich ramionach Światło prawdziwe idąc na spotkanie tych, którzy pozostawali w mroku śmierci, tak też i my oświeceni jego promieniami i trzymając w ręku widoczny dla wszystkich płomień, pośpieszajmy naprzeciw Tego, który jest prawdziwym Światłem .”

    Dlaczego Matka Boska jest Gromniczna?
    WIKIPEDIA.ORG/DOMENA PUBLICZNA

    ***

    Skąd gromnice? Walcząca z piorunami…

    Święto Matki Boskiej Gromnicznej w Polsce zawsze obchodzono bardzo uroczyście. Świece, które były święcone przed Mszą, i z którymi szło się w procesji, nazywano gromnicami. Nazwa pochodzi od gromów, przed którymi strzec miały stawiane podczas burzy w oknach zapalone świece.

    Niektórzy widzieli tu też znaczenie symboliczne – Maryja czczona jest jako łamiąca strzały gniewu Bożego, który symbolizują również gromy…

    Gromnice te, jak wskazuje stara modlitwa na ich poświęcenie, miały być wykonane z pszczelego wosku. W różnych regionach były one różnie przystrajane. Podczas Mszy trzymano je zapalone, często starano się je z tym poświęconym ogniem donieść do domu. Tam gospodarz błogosławił nimi dobytek, a dymem robił krzyżyk nad drzwiami i oknami, modląc się o ochronę przed wszelkimi niebezpieczeństwami.

    Gromnicę zapala się również przy konającym, by miał przed oczami światłość wiekuistą oraz wzywał Maryję, patronkę dobrej śmierci.

    Niżeli oczy zgasną proszę weź gromnicę,
    Post, jałmużny i spowiedź, poprzedzaj skonanie;
    A ujźrzysz z Symeonem mnie Bogarodzicę,
    Rzeczesz: dziś mnie wypuszczasz sługę Twego Panie.

    (z pieśni: O Ofiarowaniu Chrystusowém)

    Dawid Gospodarek/Stacja7.pl

    ______________________________________________________________________________________________________________

    fot. Unsplash

    ***

    Gromnica – świeca, która niesie światło Chrystusa

    Gromnica to świeca, którą każdy chrześcijanin powinien mieć w swoim domu. Zapala się ją przy przyjmowaniu sakramentów świętych, w trudnych chwilach, w czasie nawałnic, czy w godzinie śmierci. Jest ona symbolem światłości Chrystusa, która rozjaśnia mroki grzechu każdego człowieka.

    Gromnica to świeca, która towarzyszy chrześcijaninowi w najważniejszych wydarzeniach w życiu takich jak: chrzest święty, pierwsza Komunia Święta, bierzmowanie, ślub, czy w godzinie śmierci. Zapalana jest w trakcie najważniejszych świąt – między innymi w Wielką Sobotę podczas Liturgii Światła. 

    Wykonana jest z pszczelego wosku i niegdyś była przechowywana w każdym domu. Kiedy przychodziły gwałtowne burze, nawałnice, czy groziły wszelkiego rodzaju klęski żywiołowe – wyciągano je, palono i modlono się przy blasku świecy. Jest ona znakiem obecności Chrystusa – czyli Światłości świata.

    Gromnica a Ofiarowanie Pańskie 

    Święto Ofiarowania Pańskiego przypada na 2 lutego. Wiąże się ona ściśle z zakończeniem tradycyjnego okresu Bożego Narodzenia, od którego tego dnia mija 40 dni. W liturgii nie słyszymy już kolęd, a z naszych domów znikają wszelkie, świąteczne ozdoby. Podczas uroczystości, w Kościele świecimy świecę. Obrzęd ma przypominać chrześcijanom, że Chrystus jest Światłością świata, która rozjaśnia wszystkie mroki grzesznego życia każdego z nas. 

    Światło, które daje Chrystus możemy otrzymać między innymi w sakramentach. Wtedy wychodzimy z mroku i zaczynamy dostrzegać światło, które przyćmił grzech. Dzięki temu na nowo jesteśmy w stanie spojrzeć na rzeczywistość w świetle Ewangelii. Święto Ofiarowania Pańskiego w Polsce ma charakter Maryjny i przyjmuje się, że jest to Święto Matki Bożej Gromnicznej. 

    Kiedy zapalamy gromnicę? 

    Gromnicę zapala się zawsze podczas święta Ofiarowania Pańskiego, kiedy to następuje obrzęd jej poświęcenia. Mamy ją także w Kościele podczas liturgii światła, która odbywa się w Wielką Sobotę. Ponadto świeca zapalana jest między innymi podczas przyjmowania sakramentów tj. chrzest święty, pierwsza Komunia Święta, itd. Mówi się, że świeca, którą człowiek dostaje przy chrzcie świętym, powinna towarzyszyć mu przez całe życie. 

    Natomiast gromnicę zapala się także w domowych warunkach. Są to najczęściej sytuacje, kiedy powstaje zagrożenie związane z kataklizmami, panowaniem żywiołów. Symbol światła ma być dowodem obecności Boga w trudnych chwilach. Świecę można także zapalić, kiedy w życiu człowieka są sytuacje bez wyjścia, gdy wszystkie sprawy się komplikują – prosząc, by światło Chrystusa wskazało drogę wyjścia, oczyszczenia. Gromnicę zapala się także w obecności umierającej osoby, aby światłość Chrystusa zaprowadziła ją do zbawienia. 

    Świecę święci się co rok, ponieważ wynika to z tradycji. Dziś gromnicę pali się bardzo rzadko, zapominamy o tym, by modlić się przy jej towarzystwie w trudnych chwilach. Niegdyś bardzo często palono gromnicę, w czasie nawałnic, burz – stąd gromnica szybko się wypalała i pojawiła się potrzeba, by obrzęd poświęcenia świec odbywał się co roku. 

    Modlitwa przy gromnicy 

    Spraw, Gromniczna Pani,
    abyśmy naśladując Twoją pokorę,
    zawsze stawiali Chrystusa – Światłość
    w centrum naszego życia i wszelkich naszych poczynań.
    Nie pozwól, abyśmy zaplątani w wilcze zamysły szatana i jego sług, bezradnie błądzili w ciemnościach grzechu,
    beznadziei i niewiary.
    Gdy ogarnie nas mrok zwątpienia, przybądź nam na pomoc z zapaloną gromnicą i spraw, aby jej światłość rozproszyła wszelkie „wilcze watahy”, które czyhają na nas na każdym etapie naszego życia. A gdy zbliżymy się do jego kresu,, okaż w ciemności światło Chrystusa, Matko Gromniczna, Matko Jezusa’’ 

    Aleteia.pl, KAI, krolowa.pl/Stacja7.pl

    ______________________________________________________________________________________________________________

    fot. Sor Gaby FMA/cathopic.com

    ***

    Akt oddania Matce Bożej

    Matko Boża, ochotnym sercem oddaję się Tobie w niewolę miłości…

    Matko Boża, Niepokalana Maryjo!

    Tobie poświęcam ciało i duszę moją, wszystkie modlitwy i prace, radości i cierpienia, wszystko czym jestem i co posiadam. Ochotnym sercem oddaję się Tobie w niewolę miłości.

    Pozostawiam Ci zupełną swobodę posługiwania się mną dla zbawienia ludzi i ku pomocy Kościołowi świętemu, którego jesteś Matką.

    Chcę odtąd wszystko czynić z Tobą, przez Ciebie i dla Ciebie. Wiem, że własnymi siłami niczego nie dokonam. Ty zaś wszystko możesz, co jest wolą Twojego Syna i zawsze zwyciężasz.

    Spraw więc, Wspomożycielko wiernych, by moja rodzina, parafia i cała Ojczyzna były rzeczywistym Królestwem Twego Syna i Twoim. Amen.

    błogosławiony kardynał Stefan Wyszyński, Prymas Polski/Stacja7.pl


    Św. Jan Paweł II: Nie podcina się korzeni, z których się wyrosło!

    Św. Jan Paweł II:

    Nie podcina się korzeni, z których się wyrosło!

    – Byliśmy i jesteśmy w Europie, nie musimy do niej wchodzić ponieważ ją tworzyliśmy i tworzyliśmy ją z większym trudem aniżeli ci którym się to przypisuje… albo ci którzy sobie sami  przypisują patent na europejskość, wyłączność… A co ma być tym kryterium? – Wolność? – Jaka wolność? Np. wolność odbieranie życia nienarodzonemu dziecku..? – powiedział podczas św. Jan Paweł II.

    – Moi drodzy bracia i siostry, ja pragnę jako biskup Rzymu zaprotestować przeciwko takiemu kwalifikowaniu Europy! Europy zachodniej .. To obraża wielki świat kultury chrześcijańskiej z któregośmy czerpali i któryśmy współtworzyli… współtworzyli także za cenę naszych cierpień!  Tu na tej ziemi kujawskiej, tu w tym mieście męczenników musi być powiedziane to głośno! – mówił dalej.

    – Tak, oczywiście Europa to także dzieje wielkich kryzysów, dzieje kryzysu europejskiego, który ma wiele korzeni, który trwa i rozwija się, który trwa… rozwija się w naszych czasach.. ma także swój dalszy ciąg….niestety w tym stuleciu tragiczny!  – przekonywał Jan Paweł II -.To przecież w tym stuleciu stworzono ten światopogląd w imię którego człowiek może odbierać życie drugiemu człowiekowi… dlaczego? – ponieważ jest innej rasy, ponieważ ma taką grupę etniczną… ponieważ jest Żydem… ponieważ jest Cyganem…ponieważ jest Polakiem… rasa panów i rasa niewolników, mit klas…To wszystko jest także dziedzictwem europejskim, ale z tego się mamy wyzwalać!

    – Europa potrzebuje odkupienia! – wołał papież – Uroczystość Serca Bożego jest uroczystością odkupienia Europy, odkupienia świata, odkupienia Europy dla świata.

    – A cóż to jest odkupienie jak nie przywrócenie wartości?

    – Nie jest przywróceniem wartości człowiekowi spychanie go do tego co zmysłowe, do tych wszystkich rodzajów pożądania…do tych wszystkich ułatwień w dziedzinie zmysłów, w dziedzinie życia seksualnego, w dziedzinie używania.  Nie jest miarą europejskości, nie jest miarą kultury na które tak często powołują się rzecznicy naszego wejścia do Europy.

    – Przede wszystkim my wcale nie musimy wchodzić do  Europy bo my w niej jesteśmy !  Kulturę europejską tworzyli męczennicy trzech pierwszych stuleci, tworzyli ją także męczennicy na wschód od nas w ostatnich dziesięcioleciach i u nas  w ostatnich dziesięcioleciach! Tak tworzył ją ksiądz Jerzy..
    On jest partonem naszej obecności w Europie za cenę ofiary z życia. Tak jak Chrystus, tak jak Chrystus…

    – Tak jak Chrystus ma prawo obywatelstwa w świecie, ma prawo obywatelstwa w Europie…dlatego, że dał swoje życie za nas wszystkich …ma prawo obywatelstwa wśród nas , wszystkich narodów tego kontynentu, całego świata….przez swój krzyż…Tajemnica serca, które przebili, przebodli , tajemnica serca w które się wpatrywali …

    – To są ci wielcy pionierzy Europy …w przeszłości na przyszłość… Taką miarę europejskości przyjmujemy. Takiej miary europejskości pragniemy podjąć i kontynuować.

    Nie pozwolimy sobie zaniżyć tej miary!

    Pod koniec swojego życia papież Jan Paweł II podziękował Polsce, „która na forum europejskim broniła wiernie korzeni chrześcijańskich naszego kontynentu, z których wyrosła kultura i podstawy cywilizacji”.

    – JEDYNIE WIERNA SWYM KORZENIOM EUROPA BĘDZIE W STANIE SPROSTAĆ WYZWANIOM III TYSIĄCLECIA …. NIE PODCINA SIĘ KORZENI Z KTÓRYCH SIĘ WYROSŁO!

    mp/Fronda.pl

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Abp Gądecki:

    Wzywam wszystkich ludzi dobrej woli, by jednoznacznie opowiedzieli się za życiem

    (fot. Biuro Prasowe Konferencji Episkopatu Polski)

    ***

    W duchu odpowiedzialności za Kościół w Polsce i za dobro naszej wspólnej Ojczyzny, wzywam wszystkich ludzi dobrej woli, by jednoznacznie opowiedzieli się za życiem – napisał przewodniczący Konferencji Episkopatu Polski abp Stanisław Gądecki w Oświadczeniu w kwestii aborcji.

    Odwołując się do encykliki św. Jana Pawła II Evangelium vitae, przewodniczący Episkopatu przypomniał, że „Ustawy, które dopuszczają bezpośrednie zabójstwo niewinnych istot ludzkich, poprzez przerywanie ciąży i eutanazję, pozostają w całkowitej i nieusuwalnej sprzeczności z nienaruszalnym prawem do życia, właściwym wszystkim ludziom, i tym samym zaprzeczają równości wszystkich wobec prawa” (72).

    Powołując się dalej na Evangelium vitae, przewodniczący Episkopatu zaznaczył, że „w przypadku prawa wewnętrznie niesprawiedliwego, jakim jest prawo dopuszczające przerywanie ciąży i eutanazję, nie wolno się nigdy do niego stosować «ani uczestniczyć w kształtowaniu opinii publicznej przychylnej takiemu prawu, ani też okazywać mu poparcia w głosowaniu»” (73).

    Przewodniczący KEP podkreślił, że nauczanie Magisterium Kościoła jest jednoznaczne: „każdy – nie tylko członek Kościoła katolickiego – człowiek prawego sumienia stoi wobec moralnego obowiązku uszanowania ludzkiego życia od jego początku, aż do naturalnej śmierci”.

    Abp Gądecki zwrócił uwagę, że chociaż w demokracji większość podejmuje decyzje, „nie oznacza to jednak, że racja jest po stronie większości, a jedynie, że mniejszość nie potrafiła znaleźć wystarczająco przekonujących argumentów, aby stać się większością. O racji nie decyduje liczba zwolenników danego poglądu. Racja – przede wszystkim racja etyczna – często jest po stronie mniejszości. Niekiedy zaś – o czym przypomina postać Sokratesa – po stronie pojedynczego człowieka o dobrze uformowanym sumieniu”.

    „W duchu odpowiedzialności za Kościół w Polsce i za dobro naszej wspólnej Ojczyzny, wzywam wszystkich ludzi dobrej woli, by jednoznacznie opowiedzieli się za życiem” – podkreślił przewodniczący Episkopatu. Zaapelował również do członków obu izb parlamentu i prezydenta Rzeczypospolitej, „by dali świadectwo prawdziwej troski o życie bezbronne, bo nienarodzone”.

    OŚWIADCZENIE
    PRZEWODNICZĄCEGO KONFERENCJI EPISKOPATU POLSKI
    W KWESTII ABORCJI

    W związku z coraz częściej obecnymi w przestrzeni publicznej opiniami o rzekomej konieczności rozszerzenia dostępu do aborcji, chciałem przypomnieć stanowisko Kościoła katolickiego w kwestii prawa do życia. Jest to nauczanie, które odwołuje się do prawa naturalnego, a więc obowiązującego w sumieniu każdego człowieka. Dowodem jest choćby tekst przysięgi Hipokratesa, gdzie czytamy: „Nigdy nikomu, także na żądanie, nie dam zabójczego środka ani też nawet nie udzielę w tym względzie rady; podobnie nie dam żadnej kobiecie środka poronnego”. W przypadku katolika prawo do życia potwierdzone jest dodatkowo autorytetem Kościoła. Św. Jan Paweł II poświęcił temu zagadnieniu encyklikę Evangelium vitae, której fragmenty chciałbym teraz przypomnieć.

    Różnica między demokracją a tyranią

    „[We] współczesnej kulturze demokratycznej szeroko rozpowszechnił się pogląd, wedle którego porządek prawny społeczeństwa powinien ograniczać się do utrwalania i przyswajania sobie przekonań większości i w konsekwencji winien być zbudowany wyłącznie na tym, co większość obywateli stosuje i uznaje za moralne” (69). „Można się spotkać z poglądem, że relatywizm ten jest warunkiem demokracji, jako że tylko on miałby gwarantować tolerancję, wzajemny szacunek między ludźmi i uznanie decyzji większości, podczas gdy normy moralne uważane za obiektywne i wiążące prowadziłyby rzekomo do autorytaryzmu i nietolerancji. Ale właśnie problematyka szacunku dla życia pozwala dostrzec, jakie dwuznaczności i sprzeczności (…) kryją się za tym poglądem.

    To prawda, że historia zna przypadki zbrodni dokonywanych w imię «prawdy». Ale do czynów równie zbrodniczych i do radykalnego pogwałcenia wolności dochodziło też i nadal dochodzi pod wpływem «relatywizmu etycznego». Gdy większość parlamentarna lub społeczna uchwala, że zabicie jeszcze nie narodzonego życia ludzkiego jest prawnie dopuszczalne, choćby nawet pod pewnymi warunkami, to czyż nie podejmuje tym samym decyzji «tyrańskiej» wobec najsłabszej i najbardziej bezbronnej ludzkiej istoty? Sumienie powszechne słusznie wzdryga się w obliczu zbrodni przeciw ludzkości, które stały się tak smutnym doświadczeniem naszego stulecia. Czyż te zbrodnie przestałyby być zbrodniami, gdyby nie popełnili ich pozbawieni skrupułów dyktatorzy, ale gdyby nadała im prawomocność zgoda większości?” (70).

    Moralny charakter demokracji

    „W rzeczywistości demokracji nie można przeceniać, czyniąc z niej namiastkę moralności lub «cudowny środek» na niemoralność. Jest ona zasadniczo «porządkiem» i jako taka środkiem do celu, a nie celem. Charakter «moralny» demokracji nie ujawnia się samoczynnie, ale zależy od jej zgodności z prawem moralnym, któremu musi być podporządkowana podobnie jak każda inna działalność ludzka (…). Wartość demokracji rodzi się albo zanika wraz z wartościami, które ona wyraża i popiera (…). Gdyby na skutek tragicznego zagłuszenia sumienia zbiorowego sceptycyzm podał w wątpliwość nawet fundamentalne zasady prawa moralnego, zachwiałoby to samymi podstawami ładu demokratycznego, tak że stałby się on jedynie mechanizmem empirycznej regulacji różnych i przeciwstawnych dążeń. (…) W takiej sytuacji demokracja łatwo staje się pustym słowem” (70).

    Prawo cywilne a prawo moralne

    „Nie ulega wątpliwości, że zadanie prawa cywilnego jest inne niż prawa moralnego, a zakres jego oddziaływania węższy. (…) Właśnie dlatego prawo cywilne musi zapewnić wszystkim członkom społeczeństwa poszanowanie pewnych podstawowych praw, które należą do natury osoby i które musi uznać i chronić każde prawo stanowione. Wśród nich pierwszym i podstawowym jest nienaruszalne prawo do życia każdej niewinnej ludzkiej istoty. Chociaż władza państwowa może niekiedy powstrzymać się od zakazania czegoś, co — gdyby zostało zabronione — spowodowałoby jeszcze poważniejsze szkody, nigdy jednak nie może uznać, że jest prawem jednostek — nawet jeśli stanowiłyby one większość społeczeństwa — znieważanie innych osób przez łamanie ich tak podstawowego prawa, jakim jest prawo do życia. Prawna tolerancja przerywania ciąży lub eutanazji nie może więc w żadnym przypadku powoływać się na szacunek dla sumienia innych właśnie dlatego, że społeczeństwo ma prawo i obowiązek bronić się przed nadużyciami dokonywanymi w imię sumienia i pod pretekstem wolności” (71).

    Prawo jako narzędzie przemocy

    „W ciągłości z całą Tradycją Kościoła pozostaje także nauczanie o koniecznej zgodności prawa cywilnego z prawem moralnym (…). Takie też jest jednoznaczne nauczanie św. Tomasza z Akwinu, który pisze między innymi: «Prawo ludzkie jest prawem w takiej mierze, w jakiej jest zgodne z prawym rozumem, a tym samym wypływa z prawa wiecznego. Kiedy natomiast jakieś prawo jest sprzeczne z rozumem, nazywane jest prawem niegodziwym; w takim przypadku jednak przestaje być prawem i staje się raczej aktem przemocy»” (72).

    „[U]stawy, które dopuszczają bezpośrednie zabójstwo niewinnych istot ludzkich, poprzez przerywanie ciąży i eutanazję, pozostają w całkowitej i nieusuwalnej sprzeczności z nienaruszalnym prawem do życia, właściwym wszystkim ludziom, i tym samym zaprzeczają równości wszystkich wobec prawa. (…) Prawa, które dopuszczają oraz ułatwiają przerywanie ciąży i eutanazję, są zatem radykalnie sprzeczne nie tylko z dobrem jednostki, ale także z dobrem wspólnym i dlatego są całkowicie pozbawione rzeczywistej mocy prawnej. Nieuznanie prawa do życia, właśnie dlatego, że prowadzi do zabójstwa osoby, której społeczeństwo ma służyć, gdyż to stanowi rację jego istnienia, przeciwstawia się zdecydowanie i nieodwracalnie możliwości realizacji dobra wspólnego. Wynika stąd, że gdy prawo cywilne dopuszcza przerywanie ciąży i eutanazję, już przez ten sam fakt przestaje być prawdziwym prawem, moralnie obowiązującym” (72).

    „Otóż to właśnie ma dziś miejsce także na scenie polityki i państwa: pierwotne i niezbywalne prawo do życia staje się przedmiotem dyskusji lub zostaje wręcz zanegowane na mocy głosowania parlamentu lub z woli części społeczeństwa, choćby nawet liczebnie przeważającej. Jest to zgubny rezultat nieograniczonego panowania relatywizmu: „prawo” przestaje być prawem, ponieważ nie jest już oparte na mocnym fundamencie nienaruszalnej godności osoby, ale zostaje podporządkowane woli silniejszego. W ten sposób demokracja, sprzeniewierzając się własnym zasadom, przeradza się w istocie w system totalitarny. Państwo nie jest już „wspólnym domem”, gdzie wszyscy mogą żyć zgodnie z podstawowymi zasadami równości, ale przekształca się w państwo tyrańskie, uzurpujące sobie prawo do dysponowania życiem słabszych i bezbronnych, dzieci jeszcze nie narodzonych, w imię pożytku społecznego, który w rzeczywistości oznacza jedynie interes jakiejś grupy” (20).

    Powinność przeciwstawienia się niegodziwym prawom

    „Przerywanie ciąży i eutanazja są zatem zbrodniami, których żadna ludzka ustawa nie może uznać za dopuszczalne. Ustawy, które to czynią, nie tylko nie są w żaden sposób wiążące dla sumienia, ale stawiają wręcz człowieka wobec poważnej i konkretnej powinności przeciwstawienia się im poprzez sprzeciw sumienia. (…) Już w Starym Testamencie znajdujemy wymowny przykład oporu wobec niesprawiedliwego rozporządzenia władz — i to właśnie takiego, które było wymierzone przeciw życiu. Żydowskie położne sprzeciwiły się faraonowi, który nakazał zabijać wszystkie nowo narodzone dzieci płci męskiej: «nie wykonały rozkazu króla egipskiego, pozostawiając przy życiu [nowo narodzonych] chłopców» (Wj 1,17). Trzeba jednak zwrócić uwagę na głęboki motyw takiej postawy: «położne bały się Boga». Właśnie z posłuszeństwa Bogu (…) człowiek czerpie moc i odwagę, aby przeciwstawiać się niesprawiedliwym ludzkim prawom. Jest to moc i odwaga tego, kto gotów jest nawet iść do więzienia lub zginąć od miecza, gdyż jest przekonany, że «tu się okazuje wytrwałość i wiara świętych» (Ap 13,10)” (73).

    Zakaz głosowania przeciwko prawu do życia

    „Tak więc w przypadku prawa wewnętrznie niesprawiedliwego, jakim jest prawo dopuszczające przerywanie ciąży i eutanazję, nie wolno się nigdy do niego stosować «ani uczestniczyć w kształtowaniu opinii publicznej przychylnej takiemu prawu, ani też okazywać mu poparcia w głosowaniu»” (73). „Wprowadzenie niesprawiedliwych ustaw prawnych stawia często ludzi moralnie prawych przed trudnymi problemami sumienia dotyczącymi kwestii współpracy, a wynikającymi z obowiązku obrony własnego prawa do odmowy uczestnictwa w działaniach moralnie złych. Decyzje, które trzeba wówczas podjąć, są nieraz bolesne i mogą wymagać rezygnacji z osiągniętej pozycji zawodowej albo wyrzeczenia się słusznych oczekiwań związanych z przyszłą karierą” (74).

    Budowa państwa o ludzkim obliczu

    „Sprawa życia oraz jego obrony i promocji nie jest wyłączną prerogatywą chrześcijan. Choć czerpie swe niezwykłe światło i moc z wiary, należy do każdego ludzkiego sumienia, które dąży do prawdy i któremu nie są obojętne losy ludzkości. Życie ma w sobie niewątpliwie coś świętego i religijnego, ale ten jego aspekt nie dotyczy tylko wierzących: chodzi bowiem o wartość, którą każda ludzka istota może pojąć także w świetle rozumu i dlatego bez wątpienia odnosi się ona do wszystkich. (…) Kiedy Kościół stwierdza, że bezwarunkowe poszanowanie prawa do życia każdej niewinnej osoby — od poczęcia do naturalnej śmierci — jest jednym z filarów każdego cywilizowanego społeczeństwa, «pragnie po prostu przyczyniać się do budowy państwa o ludzkim obliczu. Państwa, które uznaje za swą podstawową powinność obronę fundamentalnych praw człowieka, zwłaszcza człowieka słabszego». (…). Nie może bowiem istnieć prawdziwa demokracja, jeżeli nie uznaje się godności każdego człowieka i nie szanuje jego praw. Nie może istnieć prawdziwy pokój, jeśli się nie bierze w obronę i nie popiera życia (…)” (101).

    Przytoczone fragmenty encykliki św. Jana Pawła II pokazują, że nauczanie Magisterium Kościoła jest jednoznaczne: każdy człowiek prawego sumienia – także nie należący do Kościoła katolickiego – stoi wobec moralnego obowiązku uszanowania ludzkiego życia od poczęcia, aż do naturalnej śmierci.

    Niejednokrotnie w życiu publicznym daje się słyszeć fałszywą tezę: „większość ma zawsze rację”. W demokracji – niewątpliwie – większość podejmuje decyzje. Nie oznacza to jednak, że racja jest po stronie większości, a jedynie, że mniejszość nie potrafiła znaleźć wystarczająco przekonujących argumentów, aby stać się większością. O racji nie decyduje liczba zwolenników danego poglądu. Racja – przede wszystkim racja etyczna – często jest po stronie mniejszości. Niekiedy zaś – o czym przypomina postać Sokratesa – po stronie pojedynczego człowieka o dobrze uformowanym sumieniu.

    W duchu odpowiedzialności za Kościół w Polsce i za dobro naszej wspólnej Ojczyzny, wzywam wszystkich ludzi dobrej woli, by jednoznacznie opowiedzieli się za życiem. Szczególny apel kieruję do członków obu izb parlamentu i prezydenta Rzeczypospolitej, by dali świadectwo prawdziwej troski o życie bezbronne, bo nienarodzone.

    + Stanisław Gądecki
    Arcybiskup Metropolita Poznański
    Przewodniczący Konferencji Episkopatu Polski

    Rzym, dnia 26 stycznia 2024 roku

    źródło: KAI, BP KEP

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Dlaczego Bóg karze? O. Salij: Bo kocha!

    fot. Screenshot – YouTube (Teologia Polityczna)/Lot z córkami ucieka z Sodomy, za nimi odwracająca się jego żona, ilustracja z 1918 via: Wikipedia (domena publiczna)

    ***

    Dlaczego Bóg karze? O. Salij: Bo kocha!

    Nie wiem, skąd mi się wzięło takie przekonanie, że Kościół współczesny nie naucza już o karze Bożej, gdyż było to nazbyt ludzkie ujmowanie stosunku Boga do ludzi. Jakież było moje zdziwienie, kiedy w Apokalipsie przeczytałam tę oto modlitwę: “Dokądże, Władco święty i prawdziwy, nie będziesz sądził i wymierzał za krew naszą kary tym, co mieszkają na ziemi?” (6,10) Jak się wtedy poczułam, zachowam to dla siebie. W każdym razie zrozumiałam, że Pismo Święte nie tylko mówi o karze Bożej za grzechy, ale mówi to jeszcze w taki sposób, że nawet gdyby ktoś nie znał teorii resentymentu, to i tak w duchu tej teorii przytoczoną tu modlitwę zrozumie. Myślę, że Kościół i teologia mają jakieś metody ochrony wiernych przed nazbyt ludzkim rozumieniem takich wypowiedzi Pisma Świętego. Sama nie wiem, czego ja od Ojca oczekuję. Najprościej by było, gdyby Ojciec napisał, co myśli na temat kary Bożej.

    ODPOWIADA O. JACEK SALIJ OP:

    Postaram się nie powtarzać tego, co napisałem w tekście o gniewie Bożym (znajduje się on w mojej książce pt. Pytania nieobojętne). Próbowałem tam pokazać, iż nie tylko jest tak, że miłosierdzie Boże jest większe od Jego gniewu, ale również sam gniew Boży jest przejawem Jego miłości do nas. To po prostu niemożliwe, żeby Bóg był obojętny wobec zła, jakie czynimy. Znaczyłoby to, że my sami jesteśmy Mu obojętni, czyli że nas nie kocha.

    Przeinaczylibyśmy również prawdę o karze Bożej, gdybyśmy nie umieli w niej dostrzec przejawu Bożej miłości. Najpierw zauważmy, że tak już jesteśmy stworzeni, że czynienie zła i trwanie w złu niszczy nas i sprowadza na nas nieszczęście. Tutaj nie potrzeba nawet żadnej dodatkowej kary. Po prostu tak to już jest, że kto szuka korzyści lub szczęścia, nie licząc się z Bożymi przykazaniami, prędzej czy później przekona się, że działał przeciwko samemu sobie. Wprawdzie można powiedzieć, że na syna marnotrawnego Bóg w końcu zesłał karę. Ale przecież samo jego postępowanie prowadziło go do coraz to głębszej degradacji. Jak powiada przysłowie: “zło trawi samo siebie”.

    I to jest pierwsza różnica, jaka dzieli karę Bożą od kar ludzkich: Ludzie wymierzają karę w następstwie jakiegoś przestępstwa, kara Boża zawarta jest już w samym grzechu, tyle że grzesznik nie zawsze od razu to spostrzega. “Twoja niegodziwość cię karze — wypomina Bóg swojemu grzesznemu ludowi — twoje przestępstwo jest tym, co cię chłoszcze. Poznaj i zobacz, jak źle ci i gorzko, żeś opuściła Pana, Boga twego, i żadnej trwogi nie miałaś przede Mną” (Jr 2,19; por. 6,19).

    Pomyślmy sobie teraz, jakie to by było straszne, gdyby grzech nie sprowadzał na nas nieszczęścia. To by było gorzej jeszcze, niż kiedy żonie mąż nie jest potrzebny do szczęścia. Bo wprawdzie nie jest to normalne, że małżonkowie nie są sobie potrzebni do szczęścia, ale taką sytuację da się jeszcze wyobrazić. Jakże jednak człowiek może być szczęśliwy bez Boga? To trochę tak, jakby ktoś chciał oddychać bez powietrza albo najeść się tym, że mu się śniło jedzenie. Skoro grzech jest odejściem od Boga, rozumie się samo przez się, że jest to droga ku samozniszczeniu. Świat byłby absurdalny, gdyby było inaczej.

    “Grzech sam w sobie jest karą” — powiada mądre przysłowie. To prawda, że czasem działa on jak narkotyk i może dać człowiekowi na jakiś czas poczucie szczęścia i spełnienia, ale obiektywnie każdy grzech zmienia sytuację człowieka na gorsze. Toteż najbardziej tragiczną i przeklętą karą za grzech jest to, że otwiera on wrota do grzechów następnych. Jak powiada Apostoł Paweł: Tych, którzy nie liczą się z Bogiem, “wydał Bóg na pastwę ich bezużytecznego rozumu, tak że czynią to, co się nie godzi” (Rz 1,28).

    My czasem sądzimy, że utrapienia, które nas spotykają, są karą za nasze grzechy. Otóż tylko w szerokim sensie może to być prawda. Przecież nawet wówczas, kiedy są one oczywistym skutkiem jakichś naszych grzechów, stanowią raczej miłosierne upomnienie, żebyśmy jak najszybciej porzucili grzech, gdyż niszczy w nas samą duszę. W Piśmie Świętym czytamy nieraz, że grzesznik, któremu wszystko wiedzie się pomyślnie, powinien się tym bardzo zaniepokoić — kto wie, może to jest znak, że sam Bóg traci już nadzieję na jego nawrócenie.

        Pamiętny wyraz tej intuicji dał Adam Mickiewicz:
        Onego czasu w upał przyszli ludzie różni
        Zasnąć pod cieniem muru; byli to podróżni.
        Między nimi był zbójca; a gdy inni spali,
        Anioł Pański zbudził go: “Wstań, bo mur się wali”.
        On zbójca był ze wszystkich innych najzłośliwszy:
        Wstał, a mur inne pobił. On ręce złożywszy
        Bogu dziękował, że mu ocalono zdrowie.
        A Anioł Pański stanął przed nim i tak powie:
        “Ty najwięcej zgrzeszyłeś! kary nie wyminiesz,
        Lecz ostatni najgłośniej, najhaniebniej zginiesz”.

    Nie będę tu wskazywał wszystkich biblijnych źródeł tej poetyckiej przypowieści z Dziadów, części trzeciej, ale warto przynajmniej przytoczyć tu następującą wypowiedź Drugiej Księgi Machabejskiej: “Znakiem wielkiego dobrodziejstwa jest to, iż grzesznicy nie są pozostawieni w spokoju przez długi czas, ale że zaraz dosięga ich kara. Nie uważał bowiem Pan, że z nami trzeba postępować tak samo, jak z innymi narodami, co do których pozostaje cierpliwy i nie karze ich tak długo, aż wypełnią miarę grzechów. Nie chciał bowiem karać nas na końcu, dopiero wtedy, gdyby nasze grzechy przebrały miarę. A więc nigdy nie cofa On od nas swojego miłosierdzia; choć wychowuje przez prześladowania, to jednak nie opuszcza swojego ludu” (2 Mch 6,13-16; por. Am 4,6-12).

    Sami wiemy najlepiej, że to trudne miłosierdzie Boga wobec nas — miłosierdzie wyrażające się spuszczaniem na nas utrapień — bywa szczególnie skuteczne. Iluż to ludzi pod wpływem doznanych utrapień opamiętało się! “Wszystko, co na nas sprowadziłeś — modli się pokornie Azariasz — i wszystko, co nam uczyniłeś, uczyniłeś według sprawiedliwego sądu. (…) Niech jednak dusza strapiona i duch uniżony znajdą u Ciebie upodobanie. (…) Nie zawstydzaj nas, lecz postępuj z nami według swojej łagodności i według wielkiego swego miłosierdzia!” (Dn 3,31.39.42).

    Właśnie w tej perspektywie należy rozumieć modlitwę z Apokalipsy, która tak Panią zaniepokoiła. Proszę zauważyć, że nie jest to modlitwa ludzi takich samych jak my, a więc narażonych na subiektywizm oraz ciemne uczucia wobec swych prześladowców. Jest to modlitwa męczenników, którzy już oglądają święte oblicze Boga. Czyż serce nie podpowiada nam, że oni błagają Boga, aby nie zrażał się zatwardziałością swoich nieprzyjaciół, ale miłosiernie spuścił na nich utrapienia? Przecież nawet skałę da się skruszyć!

    Podsumujmy. O karze za grzechy mówi słowo Boże jakby na dwóch płaszczyznach. W sensie ścisłym karą za grzech są ciemności przebywania poza obecnością Bożą, wystawienie samego siebie na pustkę i bezsens. Mówiąc inaczej, karą za grzech jest sam grzech; nasze przebywanie w świecie bez Boga.

    Pismo Święte mówi ponadto o karze za grzech w sensie nieścisłym. Są to utrapienia, będące albo zwyczajną konsekwencją naszych grzechów, albo nawet przychodzące na nas w wyniku szczególnej ingerencji Bożej Opatrzności w nasze życie: abyśmy zaprzestali wreszcie iść do własnej zguby. Tego rodzaju “kara” jest znakiem Bożego miłosierdzia: Bóg usiłuje w ten sposób przywrócić nas do duchowej przytomności, abyśmy nie spadli do przepaści.

    Dla uniknięcia nieporozumień dodajmy jeszcze, że nie wszystkie utrapienia, które nas spotykają, muszą mieć właśnie ten sens. Bóg dopuszcza na nas również takie utrapienia, które stanowią raczej próbę i oczyszczenie niż wezwanie do opamiętania. “Bo kogo Bóg miłuje, tego karze. Chłoszcze zaś każdego, kogo uznaje za syna” (Prz 3,12; Hbr 12,6).

    mp/Fronda.pl

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Witold Gadowski:

    Euromarksiści rozprawili się z prawdą nieodwołalnie

    „Bez Pana Boga nie ma mowy o uniwersalnych wartościach, prawie naturalnym czy o wspólnym przestrzeganiu praw człowieka” – pisze na łamach tygodnika „Niedziela” Witold Gadowski.

    Koncepcję świata bez Boga przejawia przede wszystkim Komisja Europejska. Jak podkreśla Gadowski, negacja obecności Boga wśród europejskich biurokratów opiera się na stwierdzeniu, iż skoro „współczesna nauka” nie jest w stanie Go określić i wyjaśnić natury Jego istnienia, to znak, że takowa postać nie istnieje.

    „Co prawda wybitni specjaliści z zakresu fizyki i matematyki w dużej części umywają ręce przed takimi kategorycznymi stwierdzeniami, nasi eurokraci jednak są pewni, że Boga nie ma, a to co jest z Nim związane, nie ma żadnego sensu” – podkreśla Witold Gadowski. Jak dodaje – „ich dowody są przy tym równie mocne, jak ongiś twierdzenia, że Gagarin był w kosmosie i Boga nie zobaczył”.

    W postrzeganiu świata, w którym Bóg nie stanowi jedynej prawdy, takowych może być wiele, a zdarza się i tak, że zaczynają one wchodzić ze sobą w kolizję. „Oczywiście, nikomu z biurokratów [to] nie przeszkadza, wręcz przeciwnie, stanowi dowód na zdrową różnorodność. Z prawdą euromarksiści rozprawili się więc nieodwołalnie. Każdy ma swoją, a obowiązuje ta, za którą stoją największe wpływy” – podsumowuje dziennikarz.

    Podobnie sprawa ma się z uniwersalną dotąd etyką. Jeśli założymy, że Pana Boga, a wraz z nim jednej, niezbywalnej prawdy nie ma, trudno będzie nam ustalić jak owa etyka miałaby wyglądać. „Każdy przecież znów może mieć swój prywatny odstęp do objawień mówiących o tym, jakie zasady powinny powszechnie obowiązywać”- stwierdza. Skoro „nie ma Istoty Najwyższej, nie ma więc także mowy o ostatecznym ukorzenieniu, zuniwersalizowaniu jakichkolwiek wartości”.

    Błędne koło się zamyka, a my dochodzimy do wniosku, że każdy ma swoją hierarchie wartości i drugi człowiek nie ma prawa w nią ingerować. „Pomieszanie etycznych języków skutkuje powrotem prawa silniejszego i narzucaniem innym swoich standardów oraz ogólną barbarią” – podsumowuje dziennikarz.

    Kolejną konsekwencją odrzucenia Pana Boga jako prawdy absolutnej jest mnożenie się tzw. „ofert światopoglądowych”. Zdaniem autora – „w Jego miejsce szybko zostanie podstawiona galeria coraz większych absurdów”. „Pojawią się coraz to nowe zabobony i prymitywna magia, które są rozpowszechnione jako najbardziej modne i sprawdzone sposoby patrzenia na świat” – dodaje.

    Publicysta podkreśla, iż konsekwencje wycięcia Boga z postrzegania świata „można obserwować chociażby na tzw. paradach równości, które z paradami równości mają tyle wspólnego, ile z nauką twierdzenie o tym, że Boga nie ma”.

    źródło: Tygodnik Niedziela

    ______________________________________________________________________________________________________________

    22 stycznia 2024

    PATRON DNIA – ŚW. WINCENTY PALLOTTI

    ZAŁOŻYCIEL STOWARZYSZENIA APOSTOLSTWA KATOLICKIEGO KSIĘŻY PALLOTYNÓW

    ***

    ***

    Zakon Jezuitów otrzymał od swojego Założyciela motto:

    DLA WIĘKSZEJ CHWAŁY BOGAAD MAIOREM DEI GLORIAM

    Założyciel Księży Pallotynów swoim duchowym synom przekazał 4 zawołania:

    DLA NIESKOŃCZONEJ CHWAŁY BOGA – AD INFINITAM DEI GLORIAM

    DLA ZBAWIENIA DUSZ – AD SALVANDAS ANIMAS

    DLA ZNISZCZENIA GRZECHU – AD DESTRUENDUM PECATUM

    PAX CHRISTI – POKÓJ CHRYSTUSOWY

    ________________________________________________________________

    „O Boże, jakże ograniczone są nasze siły!
    Pocieszmy się jednak, że najdobrotliwszy Bóg znajduje upodobanie już w samych naszych pragnieniach,
    a więc przez nie już składamy Mu hołd uwielbienia!
    A zatem wszędzie tam, dokąd nie dociera skuteczność naszych uczynków, przeniknąć zdołamy,
    rozwijając na skrzydłach pragnień lot pokory i ufności”

    „Przypominaj sobie często, że jeśliby inni mieli do dyspozycji twoje środki i możliwości czynienia dobra, byliby wielkimi świętymi.”

                                                             św. Vincenty Pallotti

    ***

    W Kościele wspominamy dziś św. Wincentego Pallottiego – założyciela Zjednoczenia Apostolstwa Katolickiego, którego integralną częścią są pallotyni i pallotynki. „Po Soborze Watykańskim II charyzmat pallotyński stał się charyzmatem całego Kościoła. Członkowie zgromadzenia starają się odpowiadać na potrzeby ludzi” – powiedział portalowi Polskifr.fr pracujący we Francji superior Regii Miłosierdzia Bożego, ks. Krzysztof Hermanowicz SAC.

    Św. Wincenty Pallotti (1795-1850) był rzymskim kapłanem. Miał proroczą, nową jak na współczesny mu czas, ideę, żeby każdy ochrzczony był apostołem, świadkiem wiary, nadziei i miłości.

    „Chciał, aby każdy ochrzczony brał przykład z Jezusa Chrystusa – Apostoła Ojca Przedwiecznego. Abyśmy mogli wypełnić misję apostoła, mamy obrać jako naszą Przewodniczkę Maryję – Królową Apostołów, która pozostaje na modlitwie z Apostołami w Wieczerniku, oczekując na dar Ducha Świętego” – podkreślił ks. Krzysztof Hermanowicz.

    Ze względu na te idee angażowania ludzi świeckich w życie Kościoła Wincenty Pallotti bywa nazywany „prekursorem Akcji Katolickiej”. Papież Paweł VI powiedział o nim: „Obecnie jest rzeczą pewną, że Pallotti był zwiastunem przyszłości. Prawie o sto lat uprzedził on odkrycie następującego faktu: w świecie laików, do tego czasu biernym, ospałym, lękliwym i niezdolnym do wypowiedzenia się, istnieje wielka energia służenia dobru”.

    „Jak przypomina Katechizm Kościoła Katolickiego, poprzez chrzest stajemy się »żywymi kamieniami«. Każdy ochrzczony staje jest współodpowiedzialny za Kościół, każdy poprzez chrzest ma uczestniczyć w kapłaństwie Chrystusa, w Jego misji prorockiej i królewskiej” – podkreślił superior pallotynów.

    W czasach Pallottiego w praktyce nie było to aż tak bardzo oczywiste, ale od czasu Soboru Watykańskiego II (1962-1965) ta prorocza idea stała się udziałem całego Kościoła.

    Z czasem ludzie, pociągnięci jego przykładem, zaczęli gromadzić się wokół Wincentego Pallottiego. A on wciąż ich zachęcał, przykładem i słowem, do podejmowania różnych inicjatyw na rzecz Kościoła. Księża, bracia, siostry, ludzie świeccy, którzy określają siebie jako duchowe dzieci Pallottiego, nadal starają się żyć charyzmateùm założyciela, odczytując „znaki czasu” i odpowiadając, w czasie i w miejscu, w którym żyją, na konkretne potrzeby Kościoła i człowieka.

    „Angażują się w pracę duszpasterską w parafiach krajów, w których brakuje księży, prowadzą działalność misyjną, ekumeniczną, charytatywną, medialną, formację ludzi świeckich… Wszystko to w duchu zawołania św. Pawła: »Miłość Chrystusa przynagla nas« (2 Kor 5,14)”– zaznaczył rozmówca Polskifr.fr.

    We Francji pallotyni służą miejscowemu Kościołowi i starają się pozostać w służbie rodakom, pomagając im w utrzymaniu i przekazywaniu wiary młodym pokoleniom, ale także kultury polskiej, ojczystego języka i zwyczajów.

    „Przykładami takiej działalności są nasze ośrodki duszpasterskie w Arcueil, w Osny, w Oignies czy w Joinville-le-Pont, szkoły polskie przy naszych parafiach, czy też Centrum Dialogu w Paryżu lub ośrodek w Montmorency. Nie można zapomnieć także o lipcowych Zjazdach Katolickich w Osny, które nie tylko pozwalają Polakom znaleźć we Francji kawałek Ojczyzny, ale są także, dzięki obecności licznych przyjaciół francuskich, pomostem między Polską i Francją” – ocenił ks. Krzysztof Hermanowicz.

    22 stycznia 2024/Radio Maryja

    ***

    ______________________________________________________________________________________________________________

    NOWENNA PRZED UROCZYSTOŚCIĄ

    ŚW. WINCENTEGO PALLOTTIEGO

    Jan Ekiert (1907-1993), Wincenty Pallotti (1963) © SAC

    ***

    W imię Ojca i Syna, i Ducha Świętego. Amen.

    P. Módlmy się. Wszechmogący Boże, oświeć światłem wiary i rozpal żarem miłości nasze serca, abyśmy jako wspólnota zgromadzona wokół św. Wincentego Pallottiego, mogli godnie uczcić Twój majestat i przyczynić się do budowania Królestwa Bożego i zjednoczenia wszystkich ludzi wokół Twojego Syna, a naszego Pana Jezusa Chrystusa. Który z Tobą żyje i króluje w jedności Ducha Świętego, Bóg przez wszystkie wieki wieków.

    W. Amen.


    ROZWAŻANIA NA POSZCZEGÓLNE DNI NOWENNY:

    Wprowadzenie

    Dzień I   Bóg jest Miłością Nieskończoną i Miłosierdziem

    Dzień II Stworzenie człowieka

    Dzień III   Powołanie do świętości

    Dzień IV Apostoł Ojca Przedwiecznego

    Dzień V Naśladowanie Chrystusa

    Dzień VI   Maryja, Królowa Apostołów

    Dzień VII   Misja Ewangelizacyjna

    Dzień VIII  Jedność chrześcijan

    Dzień IX   Zjednoczenie Apostolstwa Katolickiego

    Zakończenie


    WPROWADZENIE:

    Nowenna jest modlitwą o charakterze błagalnym, odmawianą zwyczajowo przed każdą większą uroczystością lub wspomnieniem świętego, do którego ma się szczególne nabożeństwo. Odmawia się ją indywidualnie lub wspólnie przez dziewięć kolejnych dni dla uproszenia szczególnej łaski przez wstawiennictwo osoby, którą w nowennie przyzywamy.

    Proście, a otrzymacie, kołaczcie, a otworzą wam, szukajcie, a znajdziecie – powiedział Pan Jezus do swoich uczniów.

    Nowenna jest nie tylko przygotowaniem do obchodu jakiegoś ważnego wydarzenia, ale jest także dobrą okazją do zintensyfikowania swoich próśb, dlatego też modlitwa odmawiana przez kolejnych dziewięć dni ma niezwykłą skuteczność. Warto przy okazji odprawiania nowenny podjąć jakieś dodatkowe drobne wyrzeczenia, umartwienia, dobre uczynki, przystąpić do sakramentu pokuty i pojednania, uczestniczyć w Eucharystii i przyjąć Komunię Świętą.

    Nowenna przez wstawiennictwo św. Wincentego Pallottiego odprawiana jest przed jego liturgicznym wspomnieniem (w dniach od 13 do 21 stycznia), ma szczególną wymowę.

    13 stycznia 1850 roku, w ostatnim dniu Oktawy Epifanii, ks. Wincenty Pallotti posługiwał w konfesjonale. W czasie jednej ze spowiedzi zauważa, że jego penitent jest zziębnięty i nie ma na sobie wierzchniego okrycia. Zdejmuje wtedy swój płaszcz i oddaje go człowiekowi w potrzebie, co staje się z kolei przyczyną jego własnego przeziębienia. Przez kolejnych 9 dni choroba rozwija się i przeradza w zapalenie opłucnej. Wincenty Pallotti odchodzi do Pana w dniu 22 stycznia. Nowenna ta jest zatem niejako „czuwaniem przy łóżku konającego ks. Wincentego”.

    Przez tych dziewięć kolejnych dni rozważać będziemy dziewięć „kroków św. Wincentego”, czyli tych wszystkich spraw, którymi on żył. Wspólnie z nim będziemy kontemplowali Nieskończoną Miłość i Miłosierdzie Boga, stworzenie człowieka, nasze powołanie do świętości, posłannictwo Jezusa Chrystusa jako Apostoła Ojca Przedwiecznego i nasze naśladowanie Chrystusa, szczególną obecność NMP Królowej Apostołów, misję ewangelizacyjną Kościoła, budowanie jedności chrześcijan oraz Zjednoczenie Apostolstwa Katolickiego – dzieło, któremu poświęcił swoje życie.

    Niech zatem ta modlitwa i te rozważania będą dla nieskończonej chwały Boga i przyczynią się ku naszemu uświęceniu, zbawieniu dusz naszych i naszych bliźnich oraz zniszczeniu grzechu.

    _________________________________________

    DZIEŃ I

    Bóg jest Miłością Nieskończoną i Miłosierdziem

    Umiłowani, miłujmy się wzajemnie, ponieważ miłość jest z Boga, a każdy kto miłuje, narodził się z Boga i zna Boga, (…) bo Bóg jest miłością. W tym przejawia się miłość, że nie my umiłowaliśmy Boga, ale że to On sam nas pierwszy umiłował i posłał Syna swojego jako ofiarę przebłagalną za nasze grzechy. Umiłowani, jeśli Bóg tak nas umiłował, to i my winniśmy się wzajemnie miłować (…). Bóg jest miłością, kto trwa w miłości, trwa w Bogu, a Bóg trwa w nim.

    I List św. Jana Apostoła (4,7-16)

    Z PISM ŚW. WINCENTEGO PALLOTTIEGO:

    Bóg w Istocie swej to Miłość odwieczna, nieskończona i miłosierna bez granic; ja zaś, choć nieskończenie niegodny, aby w sercu mym rozlana była miłość Boża, to jednak ufam mocno, że Bóg, który jest Miłością w swej Istocie, przepaja mnie miłosiernie odwieczną swą i nieskończoną miłością, i ufam, że niweczy we mnie przez to całą mą świecką i przyziemną miłość oraz wszelkie jej następstwa i wszelkie myśli, słowa i uczynki, jakie spełniałem wbrew miłości Boga i bliźniego. I żywię nadto nadzieję, że niweczy mnie przez to na duszy, jak w ciele i w czynach tak dalece, że jestem jakby mnie nigdy nie było i jakbym nigdy nie miał być na świecie i że we mnie i we wszystkim był i jest zawsze Bóg – Miłość z Istoty swej odwieczna, niezmierna, nieskończona, niepojęta i bezgranicznie miłosierna – sam Bóg, wszystkie Boskie Osoby, wszystkie nieskończone przymioty.

    Wybór Pism, t. III, s. 249-250

    ____________________________________________

    MODLITWA DNIA:

    P. Boże, nasz Ojcze, Ty jako jedyne źródło miłości pierwszy nas umiłowałeś, abyśmy napełnieni bogactwem Twojej łaski, mogli żyć jedynie dla Twej miłości. Ty w ciągu wieków zapewniałeś nas o Twojej dobroci względem nas, a w tych ostatecznych czasach zesłałeś nam Twojego Umiłowanego Syna, a naszego Pana Jezusa Chrystusa, który jest pełnym objawieniem Twojej miłości i wierności. On to, umiłowawszy nas do końca, wydał samego siebie na okup za nasze grzechy, a umierając na drzewie krzyża, przywrócił nam życie wieczne. Dziękując Tobie za tak wielkie dary i wierząc, że jako nasz Najlepszy Ojciec pragniesz jedynie naszego szczęścia, ośmielamy się Ciebie prosić (o oraz) o łaski, których nam potrzeba. Przez Chrystusa, Pana naszego.

    W. Amen.

    ______________________________________________________________________________________________________________

    DZIEŃ II

    Stworzenie człowieka

    Bóg rzekł: „Uczyńmy człowieka na Nasz obraz, podobnego Nam. Niech panuje nad rybami morskimi, nad ptactwem powietrznym, nad bydłem, nad ziemią i nad wszystkimi zwierzętami pełzającymi po ziemi!”. Stworzył więc Bóg człowieka na swój obraz, na obraz Boży go stworzył: stworzył mężczyznę i niewiastę. Po czym Bóg im błogosławił (…). A Bóg widział, że wszystko, co uczynił było bardzo dobre.

    Księga Rodzaju (1, 26-31)

    mal. Bruno Zwiener

    ***

    Z PISM ŚW. WINCENTEGO PALLOTTIEGO:

    Człowiek jest, jak nas o tym poucza święta wiara, stworzony na obraz i podobieństwo Boga, Bóg zaś ze samej swej istoty jest miłością. A zatem człowiek na mocy samego aktu stwórczego jest żywym obrazem miłości Bożej. Bóg zaś, który ze samej swej istoty jest miłością, w swojej zewnętrznej działalności zawsze się skłania do działania na korzyść człowieka i to tak bardzo, że Syna swego Jednorodzonego zesłał, aby Ten swoją śmiercią krzyżową odkupił rodzaj ludzki. Jak Chrystus „stał się dla nas posłuszny aż do śmierci i to śmierci krzyżowej”, tak też i człowiek winien, w miarę swoich możliwości, naśladować Boga, okazując przy pomocy swoich uczynków czynną miłość bliźniemu, którym jest każdy człowiek zdolny do poznania Boga, niezależnie od warstwy społecznej, strefy geograficznej, narodowości itd. Dlatego też człowiek, mając na uwadze samą istotę aktu stwórczego, nie może się uchylać od przykazania miłości. Przyjąwszy zaś, że przykazanie miłości bliźniego, nakazujące nam kochać bliźniego jak siebie samego, jest naszym obowiązkiem, każdy już łatwo może sobie uświadomić, że nikt nie kocha siebie samego, jeśli całym sercem, całą duszą i wszystkimi siłami nie stara się w sposób skuteczny o własne zbawienie wieczne; i to, że nikt nie kocha bliźniego swego jak siebie samego, jeżeli nie stara się o wieczne zbawienie bliźniego tak, jak o swoje.

    Wybór Pism, t. I, s. 59-60

    _________________________________________________

    MODLITWA DNIA:

    P. Ojcze święty, Ty jeden jesteś Bogiem żywym i prawdziwym, Ty jesteś przedwieczny i trwasz na wieki. Tylko Ty, Boże, jesteś dobry i jako jedyne źródło życia powołałeś wszystko do istnienia, aby napełnić swoje stworzenia dobrami i wiele z nich uszczęśliwić jasnością Twojej chwały. Wysławiamy Cię, Ojcze święty, bo jesteś wielki i wszystkie stworzenia głoszą Twoją mądrość i miłość. Ty stworzyłeś człowieka na swoje podobieństwo i powierzyłeś mu cały świat, aby służąc Tobie samemu jako Stwórcy, rządził wszelkim stworzeniem. Dlatego też ośmielamy się wzywać Twego Świętego Imienia i z ufnością, że zostaniemy wysłuchani, ośmielamy Cię prosić (o… oraz) o łaski, których nam potrzeba. Przez Chrystusa, Pana naszego.

    W. Amen.

    ______________________________________________________________________________________________________________

    DZIEŃ III

    Powołanie do świętości

    Umiłowani, obecnie jesteśmy dziećmi Bożymi, ale jeszcze się nie objawiło, czym będziemy. Wiemy, że gdy się to objawi, będziemy do Niego podobni, bo ujrzymy Go takim, jakim jest. Każdy, kto pokłada w Nim tę nadzieję, uświęca się, podobnie jak On jest święty.

    I Listu św. Jana Apostoła (3, 2-3)

    Z PISM ŚW. WINCENTEGO PALLOTTIEGO:

    Pomiędzy innymi łaskami, o które zwracam się z prośbą do mojego Ojca Niebieskiego, mojego nade wszystko najukochańszego oblubieńca Jezusa i mojej nade wszystko najukochańszej Matki Marii, aniołów i świętych, i błagam wszystkie inne stworzenia o wyjednanie tego za mnie, proszę, by Pan prowadził mnie drogą, że tak powiem, nieskończenie świętą, bezpieczną, doskonałą i ukrytą przed oczyma ludzi; proszę o dar świętej wytrwałości w dobrym i nieustające pomnażanie żarliwości w świętej służbie Bożej, a to ku nieskończonej chwale i czci Boga, oraz korzyści wszystkich dusz. Świętość jest konieczna. Ufam wielce dobroci Boga, że dla zasług świętych, aniołów, Marii i Jezusa wpoi ufność otrzymania tej łaski, która uświęca i sprawia, iż dla samej chwały Boga dokonujemy największych rzeczy i że zaszczepi we mnie najwyższe stopnie świętości i doskonałości.

    Postanowienia i dążenia, 116, 211 i 81

    ______________________________________________________________

    MODLITWA DNIA:

    P. Boże, źródło życia i świętości, tylko Ty jesteś święty i godzien wszelkiej chwały. Ty z miłości stworzyłeś człowieka i powołujesz go do świętości, aby mógł we wspólnocie z Tobą przebywać w Twojej chwale i radować się Twoją obecnością. Dlatego słusznie Cię sławi wszelkie stworzenie, bo przez Jezusa Chrystusa, Twojego Syna, staliśmy się Twoimi przybranymi dziećmi, a mocą Twojego Świętego Ducha ożywiasz nas i uświęcasz. Przez zasługi i wstawiennictwo wszystkich Świętych, wdzięczni za Twoje wielkie miłosierdzie względem nas, ośmielamy się Ciebie prosić (o… oraz) o łaski, których nam potrzeba. Przez Chrystusa, Pana naszego.

    W. Amen.

    ______________________________________________________________________________________________________________

    DZIEŃ IV

    Apostoł Ojca Przedwiecznego

    Jezus, podniósłszy oczy ku niebu, rzekł: „Ojcze, nadeszła godzina. Otocz swojego Syna chwałą, aby Syn Ciebie nią otoczył i aby mocą władzy udzielonej Mu przez Ciebie nad każdym człowiekiem dał życie wieczne wszystkim tym, których Mu dałeś. A to jest życie wieczne: aby znali Ciebie, jedynego prawdziwego Boga, oraz Tego, którego posłałeś, Jezusa Chrystusa. Ja Ciebie otoczyłem chwałą na ziemi przez to, że wypełniłem dzieło, które Mi dałeś do wykonania. A teraz Ty, Ojcze, otocz Mnie u siebie chwałą, którą miałem u Ciebie wpierw, zanim świat powstał”.

    Ewangelii według św. Jana (17, 1-5)

    Z PISM ŚW. WINCENTEGO PALLOTTIEGO:

    Przykazanie zaś miłości, które wszystkim nakazuje wielbić i ponad wszystko kochać Boga, a bliźniego swego miłować jak siebie samego, zobowiązuje nas również do starania się wszelkimi możliwymi sposobami o wieczne zbawienie tak swoje, jak i bliźniego. Staje się to jeszcze bardziej oczywiste, gdy przypomnimy sobie to, co mówi Duch Święty: „Każdemu z osobna dał Bóg rozkazanie o bliźnim jego”. Każdemu więc Bóg przykazał się troszczyć o wieczne zbawienie bliźniego. A ponieważ w wypełnianiu tego przykazania winniśmy naśladować Jezusa Chrystusa, który jest Apostołem Ojca Przedwiecznego, przeto życie Jezusa Chrystusa, będące Jego apostolstwem, ma być dla każdego wzorem apostolstwa. A że wszyscy są wezwani i, co więcej, zobowiązani do naśladowania Jezusa Chrystusa, przeto wszyscy powołani są do apostolstwa stosownie do swojego stanu i zawodu. Ale ponieważ nie wszyscy przestrzegają przykazania miłości Boga i bliźniego tak doskonale, jak to przykazał Jezus Chrystus, mówiąc: „Bądźcie doskonałymi, jak Ojciec wasz Niebieski jest doskonałym”, stąd też nie wszyscy zasługują na miano „apostoła”. Jednak miłość Pana naszego Jezusa Chrystusa pobudza każdego człowieka do czynów apostolskich, aby każdy mógł zasłużyć na miano „apostoła” i zdobyć zasługę oraz cieszyć się chwałą, dzięki wstawiennictwu Królowej Apostołów, Najświętszej Maryi.

    Wybór Pism, t. I, s. 39

    ___________________________________________________

    MODLITWA DNIA:

    P. Panie, nasz Boże, Ty objawiłeś nam Umiłowanego Syna Twojego Jezusa Chrystusa jako Apostoła posłanego przez Ciebie dla dokonania dzieła naszego zbawienia. On to za sprawą Ducha Świętego stał się człowiekiem, narodził się z Maryi Dziewicy i był do nas podobny we wszystkim oprócz grzechu. Ubogim głosił dobrą nowinę o zbawieniu, jeńcom wyzwolenie, a smutnym radość. Aby wypełnić Twoje postanowienie, wydał się na śmierć krzyżową, a zmartwychwstając, zwyciężył śmierć i odnowił życie, abyśmy żyli już nie dla siebie, ale jedynie ku Twojej chwale. Wdzięczni za tak wspaniały dar Twojej miłości, z dziecięcą ufnością ośmielamy się Ciebie prosić (o… oraz) o łaski, których nam potrzeba. Przez Chrystusa, Pana naszego.

    W. Amen.

    ______________________________________________________________________________________________________________

    DZIEŃ V

    Naśladowanie Chrystusa

    Wtedy Jezus rzekł do swoich uczniów: „Jeśli kto chce pójść za Mną, niech się zaprze samego siebie, niech weźmie krzyż swój i niech Mnie naśladuje. Bo kto chce zachować swoje życie, straci je; a kto straci swoje życie z mego powodu, znajdzie je. Cóż bowiem za korzyść odniesie człowiek, choćby cały świat zyskał, a na swojej duszy szkodę poniesie? Albo co da człowiek w zamian za swoją duszę? Albowiem Syn Człowieczy przyjdzie w chwale Ojca swego razem z aniołami swoimi i wtedy odda każdemu według jego postępowania”.

    Ewangelia według św. Mateusza (16, 24-27)

    Żyć w duchu świętego Wincentego Pallottiego

    Z PISM ŚW. WINCENTEGO PALLOTTIEGO:

    „Przeznaczył nas, abyśmy się stali na podobieństwo Syna Jego, żeby On był pierworodnym między wieloma braćmi” (por. Rz 8, 29). Święty Paweł Apostoł przestrzega nas, że Bóg chce, abyśmy dla osiągnięcia naszego jedynego, uszczęśliwiającego celu stali się podobni do Jego Jednorodzonego Syna, który dla nas stał się człowiekiem i który jest naszym pierworodnym Bratem. Naśladowanie zatem Pana naszego Jezusa Chrystusa jest tak niezbędne, jak niezbędne jest samo nasze zbawienie. Stąd też podstawową Regułą naszego najmniejszego Stowarzyszenia ma być życie Pana naszego Jezusa Chrystusa, po to, by naśladować Go w pokorze i z ufnością możliwie jak najdoskonalej we wszystkich Jego poczynaniach w życiu ukrytym i w publicznej posłudze ewangelicznej. Z tego powodu powinniśmy podejmować zawsze, najdoskonalej jak potrafimy, wysiłki zmierzające do tego, by nasze życie stawało się stale coraz bardziej podobne do życia pierworodnego naszego Brata Jezusa Chrystusa.

    Wybór Pism, t. II, s. 314

    _________________________________________________________________

    MODLITWA DNIA:

    P. Ojcze święty, wielbimy Ciebie, przez umiłowanego Syna Twojego Jezusa Chrystusa, za wspaniały plan Twojej miłości względem nas. On jest Słowem Twoim, przez które wszystko stworzyłeś. Jego nam zesłałeś jako Zbawiciela i Odkupiciela, który stał się człowiekiem za sprawą Ducha Świętego i narodził się z Dziewicy. On, spełniając Twoją wolę, nabył dla Ciebie lud święty, gdy wyciągnął swoje ręce na krzyżu, aby śmierć pokonać i objawić moc Zmartwychwstania. On swoim życiem wezwał nas do naśladowania, abyśmy upodobniwszy się do Niego, mogli osiągnąć życie wieczne w Twoim Królestwie. Za te znaki Twojej dobroci wychwalamy Cię i z ufnością Ciebie prosimy (o… oraz) o łaski, których nam potrzeba. Przez Chrystusa, Pana naszego.

    W. Amen.

    ______________________________________________________________________________________________________________

    DZIEŃ VI

    Maryja, Królowa Apostołów

    Wtedy wrócili do Jerozolimy. Przybywszy tam, weszli do sali na górze i przebywali w niej: Piotr i Jan, i Jakub, i Andrzej, Filip i Tomasz, Bartłomiej i Mateusz, Jakub, syn Alfeusza, i Szymon Gorliwy, i Juda, brat Jakuba. Wszyscy oni trwali jednomyślnie na modlitwie razem z niewiastami, z Maryją, Matką Jezusa, i z braćmi Jego. Kiedy nadszedł wreszcie dzień Pięćdziesiątnicy, znajdowali się wszyscy na tym samym miejscu. Nagle dał się słyszeć z nieba szum, jakby uderzenie gwałtownego wiatru, i napełnił cały dom, w którym przebywali. Ukazały się im też jakby języki z ognia, które się rozdzieliły, i na każdym z nich spoczął jeden. I wszyscy zostali napełnieni Duchem Świętym.

    Dzieje Apostolskie (1, 12-14; 2, 1-4)

    Z PISM ŚW. WINCENTEGO PALLOTTIEGO:

    Postanawiam przedstawiać sobie (często to w sobie odnawiać), że w jakimkolwiek będę się znajdował miejscu, będę wraz ze wszystkimi stworzeniami w jerozolimskim Wieczerniku, gdzie Apostołowie otrzymali Ducha Świętego; i jak Apostołowie pozostawali tam z Najświętszą Maryją, tak będę sobie też wyobrażał, iż jestem tam z moją nade wszystko najukochańszą Matką Maryją i z nade wszystko najbardziej umiłowanym Oblubieńcem Jezusem, którzy – uważam to za pewne – jako moi najosobliwsi Obrońcy sprawią, że spłynie na mnie i na innych obfitość Ducha Świętego. A jak pragnę, aby ta obfitość Pańskiego Ducha pomnażała się we mnie i we wszystkich stworzeniach, w każdym, tak ze wszystkimi stworzeniami zostawać pragnę zawsze w tymże Wieczerniku. Tak też częściej wedle możności przedstawiać sobie będę, że kiedy ja i inne stworzenia trwamy w Wieczerniku, zstępuje na nas obfitość i pełnia Ducha Świętego. Pragnę z niej odnosić owoce tak obfite, jakie odnosiliby z niej wszyscy Święci, Apostołowie i Maryja.

    Wybór Pism, t. III, s. 46-47

    __________________________________________________________________

    MODLITWA DNIA:

    P. Wszechmogący, wieczny Boże, Ty w cudowny sposób wybrałeś Maryję na Matkę Twojego Jednorodzonego Syna, Jezusa Chrystusa. Ona, przyjmując niepokalanym sercem Twoje Słowo, poczęła Je w dziewiczym łonie i otaczała macierzyńską troską początek Kościoła, rodząc jego Założyciela. Przyjmując pod krzyżem testament Bożej miłości, wzięła za swoje dzieci wszystkich ludzi, którzy przez śmierć Chrystusa narodzili się do życia wiecznego. Gdy Apostołowie oczekiwali obiecanego Ducha Świętego, łączyła swe błagania z prośbami uczniów Chrystusa i stała się wzorem modlącego się Kościoła. Wyniesiona do niebieskiej chwały otacza macierzyńską miłością Kościół pielgrzymujący i wspiera go w dążeniach do wiecznej ojczyzny, aż nadejdzie pełen blasku dzień Pański. Wysławiając tak wielkie dzieła Twojej miłości oraz pokładając ufność we wstawiennictwo i zasługi naszej Matki i Królowej, ośmielamy się Ciebie prosić (o… oraz) o łaski, których nam potrzeba. Przez Chrystusa, Pana naszego.

    W. Amen.

    ______________________________________________________________________________________________________________

    DZIEŃ VII

    Misja ewangelizacyjna

    Jedenastu zaś uczniów udało się do Galilei, na górę, tam gdzie Jezus im polecił. A gdy Go ujrzeli, oddali Mu pokłon. Niektórzy jednak wątpili. Wtedy Jezus podszedł do nich i przemówił tymi słowami: „Dana Mi jest wszelka władza na niebie i na ziemi. Idźcie więc i nauczajcie wszystkie narody, udzielając im chrztu w imię Ojca i Syna, i Ducha Świętego. Uczcie je zachowywać wszystko, co wam przekazałem. A oto Ja jestem z wami przez wszystkie dni, aż do skończenia świata”.

    Ewangelia według św. Mateusza (28, 16-20)

    São Vicente Pallotti

    Z PISM ŚW. WINCENTEGO PALLOTTIEGO:

    Pobożne nasze Zjednoczenie, a jeszcze bardziej Stowarzyszenie Księży, stanowiące część wewnętrzną i dynamizującą tegoż Zjednoczenia, oddaje się od samego początku swego istnienia krzewieniu Królestwa Pana naszego Jezusa Chrystusa; poruszone zaś do żywego tkliwą miłością wyrażoną przez samego Odkupiciela w słowach: „Żniwo wprawdzie wielkie, ale robotników mało. Proście więc Pana żniwa, aby wysiał robotników na żniwo swoje” (Mt 9, 37-38), czuło się zawsze jak najbardziej zaangażowane do współdziałania, za pośrednictwem niezawodnego środka zalecanego przez Chrystusa w postaci modlitwy, w pozyskiwaniu ewangelicznych pracowników.

    Wybór Pism,t. II, s. 187

    __________________________________________________________

    MODLITWA DNIA:

    P. Boże, nasz Ojcze, Ty chcesz, aby wszystkie ludy i narody Ciebie poznały i jedynie Ciebie wielbiły jako swojego Pana i Stwórcę. Ty posłałeś na świat swojego Umiłowanego Syna Jezusa Chrystusa, aby wszystkim ludziom przyniósł zbawienie. Przez Niego posyłasz nieustannie głosicieli Dobrej Nowiny, aby Twoje Imię było wysławiane po całej ziemi. Ty powołałeś Kościół, aby był dla narodów sakramentem zbawienia i aby z wszystkich narodów wzrastał jeden lud święty. Wysławiamy Ciebie Boże, za wielkie dzieła Twojej Miłości i z pokorą ośmielamy Cię prosić (o…  oraz) o łaski, których nam potrzeba. Przez Chrystusa, Pana naszego.

    W. Amen.

    ______________________________________________________________________________________________________________

    DZIEŃ VIII

    Jedność chrześcijan

    Trwali oni w nauce Apostołów i we wspólnocie, w łamaniu chleba i w modlitwach. Bojaźń ogarniała wszystkich, gdyż Apostołowie czynili wiele znaków i cudów. Ci wszyscy, którzy uwierzyli, przebywali razem i wszystko mieli wspólne. Sprzedawali majątki i dobra i rozdawali je każdemu według potrzeby. Codziennie trwali jednomyślnie w świątyni, a łamiąc chleb po domach, spożywali posiłek w radości i prostocie serca. Wielbili Boga, a cały lud odnosił się do nich życzliwie. Pan zaś pomnażał im codziennie tych, którzy dostępowali zbawienia.

    Dzieje Apostolskie (2, 42-47)

    św. Vincenty Pallotti namalowany przez Oskara Kokoschka 







    Z PISM ŚW. WINCENTEGO PALLOTTIEGO:

    Jezus Chrystus zapowiedział czas, kiedy cały świat zjednoczy się jako jedna Owczarnia pod jednym Pasterzem. Nasza modlitwa o nadejście Królestwa podoba się Panu. Nasze dobre czyny, żarliwe modlitwy sprawiedliwych i wstawiennictwo Błogosławionej Dziewicy Maryi sprawią, że dzień ten nadejdzie. Mamy nadzieję, że przez naszą żarliwą modlitwę Bóg pozwoli, by już wkrótce nadszedł ten dzień, kiedy ujrzymy świat jako jedną Owczarnię pod jednym Pasterzem.

    Modlitewnik SAK, s. 70-71

    ________________________________________________________________________

    MODLITWA DNIA:

    P. Wszechmogący, wieczny Boże, nieustannie Ciebie wychwalamy i Tobie za wszystko składamy dzięki, przez naszego Pana Jezusa Chrystusa. Przez Niego bowiem doprowadziłeś nas do poznania Twojej prawdy, abyśmy złączeni węzłem jednej wiary i chrztu świętego, stali się członkami Jego Ciała. Przez Niego udzieliłeś wszystkim narodom Twojego Ducha Świętego, który działając przez rozmaite dary, jest Sprawcą jedności. Duch Święty zamieszkuje w Twoich przybranych dzieciach, napełnia cały Kościół i nim kieruje. Wierzymy, że przez nasze pokorne modlitwy przybliża się dzień, kiedy wszystkie ludy i narody zgromadzą się jako jedna Owczarnia pod jednym Pasterzem oraz ufamy, że wysłuchasz nasze prośby (o… oraz) o łaski, których nam potrzeba. Przez Chrystusa, Pana naszego.

    W. Amen.

    _____________________________________________________________________________________________________________

    DZIEŃ IX

    Zjednoczenie Apostolstwa Katolickiego

    Jezus tak modlił się za swoich uczniów: „Teraz poznali, że wszystko, cokolwiek Mi dałeś pochodzi od Ciebie. Słowo bowiem, które Mi powierzyłeś, im przekazałem, a oni je przyjęli i prawdziwie poznali, że od Ciebie wyszedłem, oraz uwierzyli, że Ty Mnie posłałeś. Ja za nich proszę. Ojcze święty, zachowaj ich w Twoim imieniu, które Mi dałeś, aby tak jak My, wszyscy oni stanowili jedno. Ojcze sprawiedliwy! Świat Ciebie nie poznał, lecz Ja Ciebie poznałem, i oni poznali, żeś Ty Mnie posłał. Objawiłem im Twoje imię i nadal będę objawiał, aby miłość, którą Ty Mnie umiłowałeś, w nich była i Ja w nich.

    Ewangelia według św. Jana (17, 7-9a, 11b. 25-26)

    VINCENT-PALLOTT

    Public Domain

    MATKA BOŻEJ MIŁOŚCI – OBRAZ DCASSAROTTI NA RELIKWIARZU ŚW WINCENTEGO PALLOTIEGO

    ***

    Z PISM ŚW. WINCENTEGO PALLOTTIEGO:

    Celem Stowarzyszenia jest większa chwała Boża, uświęcenie i zbawienie wieczne duszy własnej i dusz naszych bliźnich przez życie czynne i bogomyślne i przez uczynki miłosierdzia co do ciała i duszy. Chodzi też o to, by wiodąc życie w pokorze i w prawdziwej zawisłości, jednoczyć świętym węzłem współzawodniczącej miłości i gorliwości duchowieństwo świeckie i zakonne w pełnieniu dzieł świętego posługiwania, aby w ten sposób skuteczniej zapewnić zbawienie dusz, a także, by wszystkich wiernych bez różnicy płci wszelkiego stanu, godności, stanowiska, tak pojedynczo, jak zbiorowo, zapraszać do tego, by każdy, wypełniając rzetelnie przykazanie miłości Boga i bliźniego, przyczyniał się wedle swej możliwości do wspierania dzieł podejmowanych ku większej chwale Bożej i dla zbawienia dusz, bądź przez bezinteresowne prace osobiste, bądź przez składanie jałmużny czy ofiar wszelkiego rodzaju, bądź przynajmniej poprzez modlitwy. Dlatego to nasze Stowarzyszenie stara się samo o przyłączanie wszystkich wiernych bez różnicy płci oraz deleguje innych, aby się o to starali. Ci zaś przyłączeni do naszego Stowarzyszenia stanowią Pobożne Zjednoczenie, zwane też Apostolstwem Katolickim.

    Wybór Pism, t. II, s. 314-315

    _____________________________________________________

    MODLITWA DNIA:

    P. Wszechmogący i miłosierny Boże, Jedyne Źródło jedności i pokoju, Ty wszystkich ludzi, stworzonych dla chwały Twojego Imienia i odkupionych przez Krzyż Twojego Syna, zbierasz mocą Twojego Ducha w jedną rodzinę ludzką. Ty zgromadziłeś wszystkie narody i ludy ziemi w jedności Kościoła i dajesz wszystkim ludziom błogosławioną nadzieję swojego Królestwa. Ojcze święty, uwielbiamy Cię za to, że zechciałeś posłużyć się świętym Wincentym Pallottim dla budowania jedności w świecie i szerzenia Dobrej Nowiny. Pobudzeni przeto tak wspaniałym przykładem apostolskiej gorliwości, ośmielamy się Ciebie prosić (o… oraz) o łaski, których nam potrzeba. Przez Chrystusa, Pana naszego.

    W. Amen.

    _____________________________________________________________________________________________

    Z Dekretu Apostolskiego przyznającego

    ks. Wincentemu Pallottiemu cześć należną świętym

    20 stycznia 2020

    ***

    Wincenty Pallotti urodził się w Rzymie, dnia 21 miesiąca kwietnia, roku 1795, następnego dnia został ochrzczony w Bazylice Św. Wawrzyńca in Damasco. Od rodziców, którzy byli bardzo religijni, zaczerpnął wspaniałe wzory wszystkich cnót, tak że będąc trzyletnim dzieckiem zwykł już prosić Świętą Rodzicielkę Boga, aby uczyniła go świętym. Mając lat dziesięć, uprosił, aby mu po raz pierwszy pozwolono przystąpić do Komunii świętej; od tego dnia codziennie brał udział w Uczcie Eucharystycznej. Za poradą swojej pobożnej matki, ponieważ nie odznaczał się zdolnościami umysłowymi, odprawił modlitewną nowennę do Ducha Świętego i dzięki otrzymanej łasce stał się zdolnym do nauki, tak że łatwo już mógł przerobić wymagane dyscypliny, zdobyć doktoraty z filozofii i teologii i spełniać akademicki urząd na Uniwersytecie Sapienza, wyjaśniając alumnom teologiczne zagadnienia. Ten poważny urząd spełniał przez dziesięć lat z najwyższym podziwem i pożytkiem uczniów.

    Postępując w latach, stwierdził w sposób pewny, że jest wzywany do kapłaństwa. Wahając się czy wstąpić do jakiegoś zakonu, czy też w szeregi duchowieństwa świeckiego, wybrał wreszcie to ostatnie i włożył szatę kościelną. A ponieważ w tym czasie niesprawiedliwe prawo państwowe zabraniało przyjmować młodzieńców do świętych Seminariów, Wincenty pozostał w domu, gdzie celem należytego przygotowania się do kapłaństwa nieustannie oddawał się tak dziełom pobożności, jak i nauce. Nie zaniedbał umartwiania ciała, sypiał na ziemi, pościł czy też spożywał gorsze potrawy. Tego rodzaju umartwienia, dla odpokutowania za swoje grzechy i za grzechy innych ludzi, powiększał z każdym dniem, aż do końca swojego życia.

    Święcenia kapłańskie otrzymał w dniu 16 maja 1818 roku; zapalony gorliwością duszpasterską stał się apostołem miasta Rzymu, pamiętając w swoim życiu na słowa Pawła Apostoła: „Miłość Chrystusa przynagla nas“ (2 Kor 5,14). Aby religijnie ukształtować przede wszystkim młodzieńców, otworzył w Rzymie elementarne szkoły, w których rzemieślnicza młodzież zbierała się w godzinach wieczornych i zapoznawała się z chrześcijańską nauką oraz uczyła się czytać i pisać. Podjął się w świętym Seminarium Rzymskim obowiązków ojca duchownego oraz obowiązków spowiednika alumnów w Kolegiach: Rozkrzewiania Wiary, Szkockim, Greckim, Angielskim i Irlandzkim – aby w ten sposób służyć jak najlepiej tym, którzy zostali powołani do kapłaństwa. […]

    Mając na uwadze słowa Apostoła: „Kto nie miłuje brata swego, którego widzi, jakże może miłować Boga, którego nie widzi?“ (1 J 4,20) – wspomaganie biednych uważał za wielką radość; często, aby ich wesprzeć, oddawał im swoje łóżko czy pozbywał się swojego płaszcza. Miłość jego do chorych przejawiała się wspaniale wtenczas zwłaszcza, gdy w roku 1837 grasowała w Rzymie epidemia cholery. Nie szczędził wtedy swoich sił, aby w miarę swoich możliwości zaopatrzyć chorych Sakramentami świętymi i przynieść im pociechę, nie dbając przy tym o swoje zdrowie i życie.

    […] gorąco pragnął, aby wszyscy ludzie, stworzeni na obraz Boży, oddawali Bogu należną cześć, chciał również u wszystkich katolików na ziemi ożywić i umocnić prawdziwą i czynną wiarę; zaś tych, którzy tkwili jeszcze w próżnym pogaństwie, pociągnąć do chrześcijańskich obrzędów. Aby ten swój zamiar zrealizować, założył w roku 1835 Zjednoczenie Apostolstwa Katolickiego*, którego celem jest […] – „wzrost, obrona i rozszerzanie miłości i katolickiej wiary, pod specjalną opieką Niepokalanej Matki Bożej, Królowej Apostołów, w całkowitej zależności od Papieża“. Zjednoczenie to obejmuje trzy klasy członków: wpierw kapłanów i braci; następnie siostry, do których należy opieka nad dziełami miłosierdzia; i wreszcie ludzi świeckich obojga płcizakonników z różnych zakonów, którzy specjalnymi prawami albo przynajmniej modlitwą przyczyniają się do realizacji celów tego Zjednoczenia.

    […] Troską swoją ogarniał [Pallotti] również chrześcijan, którzy byli odłączeni od Stolicy Apostolskiej, aby i oni jak najprędzej wrócili do jednej Owczarni Chrystusowej; postarał się, iżby przez osiem dni po Objawieniu Pana naszego Jezusa Chrystusa zanoszono specjalne modlitwy i w sposób uroczysty sprawowano liturgię katolików wschodnich oraz wygłaszano kazania w różnych językach. Uroczystości te, jako że w nich brali udział ludzie z różnych narodów, ojcowie kardynałowie, biskupi, zakonnicy z różnych zakonów, alumni seminariów i kolegiów rzymskich, w przedziwny sposób ukazywały jedność i powszechność Rzymskiego Kościoła.

    […] gdy swoje życie poświęcał, aby przyczynić się do uśmierzenia istniejących rozruchów, aby Kościół mógł się cieszyć pełną i nienaruszoną wolnością, aby jego Papież mógł się uratować i czuć się bezpiecznym – wtenczas to dnia 13 stycznia 1850 roku niespodziewanie zachorował, wyglądało jednak, że w stanie jego zdrowia nastąpiła pewna poprawa. Z łoża jednak, ku zdziwieniu wszystkich, już nie chciał powstać. Życzył nawet, aby go pokrzepiono Wiatykiem i namaszczono olejami świętymi; podnosząc na duchu swoich synów, zmarł w dniu, który przepowiedział, to jest 22 tegoż miesiąca i roku.

    Jan XXIII

    Rzym, 20 stycznia 1963 rok

    _______________________________________________________________________________________________________

    Św. Wincenty Pallotti: kapłan otwarty na miłość

    PHOTO 2020 10 04 13 34 17

    ***

    Homilia św. Jana Pawła II wygłoszona 22 czerwca 1986 roku w kościele Świętego Zbawiciela na Fali w Rzymie ku czci Św. Wincentego Pallottiego

    „Będę głosił imię Twoje swym braciom” Ps. 21,23.

    1) Te słowa 21 psalmu mówił Jezus na krzyżu, a jako pośrednik między człowiekiem a Bogiem mówi je dalej i w tej eucharystycznej celebrze; głosi Boga w dalszym ciągu, pełniąc swe zadanie ostatecznego objawiciela Ojca „pośród zebrania” – to znaczy w Kościele, którego jest Głową; w dalszym ciągu wielbi On Boga i wzywa wszystkie ludy odkupione Jego własną Krwią, by Bogu oddawały chwałę oraz przez wewnętrzną odmianę wracały do Niego.

    Podobne wezwanie i podobne słowa odbijają się – czujemy to dziś – niby echo i w tej świątyni, jakby szły do nas od wielkiego naśladowcy Jezusa Chrystusa – świętego Wincentego Pallottiego, który w ciągu całego swojego życia był niestrudzonym zwiastunem ewan­gelicznego orędzia zbawienia.

    Drodzy Bracia i Siostry w Chrystusie!

    Wobec wszystkich obecnych tu członków pallotyńskiej Rodziny i wobec zbożnych wielbicieli świętego Wincentego Pallottiego pragnę wyrazić prawdziwą radość, że jestem tu z Wami i że Ofiarę Mszy św. sprawuję na tym ołtarzu, który strzeże przecennych relikwii Waszego świętego Założyciela.

    Przyszedłem odwiedzić to miejsce i tę Wspólnotę, ponieważ moje osobiste dzieje były przeplatane licznymi i ważnymi spotkaniami z duchowymi synami świętego Wincentego Pallottiego. Wadowice – moje rodzinne miasto – są kolebką polskich Pallotynów; moje z nimi kontakty były częste w okresie mej młodości, a szczególnie w czasie mego posługiwania kapłańskiego i biskupiego. Ponadto z tym miejscem i z tą Wspólnotą łączy mnie jeszcze szczególniejszy motyw. Nie bez wzruszenia i wdzięczności pamiętam teraz ów daleki dzień roku 1946, kiedy to jako młody kapłan, przybywszy do Rzymu dla doskonalenia mych studiów na papieskich uczelniach, zostałem przyjęty przez tę Wspólnotę. Jakkolwiek mój pobyt nie trwał tu zbyt długo, okazał się jednak wystarczający, by nie zapomnieć już o owym klimacie braterskiej pogody, jakim tu mogłem oddychać.

    Ale dzisiejsza moja wizyta ma jeszcze głębsze uzasadnienie, znajduje się w mym wielkim podziwie dla Osoby i Dzieła Waszego Założyciela, w podziwie, który potęgował się w częstych kontaktach ze sławnym Waszym współbratem, którego wspominam nie bez tęsknego żalu: z ojcem Wilhelmem Móhlerem, długoletnim przełożonym generalnym Waszego Stowarzyszenia, a także członkiem Papieskiej Rady dla Świeckich. W czasie Soboru Watykańskiego II pracowaliśmy razem nad tekstem Dekretu o apostolstwie świeckich, Apostolicam actuositatem, który zawiera uroczyste potwierdzenie trwałej wartości idei „Apostolstwa Katolickiego”, założonego i proklamowanego już w wieku ubiegłym przez Wincentego Pallottiego.

    Dlatego wizyta moja ma być aktem wdzięczności dla Waszego Założyciela, owego świętego Kapłana rzymskiego, którego niezapomniany mój poprzednik Jan XXIII nazwał „mężem mądrym o wybitnej świętości, który w swoim czasie… przyniósł zaszczyt włączeniu i przynależności do kleru pierwszej diecezji katolicyzmu,… niezmordowany apostoł, kierownik sumień, budziciel świętego entuzjazmu, wspaniały w różnych swych poczynaniach” (Discorsi, Messaggi, Colloąui, V, 1962-1963, s. 86 i 90).

    2) Oddając mu hołd chciałbym też wraz z Wami, Drodzy Bracia i Siostry, zastanowić się nieco nad początkami i nad twórczą siłą Jego charyzmatu.

    Wincenty Pallotti pragnął żyć w nieprzerwanym i w stale coraz to bardziej pogłębianym zjednoczeniu z Chrystusem tak dalece, że chciał być w Niego całkowicie przemieniony. Miał zwyczaj powtarzać tę oto modlitwę, która pozwala nam dostrzec wielkość jego chrześcijańskiego i kapłańskiego serca: „Niech będzie zniweczone życie moje, a życie Jezusa Chrystusa niech będzie moim życiem” (Vincenzo Pallotti, Opere Complete, X, 158 nn; passim). W podtrzymywanym przez długie lata kontakcie z Panem przez nieustanną modlitwę, przez wsłuchiwanie się i zatapianie w słowo Boże, w budującym sprawowaniu Eucharystii i sakramentu pojednania, przyswoił sobie usposobienie Chrystusa, pragnącego wszak zbawienia wszystkich ludzi i doprowadzenia ich do Ojca. W kapłańskim sercu Wincentego Pallottiego znajdowało oddźwięk tętniące Serce Jezusa, Dobrego Pasterza, wychodzącego na poszukiwanie zagubionej owieczki.

    Zagłębiając się w rozważanie przykazania miłości Boga i bliźniego Wincenty Pallotti pojął, jak niemożliwe jest kochać Boga bez miłowania bliźniego i jak niemożliwe jest kochać naprawdę bliźniego bez zaangażowania się w wieczne jego zbawienie. Otwierając się na miłość Bożą, wlaną weń przez Ducha Świętego, przynaglany miłością Chrystusa, pracował bez wytchnienia dla wiecznego zbawienia ludzi. A zatem Apostolat Katolicki zrodził się ze zbawczej miłości Chrystusa. Wincenty Pallotti pracował niestrudzenie nad odwagą wiary i nad rozpaleniem miłości wśród wszystkich katolików, by stali się apostołami Chrystusa, gorliwymi świadkami wiary i prawdziwego oddania się braciom, szczególnie ubogim i potrzebującym pomocy. Przeżywając na nowo posłanie Księgi Izajasza (Iz 58, 7-8 10-11), jakiego słuchaliśmy w pierwszym czytaniu, a jakie odnosi się do prawdziwego kultu należnego Bogu, mnożył inicjatywy zmierzające do pobudzania chrześcijan, aby w osamotnionym i słabym bracie dostrzegali cierpiące oblicze Chrystusa. Jednocześnie był przekonany, że za podstawę oddawania się braciom należy uznać miłość Boga, która jest ponad wszystkie charyzmaty. W tym sensie mógł powtarzać za św. Pawłem: „I gdybym rozdał na jałmużnę całą majętność moją, a ciało wydał na spalenie, lecz miłości bym nie miał, nic bym nie zyskał” (1 Kor 13,3); są to moce wyrażenia z „Hymnu Miłości”, jakie liturgia słowa dała nam do rozważenia.

    3) Wincenty Pallotti był głęboko przekonany, że autentyczne apostolstwo Kościoła bez działania Ducha Świętego jest niemożliwe. Widział to jasno w Jezusie Chrystusie, który swe apostolstwo – dzieło zbawienia – wykonał pod działaniem Ducha Świętego (Łk 4,18 nn); widział to w Najśw. Maryi, która otwarta na Ducha Świętego i na Niego zdana stała się nie tylko Matką Apostoła Ojca, ale i Matką uczniów Chrystusa; widział to i we wspólnocie wieczernikowej – wspólnocie, która posłuszna wyrażonemu na ostatku pragnieniu Jezusa, trwała na modlitwie w oczekiwaniu na Ducha.

    Wiecie dobrze, jak ważny dla Pallottiego był sens i wartość Wieczernika. Zanim został kapłanem, powziął już postanowienie trwania na zawsze w Wieczerniku z Maryją i wszystkimi stworzeniami, aby otrzymać obfitość darów Ducha Świętego (Vincenzo Pallotti, Opera Completa, X, 86 n.). A kiedy, niewolny od niepewności, nieporozumień i doświadczeń, kładł podwaliny pod swe Dzieło, to właśnie w wieczernikowej wspólnocie przepojonej Duchem Świętym odkrywał prawdziwą naturę i ideał własnej fundacji. Oto fragment z jego Testamentu: „Kiedy skończyłem pisanie Reguł Pobożnego Domu Miłosierdzia, to wtenczas podczas czytania w Życiorysie Najśw. Dziewicy o tym, jak Apostołowie po Zesłaniu Ducha Świętego udali się w różne strony świata, by tam głosić Ewangelię świętą, Pan nasz Jezus Chrystus ukształtował w moim umyśle prawdziwe pojęcie natury i zadań Pobożnego Zjednoczenia, dostosowane do ogólnego celu, jakim jest powiększanie, obrona i rozszerzanie pobożności oraz katolickiej wiary” (Vincenzo Pallotti, Opera Completa, III, 27).

    Święty Wasz Założyciel dał w sobie przykład człowieka, który się otwiera na Ducha, przyjmuje Go ochoczo i pozwala kierować się tym Duchem, który jest duszą Kościoła, a zatem źródłem życia i dynamizmu wszelkiego apostolstwa; czuł w sobie żarliwe pragnienie zbawiania dusz, a zastanawiając się często nad miejscem w Ewangelii dotyczącym „rozesłania Apostołów” – któregośmy słuchali – chciał odpowiedzieć na naglące wezwanie Jezusa: „Żniwo wprawdzie wielkie, ale robotników mało; proście więc Pana żniwa, żeby wyprawił robotników na swoje żniwo” (Łk 10,2). Wincenty Pallotti modlił się wiele i wiele działał; a czynił to w tym celu, aby Bóg w Kościele wzbudził liczne i święte powołanie, i by wielu młodych entuzjastycznie i wielkodusznie podjęło apel Jezusa, by iść i głosić światu: „Bliskie jest… Królestwo Boże!” (Łk 10,9).

    Chciałbym się jeszcze zatrzymać na innym, wiele mówiącym aspekcie życia i apostolskiej działalności świętego Wincentego Pallottiego. Chodzi o jego synowską, czułą i żarliwą cześć do Najśw. Maryi Panny. Ten wielki czciciel Maryi pragnął miłować Ją – gdyby to było możliwe – nieskończenie (Vincenzo Pallotti, Opere Complete, X, 538 n.), nadawać Jej najpiękniejsze tytuły (tamże, 156 n.), kochać Ją miłością Ojca, Syna i Ducha Świętego (tamże, 677). Chciał, by jego własna fundacja była niby akt hołdu wobec Najśw. Dziewicy, obranej – z tytułem Królowej Apostołów – na niebieską Patronkę Dzieła. Postąpił tak w tym celu, aby Ona uzyskiwała od Boga wszelkie dary niezbędne do tego, by Apostolat Katolicki istniał i był płodny w Kościele oraz by rozszerzył się szybko na całym świecie; w szczególności zaś, by „wszyscy ludzie, tak świeccy, jak i duchowieństwo świeckie oraz zakonnicy, z każdego stanu, zawodu i stanowiska, mieli w Najśw. Maryi, po Jezusie Chrystusie, najdoskonalszy wzór katolickiej gorliwości i doskonałej miłości. Maryja bowiem, aczkolwiek nie obdarzona kapłańską godnością, tak dalece się poświęciła dziełom dla większej chwały Boga i zbawienia dusz, że swymi zasługami przewyższyła Apostołów, stąd też Kościół słusznie Ją pozdrawia jako Królowę Apostołów; zasłużyła Ona w pełni na ten tytuł, gdyż o wiele bardziej niż Apostołowie pracowała około rozkrzewiania świętej wiary” (Vincenzo Pallotti, Opere Comple-te, I, 6 n.).

    A zatem podążając wiernie i wielkodusznie za przykładem Waszego świętego Założyciela kochajcie Maryję, uwielbiajcie Maryję, wzywajcie Maryję, naśladujcie Maryję!

    5) Spotkanie dzisiejsze nie może się ograniczyć do zwykłego wspomnienia rzeczy minionych, ale ma nas pobudzić do refleksji także nad tym, co jest obecnie, jak i do spoglądania w przyszłość. Niech Chrystusowa miłość przynagla nas do niestrudzonego działania, aby Kościół był rzeczywiście światłością świata i solą ziemi lub też, jak poucza Sobór Watykański II, „powszechnym sakramentem zbawienia” (Lumen gentium, 48).

    Chociaż idea, według której wszyscy ochrzczeni mają prawo i obowiązek być apostołami – prawo i obowiązek oparte na własnym „być chrześcijaninem” (Apostolicam actuositatem, 3) – i chociaż idea Apostolstwa Katolickiego nie budzi już niepokojów czy sporów, jak to miało miejsce w wieku ubiegłym, niemniej jego pełnienie co do skuteczności nie jest jeszcze w Kościele tym apostolstwem, jakiego można by się słusznie spodziewać, zwłaszcza po pouczeniach Soboru Watykańskiego II.

    Dlatego dziś chciałbym powiedzieć Wam po raz wtóry to, co powiedziałem do Członków Waszej Kapituły Generalnej: „Bardzo mi jest miłe to Wasze zobowiązanie, jakie zamierzacie wziąć na siebie, by zawsze z coraz to większą wielkodusznością odpowiadać na potrzeby Kościoła w duchu Waszego Założyciela…, by tchnąć nowe życie w tę formę apostolstwa, która zrzesza wiernych w dziele ewangelizacji i uświęcania, do jakiego cały Kościół został wezwany, zarówno w swej Głowie, jak i członkach, by rozwijać to w świecie dzisiejszym i przyszłym” (Discorso al Capitolo Generale dei Pallottini, 17 listopada 1983, n. 3; Insegnamenti, VI (2, s. 1113).

    Utwierdzajcie się dalej w tym zobowiązaniu, aby to, co w duchu proroczym zapowiedział Wincenty Pallotti i co autorytatywnie potwierdził Sobór Watykański II stało się szczęsną rzeczywistością, i by wszyscy chrześcijanie byli autentycznie apostołami Chrystusa w Kościele i świecie! Amen.

    __________________________________________________________________________________________________________________________

    TESTAMENT DUCHOWY ZAŁOŻYCIELA

    W chwili mej śmierci do moich Najukochańszych Braci Pobożnego Zjednoczenia Apostolstwa Katolickiego, aby się starali je rozwijać, wkładając w to całe serce, umysł, duszę i wszystkie siły.

    1. Pan nasz Jezus Chrystus kierując się swoim nieskończonym miłosierdziem, przez wzgląd na zasługi i orędownictwo swojej Najświętszej Matki Niepokalanej Maryi, Aniołów i Świętych, nie biorąc pod uwagę mojej niegodności, jaką zmierzyć można tylko w świetle Jego nieskończonej doskonałości, raczył sprawić, że od samego początku mogłem należeć do Pobożnego Zjednoczenia Apostolstwa Katolickiego, założonego w Rzymie za pozwoleniem wyższej władzy kościelnej i oddanego pod szczególną opiekę Najświętszej Maryi, Królowej Apostołów, celem powiększania, obrony i szerzenia pobożności oraz katolickiej wiary.

    Kościół św. Zbawiciela na Falach. Rzym
    kościół św. Zbawiciela na Falach. Rzym/fot. Włodzimierz Rędzioch

    ____________________________________________________________________________

    Mistyk i apostoł

    …. Wielu założycieli zakonnych, zwłaszcza w XIX wieku, czerpało pełnymi garściami ze szkoły ignacjańskiej, której twórcą był św. Ignacego Loyola (1491-1556) – założyciel zakonu Jezuitów. Wśród nich był również św. Wincenty Pallotti. W biografii poświęconej Pallottiemu pióra włoskiego benedyktyna (zresztą biskupa) Luigi Vaccari – brata jednego z pierwszych towarzyszy Wincentego Pallottiego, Franciszka Vaccari, czytamy, iż „Pallotti przygotowując Reguły dla swojego Stowarzyszenia Księży i Braci, inspirował się Konstytucjami Towarzystwa Jezusowego napisanymi przez św. Ignacego z Loyoli”. Więcej, pierwsze nasze Konstytucje, które zostały zatwierdzone w 1904 roku, były w dużej części dziełem jezuity ojca Nixa. Niestety, nie wyczuł on do końca charyzmatu pallotyńskiego. Dopiero w latach odnowy posoborowej, po tzw. „Kapitule Nadzwyczajnej” z 1968/69 roku, pallotyni powrócili do charyzmatu założycielskiego w jego oryginalnej formie.

    Co zaś do ignacjańskich śladów w duchowości pallotyńskiej, należy zwrócić uwagę na następujące elementy. Św. Ignacy założył zakon jezuitów dla obrony i szerzenia wiary oraz dla większej chwały Bożej i pożytku dusz. Podobną misję wyznaczył sobie Pallotti. Założył Zjednoczenie Apostolstwa Katolickiego dla ożywiania wiary i rozpalania miłości; dla nieskończonej chwały Bożej oraz dla zniszczenia grzechu i dla zbawienia dusz.

    W historii duchowości szczególne znaczenie mają 30-dniowe rekolekcje pod nazwą Ćwiczenia duchowne, których św. Ignacy jest autorem. On sam przeżył je i opisał podczas swojego pobytu w Manresa. Ćwiczenia te stały się pierwowzorem dla chrześcijańskich rekolekcji. Ignacy przypomina w nich, że człowiek musi dokonać pewnego wysiłku, aby współpracować z Bogiem. Stąd nazwa własna „ćwiczenia”. Trzy wieki później, podobne – choć nieco krótsze, bo 10-dniowe ćwiczenia – zaproponował św. Wincenty Pallotti, zwłaszcza dla wzrostu żarliwości i gorliwości ewangelicznej wśród duchowieństwa. Jako metodę, według której owe ćwiczenia powinny być prowadzone, Wincenty zasugerował metodę św. Ignacego z Loyoli. Pallotti znał dobrze tę metodę, i to z podwójnego tytułu: ponieważ sam praktykował ćwiczenia ignacjańskie, i sam je prowadził. W pallotyńskich archiwach nie brakuje dokumentów, które to potwierdzają. Na przykład „Regulamin do przestrzegania przez kierownika duchowego podczas ćwiczeń duchowych według św. Ignacego z Loyoli, przygotowywane z polecenia ojca Claudio Acquaviva, przełożonego generalnego Towarzystwa Jezusowego”. Regulamin ów, w dziesięciu punktach, jest przepisany własną rękę Pallottiego (por. OOCC XI, s.826-829).

    Ks. Wincentemu bardzo odpowiadała dynamika ćwiczeń ignacjańskich. „Ćwiczenia duchowe proponowane przez św. Ignacego Loyolę – pisał, są środkiem dobrze znanym i bardzo odpowiednim, ponieważ zdolnym przemienić człowieka i odziać go w człowieka nowego, to znaczy naszego Pana Jezusa Chrystusa. Dlatego nikt nie będzie nigdy z nich zwolniony, nawet ten, którego cnoty, godność, ranga i kwalifikacje byłyby bardzo uznane” (por. OOCC II, s. 282). Więcej, Pallotti zaleca w napisanej przez siebie Regule, aby każdy nowicjat rozpoczynał się czterema tygodniami Ćwiczeń ignacjańskich (por. OOCC II, s.282); seminarzyści i inni członkowie Zgromadzenia mają je odprawiać co roku podczas dziesięciu dni (por. OOCC II, s. 183-187); misjonarze mają je odprawić w formie 30-dniowej przed wyjazdem na misje (por. OOCC II, s.253); nawet wybory przełożonego generalnego winny być poprzedzone 10-dniowymi ćwiczeniami duchowymi (por. OOCC III, s.17).

    O św. Wincenty Pallottim mówiono, że był „apostołem i mistykiem”. Powstały nawet o nim biografie pod tym właśnie tytułem w językach niemieckim, angielskim, francuskim i polskim. Jezuici mówią natomiast o św. Ignacym z Loyola, że był „mistykiem i apostołem”. W rzeczy samej, Ignacy i Wincenty – to mistycy, którzy budzili, niepokoili, prowokowali, poruszali…

    Każdy z nas ma tendencję do „duchowej hibernacji” i życia na powierzchni. Człowiek lubi się urządzić i okrzepnąć, boć to przecież wygodne i spokój dające zajęcie. Ignacy i Wincenty uważali natomiast, że w życiu trzeba ciągle praktykować, ćwiczyć, próbować, podejmować wyzwania… Dlatego obaj nazywali siebie „pielgrzymami”, ludźmi w drodze. Uważali, że człowiek wierzący winien ciągle być w szkole. Ma prawo do eksperymentowania i do błędów. Nie jest przecież mistrzem, tylko uczniem, nowicjuszem. Nie musi mieć samych szóstek. Nie staje się bowiem doskonałym od razu.

    I ostatnia lekcja wypływająca prosto ze skarbca Ignacego i Wincentego: trzeba zawsze robić to, co po ludzku możliwe! A więc wlać ewangeliczną wodę do stągwi, odwalić kamień od grobu Łazarza, przynieść pięć chlebów i dwie ryby. Resztę zrobi Bóg. „Taką będzie pierwsza reguła tych, którzy działają – pisał Ignacy. Ufaj Bogu tak, jak gdyby powodzenie spraw zależało we wszystkim od ciebie a w niczym od Boga. Jednocześnie, włóż w sprawę cały twój wysiłek, tak, jakby Bóg miał zrobić wszystko sam, a ty nic”. Wincenty Pallotti zaś pisał: „Bóg może uczynić o wiele więcej niż to, o co Go prosimy lub co możemy sobie wyobrazić. Chce jednak, abyśmy my czynili wszystko to, co na tym świecie jest w naszej mocy”.

    I jeszcze jedno. Warto przypomnieć, iż zakon jezuitów odegrał w Polsce szczególną rolę. Wydał między innymi takie postaci, jak: św. Stanisław Kostka, św. Andrzej Bobola, św. Melchior Grodziecki czy bł. Jan Beyzym – apostoł trędowatych na Madagaskarze. Poza tym, jezuita Jakub Wujek jest tłumaczem pierwszej drukowanej Biblii w Polsce; Piotr Skarga był wybitnym kaznodziejom; Maciej Sarbiewski, to poeta zwany polskim Horacym; Franciszek Bohomolec jest ojcem komedii polskiej; Adam Naruszewicz był nie tylko biskupem, ale też historykiem i poetą; a Grzegorz Piramowicz sekretarzem Komisji Edukacji Narodowej.

    ks. Stanisława Stawicki SAC/ Re/cogito

    ______________________________________________________________________________________________________________

    św. Wincenty Pallotti

    WINCENTY ALOJZY FRANCISZEK PALLOTTI święty (1795 – 1850), ksiądz, założyciel Zjednoczenia Apostolstwa Katolickiego, pallotynów i pallotynek, pierwszy generał stowarzyszenia, „apostoł Rzymu”

    Urodził się 21 IV 1795 w Rzymie, w domu na Via del Pellegrini 130, jako 3. z 10 dzieci majętnej kupieckiej rodziny Piotra Pawła i Magdaleny de Rossi, słynących z pobożności i miłosierdzia. To o nich napisał później Wincenty: „Bóg dał mi świętych rodziców”. Ochrzczony został nazajutrz w kościele San Lorenzo in Damaso. Sześcioro rodzeństwa zmarło w dzieciństwie, żegnane przez rodziców z żalem, ale i z wiarą: „Bóg dał! Bóg wziął!”. W 6. roku życia rozpoczął naukę w szkole powszechnej u pijarów, przystąpił do pierwszej spowiedzi i otrzymał sakrament bierzmowania, a mając 10 lat przystąpił do I Komunii Świętej. Według ówczesnego zwyczaju przygotowanie odbywało się przez specjalne rekolekcje. Od tamtego czasu przyjmował Komunię Świętą kilka razy w tygodniu, a za pozwoleniem spowiednika codziennie. Idąc za przykładem ojca od wczesnych lat uczestniczył codziennie we Mszy i często towarzyszył ojcu w czasie 40-godzinnych nabożeństw. Należał do grupy ministrantów przy kościele św. Filipa Nereusza w Chiesa Nuova. Po ukończeniu szkoły podstawowej usiłował wstąpić do zakonu kapucynów. Jednak za radą spowiednika, ze względów zdrowotnych, zrezygnował z zakonu, ale nie z kapłaństwa. Rodzice Wincentego byli dobrodziejami tego zakonu; matka, która zmarła 19 VII 1827, spoczywa w rzymskim kościele kapucynów Santa Maria della Concezione na via Veneto. Na płycie nagrobnej widnieje do dziś napis, który ułożył na cześć swej matki Wincenty: „Kobieta mocna, pełna bojaźni Bożej, daleka od grzechu, a dobru zawsze oddana; trwała wiernie przy prawach Bożych. Była umocnieniem dla męża Piotra Pawła, pobożną matką dla dzieci, opiekunką biednych, wspaniałą w niepowodzeniach i cierpieniach. Módlcie się, aby jej mieszkaniem było niebieskie Jeruzalem”. Za radą swojej ciotki – klaryski Rity de Rossi, Wincenty stał się członkiem III Zakonu św. Franciszka; duchowość franciszkańska będzie inspirowała całe jego późniejsze życie. Jesienią 1809 rozpoczął naukę na Gregorianum (Kolegium Rzymskie), którą ukończył 1814, przyjmując 1811 święcenia niższe. Od jesieni 1814 studiował filozofię i teologię na rzymskim uniwersytecie Sapienza, uczęszczając równocześnie na wykłady nauk przyrodniczych, wyższej matematyki, historii i prawa. W tych latach prowadził głębokie życie wewnętrzne, jak o tym świadczy jego dziennik duchowy (Diario spirituale, Roma 1929; Dzienniczek duchowny. Wskazówki i rady Wielebnego ks. Wincentego Pallottiego dla jego synów duchownych, Warszawa 1937). Stać się świętym księdzem, było dla niego sprawą nieskończenie ważniejszą niż być księdzem uczonym. W czasie studiów zapoznał się ze Kasprem del Bufalo (†1837, święty), późniejszym założycielem Zgromadzenia Misjonarzy Przenajdroższej Krwi Chrystusa. Święcenia wyższe, poprzedzające kapłaństwo, otrzymał w Bazylice św. Jana na Lateranie. 16 V 1818 w tej samej świątyni przyjął święcenia kapłańskie z rąk wicegerenta Candido Marii Frattiniego, abpa tytularnego Philippi (†1821); Mszę prymicyjną odprawił następnego dnia w kościele del Gesù we Frascati. „Przechodzi to ludzkie wyobrażenie – napisał w swoim Diario spirituale – że nieskończona dobroć Boża mojego ukochanego Ojca raczyła w zadziwiający sposób spojrzeć na mnie i wynieść mnie do zaszczytu kapłaństwa… Proszę wszystkie stworzenia, aby za mnie dziękowały Bogu za nieocenioną łaskę powołania… Proszę Boga, aby raczył uczynić mnie niezmordowanym pracownikiem”. Ponieważ rodzice byli dość zamożni, stąd Wincenty po święceniach mieszkał w domu rodzinnym, aż do śmierci ojca (15 IX 1837) – na drugim piętrze, a potem na trzecim.

    Studia uniwersyteckie ukończył 15 VII 1818, uzyskując doktorat z filozofii i teologii. Otrzymał ponadto magisterium z filologii greckiej. Pierwszy rok kapłaństwa poświęcił głównie młodzieży, wśród której pracował już podczas studiów, niosąc jej pomoc duchową i materialną. Kontynuacją tej formy pracy było przyjęcie przez Pallottiego w 1819 stanowiska korepetytora teologii scholastycznej na Uniwersytecie Sapienza. W 1829 zrezygnował z funkcji wykładowcy. Swoje kapłańskie życie kształtował przez modlitwę i działalność duszpasterską. Do każdej Mszy przygotowywał się starannie, zaczynając od popołudnia dnia poprzedniego. Zwykle celebrował Mszę dla ludu przez ponad pół godziny, ale gdy odprawiał prywatnie, trwało to przez 3 kwadranse, a pod koniec życia nawet godzinę. W procesie beatyfikacyjnym wielu ludzi świadczyło, że widziało, jak podczas odprawiania Mszy unosił się w ekstazie nad posadzką (Bł. Elżbieta Sanna Porcu †1857, niepełnosprawna, współpracownica św. Wincentego, jedna z pierwszych kobiet w ZAK; bp Ignatius von Senestréy z Regensburga †1906). Posiadał też dar uzdrawiania chorych. Otrzymał też wiele innych darów mistycznych. Część z nich wzięto pod uwagę podczas procesu beatyfikacyjnego i poddano gruntownemu badaniu. Niezwykłymi darami była zdolność do bilokacji i widzenie przyszłości. Spowiadał się codziennie. Wielką wagę przywiązywał do nawiedzenia i adoracji Najświętszego Sakramentu, zwłaszcza poza Mszą św. Niekiedy całe noce spędzał na adoracji w różnych kościołach Rzymu. Pomimo wątłego zdrowia i rozległej działalności apostolskiej umiał zawsze wygospodarować czas na adorację eucharystyczną. Nieustanna adoracja Jezusa była dla niego źródłem apostolskiej gorliwości. „Gdy się modlił, oddawał świat Bogu, gdy szedł ulicą, niósł Boga światu”.

    W XII 1834 został mianowany rektorem ubogiego kościoła Santo Spirito dei Napoletani przy via Giulia. Funkcję tę spełniał do II 1846. Tu założył Zjednoczenie Apostolstwa Katolickiego, zatwierdzone najpierw 4 IV 1835 przez Carla Odeschalchi (†1841), kardynała wikariusza Rzymu, a następnie 11 VII 1835 przez papieża Grzegorza XVI. ZAK zrodziło się z jego pragnienia niesienia Ewangelii wszystkim narodom („by rozpalać ognie wiary i miłości w sercach wszystkich ludzi”). Postawił sobie przy tym jeden cel: dążyć do tego, by wszystkich katolików uczynić apostołami. Dlatego otoczył się grupą bliskich przyjaciół, tak duchowieństwa, jak i laikatu, którzy gromadzili się w jego pokoju, by omawiać sposoby „pogłębienia, szerzenia, obrony pobożności i wiary”. Wspólnie uradzono, że należy przetłumaczyć na język arabski książkę św. Alfonsa Marii de Liguoriego Prawdy wieczne, opublikować ją w niewielkim nakładzie i wysłać do ośrodków misyjnych na Bliskim Wschodzie. Do tego przedsięwzięcia postanowił utworzyć stowarzyszenie. Takie były początki Zjednoczenia Apostolstwa Katolickiego, dostępnego zarówno dla kapłanów, jak i dla osób świeckich. Był to nowatorski ruch, przypominający późniejszą Akcję Katolicką, czy instytuty świeckie albo stowarzyszenia życia apostolskiego. Pallotti twierdził, że „apostolstwo może być udziałem osób ze wszystkich stanów, gdyż jest ono działalnością, jaką każdy w miarę swoich możliwości może i powinien wykonywać ku większej chwale Boga oraz dla wiecznego zbawienia swego własnego i bliźnich”.

    Wedle Pallottiego motorem Zjednoczenia miało być stowarzyszenie kapłanów i braci, wyodrębnione przez niego i zatwierdzone 1846 przez pap. Piusa IX, które później nazwano Pobożnym Stowarzyszeniem Misyjnym (Pia Societas Missionum, zatwierdzonym przez Stolicę Apostolską w 1904), a które w 1947 powróciło do pierwotnej nazwy Stowarzyszenie Apostolstwa Katolickiego, popularnie nazywanym księżmi pallotynami. Pallotti jest też założycielem rzymskich Sióstr Misjonarek Pallotyńskich. Okazją do powstania tego zgromadzenia było rozpoczęcie starań w 1837 o założenie Kolegium Misyjnego oraz sierocińca dla młodzieży żeńskiej. W 1836 rozpoczął urządzać uroczystości oktawy Epifanii, które przetrwały w stowarzyszeniu przez 130 lat i gromadziły licznie wiernych Wiecznego Miasta. Nabożeństwa liturgiczne okresu epifanijnego były sprawowane w różnych obrządkach; śpiewy wykonywali alumni z międzynarodowych kolegiów rzymskich, a kazania były głoszone w różnych językach, także polskim. Liturgia tych nabożeństw miała ukazać bogactwo duchowe i liturgiczne Kościoła oraz uświadomić wiernym potrzebę zjednoczenia wszystkich chrześcijan i przyłączenia się do działań w tym kierunku. Wincentemu bardzo zależało na pozyskanie wyznawców Kościoła anglikańskiego, stąd w 1844 wysłał do Londynu ks. Raffaelego Melię (†1876), aby otoczył troską duszpasterską emigrantów włoskich i pracował – jak mawiano w tamtej epoce – na rzecz nawrócenia anglikanów. Osiągnięcia Melii wzbudziły w Pallottim chęć zaangażowania się do tej pracy. Miał zapłaconą już podróż, ale nie mógł jej urzeczywistnić. Ostatecznie wysłał do Londynu ks. Faà di Bruno (†1889). Pallotti ułożył też specjalną modlitwę o nawrócenie Anglii. Praca pallotynów w Londynie wydała swoje owoce w postaci nawróceń członków Ruchu Oksfordzkiego. Oprócz Melii i Faà di Bruno trochę później doniosłą rolę w tej kwestii odegrali księża Dominic Crescitelli (†1917), Antonio di Cristofaro (†1929) i inni. Wincenty bywa uważany za prekursora współczesnego ruchu ekumenicznego – zapoczątkował bowiem wspomnianą „Oktawę Modłów” po uroczystości Objawienia Pańskiego, a którą obecnie wyraża Kościół katolicki, obchodząc w dniach 18-25 I Tydzień Modlitw o Jedność Chrześcijan. Mimo przepracowania i choroby przyjął w 1842 nominację na duszpasterza wojskowego w Rzymie, a rok później kapelanię szpitala wojskowego Palazzo Cento Preti. Ważnym momentem w życiu Pallottiego było przekazanie przez Stolicę Apostolską dla Stowarzyszenia Apostolstwa Katolickiego pofranciszkańskiego klasztoru i kościoła SS. Salvatore in Onda przy via dei Pettinari (pismo z 14 VIII 1844; oficjalne przekazanie 27 II 1845; Pallotti ze wspólnotą przeprowadził się do niego w I 1846), gdzie do dziś znajduje się Zarząd Generalny stowarzyszenia. Swoją profesję w stowarzyszeniu Wincenty złożył 4 X 1846.  Bóg objawił Wincentemu dokładną datę jego śmierci za pośrednictwem Sługi Bożego z zakonu minimitów, Bernarda Marii Clausiego (†20 XII 1849), który wyjeżdżając z Rzymu, pożegnał się z nim słowami: „Wincenty! Rozstaniemy się z tym brudnym światem w odstępie miesiąca i trzech dni!”. Rzeczywiście Wincenty zmarł w miesiąc i 3 dni po o. Clausim. Choroba, która doprowadziła do śmierci trwała około 8 dni. Była następstwem ogólnego wyczerpania organizmu. Już po obchodach oktawy Epifanii był coraz bardziej wyczerpany „przekazywaniem wielorakich dzieł miłosierdzia”. Rano 14 I, przebywając w Domu Wychowawczym dla biednej i opuszczonej młodzieży, zwanym Pia Casa di Carità przy Sant’Agata ai Monti dostał silnego krwotoku, dlatego z pomocą innych osób powrócił do domu. Do łóżka położył się dopiero w środę 16 I, wieczorem, o godzinie 22.00, mając już lekką gorączkę. Następnego dnia temperatura wzrosła, zaczął odczuwać duszności oraz ból w klatce piersiowej. Wezwani lekarze stwierdzili zapalenie klatki piersiowej lub opłucnej. Zastosowano metody leczenia właściwe ówczesnym czasom – środki przeczyszczające oraz upuszczanie krwi z 8 miejsc na ciele.

    W niedzielę wieczorem 20 I, czując zbliżający się moment śmierci udzielił zebranym współbraciom potrójnego błogosławieństwa: miłości, mądrości i męstwa, czyli całej Trójcy Świętej. Ks. Francesco Vaccari błagał jeszcze usilnie Wincentego, aby wymodlił sobie przedłużenie życia, ale on nie chciał tego słyszeć mówiąc – „na miłość boską, pozwól mi odejść tam, gdzie będę z Bogiem”. Powiedział też wtedy: „Umrę, bo nie jestem godny być w zgromadzeniu, ale ono się rozwinie i Bóg mu pobłogosławi. Przekonacie się o tym. Mówię wam to nie dlatego, że taką mam ufność, tylko pewność”. Pożegnał się z każdym z osobna, wbrew dotychczasowemu swemu zwyczajowi, podając rękę do ucałowania, choć sam nie lubił całowania w rękę; w swej pokorze, zawsze nosił w rękawie niewielki relikwiarz ozdobiony wizerunkiem Matki Boskiej i Dzieciątka, który podsuwał każdemu, kto usiłował pocałować go w rękę. Następnie podniósł krucyfiks i przypomniał zebranym członkom stowarzyszenia, że do Chrystusa muszą się upodobnić i Jego mają naśladować w życiu. We wtorek wieczór 22 I powróciła wysoka gorączka i duszności; chciał też iść spowiadać. Ostatnie słowa, które wypowiedział na głos, około pół godziny przed śmiercią to: „Miejcie nade mną miłosierdzie i pozwólcie mi iść!”. Potem przycichł i spoczął na łóżku. Wszyscy myśleli, że odpoczywał. Wówczas przyjaciele i penitenci rozeszli się. Kiedy powrócili, aby dać mu lekarstwo, zorientowali się, że był w agonii. Tak „bez dawania znaku o zbliżającej się śmierci, tzn. bez łez, bez grymasu bólu, bez unieruchomionych powiek, umarł z wielkim pokojem i łagodnością, pozostawiając swoje dzieci w bólu, ale i w pocieszeniu, że ich ojciec jest teraz w Niebie. Śmierć przyszła trzy kwadranse po godzinie dziewiątej wieczorem”, tzn. we wtorek wieczór, 22 I, o godz. 21.45. Świadkiem śmierci był br. Angelo Palombi (†1891 jako cysters), który opiekował się nim i zostawił wzruszające wspomnienie: „W swoich rękach trzymał różańcowy medalik oraz krzyż i pomimo iż był wyczerpany z powodu utraty krwi, ciągłej gorączki, braku pożywienia i biegunki, cały czas trwał na modlitwie, która mnie zadziwiała i przypominałem sobie tę maksymę: jak żyjemy tak też umieramy: jego całe życie było modlitwą, której towarzyszyło życie cnotami i jeszcze bardziej taka była jego śmierć”. Dalszą przyczyną śmierci była ofiara z życia za Kościół i papieża, choć pytania o to zbywał uśmiechem. Były to bowiem czasy rewolucji rzymskiej, wypędzenia bł. papieża Piusa IX z miasta Rzymu i prześladowania Kościoła. Sam Pallotti w czasie rewolucji ukrywał się w Pontificio Collegio Irlandese. Ofiarę za Kościół i papieża potwierdza poniekąd on sam przytaczając słowa z księgi Pieśni nad pieśniami: „Przyjdź, Panie, nie zwlekaj; bądź podobny do gazeli lub do młodego jelenia” (8,14), „albowiem ani na chwilę nie mogę pozostać bez Ciebie” (Dzienniczek duchowny, 249). Prawie równocześnie w swej izdebce Elżbieta Sanna Porcu, miała wizję Ukrzyżowanego o ranach promieniujących jak źródła światła, do których uniósł się Wincenty, opromieniony ich blaskiem. Z polecenia Antonio kard. Tosti’ego (†1866) zdjęto pośmiertnie maskę gipsową. Przy przebieraniu zwłok przekonano się naocznie, że nawet w chorobie Wincenty nosił włosiennicę i łańcuchy. Inne narzędzia pokutne zastano w jego osobistych rzeczach. Lud Rzymu zelektryzowany wiadomością o śmierci „świętego”, za jakiego go już wówczas uważano, wypełniał od 23 I kościół SS. Salvatore in Onda. Msze żałobne, egzekwia i kazania prowadzili przez 3 dni wybitni księża, bliscy Wincentemu. Wszyscy chcieli mieć choćby cząstkę relikwii Pallottiego, dlatego z obawy, żeby szaty zmarłego nie zostały naruszone, rozprowadzono wśród wiernych kawałki jego pociętej sutanny. Pogrzeb odbył się 25 I. Kazanie pogrzebowe wygłosił jezuita Antonio Angelini-Rota (†1892), profesor wymowy na Gregorianum, biorąc za podstawę słowa: „Czyż będziemy mogli znaleźć podobnego mu człowieka, który miałby tak jak on ducha Bożego?” (Rdz 41,38); zostało ono wydrukowane jako Ellogium Vincentii Pallotti (Roma 1851). Zwłoki złożono w krypcie pod posadzką, w lewej nawie kościoła. Stosowny napis głosił „Tu spoczywa ciało Sługi Bożego Wincentego Pallottiego, kapłana rzymskiego, założyciela Zgromadzenia i Pobożnego Zjednoczenia Apostolstwa Katolickiego. Urodzony 21 kwietnia Roku Pańskiego 1795, przeżył 54 lata, 9 miesięcy i 1 dzień. Zmarł 22 stycznia Roku Pańskiego 1850. Ciało Jego zostało złożone w tym grobie 25 stycznia 1850, o szóstej godzinie nocy”. Wincenty Pallotti był człowiekiem znanym z niezwykłej różnorodności działań apostolskich na terenie Wiecznego Miasta i już za życia nazywano go „apostołem Rzymu” i „drugim św. Filipem Nereuszem”. Po jego śmierci prasa – mimo zdawkowości – prześcigała się w niekłamanych wyrazach żalu: Umarł Święty…Umarł drugi św. Filip Nereusz…Odszedł Apostoł Rzymu…Zmarł ojciec ubogich. W tym duchu patrycjat rzymski w swej uchwale stwierdził: „Nie było w Rzymie pobożnego dzieła, którego on nie byłby założycielem, promotorem lub najpilniejszym współpracownikiem”. Generałowie franciszkanów i serwitów, kapituła lateraneńska i watykańska uznali go za „sławę i ozdobę kleru rzymskiego”. Bł. Antoni Rosmini (†1855), kapłan, filozof i działacz polityczny, założyciel Instytutu Miłosierdzia (rosminianie) i Sióstr od Opatrzności tak określił Wincentego: „Rzadkością są tacy ludzie, których Pan kształtuje swą łaską i posyła w darze na ziemię dla pożytku wielu”. Pallotti jest duchowym twórcą i współzałożycielem Stowarzyszenia Misjonarzy św. Józefa z Mill Hill, Towarzystwa Misji Zagranicznych z Mediolanu i Zgromadzenia Słowa Bożego (werbistów).

    Jednym z najbardziej zadziwiających darów mistycznych, jakie otrzymał od Boga, była zdolność do nawracania najbardziej zatwardziałych grzeszników. Często cudowne okoliczności sprawiały, że pojawiał się o właściwej porze i miejscu, by przygotować człowieka na śmierć. Potrafił określić, czy chory umrze, czy też wyzdrowieje. Nieraz dzięki jego interwencji i modlitwie cierpiący odzyskiwał siły. Zyskał sobie uznanie jako spowiednik i przewodnik duchowy obdarzony szczególnymi łaskami, co zmuszało go do spędzania wielu godzin w konfesjonale; bywało że niekiedy przesiedział w nim cały dzień, opuszczając go dopiero około północy. Był dobrym i cierpliwym spowiednikiem, ale i stanowczym, jeżeli uznał to za konieczne. Obdarzony był niezwykłą zdolnością oceniania stanu duszy tych, którzy przychodzili do niego do spowiedzi. Zaglądając ludziom w tajniki serca nierzadko nawracał upartych grzeszników. Wincenty bezgranicznie ufał Bogu, a On nagradzał go za to cudownymi nawróceniami. Dlatego papież naznaczył go jednym z egzorcystów diecezji rzymskiej. Był też spowiednikiem papieży Grzegorza XVI i Piusa IX. Od 1827 przez 13 lat pełnił funkcję ojca duchownego kleryków seminarium rzymskiego, a także spowiednika w rozmaitych kolegiach, m.in. dla misji zagranicznych (Pontificio Collegio Urbano de Propaganda Fide), w Kolegium Angielskim (Pontificium Collegium Anglicanum), Irlandzkim i Greckim (Pontificio Collegio Greco).

    Szczególną troską Pallotti otaczał biedaków i robotników. Wykorzystywał swe talenty organizacyjne, by rozpoczynać lub inspirować rozmaite działania, sprzyjające zaspokojeniu ich potrzeb doczesnych. Stąd zakładał wieczorowe szkoły (m.in. służące doskonaleniu metod uprawy roli – dlatego we Włoszech czczono dawniej go wśród hodowców winorośli), sierocińce i ochronki dla dziewcząt, oraz zachęcał do zakładania wiejskich banków, mających chronić drobnych rolników. Rzemieślników łączył w cechy. Prowadził duszpasterstwo wśród żołnierzy i więźniów, a zwłaszcza wśród skazańców. Kiedy tylko wzywano go do któregoś z nich, spieszył do jego celi i nie opuszczał aż do momentu egzekucji, wiedząc, że wieczne zbawienie zależy nieraz od ostatnich chwil życia człowieka. Nie szczędził wysiłków, łez i modlitw, by wywołać u takiego nieszczęśnika poczucie skruchy. Powołał nawet w swoim Zjednoczeniu specjalną grupę, której zadaniem było wymodlenie tym osobom dobrego rozstania z tym światem. Pallotti działał także jako duszpasterz chorych, rekolekcjonista, misjonarz ludowy, spowiednik i kierownik duchowy laikatu i duchowieństwa. Sam pisał: „Chciałbym znaleźć się w szpitalach i więzieniach, równocześnie chciałbym iść do pałaców wielkich i możnych, chciałbym stale być obecny na wszystkich miejscach świata, aby wysoko postawionym i zapomnianym, biednym i bogatym, tak – wszystkim stworzeniom świata pomagać w poznawaniu Boga Ojca, w ukochaniu Go i służeniu Jemu”. Nie obcy mu był los emigrantów włoskich w Londynie, do których wysyłał kapłanów. Zbierał fundusze na misje. Miał wielu przyjaciół wśród ludzi całego świata. Bywał w klasztorze bazylianek rzymskich, gdzie poprzez przełożoną Makrynę Mieczysławską (†1869) poznał sprawę unii Kościoła z prawosławiem i polistopadową emigrację polską, m.in. pierwszych zmartwychwstańców Hieronima Kajsiewicza (†1873) i Piotra Semenekę (†1886). Kiedy w okresie Wiosny Ludów bazylianki popadły w biedę, prosił o pomoc dla nich, zwracając się w liście do księżnej Zofii Odescalchi z rodu Branickich (†1886). Poprzez nią Pallotti inspirował powstanie w 1848 specjalnego bractwa dla Polski – Miłosierdzia Bożego, które zostało zatwierdzone przez papieża Piusa IX i obdarzone odpustami. Ponadto 13 prokura Zjednoczenia Apostolstwa Katolickiego, obejmująca Polskę, oprócz oficjalnego patrona-apostoła, została przez Wincentego poświęcona Miłosierdziu Bożemu. Do podejmowania tak wielu zadań, na tak szeroką skalę, wzywało Pallottiego doświadczenie miłości Boga, a następnie ogromne pragnienie, aby każdy człowiek mógł poznać i uwielbić Boga, który dla Pallottiego był przede wszystkim nieskończoną Miłością. Pallotti był zafascynowany hasłem Caritas Christi urget nos – Miłość Chrystusa przynagla nas, prowadzi nas (2 Kor 5,14). Zainspirowany tym ewangelicznym przesłaniem stał się jednym z najaktywniejszych kapłanów rzymskich XIX stulecia, otwartym na potrzeby Kościoła w bardzo trudnych czasach. Już wkrótce po śmierci rozpoczęto jego proces informacyjny (18 II 1852; zamknięto 2 X 1860). Gdy w 1906 otwarto jego grób, znaleziono dobrze zachowane relikwie. Papież Pius XI ogłosił go 24 I 1932 „wielebnym”, potwierdzając heroiczność cnót. Dokładnie sto lat po jego śmierci, 22 I 1950, papież Pius XII beatyfikował go jako pierwszego błogosławionego Roku Świętego 1950. Jego doczesne szczątki, które nie uległy rozkładowi, zostały złożone w kryształowym sarkofagu pod mensą głównego ołtarza w kościele SS. Salvatore in Onda w Rzymie. W czasie trwania II Soboru Watykańskiego, 20 I 1963 papież Jan XXIII ogłosił Wincentego Pallottiego świętym. W homilii papież m.in. przedstawił Pallottiego jako wzór pragnienia jedności chrześcijan. Uroczystości kanonizacyjne powiązano z obchodami triduum w kościele San Andrea della Valle, tam gdzie tradycyjnie odbywała się oktawa Epifanii, sprawując Msze w różnych obrządkach.

    Pallotti miał szczególne nabożeństwo do Matki Bożej, którą ogłosił protektorką apostolstwa katolickiego. Nazywa się go niekiedy prekursorem Akcji Katolickiej (list apostolski Piusa XII z 22 I 1950 z okazji beatyfikacji). 6 IV 1963 papież Jan XXIII wydał dekret ogłaszający Pallottiego głównym patronem Papieskiej Unii Misyjnej. Między I a II sesją Soboru Watykańskiego II, zajmującą się różnymi aspektami apostolstwa świeckich, 1 IX 1963 papież Paweł VI udał się z Castel Gandolfo do pobliskiego miasta Frascati, aby uczcić relikwie św. Wincentego, które były wystawione w katedrze dla uczczenia przez wiernych. Przewodniczył tam Eucharystii, podczas której wygłosił homilię, podkreślając w niej proroczy i pionierski duch Pallottiego. Wspomnienie liturgiczne Pallottiego wypada w Kościele 22 I. W ikonografii przedstawiany jest w stroju zakonnym lub komży ze stułą, trzymający w ręku obrazek Matki Bożej z Dzieciątkiem; po 1850 ten typ ikonograficzny przedstawił w 2 obrazach Domenico Cassarotti.

    Wincenty Pallotti wydał Mese di maggio per i claustraliMese di maggio per gli ecclesiastici oraz Mese di maggio i fedeli (wszystkie Roma 1833). Jest także autorem krótkiej modlitwy za Polskę (1843): „Obsecro Te, Domina mea, Sancta Maria, suscipe Poloniam in manus Tuas. Amen (Matka moja, Najświętsza Maryjo, błagam Cię, weź Polskę w swoje ręce)”. Została ono przekazana wraz z błogosławieństwem poecie Józefowi Bohdanowi Zaleskiemu (†1886) i majorowi Józefowi Zaleskiemu (†1864), uczestnikom powstania listopadowego, przed ich wyjazdem do Ziemi Świętej, po odprawieniu Mszy w kościele Sant Andrea del Prate (przy ołtarzu, gdzie rok wcześniej dokonała się konwersja żydowskiego prawnika i bankiera Alfonsa Ratisbone’a †1884). Wówczas, jak pisał J. Zaleski (list z 6 XI 1863 do hrabiny Marii Stadnickiej): „Mszę świętą odprawiał nam słynący podówczas świętością życia i uczynków Ojciec Palota z intencją uproszenia dla nas pokory i pobożności w naszej pielgrzymce, oraz ubłagania łask Zbawiciela dla biednej naszej Ojczyzny i cierpiącego naszego Kościoła pod rządami odszczepieńców. Przy Mszy jego przystępowaliśmy do Komunii św. i ze schodzącym od Ołtarza kapłanem udaliśmy się za nim do zakrystii; tam uklęknęliśmy jeszcze raz u stóp świętego, aby nas obu na drogę pobłogosławił. Wstając od tego błogosławieństwa ująłem Ojca Palotę za rękę i uścisnąwszy z uszanowaniem prosiłem, aby nam dał jaką modlitewkę, którą byśmy u Grobu Pańskiego odmawiać mogli. Święty obrócił się do lady, na której stał kałamarz z piórem i leżała książka do zapisywania odprawianych Mszy, wziął kawałek luźnego papieru i napisał na nim po łacinie modlitewkę powyżej przepisaną”. Modlitwa Pallottiego została wypowiedziana przez Zaleskich przy Bożym Grobie w Jerozolimie, a następnie była odmawiana codziennie przez 20 lat, rano i wieczór.

    Pozostałe pisma Pallottiego zostały zebrane i opublikowane w Rzymie przez ks. Johannesa Hettenkofera (†1962, postulatora procesu beatyfikacyjnego), w tzw. kolekcji Hettenkofera: Epistulae latinae (1907), Propositi ed aspirazioni (1922; Postanowienia i dążenia, Kraków 1945), Regola della Congregazione dell’Apostolato Cattolico (1923), Pia Società dell’Apostolato Cattolico (1924), Diario spirituale. Avvisi e consigli ai suoi figli spirituali (1929; Dzienniczek duchowny. Wskazówki i rady Wielebnego ks. Wincentego Pallottiego dla jego synów duchownych, Warszawa 1937), Fioretti raccolti dagli scritti distribuiti per ogni giorno dell’anno (1929; Kwiateczki. Myśli wybrane na każdy dzień roku, Warszawa 1938), Raccolta di scritti relativi alla Pia Società dell’Apostolato Cattolico (I-II, 1929-34), Lettere e brani di lettere (1930), Collezione spirituali. Preghiere, meditazioni, considerationi, consigli, ricordi e materie predicabili (1933), Iddio l’amore infinito (1936; Bóg – miłość nieskończona, Ząbki 1996), Memorie biografiche (1937) i Scritti. Supplemento e Indice generale (1939); dzieła Pallottiego opublikował także ks. Ansgar Faller †1992 (Regole fondamentali della Società dell’Apostolato Cattolico, Roma 1944 i Le preghiere, Città del Vaticano 1982); opracowanie krytyczne pism wydał ks. Francesco Moccia †1998 (Opere complete I-XIII, Roma 1964-97; Wybór pism I-IV, Poznań 1978-2001), a listów – Faller i ks. Bruno Bayer (Opere complete lettere I-VIII, Roma 1995-2010; Listy. Lata 1816-1833, Ząbki 1997 i Listy łacińskie, Ząbki 2001); ponadto fragmenty pism Pallottiego zamieszczono w zbiorach: Notatki rekolekcyjne (Warszawa 1935), Krótka reguła (Warszawa 1938), Wielebny założyciel przypomina (Poznań 1949), Kacper del Bufalo jakim go znałem (Warszawa 1993), Świętość w służbie apostolstwa (Ząbki 1995), W drodze ze św. Wincentym Pallottim (Częstochowa 1999), Wyryłem Cię na dłoniach moich (Ząbki 2000) i O Eucharystii (Katowice 2005); w języku polskim biografię Wincentego popularyzują powieści – ks. Franciszka Mickiewicza Jedno życie to za mało (Poznań 1994) i ks. Franciszka Bogdana †2008 Znad Tybru na podniebne szlaki (Ząbki 2000).

    Tłumaczem na język polski większości pism Pallottiego wydanych do 1939 był ks. Józef Wróbel (†1971). W formie maszynopisu pozostawił 25 tytułów dzieł Założyciela. Ks. Tomasz Bielski (†1978) przetłumaczył pierwszy tom Wyboru pism i Listy łacińskie Pallottiego. Kontynuatorem tłumaczenia i wydania kolejnych tomów Wyboru pism założyciela stowarzyszenia oraz jego listów był ks. Franciszek Bogdan(…). „Czas jest drogocenny, krótki, niepowtarzalny. Czyńmy więc wszystko, wszystko – jeżeli to możliwe – nieskończenie wiele” (św. Wincenty Pallotti).

    Ostatnio zmodyfikowano: 12 kwietnia 2014 (uzupełniono 27 kwietnia 2017)

    ks. Stanisław Tylus SAC

    ______________________________________________________________________________________________________________

    III NIEDZIELA ZWYKŁA JEST OD PIĘCIU LAT CELEBROWANA JAKO NIEDZIELA SŁOWA BOŻEGO

    Papież Franciszek ogłosił ustanowienie Niedzieli Słowa Bożego Listem Apostolskim w formie motu proprio „Aperuit illis” wydanym 30 września 2019 roku. Dokument został popisany w 1600 rocznicę śmierci oraz w liturgiczne wspomnienie św. Hieronima – wielkiego miłośnika i tłumacza Pisma Świętego, doktora Kościoła.

    ____________________________________________________________________

    Co Ojciec Pio mówił o lekturze Pisma Świętego?

     

    o. Pio

     Archiwum Głosu Ojca Pio

    ***

    W czasach Ojca Pio czytanie Pisma Świętego przez wiernych nie było tak rozpowszechnione, jak dzisiaj. Niemałą trudnością był zresztą sam dostęp do świętego tekstu. W zapiskach Cleonice Morcaldi, jednej z najbliższych Ojcu Pio duchowych córek znajdujemy wymowne tego świadectwo.

    Któregoś dnia moja przyjaciółka, bardzo pobożna, przyniosła mi książkę, którą pożyczyły jej klaryski tylko na trzy dni. To było Pismo Święte. Z radości aż krzyknęłam. Trzymałam w rękach księgę, którą mogą mieć tylko kapłani! Pomyślałam, że przepiszę ją do grubego zeszytu, żeby zawsze mieć przy sobie słowo Boże. Pracowałam dzień i noc przy świetle lampki oliwnej, bez przerwy. Musiałam jednak oddać książkę koleżance, zanim skończyłam. To były księgi proroków. Zaczynało się tak: „Synów odchowałem i wypiastowałem, lecz oni odstąpili ode mnie. Wół zna swego właściciela, a osioł żłób swego pana, lecz Izrael nie ma rozeznania, mój lud niczego nie rozumie”. Tak bardzo poruszyły one moje serce, że się rozpłakałam. Płaczę za każdym razem, gdy je czytam. Ta książka tak mi się spodobała, że pochłaniałam ją umysłem i sercem. Jak spragniona łania piłam słowo Pana. Mówiłam: błogosławieni kapłani i zakonnice, że posiadają taki skarb.

    Choć dopiero Sobór Watykański II w 1965 roku zakończył ostatecznie w Kościele okres ostrożności w dawaniu świeckim do ręki tekstu Pisma Świętego, Ojciec Pio w kierownictwie duchowym bardzo zachęcał do jak najbliższego kontaktu ze słowem Boga, widząc w tym wielką wartość. Szczególnie wymowny jest tutaj list do Raffaeliny Cerase z 28 lipca 1914 roku, w którym przywołując przykłady i słowa różnych świętych, pisał:

    Przerażają mnie, moja Siostro, szkody, jakie czyni brak lektury Pisma Świętego. Nieprawdopodobny wydaje się szacunek, jaki dla świętych ksiąg miał św. Hieronim. Salvinie polecał, aby zawsze miała w ręku pobożne księgi, gdyż są one potężną tarczą pomocną w odrzuceniu wszelkich bezbożnych myśli, z którymi boryka się człowiek w młodym wieku. To samo wpajał św. Paulinowi: „Niech zawsze w twoich rękach znajduje się Pismo Święte, które dzięki pobożnej lekturze da pokarm twemu duchowi”. Wdowę o imieniu Furia namawiał, aby często czytała Pismo Święte oraz książki doktorów, których nauczanie jest święte i zdrowe, aby nie musiała męczyć się w wyborze pomiędzy błotem fałszywych dokumentów a złotem świętej i zdrowej nauki.

    Do Demetriady pisał: „Kochaj Pismo Święte, jeśli chcesz być kochana, napełniona i strzeżona przez Bożą Mądrość. Ona wpierw Cię ozdobi na różne sposoby – dodaje szybko święty doktor – umieści klejnoty na Twej piersi, kolie na szyi, drogie kamienie w uszach. W przyszłości święta lektura niech będzie Twoimi drogocennymi kamieniami i Twoją radością, świętymi myślami i pobożnym uczuciem, jakimi ozdobisz Twego ducha”. Potwierdza to św. Grzegorz, używając alegorii lustra: „Duchowe książki są jak lustro, które Bóg stawia przed nami, abyśmy patrząc na nie, mogli naprawić nasze mankamenty i przyozdobić się wszelkimi cnotami. Podobnie jak próżne kobiety często przeglądają się w lustrze, starając się usunąć wszelkie skazy z twarzy, na tysiąc sposobów poprawiają włosy, aby wyglądać pięknie w oczach innych, tak też chrześcijanin winien często przed oczy stawiać sobie Pismo Święte, aby poprawić błędy i umocnić cnoty, by podobać się swemu Bogu”.

    Nie będę odwoływał się do innych autorytetów. Chcę podkreślić, jaką siłę w zmianie drogi czy wejściu na drogę doskonałości, także świeckich osób, posiada święta lektura. Wystarczy zastanowić się nad nawróceniem św. Augustyna. Kto spowodował, że ten wielki człowiek się nawrócił? Nie były to ani łzy matki, ani elokwencja św. Ambrożego, lecz lektura świętej księgi. Kto czyta jego Wyznania nie może powstrzymać się od łez. Jakąż straszną walkę, jakież wielkie konflikty przeżywał w swym sercu, by odrzucić lubieżne przyjemności. Mówił, że jego wola była jak przykuta łańcuchem, a piekielny nieprzyjaciel trzymał go w okowach potrzeb. Mówił, że przeżywał agonię, kiedy miał pozostawić swe stare przyzwyczajenia. Mówił też, że gdy zbliżał się do rozwiązania, jego stare przyzwyczajenia i przyjemności odciągały go od dobrych postanowień i mówiły: Co, zostawiasz nas? Od tego momentu nie będziemy już z tobą przez całą wieczność? Podczas gdy przeżywał wewnętrzną walkę, usłyszał głos, który mu powiedział: „Weź i czytaj”. Od razu posłuchał tego głosu i czytając rozdział z listu św. Pawła, poczuł, jak natychmiast jego umysł oczyścił się z gęstej mgły, zniknęła twardość serca i ogarnęła go radość i głęboki pokój ducha. Od tej chwili św. Augustyn zrywa ze światem, z demonem, z ciałem i cały oddaje się służbie Bogu, stając się wielkim świętym, któremu dziś oddaje się cześć na ołtarzach. historia wspomina jeszcze św. Ignacego z Loyoli, który podczas choroby dzięki podjętej z nudów lekturze duchowej zmienił się z kapitana ziemskiego króla w kapitana Króla Niebios. Jeżeli lektura Pisma Świętego posiada wielką siłę, będącą w stanie przemienić ludzi w istoty duchowe, to o ileż potężniejsze w doprowadzeniu do jeszcze większej doskonałości winno okazać się czytanie Pisma Świętego przez osoby rozwinięte duchowo.

    W tym samym liście Ojciec Pio wspomina też o modlitewnym czytaniu Biblii, zachęcając do takiej właśnie pogłębionej lektury świętego tekstu:

    Święty Bernard mówi o czterech stopniach lub środkach, dzięki którym kroczy się do Boga i rozwija w doskonałości. Pisze, że są to: czytanie i medytacja, modlitwa i kontemplacja. Na potwierdzenie tego przytacza słowa Boskiego Nauczyciela: „Szukajcie a znajdziecie. Pukajcie, a otworzą wam”. Odnosząc to do czterech środków czy stopni doskonałości, twierdzi, że poprzez czytanie Pisma Świętego oraz innych świętych i pobożnych książek szuka się Boga. Znajduje się Go poprzez medytację. Dzięki modlitwie puka się do Jego serca, a dzięki kontemplacji wchodzi się do teatru Bożego piękna. Wszystko stoi otworem przed oczyma naszego umysłu dzięki czytaniu, medytacji i modlitwie. W innym miejscu autor ten pisze, że lektura jest niejako pokarmem dla duszy. Podczas medytacji „przeżuwa się” ten pokarm poprzez rozważania. Na modlitwie doświadcza się jego smaku, zaś kontemplacja jest słodyczą pokarmu duchowego, który umacnia i pociesza duszę. Lektura zatrzymuje się na stronie zewnętrznej tego, co się czyta. Medytacja analizuję istotę rzeczy. Modlitwa przeszukuje ją, używając swych próśb. Kontemplacja delektuje się nią, jak rzeczą, którą się posiada.

    Wspominana na wstępie Cleonice Morcaldi, gdy już posiadała wszystkie księgi Pisma Świętego, na jednej z nich otrzymała od Ojca Pio dedykację, która również dla nas niech będzie zachętą i wskazówką od świętego Stygmatyka:

    Duch Święty niech prowadzi Twój umysł, niech pozwoli Ci odkrywać ukryte prawdy zawarte w niniejszej księdze i niech rozpali Twą wolę, byś je wprowadzała w życie.

    Ojciec Pio z Pietrelciny

    o.Tomasz Duszyc OFMCap /naszczas.pl/Tygodnik Niedziela

    ______________________________________________________________________________________________________________

    „Osobista lektura Pisma Świętego prowadzi do fascynacji Bogiem”

    “Trzeba najpierw samemu „zasmakować” w osobistej lekturze ksiąg biblijnych. Wtedy łatwo będzie nam podzielić się osobistymi przeżyciami w słuchaniu słów, które Bóg do nas kieruje” – podkreślił ks. prof. Henryk Witczyk, przewodniczący Dzieła Biblijnego.

    fot. Plusonevector/Freepik/Stacja7.pl

    ***

    Biuro Prasowe KEP: Księże Profesorze, z ustanowienia papieża Franciszka, III niedziela zwykła obchodzona jest w całym Kościele jako Niedziela Słowa Bożego. Jaki jest główny cel tej inicjatywy?

    Ks. prof. Henryk Witczyk: Papież Franciszek podaje kilka celów, które winny być osiągane poprzez uroczyste przeżywanie Niedzieli Słowa Bożego, zwłaszcza celebracje liturgiczne w parafiach i diecezjach. Równie ważne są różne aktywności związane ze Słowem Bożym zawartym w Piśmie świętym w naszych rodzinach. Sądzę, że ich syntetycznym ujęciem są słowa Aperuit illis („Oświecił ich umysły, aby rozumieli Pisma”; por. Łk 24, 45), które otwierają papieskie Motu proprio ustanawiające tę celebrację. Zmartwychwstały Jezus oświecił umysły uczniów idących z Jerozolimy do Emaus. Byli rozczarowani przebiegiem procesu, drogi krzyżowej, ukrzyżowania – i ostatecznie złożenia do grobu umęczonego Mesjasza – Króla głoszącego Królestwo Boże jako obecne pośród nich. Gdy dołączył do nich tajemniczy Wędrowiec, zaczął z nimi rozmawiać, zadawać pytania, a ostatecznie wyjaśniał im Pisma, które mówiły o cierpieniach Mesjasza, wpisanych w Jego drogę do Chwały. Jak sami wyznali, pod wpływem tych Jego słów, w każdym z nich „pałało serce”, otworzyły się ich oczy na aktywną i miłującą obecność zmartwychwstałego Pana. On stał się na nowo najważniejszą Osobą w ich życiu! Centrum życia całego Kościoła apostolskiego, gdy objawił się z kolei wszystkim uczniom w wieczerniku, niosąc im swoje słowa: Pokój wam!

    Tylko apostołowie z „otwartymi oczami” i „sercami pałającymi” ogniem Bożej obecności darowanej im w słowach Zmartwychwstałego mogli stać się głosicielami i świadkami Ewangelii. W Niedzielę Słowa Bożego cały Kościół pod przewodnictwem papieża Franciszka chce uwielbiać Boga za Jego obecność pod postacią słów Pisma świętego proklamowanych w Kościele, chce też dziękować Ojcu niebieskiemu za Słowo, które od Niego pochodzi! Ono otwiera nam oczy na misterium Trójcy Świętej, na Jej działanie w dziejach świata i ludzi, na Jej obecność w Kościele.

    W jaki sposób można realizować założenia tej Niedzieli na co dzień? Co może być pomocne w poznawaniu Słowa Bożego?

    Najważniejsze jest codzienne czytanie Pisma świętego. Dobrze jest zacząć od ksiąg Nowego Testamentu, które są nam mało znane, na przykład listy św. Pawła czy tzw. listy katolickie. One nie tylko wyjaśniają nauczanie Chrystusa, otwierają misterium Jego osoby, ale nade wszystko odnoszą je do życia tak pojedynczych wierzących jak i wspólnoty Kościoła. Ta aplikacja ma dla nas – borykających się dzisiaj z podobnymi wyzwaniami – absolutnie podstawowe znaczenie. Dokonywana jest bowiem pod natchnieniem Ducha Świętego, który jest Nauczycielem Kościoła wszystkich czasów aż do skończenia świata. To On, nie badania socjologiczno-psychologiczne, prowadzi Kościół do poznania Prawdy o zbawieniu człowieka, objawionej przez wcielonego Syna Bożego w Ewangeliach i Tradycji.

    Dużą pomocą w poznawaniu Słowa Bożego są istniejące w wielu parafiach kręgi biblijne, wspólnoty praktykujące lectio divina. W większości diecezji, w wielu dekanatach bibliści prowadzą regularne wykłady z Pisma św. dla osób świeckich i zakonnych w ramach różnego rodzaju szkół Słowa Bożego (głównie w soboty). Warto również wybrać się na rekolekcje biblijne, organizowane w licznych domach rekolekcyjnych.

    A niezastąpioną pomocą w osobistym studium Pisma świętego jest od roku aplikacja pod nazwą „Dzieło Biblijne”, stworzona dzięki dużemu zaangażowaniu i patronatowi KUL Jana Pawła II oraz Instytutowi Nauk Biblijnych KUL. Jest ona dostępna bezpłatnie w smartfonach, laptopie czy w wygodnym do czytania tablecie. A osoby zainteresowane nie tylko duchowym, ale i badawczym poznawaniem treści Pisma św. zachęcam do czytania artykułów naukowych w najlepszym polskim czasopiśmie biblijnym „The Biblical Annals”. Jest ono dostępne gratis na platformie czasopism KUL (https://czasopisma.kul.pl/index.php/ba), razem w biblijno-teologicznym „Verbum Vitae” (https://czasopisma.kul.pl/index.php/vv). Zamieszczane są w nich opracowania aktualnie dyskutowanych zagadnień i tematów – także w języku polskim.

    Św. Hieronim powiedział, że „nieznajomość Pisma świętego jest nieznajomością Chrystusa”. W jaki sposób można zachęcić wiernych do czytania Pisma Świętego?

    Trzeba najpierw samemu „zasmakować” w osobistej lekturze ksiąg biblijnych, czyli w dialogu z Bogiem. Wtedy łatwo będzie nam podzielić się osobistymi przeżyciami w słuchaniu słów, które Bóg do nas kieruje. W istocie bowiem czytanie Pisma świętego jest jedynie „narzędziem” umożliwiającym Ojcu niebieskiemu, Synowi Bożemu i Duchowi Prawdy komunikowanie się z nami. A każdy, kto świadomie chce przeżywać swoją wiarę, jest maksymalnie zainteresowany tym, co Bóg chce mi dzisiaj, w tym tygodniu, w tę niedzielę powiedzieć. Dopiero znając przesłanie do mnie skierowane mogę odpowiedzieć w modlitwie: uwielbienia, dziękczynienia, ufności czy prośby.

    Osobista lektura Pisma świętego prowadzi wierzących także do fascynacji Bogiem, osobą i nauczaniem Syna Bożego, działaniem Ducha Świętego w dziejach świata, pojedynczych ludzi, w historii Ludu Bożego pierwszego i nowego Przymierza, a nade wszystko w życiu współczesnego Kościoła, do którego zostaliśmy powołani.

    KAI/Stacja7.pl

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Ks. Teodor Sawielewicz na Niedzielę Słowa Bożego:

    nie trzeba czytać Biblii od deski do deski

    fot. radio Niepokalanów

    ***

    Katolik powinien regularnie czytać Biblię, choć niekoniecznie musi to być przeczytanie jej od deski do deski. Wiele osób poznaje treść Biblii poprzez wybieranie konkretnych ksiąg, rozdziałów lub tematów, które są dla nich budujące – powiedział ks. Teodor Sawielewicz. Rekolekcjonista, założyciel kanału Teobańkologia, w rozmowie z KAI, wyjaśnił dlaczego warto sięgać po lekturę Pisma Świętego, opowiedział także jakie inicjatywy biblijne można znaleźć na kanale Teobańkologia. Jutro, już po raz piąty, będziemy obchodzić w Kościele Niedzielę Słowa Bożego, ustanowioną przez papieża Franciszka.

    Zadałbym pytanie mężowi: „czy to ważne, by poznawać każdego dnia lepiej swoją żonę? Przecież ją już niby poznałeś, to po co na to poświęcać więcej czasu?”. Św. Hieronim napisał takie słowa w czasach, w których nie było druku, a zdecydowana większość ludzi nie umiała czytać: „nieznajomość Pisma Świętego jest nieznajomością Chrystusa”. Najważniejsze przykazanie Starego Testamentu zaczyna się od słów: „Słuchaj Izraelu…”. Skoro mamy komuś ufać, powierzać mu swoje życie, kogoś naśladować, kochać, to najpierw musimy go poznawać. Każda karta Ewangelii to skarbiec informacji o życiu i posłannictwie Tego, w którego wierzymy.

    Papież Franciszek w swoim orędziu o ustanowieniu tej niedzieli podkreślił, że „Słowo Boże powinno być zawsze obecne w naszym życiu, a zwłaszcza w niedzielę, abyśmy mogli rozpoznać w nim obecność Chrystusa, który przemawia do nas i prowadzi nas”. Poprzez regularne spotkanie z Pismem Świętym możemy coraz bardziej odkrywać Boże przesłanie dla nas, pogłębiać wiarę, kształtować sumienie i prowadzić bardziej świadome życie chrześcijańskie.

    Ma Ksiądz pomysł jak zachęcić wiernych do czytania Biblii? Jak podkreślił Franciszek, celem Niedzieli Słowa Bożego jest to, by „w ludzie Bożym wzrosła religijna i bliska znajomość Pisma Świętego”.

    Myślę, że ogromna rolę ma tu nastawienie człowieka do Biblii, ale też głód. Prorok Amos wypowiada takie słowa: „Oto nadejdą dni – wyrocznia Pana Boga – gdy ześlę głód na ziemię, nie głód chleba ani pragnienie wody, lecz głód słuchania słów Pańskich. Wtedy błąkać się będą od morza do morza, z północy na wschód będą krążyli, by znaleźć słowo Pańskie”. Jeśli ktoś zdaje sobie sprawę, że Biblia to żywe Słowo Boga, Słowo, które ma moc przemiany serca i życia, to nie trzeba go specjalnie zachęcać do chłonięcia Go.

    Czy trzeba namawiać wygłodniałego do jedzenia? W Biblii znajdują się wskazówki jak żyć na Bożą chwałę, a przez to doświadczać wielu skutków ubocznych takiego życia: szczęście, dobre zarządzanie finansami, pozbycie się lęków i zmartwień itp. Rozmawiając z różnymi ludźmi, słyszałem podobne zdania: „Bóg jeden wie, co powinienem w tej sytuacji zrobić, modlę się o jakąś wskazówkę i nic…”. A kiedy pytałem: „A czy zajrzałeś do Pisma Świętego?”, odpowiadali ze zdziwieniem: „Ale po co? Przecież ja mam taki a taki problem do rozwiązania, co ma do tego czytanie Biblii?”. Odpowiadałem podobnymi słowami: „Zajrzyj, a sam się przekonasz”. Niektórzy z tych ludzi wracali potem do mnie z niesamowitymi świadectwami, a czytanie Słowa Bożego stało się odtąd ważnym elementem ich codzienności.

    Również na Teobańkologii można znaleźć wiele interesujących treści umożliwiających lepsze poznanie Pisma Świętego, chociażby różnego rodzaju medytacje nad tekstem biblijnym, czy mógłby Ksiądz nieco o nich opowiedzieć?

    Staram się, by treści i motywy zaczerpnięte z Pisma Świętego towarzyszyły każdemu aspektowi działalności Teobańkologii. Pojawiają się w błogosławieństwach w postaci postów i rolek o 7:00 i 19:00, w codziennych transmisjach różańcowych o 20:30, są inspiracją do rozmaitych akcji, są zawarte na naszej płycie “Niech zstąpi Duch Twój”.

    Jedną z najważniejszych inicjatyw związanych z Pismem Świętym są serie Komentarzy Biblijnych. Na początku przygotowywałem je sam. Później zaprosiłem do współpracy ks. prof. Mariusza Rosika – wybitnego polskiego biblistę – który w kilku- albo kilkunastominutowych filmach odpowiada na ważne pytania w oparciu o Pismo Święte. W ramach ostatniej serii były podejmowane m.in. takie zagadnienia: Czy Bóg chce mojej choroby? Czy Bóg może posłużyć się złem? Dlaczego Bogu na mnie zależy? Po co Kościołowi papież? To ważne pytania, na które czasem sami nie potrafimy znaleźć przekonującej odpowiedzi. Dlatego właśnie warto posłuchać, co ma nam w tych kwestiach do przekazania Pismo Święte, co do nas mówi sam Bóg.

    Myśli Ksiądz, że każdy katolik powinien przeczytać Pismo Święte od początku do końca? Dlaczego to tak mało powszechna praktyka wśród ludzi wierzących?

    Może zacznę od tego drugiego pytania. Powody, by czegoś nie robić, zawszę się znajdą: „Nie mam czasu”, „I tak nic z tego nie rozumiem, to za trudne”, „Nie lubię czytać”, „Wolę posłuchać kazania, katechezy, konferencji”, „To nudne i nie ma związku z moim życiem”. To tylko niektóre z wymówek, jakie słyszałem. Przy okazji zapraszam na do naszej akcji wielkopostnej „Jerycho – zmień swoje nawyki”. Może warto będzie te nauki zastosować właśnie do stałego zaprzyjaźnienia się z Pismem Świętym!

    A wracając do tematu, myślę, że każdy katolik powinien regularnie czytać Biblię, choć niekoniecznie musi to być przeczytanie jej od deski do deski. Wiele osób poznaje treść Biblii poprzez wybieranie konkretnych ksiąg, rozdziałów lub tematów, które są dla nich budujące. I to jest bardzo dobry pomysł, bo pozwala na głębsze zrozumienie konkretnych treści i ich odniesienie do swojej codzienności. Nie ma uniwersalnej, jednej metody. Papież Benedykt XVI mówił tak: „Rozważajcie często Słowo Boga i pozwólcie, aby Duch Święty był waszym nauczycielem. Odkryjecie wówczas, że myśli Boga nie są myślami ludzi. Będziecie skłonni kontemplować prawdziwego Boga i odczytywać wydarzenia historii Jego oczyma. Zakosztujecie w pełni radości, jaką rodzi prawda”. To jest właściwy klucz do lektury Pisma Świętego.

    Nie chodzi tylko o poznanie treści minionych wydarzeń, biografii Jezusa czy dziejów pierwotnego Kościoła, ale o czerpanie wiedzy i mądrości potrzebnej człowiekowi tu i teraz, powiązanie tych wydarzeń ze swoim życiem, o poddanie się Bożemu prowadzeniu, słuchanie Jego głosu każdego dnia, w każdej sytuacji. Przy takim podejściu do Pisma Świętego człowiek z biegiem lat czerpie z niego coraz więcej, coraz więcej odkrywa, rozumie i można powiedzieć, że ta lektura nigdy dla niego się nie kończy. I – uwaga – co najważniejsze: człowiek, który poznaje Stwórcę przez lekturę Biblii, w końcu dojdzie do pragnienia – ja chcę nie tylko o Bogu czytać, ja chcę Jego!

    Czy ma ksiądz jakieś wskazówki dla osób, które chciałyby zacząć czytać Pismo Święte, ale czują się zniechęcone jego objętością lub trudnością w zrozumieniu niektórych fragmentów?

    W dzisiejszych czasach można wykorzystać różne narzędzia, takie jak aplikacje mobilne, audiobooki lub podcasty, które dają łatwy dostęp do lepszego rozumienia Pisma Świętego. Trzeba jednak pamiętać, że głównym celem czytania Biblii nie jest jej zrozumienie, ale raczej sięgnięcie do tego, co jest niejako pod naskórkiem tekstu – a jest tam sam Bóg, którego możemy spotkać, nawet wtedy, gdy nie rozumiemy tego, co czytamy. On jest przecież Słowem, a to Słowo, które czytamy jest Bogiem.

    W seminarium przeczytałem na głos w oryginalnym języku dwa razy cały Nowy Testament. Niewiele z języka greckiego rozumiałem, ale chciałem się “otaczać” Bogiem. Fale dźwiękowe, wiadomo, nie są Bogiem, ale to Słowo Nim jest. Jeśli coś wydaje się nam niezrozumiałe, zbyt trudne, a bardzo nam zależy na zrozumieniu, mamy dziś sporo możliwości, by znaleźć pomoc, wsparcie, wyjaśnienie nurtujących nas kwestii. Jedną z nich jest Teobańkologia, bezpieczna przestrzeń modlitwy przeniknięta Słowem Bożym, z naszym hasłem “Niech Ewangelia się niesie na chwałę Bożą i pożytek ludzi jak najlepszymi środkami”.

    Jakie są Księdza ulubione fragmenty Pisma Świętego?

    Ewangelia św. Jana 10,10 [Ja przyszedłem po to, aby [owce] miały życie i miały je w obfitości – KAI] – ten cytat umieściłem też na moim obrazku prymicyjnym. Gdy rozważałem ten fragment, dotarło do mnie, że Pan Bóg chce dla mnie szczęścia, życia w obfitości tutaj na ziemi.

    Wcześniej chrześcijaństwo kojarzyło mi się inaczej: Królestwo Boże rozumiałem jako rzeczywistość odległą, niedostępną człowiekowi tu i teraz, na ziemi mam się męczyć i cierpieć, by potem pójść do nieba. Ten fragment zmienił moje myślenie. Zrozumiałem też, że odnosi się on do mojej misji. Ja jako pasterz dostałem misję od Dobrego Pasterza – Jezusa Chrystusa – po to, by uczynić obfitym życie innych.

    Czy ma Ksiądz jakieś osobiste świadectwo dotyczące momentu czytania Pisma Świętego, który wpłynął znacząco na Księdza życie duchowe?

    Przypominam sobie taką sytuację, gdy miałem 17 lat i jechałem autobusem do szkoły. Natknąłem się wtedy na fragment, który opisuje spotkanie Jezusa z niewidomym. Jezus zapytał tego człowieka: „Co chcesz, abym Ci uczynił?”, a on mu odpowiedział „Panie, żebym przejrzał”. Tak bardzo mnie wtedy dotknęły te słowa, przez kolejne dni wypowiadałem je niemalże bez przerwy i były tak naprawdę początkiem mojego głębokiego nawrócenia, zmiany, kiełkowania dobrych pragnień i uzdrowienia wielu ran na duszy.

    Gdzie szukać pomocy w interpretacji niezrozumiałych fragmentów Pisma Świętego?

    Pismo Święte jest zbiorem tekstów, które wymagają znajomości pewnego kontekstu i umiejętnej interpretacji. Czytanie Biblii bez odpowiedniej wiedzy i przygotowania może prowadzić do niewłaściwego zrozumienia treści, odnalezienia w niej sprzeczności, nawet absurdów, wyprowadzenia błędnych wniosków, wypaczenia obrazu Boga i Jego miłości. Dlatego warto korzystać z powszechnie dziś dostępnych komentarzy i objaśnień opracowanych przed doświadczonych biblistów, uwzględniających kontekst historyczny i kulturowy oraz kwestie języka i tłumaczeń, dobrym pomysłem jest też lektura we wspólnocie.

    Warto również korzystać z innych katolickich źródeł, takich jak publikacje katolickie, czasopisma, strony internetowe i aplikacje mobilne, które oferują komentarze, wyjaśnienia i materiały pomocne w zrozumieniu Pisma Świętego. Tylko proszę, by te moje powyższe zachęty do zgłębiania wiedzy o Biblii nie zniechęciły do tego, by by po prostu Pismo Święte otwierać i czytać. Ono jak zaklinacz węży będzie nawet bez naszego zrozumienia lub odczucia wyrzucać z nas złe myśli i pragnienia, o ile z wiarą i otwartym sercem staramy się je zgłębić i odnieść do swojego życia.

    rozmawiała Anna Rasińska/KAI/Tygodnik Niedziela

    ______________________________________________________________________________________________________________

    CZWARTEK 18 STYCZNIA

    Tego dnia Kościół Katolicki rozpoczyna

    Tydzień Modlitw o Jedność Chrześcijan.

    „Stańmy się bliźnimi dla innych”

    Rozpoczyna się Tygodzień Modlitw o Jedność Chrześcijan

    fot. Matt Wengerd/CC 2.0/

    ***

    Pod hasłem „Będziesz miłował Pana, swego Boga…, a swego bliźniego jak siebie samego” (Łk 10,27) obchodzony będzie od 18 do 25 stycznia Tydzień Modlitw o Jedność Chrześcijan 2024. Tydzień Modlitw o Jedność Chrześcijan następuje co roku po Dniu Judaizmu w Kościele katolickim w Polsce (17 stycznia), a kończy się (25 stycznia) w dzień nawrócenia św. Pawła.

    Podczas Tygodnia Modlitw o Jedność Chrześcijan 2024 rozważany będzie biblijny tekst zaczerpnięty z Ewangelii św. Łukasza 10,25-37 „Będziesz miłował Pana, swego Boga…, a swego bliźniego jak siebie samego” o Miłosiernym Samarytaninie. Tym Samarytaninem dla ludzkości jest przede wszystkim sam Chrystus, który tego poranionego człowieka uzdrawia, zalewa jego rany oliwą Ducha Świętego i swojej miłości, i który zostawił go pod pieczą Kościoła. Ale z tej przypowieści wynika wezwanie, abyśmy i my czynili podobnie. I nie tyle się pytali, kto jest moim bliźnim, ale sami stawali się bliźnimi dla innych – wskazuje ks. Sławomir Pawłowski SAC, sekretarz Rady KEP ds. Ekumenizmu.

    ***

    Tematy poszczególnych dni ekumenicznej oktawy są następujące:

    Dzień 1: Pomóż nam, Panie, zwrócić nasze życie ku Tobie
    Dzień 2: Pomóż nam, Panie, całym sercem kochać Ciebie, bliźniego i siebie samych
    Dzień 3: Panie, otwórz nasze serca na tych, których nie zauważamy
    Dzień 4: Panie, spraw, abyśmy nigdy nie odwracali się od potrzebujących
    Dzień 5: Panie, pomóż nam nieść nadzieję zranionym
    Dzień 6: Panie, niech nasze Kościoły będą gościnnymi domami uzdrowienia
    Dzień 7: Panie, naucz nas być bliźnimi
    Dzień 8: Panie, uczyń nas miłosiernymi świadkami Twojego królestwa

    Mający już ponad stuletnią tradycję Tydzień Modlitw o Jedność Chrześcijan stał się cyklicznym świętem ekumenizmu. Co roku między 18 a 25 stycznia, czyli między dawnym świętem katedry św. Piotra a świętem nawrócenia św. Pawła, chrześcijanie różnych wyznań spotykają się na całym świecie na ekumenicznych nabożeństwach, modlitwach, konferencjach, koncertach i innych spotkaniach. 

    Co roku na Tydzień Modlitw o Jedność Chrześcijan przygotowywane są materiały z tekstami biblijnymi, rozważaniami, modlitwami, propozycjami liturgii nabożeństw itp. Od 1966 r. materiały te razem przygotowują Komisja „Wiara i Ustrój” Światowej Rady Kościołów oraz Papieska Rada (wcześniej Sekretariat) ds. Popierania Jedności Chrześcijan. Polską wersję broszury z materiałami od 1998 r. wspólnie opracowują Polska Rada Ekumeniczna oraz Rada ds. Ekumenizmu Konferencji Episkopatu Polski Kościoła Rzymskokatolickiego. Od 1975 r. co roku materiały przygotowywane są przez grupy chrześcijan z poszczególnych krajów. Materiały na 2012 r. opracowała grupa polska.

    Pierwsze pomysły międzywyznaniowych modlitw o jedność chrześcijan pojawiły się w XIX w. Tydzień Modlitw w obecnym terminie odbywa się od 1908 r. z inicjatywy ks. Paula Wattsona. Ideę tę w latach 30. XX w. rozpropagował o. Paul Couturier.

    z materiałówKAI/Stacja7/wiara.pl

    __________________________________________________________________________

    Ksiądz Kardynał Kurt Koch:

    u początku ekumenizmu była modlitwa,

    trzeba do tego powrócić

    Dziś rozpoczyna się Tydzień Modlitw o Jedność Chrześcijan. Jego hasłem są w tym roku słowa „Będziesz miłował Pana, swego Boga…, a swego bliźniego jak siebie samego” (Łk 10,27). Jak zauważa kard. Kurt Koch, słowa te wskazują na miłość, która jest podstawowym motywem ekumenizmu. Przypomina, że symbolem ekumenizmu miłości było spotkanie Pawła VI z prawosławnym patriarchą Konstantynopola, które miało miejsce przed 60 laty w Jerozolimie.

    Rozmawiając z Radiem Watykańskim, przewodniczący Dykasterii ds. Popierania Jedności Chrześcijan zauważył, że na dialogu z prawosławiem negatywnie odbijają się poważne napięcia i podziały wewnątrz tej rodziny Kościołów. Na przykład w czerwcu ubiegłego roku odbyło się w Aleksandrii zgromadzenie ogólne dwustronnej komisji, ale zabrakło na nim przedstawicieli czterech Cerkwi: z Rosji, Serbii, Bułgarii i Antiochii. Tym niemniej udało się przyjąć ważny dokument na temat synodalności i prymatu w drugim tysiącleciu i dzisiaj – mówi kard. Koch.

    Przyznaje, że nowe problemy pojawiły się również wraz z ogłoszeniem watykańskiej deklaracji o błogosławieństwach. „Spotykam się z negatywnymi reakcjami ze świata ekumenicznego na temat «Fiducia suplicans»” – mówi kard. Koch. Tytułem przykładu wspomina o Wschodnich Kościołach Ortodoksyjnych, które chcą podjąć tę kwestię podczas najbliższego spotkania. „Uważam, że w dialogu ekumenicznym powinniśmy przemyśleć na nowo, czym jest błogosławieństwo i jaki jest związek pomiędzy nauczaniem a duszpasterstwem. Pytania te stały się obecnie na nowo palące i musimy o nich porozmawiać” – mówi szwajcarski kardynał.

    Jeśli chodzi natomiast o ekumenizm dotyczący Kościołów, które wyłoniły się z reformacji, kard. Koch wskazuje na potrzebę ponownego pogłębienia wymiaru duchowego, ponieważ na początku ruchu ekumenicznego istniał ruch modlitewny. „Papież Benedykt XVI wyraził to kiedyś pięknym obrazem, że łódź ekumenizmu nigdy nie wypłynęłaby na pełne morze, gdyby nie była napędzana prądem modlitwy… Ruch ekumeniczny – przypomina szef watykańskiej dykasterii – był pierwotnie ruchem modlitewnym i musi nim pozostać, ponieważ podstawa ekumenizmu to modlitwa arcykapłańska z 17. rozdziału Ewangelii Jana. Ciekawe jest w niej to, że Jezus nie nakazuje jedności, On modli się o jedność. A jeśli Jezus modlił się o jedność swoich uczniów, to cóż lepszego możemy zrobić my?”.

    Krzysztof Bronk i Stefan von Kempis/KAI/Tygodnik Niedziela

    ___________________________________________________________________________

    W Tygodniu Modlitw o Jedność Chrześcijan możemy uzyskać odpust zupełny pod zwykłymi warunkami – jeżeli w tym czasie uczynimy cokolwiek dla jedności Kościoła (modlitwa, post, jałmużna, umartwienie, studium itp.)

    _____________________________________________________________________________

    Miłosierny Samarytanin

    Eugene Delacroix, „Miłosierny Samarytanin”

    „Miłosierny Samarytanin” – Eugene Delacroix,
    olej na płótnie, 1849, kolekcja prywatna, Paryż
    /Gość Niedzielny

    ***

    Dobry Samarytanin (wg Delacroix)

    MEFUSBREN69Dobry Samarytanin (wg Delacroix)
    Obraz Vincenta van Gogha z 1890 roku

    ***

    Vincent van Gogh kopiował niektóre dzieła Delacroix. Jedną z najbardziej znanych kopii jest przypuszczalnie prezentacja Miłosiernego Samarytanina.

    W czasie, gdy malował Samarytanina, zachwycony był pastelowymi kolorami, zwłaszcza żółtym. Pisał wówczas: „Słońce, światło, z braku lepszych określeń muszę używać słowa żółty, żółty bladosiarczany, żółtocytrynowy, bladozłoty. Jakże piękny jest żółty”. Takim właśnie światłem przeniknięte jest jego dzieło.

    Samarytanin, w charakterystycznym dla siebie czerwonym turbanie, z wysiłkiem unosi poturbowanego biedaka, którego twarz przenika dreszcz bólu. Dwaj wrogowie zwarli się w przyjacielskim uścisku. Życie jednego jest całkowicie na łasce drugiego. A wszystko to w scenerii, w której piasek pustyni miesza się ze stalą nieba.
     
    Van Gogh znał niemal na pamięć ewangeliczną przypowieść już jako dziecko. Zadbał o to jego ojciec Theodorus, kalwiński pastor. Opowieści biblijne, bohaterowie rodem z Pisma Świętego, wydarzenia z życia Jezusa były częstym tematem domowych spotkań, w których uczestniczyła cała piątka rodzeństwa.

    Choć Vincent jako młody człowiek zatrudnił się w renomowanej galerii – antykwariacie Goupila w Hadze, a potem szybko awansował do oddziałów filialnych w Londynie i Paryżu, już wtedy odczuł w sobie powołanie Samarytanina. „Chcę zostać pastorem. Chcę pocieszać biedaków” – mówił.

    Biegła znajomość angielskiego i francuskiego nie została dobrze wykorzystana na studiach teologicznych, które przerwał po dwóch latach. Pchany szlachetnym impulsem osiedlił się w belgijskim zagłębiu węglowym Borinage, wśród nędzarzy. Pisał w liście do brata: „Są szczęśliwi, gdy w kaskach z lampkami zjeżdżają do szybów. Oddają się Bogu w opiekę, a On widzi ich pracę i czuwa nad nimi”.

    Zabrał się ochoczo za nauczanie dzieci. Lekcje czytania, pisania, katechizmu, pielęgnacja chorych – wszystko to przynosiło mu dużą satysfakcję. Wśród biedoty pragnął realizować swe samarytańskie zapędy. O dziwo jednak, gmina protestancka, dla której pracował, nie przedłużyła mu umowy kaznodziejskiej.

    Van Gogh załamuje się. Odchodzi od wspólnoty protestanckiej nie tylko dlatego, że pozowanie do jego obrazów uznane zostało za niemoralne, ale również dlatego, że przejął się myślą Victora Hugo. Komentując swój obraz “Cmentarz chrześcijański”, powie: „Te ruiny pokazują jak, mimo solidnych podstaw, robaki toczą wiarę i religię. Religie przemijają, Bóg trwa”.

    ks. Mariusz Rosik/wiara.pl

    _________________________________________________________________________________

    Miłosierny Samarytanin

     Miłosierdzie nieprzyjaciela :. – Ta przypowieść zaskakuje. Zwłaszcza gdy weźmie się pod uwagę nienawiść, która wówczas panowała między Żydami i Samarytanami. Jezus pokazuje, że miłości można uczyć się od… nieprzyjaciela

    Niespełnione marzenie :. – Chciał pomagać ludziom. Jego życie potoczyło się jednak inaczej, nie tak jak sobie wymarzył. Swoje marzenie uwiecznił w obrazie namalowanym na dwa miesiące przed samobójczą śmiercią

    WARTO WIEDZIEĆ
    Genialna kopia :. – Ten obraz to właściwie kopia! Vincent van Gogh namalował miłosiernego Samarytanina prawie dokładnie tak samo jak czterdzieści lat wcześniej sławny malarz francuski Eugne Delacroix.
    Spotkanie artysty z Samarytaninem :. – Nie jest łatwo ranną ofiarę napadu posadzić na końskim grzbiecie. Bezwładne ciało mimowolnie się osuwa w ramiona swego dobroczyńcy. Niełatwo być miłosiernym Samarytaninem
    Przesłanie opowiadania :. – Historia egzegezy zna liczne interpretacje przypowieści. Według nich, najczęściej pod postacią Samarytanina, który okazuje miłosierdzie, widzieć należy samego Chrystusa.
    Samarytanie:. – Grupa etniczna zamieszkująca w czasach Jezusa środkową część Ziemi Świętej, pomiędzy Galileą – w której mieszkał Mistrz z Nazaretu – a Judeą, z jej najważniejszym miastem, Jerozolimą.

    Miłosierny Samarytanin

    ***

    Miłosierdzie nieprzyjaciela

    Ta przypowieść zaskakuje. Zwłaszcza gdy weźmie się pod uwagę nienawiść, która wówczas panowała między Żydami i Samarytanami. Jezus pokazuje, że miłości można uczyć się od… nieprzyjaciela.Akcja przypowieści o miłosiernym Samarytaninie toczy się w miejscu dobrze znanym słuchaczom: na drodze wiodącej z Jerozolimy do Jerycha. Za czasów Jezusa Jerycho, położona 230 metrów pod poziomem morza oaza na Pustyni Judzkiej, było dobrze prosperującym miastem.

    Prawdopodobnie mieszkało tam wielu kapłanów sprawujących służbę w Jerozolimie. Droga łącząca oba miasta była chętnie uczęszczana przez kupców. Czasownik „schodzić”, użyty przez Łukasza, wskazuje, że Jerycho było położone znacznie niżej niż Jerozolima. Obydwa miasta dzieliła odległość ok. 27 km.

    Kapłan i lewita przechodzą obok
    Bohater Jezusowej przypowieści wpada w ręce zbójców. Ich czyny, obnażenie – zadanie ran – pozostawienie „na pół umarłego”, ukazują dramatyczną sytuację poszkodowanego i konieczność szybkiego udzielenia mu pomocy. Dalsza część przypowieści opisuje postawy przypadkowych przechodniów. Została ona zbudowana na zasadzie kontrastu: postawa kapłana i lewity (potomka pokolenia Lewiego, przeznaczonego do niższych służb religijnych) została przeciwstawiona postawie Samarytanina.

    Kapłan, należący bez wątpienia do klasy o wysokiej pozycji społecznej, minął potrzebującego. Kierunek podróży zwiększa jego winę: o ile bowiem zmierzając do Jerozolimy (a więc do świątyni), mógłby być bardziej zatroskany o czystość rytualną, o tyle kierunek przeciwny (z Jerozolimy do Jerycha) zmniejsza stopień takiej troski.

    Jeśli bowiem kapłan przypuszczał, że leżący przy drodze człowiek jest martwy, wówczas mógł usprawiedliwiać swoje zachowanie nakazem Prawa, aby nie dotykać ciał zmarłych przed sprawowaniem kultu (Kpł 21,1–3). Tymczasem przypuszczać należy, że właśnie skończył swą służbę w świątyni. Postawa lewity ukazana jest podobnie.

    Czytelnik może jedynie domyślać się, że minięcie potrzebującego pomocy człowieka mogło wypływać z motywów religijnych, wśród których szczególną rolę odgrywała troska o czystość rytualną.

    Samarytanin wzruszony do głębi
    Kolejnym przechodniem okazał się Samarytanin. Wydawać by się mogło, że wrogość panująca między Żydami a Samarytanami odwiedzie go od zainteresowania się pobitym. Jednak to właśnie mieszkaniec Samarii „wzruszył się do głębi”, widząc człowieka w potrzebie.

    Użyty tu czasownik często w Nowym Testamencie dotyczy samego Boga, przez co Ewangelista dodatkowo wzmocnił pochwałę postawy Samarytanina.

    Można przypuszczać, że do „opatrzenia ran” Samarytanin posłużył się własną szatą, którą musiał rozedrzeć na części, nadające się do obwiązania zranionych miejsc ciała. Typowym środkiem medycznym, powszechnie stosowanym w takich wypadkach, były oliwa i wino.

    Wino służyło do odkażenia ran, oliwa natomiast stanowiła środek kojący. Jako że stan zranionego nie pozwalał mu na samodzielne utrzymanie się na nogach, Samarytanin odstępuje mu własne zwierzę, sam zapewne kontynuując wędrówkę pieszo.

    Gospodę, do której dotarli bohaterowie przypowieści, często stanowiło w czasach Jezusa jednoizbowe pomieszczenie, wspólne dla zwierząt i ludzi, w którym można było schronić się na noc. Zaś suma dwóch denarów, którą otrzymał od Samarytanina gospodarz, za wyżywienie i opiekę nad chorym, wydaje się wystarczającą opłatą za opiekę, jeśli wziąć pod wagę fakt, że w tamtych czasach dzienny zarobek przeciętnego robotnika to jeden denar.

    Niespełnione marzenie

    Chciał pomagać ludziom. Jego życie potoczyło się jednak inaczej, nie tak jak sobie wymarzył. Swoje marzenie uwiecznił w obrazie namalowanym na dwa miesiące przed samobójczą śmiercią.Vincent van Gogh znał niemal na pamięć ewangeliczną przypowieść o Samarytaninie już jako dziecko. Zadbał o to jego ojciec Theodorus, kalwiński pastor.

    Chciał pomagać biednym
    Vincent jako młody człowiek czuł w sobie powołanie Samarytanina. „Chcę zostać pastorem. Chcę pocieszać biedaków” – mówił. Biegła znajomość angielskiego i francuskiego nie została dobrze wykorzystana na studiach teologicznych, które przerywa po dwóch latach. Pchany szlachetnym impulsem osiedla się w belgijskim zagłębiu węglowym Borinage, wśród nędzarzy. Pisze w liście do brata: „Są szczęśliwi, gdy w kaskach z lampkami zjeżdżają do szybów. Oddają się Bogu w opiekę, a On widzi ich pracę i czuwa nad nimi”.

    Van Gogh zabiera się ochoczo za nauczanie dzieci. Lekcje czytania, pisania, katechizmu, pielęgnacja chorych – wszystko to przynosi mu dużą satysfakcję. O dziwo jednak, gmina protestancka, dla której pracuje, nie przedłuża mu umowy. Van Gogh załamuje się. Odchodzi od Kościoła nie tylko dlatego, że pozowanie do jego obrazów uznane zostaje za niemoralne, ale również dlatego, że przejął się myślą Victora Hugo. Komentując swój obraz „Cmentarz chrześcijański”, powie: „Te ruiny pokazują jak, mimo solidnych podstaw, robaki toczą wiarę i religię. Religie przemijają, Bóg trwa”. Wraca do rodzicielskiego domu w depresji. Theo, młodszy brat Vincenta, ofiarowuje mu pewną sumę pieniędzy, która wystarcza, by Vincent powrócił do Borinage, do swoich biedaków. Pieniądze szybko się kończą, więc Vincent wraca do rodziców. Pod pretekstem opuszczenia nabożeństwa zostaje jednak wyrzucony z domu przez ojca.

    Pacjent szpitala dla obłąkanych
    Schronienie znajduje w Hadze. Włócząc się wieczorami po barach, poznaje sprzątaczkę i kurtyzanę zarazem. Znów odzywają się w nim instynkty samarytańskie. Zamieszkuje ze Sien, by opiekować się jej dziećmi. Kobieta jednak nie zamierza chronić się pod opiekuńcze skrzydła malarza z pustą kieszenią.
    Vincent pozostaje sam.

    W marcu 1886 roku przyjeżdża do Paryża, by systematycznie uczyć się malarstwa. W dwa lata później przyjeżdża do Arles, gdzie poznaje wybitnego malarza Paula Gauguina. Ich przyjaźń zostaje przekreślona przez kłótnie. Pewnego wieczoru Vincent rzuca szklanką w twarz przyjaciela, następnie wyrusza za nim z brzytwą. Później sprawia kłopotliwy prezent swojej przyjaciółce: ofiarowuje jej zamknięty w kopercie kawałek własnego ucha, który wcześniej odciął. Było to w Wigilię 1888 roku. Rachel traci przytomność, a Vincent staje się pacjentem zakładu dla obłąkanych.

    Wkrótce samowolnie porzuca leczenie; wyjeżdża do Paryża i tam 29 lipca 1890 roku strzela sobie w serce.
    Jeśli kiedykolwiek van Gogh okazał się Samarytaninem, to raczej nie dla górników czy kurtyzany. Okazał się Samarytaninem dla przyszłych pokoleń, dla umysłów i oczu wrażliwych, które patrząc na jego malarstwo, wznoszą swą myśl ku dobru i pięknu.

    Genialna kopia

    Ten obraz to właściwie kopia! Vincent van Gogh namalował miłosiernego Samarytanina prawie dokładnie tak samo jak czterdzieści lat wcześniej sławny malarz francuski Eugne Delacroix.

    Zmienił tylko kolorystykę, sposób nakładania farby i ułożył postaci jakby w zwierciadlanym odbiciu. Kompozycja, twarze ofiary napadu i Samarytanina, a nawet mała sylwetka oddalającego się lewity są jednak identyczne!

    Czemu wielki artysta zdecydował się skopiować cudzy pomysł? Odpowiedź znajdujemy w jego korespondencji z bratem Theo.

    „Wiesz, dlaczego obrazy Delacroix mają na mnie taki wpływ? Ponieważ kiedy Delacroix malował Getsemani, wcześniej poszedł, żeby zobaczyć na własne oczy, jak wygląda ogród oliwny. (…) Ludzie, o których mówi nam historia, apostołowie, święte niewiasty, mieli podobny charakter i żyli podobnie jak my, ich obecni potomkowie.

    I muszę ci powiedzieć, (…) gdybym tylko miał siłę ciągnąć to dalej, robiłbym z natury portrety wielkich świętych i świętych kobiet, które wyglądałyby jak z innej epoki, a byłyby to zwyczajne, dzisiejsze kobiety, ale miałyby doprawdy wiele wspólnego z pierwszymi chrześcijanami”.

    Niestety, van Gogh nie miał już „siły ciągnąć tego dalej”. Popełnił samobójstwo dwa miesiące po namalowaniu „Miłosiernego Samarytanina”.

    Spotkanie artysty z Samarytaninem

    Nie jest łatwo ranną ofiarę napadu posadzić na końskim grzbiecie. Bezwładne ciało mimowolnie się osuwa w ramiona swego dobroczyńcy. Niełatwo być miłosiernym Samarytaninem.

    Biblijna przypowieść o miłosiernym Samarytaninie była bardzo ważna dla Vincenta van Gogha. Zawsze chciał naśladować Samarytanina. Nie zdołał udźwignąć tego ciężaru, ale namalowany przez niego Samarytanin jest krzepkim mężczyzną. Na pewno sobie poradzi.

    Z lewej strony obrazu widzimy otwartą torbę, porzuconą przez złoczyńców. Mija ją spokojnie przechodzień. To lewita, który idzie pogrążony w lekturze, jakby w ogóle nie zauważył tragedii napadniętego człowieka. Kartka papieru, w którą zapatrzony jest lewita, to symbol judaistycznych praw religijnych.

    Lewita tak bardzo jest skupiony na ich przestrzeganiu, że nie dostrzega prawdziwego świata i rzeczywistych problemów. Kapłan, o którym mowa w przypowieści, przeszedł już wcześniej. Jego sylwetka majaczy na horyzoncie.

    Przesłanie opowiadania

    Historia egzegezy zna liczne interpretacje przypowieści. Według nich, najczęściej pod postacią Samarytanina, który okazuje miłosierdzie, widzieć należy samego Chrystusa.

    Przez długie stulecia posługiwano się w Kościele propozycją Augustyna, według której człowiek napadnięty i pobity to Adam; rozbójnicy to diabeł i jego aniołowie; kapłan i lewita reprezentują kapłaństwo i służbę świątynną Starego Testamentu, które nie mogą posłużyć do zbawienia; Samarytaninem jest sam Chrystus.

    Wydaje się jednak, że zasadnicze przesłanie przypowieści ma bardziej wymiar moralny. Jezus, opowiadając o zachowaniu Samarytanina, wywołuje w żydowskim słuchaczu odczucie bycia prowokowanym. Słuchacz bowiem jest zmuszony do zestawienia w jednym zdaniu pojęć miłosierdzie i Samarytanin, sprzecznych z przekonaniami i mentalnością żydowską.

    Zestawienie to prowadzi do szokującej konkluzji, że Samarytanin może okazać się bliźnim. Więcej jeszcze, że należy go naśladować w okazywaniu miłosierdzia. Jego czyn staje się wzorem życzliwości i miłości, która winna istnieć między ludźmi bez względu na różnice etniczne czy religijne. Ale czy chodzi tylko o miłość bliźniego? Gdyby tak było, wystarczyłoby skorzystać ze zwykłej zasady potrójności: dwóch pierwszych przechodniów mija poszkodowanego, a zatrzymuje się jedynie trzeci, który staje się wzorem miłosierdzia. Nie musiałby pojawić się ani kapłan, ani lewita.

    Gdyby chodziło o tendencje antyklerykalne, wystarczyłoby sługom świątyni przeciwstawić zwykłego świeckiego Żyda, nie Samarytanina. Przesłanie byłoby jasne: ci, od których wymaga się okazania miłosierdzia, zaniedbali swój obowiązek, a zwykły, być może żyjący z dala od Boga człowiek, spełnił Jego wolę. Gdyby chodziło o ukazanie przykładu miłości wobec nieprzyjaciół, wówczas to Samarytanin byłby poszkodowany. To on musiałby leżeć przy drodze. Tymczasem tu chodzi o coś innego – by uczyć się miłości od nieprzyjaciela.

    Samarytanie

    Grupa etniczna zamieszkująca w czasach Jezusa środkową część Ziemi Świętej, pomiędzy Galileą – w której mieszkał Mistrz z Nazaretu – a Judeą, z jej najważniejszym miastem, Jerozolimą.

    Byli potomkami Żydów, których ominęła deportacja do Babilonii po zdobyciu Jerozolimy przez Nabuchodonozora w 587 roku przed Chr. (większość Żydów wtedy przesiedlono), oraz mieszkańców Mezopotamii, przybyłych na miejsce deportowanych. Kiedy w 539 r. Żydzi zostali wypuszczeni z niewoli, zamierzali odbudować świątynię.

    Mieszkańcy Samarii pragnęli włączyć się w ten projekt, jednak Zorobabel odrzucił ich ofertę. Uznał, że nie są prawdziwymi spadkobiercami religii Mojżeszowej, skoro wiązali się przez małżeństwa z poganami. Pomiędzy Żydami a Samarytanami panowały wrogie stosunki.

    Wrogość ta osiągnęła punkt kulminacyjny w roku 128 przed Chr., gdy Jan Hirkan zniszczył świątynię Samarytanów. Z kolei w latach 6–9 po Chr. Samarytanie zbezcześcili świątynię w Jerozolimie, rozrzucając w niej ludzkie kości.

    Z Ewangelii wg św. Łukasza


    Jezus (…) rzekł: „Pewien człowiek schodził z Jerozolimy do Jerycha i wpadł w ręce zbójców.

    Ci nie tylko że go obdarli, lecz jeszcze rany mu zadali i zostawiwszy na pół umarłego, odeszli. Przypadkiem przechodził tą drogą pewien kapłan; zobaczył go i minął. Tak samo lewita, gdy przyszedł na to miejsce i zobaczył go, minął.

    Pewien zaś Samarytanin, będąc w podróży, przechodził również obok niego. Gdy go zobaczył, wzruszył się głęboko: podszedł do niego i opatrzył mu rany, zalewając je oliwą i winem; potem wsadził go na swoje bydlę, zawiózł do gospody i pielęgnował go.

    Następnego zaś dnia wyjął dwa denary, dał gospodarzowi i rzekł: »Miej o nim staranie, a jeśli co więcej wydasz, ja oddam tobie, gdy będę wracał«. Któryż z tych trzech okazał się, według twego zdania, bliźnim tego, który wpadł w ręce zbójców?”. On odpowiedział: „Ten, który mu okazał miłosierdzie”. Jezus mu rzekł: „Idź, i ty czyń podobnie!” (Łk 10, 30–37)

    ks. Mariusz Rosik – współpraca: Andrzej Macura i Leszek Śliwa/wiara.pl

    ______________________________________________________________________________________________________________

    „Żyd spełniony”. Dlaczego nad Dniem Judaizmu unosi się duch błędu, a nie świadectwa konwertytów?

    ***

    Stary Testament jako zapowiedź wyczekiwanego Mesjasza dopełnił się wraz z przyjściem na świat Chrystusa. To na Pana Jezusa z tęsknotą czekali Żydzi – z których przeważająca część, niestety okazała się wiarołomna i odrzuciła Zbawiciela. Błąd poprzednich pokoleń zauważył jednak w historii niejeden wyznawca rabinicznego judaizmu. Fakt ten owocował niejednokrotnie spektakularnymi nawróceniami… Dlaczego to nie ich duch – a atmosfera relatywizacji zbawczej jedyności Chrystusa i Jego Kościoła towarzyszy obchodom „Dnia Judaizmu” w Polsce?

    We wtorek 17 stycznia przypada kolejny już „Dzień Judaizmu” w polskim Kościele katolickim. Twarzą obchodów jest nikt inny, jak obdarzony przez Franciszka kardynalską purpurą łódzki ordynariusz. W radomskim kościele św. Jana Chrzciciela będzie on przewodniczył „nabożeństwu słowa bożego”. Zostanie tam także odtworzone przesłanie rabina Michaela Schudricha.

    Kardynał Ryś tuż przed organizacją obchodów rozmawiał z Katolicką Agencją Informacyjną. W trakcie wywiadu podzielił się z odbiorcami dramatycznie mylącym przesłaniem: powołując się na kontrowersyjną deklarację soborową Nostra Aetate kardynał przekonywał, że Żydzi pozostają „narodem wybranym” – a zatem dotyczące ich Stare Przymierze wciąż obowiązuje. Jak dodał – Kościół miał jakoby „błędnie” nauczać przeciwnych treści przez większość swojego istnienia…

    Purpurat zdaje się zapominać, że sednem Starego Testamentu było przecież oczekiwanie na Mesjasza, który wypełniłby Prawo i proroków. Jak można, z szacunkiem dla zasady niesprzeczności, pogodzić przekonanie o aktualności przymierza Mojżeszowego z wiarą w Mesjaństwo Chrystusa? Skoro Syn Boży istotnie objawił się dawnemu narodowi wybranemu, to na kogo jeszcze tamten ma oczekiwać?

    Jeszcze bardziej martwi relatywizacja zbawczej jedyności Chrystusa i Kościoła Powszechnego, jaka podszywa „Dzień Judaizmu”. A przecież można by zupełnie inaczej… Zamiast usilnych prób zamiecenia pod dywan dystansu, jaki od chrześcijaństwa dzieli judaizm rabiniczny, wystarczyłoby postawić świadectwo wybitnych konwertytów z tej religii…

    Ich historie są źródłem poruszających świadectw. Wypełnienie Starego Testamentu w Chrystusie dostrzegł chociażby ceniony polsko-żydowski poeta Roman Brandstaetter. Co kluczowe w kontekście „Dnia Judaizmu”, konwersję na chrześcijaństwo postrzegał on jako naturalną konsekwencję przywiązania do mojżeszowego przymierza, wyniesionego z podtarnowskiego domu.

    „Dopełniwszy Stary Testament Nowym stał się, wedle własnych słów, Żydem spełnionym”, streszcza drogę literata do chrześcijaństwa Aleteia.org. „Po prostu uznałem Nowy Testament za całkowite wypełnienie Obietnicy Pańskiej zawartej w Starym Testamencie. Cała reszta była dla mnie logiczną konsekwencją tego faktu”, przypomina portal słowa szeroko znanego pisarza i biblisty.

    Konwersja pisarza, choć Brandstaetter robił co mógł, by światła wiary nie trzymać pod korcem, nie odbiła się tak szerokim echem, jak nawrócenie głównego rabina Rzymu w II połowie XX wieku. Izrael Zolli – bo tak było na imię prominentnemu uczonemu z żydowskiej rodziny – wstrząsnął światem, gdy tuż po wojnie, w 1945 roku z całą swoją rodziną przyjął chrzest i zrezygnował z funkcji przełożonego stołecznej gminy. Przyjął również chrześcijańskie imię Eugenio. 

    Już podczas wojny Zolli współpracował z papieżem Piusem XII i organizacjami katolickimi na rzecz ratowania Żydów przed Holokaustem. W kolejnych latach wojennej zawieruchy nabrał zaś pewności, że wypełnieniem starotestamentalnych obietnic jest Jezus Chrystus. Świadectwo swojego nawrócenia Zolli zawarł w książce zatytułowanej „Nazarejczyk”.

    Koronne historie żydowskich nawróceń przedstawiają życiorysy Edyty Stein – świętej Teresy Benedykty od Krzyża i Alfonsa Ratisbonne’a. Zachęcamy, by z „Dnia Judaizmu” zrobić jedyny możliwy użytek i poznać świadectwo ich życia. Poświęcony im tekst można przeczytać klikając w link.

    źródła: aleteia.org, PCh24.pl

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Ks. Chrostowski o żydach:

    nie ma dwóch równoległych dróg zbawienia!

    fot. Agencja Forum

    ***

    Ks. prof. Waldemar Chrostowski w rozmowie z „Rzeczpospolitą” odniósł się do dokumentu wydanego przez Watykan w 50. rocznicę deklaracji „Nostra aetate”. Liberalne media manipulując tekstem dokumentu ogłosiły, że Kościół zakazał nawracać Żydów na wiarę chrześcijańską.

    Z okazji 50. rocznicy opublikowania deklaracji o stosunku Kościoła Katolickiego do religii niechrześcijańskich Stolica Apostolska wydała dokument poruszający m.in. kwestię ewangelizacji żydów zatytułowany „Dary łaski i wezwanie Boże są nieodwołalne. Refleksje nad kwestiami teologicznymi z zakresu relacji katolicko-żydowskich z okazji 50. rocznicy Nostra aetate”. Media zinterpretowały go jako wezwanie do zaprzestania nawracania narodu pierwszego wybrania. Czy rzeczywiście katolicy mają zaniechać wysiłków mających na celu pokazanie Żydom, że Jezus jest mesjaszem?

    Ks. Waldemar Chrostowski w rozmowie z „Rzeczpospolitą” podkreśla, że w centrum relacji katolicko-żydowski do tej pory znajdowały się dwa podstawowe punkty – Pierwszy, o którym jest mowa w „Nostra aetate”, to Szoah. Zakładano, że skoro Żydzi przeszli przez tak straszliwe doświadczenie należy ich traktować jak nader obolałych i w kontaktach z nimi nie powinno poruszać się spraw dla nich drażliwych i trudnych. Żydzi taką postawę zręcznie wykorzystywali, czyniąc z Szoah pierwszorzędny, a czasem jedyny przedmiot dialogu. Drugi punkt to utworzenie Izraela. – powiedział ks. Chrostowski.

    W dialogu katolicyzmu z judaizmem kładziono nacisk na fakt, że u podstaw obu religii leży Księga Pisma Świętego. – Jednak chrześcijaństwo to religia Jezusa Chrystusa, zakorzeniona w stopniowym objawianiu się Boga w czasach Starego Testamentu i Jego definitywnym objawieniu się w Jezusie Chrystusie – stwierdził ks. Waldemar Chrostowski.

    Ks. prof. Chrostowski podkreśla, że jeśli człowiek urodzony przez żydówkę przyjmie chrzest, to przestaje być Żydem. Judaizm uznaje więc ewangelizacje za… próbę wynaradowiania. – Przecież w I wieku, gdy rodziła się i krzepła wiara w Jezusa Chrystusa, ówcześni Żydzi nie kwestionowali żydowskości swoich rodaków, którzy jako pierwsi przyjęli Ewangelię, czyli apostołów i judeochrześcijan (…) Radykalna zmiana nadeszła wraz z judaizmem rabinicznym. Wyłonił się on wskutek dramatycznych wydarzeń w kontekście zburzenia świątyni jerozolimskiej w roku 70 – tłumaczył duchowny. Nastąpiła wówczas diametralna przebudowa religii Żydów, jasno zostało zdefiniowane, że być Żydem oznacza nie być chrześcijaninem.

    Powszechność zbawczej misji Chrystusa stanowi fundament Kościoła Katolickiego – przypomina ks. prof. Waldemar Chrostowski. Dobra Nowina Ewangelii jest skierowana do ludzi wszystkich ras i języków, a więc również do Żydów. Należy jednak wziąć pod uwagę ich szczególną rolę w Starym Przymierzu. Jak możemy przeczytać w niedawno wydanym watykańskim dokumencie, „Kościół jest więc zobowiązany, aby postrzegać ewangelizację Żydów, którzy wierzą w jednego Boga, w odmienny sposób niż ludzi innych religii i światopoglądów”. Co znaczy, wobec żydów należy użyć innej optyki niż w przypadku buddystów, mahometan czy ateistów. Pytanie – według Watykanu – nie brzmi „czy ewangelizować wyznawców judaizmu?”, tylko „w jaki sposób?”.

    Dalej w tym samym dokumencie czytamy, „mówiąc konkretnie, znaczy to, że Kościół nie popiera żadnego zinstytucjonalizowanego dzieła misyjnego skierowanego do Żydów”. Nie oznacza to całkowitego odrzucenia idei nawracania Żydów, a jedynie podkreślenie szczególnej formy tej ewangelizacji, gdyż – jak twierdzą autorzy dokumentu – „chrześcijanie są powołani do dawania świadectwa swojej wiary w Jezusa Chrystusa również wobec Żydów”. – Dokument watykański nie neguje potrzeby ewangelizacji, ale nie poprzestaje na płaszczyźnie instytucjonalnej i uwypukla koniczność osobistego świadectwa chrześcijan dawanego wszystkim, a w szczególny sposób Żydom – zauważył ks. Chrostowski.

    Ks. prof. Waldemar Chrostowski przypomina przedwojenną koncepcje dwóch dróg zbawienia. Według niej chrześcijaństwo jest drogą zbawienia dla nie-żydów, prowadzącą przez Syna do Ojca. Żydzi natomiast, którzy zawsze mieliby być blisko Ojca, nie potrzebują pośrednictwa Syna. – Takie głosy pojawiają się kręgach „kościoła otwartego” i były lansowane na łamach „Tygodnika Powszechnego”, „Gazecie Wyborczej”, „Znaku” czy „Więzi”. Postulują, by zostawić Żydów w spokoju, bo ich drogę zbawienia stanowi ich religia – powiedział ks. Chrostowski. Także dokument Watykanu stwierdza, że taka teoria „w gruncie rzeczy godzi w same fundamenty wiary chrześcijańskiej”. – Niema dwóch równoległych dróg zbawienia! – podkreśla duchowny.

    Po Soborze Watykańskim II koncepcje dwóch dróg zbawienia przeniesiono także na inne religie. – Gdybyśmy ów „nowoczesny” pogląd przedstawili graficznie, zobaczylibyśmy, że wszyscy ludzie wyruszają z odmiennego punktu i chociaż deklarują, że mają jeden cel, to każdy idzie w innym kierunku. Pojawia się pytanie, jak można idąc w zupełnie różne strony dojść do tego samego celu. Ale nad tą kwestią zwolennicy ideologizowania chrześcijaństwa się nie zastanawiają – tłumaczy ks. Chrostowski.

    Tydzień przed ogłoszeniem przez Watykan dokumentu opublikowany został list otwarty sygnowany przez kilkudziesięciu rabinów, którzy wyrazili zadowolenie, że Kościół wycofał się z działań prozelickich.– Kościół włącza się w dialog ze względu na Żydów, a Żydzi odwzajemniają to nastawienie ze względu na siebie – stwierdził biblista. Rabini piszą, że obie religie „mają za sobą dwa tysiące lat wzajemnej wrogości i wyobcowania”. Użycie wyrażenia „wzajemnej wrogości” oznacza uznanie przez nich, że na Żydach również spoczywa odpowiedzialność za izolację. Jednocześnie na pozytywny odbiór nauczania Jana Pawła II i Benedykta XVI przez Żydów wskazuje nazwanie chrześcijan „braćmi i siostrami”. Rabini twierdzą jednak, że Szoah był wynikiem wielkowiekowej wrogości i odrzucenia przez chrześcijan. – Takie ujęcie zwalnia od refleksji nad naturą narodowego socjalizmu i tym, że ofiarami tej ideologii byli również chrześcijanie – zauważa ks. Waldemar Chrostowski.

    źródło: Rzeczpospolita

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Ks. prof. Chrostowski: OBECNI ŻYDZI NIE SĄ NASZYMI STARSZYMI BRAĆMI W WIERZE

    W Kościele katolickim w Polsce obchodzimy dziś Dzień Judaizmu. Wielokrotnie przywoływane będą najpewniej słynne słowa św. Jana Pawła II, który nazwał Żydów „starszymi braćmi w wierze” chrześcijan. Czy jednak możemy tak nazywać również współczesnych wyznawców judaizmu? W 2009 roku na to pytanie w rozmowie z Ireną Świerdzewską na łamach tygodnika „Idziemy” odpowiedział ks. prof. Waldemar Chrostowski. Biblista zwrócił uwagę, że od zburzenia Świątyni Jerozolimskiej mamy już do czynienia z zupełnie innym judaizmem niż ten, który trwał do czasów przyjścia Chrystusa.

    Ks. prof. Waldemar Chrostowski zwrócił uwagę na zafałszowanie słów św. Jana Pawła II wypowiedzianych w rzymskiej synagodze w 1986 roku. Z wypowiedzi papieża w tłumaczeniach na inne języki usunięto ważne sformułowanie, które zmieniło sens jego słów.

    – „W przemówieniu w synagodze rzymskiej Jan Paweł II powiedział: Religia żydowska nie jest dla naszej religii «zewnętrzna», lecz w pewien sposób «wewnętrzna». Mamy zatem z nią relacje, jakich nie mamy z żadną inną religią. Jesteście naszymi umiłowanymi braćmi i w pewien sposób, można by powiedzieć, naszymi starszymi braćmi. W przekładach tego przemówienia wyrzucono słowa w pewien sposób, na skutek czego formuła stała się bezwarunkowa. I to jest właśnie ów wielki teologiczny błąd, który oznacza poważne zafałszowanie wypowiedzi papieskiej i wypaczenie samych podstaw teologicznych relacji chrześcijańsko-żydowskich”

    – mówił teolog.

    Wbrew przekonaniu wielu chrześcijan, współczesny nam judaizm rabiniczny nie jest tożsamy z judaizmem Starego Testamentu.

    – „Tymczasem, o czym doskonale wiedzą Żydzi, a często nie chcą wiedzieć teologowie chrześcijańscy, współczesny judaizm nie jest zwyczajną kontynuacją religii biblijnego Izraela! Na jej glebie wyrosły dwie religie: ta, która uznała Jezusa za Mesjasza, czyli chrześcijaństwo, oraz ta, która tego nie uczyniła i w dużej mierze ukształtowała się w konfrontacji z chrześcijaństwem, czyli judaizm rabiniczny”

    – podkreślił.

    – „Dość paradoksalnie judaizm rabiniczny okrzepł i rozwinął się już po zaistnieniu chrześcijaństwa, a także w opozycji do niego. Ten paradoks historyczny ma ogromne konsekwencje teologiczne. Obie religie polegają na Starym Testamencie i w równym stopniu nie mogą się bez niego obyć! Dziedzictwo biblijnego Izraela to nie tylko dziedzictwo żydowskie, lecz w najpełniejszym tego słowa znaczeniu także dziedzictwo chrześcijańskie. Bezwarunkowe uwypuklanie starszeństwa wyznawców judaizmu prowadzi do zupełnego wydziedziczenia wyznawców Chrystusa z tej życiodajnej gleby, jaką również dla nas stanowi Stary Testament”

    – dodawał.

    Zauważył przy tym, że próżno szukać Żydów, którzy uznają chrześcijan za swoich „młodszych braci”. Braćmi można być rzeczywiście jednak tylko wówczas, kiedy braterstwo to uznają obie strony.

    Duchowny wyjaśniał, że dialog z Żydami i budowanie braterstwa nie mogą zostać oparte na „prawieniu tanich komplementów” i ignorancji, ale muszą zostać oparte na prawdzie.

    Tygodnik Idziemy

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Między Starym a Nowym Testamentem.

    Roman Brandstaetter – Żyd nawrócony

    Roman Brandstaetter. Historia nawrócenia i życia

    fot. Archiwum Biblioteki Raczyńskich

    ***

    Europejczyk rodem z Tarnowa – tak nazwał go autor jednej z monografii. Roman Brandstaetter: urodzony w Galicji, wykształcony w Krakowie. Rzucony wojenną zawieruchą do kraju swoich przodków, do Palestyny, do Ziemi Świętej. Długo mieszkał w Italii, którą wielce ukochał, jako źródło naszej cywilizacji. Osiadł w Poznaniu, gdzie nazywano go rabinem z Winograd (dzielnica, którą zamieszkiwał).

    Biblio, Ojczyzno moja

    Roman Brandstaetter (1906-1987) – pisarz, poeta, dramaturg i tłumacz. W swojej twórczości pojednał rzeczywistości nie do pogodzenia. Dopełnił judaizm, religię swojego pochodzenia, wiarą w Jezusa Chrystusa. Od tego momentu cała jego działalność pisarska była hymnem na cześć Stwórcy. Czerpał z wielu rzeczywistości. Trzy kręgi kulturowe, które ukształtowały jego sposób postrzegania świata to chrześcijaństwo, starożytność grecko-rzymska oraz wyniesiona z żydowskiego domu polskość. Mimo pozornej odmienności spojone zostały w jeden, wspólny fundament. Mapa ojczyzn Brandstaettera nie posiada jako określonego centrum. To raczej nakładające się na siebie i wzajem uzupełniające przestrzenie. Sercem ich pozostała jednak na zawsze Biblia.

    Biblio, ojczyzno moja,

    Biblio, moja ziemio polska,

    Galilejska

    I franciszkańska,

    O wy, Księgi mojego dzieciństwa,

    Pisane dwujęzyczną mową,

    Polską hebrajszczyzną,

    Hebrajską polszczyzną,

    Dwumową

    Świętą

    I jedyną.

    („Biblio, Ojczyzno moja„)

    Tam, gdzie nie ma Chrystusa, jest pustynia

    Choć wyrósł w tradycji judaistycznej, pewnej nocy spotkał żywego Chrystusa i to na zawsze odmieniło jego życie. W czasie II wojny światowej mieszkał w Jerozolimie i pracował jako telegrafista. Podczas jednego z nocnych dyżurów wśród papierów zupełnym przypadkiem znalazł wizerunek Ukrzyżowanego z kościoła San Damiano w Asyżu. To spotkanie oko w oko z samym Bogiem było wstrząsem, który odmienił całe życie Brandstaettera na zawsze i nieodwołalnie. Milcząca kontemplacja doprowadziła go do oczywistej prawdy.

    Ten martwy Chrystus żył. Pomyślałem: Bóg… (…) Otworzyłem Nowy Testament tak, jak otwiera się drzwi prowadzące do rodzinnego domu.

    (Noc biblijna, [w:] Krąg biblijny)

    Prostota i oszczędność tego opisu pokazują, że nie sposób ubrać w słowa doświadczenia transcendencji; że wiara naprawdę jest łaską, która wymaga tylko gotowości przyjęcia. Noc biblijna, moment jego powrotu do Chrystusa, brzmi jak echo przypowieści o synu marnotrawnym powracającym do miłosiernego Ojca. 

    Biblia zawsze była Księgą, z którą pisarz odczuwał głęboką więź. Stała się też dla niego symbolem domu rodzinnego i spoiwem łączącym judaizm i katolicyzm. Brandstaetter jako Żyd nawrócony, dopełniwszy Stary Testament Nowym stał się, wedle własnych słów, Żydem spełnionym. Na zawsze pozostał metaforycznie rozpięty pomiędzy Synagogą a Kościołem – zawsze jednak wybierając Chrystusa.

    Nie nazywał tego nigdy nawróceniem, choć powszechnie tak się określa jego przemianę. Według Brandstaettera było to po prostu dopełnienie. „Ja nie byłem poganinem, żebym miał się nawracać. Po prostu uznałem Nowy Testament za całkowite wypełnienie Obietnicy Pańskiej zawartej w Starym Testamencie. I na tym koniec. Cała reszta była dla mnie logiczną konsekwencją tego faktu”.

    Poetyka wyrasta z etyki

    Ta duchowa przemiana stała się niewyczerpanym źródłem dla całej twórczości pisarskiej Brandstaettera. W swoich wierszach, tekstach prozatorskich i dramatach nie tylko prowadził indywidualny dialog z własnym dziedzictwem. Zawsze był to zapis osobistego spotkania z Bogiem i zachęta dla czytelnika do takich rozważań.

    W wyznaniu poetyckim autor sam przyznawał:

    Bez znajomości Twoich wersetów

    Nieśmiertelnych,

    Zbawiennych

    I wyzwalających,

    każde życie jest figowcem uschniętym,

    a każda śmierć bezowocna

    („Modlitwa o ustanowienie święta Spożywania Pisma Świętego„)

    Z takiej postawy wypływał dla niego oczywisty wniosek. Wszelka twórczość literacka uprawiana bez zakorzenienia w Biblii, będzie całkowicie jałowa i bezcelowa. Owocem tak przeżywanej wiary były tak różne książki, jak reportaż literacki „Kroniki Assyżu” (1947), zbiór „Inne kwiatki świętego Franciszka z Asyżu” (1976), tomy wierszy „Pieśń o moim Chrystusie” (1960), eseje „Krąg biblijny” (1975). W latach 1967–1973 powstało najwybitniejsze dzieło prozatorskie Brandstaettera, czterotomowa powieść historyczna „Jezus z Nazarethu”. Dzieło to przedstawia portret psychologiczny Chrystusa – Boga i Człowieka. Zachwyca także szczegółowością i dokładnością opisów tradycji semickiej. Było to jego opus vitae, w którym zawarł zawarł całe dotychczasowe doświadczenie literackie, swoje przeżycia religijne oraz żywą wiarę w Jezusa-Mesjasza. 

    Nikt nie zdobywa wiary raz na zawsze i dlatego należy zdobywać ją codziennie od nowa.

    Tym była dla Romana Brandstaettera jego twórczość pisarska.

    Maria Gierszewska/Aleteia.pl

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Roman Brandstaetter: Żyd, który spojrzał na Ukrzyżowanego. Doznał wstrząsu i dokonał wyboru

    Roman Brandstaetter

    Vitalis Visus – praca własna | Wikimedia Commons | CC BY-SA 3.0

    ***

    „Gdybym zaczął pisać bzdury o miłości ziemskiej Marii Magdaleny do Jezusa, to by kupowali, tłumaczyli, czytali. Chcą książek, które by ich uspokajały, rozgrzeszały, zwalniały, uniewinniały. W imię wierności sobie – nie mogę. Nie mogę się sprzedać. Byłbym bogaty, ale musiałbym sobie w twarz napluć”.

    Wiara w Boga była jego oddechem. Była we wszystkim, co robił i o czym myślał. Posiadał ją w nadmiarze, jeśli wiarę można posiadać w nadmiarze” – wspominał o. Jan Góra OP.

    „Wielkie dziedzictwo duchowe wspólne chrześcijanom i Żydom upewnia mnie w przekonaniu, że moje «odejście» od judaizmu, moja «zdrada», jak to chcieliby widzieć niektórzy, nie jest odejściem w znaczeniu dosłownym. Ja dotykam obu krańców łuku” – pisał Roman Brandstaetter.

    O. Jan Góra i Roman Brandstaetter

    „Opowieść o człowieku, który z daleka szedł do Jezusa. Z ziemi sytej nad Jordanem do ziemi sytej nad Wisłą” – napisał w dedykacji do książki o Romanie Brandstaetterze pt. Był jak przechodzień do domu Ojca o. Jan Góra OP, jego wieloletni przyjaciel. Pójdźmy po śladach tej opowieści. 116 rocznica urodzin poety, pisarza, tłumacza i wspaniałego znawcy czasów Chrystusa, która przypada 3 stycznia, jest do tego dobrym pretekstem.

    „Życie i upokorzenie pisarza są pokarmem i chlebem powszednim jego twórczości. Całym sobą płacimy za słowo” – twierdził Roman Brandstaetter pod koniec swojego 80-letniego życia, podkreślając odpowiedzialność, która spoczywa na piszącym.

    Wczytując się w notatki o. Jana Góry natrafiłam na fragment wspomnienia, które w 1997 r. zapisał o poecie. To ważne wyznanie i definicja moralnego kodeksu autora Kręgu biblijnego z jednej strony oraz diagnoza, jakże smutna, naszej ludzkiej kondycji, z drugiej.

    Możesz się sprzedać?

    Ojciec wspominał: „Kiedyś, wróciwszy z zagranicy, na pytanie: «Jak tam?» odpowiedział mi tak: «Widzi ojciec, nadszedł czas, że zdrowej nauki nie ścierpią, ale według swych pragnień zgromadzą sobie nauczycieli, a żądni tego, co łechce ucho, odwrócą słuch swój od prawdy i obrócą się ku baśniom. Tak jest teraz.
    Gdybym zaczął pisać bzdury o miłości ziemskiej Marii Magdaleny do Jezusa, to by kupowali, tłumaczyli, czytali. Chcą książek, które by ich uspokajały, rozgrzeszały, zwalniały, uniewinniały, w których znajdowaliby potwierdzenie własnego sposobu myślenia… i życia.
    Ale jestem już za stary. Za dużo przeżyłem. W imię wierności sobie – nie mogę. Ewangelia jest inna. Ona jest wymagająca, radykalna, jasna, jedyna… Nie mogę się sprzedać. Byłbym bogaty, ale musiałbym sobie w twarz napluć…»”.

    O. Góra wspominał, że pisarz prowadził „wielką księgę ześwinień pisarzy”. Odnotowywał tam, z bólem, nazwiska osób, które pisały peany na cześć Stalina albo za talony na samochód donosiły na kolegów. Uważał, że Pana Boga obraża brak rozumu, brak wychowania i ogłady, brak przyzwoitości i szmatławość.

    „Ojcze, szmatławość, w stosunku do niej jestem zupełnie bezradny…” – żalił się podniesionym głosem.

    „To był gwałtownik, skory do nagłych wybuchów, żałujący za moment swego uniesienia. Łagodniejący po chwili i szukający kompromisu i zgody. Ceremonialnie nabijający tytoniem fajkę, pieszczący fajczaną lulkę z lubością, zawsze wśród kłębów i smug fioletowego dymu zastygającego nad nim na kształt obłoczka.

    Stale trzymający się za serce, przystający co parę kroków, by odpocząć, a kiedy dolegliwości mijały i ból ustępował, ruszający dalej w drogę. Fajka to osobne zagadnienie. Odrębne, samo w sobie. Była nieodłącznym atrybutem mistrza Romana. Z nią, w jej towarzystwie, zawsze się ukazywał, pisał i szedł do kościoła, otwierał drzwi i siadał w fotelu. Dobór fajki i tytoniu zajmowały mu sporo czasu i energii” – wspominał ojciec.

    O ostatnią porcję ulubionego amerykańskiego tytoniu Revelation poprosił o. Górę w 1987 r., gdy ten jechał do Wiednia. Cena okazała się jednak zaporowa dla zakonnika i ten długo zwlekał z kupnem. Zanim wydał 60 szylingów prośba o tytoń okazała się być ostatnim życzeniem Mistrza – Brandstaetter zmarł 28 września.

    Ojciec z tytoniem do fajki nie zdążył. Jednak prośbę wypełnił. Kupiony tytoń rozsypał ukradkiem na grobie poety, aby ten zanurzył się w fioletowym, pachnącym obłoku, w którym tak lubił się chować.

    Chłopak z Tarnowa

    Roman Brandstaetter urodził się w żydowskiej rodzinie inteligenckiej w Tarnowie 3 stycznia 1906 r. Jego dziadek, Mordechaj Dawid Brandstaetter był właścicielem tłoczni oleju lnianego i znanym twórcą literatury hebrajskojęzycznej, a także autorem opowiadań i nowel.

    To on nauczył wnuka całego Pięcioksięgu jeszcze zanim ten poznał litery. Siadał w fotelu, brał chłopca na kolana i opowiadał mu Torę. Jakiś czas później kamyczek do biblijnej formacji chłopca dołożyła mama – postanowiła nauczyć go czytać i pisać po polsku, na Piśmie Świętym w przekładzie ks. Wujka.

    „Nie znam nikogo spośród moich przyjaciół, bliższych i dalszych znajomych, który by się uczył pisania i czytania na Wujkowej, wcale niełatwej polszczyźnie” – pisał w Kręgu biblijnym.

    Szkołę powszechną i gimnazjum męskie ukończył w rodzinnym Tarnowie, egzamin dojrzałości zdał w 1924 r. w Krakowie i tam, na Uniwersytecie Jagiellońskim, studiował filozofię i filologię polską. W 1926 r. na łamach „Kuriera Literacko-Naukowego” zadebiutował jako poeta. Doktorat zrobił z Mickiewicza.

    „Roman Brandstaetter narodził się późno. O wiele później, niż wskazuje jego data urodzenia. Narodził się pewnej grudniowej wietrznej nocy, już bliżej rana, w Jerozolimie. Tam, w Palestynie, zobaczył na nowo i poznał Chrystusa” – pisał o. Góra.

    Rodzina

    Cała rodzina Brandstaettera zginęła w krematoriach Treblinki. Dowiedział się o tym w czasie pobytu w Jerozolimie. To był wstrząs, o którym nigdy później nie napisał i nie opowiedział. Ukrył ból głęboko, zasłonił szczelnie i nawet najbliższych nigdy do tej przestrzeni nie wpuszczał.

    Żonę też przed tą czeluścią chronił, bo „była delikatna”. W Przypadkach mojego życia wrócił na chwilę do ostatniego spotkania z matką we wrześniu 1939 r.

    „Pamiętam tę noc i te schody, którymi wtedy schodziłem. Stałaś w drzwiach zapłakana. Domyśliłem się, że chciałaś mnie zatrzymać, ale nie śmiałaś tego uczynić. Była to bowiem ostatnia szansa mojego ocalenia, a ty gorąco pragnęłaś, abym pozostał przy życiu. Pomny na ostrzeżenie Pańskie skierowane do uchodźców uciekających z płonącego miasta, nie przystanąłem na zakręcie schodów, i nie obejrzałem się, aby cię po raz ostatni ujrzeć. Dlatego nie wiem – a ta niewiedza jest wyrzutem mojego sumienia – jaki był wyraz twojej twarzy w przyćmionym świetle lampy okalającym twoją głowę. Ty już dawno nie żyjesz. A ja wciąż schodzę tymi samymi schodami i wciąż boję się za siebie obejrzeć”.

    „Od tamtej pory modlitwa za popiół stała się jego modlitwą codzienną” – mówił o. Jan.

    Chrystus – Człowiek, który niepokoi

    We wschodniej ścianie tarnowskiej katedry wisi miedziany krucyfiks. Wkomponowano go w katedralne mury w 1899 r., a więc siedem lat przed narodzinami Romana. Rzucał się w oczy i chłopiec z żydowskiego domu znał go dobrze. Bardzo niepokoił go ten Człowiek wiszący na ścianie, w cierniowej koronie, wyglądający na bardzo cierpiącego.

    Z czasem bał się tak bardzo, że chodził na rynek okrężną drogą. „Ten rozpięty na krzyżu Chrystus, sczerniały od deszczów i wiatrów napawał mnie coraz większym niepokojem” – wspominał w Kręgu biblijnym.

    W tym czasie pracował w Jerozolimie dla Polskiej Agencji Telegraficznej. Często brał nocne zmiany i w czasie jednej z tych zmian w zagraconym pokoju trafił na starą gazetę, w której zamieszczono reprodukcję rzeźby Ukrzyżowanego Innocenza z Palermo, znaną z kościoła San Damiano w Asyżu. Doznał wstrząsu, ujrzał sens swojego życia i dokonał wyboru.

    Wyrzeźbiony Ukrzyżowany miał oczy zamknięte, „ale On mnie widział” – powiedział później. Po powrocie do domu „otworzył Nowy Testament jak się otwiera drzwi prowadzące do domu”. Drążącymi rękoma wyciął reprodukcję z gazety, oprawił w ramkę i gdziekolwiek mieszkał, zabierał ją ze sobą. W testamencie zaznaczył, aby ten wizerunek włożyć do jego trumny razem z różańcem, który podarował mu Jan Paweł II.

    Czy to było jedno ze spektakularnych nawróceń? Nawrócenie to słowo, którego Brandstaetter nie lubił. „Ja nie byłem poganinem, żebym miał się nawracać. Po prostu uznałem Nowy Testament za całkowite wypełnienie Obietnicy Pańskiej zawartej w Starym Testamencie. I na tym koniec. Cała reszta była dla mnie logiczną konsekwencją tego faktu”.

    15 grudnia 1946 r. przyjął chrzest w kościele paulinów przy via dei Barbieri w Rzymie. Tydzień później, w tym samym kościele, już jako Roman Paweł poślubił Reginę Brochwicz-Wiktorównę.

    Żona – najpiękniejszy człowiek mojego życia

    „Pani zostanie moją żoną” – powiedział do Reginy Brochwicz-Wiktorówny.„To niemożliwe, bo ja jestem dobrze urodzoną szlachcianką, katoliczką, a pan jest Żydem… To jest po prostu w żaden sposób niemożliwe”. „Dla Boga nie ma nic niemożliwego” – odpowiedział.

    Byli małżeństwem przez czterdzieści lat. Ona, szlachcianka z Woli Sękowej, sekretarka ambasadora polskiego w Rzymie, prof. Stanisława Kota, znająca języki i literaturę, była dla niego wsparciem, muzą i pierwszą czytelniczką wszystkich dzieł. Zmarła w 1986 r., po długiej chorobie, a on po tej śmierci nie był już tym samym człowiekiem.

    „Moja Żona, śp. Rena, była najwierniejszym i najpiękniejszym człowiekiem mojego życiai natchnieniem moich najlepszych dzieł” – napisał w testamencie, dopełniając tym samym treść Psalmów żałobnych o śmierci mojej żony.

    Wielu znajomych z poznańskiego okresu ich małżeństwa wspomina barczystego, wielkiego jak dąb Brandstaettera, który kroczy spacerowym krokiem z Winogradów w stronę Cytadeli, a jego żona idzie nieco z tyłu i uśmiecha się, gdy mąż-poeta zatrzymuje się, odwraca i patrzy na nią z czułością.

    Kochaj Biblię – najważniejszy testament Mistrza

    „Każdy musi samodzielnie wędrować do Biblii. Każdy musi sobie do niej własną drogę wymościć” – pisał. „Pismo Święte powinno być w miarę podniszczone, ze śladami palców na rogach stronic, zapisane na marginesie drobnym pismem i upstrzone różnokolorowymi podkreśleniami, przypominającymi mosty przerzucone nad przepaścią. Każde takie podkreślenie i każda uwaga zapisana na marginesie księgi, na dole, u góry, po bokach, jest dowodem naszego przenikania w tekst i naszego spoufalenia się, jest jakby podpisem stwierdzającym nasz współudział w zdarzeniach, dziejących się na jej kartach” – twierdził.

    Wszystkie jego literackie prace i wysiłki, tłumaczenia ksiąg biblijnych, z którymi zmagał się po nocach, miały jeden, najważniejszy cel: zachęcić do czytania Biblii, do wejścia w krąg jej Światła. Słowa, które zmienia życie.

    Po śmierci

    Porządkowanie mieszkania po śmierci poety przypadło w jakiejś mierze ojcom dominikanom. O. Jan Góra znalazł na biurku różne wydania Pisma Świętego, a jedno szczególnie pozakreślane na kolorowo. Było to tłumaczenie ks. Kowalskiego, bardzo zużyty egzemplarz, ledwo trzymający się razem.

    Fajki były na swoim miejscu, w kałamarzu. Wszystko w takim porządku, jak Mistrz lubił. To, na co o. Jan zwrócił uwagę, to był… kosz na śmieci. „Był zapełniony do połowy, a w nim jakieś zmięte karteczki, zapisane charakterystycznym pismem. Wyjąłem je, delikatnie, a na nich wszystkich – karteluszkach, fiszkach, okładkach starych kalendarzy, notesików z podróży, zapisków i notatek ten sam początek na górze: W Imię Boże! On tak wszystko zaczynał… i dzień, i pisanie, i życie” – wspominał o. Jan.

    Korzystałam z książek:
    R. Brandstaetter, Przypadki mojego życia
    R. Brandstaetter, Krąg biblijny
    R. Brandstaetter, Pieśń o moim Chrystusie
    o. Jan Góra OP, Był jak przechodzień do domu Ojca

    Agnieszka Bugała/Aleteia.pl

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Edyta Stein, Jean-Marie Lustiger, Roman Brandstaetter.

    Co dla ich chrześcijaństwa znaczyło żydowskie pochodzenie?

    web-roman-brandstaetter-edyta-stein-kardynal-lustiger-east-news

    East News

    ***

    „Otrzymałem wiarę, otrzymałem chrzest, ale do końca pozostałem Żydem, jak wszyscy apostołowie” – mówił były arcybiskup Paryża.

    Wczerwcu 2009 roku Episkopat Polski przyjął poprawiony tekst wielkopiątkowej modlitwy za Żydów, naród pierwszego wybrania. Poprawka pozornie niewielka, ale bardzo istotna. W wyniku pierwszego, błędnego tłumaczenia wezwanie brzmiało bowiem: „Módlmy się za Żydów, którzy niegdyś byli narodem wybranym”.

    Niegdyś? A teraz już nim nie są? Przecież święty Paweł wyraźnie pisze, że do Izraelitów „należą przybrane synostwo i chwała, przymierza i nadanie Prawa, pełnienie służby Bożej i obietnice. Do nich należą praojcowie, z nich również jest Chrystus według ciała.

    Wybranie Izraela trwa nadal. Nigdy nie zostało przez Boga odwołane. Dzieci narodu wybranego wciąż wyczekują obiecanego im Mesjasza. Pius XI stwierdził kiedyś, że „z duchowego punktu widzenia wszyscy jesteśmy Semitami”. Dzień Judaizmu to dobra okazja, by przyjrzeć o trojgu dzieciom Izraela, które rozpoznały Oczekiwanego w Rabbim z Nazaretu.

    Edyta Stein

    Urodzona we Wrocławiu, wychowana w wierzącej rodzinie żydowskiej. Sama – już jako czternastolatka – uważała się za ateistkę. Studiowała we Wrocławiu i w Getyndze, gdzie kontynuowała karierę naukową. Wybitna uczennica twórcy fenomenologii Edmunda Husserla była jedną z pierwszych kobiet, które w XX wieku uzyskały tytuł doktorski z filozofii.

    Dzięki przyjaciołom ze środowiska akademickiego na nowo odkryła wiaręPrzyjęła chrzest, a jedenaście lat później została karmelitankąJako chrześcijanka ponownie odnalazła swoją żydowską tożsamość.

    W jednym z listów do spowiednika pytała, czy rozumie, ile znaczy dla niej „być córką narodu wybranego i nie tylko duchowo, ale i według krwi należeć do Chrystusa”. Do głębi przejęła się tym, że z Jezusem łączą ją więzy krwi – tej samej, którą On wylał za zbawienie świata. W zakonie przyjęła imię Teresy Benedykty od Krzyża – krzyża, na którym się to stało.

    Pokrewieństwo z Jezusem było dla Edyty czymś bardzo realnym. Do samego końca. Gdy gestapowcy przyszli do klasztoru w holenderskim Echt, aby aresztować zakonnicę Żydówkę i jej rodzoną siostrę, Edyta powiedziała do Róży: „Chodź, idziemy cierpieć za swój lud”. Swoją Golgotę znalazła w komorze gazowej obozu Auschwitz 9 sierpnia 1942 roku.

    Kard. Jean-Marie Lustiger

    Syn polskich Żydów z Będzina, którzy wyemigrowali do Francji, Aron Lustiger przeżył wojnę. W 1939 roku opuścił Paryż i został oddany pod opiekę zaprzyjaźnionej katolickiej rodziny z Orleanu. Niespełna czternastoletni Lustiger postanowił wówczas wbrew woli najbliższych zostać katolikiem. Na chrzcie przyjął imię Jean-Marie. Po wojnie studiował na Sorbonie. Dwa lata później wstąpił do seminarium i w Wielkanoc 1954 roku przyjął święcenia kapłańskie.

    Był charyzmatycznym duszpasterzem środowisk akademickich i studenckich, nieszablonowym proboszczem jednej z prestiżowych paryskich parafii, wreszcie biskupem Orleanu, arcybiskupem Paryża i kardynałem, bliskim współpracownikiem i przyjacielem Jana Pawła II. Jego niepospolity intelekt, szerokie horyzonty i silny charakter jednych fascynowały, a irytowały innych. Nie pozostawiały jednak miejsca na wątpliwość co do tego, że Lustiger był osobowością wyjątkowego formatu.

    Zmarł 5 sierpnia 2007 roku. Pochowano go w krypcie katedry Notre-Dame. Zgodnie z wolą zmarłego uroczystości pogrzebowe rozpoczęli żydowscy krewni, odmawiając nad jego trumną tradycyjny kadisz i wsypując do stojącej na niej misy ziemię z Ogrodu Oliwnego w Jerozolimie oraz Klasztoru Kuszenia koło Jerycha.

    Kardynał arcybiskup Paryża osobiście ułożył też epitafium umieszczone przy jego trumnie: „Moimi patronami byli arcykapłan Aaron, święty Jan – umiłowany uczeń i Matka Boża, Służebnica Słowa. Otrzymałem wiarę, otrzymałem chrzest, ale do końca pozostałem Żydem, jak wszyscy apostołowie”.

    Roman Brandstaetter

    Wychował się w wierzącej rodzinie Żydów z Tarnowa. Przed wojną uzyskał tytuł doktorski na Uniwersytecie Jagiellońskim i prowadził cokolwiek burzliwą działalność pisarsko-publicystyczną w duchu syjonistycznym. W wyniku wojennej zawieruchy, w której stracił wszystkich swoich bliskich, znalazł się w Jerozolimie. Tam pewnej grudniowej nocy, patrząc na gazetową reprodukcję wizerunku umęczonego Chrystusa rozpoznał i uznał w Nim Boga.

    Wyjechał do Rzymu, gdzie przyjął chrzest, a niedługo potem zawarł sakramentalne małżeństwo. W 1948 roku wrócił do Polski, gdzie chciano zrobić zeń pisarza na usługach partii komunistycznej. Stanowczy opór Brandstaettera w tej materii był przyczyną wieloletnich szykan. Mimo to tworzył nadal – prozę, poezję, dramaty. Dzieło życia pisarza, czterotomową powieść „Jezus z Nazarethu” zgłoszono do literackiej Nagrody Nobla.

    Brandstaetter twierdził, że nie da się naprawdę zrozumieć Chrystusa zapominając o tym, że był On wierzącym Żydem. Tetralogia w niesamowicie sugestywny, a jednocześnie absolutnie wierny Ewangelii sposób ukazuje więc czytelnikowi Jezusa w kontekście jego żydowskiego pochodzenia, języka, kultury i religii judaistycznej.

    Pod koniec życia na jednym z wieczorów autorskich ktoś nieopatrznie spytał go o historię jego „nawrócenia”. Brandstaetter wybuchł (a trzeba wiedzieć, że był cholerykiem w pełnym tego słowa znaczeniu). Dlaczego? Nawrócić może się „goj”, a on nigdy „gojem” nie był. W moim wypadku nie chodzi o nawrócenie, ale o UZNANIE.

    Uznanie wiary w bóstwo Chrystusa i uznanie Jego Ewangelii były dla Brandstaettera naturalnym dopełnieniem niełatwej historii jego życia. Jej zwieńczeniem i pogodzeniem. Wyjaśnieniem i ostatecznym sensem wszystkiego, co przeżył i czego doświadczył. Nie nagłą zmianą, ale procesem, który dokonywał się w nim przez lata. Na grobie, do którego zabrał ze sobą garść jerozolimskiej ziemi, kazał wyryć słowa z Listu świętego Jana streszczające jego osobistą historię: „Przeszliśmy ze śmierci do życia”.
    ks. Michał Lubowicki/Aleteia.pl

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Żydzi, którzy nie bali się pójść za Prawdą. Czego uczą nas św. Edyta Stein i Alfons Ratisbonne?

    (oprac. GS/PCh24.pl)

    ***

    Alfons Ratisbonne oraz św. Edyta Stein to wyznawcy judaizmu, których serca Bóg zwrócił ku wierze katolickiej. Ich niezwykle nawrócenia są świadectwem prawdy o tym, że Stwórca różnymi drogami dociera do naszych dusz, aby wydobyć z nas, to co najcenniejsze. 

    Ojciec Maria

    Alfons Ratisbonne urodził się w roku 1814 w Strasburgu. Pochodził z bardzo bogatej francuskiej rodziny żydowskiej, w której zanikły jednak żydowskie tradycje religijne. Alfonsa pociągały zabawy, rozrywki, pogoń za przyjemnościami. Gdy jego brat, Teodor, przeszedł na katolicyzm i został kapłanem, Alfons zapłonął nienawiścią do wiary katolickiej.

    Nienawiść ta jednak zamieniła się w… miłość.

    Był rok 1842, a dzień 20 stycznia, kiedy Ratisbonne uczestniczył, w kościele Sant’Andrea delle Fratte w Rzymie, w przygotowaniach do pogrzebu swego przyjaciela. Nie miał pojęcia, że ten przyjaciel przed śmiercią modlił się o jego nawrócenie. Prosił Matkę Bożą o wstawiennictwo w tej sprawie. Maryja go wysłuchała – Ratisbonne został cudownie nawrócony.

    Wróg Kościoła otrzymał łaskę widzenia Niepokalanej i dał temu następujące świadectwo. „Nagle poczułem jakiś niepokój, ujrzałem przed sobą jakby zasłonę. Kościół wydawał mi się, oprócz jednej kaplicy, całkiem ciemny, tak jakby całe światło z kościoła tam właśnie się skupiło. Nie mogłem pojąć, w jaki sposób, upadłszy na kolana w innej części nawy i pomimo przygotowań do pogrzebu, które zamykały  dostęp do owej kaplicy, znalazłem się w pobliżu balustrady. Wzniosłem oczy ku kaplicy rozsiewającej ogrom światła i ujrzałem stojącą na ołtarzu, żywą, dużą, majestatyczną, przepiękną i miłosierną Przenajświętszą Maryję Pannę, podobną w postawie i strukturze wizerunkowi z Cudownego Medalika Niepokalanej… W obecności Przenajświętszej Maryi Panny, chociaż nie wyrzekła ani słowa, zrozumiałem ohydę stanu, w jakim tkwiłem, brzydotę grzechu, piękno religii katolickiej; jednym słowem – zrozumiałem wszystko”.

    Alfons Ratisbonne stanął w trudnej sytuacji. Z jednej strony nowa wiara rozpalała jego serce, z drugiej miał świadomość, że żydowska rodzina, delikatnie mówiąc, nie będzie z tego zadowolona i zapewne zerwie z nim kontakty. Wiedział również, że jeżeli zostanie katolikiem, nie dojdzie do jego ślubu z narzeczoną, która była droga jego sercu. Mimo to wybrał nową wiarę. Po otrzymaniu podstaw nauki chrześcijańskiej od ojca Villeforta, został ochrzczony w rzymskim kościele del Gesù i 31 stycznia 1842 roku przyjął imię Maria.

    Homilię chrzcielną wygłosił ks. Dupanloup, który powiedział do Ratisbonne znamienne słowa: „Nie miłowałeś Prawdy, ale Prawda cię umiłowała… Sama Maryja przyjmuje cię i chroni”. Jeszcze tego samego roku neofita przyjął Pierwszą Komunię Świętą i sakrament Bierzmowania. Natomiast już trzeciego lutego 1842 roku został przyjęty na prywatnej audiencji przez papieża Grzegorza XVI. Ojca świętego bardzo zainteresował cud jakiego doznał Alfons. 3 czerwca 1842 r. papież specjalnym dekretem uznał ten cud, który doprowadził do nawrócenia Alfonsa Ratisbonne, za prawdziwe działanie Boże, przez wstawiennictwo Najświętszej Maryi Panny.

    Owoce nawrócenia Alfonsa Ratisbonne były wspaniałe. W roku 1847 wstąpił on do zakonu jezuitów. Później wraz ze swoim, nawróconym wcześniej, bratem Teodorem (był on księdzem, wybitnym kaznodzieją) rozpoczęli pracę duszpasterską w Ziemi Świętej wśród swoich współbraci Żydów, kierując szczególną uwagę na dziewczęta żydowskie. Z myślą o nich założyli w roku 1855 Kongregację Najświętszej Maryi Panny Syjońskiej (Sióstr Syjońskich).

    Innym niezwykle cennym owocem nawrócenia Alfonsa Ratisbonne był fakt, iż przyczyniło się ono do oficjalnego uznania Medalika Niepokalanego Poczęcia Najświętszej Maryi Panny przez Stolicę Apostolską. Dekret papieża Leona XIII, wydany pod koniec XIX wieku, ustanowił 27 listopada, czyli dzień drugiego objawienia się Maryi Niepokalanej św. Katarzynie Labouré, świętem Matki Bożej od Cudownego Medalika.

    Edyta Stein

    Edyta Stein urodziła się w październiku 1891 roku we Wrocławiu (wówczas był on w rękach Niemców), jako najmłodsze dziecko w wielodzietnej rodzinie żydowskiego kupca. We Wrocławiu, Getyndze i Fryburgu Bryzgowijskim studiowała filozofię, germanistykę, historię i psychologię. Doktoryzowała się w 1916 roku we Fryburgu u znanego filozofa Edmunda Husserla, później była jego asystentką. Jako dziecko wychowała się w religii judaistycznej, jednak w wieku 14 lat porzuciła ją. Na tej decyzji zaważyło odejście od wiary jej starszego rodzeństwa oraz samobójcza śmierć wujka i stryjka, którzy targnęli się na życie z powodu bankructwa. Do 30. roku życia określała się jako ateistka, która wierzy jedynie nauce.

    Pierwszym „przebłyskiem” chrześcijańskiej wiary, który dotarł do serca Edyty, była postawa jej przyjaciółki chrześcijanki Pauliny Reinach, która po śmierci ukochanego męża walczącego w okopach I wojny światowej, nie pogrążyła się w rozpaczy, ale zachowała niesamowity wewnętrzny pokój. „To było moje pierwsze spotkanie z krzyżem i jego boską mocą” – wspominała po latach od tego wydarzenia Edyta.

    Jednak tak naprawdę wszystko w jej życiu zmieniło się latem 1921 roku. Wówczas to spędzała wakacyjne dni u swoich przyjaciół, katolików. Pewnego wieczoru, gdy nie było ich w domu, nudząc się, postanowiła poczytać sobie jakąś ciekawą lekturę. Przeglądając książki stojące na półce, jej wzrok padł na tytuł „Księga życia”. Sięgnęła po nią niemal odruchowo, gdyż od lat nurtowała ją myśl o prawdziwym sensie życia i pytanie co jest prawdą? Autorką księgi – autobiografii, którą wzięła do rąk Edyta, okazała się być jedną z największych świętych Kościoła katolickiego – św. Teresa z Avili.

    Zagłębiła się w treści „Księgi życia”, które ją zupełnie pochłonęły. Choć lektura ta jest bardzo obszerna, Edyta Stein nie wypuściła jej z rąk, dopóki nie dotarła do ostatniego słowa. Czytała całą noc. „Gdy zamknęłam tę książkę, powiedziałam sobie: to jest prawda!” – wspominała Edyta. Już następnego dnia Edyta Stein kupiła katechizm i czytała go z pasją. A po kilku tygodniach postanowiła przyjąć chrzest w Kościele katolickim. Była to bardzo trudna decyzja. Augusta, matka Edyty, była gorliwą wyznawczynią judaizmu. Dla pobożnej żydówki decyzja córki o porzuceniu wiary przodków była prawdziwym dramatem i cierpieniem. Edyta wiedział o tym, jednak wierzyła, że jej decyzja jest właściwa. A dla niej prawda była najważniejsza. Edyta Stein powiedziała „Bóg jest Prawdą. Kto szuka Prawdy, szuka Boga, choćby o tym nie wiedział”. Jej matka, Augusta, też doszła do prawdy i po kilku latach od konwersji córki, zaakceptowała jej decyzję.

    Edyta Stein przyjęła chrzest 1 stycznia 1922 roku, obierając sobie imiona Teresa Jadwiga na pamiątkę św. Teresy z Avili oraz swojej matki chrzestnej Jadwigi. Tego samego dnia przyjęła pierwszą Komunię Świętą. Miała wówczas 31 lat. Po przejściu trudnej drogi rozwoju duchowego, która trwała dziesięć lat, Edyta wstąpiła do Karmelu w Kolonii 15 kwietnia 1934 otrzymała szaty zakonne i przybrała imię zakonne Teresia Benedicta a Cruce – siostry Teresy Benedykty od Krzyża. Edyta Stein wybrała to imię, gdyż jako dojrzała chrześcijanka, ale i jako poszukujący prawdy filozof, doszła do wniosku, że w życiu nie da się uniknąć dźwigania krzyża. W 1938 roku złożyła śluby wieczyste.

    Krzyż rzeczywiście na nią przyszedł. 2 sierpnia 1942 roku Niemcy aresztowali Edytę Stein i jej siostrę Różę, która kilka lat wcześniej również przeszła na katolicyzm i żyła w Karmelu w Echt. Obie zostały zamordowane w niemieckim obozie koncentracyjnym. Papież Jan Paweł II podczas wizyty w 1987 roku w Kolonii ogłosił Edytę Stein błogosławioną, a kanonizował ją 11 października 1998 roku w Rzymie. Rok później, obok św. Brygidy Szwedzkiej i św. Katarzyny ze Sieny, została jedną ze współpatronek Europy. Papież Jan Paweł II podczas  beatyfikacji w 1987 roku powiedział o św. Teresie Benedykcie od Krzyża – “Była wielką córką narodu żydowskiego i wierzącą chrześcijanką pośród milionów niewinnie zamęczonych ludzi”. Natomiast ks. Jerzy Witek znawca biografii św. Edyty Stein zaznacza „św. Edyta Stein pokazuje, jak należy żyć, aby nie zatracić nie tylko siebie, ale całego wielkiego dziedzictwa europejskiej tożsamości i duchowej kultury”.

    Adam Białous/PCh24.pl

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Alfons Ratisbonne

    ***

    Zwycięstwo Maryi. Alfons Ratisbonne

    W kościele Nawiedzenia Najświętszej Maryi Panny w Ain-Karim w pobliżu Jerozolimy znajduje się grób, na płycie którego wyryty jest napis: „Ojciec Maria”, zaś na cokole figury Niepokalanej: „Maryjo, pamiętaj o swoim synu, który jest słodką i chwalebną zdobyczą Twojej miłości”.

    Ojciec Maria to Alfons Ratisbonne urodzony w 1814 r. w Strasburgu. Pochodził z bardzo bogatej francuskiej rodziny żydowskiej, w której zanikły jednak żydowskie tradycje religijne. W wieku czterech lat stracił matkę, a w wieku szesnastu lat stracił ojca. Alfonsem zaopiekował się wuj, który wiązał z nim wielkie nadzieje. Jednak Alfonsa bardziej niż biznes pociągały zabawy, rozrywki, pogoń za przyjemnościami. Gdy jego brat, Teodor, przeszedł na katolicyzm i został kapłanem, Alfons przeżył wstrząs, który pogłębił jego nienawiść do wiary katolickiej. Alfons, wierny religii judaistycznej, ale niepraktykujący, był zaręczony ze swoją bratanicą, Florą Ratisbonne. Zamierzał ją poślubić w sierpniu 1842 r.,  po powrocie z podróży.

    17 listopada 1841 r. opuścił Strasburg i wyjechał do Jerozolimy i Istambułu. Trasa podróży miała prowadzić przez Marsylię, Neapol, Palermo i Maltę. W Neapolu przebywał miesiąc; pisał tam wyjątkowo nieprzychylnie o religii i księżach, co po pewnym czasie zapisał słowami: „Ile jest bluźnierstw w moim dzienniku”. Nieoczekiwanie zmienił plan podróży. Z Neapolu udał się do Rzymu, dokąd przybył 6 stycznia 1842 r. Spotkał się z baronem Teodorem de Bussières, który z protestantyzmu przeszedł na katolicyzm. Niestety, nienawiść Alfonsa do katolicyzmu nie umniejszyła się, przeciwnie – wzrosła, zwłaszcza po odwiedzeniu żydowskiego getta w Rzymie. Napisał później: „Muszę powiedzieć, bez obawy o przesadę, że nigdy w życiu nie byłem tak rozczarowany chrześcijaństwem, jak po wizycie w getcie. Nie powstrzymywałem się w szyderstwach i bluźnierstwach”.

    Na dalszym życiu Alfonsa Ratisbonne’a szczególnie zaważył okres od 16 do 20 stycznia 1842 r.; doprowadził go bowiem do cudownego nawrócenia. 16 stycznia baron Teodor de Bussières w neofickiej gorliwości ofiarował Alfonsowi Cudowny Medalik i zawiesił go na szyi. Prosił go też o codzienne odmawianie modlitwy św. Bernarda: „Pomnij o najdobrotliwsza Panno Maryjo…”. 17 stycznia hrabia Albert de La Ferronays, były minister spraw zagranicznych króla Karola X, kilka dni przed śmiercią został poproszony przez barona Teodora de Bussières o modlitwę w intencji nawrócenia przyjaciela.

    W tym czasie Alfons Ratisbonne zwiedzał zabytki Rzymu, m.in. sanktuarium franciszkańskie Santa Maria in Aracoeli na Kapitolu, kościół del Gesù, bazylikę Świętego Piotra na Watykanie, Scala Sancta. Dziewiętnastego stycznia uczestniczył na balu u księcia i bankiera, Alessandra Torlonii. Natomiast 20 stycznia towarzyszył baronowi de Bussières w przygotowaniach do pogrzebu hrabiego de La Ferronays w kościele Sant’Andrea delle Fratte. W czasie, gdy baron był w zakrystii, Ratisbonne otrzymał w kościele łaskę widzenia Niepokalanej i nagle, pod Jej wpływem, przeżył swoje nawrócenie, o którym dał następujące świadectwo.


    Wizja Alfonsa Ratisbonne’a

    „Nagle poczułem jakiś niepokój, ujrzałem przed sobą jakby zasłonę. Kościół wydawał mi się, oprócz jednej kaplicy, całkiem ciemny, tak jakby całe światło z kościoła tam właśnie się skupiło […]. Nie mogłem pojąć, w jaki sposób, upadłszy na kolana w innej części nawy i pomimo przygotowań do pogrzebu, które zamykały  dostęp do owej kaplicy, znalazłem się w pobliżu balustrady […]. Wzniosłem oczy ku kaplicy rozsiewającej ogrom światła i ujrzałem […] stojącą na ołtarzu, żywą, dużą, majestatyczną, przepiękną i miłosierną Przenajświętszą Maryję Pannę, podobną w postawie i strukturze wizerunkowi z Cudownego Medalika Niepokalanej […]. Kilkakrotnie próbowałem wznieść oczy ku Przenajświętszej Maryi Pannie, ale Jej majestat i szacunek nakazywały mi je opuścić, chociaż nie przeszkodziło mi to doświadczyć oczywistości widzenia. Utkwiłem oczy w Jej dłoniach i ujrzałem w nich przebaczenie i miłosierdzie […]. Dała mi dłonią znak, bym klęknął. Jakaś nieodparta siła popchnęła mnie ku Niej. Zdawała się mówić: «Tak jest dobrze». W obecności Przenajświętszej Maryi Panny, chociaż nie wyrzekła  ani słowa, zrozumiałem ohydę stanu, w jakim tkwiłem, brzydotę grzechu, piękno religii katolickiej; jednym słowem – zrozumiałem wszystko […]. Nie mogłem sam sobie uświadomić wszystkich prawd, w które uwierzyłem i które poznałem. Wszystko, co mogę powiedzieć, to tylko to, że w momencie Jej gestu z moich oczu spadło całe mnóstwo zasłon. Spadały szybko, jedna po drugiej i znikały niczym śnieg, błoto i lód pod palącymi promieniami słońca […]. Widziałem w głębi przepaści całą ostateczną nędzę, z której zostałem wydobyty przez nieskończone miłosierdzie […]. Ona mi nic nie powiedziała, a ja wszystko zrozumiałem […].

    Czułem się gotów na wszystko i gorąco pragnąłem chrztu. Chciano go odłożyć. Zawołałem: «Żydzi, którzy usłyszeli przepowiednie Apostołów, byli natychmiast chrzczeni, a wy chcecie mój chrzest odkładać? Po tym, gdy słyszałem Królową Apostołów?». Moje wzruszenia, moje gwałtowne pragnienia, moje błaganie dotknęły litościwych ludzi, którzy mnie przygarnęli i uczynili na wieki błogosławioną  obietnicę chrztu”.

    Po otrzymaniu podstaw nauki chrześcijańskiej od ojca Villeforta, Alfons Ratisbonne został ochrzczony w kościele del Gesù i 31 stycznia 1842 r. przyjął imię Maria. Ceremonii chrztu przewodniczył wikariusz Rzymu, kardynał Constantino Patrizi. Homilię wygłosił ks. Dupanloup, który powiedział m.in. te znamienne słowa: „Nie miłowałeś prawdy, ale prawda cię umiłowała… Sama Maryja przyjmuje cię i chroni”. Wtedy też przyjął sakrament bierzmowania i Pierwszą Komunię Świętą. Trzeciego lutego został przyjęty przez papieża Grzegorza XVI na prywatnej audiencji, a 3 czerwca 1842 r. papież dekretem uznał cud, który doprowadził do nawrócenia Alfonsa, za prawdziwe działanie Boże przez wstawiennictwo Najświętszej Maryi Panny.

    Nawrócenie Alfonsa Ratisbonne’a

    Nawrócenie Alfonsa Ratisbonne’a przyczyniło się do oficjalnego uznania Medalika przez Stolicę Apostolską. Dekret papieża Leona XIII, wydany pod koniec XIX w., ustanowił 27 listopada – czyli dzień drugiego objawienia się Maryi Niepokalanej św. Katarzynie Labouré – świętem Matki Bożej od Cudownego Medalika. Właściwa nazwa tego sakramentalium to Medalik Niepokalanego Poczęcia Najświętszej Maryi Panny. Jednak ze względu na niezliczone łaski wyproszone za jego pośrednictwem rozpowszechniła się nazwa Cudowny Medalik.

    W roku 1847 Alfons Maria Ratisbonne wstąpił do jezuitów i przyjął święcenia kapłańskie. Będąc w zakonie, odczuwał wzmagające pragnienie pracy duszpasterskiej wśród swoich rodaków. W związku z tym poprosił o dyspensę zwolnienia z zakonu, a po jej otrzymaniu nawiązał kontakt ze swoim bratem Teodorem. Wspólnie rozpoczęli pracę duszpasterską w Ziemi Świętej wśród swoich współbraci, kierując szczególną uwagę na dziewczęta żydowskie. Z myślą o nich założyli w roku 1855 Kongregację Najświętszej Maryi Panny Syjońskiej (Sióstr Syjońskich) zatwierdzoną jako zakon przez papieży: Grzegorza XVI i Piusa IX. Założyciel tłumaczył siostrom, że ich powołaniem jest: „[…] przyspieszyć wypełnienie się czasów mesjańskich przyrzeczonych Izraelowi”.

    Pierwszy klasztor powstał w Jerozolimie obok łuku Ecce Homo przy Via Dolorosa, w miejscu, gdzie odbywał się sąd nad Jezusem a tłum wołał: „Ukrzyżuj Go! Krew Jego na nas i na dzieci nasze”. Drugi klasztor został założony w Ain Karim. Zakon ten istnieje do dzisiaj, zwracając szczególną uwagę na studiowanie Biblii i ułożenie poprawnych relacji z Żydami. Od roku 1964 Dom Generalny Zgromadzenia znajduje się w Rzymie. W styczniu 2002 r. Europejski Kongres Żydów uhonorował zgromadzenie „Menorą pokoju”, nagrodą przyznawaną „pionierom dialogu żydowsko-katolickiego w Europie”.

    Alfons odszedł do Pana 6 maja 1884 r. w Ain Karim, miejscu narodzenia Jana Chrzciciela. Tam też został pochowany.

    ks. Józef Orchowski/czasopismo “Królowo Różańca Świętego”

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Św. Teresa Benedykta od Krzyża – Edyta Stein. Błogosławiona przez Krzyż

    ***

    Europa chce zapomnieć o swoich chrześcijańskich korzeniach. W powstałą pustkę wpełzły zdegenerowane wytwory ukąszonego grzechem umysłu ludzkiego. To nieuchronny efekt życia tak, „jakby Boga nie było”. Aby jednoznacznie sprzeciwiać się tym tendencjom trzeba odwagi, nierzadko takiej jaką odznaczała się św. Teresa Benedykta od Krzyża (Edyta Stein), której wspomnienie przypada 9 sierpnia.

    Czym kończy się sytuacja, w której bałwochwalczy kult klasy lub rasy stawia się ponad uwielbienie Boga i Jego Prawa wiemy z historii aż za dobrze. W takim świecie, w którym nienawiść i pogarda zdawały się triumfować przyszło żyć Edycie Stein. Ta wybitna naukowiec i filozof wybrała jednak inną drogę…

    Zanim jednakże do tego doszło Edyta Stein przeszła szlak wiodący od domu, w którym gorliwie przestrzegano przepisów wyznania mojżeszowego, poprzez ateizm, aż po nawrócenie i przywdzianie karmelitańskiego habitu. W międzyczasie były jeszcze studia filozoficzne zakończone uzyskanie stopnia doktora.

    Do Jezusa Chrystusa w ostateczny sposób przyprowadziło ją zetknięcie się z autobiografią mistyczki i doktora Kościoła, św. Teresy z Avila. Edyta wstąpiła do Karmelu w 1933 roku. Po nowicjacie złożyła śluby zakonne i przyjęła imię Benedykta od Krzyża.

    Narodowo-socjalistyczni siepacze z Gestapo dopadli ją w holenderskim Echt 2 sierpnia 1942 r. podczas masowego aresztowania Żydów i katolików pochodzenia żydowskiego.

    Droga kaźni siostry Benedykty wiodła przez internowanie w obozie w Westerbork, po Auschwitz-Birkenau – niemiecki nazistowski obóz koncentracyjny i zagłady, gdzie 9 sierpnia 1942 roku została zagazowana wraz z inną konwertytką z judaizmu, tercjarką dominikańską Lisamarią Meirowsky oraz bratem Wolfgangiem Rosenbaum OFM.

    Jej zwłoki zostały spalone w obozowym krematorium.

    Beatyfikacji Edyty Stein dokonał w Kolonii 1 maja 1987 r. św. Jan Paweł II, kanonizował ją zaś 11 października 1998 roku. Swoim listem apostolskim motu proprio z 1 października 1999 r. ogłosił ją – wraz ze św. Brygidą Szwedzką i św. Katarzyną ze Sieny – patronką Europy.

    W otaczającej ją ogromie wzgardy dla ludzkiego życia Edyta poszła za Tym, który jest Drogą, Prawdą i Życiem. Ta decyzja z pewnością wymagała od niej wielkiej odwagi. Nie byłaby jednak ona możliwa, jeśli nie płynęłaby z bezgranicznego zaufania do naszego Pana Jezusa Chrystusa, który zapewniał iż „kto straci swe życie z mego powodu, ten je zachowa”. Dlatego też Edyta Stein nie mogła przegrać. Na nic zdały się zatem „dumne myśli głów pychą nadętych”…

    Św. Teresa Benedykta od Krzyża (Edyta Stein) jawi się dzisiaj jako jednoznaczny znak sprzeciwu. Nauczenia się takiej postawy wobec – głoszącego prawo do eutanazji czy też prawo kobiet do zabijania własnych nienarodzonych jeszcze dzieci, promującego ideologię gender i ulegającego antyrodzinnemu homolobby – świata, współcześni katolicy bardzo potrzebują. Wchodzenie w dialog ze światem, odrzucanie „radykalizmu” i późniejsza zaciekła obrona rzekomo kompromisowych rozwiązań z pewnością wywołują w czeluściach piekielnych salwy triumfalistycznego skowytu. 

    Aby nie pójść drogą świata, należy pójść tą Drogą, którą wybrała święta Teresa Benedykta od Krzyża, Edyta Stein. 

    Zachęcamy do medytacji nad kilkoma myślami św. Teresy Benedykta od Krzyża:

    Ukrzyżowany spogląda na nas i pyta, czy wciąż jeszcze chcemy dotrzymać tego co przyrzekliśmy Mu w godzinę łaski. Z pewnością ma powód, żeby tak pytać. Krzyż jest dzisiaj, bardziej niż kiedykolwiek, znakiem, któremu się sprzeciwia.

     Oczywiście – religia nie ogranicza się do jakiegoś cichego kącika czy kilku świątecznych godzin, ona musi się stać korzeniem i fundamentem całego życia.

     Zmagania o dusze ludzkie i miłość ku nim w Panu jest prostym obowiązkiem chrześcijanina.

     … cierpienie jest najpewniejszą drogą do zjednoczenia z Panem. Jakże potrzebna jest, zwłaszcza w naszych czasach, zbawcza moc płynąca z ochotnie niesionego krzyża.

    Krzyż nie jest tylko znakiem: jest także mocnym orężem Chrystusa. Jest laską pasterską, którą on pewnie wyważa drogę do nieba.

    Ciągle na nowo czerpię odwagę z tabernakulum, gdy mi ją odbiera uczoność innych.

    Aleteia.pl

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Niezwykła historia żydowskiej mistyczki, która rozpoznała Mesjasza

    fot. screenshot YouTube (Siostry Kanoniczki Ducha Świętego)

    Niezwykła historia żydowskiej mistyczki, która rozpoznała Mesjasza

    Nazajutrz po obchodzonym w Kościele katolickim “Dniu judaizmu”, wspominamy absolutnie nieprzeciętną postać na kartach dziejów tegoż Kościoła. 18 stycznia 1919 roku w wieku niespełna 20 lat przyjęła chrzest, a 18 stycznia 1986 roku, dokładnie w 67. rocznicę swych narodzin do życia we wspólnocie Kościoła odeszła do Pana, by zagubić się ze szczęścia w Jego wiecznym „uścisku Miłości”. Oto niezwykła historia s. Emanueli Kalb, córki narodu żydowskiego, która rozpoznała Mesjasza.

    Św. Faustyna Kowalska opisuje w swym duchowym „Dzienniczku” pewne zdarzenie, jakie miało miejsce w pierwszych dniach lutego 1937 roku. „Dzień dzisiejszy jest dla mnie tak wyjątkowy, pomimo że doznałam tyle cierpień, ale dusza moja opływa w radość wielką. W sąsiedniej separatce leżała ciężko chora Żydówka; przed trzema dniami byłam ją odwiedzić, odczułam w duszy ból, że już niedługo umrze i łaska chrztu świętego nie obmyje jej duszy. Pomówiłam z siostrą pielęgnującą, że jak będzie się zbliżać ostatnia chwila, żeby jej udzielić chrztu świętego, ale była ta trudność, że zawsze Żydzi byli przy niej. Jednak uczułam w duszy natchnienie, aby się pomodlić przed tym obrazem, który mi Jezus kazał wymalować; mam broszurkę, a na okładce jest odbitka z tego obrazu Miłosierdzia Bożego. I rzekłam do Pana: Jezu, sam mi powiedziałeś, że udzielać będziesz wiele łask przez obraz ten, więc proszę Cię o łaskę chrztu świętego dla tej Żydówki; mniejsza o to, kto ją ochrzci, byle została ochrzczona. Po tych słowach dziwnie zostałam uspokojona i mam zupełną pewność, że pomimo trudności woda chrztu świętego spłynie na jej duszę. I w nocy, kiedy była bardzo słaba, trzy razy do niej wstawałam, aby czuwać na stosowny moment, w którym by jej tej łaski udzielić. Rano czuła się jakby lepiej, po południu zaczęła się zbliżać ostatnia chwila; siostra pielęgnująca mówi, że trudno będzie jej udzielić tej łaski, ponieważ są przy niej. I nadszedł moment, że chora zaczęła tracić przytomność, a więc zaczęli biegać jedni po lekarza, inni znowuż gdzie indziej, aby chorą ratować, i tak [się stało], że pozostała sama chora, i siostra pielęgnująca udzieliła jej chrztu świętego. I nim się wszyscy zbiegli, to jej dusza była piękna, ozdobiona łaską Bożą i zaraz nastąpiło konanie; krótko trwało konanie, zupełnie jakby zasnęła. Nagle ujrzałam jej duszę wstępującą do nieba w cudnej piękności. O, jak piękna jest dusza w łasce poświęcającej; radość zapanowała w mojej duszy, że przed obrazem tym otrzymałam tak wielką łaskę dla tej duszy” – czytamy w zapiskach polskiej apostołki Bożego Miłosierdzia.

    W przeciwieństwie do Żydówki, o której wspomina św. Faustyna, Chaje Kalb – jak zwała się przed wstąpieniem do zakonu Kanoniczek Ducha Świętego siostra Emanuela – nim znalazła się na łożu śmierci, miała za sobą już kilkadziesiąt lat życia w niezwykłej bliskości i zjednoczeniu miłości z Chrystusem, którego w swej młodości rozpoznała jako Tego, na Którego czekał jej izraelski naród.

    Chaje Kalb urodziła się w Jarosławiu 26 sierpnia 1899 roku w rodzinie żydowskiej, jako pierworodna z sześciorga dzieci Schie (Ozjasza) Kalb i Jutte Friedwald. Cała codzienność w domu Kalbów bardzo mocno zakorzeniona była w tradycji judaistycznej. Rodzice dbali, by mała Chaje wraz z pozostałym rodzeństwem, poznawała historię i religię swego narodu.

    Helena, jak się do niej zwracają domownicy, zdobywa w Rzeszowie podstawowe wykształcenie. Tymczasem ojciec opuszcza rodzinny dom i w poszukiwaniu pracy (jak wielu wówczas) wyjeżdża do Ameryki. Chaje już nigdy więcej go nie zobaczy. Gdy dziewczyna ma 16 lat, umiera jej matka, zarażona tyfusem przez osoby, którymi się opiekowała. W wieku 19 lat bardzo poważnie zachoruje również sama Chaje. Krzyż zaznacza więc swą obecność niezwykle mocno i już na dobre staje na drodze jej życia. Ale na tym krzyżu i wraz z tym krzyżem przychodzi do niej sam Mesjasz, Ten przez nią Oczekiwany, Ten Upragniony.

    Przebywając przez pół roku na leczeniu w szpitalu, młoda Żydówka zetknęła się z pełniącymi tam swą pielęgniarską posługę siostrami zakonnymi. Doświadczając nieustannie ich dobroci, obserwuje bezinteresowność i ofiarność z jaką potrafią troszczyć się o powierzonych swej opiece pacjentów. To właśnie one przekazują jej Dobrą Nowinę o Chrystusie, świadectwem nie tylko słowa, lecz przede wszystkim ofiarnego życia. Nie bez znaczenia jest też fakt, iż Chaje dostrzega, że ta pełna miłości bliźniego postawa zakonnic, jest bardzo mocno zakorzeniona i posiada swe źródło w ich życiu modlitwą, w ich głębokiej, żywej relacji z Bogiem.

    Bardzo znamienne, że w doświadczeniu łaski nawrócenia innej Żydówki, starszej od Chaje Kalb o 8 lat – Edyty Stein, znanej w zakonie karmelitanek bosych jako św. Teresa Benedykta od Krzyża, niezwykle istotne znaczenie odegrało pewne wydarzenie sprzed 1918 roku, które opisała ona następująco: Gdyśmy tam pozostawały [w katedrze] w nabożnym milczeniu, weszła jakaś kobieta obarczona koszykiem i uklękła w jednej z ławek na krótką modlitwę. Było to dla mnie coś zupełnie nowego. Do synagogi i zborów protestanckich, do których chodziłam, szło się tylko na nabożeństwo. Tu ktoś oderwał się od wiru zajęć, aby wstąpić do pustego kościoła, jakby na jakąś poufną rozmowę. Nigdy tego nie zapomnę“.

     Po wyjściu ze szpitala i powrocie do zdrowia Chaje Kalb, pomimo przeszkód czynionych jej ze strony rodziny, decyduje się przyjąć 18 stycznia 1919 roku Sakrament Chrztu Świętego w katedrze w Przemyślu, otrzymując wybrane przez siebie imiona Maria Magdalena. Poznałam prawdę i poszłam za nią. (…) Dusza moja otwierała się ku Bogu, jak kwiat ku słońcu. Gdy wspominam, o Jezu, te chwile pierwszej mojej gorliwości, ogarnia mnie wzruszenie i wdzięczność głęboka. Jak wówczas kochałam Ciebie! Jak nic trudnym, nic przykrym nie było dla mnie, by Ci miłość moją okazywać” – napisze potem w swoim „Dzienniku”.

    Młoda kobieta była cała otwarta na działanie łaski Bożej i to właśnie dlatego nowa wiara nie napotykała oporów w tym sercu, tak spragnionym żywego Boga. Chaje Kalb po prostu rozpoznała czas swego nawiedzenia, rozpoznała przechodzącego obok Chrystusa, Który Jest Drogą, Prawdą i Życiem. „Poznałam prawdę i poszłam za nią” – wyzna z ujmującą prostotą. 

    Jakże pięknym i znamiennym świadectwem podobieństwa przebiegu tego wspaniałego procesu otwarcia się na prawdę, jest doświadczenie Edyty Stein, która opisuje je w następującej relacji: Sięgnęłam do biblioteki po jakąś książkę, na chybił trafił. Wyciągnęłam pokaźny tom. Nosił tytuł:’ Życie św. Teresy od Jezusa’ napisane przez nią samą. Zaczęłam czytać. Lektura urzekła mnie. Czytałam jednym tchem, aż do końca. Gdy ją zamknęłam, powiedziałam sobie: to jest prawda!“.

    Niespełna 3 lata po przemyskim chrzcie Chaje Kalb, za naszą zachodnią granicą, w Bergzabern, 1 stycznia 1922 roku w Mistyczne Ciało Chrystusa, jakim jest wspólnota Kościoła, zostaje wszczepiona również inna córka narodu niegdyś wybranego przez Boga, 30-letnia wówczas doktor filozofii Edyta Stein. W 1933 roku wstąpi ona do kolońskiego Karmelu. Również i na tej drodze, oddania się Bogu na wyłączność wyprzedzi ją Żydówka z Jarosławia.

    Lektura „Wyznań” św. Augustyna wywiera na Kalb ogromne wrażenie i sprawia, że pragnie ona jeszcze ściślej i głębiej zjednoczyć się ze swym Boskim Oblubieńcem. Późno Cię umiłowałem, Piękności tak dawna, a tak nowa, późno Cię umiłowałem. (…) W głębi duszy byłaś, a ja się po świecie błąkałem i tam szukałem Ciebie. Zawołałaś, krzyknęłaś, rozdarłaś głuchotę moją. Zabłysnęłaś, zajaśniałaś jak błyskawica, rozświetliłaś ślepotę moją. (…) Przeszyłeś moje serce, jak strzałą, Twoją nadziemską miłością – pisał w swym dziele święty Biskup z Hippony. Jakże przejmująco podobnie wybrzmi wyznanie Kalb: Boże mój, tyle czasu traciłam szukając Ciebie tam, gdzie Ciebie nie było! Lecz od tej chwili, o Boże, dla Ciebie tylko chcę żyć! Ty jesteś Wszystkim!.

    Pewnego wiosennego dnia ma miejsce niezwykłe wydarzenie w życiu 28-letniej kobiety, która będąc w stanie narzeczeństwa zmierza drogą ku małżeństwu. Idąc ulicą Szpitalną w pobliżu rynku w Krakowie Magdalena, niczym przed wiekami Szaweł zmierzający do Damaszku doznaje olśniewającego spotkania z Bożą łaską, które na zawsze zmieni dalsze jej życie. Oto, jak późniejsza siostra Emanuela relacjonowała później tamte niezwykłe chwile: Nagle – jasność niezmierna, zaciemniająca zupełnie słońce południowe, jasność wewnątrz i zewnątrz i jeden przepotężny głos, nabrzmiały radością Nieba: „Do klasztoru!”. Staję w miejscu, rozglądam się. Wszak zdaje mi się, że dom ten, koło którego stoję, wygląda na klasztor. Podchodzę do bramy, dzwonię, proszę o przyjęcie i – zostaję. Poprosiłam tylko, abym mogła napisać jeden list. Piszę: „Zapomnij o mnie, nie zastaniesz mnie już wśród świata. Do wyższych rzeczy jestem stworzona”

    Kobieta wstępuje do Zgromadzenia Sióstr Kanoniczek Ducha Świętego de Saxia w Krakowie. W sierpniu 1928 roku rozpoczyna nowicjat, otrzymując habit zakonny i przyjmując imię Emanuela. 29 października 1933 roku składa śluby wieczyste. Bóg jest teraz dla niej Wszystkim. Jedno z Jezusem. Żyję tym cała, objęta, wchłonięta cała, nic już moje nie jest. Myśli moje, uczucia, życie, to tylko Jezus. Stale we mnie, stale ze mną…(…) Jezus jest wychowawcą najlepszym i najdoskonalszym. Gdyby dusze umiały Go słuchać, doprowadziłby je do zupełnego z Sobą podobieństwa. (…) Nic innego już nie wiem, tylko że Bóg jest Miłość, że porwała i pochłonęła mnie całkowicie ta Miłość. (…) Boże mój, szukać Ciebie dla Ciebie samego, to największe szczęście. Szukając Ciebie i tylko Ciebie – znajdę wszystko: moją miłość, moje życie, moje szczęście”.

    Dzięki zdobytym wcześniej kwalifikacjom s. Emanuela Kalb podejmuje pracę nauczycielki i wychowawczyni w różnych placówkach zgromadzenia. Powierzano jej również funkcje mistrzyni nowicjatu, przełożonej wspólnot, sekretarki generalnej, wikarii domu. Na drodze życia wewnętrznego, poza św. Augustynem, jej przewodnikami są wielcy mistycy karmelitańscy: św. Teresa z Avila, św. Jan od Krzyża, św. Teresa z Lisieux, bł. Elżbieta od Trójcy Świętej. Ale Najwyższy, Boski Przewodnik, Ten Który jako Jedyny Jest Drogą, i Prawdą, i Życiem pragnie osobiście prowadzić swą odnalezioną, umiłowaną córkę po duchowych ścieżkach ku zjednoczeniu z Nim.

    Siostra Emanuela doświadcza niezwykłej bliskości Boga, zostaje też obdarowana wieloma łaskami mistycznymi. Cóż mogę powiedzieć o tym blasku, którego dozwalasz mi niekiedy zakosztować. Wszak to tajemnica, którą można przeżywać, ale oddać w słowach niepodobna. (…) Ujrzałam jakąś Istotę, której określić nie mogę. Niby jakieś światło, jakieś Piękno, coś tak rozkosznego, tak niewypowiedzianego! To była MIŁOŚĆ – ISTOTA. To był jednak Jezus, choć poznałam tylko Istotę Miłości – wyzna Służebnica Boża. Patrz, miłuję cię nie jakąś ogólną, bezosobową miłością. Miłuję cię tkliwą, czułą miłością – powie jej Chrystus. Jak Bóg nas miłuje… to nie do przeżycia – zachwyca się żydowska zakonnica.

    Odkupiciel towarzyszy jej wiernie, również ze swym najcenniejszym skarbem duchowym, jakim jest dar uczestnictwa w Jego krzyżu. Kalb zostaje dotknięta utratą słuchu i przez niemal 40 lat, aż do końca swej ziemskiej pielgrzymki, żyje w głuchocie. Musi zrezygnować z pracy w szkole. Przyjmuje to bardzo pokornie i z ufnością. Znosić krzyż kalectwa i inne fizyczne dolegliwości, bez mówienia o nich. W cichości łączyć się z Ofiarą Zbawiciela” – zanotuje siostra Emanuela.

    Zewnętrzne uciszenie sprzyja też pogłębieniu niezwykłej, żywej relacji z Oblubieńcem. Boga znaleźć można tylko w milczeniu, w uciszeniu myśli i w uciszeniu woli, wolnej od nieumartwionych pragnień, które wnoszą niepokój, hałas i podniecenie. (…) Bez milczenia nie ma mowy o zjednoczeniu z Bogiem”. Tym bardziej, że przecież „nikt nie został święty bez wielkich cierpień. A cóż to wszystko znaczy wobec wieczności. Jedna kropla wobec oceanu(…) Trzeba się stać Jezusem Ukrzyżowanym, Ojciec Niebieski uzna nas tylko wtedy za swoje dzieci, gdy ujrzy, gdy rozpozna w nas Jezusa Ukrzyżowanego, Swego Syna. (…) Jezu… przede wszystkim daj mi ukochać Krzyż. Bo złudzeniem jest kochać Ciebie bez Twojego Krzyża. (…) Większą łaską jest cierpieć z Jezusem w milczeniu zupełnym, niż otrzymywać najwznioślejsze dary mistyczne – czytamy w zapiskach kanoniczki Ducha Świętego.

    Jeśli Mnie miłujesz, pomóż Mi zbawiać dusze– prosi ją Zbawiciel i dodaje: Potrzeba Mi dusz, które by wynagradzały wszystkie zniewagi, potrzeba Mi dusz, które by uwierzyły w Moją Miłość. Siostra Emanuela Kalb doskonale rozumie swoje posłannictwo. Powołanie do Zakonu nie jest tylko dla własnego uświęcenia, lecz by wynagradzać Bogu za grzechy świata i ratować dusze od zguby wiecznej – zapisze. Przyjmuje Boże zaproszenie do współpracy z Nim na drzewie Krzyża, w dziele rodzenia dusz dla wieczności.

    W swym „Dzienniku” opisze następujące zdarzenie. Odprawiając raz Drogę Krzyżową, ujrzałam nagle Pana Jezusa. W jednej ręce trzymał życie pełne pociech i szacunku ludzkiego, czci, jaką z sobą niesie gorliwość w służbie Bożej, oraz wszelkie błogosławieństwa jakich można doznać w życiu zakonnym. W drugiej ręce trzymał bezmiar męki, cierpień, bólów wszelkich, całe morze goryczy. Pan rzekł do mnie: „Wybieraj!”. Ty sam, Jezu, wybieraj dla mnie – odpowie zakonnica i doda:. Daj, co chcesz, wszystko mi będzie jednakowo miłe z Twojej Ręki. Tylko łaski Twojej nie odmawiaj’. „Otóż przeznaczyłem ci całe to morze goryczy i cierpień, ale nie bój się, prędzej Wszechmocy by Mi zabrakło, niż biednej duszy pomocy Mojej. (…) Nie bój się. Im bardziej będziesz Mi oddana, tym więcej ogarniać cię będzie Miłość Moja” – usłyszy siostra Emanuela od Jezusa.

    Zasadniczą prawdą jest świadomość – wyzna Kalb – że prowadzi nas Miłość. Ona nad nami czuwa i żywi względem nas nieskończenie łaskawe zamiary. Musimy się im poddać z uległością i całkowitą ufnością.

    Cały swój ciężki krzyż, wszystkie cierpienia zarówno duchowe, jak i fizyczne, Siostra Emanuela ofiaruje Bogu w intencji swego, żydowskiego narodu, „by poznał Światło Prawdy, którą Jest Chrystus”. Czyni to już od 1935 roku.

    I znów, kilka lat później, w sierpniu 1942 roku, w odległym zakątku Europy, inna żydowska chrześcijanka – karmelitanka Edyta Stein, wybierając się w drogę do Domu Ojca, wiodącą przez męczeńską śmierć z rąk niemieckich oprawców, biorąc za rękę swą rodzoną siostrę, powie do niej: „Chodź, idziemy za nasz naród”.

    Bóg przyjmuje również ofiarę Siostry Emanueli Kalb. Wiele razy okazywał mi Pan Przenajświętszą Krew Swoją płynącą daremnie dla tak wielkiej liczby dusz. Z dziwną boleścią duszy zbierałam tę Krew Przenajdroższą. Wreszcie pewnego ranka stanął przede mną Pan Jezus. W ręku trzymał Przenajświętsze Serce Swoje, a poprzez palce spływała z tego Najświętszego Serca Przenajświętsza Krew obficie. Pan rzekł do mnie: Patrz – oto ostatni krzyk miłości. Oddaję ci Moją Krew. Wylewaj Ją nieustannie na twój naród, na Mój naród, szafuj hojnie, nie żałujofiaruj ją nieustannie Ojcu Mojemu za nawrócenie Izraela. Czynię cię szafarką Mojej Krwi. Nie zabraknie ci teraz cierpień. Nie bój się. Im bardziej będziesz Mi oddana, tym więcej ogarniać cię będzie Miłość Moja”.

    W innym miejscu Chrystus mówi do żydowskiej zakonnicy. „Twoją misją jest: wielką wiarą i gorejącą miłością wynagrodzić Mi za nardów twój, który wzgardził Mną, nie chcąc uznać we Mnie swego Mesjasza”. Siostra Emanuela zapisuje w swym „Dzienniku” specjalną modlitwę zatytułowaną koronką za nawrócenie Izraela, z natchnienia Bożego do codziennego odmawiania, składającą się z powtarzanego na małych paciorkach wezwania: Przepuść, Panie, przepuść ludowi Twojemu.

    Siostra Emanuela Kalb, niczym żertwa ofiarna na ołtarzu, cała poświęca się i wyniszcza w tej upragnionej intencji: Jezu, ponad wszystkie rozkosze, jakich mogłabym zażywać, wybieram: być całopalną ofiarą w złączeniu z Tobą. Przeżyłam – nie zmysłami lecz umysłem – złączenie z Ukrzyżowanym. Rodzić dusze w cierpieniu! Na ziemi zresztą  nie pragnę innej miłości. On jest ‘Oblubieńcem Krwi’. Dusze poślubione miłości Boga – Chrystus ich Oblubieńcem. Łączą się z Nim, rodzą dusze do wieczności. Jeżeli celu tego nie osiągną przez ścisłe zjednoczenie z Bogiem, są bezpłodne; ich życie mija się z celem. Dawanie życia połączone jest z cierpieniem(…) Cierpienie wtedy ma wielką wartość, gdy ofiarowane jest tylko Panu Jezusowi, w złączeniu z Jego Męką, jako zupełnie czysty dar (…) Bez wielkiej ofiarności, bez wielkiego cierpienia nie ma wielkiej miłości. (…) Wycierpiałam wszystko, zdaje mi się, co człowiek może na ziemi wycierpieć.  Niech będzie za to Bóg uwielbiony! (…) Tak, warto cierpieć, warto ofiarować życie dla sprawy większej niż życie samo, zasługującej przeto, by wszystkie siły dla niej wyczerpać. 

    Jeszcze przed wstąpieniem do zakonu, lecz już po dostąpieniu łaski sakramentu Chrztu Świętego Kalb intensywnie wspierała swego brata i siostrę w ich drodze ku katolicyzmowi. W czasie II wojny światowej Służebnica Boża przygotowała też do chrztu 11 Żydów, którzy o to poprosili. Zdecydowanej większości z nich udało się przeżyć niemiecką okupację.

    Czy zgodzisz się przyjąć pokusy niewiary, aby inni uwierzyli?” – zapytał ją kiedyś Chrystus. Tak, Jezu, aby inni uwierzyli, aby Ciebie na wieki kochali, chcę wycierpieć te okrutne pokusy niewiary, które są mi już znane. Lecz Ty znasz moją słabość, wspieraj mnie, bym sama nigdy nie zwątpiła – odpowiada żydowska zakonnica.

    Pod koniec życia siostra Emanuela złożyła się Panu w ofierze, również w innej swej wielkiej intencji, za kapłanów, by wynagradzać za ich niewierności oraz wypraszać łaskę świętości dla nich. Zachęcał ją do tego Sam Odkupiciel. Oto jak relacjonuje to mistyczka: Naraz Pan Jezus stanął przed oczyma mej duszy. Patrzę, z oczu płyną Mu łzy. Jezu! – wołam w męce ducha. – „To kapłani zdradzają swoje kapłaństwo. To krwawe łzy Moje z Ogrójca. Za wybranie, za miłość – odrzucenie, niewiara. Pomóżcie, bo zginą! Nie przestałem ich miłować. Ratujcie ich, ofiarujcie za nich całe Moje życie, całą Moją mękę! Jestem stale we wszystkich Mszach Świętych jako Żertwa przed Ojcem. Bierzcie z tych skarbów! Łączcie się ze Mną! Ofiarujcie się, wynagradzajcie za zniewagi, módlcie się za kapłanów! (…) Chcę, byś Mi pomogła dźwigać cierpienia, bo bardzo cierpię za grzechy. Dziecko Moje, tobie powierzyłem ciężar grzechów niewiernych kapłanów. Módl się i cierp wraz ze Mną. Nie lękaj się. Nic ponad siły. Niech cię wspiera myśl, że cierpisz razem ze Mną. Jedno tylko zachowaj sumiennie: „Milczeć i cierpieć!Panie mój – odpowie siostra. Emanuela – jeżeli trzymasz mnie przy Sobie, zupełnie w Sobie, to przecież będę mogła u Ciebie wszystko uprosić, zwłaszcza, gdy proszę Cię tak stale, tak usilnie za kapłanów, którzy od Ciebie odeszli, by wrócili, przeprosili Ciebie.

    Chce Pan, by dusze wierne zechciały przez żarliwą modlitwę i wynagrodzenie błagać o nawrócenie kapłanów – zapisze Służebnica Boża, by w innym miejscu dodać: Wszystko jest owocem modlitwy.

    Siostra Emanuela Kalb zawsze z otwartym sercem przyjmowała każde zaproszenie Swego Oblubieńca  do podjęcia wysiłku współpracy z Nim w dziele rodzenia dusz dla Królestwa Bożego, poprzez modlitwę, ofiarę, wynagradzanie, niesienie im duchowej pomocy. Czy chcesz przyjąć na siebie pokusy dusz słabych, które by w nich uległy, gdyby nie twoja pomoc?” – zapytał ją kiedyś Chrystus. Jezu, chcę wszystko wycierpieć, byłeś Ty był kochany – odpowiada natychmiast zakonnica.

    Uczułam, że jestem bardzo głodna. Nic nie znaczyło, że normalnie przyjmowałam posiłek w refektarzu. Głód był tak dotkliwy, że formalnie skręcał mi wnętrzności. Ach kraść, kraść w szkole, w kancelarii, gdziekolwiek i kupić coś do jedzenia, zakupić chleba, bułek, całą piekarnię wykupić, byle ten głód nasycić! Parę tygodni męczył mnie ten głód nieopisany, wraz z ciężką pokusą kradzieży. Pewnego dnia ujrzałam w duchu jakiegoś młodego człowieka, porządnie ubranego, lecz bardzo mizernie wyglądającego. – „Widzisz tego człowieka? Oto bezrobotny, którego zatrzymałaś nad brzegiem występku”. Wnet popadłam znowu w ciężkie pokusy przeciw powołaniu zakonnemu. Dręczyły mnie z taką siłą, że już powiedziałam spowiednikowi, ze opuszczę zakon. Dręczyły mnie z taką siłą (…) i nie ustawały. Przetrwałam w tym utrapieniu mniej więcej trzy tygodnie. Naraz ujrzałam jakąś pracownię krawiecką. Dziewczęta pracowały przy stołach, a wśród nich młoda i bardzo miła zakonnica. – „Widzisz tę siostrę? Gdyby nie twoje cierpienia, opuściłaby swój zakon i zgubiłaby się w świecie”. Ach siostro, wyrzekłam mimo woli, gdybyś wiedziała, ile za ciebie cierpiałam! – relacjonuje mistyczka.

    Służebnica Boża Emanuela odznaczała się wielkim umiłowaniem Eucharystii. Jak Bóg cię ukochał, niech ci powie Eucharystia – pisała. Boże mój, cóż znaczą wszystkie najwznioślejsze łaski modlitwy, najwspanialsze zachwyty, wobec jednej Komunii Eucharystycznej! Tu jest takie zjednoczenie, takie wchłonięcie naszej istoty przez Boga, że stajemy się Nim, jedno, nierozdzielne. (…) Zrozumiałam, że nasze małe wysiłki, gdy podczas Mszy św. kładziemy je na ołtarzu, gdzie Chrystus, Ofiara jest obecny, nabierają nieskończonej wartości’. “Czy nie wiesz – pouczał ją Pan – że ofiarując Mi Syna Mego, Jego życie, Jego Mękę i śmierć, ofiarujesz Mi więcej, niż którykolwiek z największych świętych Starego Testamentu mógł Mi ofiarować? Gdy ofiarujesz Mi tę Przenajświętszą Ofiarę, nie mogę wówczas powiedzieć: „Zostaw Mnie w spokoju” (Wj 32,10).Kto w imię Jego prosi, nigdy nie prosi nadaremno – czytamy w zapiskach siostry kanoniczki Ducha Świętego.

    Od 1957 roku aż do końca swych ziemskich dni Siostra Emanuela przebywała w krakowskim klasztorze, włączając się, na ile mogła, w życie i pracę wspólnoty. W Zgromadzeniu Sióstr Kanoniczek Ducha Świętego przeżyła 59 lat.

    Zmarła w opinii świętości 18 stycznia 1986 roku w Krakowie, w 67-rocznicę przyjęcia sakramentu Chrztu i włączenia we wspólnotę Kościoła.

    W latach 2001-2003 przeprowadzono jej proces beatyfikacyjny na szczeblu diecezjalnym. Dnia 13 maja 2005 roku w Kongregacji do spraw Kanonizacyjnych rozpoczął się etap rzymski procesu. 14 grudnia 2015 roku Franciszek zezwolił na ogłoszenie dekretu o heroiczności jej życia i cnót. Odtąd przysługuje jej w Kościele tytuł Czcigodnej Służebnicy Bożej.

    Ty musisz zostać świętą!– powiedział jej kiedyś Pan i dodał: Chcę przypomnieć światu, że Kościół jest powszechny”. Całe życie Służebnicy Bożej, Siostry Emanueli Kalb, tej wciąż tak mało jeszcze znanej, wspaniałej córki Kościoła, a zarazem niezwykłej córki narodu żydowskiego, dla którego tak bardzo pragnęła, „by poznał on Światło Prawdy, którą jest Chrystus”, jest dla nas wszystkich wielkim wyzwaniem, ale zarazem i zaproszeniem, aby odświeżyć w sobie ducha wdzięczności za darmo nam daną łaskę wiary oraz Sakrament Chrztu Świętego, wszczepiający nas w Mistyczne Ciało Chrystusa, a także, by odkurzyć nieco już zapomniany, w jego nieocenzurowanej wersji, Akt Poświęcenia Rodzaju Ludzkiego Najświętszemu Sercu Jezusowemu (encyklika Annum Sacrum napisana w roku narodzin Chaje Kalb – 1899), autorstwa wielkiego papieża Leona XIII, i modlić się do Pana za wstawiennictwem Sł. B. Emanueli Kalb i św. Teresy Benedykty od Krzyża: “Wejrzyj okiem miłosierdzia swego na synów tego narodu, który niegdyś był narodem szczególnie umiłowanym. Niechaj spłynie i na nich, jako zdrój odkupienia i życia, ta Krew, której oni niegdyś wzywali na siebie. Zachowaj Kościół swój, o Panie; użycz mu bezpiecznej wolności. Użycz wszystkim narodom spokoju i ładu. Spraw aby ze wszystkiej ziemi od końca do końca jeden brzmiał głos: Chwała bądź Bożemu Sercu, przez które stało się nam zbawienie. Jemu cześć i chwała na wieki. Amen”.

     ***

    Czy wiesz, co cię czeka?”. Ujrzałam nagle jakąś dziwną jasność, jakieś piękno niewypowiedziane, jakąś rozkosz niepojętą, ale to było jakoby tło. Wśród tej niepojętej szczęśliwości był Bóg. I On objął, ogarnął duszę w niewypowiedzianym uścisku Miłości. To trwanie w uścisku Miłości Boga jest właściwą istotą Nieba. Tu język ludzki nic nie wypowie. Tylko słowa świętego Pawła Apostoła można zastosować: Ani oko nie widziało, ani ucho nie słyszało, ani serce człowieka nie zdołało pojąć, jak wielkie rzeczy przygotował Bóg tym, którzy Go miłują…”. (Sł. B. Emanuela Kalb “Dziennik“)

    Siostro Emanuelo, módl się za nami i za swoim narodem!

    ren/„Poznałam Prawdę i poszłam za Nią” Kraków 2008, ks. J. Machniak „Służebnica Boża Emanuela Kalb” Kraków 2012, o.M. Zawada OCD „Antologia mistyki polskiej tom 2” Kraków 2008.

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Żydówka-siostra zakonna z życiorysem na film. Opowieść o s. Pauli Malczewskiej

    fot. archiwum prywatne

    ***

    Żydówka-siostra zakonna z życiorysem na film. Opowieść o s. Pauli Malczewskiej

    „Historia splątanej nici” – to tytuł książki, w której ojciec Daniel Stabryła opisuje niezwykłe losy siostry Pauli Marii Malczewskiej (Racheli Drążek) Żydówki, której losy – jak przyznaje w rozmowie z serwisem Vatican News – są gotowym materiałem na film. 2 lutego obchodzimy Światowy Dzień Życia Konsekrowanego.

    Rachela Drążek urodziła się w Ostrołęce, 15 października 1929 roku. Pochodziła z zamożnej żydowskiej rodziny. Jej mama szybko umiera, a ojciec na początku okupacji ginie z rąk sowietów. Jak mówi Vatican News ojciec Stabryła, w wieku 12 lat Rachela odłączyła się od grupy, w której była jej mama i przyrodni brat. Gdy szukały schronienia wraz z koleżanką, w pewnym momencie natrafiły na grupę dzieci. Wtedy następuje być może najważniejszy moment w jej życiu, opowiada ojciec Daniel.

    Napotkały polskich chłopaków, którzy zaczęli je obrzucać śnieżkami, wołając – Żydówki, Żydówki! One się przestraszyły, bo przecież istniało niebezpieczeństwo, że dowie się o nich gestapo. Zobaczyły przydrożny krzyż, Paula postanowiła pociągnąć koleżankę do tego krzyża i przypaść do niego. Wtedy – jak relacjonowała – objęła krzyż i zobaczyła, że ten, który jest na tym krzyżu, jest żyjącym Bogiem, że jest żywy. Od tego momentu – mówiła potem w swoich wspomnieniach – już nigdy więcej się nie bała” – opowiada ojciec Daniel.

    Paula rozpoczęła dialog z Bogiem. Powiedziała Mu, że jeśli przeżyje, wstąpi do najbardziej surowego klasztoru. W tamtych czasach były to benedyktynki. Tak się stało. W 1946 wstąpiła do Opactwa Trójcy Przenajświętszej w Łomży, siostry pozwoliły na to, przedłużały jednak okres prób, myśląc, że jej intencją jest tylko ochrona swojego życia. Jej krewni, którzy odnaleźli ją po latach, chcieli na różne sposoby wydobyć ją od sióstr, jednak ona była zdecydowana. „Dopiero wtedy siostry zrozumiały, kogo w klasztorze mają, że to nie jest ktoś, kto ucieka przed wojną, ale ktoś, kto rzeczywiście bardzo świadomie wybiera Jezusa” – zaznacza ojciec Stabryła.

    To wywołało szok jej rodziny, która nie kontaktowała się z nią przez wiele lat. Jak dodaje ojciec Stabryła, historii wojennych Pauli jest więcej, jednak równie ciekawe jest poszukiwanie przez nią własnej tożsamości, która nie wygasła, ale została przyćmiona. W 1975 roku, po wcześniejszym nawiązaniu kontaktu z innymi ocalałymi z Holokaustu Żydami, którzy wstąpili do klasztorów, ojcem Danielem Rufeisenem OCD (Shmuel Oswald Rufeisen) oraz siostrą Emmanuel OCD (Stella Zylbersztajn-Tzur), wyjechała do Izraela. Ostatecznie siostra Paula zdecydowała się przejść do francuskojęzycznego benedyktyńskiego klasztoru na Górze Oliwnej, w arabskiej części Jerozolimy. „Tu się odnalazła i tu pozostała do końca życia. Jej cechą było to, że nigdy nikogo nie oceniała” – podkreśla autor książki. Jak dodaje ojciec Daniel, jej życiorys to historia sensacyjna.

    „To historia zasługująca na film. Jest o tyle ciekawa, że to moim zdaniem wzór i przykład nie tylko osoby należącej do kontekstu kultury chrześcijańskiej, ale przykład uniwersalny tego, jak można żyć między światami, jak można poruszać się między tożsamościami. Paula miała możliwość otrzymania obywatelstwa państwa Izrael, jednak musiałaby zrzec się polskiego paszportu. Nie chciała tego zrobić, dlatego, że uważała swoją polską tożsamość za bardzo ważną. Widać, że nie chodziło jej tylko o symboliczny papierek, nie chciała przekreślenia swojej polskiej tożsamości” – zaznacza.

    Siostra Paula zmarła 12 stycznia 2019 roku w Jerozolimie.

    Książka pod tytułem „Historia splątanej nici” została wydana nakładem Wydawnictwa Episteme. To autobiografia, która jest oparta o dzienniczek duchowy, niepublikowaną wcześniej korespondencję oraz dokumentację fotograficzną. Autor opracowania, benedyktyn ojciec dr hab. Wojciech Maciej Stabryła z Opactwa Zaśnięcia w Jerozolimie jest profesorem Papieskiego Uniwersytetu Salezjańskiego. Jest autorem i współautorem książek oraz artykułów dotyczących biblistyki, judaizmu, dialogu międzykulturowego i międzyreligijnego oraz tematyki związanej z Bliskim Wschodem. Od 2003 roku mieszka w Jerozolimie.

    Tomasz Zielenkiewicz/www.vaticannews.va/pl

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Zbigniew Herbert powiedział o niej: „najmądrzejsza kobieta, jaką znam”

    TERESA LANDY

    fot. zbiory Zgromadzenia Sióstr Franciszkanek Służebnic Krzyża

    ***

    Siostra Teresa Landy przeszła niezwykłą drogę: od ateizmu i filozofii na Sorbonie do życia franciszkańskiego. Odkryła Boga w realności i zwyczajności. „Wniknięcie w realność, zrośnięcie się ze swoją zwyczajnością – to świętość”.

    Zadeklarowana ateistka

    Pochodziła z rodziny żydowskiej, która była mocno zaangażowana w działalność społeczną. Młoda Zofia (to jej imię nadane przez rodziców) zdecydowała się wyjechać na studia do Paryża, aby tam studiować filozofię.

    Jej profesorami byli najwybitniejsi filozofowie tamtego czasu. Relatywizm i sceptycyzm był bardzo popularny wśród studentów. Teresa była wówczas zdeklarowaną ateistką. Bardzo pragnęła zrozumieć otaczający świat i wielką inspirację odnalazła w książkach Stanisława Brzozowskiego. Ten polski filozof przeżył swoje nawrócenie, a następnie opisał je w Pamiętniku.

    Teresa pilnie potrzebowała zrozumieć język religijny jej ulubionego pisarza. W ten sposób, idąc po nitce do kłębka, trafiła do ks. Władysława Korniłowicza.

    Nawrócenie, chrzest i zakon

    Rozmowy o filozofii wciągnęły ją zupełnie i – jak napisze później – ukazały jej się wówczas piękno wiary. We wrześniu 1917 roku przyjęła chrzest.

    Chrzest był iskrą, która zapoczątkowała wiele nawróceń wśród jej przyjaciół. Razem utworzyli nieformalną grupę i z wielkim zapałem dyskutowali o szlachetnych ideach i ciekawych tekstach. W centrum ich uwagi były teksty św. Tomasza z Akwinu.

    W ten sposób powstało „Kółko” blisko związane z ks. Korniłowiczem. Dyskusje nie pozostały wyłącznie w sferze teorii. Spotkanie z Matką Elżbietą Czacką nadało życiu młodej filozofki dalszy kierunek.

    W wieku 33 lat wstępuje do Zgromadzenia Sióstr Franciszkanek Służebnic Krzyża i przyjmuje imię Teresy – jej patronką zostaje św. Teresa z Avili.

    Najmądrzejsza kobieta

    Bardzo trudnym czasem dla siostry Teresy była okupacja. Jej pochodzenie sprawiało, że żyła ciągle w poczuciu zagrożenia. Jednak wszystko skończyło się szczęśliwie i po wojnie siostra Teresa mogła wrócić do Lasek.

    Czuwała wówczas nad rozwojem sióstr w postulacie i nowicjacie, prowadziła prelekcje i koło dyskusyjne dla świeckich. Dużo pisała, stała się „głównym piórem Lasek”. Publikowała głównie w kwartalniku „Verbum”, a także w „Znaku” i w Tygodniku Powszechnym.

    Na jej seminaria chodził też Zbigniew Herbert, który powiedział o niej „najmądrzejsza kobieta jaką znam”.

    Pasjonatka zwyczajności

    Siostra Teresa kochała zwyczajność. Pisała: „Bóg porzuca swoje wszystko dla naszego nic”. Była zafascynowana zwyczajnością Jezusa i Jego pragnieniem ukrycia swojej nadzwyczajności „w zwyczajności dziecka, człowieka pracy, człowieka cierpiącego i umierającego ludzką śmiercią”.

    Człowiek jednak pragnie wielkości i wspaniałości. Ta tęsknota jest bardzo prawdziwa, bo – jak pisze siostra Teresa – „wie on, że ma w sobie życie, przewyższające nieskończenie jego życie naturalne, większe i cudowniejsze niż wszystko, cokolwiek może on pomyśleć lub czego może zapragnąć”.

    Jednak czeka nas tutaj niespodzianka: „droga do niezwykłości idzie przez przyjęcie zupełne i całkowite zwyczajności”.

    Siostra Teresa odkryła Boga w realności i zwyczajności. „Wniknięcie w realność, zrośnięcie się ze swoją zwyczajnością – to świętość. Święci byli ludźmi nadzwyczajnymi właśnie przez tę pełnię swojej zwyczajności”.

    Fascynowali ją święci, którzy żyli w ten sposób. Szczególnie bliska jej była św. Teresa od Dzieciątka Jezus, którą nazwała „bohaterką życia zwyczajnego” i bł. brat Karol de Foucauld. 

    Radość królestwa Bożego na ziemi

    W swoim dzienniku pisała: „Ciągnie mnie do niemyślenia, tylko trwania w Bogu”. Siostra Teresa całe swoje życie szukała prawdy. Odnalazła ją najpierw w filozofii, potem w chrześcijaństwie. Jednak prawdziwe szczęście odkryła w całkowitym oddaniu siebie Bogu i podążeniu drogą franciszkańską.

    „Kiedy pytałam tej Miłości – pisze siostra Teresa – czego chce ode mnie i co mam uczynić, odpowiedziała mi: oddaj mi się zupełnie”. Zwyczajna codzienność w zakonie okazała się dla niej radością królestwa Bożego na ziemi.

    Adam Poleski/Aleteia.pl

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Dlaczego Naczelny Rabin Rzymu przeszedł na katolicyzm?

    RABIN ŻYDOWSKI

    Shutterstock

    ***

    Wszystko przez znajomość z pewnym polskim chłopcem…

    Telefony i listy z pogróżkami, jakie otrzymywał prof. Izrael Zolli, niedawny podówczas Naczelny Rabin Rzymu i znany działacz miejscowej gminy żydowskiej, nie wydają się w początkach 1945 r. niczym nadzwyczajnym. Wieczne Miasto dopiero pół roku wcześniej uwolnione zostało spod władzy włoskich faszystów i ich niemieckich sojuszników, a na północy kraju dogorywała jeszcze marionetkowa Republika Salo. Ledwie przed kilkoma tygodniami wygasły płomienie pieców krematoryjnych obozu w Birkenau. I choć dni tamtej krwiożerczej ideologii były już wtedy policzone, jej owładnięci nienawiścią „wyznawcy”, do końca w zasadzie realizowali zbrodniczy plan eksterminacji ludności wyznania mojżeszowego.

    Tyle, że pogróżki i obelgi, jakimi obrzucany był Zolli, pochodziły w większości prawdopodobnie… od jego niedawnych braci w wierze. Niedawnych, gdyż 13 lutego 1945 r. prof. Izrael Zolli, były Naczelny Rabin Rzymu… przyjął chrzest (a na nim imię Eugenio)! I choć w ceremonii uczestniczyła zaledwie garstka najbliższych mu osób, już następnego dnia o niezwykłym wydarzeniu informowała prasa z całego świata. Żyjąc w poczuciu zagrożenia ze strony niektórych, niebędących w stanie zrozumieć jego decyzji, byłych współwyznawców, Zolli musiał wręcz na jakiś czas ukryć siebie i swoją rodzinę przed ich gniewem (żona i córka znalazły schronienie w jednym z żeńskich klasztorów, a sam profesor zamieszkał czasowo w siedzibie Papieskiego Uniwersytetu Gregoriańskiego).

    Jak jednak doszło w ogóle do nawrócenia Zolliego? Jako dziecko urodzone w galicyjskich Brodach (w I i II RP był to teren przynależny do naszego kraju) mały Izrael w domu jednego ze swoich polskich kolegów zauważył krzyż z wiszącym na nim mężczyzną. Zaintrygowało go to na tyle, że sięgnął po Nowy Testament, którą to lekturę pogłębiał następnie w okresie dorastania. Szczególne wrażenie zrobiły na Zollim pieśni Sługi Jahwe z Księgi Izajasza, w których dopatrzył się on zapowiedzi przyjścia i męczeńskiej śmierci Jezusa.

    Równocześnie, ukończone we włoskiej Florencji studia religijne i filozoficzne, połączone ze szczególną osobistą mądrością, doprowadziły Zolliego (właściwie wtedy jeszcze Zollera) do godności Naczelnego Rabina Triestu, a następnie od 1940 r.Naczelnego Rabina Rzymu. Nie trzeba chyba wyjaśniać, w jak trudnym dla Żydów czasie musiał on sprawować swą funkcję, zwłaszcza gdy we wrześniu 1943 r., po podpisaniu włosko-alianckiego zawieszenia broni, Włochy przeszły w całości pod okupację niemiecką.

    Z tamtego okresu, w historii rzymskiej gminy żydowskiej szczególnie zapisało się wydarzenie z 27 września, gdy realizujący ideę „ostatecznego rozwiązania” we Włoszech SS-Obersturmbannführer Herbert Kappler zażądał od miejscowej wspólnoty 50 kg złota, które stanowić miało okup za odstąpienie od wywózki rzymskich Żydów do obozu zagłady w Auschwitz-Birkenau. Na zgromadzenie takiej ilości kruszcu dał on wspólnocie dobę, co wystarczyło, by zebrać 35 kg. Z prośbą o pozostałe 15 kg prof. Zolli zwrócił się w imieniu gminy do Ojca Świętego Piusa XII. Zanim jednak Ojciec Święty zdążył odpowiedzieć (pozytywnie zresztą), brakujące złoto podarowali Żydom oddolnie członkowie włoskich wspólnot katolickich (mimo wojennej nędzy udało im się przeprowadzić tak pokaźną zbiórkę w ekspresowym tempie).

    I choć gest ów nie ocalił wspólnoty spod ręki wiarołomnych Niemców (dwa tygodnie później wywieźli oni do obozu ok. 2 tys. rzymskich Żydów, a do końca okupacji liczba ta sięgnęła 10 tys.), stał się on dla Zolliego swoistym „stemplem chrześcijańskiej miłości”, duchowym potwierdzeniem drogi, ku której intelektualnie rabin skłaniał się już wcześniej.

    Równo rok później, 27 września 1944 r., w święto Jom Kippur Izrael Zolli po raz ostatni poprowadził nabożeństwo dla ocaleńców z żydowskiej gminy w Rzymie. A że jest to ostatnie jego nabożeństwo w roli Naczelnego Rabina, oznajmić miał Zolliemu… sam Pan Jezus, którego profesor ujrzał wówczas w mistycznej wizji. Później, w domu, okazało się, że widzenie miały również jego żona i córka. Nie śmiejąc polemizować z samym Mesjaszem, Zolli kilka dni później złożył rezygnację ze sprawowanej funkcji. O tym, co było dalej napisałem już na początku.

    „Wy, którzy urodziliście się w religii katolickiej, nie zdajecie sobie sprawy z ogromnego skarbu, jakim jest wiara i łaska Chrystusa, które posiadacie już od dzieciństwa. Ktoś, kto tak jak ja, dotarł do łaski wiary po długim okresie poszukiwań, docenia wielkość tego daru i przeżywa ogromną radość bycia chrześcijaninem” – mawiał później Eugenio Zolli, pytany o łaskę, którą otrzymał. Może więc i my powinniśmy się nieco bardziej radować?

    Karol Wojteczek/Aleteia.pl

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Andre Frossard – Człowiek, który widział Boga!

    André Frossard z Janem Pawłem II

    ***

    Andre Frossard, uznany dziennikarz i pisarz, jako wytrawny ateista nie wierzył w Boga. To, co wpłynęło na jego szok i przemianę oraz wiarę w Boga było wyjątkowym darem namacalnego poznania Stwórcy, którym to sam Bóg go obdarował.

    W momencie kiedy stanął w obecności Najświętszego Sakramentu i został dotknięty promieniującym światłem radości życia i miłości tajemnicy Boga w Trójcy Jedynego, wtedy stało się dla niego oczywiste, że tylko w Kościele katolickim jest całą prawdą, którą Bóg objawił ludzkości…

    Andre Frossard (ur. 14 stycznia 1915, zm. 2 lutego 1995), dziennikarz, pisarz i filozof, był przyjacielem Jana Pawła II, członkiem Akademii Francuskiej, a od 1962 r. redaktorem naczelnym Le Figaro Magazine, jednego z najbardziej opiniotwórczych tygodników europejskich. Należał do najsłynniejszych i najbardziej wpływowych pisarzy i dziennikarzy w Europie. W czerwcu 1935 r. doświadczył gwałtownego nawrócenia, stając się w jednym momencie z zagorzałego ateisty żarliwym katolikiem i niezwykle skutecznym apologetą chrześcijaństwa.

    W okowach idiotycznego ateizmu

    A. Frossard od dzieciństwa był wychowywany w atmosferze ateistycznej ideologii zwalczającej wszelkie przejawy religijności, a szczególnie Kościół katolicki. Jego ojciec, Ludwik Oskar Frossard, był znanym francuskim politykiem i ateistą. To właśnie on w 1920 r. założył Francuską Partię Komunistyczną i został jej pierwszym sekretarzem. Matka Andrego była niepraktykującą protestantką, a jego babka Żydówką. Młody Frossard uważał Kościół katolicki za ostoję ciemnoty i zacofania. Od trzynastego roku życia czytał dzieła Woltera i Rousseau, a jego serce i umysł przesiąkał zawarty w nich jad kłamstwa i wrogości do Kościoła katolickiego oraz chrześcijaństwa.

    “Ateizm przybiera wiele form” – pisał A. Frossard. “Jest ateizm filozoficzny, który wcielając Boga w przyrodę, odmawia Mu odrębnej osobowości i umieszcza wszystkie rzeczy w zasięgu ludzkiej inteligencji; nic nie jest Bogiem, wszystko jest boskie.

    Ten ateizm prowadzi do pan-teizmu pod postacią jakiejś ideologii.

    Ateizm naukowy odrzuca hipotezę Boga, jako nieodpowiednią w badaniach, i usiłuje wyjaśnić istnienie świata tylko poprzez właściwości materii, nie pytając, skąd ona sama pochodzi.

     Jeszcze bardziej radykalny ateizm marksistowski nie tylko neguje Boga, ale posłałby Go na urlop, nawet gdyby istniał. Jego natrętna obecność przeszkadzałaby w wolnej grze woli człowieka.

    Istnieje również ateizm najbardziej rozpowszechniony, który dobrze znam – to ateizm idiotyczny. Taki był mój ateizm. Ateizm idiotyczny nie stawia sobie pytań. Uważa za naturalne przebywanie człowieka na ognistej kuli pokrytej cienką warstwą suchego błota i obracającej się wokół swojej osi z prędkością ponaddźwiękową dookoła Słońca – czegoś w rodzaju bomby wodorowej, unoszonej przez miliardy lampionów (gwiazd) o zagadkowym pochodzeniu i nieznanym przeznaczeniu”.

    Tajemnica nawrócenia

    W 1935 r. dwudziestoletni Andre Frossard pracował w Paryżu jako początkujący dziennikarz. Chociaż był ateistą, to jednak zaprzyjaźnił się z praktykującym katolikiem Andrzejem Villeminem, który bezskutecznie starał się doprowadzić go do wiary w Boga. Ósmego czerwca 1935 r. Villemin zaprosił Frossarda na obiad. Pojechali do centrum Paryża rozklekotanym samochodem. Zatrzymali się na rue d’Ulm przed małym kościołem, w którym trwała nieustająca adoracja Najświętszego Sakramentu. Villemin poprosił Frossarda, aby na niego poczekał kilka minut, ponieważ ma ważną sprawę do załatwienia w kościele. Po pewnym czasie zniecierpliwiony czekaniem Frossard wszedł do kościoła. Stanął z tyłu i patrząc na klęczących ludzi, bezskutecznie próbował odnaleźć swojego przyjaciela.

    Kiedy spojrzał na główny ołtarz, jego uwagę przykuł wystawiony Najświętszy Sakrament. Nie wiedział, co to jest, gdyż po raz pierwszy w życiu widział monstrancję z Najświętszym Sakramentem.

    Nagle, w sposób niewytłumaczalny i całkowicie niezależny od niego, Frossard czuje, że w jego wnętrze wnika jakaś tajemnicza moc, która uwalnia go od duchowej ślepoty spowodowanej przez ateizm i umożliwia mu doświadczenie istnienia innego świata, bardziej rzeczywistego aniżeli ten, który poznajemy naszymi zmysłami.

     “Przede wszystkim zostają mi dane słowa duchowego życia – pisze Frossard – (…) słyszę je jakby wypowiadane obok mnie cichym głosem przez osobę, która widzi, czego ja jeszcze – nie widzę”.

     Po usłyszeniu tych słów Frossard zostaje ogarnięty nadprzyrodzoną rzeczywistością, promieniującą wprost od Najświętszego Sakramentu.

    “Jest to niezniszczalny kryształ o nieskończonej przejrzystości – próbuje opisać to doświadczenie A. Frossard – jasności prawie nie do zniesienia lekko niebieskiego światła (jeden stopień więcej byłby mnie uśmiercił). To jest inny świat o takim blasku i realności, że nasz świat wydaje się przy nim podobny do rozwiewających się cieni sennych marzeń. Tę nową rzeczywistość i prawdę widzę z ciemnego brzegu, na którym stoję. To jest ład we wszechświecie, a na jego szczycie jest Oczywistość Boga. która jest Obecnością i Osobą. Jeszcze przed sekundą zaprzeczałem Jej istnienia. Chrześcijanie nazywają ją »naszym Ojcem«.

     Doświadczam Jej łagodnej dobroci i łaskawości, której nie jest w stanie dorównać żadna inna. Łagodność ta jest zdolna przemienić każde ludzkie serce – również takie, które jest twardsze od najtwardszego kamienia. Temu wtargnięciu rzeczywistości Boga towarzyszy radość, która jest entuzjazmem uratowanego od śmierci, w samą porę wydobytego z oceanu rozbitka.

     Dopiero teraz uświadamiam sobie, w jakim błocie byłem pogrążony, i dziwię się, jak mogłem tam żyć i oddychać.

    Jednocześnie zostałem obdarowany nową rodziną, a jest nią Kościół katolicki. Jego zadaniem jest prowadzenie mnie tam, dokąd muszę iść, gdyż pozostaje mi do przebycia jeszcze kawał drogi (…). Kościół jest wspólnotą; w niej obecny jest Jedyny, którego imienia nigdy więcej nie będę mógł napisać bez trwogi, że zranię Jego miłość.

     Stoję przed Nim jak dziecko, któremu przypadło w udziale szczęście otrzymania przebaczenia” (Istnieje inny świat, s. 39-40).

    Przy swoim nawróceniu Frossard odkrył, że Kościół katolicki długo przedtem sformułował to, co zostało mu objawione w inny sposób. Pisze:

     “To była dla mnie osobliwa sytuacja, dająca się porównać z tą, gdyby Krzysztofowi Kolumbowi powracającemu z Ameryki starzy kartografowie królowej Izabeli (którzy nigdy nie opuścili swoich pracowni) objaśniali jego odkrycia z najdrobniejszymi szczegółami, podając dokładnie położenie wsi i plantacji” (tamże. s. 144).

    Tylko Bóg istnieje, a wszystko inne jest jedynie hipotezą

    A. Frossard wielokrotnie opisywał swoje doświadczenie spotkania znadprzyrodzoną rzeczywistością, gdyż miał świadomość, jak bardzo ubogi i nieporadny jest w tym względzie ludzki język. Warto zapoznać się z innym opisem jego nawrócenia, w którym zostały uwydatnione inne aspekty tego nadzwyczajnego doświadczenia. W książce Bóg i ludzkie pytania czytamy:“Wszedłem do kaplicy jako ateista, a w kilka minut później wyszedłem z niej jako chrześcijanin – i byłem świadkiem swojego własnego nawrócenia, pełen zdumienia, które ciągle trwa”.

    Frossard podkreśla, że to doświadczenie nie było jakimś odkryciem intelektualnym, ale miało charakter doświadczenia fizycznego i prawie laboratoryjnego: “Byłem (…) ateistą, kiedy przechodziłem przez drzwi kaplicy, i pozostawałem nim nadal w jej wnętrzu. Obecni tam ludzie, widziani pod światło, rzucali tylko cienie, między którymi nie mogłem odróżnić swojego przyjaciela, i coś w rodzaju słońca promieniowało w głębi kaplicy. Nie wiedziałem, że był to Najświętszy Sakrament.

    Nie doznałem nigdy zmartwień miłosnych ani niepokoju, ani ciekawości. Religia była starą chimerą, a chrześcijanie gatunkiem opóźnionym na drodze historycznej ewolucji. (…) Jeszcze dzisiaj widzę tego dwudziestoletniego chłopca, którym wtedy byłem. Nie zapomniałem jego osłupienia, kiedy nagle wyłaniał się przed nim z głębi tej skromnej kaplicy świat, inny świat – o blasku nie do zniesienia, o szalonej spoistości, którego światło objawiało i jednocześnie zakrywało obecność Boga, tego samego Boga, o którym jeszcze przed chwilą przysięgałby, że istnieje tylko w ludzkiej wyobraźni.

     Jednocześnie spływała na niego fala słodyczy zmieszanej z radością – o mocy, która może skruszyć serce i której wspomnienie nigdy nie zaniknie, nawet w najgorszych chwilach życia, niejednokrotnie przenikniętych lękiem i nieszczęściem.

    Odtąd nie stawia sobie innego zadania, jak tylko świadczyć o tej słodyczy i o tej rozdzierającej czystości Boga, który mu pokazał owego dnia przez kontrast, z jakiego błota został ulepiony… Owym światłem, którego nie ujrzałem cielesnymi oczyma, nie było to, jakie nas oświeca lub powoduje opalanie. To było światło duchowe, tzn. światło pouczające – jakby żar prawdy. Odwróciło ono definitywnie porządek rzeczy.

    Od chwili kiedy je ujrzałem, mógłbym powiedzieć, że dla mnie tylko Bóg istnieje, a wszystko inne jest jedynie hipotezą(…). Podkreślam: to było obiektywne doświadczenie, prawie z dziedziny fizyki, i nie mam nic cenniejszego do przekazania, jak tylko to: poza tym światem, który nas otacza i którego cząstką jesteśmy, odsłania się inna rzeczywistość, nieskończenie bardziej konkretna niż ta, w której na ogół pokładamy ufność. Jest ona ostateczną rzeczywistością, wobec której nie ma już pytań” (ss. 21-24).

    Od momentu nawrócenia dla A. Frossarda pierwszym, najważniejszym i najbardziej naglącym zadaniem w życiu było uwielbienie Boga za Jego miłość i miłosierdzie. Był pewny, że na ziemi istnieje tylko jedna rzeczywista nadzieja, a daje nam ją wyłącznie Jezus Chrystus – i dlatego trzeba o niej mówić wszystkim ludziom.

    Jak to jest możliwe?

    “Jak to jest możliwe – pytał się sam siebie A. Frossard – że młody człowiek, wychowany w atmosferze ateistycznych przesądów nieprzyjaznych Bogu, chrześcijaństwu i Kościołowi, mógł w jednym momencie stać się żarliwym katolikiem?

    Bezmyślnie wszedł do kościoła, w którym wystawiony był Najświętszy Sakrament, a – kiedy z niego wychodził, przepełniony był niesamowitą radością z odnalezienia prawdy o istnieniu Boga i entuzjazmem do dzielenia się z całym światem tym niesamowitym odkryciem. To było doświadczenie realnej obecności tajemnicy Boga, który jest jeden w trzech Osobach, jedynym źródłem istnienia całej rzeczywistości, utrzymującym wszechświat w harmonii istnienia, udzielającym ludziom zdolności myślenia i odczuwania piękna”.

    Andre Frossard podkreśla, że nie był to sen czy jakieś urojenie, lecz obiektywne doświadczenie bez udziału wyobraźni, bez wytwarzania sobie obrazów.

    Po wielu latach napisał: “Radość przeszła nade mną jak fala światła z nieprzepartą, a zarazem delikatną siłą (…). Towarzyszyłem swojemu własnemu nawróceniu ze zdziwieniem, które jeszcze trwa”. To zdziwienie trwało aż do ostatnich chwil jego ziemskiego życia.

    Wyjątkowość natychmiastowego nawrócenia A. Frossarda wynikała również z faktu, że w ogóle nie znał on nauki Kościoła katolickiego; był całkowitym ignorantem w tej dziedzinie. W momencie kiedy stanął w obecności Najświętszego Sakramentu i został dotknięty promieniującym światłem radości życia i miłości tajemnicy Boga w Trójcy Jedynego, wtedy stało się dla niego oczywiste, że tylko w Kościele katolickim jest cała prawda, którą Bóg objawił ludzkości.

     Po tym nadzwyczajnym doświadczeniu Frossard wiedział, że istnieje inny świat, którego nie możemy poznać naszymi zmysłami, że jest jeden Bóg w Trzech Osobach, że katolicki Kościół jest instytucją boską, a my mamy wolność wyboru i możemy przyjąć lub odrzucić zbawienie, które ofiarowuje nam Bóg.

    “W tym dniu stałem się katolikiem od stóp do głów, katolikiem ponad wszelką wątpliwość – a nie protestantem ani muzułmaninem, ani żydem” – pisze A. Frossard. “Byłem tak mocno zaskoczony, widząc siebie przy wyjściu z kościoła katolikiem, jakbym był zaskoczony, znajdując siebie przy wyjściu z ogrodu zoologicznego, żyrafą.

     Żadna instytucja nie była mi bardziej obca niż Kościół katolicki, mógłbym nawet powiedzieć: żadna bardziej niesympatyczna (…). Była dla mnie tak daleka jak Księżyc lub Mars. Wolter nie powiedział mi o niej nic dobrego, a od mego trzynastego roku życia nie czytałem prawie nic innego prócz Woltera i Rousseau. Nagle zostałem oddany Kościołowi, przekazany i powierzony jak nowej rodzinie, z poleceniem podjęcia dalszego ciągu życia na jego rachunek” (Istnieje inny świat, ss. 18-19). Po nawróceniu dla Frossarda cała otaczająca rzeczywistość, wszystkie wydarzenia oraz ludzie byli sposobem przemawiania i objawiania się Boga.

    Po nawróceniu

    Po wyjściu z kościoła, pamiętnego 8 czerwca 1935 r., A. Frossard spotkał Villemina i z wielkim przejęciem opowiedział mu o niezwykłym doświadczeniu, które przed chwilą przeżył. Rozradowany Villemin długo się nie zastanawiał i natychmiast zawiózł go do Anity i Stanisława Fumetów, w których domu spotykała się na modlitwie grupa młodych ludzi świeżo nawróconych na katolicyzm, w większości żydowskiego pochodzenia.

     Wszyscy oni w pewnym okresie swojego życia odkryli, że chrześcijaństwoto nie jest jakiś system idei czy moralności, ale Osoba zmartwychwstałego Jezusa Chrystusa, który żyje i działa w swoim Kościele. Wszyscy ci konwertyci odkryli Jezusa Chrystusa i osobiście się z Nim spotkali, doświadczyli Jego miłości tak, jak uczniowie z Emaus (por. Łk 24. 13-31).

     W czasie wspólnych spotkań mówili tylko o Chrystusie, gdyż każdy inny temat wydawał się im nudny i bez znaczenia. W lecie udawali się razem na dzień skupienia do sanktuarium w La Salette, gdzie w 1846 r. objawiła się płacząca Matka Boża.

    Po swoim nawróceniu Frossard dalej pracował jako dziennikarz, ale mało go już interesował świat. “Cud trwał miesiąc” – pisał. “Każdego ranka odnajdywałem z zachwytem to samo światło, przy którym bladło światło dnia. To samo, nigdy nie zapomniane, doświadczenie łagodnej dobroci, porządkujące całą moją teologiczną wiedzę” (Istnieje inny świat, ss. 39-40). Doświadczenie intensywności Bożego światła z upływem czasu stawało się coraz mniejsze, aż do całkowitego wygaśnięcia, ale Andre nie został osamotniony. Został obdarowany prawdą w inny sposób: znalazłszy Boga – miał Go nieustannie poznawać na drodze wiary.

    Po przyjęciu chrztu Frossard znajdował się w szczęśliwym stanie dziecięcej niewinności. A. Fumet została jego chrzestną matką. Łaska nawrócenia oraz sakramentu chrztu sprawiły, że stał się duchowo dzieckiem, którym – jak wyznał – nigdy przedtem nie był.

    Dokładnie tak, jak powiedział Jezus: “Jeśli się nie odmienicie i nie staniecie jak dzieci, nie wejdziecie do królestwa niebieskiego” (Mt 18, 3). Zdolność zachwytu i podziwu należy do istotnych cech bycia duchowo dzieckiem. Dla A. Frossarda stało się oczywiste, że nie znajdzie się Boga, jeżeli z góry wyklucza się istnienie niewyrażalnego piękna, które tylko duchem jesteśmy w stanie odkryć i duchem tylko możemy go doświadczyć.

    Ojciec Andrego dopiero po pewnym czasie pogodził się z faktem, że jego syn stał się katolikiem i zaproponował mu prowadzenie rubryki w jego najnowszej gazecie.

    Frossard szukał swego miejsca w życiu i drogi powołania. Po krótkim pobycie w klasztorze Trapistów w Citeaux stwierdził, że nie ma powołania do tego zakonu.

    1.09.1936 r. Andre rozpoczął zawodową służbę w marynarce wojennej. Został mianowany sekretarzem i przydzielono go do pracy w urzędzie ministerstwa marynarki wojennej w Paryżu. Prowadził życie mnicha w świecie. Każdego dnia wcześnie rano uczestniczył we Mszy św. w kościele św. Magdaleny. W ministerstwie w wolnych chwilach odmawiał brewiarz dla świeckich. W południe przez godzinę adorował Najświętszy Sakrament u św. Rocha, a później szedł na obiad do małej restauracji. Po południu, podczas przerwy w pracy, odmawiał różaniec, który zawsze wydawał mu się zbyt krótki. Po godzinach służbowych czytał Pismo św. oraz dzieła św. Teresy z Avila.

    Ten młody człowiek każdego dnia sześć godzin spędzał na modlitwie, a resztę swego wolnego czasu poświęcał na duchową lekturę. Sprawy związane z Bogiem, z życiem duchowym stały się jego naturalnym żywiołem. “Czy ryba skarży się, że połyka za dużo wody?” – tak odpowiadał wszystkim, którzy mówili mu, że przesadza z modlitwą.

    Po wybuchu drugiej wojny światowej Frossard został powołany do służby na statku pocztowym “Cuba”, który pływał pomiędzy Marsylią a Antylami. Po kapitulacji Francji, w styczniu 1941 r., wrócił z Porte-de-France do Marsylii. Dzięki protekcji swojego ojca znalazł pracę na stanowisku dyrektora filii przedsiębiorstwa transportowego w Lyonie. Zaangażował się również w ruch oporu przeciwko hitlerowskim Niemcom.

    W tym samym czasie spotkał w Lyonie dziewczynę, którą pokochał i poślubił. W niespełna rok po swoim ślubie, w 1943 r., kiedy jego pierworodne dziecko miało trzy miesiące, Frossard został aresztowany przez gestapo za działalność konspiracyjną i osadzony w niemieckim więzieniu Fort Montluc. Podczas koszmarnych miesięcy spędzonych za kratami zrozumiał, że duchowej wolności nikt nie może człowiekowi odebrać. Jako jeden z nielicznych więźniów przeżył. Został zwolniony wiosną 1945 r.

    Istnieje Prawda i ta Prawda jest Osobą

    Kiedy pamiętnego czerwca 1935 r. A. Frossard przypadkowo wszedł do kaplicy, był beztroskim młodzieńcem i pewnym siebie marksistą-ateistą. Nie miał metafizycznych niepokojów i miłosnych niepowodzeń. W jednym momencie nastąpiło jego całkowite duchowe przeobrażenie. Pisał, że doświadczył radości “uratowanego od śmierci, właśnie w samą porę wyłowionego rozbitka”.

    Patrząc na Najświętszy Sakrament, doświadczył obecności osobowego Boga, którego istnieniu zaprzeczał jeszcze przed sekundą. Światło oślepiającej czystości i miłości Boga odsłoniło całą jego nędzę. Dopiero wtedy uświadomił sobie, w jakim błocie grzechów oraz bezwstydnej i zarozumiałej ignorancji był pogrążony. Dziwił się, jak mógł w takim stanie żyć i oddychać. W świetle tajemniczego Bożego światła promieniującego z Eucharystii mógł zobaczyć całą swoją nędzę i ze szczerą skruchą powierzyć się Bożemu Miłosierdziu. Zrozumiał, że ze wszystkich darów Boga największym i najbardziej zdumiewającym jest Jego miłosierna miłość ogarniająca wszystkich ludzi, a szczególnie największych grzeszników.

    O tym niezwykłym doświadczeniu istnienia innego świata oraz swojego nawrócenia A. Frossard milczał do 1969 r. Dopiero po trzydziestu czterech latach intensywnej pracy, kiedy już był sławnym dziennikarzem i pisarzem, odważył się po raz pierwszy opisać swoje nawrócenie w książce Dieu existe, je I ‘ai rencontre (Bóg istnieje, spotkałem Go). Miał słuszne przekonanie, że dzięki zdobytemu autorytetowi opis jego nawrócenia nie zostanie odebrany jako przeżycie jakiegoś szaleńca.

    I tak się rzeczywiście stało: książka Dieu existe, je l’ai rencontre w krótkim czasie stała się światowym bestsellerem. Po jej przeczytaniu kard. Wojtyła spotkał się z autorem i od tego czasu stali się z Andre Frossardem bliskimi przyjaciółmi. Na początku swojego pontyfikatu Jan Paweł II poprosił Andrego Frossarda. aby przeprowadził z nim wywiad. Był to pierwszy w historii wywiad z papieżem. W ten sposób powstała książka N’ayez pas peur (Nie lękajcie się!), drugi światowy, bestseller.

    Po opublikowaniu książki “Bóg istnieje, spotkałem Go” Frossard napisał dzieła o istnieniu życia pozagrobowego: II y a a un autre monde, oraz o istnieniu diabła: 36 preuves que le diable existe (36 dowodów na istnienie diabła).

    “Co mogę zrobić, skoro Bóg istnieje, skoro chrześcijaństwo jest prawdziwe, skoro jest życie pozagrobowe?” – mówił w wywiadzie z V. Messorim. – “Co mogę tutaj zrobić, skoro istnieje Prawda i ta Prawda jest Osobą, która chce być poznaną, która nas kocha i która nazywa się Jezus Chrystus? Nie mówię tego na podstawie hipotez, w sposób wyrozumowany, na podstawie tego, co słyszałem, iż mówiono. Mówię o tym z doświadczenia. Widziałem.

    Nie wiem, dlaczego wybrano właśnie mnie, abym był świadkiem naocznym tego, co się ukrywa za powierzchownością świata. Wiem tylko, że mam obowiązek świadczenia. Jestem skazany na mówienie, jestem przynaglany z łagodnością, ale uporczywie potrzebą recytowania lekcji, jakiej Bóg mi udzielił w owym wstrząsającym spotkaniu, latem 1935 roku, w nieznanej kaplicy w centrum Paryża.

    Kiedy się “wie, że Bóg istnieje, że Jezus jest jego Synem, że jesteśmy oczekiwani po śmierci, że na tej ziemi nigdy nie będzie innej nadziei poza Ewangelią; kiedy się to wie, trzeba o tym mówić. Zrobiłem to i w dalszym ciągu będę to robił, aż do chwili, kiedy pójdę kontemplować na zawsze to, co było mi dane zobaczyć podczas owych minut, kiedy czas został dla mnie zatrzymany” (Pytania o chrześcijaństwo).

    Andre Frossard świadczył z odwagą o swoim doświadczeniu Boga aż do śmierci 2.02.1995 r. Od tamtej chwili na zawsze wszedł w rzeczywistość, której istnienia wcześniej doświadczył, a o której czytamy w Piśmie św.: “Ani oko nie widziało, ani ucho nie słyszało, ani serce człowieka nie zdołało pojąć, jak wielkie rzeczy przygotował Bóg tym. którzy Go miłują” (1 Kor 2, 9).”.

    ks. Mieczysław Piotrowski TChr/Miłujcie się!

    Trzej konwertyci w Paryżu
     Nasłynniejszy (i cięty) publicysta polityczny Francji; dyrektor jednego z najbardziej poczytnych i miarodajnych tygodników Europy, “Le Figaro Magazine”; kardynał arcybiskup Paryża. Tercet nadzwyczajnych osobistości, na scenie jednej ze stolic świata: nawrócony na chrześcijaństwo z ateizmu marksistowskiego (André Frossard); nawrócony z pogaństwa Nowej Prawicy (Louis Pauwels); nawrócony z judaizmu (Jean-Marie Lustiger).Na pewno warto było pójść, aby ich wysłuchać: chociaż tak bardzo odmienni, ich historie świadczą o spotkaniu z tą samą Tajemnicą; i ukazują, jak również dzisiaj, z kultur bardzo różnych, można dojść do chrześcijaństwa z zaangażowaniem, które wciąga całe życie. Ponawia się więc także dzisiaj to zjawisko nawrócenia (niekiedy niespodziewane i dramatyczne, jak w wypadku Frossarda i Pauwelsa), które naznaczało całą historię chrześcijańską, od św. Pawła do naszych czasów. I to właśnie często z ust konwertytów — którym został dany “dar zdumienia” wobec Ewangelii — słyszy się najbardziej znaczące świadectwa.
     
    Andreu FrossardPrzypadek André Frossarda, pisarza i dziennikarza jednego z najsławniejszych we Francji (każdego rana publikuje na pierwszej stronie “Le Figaro” ostry felieton) jest jednym z najbardziej tajemniczych i niepokojących: gwałtowne nawrócenie na katolicyzm, którego w żaden sposób nie było można przewidzieć. Jego babka była Żydówką, matka protestantką, a ojciec nie był nawet ochrzczony. Ten ojciec, Ludwik Oskar Frossard, był zaalpejskim Gramscim: niegdyś lider socjalistów, w 1920 roku założył Francuską Partię Komunistyczną, której był pierwszym sekretarzem generalnym. Syn André, również ateista, w wieku dwudziestu lat, wszedłszy przypadkowo do kościoła katolickiego w poszukiwaniu przyjaciela, został zaskoczony niewysłowionym doznaniem: zasłona, która się rozdziera, widzenie “twarzą w twarz” Boga, zaświatów, życia wiecznego.– Wszedłem do tej kaplicy przypadkowo, bez metafizycznych niepokojów, zmartwień, problemów osobistych, miłosnych przykrości: byłem tylko spokojnym ateuszem, marksistą, beztroskim młodzieńcem, trochę powierzchownym, który miał na ten wieczór w programie randkę — opowiadał to także mnie. — Wyszedłem stamtąd po dziesięciu minutach, tak bardzo zaskoczony tym, iż stałem się niespodziewanie katolikiem, jak byłbym zdumiony odkrywając, iż jestem żyrafą lub zebrą po wyjściu z ogrodu zoologicznego. Właśnie dlatego, iż wiedziałem, że by mi nie uwierzono, milczałem przez ponad trzydzieści lat, pracowałem intensywnie, aby wyrobić sobie nazwisko jako dziennikarz i pisarz i aby mieć w ten sposób nadzieję, że nie zostanę wzięty za szaleńca, gdybym spłacił swój dług: opowiedział to, co mi się wydarzyło.Zrobił to, zachęcony między innymi przez Francois Mauriaca, dopiero w 1969 roku, kiedy wyszła książka (wszędzie natychmiast tłumaczona, stała się głośnym bestsellerem, którego sukces jeszcze trwa) Dieu existe, je l’ai rencontré (Bóg istnieje, spotkałem Go) 1. Ze zdziwieniem, świat odkrył apologetę chrześcijaństwa o nadzwyczajnej skuteczności i prestiżu; kogoś, kto, gdy mówił, nie robił tego na podstawie teorii lub rozumowania, ale ponieważ “widział i dotykał”. Nie przypadkiem pewnego dnia Jan Paweł II polecił wezwać André Frossarda i powiedział mu: “Proszę mi zadać jakieś pytania”. Powstał z tego pierwszy w historii wywiad z papieżem, drugi światowy bestseller pod znamiennym tytułem: Nie lękajcie się!Byłem redaktorem odpowiedzialnym działu prasowego wydawnictwa, które opublikowało włoskie wydanie Bóg istnieje, spotkałem Go. Do mnie więc należało organizowanie autorowi konferencji prasowych, wywiadów, dyskusji. Znaliśmy się więc; nigdy jednak nie mogliśmy porozmawiać w cztery oczy, o jego nadzwyczajnym doświadczeniu, tak osobliwym dla kogoś, kto poszukuje prawdy chrześcijaństwa, ponieważ pali argumentacje i dowody teoretyczne, aby uczynić ją konkretnością życia. Nadarzyła mi się okazja, kiedy Frossard po obwieszczeniu, że “Bóg istnieje”, i po chęci udowodnienia, że istnieje życie pozagrobowe (Il y a un autre monde 2), zamierzał także dowieść istnienia diabła, publikując kolejną książkę pod prowokacyjnym tytułem: 36 preuves que le diable existe 3.Udałem się więc, aby odwiedzić go w jego domu przy głównej alei paryskiego przedmieścia Neuilly-sur-Seine. Kiedy taksówka przemierzała Étoile z Łukiem Triumfalnym, aby skierować się na Défense, skupiska drapaczy chmur, gdzie Paryż małpuje Nowy Jork, myślałem, że nie jest łatwo uporać się z Frossardem. “Konwertyci bywają zawadą i są nudni: dla niewierzących, ale również dla niektórych wierzących”, stwierdził kilkakrotnie. Dla jednych ten człowiek jest problemem, dla innych zagadką: dziennikarz obdarzony sukcesem, jeden z najbardziej znanych i budzących lęk we Francji (jeden jego artykuł może wpędzić w kłopoty potężnych w kraju), wydający książkę, w której oznajmia, z nieugiętą pewnością, że Bóg jest oczywistością, faktem, Osobą spotkaną nieoczekiwanie na ulicy!…Pewnie, może zdarzyć się czytanie podobnych rzeczy: ale w broszurach drukowanych prywatnie, pod firmą nieznanych wizjonerów; nie w książkach publikowanych przez największych wydawców świata i podpisanych przez mającego stałą kolumnę dziennikarza, oklaskiwanego i ironicznego. Jest zrozumiałe, dlaczego wielu byłoby zainteresowanych pozbyciem się tego człowieka: niektórzy katolicy, ponieważ takie tajemnicze nawrócenie nie wchodzi w zakres schematu chrześcijaństwa obecnie zracjonalizowanego, które wyklucza “piorun” z Nieba; wielu laików, ponieważ samo istnienie Frossarda stanowi niepokojący znak zapytania. Coś, co skłania niemało ludzi do stawiania sobie pytania, może z dreszczem niepokoju: “A jeżeli to jest prawda? A jeżeli Frossard ma rację?”Za wielkimi szybami jego domu rozmawialiśmy o reakcjach (odmiennych, ale zawsze skrajnych, entuzjazmach i wybuchach gniewu), jakie wywołują jego książki.– Ale co ja mogę zrobić? — powtarza wsuwając któryś z kolei papieros w czarną cygarniczkę (tylko groźba ekskomuniki ze strony papieża mogłaby go skłonić do zaprzestania… — mówi żona). — Co mogę zrobić, skoro Bóg istnieje, skoro chrześcijaństwo jest prawdziwe, skoro jest życie pozagrobowe? Co mogę tutaj zrobić, skoro istnieje Prawda i ta Prawda jest Osobą, która chce być poznaną, która nas kocha i która nazywa się Jezus Chrystus? Nie mówię tego na podstawie hipotez, w sposób wyrozumowany, na podstawie tego, co słyszałem, iż mówiono. Mówię o tym z doświadczenia. Widziałem. Nie wiem, dlaczego wybrano właśnie mnie, abym był świadkiem naocznym tego, co się ukrywa za powierzchownością świata. Wiem tylko, że mam obowiązek świadczenia.I jeszcze:– Jestem skazany na mówienie, jestem przynaglany z łagodnością, ale uporczywie potrzebą recytowania lekcji, jakiej Bóg mi udzielił w owym wstrząsającym spotkaniu, latem 1935 roku, w nieznanej kaplicy w centrum Paryża.Potem, jakby skandując słowa:– Kiedy się wie, że Bóg istnieje, że Jezus jest jego Synem, że jesteśmy oczekiwani po śmierci, że na tej ziemi nigdy nie będzie innej nadziei poza Ewangelią; kiedy się to wie: trzeba o tym mówić. Zrobiłem to i w dalszym ciągu będę to robił, aż do chwili, kiedy pójdę kontemplować na zawsze to, co było mi dane zobaczyć podczas owych minut, kiedy czas został dla mnie zatrzymany.Podczas tego nadzwyczajnego doświadczenia (ale, chwilami, także przez jakiś czas potem) Frossard “widział” tamten świat, który jest ledwie za zasłoną, rzeczywistość, która czeka nas wszystkich:– Na ulicach spostrzegałem wyraźnie, że przechodnie chodzili na krawędzi nieskończoności, że prędzej lub później wpadną w to światło niezniszczalnego kryształu, nieskończonej przeźroczystości, jasności i słodyczy nie do zniesienia, które było mi dane zobaczyć, rozumiejąc natychmiast, że było to światło Tego, którego chrześcijanie nazywają Ojcem naszym.– Ale dlaczego — zapytałem go — ten dostrzeżony Bóg był Bogiem chrześcijańskim, a nie Bogiem innych monoteizmów: judaizmu, islamu?– Nie, nie mógłbym spotkać Allacha: jego się nie spotyka, jest Niedostępny z definicji. Ani Jahwe, Boga Izraela (a w jednej czwartej jestem Żydem), tego, który co kilka wieków mówił do jakiegoś proroka, który wywoływał w nim przede wszystkim okropny strach. Tylko Bóg chrześcijański czyni spotkanie możliwym: jest jedynym Bogiem, qui se proportionne à nous 4, Bogiem tak bardzo pokornym, że daje się nam na pokarm. Bóg Starego Testamentu ukazuje się spowity i oddzielony od nas zasłoną Sacrum. Właśnie tylko dzięki Chrystusowi kurtyna świątyni, która zasłaniała Sancta Sanctorum, się rozdziera. Dzięki niemu alliance, przymierze z Izraelem, staje się alliage (mianowicie stopem, jakby metalu), w którym Bóg i cała ludzkość są stopieni w sposób nierozerwalny.Ale czy był umieszczony przez Jezusa, czy jedynie przez Boga w tym wstrząsającym zjawisku, w którym wszystko stało się dla niego jasne na zawsze?– Tylko Ojciec był przedmiotem oczywistości. Chrystus był konieczną konsekwencją wyciągniętą z doświadczenia tego Boga.Przeszedł więc do Boga chrześcijańskiego: ale dlaczego on, młody Frossard, syn szefa komunistów, również komunista, dał się nagle poznać, całkowicie, na zawsze, jako katolik, a nie protestant, prawosławny lub członek jakiejkolwiek innej wspólnoty o tradycji, która powołuje się na Chrystusa?– Nie wiem: wiem, że nie wybrałem naprawdę niczego. Ani wiary, ani tym bardziej Kościoła katolickiego. Mogę tylko powiedzieć, że poczułem z absolutną wyrazistością, iż ten Kościół stał się odtąd na przyszłość moim adresem domowym. Po tym przeżyciu pewien ksiądz objaśnił mi katechizm: odkryłem w ten sposób, że Rzym już od wieków ujął w formuły to, co ja zobaczyłem nagle w kaplicy. Wiedziałem już wszystko, jeszcze przed uczeniem się: byłem szukającym po tym, jak już znalazłem.Przybywszy tutaj, do tego mieszkania na spokojnym przedmieściu leżącym na obrzeżach paryskiego chaosu, z powodu pomyłki co do godziny spotkania, musiałem trochę czekać. Odbywał się akurat ruch ludzi: mężczyzn i kobiet, młodych i w podeszłym wieku. Z dyskrecją, ale z wytrwałością, Frossard jest doradcą duchowym dusz chwiejnych, przeżywających kryzys, poszukujących. Odkryłem, że przez ten dom przewijają się księża, siostry zakonne, chrześcijanie, ale także sławne i będące poza podejrzeniem nazwiska z kultury “laickiej”. Przychodzą tutaj, często anonimowo, aby znaleźć siłę lub szukać drogi, przyciągani przez wiarę, która opiera się na oczywistości. Wiarę, poza tym, wypróbowaną przez ponad pół wieku doświadczenia i świadectwa.– Frossard bulwersuje, niewątpliwie — mówił paryski pisarz agnostyk. — Ale gdyby “spotkanie”, o którym mówi, było tylko złudzeniem, pomyłką, czy jego skutki nie rozwiałyby się szybko? A tymczasem przez pięćdziesiąt lat ten człowiek żyje tak, jak w ciągu tych kilku minut mu “wskazano”. Jest to może jedyny możliwy dowód na to, że się nie pomylił.Frossard, powiedziałem mu, jest oskarżany coraz częściej o to, że jest jak te stare wina, które nie znoszą dojrzewania, mówią o nim, że staje się coraz bardziej agresywny w artykułach i książkach, powiadają, że teraz popisuje się pesymizmem. Odpowiedział spokojnie:– Jeżeli pesymistą jest ktoś, kto uważa, że rzeczy nie będą mogły skończyć się dobrze, wtedy chrześcijanin nie może być pesymistą. Chrześcijanin jest optymistą: ale apokaliptycznym. Wie, że w każdym przypadku wszystko skończy się dobrze. Ale nie tutaj. Tak, liberté, fratérnité, égalité skończą się triumfalnie, ale po spełnieniu pewnej małej formalności. Mianowicie po przejściu nie tylko przez koniec naszego życia ziemskiego, ale przez koniec samej ludzkości: przez drugi, ostateczny powrót Chrystusa. Oto czego oczekują wszyscy chrześcijanie, zgodnie z ich wiarą, w przyszłości, a co natomiast Kościoły “oficjalne” usiłują dzisiaj niejako ukryć, pozostawiając w ten sposób wolne pole dla rozpętywania się fantazji i majaczeń eschatologicznych sekt.Jego stosunki z niektórymi francuskimi katolikami nie są dobre, ale jak się wydaje, zupełnie go to nie martwi:– Dzisiaj w Kościele francuskim wielu, nawet biskupów, nie lubi Jana Pawła II. Tak więc, nie ośmielając się mówić o nim źle wprost, zdobywają się na to wobec przeprowadzającego z nim wywiad. Lub nawet wobec jego prefekta Kongregacji Wiary, kardynała Ratzingera, strzegącego ortodoksji katolickiej, którą wielu chciałoby dzisiaj zniszczyć.– Wielu jednak zarzuca mu — zauważyłem — że nie bierze dostatecznie na serio Soboru.– Wiem, wiem, i uważam to za bardzo śmieszne. Znudziłem się marksizmem już w 1935 roku: dostatecznie wcześnie, aby widzieć pierwszych księży zakochujących się w Karolu Marksie. To prawda, nie bardzo się podniecałem tym, co określano jako “rewolucyjne nowości” Soboru: wolność myśli, koniec antysemityzmu, ekumenizm, tolerancja… W sumie cały bagaż rewolucji francuskiej, odkryty przez katolików z prawie dwustuletnim opóźnieniem. Jeżeli byłem trochę nieuważny, to dlatego, że to były “nowości” może dla klerykałów, ale bynajmniej nie dla mnie. Byłem przekonany o tych rzeczach, odkąd zacząłem rozumieć, dzięki mojemu ojcu oraz ludzi ze środowiska socjalistycznego i komunistycznego. Proszę zważyć, że nikt nie może oskarżać mnie o to, iż jestem “tradycjonalistą”, ponieważ moją tradycją życiową i kulturalną nie są dekrety Soboru Trydenckiego, lecz Kapitał Marksa.W tym pełnym życia człowieku jest jakby nadmiar pasji, duch polemiczny, który z trudem ulega ewangelicznemu napominaniu do łagodności.– Dzisiaj krążą różne typy katolików — mówił między innymi. — Są urzędowi, dla których tym, co się liczy, jest aparat, machina kościelna; tradycjonaliści, którzy zamykają się w swojej wieży z kości słoniowej coraz bardziej grożącej zawaleniem; postępowcy, którzy rozpraszają wiarę w polityce i oklepanych frazesach socjologji. I następnie są ci, najliczniejsi, wzięci między wiele ogni, niepewni i skonsternowani. To właśnie wśród nich znajduję uszy skłonne do słuchania mnie. Interesuję się chrześcijaninem anonimowym, tym, który nie interesuje nikogo i jest przez wszystkich opuszczony. Walczę o zdrowy rozsądek w Kościele, o prostotę wiary, przeciwko mitom i utopiom oraz komplikacjom próżnującego intelektualisty.– Czy chodzi o całą tę dyskusję o relacjach ze “światem”, o ponowne chrześcijańskie odkrycie, że Wcielenie wymaga, aby historia ludzi była traktowana na serio?– A tymczasem nie, nie przypisuję światu całej powagi, jakiej żądałby od nas. Gdy spotyka się Boga, pierwszym odkryciem jest nieważność wszystkich rzeczy, które jeszcze dzisiaj chrześcijanie, z wyjątkiem oczywiście świętych, tak śmiesznie traktują na serio.– Ale problemy społeczne, engagement, zaangażowanie polityczne wierzącego?– Sądzę, że Bóg chrześcijański potrafi liczyć tylko do jednego: nie interesuje się masami, nie chodzi na kongresy ani tym mniej na zgromadzenia. Interesuje się tylko poszczególnymi, konkretnymi osobami. Pracuje za kulisami, w ciszy, sam na sam. Jest jedna historia, którą wszyscy widzimy, historia krwi, zamieszania, wściekłości. I jest historia ukryta, niewidzialna, z którą tylko co pewien czas zdarza się nam spotkać: historia miłosierdzia, miłości Boga do człowieka i miłości człowieka do Boga i do braci. To jest jedyny wymiar historii, który mnie interesuje.Jak Frossard czyta Biblię, on, który mówi, iż odnajduje w niej wymiar, jaki poznał przez bezpośrednie doświadczenie?– Czytam Pismo Święte w sposób możliwie najbardziej dosłowny, z prostego rozumowania: albo jest ono natchnione, a więc jest dziełem samego Boga, który posługuje się ludźmi jako pośrednikami; albo też nie jest natchnione. I wtedy jest książką historyczną, jak inne, chociaż dużo starszą, bardziej malowniczą.– Ten sposób podchodzenia do Biblii — zwracam mu uwagę — wygląda tak, jakby ignorował całą mozolną pracę egzegetyczną ostatnich dwóch wieków.– No tak, niektórzy bibliści, biedaczyska, często nie mają żadnego wyczucia tego, co Boskie. Zamknięci w uczonych badaniach, nie mają żadnego pojęcia o wspaniałości Boga. Ci panowie, którzy chcą “demitologizować” Biblię! Ils me font rigoler, sprawiają, że umieram ze śmiechu! Chcą Pismo Święte przekształcić w pewnego rodzaju La Fontaine’a tamtych czasów. Uważają, iż uczynią je bardziej zrozumiałe, a tymczasem czynią je niezrozumiałe i niepotrzebne, chyba że dla siebie i dla swoich katedr.Śmieje się:– Dziękuję Ci, Ojcze, że ukryłeś te rzeczy przed intelektualistami, a więc przed pewnymi teologami, przed pewnymi egzegetami!Wierzyć we “wszystko” w Piśmie Świętym, czytać je w sposób tak dosłowny, to znaczy wierzyć także w diabła; poświęcił mu książkę, w której chce ostrzec przed jego okropnym powrotem do nas.– Pewnie, że wierzę w diabła: jak można być chrześcijaninem i nie traktować poważnie rzeczywistości, która jest 147 razy wymieniona w Ewangeliach? I niech sobie gadają tak zwani eksperci, którzy, jak zwykle, mówią o “formach wyobrażeniowych”, o mitach związanych z pojęciami czasów starożytnych, ale dla uspokojenia przede wszystkim siebie.– Jak Frossard widzi przyszłość chrześcijaństwa?– Żyjemy w momencie nadzwyczaj poważnym, trzeba poświęcić wiele uwagi obronie wiary tych, którzy ją zachowali. Wierzyć dzisiaj z pewnością nie jest łatwo, wierzyć i chcieć postępować jak ryba, która wychodzi z wody, aby mieć wyobrażenie o świecie istniejącym ponad morzem.Nowe zainteresowanie młodych, powrót do Sacrum rozczarowanych pokoleń?– Młodzi są otwarci, ale, wydaje mi się, niezbyt przyciągani przez chrześcijaństwo. Może dlatego, że nie potrafimy przedstawić go, może dlatego, że zagubiliśmy już pasję przekonywania, świadczenia, nawracania.– Jaka stronica, jakie słowo Chrystusa jest panu najbardziej drogie?– Wszystkie, wszystkie: każde ma coś do powiedzenia każdemu człowiekowi, w każdej chwili życia. Powiem więcej: jak jestem przekonany o tym, iż Bóg zwraca się do jednostki, tak jestem również przekonany, że w Piśmie Świętym znajduje się jakieś słowo natchnione specjalnie dla każdego z nas. Ale gdybym został naprawdę przyciśnięty i musiał wybrać jedną przypowieść, wtedy opowiedziałbym się za przypowieścią o niewiernym włodarzu, o słudze, który kradnie i zostaje pochwalony przez pana. To jest wspaniałe: jest to wspaniałomyślność Boga nieskończenie bogatego, który chce być okradanym.Zastanawia się w milczeniu, a potem mówi:– Jest słowo Jezusa, które sprawia, iż zagłębiam się w otchłani. Mówiłem, że w moim doznaniu, tam w kaplicy, tylko Bóg był oczywistością, do Chrystusa musiałem dochodzić przez analogię, przez dedukcję. A więc, jest jedno jego słowo, które przekonało mnie na zawsze o jego boskości. Jest to owo straszne: “Boże mój, Boże mój, dlaczegoś mnie opuścił?” Czyż teologia nie twierdzi, że w osobie Jezusa współistniały dwie natury: boska i ludzka? A więc, na krzyżu — to on sam woła — że Bóg go opuścił. Przeto zrezygnował także ze swojej części boskości, ze swojego kontaktu z Ojcem. Tylko Bóg może posunąć się aż do tego stopnia rezygnacji, może uczynić z siebie dar tak całkowity. My zawsze zatrzymujemy coś dla siebie. On nie zachował niczego.Chciał powrócić do owej większości wierzących, do owego fundamentu katolickiego, któremu pragnie pomóc w ocaleniu wiary, narażonej na niebezpieczeństwo także przez ataki mniejszości postępowców i konserwatystów.– Chce pan wiedzieć, czym się różnią między sobą? “Postępowiec” jest to ktoś, kto spełnia wolę wszystkich, oprócz woli Boga; “konserwatysta” natomiast to ktoś, kto zawsze spełnia wolę Boga, czy Bóg chce, czy nie…Ten człowiek złośliwy, o inteligencji bystrej i kpiarskiej, w rodzaju Voltaire’a, ten autor artykułów żrących jak kwas, sprawia rzeczywiście wrażenie pokonanego ateisty, nagiętego do wierzenia w to, w co bez tego mocnego uderzenia nigdy by nie wierzył.– Jak może pozostać żywym człowiek, na którym spoczęło spojrzenie Boga? — pytał siebie współczesny filozof. Kieruję to pytanie do Frossarda. Śmieje się, odprowadzając mnie do drzwi:– Wystarczy nie brać siebie na serio. Wystarczy zdawać sobie sprawę z tego, że jest się mało znaczącym pionkiem w tajemniczej grze, której reguł nie znamy.
     
    Louis PauwelsOd konwertyty z lewicy, z marksizmu, z ateizmu, jakim jest André Frossard, do innego konwertyty — także z zaskoczenia, nieoczekiwanie — ale z radykalnej prawicy, z religijności pogańskiej. Spotkanie miało miejsce także w Paryżu.Wypadało mi przejść przez liczne sita — woźnych, sekretarki — aby dotrzeć do biura innego z pisarzy najbardziej znanych, dziennikarzy najpotężniejszych, ludzi najbardziej niepokojących we Francji: Louisa Pauwelsa, charyzmatycznego dyrektora “Le Figaro Magazine”. Z tego, co było tylko starym dodatkiem do dziennika paryskiego mieszczaństwa, Pauwels zrobił tygodnik najbogatszy, najbardziej poczytny, najbardziej wpływowy w kraju. Tygodnik popularny, zarazem kulturalny i polityczny, z dokładnie określonym kierunkiem rozwijanym w każdym numerze: zwalczanie lewicy, socjalistycznej i komunistycznej, oraz spór o zasady nowoczesnego liberalizmu. Wiedząc, że jestem w Paryżu i pragnąc zadać mi kilka pytań na temat mojej książki dopiero co przetłumaczonej na francuski, Pauwels przekazał mojemu wydawcy chęć spotkania się ze mną.Poszedłem; nieco uprzedzony, z różnymi wątpliwościami. Jego książki są znane w całym świecie, ale towarzyszy im — jak to powiedzieć? — pewien zapach siarki, atmosfera tajemnicy, silna woń pogaństwa. Z okultystą i ezoterystą Jacques Bergierem (również z zespołu międzynarodowego pisma “Planète”) Pauwels firmował bestsellery fascynujące a zarazem gwałtownie dyskutowane, jak Poranek magów lub Człowiek wieczny. Dzieła, które stanowią część ekwipunku owej Nowej Prawicy, która chciałaby skończyć z chrześcijaństwem i powrócić do indoeuropejskich bogów i herosów, w klimacie naznaczonym okultyzmem, jaki Pauwels uprawiał. Stąd moja sceptyczna ostrożność, której jednak towarzyszyła ciekawość: od jakiegoś czasu mówiło się o niespodziewanym nawróceniu pisarza na katolicyzm. Czy to możliwe? Sprawa, którą sami księża francuscy uważają za “niemodną” — i rzeczywiście niekiedy, to zadziwiające, do niej zniechęcają — jak nawrócenie? A poza tym, na katolicyzm? I to tego najbardziej zażartego międzynarodowego obrońcę pogaństwa? Podczas rozmowy poprosiłem więc samego Pauwelsa o potwierdzenie tych pogłosek. I zaskoczony, usłyszałem go mówiącego z prostotą: “Oui, je suis un converti. Tak, jestem nawróconym”. A więc także on, jak Frossard, ale przychodząc z “prawicy”, odkrył nagle chrześcijaństwo w jego pełni. A nawet najbardziej ortodoksyjny katolicyzm.Po tym nieoczekiwanym wyznaniu, spontanicznie, bez nalegania z mojej strony (był jeszcze w tej fazie żarliwości, w której jest pragnienie podzielenia się z tak wielu, jak tylko możliwe, wiadomością, iż odkryło się radość) Pauwels dodał:– Ten, kto mnie podejrzewał, iż jestem poganinem, miał rację. W tradycji judeochrześcijańskiej, ja, Europejczyk pochodzenia celtyckiego, instynktownie wyczuwałem coś radykalnie obcego. Jako bliskich odczuwałem filozofów epikurejskich, stoików grecko-rzymskich, byłem zafascynowany hinduizmem (najbardziej zhierarchizowaną i “rasistowską” spośród religii, z systemem kastowym), ale byłem alergicznie uczulony na profetyzm semicki. Proszę pomyśleć, kiedy stała się ta “Sprawa”, pisałem powieść pod tytułem Le malheur de famille: tym “nieszczęściem rodziny” był później syn patrycjusza rzymskiego z II wieku, który miał nieszczęsny pomysł nawrócenia się na chrześcijaństwo. Nie trzeba mówić, że stałem po stronie rodziców, którzy starali się wszelkimi sposobami zniechęcić młodzieńca do tego…”Sprawa” wydarzyła się w Południowej Ameryce, na kongresie: upadek na cementowe obrzeże basenu, złamanie, bardzo długie oczekiwanie na pomoc.– Byłem sam, wszyscy powrócili do hotelu na obiad. Gdy waliłem się na ziemię, czułem, że nie upadam przypadkowo: poczułem wyraźnie, że “Ktoś” mnie popchnął. I zrobił to, aby mi “coś” powiedzieć. Leżałem opuszczony na cemencie, połamany, ból był rozdzierający: a jednak byłem owładnięty ogromną, niewytłumaczalną radością. Kiedy wreszcie ktoś przybiegł i wyniesiono mnie na noszach, ciało było zranione, ale dusza nie posiadała się z radości. Było tak, jak gdyby narodzenie Chrystusa wydarzyło się dla mnie, w tym samym momencie: było to moje Boże Narodzenie, Boże Narodzenie we wrześniu. Po raz pierwszy w moim życiu doznawałem radości.Tylko jego twarz wyrafinowanego i sławnego intelektualisty była oświetlona abażurem na stylowym stoliku. Za drzwiami słychać było zamieszanie sekretarek, redaktorów, gońców, których posyłano po korekty i depesze z agencji. Nacisnął guzik, powiedział, że nie chce, aby mu przeszkadzano.– Poszedłem odwiedzić arcybiskupa Paryża, Lustigera. On także jest konwertytą: on z judaizmu, ja z pogaństwa. Zrozumiał mnie, podczas gdy wielu tak zwanych chrześcijan drwiło sobie ze mnie. Na koniec rozmowy, kardynał Lustiger powiedział, że chce mi podarować książkę, która jest mu bardzo droga. Myślałem, że chodzi o jeden z wielu jego esejów. Tymczasem był to egzemplarz katechizmu Soboru Trydenckiego. Wybór, który mi się bardzo spodobał: przez całe życie przeciwstawiałem się ideom konformistów; a na pewno nie jest konformistą kardynał dający ci w prezencie katechizm trydencki, który kształtował katolików przez ponad cztery wieki, teraz zaś jest wyrzucany na śmieci przez wielu wierzących posoborowych.Jeżeli przedtem zaskakiwał, teraz stawał się niepokojący:– Istnieje światowy spisek sił antychrześcijańskich, które dążą do osłabienia (a jeżeli to możliwe, do rozpuszczenia w humanizmie pięknych, ale bezsilnych słów), wiary katolików, do podzielenia Kościoła, do doprowadzenia do schizmy.Nie mogłem przynajmniej nie wyrazić mojego zakłopotania tego rodzaju “zakulisologią”.– Écoutez — odpowiedział prędko. — Proszę posłuchać: ja także byłem, i to przez całe życie, wrogiem chrześcijaństwa, Kościoła. Może mi pan wierzyć, gdy mówię o sprzysiężeniu potężnych sił, które knują w cieniu. Mówię to ze znajomością rzeczy. Nie dodaję niczego. Pan, który coś wie o mojej przeszłości, potrafi zrozumieć. Teraz, gdy prawda została mi dana, chcę poświęcić cały czas, jaki mi pozostaje, na bronienie przed wrogami zewnętrznymi i wewnętrznymi starego, cudownego Kościoła katolickiego. Dla tego, kto jest na zewnątrz, wydaje się on największą przeszkodą do przyjęcia Ewangelii. Przez długi czas tak było także dla mnie. Ale w chwili, w której “popchnięto mnie” abym upadł, zrozumiałem, jak w przebłysku, że tam teraz jest mój nowy, prawdziwy dom. Tak, właśnie Kościół jest trwałym cudem, który mnie teraz przyciąga. Pod warunkiem, że się uwolni od złudzenia, za którym gonili w tych latach niektórzy jego ludzie, iż zdobędą na nowo masy, wybierając łatwość, powierzchowność. W życiu duchowym nigdy nie zdobywa się w szerokości tego, co się traci w głębokości i w wysokości.Staliśmy już, zielone światło wreszcie zwalniało tłumek za drzwiami. Ale coś jeszcze leżało mu bardzo na sercu, chciał mi to powiedzieć:– Kiedy byłem młody, słyszałem jak mówiono, że chrześcijaństwo powinno być także społeczne. Później mówili mi, że powinno być przede wszystkim społeczne. Teraz, ktoś mówi, że powinno być wyłącznie społeczne. Co do mnie, nie zgadzam się z tym. Nie wybrałem, że zostanę chrześcijaninem, zostałem popchnięty (dosłownie) przez Kogoś, abym odkrył Ewangelię, której tak bardzo nie ufałem, abym wszedł do Kościoła. I abym w ten sposób zbawił się na wieczność, a nie bym zaczął być syndykalistą lub partyzantem. Dla historii wystarcza polityka: istotnie, po nawróceniu niczego nie zmieniłem w swoich dziennikarskich artykułach wstępnych. Dla życia pozagrobowego potrzebna i niezbędna jest religia.Milczałem, zakłopotany. Powiedział jeszcze, otwierając drzwi:– W wierze to, co jest proste, jest słuszne; to co jest skomplikowane, jest fałszywe. Zrozumienie tego otrzymałem w jednej chwili, na obrzeżu owego południowoamerykańskiego basenu.
     
    Jean-Marie LustigerSłyszeliśmy, że Pauwels, odepchnięty po nawróceniu przez pewne środowiska “katolickie”, udał się na poszukiwanie kogoś, kto by go zrozumiał, dlatego, że sam jest konwertytą. I poszedł odwiedzić go ni mniej ni więcej, tylko w salonach przy ulicy Barbet de Jouy, gdzie ma siedzibę kuria metropolitalna Paryża. Tutaj istotnie mieszka człowiek, który także należy do grupy wielkich niespodzianek przygotowanych przez Jana Pawła II. Pewnego pięknego dnia mianował on biskupem Orleanu, następnie arcybiskupem Paryża i wreszcie kardynałem, proboszcza z banlieu 5 Paryża, niegdyś kapelana studentów Sorbony. Trzeba stwierdzić, że Jean-Marie Lustiger jest człowiekiem ważnym, jest człowiekiem nauki, a zarazem ma doświadczenie duszpasterskie. Z dodatkową jeszcze wszelako osobliwością: jest Żydem. Nie jak Frossard, który po jednym dziadku, jednym przodku, ma jedną czwartą krwi żydowskiej; nie, on naprawdę został obrzezany, jest Żydem i synem polskich Żydów; kimś, kto miał matkę pochłoniętą przez piekło Auschwitz; kimś, kto nosił żółtą gwiazdę. I właśnie on jest teraz wyniesiony, wolą Papieża, na jedno z najbardziej prestiżowych stanowisk w Kościele powszechnym.Zdumienie tak wielką, błyskawiczną karierą, było przede wszystkim udziałem samego zainteresowanego, który — sam to potwierdził — papieża pierwszy raz spotkał osobiście po nominacji na diecezję Orleanu. Przed i po spotkaniu z monsignorem Lustigerem kręciłem się po Paryżu, odnajdywałem jego kolegów, starych znajomych, przedstawiano mi różnego rodzaju ludzi w milieu religijnym, kulturalnym, wydawniczym. Wszyscy (katolicy i nie, wierzący, ateiści, agnostycy) powtarzają to samo: wyrazy szacunku dla kardynała arcybiskupa, a zarazem stwierdzenie, że “tego Lustigera trudno jest zaklasyfikować według starego schematu [prawicy] i [lewicy]”.Dokładnie tak jak tego drugiego Polaka, Karola Wojtyłę, który go “odkrył” i rzucił w przygodę o nieprzewidywalnych zarysach. Jest kardynałem, który wzbudza wielkie nadzieje katolików pragnących ponownie odkryć swoją tożsamość, domagających się nowej czystości doktrynalnej, sprzeciwiających się pewnemu pesymizmowi co do losów chrześcijaństwa w byłej “najstarszej córce” Kościoła, jak nazywano Francję. Ale biskup “ponownego dośrodkowania doktrynalnego”, który podoba się temu, kto nie chce oddalać się od ortodoksji katolickiej (i który, jak słyszeliśmy, rozdaje katechizmy trydenckie), jest także poważanym i słuchanym rozmówcą lewicy instytucjonalnej lub ruchów studenckich, tak często buntujących się w tych stronach. Także niespokojna konferencja episkopatu francuskiego, wstrząsana niekiedy fermentami, które niepokoją Rzym, spogląda na niego jako na lidera szanowanego i słuchanego.Wśród wywiadów kardynała jest jeden dla dziennika izraelskiego, krótko po nominacji na stolicę arcybiskupią Paryża: jedna z niewielu okazji, w których Aaronowi Jean-Marie Lustigerowi (przyjmując chrzest chciał zachować imię pierwotne — Aaron, brat Mojżesza — i dołączyć inne dwa imiona, w pełni żydowskie a zarazem chrześcijańskie: Jan, Maria) udało się przezwyciężyć niechęć, wstyd i mówił obszernie o swojej historii.Rodzice imigranci z Polski, drobni kupcy, świadomi swojej żydowskości, ale agnostycy, w każdym razie nie praktykujący: “Rabini i księża — wszyscy opowiadają te same bętises, te same głupstwa”, powtarzano w domu.– A jednak otrzymałem świadomość Boga. Wystarcza, że w sercu dziecka rozbudzą się drobne “dlaczego” w odniesieniu do Boga! Przypominam sobie sposób, w jaki matka odmawiała błogosławieństwo nad nowymi owocami. To było wszystko. Ale wystarczyło.Potem, w wieku dziesięciu lat, bardzo wcześnie rozwiniętemu Aaronowi udało się otworzyć zakazaną szafę z rodzinnymi książkami.– Była tam także stara Biblia protestancka. Przeczytałem ją całą po kolei, od Księgi Rodzaju do Apokalipsy. W Piśmie Świętym wszystko mnie zdumiewało, nic nie drażniło. I odtąd zacząłem myśleć.W rok potem przebywa w nazistowskich Niemczech, widzi, jaki los jest przeznaczony dla jego narodu:– Moja refleksja przenosiła się coraz częściej na Chrystusa jako Mesjasza Izraela i cierpiącą postać narodu żydowskiego.Postanawia poświęcić życie służbie potrzebującym. Może jako lekarz, może jako pisarz zaangażowany jak Zola, w obronie uciskanych. W czternastym roku życia, w Orleanie, prosi o chrzest: stał się chrześcijaninem w samotności lektury, medytacji (“nawrócenie? dzisiaj powiedziałbym raczej ustalenie poglądów”). Rodzicom, urażonym, mimo ich agnostycyzmu, wyborem, który wydaje im się “budzącym odrazę”, młodziutki Aaron, który stał się także Jean-Marie, mówi: — Nie pozostawię was, nie przechodzę na stronę nieprzyjaciela. Zostaję tym, czym jestem. Nie przestaję być Żydem. Przeciwnie: odkrywam sposób by być nim w pełni. Wyjaśnia mi teraz: — Dla mnie judaizm był dalszym ciągiem sytuacji historycznej, której nie powinienem za nic opuścić, ale która znalazła spełnienie i sens w uznaniu postaci Jezusa jako oczekiwanego Mesjasza Izraela.Niemcy przerywają front w Ardenach, Wehrmacht defiluje paradnym krokiem na Champs Elysées, ojciec Lustiger i syn szukają ratunku, matka pozostaje i prowadzi sklep (“trzeba było przecież jeść”) i jednego dnia znika. Dopiero po skończonej wojnie chłopiec będzie mógł odtworzyć jej tragiczną drogę, która kończy się w Auschwitz. Tymczasem był ruch oporu, szkoła, rok pracy w fabryce: on także był robotnikiem, jak w tych samych latach polski seminarzysta Wojtyła. W roku 1946 wstąpienie do seminarium:– Zrozumiałem, że swoją potrzebę służenia powinienem realizować nie w medycynie lub literaturze, ale w kapłaństwie.W roku 1954 został wyświęcony na księdza, najpierw zostaje kapelanem studentów, a następnie odpowiedzialnym za wszystkich kapelanów Sorbony; wreszcie proboszczem wiejskiej parafii.Pytam, czy tęskni za tamtymi czasami?– Tak, chciałbym pozostać proboszczem: głosić kazania, spowiadać, odprawiać nabożeństwa, mówić ludziom o Bogu, pozostawać w bezpośrednim kontakcie z braćmi.A tutaj, jak czuje się w tych salonach, gdzie przepływała wielka historia, gdzie w dalszym ciągu dzieje się część historii Francji i świata?– Walczę z wielką ilością problemów. Wierzę, że moją główną służbą jako biskupa jest pomaganie chrześcijanom Paryża w życiu w wierze, w strzeżeniu jej. Staram się być wiernym misji kapłana, mianowicie człowieka, który oddał się bez zastrzeżeń Bogu, aby być sługą wszystkich, których spotyka. Katolicy znaleźli się w tych latach wobec problemów nadzwyczaj trudnych; wszystko tak prędko się zmieniło, obyczaje, warunki życia, sytuacja religijna! Tymczasem walczę przeciwko tradycji i tendencji, które chciałyby zamknąć mnie w roli urzędowej.– Walka: ale w jaki sposób?– Staram się wbrew wszystkiemu znaleźć czas dla siebie. Jest to jedyny możliwy sposób. W każdym tygodniu jeden cały dzień, w każdym dniu przynajmniej jedna godzina na modlitwę i medytację. To tyle wolności mogę osiągnąć.Nie wydaje się by ta sytuacja była bardzo wygodna.– Widzi pan, robię to, czego ode mnie zażądano, nie to czego, szukałem. Nie wybrałem, nie jestem kardynałem arcybiskupem Paryża dlatego, że mi się to podoba, ale dlatego, że Bóg tego zażądał za pośrednictwem swoich przedstawicieli w hierarchii Kościoła. Właśnie ta świadomość posłuszeństwa czyni takie życie możliwym, w pokoju serca i ducha.– Monsignore Lustiger, co się dzieje we Francji? Była, pod wieloma względami, także naszą ojczyzną, jedną z nauczycielek naszej wiary, bardzo pouczające wypowiedzi o Ewangelii rozbrzmiewały w języku Pascala. Co się stało z Fille ainée 6, skoro, według ostatniego sondażu, osiemdziesiąt dwa procent obywateli to jeszcze ochrzczeni katolicy, ale tylko dziesięć procent jest praktykujących? Co będzie z tym krajem, w którym tak wiele kościołów jest zamkniętych cały dzień z braku księży, ale także i wiernych? Czy wy, ludzie Kościoła, macie jakąś strategię, aby przezwyciężyć ten regres?Zza okularów w stalowych oprawkach docierały do mnie błyskawice pasji. Wyczuwa się napięcie człowieka obarczonego odpowiedzialnością, której nie może i nie chce oddać, aby nie drażnić przewrażliwienia, aby nie pogarszać sytuacji i tak już niełatwej. Nie jest tajemnicą, że wielu, chociaż nie potrafi go nie szanować, nie kocha tego niewygodnego człowieka, który przeciwstawia się pewnym pocieszającym sloganom, głoszonym mimo klimatu, jaki między innymi doprowadził do załamania się powszechnego rozmachu apostolskiego, stanowiącego niegdyś chwałę tego Kościoła: w ciągu dwudziestu lat po Soborze, liczba misjonarzy francuskich spadła z 20000 do 6000. Los podobny do misjonarzy holenderskich, których liczba w tym samym okresie zmniejszyła się z 8000 do 2000.– Nie będę się wypowiadał o tym wszystkim — odpowiada kardynał — dam panu tylko moją analizę sytuacji duchowej współczesnej Francji.Analiza: wydaje się to mało, ale może być dużo, kiedy umie się ją czytać. Może proponowana terapia mieści się między wierszami. Mówi więc:– Wy, cudzoziemcy (ale także wielu moich rodaków), aby zrozumieć to, co się tutaj działo i dzieje, powinniście poznać historię Francji. Ta historia, na płaszczyźnie religijnej nie jest, jak wydaje się z zewnątrz, przypadkowym następstwem okresów chwalebnych i okresów ciemności. Ze wszystkich krajów Zachodu — ten ucierpiał najbardziej na skutek najgwałtowniejszego ataku przymusowej sekularyzacji.– Od czego to się zaczęło? Od philosophes osiemnastego wieku? Od oświeceniowców związanych z Encyclopédie?– Tak, właśnie od tej demoralizacji chrześcijańskiej elity społeczeństwa. To prowadzi do Wielkiej Rewolucji, której konsekwencje przeżywamy w dalszym ciągu, dobre i złe. Od tamtego czasu Kościół przeżywa kolejno po sobie okresy niszczenia i mniej lub bardziej sztucznej odbudowy. W rzeczywistości od ponad dwóch wieków we Francji jest rozbrat między kulturą świecką, antychrześcijańską, i kulturą katolicką, która chce być obecna i zarazem osobna.Ten rodzaj analizy, zauważam, interesuje szczególnie Włocha: my również znamy te dwie “kultury paralelne”, które jakby nie chciały się nigdy ze sobą spotkać. Wystarczy popatrzeć — jest to przykład na płaszczyźnie kulturalnej najbardziej widoczny — na dwa obiegi rozprowadzania książek, nie mające jeszcze dzisiaj prawie żadnych ze sobą kontaktów.– Może jednak — mówił kardynał dalej — bardziej niż o dwóch kulturach, trzeba by mówić o dwóch subkulturach, o dwóch kulturach połowicznych: jedna laicystyczna i druga klerykalna. Otóż: za każdym razem, gdy subkultura chce się utrzymać, jest ściśnięta kleszczami, albo się zamyka w sobie, albo się rozpada.– A więc — zauważam — (na ile dotyczy katolików), dwa przeciwstawne ryzyka: albo integryzmu, albo “rezygnacji” ze świata.– Si vous voulez. W każdym przypadku, taka jest prawda, wobec tych sytuacji stwierdzamy dwie postawy. Z jednej strony są katolicy, którzy stwierdzając sekularyzację, uważają, że Francja jest krajem misyjnym, na równi z jakimś krajem azjatyckim, Japonią na przykład. Ale w ten sposób zrywają kontakt z ogółem naszego narodu, w którym utrzymują się liczne oznaki chrześcijaństwa, nawet jeżeli ubogie i często niewidoczne. Inna postawa, równoległa do tamtej i tak samo błędna, to trwanie w złudzeniu, że Francja jest krajem katolickim; że Francja jest krajem o kulturze, mimo wszystko, jeszcze chrześcijańskiej. Ale jak nie jesteśmy Japonią, nie jesteśmy również Polską lub jakimś regionem Ameryki Łacińskiej. Nie mieliśmy tej samej historii.– Ta sama analiza — powtarzam — mogłaby dotyczyć także Włoch. Ale jaką wyciągnąć z niej naukę?– Sądzę, że nie tylko my, biskupi, ale także księża, świeccy (w sumie cały Kościół) musimy uczyć się żyć różnością, specyfiką chrześcijańską, utrzymując równocześnie kontakt z ogółem kraju, przenikniętym kulturą zsekularyzowaną, obecnie mającą większość. Jeżeli będziemy umieli żyć tą tożsamością i zarazem tą łącznością, to, wierzę, będziemy mogli przeżyć świt nowej ewangelizacji. Właśnie, ewangelizować. Ale jakimi treściami? Jakimi priorytetami? O czym krzyczeć na chodnikach tego departamentu Sekwany?– Pierwszym problemem jest Bóg. Mówienie o Nim wydaje się banalne, ale tak jest. Naszą cywilizację kusi samobójstwo, śmierć, samozniszczenie, ponieważ straciła z oczu znaczenie, cel, godność człowieka. Głoszenie Boga i głoszenie ocalenia człowieka jest tym samym, ponieważ to światło Boga oświetla sens życia i śmierci człowieka. Ale, uwaga: nasze zmartwienia nie mogą być zmartwieniami człowieka marketingu, który się zastanawia, jaki produkt będzie miał największe powodzenie. My nie powinniśmy proponować innych “dóbr konsumpcyjnych”, innych fetyszy, innych idoli: lecz przeciwnie, wydzierać człowiekowi te, które już ma.– A gdzie dostrzega te idole?– To te same, co zawsze, dobrze znane z Pisma Świętego. W zasadzie jeden jedyny: diabeł. To on działa w największych pokusach, od pieniądza do seksu. Jego oblicze ma wiele postaci (“moim imieniem jest legion”, mówi Szatan o sobie w Ewangelii), ale rdzeń tkwi w miłości samego siebie, w egoizmie ograniczającym się do samego człowieka, który zrywa więzi ze swoim Stwórcą. Trzeba rzeczywiście odwołać się do całej potęgi zbawczego dzieła Chrystusa w tym społeczeństwie, które umiera, które chce umrzeć, mimo tragicznego makijażu wesołości i świętowania.– Powinniśmy więc przeciwstawiać się dzisiejszym kulturom, aby wydrzeć braci z pazurów Złego?– To nie chrześcijanie przeciwstawiają się światu — mówi słowami, które słyszałem od innego jego współbrata w kardynalstwie, Josepha Ratzingera. — To świat przeciwstawia się im, gdy mówią mu prawdę; gdy w świetle wiary nazywają po imieniu grzech i łaskę. Wtedy świat się sprzeciwia i krzyżuje ich. I nie zostało powiedziane, że w torturach nie uczestniczą, jako pomocnicy katów, także chrześcijanie. Jest ścisły i konieczny związek między głoszeniem prawdy Ewangelii i ponoszeniem męczeństwa. Między wiernością Chrystusowi i prześladowaniem. Nie zostało obiecane życie wygodne, pochwały, nagrody, przeciwnie!– Powróćmy do początku, monsignore Lustiger, do korzeni. Być Żydem i zarazem kardynałem Świętego Kościoła Rzymskiego, oznacza przeżywanie samotności kogoś, kto został posłany naprzód drogą jeszcze nie zbadaną. Eminencja powiedział kiedyś: “Stwierdzam, że jestem nosicielem znaczeń o wiele ważniejszych niż moja biedna osoba”. I powtarza często: “Refleksję chrześcijańską nad losem Izraela, nad sytuacją żydowską, nad miejscem judaizmu w historii zbawienia trzeba podejmować wciąż na nowo”. Pomówmy jeszcze o tym, jest to tak ważne, że trzeba się starać zrozumieć dobrze.– Mój problem — odpowiada z pewnością kogoś, kto całe życie zastanawia się właśnie nad tym — nie jest problemem osobistym, jest to problem wszystkich chrześcijan, który dotyczy równowagi samej wiary katolickiej. “Zbawienie pochodzi od Żydów”, mówi Ewangelia św. Jana. Że Jezus był Żydem, że urodził się w Betlejem z Żydówki Maryi, że został wskrzeszony trzeciego dnia zgodnie z pismami Izraela; wszystko to nie jest przypadkową kwestią paszportową. To jest istotne dla chrześcijaństwa. Próba oderwania Jezusa od Izraela oznacza wykorzenienie Go z pełni Jego tajemnicy. Jest to pokusa heretycka, bardzo starożytna i stale powracająca, pokusa Marcjona, który chciał, aby chrześcijanie usunęli z ksiąg świętych cały Stary Testament, już niepotrzebny jeżeli nie nawet szkodliwy, ponieważ jest wyrazem Mojżeszowego Boga sprawiedliwości, przeciwstawianego Jezusowemu Bogu miłości. Ale odebranie Jezusowi Jego konkretności żydowskiej jest także pokusą, również zawsze obecną, odcieleśnionego spirytualizmu, gnostycyzmu: jest odrzuceniem Wcielenia, aby uczynić z Nazarejczyka mit, symbol, przypowieść o człowieku ubóstwionym. A więc, oto pewnego rodzaju nieomylny test: powiedz mi, jakie zajmujesz stanowisko wobec Izraela, a ja ci powiem, w jakiego wierzysz Chrystusa. Czy mianowicie “pomniejszonego”, czy też w całego, w pełni Jego tajemnicy Boga i człowieka.– Dzisiaj wiele dyskutuje się nad “oryginalnością” Nowego Testamentu z punktu widzenia Starego…– Na pewno — odpowiada — i powtarza się często frazesy, przypisujące Pismom chrześcijańskim jako nowe te sprawy, które tymczasem są już zawarte w Pismach Izraela.– Wielu jest samych Żydów — zauważam (a wśród nich David Flusser, którego słuchaliśmy w tym wywiadzie) — którzy wyodrębniają w miłości bliźniego posuniętej aż do ostateczności, także w miłości do nieprzyjaciół, proprium Jezusa.Lustiger odpowiada:– Przykazanie miłości bliźniego, jak wiadomo, stanowi już część Tory, prawa żydowskiego. To prawda, że Chrystus daje mu nową interpretację, ponieważ dla Chrystusa jedynymi, prawdziwymi nieprzyjaciółmi ludu Bożego mogą być tylko nieprzyjaciele Boga, grzesznicy. Ale Bóg pojednał się z grzesznikami właśnie w Chrystusie. Trzeba więc kochać nieprzyjaciół (grzeszników), ponieważ Ojciec ich kocha. Jak mówi św. Paweł: “On zburzył mur nienawiści”; mianowicie mur, który nie dozwalał poganom “grzesznikom” zbliżyć się do świętości Boga. Tak więc przykazanie miłości bliźniego Nowego Testamentu jest przykazaniem Starego, ale rozumiane i przeżywane w świetle tajemnicy Chrystusa, który ofiarował swoje życie za wszystkich.Dla Lustigera prawdziwa oryginalność chrześcijańska mieści się w głębi rzeczywistości, w samej istocie, jeszcze bardziej niż na poziomie nauczania.– Oto trzy wielkie nowości Ewangelii. Po pierwsze: Zmartwychwstanie już nie jako nadzieja, ale jako rzeczywistość, która została nam podarowana. Mesjasz cierpiący oczekiwany przez Izraela powstał z martwych i następnie od tej chwili wprowadza nas w spełnienie obietnicy, którą jest zmartwychwstanie. Po drugie: Duch Święty, obiecany przez proroków, został nam rzeczywiście dany, mieszka teraz w sercu ludu i pozwala mu żyć świętością, jakiej Bóg oczekuje od niego. Przechodzimy więc, także tutaj, od nadziei, od obietnicy czasów przedchrześcijańskich, do ich rzeczywistego spełnienia. Po trzecie: tajemnica Boga i tajemnica człowieka zostały w pełni rozjaśnione przez objawienie jedynego Boga: Ojca, Syna, Ducha Świętego. W tym nowym świetle możemy zrozumieć, czym jest Stworzyciel, czym jest stworzenie, czym jest prawdziwe powołanie do zbawienia ludzkości.Do tych trzech istotnych punktów nowości chrześcijańskiej kardynał dołącza także inne, które są, przynajmniej w części, rozwinięciem trzech pierwszych: jak tajemnica Kościoła, w którym także poganie, a nie tylko dzieci Abrahama, są powołani do współuczestniczenia, według obietnicy, w bogactwach Boga.I właśnie na tych podstawach — które nie są teoretyczne, ale ciałem z jego ciała — ten człowiek, który przeszedł od żółtej gwiazdy do purpury kardynalskiej, rzuca apel trudny, ale właśnie dlatego zachęcający:– Dzisiaj, może, judaizm powinien uznać w chrześcijanach niespodziewane, ale przez to nie mniej prawowite, dzieci Abrahama. Potomstwo niespodziewane i jeszcze nie uznane. Chrześcijanie ze swej strony powinni zdecydować się na uznanie w Żydach braci, przez których przyszedł ich Chrystus, Pierworodny. Aby miało miejsce przebaczenie, braterski uścisk; aby nastąpił pokój w tej bratobójczej walce! Może powodem prześladowania była zazdrość, w duchowym znaczeniu tego słowa. Jakie byłoby to dla wszystkich błogosławieństwo, gdyby nieprzyjaźń przemieniła się we współzawodnictwo, w świętą rywalizację w miłości do Boga!   


    1 Polskie wydanie pt. Spotkanie Boga, Paryż 1972.
    2 Franc. — Istnieje inny świat, wydanie polskie — Wrocław 1988 i 1991.
    3 Franc. — 36 dowodów na istnienie diabła, wydanie polskie — Poznań 1987 i 1988.
    4 Franc. — który przystosowuje się do nas (przyp. tłum.).
    5 Franc. — Przedmieście (przyp. tłum.).
    6 Franc. — Najstarsza córka [Kościoła] (przyp. tłum.) 
     Pytania o chrześcijaństwo/Mateusz.pl

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Szopka czy Chanuka?

    Ks. prof. Skrzypczak o mesjanizmie politycznym Chabad Lubawicz

    Trzeba zadać sobie kluczowe pytanie; czy mesjaszem jest Jezus z Nazaretu i symbolem jego przyjścia na świat jest szopka oraz Jego wyciągnięte ręce (…) czy mesjaszem jest jakaś nowa koncepcja, którą reprezentuje chanuka, mesjanizm polityczny, którego celem nie jest inny świat, Królestwo Boże, ale naprawianie, ulepszanie tego świata. Natomiast przedmiot zainteresowania stanowi jakość życia między porodówką a cmentarzem – przekonuje ks. prof. Robert Skrzypczak na antenie Polskiego Radia.

    Ksiądz Skrzypczak w rozmowie z Filipem Memchesem wyjaśniał różnicę pomiędzy starożytnym świętem Poświęcenia Świątyni, a wyrosłą z niego dzisiejszą Chanuką. – Dla Żydów to święto, które nazywane było świętem Poświęcenia Świątyni, które było obchodzone w zimie, potem w rodzinach żydowskich znalazło wyraz w postaci świętowania Chanuki. A chanuka to po prostu nazwa świecznika. To było świętowane w domach, miało charakter rodzinny, edukacyjny. Natomiast do przestrzeni publicznej symbol chanuki i świecznika zimowego przeniósł rabin Menachem Mendel Schneerson, siódmy potomek dynastii z Lubawicza, on sam był nazywany Lubawiczem; mesjaszem z Brooklynu – podkreślał.

    Jak przypomniał, miejscowość Lubawicz znajduje się na dawnym terytorium II Rzeczpospolitej i jest związane z obecnością nowego ruchu religijnego, który narodził się w ramach judaizmu aszkenazyjskiego, mianowicie chasydyzmu. – Stosując analogię, można by go porównać do dzisiejszych ruchów charyzmatycznych w ramach chrześcijaństwa – dodał kapłan.

    Ks. Skrzypczak podkreślił, że dynamicznie rozwijający się ruch od początku denerwował pozostałe nurty judaizmu, do tego stopnia że Chabad Lubawicz został oficjalnie w latach 70’ XX w. potępiony przez głównego rabina Jerozolimy. – Wręcz rzucił klątwę na rabina Schneersona i tworzący się wokół niego ruch, który dzisiaj znamy jako Chabad Lubawicz – podkreślił.

    – Posiada silne elementy mesjanizmu i przesłanie nadziei Boga, który z największego cierpienia jest w stanie wyprowadzić dobro. Jest silnie misyjny, wychodzi ze swoimi celami poza świat żydowski i dociera do innych wyznać czy nawet niewierzących. Stawia mocny wykrzyknik na działalności charytatywnej, ale jest także mocno skupiony na działalności na rzecz przeobrażenia tego świata – wyjaśnia kapłan i analizuje, w czym mesjanizm Lubawiczów różni się od chrześcijaństwa.

    – Dla nas chrześcijan, którzy wierzymy, że mesjaszem jest Jezus Chrystus, zbawienie polega na otwarciu drogi do innego świata. Natomiast w mesjaństwie Lubawiczów jest przekonanie, że innego świata poza widzialnym nie ma. Dlatego należy dołożyć wszelkich starań aby zaangażować siły, moc i potencjał człowieka do naprawiania tego świata, przy czym, jak zauważa wielu krytyków ruchu, Lubawicze uważają się za postawionych na czele ludzkości; lepszych, doskonalszych od innych narodów – podkreśla.

    Komentując incydent z posłem Konfederacji Grzegorzem Braunem, który zgasił świece chanukowe w Sejmie, ks. Skrzypczak zwrócił uwagę na konsekwencje tego wydarzenia. – Moją uwagę przykuł fakt, iż Chanuka znajduje się w holu głównym polskiego parlamentu. To pytania mogło pojawić się w umysłach wielu już wcześniej, ale nikt tych pytań nie zadawał. Zwróćmy uwagę, że chanuka pojawia się zazwyczaj w miejscach publicznych, w miejscach gdzie zapadają decyzje dotyczące globalnych problemów tego świata, w miejscach gdzie styka się polityka z finansami. Chanuka była świętowana nie tylko w Sejmie i Pałacu Prezydenckim, ale i na Katolickim Uniwersytecie Lubelskim, w Berlinie na centralnym placu, w Parlamencie Europejskim, a w ogóle największą chanukę wystawili na placu Majdanu w Kijowie w ubiegłym roku – zauważył.

    – Druga rzecz, na którą dzięki temu incydentowi zwróciłem uwagę, to wizerunek mesjasza z Brooklyna, ustawiony za świecą chanukową. Menachem Schneerson zapoczątkował ruch, który – wystarczy pogrzebać w prasie – gdzieś zawsze przewija się w głównych nurtach polityki, mechanizmach przepływu finansów, decyzji, które zapadają globalnie – podkreślił kapłan.

    Ks. Skrzypczak wymienił zaangażowanie Chabad Lubawicz m.in. w wybory w Argentynie czy na Ukrainie. – Pierwszą rzeczą, którą zrobił prezydent-elekt, to był wyjazd do Nowego Jorku, do grobu Schneersona aby podziękować za wypełnioną misję – przypomniał. – Kiedy odbierał gratulacje od pierwszych głów tego świata, szczególny moment dotyczył spotkania z prezydentem Ukrainy Żełeńskim. Prezydent Milei podarował Żełenskiemu właśnie chanukę i jak się okazało, prezydent Ukrainy również jest w bliskich relacjach z Lubawiczami. Z resztą, Lubawicze dawali wsparcie Donaldowi Trumpowi poprzez jego córkę (żonę żyda Jareda Kushnera – red.) – dodał.

    Gość Polskiego Radia przypomniał, że Lubawicze udzielali także wsparcia prezydentowi Putinowi, a według naczelnego rabina Moskwy, 90 proc. rabinów w Rosji jest w ścisłym kontakcie z tym ruchem. – Na YouTube można zobaczyć również spotkanie w latach 90’ XX w., rabina Schneersona z młodziutkim wówczas politykiem Benjaminem Netanjahu – podkreślił kapłan.

    Ks. Skrzypczak wyjaśnił, że wewnątrz ruchu Lubawicz istnieją dwa pomysły na to, w jaki sposób wpływać na świat. Jeden z nich polega na wierności Torze, utwierdzaniu tradycyjnych rabinów i zachowywaniu wszystkich zewnętrznych form rytualnych. Z drugiej strony istnieje również „mocne przekonanie co do tego, że na ten świat można wpływać poprzez strumień pieniędzy, stan posiadania, politykę”.

    – Dlatego też, ci którzy udzielają błogosławieństw, stoją za wielkimi świata polityki i finansjery to często ludzie pobożni i religijni, przekonani, że Bóg działa poprzez mesjasza, a także ci, którzy mają miliony hektarów ziem Ameryki Południowej, międzynarodowe korporacje, banki, firmy budowlane, wielkie centra handlowe, zasiadają w Światowym Kongresie Żydów i wywierają wszelkiego rodzaju wpływ – dodał.

    Abstrahując od polityki międzynarodowej, ks. prof. Skrzypczak wyjaśnił co niepokoi go w mesjanizmie Lubawiczów najbardziej. 

    – To, co mnie, biednego księdza katolickiego zainteresowało, to ta zbieżność, że jak idzie Boże Narodzenie, to przynajmniej w naszej kulturze zachodniej jest coraz mniej szopki, a za to coraz więcej chanuki. Stawianej w miejscach publicznych. Z jednej strony my Europejczycy zgadzamy się  na marginalizowanie Bożego Narodzenia, kpiny z przesłania tego święta. Niektórym nawet samo słowo nie przejdzie przez gardło czy klawiaturę, natomiast w tym samym społeczeństwie zaczyna narastać ten symbol, który jest symbolem mesjańskim – podkreślił

    – Trzeba zadać sobie kluczowe pytanie, czy mesjaszem jest Jezus z Nazaretu i symbolem jego przyjścia na świat jest szopka oraz wyciągnięte ręce, które kiedyś zawisną na krzyżu aby zniszczyć całe zło i cały grzech całego świata? Czy mesjaszem jest jakaś nowa koncepcja, którą reprezentuje chanuka, która prezentuje mesjanizm polityczny, społeczny, którego celem nie jest inny świat, Królestwo Boże, ale naprawianie, ulepszanie tego świata. Natomiast przedmiot zainteresowania stanowi jakość życia między porodówką a cmentarzem. Uświęcenie czegoś, co my nazywamy tymczasowością, gdzie nie ma życia wiecznego, Trójcy Świętej, Zmartwychwstania, nie ma nieba – konkludował kapłan.

    źródło: polskierado24.pl/PCh24.pl

    ______________________________________________________________________________________________________________

    5 powodów, by świętować Boże Narodzenie aż do Gromnicznej

    5 powodów by świętować Boże Narodzenie

    Marinna B via Unsplash

    *****

    Nadal trwa świętowanie Bożego Narodzenia. Oto 5 powodów dla których warto świętować aż do Ofiarowania Pańskiego, czyli do 2 lutego.

    Przedstawiamy pięć powodów, dla których dobrze jest kontynuować świętowanie Bożego Narodzenia aż do Matki Bożej Gromnicznej. To zwyczajowa nazwa święta Ofiarowania Pańskiego, które przypada 2 lutego. Święcimy wtedy w kościołach świece gromniczne i wchodzimy w przygotowania do Wielkiego Postu.

    1
    ŚWIĘTO MATKI BOŻEJ GROMNICZNEJ JEST TRADYCYJNYM KOŃCEM OKRESU ŚWIĄTECZNEGO

    Święto Matki Bożej Gromnicznej obchodzone jest każdego roku 2 lutego. Dokładniej rzecz ujmując, jest to święto Ofiarowania Pańskiego i Oczyszczenia Najświętszej Maryi Panny, gdy Maryja i święty Józef przedstawili swego pierworodnego Syna w świątyni, zgodnie z prawem żydowskim. Maryja, zgodnie z prawem, musiała odczekać 40 dni przed pójściem do świątyni po narodzeniu dziecka. Chociaż nie potrzebowała oczyszczenia, poddała się prawu ustanowionemu przez Boga.

    Przez cały styczeń możemy wspominać Jezusa jako niemowlę i Maryję oraz św. Józefa, którzy zmierzyli się z codziennymi wyzwaniami, jakie stają przed rodzicami po raz pierwszy.

    W starym kalendarzu liturgicznym ten okres liturgiczny nazywany był czasem po Objawieniu i odróżniał się od następującego później okresu postnego.

    2
    PO INTENSYWNYM OKRESIE ADWENTU I BOŻEGO NARODZENIA ŁATWIEJ JEST SKUPIĆ SIĘ NA NARODZENIU CHRYSTUSA

    Mamy już za sobą rodzinne spotkania i sylwestrowe imprezy. Świąteczne przysmaki zostały zjedzone. Prezenty są już rozpakowane. Wreszcie możemy wrócić do bardziej normalnego tempa życia. Normalne tempo życia chrześcijan obejmuje codzienną modlitwę.

    Dlaczego więc nie skorzystać z czasu po narodzinach Chrystusa, a przed przedstawieniem Go w świątyni, aby jeszcze bardziej rozważać cud Wcielenia Słowa?

    3
    W PONURYM OKRESIE STYCZNIA POTRZEBUJEMY ODROBINY ŚWIĄTECZNEGO DUCHA

    Styczeń, o wiele bardziej niż grudzień, potrzebuje trochę rozweselającego akcentu. W północnych częściach świata śnieg na ziemi zamienił się w szarą breję i lód. Wszystko jest szare i ponure, a niskie, często poniżej zera temperatury dokuczają nam.

    To jeszcze nie Wielki Post, więc dlaczego podejmować pokutę w zaprzestaniu świętowania, zanim będziemy musieli?

    4
    WIĘKSZOŚĆ ŚWIĄTECZNEJ MUZYKI NADAL JEST ODPOWIEDNIA

    Możesz pominąć wszystkie świeckie piosenki o Świętym Mikołaju i skupić się na kolędach dotyczących narodzin Chrystusa. Warto odkrywać bogactwo tych pięknych pieśni!

    Nowo narodzone dzieci nie są zapominane 12 dni po swoich narodzinach, lecz są pielęgnowane i kochane w miarę, jak rosną. Możemy postąpić podobnie wobec Chrystusa. Cieszmy się okresem początkami macierzyństwa wraz z Matką Bożą, śpiewając o narodzinach Jej Syna tak długo, jak to możliwe!

    Ponadto wszystkie nieliturgiczne zimowe piosenki wciąż są bardzo odpowiednie w styczniu, gdy nadal jest zimno i pada śnieg.

    5
    WIEDZA, ŻE MOŻEMY ŚWIĘTOWAĆ BOŻE NARODZENIE PRZEZ 40 DNI, POZWALA OGRANICZYĆ SPOŻYCIE CIASTEK ŚWIĄTECZNYCH

    Dłuższe świętowanie Bożego Narodzenia jest faktycznie korzystne dla twojej diety. To banalne, ale może okazać się ważne!

    Zamiast wciskać wszystkie ciastka przed Objawieniem, możemy je spożywać w bardziej umiarkowany sposób. Utrzymując umiarkowany rytm, ciastka i słodycze mogą wystarczyć aż do 2 lutego – to pomysł na zdrowe odżywianie!

    Ponadto, w zależności od daty rozpoczęcia Wielkiego Postu, można zostawić trochę na Tłusty Czwartek.

    Niech ten czas będzie dobrym przeżywaniem okresu Bożego Narodzenia!

    Aleteia.pl/tłumaczenie artykułu opublikowanego na stronie ChurchPOP

    ______________________________________________________________________________________________________________

    KOŚCIÓŁ ŚW. PIOTRA

    

    Niedziela 13/12 Msza św. g. 14:00 kościół św. Piotra (St Peters) Glasgow

    ST PETER’S CHURCH, PARTICK, 46 HYNDLAND STREET, Glasgow, G11 5PS

    _____________________________________________________________________

    W PIĄTKI OD GODZ. 18.00 ADORACJA/SPOWIEDŹ ŚWIĘTA

    GODZ. 19.00 MSZA ŚWIĘTA

    ***

    W SOBOTY OD GODZ. 17.00 – SPOWIEDŹ ŚWIĘTA

    GODZ. 18.00 – MSZA ŚWIĘTA WIGILIJNA Z NIEDZIELI

    ***

    W NIEDZIELE – UROCZYSTA MSZA ŚWIĘTA O GODZ. 14.00

    OD GODZ. 13.30 – ADORACJA NAJŚWIĘTSZEGO SAKRAMENTU I MOŻLIWOŚĆ SPOWIEDZI ŚWIĘTEJ

    ____________________________________________________________________

    fot. Ric Perezmont/Cathopic

    ***

    Post eucharystyczny.

    Czemu służy i na czym polega?

    Aż do roku 1953 komunię świętą przyjmowało się zawsze na czczo. Dziś obowiązuje nas tylko godzina postu eucharystycznego. Na czym polega ta praktyka i kogo obowiązuje?

    Czym jest post eucharystyczny?

    Post eucharystyczny to czas przed Mszą świętą, kiedy powstrzymujemy się od jedzenia i picia. Ta praktyka pojawiała się już w pierwszych wiekach chrześcijaństwa, jednak dopiero Sobór Trydencki określił jej pierwsze konkretne zasady. Przez wiele wieków do Komunii świętej można było przystąpić tylko na czczo. Papież Pius XII skrócił czas postu eucharystycznego do 3 godzin.

    Według obecnych norm kanonicznych, przyjętych niedługo po Soborze Watykańskim II, post eucharystyczny polega na powstrzymaniu się od jedzenia godzinę przed przyjęciem Komunii Świętej. Post eucharystyczny obowiązuje każdego, kto chce przystąpić do Komunii świętej czy to w czasie Mszy czy też w ramach nabożeństwa – np. różańcowego, Drogi Krzyżowej, Gorzkich Żali. 

    Nie dotyczy on osób w podeszłym wieku i chorych oraz ich opiekunów. Postu eucharystycznego nie musi także zachowywać kapłan, który odprawia już drugą lub trzecią mszę danego dnia. Nie ma też konieczności zachowania postu eucharystycznego, kiedy konieczne jest przyjęcie lekarstw.

    Czemu służy post eucharystyczny?

    We wskazaniach do Ogólnego Wprowadzenia do Mszału Rzymskiego Konferencji Episkopatu Polski czytamy, że “Wszyscy udający się na sprawowanie Eucharystii powinni się do niej przygotować przez post i modlitwę, przez pojednanie z Bogiem i braćmi, a także przez rozważanie słowa Bożego i przygotowanie daru ofiarnego”. Przede wszystkim więc post eucharystyczny służy przygotowaniu do Mszy świętej. Jest to, jak widzimy, jeden z kilku elementów, który ma pomóc w świadomym przeżywaniu eucharystii. 

    Jak każdy post, także i post eucharystyczny jest rezygnacją z czegoś dobrego dla jeszcze większego dobra. Rezygnujemy z pokarmu cielesnego, by przygotować się na przyjęcie pokarmu duchowego, by odróżnić go od codziennych, zwykłych posiłków.

    Jak obliczyć, od kiedy trwa post eucharystyczny?

    W przypadku, gdy uczęszczamy na stałe do jednej parafii, łatwo zweryfikować, ile czasu trwa typowa Msza święta i o której godzinie mniej więcej przypada obrzęd komunii. Warto zauważyć, że nierzadko Msza święta niedzielna i na tygodniu nie trwają tak samo długo. Inaczej będzie przebiegała także Msza święta, którą poprzedza np. powitanie biskupa – wtedy moment komunii przesuwa się w czasie.

    Jak więc obliczyć, kiedy rozpoczyna się czas postu eucharystycznego? Z pewnością kluczowa będzie tu motywacja i pobożność osoby wierzącej, która chce przystąpić do komunii. Nie chodzi tu bowiem o ścisłe przestrzeganie zegarowych 60 minut. Nie ma żadnych przeciwwskazań, by podjąć post eucharystyczny na dłużej niż tylko godzinę przed przyjęciem komunii.

    Święci o poście eucharystycznym

    Wzory niezwykłej czci do Eucharystii oraz przeżywania postu eucharystycznego znajdujemy u świętych i błogosławionych Kościoła. Według św. Benedykta post eucharystyczny to czas radości dla kogoś, kto pragnie coś ofiarować Bogu, wyglądając Świętej Paschy.

    Dla św. Katarzyny ze Sieny post eucharystyczny był konieczny. Kiedy przeżywała widzenia Chrystusa, nie potrzebowała nic jeść, a spożywanie pokarmów było dla niej czasem powodem bólu. W tym czasie przyjmowała tylko Komunię świętą. 

    Służebnica Boża Teresa Neumann, niemiecka mistyczka, przez 36 lat swojego życia karmiła się tylko Eucharystią – każdy jej dzień był jak post eucharystyczny.

    Św. Siostra Faustyna zapisała w Dzienniczku “przed każdą Komunią świętą gorąco proszę Matkę Bożą, aby mi dopomogła w przygotowaniu duszy na przyjście Syna swego, i czuję wyraźnie Jej opiekę nad sobą”.

    Skąd wzięła się ta praktyka?

    Geneza postu eucharystycznego sięga pierwszych wieków chrześcijaństwa. Już wtedy uważano, że przyjęcie Komunii na czczo to wyraz czci wobec Chrystusa. Św. Hipolit Rzymski (211 r.) domagał się, by wierni przystępowali do Komunii przed spożyciem jakiegokolwiek posiłku jeszcze rano. Stąd msze święte odprawiano rano – wyjątkiem był Wielki Czwartek.

    Taki post eucharystyczny funkcjonował w Kościele przez wieki, potwierdził ją Sobór Trydencki (1543-1563), wskazując, że post eucharystyczny wymaga bycia na czczo od północy dnia poprzedniego.

    Dopiero w 1953 roku praktyka ta została złagodzona przez papieża Piusa XII, który orzekł, że postu eucharystycznego nie łamie picie wody. Także Pius XII skrócił post eucharystyczny do 3 godzin przed przyjęciem Komunii i ogłosił, że polega on na powstrzymaniu się od jedzenia i od picia alkoholu. Dopiero po tych zmianach zaczęto – po wielu wiekach – odprawiać wieczorne msze święte.

    Kodeks Prawa Kanonicznego z 1917 r. powszechnie uznawaną praktykę postu eucharystycznego potwierdził i polecił jego zachowywanie (kan. 858). 

    W 1964 roku Paweł VI skrócił post eucharystyczny do jednej godziny. Wydana w 1973 roku instrukcja “Immensae caritatis” skróciła dodatkowo – do kwadransa – post eucharystyczny dla osób chorych i starszych, które nie mogą opuszczać domu oraz dla ich opiekunów. Ogłoszono także, że post eucharystyczny nie dotyczy zupełnie umierających, którzy chcą przyjąć wiatyk, ostatnią Komunię świętą. 

    W aktualnie obowiązującym Kodeksie Prawa Kanonicznego (1983) możemy przeczytać, że „przystępujący do Najświętszej Eucharystii powinien przynajmniej na godzinę przed przyjęciem Komunii świętej powstrzymać się od jakiegokolwiek pokarmu i napoju, z wyjątkiem tylko wody i lekarstwa” (kan. 919 § 1).

    Stacja7.pl

    ______________________________________________________________________________________________________________

    O czci do Eucharystii i o Komunii świętej „na rękę”

    fot. Vicona

    ***

    Jak wiadomo obecnie dopuszczalne są dwie formy udzielania komunii świętej, potocznie nazywane: na rękę i do ust. Jednakże jedna forma jest podyktowana względami ludzkimi, a druga teologicznymi – zauważa o. Jan P. Strumiłowski OCist.

    W Kościele od samego początku istniała świadomość co do świętości konsekrowanych postaci, czego wyraz znajdujemy już w Nowym Testamencie. Kiedy w początkowych fazach kształtowania się obrzędu Mszy nastąpił w pierwotnym Kościele epizod łączenia jej z ucztą, to św. Paweł bardzo radykalnie zareagował na pierwsze pojawiające się nadużycia. Bardzo ostro grzmiał, że człowiek, który nie zważa na to, co przyjmuje w komunii, czyli nie widzi różnicy między Ciałem Pańskim a zwykłym pokarmem, a w dalszym znaczeniu, nie pojmuje świętości Eucharystii, śmierć sobie gotuje (por. 1 Kor 11, 28-29).

     

    Również Ewangelie pośrednio mówią o nadzwyczajnej świętości Ciała Pańskiego. Znajduje się w nich historia o rozmnożeniu chlebów przez Chrystusa. Wiemy oczywiście, że ta opowieść nie mówi o Eucharystii, ale o zwykłym chlebie. Jednak oprócz warstwy historycznej ta relacja zawiera w sobie również warstwę typologiczną. Chleb, który Jezus rozmnaża i karmi tłumy jest zapowiedzią i typem Eucharystii. I właśnie z tego względu ta opowieść  zawiera również relację o nakazie Pana, by pozbierać każdy pozostały ułomek niespożytego chleba. Skoro więc sam znak i zapowiedź otaczany jest taką pieczołowitością, to możemy domyślać się, jaką czcią w świadomości pierwszych chrześcijan, otaczane było Ciało Pańskie, które jest spełnieniem owej zapowiedzi.

     

    Ojcowie Kościoła już bardzo konkretnie mówią o postaciach eucharystycznych, że jest to w istocie prawdziwe Ciało i Krew Chrystusa. Ich opisy wydają się tchnąć wręcz materialną tożsamością. Piszą więc ojcowie, że Ciało, które spożywamy, jest tym samym ciałem, które wisiało na krzyżu, a Krew, którą pijemy, jest tą samą krwią, która spływała z ran Chrystusa. Taki opis może sugerować nawet zbyt materialistyczne podejście, jakoby konsekrowane Ciało i Krew stanowiły ludzką tkankę Jezusa. Jednak wiemy, że ten sposób obrazowego wysławiania się nie chciał nam przekazać, że Hostia jest jakby „kawałkiem” Ciała Pańskiego, ale że jest to sam Chrystus.

     

    Kiedy w późniejszych wiekach, na skutek przemian kulturowych i filozoficznych pojawiły się herezje, według których obecność Chrystusa w tym Sakramencie nie jest rzeczywista a symboliczna, to Kościół określił, że Najświętszy Sakrament to jest dokładnie to samo Ciało, które poczęło się z Ducha Świętego w łonie Najświętszej Maryi Panny, to samo, które cierpiało na krzyżu i które zmartwychwstało. A następnie Kościół uroczyście orzekł, że w Najświętszym Sakramencie Chrystus jest obecny rzeczywiście, prawdziwie i substancjalnie.

     

    Oznacza to, że w Najświętszym Sakramencie obecny jest prawdziwy Chrystus Pan wraz z duszą i ciałem oraz wraz ze swoim bóstwem. Zatem konsekrowana Hostia nie jest jedynie jakąś symboliczną obecnością Chrystusa, ale w istocie jest to sam Chrystus. I takie oznaki czci, jakie jesteśmy winni Chrystusowi przebywającemu w swoim ciele fizycznym, takie też uszanowanie winno charakteryzować nasze odniesienie do Eucharystii. Ponadto, co jako dogmat podał do wierzenia Sobór Trydencki, w każdej najmniejszej oddzielonej cząstce Eucharystii znajduje się cały Chrystus.

     

    Obecność Chrystusa w Eucharystii nie jest więc ani wirtualna, ani symboliczna lecz realna. Nie jest też tak, że Eucharystia jest jakimś medium czy substytutem Jego obecności. Błędne jest również kształtowanie odniesienia i czci względem Eucharystii na podstawie właściwości sakramentu (postaci chleba), a nie w odniesieniu do istoty (obecności samego Chrystusa). Niestety coraz częściej da się zauważyć tę zależność – skoro Chrystus stał się obecny pod postacią chleba, traktujemy Go tak, jakby przestał być prawdziwym Chrystusem Panem, a stał się chlebem.

     

    Znamienne jest, że coraz częściej używa się tego, jakże błędnego stwierdzenia, mówiącego że „Chrystus stał się chlebem”. Tymczasem w ścisłym sensie to nie Chrystus przemienia się w chleb, ale podczas konsekracji to chleb przemienia się w Chrystusa – pozostają jedynie same właściwości chleba. Zatem w istocie Eucharystia to jest ten sam Pan Jezus, który aktualnie siedzi po prawicy Ojca, który jest z Ojca zrodzony i współistotny Ojcu i który przyjdzie sądzić żywych i umarłych. Możemy zatem powiedzieć nawet nie tyle, że Chrystus jest w konsekrowanej Hostii, ale że ta Hostia jest Chrystusem.

     

    Bardzo dobitnie stwierdził to św. Tomasz w swojej „Sumie Teologii”. W artykule 3 zagadnienia 81 części III zadaje pytanie: „Czy Ciało Chrystusa, które On spożył i dał uczniom (podczas Ostatniej Wieczerzy), mogło doznawać cierpień?”, i odpowiada, że w Wielki Czwartek w wieczerniku Chrystus w swoim fizycznym ciele podlegał cierpieniom, gdyż to ciało nie było jeszcze zmartwychwstałe. Natomiast Eucharystia nie jest jakimś substytutem Jego obecności lub alternatywnym jej miejscem, ale jest to dokładnie to samo ciało i ten sam Chrystus! Zatem, jak twierdzi Tomasz, to Ciało Eucharystyczne mogło cierpieć i rzeczywiście cierpiało, kiedy Chrystusowi były zadawane rany. Nie mogło doznać cierpienia w samej sakramentalnej postaci – tzn. nie dało się zadać cierpienia samej Hostii, ale zadanie cierpienia Chrystusowi w Jego fizycznej postaci skutkowało cierpieniem Chrystusa w Hostii, gdyż jest to ten sam Chrystus. Widzimy zatem, na czym polega obecność Chrystusa w Eucharystii – na absolutnej i rzeczywistej tożsamości Chrystusa w ciele fizycznym i w Ciele Eucharystycznym. To jest prawdziwy i ten sam Chrystus, który jest w swoim ciele fizycznym.

     

    W następnym artykule Tomasz idzie jeszcze dalej i zadaje pytanie: „Czy Chrystus byłby umarł w Eucharystii, gdyby Ciało Jego było przechowywane w puszce lub konsekrowane przez jednego z Apostołów podczas Jego śmierci na krzyżu?”. I tutaj Tomasz odpowiada również twierdząco. Uważa, że w czasie męki i śmierci na krzyżu ten sam Chrystus obecny w Eucharystii przeżywałby dokładnie tę samą mękę i śmierć:

     

    “W sakramencie byłby ten sam Chrystus, który był na krzyżu. Skoro umarł na krzyżu, to umarłby również w przechowywanym sakramencie (…) wszystko to, co dotyczy Chrystusa zasadniczo, możemy odnieść do Niego w Jego postaci właściwej, tak samo jak do Niego w sakramencie. Chodzi tu o takie momenty jak: życie i śmierć, ubolewanie, związek ciała z duszą itp”.

     

    Oczywiście od czasu zmartwychwstania Ciało Chrystusa nie podlega już cierpieniu. Jednakże Ciało to jest otoczone jeszcze większą czcią. To właśnie po zmartwychwstaniu, kiedy Maria Magdalena chciała dotknąć Jezusa, to usłyszała zakaz: „Nie dotykaj mnie!”. Uczniowie, aczkolwiek byli kimś, dla kogo Chrystus był radykalnie bliski, to w spotkaniu z Nim otaczali Go ogromną czcią i szacunkiem, a nawet żywili względem Niego świętą bojaźń. Jezus nie był ich „przyjacielem” w tym sensie, że był kimś, z kim postępuje się z koleżeńską bezpośredniością. Kiedy spotkali Go nad Jeziorem Tyberiadzkim, to mając problemy z rozpoznaniem Go, bali się Go o to zapytać. A święty Jan, umiłowany uczeń Chrystusa, który podczas ostatniej wieczerzy spoczywał na Jego piersi, kiedy ten Sam uwielbiony Chrystus ukazał mu się na wyspie Patmos (o czym opowiada Apokalipsa), to z bojaźni padł przed Nim na twarz jak martwy.

     

    Ogromnym więc błędem jest niedelikatne i nieostrożne obchodzenie się z Eucharystycznym Ciałem Pańskim. Jest to błąd, który może wynikać albo z niedostatku wiary w realną obecność Chrystusa, albo ze względu na błędne, nierzeczywiste jej rozumienie, i – co należy zaznaczyć, ta obecność dotyczy każdej najdrobniejszej cząstki Eucharystii. Lekkomyślne podchodzenie do Eucharystii wynikać może również z braku miłości względem Chrystusa. Podejście frywolne czy koleżeńskie względem Jezusa jest tak naprawdę brakiem miłości. Jest niezrozumieniem i nieuszanowaniem Jego Majestatu. Wszak wiara poucza nas, czym jest rzeczywistość nadprzyrodzona, a miłość poucza nas, jak względem niej winniśmy się ustosunkować.

     

    Jeśli zaś spojrzymy na Eucharystię oczyma katolickiej wiary i miłości, to jasnym staje się, że brak uszanowania względem Eucharystii jest ogromnym grzechem. Jest to w istocie bezpośrednie i rzeczywiste nieuszanowanie samego Boga.

     

    Podobnie, jeśli spojrzymy na praktykę odnoszenia się do Ciała Pańskiego, która w Tradycji trwa i przybiera różne formy, to zauważymy charakter czci względem Chrystusa dokładnie zgodny z samą teologią tego Sakramentu. Zauważymy też dynamikę rozwoju tejże praktyki wprost proporcjonalną do pogłębiania rozumienia tajemnicy Eucharystii – taki porządek panował niemal do końca XX w.

     

    Od czasów krótkiego epizodu łączenia Mszy z ucztą, któremu mocno sprzeciwiał się św. Paweł (nota bebe, po dwóch tysiącach lat, mimo tak jasnego świadectwa Pisma, dzisiaj coraz częściej pojawiają się pomysły przydawania Mszy charakteru uczty, co jest jakąś szaloną nieznajomością nie tylko istoty Mszy, ale i Pisma!), praktyka zmierzała do coraz większego podkreślania świętości tego Sakramentu. Świętość wyraża tutaj nie tylko czystość i doskonałość, ale też majestat i pewnego rodzaju nietykalność. Święty oznacza „inny”, „niedostępny”, „transcendentny”, oddzielony od tego, co nieświęte, czyli świeckie. Z tego względu od najdawniejszych czasów uformowała się praktyka postu eucharystycznego trwającego od północy aż do czasu komunii danego dnia. Post miał być praktyką wyrażającą i zabezpieczającą świętość Eucharystii. Mówiąc bardzo obrazowo i może nieelegancko, chodziło o to, by najświętsze Ciało nie zetknęło się ze zwykłym pokarmem nawet w naszych wnętrznościach. Eucharystia w każdym wymiarze właśnie taką czcią była otaczana.

     

    W późniejszych wiekach, kiedy ryt łaciński skonsolidował się, świętość względem Eucharystii, świadomość realnej obecności Chrystusa w każdej najdrobniejszej cząstce, zaowocowała zakazem rozłączania podczas Mszy palca wskazującego i kciuka u kapłana od momentu konsekracji – właśnie ze względu na pieczołowitą troskę o najdrobniejszą cząstkę Ciała Pańskiego. Zwyczaj ten jest praktycznym wyrazem wiary w dogmat o obecności Chrystusa w najdrobniejszej, odłączonej cząstce Hostii. Brak troski o najmniejszą cząstkę jest zaś praktycznym zlekceważeniem tego dogmatu. Bo przecież taki dogmat Kościół nam podał – i to nie jako ciekawostkę, ale jako wyznacznik naszej wiary i pobożności. Jednak współcześnie, błędnie  twierdzi się, że był to rzekomo nadmierny skrupulantyzm, co jest jedynie świadectwem dzisiejszej niewiary, braku miłości i braku realizmu w podejściu do Najświętszego Sakramentu.

     

    Warto więc sobie zadać pytanie: co się stało z tak ogromną wrażliwością, wiarą i miłością względem Eucharystii? Czy Kościół przez dwadzieścia wieków błądził w tej kwestii? Czy popadł w jakąś przesadę? Otóż nie. To my dzisiaj błądzimy, a jest to owoc bluźnierczego przeświadczenia, że w Kościele najważniejszy jest człowiek. Tymczasem w Kościele najważniejszy jest Pan!

     

    Szczególnie tę martwotę wrażliwości względem Chrystusa widać w nowych praktykach szafowania Najświętszym Sakramentem. Jak wiadomo obecnie dopuszczalne są dwie formy udzielania komunii świętej, potocznie nazywane: do ust i na rękę. Ów drugi sposób w drugiej połowie ubiegłego wieku został pod naciskiem samowolnej praktyki zaakceptowany (z wielkim oporem) przez Stolicę Apostolską. Sam pomysł nowej praktyki był podyktowany „nową wrażliwością”.

     

    Możemy więc zauważyć tutaj odwrócenie kierunku. Przez wieki praktyka była dyktowana prawdą o Eucharystii i ją wyrażała. Dzisiaj jest ona dyktowana ludzką wrażliwością. Kościół więc obecnie aprobuje obie formy (na rękę i do ust). Jednakże jedna forma jest podyktowana względami ludzkimi, a druga teologicznymi.

     

    Prawda o Najświętszej Eucharystii przez wieki kazała strzec jej jak największego skarbu – dbać o najdrobniejszą partykułę tego Ciała, o najdrobniejszy okruch, gdyż w rzeczywistości nie ma absolutnie żadnej realnej różnicy między drobnym okruchem, a całą Hostią – podobnie jak nie ma żadnej istotowej różnicy między zarodkiem ludzkim w łonie kobiety, a dorosłym człowiekiem. Co ciekawe wrażliwość względem tożsamości człowieka od chwili poczęcia Kościół zachowuje, pielęgnuje i jej broni. Świadomość względem tożsamości Chrystusa w każdej partykule w dziwny sposób nam zaginęła. Nazywana jest przesadą. Podobnie jak niewierzący nazywają przesadą zakaz aborcji dyktowany „histerycznym” przeświadczeniem, że ten rzekomo „zlepek komórek” to też w pełni człowiek. Wnioski nasuwają się same…

     

    Zmiana formy, która już nie wyłania się z prawdy dogmatycznej o Eucharystii, ale z wrażliwości, nieuchronnie będzie prowadzić do stopniowego przesłaniania prawdy o godności i realności Ciała Pańskiego. Zresztą, taki proces obserwujemy jeszcze wyraźniej w krajach, w których taka praktyka została wprowadzona w latach siedemdziesiątych ubiegłego wieku. Dzisiaj w tych miejscach wiara w realną obecność Chrystusa w Hostii jest znikoma. I jest to oczywiste, gdyż albo zgodnie z Tradycją Objawienie będzie kształtowało obyczaj, który nas będzie następnie formował, albo nasze mniemania będą rodziły nowe obyczaje, deformując prawdę objawioną.

     

    Obecnie w Kościele wielu ludzi żywi różne obawy co do zbyt daleko posuniętych zmian. Obawy te dotyczą głównie sfery moralnej. Boimy się, czy grzech cudzołóstwa w jakimś stopniu nie zostanie zaaprobowany, czy zbytnio nie skupiamy się na doczesności, czy Magisterium w ogóle pozostanie czymś niezmiennym.

     

     Jednakże jeśli spojrzymy na wagę i hierarchię tego, co najważniejsze, to możemy nie mieć złudzeń. Wprowadzenie praktyki udzielania komunii, która w swojej formie pomniejsza wyraz czci względem Chrystusa i z mniejszą pieczołowitością dba o realizm wiary co do Jego obecności w najmniejszej cząstce, jest nieporównywalnie większą katastrofą i grzechem. I twierdzenie, że przyjmowanie komunii na rękę nie odznacza się takim charakterem jest naprawdę zakłamywaniem rzeczywistości.

     

    Bez uszanowania Chrystusa, choćbyśmy wszystkie inne aspekty chrześcijaństwa zachowali, na nic nam to się nie zda. Bo jeśli nie szanujemy Chrystusa – a brak uszanowania względem Eucharystii staje się czymś nagminnym – to naprawdę przekroczyliśmy już ostatnią granicę. Jeśli wolno nie dbać o Chrystusa, to naprawdę wolno już wszystko.

     

    o. Jan P. Strumiłowski OCist./opoka.org.pl

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Adobe Stock

    ***

    KOMUNIĘ ŚWIĘTĄ PRZYJMUJEMY Z NALEŻNYM USZANOWANIEM DO UST

    ALBO NA RĘKĘ – WTEDY CIAŁO PAŃSKIE SPOŻYWAMY W OBECNOŚCI KAŁANA.

    PRZYJMUJĄC KOMUNIĘ ŚWIĘTĄ – NA SŁOWA KAPŁANA: CIAŁO CHRYSTUSA – ODPOWIADAMY: AMEN.

    *************************************************************************************************

    Co oznacza nasze „Amen”, które wypowiadamy podczas Komunii św. przyjmując „Ciało Chrystusa”?

    Kapłanowi, który rozdając Eucharystię mówi tobie: „Ciało Chrystusa”, odpowiadasz: „Amen” – to znaczy uznajesz łaskę i zaangażowanie, jakie pociąga za sobą stanie się Ciałem Chrystusa. Gdy przyjmujesz bowiem Eucharystię, stajesz się Ciałem Chrystusa. To bardzo piękne! Komunia, jednocząc nas z Chrystusem, wyrywając z naszego egoizmu, otwiera nas i jednoczy ze wszystkimi, którzy są jedno w Nim. Oto cud Komunii Świętej: stajemy się Tym, Którego otrzymujemy!

    Benedykt XVI –Jan Paweł II - Wielki Tydzień 2004

    Benedykt XVI –Jan Paweł II – Wielki Tydzień 2004 

    ______________________________________________________________________________________________________________

    “TEN, KTO MNIE SPOŻYWA, BĘDZIE ŻYŁ PRZEZE MNIE” (J 6,57)

    „Wiara Kościoła jest istotową wiarą eucharystyczną, a więc sakramentalną, i karmi się ona w szczególny sposób przy stole Eucharystii”. (papież Benedykt XVI)

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Podczas każdej Mszy świętej jest miejsce na Twoje osobiste intencje.

    Jak je składać?

    EUCHARYSTIA
    Shutterstock

    ***

    Jest podczas Mszy świętej kilka takich momentów „szczególnie odpowiednich”, by przywołać i ofiarować Bogu swoje prośby.

    Na początku każdej niemal Mszy świętej słyszymy, że jest odprawiana w jakiejś intencji. Najczęściej za zmarłych – o dar życia wiecznego. Czasami za żywych, o Boże błogosławieństwo i potrzebne im łaski. O co tu właściwie chodzi? Jaki jest sens „zamawiania” Mszy św. w jakiejś intencji? I czy to znaczy, że jeśli Msza św. jest za Kowalskiego, to moja modlitwa w jakiejś osobistej sprawie nie będzie już w trakcie tej Mszy św. wysłuchana?

    Co to znaczy „zamówić” Mszę świętą?

    Znaczy to tyle, że Kościół – czyli wspólnota sprawująca daną Eucharystię pod przewodnictwem kapłana – zgadza się prosić Pana Boga, aby dobrami duchowymi wynikającymi z tej Eucharystii obdarzył konkretną osobę lub grupę osób. Co to za dobra?

    Odpowiedź kryje się w odpowiedzi na pytanie: Czym jest Eucharystia? To uobecnienie Ofiary Jezusa, którą złożył Ojcu z samego siebie oddając swoje życie na krzyżu. W tej Jedynej Ofierze Jezus doskonale i w pełni zjednoczył się z Ojcem.

    My sprawując Eucharystię włączamy się w tę Ofiarę Jezusa, stajemy się jej uczestnikami, jej częścią – bierzemy w niej udział, a więc jednoczymy się „przez Chrystusa, z Chrystusem i w Chrystusie” z Ojcem. „Intencja” oznacza, że robiąc to prosimy, by Pan Bóg w to zjednoczenie włączył konkretnego człowieka – by to zjednoczenie stało się przede wszystkim jego udziałem. A zjednoczenie z Bogiem, to nic innego jak zbawienie.

    Jeśli prosimy na przykład o zdrowie, o pomyślne zdanie egzaminu, o błogosławieństwo i tak dalej, to w tym sensie, że one mają służyć sprawie zbawienia konkretnego człowieka, czyli jego bycia zjednoczonym z Bogiem na zawsze.

    Nie da się ofiarować komuś nic cenniejszego

    W gruncie rzeczy nie można prosić o nic więcej, o nic lepszego. I nie można nikomu ofiarować nic więcej niż to. Nasze zaangażowanie – nasza uwaga, obecność, poświęcony czas, gorliwa modlitwa czy ofiara materialna związana z „zamówieniem” mszy wyrażają naszą miłość, która w Eucharystii staje się częścią doskonałej i pełnej miłości jednoczącej Chrystusa z Ojcem.

    Proste „zamówienie” Mszy św. (zakładające zasadniczo także jak najpełniejsze w niej uczestnictwo), to coś absolutnie najcenniejszego – wręcz bezcennego – co człowiek może dać drugiemu człowiekowi – żywemu lub zmarłemu. Aż dziwne, że „zamawianie” intencji staje się coraz mniej popularne.

    A co z „prywatnymi” intencjami?

    Czy to oznacza, że moje „prywatne” intencje nie zostaną przez Boga wysłuchane, kiedy modlę się w nich podczas Mszy św.? Najpierw sprostowanie. Nie ma „prywatnych” intencji, bo Msza św. to nie moje sam-na-sam z Bogiem, ale wspólne dzieło całego Kościoła.

    I to nie tylko tego zebranego w konkretnym miejscu, ale naprawdę całego. Tę mszę, w której bierzemy udział sprawuje wraz z nami „Kościół rozproszony po całym świecie”. Na znak tego w każdej Mszy św., w modlitwie eucharystycznej przywołuje się imię papieża i miejscowego biskupa, którego jedność z papieżem jest znakiem jedności naszej wspólnoty z całym Kościołem Powszechnym.

    To dlatego tuż przed śpiewem „Święty, Święty, Święty” poprzedzającym konsekrację przypominamy sobie, że modlimy się wraz z aniołami i świętymi. Poza tym w Mszy świętej modlimy się za cały świat i za wszystkich ludzi. Jeśli uważnie wsłuchamy się w Modlitwę Eucharystyczną, to usłyszymy w niej skierowane do Boga błagania: „aby ta Ofiara sprowadziła na cały świat pokój i zbawienie”, abyś pamiętał „o całym Twoim ludzie i o wszystkich, którzy szczerym sercem Ciebie szukają”, a także prośbę za wszystkich naszych zmarłych braci i siostry oraz „tych których wiarę jedynie Ty znałeś”. Krótko mówiąc: nie ma takiego człowieka, za którego Kościół nie modliłby się sprawując Eucharystię.

    Czas i miejsce na nasze osobiste prośby

    Jak wynika z powyższego jest – i to jak najbardziej – we mszy świętej miejsce na moje osobiste intencje. Są one włączone w błaganie całego Kościoła. I bardzo dobrze jest przychodzić na Eucharystię z takimi osobistymi intencjami. Dlaczego? Po pierwsze – jeśli mam takie osobiste intencje, to znaczy, że kocham. A miłość – moja słaba, ułomna, ludzka miłość – jednoczy mnie z nieskończenie kochającym Chrystusem, który ofiaruje się odwiecznie miłującemu Ojcu.

    Po drugie – ta osobista intencja „motywuje” mnie do jak najbardziej gorliwego i świadomego uczestnictwa w sprawowanej Mszy św. A przez takie uczestnictwo coraz bardziej jednoczę się z Bogiem, który na serio mnie słucha i „bierze sobie do serca” to i tych, których ja noszę w swoim człowieczym sercu.

    Specjalne momenty

    Jest podczas Mszy św. kilka takich momentów „szczególnie odpowiednich”, by przywołać i ofiarować Bogu te swoje prośby. Najpierw na samym początku, kiedy kapłan informuje wspólnotę w jakiej intencji sprawujemy Eucharystię.

    Pamiętajmy, że nie jest ona „konkurencyjna” względem tej naszej osobistej. Wręcz przeciwnie. Im gorliwiej włączam się w tę „wspólną”, tym bardziej kocham, a więc tym bardziej to co noszę w swoim sercu staje się Jezusowe – tym bardziej On to może oddawać i polecać Ojcu. Kolejny dobry moment to „ofiarowanie”, czyli moment, kiedy na ołtarz przynoszone są chleb i wino, a kapłan przedstawia je po cichu Bogu, prosząc by niebawem stały się „Pokarmem i Napojem Duchowym”.

    W tym czasie zazwyczaj zbierana jest tak zwana „taca”. Nie należy lekceważyć tego momentu. Moja materialna ofiara z pieniędzy, które przecież są mi tak bardzo potrzebne do życia bardzo dosłownie wyraża moją ofiarę duchową. Przy tym nie wolno „magicznie” myśleć, że im więcej dam, tym bardziej zostanę wysłuchany. Kłania się ewangeliczna historia o wdowim groszu, którym zachwycił się Jezus (Marek 12,43). Bóg zna moje możliwości i wie, co to dla mnie znaczy dać naprawdę dużo.

    Najważniejszy moment i „Boski Zakładnik”

    Najważniejszy moment to ten, kiedy przyjmuję Chrystusa w Komunii. On jest ze mną, jest we mnie, jest w moim sercu. Moje serce – wszystkie jego sprawy i troski – stają się Jego. Mogę śmiało powiedzieć Ojcu: Mam Twojego Syna. Chcę Ci go ofiarować, oddać. A wraz z nim samego siebie, a więc też wszystko i wszystkich, którzy są dla mnie ważni. Wszystko albo nic, Panie Boże!

    Ten „święty szantaż” zadziała zawsze, jeśli powoduje mną miłość do Boga i człowieka. Bo ta miłość to przecież Duch Święty, który działa w moim sercu i przyczynia się za mną w błaganiach, których sam nie potrafię ubrać w słowa. To moment, kiedy najpełniej – tu na ziemi – uczestniczę w życiu Trójcy Świętej. Jestem z Bogiem, jestem w Bogu. Moje serce zanurzone w Nim. Wszystko, co moje, staje się Jego. Wszystko i wszyscy.

    ks. Michał Lubowicki/Aleteia.pl

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Post eucharystyczny jest obowiązkowy.

    Czy zbyt łatwo o nim nie zapominamy?

    PRZYGOTOWANIE DARÓW
    Shutterstock

    ***

    Kogo obowiązuje post eucharystyczny? Jakie ma znaczenie? I jak liczyć czas postu?

    Uczono nas o nim podczas przygotowania do Pierwszej Komunii Świętej, ale praktyka pokazuje, że często ulatuje nam z pamięci albo nie przykładamy do niego większej wagi. Tymczasem to podstawowy sposób przygotowania się do owocnego udziału w Mszy świętej.

    Obudzić pragnienie serca

    Powstrzymanie się od pokarmów i napojów podtrzymujących i uprzyjemniających nasze życie biologiczne ma uświadomić nam, że oto niebawem będziemy przyjmowali Pokarm i Napój dający nam życie duchowe i wieczne. Tak pisał o tym święty Efrem Syryjczyk:

    W Twym Chlebie ginie łakomstwo, Twój kielich unicestwia nieprzyjaciela – śmierć, co nas pożera. Spożywamy Cię, Panie, i pijemy nie tylko, by się nasycić, ale by żyć przez Ciebie.

    Fizyczny głód i pragnienie mają za zadanie rozbudzić naszą duchową tęsknotę za Jezusem w Eucharystii. Takie duchowe „przez żołądek do serca” à rebours.

    Niezwykły pokarm

    Post eucharystyczny znany był w Kościele już w pierwszych wiekach. Co prawda pierwsze pokolenie chrześcijan łączyło nieraz Eucharystię z braterską ucztą zwaną „agapą”, ale dość szybko zdecydowano się rozdzielić te dwa wydarzenia, a przyjmowanie Ciała Pańskiego poprzedzać czasem powstrzymywania się od jakichkolwiek innych pokarmów i napojów.

    Wynikało to z dużej wrażliwości na realną obecność Chrystusa w Najświętszym Sakramencie. Uważano, że nie godzi się, by Chleb Eucharystyczny mieszał się w nas ze zwykłym, wcześniej przyjętym pożywieniem.

    Dziś może dziwić, a nawet śmieszyć nas takie „organiczne”, naturalistyczne podejście, ale powinno też sprowokować do pytania: Czy ja rzeczywiście zdaję sobie sprawę, że w Komunii przyjmuję naprawdę Ciało i Krew Boga?

    Komunia dla wytrwałych

    Pierwsze precyzyjne przepisy dotyczące postu eucharystycznego wprowadził w XVI w. Sobór w Trydencie. Ustalone tam zasady były bardzo surowe. Aby przystąpić do Komunii, należało powstrzymać się od jakiegokolwiek pokarmu oraz napoju od północy aż do momentu jej przyjęcia. Zasada ta obowiązywała wszystkich i bez jakichkolwiek wyjątków.

    Stąd Msze święte sprawowano zasadniczo tylko w godzinach porannych. Był to też jeden – choć nie jedyny – z powodów, dla których wierni nie przystępowali do Komunii zbyt często.

    Dopiero w 1953 r. papież Pius XII pozwolił na picie w tym czasie samej wody, a niedługo potem skrócił obowiązujący czas postu eucharystycznego do trzech godzin. Następna zmiana przyszła już po II Soborze Watykańskim, gdy papież Paweł VI określił minimalny czas postu do jednej godziny. W 1973 r. w instrukcji Immensae caritatis zezwolił też, by w przypadku osób chorych, starszych oraz opiekujących się nimi było to jedynie piętnaście minut.

    Post eucharystyczny dzisiaj

    Obowiązujący nas dzisiaj Kodeks prawa kanonicznego z 1983 r. w kanonie 919 nakazuje powstrzymanie się od jakiegokolwiek pokarmu i napoju z wyjątkiem wody i lekarstw „przynajmniej na godzinę przed przyjęciem Komunii Świętej”.

    Post eucharystyczny nie obowiązuje osób w podeszłym wieku, chorych oraz opiekujących się nimi. Zwolniony z postu eucharystycznego jest też kapłan sprawujący drugą lub trzecią Mszę św. tego samego dnia, ale nie przed pierwszą Mszą św.

    Poza określonymi powyżej wyjątkami post eucharystyczny obowiązuje wszystkich wiernych i zasadniczo nie występuje możliwość dyspensowania (czyli zwalniania) od niego zarówno w przypadku przyjmowania Komunii podczas Mszy świętej, jak i poza nią. Czas postu eucharystycznego liczymy bowiem – o czym warto pamiętać – nie do chwili rozpoczęcia Mszy św., ale właśnie do przyjęcia Komunii św.

    ks. Michał Lubowicki/Aleteia.pl

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Opuściłem niedzielną Mszę św.

    Czy muszę od razu iść do spowiedzi?

    Czy każda wieczorna Msza św. sobotnia „zalicza” się za Mszę św. niedzielną?

    W każdą niedzielę na Mszy świętej słyszymy, że „z całym Kościołem uroczyście obchodzimy pierwszy dzień tygodnia”. W statystycznej polskiej parafii to w 40 procentach prawda. Ponad połowa osób deklarujących się jako uczniowie Chrystusa regularnie unika spotkań ze swoim Mistrzem.

    W chrześcijaństwie nie chodzi w pierwszym rzędzie o spełnianie norm moralnych. Bycie chrześcijaninem polega przede wszystkim na życiu życiem danym nam przez Chrystusa. To życie jest darem Boga i do Niego należy „dystrybucja” tego daru oraz ustalanie zasad, na jakich się ona odbywa.

    Zasady te Zbawiciel wyłożył swoim uczniom, a oni byli uprzejmi przekazać je następnym pokoleniom i nic nowego się tu nie wymyśli. Są to sakramenty, a zwłaszcza ten, który nazywamy Najświętszym Sakramentem, czyli Eucharystia.

    Pomysł dyspensowania się od cotygodniowego powracania do źródła życia jest chybiony i śmiertelnie niebezpieczny. Jasne, że Pana Boga sakramenty nie „ograniczają” i ma możliwość zbawić także tego, kto nigdy do nich nie przystępował, ani o nich nie słyszał. Ale dobrowolna rezygnacja i lekceważenie tak pewnego i darmo ofiarowanego środka do zbawienia zakrawa nie tylko na głupotę i pychę, ale i na grubą niewdzięczność.

    Msza św. dla nie-chętnych

    Niedzielna Eucharystia nie jest więc dla chrześcijan aktywnością fakultatywną. Obowiązek uczestnictwa we Mszy św. w dni świąteczne nie jest ludzkim wymysłem. Kościół wyprowadza go nie tylko z trzeciego punktu Dekalogu, w którym mowa o święceniu dnia świętego, ale także ze słów samego Jezusa: Jeżeli nie będziecie spożywali Ciała Syna Człowieczego i nie będziecie pili Krwi Jego, nie będziecie mieli życia w sobie (J 6,53).

    Rezygnując z niedzielnej Eucharystii nie tylko poważnie łamię jedno z trzech pierwszych przykazań Bożych i pierwsze spośród kościelnych, ale na własne życzenie dokonuję duchowego samobójstwa. Dobrowolnie zrywam swoją więź z Chrystusem i odcinam się od źródła życia.

    Aby do niego wrócić i móc w pełni uczestniczyć w Eucharystii przyjmując Komunię św., potrzebuję najpierw naprawić tę więź w sakramencie pokuty i pojednania.

    A jeśli nie mogę być na Mszy św.?

    Nad argumentami z serii „nie chce mi się” i „nudzi mi się” nie ma się co rozczulać. Jeśli chodzi o „nie czuję, żeby to mi coś dawało”, to Pan Jezus nie mówi: będziesz albo nie będziesz czuł, ale: będziesz albo nie będziesz miał życia.

    Zdarzają się jednak sytuacje, w których uczestnictwo w niedzielnej mszy świętej jest niemożliwe czy bardzo utrudnione. Jest ich wiele i nie sposób je wszystkie tutaj omówić. Inna jest sytuacja obłożnie chorego, inna opiekujących się nim, inna kogoś, komu dotrzeć do kościoła jest trudno czy niewygodnie, inna również, gdy jest to fizycznie niemożliwe.

    Jeśli rzeczywiście nie mogę, bo nie mam jak, to moja nieobecność – choć pozostaje z uszczerbkiem dla życia duchowego – grzechem nie jest. Grzechem nie może być coś, na co nie mam wpływu, bo grzech polega na przeciwnej Bogu decyzji.

    W tych wszystkich sytuacjach warto jednak starać się jak najuczciwiej odpowiedzieć sobie na pytanie, czy rzeczywiście i naprawdę w żaden sposób nie mogę dotrzeć na Mszę św., czy też w którymś momencie rezygnuję z poniesienia związanego z tym trudu (dystansu, niedogodności, organizacji czasu) bo stwierdzam, że „nie warto”. Może trzeba zapytać samego siebie: Czego nie jest warte życie, które daje mi Jezus.

    Msza św. w sobotę wieczorem

    Kościół wychodzi naprzeciw potrzebom swoich dzieci, którym uczestnictwo w mszy w dzień świąteczny sprawia jakikolwiek kłopot. Robi to na tyle, na ile może, bo sakramenty nie stanowią jego własności, a jedynie powierzony mu przez Chrystusa depozyt.

    Kodeks prawa kanonicznego, który reguluje zasady życia katolików również w kwestiach związanych z korzystaniem z sakramentów, stwierdza: „Nakazowi uczestniczenia we Mszy świętej czyni zadość ten, kto bierze w niej udział, gdziekolwiek jest odprawiana w obrządku katolickim, bądź w sam dzień świąteczny, bądź też wieczorem dnia poprzedzającego” (KPK kan. 1248 §1).

    Zatem jeśli wiem, że nie dam rady dotrzeć do kościoła w niedzielę, mogę spokojnie zrobić to w sobotę wieczorem. Z powyższego zapisu wynika też, że nie musi to być Msza św. sprawowana z formularza niedzielnego, czyli z hymnem „Chwała na wysokości”, dwoma czytaniami przed Ewangelią i wyznaniem wiary. Nawet jeśli będzie to zwykła „sobotnia” Msza św. lub na przykład Msza św. „ślubna” (ale sprawowana wieczorem!), uczestnicząc w niej, spełniam ów życiodajny – w gruncie rzeczy naprawdę niezbyt forsowny – obowiązek.

    ks. Michał Lubowicki/Aleteia.pl

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Czym są grzechy ciężkie i kiedy je popełniamy?

    *****

    Kościół daje nam pewne obiektywne kryteria oceny tego, czy dany czyn był grzechem i czy chodziło o grzech ciężki (zwany inaczej śmiertelnym), czy też o grzech lekki (zwany powszednim).

    „Usiłując zrozumieć grzech — czytamy w Katechizmie Kościoła Katolickiego — trzeba najpierw uznać głęboką więź człowieka z Bogiem” (KKK 386). Poza tą więzią można mówić o złu, o krzywdzie, o błędach, nawet o zbrodni — ale nie o grzechu. W pojęcie grzechu jest bowiem wpisane odniesienie do Tego, który, choć nieskończenie większy od nas, traktuje nas bardzo poważnie, niemal jak równych sobie.

    Grzech a relacja z Bogiem

    Problem w tym, że my najczęściej zauważamy tylko jeden kraniec tej więzi: nas samych. Kiedy zdarza nam się skrzywdzić drugiego człowieka, od razu widzimy owoce naszego czynu: ktoś cierpi, płacze, gniewa się… Jeśli nie jesteśmy ludźmi zatwardziałymi albo pozbawionymi empatii, spontanicznie odczuwamy żal za to, co zrobiliśmy.

    Z Panem Bogiem jest inaczej: na skutek grzechu pierworodnego utraciliśmy zdolność spontanicznego, bliskiego kontaktu z Nim. Grzesząc, nie czujemy wcale, że Go ranimy. W konsekwencji, zastanawiając się nad tematem grzechu, skupiamy się na nas samych i na przykazaniach, które przekroczyliśmy; ewentualnie nad skrzywdzonym bliźnim, jeśli grzech był grzechem przeciwko bliźniemu. Kochający nas Bóg pozostaje gdzieś na drugim planie, a nieraz jest zupełnie niewidoczny.

    Grzechy lekkie i ciężkie. Jak je odróżnić?

    Świadomość tego, że w temacie grzechu nie możemy do końca zaufać temu, co czujemy, jest bardzo ważna przy rozróżnianiu grzechów ciężkich i lekkich. Często brak nam takiej świadomości, dlatego ciężar grzechu mylimy z intensywnością wstydu, który z jego powodu odczuwamy albo ze skalą dezaprobaty ze strony innych ludzi. Mamy rozregulowaną zdolność odczuwania grzechu: nie czujemy ciężaru tego co najcięższe (grzechy przeciw Bogu), a często przesadnie odczuwamy ciężar rzeczy błahych. W tej sytuacji, żeby pomóc nam we właściwym rozeznaniu, Kościół daje nam pewne obiektywne kryteria oceny tego, czy dany czyn był grzechem i czy chodziło o grzech ciężki (zwany inaczej śmiertelnym), czy też o grzech lekki (zwany powszednim).

    W Katechizmie czytamy, że choć samo to rozróżnienie daje się zauważyć już w Piśmie Świętym (1 J 5, 16-17), definitywnie zostało ono sformułowane w tradycji Kościoła (KKK 1854). Grzech śmiertelny to ten, który niszczy miłość w sercu człowieka, podczas gdy grzech powszedni jedynie ją osłabia. Św. Tomasz z Akwinu mówił, że grzech śmiertelny jest jak śmiertelna rana, podczas gdy grzech powszedni — jak rana uleczalna. Człowiek może mieć w ciele wiele ran i żyć, ale wystarczy jedna śmiertelna, żeby umarł…

    Grzech ciężki. 3 warunki

    Aby grzech kwalifikował się jako ciężki, muszą być spełnione jednocześnie trzy warunki: poważna materia, pełna świadomość i całkowita zgodaPierwszy z warunków jest określony przede wszystkim przez dziesięć przykazań Bożych: po prostu już w samym Objawieniu znajdujemy wskazówkę, że pewne czyny są dla człowieka bardziej niszczące niż inne. „Ciężar grzechów jest większy lub mniejszy: zabójstwo jest czymś poważniejszym niż kradzież. Należy uwzględnić także pozycję osób poszkodowanych: czymś poważniejszym jest przemoc wobec rodziców aniżeli wobec kogoś obcego” (KKK 1858).

    Drugi warunek ma wykluczyć wszystkie te sytuacje, kiedy człowiek nie wie, że to, co czyni, jest sprzeczne z prawem Bożym i/lub z podstawowymi zasadami wypisanymi w ludzkim sumieniu.

    Z kolei trzeci warunek wyklucza przede wszystkim te przypadki, kiedy człowiek czyni zło przymuszony przez kogoś innego. Może on też dotyczyć działań dokonywanych pod presją emocji tak silnych, że niemożliwych do kontrolowania. Katechizm podaje jednak tutaj ważne uściślenie: „ignorancja zawiniona i zatwardziałość serca nie pomniejszają, lecz zwiększają dobrowolny charakter grzechu” (KKK 1859).

    Narzucone przez Kościół?

    Wymienione trzy kryteria, a szczególnie pierwsze z nich, mogą z początku budzić opór jako coś narzuconego przez Kościół, a nie wypływającego z głębi naszego serca. Nauczanie Kościoła o grzechu nie jest bowiem opisem tego, co przeżywamy, ale pewną szkołą, systemem wychowawczym, który ma nam stopniowo otwierać oczy na piękno Bożej miłości i na brzydotę grzechu.

    Im bardziej człowiek wzrasta w cnocie, tym jaśniej widzi zło grzechu; im bliżej żyje Boga, tym większą ma świadomość tego, jak bardzo grzech Go rani. Stąd jeden z teologów mógł napisać, że „tym, kto najlepiej rozumie grzech, nie jest grzesznik, nawet grzesznik, ks. któremu wybaczono, lecz święty”.

    ks. Andrzej Persidok/Stacja7.pl

    ______________________________________________________________________________________________________________

    o. prof. Jan Strumiłowski OCist:

    Błądzą ci, którzy odłączają się od Kościoła rzekomo dla obrony ortodoksji

    ***

    W obliczu herezji w Kościele trzeba przylgnąć do depozytu wiary, upominać przełożonych i troszczyć się o Kościół. Nigdy nie wolno odłączać się od Kościoła, rzekomo w celu ochrony ortodoksji. Byłoby to równoznaczne z oderwaniem się od źródła – i zaprzeczeniem temu, co jakoby chcemy chronić. Pisze o tym cysters, o. prof. Jan Strumiłowski.

    Duchowny opublikował swój artykuł na łamach portalu Opoka.org.pl. Cysters nie wskazał z imienia, kogo ma na myśli. Redakcja PCh24.pl poleca jednak Czytelnikom zwrócić uwagę zwłaszcza na działalność abp. Carlo Marii Viganò, który oficjalnie ogłosił, że odrzuca prawdziwość pontyfikatu Franciszka i założył swoje własne struktury quasi-kościelne. Ponadto warto uwzględnić kontekst wielu kapłanów, którzy odłączają się od papieża i biskupów, zakładając swoje wspólnoty – niestety, również w Polsce…

    „Niektórzy wprost twierdzą, że hierarchia zaczyna błądzić, a jedynym sposobem na zachowanie wierności depozytowi przekazanemu przez Chrystusa jest założenie jakiejś enklawy działającej niezależnie od pasterzy Kościoła i jego struktur co de facto jest wejściem na drogę prowadzącą do schizmy” – napisał o. prof. Jan Strumiłowski Ocist.

    Kapłan zwrócił w związku z tym uwagę na konieczność postawienia pytania o prawdziwą naturę Kościoła: czy Kościół jest tylko przygodnym narzędziem przekazywania wiary, które katolicy mogą podrzucić, by odrywając się od hierarchii zachować nieskażoną doktrynę? Innymi słowy: „Czy doktryna zachowywana, strzeżona i przekazywana przez Kościół jest niezależna od samej struktury Kościoła i czy możliwe jest trwanie ortodoksyjnej nauki poza ramami tej struktury?”.

    W odpowiedzi cysters wskazał, że Kościół nie jest tworem jedynie ludzkim – nie jest ani uprzedni względem Objawienia, ani wtórnym wobec niego. Kościół – napisał – jest jakby zespolony z depozytem wiary, jest zrodzony z Objawienia.

    „Kościół tymczasem jest Mistycznym Ciałem Chrystusa. Nie jest tylko organizacją, która przechowuje skarb od Chrystusa otrzymany, ale jest mistyczną osobą, Oblubienicą Baranka, która połączyła się z Nim tak ściśle, że stanowią oni (Kościół i Chrystus) jedno ciało. Z tego względu najlepszą definicją Kościoła jest nazywanie go Mistycznym Ciałem Chrystusa – i nie jest to jedynie metafora, ale nazwa wyrażająca najgłębszą rzeczywistość Kościoła” – napisał.

    Kościół jest zatem instytucją bosko-ludzką; tworzy go pierwiastek Boży, który urzeczywistnia się w ludzkiej społeczności. „Nie jest możliwe wydarcie tego nadprzyrodzonego pierwiastka i zachowanie go poza Mistycznym Ciałem Chrystusa, tak jak Boska Osoba Syna Bożego objawiała się w ciele ludzkim Chrystusa, które przyjęła a nie poza Nim” – pisze zdecydowanie ojciec Strumiłowski.

    „W historii chrześcijaństwa pojawiały się koncepcje, które próbowały rozdzielić owe dwa elementy. Niektórzy połączenie boskiego i ludzkiego pierwiastka chcieli upatrywać nie w niezależnym bycie Kościoła, ale w sercu ludzkim. Wiara w Słowo Boże miałaby być cnotą jednoczącą człowieka z Bogiem i zasadniczo jest to oczywiście prawdą. Jednakże wiarę, rozumianą jako cnotę boską otrzymujemy od Kościoła i za jego pośrednictwem. Nie może być ona rozumiana jedynie jako indywidualny akt ludzki, który jednoczy z Bogiem, a dopiero wtórnie wspólnota wierzących tworzy Kościół” – napisał cysters.

    „Koncepcje te oczywiście nie są zgodne z prawowierną nauką. Kościół posiada swoje widzialne i strukturalne ramy i granice” – wskazał. „Kościół z ustanowienia Bożego jest hierarchiczny. Zbudowany jest na fundamencie Apostołów, a zatem poza tym fundamentem i strukturą nie może się urzeczywistniać jako tajemnicza i bliżej nie określona wspólnota duchowa” – podkreślił profesor.

    „Tam gdzie odrywamy się od struktury Kościoła, od Jego ludzkiej warstwy, od hierarchii, której zostało powierzone strzeżenie jego depozytu, tam też mamy do czynienia z oderwaniem od Ducha, który ożywia Kościół. Tak jak członek ciała po amputacji nie zachowuje życia ciała, tak członek Kościoła po akcie apostazji nie może cieszyć się życie Ducha Pańskiego” – stwierdził wreszcie.

    Jak wskazał zakonnik, tożsamość widzialnej struktury Kościoła z Ciałem i Osobą Chrystusa nie sprawia, że Kościół musi być w swojej ludzkiej strukturze zawsze wierny Duchowi, który go ożywia. Kościół nie może zbłądzić w swojej całości – ale jego członkowie, w tym pasterze, są zdolni do błędu.

    „Nawet biskup Rzymu cieszący się charyzmatem nieomylności nie jest wolny od błędu w swoim zwyczajnym i prywatnym nauczaniu” – napisał.

    „Może zdarzyć się (i rzeczywiście w historii się zdarzało), że pasterze, nawet w większości, a nawet sam papież opowiadali się za błędną nauką” – dodał.

    O. prof. Strumiłowski wyjaśnił, jaka jest prawidłowa reakcja na zgorszenia i herezje w Kościele: jest nim miłość i troska o dobra Kościoła, którą kierowali się zawsze święci. Taką drogą nie jest nigdy oderwanie się od widzialnego Kościoła, bo byłoby tożsame z oderwaniem się od samego źródła:

    „Właśnie w natchnieniu tak gorącej gorliwości rodzili się święci, którzy zwalczali herezje i przywracali właściwy porządek w Kościele. Jednakże żaden wierny nie jest w stanie uczynić tego odrywając się od widzialnego Kościoła, gdyż w ten sposób po prostu oderwie się od samego źródła”.

    Jak podkreślił cysters, w obliczu niepokojów wewnątrz Kościoła trzeba kierować się wiernością wobec depozytu wiary, a nawet upominać przełożonych – bo wszyscy w Kościele otrzymaliśmy tego samego Ducha. Nigdy nie wolno jednak „od Kościoła się dystansować czy od niego odłączać, rzekomo ze względu na pragnienie uchronienia ortodoksji, którą przecież od Kościoła otrzymaliśmy”.

    „Zresztą odłączenie się od Kościoła i mniemanie, że mimo tej separacji zachowujemy ortodoksyjną wiarę już jest popadnięciem w herezję, bo już jest odrzuceniem wiary w istotę Kościoła, która jest częścią depozytu, który chcemy ochronić” – zakończył.

    (pełny tekst ojca profesora, dostępny pod adresem: https://opoka.org.pl/biblioteka/P/PR/Strumilowski/czy-mozliwa-jest-wiernosc-ewangelii-poza-widzialnymi).

    PCh24.pl/źródło: Opoka.org.pl

    ______________________________________________________________________________________________________________

    NIE dla „płci odczuwanej” i „toalet LGBT” w szkołach. Brytyjski rząd po stronie normalności

    (fot. Pixabay)

    ***

    Brytyjski rząd opublikował specjalne wytyczne dla nauczycieli w Anglii. Dotyczą one sposobu zwracania się do uczniów, którzy twierdzą, że są innej płci niż ich płeć biologiczna.

    W ostatnim czasie w Wielkiej Brytanii znacznie wzrosła liczba uczniów, którzy twierdzą, że są innej płci niż ich płeć biologiczna. Na początku domagali się oni, aby przede wszystkim nauczyciele zwraca się do nich „nowym imieniem” i „zaimkiem odpowiednim dla płci, którą się czują”. Z czasem jednak pojawiły się nowe żądania dotyczące (jakże by inaczej) korzystania z toalety i uczestnictwa w zajęciach sportowych.

    Głos w sprawie zabrał brytyjski rząd, który w końcu opublikował zapowiadane od 2018 roku wytyczne w tej sprawie.

    „Nauczyciele i szkoły nie muszą i nie powinny spełniać automatycznie żądań w kwestii imion i zaimków wysuwanych przez dzieci kwestionujących swoją tożsamość, i nie mogą być z tego powodu karane. Zalecone jest bardzo ostrożne podejście przed podjęciem jakiejkolwiek decyzji, w tym okres obserwacji oraz konsultowanie tej kwestii z rodzicami. Ta ostatnia sprawa jest bardzo istotna, bo media wiele razy opisywały przypadki, że szkoły nie informowały rodziców o tym, że ich dziecko kwestionuje swoją płeć i domaga się, by je traktować inaczej niż zgodnie z płcią biologiczną, a czasem wręcz ukrywały ten fakt przed rodzicami”, czytamy w dokumencie.

    „Bezwzględnie muszą zostać utrzymane oddzielne dla obu płci przestrzenie typu toalety, przebieralnie czy prysznice, i uczniowie, którzy twierdzą, że mają inną płeć niż biologiczna, nie mogą korzystać z tych przeznaczonych dla innej płci niż ich biologiczna. (…) Ponadto szkoły niekoedukacyjne mają prawo odmawiania przyjmowania uczniów o odmiennej płci biologicznej, niezależnie od samoidentyfikacji ucznia”, czytamy w wytycznych.

    PCh24.pl/źródło: PAP / oprac. TG

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Opowieść byłego biskupa anglikańskiego, który 10 lat temu wstąpił do Kościoła katolickiego

    Ks. Keith Newton

    Carl de Souza | AFP

    ***

    „Ze względu na nasze korzenie anglikańskie być może to właśnie my będziemy szczególnie uzdolnieni do tego, by dotknąć duszy osób, które opuściły łono Kościoła w Wielkiej Brytanii” – opowiada ks. Newton, który wraz z żoną i trójką dzieci przeszli do Kościoła rzymskokatolickiego.

    15 stycznia 2011 r. trzej byli biskupi anglikańscy, a wśród nich m.in. ks. Keith Newton, przyjęli święcenia kapłańskie z rąk katolickiego arcybiskupa Westminsteru Vincenta Nicholsa. Tego samego dnia, dekretem Kongregacji Nauki Wiary, został utworzony ordynariat personalny Matki Bożej z Walshingam, a papież Benedykt XVI mianował jego ordynariuszem właśnie ks. Keitha Newtona. Dziesięć lat później agencja I.MEDIA przeprowadziła z nim wywiad podsumowujący działanie ordynariatu i kreślący jego dalsze perspektywy.Przypominamy ten archiwalny tekst.

    10 lat od dołączenia do Kościoła katolickiego

    10 lat temu, wspólnie z wieloma anglikanami, dołączył Ksiądz do Kościoła katolickiego. Tego samego dnia, na prośbę papieża Benedykta XVI, stanął Ksiądz na czele nowo powstałego ordynariatu Matki Boże z Walshingam. Jak ksiądz świętował ten jubileusz?

    Obchody tego dziesięciolecia zostały oczywiście zaplanowane. Konstytucja apostolska Anglicanorum coetibus [która dotyczy przejścia księży i biskupów anglikańskich do Kościoła katolickiego, w tym także księży żonatych – przyp. red.] została opublikowana w 2009 r. Od tego momentu musiało upłynąć trochę czasu, zanim przystąpiono do tworzenia pierwszego ordynariatu, ustanowionego dokładnie 10 lat temu, w dniu licznych święceń kapłańskich.

    Obchody zostały więc przygotowane zawczasu, ale oczywiście pandemia wszystko pokrzyżowała i nie mogliśmy na nowo ich zaplanować. 15 stycznia odprawiłem mszę świętą. Kolejnego dnia odprawiona została uroczysta msza, która była transmitowana, aby wierni mogli w niej uczestniczyć online.

    Jeśli sytuacja poprawi się w ciągu roku, być może będziemy mogli zorganizować także coś większego.

    Podsumowania

    Czy po upływie 10 lat nadszedł właściwy moment na pierwsze podsumowanie?

    Myślę, że tak. Wiele osób przepowiadało, że szybko przestaniemy istnieć. A jednak nie stało się tak i wciąż jesteśmy na miejscu! Oczywiście, w ciągu tych 10 lat stawiliśmy czoła wielu wyzwaniom, ale wydaje mi się, że jesteśmy lepiej przygotowani, gotowi do spoglądania w przyszłość. Ponieważ zapuściliśmy głębiej naszej korzenie zarówno w Kościele katolickim, jak też w społeczeństwie angielskim i walijskim.

    Mamy ponad stu księży, spośród których blisko 70 ma poniżej 75 lat. Około 30 z nich pracuje w pełnym wymiarze w parafiach ordynariatu. Posiadamy też ok. 25 parafii katolickich na terenie Wielkiej Brytanii, co daje nam przełożenie na lokalne wspólnoty katolickie.

    A ilu wiernych dziś liczycie?

    Nie są to oczywiście wielkie liczby: kilka tysięcy. Ale wiele osób w Kościele katolickim uczestniczy w naszych mszach [sprawowanych w rycie ordynariatu, formie liturgicznej Kościoła katolickiego, inspirowanej tradycjami anglikańskimi – przyp. red.].

    Wnosimy coś nowego w ich katolicką wiarę, w nich samych i szerzej: do Kościoła powszechnego. Jak wiemy, Kościół katolicki w swej historii przeżył trudne czasy w Anglii. Po reformie anglikańskiej w XVI w. przez pewien czas był nawet zdelegalizowany. Zajmuje tu więc inne miejsce niż np. we Włoszech czy Francji.

    ORDINARIAT-ANGLICAN-000_Par3712693.jpg

    ***

    Napotkaliście także problemy finansowe…

    Tak i niemal całkowicie je rozwiązaliśmy. Zaczynaliśmy, nie mając prawie nic. Było to trudne, ale udawało nam się każdego roku utrzymać ster i utrzymać naszą łódź na powierzchni. Dziś pracujemy nad funduszem emerytalnym dla naszych księży emerytów.

    W ostatnich latach zorganizowaliśmy wiele struktur, zwłaszcza materialnych, a także m.in. funkcje wikariusza i różnych odpowiedzialnych. To, rzecz jasna, wymaga czasu i ja zawsze powtarzam, że te działania to raczej maraton, a nie sprint.

    Święty wzór

    Znajdujecie się pod opieką Johna Henry’ego Newmana, który także przeszedł z Kościoła anglikańskiego do katolickiego. Czy był on waszym prekursorem?

    Tak! Jego kanonizacja w 2019 r. była dla nas wszystkich bardzo ważnym i wzruszającym wydarzeniem. Szczególnie poruszyło nas to, że byliśmy świadkami, jak ta wielka postać, która wybrała Kościół katolicki, zostaje kanonizowana i uznana przez ten Kościół za wzór.

    Czy dziś udało wam się zgłębić znaczenie waszej wyjątkowości w Kościele powszechnym?

    Przykład Newmana jest dla nas bardzo inspirujący. On sam w XIX w. planował stworzenie czegoś, co opisał jako „Kościół unicki anglikański” [tzn. pozostający w unii z Rzymem – przyp. red.]. Myślę, że dziś spoglądałby na nasz ordynariat z życzliwością. On, który mówił o swych „przyjaciołach, którzy drżą z zimna na progu Kościoła”.

    Wierzę, że jednym z wielkich znaczeń, jakich może nabrać ordynariat w Kościele powszechnym jest to, że będzie zdolny odnaleźć w sobie tradycje, które są spójne z wiarą katolicką. I połączyć z nimi elementy, które narodziły się podczas reformy anglikańskiej.

    Np. elementy liturgiczne i duchowe, strategie duszpasterskie – oczywiście w zgodzie z nauczaniem Kościoła. Według mnie wielu katolików nie zdaje sobie sprawy, jak bardzo różnorodny jest dzisiejszy Kościół. I że z tej różnorodności możemy wydobyć bardzo bogate tradycje.

    Czy uważa Ksiądz, że dzięki waszej wyjątkowości udało wam się odnaleźć wasze miejsce?

    Jesteśmy pierwszą grupą od czasów reformy anglikańskiej, która wyznacza oficjalnie drogi powrotu do Kościoła. Nawet jeśli jesteśmy małą grupą, to – jak powiedział Benedykt XVI – nasze wysiłki są „prorocze”.

    To pokazuje, co może się wydarzyć, co jest możliwe. Nasza organizacja inspiruje się przeszłością, pierwszymi nawróceniami, licznymi wysiłkami podejmowanymi przez Watykan, które, zwłaszcza od czasów Pawła VI, doprowadziły do sytuacji, w której znajdujemy się dziś.

    Ale to wszystko sprawia, że zwracamy się przede wszystkim w stronę przyszłości, w stronę tego, co jest możliwe do zrealizowania. Na łonie Kościoła wierni nie są „wchłaniani”, ale szanowani, jako równi w swej różnorodności. To jest siłą Kościoła katolickiego: gromadzenie w autentycznej komunii różne grupy osób. Żadna inna religia nie jest w stanie dziś tego uczynić.

    Wizja przyszłości

    Jakie działania podejmuje dziś ordynariat w kwestii badań nad jednością Kościoła? Czy istnieje dziś dialog, zwłaszcza z Kościołem anglikańskim?

    Nie mamy szczególnie silnych więzi z Kościołem anglikańskim. Osobiście mam przyjaciół anglikanów, znam anglikańskich biskupów i często mam okazję z nimi dyskutować. Wierzę, że pojawiło się nieco resentymentów po utworzeniu ordynariatu i przejściu naszych wiernych do Kościoła katolickiego.

    Uważam, że próba zrozumienia tej sytuacji może inspirować. Bo jeśli cały czas powtarzamy, że jedność jest tym, czego pragnie Chrystus, to wszystko, co prowadzi w kierunku tej jedności powinno być odbierane jako coś dobrego. Myślę, że ekumeniści dopiero od niedawna zdają sobie sprawę ze znaczenia ordynariatu w tej perspektywie.

    Przez większość czasu próbują oni zrozumieć odmienne punkty widzenia, co jest dobre. Jednak nie zawsze zastanawiają się nad tym, co w praktyczny sposób prowadzi ku tej poszukiwanej jedności. O ile wiem, jesteśmy jedynymi osobami w Kościele katolickim, które wykonały ten krok w kierunku jedności.

    Po pierwszych dziesięciu owocnych latach, jakie są najważniejsze cele, na jakich chcecie koncentrować się przez najbliższe dziesięciolecie?

    Mamy nadzieję, że za 10 lat będzie istniało ok. 25 stabilnych wspólnot ordynariatu na terenie całego naszego kraju. Dołożymy wszystkich starań, by się rozwijały. To oznacza również, że najmniejsze grupy znikną: wiemy o tym i tego się spodziewamy.

    Nie znaczy to jednak, że nie będziemy zajmować się nową ewangelizacją, która znajduje się w sercu naszego istnienia. Bowiem jako ewangelizatorzy mamy wobec wszystkich misję, która nas angażuje. Często oznacza ona przyprowadzanie ludzi do Kościoła, co jest niezwykle ważne w naszych czasach. Ale mamy też o wiele ważniejszą powinność wobec świata: wychodzić na zewnątrz i głosić mu Dobrą Nowinę.

    I, patrząc z tej perspektywy, wiele parafii na terenie Anglii i Walii nie jest dziś wystarczająco silnych. Ze względu na nasze korzenie anglikańskie być może to właśnie my będziemy szczególnie uzdolnieni do tego, by dotknąć duszy osób, które opuściły łono Kościoła na naszych terenach.

    To zaleta tej swojskości, którą proponujemy. W tej optyce chcemy nadal próbować realizować wizję konstytucji apostolskiej Anglicanorum coetibus. Czynimy to, pielęgnując więzi jedności i promując ten cenny dar, jako środek do budowania jednego Ciała Chrystusa, którym, za sprawą Miłości jest Kościół.

    Agencja I.Media/Aleteia.pl

    ______________________________________________________________________________________________________________

    John Henry Newman: anglikański ksiądz, który wybrał katolicyzm i znalazł odpowiedź na bezbożne czasy

    JOHN HENRY NEWMAN

    Emmeline Deane | Public Domain

    ***

    Newman mówił, że „każde dziecko dobrze znające katechizm, jest, nawet nie wiedząc o tym, prawdziwym misjonarzem”. Relacja z Bogiem musi mieć solidną intelektualną podbudowę. Bez tego nie jest możliwy wzrost chrześcijaństwa w świecie.

    Kanonizacja kard. Newmana

    Wielokrotnie zdarzało mi się odpowiadać na dręczące pytanie moich przyjaciół i znajomych: dlaczego ciągle jesteś w Kościele, który jest aż tak niemoralny? Po skandalach seksualnych objawił się raz jeszcze dojmujący konkret, że katolickie duchowieństwo to grupa, która nieustannie zdradza Jezusa Chrystusa i Ewangelię. Można i trzeba być dziś chrześcijaninem w innej wspólnocie…

    Inni w swych oskarżeniach szli jeszcze dalej: chrześcijaństwo jest głównym sprawcą zła, które się dzieje we współczesnych społeczeństwach. Ta irracjonalna wiara w „boga, którego urodziła dziewica i który jednocześnie był swoim ojcem” (jak drwiąco zauważył w korespondencji ze mną jeden ze znanych polskich pisarzy) nie różni się niczym od wiary w krasnoludki, a światu od wieków przynosi więcej szkody niż pożytku.

    Myśląc o tych atakach, często wracałem do postaci i dzieła bł. kard. Johna Henry’ego Newmana, który 13 października 2019 roku został ogłoszony przez papieża Franciszka świętym. Jestem pewien, że ta kanonizacja może być drogowskazem dla wielu katolików na świecie. Newman często bowiem w swym życiu spotykał się z atakami na swoją wiarę w Chrystusa, jak i Kościół, do którego z wolnego wyboru postanowił przynależeć.

    Duchowa przemiana Newmana

    Przyszły katolicki kardynał urodził się w Londynie w 1801 r. w rodzinie bogatego bankiera. Był najstarszym z sześciorga dzieci. Ojciec nie bardzo interesował się religią, choć przykładnie chadzał z bliskimi na anglikańskie nabożeństwa. Matka wywodziła się z rodu francuskich hugenotów. Dbała o religijne wychowanie dzieci.

    Jednak Johna Henry’ego religia zbytnio nie zajmowała aż do ukończenia przezeń 15. roku życia. Był wtedy uczniem elitarnej szkoły w Ealing. Czytał z upodobaniem Woltera, Hume’a i Paine’a. Podobał mu się sceptyczny, antychrześcijański wydźwięk dzieł tych autorów.

    W tym czasie w jego rodzinie wydarzyła się poważna katastrofa. Prowadzony przez ojca bank zbankrutował. John Henry nie mógł nawet dostać od rodziców pieniędzy, by wrócić do rodzinnego domu. Pomógł mu wtedy jeden z nauczycieli – Walter Mayers, który kilka lat wcześniej przeżył wewnętrzne nawrócenie w duchu ewangelikalnym.

    Ów szkolny profesor podsuwał Newmanowi pobożne lektury. Skutek był taki, że i sam 15-letni John Henry doświadczył wkrótce intensywnej duchowej przemiany. Wspominał po wielu latach, że istnienie Boga ukazało mu się nagle jako coś bardziej pewnego niż to, że ma ręce i nogi. Wiara ta nie miała jednak nic wspólnego z mistycyzmem. Opierała się głównie na uczuciach i mocnym (ważnym w protestantyzmie) przekonaniu o usprawiedliwieniu płynącym z samej wiary w moc zbawczą Chrystusa.

    Kapłaństwo

    Niedługo po tym doświadczeniu Newmanowi udało się wstąpić na Uniwersytet w Oksfordzie. Po kilku latach dołączył do kolegium Oriel, gdzie znalazł krąg przyjaciół, w którym mógł toczyć pasjonujące debaty również na tematy religijne.

    Postanowił zostać anglikańskim księdzem. Święcenia przyjął w 1824 r. Mimo że nie miał zdolności oratorskich, jego kazania cieszyły się w Oksfordzie wielką popularnością. Od 1828 r., gdy Newmana mianowano wikariuszem w uniwersyteckiej kaplicy św. Marii, słuchać go przychodziły tłumy.

    Pod wpływem intelektualnych dyskusji z innymi członkami Oriel College Newman zaczął odchodzić od emocjonalnego traktowania wiary – charakterystycznego dla wyznawanego przezeń dotąd kalwińskiego z ducha ewangelicyzmu. Poświęcał wiele czasu na studia nad pismami Ojców Kościoła (przede wszystkim św. Ireneusza, św. Atanazego, św. Hieronima).

    Kolejny ważny przełom nastąpił w jego życiu w 1833 r. Podróżował wówczas po Sycylii, gdzie zapadł na gorączkę tyfusową. Ledwo uszedł z życiem. Uznał to uzdrowienie za znak działania Bożej Opatrzności. Uwierzył, że Bóg, darowując mu życie, przeznaczył go do wykonania jakiegoś szczególnego zadania.

    Droga do katolicyzmu

    Po powrocie do Anglii zaczął wraz ze swymi przyjaciółmi wydawać „Traktaty dla Czasów” – cyklicznie ukazujące się eseje o znaczeniu chrześcijaństwa w historii i współczesnej epoce. Dało to początek słynnemu „ruchowi oksfordzkiemu”.

    Newman i inni jego członkowie (zwani „traktarianami” od tytułu cyklicznie ukazujących się tekstów) chcieli widzieć w Kościele anglikańskim tzw. via media – pośrednią drogę między „bałwochwalczym, kierowanym przez Antychrysta” katolicyzmem a „ludowym protestantyzmem”, w którym emocje brały górę nad intelektualną refleksją nad wiarą. Uważali, że tylko w ten sposób można będzie się przeciwstawić widocznym już wtedy sekularyzacyjnym tendencjom.

    Po kilku latach intensywnych studiów, refleksji i modlitwy Newman uznał jednak, że anglikanizm nie ma w sobie takiej mocy. W 1845 r. postanowił ostatecznie przejść na katolicyzm. Rok później przyjął w Rzymie święcenia kapłańskie.

    Ja i Bóg, a między nami szczególna relacja

    Bł. Pius IX zlecił mu zakładanie wspólnot oratoriańskich w Anglii. W związku z konwersją na katolicyzm Newman musiał opuścić ukochany Oksford. Od 1848 r. przewodził lokalnej oratoriańskiej parafii w Birmingham.

    Newman głosił z pełnym przekonaniem, że każdy człowiek jest w stanie sobie uświadomić, że istnieją tylko dwie pewne rzeczywistości w jego egzystencji: on sam i Bóg. Między tymi dwiema rzeczywistościami wydarza się szczególna relacja, która najwłaściwsze swe spełnienie znajduje w kontemplacji Bożego istnienia.

    Dla Newmana refleksja nad religijną wiarą łączyła się zatem z modlitwą. W jednej ze swoich medytacji tak oto w charakterystyczny dla siebie sposób zwracał się bezpośrednio do Boga:

    Ty podtrzymujesz wszystko w życiu i działaniu, aż osiągnie swój cel. Żaden gad, żaden owad nie ma życie sam z siebie, Ty mu je dajesz, gdy nadchodzi jego czas. Żaden grzesznik, żaden bałwochwalca, żaden bluźnierca ani ateista nie żyje inaczej, jak za Twą sprawą, a to po to, by mógł się nawrócić. Jesteś tak troskliwy i czuły wobec każdej z istot, którą stworzyłeś, jakby tylko ona była na całym świecie. Bo Ty możesz widzieć każdą z nich od razu i kochasz każdą z nich, zanurzoną w swym śmiertelnym życiu, i dla każdej jesteś wsparciem: mocą pełni swoich przymiotów, jakbyś cały tego pragnął i służył im dla ich wyłącznego dobra.


    Mój Boże, kocham kontemplować Ciebie jako cudownego Pracownika, który trudzi się nad wszelkimi rzeczami, każdego dnia i w każdym miejscu.

    Należy zawsze słuchać sumienia

    Newman zdawał sobie przy tym mocno sprawę, że kontemplacja Boga nie powinna się opierać tylko na emocjach i afektach. Musi mieć solidną intelektualną podbudowę, bez której nie jest możliwy wzrost chrześcijaństwa w świecie.

    Dlatego Newman z całym przekonaniem mówił w jednym ze swoich kazań, że „każde dziecko, dobrze znające katechizm, jest, nawet nie wiedząc o tym, prawdziwym misjonarzem”. Chrześcijanin musi zatem starać się żyć w obecności Boga, ale musi też starać się o intelektualne wsparcie dla swej wiary i wynikających z niej działań.

    Z tego powodu Newman podkreślał dobitnie wagę sumienia. Nie było ono dla niego – wbrew popularnej w Anglii tradycji – ośrodkiem moralnych emocji i odczuć. Jego zdaniem w sądach sumienia odzywa się głos Boga, ale ich źródłem jest przede wszystkim ludzki rozum. Zatem:

    Należy słuchać sumienia, bez względu na to, czy jego decyzje są słuszne czy błędne, i bez względu na to, czy błąd jest winą błądzącego czy nie. […] Oczywiście, jeśli człowiek jest winien błędu, którego mógłby uniknąć, gdyby sprawę zbadał poważniej, to jest odpowiedzialny przed Bogiem za ten błąd, ale mimo to, jak długo jest w tym błędzie, musi działać według niego, bo szczerze uważa błąd za prawdę.

    Newman uważał przy tym, że indywidualne błędy sumień mogą się komasować w różnych okolicznościach historycznych. I tym zbiorowym fałszywym sądom chrześcijaństwo powinno dać intelektualny odpór, jak w IV w. ortodoksyjni chrześcijanie dali odpór biskupom Kościoła, którzy w większości uznali doktrynę ariańską za prawdę.

    Odpowiedź kard. Newmana na nowe czasy

    Inna rzecz, że XIX w. oznaczał dla Newmana początek czasu bardzo szczególnego. W jednym ze swoich kazań mówił:

    Myślę, że próby, jakie są przed nami, przeraziłyby i przyprawiłyby o zawrót głowy nawet tak mężne głowy jak św. Atanazego i św. Grzegorza. Wyznaliby oni, że ciemność, jako perspektywa ich czasów, istniała dla nich indywidualnie, nasze czasy odznaczają się ciemnością jakościowo różną od tej, jaka była kiedykolwiek przedtem […]. Chrześcijaństwo nigdy nie miało do czynienia ze światem po prostu bezbożnym.

    Wydaje się, że Newman trafnie rozpoznał epokę, w której i my żyjemy. Jednak nie wzywał do braku nadziei. Uważał, że chrześcijaństwo musi dawać odpowiedź światu w każdych okolicznościach.

    Nigdy nie jest to, jak wierzą dziś niektórzy tradycjonaliści, odpowiedź niezmienna. Prawdziwa doktryna rozwija się i dlatego kształt autentycznych chrześcijańskich odpowiedzi może się różnić i formą, i treścią w różnych historycznych kontekstach.

    Papież Leon XIII uwierzył tym intuicjom Newmana, gdy w 1879 r. mianował go kardynałem. Nie inaczej jest pewnie w przypadku papieża Franciszka, który postanowił ogłosić świętym tego zmarłego w 1890 r. angielskiego chrześcijańskiego myśliciela świętym Kościoła.

    I to w czasie obrad Synodu Amazońskiego, ogłoszonego przez niektórych katolików „początkiem końca katolicyzmu”. Ci jednak zdają się nie podzielać newmanowskiej nadziei – wyrażonej w zdaniach, które ongiś zacytował na Westerplatte św. Jan Paweł II:

    Wasza siła jest w waszym Bogu i w waszym sumieniu […]. Tym, czego brak wyczuwam u katolików, jest zdolność do uwydatnienia tego, czym jest religia […]. Pragnę ludzi, którzy znają swoją religię, którzy w nią wnikają, którzy dokładnie wiedzą, na czym stoją, którzy wiedzą, co uznają, a czego nie, którzy tak dobrze znają swoje wyznanie wiary, że potrafią je wytłumaczyć, którzy tyle wiedzą z historii, że potrafią jej bronić.

    Sebastian Duda/Aleteia,pl

    ______________________________________________________________________________________________________________

    „Natychmiast idź pod ten adres, bo tam człowiek umiera”. Niezwykłe świadectwo działania św. Józefa

    fot. screenshot – YouTube

    ***

    „Natychmiast idź pod ten adres, bo tam człowiek umiera”. Niezwykłe świadectwo działania św. Józefa

    Podczas spotkania księży diecezji przemyskiej, które odbyło się 70 lat temu, jeden z kapłanów opowiedział o niezwykłym wydarzeniu, jakiego doświadczył na 9 lat przed wybuchem drugiej wojny światowej.

    Oto świadectwo złożone przez o. Dominika Busztę, opublikowane na oficjalnej stronie Narodowego Sanktuarium św. Józefa w Kaliszu:

    „W roku 1930 ksiądz Adam Sikora pracował jako wikariusz parafii w Borysławiu. Pewnego razu, gdy wieczorem położył się do łóżka i już zasnął, ktoś mocno zapukał do zamkniętej okiennicy, obudził go i natarczywie wołał: „Proszę zaraz iść do chorego, który dogorywa w bloku przy ul. Sobieskiego nr 50 na drugim piętrze”. Ksiądz wstał, wyszedł na ganek by zobaczyć osobę, która by go zaprowadziła do chorego, ale nikogo nie było. Wrócił więc do mieszkania i położył się do łóżka. Po krótkim czasie usłyszał ponowne pukanie i natarczywe wołanie by szedł do chorego. Wyszedł na ganek, ale nie było człowieka, który go wzywał. Pomyślał więc, że jest to jakaś prowokacja. Może zbuntowani Ukraińcy chcą go nocą wyciągnąć z domu i zamordować. Położył się do łóżka, ale tym razem już w ubraniu. Za chwilę, mimo zamkniętych drzwi, wchodzi bez pukania do mieszkania starszy wiekiem mężczyzna, zbliża się do łóżka, chwyta leżącego księdza, wyrzuca z łóżka i mówi surowym rozkazującym głosem: „Natychmiast idź pod wskazany adres, bo ten człowiek umiera!” Po tych słowach tajemnicza postać znikła.

    Ksiądz zrozumiał, że ma do czynienia z jakimś nadprzyrodzonym zjawiskiem, któremu oprzeć się nie wolno. Śpieszy do kościoła, bierze z tabernakulum Najświętszy Sakrament, zabiera święte oleje i idzie na ul. Sobieskiego pod numer 50. Dzwoni do bramy i oznajmia stróżowi, że jest wezwany do chorego. Stróż zdziwiony odpowiada, że nic mu nie wiadomo, aby tu ktoś chorował i wzywał w nocy księdza. Gdy ksiądz informuje go, że potrójnym pukaniem do mieszkania ktoś go wzywał pod ten adres, bo na drugim piętrze umiera człowiek, stróż przypomniał sobie, że faktycznie jest tam chory lekarz, ale jest to człowiek niewierzący, który może księdza nie przyjąć. Na prośbę księdza prowadzi go na drugie piętro i wskazuje mieszkanie chorego. W drzwiach ukazuje się żona lekarza i pyta: „Kto księdza tu sprowadza o takiej porze? Przecież ani mąż ani ja nie prosiliśmy, bo oboje jesteśmy niewierzący; zbyteczna fatyga księdza”. Ksiądz powiedział, że wezwał go do chorego jakiś starszy mężczyzna, wskazał mu dokładny adres i zmusił by się tu udał.

    Zaskoczona tą relacją żona decyduje się wprowadzić księdza do pokoju chorego. Na widok księdza chory zaintrygowany pyta: „Kto księdza tu sprowadza do mnie?” Ksiądz opowiada mu przebieg potrójnego wezwania przez jakiegoś starszego człowieka z siwą brodą, który po prostu wyrzucił go z łóżka i nakazał śpieszyć do chorego pod wskazany adres. Lekarz zamyślił się i polecił żonie, by przyniosła z sąsiedniego pokoju wiszący na ścianie obraz. Ksiądz poznaje, że to właśnie ten człowiek z obrazu wezwał go do chorego. Wtedy lekarz rozrzewnionym, drżącym głosem opowiedział jak to jego umierająca matka ten obraz świętego Józefa przekazała mu wraz z przepisaną na kartce modlitwą do świętego Józefa o szczęśliwą śmierć i nakazała mu, aby tę modlitwę odmawiał przez całe życie. I mówił dalej: „Chociaż straciłem wiarę i nie wierzyłem w Boga wraz z żoną, to jednak by dotrzymać słowa danego matce tę modlitwę machinalnie odmawiałem. Teraz widzę, że św. Józef nie pozwolił mi zginąć marnie. Proszę mnie wyspowiadać i pojednać z Bogiem.” Po spowiedzi przyjął pobożnie Komunię świętą jako Boski Pokarm na drogę wieczności oraz sakrament namaszczenia świętym olejem, gorąco dziękując młodemu kapłanowi, który o tej porze przybył do niego.

    Ksiądz wyszedł zadowolony z wyświadczonej choremu posługi i skierował się do wyjścia. Nie zdążył dojść do windy, gdy nadbiegła żona chorego i płacząc zawołała: „Księże, mój mąż kona!” Wrócił więc kapłan by odmówić modlitwy za konającego. Katolicki pogrzeb odprawił ksiądz Adam na prośbę doktorowej.

    Powyższą historię o św. Józefie, patronie dobrej śmierci opowiedział sam ks. Adam Sikora na spotkaniu księży diecezji przemyskiej w roku 1954”.

    ren/swietyjozef.kalisz.pl, fronda.pl


    ______________________________________________________________________________________________________________

    NOWY ROK PAŃSKI 2024

    UROCZYSTOŚĆ

    ŚWIĘTEJ BOŻEJ RODZICIELKI MARYI

    Święto dwóch tajemnic

    MSZA ŚWIĘTA W KOŚCIELE ŚW. PIOTRA O GODZ. 14.00

    ***

    OUR LADY;ICON
    Public Domain

    ***

    Uroczystość Świętej Bożej Rodzicielki Maryi

    Taki jest liturgiczny tytuł ostatniego dnia świątecznej oktawy Narodzenia Pańskiego, przypadającej pierwszego dnia nowego roku kalendarzowego. Wyznajemy w nim wiarę, że Maryja jest „Theotokos” – „Bogurodzicą”.

    Uroczystość Świętej Bożej Rodzicielki Maryi jest najstarszym świętem maryjnym w Kościele katolickim. Dogmat o Bożym Macierzyństwie Najświętszej Maryi Panny został zatwierdzony w 431 r. w czasie III soboru powszechnego w Efezie. Jest to pierwszy z dogmatów maryjnych.

    Dla nas, nazwanie Maryi „Matką Bożą” jest czymś zupełnie oczywistym. Warto jednak pamiętać, że tytuł ten był w historii powodem wielu teologicznych sporów, dotyczących w rzeczywistości prawdy o naturze Syna Bożego.

    Czy możemy się jednak dziwić, że prawda o dwojakiej, boskiej i ludzkiej naturze Chrystusa jawiła się jako tajemnica tak trudna do wyobrażenia? Wierzymy, że Maryja urodziła Jezusa w Jego ludzkiej naturze. Ale Ten, którego urodziła jest Synem Przedwiecznego Ojca, Synem Bożym, Osobą Boską.

    A zarazem naprawdę jest jej Synem. Dlatego właśnie nazywamy ją Matką Bożą. Przez fakt swego macierzyństwa Maryja „gwarantuje” też prawdziwość człowieczeństwa Jezusa, kwestionowaną nieraz (podobnie jak boskość) w czasie toczonych w starożytności teologicznych dysput. „Wielka Boga-Człowieka Matko!” – wołał, wyznając tę właśnie wiarę, Prymas Stefan Wyszyński w Jasnogórskich Ślubach Narodu.

    Obrzezanie Pańskie

    Tak właśnie, do czasu ostatniej reformy liturgicznej, brzmiała nazwa świątecznego dnia, kończącego oktawę Narodzenia Pańskiego. Obrzezanie Pańskie. Wydarzenie często wstydliwie przemilczane, jak coś dziwnego, czy wręcz nieprzyzwoitego.

    „Kiedy nadszedł dzień ósmy i należało obrzezać Chłopca, nadano Mu imię Jezus, którym nazwał Go anioł jeszcze przed Jego poczęciem” – słyszymy w Ewangelii przeznaczonej na dzisiejsze święto.

    Obrzezanie Jezusa jest ważnym znakiem. Ukazuje bowiem realność Jego człowieczeństwa. Potwierdza również żydowskość Jezusa i Jego włączenie w Przymierze z Izraelem.

    W Katechizmie Kościoła Katolickiego czytamy: „Wierzymy i wyznajemy, że Jezus z Nazaretu, urodzony jako Żyd z córki Izraela w Betlejem (…) jest odwiecznym Synem Bożym, który stał się człowiekiem. (…) W tym celu Bóg odwiecznie wybrał na Matkę swego Syna córkę Izraela, młodą Żydówkę z Nazaretu w Galilei”.

    Człowieczeństwo Jezusa jest realne i konkretne. Przed pozbawianiem Jezusa więzi z żydowskością i odrywaniem Go od korzeni przestrzegał Jan Paweł II. „Chrystus jawiłby się niczym meteor, który przypadkiem trafił na ziemię, pozbawiony wszelkich więzi z ludzką historią” – mówił. Było by to błędne rozumienie sensu historii zbawienia i podważenie istoty prawdy o wcieleniu. „Jezus jest Żydem i na zawsze nim pozostanie” – głosi Kościół.

    Święto dwóch tajemnic

    Te dwie tajemnice: boskiego macierzyństwa Maryi i żydowskiego człowieczeństwa Jezusa, splatają się nierozłącznie w tym świątecznym dniu. Bez ich przyjęcia, nie zrozumiemy sensu historii zbawienia.

    ks. Grzegorz Michalczyk/Aleteia.pl

    ***

    Za odmówienie hymnu “O Stworzycielu Duchu przyjdź” w Nowy Rok, można uzyskać odpust zupełny.

    ______________________________________________________________________________________________________________

    W Nowy Rok wierni są zobowiązani do uczestniczenia we Mszy świętej

    W Kościele katolickim Nowy Rok Pański rozpoczynamy uroczystością Świętej Bożej Rodzicielki Najświętszej Maryi Panny. W tym roku 2024 przypada ten dzień w poniedziałek. Jest to święto nakazane. W związku z tym, zgodnie z Kodeksem Prawa Kanonicznego, katolicy mają obowiązek uczestniczenia tego dnia we Mszy świętej i powstrzymywania się od prac niekoniecznych.

    fot. Cathopic

    ***

    Katolicy mają obowiązek uczestniczenia we Mszy świętej w każdą niedzielę i w święta nakazane. Według Kodeksu Prawa Kanonicznego można uczestniczyć w samym w dniu święta lub wieczorem dnia poprzedzającego, czyli w wigilię święta. Jeżeli bez poważnego powodu ignorują ten obowiązek – popełniają grzech ciężki. Do świąt nakazanych należą, oprócz wszystkich niedziel, takie uroczystości jak:

    Uroczystość Świętej Bożej Rodzicielki – 1 stycznia
    Uroczystość Objawienia Pańskiego (Trzech Króli) – 6 stycznia
    Niedziela Wielkanocna – święto ruchome
    Wniebowstąpienie Pańskie – święto ruchome
    Uroczystość Zesłania Ducha Świętego (Zielone Świątki) – święto ruchome
    Uroczystość Najświętszego Ciała i Krwi Chrystusa (Boże Ciało) – święto ruchome
    Uroczystość Wniebowzięcia Najświętszej Maryi Panny – 15 sierpnia
    Uroczystość Wszystkich Świętych – 1 listopada
    Uroczystość Narodzenia Pańskiego – 25 grudnia

    W kalendarzu liturgicznym jest bardzo wiele różnych uroczystości, w których warto abyśmy my – chrześcijanie brali w nich udział. Kościół zachęca, aby również w te dni uczestniczyć we Mszy świętej. Do takich świąt zaliczają się między innymi:

    Święto Ofiarowania Pańskiego (Matki Boskiej Gromnicznej) – 2 lutego
    Środa Popielcowa – święto ruchome
    Uroczystość Zwiastowania Pańskiego – 25 marca
    Triduum Paschalne – święto ruchome
    Poniedziałek Wielkanocny – święto ruchome

    Uroczystość Najświętszej Maryi Panny Królowej Polski – 3 maja
    Uroczystość świętych Apostołów Piotra i Pawła – 29 czerwca
    Uroczystość Niepokalanego Poczęcia Najświętszej Maryi Panny – 8 grudnia
    Wspomnienie św. Szczepana (Drugi dzień Świąt Bożego Narodzenia) – 26 grudnia

    ______________________________________________________________________________________________________________

    ______________________________________________________________________________________________________________

    W Nowym Roku Pańskim 2024 módlmy się słowami Psalmisty: „Naucz nas liczyć dni nasze, abyśmy zdobyli mądrość serca”.

    „Czas jest darem Bożym… Każdy dzień jest dla nas darem Bożej miłości… Jedynie tylko Pan Bóg wie, jaka będzie przyszłość. My natomiast wiemy, że będzie to przyszłość łaski, że będzie to wypełnienie się Bożego planu miłości wobec całej ludzkości i wobec każdego człowieka. Dlatego też, patrząc w przyszłość, bądźmy pełni ufności i nie poddawajmy się lękowi” – św. Jan Paweł II, 19.11.1997.

    fot. ze strony: Klasztor Sióstr Bernardynek w Zakliczynie

    ***

    10 postanowień noworocznych dla katolika!

    (proponowane przez Łukasza Witkiewicza/Aleteia.pl)

    Oto postanowienia dla ludzi wierzących, czyli takich, którzy mają wiarę, że ich działanie coś zmieni, a świat stanie się może odrobinę lepszy. Sprawdź czy znajdziesz tu coś dla siebie!

    Epifania i Niedziela Chrztu Pańskiego to ostatnie akordy bożonarodzeniowego świętowania. Już za chwilę oswoimy się z pisaniem nowej daty, nowy rok zacznie się starzeć, a zielone ornaty kapłanów obwieszczą nadejście okresu zwykłego.

    Psychologowie twierdzą, że styczeń nie jest najlepszym miesiącem na podejmowanie nowych wyzwań. Coś jest na rzeczy, skoro już pod koniec miesiąca karty na siłownie masowo lądują w koszach na śmieci, a podręczniki i pomoce do nauki języków zaczynają pokrywać się coraz grubszą warstwą kurzu. W czasie kiedy natura śpi, a większą część dnia spowija ciemność, nasze organizmy skłaniają się raczej do zimowego snu, a nie ku nowym challenge’om.

    A może dzieje się tak, bo brak nam silnej woli, motywacji i wiary, że nowe przedsięwzięcia mogą coś zmienić w naszym życiu? Dlatego proponujemy postanowienia dla ludzi wierzących, czyli takich, którzy mają wiarę, że ich działanie coś zmieni, a świat stanie się może odrobinę lepszy.

    Te zobowiązania nie muszą być podjęte od razu. Wystarczy, by dobre zmiany wydarzyły się w tym roku – może w czasie wielkiego postu, w wakacje, w nowym roku szkolnym lub rzutem na taśmę – podczas adwentu? Jeśli uda się dokonać zmiany w choć w jednej sferze życia, to już będzie bardzo dobrze!

    Nie zaplanowałeś jeszcze noworocznych postanowień? Rzuć okiem na tę listę! Może to coś zmieni?

    1. Naucz się planować czas

    Serio? 24 godziny na dobę z rozpiską albo aplikacją do planowania zajęć? Czy ja jestem jakimś robotem? Nie chcę, by rządził mną terminarz! Bez obaw: nie o to tutaj chodzi. Czas jest dziś niezwykle deficytowym towarem. Pamiętajmy jednak, że jest też darem od Boga. Doskonale zdaje sobie z tego sprawę większość zgromadzeń zakonnych. Tam każdy dzień jest zaplanowany. Zapiskach więziennych bł. Stefana Wyszyńskiego można znaleźć szczegółowy plan dnia rozpisany przez kardynała. Rutyna była dla niego jednym ze sposobów, by przetrwać ciężki czas internowania.

    Tobie też będzie łatwiej, kiedy kosztem spontaniczności (która w tym przypadku nie jest zaletą) zachowasz zdrowe proporcje pomiędzy pracą, nauką, modlitwą, odpoczynkiem i czasem dla bliskich. Plan możesz rozpisać na kartce, w terminarzu lub ułożyć w specjalnych aplikacjach. Warto zdać sobie sprawę, że czas jest wartością, która znika bezpowrotnie, lecz przy odrobinie wysiłku i dyscypliny możesz nią właściwie dysponować.

    2. Znajdź czas dla bliskich

    Brzmi ogólnie i banalnie? Uwierz, że w tym przypadku chodzi o konkret! A dokładnie: o wyznaczenie czasu na pogłębianie relacji z dziećmi, żoną, rodzicami czy parafianami. Jeśli wydaje ci się to nieco… sztuczne, wykonaj pewien eksperyment – spróbuj każdego dnia, przez powiedzmy miesiąc, spędzić z bliskim (np. z dziećmi) 15 minut dziennie. Wydaje się proste, ale… Zresztą zacznij i sam przekonaj się, czy coś się zmieniło. Potem możesz stopniowo starać się wydłużać ten czas. W jaki sposób? Patrz punkt 1.

    3. Mniej scrolluj, więcej czytaj

    Przyznaj się – tylko szczerze – ile czasu przeznaczasz na scrollowanie, podczas którego czytasz tylko nagłówki? Przypuszczam, że stanowczo za dużo… A ile książek zdołałeś przeczytać w zeszłym roku? Według badań Biblioteki Narodowej, od kwietnia 2021 do marca 2022, co najmniej jedną książkę przeczytało 38% Polaków. Przeczytaj chociaż jedną książkę miesięcznie, a zobaczysz, że zmiana będzie kolosalna. Możesz zdecydować się na literaturę popularną, ale możesz też sięgnąć po trochę głębsze i bardziej wartościowe treści.

    4. Zaangażuj się

    Ta sugestia dotyczy przede wszystkim panów. Jeśli chodzi o aktywność w Kościele, to prochu nie odkryjemy, ale wiadomo, że płeć piękna bije mężczyzn na głowę. Dlatego coraz częściej z przekąsem mówi się o Kościele Żeńskokatolickim. Podobno większość mężczyzn nie lubi chodzić do kościoła, bo się tam nudzi. Znana prawda głosi, że facet musi mieć konkretne zadanie do wykonania. Czyli, jeśli Msza św. cię nuży, zostań ministrantem, a wtedy na każdej Eucharystii będziesz miał jakieś zadania do wykonania. Nie zasłaniaj się wiekiem – są tacy, którzy „reaktywowali się” do służby liturgicznej po 30-letniej przerwie.

    A może lepszym pomysłem będzie zaangażowanie się w działanie jakiejś typowo męskiej wspólnoty? Przeważa tam zwykle formacyjny konkret. Nie bój się dołączyć do grona aktywnych: satysfakcja gwarantowana!

    5. Weź udział w nabożeństwach wynagradzających

    Jeśli aktywność w parafii to za mało, zawsze możesz przyłożyć rękę do… ratowania świata. Brzmi górnolotnie i mało wiarygodnie, ale… Kiedy 10 grudnia 1925 r. Matka Boża z Dzieciątkiem ukazała się Siostrze Łucji – jednej z fatimskich wizjonerek, poprosiła właśnie o wynagradzanie jej Niepokalanemu Sercu.

    Maryja wskazała też, jak należy odprawiać nabożeństwo; przez pięć kolejnych pierwszych sobót miesiąca należy przystąpić do spowiedzi, przyjąć komunię, odmówić część różańca, oraz przez 15 minut towarzyszyć Jej na rozważaniu tajemnic różańcowych. Pamiętajmy, że nie jest to czas, w którym wypraszamy łaski lub dziękujemy za wstawiennictwo Maryi. Modlimy się w intencji wynagradzającej Najświętszej Maryi Pannie za bluźnierstwa, zniewagi i inne grzechy raniące Jej Niepokalane Serce. Co ważne, nabożeństwa pierwszych sobót miesiąca nie tylko ratują dusze grzeszników przed potępieniem, ale wypraszają pokój na świecie, czyli mówiąc wprost – ratują świat! A jak ważny jest teraz udział w nabożeństwach, które niosą pokój w Polsce A.D. 2023 graniczącej z Ukrainą, chyba nie trzeba pisać.

    6. Przeczytaj Pismo Święte w rok

    Biblię czytamy najczęściej fragmentami. A gdyby tak w tym roku przeczytać ją w całości? Od deski do deski lub raczej od Księgi Rodzaju do Apokalipsy. To naprawdę możliwe! W dodatku zajmuje to jedynie ok. 20-30 minut dziennie. Przy okazji warto posłuchać też konferencji biblijnych – stacjonarnych lub online. Wtedy poznawanie Słowa Bożego może stać się prawdziwą przygodą. Warto też zajrzeć do lektur uzupełniających (i obowiązkowych!). Dobrymi propozycjami na początek są Krąg Biblijny Romana Brandstaettera i powieść Przymierze Zofii Kossak- Szczuckiej.

    7. Zawierz się odpowiednim osobom

    Dlaczego warto zawierzyć się Matce Bożej lub św. Józefowi? Odpowiedź jest prosta i logiczna: skoro sam Bóg Ojciec powierzył im w opiekę swojego Syna, to dlaczego my sami mielibyśmy tego nie zrobić? Zanim jednak zdecydujesz się podpisać Akt zawierzenia Niepokalanemu Sercu Maryi lub Akt konsekracji św. Józefowi, przygotuj się do tego przez odpowiednią formację. Bardzo popularną formułą „zawierzeniową” są 33-dniowe rekolekcje.

    Tym, którzy chcą przejść taką formację i powierzyć się ziemskiemu opiekunowi Pana Jezusa, polecamy książkę Konsekracja św. Józefowi, której autorem jest ks. Donald H. Calloway.

    8. Uporządkuj finanse

    Czasy nie są łatwe, ale mówi się, że aktualny kryzys jest dla nas szansą. Może właśnie w tym roku zmobilizujesz się do wdrożenia nawyku planowania rodzinnego budżetu? Może postarasz się wyjść z długów lub zbudować poduszkę finansową? Trudne czasy mogą być impulsem, by podjąć dobre decyzje (nie zawsze łatwe) i powierzyć tę sferę życia Bogu. Polecam sięgnąć po książkę Uzdrowienie finansów. Jak z Bożą pomocą wyjść z długów małżeństwa Małgorzaty i Wojciecha Nowickiego, którzy dzielą się w niej swoją wiedzą i doświadczeniem Bożej ekonomii.

    9. Czyń dobro, ale rób to mądrze

    Przeznaczanie części zarobków na pomoc innym to piękny zwyczaj. W jaki sposób to zrobisz – ta decyzja należy do ciebie. Potrzeb jest mnóstwo, ale dobro należy czynić „z głową”. Dlatego najpierw starannie przemyśl i przemódl swój pomysł na dobroczynność.

    Jak już podejmiesz decyzję, możesz ułatwić sobie sprawę ustawiając stałe zlecenie przelewu na wybrany cel; na koncie bankowym lub na stronie organizacji charytatywnych.

    A może będziesz zamawiać intencje mszalne? Poproś księdza o odprawienie mszy św. za solenizantów, jubilatów czy przy okazji innych, ważnych wydarzeń. Nie zapominaj też o zmarłych! Duszom przebywającym w czyśćcu nic tak nie pomaga, jak właśnie sprawowana w ich intencji Eucharystia.

    10. Zadbaj o siebie

    Jeśli tego nie zrobisz, prawdopodobnie nie zdołasz nic zmienić. Nie będziesz też w stanie pomagać innym. Mało tego, sam będziesz potrzebował pomocy od nich. Słyszałeś, że słynna sentencja św. Tomasza z Akwinu – „łaska buduje na naturze” – brzmi dalej: „na naturze najedzonej i wyspanej”?! Nie wystarczy życzyć sobie „zdrówka, zdróweczka” – do sprawy należy podejść mniej życzeniowo, a bardziej konkretnie. Kompleksowe badania lekarskie wraz ze skanem całego organizmu to jeden z pomysłów do zrealizowania w najbliższym kwartale.

    Dbanie o siebie polega też na odpoczynku. Może weźmiesz w tym roku dłuższy urlop? Może wrócisz do zawieszonej na kołku pasji? Rozumiem natłok obowiązków, ale pamiętaj, że masz prawo do przyjemności!

    Co powiesz na „duchowe SPA”? Oferta rekolekcji i rozmaitych kursów czy warsztatów jest naprawdę imponująca. A może warto zainwestować wreszcie w terapię lub program 12 kroków? Owoce mogą być naprawdę zbawienne :-).

    ______________________________________________________________________________________________________________

    ŻYWY RÓŻANIEC

    Aby Matka Boża była coraz bardziej znana i miłowana!

    „Różaniec Święty, to bardzo potężna broń.

    Używaj go z ufnością, a skutek wprawi cię w zdziwienie”.

    (św. Josemaria Escriva do Balaguer)

    A rosary is used for prayers and meditations.
    fot.wiseGeek

    *****

    INTENCJA ŻYWEGO RÓŻAŃCA

    NA MIESIĄC STYCZEŃ 2024

    Intencja papieska:

    *Módlmy się do Ducha Świętego, aby pomógł nam rozeznać dary różnych charyzmatów we wspólnotach chrześcijańskich i odkryć bogactwo wielu tradycji liturgicznych wewnątrz Kościoła.

    więcej informacji – Vaticannews.va: Papieska intencja

    ***

    Intencje Polskiej Misji Katolickiej w Glasgow:

    * za naszych kapłanów, aby dobry Bóg umacniał ich w codziennej posłudze oraz o nowe powołania do kapłaństwa i życia konsekrowanego.  

    * za papieża Franciszka, aby Duch Święty prowadził go, a św. Michał Archanioł strzegł.

    *Każdy Nowy Rok Pański Kościół rozpoczyna uroczystością Bogurodzicy Dziewicy, Bogiem sławionej Maryi. Dlatego u progu 2024 roku zwracamy się do Ciebie Boża Matko z ufną prośbą, abyś wyjednała u Syna Twego dar pokoju w naszych sercach na ten nowy czas, który jest przed nami. I ucz nas zaufania w każdej sytuacji przez jaką trzeba będzie nam przechodzić na tym padole.

    *** 

    Intencja dodatkowa dla Róży Matki Bożej Częstochowskiej (II),

    św. Moniki i bł. Pauliny Jaricot: 

    * Rozważając drogi zbawienia w Tajemnicach Różańca Świętego prosimy Bożą Matkę, aby wypraszała u Syna swego a Pana naszego Jezusa Chrystusa właściwe drogi życia dla naszych dzieci.

    *****

    Tajemnice Różańca wraz z intencjami na miesiąc styczeń 2024 zostały wysłane drogą mailową w niedzielę 31 grudnia 2023 z adresu e-rozaniec@kosciol.org 

    KTO CHCIAŁBY DOŁĄCZYĆ DO ŻYWEGO RÓŻAŃCA – BARDZO SERDECZNIE ZACHĘCAMY

    Strona Żywego Różańca: zr.kosciol.org – intencje, ogłoszenia, patroni róż, tajemnice.

    _________________________________

    ŚWIĘCI WYBRANI NA PATRONÓW NASZYCH RÓŻ:

    Róża 1 – św.Jana Pawła II

    Róża 2 – św. Faustyny

    Róża 3 – bł. ks. Jerzego Popiełuszki

    Róża 4 – św. Maksymiliana Marii Kolbego

    Róża 5 – św. brata Alberta Chmielowskiego

    Róża 6 – św. Jadwigi

    Róża 7 – bł. ks Michała Sopoćki

    Róża 8 – bł. Karoliny Kózkówny

    Róża 9 – św. Andrzeja Boboli

    Róża 10 – św. Teresy Benedykta od Krzyża

    Róża 11 – św. Moniki

    Róża 12 – bł. męczenników o. Michała i o. Zbigniewa

    Róża 13 – św. Hiacynty i św. Franciszka

    Róża 14 – Matki Bożej Częstochowskiej I

    Róża 15 – Matki Bożej Częstochowskiej II

    Róża 16 – Matki Bożej Gietrzwałdzkiej

    Róża 17 – Matki Bożej Miłosierdzia

    Róża 18 – Matki Bożej Różańcowej

    Róża 19 – bł. kardynała Stefana Wyszyńskiego

    Róża 20 – bł. Paulina Jaricot

    Róża 21 – św. Filomena

    ______________________________________________________________________________________________________________

    fot. Wikipedia/ Rita Laura, Cathopic

    *****

    „W tej chwili jakaś siła wstąpiła w duszę moją”.

    św. s. Faustyna o modlitwie różańcowej

    Różaniec to skuteczna modlitwa za konających i dusze w czyśćcu. To także ochrona przed złymi duchami. Święta s. Faustyna sięgała po różaniec również przed podjęciem trudnych decyzji oraz w czasie rozeznawania. To modlitwa, dzięki której doświadczała Bożej obecności!

    Dzienniczku św. siostry Faustyny znajdziemy fragmenty obrazujące niezwykłą siłę modlitwy różańcowej. Co o różańcu mówiła św. s. Faustyna?

    Skuteczna modlitwa za konających

    W pewnej chwili, kiedy po południu przyszłam do ogrodu, powiedział mi Anioł Stróż: Módl się za konających. I zaraz zaczęłam różaniec za konających z ogrodniczkami. Po skończonym różańcu zaczęłyśmy różne modlitewki za konających. Po skończonych modlitwach wychowanki zaczęły sobie wesoło rozmawiać. (135) Pomimo ich gwaru usłyszałam w duszy te słowa: Módl się za mnie. Kiedy nie mogłam dobrze zrozumieć tych słów, odsunęłam się o parę kroków od wychowanek, zastanawiając się, kto by to był, co mi każe się modlić. Wtem usłyszałam te słowa: Jestem siostra138… – ta siostra była w Warszawie, a ja obecnie w Wilnie – módl się za mnie, aż ci powiem, kiedy masz przestać; jestem w konaniu. Natychmiast zaczęłam się gorąco za nią modlić do konającego Serca Jezusowego – która nie dając mi wytchnienia – modliłam się tak od godziny trzeciej do godziny piątej. O godzinie piątej usłyszałam te słowa: Dziękuję. Zrozumiałam, że już skonała. Jednak na drugi dzień w czasie Mszy świętej modliłam się gorąco za jej duszę. Po południu przyszła kartka, że siostra… o tej a tej godzinie umarła. Zrozumiałam, że była to ta godzina, w której mówiła do mnie – módl się za mnie.

    (Dz 314)

    Ochrona przed złym duchem

    Koło południa weszłam na chwilę do kaplicy i znowuż moc łaski uderzyła o serce moje. Kiedy trwałam w skupieniu, szatan wziął jedną doniczkę kwiatów i ze złością rzucił na ziemię z całej siły. Widziałam całą jego zaciętość i zazdrość. W kaplicy nie było nikogo, więc podniosłam się od modlitwy i pozbierałam potłuczoną doniczkę, i przesadziłam kwiat, i śpiesznie chciałam postawić na miejscu, nim kto przyjdzie do kaplicy. Jednak nie udało mi się, bo zaraz weszła Matka Przełożona i siostra zakrystianka i parę sióstr. Matka Przełożona zdziwiła się, że coś poruszałam na ołtarzyku i (172) spadła doniczka; siostra zakrystianka okazała swoje niezadowolenie; ja starałam się nie tłumaczyć ani uniewinniać. Jednak pod wieczór czułam się bardzo wyczerpana i nie mogłam odprawić godziny świętej, i poprosiłam Matkę Przełożoną o [pozwolenie na] wcześniejsze położenie się na spoczynek. Jak tylko się położyłam, zaraz zasnęłam. Jednak koło godziny jedenastej szatan szarpnął moim łóżkiem; zbudziłam się natychmiast i spokojnie zaczęłam się modlić do swego Anioła Stróża. Wtem ujrzałam dusze czyśćcowe pokutujące: postać ich była jako cień, a pomiędzy nimi widziałam wiele szatanów; jeden starał się mnie dokuczyć, rzucał się w postaci kota na moje łóżko i na stopy, a był tak ciężki, jakoby parę pudów. Modliłam się cały ten czas na różańcu; nad ranem ustąpiły owe postacie i mogłam zasnąć. Rano, kiedy przyszłam do kaplicy – usłyszałam głos w duszy: Jesteś złączona ze Mną i nie lękaj się niczego, ale wiedz o tym, dziecię Moje, że szatan cię nienawidzi; chociaż on każdej duszy nienawidzi, ale szczególnie nienawiścią pała do ciebie, dlatego że wiele dusz wyrwałaś spod jego panowania.

    (Dz 412)

    Modlitwa przed podjęciem trudnych decyzji

    Wyjazd z Wilna do Krakowa na rekolekcje ośmiodniowe.

    W piątek wieczorem w czasie różańca, kiedy myślałam o jutrzejszej podróży i o ważności sprawy, którą miałam przedstawić ojcu Andraszowi185, lęk mnie ogarnął, widząc jasno nędzę i nieudolność swoją, a wielkość dzieła Bożego. Zmiażdżona tym cierpieniem, zdawałam się na wolę Bożą. W tej chwili ujrzałam Jezusa przy moim klęczniku, w szacie jasnej – i powiedział mi te słowa: Czemu się lękasz pełnić wolę Moją? Czyż ci nie dopomogę, jako dotychczas? Powtarzaj każde żądanie Moje przed tymi, którzy Mnie na ziemi zastępują, a czyń tylko to, co ci każą. W tej chwili jakaś siła wstąpiła w duszę moją.

    (Dz 489)

    Modlitwa, która służy rozeznawaniu

    Wieczorem, kiedy chodziłam po ogrodzie odmawiając różaniec, kiedy przyszłam do cmentarza, uchyliłam drzwi i zaczęłam się modlić chwilę. – I zapytałam się ich wewnętrznie: Pewno jesteście bardzo szczęśliwe? – Wtem usłyszałam te słowa: O tyle jesteśmy szczęśliwe, o ile spełniłyśmy wolę Bożą. A później cisza jako przedtem. Weszłam w siebie i myślałam długo, jak ja spełniam wolę Bożą i jak korzystam z czasu, którego mi Bóg użycza.

    (Dz 515)

    Doświadczenie Bożej obecności

    Dziś w czasie różańca nagle ujrzałam puszkę z Najświętszym Sakramentem. Puszka ta była odkryta i dość dużo napełniona Hostiami. – Z puszki wyszedł głos: Te hostie przyjęły dusze nawrócone modlitwą i cierpieniem twoim. Tu odczułam obecność Bożą na sposób dziecka, dziwnie się czułam dzieckiem.

    (Dz 709)

    Stacja7.pl/Cytaty z Dzienniczka pochodzą ze strony internetowej Zgromadzenia Sióstr Matki Bożej Miłosierdzia faustyna.plŚródtytuły zostały nadane przez redakcję portalu.

    ______________________________________________________________________________________________________________

    4 STYCZNIA – PIERWSZY CZWARTEK MIESIĄCA

    MSZA ŚWIĘTA W KAPLICY IZBIE JEZUSA MIŁOSIERNEGO O GODZ. 19.00

    PO MSZY ŚW. – GODZINNA ADORACJA PRZED NAJŚWIĘTSZYM SAKRAMENTEM W INTENCJI KAPŁANÓW.

    ***

    This image has an empty alt attribute; its file name is image-2-e1673870873179-1024x683.png

    4 PARK GROVE TERRACE, GLASGOW G3 7SD

    ______________________________________________________________________________________________________________

    KOŚCIÓŁ ŚW. PIOTRA

    

    Niedziela 13/12 Msza św. g. 14:00 kościół św. Piotra (St Peters) Glasgow

    ST PETER’S CHURCH, PARTICK, 46 HYNDLAND STREET, Glasgow, G11 5PS

    ***

    5 STYCZNIA – PIERWSZY PIĄTEK MIESIĄCA

    OD GODZ. 18.00 – GODZINNA ADORACJA PRZED NAJŚWIĘTSZYM SAKRAMENTEM W KOŚCIELE ŚW. PIOTRA, W TYM CZASIE JEST RÓWNIEŻ MOŻLIWOŚĆ PRZYSTĄPIENIA DO SAKRAMENTU SPOWIEDZI ŚW.

    MSZA ŚWIĘTA O GODZ. 19.00 W INTENCJI PRZEBŁAGALNEJ ZA GRZECHY NASZE I GRZECHY CAŁEGO ŚWIATA

     Adobe Stock

    ***

    W piątek 10 czerwca 1675 r., po oktawie Bożego Ciała, miało miejsce ostatnie objawienie Jezusowego Serca św. Małgorzacie Marii. Jezus powiedział do niej: „Oto Serce, które tak bardzo umiłowało ludzi, że nie szczędziło niczego aż do zupełnego wyniszczenia się dla okazania im miłości, a w zamian za to doznaje od większości ludzi tylko gorzkiej niewdzięczności, wzgardy, nieuszanowania, lekceważenia, oziębłości i świętokradztw, jakie oddają mu w tym Sakramencie Miłości. Dlatego żądam, aby pierwszy piątek po oktawie Bożego Ciała był odtąd poświęcony jako osobne święto ku czci Mojego Serca i na wynagrodzenie Mi przez komunię i inne praktyki pobożne zniewag, jakich doznaję”.

    __________________________________________

    Pierwsze piątki miesiąca.

    Czemu służy ta praktyka i jak najlepiej ją wypełniać?

    Już przystępując do Pierwszej Komunii Świętej dzieci zobowiązują się do uczestnictwa w 9. Pierwszych Piątkach miesiąca. Praktykę, stosowaną już od 1673 roku, gdy Świętej Małgorzacie Marii Alacoque objawił się Pan Jezus, Kościół propaguje w celu pogłębienia życia religijnego wszystkich wiernych. Czemu służy ta praktyka i jak najlepiej ją wypełniać?

    Serce niegdyś rozumiano jako wolę. A zatem Wolna Wola naszego Umiłowanego Nauczyciela poddała się zupełnie Woli Ojca. Przykład Chrystusa jest wzorem postępowania dla wszystkich chrześcijan. Nasze cierpienia winniśmy składać na Niepokalane Ręce Matki Zbawiciela. Prosić Matkę naszego Pana, aby te serca, przepełnione współczuciem wobec Mąk Jej Syna Jezusa zaniosła przed Tron Przenajświętszej Trójcy.

    Aby okazanej ludziom Bożej Miłości zadośćuczynić za grzechy ,,gorzkiej niewdzięczności, wzgardy, nieuszanowania, lekceważenia, oziębłości i świętokradztw” (Chrystus do Świętej Małgorzaty) należy w tym dniu.

    1. Być w stanie łaski uświęcającej albo wyspowiadać się (w intencji wynagradzającej Niepokalanemu Sercu Maryi, aby połączyć praktykę pierwszego piątku i pierwszej soboty miesiąca).

    2. Uczestniczyć w piątek we Mszy Świętej celebrowanej w intencji wynagradzającej Najświętszemu Sercu Pana Jezusa.

    3. Przyjąć Komunię Świętą.

    4. Odmówić Litanię do Najświętszego Serca Pana Jezusa.

    5. W miarę możliwości odprawić godzinną adorację Najświętszego Sakramentu.

    Wszystkim czczącym Najświętsze Serce Pana Jezusa i rozpowszechniającym Jego kult, Król Nieba i Ziemi przez Świętą Małgorzatę Marię Pan Jezus składa 12 obietnic:

    1. Dam im łaski, potrzebne w ich stanie.

    2. Ustalę pokój w ich rodzinach.

    3. Będę ich pocieszał w utrapieniach.

    4. Będę ich pewną ucieczką w życiu, a szczególnie w godzinę śmierci.

    5. Będę im błogosławił w ich przedsięwzięciach.

    6. Grzesznicy znajdą w mym Sercu źródło i ocean miłosierdzia.

    7. Dusze oziębłe staną się gorliwymi.

    8. Dusze gorliwe prędko dojdą do doskonałości.

    9. Będę błogosławił domom, w których wizerunek Serca mojego będzie czczony.

    10. Osoby, które będą to nabożeństwo rozszerzały, będą miały imię swoje wypisane w Sercu moim.

    11. Dam kapłanom dar wzruszania serc nawet najzatwardzialszych.

    12. W nadmiarze miłosierdzia Serca mojego przyrzekam tym wszystkim, którzy będą komunikować w pierwsze piątki miesiąca przez dziewięć miesięcy z rzędu w intencji wynagrodzenia, że miłość moja udzieli łaskę pokuty, iż nie umrą w mojej niełasce, ani bez Sakramentów świętych, a Serce moje będzie im pewną ucieczką w ostatniej godzinie życia.

    NP/PCh24.pl

    ______________________________________________________________________________________________________________

    6 STYCZNIA – UROCZYSTOŚĆ OBJAWIENIA PAŃSKIEGO

    Dziś świętujemy Epifanię!

    Oto nasza radość z tego, że Bóg objawił się człowiekowi

    i pokazał, kim jest

    MAGI IN THE MANGER

    Waiting For the Word | CC BY 2.0

    ***

     Boże Narodzenie to celebracja liturgiczna pewnego konkretnego faktu: przyszedł na świat Zbawiciel świata. Natomiast Epifania jest nie tyle wspomnieniem konkretnego wydarzenia historycznego, ile celebracją liturgiczną pewnej tajemnicy, tj. faktu, że Pan Bóg się w ogóle objawił. Innymi słowy, że Pana Boga można poznać.

    Gdy zaś Jezus narodził się w Betlejem w Judei za panowania króla Heroda, oto Mędrcy ze Wschodu przybyli do Jerozolimy i pytali: «Gdzie jest nowo narodzony król żydowski? Ujrzeliśmy bowiem jego gwiazdę na Wschodzie i przybyliśmy oddać mu pokłon». Skoro to usłyszał król Herod, przeraził się, a z nim cała Jerozolima. Zebrał więc wszystkich arcykapłanów i uczonych ludu i wypytywał ich, gdzie ma się narodzić Mesjasz. Ci mu odpowiedzieli: «W Betlejem judzkim, bo tak napisał Prorok:

    A ty, Betlejem, ziemio Judy, nie jesteś zgoła najlichsze spośród głównych miast Judy, albowiem z ciebie wyjdzie władca, który będzie pasterzem ludu mego, Izraela».

    Wtedy Herod przywołał potajemnie Mędrców i wypytał ich dokładnie o czas ukazania się gwiazdy. A kierując ich do Betlejem, rzekł: «Udajcie się tam i wypytujcie starannie o Dziecię, a gdy Je znajdziecie, donieście mi, abym i ja mógł pójść i oddać Mu pokłon». Oni zaś wysłuchawszy króla, ruszyli w drogę. A oto gwiazda, którą widzieli na Wschodzie, szła przed nimi, aż przyszła i zatrzymała się nad miejscem, gdzie było Dziecię. Gdy ujrzeli gwiazdę, bardzo się uradowali. Weszli do domu i zobaczyli Dziecię z Matką Jego, Maryją; upadli na twarz i oddali Mu pokłon. I otworzywszy swe skarby, ofiarowali Mu dary: złoto, kadzidło i mirrę. A otrzymawszy we śnie nakaz, żeby nie wracali do Heroda, inną drogą udali się do swojej ojczyzny (Mt 2, 1-12).

    Przytoczony fragment Ewangelii kojarzy się przede wszystkim z Uroczystością Trzech Króli. Przed przejściem do rozważań nad samym tekstem biblijnym, warto spojrzeć na kontekst liturgiczny, aby stało się to dla nas bardziej czytelne.

    Epifania – Objawienie Pańskie

    Po pierwsze musimy pamiętać, że poprawna nazwa uroczystości obchodzonej 6 stycznia, to Epifania, czyli Objawienie Pańskie. Jest to zarazem uroczystość, która jest dużo starsza od Uroczystości Bożego Narodzenia. Zanim zaczęto 25 grudnia obchodzić Boże Narodzenie, 6 stycznia (według obecnego kalendarza, bo w starożytności data ta była inaczej oznaczona) obchodzono Objawienie.

    Boże Narodzenie jest bardziej łacińskie, zaś Epifania bardziej grecka. W pewnym momencie dochodziło nawet do sporów na tym tle. Na przykład Cyryl Aleksandryjski (V w. n.e.) pisze – „my nie jesteśmy jak ci nowinkarze, którzy obchodzą Boże Narodzenie, my jesteśmy jak nasi ojcowie, którzy oddają cześć Panu w czasie Świętej Epifanii”.

    Druga uwaga – nasze Boże Narodzenie to celebracja liturgiczna pewnego konkretnego faktu, wydarzenia: Maryja i Józef przyszli do Betlejem na spis i narodziło się Dziecię, przyszedł na świat Zbawiciel świata. Natomiast Epifania jest nie tyle wspomnieniem konkretnego wydarzenia historycznego, ile celebracją liturgiczną pewnej tajemnicy, tj. faktu, że Pan Bóg się w ogóle objawił. Czyli innymi słowy, że Pana Boga można poznać.

    Jesteśmy świadomi faktu, że Pan Bóg jest Nieskończony, Wszechpotężny itp., wiemy to z Katechizmu. Jeśli się nad tym zastanowić, to logicznie wynika z tego, że Pana Boga nie da się zamknąć w ludzkim słowie. Trudno cokolwiek o Nim powiedzieć. Jeśli zatem On sam czegoś o sobie nie powie, to my się o Nim niczego nie dowiemy. I właśnie 6 stycznia Grecy, czy w ogóle Wschód miał takie święto, radość z tego, że Bóg raczył do człowieka przemówić, tj. że się objawił, pokazał, kim jest.

    Mędrcom Bóg objawia się jako poganom

    I to jest zasadnicza treść tej uroczystości. Natomiast żeby zilustrować fakt objawienia się Boga, liturgia posługiwała się trzema wydarzeniami. Po pierwsze, pokłon mędrców ze wschodu, po drugie, przemiana wody w wino na weselu w Kanie Galilejskiej i po trzecie, Chrzest Jezusa w Jordanie.

    Jeżeli spojrzymy do formularza mszalnego w Mszale Rzymskim, to z tych trzech wydarzeń pozostał tam jedynie hołd Trzech Króli, czy raczej magów (skądinąd nie wiadomo, ilu ich było). Natomiast jeśli weźmiemy Oficjum, to w antyfonach i hymnach do nieszporów, do Godziny Czytań, do jutrzni, te trzy cuda są wymienione.

    Najstarsze homilie i niektórzy starożytni (np. homilia Grzegorza z Nazjanzu na Święto Świateł) komentują to w ten sposób, że mędrcom Bóg objawia się jako poganom, czyli takim, co nic nie wiedzą (jest to wyjście poza krąg Narodu Wybranego). Po drugie, objawia się swoim w czasie wesela w Kanie Galilejskiej.

    Ta tradycja wywodzi się najpierw od św. Jana, który pisze: Taki to początek znaków uczynił Jezus w Kanie Galilejskiej. Objawił swoją chwałę i uwierzyli w Niego Jego uczniowie (J 2,11). Dla Jana jest to pierwsze objawienie wobec Żydów.

    Ilu było magów?

    Drugim jej źródłem jest stara egzegeza alegoryczna (z czasów Orygenesa, albo wcześniejsza), gdzie mowa jest o tym, że „kiedy Jezus przyszedł, woda Starego Testamentu stała się winem Nowego” – co symbolicznie ukazuje wypełnienie Starego Testamentu przez Pana Jezusa.

    Z kolei Chrzest jest objawieniem Boga w Trójcy. Ojciec się objawia w głosie, Duch w gołębicy i Syn wstępuje do Jordanu.

    Następnym razem, gdy będziemy świętować Epifanię, warto zatem pamiętać, że to nie tylko „Trzej Królowie”, ale objawienie się Boga człowiekowi w ogóle. Warto również przemedytować w tym kontekście antyfony z Oficjum. Tyle kontekst liturgiczny.

    Natomiast jeśli sięgniemy po sam tekst biblijny, to też trzeba zacząć od sprostowania, że tekst grecki w ogóle nie mówi o królach (jak to się potocznie mówi), ale o magach (magoi). Po drugie, nie mówi, ilu ich było. Na pewno przynajmniej dwóch.

    Czytając teksty patrystyczne, tradycję średniowieczną czy patrząc na katakumby, gdzie magowie są namalowani, to jest to różna liczba – dwóch, trzech, sześciu albo dwunastu (tu od liczby pokoleń Izraela, tudzież apostołów).

    Liczba trzy jest zaś bardzo popularna na łacińskim Zachodzie i związana jest z liczbą darów. Natomiast imiona, których często używamy: Kacper, Melchior i Baltazar, są czysto średniowieczne i związane z kręgiem kolońskim (czyli w pewnym sensie tynieckim, bo fundacja Tyńca wyszła z kręgów Katedry kolońskiej). Bowiem w Kolonii, od około IX, X w. jest znany kult Magów, a w tamtejszej Katerze mają znajdować się relikwie Kacpra, Melchiora i Baltazara.

    Magowie czyli kto?

    Słowo mag (Biblia Tysiąclecia trzyma się konsekwentnie słowa mędrzec) kojarzy się nam z okultyzmem i podobnymi rzeczami niemiłymi Panu Bogu, natomiast należy pamiętać o tym, że magowie byli na Wschodzie swoistą kastą religijną. Bardzo wysoko wykształceni ludzie, obdarzeni autorytetem, którzy pełnili m.in. funkcje kapłańskie.

    Owo „magoi” wskazuje na zajmowanie się astronomią, astrologią, czyli tym wszystkim, co zajmuje się obrotami nieba. W naszej kulturze, jak ktoś obecnie patrzy na gwiazdy, to jest astrofizykiem, astronomem albo wróży. Dla tamtych ludzi zaś życie było tak ściśle związane z ruchem gwiazd, że oni na podstawie ich położenia określali pory roku, siewu itp.

    Był to bardzo ważny aspekt życia, wobec czego ludzie, którzy potrafili opowiedzieć, wyjaśnić wszystkie te sprawy, również w odniesieniu do pogody (co także miało wielkie znaczenie), mieli bardzo wysoką pozycję społeczną.

    Słowo „mag” niekoniecznie oznacza zatem kogoś, kto rzuca zaklęcia, macha różdżką, tylko po porostu najwyższego kapłana. Znamiennym jest, że kiedy Persowie najechali w 614 r. Ziemię Świętą i doszczętnie ją zniszczyli (dzisiaj mało się o tym myśli, ale gdy przeszli oni przez państwo bizantyjskie, to byli niczym walec i nic po sobie nie zostawiali), gdy dotarli do Betlejem, to Bazylika Narodzenia była jedyną bazyliką konstantyńską, której nie zburzyli, bo na jej terenie zobaczyli mozaiki z perskimi magami.

    Wierni swojej tożsamości

    Jest w tym jakaś głęboka intuicja Mateusza, który – należy pamiętać – jest „najbardziej żydowskim” z ewangelistów. On pisze Ewangelię dla Żydów i Jezus jest pokazany jako nowy Mojżesz. Natomiast od samego początku ten monopol Narodu Wybranego na posiadanie Mesjasza zostaje przełamany, również przez tę historię pełną kontrastów.

    Ludzie, którzy teoretycznie o Mesjaszu nic nie wiedzą, a jedynie badają naturę, ujrzeli Jego gwiazdę na wschodzie. Robili więc to co zazwyczaj, wykonywali swoje codzienne zajęcie, tj. patrzyli w gwiazdy i wiedzieli mniej więcej, co się będzie działo (np. w kontekście warunków pogodowych).

    I oni w związku z tym, co zobaczyli, podjęli decyzję i poszli. Z postawą onych magów jest kontrastowana postawa ich odpowiedników żydowskich, którzy nie patrzą w gwiazdy, ale w Pismo Święte.

    Gdy Herod ich pyta, gdzie narodzi się Mesjasz, powołują się na Pismo. I to jest ciekawe, że ani sam Herod, ani nikt inny nie udaje się do Betlejem, aby sprawdzić, czy to prawda, tylko ludzie, którzy prawdę mówiąc, nie mają zielonego pojęcia, kim jest Mesjasz.

    Czyli idą ludzie, którzy są wierni swojej profesji, fachowi, sumieniu. Inaczej mówiąc, wierni swojej tożsamości. To jest jedna z ewangelicznych zapowiedzi tych nauk Chrystusa, gdzie mówi On o celnikach i nierządnicach wchodzących do Królestwa Bożego przed faryzeuszami (celnicy uwierzyli Janowi, a wy nie).

    Ten tekst drugiego rozdziału jest jednym z najważniejszych tekstów, który mówi o roli osobistej odpowiedzialności człowieka za słuchanie głosu sumienia. Nikt nie zdejmie z nas odpowiedzialności za jego słuchanie. To jest pierwszy głos, przez który mówi do nas Bóg – sumienie.

    Kształtowanie sumienia

    Owi magowie są zatem dla nas pytaniem, w jaki sposób o to sumienie dbamy, jak je kształtujemy. Sumienie się kształtuje przez odpowiedni stosunek do autorytetu. Jeśli ktoś nie ma autorytetu, nie ma sumienia. Dlatego że nie ugnie się przed niczym. I jak mówi Reguła: co będzie lubił, to będzie uważał za święte, a co nie będzie mu się podobało, to będzie uważał za niedozwolone.

    Wobec autorytetu kształtuje się sumienie. Czy będzie nim Boże Prawo, czy będą to słowa, jakaś norma wyższa bądź mniejsza, czy w końcu najwyższy autorytet – sam Bóg. Ale w kontakcie z nimi w tym, jak mnie one kształtują, to moje sumienie powstaje. Każdy ma obowiązek kształtować swoje sumienie, w jakiś sposób przed nim odpowiedzieć, zdać sprawę ze swojego życia.

    Druga sprawa, o której ten tekst mówi, to rola natury. To jest tekst, który może być bardzo silnie dyskutowany dzisiaj, dlatego że gdy się podważa, neguje prawo naturalne, on pokazuje, że z samego obserwowania świata, bez światła objawienia, czyli bez epifanii, ale samym rozumem mędrcy doszli do tego, że jest Bóg i zsyła Kogoś wyjątkowego na ziemię.

    Dodatkowo obrazuje to okoliczność, że jest oda Horacego (totalnego poganina, który gardził Żydami), cytowana przez Ojców, komentowana przez wieki, gdzie pisze on, że „przychodzi na świat dziecię niewinne, które weźmie na siebie całą winę świata”. Horacy pisał to na przełomie I i II w. To jest jakby proroctwo o narodzeniu Zbawiciela.

    Jeśli ktoś ceni literaturę i wierzy w natchnienia poetyckie, to tekst Słowackiego o słowiańskim papieżu, czy właśnie tekst Horacego, jest najlepszym przykładem, dowodem tego, że poeci również mogą być natchnieni przez Ducha. Mówią rzeczy, które ich absolutnie przerastają, których nie rozumieją. Mędrców i Horacego to niejako łączy.

    Jak człowiek myśli, to zawsze znajdzie Boga. Z naszej strony powinniśmy mieć szacunek dla tych, którzy Pana Boga szukają, myślę zwłaszcza o tych spośród nas, którzy przeżywają jakieś dramaty czy wątpliwości, wyrzuty sumienia, bo ich dzieci, wnuki czy inni bliscy, znajomi przestają chodzić do kościoła bądź zaczynają obwiniać Boga o wszystko najgorsze.

    Dopóki człowiek słucha własnego sumienia, nie zginie. Może wejdzie do Królestwa Bożego od kuchni, przez okno czy przez komin (jak św. Mikołaj), ale wejdzie. Tak jak mędrcy, zawsze dojdzie do swojego celu.

    Jerozolima czy Betlejem?

    Kolejny wątek, który warto podkreślić to fakt, że mędrcy nie znajdują Jezusa w Jerozolimie, tylko w Betlejem. To jest o tyle ważne, że to Jerozolima jest miejscem, gdzie jest kult, świątynia, gdzie jest miejsce Święte Świętych, gdzie jest to co najważniejsze. A oni docierają do Jerozolimy i tam nie ma Boga. Muszą dokonać jeszcze jednego wysiłku. Muszą dokonać aktu wiary. Bo do Jerozolimy doprowadziła ich wiedza, patrzenie w gwiazdy.

    A do Betlejem (zakładamy, że w czasie tej drogi doznali przemienienia, sumienie w nich dojrzewało, medytowali nad tym wszystkim, ten czas owocował, iż gdy doszli do Jerozolimy byli już gotowi postąpić krok naprzód, odłożyć na bok swoją wiedzę i zaufać Pismu) poszli, bo tak mówi Pismo. Św. Mateusz pokazuje tutaj autorytet Pisma. Nie jest ważne, że mówi ci to Herod, to jest Pismo.

    Dopóki mówi Pismem, według Nauki Bożej, to słuchaj, nawet jeśli to jest Herod. Pamiętamy, że Jezus mówi potem:

    Czyńcie więc i zachowujcie wszystko, co wam polecą, lecz uczynków ich nie naśladujcie. Mówią bowiem, ale sami nie czynią (Mt 23,3).

    Wynika z tego, że mówią dobrze, ale sami nie robią. Tak też w Regule jest, że gdyby Opat, co nie daj Boże, sam nie robił tego, co mówi, trzeba go słuchać, a nie patrzeć na to, co robi. Wiara w autorytet Pisma.

    Bóg powierza się człowiekowi

    Następnie mędrcy odnajdują Dziecię, składają dary i osiągają poziom najwyższy. Ukazuje im się Anioł i nakazuje im wrócić inną drogą. A zatem najpierw są poganami, potem są na równi z Żydami, a wreszcie stają ponad jerozolimskimi kapłanami, bo przemawiają do nich bezpośredni wysłannicy Boży. Można tu odczytać, w jaki sposób człowiek jest prowadzony przez wiarę i w jaki sposób człowiek do niej dojrzewa. Jak rozszerza się jego serce.

    Jest to też fragment, który może nam przypomnieć trochę miejsce Dzieciątka Jezus. Warto pamiętać, że kult Dzieciątka Jezus zmienił na Zachodzie mentalność w stosunku do dzieci. Dzieci były raczej traktowane z dystansem. Natomiast Ewangelia z taką troską opowiada o dziecięctwie Jezusa, że w świadomości powszechnej dokonało to wśród ludzi dużej zmiany w stosunku do dziecka w ogóle.

    Jest to także dla nas pytanie o powrót do wątku Dzieciątka Jezus, Jego człowieczeństwa, ale i Jego słabości i bezbronności. Bóg powierza się człowiekowi. Przeżywamy to też w trakcie celebracji eucharystycznej. Hostia bezbronna jak dziecko. Człowiek może zrobić z Nią, co tylko będzie chciał.

    Niech ci magowie staną się nam takimi przyjaciółmi, nowymi ludźmi, którzy pokazują, że Pan Bóg się objawia i takie jest Jego upodobanie. Świętej pamięci o. Piotr mówił, że Księga Przysłów podaje, że Mądrość znajduje rozkosz przy synach ludzkich (zob. Prz 8,31). Dla nas męką jest przebywać w towarzystwie innych, a dla Pana Boga to jest rozkosz.

    o. Szymon Hiżycki OSB/Aleteia.pl

    ***

    MSZA ŚWIĘTA O GODZ. 18.00

    Z RACJI PIEWSZEJ SOBOTY MIESIĄCA PO MSZY ŚWIĘTEJ BĘDZIE NABOŻEŃSTWO WYNAGRADZAJĄCE ZA PIĘĆ ZNIEWAG I BLUŹNIERSTW PRZECIWKO NAJŚWIĘTSZEJ MARYI PANNIE

    ***

    K+M+B czy C+M+B?

    Jak poprawnie oznaczyć drzwi?

    JAK POPRAWNIE OZNACZYĆ DRZWI KREDĄ

    vetre | Shutterstock

    ***

    Zgodnie z tradycją na Trzech Króli, drzwi naszych domów oznaczamy, wypowiadając słowa specjalnej modlitwy. Podajemy jej treść.

    Uroczystość Objawienia Pańskiego, znana jako Trzech Króli (6 stycznia), to chrześcijańskie święto obchodzone już od III wieku pod nazwą Epifanii. Tego dnia tradycyjnie okadzamy nasze mieszkania i oznaczamy drzwi na znak przyjęcia Chrystusa do naszego domu.

    Jednak dlaczego jedni umieszczają na swoich drzwiach litery K+M+B, inni zaś C+M+B? Co dokładnie oznaczają te skróty?

    Jak oznaczyć drzwi na Trzech Króli 

    Umieszczany u nas najczęściej napis K+M+B 2024 odnosi się do imion trzech Mędrców ze Wschodu, którzy przybyli, aby oddać pokłon Nowo Narodzonemu Jezusowi (Kacper, Melchior i Baltazar). Jest to powszechnie przyjęty i poprawny zapis, jednak stoi za nim dość powierzchowna interpretacja.

    Znacznie starszy i głębszy przekaz mówi, że drzwi należy oznaczać napisem C+M+B, a do liter dopisać datę bieżącego roku: C+M+B 2024. W niektórych krajach skrót umieszcza się pomiędzy liczbami oznaczającymi rok: 20+C+M+B+24.

    C+M+B to skrót pochodzący od łacińskiej sentencji Christus Mansionem Benedicat, która oznacza: „(Niech) Chrystus mieszkanie błogosławi”. Choć św. Augustyn podaje jeszcze jedną interpretację: Christus Multorum Benefactor – „Chrystus dobroczyńcą wielu”.

    Modlitwa przy oznaczaniu drzwi kredą

    Łacińskie słowo mansio oznacza dom nie tylko w sensie samego zamieszkania, ale miejsce, w którym się pozostaje, czuje się osłoniętym, otulonym, miejsce życia i tworzenia wspólnoty. Dlatego, zgodnie z tradycją, drzwi oznacza ojciec rodziny, w obecności wszystkich domowników wypowiadając słowa modlitwy:

    Panie Jezu Chryste, którego Trzej Mędrcy
    jako Dziecię znaleźli w domu i złożyli Mu hołd,
    który wzrastałeś w domu w Nazarecie przy boku Maryi i świętego Józefa,
    uświęć i nasz dom swoją obecnością.
    Niech panuje w nim Twoja miłość, dobroć i czystość.
    Niech wszyscy tworzymy domowy Kościół,
    który w tym sanktuarium niech stale składa Ci uwielbienie i chwałę.
    Niech święte symbole, które znaczymy na drzwiach tego sanktuarium,
    przypominają nam i tym, którzy będą nas odwiedzać,
    że jesteśmy domowym Kościołem

    i za gwiazdą wiary chcemy iść na spotkanie z Tobą,
    do domu naszego wspólnego Ojca,
    z którym w jedności Ducha Świętego
    żyjesz i królujesz przez wszystkie wieki wieków. Amen.*

    Ta wymowna modlitwa pokazuje, że nie warto rezygnować z zapisu – którykolwiek on będzie – poprzez który zapraszamy Chrystusa do naszego domu i prosimy o to, aby uświęcił nasze życie swoją obecnością.


    Elżbieta Wrzała/Aleteia.pl

    ______________________________________________________________________________________________________________

    fot.The Baptism of Christ/nga.gov

    ***

    Opowieść o Epifanii, czyli o Objawieniu Pańskim – fascynująca jak dobry kryminał!

    Historia kształtowania się święta Epifanii, czyli Objawienia Pańskiego jest równie fascynująca jak dobry kryminał czytany pośpiesznie z wypiekami na policzkach i z drżącymi dłońmi.

    Opowieść o Epifanii, czyli o Objawieniu Pańskim

    Historia kształtowania się święta Epifanii, czyli Objawienia Pańskiego jest równie fascynująca jak dobry kryminał czytany pośpiesznie z wypiekami na policzkach i z drżącymi dłońmi. Szybkie zwroty akcji. Pytania nie znajdujące wyczerpujących odpowiedzi. Błędne tropy, niewłaściwe kierunki. Drobne błędy w kluczowych obliczeniach zmieniające całą historię. „Śmierć” w otchłani Jordanu, a chwilę później weselna uczta w Kanie. Wielcy ludzie przybywający ze Wschodu, prowadzeni przez niewyjaśnione zjawiska kosmiczne. Wszystko w otoczce pogańskich festiwali, wina lejącego się strumieniami czy rozpustnych rzymskich Saturnaliów. Nie można również zapomnieć o przemożnych wpływach – Wschodu na Zachód, Zachodu na Wschód.

    A gdzieś między tym wszystkim leży prawda o Objawieniu. I kiedy wydaje się, że doszliśmy w naszych poszukiwaniach do początków tego święta, że znaleźliśmy rozwiązanie, trafiamy na mur niewiedzy, wątpliwości i pytań, który każe poszukiwania rozpocząć od początku, a w najlepszym wypadku, spojrzeć na problem z nieco innej strony. Do dzisiaj – choć zbadanych zostało „wiele” (wiele z bardzo niewielu, jakie mamy z tamtych wieków) źródeł – raczej stawiamy pytania, niż podajemy ostateczne odpowiedzi. Kiedy jedni tłumaczą powstanie tego święta argumentami o przezwyciężeniu świąt pogańskich, zaraz inni przedstawiają solidne argumenty pozwalające nam uniknąć „chrystianizacji” misteriów pogańskich.

    Skąd „pomysł” na święto?

    Mówiąc o święcie Epifanii, nie sposób oddzielić go od Bożego Narodzenia, a przynajmniej w kontekście pierwszych wieków należy omawiać je wspólnie. Wiemy doskonale, że świętowanie Bożego Narodzenia jest wtórne chociażby do Wielkanocy, która jest najważniejszym świętem chrześcijańskim. Na rozwój i potrzebę świętowania tajemnicy Wcielenia wpłynęło wiele czynników wśród których zdecydowanie do najważniejszych należy wzrost zainteresowania tematem dzieciństwa Chrystusa, walka z gnostykami czy obrona realności Jego człowieczeństwa (także istnienia Jego ciała). Przypomnijmy, że tylko dwie Ewangelie opisują narodzenie Chrystusa (Mt i Łk) i poświęcają dzieciństwu Jezusa relatywnie niewiele miejsca. Można nawet – trochę mylnie – odnieść wrażenie, że narodzenie Chrystusa pierwszych chrześcijan nie interesowało.

    A jednak bardzo szybko zaczyna się pojawiać literatura apokryficzna, próbująca uzupełnić brakujące wiadomości i rozwinąć naszą wiedzę o dzieciństwie i narodzinach Syna Bożego z Maryi Dziewicy. Pod koniec II w. Orygenes podkreślał, że chrześcijanie nie powinni obchodzić Bożego Narodzenia, gdyż tylko poganie i grzesznicy (np. faraon albo Herod) obchodzą uroczyście dzień swoich narodzin. Cóż, to była „teologia” Orygenesa, znacznie większy problemem stanowiła po prostu nieznajomość faktycznej daty narodzin Chrystusa. Chyba nie trudno uwierzyć, że nie zachował się akt urodzenia (dla pewności – po prostu go nie było), który bez wątpienia rozwiązałby sprawę na wieki. A skoro go nie było, chrześcijanie w inny sposób próbowali odkryć tę datę. W miarę precyzyjny sposób możemy stwierdzić, że Chrystus narodził się… przed Chrystusem, tzn. pomiędzy 6 a 4 rokiem przed naszą erą (niejaki Dionizy Exiguus pomylił się „zerując” licznik kalendarza na źle przyjętym roku narodzin Chrystusa). Mniej więcej mamy rok narodzin, a co z datą dniową?

    6 stycznia, czyli skąd się wzięło święto Trzech Króli?

    Pewne jest to, że już pod koniec II w. i na początku III w Egipcie dzień 6 stycznia stał się świętem zarówno chrztu Jezusa w Jordanie, jak i dniem Jego narodzenia. Święto zaczyna oddziaływać i przechodzić do innych wschodnich kościołów. I tak w Jerozolimie w IV/V w. spotykamy 6 stycznia liturgię Bożego Narodzenia (z procesją z Betlejem do Jerozolimy), o czym informuje nas w swoim dzienniku pątniczka Egeria. Wtedy już święto posiada oktawę. Pod koniec V w. świętuje się tam również chrzest w Jordanie, który to temat powoli staje się centralnym dla całej tradycji wschodniej.

    Za sprawą syryjskiego diakona Efrema, w IV w. Epifania zyskała nowy, bardzo ważny element – przybycie mędrców (magów, królów –  ich historia stanowi oddzielny temat) ze Wschodu i złożenie Jezusowi darów. Efrem opisuje Epifanię jako pokłon Magów, symbolizujących cały pogański świat, który w Chrystusie rozpoznał Boga. Bardzo szybko ten temat rozniósł się po całym chrześcijańskim świecie – zarówno na Wschodzie, jak i na Zachodzie, gdzie do dziś zdominował całe rozumienie święta Epifanii (kto w Polsce mówi na to święto inaczej niż „święto Trzech Króli”?).

    W IV w. w Rzymie dzień 25 grudnia staje się oficjalnym dniem święta Bożego Narodzenia. Potwierdzeniem tego jest dokument z 336 r. noszący nazwę Chronograf roku 354 (dla niewtajemniczonych chronograf to po prostu „księga, która mierzy czas”. Za Rzymem datę tę szybko przyjęły inne Kościoły języka łacińskiego, np. w Afryce Północnej. Kościoły wschodnie, które obchodziły Boże Narodzenie 6 stycznia, nie od razu przyjęły rzymską datację. Jednak dzięki autorytetowi Rzymu oraz obecności rzymskich chrześcijan na terenach wschodnich, proces ten zaczął przebiegać dość szybko.

    Skoro w IV w. 25 grudnia stało się w Rzymie świętem Bożego Narodzenia i z Rzymu zawędrowało na Wschód, podobny proces dotyczył dnia 6 stycznia, kiedy to święto Epifanii ze Wschodu przybyło do Rzymu. Na Zachodzie znajdujemy potwierdzenie Epifanii już w II poł. IV w. Potwierdza je Ambroży z Mediolanu i Optat z Mileve, a nade wszystko św. Ambroży. Wiążą oni Epifanię z objawieniem Pana, oraz z przybyciem do Jezusa mędrców ze Wschodu. W liturgii rzymskiej najdonioślejszym świadectwem jest 8 mów na Epifanię papieża Leona Wielkiego. Koncentruje się on przede wszystkim na pokłonie Trzech Mędrców.

    Opowieść o Epifanii, czyli o Objawieniu Pańskim
    DIEGO VELÁZQUEZ/WIKIPEDIA

    ***

    Trochę inaczej rzecz się miała na terenie Galii, gdzie święto Objawienia wprowadzono wcześniej niż Boże Narodzenie. Na tych terenach przemożny wpływ na liturgię miały kościoły wschodnie, a tam Epifanię wiązano z chrztem Jezusa oraz weselem w Kanie. Na przełomie VII i VIII w. liturgia galijska zaczyna oddziaływać na rzymską i stąd motywy chrztu i zaślubin w Kanie zostają włączone do liturgii rzymskiej. Później, w czasach karolińskich, pojawia się oktawa Epifanii, analogiczna do oktawy Bożego Narodzenia, a 8 dzień oktawy staje się świętem chrztu Pańskiego. Obecnie obchodzimy to święto – kończące okres Bożego Narodzenia – w niedzielę po święcie Objawienia Pańskiego.

    Dziś podkreśla się, że liturgia rzymska, obchodząc te dwie uroczystości, celebruje tę samą tajemnicę Wcielenia i Bożego Narodzenia – akcentuje jednak inny temat: 25 grudnia podkreśla się uniżenie Chrystusa, a 6 stycznia Jego Bóstwo, które staje się widoczne w całym świecie (pokłon Mędrców). W Liturgii Godzin do dzisiaj pozostał jednak ślad jedności tego niezwykłego misterium Epifanii – antyfona Benedictus z Jutrzni i Magnificat z Nieszporów z 6 stycznia poruszają temat tria miracula (trzech cudów): chrztu Jezusa w Jordanie, wesela w Kanie Galilejskiej oraz pokłonu Mędrców.

    Tak w olbrzymim skrócie rysuje się niezwykła historia rozwoju święta Epifanii. Teraz należałoby zająć się nieco więcej jej treścią, teologią tego wspomnienia. Nie sposób jednak to zrobić w jednym opowiadaniu, dlatego proszę pozwolić, że podejmę jedynie mały, dziś już mocno zapomniany wątek święta Epifanii: temat chrztu Jezusa w Jordanie.

    Opowieść o Epifanii, czyli o Objawieniu Pańskim
    CHRZEST CHRYSTUSA – Pierro della Francesca/ fot. Wikipedia

    ***

    Epifania – objawienie w wodach Jordanu – chrzest

    W dniu Bożego Narodzenia bardzo szybko zaczęto odprawiać trzy Msze, w których ukazywano temat narodzin Syna Bożego w trzech różnych wymiarach: Jego odwiecznych narodzin z Ojca, Jego historycznych narodzin z Maryi Dziewicy w betlejemskiej grocie, Jego narodzin w życiu człowieka. Ten ostatni temat celebrowano w drugiej Mszy Bożego Narodzenia, którą papież odprawiał w Kościele św. Anastazji – był to zatem obchód zmartwychwstania (anastasis = powstanie; zmartwychwstanie). Chrystus rodzi się w naszych sercach przez zmartwychwstanie. W sposób niezwykły zmartwychwstał w nas w czasie chrztu, w którym zanurzyliśmy się w Jego śmierci i zmartwychwstaniu, jak w 6 rozdziale Listu do Rzymian pisze Apostoł Paweł. Epifania zatem odnosi nas do tajemnicy chrztu, a tym samym do tajemnicy chrztu Jezusa w Jordanie.

    Chrystus – jak komentują Ojcowie Kościoła – nie wszedł do Jordanu po to, aby wyznać grzechy i uzyskać przebaczenie – wszakże żadnego grzechu nie popełnił. Wszedł On jednak do mętnych od grzechu wód Jordanu, w których Jan Chrzciciel obmywał ludzi z ich grzechu. Jednak wtedy Jordan jeszcze nie miał mocy ostatecznego pokonania grzechu – ten pozostawał w otchłani jordańskich wód. Chrystus wszedł do rzeki, zanurzył się w wodzie i wynurzając się wziął cały grzech świata na swoje barki, aby zanieść go na Kalwarię i ostatecznie pokonać w śmierci, zstąpieniu do otchłani i Zmartwychwstaniu. Dlatego właśnie św. Jan Chrzciciel nazywa Chrystusa „Barankiem Bożym, który gładzi grzechy świata”, co równie dobrze można by przetłumaczyć „Oto Baranek Boży, który niesie grzechy świata”.

    W chrzcie Jezusa w Jordanie, w Jego męce i zmartwychwstaniu, objawiła się prawda o Nim – Epifania Boga, a równocześnie w tych wydarzeniach, i tym samym w święcie Epifanii, objawia się prawda o nas: jesteśmy zanurzeni w czystych wodach chrztu, nasz grzech jest ostatecznie pokonany przez śmierć i Zmartwychwstanie Chrystusa; Chrystus jest z nami w pełni zjednoczony przez chrzest – to w nas i naszym życiu ma się w pełni objawiać Jego Boska chwała. Epifania to święto każdego chrześcijanina, w którym jednocześnie objawia się prawda o naszym grzechu i prawda o zwycięstwie Chrystusa i Jego chwale w nas. Warto ten dzień przeżyć w tajemnicy naszego własnego chrztu.

    I co dalej…

    Oczywiście temat Epifanii nie został wyczerpany i wypadałoby pociągnąć ten wątek jeszcze dalej –  zapytać o zwyczaje i tradycje, te ludowe i te liturgiczne: wizytę duszpasterską, błogosławienie kredy i domów, znaczenie drzwi napisem C+M+B 2012, czy ogłoszenie daty Wielkanocy. Warto zapytać o to, kiedy magowie (gr. magoi) stali się królami i dlaczego było ich trzech albo dwunastu (tradycja syryjska), skoro Ewangelie milczą o ich liczbie i dlaczego ich imiona tradycyjnie brzmią Kacper, Melchior i Baltazar (zresztą to nie jedyne imiona pojawiające się w tradycji), skoro w Piśmie Świętym ich nie ma. Wypadałoby, ale to nowa, długa i równie fascynująca opowieść, na którą może przyjdzie czas…

    ks. Krzysztof Porosło/wiara.pl/stacja7.pl


    Opracowano na podstawie:

    P.F. BRADSHAW, M. E. JOHNSON, The Origins of Feasts, Fasts and Seasons in Early Christianity, Minnesota 2011, s. 121–157.

    J.F. KELLY, Narodziny Bożego Narodzenia, tłum. J. POCIEJ, Kraków 2011, s. 79–102.

    Objawienie Pańskie, [w:] Leksykon liturgii, B. NADOLSKI [red.], Poznań 2006, s. 1058–1061.

    J.A. JUNGMANN, The Early Liturgy. To the Time of Gregory the Great, London 1976, s. 266–277.

    P.F. BRADSHAW, Early Christian Worship. A Basic Introduction to Ideas and Practice, wyd. 2, Minnesota 2010, s. 94–97.

    Skrót artykułu opublikowanego pierwotnie w portalu liturgia.pl

    ______________________________________________________________________________________________________________

    BYŁY METROPOLITA PARYŻA O „FIDUCIA SUPPLICANS”: POWINNIŚMY BŁOGOSŁAWIĆ GRZESZNIKA, KTÓREGO KOCHA BÓG. NIE MOŻEMY JEDNAK BŁOGOSŁAWIĆ GRZECHU

    „Nauczanie Kościoła opartego na Chrystusie jest niezmienne: powinniśmy błogosławić grzesznika, którego kocha Bóg. Nie możemy jednak błogosławić grzechu, który oddziela nas od Boga” – podkreślił ks. abp Michel Aupetit, były metropolita Paryża, odnosząc do opublikowanego niedawno dokumentu „Fiducia supplicans”.

    18 grudnia br. w Watykanie została ogłoszona deklaracja doktrynalna „Fiducia supplicans”, która dopuszcza we wspólnocie Kościoła „nieformalne” błogosławienie par homoseksualnych oraz heteroseksualnych żyjących bez ślubu. Treści zawartej w dokumencie sprzeciwia się wielu kardynałów i biskupów na świecie. Wśród nich jest ks. abp Michel Aupetit, były metropolita Paryża.

    „Nauczanie Kościoła opartego na Chrystusie jest niezmienne: powinniśmy błogosławić grzesznika, którego kocha Bóg. Nie możemy jednak błogosławić grzechu, który oddziela nas od Boga. Powinno to dać grzesznikowi możliwość, aby więcej nie grzeszył, aby żałował i nawrócił się ku Panu” – wskazał ks. abp Michel Aupetit.

    Wiele episkopatów wydało dyrektywę, w której przypomina nauczanie Kościoła i zakazuje błogosławienia osób tej samej płci. Na taki krok zdecydowali się m.in. biskupi Kazachstanu, Ukrainy, Zambii i Malawi.

    Pch24.pl/radiomaryja.pl

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Wzgląd na pogląd

    Każdy kieruje się poglądami, ale nie każdy powinien kierować ludźmi.

    Nowa minister edukacji Barbara Nowacka zapowiedziała ograniczenie nauki religii w szkołach. Przy okazji stwierdziła, że jej poprzednik Przemysław Czarnek „swoje osobiste poglądy przenosił na to, w jaki sposób chciał, żeby funkcjonowała szkoła”. Dodała, że przenoszenie poglądów na ministerialny grunt jest „niedopuszczalne”.

    A to dobre! Przecież już pierwsze wypowiedzi pani minister pokazały, że sama robi to, za co krytykuje poprzednika. Tylko że to nie jest niedopuszczalne – to jest nieuniknione. Na odpowiedzialne funkcje wybiera się przecież konkretnego człowieka z jego „osobistymi przekonaniami” (czy są przekonania nieosobiste?), a nie beznamiętną maszynę. Cała rzecz w tym, żeby wybrać odpowiedniego człowieka.

    Manipulacja polega na powszechnym dziś sugerowaniu, że ludzie o poglądach chrześcijańskich są nieobiektywni – a inni są obiektywni. Tak jakby kierowanie się zasadami wynikającymi z wiary w Boga było gorsze od kierowania się tym, co wynika z niewiary w Niego. W postchrześcijańskim świecie ateista i nihilista są już na dzień dobry bardziej godni zaufania od człowieka religijnego. Właściwie każdy jest od niego lepszy. Dlatego na przykład do ważnych urzędów unijnych nie dopuszcza się nikogo, kto nie zagwarantuje „neutralności światopoglądowej”, co w praktyce oznacza, że konsekwentny chrześcijanin nie ma tam czego szukać. Oczywiście ta neutralność w rzeczywistości nie jest żadnym obiektywizmem – jest opowiedzeniem się po stronie innego światopoglądu, w wielu punktach kolidującego z chrześcijańskim.

    Problem nie w poglądach szefowej MEN, tylko w tym, że z takimi poglądami została wybrana, i to do tak społecznie wrażliwego resortu. Czyżby decydenci nie wiedzieli, że Barbara Nowacka zaczynała jako aktywistka feministyczna w proaborcyjnej Federze? Nie wiedzieli, że była współpracowniczką Palikota w jego partii? Nie wiedzieli, że działała w Strajku Kobiet, że jest promotorką tęczowej ideologii i innych inicjatyw, z którymi chrześcijanin zgodzić się nie może? Ależ wiedzieli. I choć to wygląda na prowokację – mieli prawo tak zdecydować. To konsekwencja tego, jak zdecydowali Polacy. Więc trzeba to uznać, nawet jeśli pani minister na ministerialny grunt będzie przenosiła – tak, tak – swoje osobiste poglądy. Już to zresztą robi: jej pomysły na religię w szkole nie są żadnym projektem „obiektywnym”, to pierwszy skutek jej osobistych poglądów, w których Kościół gra rolę czarnego luda. A co będzie dalej? Może, licząc się z przekonaniami rodziców, ograniczy swoje zapędy – ale to mało prawdopodobne. Wybrano ją przecież dla jej osobistych poglądów, z myślą, że je zastosuje. I wolno jej, byle stosowała je zgodnie z prawem, liczyła się z przekonaniami innych i nie naruszała zasad sprawiedliwości.


    KRÓTKO:

    Nowy obiektywizm

    W spacyfikowanej TVP ukazał się materiał, z którego dowiedzieliśmy się, że „Dyskanteria Nauki i Wiary, jedna z najważniejszych instytucji administracji w Kościele katolickim, po raz pierwszy od 23 lat opublikowała doktrynę. Dokument pozwala duchownym na błogosławienie parom jednopłciowym i rozwodnikom, którzy zawierają nowe związki. Wierni i duchowni są podzieleni w ocenie tych wytycznych”. Stężenie zawartych w tym fragmencie błędów jest rekordowe, ale jeszcze ciekawsze było to, co zobaczyliśmy dalej. Otóż w roli eksperta, komentującego podjętą kwestię, wystąpił „teolog, były ksiądz, żyjący od lat w związku ze swoim partnerem”. Najwyraźniej jest to zapowiedź „obiektywizmu”, jaki powróci do TVP. Najgorsze, że nie bardzo będzie w czym wybierać, bo podobny „obiektywizm” towarzyszy już większości wiodących mediów.

    Przyszło do głowy

    Nowy lubelski wojewoda Krzysztof Komorski kazał usunąć krzyż z Sali Kolumnowej urzędu wojewódzkiego. „To standardowe, rutynowe działania, które przyszły mi w pierwszej kolejności do głowy” – stwierdził. W obliczu powszechnego oburzenia przeprosił i wyjaśnił, że „krzyż nie został zabrany, tylko przeniesiony”. Tłumaczył, że jest osobą wierzącą i nie przeszkadza mu krzyż w jego gabinecie. Może i tak, ale to, co przychodzi komuś do głowy „w pierwszej kolejności”, dużo mówi o hierarchii ważności, jaką w tej głowie ma.

    Franciszek Kucharczak/Gość Niedzielny

    ______________________________________________________________________________________________________________

    „Przez obraz ten udzielać będę wiele łask”.

    fot. domena publiczna/wikipedia.org

    ***

    2 STYCZNIA 2024

    Jak powstawał obraz Jezusa Miłosiernego?

    Siostra Faustyna przywiązywała do poprawności obrazu wielką wagę, kilkakrotnie go poprawiała. W obrazie odróżniała cechy istotne i czuwała, by były one zachowane. 2 stycznia mija 90 lat od rozpoczęcia prac nad tym dziełem.

    Wieczorem, kiedy byłam w celi, ujrzałam Pana Jezusa ubranego w szacie białej. Jedna ręka wzniesiona do błogosławieństwa, a druga dotykała szaty na piersiach. Z uchylenia szaty na piersiach wychodziły dwa promienie, jeden czerwony, a drugi blady. (…) Po chwili powiedział mi Jezus: Wymaluj obraz według rysunku, który widzisz, z podpisem: „Jezu, ufam Tobie” (Dz. 47) – te słowa usłyszała s. Faustyna Kowalska ze Zgromadzenia Sióstr Matki Bożej Miłosierdzia w swojej klasztornej celi w Płocku 22 lutego 1933 roku. Droga do ich realizacji była długa i wcale nie usłana różami. Kiedy podzieliła się żądaniem Pana Jezusa ze swoim ówczesnym spowiednikiem, otrzymała wyjaśnienie, że powyższe słowa dotyczą jej wnętrza, że ma malować obraz Boży w swojej duszy (por. Dz. 49). Pan Jezus pozostawał jednak nieugięty. Po odejściu od konfesjonału usłyszała Jego głos: Mój obraz w duszy twojej jest. Chcę, aby ten obraz, który wymalujesz pędzlem, żeby był uroczyście poświęcony w pierwszą niedzielę po Wielkanocy, ta niedziela ma być świętem Miłosierdzia (Dz. 49).

    Niewiele pomogła pomoc przełożonych, które zakupiły farby, płótno i pędzle. Choć z malarskich prób s. Faustyny nic się nie zostało, ale w sumie nie miało co się zostać. W międzyczasie wieść o objawieniach, jakich doświadczała juniorystka drugiego chóru, zaczęła rozchodzić się między współsiostrami. Stało się to przyczyną kolejnych cierpień młodej mistyczki. Po latach nadmieniła o nich w swoim „Dzienniczku”: Kiedy Pan zażądał, abym malowała ten obraz, już teraz naprawdę zaczynają mówić i patrzeć na mnie jako na jakąś histeryczkę i fantastyczkę, i już to jest trochę głośniejsze (Dz. 125).

    Pomimo trudnej po ludzku sytuacji Pan Jezus nie zamierzał zmieniać swoich planów w stosunku do oblubienicy swojego Serca. W jednym z objawień miał do niej powiedzieć następujące słowa: Wiedz o tym, że jeżeli zaniedbasz sprawę malowania tego obrazu i całego dzieła miłosierdzia, odpowiesz za wielką liczbę dusz w dzień sądu (Dz. 154).

    Wszystko zmieniło się dopiero w 1933 roku, kiedy to jako neoprofeska przybyła na placówkę w Wilnie. To w tym mieście znalazła odpowiednie warunki do przystąpienia do realizacji powierzonej jej misji. Nieodzowną pomocą okazał się kapłan, ks. Michał Sopoćko. Faustyna znała go już wcześniej z prywatnych objawień, co zapisała później w swoim „Dzienniczku”: (…) Jednak dobroć Jezusa jest nieskończona, obiecał mi pomoc widzialną na ziemi i otrzymałam ją w krótkim czasie w Wilnie. Poznałam w ks. Sopocie – tę pomoc Bożą. Nim przyjechałam do Wilna, znałam go przez wewnętrzne widzenie. W pewnym momencie widziałam go w kaplicy naszej pomiędzy ołtarzem a konfesjonałem. Wtem usłyszałam głos w duszy: Oto jest pomoc widzialna dla ciebie na ziemi. On ci pomoże spełnić wolę moją (Dz. 53).

    BŁ. KS. MICHAŁ SOPOĆKO NA TLE OBRAZU MATKI BOŻEJ ŚWIĘTOMICHALSKIEJ, © ZGROMADZENIE SIÓSTR JEZUSA MIŁOSIERNEGO

    ***

    Jak powstał obraz?

    Pomimo pewnego sceptycyzmu co do opowieści nowej penitentki, ks. Sopoćko podjął się niełatwego zadania urzeczywistnienia poleceń samego Zbawiciela. Wymagało to ogromnej roztropności, ale także nakładów finansowych.

    Zrządzeniem losu ksiądz profesor zamieszkał pod koniec 1933 roku w domu należącym do Sióstr Wizytek przy ul Rosy w Wilnie. Na parterze dwukondygnacyjnego budynku mieszkał w tym czasie 61-letni malarz Eugeniusz Kazimirowski. Był on już w tym czasie cenionym nie tylko w Polsce artystą. Zasłynął jako autor głównie portretów i pejzaży. Był też wieloletnim członkiem Polskiego Towarzystwa Artystycznego. Ks. Sopoćko wtajemniczył go w misję siostry Faustyny oraz zlecił namalowanie obrazu Miłosiernego Zbawiciela, samemu ponosząc związane z tym koszty. Przed artystą stało nie łatwe zadanie. Musiał on całkowicie zrezygnować ze swojej wizji i stworzyć dzieło według wskazań zwykłej zakonnicy.

    Prace rozpoczęto dokładnie 90 lat temu, 2 stycznia 1934 roku w pracowni malarza. Warto w tym miejscu wspomnieć, że budynek, w którym mieszkali ks. Michał Sopoćki oraz Eugeniusz Kazimirowski, przetrwał do naszych czasów. Znajduje się w nim dom zakonny Zgromadzenia Sióstr Jezusa Miłosiernego. W byłej pracowni malarskiej, w której powstawał pierwszy wizerunek Jezusa Miłosiernego, urządzono kaplicę zakonną. Tuż obok Siostry prowadzą pierwsze na Litwie hospicjum.

    KAPLICA ZAKONNA SIÓSTR JEZUSA MIŁOSIERNEGO W WILNIE; W OKRESIE MIĘDZYWOJENNYM W TYM MIEJSCU ZNAJDOWAŁA SIĘ PRACOWNIA MALARSKA EUGENIUSZA KAZIMIROWSKIEGO, © MARIAN DZWINEL

    ***

    Artyście do obrazu pozował sam ks. Michał Sopoćko

    Budynek, o którym mowa, oddalony jest od byłego klasztoru Sióstr Matki Bożej Miłosierdzia na wileńskim Antokolu o przeszło 3 km. Przebywająca na placówce w Wilnie siostra Faustyna pokonywała tę trasę dwa razy w tygodniu, by osobiście nadzorować realizację prac, udzielać wskazówek i ewentualnie korygować ich owoc. Do obrazu pozował sam spowiednik i kierownik duchowy s. Faustyny. Nic więc dziwnego, że po latach, kiedy stopniowo pojawiały się inne wizerunki Jezusa Miłosiernego, ks. Michał Sopoćko troszczył się o poprawność teologiczną artystycznego przekazu. W swoich licznych pracach wskazywał na istotne jego elementy, które w jego opinii najpełniej zostały wyrażone na płótnie Eugeniusza Kazimirowskiego.

    W kulcie Miłosierdzia Bożego obraz Króla Miłosierdzia odgrywa pierwszorzędną rolę. Dlatego sł. Boża s. Faustyna przywiązywała do jego poprawności wielką wagę, kilkakrotnie go poprawiała, a wreszcie artysta E. Kazimirowski prosił mnie, bym pozował przepasany w albie pasem. W obrazie tym odróżniała ona cechy istotne i polecała czuwać, by one były zachowane. Do istotnych cech tego obrazu należą:

    1. Postawa Zbawiciela idąco-stojąca jak to bywa, gdy idąc zatrzymuje się, by powitać kogoś, a więc lewa noga wysunięta naprzód, a prawa nieco zgięta w kolanie

    2. Na obu nogach i rękach mają być zachowane blizny

    3. Prawa ręka ma być podniesiona do wysokości ramienia do błogosławieństwa z otwartą dłonią, a lewa ma dotykać szaty w okolicy Serca niewidzialnego, skąd wychodzą dwa silnie zabarwione promienie – na prawo do widza blady, a na lewo – czerwony

    4. Promienie te oświetlają przestrzeń i posadzkę, a częściowo i ręce

    5. Wejrzenie Chrystusa ma być takie jak z krzyża ku dołowi, co s. Faustyna zanotowała nawet w swoim „Dzienniczku”

    6. Tło obrazu ma być ciemne jak to bywa o zmroku z lekko zarysowującymi się drzwiami, na tle których była wizja, do której drzwi należą. Dlatego na obrazie Kazimirowskiego one są niewidoczne, a dodano je na zlecenie Komisji głównej Episkopatu jako warunek zezwolenia na zawieszenie obrazu w świątyni

    7. Pod obrazem ma być podpis „Jezu, ufam Tobie”

    Cały obraz ma przedstawiać Chrystusa w momencie ukazania się Apostołom w dniu Zmartwychwstania (Jan 20, 19n), ustanowienia Sakramentu Miłosierdzia, jak się wyraża Sobór Watykański II. Takie tłumaczenie obrazu całkowicie wyjaśnia i uzasadnia wymienione cechy istotne tego obrazy, a przede wszystkim postawę idąco-stojącą, kierunek wejrzenia na Apostołów itp. Wystarczy przeczytać „Dialogi” Platona, by się przekonać, że na Wschodzie biesiady towarzyskie i naukowe odbywały się przy niskich stołach w postawie na wpół leżącej, w jakiej byli Apostołowie w Wieczerniku. Najmniejsze odchylenie się od wymienionych siedmiu cech istotnych obrazu zmienia jego znaczenie i interpretację (…). To jest najdoskonalszy moment z chwalebnego życia Zbawiciela, który ustanawia Sakrament Miłosierdzia Bożego i poleca Apostołom iść na misję, by głosić pokój Chrystusa – pokój Jego Królestwa wśród skłóconych narodów, które zaszły w ślepą ulicę i nie mogą znaleźć wyjścia z sytuacji zawikłanych. (…)

    Sprawa nazwy tego obrazu była aktualna jeszcze za życia Służebnicy Bożej. Wówczas zapytałem ją o zdanie. Ona po modlitwie odpowiedziała: „Pan Jezus nazwał siebie Królem Miłosierdzia”. Dopiero teraz przeczytałem to w jednym z jej listów do mnie i komunikuję oraz proszę wszystkich, by nazywać ten obraz „Królem Miłosierdzia.

    Bł. ks. Michał Sopoćko, Opis obrazu Króla Miłosierdzia, 17 VII 1974

    Obraz po raz pierwszy wystawiono publicznie w oknie galerii Kaplicy Ostrobramskie

    Ostatecznie dzieło zostało ukończone w lipcu 1934. Najprawdopodobniej początkowo ks. Sopoćko umieścił obraz w swoim domu. 1 listopada 1934 roku został zawieszony przodem do ściany w jednym z korytarzy klasztoru bernardynek w Wilnie. Taka decyzja podyktowana była daleko idąca roztropnością. Cała sprawa była bowiem jeszcze badana. Kult Bożego Miłosierdzia wymagał zatwierdzenia przez władze kościelne.

    KOŚCIÓŁ ŚW. MICHAŁA W WILNIE, OBECNIE MUZEUM SZTUKI SAKRALNEJ; © MARIAN DZWINEL

    ***

    Panu Jezusowi zależało jednak na tym, by dostęp do Jego wizerunku miało szersze grono wiernych. W jednym z widzeń podzielił się z siostrą Faustyną pragnieniem swojego serca: Powiedz spowiednikowi, aby obraz ten był w kościele wystawiony, a nie za klauzurą w klasztorze tym. Przez obraz ten udzielać będę wiele łask dla dusz, a przeto niech ma przystęp wszelka dusza do niego (Dz 570). Potwierdza to także notatka znaleziona we wspomnieniach ks. Sopoćki: S. Faustyna powiedziała, że Pan Jezus jest z tego ukrycia w korytarzu klasztornym niezadowolony i żąda przynajmniej zawieszenia tego obrazu w Ostrej Bramie na triduum przed Niedzielą Przewodnią, jakie ma być urządzone na zakończenie jubileuszu Odkupienia w r. 1935 (bł. ks. Michał Sopoćko, Wspomnienia z przeszłości, V, s. 91)

    Ostatecznie dzięki staraniom ks. Michała Sopoćki, namalowany na wyraźne życzenie samego Zbawiciela wizerunek Jezusa Miłosiernego został po raz pierwszy wystawiony publicznie w oknie galerii Kaplicy Ostrobramskiej w dniach 26 -28 kwietnia 1935 roku. Związane to było w obchodem Jubileuszu 1900-lecia Odkupienia Świata. Ksiądz Sopoćko został poproszony przez ówczesnego proboszcza, ks. Stanisława Zawadzkiego, o wygłoszenie okolicznościowych kazań. Miało to miejsce w pierwszą niedzielę po Wielkanocy, a więc w dzień wyznaczony przez Pana Jezusa na obchody Niedzieli Miłosierdzia. W uroczystościach uczestniczyła s. Faustyna Kowalska, która w następujący sposób opisała te wydarzenia w swoim „Dzienniczku”:

    Przez trzy dni był ten obraz wystawiony na widok publiczny i odbierał cześć publiczną, ponieważ był umieszczony w Ostrej Bramie, w szczycie okna, dlatego było go widać z bardzo daleka. W Ostrej Bramie obchodzono uroczyście przez te trzy dni zakończenie Jubileuszu Odkupienia Świata – 1900-lecie od męki Zbawiciela. Teraz widzę, że złączone jest dzieło Odkupienia z dziełem miłosierdzia, którego żąda Pan. (Dz. 89)

    Kiedy został wystawiony ten obraz, ujrzałam żywy ruch ręki Jezusa, który zakreślił duży znak krzyża. W ten sam dzień wieczorem (…) ujrzałam, jak ten obraz szedł ponad miastem, a miasto to było założone siatką i sieciami. Kiedy Pan Jezus przeszedł, przeciął wszystkie sieci…(Dz. 416).

    Kiedy byłam w Ostrej Bramie w czasie tych uroczystości, podczas których obraz ten został wystawiony, byłam na kazaniu, które mówił mój spowiednik [ksiądz Michał Sopoćko]; kazanie to było o miłosierdziu Bożym, było pierwsze, czego żądał tak dawno Pan Jezus. Kiedy zaczął mówić o tym wielkim Miłosierdziu Pańskim, obraz ten przybrał żywą postać i promienie te przenikały do serc ludzi zgromadzonych, jednak nie w równej mierze, jedni otrzymali więcej, a drudzy mniej. Radość wielka zalała duszę moją, widząc łaskę Boga. (Dz. 417)

    Kiedy kończyło się nabożeństwo i kapłan wziął Przenajświętszy Sakrament, aby udzielić błogosławieństwa, ujrzałam Pana Jezusa w takiej postaci, jako jest na tym obrazie. Udzielił Pan błogosławieństwa, a promienie te rozeszły się na cały świat. (Dz. 420)

    Obraz wielokrotnie zmieniał swoje miejsce pobytu

    Po zakończeniu uroczystości obraz musiał wrócić do klasztornego korytarza. Ksiądz Sopoćko starał się jednak różnymi sposobami wystawiać wizerunek Jezusa Miłosiernego do kultu publicznego. Już w 1935 r. umieścił go jako dekorację w kościele pobernardyńskim św. Franciszka, gdzie znajdował się jeden z ołtarzy budowanych na procesję w czasie uroczystości Bożego Ciała. Z kolei w jednym z listów z roku 1936 donosił do swojej penitentki: Obraz Miłosierdzia Bożego już znajduje się w kościele św. Michała. Umieściłem go tam na Niedzielę Przewodnią (M. Sopoćko, List do s. Faustyny z 15 V 1936 r., mps, 8). Ostatecznie jako rektor kościoła św. Michała zaczął ubiegać się o oficjalne pozwolenie na stałe umieszczenie obrazu w świątyni, nad którą sprawował opiekę. Uzyskał je od abp. Jałbrzykowskiego 2 kwietnia 1934 roku. Dwa dni po wydaniu dekretu, w Niedzielę Przewodnią, obraz został zawieszony w kościele oraz poświęcony przez ks. Sopoćkę, gdzie przez wiele lat odbierał cześć wiernych.

    WNĘTRZE KOŚCIOŁA ŚW. MICHAŁA W WILNIE W OKRESIE MIĘDZYWOJENNYM, PO PRAWEJ STRONIE WIDOCZNY OBRAZ JEZUSA MIŁOSIERNEGO PĘDZLA EUGENIUSZA KAZIMIROWSKIEGO; © ARCHIDIECEZJA WILEŃSKA

    ***

    Po zmianie granic państwowych ks. Sopoćko pragnął pozostać na terenie Wilna. Jednak decyzją swojego przełożonego, abp. Jałbrzykowskiego został wezwany do Białegostoku. Początkowo myślał o tym, by obraz zabrać ze sobą. Po modlitwie i rozważeniu całej sprawy zdecydował się zostawić go na swoim miejscu.

    Po włączeniu Wileńszczyzny do ZSRR przystąpiono do realizacji polityki powszechnej ateizacji. Zamykano kolejne kościoły, a dzieła sztuki religijnej niszczono. Tak sam los spotkał kościół św. Michała, który od 1948 nie pełnił już swoich funkcji. Zaistniało niebezpieczeństwo zniszczenia obrazu Jezusa Miłosiernego. Na szczęście dzięki przebiegłej interwencji dwóch kobiet – Polki Janiny Radzewicz i Litwinki Bronisławy Miniotaite – udało się obraz „wykupić” od pracujących w kościele robotników. Początkowo był on umieszczony w mieszkaniu pani Janiny, a później został przeniesiony do znajomych pani Bronisławy.

    W nocy z 25 na 26 sierpnia 1951 roku Bronisława Radzewicz została aresztowana i skazana na 10 lat obozu na Syberii. Do Wilna wróciła na skutek amnestii trzy lata później. Po pewnym czasie wydobyła z ukrycia obraz, który wymagał już renowacji. Podjęła się tej pracy znajoma Bronisławy Miniotaite – Helena Szmigielska, która przeprowadziła renowację obrazu w swojej pracowni na przełomie 1955 i 1956 roku.

    Janina Rodziewicz opuściła Wilno 2 listopada 1956 r. Niedługo przed wyjazdem przekazała odnowiony obraz proboszczowi kościoła pw. Świętego Ducha – ks. Elertowi. Dzieło pozostawało w jego prywatnym mieszkaniu, gdzie zobaczył go ks. Józef Grasewicz, proboszcz parafii w Nowej Rudzie. I tak wkrótce miejscem pobytu obrazu stał się kościół nieopodal Grodna. Został zawieszony wysoko na ścianie oddzielającej prezbiterium od nawy głównej.

    Pielgrzymi z całego świata pielgrzymują do Wilna

    W latach siedemdziesiątych ubiegłego stulecia władze postanowiły zamienić kościół w Nowej Rudzie na magazyn. Cały inwentarz wywieziono do kościoła w Porzeczu, pozostawiając jedynie umieszczony wysoko obraz. Zatroskany o jego los ksiądz Grasewicz poprosił malarkę Marię Gawrosz o zrobienie kopii. Było to trudne przedsięwzięcie, gdyż nie można było wzbudzić podejrzeń mieszkańców. Malarka wykonała kopię obrazu wielkości oryginału. Jesienią 1985 r. dokonano zamiany obrazów i przewieziono pierwszy obraz Jezusa Miłosiernego do remontowanego w tym czasie kościoła pw. Świętego Ducha w Wilnie. Proboszcz tej parafii ks. Aleksander Kaszkiewicz – późniejszy biskup grodzieński – umieścił obraz w zakrystii. W czasie remontu zawieszono obraz w bocznej nawie. Na prośbę proboszcza na obrazie umieszczono napis: Jezu, ufam Tobie! W czasie swojej pielgrzymki na Litwę 5 września 1993 r. modlił się przed obrazem Pana Jezusa Miłosiernego papież Jan Paweł II. W swoim przemówieniu do zgromadzonych wiernych nazwał ten obraz świętym wizerunkiem.

    Z biegiem lat stan obrazu pogarszał się. Wymagał on zabiegów konserwatorskich. Zbieraniem funduszy na to przedsięwzięcie zajęła się działająca przy Zgromadzeniu Sióstr Jezusa Miłosiernego Fundacja Apostołów Jezusa Miłosiernego. W marcu 2003 roku prac renowacyjnych podjęła się konserwatorka Edyta Hankowska – Czerwińska. Prace przeprowadzane były w ówczesnym domu Sióstr Jezusa Miłosiernego w Wilnie przy ul. Gelių 5. Po ich ukończeniu obraz powrócił do kościoła Ducha Świętego, skąd decyzją kard. Audrysa Baczkisa został przeniesiony do sanktuarium Bożego Miłosierdzia, gdzie odbiera cześć mieszkańców Wilna oraz pielgrzymów przebywających z całego świata.

    PREZBITERIUM W SANKTUARIUM BOŻEGO MIŁOSIERDZIA W WILNIE; © MARIAN DZWINEL

    * * *

    ks. dr Mariusz Marszałek SAC (ur. 1979) – doktor nauk społecznych, magister teologii i biotechnologii; znawca kultu Bożego Miłosierdzia; autor artykułów w języku polskim i litewskim, najważniejszą publikacją jest monografia „Kapłan według Serca Mego” będąca owocem prac badawczych w Polsce i na Litwie na temat formacji kapłańskiej bł. ks. Michała Sopoćki w jego życiu i posłudze. Jest pomysłodawcą i autorem wystawy „Wilno – Miasto Miłosierdzia” obrazującej miejsca oraz osoby związane z kultem Bożego Miłosierdzia na Wileńszczyźnie. Wystawa miała swoją premierę w gmachu Senatu RP w sierpniu 2015 roku, a następnie była prezentowana w wielu miejscach w Polsce i zagranicą (m.in. w gmachu Parlamentu Europejskiego oraz gmachu Sejmu Republiki Litewskiej). Wystawie towarzyszyła promocja przewodnika pod tym samym tytułem. Jest pomysłodawcą i współautorem filmu dokumentalnego „Ufam Tobie” o historii obrazu Jezusa Miłosiernego pędzla Kazimirowskiego. Film zdobył statuetkę Srebrnego Żurawia (2016) oraz był nominowany do ścisłego finału w kategoriach najlepszy film i najlepszy dokument

    Międzynarodowego Festiwalu Mirabile Dictu (2016). W latach 2015-2016 pełnił funkcję Koordynatora Roku Miłosierdzia w Archidiecezji Wileńskiej oraz Sekretarza Arcybiskupa Gintarasa Grušasa. Pomysłodawca projektu „Cammino Misericordia” – szlaku turystycznego łączącego Kraków i Wilno. W 2022 roku zrealizował wystawę „Cammino Misericordia”, która została sfinansowana w ramach projektu finansowanego ze źródeł „Stowarzyszenia Wspólnota Polska”. Głosił rekolekcje w kraju i zagranicą (m.in. Włochy, USA, Wietnam, Rosja) zarówno dla osób świeckich, jak i osób konsekrowanych. W 2016 roku ukończył Szkołę Formatorów w Akademii Ignatianum w Krakowie. Od 2023 roku studiuje psychoterapię w Szkole Psychoterapii „Vis Salutis” w Łodzi. Obecnie jest dyrektorem domu rekolekcyjnego „Dolina Miłosierdzia” w Częstochowie, Sekretarzem ds. Miłosierdzia Bożego Prowincji Zwiastowania Pańskiego Zjednoczenia Apostolstwa Katolickiego, krajowym koordynatorem ds. formacji Zjednoczenia Apostolstwa Katolickiego. Więcej informacji na temat kultu Bożego Miłosierdzia na stronie: www.misericordia-sac.com.

    Stacja7.pl

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Józef. Jak kocha prawdziwy mężczyzna?

    Józef wiedział, że jeśli warto na coś w życiu postawić, za czym iść, to jest to miłość właśnie, nawet jeśli wymaga ona radykalnej przebudowy życia. Taka decyzja, pełne ryzyka, zdecydowania się na nieznane, założenie Rodziny, która będzie inna niż chciał wymaga od niego męstwa dnia codziennego, powszedniej odwagi – nie spektakularnego czynu, ale podjęcia codziennego trudu bycia mężem i, co tu kryć, ojcem.

    Wyobraźmy sobie teraz opisaną przez Mateusza sytuację.

    Młodzi małżonkowie, Józef i Maryja, przygotowują się powoli do drugiego etapu związku małżeńskiego: przeprowadzki panny młodej do domu pana młodego.

    Z narodzeniem Jezusa Chrystusa było tak. Po zaślubinach Matki Jego, Maryi, z Józefem, wpierw nim zamieszkali razem, znalazła się brzemienną za sprawą Ducha Świętego. Mąż Jej, Józef, który był człowiekiem sprawiedliwym i nie chciał narazić Jej na zniesławienie, zamierzał oddalić Ją potajemnie. Gdy powziął tę myśl, oto anioł Pański ukazał mu się we śnie i rzekł: «Józefie, synu Dawida, nie bój się wziąć do siebie Maryi, twej Małżonki; albowiem z Ducha Świętego jest to, co się w Niej poczęło. Porodzi Syna, któremu nadasz imię Jezus, On bowiem zbawi swój lud od jego grzechów». A stało się to wszystko, aby się wypełniło słowo Pańskie powiedziane przez Proroka: Oto Dziewica pocznie i porodzi Syna, któremu nadadzą imię Emmanuel, to znaczy: „Bóg z nami”. Zbudziwszy się ze snu, Józef uczynił tak, jak mu polecił anioł Pański: wziął swoją Małżonkę do siebie, lecz nie zbliżał się do Niej, aż porodziła Syna, któremu nadał imię Jezus (Mt 1,18-25).

    Wyobraźmy sobie teraz opisaną przez Mateusza sytuację.

    Młodzi małżonkowie, Józef i Maryja, przygotowują się powoli do drugiego etapu związku małżeńskiego: przeprowadzki panny młodej do domu pana młodego.

    Spróbujmy zburzyć tę sielankę. Bo o tym jest tak naprawdę tekst Mateusza.

    Józef. Jak kocha prawdziwy mężczyzna?

    Jeśli wszystko toczyło według żydowskich obyczajów (a nic nie wskazuje na to, że było inaczej) to młodzi małżonkowie nie mieli więcej niż 20 lat. O ile młodziutką Maryję jeszcze sobie wyobrazimy, o tyle Józef – nastolatek jakoś nie pasuje do naszych obrazów przechowywanych skrzętnie od dzieciństwa, skoro odkąd pamiętamy „Józef stary Dzieciątko piastuje” (jak to śpiewamy w pobożnej kolędzie).

    Józef dowiaduje się nagle, że jego młoda żona jest w ciąży. I Józef wie, że to Dziecko nie jest jego. Skąd się dowiedział? Musiał pewnie zobaczyć, że Maryja jest brzemienna. Pomyślmy o tej młodej małżonce, która w ciążę zaszła kilka miesięcy wcześniej w sposób niewytłumaczalny dla człowieka: jak ma to wyjaśnić swemu mężowi? Że przyszedł do niej Gabriel? To pierwsza próba Maryi – próba milczenia i czekania, co z tym wszystkim zrobi Bóg. I jak zareaguje Józef.

    A młody małżonek myśli ma jak najbardziej naturalne: skoro jest w ciąży, to musi spotykać się z innym mężczyzną. Dopuściła się grzechu cudzołóstwa. Karą za taki czyn jest śmierć – kamienowanie. Józef nie chce do tego dopuścić. Decyduje się: skoro kocha innego mężczyznę, usunę się; niech ludzi gadają, że to moje Dziecko, a ja je porzuciłem. Wina spadnie na mnie. I Józef zasypia, choć sen nie jest słodki. Widać, że jednak tę kobietę po prostu kocha i żal mu, że nie będzie jego żoną. Skoro jednak się nie da…

    Józef. Jak kocha prawdziwy mężczyzna?

    I wtedy Bóg posyła anioła. Choć to, co ma młodemu małżonkowi do zakomunikowania, jest jeszcze bardziej trudne niż wnioski, do których doszedł sam Józef. Otóż żona go nie zdradziła, a Dziecko poczęło się za sprawą Ducha Świętego (co Józef z tego zrozumiał? Czy o wiele więcej niż my?) Ma w każdym razie nie zostawiać Maryi, jest jej potrzebny, a ona jest jego żoną; ma się nie bać i zamieszkać z nią razem, ma nadać imię Jej Synowi, imię Jezus, bo to On zbawi, czyli uratuje, ludzi od grzechów.

    Trochę tego dużo jak na zakochanego nastolatka.

    Czego Józefowi tutaj potrzeba? Cnoty, która dziś postawiona do kąta, nie jest zbyt często przywoływana w pobożnych kręgach. A potrzeba mu cnoty męstwa.

    Dlaczego męstwa? Bo miłość do kobiety okazała się inna niż się spodziewał – o wiele bardziej wymagająca, mniej zgodna z jego wyobrażeniami, a zatem nieznana i trudna. Że Dziecko, na które czekał, jest inne niż sobie wyobrażał. Nie żeby go zawiodło, ale przecież miało być inaczej…

    Józef jednak instynktownie czuje, że jeśli warto na coś w życiu postawić i coś, za czym warto przez całe życie iść, to jest to miłość właśnie, nawet jeśli wymaga ona radykalnej przebudowy życia. Taka decyzja, pełne ryzyka, zdecydowania się na nieznane, założenie Rodziny, która będzie inna niż chciał (i może przez to będzie taka… Święta) wymaga od niego męstwa dnia codziennego, powszedniej odwagi – nie spektakularnego czynu, ale podjęcia codziennego trudu bycia mężem i, co tu kryć, ojcem.

    Józef. Jak kocha prawdziwy mężczyzna?

    Bez odwagi i męstwa Józefa nie byłoby Betlejem jakie znamy dzisiaj. Bóg z pewnością by sobie poradził, ale o ile bylibyśmy ubożsi, ubożsi o świętego Józefa, człowieka, który wiedział, czego chciał i który wiele poświęcił, aby to uzyskać.

    Józef nie mówi ani słowa w całej Ewangelii. Może jednak możemy zobaczyć migawkę z codzienności Nazaretu w stosunku Jezusa do kobiet: pełnym respektu i czci. Od kogo się go nauczył jeśli nie od swego przybranego ojca i tego, w jaki sposób on rozmawiał z żoną i sąsiadkami. Mąż sprawiedliwy, Józef, naprawdę był dla Jezusa ojcem – nie biologicznym ale kształtującym jego człowieczeństwo.

    o. Szymon Hiżycki OSB/19 MARCA 2014/Stacja7.pl

    ______________________________________________________________________________________________________________