Kapłani pracujący w Polskiej Misji Katolickiej w Szkocji zapraszają na 85 doroczną pielgrzymkę do szkockiego sanktuarium w Carfin,aby wspólnie modlić do Miłosiernego Boga za naszą Ojczyznę przez wstawiennictwo Bożej Matki, która Jasnej broni Częstochowy i w Ostrej świeci Bramie.
Z racji pielgrzymki nie będzie Mszy św. niedzielnej w kościele św. Piotra o godz. 14.00
***
fot. Michał Jarka / Radio BOBOLA/Sancta Familia Media / Carfin Grotto
***
Pielgrzymowanie Polaków do Carfin rozpoczęło się w czasie II wojny światowej. To tutaj przybywali, jeszcze w wojskowych mundurach razem ze swoim Biskupem polowym Józefem Gawliną i z polskimi kapłanami. I to pielgrzymowanie wciąż trwa. Na te pielgrzymki przybywał Ksiądz Kardynał Władysław Rubin, który w roku 1983 poświęcił polską kapliczkę zaprojektowaną i wykonaną przez artystę rzeźbiarza Tadeusza Zielińskiego, twórcę sławnej rzeźby Matki Bożej Kozielskiej. Również wiele razy przyjeżdżał na doroczną pielgrzymkę Ksiądz Arcybiskup Szczepan Wesoły. Obok kapliczki Szkoci umieścili pomnik św. Jana Pawła II, aby upamiętnić rok 1982, w którym nawiedził Szkocję nasz wielki Rodak.
***
***
Across from the Glass Chapel is the Polish Shrine built in 1983. The shrine has an image of Our Lady of Częstochowa – The Black Madonna and a statue of Pope St John Paul II which was blessed by Archbishop Szczepan Wesoły in 2001.
***
PROGRAM PIELGRZYMKI:
GODZ. 14.00 – ROZPOCZĘCIE MODLITWĄ RÓŻAŃCOWĄ PRZY POLSKIEJ KAPLICZCE
PO PROCESJI – ADORACJA PRZED NAJŚWIĘTSZYM SAKRAMENTEM ZAKOŃCZONA KORONKĄ DO BOŻEGO MIŁOSIERDZIA O GODZ. 15.00
W TYM CZASIE JEST MOŻLIWOŚĆ PRZYSTĄPIENIA DO SAKRAMENTU SPOWIEDZI ŚW.
GODZ. 16.00 – UROCZYSTA MSZA ŚW. KONCELEBROWANA
*** Tego dnia jest również możliwość pielgrzymować pieszo do Carfin
Początek pielgrzymki:
niedziela 31 sierpnia 2024 godz. 8.00 – na parkingu Morrisons Cambuslang
o godz. 8.15 pielgrzymka wyrusza z modlitwą na kładce dla pieszych nad rzeką Clyde
Po drodze jest wspólny Różaniec
Zakończenie pielgrzymki – w sanktuarium w Carfin Mszą św. o godz. 16.00
***
Przejście całej trasy trwa około 7 godzin marszurazem z krótkimi postojami.
Pielgrzymi szlak z Glasgow zaczyna się na pograniczu Glasgow i Cambuslang i biegnie zielonymi dróżkami, które w wielu miejscach są bardzo wąskimi ścieżkami w dolinie rzeki Clyde i South Calder Water.
***
Dogodne miejsca gdzie można dołączyć po drodze:
– stacja kolejowa NEWTON (Lanark) G72 7TD – około godz. 9.00 (z Newton do Carfin 21 km)
– okolice muzeum w BLANTYRE G72 9BY – około godz. 11.00 (z Blantyre do Carfin 16 km)
– przy parku rozrywki M&D’s ML1 3RT – około godz.13.00 (z M&D’s do Carfin 10 km)
***
Każdy kto zdecyduje się na pieszą pielgrzymkę idzie na własną odpowiedzialność.
Osoby niepełnoletnie muszą być pod opieką osoby dorosłej.
***
Transportpubliczny:
autobusem ze stacji Buchanan o godz. 11.30 do Motherwell a następnie do Carfin (numery autobusów: X 11, 240, 255)
pociąg ze stacji Central Station w kierunku Edynburga zatrzymuje się w Carfin
***
+++
W NASZYCH MODLITWACH PAMIĘTAJMY O KAPŁANACH, KTÓRZY DUSZPASTERZOWALI POPRZEDNIM POKOLENIOM POLAKÓW NA SZKOCKIEJ ZIEMI I PRZESZLI JUŻ PRZEZ PRÓG ŚMIERCI DO ŻYCIA WIECZNEGO:
***
+KSIĄDZ INFUŁAT LUDWIK BOMBAS (1892 – 1970) – REKTOR POLSKIEJ MISJI KATOLICKIEJ W SZKOCJI – EDYNBURG
+KS. KANONIK JAN GRUSZKA (1909 – 1974) – GLASGOW
+KSIĄDZ PRAŁAT WINCENTY NAGI-DROBINA (1913 – 1988) – REKTOR POLSKIEJ MISJI KATOLICKIEJ W SZKOCJI – FALKIRK
+KSIĄDZ KANONIK BOLESŁAW SZUBERLAK (1912 – 2000) – EDYNBURG
+KSIĄDZ ANTONI DĘBKOWSKI SAC (1943 – 2004) – FALKIRK
+KSIĄDZ BOGDAN PAŁKA SDS (1963 – 2024) – Perth
+++++++
+++
RÓWNIEŻ W NASZYCH MODLITWACH POLECAJMY BOŻEMU MIŁOSIERDZIU WSZYSTKICH RODAKÓW, KTÓRZY POZOSTAWILI NAM MOCNO WYDEPTANE ŚLADY PIELGRZYMKOWYCH DRÓŻEK.
***
***
wtorek 26 sierpnia
Uroczystość Matki Boskiej Częstochowskiej
Msza św. o godz. 19.00 w kaplicy-izbie Jezusa Miłosiernego
***
Piękną poetycką modlitwą do Królowej Polskiej Korony jest wzruszający wiersz Jana Lechonia, powstały w 1942 roku w Nowym Jorku. Wiersz zatytułowany “Matka Boska Częstochowska” zawiera nawiązania do historii obrazu i do miejsc szczególnego kultu maryjnego w Polsce:
Matka Boska Częstochowska, ubrana perłami, Cała w złocie i brylantach, modli się za nami. Aniołowie podtrzymują Jej ciężką koronę I Jej szaty, co jak noc są gwiazdami znaczone.
Ona klęczy i swe lice, gdzie są rany krwawe, Obracając, gdzie my wszyscy, patrzy na Warszawę. O Ty, której obraz widać w każdej polskiej chacie I w kościele, i w sklepiku, i w pysznejkomnacie,
W ręku tego, co umiera, nad kołyską dzieci, I przed którą dniem i nocą wciąż się światło świeci. Która perły masz od królów, złoto od rycerzy, W którą wierzy nawet taki, który w nic nie wierzy,
Która widzisz z nas każdego cudnymi oczami, Matko Boska Częstochowska, zmiłuj się nad nami! Daj żołnierzom, którzy idą, śpiewając w szeregu, Chłód i deszcze na pustyni, a ogień na śniegu.
Niechaj będą niewidzialni płynący w przestworzu I do kraju niech dopłyną, którzy są na morzu. Każdy ranny niechaj znajdzie opatrunek czysty I od wszystkich zagubionych niechaj przyjdą listy.
I weź wszystkich, którzy cierpiąc patrzą w Twoją stronę. Matko Boska Częstochowska, pod Twoją obronę. Niechaj druty się rozluźnią, niechaj mury pękną, Ponad Polską, błogosławiąc, podnieś rękę piękną
I od Twego łez pełnego, Królowo, spojrzenia Niech ostatnia kaźń się wstrzyma, otworzą więzienia. Niech się znajdą ci, co z dala rozdzieleni giną, Matko Boska Częstochowska, za Twoją przyczyną.
Nieraz potop nas zalewał, krew się rzeką lała, A wciąż klasztor w Częstochowie stoi jako skała. I Tyś była też mieczami pogańskimi ranną, A wciąż świecisz ponad nami, Przenajświętsza Panno,
I wstajemy wciąż z popiołów, z pożarów, co płoną, I Ty wszystkich nas powrócisz na Ojczyzny łono. Jeszcze zagra, zagra hejnał na Mariackiej wieży Będą słyszeć Lwów i Wilno krok naszych żołnierzy.
Podniesiemy to, co legło w wojennej kurzawie, Zbudujemy Zamek większy, piękniejszy w Warszawie. I jak w złotych dniach dzieciństwa będziemy słuchali Tego dzwonka sygnaturki, co Cię wiecznie chwali.
***
Na częstochowskim obrazie Matka Boża przedstawiona jest jako Hodegetria – z Dzieciątkiem na lewej ręce, prawą ma ułożoną na piersiach w taki sposób, jakby wskazywała na Syna.
Był rok 1382 lub 1384. Książę Władysław Opolczyk podróżował do Opola, wioząc na załadowanym po brzegi wozie znaleziony na zamku księcia ruskiego Lwa Daniłowicza w Bełzie obraz Matki Boskiej z Dzieciątkiem. W pobliżu Częstochowy konie nagle zatrzymały się i nie chciały ruszyć z miejsca. A książę we śnie otrzymał polecenie, by przewożony obraz umieścić w pobliskim klasztorze. Od tej pory Jasna Góra staje się miejscem wyjątkowego kultu Matki Bożej, a Jej wizerunek, nazywany jasnogórskim, otaczany jest szczególną czcią przez wiele pokoleń Polaków. W roku 1931, na skutek starań generała paulinów Piotra Markiewicza, watykańska Kongregacja Obrzędów ustanowiła święto Matki Boskiej Częstochowskiej, które jest obchodzone 26 sierpnia.
Nie ustalono, gdzie i kiedy powstał obraz Matki Boskiej Częstochowskiej, mimo że całe pokolenia badaczy trudzą się nad wyjaśnieniem tych kwestii. Według jednej z legend, obraz miał wykonać św. Łukasz Ewangelista na desce pochodzącej ze stołu stojącego w nazaretańskim domu Świętej Rodziny. Św. Helena przywiozła go z Jerozolimy do Konstantynopola i podarowała swemu synowi Konstantynowi Wielkiemu. Potem należał on do cesarza Karola Wielkiego, a wreszcie trafił do rąk księcia ruskiego Lwa Daniłowicza, który ukrył obraz w zamku w Bełzie, skąd zabrał go Władysław Opolczyka
Obraz jasnogórski podobny jest do ikon, na których Matka Boska przedstawiana jest z Dzieciątkiem na lewym ramieniu jako Hodegetria, czyli Przewodniczka, Wskazująca Drogę. W ikonografii terminem tym określa się konkretny sposób przedstawiania Maryi z Dzieciątkiem, który obrazuje dogmat o wcieleniu Syna Bożego dla zbawienia człowieka (w odróżnieniu od ikon przedstawiających macierzyńskie uczucia Maryi wobec Syna, bardziej eksponujących człowieczeństwo Chrystusa, określanych mianem Eleusa, Galaktotrofusa lub Kykkotissa).
Na częstochowskim obrazie Matka Boża przedstawiona jest więc jako Hodegetria – z Dzieciątkiem na lewej ręce, prawą ma ułożoną na piersiach w taki sposób, jakby wskazywała na Syna. Ona nie skupia uwagi na sobie ani nie tuli zaborczo Dziecka, ale wskazuje na Syna jako na Emmanuela, przez którego człowiek wraca do Boga, dostępuje zbawienia. Maryja przyniosła światu Zbawcę, nie zatrzymuje Jezusa dla siebie, ale oddaje Go człowiekowi. Ułożenie prawej dłoni Madonny wyraża prawdę o tym, że jest Ona przewodniczką w wierze, że prowadzi do Syna. Na twarzy widoczny jest smutek, a jednocześnie jakaś łagodność i spokój, co podkreśla godność Boskiego macierzyństwa Maryi.
Sposób przedstawienia Dzieciątka charakterystyczny dla tego typu ikon – z główką lekko uniesioną w stronę Matki, ale nie przytuloną do Niej, wzrokiem skierowanym na wprost, w lewej ręce trzymającego zwój lub księgę Ewangelii, a prawą uniesioną w geście błogosławieństwa – wyraża prawdę, że Chrystus, chociaż wcielony, a więc wyobrażalny, jest zarazem Bogiem. Jego Boski majestat symbolizuje gest błogosławieństwa i pełen godności wyraz twarzy, a także księga w lewej dłoni – symbol Słowa (Logosu), które stało się Ciałem, jak czytamy w Ewangelii wg św. Jana (zob. J1,1). Wyniosła postawa przypomina o wyjątkowej misji, jaką ma do spełnienia na ziemi Syn Boży – zbawienia świata. Sposób ukazywania postaci Madonny i Dzieciątka podkreśla prawdę, że macierzyństwo Maryi jest wyjątkowe, że jest Ona przede wszystkim Matką Boga.
W 1430 roku na jasnogórski klasztor napadła banda zbójców. Zrabowali naczynia liturgiczne i klasztorne skarby. Wdarli się do kaplicy z Cudownym Obrazem, który po odarciu z kosztowności sprofanowali. Twarz Madonny została pocięta mieczem, a w końcu ikona rozbita. Obraz został poddany renowacji, jednak, aby zachować pamięć o tym smutnym wydarzeniu, pozostawiono blizny na twarzy Matki Bożej. Są obrazy o tematyce religijnej, które nawet podobają się oglądającym je, są uznawane za arcydzieła, dostrzega się w nich talent artysty, ale nie wpływają na ich wiarę czy pobożność. A są obrazy cudowne, słynące łaskami, których twórcom udało się uchwycić i wyrazić Tajemnice, które zbliżają do Boga, przemieniają serce człowieka. Takim obrazem jest wizerunek Czarnej Madonny z Jasnej Góry.
(tekstze strony parafii pod wezwaniem Najświętszej Maryi Panny Nieustającej Pomocy we Wrocławiu)
***
Dziś podziękujmy Najświętszej Maryi Pannie Częstochowskiej za to, że ratuje naszą Ojczyznę od zła!
fot. Aneta Lazurek via Wikipedia, CC BY-SA 3.0 pl
***
Pierwszym i najdawniejszym dokumentem, informującym o cudownym obrazie, jest łaciński rękopis, który znajduje się w archiwum klasztoru: Translatio tabulae Beatae Mariae Virginis quam Sanctus Lucas depinxit propriis manibus(Przeniesienie obrazu Błogosławionej Maryi Dziewicy, który własnymi rękami wymalował św. Łukasz). W rękopisie tym czytamy:
Autorem obrazu jest św. Łukasz Ewangelista. Na prośbę wiernych wymalował wizerunek Maryi z Dzieciątkiem na blacie stołu, przy którym siadywała. Cesarz Konstantyn kazał przenieść obraz z Jerozolimy do Konstantynopola i umieścić w świątyni. Tam obraz zasłynął cudami. Urzeczony cudownym obrazem książę ruski Lew, pozostający w służbie cesarza, uprosił Konstantyna o darowanie mu obrazu, który też przeniósł do swojego księstwa i kazał go bogato ozdobić. Obraz znowu zasłynął cudami. W czasie wojny prowadzonej na Rusi przez Ludwika Węgierskiego obraz ukryto w zamku bełskim. Po poddaniu się zamku Ludwikowi, namiestnik króla, książę Władysław Opolczyk zajął obraz. W czasie oblegania zamku przez Litwinów i Tatarów strzała wpadła do zamku i ugodziła w prawą stronę wizerunku. Wtedy nieprzyjaciół otoczyła mgła, która przeraziła wrogów. Książę wypadł na nich z wojskiem i ich rozgromił. Kiedy chciał wywieźć obraz do swojego księstwa, mimo dużej liczby koni obraz nie ruszał z miejsca. Wtedy książę uczynił ślub, że wystawi kościół i klasztor tam, gdzie umieści obraz. Wtedy konie lekko ruszyły i zawiozły obraz na Jasną Górę. Tam umieścił go w kaplicy kościoła, gdzie obraz ponownie zajaśniał cudami.
Cytowany dokument pochodzi z I poł. XV w. Być może został przepisany z dokumentu wcześniejszego. Tradycja głosi, że obraz został namalowany przez św. Łukasza Ewangelistę na desce stołu z domu Świętej Rodziny w Nazarecie. Wizerunek z Jerozolimy do Konstantynopola miał przewieźć cesarz Konstantyn. Służący w wojsku cesarskim książę ruski Lew zapragnął przenieść obraz na Ruś. Cesarz podarował mu wizerunek i od tego czasu obraz otaczany był na Rusi wielką czcią. Obraz rzeczywiście mógł dostać się na Ruś z Konstantynopola, gdyż w XI-XIV w. pomiędzy Cesarstwem Bizantyjskim a Rusią trwał żywy kontakt. Nie jest również wykluczone, że obraz został zraniony strzałą w czasie bitwy. W czasie walk prowadzonych przez Kazimierza Wielkiego i Ludwika Węgierskiego na Rusi obraz ukryto w zamku w Bełzie. W roku 1382 znalazł go tam książę Władysław Opolczyk. Doznając wielu łask przez wstawiennictwo Matki Bożej, książę zabrał obraz i przywiózł do Częstochowy.
Pierwotny obraz jasnogórski mógł pochodzić z VII w. Byłby to więc jeden z najstarszych na świecie wizerunków Matki Bożej. Analiza obrazu wykazuje duże podobieństwo do obrazów, jakie mnisi bazyliańscy malowali na Krecie. W tym wypadku obraz mógłby pochodzić z X w. Stąd mógł znaleźć się w Konstantynopolu.
Po II wojnie światowej znaleziono na Jasnej Górze inny dokument, pochodzący z 1474 r. Zawiera on szerszy opis dziejów cudownego obrazu, ale pełno w nim legend. Mamy jednak także dokument najwyższej wagi: dwa dzieła, które wyszły spod pióra Jana Długosza (1415-1480). Żył on w czasach, które blisko dotyczą cudownego obrazu – sam mógł więc być świadkiem niektórych wydarzeń. Długosz kilka razy pisze o cudownym obrazie częstochowskim.
Książę Władysław Opolczyk sprowadził do Częstochowy z Węgier paulinów. Oddał im drewniany kościół parafialny w Starej Częstochowie. Długosz przekazał nam dokładnie akt zrzeczenia się tegoż kościoła przez ówczesnego proboszcza, Henryka Bielę, na ręce ojca Jerzego, przeora klasztoru paulinów w Budzie na Węgrzech. Długosz podaje, że akt przekazania odbył się dnia 23 czerwca 1382 r. 10 sierpnia tego roku książę Opolczyk specjalnym dokumentem przekazał uposażenie, jakie nadał klasztorowi w Starej Częstochowie.
Darowizny te musiały być niewystarczające, skoro 24 lutego 1393 r. książę Opolczyk ponowił akt darowizn przez swoich pełnomocników. Byli nimi: krakowianin Spytko z Melsztyna i Jan Tarnowski z Sandomierza. Długosz wymienia szczegółowo, jakie to były darowizny i świadczenia. Dowiadujemy się także, jaki był wówczas stan klasztoru i kościoła.
Bardzo szybko do obrazu zaczęli przybywać pierwsi pielgrzymi, którzy dzięki modlitwie do Maryi doznawali wielu łask. Z czasem zaczęli tu przynosić swoje wota. Przyciągnęły one złodziei. Na Wielkanoc 1430 r. dwaj panowie polscy i książę ruski dokonali napaści na Jasną Górę. Dla zatarcia śladów posłużyli się bandami husyckimi, grasującymi na Śląsku. W tym czasie klasztor słynął już z powodu cudownych łask otrzymywanych dzięki modlitwie do Maryi przedstawionej w wizerunku jasnogórskim. Napastnicy sądzili, że w klasztorze są zatem jakieś wielkie bogactwa i skarby, bo ściągały do niego rzesze pielgrzymów na święta maryjne. Kiedy okazało się, że wyposażenie klasztoru jest dość skromne – ukradli naczynia i sprzęty liturgiczne, kielichy, krzyże i ozdoby. Odarli także cudowny obraz ze złota i klejnotów, którymi przyozdobili go pobożni pielgrzymi. Wreszcie przecięli twarz Maryi cięciem szabli.
Na prośbę paulinów król Władysław Jagiełło pozwolił zabrać zniszczony i zbeszczeszczony przez rabusiów obraz do Krakowa i powierzył jego odnowienie – na własny koszt – nadwornym malarzom. Przypuszcza się, że pochodzili oni z Rusi i specjalizowali się w sztuce bizantyjskiej. Usiłowali oni naprawić obraz i przywrócić go do stanu pierwotnego. Kładli jednak farby nową techniką (tempera), czego stare malowidło nie przyjmowało. Nie znali bowiem dawnej techniki enkaustycznej, stosowanej w obrazach starochrześcijańskich i bizantyjskich, którą wykonano pierwotny wizerunek. W tej sytuacji albo zrobiono najpierw wierną kopię obrazu poprzedniego, albo powielono jedną z już istniejących kopii. Prace trwały długo, być może nawet dwa lata. To świadczy, z jak wielkim pietyzmem go malowano. Dla zaakcentowania wierności dla pierwowzoru artyści pozostawili nawet ślady ran, zadanych Matce Bożej na obrazie pierwotnym. Zachowali również te same deski, na których namalowano pierwowzór, chociaż kosztowało ich to wiele dodatkowego trudu.
Zmieniono natomiast ozdoby szat. Lilie andegaweńskie na płaszczu Maryi nawiązują zbyt wyraźnie do herbu andegaweńskiego króla Węgier Ludwika. Prawdopodobnie dodano także do rąk Dzieciątka książkę. Do dziś pozostały na obrazie jedynie ślady napaści z 1430 r. – są nimi dwa równoległe ślady cięcia miecza na policzku Maryi, przecięte trzecim na linii nosa, oraz kilka podobnych, choć znacznie mniejszych cięć na szyi (dwa widoczne wyraźniej, cztery pozostałe słabiej).
[koniec_strony]
Księgi klasztoru częstochowskiego potwierdzają niezwykłe fakty, związane z cudownym obrazem. Zapisywano je skrzętnie w osobnej księdze łask. Najstarszy zachowany opis cudownego uzdrowienia pochodzi z roku 1402. O sławie jasnogórskiego obrazu świadczy również to, że już w owych czasach sporządzano jego kopie. Już w roku 1390 miał ją Głogówek, w roku 1392 daleki Sokal, a w roku 1400 – jeszcze dalszy Lepogłów w Chorwacji.
Na Jasnej Górze wielokrotnie modlili się polscy królowie i książęta, m.in. Kazimierz Jagiellończyk (1448 i 1472), św. Kazimierz królewicz (1472), Zygmunt I Stary (1510 i 1514), Stefan Batory (1581), Zygmunt III Waza (1616, 1620, 1630), Władysław IV (1621, 1633, 1638, 1642, 1644, 1646), Jan Kazimierz (1649, 1656, 1658, 1661), Michał Korybut Wiśniowiecki (1669, 1670), Jan III Sobieski (1676, 1683), August II Sas (1704), August III Sas (1734).
W roku 1655 miała miejsce słynna obrona Jasnej Góry. 9 listopada 1655 r. hrabia Wejhard podszedł pod Jasną Górę w 3 tys. żołnierzy i zażądał bezwzględnej kapitulacji. Przeor klasztoru, o. Augustyn Kordecki, odmówił. Zaczęło się więc oblężenie. 19 listopada przybył generał Burhardt Miller oraz pułkownik Wacław Sadowski. Oblężenie trwało do Bożego Narodzenia, a więc ponad miesiąc. O. Kordecki miał do dyspozycji 160 żołnierzy i 70 zakonników. Obroną klasztoru dowodzili Stefan Zamojski i Piotr Czarnecki. Miller do rozbicia klasztoru i kościoła oraz otaczających murów użył najcięższych dział. Wyrzucono 340 armatnich kul o masie sześciu, a nawet dwunastu kilogramów. Naród zerwał się do walki. To zmusiło Millera do opuszczenia Jasnej Góry nocą 27 grudnia. Usiłował on jeszcze powrócić i z nagła zaskoczyć 24 i 28 lutego, a potem 9 kwietnia 1656 r., ale również bezskutecznie
Obecny obraz Matki Bożej, namalowany na drewnianej tablicy, zalicza się do ikon bizantyjskich określanych nazwą Hodegetria,co oznacza “Tę, która prowadzi”. Sam obraz (o wymiarach 122,2 x 82,2 x 3,5 cm) jest ułożony na trzech deseczkach lipowych, sklejonych, na które została położona kredowa zaprawa grubości 2-3 mm. Samo malowidło położono temperą na płótnie. Przedstawia ono stojącą Najświętszą Maryję Pannę z Dzieciątkiem Jezus na lewym ręku. Matka Boża ma na sobie czerwoną suknię, a na nią narzucony niebieski płaszcz ozdobiony liliami andegaweńskimi. Prawa ręka Maryi spoczywa na piersi. Jezus jest przyodziany w sukienkę koloru karminowego, bogato złoconą ozdobami, z rękawami szczelnie zapiętymi u dłoni – podobnie jak u Maryi. W lewym ręku trzyma księgę, prawą natomiast unosi w geście błogosławieństwa, wskazując jednocześnie na Maryję. Całe pole nimbu Maryi i Jezusa jest wypełnione pozłotą. Tło obrazu jest zielone, co w symbolice obrazów bizantyjskich wyraża często pełnię łask Ducha Świętego. Dziecię Boże ma stopy bose, co wyróżnia się na tle bogactwa jego szaty. Płaszcz przykrywa także głowę Najświętszej Panny jakby naturalnym welonem. Nad czołem na płaszczu widać złotą gwiazdę. Obramowanie szaty Jezusa i płaszcza Maryi ma szeroką złotą oblamówkę. U płaszcza Maryi ma ona dodatkową ozdobę w postaci artystycznej koronki. Na to wszystko są nałożone na obie postacie artystyczne i zdobne w drogie kamienie szaty i korony.
Obraz jasnogórski był kilka razy odnawiany. Po raz pierwszy – przypuszczalnie w roku 1682 z okazji przygotowań do 300-lecia sprowadzenia obrazu. Wtedy to nieznany malarz, podpisany J.K. pinxit indignus servus wymalował olejnymi farbami obraz, przedstawiający historię cudownego obrazu. Obraz ten umieścił na odwrocie cudownego obrazu Matki Bożej Częstochowskiej. Nie przeprowadził jednak konserwacji samego obrazu. Dokonał jej dopiero w 1705 r. na dwanaście lat przed koronacją brat zakonny, Makary Szybkowski. Z tej okazji również przemalował on olejnymi farbami płaszcz i suknię Maryi i Dzieciątka; do płaszcza Maryi wbił także 28 mosiężnych gwiazdek. Usunął je dopiero profesor Jan Rutkowski, kiedy w 1925-1926 roku dokonywał naukowego badania obrazu i jego gruntownej konserwacji. Usunął on przy tym także olejne farby, nałożone w latach późniejszych, oraz sadze z twarzy Matki Bożej i Pana Jezusa. Usunął też ślady gwoździ, które były przybite do deski celem umocnienia sukienek srebrno-złotych. Oczyszczono deski od robactwa i ubytków powstałych na skutek próchnienia. Oczyszczono także i zabezpieczono ramy obrazu. W latach 1948-1952 przeprowadzono jeszcze raz naukowe badania najnowocześniejszymi dostępnymi wówczas środkami: prześwietlenie rentgenowskie, badano obraz pod mikroskopem, wykorzystując kryteria mikropaleontologiczne i mineralogiczne, przeprowadzono także ocenę technologiczną i artystyczno-formalną. W latach II wojny światowej (1939-1945) obraz znajdował się w ukryciu. Dlatego wymagał kolejnej renowacji. Dzieła dokonał konserwator R. Kozłowski.
Od bardzo dawna istnieje zwyczaj ozdabiania cudownych obrazów Maryi koronami. Pierwsza papieska koronacja obrazu jasnogórskiego miała miejsce w 1717 r. Korony ofiarował sam król August II Mocny. Aktu koronacji dokonał brat prymasa, biskup Krzysztof Szembek, w dniu 8 września 1717 r. Obecni byli ponadto biskup wileński i inflancki. W uroczystej procesji przeniesiono obraz z kościoła do sali rycerskiej. Tam odczytano dekret papieski i przyniesiono korony. Następnie obraz przeniesiono uroczyście do kościoła wśród modlitw, śpiewów i salw armatnich. Tu nastąpił obrzęd nałożenia koron i Msza święta. Po obiedzie odprawiono Nieszpory i przeniesiono obraz z kościoła do kaplicy. Tam odśpiewano Litanię Loretańską i Te Deum. Z okazji koronacji nałożono na obraz Matki Bożej kosztowne szaty wykonane przez złotnika, brata Makarego Szybkowskiego. Sporządził on trzy suknie na różne uroczystości: granatową haftowaną diamentami, niebieską z rubinami i zieloną z perłami i różnymi drogimi kamieniami. Od 1817 r. zaczęto obchodzić uroczyście rocznicę koronacji. W 1909 r. w nocy z 22 na 23 października zakonnik i kapłan Macoch dokonał kradzieży koron z obrazu Matki Bożej, perłowej sukni i wielu kosztowności. Ze świętokradztwem połączył mord dokonany na wspólniku. Skazano go na dożywotnie więzienie. Papież św. Pius X ofiarował nowe korony. Rekoronacja odbyła się 22 maja 1910 r.
00:36
W 1957 r. na apel prymasa Stefana Wyszyńskiego i uchwałą Episkopatu Polskiego Polska rozpoczęła Wielką Nowennę, aby przygotować cały naród do obchodów tysiąclecia przyjęcia Chrztu przez Mieszka I (966-1966). Równocześnie zarządzono peregrynację kopii cudownego obrazu Matki Bożej Częstochowskiej po wszystkich diecezjach i parafiach. Peregrynacja rozpoczęła się dnia 26 sierpnia 1957 r. w archidiecezji warszawskiej. Dokładnie rok wcześniej, 26 sierpnia 1956 r., w 300 lat od ślubów króla Jana Kazimierza, złożonych przed obrazem Matki Bożej Łaskawej we Lwowie 1 kwietnia 1656 roku, Episkopat Polski pod nieobecność uwięzionego Prymasa Wyszyńskiego w obecności około miliona wiernych odnowił uroczyście te ślubowania. 5 maja 1957 r. odnowienie tych ślubów odbyło się we wszystkich kościołach polskich. Śluby króla Jana Kazimierza były jego osobistym zobowiązaniem, śluby jasnogórskie zaś stały się zobowiązaniem całego narodu polskiego jako program chrześcijańskiego życia, wytyczony przez Wielką Nowennę przed Tysiącleciem Chrztu Polski.
Najbardziej znana i uroczysta koronacja obrazu odbyła się w 1966 r. w ramach obchodu Tysiąclecia Chrztu Polski. Dokonał jej Prymas Tysiąclecia, Sługa Boży Kardynał Stefan Wyszyński, wielki czciciel Maryi Jasnogórskiej, oddany Jej z synowską ufnością; jest on założycielem Instytutu Świeckiego Pomocnic Maryi Jasnogórskiej Matki Kościoła, działającego obecnie pod nazwą Instytutu Prymasowskiego Stefana kard. Wyszyńskiego.
Cudowny obraz jest otaczany przez Polaków niezwykłą czcią. Wielokrotnie modlił się przed nim także kard. Karol Wojtyła, a potem – papież Jan Paweł II. Co roku, na uroczystości maryjne (szczególnie 15 i 26 sierpnia) do jasnogórskiego sanktuarium przybywają setki tysięcy ludzi, bardzo często idąc w pieszych pielgrzymkach przez wiele dni.
Dzisiejsza uroczystość powstała z inicjatywy bł. Honorata Koźmińskiego, który po upadku powstania styczniowego starał się zjednoczyć naród wokół Królowej Polski – Maryi. Wraz z ówczesnym przeorem Jasnej Góry, o. Euzebiuszem Rejmanem, wyjednał on u św. Piusa X ustanowienie w 1904 r. święta Matki Bożej Częstochowskiej. Papież Pius XI rozciągnął w 1931 r. ten obchód na całą Polskę oraz zatwierdził nowy tekst Mszy świętej i brewiarza.
brewiarz.pl
***
26 sierpnia – uroczystość Matki Bożej Częstochowskiej. Jak kształtował się kult Jasnogórskiej Pani i jakie ma znaczenie?
fot. Hubert Szczypek
***
26 sierpnia Kościół w Polsce obchodzi uroczystość Matki Bożej Częstochowskiej. Wizerunek Czarnej Madonny z Jasnej Góry od wieków związany jest z dziejami naszego narodu. Kult Jasnogórskiej Pani ma jednak znacznie szerszy zasięg – obejmuje wiele krajów Europy, a dzięki polskim emigrantom rozprzestrzenił się również w Ameryce. Co więcej, przekracza granice wyznaniowe: obecny jest także w prawosławiu, które obchodzi święto Ikony Częstochowskiej 19 marca.
Geneza obrazu – tajemnica pochodzenia
Według legendy opisanej w najstarszej historii wizerunku Translatio Tabulae Beatae Mariae Virginis, quam Sanctus Lucas depinxit propriis manibus, obraz Matki Bożej Częstochowskiej miał być namalowany przez św. Łukasza na blacie stołu Świętej Rodziny, wykonanym z drzewa cyprysowego. Ukazuje on Maryję jako hodegetrię – Matkę wskazującą drogę, trzymającą na ręku Dzieciątko zwrócone twarzą ku widzowi. W IV wieku św. Helena, matka cesarza Konstantyna Wielkiego, miała przywieźć ten obraz do Konstantynopola, skąd następnie trafił na Ruś, a stamtąd – do Polski.
Zupełnie inną genezę wskazują badania prof. Wojciecha Kurpika z końca XX wieku. Według niego obraz powstał w XIII–XIV wieku na Bałkanach, pod wpływem szkoły malarskiej w Ochrydzie. W drugiej połowie XIV stulecia znalazł się na dworze Andegawenów w Budzie. Ponieważ uległ poważnym uszkodzeniom i rozpadł się na trzy części, poddano go tam konserwacji i przemalowano w stylu włoskim, prawdopodobnie przez jednego z artystów włoskich pracujących w otoczeniu królewskim.
Elżbieta Łokietkówna, matka króla Węgier i Polski Ludwika Węgierskiego, przekazała obraz swojemu synowi. Z czasem trafił on na Ruś Czerwoną, do Bełza, gdzie otaczany był czcią prawosławnych. Stamtąd – podczas działań wojennych – zabrał go do Polski Władysław Opolczyk, namiestnik Ludwika Węgierskiego. Według Piotra Risiniusa (Historia pulchra, 1523), obraz przybył do Częstochowy 31 sierpnia 1384 roku i został powierzony paulinom, sprowadzonym z Węgier dwa lata wcześniej. Wkrótce zaczęli napływać liczni pielgrzymi – nie tylko z Polski, ale także, jak notował Jan Długosz, ze Śląska, Moraw, Węgier i Prus.
Symboliczne rysy i zniszczenia
Obecna postać obrazu pochodzi z lat 1431–1433, kiedy dokonano gruntownej restauracji. Była ona konieczna po dramatycznych wydarzeniach Wielkiej Nocy 1430 roku, kiedy banda rabusiów – Polaków, Czechów, Niemców i Rusinów – zaatakowała klasztor, licząc na ukryte skarby. Jan Długosz relacjonował: „Nie znalazłszy skarbów, wyciągnęli świętokradcze dłonie po sprzęty święte (…). Sam obraz naszej Pani odarli ze złota i klejnotów (…), a nie poprzestając na grabieży, przebili oblicze na wylot mieczem, a tablicę połamali”.
Pełna konserwacja, sfinansowana przez króla Władysława Jagiełłę, odbyła się w Krakowie w latach 1431–1432. Odtwarzając zniszczony wizerunek, malarze wiernie zachowali ślady ran na twarzy Matki Bożej, nacinając je ostrym narzędziem i pokrywając cynobrem. Te rysy, symbolicznie wpisane w ikonę, pozostają jednym z najważniejszych jej elementów.
Jasna Góra – bastion i duchowe schronienie
Już w XV wieku Jasna Góra otrzymała przywileje odpustowe, co umocniło jej rangę jako głównego sanktuarium w Polsce. W epoce reformacji była miejscem licznych konwersji.
Podczas „potopu” szwedzkiego klasztor bohatersko oparł się oblężeniu od 18 listopada do 26 grudnia 1655 roku. Dwunastotysięczne wojsko generała Burcharda Mullera nie zdołało pokonać zaledwie 160 żołnierzy, 20 szlachciców i 70 zakonników dowodzonych przez przeora Augustyna Kordeckiego. Zwycięstwo to odczytano jako znak opieki Maryi, a król Jan Kazimierz 1 kwietnia 1656 roku ogłosił Ją Królową Korony Polskiej.
W kolejnych stuleciach Jasna Góra wielokrotnie stawała się miejscem obrony narodowej – m.in. przed wojskami saskimi i szwedzkimi w latach 1702–1705 czy podczas konfederacji barskiej w 1771 roku. Również wtedy sanktuarium traktowano jako Sanctissimum – duchową twierdzę narodu.
Sanktuarium trzech zaborów
Po rozbiorach Jasna Góra znalazła się pod panowaniem pruskim, a następnie rosyjskim. Mimo konfiskat i ograniczeń kult Jasnogórskiej Pani trwał, a miejsce to jednoczyło Polaków ze wszystkich trzech zaborów. Podczas jubileuszu 500-lecia klasztoru w 1882 roku zgromadziło się tam około 400 tysięcy wiernych.
Emigranci i misjonarze rozszerzali kult także poza granicami kraju, budując kościoły pod jej wezwaniem w Europie Zachodniej i na innych kontynentach. W 1904 roku papież Pius X zatwierdził obchodzenie uroczystości Matki Bożej Częstochowskiej w diecezji włocławskiej, co znacznie ożywiło ruch pielgrzymkowy – już w 1910 roku do Częstochowy przybyło 800 tysięcy pątników.
XX wiek – od Hlonda do Wyszyńskiego
W okresie międzywojennym szczególnym orędownikiem kultu był kard. August Hlond, prymas Polski. Dzięki jego staraniom Jasna Góra stała się centrum życia religijnego: odbywały się tu konferencje Episkopatu, ogólnopolskie pielgrzymki i synody. W 1931 roku papież Pius XI ustanowił 26 sierpnia dniem uroczystości Matki Bożej Częstochowskiej.
Podczas II wojny światowej Częstochowska Ikona była duchowym symbolem Polski Walczącej. Mimo okupacji wierni pielgrzymowali, choć w małych grupach, a młodzież akademicka ponawiała swe śluby.
Po wojnie kult rozwijał się jeszcze mocniej. Prymas Stefan Wyszyński uczynił Jasną Górę centrum programu duszpasterskiego Wielkiej Nowenny, przygotowującej naród do Millennium Chrztu Polski. Jasnogórskie Śluby Narodu (1956) zgromadziły milion wiernych i stały się wydarzeniem historycznym.
Od 1957 roku rozpoczęła się peregrynacja kopii ikony po całej Polsce. Choć komunistyczne władze próbowały ją powstrzymać, nawet aresztując obraz, w diecezjach wędrowały wówczas puste ramy – wymowny znak duchowej obecności Maryi.
Jasna Góra – sanktuarium Europy
Lata 70. i 80. XX wieku przyniosły dynamiczny rozwój ruchu pielgrzymkowego, zwłaszcza pieszych pielgrzymek z całej Polski. Rekordowe były Światowe Dni Młodzieży w 1991 roku, gdy przybyło tu niemal 2 miliony młodych, w tym 100 tysięcy z ZSRR.
Jasną Górę odwiedzali kolejni papieże: Jan Paweł II – przy każdej pielgrzymce do ojczyzny, Benedykt XVI oraz Franciszek, który modlił się tu 28 lipca 2016 roku w ramach obchodów 1050-lecia Chrztu Polski.
Współczesne oblicze pielgrzymowania i kultu
Pielgrzymki tematyczne i nowe formy pątnictwa
W ostatnich dekadach szczególnie rozwinęły się pielgrzymki środowiskowe i tematyczne. Do Częstochowy przybywają co roku m.in. studenci, harcerze, motocykliści, rolnicy, przedstawiciele świata pracy i mediów. Coraz większą popularność zdobywają także nietypowe formy pielgrzymowania – rowerowe, biegowe czy rolkowe – które wyróżniają Jasną Górę na tle innych sanktuariów europejskich.
Sanktuarium w świecie mediów
Ogromną rolę w szerzeniu kultu Matki Bożej Częstochowskiej odgrywają media elektroniczne. Codziennie transmitowane są msze święte i Apel Jasnogórski, które gromadzą przed ekranami i komputerami setki tysięcy wiernych nie tylko w Polsce, ale i wśród Polonii rozsianej po świecie. Kanały internetowe sanktuarium należą dziś do najaktywniejszych katolickich mediów w Polsce.
Wymiar międzynarodowy
Jasna Góra od lat zajmuje miejsce w gronie najważniejszych sanktuariów maryjnych świata, obok Lourdes, Fatimy czy Guadalupe. Jest celem pielgrzymek młodych ludzi z wielu krajów Europy, a także pielgrzymów z innych kontynentów, zwłaszcza tam, gdzie pracują polscy misjonarze. W 2017 roku klasztor wraz z obrazem został wpisany na listę Pomników Historii, a trwają starania o wpisanie Jasnej Góry na listę światowego dziedzictwa UNESCO.
Wyzwania duszpasterskie
Coraz silniej uwidacznia się także rola Jasnej Góry w duszpasterstwie rodzin i młodzieży. Ważnym wydarzeniem jest coroczna Ogólnopolska Pielgrzymka Rodzin, gromadząca tysiące małżeństw i dzieci. Sanktuarium staje się również przestrzenią spotkań ekumenicznych, w których uczestniczą duchowni prawosławni i protestanccy, podkreślając uniwersalny charakter czci oddawanej Jasnogórskiej Ikonie.
Statystyki pielgrzymowania – rok 2024
Według sprawozdania Kustosza Jasnej Góry, w 2024 roku sanktuarium nawiedziło ponad 4 miliony pielgrzymów, o ponad 400 tysięcy więcej niż w roku poprzednim. W zorganizowanych pielgrzymkach (pieszych, rowerowych, biegowych, rolkowych i konnej) uczestniczyło 101 627 osób, w tym: 92 097 w 237 pielgrzymkach pieszych, 8 977 w 215 grupach rowerowych, 424 w 19 biegowych, 105 w dwóch rolkowych i 24 w jednej konnej. Największe grupy stanowili pątnicy z Tarnowa (ok. 7 tys.), Radomia (ponad 6,1 tys.), Krakowa (ok. 6 tys.) i Warszawy (ok. 4,1 tys.). Przewodnicy Jasnogórskiego Centrum Informacji oprowadzili 4 231 grup (88 268 osób) z 74 krajów, a transmisje nabożeństw i Apelu Jasnogórskiego zgromadziły ponad 28 milionów widzów online.
Rok 2025 – do 15 sierpnia w zorganizowanych pielgrzymkach pieszych
Na uroczystość Wniebowzięcia Najświętszej Maryi Panny na Jasną Górę dotarły dziesiątki tysięcy pielgrzymów. Tylko 13 i 14 sierpnia przybyło tu ok. 35,5 tys. osób, a wraz z pątnikami sztafetowymi – jeszcze kilka tysięcy więcej.
Tegoroczne pielgrzymowanie wyróżniał widoczny wzrost udziału młodzieży, młodych małżeństw i rodzin z dziećmi. Na trasach nie brakowało też wydarzeń symbolicznych – oświadczyn czy ślubów. Pątnicy musieli zmagać się z tropikalnym upałem, a mimo to kolejne grupy piesze, rowerowe i biegowe docierały na Jasną Górę przez cały sierpień.
Przed uroczystością Wniebowzięcia w sierpniu przyszło łącznie 54,5 tys. pielgrzymów, w tym:
52,5 tys. w 55 pielgrzymkach pieszych,
blisko 2 tys. w 35 pielgrzymkach rowerowych,
63 osoby w 3 pielgrzymkach biegowych.
Od początku sezonu pielgrzymkowego, czyli od maja do 14 sierpnia, na Jasną Górę dotarło w sumie 74,2 tys. osób. Najwięcej – 65,8 tys. – przyszło pieszo w 148 grupach. Na rowerach przyjechało 7,8 tys. osób w 174 pielgrzymkach, a biegiem – 452 osoby w 15 grupach. Do sanktuarium dotarła także pielgrzymka rolkowa z Wrocławia (60 osób) oraz konna (17 osób).
Najliczniejsze były: 47. Radomska Pielgrzymka Piesza (7,2 tys. osób), 45. Krakowska (5,5 tys.) i 314. Warszawska (4,3 tys.). Najdłuższe dystanse pokonały grupy szczecińska i kaszubska – ponad 640 km w niespełna 20 dni – oraz pielgrzymi z Suwałk (560 km w 17 dni).
Z samej Warszawy w 8 pielgrzymkach przyszło łącznie 10 tys. osób, m.in. w Warszawskiej Akademickiej Pielgrzymce Metropolitalnej (2,5 tys.), w „siedemnastce” akademickiej (1,3 tys.) czy w Pielgrzymce Żołnierzy (360 osób).
Kolejna fala pątników spodziewana jest 26 sierpnia, w uroczystość Matki Bożej Jasnogórskiej.
Kai –26 sierpnia 2025 – Marcin Przeciszewski – Jasna Góra Ⓒ Ⓟ
***
Ikona jasnogórska znów odwiedzi każdą parafię w Polsce.
Zwykle jest tak, że pielgrzymujemy do łaskami słynących wizerunków Matki Bożej lub innych świętych. Czasami jednak wizerunki te pielgrzymują do nas.
Kopia Cudownego Obrazu Matki Bożej Jasnogórskiej odwiedzi każdą parafię w Polsce. Tak samo jak wówczas, gdy po uwolnieniu prymasa Stefana Wyszyńskiego w 1957 roku cały kraj został objęty łaską wielkiej peregrynacji. I tak jak później, gdy po roku 1985 Obraz Nawiedzenia ponownie gościł w każdym zakątku kraju. Trzecia peregrynacja zostanie zainaugurowana 26 sierpnia na Jasnej Górze, a pierwszym gospodarzem, który ugości ikonę, będzie diecezja sosnowiecka.
– Na szczycie jasnogórskim przyjmiemy obraz, aby go zaprowadzić do naszego diecezjalnego domu. A 30 sierpnia o godzinie 11 w katedrze sosnowieckiej odbędzie się uroczyste rozpoczęcie wędrowania Maryi po parafiach naszej diecezji – mówi biskup sosnowiecki Artur Ważny. – Maryja przychodzi również po to, aby jak w Kanie Galilejskiej zobaczyć nasze biedy, zobaczyć nasze braki i poprosić Jezusa o przemianę, o to, aby wiele spraw, które są trudne, stało się naszą siłą i naszym błogosławieństwem – podkreśla hierarcha, wskazując na „różne zranienia, różne problemy, cierpienia”, z którymi zmaga się diecezja sosnowiecka.
Pamiętamy, że to w sosnowieckim Kościele lokalnym miały miejsce skandale z udziałem duchownych, które zszokowały całe społeczeństwo, głęboko zraniły wspólnotę wierzących i wielu ludzi zgorszyły. Stąd wybór tej właśnie diecezji jako pierwszej, która ugości Obraz Nawiedzenia, nie jest przypadkowy. Nie jest też przypadkiem, że zaraz po Sosnowcu obraz zostanie przewieziony do Dąbrowy Górniczej.
„W tym czasie ikona jasnogórska nawiedzi m.in. te miejsca, w których wydarzyły się przykre i gorszące sytuacje” – czytamy w diecezjalnej instrukcji duszpasterskiej. Stąd pierwsza część peregrynacji zostanie poświęcona uzdrowieniu i odnowie. Pozostałe parafie diecezji sosnowieckiej będą przeżywać nawiedzenie według tradycyjnego schematu. Peregrynacja potrwa tam do 14 czerwca 2026 roku. Potem obraz przyjmą następne diecezje: rzeszowska, siedlecka, świdnicka, drohiczyńska i kolejne.
Zdumiewające owoce
Obraz Nawiedzenia to ten sam wizerunek, który odwiedzał polskie parafie w czasie obu poprzednich peregrynacji i był świadkiem niezliczonych uzdrowień duchowych i fizycznych.
Wszystko zaczęło się w 1956 r., gdy prymas Stefan Wyszyński przebywał na internowaniu w Komańczy. Nie mógł wziąć udziału w Jasnogórskich Ślubach Narodu Polskiego, których tekst sam przygotował. Polecił biskupom wynieść cudowny obraz na wały 26 sierpnia 1956 r., w święto NMP Częstochowskiej. Gdy oczom wiernych ukazał się święty wizerunek, przeszło milionowy tłum zaczął krzyczeć: „Matko, zostań z nami!”. Powiadomiony o tym kardynał zdał sobie sprawę, że Polacy potrzebują zewnętrznego znaku bliskości Jasnogórskiej Pani. Cudowny obraz musiał oczywiście zostać na Jasnej Górze. Tak zrodziła się idea peregrynacji kopii jasnogórskiego wizerunku.
Namalowania obrazu podjął się toruński artysta Leonard Torwirt. Na zlecenie episkopatu wykonał dwie wierne kopie. W maju 1957 r. uwolniony już prymas z kilkoma biskupami wyjechał do Watykanu, zabierając oba obrazy. 14 maja Pius XII pobłogosławił je. Jeden został w Watykanie, a drugi, po powrocie do kraju, ruszył w wielką pielgrzymkę po Polsce. 26 sierpnia 1957 r. na Jasnej Górze obraz przejęła delegacja archidiecezji warszawskiej, która przewiozła go do stolicy. Peregrynacja rozpoczęła się 29 sierpnia i natychmiast zaczęła przynosić obfite owoce. Ikonę wszędzie witały tłumy ludzi. Przed konfesjonałami ustawiały się wyjątkowo długie kolejki penitentów, ludzie masowo przystępowali do Komunii św., pary niesakramentalne zawierały śluby kościelne, jednały się zwaśnione rodziny, wielu złożyło deklaracje trzeźwościowe, a niektórzy rzucali przed obrazem książeczki partyjne. Na modlitwie przed Matką Bożą ujawniały się bądź utwierdzały powołania kapłańskie i zakonne.
Z obrazem i bez
Szybko zareagowały komunistyczne władze PRL, w różny sposób przeszkadzając w kontynuowaniu pielgrzymki – na przykład zatrzymując i rewidując pojazdy przewożące obraz, ustawiając na trasie blokady i objazdy, aż wreszcie, 2 września 1966 r., „aresztując” go na drodze do Katowic i odstawiając na Jasną Górę. – Znaczące, że ci, którzy Obraz Nawiedzenia zatrzymywali w różnych miejscach, traktowali go bardzo osobowo, pilnowali go jeszcze przez 6 lat, wystawiając straże w bramach jasnogórskich. Mieli poczucie, że to jest Ktoś ważny, kogo nie można puścić w Polskę – zauważa o. Mariusz Tabulski, rektor seminarium paulinów i przeor klasztoru na Skałce w Krakowie. Dodaje, że oni, mimo braku wiary, widzieli w „obrazie” zagrożenie.
Na uwagę zasługuje fakt, że peregrynacja w znaku pustej ramy trwała nadal. Uczestniczyły w niej tłumy nie mniejsze niż poprzednio, a i owoce duchowe dorównywały tamtym.
13 czerwca 1972 r. Obraz Nawiedzenia potajemnie, ale za cichą zgodą prymasa, wyniósł z Jasnej Góry ks. Józef Wójcik i zawiózł do Radomia, gdzie udało się przywrócić go na szlak peregrynacji. Ta trwała jeszcze 8 lat i zakończyła się w 1980 r. w diecezji częstochowskiej.
Tylko w tej diecezji podczas nawiedzin kopii ikony Czarnej Madonny zarejestrowano 11 uzdrowień fizycznych. Na przykład po modlitwie przed obrazem u parafianki z Masłowic samoistnie znikła narośl, która miała być usunięta operacyjnie. W domu nowicjatu Sióstr Uczennic Boskiego Mistrza na Grabówce jedna z sióstr doznała łaski cudownego przywrócenia głosu. 78-letnia i już prawie umierająca wdowa z parafii Panki nagle odzyskała zdrowie i sprawność i żyła jeszcze 12 lat w dobrej kondycji.
Nadzwyczajne zdarzenia, które spisano, były niewielką częścią łask otrzymanych przez uczestników nawiedzeń w parafiach wszystkich polskich diecezji.
Omodlony wizerunek
W 1985 r. zaczęła się druga peregrynacja kopii obrazu MB Częstochowskiej po Polsce. Trwała, z przerwami, 40 lat, a skończyła się na początku maja tego roku.
– Można powiedzieć, że Matka Boża pielgrzymuje w tym obrazie już 70 lat. To Ona przychodzi, bo sam obraz jest tylko jakimś rodzajem uobecnienia osoby, z którą się spotykamy – podkreśla o. Mariusz Tabulski. Z peregrynacją wiążą się jego osobiste przeżycia. Pamięta do dziś modlitwę w 1987 r. przed obrazem Maryi w rodzinnym Białymstoku, gdy szukał swojego powołania. Drugie spotkanie z ikoną peregrynacyjną miało miejsce w krakowskim seminarium zakonnym, gdzie młody paulin przygotowywał się do kapłaństwa. – Mogłem tam modlić się przez 24 godziny. Odczułem wtedy, że ten obraz naprawdę wywołuje żywą relację z osobą Matki Bożej, bo jest przede wszystkim omodlony. Proszę sobie przeliczyć: 70 lat po 24 godziny w każdej parafii. To jest coś niezwykłego – to omodlenie i ta obecność – podkreśla zakonnik.
Podczas drugiej peregrynacji o. Mariusz Tabulski towarzyszył obrazowi w kilku diecezjach. Zauważył wtedy, że pierwszym spotkaniom z księżmi i z biskupami towarzyszył lęk, iż nic szczególnego się nie wydarzy. – A potem wszystko jest tak piękne, że kapłani sami są szczęśliwi. Takiego poruszenia duszpasterskiego nie widziałem nigdy w życiu. Wielu ludzi, których spotkałem na przywitaniu Matki Bożej, wcześniej nie widziano w kościele. No i są konkretne owoce, które dotykają serc wszystkich – zaświadcza paulin. Jest przekonany, że podobnie będzie za tym trzecim nawiedzeniem, tym bardziej że, jak zauważa, są już nowi ludzie i nowe pokolenia.
– Pamiętam takie świadectwo kard. Kazimierza Nycza w Płocku. Kiedy przekazywał obraz po nawiedzeniu archidiecezji warszawskiej, mówił: „Muszę się wyspowiadać przed wami z myśli, że czas nawiedzenia jest już za nami, że to było dobre w czasach kard. Wyszyńskiego. Ale jeżdżąc od parafii do parafii, zobaczyłem cuda i wśród księży, i wśród wiernych, i muszę przyznać, że to wciąż jest jeden z najskuteczniejszych środków ewangelizacji” – opowiada duchowny. Przywołuje również spotkanie z dyrektorem IPN-u w Katowicach, Andrzejem Sznajderem, który prowadził badania na temat wpływu peregrynacji w Polsce. – Powiedział wtedy, że Polska nie wyglądałaby tak dobrze i nie wyszłaby tak z komunizmu, gdyby nie nawiedzenie, które przyniosło lokalne poruszenie i budziło do odwagi – opowiada. – Te wszystkie ruchy, które potem wybrzmiały w Solidarności i w oporze wobec władz PRL, rodziły się właśnie w duchowych poruszeniach i w tych maleńkich manifestacjach w małych wioskach i miastach. Spotkanie z Matką i Królową przywracało ludziom ich godność i wielkość, przy Matce Bożej nabierali odwagi – zauważa paulin. – No i oczywiście z tego nawiedzenia potem rodziły się inne rodzaje peregrynacji – innych obrazów, figur czy nawet świętych patronów. Wszystko, aby budzić i umacniać wiarę – dodaje.
Skąd pomysł
Sama praktyka peregrynacji nie jest wynalazkiem polskim. We Francji znane były wędrówki świętych wizerunków, np. peregrynacja kopii figury Matki Bożej z Boulogne. Po kontynentach świata pielgrzymuje też kopia figury Matki Bożej Fatimskiej, jednak żadna tego rodzaju peregrynacja nie dorównuje skalą ani reakcją społeczną nawiedzeniu wszystkich polskich parafii i diecezji przez kopię cudownego obrazu jasnogórskiego. Inicjatywa prymasa Wyszyńskiego spopularyzowała tę formę pobożności w Polsce. Zaczęto praktykować m.in. „małe nawiedzenia”, czyli odwiedziny wizerunku Matki Bożej Częstochowskiej od domu do domu w poszczególnych parafiach. Odbywają się także peregrynacje związane z określonym zawodem, ruchem lub środowiskiem. Na przykład w pierwszej części tego roku kopia obrazu Matki Bożej Łaskawej, Strażniczki Polski, odwiedzała parafie i instytucje wojskowe. Peregrynacja jest także ważnym elementem Ruchu Szensztackiego, w którym praktykuje się wędrówkę obrazu Matki Bożej Trzykroć Przedziwnej od domu do domu, a jego wizyta staje się centrum modlitwy i skupienia dla rodzin.
Szczególną formą peregrynacji jest pielgrzymka innej kopii ikony jasnogórskiej „Od Oceanu do Oceanu” – przez świat w obronie cywilizacji życia i miłości. Obraz podróżuje od 2012 r. Odwiedzając 32 kraje na pięciu kontynentach, przebył już ok. 220 tys. kilometrów.
Po Polsce co jakiś czas pielgrzymują też relikwie popularnych u nas świętych i błogosławionych – na przykład św. Antoniego, św. Teresy od Dzieciątka Jezus czy bł. Piera Giorgia Frassatiego.
Abyś krążyła…
20 maja 1981 r. miało miejsce wydarzenie szczególne. Obraz Nawiedzenia przyniesiono do pokoju ciężko chorego prymasa Stefana Wyszyńskiego. Kardynał, któremu został jeszcze tydzień życia, wiedział, że to „wizyta pożegnalna”. Leżąc bez sił, zwrócił się do Maryi: „Tyle razy przybywałem do Ciebie, Matko, na szlak nawiedzenia. Dzisiaj Ty przychodzisz do mnie. Byłaś zawsze dla mnie największą łaską, światłem, nadzieją i programem mojego życia” – mówił z wysiłkiem. Zakończył słowami: „Niech ta wędrówka nadal nie ustaje, a gdy się skończy, niech zacznie się na nowo; abyś stale krążyła po Polsce, dana ku obronie naszego narodu”.
W maju skończyła się druga peregrynacja. Właśnie rozpoczyna się kolejna. – Na trasie nawiedzenia można zobaczyć, jak ożywionym rytmem bije Kościół właśnie w Polsce i jak żywy jest kult Matki Bożej – zaznacza o. Mariusz Tabulski. I dodaje: – Dlatego prymasowi tak bardzo zależało, żeby nawiedzenie obrazu Królowej Polski trwało.
Franciszek Kucharczak/Gość Niedzielny
***
piątek 22 sierpnia
Uroczystość Najświętszej Maryi Panny Królowej
Koronacja Matki Boskiej, El Greco, 1591, Muzeum Santa Cruz, Toledo, Hiszpania
Charakterystyczna dla obrazów El Greca świetlistość opływa scenę koronacji Najświętszej Marii Panny. W dole zebrali się Apostołowie – wznoszą wzrok w górę, kontemplując niebiańską scenę: trzy osoby Świętej Trójcy koronują Matkę Bożą na Królową Niebios.
***
Papież Pius XII encykliką “Ad Caeli Reginam” 11 października 1954 r., w setną rocznicę ogłoszenia dogmatu o Niepokalanym Poczęciu Najświętszej Maryi Panny, ustanowił święto Królowej Maryi, które początkowo obchodzone było 31 maja a po reformie kalendarza liturgicznego w czasie Soboru Watykańskiego II przesunięto je na oktawę uroczystości Wniebowzięcia NMP.
“Nakazujemy również, aby tegoż dnia ponawiano poświęcenie się rodzaju ludzkiego nieskalanemu Sercu Panny Maryi. W nim bowiem leży nadzieja nadejścia lepszego wieku, tryumfu wiary i chrześcijańskiego pokoju”.
papież Pius XII
***
“Niepokalana Dziewica, zachowana wolną od wszelkiej skazy winy pierworodnej, dopełniwszy biegu życia ziemskiego, z ciałem i duszą wzięta została do chwały niebieskiej i wywyższona przez Pana, jako Królowa wszystkiego, aby bardziej upodobniła się do Syna swego, Pana panującego oraz zwycięzcy grzechu i śmierci”.
zKonstytucji Dogmatycznej o Kościele Soboru Watykańskiego II – Lumen gentium(KK59)
***
***
Tego wieczoru bardzo serdecznie zapraszam do sali parafialnej przy kościele św. Piotra na godzinną adorację przed Najświętszym Sakramentem od godz. 18.00. W tym czasie jest również możliwość przystąpienia do sakramentu spowiedzi św.
po adoracji Msza święta
i odnowienie Aktu oddania się Matce Bożej Królowej świata
***
Akt osobistego oddania się Matce Bożej
Matko Boża, Niepokalana Maryjo! Tobie poświęcam ciało i duszę moją, wszystkie modlitwy i prace, Radości i cierpienia, wszystko czym jestem i co posiadam. Ochotnym sercem oddaję się Tobie w niewolę miłości. Pozostawiam Ci zupełną swobodę posługiwania się mną dla zbawienia ludzi i ku pomocy Kościołowi świętemu, którego jesteś Matką. Chcę odtąd czynić wszystko z Tobą, przez Ciebie i dla Ciebie. Wiem, że własnymi siłami niczego nie dokonam. Ty zaś wszystko możesz, co jest wolą Twego Syna i zawsze zwyciężasz. Spraw więc, Wspomożycielko Wiernych, by moja rodzina, parafia i cała Ojczyzna była rzeczywistym Królestwem Twego Syna i Twoim. Amen.
***
22 sierpnia 2012 roku, jeszcze w kościele św. Szymona, oddaliśmy siebie i całą naszą wspólnotą do dyspozycji Bożej Matce. Bogu niech będą dzięki za wiele błogosławieństw jakie dokonały się przez ten Akt oddania. Nadal pragniemy podejmować wezwanie do pokuty za grzechy nasze i za grzechy całego świata, aby ratować biednych grzeszników i błagać o Boży pokój w ludzkich sercach. Nadal pragniemy wynagradzać Najświętszemu Sercu Jezusa i Niepokalanemu Sercu Maryi za tych, którzy nie tylko nie czczą i nie kochają, ale wręcz bluźnią Miłosiernemu Bogu, który tak umiłował świat, że dał Syna swego Jednorodzonego, aby każdy, kto wierzy w Niego, nie umarł, lecz miał życie, Boże życie.
***
Papież Leon XIV prosi, aby dzień 22 sierpnia był dniem
modlitwy i postu o pokój
Vatican media
***
“W piątek, 22 sierpnia, będziemy obchodzić wspomnienie Najświętszej Maryi Panny Królowej. Maryja jest Matką wierzących tutaj, na ziemi, i jest również nazywana jako Królowa Pokoju.
Podczas gdy nasza ziemia nadal jest okaleczana przez wojny w Ziemi Świętej i w wielu innych regionach świata, zachęcam wszystkich wiernych, aby dzień 22 sierpnia przeżyli podejmując post i modlitwę, błagając Pana, aby obdarzył nas pokojem i sprawiedliwością oraz otarł łzy tych, którzy cierpią z powodu trwających konfliktów zbrojnych.
Niech Maryja, Królowa Pokoju, wstawia się za nami, aby narody znalazły drogę do pokoju“.
***
Podczas środowej audiencji papież Leon XIV zwrócił się z wyjątkowym wezwaniem do wiernych. Ojciec Święty ogłosił, że nadchodząca uroczystość Najświętszej Maryi Panny Królowej, przypadająca 22 sierpnia, ma być przeżywana jako dzień postu i modlitwy w intencji pokoju oraz sprawiedliwości.
Leon XIV przypomniał, że Maryja od wieków czczona jest jako Królowa Pokoju, a Jej wstawiennictwo ma szczególną moc w czasach, gdy świat doświadcza nieustannych niepokojów. Papież zaznaczył, że dzisiejsza rzeczywistość nie daje złudzeń — konflikty zbrojne wciąż zbierają tragiczne żniwo i dotykają miliony niewinnych ludzi.
W swoim wystąpieniu Ojciec Święty nakreślił dramatyczny obraz współczesności, w której cierpienie stało się codziennością dla wielu narodów.
Gdy nasza ziemia jest nadal raniona przez wojny w Ziemi Świętej, w Ukrainie i w wielu innych regionach świata, zachęcam wszystkich wiernych, aby 22 sierpnia przeżyli jako dzień postu i modlitwy, błagając Boga o pokój i sprawiedliwość i o to, by osuszył łzy tych, którzy cierpią z powodu trwających konfliktów – powiedział papież.
Leon XIV podkreślił, że modlitwa i post są najprostszymi, a zarazem najpotężniejszymi narzędziami, jakie posiadają wierzący.
To nie są gesty bez znaczenia, ale konkretna broń duchowa, dzięki której można zmieniać świat – dodał, apelując o wspólnotowe działanie w duchu wiary i solidarności.
Ojciec Święty poświęcił też osobne słowa Polakom, co wywołało wyjątkowe poruszenie wśród zgromadzonych wiernych. Zwrócił się zarówno do pielgrzymów obecnych w Rzymie, jak i do tych, którzy w tym czasie licznie zmierzają na Jasną Górę. Wskazał, że polska pobożność i przywiązanie do Matki Bożej od wieków są przykładem dla całego Kościoła.
Serdecznie pozdrawiam Polaków (…). Proszę was, aby wśród waszych intencji znalazły się błagania o dar pokoju, dla całego świata — podkreślił papież.
Leon XIV zwrócił uwagę, że modlitwa Narodu Polskiego ma szczególną siłę właśnie dzięki silnej więzi z Maryją, Królową Polski. Dodał, że to, co dziś najbardziej potrzebne, to wołanie o pokój “nieuzbrojony i rozbrajający” , czyli taki, który nie rodzi się z kolejnej eskalacji przemocy, lecz z przebaczenia i pojednania. Szczególnie wskazał na Bliski Wschód i Ukrainę regiony, gdzie wojna każdego dnia przynosi kolejne ofiary.
Ojciec Święty podkreślił, że Polacy, jako Naród boleśnie doświadczony przez historię doskonale wiedzą, jak cennym darem jest pokój. Dlatego ich głos modlitwy ma dla niego wyjątkowe znaczenie.
“Bez przebaczenia nie będzie nigdy pokoju” W katechezie Leon XIV nawiązał do gestu Jezusa z Ostatniej Wieczerzy, kiedy podał chleb temu, który miał Go zdradzić. Papież wskazał, że prawdziwe zrozumienie serca Chrystusa kryje się w miłości aż do końca, nawet wtedy, gdy spotykamy się z odrzuceniem i niewdzięcznością.
Bez przebaczenia nie będzie nigdy pokoju — zaznaczył mocno, dodając, że przebaczenie nie jest słabością, lecz drogą ku nadziei i wolności.
na podstawie Vatican news
***
Adobe Stock.pl -Tygodnik Niedziela
***
Co służy pokojowi?
Kto nie zdaje się na Bożą łaskę, ten zdaje się na łaskę losu.
Leon XIV powiedział niedawno: „Świat już tego dłużej nie wytrzyma, jest za dużo wojen, trzeba się modlić o pokój”. To jedna z wielu wypowiedzi, w których papież wzywa do modlitwy w związku z trwającymi na świecie starciami zbrojnymi.
– No i co z tego, musi tak gadać – wzruszy ramionami ten i ów. Towarzyszy temu poczucie, że to mowa-trawa, bo do zakończenia wojen potrzeba ludzi i sprzętu. A jaki wpływ na losy wojen może mieć czyjeś tkwienie na kolanach i dialog z kimś, kogo nie widać?
Tak mogą mówić tylko ci, którzy nie mają doświadczenia modlitwy. Jak, człowieku, chcesz wiedzieć, czy modlitwa coś daje, jeśli się nie modlisz? Modlitwa w pierwszym rzędzie zmienia modlącego się, jego stosunek do Boga i ludzi, a tym samym wyostrza widzenie rzeczywistości. Modlący się zauważa na przykład, jak dalece prawdziwe jest spostrzeżenie św. Jakuba, który wskazuje prawdziwe źródło konfliktów. „Skąd się biorą wojny i skąd kłótnie między wami? Nie skądinąd, tylko z waszych żądz, które walczą w członkach waszych” – pisze apostoł.
Nie jest tak? Wojny i kłótnie mają zawsze to samo źródło – żądzę. W zasadzie skłócenie w domu różni się od wojny między państwami tylko obszarem objętym działaniami, liczbą ludzi i rodzajem sprzętu, ale istota jest ta sama: chciwość rzeczy materialnych, znaczenia i dominacji, i niezdolność do ustąpienia. Wszyscy na tych wojnach tracą. „Prowadzicie walki i kłótnie, a nic nie posiadacie, gdyż się nie modlicie” – to znowu Jakub. I zaraz dodaje: „Modlicie się, a nie otrzymujecie, bo się źle modlicie, starając się jedynie o zaspokojenie swych żądz”.
No tak, bo jeśli czyjaś „modlitwa” to tylko jeden z rodzajów broni używanej dla osiągnięcia tego samego celu, co wojna, to dalej chodzi o chciwość. A Bóg na taki handel nie idzie, bo chce prawdziwego pokoju, a nie kolejnej „operacji specjalnej”.
Dyplomacja jest przydatna, ale to szczera modlitwa dodaje pokojowi „soli” – utrwala go i sprawia, że on służy nie tylko doczesności, ale i wieczności.
KRÓTKO:
Produkcja ludzi
Chiny, po latach zbrodniczej polityki jednego dziecka, próbują zaradzić zapaści demograficznej, zwracając się ku nowoczesnym technologiom. Już w przyszłym roku na tamtejszy rynek ma wejść maszyna w kształcie człowieka, posiadająca sztuczną macicę. Robot ma stwarzać warunki do rozwoju dziecka od poczęcia do porodu, utrzymując je w sztucznym płynie owodniowym i odżywiając je przez specjalne przewody. Przeprowadzono już pomyślnie testy na zwierzętach. Maszyna ma kosztować 100 tys. juanów, czyli około 14 tys. dolarów. Autorzy twierdzą, że robot może być szczególnie przydatny dla kobiet, które nie mogą albo nie chcą zajść w ciążę i jej donosić.
Dlaczego władze nie myślą o konsekwencjach? Ano właśnie – w komunistycznych Chinach to już taka tradycja, że fatalne błędy naprawia się tam jeszcze gorszymi.
O północy z czwartku na piątek 21/22 sierpnia w kaplicy izbie Jezusa Miłosiernego jest możliwość uczestniczenia w godzinnym rozważaniu Męki Pańskiej w intencji naszej Ojczyzny przed Najświętszym Sakramentem.
Kaplica izba Jezusa Miłosiernego
4 Park Grove Terrace, Glasgow G3 7SD
***
25.08 – 31.08
Druga Godzina Męki Pańskiej
O północy z czwartku na piątek 28/29 sierpnia w kaplicy izbie Jezusa Miłosiernego jest możliwość uczestniczenia w godzinnym rozważaniu Męki Pańskiej w intencji naszej Ojczyzny przed Najświętszym Sakramentem.
***
szczegółowe informacje na stronie internetowej:www.24gmp.pl
***
W dzień Wniebowzięcia NMP 15 sierpnia w kaplicy na Jasnej Górze przed cudownym obrazem naszej Matki i Królowej organizatorzy dzieła Nieustannego Rozważania Męki Pańskiej złożyli Akt Zawierzenia.
Intencje w jakich modlimy się w czasie rozważań Męki Pańskiej:
– o wypełnienie się Woli Bożej w naszym Narodzie
– o przemianę polskich serc
– za dusze czyśćcowe
– o zaprzestanie aborcji
– o powołania kapłańskie, zakonne i misyjne
***
O inicjatywie i jej autorach
Inicjatywę 24 Godziny Męki Pańskiej za Polskę współtworzy grupa modlitewna osób pochodzących z różnych części Polski, żyjących duchowością pasyjną. Została zainicjowana w parafii Trójcy Przenajświętszej w Burzynie, gdzie w sierpniu 2022 r. po raz pierwszy zostało zorganizowane, znane w obecnej formie, rozważanie 24 Godzin Męki Pańskiej w intencji naszej Ojczyzny, choć samo nabożeństwo przy udziale tych samych osób było organizowane w tej parafii już wcześniej, a przez inne grupy i wspólnoty także w innych częściach Polski.
Od tego czasu 24 Godziny Męki Pańskiej za Polskę odbyło się w wielu kościołach, kaplicach i sanktuariach maryjnych w Polsce, jak np. na Jasnej Górze, w Gietrzwałdzie, w Krakowie na Skałce, w Małym Płocku, w Rychwałdzie.
Opiekunem grupy jest o. Josip Magdić ze zgromadzenia oo. Misjonarzy Montfortanów z Częstochowy, który udzielił swojego błogosławieństwa na to dzieło.
Jego istotą jest modlitwa przebłagalno-ekspiacyjna za grzechy popełnione w naszej Ojczyźnie oraz w intencji wypełnienia się w niej Woli Bożej. Polega na trwaniu przez 24 godziny przed wystawionym Najświętszym Sakramentem i rozważaniu, godzina po godzinie, Męki naszego Zbawiciela wg pism włoskiej mistyczki Luizy Piccarrety.
Grupa tworząca dzieło 24 Godziny Męki Pańskiej za Polskę organizuje w wybranych parafiach takie nabożeństwa kilka w razy w roku, ale oprócz tego zachęca inne grupy, aby we własnym zakresie, ale w łączności, także podejmowały tę inicjatywę, tak aby cała Polska była objęta łaskami płynącymi z tych rozważań. I tak się dzieje. Na zaproszenie odpowiedziała już ponad setka parafii, nie tylko w Polsce. W niektórych Męka odbywa się już cyklicznie raz w miesiącu.
Pomysłodawcami 24 Godzin Męki Pańskiej za Polskę są zatem konkretni ludzie (jest nim sam Jezus tak naprawdę…), ale organizatorem może stać się każdy, a wręcz jest wskazane, aby lokalne wspólnoty parafian wraz ze swoimi kapłanami włączały się w to nabożeństwo w intencji Ojczyzny. Dla nich to powstała strona: www.vicona.pl/24, która może stać się pomocna przy organizacji w parafii „24 Godzin Męki Pańskiej za Polskę”.
W sierpniu 2025 r. zrodziła się nowa inicjatywa nieustannego (365 dni w roku) rozważania Męki Pańskiej w intencji naszej Ojczyzny i dusz czyśćcowych. Czyli już nie tylko punktowe wydarzenie w danym miejscu co jakiś czas ale dwadzieścia cztery godziny na dobę w domach wiernych. Ogólna zasada jest taka, aby raz tygodniu rozważyć jedną Godzinę Zegara Męki Pańskiej w zadeklarowanym przez siebie czasie. Osoby zgłaszające się będą podzielone na kilka grup modlitewnych. Każda z nich, aby objęła nieustanną modlitwą cały rok musi zawierać 504 osoby.
Dlaczego modlimy się za Polskę?
Żyjemy dziś w czasach największej apostazji, czyli odejścia od Boga. Sekularyzacja państw Zachodu jest faktem. Polska, choć uważana za ostoję katolicyzmu, też stopniowo ulega tej fali. Coraz więcej ludzi, także tych deklarujących się katolikami, żyje tak, jakby Pana Boga nie było i opowiada się za strukturami zła w swoich wyborach. Czas, w którym przyszło nam żyć, jest czasem bezkompromisowej walki duchowej. Ale co gorsza, nawet ludzie wierzący nie zawsze to widzą, trwając w stanie uśpienia i letargu. A przecież wiele proroctw mówi o szczególnej misji, jaką Polska ma odegrać wobec innych narodów. Jakże się to stanie, skoro widzimy, że sprawy w naszym kraju idą w tak złym kierunku?
Jako główną intencję naszej modlitwy przyjęliśmy więc wynagrodzenie za wszystkie grzechy popełnione w naszej Ojczyźnie oraz intencję o wypełnienie się w niej Woli Bożej. Modlimy się, prosząc o wstawiennictwo: Maryję Królową Polski, Świętego Michała Archanioła, Anioła Stróża Polski, patronów Polski, a zwłaszcza św. Andrzeja Boboli, polskich świętych i błogosławionych oraz dusz w czyśćcu cierpiących naszych rodaków.
Zbawiciel pragnie, aby na każdy skrawek polskiej ziemi, na każde miasto i na każdą wioskę spłynęła Jego drogocenna Krew, by je pobłogosławić i ochronić! Luiza Piccarreta tak o tym pisze w swoim dzienniku:
Zadowolenie, jakie Błogosławiony Jezus odczuwa, gdy rozważamy te Godziny jest takie, że życzy On sobie, aby przynajmniej jeden egzemplarz tych medytacji znajdował się w każdym mieście i miejscowości dla praktykowania przez dusze, ponieważ gdy je czytamy, Jezus słyszy w tych zadośćuczynieniach odtwarzany Swój własny głos i Swoje modlitwy jakie wznosił do Ojca w czasie dwudziestu czterech godzin Swojej bolesnej Męki. I jeśli byłoby to praktykowane przez przynajmniej kilka dusz w każdym mieście lub miejscowości, to wydaje mi się że Jezus daje mi do zrozumienia, że Boża Sprawiedliwość zostałaby częściowo ułagodzona, a Jego uderzenia byłyby częściowo powstrzymane, i jak gdyby przygaszone, w tych smutnych czasach udręki i przelewu krwi.
Zadośćuczynienie
Wielu wierzących nie dostrzega, że każdy grzech popełniony indywidualnie ma swoje negatywne reperkusje nie tylko wobec jednostki ale i całego społeczeństwa czy narodu, i domaga się zadośćuczynienia.
Dlatego podczas 24 Godzin Męki Pańskiej za Polskę, nabożeństwa o charakterze ekspiacyjnym, wynagradzamy za wszystkie grzechy popełnione w naszej Ojczyźnie (zarówno przez żyjących jak i zmarłych Polaków), zwłaszcza za grzechy: zbrodni wobec nienarodzonych dzieci, nieczystości, apostazji, nienawiści, podziałów, kłótni i nieprzebaczenia, pijaństwa, rozwodów, niegodnego przyjmowania Komunii Świętej, zdrady narodu. Wynagrodzenie to nie tylko łagodzi Bożą sprawiedliwość wobec żyjących, ale w przypadku zmarłych, uwalnia ich dusze z czyśćca, a te z kolei, z wdzięcznością orędują za swoimi dobroczyńcami.
Dziś mało kto wzywa do pokuty i nawrócenia. Bezprecedensowym wydarzeniem w dziejach Kościoła w Polsce była zorganizowana w 2016 r. Wielka Pokuta – największe w historii chrześcijaństwa nabożeństwo przebłagalno-ekspiacyjne, które zgromadziło pod wałami klasztoru jasnogórskiego ponad 140 tysięcy wiernych. Zebrali się, by prosić Boga o wybaczenie grzechów swoich oraz całego narodu. Wierzymy, że tamto wydarzenie nie było ostatnim, ale zapoczątkowało akty kolejnych wynagrodzeń. Modlimy się zatem w duchu i w łączności z Wielką Pokutą, aby kontynuować to wielkie dzieło ekspiacji. Podczas modlitwy o uwolnienie Polski spod mocy ciemności, która została wypowiedziana 15 października 2016 r., padły m.in. takie słowa: „Ojcze, Boże Wszechmogący, nadszedł już czas, aby raz na zawsze odwrócić się od grzechów naszych i naszych nieprawości, które ranią Twoje Ojcowskie Serce, od szatana, księcia tego świata, ojca kłamstwa i iluzji, a zwrócić się całym sercem do Ciebie. Pragniemy jak mieszkańcy Niniwy dzisiaj błagać Cię o przebaczenie naszych grzechów, win i nieprawości. Za św. Janem Pawłem II wołamy: „Niech zstąpi Duch Twój i odnowi oblicze tej ziemi!”. Niech Jego oczyszczający i uświęcający płomień zstąpi teraz na nas tu obecnych, na wszystkich Polaków mieszkających na tej ziemi i poza jej granicami”. Dlatego i my powtarzamy te słowa oraz inne fragmenty tej potężnej modlitwy, rozpalając wielki płomień, czego konkretnym wyrazem jest wieńczące nasze rozważania nabożeństwo przekazania Płomienia Miłości Niepokalanego Serca Maryi.
Aby Polska posłuszna była woli Bożej!
Nasz Pan powiedział do św. Siostry Faustyny: Polskę szczególnie umiłowałem, a jeżeli posłuszna będzie woli Mojej, wywyższę ją w potędze i świętości. Z niej wyjdzie iskra, która przygotuje świat na ostateczne przyjście Moje. (Dz. 1732)
Posłuszeństwo Woli Bożej jest więc kluczowe dla Polski, aby mogły się przez nią wypełnić plany Boże. Abyśmy jako naród wypełnili misję, jaką Bóg przeznaczył nam w planie zbawienia. Mimo, że wiele proroctw mówi o tym, że Polska ma do odegrania ważną rolę, to jednocześnie wiemy, że jest to warunkowe: „jeżeli posłuszna będzie woli Mojej”. Widzimy też, jak niebezpieczne ideologie pojawiające się w naszym kraju, zagrażają dziś naszej wierze, moralności i rodzinie oraz stanowionemu prawu. Młode pokolenie często nie chce mieć już nic wspólnego z Kościołem i dokonuje apostazji, a nawet ją promuje i zachwala. Zagrożona jest również jedność samego Kościoła. Dym szatana, o którym mówił papież Paweł VI, dostał się do jego wnętrza i postępuje coraz śmielej.
W obliczu tych zagrożeń, podejmujemy walkę modlitewną o Polskę, by posłuszna była woli Bożej, i by przygotować duchowy fundament pod iskrę, która ma z niej wyjść.
Nieprzypadkowo temat posłuszeństwa Polski Woli Bożej wiążemy z rozważaniem dzieła napisanego przez włoską mistyczkę Luizę Piccarretę, małą córeczkę Woli Bożej, jak nazywał ją sam Jezus, ponieważ Wola Boża jest istotą całego orędzia, które otrzymała. Ale Wola Boża nie rozumiana jedynie jako jej „spełnianie”, ale „życie w Woli Bożej”, co jest pewną nowością, którą trzeba dobrze zrozumieć. Wola Boża staje się wręcz pożądanym Darem – a więc radością − który możemy posiąść, a nie trudnością i powinnością, którą trzeba wypełnić. Luiza usłyszała od Jezusa, że od niej rozpoczyna się nowe „pokolenie dzieci Woli Bożej”, łańcuch dusz powołanych do życia w Woli Bożej. Wola Boża będzie rozumiana i spełniana na zupełnie nowy sposób, właśnie jako życie w niej i nią jako swoją własną. Będzie to przywrócenie na ziemi pierwotnego porządku, jaki panował przed grzechem pierworodnym – „…bądź Wola Twoja jako w niebie, tak i na ziemi” – choć nie znaczy to, że grzech zostanie zupełnie wyeliminowany, bo to nastąpi dopiero w Królestwie Niebieskim.
Jeśli to prawda, że przyszłe pokolenia (a może już nasze?) otrzymają tę wielką łaskę, aby móc w pełni żyć w Woli Bożej, chcemy już dziś uczyć się tego, otwierając nasze serca na ten Dar – być tym zaczątkiem. I chcemy tego dla Polski. Chcemy modlić się o to, aby również Polska przyjęła ten Dar i żyła nim, stanowiąc prawo, które jest prawem Bożym, i aby przez to wypełniły się Boże zamiary względem niej. Jaka modlitwa mogłaby być do tego odpowiedniejsza, niż rozważanie Męki Pańskiej spisanej przez Małą Córeczkę Woli Bożej, która to modlitwa w całości opiera się na zespoleniu z Wolą Bożą, czy wręcz na „posługiwaniu się” nią?
Jezus mówił do Luizy: (…) większy lub mniejszy efekt tych GODZIN MĘKI wynika z większej lub mniejszej jedności, jaką ze Mną tworzą. Jeśli stworzenie rozważa je za pośrednictwem mojej Woli, to ukrywa się w mojej Woli, a kiedy działa moja Wola, mogę czynić wszelkie dobro, jakiego zapragnę, nawet za pomocą jednego tylko słowa. I będę to czynił za każdym razem, gdy będziecie je rozważać.
Odmiennością tych Godzin, w stosunku do innych rozważań Męki Pańskiej, jest odtwarzanie w sobie wszystkich uczuć, myśli, pragnień i zadośćuczynień Jezusa, jakby to były nasze, a więc wejście w Jego Wolę, aby uczynić ją naszą wolą. Przekładając to na intencję za Polskę, którą sobie wyznaczyliśmy − bierzemy pragnienia Jezusa, a więc Jego Wolę względem naszej Ojczyzny i jednocząc się z nią, za jej pomocą, wyrażamy te same pragnienia i prośby do Ojca Niebieskiego, aby spełniło się to, czego On chce i czego my chcemy w Jego Woli. Mamy pewność, że taka intencja nie może być nigdy zła, ponieważ nie prosimy o to, co my uważamy za dobre dla nas, ale o to, czego chce Bóg dla naszej Ojczyzny. A On ma zawsze najdoskonalszy plan!
szczegółowe informacje na stronie internetowej:www.24gmp.pl
***
piątek 15 sierpnia
Uroczystość Wniebowzięcia Najświętszej Maryi Panny
Wniebowzięcie Najświętszej Marii Panny
Rubens, 1626 | wikipedia
***
Uroczysta Msza św.
w kościele św. Piotra o godz. 20.00
***
– Tego dnia mamy obowiązek uczestniczenia we Mszy św.
–Członkowie Żywego Różańca mogą uzyskać odpust zupełny
za siebie albo za dusze w czyśćcu cierpiące pod zwykłymi warunkami:
– być w stanie łaski uświęcającej;
(jeżeli tego warunku brak, należy przystąpić do spowiedzi św.)
– nie mieć w sobie przywiązania do jakiegokolwiek grzechu;
– uczestniczyć w pełni we Mszy św.;
– pomodlić się w intencjach, w których modli się Ojciec św.
***
Z uroczystością Wniebowzięcia Najświętszej Maryi Panny związany jest zwyczaj święcenia ziół. Dlatego w pobożności ludowej dzisiejsze święto nazywamy także świętem Matki Boskiej Zielnej lub Korzennej i w kościołach kapłani święcą zioła, kwiaty i snopy dożynkowe.
Święcenie ziół przypomina, że człowiekowi potrzebna jest ozdrowieńcza moc natury. Człowiek powinien być doskonały, zbawiony i zdrowy, czego uosobieniem jest Maryja. Według starej tradycji, w bukiet do poświęcenia w tym dniu wiązano 7 lub 77 różnych ziół i zbóż, później także kwiatów. Siódemka już w Starym Testamencie jest symbolem doskonałości. Tych siedem ziół to rumianek, mięta, melisa, bazylia, rozmaryn, lubczyk i nasturcja.
Dominikanin św. Albert Wielki z Kolonii ok. 1230 r. znał już około 200 ziół leczniczych. Św. Hildegarda z Bingen (1098-1179) znała wiele sposobów na „leczenie ciała i duszy” i np. przepisywała dziewannę jako środek „na słabe i smutne serce”. A wnuczka królowej Bony – Anna Wazówna była autorką pierwszego w Polsce zielnika. Z ziół sporządzała lekarstwa i leczyła nimi mieszkańców zamku oraz okoliczną ludność.
Według ludowej tradycji, co zresztą potwierdza także nauka, w tym czasie zioła kwitną najpiękniej i mają najbardziej intensywny zapach i największą moc. Dlatego właśnie w tym czasie zbiera się zioła, które mają lecznicze działanie.
***
„Błogosław Ojczyźnie naszej, by była Tobie zawsze wierna…”
Ksiądz Ignacy Skorupka w obronie Warszawy w 1920 r. Obraz namalowany na życzenie papieża Piusa XI w kaplicy w Castel Gandolfo przez Jana Henryka Rosena(fot. Grzegorz Gałązka)
***
W dzisiejszą uroczystość Wniebowzięcia Najświętszej Maryi Panny wspominamy 105. rocznicę Cudu nad Wisłą – „Bitwę Warszawską”, która ocaliła Europę przed bolszewickim najazdem.
***
Cud nad Wisłą i modlitwa za wstawiennictwem św. Andrzeja Boboli – zapomniany epizod z 1920 r.
Przed Bitwą Warszawską w lipcu i sierpniu 1920 r. w stolicy trwały żarliwe modlitwy za wstawiennictwem jezuickiego męczennika św. Andrzeja Boboli. Jego relikwie, specjalnie przywiezione z Krakowa, były wystawiane na ołtarze i noszone w procesjach, a polscy biskupi zwrócili się z prośbą do papieża o ogłoszenie Boboli patronem kraju. Po zwycięstwie dziękowano mu za orędownictwo. Jednak po II wojnie światowej ten epizod wojny polsko-bolszewickiej został niemal zapomniany. Przypominamy fragment książki Joanny i Włodzimierza Operaczów „Boży wojownik. Opowieść o św. Andrzeju Boboli”.
św. Andrzej Bobola
fot. Karol Porwich/Tygodnik Niedziela
***
Bohater wschodniego frontu
Po beatyfikacji Andrzeja Boboli [w 1853 r. – przyp. red.] jego kult powoli rósł w kraju, do czego przyczyniła się przepowiednia przekazana w 1819 r. dominikaninowi o. Marcinowi Godebskiemu, że Polska odzyska niepodległość, kiedy Bobola zostanie ogłoszony jej patronem. Nad popularyzacją postaci błogosławionego najbardziej pracowali jezuici, którzy głosili kazania na jego temat, publikowali artykuły i broszury i podejmowali wiele innych przedsięwzięć. Współbracia Boboli, którzy posługiwali po kryjomu wśród podlaskich unitów, brutalnie prześladowanych przez władze carskie, oddawali mu się w opiekę i ponoć na każdym kroku doznawali jego wsparcia. W czasie I wojny światowej był on dla polskich żołnierzy popularnym orędownikiem.
Gdy w 1920 roku bolszewicy stanęli na przedmieściach stolicy, z polskiej strony nastąpiła bezprecedensowa mobilizacja – przede wszystkim militarna i organizacyjna, ale również duchowa. Jak ocenia historyk prof. Wiesław Jan Wysocki, Kościół katolicki w Polsce nigdy w swojej histori nie wykazał się takim zaangażowaniem w sprawy narodowe. […] W Warszawie organizowano liczne msze i modlitwy. […] W nabożeństwach, które odbywały się przy akompaniamencie dział grzmiących na przedmieściach miasta, wzięło udział około stu tysięcy osób. Proszono o orędownictwo Matkę Bożą oraz […] bł. Andrzeja Bobolę i bł. Władysława z Gielniowa. Ich relikwie były noszone w procesjach i wystawiane podczas nabożeństw (w przypadku świętego Andrzeja był to kawałek żebra pobrany z ciała w 1917 roku w Połocku i specjalnie przywieziony do Warszawy z kościoła świętej Barbary w Krakowie). W obliczu zagrożenia, które nadciągnęło ze Wschodu, zwłaszcza Andrzej, zadręczony przez prawosławnych Kozaków, wydawał się warszawianom szczególnie bliski. Kardynał Aleksander Kakowski tak mówił o nim w jednym z kazań:
„Błogosławiony Bobola, którego relikwie spoczywają w tej chwili na tym ołtarzu, to wielki Patron Polski, który za te same hasła, za które Polska obecnie walczy, i z rąk tych samych wrogów, którzy jej istnieniu zagrażają, najokrutniejsze poniósł męczeństwo. Andrzej Bobola to w najściślejszym słowa znaczeniu bohater wschodniego frontu! I jak w Polsce jej zmartwychwstanie przepowiedział, tak dziś o jej ocalenie modlić się nie przestaje”.
Prośba o patrona
W lipcu 1920 roku polscy biskupi zwrócili się do papieża Benedykta XV z prośbą o kanonizację bł. Andrzeja Boboli i ogłoszenie go patronem Polski. Wyrazili wówczas ufność, że ten męczennik wojen na Wschodzie może uchronić ojczyznę od nieszczęścia, jakie stamtąd przyszło. Do prośby hierarchów dołączono list marszałka Józefa Piłsudskiego, który pisał:
„Ojcze Święty! Od początku wojny światowej, która się zda obecnie dobiegać do końca, Bóg Wszechmogący widocznie błogosławił wysiłkom naszej bohaterskiej armii. Wbrew zamiarom naszych wrogów, Ojczyzna nasza zmartwychwstała, co według rachub ludzkich zdawało się prawie niemożliwym. Przypisujemy to dokonanie się aktu sprawiedliwości dziejowej możnemu wstawiennictwu naszych Świętych Patronów, a zwłaszcza Błogosławionemu Andrzejowi Boboli, w sposób szczególny czczonemu przez naród polski, który w nim położył swą ufność. Pragniemy mu okazać wdzięczność za Jego opiekę nad Polską i zapewnić ją sobie na przyszłość dla dalszego rozwoju naszego Państwa. Dlatego błagamy Cię, Ojcze Święty, by Wasza Świątobliwość raczył zaliczyć w poczet świętych Błogosławionego Andrzeja Bobolę. Ufamy, że jako Patron Kresów Wschodnich, na których poniósł śmierć męczeńską, wyprosi nam u Boga, że Polska w dalszym ciągu będzie przedmurzem chrześcijaństwa na rubieżach wschodnich”.
Cud (św. Andrzeja) nad Wisłą
Zarządzona przez kard. Kakowskiego nowenna o ubłaganie ratunku dla Polski zaczęła się 6 sierpnia, a zakończyła 14 sierpnia – w wigilię uroczystości Wniebowzięcia Matki Bożej i dzień przed bitwą, która przeszła do historii jako cud na Wisłą. Zwycięstwo przypisywano przede wszystkim Matce Bożej, ale pamiętano również o św. Andrzeju. Jego współbrat o. Marcin Czermiński tak pisał dwa lata później o orędownictwie Boboli [w biografii „Andrzej Bobola: jego życie, męczeństwo i kult” – przyp. red.], zapewne dając wyraz czemuś więcej niż tylko własnemu przekonaniu:
„W pięć dni po procesji, wyżej opisanej, lecz jeszcze w czasie odprawiania nowenny, wojska polskie odniosły pierwsze wielkie zwycięstwo nad znacznie przeważającymi armiami bolszewickimi. Nieprzyjaciel stracił w zabitych 50.000 żołnierzy i dwie trzecie wszystkich swoich armat, a do niewoli wzięto 107.000 z bolszewickiej armii. Wszyscy mówili, iż to cud. Cud nad Wisłą opisywały dzienniki zagraniczne. Błogosławiony Andrzej Bobola uprosił go u Pana Boga”. […]
Przy obrazie Andrzeja Boboli w kościele Matki Bożej Łaskawej, który na czas odprawiania nowenny został przeniesiony z ołtarza bocznego do głównego, a później wrócił na swoje miejsce, umieszczono pamiątkową tabliczkę:
„Obywatele Warszawy w ciężkich dniach sierpnia 1920 roku
Gdy wróg stał u wrót stolicy
Przed tym ołtarzem Błogosławionego Andrzeja Boboli
Zanosili modły o zwycięstwo
Które świat współczesny nazwał Cudem nad Wisłą”.
Wróg przyjaźni polsko-radzieckiej
Po przejęciu władzy w Polsce po drugiej wojnie światowej komuniści rozpoczęli walkę z Kościołem. […] Kult świętego Andrzeja Boboli oraz wszelkie wzmianki podlegały tym samym ograniczeniom co reszta działalności religijnej. Ale jego przypadek był „gorszy” i to z aż trzech powodów – Bobola został uznany za świętego kresowego, antybolszewickiego i związanego z unitami.
Kiedy po 1945 r. wcielono wschodnią połowę II Rzeczpospolitej do ZSRR, komuniści wprowadzili embargo na wszelkie informacje o Kresach. Mówienie czy pisanie o Andrzeju Boboli wiązałoby się z przypominaniem o obecności Polski i Kościoła na Litwie i Pińszczyźnie, co było niedopuszczalne. Ponadto Andrzej Bobola nawracał prawosławnych na katolicyzm na obszarach, co do których moskiewska Cerkiew rościła sobie pretensje do religijnego zwierzchnictwa.
W Polskiej Rzeczpospolitej Ludowej wszelkie publikacje czy audycje obowiązywała zasada, że w historii Polski nie wydarzyło się coś takiego, jak wojna polsko-bolszewicka 1920 roku.
W 1946 roku Józef Stalin nakazał likwidację Kościoła greckokatolickiego na terenie ZSRR. Formalnie odbyło się to poprzez wcielenie unitów do Kościoła prawosławnego, który był całkowicie podporządkowany władzom. W PRL istnienie grekokatolików również było dla rządzących sporym kłopotem. Cenzura dostała więc nakaz przemilczania tego tematu: „Należy eliminować wszelkie informacje o istnieniu – aktualnie w Polsce – obrządku grecko-katolickiego, jego podporządkowaniu ks. Wyszyńskiemu oraz jakiejkolwiek działalności unitów w naszym kraju” (Tomasz Strzyżewski, „Wielka księga cenzury PRL w dokumentach”, Warszawa 2015, s. 101.). Te wytyczne rykoszetem uderzyły również w kult świętego Andrzeja Boboli.
Z tych powodów Bobola najprawdopodobniej trafił na cenzorską listę postaci, o których w ogóle nie można było mówić ani pisać – nawet w negatywnych kontekście. Nie można było nawet wydrukować obrazków z jego podobizną.
Joanna Operacz, Włodzimierz Operacz, „Boży wojownik. Opowieść o św. Andrzeju Boboli”, Kraków 2022, Wydawnictwo Esprit.
***
Zawierzajmy Panu Bogu naszą Ojczyznę
Boże, Rządco i Panie narodów,
z ręki i karności Twojej racz nas nie wypuszczać, a za przyczyną Najświętszej Panny, Królowej naszej, błogosław Ojczyźnie naszej, by Tobie zawsze wierna, chwałę przynosiła Imieniowi Twemu a syny swe wiodła ku szczęśliwości.
Wszechmogący wieczny Boże, spuść nam szeroką i głęboką miłość ku braciom i najmilszej Matce, Ojczyźnie naszej, byśmy jej i ludowi Twemu, swoich pożytków zapomniawszy, mogli służyć uczciwie.
Ześlij Ducha Świętego na sługi Twoje, rządy kraju naszego sprawujące, by wedle woli Twojej ludem sobie powierzonym mądrze i sprawiedliwie zdołali kierować.
Przez Chrystusa, Pana naszego. Amen.
(Modlitwa za Ojczyznę ks. Piotra Skargi)
***
Cud nad Wisłą – historia nieopowiedziana
Cud nad Wisłą – Bitwa Warszawska – Jerzy Kossak – ze zbiorów Muzeum Wojska Polskiego via Wikimedia Commons /Lemons 2019
***
W 1920 roku zatrzymaliśmy czerwoną zarazę. Odpędziliśmy diabelską hordę precz od naszej stolicy i pognaliśmy ją na wschód, skąd przyszła. Był to wielki, jeżeli wręcz nie największy w dziejach triumf oręża polskiego. Powinniśmy być z niego nieskończenie dumni, pomimo, iż ostatecznie nie rozgromiliśmy bolszewickiej dziczy, a nawet nie wyparliśmy jej z terytorium dawnej Rzeczypospolitej, czego tragiczne skutki spadły na nas już po dwudziestu latach. A jednak bezsprzecznie powstrzymaliśmy jej marsz na zachód, ratując od niechybnej zguby nieświadomą zagrożenia Europę. Jak śpiewa psalmista: „Stało się to przez Pana i cudem jest w naszych oczach” (Ps 118, 23).
Dlaczego wstydzimy się Cudu nad Wisłą? Bo że tego typu postawę przejawiają liczni Polacy, nie ulega wątpliwości. I to wcale nie ateiści (co wszak w pełni zrozumiałe i szkoda sobie tym głowę zawracać), ale również katolicy, którzy wiarę w Boga mniej lub bardziej otwarcie deklarują, mniej lub bardziej świadomie żyją Ewangelią na co dzień i cudów istnienie mniej lub bardziej uznają. Ale wystarczy, by ktoś choćby napomknął o nadprzyrodzonym aspekcie zwycięstwa nad bolszewikami w sierpniu 1920 roku, a natychmiast wywoła u licznej rzeszy Polaków pełen zażenowania uśmieszek, pogardliwe spojrzenie z góry lub sarkastyczną odpowiedź:
– A gdzie tam cud! Jaki cud! Nie żaden cud, tylko geniusz wodza i waleczność żołnierza polskiego. Wygraliśmy, bo byliśmy lepsi i silniejsi.
Czyżby? Złośliwiec mógłby zauważyć, że zaledwie dwadzieścia lat później ten sam żołnierz dostanie ciężkiego łupnia i nie obroni Ojczyzny, a polityczni wychowankowie tego samego wodza w obliczu nadchodzącej wojny zachowają się jak dzieci we mgle i zmarnują Polskę.
Czy zaś byliśmy lepsi i silniejsi? Przede wszystkim, nie najrozsądniej jest post factum umniejszać siły i wartość bojową pokonanego wroga, bo się tym samym własne nad nim zwycięstwo umniejsza. Ale o to mniejsza.
Ważniejszą bowiem kwestią jest, czy rzeczywiście czerwona horda prąca na Warszawę, Lwów i Poznań, oraz dalej: na Berlin, Paryż i Rzym, była od nas słabsza? Siła, której uległo światowe mocarstwo o niewyczerpanych zasobach ludzkich i materiałowych, jakim była Rosja? Nie wolno nie doceniać sił przez Rewolucję zrodzonych, jak to uczynili pod koniec XVIII stulecia europejscy monarchowie…
Latem zaś 1920 roku tratowała polską ziemię rewolucyjna bestia, której starsza, francuska siostra nie była godna zawiązać sznurka u szubienicy. A naprzeciw tej siły Polonia dopiero co Restituta – kraj młodziutki, państwo ledwo sklejone z trzech całkiem odrębnych dzielnic, wojsko, co jeszcze wczoraj w szeregach obcych armii strzelało do siebie nawzajem (albo w szkolnej ławce siedziało), uzbrojone w mieszankę zaborczego dziedzictwa a dowodzone wedle trzech różnych tradycji…
Niech ziści się cud Wisły – prosimy Cię, Panie
Podobnych zastrzeżeń mógłby ktoś złośliwy namnożyć niekończącą się litanię. Ale dziś nie czas na złośliwości. Dzisiaj świętujemy oczywisty triumf. I dlatego dziś nazywamy rzeczy po imieniu.
15 sierpnia 1920 roku na polskiej ziemi wydarzył się Cud!
Utarło się sądzić, że Cud nad Wisłą wymyśliła endecja celem podważenia zasług marszałka Piłsudskiego. W istocie jednak sprawa nie do końca tak wygląda. Owszem, w nocy z 13 na 14 sierpnia, czyli w chwili największego zagrożenia stolicy, jak najbardziej endecki publicysta Stanisław Stroński opublikował na łamach dziennika „Rzeczpospolita” artykuł zatytułowany „O cud Wisły”, w którym – powołując się na analogiczną sytuację z początku września 1914 roku, kiedy to wojskom francusko-brytyjskim z wielkim trudem udało się na przedpolach Paryża zatrzymać niemiecki Blitzkrieg, co francuska opinia publiczna natychmiast okrzyknęła mianem „cudu nad Marną” – w życzeniowym, wręcz błagalnym tonie wołał o taki sam cud na polskiej ziemi.
Bo – jak czytamy we wspomnianym artykule – „żeby Warszawa wpaść miała w ręce bolszewików, żeby Trocki miał wejść do miasta jak ongi Suworow i później Paskiewicz, żeby ten sam dziki, a dzisiaj jeszcze dzikszy, bo podniecony przez mściwych i krwiożerczych naganiaczy sołdat i mużyk pohulać miał w stolicy odrodzonej Polski, tej myśli wojsko nasze nie zniesie i każdy żołnierz sobie powie: po moim trupie! (…) I gdy w jutrzejszą niedzielę zbiorą się miliony ludności polskiej w kościołach i kościółkach naszych, ze wszystkich serc popłynie modlitwa: Przed Twe ołtarze zanosim błaganie, Ojczyznę, Wolność, zachowaj nam Panie. Błogosławiony tą modlitwą ojców, matek, sióstr i małej dziatwy o ziszczenie się cudu Wisły, żołnierz polski pójdzie naprzód z tym przeświadczeniem, że oto przypadło mu w jednej z najcięższych chwil w naszych tysiącletnich dziejach być obrońcą Ojczyzny”.
I tyle. Nic ponad to, co było widać naokoło: miliony Polaków na Mszach Świętych, w procesjach i czuwaniach; w kościołach, domach i na ulicach; na kolanach przed Najświętszym Sakramentem i wiejskimi kapliczkami błagały o cud, który ich samych i ich rodziny, domy ich i ziemię, i wszystko, co się Polską nazywa, ocali od nadchodzącej hordy Antychrysta.
Nic ponad to, o co może – i powinien – prosić wierzący chrześcijanin.
Tylko w sposób nadprzyrodzony da się to wyjaśnić
Orzeczenie cudownego charakteru zwycięstwa na przedpolach Warszawy przyszło skądinąd. Wkrótce po zwycięstwie, podczas nabożeństwa dziękczynnego za oswobodzenie stolicy i kraju od najazdu bolszewickiego, z wysokości ambony warszawskiej bazyliki archikatedralnej pod wezwaniem świętego Jana Chrzciciela padły słowa wypowiedziane przez metropolitę lwowskiego obrządku ormiańskiego, arcybiskupa Józefa Teodorowicza:
„Cokolwiek mówić czy pisać się będzie o bitwie pod Warszawą, wiara powszechna nazwie ją Cudem nad Wisłą i jako cud przejdzie ona do historii. (…) Zwycięstwo pod Warszawą tylko w sposób nadprzyrodzony wyjaśnić i wytłumaczyć można.”
Do kogo zaś należy wyrokowanie o nadprzyrodzonym charakterze zjawisk, jeśli nie do katolickiego hierarchy, na którym spoczywa sukcesja apostolska?
A wszystkich zaniepokojonych o ziemską chwałę uczestników tamtych wydarzeń tenże sam hierarcha, i jednocześnie żarliwy polski patriota, który niejednokrotnie dał wyraz swej miłości do Ojczyzny, uspokaja zapewnieniem, że postrzeganie warszawskiej wiktorii w kategoriach cudu nikomu bynajmniej nie ujmuje niczego z należnej mu chwały, bohaterstwa czy dowódczych kompetencji.
„Bóg czyniąc cuda, nie przytłacza i nie niszczy chlubnych wysiłków swojego stworzenia; owszem, tam, gdzie i największe ofiary przed przemagającą siłą ustąpić muszą, cudem je wspiera i cudami bohaterstwo wieńczy. Pycha to tylko bałwochwaląca siebie zdolna jest tak wysoko się wynieść, iż Bogu samemu urąga, dumnie w przechwałkach wołając: O cudach nam mówicie, cuda nam głosicie? Zali to nie ramię nasze ocaliło Warszawę? Zali to nie geniusz wodzów ją zbawił?”
„Tylko tym, co się mienią bogami na ziemi, wydaje się Bóg i Jego moc, i Jego łaska jakąś konkurencją niepożądaną, która z zasług ich odziera. Nie za sługi Pańskie, ale za wcielone bóstwa uważają się ci, którzy w śmiesznej i zuchwałej nadętości tak mówią.”
Skąd zaczerpnąć nowej ufności i zapału?
„Niechaj wodze spierają się i swarzą” – kontynuuje mądry ormiański metropolita – „niech długo i uczenie rozprawiają, jaki to plan strategiczny do zwycięstwa dopomógł. Będziemy im wierzyli na słowo i słuszność im przyznamy. Ale cokolwiek wypowiedzą, nigdy nas o jednym nie przekonają: by plan, choćby najmędrszy, sam przez się dokonał zwycięstwa. Jeżeli w każdej bitwie, nawet najlepiej przygotowanej, przy doborze wodzów i żołnierza, przy planach genialnych, jeszcze zwycięstwo waha się niepewne, jeszcze zależne jest od gry przypadków, a raczej od woli Bożej, to cóż dopiero mówić tutaj?”
15 sierpnia 1920 roku żołnierz polski – od dwóch miesięcy w nieustannym odwrocie; bity i spychany z kolejno zajmowanych pozycji, bez oporu oddający ważne punkty strategiczne (jak choćby twierdzę brzeską), porażony strachem przez wroga z głębi piekieł, jakiego nie widziano na tej ziemi od ponad dwustu lat, a który swym bestialstwem przewyższał tatarskie czambuły – ten żołnierz przez setki kilometrów cofający się coraz bardziej niezbornie, a wreszcie uciekający w popłochu – ten właśnie żołnierz pod Warszawą nagle a niespodziewanie odzyskał pełnię sprawności bojowej i niezłomnego ducha.
Bo – wskazuje arcybiskup Teodorowicz – „żołnierz w rozsypce, który od tygodni całych miał tylko jedno na myśli – ucieczkę; żołnierz wyczerpany i na ciele, i na duchu, żołnierz zwątpiały, który wierzył święcie w przegraną, a zrozpaczył o zwycięstwie, taki żołnierz tylko od Ciebie, Panie, tylko od serca Twojego mógł zaczerpnąć nowej wiary, nowej ufności, nowego zapału.”
Ale czy to aby nie retoryczna, kaznodziejska przesada?
Skądże znowu! Przeczą temu fakty.
Oto już 16 lipca szef sztabu 1 Dywizji Litewsko-Białoruskiej raportował szefowi sztabu 1 Armii, że polskie „oddziały cofają się w zupełnym nieładzie, małymi grupami. Stan moralny jest bardzo niski. Wojsko ucieka przy lada wystrzale, przy lada okrzyku: „kawaleria”. Drogi są zapełnione tysiącami łazików bez karabinów. Trzeba stanowczych rozkazów, stanowczej egzekutywy w sprawach maruderstwa. Jeżeli tego nie będzie, cały kraj, przez który armii naszej cofać się wypadnie, zostanie doszczętnie rozgrabiony, a imię Polski na zawsze skompromitowane. (…) Niestety, trzeba nazywać rzeczy po imieniu, że masa panicznie w największym nieładzie ucieka.”
17 lipca generał Władysław Jędrzejewski meldował o „ogromnym przemęczeniu, upadku ducha i szerzeniu się grabieży. W tym samym meldunku donosił ponadto, iż oddziały uciekają nawet przed patrolami, pomimo najostrzejszych środków, a nawet rozstrzeliwań. (…) Oddziały nie są zdolne do stawienia jakiegokolwiek oporu.”
Z kolei porucznik Wiktor Drymmer zapisał w pamiętniku: „Widziałem oficerów płaczących i rozpaczających głośno, wymyślających na wszystko i na wszystkich. (…) Jednego z oficerów musiałem mocno uderzyć, gdy siedział na kamieniu i rozpaczał, wykrzykując, że wszystko stracone.” W innych zaś oficerskich wspomnieniach przeczytać można, że „nie ma już armii polskiej, tej silnej i odpornej armii, która niedawno temu cały świat zadziwiała swym zwycięstwem.”
Upadek morale był widoczny gołym okiem. Rząd nie krył najwyższych obaw. „Niebezpieczeństwo stanęło przed nami w całej swej grozie” – konstatował premier Wincenty Witos – „gdyśmy musieli patrzeć na coraz to nowe zastępy żołnierzy ubranych i uzbrojonych, ale przerażonych, nie mogących wymówić nawet jednego słowa, a widzących tylko w ucieczce ratunek. Zapytani, gdzie uciekają, nic nie odpowiedzieli, oglądając się tylko trwożnie za siebie.”
Wojsko Polskie opanowała – jak rzecz zwięźle ujął Józef Mackiewicz – „gangrena demoralizacji i rozkładu”.
I takie wojsko miało pokonać dziką hordę, która upojona dotychczasowymi sukcesami aż przytupywała z niecierpliwości na samą myśl o orgii gwałtu i łupiestwa, jaką wkrótce rozpęta w zdobytej Warszawie.
– Jeszcze szesnaście wiorst i Europa! – zagrzewał swoich bojców dowódca Frontu Zachodniego Michaił Tuchaczewski – a tam nieprzebrane skarby Zachodu; tam dopiero będzie można realizować leninowską dyrektywę wyrażającą samo jądro komunizmu: grab nagrabliennoje!
Do tego stopnia wróg był pewny zwycięstwa, że już 14 sierpnia – uprzedzając niezaistniałe jeszcze (i nie mające nigdy zaistnieć) fakty – oficjalnie całemu światu ogłosił zdobycie stolicy Rzeczypospolitej. Nie usprawiedliwiając bynajmniej oszczerczej sowieckiej praktyki kreowania faktów medialnych można jednak do pewnego stopnia tę pewność zrozumieć. 14 sierpnia 1920 roku bowiem sytuacja Polski była po prostu rozpaczliwa. Doskonale zdawał sobie z tego sprawę znający wojnę od podszewki szef przebywającej w Polsce francuskiej misji wojskowej generał Maxime Weygand. „Wasze modlitwy mogą w tym dniu więcej pomóc niż cała nasza wiedza wojskowa” – oznajmił w rozmowie z kardynałem Achille Rattim, nuncjuszem apostolskim w Warszawie.
„Istotnie modlitwy pomogły” – orzeka autorytatywnie arcybiskup Józef Teodorowicz. „Nie ujęły zasługi wodzom, ni chwały męstwu żołnierzy; nie ujęły też wartości ofiarom i wysiłkom całego społeczeństwa; ale to modły bitwę rozegrały, modły Cud nad Wisłą sprowadziły.”
Gdy zmora dusiła nieprzeparta
Na początku drugiej dekady sierpnia 1920 roku mogło się wydawać, że nie ma siły, która by przerażonego, osłabionego i zrozpaczonego, więc w ogólnym rozrachunku niezdatnego do boju, czyli, krótko mówiąc, przegranego żołnierza polskiego postawiła z powrotem na nogi, wlała weń ducha zwycięstwa, poderwała do kontrataku. Bo istotnie na ziemi takiej siły nie było. Duch zwątpienia ogarnął nawet dziarskiego zawsze Komendanta.
Józef Piłsudski w stanie krańcowej apatii, złożywszy na ręce premiera rezygnację ze stanowiska naczelnika państwa i naczelnego wodza już 12 sierpnia, czyli w momencie nie całkiem jeszcze krytycznym, opuścił stolicę, by – jak twierdzą nieprzychylni mu – szukać pocieszenia w ramionach konkubiny, czy też, aby – jak utrzymują jego zwolennicy – rzucić na stos swój życia los, osobiście prowadząc słynne uderzenie znad Wieprza.
Dziwne to zachowanie naczelnego wodza, skrajnie nieodpowiedzialne, wręcz szkodliwe, co zresztą on sam pośrednio przyzna w książce poświęconej wojnie polsko-bolszewickiej, pisząc, iż „przy braku mego autorytetu mogła się załamać obrona stolicy nawet wtedy, gdy przewagę nad wrogiem mieć możemy”. Mimo to zszedł z posterunku, co nie uszło uwagi otoczenia. „Wszyscy byli zdziwieni, a ja pierwszy, widząc, że wódz naczelny porzuca kierownictwo całości bitwy” – zapisał generał Weygand.
Czymże innym takie postępowanie racjonalnie wytłumaczyć, jak nie skrajnym rozstrojem ducha, umysłu i woli – głęboką depresją, gdy (wedle słów samego Piłsudskiego) „jakaś zmora dusiła mnie swą nieprzepartą siłą ustawicznego ruchu, zbliżającego potworne łapy do śmiertelnego ucisku gardła?”
Z drugiej strony jednak powyższe słowa człowieka, który nadprzyrodzonościami nigdy głowy sobie nie zawracał, tym dobitniej dowodzą powszechnego wówczas przekonania, że oto zmierza ku sercu Rzeczypospolitej niepokonana potęga samego mysterium iniquitatis – opisanej przez świętego Pawła w drugim liście do Tesaloniczan „tajemnicy bezbożności” (2 Tes 2, 7).
„Cóż może uczynić człowiek przeciwko tak zuchwałej nienawiści?” – pyta w identycznym stanie ducha Théoden król Rohanu, gdy piekielne hordy przełamują ostatni szaniec i wydaje się, że już wszystko stracone…
Przeciw pierwiastkom duchowym zła
Nie bez racji lord Edgar Vincent wicehrabia D’Abernon dostrzegł w podwarszawskiej batalii osiemnastą przełomową bitwę w historii świata. Nie trzeba być Polakiem, nie trzeba być chrześcijaninem, wystarczy odrobina rozsądku i chwila zastanowienia, by dostrzec jej doniosłe znaczenie.
Podobnie bowiem jak, gdyby Karol Młot poniósł pod Poitiers w roku 732 klęskę z rąk Arabów, to – w myśl trafnej uwagi osiemnastowiecznego angielskiego historyka Edwarda Gibbona – „być może do dzisiaj z katedr Oksfordu nauczano by obrzezany lud interpretowania według Koranu świętości i prawdy objawienia Mahometa”, tak gdyby polski żołnierz uległ bolszewickiemu agresorowi, z tych samych katedr już sto lat temu zagłodzony i okuty w kajdany lud Zachodu poznałby dogmaty marksizmu-leninizmu.
Gdyby pękły polskie linie pod Radzyminem i Ossowem, wkrótce cała Europa pogrążyłaby się w mrocznej otchłani zła w jego najohydniejszej postaci, ponieważ – jak uczy papież Pius XI w encyklice „Divini Redemptoris” – „komunizm jest zły w samej swej istocie”. Jest on – zapewnia z kolei w encyklice „Quod apostolici muneris” papież Leon XIII – „śmiertelną zarazą przenikającą do najgłębszych komórek społeczeństwa i narażającą je na pewną zgubę”. Jeśliby zaraza ta „została przyjęta, stałaby się całkowitą ruiną wszystkich praw, instytucji i własności, a nawet samego społeczeństwa” – ostrzega papież Pius IX w encyklice „Qui pluribus”.
Gdyby więc pękły polskie linie pod Radzyminem i Ossowem, Stary Kontynent stałby się piekłem na ziemi – od Atlantyku do Morza Śródziemnego, od Gibraltaru po Nordkapp rozciągałby się jeden wielki gułag. Albowiem – jak napisali 7 lipca 1920 roku polscy biskupi w dramatycznym liście do całego światowego episkopatu z apelem o pomoc i ratunek dla Polski – „bolszewizm prawdziwie jest żywym wcieleniem i ujawnieniem się na ziemi ducha Antychrysta”.
15 sierpnia 1920 roku pod Warszawą, a może raczej nad Warszawą, starły się moce nieporównanie potężniejsze od wojsk Wschodu i Zachodu – kto tego nie bierze pod uwagę, ten nie jest w stanie pojąć istoty ani samego (chwilowego, niestety) zwycięstwa Polaków, ani też istoty komunizmu (ostatecznie, wskutek takiej właśnie sceptycznej mentalności, wciąż triumfującego).
15 sierpnia 1920 roku nie toczyliśmy wszak „walki przeciw krwi i ciału” – by sięgnąć po jakże adekwatny ustęp listu świętego Pawła Apostoła do Efezjan – lecz przeciw Zwierzchnościom, przeciw Władzom, przeciw rządcom świata tych ciemności, przeciw pierwiastkom duchowym zła na wyżynach niebieskich” (Ef 6, 12).
Za sprawą naszej Hetmanki i Królowej
Na ziemi zaś – jako się już rzekło – nie było podówczas siły zdolnej polskiego żołnierza wyrwać z odmętów defetyzmu i rozpalić w nim na nowo utraconą waleczność.
„Nie z nas to, o Panie, nagle wystrzelił promień nadziei” – wspomina arcybiskup Józef Teodorowicz. „Z nas było tylko przygnębienie, z nas mówiło zrozpaczenie, kiedyśmy dzikie hordy pod Warszawą ujrzeli. Z nas szły tylko cienie, które chmurą czarnej nocy przysłaniały oczy nasze. To ty pośród ciemności rozpaliłeś światło. Ty w zwątpieniu wskrzesiłeś nadzieję. Ty w omdlałej naszej duszy rozpaliłeś płomień życia, miłości i bohaterstwa. Bohaterstwo zatętniło w skroniach naszego polskiego żołnierza, a ono dziełem było rąk Twoich. Ty je spuściłeś z niebios na jego rozmodloną przed ołtarzami Twymi duszę.”
Nie przypadkiem – bo nie ma przypadków, tylko znaki od Boga – losy wojny polsko-bolszewickiej odwróciły się tego dnia, w którym Kościół czci uroczystość Wniebowzięcia Najświętszej Maryi Panny. „Bóg łaskę zwycięstwa i cud pod Warszawą dał nam przez ręce Tej, która Polski jest Królową” – podkreśla arcybiskup Józef Teodorowicz.
„Dzień 15 sierpnia” – mówi dalej lwowski metropolita – „obwołany w biuletynach całego świata jeszcze przed czasem jako dzień zajęcia Warszawy, obraca się dla dumnego wroga w klęskę, a dla nas w chwałę i zwycięstwo. Oto dzień, który Pan uczynił: radujmy się zeń i weselmy! (Ps 118, 24). To jest prawdziwy dzień Najświętszej Panny – dzień Jej zmiłowania i dzień Jej opieki – dzień cudu Jej nad Polską. Chce Ona w nim przed narodem całym zaświadczyć, że będzie tym Polsce, czym była w całej przeszłości: Panią jej i Obronicielką. Jak ongi nad murami Częstochowy, tak i dziś rozbłysnąć zapragnęła nad Warszawą, ażeby przez ten nowy cud wycisnąć w sercu nowej Polski miłość swoją.”
15 sierpnia 1920 roku za sprawą Niewiasty, która miażdży głowę węża, pękła moc czartowska. Niektórzy nawet ujrzeli na niebie Jej postać. I co ciekawe, nie byli to zrozpaczeni polscy żołnierze, lecz uskrzydleni nieprzerwanym pasmem dotychczasowych zwycięstw czerwonoarmiści. Zachowały się relacje jeńców bolszewickich, którzy na widok Bogurodzicy rzucili broń i pierzchli z pola walki.
– Was się nie boimy, ale z Nią walczyć nie będziemy! – deklarowali otwarcie.
Struchlały żołnierz nagle w lwa się przemienił
15 sierpnia 1920 roku duch przemiany dawał się wręcz wyczuć w powietrzu. Zauważyli to nawet twardzi żołnierze, nieskłonni ulegać nastrojom chwili.
„Nadszedł moment, kiedy nie tylko poszczególne jednostki, lecz całe armie nagle straciły wiarę w możliwość zwycięstwa nad wrogiem. Mieliśmy wrażenie, że struna, którą naciągaliśmy za sobą od przejścia Bugu, nagle pękła” – tak zwerbalizował opinię dość powszechną w sztabie Armii Czerwonej komkor Witowt Putna, dowódca 27 Omskiej Dywizji Strzeleckiej imienia Włoskiego Proletariatu.
„Naszym Polakom wyrosły skrzydła” – na bieżąco notował z kolei członek francuskiej misji wojskowej, major Charles de Gaulle. „Żołnierze, którzy zaledwie przed tygodniem byli fizycznie i psychicznie wyczerpani, gnają teraz naprzód, pokonując czterdzieści kilometrów dziennie. Tak, to jest Zwycięstwo! Całkowite, triumfalne zwycięstwo!”
– Ale gdzie w tym cud ów mniemany? – zawoła jeszcze zażarty niedowiarek. Gdzie wojsko anielskie, gdzie desant z nieba, gdzie nadprzyrodzona Wunderwaffe? Jeśli już Boga do wojny mieszamy, to po prostu uznajmy, że jest On po stronie silniejszych batalionów.
Nie, to bzdura. Nie powtarzajmy bezmyślnie bon motów starego zrzędy Woltera, który na dodatek nigdy w życiu prochu nie wąchał. Pan Bóg nie stosuje tanich rekwizytów rodem z Hollywood. „Nie miesza się On cudownie w zastępy walczących – tłumaczy wyczerpująco arcybiskup Józef Teodorowicz – nie zsyła aniołów swych z nieba, by hufce mdlejące zasilały; bierze jednak w swe ręce to, co się wymyka z wszelkich i najlepszych obliczeń rycerskich dowódców i czego nie dosięgnie ni zapał, ni bohaterstwo żołnierzy; bierze On w swe ręce to, co się wydaje czystym przypadkiem albo jakimś niedopatrzeniem czy niedoliczeniem, i wciąga to w swój rachunek, w swój plan, i albo daje przegraną, albo też darzy zwycięstwem.”
Szalę zwycięstwa, owszem, przechylił kontratak znad Wieprza, jednakowoż – jak celnie zauważył Norman Davies – „kontratak znad Wieprza był wprawdzie najbardziej dramatycznym wydarzeniem bitwy warszawskiej, lecz jego sukces był uzależniony od powodzenia działań, które go poprzedzały. Gdyby przyczółek wiślany upadł (…), śmiały manewr Piłsudskiego byłby bez znaczenia.”
Choćby ruszyła ofensywa nawet znad całego stada wieprzy, nic by nie zmieniła, gdyby przedmoście warszawskie nie utrzymało pozycji. Ale przedmoście warszawskie swe pozycje utrzymało, albowiem polski żołnierz, jeszcze wczoraj do ostatnich granic sterany odwrotem i podminowany rozpaczą, dziś precz odrzuciwszy strach i przemęczenie – o czym przypomina lwowski hierarcha – „w lwa się przemienił, gdyś ty, o Panie, tchnął weń mocą Twoją”.
Znaki od Pana historii
Ale to nie wszystko. Arcybiskup Teodorowicz dostrzega jeszcze jeden istotny aspekt nadprzyrodzonej pomocy. Pomyślmy tylko, ileż to razy w militarnych dziejach świata o zwycięstwie bądź klęsce decydował czynnik zupełnie nieprzewidziany: pomyślny zbieg okoliczności, łut szczęścia, ślepy traf. Chrześcijanin nie wierzy w ślepotę losu, bo wie, że w całym wszechświecie wszystko leży w mocy Boga w Trójcy Jedynego, Pana historii, który „wszystko urządził według miary i liczby, i wagi” (Mdr 11, 20). Każde szczęśliwe zrządzenie, które sceptyk nazwie uśmiechem losu, od Boga pochodzi.
Sięgnijmy po trzy przykłady z lata 1920 roku. Oto już na początku sierpnia naczelny dowódca Armii Czerwonej, Siergiej Kamieniew w porozumieniu z komisarzem ludowym spraw wojskowych Lwem Trockim wydał dowódcy frontu południowo-zachodniego Aleksandrowi Jegorowowi rozkaz przekazania trzech armii tegoż frontu zbliżającego się właśnie do Lwowa pod komendę prącego na Warszawę Tuchaczewskiego. Tak poważnie wzmocniony (zwłaszcza siłami okrytej ponurą sławą Konarmii, czyli Pierwszej Armii Konnej Siemiona Budionnego) Front Zachodni bez trudu przełamałby polską obronę, jednak sprawujący funkcję komisarza politycznego frontu Józef Stalin, niechętny Trockiemu i zazdrosny o wojenną sławę Tuchaczewskiego sprytnie opóźnił wykonanie tego rozkazu, wskutek czego czerwona konnica rozpoczęła przegrupowanie dopiero 13 sierpnia, czyli za późno.
Tego samego dnia 13 sierpnia zginął pod Dubienką major Wacław Drohojowski, przy którego zwłokach czerwonoarmiści znaleźli supertajną mapę z wyrysowanym planem działań polskich wojsk. Tuchaczewski jednak, zgodnie z sowiecką mentalnością, uznał dokument za mistyfikację, mającą wprowadzić go w błąd celem wymuszenia na nim niekorzystnych przegrupowań, i orzekłszy, że nie z nim takie tanie numery zignorował go.
A 15 sierpnia, podczas zaciętych walk nad Wkrą, polski pułk ułanów pod dowództwem majora Zygmunta Podhorskiego, wykorzystując nagle wytworzoną lukę we froncie wpadł do Ciechanowa, by znaleźć w nim pozbawiony jakiejkolwiek osłony sztab jednej z armii sowieckich i jedną z dwóch bolszewickich radiostacji. Zdobycie jej umożliwiło przestrojenie warszawskiego nadajnika na częstotliwość wroga i rozpoczęcie skutecznego zagłuszania – czytanym bez przerwy tekstem Pisma Świętego – czerwonych nadajników z Mińska, gdzie stacjonowało dowództwo Armii Czerwonej, wskutek czego jej oddziały nie były w stanie odbierać rozkazów Tuchaczewskiego. Nawiasem mówiąc symbolika tego wydarzenia wręcz poraża – czym zagłuszyć jazgot piekielnych hord jak nie Słowem Bożym…
Ale wracając do meritum, co zadziałało we wszystkich tych sytuacjach? Ślepy traf czy palec Boży? Lwowski arcybiskup widzi tę sprawę prosto: „Nas oświecałeś, o Panie, a wroga naszego zaślepiałeś; w nas wskrzeszałeś ufność i wiarę, a jemu zatwardnieć dałeś w wyniosłości i pysze; z nas dobywałeś płomień bohaterstwa i wysiłki najszczytniejsze, kiedy tymczasem u wroga pewność zwycięstwa wywoływała lekceważenie i nieopatrzność.”
Krótko mówiąc, Ojciec Niebieski życzył sobie, aby zwycięstwo przypadło w udziale Polakom.
Venimus, vidimus, Deus vicit
Wygraliśmy tę bitwę i całą tę wojnę, ale nie sami – kiedyż wreszcie to do nas dotrze? I co zyskujemy na tak kurczowym trzymaniu się rzekomo „racjonalnych” wyjaśnień zwycięstwa? Jakie w tym dobro? Przecież odżegnywanie się od nadprzyrodzonej pomocy żadnej chwały człowiekowi nie przymnaża, lecz – wprost przeciwnie – stawia go w nader marnym świetle. Stanowi przejaw nie tylko bluźnierczej pychy, ale wręcz zwykłej małostkowości.
Jakie to odległe od naszej narodowej tradycji, która kazała żołnierzom i wodzom dawnej Rzeczypospolitej przed każdą bitewną potrzebą wzywać niebieskich auxiliów, a za zwycięstwo nieodmiennie Opatrzności Bożej dziękować. Jakże daleko odeszliśmy od wzorca, który zostawił nam Jan III Sobieski. Wybitny strateg, bezsprzecznie przodujący w gronie naszych największych wodzów, na słane z Wiednia, skądinąd niezbyt Polsce przychylnego, błaganie o ratunek nie odpowiedział buńczucznie a głupio:
– Jesteśmy potęgą, a wyście trupy. Dławcie się, bijcie się, nic mnie to nie obchodzi, o ile interesy Polski nie są zahaczone. A jeśli gdzie zahaczycie je, będę bił.
Przeciwnie, dostrzegając w dalszej perspektywie zagrożenie dla Rzeczypospolitej – bo w końcu chodziło o jej odwiecznego wroga – zdecydował pobić go zawczasu i nie na swojej ziemi.
A pogromiwszy nawałę porównywalną do bolszewickiej, wprost z pobojowiska napisał w liście do papieża: „Venimus, vidimus, Deus vicit – przybyliśmy, zobaczyliśmy, Bóg zwyciężył.” Nie możemy się niestety pochwalić, że nasz król jako pierwszy w historii nowożytnej wykorzystał znany bon mot Juliusza Cezara (gdyż niespełna półtora wieku wcześniej uczynił to cesarz Karol V, kwitując zwycięstwo swej katolickiej armii nad heretykami z ligi szmalkaldzkiej pod Mühlbergiem słowami: Veni, vidi, Deus vicit), za to bezspornie chwalimy go za skromność, albowiem wypowiadając się z pierwszej osobie liczby mnogiej podzielił się chwałą zwycięzcy z całym swoim wojskiem.
Skoro więc wywyższony poprzez koronację ponad ogół poddanych monarcha nie wahał się wyznać, że „Bóg i Pan nasz na wieki błogosławiony dał zwycięstwo i sławę narodowi naszemu, o jakiej wieki przeszłe nigdy nie słyszały”, to dlaczego nam, prostym członkom egalitarnego społeczeństwa tak trudno to przychodzi?
„Czyż te słowa pokory i wiary umniejszyły w czymkolwiek lub obniżyły bohaterstwo króla i wodza?” – pyta arcybiskup Józef Teodorowicz. „Czy uszczknęły co z wawrzynów, jakie potomność i historia włożyły na skroń jego? Nic, zaiste; raczej mu ich przymnożyły: bo przepoiły jego bohaterstwo wdziękiem niezwykłym, że tak kornie o sobie trzymał, a nie nadymał się pysznie i nie wynosił. Rzuciły te słowa na czoło królewskie aureolę utkaną z promieni wiary, które Jana III pasują na chrześcijańskiego rycerza. Można więc śmiało powiedzieć, że te piękne i korne słowa wieńczą i zdobią jego skronie jeszcze wdzięczniej niż samo męstwo.”
„Deus vicit! – Bóg zwyciężył! – zawołamy tym wszystkim, którzy by ludzkiej mocy czy zręczności wyłącznie przypisywać chcieli zwycięstwo i wiązać je nie z nadziemską pomocą Bożą, ale tylko z wojennymi planami – powiada ormiański hierarcha ze Lwowa, by od razu wyjaśnić, że zgoła inny plan ocalenie nam przyniósł.”
„Plan ten skreślony był ręką Bożą, a tworzył go i wykonywał Duch Pański. Czego nie zdołał ni zabezpieczyć, ni przewidzieć plan ludzki, to zabezpieczył i przewidział plan Boży. (…) Bóg to jeden do warunków, do potrzeb, do chwili, odnajdywał i wydobywał serca, poddawał im szczęśliwe natchnienia, uzbrajał męstwem bohaterskim i przez nie swoje przeprowadzał plany. To, co jest najsłabszą stroną w planie strategicznym człowieka, to właśnie stanie się najsilniejsze w planie nadprzyrodzonym, Bożym. Gdyby zabrakło w tym miejscu i w tej chwili tego konkretnego bohatera, przepadłoby wszystko. Tośmy stwierdzili pod Warszawą.”
Narzędzia w ręku niewidzialnego Wodza
O tym samym poucza nas Słowo Boże. Oto kiedy wędrującym ku ziemi obiecanej Izraelitom zastąpili drogę Amalekici pod Refidim, ci ruszyli na nich zbrojnie, a „Mojżesz, Aaron i Chur wyszli na szczyt góry. Jak długo Mojżesz trzymał ręce podniesione do góry, Izrael miał przewagę. Gdy zaś ręce opuszczał, miał przewagę Amalekita. Gdy ręce Mojżesza zdrętwiały, wzięli kamień i położyli pod niego, i usiadł na nim. Aaron zaś i Chur podparli jego ręce, jeden z tej, a drugi z tamtej strony. W ten sposób aż do zachodu słońca były ręce jego stale wzniesione wysoko. I tak zdołał Jozue pokonać Amalekitów i ich lud ostrzem miecza” (Wj 17, 10-13).
Arcybiskup Józef Teodorowicz opatruje to biblijne zdarzenie wyśmienitym komentarzem. „Patrzcie, najmilsi” – wskazuje – „jak w tym wizerunku sprzęgają się i wzajemnie wspomagają: duch męstwa żołnierza i duch modlitwy. Bitwa ta rozgrywała się niezawodnie podług wszelkich praw znanej ówczesnej strategii. Losy przegranej czy zwycięstwa ważyć się zdawały tylko podług rachunku ludzkiego, to jest gorszych czy lepszych planów strategicznych, większej czy mniejszej liczby żołnierzy, większej czy mniejszej sprawności wodzów.”
„I każdy historyk wojenny” – kontynuuje wybitny polski hierarcha – „mógł śmiało uczniom wykładać, gdzie i w której chwili, i dlaczego losy bitwy przechyliły się na tę czy na tamtą stronę. A jednak i plany wojenne, i męstwo żołnierza, i zdolności dowódców nie rozegrały tej walki. Wszystko to, co o bitwie stanowi, było narzędziem tylko w ręku niewidzialnego Wodza, który podług miary i wagi układa sam swój plan bitwy.”
Ten sam schemat powtarza się w niezliczonych przykładach od samego zarania chrześcijańskiego świata.
Oto na przykład kiedy niedługo po idach październikowych roku 1065 od założenia Miasta cesarz Konstantyn, stanąwszy pod murami Rzymu, ujrzał we śnie niebiański znak Boży z zapewnieniem, iż pod tym znakiem zwycięży, niezwłocznie kazał swym żołnierzom umieścić go na tarczach. I faktycznie zwyciężył liczniejszego przeciwnika – wedle obietnicy Boga, któremu, choć poganin, postanowił zawierzyć.
Oto kiedy w roku Pańskim 1571 Turcy Osmańscy najechali Cypr, papież Pius V wysłał połączoną flotę z trudem zmontowanej koalicji Państwa Kościelnego, Hiszpanii, Wenecji, Genui, Sabaudii i Malty przeciwko najeźdźcom, a sam upadł na kolana, by z różańcem w dłoni błagać o niebiańskie wsparcie. I powstał z klęczek pewny zwycięstwa, zanim jeszcze powiadomili go o nim wysłańcy z pola bitwy.
Oto gdy w listopadzie 1655 roku Szwedzi przybyli pod jasnogórski klasztor celem splądrowania sanktuarium, przeor Augustyn Kordecki, od dawna się tego spodziewający (czego dał wyraz jeszcze w sierpniu kupując kilkadziesiąt muszkietów i wzmacniając liczebnie siłę zbrojną twierdzy), objął osobiste dowództwo jego obrony, nie ustając jednocześnie, wraz z całą duchowną załogą, w modlitwie i innych liturgicznych poczynaniach na rzecz uproszenia zwycięstwa. I po czterdziestu dniach bezskutecznego oblężenia potężny Szwed uszedł jak niepyszny ukradkiem nocną porą.
Bóg powiązał przyszłość z przeszłością
Naszkicowana powyżej perspektywa każe świeżym okiem spojrzeć nie tylko na samą warszawską wiktorię, nie tylko na zwycięski finał wojny z bolszewikami w roku 1920, ale również na fenomen zmartwychwstania Polski po ponad stuletnim niebycie politycznym. Uważna analiza faktów wiedzie bowiem do konkluzji, że Pan Bóg po to przywrócił życie Niepodległej, aby uratowała ona świat przed czerwoną zarazą.
„Pod Warszawą zrozumieliśmy” – podsumowuje arcybiskup Józef Teodorowicz – „że albo ogarnąć się damy hordom i nawale od Wschodu – a wtedy utracimy i byt nasz, i duszę naszą – lub też staniemy przeciw niej, ażeby wybawić siebie, a murem ochronnym stać się dla świata. Przez cud swój pod Warszawą Bóg powiązał przyszłość naszą z przeszłością. Powiązał i sprzągł myśl swoją względem nas z dnia wczorajszego z dniem dzisiejszym i jutrzejszym.”
Rzeczpospolita powróciła na światową scenę, aby dalej pełnić misję zleconą przez Boga przodkom naszym, gdy za oczywisty natchnieniem Ducha Świętego przyjęli łaciński model cywilizacji. Taki już nasz los, czy raczej: takie nasze zadanie od Pana historii – być antemurale. Bronić cywilizacji Zachodu – nie tylko w nas samych, ale i w otaczającym nas świecie. Choćby nawet ów świat sobie tego nie życzył.
Czyż bowiem świat starożytny życzył sobie zmian, jakie nieśli mu Apostołowie. Oni jednak nie pytali go o zdanie, lecz konsekwentnie głosili naukę Tego, który przyszedł na świat, po to „aby świat zbawić” (J 12, 47), i wkrótce: „Patrz – świat poszedł za Nim” (J 12, 19).
Niedługo zaś potem ów świat stworzy najwspanialszą cywilizację w dziejach ludzkości. Albowiem – jak trafnie spostrzegł Plinio Corrêa de Oliveira – „gdy ludzie postanawiają współpracować z łaską Bożą, dokonują się cuda w historii: nawrócenie Imperium Rzymskiego, powstanie średniowiecza, rekonkwista Hiszpanii, wszystkie wydarzenia wynikające z wielkich zmartwychwstań duszy, do których są również zdolne narody. Te zmartwychwstania są niezwyciężone, ponieważ nic nie może pokonać cnotliwego narodu, który prawdziwie kocha Boga.”
To nasza droga.
Nie potrzeba nam cudów?
Polonia Restituta niestety nie do końca poszła tą drogą. Nie rozdeptała czerwonej gadziny. Nie pognała bestii piekielnej do samego jej gniazda, by tam jej zadać cios śmiertelny. Nie wyzwoliła nawet z jej szponów całości ziem przedrozbiorowej Rzeczypospolitej. Wręcz przeciwnie, zatrzymawszy zwycięską ofensywę o włos od całkowitego triumfu nad bolszewicką hydrą, pospieszyła zawrzeć z nią niekorzystny dla siebie pokój, choć nie obeschły jeszcze łzy po żołnierzach, których ciała rąbali szablami czerwoni orkowie u bram Lwiego Grodu. Porzuciła swoich antysowieckich sojuszników: Ukraińców i Rosjan, Kozaków i Białorusinów. Nade wszystko zaś zdradziła półtora miliona własnych obywateli, wydając ich na pastwę czerwonego Lewiatana na nieludzkiej ziemi.
A o Cudzie nad Wisłą szybko zapomniała. Szczególnie, kiedy sześć lat później władzę w niej przejęła bezbożna sitwa. Wprowadzono kult jednostki, w armii dokonano czystki. Miejsce bogobojnych generałów zajęli libertyni. Miejsce chrześcijańskich rycerzy – wierni pretorianie. Prawdziwi bohaterowie trafili za kraty.
Na owoce jawnej niesprawiedliwości i uporczywego negowania prawdy nie trzeba było długo czekać. Pychą nadęci nawet nie zauważyli, jak bestia w swej jamie z ran się wylizała i cień jej ponownie zawisł nad wschodnią granicą. A na zachód patrząc, nie dostrzegli, że się tam jej młodsza siostra wylęgła, nie mniej krwiożercza, nie mniej agresywna. Odżegnując się od wiary w plany Opatrzności, wyrzekli się pomocy Bożej.
Dlaczego we wrześniu 1939 roku nie było cudu nad Bzurą? Właśnie dlatego. Dlatego, że nikt wtedy żadnego cudu od Pana Boga nie potrzebował – taką ufność pokładaliśmy we własnych siłach i zapewnieniach sojuszników. Tak byliśmy „silni, zwarci, gotowi”; tak przekonani, że „nie oddamy ani guzika”, tak arogancko pewni, że Hitler ma czołgi i samoloty z tektury…
Nie bez racji uczy biblijna Księga Przysłów, iż „przed porażką – wyniosłość; duch pyszny poprzedza upadek” (Prz 16, 18).
Rzeczpospolita upadła głównie z rąk tej samej siły, którą w roku 1920 spektakularnie pokonawszy nad Wisłą i Niemnem, w roku 1921 literą traktatu ryskiego głupio zlekceważyła; przy stosunku potęg Zachodu w roku 1945 równie obojętnym jej sprawie jak ćwierć wieku wcześniej; przy równie jak dziś naiwnej wierze Polaków w szczytne intencje międzynarodowych instytucji.
A wąż, od którego morderczych splotów i jadu trującego Rzeczpospolita chwalebnie Europę uratowała, by natychmiast haniebnie zaniedbać roztrzaskania, wzorem swojej Królowej, na miazgę jego plugawego łba – ten „wąż starodawny, który się zwie diabeł i szatan, zwodzący całą zamieszkałą ziemię” (Ap 12, 9); ten sam, co „był bardziej przebiegły niż wszystkie zwierzęta lądowe, które Pan Bóg stworzył” (Rdz 3, 1) – najpierw się przyczaił, by wkrótce ponownie wypełznąć i z niepohamowaną zachłannością pożerać krainy, ludy, szczepy, języki i narody. Aby je piętnować znamieniem Bestii…
I do dziś nieustannie wężowym zwyczajem zrzuca jedną skórę, by zaraz przybrać inną – to płonie czerwienią, to czernią mroczy; to kusi zielenią, to tęczą mami oczy…
Czy zmarnowaliśmy Cud nad Wisłą? Bo, że go należycie nie wykorzystaliśmy, to więcej niż pewne.
Jerzy Wolak/PCh24.pl
***
fot. patrizio righero / Cathopic
***
Wniebowzięcie Najświętszej Maryi Panny
jest jednym z dogmatów Kościoła Katolickiego od roku 1950 – ustanowił go papież Pius XII 1 listopada 1950 r. w konstytucji apostolskiej Munificentissimus Deus (łac. Najszczodrobliwszy Bóg), w odpowiedzi m. in. na prośbę polskich biskupów.
„Powagą Pana naszego Jezusa Chrystusa, świętych Apostołów Piotra i Pawła i Naszą, ogłaszamy, orzekamy i określamy jako dogmat objawiony przez Boga: że Niepokalana Matka Boga, Maryja zawsze Dziewica, po zakończeniu ziemskiego życia z duszą i ciałem została wzięta do chwały niebieskiej” (Breviarium fidei VI, 105).
Na Wschodzie Wniebowzięcie nazywane jest do dzisiaj obchodzone jako święto «Zaśnięcia Matki Bożej». Uroczystość Wniebowzięcia Najświętszej Maryi Panny, obchodzona przez Kościół katolicki 15 sierpnia, sięga V wieku i jest rozpowszechniona w całym chrześcijaństwie. Jednocześnie należy zaznaczyć, że Nowy Testament nigdzie nie wspomina o ostatnich dniach życia, śmierci i o Wniebowzięciu Matki Bożej. Nie ma Jej grobu ani Jej relikwii. Ale od początku dziejów Kościoła istniała żywa wiara, że Maryja „wraz z ciałem i duszą” została wzięta do nieba.
Uroczystość Matki Bożej Wniebowziętej ma swoje początki w Kościele wschodnim, który wprowadził ją w 431 roku. Kościół łaciński (rzymski) obchodzi Wniebowzięcie (Assumptio) Maryi od VII wieku. Pisma teologiczne potwierdzają, że liczni święci, m.in. Grzegorz z Tours, Albert Wielki, Tomasz z Akwinu i Bonawentura często rozważali wzięcie Maryi z duszą i ciałem do nieba.
Czy dogmat o Wniebowzięciu oznacza, że Matka Boża nie umarła śmiercią fizyczną? Odpowiedź na to pytanie nie jest prosta. Nie wszyscy ojcowie Kościoła, zwłaszcza na Wschodzie, byli przekonani o fizycznej śmierci Maryi. Papież Pius XII ustanawiając dogmat nie wspomina o śmierci, a jedynie o chwalebnym uwielbieniu ciała Maryi i jego Wniebowzięciu. Kościół nie rozstrzygnął zatem, czy Maryja umarła i potem została wzięta do nieba z ciałem i duszą, czy też przeszła do chwały nie umierając, lecz „zasypiając”. Stąd zresztą w różnych tradycjach i okresach różne nazwy tego wydarzenia, jak na przykład: Wzięcie Maryi do nieba, Przejście, Zaśnięcie czy Odpocznienie Maryi.
Przekonanie o tym, że Pan Jezus nie pozostawił ciała swojej Matki na ziemi, ale je uwielbił, uczynił podobnym do swojego ciała w chwili zmartwychwstania i zabrał do nieba, było powszechnie wyznawane w Kościele katolickim. Już w VI wieku cesarz Maurycy (582-602) polecił obchodzić na Wschodzie w całym swoim państwie w dniu 15 sierpnia osobne święto dla uczczenia tej tajemnicy. Święto to musiało lokalnie istnieć już wcześniej, przynajmniej w V w. W Rzymie istnieje to święto z całą pewnością w wieku VII. Wiemy bowiem, że papież św. Sergiusz I (687-701) ustanawia na tę uroczystość procesję. Papież Leon IV (+ 855) dodał do tego święta wigilię i oktawę.
Z pism św. Grzegorza z Tours (+ 594) dowiadujemy się, że w Galii istniało to święto już w VI w. Obchodzono je jednak nie 15 sierpnia, ale 18 stycznia. W mszale na to święto, używanym wówczas w Galii, czytamy, że jest to „jedyna tajemnica, jaka się stała dla ludzi – Wniebowzięcie Najświętszej Maryi Panny”. W prefacji zaś znajdujemy słowa: „Tę, która nic ziemskiego za życia nie zaznała, słusznie nie trzyma w zamknięciu skała grobowa”.
Tradycja ikonograficzna przedstawia ciało Matki Bożej unoszone w promienistym świetle przez aniołów do nieba. W taki sposób Wniebowzięcie ukazuje większość dzieł sztuki.
Do najpiękniejszych obrazów o tej tematyce zalicza się „Assunta” (Wniebowzięta) Tycjana w kościele Santa Maria Gloriosa (Matki Bożej Chwalebnej) w Wenecji. Ten wielki obraz w głównym ołtarzu, namalowany w latach 1516-18, należy do mistrzowskich dzieł wielkiego malarza, w późniejszym okresie również wziętego portrecisty papieskiego. Ukazuje on Maryję jako piękną, powabną kobietę – nawet zbyt piękną i zbyt zmysłową dla zamawiających go franciszkanów. Dopiero po długich targach i długotrwałym procesie przyzwyczajania się do obrazu, przywykli do ascetycznego życia zakonnicy weneccy zgodzili się przyjąć pracę i zapłacić za nią Tycjanowi.
W Niemczech tematyka ta pojawia się przede wszystkim na barokowych freskach kościołów Bawarii. Często w sklepieniach można zobaczyć freski ukazujące Maryję, otoczoną aniołami i unoszącą się na obłoku. Hiszpański malarz okresu baroku, Bartolomé Esteban Murillo poświęcił temu tematowi w 1675 r. dzieło, którego oryginał znajduje się obecnie w petersburskim Ermitażu. „Wniebowzięcie Maryi” Petera Paula Rubensa z 1626 r. znajduje się w Narodowej Galerii Sztuki w Waszyngtonie.
Zwyczaje ludowe
W Polsce i wielu innych krajach europejskich dzień ten jest często nazywany także świętem Matki Bożej Zielnej lub Korzennej. W kościołach święci się wówczas zioła, kwiaty i snopy dożynkowe. W sanktuariach maryjnych gromadzą się wielkie rzesze pielgrzymów.
Z Wniebowzięciem NMP łączą się liczne zwyczaje ludowe. Święci się w tym dniu zioła. Wierni przynoszą do kościołów artystycznie ułożone, barwne bukiety. Liczba ziół waha się w nich od siedmiu do 77; najczęściej są wśród nich dziurawiec, rumianek, przywrotnik, oset, kozłek lekarski (waleriana) i lawenda, ale zdarzają się też koper, mięta i szałwia. W środku, niczym berło, umieszczana jest często dziewanna.
Podczas obrzędu poświęcenia śpiewane są pieśni, wychwalające Maryję jako „lilię dolin” i „kwiat pól”. Bukiety poświęconych roślin zanosi się do domów i zasusza. Mają one chronić przed chorobami i przynosić błogosławieństwo domostwu. Po poświęceniu ziół często rzuca się za siebie przez lewe ramię jabłka i gruszki, wyrażając w ten sposób nadzieję na dobre zbiory, zaczynające się właśnie wtedy; od niepamiętnych czasów również zbiorom owoców patronuje Matka Boża. 15 sierpnia jest dla rolników dniem szczególnym.
Niemieckie przysłowie mówi, że „gdy w dzień Wniebowstąpienia świeci słońce, można spodziewać się obfitego owocobrania i słodkich winogron”, co miało oznaczać, że Maryja błogosławi niebo i ziemię, faunę i florę.
Pielęgnowany jest też zwyczaj tzw. trzydziestki maryjnej, rozpoczynającej się 15 sierpnia. Od tego dnia przez 30 dni w kościołach, głównie z tytułami maryjnymi, wierni uczestniczą w nabożeństwach i procesjach ku czci Matki Bożej. W ciągu tych 30 dni przypadają także święto Narodzenia Najświętszej Maryi Panny – 8 września i Imienia Maryi – 12 września.
Święcenie ziół ma podkreślać, że człowiekowi potrzebna jest ozdrowieńcza moc natury. Chrześcijaństwo ma tu bogatą tradycję, jeśli wspomnieć choćby bardzo dziś popularną św. Hildegardę z Bingen, żyjącą w latach 1098-1179 frankońską mniszkę, a także liczne klasztory, zajmujące się ziołolecznictwem.
W Sienie, we włoskiej Toskanii, 15 sierpnia odbywa się święto zwane palio – wyścigi zaprzęgów konnych wokół głównego rynku. Organizuje się je na pamiątkę 1260 roku, gdy miasto, przeżywające wielkie nieszczęścia, oddało się w opiekę Najświętszej Maryi Pannie i zwyciężyło w walce o uniezależnienie się od Florencji. Zwycięzca palio otrzymuje szarfę z wymalowanym wizerunkiem Matki Bożej.
W Polsce ta uroczystość maryjna wiązała się z zakończeniem zbioru plonów, toteż mówiono, że „na Wniebowzięcie zakończone żęcie”. Stało się więc zwyczajem święcenie plonów, przede wszystkim tego, co rosło na własnych polach i w przydomowych ogródkach. Owa „dożynkowa wiązanka” musiała zawierać pokruszone kłosy pszenicy, żyta, jęczmienia i owsa – tzw. próżankę. Obowiązkowe były też len i groch, bób i marchew z natką, gałązka z gruszką lub jabłko, makówka i orzechy. Ale razem z „wiązanką” święciło się także różne zioła lecznicze.
Katolicka Agencja Informacyjna
Hugo van der Goes/Wikipedia12
***
Matka Boża Zielna.
Jakie zioła powinny znaleźć się w świątecznym bukiecie?
fot. Piotr Tumidajski – e-kai
***
Dlaczego święto Wniebowzięcia Najświętszej Maryi Panny nazywane jest tradycyjnie – Matki Bożej Zielnej? Dlaczego w tym dniu przynosimy do kościoła bukiety z ziół? Co powinno się znaleźć w bukiecie?
Matkę Najświętszą czcimy jako opiekunkę ludzi i ziemi, nic więc dziwnego, że nasi dziadowie obrali Maryję jako patronkę przełomowych momentów w cyklu wegetacyjnym roślin, które pozwalałyby na utrzymanie w zdrowiu i dobrobycie ich rodzin.
Skąd określenie – Matka Boża „Zielna”?
Stąd też 25 marca – w dzień zwiastowania Pańskiego – Maryja czczona była jako Matka Boska Roztworowa – wierzono, że tego dnia rozpoczynają swój rozwój wszystkie rośliny. Święto Nawiedzenia Najświętszej Marii Panny – 2 lipca – stało się świętem Matki Bożej Jagodnej, gdyż od tego momentu można było zbierać jagody. 8 września – czyli święto Narodzenia Najświętszej Marii Panny nazywane było dniem Matki Boskiej Siewnej, ponieważ to właśnie tego dnia Maryja miała przechadzać się po obsianych oziminą polach błogosławiąc je, dzięki czemu ziemia miała wydać wysokie plony.
Świętem maryjnym związanym z uprawą ziemi, które do dzisiaj najmocniej i chyba najokazalej kultywowane jest nie tylko w Polsce, ale w całej Europie jest święto Wniebowzięcia Najświętszej Panny, poświęcone tzw. Matce Bożej Zielnej. W ten dzień Maryja czczona jest jako patronka ziemi będącej w bujnym rozkwicie – kwiatów, ziół, owoców i warzyw.
W Polsce Maryja w to sierpniowe święto nazywana jest Zielną, w Bawarii i Nadrenii – Kwietną, w Estonii – Żytnią, a w Czechach – Korzenną. Już same nazwy przywodzą na myśl niesłychany bukiet kolorów i zapachów, mocno działających na zmysły, stąd też w tym dniu święcimy wonne bukiety kwiatów i ziół.
W tradycji Kościoła święto Wniebowzięcia było obchodzone już w V wieku jako Zaśnięcie Najświętszej Maryi Panny i jest najstarszym świętem maryjnym w historii Kościoła. W połowie VII stulecia święto to obchodzono również w Rzymie, a w VIII wieku zostało szerzej upowszechnione w całej Europie, choć dogmat o Wniebowzięciu NMP ogłoszony został dopiero w 1950 r. przez papieża Piusa XII.
Historycy nie są do końca zgodni co do miejsca, w którym nastąpiło Wniebowzięcie opisywane na kartach Pisma Świętego. Jedni uważają, że było to w Efezie, inni że w Jerozolimie – tam też został zbudowany kościół upamiętniający Zaśnięcie NMP. Warto również wspomnieć, że oprócz wielu przedstawień sceny zaśnięcia w sztuce, właśnie to wydarzenie zainspirowało Wita Stwarza i uczynił je centralną scena ołtarza w Kościele Mariackim w Krakowie.
Dlaczego przynosimy kwiaty i zioła do kościoła?
A skąd wziął się właściwie zwyczaj czczenia Matki Bożej bukietami w święto Wniebowzięcia?
Jak wierzymy, Matka Boża nie umarła, lecz zasnęła głębokim snem, a aniołowie zanieśli Jej duszę wraz z ciałem do nieba, gdzie jaśnieje jako Królowa zasiadając po prawicy Jezusa Chrystusa. Według jednej z zachowanych w przekazach ustnych opowieści, w dniu zaśnięcia zjechali się z różnych stron świata apostołowie, by u podnóża Góry Oliwnej pochować ciało Matki Bożej. Nie było jednak wśród nich spóźnialskiego Tomasza, którego ominęło już wcześniej pierwsze spotkanie z Jezusem Zmartwychwstałym w Wieczerniku. Gdy wreszcie przybył, poprosił o otwarcie grobu. Gdy wszedł do wewnątrz nie znalazł tam ciała Maryi. Na miejscu gdzie zostało złożone, leżały tylko wianki i pachnące lilie. Stąd zwyczaj święcenia w tym dniu pachnących kwiatów i ziół.
Jakie zioła powinny się znaleźć w bukiecie?
Współczesne wiązanki zwane w różnych regionach Polski: zielem, ograbką, lub rózgą, w porównaniu z bukietami, które do świątyń przynosili nasi dziadkowie nie są już tak okazałe. Dawniej obowiązkowymi elementami takich bukietów były: kłosy zbóż, len, makówki, macierzanka, mięta, nabite na patyk warzywa i owoce takie jak marchew, jabłka i ziemniaki, gałązki późnych wiśni i leszczyny z orzechami itp.
Wierzono, że poświęcony bukiet nabiera niezwykłych właściwości leczniczych. Dlatego w drodze z kościoła zostawiano go na kilka dni w bruzdach między zagonami, by szkodniki nie zagrażały plonom kapusty i ziemniaków. Po kilku dniach bukiet zabierano do domu i przechowywano, podobnie jak palmę wielkanocną, wetknięty za któryś ze świętych obrazów. Zioła z bukietu stosowano do herbat, naparów, a nawet kąpieli. Okadzano nimi wnętrza domów i budynki gospodarskie – co miało chronić przed gruźlicą, zarazą i rzuceniem uroku.
Wniebowzięcie i… dożynki
Mawiano: „na Wniebowzięcie – ukończone żęcie”, dlatego w tym dniu organizowano czasem również parafialne dożynki. Częściej jednak rolnicy dawali sobie drugą szansę na świętowanie, wyznaczając święto dożynkowe w innym terminie. Święto Wniebowzięcia było okazją do tłumnego pielgrzymowania do sanktuariów maryjnych, szczególnie na Jasną Górę i do Kalwarii Zebrzydowskiej, w której w ten dzień do dziś odbywa się inscenizacja Zaśnięcia i Wniebowzięcia Maryi. W czasie procesji, która kończy uroczystości, posąg Matki Bożej niesiony jest na marach, a następnie podnosi się go i pokazuje wiernym.
Nasze życie najczęściej nie jest już ściśle związane z uprawą roli, monitorowaniem plonów zboża i czuwaniem nad tym czy w zagrodzie zwierzęta dorodnie wyglądają. Świat się zmienił i nasze „plony” częściej można przeliczyć na ilości tabel, prezentacji i wydruków. Myślę jednak, że Maryja jako najlepsza nasza opiekunka i tych plonów dogląda swym matczynym, gospodarskim okiem. Nie zapomnijmy w święto Wniebowzięcia uczcić Maryi bukietem.
Iwona Kołodziej/Wiara.pl/Stacja7.pl
***
Apokaliptyczna Niewiasta jest znakiem zwycięskiej nadziei.
Niepokalane Poczęcie NMP
Peter Paul Rubens,1628–1629/Wikimedia
***
Wniebowzięta. Fakty i legendy
Jak ustosunkować się do różnych, często bardzo dziwacznych opowiadań o wniebowzięciu Maryi? Czy należy je uznać po prostu za piękne baśnie wyrażające ludową wiarę, czy też można odnaleźć w nich okruchy historycznej prawdy? Co daje nam, chrześcijanom, przekaz o Wniebowzięciu Maryi?
Katolicy zobowiązani są do przyjęcia za prawdę, że „Niepokalana Matka Boga, Maryja zawsze Dziewica, po zakończeniu ziemskiego życia z duszą i ciałem została wzięta do chwały niebieskiej” (Breviarium fidei VI, 105).
Papież Pius XII skorzystał z dogmatu o nieomylności papieskiej, aby uczynić dogmatem coś, co i tak do wieków było przedmiotem powszechnej wiary ludzi, bo Uroczystość Wniebowzięcia NMP zaliczana jest przecież do najstarszych świąt maryjnych w Kościele. Obchodzono ją już w V wieku. Kościół nie rozstrzygnął jednak nigdy, czy Maryja umarła i potem została wzięta do Nieba z ciałem i duszą, czy też przeszła do chwały Bożej, nie umierając lecz „zasypiając”. Niektórzy próbowali odpowiedzieć na te pytania i opisać szczegółowo, jak odbyło się wniebowzięcie Maryi pod względem – powiedzmy to, technicznym… I tu wyobraźnia ludzka podpowiadała różne rozwiązania.
Literatura apokryficzna, która zajęła się tematem wniebowzięcia Matki Bożej, ubarwiła go szeregiem legend i cudów.
Tajemnicze zniknięcie ciała
Pismo Święte po raz ostatni wspomina o Matce Jezusa, jako trwającej na modlitwie z Apostołami w Wieczerniku. Na temat dalszych dni Jej życia i okolicznościach śmierci nic w Biblii więcej nie zapisano. W 450 roku, gdy cesarzowa Pulcheria postanowiła sponsorować budowę kościoła ku czci Matki Bożej w Konstantynopolu, poprosiła listownie biskupa Jerozolimy Juwenalisa o jakieś relikwie Matki Bożej. Dowiedziała się wtedy, że żadne przedmioty, szaty ani kości Matki Bożej nie zostały zachowane, a Jej ciało zostało wzięte do Nieba „jak to wiemy ze starożytnego i bardzo pewnego podania” – pisał Biskup.
Jan Damasceński (zm. ok. 749) opisuje, że Apostołowie przybyli do grobu Maryi trzeciego dnia po Jej śmierci, ale nie znaleźli w nim ciała: …jedynie mogli pomyśleć, że Ten…, który zachował Jej nienaruszone dziewictwo nawet po swoim narodzeniu, uchronił Jej ciało od skażenia i przeniósł je do Nieba przed powszechnym ciał zmartwychwstaniem”. A zatem, wiara we wniebowzięcie Maryi była właśnie konsekwencją tajemniczego zniknięcia jej ciała.
Zioła w grobie Maryi
Idea Wniebowzięcia stała się głównym tematem cyklu około dwudziestu apokryfów, znanych pod ogólnym tytułem Transitus Mariae.
Transitus oznacza „przejście”, niejako paschę – co możemy rozumieć, jako przemianę życia obecnego w jego pełnię. Teksty apoktyficzne, zachowane w różnych językach (syryjskim, koptyjskim, etiopskim, greckim, ormiańskim), pochodzą z okresu między IV a VI w. i mimo, iż różnią się od siebie treścią, czasami wręcz sobie przecząc, zachowują pewien ogólny schemat.
Maryja, w cudowny sposób uprzedzona o swojej śmierci, umiera w Jerozolimie; zostaje złożona do grobu, jakiś czas później lub bezpośrednio po złożeniu do grobu jej ciało zostaje jednak wzięte do Nieba, toteż gdy (po przybyciu spóźnionego Tomasza) Apostołowie otwierają grób, znajdują w nim jedynie świeże kwiaty. Stąd właśnie w Polsce mówi się, że 15 sierpnia przypada Święto Matki Boskiej Zielnej.
Z objawień Katarzyny Emmerich
Cechą wspólną wszystkich apokryfów jest umiejscowienie końca ziemskiego życia Maryi w okolicach Jerozolimy, zazwyczaj w dolinie Jozafata, pod Górą Oliwną. Wbrew późniejszej tradycji, której propagatorką była zakonnica z Westfalii św. Katarzyna Emmerich, jakoby św. Jan Apostoł zabrał Maryję ze sobą do Efezu, gdzie miała ona doczekać kresu swojego ziemskiego życia, wszystko wskazuje na to, że Maryja umarła w Jerozolimie.
Zwolennikom wizji św. Katarzyny Emmerich trudno to zaakceptować. Przecież opisała ona dokładnie mały domek w górach, 7 km za Efezem, wzniesiony dla Matki Bożej przez św. Jana. W lipcu 1891 r. dwóm francuskim lazarystom, profesorom kolegium Najświętszego Serca Jezusowego w Izmirze, udało się odnaleźć nawet ruiny tego domku, które są w 100 procentach zgodne z opisem niemieckiej mistyczki. Co prawda Katarzyna Emmerich twierdzi, że to z Efezu Maryja została wniebowzięta, ale niektórzy, próbując ocalić wiarygodność efeskiego Domku Świętej Maryi, sugerują, że Maryja faktycznie wyemigrowała, a następnie powróciła do Jerozolimy, by jej śmierć mogła dokonać się w miejscu o wymiarze symbolicznym.
Decyzja Apostołów
W wielu apokryfach pojawia się motyw konsultowania się Chrystusa z Apostołami na temat tego, co powinno stać się z ciałem Maryi po śmierci. Wprost pyta o to Dwunastu, a oni decydują demokratycznie, że wypadałoby wziąć ciało Matki Boskiej do Nieba.
W utworze Św. Melitona z Sardes Księga o odejściu Dziewicy Maryi” (Transitus Melitona z Sardes) czytamy: Wtedy rzekł Piotr i inni apostołowie: Panie, wybrałeś tę oto służebnicę Twoją, by stała się dla Ciebie niepokalaną komnatą (…). Wydaje się nam, sługom Twoim, że jest rzeczą słuszną , tak jak to, iż przezwycieżywszy śmierć, królujesz w chwale, abyś również, po wskrzeszeniu ciała matki, doprowadził ją pełną radości do Nieba. Wtedy rzekł Zbawiciel: Niech się stanie według waszego zdania (TransMel XV, 3 – XVI, 1).
W ten oto sposób Maryja zostaje wniebowzięta na mocy decyzji Kościoła. Apokryfy wskazują także dość konsekwentnie, że dodatkowym argumentem za cudownym zabraniem ciała Maryi do Nieba były próby sprofanowania jej zwłok podejmowane rzekomo przez kapłanów żydowskich.
Legendy a prawda wiary
Apokryf o nazwie Opowieść Jana Teologa o uśnięciu świętej Bogurodzicy (Transitus Jana Teologa) podaje rozwiązanie pośrednie. Czytamy w nim opis, jak Chrystus zstępuje z Nieba w asyście cherubinów i objaśnia Maryi, co stanie się z jej ciałem, a co z duszą: Oto od teraz zostanie twoje drogocenne ciało przeniesione do Raju, a święta Twoja dusza do Niebios, do skarbów Ojca Mojego, do nadprzyrodzonej światłości” (Trans J Teol XXXIX).
Wtedy oblicze Matki Pana zabłysło bardziej niż słońce (…), Pan zaś wyciągnąwszy ręce przyjął jej świętą i przeczystą duszę, a w chwili wyjścia jej przeczystej duszy, napełniło się miejsce owo zapachem i niewypowiedzianym światłem” (TransJTeol XLIV-XLV).
Ciało Maryi zostaje złożone najpierw do grobu, po trzech dniach w tajemniczy sposób znika: I poprzez trzy dni słyszano głosy niewidzialnych aniołów, którzy chwalili Chrystusa, Boga naszego, który się z niej narodził. A gdy wypełnił się trzeci dzień, zmilkły głosy, z tego więc poznali wszyscy, że drogocenne jej ciało zostało przeniesione do Raju” (TransJTeol XLVIII).
Autor ma świadomość, że należy wyłączyć Maryję spod prawa rozkładu ciała w grobie (no bo nie wypada), z drugiej strony jednak uważa, że wystarczy uznać niezniszczalność jej ciała, przeniesionego do Raju, gdzie oczekuje na powszechne zmartwychwstanie. Mamy tu zatem właściwie teorię podwójnego wniebowzięcia: ciała złożonego w Raju i duszy przeniesionej do Siódmego Nieba.
Raj to Ogród Eden (ten w którym żyli przed upadkiem Adam i Ewa). Według legend żydowskich został on tuż przed Potopem usunięty z ziemskiej rzeczywistości, przemieniony i umieszczony w Trzecim Niebie. O ile więc ciało Maryi nadal czeka na zmartwychwstanie ciał, tyle że w Trzecim Niebie, to jej dusza jest już przy Tronie Boga.
Te historie o wyjmowaniu duszy i wkładaniu jej z powrotem, czy też o rozdzielaniu miejsca pobytu duszy i ciała, wydawały się jednak pomysłami nazbyt fantastycznymi.
Za bardziej wiarygodne uznano, że Maryja zmartwychwstała i została wzięta do Nieba (z duszą i ciałem) bezpośrednio po śmierci, a nie trzy dni po niej. Tak wniebowzięcie przedstawia chociażby wzmiankowany już apokryf pod tytułem „Transitus Melitona z Sardes”. Taka też koncepcja wniebowzięcia Maryi najbardziej utrwaliła się w powszechnej świadomości wiernych.
Czasami nawet pomijano śmierć i wskrzeszenie Maryi przez Jezusa, sugerując jakoby została ona zabrana do Nieba jeszcze za życia, co rozumiano w ten sposób, że kresem jej ziemskiego życia było po prostu wniebowzięcie, a nie śmierć. Precedens już istniał, bo żywcem został porwany do Nieba prorok Eliasz (2 Krl 2, 11), a jeszcze wcześniej Henoch (Rdz 5,24; Syr 44,16; Hbr 11,5). Skoro oni mogli nie doświadczyć śmierci, mogła i Maryja.
Pamiątka z wniebowzięcia
Według apokryfu przypisywanego Józefowi z Arymatei, kiedy apostoł Tomasz (który nie był na pogrzebie) zbliżał się do Góry Oliwnej, ujrzał, jak aniołowie niosą ciało Maryi do Nieba. Zaczął więc wołać: O święta Matko, Matko błogosławiona, Matko niepokalana, jeśli już doznałem tej łaski, że cię teraz widzę, gdy dążysz do Nieba, uraduj sługę twego dzięki twemu wielkiemu miłosierdziu” (TransJózAr XVII).
Wówczas przepaska, którą apostołowie opasali wcześniej ciało Maryi, została zrzucona z Nieba, aby Tomasz mógł ją sobie zachować na pamiątkę. Po przybyciu do Wieczernika Tomasz wysłuchał opowieści pozostałych apostołów o śmierci i pogrzebie Matki Boskiej. Oświadczył wówczas, że Jej ciała już nie ma w grobie, bo zostało zabrane do Nieba. Zdenerwowani Apostołowie zaczęli mu wypominać grzech niewiary w zmartwychwstanie Jezusa, zarzucając, że teraz dla odmiany fantazjuje. Tomasz jednak domagał się, aby poszli do grobu i otwarli go celem sprawdzenia, czy nadal znajduje się w nim ciało Matki Boskiej. Oczywiście grób okazał się pusty. Gdy zaś Tomasz pokazał szarfę, która spadła, gdy aniołowie nieśli ciało Maryi w stronę Nieba, apostołom nie pozostało nic innego, jak uznać, że doszło do wniebowzięcia, którego świadkiem był Tomasz.
Tę właśnie przepaskę Maryi, jako relikwię i pamiątkę z wniebowzięcia przechowuje katedra pw. św. Szczepana w Prato w kaplicy o nazwie Del Sacro Cingolo. Jeśli więc ktoś nie dowierza, może udać się do Toskanii i naocznie przekonać, że Maryja wniebowstąpiła, czego widomym dowodem jest przepaska oprawiona w złoty relikwiarz i wystawiana kilka razy do roku na widok publiczny.
Jak ustosunkować się do tych różnych, często bardzo dziwacznych, apokryficznych opowiadań o wniebowzięciu Maryi? Należy je uznać po prostu za piękne baśnie wyrażające ludową wiarę. Już dekret papieża Gelazego z 495 r. wzywa do wstrzemięźliwości w czytaniu apokryfów o wniebowzięciu i postuluje zdrowy rozsądek. Być może nie wszystko jest tam legendą i apokryfy te zawierają jakieś okruchy prawdy historycznej, ale tego nie potrafimy rozstrzygnąć. Dają nam natomiast ciekawy wgląd w to, jak chrześcijanie kiedyś wyobrażali sobie wniebowzięcie Maryi.
Roman Zając/Wiara.pl/Stacja7.pl
***
Nowenna przed Uroczystością Wniebowzięcia Najświętszej Maryi Panny
Wniebowzięcie Najświętszej Marii Panny
Fra Angelico – zdjęcie ze strony: omnes
***
Modlitwa na każdy dzień nowenny:
„O Matko niech pieśń moja dziś ku Tobie płynie,
Dlaczego z mej miłości przynoszę Ci dary,
Czemu w duszy, gdy myślę o Tobie jedynie.
Nie budzą lęku Twojej wielkości bezmiary.
Ach! Twej chwały, Mateńko, ni pojąć, ni mierzyć.
Ona blaskiem przewyższa Świętych w zaobłoczu!
Że jestem Twoim dzieckiem, trudno mi uwierzyć…
Ja nie zdołam przed Tobą, Maryjo, podnieść oczu”.
(Św. Teresa od Dzieciątka Jezus)
Dzień pierwszy – środa 6 sierpnia
Prawda o wniebowzięciu Maryi, zdefiniowana przez Piusa XII, została potwierdzona przez Sobór Watykański II, który wyraża wiarę Kościoła w następujących słowach: „Na koniec, Niepokalana Dziewica, zachowana, wolna od wszelkiej skazy winy pierworodnej, dopełniwszy biegu życia ziemskiego, z ciałem i duszą wzięta została do chwały niebieskiej i wywyższona przez Pana jako Królowa wszystkiego, aby bardziej upodobniła się do Syna swego”
(Jan Paweł II)
Maryjo, wzorze doskonałego posłuszeństwa Ciebie Bóg wywyższył nad wszelkie stworzenie, bo byłaś pokorna, cicha i pełna ufności. Jesteś najmożniejszą Pośredniczką naszą, bo przez Twoje ręce otrzymujemy wszelkie dobro. Maryjo, nasza Matko, spraw niech żyjemy w taki sposób, aby wejść do chwały niebieskiej.
„Ciężary życia doczesnego zna dobrze Maryja z własnego doświadczenia. Jest nam przeto nie tylko Matką światłości, że muszą przed Nią padać na kolana zwały naszych błędów, ale jest przede wszystkim współczującą Matką. Chociaż przebywa w wiekuistym szczęściu, waży każdą łzę zbolałej duszy, jak swoją własną, aby podać ratunek i zagoić rany”.
(Biskup Adolf Piotr Szelążek)
„Z jakąż żarliwością prosiłam (Najświętszą Maryję Pannę), by mnie nieustannie strzegła i wkrótce ziściła moje marzenie o ukryciu się w cieniu Jej dziewiczego płaszcza!”
(Św. Teresa od Dzieciątka Jezus)
Pod Twoją obronę…
Dzień drugi – czwartek 7 sierpnia
Przez tajemnicę wniebowzięcia Maryja sama doznała w sposób definitywny skutków tego jedynego pośrednictwa, którym jest pośrednictwo Chrystusa – Odkupiciela świata i zmartwychwstałego Pana: „W Chrystusie wszyscy będą ożywieni, lecz każdy według własnej kolejności. Chrystus jako pierwszy, potem ci, którzy należą do Chrystusa w czasie Jego przyjścia”.
(Jan Paweł II)
Maryjo, wzorze doskonałego zawierzenia jesteś dla nas wzorem i drogowskazem, jak we współczesnym świeci nie zagubić Boga i żyć w prawdzie. Otocz nas swoim płaszczem, abyśmy swoimi wyborami świadczyli o Jezusie, który jest Drogą, Prawdą i Życiem. Maryjo, mistrzyni wiary, strzeż w nas darów Ducha Świętego, abyśmy żyli Ewangelią, która niech wydaje owoce świętości w naszym codziennym życiu.
„O ile więc świątobliwość nasza, w porównaniu do świątobliwości Maryi, jest mniejszą o tyle serca nasze przepełniać się winny uczuciami zbawiennego żaru, głębokiej pokory i ufności”.
(Biskup Adolf Piotr Szelążek)
,,Nie należałoby głosić (jak to nieraz słyszałam), że Maryja swymi przywilejami zaćmiewa chwałę wszystkich Świętych, podobnie do słońca, za którego wschodem znikają gwiazdy. Mój Boże! jakież to dziwne! Matka, która zaciera chwałę swych dzieci! Co do mnie, myślę przeciwnie, że Maryja o wiele powiększa blask i chwałę wybranych”.
(Św. Teresa od Dzieciątka Jezus)
Pod Twoją obronę…
Dzień trzeci – piątek 8 sierpnia
W tajemnicy wniebowzięcia wyraża się wiara Kościoła, że Maryja jest zjednoczona z Chrystusem „węzłem ścisłym i nierozerwalnym”, ponieważ jeśli jako dziewicza Matka była szczególnie z Nim zjednoczona w Jego pierwszym przyjściu, to poprzez stałą z Nim współpracę będzie tak samo zjednoczona w oczekiwaniu drugiego przyjścia.
(Jan Paweł II)
Maryjo, pełna łaski, serce Twoje było przepełnione Bogiem. Kontemplowałaś Go w swoim wnętrzu poprzez tajemnice wcielenia Słowa, poprzez niezachwianą wiarę w śmierci i zmartwychwstania swego Syna. Wskazuj nam drogi wiodące do zamieszkiwania Boga w naszym sercu, abyśmy napełnieni Duchem Świętym byli otwarci na Boże łaski.
„O Jezu, Tyś sprawił, ze pośrednictwo Twojej Matki Przeczystej jest wszechmocne, Tyś sprawił, że Twoja męka i krew otoczyła Najświętszą Pannę wieńcem świętości i chwały”.
(Biskup Adolf Piotr Szelążek)
„Ukryj się starannie w cieniu dziewiczego płaszcza Maryi, aby Cię uświęciła pełnią dziewictwa”.
(Św. Teresa od Dzieciątka Jezus)
Pod Twoją obronę…
Dzień czwarty – sobota 9 sierpnia
Odkupiona zaś w sposób wznioślejszy ze względu na zasługi Syna swego „ma też to zadanie, właśnie Matki, pośredniczki łaski, w tym ostatecznym przyjściu, kiedy będą ożywieni wszyscy, którzy należą do Chrystusa”, kiedy jako ostatni wróg zostanie pokonana śmierć.
(Jan Paweł II)
Maryjo, służebnico Pańska, Twoje serce przeniknięte było troską o innych. Z kart Ewangelii dowiadujemy się o Twoim miłosiernym sercu w trosce o Elżbietę, do której szłaś z pomocą, Dziecię Jezus, które chroniłaś przed okrucieństwem Heroda, troską o nowożeńców, apostołów w Wieczerniku. Widzimy Ciebie, jako Matkę, która współodczuwa ze swoim dziećmi, a dziś z Kościołem Chrystusowym. Maryjo, pomóż nam naśladować Chrystusa, który nie przyszedł, aby Mu służono, lecz aby służyć.
„Grzesznik widzi w Maryi ucieczkę grzeszników, więc z wiarą w Jej wstawiennictwo szuka lekarstwa na rany swej duszy. Dlatego Kościół Święty stosuje do Maryi słowa Pisma Świętego: We mnie wszystka nadzieja żywota i cnoty”.
(Biskup Adolf Piotr Szelążek)
„Najświętsza Panna […] nie omieszka opiekować się mną, ilekroć Jej wzywam. Kiedy ogarnia mnie niepokój, zamieszanie, natychmiast zwracam się do Niej i zawsze zaopiekuje się mymi sprawami jak najczulsza Matka”.
(Św. Teresa od Dzieciątka Jezus)
Pod Twoją obronę…
Dzień piąty – niedziela 10 sierpnia
Z takim szczególnym wyniesieniem i wyjątkowym wywyższeniem „wzniosłej Córy Syjonu” przez wniebowzięcie, łączy się tajemnica Jej wiekuistej chwały. Matka Chrystusa doznaje uwielbienia „jako Królowa wszystkiego”.
(Jan Paweł II)
Maryjo, Bramo niebios, przez którą boska dobroć rozlewa się po świecie. Pokorna i uległa pozwalasz Bożemu światłu przenikać przez siebie, niczym tego światła nie zaciemniając. Naucz nas, jak uległe i oddane powinny być nasze serca, umysł i wola, aby Boża łaska mogły w nich zamieszkiwać.
„Radość wypełnia serce, gdy mówić możemy o Najświętszej Maryi Pannie – głosić chwałę Tej, którą Bóg wyniósł ponad wszystkie stworzenia, której świętość budzi podziw aniołów, porywa ziemian na szczyty doskonałości”.
(Biskup Adolf Piotr Szelążek)
„Odmawianie różańca kosztuje mnie więcej, niż używanie narzędzi pokutnych. Długi czas smuciłam się tym brakiem pobożności, który mnie zadziwiał, bo tak bardzo kocham Najświętszą Pannę, że powinnam z łatwością odmawiać ku Jej czci modlitwy, tak Jej miłe. Teraz już mniej się martwię; myślę, że skoro Królowa Nieba jest moją Matką, jest zadowolona, widząc moją dobrą wolę”.
(Św. Teresa od Dzieciątka Jezus)
Pod Twoją obronę…
Dzień szósty – poniedziałek 11 sierpnia
Ta, która przy zwiastowaniu zwała siebie służebnicą Pańską, pozostała do końca wierna temu, co ta nazwa wyraża. W ten sposób Maryja stała się pierwsza wśród tych, którzy „służąc Chrystusowi w bliźnich, przywodzą braci swoich pokorą i cierpliwością do Króla, któremu służyć znaczy królować”.
(Jan Paweł II)
Maryjo, Gwiazdo przewodnia, przez swoje „tak” oddałaś się w ręce Boga, aby zrealizowały się w Tobie Jego plany. Dzięki Twojemu „fiat” Bóg zszedł na ziemię, aby wyrwać człowieka z niewoli grzechu i dać mu zbawienie. Naucz nas postawy gotowości i otwarcia na pełne miłości działanie Boga w naszym życiu. Niech zawsze na ustach mamy słowa: „niech się dzieje wola Pana mojego”.
„Maryja podjęła trud podróży „dla służenia chwale Bożej, przez utrwalenie na ziemi wśród ludzi Królestwa Chrystusowego”.
(Biskup Adolf Piotr Szelążek)
„Nie znajdując żadnego ratunku na ziemi, biedna mała Teresa zwróciła się do swojej Matki w Niebie, prosiła Ją z całego serca, by ulitowała się wreszcie nad nią”.
(Św. Teresa od Dzieciątka Jezus)
Pod Twoją obronę…
Dzień siódmy – wtorek 12 sierpnia
Maryja – służebnica Pańska uczestniczy w tym królowaniu Syna. Jej wyniesieniem królewskim nie przestaje być chwała służenia: wzięta do nieba nie zaprzestaje owej zbawczej służby, w której wyraża się macierzyńskie pośrednictwo „aż do wiekuistego dopełnienia się zbawienia wszystkich wybranych”.
(Jan Paweł II)
Maryjo, Matko pokoju, w Twoim sercu znajdujemy przedsmak wiekuistego szczęścia, gdzie Ty razem z Twoim Synem królujesz. Oddajemy Tobie nasze serca, abyś wypełniała je słodyczą łask Bożych. Napełnij je pragnieniem nieba, tęsknotą za wiecznością, do której jest powołane każde ludzkie serce. Zawierzamy się Tobie, jako najczulszej Matce, która wskaże nam drogę do Jezusa.
„Skarby, których nam Bóg użycza przez Maryję, nie mogą być zamknięte i niedostępne dla ogółu, lecz promieniować powinny na całe otoczenie, dla chwały Bożej, Jego Matki Najświętszej i dla zbawienia dusz”.
(Biskup Adolf Piotr Szelążek)
„Najświętsza Panna dała mi przeświadczenie, że to naprawdę Ona uśmiechnęła się do mnie. Zrozumiałam, że czuwa nade mną, że jestem Jej dzieckiem. Pojęłam też, że nie mogę Jej dać nic więcej, ponad to, by nazywać Ją „Mamusią”, które to imię wydawało mi się tkliwsze niż imię „Matka”.
(Św. Teresa od Dzieciątka Jezus)
Pod Twoją obronę…
Dzień ósmy – środa 13 sierpnia
Tak więc Maryja pozostaje w swoim wniebowzięciu objęta całą rzeczywistością świętych obcowania, a Jej zjednoczenie z Synem w chwale jest stale zwrócone ku tej ostatecznej pełni królestwa, kiedy „Bóg będzie wszystkim we wszystkich”.
(Jan Paweł II)
Maryjo, Matko nadziei, Ty jesteś wypełnieniem wszystkich obietnic, wstawiaj się za nami do Twego Syna, aby rozpalony w nas żar wiary, nadziei i miłości nieustannie rozpalał nasze serca. Czuwaj nad naszymi sercami, aby były gotowe do wzrastania w jedności i miłości w służbie Królestwu Bożemu.
„Maryja jest Matką powołanych do życia łaski, usprawiedliwionych i w łasce trwających. Nikt korzystniej za nami przemawiać nie może do Zbawcy naszego, nad tę Przeczystą Dziewicę”.
(Biskup Adolf Piotr Szelążek)
„Tu przy Tobie, o najczulsza Matko, moje serce zaznało pokoju. Nic już więcej na ziemi nie pragnę. Jezus sam szczęściem jest moim”.
(Św. Teresa od Dzieciątka Jezus)
Pod Twoją obronę…
Dzień dziewiąty – czwartek 14 sierpnia
Maryja, wzniosła Córa Syjonu, pomaga wszystkim swoim synom, gdziekolwiek i w jakichkolwiek warunkach żyjącym, aby w Chrystusie znajdowali drogę do Ojca.
(Jan Paweł II)
Maryjo, wskazująca drogę do Ojca, przygarnij wszystkich, którzy zagubili się na ścieżkach swego życia. Stella Maris, bądź bezpiecznym i pewnym portem dla tonących w falach nienawiści, nałogów i ludzkich dramatów. Wskazuj, którędy kroczyć, byśmy nie zgubili Chrystusa.
„Maryja będzie dla nas w każdej przygodzie duchowej i doczesnej tęczą zwiastującą chwile pogodne. Jej się polecajmy z ufnością, a zawiedzionymi nie będziemy, bo sama nas o tym zapewnia: „Kto mnie znajdzie, ten znajdzie Życie i uzyska łaskę u Pana”.
(Biskup Adolf Piotr Szelążek)
„Prosić Najświętszą Maryję Pannę, to nie to samo co prosić Pana Boga. Ona wie dobrze, co robić z moimi pragnieniami, czy należy o nich mówić, czy nie należy (…) wreszcie, Ona, najlepiej widzi, czy wysłuchanie mnie nie byłoby zmuszaniem Pana Boga, czy pozwoliłoby Mu uczynić w pełni Jego wolę”.
(Św. Teresa od Dzieciątka Jezus)
Pod Twoją obronę…
Myśli Jana Pawła II zostały zaczerpnięte z Encykliki Redemptoris Mater, O błogosławionej Maryi Dziewicy w życiu pielgrzymującego Kościoła.
Zgromadzenie Sióstr św. Teresy od Dzieciątka Jezus Tygodnik Niedziela
Zaśnięcie, z obrazu Wniebowzięcie Najświętszej Marii Panny
Fra Angelico – zdjęcie ze strony: omnes
***
Produkt katolickopodobny. Łańcuszki modlitewne, fałszywe objawienia – dlaczego tak łatwo im ulegamy?
Co sprawia, że tak wielu katolików wierzy w kwestie, które nie mają podstaw w nauczaniu Kościoła?
Na facebookowej ścianie wyświetla się kolorowa grafika ze stągwią i winem, na niej duży napis: „Bóg może zamienić wodę w wino i może zamienić nasz ból w radość, napisz Amen jeśli wierzysz” (pisownia oryginalna). Opublikował ją profil pod nazwą Ewangelia Jezusa Chrystusa. Licznik wskazuje tysiąc komentarzy. Inny profil, Katolicyzm i Pan Jezus, wrzuca posta ze zdjęciem figury Maryi i wpisem „Dziś jest dzień, w którym Matka Boża modli się o zdrowie Twojej rodziny, dotknij obrazka i napisz »Amen«”. Tym razem komentarzy jest ponad pięć tysięcy. Takich profili o chrześcijańsko brzmiących nazwach powstają dziesiątki, a posty niejednokrotnie gromadzą grube tysiące odpowiedzi.
Co dzieje się po wpisaniu „amen”? Po kilku sekundach na Messengerze pojawia się upstrzona emotikonami wiadomość, zapraszająca do wysłuchania „specjalnie przygotowanego kazania” i prosząca o wybranie dogodnej pory. Pierwsze „kazanie” rozpoczyna się zwykle od odmówienia modlitwy „Wierzę w Boga”, następnie prowadzący, często podkreślając swoją przynależność do Kościoła katolickiego, rozpoczynają nauczanie. Co jakiś czas proszą o wspólne przeczytanie „Bożego Słowa”. I o ile niektóre fragmenty tekstu, które wklejają w okienko czatu, rzeczywiście pochodzą z Biblii Tysiąclecia (podawany jest nawet link do jej internetowego, oficjalnego wydania), to jako „Słowo Boga” podawane są również fragmenty niemające z Pismem Świętym absolutnie nic wspólnego. Natychmiast też pojawiają się zaproszenia do zawarcia facebookowych znajomości, między innymi od osób podających się za księży czy siostry zakonne – na zdjęciu profilowym występują w stroju duchownym, piszą nie całkiem czystą polszczyzną i tłumaczą, że choć mają polskie korzenie, to wychowali się i pracują za granicą. Dopytują o samopoczucie, pytają o wrażenia z „kazań”, które odbywają się codziennie, okazują troskę, mobilizują… Tymczasem z dnia na dzień nauczanie prezentowane w czasie „kazań” odchodzi coraz dalej od nauki Kościoła. Głoszący podkreślają, że słuchacze są wybrani, aby „poznać prawdę o królestwie niebieskim”.
Złudne bezpieczeństwo
Mechanizm ten dobrze znany jest o. Emilowi Smolanie, pracującemu w Dominikańskim Centrum Informacji o Nowych Ruchach Religijnych i Sektach. – Trudno mówić o skali, ale zgłoszenia dotyczące tego typu działań powtarzają się. Angażują się w to często osoby starsze czy samotne, które czują się tam zaakceptowane, przyjęte, ważne – mówi zakonnik. Do Centrum zgłaszają się osoby, które zauważają, że z ich najbliższymi, uczestniczącymi w internetowych nauczaniach, dzieje się coś złego – stają się zamknięci, odcinają się od rodziny, zmieniają rutynowe zachowania, zaczynają poświęcać dużo czasu na nowe aktywności i zaniedbywać swoje życie. Wszystko zaczyna się dla nich koncentrować wokół nowej grupy, spotkań, idei; podkreślają swoje wybranie i wyjątkowość.
Nie ulega wątpliwości, że osoby, które umieszczają swój komentarz pod postem, robią to z potrzeby religijnej – pragną otrzymać błogosławieństwo czy włączyć się w modlitwę. Ta sama motywacja kierowała ludźmi, którzy w maju gromadzili się pod jednym z drzew w Parczewie, gdzie zdaniem niektórych „objawiła się” Matka Boża. Rzecznik siedleckiej kurii bardzo szybko uciął spekulacje o nadprzyrodzonym charakterze zjawiska, wskazując na konkretne elementy, których wystąpienie jest niezbędne, żeby Kościół rozpoczął jego pogłębione badanie. Mimo to na parczewskim osiedlu nadal można było spotkać modlących się ludzi. W rozmowach z dziennikarzami krytycznie odnosili się do stanowiska kurii i podkreślali, że nie wierzą w zdanie Kościoła i będą się nadal modlić pod drzewem.
Niemałe grono gromadzą wokół siebie także kapłani, na których Kościół nałożył karę suspensy, a oni nie podporządkowali się jej i nie przerwali swojej działalności. W swoim nauczaniu przedstawiają siebie jako niemalże męczenników za wiarę, oskarżając Kościół i biskupów o niesłuszne upomnienia i sprzeniewierzenie się prawdziwej wierze katolickiej. Komunikaty władz kościelnych, przypominające o nałożonych na kapłanów karach kanonicznych, odbijają się szerokim echem wśród ich zwolenników, którzy nierzadko w bardzo ostrych słowach atakują biskupów czy władze zakonne. Zarzucają im przynależność do masonerii, chęć zniszczenia Kościoła i prześladowanie „jedynych kapłanów wiernych Chrystusowi i Matce Bożej”.
Wszystkie powyższe sytuacje mają wspólny mianownik: występują w nich ludzie, którym nie brakuje głębokiej wiary i zaangażowania religijnego, wszyscy też są formalnie członkami Kościoła katolickiego. Dlaczego więc tak łatwo odchodzą od jego oficjalnego nauczania i obdarzają zaufaniem przywódców dalekich od ortodoksji? I w jaki sposób ustrzec siebie i swoich bliskich przed uwikłaniem się w te sidła? – Tę kwestię dobrze jest rozpatrzyć w dwóch aspektach: ludzkim, opierającym się m.in. na mechanizmach psychologicznych, i duchowym, które przenikają się wzajemnie – tłumaczy ks. dr Krzysztof Matuszewski, teolog duchowości, psycholog i psychoterapeuta, rektor Wyższego Śląskiego Seminarium Duchownego.
Aktualnie przeżywamy rodzaj epidemii osamotnienia, nie zawsze uświadomionego. Pod osamotnieniem kryje się silne, niezaspokojone pragnienie bycia w relacji, potrzeba bezpieczeństwa, przynależności, opieki itp. Poczucie przynależności do grupy, wręcz ekskluzywizmu, podnosi samoocenę i zaspokaja niektóre potrzeby. Kolejną kwestią jest podwyższony poziom lęku w społeczeństwie, spotęgowany zewnętrznymi okolicznościami, np. niedawną pandemią, wojną na Ukrainie czy wzrostem cen. Niepewność dotycząca przyszłości zaburza poczucie bezpieczeństwa, co z kolei sprawia, że zaczynamy nadmiarowo myśleć i analizować. W ten sposób umysł chce się przygotować na nadchodzące zagrożenie, mieć je pod kontrolą, co daje ulgę. Tymczasem nauczanie internetowej grupy czy ukaranych kapłanów koncentruje się często na wątkach apokaliptycznych, pojawia się straszenie piekłem, wskazywanie znaków zbliżającego się końca świata, podkreślane jest zepsucie współczesnej cywilizacji i wszechobecne zagrożenie. – Wiele osób szuka ulgi w nauczaniu, które tłumaczy ich stan. To styl radzenia sobie z lękiem polegający na potwierdzaniu. Czuję niepokój i szukam zarówno wytłumaczenia, jak i szybkiego rozwiązania: „Jest się czego bać, bo świat jest zły, jeśli zrobisz to czy tamto, jeśli będziesz słuchał moich słów, odmawiał określone modlitwy, będziesz bezpieczny”. W tym wypadku działanie zabezpieczające przed zbliżającym się zagrożeniem daje chwilową ulgę, ale to pułapka. Zachowanie ochronne jest równocześnie zachowaniem podtrzymującym wiarę w zagrożenie. Dokładam kolejne modlitwy, słucham kolejnych apokaliptycznych przekazów. To znany mechanizm nerwicowy – wyjaśnia ks. Matuszewski.
Rolę lęku podkreśla również o. Tomasz Franc OP, psycholog, psychoterapeuta na Oddziale Leczenia Zaburzeń Osobowości i Nerwic Szpitala Klinicznego im. dr. J. Babińskiego w Krakowie. – Kiedy pojawia się w nas lęk, chcemy jak najszybciej rozładować napięcie. Wydaje nam się, że jeśli coś jest konkretne, dobitne, jednoznaczne, to jest bezpieczne. Tylko że kiedy skupiamy się na szukaniu szybkich rozwiązań, gubimy to, co jest w relacji z Bogiem najcenniejsze – zaufanie, budowanie długoterminowej więzi – tłumaczy. Pseudoautorytety pomagają opanować lęk, bo zdejmują ze słuchacza konieczność podejmowania własnych decyzji, brania odpowiedzialności za swoje życie. Dają narzędzia i podpowiadają czarno-biały schemat dobra i zła. – Jeśli dodatkowo są prześladowani, to wpisują się w popularny w dzisiejszych czasach schemat mówiący, że instytucja – w tym wypadku Kościół, ale to myślenie dotyczy też na przykład państwa – ma charakter opresywny, a najważniejsza jest doznaniowość, moje własne odczucia – dodaje zakonnik.
Religijna dieta cud
Mechanizm „napisz »amen«, a otrzymasz błogosławieństwo” nie jest niczym nowym – przed laty w kościołach można było znaleźć kartki z modlitewnymi łańcuszkami zakończonymi poleceniem przepisania tekstu określoną liczbę razy i zostawienia go w świątyniach. Kiedy technologia się rozwinęła, łańcuszki przyjęły formę SMS-ów, często straszących nieszczęściami, które spadną na tego, kto przerwie „łańcuch modlitwy” i nie roześle wiadomości do wskazanej grupy. – Dieta cud – uśmiecha się ks. Matuszewski i tłumaczy, że chociaż większość z nas wie, że redukcja wagi wymaga wytrwałości, systematyczności i wolnego tempa, to chętnie rzucamy się na różne cudowne diety, mające nam gwarantować schudnięcie po tygodniu. – Tu podobnie: wystarczy kliknąć, wpisać wskazane słowo albo odmówić jakąś modlitwę i hop – już mamy wyższy poziom duchowy. Coś, co wymaga czasu, cierpliwego trwania, ludzie chcą załatwić jednym kliknięciem – wyjaśnia i dodaje, że jedną z negatywnych cech naszej religijności są elementy myślenia magicznego, zabobonnego. Nie oczekujemy od Boga, że nas wspomoże, tylko liczymy, że nas wyręczy, sam załatwi sprawę, a nas zwolni z decydowania i działania. Wystarczy, że do „duchowego bankomatu” wklepię PIN składający się z określonych modlitw, a natychmiast otrzymam „zapłatę” w postaci realizacji przez Pana Boga moich próśb.
– Przyczyną jest m.in. niedostatek w formacji, w tym rzetelnej wiedzy religijnej. W przypadku starszego pokolenia trochę to zrozumiałe: w czasach PRL, kiedy do konfesjonałów ustawiały się kilometrowe kolejki, ksiądz nie miał czasu na pogłębione duszpasterstwo indywidualne. Aktualnie zmienia się model duszpasterski: w stronę bardziej zindywidualizowanego, z zachętą do osobistej formacji. Brak porządnej wiedzy religijnej zwiększa podatność na różne nadużycia – podkreśla ks. Matuszewski.
W tym wszystkim nie można zapomnieć o aspekcie duchowym. Jesteśmy kuszeni do zła. Zły duch podaje się za anioła światłości, pozostaje jednak ojcem kłamstwa. Będzie podpowiadał zagrożenia tam, gdzie ich realnie nie ma, odwracając uwagę od tych prawdziwych. Jasne, że nie wolno uciekać od dramatu grzechu i zła na świecie, jednak nadmiernie akcentowanie zagrożenia, piekła i zbliżającej się apokalipsy jest nieewangeliczne, bo skupiamy się na złu, a nie na Bogu i Jego chwale. – Ewangelia to Dobra Nowina, która uwalnia od lęku, bo jest manifestem Bożej miłości i zwycięstwa życia nad śmiercią. Kiedy Piotr idzie po wodzie, radzi sobie, dopóki ma Jezusa przed oczami, ale gdy zaczyna patrzeć tylko na wzburzone morze, natychmiast tonie – przypomina kapłan.
Sprawdzone źródła wiedzy
Czy istnieje rodzaj zbroi zdolnej nas uchronić przed zaangażowaniem się w inicjatywy, które co prawda na pierwszy rzut oka koncentrują się na Panu Bogu, ale z katolicyzmem nie mają wiele wspólnego? – Najważniejsze to pamiętać, że nasza relacja z Bogiem jest długofalowa, ciągła. On nie zwraca na nas swojego oblicza dopiero wtedy, gdy ukłujemy Go jak szpilką wpisaniem formułki w internecie. Bóg jest zawsze obecny w naszym życiu – czy śpimy, czy jemy, robimy to pod okiem Jego opatrzności. A budowanie głębokiej relacji wymaga czasu, wolności i zaufania, a nie podejmowania działań, które mają na Nim coś wymusić – podpowiada o. Tomasz Franc.
Tym, co może zabezpieczać nasze życie religijne przed wejściem na niezdrowy grunt, jest wiedza ze sprawdzonych źródeł. Internet, z którego najczęściej korzystamy, jest zarówno skarbnicą wartościowych treści, jak i śmietnikiem pełnym szkodliwych produktów. – Przede wszystkim sięgajmy po główne źródła teologiczne: Pismo Święte i sprawdzone komentarze do niego oraz Katechizm Kościoła Katolickiego i oficjalne jego nauczanie. Należy krytycznie podchodzić do – niestety częstych w sieci – fundamentalistycznych interpretacji tekstu, w których zdania z Biblii wyrywane są z kontekstu i tłumaczone dosłownie. Zaglądajmy też na oficjalne, sprawdzone strony internetowe. Wiele osób karmi się przekazami o prywatnych objawieniach, często niepotwierdzonych przez Kościół, zna strony internetowe o egzorcyzmach i zagrożeniach duchowych, które nieraz nie mają nawet podanego autora. Nie wiadomo, kto bierze odpowiedzialność za zamieszczane tam treści – wskazuje ks. Matuszewski i przypomina, że słowo „sekta” bierze się z łacińskiego secare – ciąć. Niektóre sekty biorą elementy doktryny katolickiej i „przycinają” ją zgodnie ze swoim pomysłem. Na pierwszy rzut oka wszystko wydaje się w porządku, ale diabeł (w tym wypadku bardzo dosłownie) tkwi w szczegółach. – Kiedy brakuje nam wiedzy religijnej, to jesteśmy podatni na manipulacje, łatwo można nam wmówić wiele rzeczy. •
Agnieszka Huf – Gość Niedzielny
***
środa, 5 sierpnia
Święto Przemienienia Pańskiego
Obraz Chrystusa, który jest Królem całego wszechświata został namalowany w Warszawie w roku 1942 przez 54-letniego wówczas malarza Adama Stykę. Przygotowując się do namalowania wizerunku Chrystusa, długo rozczytywał się w Ewangelii, rozmyślał i nie mógł znaleźć odpowiedniej koncepcji. Te wahania przerwał osobisty dramat twórcy, kiedy jego syn został aresztowany przez Niemców. To tragiczne doświadczenie stało się dla niego takim impulsem do pracy. Kiedy obraz był już namalowany zaprosił swojego przyjaciela, architekta Marzyńskiego do swojej pracowni, który ze zdziwieniem stwierdził, że Chrystus nie ma oczu. “Ja się tych oczu boję!” – odpowiedział artysta. Dopiero po pewnym czasie dzieło zostało całkowicie ukończone.
Chrystus ukazany jest na tym obrazie w momencie przemienienia na górze Tabor. Widoczne postacie – to Eliasz i Mojżesz. Pierwszy z nich kieruje wzrok ku Zbawicielowi, drugi składa głowę na Jego piersi. Nadnaturalnej wielkości postać Chrystusa Króla wypełnia prawie całą przestrzeń obrazu. Chrystus ma złotą koronę z cierni. Wznosi prawą rękę w geście Pantokratora. Mimo potęgi i majestatu Pan Jezus tutaj nie tylko jest Władcą, ale i Sługą. Świadczą o tym skierowane ku górze oczy Zbawiciela w żarliwej modlitwie. Zwraca się do Boga Ojca: opuszczone w lewej Jego ręce berło osłania trzymaną na kolanach kulę ziemską, ogarniętą w tamtym czasie straszliwą wojną.
Już w trakcie pracy nad obrazem w malarzu dokonywały się pewne zmiany wewnętrzne. Uczestnicy odsłonięcia dzieła byli świadkami szczególnego wydarzenia. Ujrzawszy postać Chrystusa Króla, Adam Styka upadł ze szlochem na ziemię. Później, jak zauważyli znajomi artysty – jego wiara się pogłębiała i coraz bardziej zwracała się ku Panu Bogu.
Przez długi czas obraz nie mógł znaleźć dla siebie bezpiecznego miejsca. Przed wybuchem powstania warszawskiego obraz został wyjęty z ram, zwinięty w rulon i wywieziony do Jabłonny. Wrócił stamtąd dopiero po upadku powstania i został umieszczony w głównym ołtarzu kościoła u księży Pallotynów na Warszawskiej Pradze, czczony jako Chrystus Król Pokoju.
Wymowa tego obrazu wciąż jest bardzo aktualna, bo nadal pomaga wielu sercom dając duchowe pokrzepienie.
***
6 sierpnia Kościół obchodzi Święto Przemienienia Pańskiego zwane także epifanią lub teofanią. Liturgia tego dnia wspomina opisane w Ewangeliach wydarzenie, przez które Chrystus objawił swoje bóstwo.
Czytany w liturgii ewangeliczny opis Przemienienia Pańskiego pełen jest znaczeń symbolicznych: góra, światło i obłok są w Biblii charakterystyczne dla objawień Boga. “Jezus wziął ze sobą Piotra, Jakuba i brata jego Jana i zaprowadził ich na górę wysoką, osobno. Tam przemienił się wobec nich” (Mt 17,1). Twarz Jezusa zajaśniała jak słońce, szata była biała jak światło, ukazali się też Mojżesz i Eliasz a z obłoku dobiegł głos Boga.
Są oni świadkami, którzy potwierdzają widzenie Apostołów i wskazują, że całe objawienie prowadzi do Jezusa. Dodatkowym i niepodważalnym uwierzytelnieniem jest głos Ojca, Który mówi: “To jest mój Syn umiłowany, w którym mam upodobanie, Jego słuchajcie!” (Mt 17,5).
Przemienienie Jezusa miało umocnić wiarę Apostołów oraz przygotować ich na przeżycie męki i śmierci Jezusa. Przemienienie ukazuje też, że do chwały objawionej przez Jezusa dochodzi się przez cierpienie i śmierć. Tak jak każda teofania (czyli objawienie bóstwa) Przemienienie Pańskie budzi fascynację i zachwyt ale zarazem lęk, dlatego św. Piotr powiedział najpierw: “dobrze, że tu jesteśmy” a w chwilę później uczniowie “upadli na twarz i bardzo się zlękli”. W religioznawstwie mówi się, że Bóg jest “mysterium fascinosum et tremendum”, czyli tajemnicą fascynującą i przerażającą.
W chrześcijaństwie wschodnim święto Przemienienia obchodzone było już w V wieku. Do dziś zajmuje ono w liturgicznym kalendarzu chrześcijańskiego Wschodu jedno z najważniejszych miejsc. Przemienienie jest też bardzo częstym motywem ikonografii wschodniej.
Na Zachodzie pierwsze wzmianki o tym święcie pochodzą z VII i VIII wieku. Bardziej upowszechniło się ono w okresie wypraw krzyżowych, kiedy bardzo popularne były pielgrzymki do Ziemi Świętej, w tym także na Górę Tabor, uznawaną za Górę Przemienienia.
W 1457 r. papież Kalikst III, jako wyraz wdzięczności za zwycięstwo nad Turkami odniesione 6 sierpnia 1456 r. pod Belgradem, wprowadził je do liturgii całego Kościoła katolickiego. W 1964 r. Górę Tabor odwiedził papież Paweł VI, który jako pielgrzym przemierzał Ziemię Świętą.
Kai/Tygodnik Niedziela
***
Dziś Karol Nawrocki oficjalnie objął urząd Prezydenta naszej Ojczyzny i złożył przysięgę przed Zgromadzeniem Narodowym
(fot. Jacek Szydlowski / Forum)
***
“Obejmując z woli Narodu urząd Prezydenta Rzeczypospolitej Polskiej, uroczyście przysięgam, że dochowam wierności postanowieniom Konstytucji, będę strzegł niezłomnie godności Narodu, niepodległości i bezpieczeństwa Państwa, a dobro Ojczyzny oraz pomyślność obywateli będą dla mnie zawsze najwyższym nakazem . Tak mi dopomóż Bóg! “
***
Po złożeniu przysięgi prezydent wygłosił swoje orędzie, a o 12:00 uczestniczył we Mszy św. w intencji Ojczyzny i prezydenta, w archikatedrze św. Jana Chrzciciela w Warszawie.
***
KsiądzArcybiskup Adrian Galbas SAC:
urząd Prezydenta powinien nas wszystkich jednoczyć
(fot. PAP/Leszek Szymański)
***
„Urząd Prezydenta powinien nas wszystkich jednoczyć, ponieważ prezydent jest symbolem narodowej jedności, a także dlatego, że takie zostało mu powierzone zadanie: być prezydentem wszystkich Polaków, ponad jakimikolwiek podziałami” – mówił abp Adrian Galbas, metropolita warszawski, w homilii wygłoszonej podczas Mszy św. za Ojczyznę w dniu zaprzysiężenia prezydenta Karola Nawrockiego.
W homilii abp Adrian Galbas SAC, nawiązując do dzisiejszego święta i liturgii słowa, połączył przesłanie Ewangelii o Przemienieniu Pańskim z wyzwaniami stojącymi przed nowym prezydentem i polskim narodem.
Odwołując się do wydarzenia na Górze Tabor, wskazał na dwa główne powody Przemienienia Pańskiego, które przytoczył za św. Leonem Wielkim. Pierwszym jest przygotowanie uczniów na trud Kalwarii: „W przemienieniu Chrystusa chodziło głównie o to, by z serc uczniów usunąć zgorszenie krzyża”. Apostołowie, widząc Jezusa w chwale, mieli umocnić wiarę w Jego boskość, by w obliczu męki nie zwątpili, że „to jest wciąż ten sam Chrystus: Bóg z Boga, Światłość ze Światłości, Bóg prawdziwy z Boga prawdziwego!”.
Drugim powodem jest ukazanie celu życia chrześcijańskiego: „Pan swoim przemienieniem podbudował nadzieję Kościoła świętego (…), aby wszystkie Jego członki mogły się spodziewać udziału w tej chwale, którą wcześniej rozbłysła Głowa”. Jak podkreślił abp Galbas, święto Przemienienia przypomina o ostatecznym celu ludzkiego życia – wiecznym przebywaniu z Bogiem. „Gdy ten cel osiągniemy, gdy po ziemskiej wędrówce, wejdziemy kiedyś na szczyt wiecznego Taboru, nie trzeba będzie już donikąd schodzić, będziemy mogli wówczas powiedzieć jak Piotr: ‘Mistrzu, dobrze, że tu jesteśmy’ (Łk 9,33)” – mówił.
Hierarcha wskazał, że życie każdego człowieka, w tym prezydenta, rozgrywa się między Taborem – chwilami radości i chwały – a Kalwarią – momentami trudności i cierpienia. „Doświadczamy na przemian śmiechu i łez, pocieszenia i strapienia, radości i smutku. Mamy ‘siniaki i cekiny’, jak śpiewa jedna ze współczesnych artystek polskiej sceny” – zauważył kaznodzieja. W odniesieniu do prezydenta Nawrockiego podkreślił: „Także Pan doświadczy ‘prawa falowania’, tego, że będzie i tak i siak. Góra Kalwaria i góra Tabor”. W tych zmiennych okolicznościach kluczem jest zachowanie równowagi: „Przeżywając szczęście, byśmy nie popadli w pychę, a przeżywając nieszczęście, byśmy nie wpadli w rozpacz”.
Abp Galbas wskazał, że do mądrego sprawowania urzędu potrzeba nie tylko osobistych przymiotów, takich jak inteligencja, kompetencje komunikacyjne, decyzyjność, pracowitość, wytrwałość, odwaga czy pokora, zgoda na kompromis i prosta dobroć. „Potrzeba także dobrego zespołu, złożonego z ludzi lojalnych, uczciwych, rzetelnych, krytycznych, a nie krytykanckich i oczywiście nie lizusów. Lizusi są najgorsi. Do tego wszystkiego potrzeba jednak przede wszystkim łaski Bożej. Dlatego o nią się teraz modlimy” – mówił, wzywając prezydenta, by sam pamiętał o tym w modlitwie. Przytoczył modlitwę króla Salomona o mądrość (Mdr 9,1-6.9-10), która powinna stać się inspiracją dla każdego przywódcy: „Dajże mi Mądrość, co dzieli tron z Tobą, i nie wyłączaj mnie z liczby swych dzieci!”. Podkreślił, że bez Bożej pomocy wysiłki ludzkie są daremne: „Jeśli Pan domu nie zbuduje, powie Psalmista, na próżno trudzą się ci, którzy go wznoszą” (Ps 127,1).
Kaznodzieja odniósł się również do sytuacji Polski i świata, wskazując na współczesne wyzwania: wojnę na Ukrainie, presję migracyjną, kryzys demokracji liberalnej oraz „kryzys antropologiczny, tzn. zatracenie wiedzy na temat natury człowieka”. Szczególną uwagę poświęcił podziałom w polskim społeczeństwie: „Mamy jedno niezwykle trudne wyzwanie wewnętrzne: to trwający od lat konflikt polityczny, który dramatycznie rozbija nasz naród na wrogie sobie plemiona”. W tym kontekście przypomniał słowa preambuły Konstytucji 3 Maja, która mówi o przezwyciężaniu narodowych wad i wykorzystywaniu sprzyjających okoliczności dla dobra ojczyzny.
Abp Galbas zaapelował, by prezydentura Karola Nawrockiego była symbolem jedności: „Urząd Prezydenta powinien nas wszystkich jednoczyć, ponieważ prezydent jest symbolem narodowej jedności, a także dlatego, że takie zostało mu powierzone zadanie; być prezydentem wszystkich Polaków, ponad jakimikolwiek podziałami. Bardzo byśmy chcieli, by taka była Pana prezydentura. Oby nie miał Pan względu na osoby, ale przewodził nam wszystkim ze spokojem i mądrością, przestrzegając prawa i ucząc nas je przestrzegać”. Cytując ks. Piotra Skargę, podkreślił rolę prawa w sprawowaniu władzy: „Prawa bowiem nie mają żadnych namiętności i uwieść się krzywo nie dadzą (…). Nie mają w sobie gniewu ani popędliwości, o dary nie dbają, namówić się do złego i oszukać nie mogą”.
– Szanowny Panie Prezydencie, na pewno ma Pan już wyznaczone cele na pierwsze dni swojej prezydentury, na pierwsze sto dni, na pierwszy rok i na pięć lat. To dobrze, to ustrzeże i Pana i nas przed chaosem. Proszę jednak, jako osoba wierząca, nie stracić nigdy owego ostatecznego celu życia, jakim jest wieczność z Bogiem, przed którym każdy będzie musiał zdać sprawę ze swoich dokonań i zaniedbań. Gdy mamy to przed oczyma i w sercu, łatwiej ustrzec się od wielu błędów i od wielu grzechów, zwłaszcza od grzechu pychy – mówił warszawski metropolita.
Przywołał słowa prezydenta Francji Emmanuela Macrona o katedrze Notre Dame jako metaforze narodu i świata, który potrzebuje sensu i transcendencji. „Oby Pan, Panie Prezydencie, pokazywał nam, wierzącym i niewierzącym, ‘jak bardzo sens i transcendencja pomagają nam żyć w tym świecie. Przekazywać i mieć nadzieję’” – zaapelował.
Homilię zakończył modlitwą ks. Piotra Skargi za ojczyznę: „Boże, Rządco i Panie narodów, z ręki i karności Twojej racz nas nie wypuszczać, a za przyczyną Najświętszej Panny, Królowej naszej, błogosław Ojczyźnie naszej, by Tobie zawsze wierna, chwałę przyniosła Imieniu Twemu a syny swe wiodła ku szczęśliwości. Wszechmogący wieczny Boże, spuść nam szeroką i głęboką miłość ku braciom i najmilszej Matce, Ojczyźnie naszej, byśmy jej i ludowi Twemu, swoich pożytków zapomniawszy, mogli służyć uczciwie. Ześlij Ducha Świętego na sługi Twoje, rządy kraju naszego sprawujące, by wedle woli Twojej ludem sobie powierzonym mądrze i sprawiedliwie zdołali kierować”.
Homilia wygłoszona w dniu inauguracji prezydentury Prezydenta RP Karola Nawrockiego, 6 sierpnia 2025 r.
(pełny tekst)
Niech Bóg Panu błogosławi
Siostry i Bracia,
przeżywamy dzisiaj w liturgii Kościoła jedno z najradośniejszych świąt chrześcijańskich, upamiętniające dopiero co usłyszaną scenę z Ewangelii (por. Łk 9,28b-36). Miało to miejsce na Górze Przemienienia, którą starożytna tradycja identyfikuje z Górą Tabor w dzisiejszym Izraelu.
Po co Pan Jezus zabrał trzech Apostołów: Piotra, Jakuba i Jana na „górę świętą” (2 P 1,18), jak powie o niej sam św. Piotr? Powody są dwa, o których ładnie i przekonująco mówi w jednym ze swoich kazań papież św. Leon Wielki. Prawdopodobnie za sprawą obecnego papieża Leona będziemy częściej słyszeć o Leonie Wielkim, warto więc posłuchać co mówił i w tej sprawie.
Otóż, jego zdaniem, są dwa powody przemienienia. Pierwszy to swoiste przygotowanie uczniów do wejścia na inną górę, na której kiedyś się znajdą, czyli na Kalwarię. Mówi św. Leon, że „w przemienieniu Chrystusa chodziło głównie o to, by z serc uczniów usunąć zgorszenie krzyża”.
Teraz Chrystus jaśnieje przed nimi w chwale, już nie tylko słyszą, że On jest Mesjaszem, ale widzą coś, co nie jest z tego świata: Światłość ze Światłości, Boga prawdziwego. Przed ich oczami spełnia się wielka wizja zapisana przez proroka Daniela, o której słyszeliśmy w pierwszym czytaniu. Tak, ich Nauczyciel, Jezus z Nazaretu jest naprawdę Chrystusem, to Ten, któremu powierzono „panowanie, chwałę i władzę królewską” (Dn 7,14), któremu będą służyć „wszystkie narody, ludy i języki” (Dn 7,14). Ich Nauczyciel to Ten, o którym mówi dzisiejszy Psalmista (por. Ps 97), że jest wywyższony ponad całą ziemię „i nieskończenie wyższy ponad wszystkich bogów” (Ps 97,9). To przed Jego obliczem topnieją władcy całej ziemi, a „Jego sprawiedliwość rozgłaszają niebiosa” (Ps 97,6), co śpiewaliśmy przed chwilą w Psalmie.
Apostołowie widzą twarz Chrystusa jaśniejącą jak słońce i widzą Jego odzienie, które stało się „lśniąco białe” (Łk 9,29), widzą chwałę Jezusa, a także Mojżesza i Eliasza, rozmawiających z Chrystusem, a wreszcie słyszą głos z nieba, głos samego Ojca: „Ten jest mój Syn wybrany, Jego słuchajcie” (Łk 9,35).
A wszystko ma być po to, by umocnić ich wiarę, szczególnie na ten moment, gdy Chrystus znajdzie się na tej drugiej górze już nie w otoczeniu Mojżesza i Eliasza, ale dwóch łotrów i gdy – jak powie prorok Izajasz w swej słynnej wizji (por. Iz 53,1-12) – będzie oszpecony i zmasakrowany, niepodobny do człowieka. Będzie jak ktoś „przed kim się twarze zakrywa” (Iz 53,3). Chodzi o to, żeby także wówczas uczniowie mieli pewność, że to jest wciąż ten sam Chrystus: Bóg z Boga, Światłość ze Światłości, Bóg prawdziwy z Boga prawdziwego!
Bracia i Siostry,
nasze codzienne życie rozgrywa się pomiędzy tymi dwiema górami: pomiędzy Taborem i Kalwarią. Doświadczamy na przemian śmiechu i łez, pocieszenia i strapienia, radości i smutku. Mamy „siniaki i cekiny”, jak śpiewa jedna ze współczesnych artystek polskiej sceny. Nie ma na świecie nikogo, kogo życie byłoby tylko samą euforią i nie ma nikogo, kogo życie byłoby samą tylko tragedią. Zawsze jest wesele i pogrzeb, szczęście i nieszczęście, „z górki” i „pod górkę”, posiadanie i strata. I chodzi o to, byśmy – jako wierzący – mieli pewność, że we wszystkim jest z nami Chrystus. Przeżywając szczęście, byśmy nie popadli w pychę, a przeżywając nieszczęście, byśmy nie wpadli w rozpacz. Będąc na Taborze naszego życia mamy się wzmacniać tą chwilą i nią cieszyć, jak Piotr, a gdy znajdziemy się na naszej życiowej Kalwarii mamy pamiętać, że to nie jest koniec, że na pewno przyjdzie odmiana, przyjdzie przemienienie, bo nie ma takiego Wielkiego Piątku, po którym by nie było Wielkanocy!
Tak jest i tak będzie również w życiu Pana Prezydenta. Także Pan doświadczy „prawa falowania”, tego, że będzie i tak i siak. Góra Kalwaria i góra Tabor. Oby w ciągu najbliższych pięciu lat intensywność tych gór nie rozłożyła się w Pana życiu, w Pana posługiwaniu i w życiu Pana rodziny po połowie, a tym bardziej, oby nie zdominowało to co trudne i ciężkie, ale nie jesteśmy naiwni: wiecznego Taboru na pewno nie będzie, pięć usłanych różami lat nie nadejdzie.
Aby w radości nie stracić głowy, a w strapieniu serca, potrzeba nie tylko osobistych przymiotów: inteligencji, kompetencji komunikacyjnych, decyzyjności, pracowitości, wytrwałości, odwagi, a jednoczenie pokory, zgody na kompromizm i prostej dobroci. Potrzeba także dobrego zespołu, złożonego z ludzi lojalnych, uczciwych, rzetelnych, krytycznych, a nie krytykanckich i oczywiście nie lizusów. Lizusi są najgorsi. Do tego wszystkiego potrzeba jednak przede wszystkim łaski Bożej. Dlatego o nią się teraz modlimy.
Proszę o nią modlić się także samemu. Jeśli Pan domu nie zbuduje, powie Psalmista, na próżno trudzą się ci, którzy go wznoszą. Jeżeli Pan miasta nie ustrzeże, strażnik czuwa daremnie (Ps 127,1).
Pięknym przykładem władcy, który prosi Boga o pomoc niezbędną w sprawowaniu rządów, jest biblijny król Salomon, a jego modlitwa o mądrość jest arcydziełem, które dobrze aby znalazło się w osobistym modlitewniku każdego rządzącego:
„Boże przodków i Panie miłosierdzia, któryś wszystko uczynił swoim słowem i w Mądrości swojej stworzyłeś człowieka, by panował nad stworzeniami, co przez Ciebie się stały, by władał światem w świętości i sprawiedliwości i w prawości serca sądy sprawował – dajże mi Mądrość, co dzieli tron z Tobą, i nie wyłączaj mnie z liczby swych dzieci! Bom sługa Twój, syn Twojej służebnicy, człowiek niemocny i krótkowieczny, zbyt słaby, by pojąć sprawiedliwość i prawa. Choćby zresztą był ktoś doskonały między ludźmi, jeśli mu braknie mądrości od Ciebie – za nic będzie poczytany (…). Z Tobą jest Mądrość, która zna Twe dzieła, i była z Tobą, kiedy świat stwarzałeś, i wie, co jest miłe Twym oczom, co słuszne według Twych przykazań. Wyślij ją z niebios świętych, ześlij od tronu swej chwały, by przy mnie będąc pracowała ze mną i żebym poznał, co jest Tobie miłe (Mdr 9, 1-6.9-10). Przepiękne i przepokorne słowa!
Prawo falowania ma jednak swoje odniesienie nie tylko do losów pojedynczego człowieka, ale także do losów wspólnoty, w tym wspólnoty narodowej. Z pewnością w trakcie sprawowania swej prezydentury będzie Pan, Panie prezydencie, świadkiem wielu szczęść polskiego narodu, które Pana, jako „pierwszego z nas”, napełnią słusznym uczuciem dumy. Będą to szczęścia spektakularne, jak choćby te, które kryją się w znanych dziś wszystkim imionach: Iga i Sławosz, ale będą także szczęścia mniej powszechnie znane, ale nie mniej ważne, za którymi będzie stał wysiłek milionów Polek i Polaków. Oby mógł się Pan nimi jak najczęściej, jak najwięcej i jak najdłużej cieszyć.
Ale, niestety, będzie Pan uczestnikiem także tego, co dla społeczeństwa jest trudne, niepokojące i złe. Dziś jest to szczególnie niestabilna sytuacja na świecie, zwłaszcza w Europie i podział wewnątrz polskiego społeczeństwa.
Tocząca się od przeszło trzech lat wojna na Ukrainie, presja migracyjna na wschodniej i zachodniej granicy, przeobrażenia w Unii Europejskiej, kryzys liberalnej demokracji, kryzys antropologiczny, tzn. zatracenie wiedzy na temat natury człowieka, coraz większy rozziew między prawem pozytywnym a prawem naturalnym, to tylko niektóre z niepokojów przychodzących z zewnątrz. I mamy jedno niezwykle trudne wyzwanie wewnętrzne: to trwający od lat konflikt polityczny, który dramatycznie rozbija nasz naród na wrogie sobie plemiona.
W tej katedrze, nasi przodkowie dziękowali Bogu za to, że potrafili się wznieść ponad narodowe podziały i uchwalić pierwszą w nowożytnej Europie Konstytucję. W preambule Ustawy rządowej z 3 maja 1791 r. czytamy:
„Uznając, iż los nas wszystkich od ugruntowania i wydoskonalenia Konstytucji narodowej jedynie zawisł, długim doświadczeniem poznawszy zadawnione rządu naszego wady, a chcąc korzystać z pory, w jakiej się Europa znajduje i z tej dogorywającej chwili, która nas samych sobie wróciła, wolni od hańbiących obcej przemocy nakazów, ceniąc drożej nad życie, nad szczęśliwość osobistą, egzystencję polityczną, niepodległość zewnętrzną i wolność wewnętrzną narodu, którego los w ręce nasze jest powierzony, chcąc na błogosławieństwo, na wdzięczność współczesnych i przyszłych pokoleń zasłużyć, mimo przeszkód, które w nas namiętności sprawować mogą, dla dobra powszechnego, dla ugruntowania wolności, dla ocalenia ojczyzny naszej i jej granic, z największą stałością ducha niniejszą Konstytucję uchwalamy i tę całkowicie za świętą, za niewzruszoną deklarujemy, dopóki by naród w czasie prawem przepisanym wyraźną wolą swoją nie uznał potrzeby odmienienia w niej jakiego artykułu”.
To piękne i ważne słowa, a zawarte tam odwołanie do „zadawnionych naszych wad” narodowych oraz przypomnienie, że możliwe jest właściwe wykorzystanie „pory, w jakiej się Europa znajduje” są ważne i dla nas.
Ks. Piotr Skarga mówił: „Proszę, nie dzielcie się temi trzemi dziedzictwy: Religią, Królem i Ojczyzną miłą, ale ich spólnie i w zgodzie używajcie. Bo skoro się dzielić tym poczniecie, wszytko wam zginie. Ja z nim trzymam, a ja nie trzymam, ja tego chcę, a ja drugiego — gotowa jest Rzeczypospolitej zguba, gdy się wiele w niej królów zacznie (…), bo Ojczyzna też rozdziałów, jako jedno ciało, nie cierpi” (ks. Piotr Skarga, Kazanie trzecie).
Urząd Prezydenta powinien nas wszystkich jednoczyć, ponieważ prezydent jest symbolem narodowej jedności, a także dlatego, że takie zostało mu powierzone zadanie; być prezydentem wszystkich Polaków, ponad jakimikolwiek podziałami.
Bardzo byśmy chcieli, by taka była Pana prezydentura. Oby nie miał Pan względu na osoby, ale przewodził nam wszystkim ze spokojem i mądrością, przestrzegając prawa i ucząc nas je przestrzegać. „Prawa [bowiem], to raz jeszcze ks. Piotr Skarga, nie mają żadnych namiętności i uwieść się krzywo nie dadzą (…). Nie mają w sobie gniewu ani popędliwości, o dary nie dbają, namówić się do złego i oszukać nie mogą: co się w ludziach najdować zawżdy we wszytkich nie może. (…) Przetoż u Mojżesza i na króle, i na sędzie prawo jest napisane, aby tacy byli i wedle napisanych ustaw panowali i sądzili” (ks. Piotr Skarga, Kazanie siódme).
Siostry i Bracia,
powróćmy jeszcze do kazania św. Leona Wielkiego, w którym wyjaśnia on sens dzisiejszego święta. Powiedziałem, że wspomina tam o dwóch jego powodach. Tym drugim jest ukazanie nam celu naszego życia. Św. Leon pisze tak: „Pan swoim przemienieniem podbudował nadzieję Kościoła świętego (…), aby wszystkie Jego członki mogły się spodziewać udziału w tej chwale, którą wcześniej rozbłysła Głowa”.
Tak, to święto mówi nam pięknie o celu naszego życia, którym jest wieczne przebywanie z Chrystusem, niebo i zbawienie. Gdy ten cel osiągniemy, gdy po ziemskiej wędrówce, wejdziemy kiedyś na szczyt wiecznego Taboru, nie trzeba będzie już donikąd schodzić, będziemy mogli wówczas powiedzieć jak Piotr: „Mistrzu, dobrze, że tu jesteśmy” (Łk 9,33).
Bracia i Siostry,
każdy z nas ma jakieś cele na pewien okres w swoim życiu: uczeń by skończyć szkołę i zacząć studia, student, by otrzymać dyplom i mieć pracę, pracownik, by dobrze zarabiać, dziecko, by dorosnąć, narzeczony, by się ożenić, chory, by zostać wyleczonym, itd. Cele na jakiś czas! Ale musi być też cel ostateczny, musi być odpowiedź na pytanie, po co to wszystko, po co ja w ogóle żyję na tej ziemi? I to dzisiejsze święto przypomina nam podstawową odpowiedź Chrystusa i Kościoła: żyję po to, by po dobrej i pożytecznej doczesności, wiecznie przebywać z Bogiem, widzieć Go twarzą w twarz i cieszyć się wspólnotą zbawionych. Nigdy nam nie wolno o tym zapomnieć, bo to uderzyłoby w fundamenty naszej wiary i bardzo utrudniło życie codzienne. „Jeśli statek nie wie do, którego portu płynie – mówi Seneka – wtedy każdy wiatr jest mu przeciwny”. Jeśli nie wiem, jaki jest cel mojego życia, wtedy wszystko jest trudniejsze, wszystko będzie jakby przeciwko mnie.
Szanowny Panie Prezydencie,
na pewno ma Pan już wyznaczone cele na pierwsze dni swojej prezydentury, na pierwsze sto dni, na pierwszy rok i na pięć lat. To dobrze, to ustrzeże i Pana i nas przed chaosem. Proszę jednak, jako osoba wierząca, nie stracić nigdy owego ostatecznego celu życia, jakim jest wieczność z Bogiem, przed którym każdy będzie musiał zdać sprawę ze swoich dokonań i zaniedbań. Gdy mamy to przed oczyma i w sercu, łatwiej ustrzec się od wielu błędów i od wielu grzechów, zwłaszcza od grzechu pychy.
Podczas niedawnego ponownego otwarcia paryskiej katedry Notre Dame, prezydent Francji wypowiedział słowa, które mnie zatrzymały: „Katedra ta, mówił, stała się szczęśliwą metaforą tego, czym jest naród i czym powinien być świat (…). Nasza katedra przypomina nam, że jesteśmy spadkobiercami przeszłości większej od nas samych, która każdego dnia może zniknąć, oraz uczestnikami epoki, którą musimy przekazać następnym pokoleniom. Nasza katedra pokazuje nam, jak bardzo sens i transcendencja pomagają nam żyć w tym świecie. Przekazywać i mieć nadzieję” (Emmanuel Macron, 7 grudnia 2024 r.).
Oby Pan, Panie Prezydencie, pokazywał nam, wierzącym i niewierzącym, „jak bardzo sens i transcendencja pomagają nam żyć w tym świecie. Przekazywać i mieć nadzieję”.
Szanowny Panie Prezydencie,
jako wspólnota wierzących Polaków, gratulujemy Panu wyboru na zaszczytny urząd Prezydenta Rzeczpospolitej Polskiej, otaczamy dziś Pana naszą obecnością i naszą życzliwością, Modlimy się za Pana, za Pańską rodzinę i za naszą ukochaną Ojczyznę, na czele której Pan staje.
Teraz czynimy to słowami znanej modlitwy, cytowanego już dziś wielokrotnie, ks. Piotra Skargi: „Boże, Rządco i Panie narodów, z ręki i karności Twojej racz nas nie wypuszczać, a za przyczyną Najświętszej Panny, Królowej naszej, błogosław Ojczyźnie naszej, by Tobie zawsze wierna, chwałę przyniosła Imieniu Twemu a syny swe wiodła ku szczęśliwości. Wszechmogący wieczny Boże, spuść nam szeroką i głęboką miłość ku braciom i najmilszej Matce, Ojczyźnie naszej, byśmy jej i ludowi Twemu, swoich pożytków zapomniawszy, mogli służyć uczciwie. Ześlij Ducha Świętego na sługi Twoje, rządy kraju naszego sprawujące, by wedle woli Twojej ludem sobie powierzonym mądrze i sprawiedliwie zdołali kierować. Przez Chrystusa, Pana naszego. Amen” (ks. Piotr Skarga, Modlitwa za Ojczyznę).
+ Adrian J. Galbas SAC
źródło: KAI/PCh24.pl
***
wtorek, 5 sierpnia
Dobrze jest pamiętać o dziełach Boga: Uroczystość Matki Bożej Śnieżnej
Santa Maria Maggiore/fot. Gość Niedzielny
***
Pogromczyni nieprzyjaciół Krzyża – Matka Boża Śnieżna
(oprac. GS/PCh24.pl)
***
Historia Kościoła obfituje w niezwykłe zdarzenia, będące owocem ingerencji Nieba w porządek ziemski. Wierzących budują moralnie, z kolei dla odrzucających wiarę stanowią przyczynę zgorszenia lub, w najlepszym wypadku, budzą ich sceptycyzm. Do takich faktów należą m.in. dzieje bazyliki i obrazu Matki Bożej Śnieżnej.
Śnieg w letni poranek
Rzymianie, którzy 5 sierpnia 352 roku przechodzili przez wzgórze eskwilińskie, z wielkim zdziwieniem obserwowali niezwykłe zjawisko. Mimo letniej pory jego zbocze pokrywała warstwa śniegu. Co było przyczyną niezwykłego wydarzenia, wiedział papież Liberiusz oraz rzymski patrycjusz Jan. W nocy ukazała im się bowiem Matka Boża i wyraziła wolę, by w tym miejscu stanęła świątynia ku Jej czci. Jak mówi stara tradycja, wspomniany patrycjusz oraz jego żona nie doczekawszy się potomstwa, zastanawiali się, jak spożytkować ku chwale Bożej swój majątek. Jakże zadziwić, a zarazem uradować musiała ich taka odpowiedź…
W miejscu cudu stanęła pierwsza świątynia poświęcona Bogarodzicy. Nie była jeszcze tak wielka i wspaniała jak dziś. Tę wzniesiono dopiero za pontyfikatu Ojca Świętego Sykstusa III (432-440), który chciał uczcić sukces soboru w Efezie, a przede wszystkim ogłoszenie dogmatu, że Najświętszej Maryi Pannie przysługuje tytuł Bożej Rodzicielki (Theotokos). Świątynia zyskała nazwę bazyliki Matki Bożej Większej.
Pamięć cudu leżącego u genezy fundacji świątyni przetrwała w nazwie wizerunku Maryi czczonego w jej wnętrzu oraz święcie ustanowionym w rocznicę niezwykłego zjawiska (5 sierpnia) – Matki Bożej Śnieżnej. Piękna legenda przenosi moment powstania ikony daleko wstecz, przypisując jej namalowanie św. Łukaszowi Ewangeliście. Według historyków sztuki, znany nam obecnie obraz powstał najprawdopodobniej w XII wieku. Do Rzymu trafił zapewne w XIII stuleciu, wraz z krzyżowcami powracającymi do Europy.
Wybawicielka rzymian
Obraz cieszy się sławą cudownego, a przedstawia Maryję trzymającą na lewej ręce małego Pana Jezusa, który z kolei lewą rączką podtrzymuje Księgę, a prawą wyciąga przed siebie w geście błogosławieństwa. Znany jest także pod nazwą Salus Populi Romani, czyli Ocalenie Ludu Rzymskiego. Wielokroć bowiem, w chwilach poważnych zagrożeń, Matka Boża Śnieżna przychodziła z pomocą rzymianom.
To właśnie Jej ingerencji lud rzymski przypisuje ocalenie miasta przed dżumą za pontyfikatu św. Grzegorza Wielkiego. Później, podczas wielkiego pożaru, który wybuchł w 847 roku, gdy papieżem był Leon IV, wizerunek Matki Bożej Śnieżnej niesiono ulicami Wiecznego Miasta, wypraszając wygaśnięcie ognia. Podobna procesja z obrazem Maryi Salus Populi Romani przeszła przez Rzym w trakcie starcia z flotą muzułmańską pod Lepanto w 1571 roku. Wtedy to losy bitwy rozstrzygnęły się na korzyść połączonej floty katolickiej.
Należy dodać, że wizerunek Matki Bożej Śnieżnej stał się bardzo popularny w całym świecie chrześcijańskim. Do jego rozpropagowania przyczynił się generał jezuitów św. Franciszek Borgiasz, zamawiając liczne kopie cudownego wizerunku, by potem wysłać je do różnych zakątków świata. Jedna z nich trafiła do Jarosławia w Polsce. W oparciu o ten obraz powstały kolejne repliki.
Rada na wagę zwycięstwa
Należy podkreślić, że także w Polsce Matka Boża Śnieżna uczyniła cud porównywalny do rzymskich, przyczyniając się do zwycięstwa w bitwie chocimskiej.
Stało się to w 1621 roku, gdy rok po zwycięstwie nad armią polską na polach Cecory, w której zginął hetman Stanisław Żółkiewski, Turcy szykowali nową wyprawę na Rzeczpospolitą. Całej potędze Turcji drogę zastąpiły szczupłe siły pod dowództwem hetmana Jana Karola Chodkiewicza. Niestety, utalentowany militarnie hetman zmarł w oblężonym obozie. Gdy wieść o tym doszła do kraju, biskup Marcin Szyszkowski zarządził w Krakowie uroczystą procesję błagalną, podczas której niesiono ulicami miasta przechowywaną w kościele oo. Dominikanów kopię wizerunku Matki Bożej Śnieżnej. Gdy wszystko zapowiadało klęskę, bo otoczone przez pogan wojska polskie dysponowały zaledwie jedną beczką prochu, dowodzącemu nimi regimentarzowi Stanisławowi Lubomirskiemu ukazała się Matka Boża. Madonna wypowiedziała tylko jedno słowo: Wytrwałość. Wódz zastosował się do rady, dzięki czemu Polska strona wynegocjowała pokój na korzystnych warunkach. Sukces uznano za dzieło Niepokalanej.
Jako wotum dziękczynne dla Bogarodzicy żona Stanisława Lubomirskiego, Anna, ufundowała w Krakowie kościół i klasztor ss. Dominikanek, naturalnie pod wezwaniem Matki Bożej Śnieżnej. Do dziś zakonnice oraz wierni czczą w nim Maryję, modląc się przed jedną z kopii eskwilińskiego obrazu.
Modlitwa do Najświętszej Maryi Panny Śnieżnej
O Maryjo, Matko moja Niebieska, najczulsza, najlepsza z matek, do stóp i do Serca Twego Macierzyńskiego tulę się z miłością i ufnością dziecięcą. Patrz, oto Twe dziecię przychodzi do Ciebie i wzywa Twej pomocy! Czy potrzeba o Matko, by wiele Ci mówiło, Twe Serce wszystko już odczuło… Ty wiesz, że cierpi, że płacze, że zgrzeszyło… O Matko łaski Bożej, źródło życia i radości, o Ty wsławiona w tym cudownym Obrazie łaskami bez miary, spraw Twoim wstawiennictwem u Boga, by i na moje serce dotknięte cierpieniem i winami, spadły białe, śnieżne płatki Twej pociechy, zmiłowania i wysłuchania. Bóg Ci niczego odmówić nie może, jeśli tylko prośby nasze nie sprzeciwiają się zamiarom Jego Ojcowskiego Serca, tak bardzo nas miłującego. O Matko Najświętsza, wierzę, iż wszystko możesz u Boga! O Matko Miłosierdzia, ufam Twemu Macierzyńskiemu Sercu, O Matko Najczulsza, Tobie powierzam wszystko, co dotyczy mojej duszy, mego ciała i moich najdroższych! O Matko Ukochana, miłuję Cię i wiem, że miłujesz mnie jak dziecię swoje. W Twoje ręce najświętsze składam życie, śmierć i wieczność moją, wierząc, że nie zginę na wieki. Amen.
Litania do Najświętszej Maryi Panny Śnieżnej
Kyrie, eleison. Chryste, eleison. Kyrie, eleison. Chryste, usłysz nas. Chryste, wysłuchaj nas. Ojcze z Nieba, Boże, zmiłuj się nad nami. Synu, Odkupicielu świata Boże, Duchu Święty Boże, Święta Trójco, Jedyny Boże,
Święta Maryjo, módl się za nami. Święta Maryjo Panno Śnieżna, Święta Maryjo Dziewico Niepokalana, Święta Maryjo Pokorna Służebnico Pańska, Święta Maryjo Żywy Przybytku Słowa Wcielonego, Święta Maryjo Nowa Ewo, obiecana w raju, Święta Maryjo Pociecho, radości i błogosławieństwo Ludu Wybranego, Święta Maryjo Idąca za Chrystusem aż do stóp Krzyża, Święta Maryjo Świeczniku ozdobiony w siedmiorakie dary Ducha Świętego, Święta Maryjo Najwyższa chlubo świata chrześcijańskiego, Święta Maryjo Królowo Nieba i ziemi, Święta Maryjo Wzorze modlitwy i wyrzeczenia, Święta Maryjo Wspomożenie małżeństw i rodzin, Święta Maryjo Opiekunko pielgrzymów i podróżujących, Matko nasza najłaskawsza, Matko Miłosierdzia, Matko ofiarności i dobroci, Matko poświęcenia i służby, Matko zsyłająca swe łaski wraz z płatkami śniegu, Matko prowadząca zagubionych w chaosie świata, Matko darząca uśmiechem swoich gości, Matko o każdej porze roku zapraszająca do siebie czcicieli, Matko udzielająca wszelkiej pomocy potrzebującym, Matko wypraszająca łask wszelkich, Matko której bezgranicznie zaufaliśmy, Matko pouczająca o Miłowaniu Boga i bliźnich, Matko wypraszająca pokój i Boże przebaczenie, Matko nawołująca do gorliwego odmawiania Różańca, Matko wzywająca do czynienia pokuty, Matko umacniająca chorych i cierpiących, Matko wychowawczyni powołań kapłańskich, zakonnych i misyjnych, Matko otaczająca opieką wszystkich parafian, Matko roztaczająca Macierzyńską opiekę nad młodzieżą i dziećmi, Matko chroniąca nas od niewiary, Matko ucząca nas prostoty i życia w prawdzie, Matko pomagająca naszej Ojczyźnie i światu całemu, Matko towarzysząca nam w pielgrzymce wiary, Matko pocieszająca strapionych i nadziejo umierających, Matko prosząca swego Syna o świętość dla nas,
Baranku Boży, który gładzisz grzechy świata – przepuść nam, Panie. Baranku Boży, który gładzisz grzechy świata – wysłuchaj nas, Panie. Baranku Boży, który gładzisz grzechy świata – zmiłuj się nad nami.
K. Módl się za nami, Święta Boża Rodzicielko.
W. Abyśmy się stali godnymi obietnic Chrystusowych. Módlmy się: Boże Wszechmogący, Ojcze i Przyjacielu ludzi, Ty prowadzisz Swój lud pośród zmieniających się kolei życia. Dzięki Ci składamy za to, że łaskawie wejrzałeś na naszą ziemię, gdzie czcimy Najświętszą Maryję Pannę Śnieżną. Udziel nam i tym wszystkim, którzy powierzają się Jej Matczynej Opiece, łaski coraz większego umiłowania Zbawiciela Jezusa Chrystusa. Który żyjesz i królujesz przez wszystkie wieki wieków. Amen
Matka Boża Śnieżna i cud śniegu w środku lata. Radość rodzi się z wiary, nie z braku problemów
Santa Maria Maggiore/fot. Vatican Media
*** Radość nie pochodzi z braku problemów, ale z wiary w obecność Boga, który nas wspiera i jest blisko nas – powiedział kardynał Rolandas Makrickas w homilii podczas Mszy św. w uroczystość poświęcenia Bazyliki Santa Maria Maggiore oraz uroczystość Matki Bożej Śnieżnej. Wskazał na osobę Maryi jako przykład do naśladowania, bowiem to ona wyśpiewała Bogu Magnificat widząc wielkie dzieła boże w Jej życiu.
– Bóg jest wielki, ponieważ spogląda na nas i nas kocha – nas, którzy jesteśmy mali. Maryja uznaje się za małą i wywyższa “wielkie rzeczy”, które uczynił dla niej Pan. Przyjmując w sobie życie Boże, stała się Matką Boga – mówił kard. Makrickas, archiprezbiter Bazyliki Matki Bożej Większej – Santa Maria Maggiore.
Śnieg w środku lata
5 sierpnia obchodzona jest uroczystość poświęcenia tej bazyliki, która została zbudowana w 432 roku z polecenia papieża Sykstusa III. Powstała w miejscu, gdzie wcześniej istniał inny kościół zbudowany przez papieża Liberiusza oraz patrycjusza Jana w miejscu, które wskazała Matka Boża. W czasie snu poprosila ich, aby wybudowali świątynię na wzgórzu, gdzie spadł śnieg w środku lata.
Jak przypomniał kard. Makrickas, była to noc z 4 na 5 sierpnia 358 roku, w duszne lato. Według tej tradycji, śnieg spadł na Eskwilin, a papież Liberiusz wytyczył w śniegu zarysy nowego kościoła. Stąd również pochodzi nazwa Matka Boża Śnieżna – tytuł, który odtąd nosiło wiele kościołów na Zachodzie poświęconych Maryi.
Czystość i łaska
Każdego roku w uroczystość Matki Bożej Śnieżnej w Bazylice Santa Maria Maggiore spod sklepienia spadają białe płatki róż. Jak przypomniał kard. Makrickas, papież Franciszek będąc świadkiem tego gestu powiedział, że spadający śnieg budzi podziw i zdumienie. Wskazał na śnieg jako symbol łaski – rzeczywistości, która łączy w sobie piękno i darmowość. Ma ono – jak mówił kardynał – także inną wymowę – bieli i czystości. Wiąże się ona ściśle z postacią Maryi.
– Nie bez powodu w pięknej pieśni ludowej śpiewamy do Niej: “Piękna jesteś jak słońce, biała jak księżyc, a najpiękniejsze gwiazdy nie dorównują Tobie” – mówił kardynał. – Matka Boża była główną bohaterką pierwszego opadu śniegu na Eskwilinie – to Ona zapragnęła, aby na tym wzgórzu, najwyższym w Rzymie, przez wieki był chwalony imię Jej Syna, Jezusa – dodał.
Bóg na pierwszym miejscu
Przypomniał znaczenie słów “Wielbi dusza moja Pana” z hymnu Maryi “Magnificat”. “Wielbić dosłownie oznacza ‘czynić wielkim’. Maryja ‘czyni wielkimi dzieła Pana’ – nie swoje trudności czy zmartwienia, lecz właśnie Pana” – wskazał.
Zauważył, że zawsze istnieje pokusa, aby dać się przytłoczyć przez problemy i lęki, jednak Maryja pokazuje, że to nie one, a Bóg powinny być na pierwszym miejscu w życiu.
– Radość nie pochodzi z braku problemów, ale z wiary w obecność Boga, który nas wspiera i jest blisko nas. Bóg jest wielki, ponieważ spogląda na nas i nas kocha – nas, którzy jesteśmy mali – dodał kardynał.
Podkreślił, że Pan dokonuje cudów przez małych i czystych sercem – przez tych, którzy nie myślą, że są wielcy, ale dają wielką przestrzeń Bogu w swoim życiu.
vaticannews/Deon.pl
***
poniedziałek, 4 sierpnia
Patron tygodnia
Apostoł konfesjonału
Święty Jan Maria Vianney był wzorem ewangelicznego ubóstwa i czystości oraz gorliwym apostołem konfesjonału. Jako prosty i pokorny kapłan dokonał duchowej rewolucji we Francji.
Wizerunek św. Jana Vianneya autorstwa Marka Gajewskiego w sanktuarium św. Jana Vianneya w Czeladzi
***
“Najpiękniejsze radości, które obficie towarzyszyły początkom naszego kapłaństwa, są na zawsze związane w naszych wspomnieniach z głębokim przeżyciem, jakiego doświadczyliśmy 8 stycznia 1905 r. w Bazylice Watykańskiej, z okazji pełnej chwały beatyfikacji tego pokornego kapłana Francji, którym był Jan Maria Chrzciciel Vianney” – napisał św. Jan XXIII w encyklice Sacerdotii nostri primordia. Postać św. Jana Marii Vianneya stała się przykładem do naśladowania dla wielu kapłanów.
Jan Maria Vianney urodził się 8 maja 1786 r. w biednej rodzinie chłopskiej w miasteczku Dardilly. Do I Komunii św. przystąpił potajemnie w czasie Wielkiej Rewolucji Francuskiej – w 1799 r. W dzieciństwie i młodości poświęcał swój czas na pracę w polu i wypas zwierząt, do tego stopnia, że jeszcze w wieku 17 lat był analfabetą. Znał jednak na pamięć modlitwy, których nauczyła go pobożna matka, i karmił się religijnością rodzinnego domu. Na kapłana został wyświęcony 13 sierpnia 1815 r. Przez pierwsze trzy lata był wikariuszem w Écully. Najważniejszą misję spełnił jednak, gdy był proboszczem w Ars. Centrum jego życia stanowiła Eucharystia. W Ars wyróżniał się jako doskonały i niestrudzony spowiednik oraz kierownik duchowy.
Zmarł 4 sierpnia 1859 r. Święty Jan Paweł II napisał o nim w Darze i Tajemnicy: „Od czasów kleryckich żyłem pod wrażeniem postaci Proboszcza z Ars, zwłaszcza po lekturze książki ks. Trochu. Święty Jan Maria Vianney zdumiewa przede wszystkim tym, że odsłania potęgę łaski działającej przez ubóstwo ludzkich środków. Byłem szczególnie wstrząśnięty jego heroiczną posługą konfesjonału. Ten pokorny kapłan, który spowiadał po kilkanaście godzin na dobę, odżywiając się niezwykle skromnie, przeznaczając na spoczynek kilka zaledwie godzin, potrafił w tym trudnym okresie dokonać duchowej rewolucji we Francji, i nie tylko we Francji. Tysiące ludzi przechodziło przez Ars i klękało przy jego konfesjonale. Na tle dziewiętnastowiecznego zeświecczenia i antyklerykalizmu, jego świadectwo było wydarzeniem dosłownie rewolucyjnym”.
ks. Mariusz Frukacz/Tygodnik Niedziela
***
Św. Jan Maria Vianney – zaprzeczenie klerykalizmu. Czegokolwiek oczekiwał od parafian, sam to robił
Proboszcz z Ars się nie starzeje. W czym tkwi fenomen jego niesłabnącej popularności?
fot. Henryk Przondziono/Gość Niedzielny
***
Był 28 lipca 1948 roku. Młody ksiądz Karol Wojtyła zmierzał do wioski Niegowić, gdzie miał być wikarym. Ostatni odcinek musiał pokonać pieszo. „Szedłem wśród łanów częściowo już skoszonych, a częściowo czekających jeszcze na żniwo” – wspominał w autobiograficznej książce „Dar i Tajemnica”. Gdy z dala ujrzał kościół, upadł na kolana i ucałował ziemię. „Nauczyłem się tego gestu chyba od św. Jana Marii Vianneya” – napisał papież.
Modlitwa
Nikt nie zliczy tych, którzy w swoim życiu inspirowali się przykładem proboszcza z Ars. I grono zainspirowanych wciąż się nie zmniejsza, gdyż to, co przyniosło mu koronę świętości, jest uniwersalne. Jego wzór pasuje do każdej epoki, bo opiera się na prostocie, duchowym ubóstwie i pokorze – a te cechy nie ulegają przeterminowaniu i zawsze pociągają.
Zauważył to Pius XI, który, kanonizując Jana Marię Vianneya w 1925 roku, ogłosił go „niebiańskim patronem wszystkich kapłanów świata”. Z okazji setnej rocznicy tego wydarzenia, 31 maja tego roku, prefekt Dykasterii ds. Duchowieństwa kard. Lazzaro You Heung-sik potwierdził, że święty proboszcz wciąż pociąga swoim przykładem. Stwierdził, że jest on wzorem kapłaństwa „zrodzonego z modlitwy, Eucharystii i spowiedzi – nie z prestiżu”.
Na ten aspekt warto zwrócić szczególną uwagę. Jan Maria Vianney był ostatnim człowiekiem, któremu zależałoby na splendorze, zaszczytach, peanach. Za bardzo był pochłonięty swoją kapłańską misją, żeby zwracać uwagę na jakiekolwiek rzeczy służące własnej wygodzie czy zdobywaniu bądź ugruntowywaniu uprzywilejowanej pozycji. Wystarczało mu ubogie mieszkanie, parę godzin snu i trochę jedzenia. Jego pasją było pragnienie przyczynienia się do zbawienia powierzonych mu ludzi. Robił to prostymi środkami, które zawsze są skuteczne, a zarazem konieczne, jeśli mają przynieść prawdziwe owoce żywej wiary.
Gdy w 1817 roku ks. Vianney został proboszczem w wiosce Ars, mieszkało tam tylko 230 osób, z których prawie nikt w kościele się nie pojawiał. „Jest to mała parafia, w której nie ma wiele miłości Boga: ty im ją przyniesiesz” – usłyszał od biskupa.
Przyniósł, bo sam tę miłość obficie czerpał. Zazwyczaj już o czwartej rano wychodził z plebanii do kościoła. Tam, klęcząc przed tabernakulum, modlił się przez dwie godziny, czasem dłużej. Kiedyś sąsiad, zaciekawiony, dlaczego proboszcz tak wcześnie udaje się do świątyni, poszedł za nim. Widząc, że ten klęczy nieruchomo, pochłonięty modlitwą, wrócił do domu i powiedział: „To nie jest człowiek taki jak inni”.
W Ars, gdzie posługiwał święty proboszcz, zachowało się wiele śladów jego życia i modlitwy.
fot. Jakub Szymczuk/Gość Niedzielny
***
Eucharystia
W ciągu dnia święty również często wchodził do kościoła na chwilę modlitwy. Wieczorem odmawiał Różaniec, a po zmroku znów modlił się przed Najświętszym Sakramentem. Do Mszy przygotowywał się przez 20 minut, klęcząc przed ołtarzem, a po skończonej Eucharystii długo odprawiał dziękczynienie. To nie było zachowanie na pokaz i być może dlatego tak bardzo ludzi intrygowało. Gdy ks. Vianney mówił o modlitwie, słuchacze wiedzieli, że nie teoretyzuje. A mówił, zachęcając do porzucenia formalizmu. „To nie długie czy piękne modlitwy przyciągają uwagę Boga, lecz te pochodzące z głębi serca, z głębokiego szacunku i prawdziwego pragnienia podobania się Bogu” – tłumaczył. Wyraził przekonanie, że „gdy przychodzimy, aby pokłonić się Panu, otrzymamy wszystko, czego pragniemy, jeśli tylko poprosimy z żywą wiarą i czystym sercem”.
Jan Vianney otrzymywał to, o co prosił. W ciągu kilku lat mieszkańcy Ars z obojętnych religijnie zmienili się w gorliwych wyznawców Chrystusa. Cztery karczmy opustoszały, a ich dawni bywalcy teraz zapełniali kościół. Choć na początku na Mszę chodziło tylko kilka osób, po 10 latach na Mszach niedzielnych byli już wszyscy parafianie.
Gdy rosła sława niezwykłego proboszcza, on sam miał coraz więcej obowiązków. Co ważne: nigdy nie zaniedbał modlitwy. To dzięki niej Bóg pomnażał jego czas i jego siły, i dawał mu mądrość spowiednika i kaznodziei. Modlitwa chroniła go także przed pychą, która łatwo usidla tych, którzy delektują się „sukcesami duszpasterskimi”.
Pokora
Ksiądz Vianney miał tych sukcesów mnóstwo, ale sam tego nie zauważał. Przeciwnie, zmagał się z poczuciem winy, że nie wszyscy parafianie żyją w przyjaźni z Bogiem. Uważał w związku z tym, że nie nadaje się na proboszcza. Nie wierzył nawet w to, że dziejące się spektakularne nawrócenia i uzdrowienia mają z nim jakiś związek, i przypisywał je św. Filomenie, męczenniczce rzymskiej, której relikwie znajdowały się w kościele.
Pokora proboszcza z Ars umacniała się w ogniu przeciwności. Nie ominęło go cierpienie spowodowane plotkami i oszczerstwami, w tym fałszywymi oskarżeniami o to, że jest ojcem dziecka, które urodziła niezamężna dziewczyna z sąsiedztwa. Proboszcz ze swoim bólem szedł do Jezusa, a oszczercom z serca przebaczał i modlił się za nich. „Pozwoliłem wszystko na siebie mówić i tym sposobem doprowadziłem do tego, że wreszcie ludzie zamilkli” – stwierdził później. Gdy na jaw wyszło, kto jest ojcem dziecka, św. Jan wypowiedział znamienne słowa: „Sądziłem, że nadejdzie chwila, kiedy z Ars będę gnany kijem, ksiądz biskup mnie zasuspenduje i na resztę dni moich osadzą mnie w więzieniu… Widzę jednak, że nie zasłużyłem na tę łaskę”.
To jest zresztą znaczące – ks. Vianney nawet ewentualne krzywdzące restrykcje władz kościelnych był gotów uznać za łaskę. Znał wartość posłuszeństwa, które przyrzekał przy święceniach. Gdy w chwili kryzysu postanowił opuścić parafię i ukryć się w klasztorze, biskup nakazał mu dalej pełnić posługę w parafii. Powrócił bez szemrania. Wartość jego pokory została zweryfikowana.
W Ars, gdzie posługiwał święty proboszcz, zachowało się wiele śladów jego życia i modlitwy.
fot. Jakub Szymczuk/GośćNiedzielny
***
Spowiedź
Gorliwość św. Jana Marii spotykała się z docinkami również ze strony niektórych duchownych. Zarzucali mu rygoryzm, pokpiwali z niego, uważając go za dziwaka, jednak w większości księża podziwiali jego świętość. Trudno zresztą było im polemizować z tym, co widzieli, na przykład z widokiem ludzi czekających kilka dni w kolejce do spowiedzi. Święty zasłynął bowiem jako niezwykły spowiednik, który potrafi czytać w duszach. Do Ars zaczęli ściągać ludzie z całej Francji, a ks. Vianney zaczął spowiadać po 17 godzin na dobę, codziennie przyjmując nawet do 300 penitentów. Szacuje się, że w ciągu 41 lat posługiwania w Ars wyspowiadał… około miliona penitentów.
W szóstym roku posługiwania w Ars proboszcz zaczął odczuwać ataki diabelskie, przybierające formę nawet fizycznych napaści i zjawisk widocznych także dla osób z zewnątrz. Ich intensywność wzrastała w zależności od „kalibru” spowiadających się grzeszników. Czasem, po szczególnie trudnej nocy, ks. Jan Maria, mawiał: „Dzisiaj będzie gruba ryba”. I była.
Zaufanie
Ksiądz Vianney reagował na ludzką biedę. Aby zaradzić opłakanej sytuacji sierot, zwłaszcza opuszczonych dziewcząt, stworzył schronisko, które nazwał: „Opatrzność”. Dom znalazło tam około 60 sierot z Ars i okolicy. Aby wyżywić tyle dziewcząt, ograniczył jeszcze bardziej swoje potrzeby, ale nade wszystko zawierzył opatrzności Bożej. Swoje zaufanie zaszczepił także w sercach kierowniczek schroniska, które osobiście widziały, jak Bóg na tę postawę odpowiada. Któregoś dnia, gdy zostało już tylko trochę mąki, proboszcz powiedział: „Rozczyńcie ją”. Kobiety zauważyły, że wystarczy najwyżej na dwa bochenki. „Róbcie jak zawsze” – zachęcił je ksiądz. Posłuchały. Pod ich rękami ciasto rosło tak bardzo, że upieczono z niego 10 wielkich bochnów. Innym razem zaalarmowano proboszcza, że skończyły się i pieniądze, i zboże. Ks. Vianney zaczął się modlić i… okazało się, że strych jest przepełniony pszenicą. Wielokrotnie zdarzało się też, że we właściwym czasie znajdowały się, nie wiadomo skąd, pieniądze w potrzebnej kwocie.
Wiarygodność
Choć Jan Vianney był, z racji trudności w nauce, najsłabszym alumnem w seminarium, to okazało się, że jest dobrym kaznodzieją. Przemawiał prosto, a przez to zrozumiale dla każdego. „Nie mówcie, że zbyt wiele macie do roboty; bo czy Zbawiciel wasz nie powiedział: »Pójdźcie do mnie wszyscy, którzy obciążeni jesteście, ja wam ulżę«?” – przekonywał na przykład. Używał też czytelnych porównań. „Komunia Święta jest tym dla duszy, czym powietrze dla przygasającego ognia” – powtarzał, zachęcając do przyjmowania Ciała Pańskiego. Albo przestrzegał: „Nie mówcie: »zbyt wiele mam nędzy«, bo rozsądniejszym by mi się wydało, gdyby ktoś powiedział: »zbyt chorym jestem, abym lekarza miał wzywać«!”.
Było oczywiste, że ten ksiądz przekazuje to, do czego jest przekonany. Czegokolwiek oczekiwał od parafian, sam to robił. Gdy wzywał do umartwień i postów, wszyscy wiedzieli, że on sam pości i pokutuje najwięcej, wiarygodnie mówił o czystości języka, bo z jego ust nigdy nie padły słowa wulgarne i puste, a gdy zachęcał do miłosiernej pomocy bliźnim, wszyscy wiedzieli, że on sam nie pomija nikogo, kto wsparcia potrzebuje.
Kardynał Lazzaro You Heung–sik podczas uroczystości w Ars zachęcił kapłanów do uznania św. Jana Marii Vianneya za „towarzysza drogi, cichy drogowskaz prowadzący do tego, co istotne”. Wezwał duchownych, żeby nie bali się być słabi. „Nie lękajcie się, jeśli nie zawsze jesteście rozumiani. Sam proboszcz z Ars był uważany za »zbyt prostego« do misji kapłańskiej, a jednak Bóg powierzył mu serca tysięcy ludzi” – przypomniał. Dodał, że Ars stało się duchowym centrum Europy, ponieważ jego proboszcz stawiał Boga „na pierwszym miejscu, bez kompromisów”.
Franciszek Kucharczak/Gość Niedzielny
***
Św. Jan Maria Vianney – Proboszcz z Ars
(Krzysztof Golik, CC BY-SA 4.0 , via Wikimedia Commons)
***
Święty Jan Maria Vianney zwykł mówić: Gdy w parafii jest święty proboszcz, to jest to dobra parafia, jeśli mamy do czynienia z dobrym proboszczem, to mamy średnią parafię. A gdzie jest zły proboszcz, tam jest żadna parafia. Sam był proboszczem świętym, potrafiącym z maleńkiej zapuszczonej – tak moralnie jak i materialnie – wioski, uczynić miejsce słynne na cały świat. Był kapłanem par excellence, oddanym bez reszty sprawie zbawiania dusz. Jego wspomnienie liturgiczne obchodzimy 4 sierpnia.
Droga do kapłaństwa
Św. Jan Maria Vianney przyszedł na świat 8 maja 1786 roku w rodzinie małorolnego chłopa we francuskiej wiosce Dardilly koło Lyonu. Miał 3 lata kiedy antykatolicka rewolucja wstrząsnęła Francją. W imię wyimaginowanych „swobód”, w tym oczywiście „wolności wyznania”, szalał terror, którego jedno z ostrzy obróciło się przeciwko Kościołowi katolickiemu. Zabijano i prześladowano księży, dopuszczano się bluźnierstw, wyśmiewając liturgię i znieważając sakramenty. Mimo tych okropieństw, prosty lud wiarę zachował. W jednej z takich prostych rodzin wzrastał przyszły święty. Swą ugruntowaną wiarę Jan Maria zawdzięczał przede wszystkim swej matce. Recytowanie przez chłopca z wielką żarliwością litanii wzbudzało podziw sąsiadów. Uważano, że mały Janek ma szczere powołanie i powinien zasilić stan duchowny. Pod wpływem świątobliwego proboszcza z Ecully zaczęło kształtować się powołanie kapłańskie Vianneya. Ksiądz ten uczył go łaciny, ale po 10 latach nauki nie osiągnął w tej dziedzinie pożądanych wyników. Jan Maria został przyjęty do seminarium, ale nauka szła mu bardzo ciężko. Wielki brak kapłanów w archidiecezji lyońskiej sprawił, że wikariusz generalny pozwolił mu składać egzaminy nie po łacinie, ale w języku francuskim. Pomyślnie zdane egzaminy pozwoliły Janowi na przyjęcie święceń kapłańskich w roku 1815 w Grenoble.
W roku 1818 został przeniesiony z wikariatu w Ecully do wioski Ars w okręgu Dombes, liczącej 230 mieszkańców. Tu zamieszkał, mianowany później proboszczem, aż do śmierci, w sierpniu 1859 roku. Stan moralny mieszkańców wioski zatrwożył go. Zastał obojętność religijną, skłonność do rozpusty i pijaństwo. Na niedzielną Mszę Świętą przychodziło zaledwie kilka osób. O tych ludziach pogardliwie mówiono, że jedynie chrzest odróżnia ich od zwierząt. I to do nich spodobało się Bogu posłać księdza licho wyglądającego i – wydawałoby się – mało zdolnego… Na początku nie pozyskał sympatii tubylców. Proboszcza policzono między obłudników, przypisując jego wygląd uprawianej po kryjomu rozpuście. Sypnęły się anonimy, pełne szyderstw, śpiewano złośliwe i oszczercze piosenki, przytwierdzano nawet do drzwi plebani wymowne plakaty. Jedyną podporą stały się dla proboszcza post i modlitwa. Przez kilka godzin dziennie adorował Najświętszy Sakrament, sypiał zaledwie kilka godzin na gołych deskach, bardzo skromnie jadł. Z czasem zyskał sławę jako święty kapłan i znakomity spowiednik. W konfesjonale spędzał kilkanaście godzin dziennie. Do Ars zaczęli ściągać grzesznicy z całej Francji. Penitenci ustawiali się do konfesjonału jeszcze przed wschodem słońca i otwarciem bram kościoła. Jan Maria żyjąc w wielkim ubóstwie, oddając się surowym postom, niezwykłym wyrzeczeniom oraz wytrwałej modlitwie, zaczął z wolna odradzać duchowo parafian. Posiadał dar czytania w ludzkich sumieniach. Głosił bardzo proste kazania, a ich tematyka skupiała się wokół grzechu, pokuty, łaski uświęcającej, Eucharystii i modlitwie. Życie św. Jana Marii Vianneya wypełnione było cierpieniem. Nie wszystkim podobała się jego praca duszpasterska, nadchodziły więc listy z pogróżkami, umieszczano oszczercze napisy, wiele wycierpiał też od swojego wikariusza. Jednakże bardziej bolesnymi były doznania wewnętrzne proboszcza: oschłość, poczucie ogołocenia, napaści diabelskie. Przeplatały się one ze skrajnym wyczerpaniem fizycznym, wywołanym nadmiarem pracy i ciągłymi umartwieniami. Święty proboszcz lękał się o własne zbawienie, a także o zbawienie własnych parafian i tak licznych penitentów. Dlatego dwukrotnie próbował opuścić parafię i skryć się w klasztorze, jednakże na polecenie biskupa tam powracał.
Diabelskie ataki
Święty Jan Maria był wiele razy budzony w nocy przez diabły i ich straszliwe hałasy. Jednak nie zadawalały się one przeszkadzaniem w trakcie tych zaledwie kilku godzin snu, na które pozwalał sobie w ciągu każdej nocy. Kładły ręce na ciało kapłana, przez co demonstrowały swoją frustrację wywołaną licznymi nawróceniami dokonanymi dla Kościoła i wieloma duszami, które pojednały się z Bogiem. Nie jeden raz święty wyczuwał rękę muskającą jego twarz lub miał wrażenie, że szczury przebiegały po jego ciele. Czasami diabeł próbował zrzucić świętego z łóżka. Często słyszano jak święty proboszcz mówił, że kiedy ataki na niego nasilały się, był to znak, że „jutro będzie dobry połów”. Innymi razy mówił: Diabeł nieźle mnie wytrząsł ubiegłej nocy, jutro będziemy mieli ogromną liczbę ludzi. Święty powiedział o szatanie: Dręczy mnie w rozmaity sposób. Czasami łapie mnie za stopę i ciągnie po pokoju. Robi tak, bo nawracam dusze dla dobrego Boga. Potwierdziła to pewna opętana kobieta, która – w obecności świadków – wykrzyczała do proboszcza z Ars: Ile ty mi cierpień każesz znosić!… Gdyby takich trzech było na ziemi, moje królestwo byłoby zniszczone. Ty zabrałeś mi więcej niż 80 tysięcy dusz.
Wierny Syn Maryi
Cześć dla Matki Najświętszej była zarówno w jego życiu jak również w duszpasterskiej służbie czymś oczywistym. Od pierwszych lat kapłaństwa dbał, by w każdej rodzinie znajdowała się figurka i wizerunek Maryi. W roku 1836 powierzył Niepokalanej całą parafię. W tym samym czasie na obrazie Matki Bożej umieścił duże serce z pozłacanego srebra, w którym po dzień dzisiejszy zachowana jest jedwabna wstęga z nazwiskami wszystkich ówczesnych parafian z Ars. Jak bardzo kochał Maryję, świadczy fakt, iż – jak sam mówił – najszczęśliwszym dniem w jego życiu był 8 grudnia 1854 roku, kiedy to bł. Pius IX ogłosił dogmat O Niepokalanym Poczęciu Najświętszej Maryi Panny. Mówił wtedy: Jakież to szczęście! Zawsze uważałem, że w świetlistej aureoli otaczającej Pannę Maryję brakuje jeszcze tego jednego promyka, potwierdzającego prawdę o Jej Niepokalanym Poczęciu. Ten brak należało uzupełnić! I zrobił to oficjalnie papież. Św. Jan Maria Vianney sprawiał wtedy wrażenie dziecka, które z niekłamaną radością cieszy się z triumfu własnej matki. Zanim proboszcz wraz z wiernymi udał się w obchód wioski, udał się jeszcze do kościelnej wieży i rozkołysał kościelne dzwony. Ich donośny dźwięk rozbrzmiewał długo i daleko… Już wcześniej, kiedy proboszcz Jan Maria znał zapowiedź rychłego ogłoszenia papieskiego dogmatu, parafianie mogli usłyszeć szczere wyznanie proboszcza: Móc Matce Bożej coś ofiarować, byłbym zdolny samego siebie sprzedać. Tak… wystawiłbym siebie na sprzedaż!
Pięć lat później, 4 sierpnia 1859 roku, wyczerpany nadludzką pracą i licznymi umartwieniami proboszcz z Ars odszedł do Domu Ojca po zasłużoną nagrodę. Papież św. Pius X beatyfikował go w roku 1905, a dwadzieścia lat później Pius XI zaliczył go do grona świętych. Ogłoszony został też patronem wszystkich proboszczów. Jego imię zamieszczono w Litanii do Wszystkich Świętych.
Kościół wspomina św. Jana Marię Vianneya 4 sierpnia.
Anegdoty z życia św. Jana Vianneya przedstawia o. Seweryn Wąsik, jezuita, dyrektor Domu Rekolekcyjnego św. Józefa w Czechowicach-Dziedzicach.
Jarosław Dudała: Św. Jan Vianney nawrócił tysiące mieszkańców porewolucyjnej Francji. Skąd się wzięła ta jego proboszczowska skuteczność?
o. Seweryn Wąsik SJ: „Mówi się o świętym Janie Vianneyu, że nauczył się wszystkiego nie w kurzu bibliotek ani z ust mędrców, zasiadając w szkolnych ławach, lecz na modlitwie, na kolanach, u stóp swego Mistrza (…), przed tabernakulum, gdzie spędzał dnie i noce, zanim tłumy odarły go z wolności dysponowania swoim czasem – to tam wszystkiego się nauczył”.
Skąd ten cytat?
To są słowa ks. Alfreda Monnina, przyjaciela św. Jana Vianneya i autora jego biografii. Ten jezuita musiał spędzać dużo czasu na plebanii w Ars. Później wydał w kilku tomach komentarze do kazań i życia swego przyjaciela, a także najcenniejszy zbiór jego powiedzonek i związanych z nim anegdot. Ksiądz Monnin starał się uchwycić sekret proboszcza z Ars.
Perspektywa przyjaciela musiała być inna niż to, co widzieli i słyszeli parafianie czy penitenci św. Jana.
Tak. Zapamiętał on głos, gesty i spojrzenie swego przyjaciela, a przede wszystkim jego ujmujące poczucie humoru. Opisy ks. Monnina są bardzo poetyckie, ale uwagę zwraca jedno: Jan Vianney był człowiekiem kompletnie przemienionym. Jego głos był głosem człowieka, którego nie dało się słuchać obojętnie. Obrazy i myśli, które podawał, były z jednej strony bardzo proste, łatwe do wyobrażenia, a z drugiej czuło się, że jest w nich Boże światło. Mówił o rzeczach bardzo głębokich językiem bardzo prozaicznym, ale słuchacze odnosili wrażenie, że dzięki świętemu proboszczowi już na ziemi smakują Bożego światła, którego nie można zdobyć pracą własnego umysłu. Wobec tego blasku i jego niezbitej pewności wątpliwości pierzchały z najbardziej zatwardziałych serc. Ich miejsce zajmowało światło wiary.
Miał pewnie wianuszek wielbicieli…
Była to postać, z którą każdy chciał rozmawiać – tyle że proboszcz z Ars rozmawiał tylko o rzeczach Bożych. Gdy dyskusje schodziły na tematy polityczne, gospodarcze czy innych osób, milczał. Sięgał do codziennej prasy, ale tylko do tego, co karmiło jego wiarę, np. śledził wydarzenia związane z objawieniami maryjnymi w La Salette, by wyrobić sobie własne zdanie na ten temat.
A co go fascynowało?
Fascynował go tylko Jezus. Fascynowały go tylko sprawy Boże. Ksiądz Monnin opowiadał, że wiara była całą wiedzą proboszcza z Ars, a Jezus był jego jedyną księgą. Lubił się w niej zatapiać. Na tym schodziły mu cały dzień i część nocy. Tak też często radził swoim penitentom: żeby ich dzień był przepełniony Bogiem – czy pracują, czy się modlą, czy odmawiają sobie jakiejś przyjemności. Zachęcał do małych, skromnych kroków ku Bogu oraz do codziennego porannego ofiarowania się Mu. Taki też był jego plan dnia. Czy to była liturgia, czy to był brewiarz, czy Eucharystia, czy to była służba w konfesjonale, czy to była służba w katechezie dzieci – cały dzień był oddany Panu Bogu. I tak upłynęły całe 41 lata jego proboszczowania. Żartował: „Odpoczniemy w niebie, teraz jest czas ratować dusze”.
Współczesnemu człowiekowi trudno będzie zbliżyć się do postawy proboszcza z Ars, bo on w ogóle nie zostawiał dla siebie wolnego czasu. Nie zajmował się rozwijaniem samego siebie, rozwijaniem swoich talentów, rozwijaniem swojego ego. Naśladowanie kogoś tak radykalnego to duże wyzwanie.
Rozwijanie talentów nie musi się przecież kłócić z oddaniem Panu Bogu.
Teoretycznie – nie. Ale dzisiejszy człowiek jest miłośnikiem kultury selfie – szukania czasu dla siebie i szukania takich sposobów rozwijania samego siebie, w których nie rozwija się sfera duchowa. Wtedy Bóg jest często kimś mało znanym, a jeśli nawet, to bardziej ze słyszenia niż z własnego doświadczenia duchowego. Tymczasem Jan Vianney potrafił odnajdywać Boga we wszystkim, co miał w kalendarzu. Żył rytmem roku liturgicznego Kościoła i terminarza parafialnego. Jeżeli chciało się go spotkać, to wiadomo było, że o tej godzinie katechizuje dzieci, o tamtej będzie się modlić, a o tej porze będzie odmawiać Różaniec. Taki rytm życia nie pozostawiał zbyt wiele miejsca jemu samemu.
Nie był jednak chodzącym ideałem. Podobno miał spore trudności w nauce.
Pewna siostra zakonna w rozmowie z proboszczem z Ars ujęła to tak: „Czcigodny księże, panuje dość powszechny pogląd, że jest ksiądz ignorantem”. „I nie jest to bynajmniej pogląd mylny, moja córko. Pragnę jednak dodać, że gdy idzie o siostrę, sprawa ma się jeszcze gorzej” – odparł Jan Vianney. Rzeczywiście mówiło się, że nie był człowiekiem zbytnio uczonym, ale jego biblioteka w Ars pokazuje co innego – miał naprawdę bogatą kolekcję dzieł duchowych. Gdy w późnych godzinach wieczornych kończył służbę w konfesjonale i miał wreszcie czas dla siebie, przeznaczał go na ich lekturę. Ale on sam pewnie by powiedział, że najlepszymi rzeczami, które najbardziej go rozwinęły, były modlitwa i adoracja Najświętszego Sakramentu, którą nazywał dość obrazowo – byciem niczym wierny pies, który kładzie się u stóp swego Pana.
Wbrew pozorom jego życie nie było tak dalekie od życia współczesnych ludzi. My też często mówimy, że żyjemy jak w kieracie.
Tak, to dobre określenie. On żył w takim kieracie i jeszcze dokładał do tego ascezę – ekstremalne posty, ekstremalną dyscyplinę, radzenie sobie z wadami i słabościami. Kiedy go zapytano, czy każdy powinien wymagać od siebie czegoś takiego, odpowiedział, że nie. Mówił, że święci nie zaczynali od umartwień, ale od miłości. Dopiero miłość do Pana Jezusa podpowiadała im umartwienia. Był pewien, że jeżeli się kocha Jezusa, to wtedy człowieka stać na umartwienia. Wtedy ten codzienny kierat staje się brzemieniem słodkim i lekkim. I rzeczywiście trudno sobie wyobrazić, żeby bez tej miłości 60- czy 70-letni ksiądz mógł kilkanaście godzin na dobę spowiadać, pocieszać grzeszników i pokutować za ich grzechy.
I nic go nie drażniło? Nie wierzę.
Drażniły go dwie kategorie ludzi: ci, którzy go chwalili, i ci, którzy go oczerniali. Tych, którzy go chwalili, zapewniał, że tak naprawdę go nie znają. A tym, którzy go oczerniali, mówił, że jest jeszcze gorszy niż to, co mówią. I dziękował im, że ukazują go w złym świetle, bo dzięki temu pomagają mu zachować pokorę i ostrzegają go o niebezpieczeństwie. Pochlebców uważał za zwodzicieli, którzy z niego kpią i naigrawają się z niego. A także prowadzą go do pychy, której wolał uniknąć.
Ma Ksiądz jakieś ulubione anegdoty o Janie Vianneyu?
Przed śmiercią zapytano go, czy – skoro tak lubi jezuitów – to zarzuci na nich swój płaszcz jak Eliasz (był to symbol przekazania ducha prorockiego). Odparł: „Przyjacielu, nie pyta się o płaszcz kogoś, kto nie ma nawet koszuli…”. Patron proboszczów dużo czasu poświęcał kapłanom z sąsiedztwa, ale też cierpiał z powodu ich zazdrości. Jeden z nich spytał, czemu do jego konfesjonału nie ustawiają się takie kolejki jak do konfesjonału proboszcza z Ars. „Bo za dużo ksiądz je, za dużo pije wina i za dużo śpi” – odpowiedział ks. Vianney. Dodajmy, że był niezmiernie wdzięczny Bogu za przysyłanych do Ars wikarych, choć próbowali z nim rywalizować i byli dla niego źródłem wielu upokorzeń. Ich cenił sobie najbardziej i robił wszystko, by ich nie przeniesiono gdzie indziej.
Gość Niedzielny
***
Św. Jan Maria Vianney
„Nauczanie dzieci katechizmu jest bardzo trudne”
***
„Nauczanie dzieci katechizmu jest bardzo trudne, gdyż są one głupie i mało zdolne. Większość z nich różni się od zwierząt tylko tym, że są ochrzczone”. To słowa, które w roku 1804 skreślił do biskupa przebywający w Ars ksiądz Jan Lecourt. Przy okazji skreślił też swoich parafian i wyjechał szukać wdzięczniejszych do poprowadzenia owieczek. Gdyby 13 lat później ks. Jan Maria Vianney, który również przybył do Ars, poszedł w ślady swojego poprzednika, nie byłoby dzisiaj wspomnienia świętego proboszcza. Na szczęście ks. Jan zamiast patrzeć na tę trzódkę z bezpiecznej wysokości swojego kapłańskiego powołania postanowił wejść między swoje owce i barany niczym Dobry Pasterz. Nie wystraszył się ich smrodu, ani nie zgorszył ich brudem. Poszedł ich szukać do karczmy, zapukał do każdego z domów. To prawda, trochę trwało zanim parafianie się do niego przyzwyczaili i uwierzyli, że nie ucieknie od nich na jakąś ciepłą posadkę. Jednak ostatecznie przekonało ich to, co ukradkiem podsłuchał jeden z nich, gdy szukając księdza Jana zajrzał do kościoła. Zastał go zatopionego w modlitwie, która składała się tylko z tych słów: “[Boże mój], daj mi nawrócenie mojej parafii; gotów jestem cierpieć wszystko co zechcesz Panie, przez całe me życie!”. Co obiecał, tego dotrzymał. Ks. Jan Maria Vianney, święty proboszcz.
Gość Niedzielny/radio em
***
7 sierpnia– pierwszyczwartek miesiąca
W kaplicy izbie Jezusa Miłosiernego Msza św. o godz. 19.00
Po Mszy św. – Godzina święta
***
Kościół? Niepotrzebny. Wystarczy, że wierzę
Współczesny obraz religijny w Polsce i na świecie coraz częściej wypełniają osoby, które deklarują wiarę w Boga, uznają się za katolików, ale nie uczestniczą w życiu Kościoła. Na pytanie o przynależność religijną odpowiadają bez wahania: “Jestem wierzący, ale niepraktykujący”.
Deklaracja czy wykręt?
“Wierzę w Boga, ale nie w Kościół”, “Nie potrzebuję księdza, by rozmawiać z Bogiem”, “Modlę się po swojemu” – te zdania wypowiadane są często z przekonaniem o duchowej dojrzałości, a niekiedy z nutą obronnego dystansu. Trudno nie zauważyć, że za tymi słowami często stoi próba usprawiedliwienia, niekiedy lenistwa duchowego, a czasem także głębszych ran, zawiedzionych oczekiwań i kryzysów zaufania.
Katolik, który przestaje praktykować, rezygnuje z Eucharystii, sakramentów, wspólnoty i modlitwy liturgicznej – w istocie przerywa swoją drogę wiary. Ponieważ wiara nie jest tylko przekonaniem, aktem intelektualnym czy duchowym odczuciem. Jak przypomina List św. Jakuba: “Tak jak ciało bez ducha jest martwe, tak też jest martwa wiara bez uczynków.” (Jk 2,26). A uczynki w kontekście wiary katolickiej obejmują również udział w niedzielnej Mszy Świętej, modlitwę, życie sakramentalne, a więc praktykę religijną.
Udział w niedzielnej Mszy Świętej nie jest ani tradycją kulturową, ani obowiązkiem narzuconym z zewnątrz. Jest odpowiedzią na zaproszenie Boga: “To czyńcie na moją pamiątkę” (Łk 22,19). To moment, w którym nie tylko oddajemy Bogu chwałę, ale przede wszystkim otrzymujemy łaskę, prawdziwą obecność Chrystusa. Odcięcie się od tego źródła to duchowe samowykluczenie, które prędzej czy później prowadzi do osłabienia, a nawet zaniku wiary.
Warto przy tym zadać sobie pytanie: czy moja “wiara po swojemu” rzeczywiście mnie karmi, rozwija, pogłębia relację z Bogiem i bliźnimi? Czy raczej jest to duchowa iluzja, za którą kryje się lęk przed zmianą, konfrontacją, rezygnacją z wygody?
Wiara to nie idea – to relacja
Problem wielu osób określających siebie jako “wierzący, ale niepraktykujący” polega na tym, że traktują wiarę jedynie jako przekonanie filozoficzne lub prywatny światopogląd. Redukują chrześcijaństwo do poziomu idei – zestawu zasad moralnych, wewnętrznych przekonań lub emocjonalnego doświadczenia, które można nosić w sercu bez potrzeby praktykowania. Tymczasem chrześcijaństwo nigdy nie było jedynie ideą. Od samego początku było relacją osobistą, dynamiczną, konkretną więzią z Bogiem. W takim rozumieniu wiara nie jest czymś oderwanym od rzeczywistości. Potrzebuje ciała, potrzebuje gestu, słowa, wspólnoty. Potrzebuje sakramentów, które są zewnętrznymi znakami wewnętrznej łaski, widzialnymi środkami niewidzialnego działania Boga. Wiara potrzebuje Kościoła, bo to właśnie w nim Bóg pozostaje obecny w Eucharystii, w spowiedzi, w liturgii.
Kiedy ktoś mówi: “Wierzę, ale nie chodzę do Kościoła”, w gruncie rzeczy mówi: “Wierzę w istnienie Boga, ale nie chcę trwać w relacji z Bogiem na Jego warunkach”. To stwierdzenie może brzmieć niewinnie, ale w rzeczywistości jest poważną rezygnacją z jednego z fundamentów chrześcijaństwa: wspólnoty z Chrystusem poprzez Jego Ciało – Kościół. To jakby mąż powiedział: “Kocham moją żonę, ale nie mam czasu z nią rozmawiać, jeść wspólnie posiłków ani spędzać z nią czasu”. Miłość oderwana od codziennych gestów szybko staje się pustym słowem. Relacja, której się nie pielęgnuje, obumiera. Nawet najczystsza intencja, jeśli nie prowadzi do działania, staje się martwa.
Między zgorszeniem a wymówką
Nie można udawać, że problem nie istnieje. Wiele osób, które dziś określają się mianem “wierzących, ale niepraktykujących”, nosi w sobie rzeczywiste zranienia, poczucie rozczarowania i zgorszenia. Skandale seksualne w Kościele, nadużycia władzy, finansowe nieprawidłowości, chciwość, chłód duszpasterski czy jawne zaangażowanie polityczne części duchowieństwa – to wszystko zostawiło ślad. I nie można tego po prostu zamieść pod dywan. Kiedy ktoś mówi: “Nie wierzę w księży”, często nie mówi tego z nienawiści, ale z bólu. Z utraty zaufania. Z poczucia zdrady.
Ale właśnie tu rodzi się pytanie: czy grzech człowieka może być wystarczającym powodem, by porzucić Boga? Czy zło, choćby najbardziej bolesne, może przekreślić świętość, która pochodzi od Boga?
Odrzucanie całego Kościoła z powodu grzechu jego członków przypomina rezygnację z leczenia tylko dlatego, że kilku lekarzy popełniło błędy. Albo porzucenie edukacji, bo nauczyciel okazał się niekompetentny. Trzeba umieć oddzielić to, co ludzkie i grzeszne, od tego, co święte i Boże. Kapłan może być słabym, upadłym człowiekiem, ale wciąż to przez jego ręce Bóg działa w sakramentach. To nie on sam uzdrawia, rozgrzesza i konsekruje. To Bóg, który posługuje się grzesznikiem. I właśnie w tej tajemnicy kryje się ogromna lekcja pokory, zarówno dla duchownych, jak i dla świeckich.
To nie znaczy, że należy milczeć wobec zła. Wręcz przeciwnie. Zło trzeba nazywać po imieniu, przeciwdziałać mu i naprawiać jego skutki. Ale nie wolno z powodu zła odrzucić dobra. Jezus nie przestaje być obecny w Kościele. Przeciwnie, to właśnie tam wciąż czeka, nawet gdy Jego przedstawiciele zawodzą.
Zgubiona wspólnota, zatracona tożsamość
Wielu katolików, którzy odwrócili się od praktyki religijnej, nie znalazło niczego w zamian. Nie poszli do innej wspólnoty, nie zaczęli się modlić w nowy sposób, nie stworzyli relacji opartej na duchowości. Po prostu – przestali. Przestali chodzić na Mszę, przestali się modlić, przestali słuchać Słowa Bożego. Zostali sami.
Ta duchowa samotność często nie jest od razu widoczna. Może być przykryta codziennością, sukcesami zawodowymi, relacjami, podróżami. Ale prędzej czy później wychodzi na wierzch – jako wewnętrzna pustka, brak sensu, rozedrganie, samotność istnienia. Bez wspólnoty wiara się rozmywa. Przestaje być żywa i konkretna. Staje się coraz bardziej mglista, mityczna, subiektywna. Aż w końcu nie wiadomo już, w co się właściwie wierzy i czy w ogóle się jeszcze wierzy.
Msza Święta to nie miejsce, gdzie “idę po coś dla siebie”. To miejsce, gdzie idę z sobą – by dać siebie innym. By razem z nimi trwać w obecności Boga. Wiara to nie droga samotnego pielgrzyma, ale wspólna wędrówka. I tylko wspólnie, przez wsparcie, świadectwo, modlitwę i sakramenty można dojść do celu.
Dlaczego teraz jest ich więcej?
Współczesny wzrost liczby katolików określających się jako “wierzący, ale niepraktykujący” nie jest przypadkowy ani jednowymiarowy. To złożone zjawisko, u którego podstaw leży szereg przemian społecznych, kulturowych i duchowych. Jednym z najważniejszych czynników jest indywidualizm. Dominujący dziś paradygmat myślenia, według którego to jednostka decyduje o wszystkim, także o kształcie swojego życia duchowego. Współczesny człowiek nie chce narzucanych rytuałów, nie ufa instytucjom, unika struktur. Pragnie duchowości “na własnych zasadach”, dostosowanej do swojego rytmu życia, przekonań, nastrojów i potrzeb. Zamiast wejść w tradycję i poddać się formacji, tworzy swoją własną, subiektywną religijność, w której często nie ma miejsca ani na sakramenty, ani na wspólnotę.
Drugim ważnym elementem jest konsumpcjonizm, który kształtuje nie tylko styl życia, ale i mentalność. Niedziela – dawniej dzień święty – dziś coraz częściej staje się dniem zakupów, odpoczynku, Netflixa, wypadów za miasto. Trudno wstać i wyjść z domu, by uczestniczyć w czymś, co wymaga skupienia, uwagi, wyciszenia. Msza Święta staje się konkurencją dla serialu, śniadania w kawiarni czy biegania. A jeśli wiara nie przynosi natychmiastowej przyjemności lub efektu, zostaje odsunięta na bok.
W tle tego wszystkiego kryje się jeszcze głębszy problem – brak prawdziwej formacji. Wielu ludzi dorastało w atmosferze religijnej tradycji, ale nie spotkało w niej żywego Boga. Chodzili do kościoła, bo tak wypadało, przystępowali do sakramentów, bo “trzeba było”. Ale nigdy nie doświadczyli osobistej relacji z Chrystusem. Gdy dorośli i mogli sami decydować, po prostu przestali. Bo nie było w nich korzenia. Ich wiara była płytka, wyuczona, pozbawiona treści. Nic dziwnego, że tak łatwo z niej zrezygnowali.
Do tego dochodzą realne zranienia. Kościół instytucjonalny bywa miejscem chłodnym, biurokratycznym, zamkniętym. Zamiast wspólnoty – bywa lęk. Zamiast gościnności – dystans. Zamiast towarzyszenia – moralizatorstwo. W takiej atmosferze wielu ludzi nie czuje się zaproszonych, tylko ocenianych. A przecież nikt nie chce wracać tam, gdzie nie czuje się akceptowany.
Ostatnim, ale bardzo silnym czynnikiem, jest antyklerykalizm obecny w mediach i popkulturze. Stała narracja o Kościele jako źródle zła, opresji, hipokryzji, przemocy symbolicznej i seksualnej, skutecznie podważa zaufanie, nawet tych, którzy w głębi duszy wciąż tęsknią za duchowością. W takich warunkach coraz trudniej przyznać się publicznie do wiary, a jeszcze trudniej wytrwać w jej praktykowaniu. W efekcie wielu ludzi woli pozostać w duchowej szarej strefie, wierzyć “gdzieś tam”, “po swojemu”, ale nie narażać się na osąd ani wysiłek.
Zamknięte drzwi czy otwarte serce?
Kościół nie jest klubem dla doskonałych. Jest szpitalem dla chorych. I każdy wierzący, niezależnie, czy praktykujący, czy nie, powinien zadać sobie pytanie: czy naprawdę chcę żyć w relacji z Bogiem, czy tylko usprawiedliwić swoje zaniedbania duchowe? Bo prawda jest taka, że najczęściej nie przestaje się praktykować z powodu argumentów, tylko z powodu zaniku potrzeby.
A potem, by zagłuszyć wyrzuty sumienia, budujemy narrację: “Kościół mnie nie interesuje”, “Wystarczy mi modlitwa w domu”, “Wszyscy księża są tacy sami”. Ale to nie są powody. To są wymówki. Bo prawdziwe spotkanie z Bogiem prędzej czy później prowadzi do pragnienia sakramentów.
Nie chodzi o to, by wszystkich “nawrócić do Kościoła”, jakby chodziło tylko o statystykę. Chodzi o to, by pomóc odnaleźć na nowo smak wiary, który objawia się w Eucharystii, we wspólnocie, w ciszy modlitwy, w Słowie Bożym czytanym wspólnie.
Przebudzenie zaczyna się od jednego kroku
Dla wielu katolików drzwi kościoła są zamknięte od lat. Nie z powodu ekskomuniki, ale z powodu obojętności. A przecież wystarczy jeden krok: wejść, uklęknąć, posłuchać, poprosić. Nawet jeśli nie wszystko rozumiem. Nawet jeśli nie wszystko mnie przekonuje. Nawet jeśli ksiądz, który odprawia Mszę mi nie pasuje.
Wiara potrzebuje ciała. Potrzebuje liturgii. Potrzebuje drugiego człowieka. Potrzebuje wspólnoty. I choć Kościół czasem rani, to w nim Bóg wciąż działa.
2 sierpnia w kościołach i klasztorach franciszkańskich obchodzone jest patronalne święto Matki Bożej Anielskiej Porcjunkuli. W Kalendarzu Liturgicznym czytamy, iż tego dnia w kościołach parafialnych można uzyskać odpust zupełny Porcjunkuli. Za zgodą biskupa diecezjalnego odpust ten może być przeniesiony na niedzielę, która poprzedza 2 sierpnia lub po nim następuje.
Asyż, Bazylika Matki Bożej Anielskiej –Porcjunkula
fot. Grażyna Kołek /Tygodnik Niedziela
***
Trochę historii
Dlaczego święto Matki Bożej Anielskiej Porcjunkuli?
Otóż ma to związek z kościołem Matki Bożej Anielskiej pod Asyżem. Według podania, była to pierwotnie kapliczka ufundowana w VI w. (2 km na południe od Asyżu) przez pielgrzymów wracających z Ziemi Świętej. Mieli oni przywieźć grudkę ziemi z grobu Matki Bożej. Za czasów św. Franciszka kapliczka ta miała już nazwę Matki Bożej Anielskiej. Była ona wówczas w stanie ruiny, dlatego też św. “Biedaczyna” z Asyżu w zimie 1207/1208 r. odbudował ją i tam zamieszkał. Wkrótce przyłączyli się do niego towarzysze. Nie jest wykluczone, że ona sam nadał jej nazwę Matki Bożej Anielskiej, bo jak głosi legenda, słyszano często nad kapliczką głosy anielskie. W tym czasie kapliczka wraz z przyległą posesją stanowiła jeszcze własność benedyktynów z pobliskiej góry Subasio, jednak wkrótce (1211 r.) odstąpili ją św. Franciszkowi i jego współbraciom, którzy wybudowali sobie tam ubogie szałasy – domy. W kilka lat później, dokładnie 2 sierpnia 1216 r., miało miejsce uroczyste poświęcenie (konsekracja) kapliczki-kościółka.
W tym też czasie funkcjonowała w stosunku do ww. kościółka druga nazwa – Porcjunkula, być może również wprowadzona przez św. Franciszka. Etymologicznie oznacza ona tyle, co kawałeczek, drobna część. Prawdopodobnie nawiązywała ona do bardzo małych rozmiarów kościółka i przyległego terenu. Tak więc Porcjunkula stała się macierzystym domem zakonu św. Franciszka.
Dwieście lat później – w roku 1415 św. Bernardyn ze Sieny osadził tu swoich synów duchowych – obserwantów, którzy wystawili tu spory klasztor wraz z okazałym kościołem. W latach 1569-1678 wybudowano świątynię, w środku której znajduje się w stanie surowym zachowany pierwotny kościółek-kapliczka Porcjunkula. Przy końcu bocznej nazwy jest cela, w której mieszkał i dokonał życia św. Franciszek. 11 kwietnia 1909 r. papież Pius X podniósł kościół Matki Bożej Anielskiej w Asyżu do godności Bazyliki patriarchalnej i papieskiej.
Skąd odpust Porcjunkuli?
Łączy się on z legendą. Głosi ona, że pewnej nocy latem 1216 r. św. Franciszek usłyszał w swojej celi głos: “Franciszku, do kaplicy!” . Kiedy tam się udał, ujrzał Pana Jezusa siedzącego nad ołtarzem, a obok z prawej strony Najświętszą Maryję Pannę w otoczeniu aniołów. Usłyszał głos: “Franciszku, w zamian za gorliwość, z jaką ty i bracia twoi, staracie się o zbawienie dusz, w nagrodę proś mię dla nich i dla czci mego imienia o łaskę, jaką zechcesz. Dam ci ją, gdyż dałem cię światu, abyś był światłością narodów i podporą mojego Kościoła” . Franciszek upadł na twarz i rzekł: “Trzykroć Święty Boże! Ponieważ znalazłem łaskę w Twoich oczach, ja który jestem tylko proch i popiół, i najnędzniejszy z grzeszników, błagam Cię z uszanowaniem, na jakie tylko zdobyć się mogę, abyś raczył dać Twoim wiernym tę wielką łaskę, aby wszyscy, po spowiedzi odbytej ze skruchą i po nawiedzeniu tej kaplicy, mogli otrzymać odpust zupełny i przebaczenie wszystkich grzechów”. Następnie św. Franciszek zwrócił się do Najświętszej Maryi Panny: “Proszę błogosławionej Dziewicy, Matki Twojej, Orędowniczki rodzaju ludzkiego, aby poparła sprawę moją przed Tobą”. Maryja poparła modlitwę Franciszka. Wtedy Chrystus Pan powiedział: “Franciszku, to, o co prosisz, jest wielkie. Ale otrzymasz jeszcze większe łaski. Daję ci odpust, o który usilnie błagasz, pod warunkiem jednak, że będzie on zatwierdzony przez mego Namiestnika, któremu dałem moc związywania i rozwiązywania tu na ziemi”. Podanie głosi, że następnego dnia św. Franciszek udał się do Perugii, gdzie przebywał wówczas papież Honoriusz III, który faktycznie udzielił odpustu zupełnego na dzień przypadający w rocznicę poświęcenia kapliczki Porcjunkuli, tj. 2 sierpnia. Początkowo więc odpust zupełny można było uzyskać jedynie w kościele Matki Bożej Anielskiej w Asyżu i to jedynie 2 sierpnia.
Od XIV w. papieże zaczęli podobny odpust na ten dzień przyznawać poszczególnym kościołom franciszkańskim. Dostępować go mieli wszyscy ci wierni, którzy tego dnia nawiedzą któryś z kościołów franciszkańskich. W 1847 r. Papież Pius IX poszedł jeszcze dalej i przywilej odpustu rozszerzył na wszystkie kościoły parafialne i inne, przy których jest III Zakon św. Franciszka. W 1910 r. papież Pius X udzielił na ten dzień tego odpustu wszystkim kościołom, jeśli tylko biskup uzna to za stosowne. W rok później św. Pius X przywilej ten rozszerzył na wszystkie kościoły.
By uzyskać wspomniany odpust, należy jednak spełnić następujące warunki, a więc:
– pobożnie nawiedzić kościół,
– odmówić w nim Modlitwę Pańską oraz Wyznanie Wiary,
– przystąpić do spowiedzi świętej,
– przyjąć Komunię świętą,
– pomodlić się według intencji Ojca Świętego,
– wykluczyć przywiązanie do jakiegokolwiek grzechu.
Warto więc tego dnia skorzystać ze “skarbca Bożego Miłosierdzia” i uzyskać za przyczyną Matki Bożej Anielskiej i św. Franciszka odpust zupełny, czyli darowanie kary doczesnej za popełnione grzechy.
ks. Paweł Staniszewski/Tygodnik Niedziela
Porcjunkula we wnętrzu bazyliki Matki Bożej Anielskiej w Asyżu
2.08.2025 godz. 16:00 Eucharystia z przekazaniem Płomienia Miłości NSM ok godz. 17:40 Zakończenie
***
Podczas tego nabożeństwa o charakterze ekspiacyjnym wynagradzamy za wszystkie grzechy popełnione w naszej Ojczyźnie, zwłaszcza za grzechy: zbrodni wobec nienarodzonych dzieci, nieczystości, apostazji, nienawiści, podziałów, kłótni i nieprzebaczenia, pijaństwa, rozwodów, niegodnego przyjmowania Komunii Świętej, zdrady Narodu. Żyjemy dziś w czasach największej apostazji, czyli odejścia od Boga. Sekularyzacja państw Zachodu jest faktem. Polska, choć uważana za ostoję katolicyzmu, też stopniowo ulega tej fali. Coraz więcej ludzi, także tych deklarujących się katolikami, żyje tak, jakby Pana Boga nie było i opowiada się za strukturami zła w swoich wyborach. Czas, w którym przyszło nam żyć, jest czasem bezkompromisowej walki duchowej. Ale co gorsza, nawet ludzie wierzący nie zawsze to widzą, trwając w stanie uśpienia i letargu. A przecież wiele proroctw mówi o szczególnej misji, jaką Polska ma odegrać wobec innych narodów. Jakże się to stanie, skoro widzimy, że sprawy w naszym kraju idą w tak złym kierunku? Będziemy modlić się, prosząc o wstawiennictwo: Maryję Królową Polski, Świętego Michała Archanioła, Anioła Stróża Polski, patronów Polski, a zwłaszcza św. Andrzeja Boboli, polskich świętych i błogosławionych oraz dusz w czyśćcu cierpiących naszych rodaków. Dziś mało kto wzywa do pokuty i nawrócenia. Bezprecedensowym wydarzeniem w dziejach Kościoła w Polsce była zorganizowana w 2016 r. Wielka Pokuta – największe w historii chrześcijaństwa nabożeństwo przebłagalno-ekspiacyjne, które zgromadziło pod wałami klasztoru jasnogórskiego ponad 140 tysięcy wiernych. Zebrali się, by prosić Boga o wybaczenie grzechów swoich oraz całego Narodu. Wierzymy, że tamto wydarzenie nie było ostatnim, ale zapoczątkowało akty kolejnych wynagrodzeń. Modlimy się zatem w duchu i w łączności z Wielką Pokutą, aby kontynuować to wielkie dzieło ekspiacji. Podczas modlitwy o uwolnienie Polski spod mocy ciemności, które zostały wypowiedziane 15 października 2016 r., padły m.in. takie słowa: „Ojcze, Boże Wszechmogący, nadszedł już czas, aby raz na zawsze odwrócić się od grzechów naszych i naszych nieprawości, które ranią Twoje Ojcowskie Serce, od szatana, księcia tego świata, ojca kłamstwa i iluzji, a zwrócić się całym sercem do Ciebie. Pragniemy jak mieszkańcy Niniwy dzisiaj błagać Cię o przebaczenie naszych grzechów, win i nieprawości. Za św. Janem Pawłem II wołamy: „Niech zstąpi Duch Twój i odnowi oblicze tej ziemi!”. Niech Jego oczyszczający i uświęcający płomień zstąpi teraz na nas tu obecnych, na wszystkich Polaków mieszkających na tej ziemi i poza jej granicami”. Dlatego i my powtarzamy te słowa oraz inne fragmenty tej potężnej modlitwy, rozpalając wielki płomień, czego konkretnym wyrazem jest wieńczące nasze spotkanie nabożeństwo przekazania Płomienia Miłości Niepokalanego Serca Maryi.
Prowadzenie rozważań: Aleksandra Barnat, Rafał Piech, Tomasz Ustowski, Hanna Gwizdała Oprawa muzyczna: Michał Niemiec
***
O inicjatywie
24 Godziny Męki Pańskiej – ze szczególną intencją: za Polskę – to inicjatywa zapoczątkowana w sierpniu 2022 r. w jednej z parafii w Polsce. Początkowo miała odbywać się jedynie lokalnie, ale najwyraźniej Boża Opatrzność przewidziała inaczej – już w następnym roku Męka została podjęta w kolejnej parafii. Momentem przełomowym była modlitwa w Siemianowicach Śląskich w październiku 2023 r., kiedy to do inicjatywy dołączyło kilkadziesiąt miast.
Dzisiaj to nabożeństwo, bazujące na pismach włoskiej mistyczki Sł. B. Luizy Piccarrety, podejmowane jest w wielu parafiach i wspólnotach w całej Polsce i poza jej granicami. Jednoczy wiernych na modlitwie przebłagalno-ekspiacyjnej za grzechy popełnione w naszej Ojczyźnie oraz w intencji wypełnienia się w niej Woli Bożej.
To pokazuje, że polscy katolicy mają silną wolę zjednoczenia się we wspólnej modlitwie za Ojczyznę, którą kochają i której los nie jest im obojętny. Zbawiciel pragnie, aby na każdy skrawek polskiej ziemi, na każde miasto i na każdą wioskę spłynęła Jego drogocenna Krew, by je pobłogosławić i ochronić!
Modlimy się za wstawiennictwem:
Matki Bożej, Królowej Polski
Świętego Michała Archanioła
Anioła Stróża Polski
Patronów Polski, szczególnie św. Andrzeja Boboli
polskich świętych i błogosławionych
dusz w czyśćcu cierpiących naszych rodaków.
***
Luiza Piccarreta, „Godziny Męki naszego Pana Jezusa Chrystusa”
ZEGAR
aby podążać z bliska za Jezusem, zjednoczyć się z Nim, przyoblec się w Niego, aby odtworzyć w nas Jego myśli, Jego intencje, Jego modlitwy, Jego zadośćuczynienia, Jego cierpienie oraz Jego Miłość; aby wspólnie z Jezusem otaczać Ojca chwałą i dawać Mu zadośćuczynienie, aby zbawić i uświęcić nas samych i naszych braci dla triumfu Jego Królestwa.
Pan wyraźnie używa „Godzin Męki”, aby przyciągnąć uwagę i wrażliwość dusz, ale przede wszystkim z bardzo konkretnych powodów: po pierwsze, ponieważ przeżywamy godzinę Męki Kościoła i dlatego prosi nas o wewnętrzny w niej udział. Wielu bierze udział w Męce Pańskiej, niektórzy jako dusze ofiarne, inni nawet jako męczennicy, każdy dźwiga szczególny krzyż (niektóre robią ogromne wrażenie), ale Pan chce, aby uczestnictwo było przede wszystkim poprzez czynienie z Nim wewnętrznie tego, co On sam czynił. Jest to pierwszy powód.
Drugi powód: tak jak Odkupienie poprzedza Królestwo i ma na celu Królestwo, tak też „odkrycie” tej książki Luizy ma na celu odkrycie ogromnej zapowiedzi Królestwa, którym jest przyjęcie Daru nad darami, przyjęcie Woli Bożej, tak aby się stała naszym życiem. Męka Pańska jest największym przejawem Bożego miłosierdzia. Dlatego trzeba nauczyć się patrzeć poza same Godziny Męki, tam gdzie patrzy nasz Pan: Starajcie się naprzód o królestwo Boże i Jego sprawiedliwość (czyli świętość), a wszystko inne będzie wam dodane.
O. Pablo Martín
Nieustanne rozważanie Męki Pańskiej jest stałym pokarmem, tak bardzo miłym naszemu Panu
Jezus do Luizy: Córko moja, tak miły jest dla Mnie ten, kto stale rozmyśla nad moją Męką, ubolewa nad nią i Mi współczuje, że czuję się jakby pokrzepiony we wszystkim, co przecierpiałem podczas swojej Męki. A nieustannie nad nią rozmyślając, dusza przygotowuje w ten sposób stały pokarm. W tym pokarmie znajdują się różne przyprawy i smaki, które przynoszą różne efekty. Tak więc, jeśli podczas mojej Męki związano Mnie powrozami i łańcuchami, dusza Mnie odwiązuje i daje Mi wolność. Onii wzgardzili Mną, pluli na Mnie i Mnie obrażali, a ona Mnie szanuje, oczyszcza z tych opluć i Mnie wielbi. Oni obnażyli Mnie i biczowali, ona zaś leczy moje rany i Mnie przyodziewa.
Oni ukoronowali Mnie cierniem, traktując jak króla pośmiewisko, wypełnili moje usta żółcią i Mnie ukrzyżowali. Dusza, rozmyślając nad wszystkimi moimi bólami, koronuje Mnie chwałą i oddaje Mi cześć, uznając Mnie za swojego Króla. Wypełnia moje usta słodyczą, dając mi najbardziej wykwintny pokarm, którym jest pamięć o moich własnych czynach. A wyjmując gwoździe i zdejmując Mnie z Krzyża, sprawia, że Ja się odradzam w jej sercu, dając jej w nagrodę, za każdym razem, gdy to czyni, nowe życie łaski. Jest ona zatem moim pokarmem, a Ja czynię siebie jej stałym pożywieniem. Tym więc, co najbardziej lubię, jest nieustanne rozmyślanie nad moją Męką. (Tom 7, 9 listopada 1906)
Pisałam Godziny Męki Pańskiej i tak sobie rozmyślałam: Ile poświęceń wymaga pisanie tych błogosławionych Godzin Męki, zwłaszcza przedstawianie na piśmie niektórych wewnętrznych przeżyć, które zaszły tylko pomiędzy mną i Jezusem! Jaką On mi da za to rekompensatę?
A Jezus, pozwalając mi słyszeć swój łagodny i słodki głos, powiedział do mnie: Córko moja, w nagrodę za to, że napisałaś Godziny Męki, za każde słowo, które napisałaś, dam ci pocałunek i duszę.
A ja: Miłości moja, to dla mnie, a co dasz tym, którzy będą je rozważać?
A Jezus: Jeśli będą je rozważać wspólnie ze Mną i za pomocą mojej własnej Woli, im również dam duszę za każde słowo, które przeczytają, ponieważ większy lub mniejszy efekt tych Godzin Męki wynika z większej lub mniejszej jedności, jaką ze Mną tworzą. Jeśli stworzenie rozważa je za pośrednictwem mojej Woli, to ukrywa się w mojej Woli, a kiedy działa moja Wola, mogę czynić wszelkie dobro, jakiego zapragnę, nawet za pomocą jednego tylko słowa. I będę to czynił za każdym razem, gdy będziecie je rozważać. […] (Tom 11, październik 1914)
Jezus do Luizy: Przy tylu goryczach, które otrzymuję od stworzeń, owe Godziny są małymi słodkimi łykami, jakie dają Mi dusze. Ale za mało jest tej słodyczy w porównaniu do tak wielu gorzkich łyków, które otrzymuję. Dlatego bardziej je rozpowszechniajcie, bardziej rozpowszechniajcie! (Tom 11, 13 października 1916)
GODZINY MĘKI PAŃSKIEJ napisane przez Sługę Bożą Luizę Piccarretę, Małą Córeczkę Woli Bożej
Po codziennym rozważaniu na przestrzeni 31 lub 32 lat dwudziestu czterech Godzin Męki Pańskiej, na prośbę św. Hannibala Marii Di Francia, mniej więcej w latach 1913-1914, Luiza przedstawiła je na piśmie. Ojciec Hannibal był pierwszym, który je opublikował w 4 edycjach i sam nadał im tytuł: Zegar Męki Pańskiej.
Należy podkreślić, że sporządzenie tych Godzin Męki Pańskiej nie jest wynikiem genialnego pióra pisarza, ale jest owocem nieustannej kontemplacji i dzielenia Męki Jezusa, co dusza ta czyniła na przestrzeni ponad trzydziestu lat, od kiedy złożyła siebie w ofierze wraz z Jezusem w wieku 16 lat, aż do czasu kiedy przedstawiła je na piśmie mniej więcej w latach 1913-1914. Uczyniła to jedynie z posłuszeństwa św. ojcu Hannibalowi M. Di Francia.
Wielu świadków zrelacjonowało, że św. Hannibal M. Di Francia, który się cieszył dużym zaufaniem papieża Piusa X, pewnego dnia przybył szczególnie zadowolony do domu Luizy i powiedział, że zawiózł książkę ojcu świętemu. Papież chciał, aby mu przeczytał kawałek tekstu. Przeczytał więc Godzinę dotyczącą ukrzyżowania. W pewnym momencie papież przerwał mu, mówiąc: Nie tak, Ojcze, trzeba czytać na klęczkach. To Jezus Chrystus przemawia.
…celem owych Godzin Męki Pańskiej nie jest tylko odtworzenie historii Męki, ponieważ jest wiele książek, które traktują o tym świętym temacie, i nie ma potrzeby pisania jeszcze jednej. Ale celem owych Godzin jest zadośćuczynienie, czyli dusza jednoczy (proszę zauważyć) rozmaite momenty Męki naszego Pana z wieloma różnymi przewinieniami i wspólnie z Jezusem daje godne zadośćuczynienie, i zwraca Mu niemal wszystko, co każde stworzenie jest Mu winne. Stąd też różne sposoby składania zadośćuczynień w owych GODZINACH. To oznacza, że w niektórych fragmentach dusza błogosławi, w innych współczuje, w innych wychwala, w jeszcze innych niesie pociechę cierpiącemu Jezusowi, a w innych wynagradza, błaga, modli się i uprasza. (Z listu Luizy Piccarrety)
Zadowolenie, jakie błogosławiony Jezus odczuwa, gdy rozważamy owe Godziny jest tak duże, że chciałby, aby przynajmniej jeden egzemplarz tych medytacji, do praktykowania, znajdował się w każdym mieście lub miasteczku, ponieważ gdy je rozważamy, Jezus słyszy w tych zadośćuczynieniach jakby odtwarzany swój własny głos i swoje własne modlitwy, które wznosił do Ojca podczas 24 godzin swojej bolesnej Męki. I gdyby to było praktykowane przez przynajmniej kilka dusz w każdym mieście lub miasteczku, to wydaje mi się, że Jezus daje mi do zrozumienia, iż sprawiedliwość Boża zostałaby częściowo złagodzona, a jej bicze byłyby częściowo powstrzymane i jakby osłabione w tych smutnych czasach udręki i przelewu krwi. (Z listu Luizy Piccarrety)
ze strony: vicona 24 godziny męki pańskiej
***
Aby Matka Boża była coraz bardziej znana, miłowana i uwielbiana!
„Różaniec Święty, to bardzo potężna broń.
Używaj go z ufnością, a skutek wprawi cię w zdziwienie”.
(św. Josemaria Escriva do Balaguer)
fot.wiseGeek
*****
Intencje Żywego Różańca
na miesiąc sierpień 2025
Intencjapapieska:
*Módlmy się aby społeczeństwa, w których współżycie między ludźmi wydaje się być trudnym, nie ulegały pokusom konfliktów etnicznych, religijnych lub ideologicznych.
Za papieża Leona XIV, aby Duch Święty prowadził go, a św. Michał Archanioł strzegł.
Za naszych kapłanów, aby dobry Bóg umacniał ich w codziennej posłudze oraz o nowe powołania do kapłaństwa i życia konsekrowanego
Bogurodzico Dziewico, Królowo i Matko naszego Narodu! Dziękujemy Ci za Twoją przemożną opiekę nad naszą Ojczyzną, której tak wiele razy doświadczały minione pokolenia naszych Rodaków. Dziś nie możemy nie zauważyć jak moce piekielne znów uderzają w nas. Przeżywamy bowiem bardzo niebezpieczny czas. Przyznajmy się, że te głębokie zranienia w życiu osobistym, rodzinnym i społecznym są skutkiem naszego przyzwolenia na życie w grzechu i w nałogach. Dlatego prosimy Cię, Boża Matko, bo Ty jesteś ucieczką grzesznych, ulecz nasze sumienia. Pomóż zerwać z grzechem i obojętnością. Uchroń nas od niewiary, która jest źródłem wszelkiego zła. A tym, którzy świadomie czy nieświadomie otrzymany dar życia i bogactwo różnych zdolności z ręki dobrego Boga wykorzystują przeciwko swojemu Stworzycielowi, uproś łaskę nawrócenia.
***
dodatkowa intencja dla Róży Matki Bożej Częstochowskiej (II), św. Moniki i bł. Pauliny Jaricot:
* Rozważając drogi zbawienia w Tajemnicach Różańca Świętego prosimy Bożą Matkę, aby wypraszała u Syna swego a Pana naszego Jezusa Chrystusa właściwe drogi życia dla naszych dzieci.
***
dodatkowa intencja dla małżonków w Róży bł. Kard. Stefana Wyszyńskiego:
*Wysławiamy Boga w Trójcy Jedynego, że zostaliśmy stworzeni na Boże podobieństwo, aby stanowić wspólnotę życia i miłości. Żebyśmy mogli zawsze trwać razem i w radościach i trudach życia, dlatego prosimy Cię Miłosierny Boże o łaskę umacniania naszego małżeńskiego przymierza poprzez ciągłe ożywianie wzajemnej miłości.
***
Od 1 sierpnia 2025 modlimy się kolejnymi Tajemnicami Różańca Świętego i w intencjach wyznaczonych na ten miesiąc, które otrzymaliście na maila 3 lipca 1925 z adresu e-rozaniec@kosciol.org (jeśli ktoś z Was nie dostał maila na ten miesiąc, proszę o kontakt z Zelatorem Róży, albo na adres rozaniec@kosciolwszkocji.org)
________________________________________
Obecnie mamy 20 Róż Żywego Różańca. Bardzo serdecznie zachęcamy chętnych, aby zechcieli dołączyć się do Żywego Różańca. Módlmy się też w tej intencji, aby dotąd nieprzekonani mogli się przekonać jak skuteczną i tym samym jak bardzo potrzebną jest na dany nam czas modlitwa różańcowa.
***
Papież Leon XIV o intencji modlitewnej na sierpień: żyjemy w czasach lęku i podziałów
fot. Andrew Medichini/Associated Press/East News ***
Módlmy się, aby społeczności, których współistnienie wydaje się coraz trudniejsze, nie ulegały pokusie konfrontacji z powodów etnicznych, politycznych, religijnych czy ideologicznych – apeluje Leon XIV w opublikowanym wczoraj filmie promującym papieską intencję na sierpień: „O umiejętność życia wspólnego”.
Ojciec Święty przyznaje, że „żyjemy w czasach lęku i podziałów. Nieraz postępujemy tak, jakbyśmy byli sami – wznosimy mury, które oddzielają nas od siebie, zapominając, że jesteśmy braćmi i siostrami”.
Papież zaznacza, że dla chrześcijan spragnionych pokoju, Jezus jest Panem historii, wiernym Towarzyszem i żywą Obecnością, Tym, który niestrudzenie wychodzi nam naprzeciw.
„Ześlij nam, Panie, Twojego Ducha – modli się Leon XIV – aby rozpalił w nas na nowo pragnienie wzajemnego zrozumienia i słuchania, życia we wspólnocie z szacunkiem i współczuciem. Obdarz nas odwagą, by iść drogą dialogu, by na konflikty odpowiadać gestami braterstwa, by otwierać serca na innych – bez lęku przed różnicami”.
W modlitwie odnoszącej się do intencji na sierpień Ojciec Święty prosi też Boga, aby uczynił nas budowniczymi mostów, zdolnymi przekraczać granice i ideologie, a na bliźnich patrzeć oczami serca, rozpoznając w każdym jego nienaruszalną godność. „Pomóż nam stwarzać przestrzenie, w których może rozkwitać nadzieja, gdzie różnorodność nie będzie zagrożeniem, lecz bogactwem, które czyni nas bardziej ludźmi” – modli się na zakończenie Papież.
Krzysztof Bronk, Vatican News PL | Watykan
***
Uroczystości i święta
w Roku Liturgicznym 2025
fot. Karol Porwich/Tygodnik Niedziela
***
Wśród licznych świąt kościelnych można wyróżnić święta nakazane, czyli dni w które wierni zobowiązani są od uczestnictwa we Mszy świętej oraz do powstrzymywania się od prac niekoniecznych. Lista świąt nakazanych regulowana jest przez Kodeks Prawa Kanonicznego. Oprócz nich wierni zobowiązani są do uczestnictwa we Mszy w każdą niedzielę.
Święta nakazane w 2025 roku:
1 stycznia (środa) – Uroczystość Świętej Bożej Rodzicielki
6 stycznia (poniedziałek) – Trzech Króli, czyli uroczystość Objawienia Pańskiego
20 kwietnia (niedziela) – Wielkanoc
1 czerwca (niedziela) – Wniebowstąpienie Pańskie
8 czerwca (niedziela) – Niedziela Zesłania Ducha Świętego (Zielone Świątki)
19 czerwca (czwartek) – Boże Ciało, czyli uroczystość Najświętszego Ciała i Krwi Chrystusa
15 sierpnia (piątek) – Uroczystość Wniebowzięcia Najświętszej Maryi Panny
1 listopada (sobota) – Uroczystość Wszystkich Świętych
25 grudnia (czwartek) – Uroczystość Narodzenia Pańskiego
Pozostałe ważne dni w 2025 roku:
Oprócz wymienionych powyżej świąt nakazanych obchodzone są również inne święta o głębokiej tradycji. W te święta wierni nie są zobowiązani do uczestnictwa we Mszy świętej oraz powstrzymywania się od prac niekoniecznych, jednak Kościół bardzo zachęca do udziału w liturgii również w te dni.
2 lutego (niedziela) – Święto Ofiarowania Pańskiego (Matki Boskiej Gromnicznej)
5 marca (środa) – Środa Popielcowa
17-19 kwietnia (czwartek-sobota) – Triduum Paschalne (UWAGA: Wielki Piątek jest jedynym dniem w roku, w którym nie odprawia się Mszy św.)
21 kwietnia (poniedziałek) – Poniedziałek Wielkanocny
3 maja (sobota) – Uroczystość Najświętszej Maryi Panny Królowej Polski
9 czerwca (poniedziałek) – Uroczystość Najświętszej Maryi Panny, Matki Kościoła
29 czerwca (niedziela) – Uroczystość świętych Apostołów Piotra i Pawła
26 grudnia (piątek) – Święto świętego Szczepana, pierwszego męczennika
Adwent rozpocznie się 30 listopada.
***
kościół św. Piotra
Partick, 46 Hyndland Street , Glasgow, G11 5PS
***
W każdy piątek jest Adoracja Najświętszego Sakramentu od godz. 18.00
W czasie Adoracji jest możliwość przystąpienia do sakramentu spowiedzi świętej.
Msza św. wynagradzająca za grzechy nasze i całego świata odprawiana jest o godz. 19.00
***
W trzeci piątek miesiąca sprzątamy kościół św. Piotra od godz. 17.00. Chętni bardzo mile widziani
***
W każdą sobotę o godz. 18.00 jest Msza św. wigilijna z niedzieli
Możliwość spowiedzi świętej jest od godz. 17.00
***
W pierwsze soboty miesiąca po Mszy św. jest Nabożeństwo Pięciu Sobót Wynagradzających za zniewagi i bluźnierstwa przeciwko Najświętszej Matce Bożej
***
W drugie soboty miesiąca po Mszy św. modlimy się Koronką do Serca Boleściwej Matki – Serca przebitego siedmiokrotnie mieczem boleści.
***
W trzecie soboty miesiąca po Mszy św. modlimy się na różańcu o pokój na świecie.
***
W każdą Niedzielę Msza św. jest o godz. 14.00
Przed Mszą św. jest Adoracja Najświętszego Sakramentu.
W tym czasie jest także możliwość przystąpienia do sakramentu spowiedzi od godz. 13.30
Od września 2024 roku trwają prace renowacyjne kościoła św. Piotra. Dlatego w piątki Adoracja, spowiedź św. i Msza św. na czas remontu są w sali parafialnej. Natomiast w soboty i w niedziele Msze św. są w kościele.
***
Kaplica izba Jezusa Miłosiernego
4 Park Grove Terrace, Glasgow G3 7SD
W każdy pierwszy czwartek miesiąca jest Msza św. o godz. 19.00
Po Mszy św. jest Godzina Święta
***
Naczynia połączone
Pierwsze czwartki, pierwsze piątki, pierwsze soboty.
Interesowni praktykują dla obietnic, gorliwi – z miłości. Podejmiesz wyzwanie?
ISTOCKPHOTO
***
Sytuacja z utrudnionym dostępem do Mszy, także pierwszopiątkowej, w jakiej przed pięcioma laty postawiła nas pandemia, pokazuje, jak ważne są dla wielu katolików dni, w których okazujemy szczególną cześć Najświętszemu Sercu Pana Jezusa i Niepokalanemu Sercu Najświętszej Maryi Panny. W pierwsze piątki miesiąca liczba wiernych w kościołach jest wyższa niż w inne dni powszednie, a wielu jest takich, którzy podejmują tego dnia posty i inne czyny pokutne.
Niedawno zmienił się sposób wyznaczania pierwszych dni miesiąca w kalendarzu kościelnym. Wcześniej obchodzono wszystkie trzy dni razem. Decydował pierwszy piątek. Jeśli ten dzień przypadł pierwszego dnia danego miesiąca, wtedy czwartek, choć kalendarzowo należał jeszcze do poprzedniego miesiąca, obchodziło się jako pierwszy. Jeżeli natomiast pierwszym dniem miesiąca była sobota, wówczas jako pierwszą sobotę w Kościele obchodziło się tę, która przypadała za tydzień – po pierwszym piątku. Niedawno zostało to uproszczone. Pierwsze czwartek, piątek i sobotę obchodzi się teraz wtedy, kiedy faktycznie są pierwsze w kalendarzu na dany miesiąc. Sposób liczenia dni to jednak kwestia drugorzędna. Istotne jest nastawienie serca i intencja, z jaką podejmuje się te praktyki.
Jak ciąża
Skąd te praktyki się wzięły? – Za pierwszymi piątkami stoi żądanie Pana Jezusa z objawień św. Małgorzaty Alacoque. Jeśli chodzi o nabożeństwo pięciu pierwszych sobót miesiąca, to stoi za nimi tradycja fatimska. Natomiast wcześniejsza tradycja bardziej była związana z kultem Niepokalanego Serca Maryi, który nawiązywał do kultu Serca Jezusa – mówi ks. prof. Marek Chmielewski. Dodaje, że praktyki pierwszego czwartku, piątku i soboty miesiąca nie mają charakteru obowiązkowego, lecz należą raczej do sfery pobożności. – O ile liturgia jest obowiązkowa, bo to jest kult Kościoła, o tyle jeśli chodzi o formy pobożności, to takiego obowiązku w sensie prawnym nie ma. Natomiast ze względów formacyjnych te formy się szanuje – zauważa.
Szczególnie popularne jest wśród wiernych nabożeństwo dziewięciu pierwszych piątków miesiąca. Dlaczego ma to być akurat dziewięć piątków, czyli de facto dziewięć miesięcy?
– Dlatego, że dziewięć miesięcy to analogia do czasu, jakiego potrzebuje dziecko rozwijające się w łonie matki, aby się urodzić. Przez praktykę dziewięciu pierwszych piątków ma się narodzić nowy człowiek, który żyje sakramentami. Jeśli dobrze wczytamy się w objawienia, których Pan Jezus udzielił św. Małgorzacie, zauważymy, że one mają na celu właśnie to: wychowanie człowieka do regularnego życia sakramentalnego – wskazuje teolog.
Zwraca uwagę na fakt, że od uchwały IV Soboru Laterańskiego w 1215 roku katolik ma obowiązek spowiedzi i Komunii raz w roku, szczególnie w okresie wielkanocnym. Na tamte czasy było to wymaganie wysokie, jeśli weźmie się pod uwagę istniejącą wtedy sieć kościołów. Z czasem jednak ulegało to zmianom i już na przykład w XVII wieku duszpasterstwo oraz dostępność kościołów wyglądały całkiem inaczej. Wówczas traktowanie pobożności na zasadzie „raz w roku” wymagało zdynamizowania. I taka pomoc przyszła. Pierwszopiątkowe praktyki i związane z nimi obietnice Jezusa znacznie ożywiły życie duchowe katolików.
Sama św. Małgorzata Maria Alacoque w jednym z listów napisała, że kult Najświętszego Serca „ma na celu odnowienie w duszach skutków Odkupienia”. To jest zasadniczy cel tego nabożeństwa.
Chodzi o cel
Wraz z nową formą pobożności pojawiły się także jej wypaczenia, polegające na magicznym traktowaniu praktyk pierwszopiątkowych (a także pierwszosobotnich), czyli wykonywaniu ich na zasadzie „zaliczenia”: przyjść, odprawić spowiedź, Komunię, najlepiej wszystko w sam pierwszy piątek. Towarzyszy temu oczekiwanie, że gdy wypełnię praktykę, Pan Bóg musi mi zagwarantować zbawienie. Taki „handel wymienny”.
Ksiądz Marek Chmielewski, przestrzegając przed taką postawą, podkreśla ważność odpowiedniego przygotowania do spełniania warunków nabożeństwa. – Jest dobrą intuicją duszpasterską, że dzieci pierwszokomunijne przynajmniej przez pierwszy rok odprawiają dziewięć pierwszych piątków. Nie powinno tam jednak chodzić o uzyskanie nieco magicznie traktowanego „biletu do nieba”. Obietnica mówi przede wszystkim, że człowiek nie umrze bez szansy pojednania z Bogiem, ale to samo przez się nie jest gwarancją zbawienia. Chodzi o to, żeby tego młodego człowieka wychować w życiu sakramentalnym nie tylko co do ilości wypełnionych praktyk. On ma się nauczyć, jak się spowiadać: nie tylko w sposób faktograficzny, ale analityczny; ma się nauczyć życia eucharystycznego, adoracji. I to jest ważne – przekonuje. Przywołuje konkretny przykład prawidłowej formacji w tym zakresie.
– W pierwszych latach kapłaństwa pracowałem w dużej parafii w Radomiu. Była tam siostra katechetka, która przez pół godziny odprawiała z dziećmi rachunek sumienia, zanim księża usiedli, żeby spowiadać je na pierwsze piątki. I widać było efekty. Dzieci były dobrze przygotowane, wiedziały, co mówią. Takie podejście jest bardzo ważne dla rozwoju duchowego. Jeśli tego nie ma, dochodzi do takich sytuacji, że dorosły człowiek spowiada się jak dziecko pierwszokomunijne. Tak więc praktyka pierwszych piątków miesiąca ma wielki potencjał duszpasterski, jeśli jest mądrze i dobrze sprawowana. I to jest jej zasadniczy cel. Chodzi przecież o wychowanie do miłości Boga, bliźniego i samego siebie – akcentuje kapłan.
Wynagrodzenie
Nabożeństwo do Serca Jezusowego jest kultem ekspiacyjnym, wynagradzającym. Podobnie jest z kultem Niepokalanego Serca Maryi Panny, w którym od czasu objawień fatimskich wzmocniony został element pokuty za grzechy. Maryja w Fatimie mówiła dzieciom, że wielu ludzi ginie na wieki, bo zbyt mało jest takich, którzy chcieliby się za nich modlić i ofiarować swoje cierpienia. Także tu istotny jest więc motyw wynagrodzenia.
– Wynagrodzenie jest często traktowane na sposób ludzki: komuś zrobiłem przykrość, to teraz muszę przeprosić, żeby mu sprawić przyjemność. Samo wyrażenie „obrażać Boga” jest antropomorficzne, ale nie mamy innych narzędzi. Wyglądałoby na to, że przez nasze zgrzeszenie Pan Bóg coś traci i my musimy Mu to oddać, tak jak w ramach restytucji musimy oddać to, co ukradliśmy, bo w przeciwnym razie nie spełnimy warunku nawrócenia – mówi ks. Marek Chmielewski. Zauważa jednak, że to nie do końca tak. – Chodzi o to, że skoro Bóg jest miłością, to grzech jest zaprzeczeniem miłości. To jest przede wszystkim krzywda, jaką człowiek samemu sobie wyrządza przez odwrócenie się od miłości. I to nie miłości w znaczeniu uczuciowym, tylko rozumianym jako afirmacja osoby. Wynagrodzenie jest przede wszystkim odbudowaniem i wzmocnieniem w grzeszniku miłości. To wynagrodzenie staje się bardziej zrozumiałe, gdy patrzymy na nie przez wymiar Kościoła. Czasami mówimy, że Kościół jako Mistyczne Ciało Chrystusa jest jak zespół naczyń połączonych. Jeżeli poziom spada w jednym naczyniu, to spada we wszystkich. Mistyczne Ciało doznaje uszczerbku przez cudzy grzech. Wierni mający tę świadomość tym bardziej chcą okazać miłość Bogu i bliźniemu, aby ten brak, jaki Kościół cierpi, został wyrównany. A więc nie tyle Pan Bóg cierpi szkody (jest przecież bytem absolutnym), ile Kościół ponosi duchowe straty. I gorliwi chcą naprawić to, co inni zepsuli. To jest wyraz odpowiedzialności za zbawienie innych i za życie Kościoła – podkreśla teolog.
Czwartki
Tradycja pierwszych czwartków jest późniejsza niż piątków i sobót. – Nie można ich traktować na równi z pierwszymi piątkami – zauważa ks. prof. Chmielewski. Dodaje, że trudno wskazać początek tej tradycji. Prawdopodobnie wiąże się z orędziami na Światowe Dni Powołań, które zapoczątkował św. Paweł VI. – Tam, jak się zdaje, jest początek tej praktyki: zaproszenie do szczególnej modlitwy w pierwsze czwartki o powołania, głównie kapłańskie – mówi. Zauważa, że zwyczajowo modlimy się o powołania, ale rzadko akcentuje się modlitwę za powołanych. O to, żeby byli wierni powołaniu – a to jest przecież istota.
Franciszek Kucharczak/Gość Niedzielny
W każdą trzecią sobotę miesiąca w kaplicy izbie Jezusa Miłosiernego jest spotkanie Biblijne na temat: kobiety w Piśmie Świętym. Spotkanie rozpoczynamy o godz. 10.00 śpiewaniem Godzinek ku czci Najświętszej Maryi Panny a kończymy w południe modlitwą Anioł Pański.
***
W czwartym tygodniu każdego miesiąca – z piątku na sobotę – jest całonocna Adoracja Najświętszego Sakramentu dla kobiet w kaplicy Sióstr Benedyktynek w Largs.
Początek Adoracji rozpoczyna się modlitwą różańcową o godz. 21.00 a zakończenie Adoracji śpiewem Godzinek ku czci Najświętszej Maryi Panny o brzasku dnia o godz. 5.00
Słyszymy to słowo na każdym kroku, w naszych miastach spotykamy kaplice adoracji, ale czy tak właściwie zastanawiamy się czym ta adoracja naprawdę jest? Jaki jest jej sens i jakie może przynieść owoce?
fot. Magdalena Pijewska/Tygodnik Niedziela
***
Wierzę mocno w to, że adoracja Boga jest najważniejszą sprawą w podtrzymywaniu tego świata w komunii z Bogiem i jednocześnie największą ochroną dla naszego świata przed zatraceniem się w grzechu.
Kard. Karol Wojtyła nazywał klasztor krakowskich Kamedułów na Bielanach „piorunochronem dla Krakowa”. Ukryci za murami klasztoru mnisi przez swoją modlitwę i adorację pewnie wyprosili niejedną łaskę dla ludzi żyjących w świecie.
W tekście z początków chrześcijaństwa, napisanym po grecku, odkryłem, że autor na opisanie adoracji Boga użył słowa „fotografować”. Zawsze myślałem, że to słowo pojawiło się w czasach odkrycia aparatu fotograficznego. Tymczasem używane było również do określenia tego, o czym tu rozmawiamy.
Człowiek, który adoruje Najświętszy Sakrament, w jakimś sensie w swojej duszy i w swoim umyśle „fotografuje” Boga, aby nosić Jego zdjęcie w sobie i przez to chodzić w obecności Boga.
Dlatego powinniśmy jak najwięcej wpatrywać się w najbardziej realną obecność Boga tu, na ziemi, jaką jest Jego obecność w Eucharystii. Zakłada to również konieczność wpatrywania się w Najświętszy Sakrament podczas chwil adoracji.
Trzeba więc zadbać o to, aby koncentrować się na patrzeniu w Jezusa Eucharystycznego. Patrzenie to jednak ma być wysiłkiem zjednoczenia swojego myślenia i odczuwania z Panem Bogiem.
Adoracja może mieć też formę modlitewnego zawierzenia Bogu wielu spraw. Dlatego przed Najświętszym Sakramentem odprawiamy różne nabożeństwa, litanie, konkretne modlitwy.
To nasze serce ma nam podpowiadać, jak powinna wyglądać nasza adoracja. Pewnie trzeba w niej połączyć naszą osobistą relację z Bogiem i wpatrywanie się w Jego obecność z polecaniem Bogu konkretnych problemów życiowych.
Wierzę, że jeśli wytrwamy w adoracji, to sam Duch Święty zadba o to, jak ma ona wyglądać, bo gdy nie wiemy, jak mamy się modlić, sam „Duch przychodzi z pomocą naszej słabości”.
ks. bp. Andrzej Przybylski/Tygodnik Niedziela
***
Adobe Stock
***
KOMUNIĘ ŚWIĘTĄ przyjmujemy z należytym uszanowaniem do ust i na klęcząco.
Jeżeli jednak przystępujący do Komunii świętej decyduje się przyjąć CIAŁO PAŃSKIE na rękę – wtedy spożywa NAJŚWIĘTSZE CIAŁO w obecności kapłana.
Przyjmując KOMUNIĘ ŚWIĘTĄ – na słowa kapłana: CIAŁO CHRYSTUSA – przyjmujący odpowiada: AMEN.
***
Co oznacza nasze „Amen”, które wypowiadamy podczas Komunii św. przyjmując „Ciało Chrystusa”?
Kapłanowi, który rozdając Eucharystię mówi tobie: „Ciało Chrystusa”, odpowiadasz: „Amen” – to znaczy uznajesz łaskę i zaangażowanie, jakie pociąga za sobą stanie się Ciałem Chrystusa. Gdy przyjmujesz bowiem Eucharystię, stajesz się Ciałem Chrystusa. To bardzo piękne! Komunia, jednocząc nas z Chrystusem, wyrywając z naszego egoizmu, otwiera nas i jednoczy ze wszystkimi, którzy są jedno w Nim. Oto cud Komunii Świętej: stajemy się Tym, Którego otrzymujemy!
Benedykt XVI –Jan Paweł II – Wielki Tydzień 2004
***
“Ten kto MNIE spożywa, będzie żył przez MNIE” (J 6,57)
„Wiara Kościoła jest istotową wiarą eucharystyczną, a więc sakramentalną, i karmi się ona w szczególny sposób przy stole Eucharystii”. (papież Benedykt XVI)
***
Czekanie na Spotkanie. Post eucharystyczny – dlaczego, dla kogo i jak?
Praktykę postu eucharystycznego wprowadził papież Marcin V w XV wieku. Obowiązywał od północy aż do przyjęcia Komunii. Obecne przepisy stanowią, że należy go zachować przynajmniej przez godzinę przed przyjęciem Komuniiświętej.
Każde dziecko komunijne wie, że godzinę przed przyjęciem Komunii św. należy powstrzymać się od jedzenia i picia. To tzw. post eucharystyczny. Zasadniczym celem tej praktyki jest okazanie szacunku Ciału Pańskiemu. Mówi o tym Katechizm Kościoła Katolickiego. „Aby przygotować się odpowiednio na przyjęcie sakramentu Eucharystii, wierni zachowają ustanowiony przez Kościół post. Postawa zewnętrzna (gesty, ubranie) powinna być wyrazem szacunku, powagi i radości tej chwili, w której Chrystus staje się naszym gościem” – czytamy (1387).
Różnie z tym musiało bywać, skoro już św. Paweł upominał Koryntian: „Gdy się zbieracie, nie ma u was spożywania Wieczerzy Pańskiej. Każdy bowiem już wcześniej zabiera się do własnego jedzenia, i tak się zdarza, że jeden jest głodny, podczas gdy drugi nietrzeźwy. Czyż nie macie domów, aby tam jeść i pić? Czy chcecie znieważać Boże zgromadzenie i zawstydzać tych, którzy nic nie mają? Cóż wam powiem? Czy będę was chwalił? Nie, za to was nie chwalę!” (1 Kor 11,20-22).
Dalej apostoł przestrzega przed świętokradztwem: „Niech przeto człowiek baczy na siebie samego, spożywając ten chleb i pijąc z tego kielicha. Kto bowiem spożywa i pije, nie zważając na Ciało Pańskie, wyrok sobie spożywa i pije” (1 Kor 11,28-29).
Tak stanowcze słowa zawsze pobudzały chrześcijan do szczególnej uważności w obchodzeniu się z postaciami eucharystycznymi.
– Praktyka postu eucharystycznego pojawiła się w starożytności jako efekt rozwoju duchowości i być może także dyscypliny kościelnej. Starano się, aby przyjęcie Komunii jako pokarmu cielesno-duchowego nie było w pewnym sensie osłabione przez przyjęcie innego pokarmu. Taka dyscyplina sprawiła, że zanikły Msze wieczorne – wyjaśnia liturgista, ks. dr hab. Dominik Ostrowski.
Wzmianki o praktykach, które można określić jako post eucharystyczny, znajdujemy m.in. u św. Augustyna, który pisał: „Eucharystię świętą przyjmuje się zawsze na czczo i taki zwyczaj zachowany jest na całym świecie”. Święty stwierdzał: „Podobało się Duchowi Świętemu, by na wyrażenie czci dla tak wzniosłego Sakramentu najpierw do ust chrześcijan wchodziło Ciało Pańskie, wpierw przed innym pokarmem”.
W średniowieczu nie zajmowano się zbytnio kwestią postu eucharystycznego, ponieważ wierni bardzo rzadko przystępowali do Komunii, ograniczając się do spoglądania na Hostię podczas Mszy lub przyjmowania Komunii duchowej. Dopiero w XV wieku upowszechniła się praktyka zachowywania postu od północy aż do momentu przyjęcia Komunii. – Praktykę postu eucharystycznego wprowadził dla całego Kościoła papież Marcin V w XV wieku; od tego czasu post ten wymagał bycia na czczo od północy aż do przyjęcia Komunii – podkreśla duchowny.
Wielkie zmiany
Post eucharystyczny w takiej formie funkcjonował w Kościele przez wieki. Zmiana nastąpiła dopiero w XX wieku, wraz z rozwojem praktyki częstego przystępowania do stołu Pańskiego. W 1953 roku Pius XII skrócił post eucharystyczny do trzech godzin przed przyjęciem Komunii Świętej i orzekł, że wypicie wody nie łamie tego postu. Zezwolił też chorym na przyjmowanie bez ograniczenia czasu przed przyjęciem Komunii Świętej napoju niealkoholowego i lekarstwa, zarówno płynnego, jak i stałego. Zaznaczył także, że osoby przyjmujące Wiatyk w niebezpieczeństwie śmierci nie są związane żadnym prawem postu.
W ustanawiającym zmianę dokumencie Christus Dominus papież przypomniał, że post eucharystyczny „służy nie tylko do okazania należnej czci Boskiemu Zbawicielowi, ale przyczynia się także do rozwoju pobożności, może powiększyć również owoce świętości, do których zdobywania przy pomocy łaski Bożej nas tak bardzo zachęca sam Chrystus, źródło świętości i jej twórca”. Dzięki zmianie wprowadzonej przez Piusa XII po wielu wiekach zaczęto odprawiać Msze św. wieczorne.
Dalsze złagodzenie postu eucharystycznego wprowadził Paweł VI w roku 1964, skracając go do jednej godziny przed przyjęciem Komunii. Ten sam papież w 1973 roku w instrukcji Immensae caritatis określił post eucharystyczny trwający „mniej więcej piętnaście minut” dla osób chorych i starszych, przebywających w szpitalach lub domach, a także dla ich opiekunów, pragnących razem z nimi przystąpić do Komunii Świętej.
Obecnie obowiązujące prawo kanoniczne znosi post eucharystyczny dla chorych i osób w podeszłym wieku. „Osoby w podeszłym wieku lub złożone jakąś chorobą, jak również ci, którzy się nimi opiekują, mogą przyjąć Najświętszą Eucharystię, chociażby coś spożyli w ciągu godziny poprzedzającej” – czytamy w Kodeksie Prawa Kanonicznego (kan. 919 § 3). Kodeks stanowi także, że z zachowania postu eucharystycznego są zwolnieni kapłani, którzy danego dnia po odprawieniu jednej Mszy muszą celebrować drugą albo trzecią. W takim wypadku po pierwszej lub po drugiej Mszy Świętej mogą spożywać posiłki, nawet jeśli przed przyjęciem Komunii Świętej nie zachodziłaby przerwa jednej godziny (kan. 919 § 2 KPK). – Przyjmuje się, że zwolnienie kapłana z postu eucharystycznego przed kolejną Mszą ma na celu dobro wiernych, którzy nie powinni być pozbawieni Eucharystii z powodu kolejnego godzinnego postu kapłana – podkreśla ks. Dominik Ostrowski. Zaznacza, że przyjęcie przez kapłana Komunii na Mszy Świętej jest koniecznością, dlatego konieczność sprawowania dwóch Mszy nie może stać w sprzeczności z prawem o Komunii kapłana. – On przez swoje kapłaństwo urzędowe umożliwia wiernym skorzystanie z Mszy Świętej, z Komunii. Dlatego jego zwalnia się z obowiązku postu, który ma drugorzędne znaczenie wobec samej Eucharystii i ma jej służyć – wyjaśnia.
A co jeśli…
Obecne przepisy prawa kanonicznego, stanowiące, że post eucharystyczny należy zachować przynajmniej przez godzinę przed przyjęciem Komunii (kan. 919 § 1 KPK), oznaczają, że godzina to niezbędne minimum. Zawiera się w tym natomiast sugestia, iż w miarę możliwości można wydłużyć ten czas. Co jednak robić w sytuacji, gdy ktoś przez nieuwagę zjadł coś i jego post eucharystyczny będzie za krótki? Albo jak się zachować, gdy ten problem powstaje wskutek niespodziewanego przyśpieszenia godziny Mszy Świętej?
– Wszystkie przepisy prawa kościelnego są podporządkowane celowi głównemu, jakim jest zbawienie dusz, a zatem trzeba zawsze uważać, aby przez dosłowne przestrzeganie zapisu nie zaszkodzić temu, co ten przepis chroni. Jeśli przyjmujemy, że celem postu jest odpowiednie duchowe przygotowanie do przyjęcia Komunii Świętej, to w sytuacji, gdy nie mamy dokładnie 60 minut postu, należy ocenić, czy brakujące 5 minut „robi różnicę”. Moim zdaniem lepiej jest być posłusznym Kościołowi i powstrzymać się od Komunii, jeśli nie minęła godzina, bo Bogu podoba się nasze posłuszeństwo, a brak możliwości przystąpienia do Komunii nie jest z definicji szkodą, raczej jest to swoista chwilowa utrata przywileju i nie przynosi ona zagrożenia duchowego, wręcz przeciwnie, może pogłębić w nas szacunek do Eucharystii, a także być swoistą nauką, żeby nie powiedzieć nauczką. Moglibyśmy się zastanawiać, czy mamy prawo „zerwać kłosy w szabat”, jak apostołowie, ale tu są potrzebne duża dojrzałość i mądra wolność, ponieważ jeśli można samemu skrócić post o 5 minut, to dlaczego nie o 25? – wskazuje liturgista. – Jeśli dojrzała osoba zinterpretuje, że kilka minut nie robi różnicy i nie uczyni z tego narzędzia do nadużyć, to nie zdziwię się, jeżeli także autorytet duchowny ją usprawiedliwi. Ks. Krzysztof Grzywocz tłumaczył, że potrzeba dużej mądrości i dojrzałości, aby wiedzieć, kiedy „zerwać kłosy”. Wskazywał też na niebezpieczeństwo zaburzeń i skrupułów, zwłaszcza u osób osamotnionych i bez relacji, które bezpiecznie czują się tylko w ogrodzeniu przepisów. Odnowiona liturgia i prawo dają dużo przestrzeni do samodzielnych decyzji i oczekują pewnej dojrzałości – zauważa kapłan. Jako przykład wskazuje zapis o obmyciu palców przez kapłana, jeśli pozostały na nich partykuły (czyli cząstki Ciała Chrystusa); dawniej należało obmyć palce zawsze.
Co po Komunii?
Nieraz wierni zadają sobie pytanie, czy po przyjęciu Ciała Pańskiego należy zachować jakiś odstęp czasowy przed zjedzeniem posiłku. Problem taki może występować na przykład w szpitalu, gdzie chory po przyjęciu Komunii mógłby od razu coś zjeść lub popić kawą. Kapelani apelują tu zazwyczaj do osobistego wyczucia osoby przyjmującej Komunię. – Nie spotkałem przepisu, który by tego zabraniał, chociaż słyszałem opinie, że istnieje pewien „bufor czasowy”, czasem określany na 15 minut; nie jest to jednak oficjalne prawo. Po przyjęciu Komunii Świętej i zakończeniu obrzędu można udać się od razu na posiłek, są przecież tzw. agapy przedłużające spotkanie wspólnoty – tłumaczy ks. Dominik Ostrowski. I dodaje: – Na pewno jednak warto przypomnieć, że po Komunii Kościół przez wieki odmawiał modlitwy dziękczynne, a więc istnieje powód, aby odczekać chwilę z kolejnym posiłkiem.
Franciszek Kucharczak/Gość Niedzielny
***
Ks. Rafał Hołubowicz:
Komunia święta na klęcząco i do ust nadal pierwszą i podstawową formą
(Pietro Antoni Novelli (1769) Public domain)
Uroczystość Pierwszej Komunii Świętej – święto Jezusa Eucharystycznego, który za chwilę zagości po raz pierwszy w sercach Mu najbliższych – Dzieci, tych które zawsze szczególnie miłował i które nawet dorosłym stawiał za wzór; w sercach czystych po wczorajszej uroczystości Pierwszej Spowiedzi Świętej, równie ważnej, równie podniosłej i równie pięknej, jak ta dzisiejsza. Atmosfera jest naprawdę niecodzienna, przepełniona jakimś wyczekiwaniem, może pewnym niepokojem czy wszystko się uda, ale także wielką radością, która rysuje się zarówno na twarzach samych dzieci, jak również ich rodziców, którzy przez ostatnie miesiące także trudzili się nad jak najlepszym przygotowaniem swoich pociech do tego niezwykłego wydarzenia. Kościół pięknie przyozdobiony, mnóstwo białych kwiatów, dzieci w białych strojach liturgicznych, tłumy ludzi w świątyni i wokół niej. Wszystko świadczy o tym, że dzieje się coś niezwykłego, coś tajemniczego, coś mistycznego.
Rozpoczyna się uroczysta Liturgia, dzieci biorą w niej czynny udział. Radość i napięcie ciągle rosną, aż w końcu nadchodzi ten wyczekiwany moment pierwszej Komunii Świętej. Na środku, przed ołtarzem przystrojony klęcznik; każde z dzieci podchodzi pojedynczo, klęka z pięknie złożonymi dłońmi, otwiera usta i po raz pierwszy przyjmuje na język, a w rzeczywistości do serca, prawdziwego Jezusa Chrystusa. Ciężko nawet opisać wielką radość i pokój, które promieniują z dziecięcych twarzy. Po dzieciach zaczyna się Komunia Święta pozostałych uczestników uroczystości. Kapłan jest sam, panuje ścisk i zamieszanie, bo kościół jest mały a przybyłych naprawdę dużo. I nagle….
Zbliża się najpierw dwójka dzieci, które wyciągają rękę po Komunię Świętą, ale w obecnych okolicznościach, z pełną rozwagą duszpasterską, kapłan udziela im Komunii na język. Dziewczynki jedna, potem druga spokojnie ją przyjmują i się oddalają. Okazuje się jednak, że następna do Komunii przystępuje ich mama. Także wyciąga rękę, kapłan prosi ją jednak grzecznie o godne przyjęcie Jezusa do ust (co nawiasem mówiąc jest regułą w tej wspólnocie parafialnej). Kobieta jednak obrusza się i odchodzi, odmawiając przyjęcia Chrystusa Eucharystycznego. Jak widać nie On był tutaj najważniejszy.
No a potem, jak nie trudno się domyśleć, zaczynają się problemy. Kilka dni po uroczystości bardzo nieprzyjemny telefon od tej pani, która oczywiście od pierwszych słów zwraca się do księdza per „pan” (zresztą w dniu Komunii Świętej do siostry zakonnej przygotowującej dzieci zwracała się per „pani”). Zarzuca mu zmuszanie dzieci do przyjęcia Komunii wbrew ich woli, czym rzekomo wywołał u nich poważną traumę (nie potwierdza tego ich zachowanie na przyjęciu komunijnym, w którym uczestniczyły). Czuje się obrażona zachowaniem kapłana, który odmówił jej przyjęcia Komunii tak jak tego żądała, choć w rzeczywistości to nie on jej odmówił, bo przecież chciał jej udzielić Komunii, ale ona po prostu odmówiła przyjęcia Pana Jezusa, mimo prośby kapłana. Domaga się oczywiście przeprosin twierdząc, że tacy księża odstręczają ludzi od kościoła. Znowu jednak zostaje skorygowana, gdyż akurat w tej parafii liczba uczestników liturgii ciągle rośnie do tego stopnia, że trzeba było wprowadzić kolejną Mszę, gdyż wierni już się po prostu nie mieścili. I jak można się domyślić nie chodzi tylko o staruszki, ale kościół pełen jest młodych rodzin, dzieci, młodzieży, i to z pewnością nie dlatego, że kapłan udziela Komunii św. na rękę i mówi jakieś miałkie kazania o wszystkim i o niczym. Jest wręcz odwrotnie.
Jednak, wracając do rozmowy z oburzoną „katoliczką”, pani nie jest usatysfakcjonowana tym co słyszy; nie trafiają do niej także żadne merytoryczne argumenty dotyczące przepisów prawa kanonicznego. Rozzłoszczona rzuca słuchawką i straszy kapłana Kurią. I rzeczywiście na ciąg dalszy nie trzeba długo czekać. „Pobożna katoliczka” pisze e-maila do Kurii, rozsyłając go również na wszystkie możliwe adresy, które znalazła na stronie Archidiecezji. Nie omieszkała też poinformować o całym zajściu Rzecznika Praw Dziecka, gdyż kapłan, jak to sama określiła, „wpychał jej dziecku łapy do ust”. Potem telefon z Kurii, i przysłowiowe „udawadnianie, że nie jest się wielbłądem”. Niepotrzebne nerwy i stres, bo nigdy nie wiadomo jak skończy się ta sprawa, gdyż w dużej mierze zależy to od tego, na czyje biurko w Kurii trafi.
Przytoczona tutaj sytuacja, a podobnych w ostatnim czasie coraz więcej, skłoniła mnie do głębszej refleksji nad tym, czym jest Msza św., czym jest Eucharystia i dlaczego w dzisiejszych czasach, gdy tyle słyszymy o profanacjach Najświętszego Sakramentu, i to już nie tylko gdzieś za granicami, ale także w naszej Ojczyźnie, nikt tak naprawdę nie podejmie na nowo tematu sposobu udzielania Komunii św.
Piszę o tym, ponieważ wiem, że podobne sytuacje coraz częściej spotykają kapłanów, którzy na poważnie biorą słowa samego Jezusa odnośnie tego, czym a raczej Kim jest Eucharystia i niejednokrotnie narażeni są na poważne nieprzyjemności ze strony swoich przełożonych, którzy dla tzw. „świętego spokoju” są w stanie poświęcić kapłana, byleby tylko sprawa nie trafiła do mediów.
Inna kwestia, że dzisiaj coraz powszechniejsze jest, tak naprawdę niczym nieuzasadnione, dążenie do powszechnego braterstwa za wszelką cenę, nawet za cenę indyferentyzmu religijnego i zrównania w ważności wszystkich wierzeń i religii. No i kto jest największą w tym przeszkodą? Oczywiście Zmartwychwstały Pan, gdyż od tego, byśmy wszyscy mogli stanąć przy jednym stole i sprawować „coś”, bo przecież nie Boską Liturgię, dzieli nas właśnie prawda o Zmartwychwstaniu Pana i o Jego realnej obecności w Najświętszym Sakramencie Ołtarza, którą przecież nie wszyscy uznają. I znowu Jezus jest kością niezgody i przeszkodą w drodze do powszechnego braterstwa.
Na kanwie tego wszystkiego chciałbym wykazać pełną prawdę tezy, jak widać nie dla wszystkich dzisiaj jasnej, że forma przyjmowania Komunii św. na rękę nie jest formą zwyczajową w przeciwieństwie do formy przyjęcia Jej do ust. A takie wrażenie odnosi się chociażby, kiedy czyta się dokument Konferencji Episkopatu Polski z 3 marca 2005 r., który zawiera następujące stwierdzenie: „Komunii świętej udziela się przez podanie Hostii wprost do ust. Jeżeli jednak ktoś prosi o Komunię na rękę przez gest wyciągniętych dłoni, należy mu w taki sposób jej udzielić”[1]. I tak od razu, na marginesie, należy zauważyć, że stwierdzenie, iż każdy może prosić o Komunię na rękę nie oznacza automatycznie, że kapłan zawsze ma obowiązek mu ją w tej formie udzielić. Jak zobaczymy w dalszej części, zgodnie z obowiązującym prawem kanonicznym, kapłan ma zawsze możliwość nie podania wiernemu Komunii na rękę.
Inna ważna kwestia, która umyka wielu osobom, potocznie mówiącym o przyjmowaniu Komunii św. na rękę, jest taka, że określenie to jest błędne z samego swego założenia. Nikt nie przyjmuje Komunii św. na rękę. Ciało Pańskie nie przenika przecież przez skórę dłoni do krwiobiegu. Komunię św. można przyjąć tylko i jedynie do ust. Nawet jak ktoś prosi, by mu Ją położyć na dłoni, musi ją później i tak przyjąć na język. Nie ma innej możliwości. Niby oczywiste, a jednak …. I ostatnie ważne dopowiedzenie, które należy zrobić w tym momencie, choć równie oczywiste jak poprzednie, to fakt, że przepisy prawa partykularnego nigdy nie mogą stać w sprzeczności z normami prawa powszechnego.
Od razu także chcę zaznaczyć, że niniejszy artykuł nie jest artykułem naukowym sensu stricto, dlatego też nie przytaczam w nim szczegółowych unormowań odnoszących się do tego zagadnienia na przestrzeni wieków. Pragnę tylko wykazać, że powszechnie przyjęta opinia, wykorzystywana przez wielu zwolenników Komunii na rękę, zwłaszcza gdy wchodzą w konkretnej sytuacji „w konflikt” z kapłanem, jest z zasady błędna, i powinni to uwzględnić także ci, którzy owego kapłana będą strofować, wykazując mu jego niewiedzę i zmuszać do przyjęcia postawy niezgodnej, przede wszystkim z jego kapłańskim sumieniem, ale także z normami Kościoła Powszechnego.
Aby mówić o tak ważnej kwestii, nie sposób przynajmniej w dwóch zdaniach nie poruszyć tematu Najświętszej Eucharystii. Od wieków Kościół uznaje w Eucharystii najświętszy, najczcigodniejszy Sakrament, gdyż jest to sakrament realnej obecności wcielonego Boga, który tak umiłował człowieka, że zapragnął na zawsze z nim pozostać pod postacią tak niepozorną, tak kruchą, jak pszenny chleb. O przyjęciu tej prawdy świadczą niezliczone wypowiedzi Magisterium Kościoła od jego pierwszych wieków aż po czasy obecne.
Przytoczę tu jedynie kilka wypowiedzi z ostatniego okresu, które zawierają wiarę wszystkich wieków. Ostatni Sobór ekumeniczny, w Konstytucji poświęconej Świętej Liturgii podkreślił: „Nasz Zbawiciel podczas Ostatniej Wieczerzy, tej nocy, kiedy został wydany, ustanowił eucharystyczną Ofiarę swojego Ciała i Krwi, aby w niej na całe wieki, aż do swego przyjścia, utrwalić ofiarę krzyża i tak powierzyć Kościołowi, umiłowanej Oblubienicy, pamiątkę swej męki i zmartwychwstania, sakrament miłosierdzia, znak jedności, więź miłości, ucztę paschalną, podczas której przyjmujemy Chrystusa, duszę napełniamy łaską i otrzymujemy zadatek przyszłej chwały”[2].
Jest to wypowiedź głęboko osadzona w Piśmie św. i Tradycji, do której wstęp stanowi krótkie, aczkolwiek głębokie stwierdzenie zawarte już we wstępie tejże Konstytucji: „W liturgii, zwłaszcza w Boskiej Ofierze eucharystycznej, „dokonuje się dzieło naszego Odkupienia”; w najwyższym stopniu przyczynia się ona do tego, aby wierni swoim życiem wyrażali oraz ujawniali innym ludziom misterium Chrystusa i rzeczywistą naturę prawdziwego Kościoła”[3].
W krok za wypowiedziami Soboru idzie Kodeks Prawa Kanonicznego (którego reformy dokonano po Soborze w zgodzie z jego Magisterium), który w kan. 897 stanowi: „Najbardziej czcigodnym sakramentem jest Najświętsza Eucharystia, w której sam Chrystus Pan jest obecny, ofiaruje się oraz jest przyjmowany i dzięki której Kościół ustawicznie żyje i wzrasta. Ofiara eucharystyczna, pamiątka śmierci i zmartwychwstania Pana, w której utrwala się na wieki Ofiara Krzyża, jest szczytem i źródłem całego kultu oraz życia chrześcijańskiego; wyraża ona i sprawia jedność Ludu Bożego, przez nią urzeczywistnia się budowanie Ciała Chrystusa. Pozostałe bowiem sakramenty i wszystkie kościelne dzieła apostolatu mają ścisły związek z Najświętszą Eucharystią i na nią są ukierunkowane”.
Może warto od razu w tym miejscu zamieścić odwołanie do kolejnego kanonu, do którego nawiążę później, a który to kanon zawiera następujące stwierdzenie: „Wierni powinni z największą czcią odnosić się do Najświętszej Eucharystii, biorąc czynny udział w sprawowaniu najczcigodniejszej Ofiary, z największą pobożnością i często przyjmując ten Sakrament i adorując Go z najwyższym uwielbieniem, (…)”[4].
Św. Jan Paweł II, w Encyklice w całości poświęconej Najświętszej Eucharystii, napisał: „Kościół żyje dzięki Eucharystii. Ta prawda wyraża nie tylko codzienne doświadczenie wiary, ale zawiera w sobie istotę tajemnicy Kościoła. Na różne sposoby Kościół doświadcza z radością, że nieustannie urzeczywistnia się obietnica: «A oto Ja jestem z wami przez wszystkie dni, aż do skończenia świata» (Mt 28, 20). Dzięki Najświętszej Eucharystii, w której następuje przeistoczenie chleba i wina w Ciało i Krew Pana, raduje się tą obecnością w sposób szczególny.
Od dnia Zesłania Ducha Świętego, w którym Kościół, Lud Nowego Przymierza, rozpoczął swoje pielgrzymowanie ku ojczyźnie niebieskiej, Najświętszy Sakrament niejako wyznacza rytm jego dni, wypełniając je ufną nadzieją. Słusznie Sobór Watykański II określił, że Ofiara eucharystyczna jest «źródłem i zarazem szczytem całego życia chrześcijańskiego». «W Najświętszej Eucharystii zawiera się bowiem całe dobro duchowe Kościoła, to znaczy sam Chrystus, nasza Pascha i Chleb żywy, który przez swoje ożywione przez Ducha Świętego i ożywiające Ciało daje życie ludziom». Dlatego też Kościół nieustannie zwraca swe spojrzenie ku swojemu Panu, obecnemu w Sakramencie Ołtarza, w którym objawia On w pełni ogrom swej miłości”[5].
Obecność Pana pośród swojego Ludu jest fundamentalna i niepodważalna. Podobnie jak wiara tego Ludu w obecność Pana pod postaciami chleba i wina. To właśnie nie co innego, jak zanik tej wiary, papież Benedykt XVI wskazał jako pierwsze i podstawowe źródło obecnego kryzysu Kościoła. Papież napisał: „Nasze podejście do Eucharystii może jedynie budzić niepokój. Sobór Watykański II słusznie skupił się na przywróceniu tego sakramentu Obecności Ciała i Krwi Chrystusa, Obecności Jego Osoby, Jego Męki, Śmierci i Zmartwychwstania do centrum życia chrześcijańskiego i samej egzystencji Kościoła.
Częściowo się to naprawdę udało i powinniśmy być szczególnie za to Panu wdzięczni. A jednak dominuje dość odmienne nastawienie. To, co przeważa, to nie nowa rewerencja dla obecności śmierci i zmartwychwstania Chrystusa, ale sposób postępowania z Nim, który niszczy wspaniałość Misterium. Spadające uczestnictwo w uroczystościach niedzielnej Eucharystii pokazuje, jak niewiele my, dzisiejsi chrześcijanie, wciąż wiemy o docenieniu wspaniałości daru, który polega na Jego rzeczywistej obecności. Eucharystia zostaje zdewaluowana do zwykłego ceremonialnego gestu, kiedy bierze się za oczywistość, że grzeczność wymaga, by ofiarować Go na rodzinnych uroczystościach czy przy okazjach takich jak śluby i pogrzeby wszystkim tym, którzy zostali zaproszeni z powodów rodzinnych. Sposób, w jaki ludzie często po prostu przyjmują Najświętszy Sakrament w komunii siłą rzeczy pokazuje, że wielu postrzega komunię jako gest czysto ceremonialny. Zatem, kiedy myśli się o tym, jakie działanie jest wymagane przede wszystkim, jest raczej oczywiste, że nie potrzeba nam drugiego Kościoła naszego własnego projektu. To, czego potrzeba przede wszystkim, to odnowa wiary w rzeczywistość Jezusa Chrystusa danego nam w Najświętszym Sakramencie”[6].
W kontekście tych słów należy zadać sobie pytanie, czy postawa towarzysząca człowiekowi w momencie przyjmowania Komunii św. nie ma wpływu na jego wiarę w realną obecność Jezusa w tym sakramencie albo odwrotnie, czy postawa ta nie wyraża lepiej tej wiary?
Oczywiście, że ma i oczywiście, że wyraża. Jest to kwestia o fundamentalnym znaczeniu. Dlatego nie można trwać w błędzie co do praktyki Kościoła dotyczącej formy przyjmowania Komunii św. na rękę. Oczywiście, musimy pamiętać, że w dziejach Kościoła różne były praktyki, jeśli chodzi o sposób przyjmowania Komunii św. W Kościele pierwszych wieków wierni przyjmowali Komunię św. na rękę i sami wkładali ją sobie do ust. Nic jednak nie wskazuje na to, aby praktyka taka została wprowadzona dla jakichś szczególnych motywów. Był to jedynie odwieczny obyczaj. Między innymi to właśnie w ten sposób Chrystus podczas Ostatniej Wieczerzy dał Swoje Ciało uczniom (z tym, że pamiętać należy, iż Apostołowie byli pierwszymi biskupami).
Jednym z ciekawszych świadectw tego okresu jest Katecheza chrzcielna św. Cyryla Jerozolimskiego, który w IV w. pisze: „Podchodząc, nie wyciągaj płasko ręki i nie rozłączaj palców. Podstaw dłoń lewą lub prawą niby tron, gdyż masz przyjąć Króla. Do wklęsłej ręki przyjmij Ciało Chrystusa i powiedz: «Amen». Uświęć też ostrożnie oczy swoje przez zetknięcie ich ze świętym Ciałem, bacząc, byś zeń nic nie uronił. To bowiem, co by spadło na ziemię, byłoby stratą jakby części twych członków. Bo czyż nie niósłbyś złotych ziarenek z największą uwagą, by ci żadne nie zginęło i byś nie poniósł szkody? Tym bardziej zatem winieneś uważać, żebyś nawet okruszyny nie zgubił z tego, co jest o wiele droższe od złota i innych szlachetnych kamieni”[7].
Warto zwrócić uwagę, że już nawet w tym momencie rozwoju teologiczno-liturgicznego podkreślano wielki szacunek do Najświętszego Sakramentu i do realnej obecności Jezusa w najmniejszej nawet cząstce (partykule) Komunii św. Dlatego też, w miarę rozwoju nauki o realnej obecności Jezusa w Eucharystii, bardzo szybko zaczęto odchodzić o tej praktyki, na rzecz przyjmowania Komunii św. w postawie klęczącej i do ust, jako postawie wyrażającej większy, niejako doskonalszy szacunek do Boskiej Eucharystii. Praktyka ta zaczęła się formować już na przełomie IV/V w. i tak głęboko zakorzeniła się w Kościele, jako wyraz prawdziwej i głębokiej pobożności, iż począwszy od IX wieku przyjmowanie Komunii św. na rękę zostało zarezerwowane jedynie dla osób duchownych.
Z powodu niebezpieczeństwa profanacji ze strony żydów i heretyków synod w Kordobie z 839 r. odrzuca pretensje kassjanistów do przyjmowania Komunii św. na rękę. Réginon de Prüm w swoim dziele De Synodalibus causis, napisanym ok. 906 r., przypisuje synodowi w Rouen następujący kanon o obowiązkach kapłana: „Niech nie kładzie [Komunii] ani na rękę świeckiego, ani na rękę kobiety, ale tylko do ust, wypowiadając następujące słowa: Ciało i Krew Pańska niech przyczynią się do przebaczenia twoich grzechów i doprowadzą cię do życia wiecznego. Jeśli kto złamie to polecenie, niech będzie odłączony od ołtarza, gdyż gardzi Wszechmocnym i Jemu samemu czci nie okazuje”[8].
Tekst ten stanowi dla nas ważne świadectwo kanoniczne w omawianej materii, gdyż groźba kary tego rodzaju zakłada, że praktyka przeciwna, tzn. Komunia do ust, była normą. Jest ona również przedstawiona jako jedyna dozwolona w Missa illyrica i w Liturgii bizantyńskiej. Dysponujemy wieloma świadectwami, które potwierdzają, że już pomiędzy IX a X wiekiem Komunia św. do ust stała się jedyną formą przyjmowania Najświętszego Sakramentu, ponieważ była doskonalsza i lepiej przystosowana do godności tak wielkiego Sakramentu. W tym samym czasie zaczęto zakazywać drugiego sposobu udzielania Komunii, bardziej prymitywnego i mniej doskonałego.
Taki właśnie sposób przyjmowania Komunii św. (do ust), który staje się powszechny w całym Kościele, zarówno Wschodu jak i Zachodu, służy jasnemu wyrażeniu, w odniesieniu do Eucharystii, dwóch podstawowych prawd wiary: po pierwsze, realnej, substancjalnej i stałej obecności Chrystusa, prawdziwego Boga, w konsekrowanej Hostii i w każdej jej, nawet najmniejszej, partykule; a po drugie: istotnej różnicy między wiernym i kapłanem (między kapłaństwem powszechnym wszystkich ochrzczonych a kapłaństwem hierarchicznych osób wyświęconych), który, jak miał to kiedyś powiedzieć św. Jan Paweł II, ma przywilej dotykania Świętych Postaci i rozdzielania ich ze swych rąk. Zresztą Papież Jan Paweł II napisze później w swoim Liście Apostolskim Dominicae Cenae, że ta istotna różnica jest ukazana w sposób wyrazisty przez obrzęd namaszczenia dłoni w łacińskich święceniach, jak gdyby te dłonie potrzebowały szczególnej łaski i siły Ducha Świętego. To nie znaczy, że te dłonie są bardziej godne, czy że sam kapłan jest kimś lepszym i doskonalszym niż przeciętny wierny, co właśnie jako zarzut wysuwają często przeciwnicy Komunii św. do ust czy w ogóle potrzeby kapłaństwa w Kościele, bo do tego to wszystko się ostatecznie kiedyś sprowadzi. Oznacza to jedynie, że ci konkretni mężczyźni, powołani przez Pana bez żadnej swojej zasługi, zostali przez specjalny sakrament święceń, konsekrowani do sprawowania świętych czynności i do dotykania oraz rozdzielania wiernym Ciała Pańskiego.
Praktyka powrotu do przyjmowania Komunii św. na rękę i jej powolne rozprzestrzenianie się w Kościele katolickim związane jest z tym, iż reformatorzy protestanccy, którzy negowali obie, wspomniane wcześniej prawdy wiary (realną obecność i kapłaństwo), w reakcji na praktykę tak jasno ukazującą doktrynę katolicką, powracali do praktyki pierwotnej. Martin Bucer, zwolennik reformy anglikańskiej, mówi tak: „Nie ma wątpliwości, że praktyka polegająca na niepodawaniu tych sakramentów do ręki wiernym wynika z dwóch nadużyć: po pierwsze fałszywej czci, którą, jak uważają, oddają tym sakramentom i po drugie przewrotnej arogancji księży, którzy z powodu namaszczenia konsekrującego pretendują do posiadania większego stopnia świętości, niż Lud Chrystusowy.” (Jakbym słyszał współczesnych krytyków Komunii św. do ust). Dlatego też pierwsze prośby o zgodę na Komunię św. na rękę kierowane są do Stolicy Apostolskiej właśnie z krajów, gdzie większość stanowią protestanci.
I tutaj dochodzimy do pierwszego, zasadniczego dowodu potwierdzającego tezę, iż w Kościele katolickim nadal jedyną formą zwyczajną przyjmowania Komunii św. jest przyjmowanie jej na klęcząco i do ust. Każdy Episkopat, który chce umożliwić wiernym przyjmowanie Komunii św. na rękę musi prosić o indult Stolicy Apostolskiej. Gdyby więc obie te formy były równoważne, konieczność proszenia o indult byłaby pozbawiona podstaw. Zresztą, sam papież, św. Paweł VI, który Instrukcją Memoriale Domini z 1969 r. otworzył tak naprawdę możliwość powszechniejszego stosowania Komunii św. na rękę, w tym samym dokumencie zaznacza, że forma do ust jest tradycyjną i bardziej odpowiednią: „Zwyczaj ten (przyjmowania Komunii do ust), obecny w Kościele powszechnym, uważany jest nie tylko za bardzo starożytny, ale także za wyrażający szacunek wobec Eucharystii. Praktyka ta nie powinna być zmieniana z powodu nielicznych praktyk przeciwnych w niektórych miejscach”[9].
Z tego zapisu wynika wyraźnie, wbrew powszechnemu sądowi, że możliwość przyjmowania Komunii na rękę została wprowadzona indultem, jako wyjątek od normy a nie norma. Niestety, jak się okazało, ta norma została zmieniona w wielu miejscach, i to bez jakiejkolwiek realnej potrzeby; także w Polsce, gdzie nigdy nie było praktyki Komunii św. na rękę i właściwie nie było żadnej przesłanki, żeby to zmieniać, chyba że próba dostosowania się do modernistycznych prądów w Kościele. Więcej nawet, wszystkie wcześniejsze normy wydawane w tej materii przez Konferencję Episkopatu Polski, jednoznacznie i niezmiennie stwierdzały, że „Komunii św. udziela się przez podanie Hostii wprost do ust. Wierni przyjmują Komunię św. w postawie klęczącej.Mogą również stać, gdy przemawiają za tym szczególne okoliczności”[10].
Przypomnijmy, że możliwość udzielania Komunii na rękę w Polsce wprowadził II Synod Plenarny z 1999 r., zatwierdzony przez Stolicę Apostolską w 2001 r.: „Synod Plenarny potwierdza i wyraża szacunek dla zwyczaju przyjmowania Komunii św. do ust w postawie zarówno klęczącej, jak i stojącej, nie wykluczając jednak innych form przyjmowania Komunii św., z zachowaniem najwyższej czci dla Eucharystii”[11]. Stanowisko to Konferencja Episkopatu potwierdziła na swoim posiedzeniu plenarnym w dniach 8-9 marca 2005 r. W rzeczywistości doprowadziło to do sytuacji, w której każdy wierny, tylko i wyłącznie ze względu na swoje upodobania, może żądać od kapłana przyjęcia Komunii św. w takiej czy innej formie. Nie do końca ta rzeczywistość współgra z zapisami oficjalnych dokumentów Kościoła.
Co ciekawe, Instrukcja Kongregacji ds. Kultu Bożego i Dyscypliny Sakramentów Redemptionis Sacramentum z 2004 r., o tym, co należy zachowywać, a czego unikać w związku z Najświętszą Eucharystią, wyraźnie podkreśla, powołując się na przytaczaną już encyklikę św. Jana Pawła II Ecclesia de Eucharistia, że „Tajemnica Eucharystii jest zbyt wielka, „ażeby ktoś mógł pozwolić sobie na traktowanie jej wedle własnej oceny, która nie szanowałaby jej świętego charakteru i jej wymiaru powszechnego”. Przeciwnie, kto tak postępuje, pobłażając swojemu sposobowi myślenia, szkodzi, chociażby był kapłanem, prawdziwej jedności obrządku rzymskiego, która winna być gorliwie zachowywana, oraz podejmuje czynności, które w żaden sposób nie odpowiadają na głód i pragnienie Boga żywego, jakich doświadczają ludzie naszych czasów; nie służy też autentycznemu zaangażowaniu duszpasterskiemu ani słusznej odnowie liturgicznej, lecz raczej pozbawia wiernych ich dziedzictwa i tradycji ojców. Samowolne bowiem działania nie wspierają prawdziwej odnowy, lecz szkodzą słusznemu prawu wiernych do czynności liturgicznej zgodnej z tą tradycją i dyscypliną, która jest wyrazem życia Kościoła. Wprowadzają wreszcie pewne deformacje i niezgodności do samej celebracji Eucharystii, która doskonale i ze swojej natury prowadzi do tego, aby objawiała się i w cudowny sposób realizowała wspólnota Boskiego życia i jedność ludu Bożego”[12]. Oczywiście słowa te skierowane są przede wszystkim do kapłanów, ale z pewnością ich przesłanie można także poszerzyć o cały Lud Boży w materii, o której mówimy. Ponadto, to kapłan, jako szafarz Najświętszej Eucharystii, dbać ma o to, aby zawsze i wszędzie przyjmowana była ona z największą czcią i szacunkiem, jak to zaznacza KPK w cytowanym wcześniej kanonie 898.
W tym miejscu należy zwrócić uwagę na jeden bardzo ważny fakt. Instrukcja Redemptionis Sacramentum w numerze 92 mówi: „Chociaż każdy wierny zawsze ma prawo według swego uznania przyjąć Komunię świętą do ust, jeśli ktoś chce ją przyjąć na rękę, w regionach, gdzie Konferencja Biskupów, za zgodą Stolicy Apostolskiej, na to zezwala, należy mu podać konsekrowaną Hostię. Ze szczególną troską trzeba jednak czuwać, aby natychmiast na oczach szafarza ją spożył, aby nikt nie odszedł, niosąc w ręku postacie eucharystyczne. Jeśli mogłoby zachodzić niebezpieczeństwo profanacji, nie należy udzielać wiernym Komunii świętej na rękę”[13].
To ostatnie zdanie jest bardzo istotne dla omawianej kwestii. Ostatecznie to zawsze kapłan dokonuje oceny sytuacji i zawsze może podjąć decyzję o nieudzieleniu komuś Komunii na rękę.
W wielu komentarzach, które powstały do cytowanej tutaj Instrukcji pojawiały się dokładne specyfikacje co do sytuacji, w których rzeczywiście zachodzi niebezpieczeństwo profanacji. Wśród nich wymienia się, przede wszystkim: dużą liczbę wiernych na Mszy św., tłok i ścisk w kościele, co nie zawsze pozwala kapłanowi zaobserwować, co dzieje się z przyjęta Hostią; obawę przed tym, że partykuły, które zawsze mogą pozostać na dłoni przyjmującego, zostaną po prostu strącone na ziemię albo wytarte w ubranie; czy wprost obawę przed bezpośrednią profanacją Najświętszego Sakramentu.
Ta ostatnia sytuacja wcale nie jest taka niemożliwa, jakby się mogło wydawać, w kontekście coraz większej liczby profanacji miejsc świętych i samego Najświętszego Sakramentu oraz rosnącej nienawiści do katolików, w szczególności do katolickich kapłanów. I chyba właśnie dlatego wielcy obrońcy świętości i szacunku do Eucharystii, jak chociażby papież Benedykt XVI czy żyjący kard. Robert Sarah, jak i wielu innych, z takim naciskiem postulują powrót do uświęconej wiekami tradycji przyjmowania Komunii św. na klęcząco i do ust.
Sam papież Benedykt XVI co prawda nie wydał żadnej instrukcji w tej sprawie, jednak jego postawa mówi sama za siebie: sposób sprawowania Eucharystii i udzielanie Komunii św. tylko i wyłącznie do ust, nie pozostawiają żadnych wątpliwości. I nie miało tu absolutnie znaczenia z jakiego kraju, z jakiej kultury pochodzi osoba przystępująca do Komunii z rąk papieża, i jakie w jej kraju panują w tej materii zwyczaje. Każdy musiał uklęknąć i przyjąć Komunię św. do ust.
Kard. Sarah, jeden z największych obrońców Komunii św. do ust, bardzo często wypowiada się w tej materii, podkreślają toczącą się dzisiaj wojnę, w której Szatan celem swojego ataku uczynił Ofiarę Mszy Świętej i rzeczywistą obecność Jezusa w konsekrowanej Hostii. Jako jedną z form uległości Złemu w tej materii podaje powszechne udzielanie Komunii św. na rękę, które pogłębia w wiernych osłabienie poczucia sacrum oraz wiary w realną obecność Jezusa w Eucharystii. Dlatego też mówi wyraźnie: „Komunia Święta do ust i na kolanach jest formą, która najlepiej wyraża naszą wiarę w realną obecność Jezusa Chrystusa w Eucharystii”[14].
Często też zwracał uwagę na to, co już zostało powiedziane nieco wcześniej, że mianowicie przyjmowanie Komunii na rękę prowadzi do rozpraszania bardzo dużej ilości fragmentów (partykuł) podkreślając, że uważanie na najdrobniejszy okruszek, troska przy oczyszczaniu świętych naczyń, nie dotykanie Hostii spoconymi rękami, w każdym przypadku staje się wyznawaniem wiary w rzeczywistą obecność Jezusa, nawet w najmniejszych częściach konsekrowanych postaci. Nie ma przecież znaczenia wielkość fragmentu Hostii, ponieważ to zawsze jest On – Jezus Chrystus!
Wyrażam nadzieję, że te rozważania sprowokują do pogłębionej refleksji nad sposobem przyjmowania Komunii św. przez naszych wiernych, szczególnie w kontekście coraz częstszych profanacji. Z drugiej strony zastanowienie powinien budzić również fakt, że wszędzie tam, gdzie Kościół na nowo się odradza (jak np. we Francji) i gdzie wzrasta liczba powołań, następuje to właśnie w środowiskach żyjących Tradycją Kościoła, gdzie sprawowana jest Msza św. w rycie przedsoborowym, gdzie Komunia św. udzielana jest tylko w postawie klęczącej i do ust.
Tymczasem w Kościele posoborowym profesor papieskiej uczelni – Andrea Grillo, potrafi skrytykować pobożność eucharystyczną błogosławionego (a za chwilę świętego) Carlo Acutisa, któremu zarzuca wiarę w „obsesyjną” i „starą” teologię, która główną wartość Eucharystii widzi w… realnej obecności pod jej postaciami Ciała i Krwi Pańskiej. Czy to wszystko naprawdę nie wskazuje kierunku, w którym powinniśmy zmierzać?
ks. Rafał Hołubowicz/PCh24.pl
[1] KEP, Wskazania po ogłoszeniu nowego wydania Ogólnego wprowadzenia do Mszału Rzymskiego, (03.03.2005 r.), nr. 40.
[2] Sobór Watykański II, Sacrosanctum Concilium, nr. 47.
[14] Kard. Robert Sarah, Le soir approche et déjà le jour baisse, (2019).
ks. Rafał Hołubowicz, ur. 29.08.1978 r., kapłan Archidiecezji wrocławskiej, święcenia kapłańskie 24.05.2003 r., doktor prawa kanonicznego, wykładowca na Papieskim Wydziale Teologicznym we Wrocławiu, Dyrektor UTW im. św. Jana Pawła II przy PWT we Wrocławiu, wieloletni pracownik Metropolitalnego Sądu Duchownego we Wrocławiu.
***
Wieczna lampka.
Co oznacza i dlaczego zawsze się pali.
fot. Depositphotos / Frank Vincentz / Wikimedia Commons / CC BY-SA 3.0
***
Wieczna lampka to jeden z najbardziej rozpoznawalnych symboli obecnych w katolickich świątyniach. Jej ciepłe, nieustannie płonące światło wskazuje na rzeczywistość większą niż ona sama – tajemnicę realnej obecności Chrystusa w Najświętszym Sakramencie. Nie jest to jedynie element dekoracyjny czy tradycyjny zwyczaj, lecz znak głęboko zakorzeniony w historii i teologii Kościoła.
Zwyczaj palenia wiecznej lampki w kościołach zaszczepił na ziemiach polskich bł. Wincenty Kadłubek. Pierwsza zapłonęła po jego powrocie z IV soboru laterańskiego przed tabernakulum na Wawelu. Czas propagowania tego zwyczaju w polskim i światowym Kościele nie jest przypadkowy. W XII wieku coraz częściej wprowadzano go i coraz wyraźniej podkreślano w kazaniach potrzebę większej czci Chrystusa eucharystycznego. Wynikało to z chęci przezwyciężenia pojawiających się we wcześniejszych wiekach błędów w rozumieniu Eucharystii.
Cześć dla obecności Chrystusa
Wiara w wyjątkowość Eucharystii ma w Kościele stały charakter. Do IX wieku nie znajdujemy jednak rozległych traktatów na temat realnej obecności Chrystusa w konsekrowanym chlebie i winie. Owszem, już ojcowie Kościoła nauczali, że spożywana podczas mszy krew jest tą samą, która spływała z ran Chrystusa, a ciało tym samym, które wisiało na krzyżu, ale chociaż prawda ta w ich oczach jawiła się jako oczywista, w IX wieku na skutek silnych przemian kulturowych, determinujących nową wrażliwość i nowy sposób postrzegania świata, zrywających ze starożytną myślą metafizyczną, pojawiły się błędy kwestionujące realną obecność Chrystusa w Eucharystii lub tożsamość Chrystusa eucharystycznego i Chrystusa wcielonego. Jednym z większych herezjarchów w tej kwestii był niejaki Berengariusz z Tours. Głosił on, że Eucharystia nie jest prawdziwym Ciałem i Krwią Chrystusa, ale jedynie Jego symbolem. Tezy Berengariusza zostały oczywiście potępione, a on sam nakłoniony do wyznania wiary Kościoła. Dokładnie rzecz biorąc, sformułowano wyznanie z wprost wypowiedzianą prawdą o tym, że Eucharystia jest prawdziwym Ciałem Chrystusa, poczętym z Najświętszej Maryi Panny, a potem cierpiącym na krzyżu, zmartwychwstałym, w którym Pan Jezus zasiada po prawicy Ojca.
Przypomnienie czcigodnej nauki o Eucharystii w opozycji do rodzących się herezji rodziło także potrzebę symbolicznego uzewnętrznienia tej prawdy w znakach towarzyszących kultowi w Kościele. W tym czasie zrodziły się więc nowe formy pobożności eucharystycznej jak adoracja, procesje itp. Również zwyczaj palenia lampki eucharystycznej jest wyrazem potrzeby oddania większej czci prawdziwie obecnemu Chrystusowi.
Nakaz biblijny
Zwyczaj palenia znicza przed tabernakulum nawiązuje w swojej teologicznej wymowie do starotestamentalnego nakazu z Księgi Wyjścia, wskazującego potrzebę nieustannego podtrzymywania ognia przed miejscem najświętszym przybytku. Zresztą nie jest to jedyny fragment mówiący o symbolicznym znaczeniu ognia i światła jako znaków towarzyszących obecności Boga. Ten naturalny symbol, w rożnych obrządkach religijnych wskazujący na obecność tego, co święte, szczególnie w starotestamentalnej tradycji nabiera wyjątkowego wyrazu. Bóg objawia się w ogniu, a jego atrybutem jest światłość.
Jednoznaczne stwierdzenie i wyznawanie tożsamości Chrystusa historycznego i uwielbionego z Chrystusem eucharystycznym domagało się zatem podkreślenia tej szczególnej wyjątkowości i świętości Eucharystii. Co więcej, symbol nieustannie płonącego ognia w czasach średniowiecza był bardziej sugestywny niż dzisiaj. Zaznaczyć należy, że przepisy liturgiczne Kościoła już wcześniej nakazywały palenie świec podczas sprawowania kultu Bożego, czyli w trakcie odprawiania mszy świętej. Kiedy narodził się zwyczaj adoracji Najświętszego Sakramentu, wytworzyła się reguła nakazująca, by wystawionej w monstrancji Hostii towarzyszyło sześć zapalonych świec. Przed tabernakulum miała zaś nieustannie palić się lampa. Zwyczaje te są o tyle istotne, gdyż w średniowieczu podtrzymywanie ognia świecy było bardzo kosztowne. Świece, wytwarzane jedynie z wosku pszczelego, były towarem luksusowym, toteż zapalanie ich podczas liturgii rzeczywiście, również w sposób ekonomiczny i materialny, podkreślało uroczysty charakter wydarzenia, w którym uczestniczył Kościół. Tak samo kosztowna reguła palenia sześciu świec podczas adoracji uwydatniała wartość i godność Tego,
który był adorowany w Hostii. Nieustanne podtrzymywanie ognia przed tabernakulum nawet w czasie, kiedy w kościele nikt nie przebywa, mogło w średniowieczu wydawać się wręcz rozrzutnością. Jednakże jeśli w konsekrowanej Hostii widziało się stale obecnego prawdziwego Chrystusa, dla takiego Pana nic nie mogło być zbyt cennym i wygórowanym darem.
Co ciekawe, ten wzgląd ekonomiczny był zrozumiały dla chrześcijan jeszcze na początku XX wieku. W pierwszej połowie ubiegłego stulecia, już w świecie przecież nowoczesnym i zelektryfikowanym, Kościół w pierwszym odruchu zabraniał używania lamp elektrycznych – wydawały się one za mało dostojne i zbyt powszednie do wyrażania czci dla samego Boga…
Zabezpieczenie przeciwko herezjom
Warto zaznaczyć, że szczególny moment wzmożonej troski i potrzeby nieustannego świecenia znicza eucharystycznego przed tabernakulum zbiegł się z przykrym wydarzeniem reformacji. Ponieważ protestantyzm w różnoraki sposób kwestionował stałą obecność Chrystusa w konsekrowanej Hostii, Kościół swoją pieczę wyraził w formie prawnej i wprowadził obligatoryjny zwyczaj palenia wiecznej lampki.
Jak widać, symbol i znak pojmowany dzisiaj jako drobny, w historii i tradycji Kościoła miał niebagatelne znaczenie, gdyż wiąże się, co podkreśla w swojej wymowie, z niezwykle ważną realną obecnością Chrystusa w Eucharystii, którą należy rozumieć w sposób jednoznaczny.
Co konkretnie oznacza sformułowanie, że Eucharystia jest Ciałem Pańskim? Wskazuje ono, że Hostia, mówiąc niedelikatnie, nie jest fragmentem tkanki ciała Chrystusa. Ciało posiada w tym wyrażeniu znaczenie całościowe i egzystencjalne. Oznacza całą osobę Chrystusa, zatem w konsekrowanych postaciach Ciała i Krwi obecny jest cały Chrystus. Tę prawdę ma na myśli Kościół, mówiąc, że Najświętszy Sakrament jest dokładnie tym samym ciałem, które poczęło się z Ducha Świętego w łonie Najświętszej Maryi Panny, cierpiało na krzyżu i zmartwychwstało. Co więcej, orzekł on uroczyście, że w Najświętszym Sakramencie Chrystus jest obecny rzeczywiście, prawdziwie i substancjalnie. Oznacza to obecność wraz z duszą i ciałem oraz bóstwem. Zatem konsekrowana Hostia to w istocie sam Chrystus.
Tożsamość Chrystusa z Eucharystią
W związku z powyższym Eucharystię należy utożsamiać z samym Panem Jezusem, który aktualnie siedzi po prawicy Ojca, jest z Niego zrodzony i Jemu współistotny, i przyjdzie sądzić żywych i umarłych. Oznacza to nie tyle istnienie Chrystusa w konsekrowanej Hostii, ile jej bycie Chrystusem. Dobitnie stwierdził tak św. Tomasz z Akwinu w “Sumie teologii”. W artykule 3 zagadnienia 81 części III zadaje pytanie: “Czy Ciało Chrystusa, które On spożył i dał uczniom [podczas Ostatniej
Wieczerzy], mogło doznawać cierpień?”. Odpowiada później, że w Wielki Czwartek w Wieczerniku Chrystus w swoim fizycznym ciele podlegał cierpieniom, gdyż nie było ono jeszcze zmartwychwstałe. Natomiast Eucharystia nie jest substytutem Jego obecności lub alternatywnym jej miejscem, ale dokładnie tym samym ciałem i tym samym Chrystusem! Zatem, jak twierdzi św. Tomasz, ciało eucharystyczne mogło cierpieć i rzeczywiście cierpiało, kiedy Chrystusowi były zadawane rany. Nie mogło doznać cierpienia w samej swej sakramentalnej postaci, tzn. nie dało się zadać cierpienia samej Hostii, ale zadanie cierpienia Chrystusowi w Jego fizycznej postaci skutkowało cierpieniem Chrystusa w Hostii, gdyż jest to ten sam Chrystus. Zatem obecność Chrystusa w Eucharystii polega na absolutnej i rzeczywistej tożsamości Jego ciała fizycznego z ciałem eucharystycznym.
W następnym artykule św. Tomasz idzie jeszcze dalej i zadaje pytanie: “Czy Chrystus byłby umarł w Eucharystii, gdyby Ciało Jego było przechowywane w puszce lub konsekrowane przez jednego z apostołów podczas Jego śmierci na krzyżu?”. Odpowiada na nie również twierdząco: “W sakramencie byłby ten sam Chrystus, który był na krzyżu. Skoro umarł na krzyżu, to umarłby również w przechowywanym sakramencie […]. Wszystko, co dotyczy Chrystusa zasadniczo, możemy odnieść do Niego w Jego postaci właściwej, tak samo jak do Niego w sakramencie. Chodzi tu o takie momenty jak: życie i śmierć, ubolewanie, związek ciała z duszą itp.”.
Oczywiście od czasu zmartwychwstania ciało Chrystusa nie podlega już cierpieniu. Tym samym jednak jest otoczone jeszcze większą czcią.
Kult należny Bogu
Kościół podczas soboru trydenckiego wyciągnął jednoznaczne wnioski: “Nie ma więc żadnej wątpliwości, że wszyscy wierzący w Chrystusa, zgodnie ze zwyczajem zawsze przyjmowanym w Kościele katolickim, winni oddawać Najświętszemu Sakramentowi kult uwielbienia należny prawdziwemu Bogu. Powinności adoracji nie umniejsza fakt, że Chrystus Pan ustanowił go w celu spożywania. Wierzymy bowiem, że jest w nim obecny ten sam Bóg, o którym przedwieczny Ojciec mówi, wprowadzając go na świat: «Niech oddają Mu pokłon wszyscy Aniołowie Boży», przed którym «upadli i pokłonili się Mędrcy», którego adorowali apostołowie w Galilei, wedle świadectwa Pisma” (Dekret o Najświętszym Sakramencie Eucharystii, rozdział 5a).
Ze względu na tożsamość Eucharystii i żywego Chrystusa uwielbionego w niebie należy się jej dokładnie taki sam kult jak samemu Bogu i Chrystusowi. W tym miejscu trzeba dopowiedzieć, że Kościół zawsze otaczał czcią przedmioty związane z kultem, między innymi oddawał cześć ludziom świętym i ich relikwiom, a także świętym obrazom. Nie jest ona jednak taka sama, jak ta, którą darzy się Boga. Wszystko, co święte Jego świętością, otaczane jest właśnie czcią (łac. dulia), natomiast jedynie samemu Bogu wierni winni są uwielbienie i adorację (łac. latria). W powyższym fragmencie dekretu o czci Eucharystii stwierdza się właśnie, że Najświętszemu Sakramentowi powinno oddawać się kult (latria) uwielbienia należny samemu Bogu. Nie umniejsza tego fakt, że Eucharystia została nam podarowana jako pokarm. Niestety coraz częściej usprawiedliwieniem dla pomniejszenia czci lub zakwestionowania w ogóle kultu eucharystycznego staje się twierdzenie, że przecież Chrystus dając Eucharystię, nie powiedział “bierzcie i patrzcie”, ale “bierzcie i jedzcie”. Zatem Eucharystii winniśmy adorację: pokłon, jaki królowie oddali Dzieciątku, jaki aniołowie dają Przedwiecznemu, jakim uczniowie obdarzają wstępującego do nieba Pana. I rzeczywiście taki kult w Kościele trwa, a w niektórych miejscach nawet się umacnia. Adorujemy Najświętszy Sakrament. Robimy to, klęcząc, gdyż nasza zewnętrzna postawa nie jest bez znaczenia, o czym zresztą przypominał wspomniany sobór trydencki w jednej z anatem do przytaczanego dekretu: “Gdyby ktoś mówił, że w świętym sakramencie Eucharystii nie należy adorować Chrystusa, Jednorodzonego Syna Bożego, kultem uwielbienia, również zewnętrznym, i dlatego nie należy czcić go w szczególnych uroczystościach świątecznych, ani uroczyście obnosić w procesjach zgodnie z chwalebnym i powszechnym obrzędem i zwyczajem świętego Kościoła, ani publicznie wystawiać dla ludu, aby był adorowany, i że jego czciciele są bałwochwalcami – niech będzie wyklęty” (Kanony o Najświętszym Sakramencie Eucharystii, nr 6). W tę logikę wpisuje się właśnie zwyczaj nieustannego palenia znicza przed tabernakulum. Wieczna lampka nie podkreśla tajemnicy boskiego pokarmu, ale stałą Bożą obecność.
Świętość Eucharystii
Świętość Eucharystii jest zatem nieskończona, nieustająca i nieograniczona, gdyż odnosi się do świętości samego Chrystusa. Eucharystia nie jest jedynie substytutem czy symbolem obecności Boga, ale samym Bogiem. O tym właśnie ma przypominać wieczna lampka: nie wskazuje ona na inny symbol i znak, ale na rzeczywistość.
W przeszłości ów znak był o wiele bardziej sugestywny niż obecnie, co, jak się wydaje, dowodzi umniejszeniu jego znaczenia we współczesnym świecie: cześć Chrystusa eucharystycznego zanika i się zmienia. Warto więc wracać do korzeni – zarówno w rozumieniu czcigodności Eucharystii, jak i pojmowaniu głębi oraz powagi świętych znaków Kościoła, wskazujących na świętą obecności Boga pośród nas – w tym przypadku wiecznej lampki.
Ojciec Jan Strumiłowski – cysters, doktor habilitowany teologii dogmatycznej, wykładowca Wyższego Seminarium Duchownego w Kielcach. Zajmuje się teologią piękna, teologią trynitarną i chrystologią oraz związkiem teologii z współczesnymi trendami myślowymi, szczególnie postmodernizmem.
Deon.pl –tekst pochodzi z najnowszego numeru “Głosu Ojca Pio”.
***
1944 roku,dowódca Armii Krajowej gen. Tadeusz Komorowski „Bór”wydał decyzję o rozpoczęciu powstania w Warszawie, które trwało63 dni
Pomnik małego powstańca/ fot.Henryk Przomdziono/Gość Niedzielny
***
Figura Chrystusa sprzed kościoła Św. Krzyża i zaskakujące “proroctwo” niemieckich żołnierzy
Zdjęcie leżącego na bruku Chrystusa pokazali ks. Wyszyńskiemu niemieccy żołnierze/WIKIPEDIA
***
Figura Chrystusa dźwigającego krzyż stanęła przed kościołem na Krakowskim Przedmieściu w 1858 r. Była świadkiem wielu historycznych wydarzeń. W tym roku mija 75 lat od jej powrotu na schody bazyliki.
Pomysłodawcą ustawienia rzeźby na balustradzie schodów świątyni był hrabia Andrzej Zamoyski. Z zamówieniem zwrócił się do popularnego wówczas rzeźbiarza – Andrzeja Pruszyńskiego, autora licznych posągów i grobowców na warszawskich cmentarzach oraz epitafium Fryderyka Chopina we wnętrzu bazyliki św. Krzyża. Artysta przedstawił Chrystusa upadającego pod krzyżem w drodze na Golgotę. Była to pierwsza rzeźba polskiego dłuta w czasie carskiej niewoli w Warszawie.
Mało kto wie, że rzeźbę początkowo wykonano z cementu. Mało trwały materiał pod wpływem warunków atmosferycznych kruszył się i pękał. Był też łatwym celem dla wandali. Cała stolica była oburzona, gdy w 1887 r. kilku pijanych po raz kolejny uszkodziło rzeźbę. Przyspieszyło to decyzję, by odlać ją z brązu. Na łamach “Wędrowca” ukazał się apel o zbiórkę funduszy na ten cel. Wykonania odlewu podjął się najwybitniejszy ówczesny rzeźbiarz polski Józef Pius Weloński. Pracował w Rzymie i tam też odlał nowy posag, umieszczając na kopii figury autorstwa Pruszyńskiego swój podpis. Rzeźbę ponownie ustawiono na schodach świątyni 2 listopada 1898 r. na nowym cokole z czarnego granitu, zaprojektowanym przez Stefana Szyllera z wygrawerowanym złoconym napisem “Sursum Corda” (“W górę serca”).
Cementową figurę Chrystusa przewieziono do Kruszyny i umieszczono na grobowcu Lubomirskich. Obecnie znajduje się ona przed tamtejszym kościołem parafialnym św. Macieja Apostoła.
We wrześniu 1944 wskutek detonacji Goliatów brązowa figura Chrystusa upadła na bruk ulicy, ręką wskazując na napis na cokole: “Sursum corda”. W swoich wspomnieniach z Powstania Warszawskiego wydarzenie to przytacza ks. Stefan Wyszyński.
„Mam (…) w pamięci zdarzenie, które przeżyłem wkrótce po upadku Powstania Warszawskiego. Do wojskowego szpitala frontowego koło Izabelina, wróciła grupa oficerów niemieckich – lekarzy, którzy tam pracowali. Jeden z nich zatrzymał mnie, gdy biegłem od jednego chorego do drugiego. Wyciągnąwszy z kieszeni jakąś fotografię, gwałtem niemal kazał mi ją oglądać. Rzuciłem okiem. Niezwykłe wydało mi się to spotkanie i swoisty przymus żołnierza niemieckiego. Spieszyło mi się bardzo, mnóstwo chorych i cierpiących czekało. A on swoje: Zobacz – powiada – zobacz. Przyglądam się więc – i cóż widzę? Chrystus z frontonu kościoła Świętego Krzyża w Warszawie, leżący na bruku ulicznym. Zdjęcie zrobione od strony Kopernika. Chrystus, leżący na bruku warszawskim, dłonią – przedziwnym zbiegiem okoliczności zachowaną – pokazywał w kierunku kościoła. Dłoń ta kierowała się na napis, który pozostał nietknięty na cokole: «Sursum Corda». Patrzyłem, ale jeszcze nie mogłem zrozumieć żołnierza: Czego ode mnie chciał? Co go w tym uderzyło? W pewnym momencie z ust jego wyrywają się słowa, od których niemal odzwyczaiło się nasze ucho, dawno już ich nie słyszeliśmy: «Ist noch Polen nicht verloren – Jeszcze Polska nie zginęła». Zdumiałem się. Po chwili podeszło bliżej jeszcze kilku oficerów. Spojrzałem na nich pytającym wzrokiem… Jeden z nich zawołał: «Sursum corda! Sursum corda!»… Było to na kilka miesięcy przed wyjściem [tej] «zwycięskiej armii» z powalonej Warszawy. Zdarzeniem tym byłem dogłębnie wstrząśnięty. Niewątpliwie i ja to wiedziałem. Niewątpliwie i ja tak wierzyłem. Ale nie przypuszczałem, że w chwilach smutku i tragizmu naszego Narodu, będę miał taką pociechę – i to z pomocą ludzi, których uważaliśmy za nieprzyjaciół. Tymczasem ich właśnie uderzyło to «Sursum corda». Na warszawskim bruku zburzonego miasta, zamienionego w popioły i zgliszcza – pozostał Chrystus. Obalony wprawdzie, niemocny, leżący na swym krzyżu, ale dłonią pokazujący zburzonej stolicy niebo, aby nie przestała wierzyć, iż może się odrodzić. Jednego tylko potrzeba – nadziei! «Sursum corda, w górę serca!»”
– Wydarzenie to ks. Wyszyński odczytał symbolicznie, jako palec Bożej Opatrzności, która czuwa nad miastem – mówi ks. Piotr Rutkowski z parafii św. Krzyża.
Zniszczoną figurę 22 października 1944 Niemcy wywieźli z Warszawy, jednak wraz z pomnikiem Mikołaja Kopernika porzucili w przydrożnym rowie w Hajdukach Nyskich. Rozpoznali ją polscy żołnierze i oba pomniki wróciły do Warszawy. Posąg Chrystusa ponownie stanął przed kościołem 19 lipca 1945, poświęcony w obecności prezydenta RP Bolesława Bieruta i przedstawicieli rządu przybyłych na odsłonięcie pomnika Mikołaja Kopernika.
Losy figury zostały przypomniane przez Jana Pawła II na pl. Zwycięstwa podczas jego pierwszej pielgrzymki do ojczyzny 2 czerwca 1979. Papież powiedział wówczas w homilii:
(…) Nie sposób zrozumieć dziejów narodu polskiego – tej wielkiej tysiącletniej wspólnoty, która tak głęboko stanowi o mnie, o każdym z nas — bez Chrystusa. Jeślibyśmy odrzucili ten klucz dla zrozumienia naszego narodu, narazilibyśmy się na zasadnicze nieporozumienie. Nie rozumielibyśmy samych siebie. Nie sposób zrozumieć tego narodu, który miał przeszłość tak wspaniałą, ale zarazem tak straszliwie trudną — bez Chrystusa. Nie sposób zrozumieć tego miasta, Warszawy, stolicy Polski, która w roku 1944 zdecydowała się na nierówną walkę z najeźdźcą, na walkę, w której została opuszczona przez sprzymierzone potęgi, na walkę, w której legła pod własnymi gruzami, jeśli się nie pamięta, że pod tymi samymi gruzami legł również Chrystus-Zbawiciel ze swoim krzyżem sprzed kościoła na Krakowskim Przedmieściu”.
Słowa papieskiej homilii wygrawerowane są na Ołtarzu Ojczyzny, który znajduje się w bazylice.
Sama bazylika to ponad trzysta lat historii naszego kraju. Tu spoczywają serca Fryderyka Chopina i Władysława Reymonta. Tu złożono szczątki księcia Adama Czartoryskiego. Tu odbywały się egzekwie pogrzebowe księcia Józefa Poniatowskiego, a na organach w św. Krzyżu grał Stanisław Moniuszko. Z bazyliki św. Krzyża w każdą niedzielę nadawane są Msze św. radiowe. W tym roku mija 75 lat od powrotu figury na schody bazyliki.
Agata Ślusarczyk/wiara.pl
***
Wyjątkowe proroctwo dla Polski! Niemcy pokazali prymasowi Wyszyńskiemu jedno zdjęcie
Figura Chrystusa niosącego krzyż, znajdująca się na Krakowskim Przedmieściu bez wątpienia jest jednym z najbardziej wymownych symboli II wojny światowej i Powstania Warszawskiego. W cyfrowym archiwum fotografii zebranych przez Ministerstwo Informacji i Dokumentacji rządu RP na emigracji znajduje się fotografia z adnotacją w języku angielskim, z której wynika, że „w zrujnowanej Warszawie posąg Chrystusa, w cudowny sposób pozostał nietknięty”. Na tym jednak symbolika związana z monumentem się nie skończyła. Niesamowitą historię przytacza w swoich wspomnieniach z Powstania Warszawskiego ksiądz Stefan Wyszyński, późniejszy kardynał – prymas Polski.
***
To jeden z symboli Powstania Warszawskiego. Chrystus niosący Krzyż – figura sprzed kościoła św. Krzyża w Warszawie. Postawiono ją w 1858 roku, na kilka lat przez wybuchem Powstania Styczniowego. Fundatorem był Andrzej Zamoyski, który niedaleko miał swój „dom”, duży budynek czynszowy. To z okna jednego z mieszkań Moskale na bruk wyrzucili fortepian Chopina – historię i burzliwe losy figury Chrystusa przybliża na łamach portalu niezalezna.pl Tomasz Łysiak
Figura stała na swoim miejscu nietknięta aż do września 1944. Wówczas wskutek detonacji Goliatów (samobieżnych min niemieckich) pomnik upadł na bruk w taki sposób, że Chrystus wskazywał dłonią napis „Sursum corda” (łac. w górę serca) znajdujący się na cokole.
W swoich wspomnieniach z czasów Powstania Warszawskiego prymas Wyszyński opisał niezwykłe wydarzenie związane z tym pomnikiem.
„Mam (…) w pamięci zdarzenie, które przeżyłem wkrótce po upadku Powstania Warszawskiego. Do wojskowego szpitala frontowego koło Izabelina, wróciła grupa oficerów niemieckich – lekarzy, którzy tam pracowali. Jeden z nich zatrzymał mnie, gdy biegłem od jednego chorego do drugiego. Wyciągnąwszy z kieszeni jakąś fotografię, gwałtem niemal kazał mi ją oglądać. Rzuciłem okiem. Niezwykłe wydało mi się to spotkanie i swoisty przymus żołnierza niemieckiego. Spieszyło mi się bardzo, mnóstwo chorych i cierpiących czekało. A on swoje: Zobacz – powiada – zobacz. Przyglądam się więc – i cóż widzę? Chrystus z frontonu kościoła Świętego Krzyża w Warszawie, leżący na bruku ulicznym. Zdjęcie zrobione od strony Kopernika. Chrystus, leżący na bruku warszawskim, dłonią – przedziwnym zbiegiem okoliczności zachowaną – pokazywał w kierunku kościoła. Dłoń ta kierowała się na napis, który pozostał nietknięty na cokole: «Sursum Corda». Patrzyłem, ale jeszcze nie mogłem zrozumieć żołnierza: Czego ode mnie chciał? Co go w tym uderzyło? W pewnym momencie z ust jego wyrywają się słowa, od których niemal odzwyczaiło się nasze ucho, dawno już ich nie słyszeliśmy: «Ist noch Polen nicht verloren – Jeszcze Polska nie zginęła». Zdumiałem się. Po chwili podeszło bliżej jeszcze kilku oficerów. Spojrzałem na nich pytającym wzrokiem… Jeden z nich zawołał: «Sursum corda! Sursum corda!»… Było to na kilka miesięcy przed wyjściem [tej] «zwycięskiej armii» z powalonej Warszawy. Zdarzeniem tym byłem dogłębnie wstrząśnięty. Niewątpliwie i ja to wiedziałem. Niewątpliwie i ja tak wierzyłem. Ale nie przypuszczałem, że w chwilach smutku i tragizmu naszego Narodu, będę miał taką pociechę – i to z pomocą ludzi, których uważaliśmy za nieprzyjaciół. Tymczasem ich właśnie uderzyło to «Sursum corda». Na warszawskim bruku zburzonego miasta, zamienionego w popioły i zgliszcza – pozostał Chrystus. Obalony wprawdzie, niemocny, leżący na swym krzyżu, ale dłonią pokazujący zburzonej stolicy niebo, aby nie przestała wierzyć, iż może się odrodzić. Jednego tylko potrzeba – nadziei! «Sursum corda, w górę serca!»” – relacjonował kard. Stefan Wyszyński we wspomnieniach 17 czerwca 1962 r.
Muzeum Jana Pawła II i prymasa Wyszyńskiego przypomina, że Powstanie Warszawskie zastało ks. prof. Stefana Wyszyńskiego w podstołecznych Laskach, w Puszczy Kampinoskiej, gdzie od 1942 r. był kapelanem miejscowego zakładu dla niewidomych.
Jeszcze przed wybuchem powstania zgłosił się do niego ks. Jerzy Baszkiewicz, ps. Radwan II, naczelny kapelan Zgrupowania AK „Kampinos”, z taką wiadomością: „Księże Profesorze, przychodzę z dość trudną misją. To jest dobra wola, propozycja, a nie konieczność. Jestem kapelanem Puszczy Kampinoskiej i mam zorganizować służbę duszpasterską. Czy Ksiądz Profesor mógłby wziąć udział w tej akcji?”.
Ks. Wyszyński odparł bez wahania: „Jestem do dyspozycji”, a następnie złożył przysięgę wojskową na ręce młodszego o 13 lat – ale starszego rangą – ks. Baszkiewicza i przyjął pseudonim Radwan III.
Ks. kapelan Wyszyński był jednym z organizatorów szpitala powstańczego w Laskach. Pracował tam tylko jeden lekarz – dr Kazimierz Cebertowicz, wspomagany przez pielęgniarki – siostry ze Zgromadzenia Franciszkanek Służebnic Krzyża oraz personel świecki. Z relacji świadków i pacjentów szpitala wynika, że obecność ks. Wyszyńskiego przynosiła rannym spokój. Zapamiętano go jako tego, który gotów jest ryzykować własne życie dla bliźnich.
Częstym obrazem z tamtych czasów był widok ks. Wyszyńskiego błogosławiącego oddziałom powstańczym wyruszającym do lasu.
POWSTANIE OCZAMI KS. KAPELANA STEFANA WYSZYŃSKIEGO
Pierwszego sierpnia wybuchło Powstanie Warszawskie. Ostatniego lipca zebraliśmy się tutaj, w sąsiedniej sali i poświęciliśmy szpital powstańczy. Stefan Wyszyński, Laski, 3 sierpnia 1960, Laski
Szpital zapełniał się bardzo szybko. Wkrótce stał się za mały. Musieliśmy rannych żołnierzy kłaść, gdzie tylko się dało. Zajęliśmy cały dom rekolekcyjny i domek obok. Spowiadało się zazwyczaj tych, który czekali na operację tutaj, w tej kaplicy. Przynoszeni byli na noszach albo na jakimś kocu. Tutaj czekali, potem przenosiło się ich na stół operacyjny. Prześcieradła i koce, na których leżeli, były przesiąknięte krwią. Stefan Wyszyński, Droga życia
Pamiętam, jak byłem zmęczony, znużony tą ciągłą krwią, amputacjami, koszami wynoszonych rąk i nóg, tą męką żołnierzy, którzy byli bohaterscy na froncie, a jak dzieci na stole operacyjnym. Patrzyłem na to wszystko , przeżywałem strasznie. Wydawało mi się, że nie dla mnie ten obraz, ale dzisiaj rozumiem, jak wiele mi to dało. Stefan Wyszyński, Warszawa, 31 stycznia 1965 r.
[…] ten szesnastoletni chłopaczek służył ze swoim starszym bratem w armii powstańczej w formacji kawalerii wileńskiej. Padł zaraz w pierwszych dniach. Przeniesiono go do szpitala, położono na niewielkiej sali w zakładzie franciszkanek w Laskach. Tam się z nimi spotkałem, spowiadałem go i przygotowałem na śmierć. Był bardzo poszarpany od kul, bo gdy został ranny, przez trzy dni leżał na deszczu i chłodzie pod kulami. Nikt nie mógł się do niego dostać, aby go stamtąd zabrać. Więc gdy wreszcie został przeniesiony do szpitala wojennego, był już prawie bez sił i trudno go było uratować. […] Pochowałem go na cmentarzu pod Izabelinem na górce, w piasku, bez trumny, bo już trumien nie było. Stefan Wyszyński, Stryszawa, 1 sierpnia 1963 r.
Pamiętam operację bardzo dzielnego żołnierza, któremu trzeba było odjąć nogę. Powiedział, że zgodzi się na operację pod tym warunkiem, że przez cały czas będę przy nim stał. Złapał mnie za rękę i trzymał ją, dopóki nie zaczął działać środek usypiający. Byłem wtedy strasznie nieuczciwy, bo gdy poczułem, że jego ręka opadła, pobiegłem do innych, których trzeba było spowiadać lub przygotować do następnych operacji. Aby zdążyć na czas, umówiłem się tylko z lekarzem, że mnie natychmiast wezwie, gdy mój żołnierz zacznie się budzić. W tym wypadku nie było innego wyjścia. Przyszedłem w porę, gdy on budził się już po operacji. Stefan Wyszyński, Droga życia
Już pod koniec powstania, idąc przez las, zobaczyłem stertę spopielonych kart przyniesionych przez wiatr. Na jednej z nich został niedopalony środek, a na nim słowa: „Będziesz miłował…”. Nic droższego nie mogła nam przynieść ginąca Stolica. To najświętszy apel walczącej Warszawy do nas i do całego świata. Apel i testament… „Będziesz miłował…”. Stefan Wyszyński, Droga życia
Figura Chrystusa sprzed kościoła Świętego Krzyża, która była świadkiem wielkich wydarzeń w historii Polski, ostatnią wojnę przetrwała cudem. Mija 70 lat od ponownego umieszczenia figury na Krakowskim Przedmieściu
Kiedy wybuchło Powstanie Warszawskie, kościół Świętego Krzyża przechodził z rąk do rąk. 5 sierpnia Niemcy podpalili część kościoła, a po zdobyciu go przez Powstańców ostrzeliwali pociskami artyleryjskimi, powodując wielkie zniszczenia. Gdy na początku września Niemcy ponownie zdobyli kościół i zdetonowali ładunki wybuchowe, rozbita została fasada świątyni, zniszczone ołtarze, załamało się sklepienie.
Wtedy także figura Chrystusa dźwigającego krzyż spadła na bruk. Jak pokazują dawne zdjęcia, legła w gruzach z ręką uniesioną w górę. Tak przeleżała kilka tygodni. Już po upadku Powstania, Niemcy wywieźli figurę w nieznanym kierunku.
W górę serca
Warszawiacy zżyli się z figurą Chrystusa. Po raz pierwszy stanęła przed kościołem Świętego Krzyża w Warszawie w 1858 r. Jej autorem był Andrzej Pruszyński, znany warszawski rzeźbiarz, a odlano ją początkowo w cemencie. Jednak uszkodzona kilkanaście lat później przez nieznanych sprawców, została zastąpiona przez nową. Nowy odlew – tym razem z brązu – wykonał w Rzymie uczeń Pruszyńskiego – Pius Weloński.
Pomnik ustawiono na nowym cokole z czarnego granitu, ze złoconym napisem „Sursum Corda” (W górę serca). Cementową figurę Chrystusa umieszczono na grobowcu Lubomirskich w Kruszynie (i do dziś znajduje się ona przed tamtejszym kościołem).
Podczas sympozjum, zorganizowanego w 150-lecie powstania figury, ks. Marian Wnuk CM zwrócił uwagę, że była ona przez lata świadkiem przeróżnych wydarzeń. W marcu 1861 r. przeszła tędy wielka 150-tysięczna manifestacja patriotyczna po śmierci tzw. Pięciu Poległych, zabitych przez rosyjskich żołnierzy.
W czasie Powstania Styczniowego figura była też świadkiem nieudanego zamachu na Fiodora Berga, rosyjskiego namiestnika i spalenia przez Rosjan fortepianu Fryderyka Chopina. Księża Misjonarze, prowadzący parafię, przechowywali archiwum powstańcze, czego następstwem była kasata zgromadzenia w 1864 r.
Jak zrozumieć to miasto
To o tej figurze św. Jan Paweł II mówił w 1979 r., w czasie pamiętnej Mszy św. na dzisiejszym pl. Piłsudskiego. – Nie sposób zrozumieć tego miasta, Warszawy, stolicy Polski, która w roku 1944 zdecydowała się na nierówną walkę z najeźdźcą, na walkę, w której została opuszczona przez sprzymierzone potęgi, na walkę, w której legła pod własnymi gruzami, jeśli się nie pamięta, że pod tymi samymi gruzami legł również Chrystus-Zbawiciel ze swoim krzyżem sprzed kościoła na Krakowskim Przedmieściu – mówił Ojciec Święty.
W 1920 r., w czasie wojny polsko-bolszewickiej, trwały tu nieustanne nabożeństwa i modły o zwycięstwo, w których brał udział m.in. nuncjusz Achille Ratti, późniejszy papież Pius XI. W 1944 r. trwały tu jedne z najbardziej zaciętych walk powstańczych. W 1968 r. figura była świadkiem tzw. wydarzeń marcowych.
Figura była też świadkiem pogrzebów zasłużonych Polaków, m.in.: Stanisława Moniuszki, Edwarda Odyńca, Franciszka Żwirki i Stanisława Wigury, Józefa Piłsudskiego, Marii Rodziewiczównej, Jana Kiepury, Karola Szymanowskiego, Pawła Jasienicy, Stefana Kisielewskiego i Ignacego Paderewskiego.
W przydrożnym rowie
Po upadku Powstania Warszawskiego figurą leżącą na zgliszczach kościoła z ręką uniesioną w górę zainteresowali się Niemcy. W końcu października wywieźli ją z Warszawy w nieznanym kierunku. Figura nie świadkowała już ostatecznemu aktowi zniszczenia kościoła Świętego Krzyża, który Niemcy dokonali parę miesięcy później, kilka dni przed wycofaniem się ze zniszczonego miasta, wysadzając w powietrze wieżę, na której wisiały dzwony.
Nie świadkowała też w styczniu 1945 r. pierwszej Mszy św. odprawionej przez ks. Antoniego Czaplę CM na gruzach kościoła i powrotowi do Warszawy Księży Misjonarzy, wywiezionych wcześniej przez Niemców.
Figurę Niemcy najpewniej chcieli przetopić w hucie na Dolnym Śląsku. Jednak nie zdążyli. Porzucili ją na złomowisku, w przydrożnym rowie w Hajdukach Nyskich. Znaleźli i rozpoznali ją tam kilka miesięcy później, razem z pomnikiem Mikołaja Kopernika, żołnierze Berlinga.
Na początku lipca 1945 r. odesłano figurę do Warszawy. Tu poddano ją renowacji w słynnej pracowni Braci Łopieńskich i oficjalnie przekazano jej właścicielowi: parafii Świętego Krzyża. Posąg ponownie stanął przed kościołem, został poświęcony w obecności ówczesnego prezydenta Bolesława Bieruta i przedstawicieli rządu przybyłych na odsłonięcie pomnika Mikołaja Kopernika.
Wkrótce rozpoczęto też odbudowę kościoła. W 1951 r. ukończono odbudowę wież, a dwa lata później zrekonstruowano fasadę kościoła. W 1969 r. prymas Polski Stefan Wyszyński poświęcił rekonstruowany przez lata główny ołtarz.
“Pocałunek złożony na ziemi polskiej ma dla mnie sens szczególny. Jest to jakby pocałunek złożony na rękach matki – albowiem Ojczyzna jest naszą matką ziemską”.
(z przemówienie na warszawskim lotnisku, 16 czerwca 1983)
“Dzieje narodu zasługują na właściwą ocenę wedle tego, co wniósł on w rozwój człowieka i człowieczeństwa, w jego świadomość, serce, sumienie. To jest najgłębszy nurt kultury. To jej najmocniejszy zrąb. To jej rdzeń i siła“.
(z homilii podczas Mszy świętej na Placu Zwycięstwa w Warszawie, 2 czerwca 1979)
“Pojęcie «ojczyzna» rozwija się w bezpośredniej bliskości pojęcia «rodzina» – poniekąd jedno w obrębie drugiego. Stopniowo też, odczuwając tę więź społeczną, która jest szersza od więzi rodzinnej, zaczynacie także uczestniczyć w odpowiedzialności za wspólne dobro owej większej «rodziny», która jest ziemską «ojczyzną» każdego i każdej spośród was”.
(z Listu do młodych całego świata “Parati semper” z okazji Międzynarodowego Roku Młodzieży)
“Polska jest matką szczególną. Niełatwe są jej dzieje, zwłaszcza na przestrzeni ostatnich stuleci. Jest matką, która wiele przecierpiała i wciąż na nowo cierpi. Dlatego też ma prawo do miłości szczególnej”.
(z przemówienie na warszawskim lotnisku, 16 czerwca 1983)
“Jasna Góra jest sanktuarium Narodu. Trzeba przykładać ucho do tego świętego Miejsca, aby czuć, jak bije serce Narodu w Sercu Matki. Bije zaś ono, jak wiemy, wszystkimi tonami dziejów, wszystkimi odgłosami życia. Ileż razy biło jękiem polskich cierpień dziejowych! Ale również okrzykami radości i zwycięstwa! Można na różne sposoby pisać dzieje Polski, zwłaszcza ostatnich stuleci, można je interpretować wedle wielorakiego klucza. Jeśli jednakże chcemy dowiedzieć się, jak płyną te dzieje w sercach Polaków, trzeba przyjść tutaj”.
(z homilii podczas Mszy świętej odprawionej pod szczytem Jasnej Góry, 4 czerwca 1979)
“Rozłąka z ojczyzną, której niekiedy Bóg wymaga od wybranych ludzi, przyjęta z wiarą w Jego obietnicę, jest zawsze tajemniczym i płodnym warunkiem rozwoju i wzrostu Ludu Bożego na ziemi”.
(z Encykliki “Slavorum Apostolici”)
***
W 81. rocznicy wybuchu Powstania Warszawskiego warto przypomnieć wizje jakie miała objawić Matka Boża 12-letniej dziewczynce i opowiedzieć o przyszłych wydarzeniach w Polsce.
Matka Boża objawiła mistyczce z Siekierek, Bronisławie Kuczewskiej, wybuch Powstania Warszawskiego
***
Matka Boża Łaskawa, obrana w 1652 roku Patronką Warszawy i Strażniczką Polski [pełen tytuł warszawskiej Madonny, przyp. red.] w 1943 roku ukazała się w Warszawie, na osadzie Siekierki, by uprzedzić swój lud o grożącym nieszczęściu. Maryja przybywa, aby miasto, któremu od 291 lat patronuje, nie podzieliło losu dopalającego się w tym czasie żydowskiego getta. Mistyczka Bronisława Kuczewska (1907-1989) tak wspomina swoje pierwsze spotkania z Matką Bożą na Siekierkach: 28 kwietnia 1943 roku Matka Boża objawiła mi się w domu rodzinnym w Nowym Dobrem i powiedziała: Dziecino, nie będziesz już do Mnie przychodzić do Przygód i do Budzieszyna. Wybieram sobie inne miejsce, w Warszawie, na Siekierkach. Będziesz miała tylko 3 kilometry od tramwaju, z ulicy Czerniakowskiej, i tam masz przychodzić. Ujrzałam wiśnię i dziewczynkę. Jak się później okazało, była nią 13-letnia Władysława Fronczakówna [obecnie Papis przyp.aut.], której Matka Najświętsza objawi się 3 maja 1943 roku.
Bogurodzica, niebiańsko piękna, ukazała się wśród zieleni, na drzewie wiśni obsypanym kwiatami. Jej słowa były poważne i brzmiały złowieszczo: Módlcie się, bo idzie na was WIELKA KARA, CIĘŻKI KRZYŻ. Nie mogę powstrzymać gniewu Syna mojego, bo lud się nie nawraca. Bóg nie chce ludzi karać, Bóg chce ludzi ratować przed zagładą. Bóg żąda nawrócenia!
Bronisława relacjonuje dalej: 4 maja 1943 roku przyjechał do mnie mąż i powiedział, że w Warszawie na Siekierkach było objawienie [Bogurodzicy] 3 maja. Ja mu na to odpowiedziałam, że wiem o tym, bo Matka Boża powiedziała mi o tym 5 dni wcześniej. 5 maja 1943 roku urodziłam syna Janusza. 28 maja 1943 roku pojechałam z mężem i małym dzieckiem [23-dniowym niemowlęciem] na Siekierki, gdzie 3 maja objawiła się Matka Boża, i miałam z Nią tam po raz pierwszy objawienie. Odtąd chodziłam na Siekierki i tam otrzymywałam od Matki Bożej polecenia do wykonania przez 38 lat, aż do 1981 roku. Kilka razy w miesiącu nawiedzałam to miejsce, a szczególnie każdego 3 i 28 dnia miesiąca oraz w uroczystości Matki Bożej.
3 czerwca 1943 roku poszłam z synkiem na ręku na Siekierki. Ujrzałam Matkę Najświętszą, która powiedziała mi, że pragnie, aby na tym miejscu wybudować klasztor. Powiedziała też, że to będzie jakby druga Częstochowa dla Warszawy, że ludność nie będzie musiała tak daleko jeździć, względnie chodzić. Będą mogli przychodzić na Siekierki.
W lipcu 1943 roku w Orzywole, gdzie pojechałam na rozkaz Matki Najświętszej, po modlitwie, miałam widzenie Pana Jezusa, który trzymał rózgę nad Warszawą. Wiedziałam, że Warszawę czeka wielka kara.
W okresie międzywojnia sytuacja moralna społeczeństwa polskiego była, oględnie mówiąc, nienajlepsza. Dlatego Jezus Chrystus prosił wizjonerów św. siostrę Faustynę, Sługi Boże: Rozalię Celakównę, Leonię Nastał, Kunegundę (Kundusię) Siwiec o modlitwy wynagradzające za grzechy rozwiązłości: Strasznie ranią moje Serce Najświętsze grzechy nieczyste. Żądam ekspiacji! Nasz Pan szczególnie prosił o modlitwy za warszawian: stolica odrodzonej Polski, nie chciała pamiętać o Dekalogu. Wystarczy zajrzeć do pamiętników i wspomnień z tego okresu. Luminarze życia społecznego i kulturalnego prowadzili ostentacyjnie, nader rozwiązłe życie, zarażając tym stylem życia otoczenie, a szczególnie podatną na wpływy młodzież.
Masoni zdawali sobie sprawę z tego, że aby osiągnąć powszechne rozluźnienie obyczajów potrzebna jest demoralizacja. Starali się, aby romanse i rozwody sławnych ludzi były nagłaśniane w bulwarowej prasie tak, by te niemoralne zachowania przestały bulwersować, by spowszedniały i powoli stały się obowiązującą normą. Postarali się także, by swobodę obyczajów lansowali pisarze i dziennikarze, sami żyjący według tego wzorca, tak długo, aż stanie się ona normą i nastąpi wyparcie z powszechnej świadomości zarówno pojęcia grzechu, jak i jego skutków [w książce autorzy zamieścili m. in. cytaty z autobiografii Ireny Krzywickiej, o znamiennym tytule: Wyznania Gorszycielki, gdzie bez żenady opowiada o sobie (pisarce, matce dwóch synów), mężu (znanym warszawskim adwokacie Jerzym Krzywickim) i… wieloletnim kochanku, żonatym pisarzu i krytyku teatralnym Tadeuszu Boyu-Żeleńskim]. świadectwa rozwiązłości znajdziemy nie tylko we wspomnieniach Krzywickiej. Z długiej listy książek lansujących „nowy moralny ład” wybija się książka Tadeusza Wittlina Pieśniarka Warszawy. Biografia. Hanna Ordonówna i jej świat (Wydawnictwo POLONIA, Warszawa 1990). Jej autor na 300 stronach (małym drukiem!) relacjonuje życie gwiazdy, tzn. omawia trwające do ostatnich miesięcy życia romanse zamężnej artystki, podając bardzo szczegółowo źródła każdej informacji (por. także: Magdalena Samozwaniec, Maria i Magdalena. Z pamiętnika niemłodej już mężatki.
Dzięki aktywnym propagatorkom wolności seksualnej masoni stopniowo osiągnęli cel, jakim było doprowadzenie do tego, że większa część społeczeństwa polskiego odrzuci chrześcijańskie zasady moralne, tj. prawa Dekalogu. Masoni przyjęli roztropną taktykę: „wyciszenia religii katolickiej nie rozumowaniem, ale psuciem obyczajów”.
W roku 1936, po osiemnastu latach niepodległości, masoni mogli się wykazać znacznymi osiągnięciami w demoralizacji społeczeństwa. [Tu opuszczam fragmenty książki Sławomira Kopera Życie prywatne elit Drugiej Rzeczypospolitej (Bellona Rytm, Warszawa, 2009, md]
Katolicki pisarz Gilbert Keith Chesterton w roku 1923 napisał: Rozwód to coś, co dzisiejsze gazety nie tylko reklamują, ale wręcz zalecają, zupełnie jakby to była przyjemność sama w sobie.
Ks. kard. August Hlond konkluduje: Fala wszelkiego rodzaju nowinkarstwa zabagnia dziedzinę obyczajów. Podkopuje nie tylko moralność chrześcijańską, ale godzi wprost w etykę naturalną, szerzy nieobyczajność wśród młodzieży i dorosłych. Celem tej propagandy jest zachwianie idei katolickiej, aby zastąpić naukę chrześcijańską „masońskim naturalizmem”. Koła liberalne i masońskie przypuściły atak na małżeństwa chrześcijańskie, sprowadzając je tylko do rangi kontraktu cywilnego, pozbawiając je wszelkiej nadprzyrodzoności.
Zapoczątkowany przed II wojną światową proces upadku moralności doprowadził do tego, że w pierwszej dekadzie XXI wieku, już nikt nie ośmieli się przypomnieć „nowożeńcom z odzysku”, zawierającym kontrakt małżeński (w urzędzie Stanu Cywilnego), że w świetle prawa kanonicznego popełniają cudzołóstwo (gdy któreś z nich jest nadal związane sakramentem małżeństwa). Czyli zaczynają, świadomie i dobrowolnie, tzw. nowe życie w grzechu ciężkim, co prowadzi prostą drogą do piekła!
Wygodny eufemizm, używany w kościele – „związek niesakramentalny” – zgrabnie ukrywa złowieszczą perspektywę. Autor wielokrotnie rozmawiał w konfesjonale z kobietami, które dla swoich dzieci, związanych sakramentem małżeństwa, a rozwiedzionych w świetle prawa cywilnego, modlą się o… założenie nowej, szczęśliwej rodziny! Sądzą one, że jest to intencja słuszna! Te „pobożne” matki realizują plan masonów, którzy chcą zniszczyć chrześcijaństwo… rękami samych katolików! Trwająca od dziesięcioleci promocja wszelkiej wolności seksualnej i zanik społecznego ostracyzmu w stosunku do tzw. „związków partnerskich” doprowadził, zdaniem księdza profesora Jerzego Bajdy, do: Zniszczenia moralnych, religijnych, społecznych i ekonomicznych podstaw rodziny i fałszowania jej struktury personalistycznej. Profesor przestrzega: Jeżeli proces niszczenia rodziny będzie się dalej toczył tak, jak tego chcą promotorzy rewolucji obyczajowej – a właściwie promotorzy rozwiązłości, […] wkrótce może zupełnie zniknąć ta formuła antropologiczna, której na imię naród, a społeczeństwo nie będzie się niczym różniło od stada zwierząt, chyba tylko strojem. Choć i pod tym względem różnica systematycznie maleje.
Czyny, których nikt nie ośmieliłby się publicznie nazwać grzechem, a więc nierząd, cudzołóstwo, lesbijstwo i homoseksualizm – nadal wywołują, określone w Piśmie świętym, konsekwencje. […]
Bóg Ojciec, chcąc ocalić Warszawę przed zasłużoną karą pozwala, by Matka Łaskawa ostrzegła swój lud, by żądała nawrócenia, całkowitego odwrócenia się od grzesznego życia i wynagrodzenia za dotychczas popełnione grzechy: rozwiązłości, cudzołóstwa i te najstraszniejsze – grzechy dzieciobójstwa. Trzeba bowiem wiedzieć, że w okresie międzywojennym przeciętna liczba umyślnych poronień wynosiła rocznie, według oficjalnych statystyk: przeciętnie od 100 do 130 tysięcy.
Kiedy Maryja przybędzie na Siekierki, orędzia będzie otrzymywać nie tylko trzynastoletnia Władysława Fronczakówna, ale przede wszystkim Jej ulubienica, trzydziestosześcioletnia Bronisława Kuczewska: Od 9 kwietnia przestałam chodzić do Budzieszyna, natomiast od 28 maja 1943 roku zaczęłam chodzić na Siekierki, gdzie otrzymywałam polecenia od Matki Bożej do wykonania, przez okres 38 lat, do 21 sierpnia 1981 roku [tj. od święta Maryi Królowej Polski do wigilii święta Matki Bożej Królowej]. Maryja, Matka Łaskawa Patronka Warszawy, za pośrednictwem Broni Kuczewskiej i Fronczakówny będzie apelować do ludu stolicy, aby przez przemianę życia, respektowanie praw Dekalogu i pokutę odwrócił wiszące nad miastem nieszczęście. Prosi warszawian o modlitwę powszechną, czyli taką jak w 1920 roku, kiedy to lud stolicy żarliwie błagał Boga i Patronkę Warszawy o ocalenie przed bolszewikami [rozdziały 15 i 16 cytowanej książki przyp. red.] i wymodlił cud Jej publicznego ukazania się, które w konsekwencji zmieniło zdawałoby się już przesądzony wynik wojny i ocaliło Polskę!
Po 23 latach, w roku 1943 – czwartym roku okupacji niemieckiej, sytuacja jest diametralnie różna: to nie lud błaga Maryję, Patronkę Warszawy i Strażniczkę Polski o ustanie okropieństw wojny, lecz Ona Sama schodzi z nieba i osobiście wzywa do modlitwy o pokój, błagając Swój lud o nawrócenie i pokutę!!! Najłaskawsza z Matek chce odwrócić od miasta zapowiedzianą karę! Podejmuje się tej niewdzięcznej misji, by nie doszło do tragedii: Jeśli się nie nawrócicie, to wszyscy zginiecie!
Pomimo ośmieszania i deprecjonowania objawień wiadomości o nich rozchodzą się po mieście. Dzieje się tak dzięki niestrudzonej Broni Kuczewskiej, która dociera z nimi do warszawskich księży, oraz życzliwym mieszkankom Siekierek, które rozwożąc mleko i warzywa „na gospody”, opowiadają w mieście o objawieniach.
Mimo wielu wysiłków przestrogi Maryi nie dotrą do ogółu warszawian. Główną przyczyną jest brak zainteresowania objawieniami ze strony kleru.
Wydawało się oczywiste, że księża Zmartwychwstańcy z parafii św. Bonifacego na Czerniakowie, pełniący posługę w osadzie, dopomogą w upowszechnieniu orędzi i że słowa Bogurodzicy, uprzedzające o mającej nadejść na miasto karze, będą głoszone ze wszystkich ambon stolicy. Niestety, Zmartwychwstańcy nie tylko nie traktowali objawień poważnie, ale negowali wszystko, co miało z nimi związek, m.in. odmówili poświęcenia malutkiej kapliczki, umiejscowionej przy drzewie, na którym ukazała się Matka Boża. Bronisława Kuczewska napisze: Po postawieniu kapliczki Pan Jezus dał mi polecenie, abym poszła do księdza do parafii św. Kazimierza na ul. Chełmską. Kiedy przyszłam i powiedziałam, że Pan Jezus życzy sobie, aby poświęcić kapliczkę, ksiądz wysłał mnie do parafii św. Jakuba [na Ochocie, przyp. aut.]. Było tam 5 księży. Wypytywali mnie o objawienia na Siekierkach. Opowiadałam im o nich przez około 4 godziny. Potem wysłali mnie z powrotem do parafii św. Kazimierza [Dolny Mokotów, przyp. aut.]. Ksiądz jednak nadal nie chciał wyrazić zgody na poświęcenie kapliczki. Powiedział, że nie ma pozwolenia, bo trzeba iść z procesją i on nie może tego wykonać. Wróciłam więc do domu [przy ul. Jasnej, przyp. aut.], a że byłam zmęczona, położyłam się. I wtem słyszę głos Pana Jezusa: Idź Dziecino do księdza po raz trzeci, i powiedz, żeby poszedł z kościelnym, bez ludzi i bez procesji, i poświęcił kapliczkę. Powiesz, że taka jest Wola Moja i Matki Mojej, ażeby kapliczka była poświęcona, bo jest bardzo znieważana. Kiedy poszłam po raz trzeci do księdza, chciał mi drzwi zamknąć przed nosem, ale ja przytrzymałam je nogą i powtórzyłam to, co mi Pan Jezus powiedział. Ksiądz jednak nie wykonał tego polecenia. Dopiero jedna z wiernych przyprowadziła, po kryjomu, księdza jezuitę, ojca Antoniego Kozłowskiego, który był wielkim czcicielem Matki Bożej i wiedział o moich objawieniach, i on poświęcił kapliczkę.
Wokół siostry Bronisławy, profeski III Zakonu św. Franciszka, spontanicznie gromadzili się ludzie i wkrótce zawiązała się wspólnota, której Sama Bogurodzica nadała nazwę Grono Matki Bożej i Miłosierdzia Bożego. Jej członkowie, osoby świeckie, pomagały mistyczce w wykonywaniu poleceń z Nieba. Grono podejmowało także cotygodniowe modlitwy o nawrócenie Warszawy i upowszechniało orędzia Maryi i Pana Jezusa w swoich środowiskach.
Misja ostrzeżenia Warszawy przed mającym wybuchnąć za 16 miesięcy powstaniem wymagała od Kuczewskiej heroizmu i zaparcia: W sierpniu 1943 roku [rok przed wybuchem powstania] na modlitwie u pani Teofili Ciecierskiej, przy ul. Płockiej 25, miałam objawienie Matki Najświętszej. Maryja ukazała mi okropny widok Warszawy w czasie Powstania. Widziałam masowe aresztowania, rozstrzeliwania, palące się domy. Zobaczyłam też dom, w którym modliliśmy się. Matka Boża powiedziała mi, że ten dom będzie podlany benzyną i podpalony od dołu przez Niemców. W widzeniu widziałam, jak matki wyskakiwały z dziećmi z płonącego domu. Zaraz powiedziałam o tym widzeniu obecnym, ale nie chcieli mi uwierzyć. Huknęli na mnie, że opowiadam głupstwa, bo Niemcy będą liczyć się z nami. [W innym miejscu Bronisława mówi o tym wydarzeniu w ten sposób: Powiedzieli, żebym nie plotła głupstw i zajęła się robotą, a nie plotkami, że Niemcy będą się z nami liczyć].
Trzy dni przed Powstaniem Matka Boża dała mi polecenie, abym zabrała dzieci i wyjechała z Warszawy w rodzinne strony, do Dobrego. Kiedy po Powstaniu wróciłam do Warszawy, dom, który miałam ukazany przez Matkę Bożą przy ul. Płockiej 25 – był spalony. W domu tym i w sąsiednich zabito 300 ludzi. Ludzie mówili, że matki wyrzucały swoje dzieci przez okna, a za nimi same wyskakiwały. Dzisiaj widnieje w tym miejscu tablica pamiątkowa mówiąca, że zginęło tu ok. 300 osób.
Proroctwa nie lekceważcie – pisze św. Paweł w Liście do Tesaloniczan (1 Tes 5,20). Proroctwo o całkowitym zniszczeniu Warszawy zostało lekceważone. Przestroga, jaką w imieniu Boga Najwyższego, Bogurodzica przekazała warszawianom: Bóg nie chce ludzi karać, Bóg chce ludzi ratować przed zagładą. Żąda nawrócenia! – do nich nie dotrze…
Powstanie Warszawskie wybuchnie po szesnastu miesiącach od pierwszych objawień i ostrzeżeń Maryi. W sierpniu 1944 roku młodych warszawian rozpiera chęć walki ze znienawidzonym wrogiem, ruszą więc naprzeciw potędze militarnej Niemców z gorącymi sercami, z butelkami napełnionymi benzyną, ale… bez błogosławieństwa Bogurodzicy.
Dowództwo nie czuło potrzeby oficjalnego zawierzenia akcji zbrojnej Patronce miasta. Owszem, indywidualnie zawierzano się Maryi Łaskawej, modlono się na różańcu, przyjmowano sakramenty, uczestniczono w polowych Mszach świętych (co w swojej książce wspomina s. Maria Okońska), lecz oficjalnego – jak za Marszałka Piłsudskiego – zawierzenia akcji zbrojnej Bogu Najwyższemu nie było! Po 47 latach w dniu święta Najświętszego Imienia Maryi, 12.09.1991r., w Sastin, Narodowym Sanktuarium Słowacji, w orędziu skierowanym do ks. Stefano Gobbi’ego Maryja dobitnie wyjaśni kwestię oficjalnego zawierzenia na przykładzie odsieczy wiedeńskiej: Turcy zostali pokonani, gdy oblegali Wiedeń i grozili zniszczeniem całego chrześcijańskiego świata. Przewyższali żołnierzy świętej Ligi liczbą, siłą, uzbrojeniem i czuli, że do nich należy zwycięstwo, ale: wezwano Mnie publicznie, i publicznie proszono o pomoc, Moje Imię zostało wypisane na proporcach i było wzywane przez wszystkich żołnierzy. To za Moim wstawiennictwem miał miejsce cud zwycięstwa, który uratował świat chrześcijański.
Matka Łaskawa w ciągu 16 miesięcy wielokrotnie uprzedzała, że jedynym sposobem na pokój i zakończenie wojny jest nawrócenie, modlitwa i pokuta, nie zaś pięści i butelki z benzyną.
Młodzi warszawianie jednakże bezgranicznie ufali w moc pięści i nie widzieli powodu, by w swoje plany wtajemniczać Boga. Stolica w obliczu godziny W zachowała się tak, jak zachowują się przemądrzałe dzieci, które chcą wszystko robić same, bez pomocy Mamy i Taty!
Nie chciano pamiętać, że to, co dzieli zwycięstwo od klęski, to nie moc oręża, przeważające siły czy strategia nawet najgenialniejszych dowódców, lecz wola Boga Najwyższego, który zawsze i wszędzie Sam o wszystkim decyduje! Nie chciano pamiętać, że to jedynie od Niego zależy, czy ludzkie plany zaowocują sukcesem, czy zakończą się porażką. Miał tą świadomość lud Warszawy w sierpniu 1920 roku, kiedy leżał krzyżem przed Patronką Stolicy i Strażniczką Polski, błagając o ocalenie stolicy, ocalenie Polski.
W 1920 roku warszawianie mieli świadomość, że współpracując z Najwyższym, będą w stanie pokonać pięciokrotnie liczniejszych i zdeterminowanych bolszewików. Wiedzieli, że gdy współpracują z Bogiem, siła i moc są po ich stronie. Bo: Jeśli Bóg jest z nami, to kto przeciwko nam?
1 sierpnia 1944 roku, w dniu wybuchu Powstania Warszawskiego, Hitler wspólnie z Himmlerem wydał rozkaz, który przesądzi o losie „zbuntowanej” Warszawy: Każdego mieszkańca należy zabić, nie wolno brać żadnych jeńców. Warszawa ma być zrównana z ziemią. W ten sposób ma być stworzony zastraszający przykład dla całej Europy.
Po drugiej stronie Wisły stały wojska radzieckie, Sowieci jednak nie kiwnęli palcem, by konającej Warszawie przybyć z odsieczą. Stalin zdawał sobie sprawę, że skupione w Warszawie młode pokolenie polskiej inteligencji zagraża jego koncepcji utworzenia w Polsce rządu totalitarnego. Dlatego nie przeszkadzał w zbrodni, która dokonywała się niemieckimi rękami w zbuntowanym mieście. Sowieci, zgrupowani na drugim brzegu Wisły, z zimną krwią przyglądali się agonii Warszawy, miasta, którego nie udało się im zdobyć i złupić w 1920 roku: [….]
1 sierpnia 1944 roku o godzinie „W” nastąpiło zderzenie młodzieńczego zapału, młodzieńczych wizji, z realnymi możliwościami, ergo brutalną rzeczywistością. Akcja zbrojna, podjęta bez wsparcia się na Bogu i Maryi, po dwóch miesiącach zakończyła się totalną, niewyobrażalną klęską, jakiej w historii Polski i narodu jeszcze nie było. Daremny był trud żołnierzy, daremna ofiara z życia i krwi osób cywilnych.
Czas gorzki, zły, zwątpienia czas podchodzi nam pod gardło, Czy wszyscy zapomnieli nas, czekając, by miasto padło?… Na barykadach wciąż czekamy, licząc ostatnie chwile, Tak się powoli dopalają warszawskie Termopile…
Tylko na Woli w dniach 3-5 sierpnia bestialsko zamordowano pięćdziesiąt tysięcy mieszkańców. Ogółem zginało pół miliona ludzi (wg szacunku historyka Norberta Boratyna). Z pewnością nie taki los w zamyśle Bożym miał spotkać lud Warszawy, gdyby usłuchał ostrzeżeń swej Łaskawej Matki, swej Patronki!
Nurtuje pytanie: co w ciągu dwudziestu czterech lat, które upłynęły od bitwy warszawskiej, mogło tak bardzo odmienić serca i umysły mieszkańców stolicy, że bez oficjalnego zawierzenia Bożej Opatrzności podjęli się walki z przeważającym wrogiem? Skąd pomysł, by własnymi, wątłymi siłami, bez Bożego błogosławieństwa próbować oswobodzić stolicę? Nie od dziś wiadomo, że: jeśli Pan miasta nie strzeże, daremnie czuwają straże (Ps 127,1).
Chrystus Pan uprzedzał: beze Mnie nic dobrego uczynić nie możecie (J 15,5). Skąd więc ta krótkowzroczność w Polsce, która w owym czasie uważała się za kraj katolicki? Gdyby orędzia Bogurodzicy zostały przyjęte, gdyby podjęto powszechne modlitwy przebłagalne w intencji pokoju (jak w 1920 roku), gdyby lud Warszawy zreflektował się i podjął przemianę życia, to losy Powstania z pewnością potoczyłyby się inaczej! Tak ocalała Niniwa, której mieszkańcy posłuchali proroka Jonasza i nawrócili się, żałując za dawne grzechy. Niniwici mieli czterdzieści dni na zmianę postępowania, a warszawianie… prawie półtora roku! Tak ocalał Rzym dwa miesiące wcześniej (5. VI.44). Dzięki modlitwie uratowało się zaminowane przez Niemców miasto, miliony ludzi ocaliły życie, o czym piszemy dalej.
Dowódcom AK nie brakowało bojowej odwagi, ale zabrakło im wiary, by los powstania oficjalnie, przez ręce Maryi, powierzyć Bogu Najwyższemu. Ze słów Matki Bożej, które padły na Siekierkach, wybraliśmy te z listopada 1943 roku, są one bowiem kluczem do zrozumienia przyczyny klęski Powstania Warszawskiego: Jak wy jesteście ze Mną, to i Ja jestem z wami i nic się wam nie stanie! Dowódcy Armii Krajowej nie poszli w bój z Jej błogosławieństwem, okryci płaszczem Jej opieki. Nie prosili Patronki Warszawy, by skruszyła strzały Bożego gniewu godzące w miasto, nie prosili, by odrzucała, jak ongiś w Wólce Radzymińskiej, wrogie pociski, które teraz bezkarnie burzyły dom po domu. Nie byli z Maryją, więc nie mogli doświadczyć skutków Jej solennej obietnicy: i nic się wam nie stanie! Dlatego nie może nikogo dziwić, że w sierpniu 1944 roku, w święto Wniebowzięcia Najświętszej Maryi Panny, nie powtórzył się Cud nad Wisłą z 1920 roku, nie pokonano i nie przepędzono okupanta ze stolicy!
Nie może nikogo dziwić, że wszystko dookoła leżało w gruzach. Wszystko było zburzone i wszystko się paliło. Między jednym a drugim schronem przekopy były zniszczone. Nie było możliwości życia. Bomby padały i burzyły ulicę po ulicy, dom po domu. Po sześćdziesięciu trzech dniach powstanie poniosło druzgoczącą klęskę, a Warszawa została totalnie zrujnowana, wręcz starta z powierzchni ziemi. Stało się tak, jak zaplanował Hitler: Warszawa [została] zrównana z ziemią, [by] w ten sposób [stworzyć] zastraszający przykład dla całej Europy. Warschau caput! ! !
Pół miliona niewinnych ludzi straciło życie. Słusznie zauważa ks. Kazimierz Góral: Gdy zlekceważy się przestrogi Maryi, przychodzi tylko czekać na zapowiadaną otchłań rozpaczy!
Ponawiamy pytanie, czy tak się musiało stać? Odpowiadamy: na pewno nie! Wystarczy przyjrzeć się analogicznej sytuacji, jaka w tym samym czasie miała miejsce w okupowanym Rzymie: Rzym, maj 1944 roku. Front szybko zbliżał się do Wiecznego Miasta. Walki toczyły się zaledwie o 12 kilometrów od centrum, w pobliżu miejscowości Castel di Leva. Papież Pius XII zatroskany o bezpieczeństwo cudownego, starożytnego obrazu Madonny Bożej Miłości, nakazał przeniesienie go do rzymskiej bazyliki św. Ignacego.
W końcu maja, gdy działania wojenne objęły przedmieścia, Papież polecił, by przed obrazem Madonny dei Divino Amore została podjęta nowenna o ocalenie miasta. Sam w imieniu mieszkańców Rzymu złożył Maryi ślubowanie. Przyrzekł, że jeśli Madonna ocali miasto, to na ruinach zamku Castel di Leva zostanie zbudowana dla cudownego obrazu nowa świątynia i zostaną erygowane organizacje religijne i charytatywne Jej imienia.
4 czerwca 1944 roku czołgi generała Alexandra ruszyły do ataku. Niemcy byli przygotowani do zdetonowania założonych ładunków i wysadzenia w powietrze miasta. Chcieli pozostawić po sobie pamiątkę: spaloną ziemię i rumowisko gruzów (takie samo, jakie w 3 miesiące później pozostawili w Warszawie i jakie chcieli pozostawić po sobie na Jasnej Górze, w styczniu 1945 roku). Lud Rzymu, odmiennie niż lud Warszawy, nie sposobił się do akcji zbrojnej. Jego mieszkańcy trwali na modlitwie dzień i noc na placu przed bazyliką świętego Ignacego. Zawierzali Matce Bożej Miłości los Wiecznego Miasta, a władze magistratu oficjalnie potwierdziły gotowość wypełnienia ślubów, jakie w ich imieniu złożył Madonnie Ojciec święty. I oto tego samego dnia, w nocy z 4 na 5 czerwca, Niemcy nagle, z niewiadomych przyczyn, opuścili Rzym, nie detonując założonych ładunków. Nikt nie mógł pojąć, jak to się właściwie stało i dlaczego? Wszystkich: cywilów, wojskowych i polityków zadziwił ten cudowny obrót sprawy! Winston Churchill dał wyraz zdumieniu, pisząc: „Rzym zdobyto w sposób całkowicie nieoczekiwany!”
12 czerwca 1944 r. „L’ Osservatore Romano” poinformował swoich czytelników: 11 czerwca dziesiątki tysięcy ludzi zebrały się przed Bazyliką Sant Ignazio, a wielu z nich przyszło tutaj boso. Przybyły rodziny, instytucje i szkoły. W procesji bez końca podchodzono, by ucałować obraz Madonny Bożej Miłości, by podziękować i oddać Jej cześć. Wśród rzeszy pątników znajdował się także Papież Pius XIL który przemówi! do Maryi w imieniu zgromadzonych, wyrażając Jej wdzięczność za cud bezkrwawego oswobodzenia Rzymu! Następnego dnia nieprzebrane tłumy odprowadziły procesyjnie cudowny obraz Madonny dei Divino Amore do jej siedziby w Castel di Leva.
Rzymianie nie chcieli rozstać się ze swoją dobrodziejką! W ścianach rzymskich kamienic wykuwano nisze, gdzie wśród kwiatów i płonących lampek królował obraz ich umiłowanej Matki! Magistrat Rzymu wkrótce wywiązał się ze złożonych obietnic: Czym się odpłacimy Maryi, za wszystko co nam wyświadczyła? Wypełnimy nasze śluby dla Niej, przed ludem Rzymu!
Porównajmy skuteczność sposobów zastosowanych dla wyzwolenia dwóch europejskich stolic latem 1944 roku: . lud Wiecznego Miasta sposobił się do wyzwolenia stolicy, nie chwytając za broń i nie wzniecając powstania. Pod przewodnictwem swego biskupa, ojca świętego Piusa XII, złożył Bogurodzicy ślubowania i … trwał na ufnej modlitwie przed Jej obliczem; . papież, Głowa Kościoła katolickiego i jednocześnie biskup Rzymu, mimo realnie istniejącego śmiertelnego niebezpieczeństwa (zaminowane miasto miało być lada chwila wysadzone w powietrze!) nie opuścił miasta, by ratować życie, lecz jak Dobry Pasterz pozostał ze swoimi owcami. I był promotorem ocalenia miasta, które dokonało się w sposób duchowy, bez użycia broni i przelewu krwi. Bo jak siłą armii jest wódz, tak siłą wierzącego ludu są jego pasterze; ˇ prymas Polski, kard. Hlond opuścił Polskę i swoją owczarnię już we wrześniu 1939 roku; . w Warszawie słowa ostrzeżeń Matki Bożej, nawołujące do pokuty i modlitwy, zostały praktycznie zignorowane, trafiając jedynie do znikomej części warszawian; . Mater Gratiarum odwrotnie niż Madonna dei Divino Amore nie została oficjalnie zaproszona do współpracy! Pozbawione Jej matczynej opieki Powstanie upadło, hitlerowcy stolicę Polski spalili i wymordowali pół miliona jej mieszkańców; . rzymianie postawili na MARYJĘ i… uratowali miasto; . warszawianie postawili na SIEBIE i… ponieśli totalną klęskę; . nie chciano pamiętać, że: lepiej uciekać się do Pana, niźli pokładać ufność w człowieku (Ps 118); . zapomniano, że : bez Boga ani do proga!
Fragment książki ks. dra Józef Marii Bartnika SJ i Ewy J. Storożyńskiej „Matka Boża Łaskawa a Cud nad Wisłą, czyli prawdziwa historia Bitwy Warszawskiej, rozdz. pt.: Rok 1943 Matka Łaskawa objawia się na Siekierkach, czyli S.O.S dla Warszawy.
fot. via: Wikipedia (domena publiczna)
***
Pocieszali, spowiadali, ginęli – o kapelanach Powstania Warszawskiego
Około 150 duchownych katolickich wzięło udział w Powstaniu Warszawskim jako kapelani poszczególnych oddziałów i szpitali polowych. W ciągu 63 dni wolnościowego zrywu byli stale przy walczących – odprawiali Msze, organizowali wspólne modlitwy, pocieszali, spowiadali i odprowadzali zmarłych w ostatniej drodze, wreszcie sami ginęli. Dziś, 1 sierpnia, przypada 81. rocznica wybuchu Powstania Warszawskiego.
błogosławiony ks. Józef Stanek SAC,
zdjęcie z wystawy w Muzeum Powstania Warszawskiego
***
Powstańczy kapelani wykazali się ogromnym bohaterstwem i poświęceniem. Nie przeżyło około 50 z nich: zginęli podczas ostrzałów i bombardowań a niektórzy zostali bestialsko zabici przez Niemców ponosząc śmierć męczeńską.
Najbardziej znanymi kapelanami Powstania byli: ks. Zygmunt Trószyński, ps. “Alkazar”, o. Józef Warszawski SJ, ps. “Ojciec Paweł”, ks. mjr Władysław Zbłowski SAC, ps. “Struś” czy o. Tomasz Rostworowski SJ, ps. “Ojciec Tomasz”.
Przed wojna byli zwyczajnymi duchownymi, niemniej w wielu tych życiorysach obecny jest epizod 1920 roku, to znaczy zaangażowania wojskowego w wojnie polsko-bolszewickiej na różnych poziomach. Niektórzy z przyszłych księży brali urlop w seminarium, żeby zaangażować się w wojsku. Widać więc wśród duchownych poczucie służby, nie tylko na rzecz Kościoła ale państwa polskiego. Później ci ludzie w różny sposób się rozwijają: niektórzy robią kariery naukowe, inni widzą swoje powołanie w zakonach, itd.
Kapelan w każdym oddziale, w każdej dzielnicy
Byli świetnie zorganizowani i mimo polskiego bałaganiarstwa i dramatycznych warunków, działali bardzo sprawnie, w miarę możliwości utrzymywali łączność z dowództwem i między sobą, ale – co najważniejsze – nie opuszczali ani na chwilę walczących. Przemieszczali się wraz z powstańcami, byli w pobliżu działań wojennych, w szpitalach polowych, na ulicach zbuntowanego miasta.
Kapelani stanowili integralną część struktury organizacyjnej Armii Krajowej. W każdym okręgu AK był ksiądz odpowiedzialny za zapewnienie opieki duchowej żołnierzom. Dzięki temu w 1944 roku niemal każdy oddział partyzancki miał swojego kapelana. Na czele tego duszpasterstwa stał ks. płk. Tadeusz Jachimowski, ps. “Budwicz”, który zginął 7 sierpnia.
Powstanie zastało księdza Jachimowskiego na Elektoralnej. 7 sierpnia w ten rejon wkroczyli Niemcy i aresztowali go wraz grupą cywilów. Wraz innymi zostali poprowadzeni przez Wolę. Następnego dnia jeden z esesmanów, prawdopodobnie z oddziałów Oskara Dirlewangera, zobaczył sutannę, czego nie mógł znieść… Wyciągnął go z kolumny cywilów i zastrzelił przy wszystkich.
Dziekanem obszaru stolicy był ks. Stefan Kowalczyk (ps. Biblia), który po rozstrzelaniu ks. Jachimowskiego przejął faktycznie obowiązki szefa Duszpasterstwa AK, zbudował podziemną kurię polową i dokooptował kapelanów tam, gdzie ich zabrakło. Po kapitulacji wraz z żołnierzami poszedł do niewoli. Najbardziej znanymi kapelanami Powstania byli: ks. Zygmunt Trószyński, ps. “Alkazar”, o. Józef Warszawski SJ, ps. “Ojciec Paweł”, ks. mjr Władysław Zbłowski SAC, ps. “Struś” czy o. Tomasz Rostworowski SJ, ps. “Ojciec Tomasz”.
To ks. Kowalczyk na polecenie przełożonego zwołał 1 sierpnia 1944 roku na godzinę 11.00 ostatnią odprawę kapelanów. Do budynku przy ul. Długiej przybyło 14 księży. Odprawa została zwołana za późno, gdyż walki wybuchły o godz. 17 i nie wszyscy zdążyli dotrzeć na powierzone im placówki. Element improwizacji stale towarzyszył posłudze duchownych w walczącym mieście. Ks. prałat Wacław Karłowicz (powstańczy kapelan zmarły w 2007 r.) wprost mówił o bałaganie. Mimo wszystkich trudności, ks. Kowalczykowi udało się wysyłać księży wszędzie tam, gdzie prosili o to dowódcy.
“Już po paru dniach mój szef «Biblia» miał swą kwaterę przy ulicy Marszałkowskiej, potem chyba na Pięknej, Koszykowej. Ale kontakt z podwładnymi utrzymywał żywy, żądał stałych sprawozdań, zatwierdzenia każdej sprawy duszpasterskiej, dyspensy, ślubów. A kiedy ludność cywilna i niektórzy księża zaczęli opuszczać Warszawę, czuwał, by żadna formacja, a łącznie z tym i dzielnica, nie była pozbawiona opieki duszpasterskiej” – pisał po latach ks. Mieczysław Paszkiewicz.
Między godziną “W” a kapitulacją
Kapelani wojskowi stanowili integralną część struktury Armii Krajowej. Każdy Okręg AK miał kapelana, który odpowiadał za zorganizowanie opieki duchowej dla poszczególnych jednostek. W 1944 r. prawie każdy oddział partyzancki AK miał swojego kapelana. I tak kapelanem obwodu I -Śródmieście był o. Jan Wojciechowski SJ, ps. “Korab”, kapelanem na Woli był odważny pallotyn – ks. mjr Władysław Zbłowski, ps. “Struś”, a na Żoliborzu proboszcz na Marymoncie ks. Zygmunt Trószyński, ps. “Alkazar”.
Na Ochocie żołnierzami obwodu opiekował się znany logik, prof. Uniwersytetu Jagiellońskiego ks. Jan Salamucha, który należał do wybitniej szkoły matematyczno-logicznej w Krakowie. Godził działalność naukową z duszpasterstwem. Został aresztowany wraz z grupą profesorów krakowskich podczas słynnej akcji SS, w listopadzie 1939 r. i jak wszyscy pozostali wywieziony do obozu koncentracyjnego w Sachsenhausen. Upomnieli się o niego włoscy naukowcy i w styczniu 1941 r. ks. Salamuchę uwolniono. Po powrocie do Polski został wikarym w parafii św. Jakuba na Ochocie.
Ks. Salamucha, tuż po gimnazjum sanitariusz w wojnie polsko-bolszewickiej, był w konspiracji. Bardzo też angażował się politycznie na rzecz zjednoczenia AK i Narodowych Sił Zbrojnych. Był szanowany przez obydwa środowiska. Wiele tajemnic tych negocjacji zabrał do grobu: jak każdy porządny konspirator, był bardzo dyskretny.
Zginął na Ochocie, w Reducie Wawelskiej. Gdy oddziały RONA otoczyły Redutę, powstańcy zaproponowali księdzu wycofanie się kanałami. Prosili, by szedł z nimi, ale on odpowiedział, żartując oczywiście, że jest za duży i nie zmieści się w kanale. Wiadomo było, że nie chce zostawić rannych bez opieki. Został rozstrzelany.
1 sierpnia dominikanin, o. Michał Czartoryski zjawił się na Powiślu u lekarza okulisty, odwiedzał też bliskiego znajomego i tam zastało go Powstanie. Także on bez reszty zaangażował się wśród w działania duszpasterskie. Pełnił posługi religijne, m.in. odprawiał Msze św. Przed wojną słynął z praktykowania radykalnego ubóstwa. Podkreślał, że musi być ono tak radykalne jak u św. Franciszka. Swojego miejsca szukał długo i w różnych zakonach.
Podczas powstania był kapelanem w szpitalu na Powiślu, urządzonym w piwnicy budynku na rogu ulic Smulikowskiego i Tamka. Na początku września dopadli go tam Niemcy. Choć mógł się ratować, nie chciał zostawić chorych, którymi się opiekował.
Świadek, któremu udało się uratować relacjonował, że Niemcy wyciągnęli o. Michała ze szpitala i zapytali kim jest. Dominikanin był w sutannie, nie chciał nawet rozmawiać, pokazał tylko dokumenty. Kazali mu zdjąć sutannę ale kategorycznie odmówił. Wtedy go zabili. Rozstrzelali też wszystkich pacjentów, a następnie spalili ciała zamordowanych.
1 sierpnia o godz. 11.00 na odprawę u ppłk. “Biblii”, która odbywała się przy ul. Długiej w byłym budynku Kurii Polowej, przybyło zaledwie czternastu duchownych. Pozostali albo nie otrzymali informacji o spotkaniu, albo nie zdołali dotrzeć na czas. Sytuacja na odprawie znalazła swoje odzwierciedlenie już po godzinie “W”. Część oddziałów nie miała swojego kapelana, jak np. słynny batalion “Zośka”, którego kapelanem został 4 sierpnia, trochę przypadkowo, słynny “Ojciec Paweł”, czyli o. Józef Warszawski SJ. Niektórzy księża dołączyli do wyznaczonych im oddziałów z opóźnieniem, a niektórzy zgłaszali się ochotniczo już w trakcie walk i otrzymywali przydział do jednostek od ks. “Biblii”. Duża część duchownych nie pełniła formalnie funkcji kapelanów, natomiast opiekowali się oni ludnością cywilną i rannymi w szpitalach polowych. Po kapitulacji opuścili miasto wraz z jego mieszkańcami udając się do obozów przejściowych w podwarszawskich miejscowościach. Niektórzy, jak dziekan okręgu Warszawa czy o. Warszawski poszli do niewoli wraz ze swoimi żołnierzami.
Powieszony na stule
Na pamięć zasługuje także inna, wybitna postać Powstania Warszawskiego. To pallotyn, ks. Józef Stanek. Kapelanem został przypadkowo. Urodził się na pograniczu polsko-słowackim, w Łapszach Niżnych. Podczas okupacji mieszkał w domu swojego zgromadzenia w Ołtarzewie pod Warszawą, studiował na tajnym uniwersytecie.
1 sierpnia miał zajęcia z socjologii i po prostu nie zdążył wrócić. Na początku był w Śródmieściu na ul. Hożej, potem sprawował posługę na Koszykach. Po jakimś czasie okazało się, że na Czerniakowie brakuje kapelanów i szef duszpasterstwa Powstania warszawskiego, ks. Stefan Kowalczyk ps. “Biblia” wysłał go właśnie tam. Ks. Józef w pełni zaangażował się w pracę wśród żołnierzy, chociaż wcześniej nie należał do struktur konspiracyjnego duszpasterstwa. Nie rozstawał się ze stułą ani z sutanną, otwarcie pokazując, że jest osobą duchowną. I to rozwścieczyło Niemców, którzy “wyłowili” go z szeregu.
To było w końcu września, kiedy powstanie na Czerniakowie już padło. Oprawcy, którzy wpadli na Czerniaków nie mogli znieść zachowania ks. Stanka. Znane są relacje bezpośrednich świadków tamtych chwil. Jeden z esesmanów krzyczał do księdza: jesteś najgorszy ze wszystkich, już wolę Polaków i Żydów, jesteś diabłem.
Ks. Stanek, który znał niemiecki, próbował negocjować z esesmanami, żeby zachowywali się godnie wobec ludności cywilnej. Trafił jednak na najgorszych oprawców Powstania czyli esesmanów z oddziałów Oskara Dirlewangera.
Najpierw został brutalnie pobity w obecności grupy zatrzymanych cywili a następnie powieszony na stule… Świadkiem jego śmierci był ks. mjr Józef Warszawski ps. “Paweł”, który stał w mundurze wojskowym. Opisał później to zdarzenie i, jak wyznaje, zastanawiał się, dlaczego ominął go podobny los. Niemcy wiedzieli, że jest księdzem, no ale nie “kłuł” ich w oczy sutanną… “Paweł” był zresztą znakomitym kapelanem w “Zośce” i “Parasolu”, niósł otuchę walczącym harcerzom, wspomina o nim Kamiński w “Kamieniach na szaniec”. Zmarł w 1997 r.
Zarówno ks. Stanek jak i o. Czartoryski znaleźli się w gronie 108 męczenników II wojny światowej beatyfikowanych przez Jana Pawła II w Warszawie w 1999 r.
Duszpasterstwo pod ostrzałem
Mimo nadzwyczajnych warunków posługi kapelanów w czasie Powstania, nie stosowali oni taryfy ulgowej ani wobec siebie, ani wobec wiernych. Kapelani bez przerwy byli przy walczących. Ich najważniejszym obowiązkiem było chowanie zmarłych, prowadzenie spisu poległych. Starannie wypełniali więc protokoły zgonów. Dla żołnierzy i ludności cywilnej odprawiali Msze św., organizowali wspólne modlitwy, spowiadali umierających, towarzyszyli im w ostatnich chwilach. Ponieważ mimo grozy toczyło się też normalne życie – chrzcili i błogosławili związki małżeńskie.
Dowództwo AK wydało polecenie odprawiania jednolitych modlitw porannych i wieczornych. Rano “Ojcze nasz”, “Zdrowaś Mario”, “Wierzę w Boga”, wieczorem “Anioł Pański” i trzykrotnie “Wieczny odpoczynek”.
Pragnąc zawierzyć walkę powstańców Najświętszej Maryi Pannie ks. Kowalczyk zorganizował modlitwę warszawiaków do Matki Bożej, która trwała od 15 sierpnia – uroczystości Wniebowzięcia do 26 sierpnia – uroczystości Matki Boskiej Częstochowskiej.
Historycy Powstania odnotowali jeden przypadek kapelana, który – wbrew zasadom – włączył się do walki. Ks. Antoniemu Czajkowskiemu “puściły nerwy”, gdy na jego oczach postrzelił się i zaraz potem zmarł młody powstaniec. Szok był tak mocny, że kapelan przez dwa tygodnie walczył za pomocą własnoręcznie zdobytego mausera. Zastąpił rannego porucznika Bolesława Niemirowskiego “Leka”, ale wrócił do swej posługi po dłuższych perswazjach ks. Kowalczyka.
Prof. Norman Davies podkreśla, że to posługa kapelanów zhumanizowała walkę, dzięki księżom nie dochodziło do samosądów, a jeńcy niemieccy byli traktowani zgodnie z Konwencją Genewską. W szpitalach polowych ranni okupanci byli traktowani tak samo jak Polacy – operacje i zabiegi były wykonywane w zależności od stanu pacjenta, wszyscy zaś otrzymywali te same racje żywnościowe.
Ale przede wszystkim obecność księży dawała siłę do przyjęcia śmierci, gdy średnio co dwie minuty ktoś ginął, a groby były rozsiane po całym mieście. Brytyjski historyk uważa, że katolicki rytuał śmierci i pogrzebu miał w tych warunkach ogromne znaczenie.
Śmierć kapelana naczelnego
Ks. płk. Tadeusz Jachimowski, ps. “Budwicz” w chwili wybuchu Powstania znajdował się w mieszkaniu na ul. Elektoralnej. Nie uczestniczył w przedpołudniowej odprawie u ks. “Biblii”, zresztą jego miejsce było przy Komendzie Głównej, skąd czekał na polecenia. Przez pierwsze dni kontakt z dowództwem był bardzo sporadyczny. Komenda Główna w tym czasie była odcięta od pozostałych oddziałów i po kilku dniach musiała się ewakuować z Woli na Stare Miasto. Czekając na rozkazy, które nie nadchodziły, ks. “Budwicz” urządził prowizoryczną kaplicę w domu przy Elektoralnej, gdzie okoliczni mieszkańcy zbierali się na modlitwie.
Kapelan naczelny nie marnował czasu spowiadając tych, którzy do niego przychodzili, udzielając ostatniego namaszczenia i umacniając na duchu ludność cywilną. 7 sierpnia, gdy Niemcy zajęli już całą Wolę, ks. Jachimowski otrzymał polecenie, by opuścić swoje dotychczasowe miejsce postoju i dołączyć do oddziałów powstańczych koncentrujących się wokół gmachów Sądów Grodzkich na Lesznie. Zwlekał jednak, spowiadając ludzi. Akurat udzielał rozgrzeszenia, gdy do zaimprowizowanej kaplicy wtargnęli niemieccy żołnierze. Jeden z nich wycelował w niego karabin, gdy sekretarka kapelana “Mira” zaczęła błagać innego żołnierza, obserwującego scenę ze współczuciem, aby ocalił księdza. Przekonywała go, że to kapłan, który ma ze sobą Najświętszy Sakrament. Żołnierz, widocznie katolik, powiedział coś do kolegi trzymającego wycelowany karabin, podszedł do “Budwicza” i sprawdził, czy rzeczywiście ma ze sobą Najświętszy Sakrament. Następnie kazał, aby kapelan dołączył do grupy cywili, którzy zostali pognani przez miasto.
W drodze ks. Jachimowskiemu udało się zostawić w Najświętszy Sakrament w kościele św. Andrzeja na Chłodnej. Kilka godzin później Niemcy dołączyli go do grupy mężczyzn pędzonych na rampę kolejową na Woli. Na noc grupa Polaków została zamknięta w kościele św. Wojciecha. Rano, gdy Niemcy prowadzili ich do transportów, jeden z konwojentów zobaczywszy w grupie księdza wyciągnął go z szeregów i zabił strzałem z pistoletu.
Opiekę duszpasterską nad powstańczą Warszawą organizował ks. “Biblia”, pełniąc de facto obowiązki kapelana naczelnego AK. Po kapitulacji, gdy ks. ppłk. Kowalczyk poszedł do niewoli wraz z innymi żołnierzami Powstania, kapelanem naczelnym został ks. płk. Jerzy Sienkiewicz, ps. “Gruzenda”, pełniący wcześniej funkcję zastępcy kapelana naczelnego.
Karabin i sutanna
Sekretarz kapelana naczelnego AK ks. Antoni Czajkowski, ps. “Badur” w godzinie “W” spowiadał młode sanitariuszki z Wyższej Szkoły Pielęgniarek. Miał przydział do oddziałów koncentrujących się w gmachu Sądów Grodzkich na Lesznie. Po wyspowiadaniu dziewcząt udał się w kierunku wyznaczonych jednostek. Po drodze, w Alejach Jerozolimskich, zatrzymali go jednak akowcy ppor. Bolesława Niewiarowskiego, ps. “Lek”. Kiedy zobaczyli, że mają przed sobą księdza, poprosili, aby został ich kapelanem. Zaczęli rozmawiać, a jeden z młodych żołnierzy – ps. “Rola” – pochwalił się swoim pistoletem. Broń okazała się niezabezpieczona i wypaliła. Powstaniec ciężko ranny upadł na ziemię w kałuży krwi. Wypadek tak wstrząsnął ks. “Badurem”, że postanowił zostać z oddziałem “Leka” i zastąpić tragicznie postrzelonego powstańca. Poprosił dowódcę o przyjęcie do jednostki i przyjął pseudonim żołnierski “Rola II” dla upamiętnienia postrzelonego chłopca.
Ks. Czajkowski brał udział w zdobyciu kolejnych kamienic w Alejach Jerozolimskich i silnie bronionego gmachu Zarządu Wodociągów i Kanalizacji na placu Starynkiewicza. W walkach wyróżniał się odwagą i pomysłowością. Ranny w jednej z akcji ppor. “Lek” mianował go swoim zastępcą. Po dwóch tygodniach Powstania, gdy do oddziału zgłaszali się nowi ochotnicy, ks. “Badur” postanowił powrócić do swoich pierwotnych zadań, nadal bowiem odczuwalny był brak kapelanów. Po zgłoszeniu się do ks. płk. “Biblii”, ks. Czajkowski otrzymał przydział jako kapelan Zgrupowania “Chrobry II”`, a więc oddziałów, z którymi walczył do tej pory. Towarzyszył im aż do kapitulacji.
Chrystus z ciężko rannymi
W sierpniu trwały zażarte walki na Starówce. W tych dniach zarówno powstańcy, jak i ludność cywilna szukali pociechy i wsparcia u Matki Bożej Łaskawej oraz przy trumnie św. Andrzeja Boboli w kościele jezuitów na Świętojańskiej, a także przed cudownym krucyfiksem w katedrze. 17 września, ks. Wacław Karłowicz, ps. Andrzej Bobola, był wśród rannych przy ul. Długiej, gdy ktoś przybiegł do niego z wiadomością, że pali się katedra. Ks. Karłowicz, kustosz kościoła, poszedł tam natychmiast. Katedra rzeczywiście była w płomieniach, paliły się posągi królów polskich i stalle, ogień ogarniał ołtarz. Ks. Karłowicz chwilę zastanawiał się co zrobić, postanowił uratować przed zniszczeniem przynajmniej cudowny krucyfiks. Udało mu się jednak zdjąć z krzyża tylko figurę Chrystusa i wynieść ją na zewnątrz.
Po bombardowaniu ludzie spontanicznie utworzyli procesję, w której wśród ruin Starówki przenieśli figurę Jezusa do klasztoru sakramentek. Wielu cierpiących miało poczucie, że Bóg dzieli ich los i razem z nimi przemierza staromiejską Drogę Krzyżową. Po zniszczeniu klasztoru czyjeś troskliwe ręce przeniosły Jezusa z katedry do podziemi kościoła dominikanów na Freta. Tam zupełnie nieoczekiwanie natknął się na Niego ks. “Czesław” – Henryk Cebulski podczas spowiadania i namaszczania rannych. Obok spoczywających na posadzce ciężko rannych ludzi leżała też okryta płaszczem figura Chrystusa.
Błogosławieni i oczekujący na beatyfikację
Postaci pallotyna, ks. Józefa Stanka SAC i dominikanina, o. Michała Czartoryskiego OP są szerzej znane opinii publicznej, gdyż zostali wyniesieni na ołtarze przez Jana Pawła II w 1999 r. w grupie 108 męczenników II wojny światowej. Obaj zakonnicy rozpoczęli posługę kapelanów w sposób nieplanowany – wybuch Powstania zaskoczył ich, zostali mianowani kapelanami „w biegu”, ks. Stanek posługiwał na Czerniakowie, o. Czartoryski na Powiślu.
Kandydatem na ołtarze jest natomiast jezuita, o. Władysław Wiącek. Niemcy wtargnęli do klasztoru jezuitów przy ul. Rakowieckiej już 2 sierpnia. Uwięzili zakonników wraz z grupą świeckich, szukających w klasztorze bezpieczeństwa. Oprawcy wzywali ich pojedynczo i po rewizji kierowali do pokoju organisty, do którego wrzucali granaty. Była to systematycznie przeprowadzana egzekucja.
Kilku osobom udało się zbiec i to one zaświadczyły, jak upłynęły ostatnie godziny życia zakonników i świeckich. Na śmierć przygotował ich o. Wiącek. To on zainicjował modlitwy, żegnał osoby, wywoływane na egzekucję. Zgromadzeni odmawiali Koronkę do Miłosierdzia, „Pod Twoją obronę”, zakonnik zachęcał do spowiedzi, gdyż “za chwilę każdy znajdzie się z Panem Jezusem, a księży jest dość”. Tak też się stało, wierni się spowiadali, o. Aleksander Kisiel uspakajał dziesięcioletniego ministranta, żeby się nie bał i był tylko gotów. Inny jezuita, o. Madaliński, udzielił zebranym odpustu zupełnego w obliczu śmierci, co było stałą praktyką w czasie Powstania Warszawskiego.
„Dzięki opiece duchowej ojców zakonników, wszystkie ofiary tego wydarzenia odeszły do Pana rozgrzeszone” – stwierdza Marcelina Koprowska w książce “Życie religijne podczas Powstania Warszawskiego” (Instytut Dziedzictwa i Myśli Narodowej, Nerton, Warszawa 2022). Są nieformalnymi męczennikami, zaś duchowy przewodnik ich ostatnich godzin życia, o. Władysław Wiącek, zostanie w przyszłości wyniesiony na ołtarze – przewiduje autorka.
Nie bójcie się śmierci…
Kapelani starali się tłumaczyć powstańcom, że śmierć nie jest końcem. Bardzo powszechne było zbiorowe rozgrzeszenie “in articulo mortis” czyli “w obliczu śmierci”, udzielane po spowiedzi powszechnej. Czyli: jeśli nie przeżyjesz to masz odpuszczenie grzechów, a jeśli powrócisz po walce, to przed przyjęciem komunii św. musisz się z nich wyspowiadać. Bardzo rygorystycznie przestrzegano też zasady, że duszpasterz ma pozostać duszpasterzem i nie może biegać z bronią. On jest od tego, by pilnować spraw duchowych.
Na jednym z filmów zrealizowanych przez Muzeum Powstania Warszawskiego jest scena z Mszy św. odprawianej przez bp. Stanisława Adamskiego – biskupa katowickiego, który został stamtąd wysiedlony bo nie podpisał volkslisty i w czasie okupacji przebywał w Warszawie. Na podstawie ruchu jego udało się odtworzyć fragmenty kazania, prawdopodobnie z 15 sierpnia, wielkiego święta Maryjnego, kiedy to, podobnie jak 26 sierpnia powstańcy masowo uczestniczyli w mszach i spowiadali się.
Wlewanie otuchy i ukazywanie powstańczego “tu i teraz” w perspektywie metafizycznej było lejtmotywem warszawskiej homiletyki tamtych dni. Starano się odnaleźć i ukazać jakiś sens tego, co wokół się dzieje; że to, co nas tu spotyka jest częścią jakiegoś Bożego planu i że śmierć nie jest końcem. Powtarzano: nie bójcie się śmierci, bo w kontekście chrześcijańskim śmierć jest początkiem.
Agata Kowalska/Tygodnik Niedziela
***
„Tu cię wezwałem”. Sto lat temu Faustyna Kowalska wstąpiła do zakonu
Prawie wszystko wygląda tu inaczej niż sto lat temu, gdy Helena zapytała: „Panie domu tego, czy mnie przyjmujesz?”.
Wyjątkowe miejsce na mapie Polski znajduje się przy ul. Żytniej 3/9 w Warszawie. To dom generalny sióstr Matki Bożej Miłosierdzia. Tutaj sto lat temu, 1 sierpnia 1925 r., młoda Helena Kowalska – przyszła siostra Faustyna – wstąpiła do zgromadzenia.
Siostry z innych zgromadzeń, do których wcześniej pukała z prośbą o przyjęcie, odprawiały ją z kwitkiem. Widziały w niej tylko prostą dziewczynę bez posagu, która skończyła zaledwie trzy klasy szkoły podstawowej. Takie kandydatki rzadko wtedy przyjmowano. Ewa Czaczkowska, autorka biografii Faustyny, przytacza anegdotę, według której siostry z innego zgromadzenia, których klasztor stoi niedaleko ulicy Żytniej, do dzisiaj „z żalem mówią, że nie rozpoznały w Helenie przyszłej świętej”.
Pan domu tego
Odwiedziliśmy dom generalny zgromadzenia, które przyjęło Helenę. Dziewczyna przyszła tu po raz pierwszy latem 1924 roku. – Siostry miały wtedy rekreację. Matka generalna posłała jedną z nich, żeby porozmawiała z Heleną. Siostra zobaczyła skromnie ubraną dziewczynę i po chwili rozmowy zdała relację matce generalnej, że… nic specjalnego. Przełożona domu, matka Michaela Moraczewska, też wyraziła chęć porozmawiania z dziewczyną, a matka generalna dała jej pozwolenie – mówi s. Jolanta Pietrasińska, która nas oprowadza.
Świetnie wykształcona, znająca kilka języków matka Michaela była, jak później napisała siostra Faustyna, „przesiąknięta światłem Bożym i bardzo miłująca Boga”. Jej jednak Helena też nie zachwyciła. Pomyślała: „To nie dla nas”. Chciała ją zaraz odesłać, ale stwierdziła: „Będzie więcej zgodne z miłością bliźniego zadać tej dziewczynie kilka pobieżnych pytań i dopiero potem ją pożegnać”. W trakcie tej krótkiej rozmowy zwróciła uwagę, że kandydatka jest szczera, rozsądna, ma miły uśmiech. – Zauważyła, że bardzo zyskuje w bezpośrednim kontakcie. Kazała więc jej iść do Pana domu i zapytać, czy ją przyjmuje. Helena zaraz poszła do kaplicy – mówi s. Jolanta.
Helena zapytała tam: „Panie domu tego, czy mnie przyjmujesz?”. „I zaraz usłyszałam głos taki: »Przyjmuję, jesteś w sercu moim«” – zapisała w swoim „Dzienniczku”.
Kaplica, w której Faustyna wtedy i wiele razy później rozmawiała z Jezusem, do dzisiaj istnieje. Została uszkodzona w czasie powstania warszawskiego, ale odbudowano ją. Każdy może tam wejść i pomodlić się przed wystawionym Najświętszym Sakramentem, bo dzisiaj to sanktuarium i kościół parafialny Miłosierdzia Bożego i św. Faustyny. Świątynia jest słabo widoczna z ulicy – trzeba wejść w bramę przy ul. Żytniej 1.
Gdy Helena wróciła z kaplicy, matka Michaela zapytała: „No, czy Pan przyjął cię?”. – Dziewczyna odpowiedziała, że tak, a na to matka: „Jeżeli Pan przyjął, to i ja przyjmuję”. Umówiły się, że jeszcze przez rok Helena pozostanie poza zgromadzeniem i zbierze pieniądze chociaż na skromną wyprawkę, czyli na podstawowe rzeczy osobiste, potrzebne w klasztorze – relacjonuje s. Jolanta.
Mury ją pamiętają
1 sierpnia 1925 r. Helena została przyjęta. Czuła się szczęśliwa. Po kilku tygodniach uznała jednak, że tu jest za mało czasu na modlitwę. – Jesteśmy zgromadzeniem apostolskim, więc postanowiła przejść do innego, kontemplacyjnego. Zobaczyła wtedy na firance w celi oblicze Pana Jezusa Cierpiącego. Zapytała: „Jezu, kto Ci taką boleść wyrządził?”. Odpowiedział: „Ty mi wyrządzisz taką boleść, jeżeli wystąpisz z tego zakonu. Tu cię wezwałem, a nie gdzie indziej, i przygotowałem wiele łask dla ciebie” – mówi s. Jolanta.
Cela, o której napisała w „Dzienniczku” Faustyna, to po prostu miejsce w pokoju, oddzielone od innych sióstr parawanami. – Każda z sióstr miała tam żelazne łóżko, szafkę, miednicę i dzbanek. Jeszcze kiedy ja wstępowałam do zgromadzenia, tak to wyglądało – wspomina s. Jolanta.
Nie wiadomo, w której części gmachu to się wydarzyło. Dom generalny został spalony przez Niemców w czasie powstania warszawskiego i wygląda dziś zupełnie inaczej niż przed stu laty. Są jednak takie części klasztoru, które pamiętają Faustynę. Należą do nich piwnice – dziś jest w nich urządzona wystawa o świętej i o historii zgromadzenia. Oryginalny fragment ściany, sięgający pierwszego piętra, został też wyeksponowany od strony ulicy Żytniej. W przeciwieństwie do wzniesionej na nowo dalszej części muru, pozostaje nieotynkowany.
Jezus daje obietnice
Faustyna wyjeżdżała do pracy w klasztorach w innych miastach, ale kilka razy wracała do Warszawy. – To tutaj złożyła swoje życie w ofierze za nawrócenie grzeszników. Pan Bóg dał jej poznać, że jeśli tej ofiary nie podejmie, wcale nie cofnie od niej swoich łask. Priorytetem dla Faustyny było jednak pełnienie woli Bożej, więc się ofiarowała – mówi siostra Jolanta. Faustyna brała czasem na siebie pokusy innych ludzi – np. pokusę popełnienia samobójstwa, którą odczuwała jedna z wychowanek w Warszawie.
– To tutaj Faustyna miała też wizję Matki Bożej, która powiedziała jej: „Ja dałam Zbawiciela światu, a ty masz mówić światu o Jego wielkim miłosierdziu i przygotować świat na powtórne przyjście Jego, który przyjdzie nie jako miłosierny Zbawiciel, ale jako Sędzia sprawiedliwy. O, on dzień jest straszny. Postanowiony jest dzień sprawiedliwości, dzień gniewu Bożego, drżą przed nim aniołowie. Mów duszom o tym wielkim miłosierdziu, póki czas zmiłowania” – relacjonuje siostra Jolanta. – To jest orędzie na czasy ostateczne, dane nie po to, żeby nas straszyć, tylko żeby nas obudzić. Faustyna zobaczyła piekło i opisała je z rozkazu Bożego; stwierdziła m.in., że najwięcej jest tam takich, którzy nie wierzyli, że piekło istnieje… Była też w czyśćcu i w niebie. Tu chodzi o wieczność, czyli o rzeczywistość, która się już nie zmieni – podkreśla.
Mówi także o szczególnych obietnicach, które Jezus związał z formami kultu Bożego Miłosierdzia przekazanymi przez s. Faustynę. Odnoszą się one do czci obrazu Jezusa Miłosiernego, koronki, modlitwy w Godzinie Miłosierdzia, do obchodzenia święta Miłosierdzia, a także do szerzenia czci Bożego Miłosierdzia. Szczegółowe informacje na ten temat można znaleźć na stronie zgromadzenia: faustyna.pl.
W każdy piątek jest Adoracja Najświętszego Sakramentu od godz. 18.00
W czasie Adoracji jest możliwość przystąpienia do sakramentu spowiedzi świętej.
Msza św. wynagradzająca za grzechy nasze i całego świata odprawiana jest o godz. 19.00
***
W trzeci piątek miesiąca sprzątamy kościół św. Piotra od godz. 17.00. Chętni bardzo mile widziani
***
W każdą sobotę o godz. 18.00 jest Msza św. wigilijna z niedzieli
Możliwość spowiedzi świętej jest od godz. 17.00
***
W pierwsze soboty miesiąca po Mszy św. jest Nabożeństwo Pięciu Sobót Wynagradzających za zniewagi i bluźnierstwa przeciwko Najświętszej Matce Bożej
***
W drugie soboty miesiąca po Mszy św. modlimy się Koronką do Serca Boleściwej Matki – Serca przebitego siedmiokrotnie mieczem boleści.
***
W trzecie soboty miesiąca po Mszy św. modlimy się na różańcu o pokój na świecie.
***
W każdą Niedzielę Msza św. jest o godz. 14.00
Przed Mszą św. jest Adoracja Najświętszego Sakramentu.
W tym czasie jest także możliwość przystąpienia do sakramentu spowiedzi od godz. 13.30
Od września 2024 roku trwają prace renowacyjne kościoła św. Piotra. Dlatego w piątki Adoracja, spowiedź św. i Msza św. na czas remontu są w sali parafialnej. Natomiast w soboty i w niedziele Msze św. są w kościele.
***
Kaplica izba Jezusa Miłosiernego
4 Park Grove Terrace, Glasgow G3 7SD
W każdy pierwszy czwartek miesiąca jest Msza św. o godz. 19.00
Po Mszy św. jest Godzina Święta
***
Naczynia połączone
Pierwsze czwartki, pierwsze piątki, pierwsze soboty.
Interesowni praktykują dla obietnic, gorliwi – z miłości. Podejmiesz wyzwanie?
ISTOCKPHOTO
***
Sytuacja z utrudnionym dostępem do Mszy, także pierwszopiątkowej, w jakiej przed pięcioma laty postawiła nas pandemia, pokazuje, jak ważne są dla wielu katolików dni, w których okazujemy szczególną cześć Najświętszemu Sercu Pana Jezusa i Niepokalanemu Sercu Najświętszej Maryi Panny. W pierwsze piątki miesiąca liczba wiernych w kościołach jest wyższa niż w inne dni powszednie, a wielu jest takich, którzy podejmują tego dnia posty i inne czyny pokutne.
Niedawno zmienił się sposób wyznaczania pierwszych dni miesiąca w kalendarzu kościelnym. Wcześniej obchodzono wszystkie trzy dni razem. Decydował pierwszy piątek. Jeśli ten dzień przypadł pierwszego dnia danego miesiąca, wtedy czwartek, choć kalendarzowo należał jeszcze do poprzedniego miesiąca, obchodziło się jako pierwszy. Jeżeli natomiast pierwszym dniem miesiąca była sobota, wówczas jako pierwszą sobotę w Kościele obchodziło się tę, która przypadała za tydzień – po pierwszym piątku. Niedawno zostało to uproszczone. Pierwsze czwartek, piątek i sobotę obchodzi się teraz wtedy, kiedy faktycznie są pierwsze w kalendarzu na dany miesiąc. Sposób liczenia dni to jednak kwestia drugorzędna. Istotne jest nastawienie serca i intencja, z jaką podejmuje się te praktyki.
Jak ciąża
Skąd te praktyki się wzięły? – Za pierwszymi piątkami stoi żądanie Pana Jezusa z objawień św. Małgorzaty Alacoque. Jeśli chodzi o nabożeństwo pięciu pierwszych sobót miesiąca, to stoi za nimi tradycja fatimska. Natomiast wcześniejsza tradycja bardziej była związana z kultem Niepokalanego Serca Maryi, który nawiązywał do kultu Serca Jezusa – mówi ks. prof. Marek Chmielewski. Dodaje, że praktyki pierwszego czwartku, piątku i soboty miesiąca nie mają charakteru obowiązkowego, lecz należą raczej do sfery pobożności. – O ile liturgia jest obowiązkowa, bo to jest kult Kościoła, o tyle jeśli chodzi o formy pobożności, to takiego obowiązku w sensie prawnym nie ma. Natomiast ze względów formacyjnych te formy się szanuje – zauważa.
Szczególnie popularne jest wśród wiernych nabożeństwo dziewięciu pierwszych piątków miesiąca. Dlaczego ma to być akurat dziewięć piątków, czyli de facto dziewięć miesięcy?
– Dlatego, że dziewięć miesięcy to analogia do czasu, jakiego potrzebuje dziecko rozwijające się w łonie matki, aby się urodzić. Przez praktykę dziewięciu pierwszych piątków ma się narodzić nowy człowiek, który żyje sakramentami. Jeśli dobrze wczytamy się w objawienia, których Pan Jezus udzielił św. Małgorzacie, zauważymy, że one mają na celu właśnie to: wychowanie człowieka do regularnego życia sakramentalnego – wskazuje teolog.
Zwraca uwagę na fakt, że od uchwały IV Soboru Laterańskiego w 1215 roku katolik ma obowiązek spowiedzi i Komunii raz w roku, szczególnie w okresie wielkanocnym. Na tamte czasy było to wymaganie wysokie, jeśli weźmie się pod uwagę istniejącą wtedy sieć kościołów. Z czasem jednak ulegało to zmianom i już na przykład w XVII wieku duszpasterstwo oraz dostępność kościołów wyglądały całkiem inaczej. Wówczas traktowanie pobożności na zasadzie „raz w roku” wymagało zdynamizowania. I taka pomoc przyszła. Pierwszopiątkowe praktyki i związane z nimi obietnice Jezusa znacznie ożywiły życie duchowe katolików.
Sama św. Małgorzata Maria Alacoque w jednym z listów napisała, że kult Najświętszego Serca „ma na celu odnowienie w duszach skutków Odkupienia”. To jest zasadniczy cel tego nabożeństwa.
Chodzi o cel
Wraz z nową formą pobożności pojawiły się także jej wypaczenia, polegające na magicznym traktowaniu praktyk pierwszopiątkowych (a także pierwszosobotnich), czyli wykonywaniu ich na zasadzie „zaliczenia”: przyjść, odprawić spowiedź, Komunię, najlepiej wszystko w sam pierwszy piątek. Towarzyszy temu oczekiwanie, że gdy wypełnię praktykę, Pan Bóg musi mi zagwarantować zbawienie. Taki „handel wymienny”.
Ksiądz Marek Chmielewski, przestrzegając przed taką postawą, podkreśla ważność odpowiedniego przygotowania do spełniania warunków nabożeństwa. – Jest dobrą intuicją duszpasterską, że dzieci pierwszokomunijne przynajmniej przez pierwszy rok odprawiają dziewięć pierwszych piątków. Nie powinno tam jednak chodzić o uzyskanie nieco magicznie traktowanego „biletu do nieba”. Obietnica mówi przede wszystkim, że człowiek nie umrze bez szansy pojednania z Bogiem, ale to samo przez się nie jest gwarancją zbawienia. Chodzi o to, żeby tego młodego człowieka wychować w życiu sakramentalnym nie tylko co do ilości wypełnionych praktyk. On ma się nauczyć, jak się spowiadać: nie tylko w sposób faktograficzny, ale analityczny; ma się nauczyć życia eucharystycznego, adoracji. I to jest ważne – przekonuje. Przywołuje konkretny przykład prawidłowej formacji w tym zakresie.
– W pierwszych latach kapłaństwa pracowałem w dużej parafii w Radomiu. Była tam siostra katechetka, która przez pół godziny odprawiała z dziećmi rachunek sumienia, zanim księża usiedli, żeby spowiadać je na pierwsze piątki. I widać było efekty. Dzieci były dobrze przygotowane, wiedziały, co mówią. Takie podejście jest bardzo ważne dla rozwoju duchowego. Jeśli tego nie ma, dochodzi do takich sytuacji, że dorosły człowiek spowiada się jak dziecko pierwszokomunijne. Tak więc praktyka pierwszych piątków miesiąca ma wielki potencjał duszpasterski, jeśli jest mądrze i dobrze sprawowana. I to jest jej zasadniczy cel. Chodzi przecież o wychowanie do miłości Boga, bliźniego i samego siebie – akcentuje kapłan.
Wynagrodzenie
Nabożeństwo do Serca Jezusowego jest kultem ekspiacyjnym, wynagradzającym. Podobnie jest z kultem Niepokalanego Serca Maryi Panny, w którym od czasu objawień fatimskich wzmocniony został element pokuty za grzechy. Maryja w Fatimie mówiła dzieciom, że wielu ludzi ginie na wieki, bo zbyt mało jest takich, którzy chcieliby się za nich modlić i ofiarować swoje cierpienia. Także tu istotny jest więc motyw wynagrodzenia.
– Wynagrodzenie jest często traktowane na sposób ludzki: komuś zrobiłem przykrość, to teraz muszę przeprosić, żeby mu sprawić przyjemność. Samo wyrażenie „obrażać Boga” jest antropomorficzne, ale nie mamy innych narzędzi. Wyglądałoby na to, że przez nasze zgrzeszenie Pan Bóg coś traci i my musimy Mu to oddać, tak jak w ramach restytucji musimy oddać to, co ukradliśmy, bo w przeciwnym razie nie spełnimy warunku nawrócenia – mówi ks. Marek Chmielewski. Zauważa jednak, że to nie do końca tak. – Chodzi o to, że skoro Bóg jest miłością, to grzech jest zaprzeczeniem miłości. To jest przede wszystkim krzywda, jaką człowiek samemu sobie wyrządza przez odwrócenie się od miłości. I to nie miłości w znaczeniu uczuciowym, tylko rozumianym jako afirmacja osoby. Wynagrodzenie jest przede wszystkim odbudowaniem i wzmocnieniem w grzeszniku miłości. To wynagrodzenie staje się bardziej zrozumiałe, gdy patrzymy na nie przez wymiar Kościoła. Czasami mówimy, że Kościół jako Mistyczne Ciało Chrystusa jest jak zespół naczyń połączonych. Jeżeli poziom spada w jednym naczyniu, to spada we wszystkich. Mistyczne Ciało doznaje uszczerbku przez cudzy grzech. Wierni mający tę świadomość tym bardziej chcą okazać miłość Bogu i bliźniemu, aby ten brak, jaki Kościół cierpi, został wyrównany. A więc nie tyle Pan Bóg cierpi szkody (jest przecież bytem absolutnym), ile Kościół ponosi duchowe straty. I gorliwi chcą naprawić to, co inni zepsuli. To jest wyraz odpowiedzialności za zbawienie innych i za życie Kościoła – podkreśla teolog.
Czwartki
Tradycja pierwszych czwartków jest późniejsza niż piątków i sobót. – Nie można ich traktować na równi z pierwszymi piątkami – zauważa ks. prof. Chmielewski. Dodaje, że trudno wskazać początek tej tradycji. Prawdopodobnie wiąże się z orędziami na Światowe Dni Powołań, które zapoczątkował św. Paweł VI. – Tam, jak się zdaje, jest początek tej praktyki: zaproszenie do szczególnej modlitwy w pierwsze czwartki o powołania, głównie kapłańskie – mówi. Zauważa, że zwyczajowo modlimy się o powołania, ale rzadko akcentuje się modlitwę za powołanych. O to, żeby byli wierni powołaniu – a to jest przecież istota.
Franciszek Kucharczak/Gość Niedzielny
W każdą trzecią sobotę miesiąca w kaplicy izbie Jezusa Miłosiernego jest spotkanie Biblijne na temat: kobiety w Piśmie Świętym. Spotkanie rozpoczynamy o godz. 10.00 śpiewaniem Godzinek ku czci Najświętszej Maryi Panny a kończymy w południe modlitwą Anioł Pański.
***
W czwartym tygodniu każdego miesiąca – z piątku na sobotę – jest całonocna Adoracja Najświętszego Sakramentu dla kobiet w kaplicy Sióstr Benedyktynek w Largs.
Początek Adoracji rozpoczyna się modlitwą różańcową o godz. 21.00 a zakończenie Adoracji śpiewem Godzinek ku czci Najświętszej Maryi Panny i Mszą św. o brzasku dnia o godz. 5.00
Słyszymy to słowo na każdym kroku, w naszych miastach spotykamy kaplice adoracji, ale czy tak właściwie zastanawiamy się czym ta adoracja naprawdę jest? Jaki jest jej sens i jakie może przynieść owoce?
fot. Magdalena Pijewska/Tygodnik Niedziela
***
Wierzę mocno w to, że adoracja Boga jest najważniejszą sprawą w podtrzymywaniu tego świata w komunii z Bogiem i jednocześnie największą ochroną dla naszego świata przed zatraceniem się w grzechu.
Kard. Karol Wojtyła nazywał klasztor krakowskich Kamedułów na Bielanach „piorunochronem dla Krakowa”. Ukryci za murami klasztoru mnisi przez swoją modlitwę i adorację pewnie wyprosili niejedną łaskę dla ludzi żyjących w świecie.
W tekście z początków chrześcijaństwa, napisanym po grecku, odkryłem, że autor na opisanie adoracji Boga użył słowa „fotografować”. Zawsze myślałem, że to słowo pojawiło się w czasach odkrycia aparatu fotograficznego. Tymczasem używane było również do określenia tego, o czym tu rozmawiamy.
Człowiek, który adoruje Najświętszy Sakrament, w jakimś sensie w swojej duszy i w swoim umyśle „fotografuje” Boga, aby nosić Jego zdjęcie w sobie i przez to chodzić w obecności Boga.
Dlatego powinniśmy jak najwięcej wpatrywać się w najbardziej realną obecność Boga tu, na ziemi, jaką jest Jego obecność w Eucharystii. Zakłada to również konieczność wpatrywania się w Najświętszy Sakrament podczas chwil adoracji.
Trzeba więc zadbać o to, aby koncentrować się na patrzeniu w Jezusa Eucharystycznego. Patrzenie to jednak ma być wysiłkiem zjednoczenia swojego myślenia i odczuwania z Panem Bogiem.
Adoracja może mieć też formę modlitewnego zawierzenia Bogu wielu spraw. Dlatego przed Najświętszym Sakramentem odprawiamy różne nabożeństwa, litanie, konkretne modlitwy.
To nasze serce ma nam podpowiadać, jak powinna wyglądać nasza adoracja. Pewnie trzeba w niej połączyć naszą osobistą relację z Bogiem i wpatrywanie się w Jego obecność z polecaniem Bogu konkretnych problemów życiowych.
Wierzę, że jeśli wytrwamy w adoracji, to sam Duch Święty zadba o to, jak ma ona wyglądać, bo gdy nie wiemy, jak mamy się modlić, sam „Duch przychodzi z pomocą naszej słabości”.
ks. bp. Andrzej Przybylski/Tygodnik Niedziela
***
Adobe Stock
***
KOMUNIĘ ŚWIĘTĄ przyjmujemy z należytym uszanowaniem do ust i na klęcząco.
Jeżeli jednak przystępujący do Komunii świętej decyduje się przyjąć CIAŁO PAŃSKIE na rękę – wtedy spożywa NAJŚWIĘTSZE CIAŁO w obecności kapłana.
Przyjmując KOMUNIĘ ŚWIĘTĄ – na słowa kapłana: CIAŁO CHRYSTUSA – przyjmujący odpowiada: AMEN.
***
Co oznacza nasze „Amen”, które wypowiadamy podczas Komunii św. przyjmując „Ciało Chrystusa”?
Kapłanowi, który rozdając Eucharystię mówi tobie: „Ciało Chrystusa”, odpowiadasz: „Amen” – to znaczy uznajesz łaskę i zaangażowanie, jakie pociąga za sobą stanie się Ciałem Chrystusa. Gdy przyjmujesz bowiem Eucharystię, stajesz się Ciałem Chrystusa. To bardzo piękne! Komunia, jednocząc nas z Chrystusem, wyrywając z naszego egoizmu, otwiera nas i jednoczy ze wszystkimi, którzy są jedno w Nim. Oto cud Komunii Świętej: stajemy się Tym, Którego otrzymujemy!
Benedykt XVI –Jan Paweł II – Wielki Tydzień 2004
***
“Ten kto MNIE spożywa, będzie żył przez MNIE” (J 6,57)
„Wiara Kościoła jest istotową wiarą eucharystyczną, a więc sakramentalną, i karmi się ona w szczególny sposób przy stole Eucharystii”. (papież Benedykt XVI)
***
Czekanie na Spotkanie. Post eucharystyczny – dlaczego, dla kogo i jak?
Praktykę postu eucharystycznego wprowadził papież Marcin V w XV wieku. Obowiązywał od północy aż do przyjęcia Komunii. Obecne przepisy stanowią, że należy go zachować przynajmniej przez godzinę przed przyjęciem Komuniiświętej.
Każde dziecko komunijne wie, że godzinę przed przyjęciem Komunii św. należy powstrzymać się od jedzenia i picia. To tzw. post eucharystyczny. Zasadniczym celem tej praktyki jest okazanie szacunku Ciału Pańskiemu. Mówi o tym Katechizm Kościoła Katolickiego. „Aby przygotować się odpowiednio na przyjęcie sakramentu Eucharystii, wierni zachowają ustanowiony przez Kościół post. Postawa zewnętrzna (gesty, ubranie) powinna być wyrazem szacunku, powagi i radości tej chwili, w której Chrystus staje się naszym gościem” – czytamy (1387).
Różnie z tym musiało bywać, skoro już św. Paweł upominał Koryntian: „Gdy się zbieracie, nie ma u was spożywania Wieczerzy Pańskiej. Każdy bowiem już wcześniej zabiera się do własnego jedzenia, i tak się zdarza, że jeden jest głodny, podczas gdy drugi nietrzeźwy. Czyż nie macie domów, aby tam jeść i pić? Czy chcecie znieważać Boże zgromadzenie i zawstydzać tych, którzy nic nie mają? Cóż wam powiem? Czy będę was chwalił? Nie, za to was nie chwalę!” (1 Kor 11,20-22).
Dalej apostoł przestrzega przed świętokradztwem: „Niech przeto człowiek baczy na siebie samego, spożywając ten chleb i pijąc z tego kielicha. Kto bowiem spożywa i pije, nie zważając na Ciało Pańskie, wyrok sobie spożywa i pije” (1 Kor 11,28-29).
Tak stanowcze słowa zawsze pobudzały chrześcijan do szczególnej uważności w obchodzeniu się z postaciami eucharystycznymi.
– Praktyka postu eucharystycznego pojawiła się w starożytności jako efekt rozwoju duchowości i być może także dyscypliny kościelnej. Starano się, aby przyjęcie Komunii jako pokarmu cielesno-duchowego nie było w pewnym sensie osłabione przez przyjęcie innego pokarmu. Taka dyscyplina sprawiła, że zanikły Msze wieczorne – wyjaśnia liturgista, ks. dr hab. Dominik Ostrowski.
Wzmianki o praktykach, które można określić jako post eucharystyczny, znajdujemy m.in. u św. Augustyna, który pisał: „Eucharystię świętą przyjmuje się zawsze na czczo i taki zwyczaj zachowany jest na całym świecie”. Święty stwierdzał: „Podobało się Duchowi Świętemu, by na wyrażenie czci dla tak wzniosłego Sakramentu najpierw do ust chrześcijan wchodziło Ciało Pańskie, wpierw przed innym pokarmem”.
W średniowieczu nie zajmowano się zbytnio kwestią postu eucharystycznego, ponieważ wierni bardzo rzadko przystępowali do Komunii, ograniczając się do spoglądania na Hostię podczas Mszy lub przyjmowania Komunii duchowej. Dopiero w XV wieku upowszechniła się praktyka zachowywania postu od północy aż do momentu przyjęcia Komunii. – Praktykę postu eucharystycznego wprowadził dla całego Kościoła papież Marcin V w XV wieku; od tego czasu post ten wymagał bycia na czczo od północy aż do przyjęcia Komunii – podkreśla duchowny.
Wielkie zmiany
Post eucharystyczny w takiej formie funkcjonował w Kościele przez wieki. Zmiana nastąpiła dopiero w XX wieku, wraz z rozwojem praktyki częstego przystępowania do stołu Pańskiego. W 1953 roku Pius XII skrócił post eucharystyczny do trzech godzin przed przyjęciem Komunii Świętej i orzekł, że wypicie wody nie łamie tego postu. Zezwolił też chorym na przyjmowanie bez ograniczenia czasu przed przyjęciem Komunii Świętej napoju niealkoholowego i lekarstwa, zarówno płynnego, jak i stałego. Zaznaczył także, że osoby przyjmujące Wiatyk w niebezpieczeństwie śmierci nie są związane żadnym prawem postu.
W ustanawiającym zmianę dokumencie Christus Dominus papież przypomniał, że post eucharystyczny „służy nie tylko do okazania należnej czci Boskiemu Zbawicielowi, ale przyczynia się także do rozwoju pobożności, może powiększyć również owoce świętości, do których zdobywania przy pomocy łaski Bożej nas tak bardzo zachęca sam Chrystus, źródło świętości i jej twórca”. Dzięki zmianie wprowadzonej przez Piusa XII po wielu wiekach zaczęto odprawiać Msze św. wieczorne.
Dalsze złagodzenie postu eucharystycznego wprowadził Paweł VI w roku 1964, skracając go do jednej godziny przed przyjęciem Komunii. Ten sam papież w 1973 roku w instrukcji Immensae caritatis określił post eucharystyczny trwający „mniej więcej piętnaście minut” dla osób chorych i starszych, przebywających w szpitalach lub domach, a także dla ich opiekunów, pragnących razem z nimi przystąpić do Komunii Świętej.
Obecnie obowiązujące prawo kanoniczne znosi post eucharystyczny dla chorych i osób w podeszłym wieku. „Osoby w podeszłym wieku lub złożone jakąś chorobą, jak również ci, którzy się nimi opiekują, mogą przyjąć Najświętszą Eucharystię, chociażby coś spożyli w ciągu godziny poprzedzającej” – czytamy w Kodeksie Prawa Kanonicznego (kan. 919 § 3). Kodeks stanowi także, że z zachowania postu eucharystycznego są zwolnieni kapłani, którzy danego dnia po odprawieniu jednej Mszy muszą celebrować drugą albo trzecią. W takim wypadku po pierwszej lub po drugiej Mszy Świętej mogą spożywać posiłki, nawet jeśli przed przyjęciem Komunii Świętej nie zachodziłaby przerwa jednej godziny (kan. 919 § 2 KPK). – Przyjmuje się, że zwolnienie kapłana z postu eucharystycznego przed kolejną Mszą ma na celu dobro wiernych, którzy nie powinni być pozbawieni Eucharystii z powodu kolejnego godzinnego postu kapłana – podkreśla ks. Dominik Ostrowski. Zaznacza, że przyjęcie przez kapłana Komunii na Mszy Świętej jest koniecznością, dlatego konieczność sprawowania dwóch Mszy nie może stać w sprzeczności z prawem o Komunii kapłana. – On przez swoje kapłaństwo urzędowe umożliwia wiernym skorzystanie z Mszy Świętej, z Komunii. Dlatego jego zwalnia się z obowiązku postu, który ma drugorzędne znaczenie wobec samej Eucharystii i ma jej służyć – wyjaśnia.
A co jeśli…
Obecne przepisy prawa kanonicznego, stanowiące, że post eucharystyczny należy zachować przynajmniej przez godzinę przed przyjęciem Komunii (kan. 919 § 1 KPK), oznaczają, że godzina to niezbędne minimum. Zawiera się w tym natomiast sugestia, iż w miarę możliwości można wydłużyć ten czas. Co jednak robić w sytuacji, gdy ktoś przez nieuwagę zjadł coś i jego post eucharystyczny będzie za krótki? Albo jak się zachować, gdy ten problem powstaje wskutek niespodziewanego przyśpieszenia godziny Mszy Świętej?
– Wszystkie przepisy prawa kościelnego są podporządkowane celowi głównemu, jakim jest zbawienie dusz, a zatem trzeba zawsze uważać, aby przez dosłowne przestrzeganie zapisu nie zaszkodzić temu, co ten przepis chroni. Jeśli przyjmujemy, że celem postu jest odpowiednie duchowe przygotowanie do przyjęcia Komunii Świętej, to w sytuacji, gdy nie mamy dokładnie 60 minut postu, należy ocenić, czy brakujące 5 minut „robi różnicę”. Moim zdaniem lepiej jest być posłusznym Kościołowi i powstrzymać się od Komunii, jeśli nie minęła godzina, bo Bogu podoba się nasze posłuszeństwo, a brak możliwości przystąpienia do Komunii nie jest z definicji szkodą, raczej jest to swoista chwilowa utrata przywileju i nie przynosi ona zagrożenia duchowego, wręcz przeciwnie, może pogłębić w nas szacunek do Eucharystii, a także być swoistą nauką, żeby nie powiedzieć nauczką. Moglibyśmy się zastanawiać, czy mamy prawo „zerwać kłosy w szabat”, jak apostołowie, ale tu są potrzebne duża dojrzałość i mądra wolność, ponieważ jeśli można samemu skrócić post o 5 minut, to dlaczego nie o 25? – wskazuje liturgista. – Jeśli dojrzała osoba zinterpretuje, że kilka minut nie robi różnicy i nie uczyni z tego narzędzia do nadużyć, to nie zdziwię się, jeżeli także autorytet duchowny ją usprawiedliwi. Ks. Krzysztof Grzywocz tłumaczył, że potrzeba dużej mądrości i dojrzałości, aby wiedzieć, kiedy „zerwać kłosy”. Wskazywał też na niebezpieczeństwo zaburzeń i skrupułów, zwłaszcza u osób osamotnionych i bez relacji, które bezpiecznie czują się tylko w ogrodzeniu przepisów. Odnowiona liturgia i prawo dają dużo przestrzeni do samodzielnych decyzji i oczekują pewnej dojrzałości – zauważa kapłan. Jako przykład wskazuje zapis o obmyciu palców przez kapłana, jeśli pozostały na nich partykuły (czyli cząstki Ciała Chrystusa); dawniej należało obmyć palce zawsze.
Co po Komunii?
Nieraz wierni zadają sobie pytanie, czy po przyjęciu Ciała Pańskiego należy zachować jakiś odstęp czasowy przed zjedzeniem posiłku. Problem taki może występować na przykład w szpitalu, gdzie chory po przyjęciu Komunii mógłby od razu coś zjeść lub popić kawą. Kapelani apelują tu zazwyczaj do osobistego wyczucia osoby przyjmującej Komunię. – Nie spotkałem przepisu, który by tego zabraniał, chociaż słyszałem opinie, że istnieje pewien „bufor czasowy”, czasem określany na 15 minut; nie jest to jednak oficjalne prawo. Po przyjęciu Komunii Świętej i zakończeniu obrzędu można udać się od razu na posiłek, są przecież tzw. agapy przedłużające spotkanie wspólnoty – tłumaczy ks. Dominik Ostrowski. I dodaje: – Na pewno jednak warto przypomnieć, że po Komunii Kościół przez wieki odmawiał modlitwy dziękczynne, a więc istnieje powód, aby odczekać chwilę z kolejnym posiłkiem.
Franciszek Kucharczak/Gość Niedzielny
***
Ks. Rafał Hołubowicz:
Komunia święta na klęcząco i do ust nadal pierwszą i podstawową formą
(Pietro Antoni Novelli (1769) Public domain)
Uroczystość Pierwszej Komunii Świętej – święto Jezusa Eucharystycznego, który za chwilę zagości po raz pierwszy w sercach Mu najbliższych – Dzieci, tych które zawsze szczególnie miłował i które nawet dorosłym stawiał za wzór; w sercach czystych po wczorajszej uroczystości Pierwszej Spowiedzi Świętej, równie ważnej, równie podniosłej i równie pięknej, jak ta dzisiejsza. Atmosfera jest naprawdę niecodzienna, przepełniona jakimś wyczekiwaniem, może pewnym niepokojem czy wszystko się uda, ale także wielką radością, która rysuje się zarówno na twarzach samych dzieci, jak również ich rodziców, którzy przez ostatnie miesiące także trudzili się nad jak najlepszym przygotowaniem swoich pociech do tego niezwykłego wydarzenia. Kościół pięknie przyozdobiony, mnóstwo białych kwiatów, dzieci w białych strojach liturgicznych, tłumy ludzi w świątyni i wokół niej. Wszystko świadczy o tym, że dzieje się coś niezwykłego, coś tajemniczego, coś mistycznego.
Rozpoczyna się uroczysta Liturgia, dzieci biorą w niej czynny udział. Radość i napięcie ciągle rosną, aż w końcu nadchodzi ten wyczekiwany moment pierwszej Komunii Świętej. Na środku, przed ołtarzem przystrojony klęcznik; każde z dzieci podchodzi pojedynczo, klęka z pięknie złożonymi dłońmi, otwiera usta i po raz pierwszy przyjmuje na język, a w rzeczywistości do serca, prawdziwego Jezusa Chrystusa. Ciężko nawet opisać wielką radość i pokój, które promieniują z dziecięcych twarzy. Po dzieciach zaczyna się Komunia Święta pozostałych uczestników uroczystości. Kapłan jest sam, panuje ścisk i zamieszanie, bo kościół jest mały a przybyłych naprawdę dużo. I nagle….
Zbliża się najpierw dwójka dzieci, które wyciągają rękę po Komunię Świętą, ale w obecnych okolicznościach, z pełną rozwagą duszpasterską, kapłan udziela im Komunii na język. Dziewczynki jedna, potem druga spokojnie ją przyjmują i się oddalają. Okazuje się jednak, że następna do Komunii przystępuje ich mama. Także wyciąga rękę, kapłan prosi ją jednak grzecznie o godne przyjęcie Jezusa do ust (co nawiasem mówiąc jest regułą w tej wspólnocie parafialnej). Kobieta jednak obrusza się i odchodzi, odmawiając przyjęcia Chrystusa Eucharystycznego. Jak widać nie On był tutaj najważniejszy.
No a potem, jak nie trudno się domyśleć, zaczynają się problemy. Kilka dni po uroczystości bardzo nieprzyjemny telefon od tej pani, która oczywiście od pierwszych słów zwraca się do księdza per „pan” (zresztą w dniu Komunii Świętej do siostry zakonnej przygotowującej dzieci zwracała się per „pani”). Zarzuca mu zmuszanie dzieci do przyjęcia Komunii wbrew ich woli, czym rzekomo wywołał u nich poważną traumę (nie potwierdza tego ich zachowanie na przyjęciu komunijnym, w którym uczestniczyły). Czuje się obrażona zachowaniem kapłana, który odmówił jej przyjęcia Komunii tak jak tego żądała, choć w rzeczywistości to nie on jej odmówił, bo przecież chciał jej udzielić Komunii, ale ona po prostu odmówiła przyjęcia Pana Jezusa, mimo prośby kapłana. Domaga się oczywiście przeprosin twierdząc, że tacy księża odstręczają ludzi od kościoła. Znowu jednak zostaje skorygowana, gdyż akurat w tej parafii liczba uczestników liturgii ciągle rośnie do tego stopnia, że trzeba było wprowadzić kolejną Mszę, gdyż wierni już się po prostu nie mieścili. I jak można się domyślić nie chodzi tylko o staruszki, ale kościół pełen jest młodych rodzin, dzieci, młodzieży, i to z pewnością nie dlatego, że kapłan udziela Komunii św. na rękę i mówi jakieś miałkie kazania o wszystkim i o niczym. Jest wręcz odwrotnie.
Jednak, wracając do rozmowy z oburzoną „katoliczką”, pani nie jest usatysfakcjonowana tym co słyszy; nie trafiają do niej także żadne merytoryczne argumenty dotyczące przepisów prawa kanonicznego. Rozzłoszczona rzuca słuchawką i straszy kapłana Kurią. I rzeczywiście na ciąg dalszy nie trzeba długo czekać. „Pobożna katoliczka” pisze e-maila do Kurii, rozsyłając go również na wszystkie możliwe adresy, które znalazła na stronie Archidiecezji. Nie omieszkała też poinformować o całym zajściu Rzecznika Praw Dziecka, gdyż kapłan, jak to sama określiła, „wpychał jej dziecku łapy do ust”. Potem telefon z Kurii, i przysłowiowe „udawadnianie, że nie jest się wielbłądem”. Niepotrzebne nerwy i stres, bo nigdy nie wiadomo jak skończy się ta sprawa, gdyż w dużej mierze zależy to od tego, na czyje biurko w Kurii trafi.
Przytoczona tutaj sytuacja, a podobnych w ostatnim czasie coraz więcej, skłoniła mnie do głębszej refleksji nad tym, czym jest Msza św., czym jest Eucharystia i dlaczego w dzisiejszych czasach, gdy tyle słyszymy o profanacjach Najświętszego Sakramentu, i to już nie tylko gdzieś za granicami, ale także w naszej Ojczyźnie, nikt tak naprawdę nie podejmie na nowo tematu sposobu udzielania Komunii św.
Piszę o tym, ponieważ wiem, że podobne sytuacje coraz częściej spotykają kapłanów, którzy na poważnie biorą słowa samego Jezusa odnośnie tego, czym a raczej Kim jest Eucharystia i niejednokrotnie narażeni są na poważne nieprzyjemności ze strony swoich przełożonych, którzy dla tzw. „świętego spokoju” są w stanie poświęcić kapłana, byleby tylko sprawa nie trafiła do mediów.
Inna kwestia, że dzisiaj coraz powszechniejsze jest, tak naprawdę niczym nieuzasadnione, dążenie do powszechnego braterstwa za wszelką cenę, nawet za cenę indyferentyzmu religijnego i zrównania w ważności wszystkich wierzeń i religii. No i kto jest największą w tym przeszkodą? Oczywiście Zmartwychwstały Pan, gdyż od tego, byśmy wszyscy mogli stanąć przy jednym stole i sprawować „coś”, bo przecież nie Boską Liturgię, dzieli nas właśnie prawda o Zmartwychwstaniu Pana i o Jego realnej obecności w Najświętszym Sakramencie Ołtarza, którą przecież nie wszyscy uznają. I znowu Jezus jest kością niezgody i przeszkodą w drodze do powszechnego braterstwa.
Na kanwie tego wszystkiego chciałbym wykazać pełną prawdę tezy, jak widać nie dla wszystkich dzisiaj jasnej, że forma przyjmowania Komunii św. na rękę nie jest formą zwyczajową w przeciwieństwie do formy przyjęcia Jej do ust. A takie wrażenie odnosi się chociażby, kiedy czyta się dokument Konferencji Episkopatu Polski z 3 marca 2005 r., który zawiera następujące stwierdzenie: „Komunii świętej udziela się przez podanie Hostii wprost do ust. Jeżeli jednak ktoś prosi o Komunię na rękę przez gest wyciągniętych dłoni, należy mu w taki sposób jej udzielić”[1]. I tak od razu, na marginesie, należy zauważyć, że stwierdzenie, iż każdy może prosić o Komunię na rękę nie oznacza automatycznie, że kapłan zawsze ma obowiązek mu ją w tej formie udzielić. Jak zobaczymy w dalszej części, zgodnie z obowiązującym prawem kanonicznym, kapłan ma zawsze możliwość nie podania wiernemu Komunii na rękę.
Inna ważna kwestia, która umyka wielu osobom, potocznie mówiącym o przyjmowaniu Komunii św. na rękę, jest taka, że określenie to jest błędne z samego swego założenia. Nikt nie przyjmuje Komunii św. na rękę. Ciało Pańskie nie przenika przecież przez skórę dłoni do krwiobiegu. Komunię św. można przyjąć tylko i jedynie do ust. Nawet jak ktoś prosi, by mu Ją położyć na dłoni, musi ją później i tak przyjąć na język. Nie ma innej możliwości. Niby oczywiste, a jednak …. I ostatnie ważne dopowiedzenie, które należy zrobić w tym momencie, choć równie oczywiste jak poprzednie, to fakt, że przepisy prawa partykularnego nigdy nie mogą stać w sprzeczności z normami prawa powszechnego.
Od razu także chcę zaznaczyć, że niniejszy artykuł nie jest artykułem naukowym sensu stricto, dlatego też nie przytaczam w nim szczegółowych unormowań odnoszących się do tego zagadnienia na przestrzeni wieków. Pragnę tylko wykazać, że powszechnie przyjęta opinia, wykorzystywana przez wielu zwolenników Komunii na rękę, zwłaszcza gdy wchodzą w konkretnej sytuacji „w konflikt” z kapłanem, jest z zasady błędna, i powinni to uwzględnić także ci, którzy owego kapłana będą strofować, wykazując mu jego niewiedzę i zmuszać do przyjęcia postawy niezgodnej, przede wszystkim z jego kapłańskim sumieniem, ale także z normami Kościoła Powszechnego.
Aby mówić o tak ważnej kwestii, nie sposób przynajmniej w dwóch zdaniach nie poruszyć tematu Najświętszej Eucharystii. Od wieków Kościół uznaje w Eucharystii najświętszy, najczcigodniejszy Sakrament, gdyż jest to sakrament realnej obecności wcielonego Boga, który tak umiłował człowieka, że zapragnął na zawsze z nim pozostać pod postacią tak niepozorną, tak kruchą, jak pszenny chleb. O przyjęciu tej prawdy świadczą niezliczone wypowiedzi Magisterium Kościoła od jego pierwszych wieków aż po czasy obecne.
Przytoczę tu jedynie kilka wypowiedzi z ostatniego okresu, które zawierają wiarę wszystkich wieków. Ostatni Sobór ekumeniczny, w Konstytucji poświęconej Świętej Liturgii podkreślił: „Nasz Zbawiciel podczas Ostatniej Wieczerzy, tej nocy, kiedy został wydany, ustanowił eucharystyczną Ofiarę swojego Ciała i Krwi, aby w niej na całe wieki, aż do swego przyjścia, utrwalić ofiarę krzyża i tak powierzyć Kościołowi, umiłowanej Oblubienicy, pamiątkę swej męki i zmartwychwstania, sakrament miłosierdzia, znak jedności, więź miłości, ucztę paschalną, podczas której przyjmujemy Chrystusa, duszę napełniamy łaską i otrzymujemy zadatek przyszłej chwały”[2].
Jest to wypowiedź głęboko osadzona w Piśmie św. i Tradycji, do której wstęp stanowi krótkie, aczkolwiek głębokie stwierdzenie zawarte już we wstępie tejże Konstytucji: „W liturgii, zwłaszcza w Boskiej Ofierze eucharystycznej, „dokonuje się dzieło naszego Odkupienia”; w najwyższym stopniu przyczynia się ona do tego, aby wierni swoim życiem wyrażali oraz ujawniali innym ludziom misterium Chrystusa i rzeczywistą naturę prawdziwego Kościoła”[3].
W krok za wypowiedziami Soboru idzie Kodeks Prawa Kanonicznego (którego reformy dokonano po Soborze w zgodzie z jego Magisterium), który w kan. 897 stanowi: „Najbardziej czcigodnym sakramentem jest Najświętsza Eucharystia, w której sam Chrystus Pan jest obecny, ofiaruje się oraz jest przyjmowany i dzięki której Kościół ustawicznie żyje i wzrasta. Ofiara eucharystyczna, pamiątka śmierci i zmartwychwstania Pana, w której utrwala się na wieki Ofiara Krzyża, jest szczytem i źródłem całego kultu oraz życia chrześcijańskiego; wyraża ona i sprawia jedność Ludu Bożego, przez nią urzeczywistnia się budowanie Ciała Chrystusa. Pozostałe bowiem sakramenty i wszystkie kościelne dzieła apostolatu mają ścisły związek z Najświętszą Eucharystią i na nią są ukierunkowane”.
Może warto od razu w tym miejscu zamieścić odwołanie do kolejnego kanonu, do którego nawiążę później, a który to kanon zawiera następujące stwierdzenie: „Wierni powinni z największą czcią odnosić się do Najświętszej Eucharystii, biorąc czynny udział w sprawowaniu najczcigodniejszej Ofiary, z największą pobożnością i często przyjmując ten Sakrament i adorując Go z najwyższym uwielbieniem, (…)”[4].
Św. Jan Paweł II, w Encyklice w całości poświęconej Najświętszej Eucharystii, napisał: „Kościół żyje dzięki Eucharystii. Ta prawda wyraża nie tylko codzienne doświadczenie wiary, ale zawiera w sobie istotę tajemnicy Kościoła. Na różne sposoby Kościół doświadcza z radością, że nieustannie urzeczywistnia się obietnica: «A oto Ja jestem z wami przez wszystkie dni, aż do skończenia świata» (Mt 28, 20). Dzięki Najświętszej Eucharystii, w której następuje przeistoczenie chleba i wina w Ciało i Krew Pana, raduje się tą obecnością w sposób szczególny.
Od dnia Zesłania Ducha Świętego, w którym Kościół, Lud Nowego Przymierza, rozpoczął swoje pielgrzymowanie ku ojczyźnie niebieskiej, Najświętszy Sakrament niejako wyznacza rytm jego dni, wypełniając je ufną nadzieją. Słusznie Sobór Watykański II określił, że Ofiara eucharystyczna jest «źródłem i zarazem szczytem całego życia chrześcijańskiego». «W Najświętszej Eucharystii zawiera się bowiem całe dobro duchowe Kościoła, to znaczy sam Chrystus, nasza Pascha i Chleb żywy, który przez swoje ożywione przez Ducha Świętego i ożywiające Ciało daje życie ludziom». Dlatego też Kościół nieustannie zwraca swe spojrzenie ku swojemu Panu, obecnemu w Sakramencie Ołtarza, w którym objawia On w pełni ogrom swej miłości”[5].
Obecność Pana pośród swojego Ludu jest fundamentalna i niepodważalna. Podobnie jak wiara tego Ludu w obecność Pana pod postaciami chleba i wina. To właśnie nie co innego, jak zanik tej wiary, papież Benedykt XVI wskazał jako pierwsze i podstawowe źródło obecnego kryzysu Kościoła. Papież napisał: „Nasze podejście do Eucharystii może jedynie budzić niepokój. Sobór Watykański II słusznie skupił się na przywróceniu tego sakramentu Obecności Ciała i Krwi Chrystusa, Obecności Jego Osoby, Jego Męki, Śmierci i Zmartwychwstania do centrum życia chrześcijańskiego i samej egzystencji Kościoła.
Częściowo się to naprawdę udało i powinniśmy być szczególnie za to Panu wdzięczni. A jednak dominuje dość odmienne nastawienie. To, co przeważa, to nie nowa rewerencja dla obecności śmierci i zmartwychwstania Chrystusa, ale sposób postępowania z Nim, który niszczy wspaniałość Misterium. Spadające uczestnictwo w uroczystościach niedzielnej Eucharystii pokazuje, jak niewiele my, dzisiejsi chrześcijanie, wciąż wiemy o docenieniu wspaniałości daru, który polega na Jego rzeczywistej obecności. Eucharystia zostaje zdewaluowana do zwykłego ceremonialnego gestu, kiedy bierze się za oczywistość, że grzeczność wymaga, by ofiarować Go na rodzinnych uroczystościach czy przy okazjach takich jak śluby i pogrzeby wszystkim tym, którzy zostali zaproszeni z powodów rodzinnych. Sposób, w jaki ludzie często po prostu przyjmują Najświętszy Sakrament w komunii siłą rzeczy pokazuje, że wielu postrzega komunię jako gest czysto ceremonialny. Zatem, kiedy myśli się o tym, jakie działanie jest wymagane przede wszystkim, jest raczej oczywiste, że nie potrzeba nam drugiego Kościoła naszego własnego projektu. To, czego potrzeba przede wszystkim, to odnowa wiary w rzeczywistość Jezusa Chrystusa danego nam w Najświętszym Sakramencie”[6].
W kontekście tych słów należy zadać sobie pytanie, czy postawa towarzysząca człowiekowi w momencie przyjmowania Komunii św. nie ma wpływu na jego wiarę w realną obecność Jezusa w tym sakramencie albo odwrotnie, czy postawa ta nie wyraża lepiej tej wiary?
Oczywiście, że ma i oczywiście, że wyraża. Jest to kwestia o fundamentalnym znaczeniu. Dlatego nie można trwać w błędzie co do praktyki Kościoła dotyczącej formy przyjmowania Komunii św. na rękę. Oczywiście, musimy pamiętać, że w dziejach Kościoła różne były praktyki, jeśli chodzi o sposób przyjmowania Komunii św. W Kościele pierwszych wieków wierni przyjmowali Komunię św. na rękę i sami wkładali ją sobie do ust. Nic jednak nie wskazuje na to, aby praktyka taka została wprowadzona dla jakichś szczególnych motywów. Był to jedynie odwieczny obyczaj. Między innymi to właśnie w ten sposób Chrystus podczas Ostatniej Wieczerzy dał Swoje Ciało uczniom (z tym, że pamiętać należy, iż Apostołowie byli pierwszymi biskupami).
Jednym z ciekawszych świadectw tego okresu jest Katecheza chrzcielna św. Cyryla Jerozolimskiego, który w IV w. pisze: „Podchodząc, nie wyciągaj płasko ręki i nie rozłączaj palców. Podstaw dłoń lewą lub prawą niby tron, gdyż masz przyjąć Króla. Do wklęsłej ręki przyjmij Ciało Chrystusa i powiedz: «Amen». Uświęć też ostrożnie oczy swoje przez zetknięcie ich ze świętym Ciałem, bacząc, byś zeń nic nie uronił. To bowiem, co by spadło na ziemię, byłoby stratą jakby części twych członków. Bo czyż nie niósłbyś złotych ziarenek z największą uwagą, by ci żadne nie zginęło i byś nie poniósł szkody? Tym bardziej zatem winieneś uważać, żebyś nawet okruszyny nie zgubił z tego, co jest o wiele droższe od złota i innych szlachetnych kamieni”[7].
Warto zwrócić uwagę, że już nawet w tym momencie rozwoju teologiczno-liturgicznego podkreślano wielki szacunek do Najświętszego Sakramentu i do realnej obecności Jezusa w najmniejszej nawet cząstce (partykule) Komunii św. Dlatego też, w miarę rozwoju nauki o realnej obecności Jezusa w Eucharystii, bardzo szybko zaczęto odchodzić o tej praktyki, na rzecz przyjmowania Komunii św. w postawie klęczącej i do ust, jako postawie wyrażającej większy, niejako doskonalszy szacunek do Boskiej Eucharystii. Praktyka ta zaczęła się formować już na przełomie IV/V w. i tak głęboko zakorzeniła się w Kościele, jako wyraz prawdziwej i głębokiej pobożności, iż począwszy od IX wieku przyjmowanie Komunii św. na rękę zostało zarezerwowane jedynie dla osób duchownych.
Z powodu niebezpieczeństwa profanacji ze strony żydów i heretyków synod w Kordobie z 839 r. odrzuca pretensje kassjanistów do przyjmowania Komunii św. na rękę. Réginon de Prüm w swoim dziele De Synodalibus causis, napisanym ok. 906 r., przypisuje synodowi w Rouen następujący kanon o obowiązkach kapłana: „Niech nie kładzie [Komunii] ani na rękę świeckiego, ani na rękę kobiety, ale tylko do ust, wypowiadając następujące słowa: Ciało i Krew Pańska niech przyczynią się do przebaczenia twoich grzechów i doprowadzą cię do życia wiecznego. Jeśli kto złamie to polecenie, niech będzie odłączony od ołtarza, gdyż gardzi Wszechmocnym i Jemu samemu czci nie okazuje”[8].
Tekst ten stanowi dla nas ważne świadectwo kanoniczne w omawianej materii, gdyż groźba kary tego rodzaju zakłada, że praktyka przeciwna, tzn. Komunia do ust, była normą. Jest ona również przedstawiona jako jedyna dozwolona w Missa illyrica i w Liturgii bizantyńskiej. Dysponujemy wieloma świadectwami, które potwierdzają, że już pomiędzy IX a X wiekiem Komunia św. do ust stała się jedyną formą przyjmowania Najświętszego Sakramentu, ponieważ była doskonalsza i lepiej przystosowana do godności tak wielkiego Sakramentu. W tym samym czasie zaczęto zakazywać drugiego sposobu udzielania Komunii, bardziej prymitywnego i mniej doskonałego.
Taki właśnie sposób przyjmowania Komunii św. (do ust), który staje się powszechny w całym Kościele, zarówno Wschodu jak i Zachodu, służy jasnemu wyrażeniu, w odniesieniu do Eucharystii, dwóch podstawowych prawd wiary: po pierwsze, realnej, substancjalnej i stałej obecności Chrystusa, prawdziwego Boga, w konsekrowanej Hostii i w każdej jej, nawet najmniejszej, partykule; a po drugie: istotnej różnicy między wiernym i kapłanem (między kapłaństwem powszechnym wszystkich ochrzczonych a kapłaństwem hierarchicznych osób wyświęconych), który, jak miał to kiedyś powiedzieć św. Jan Paweł II, ma przywilej dotykania Świętych Postaci i rozdzielania ich ze swych rąk. Zresztą Papież Jan Paweł II napisze później w swoim Liście Apostolskim Dominicae Cenae, że ta istotna różnica jest ukazana w sposób wyrazisty przez obrzęd namaszczenia dłoni w łacińskich święceniach, jak gdyby te dłonie potrzebowały szczególnej łaski i siły Ducha Świętego. To nie znaczy, że te dłonie są bardziej godne, czy że sam kapłan jest kimś lepszym i doskonalszym niż przeciętny wierny, co właśnie jako zarzut wysuwają często przeciwnicy Komunii św. do ust czy w ogóle potrzeby kapłaństwa w Kościele, bo do tego to wszystko się ostatecznie kiedyś sprowadzi. Oznacza to jedynie, że ci konkretni mężczyźni, powołani przez Pana bez żadnej swojej zasługi, zostali przez specjalny sakrament święceń, konsekrowani do sprawowania świętych czynności i do dotykania oraz rozdzielania wiernym Ciała Pańskiego.
Praktyka powrotu do przyjmowania Komunii św. na rękę i jej powolne rozprzestrzenianie się w Kościele katolickim związane jest z tym, iż reformatorzy protestanccy, którzy negowali obie, wspomniane wcześniej prawdy wiary (realną obecność i kapłaństwo), w reakcji na praktykę tak jasno ukazującą doktrynę katolicką, powracali do praktyki pierwotnej. Martin Bucer, zwolennik reformy anglikańskiej, mówi tak: „Nie ma wątpliwości, że praktyka polegająca na niepodawaniu tych sakramentów do ręki wiernym wynika z dwóch nadużyć: po pierwsze fałszywej czci, którą, jak uważają, oddają tym sakramentom i po drugie przewrotnej arogancji księży, którzy z powodu namaszczenia konsekrującego pretendują do posiadania większego stopnia świętości, niż Lud Chrystusowy.” (Jakbym słyszał współczesnych krytyków Komunii św. do ust). Dlatego też pierwsze prośby o zgodę na Komunię św. na rękę kierowane są do Stolicy Apostolskiej właśnie z krajów, gdzie większość stanowią protestanci.
I tutaj dochodzimy do pierwszego, zasadniczego dowodu potwierdzającego tezę, iż w Kościele katolickim nadal jedyną formą zwyczajną przyjmowania Komunii św. jest przyjmowanie jej na klęcząco i do ust. Każdy Episkopat, który chce umożliwić wiernym przyjmowanie Komunii św. na rękę musi prosić o indult Stolicy Apostolskiej. Gdyby więc obie te formy były równoważne, konieczność proszenia o indult byłaby pozbawiona podstaw. Zresztą, sam papież, św. Paweł VI, który Instrukcją Memoriale Domini z 1969 r. otworzył tak naprawdę możliwość powszechniejszego stosowania Komunii św. na rękę, w tym samym dokumencie zaznacza, że forma do ust jest tradycyjną i bardziej odpowiednią: „Zwyczaj ten (przyjmowania Komunii do ust), obecny w Kościele powszechnym, uważany jest nie tylko za bardzo starożytny, ale także za wyrażający szacunek wobec Eucharystii. Praktyka ta nie powinna być zmieniana z powodu nielicznych praktyk przeciwnych w niektórych miejscach”[9].
Z tego zapisu wynika wyraźnie, wbrew powszechnemu sądowi, że możliwość przyjmowania Komunii na rękę została wprowadzona indultem, jako wyjątek od normy a nie norma. Niestety, jak się okazało, ta norma została zmieniona w wielu miejscach, i to bez jakiejkolwiek realnej potrzeby; także w Polsce, gdzie nigdy nie było praktyki Komunii św. na rękę i właściwie nie było żadnej przesłanki, żeby to zmieniać, chyba że próba dostosowania się do modernistycznych prądów w Kościele. Więcej nawet, wszystkie wcześniejsze normy wydawane w tej materii przez Konferencję Episkopatu Polski, jednoznacznie i niezmiennie stwierdzały, że „Komunii św. udziela się przez podanie Hostii wprost do ust. Wierni przyjmują Komunię św. w postawie klęczącej.Mogą również stać, gdy przemawiają za tym szczególne okoliczności”[10].
Przypomnijmy, że możliwość udzielania Komunii na rękę w Polsce wprowadził II Synod Plenarny z 1999 r., zatwierdzony przez Stolicę Apostolską w 2001 r.: „Synod Plenarny potwierdza i wyraża szacunek dla zwyczaju przyjmowania Komunii św. do ust w postawie zarówno klęczącej, jak i stojącej, nie wykluczając jednak innych form przyjmowania Komunii św., z zachowaniem najwyższej czci dla Eucharystii”[11]. Stanowisko to Konferencja Episkopatu potwierdziła na swoim posiedzeniu plenarnym w dniach 8-9 marca 2005 r. W rzeczywistości doprowadziło to do sytuacji, w której każdy wierny, tylko i wyłącznie ze względu na swoje upodobania, może żądać od kapłana przyjęcia Komunii św. w takiej czy innej formie. Nie do końca ta rzeczywistość współgra z zapisami oficjalnych dokumentów Kościoła.
Co ciekawe, Instrukcja Kongregacji ds. Kultu Bożego i Dyscypliny Sakramentów Redemptionis Sacramentum z 2004 r., o tym, co należy zachowywać, a czego unikać w związku z Najświętszą Eucharystią, wyraźnie podkreśla, powołując się na przytaczaną już encyklikę św. Jana Pawła II Ecclesia de Eucharistia, że „Tajemnica Eucharystii jest zbyt wielka, „ażeby ktoś mógł pozwolić sobie na traktowanie jej wedle własnej oceny, która nie szanowałaby jej świętego charakteru i jej wymiaru powszechnego”. Przeciwnie, kto tak postępuje, pobłażając swojemu sposobowi myślenia, szkodzi, chociażby był kapłanem, prawdziwej jedności obrządku rzymskiego, która winna być gorliwie zachowywana, oraz podejmuje czynności, które w żaden sposób nie odpowiadają na głód i pragnienie Boga żywego, jakich doświadczają ludzie naszych czasów; nie służy też autentycznemu zaangażowaniu duszpasterskiemu ani słusznej odnowie liturgicznej, lecz raczej pozbawia wiernych ich dziedzictwa i tradycji ojców. Samowolne bowiem działania nie wspierają prawdziwej odnowy, lecz szkodzą słusznemu prawu wiernych do czynności liturgicznej zgodnej z tą tradycją i dyscypliną, która jest wyrazem życia Kościoła. Wprowadzają wreszcie pewne deformacje i niezgodności do samej celebracji Eucharystii, która doskonale i ze swojej natury prowadzi do tego, aby objawiała się i w cudowny sposób realizowała wspólnota Boskiego życia i jedność ludu Bożego”[12]. Oczywiście słowa te skierowane są przede wszystkim do kapłanów, ale z pewnością ich przesłanie można także poszerzyć o cały Lud Boży w materii, o której mówimy. Ponadto, to kapłan, jako szafarz Najświętszej Eucharystii, dbać ma o to, aby zawsze i wszędzie przyjmowana była ona z największą czcią i szacunkiem, jak to zaznacza KPK w cytowanym wcześniej kanonie 898.
W tym miejscu należy zwrócić uwagę na jeden bardzo ważny fakt. Instrukcja Redemptionis Sacramentum w numerze 92 mówi: „Chociaż każdy wierny zawsze ma prawo według swego uznania przyjąć Komunię świętą do ust, jeśli ktoś chce ją przyjąć na rękę, w regionach, gdzie Konferencja Biskupów, za zgodą Stolicy Apostolskiej, na to zezwala, należy mu podać konsekrowaną Hostię. Ze szczególną troską trzeba jednak czuwać, aby natychmiast na oczach szafarza ją spożył, aby nikt nie odszedł, niosąc w ręku postacie eucharystyczne. Jeśli mogłoby zachodzić niebezpieczeństwo profanacji, nie należy udzielać wiernym Komunii świętej na rękę”[13].
To ostatnie zdanie jest bardzo istotne dla omawianej kwestii. Ostatecznie to zawsze kapłan dokonuje oceny sytuacji i zawsze może podjąć decyzję o nieudzieleniu komuś Komunii na rękę.
W wielu komentarzach, które powstały do cytowanej tutaj Instrukcji pojawiały się dokładne specyfikacje co do sytuacji, w których rzeczywiście zachodzi niebezpieczeństwo profanacji. Wśród nich wymienia się, przede wszystkim: dużą liczbę wiernych na Mszy św., tłok i ścisk w kościele, co nie zawsze pozwala kapłanowi zaobserwować, co dzieje się z przyjęta Hostią; obawę przed tym, że partykuły, które zawsze mogą pozostać na dłoni przyjmującego, zostaną po prostu strącone na ziemię albo wytarte w ubranie; czy wprost obawę przed bezpośrednią profanacją Najświętszego Sakramentu.
Ta ostatnia sytuacja wcale nie jest taka niemożliwa, jakby się mogło wydawać, w kontekście coraz większej liczby profanacji miejsc świętych i samego Najświętszego Sakramentu oraz rosnącej nienawiści do katolików, w szczególności do katolickich kapłanów. I chyba właśnie dlatego wielcy obrońcy świętości i szacunku do Eucharystii, jak chociażby papież Benedykt XVI czy żyjący kard. Robert Sarah, jak i wielu innych, z takim naciskiem postulują powrót do uświęconej wiekami tradycji przyjmowania Komunii św. na klęcząco i do ust.
Sam papież Benedykt XVI co prawda nie wydał żadnej instrukcji w tej sprawie, jednak jego postawa mówi sama za siebie: sposób sprawowania Eucharystii i udzielanie Komunii św. tylko i wyłącznie do ust, nie pozostawiają żadnych wątpliwości. I nie miało tu absolutnie znaczenia z jakiego kraju, z jakiej kultury pochodzi osoba przystępująca do Komunii z rąk papieża, i jakie w jej kraju panują w tej materii zwyczaje. Każdy musiał uklęknąć i przyjąć Komunię św. do ust.
Kard. Sarah, jeden z największych obrońców Komunii św. do ust, bardzo często wypowiada się w tej materii, podkreślają toczącą się dzisiaj wojnę, w której Szatan celem swojego ataku uczynił Ofiarę Mszy Świętej i rzeczywistą obecność Jezusa w konsekrowanej Hostii. Jako jedną z form uległości Złemu w tej materii podaje powszechne udzielanie Komunii św. na rękę, które pogłębia w wiernych osłabienie poczucia sacrum oraz wiary w realną obecność Jezusa w Eucharystii. Dlatego też mówi wyraźnie: „Komunia Święta do ust i na kolanach jest formą, która najlepiej wyraża naszą wiarę w realną obecność Jezusa Chrystusa w Eucharystii”[14].
Często też zwracał uwagę na to, co już zostało powiedziane nieco wcześniej, że mianowicie przyjmowanie Komunii na rękę prowadzi do rozpraszania bardzo dużej ilości fragmentów (partykuł) podkreślając, że uważanie na najdrobniejszy okruszek, troska przy oczyszczaniu świętych naczyń, nie dotykanie Hostii spoconymi rękami, w każdym przypadku staje się wyznawaniem wiary w rzeczywistą obecność Jezusa, nawet w najmniejszych częściach konsekrowanych postaci. Nie ma przecież znaczenia wielkość fragmentu Hostii, ponieważ to zawsze jest On – Jezus Chrystus!
Wyrażam nadzieję, że te rozważania sprowokują do pogłębionej refleksji nad sposobem przyjmowania Komunii św. przez naszych wiernych, szczególnie w kontekście coraz częstszych profanacji. Z drugiej strony zastanowienie powinien budzić również fakt, że wszędzie tam, gdzie Kościół na nowo się odradza (jak np. we Francji) i gdzie wzrasta liczba powołań, następuje to właśnie w środowiskach żyjących Tradycją Kościoła, gdzie sprawowana jest Msza św. w rycie przedsoborowym, gdzie Komunia św. udzielana jest tylko w postawie klęczącej i do ust.
Tymczasem w Kościele posoborowym profesor papieskiej uczelni – Andrea Grillo, potrafi skrytykować pobożność eucharystyczną błogosławionego (a za chwilę świętego) Carlo Acutisa, któremu zarzuca wiarę w „obsesyjną” i „starą” teologię, która główną wartość Eucharystii widzi w… realnej obecności pod jej postaciami Ciała i Krwi Pańskiej. Czy to wszystko naprawdę nie wskazuje kierunku, w którym powinniśmy zmierzać?
ks. Rafał Hołubowicz/PCh24.pl
[1] KEP, Wskazania po ogłoszeniu nowego wydania Ogólnego wprowadzenia do Mszału Rzymskiego, (03.03.2005 r.), nr. 40.
[2] Sobór Watykański II, Sacrosanctum Concilium, nr. 47.
[14] Kard. Robert Sarah, Le soir approche et déjà le jour baisse, (2019).
ks. Rafał Hołubowicz, ur. 29.08.1978 r., kapłan Archidiecezji wrocławskiej, święcenia kapłańskie 24.05.2003 r., doktor prawa kanonicznego, wykładowca na Papieskim Wydziale Teologicznym we Wrocławiu, Dyrektor UTW im. św. Jana Pawła II przy PWT we Wrocławiu, wieloletni pracownik Metropolitalnego Sądu Duchownego we Wrocławiu.
***
Przesłaniepapieża Leona XIV wygłoszone w niedzielę 27 lipca podczas modlitwy na Anioł Pański:
Pozwólmy się przemieniać Bożemu miłosierdziu
fot. Vatican Media
***
Nie można modlić się do Boga jako „Ojca”, a potem być surowym i nieczułym w stosunku do innych. Ważne jest raczej, żeby pozwolić się przemieniać przez Jego dobroć […] żeby odzwierciedlać – niczym lustro – Jego oblicze w naszym obliczu – wskazał Papież podczas niedzielnej modlitwy Anioł Pański. Dodał, że dzisiejsza liturgia „zachęca nas, abyśmy w modlitwie i miłości czuli się miłowani i miłowali, tak jak Bóg nas miłuje: z dyspozycyjnością, dyskrecją, ze wzajemną troską, bez kalkulacji”.
Wielkość Jego miłości
Papież – nawiązując do niedzielnej Ewangelii – na początku rozważania wskazał, że modlitwa Ojcze nasz jednoczy wszystkich chrześcijan. W niej mamy zwracać się do Pana Boga, nazywając Go „Abbà”, „Tato”. Mamy to czynić „jak dzieci”, w postawie prostoty, synowskiej ufności oraz śmiałości, pewności tego, że jesteśmy kochani. Leon XIV wskazał: „im usilniej modlimy się z ufnością do Ojca niebieskiego, tym bardziej odkrywamy, że jesteśmy miłowanymi dziećmi, i tym bardziej poznajemy wielkość Jego miłości”.
Pan, który chce nas przyjąć
Ojciec Święty wskazał na ewangeliczne, „sugestywne obrazy”, które opisują Boże ojcostwo. Są to: człowiek, który wstaje w środku nocy, żeby pomóc przyjacielowi przyjąć niespodziewanego gościa; postaci rodzica, który troszczy się o to, żeby dawać dzieciom dobre rzeczy. „Przypominają nam one, że Bóg nigdy nie odwraca się do nas plecami, kiedy się do Niego zwracamy, nawet wtedy, gdy przychodzimy późno, żeby zakołatać do Jego drzwi, być może po popełnionych błędach, zmarnowanych okazjach, niepowodzeniach, nawet jeśli, żeby nas przyjąć, musi «obudzić» swoje dzieci, które śpią w domu” – zaznaczył Papież.
Większa mądrość
Ojciec Święty wskazał także na sytuacje, gdy nasze prośby nie są wysłuchane w czasie modlitwy; bądź gdy Pan Bóg „odpowiada w sposób lub czasie trudnym do zrozumienia”. Leon XIV wyjaśnił „dzieje się tak dlatego, że działa z większą mądrością i opatrznością, które wykraczają ponad nasze rozumienie. Dlatego, nawet wtedy nie przestawajmy modlić się z ufnością – w Nim zawsze znajdziemy światło i siłę”.
Modlitwa jest darem, który otrzymuje ten, kto po niego sięga. Nie ma warunków, które trzeba spełnić, żeby otrzymać przystęp do Boga. Trzeba zacząć.
Apostołowie, jako wierzący Żydzi, modlili się zapewne od dzieciństwa. Widząc modlącego się Jezusa, zapragnęli jednak głębszej relacji z Bogiem. „Panie, naucz nas modlić się” – proszą Mistrza. Od tamtej pory ludzie rozkochani w rozmowie z Bogiem rodzą zastępy naśladowców, którzy tworząc wspólnoty, budują oryginalne formy duchowości. Wszystkie one są bogactwem Kościoła i każdy może w nich znaleźć coś, co posłuży do wzrostu w jego osobistej „szkole modlitwy”. Oto kilka takich „szkół”.
Szkoła benedyktyńska
Modlitwa jest obok pracy i innych aktywności stałym elementem codzienności benedyktynów. Jeden z punktów Reguły św. Benedykta brzmi: „Często znajdować czas na modlitwę”. Chodzi o wykorzystywanie nadarzających się drobnych okazji do zwrócenia się do Boga, niezależnie od codziennej regularnej modlitwy.
Święty Benedykt zachęca do modlitwy osobistej i wewnętrznej, ale nie narzuca jej kształtu. Podkreśla jednak znaczenie atmosfery milczenia, która sprzyja życiu w stanie bezustannej modlitwy. Pozwala to pozostawać „na pustyni” w obecności Boga niezależnie od podejmowanych obowiązków.
Ojciec życia mniszego na Zachodzie zaleca poprzedzać modlitwą wszelkie przedsięwzięcia. „Przede wszystkim, gdy coś dobrego zamierzasz uczynić, módl się najpierw gorąco, aby On sam to do końca doprowadził” – pisze.
Benedykt zauważa, że gdy ludziom „możnym” przedstawiamy jakąś sprawę, robimy to z najgłębszą pokorą i szacunkiem. „Z o ileż większą pokorą i czystszym oddaniem musimy zanosić nasze prośby przed oblicze Boga, Pana wszechświata!” – podkreśla. Przypomina też, że nie wielomówstwo, ale czystość serca i skrucha zasługują na wysłuchanie w oczach Boga. „Dlatego też modlitwa powinna być krótka i czysta, chyba że natchnienie łaski Bożej skłoni nas do jej przedłużenia” – zaznacza.
Ważnym elementem duchowości benedyktyńskiej jest lectio divina – codzienna modlitwa medytacyjna na podstawie czytania słowa Bożego i głębokiej refleksji nad nim. Jej treścią może być także lektura innej, poza Pismem Świętym, literatury duchowej.
Szkoła franciszkańska
Fundamenty duchowości franciszkańskiej położył założyciel zakonu, św. Franciszek z Asyżu. „Cały stał się nie tyle człowiekiem modlącym się, co samą modlitwą” – napisał o nim jego biograf Tomasz z Celano. Od chwili, gdy Franciszek doznał łaski nawrócenia, modlitwa była dla niego bardziej stanem niż czynnością. On nie tyle szedł na modlitwę, ile w niej był. Nie stosował specjalnych technik modlitewnych. Modlił się w każdej chwili, „czy gdy szedł, czy siedział, czy jadł, czy pił”. Pragnieniem świętego było po prostu upodobnić się do Chrystusa, który wiele czasu spędzał na modlitwie do Ojca.
Franciszek szczególnie upodobał sobie miejsca samotne, gdzie mógł modlić się bez przeszkód. Tam nieraz skakał, tańczył, śpiewał, płakał i głośno rozmawiał z Bogiem. „Jego najpewniejszym portem była modlitwa, nie krótka na chwilę, nie pusta czy zarozumiała, ale czasowo długa, pełna pobożności, pokornie łagodna. Jeśli ją zaczynał wieczorem, ledwo rano kończył” – zaświadcza Tomasz z Celano.
Święty Bonawentura pisze, że Franciszek „przepełniał płaczem lasy i skrapiał łzami różne miejsca, bił się w piersi i w najbardziej ukrytych miejscach poufale rozmawiał z Panem”. Bracia słyszeli, jak wstawiał się za grzesznikami. „Tam widziano go modlącego się w nocy z rozkrzyżowanymi rękoma, uniesionego nad ziemią i otoczonego jakby błyszczącą mgiełką, będącą zewnętrznym znakiem tego, co w przedziwny sposób działo się w jego duszy” – relacjonuje generał franciszkanów.
Szkoła jezuicka
Dla św. Ignacego Loyoli, założyciela Towarzystwa Jezusowego, modlitwa to forma kontaktu z Bogiem, ale też przestrzeń rozpoznawania woli Bożej i podejmowania zgodnych z nią decyzji. Modlitwa jezuicka nie jest tylko powtarzaniem słów, ale angażuje całego człowieka – umysł, serce i wolę – prowadząc do nawrócenia i życia zgodnego z Ewangelią.
W „Ćwiczeniach duchownych” św. Ignacy mówi o trzech sposobach modlitwy. „Pierwszy sposób modlitwy ma za temat dziesięć przykazań, siedem grzechów głównych, trzy władze duszy i pięć zmysłów ciała” – pisze święty. Jest to rodzaj medytacji, podczas której rozważamy kolejne przykazania, zadając sobie pytanie, jak je wypełniamy. Rozważając grzechy główne, zatrzymujemy się przy tych, które często popełniamy, modląc się, żeby nas Bóg od nich uwolnił. W tym miejscu św. Ignacy proponuje: „Dla lepszego poznania uchybień popełnionych w dziedzinie grzechów głównych trzeba rozważyć to, co im jest przeciwne. I tak, żeby ich lepiej unikać, postanowić sobie i starać się przez święte ćwiczenia nabyć i posiąść siedem cnót przeciwnych tym grzechom”.
Drugi sposób modlitwy bazuje na treści dobrze znanych modlitw, takich jak „Ojcze nasz” czy „Zdrowaś, Maryjo”. Polega na rozważaniu każdego słowa modlitwy, zatrzymywaniu się nad nim w ciszy, żeby je „smakować” i otwierać się na działanie Ducha Świętego. Ta metoda, podobna do lectio divina, pomaga uniknąć machinalnego wypowiadania modlitw.
Trzeci sposób modlitwy jest modlitwą rytmiczną zgodną z oddechem. Przy każdym oddechu wypowiada się w myśli jedno słowo modlitwy, np. z „Ojcze nasz”. Między kolejnymi oddechami uwaga skupiana jest na znaczeniu słowa i na Tym, do którego się modlimy. W ten sposób łatwiej uświadomić sobie, że wielbimy Boga każdym oddechem.
Szkoła karmelitańska
„Bez modlitwy Karmel jest niczym” – ta dewiza mówi o fundamencie istnienia Zakonu Najświętszej Maryi Panny z Góry Karmel. Rozmowa z Bogiem i przebywanie w Jego obecności jest jedyną racją bytu karmelity i karmelitanki. Modlitwa Karmelu jest zorientowana na kontemplację. Nie chodzi jedynie o akt zewnętrzny, ale o wyrażany sercem głęboki, serdeczny dialog z Bogiem.
Święty Jan od Krzyża, mówiąc o modlitwie, podkreślał potrzebę oderwania się od dóbr ziemskich i skupienia na Bogu. Uczył, że droga do zjednoczenia z Nim w modlitwie wymaga pokory, cierpliwości i oczyszczenia duszy. Modlitwa to według mistyka nie tylko akcja człowieka, ale przede wszystkim działanie Boga, który przyciąga i przemienia duszę.
„Kto nie rozpoczął modlitwy, na miłość Pana błagam go, niechaj nie pozbawia się takiego dobra. Nie ma tu się czego obawiać, a jedynie pragnąć… Modlitwa myślna jest niczym innym – moim zdaniem – jak nawiązywaniem przyjaźni z Tym, o którym wiemy, że nas miłuje” – pisała św. Teresa z Ávili.
Dla wszystkich
Każda z powyższych duchowości znajduje świeckich naśladowców, którzy w niektórych wypadkach tworzą „trzecie zakony”. Tercjarze uczestniczą w dobrach duchowych „swoich” zakonów i korzystają z oferowanej przez nie formacji. Każdy jednak, kto tylko chce, może czerpać z duchowego dorobku „szkół modlitwy” z pożytkiem dla swojej osobistej relacji z Bogiem.
Franciszek Kucharczak/Gość Niedzielny
***
fot. Canva/Wikipedia
***
Ignacjański rachunek sumienia
Ignacjański rachunek sumienia polega na „rachowaniu” nie swoich grzechów, ale… Bożej dobroci! Trwa tylko 15 minut, a pozwala uwrażliwić serce na Boże poruszenia. Sprawdź, jak 500-letnia metoda modlitwy może zmienić Twoje życie wewnętrzne.
Ignacjański rachunek sumienia to forma codziennej modlitwy. Św. Ignacy z Loyoli proponuje, by zamiast „rachować” swoje grzechy, „badać” swoje sumienie. Tylko wtedy, kiedy ta modlitwa jest praktykowana każdego dnia, może przynosić regularne owoce.
Ignacjański rachunek sumienia. Na czym polega?
Św. Ignacy z Loyoli proponuje zaskakujące podejście do rachunku sumienia!. Zamiast „rachować” swoje grzechy, zachęca w swoich Ćwiczeniach Duchownych do „badania” swojego sumienia. Sumienie to takie miejsce w nas gdzie przebywamy z Bogiem. Badamy to miejsce, żeby się spotkać z Nim – bliskim i kochającym.
Polega ona na słuchaniu Boga i słuchaniu swojego serca. Na spotkaniu z miłującym Bogiem i na spotkaniu z samym sobą w atmosferze Jego miłości. Na badaniu Jego wezwań i naszych odpowiedzi na nie. I wreszcie na „rachowaniu” Jego darów i miłości, którymi nas obdarza.
Przede wszystkim skupiamy się na Nim i na dobru, które od niego otrzymujemy, a dopiero później na swojej grzeszności. Jednak nawet w momencie, kiedy zabieramy się za „pranie brudów”, nie robimy tego sami, tylko z Jego łaską. Nie po to, aby zadręczać się swoją słabością, ale po to, żeby odkryć mechanizmy zła, którym się poddajemy i przeciwdziałać im.
Celem tej metody badania sumienia jest wdzięczność za działanie Boga i ukierunkowanie na przyszłość. Dzięki codziennej praktyce nasze serce jest bardziej czujne na Boże poruszenia i łatwiej nam odróżnić dobro od zła.
Jeśli podejmiesz się praktykowania tego sposobu modlitwy nie z lęku przed karą za swoje grzechy, ale z troski o swoje życie wewnętrzne, szybko zobaczysz jakie owoce ona przynosi.
Kwadrans szczerości, czyli ignacjański rachunek sumienia krok po kroku
Ignacjański rachunek sumienia jest bardzo prosty i składa się z pięciu punktów. Ta modlitwa ma trwać dokładnie piętnaście minut – ani dłużej, ani krócej.
1. Podziękować Bogu, naszemu Panu za otrzymane dobrodziejstwa.
Tak! Rachunek sumienia powinieneś zacząć od dziękczynienia! „Cóż masz, czego byś nie otrzymał?” – pyta św. Paweł w Pierwszym Liście do Koryntian (4,7). Każde dobro w ciągu dnia, każda łaska, czy choćby dar życia – to wszystko pochodzi od Boga. Dlatego rachunek sumienia zacznij od tego, co dobre. Zacznij od Tego, który jest dobry. W pierwszym, punkcie „rachujesz” Boże dary, zamiast własnych grzechów.
Popatrz na cały swój dzień i zastanów się: Co mnie dobrego dziś spotkało? W czym widziałem miłość Boga? Jak On się o mnie troszczył? Co szczególnego się dzisiaj wydarzyło? Jakie Jego dary i prezenty odkryłem w swoim życiu?
W tym punkcie nie chodzi tylko o to, żeby dziękować za rzeczy oczywiste: „miałem co jeść”, „miałem gdzie spać” itd. Dziękuj bardzo konkretnie: wymień te dary, sytuacje, myśli, za które jesteś wdzięczny. Możesz także podziękować Bogu za to, czego nie straciłeś tego dnia. A jeśli naprawdę wydaje Ci się, że nie masz za co dziękować, możesz zawrzeć z Bogiem umowę: „Panie Boże, daj mi jutro tylko to, za co dzisiaj Ci podziękuję”.
Uwaga! Jeśli ten punkt Cię zaabsorbuje, będziesz znajdować coraz to nowe rzeczy, za które możesz dziękować i Twój duch się będzie radował to trwaj w tej dziękczynnej modlitwie, aż do nasycenia. Smakuj dobroci Boga, ciesz się nią i bądź mu wdzięczny. Nie przejmuj się, że masz jeszcze cztery punkty „do przerobienia” – możesz spędzić na tym punkcie całe 15 minut przeznaczone na rachunek. Twoje spotkanie z Panem już przyniosło owoce!
2. Prosić o łaskę poznania grzechów i porzucenia ich.
Przechodząc do drugiego punktu, proś Ducha Świętego o łaskę spojrzenia na miniony dzień Jego oczami. Dlaczego to takie ważne? W tym punkcie skupiamy się na naszej grzeszności, słabości i naszych upadkach. Patrząc na nie jedynie ze swojej perspektywy możemy, łatwo wpaść w pułapkę samooskarżania się. Często jesteśmy dla samych siebie najbardziej surowymi sędziami. Musisz jednak pamiętać, że Bóg nigdy nie oskarża, nie wzbudza chorego poczucia winy, nie „wgniata” Cię w ziemię Twoimi grzechami. Tak działa szatan! Patrząc na nasze grzechy z pomocą Ducha Świętego, poucza on nas o naszym grzechu w sposób pełny miłości i delikatności po to, aby nas pobudzić do nawrócenia.
Samo poznanie grzechów jednak nie wystarcza – potrzebujesz jeszcze przyznać przed sobą i Bogiem: „To JA zgrzeszyłem”. Dopiero kiedy uznasz swój grzech, możesz go odrzucić (nie możesz odrzucić grzechu, póki nie jest Twój). Wystarczy Twoja decyzja serca, akt woli. Łaska Boża zrobi resztę.
3. Domagać się od duszy zdania sprawy od chwili powstania z łóżka aż po obecny rachunek sumienia, godzina po godzinie i chwila po chwili, najpierw z myśli, potem z mowy, wreszcie z uczynków (…).
W trzecim punkcie chodzi o to, abyś w Jego obecności uświadomił sobie, co się działo w ciągu dnia. Szczególnie przyjrzyj się swoim myślom, bo z nich bierze początek każdy czyn. Spróbuj zwrócić uwagę na to: z jakich myśli i intencji brały się dobre i złe czyny, które popełniłeś w ciągu dnia? Jakie były twoje motywacje? Za jakim sposobem myślenia podążasz?
Skup się również na tym: jakie natchnienia otrzymałeś? Czy za nimi poszedłeś? Czy dałeś się kształtować Bogu?
Nie odpowiadaj na te pytania sam. Porozmawiaj z Nim o tym, wysłuchaj Jego zdania. Poproś, żeby Ci pokazał, jak on widział ten dzień: co Jemu się podobało a co nie?
Jeśli będziesz mieć problem z przypomnieniem sobie każdej chwili dnia (na początku może to być bardzo trudne!) to postaraj się popatrzeć na dzień jak na etapy, np.: od wstania z łóżka do wyjścia na uczelnię, od pierwszych zajęć do obiadu, od powrotu do domu do rachunku sumienia itp.
4. Prosić Boga, naszego Pana, o przebaczenie win.
Kiedy już zobaczyłeś cały swój dzień, uświadomiłeś sobie swoje grzechy i podjąłeś w sercu decyzję o ich odrzuceniu – przyszedł czas na kolejny etap. Proś Boga o to, aby wybaczył Ci Twoje winy. „Jeżeli wyznajemy nasze grzechy, Bóg jako wierny i sprawiedliwy odpuści je nam i oczyści nas z wszelkiej nieprawości.” – pisze św. Jan w swoim liście (1 J 1,9). Uświadom sobie, że potrzebujesz wybawcy i nie zapominaj, że On jest większy niż każda Twoja słabość!
Pamiętaj, że nie stajesz przed sędzią, który chce Cię ukarać, ani przed policjantem, który przyłapie Cię na każdym najmniejszym wykroczeniu. Stajesz przed miłującym Ojcem, który chce Cię przyjąć w swoje ramiona. Pozwól Bogu kochać Cię takim, jaki jesteś.
5. Postanowić poprawę za Jego łaską.
Jeśli jeszcze nie minęło 15 minut, a wszystkie poprzednie punkty masz już za sobą, to przed Tobą ostatnia rzecz do zrobienia. Postanów poprawę Z JEGO ŁASKĄ. Nie próbuj własnymi siłami się zmieniać, nawracać czy pokonywać słabości, bo będziesz skazany na porażkę.
Jeśli pozwoliłeś się prowadzić Duchowi Świętemu w tej modlitwie, to z pewnością zauważysz co w Twoim życiu jest do poprawy. Owocem skruchy będzie to, że sam będziesz chciał się rozwijać i wzrastać.
Nie czyń jednak jakichś wielkich postanowień! Niech to będzie jedna, drobna zmiana. Naucz się stawiać małe, konsekwentne kroki w rozwoju swojego życia duchowego. Mniej znaczy więcej! Tutaj również ważny jest konkret: nie „od jutra będę lepszy”, ale „przez najbliższe 7 dni poświęcę każdego ranka 5 minut na modlitwę za nadchodzący dzień”. Niech to postanowienie wypływa z tego, co zauważyłeś w ciągu całego dnia.
Ojcze nasz
Kilka przydatnych wskazówek
Ignacjański rachunek sumienia warto robić codziennie wieczorem, ale nie przed samym snem. Jeśli będziesz za bardzo znużony, możesz zasnąć w trakcie. Poruszenia w trakcie rachunku mogą Cię również pobudzić na tyle, że będziesz mieć problem z zaśnięciem!
Nie zniechęcaj się, jeśli będzie Ci na początku szło „topornie”. Potrzebujesz wytrwałości i cierpliwości. Łatwiej Ci się będzie zdyscyplinować, jeśli ustalisz stałą godzinę w ciągu dnia, w której będziesz robić rachunek sumienia. Możesz też spróbować kwadrans na rachunek „przypiąć” do jakiegoś stałego punktu wieczoru, np.: po kolacji, przed wieczorną toaletą itp.
Dopilnuj, aby ta modlitwa trwała dokładnie 15 minut (możesz ustawiać sobie minutnik). Jeśli trudno jest Ci wytrwać na modlitwie, chęć jej skrócenia potraktuj jako pokusę. Przekonasz się, że często w ostatnich sekundach Bóg poruszy Twoje serce. Za pokusę uznaj również chęć przedłużenia modlitwy. Kwadrans to kwadrans i bądź temu wierny. „Lepsze jest posłuszeństwo od ofiary” (1 Sm 15,22).
Jeżeli w którymś z punktów, Twoja modlitwa bardzo Cię poruszy, zacznie Cię nasycać, rozpalać do tego stopnia, że będziesz chcieć trwać w tym miejscu – nie przechodź do następnych punktów, nawet jeśli kończy Ci się czas. Słuchaj serca, a nie metody. Schemat modlitwy jest po to, aby Ci pomóc, a nie po to, żeby „odhaczyć” wszystkie jego punkty.
Stacja 7.pl
***
Dobra spowiedź.
10 cennych rad od księży
fot. Christine Riggle/Flickr
***
Jak się spowiadać
Szkoda, że nie mogę posłuchać spowiedzi innych ludzi. Nie, bez obaw – nie podkładam podsłuchów w konfesjonałach. Po prostu myślę, że mogłabym nauczyć się od innych, jak dobrze się spowiadać.
Do sakramentu pokuty przystępuję od wielu lat, ale ciągle prześladuje mnie myśl, że nie do końca wiem, jak się spowiadać. Czasem po odejściu od konfesjonału dopadają mnie wątpliwości, czy to była dobra spowiedź – być może powinnam używać mniej ogólników, a może wyznając grzechy nie byłam do końca szczera?
Po ostatniej spowiedzi postanowiłam, że poproszę o radę tych, którzy naprawdę słuchają spowiedzi, czyli księży. W poniższej galerii przeczytasz, co mi powiedzieli:
Mnie osobiście trzecia rada pomogła zmienić podejście do rachunku sumienia. Zdałam sobie sprawę z tego, że wyliczając swoje grzechy, powinnam unikać ogólników (nie dlatego, że Bóg tego potrzebuje, ale dlatego, że będzie to po prostu dla mnie pomocne). Wszystkie te rady umocniły moją miłość do sakramentu pokuty i do kapłanów, którzy poświęcają swoje życie, służąc Bogu i ludziom.
Po co się spowiadać, skoro ciągle mam te same grzechy?
fot. Pascal Deloche / Leemage
***
Za bardzo sprowadzamy religijność do nakazów, zakazów, a zapominamy o budowaniu relacji z Panem Bogiem. I to jest największy problem – mówi o. Grzegorz Kramer.
Przemysław Sałek: Kiedyś znajomy rozłożył mnie na łopatki, mówiąc, że swoich przewinień, tj. okazjonalnego upicia się czy użycia czasem nieparlamentarnych określeń nie uważa za grzechy i dlatego ma problem z chodzeniem do spowiedzi. Co można zrobić w takiej sytuacji?
Grzegorz Kramer SJ*: Pytanie, czy należy uświadamiać komuś grzech w sytuacji, w której mogło go nie być? Mam wrażenie, że dzisiaj zbyt łatwo nazywamy różne rzeczy grzechem. Ktoś się upije i od razu zarzuca mu się grzech. Może faktycznie jest tak, że obecnie chcemy widzieć go wszędzie?
Jak więc dobrze rozumieć naszą grzeszność i sens spowiedzi?
Nie wszystko, co nazywamy grzechem, jest – jak to mówimy w teologii – zerwaniem więzi z Bogiem. Grzech jest poważną sytuacją, w której mówimy Panu Bogu: „Nie potrzebuję Cię. Wyrzucam Cię z mojego życia”. Więc czy wypicie za dużo alkoholu lub np. zjedzenie szynki w piątek to taka postawa? Za bardzo sprowadzamy religijność do nakazów, zakazów, a zapominamy o budowaniu relacji z Panem Bogiem. I to jest największy problem.
Zawsze powtarzam, że gdy dorastamy, zmieniamy właściwie wszystko w naszym życiu: ubrania, przyjaciół, poglądy. Ale nasza relacja z Panem Bogiem często pozostaje taka, jaką była w przedszkolu. Dla wielu to dość wygodne. Nasza relacja z Bogiem powinna jednak też z czasem dojrzewać.
A jak dojrzale podejść do spowiedzi, gdy spowiadamy się ciągle z tych samych grzechów? Nie ukrywam, że to także mój problem. Czasem zastanawiam się, czy w ogóle odczuwam szczere postanowienie poprawy. Jak wtedy się zachować? Zrobić sobie przerwę w spowiedzi? Czy pogodzić się z tym, że czasem wpadamy w rutynę?
Uważam, że oba rozwiązania są odpowiednie. Wszystko jednak zależy od konkretnej sytuacji. Czasem warto zrobić sobie przerwę, żeby nabrać trochę dystansu, który rozumiem jako świadome – najlepiej w uzgodnieniu ze stałym spowiednikiem – zrobienie dłuższego odstępu między spowiedziami. Mam tu na myśli te nasze stałe grzechy, które często się nam powtarzają, a które są już naszymi „nałogami”.
Jasne, że jeśli w tym czasie zdarzy nam się ciężki grzech, to powinniśmy się z niego wyspowiadać. Dystans jest czasem potrzebny, aby nasza spowiedź, jak mówi papież Franciszek, nie stała się jedynie pralką, do której wrzucimy ubranka a później je wyciągniemy.
Wtedy należy też poszukać odpowiedzi na pytanie, czy to, co w danym momencie nazywam grzechem, rzeczywiście jest czymś, co w sensie sakramentalnym zabrania mi dostępu do Pana Jezusa?
Z drugiej strony, czasem należy się zgodzić na banalność i rutynę w życiu. Warto mieć jednak przy tym świadomość, że nigdy nie są to te same grzechy. Jeżeli mamy głębszą relację z Bogiem to dostrzeżemy, że kłamstwo kłamstwu nie jest równe. Za każdym razem mogą być inne jego konsekwencje. Towarzyszą nam przecież inne okoliczności i motywacje.
Zatrzymajmy się na chwilę przy kwestii motywacji. Wydaje się, że przy rachunku sumienia i spowiedzi jest to niezwykle istotne.
Kościół nas uczy, m.in. poprzez św. Ignacego Loyolę, że po tym, jak odnajdziemy w sobie grzech, nie powinniśmy na tym poprzestawać. Przy rachunku sumienia należy ciągle pytać siebie o motywacje. Nazwanie grzechu to tylko pierwszy etap. Trzeba iść dalej. Następnie zastanówmy się, dlaczego to zrobiliśmy? Co się z nami dzieje? Próbujmy także zrozumieć siebie: nie tylko usprawiedliwiać, ale również zastanawiać się, dlaczego pewne rzeczy mają miejsce. Wtedy łatwiej pracować nad sobą.
Jakich jeszcze rad można udzielić osobie przygotowującej się do spowiedzi?
Pomocne jest zwrócenie uwagi na obrzędy Nabożeństwa Pokutnego. Tam odnajdziemy niesamowitą mądrość. Po pierwsze, dowiadujemy się, że na początku warto skoncentrować się na Panu Bogu – poprzez Słowo Boże. Dzięki temu uświadamiamy sobie, że w spowiedzi chodzi przede wszystkim o naszą relację z Nim.
Następnie przechodzimy do dziękczynienia. Dostrzegamy, że jesteśmy niesamowicie obdarowani: przez Boga, przez innych ludzi, sami też dajemy dużo dobra. Dopiero w trzecim punkcie jest mowa o tym, że mamy zobaczyć swoje grzechy. Zazwyczaj jednak zaczynamy od razu od trzeciego punktu, czyli naszej grzeszności, stając się dla siebie zarówno sędzią, jak i odniesieniem moralnym. Zapominamy wtedy o naszej relacji z Bogiem.
Dlatego, aby dobrze przygotować się do spowiedzi, najpierw powinniśmy przypomnieć sobie, kim jest dla nas Bóg oraz zobaczyć dobro, które jest we mnie i wokół mnie.
Dopiero wtedy przejdźmy do grzechów. A patrząc na nie, nie zapominajmy o wspomnianych już wcześniej motywacjach. Wtedy można dostrzec także różne zależności, np. że grzech mógł mieć większe konsekwencje niż początkowo uważałem.
Jakiś konkretny przykład?
Np. moje kłamstwo mogło kogoś zranić. Wróćmy także do przywołanego na początku problemu upijania się. Może być tak, że nadużycie alkoholu nikogo nie skrzywdziło bezpośrednio, ale jego konsekwencją było np. zawalenie pracy następnego dnia, ponieważ człowiek nie funkcjonuje tak, jak trzeba i jego pracowitość może spadać. Konsekwencje upijania się mogą być także dużo poważniejsze.
Porozmawiajmy jeszcze o stałych spowiednikach. Takie rozwiązanie jest często zalecane podczas spowiedzi. Ale dla wielu znalezienie stałego spowiednika to duży problem.
Na początku chciałbym zaapelować do spowiedników. Jeżeli księża dają taką sugestię, to powinni również pomóc w procesie poszukiwania, by nie zostawić penitenta z problemem typu „muszę znaleźć sobie stałego spowiednika, ponieważ takie dostałem zalecenie”.
A jak znaleźć go samemu?
Trzeba bazować na metodzie prób i błędów. Zawsze podczas takich poszukiwań powinno podpytać się znajomych o sugestie. Następnie warto wybrać się do konkretnego księdza i sprawdzić, czy ten sposób myślenia jest czymś, co pomoże czy raczej wprowadzi w kolejne problemy.
Dlaczego warto poszukiwać? Jakie są korzyści spowiedzi u jednego księdza?
Relacja z osobą, która już mnie zna powoduje, że nie muszę przedstawiać cały czas od początku swojej historii. Przechodzi się od razu do sedna problemu. Druga rzecz, to bardziej dojrzała relacja, ponieważ musimy pokonać psychologiczną trudność wyznania grzechów osobie, którą się zna. Konieczność powracania ze swoimi grzechami do takiego księdza jest często mobilizacją do większej pracy nad sobą.
Dodatkowo, stałe spowiednictwo jest połączone z kierownictwem duchowym. Zatem mamy możliwość, aby szerzej porozmawiać o naszym życiu, nie tylko w kontekście grzechów. Do tego dochodzi m.in. temat naszej drogi do Pana Boga oraz naszych relacji z innymi ludźmi.
Taka rozmowa służy też temu, by lepiej siebie zrozumieć. A gdy rozumiemy lepiej siebie to robimy mniej błędów w życiu i koncentrujemy się na pozytywnym działaniu.
*Grzegorz Kramer SJ (ur. w 1976 r.). W wieku 21 lat dołączył do Towarzystwa Jezusowego. W latach 2012-2016 był duszpasterzem powołań Prowincji Polski Południowej TJ. Dziś m.in. prowadzi popularnego vloga #BógJESTdobry.
Aleteia.pl
***
Ciągle te same grzechy… Jak to zrobić, żeby spowiadać się lepiej?
Shutterstock
***
5 warunków dobrej spowiedzi
Spowiadam się już 5, 10, 15 lat i nie widzę żadnych efektów. Cięgle te same grzechy, te same pokuty. Czy ma to jakikolwiek sens? To pytanie, które zadaje sobie wielu ludzi. Czy zatem sakrament, który prowadził całe pokolenia katolików do świętości, stracił na sile?
Sekret dobrej spowiedzi, która zdynamizuje nasze życie duchowe, leży w dojrzałym, świeżym spojrzeniu na ten sakrament i w dobrym przygotowaniu do niego. Pomagają w tym tzw. warunki dobrej spowiedzi, które – choć znamy od Pierwszej Komunii – nie zawsze wcielamy w życie.
Do zrobienia dobrego rachunku sumienia potrzebne są zasadniczo trzy rzeczy: kartka papieru, długopis i chwila czasu. Na kartce warto wypisać listę swoich grzechów. Przelewanie myśli na papier – nawet hasłowe, skrótowe – porządkuje chaos panujący w naszej głowie. Po drugie, zapewne każdy z nas ma takie doświadczenie, że kiedy klękał do spowiedzi, jedyne co miał w głowie to wielka, czarna dziura. Dlatego spisany rachunek sumienia jest dobrą mapą, która przeprowadzi nas przez moment spowiedzi. Po spisaniu grzechów, przy każdym z nich warto postawić znak zapytania: „Dlaczego sobie na to pozwoliłem? Dlaczego zdecydowałem się na zło?”. Szukając sukcesywnie, przy każdej kolejnej próbie odpowiedzi na te pytania, będziemy stopniowo odkrywać źródła naszego postępowania. Będziemy coraz lepiej poznawać samych siebie i coraz bardziej otwierać się na działanie Bożej miłości.–
Żal za grzechy
Kiedy mamy za sobą wyliczenie grzechów i próbę odpowiedzi na pytanie: „Dlaczego to zrobiłem?”, czas na kolejne pytanie: „Czy żałuję?”. Żal za grzechy kojarzy się z silnym, negatywnym odczuciem emocjonalnym, połączonym często z niemal fizycznym bólem odczuwanym z powodu popełnionych występków. Nie zawsze jednak żal za grzechy odczuwamy w ten sposób. Jednych grzechów żałujemy bardziej, innych mniej. Nie zawsze odczuwamy żal doskonały. Czasami nasze sytuacje są tak skomplikowane, że ciężko wzbudzić w sobie jakikolwiek stan podobny do żalu, a jednak gdzieś pod skórą czujemy, że powinniśmy się wyspowiadać. W takich momentach, kiedy emocje nie współgrają ze świadomością, warto zadać sobie przynajmniej pytanie: „Czy wiem, że takich czynów, myśli, słów nie powinno być w moim życiu?”. To dobry punkt wyjścia do dalszej moralnej przemiany.
Mocne postanowienie poprawy
W końcu przychodzi czas na pytanie: „Czy jestem gotowy pracować nad sobą? Czy chcę w moim życiu zmian na lepsze?”. Warto pamiętać, że sakrament pokuty i pojednania to nie jednorazowa akcja, która zeruje nasze konto ze złych uczynków, ale długotrwały proces przemiany naszego życia. Zdarza się, że po jednej spowiedzi ktoś totalnie zmienia swój styl funkcjonowania, ale zwykle jest to dopiero początek długiej i trudnej pracy nad sobą. Jan Bosko, święty wychowawca młodzieży, proponował swoim wychowankom, aby przy każdej spowiedzi brali na warsztat jeden konkretny grzech, jeden konkretny wymiar swojego życia i nad nim szczególnie pracowali do kolejnej spowiedzi. Zakłada to opracowanie pewnej strategii wychodzenia z grzechu: czego muszę unikać, na co muszę postawić, jakie cele chcę osiągnąć. W ten sposób włączamy się w proces, w którym szybko doświadczymy jak Boża łaska wspiera w działaniu naszą ludzką naturę.
Wyznanie grzechów
Osobiście jestem przekonany, że w ludzkim wymiarze tego sakramentu najważniejsza jest świadomość, że zostałem przez spowiednika dobrze przyjęty, dobrze wysłuchany i zrozumiany. Wiele osób, które zostały źle przyjęte w konfesjonale, niezrozumiane, czy wręcz niewysłuchane, cierpi na pewnego rodzaju niechęć i traumę związaną z tym sakramentem. Jeśli więc chcesz uniknąć tego typu sytuacji, idź tam, gdzie kapłan ma dla ciebie czas, gdzie są dyżury w konfesjonale i kapłani czekają na wiernych. Unikaj spowiedzi tam, gdzie towarzyszy jej pośpiech i powierzchowność. Dobrą praktyką jest również korzystanie ze spowiedzi u jednego, stałego spowiednika. W sakramencie pokuty i pojednania zawiera się również pewien element duchowego przewodnictwa. Dlatego dobrze mieć kogoś, kto pozna cię na tyle, aby pomóc ci nie tylko dobrze wyznać swoje grzechy, ale również rozwinąć się duchowo.
Zadośćuczynienie Bogu i bliźniemu
Tak jak grzech domaga się rozgrzeszenia, tak zadane krzywdy domagają się zadośćuczynienia. Dobrze przeżywany sakrament pokuty i pojednania sprawia, że stajemy się coraz bardziej dojrzałymi ludźmi, zdolnymi do przebaczania i naprawiania wszelkich krzywd. Spowiedź uczy nas, że dojrzałość duchowa nie polega tylko na tym, aby co jakiś czas oczyszczać swoje sumienie, wyznając grzechy. Dojrzałość duchowa to również chęć przywrócenia dobrymi uczynkami i pokutą równowagi, którą zburzyło zło. Czasami, kiedy po ludzku rzecz biorąc nie można już nic naprawić, zostaje modlitwa, która zatapia skutki popełnionych przez nas grzechów w morzu Bożego miłosierdzia.
Lipiec poświęcony jest czci Najdroższej Krwi Pana Jezusa. W rozważaniach, chcemy pokazać dar, jakim było i jest przelanie przez naszego Odkupiciela drogocennej Krwi.
fot. Karol Porwich/Tygodnik Niedziela
***
Boży Syn nie tylko w czasie Męki, ale dużo wcześniej przelewał Krew, by odkupić rodzaj ludzki. Przypominają nam o tym nabożeństwa, które mają na celu uczczenie Meki Pańskiej, ale też te szczególnie poświęcone Przenajdroższej Krwi Pana Jezusa.
Na początku spróbujmy sobie odpowiedzieć na pytanie: Dlaczego lipiec?
Odpowiedzi poszukajmy w historii, a dokładnie w 1849 roku, kiedy to papież Pius IX dekretem „Redempti sumus” wyznaczył na 1 lipca Święto Najdroższej Krwi Chrystusa (zniesione podczas reformy liturgicznej w 1969). Do rozwoju kultu przyczynił się św. Kasper del Bufalo i założone przez niego Zgromadzenie Misjonarzy Krwi Chrystusa. Św. Kasper, nazwany przez Papieża Jana XXIII prawdziwym i największym na świecie apostołem pobożności do Najdroższej Krwi Jezusa, zdołał, na początku minionego wieku, wprowadzać ją prawie we wszystkich miesiącach roku, na zmianę, w różnych kościołach Rzymu i we wszystkich miastach i wioskach (a były one liczne), które były miejscem jego apostolstwa.
W Mszale Rzymskim możemy znaleźć formularz Mszy Świętej o Krwi Chrystusa. Został on zatwierdzony przez Benedykta XIV. Święty Jan XXIII zatwierdził do publicznego odmawiania Litanię do Najdroższej Krwi Chrystusa. Uczynił to listem apostolskim „Inde a Primis” z 1960.
Mimo bogatej historii kultu, nabożeństwo lipcowe jest mało rozpowszechnione na terenie Polski. Sprawowane jest we wszystkich klasztorach Zgromadzenia Matki Bożej Miłosierdzia, w Sanktuarium Bożego Miłosierdzia w Krakowie – Łagiewnikach i w nielicznych parafiach. A przecież praktyka ta nie jest nowa.
Warto pamiętać, że po maju dla Maryi i czerwcu dla Najświętszego Serca Jezusowego, Kościół świadomie ustalił, że lipiec będzie poświęcony Najdroższej Krwi Jezusa. Lipiec jest centrum roku słonecznego, jest miesiącem nad miesiącami, miesiącem słońca, które praży swym najintensywniejszym skwarem: a Odkupienie nie jest może stołem obfitującym w cudowne źródło – Boskiej Krwi – wlewanej w dusze przez miłość Chrystusa?
Oto dlaczego tak święto, jak i miesiąc Najdroższej Krwi zostały ustanowione w środku roku prawie, by przypomnieć nam pełnię samego Odkupienia. Ale jest jeszcze inny motyw: właśnie w lipcu życie chrześcijańskie osłabia się, a życie ziemskie nabiera rozmachu i w tym ferworze tryumfuje zło. Dlatego konieczna jest jakaś pomoc, a znaleźć ją można właśnie we Krwi Chrystusa.
Żyją Słowem Bożym i Eucharystią, adorują Chrystusa w Najświętszym Sakramencie, służą cierpiącym i pomagają w pojednaniu z Bogiem i drugim człowiekiem.
Wspólnota Krwi Chrystusa w parafii św. Marii Magdaleny na Wawrzyszewie to najstarsza z 18 grup czcicieli Krwi Chrystusa w archidiecezji warszawskiej. Tajemnica Paschalna – uwielbienie Boga, który w swoim Synu odkupił wszystkich ludzi za cenę Jego Krwi, życie Słowem Bożym, dostrzeganie Jezusa w bliźnim i niesienie mu pomocy stanowią centrum jej duchowości.
ks. Krzysztof Hawro/Tygodnik Niedziela
***
W lipcowy miesiąc Kościół zachęca nas do medytowania nad Najświętszą Krwią Chrystusa
Dziś zaczyna się lipiec, miesiąc, który zgodnie z ludową tradycją poświęcony jest kontemplacji Najświętszej Krwi Chrystusa, niezgłębionej tajemnicy miłości i miłosierdzia.
W dzisiejszej liturgii apostoł Paweł w Liście do Galatów stwierdza, że «ku wolności wyswobodził nas Chrystus» (Ga 5, 1). Ta wolność ma bardzo wysoką cenę: jest nią życie, krew Odkupiciela. Tak! Krew Chrystusa jest ceną, którą Bóg zapłacił, aby wyzwolić ludzkość z niewoli grzechu i śmierci.
Krew Chrystusa jest niezbitym dowodem miłości niebieskiego Ojca do każdego człowieka, bez żadnego wyjątku.
Wszystko to bardzo jasno wyraził św. Jan XXIII, który otaczał Krew Pańską wielkim nabożeństwem, wyniesionym z domu, gdzie słyszał w dzieciństwie, jak rodzina odmawiała litanie jej poświęcone. Jako papież napisał list apostolski wzywający do krzewienia tego kultu (Inde a primis, 30 czerwca 1959 r.) i zachęcił wiernych do rozważania nieskończonej wartości tej Krwi, «której jedna kropla może wybawić cały świat od wszelkiej winy» (hymn Adoro Te devote).
(z rozważania św. Jana Pawła II przed modlitwą “Anioł Pański” – 1.07.2001)
***
fot. Karol Porwich/Tygodnik Niedziela
***
Litania do Najdroższej Krwi Chrystusa
Kyrie,eleison, Chryste, eleison, Kyrie, eleison. Chryste, usłysz nas, Chryste, wysłuchaj nas, Ojcze z nieba, Boże, zmiłuj się nad nami Synu, Odkupicielu świata, Boże, zmiłuj się nad nami Duchu Święty, Boże, zmiłuj się nad nami Święta Trójco, Jedyny Boże, zmiłuj się nad nami
Krwi Chrystusa, Jednorodzonego Syna Ojca Przedwiecznego, wybaw nas. Krwi Chrystusa, wcielonego Słowa Bożego, wybaw nas. Krwi Chrystusa, nowego i wiecznego Przymierza, wybaw nas.
Krwi Chrystusa, przy konaniu w Ogrójcu spływająca na ziemię, wybaw nas. Krwi Chrystusa, tryskająca przy biczowaniu, wybaw nas. Krwi Chrystusa, brocząca spod cierniowej korony, wybaw nas. Krwi Chrystusa, przelana na krzyżu, wybaw nas. Krwi Chrystusa, zapłato naszego zbawienia, wybaw nas. Krwi Chrystusa, bez której nie ma przebaczenia, wybaw nas. Krwi Chrystusa, która poisz i oczyszczasz dusze w Eucharystii, wybaw nas. Krwi Chrystusa, zdroju miłosierdzia, wybaw nas. Krwi Chrystusa, zwyciężająca złe duchy, wybaw nas. Krwi Chrystusa, męstwo Męczenników, wybaw nas. Krwi Chrystusa, mocy Wyznawców, wybaw nas. Krwi Chrystusa, rodząca Dziewice, wybaw nas.
Krwi Chrystusa, ostojo zagrożonych, wybaw nas. Krwi Chrystusa, ochłodo pracujących, wybaw nas. Krwi Chrystusa, pociecho płaczących, wybaw nas. Krwi Chrystusa, nadziejo pokutujących, wybaw nas. Krwi Chrystusa, otucho umierających, wybaw nas.
Krwi Chrystusa, pokoju i słodyczy serc naszych, wybaw nas. Krwi Chrystusa, zadatku życia wiecznego, wybaw nas. Krwi Chrystusa, wybawienie dusz z otchłani czyśćcowej, wybaw nas. Krwi Chrystusa, wszelkiej chwały i czci najgodniejsza, wybaw nas.
Baranku Boży, który gładzisz grzechy świata,przepuść nam, Panie. Baranku Boży, który gładzisz grzechy świata, wysłuchaj nas, Panie. Baranku Boży, który gładzisz grzechy świata, zmiłuj się nad nami.
K. Odkupiłeś nas, Panie, Krwią swoją. W. I uczyniłeś nas królestwem Boga naszego.
K. Módlmy się. Wszechmogący, wieczny Boże, Ty Jednorodzonego Syna swego ustanowiłeś Odkupicielem świata i Krwią Jego dałeś się przebłagać, † daj nam, prosimy, godnie czcić zapłatę naszego zbawienia i dzięki niej doznawać obrony od zła doczesnego na ziemi, * abyśmy wiekuistym szczęściem radowali się w niebie. Przez Chrystusa, Pana naszego. W. Amen.
*** Ofiarowanie Przenajdroższej Krwi Chrystusa
Ojcze Przedwieczny, przez Niepokalane Serce Maryi ofiaruję Ci Najdroższą Krew Jezusa Chrystusa, – na zadośćuczynienie za grzechy całego świata, – za konających i za zmarłych w czyśćcu – oraz dla odnowienia Kościoła w Duchu Świętym. Amen.
Niech będzie zawsze błogosławiony i uwielbiony Jezus, który nas Krwią swoją odkupił! Niech będzie zawsze błogosławiony i uwielbiony Jezus, który nas Krwią swoją uwolnił! Niech będzie zawsze błogosławiony i uwielbiony Jezus, który nas Krwią swoją uświęcił! Błogosławiona Krew Jezusowa! Na wieki błogosławiona!
“Oto człowiek”. Obraz udręczonego Chrystusa namalowany przez Adama Chmielowskiego, który później przybrał imię brat Albert stając się ojcem dla bezdomnych. W roku 1989 został ogłoszony świętym. Ten obraz powstawał przez długie lata podczas medytacji nad umęczonym Chrystusem, ukoronowanym cierniem – obdartym całkowicie z ludzkiej godności.
*****
„Gdziekolwiek zwrócę myśl, widzę Jego Krew. Rany nóg i rąk, głowę koronowaną cierniami, otwarte Serce Boże. Wszystko to popycha nas do pokochania Go. Krew Eucharystyczna, którą Jezus ofiarowuje każdego dnia na ołtarzu, to także Krew, która płynie z krzyża i ołtarza, płynie w Ciele Mistycznym Chrystusa, przynosząc duszom Jego siłę oczyszczającą i uświęcającą. O, żeby cały świat został oczyszczony ze zmazy grzechu. Oto do czego skłania nas cześć Bożej Krwi, którą ofiarujemy stale we Mszy św., którą przyjmujemy w sakramentach. Ona jest ceną zbawienia i świadectwem miłości okazanej człowiekowi przez Boga”.
św. Kasper de Buffalo.
*****
Krwiodawstwo Życia:
Pan Jezus przelewa swoją Najświętszą Krew podczas ukoronowania cierniem
Przywódcy żydowscy żądają od Piłata, aby skazał Jezusa na ukrzyżowanie. Ukoronowanie cierniem staje się najbardziej ekspresywnym momentem w całym objawieniu. Jezus jest wyśmiany, jednakże prawdziwie jest Królem, ponieważ Jego królewskość jest „inna” niż ta z tego świata.
Z Ewangelii św. Jana
A żołnierze, uplótłszy koronę z cierni, włożyli Mu ją na głowę i okryli Go płaszczem purpurowym. Potem podchodzili do Niego i mówili: «Witaj, Królu żydowski!» I policzkowali Go. A Piłat ponownie wyszedł na zewnątrz i przemówił do nich: «Oto wyprowadzam Go wam na zewnątrz, abyście poznali, że ja nie znajduję w Nim żadnej winy». Jezus więc wyszedł na zewnątrz w koronie cierniowej i płaszczu purpurowym. Piłat rzekł do nich: «Oto Człowiek». (J 19, 2-5)
Refleksja
Jan Ewangelista umieszcza scenę ukoronowania cierniem Jezusa i wyśmiania Go jako „króla” w centrum procesu, w taki sposób, aby Jezus został ukazany jako prawdziwy Król. Piłat po raz kolejny stwierdza, że nie znalazł w Nim żadnej winy, zasługującej na skazanie Jezusa na śmierć, i ukazuje Go ludowi: Oto Człowiek! Ta wypowiedź Piłata o Jezusie poranionym, z koroną cierniową na głowie i w płaszczu purpurowym, mogłaby wskazywać na pogardę wobec tej „biednej ofiary”. Ale może również mieć inne znaczenie: zwykle „nowy król” był przedstawiany poddanym, już ubrany w szaty królewskie, wypowiadano imię króla, a lud wznosił okrzyki aprobaty. Myślą przewodnią naszego rozumowania i działania jest nie tyle Ewangelia, co Osoba, którą ta Ewangelia przepowiada. Chrystus, nasz Niebiański Król, jest obecny w nas, a nasza relacja z Nim ma się opierać na prawdziwym poddaniu się Jemu, jako Królowi. On, słońce naszej duszy, upiększa nas swoją czystością i swoim blaskiem. W ten sposób Jego Królewska godność staje się dla nas bodźcem do podążania za Nim wszędzie i naśladowania Go we wszystkim.
Z „Komentarza do Ewangelii św. Jana” św. Augustyna, biskupa (Homilia 116)
Piłat ponownie wyszedł na zewnątrz i przemówił do nich: «Oto wyprowadzam Go do was na zewnątrz, abyście poznali, że ja nie znajduję w Nim żadnej winy». Jezus więc wyszedł na zewnątrz, w koronie cierniowej i płaszczu purpurowym. Piłat rzekł do nich: «Oto Człowiek». Oto dowód na to, że nie dokonało się bez wiedzy Piłata to, co żołnierze uczynili Jezusowi, zarówno to, co było im zlecone, jak i to, na co im pozwolono. Stało się to z tego powodu, jak już powiedzieliśmy, że nieprzyjaciele Jezusa zasmakowali w rozkoszowaniu się tymi wszystkimi wyrządzanymi Mu zniewagami i nie zaspokoili ostatecznie swojej żądzy krwi. Jezus wychodzi przed lud w koronie cierniowej i zhańbiony. Piłat mówi do nich: Oto Człowiek!, jakby chciał powiedzieć: jeśli jesteście zawistni o króla, oszczędźcie Go teraz, kiedy widzicie Go tak poniżonym; został ubiczowany, ukoronowany cierniem, odziany w hańbiący strój; został wyśmiany obelżywymi krzykami, spoliczkowany; zawrzała hańba, rozpaliła się nienawiść.
Prośby
Módlmy się do Boga Ojca za zbawienie wszystkich ludzi, odkupionych mocą Krwi Chrystusa, i wołajmy:
Wysłuchaj nas, Panie.
Prośmy, aby Krew Chrystusa oczyściła nasze sumienia ze złych uczynków, byśmy mogli służyć żywemu Bogu:
Wysłuchaj nas, Panie.
Prośmy, aby tajemnica Chrystusa, który wydaje się za każdego człowieka, przyciągnęła wszystkie narody do serca Jezusowego:
Wysłuchaj nas, Panie.
Prośmy, aby spojrzenie na krzyż Chrystusa wzbudziło w grzesznikach prawdziwe pragnienie pokuty:
Wysłuchaj nas, Panie.
Boże Wszechmocny, dziękujemy Ci za to, że uczyniłeś nas godnymi uczestnictwa w tajemnicy Krwi Twojego Syna. Naucz nas odpowiadać coraz lepiej na wyraz Twojej miłosiernej miłości. Prosimy o to przez Chrystusa, Pana naszego. Amen.
tekst pochodzi z książki:
“Krew Chrystusa – Codzienne rozważania na lipiec”/tłumaczenie z j. włoskiego: ks. Daniel Mokwa CPPS
***
Krew Chrystusa gromi demony.
Pamiętaj o tym – nie tylko w lipcu!
***
Zgodnie z tradycją Kościoła lipiec to miesiąc szczególnie poświęcony Najdroższej Krwi Chrystusa. Ten bogaty kult związany jest głównie z Męką Chrystusa na Krzyżu i Eucharystią. Jak pisał św. Jan Chryzostom „Ta Krew, gdy godnie przyjęta, oddala demony, przywołuje aniołów, a nawet samego Pana aniołów”. Obecnie kult Krwi Chrystusa odżywa za sprawą cudów eucharystycznych, które miały niedawno miejsce w Polsce (Sokółka, Legnica) i na świecie.
1.Kult Krwi Chrystusa sięga pierwszych wieków
Pierwotne zapisy dotyczące czczenia Krwi Chrystusa zostawili nam już ojcowie Kościoła, w pierwszych wiekach chrześcijaństwa. „Ta Krew wylana oczyszcza świat cały. Ona jest ceną wszechświata, za którą Chrystus odkupił Kościół” – pisał św. Jan Chryzostom, który żył w IV wieku.
Kult Krwi Chrystusa w Kościele związany jest z dwiema relikwiami Męki Pańskiej, które odnaleziono w średniowieczu. W roku 804 znaleziono gąbkę, z której pojono konającego na krzyżu Chrystusa. Natomiast w roku 1048 odnaleziono, zabezpieczoną w ołowianym naczyniu, ziemię spod Krzyża, w którą wsiąkła krew Jezusa. Do miasta Mantuia obie relikwie miał przywieźć nawrócony rzymski żołnierz Longin, ten sam, który przebił bok Chrystusa włócznią. Autentyczność tych relikwii potwierdził w roku 1053 papież Leon IX. Już wówczas zaczęto nadawać kościołom wezwanie Najdroższej Krwi Chrystusa.
2.Ustanowienie uroczystości Najdroższej Krwi Chrystusa
Uroczystość Najdroższej Krwi Jezusa ustanowił w roku 1849 dekretem „Redempti sumus” papież Pius IX i wyznaczył to święto na pierwszą niedzielę lipca. Cały lipiec był poświęcony tej tajemnicy. Papież św. Pius X przeniósł uroczystość na dzień 1 lipca. Natomiast Ojciec Święty Pius XI podniósł je (1933 rok) do rangi świąt pierwszej klasy na pamiątkę dziewiętnastu wieków, jakie upłynęły od przelania za nas Najświętszej Krwi.
Gorącym nabożeństwem do Najdroższej Krwi Chrystusa wyróżniał się papież św. Jan XXIII (+ 1963). On to zatwierdził litanię do Najdroższej Krwi Pana Jezusa, a w liście „Inde a primis z 1960 roku zachęcał do tego kultu. „To nabożeństwo zostało mi wpojone już w życiu rodzinnym, od wczesnych lat mojego dzieciństwa. Pozostaje mi w pamięci wspomnienie moich sędziwych rodziców, recytujących w dniach lipca litanię do Najdroższej Krwi” – wspominał Jan XXIII.
3.Tak uroczystość Najdroższej Krwi Chrystusa zniknęła z kalendarza liturgicznego
Do czasu reformy kalendarza liturgicznego (1969) po Soborze Watykańskim II w dniu 1 lipca obchodzona była uroczystość Najdroższej Krwi Chrystusa. Później skreślono tę uroczystość z kalendarza. Reformatorzy tłumaczyli, że obchód uroczystości Krwi Chrystusa został w Kościele powszechnym złączony z uroczystością Najświętszego Ciała Chrystusa (zwaną popularnie Bożym Ciałem). Na zasadzie pewnego przywileju – uroczystość Najdroższej Krwi Chrystusa pozwolono celebrować jedynie zgromadzeniom Księży Misjonarzy i Sióstr Adoratorek Krwi Chrystusa. Tę rodzinę zakonną założył św. Kasper de Buffalo (+ 1837), gorący zwolennik szerzenia kultu Krwi Chrystusa, która obmywa nas z grzechów i otwiera dla nas bramy raju.
4.Jak czcić Najdroższą Krew Chrystusa?
Najprostszą formą kultu Krwi Chrystusa jest adoracja i Komunia Święta. Można też rozważać fragmenty Ewangelii, opisujące przelanie Krwi przez Chrystusa. Święty Jan XXIII w liście apostolskim „Inde a Primis”, zachęca wiernych do odprawienia nabożeństwa ku czci Przenajdroższej Krwi Jezusa Chrystusa, szczególnie w lipcu.
„Niechaj rozważają o niesłychanie obfitej i nieogarnionej wartości tej Krwi prawdziwie najdroższej” – pisze w liście apostolskim papież święty Jan XXIII. „Ta sama Krew Boża płynie we wszystkich sakramentach Kościoła, dlatego nie tylko słuszną jest rzeczą ale wielce sprawiedliwą, aby tej Krwi składali wszyscy odrodzeni w jej zbawczych strumieniach hołd adoracji, podyktowanej wdzięcznością i miłością” – zaznacza w liście do wiernych papież.
Publiczną i prywatną formą modlitwy może być także Litania do Najdroższej. W encyklice „Evengalium Vitae” św. Jana Pawła II czytamy, że „Krew Chrystusa objawia, jak wielka jest miłość Ojca, a zarazem ukazuje, jak cenny jest człowiek w oczach Boga i jak ogromna jest wartość jego życia”.
Kult Najdroższej Krwi Chrystusa szczególnie mocno upowszechniają Misjonarze Krwi Chrystusa, którzy mają swoje placówki także w Polsce. Od roku 1946 pracują w Polsce również siostry Adoratorki Krwi Chrystusa. Obecnie w Częstochowie pod opieką Misjonarzy Krwi Chrystusa znajduje się jedyne w Polsce sanktuarium Przenajdroższej Krwi, gdzie od 1998 roku czczone są relikwie Krwi Chrystusa z Mantui – dar Sióstr Przenajdroższej Krwi z Schellenbergu (Księstwo Lichtenstein). Obecnie kult Krwi Chrystusa odżywa za sprawą cudów eucharystycznych, które miały niedawno miejsce w Polsce (Sokółka, Legnica) i na świecie.
Dziś szczególnie potrzebne jest oddawanie czci Najdroższej Krwi Jezusa. W czasach szerzących się ideologii gender, promocji seksu bez odpowiedzialności, LGBT, stawiania przyrody wyżej człowieka, profanacji, zabijania nienarodzonych, osób starszych i słabych, tym głośniej powinniśmy wołać „Krwi Chrystusa, Jednorodzonego Syna Ojca Przedwiecznego, wybaw nas”.
źródła – brewiarz.pl, czestochowskie24.pl,cpps.pl
***
Christ Jesus Clinic Jesus Christ Cross Faith/Stacja7.pl
***
Katecheza 22 świętego Cyryla Jerozolimskiego o Ciele i Krwi Pańskiej
1. Już to pouczenie błogosławionego Pawła wystarczy zupełnie, aby wzbudzić w was wiarę w Boskie tajemnice. Zaszczyceni nimi uczestniczycie w Ciele i Krwi Chrystusa. Powiedział bowiem, jak to czytaliśmy przed chwilą: „W nocy, w której został zdradzony, wziął Pan Jezus chleb, a dzięki uczyniwszy łamał go, dał uczniom swoim i rzekł: «Bierzcie i jedzcie, to jest Ciało moje». Wziąwszy też kielich, dzięki uczyniwszy, powiedział: «Bierzcie i pijcie, to jest Krew moja»”[1]. Skoro wyraził się o chlebie: „To jest Ciało moje”, któż będzie się wahał; „To jest krew moja”, któż zwątpi i powie, że to nie jest Krew Jego?
2. W Kanie Galilejskiej przemienił Chrystus wodę w wino; czyż więc nie będziemy wierzyć, iż wino w Krew przemienił? Cudu tego dokonał na doczesnych godach; czyż więc nie przyjmiemy, iż tym bardziej synom duchowego łoża swe Ciało i Krew dał na pożywienie?
3. A zatem z całym przekonaniem uważajmy to za Ciało i Krew Chrystusa! Pod postacią chleba dane ci jest Ciało, pod postacią wina dana ci jest Krew. Gdy tedy przyjmujesz Ciało i Krew Chrystusa, w Ciele i Krwi Jego uczestniczysz. Stajemy się nosicielami Chrystusa, gdyż Jego Ciało i Krew są dane naszym członkom. Według błogosławionego Piotra „uczestniczymy w naturze Bożej”[2].
4. Rozprawiając z Żydami, powiedział Jezus: „Jeżeli nie będziecie spożywali Ciała mego i nie będziecie pili Krwi mojej, nie będziecie mieli życia w sobie”[3]. Oni jednak nie przyjęli tego, co słyszeli, lecz ze zgorszeniem odeszli. Sądzili, że ich wzywa do jedzenia mięsnych potraw.
5. W Starym Zakonie były chleby pokładne. Ustały one jednak, gdyż dotyczyły tylko Starego Przymierza. W Nowym Testamencie mamy chleb niebieski i kielich zbawienia dla uświęcenia duszy i ciała. Jak chleb potrzebny jest dla ciała, tak znów Słowo jest potrzebne dla duszy.
6. Nie patrz więc na chleb i kielich jak na czysto ziemskie rzeczy. Są one bowiem Ciałem i Krwią – jako Pan zapewnił. Chociaż by ci to mówiły zmysły, niechaj cię jednak utwierdza wiara. Nie osądzaj rzeczy ze smaku, lecz przyjmuj wiarą, a nie wątp, iż otrzymałeś dar Ciała i Krwi Chrystusa.
7. Jaką one mają siłę, niech ci powie Dawid: „Przed obliczem moim przygotowałeś stół przeciw nieprzyjaciołom moim”[4]. Słowa te znaczą: Przed przyjściem Twoim zastawili szatani stół splamiony i straszny, pełen wszelkiej złej mocy. Ale po Twym przyjściu Ty sam, Panie, zastawiłeś stół przede mną. Gdy człowiek mówi do Boga: „Przygotowałeś stół przed obliczem moim”, czyż nie może to co innego oznaczać niż tajemniczy i duchowy stół, dany nam przez Boga przeciwko szatanom? Tamten stół był wspólny z szatanami – ten jest wspólny z Bogiem. „Namaściłeś mi głowę olejem”[5]. Namaścił twą głowę olejem na czole, abyś naznaczony pieczęcią stał się odbiciem i świętością Boga. „Jak cenny jest kielich, który mnie upaja”[6]! Widzisz, iż jest tu mowa o kielichu, który wziął do rąk Jezus, wypowiadając nad nim słowa dziękczynienia: „To jest Krew moja, która będzie wylana na odpuszczenie grzechów”[7].
8. O tej właśnie łasce mówi dalej Salomon w księdze Eklezjastesa: „Pójdź, pożywaj chleb z radością”, chleb duchowy. Pójdź! Wzywa cię on do zbawienia i szczęścia. „I pij swe wino z weselem”, duchowe wino, „i olej niech będzie wylany na twą głowę”, mówi tu jeszcze o duchowym namaszczeniu. „Niech zawsze będą twoje szaty białe, albowiem miłe są twe sprawy Bogu”[8]. Skoro zdjąłeś stare szaty i wdziałeś duchowe, białe, winny one pozostać zawsze białe. Nie znaczy to, iż zawsze trzeba nosić szaty białe, powinny jednak one zostać prawdziwie białe, jasne i duchowe, abyś mógł powiedzieć z błogosławionym Izajaszem: „Raduje się dusza moja w Panu, albowiem mnie okrył szatą zbawienia i płaszczem nadziei”[9].
9. Wiedząc już i wierząc, że to, co wygląda na chleb, nie jest wcale chlebem, choć smak na to wskazuje, lecz Ciałem Chrystusa, i to, co wygląda na wino, nie jest winem, chociaż ma smak wina, ale Krwią Chrystusa, i stąd Dawid powiedział: „Chleb wzmacnia serce człowieka, od którego lśni twarz jak od oleju”[10], wzmocnij swe serce, biorąc chleb duchowy i rozwesel swe oblicze. Niechaj będzie ono odkryte w czystym sumieniu, abyś jak w zwierciadle rozważał wspaniałość Pana i wzrastał z chwały w chwałę w Chrystusie Jezusie. Jemu cześć i chwała na wieki wieków.
Amen.
_______
PRZYPISY:
[1] 1 Kor 11,23-25.
[2] 2 P 1,4.
[3] J 6,54.
[4] Ps 22,5.
[5] Ps 22,5b.
[6] Ps 22,5c.
[7] Mt 26,27.
[8] Koh 9,7-9.
[9] Iz 61,10.
[10] Ps 103,15.
apologetyka.katolik.pl/Fronda.pl
***
Krew Chrystusa oczyszcza nasze sumienie
Autor Listu do Hebrajczyków porównuje starą i nową świątynię, aby wykazać definitywną skuteczność ofiary Jezusa.
CANVA/Gość Niedzielny
***
Z Listu do Hebrajczyków:
Ale Chrystus, zjawiwszy się jako arcykapłan dóbr przyszłych, przez wyższy i doskonalszy, i nie ręką – to jest nie na tym świecie – uczyniony przybytek, ani nie przez krew kozłów i cielców, lecz przez własną krew wszedł raz na zawsze do Miejsca Świętego i osiągnął wieczne odkupienie. Jeśli bowiem krew kozłów i cielców oraz popiół z krowy, którymi skrapia się zanieczyszczonych, sprawiają oczyszczenie ciała, to o ile bardziej krew Chrystusa, który przez Ducha wiecznego złożył Bogu samego siebie jako nieskalaną ofiarę, oczyści wasze sumienia z martwych uczynków, abyście służyć mogli Bogu żywemu. (Hbr 9, 11-14)
Refleksja:
Krew Chrystusa zdolna jest działać w głębi sumienia, w celu oczyszczania i uwalniania od grzechu, to znaczy od tego źródła nieczystości, które zabija wszelką nadzieję, ponieważ czyni człowieka niewolnikiem i w konsekwencji niezdolnym do pracy nad sobą. Już w Starym Testamencie składane były ofiary na oczyszczenie kapłanów, ludu i świątyni. Te ofiary znalazły swoje wypełnienie w Chrystusie. Najwyższy Kapłan ustanawia i powierza nowemu ludowi Bożemu jedyną, drogocenną ofiarę swojego Ciała i swojej Krwi, która ma nieskończoną wartość. Moc płynąca z tej ofiary oczyszcza z grzechów, uświęca, stwarza pokój oraz ustanawia nową wspólnotę Boga z ludźmi. A ofiara ta spełnia się przez przelanie Krwi. W ten sposób zmazana zostaje wina ludzi, tych, którzy opłukali swe szaty i w Krwi Baranka je wybielili (Ap 7, 14), ponieważ prawdziwie Krew Jezusa, Syna Jego, oczyszcza nas z wszelkiego grzechu (1 J 1, 7; por. Ap 1, 5).
***
Z „Listów” św. Kaspra del Bufalo, kapłana (Tom VI f, 403)
Adoracja niezmierzonej Ceny naszego zbawienia jest najcenniejszym przedmiotem naszych dążeń. Z Boskiej Krwi płyną skarby mądrości i uświęcenia, wolność od kary piekielnej oraz możność posiadania chwały świętych w niebie. Wraz z przyjęciem tej niezmierzonej Ceny, przez którą zostaliśmy zbawieni, znajdź grzeszna duszo świętą i wewnętrzną motywację znalezienia nadziei w miłosierdziu i przebaczeniu; a ciebie, człowieku skruszony, niech ta niezmierzona Cena naszego zbawienia pobudza do wzrostu w cnotach i w świętości oraz w zdrowej, płomiennej gorliwości ratowania dusz dla Pana. Rozmyślanie o tym tak ważnym nabożeństwie niech cię uzdalnia do powstania ze snu duchowej śmierci, która cię zniewala. Rozumiemy teraz, dlaczego w Starym Testamencie Pan miał upodobanie w krwi ofiar zwierzęcych: ponieważ były zapowiedzią Krwi Baranka, przelanej na ołtarzu krzyża w pełni czasów. Jeśli bowiem krew kozłów i cielców oraz popiół z krowy, którymi krapia się zanieczyszczonych, sprawiają oczyszczenie ciała, to o ile bardziej krew Chrystusa, który przez Ducha wiecznego złożył Bogu samego siebie jako nieskalaną ofiarę, oczyści wasze sumienia z martwych uczynków, abyście służyć mogli Bogu żywemu. Niech to nabożeństwo do Przenajdroższej Krwi przybliży nasze dusze do boskiego Serca Jezusa.
Prośby:
Z żywą wiarą w moc Krwi Chrystusa módlmy się wspólnie i wołajmy:
Wysłuchaj nas, Panie.
Za święty Kościół Boży, by oczyszczony Krwią Chrystusa stawał się coraz bardziej znakiem miłości i apostolskiej gorliwości, Ciebie prosimy:
Wysłuchaj nas, Panie.
Aby Krew Chrystusa obudziła w nas wszystkich potrzebę skruchy i zbawienia, Ciebie prosimy:
Wysłuchaj nas, Panie.
Za wszystkich cierpiących, by potrafili złączyć swoje cierpienia ze zbawczą ofiarą Chrystusa, Ciebie prosimy:
Wysłuchaj nas, Panie.
Boże, który odkupiłeś całą ludzkość Najdroższą Krwią swojego jedynego Syna, zachowaj w nas dzieła swojego miłosierdzia, byśmy – wspominając nieustannie tajemnice naszego zbawienia – mogli otrzymać jego owoce. Prosimy o to przez Chrystusa, Pana naszego. Amen.
“Krew Chrystusa – Codzienne rozważania na lipiec”(tłumaczenie z j. włoskiego: ks. Daniel Mokwa CPPS)
Krew Chrystusa objawia, jak wielka jest miłość Ojca, a zarazem ukazuje, jak cenny jest człowiek w oczach Boga i jak ogromna jest wartość jego życia – pisał św. Jan Paweł II w encyklice Evangelium Vitae.
W dawnej tradycji rozważano nad nią przez cały lipiec. To nie przypadek, że o jej wartości rozmyślano akurat w tym miesiącu. Skoro w czerwcu wychwalamy Boskie Serce Jezusa, to w lipcu warto byłoby pochylić się nad Jego Przenajdroższą Krwią. Serce i krew stanowią przecież integralną całość. Jedno bez drugiego nie może spełniać swojej funkcji. Krew daje życie, jej utrata powoduje śmierć. Krew Chrystusa przelana na krzyżu dała nam zbawienie. Na tym się jednak nie skończyło, bo my w dalszym ciągu możemy się do niej odwoływać, zanurzać w niej swoje życie, ludzi, których spotykamy na co dzień, wszystkie nasze sprawy, problemy i grzechy. Ona nas oczyszcza, uświęca, uzdrawia i uwalnia.
– Szukając początku kultu Krwi Chrystusa trzeba zatrzymać się w rzymskim kościele San Nicola in Carcere. Według tradycji przechowywany jest w nim skrawek płaszcza należącego do setnika, który włócznią przebił bok Jezusa. Relikwię w XVIII w. przekazali do świątyni krewni żołnierza. Początkowo Krwi Chrystusa poświęcano pierwszą niedzielę czerwca. Papież Pius X przeniósł tę uroczystość na 1 lipca. Modlitwę do Przenajdroższej Krwi Zbawiciela zanoszono jednak przez cały miesiąc – tłumaczy ks. Łukasz Tarnowski, kustosz Sanktuarium Krwi Chrystusa w Częstochowie. Dodaje, że po Soborze Watykańskim II połączono Uroczystość Najświętszego Ciała i Uroczystość Krwi Chrystusa w jedno święto (Boże Ciało).
Świadomość bycia odkupionym
Ks. Łukasz należy do zgromadzenia Misjonarzy Krwi Chrystusa, które żyje duchowością Jezusowej Krwi. – Myślę, że jej kult na przestrzeni wieków nigdy nie był zapomniany. Może nie akcentowano go zbyt mocno, ale na pewno nie zaniechano – mówi ks. Łukasz. – O Krwi Jezusa mówiły obrazy i modlitwy. My, jej misjonarze, chcemy nie tylko skupiać się na modlitwie i adorowaniu, ale też na szerzeniu duchowości Przenajdroższej Krwi. Francuski kardynał Albert Vanhoye, który głosił papieżowi rekolekcje na temat Krwi Chrystusa, podkreślał, że była ona „nasączona” Duchem Świętym. Tłumaczył, iż została wylana dla naszego zbawienia przez Jezusa, który był w jedności ze swoim Ojcem. W naszym częstochowskim sanktuarium wierni mogą oddać się Przenajświętszej Krwi Chrystusa. To bardzo stara praktyka. Nie chodzi tu tylko o kult czy podejmowanie zobowiązań modlitewnych. Najważniejsze są czyny i świadomość, że w Jezusie mamy Zbawiciela, że Jego Krew, którą adorujemy i pijemy w Eucharystii, dała nam wolność. W tej darowanej wolności chcemy żyć tym, czego wymaga od nas Bóg, chcemy powiedzieć tak, jak ludzie zgromadzeni wokół Mojżesza podczas zawierania przymierza: wszystkie słowa prawa wypełnimy! – dodaje.
Wielka łaska pojednania
Do Sanktuarium Krwi Chrystusa napływają świadectwa osób, które w swoich troskach i problemach odwoływały się do Krwi Chrystusa. – W ostatnim czasie szczególnie docierają do nas wieści o uzdrowieniach fizycznych. Zazwyczaj nie są potwierdzone dokumentami. Wielu jest jednak przekonanych, że po modlitwie w sanktuarium i błogosławieństwie relikwiami Krwi Chrystusa doznali uzdrowienia. Myślę tu np. o przypadkach wchłonięcia się komórek rakowych – precyzuje i dodaje, że sam zwraca też uwagę na inną ważną sprawę. – Kiedy przyjmuję grupę pielgrzymów, zapraszam i zachęcam do otworzenia się na pojednanie, które daje Krew Chrystusa. Mówią o tym teksty biblijne. Św. Paweł pisze, że Bóg wprowadza pokój przez Krew swego Syna (por. Kol 1,20). O takie pojednanie modlę się codziennie; proszę, by dokonywało się ono w naszych sercach, umysłach i ciałach, o to, byśmy przyjmowali ten pokój. Dziś z wielkim bólem trzeba przyznać, że bardzo nam go brakuje, tak samo jak jedności i harmonii. Krew Jezusa może nas, zagubionych, rozbitych i poranionych fizycznie, psychicznie i duchowo, scalić na nowo – podsumowuje ks. Łukasz.
Wartość i zjednoczenie
W rozważaniu nad Krwią Jezusa niezwykle mocne i uderzające są też słowa dominikanina o. Adama Szustaka. Ten znany kaznodzieja przypominał: „Mamy niezwykłą wartość, bo kiedy Bóg miał za nas zapłacić, to nie starczyło na ziemi złota i srebra. Jedyną ceną, która była godna tego, żeby nas wykupić, stała się Krew Jego Syna. Drożej już się nie da!”.
Jeszcze bardziej mistycznie pisała o Krwi Chrystusa św. s. Faustyna: „Czuję to dobrze, jak Twoja Boska krew krąży w sercu moim; nie ma w tym żadnej wątpliwości, że z tą krwią Twoją przenajświętszą weszła w serce moje miłość Twoja najczystsza. Czuję, że mieszkasz we mnie z Ojcem i Duchem Świętym, a raczej czuję, że ja żyję w Tobie, o Boże niepojęty. Czuję, że się rozpływam w Tobie, jako jedna kropla w oceanie. Czuję, że jesteś na zewnątrz i we wnętrznościach moich, czuję, że jesteś we wszystkim, co mnie otacza, we wszystkim, co mnie spotyka” (Dz. 478). Czy można więc zapomnieć o tej Boskiej Krwi???
Moc wszystkich wierzących
Papież Jan XXIII przypominał, że nabożeństwo do krwi Chrystusa łączy się z kultem Imienia i Serca Jezusa.
O potrzebie odwoływanie się do zasług Krwi Syna Bożego pisał w liście apostolskim „Inde a Primis” w 1960 r. Przypominał w nim o siedmiu jej wylaniach, jakie dokonały się podczas obrzezania, modlitwy w Ogrójcu, biczowania, ukoronowania cierniem, drogi krzyżowej, przybicia do krzyża i przebicia boku włócznią. Cytował też św. Jana Chryzostoma, który nauczał, że „Od tego stołu [eucharystycznego] odchodzimy, jakoby lwy ogniem ziejące, straszni szatanom, rozpamiętując, kto to jest naszą Głową i jak wielką miłość nam okazał… Ta Krew godnie przyjęta, czarta odstrasza, aniołów do nas przywołuje, samego Pana aniołów sprowadza… Ta Krew przelana cały świat obmywa… To jest ta cena świata; to jest cena, za którą Chrystus Pan Kościół kupił…”.
Papież Jan XXIII pisał, że „wierni, którzy godnie zbliżają się do Krwi Pańskiej, pozyskują obfite owoce odkupienia, zmartwychwstania i życia wiecznego, które wysłużyła ludzkości Krew przelana przez Chrystusa „z natchnienia Ducha Świętego” (Hbr 9,14). Wierni nakarmieni Ciałem i napojeni Krwią Chrystusa stają się uczestnikami Jego mocy Bożej; tej samej mocy, dzięki której powstały niezliczone zastępy męczenników. I tak uzdolnieni chrześcijanie idą na spotkanie codziennych wyzwań i przeciwności, zbożnych wyrzeczeń, a czasem samego męczeństwa. Znoszą to wszystko dla obrony cnoty i Królestwa Bożego, czując w sobie ową miłość gorejącą”. Ojciec święty za św. Pawłem powtarzał, że Krew Chrystusa woła głośniej niż krew Abla. Czy można więc pozostać na nią głuchym?
Zaproszenie do zanurzenia
Krew Chrystusa oczyszcza nas z grzechów, uświęca, uzdrawia i uwalnia. Ona jest naszą najlepszą ochroną przez złem.
Warto się do niej uciekać z każdą sprawą. Można to robić poprzez Litanię do Przenajdroższej Krwi Chrystusa. Pięknym wołaniem jest też modlitwa zanurzenia we Krwi Chrystusa, napisana przez s. Gertrudę Bociąg ze zgromadzenia Misjonarek Krwi Chrystusa. Warto ją odmawiać na rozpoczęcie dnia. Jest pięknym zawierzeniem siebie, bliskich nam ludzi, naszych rozmów, prac i odpoczynku. Jest zaproszeniem Jezusa do naszej codzienności, a także deklaracją przyjęcia wszystkiego, co nas spotyka w duchu zadośćuczynienia. Nie chodzi w niej, by prosić o uniknięcie wszelkich trudności. Nikt nam tego nie obieca. Nikt nie powiedział, że jeśli będziemy wierzyć w Boga, nie spotka nas nic trudnego i nieprzyjemnego. Zanurzenie we Krwi Jezusa i wołanie o to, by Jej moc objawiła się w naszym życiu, są wyrazem naszej wiary, ale też świadomości, że sami z siebie jesteśmy słabi i niewiele możemy. Krew Jezusa oczyszcza nas z naszych win. Pomaga być bliżej Boga. Ona uzdrawia nasze serca ze zranień i krzywd zadanych przez innych. Daje moc do kochania i służenia, pomimo ludzkich ograniczeń. Ona stwarza nas na nowo. Jest zdrojem miłosierdzia. Warto wzywać Jej mocy. To najmocniejsza broń przeciwko złu tego świata. Aby zbawić ludzkość wystarczyła tylko jedna jej kropla. Jezus chciał jednak inaczej. Pozwolił, by płynęła strumieniami. Nie bójmy się Jego Krwi. Pozwólmy, by nas obmywała w sakramencie pokuty i poiła w Eucharystii. W ten sposób najmocniej jednoczymy się z Jezusem i pozwalamy, by w nas działał. W Jego Krwi jest nasze zdrowie i życie.
Echo Katolickie/opoka.org.pl
***
Krew Chrystusa woła – „trzeba szerzyć jej cześć”
Wiele krwi leje się z powodu ludzkiej pychy i żądzy panowania. Zbawiciel wylał swoją Krew dla obmycia człowieka z grzechu i ocalenia go na wieczność. Lipiec jest poświęcony rozważaniu tej prawdy.
Święty Kasper del Bufalo, założyciel Zgromadzenia Misjonarzy Krwi Chrystusa.
Nheyob/Wikipedia | CC BY-SA 3.0/Aleteia.pl
***
Angelo Roncalli wspominał, że już w dzieciństwie odmawiał z rodzicami Litanię do Przenajdroższej Krwi Chrystusa. Rodzina robiła to codziennie przez cały lipiec, bo ten właśnie miesiąc jest w katolickiej tradycji ludowej poświęcony kontemplacji Najświętszej Krwi Chrystusa. Gdy został papieżem, wydał w 1954 roku list apostolski Inde a primis, w którym zachęcił wiernych do rozważania wartości Krwi Zbawiciela przez odmawianie litanii. „Niechaj wierni rozważają, jak wielką i nieskończoną wprost mocą bije ta Krew prawdziwie Przenajdroższa, »której jedna kropla może wybawić cały świat od wszelkiej winy«” – pisał św. Jan XXIII.
Zdobyć duszę
Była pierwsza połowa XIX wieku, Europą wstrząsały wojny napoleońskie. Pewnego razu podczas modlitwy ksiądz Kasper del Bufalo wpatrywał się w wizerunek Ukrzyżowanego. Później zapisał: „Wydawało mi się, że słyszę takie słowa: »Widzisz, o synu, moją Boską Krew: w cierpieniach ją przelałem i przez cierpienia trzeba szerzyć jej cześć«”.
Przyszły święty pozostał wierny swojej misji do końca życia. Głoszenie czci Krwi Chrystusa stało się jego pasją. „Chciałbym mieć tysiąc języków, ażeby każdą duszę zdobyć dla Najdroższej Krwi Chrystusa. Och, chciałbym to nabożeństwo rozszerzać własną krwią. Można by powiedzieć, że jestem zaprzedany adoracji Boskiej Krwi, ceny wiecznego zbawienia” – wyznał kiedyś.
Nie musiał szukać cierpień – pojawiły się w następstwie jego wierności i posłuszeństwa Kościołowi. „Nie mogę, nie muszę, nie chcę” – to bodaj najsłynniejsze słowa św. Kaspra. Wypowiedział je przed francuskim urzędnikiem, odmawiając złożenia przysięgi na wierność Napoleonowi, który zawładnął Państwem Kościelnym i uwięził papieża. Zapłacił za to najpierw wygnaniem, a potem ciężkim więzieniem. O tym, jak trudnym doświadczeniem był dla niego pobyt w lochu, świadczy fakt, że do końca życia odczuwał lęk przed ciemnością i nie mógł spać bez zapalonego światła. Ale i to stało się źródłem błogosławieństwa. Być może stąd wziął się jego pomysł stworzenia w Rzymie nocnych oratoriów – miejsc modlitwy, do których Kasper zapraszał ludzi spędzających noce na hulankach i pijatykach.
Najbardziej wyrazistym i trwałym dziełem życia św. Kaspra jest założenie zgromadzenia Misjonarzy Krwi Chrystusa. To oni ponieśli w świat kult Najświętszej Krwi Chrystusa i niosą go dalej. Towarzyszą im w tej misji siostry Adoratorki Krwi Chrystusa, siostry Misjonarki Krwi Chrystusa, a także świeccy zrzeszeni we Wspólnocie Krwi Chrystusa. Dla nich i wszystkich osób żyjących według duchowości Krwi Chrystusa centrum kultu stanowią adoracja i Komunia eucharystyczna. Rozważają także opisane w Ewangelii i celebrowane w liturgii momenty przelania Krwi przez Zbawiciela. Odmawiają też prywatnie i publicznie, szczególnie w lipcu, Litanię do Przenajdroższej Krwi Chrystusa.
Odkryłem wartość
Ks. Damian Siwicki z tego zgromadzenia zainteresował się kultem Krwi Pańskiej za sprawą swojego ojca, który jest członkiem Wspólnoty Krwi Chrystusa.
– Mój tata zawsze chciał, żebym mógł poznać to miejsce w Częstochowie i misjonarzy, którzy prowadzą wspólnotę – opowiada. Tak się też stało: piętnastoletni Damian pojechał do Częstochowy na zorganizowane przez zgromadzenie święto młodzieży. Kiedy później przeżywał młodzieńczy bunt, uświadomił sobie, że właśnie tam czuł głęboki spokój i widział ludzi pełnych nieudawanej radości. Pewnego dnia, gdy odczuwał dojmujący smutek i poczucie bezsensu, poczuł w sobie przynaglenie, wręcz przymus, żeby pojechać do misjonarzy na rekolekcje młodzieżowe. – Tam, klęcząc w kaplicy, doświadczyłem bliskości Pana Boga, Jego miłości. Chciałem, żeby moje życie się zmieniło. I od tego momentu zaczyna się moja historia poznawania misjonarzy i duchowości Krwi Chrystusa. Ja sam, dzięki doświadczeniu miłości Pana Boga i dzięki misjonarzom, odkryłem, że mam wartość – zwierza się. Poruszyła go lektura pism św. Kaspra. Podobnie jak założyciel zgromadzenia poczuł się wezwany, żeby wyjść do tych, w których Krew Jezusa woła najbardziej. Do tych, którzy potrzebują wiedzieć, że są ważni i wartościowi w oczach Boga.
Szukamy zranionych
Misjonarze Krwi Chrystusa często mówią o „wołaniu Krwi Chrystusa”. To głos Zbawiciela, który wzywa, żeby pójść do tych, którzy Go potrzebują najbardziej. Słyszał go św. Kasper. „Gdziekolwiek zwrócę myśl, widzę Jego Krew. Rany nóg i rąk, głowę koronowaną cierniami, otwarte Serce Boże. Wszystko to popycha nas do pokochania Go. Krew Eucharystyczna, którą Jezus ofiarowuje każdego dnia na ołtarzu, to także Krew, która płynie z krzyża i ołtarza, płynie w Ciele Mistycznym Chrystusa, przynosząc duszom Jego siłę oczyszczającą i uświęcającą” – pisał, porwany Jezusowym pragnieniem, żeby cały świat został oczyszczony ze zmazy grzechu. „Oto do czego skłania nas cześć Bożej Krwi, którą ofiarujemy stale we Mszy św., którą przyjmujemy w sakramentach. Ona jest ceną zbawienia i świadectwem miłości okazanej człowiekowi przez Boga” – zachwycał się. „Wystarczy jedno spojrzenie na Boską Krew, a ona wstrząśnie nami, byśmy działali z niespożytą gorliwością, i działać będziemy z prawdziwym Duchem Bożym” – zapewniał w jednym z listów.
Duchowość Krwi Jezusa motywuje misjonarzy z założonego przez św. Kaspra zgromadzenia do wchodzenia w środowiska znajdujące się w kryzysie. W Ameryce Południowej są na przykład takie miejsca, w których obejmują zaniedbaną parafię, pracują tam kilkadziesiąt lat, odbudowując ją od strony materialnej, ale przede wszystkim tworząc z ludźmi żywy Kościół. Potem zostawiają to miejsce innym i idą do kolejnego, tam, gdzie jest większa potrzeba.
– Kiedy widziałem, jak działają tam moi współbracia, uświadomiłem sobie, że tak działa Pan Jezus. On się nie zatrzymuje; szuka ludzi, mówi, że musimy iść też do innych miejsc, by głosić królestwo Boże. „Dziś, jutro i pojutrze muszę być w drodze” – to są te słowa. I to jest działanie Krwi Jezusa, która płynie do wszystkich miejsc, w których jest grzech. Ona ma moc, żeby zmieniać życie człowieka, żeby wszystko odnawiać – podkreśla ks. Damian Siwicki. Przekonuje, że Krew Jezusa jest dla każdego i dzięki niej każdy może poczuć własną wartość, zrozumieć, że jest cenny w oczach Boga, bo On ją za każdego wylał. Mocą tej Krwi dokonuje się nasze wybawienie i usprawiedliwienie.
– Wszędzie pracujemy z ludźmi, którzy doświadczyli od innych jakiegoś zranienia. I staramy się te osoby prowadzić do doświadczenia uzdrowienia, które jest we Krwi Jezusa. A w konsekwencji do pojednania. Jezus mocą swojej Krwi zburzył wszelkie mury między nami i dzięki Niemu możemy stać się braćmi. To doświadczenie staramy się przekazywać, dzielić się nim – zaświadcza duchowny.
Tam, gdzie jest potrzeba
Świeccy ze Wspólnoty Krwi Chrystusa działają razem z Misjonarzami Krwi Chrystusa.
– Oni są razem z nami na tej drodze zaproszeni, by być misjonarzami. Zapraszamy ich do tego, co robimy, do prowadzenia rekolekcji czy misji, ale też do zaangażowania w naszych dziełach. Oni mogą dotrzeć tam, dokąd my nie możemy. W tym, co się da, wspólnie przeżywamy też naszą formację, dni skupienia czy rekolekcje, ale nie zamyka się to na samorozwoju, lecz prowadzi do tego, żebyśmy mogli razem iść do tych, którzy potrzebują wsparcia, i dzielić się z nimi naszą duchowością – tłumaczy kapłan. Akcentuje znaczenie rozpoznawania znaków czasu. – Staramy się usłyszeć, gdzie Krew Jezusa nas woła dzisiaj, i tam pójść. Ja pracuję z młodymi i najbardziej to wołanie słyszę w kontekście samotności, braku zdolności do tworzenia relacji. Podejmuję więc próbę wyjścia do młodych i tworzenia z nimi relacji. To moje doświadczenie, ale na przykład mój współbrat, z którym pracuję w parafii, w tej chwili słyszy to wołanie najbardziej od rodzin, których członkowie są wierzący, ale mają duże problemy z wytrwaniem, z pozostaniem w małżeństwie. Odpowiadając na to wołanie, poszedł w tym roku na studia, żeby uczyć się pomagać rodzinom w kryzysie – mówi ks. Damian Siwicki.
Kasper del Bufalo wciąż inspiruje czcicieli Krwi Chrystusa. Święty do końca życia pozostał wierny wołaniu Krwi Chrystusa. To ono nie pozwoliło mu spać spokojnie, gdy mieszkańców Rzymu dziesiątkowała cholera. Rzucił się na pomoc chorym i umierającym, nie myśląc o własnym bezpieczeństwie. Zaraził się i zmarł pod koniec 1837 roku. Jednym z dorodnych owoców jego życia jest kult Krwi Chrystusa, który zakorzenił się w Kościele, przynosząc wielu ludziom pożytek doczesny i wieczny.
Franciszek Kucharczak/Gość Niedzielny
***
środa 16 lipca
Dziś uroczystość Najświętszej Maryi Panny z Góry Karmel
fot. via Wikipedia, CC 0/Fronda.pl
***
Dzisiejsze wspomnienie zwraca nas ku Maryi objawiającej się na górze Karmel, znanej już z tekstów Starego Testamentu – z historii proroka Eliasza (1 Krl 17, 1 – 2 Krl 2, 25). W XII wieku po Chrystusie do Europy przybyli, prześladowani przez Turków, duchowi synowie Eliasza, prowadzący życie kontemplacyjne na Karmelu. Również w Europie spotykali się z niechęcią. Jednakże Stolica Apostolska, doceniając wyrzeczenia i umartwienia, jakie podejmowali zakonnicy, ułatwiała zakładanie nowych klasztorów.
Maryja ofiarowuje szkaplerz karmelitański św. Szymonowi Stockowi Szczególnie szybko zakon rozwijał się w Anglii, do czego przyczynił się m.in. wielki czciciel Maryi, św. Szymon Stock, szósty przełożony generalny zakonu karmelitów. Wielokrotnie błagał on Maryję o ratunek dla zakonu. W czasie jednej z modlitw w Cambridge, w nocy z 15 na 16 lipca 1251 r., ujrzał Bożą Rodzicielkę w otoczeniu Aniołów. Podała mu Ona brązową szatę, wypowiadając jednocześnie słowa:
Przyjmij, synu, szkaplerz twego zakonu, jako znak mego braterstwa, przywilej dla ciebie i wszystkich karmelitów. Kto w nim umrze, nie zazna ognia piekielnego. Oto znak zbawienia, ratunek w niebezpieczeństwach, przymierze pokoju i wiecznego zobowiązania.
Szymon Stock z radością przyjął ten dar i nakazał rozpowszechnienie go w całej rodzinie zakonnej, a z czasem również w świecie. W XIV wieku Maryja objawiła się papieżowi Janowi XXII, polecając mu w opiekę “Jej zakon” karmelitański. Obiecała wówczas obfite łaski i zbawienie osobom należącym do zakonu i wiernie wypełniającym śluby. Obiecała również wszystkim, którzy będą nosić szkaplerz, że wybawi ich z czyśćca w pierwszą sobotę po ich śmierci. Cały szereg papieży wypowiedziało się z pochwałami o tej formie czci Najświętszej Maryi i uposażyło to nabożeństwo licznymi odpustami. Wydali oni około 40 encyklik i innych pism urzędowych w tej sprawie. Do spopularyzowania szkaplerza karmelitańskiego przyczyniło się przekonanie, że należących do bractwa szkaplerza Maryja wybawi z płomieni czyśćca w pierwszą sobotę po ich śmierci. Tę wiarę po części potwierdzili papieże swoim najwyższym autorytetem namiestników Chrystusa. Takie orzeczenie wydał jako pierwszy Paweł V 29 czerwca 1609 r., Benedykt XIV je powtórzył (+ 1758). Podobnie wypowiedział się papież Pius XII w liście do przełożonych Karmelu z okazji 700-lecia szkaplerza. Nie ma jednak ani jednego aktu urzędowego Stolicy Apostolskiej, który oficjalnie i w pełni aprobowałby ten przywilej. O przywileju sobotnim milczą najstarsze źródła karmelitańskie. Po raz pierwszy wiadomość o objawieniu szkaplerza pojawia się dopiero w roku 1430. Nabożeństwo szkaplerza należało kiedyś do najpopularniejszych form czci Matki Bożej. Jeszcze dzisiaj spotyka się bardzo wiele obrazów Matki Bożej Szkaplerznej (z Góry Karmel), ołtarzy i kościołów. We Włoszech jest kilkaset kościołów Matki Bożej z Góry Karmel, w Polsce blisko setka. Wiele obrazów i figur pod tym wezwaniem zasłynęło cudami, tak że są miejscami pątniczymi. Niektóre z nich zostały koronowane koronami papieskimi. Szkaplerz w obecnej formie jest bardzo wygodny do noszenia. Można nawet zastąpić go medalikiem szkaplerznym. Z całą pewnością noszenie szkaplerza mobilizuje i przyczynia się do powiększenia nabożeństwa ku Najświętszej Maryi Pannie. Szkaplerz nosili liczni władcy europejscy i niemal wszyscy królowie polscy (od św. Jadwigi i Władysława Jagiełły poczynając), a także liczni święci, również spoza Karmelu, m.in. św. Jan Bosko, św. Maksymilian Maria Kolbe i św. Wincenty a Paulo. Sama Matka Boża, kończąc swoje objawienia w Lourdes i Fatimie, ukazała się w szkaplerzu, wyrażając przy tym wolę, by wszyscy go nosili. Na wzór szkaplerza karmelitańskiego powstały także inne, jednakże ten pozostał najważniejszy i najbardziej powszechny. W wieku 10 lat przyjął szkaplerz karmelitański także św. Jan Paweł II. Nosił go do śmierci. Święto Matki Bożej z Góry Karmel karmelici obchodzili od XIV w. Benedykt XIII (+ 1730) zatwierdził je dla całego Kościoła. W Polsce otrzymało to święto nazwę Matki Bożej Szkaplerznej.
Szkaplerz karmelitański Szkaplerz początkowo był wierzchnią szatą, której używali dawni mnisi w czasie codziennych zajęć, aby nie brudzić habitu. Spełniał więc rolę fartucha gospodarczego. Potem przez szkaplerz rozumiano szatę nałożoną na habit. Pisze o nim już reguła św. Benedykta w kanonie 55 dotyczącym ubrania i obuwia braci. Wszystkie dawne zakony noszą po dzień dzisiejszy szkaplerz. Współcześnie szkaplerz oznacza strój, który jest znakiem zewnętrznym przynależności do bractwa, związanego z jakimś konkretnym zakonem. Tak więc istnieje szkaplerz: brunatny – karmelitański (w. XIII); czarny – serwitów (w. XIV), od roku 1860 kamilianów; biały – trynitarzy, mercedariuszy, dominikanów (w. XIV), Niepokalanego Serca Maryi (od roku 1900); niebieski – teatynów (od roku 1617) i Niepokalanego Poczęcia Maryi (w. XIX); czerwony – męki Pańskiej; fioletowy – lazarystów (1847) i żółty – św. Józefa (w. XIX). Ponieważ było niewygodnie nosić szkaplerz taki, jaki nosili przedstawiciele danego zakonu, dlatego z biegiem lat zamieniono go na dwa małe kawałki płótna, zazwyczaj z odpowiednim wizerunkiem na nich. Na dwóch tasiemkach noszono go w ten sposób, że jedno płócienko było na plecach (stąd nazwa łacińska scapulare), a druga na piersi. Taką formę zachowały szkaplerze do dnia dzisiejszego. W roku 1910 papież św. Pius X zezwolił ze względów praktycznych na zastąpienie szkaplerza medalikiem szkaplerznym. W przypadku szkaplerza karmelitańskiego na jednym kawałku powinien być umieszczony wizerunek Matki Bożej Szkaplerznej, a na drugim – Najświętszego Serca Pana Jezusa. Jedna część powinna spoczywać na piersiach, a druga – na plecach. Szkaplerz musi być poświęcony według specjalnego obrzędu.
Szkaplerz, będący znakiem maryjnym, zobowiązuje do chrześcijańskiego życia, ze szczególnym ukierunkowaniem na uczczenie Najświętszej Maryi Dziewicy potwierdzanym codzienną modlitwą Pod Twoją obronę.
brewiarz.pl
***
Szkaplerz – skromny, mały znak, symbolizujący inną rzeczywistość
Gdy Szymon Stock w nocy z 15 na 16 lipca śpiewał ułożony przez siebie hymn: „Kwiecie Karmelu/ Płodna winnico/ Ozdobo niebios”, otrzymał niezwykły prezent.
obraz Matki Bożej Szkaplerznej
fot. Henryk Przondziono/Gość Niedzielny
***
Dałeś mi, Panie, zbroję – śpiewał przed laty Jacek Kaczmarski. Nie myślał o związanym z górą Karmel szkaplerzu, ale słowa piosenki pasują do niego jak ulał. Przyjęcie tego sakramentalium to dosłowne potraktowanie słów pieśni „Pod Twój płaszcz się uciekamy”. Słowo scaphulae oznacza nie tylko „wierzchnią szatę” ale i „skrzydła, pióra”.
Czym jest szkaplerz? Najpiękniejszą definicję usłyszałem od siostry Liberii, karmelitanki Dzieciątka Jezus: „Jest skromnym, niepozornym, małym znakiem, symbolizującym inną rzeczywistość. Tajemnicę, którą należy odkrywać w duchu logiki Ewangelii: jak maleńkie ziarno gorczycy, zakwas, skarb ukryty w roli. Jezus mówi: Kto jest najmniejszy wśród was, ten jest wielki”. Generał Karmelu i wielki czciciel Maryi, Szymon Stock, w nocy z 15 na 16 lipca, gdy śpiewał ułożoną przez siebie modlitwę: „Kwiecie Karmelu/ Płodna winnico/ Ozdobo niebios/ Matko Dziewico/ O Najwybrańsza/ Czysta i wierna/ Dzieciom Karmelu/ Bądź miłosierna/ O Gwiazdo morza”, miał widzenie Najświętszej Maryi Panny. Podała mu szkaplerz, zapowiadając: „Przyjmij, najmilszy synu, szkaplerz twego zakonu jako znak mego braterstwa, przywilej dla ciebie i wszystkich karmelitów. Kto w nim umrze, nie zazna ognia piekielnego. Oto znak zbawienia, ratunek w niebezpieczeństwach, przymierze pokoju i wiecznego zobowiązania”. Choć prorok Eliasz widział wcześniej moc Boga objawiającego się w ogniu na górze Karmel, tym razem rozeznał, że Najwyższy przyszedł inaczej. W delikatnym powiewie wiatru. Po wiekach cadyk Bunam, aptekarz z Przysuchy, zawołał, nauczając swych wiernych chasydów: „Wielkim dziełem Eliasza nie było to, że uczynił cud, ale to, że gdy spadł ogień z nieba, lud nie mówił o cudzie, tylko wszyscy wykrzyknęli: »Pan jest Bogiem!«”. To również opowieść o górze Karmel, bo parafrazując benedyktyna o. Johna Chapmana: „w szkaplerzu nie chodzi o szkaplerz, w szkaplerzu chodzi o Boga”.
Marcin Jakimowicz/Gość Niedzielny
***
„Szkaplerz jest jak Boża zbroja. Upodabniamy się do Maryi”
***
Szkaplerz to nie amulet czy paszport do nieba. Wzięcie sobie Maryi do pomocy w walce duchowej jest jak przywdzianie zbroi Bożej. Tak jak różaniec jest bronią, która atakuje złego ducha, tak szkaplerz jest bronią, która chroni przed pociskami złego ducha, ale to wymaga współpracy – upodobniania się do Matki Bożej – mówi portalowi PCh24 o. Włodzimierz Tochmański OCD, prowincjonalny moderator Bractwa Szkaplerznego.
Marta Dybińska: Proszę Ojca, 16 lipca w Kościele Katolickim obchodzimy wspomnienie NMP z Góry Karmel. Mimo, że na początku nabożeństwo było praktykowane we wspólnotach karmelitańskich, dziś o przyjęcie do szkaplerza proszą ludzie z różnych zakątków świata, a czasami pewnie i tacy, którzy nie są w żaden sposób związani z Karmelem. Dlaczego?
Włodzimierz Tochmański OCD: Maryja wybiera najpokorniejszą część szaty – szkaplerz, który jest wkładany przez głowę – jako fartuch, który ma chronić habit/sutannę. Wręcza go św. Szymonowi Stockowi 16 lipca 1251 roku, mówiąc, że „kto w nim umrze, nie zazna ognia wiecznego”. Od tego momentu Zakon zaczyna się rozwijać. Niesamowita jest przychylność Stolicy Apostolskiej. Papieże potwierdzają zarówno tę łaskę, jak i kolejne, o których mówi Maryja: wybawienie z czyśćca w pierwszą sobotę po naszej śmierci; pomoc i obrona w niebezpieczeństwach duszy i ciała; uczestnictwo w dobrach duchowych całego Zakonu karmelitańskiego za życia i po śmierci.
Szkaplerz wprowadza nas w głęboką relację z Maryją, upodobniania się do Niej – do naszej Siostry. Szkaplerz to szata, którą Ona wysłużyła u Chrystusa. Tak jak każda matka stroi swoje dzieci, tak samo Maryja daje nam Szkaplerz. Szatę być może śmieszny w oczach tego świata, ale właśnie… nieraz Pan Bóg wybiera to, co śmieszne w oczach świata, by pokazać swoją moc.
Jedną z obietnic Matki Bożej Szkaplerznej jest, jak Ojciec wspomniał, „wybawienie z czyśćca w pierwszą sobotę po naszej śmierci”. Co to znaczy?
Te łaskę potwierdza św. s. Faustyna, która ma wizję czyśćca i widzi, jak Maryja, nazwana „Stella Maris” (łac. „Gwiazda Morza”), przynosi swoim duszom ochłodę. Na Górze Karmel była wielka latarnia, która pomagała rozbitkom na Morzu Śródziemnym dopłynąć do portu w Hajfie. Maryja pozwala nam, poprzez łaskę i wstawiennictwo – rozbitkom na tym łez padole dzisiejszego świata – dopłynąć do portu zbawienia, jakim jest Jezus Chrystus. Zachęcam wszystkich, abyśmy zawierzyli Maryi – nie tylko jako Matce, ale też jako Siostrze. Nasz Zakon to Bracia bosi Najświętszej Maryi Panny z Góry Karmel – to jest szczególna bliskość duchowa.
Można powiedzieć, że z przyjęcia do szkaplerza są same plusy?
To nie jest automat. Szkaplerz to nie talizman czy amulet. To nie jest paszport do nieba, gdzie po życiu pełnym przeciętności czy bylejakości można osiągnąć życie wieczne. Chodzi o to, aby troska o zbawienie stała się naszym pierwszym celem. Wzięcie sobie Maryi do pomocy w walce duchowej jest jak przywdzianie zbroi Bożej. Tak jak różaniec jest bronią, która atakuje złego ducha, tak szkaplerz jest bronią, która chroni przed pociskami złego ducha, ale to wymaga współpracy – upodobniania się do Matki Bożej. Szkaplerz zobowiązuje do życia na wzór Maryi. Szkaplerz zobowiązuje do bycia osobą, która żyje miłością i miłosierdziem – troszczy się o zbawienie swoje i innych. Św. Jan od Krzyża mówił: „Najbardziej boską z boskich rzeczy jest móc współpracować z Bogiem dla zbawienia dusz”. I dodawał: „Matka Boża jest moja, wszystkie rzeczy są moje, i sam Bóg jest moim i dla mnie, gdyż Chrystus jest mój i wszystek dla mnie”. Wszystko ma służyć człowiekowi, tylko człowiek ma współpracować. W wolności wewnętrznej wybierać i dawać ewangeliczne świadectwo.
Proszę rozwiać wątpliwości – szkaplerz w medaliku ma inną wartość niż szkaplerz płócienny?
Od 1910 roku św. papież Pius X na prośbę górników belgijskich pozwolił noszenie szkaplerza płóciennego zamienić na medalik. Medalik z jednej strony ma mieć wizerunek Serca Jezusowego, z drugiej – Matkę Bożą. Jednak przyjęcie do Szkaplerza jest przez szkaplerz sukienny. Nosząc szkaplerz, przypominamy sobie, ze życie to nie tylko tu i teraz, ale również życie wieczne, o które walczymy.
Ktoś powie, że wiarę i miłość do Boga trzeba nosić w sercu, po co nosić na sobie „jakiś” materiał, z wizerunkami NSPJ i Matki Bożej?
Ewangelia mówi: „Do każdego więc, który się przyzna do Mnie przed ludźmi, przyznam się i Ja przed moim Ojcem, który jest w niebie. Lecz kto się Mnie zaprze przed ludźmi, tego zaprę się i Ja przed moim Ojcem, który jest w niebie” (Mt 10, 32-33).
Zwłaszcza kobiety, które zostały przyjęte do szkaplerza, kiedy wychodzą na ważne spotkanie – zastanawiają się, czy na ten jeden wieczór można zdjąć szkaplerz i założyć naszyjnik. Można czy nie można?
To jest kwestia tego, czy chcemy dawać świadectwo. Jeśli człowiek idzie na basen czy do sauny – jak najbardziej może zdjąć szkaplerz, nie ma w tym żadnej winy. Niestety, może być też tak, że zdejmie szkaplerz, bo się będzie tego wstydził. W tym momencie jest zaciągnięta wina. Często ludzie z powodu pogardy porzucają to nabożeństwo. Kiedy chcą powrócić, to muszą przez sakramentalne pojednanie wyznać porzucenie szkaplerza – znaku Kościoła, znaku Maryi.
Kwestia wiary nie jest tylko sprawą prywatną. Oczywiście staramy się nie afiszować – absolutnie nie o to chodzi, ale gdzie trzeba, to trzeba złożyć świadectwo wiary. Mamy męczenników szkaplerza – bł. Izydor Bakanja z Zairu, bł. Franciszek Garcia Leon – piętnastolatek z wojny domowej w Hiszpanii, właśnie za to został zamordowany przez komunistów, że nie chciał zdjąć szkaplerza karmelitańskiego.
Jak było w Ojca życiu? Kiedy Ojciec został przyjęty do szkaplerza?
Byłem ministrantem u Karmelitów Bosych w Warszawie – tam, podczas I Komunii Świętej nakłada się dzieciom szkaplerz. Natomiast świadomie – jako młody człowiek. Należałem do duszpasterstwa akademickiego, uczestniczyłem trzykrotnie w pieszej pielgrzymce na Jasną Górę. Trzeci raz miałem nałożony szkaplerz w obrzędzie obłóczyn. Szkaplerz jest dostępny dla wszystkich – nie tylko dla tych, którzy należą do Zakonu Karmelitańskiego. Każdy kapłan może przyjąć do szkaplerza.
Jak zmieniło się Ojca życie od przyjęcia do szkaplerza?
Radykalnie. Jestem księdzem od ponad trzydziestu pięciu lat. Życie w zakonie sprawia, że człowiek staje się bardziej odpowiedzialny za głębokie rozumienie daru Matki Bożej. To wielka wdzięczność za wszystkie osoby, które przychodzą i proszą o szkaplerz. Ludzi, którzy chcą powalczyć o swoje życie duchowe i o zbawienie.
Były takie szczególne sytuacje, które utkwiły Ojcu w pamięci?
W mojej rodzinie. To nie jest tak, że szkaplerz jest tylko dla ludzi, którzy żyją w związkach sakramentalnych. Także osoby, które żyją w związkach niesakramentalnych jak najbardziej mogą przyjąć szkaplerz, bo Maryja dopomoże im dojść do celu – do ślubu, do sakramentu. Tak też się stało w mojej rodzinie. Przyjęli szkaplerz. Mówiłem im, żeby się modlili codziennie i wzajemnie błagali Maryję o pomoc. Po iluś tam latach, już w starszym wieku – wzięli ślub kościelny. Udało się to dzięki Matce Bożej i zawierzeniu Jej.
Czasami jednak mogą być jakieś lęki przed przyjęciem szkaplerza, przed gotowością budowania relacji z Matką Bożą i oddania się Jej pod opiekę…
Nic takiego nie ma. To zły duch próbuje wcisnąć takie teksty. Albo jest w nas miłość, albo lęk. Jeśli są lęki – nie ma miłości. Miłość usuwa lęk. Uczymy się miłości, bierzemy ją na każdej Eucharystii. Miłość jest od Pana Boga, bo Bóg jest miłością. Wystarczy pokornie prosić, a otrzymamy. Miłość jest cierpliwa, łaskawa, nie szuka swego… Jeśli człowiek jest niecierpliwy, to trzeba wrócić ponownie do modlitwy i prosić Boga o miłość.
Bóg zapłać za rozmowę.
PCh24.pl
***
Nowenna do Matki Bożej Szkaplerznej
Od 7 lipca trwa nowenna do Matki Bożej Szkaplerznej.
O najwspanialsza Królowo nieba i ziemi! Orędowniczko Szkaplerza świętego, Matko Boga! Oto ja, Twoje dziecko, wznoszę do Ciebie błagalnie ręce i z głębi serca wołam do Ciebie: Królowo Szkaplerza świętego, ratuj mnie, bo w Tobie cała moja nadzieja.
Jeśli Ty mnie nie wysłuchasz, do kogóż mam się udać? Wiem, o dobra Matko, serce Twoje wzruszy się moim błaganiem i wysłuchasz mnie w moich potrzebach, gdyż Wszechmoc Boża spoczywa w Twoich rękach, a użyć jej możesz według upodobania. Od wieków tak czczona, najszlachetniejsza Pocieszycielko strapionych, powstań i swą potężną mocą rozprosz moje cierpienia, ulecz, uspokój mą duszę, o Matko pełna litości! Ja zaś wdzięcznym sercem wielbić Cię będę aż do śmierci. Na Twoją chwałę w Szkaplerzu świętym żyć i umierać pragnę. Amen.
Dzień pierwszy — 7 lipca
„Miłujcie Maryję! Z tej miłości nie przestawajcie czerpać siły dla waszych serc. Niech Ona okazuje się dla was i przez was Matką wszystkich, którzy tak bardzo spragnieni są tej macierzyńskiej opieki”.
św.Jan Paweł II
Maryjo, Kwiecie Karmelu i Matko nasza! Ukazałaś się niegdyś prorokowi Eliaszowi w postaci jasnego obłoku, który wzniósłszy się nad morzem, użyźnił spragnioną ziemię obfitym deszczem. Pokornie Cię błagamy, racz nam wyjednać obfite zdroje łask niebieskich, które ubogacą nasze dusze, aby wydawały stokrotny plon świętych cnót i dobrych uczynków i abyśmy służąc Bogu w wierze oraz miłości, już w tym życiu mogli się cieszyć błogą nadzieją oglądania Go w szczęśliwej wieczności.
Składamy w Twoje Matczyne ręce nasze potrzeby i intencje tej nowenny, ufni, że nie odrzucisz naszej prośby, najlepsza i najczulsza Matko. Amen.
Ojcze nasz… Zdrowaś Maryjo… Chwała Ojcu…
Dzień drugi — 8 lipca
„Nie bójmy się, że Maryja przesłoni nam Chrystusa, Ona jest po to, aby do Niego prowadzić”.
bł.Stefan kard. Wyszyński
Maryjo, Gwiazdo Karmelu i Matko nasza, która pałając szczególną miłością ku dzieciom odzianym Szkaplerzem świętym, nawiedzasz ich dusze, pocieszasz je słowem i przykładem, uproś nam, o Królowo nasza, aby Syn Twój, a Pan nasz, Jezus Chrystus, swą Boską światłością rozproszył ciemności naszych umysłów; abyśmy poznali wartość Jego miłości ku nam zwróconej i serdecznie Go miłowali, abyśmy zrozumieli doniosłość naszych obowiązków i sumiennie je wypełniali, abyśmy wszystkie myśli, słowa i czyny kierowali ku większej chwale Bożej i zbudowaniu naszych bliźnich.
Pokornie powierzamy Ci wszystko, co nas dręczy, niepokoi i boli. Ufamy, że przyjmiesz to jak Matka i dasz naszym duszom i sercom niezmącony pokój! Amen.
Ojcze nasz… Zdrowaś Maryjo… Chwała Ojcu…
Dzień trzeci — 9 lipca
„Matka nigdy nie odchodzi — ani od kołyski, ani z Kalwarii, ani od grobu swojego dziecka”.
bł.Stefan kard. Wyszyński
Maryjo, Mistrzyni Karmelu i Matko nasza, przepełniona dobrocią dla nas, która raczyłaś przyjąć ofiary złożone Ci przez synów Twego zakonu, błagamy Cię, o Pani nasza, przemień nasze dusze w świątynie Boga żywego, aby przyozdobione kwiatami cnót i dobrych uczynków mogły godnie przyjąć Boski Majestat; abyśmy wielbiąc i miłując Boga, mogli wiernie Mu służyć i nigdy naszych świątyń duszy nie skalać grzesznym przywiązaniem do stworzeń.
O Matko! Tyle w nas słabości, tyle nędz i mroków! Ty możesz umocnić nasze dusze i serca. Zawierzamy Ci całkowicie. Amen.
Ojcze nasz… Zdrowaś Maryjo… Chwała Ojcu…
Dzień czwarty — 10 lipca
„Równowaga stojącej pod krzyżem Maryi pomaga całemu światu”.
bł. Stefan kard. Wyszyński
Maryjo, Chwało Karmelu i Matko nasza, która w dowód szczególnej miłości do dzieci odzianych Twą świętą szatą, raczyłaś zaszczycić je mianem Twego najsłodszego Imienia, prosimy Cię pokornie, obudź w naszych sercach pragnienie, abyśmy we wszystkich uciskach i dolegliwościach życia u Ciebie szukali wsparcia, ulgi i pociechy. Zachęcaj nas Twym życiem i przykładem do pełnienia dobrych uczynków i spraw, o Matko Miłosierdzia, abyśmy naśladując Twoje święte cnoty, stali się godni zaszczytnej nazwy synów Twoich; abyśmy zapisani zostali w księdze żywota, pomiędzy Twymi dziećmi i braćmi Jezusa Chrystusa. Usłysz nasze błagania. Ty na Kalwarii w wielkim bólu stałaś się dla nas Matką. Ty najlepiej rozumiesz nasze cierpienia. Osłaniaj nas przed pokusami złego i zaprowadź nas do Twego Syna, Jezusa Chrystusa. Amen.
Ojcze nasz… Zdrowaś Maryjo… Chwała Ojcu…
Dzień piąty — 11 lipca
„Jak bardzo postać Maryi promieniuje światu właśnie dziś, gdy tylu mądrych i roztropnych ludzi żenuje się mówić o ubożuchnym Dziewczęciu, które Bóg wybrał sobie w Nazarecie i uczynił Matką Syna Swego”.
bł. Stefan kard. Wyszyński
Maryjo, Twierdzo Karmelu, która pośród ataków nieprzyjacielskich osłaniałaś tarczą swej opieki zakon karmelitański i ocaliłaś go od upadku, prosimy Cię pokornie, o Pani i Orędowniczko nasza, broń nas od nieprzyjaciół duszy i ciała: abyśmy służyli Bogu w pokoju i bezpieczeństwie na większą Jego cześć i na chwałę Twoją. Królowo Karmelu! Przychodzimy do Ciebie i składamy w Twoje Matczyne dłonie nasze przyszłe losy, losy Kościoła i naszej Ojczyzny. Ulżyj nam w dźwiganiu krzyża, który nosimy, i ukaż blask zwycięstwa prawdy, dobra, piękna i pokoju. Amen.
Ojcze nasz… Zdrowaś Maryjo… Chwała Ojcu…
Dzień szósty — 12 lipca
„Bóg nie chce inaczej udzielać się światu, jak tylko z ramion Maryi”.
bł. Stefan kard. Wyszyński
Maryjo, Królowo Karmelu i Matko nasza, która swego wiernego sługę Szymona zaszczyciłaś świętym Szkaplerzem — znakiem zbawienia i synostwa Twego, przyobiecując niezliczone zdroje łask i błogosławieństw Bożych tym wszystkim, którzy będą pobożnie tę szatę nosić i należycie wypełniać obowiązki swego powołania, a naśladując Twoje święte cnoty, będą się stawali wiernymi Twoimi sługami, spraw, abyśmy przez wierność podjętym zadaniom, korzystali w życiu i po śmierci z Twoich obietnic, a przez to zostali dopuszczeni do chwały wiecznej.
Spraw, Królowo Szkaplerza świętego, aby nosząc Twój Szkaplerz, dusze nasze upodabniały się coraz bardziej do Ciebie, a przez Ciebie do Chrystusa, i aby wzrastała w nas ufność, że Ty każdej naszej potrzebie zaradzisz i osłonisz przed burzami życia. Amen.
Ojcze nasz… Zdrowaś Maryjo… Chwała Ojcu…
Dzień siódmy — 13 lipca
„Zawsze, gdy jest szczególnie ciężko, gdy ciemności ogarniają ziemie, a słońce już gaśnie i gwiazdy nie dają światłości, trzeba wszystko oddawać Maryi”.
bł. Stefan kard. Wyszyński
Maryjo, Strażniczko Karmelu i Matko! Tyś nas zapewniła, że święta Twa suknia, jeżeli ją godnie nosimy, będzie nam puklerzem i tarczą przeciwko pociskom nieprzyjacielskim i że uchroni nas od wszelkiego zła. Prosimy Cię gorąco: niech nas zachowa Twoja potężna obrona nie tylko od niebezpieczeństw ciała, ale przede wszystkim od niebezpieczeństw duszy i wiecznego potępienia. Spraw za swoją przemożną przyczyną, abyśmy nie popełnili takiej winy, przez którą moglibyśmy być odrzuceni przez Boga. Kornie upadając przed Tobą, ufamy, że nie będzie takiego bólu, którego byś nie ukoiła, nie będzie takiej zasadzki, której byś nie oddaliła, bo jesteś najbardziej kochającą Matką. Amen.
Ojcze nasz… Zdrowaś Maryjo… Chwała Ojcu…
Dzień ósmy — 14 lipca
„Po Bogu w Trójcy Jedynym, nie mamy nikogo bliższego nad Matkę Słowa Wcielonego. Gdy więc szukamy w naszych myślach modlitewnych, z kim mielibyśmy rozmawiać, komu mielibyśmy się zwierzyć, z kim naszą samotność dzielić, to chyba z Nią”.
bł.Stefan kard. Wyszyński
Maryjo, Ozdobo Karmelu i Matko nasza! Dając nam tę szlachetną odznakę Twojej miłości — Szkaplerz święty, nie tylko chciałaś widzieć w nas swoje sługi, ale zapragnęłaś jeszcze przybrać nas za swoje córki i za swoich synów i raczyłaś nas tak nazwać. Błagamy Cię, wyjednaj nam u Jezusa tę łaskę, abyśmy nigdy nie byli dla Ciebie powodem smutku, ale Twoją radością i Twoją chwałą! Chcemy też być dobrymi Twymi braćmi, jak tego sobie życzyłaś. Dzięki pomocy takiej Matki, która wszystko rozumie — wyzwolimy się ze wszystkiego, co nas od Ciebie oddala, co nie podoba się Chrystusowi Panu. „Bądź z nami w każdy czas, wspieraj i ratuj nas”. Amen.
Ojcze nasz… Zdrowaś Maryjo… Chwała Ojcu…
Dzień dziewiąty — 15 lipca
„Matko Kościoła!… Daj nam odradzać się wciąż całym pięknem świadectwa dawanego Krzyżowi i Zmartwychwstaniu Twego Syna”.
św. Jan Paweł II
Maryjo, Opiekunko Karmelu i Matko nasza! Wiemy, że nigdy nie opuszczasz wiernych swoich. Spraw, abyśmy zawsze byli wierni Tobie. Opiekuj się naszymi sercami, oczyść je z wszelkich brudów grzechowych, przystrój je w wonne kwiaty cnót. Niech Jezus Chrystus zamieszka w nas na zawsze, aby w godzinie śmierci naszej szatan odstąpił od nas, widząc Jezusa w naszych sercach. A kiedy dusze nasze rozłączą się z ciałami, daj nam pociechę oglądania Twego świętego Oblicza i zaprowadź nas do przybytku wiecznego szczęścia. Matko Szkaplerza świętego! Przyobiecałaś, że nie będzie potępiony ten, kto pobożnie nosił Twój Szkaplerz. Przypominaj nam nieustannie o tym, abyśmy w ostatniej godzinie ziemskiego życia ucałowali Twój znak zbawienia i stali się uczestnikami wiecznej chwały. Amen.
Ojcze nasz… Zdrowaś Maryjo… Chwała Ojcu…
Modlitwa do Matki Bożej Szkaplerznej (na zakończenie nowenny)
Bogarodzico Dziewico! Królowo Szkaplerza świętego i Matko nasza! Nieustannie przywołujesz nas do Siebie. Pani i Królowo nasza! Jak niegdyś przez dar Szkaplerza świętego ocaliłaś swój umiłowany zakon karmelitański od rozbicia i upadku, a nam wszystkim dałaś znak szczególnej opieki, tak dzisiaj stań na drogach ludzkości odchodzącej od Boga jako znak pojednania i ratunku dla świata. Bądź ocaleniem dla całej ziemi, Kościoła i naszego narodu. Odnów znaki i powtórz cuda! Otrzyj łzy cierpiącym, ochraniaj niewinność dzieci, broń wiary świętej w sercach młodzieży; rodzinom naszym uproś pokój i miłość wzajemną, i ducha ofiary! Naszej całej Ojczyźnie, którą tak bardzo umiłowałaś, błogosław od tronu Twej łaski. Niech będzie pociechą dla Twego Serca! Wyjednaj nam dar wytrwania w wierze ojców naszych, byśmy Cię mogli chwalić teraz i w wieczności. Amen.
Tygodnik Niedziela
***
Szkaplerz Karmelitański
„Noście zawsze Szkaplerz święty. Ja zawsze go noszę i wiele z tego nabożeństwa doznałem pożytku. Pozostałem mu wierny i stał się on moją siłą!”
św. Jan Paweł II
Szkaplerz karmelitański NMP z Góry Karmel jest ściśle związany z historią i duchowością Zakonu Karmelitańskiego. Według tradycji Matka Boża objawiła się św. Szymonowi Stock, Generałowi Zakonu Karmelitańskiego w nocy z 15 na 16 lipca 1251 r. i powiedziała: Przyjmij, najmilszy synu, Szkaplerz twojego Zakonu. Kto w nim umrze nie dozna ognia piekielnego. Przywileje i łaski Szkaplerza św. były potwierdzone wielokrotnie przez papieży. Potwierdzili je: Klemens VII (bullą z dnia 12 sierpnia 1530 r.), Pius V, Grzegorz XIII, Paweł V, Klemens X, a nabożeństwo szkaplerzne polecali wiernym: Pius XI, Pius XII (1951), Paweł VI, Jan Paweł II (2001).
Szkaplerz w istocie jest „habitem”. Ten, kto go przyjmuje, zostaje włączony w mniej lub więcej ścisłym stopniu do Zakonu karmelitańskiego, poświęconego służbie Matki Najświętszej, aby doświadczać słodkiej i macierzyńskiej obecności Maryi w codziennym trudzie przyoblekania się w Jezusa Chrystusa (św. Jan Paweł II). Serce nabożeństwa szkaplerznego stanowi oddanie się Chrystusowi na wzór Maryi przez poświęcenie się na Jej służbę, życie w zjednoczeniu z Nią i naśladowanie Jej cnót.
Znaczenie duchowe szkaplerza
Szkaplerz jest Szatą Maryi, jest znakiem pokuty i nawrócenia.Kto przyjmuje Szkaplerz św., wyrzeka się złego ducha, odnawia przyrzeczenia Chrztu św. i oddaje się Maryi jako Jej dziecko. Kto przyjmuje Szkaplerz, przyjmuje, jak św. Jan Apostoł pod Krzyżem, Maryję do siebie, by żyć w zjednoczeniu z Nią i Jej służyć.
Szkaplerz oznacza poświęcenie się Niepokalanemu Sercu Maryi i naśladowanie Jej cnót, szczególnie cnoty czystości i pokory. „Niech wszyscy noszący Szkaplerz św., który jest pamiątką otrzymaną od Matki Bożej, widzą w nim oznakę poświęcenia się Niepokalanemu Sercu Dziewicy” (św. Jan Paweł II).
Szkaplerz oznacza przymierze przyjaźni z Maryją, w którym Ona zobowiązuje się dopomóc nam do zbawienia i uświęcenia, a my zobowiązujemy się do Jej naśladowania, służenia Jej i rozszerzania Jej czci.
Szkaplerz oznacza habit Zakonu poświęconego służbie i czci Matki Bożej.Przyjmując Szkaplerz, pragniemy odtąd żyć tym samym duchem Karmelu, pełnić tę samą misję i żyć w zjednoczeniu z Maryją, dla Maryi, przez Maryję i w Maryi.
Obietnice szkaplerzne
Cała maryjna tradycja Karmelu wiąże ze Szkaplerzem św. dwie wielkie obietnice Maryi i dwie łaski, które z nich wypływają:
Kto w Nim umrze nie dozna ognia piekielnego(słowa Matki Bożej wypowiedziane do św. Szymona). Maryja tym samym obiecuje wszystkim odzianym Szkaplerzem św. pomoc na drodze zbawienia.
Wybawienie z czyśćca w pierwszą sobotę po naszej śmierci.Jest to tak zwany przywilej sobotni. Matka Boża zapewniła rychłe wybawienie z czyśćca (bulla pap. Jana XXII w 1322 r.), tym, którzy nosząc Szkaplerz, zachowają czystość według stanu i wierność modlitwie: Ja, Matka w pierwszą sobotę po ich śmierci miłościwie przyjdę do nich i ilu ich zastanę w czyśćcu, uwolnię i zaprowadzę ich na świętą Górę żywota wiecznego. Maryja tym samym obiecuje wszystkim odzianym Szkaplerzem pomoc na drodze uświęcenia.
Pomoc i obrona w niebezpieczeństwach duszy i ciała.Maryja obiecuje nas wspierać na drodze naśladowania Chrystusa, a zwłaszcza w godzinę naszej śmierci, pomóc nam w ostatecznej walce o wieczne zbawienie.
Uczestnictwo w dobrach duchowych całego Zakonu karmelitańskiego za życia i po śmierci(w Mszach św., pokutach, modlitwie i ofiarach), gdyż Matka i Królowa Karmelu, jednoczy z sobą w jedną Rodzinę tych, którzy przyjmują Szkaplerz św. Tworzący erygowaną prawnie wspólnotę Bractwa Szkaplerznego korzystają także z daru odpustów zupełnych.
Zobowiązania szkaplerzne
Aby dostąpić spełnienia wielkich obietnic związanych ze Szkaplerzem, potrzeba z naszej strony gotowości do podjęcia pewnych zobowiązań:
Zobowiązujemy się do troski o swoje zbawienie.Podstawowymi wymaganiami dla otrzymania pierwszej obietnicy są: staranie się o swoje zbawienie, zachowywanie przykazań Bożych i kościelnych, unikanie grzechu śmiertelnego i życie w łasce uświęcającej. Jest to także świadome i dobrowolne podejmowanie wyrzeczeń, umartwień i pokut w celu przezwyciężenia zła, wynagrodzenia Bogu i uświęcenia bliźnich.
Zobowiązujemy się do zachowania czystości według stanu, naśladowania cnót Matki Bożej i starania się o świętość życia,aby móc za Jej wstawiennictwem być wybawionym z czyśćca w pierwszą sobotę po naszej śmierci. Codziennie należy więc poświecić jakiś czas na rozmyślanie nad życiem Maryi i nad Jej sposobem służby Bogu (np. w tajemnicach Różańca św.), by umieć Ją naśladować.
Zobowiązujemy się do codziennej modlitwy, zwłaszcza maryjnej.Codzienne odnawiamy poświęcenie się Maryi przez modlitwę nadaną w dniu przyjęcia Szkaplerza przez kapłana (zazwyczaj jest to: Pod Twoją obronę, Witaj Królowo lub 3 Zdrowaś Maryjo).
Zobowiązujemy się do życia duchem i misją Zakonu Karmelitańskiego,z uwzględnieniem charakteru naszego powołania a w jedności z całym Zakonem, zobowiązujemy się raz w roku odprawić w dniach od 7 do 15 lipca nowennę ku czci Matki Bożej Szkaplerznej (prywatnie lub wspólnotowo) i w dniu 16 lipca, w samą Uroczystość, przystąpić do Sakramentów świętych, by otrzymać odpust zupełny, ofiarowany za siebie lub za zmarłych.
Wskazania dotyczące szkaplerza
Aby godnie przyjąć i nosić Szkaplerz św., należy:
nabyć Szkaplerz św. (sklepy internetowe, np. www.karmelitana.pl, www.wkb.krakow.pl)
przygotować się duchowo przez pojednanie z Bogiem, Spowiedź i Komunię św. (gdyż stan łaski uświęcającej jest warunkiem otrzymania odpustu cząstkowego w dniu przyjęcia Szkaplerza św., a odpustu zupełnego w dniu wstąpienia do Bractwa Szkaplerznego),
poprosić kapłana o poświęcenie i nałożenie Szkaplerza w swojej parafii lub klasztorze karmelitańskim. Każdy kapłan i diakon katolicki może błogosławić i nałożyć Szkaplerz karmelitański według zatwierdzonego Obrzędu. Nie nakładamy go sami, ale otrzymujemy tak, jak habit zakonny lub obrączkę ślubną. Szkaplerz winien być nakładany po uprzednim poświęceniu. Kapłan wyznacza także codzienną modlitwę.
wypełnić świadectwo przyjęcia Szkaplerza i przesłać je do klasztoru karmelitańskiego lub na podany adres pocztowy Sanktuarium w Czernej, by dokonać wpisu do Księgi Rodziny Szkaplerznej.
Szkaplerz nosimy na szyi tak, aby jedna jego część spoczywała na piersi, a druga na plecach (można go potem samemu zastąpić medalikiem szkaplerznym).
Zniszczonego Szkaplerza nie powinno się wyrzucać, gdyż został poświęcony, lecz najlepiej go spalić.
Po przyjęciu Szkaplerza możemy pogłębiać naszą maryjną karmelitańską duchowość we wspólnotach Bractwa Szkaplerznego. Aby zapisać się do bractwa napisz do nas: naukicor@gmail.com
ze strony: Nauki Katolickie
***
„Jest on moją siłą”. Jan Paweł II najsłynniejszym miłośnikiem szkaplerza
Creative Commons
***
Po zamachu w 1981 roku Jan Paweł II został przewieziony do Polikliniki Gemelli. Obnażony ze wszystkiego i pozostawiony tylko w szpitalnej koszuli, nadal miał na szyi karmelitański szkaplerz.
Po zamachu w 1981 roku Jan Paweł II został przewieziony do Polikliniki Gemelli. Obnażony ze wszystkiego i pozostawiony tylko w szpitalnej koszuli, nadal miał na szyi karmelitański szkaplerz.
Wśród licznej rzeszy duchownych i świeckich miłośników nabożeństwa szkaplerznego najsłynniejszym był św. Jan Paweł II – przypomina o. dr hab. Szczepan Praśkiewicz OCD, konsultor watykańskiej Kongregacji Spraw Kanonizacyjnych.
Szkaplerz noszę zawsze
Karol przyjął znak opieki Matki Bożej w wieku chłopięcym w Wadowicach. To właśnie podczas spotkania w 1999 r. w swym rodzinnym mieście papież przywołał – obok słynnych kremówek – moment, gdy na wadowickiej Górce u ojców karmelitów przyjął jako młody chłopiec szkaplerz.
O. Praśkiewicz przywołuje inne słowa młodego bp. Karola Wojtyły, skierowane do karmelitów bosych:
Szkaplerz, który przyjąłem z rąk o. Sylwestra, noszę zawsze. Wśród wielu nabożeństw, które urzekały mą dziecięcą duszę, najgorliwiej korzystałem z nowenny przed uroczystością Matki Bożej z Góry Karmel.
Był to czas wakacji, miesiąc lipiec. Dawniej nie wyjeżdżało się na wczasy, jak obecnie. Wakacje spędzałem w Wadowicach, więc nigdy nie opuszczałem popołudniowych nabożeństw w czasie nowenny. Czasem trudno się było oderwać od kolegów, wyjść z orzeźwiających fal kochanej Skawy, ale melodyjny glos karmelitańskich dzwonów był taki mocny, taki przenikający do głębi duszy, więc szedłem – mówił wówczas przyszły papież.
Fotografie – świadectwa
O tym, że św. Jan Paweł II zawsze nosił szkaplerz, świadczą też liczne fotografie. „Najbardziej znane są trzy: na jednej widzimy sukniany szkaplerz na barkach junaka Karola Wojtyły, pozującego do pamiątkowego zdjęcia wraz z kolegami. Na drugiej szkaplerz widnieje na szyi kardynała, odpoczywającego na Mazurach.
Na trzeciej zaś dostrzegamy brunatny szkaplerz Karmelu na szyi Jana Pawła II przebywającego w Poliklinice Gemelli w 1981 r., tuż po zamachu na jego życie. Obnażony ze wszystkiego i pozostawiony tylko w szpitalnej koszuli, nie pozwolił zdjąć ze swej szyi brunatnego szkaplerza karmelitańskiego” – podkreśla o. Praśkiewicz.
Jan Paweł II mówi o szkaplerzu
Oto trzy wybrane cytaty, w których przejawia się wielkie przywiązanie do szkaplerza oraz niezwykłe oddanie Matce Bożej.
„W duchowości szkaplerznej istnieje bardzo mocny i głęboko zakorzeniony pierwiastek chrystocentryczno maryjny: iść za Chrystusem, naśladując Maryję! (…) Duchowość ta ma swój widzialny znak w szkaplerzu, który ja noszę od dawna. (…) Pozostałem szkaplerzowi wierny i jest on moją siłą. (…) Dzień święta Matki Bożej Szkaplerznej jest mi bardzo drogi”.
„Szkaplerz jest przewodnikiem czułej i synowskiej pobożności maryjnej. Poprzez szkaplerz czciciele Maryi (…) wyrażają pragnienie kształtowania swojego życia w oparciu o Jej przykład jako Matki, Opiekunki, Siostry, Przeczystej Dziewicy, przyjmując z czystym sercem Słowo Boże i oddając się służbie braciom. Niech Wam zatem towarzyszy Matka Boża Szkaplerzna! (…) Niech was Ona prowadzi jak gwiazda, która nigdy nie znika z horyzontu. I niech was Ona zawiedzie w końcu do Boga, ostatecznego portu, ostatniej Przystani nas wszystkich”.
„Również i ja od bardzo długiego czasu noszę na moim sercu szkaplerz karmelitański! Z miłości, jaką żywię wobec wspólnej Matki niebieskiej, której opieki doświadczam ustawicznie, życzę, aby wiernym, którzy Ją czczą jako Jej dzieci, żeby wzrastali w Jej miłości i promieniowali w świecie obecnością tej Niewiasty milczenia i modlitwy, wzywanej jako Matka miłosierdzia, Matka nadziei i łaski”.
KAI/Aleteia.pl
***
Z wielu uczynił żołnierzy Chrystusowych. Poznaj duchowe znaczenie szkaplerza
(PCh24TV)
***
„Niełatwo jest oszacować niezmierne dobrodziejstwa, jakie w ciągu tych 700 lat spłynęły na czcicieli szkaplerza z rąk Najświętszej Maryi Panny, za pośrednictwem tej ukochanej szaty. Wierni słudzy Boży używali szkaplerza św. jako środka uświęcenia. Niezliczone osoby nosiły go na piersiach jako tarczę przeciw niebezpieczeństwom moralnym i materialnym, jakie nas spotykają na tym świecie. Wielu odrzuciwszy środki zbawienia, w chwili gdy im zagrażało wieczne potępienie, na łożu śmierci przyjmowało szkaplerz i jednało się z Bogiem. Milionom żołnierzy szkaplerz dodawał otuchy; przed bitwą uzbrajali się w ten pancerz. Szkaplerz w niebezpieczeństwach życia wlewał w ich serca nadludzką odwagę, dawał pewność zwycięstwa, czynił z nich żołnierzy Chrystusowych, bohaterów w walkach staczanych za Chrystusa i Jego Kościół” [List O. Generała do całego Zakonu Karmelitów Bosych z okazji 700-łecia Szkaplerza św.].
Trudno nie zauważyć w Bożym działaniu w świecie swoistej pedagogii. Jego ukochani: synowie i córki muszą zmagać się nieraz z trudami życia, których doświadczają czasem wbrew wszelkiej ludzkiej logice. Rys ten dostrzeżemy w sięgającej drugiej połowy XIII w. historii Szkaplerza, która wpisana została w dzieje osiadłych na Górze Karmel w Palestynie pustelników, zwanych braćmi Najświętszej Marii Panny. Ich spokojny żywot, wzorowany na życiu pokornej Dziewicy z Nazaretu, zakłócił najazd Saracenów. Gdy wróg stał już u bram Jerozolimy, a ostatnią twierdzę chrześcijan obłożono, karmelici postanowili uciec. Grupę pozostałych na Górze Karmel spotkała niechybnie śmierć.
Emigrujących eremitów chrześcijańska Europa XIII w., w której wiele zakonów przeżywało wówczas rozkwit, powitała mało przyjaźnie, jako że spragnieni samotności i milczenia, nie budzili zaufania. Los nieszczęśników komplikowały dodatkowo decyzje Soboru Laterańskiego IV wstrzymującego zakładanie nowych zakonów. Próżno było szukać karmelitom przychylnego ich prośbom biskupa, a i przystosowanie pustelniczej reguły do warunków miejskich na niewiele się zdało. W obliczu doświadczanej niesprawiedliwości z serc wypędzonych z Palestyny, a wzgardzonych przez europejskich braci, płynęła modlitwa pełna bólu do Najświętszej Dziewicy – ich Matki i Opiekunki.
I w tej właśnie sytuacji, jak to zwykle z Bogiem bywa, błagającemu Maryję o przywilej papieski dla karmelitów Szymonowi Stockowi ukazała się w nocy z 15 na 16 lipca 1251 r. Najświętsza Panienka z Dzieciątkiem Jezus na rękach, w otoczeniu aniołów, ubrana w szaty karmelitańskie. Wskazując generałowi Zakonu Szkaplerz powiedziała:
Przyjmij, Najmilszy Synu, Szkaplerz Twojego Zakonu, jako znak mego braterstwa, przywilej dla ciebie i wszystkich karmelitów; kto w nim umrze, nie zazna ognia piekielnego, oto znak zbawienia, przymierze pokoju i wiecznego zobowiązania.
Niebawem przez wiszące nad pustelnikami pochmurne niebo zaczęły przebijać się promyki słońca zwiastujące nowy rozdział w życiu ich wspólnoty, w który wpisano pomyślne dla Zakonu decyzje. Zwiastunem nowego dla eremitów znaku opieki Najświętszej Maryi Panny stał się chroniący ich habit przed zabrudzeniem fartuch, zwany szkaplerzem. Zadziwiające jest to, że właśnie tę cześć zakonnego stroju wybrała Maryja, by objąć wszystkich, którzy się nią przyobleką, swoją szczególną opieką. Noszony dziś, również przez osoby świeckie, karmelitański szkaplerz przyjął formę połączonych tasiemką dwóch kawałków materiału, zastępowanych także medalikiem szkaplerznym.
W przyjętym szkaplerzu widzieć należy nie tylko pamiątkę cudów uczynionych przez Maryję karmelitom, nie tylko znak zbawienia i ratunek w niebezpieczeństwa, ale przede wszystkim znak osoby Maryi i Jej opieki wyrażonej w szczególnej obietnicy: „Kto w nim umrze, nie dozna ognia piekielnego”. Przy tym warto zwrócić uwagę na symbolikę szaty, która dla starożytnych była znakiem władzy. Opisani w Starym Testamencie bohaterowie widzieli w niej z kolei symbol dobrodziejstw, opieki i troski oraz rodzicielskiej miłości. W języku biblijnym przyodzianie nową szatą oznaczało też oczyszczenie z grzechów. U św. Pawła spotykamy się natomiast z opisem duchowej szaty, jako zbroi, w którą ma się przyoblec prawdziwy uczeń Chrystusa.
Szkaplerz kryje więc w sobie bogatą symbolikę odwołującą się do różnych obrazów biblijnych, odnosi także do licznych objawień Maryi i omówionych w wielu przekazach tradycji Jej cudownych interwencji. W Szkaplerzu wiedzieć więc należy macierzyńską miłość Najświętszej Panienki, która oznajmia, że odtąd noszący go stają się Jej własnością, drogimi dziećmi, kimś szczególnie umiłowanym. Wszystkich, którzy nakryją się tym płaszczem, Maryja przyodziewa w duchową zbroję, dzięki której skutecznie mogą walczyć ze złem, gdyż cała moc tej królewskiej szaty płynie z Jej osoby.
Rodzące się wątpliwości odnośnie siły Szkaplerza świętego niech rozwieje prawda o królewskiej władzy, jaką Maryja dzierży nad niebem i ziemią, w którą wpisano też moc uzdrawiania, uwalniania od duchów nieczystych, nawracania i pocieszania. Bo skoro „Bóg czynił niezwykłe cuda przez ręce Pawła, tak że nawet chusty i przepaski z Jego ciała kładziono na chorych, a choroby ustępowały z nich i wychodziły złe duchy” (Dz 19, 11-12), to o ileż bardziej chętny będzie czynić cuda przez ręce ukochanej Matki i Jej świętą szatę.
ANP/PCh24.pl
***
Czy to prawda, że noszenie szkaplerza skraca czyściec?
Kto może przyjąć szkaplerz? Czy wystarczy tylko noszenie szkaplerza?
Szkaplerz został podarowany karmelitom w momencie, kiedy zakon był bliski rozwiązania. Ten znak szczególnej opieki Maryi wywiódł się ze zwykłego fartucha zakonnego, a w Kościele stał się pierwowzorem nowego objawu pobożności, jakim jest noszenie szkaplerza np. dominikańskiego, franciszkańskiego czy szkaplerza św. Michała Archanioła z przypisanymi im zobowiązaniami i obietnicami. W dniu święta Matki Bożej z Góry Karmel, zwanej też Szkaplerzną, rozmawiamy o historii, obietnicach i zobowiązaniach związanych ze szkaplerzem karmelitańskim.
Dorota i Kamil Szumotalscy: Skąd wywodzi się szkaplerz?
O. Mateusz Maria od Krzyża OCD: Szkaplerz był zawsze zwykłym fartuchem mnichów. Tunika będąca częścią habitu była bardzo droga i musiała starczyć mnichowi na całe życie. Dlatego mnisi zakładali taki fartuch na tunikę, aby materiał się mniej niszczył i mniej brudził.
Pan Bóg wybiera proste rzeczy – chleb, wino, wodę i z tego czyni gesty sakramentalne. Tak też zrobiła Matka Boża, która objawiła się w XIII wieku św. Szymonowi Stockowi. Dla generała karmelitów był to trudny czas, kiedy nie można było przyjmować nowych powołań do zakonu.
Maryja powiedziała mu wtedy: patrz, ten fartuch, ta prosta rzecz będzie znakiem przymierza między mną a tobą, między mną a twoim zakonem, będzie znakiem dla tych, którzy będą ten szkaplerz nosić jako znak mojej miłości. Fartuch stał się znakiem przymierza między Maryją a ludźmi.
Kto może przyjąć szkaplerz?
Każdy. Od najmniejszego dziecka po najstarszą osobę. Nie trzeba być tego nawet do końca świadomym. Na przykład Jan Paweł II nie był świadomy, kiedy przyjmował szkaplerz, ponieważ mu go nałożono, kiedy był małym dzieckiem. Jest to sakramentalium Kościoła, więc może go nałożyć osoba duchowna – diakon, kapłan.
Czy to prawda, że noszenie szkaplerza skraca czyściec?
Obietnica Matki Bożej mówi, że ten kto umrze odziany w szkaplerz, tego Maryja wyciągnie w pierwszą sobotę po jego śmierci z czyśćca.
Czy wystarczy tylko noszenie szkaplerza?
Przy noszeniu szkaplerza jest zachęta, żeby nosić go pobożnie i naśladować cnoty Maryi. Zachęca się do odmawiania codziennej modlitwy, która została odmówiona podczas obrzędu przyjęcia szkaplerza. Tak naprawdę wszystko wiąże się z pogłębianiem życia chrześcijańskiego otrzymanego z łaską chrztu.
Kiedyś przyjąłem szkaplerz, ale już lata temu o nim zapomniałem. Jak wrócić do wypełniania zobowiązań?
Jeżeli nie odrzuciło się szkaplerza z pogardy do niego, to obrzęd nałożenia jest jednorazowy i nie trzeba go powtarzać. Jeżeli po prostu zaniedbałem jego noszenie, to należy go po prostu założyć. Zachęca się też do podjęcia jakiejś pokuty, postu, w ramach wynagrodzenia Matce Bożej za to zaniedbanie i do powrotu do zobowiązań, które zostały nam dane.
Co zrobić ze szkaplerzem, który się zniszczył? Czy nowy szkaplerz musi być ponownie nałożony przez kapłana?
Nie, można go sobie nałożyć samemu. Stary należy spalić, zakopać lub zatopić w godnym miejscu. Ewentualnie można zostawić sobie na pamiątkę.
Czym różni się szkaplerz karmelitański od szkaplerza dominikańskiego lub franciszkańskiego?
Szkaplerz karmelitański jest zdecydowanie pierwowzorem. Jest novum, które nagle pojawiło się w życiu Kościoła. Całkowitą nowością jest to, że ludziom świeckim można dać cząstkę życia zakonnego w postaci szkaplerza karmelitańskiego. Z czasem zrodziły się poboczne formy pewnej pobożności oraz wykorzystania symbolu. Szkaplerz wykorzystuje się dzisiaj jako symbol wejścia w jakąś szczególną więź ze świętymi, z Bogiem.
Matematyk ze szkaplerzem: Kościół dostał płaszcz od Mamy
Shutterstock
***
Wielu nie zna szkaplerza, wielu księży nigdy o nim nie słyszało. Kościół dostał płaszcz od Mamy i nie zachęca swoich dzieci, by go nosiły. Mamy skarb i zaniedbujemy korzystanie z niego.
Prof. dr hab. inż. Ireneusz Jóźwiak jest matematykiem i informatykiem, wykładowcą Politechniki Wrocławskiej. Prywatnie jest mężem Elżbiety, ojcem czwórki dzieci i… wielkim propagatorem szkaplerza.
Szkaplerz – zaniedbany skarb Kościoła… Czy nosisz? Czy jesteś wtulony w płaszcz Maryi, który chroni nie od zwykłego deszczu i chłodu, ale od ognia piekielnego?
16 lipca, w dniu odpustu Matki Bożej z Góry Karmel, nazywanej Szkaplerzną, warto nie tylko odnowić swoje zawierzenie – jeśli już przyjęliśmy ten skarb – ale i zachęcić innych – męża, żonę, dzieci, przyjaciół, znajomych, aby zechcieli przyjąć szatę Maryi, szkaplerz karmelitański – podkreśla prof. Ireneusz Jóźwiak.
Jak to się zaczęło?
Profesor wspomina, że po raz pierwszy usłyszał o szkaplerzu karmelitańskim w czasach studiów doktoranckich. Były lata osiemdziesiąte, mieszkał wtedy w akademiku dla doktorantów i zachorował. W odwiedziny przyszedł przyjaciel i – zupełnie bez racjonalnego powodu – opowiedział mu o szkaplerzu. Co ciekawe, okazało się, że pan Ireneusz nosił już medalik szkaplerzny, ale nie był tego świadomy.
Po tym spotkaniu myśl o szkaplerzu nie dawała mu spokoju. Pojechał do sióstr karmelitanek przy Stadionie Olimpijskim we Wrocławiu i siostry pożyczyły mu książkę z 1940 r. o. Bernarda od Matki Bożej pt. „Znak zbawienia. Rozmyślania z przykładami dla czcicieli Matki Boskiej Szkaplerznej.”
Ta książka bardzo go zafascynowała i zaczął opowiadać o swoim odkryciu. Szkaplerz stał się przedmiotem rozmów – najpierw z przyjaciółmi, a potem na prywatnych przyjęciach, wreszcie zaczął głosić o nim prelekcje. „Miałem potrzebę mówić o tym, co mnie do głębi poruszyło” – wspomina profesor.
Prelekcje o „zaniedbanym skarbie”
Na jednym z przyjęć jego opowieść usłyszał człowiek związany ze środowiskiem oazy. Spytał, czy wygłosi prelekcję dla grup oazowych we wrocławskim kościele pw. św. Mikołaja przy ul. św. Antoniego u księży salezjanów.
Zgodził się, a po tym pierwszym spotkaniu od razu zaproszono go do innych parafii. I tak zaczęło się pielgrzymowanie z prelekcją pt. „Zaniedbywany skarb Kościoła”, które trwa do dziś.
Od lat 80. odwiedził wiele parafii – nie tylko w archidiecezji wrocławskiej, ale też poza nią. Opowiadał o szkaplerzu w Mrągowie, w Szczecinie i w wielu innych miastach. Jedną z ostatnich, jeszcze przed pandemią, wygłosił w Sanoku.
Schemat spotkań jest prosty: najpierw wykład, który trwa ok. półtorej godziny, a po nim nabożeństwo z nałożeniem szkaplerza karmelitańskiego dla chętnych go przyjąć. Pan Ireneusz prosi kapłanów, aby po prelekcji była możliwość przystąpienia do spowiedzi.
„To niezwykle ważne” – mówi. „Gdy w 2015 r. głosiłem prelekcję w DA Redemptor na wrocławskim Wittigowie, studenci otrzymali łaskę pragnienia spowiedzi tak wielką, że kilku kapłanów musiało usiąść do konfesjonałów, żeby wyspowiadać chętnych” – opowiada. Dlaczego „zaniedbany”? „Wielu nie zna szkaplerza, wielu księży nigdy o nim nie słyszało. Kościół dostał płaszcz od Mamy i nie zachęca swoich dzieci, by go nosiły. Mamy skarb i zaniedbujemy korzystania z niego” – wyjaśnia.
Nie ma piątki za szkaplerz
Profesor lubi opowiadać o szkaplerzu studentom, dlatego chętnie przyjmuje zaproszenia do duszpasterstw akademickich. Niektórzy nie ukrywają zaskoczenia, gdy w prelegencie rozpoznają nagle swojego wykładowcę rachunku prawdopodobieństwa.
Do ciekawych rozmów dochodzi też podczas wykładów albo egzaminów, zwłaszcza latem, gdy studenci chodzą ubrani lekko i noszony na piersi i plecach tkaninowy szkaplerz łatwo rzuca się w oczy.
Ale profesor nie faworyzuje studentów ze szkaplerzem – wyjaśnia to od razu, żeby nie było wątpliwości – po prostu nawiązuje się między nimi wyjątkowa nić, która nie ma nic wspólnego ani z matematyką, ani ze studiami. Wielu z nich należy do grona jego przyjaciół, z którymi kontakt trwa, mimo że po ukończonych studiach wyjeżdżają z Wrocławia. Łączy ich… szkaplerz.
Maryja chce nas ukryć…
Prof. Jóźwiak od początku czuje, że to Maryi zależy, by mówić o szkaplerzu. Łaski, które Maryja obiecała tym, co szkaplerz przyjmą, zaskakują. „Wśród wielu znanych mi młodych ludzi, którzy przyjęli szkaplerz, duża liczba po jakimś czasie wybrała kapłaństwo. To wielki dar Maryi – powołanie do sprawowania ofiary jej Syna” – mówi profesor.
Gdy w nocy z 15 na 16 lipca 1251 r. św. Szymon Stock zobaczył Maryję, która przekazała mu szkaplerz, pośród wielu obietnic usłyszał od niej zapewnienie o uniknięciu kary wiecznej dla tych, którzy będą go nosili aż do śmierci. Pan Ireneusz wysłuchał przez lata świadectw wielu osób, które noszą szkaplerz i doświadczają cudownej opieki Maryi. Na przytoczenie wszystkich potrzeba osobnej publikacji, ale szczególnie wybrzmiewa jedno z nich.
„Kiedyś po prelekcji podeszła do mnie pani i opowiedziała pewne wydarzenie. Syn jej koleżanki chciał popełnić samobójstwo, stanął na krawędzi, żeby skoczyć. I wtedy, na dole, zobaczył strasznie wyglądającego osobnika, który nakazał mu: «Zanim skoczysz, wyrzuć to chomąto, które masz na szyi».
Mężczyzna najpierw nie zrozumiał, ale po chwili dotarło do niego, że jedyne co ma na szyi, to łańcuszek ze szkaplerznym medalikiem… Nie skoczył. Przeżył głębokie nawrócenie i dziś jest pewien, że to Maryja go ocaliła” – opowiada pan Jóźwiak. I przypomina, że jedna z obietnic Maryi dla noszących szkaplerz brzmi: „kto w nim umrze, nie zazna ognia piekielnego”. Założony na szyi niedoszłego samobójcy szkaplerz był dla szatana przeszkodą nie do pokonania, skoro zjawił się, by nakazać go zdjąć…
Dlaczego zachęca do przyjęcia szkaplerza?
Z dwóch powodów. Po pierwsze dlatego, że to płaszcz Maryi. Po drugie dlatego, że nieokryci jesteśmy łatwym celem dla złego – odsłonięci, nadzy i skorzy do upadków. Płaszcz jest tym w naszym zestawie ubrań, co chroni, zabezpiecza przed zimnem, deszczem, śniegiem.
Płaszcz Maryi chroni nas nie od zwykłego chłodu, nie od śniegu, nie od ognia pożaru, ale od ognia piekielnego! Czy może być coś lepszego do okrycia w czasie ziemskiej wędrówki niż płaszcz od Mamy?
Załóż szkaplerz z Teobańkologią! Mały znak – wielka opieka.
Dlaczego właściwie różaniec? Dlaczego w naszych codziennych transmisjach modlimy się przez wstawiennictwo właśnie Maryi?Matka Boża ma szczególne miejsce w moim sercu. To niesamowite, jaką miłością i opieką otacza nas wszystkich, nie tylko w wielkich życiowych wyzwaniach, ale także w codzienności.Pamiętam czerwiec 2009 roku i moje przygotowania do wstąpienia do Zakonu Karmelitów Bosych, którego patronką jest Matka Boża Szkaplerzna. Spakowałem wszelkie potrzebne na cały rok rzeczy, łącznie z zimowymi kurtkami i butami. Zadowolony, że udało mi się wszystko to zmieścić w dwa wielkie plecaki i torbę, wyruszyłem w drogę z Platerówki, czyli spod granicy polsko-czesko-niemieckiej do Gorzędzieja na Kaszubach, gdzie znajduje się klasztor.Wybrałem podróż pociągiem, ponieważ nie mieliśmy w domu odpowiedniego auta. Kiedy podczas przesiadki okazało się, że bagaże są tak ciężkie, że sam nie dam rady ich przenieść do kolejnego pociągu, byłem w sporym kłopocie. Na szczęście Matka Boża nie zostawiła mnie samego, postawiła na mojej drodze ludzi, którzy pomogli mi przemieszczać się z całym tym ekwipunkiem na dworcach. Do zakonu wstąpiłem z wielką radością. Szkaplerz – znak opieki Matki Bożej z Góry Karmel – który nosiłem na szyi, zamieniłem na ten, który jest elementem habitu zakonnego. Po roku, z powodów zdrowotnych, musiałem przerwać formację zakonną. Pamiętam ten moment, gdy ze łzami w oczach ostatni raz odwieszałem na hak swój karmelitański habit ze szkaplerzem. Byłem jednak przekonany, że Matka Boża z Góry Karmel będzie mnie dalej prowadzić.Kilka lat później, już jako ksiądz diecezjalny, rozpocząłem internetowe transmisje wieczornych modlitw uwielbienia z oprawą muzyczną naszej Diakonii. Wkrótce zostały wprowadzone obostrzenia. Pozostając w izolacji, nie mogłem kontynuować tego typu transmisji. Pomyślałem więc, że najlepsze, co mogę zrobić, będąc zamkniętym w czterech ścianach mojego domu, to poprowadzić w sieci wieczorny różaniec. I modlę się w ten sposób do dziś – z Tobą i z całą społecznością Teobańkologii.„Mój” pomysł transmisji różańcowych rozeznaję jako opatrznościowe prowadzenie Maryi – Jej osobistą prośbę, by zrobić dla Niej miejsce w codzienności, Jej zaproszenie do głębszej relacji z Nią i gromadzenia wokół Niej ludzi.Dlatego to właśnie Maryi oddajemy szczególne miejsce w naszej społeczności, w naszych modlitwach i działaniach. Od ponad 8 lat wspólnie odpowiadamy na Jej wezwanie, otwierając przed Nią nasze serca i życia, modląc się codziennie koronką i różańcem.
Niedawno zakończyliśmy nowennę pompejańską, w której przez 54 dni w grupie kilkudziesięciu tysięcy osób modliliśmy się o nawrócenie grzeszników. Jestem wdzięczny Matce Bożej za Ciebie i za ten wspólny czas! Cieszy mnie, że chcemy powierzać Jej nasze sprawy – zarówno radości, jak i wyzwania, trudności i troski. Ona, jeśli tylko poprosimy, pomoże nam dźwigać nawet najcięższe bagaże podczas naszej życiowej podróży. Jeśli jesteś w momencie, w którym coś Cię przytłacza, z czymś sobie nie radzisz, nie potrafisz unieść czegoś samodzielnie – tak, jak ja kiedyś nie mogłem udźwignąć swojego dobytku – zaproś Maryję, by Cię wsparła. Dołącz do naszej codziennej modlitwy na żywo!
Już wkrótce, 12–13 lipca w Gdańsku, będziesz mieć okazję spotkać się z Maryją podczas niecodziennego wydarzenia. Zapraszam Cię na wyjątkowe dwa dni pełne modlitwy, uwielbienia i umocnienia w wierze za pośrednictwem matczynej miłości Maryi. Podczas tego spotkania możesz przyjąć szkaplerz karmelitański – mały znak, który niesie ogromną obietnicę opieki Matki Bożej.
Zapraszam Cię, zatrzymaj się na chwilę w swojej życiowej podróży – niezależnie od tego, czy przebiega gładko i bezproblemowo, czy odczuwasz jej trudy – i daj się poprowadzić Maryi. Załóż szkaplerz z Teobańkologią! Mały znak – wielka opieka. A jeśli nie możesz być z nami osobiście, dołącz do wydarzenia na Facebooku i śledź transmisję wieczornych modlitw na naszych kanałach!
Spotkanie w Gdańsku będzie poprzedzone nowenną do Matki Bożej Szkaplerznej. Wspólna modlitwa potrwa od 7 do 15 lipca. Nagrania będą pojawiały się na kanale YouTube Teobańkologii, każdego dnia po koronce. Po zakończeniu nowenny, czyli 16 lipca, zapraszam Cię na różaniec z Matką Bożą z Góry Karmel. Śledź na bieżąco nasze kanały, szczegóły transmisji już wkrótce. Lipiec zapowiada się bardzo intensywnie, a w sposób szczególny opatrzony będzie znakiem miłości, bliskości i opieki Maryi, naszej ukochanej Matki. W drugiej połowie miesiąca wybieram się na urlop. Będę odpoczywał, by po powrocie jeszcze lepiej posługiwać Maryi oraz Tobie i całej naszej społeczności. Zadbałem o to, by w tym czasie każdego dnia prowadzona była dla Was modlitwa na żywo. Różaniec i koronkę poprowadzą dla Was: s. Jana, s. Angelika, ks. Jacek i ks. Sebastian, których doskonale znacie, a także o. Błażej, zaprzyjaźniony duchowny z Wrocławia. A ja będę łączył się z Wami duchowo.
Ksiądz Teodor Sawielewicz – duszpasterz katolicki z Archidiecezji Wrocławskiej. Znany z działalności ewangelizacyjnej w mediach społecznościowych.
***
O. Piotr Hensel OCD znawca duchowości karmelitańskiej, były dyrektor wydawnictwa karmelitów bosych, autor m.in. „11 odsłon szkaplerznych postaw”. obecnie przełożony klasztoru w Katowicach-Piotrowicach/fot.Roman Koszowski/Gość Niedzielny
***
Przemysław Kucharczak: Dla ludzi patrzących z zewnątrz szkaplerz to tylko kawałek materiału. Jak im Ojciec wyjaśnia, dlaczego go nosi?
o. Piotr Hensel OCD: Nie sposób wyjaśnić, czym jest szkaplerz, bez opowiedzenia o konkretnym doświadczeniu z początków mojego zakonu, karmelitów. Powstaliśmy na górze Karmel w Ziemi Świętej jako zakon pustelniczy. Z powodu prześladowań musieliśmy jednak uciekać do Europy i zmienić charakter naszego życia; to rodziło problemy i istniało zagrożenie, że zakon przestanie istnieć. Tradycja mówi, że wówczas nasz najwyższy przełożony, czyli generał, święty Szymon Stock, prosił w modlitwie Maryję o ratunek. W nocy z 15 na 16 lipca 1251 r. otrzymał objawienie. Matka Boża powiedziała, że jako znak swojej opieki daje nam szkaplerz – czyli część zakonnego stroju, fragment materiału nakładany przez głowę, który chronił tunikę przed zabrudzeniem. Maryja nadała mu wartość znaku zbawienia.
Jak to objawienie zrozumieli karmelici?
Święty Szymon Stock prosił o rozwiązanie bardzo konkretnego problemu, natomiast Maryja dała odpowiedź taką, jaką zawsze w ciągu wieków daje w różnych objawieniach. Mówi: troszczcie się o zbawienie. Taka jest treść szkaplerza karmelitańskiego. Jako że jesteśmy ludźmi, potrzebujemy tych widzialnych znaków. Jednym z nich jest właśnie szkaplerz. Jak każdy znak, wskazuje na rzeczywistość poza sobą samym. Te dwa kawałki brązowego materiału mają więc nam przypominać o opiece Maryi na drodze do celu, jakim jest niebo.
Dzisiaj szkaplerz, zwłaszcza na szyjach świeckich, został „zminiaturyzowany” do dwóch małych kawałków materiału. Po uroczystym przyjęciu można go też ze względów praktycznych zastąpić medalikiem…
Nadal wiąże się jednak z tą bogatą symboliką ubioru, płaszcza Maryi! To bardzo nośny symbol, który możemy ciągle zgłębiać i odkrywać kolejne znaczenia, jednak nie możemy zapomnieć, że szkaplerz nie jest jakimś dodatkiem do Bożego objawienia. Odsyła nas do głównego przesłania Ewangelii: do daru zbawienia, który Bóg nam ofiaruje przez Jezusa Chrystusa.
Noszenie szkaplerza wiąże się też z obietnicami Matki Bożej. Może Ojciec o nich opowiedzieć?
Św. Szymon Stock usłyszał następujące słowa Matki Bożej: „Umiłowany Synu. Przyjmij szkaplerz twojego zakonu. Kto w nim umrze, nie zazna ognia piekielnego”. Trzeba jednak dobrze rozumieć te słowa, bo szkaplerz nie jest jakimś amuletem, nie jest drogą na skróty. Noszenie go wiąże się z naśladowaniem postaw Maryi w swoim własnym życiu. Każdy chrześcijanin jest zobowiązany do życia chrztem świętym, a z naszego doświadczenia wynika, że z Maryją jest to łatwiejsze. Zatem to dar nie tylko nam dany, ale i zadany.
W kontekście szkaplerza mówi się też o tym, że noszącego go człowieka Maryja wyprowadzi z czyśćca w pierwszą sobotę po śmierci.
To tzw. przywilej sobotni, już z późniejszego objawienia, danego papieżowi Janowi XXII. Według tego obrazu w pierwszą sobotę po śmierci Maryja przyjdzie do czyśćca i przeprowadzi do nieba duszę człowieka, który żył nabożeństwem szkaplerznym. Przestrzegam jednak, żeby nie rozumieć tego objawienia literalnie. Obrazuje ono przekonanie obecne cały czas w Kościele, które odnajdujemy również w „Pozdrowieniu anielskim”, że Maryja pomaga nam w przejściu ze śmierci do życia. Prosimy Ją o to, żeby modliła się „teraz” i w „godzinie naszej śmierci”.
Jeśli rozumieć „przywilej sobotni” dosłownie, znaczyłoby to, że czyściec jest jakoś powiązany z naszym ziemskim czasem?
Raczej nie obowiązuje tam kalendarz tygodniowy, czas w naszym ziemskim rozumieniu; czyściec to stan – stan przejściowy, stan oczyszczenia. W tym obrazie widzimy, że Maryja pomaga nam przejść przez ten czas. Niezależnie jednak od dyskusji na temat autentyczności objawienia Jana XXII Kościół w swoim nauczaniu potwierdza przywileje szkaplerzne i wskazuje na szkaplerz jako na sakramentalium.
Czyli co?
To środek, narzędzie, które pomaga nam żyć wiarą w naszej codzienności. Podobną funkcję pełnią na przykład woda święcona, medalik świętego Benedykta czy różnego rodzaju błogosławieństwa. To także są sakramentalia, które mają uświęcać różne okoliczności naszego życia i pomagać w przyjęciu łaski zbawienia.
Szkaplerz przypomina mi trochę ślubną obrączkę, która jest tym znakiem wzajemnego oddania małżonków. I choć mąż i żona nie zawsze myślą o sobie nawzajem, choćby dlatego, że muszą skupić się na pracy, to jednak na najbardziej podstawowym poziomie należą do siebie i symbol obrączki o tym im przypomina. Myślę, że podobnie jest ze szkaplerzem i naszą relacją z Maryją.
Przyjęcie szkaplerza z rąk kapłana czy diakona wiąże się też z przyjęciem pewnych obowiązków i pewnego stylu życia?
Tak, z akcentem na to drugie, z akcentem na styl życia. Oryginalność nabożeństwa szkaplerznego nie polega na odmawianiu takiej czy innej modlitwy. Owszem, zachęcamy do tego, żeby codziennie odmawiać modlitwę, zazwyczaj „Pod Twoją obronę”. Nie to jest jednak istotą tego nabożeństwa. Istotą jest naśladowanie postaw maryjnych w naszym życiu.
Jakie to postawy?
Te, które odnajdujemy w Ewangelii. Zorientowanie całego życia wokół Jezusa. Otwartość na potrzeby drugiego człowieka. Po zwiastowaniu Maryja z pośpiechem udaje się do swojej krewnej Elżbiety po to, by jej pomóc. Podobnie w Kanie Galilejskiej: to właśnie Ona zauważa w czasie wesela sytuację braku wina. Ewangelia opisuje też, jak dwunastoletni Jezus świadomie zostaje w świątyni, odłączając się od Niej i od św. Józefa. Maryja nie rozumie dlaczego, więc Jezusa o to pyta. Mówi Mu wprost, że zadał Jej ból: „Z bólem serca szukaliśmy Ciebie”. Kiedy słyszy trudną odpowiedź, nie obraża się na Boga, ale próbuje zrozumieć i chowa te sytuacje w swoim sercu. To jest światło na nasze trudne chwile, których nie zawsze rozumiemy. Przede wszystkim Maryja mówi Bogu „tak”. To dla nas bardzo ważne, zwłaszcza że dzisiaj, jak mi się wydaje, mamy duży problem z podejmowaniem decyzji.
Na przykład jakich?
Zwłaszcza tych na całe życie, związanych z powołaniem do małżeństwa i do kapłaństwa. Ludzie, nie tylko młodzi, boją się podejmowania zobowiązań. Ta chwiejność wynika pewnie z kultury, w której żyjemy, oraz ze strachu, z niepewności, co będzie jutro i za tydzień. Myślę, że tu może pomóc zainspirowanie się Maryją. Ona przecież też nie wiedziała, co stanie się jutro. Kiedy dzisiaj odmawiamy Różaniec, znamy na pamięć kolejne tajemnice, ale Maryja ich nie znała. Dała jednak Panu Bogu carte blanche na wszystko.
Gość Niedzielny
***
piątek, 11 lipca
Dnień Pamięci Męczeństwa Kresowian
W tej intencjiMsza św. o godz. 19.00 w sali parafialnej przy kościele św. Piotra.
W niedzielę 14 lipca 2024 roku w Domostawie (woj. podkarpackie) odbyło się uroczyste odsłonięcie i poświęcenie pomnika „Rzeź Wołyńska” autorstwa Andrzeja Pityńskiego. Stanowi on upamiętnienie wszystkich Polaków pomordowanych przez ukraińskich nacjonalistów na Wołyniu i w Małopolsce Wschodniej.
***
Wołanie z Wołynia
***
Żeby zrozumieć Wołyń, trzeba wiedzieć o rzezi wołyńskiej,
której z kolei nie można zrozumieć po ludzku.
Ludobójstwo na Wołyniu było nielogiczne, opętane.
Odbyła się czystka Polaków z tego terenu. Ale po co? W jakim celu?
Witold Józef Kowalów
Och, jakże dzisiaj łatwo polityczne elity rozprawiają o tamtej rzezi. Z jakim przekonaniem o swojej dziejowej wyjątkowości posłowie przegłosowują ustawę o pamięci ludobójstwa dokonanego na Polakach. Ileż zapału wykazują maszerujący po ulicach neofici wiedzy o kilkuset sposobach zabijania przez OUN-UPA… Tak, miał rację ks. Tadeusz Isakowicz-Zaleski mówiąc, że „Kresowian zabito dwukrotnie, raz przez ciosy siekierą, drugi raz przez przemilczenie”. Dodawał jeszcze, że „ta druga śmierć jest gorsza od tej pierwszej”. Ale, jak mamy nazwać „trzecią śmierć” tych już dwa razy zabitych, śmierć zadawaną dzisiaj po równo: i przez kłamców plakatujących się polityczną poprawnością oraz wyrachowaniem, i przez tych przepełnionych „dobrymi intencjami”, którzy zgodzili się, aby zrównać Ukraińca z banderowcem?
Rodzina
W roku 2002 w pierwszej edycji L:iterackiej Nagrody im. Józefa Mackiewicza laureatami zostali Władysław Siemaszko i jego córka Ewa za więcej niż ważną dla polskiej historiografii książkę – „Ludobójstwo dokonane przez nacjonalistów ukraińskich na ludności polskiej Wołynia 1939–1945”. Dwutomowe dzieło jest nie tylko fundamentalne, ale też „życiodajne”, bo przywróciło Polsce część jej zatraconej tożsamości. Poznałem autorów i – ku swemu zaskoczeniu – odnalazłem jakby własną rodzinę. Dokładnie rzecz ujmując losy tych, których nie tylko mordowano, ale ostatecznie wypędzono z własnych domów, z własnej ziemi, a również usiłowano odebrać im pomięć. W przypadku mojej rodziny (Górscy), jak i rodziny Siemaszków, chodzi o ten kawałek polskiej ziemi nad rzeką Ług przynależny historycznie do tzw. Grodów Czerwieńskich, gdzie z końcem wieku X powstał Włodzimierz Wołyński.
W domach Wypędzonych, w domach cudem ocalałych raczej nie mówiono o Zagładzie. Powody były dwa. Po pierwsze „wieczna przyjaźń” pomiędzy Polską Ludową i Związkiem Radzieckim skutecznie przez kilkadziesiąt lat zacierała prawdę o utraconych przez Rzeczpospolitą kresowych ziemiach, co działo się i w każdym urzędzie i oczywiście w szkole oraz w służalczej kulturze. No bo jakże można było cokolwiek negatywnego mówić czy nawet kojarzyć z naszym ówczesnym „wielkim bratem”, którego oficjalną granicą od roku 1945 była rzeka Bug, a Wołyń przecież za Bugiem? Drugim powodem była – użyjmy skądinąd medycznego pojęcia – trauma. Jeżeli cokolwiek jako dziecko usłyszałem o wołyńskiej przeszłości swojej rodziny, to tyko od Babci. Moja Mama po prostu bała się tego tematu, bała się tych dziecięcych wspomnień, w których mordercy z UPA przychodzą nad ranem aby „riezać” Lachów. Z perspektywy czasu widzę, że temat „rzezi wołyńskiej” był dużo większym politycznym tabu, niż temat Katynia. I – co szokujące – znów jest na cenzurowanym od wiosny roku 2022, czyli od rozpoczęcia gorącego zbrojnego konfliktu pomiędzy Ukrainą a Rosją… Chociaż jest jednak inaczej – o ile kiedyś przemilczano, to teraz równie bezczelnie się przekłamuje.
Przywołując rodziny wspomnijmy też o pochodzącym z Podola śp. Szczepanie Siekierce i jego synu Michale, kontynuującym dzieła ojca związane z Kresami. Pan Siekierka od roku 1990, w ramach utworzonego we Wrocławiu Stowarzyszenie Rodzin Ofiar Ukraińskich Nacjonalistów, dokumentował i w efekcie wydał parutomowe źródła poświęcone ludobójstwu ludności polskiej na terenie kresowych ziem II Rzeczpospolitej. Dzieło, będące niejako kontynuacją pracy Siemaszków, nosi ogólny tytuł – „Ludobójstwo dokonane przez nacjonalistów ukraińskich na Polakach” i dotyczy województw – lwowskiego i stanisławowskiego oraz dodatkowo jest swoistym przewodnikiem rejestrującym na terenie obecnej Polski pomniki, tablice pamięci i mogiły dotyczące pomordowanych przez OUN-UPA.
Siekierko senior był inicjatorem jednego z nielicznych w Polsce upamiętnień naszej Zagłady. Pomnik-mauzoleum pomordowanej ludności polskiej na Kresach Płd.-Wsch. przez OUN i UPA został odsłonięty we Wrocławiu w 1999 r. Cztery lata przed śmiercią Szczepan Siekierka, odbierając przyznaną jego Stowarzyszeniu nagrodę IPN „Kustosz Pamięci Narodowej”, powiedział m.in. te arcyważne słowa: „W minionych latach fałszywie zakładano, że prawda historyczna o ukraińskich zbrodniach miałaby szkodzić polskiej racji stanu”. Czy tezę o minionych latach powtórzył by i dzisiaj?
Autorytety
W październiku 2006 r. mój Teatr Nie Teraz był pomysłodawcą i organizatorem w Tarnowie sesji naukowej pt. „Zagłada. Ludobójstwo na polskich Kresach 1939 – 45”. Myślę, że było to pierwsze tej skali w kraju, a na pewno wyjątkowe spotkanie naukowców i osób dla tytułowego tematu najbardziej kompetentnych. Wyjątkowość wynikała z połączenia faktografii z teatrem, bowiem wypowiedzi prelegentów punktowane były działaniami artystycznymi (w tym także pieśniami). Wszystko odbywało się w wypełnionej po brzegi sali (ok. 400 uczestników, w większości młodzież), a cała przestrzeń została scenograficznie uteatralizowana na spaloną polską wieś z kulminującymi ruinami kościelnej wieży.
Wystąpienia zaproszonych gości uważam do dzisiaj za swoiste kompendium polskiego wołyńskiego holokaustu. Najpierw Ewa Siemaszko (prelekcja „Od walk i terroru do ludobójstwa. Jak doszło do >genocidium atrox< na Kresach?”) uświadomiła słuchaczy co do ideologicznej genezy nacjonalizmu ukraińskiego (a w zasadzie nazizmu) i co do rozmiaru fizycznej eksterminacji ludności polskiej. Referat dr Lucyny Kulińskiej („Przebieg eksterminacji ludności polskiej na Kresach Wschodnich. Okres planowego ludobójstwa 1943-44„), data po dacie i zdarzenie po zdarzeniu, a wszystko z przypisami do źródeł, wpisuje w dzieje powszechne ten „epizod” II wojny światowej. Natomiast ks. prof. Józef Marecki („Kościół katolicki wobec ludobójstwa na wschodnich Kresach II Rzeczpospolitej. Zarys problematyki”) daje nam szansę na zrozumienie duchowej strony banderowskiego zła, które w jego rozumieniu i dalszych naukowych dociekaniach jest niczym innym jak zbiorowym opętaniem. Wystąpienie Romualda Niedzielko, historyka z IPN, okazało się być niespodziewanie ważne, czego wtedy jeszcze do końca nie rozumieliśmy („Sprawiedliwi Ukraińcy. Na ratunek polskim sąsiadom skazanym na zagładę przez OUN-UPA”). Gospodarzy sesji reprezentował dr Paweł Juśko („Ludobójstwo ludności polskiej na Wołyniu i Galicji Wschodniej w opinii historiografii polskiej i ukraińskiej oraz na łamach współczesnych podręczników do nauczania historii. Zarys problematyki”) z tematem, który z każdym rokiem staje się ważniejszy, a szczególnie teraz wobec coraz liczniejszej obecności uczniów ukraińskich w polskich szkołach i zadekretowaną przez MEN dostępnością „ukraińskiego programu nauczania”. Ostatnim z prelegentów był ks. Tadeusz Isakowicz-Zaleski z więcej niż ważnym wykładem („Przemilczane ludobójstwo na Kresach. Polskie elity wobec prawdy historycznej o zbrodniach ukraińskich nacjonalistów i ich ofiarach”). Jedynie słuszne, czyli bezkompromisowe traktowanie historii „rzezi wołyńskiej” przez ks. Tadeusza jest obowiązkiem polskich elit, które muszą się różnić od postawy Andrzeja Dudy, który ledwie dwa lata temu strofował ks. Isakowicza-Zaleskiego, upominającego się konsekwentnie od lat o prawdę i godne pochówki dla pomordowanych, mówiąc, iż „wolałby”, żeby ten „nie zajmował się polityką, tylko zajmował się tym, czym powinien zajmować się ksiądz”.
Racja stanu
Polskojęzyczni politycy i historycy robiący kariery na potakiwaniu chcą nas przekonać, żebyśmy uznali, iż państwowy kult banderowskich rezunów usankcjonowany przez kijowskie władze jest uzasadniony, bo wynika z braku tradycji niepodległościowej Ukrainy, a jedynymi którzy tam walczyli o niepodległość są jedynie takie indywidua jak Lebied, Szuchewycz czy główny ideolog zabijania – „batko Bandera”. Krakowski profesor, Bronisław Łagowski, stwierdził kiedyś bardzo słusznie, że „dzisiejsza niepodległa Ukraina nie wyrosła z UPA, lecz z Ukraińskiej Socjalistycznej Republiki Radzieckiej, która uzyskała niepodległość na mocy umowy białowieskiej. Jelcyn, a nie Bandera dał Ukrainie niepodległość”. Urojenia ukraińskie, wspierane przez interesy anglosaskie, począwszy od rządów Wiktora Juszczenki stały się podstawą ukraińskiej polityki, a nieszczęściem naszego kraju jest bezkrytyczne przyjęcie tej opcji przez rządzący tu na zmianę duopol PO i PiS.
W kontrze do tego mamy histeryczną opozycję, która w kontekście ukraińskim potrafi epatować jedynie nieszczęściem – tym przeszłym i tym, które wisi nad nami w związku z milionową imigracją do Polski ludzi od dwóch dekad indoktrynowanych, co do swoich dziejów. Dla przybyszy ze wschodu „polskie pany” odpowiadają za wszelkie ich nieszczęścia, czyli prawie jak u Żydów wykreowani polscy antysemici-faszyści.
Tymczasem mogło być zupełnie inaczej, czego doświadczyłem w ramach teatralnych peregrynacji po Ukrainie w pierwszych latach jej niepodległości. Nie było tam wtedy żadnych nazistowskich resentymentów, a gro spotykanych osób miało wobec Polaków naturalne poczucie wstydu i winy za Wołyń. Wystarczyło wtedy oprzeć wzajemne relacje o honorowanie „ukraińskich sprawiedliwych”, co byłoby – swoją drogą – naturalnym przywołaniem faktów. I trudno byłoby o lepszy międzynarodowy tegoż wydźwięk, jak ukazanie tych prawdziwych bohaterów zza Buga, skądinąd również mordowanych przez banderowskich pobratymców. We wszystkich świadectwach i wspomnieniach jest bardzo wyraźnie podkreślany wątek ukraińskiego pomagania Polakom, ostrzegania, a także ukrywania przed rezunami. Tak ocaleli również moi Dziadkowie i ich córka, moja Mama.
Jeszcze niedawno umieliśmy oddzielić zło od dobra i banderowca od Ukraińca. Dzisiaj te dwa słowa stały się synonimem eksponowanym na wiecach i marszach. Również publicyści epatują takimi emocjonalnymi skrótami, jak np. Jacek Międlar tytułujący swoje filmowe reportaże o „rzezi wołyńskiej” – „Sąsiedzi”. Dokładnie tego samego zabiegu (tytuł!) dokonał w swej antypolskiej książce osławiony Jan Tomasz Gross. Jeszcze niedawno ubolewaliśmy nad spychaniem polskiej pamięci do kościelnej kruchty (tylko tam było możliwym wyeksponowanie np. informacji o Katyniu czy o żołnierzach polskiego podziemia antykomunistycznego). A dzisiaj, po postawieniu w Domostawie „uwięzionego” przez lata pomnika „Rzeź Wołyńska” autorstwa Andrzeja Pityńskiego, są ludzie, którzy nawołują, aby na głównej nekropolii warszawskiej symbolicznie upamiętnić ofiary ludobójstwa na Wołyniu i w Małopolsce Wschodniej. Robią to pod jakże kalekim hasłem: „Wołyń na Powązki”. W czasie, kiedy neobanderowskie środowiska stawiają na Ukrainie pomniki mordercom Polaków, a nawet żądają takich upamiętnień u nas, dlaczego nie od naszych władz nie żądamy symbolicznej pamięci dla ofiar ludobójstwa, ale w miejscach najważniejszych dla przestrzeni publicznej, np. pod hasłem: „Wołyń na Plac Defilad”.
Sztuka
Sens budowania przyszłości na prawdzie i bez nienawiści widzę w historii młodego mężczyzny, poety z Krzemieńca. Niemal w przeddzień pamiętnej lipcowej niedzieli 1943 r., do wołyńskiego dowództwa UPA stacjonującego koło Kowla wysłani zostali parlamentaiusze reprezentujący polskie władze podziemne. Byli to oficerowie AK – ppor. Krzysztof Markiewicz i por. Zygmunt Rumel oraz woźnica Witold Dobrowolski. Polskich posłów nie uszanowano. Banderowcy w okrutny sposób ich torturowali i ostatecznie rozerwali końmi. Rumel w wierszu z 1941 r. pt. „Dwie matki” jednoznacznie pokazuje uczucia, które łączyły obie żyjące na tamtej ziemi nacje:
(…) Dwie mnie Matki-Ojczyzny wyuczyły mowy –
W warkocz krwisty plecionej jagodami ros –
Bym się sercem przełamał bólem w dwie połowy –
By serce rozdwojone płakało – jak głos…
Od dawna uważam, że aby zrozumieć swą tożsamość potrzebujemy wyrażać ją poprzez dzieła artystyczne. Spłacamy wtedy swój dług wobec Pana Boga, który obdarował nas jakimś artystycznym talentem. Spłacamy też dług wobec Ojczyny i wobec przodków. To bardzo konkretne i uzupełniające się zobowiązania. Tak też rozumiem swoje obowiązki stanu wobec tematyki wołyńskiej. W maju roku 2011 premierę miał spektakl Teatru Nie Teraz „Ballada o Wołyniu”. Niesamowitym jest to, że pomimo upływu lat mamy tutaj do czynienia z wciąż jedynym w Polsce przedstawieniem teatralnym, które prawdziwie opowiada o ludobójstwie popełnionym przez banderowców na Polakach, a jednocześnie, jak to recenzowała Temida Stankiewicz-Podhorecka, jest „wielkie i głębokie jak tragedia antyczna, jest wyjątkowym dziełem artystycznym”. Wołyń krzyczy o swą mądrą obecność w świadomości Polaków. Jest równie ważny jak pamięć Powstania Warszawskiego, jak pamięć o pokoleniu Żołnierzy Wyklętych.
Tomasz A. Żak/PCh24.pl
Tytuł tego tekstu wziąłem od religijno-społecznego periodyku „Wołanie z Wołynia”, wydawanego od roku 1994 z różną częstotliwością w Ostrogu w diecezji łuckiej na Ukrainie (po polsku i ukraińsku) przez urodzonego w Zakopanem katolickiego – ks.Witolda Józefa Kowalów.
***
Wołyńska Golgota
Zbrodnia wołyńska pozostaje niezabliźnioną raną i będzie nią zapewne dopóty, dopóki nie stanie się zadość oczywistym pragnieniom rodzin, aby ich bliscy zostali odnalezieni i godnie pochowani.
Archiwum/domkulturylsm.pl
Wola Ostrowiecka. Część kości wydobytych ze zbiorowej mogiły – obok Leon Popek, sierpień 1992 r.
***
Latem 1943 r. doszło do masowych mordów dokonanych przez ukraińskich nacjonalistów na ludności polskiej zamieszkującej Wołyń. W „krwawą niedzielę” 11 lipca 1943 r. z powierzchni ziemi zniknęło prawie sto miejscowości, a ich mieszkańcy wrzuceni zostali do bezimiennych dołów śmierci. I znajdują się tam po dziś dzień, mimo bowiem wielu deklaracji państwo ukraińskie nie potrafi zmierzyć się z własną przeszłością i nie pozwala przeprowadzić ekshumacji, identyfikacji ofiar i należnego im godnego chrześcijańskiego pochówku.
Terror jako narzędzie
Ekshumacje spowodują, że na światło dzienne wyjdą skala tej zbrodni oraz metody, jakimi jej dokonano; potwierdzą też, że mordowany był każdy, kto był Polakiem. Zbrodniarze z Ukraińskiej Powstańczej Armii i Organizacji Ukraińskich Nacjonalistów, której przywódcy są czczeni na Ukrainie jako bohaterowie, nie oszczędzali bowiem nikogo. Od kul, granatów, a także ciosów siekierami, kosami czy nożami ginęły kobiety, dzieci, noworodki, starcy. A to – wbrew ukraińskiej narracji – oznacza jedno: było to zaplanowane ludobójstwo, służące realizacji obłędnej idei „uwolnienia Ukrainy od Lachów”, a nie „wojna polsko-ukraińska”, w której toczone byłyby regularne starcia uzbrojonych formacji, przez co ofiary byłyby po obu stronach. Ukraińscy nacjonaliści już przed wojną stosowali terror i nie mieli oporów, aby dokonywać zamachów na przywódców państwa polskiego. Co ciekawe, obiektem ich ataków byli ci, którzy w czasie wojny polsko-bolszewickiej pragnęli dopomóc stworzyć niepodległe i połączone sojuszem z Polską państwo ukraińskie. W 1921 r. Stepan Fedak próbował zastrzelić we Lwowie Naczelnika Państwa Józefa Piłsudskiego. Dziesięć lat później ukraińscy zamachowcy zamordowali jednego z animatorów ruchu prometejskiego, który rozumiał doskonale aspiracje niepodległościowe Ukraińców – posła Tadeusza Hołówkę, a w 1934 r. od kul terrorystów, których inspirował Stepan Bandera, zginął minister spraw wewnętrznych Bronisław Pieracki. Gdy pod naporem niemieckim i sowieckim Polska utraciła niepodległość, żywioł ukraiński rozpalił się na niespotykaną wcześniej skalę. Już na jesieni 1939 r. doszło do wielu mordów i pacyfikacji polskich wsi, ale prawdziwa eskalacja nastąpiła w chwili, gdy po czerwcu 1941 r. dawne Kresy wschodnie zostały zajęte przez Niemców. Bo to właśnie w III Rzeszy ukraińscy nacjonaliści widzieli najlepszego sojusznika.
Nienawiść źródłem zbrodni
Na początku 1943 r. przywódcy OUN i UPA postanowili wcielić w życie zbrodniczy plan. Wywiadowcy Biura Wschodniego Delegatury Rządu RP na Kraj napisali w raporcie ze stycznia 1943 r.: „Hasłem, jakie szerzą kolportowane instrukcje banderowskie, jest: kochaj wszystko, co ukraińskie, nienawidź wszystko, co obce”. Plan Ukraińców zakładał przeprowadzenie masowych, skoordynowanych ataków na wioski i osady zamieszkałe jeszcze przez Polaków, których po latach eksterminacji sowieckiej i niemieckiej było na Wołyniu nieco ponad 300 tys. Mieli pozbawiać życia każdego Polaka. Cudem ocaleni mieli w strachu opuszczać swoje ojcowizny i uciekać z Wołynia i Małopolski Wschodniej. Tak miały się „oczyścić z elementu obcego” ziemie, na których chciano zbudować w przyszłości nacjonalistyczne państwo ukraińskie. Mordowani mieli być też obywatele polscy narodowości żydowskiej. Tych jednak było już wówczas niewielu, rok wcześniej Niemcy we współpracy z ukraińską policją pomocniczą dokonali bowiem „ostatecznego rozwiązania kwestii żydowskiej”, mordując i wysyłając do obozów zagłady prawie 150 tys. ludzi. „Taktyki masowych mordów Ukraińcy nauczyli się od Niemców” – ocenia amerykański historyk Timothy Snyder, autor głośnej pracy Skrwawione ziemie.
Krwawa niedziela
Zmasowany atak band UPA i OUN nastąpił w niedzielę 11 lipca 1943 r. W dziesiątkach miejscowości scenariusz i metodologia zbrodni były podobne. Sotnie ukraińskie otaczały całe wioski albo wkraczały do miasteczek i okrążały kościoły, gdzie wierni uczestniczyli w niedzielnej Mszy św. W Kisielinie w powiecie horochowskim mordercy „z wrzaskiem wtargnęli do świątyni. Zaczęli strzelać do ludzi z broni palnej, zobaczyłam wzniesione do ciosów siekiery” – wspominała cudownie ocalona z pogromu Teodora Zgliniecka. „Ludzie w desperackiej próbie ratowania życia zaczęli się kłębić i tratować. Krzyczeli w przerażeniu. Banderowcy doskakiwali do nich, rąbali, cięli, strzelali z bliskiej odległości. Na ściany kościoła bryzgały strugi krwi”. Zatrważające jest to, że zbrodniczą akcję nacjonalistów wsparli niektórzy duchowni greckokatoliccy. Z relacji Anny Szumskiej pozostał upiorny obraz nabożeństwa w cerkwi w Horodnie w dzień poprzedzający „krwawą niedzielę”, podczas którego duchowny wołał: „Ukraina! Priszoł czas twojej własti! Bery kosy, bery niż i na Lacha chyż” („Ukraino, przyszedł czas twej władzy. Bierzcie kosy, bierzcie nóż i ruszajcie na Polaków”), a następnie „błogosławił” przyszłe narzędzia zbrodni: kosy, widły, siekiery, które do świątyni przynieśli opętani złem banderowcy. Takich przypadków było, niestety, wiele.
„Akcję mordowania Polaków przeprowadzili Ukraińcy z potwornym okrucieństwem” – depeszowano z okręgu lwowskiego do Komendy Głównej Armii Krajowej. „Kobiety, nawet ciężarne, przybijali bagnetami do ziemi. Dzieci rozrywali za nogi, inne nadziewali na widły i rzucali przez parkany. Odrąbywali siekierami ręce, nogi, głowy, wycinali języki, odcinali uszy, nosy, wydłubywali oczy, młotami rozbijali głowy, żywe dzieci wrzucali do płonących domów. Do kryjówek podziemnych w zabudowaniach wrzucali granaty czy też pęki podpalonej słomy”.
Władysław Siemaszko, który wraz z córką Ewą poświęcił życie pracom dokumentującym rzeź wołyńską, w swej fundamentalnej pracy Ludobójstwo dokonane przez nacjonalistów ukraińskich na ludności polskiej Wołynia zamieścił szereg relacji cudem ocalałych świadków tamtych dni. Sam był zresztą jednym z nich. Opisy sadyzmu stosowanego przez morderców z UPA i OUN są przerażającą ilustracją tego, co można określić złem w najgorszej jego postaci. Wincenty Romanowski wspominał: „W jednej z wiosek w pobliżu Dereźnego po pogromie znaleziono w chacie małe dziecko z wyprutymi wnętrznościami. Jelita były rozpięte na ścianie w jakiś nieregularny sposób, przypominający mapę, a na jednym z gwoździ wisiała kartka z napisem «To Polska od morza do morza»”. Irena Gajowczyk, na której oczach zamordowano matkę, opowiadała: „Mama, czołgając się, przygarnęła do siebie płaczącego i zakrwawionego Tadzia, mojego młodszego brata. Podbiegli banderowcy i podcięli jej gardło. Jeszcze żyła, kiedy zdarli z niej szaty i poodcinali jej piersi”. Badacze oceniają, że ukraińscy nacjonaliści zamordowali na Wołyniu, a od początków 1944 r. także na Podolu i na ziemi lwowskiej ponad 100 tys. obywateli polskich. Likwidowali też wszelkie ślady polskości. W wytycznych OUN napisano: „Niszczyć wszystkie ściany kościołów i innych polskich budynków kultowych, zniszczyć drzewa przy zabudowaniach tak, aby nie pozostały nawet ślady, że tam kiedykolwiek ktoś żył, zniszczyć wszystkie polskie chaty, w których poprzednio mieszkali Polacy”.
Zbrodnia wołyńska pozostaje nadal niezabliźnioną raną i będzie nią zapewne dopóty, dopóki nie stanie się zadość oczywistym pragnieniom rodzin, aby ich bliscy zostali odnalezieni i godnie pochowani. „Nie o zemstę, ale o pamięć i prawdę wołają ofiary” – powtarzają rodziny pomordowanych. I to powinno się stać fundamentem relacji między narodem polskim a ukraińskim. A pragnienie rodzin – elementem polityki państwa polskiego.
Autor Jan Józef Kasprzyk jest historykiem, doradcą Prezesa Instytutu Pamięci Narodowej, w latach 2016-24 był szefem Urzędu do Spraw Kombatantów i Osób Represjonowanych.
Tygodnik Niedziela
***
Fot. Couleur/Pixabay
***
12 obietnic Pana Jezusa dla praktykujących Nabożeństwo Pierwszych Piątków
Wszystkim praktykującym Nabożeństwo Pierwszych Piątków, Pan Jezus złożył aż 12 obietnic. Poznaj je!
O praktyce Nabożeństw Pierwszych Piątków powiedział sam Pan Jezus siostrze Małgorzacie Marii Alacoque. Została obdarzona poznaniem tajemnic Najświętszego Serca Pana Jezusa. Usłyszała od Pana Jezusa o obietnicach, jakie daje On czcicielom jego Serca.
Wswojej obietnicy Pan Jezus mówi o przyjęciu Komunii świętej w kolejne 9 pierwszych piątków, nie o samej spowiedzi. Aby jednak przystąpić do Komunii, trzeba być w stanie łaski uświęcającej, więc dobrze poprzedzić ją sakramentem pokuty. Stąd w wielu parafiach z racji pierwszego piątku organizuje się dodatkowe dyżury kapłanów w konfesjonałach.
Na podstawie pism św. Marii Małgorzaty Alacoque ułożono listę 12 obietnic Serca Jezusa dla Jego czcicieli:
1) czciciele otrzymają łaski potrzebne do realizacji ich zadań życiowych, wynikających z obowiązków stanu; 2) pokój w rodzinach; 3) pocieszenie w strapieniach; 4) opiekę Zbawiciela w życiu, szczególnie w godzinę śmierci; 5) błogosławieństwo w podejmowanych przedsięwzięciach; 6) grzesznicy znajdą w Bożym Sercu „źródło i ocean miłosierdzia”; 7) oziębli staną się gorliwymi w swoim życiu religijnym; 8) gorliwi w wierze szybko staną się doskonałymi; 9) Pan Jezus będzie błogosławił tym domom, rodzinom, w których jest czczony obraz Boskiego Serca; 10) imiona osób propagujące to nabożeństwo zostaną zapisane w Sercu Pana Jezusa; 11) kapłani poruszą najbardziej zatwardziałe serca; 12) Pan Jezus da łaskę pokuty i będzie „ucieczką” w ostatniej godzinie życia osobom, które przez dziewięć pierwszych piątków miesiąca będą przyjmowały Komunię Świętą wynagradzającą.
KAI, zś/Stacja7
***
Dwa objawienia, dwie rewolucje. Kult Serc Chrystusa i Jego Matki a rewolucja francuska i bolszewicka
(Oprac. GS/PCh24.pl)
***
Objawienia dotyczące Najświętszego Serca Pana Jezusa i Niepokalanego Serca Maryi miały miejsce niedługo przed rozpoczęciem politycznych rewolucji na świecie – odpowiednio: francuskiej i bolszewickiej. Można powiedzieć, że widzenia te były „ostatnią szansą” na opamiętanie się; szansą niestety niewykorzystaną.
Kult Najświętszego Serca Jezusowego szerzył się od czasu, kiedy w latach 1673-1689 Zbawiciel ukazywał się św. Małgorzacie Marii Alacoque. Niespełna trzy stulecia później – bo w roku 1917 – Maryja objawiła się trójce dzieci z Fatimy. Zarówno Pan Jezus jak i Jego Matka obiecywali ogromne łaski czcicielom Ich Serc.
Deficyt wiary króla
Jednak poza wezwaniem do oddawania czci Swojemu Najświętszemu Sercu, Zbawiciel wezwał też króla Francji Ludwika XIV i całą jego rodzinę do poświęcenia się temu Sercu, oddawania mu publicznej czci i zbudowania świątyni mu poświęconej. Chrystus obiecał, że jeśli król i cała Francja wypełni to posłannictwo, to będzie jej błogosławił, a jej wrogów złoży u jej stóp. Kraj ten został zatem obdarzony niezwykłą obietnicą; miał szansę stać się przykładem prawdziwej wiary dla innych narodów; można by rzec „narodem wybranym”.
Niestety Francuzi odrzucili to wezwanie. Być może po części było to rezultatem panoszącej się tam herezji jansenizmu, której założenia w dużej mierze zbiegały się z kalwinistycznym poglądem na predestynację. Trudno było bowiem głosić przesłanie o Sercu Jezusowym i o tym, że nabożeństwo do niego mogło ocalić świat, skoro janseniści uważali, że wszystko jest z góry zaplanowane, a ludzkie starania nie mają sensu.
W 1689 r. Małgorzata osobiście udała się do króla Ludwika, który w tym czasie był największym z europejskich monarchów. Niestety Ludwik odmówił poświęcenia siebie i swojej rodziny Najświętszemu Sercu Jezusa; nie chciał też wybudować kaplicy, by temu Sercu oddawano cześć. Ludwik nie uwierzył posłannictwu siostry Małgorzaty myśląc, że przecież gdyby Pan Bóg faktycznie tego od niego chciał, to mógł objawić się mu osobiście. Usprawiedliwiał się też, że gdyby spełnił boskie żądanie, a Francja mimo tego by cierpiała, to zaufanie ludzi do Boga mogłoby być naruszone. To tak jakby on „wiedział lepiej”.
Nieposłuszeństwo Ludwika przypomina grzech Mojżesza, który chociaż usłyszał boskie polecenie: „Przemów do skały, a ona wyda z siebie wodę” (Lb 20,8), to nie uwierzył, że cud mógłby być aż tak wielki i zamiast tego uderzył skałę laską. Pan Bóg prosił go o niewiele: chciał zamanifestować swoją potęgę, pokazując, że woda może wypłynąć ze skały na same słowa Mojżesza. Ten jednak wolał uderzyć skałę laską, a chociaż wypłynięcie z niej wody wciąż było cudem, to już nie tak wielkim, bo część Izraelitów pomyślała, że pod skałą było ukryte źródło, otwarte poprzez uderzenie. Od Ludwika Pan Bóg również wymagał niewiele, ale ten nie uwierzył autentyczności widzenia św. Małgorzaty i nie spełnił boskiej prośby. Już trzy lata później Ludwik i jego armia ponieśli klęskę w bitwie morskiej pod La Hogue, ulegając wojskom Ligi Augsburskiej, czyli państwom zjednoczonym przeciwko Francji. A to był dopiero początek nieszczęść.
W 1789 r., czyli równo 100 lat od spotkania siostry Małgorzaty z królem Ludwikiem, we Francji rozpoczęła się rewolucja. Monarchia została obalona; katolicy cierpieli ogromne prześladowania, a nawet rzeź. Rewolucja francuska przyniosła szkody nie tylko dla samej Francji, ale i dla całego świata. Był to początek „rozprawiania się” z monarchią, wprowadzania antyklerykalnych i laickich idei – słowem, zeświecczania społeczeństw wielu narodów. Czy można to nazwać karą za niespełnienie prośby Chrystusa? Nawet jeśli tak tego nie zakwalifikujemy, to na pewno Ludwik XIV odrzucił możliwość posiadania nieporównywalnej pomocy z samego nieba – wsparcia, które mogło ocalić jego następcę i cały kraj.
Zatrzymać błędy Rosji
Wydaje się, że tak jak przesłanie Chrystusa do św. Małgorzaty uprzedziło rewolucję francuską, tak samo objawienia Matki Bożej w Fatimie zapowiedziało nadejście rewolucji bolszewickiej. Teraz jednak poświęcenia narodu – już nie Francji, a Rosji – miał dokonać papież w jedności ze wszystkimi biskupami świata. Matka Boża ukazywała się trójce dzieci – Łucji, Franciszkowi i Hiacyncie – od 13 maja do 13 października 1917 r., wzywając ich do gorliwej modlitwy różańcowej.
– Odmawiajcie różaniec codziennie, abyście uprosili pokój dla świata i koniec wojny – prosiła Matka Boża. Do samej zaś Łucji powiedziała: – Jezus chce posłużyć się tobą, aby ludzie Mnie lepiej poznali i pokochali. Chce On ustanowić na świecie nabożeństwo do mego Niepokalanego Serca. Tym, którzy je przyjmą, obiecuję zbawienie. Dusze te będą tak drogie Bogu, jak kwiaty, którymi ozdabiam Jego tron.
Siostra Łucja doznawała widzeń Matki Bożej – a także samego Chrystusa – jeszcze długo po zakończeniu objawień w Fatimie. Ich treść pozostała podobna, a była nią prośba o wprowadzenie nabożeństwa pięciu pierwszych sobót miesiąca na cześć Niepokalanego Serca Matki Bożej oraz o konsekrację Rosji właśnie Sercu Maryi. To poświęcenie miało zatrzymać błędy, które Rosja szerzyła na świecie, a pierwszym z nich był bez wątpienia komunizm.
– Nadszedł czas, kiedy Bóg chce, by ojciec święty w jedności z biskupami z całego świata poświęcił Rosję mojemu Niepokalanemu Sercu. To ją uratuje. Sprawiedliwość Boża potępiła wiele dusz za grzechy popełnione przeciwko mnie, dlatego przychodzę, by prosić o zadośćuczynienie. Poświęć się w tej intencji i módl się – powiedziała Matka Boża, ukazując się siostrze Łucji w 1929 r.
Rewolucja bolszewicka wywołała wiele szkód – przede wszystkim w Europie, ale nie tylko. To właśnie przez nią na świecie tak bardzo rozprzestrzenił się komunizm – system, który uważał religię za „opium ludu”. Nie trzeba chyba wspominać jak wiele cierpień on spowodował. Rewolucja bolszewicka uderzyła w Kościół, arystokrację i wartość prywatną. To właśnie komunistyczna Rosja wraz z nazistowskimi Niemcami rozpoczęły II wojnę światową, a po jej zakończeniu władze komunistyczne prześladowały i nadal prześladują katolików. Kiedyś miało to miejsce w krajach tzw. bloku wschodniego; teraz – w Chinach, Korei Północnej, Wietnamie czy na Kubie.
Konsekracji Rosji, o którą prosiła Matka Boża, miał dokonać Ojciec Święty w jedności ze wszystkimi biskupami świata. Zdaniem siostry Łucji, odbyła się ona dopiero w 1984 r. Jednak część katolików ma wątpliwości, czy prośba Matki Bożej na pewno została wtedy spełniona; ówczesne zawierzenie dotyczyło bowiem całego świata, bez wymienienia Rosji w szczególności. Rosja została jednak wyraźnie wymieniona w konsekracji, której dokonał papież Franciszek w 2022 roku. Można zapytać, czy gdyby poświęcenie Rosji dokonało się wcześniej, to czy może udało by się odwrócić część szkód spowodowanych przez komunizm? Rewolucja wybuchła krótko po objawieniach w Fatimie, bo już w listopadzie 1917 r. Jednak do aktu konsekracji – czy to w 1984 czy też w 2022 roku – minęły całe dziesięciolecia.
Ratunek w godzinie śmierci
Nabożeństwa ku czci Najświętszego Serca Pana Jezusa i Niepokalanego Serca Maryi są ratunkiem dla grzeszników na godzinę śmierci. Obydwa objawienia zawierają wezwanie do zadośćuczynienia za grzechy i nadzieję na ratunek w godzinie śmierci. Niedługo po objawieniach nastąpiły rewolucje i wojny, a zatem śmierć była powszechnym i dużym zagrożeniem. Przesłania Chrystusa i Matki Bożej można zatem traktować jako zachętę do uporządkowania swojego życia duchowego i zawiązania bliskiej relacji z Nimi, co – zgodnie z obietnicami – będzie ogromną pomocą w godzinie śmierci.
– Obiecuję w nadmiarze Miłosierdzia Serca Mego, że Jego Miłość wszechpotężna udzieli wszystkim, którzy komunikować będą przez dziewięć pierwszych piątków miesiąca z rzędu, łaski pokuty ostatecznej, że nie umrą w stanie niełaski ani bez sakramentów świętych i że Moje Serce będzie dla nich bezpieczną ucieczką w ostatniej godzinie ich życia – powiedział Zbawiciel do siostry Małgorzaty Marii Alacoque.
Chrystus poprosił również o ustanowienie specjalnego święta ku czci Jego Serca na piątek po zakończeniu oktawy Bożego Ciała. – Dlatego żądam, żeby pierwszy piątek po oktawie Bożego Ciała był odtąd poświęcony, jako osobne święto na uczczenie Mojego Serca i wynagrodzenia mi przez Komunię Świętą i inne praktyki pobożne zniewag, jakich doznaję, gdy wystawiony Jestem na ołtarzach. W zamian za to obiecuję ci, że Serce Moje wyleje hojne łaski na tych wszystkich, którzy w ten sposób oddadzą Mu cześć lub przyczynią się do rozszerzenia Jego święta.
Matka Boża prosiła zaś o ustanowienie nabożeństwa pięciu pierwszych sobót miesiąca.
– Córko moja – powiedziała do siostry Łucji – spójrz, Serce moje otoczone cierniami, którymi niewdzięczni ludzie przez bluźnierstwa i niewdzięczność stale ranią. Przynajmniej ty staraj się nieść mi radość i oznajmij w moim imieniu, że przybędę w godzinie śmierci z łaskami potrzebnymi do zbawienia do tych wszystkich, którzy przez pięć miesięcy w pierwsze soboty odprawią spowiedź, przyjmą Komunię św., odmówią jeden Różaniec i przez piętnaście minut rozmyślania nad tajemnicami różańcowymi towarzyszyć mi będą w intencji zadośćuczynienia.
Do wypełnienia warunków nabożeństw pierwszych piątków i pierwszych sobót miesiąca trzeba być w stanie łaski uświęcającej, czyli wolnym od jakiegokolwiek grzechu ciężkiego (do spowiedzi można przystąpić wcześniej) i przyjąć Komunię św. W pierwsze soboty należy również odmówić pięć tajemnic Różańca św. oraz rozważać treść tajemnic różańcowych przez 15 minut. Ważne jest, aby spowiedź i Komunia św. były uczynione w intencji wynagrodzenia. Intencja ta nie musi być jednak jasno wypowiadana co miesiąc, ale wystarczy intencjahabitualna, czyli przyjęta raz i nigdy nie odwołana – jest nią po prostu raz powzięte postanowienie przystępowania do spowiedzi i Komunii św. pierwszopiątkowej i pierwszosobotniej w intencją wynagrodzenia.
236 lat barbarzyństwa: Dziedzictwo rewolucji, które wciąż trwa
(fot: Sternfahrer/stock.adobe.com)
***
Niszczenie sztuki sakralnej i tej związanej z monarchią oraz szlachtą to nieodłączne elementy rewolucji francuskiej. Warto o tym przypomnieć w 236 rocznicę szturmu na Bastylię przypadającą na 14 lipca 2025. Tym bardziej, że współcześni rewolucjoniści wciąż czerpią przykład z wandalizmu swych francuskich poprzedników.
Cechą każdego systemu totalitarnego jest dążenie do wymazania nie tylko alternatywy, lecz także samej pamięci o niej. Tę pamięć przechowują zarówno księgi historyczne, jak i dzieła architektury i sztuki. Dlatego też rewolucjoniści wszelkiej maści dążą do ich niszczenia.
W erze nowożytnej prekursorem destrukcji architektury i sztuki na masową skalę była rewolucja francuska. Dokonana przez nią destrukcja dorobku kultury materialnej obejmowała sztukę kościelną, arystokratyczną, a nawet archiwa historyczne.
Niszczenie sztuki i architektury sakralnej
Jak zauważa historyk sztuki Dominique Souchel w książce Wandalizm Rewolucji, „obsesja równości za wszelką cenę rozciągała się na zabytki. Irytujące stały się iglice kościołów, które wznosiły się do nieba i swymi rozmiarami raziły wzrok obywatela, niemogącego tolerować takiego wywyższania się”.
Za główny cel pasji niszczenia rewolucjoniści obrali katedry. Nie mogli bowiem zdzierżyć ich piękna i historycznego znaczenia. Przykład sztandarowy to niszczenie paryskiej Notre-Dame. Początkowo, w 1792 roku, gdy katedra służyła jeszcze celom kultu katolickiego, rozpoczęto wynoszenie dzieł ze skarbca katedralnego – jednego z najbogatszych nad Loarą.
„Na wody bezładnie wrzucono relikwiarze w kształcie popiersi i rąk, ze złota, z pozłacanego srebra, wysadzane szlachetnymi kamieniami, wśród nich relikwiarze św. Marcelego, św. Kosmy i św. Wincentego à Paulo, a także kielichy mszalne, cyboria, krucyfiksy, monstrancje” – pisze Souchel. W 1792 roku rewolucjoniści zwalili iglicę na skrzyżowaniu nawy głównej i transeptu. Następnie zniszczono także posągi królów Judy (do czego jeszcze wrócimy).
To tylko przykład jeden z wielu. Jak zauważa Souchel: „robiąc objazd po Francji katedr, napotykałoby się na ten sam proces: zabór wszystkich skarbców, relikwiarzy, przedmiotów kultu z cennych materiałów dla zasilenia skarbca wojennego rządu rewolucyjnego; usuwanie każdego znaku przypominającego zabobon i despotyzm; przeznaczenie budynku na cele zgoła świeckie, z których jeszcze najmniej niegodna była stodoła na furaż – i które często pociągały za sobą uszkodzenie lub niszczenie wyposażenia (…). W najgorszych momentach Terroru – nagłe przystępy szału motłochu, który masakrował wszystko, a zwłaszcza wszelką rzeźbę. Jako świątynie Rozumu czy miejsca kultu Istoty Najwyższej, katedry i wiele innych kościołów doznało wszelkiego upodlenia, którego zasadniczym celem było niewątpliwie wykorzenienie chrześcijaństwa”.
Rewolucjonistom nie uszła także przepiękna paryska Sainte-Chapelle. Niegdyś królewska kaplica relikwii – została przekształcona w magazyn mąki. Zniszczono liczne relikwiarze, w tym najważniejszy: wykonany ze złota, główny relikwiarz zawierający pamiątki związane z męką i śmiercią Chrystusa.
Klasztory natomiast traktowano jak symbole „próżniactwa” i „opresji”: zakonnice wyrzucano na bruk, mnichów wyśmiewano, biblioteki rozpraszano. Opactwa Cluny i Mont Saint-Éloi – znaki wielowiekowego geniuszu architektury – zostały sprofanowane lub częściowo zburzone. Ruchome wyposażenie: monstrancje, krzyże, relikwiarze – często inkrustowane drogocennymi kamieniami – wywożono masowo, a złoto i srebro z ram, figur czy witraży przetapiano na kule armatnie. To, czego nie dało się sprzedać ani wykorzystać, rozbijano bezpardonowo młotami.
Rewolucyjne barbarzyństwo nie ominęło również skromniejszych świątyń – kościołów parafialnych i klasztorów zakonnych, rozproszonych po całej Francji. W parafiach grabiono ołtarze, wywożono kielichy, tłuczono krucyfiksy – wszystko, co mogło przypominać o kulcie „zabobonnej religii”. Kościoły zamieniano na magazyny, stajnie, warsztaty – a niekiedy po prostu je burzono.
Destrukcja pamięci o monarchii
Ataki na dzieła kościelne wiązały się z atakami na sztukę i architekturę związaną z monarchią. Sprzyjały temu wezwania do emancypacji obywatela spod władzy Króla-Ojca, pobrzmiewające dziś echem w wypowiedziach radykalnych feministek. Już 19 czerwca 1790 roku deputowany Alexandre de Lameth przekonywał na forum Zgromadzenia Narodowego o konieczności usuwania pomników królów. Następnego dnia uchwalono pierwszy dekret ikonoklastyczny rewolucji – nakazujący częściowe rozebranie pomnika Ludwika XIV. Nie wszyscy jednak podzielali tę gorliwość: część deputowanych wezwała do ochrony dziedzictwa przeszłości, co doprowadziło do powołania Komisji Zabytków (Commission des Monuments) 13 października 1790 roku.
Mimo powołania komisji, po obaleniu monarchii 10 sierpnia 1792 roku, rzeźby królów i inne pomniki przeszłości stały się obiektem masowych zniszczeń i okaleczeń. Liberalna faza rewolucji dobiegła końca. Rozpoczęły się masowe destrukcje. Na fasadzie Notre-Dame rewolucjoniści ścięli 28 posągów, sądząc, że przedstawiają monarchów Francji. W rzeczywistości były to postacie biblijnych królów Judy – przodków Chrystusa. Jak zauważa Souchel: „Wyrwano więc figury jedna po drugiej. Zakładano im sznury na szyje i ściągano na plac przed kościołem, gdzie się rozbijały.”. 21 stycznia 1793 na Placu Rewolucji w Paryżu zgilotynowano już nie tylko pomnik, lecz samego króla – Ludwika XVI. Oto jak przemoc symboliczna prowadzi do zbrodni na ludziach.
Z kolei w kwietniu 1793 roku Konwent Narodowy powołał Komitet Ocalenia Publicznego – ciało, które miało przywrócić rządy centralne i opanować chaos. Jedną z jego decyzji było uczczenie pierwszej rocznicy obalenia monarchii przez gest demonstracyjny: zniszczenie królewskich grobowców Francji. Bazylika Saint-Denis – nekropolia monarchów od czasów Merowingów – padła ofiarą tej decyzji. W 2 połowie 1793 roku, na polecenie rewolucyjnych władz, otwarto królewskie grobowce w bazylice Saint-Denis. Szczątki około 170 monarchów i członków rodzin królewskich – od Merowingów po Burbonów – wydobyto, rozrzucono i zasypano wapnem w zbiorowych mogiłach.
Niszczenie dziedzictwa szlachty
W czerwcu 1790 roku Zgromadzenie Narodowe zniosło tytuły szlacheckie, a następnie herby. W konsekwencji nakazano likwidację tych „gotyckich trofeów pańskiej próżności”. Dla dziedzictwa Francji było to szczególnie bolesne. Kraj ten w dobie ancien régime gustował w heraldyce i to niekoniecznie stricte szlacheckiej. Herby znajdowały się na domach, ulicach, fontannach, pałacach czy rezydencjach. Całymi latami z publicznej kiesy rewolucjoniści utrzymywali bandy tzw. zdrapywaczy, dłutami niszczących pozostałości herbów. Niestety przy okazji niszczenia herbów dochodziło niekiedy do niszczenia całych dzieł przez te herby ozdobionych.
Szczególnie podejrzani okazali się szlachcice na emigracji, uznani w połowie 1792 roku za zdrajców ojczyzny. Umożliwiło to konfiskatę i sprzedaż ich dóbr w majestacie „prawa”. W ten sposób dobra szlacheckie potraktowano podobnie jak wcześniej dobra duchownych. Jak pisze Soucheaux: „(…) otwiera się odtąd nowy rozdział wandalizmu rewolucyjnego, zamiast kościołów i klasztorów mającego za cel szlacheckie hôtels (rezydencje miejskie) i châteaux (pałace wiejskie, zamki) oraz ich zawartość”.
W 1794 roku, w obliczu narastającej fali rewolucyjnego barbarzyństwa, katolicki duchowny Henri Jean-Baptiste Grégoire (1750–1831) wystąpił przed Konwentem Narodowym z raportem potępiającym dewastację francuskiego dziedzictwa – kościołów, dzieł sztuki, nekropolii, zabytków. Aby nazwać ten szał niszczenia, ukuł nowe słowo: vandalisme. Stąd właśnie bierze się termin wandalizm.
Wnioski dla współczesnych
Niszczenie dzieł sztuki i kultury trwa także współcześnie. Nie chodzi tu tylko o barbarzyństwo islamskich terrorystów niszczących posągi buddy przez afgańskich talibów (2001 rok) czy ruin kwitnącego starożytnego miasta Palmira (na terenie dzisiejszej Syrii) w latach 2015-2016. Do aktów destrukcji dochodzi także w krajach cywilizowanego Zachodu. W 2020 roku, po śmierci George’a Floyda, w samych Stanach Zjednoczonych usunięto co najmniej 94 pomniki konfederackie. W Kanadzie zdemontowano m.in. sześć posągów Johna Macdonalda – pierwszego premiera kraju – oraz pomniki królowej Wiktorii i Elżbiety II. W Anglii natomiast obalenie pomnika Edwarda Colstona w Bristolu zapoczątkowało ogólnokrajowy przegląd pomników i nazw ulic, którego celem była rewizja symboli publicznych pod kątem „historycznej wrażliwości”. W Polsce zaś niewiele niewiele brakowało do usunięcia krakowskiego pomniku księdza Skargi czy warszawskiego pomnika Romana Dmowskiego.
Ale rewolucja nie zatrzymuje się na fasadach. Uderza w język, obyczaj, sztukę, rozumienie piękna. Każe wątpić, czy w ogóle istnieje coś takiego jak klasyczny kanon, czy można mówić o prawdzie, harmonii, formie. To niszczenie definicji piękna i przekonania, że coś takiego jak piękno w ogóle istnieje, jest jeszcze bardziej niebezpieczne, niż destrukcja sakralnej, szlacheckiej czy po prostu niepasującej do obecnych trendów sztuki i architektury.
Stanisław Bukłowicz/PCh24.pl
***
Modlitwy za Ojczyznę na czasytrudnych doświadczeń
Dziękując Bożej Opatrzności za wybór nowego prezydenta, który jeszcze nie mając pewności, że nim będzie, tuż przed ogłoszeniem ostatecznych wyników – wydarzyło się coś niesamowitego – mianowicie z pamięci zacytował zdanie z Pisma Świętego, w którym Pan Bóg takie słowa wypowiedział: “…jeśli upokorzy się mój lud, nad którym zostało wezwane moje Imię, i będą błagać, i będą szukać mego oblicza a odwrócą się od swoich złych dróg, Ja z nieba wysłucham i przebaczę im grzechy, a kraj ich ocalę”(2Księga Kronik 7, 14). I ten moment był bardzo znaczący, bo w tym właśnie czasie konkurent ogłosił sam siebie, że jest już prezydentem i przez dwie godziny wyznawcy “wieży Babel” byli w zupełnej euforii. Ale na szczęście czas tych dwóch godzin minął. Nie mniej jednak jest i druga refleksja, która pokazuje bardzo smutną rzeczywistość wymagającą ogromnej modlitwy, modlitwy błagalnej za nasz Naród – skoro wygląda na to, że połowa głosujących to już nie są katolicy skoro popierają zabijanie najbardziej bezbronnych u początku i u kresu ludzkiego życia. I popierają przeróżne zboczenia za nic mając podstawowe prawa naturalne, które przecież są wpisane w sercu każdej ludzkiej istoty.
Twego dziela Krzciciela, bożyce, Usłysz głosy, napełń myśli człowiecze. Słysz modlitwę, jąż nosimy, A dać raczy, jegoż prosimy, A na świecie zbożny pobyt, Po żywocie rajski przebyt. Kirielejson.
Nas dla wstał z martwych syn boży, Wierzyż w to człowiecze zbożny, Iż przez trud Bog swoj lud Odjął diablej strożej.
Przydał nam zdrowia wiecznego, Starostę skował pkielnego, Śmierć podjął, wspominął Człowieka pirwego.
Jenże trudy cirzpiał zawiernie, Jeszcze był nie prześpiał zaśmierne, Aliż sam Bog z martwych wstał.
***
Modlitwa za Ojczyznę Księdza Kardynała Augusta Hlonda
O Duchu Święty, Boskie swe dary spuść na tych, którzy kierują losami Polski i na cały Naród, abyśmy słuchając Twych natchnień w życiu prywatnym i publicznym żyli świętym prawem Bożym. Amen
Modlitwa za Ojczyznę błogoslawionego księdza Stanisława Papczyńskiego
Najlepszy i największy Ojcze, spraw, aby Polska, Ojczyzna nasza rozkwitła, rozbieżne żądania się połączyły, zwaśnione umysły się pojednały, zniszczona święta prawowierność zatryumfowała nad herezją, by majestat praw został otoczony blaskiem, by miłość dobra wspólnego rozgorzała we wszystkich sercach, by zakiełkowały spustoszone pola, dźwignęły się zniszczone osady, by nadeszły szczęśliwe czasy, a trwała cnota posiadła i u święciła serca wszystkich.
Modlitwa za Ojczyznę błogosławionego księdza Jerzego Popiełuszki
Wszechmogący Boże, Ojców naszych Panie! Pochylamy pokornie nasze głowy, by prosić o siłę wytrwania i mądrość w tworzeniu jedności, by prosić o twoje błogosławieństwo. Wszystkich polecamy Twojej szczególnej opiece, Twojej mocy uzdrawiającej ludzkie serca. Chcemy wszystkim naszym winowajcom przebaczyć, jak Ty przebaczasz nam nasze winy, zbaw ode złego nas wszystkich.
Wysłuchaj, Panie, prośby swego ludu.
Amen
Modlitwa za Ojczyznę księdza Piotra Skargi
Boże, Rządco i Panie narodów, z ręki i karności Twojej racz nas nie wypuszczać, a za przyczyną Najświętszej Maryi Panny, Królowej naszej, błogosław Ojczyźnie naszej, by Tobie zawsze wierna – chwałę przynosiła Imieniowi Twemu, a syny swe wiodła ku szczęśliwości.
Wszechmogący, wieczny Boże, wzbudź w nas szeroką i głęboką miłość ku braciom i najmilszej matce, Ojczyźnie naszej, byśmy jej i ludowi Twemu, swoich pożytków zapomniawszy, mogli służyć uczciwie. Ześlij Ducha Świętego na sługi Twoje, rządy naszego kraju sprawujące, by wedle woli Twojej ludem sobie powierzonym mądrze i sprawiedliwie zdołali kierować.
Przez Chrystusa, Pana naszego
Amen.
Modlitwa świętego Jana Pawła II
Zawierzam macierzyńskiej opiece Pani Jasnogórskiej siebie samego, Kościół, wszystkich moich rodaków, nie wyłączając nikogo.
Zawierzam Jej każde polskie serce, każdy dom i każdą rodzinę. Wszyscy jesteśmy Jej dziećmi. Niech Maryja będzie przykładem i przewodniczką w naszej codziennej i szarej pracy. Niech wszystkim pomaga wzrastać w miłości Boga i miłości ludzi, budować wspólne dobro Ojczyzny, wprowadzać i umacniać sprawiedliwy pokój w naszych sercach i środowiskach.
Proszę Cię, Pani Jasnogórska, Matko i Królowo Polski, abyś cały mój naród ogarnęła Twoim macierzyńskim sercem. Dodawaj mu odwagi i siły ducha aby mógł sprostać wielkiej odpowiedzialności, jak przed nim stoi. Niech z wiarą, nadzieją i miłością jeszcze mocniej przylgnie do Twojego Syna Jezusa Chrystusa i do Jego Kościoła zbudowanego na fundamencie Apostołów.
Matko Jasnogórska, módl się za nami i prowadź nas, abyśmy mogli dawać świadectwo Chrystusowi – Odkupicielowi człowieka.
***
Aby Matka Boża była coraz bardziej znana, miłowana i uwielbiana!
„Różaniec Święty, to bardzo potężna broń.
Używaj go z ufnością, a skutek wprawi cię w zdziwienie”.
(św. Josemaria Escriva do Balaguer)
fot.wiseGeek
*****
Intencja Żywego Różańca
na miesiąc lipiec 2025
Intencjapapieska:
* Módlmy się, abyśmy coraz bardziej posiedli umiejętność rozeznania, umiejętność wybierania dróg życia i odrzucania wszystkiego, co oddziela nas od Chrystusa i Ewangelii.
Za papieża Leona XIV, aby Duch Święty prowadził go, a św. Michał Archanioł strzegł.
Za naszych kapłanów, aby dobry Bóg umacniał ich w codziennej posłudze oraz o nowe powołania do kapłaństwa i życia konsekrowanego
Ojcze Przedwieczny, przez Niepokalane Serce Maryi ofiaruję Ci Najdroższą Krew Jezusa Chrystusa, aby czynić zadość za grzechy przez ze mnie popełnione, za grzechy moich bliskich, za grzechy moich Rodaków i za grzechy całego świata. Również w tej intencji ogarniam konających i dusze w czyśćcu cierpiące.
Intencja dodatkowa dla Róży Matki Bożej Częstochowskiej (II), św. Moniki i bł. Pauliny Jaricot:
* Rozważając drogi zbawienia w Tajemnicach Różańca Świętego prosimy Bożą Matkę, aby wypraszała u Syna swego a Pana naszego Jezusa Chrystusa właściwe drogi życia dla naszych dzieci.
Intencja dla małżonków w Róży bł. Kard. Stefana Wyszyńskiego:
*Wysławiamy Boga w Trójcy Jedynego, że zostaliśmy stworzeni na Boże podobieństwo, aby stanowić wspólnotę życia i miłości. Żebyśmy mogli zawsze trwać razem i w radościach i trudach życia, dlatego prosimy Cię Miłosierny Boże o łaskę umacniania naszego małżeńskiego przymierza poprzez ciągłe ożywianie wzajemnej miłości.
***
Od 1 lipca 2025 modlimy się kolejnymi Tajemnicami Różańca Świętego i w intencjach wyznaczonych na ten miesiąc, które otrzymaliście na maila 30 czerwca 1925 z adresu e-rozaniec@kosciol.org (jeśli ktoś z Was nie dostał maila na ten miesiąc, proszę o kontakt z Zelatorem Róży, albo na adres rozaniec@kosciolwszkocji.org)
________________________________________
Obecnie mamy 20 Róż Żywego Różańca. Bardzo serdecznie zachęcamy chętnych, aby zechcieli dołączyć się do Żywego Różańca. Módlmy się też w tej intencji, aby dotąd nieprzekonani mogli się przekonać jak skuteczną i tym samym jak bardzo potrzebną jest na dany nam czas modlitwa różańcowa.
***
Roberto de Mattei:
Różaniec Święty jest potężniejszy nawet od broni atomowej
Modlitwa różańcowa jest potężniejsza nawet od broni atomowej – pisze włoski historyk, prof. Roberto de Mattei. Tę prawdę obrazują cudowne wydarzenia, do których doszło w Hiroszimie i Nagasaki.
Osiemdziesiąt lat temu II wojna światowa dobiegła końca. Po kapitulacji nazistowskich Niemiec w dniu 8 maja 1945 r. Stany Zjednoczone nadal były w stanie wojny z Japonią. Rankiem 6 sierpnia 1945 roku, o godzinie 8:15, amerykańskie siły powietrzne zrzuciły bombę atomową na japońskie miasto Hiroszima. Trzy dni później, 9 sierpnia, kolejna bomba eksplodowała w Nagasaki. Oba miasta zostały zrównane z ziemią. Łączną liczbę ofiar szacuje się na około 200 tysięcy – prawie wyłącznie cywilów. Cesarz Hiro Hito przyjął bezwarunkową kapitulację Japonii 14 sierpnia.
Amerykańskie władze polityczne i wojskowe utrzymywały, że ta masakra przyczyniła się do skrócenia konfliktu, oszczędzając życie dużej liczby amerykańskich i japońskich żołnierzy, którzy zginęliby, gdyby operacje wojskowe zostały przedłużone. Jednak wystarczyłoby zdetonować bombę wyłącznie na celu militarnym, aby w spektakularny sposób pokazać jej moc, bez rzezi tak wielu niewinnych. Obowiązująca wówczas Konwencja Haska z 1907 r. w sprawie praw i sposobów prowadzenia wojny stanowiła w art. 25: „Zabrania się atakowania lub bombardowania w jakikolwiek sposób miast, wsi, mieszkań lub budynków, które nie są bronione”. Zasady te były już jednak łamane przez obie strony konfliktu, co czyniło wiele działań wojennych II wojny światowej niemoralnymi.
Bomba atomowa była i pozostaje najbardziej niszczycielskim narzędziem, jakie ludzie potrafili wymyślić.
Głowice nuklearne w Hiroszimie i Nagasaki miały moc odpowiednio 15 i 20 kiloton. Dzisiejsze (amerykańskie, rosyjskie i chińskie) są od pięciu do dziesięciu razy silniejsze, jeśli są używane jako broń taktyczna, podczas gdy bomby strategiczne mogą być dziesiątki lub setki razy potężniejsze.
Jednak zgodnie z doktryną katolicką, jakkolwiek straszna, bomba atomowa jest mniej poważna niż pojedynczy grzech ciężki. Jak wyjaśnia św. Tomasz z Akwinu, „grzech śmiertelny jest ogromnym złem, zgodnie z jego gatunkiem; przewyższa wszelkie szkody cielesne, a nawet zepsucie całego materialnego wszechświata” (Summa Theologiae, I-II, q. 73, a. 8, ad 3). Zło fizyczne może również odgrywać rolę w boskiej opatrzności i służyć większemu dobru, ale pojedynczy grzech śmiertelny jest gorszy niż wszystkie fizyczne zła wszechświata razem wzięte, ponieważ jest bezpośrednim i dobrowolnym przestępstwem przeciwko Bogu, powodującym wieczną utratę duszy, a dobro duszy jest nieskończenie wyższe niż dobro ciała (Summa Theologiae, II-II, q. 26, a. 3).
Zarówno w Hiroszimie jak i w Nagasaki doszło zarazem do wydarzeń, które przypominają nam, że miłość Boga jest silniejsza niż śmierć i może nas chronić przed wszelkim złem.
W Hiroszimie w 1945 r. w domu parafialnym kościoła Matki Bożej Wniebowziętej, zaledwie osiem przecznic od epicentrum wybuchu bomby atomowej, mieszkała mała wspólnota niemieckich ojców jezuitów.
Jeden z tych jezuitów, ojciec Hubert Schiffer (1915-1982), wspomina, że właśnie odprawiono Mszę św. i udano się na śniadanie, kiedy spadła bomba: „Nagle przerażająca eksplozja wypełniła powietrze jak burza ogniowa. Niewidzialna siła wyrwała mnie z krzesła, ciskała mną w powietrzu, rzucała mną, rzucała mną jak liściem w podmuchach jesiennego wiatru”. Przez cały dzień czterech jezuitów było otoczonych piekłem ognia, dymu i toksycznych chmur, ale żaden z nich nie został skażony promieniowaniem, a ich parafia pozostała na miejscu, podczas gdy wszystkie inne domy wokół zostały zniszczone i nikt nie przeżył. Kiedy zakonnicy zostali uratowani, lekarze zauważyli ze zdumieniem, że ich ciała wydawały się być odporne na promieniowanie lub jakiekolwiek szkodliwe skutki wybuchu. Ojciec Schiffer przeżył kolejne 37 lat w dobrym zdrowiu i uczestniczył w Kongresie Eucharystycznym, który odbył się w Filadelfii w 1976 roku. Wówczas żyli jeszcze wszyscy członkowie wspólnoty z Hiroszimy. Od dnia zrzucenia bomb ocalali jezuici byli badani przez naukowców ponad 200 razy. Naukowcy nie doszli jednak do żadnych wniosków, poza tym, że przetrwanie eksplozji było niewytłumaczalne.
Jezuici przypisywali swoje ocalenie Matce Boskiej Fatimskiej, którą czcili, odmawiając codziennie różaniec. „Jako misjonarze chcieliśmy żyć orędziem Matki Bożej Fatimskiej i dlatego codziennie odmawialiśmy różaniec” – powiedział ojciec Schiffer.
Podobny cud miał miejsce w Nagasaki. W mieście tym znajdował się klasztor franciszkanów „Mugenzai no Sono” (Ogród Niepokalanej), założony przez św. Maksymiliana Kolbego. W wyniku wybuchu bomby atomowej klasztor ten nie ucierpiał, podobnie jak dom jezuitów w Hiroszimie. Franciszkanie w Nagasaki czcili Niepokalane Poczęcie i głosili orędzie fatimskie. Ojciec Kolbe, apostoł Niepokalanej, zginął 14 sierpnia 1941 r. w Auschwitz.
Wydarzenia te potwierdzają wielką prawdę: powinniśmy bać się nie tyle bomby atomowej, co raczej moralnego nieporządku, który dotyka ludzkość. Grzech jest jedyną przyczyną fizycznego zła, które nas zalewa, ponieważ, jak mówi św. Paweł, to przez grzech cierpienie i śmierć weszły na świat (Rz 5, 12). Modlitwa może jednak pokonać zło, a Matka Boża w Fatimie nauczała, że bronią par excellence każdego chrześcijańskiego wojownika jest Różaniec Święty. W wywiadzie udzielonym 26 grudnia 1957 r. ojcu Agostino Fuentesowi, siostra Łucja, jedna z widzących z Fatimy, powiedziała: „Kara niebios jest nieuchronna. […]. Bóg postanowił dać światu dwa ostatnie lekarstwa przeciwko złu, którymi są różaniec i nabożeństwo do Niepokalanego Serca Maryi. Innych nie będzie (…). Nie ma problemu, choćby najtrudniejszego, natury materialnej lub zwłaszcza duchowej, w życiu prywatnym każdego z nas lub w życiu ludów i narodów, którego nie można by rozwiązać modlitwą Różańca Świętego”.
Prawdą jest zatem, że modlitwa różańcowa jest silniejsza niż bomba atomowa.
Roberto de Mattei/Corrispondenza Romana/PCh24.pl
***
„Twój głos dociera do serca Boga” – Leon XIV o pokoju, który zaczyna się w sercu
W czasach, gdy świat z niepokojem spogląda na wzrastające napięcia, a pytania o przyszłość dzieci, rodzin i narodów znów stają się dramatycznie aktualne, Papież Leon XIV kieruje słowa, które poruszają sumienia i budzą nadzieję. Odpowiedź Ojca Świętego na list młodej matki Zairy, opublikowana w magazynie „Piazza San Pietro”, stała się mocnym apelem o pokój i ważnym punktem podczas Jubileuszu 2025.
Papież Leon XIV/Vatican Media
***
List matki – głos całego pokolenia
Zaira, młoda kobieta z Benewentu, matka trójki dzieci, w liście do Papieża pyta z lękiem i odwagą: „Co stanie się z marzeniami naszych dzieci, jeśli wybuchnie wojna?”. Jej słowa poruszają. Pisze o dzieciach, które marzą o tym, by być lekarzami, strażakami, pisarkami, o rodzicach oszczędzających na ich przyszłość, o rodzinach, które mogą wszystko stracić przez jedną decyzję człowieka żądnego władzy.
Zmienić bieg historii
Papież Leon XIV w swojej odpowiedzi pisze: „To krzyk, który dociera do serca Boga. A Bóg zawsze jest z nami – nawet w najciemniejszych miejscach”. Ojciec Święty nie udziela „tanich pocieszeń”. Wręcz przeciwnie – wskazuje drogę: przemiana serca, modlitwa, dialog i małe, odważne gesty, które razem mogą odmienić bieg historii.
„Pokój buduje się w sercu i od serca trzeba zacząć – wykorzeniając pychę, ucząc się mierzyć słowa, bo także słowa mogą ranić i zabijać” – pisze Leon XIV.
Wojna nie zatriumfuje – dzieci mają prawo do pokoju
W odpowiedzi Papieża wybrzmiewa głęboka determinacja: „Wojna nie zatriumfuje. Dzieci mają prawo do pokoju – autentycznego, sprawiedliwego i trwałego”. Jednocześnie Papież nawołuje do wytrwałej modlitwy o pokój – zarówno osobistej, jak i wspólnotowej – ale nie poprzestaje na sferze duchowej. „Wyzwanie polega na tym, by łączyć modlitwę z odważnymi gestami i cierpliwym trudem małych kroków.” – zaznacza.
Jubileusz Nadziei, która nie zawodzi
W kontekście Roku Jubileuszowego, odpowiedź Papieża nabiera szczególnego znaczenia. W świecie rozdartego pokoju, Leon XIV przypomina o nadziei – tej, która nie zawodzi. Na zakończenie swojej odpowiedzi pisze do Zairy: „Dziękuję Ci za Twoją refleksję. Błogosławię Ciebie i Twoją rodzinę”.
Kościół, który się nie boi pytań
Publikacja w „Piazza San Pietro” to także świadome nawiązanie do stylu jego poprzednika, papieża Franciszka – stylu, który nie unikał kontaktu z ludźmi i autentycznego dialogu. O. Enzo Fortunato, redaktor naczelny magazynu, podkreśla: „To Kościół, który pozwala, by stawiano mu pytania i nie boi się trudnych spraw życia”.
ks. Marek Weresa/Kai/Tygodnik Niedziela
***
Papież Leon XIV chce dać ludziom nadzieję, że Kościół jest latarnią na morzu chaosu
Niewielu katolików zdaje sobie sprawę z tego, co naprawdę oznacza fakt, że nowy papież chce podążać drogą Leona XIII, wielkiego wizjonera.
Wiele już napisano o tym, jaki będzie Kościół katolicki podczas pontyfikatu Leona XIV. W debacie publicznej trwa licytacja, „czyj to będzie papież”. Czy utrzyma postępowy kurs Franciszka, czy jednak czeka nas przestawienie wajchy na konserwatyzm? Licytacja trwa od momentu, w którym Robert Prevost, już jako biskup Rzymu, wyszedł w mucecie do loggii bazyliki św. Piotra, a chwilę później w czułych słowach wspomniał swojego poprzednika.
Święty urząd
Wiemy o nowym papieżu coraz więcej, natomiast musimy poczekać, aby rozstrzygnąć, która ze stron ma rację. Wypada jednak zaznaczyć, że z samej swej istoty urząd papieski rewolucyjny być nie może. Jest to bowiem władza, której źródło stanowi tradycja. Jezus namaścił Piotra. Każdy kolejny papież jest jego następcą. Bez poszanowania tradycji nie ma tego świętego urzędu. Nie znaczy to jednak, że papiestwo z definicji oznacza brak zmian. Leon XIV zdążył to już podkreślić, wyjaśniając, czym jego zdaniem jest doktryna: „Synonimami słowa »doktryna« mogą być nauka, dyscyplina lub wiedza. W tym rozumieniu doktryna jest wynikiem badań, a zatem hipotez, głosów, postępów i porażek, przez które stara się przekazać wiarygodną, uporządkowaną i systematyczną wiedzę na określony temat. W tym sensie doktryna nie jest opinią, ale wspólną, chóralną, a nawet multidyscyplinarną drogą do prawdy”. Znaczy to, że na niewzruszonym fundamencie dogmatów, Tradycji i Pisma Świętego spoczywa mądrość dwóch tysięcy lat katolickiej teologii, etyki i nauczania społecznego. To, co znajduje się powyżej fundamentów, jedynie zmierza do prawdy i podlega dyskusji.
Rzeczy nowe?
Robert Prevost wybrał imię Leon XIV ku czci swojego wielkiego poprzednika – Leona XIII. Ambicją nowego papieża jest napisanie nowej wersji Rerum novarum, a więc encykliki, od której datuje się nowoczesną naukę społeczną Kościoła. W 2026 r. będziemy obchodzić 135. rocznicę jej ogłoszenia. Wtedy, jak sądzę, można się spodziewać encykliki Leona XIV. W 1891 r. Leon XIII zabrał głos na temat społecznych skutków rewolucji przemysłowej i konfliktu między socjalistami a kapitalistami. Dziś Ojciec Święty widzi potrzebę zajęcia stanowiska w trakcie kolejnej rewolucji technologicznej – tym razem spod znaku sztucznej inteligencji, która również diametralnie zmienia sytuację pracowników na całym świecie.
Rerum novarum („Rzeczy nowe”) to dokument z wielu powodów przełomowy. Wielki papież, wychodząc od Ewangelii, z troską wypowiedział się na temat opłakanej sytuacji robotników wykorzystywanych w wielkich fabrykach, w czasie gdy rodzący się nowoczesny kapitalizm traktował ich jak podludzi. W tym samym dokumencie Leon XIII równie mocno krytykował socjalizm. Odrzucił materialistyczną wizję człowieka, bronił własności prywatnej i przeciwstawiał się wizji państwa paternalistycznego, które wchodzi ludziom z butami do ich domów. Najgłośniej wybrzmiał jednak nakaz skierowany do wszystkich polityków na świecie, aby tak urządzali swoje ojczyzny, żeby walczyć z głodem i niedostatkiem wśród ubogich i potrzebujących. „Warstwa bowiem bogatych dostatkami obwarowana mniej potrzebuje opieki państwa; klasy natomiast ubogie, pozbawione ochrony, jaką daje majątek, szczególniej tej opieki potrzebują. Dlatego państwo powinno bardzo pilnym staraniem i opieką otoczyć pracowników najemnych, stanowiących masy ludności biednej” – pisał Leon XIII.
Wydaje się oczywiste, że Leon XIV pochyli się nad konsekwencjami nowej rewolucji technologicznej – z automatyzacją i robotyzacją pracy na czele. Nad wielkim kapitałem technokorporacji, które zarządzają naszą uwagą i upośledzają naszą wolność. Zapewne też odniesie się do sporu między globalistami a populistami, który trzęsie całą polityką Zachodu. Podobnie jak w 1891 r. odbiorcy encykliki Leona XIII, my również żyjemy w czasach rewolucyjnych.
Papież radykał
Ciekawiej robi się jednak, gdy na pontyfikat Leona XIII spojrzymy nie tylko przez pryzmat jego bodaj najbardziej znanej encykliki – Rerum novarum. Czy następca odważy się pójść jego drogą?
Urodzony w okolicach Rzymu w 1810 r. Gioacchino Pecci, gdy został powołany na Stolicę Piotrową, okazał się odważnym teologiem i bezkompromisową głową Kościoła. Walczył z liberalizmem i ateizmem, rozwadnianiem doktryny, uległością wobec świata. Był też – co dziś szczególnie elektryzujące – prorokiem czasów ostatecznych, który przestrzegał przed wielkim kryzysem i światem we władaniu diabła (kilkadziesiąt lat przed okropnościami II wojny światowej). Gdyby okazało się, że Robert Prevost nie tylko chce napisać Rerum novarum 2.0, ale również sięgnąć do bogactwa pontyfikatu Leona XIII w jego radykalnej, odważnej i prorockiej części, to doczekalibyśmy w Kościele katolickim prawdziwie nowego rozdziału. Sądzę, że tego właśnie potrzebują dziś chrześcijanie – opowiedzenia wiary, w tym pełnym chaosu świecie, niejako na nowo, sięgając odważniej ku Tradycji.
O państwie chrześcijańskim
Wszyscy, którzy chcieliby zrozumieć radykalizm Leona XIII, powinni sięgnąć po encyklikę z 1885 r., zatytułowaną Immortale Dei – o państwie chrześcijańskim.
Papież odwołuje się w niej do myśli św. Augustyna, który pisał, że zdarza się, iż państwo nie różni się niczym od bandy zbójców. Państwo chrześcijańskie to takie, którym rządzi sprawiedliwość, a jego mieszkańcy są zjednoczeni wspólnym celem – ziemskim pielgrzymowaniem ku Bogu. Leon XIII pisze, że „podobnie i państwa nie mogą bez zbrodni tak sobie postępować, jak gdyby Boga zupełnie nie było, lub odrzucać od siebie troskę o religię, jako niepotrzebną i do niczego nieprzydatną”. Krótko mówiąc: świeckie państwo to zło.
Według tej logiki również współczesna Polska przypomina bardziej gromadę zbójców niż państwo. Zdaniem Leona XIII wspólnota polityczna powinna otaczać religię chrześcijańską opieką i bronić jej praw. Nie zaś ograniczać religię w szkołach, debatować nad usuwaniem krzyży z urzędów i uchwalać pokątnie antyludzkie prawo aborcyjne. Papież, którego za wzór wybrał sobie Leon XIV, de facto unieważnia w tej encyklice podstawowe dogmaty nowoczesności. To nieprawda, że jedyną zasadą porządkującą życie wspólnoty może być niczym nieograniczona wola ludzi. Tak pojęta demokracja, która widzi wszystkich ludzi takimi samymi, niezależnie od wyznawanych przez nich wartości, zawsze kończy się anarchią i prowadzi do świata, w którym zapomina się o Bogu. Ojciec Święty nawet jasno przeciwstawia się niczym nieograniczonej wolności słowa. Jest zwolennikiem, w pewnym zakresie, katolickiej cenzury: „Tak więc ona wolność zdania i wolność mowy i prasy nieograniczona nie jest żadnym istotnym dobrodziejstwem, z którego społeczeństwo ludzkie słusznie mogłoby się cieszyć, lecz źródłem i początkiem wiela złego”.
Oczywiście z dzisiejszej perspektywy szczególnie ten ostatni postulat wydaje się nieuzasadniony, a na pewno niemożliwy do wprowadzenia. Czy jednak, pomijając pomysł na katolicką cenzurę, jako katolicy zdolni jesteśmy jeszcze myśleć podobnymi kategoriami o katolickiej polityce?
Herezja amerykanizmu
W 1899 r. Leon XIII pisze list do arcybiskupa Baltimore. Krytykuje w nim postawę jego zdaniem charakterystyczną dla katolicyzmu w USA. Tekst utrzymany jest w duchu surowej reprymendy. Czytamy w nim: „Nowe te poglądy, o których mowa, polegają mniej więcej na tym, że, dla łatwiejszego pociągnięcia innowierców do uznania prawdy katolickiej, należałoby Kościołowi bardziej się zbliżyć do ludzkości, która dotarła do pełnej już dojrzałości i, pozbywszy się dawnej surowości, stać się wyrozumiałym dla aspiracji i poglądów współczesnych ludów”. I dalej: „Niech więc nikt się nie kusi, z jakiej bądź racji, coś zamilczeć albo ująć z nauki przez Boga podanej, kto by to uczynił, raczej by chciał katolików rozłączyć z Kościołem, zamiast rozłączonych do Kościoła pociągnąć”. Leon XIII wzywa tutaj do pojednania z Tradycją, głośnego i odważnego prezentowania zdania Kościoła, przestrzega zaś przed rozwadnianiem wiary. Tylko taki katolicyzm może prowadzić właściwą drogą do Boga, tylko taki może mieć autentyczny smak.
Czy to możliwe?
Istnieją pewne przesłanki, aby żywić nadzieję, że przynajmniej część bardziej tradycjonalistycznych idei znajdzie swoje miejsce w tym pontyfikacie. W końcu już w pierwszej homilii, wygłoszonej do kardynałów, Leon XIV porównał Kościół do latarni morskiej, która ma oświetlać wzburzone, a więc grzeszne morze współczesnego świata.
Ojciec Święty Franciszek wielokrotnie mówił o Kościele jako szpitalu polowym. Sądzę, że tak jak papież jezuita chciał zapraszać poranione dusze do szpitala, aby się w nim schroniły, niezależnie od ich stosunku do Kościoła, tak Leon pragnie dawać przykład, napełniać ludzi nadzieją, że Kościół jest źródłem światła na morzu chaosu. To metafora bardzo augustiańska, można czytać ją także w duchu wizji Kościoła jako ojca, przewodnika, autorytetu, a nie tylko współczującego towarzysza niedoli lub sanitariusza.
Czy nie takiego Kościoła dziś potrzebujemy?
Konstanty Pilawa/Gość Niedzielny
***
Czy papież przyjedzie do Gietrzwałdu na 150-lecie objawień maryjnych?
Wizyta papieża Leona XIV w Polsce w 150. rocznicę objawień w Gietrzwałdzie byłaby podkreśleniem aktualności przesłania maryjnego – powiedział PAP kustosz sanktuarium w Gietrzwałdzie ks. Przemysław Soboń.
Matka Boża Gietrzwałdzka
***
Podczas audiencji w Watykanie 25 czerwca kustosz sanktuarium w Gietrzwałdzie wręczył Leonowi XIV figurę Matki Bożej, przybliżając mu treść objawień w Gietrzwałdzie. Miały one miejsce w 1877 r. – w czasach, kiedy Polska była pod zaborami. Zostały oficjalnie uznane przez Watykan w 1977 r. Są jednymi z 12 objawień maryjnych na świecie uznanymi przez Kościół katolicki.
Podczas wizyty w Watykanie (czwartek 3 lipca b.r.) prezydent Andrzej Duda zaprosił papieża Leona XIV do Polski. W rozmowie z dziennikarzami przypomniał, że w 2027 r. obchodzone będzie 150-lecie objawień Matki Bożej w Gietrzwałdzie, które – jak zaznaczył – będzie “wielkim wydarzeniem religijnym”. “Ale oczywiście Ojciec Święty może przyjechać do nas zawsze i zawsze na niego czekamy” – dodał.
“Rocznie do miejsca objawień w Gietrzwałdzie przybywa kilkaset tysięcy pielgrzymów, głównie z terenu Polski. W tym roku obserwujemy dwukrotnie większą liczbę niż w tym samym okresie 2024 r.”
– powiedział PAP kustosz sanktuarium ks. Przemysław Soboń.
“Ze świadectw zapisanych w specjalnej księdze wiemy, że ludzie przyjeżdżają, aby prosić o łaskę uzdrowienia z ciężkiej choroby, wyjście z nałogu, dar macierzyństwa czy uratowanie małżeństwa. Są też i tacy, którzy dziękując np. za wyjście z nowotworu przywożą ze sobą dokumentacje medyczną świadczącą, że można mówić w ich przypadku o cudzie”
– powiedział duchowny.
W ramach przygotowań do jubileuszu 150-lecia trwa nowenna gietrzwałdzka. “30 lipca br. obok sanktuarium zostanie otwarta kaplica wieczystej adoracji Najświętszego Sakramentu, czyli nieustanna adoracja” – powiedział kustosz.
Objawienia w Gietrzwałdzie miały miejsce od 27 czerwca do 16 września 1877 r. Głównymi wizjonerkami były 13-letnia Justyna Szafryńska oraz 12-letnia Barbara Samulowska.
Według ich relacji, Matka Boża przemówiła do nich po polsku. W odpowiedzi na pytanie: kim jest?, odpowiedziała: “Maryja Niepokalane Poczęcie”. Wzywała za pośrednictwem dzieci do pokuty i nawrócenia, głębokiej przemiany życia, zachowania trzeźwości i codziennej modlitwy różańcowej. Podkreśliła jak bardzo ważne są sakramenty a zwłaszcza uczestnictwo we Mszy świętej.
Ponadto, z relacji wizjonerów wynika, że Najświętsza Maryja Panna zapytana, czy osierocone parafie otrzymają wkrótce kapłanów, odpowiedziała:
“Jeśli ludzie gorliwie będą się modlić, wówczas Kościół nie będzie prześladowany, a osierocone parafie otrzymają kapłanów”.
Zapewniła także wierzących o swojej bliskości mówiąc: “Nie smućcie się, bo Ja zawsze będę przy was”.
Informacje o objawieniach spowodowały masowy ruch pielgrzymów, zwłaszcza Polaków z trzech zaborów. Mimo żniw w dni powszednie do Gietrzwałdu przybywało w 1877 r. od tysiąca do dwóch tysięcy ludzi, a w niedziele do kilku tysięcy. W uroczystościach 15 i 16 sierpnia było ok. 10 tys. wiernych, zaś 16 września 1877 r. w obchodach poświęcenia figury Niepokalanej Dziewicy wzięło udział 14 kapłanów i ok. 15 tys. wiernych.
Najwięcej – około 50 tys. pątników – zgromadziło się w Gietrzwałdzie na święto Narodzenia Matki Boskiej 7-9 września 1877 r. W uroczystościach Wniebowzięcia Matki Boskiej 15 sierpnia 1878 r. wzięło udział 15-20 tysięcy pielgrzymów – wynika z zapisków ówczesnego proboszcza parafii w Gietrzwałdzie ks. Augustyna Weichsela.
W 1970 r., papież Paweł VI nadał kościołowi w Gietrzwałdzie tytuł bazyliki mniejszej, co podkreślało znaczenie tego miejsca. Stolica Apostolska zatwierdziła objawienia Matki Bożej w 1977 r.
Obecnie trwa proces beatyfikacyjny siostry Barbary Samulowskiej (zakonne imię Stanisława). Rozpoczął się 2 lutego 2005 roku i na etapie diecezjalnym zakończył się 8 września 2006 r. w bazylice Narodzenia NMP w Gietrzwałdzie. W 2024 r. archidiecezja warmińska zakończyła diecezjalny etap procesu o cud za jej wstawiennictwem Sługi Bożej.
z Tygodnika Niedziela
***
fot. via: Pixabay
***
Dusze zmarłych? Są bliżej niż myślimy!
Śmierć człowieka otacza obłok tajemnicy. Odczuwa ją umierający, a najbliżsi zmarłego zadają sobie pytania: “Co się stało z tym, którego kochaliśmy? Co ze mną będzie po śmierci?”.
Jedyną odpowiedź na te najważniejsze pytania daje Jezus: “Kto we Mnie wierzy, ma życie wieczne” (J 6, 47). Jest życie wieczne, jest niebo, które On nam otworzył swoją męką i zmartwychwstaniem, jest Jego nauka, jak to niebo osiągnąć, oraz są przestrogi przed utratą życia wiecznego. Chrystus mówi nam, że przez próg śmierci przechodzimy do nowego życia, gdzie wszystko ma wymiar duchowy, gdzie nie ma przestrzeni, materii, czasu, cierpienia i strachu, natomiast wszystkim we wszystkich jest Bóg – Miłość i Światłość odwieczna i wiekuista.
Ażeby przybliżyć człowiekowi prawdę o rzeczach ostatecznych, które go czekają, a przede wszystkim by złagodzić ten naturalny lęk przed śmiercią albo niewiedzę o losach bliskich zmarłych, Bóg udziela czasem daru kontaktowania się żywych z umarłymi. Dzieje się to jednak rzadko i tylko wtedy, gdy w planach Bożych ma z tego wyniknąć wielkie dobro.
Współcześnie taki dar – a nawet misję – otrzymała Maria Simma, zmarła w roku 2004 mieszkanka małej szwajcarskiej wioski Sonntag w Alpach.
Maria pochodziła z licznej rodziny, w której się nie przelewało, więc dzieci wcześnie musiały pójść do pracy. Po ukończeniu szkoły ludowej dziewczyna pragnęła wstąpić do zakonu; trzykrotnie próbowała w różnych klasztorach, lecz wszędzie odmawiano jej przyjęcia ze względu na jej słabe zdrowie. Mając od dziecka bardzo żywe nabożeństwo do Matki Bożej, złożyła prywatny ślub czystości i oddała Jej dalszą drogę swego życia, pragnąc służyć Jej przez modlitwę i ofiarę w intencji dusz czyśćcowych. Po śmierci rodziców zamieszkała sama w domu rodzinnym w Sonntagu, pracując na bardzo skromne utrzymanie.
Pewnej nocy w 1940 r. Maria nagle się obudziła i dostrzegła obcego mężczyznę chodzącego po jej pokoju. Na pytanie, kim jest, nie otrzymała od przybysza żadnej odpowiedzi. Ponieważ Simma była z natury odważna, momentalnie wyskoczyła z łóżka, chcąc schwytać intruza, lecz jej ręce trafiły w próżnię; wtedy zrobiło się jej nieswojo. W tej samej chwili zjawa znikła. Zaraz rano kobieta opowiedziała widzenie swemu spowiednikowi; ten radził jej w takich momentach pytać: “Czego potrzebujesz, czego chcesz ode mnie?”. Następnej nocy tajemniczy mężczyzna znów się pojawił. Na pytanie Marii odpowiedział: “Postaraj się o trzy Msze święte, a będę wybawiony”.
Tak się zaczęła współpraca Marii z duszami pokutującymi w czyśćcu. Przez kilkanaście lat zjawiały się u niej w liczbie kilku rocznie. Proboszcz i spowiednik Marii, ks. Alfons Matt, którego kobieta informowała o każdej prośbie kierowanej do niej z zaświatów, polecał jej, aby żadnej duszy nie odrzucała, ale żeby starała się spełnić jej życzenie.
W 1954 r. – a był to rok maryjny – dusze zaczęły przychodzić do Marii już co noc. Gdy ten rok minął, zjawiały się znowu rzadziej, ale najczęściej w pierwszą sobotę miesiąca, w święta Matki Bożej, w wielkim poście (szczegółnie w Wielkim Tygodniu), a także w listopadzie oraz w adwencie. Każdy kontakt duszy czyśćcowej z Mafią Simmą był szczególnym darem Bożym, uzyskanym przez Matkę Bożą dla danej duszy. To, co dusze mogły powiedzieć Marii Simmie, też było darem Bożym; wprawdzie wizjonerka nie mogła ich wypytywać sama, ale przez długie lata tych kontaktów uzyskała bogatą wiedzę i doświadczenie w sprawach czyśćcowych. Nie wolno jej jednak było przywoływać dusz z czyśćca: “Przychodzą po prostu, kiedy Pan Bóg im pozwoli postarać się o szybsze wybawienie” – wyjaśniała Maria. Wynika z tego, że wszelkie przywoływanie duchów, seanse spirytystyczne itp. nie są po myśli Bożej i należy się ich całkowicie wyrzec. Duchy, które mogą się w nich pojawiać, to duchy złe, podszywające się pod osoby zmarłe.
Natomiast Simma przekonała się, że “dusze czyśćcowe wiedzą o nas i o tym, co się dzieje, więcej, niż myślimy. Wiedzą na przykład o tym, kto bierze udział w pogrzebie i czy się modli, czy tylko idzie, aby inni go widzieli. Wiedzą, kto wysłuchał za nie Mszy św., bo dla umarłego pobożne wysłuchanie Mszy św. ma większe znaczenie aniżeli towarzyszenie zwłokom na cmentarz. Wiedzą również dusze czyśćcowe, co się o nich mówi i co się dla nich robi. Są bliżej nas, niż myślimy; są całkiem blisko nas”.
Na pytanie, jak i za co dusze cierpią w czyśćcu najbardziej, Simma daje następujące wyjaśnienie: “Jest tyle różnych rodzajów czyśćca co dusz. Każdą duszę trapi tęsknota za Bogiem i to powoduje najboleśniejsze cierpienia ze wszystkich. Poza tym każda dusza jest tak karana, jak grzeszyła (…). Grzechy przeciwko miłości, oszczerstwo, zniesławienie, brak pojednania się, kłótnie z powodu chciwości i zazdrości są w wieczności bardzo karane (…). Jak często grzeszy się bezlitosnymi wypowiedziami i płochymi sądami o drugich (…). Słowo może zabić – słowo może uzdrowić”. Do nieba może wejść tylko czysta miłość.
“Co się dzieje z samobójcami? Są oni najczęściej niepoczytalni w chwili, gdy odbierają sobie życie. Przeważnie więcej winy ponoszą ci, którzy ich do samobójstwa doprowadzili”. A najlepszy sposób, aby się do piekła nie dostać, to pokora.
Pomimo wielkich cierpień doznawanych w czyśćcu “żadna dusza nie chciałaby wrócić na ziemię i nadal żyć, ponieważ ma ona poznanie, o którym my nie mamy pojęcia. Dusze pokutujące w czyśćcu pragną oczyszczenia. Czy możemy sobie wyobrazić dziewczynę, która odważyłaby się przyjść na pierwszy bal w brudnej sukience i nie uczesana? Dusza w miejscu oczyszczenia – czyli w czyśćcu – ma tak świetlane pojęcie o Bogu, że przedstawia się jej w oślepiającej piękności. Żadna siła nie zdołałaby jej zmusić, aby stanęła przed Jego Obliczem, jeżeli najdrobniejsza skaza nie została z niej jeszcze zmazana. Tylko doskonale czysta odważy się stanąć przed Bogiem, aby oglądać Go twarzą w twarz”.
Dusze ukazujące się Marii Simmie prosiły przede wszystkim o Msze św., modlitwę, ale także o zwrócenie się do ich bliskich z przestrogą, z prośbą o ofiary lub o wyrównanie krzywd. Z czasem zaczęły też prosić o przyjęcie cierpień za nie. Gdy wizjonerka się na to zgadzała, przeżywała godziny wielkich cierpień fizycznych; po ich upływie wracała do normalnego samopoczucia i mogła pójść rano do pracy. Ten rodzaj wspierania dusz pokutujących stał się dominującym nurtem misji Marii Simmy. Poznała, jak wielką wartość ma modlitwa i cierpienie ofiarowywane Bogu tu na ziemi w intencji zmarłych. Kilka godzin cierpień Marii skracało komuś czyściec o kilkadziesiąt lat. Dusze pokutujące z tej perspektywy żałują każdej okazji do cierpienia, której nie wykorzystały na ziemi, aby ją Bogu ofiarować w duchu pokuty.
Wszystkie prośby dusz i informacje od nich uzyskane Maria przekazywała swemu proboszczowi, ks. Mattowi, bardzo troskliwie czuwającemu nad misją duchową, którą Bóg obdarzył jego penitentkę. Przekonując się, jak dobroczynne to zadanie dla dusz poku tujących w czyśćcu, a równocześnie jaki ma ono walor ewangelizacyjny dla ich rodzin, kapłan zgodził się, aby Simma wygłaszała odczyty o czyśćcu po okolicznych parafiach. Ludzie się o to dopominali, a dusze czyśćcowe popierały tę akcję, bo pobudzała do gorliwszego nabożeństwa w ich intencji. Po odczytach Maria była zasypywana pytaniami o życie pozagrobowe.
Wielekroć dusze przychodzące do Marii Simmy mówiły o roli Matki Bożej w wypraszaniu im skrócenia lub złagodzenia cierpień czyśćcowych. Matce Bożej należy się tytuł Matki Miłosierdzia Dusz Czyśćcowych – stąd tak cenna dla nich jest modlitwa różańcowa. Jedna dusza objawiająca się powiedziała Simmie, że Matka Boża upomina się o wybudowanie kaplicy ku Jej czci na rozstaju, gdzie kiedyś już kapliczka stała. Gdy przeprowadzano nową drogę, starą kapliczkę zniesiono, a o postawieniu nowej zapomniano. Matka Boża przypomina o konieczności jej postawienia, wyrażając też życzenie, aby znajdował się w niej obraz przedstawiający Ją jako Matkę Miłosierdzia Dusz Czyśćcowych. Obraz ma być piękny. Krótko potem Simmę odwiedził ksiądz z Polski. Gdy Maria opowiedziała mu o życzeniu Matki Bożej, kapłan podjął się znalezienia malarza i pokrycia kosztów.
Obraz namalował Adolf Hyła z Krakowa, autor obrazu Jezusa Miłosiernego w Łagiewnikach. W maju 1959 r. obraz i kaplica w Sonntagu zostały poświęcone i są teraz miejscem pielgrzymek oraz modlitw za dusze w czyśćcu.
Teresa Tyszkiewicz
źródło: Maria Simma:Moje przeżycia z duszami czyśćcowymi/Fronda.pl
***
Odpowiedź Jezusa na cierpienie.
Fragment najnowszej książki ks. Roberta Skrzypczaka
archiwum wydawnictwa
***
Prezentujemy obszerny fragment najnowszej książki ks. prof. Roberta Skrzypczaka „Wspaniałość chrześcijaństwa”. To niezwykle ważna pozycja – opowieść o pięknie chrześcijaństwa, jego sile, mądrości i ciągłości. Lektura pomaga lepiej zrozumieć istotę naszej wiary, ale także dostrzec źródła duchowego stanu współczesnego świata. Ks. prof. Robert Skrzypczak wzywa do przebudzenia, gwałtownej diagnozy obecnej sytuacji, ale także do świadomego i odważnego wyznawania wiary w Jezusa Chrystusa.
Paradoks krzyża
Współczesny ateizm w przypadku wielu ludzi ma swe najgłębsze korzenie w zgorszeniu krzyżem. „Taki Bóg, który pozwala na niewinne cierpienie i który dopuszcza bezsensowną śmierć, w ogóle nie jest godny miana Boga” – pisał Jürgen Moltmann, który przeżył obóz koncentracyjny. Wielu innych reaguje w podobny sposób, utrzymując, że należałoby zwrócić Bogu bilet wstępu do świata, w którym bezbronne dzieci umierają na oddziałach onkologicznych pokonane przez białaczkę i w którym porywa się nastolatki, by je „przerobić” na organy. Choć – jak zauważył Joseph Ratzinger – „jest rzeczą uderzającą, że większość oskarżeń przeciwko Panu Bogu nie pochodzi od cierpiących tego świata, ale od sytych widzów, którzy nigdy nie cierpieli. Cierpiący nauczyli się widzieć”.
Czym jest krzyż? To narzędzie tortury, którego używano w świecie antycznym, by uśmiercać skazańców w sposób jak najbardziej ohydny i okrutny. W szerszym znaczeniu przez krzyż rozumie się wszelkie cierpienie, ból, krzywdę, niesprawiedliwość, niekorzystne wydarzenia życiowe, nieprzychylny sposób potraktowania przez innych, upokorzenie, porażkę, wstyd, poczucie winy, chorobę, utratę najbliższych, brak pracy czy pieniędzy; a więc wszystko to, co niszczy, degraduje nasze życie, odbiera mu smak i rozmach, a z czym spotykamy się sporadycznie, okresowo bądź na co dzień. W takim sensie wiele jest krzyży, które dźwiga każdy człowiek od momentu pojawienia się na ziemi. Są one różnej wielkości i pojawiają się w różnych okresach życia. Taki rodzaj krzyża stawia pod znakiem zapytania pragnienie ludzkiego szczęścia, jakby pojawiał się tylko po to, by niweczyć wszelkie plany i pragnienia spokojnego i bezpiecznego życia. Nic dziwnego, że krzyż rodzi bunt. W cierpieniu człowiek chce protestować, podnieść pięść, szuka sprawiedliwości na własną rękę i dopatruje się winnych. Uciekając od krzyża, popadamy w lęki, neurozy, dopuszczamy się gwałtowności, widzimy w innych wrogów, zamykamy się w egoizmie. Nie ma innej drogi ucieczki od krzyża, jak grzech. Stajemy się w konsekwencji niewolnikami zła z powodu strachu przed bólem i umieraniem. Tysiące lat istnienia człowieka na ziemi nie dostarczyły mu żadnego panaceum na siebie samego. Wciąż największym problemem jest lęk przed utratą życia. Wiele obrzędów i form kulturowych, wytworów fantazji i naturalnej religijności ma służyć oswojeniu tego największego wroga. W religiach człowiek szuka bóstwa, by móc się osłonić przed nieuchronnym bólem istnienia. A jeśli tego tam nie znajdzie, pozostaje mu ateizm czy postawa religijnej obojętności jako coś w rodzaju wyzwania Boga na pojedynek albo też wypowiedzenia zależności, aż po zanegowanie Jego istnienia.
W tej sytuacji posłanie przez Boga swego Syna na świat z misją zbawienia wiąże się z wielką odpowiedzią Boga na ten problem. Chrystus jednakże nie przychodzi usunąć cierpienia, ale pozbawić je jego śmiertelnego jadu. Ewangelia głoszona przez Apostołów jest Dobrą Nowiną o Chrystusie Ukrzyżowanym. Bóg wszedł w ludzkie cierpienie i śmierć, poddał się jego przekleństwu, aby w tym miejscu, gdzie ludzie gubią się i tracą sens życia – na dnie nędzy i rozpaczy, na krańcach ludzkiej wytrzymałości i akceptacji, a nawet poza nią – zatriumfować jako Pan życia i Zwycięzca śmierci.
Dlaczego cierpienie?
„Aby móc poznać prawdziwą odpowiedź na pytanie «dlaczego cierpienie» – uczył św. Jan Paweł II – musimy skierować nasze spojrzenie na objawienie Bożej miłości. Miłość jest najpełniejszym źródłem odpowiedzi na pytanie o sens cierpienia. Odpowiedzi tej udzielił Bóg człowiekowi w Krzyżu Jezusa Chrystusa”. Chrystus cierpiał dobrowolnie i niewinnie. W ten sposób podjął pytanie stawiane wielokrotnie przez ludzi, odwieczne pytanie Hioba: dlaczego mnie się coś takiego przydarza? Jak zauważa św. Paweł, krzyż jest „zgorszeniem dla Żydów, a głupstwem dla pogan” (1 Kor 1,23). Zgorszenie to bierze się z dręczącej wątpliwości, jak to możliwe, że dobry Bóg nęka mnie cierpieniem, zsyła ból na niewinnych. Tym bardziej na „Żyda”, który w logice nauczania św. Pawła reprezentuje człowieka religijnego, wierzącego w moc Prawa i w to, że żyjąc sprawiedliwie, można zasłużyć na pomyślność i błogosławieństwo Boże. W tej mentalności cierpienie jest skandalem, poczuciem krzywdy nie do pogodzenia z moralnością typu „coś za coś”. Dlatego też „Żydzi żądają znaków” (1 Kor 1,22), cudów, nadzwyczajnych interwencji Boga, aby usunął i wyeliminował cierpienie. Jest to rodzaj warunkowej miłości żądającej dowodów, stawiającej sprawę na ostrzu noża: „niechże teraz zejdzie z krzyża, a uwierzymy w Niego” (Mt 27,42). W przeciwnym razie – bunt, przekleństwo.
Z drugiej strony krzyż to coś niepojętego i niesłychanego. To absurd, „głupstwo dla pogan” (1 Kor 1,23). Cierpienie nie tylko ogranicza zdolność przewidywania, planowania, spryt życiowy, ale i możliwości zaradzenia, rozwiązywania problemu, wymyślenia remedium. Krzyż jest niezrozumiały dla poganina, Greka, dla racjonalisty polegającego na inteligencji. Ponieważ „Grecy szukają mądrości” (1 Kor 1,22), cierpienie jest odrzucane jako nielogiczne i upokarzające. Wytłumaczenia pomagają zrozumieć to, co się dzieje, jednakże cierpienie należące do kategorii niewytłumaczalnych zasługuje jedynie na pogardę i odrzucenie. Efektem tej postawy jest życiowy cynizm, zgorzknienie i depresja.
Największa miłość
Chrystus jednakże przynosi odpowiedź! Daje ją „nie samym swoim nauczaniem: Dobrą Nowiną, ale przede wszystkim własnym cierpieniem, które z tym nauczaniem, z Dobrą Nowiną scalone jest w sposób organiczny i nierozerwalny. Jest to jakby ostatnie, syntetyczne słowo tego nauczania: nauka krzyża”. Jednakże nauka krzyża jest paradoksem: to, co po ludzku jest znakiem klęski i uznawane za zło i uwarunkowanie zła, dla Chrystusa staje się instrumentem przełamania zła i największą prawdą życia. Cierpienie osiągnęło swój zenit w męce na Kalwarii. Zostało wprowadzone w nowy wymiar. Zostało na zawsze związane z Miłością. Chrystus sięgnął korzeni zła i negacji, aby stamtąd wyprowadzić życie i dobro. Właśnie tam, gdzie wszyscy kapitulujemy w obliczu bólu i upokorzenia, wyrzekając się sensu życia i bluźniąc Bogu, Chrystus objawia największą prawdę o miłości. Wypełnia na sobie nieosiągalne pragnienie człowieka i najwyższe prawo życia: będziesz kochał! Rozpięty na krzyżu, kocha Boga całym sercem – przebity włócznią, całym umysłem – ukoronowany cierniami, i ze wszystkich sił – z przebitymi gwoźdźmi rękoma i nogami. Kocha Boga, oddając Mu w ręce całe życie. W ostatnim, ekstremalnym momencie przyznaje się całkowicie do Miłości. Kocha bliźniego aż do granic miłości nieprzyjaciela i zabójcy: „Ojcze, przebacz im!” (Łk 23,34). Tutaj życie zostaje uwolnione, aby mogło osiągnąć swój szczyt.
Wiara i cierpienie
Cierpienie ludzkie znalazło się w nowej sytuacji. Krzyż Chrystusa jest przełomem: przez cierpienie dokonało się Odkupienie, ale wraz z tym samo cierpienie zostało odkupione. Chrystus cierpiał za nas i dla nas. Przyjął na siebie całe przekleństwo, bunt i absurd cierpienia, aby pozbawić je trującej mocy, na krzyżu został złamany jego oścień, kolec, który dotąd miażdżył i zabijał życie ludzkie. Od czasu, gdy „Chrystus wyniósł ludzkie cierpienie na poziom Odkupienia – nauczał św. Jan Paweł II – każdy jest wezwany do uczestnictwa w tym cierpieniu”. Oznacza to nową możliwość zrealizowania się w miłości. Krzyż staje się chwalebny, otwiera pomost do Boga, umoż- liwia spotkanie Go w faktach po ludzku niepomyślnych, prowadząc do zakosztowania Jego miłości i intymności z Nim. Staje się wydarzeniem odkrycia Dawcy nieśmiertelności na zakręcie życia. Staje się chwalebny, bo zrywa okowy lęku i egoizmu, umożliwia kochanie, wydobywa z człowieka jego najszlachetniejsze możliwości, otwiera na doświadczenie wolności.
Wiara nie szuka cierpienia, ale uczy, że „życie bez cierpienia nie osiąga pełni”54. Przede wszystkim dlatego, że w cierpieniu człowiek zostaje skonfrontowany z faktem, że nie może rozporządzać własnym życiem, bo nie jest ono jego własnością, a on nie jest bogiem siebie samego. Droga łaski do człowieka wiedzie przez rozbicie twardej skorupy samouwielbienia, tłumiącej w nim uwielbienie Boga. Dopiero człowieczeństwo, które przeszło przez krzyż, objawia prawdziwego człowieka. Co to oznacza? Nietrudno sobie to uświadomić w dobie jakby przesytu człowieka swym człowieczeństwem, kiedy już nie znosi samego siebie ani innych. W efekcie łatwo w drugim człowieku dostrzegać albo nagą małpę, albo też wyjątkowo złośliwego szczura, którego trzeba koniecznie dogonić, a jeszcze lepiej prześcignąć. Tylko przez przecierpienie siebie samego i uwolnienie się od tyranii egoizmu wiedzie droga do odkrycia w drugim bliźniego, brata. Krzyż przełamuje moje „ja”, zmuszając niejako do wychodzenia poza obszar samego siebie.
ze strony Aleteia.pl
***
Watykan: Nie można usunąć zapisu z rejestru chrztów
Księgi metrykalne/fot. Henryk Przondziono/Gość Niedzielny
***
Nie jest możliwe uznanie zaistniałego faktu za nieistniejący lub niemożliwy do potwierdzenia.
Prefekt Dykasterii ds. Tekstów Prawnych, abp Filippo Iannone oraz sekretarz tejże dykasterii bp Juan Ignacio Arrieta, podpisali notę wyjaśniającą, dlaczego zabronione jest usuwanie z rejestrów parafialnych danych odnoszących się do udzielania sakramentu chrztu. Jest to „fakt historyczny”, od którego zależą inne sakramenty.
Stolica Apostolska przypomniała, że prawo kanoniczne nie zezwala na modyfikowanie ani usuwanie wpisów dokonanych w rejestrze chrztów, z wyjątkiem korygowania wpisów błędnych. Rejestr ten służy zapewnieniu pewności co do zaistnienia określonych zdarzeń związanych z życiem religijnym konkretnych osób.
W rejestrze tym, poza faktem chrztu, wpisuje się przyjęcie niektórych innych sakramentów (bierzmowanie, święcenia, małżeństwo), a także np. złożenie wieczystych ślubów zakonnych.
Rejestr chrztów jest obiektywnym zapisem czynności sakramentalnych lub związanych z sakramentami dokonanych historycznie przez Kościół i nie jest możliwe uznanie zaistniałego faktu za nieistniejący lub niemożliwy do potwierdzenia.
Brak rejestracji chrztu lub usunięcie jego potwierdzenia utrudniłby prawidłowe sprawowanie sakramentów w Kościele, gdyż jedynie osoba ochrzczona może przyjąć kolejne sakramenty.
W rejestrze chrztów wolno także dokonać wpisu dotyczącego „formalnego aktu wystąpienia z Kościoła katolickiego”, gdy zainteresowana osoba wyraża wolę opuszczenia Kościoła katolickiego.
Warto zauważyć, że opublikowana nota jest zbieżna z przepisami wydanymi przez Konferencję Episkopatu Polski, zawartymi w Dekrecie ogólnym w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych w Kościele katolickim z dnia 13 marca 2018 roku (szczególnie art. 14 ust. 4) oraz w Dekrecie ogólnym w sprawie wystąpień z Kościoła oraz powrotu do wspólnoty Kościoła z dnia 7 października 2015 roku.
Publikujemy oficjalne tłumaczenie dekretu, dokonane przez „L’Osservatore Romano”:
Nota wyjaśniająca Dykasterii ds. Tekstów Prawnych w sprawie zakazu usuwania wpisów w parafialnym rejestrze chrztów
Prawo kanoniczne nie zezwala na modyfikowanie ani usuwanie wpisów dokonanych w rejestrze chrztów, chyba że jest to konieczne do skorygowania ewentualnych omyłek pisarskich. Celem tego rejestru jest zagwarantowanie pewności co do określonych aktów, umożliwiając weryfikację ich rzeczywistego zaistnienia.
Kan. 535 KPK wymaga, aby każda parafia miała własny rejestr chrztów. Rejestr ten, który parafia jest zobowiązana przechowywać (kan. 535 § 1), służy do zapisywania sakramentów, które – jak w przypadku chrztu – Kościół katolicki udziela tylko jeden raz. Ponieważ chrzest jest warunkiem przyjęcia innych sakramentów, obok wpisu o chrzcie odnotowuje się udzielenie innych sakramentów, których nie można powtórzyć (bierzmowanie i święcenia), a także inne ważne czynności, takie jak zawarcie sakramentu małżeństwa (którego nie można ponowić, chyba że węzeł zostanie uznany za nieważny), wieczysta profesja w instytucie zakonnym, która z kolei zabrania zawarcia małżeństwa (kan. 535 § 2), zmiana obrządku [przynależności do Kościoła sui iuris] (kan. 535 § 2) i adopcja (kan. 877 § 3), w wyniku której powstaje w Kościele przeszkoda małżeńska (kan. 1094).
Rejestr chrztów stanowi zatem obiektywny zapis czynności sakramentalnych lub związanych z sakramentami, dokonanych w przeszłości przez Kościół. Chodzi o historyczne kościelne wydarzenia, które muszą być brane pod uwagę dla zachowania właściwego porządku administracyjno-duszpasterskiego, ze względów teologicznych, dla zapewnienia bezpieczeństwa prawnego, a także w celu ewentualnej ochrony praw osoby zainteresowanej oraz osób trzecich.
W związku z tym danych wprowadzonych do rejestru nie wolno zmieniać ani usuwać, z wyjątkiem korygowania ewentualnych omyłek pisarskich.
Chociaż w kan. 535 nie stwierdza się tego wyraźnie, ten bezsprzeczny zakaz może być bez wątpienia wywnioskowany z kategorycznego sformułowania przepisów nakazujących rejestrację i potwierdzanie aktów. Gdyby Kościół nie miał tego rodzaju ogólnych przepisów dotyczących obowiązkowej rejestracji chrztu, niemożliwe byłoby sprawowanie przezeń działalności sakramentalnej, ponieważ do ważnego przyjęcia sakramentów konieczna jest pewność co do przyjęcia chrztu. Szafarz nie może pozwolić na sprawowanie innych sakramentów, jeżeli nie zostało potwierdzone przyjęcie chrztu.
Ponadto, wszelkie nowe istotne okoliczności wskazane przez prawo kanoniczne muszą zostać wpisane w rejestrze chrztów na mocy przepisów prawa, o czym zwykle musi zostać poinformowany zarządca parafii, jako osoba odpowiedzialna za rejestr. Dotyczy to, jak już wspomniano, faktycznego przyjęcia bierzmowania, święceń, zawarcia sakramentu małżeństwa, profesji zakonnej, zmiany obrządku [przynależności do Kościoła sui iuris] oraz adopcji. Brak rejestracji tych czynności utrudniłby prawidłowe i sprawne sprawowanie sakramentów w Kościele, ponieważ nieracjonalne byłoby badanie, w każdym przypadku z osobna, wcześniejszego ważnego przyjęcia tych sakramentów, które są wymagane do ważności przyjęcia innych sakramentów.
Rejestr chrztów nie jest spisem członków [Kościoła], lecz zapisem chrztów, które się odbyły. Jego jedynym celem jest potwierdzenie historycznego faktu kościelnego, nie zaś potwierdzenie wiary religijnej poszczególnych osób, ani tego, że dana osoba jest członkiem Kościoła. Przyjęte sakramenty i dokonane wpisy nie ograniczają w żaden sposób wolnej woli tych wiernych chrześcijan, którzy na jej podstawie decydują się na opuszczenie Kościoła.
W rejestrze chrztów należy, ewentualnie, odnotować formalny akt wystąpienia z Kościoła katolickiego, gdy dana osoba wyraża wolę opuszczenia Kościoła katolickiego. Mimo że dane zawarte w rejestrach kościelnych nie mogą zostać usunięte, ze względu na ich cel i interes wszystkich zainteresowanych podmiotów, na zwykły wniosek osoby zainteresowanej wolno zamieścić jej oświadczenie woli w tym zakresie na okoliczność jakiejś sprawy spornej.
Rejestr chrztów umożliwia wydawanie zaświadczeń potwierdzających przyjęcie chrztu, jeżeli dana osoba zamierza przyjąć inne sakramenty. W takim przypadku, oprócz stwierdzenia statusu osoby ochrzczonej, rejestr stanowi również gwarancję dla osób trzecich w Kościele katolickim, zarówno w przypadku zawarcia małżeństwa, jak i względem tych, na których spoczywa obowiązek zapewnienia ważnego udzielenia kolejnych sakramentów lub podjęcia określonych zobowiązań (np. profesji wieczystej w życiu zakonnym), których wymogiem jest chrzest.
Cały kanoniczny porządek prawny jest spójny z tymi zasadami. Na przykład kan. 869 w ogóle nie przewiduje ponownego udzielenia chrztu. Pozwala jedynie szafarzowi na udzielenie chrztu pod warunkiem, gdy istnieje niepewność co do tego, czy dana osoba – zazwyczaj dziecko – rzeczywiście przyjęła sakrament. W takich przypadkach nie następuje ponowne udzielenie chrztu, ponieważ szafarz stawia jako warunek skuteczności swojego działania to, że nie zamierza udzielić sakramentu, jeżeli osoba byłaby już wcześniej ochrzczona.
Status osoby ochrzczonej jest w rzeczywistości elementem obiektywnym, i dlatego nie jest możliwe udzielenie chrztu komuś, kto już został ochrzczony, ponieważ taka czynność byłaby po prostu nieważna z sakramentalnego punktu widzenia.
Do rejestracji czynności konieczna jest pewna wiadomość o ich dokonaniu. Dlatego kan. 875 wymaga, aby podczas celebracji chrztu – podobnie jak w przypadku innych sakramentów, które nie mogą być powtarzane – byli obecni świadkowie. Ich świadectwo zapewnia osobie odpowiedzialnej za rejestr niezbędną pewność co do faktu, który miał miejsce i ma zostać zapisany. Ten świadek ten nie może zastąpić rejestru, lecz służy jedynie jako źródło pewności dla osoby, która ma obowiązek dokonania wpisu.
Watykan, 7 kwietnia 2025
+ Filippo Iannone O. Carm., Prefekt + Juan Ignacio Arrieta, Sekretarz
***
Fake newsy o papieżu
Aby chronić się przed fake newsami, warto sięgać do źródeł.
Profesor teologii, publicysta, szef Sekcji Polskiej Radia Watykańskiego i portalu Vatican News ks. Paweł Rytel-Andria
***
Gdzie szukać prawdziwych informacji o Leonie XIV w dobie manipulacji? Odpowiedź na to pytanie wydaje się prosta: u źródeł. Najbezpieczniej więc sięgać do mediów Stolicy Apostolskiej, takich jak Vatican News, Radio Watykańskie czy L’Osservatore Romano. Jest to tym ważniejsze, że obecnie jest wiele fake newsów na temat papieża wytworzonych przez sztuczną inteligencję.
“Moje Boskie Serce tak płonie miłością ku ludziom, że nie może dłużej utrzymać tych płomieni gorejących, zamkniętych w moim łonie”.
(Objawienie Serca Pana Jezusa, 27 grudnia 1673 r.)
kaplica Serca Pana Jezusa w Sanktuarium św. Jana Pawła II Wielkiego w Krakowie.
W tej kaplicy jest całodzienna adoracja Najświętszego Sakramentu.
fot.Michał Zięba
***
Kult Serca Jezusowego rozwinął się w Polsce jeszcze przed objawieniami św. Małgorzaty Marii Alacoque. Polska miała też szczególne przywileje papieskie. Na cały Kościół święto Serca Pana Jezusa rozszerzył papież Pius IX w roku 1856. Począwszy od 1995 r. w uroczystość Najświętszego Serca Pana Jezusa, która wypada zawsze w piątek po oktawie Bożego Ciała, Jan Paweł II ustanowił Światowy Dzień Modlitwy o Uświęcenie Kapłanów.
„Kult Serca Jezusowego ukazuje wielką miłość Pana Boga do nas, który nie cofa jej w zależności od postępowania człowieka. Kontemplując Serce Boże, odkrywamy nieskończoną miłość Boga, którą nam objawił w swoim Synu. Chodzi jednak o to, aby nie zatrzymywać się tylko na tym, ale by starać się naśladować przymioty Bożego Serca: łagodność, cierpliwość, pokorę. W ten sposób będziemy przyczyniać się do budowania +cywilizacji miłości+” – powiedział rzecznik Konferencji Episkopatu Polski ks. Leszek Gęsiak SJ.
Liturgiczne święto Boskiego Serca Pana Jezusa, wraz z Mszą św. i oficjum brewiarzowym, ustanowił w 1765 r. papież Klemens XIII. Był to przywilej tylko dla Polski, dla ówczesnego Królestwa Polskiego i jednej Konfraterni Najświętszego Serca w Rzymie. W ten sposób Stolica Apostolska odpowiedziała na memoriał biskupów polskich z 1764 r.
Początku samego kultu Serca Jezusowego można upatrywać wcześniej. Prymas Polski kard. Stefan Wyszyński podkreślał, że pierwszą Jego czcicielką była bez wątpienia Najświętsza Panna. „Dwa te najpiękniejsze Serca – Jezusa i Maryi – biły zawsze zgodnie i najżywiej ze sobą współczuły i w chwilach radości, i w godzinach bólu czy męki” – pisał kard. Wyszyński w 1965 r. Do grona czcicieli Najświętszego Serca Jezusowego należeli m.in. św. Bernard, Bonawentura, Katarzyna ze Sieny, Franciszek Salezy. Najbardziej znaną pozostaje jednak św. Małgorzata Maria Alacoque (1647-1690), wizytka z klasztoru w Paray-le-Monial. Obok takich praktyk pobożnych jak pierwsze piątki, Komunia św. wynagradzająca czy „godzina święta” (adoracja przez godzinę Najśw. Sakramentu w nocy z czwartku na pierwszy piątek) – Pan Jezus zlecił jej podjęcie starań o ustanowienie w Kościele święta Jego Serca, w piątek po oktawie Bożego Ciała.
Na ziemiach polskich Serce Boskiego Zbawcy czczone było jeszcze przed objawieniami św. Małgorzaty Marii Alacoque. Pierwszy w świecie podręcznik tego nabożeństwa napisał o. Kacper Drużbicki. Autor książeczki „Ognisko serc – Serce Jezusa” zmarł 13 lat przed objawieniami w Paray-le-Monial. O ustanowienie święta Bożego Serca zabiegali w Stolicy Apostolskiej polscy królowie i biskupi. Dekret z 1765 r. był właśnie odpowiedzią na sławny memoriał polskich biskupów, który podaje historyczny przegląd kultu i uzasadnia wymowę tego nabożeństwa. Prymas Polski abp Ledóchowski poświęcił Najświętszemu Sercu metropolię gnieźnieńską. Nabożeństwem do Serca Jezusowego odznaczali się biskupi Bilczewski i Pelczar, autor dzieł o Najświętszym Sercu i założyciel zgromadzenia sióstr sercanek. Kolejny prymas, kard. Dalbor, w imieniu Episkopatu powierzył Polskę Sercu Zbawiciela i Jego Najświętszej Matce. W 1921 r. jako wotum wdzięczności Sercu Bożemu za odzyskanie niepodległości przez Naród Polski konsekrowano bazylikę Najświętszego Serca Pana Jezusa w Krakowie. W Poznaniu wzniesiono też pomnik „Sacratissimo Cordi – Polonia Restituta” (został on zburzony w 1940 r.). W 1948 r. biskupi zachęcali wiernych do osobistego poświęcenia się Najświętszemu Sercu Jezusowemu, a trzy lata później Episkopat Polski ogłosił rok poświęcenia Narodu Polskiego Najświętszemu Sercu Pana Jezusa.
„Sam Pan Jezus, ukazując św. Małgorzacie swe Serce spragnione miłości, żądał tego poświęcenia, które ona nazywała prywatnym albo małym w odróżnieniu od publicznego poświęcenia się całych społeczeństw” – przypomnieli biskupi. Praktyka prywatnego poświęcenia się Sercu Pana Jezusa została zapomniana i dopiero po 200 latach, po objawieniach w Paray-le-Monial, przypomniał je papież Pius XI. O osobistym poświęceniu mowa w encyklice „Miserentissimus Redemptor” z roku 1928.
Polscy biskupi zachęcali do osobistego poświęcenia Sercu Jezusowemu, ale i oddania całych rodzin, co nazywane jest intronizacją Serca Jezusowego w rodzinach. Dopiero zwieńczeniem modlitw prywatnych było wspólne poświęcenie Najświętszemu Sercu Jezusowemu Narodu i Rzeczypospolitej. Nastąpiło to w uroczystość Chrystusa Króla w 1951 r. Akt poświęcenia poprzedził tydzień modlitw do Serca Jezusowego.
11 czerwca 2021 roku, w uroczystość Najświętszego Serca Pana Jezusa, w Bazylice Najświętszego Serca Pana Jezusa w Krakowie, biskupi polscy zgromadzeni na 389. Zebraniu Plenarnym Konferencji Episkopatu Polski, ponowili Akt poświęcenia Narodu Polskiego Najświętszemu Sercu Pana Jezusa. Mszy św. przewodniczył abp Stanisław Gądecki, przewodniczący Konferencji Episkopatu Polski, który dokonał także ponowienia Aktu. „Powierzamy Ci całe nasze życie osobiste, rodzinne i społeczne, które pragniemy oprzeć na trwałych zasadach Ewangelii. Podobnie jak przed stu laty, w pokorze poświęcamy się Twojemu Najświętszemu Sercu, oddając naszą Ojczyznę w Twoje władanie” – powiedział przewodniczący Episkopatu odczytując Akt.
Stolica Apostolska dopiero po ścisłych i dokładnych badaniach zezwoliła na obchodzenie święta, jak i na cześć wizerunków Jezusowego Serca w formach dzisiaj powszechnie przyjętych. Na cały Kościół święto Serca Pana Jezusa rozszerzył papież Pius IX w roku 1856. Znamienny jest też akt oddania całego Kościoła i rodzaju ludzkiego w opiekę Serca Jezusowego, jakiego dokonał 31 grudnia 1899 roku papież Leon XIII. Nowy rys nadał papież Jan Paweł II. Począwszy od 1995 r. w uroczystość Najświętszego Serca Pana Jezusa, która wypada zawsze w piątek po oktawie Bożego Ciała, ustanowił on Światowy Dzień Modlitwy o Uświęcenie Kapłanów.
Ojcze z nieba, Boże, zmiłuj się nad nami. Synu, Odkupicielu świata, Boże, zmiłuj się nad nami. Duchu Święty, Boże, zmiłuj się nad nami. Święta Trójco, Jedyny Boże, zmiłuj się nad nami.
Serce Jezusa, Syna Ojca Przedwiecznego, zmiłuj się nad nami. Serce Jezusa, w łonie Matki Dziewicy przez Ducha Świętego utworzone, zmiłuj się nad nami. Serce Jezusa, ze Słowem Bożym istotowo zjednoczone, zmiłuj się nad nami. Serce Jezusa, nieskończonego majestatu, zmiłuj się nad nami. Serce Jezusa, świątynio Boga, zmiłuj się nad nami. Serce Jezusa, przybytku Najwyższego, zmiłuj się nad nami. Serce Jezusa, domie Boży i bramo niebios, zmiłuj się nad nami. Serce Jezusa, gorejące ognisko miłości, zmiłuj się nad nami. Serce Jezusa, sprawiedliwości i miłości skarbnico, zmiłuj się nad nami. Serce Jezusa, dobroci i miłości pełne, zmiłuj się nad nami. Serce Jezusa, cnót wszelkich bezdenna głębino, zmiłuj się nad nami. Serce Jezusa, wszelkiej chwały najgodniejsze, zmiłuj się nad nami. Serce Jezusa, królu i zjednoczenie serc wszystkich, zmiłuj się nad nami. Serce Jezusa, w którym są wszystkie skarby mądrości i umiejętności, zmiłuj się nad nami. Serce Jezusa, w którym mieszka cała pełnia Bóstwa, zmiłuj się nad nami. Serce Jezusa, w którym sobie Ojciec bardzo upodobał, zmiłuj się nad nami. Serce Jezusa, z którego pełni wszyscyśmy otrzymali, zmiłuj się nad nami. Serce Jezusa, odwieczne upragnienie świata, zmiłuj się nad nami. Serce Jezusa, cierpliwe i wielkiego miłosierdzia, zmiłuj się nad nami. Serce Jezusa, hojne dla wszystkich, którzy Cię wzywają, zmiłuj się nad nami. Serce Jezusa, źródło życia i świętości, zmiłuj się nad nami. Serce Jezusa, przebłaganie za grzechy nasze, zmiłuj się nad nami. Serce Jezusa, zelżywością napełnione, zmiłuj się nad nami. Serce Jezusa, dla nieprawości naszych starte, zmiłuj się nad nami. Serce Jezusa, aż do śmierci posłuszne, zmiłuj się nad nami. Serce Jezusa, włócznią przebite, zmiłuj się nad nami. Serce Jezusa, źródło wszelkiej pociechy, zmiłuj się nad nami. Serce Jezusa, życie i zmartwychwstanie nasze, zmiłuj się nad nami. Serce Jezusa, pokoju i pojednanie nasze, zmiłuj się nad nami. Serce Jezusa, krwawa ofiaro grzeszników, zmiłuj się nad nami. Serce Jezusa, zbawienie ufających Tobie, zmiłuj się nad nami. Serce Jezusa, nadziejo w Tobie umierających, zmiłuj się nad nami. Serce Jezusa, rozkoszy wszystkich Świętych, zmiłuj się nad nami.
Baranku Boży, który gładzisz grzechy świata, przepuść nam, Panie. Baranku Boży, który gładzisz grzechy świata, wysłuchaj nas, Panie. Baranku Boży, który gładzisz grzechy świata, zmiłuj się nad nami.
K: Jezu cichy i pokornego serca, W: Uczyń serca nasze według Serca Twego.
Módlmy się. Wszechmogący, wieczny Boże, wejrzyj na Serce najmilszego Syna swego i na chwałę, i zadośćuczynienie, jakie w imieniu grzeszników Ci składa, † daj się przebłagać tym, którzy żebrzą Twojego miłosierdzia, * i racz udzielić przebaczenia w imię tegoż Syna swego, Jezusa Chrystusa, który z Tobą żyje i króluje na wieki wieków. Amen.
***
Niedziela 29 czerwca
Uroczystość świętych Piotra i Pawła, którzy są największymi Apostołami, ukazuje wspaniałą jedność Kościoła, którą zbudował Chrystus Pan.
święci Piotr i Paweł – El Greco(XVI wiek)
***
Uroczysta Msza św. w kościele św. Piotra o godz. 14.00
***
Uroczystość dwóch największych Apostołów – Piotra i Pawła Kościół obchodzi 29 czerwca. Św. Piotr był uczniem wybranym przez Jezusa do pełnienia posługi prymatu w Kościele. Gorliwość misyjna św. Pawła sprawiła, że bardzo wielu miejscach głosił Ewangelię i zakładał Kościoły. Zyskał miano „Apostoła Narodów”. Obaj przez swoje męczeństwo są związani z Rzymem.
Uroczystość świętych Apostołów Piotra i Pawła już od połowy III wieku obchodzona jest wspólnie 29 czerwca. Obaj Apostołowie ponieśli śmierć męczeńską w Rzymie w czasie prześladowania za cesarza Nerona. Piotr zginął około 64 r. Tradycja głosi, że został ukrzyżowany. Apostoł jednak wyznał, że nie jest godny umrzeć jak Jezus. Dlatego też został przybity do krzyża głową w dół. Paweł, przez jakiś czas więziony w Rzymie, został ścięty mieczem około 67 r.
Posługa apostolska Piotra i Pawła w Rzymie oraz poniesione tam męczeństwo sprawiły, że Kościół Rzymski nabrał kluczowego znaczenia w chrześcijaństwie. Biskup Rzymu, następca św. Piotra oraz spadkobierca tradycji apostolskiej św. Pawła cieszy się pierwszeństwem i władzą biskupią w całym Kościele. Św. Piotr – pierwszy biskup Rzymu – jest uznawany za pierwszego w gronie Apostołów otrzymał od Jezusa specjalną władzę określaną mianem prymatu. Jego następcy, papieże, są obdarzeni łaską nieomylności w oficjalnym i uroczystym nauczaniu całego Kościoła w sprawach wiary i moralności. Sprawują też najwyższą władzę kościelną wynikającą z przywileju prymatu.
Na znak łączności biskupów ze Stolicą Apostolską w uroczystość św. Piotra i Pawła papież wręcza metropolitom paliusze. Są to koliste wstęgi w kształcie naszyjnika, ozdobione sześcioma krzyżami i wykonane z białej wełny. Baranki, od których pochodzi wełna, zostają pobłogosławione każdego roku 21 stycznia, w dniu św. Agnieszki. Papież nakłada paliusze arcybiskupom metropolitom mianowanym w ostatnim okresie. Paliusze są symbolem władzy, jaką zgodnie z prawem metropolita pozostający w komunii z Kościołem Rzymu obejmuje w swojej metropolii. Arcybiskup metropolita zakłada paliusz tylko na terenie swojej własnej archidiecezji podczas uroczystej liturgii.
Św. Piotr – pierwotnie Szymon – pochodził z Betsaidy nad Jeziorem Galilejskim. Podobnie jak jego ojciec i brat był rybakiem. Był człowiekiem żonatym, po ślubie mieszkał w Kafarnaum. Być może pierwotnie był uczniem św. Jana Chrzciciela. W chwili powołania Jezus nadał mu nowe imię – Piotr, to znaczy Skała. Jako pierwszy, w imieniu wszystkich Apostołów, uznał w Jezusie Mesjasza. Na pytanie Jezusa: „A wy za kogo mnie uważacie?”, Piotr odpowiedział: „Ty jesteś Mesjasz, syn Boga Żywego”. Wówczas usłyszał: „Ty jesteś Piotr, Skała, i na tej Skale zbuduję Kościół mój, a bramy piekielne go nie przemogą. I tobie dam klucze królestwa niebieskiego; cokolwiek zwiążesz na ziemi, będzie związane w niebie, a co rozwiążesz na ziemi, będzie rozwiązane w niebie”. Wielokrotnie Ewangelie ukazują szczególną pozycję Piotra w gronie Apostołów. Często wypowiada się w imieniu wszystkich Apostołów, jest świadkiem największych cudów: przemienienia i wskrzeszenia córki Jaira. W tzw. „katalogach Apostołów” (np. Mt 10,1-4) zawsze jest wymieniany na pierwszym miejscu. Często też w Piśmie św. pojawia się zwrot „Piotr i Aposotołowie”, który podkreśla jego szczególną rolę. Po zmartwychwstaniu Jezusa pierwszy z Apostołów wszedł do pustego grobu. Później to jemu właśnie Jezus powiedział „Paś owce, paś baranki moje”, mimo, że gdy Jezus był sądzony i skazany na śmierć, Piotr trzykrotnie się Go zaparł. Te wszystkie świadectwa wskazują na prymat św. Piotra.
Działalność misyjną Piotr prowadził w Samarii, Liddzie, Jaffie, Cezarei Nadmorskiej. Później wędruje do Antiochii, następnie do Azji Mniejszej a wreszcie Rzymu, gdzie założył gminę chrześcijańską i był jej pierwszym biskupem. Tam podczas prześladowań za cesarza Nerona został aresztowany i poniósł śmierć męczeńską ukrzyżowany głową w dół, prawdopodobnie ok. 64 r. Nad jego grobem w IV w. za czasów Konstantyna Wielkiego wzniesiono kościół, który po różnych przebudowach ostatecznie przybrał postać obecnej Bazyliki św. Piotra. Napisał 2 listy apostolskie, które weszły do kanonu Nowego Testamentu.
Kult św. Piotra trwa od początków Kościoła. Nad jego grobem zbudowano kościół, który stopniowo przybrał postać Bazyliki św. Piotra. Od 1377 roku przy tej świątyni mieszkają biskupi rzymscy. Obecna świątynia jest dziełem wielkich mistrzów z lat 1506 – 1667. Po podpisaniu między Stolicą Apostolską a Republiką Włoską paktów laterańskich niecałe pół kilometra kwadratowego wokół Bazyliki jest terenem miasta-państwa Watykan. Rocznie miejsce kultu św. Piotra nawiedza blisko 8 milionów pielgrzymów i turystów. Bazylika św. Piotra nie jest jednak katedrą rzymską. Tę honorową rolę pełni Bazylika św. Jana na Lateranie.
Św. Paweł nosił przed nawróceniem imię Szaweł. Urodził się w Tarsie między 5 a 10 rokiem po Chrystusie. Pochodził z rodziny żydowskiej, posiadał jednak również obywatelstwo rzymskie. Należał do stronnictwa faryzeuszy. Był uczniem jednego z najwybitniejszych nauczycieli żydowskich – Gamaliela. Jako faryzeusz był zaciętym wrogiem Kościoła. Nawrócił się ok. 35 r. w drodze do Damaszku, gdy został powalony na ziemię, ukazał mu się Jezus i usłyszał głos: „Szawle, Szawle, dlaczego Mnie prześladujesz?”.
Po cudownym nawróceniu przez trzy lata przebywał w Damaszku, później na krótko odwiedził Jerozolimę, gdzie spotkał się z innymi Apostołami. Odbył trzy wielkie podróże misyjne, w których dotarł do wielu miast pogańskich w Azji Mniejszej, a nawet Grecji. Z niektórych fragmentów jego listów wynika także, że już po nawróceniu miał doświadczenia mistyczne.
Z powodu gorliwości apostolskiej jego życie wielokrotnie wystawione było na niebezpieczeństwo. Aresztowany w Jerozolimie w 60 r. spędził najpierw dwa lata w więzieniu w Cezarei, a po odwołaniu się do cezara, został przewieziony do Rzymu. Tam kilka lat spędził w areszcie domowym. Uwolniony z braku dowodów jakiejkolwiek winy odbył prawdopodobnie kolejną podróż do Hiszpanii i na Kretę. Ponownie został aresztowany poniósł w roku 67 śmierć męczeńską. Jako obywatel rzymski nie był torturowany, lecz został ścięty mieczem. Jako datę śmierci Apostoła podaje się 29 czerwca. Już Konstantyn Wielki po roku 330 na miejscu męczeństwa św. Pawła wystawił świątynię. Znajduje się ona już poza murami starożytnego Rzymu i nosi nazwę Bazylika św. Pawła za Murami.
Św. Paweł pozostawił po sobie 13 listów, które należą do kanonu Pisma św. Dzięki świetnemu wykształceniu potrafił też nawiązać dialog z myślicielami pogańskimi, co stworzyło nowe możliwości ewangelizacji wśród pogan. Jest nazywany Apostołem Narodów.
e-Kai.pl
***
sobota 28 czerwca
Msza św. w kościele św. Piotra o godz. 18.00
w intencji Wspólnoty Żywego Różańca
spowiedź św. od godz. 17.00
***
Wspomnienie Niepokalanego Serca Najświętszej Maryi Panny
W sobotę po uroczystości Najświętszego Serca Pana Jezusa obchodzimy wspomnienie Niepokalanego Serca Najświętszej Maryi Panny.
fot. Karol Porwich/Tygodnik Niedziela
***
To serce tak czyste, tak piękne i dobre, dzieło i radość Trójcy Przenajświętszej. Ojciec znajduje upodobanie w oglądaniu Serca Przenajświętszej Panny Maryi jako arcydzieła swej ręki. Serce Maryi jest dla nas tak czułe, że serca wszystkich matek są przy nim jak sopel lodu. (z Myśli św. Jana Vianney´a – proboszcza z Ars)
W sobotę po uroczystości Najświętszego Serca Pana Jezusa obchodzimy w Kościele wspomnienie Niepokalanego Serca Najświętszej Maryi Panny.
Wspomnienie to zostało zapoczątkowane we Francji w XVII w. Propagował je zmarły w 1680 r. św. Jan Eudes. Po poświęceniu świata Sercu Dziewicy Maryi w roku 1942, do papieża Piusa XII napływały liczne prośby, żeby rozszerzył kult do Niepokalanego Serca Maryi, istniejący w niektórych miejscach, na cały Kościół. Pius XII przystał na nie w 1945 r.
Bezpośrednią okazją do ustanowienia tego wspomnienia było poświęcenie całego rodzaju ludzkiego Niepokalanemu Sercu Najświętszej Maryi Panny 8 grudnia 1942 r. przez papieża Piusa XII. Użyte w tytule wspomnienia słowo “serce” nie ma znaczenia poetyckiego, lecz naznaczone jest rozumieniem biblijnym. Oznacza więc ośrodek ludzkiego życia duchowego, uczuciowego i wolitywnego. Serce to życiowa głębia człowieka, to osobowe centrum, to najwłaściwsze miejsce doświadczenia Boga samego. Biblijne znaczenie słowa “serce” jest wręcz nieprzetłumaczalne na języki współczesne, a w Piśmie Świętym wyraża egzystencjalną głębię przyjęcia Słowa Bożego i gotowość jego wypełnienia. W tym kontekście nabierają szczególnego znaczenia słowa stanowiące centrum wspomnienia, a mówiące o zachowywaniu przez Maryję wszystkiego w swoim sercu, co Jezus powiedział (por. Łk 2, 51).
Serce Maryi
Prefacja mszalna mówi, że serce Maryi jest mądre, niepokalane, czyli wolne od wszelkiej skazy grzechu, uległe, ponieważ jest oddane w sposób najwierniejszy woli Bożej we wszystkim, nowe, pokorne – naśladuje Chrystusa, który powiedział: “Uczcie się ode Mnie, bo jestem cichy i pokorny sercem” (Mt 11, 29), proste, wolne od obłudy i pełne Ducha prawdy, czyste i mężne w przyjmowaniu woli Bożej. Niepokalane Serce Maryi jest przede wszystkim przybytkiem Ducha Świętego, z racji Jej Boskiego Macierzyństwa oraz zamieszkania w Jej duszy Ducha Świętego. Przez swoje Niepokalane Serce Maryja zasłużyła sobie na noszenie w swoim dziewiczym łonie Syna Bożego. Serce Maryi zachowywało jak skarb zwiastowanie Anioła Pańskiego o Bożym Macierzyństwie i tego, co miało miejsce w noc betlejemską. Nigdy w ciągu ziemskiego życia Maryja nie zapomniała wydarzeń związanych ze śmiercią swego Syna na Krzyżu i słów, które usłyszała od Niego: “Niewiasto, oto syn Twój” ( por. J 19, 26). W Janie widziała wszystkich ludzi i umiłowała nas w swoim Sercu miłością matki, taką samą miłością jaką kochała Jezusa. Maryja zna dobrze Serce swego Syna i wie, jak do Niego dotrzeć. Dzięki Jej wstawiennictwu nasze prośby docierają do Pana “wcześniej i lepiej” .
Nasza Matka
Idźmy tulmy się jak dziatki, do Serca Maryi Matki (…) Idźmy, idźmy ufnym krokiem, z rzewnym sercem, z łzawym okiem, Serce to zna dzieci głos, odwróci bolesny cios. Od naszej Matki Najświętszej płyną potoki łask przebaczenia, miłosierdzia, pomocy w potrzebie. Przez symbol serca czcimy w Maryi Jej najczystszą i doskonałą miłość Boga i Jej macierzyńską miłość do każdego człowieka. W nim znajdujemy schronienie pośród wszystkich trudności i pokus życia oraz bezpieczną drogę, ażeby szybko dojść do Jej Syna.
Serce Maryi ucieczką naszą
Nie sposób nie wspomnieć przy tej okazji o Zgromadzeniu Córek Najczystszego Serca Najświętszej Maryi Panny (potocznie zwane Sercankami). To bezhabitowe zgromadzenie zostało założone przez bł. o. Honorata Koźmińskiego. Dom generalny Sióstr Sercanek znajduje się w Nowym Mieście nad Pilicą. W duchowość Sióstr Sercanek wpisane jest wynagrodzenie i zadośćuczynienie za grzechy swoje i innych, za zniewagi, jakimi ludzie obrażają Najświętsze Serce Pana Jezusa i Niepokalane Serce Maryi.
Małgorzata Zalewska/Tygodnik Niedziela
***
Dwa objawienia, dwie rewolucje. Kult Serc Chrystusa i Jego Matki a rewolucja francuska i bolszewicka
(oprac. GS/PCh24.pl)
***
Objawienia dotyczące Najświętszego Serca Pana Jezusa i Niepokalanego Serca Maryi miały miejsce niedługo przed rozpoczęciem politycznych rewolucji na świecie – odpowiednio: francuskiej i bolszewickiej. Można powiedzieć, że widzenia te były „ostatnią szansą” na opamiętanie się; szansą niestety niewykorzystaną.
Kult Najświętszego Serca Jezusowego szerzył się od czasu, kiedy w latach 1673-1689 Zbawiciel ukazywał się św. Małgorzacie Marii Alacoque. Niespełna trzy stulecia później – bo w roku 1917 – Maryja objawiła się trójce dzieci z Fatimy. Zarówno Pan Jezus jak i Jego Matka obiecywali ogromne łaski czcicielom Ich Serc.
Deficyt wiary króla
Jednak poza wezwaniem do oddawania czci Swojemu Najświętszemu Sercu, Zbawiciel wezwał też króla Francji Ludwika XIV i całą jego rodzinę do poświęcenia się temu Sercu, oddawania mu publicznej czci i zbudowania świątyni mu poświęconej. Chrystus obiecał, że jeśli król i cała Francja wypełni to posłannictwo, to będzie jej błogosławił, a jej wrogów złoży u jej stóp. Kraj ten został zatem obdarzony niezwykłą obietnicą; miał szansę stać się przykładem prawdziwej wiary dla innych narodów; można by rzec „narodem wybranym”.
Niestety Francuzi odrzucili to wezwanie. Być może po części było to rezultatem panoszącej się tam herezji jansenizmu, której założenia w dużej mierze zbiegały się z kalwinistycznym poglądem na predestynację. Trudno było bowiem głosić przesłanie o Sercu Jezusowym i o tym, że nabożeństwo do niego mogło ocalić świat, skoro janseniści uważali, że wszystko jest z góry zaplanowane, a ludzkie starania nie mają sensu.
W 1689 r. Małgorzata osobiście udała się do króla Ludwika, który w tym czasie był największym z europejskich monarchów. Niestety Ludwik odmówił poświęcenia siebie i swojej rodziny Najświętszemu Sercu Jezusa; nie chciał też wybudować kaplicy, by temu Sercu oddawano cześć. Ludwik nie uwierzył posłannictwu siostry Małgorzaty myśląc, że przecież gdyby Pan Bóg faktycznie tego od niego chciał, to mógł objawić się mu osobiście. Usprawiedliwiał się też, że gdyby spełnił boskie żądanie, a Francja mimo tego by cierpiała, to zaufanie ludzi do Boga mogłoby być naruszone. To tak jakby on „wiedział lepiej”.
Nieposłuszeństwo Ludwika przypomina grzech Mojżesza, który chociaż usłyszał boskie polecenie: „Przemów do skały, a ona wyda z siebie wodę” (Lb 20,8), to nie uwierzył, że cud mógłby być aż tak wielki i zamiast tego uderzył skałę laską. Pan Bóg prosił go o niewiele: chciał zamanifestować swoją potęgę, pokazując, że woda może wypłynąć ze skały na same słowa Mojżesza. Ten jednak wolał uderzyć skałę laską, a chociaż wypłynięcie z niej wody wciąż było cudem, to już nie tak wielkim, bo część Izraelitów pomyślała, że pod skałą było ukryte źródło, otwarte poprzez uderzenie. Od Ludwika Pan Bóg również wymagał niewiele, ale ten nie uwierzył autentyczności widzenia św. Małgorzaty i nie spełnił boskiej prośby. Już trzy lata później Ludwik i jego armia ponieśli klęskę w bitwie morskiej pod La Hogue, ulegając wojskom Ligi Augsburskiej, czyli państwom zjednoczonym przeciwko Francji. A to był dopiero początek nieszczęść.
W 1789 r., czyli równo 100 lat od spotkania siostry Małgorzaty z królem Ludwikiem, we Francji rozpoczęła się rewolucja. Monarchia została obalona; katolicy cierpieli ogromne prześladowania, a nawet rzeź. Rewolucja francuska przyniosła szkody nie tylko dla samej Francji, ale i dla całego świata. Był to początek „rozprawiania się” z monarchią, wprowadzania antyklerykalnych i laickich idei – słowem, zeświecczania społeczeństw wielu narodów. Czy można to nazwać karą za niespełnienie prośby Chrystusa? Nawet jeśli tak tego nie zakwalifikujemy, to na pewno Ludwik XIV odrzucił możliwość posiadania nieporównywalnej pomocy z samego nieba – wsparcia, które mogło ocalić jego następcę i cały kraj.
Zatrzymać błędy Rosji
Wydaje się, że tak jak przesłanie Chrystusa do św. Małgorzaty uprzedziło rewolucję francuską, tak samo objawienia Matki Bożej w Fatimie zapowiedziało nadejście rewolucji bolszewickiej. Teraz jednak poświęcenia narodu – już nie Francji, a Rosji – miał dokonać papież w jedności ze wszystkimi biskupami świata. Matka Boża ukazywała się trójce dzieci – Łucji, Franciszkowi i Hiacyncie – od 13 maja do 13 października 1917 r., wzywając ich do gorliwej modlitwy różańcowej.
– Odmawiajcie różaniec codziennie, abyście uprosili pokój dla świata i koniec wojny – prosiła Matka Boża. Do samej zaś Łucji powiedziała: – Jezus chce posłużyć się tobą, aby ludzie Mnie lepiej poznali i pokochali. Chce On ustanowić na świecie nabożeństwo do mego Niepokalanego Serca. Tym, którzy je przyjmą, obiecuję zbawienie. Dusze te będą tak drogie Bogu, jak kwiaty, którymi ozdabiam Jego tron.
Siostra Łucja doznawała widzeń Matki Bożej – a także samego Chrystusa – jeszcze długo po zakończeniu objawień w Fatimie. Ich treść pozostała podobna, a była nią prośba o wprowadzenie nabożeństwa pięciu pierwszych sobót miesiąca na cześć Niepokalanego Serca Matki Bożej oraz o konsekrację Rosji właśnie Sercu Maryi. To poświęcenie miało zatrzymać błędy, które Rosja szerzyła na świecie, a pierwszym z nich był bez wątpienia komunizm.
– Nadszedł czas, kiedy Bóg chce, by ojciec święty w jedności z biskupami z całego świata poświęcił Rosję mojemu Niepokalanemu Sercu. To ją uratuje. Sprawiedliwość Boża potępiła wiele dusz za grzechy popełnione przeciwko mnie, dlatego przychodzę, by prosić o zadośćuczynienie. Poświęć się w tej intencji i módl się – powiedziała Matka Boża, ukazując się siostrze Łucji w 1929 r.
Rewolucja bolszewicka wywołała wiele szkód – przede wszystkim w Europie, ale nie tylko. To właśnie przez nią na świecie tak bardzo rozprzestrzenił się komunizm – system, który uważał religię za „opium ludu”. Nie trzeba chyba wspominać jak wiele cierpień on spowodował. Rewolucja bolszewicka uderzyła w Kościół, arystokrację i wartość prywatną. To właśnie komunistyczna Rosja wraz z nazistowskimi Niemcami rozpoczęły II wojnę światową, a po jej zakończeniu władze komunistyczne prześladowały i nadal prześladują katolików. Kiedyś miało to miejsce w krajach tzw. bloku wschodniego; teraz – w Chinach, Korei Północnej, Wietnamie czy na Kubie.
Konsekracji Rosji, o którą prosiła Matka Boża, miał dokonać Ojciec Święty w jedności ze wszystkimi biskupami świata. Zdaniem siostry Łucji, odbyła się ona dopiero w 1984 r. Jednak część katolików ma wątpliwości, czy prośba Matki Bożej na pewno została wtedy spełniona; ówczesne zawierzenie dotyczyło bowiem całego świata, bez wymienienia Rosji w szczególności. Rosja została jednak wyraźnie wymieniona w konsekracji, której dokonał papież Franciszek w 2022 roku. Można zapytać, czy gdyby poświęcenie Rosji dokonało się wcześniej, to czy może udało by się odwrócić część szkód spowodowanych przez komunizm? Rewolucja wybuchła krótko po objawieniach w Fatimie, bo już w listopadzie 1917 r. Jednak do aktu konsekracji – czy to w 1984 czy też w 2022 roku – minęły całe dziesięciolecia.
Ratunek w godzinie śmierci
Nabożeństwa ku czci Najświętszego Serca Pana Jezusa i Niepokalanego Serca Maryi są ratunkiem dla grzeszników na godzinę śmierci. Obydwa objawienia zawierają wezwanie do zadośćuczynienia za grzechy i nadzieję na ratunek w godzinie śmierci. Niedługo po objawieniach nastąpiły rewolucje i wojny, a zatem śmierć była powszechnym i dużym zagrożeniem. Przesłania Chrystusa i Matki Bożej można zatem traktować jako zachętę do uporządkowania swojego życia duchowego i zawiązania bliskiej relacji z Nimi, co – zgodnie z obietnicami – będzie ogromną pomocą w godzinie śmierci.
– Obiecuję w nadmiarze Miłosierdzia Serca Mego, że Jego Miłość wszechpotężna udzieli wszystkim, którzy komunikować będą przez dziewięć pierwszych piątków miesiąca z rzędu, łaski pokuty ostatecznej, że nie umrą w stanie niełaski ani bez sakramentów świętych i że Moje Serce będzie dla nich bezpieczną ucieczką w ostatniej godzinie ich życia – powiedział Zbawiciel do siostry Małgorzaty Marii Alacoque.
Chrystus poprosił również o ustanowienie specjalnego święta ku czci Jego Serca na piątek po zakończeniu oktawy Bożego Ciała. – Dlatego żądam, żeby pierwszy piątek po oktawie Bożego Ciała był odtąd poświęcony, jako osobne święto na uczczenie Mojego Serca i wynagrodzenia mi przez Komunię Świętą i inne praktyki pobożne zniewag, jakich doznaję, gdy wystawiony Jestem na ołtarzach. W zamian za to obiecuję ci, że Serce Moje wyleje hojne łaski na tych wszystkich, którzy w ten sposób oddadzą Mu cześć lub przyczynią się do rozszerzenia Jego święta.
Matka Boża prosiła zaś o ustanowienie nabożeństwa pięciu pierwszych sobót miesiąca.
– Córko moja – powiedziała do siostry Łucji – spójrz, Serce moje otoczone cierniami, którymi niewdzięczni ludzie przez bluźnierstwa i niewdzięczność stale ranią. Przynajmniej ty staraj się nieść mi radość i oznajmij w moim imieniu, że przybędę w godzinie śmierci z łaskami potrzebnymi do zbawienia do tych wszystkich, którzy przez pięć miesięcy w pierwsze soboty odprawią spowiedź, przyjmą Komunię św., odmówią jeden Różaniec i przez piętnaście minut rozmyślania nad tajemnicami różańcowymi towarzyszyć mi będą w intencji zadośćuczynienia.
Do wypełnienia warunków nabożeństw pierwszych piątków i pierwszych sobót miesiąca trzeba być w stanie łaski uświęcającej, czyli wolnym od jakiegokolwiek grzechu ciężkiego (do spowiedzi można przystąpić wcześniej) i przyjąć Komunię św. W pierwsze soboty należy również odmówić pięć tajemnic Różańca św. oraz rozważać treść tajemnic różańcowych przez 15 minut. Ważne jest, aby spowiedź i Komunia św. były uczynione w intencji wynagrodzenia. Intencja ta nie musi być jednak jasno wypowiadana co miesiąc, ale wystarczy intencjahabitualna, czyli przyjęta raz i nigdy nie odwołana – jest nią po prostu raz powzięte postanowienie przystępowania do spowiedzi i Komunii św. pierwszopiątkowej i pierwszosobotniej w intencją wynagrodzenia.
Różaniec, odnowa moralna, triumf Kościoła nad Kulturkampfem. 148 lat temu rozpoczęły się objawienia w Gietrzwałdzie
(fot. Wikipedia/Bogitor)
***
27 czerwca 1877 roku rozpoczęła się seria widzeń Najświętszej Mayi Panny w warmińskim Gietrzwałdzie dwóch polskich nastolatek – Justyny Szafryńskiej i Barbary Samulowskiej. To wydarzenie miało olbrzymie znaczenie dla wiary i życia społecznego Polaków na Warmii, a później w całym kraju. Dziś przypada jego 148 rocznica.
Objawień Matki Bożej dwie wizjonerki doświadczały w sumie 160 razy. W ich trakcie Maryja przedstawiła się dziewczynkom, jako „Najświętsza Panna Maryja niepokalanie poczęta!”. Kluczowe znacznie dla utwierdzenia polskości na Warmii miał fakt, że w trakcie widzeń Justyna Szafryńska i Barbara Samulowska słyszały głos w rodzimym języku.
Przesłanie Najświętszej Panny, przekazane polskim dziewczętom, skupiało się na wezwaniu do gorliwej modlitwy różańcowej, wstrzymania się od spożycia alkoholu i traktowało o przyszłych losach Kościoła, szczególnie lokalnego. Nie brak było zapowiedzi dotyczących odrodzenia osieroconych parafii, czy przyszłości doznających trudności grup wiernych. Najświętsza Panna zapowiedziała również, że Ojciec święty Pius IX doczeka się jeszcze triumfu Kościoła świętego oraz, że Kościół w Polsce dozna oswobodzenia z prześladowań zaborców.
Z tego względu władze zaborcze wrogo odnosiły się do widzeń i pielgrzymek Polaków, którzy zaczęli przybywać do Gietrzwałdu z modlitwą. „Miejscowa administracja, prasa niemiecka i częściowo duchowieństwo, uznały je za manifestację polityczną, za polską demonstrację narodową, za oszustwo i zabobon, rzekomo niebezpieczny dla państwa, postępu i pokoju społecznego. W stosunku do pielgrzymów polskich, do kapłanów Polaków, przede wszystkim do miejscowego proboszcza ks. Augustyna Weichsla, wymierzono różne kary: z osadzaniem w więzieniu, nakładaniem grzywien i zawieszaniem w możliwościach wypełniania posługi duszpasterskiej”, czytamy na stronie sanktuariummaryjne.pl.
W odpowiedzi na wydarzenia i wzrastające zainteresowanie wiernych, biskup warmiński, Niemiec Filip Krementz, poddał zachowanie wizjonerek rzetelnemu sprawdzeniu i delegował do zbadania sprawy księży kanoników, sam również goszczą w Gietrzwałdzie.
Po latach proboszcz gietrzwałdzkiego Kościoła, wywodzący się z niemieckiej rodziny ks. Augustyn Weichsl, zaznaczał, że w skutek objawień odnotowano olbrzymi wzrost pobożności lokalnej, modlitwy różańcowej i poprawę życia moralnego. Wiele osób podjęło również życie zakonne.
Z powodu uznania i wsparcia dla objawień księdza proboszcza Weichsla spotkały prześladowania niemieckich władz. Był kilkakrotnie aresztowany i sądzony za propagowanie kultu maryjnego.
PCh24.plźródło: sanktuariummaryjne.pl FA
***
Gietrzwałd: Mocna odpowiedź Maryi na herezję i grzech
(oprac. GS/PCh24.pl)
***
Najświętsza Panna ukazująca się prostym warmińskim dziewczynkom – Justynie Szafryńskiej i Barbarze Samulowskiej – oprócz okazania swym ziemskim dzieciom wielu wyrazów miłości, twardo potępiła herezję i grzech, przekazując jednocześnie stanowcze upomnienia i przestrogi, które i dla nas, ludzi “nowoczesnych” powinny być cennymi drogowskazami na drodze do Nieba. Czego zatem wymaga od nas Matka Boża?
8 września Kościół Katolicki wspomina Matkę Bożą Gietrzwałdzką. Tym samym nadarza się doskonała okazja, by pochylić się nad jedynymi w Polsce uznanymi przez Watykan objawieniami Maryjnymi, jakie dokonały się pomiędzy27 czerwca a 16 września 1877 roku.
Maryja przeciwko hedonizmowi
Jednym z najistotniejszych punktów przesłania z Gietrzwałdu jest konieczność trwania w łasce uświęcającej i nieustanne praktykowanie cnót. Matka Najświętsza z bólem spoglądała na obecną wówczas na ziemi warmińskiej rozwiązłość. XIX – wieczna skala zepsucia nie dorównywała jednak degeneracji, jaką możemy obserwować dziś. Zło w biały dzień wypełza na ulice siejąc zgorszenie, niestety również w Polsce. Co zaskakujące, wielu katolików toleruje ten proceder, czasem nawet go wspiera. Uważają oni bowiem, że Kościół Katolicki się myli, powinien zmienić swoje nauczanie i dostosować je do dzisiejszych czasów. Świat, jeśli już poważnie rozważa istnienie Boga, próbuje Mu przypisywać daleko idącą pobłażliwość, tak wielką, iż pojęcie grzechu staje się niejako puste, pozbawione znaczenia i jakiegokolwiek odzwierciedlenia w rzeczywistości. Objawienia gietrzwałdzkie, podobnie, jak Pismo Święte i Tradycja, miażdżą ten mit, co warto przypominać w dzisiejszych czasach zamętu.
Zdarzył się też wypadek, że żądano przez trzecią osobę będącą w Gietrzwałdzie, ażeby dzieci zapytały się Matki Bożej, czy osoba pewna może przyjść do zdrowia. Odpowiedziała Najświętsza Panna, że: może, skoro ktoś z rodziny przestanie pić! Tymczasem według wiadomości ludzkiej nikt w tej rodzinie nie pił, później jednak, gdy przesłano tę odpowiedź Matki Bożej zdumionej rodzinie, winowajczyni istotna, która dotychczas starannie umiała się ukrywać ze swoim nałogiem, przyznała się doń otwarcie i odtąd sumienną poczęła czynić pokutę.
Skoro więc już “ciche” i niezauważalne nadużywanie alkoholu jest przyczyną innych, poważniejszych kłopotów ludzkich, a także Bożego rozczarowania, to jak tragiczne w swych skutkach musi być dzisiejsze pijaństwo, np. podczas imprez, kiedy to młodzież wprowadza się w tak głębokie upojenie, iż nie jest w stanie zająć pozycji innej niż leżąca. W Polsce na alkohol wydajemy rocznie ponad 40 miliardów złotych. Uzależnienie od alkoholu, które zwalczać chce Maryja, jest wielkim czynnikiem niszczącym nasze społeczeństwo. Jest on przyczyną niewypowiedzianego cierpienia i wstydu, jak również najrozmaitszych chorób ciała, umysłu, a nawet duszy.
Piekła nie ma?
“Wszyscy zostaną zbawieni a piekło to tylko średniowieczny wymysł kleru!” – oto, jak współcześnie spogląda się na fundamentalne kwestie eschatologiczne. Prawda jednak leży zgoła gdzie indziej. Piekło istnieje i mówi o tym sam Chrystus: Bójcie się raczej Tego, który duszę i ciało może zatracić w piekle. (Mt 10, 28)
Z herezją o nieistnieniu piekła rozprawia się i Maryja w Gietrzwałdzie: na zapytanie dziewcząt,czemu teraz ludzie tak często krzywo czyli fałszywie przysięgają, odebrały odpowiedź, że krzywoprzysięzca już jest oddany diabłu, który jako „głodny lew“ szuka ludzi, aby ich pożarł; krzywoprzysięzca już jest potępionym.
Najświętsza Panna jasno określiła, iż grzechy, takie, jak np. “szkaradny nałóg nieczystości cielesnej”, alkoholizm, czy kłamstwo przynoszą człowiekowi zgubę. Na pytanie o losy ludzi uporczywie trwających w rozpuście Matka Boża odpowiedziała: “Będą ukarani…” Tym samym potwierdza Ona słowa z Biblii: Nie łudźcie się! Ani rozpustnicy, ani bałwochwalcy, ani cudzołożnicy, ani rozwięźli, ani mężczyźni współżyjący z sobą, ani złodzieje, ani chciwi, ani pijacy, ani oszczercy, ani zdziercy nie odziedziczą królestwa Bożego. (1 Kor 6, 9 – 10)
Módlcie się nieustannie…
Sednem wizji gietrzwałdzkich była niewątpliwie zachęta do modlitwy, zwłaszcza różańcowej. […] na takie wezwanie zaiste cała Polska powinna by się wpisać do Różańca, a przynajmniej zobowiązać się do jego odmawiania. Nie powinno się znaleźć jednej duszy, która by się usuwała od tego. Nie bylibyśmy tej Matki dziećmi prawymi, gdybyśmy Jej rady i żądania nie spełnili. Nie zasłużylibyśmy się nazwać dobrymi Katolickiego Kościoła synami, gdybyśmy tego jednego przez Jego Opiekunkę wskazanego ratunku udzielić mu zaniechali. Nie okazalibyśmy się dobrymi tego kraju dziećmi, gdybyśmy zostali nieczułymi na jego widok i niedbałymi w niesieniu pomocy, na jaką zdobyć się możemy – mówił rok po zakończeniu objawień bł. o. Honorat Koźmiński.
Na przekazywane przez dziewczynki pytania i prośby wiernych, Maryja odpowiadała obietnicą, że tylko dzięki modlitwie chorzy wyzdrowieją, dusze z czyśćca szybciej będą mogły oglądać Boga, prześladowania Kościoła ustaną, a liczba powołań kapłańskich wzrośnie. Zarówno na początku, jak i na końcu objawień Matka Boża prosiła, byśmy codziennie z gorliwością odmawiali Różaniec. Bardzo zależało Jej, by ludzie przeżyli prawdziwe nawrócenie, “metanoję”.
Apel ten znalazł w polskim społeczeństwie głęboki odzew – organizowano wielkie pielgrzymki do Gietrzwałdu, pątnicy modlili się razem, padali krzyżem, wylewali łzy i ubolewali nad swymi grzechami masowo się spowiadając. Tego nam dzisiaj bardzo brakuje.
Modlitwa, tak ważna w kontekście wiecznych losów duszy, jest dziś często spychana na dalszy plan. Praca, podróże, nauka – to wszystko okazuje się być ważniejsze od spotkania z Bogiem. Jeszcze na początku lat 90-tych XX wieku do kościoła uczęszczało prawie 70% społeczeństwa. Obecnie niedzielnej Mszy Świętej słucha niespełna 40% Polaków. To smutna statystyka. Pokazuje zatrważające tempo laicyzacji i odejścia od wiary. Na szczęście w naszym kraju znajdziemy sporo osób wiernych Bogu, które z chęcią wypełniają wolę Nieba chwytając za Różaniec – są to np. Wojownicy Maryi, albo grupy skupione wokół Nowenny Pompejańskiej.
Warto wspomnieć, że wyżej od Różańca Maryja stawia Mszę Świętą, jako najdoskonalszą formę modlitwy, a także najskuteczniejszy środek pomocy duszom czyśćcowym. Wszelkie nasze prośby i błagania powinny być ogarnięte ciszą i skupieniem. Matka Boża zaleciła także, aby przy modlitwie osobistej pozostawać w pozycji klęczącej, która najpełniej wyraża ideę wpatrywania się w Boży majestat. Ciekawym jest też fakt, że Najświętsza Panna nie chciała udzielić błogosławieństwa tym, którzy przybyli na miejsce objawień jedynie w celu podziwiania cudów i doświadczenia tzw. “adrenaliny duchowej” nie okazując przy tym szacunku wobec Sacrum i traktując je instrumentalnie. Maryja błogosławiła za to osobom pokornym, szczerze żałującym za grzechy i cichym.
Nadzieja dla Polski
Orędzie z Gietrzwałdu nie dodaje do naszej wiary żadnych nowości, ani jej nie uzupełnia – ono w przepiękny sposób potwierdza wszystko, czego Kościół od zawsze nauczał. Jest to przypomnienie, byśmy w czasach zamętu nie oddalili się od Boga, wytrwałej modlitwy i Jego przykazań, a tym samym uniknęli narodowego upadku. To niezwykłe wydarzenie pozwala głębiej uwierzyć w stałą opiekę Bożą nad Ojczyzną i dostrzec jej ogromne znaczenie w dziejach Narodu.
Pamiętajmy, że mimo zauważalnych błędów i występków, Chrystus dostrzega w Polsce potencjał, co zdradza św. Faustynie: Polskę szczególnie umiłowałem, a jeżeli posłuszna będzie woli Mojej, wywyższę ją w potędze i świętości. Z niej wyjdzie iskra, która przygotuje świat na ostateczne przyjście Moje. (Dz. 1732)
W ostatnim objawieniu Matka Boża przemówiła do ludu polskiego tymi słowami: Nie smućcie się, bo Ja zawsze będę przy was. Obietnice z Nieba są nieodwołalne, a Maryja jest z nami i dzisiaj. Ufajmy zatem, iż Najjaśniejsza Rzeczpospolita niebawem zostanie uzdrowiona z chorób, które ją toczą, a idąc śladami Najświętszej Dziewicy, na zawsze pozostanie wierna Bożemu Prawu.
Zofia Michałowicz/PCh24.pl
***
Dobrze przy tej okazji jest przypomnieć słowa upomnienia Najświętszej Maryi Panny skierowane do Narodu Polskiego poprzez objawienia polskiej mistyczce Wandzie Malczewskiej w latach 1871–1872. Tekst tych napomnień został wydrukowany przez wydawnictwo Księży Pallotynów w Warszawie 1932 r. pod tytułem „Wizje przepowiednie upomnienia” i mają kościelną aprobatę przez tzw. “Imprimatur” (bp. Kazimierz Tomczak 12.12.1931).
“Polski Narodzie, Jam cię ukochała, Z niewoli wrogów zewnętrznych wyrwała, Wolność wróciłam, ale nie swawolę, Wewnątrz niezgoda gotuje niewolę. Chcesz być szczęśliwy, kochany narodzie, Pracuj, oszczędzaj i żyj w bratniej zgodzie, Unikaj kłótni, strzeż się partyjności, Zachowaj zgodę przy Boskiej miłości”.
***
Pamiętaj o wielkiej sile Spowiedzi Świętej. Nie daj się zniechęcić! (okiem młodych)
(fot. AdobeStock.com)
***
Idziesz do konfesjonału?! Zwariowałeś?! Spowiedź to tylko formalność dla katolików, którzy grzeszą, ale wcale się zmieniają! Jest środkiem kontroli, aby religia utrzymywała władzę nad wiernymi. To przestarzały rytuał rodem z ciemnogrodu! Konfesjonał jest pełen hipokryzji, ludzie udają, że są lepsi, niż naprawdę. Do spowiedzi idą tylko słabe jednostki, dające sobą manipulować. Masz zamiar sprzedawać swoją prywatność jakiemuś facetowi w sukience? – tak oto nowoczesny, “oświecony” świat spogląda na Sakrament Spowiedzi. Czy istnieje uzasadnienie dla, jakże dziś popularnego, czarnego PR-u konfesjonałów? Sprawdźmy, jaka jest prawda.
Pismo Święte i Tradycja Apostolska uczą, iż jednym z największych przymiotów Boga jest Miłosierdzie. Bóg, który jest Miłością, wzrusza się do głębi widząc nędzę grzesznika, dlatego w Swej dobroci odpuszcza mu grzechy i pociąga go ku Sobie dając mu życie wieczne. Daru zbawienia można doświadczyć właśnie dzięki odpuszczeniu grzechów.
Kapłańska władza “kluczy”
Niechaj nikt nie mówi: zgrzeszyłem w skrytości i Bóg sam jeden wie o tym, Jemu się też samemu przyznam. Inaczej, na próżno byłyby dane klucze Kościołowi – pisze św. Augustyn z Hippony. Kościół Katolicki w swym Katechizmie jednoznacznie wyjaśnia: Chrystus po swoim zmartwychwstaniu posłał Apostołów, by w Jego imię głosili „nawrócenie i odpuszczenie grzechów wszystkim narodom” (Łk 24, 47). Apostołowie i ich następcy pełnią tę „posługę jednania” (2 Kor 5,18), nie tylko głosząc ludziom przebaczenie Boże wysłużone nam przez Chrystusa i wzywając ich do nawrócenia i wiary, lecz także udzielając im odpuszczenia grzechów przez chrzest oraz jednając ich z Bogiem i z Kościołem dzięki władzy „kluczy” otrzymanej od Chrystusa: Kościół otrzymał klucze Królestwa niebieskiego, by dokonywało się w nim odpuszczenie grzechów przez Krew Chrystusa i działanie Ducha Świętego. Dusza, która umarła z powodu grzechu, zostaje ożywiona w Kościele, by żyć z Chrystusem, którego łaska nas zbawiła. (KKK 981)
Grzechy odpuścić może człowiekowi jedynie Bóg, tylko On ma bowiem taką władzę. Zechciał jednak owej mocy udzielić kapłanom: Którym odpuścicie grzechy, są im odpuszczone, a którym zatrzymacie, są im zatrzymane. W piękny sposób pisze o tym św. Jan Chryzostom: Kapłani otrzymali władzę, jakiej Bóg nie dał ani aniołom, ani archaniołom… Bóg potwierdza w górze to wszystko, co kapłani czynią na ziemi.
Czy spowiedź jest nam potrzebna?
Biorąc pod uwagę autorytet Pisma Świętego i Tradycji, nie można mieć wątpliwości co do słuszności, konieczności i ważności posługi spowiedników, którym sam Bóg powierzył tę niezwykłą misję. Kościół Święty, świadom powagi rzeczy, na Soborze Laterańskim IV w 1215 r. zaliczył Spowiedź co najmniej raz w roku do obowiązków wynikających z Przykazań Kościelnych. Spójrzmy zatem uważniej na głębię Spowiedzi jako Sakramentu – widocznego znaku działania Łaski Bożej.
Przyjęcie Bożego miłosierdzia w konfesjonale wymaga od człowieka uznania swoich win. Jednak Katechizm przypomina, iż Sakrament Spowiedzi polega nie tylko na oskarżaniu samego siebie przed kapłanem, co oczywiście jest bardzo istotne, ale stanowi również ścieżkę nawrócenia, pokuty, przebaczenia i pojednania. Jego celem jest “zmartwychwstanie duchowe”, przywrócenie człowiekowi Łaski Bożej, godności dziecka Bożego i zjednoczenie w przyjaźni ze Stwórcą. Skutkiem Spowiedzi jest również komunia z całym Kościołem – wszystkimi braćmi i siostrami w Chrystusie. Po wyspowiadaniu się człowiek godzi się z samym sobą i odrzuca ciężar grzechu, który oddzielał go od jego prawdziwej tożsamości, od człowieczeństwa i świętości. Szczera Spowiedź skruszonego penitenta staje się dla niego wielką pociechą duchową przynoszącą “pokój i pogodę sumienia”. Istotą Spowiedzi jest jednak przede wszystkim wybór drogi prowadzącej do życia. Grzesznik, który z wiarą przystępuje do Trybunału Miłosierdzia, poddaje się Bożemu osądowi już tu na Ziemi i niejako uprzedza czekający go na końcu życia ziemskiego sąd Boży. Katechizm, za św. Janem Ewangelistą, wskazuje nawet, iż dzięki Spowiedzi i pokucie człowiek „nie idzie na sąd” (J 5,24).
Nie bójmy się być kochani!
Spowiedź jest Sakramentem, którego najbardziej się obawiamy. Niemal każdego penitenta dopada strach przed duchownym zasiadającym w konfesjonale wywołany wstydem z powodu popełnionych grzechów. Zadajemy sobie pytanie, co spowiednik sobie o nas pomyśli, czy na pewno nikomu nie wyjawi naszych tajemnic lub nas srodze nie upomni. Obawy te są naturalne, jesteśmy ludźmi, znamy słabość naszej natury, dlatego też mamy powody, by powątpiewać w stałość cnót drugiego człowieka. Należy jednak przezwyciężyć lęk i zaufać Bogu, który ustanowił spowiedź dla naszego zbawienia. Dobrze jest pamiętać, że to sam Chrystus czeka na nas w konfesjonale – kapłan jest jedynie szafarzem Miłosierdzia, narzędziem w Boskich rękach.
Kapłan, kiedy Mnie zastępuje, to nie on działa, ale Ja przez niego; życzenia jego są życzeniami Moimi. […] Pragnę, żebyś była wobec zastępcy Mojego tak szczera i prosta jak dziecko – mówi Chrystus św. Faustynie.
Niezwykle poruszające fakty na temat istoty Spowiedzi Pan Bóg zdradził mistyczce Catalinie Rivas. Oto fragmenty opisu jej wizji:
Widziałam, jak młoda kobieta siedziała podczas spowiedzi, jednak nie przed księdzem, a przed samym Jezusem. Nie widziałam księdza; to Jezus zajął Jego miejsce. Nasz Pan siedział bokiem do mnie, opierając brodę na dłoniach splecionych jak do modlitwy, i słuchał uważnie. […] po prawej stronie Jezusa i spowiadającej się kobiety, dostrzegłam Dziewicę Maryję […] Dwa bardzo wysokie anioły stały i każdy trzymając w dłoni włócznię, badawczo obserwowały otoczenie […] Były czujne i uważne, jakby strzegły Najświętszej Panny, która trwała stojąc z dłońmi złożonymi do modlitwy i patrzyła ku niebu, a anioły tymczasem wydawały się strzec całego miejsca. […] W pewnym momencie Jezus podniósł rękę, zatrzymując dłoń w pewnej odległości od głowy młodej kobiety. Jego cała ręka była pełna światła, od którego odchodziły złote promienie, okrywając kobietę największą wspaniałością i przemieniając ją. Zobaczyłam, jak stopniowo zmieniała się jej twarz, jak gdyby ktoś zdejmował z niej maskę… Widziałam, jak wcześniejsza harda twarz zmienia się w twarz inną, szlachetniejszą, słodszą i spokojniejszą. W chwili, kiedy Jezus udzielał rozgrzeszenia, Najświętsza Dziewica uklękła i pochyliła głowę, a wszystkie istoty, które były wokół niej, zrobiły tak samo. Jezus wstał, zbliżył się do kobiety i dopiero wtedy zobaczyłam księdza siedzącego tam, gdzie wcześniej był Jezus. Pan objął młodą kobietę i pocałował ją w policzek. Następnie obrócił się, objął księdza i jego również pocałował w policzek. W tej chwili wszystko wypełniło się intensywnym światłem, które, jak gdyby wznosząc się do sufitu, zniknęło w tym samym czasie, co moja wizja i znowu patrzyłam na znajdującą się przede mną ścianę. […]
“Ojciec kłamstwa” nie daje za wygraną
Watykan zachęca księży, aby ich zachowanie podczas posługi spowiedzi przypominało postawę miłosiernego ojca z przypowieści o synu marnotrawnym – aby byli otwarci na wszystkich i wielkoduszni w udzielaniu Bożego przebaczenia. Jednak lewicowa propaganda widzi w takich wskazówkach nawoływanie księży do bycia “terapeutą”, a nie spowiednikiem. Spowiedź jest dla przeciwników Kościoła jednym ze sposobów przekazywania i utrwalania “toksycznych treści katolickiego nauczania”. Niektóre antyklerykalne portale często zamieszczają artykuły oczerniające sakrament Spowiedzi: Opowiadam się za zniesieniem spowiedzi, bo niczego dobrego nie wnosi, a ma bardzo dużo negatywnych skutków psychologicznych u najmłodszych. (…) Spowiedź z jednej strony wyrywa dzieci z dzieciństwa, a z drugiej utrzymuje dorosłych ludzi w stanie wiecznej niedojrzałości – możemy przeczytać w wywodach byłego księdza opublikowanych na portalu NaTemat. Spowiedź jest trywializowania, sprowadzana do rangi luźnej pogawędki: jedni wolą psychoterapeutę, inni spowiednika, do którego przychodzą, żeby pogadać i się poradzić… Z kolei oko.press stawia tezę, że “spowiedź dziecka jest źródłem cierpienia”, zaś pisząca o tym Sakramencie aktywistka LGBT nazywa ją “aktem wymuszania poczucia winy”.
W tego typu artykułach ubolewa się nawet nad tym, że konfesjonał wymaga uklęknięcia, tak jakby zapomniano, że w Spowiedzi penitent ze skruchą wyznaje swoje grzechy przed samym Bogiem! Publikacje te pozwalają poznać smutną prawdę o tym, jak współcześnie postrzegana jest spowiedź – nie jako spotkanie z żywym Bogiem, lecz jako przykry obowiązek wynikający ze “staroświeckich” tradycji. Dlaczego spowiedź tak bardzo przeszkadza wrogom Kościoła?
Najsilniejszy egzorcyzm
Mistyczka Catalina Rivas w następujący sposób relacjonuje swoje wizje dotyczące działania złego ducha zmierzające do tego, aby człowiek nie przystąpił do konfesjonału lub był nieodpowiednio przygotowany do Spowiedzi z powodu pokus i rozproszeń: […]nagle znalazłam się w kościele, przed grupą ludzi czekających w kolejce do spowiedzi. Moim oczom ukazało się wiele cieni, postaci o ludzkich ciałach i zwierzęcych głowach. Były one w trakcie łapania na lasso pewnego człowieka idącego do spowiedzi. Istoty zarzucały i okręcały sznury wokół jego szyi i czoła, jednocześnie szepcząc mu coś do ucha.
Egzorcyści twierdzą, iż Sakrament Pokuty i Pojednania skuteczniej pozbawia szatana władzy nad duszami niż klasycznie pojmowane egzorcyzmy. O. Gabriele Amorth jest zdania, iż obrzędy te wydzierają szatanowi jedynie ludzkie ciało, podczas gdy dobrze odbyta Spowiedź skutecznie uwalnia z diabelskich szponów nieśmiertelną duszę.
Z kolei ks. Piotr Glas, znany polski rekolekcjonista i autor książek niejednokrotnie podkreślał, że do wyspowiadanych grzechów szatan nie ma dostępu i nie może nas już za nie oskarżać, są one bowiem zgładzone przez Baranka, do którego je zanieśliśmy.
Siła spowiedzi Świętej jest niezwykle potężna – dzięki niej ludzie wychodzą ze zniewoleń i nałogów, a osiągnięta w konfesjonale przyjaźń z Miłosiernym Ojcem owocuje poukładaniem relacji w rodzinie i uzdrowieniem życia zawodowego. Przede wszystkim Spowiedź daje możliwość przyjęcia najcenniejszego Daru – Komunii Świętej, która w sposób najdoskonalszy jednoczy z Chrystusem. Ważne, by przystępować do Spowiedzi regularnie, praktykując np. nabożeństwo Pierwszych Piątków Miesiąca, które, oprócz “standardowych” korzyści sakramentalnych, pozwalają na szczególne uczczenie Najświętszego Serca Jezusowego i wynagrodzenie Mu za zniewagi i bluźnierstwa.
Zofia Michałowicz/PCh24.pl
W ramach cyklu [OKIEM MŁODYCH] prezentujemy materiały młodych Autorów przygotowane dla PCh24.pl
źródła:
Katechizm Kościoła Katolickiego
ks. Tomasz Lewicki – Ewangelia Miłosierdzia. Orędzie Jezusa w przekazie Łukaszowym, Studia Płockie tom XXXVIII/2010
https://natemat.pl/466772,byly-ksiadz-nie-ma-watpliwosci-spowiedz-dzieci-jest-szkodliwa-wywiad – dostęp 01.08.2023
https://oko.press/spowiedz-dziecka-jako-zrodlo-cierpien-polowa-z-nas-sie-bala-i-wstydzila-sondaz – dostęp 01.08.2023
św. Faustyna Kowalska – Dzienniczek. Miłosierdzie Boże w duszy mojej
***
piątek 27 czerwca
Uroczystość Najświętszego Serca Pana Jezusa
Msza św. w sali parafialnej kościoła św. Piotra o godz. 19.00
Adoracja Najświętszego Sakramentu od godz. 18.00
w tym czasie – możliwość spowiedź św. i na zakończenie adoracji – nabożeństwo czerwcowe
***
Najważniejsze Serce świata
Począwszy od duchowych doświadczeń św. Małgorzaty Marii Alacoque, głęboko związanych z doznanymi objawieniami Najświętszego Serca Pana Jezusa, stojących u podstaw Jego kultu, katolicy praktykują najpierw osobiste, a potem także wspólnotowe i publiczne akty poświęcenia. Możemy je zauważyć w wędrówce duchowej wielu świętych w XVIII i XIX wieku, dla których stały się niejako programem życia i działania.
Adobe Stock
***
Szczególnym przełomem w praktykowaniu tych aktów było zalecenie publicznego odmawiania Aktu poświęcenia rodzaju ludzkiego Najświętszemu Sercu Pana Jezusa, które wydał papież Leon XIII w encyklice Annum sacrum (25 maja 1899 r.). Powód zalecenia tego aktu całemu Kościołowi i jego odmawiania „w głównym kościele wszystkich stolic i miast” był bardzo osobisty. Papież chciał w ten sposób dziękować Bogu „za uwolnienie od niebezpiecznej choroby i zachowanie przy życiu”. Stopniowo ten akt zaczął się przyjmować w Kościele w wersji wspólnotowej, by stać się manifestacją kultu Najświętszego Serca Jezusowego i zawartego w nim przesłania duchowego, kościelnego i społecznego. Do jego utrwalenia przyczynił się następnie papież Pius XI, nadając odpusty jego publicznemu odmówieniu, a kolejni papieże potwierdzili zarówno znaczenie tej pobożnej praktyki, jak i odpusty z nią związane. Dzisiaj także łączy się z tym aktem odpust zupełny, gdy jest on odmawiany publicznie.
Aby zrozumieć sens tego aktu i jego uprzywilejowane znaczenie, trzeba mieć na względzie jego genezę i rolę, którą odgrywał i odgrywa w Kościele. Chociaż został on zalecony po raz pierwszy w Kościele przez Leona XIII z racji niejako prywatnych, to jednak nie odzwierciedla tylko osobistych przekonań papieża, ale wyrasta z głębokiej teologii Najświętszego Serca Pana Jezusa, która została wypracowana w XVIII i XIX wieku. Łączy ona w sobie tajemnicę wcielenia Syna Bożego i Jego zbawczej ofiary na krzyżu, która niejako streszcza się w słowie miłość, a jej symbolicznym wyrazem jest serce. Od samego początku więc Serce Jezusa jest syntezą dzieła zbawczego.
W tym kulcie jest obecny jednak także drugi aspekt, którym są jego konsekwencje duchowe i moralne – zarówno indywidualne, jak i społeczne. Od wierzącego domaga się on zatem odpowiadania osobistą miłością na miłość Chrystusa, a od wspólnoty wierzących – chrześcijańskiego kształtowania życia społecznego, a nawet politycznego. Dlatego już w XIX wieku zwrócono uwagę na społeczne królowanie Chrystusa, którego wymóg rodzi się z kultu Jego Serca. Począwszy od papieża bł. Piusa IX, o tych konsekwencjach społecznych mówi się coraz więcej. Papież św. Paweł VI, wychodząc od Najświętszego Serca Pana Jezusa, zaproponował Kościołowi budowanie „cywilizacji miłości”, a św. Jan Paweł II poszerzył tę koncepcję, proponując „cywilizację miłości i prawdy”. Dobrze to odpowiada dzisiejszej sytuacji duchowej świata, który potrzebuje odnaleźć na nowo i odbudować podstawowe znaczenie prawdy i miłości w życiu osobistym, społecznym, politycznym itd.
Dlaczego więc publiczne, czyli właściwie wspólnotowe odmawianie Aktu poświęcenia rodzaju ludzkiego Najświętszemu Sercu Pana Jezusa?
Ta praktyka kościelna podkreśla przede wszystkim, że kult Najświętszego Serca Jezusowego nie jest jedynie wyrazem jakieś pobożności czysto wewnętrznej i indywidualistycznej, by nie powiedzieć – pietystycznej, ale jest kultem doniosłym społecznie, jak społeczny charakter miało dzieło zbawcze Chrystusa, gdy zakorzeniało się w Jego Sercu. Wyraża się w nim jasno świadomość, że wiara chrześcijańska ma charakter kościelny: jest pierwotnie „wiarą Kościoła”, w której potem osobiście uczestniczy każdy wierzący. Jako wiara eklezjalna ma ona także kształtować życie wspólnotowe w jego wielu aspektach.
Kult Najświętszego Serca ma następnie charakter wynagradzający i ekspiacyjny. Akt, o którym mówimy, został zalecony także jako akt ekspiacyjny, szczególnie za grzechy raniące życie społeczne, takie jak: zaniedbania w wychowaniu, lekceważenie czystości, bluźnierstwa, żądza posiadania, niewiara, ateizm, odrzucanie Boga w kulturze i polityce, lekceważenie władzy itd. Grzechy publiczne domagają się również publicznego zadośćuczynienia. Zwracała na to uwagę już św. Małgorzata Maria Alacoque.
Publiczne odmawianie Aktu poświęcenia rodzaju ludzkiego Najświętszemu Sercu Pana Jezusa ma następnie na celu podkreślenie, że objawiona przez Niego miłość jest najwyższą zasadą życia społecznego i politycznego. Wszyscy papieże XX wieku, podobnie jak to uczyniono w dokumentach II Soboru Watykańskiego, stale powracają do tego pryncypium, usiłując do niego przekonać zarówno chrześcijan, jak i wszystkich ludzi dobrej woli. Publiczne powtarzanie tego aktu ma za zadanie utrwalać to przekonanie o zasadniczym znaczeniu dla całej ludzkości, aby w oparciu o nie dokonywać przemiany relacji międzyludzkich i kształtować nowy styl życia.
Trzeba także pamiętać, że papież Pius XI złączył odmawianie Aktu poświęcenia rodzaju ludzkiego Najświętszemu Sercu Pana Jezusa ze świętem Chrystusa jako Króla Wszechświata. Chciał w ten sposób nie tylko połączyć ze sobą te dwa rodzaje kultu, ale także jeszcze mocniej podkreślić społeczne znaczenie Jezusa Chrystusa i Jego zbawczej miłości dla przyszłości człowieka, która będzie rzeczywiście otwarta, jeśli zostanie złączona z Jego obecnością i Jego panowaniem. Trafnie zwracają na to uwagę rozwijające się obecnie rozmaite ruchy intronizacyjne, które łączą się z kultem Najświętszego Serca Pana Jezusa.
Publiczne odnawianie Aktu poświęcenia rodzaju ludzkiego Najświętszemu Sercu Pana Jezusa jest niejako syntetycznym potwierdzeniem tych głębokich treści obecnych w Jego kulcie. Na pewno powinny one zostać wydobyte, aby dokonywać przemiany życia społecznego, której dzisiaj tak bardzo potrzeba – ze względu zarówno na dzisiejszą sytuację duchową, jak i na dalszy rozwój życia wspólnoty ludzkiej. Odpust związany z tym aktem stanowi niewątpliwie zachętę do jego odmawiania, ale przede wszystkim odpust – ten wielki duchowy dar – dokonuje odnowy wewnętrznej człowieka, gdyż uwalnia go od skutków grzechu i przyczynia się do tego, że człowiek w nowy sposób może także wcielać w życie to, co jest zawarte w przesłaniu, z którego ten akt wyrasta i które nadal propaguje.
Ks. Janusz Królikowski/Tygodnik Niedziela
***
Jak Kościół czcił Eucharystyczne Serce Jezusa? Zapomniane święto, które porusza serca
Stock Studio 4477 | Shutterstock
***
Ta mała, biała Hostia jest posłuszna dłoniom prezbitera. Prezbiter wypowiada słowa konsekracji, składa dłonie i ta Hostia przemienia się w żywego Jezusa. Rozumiecie to? Serce Jezusa tak nas ukochało, że za każdym razem podczas mszy św. ożywa i umiera! W rozmowie z Aleteią o. Mariusz Balcerak, jezuita, wicepostulator procesu o. Józefa Andrasza, krakowskiego spowiednika św. s. Faustyny, mówi o święcie Eucharystycznego Serca Jezusa.
Niemal nieznane święto – Eucharystyczne Serce Jezusa
Aleteia: Poszukując informacji o Słudze Bożym, o. Józefie Andraszu w starych księgach, natrafił ojciec na ślady wyjątkowego święta – Eucharystycznego Serca Pana Jezusa.W internecie niemal nic nie można o nim znaleźć…
O. Mariusz Balcerak SJ: Rzeczywiście, w starych księgach odnalazłem wiele wiadomości o święcie, o którym chyba większość z nas nie słyszała. Kult Eucharystycznego Serca Pana Jezusa to połączenie kultu Eucharystii i Najświętszego Serca Pana Jezusa.
W 1878 r. papież Leon XIII potwierdził, że nie sposób jest oderwać od siebie obu tych kultów, a papież Benedykt XV w 1921 r. zatwierdził formularz mszalny o Eucharystycznym Sercu Jezusowym. To on także zapoczątkował liturgiczne wspomnienie w czwartek, kończący oktawę Bożego Ciała. Natomiast papież Pius XII w encyklice Haurietis aquas(Zaczerpnijcie wody) z 1956 r. napisał, że „trudno byłoby zrozumieć moc tej miłości, która kazała Chrystusowi stać się naszym duchowym pokarmem, jeśli nie pielęgnowalibyśmy w sposób szczególny kultu Eucharystycznego Serca Jezusowego. Ten kult jest zaproszeniem, byśmy coraz bardziej odkrywali tajemnicę miłości Chrystusa do nas. Jak widzimy kult Eucharystycznego Serca Pana Jezusa jest ważny dla Kościoła.
Decyzje papieży stanowią zwieńczenie rozważań o Eucharystycznym Sercu Jezusa, które rozpoczęto dużo wcześniej…
Już blisko 300 lat przed decyzjami papieży wierni mieli pewne intuicje. Pionierami byli przedstawiciele szkoły duchowości zwanej École Française reprezentowanej przez Pierre de Bérulle (1575-1629) oraz Charlesa de Condren (1588-1641). Zwrócili oni uwagę na Jezusa Chrystusa w Hostii, który jest zarazem kapłanem i ofiarą, złożoną Ojcu na krzyżu – i uobecnianą w każdej mszy św. To rozumienie prowadzi nas w kierunku przebitego Serca Jezusa, które zdecydowało się podjąć tę ofiarę.
Z kolei Jean-Jacques Olier (1608-1652) zwracał uwagę na to, że podczas adoracji Najświętszego Sakramentu, Chrystus staje przed człowiekiem w postawie całkowitego wyniszczenia się z miłości do Ojca i do stworzenia. To pierwszy moment, w którym podkreśla się, że wyniszczenie następuje nie tylko na poziomie ciała, ale też serca – czyli rezygnacji z własnej woli i pragnień po to, żeby spełnić wolę Ojca. Warto też wspomnieć św. Jana Eudesa (1601-1680), który łączy kult Serca Jezusa i Maryi z Eucharystią – szczególnie czczoną podczas mszy św.
Objawienia Najświętszego Serca Jezusa
I tu przychodzi czas na wspomnienie słynnych objawień św. Małgorzacie Marii Alacoque (1647-1690)?
Tak. Św. Małgorzata doświadczyła około osiemdziesięciu objawień Serca Jezusowego, które – mówiąc w ogromnym skrócie – zmierzały do ustanowienia święta ku czci Serca Jezusowego, komunii św. wynagradzającej i uroczystemu wynagradzaniu Chrystusowi, odmawianemu przed Najświętszym Sakramentem.
Jednak wciąż nie wspomniano tu o Eucharystycznym Sercu Jezusa, chociaż te powiązania były jednoznaczne…
Tak. Pierwszy raz tego określenia użył Jean Paul Salut w dziele wydanym w latach 1701-1703, zgłębiając chwałę Serca Pana Jezusa w Eucharystii, a potem w 1706 r. Antoine Ginther, zgłębiając miłość Serca Jezusa w Najświętszym Sakramencie. Widać więc tu wyraźnie, że duchowość Eucharystycznego Serca Jezusa rozwija się po rewolucji francuskiej, która przyniosła ogromne zniszczenie moralne i duchowe.
Co ciekawe, w latach 50. i 60. XIX w. pojawiło się sporo zgromadzeń męskich i żeńskich, które nawiązują w swoim charyzmacie do Najświętszego Serca i do adoracji Najświętszego Sakramentu, często w duchu wynagrodzenia.
Dokładnie. Należy tu wspomnieć św. Piotra Julian Eymarda (1811-1868), który założył Zgromadzenie Księży Najświętszego Sakramentu i Zgromadzenie Służebnic Najświętszego Sakramentu. W tym czasie także świeccy zakładali stowarzyszenia i bractwa, szerzące kult Eucharystycznego Serca Boga, które jest obecne w Najświętszym Sakramencie. Papież Pius IX udzielił w 1868 r. trzem francuskim biskupom zgody na używanie inwokacji „Sercu Eucharystycznemu Jezusa należy się w każdej chwili cześć, uwielbienie, miłość i dziękczynienie we wszystkich tabernakulach świata aż do skończenia wieków”. W zbiorze odpustów, związanych z modlitwami do Eucharystycznego Serca Jezusa, papież Leon XIII w 1787 r. bardzo mocno łączył Serca Jezusa z sakramentem ołtarza. A w 1903 r. wyniesiono w Rzymie Bractwo Eucharystyczne Serca Jezusowego do poziomu arcybractwa. Pius X wzbogacił kult do Eucharystycznego Serca Jezusa licznymi odpustami. Kult Eucharystycznego Serca Jezusa rozwijał się dość mocno w zgromadzeniach redemptorystów oraz sercanów.
Różnice
Czym różni się kult Serca Jezusa od kultu Eucharystycznego Serca Jezusa?
Serce Eucharystyczne jest tym samym, co Serce Jezusa – z uwydatnieniem prawdy, że żyje Ono w świętych postaciach eucharystycznych. Równocześnie zwraca się uwagę, że jest to Serce, które tak ukochało człowieka, że stało się dla niego darem w Eucharystii. To właśnie podkreślali papieże Pius XI i Pius XII. A dziś, dzięki nauce, wiemy o tym jeszcze dużo, dużo więcej.
Idąc dalej: odpowiedź na Pani pytanie przynosi wspominania już encyklika Haurietis aquas, w której Pius XII nie mówi, że kult Eucharystycznego Serca Jezusa jest czymś innym od kultu Serca Jezusowego. Chodzi w nim raczej – jak podkreślają teologowie – o oddawanie czci Sercu Jezusa w odniesieniu do Eucharystii, z wdzięcznością za Jej ustanowienie i zachowanie do końca świata. Chodzi tu także o miłość Jezusa, która jest żywa w Jego Sercu i w Eucharystii. I myślę, że to akcent, który dziś może dać nam nowe impulsy do przeżywania adoracji Najświętszego Sakramentu, Jego uwielbiania i wynagradzania Mu za zniewagi.
Kult Eucharystycznego Serca Jezusa u o. Andrasza
A jak wyglądał kult Eucharystycznego Serca Jezusa u Sługi Bożego o. Józefa Andrasza, spowiednika św. s. Faustyny?
O. Andrasz napisał w latach trzydziestych XX w. niewielką książeczkę „Westchnienia i modlitwy do Eucharystycznego Serca Jezusa”. Podjął się w niej wyjaśnienia teologicznego, jak rozumieć i przeżywać nabożeństwo do Niego. Wskazał na spójność kultu Eucharystii z kultem Najświętszego Serca Pana Jezusa. Spisał także akty strzeliste, litanię, akt oddania się i modlitwę ouproszenie poprawy życia u Eucharystycznego Sercu Jezusa. Przygotowując proces beatyfikacyjny o. Andrasza odkrywam, że Eucharystyczny Kult Serca Jezusowego był u niego czymś niesamowitym. Myślę, że o. Andrasz, którego ludzie postrzegali jako odprawiającego mszę św. godnie i z pobożnością, doskonale rozumiał, że po konsekracji dokonuje się naprawdę coś mistycznego. Na ołtarzu pojawia się Bóg, który z miłości do człowieka zgadza się umrzeć za nas, aby nas zbawić. Jezus robi to ofiarnie, wie, że w ten sposób wznawia swą mękę; męczy się w agonii, aby pokazać człowiekowi jak bardzo nas umiłował. Po sposobie, w jaki o. Józef to opisuje w ,,Westchnieniach’’ mam takie wrażenie, że sam duchowo to przeżywał.
Cuda eucharystyczne
Wspomina ojciec o współczesnych badaniach naukowych, które rzucają jeszcze mocniejsze światło na te tajemnice. W jaki dokładnie sposób?
We wszystkich zbadanych cudach eucharystycznych, począwszy od Lanciano we Włoszech(VII w.) a nacudach w Buenos Aires (1996 r.), Sokółce (2008 r.) i Legnicy (2013 r.) kończąc, odkryto, że jest to prawdziwe ludzkie ciało z konkretnym DNA i prawdziwa ludzka krew grupy AB. Zbadano, że jest to dokładnie fragment mięśnia ludzkiego serca, odpowiedzialny za jego skurcze. W mięśniu sercowym znajduje się wiele białek, które wniknęły w tkankę – co oznacza, że w chwili pobierania wycinka serce żyło i cierpiało.
Cud w Lanciano przebadał w latach 1970–1971 profesor Odoardo Linoli. Cud w Buenos Aires badało dr Frederick Zugibe, patolog z Rockland County w stanie Nowy York. Cud w Sokółce został poddany dwóm niezależnym analizom. Cud w Legnicy przebadała m.in. naukowiecBarbara Engel – lekarz kardiolog, ordynator Oddziału Kardiologicznego w Wojewódzkim Szpitalu Specjalistycznym w Legnicy, która jest członkiem komisji diecezjalnej. Wszyscy naukowcy przed badaniem nie wiedzieli, skąd pochodzą próbki.
Ojcze Mariuszu, jakie z tego płyną wnioski?
Warto uświadomić sobie, że próbki do analizy medycznej były w każdym z tych przypadków pobierane w momencie, gdy serce znajdowało się w procesie przedśmiertelnym – oznacza to, że Eucharystia to Serce Jezusa w agonii. W niekończącej się fazie umierania – tak jakby resztkami sił, jeszcze żyło i chciało wyrazić miłość do swego Ojca: Zobacz Abba, to z miłości do Ciebie i do człowieka.Proszę, zrozumieć: Jezus w każdej konsekrowanej Hostii jest obecny ze swoim przebitym Sercem! Prezbiter wypowiada słowa konsekracji, składa dłonie i ta Hostia – mocą Ducha Świętego – przemienia się w żywego Jezusa. Od tego momentu żywy Chrystus staje się obecny na ołtarzu podczas mszy św., podczas wystawienia Najświętszego Sakramentu, gdy przebywa ukryty w tabernakulum i wtedy doświadcza nieustannej agonii.
Kult Eucharystycznego Serca Jezusa, który rozwijał się od XVI w. oznacza, że mistycy, o których rozmawialiśmy, odkrywali tę duchową głębię, którą dziś potwierdzają niezależni naukowcy: w Eucharystii znajduje się żyjąca tkanka Serca Jezusa. To Serce Jezusabije na ołtarzach całego świata z miłości do nas; to Serce ożywa i umiera, ożywa i umiera. I finalnie daje nam się spożyć.
Spróbujmy to sobie uświadamiać, gdy przyjmujemy Najświętszy Sakrament.
Msza święta w kaplicy Jezusa Miłosiernego o godz. 19.00
***
fot. cathopic.com
***
Modlitwa uwielbienia Hostii Świętej
Dwie modlitwy uwielbienia Hostii Świętej, które w “Dzienniczku” zapisała św. s. Faustyna Kowalska.
Hostio św., w której zawarty jest testament miłosierdzia Bożego dla nas, a szczególnie dla biednych grzeszników.
Hostio św., w której zawarte jest Ciało i Krew Pana Jezusa, jako dowód nieskończonego miłosierdzia ku nam, a szczególnie ku biednym grzesznikom.
Hostio św., w której jest życie wiekuiste i nieskończonego miłosierdzia, nam obficie udzielane, a szczególnie biednym grzesznikom.
Hostio św., w której zawarte jest miłosierdzie Ojca, Syna i ducha Świętego ku nam, a szczególnie ku biednym grzesznikom.
Hostio św., w której zawarta jest nieskończona cena miłosierdzia, która wypłaci wszystkie długi nasze, a szczególnie biednych grzeszników.
Hostio św., w której zawarte jest źródło wody żywej, tryskającej z nieskończonego miłosierdzia dla nas, a szczególnie dla biednych grzeszników.
Hostio św., w której zawarty jest ogień najczystszej miłości, który płonie z łona Ojca Przedwiecznego, jako z przepaści nieskończonego miłosierdzia dla nas, a szczególnie dla biednych grzeszników.
Hostio św., w której zawarte jest lekarstwo na wszystkie niemoce nasze, płynące z nieskończonego miłosierdzia, jako z krynicy, dla nas, a szczególnie dla biednych grzeszników.
Hostio św., w której zawarta jest łączność pomiędzy Bogiem a nami, przez nieskończone miłosierdzie dla nas, a szczególnie dla biednych grzeszników.
Hostio św., w której zawarte są wszystkie uczucia najsłodszego Serca Jezusowego ku nam, a szczególnie ku biednym grzesznikom.
Hostio św., nadziejo nasza jedyna wśród ciemności i burz wewnętrznych i zewnętrznych.
Hostio św., nadziejo nasza jedyna w życiu i śmierci godzinie.
Hostio św., nadziejo nasza jedyna wśród niepowodzeń i zwątpienia toni.
Hostio św., nadziejo nasza jedyna wśród fałszu i zdrad.
Hostio św., nadziejo nasza jedyna wśród ciemności i bezbożności, która zalewa ziemię.
Hostio św., nadziejo nasza jedyna wśród tęsknoty i bólu, w którym nas nikt nie zrozumie.
Hostio św., nadziejo nasza jedyna wśród znoju i szarzyzny życia codziennego.
Hostio św., nadziejo nasza jedyna wśród zniszczenia naszych nadziei i usiłowań.
Hostio św., nadziejo nasza jedyna wśród pocisków nieprzyjacielskich i wysiłków piekła.
Hostio św., ufam Tobie, gdy ciężkości przechodzić będą siły moje, gdy ujrzę wysiłki swoje bezskuteczne.
Hostio św., ufam Tobie, gdy burze miotają mym sercem, a duch strwożony chylić się będzie ku zwątpieniu.
Hostio św., ufam Tobie, gdy serce moje drżeć będzie – i śmiertelny pot zrosi nam czoło.
Hostio św., ufam Tobie, gdy wszystko sprzysięże się przeciw mnie i rozpacz czarna wciskać się będzie do duszy.
Hostio św., ufam Tobie, gdy wzrok mój gasnąć będzie na wszystko, co doczesne, a duch mój po raz pierwszy ujrzy światy nieznane.
Hostio św., ufam Tobie, gdy prace moje będą przechodzić siły moje, a niepowodzenie będzie stałym udziałem moim.
Hostio św., ufam Tobie, gdy spełnienie cnoty trudnym mi się wyda i natura buntować się będzie.
Hostio św., ufam Tobie, gdy ciosy nieprzyjacielskie wymierzone przeciw mnie będą.
Hostio św., ufam Tobie, gdy trudy i wysiłki potępione przez ludzi będą.
Hostio św., ufam Tobie, gdy zabrzmią sady Twoje nade mną, wtenczas ufam morzu miłosierdzia Twego.
(Dz 356)
Jestem Hostią w Twym ręku, O Jezu, Stwórco mój i Panie, Cicha, ukryta, bez krasy i wdzięku, Bo cała piękność mej duszy we wnętrzu odbita została. Jestem hostią w Twym ręku, o Boski Kapłanie, Czyń ze mną, co Tobie się podoba. Jestem cała zdana na wolę Twą, Panie, Bo ona jest mej duszy rozkosz i ozdoba. Jestem w Twym ręku, o Boże, jak hostia biała, Błagam, przeistocz mnie sam w siebie, Niech [będę] ukryta w Tobie cała, Zamknięta w Twym miłosiernym Sercu jak w niebie. Jestem w Tym ręku jako hostia, o wiekuisty Kapłanie, Niechaj opłatek ciała mego kryje mnie przed okiem ludzkim, Niech tylko Twoje oko mierzy mą miłość i oddanie, Bo moje serce zawsze jest złączone z Twym Sercem Boskim. Jestem w Twym ręku, o Boski Pośredniku, jako hostia ofiarna I płonę na ołtarzu całopalenia, (22) Zmielona i starta cierpieniem jak pszeniczne ziarna, A to wszystko dla Twojej chwały, dla dusz zbawienia. Jestem hostią, która przebywa w tabernakulum Serca Twego, Idę przez życie w miłości Twej zatopiona I nie lękam się na świecie niczego, Boś Ty mi sam – tarcza, moc i obrona. Jestem hostią złożoną na ołtarzu Serca Twego, By płonąć ogniem miłości przez wieki całe, Bo wiem, żeś mnie wywyższył jedynie z miłosierdzia swego, A więc wszystkie dary i łaski obracam na Twoją chwałę. Jestem hostią w Twym ręku, o Sędzio i Zbawicielu, W ostatniej życia mego godzinie, Niech wszechmoc Twej łaski doprowadzi mnie do celu, Niechaj Twa litość nad naczyniem miłosierdzia zasłynie.
(Dz 1629)
***
Ołtarze na Boże Ciało to nieodłączny element Uroczystości Najświętszego Ciała i Krwi Chrystusa to święto nakazane, co oznacza, że wszyscy wierni tego dnia zobowiązani są uczestniczyć we Mszy świętej. Ponadto jest to święto ruchome – przypada 60 dni do Wielkanocy, w pierwszy czwartek po uroczystości Trójcy Świętej.
Boże Ciało to jedna z najważniejszych kościelnych uroczystości. To właśnie tego dnia mamy niepowtarzalną okazję, by celebrować swoją wiarę, by wyjść na ulice miasta i dać świadectwo. Ma ona charakter radosny i dziękczynny. Podczas procesji wierni sypią kwiaty, po których przechodzi celebrans trzymający Najświętszy Sakrament. Śpiewane są pieśni dziękczynne o Ciele i Krwi Chrystusa, a także Suplikacje.
fot. Dulce María/Cathopic
***
Boże Ciało. Święto, którego brakowało samemu Chrystusowi
Kluczowe dla ustanowienia uroczystości Najświętszego Ciała i Krwi Chrystusa, były wizje bł. Julianny z Retine, w czasie których Jezus wyznał, że w roku liturgicznym szczególnie brakuje święta oddającego cześć Najświętszej Eucharystii.
Pierwsze obchody odbywały się w Krakowie
Wszystkie starożytne święta w Kościele są związane ze wspomnieniem konkretnego wydarzenia z historii zbawienia.
Dopiero późne średniowiecze wprowadza do kalendarza liturgicznego tzw. święta idei, a więc uroczystości, w których czcimy Boga, w jakimś Jego przymiocie, czy tajemnicy: Uroczystość Trójcy Świętej, Uroczystość Najświętszego Serca Pan Jezusa a nade wszystko Uroczystość Najświętszego Ciała i Krwi Chrystusa, tradycyjnie nazywana Bożym Ciałem.
Oczywiście święto nie rozpowszechniło się w Kościele od razu, ale już od XIV wieku było obchodzone we Francji, Niemczech, Hiszpanii i Polsce. Boże Ciało w Polsce obchodzono po raz pierwszy w diecezji krakowskiej w 1320 roku. Dopiero 100 lat później święto obowiązywało we wszystkich diecezjach polskich. Od XV wieku uroczystości towarzyszyła jedna procesja eucharystyczna w mieście.
Ułożenie oficjum (formularz Mszy Świętej i Liturgia Godzin) tej uroczystości wiązano z osobą św. Tomasza z Akwinu, nie jest to jednak pewne. Najprawdopodobniejsze jest autorstwo Akwinaty sekwencji Lauda Sion, która nie została włączona do nowego Mszału. Formularz z Mszału potrydenckiego został przeniesiony do Mszału Pawła VI z 1970 roku, jednakże została zmieniona nazwa święta na: uroczystość Najświętszego Ciała i Krwi Chrystusa (Sanctissimi Corporis et Sanguinis Christi sollemnitas).
Z pragnienia adoracji
Na powstanie święta Bożego Ciała złożyło się wiele okoliczności. Pierwszą z nich jest paradoksalna sytuacja, która ma swoje początki pod koniec I tysiąclecia, a apogeum osiąga na przełomie XI-XII w., w której wraz z niebywałym rozwojem kultu eucharystycznego praktycznie zanika wśród wiernych przystępowanie do Komunii świętej.
Na kolejnych synodach i soborach wydaje się dekrety ograniczające możliwość przystępowania do komunii dla wiernych, do tego stopnia, że później trzeba wręcz przykazaniem – zachowanym do dnia dzisiejszego – nakazywać wiernym, żeby przynajmniej raz w roku w okresie wielkanocnym do komunii jednak przystąpili (dekret Soboru Laterańskiego IV z 1215 r.). Skoro – rodziło się to z takiego formy pobożności i doświadczenia niegodności – wierni w średniowieczu rzadko przystępowali do Komunii świętej, to rodziło się w nich pragnienie oglądania (adorowania) Hostii, którą zaczęto wystawiać w monstrancjach. Do liturgii zostało wprowadzone podniesienie Hostii i Kielicha, aby wierni mogli patrzeć na Ciało i Krew Pana, skoro nie mogli ich spożyć. Zaczynają się pojawiać procesje eucharystyczne.
Wizje bł. Julianny z Retine
Równocześnie w tym czasie pojawiły się herezje negujące realną obecność Chrystusa w Eucharystii, co Kościół musiał skutecznie potępić. Najważniejszym jednak wydarzeniem były wizje bł. Julianny z Retine (koło Liège) żyjącej w XIII wieku. Miała ona widzieć jasną tarczę księżyca z jedną ciemną sferą. Świecąca tarcza księżyca miała symbolizować blask wszystkich uroczystości kalendarza liturgicznego, zaś ta jedna ciemna sfera symbolizowała brak jednego święta.
Julianna usłyszała w czasie tej wizji od Chrystusa, że w roku kościelnym szczególnie brakuje święta oddającego cześć Najświętszej Eucharystii. Julianna, która tę wizję miała w wieku zaledwie 16 lat, ujawniła jej treść znacznie później. Wtedy komisja teologiczna, w skład której wchodził także archidiakon Jakub Pantaleone (późniejszy Urban IV) stwierdziła, że takie święto nie sprzeciwia się prawdom wiary, a wręcz przeciwnie, dopełnia kult Eucharystii w Kościele.
Niezwykły cud eucharystyczny
W 1246 roku biskup Robert de Thourotte ustanowił święto Bożego Ciała, które pierwotnie odnosiło się tylko do diecezji Liège, a które było obchodzone w czwartek po uroczystości Trójcy Świętej. Kiedy Jakub Pantaleone został papieżem, jako Urban IV bullą Transiturus de hoc Mundoustanowił dla całego Kościoła uroczystość Najświętszego Ciała Pana naszego Jezusa Chrystusa. Prawdopodobnie miał na to wpływ także cud eucharystyczny, który miał miejsce w Bolsena w 1263 roku. Papież Urban przebywający wtedy w Orvieto miał zobaczyć korporał splamiony krwią spływającą z hostii. Celami tego święta było przeproszenie za zniewagi Najświętszego Sakramentu, przeciwstawienie się herezjom oraz uczczenie ustanowienia Eucharystii.
ks. Krzysztof Porosło/Stacja7.pl
***
“Dla zmysłów niepojęte”. Historia Bożego Ciała i słynnego hymnu
fot. Jacob Bentzinger/Unsplash
***
W jednym czasie i w jednym miejscu spotkały się trzy osoby. Gdyby nie ten przypadek, historia święta Bożego Ciała byłaby zupełnie inna.
Miejsce akcji: Bolsena, Orvieto
Oba miasteczka znajdują się jakieś 100 kilometrów na północ od Rzymu. Bolsena rozciąga się nad brzegiem pięknego powulkanicznego jeziora. Orvieto, Urb vetus, Stare Miasto, wznosi się na tufowym klifie z daleka widocznym, gdy w stronę Rzymu jedziemy Autostradą Słońca z Florencji.
W XIII wieku Bolsena przyciąga pielgrzymów za sprawą grobu św. Krystyny. Córka – prawdopodobnie – prefekta Bolseny zginęła śmiercią męczeńską podczas prześladowań za czasów Dioklecjana, dziewięć wieków wcześniej. Jej kult jest wciąż żywy.
Odległość między Bolseną i Orvieto to zaledwie 12 kilometrów najkrótszą ścieżką. Ta odległość ma znaczenie, stanie się trasą pierwszej w historii procesji Bożego Ciała.
Czas akcji: 1263
Są to burzliwe czasy dla papiestwa. Rezydencją papieży stało się Orvieto. Przeniósł się tu Aleksander IV, a było to wynikiem zatargu z królem Sycylii Manfredem – przywódcą stronnictwa Gibellinów, walczących z papiestwem. Kiedy Manfred zdobył poparcie rzymian, którzy wybrali go senatorem, Aleksander IV musiał uciekać z Rzymu. Schronienie znalazł w jednej z rezydencji w trudnym do zdobycia dzięki naturalnemu położeniu Orvieto, podobnie jak jego następca, papież Urban IV.
Bohaterowie
Urban IV
Zanim został papieżem, Jakub Pantaleon, Francuz z pochodzenia, pełnił funkcję archidiakona między innymi w Liege. To tam zetknął się z objawieniami prywatnymi augustianki, Julianny z Mont Cornillon. Twierdziła, że Jezus przykazał jej starania o ustanowienie święta ku czci swojego Ciała i Krwi. Pod wpływem tych objawień, od 1247 roku w Liege istniało już lokalne święto Najświętszego Ciała i Krwi Chrystusa. Propagatorem kultu eucharystycznego i wprowadzenia takiego święta do kalendarza liturgicznego był sam kardynał Jakub. Podobnie jak ona, był przekonany o prawdziwości słów Jezusa: “A oto ja jestem z wami po wszystkie dni aż do skończenia świata”. Był przekonany o prawdziwej obecności Chrystusa w Eucharystii.
Tomasz z Akwinu
Od dwóch lat w klasztorze dominikanów w Orvieto przebywa 39-letni Tomasz z Akwinu, ceniony już teolog i filozof. Po powrocie z Paryża, gdzie zdobywa wykształcenie i sławę, przyjmuje powierzone mu przez władze zakonne zadanie prowadzenia stałej formacji dla dominikanów posługujących w Orvieto. Jednocześnie przygotowuje kolejne głośne dzieła, między innymi Summę contra gentiles.
Piotr z Pragi
Dużo o nim nie wiemy. Był Niemcem, podróżował z Francji do Rzymu. Zatrzymał się na szlaku pątniczym w Bolsenie, by u grobu św. Krystyny odprawić Mszę św. Wszystko wskazuje na to, że powątpiewał w realną obecność Chrystusa w Eucharystii.
Kwestia ta jest żywo dyskutowana przez teologów. Poszukuje swojego sformułowania, uzasadnienia, zrozumienia, definicji. Pół wieku wcześniej Sobór Laterański IV sformułował taką oto prawdę o Eucharystii, a zwłaszcza o jej kluczowym momencie, przeistoczeniu, transsubstancjacji: Jeden jest przeto powszechny Kościół, zgromadzenie wierzących, poza którym nikt nie doznaje zbawienia, w którym też Jezus Chrystus jest kapłanem i jednocześnie ofiarą, którego ciało i krew prawdziwie zawarte są w sakramencie ołtarza pod postaciami chleba i wina, po przeistoczeniu mocą Bożą chleba w ciało i wina w krew.
Darmo wzrok to widzieć chce
Podczas każdej Mszy św. kapłan powtarza słowa Jezusa z Ostatniej Wieczerzy: “To jest Ciało moje”. Na patenie jest chleb, biała hostia. Czy rzeczywiście w chwili wypowiadania tych słów chleb staje się ciałem? Przecież żadnej zmiany nie widać. Wzrok wciąż widzi chleb. Widzieć Ciało Chrystusa w tym chlebie pozwala wiara. A może naiwność?
Z tymi wahaniami od miesięcy targającymi myśli, Piotr z Pragi rozpoczyna w krypcie św. Krystyny sprawowanie Mszy św.
Słowem więc Wcielone słowo Chleb zamienia w Ciało swe
I wtedy, gdy Piotr odprawia Mszę św., podczas transsubstancjacji, przeistoczenia, dzieje się cud. Na jego słowa “To jest Ciało moje” na hostii pojawia się krew. Jej stróżki wsiąkają w korporał, barwiąc go na czerwono, krew wsiąka w kamienną podłogę. Struktura części chleba przypominała partykułę prawdziwego ludzkiego ciała.
O wydarzeniu natychmiast robi się głośno. Piotr postanawia udać się do papieża.
Co dla zmysłów niepojęte
Wszystko, co dzieje się później, jest wynikiem tego, że w Orvieto w tym samym czasie przebywają trzy osoby: Jakub Laodejski – papież Urban IV, Tomasz z Akwinu i Piotr z Pragi, chcący wszystko opowiedzieć papieżowi.
Papież wysłuchuje jego bezpośredniej relacji. Prawdopodobnie o wydarzeniach w Bolsenie zdążył się już dowiedzieć, teraz przyszedł czas na wiarygodną weryfikację pogłosek. Papież wysyła do Bolseny biskupa Orvieto, by ten z kolei na miejscu zbadał hostię i zakrwawiony korporał.
Urban IV wie o obecności w Orvieto zyskującego uznanie Tomasza z Akwinu. Niedaleko przebywa również pochodzący z niedalekiego Bagnoregio franciszkanin, Bonawentura. Obu przyszłych wielkich świętych i doktorów Kościoła postanawia zaangażować w zbadanie niewytłumaczalnego zjawiska. Zresztą nie tylko. Zostaną zaangażowani w przygotowanie liturgii święta, które obchodzimy po dziś dzień.
Hołd po wszystkie nieśmy dni
To podobno oni, dominikanin, Doktor Anielski, i franciszkanin, Doktor Seraficki, szli na czele procesji z Bolseny do Orvieto, podczas której przeniesiono cudownie zmienioną hostię, Najświętszy Sakrament. Dwunastokilometrowa procesja napotkała na Moście Słońca nieopodal Orvieto samego papieża, który oddał cześć Najświętszemu Sakramentowi i sam przeniósł Hostię do katedry.
Dla Tomasza, przyszłego świętego i doktora Kościoła, był to moment istotny. Wkrótce światło dzienne ujrzy jego Suma Teologiczna, w której zawrze swe sformułowanie prawdy o transubstancjacji, wyrażenie jej w kategoriach pojęciowych, filozoficzno-teologicznych. To, co stało się w Bolsenie, jeszcze bardziej uwydatniło to, co jest cudem podczas każdej Mszy świętej, nawet jeśli fizycznie nadal nic się nie zmienia.
Kilka lat później w Sumie Teologicznej Tomasz napisze: Zmysły nie mogą stwierdzić obecności prawdziwego Ciała i Krwi Chrystusa w sakramencie Eucharystii. O tej obecności mówi nam jedynie wiara w oparciu o Boże świadectwo. Nawiązując do słów Pana: “To jest Ciało moje, które za was będzie wydane”, Cyryl mówi: “Nie wątp w prawdziwość słów Zbawiciela, ale raczej przyjmij je z wiarą. On nie kłamie, wszak sam jest Prawdą”
Sław języku tajemnicę
Już rok później, w 1264 roku, po raz pierwszy pod przewodnictwem papieża odbyły się uroczystości Najświętszego Ciała i Krwi Chrystusa. Dekret wydał w ten sprawie Urban IV, który zlecił ponadto Tomaszowi i Bonawenturze przygotowanie całej liturgii. Tej liturgii, którą sprawujemy po dziś dzień w czwartek Bożego Ciała, a której oryginalne części wciąż funkcjonują, nawet jeśli przez wieki jej forma ewoluowała.
To wtedy, w 1264 roku, św. Tomasz z Akwinu, napisał słynny hymn, w całości śpiewany w Wielki Czwartek oraz w uroczystość Bożego Ciała, a powszechnie znany w swej ostatniej części, bo wyśpiewywany przy okazji wystawienia Najświętszego Sakramentu. Hymn, którego nawet polskie, czasem zawodne, tłumaczenie, pokazuje kunszt i geniusz Tomasza, który w literackiej formie, w rytmicznych wersach i rymach potrafił sformułować teologię przeistoczenia:
Sław języku tajemnicę Ciała i najdroższej Krwi, którą jako Łask Krynicę wylał w czasie ziemskich dni, Ten, co Matkę miał Dziewicę, Król narodów godzien czci.
Z Panny czystej narodzony, posłan zbawić ludzki ród, gdy po świecie na wsze strony ziarno słowa rzucił w lud, wtedy cudem niezgłębionym zamknął Swej pielgrzymki trud.
W noc ostatnią, przy Wieczerzy, z tymi, których braćmi zwał, pełniąc wszystko jak należy, czego przepis prawny chciał, sam Dwunastu się powierzył, i za pokarm z Rąk Swych dał.
Słowem więc Wcielone Słowo chleb zamienia w Ciało Swe, wino Krwią jest Chrystusową, darmo wzrok to widzieć chce. Tylko wiara Bożą mową pewność o tym w serca śle.
Przed tak wielkim Sakramentem upadajmy wszyscy wraz, niech przed Nowym Testamentem starych praw ustąpi czas. Co dla zmysłów niepojęte, niech dopełni wiara w nas.
Bogu Ojcu i Synowi hołd po wszystkie nieśmy dni. Niech podaje wiek wiekowi hymn triumfu, dzięki, czci, a równemu Im Duchowiniechaj wieczna chwała brzmi.
ks. Przemysław Śliwiński/Stacja 7.pl
***
Słowa Księdza Arcybiskupa Adriana Galbasa SAC, które powiedział dziś w Boże Ciało podczas procesji w Warszawie:
„W każdej Mszy Świętej Bóg się z nami sprzymierza”
“Niech nasze życie będzie jak złocista monstrancja, która ukazuje innym Chrystusa” – mówił metropolita warszawski abp Adrian Galbas na zakończenie centralnej procesji Bożego Ciała, która przeszła ulicami Warszawy.
fot. Wojciech Łączyński – ARCHIDIECEZJA WARSZAWSKA
***
Centralne uroczystości Bożego Ciała w Warszawie rozpoczęły się Mszą świętą sprawowaną w archikatedrze warszawskiej pod przewodnictwem metropolity warszawskiego. Po Liturgii wyruszyła uroczysta procesja Eucharystyczna do czterech ołtarzy, która zakończyła się na placu Piłsudskiego.
Na zakończenie uroczystości abp Adrian Galbas wygłosił homilię poświęconą Eucharystii jako sakramentowi nowego przymierza. Duchowny przypomniał, że Bóg zawarł ze swoim ludem nowe przymierze nie krwią cielców, jak na Synaju, ale poprzez Ofiarę Syna Bożego. „To jest Krew moja, nowego i wiecznego przymierza, która za was i za wielu będzie wylana na odpuszczenie grzechów” – cytował słowa Jezusa wypowiadane w czasie każdej Eucharystii.
W każdej mszy świętej Bóg się z nami sprzymierza, „przymierza” się do nas, do ludzi, i do każdego z osobna – podkreślił metropolita. Zaznaczył jednak, że przymierze wymaga odpowiedzi człowieka – jego wiary, obecności i zaangażowania.
Wierzę, Panie, że tu jesteś. Wierzę, że jesteś obecny w Najświętszym Sakramencie. Wierzę, że biała hostia to nie wigilijny opłatek, nie chips i nie tylko znak Twojej obecności, ale że tam jest sama Twoja Obecność – mówił, zachęcając wiernych do odnowienia wiary eucharystycznej.
Arcybiskup zaapelował o wierne uczestnictwo w Mszach Świętych, zwłaszcza niedzielnych. Gdyby spotkanie z Chrystusem mogło się dokonać w przyrodzie, to zabrałby Apostołów nad jezioro, a nie do Wieczernika – przypomniał. Podkreślił, że udział w liturgii za pośrednictwem mediów jest przeznaczony wyłącznie dla osób, które fizycznie nie mogą być w kościele.
Ostrzegł też przed powierzchownym traktowaniem Mszy Świętej. Chrystus zaangażował się w przymierze z nami na całego: na śmierć i życie. Więc my się też angażujmy na całego: z całego serca, z całej duszy i ze wszystkich sił swoich – apelował. Zachęcał do troski o piękno liturgii, punktualność, jakość śpiewu i modlitw.
Abp Galbas: „niech Chrystus nie będzie samotny na Mszach”
Odwołując się do słynnego obrazu „Ostatniej Wieczerzy” Leonarda da Vinci, abp Galbas zauważył, że choć wszyscy uczniowie są blisko Jezusa, to On sam wydaje się samotny. Czy nie zostawili Go samego już wtedy? – pytał. Niech Chrystus nie będzie samotny na Mszach, w których uczestniczą tłumy – dodał.
Metropolita zachęcał, by po każdej Mszy Świętej „urządzać duchową procesję”, niosąc Chrystusa do świata poprzez styl życia. Niech nasze życie będzie jak złocista monstrancja, która ukazuje innymChrystusa – mówił.
Chrześcijanin to ktoś, kto żyje według Eucharystii – przypomniał słowa św. Ignacego z Antiochii. Jeśli po Mszy Świętej nie mamy dla innych miłosierdzia ani dobrego słowa, to czy naprawdę żyjemy według Eucharystii? – pytał kaznodzieja.
W kontekście jedności społecznej i kościelnej apelował o przezwyciężanie podziałów. W łonie jednej wspólnoty, która czyta jedną Ewangelię i łamie jeden Chleb, jest tyle obcości i niemiłości – mówił z bólem. Jak możemy wzywać innych do pokoju, skoro sami jesteśmy tak głęboko podzieleni?
Na koniec metropolita warszawski zaapelował o modlitwę o powołania kapłańskie i pokój na świecie. Przypomniał słowa mieszkańców Papui Nowej Gwinei, którzy proszą o księży, mówiąc: „My umieramy bez sakramentów”. Czy to będzie też nasz los? – zapytał. Módlcie się o księży – prosił.
Homilię zakończył modlitwą św. Tomasza z Akwinu: „Uwielbiam Cię nabożnie, Bóstwo utajone, co kryjesz się prawdziwie w tych figur osłonę…”.
Procesja wyruszyła z archikatedry
Trasa procesji wiodła z bazyliki archikatedralnej św. Jana Chrzciciela ulicą Świętojańską, przez plac Zamkowy, Krakowskie Przedmieście i ulicę Królewską. Najświętszy Sakrament był niesiony w zabytkowej monstrancji z bazyliki Świętego Krzyża, a baldachim zapewniła parafia archikatedralna.
Monstrancję do pierwszego ołtarza poniósł abp Adrian Galbas, do drugiego bp Piotr Jarecki, do trzeciego bp Rafał Markowski, a do czwartego – biskup polowy Wiesław Lechowicz w asyście generałów Wojska Polskiego.
Centralny motyw pierwszego ołtarza przy kościele św. Anny stanowiła grafika przedstawiająca papieża Franciszka otwierającego Drzwi Święte w Bazylice św. Piotra w Roku Jubileuszowym pod hasłem „Pielgrzymi nadziei”. Drugi ołtarz, przygotowany przy kościele seminaryjnym, nawiązywał do 500-lecia sprowadzenia do Warszawy krzyża Baryczków – czczonego od wieków przez mieszkańców stolicy.
Trzeci ołtarz, ustawiony przy kościele sióstr wizytek, przedstawiał pierwszy wizerunek Jezusa Miłosiernego autorstwa Eugeniusza Kazimirowskiego oraz panoramę Wilna z kościołami, w których obraz był pierwotnie wystawiany. Kompozycję czwartego ołtarza na pl. Piłsudskiego poświęcono wizerunkowi Matki Bożej Łaskawej – patronki Warszawy – i rocznicy 1000-lecia koronacji Władysława Chrobrego.
Oprawę muzyczną poszczególnych ołtarzy zapewniły warszawskie chóry akademickie, seminaryjne i papieskie oraz Chór Reprezentacyjnego Zespołu Artystycznego Wojska Polskiego. Na zakończenie procesji odśpiewano dziękczynne „Te Deum”, po czym abp Galbas udzielił uroczystego błogosławieństwa Najświętszym Sakramentem.
KAI, kh/Stacja7
***
Wczoraj i dziś Bożego Ciała, czyli uroczystości Najświętszego Ciała i Krwi Chrystusa
fot.Piotr Tumidajski/Kai
***
Boże Ciało to jedno z głównych świąt w Kościele katolickim. Od samego początku obchodzone jest w sposób wyjątkowy, w formie publicznej procesji ulicami miast i wsi. Ustanowione zostało na prośbę samego Jezusa, wyrażoną w jednym z objawień. Data Bożego Ciała nie jest stała. Zawsze jednak jest to czwartek po święcie Trójcy Świętej – w tym roku 19 czerwca.
Procesje Bożego Ciała są okazją do publicznej manifestacji, że wiara nie jest tylko sprawą prywatną, realizowaną w przestrzeni sakralnej lub rodzinnej, ale że winna ona przenikać życie społeczne we wszystkich jego wymiarach. Jezus eucharystyczny niesiony jest ulicami, wychodząc w tej sposób do tych, którzy go odrzucają, są mu wrodzy lub wątpią w Jego obecność. Ta powszechna – nigdy nie przerwana – coroczna manifestacja wiary miała olbrzymie znaczenie w okresach niewoli, kiedy towarzyszyła jej bogata symbolika narodowa, bądź w czasach prześladowań Kościoła. Wiernym dodawała nadziei, a niechętne Kościołowi władze wprawiała w poważny kłopot.
Geneza
Choć świadomość niezwykłego cudu przemiany konsekrowanego chleba i wina w rzeczywiste Ciało i Krew Chrystusa towarzyszyła wiernym od początku chrześcijaństwa, jednak trzeba było czekać aż dziesięć stuleci zanim zewnętrzne przejawy tego kultu powstały i zadomowiły się w Kościele.
W pierwszym tysiącleciu chrześcijaństwa Eucharystia była spożywana w trakcie Mszy świętej, nie istniał natomiast odrębny kult Eucharystii. Eucharystii nie przechowywano, poza tą przeznaczoną do zaniesienia chorym, nie oddawano jej też czci poza zgromadzeniem eucharystycznym.
Geneza święta Bożego Ciała sięga XIII wieku i była formą odpowiedzi Kościoła na pojawiające się wówczas nurty w teologii, które podkreślały symboliczną, a nie realną obecność Jezusa w Eucharystii (Berengariusz z Tours).
U progu tego stulecia – na Soborze Laterańskim IV (1215) – w Kościele katolickim przyjęto dogmat o transsubstancjacji, orzekający, że Chrystus jest obecny w Eucharystii realnie, a nie symbolicznie jak postulował Berengariusz. „Jeden jest przeto powszechny Kościół-zgromadzenie wierzących, poza którym nikt nie doznaje zbawienia, w którym też Jezus Chrystus jest kapłanem i jednocześnie ofiarą, którego ciało i krew prawdziwie zawarte są w sakramencie ołtarza pod postaciami chleba i wina, po przeistoczeniu mocą Bożą chleba w ciało i wina w krew…” – stwierdzał dekret soboru.
Wraz z ogłoszeniem dogmatu, wzrosło zainteresowanie kultem Eucharystii, która przestawała być jedynie elementem liturgii, lecz coraz mocniej postrzegana była jako dowód na trwałą obecność Chrystusa na Ziemi. Święto eucharystyczne przypadało w tym okresie zwyczajowo w Wielki Czwartek, w czasie, którego – zgodnie z tradycją ewangeliczną – Jezus po raz pierwszy dokonał przemiany chleba i wina w swoje Ciało i Krew.
Bezpośrednią przyczyną ustanowienia uroczystości Najświętszego Ciała i Krwi Chrystusa były objawienia bł. Julianny z Cornillon, augustianki. Około 1207 r., jako szesnastoletnia dziewczyna, przeżyła pierwsze widzenia, choć były one jeszcze mgliste i niezrozumiałe. Zgodnie z tradycją hagiograficzną, dopiero kilkanaście lat później, w 1245 roku, św. Juliannie ukazać miał się Chrystus, który w widzeniu domagał się ustanowienia święta Eucharystii na pierwszy czwartek po święcie Trójcy Przenajświętszej. Pod wpływem tych objawień bp Robert ustanowił w 1246 r. święto Bożego Ciała, początkowo dla diecezji Liège oraz zainaugurował pierwszą procesję eucharystyczną ulicami miasta.
Wkrótce zaczęto jednak wysuwać przeciwko Juliannie oskarżenia o herezję, a decyzję o wprowadzeniu święta Bożego Ciała w diecezji Liège uznano za przedwczesną. Zarzuty te spowodowały, że święto przestało być obchodzone.
Sprawa święta Eucharystii nie została jednak zapomniana. Problemem tym zajął się archidiakon katedry w Liège Jakub Leodyjski, późniejszy biskup Verdun, a od 1261 papież Urban IV. Do ostatecznego uznania święta Bożego Ciała za ogólnokościelne, papieża skłonił inny cud eucharystyczny, jaki miał miejsce w Bolsenie (w środkowych Włoszech) w 1263 roku. W czasie jednej z Mszy św., podczas przemienienia, odprawiający kapłan zauważyć miał, że z konsekrowanej hostii zaczynały spadać krople krwi. Poplamiona krwią chusta została przesłana papieżowi, który w tym czasie przebywał w Liège w Umbrii. Urban IV umieścił relikwię w tutejszej katedrze (do dziś jest ona tam obecna), a pod wpływem fascynacji cudem rozpoczął aktywne starania, których celem miało być ustanowienia święta Najświętszego Ciała i Krwi Chrystusa.
Ułożenie liturgii i tekstów odczytywanych w czasie święta, papież zlecić miał samemu św. Tomaszowi z Akwinu, który na tę okazję stworzył jeden z najpiękniejszych hymnów kościelnych pt. „Pange lingua”.
11 sierpnia 1264 r. Urban IV ogłosił bullę „Transiturus de hoc mundo”, na mocy której Boże Ciało stało się świętem całego Kościoła. Śmierć papieża przeszkodziła jednak ogłoszeniu bulli. Dokonał tego papież Jan XXII (w 1334 r.), natomiast papież Bonifacy IX polecił w 1391 r. wprowadzić święto Bożego Ciała wszędzie tam, gdzie jeszcze nie było ono obchodzone.
W Polsce jako pierwszy wprowadził to święto bp Nankier w 1320 r. w diecezji krakowskiej, natomiast w Kościele unickim – synod zamojski w 1720 r. W Kościele katolickim w Polsce pod koniec XIV w. święto Bożego Ciała było obchodzone już we wszystkich diecezjach. Było ono zawsze zaliczane do świąt głównych. Od końca XV w. przy okazji tego święta udzielano błogosławieństwa Najświętszym Sakramentem.
Prawdziwa obecność Chrystusa w Eucharystii
Kościół od samego początku głosił wiarę w realną obecność Chrystusa w Najświętszym Sakramencie. Chrystus ustanowił Najświętszy Sakrament przy Ostatniej Wieczerzy. Opisali to trzej Ewangeliści: Mateusz, Marek i Łukasz oraz i św. Paweł Apostoł. Prawdziwa i rzeczywista obecność Jezusa Chrystusa pod postaciami chleba i wina opiera się według nauki Kościoła na słowie Jezusa: „To jest Ciało moje … To jest krew moja” (Mk 14,22.24).
Nowy Katechizm Kościoła Katolickiego mówi, iż „sposób obecności Chrystusa pod postaciami eucharystycznymi jest wyjątkowy… W Najświętszym Sakramencie Eucharystii są zawarte prawdziwie, rzeczywiście i substancjalnie Ciało i Krew wraz z duszą i Bóstwem Pana naszego Jezusa Chrystusa, a więc cały Chrystus.” (KKK 1374).
Kult Najświętszego Sakramentu
Od XVI w. przyjęła się w Kościele katolickim praktyka 40-godzinnej adoracji Najświętszego Sakramentu. Praktykę tę wprowadził do Mediolanu św. Karol Boromeusz w 1520 r. Dzisiaj praktyka ta jest obecna w całym Kościele katolickim. Zostały założone nawet specjalne zakony, których głównym celem jest nieustanna adoracja Chrystusa w Najświętszym Sakramencie. W Polsce istnieją trzy zakony od wieczystej adoracji: benedyktynki-sakramentki, franciszkanki od Najświętszego Sakramentu i eucharystki.
Procesje
Procesje eucharystyczne w dniu Bożego Ciała wprowadzono później niż samo święto. Pierwszym śladem ich istnienia jest wzmianka o uroczystej procesji przed sumą w Kolonii w latach 1265-75. Podczas procesji niesiono krzyż z Najświętszym Sakramentem. W ten sposób nawiązywano do dawnego zwyczaju zabierania w podróż Eucharystii dla ochrony przed niebezpieczeństwami.
W XV w. procesje eucharystyczne odprawiano w całych Niemczech, Anglii, Francji, północnych Włoszech i Polsce. W Niemczech procesję w uroczystość Bożego Ciała łączono z procesją błagalną o odwrócenie nieszczęść i dobrą pogodę, dlatego przy czterech ołtarzach śpiewano początkowe teksty Ewangelii i udzielano uroczystego błogosławieństwa. W Polsce zwyczaj ten wszedł do „Rytuału piotrkowskiego” z 1631 r. Rzymskie przepisy procesji zawarte w „Caeremoniale episcoporum” (1600 r.) i „Rituale romanum” (1614 r.) przewidywały jedynie przejście z Najświętszym Sakramentem bez zatrzymywania się i błogosławieństwo eucharystyczne na zakończenie.
Procesję odprawiano z wielkim przepychem od początku jej wprowadzenia. Od czasu zakwestionowania tych praktyk przez reformację, udział w procesji traktowano jako publiczne wyznanie wiary.
W Polsce od czasów rozbiorów z udziałem w procesji łączyła się w świadomości wiernych manifestacja przynależności narodowej. Po II wojnie światowej procesje w czasie Bożego Ciała były znakiem jedności narodu i wiary. Z tej racji ateistyczne władze państwowe niejednokrotnie zakazywały procesji urządzanych ulicami miast.
Konferencja Episkopatu Polski zmodyfikowała 17 lutego 1967 r. obrzędy procesji Bożego Ciała, wprowadzając w całej Polsce nowe modlitwy przy każdym ołtarzu oraz czytania Ewangelii tematycznie związane z Eucharystią.
Przy pierwszym ołtarzu odczytywany jest fragment Ewangelii wg św. Mateusza o ostatniej wieczerzy, nawiązujący do ustanowienia przez Jezusa Eucharystii. Drugi ołtarz jest związany z fragmentem Ewangelii wg. św. Marka dotyczącym rozmnożenia chleba. Przy trzecim ołtarzu odczytywany jest fragment Ewangelii wg św. Łukasza, który opowiada o zaproszonych na ucztę a czwarty ołtarz jest związany z Ewangelią wg św. Jana i modlitwą Jezusa „aby wszyscy stanowili jedno”. (J 17)
e-Kai.pl
***
Święto, któremu nie dali rady ani zaborcy, ani komuniści. Czyli unikalność obchodów Bożego Ciała w polskiej kulturze
(fot. PCh24.pl)
***
Uroczystość Bożego Ciała jest dniem wyjątkowym dla każdego Polaka. Łączy ona bowiem dwie najważniejsze dla nas wartości: wiarę katolicką i patriotyzm. Tego święta nie znieśli ani zaborcy, ani komuniści. Również dziś nikt poważny nie protestuje, gdy dochodzi do zamknięcia całych ulic czy centrów miast na uroczystą procesję. W tym dniu publicznie wyznajemy swoją wiarę w realną obecność Chrystusa w Eucharystii, a także swoje przywiązanie do naszych narodowych tradycji.
Święto Bożego Ciała ma prawie tysiącletnią historię. Na początku II tysiąclecia pojawiły się bowiem spory próbujące wytłumaczyć w jaki sposób Chrystus jest obecny w Eucharystii. Z jednej strony katolicyzm borykał się z heretykami głoszącymi fałszywe poglądy; z drugiej – miał też wielkich świętych broniących prawdziwej wiary. To właśnie wtedy żył największy z teologów, czyli św. Tomasz z Akwinu, którego Summa Teologiczna do dziś stanowi niepodważalny podręcznik doktryny katolickiej. Toczące się w tych czasach dysputy powodowały większą świadomość katolików na temat teologii Eucharystii. Za tym szła większa pobożność eucharystyczna i potrzeba adoracji Chrystusa w niej obecnego.
W tym samym czasie żyła zakonnica i mistyczka – św. Julianna z Mont Cornillon. Doznawała ona wizji mistycznych podczas adoracji Najświętszego Sakramentu i rozważań nad tekstem Ewangelii: „A oto Ja jestem z wami przez wszystkie dni, aż do skończenia świata” (Mt 28,20). Siostra Julianna zabiegała o ustanowienie specjalnego święta ku czci Najświętszej Eucharystii, co spotkało się z aprobatą duchownych i teologów.
Po raz pierwszy święto Bożego Ciała było obchodzone jeszcze za życia św. Julianny w Liège (dzisiejsza Belgia) w 1246 r., a do Polski dotarło niewiele później, bo już w roku 1320. Święto to jest wyrazem wdzięczności Panu Bogu za Jego obecność w Najświętszym Sakramencie. Jest to w końcu cud nieporównywalny, że sam Bóg zechciał przebywać pośród nas – nie tylko podczas Mszy św., ale również w poza nią, w tabernakulum, byśmy mogli adorować Go w ciągu dnia.
Jednak wyjaśnienie w jaki sposób Chrystus jest obecny w Najświętszym Sakramencie jest rzeczą niełatwą. Trudność tę zauważył św. Tomasz z Akwinu, umieszczając w znanym hymnie Adoro Te devote słowa: „Bóstwo swe na krzyżu skryłeś wobec nas; tu ukryte z Bóstwem Człowieczeństwo wraz”. Na krzyżu bowiem widzieliśmy Chrystusa jako cierpiącego człowieka i trudno było zrozumieć, że był On Bogiem. W Eucharystii zaś nawet Jego Człowieczeństwo jest niełatwe do wytłumaczenia, bo naszym oczom ukazuje się tylko biała Hostia. Nie możemy zatem zobaczyć Chrystusa w sposób jak widzimy innych ludzi, ale On wciąż tam jest. Kościół określa Jego obecność jako prawdziwą, rzeczywistą i substancjalną.
Pod pojęciem prawdziwej obecności Kościół naucza, że Eucharystia nie jest wyłącznie symbolem czy figurą, ale, że Chrystus jest w niej prawdziwie obecny. W Wieczerniku nie powiedział bowiem: „To jest symbol Mojego Ciała”, ale: „To jest Ciało Moje”. Heretycki pogląd, że Eucharystia jest jedynie symbolem obecności Chrystusa głosił przede wszystkim Urlich Zwingli, uważając ją za swego rodzaju powrót do przeszłości, czyli do czasu Ostatniej Wieczerzy. Poglądy Zwinglego zostały potępione przez Sobór Trydencki.
Rzeczywista obecność Chrystusa oznacza, że fakt ten jest obiektywny, czyli niezależny od naszej wiary i od innych czynników zewnętrznych. Luter szerzył bowiem błędny pogląd jakoby Chrystus był przebywał w Hostii tylko w czasie samej Mszy św., a później już nie. Pojawiły się też inne mylne wytłumaczenia – jak to mówiące, że wspólnota zgromadzonych miałaby powodować obecność Chrystusa. Wszystkie te poglądy są błędne, ponieważ w czasie Mszy św. Chrystus jest rzeczywiście obecny, a nasza wiara, nasze subiektywne doznania czy wspólnota wierzących tego nie zmienia. Co więcej, Chrystus jest obecny pod sakramentalnymi postaciami również po zakończeniu Mszy św. i czeka na nas w tabernakulum.
Wreszcie przymiotnik substancjalna oznacza, że podczas konsekracji cała substancja chleba przemienia się w substancję Ciała Chrystusa. Podobnie ma się sprawa z winem: cała jego substancja przemienia się w substancję Krwi Chrystusa. Zewnętrzne atrybuty – wygląd, smak, zapach, łamliwość itd. – pozostają takie same, lecz zmienia się substancja, w której się zawierają. Ta przemiana nosi nazwę transsubstancjacji.
Pomimo prawdziwej obecności Chrystusa w Najświętszym Sakramencie, nie jest to jednak obecność fizyczna jaką mają ciała znajdujące się w konkretnym miejscu. Oznacza to, że kiedy kapłan przełamuje Hostię, to Chrystusowi nie odpada ręka czy noga. Raczej, cały Jezus Chrystus jest obecny pod każdą, nawet najmniejszą cząstką konsekrowanych postaci, co nazywamy obecnością sakramentalną.
Należy również pamiętać – w odróżnieniu od tego, co głosiła herezja Jana Husa – że cały Chrystus jest obecny pod każdą z dwóch postaci: zarówno w swoim Ciele jak i w swojej Krwi. Nie potrzeba nam zatem przyjmować Komunii św. pod obiema postaciami; sposób ten propagowany był właśnie przez husytów w celu szerzenia ich herezji. W rzeczywistości tylko kapłan w celu dopełnienia Ofiary musi spożyć obie postacie, a wiernym w zupełności wystarczy przyjęcie Chrystusa pod jedną z nich.
Sobór Trydencki nie pozostawił wątpliwości, że w Eucharystii jest obecny Christus Totus, czyli cały Chrystus. Święto Bożego Ciała jest szczególnym dniem w roku, kiedy Kościół daje nam tę wielką tajemnicę do rozważania. To właśnie w tym dniu teksty mszalne zawierają przepiękną sekwencję Lauda Sion Salvatorem („Chwal, Syjonie, Zbawiciela”), autorstwa – rzecz jasna – św. Tomasza z Akwinu. Doktor Anielski w charakterystyczny dla siebie sposób zwarł wiele konkretnych sformułowań teologicznych w formie przepięknego hymnu.
Oprócz samej Mszy św., szczególnym wydarzeniem są odbywające się tego dnia procesje eucharystyczne. Ich celem jest oddanie czci Chrystusowi obecnemu w Najświętszym Sakramencie oraz manifestacja katolickiej wiary. Dzięki procesji ulicami miast i wsi Pan Bóg „odwiedza” swoich wiernych; tego jednego dnia możemy Go spotkać nie tylko w kościele, ale i poza nim. Na trasie procesji kapłan udziela błogosławieństwa Najświętszym Sakramentem przy jednym bądź dwóch ołtarzach; w Polsce liczba tych ołtarzy jest zwiększona do czterech.
Dla Polaków procesje Bożego Ciała mają szczególne znaczenie. Łączą one bowiem katolicyzm i patriotyzm, czyli dwie najważniejsze dla nas wartości. Z jednej strony, wychodzimy na ulice by oddać cześć Chrystusowi ukrytemu w Hostii. Z drugiej – manifestujemy swoją wiarę i przywiązanie do naszych narodowych tradycji, jakimi są np. stroje czy pieśni ludowe. Widać to było w czasie zaborów i PRL-u, kiedy polskość i wiara katolicka znajdowały się pod opresją. Jedni i drudzy okupanci podejmowali próby walki ze świętem Bożego Ciała i ograniczenia go, ale nigdy go nie znieśli. Wiedzieli, że z tym jednym świętem nie wygrają; że ludzie nie pozwolą sobie odebrać tej uroczystości. W ten dzień Polacy mogli poczuć się prawdziwie wolnymi: wychodzić na ulice i pokazywać oprawcom, że duch polskiego katolicyzmu jest silniejszy od ich opresji.
Święto Bożego Ciała jest szczególnym dniem dla Polaków również dzisiaj. Głębokie nabożeństwo eucharystyczne naszego narodu jest widoczne przede wszystkim w liczbie uczestników odbywających się tego dnia procesji. Jednoczą one lokalne społeczności na wspólnym oddaniu czci Chrystusowi ukrytemu w monstrancji. Ich mieszkańcy wspólnie przygotowują przydrożne ołtarze – niejednokrotnie na swoich własnych podwórkach – oczekując „odwiedzin” samego Boga. Procesje zawsze odbywają się z wielką pompą: odświętne stroje, chłopcy dzwoniący dzwonkami, dziewczynki sypiące kwiaty, chorągwie i feretrony, a nieraz i orkiestra dęta. Nawet służby mundurowe mają swoje miejsce w tym uroczystym orszaku. Dla Polaków jest to dzień bez wątpienia ważny i szczególny.
Uroczystość Bożego Ciała jest jedynym dniem w roku, kiedy Polacy nie narzekają na zamykanie ulic, mimo że normalnie krytykujemy wszystko. Każdy toczący się remont, każde zwężenie jezdni powoduje ogromne emocje u przeciętnego mieszkańca naszego kraju. Jednak w ten jeden dzień nikt nie protestuje – może po części dlatego, że bierzemy udział w procesjach w swoich lokalnych parafiach, więc przemieszczenie się nie jest tak istotne. Jednak mimo tego jest to ciekawa socjologiczna obserwacja, pokazująca, że w ten jeden dzień zamknięcia centrów miast czy głównych wiejskich ulic odbywają się bez żadnego oporu społecznego. To pokazuje głębokie zakorzenienie katolicyzmu w naszym narodzie; nawet ci którzy nie biorą udziału w procesji, przynajmniej są wyrozumiali dla tego wydarzenia. Chodzi tu również o osoby niewierzące, które choć niejednokrotnie oburzają się na praktyki religijne katolików, to na to jedno wydarzenie są zdecydowanie bardziej pobłażliwi.
Niestety trzeba to podkreślić, że przynajmniej część katolickiego społeczeństwa traktuje procesję Bożego Ciała wyłącznie jako element swoistego folkloru. Można powiedzieć, że ci „letni” katolicy przypominają sobie o swojej wierze dwa razy w roku: w Wielką Sobotę, żeby pójść z koszyczkiem do poświęcenia, i właśnie w Boże Ciało – tym razem ze względu na „atrakcje” dla dzieci jakimi jest sypanie kwiatków czy dzwonienie dzwoneczkami. Mimo wszystko jednak ich obecność jest okazją do działania łaski bożej; w końcu idą oni w procesji, w której „idzie” sam Bóg, co może być dla nich okazją do nawrócenia.
Chociaż trzeba przyznać smutny fakt, że jesteśmy społeczeństwem laicyzującym się, gdzie coraz trudniej być katolikiem, to dzień Bożego Ciała co roku napawa nas nadzieją i optymizmem. Widok uroczystych orszaków pełnych ludzi pokazuje, że katolicyzm w narodzie jest wciąż żywy i obecny – szczególnie na wsiach, gdzie całe wspólnoty parafialne jednoczą się, by oddać cześć Chrystusowi obecnemu w Najświętszym Sakramencie i zamanifestować swoją wiarę. Duch polskiego katolicyzmu jest wciąż żywy i nie podda się tak łatwo.
Adrian Fyda –PCh24.pl
***
Znaki Ciała i Krwi Chrystusa w Polsce i na świecie
Na całym świecie doszło do około 130 cudów eucharystycznych, z czego w Polsce wydarzyło się osiem, w tym najsłynniejsze w naszym kraju przeistoczenia w Sokółce i Legnicy. Dziś Kościół katolicki obchodzi Uroczystość Najświętszego Ciała i Krwi Chrystusa, zwaną „Bożym Ciałem” na pamiątkę ustanowienia sakramentu Eucharystii przez Jezusa Chrystusa i ku czci Jego obecności w Najświętszym Sakramencie.
fot. Karol Porwich/Tygodnik Niedziela
***
Czym jest cud eucharystyczny?
Zgodnie z dogmatem Kościoła katolickiego spisanym podczas soboru laterańskiego IV w 1215 r. Jezus Chrystus jest obecny w Eucharystii realnie pod postacią chleba i wina przez przeistoczenie, które oznacza przemianę substancji podczas Eucharystii: hostii i wina w ciało i krew Chrystusa. Jezus powiedział: „To jest ciało moje […] to jest moja krew przymierza”. Zgodnie z Jego prośbą, wyrażoną w słowach: „To czyńcie na Moją pamiątkę” bezkrwawa ofiara dokonuje się podczas każdej Mszy Świętej.
Cud eucharystyczny to nie tylko namacalna przemiana hostii w ciało, lub wina w krew. To także cudowne ocalenia hostii przed zniszczeniem lub profanacją, ich odnalezienie, jak również Komunie uznane za cudowne, uzdrowienia z tym związane, cudowne odżywianie się mistyków tylko Komunią Świętą czy prywatne objawienia związane z Eucharystią.
Co świadczy o cudzie eucharystycznym?
Dykasteria Nauki Wiary wydała 17 maja br. dokument wykazujący „Normy postępowania w rozeznawaniu domniemanych zjawisk nadprzyrodzonych”. Zgodnie z którym „w przypadku domniemanego cudu eucharystycznego, konsekrowane postacie muszą być przechowywane w zastrzeżonym miejscu i w odpowiedni sposób (art. 7 § 4)”.
Jak wykazuje dokument „należy zauważyć, że pewne zjawiska, które mogą mieć pochodzenie nadprzyrodzone, czasami jawią się jako związane z niejasnymi ludzkimi doświadczeniami, teologicznie nieprecyzyjnymi wyrażeniami lub nie do końca uzasadnionymi interesami”.
Uznanie cudu za prawdziwy jest w gestii biskupa i Stolicy Apostolskiej: „Rozeznania domniemanych zjawisk nadprzyrodzonych dokonuje od samego początku biskup diecezjalny lub ewentualnie przez inna władza kościelna” – przeczytać można w dokumencie Dykasterii.
Po dokładnej analizie zjawiska mogą być podjęte następujące decyzje:
Po pierwsze może być to „Nihil obstat”. Wówczas „nawet jeśli nie wyraża się pewności co do nadprzyrodzonej autentyczności zjawiska, rozpoznaje się wiele znaków działania Ducha Świętego «pośród» danego doświadczenia duchowego i przynajmniej do tej pory nie wykryto żadnych szczególnie krytycznych lub ryzykownych aspektów. Z tego powodu zachęca się biskupa diecezjalnego do docenienia wartości duszpasterskiej, a także do popierania rozpowszechniania tej duchowej propozycji, w tym poprzez ewentualne pielgrzymki do świętego miejsca” – czytamy.
Po drugie może być to tzw. Prae oculis habeatur. Oznacza to, że „chociaż rozpoznaje się ważne pozytywne znaki, dostrzega się również pewne elementy zamieszania lub możliwe ryzyko, które wymagają starannego rozeznania i dialogu biskupa diecezjalnego z odbiorcami danego doświadczenia duchowego” – informuje Dykasteria w piśmie.
W przypadku decyzji o tzw. Curatur „zauważa się różne lub znaczące elementy krytyczne, ale jednocześnie zjawisko jest już szeroko rozpowszechnione i obecne są duchowe owoce z nim związane, które można zweryfikować. Odradza się wydanie zakazu dotyczącego tego zjawiska, bo mógłby on zaniepokoić lud Boży. W każdym razie wymaga się od biskupa diecezjalnego, aby nie promował tego zjawiska, szukał alternatywnych form pobożności i ewentualnie przekształcił jego profil duchowy i duszpasterski”.
Decyzja o „Sub mandato” oznacza wykrycie krytycznych kwestii, niezwiązanych jednak z samym zjawiskiem, które jest bogate w elementy pozytywne, ale z osobą, rodziną lub grupą osób, które robią z niego niewłaściwy użytek.
W przypadku terminu Prohibetur et obstruatur „Dykasteria wymaga od biskupa diecezjalnego, aby publicznie ogłosił, że przyjęcie tego zjawiska jest niedozwolone, a jednocześnie zapewnił odpowiednią katechezę, która mogłaby pomóc zrozumieć powody tej decyzji i rozwiać uzasadnione obawy duchowe tej części ludu Bożego”.
Natomiast Declaratio de non supernaturalitate określa zjawisko uznane za nienadprzyrodzone. Według dokumentu „Decyzja ta musi opierać się na konkretnych i sprawdzonych faktach i dowodach. Na przykład, gdy domniemany widzący oświadcza, że kłamał lub gdy wiarygodni świadkowie dostarczają elementów osądu, które pozwalają odkryć fałszowanie zjawiska, błędną intencję lub mitomanię”.
Pierwszy cud eucharystyczny
Na świecie cuda eucharystyczne dokonały się, m.in. we Włoszech, Francji, Hiszpanii, Portugalii, Niemczech, Austrii, Czechach, Belgii, Holandii, Argentynie, Meksyku, Wenezueli, a nawet w Indiach.
Pierwszy cud eucharystyczny wydarzył się w Lanciano we Włoszech w VIII w. Było to w klasztorze pod wezwaniem św. Longina, kiedy kapłan z zakonu św. Bazylego, wątpiący w przeistoczenie, odprawiał Mszę Świętą. Hostia, którą trzymał w dłoniach, przemieniła się w ciało, a wino stało się krwią, która skrzepła w pięć bryłek. Za zgodą biskupa dokonano pomiarów krwi. Zaobserwowano wówczas zjawisko, że jedna cząstka krwi była równa pięciu, ciężar dwóch – równy ciężarowi trzech, a ciężar najmniejszej, równy ciężarowi największej.
W latach 70. XX wieku materiał został przebadany przez prof. Odoardo Linoli. Jak się okazało, podobnie jak na Całunie Turyńskim, jest to krew człowieka grupy AB, a cząstki ciała są fragmentem mięśnia sercowego. Zamoczona krew w wodzie miała przemieniać się w postać płynną. W latach 80. potwierdzono te badania.
Relikwie zachowały się do dziś i można je oglądać w kościele św. Franciszka w Lanciano.
Włochy
Bolsena i Orvieto to kolejne miejsca we Włoszech, w którym dokonało się przeistoczenie ciała Chrystusa. Wydarzyło się to podczas Mszy Świętej w 1263 roku, kiedy to pielgrzymujący do Rzymu ksiądz Piotr z Pragi zatrzymał się w Bolsenie. Hostia zaczęła krwawić w jego rękach. Udał się do papieża Urbana IV, przebywającego w Orvieto, a ten ogłosił cud. Rok później ogłoszono: Święto Ciała i Krwi Pańskiej, zwane do dziś „Bożym Ciałem”.
Cud eucharystyczny dokonał się także we Sienie. W 1330 r. pewien ksiądz udał się do chorego. W pośpiechu wyjął hostię z tabernakulum i włożył do brewiarza, aby jak najszybciej przybyć do umierającego. Chcąc udzielić mu Komunii Świętej, otworzył brewiarz, a w nim zobaczył hostię zaplamioną krwią. Opowiedział o wszystkim zakonnikowi z zakonu św. Augustyna, ojcu Szymonowi Fidati, przepraszając, że hostię włożył między karty brewiarza.
Ojciec zakonny przekazał relikwie w postaci zakrwawionej kartki do klasztoru Augustianów w Perugii. Zaginęła jednak w latach 60. XIX w. w czasie prześladowań Kościoła. Drugą kartkę o. Fidati złożył w srebrnym naczyniu i przewiózł do rodzinnego miasta – Cascii, co stało się przyczyną wielkiej odnowy religijnej w tym mieście. Papież Grzegorz XVI zaliczył ojca w poczet błogosławionych.
W latach 60. XX wieku przebadano kartkę brewiarza. Na kartce o wymiarze 52 × 44 milimetry, średnica plamy krwi wynosi 40 mm. Relikwie zachowały się do dziś.
Niedługo później także Macerata zasłynęła z cudu. W 1356 r. w kościele św. Katarzyny pod Maceratą znowuż inny kapłan wątpiący w realną obecność Chrystusa w hostii, podczas odprawiania Mszy Świętej, zauważył jak z konsekrowanego chleba, trysnęła krew, która ściekała do kielicha.
Do dziś zachował się puryfikaterz (kawałek białego materiału), na który również spłynęła krew. Przechowywany jest w katedrze św. Juliana Szpitalnika w Maceracie, a wystawiany jest z okazji uroczystości Bożego Ciała.
Do najsłynniejszych przypadków cudów eucharystycznych we Włoszech należą także zdarzenia w Trani (1000 r.), Ferrarze (1171 r.), Alatri (1228 r.), we Florencji (1230 r. i 1595 r.), Offidzie (1273 r.), Turynie (1453 r.), Asti (1535 r. i 1718 r.), i w San Pietro a Patierno (1772 r.).
Jedno z ostatnich tego rodzaju zdarzeń odnotowano w 1984 r. w Watykanie w czasie Komunii św., której Jan Paweł II udzielał w swej prywatnej kaplicy grupie pielgrzymów z Azji. Komunia przyjęta przez pewną Koreankę, stała się kawałkiem ciała. Ojciec Święty w głębokim milczeniu pobłogosławił kobietę i udzielał dalej Komunii.
Holandia
Cud dokonał się także w stolicy Holandii w Amsterdamie. Wydarzyło się to w 1345 roku, kiedy umierający mężczyzna przyjął konsekrowaną hostię, ale ponieważ ją zwymiotował, zgodnie z przepisami prawa kościelnego postanowiono wrzucić ją do ognia, który płonął w kominku. Dzień później okazało się, że hostia nie spłonęła. Pomimo dwukrotnego przenoszenia ją w inne miejsce, pojawiać się miała znowu w domu tego mężczyzny. W związku z tym jego dom stał się sanktuarium. W XVI w. katolicyzm został tam zakazany, a kult zaprzestany. Jednak odrodził się w XIX wieku i trwa do dziś.
Argentyna
W 1996 r. w stolicy Argentyny w Buenos Aires w kościele parafialnym Santa María na podłogę upadła hostia. Ks. Alejandro Pezeta, który odprawiał Mszę Świętą, zgodnie z przepisami liturgicznymi włożył hostię do naczynia z wodą, zwanego vasculum. Kilka dni później zauważył, że schowana do tabernakulum hostia przemieniła się w czerwoną substancję, której z każdym dniem było więcej.
W 1999 r. obecny papież Franciszek, a tamtejszy wówczas arcybiskup Buenos Aires, kard. Jorge Mario Bergoglio zlecił wykonanie badań naukowych. Zajęli się tym badacze z Nowego Jorku, którzy nie zostali poinformowani o tym, skąd pochodzi pobrany materiał.
Patolog z Rockland County w stanie Nowy Jork, dr Frederick Zugibe wykazał, że materiał zawiera ludzkie DNA i jest to ciało i krew. Według jego oświadczenia: „badany materiał jest fragmentem mięśnia sercowego znajdującego się w ścianie lewej komory serca, z okolicy zastawek. Ten mięsień jest odpowiedzialny za skurcze serca. (…) Mięsień sercowy jest w stanie zapalnym, znajduje się w nim wiele białych ciałek. Wskazuje to na fakt, że serce żyło w chwili pobierania wycinka (…). Co więcej, te białe ciałka wniknęły w tkankę, co wskazuje na fakt, że to serce cierpiało – np. jak ktoś, kto był ciężko bity w okolicach klatki piersiowej”. Nauka nie potrafi wyjaśnić tego zjawiska.
Meksyk
W obecnych czasach, gdyż w XXI wieku, w 2006 r. hostia krwawiła także w kościele w Tixtli w Meksyku, podczas rozdawania Komunii Świętej w kościele św. Marcina z Tours, w którym odbywały się rekolekcje parafialne. Z jednego z komunikantów, znajdujących się w kielichu, wydobywała się krew. Przeprowadzono szczegółowe badania hostii. Do 2012 r. przesłano ją do trzech laboratoriów w Stanach Zjednoczonych, Włoszech i Niemczech.
W 2013 r. biskup diecezji Chilpancingo-Chilapa, Alejo Zavala Castro ogłosił uznanie cudu eucharystycznego. Jednak ostateczna decyzja w tej sprawie należy do Papieża. Podobnie, jak w przypadku wyników z materiału z Lanciano, naukowcy potwierdzili obecność ludzkiej krwi grupy AB, a także odkryto tkankę mięśnia sercowego.
W 2013 roku cud eucharystyczny miał miejsce także w Guadalajarze w parafii Matki Boskiej w kolonii Jardines de la Paz. Także w tym przypadku ksiądz konsekrujący Hostię zobaczył na niej krew. Kapłanem tym był ksiądz Jose Dolores Castellanos Gudino. Oprócz niego zdarzenie obserwowało tysiące wiernych. Do dziś cud jest na etapie badań.
Z kolei dwa lata temu w parafii Matki Bożej Różańcowej w mieście Zapotlanejo, niedaleko Guadalajara, hostia zaczęła bić, jak ludzkie serce. Są nagrania z tego wydarzenia. Ks. Carlos Spahn, który wówczas prowadził Adorację Najświętszego Sakramentu, poinformował, że niedługo przed zdarzeniem błogosławił zdjęcie bł. Carlo Acutisa, chłopca, który miał głębokie nabożeństwo do cudów eucharystycznych. W nocy z obrazu miał wyciekać olej.
Polska – pierwszy cud eucharystyczny
Cuda eucharystyczne w Polsce miały miejsce w ośmiu lokalizacjach. Najstarszy wydarzył się w Głotowie, kolejne w: Krakowie, Poznaniu, Bisztynku, Jankowicach Rybnickich, w wiosce Dubna, a w czasach współczesnych w Sokółce i Legnicy.
Do pierwszego cudu eucharystycznego w Polsce doszło w województwie warmińsko-mazurskim w Głotowie. Na przełomie XIII i XIV w. kościół w tej wiosce był napadany przez pogańskich Prusów i Litwinów. I tak właśnie w 1300 roku Głotowa sięgnął najazd pogan. Jak głosi legenda, przed tym właśnie najazdem mieszkańcy wynieśli z kościoła Najświętszy Sakrament, by uchronić go przed profanacją. Puszkę z Najświętszą Hostią zakopano w ziemi w pewnej odległości od świątyni. Wieś została zniszczona, a kościół doszczętnie spalony. Prawdopodobnie osoba, która ukryła Najświętszy Sakrament, nie przeżyła tego najazdu pogan, gdyż nikt z ocalałych nie wiedział o ukrytej Hostii.
Upłynęło wiele lat, gdy podczas orki rolnik przypadkowo odnalazł ukryty w ziemi kielich, a w nim nienaruszoną Hostię. Jak głosi legenda, woły ciągnące pług uklękły przed cudownie zachowanym Najświętszym Sakramentem, który świecił blaskiem. Wiadomość o tym rozeszła się wśród ludu. Kielich z hostią zabrano i w uroczystej procesji przeniesiono do kościoła w Dobrym Mieście. Ale jak głosi stare podanie, Hostia w niewytłumaczalny sposób znowu znalazła się na polu. Przyjęto to za znak, że Bóg pragnie, aby w tym miejscu zbudowano kościół ku czci Bożego Ciała. W połowie XIV wieku zbudowano drugi już kościół, tym razem z cegły i kamienia. Od tego czasu Głotowo stało się miejscem pielgrzymkowym.
Kielich z Hostią nie przetrwał do obecnych czasów, jednak w sanktuarium znajduje się jego kopia. Wokół Sanktuarium Najświętszego Sakramentu znajduje się obecnie Kalwaria Warmińska.
Kraków
Także w Krakowie doszło do cudu eucharystycznego. Wydarzyło się to w 1345 roku, kiedy do kościoła Wszystkich Świętych włamali się złodzieje, którzy ukradli naczynie z hostiami z tabernakulum. Gdy okazało się, że naczynie nie posiada wartości materialnej, wyrzucili je w podmiejskie bagna. Przez trzy noce miało bić z tego miejsca światło.
Biskup nakazał post, w obawie, iż mogła być to oznaka nieszczęścia. Jednak kilka dni później odnaleziono naczynie z hostiami i zorganizowano procesję. Król Kazimierz Wielki w miejscu znalezienia monstrancji zainicjował wzniesienie kościoła Bożego Ciała, do którego przez cały XV wiek odbywały się w każdy czwartek procesje.
Poznań
Z kolei w Poznaniu w 1399 roku według legendy uboga kobieta wraz z córką w uroczystość Wniebowzięcia Najświętszej Maryi Panny miały na prośbę miejscowych Żydów wykraść dla pieniędzy z pobliskiego kościoła, znajdującego się przy dzisiejszej ul. Szewskiej, trzy święte Hostie. Ci po otrzymaniu Najświętszego Sakramentu chcieli zbezcześcić Hostie. Zaczęli je kłuć nożami. Wtedy wytrysnęła z nich Krew, a niewidoma Żydówka miała odzyskać wzrok. Profanatorzy wyrzucili Hostie do studni, ale te unosiły się nad wodą. Podjęli drugą próbę, porzucając je za miastem w błocie, jednak Hostie wciąż się unosiły.
Najświętszy Sakrament został przeniesiony w uroczystej procesji do jednego z poznańskich kościołów. Teraz znajdują się w kościele p.w. Bożego Ciała, który stoi w miejscu znalezienia Hostii. Do miejsca tego przybywają liczne pielgrzymki.
Bisztynek
W województwie warmińsko-mazurskim również doszło do cudu. Wydarzyło się to w 1400 r., kiedy biskup Henryk Sorbom dokonywał w Bisztynku poświęcenia nowej świątyni p.w. św. Macieja Apostoła. Wówczas jeden z kapłanów wątpił w prawdziwość przeistoczenia. W tym momencie z hostii zaczęła płynąć krew i poplamiła korporał. Ten został wysłany do Rzymu, skąd już nie powrócił.
Bisztynek stał się miejscem licznych pielgrzymek. Sanktuarium Krwi Pana Jezusa jest obecnie jednym z największych kościołów (poza katedrami) w Archidiecezji Warmińskiej.
Jankowice Rybnickie
Jankowice Rybnickie to wieś położona na Górnym Śląsku. To tam w 1433 roku kapłan Walenty miał jechać do umierającego człowieka. W drodze został zaatakowany przez husyckie bojówki i powieszony na drzewie. Po kilkudziesięciu latach do wioski przybył paulin, który dowiedział się, że z pewnego dębu bije światło. Zakonnik ten miał być synem człowieka, do którego zmierzał kapłan. Pomimo ostrzeżeń gajowego o niebezpiecznych pszczołach, włożył rękę do dziupli i wyciągnął plaster miodu, w którym ukazała się bursa kapłańska ze złotym krzyżem, a w niej nienaruszona Hostia.
Ciała powieszonego zakonnika nie udało się jednak odnaleźć. W miejscu jego śmierci miało wypłynąć także „cudowne źródełko”, które nazwano „Studzienką”. W XVII w. na miejscu dębu wzniesiono pierwszy drewniany kościółek, który z czasem został rozbudowany i stał się kościołem pw. Bożego Ciała. Od lat 70. XX w. corocznie, w drugą niedzielę maja, odbywają się pielgrzymki do Studzienki. W 2002 r. kościół pw. Bożego Ciała kościół został oficjalnie uznany jako sanktuarium Najświętszego Sakramentu.
Dubno
W 1867 roku krótko po powstaniu styczniowym doszło w wiosce Dubna do niezwykłego zjawiska. Stało się to w kościółku św. Jana Nepomucena. Podczas 40-godzinnego nabożeństwa wierni zobaczyli bijące światło z wystawionego Najświętszego Sakramentu. Trwało to do końca nabożeństwa. Wydarzenie to umocniło wiernych w czasie, gdy Polska była pod rządami Carskiej Rosji. Dzisiaj Dubno znajduje się na Ukrainie.
Sokółka
Cud eucharystyczny w Sokółce wydarzył się w 2008 r. w parafii św. Antoniego Padewskiego, tuż po beatyfikacji sługi Bożego ks. Michała Sopoćki. Wtedy podczas porannej Mszy Świętej kapłanowi upadła hostia. Zgodnie z przepisami liturgicznymi umieszczona została w naczyniu wypełnionym wodą i pozostawiona do rozpuszczenia. Kiedy zakrystianka, s. Julia Dubowska otworzyła sejf, w którym znajdowała się hostia, poczuła zapach kwaszonego chleba. Zobaczyła na komunikancie czerwoną plamę, która przypominała krew.
Rok później komunikant poddano badaniom, podczas których stwierdzono, że materiał pochodzi z mięśnia sercowego człowieka, będącego w stanie agonii. Do Sokółki przybywają licznie pielgrzymki, aby pomodlić się w miejscu cudu i zobaczyć hostie.
Legnica
Legnica to kolejne miejsce, w którym dokonał się cud eucharystyczny. Wydarzenie miało miejsce w Boże Narodzenie w 2013 r. Hostia, podobnie jak w Sokółce, podczas udzielania Komunii Świętej, upadła na posadzkę. Kapłan umieścił ją w vasculum. Po pewnym czasie na hostii pojawiły się czerwone ślady. W lutym 2014 roku przeprowadzono badania laboratoryjne. Zakład Medycyny Sądowej, orzekł w raporcie, że badana tkanka to „pofragmentowane części mięśnia poprzecznie prążkowanego”. Badania genetyczne wykazały, że jest to tkanka ludzka.
Uroczystość Najświętszego Ciała i Krwi Chrystusa przypomina o obecności Chrystusa w Eucharystii. Dla wiernych Kościoła katolickiego cuda eucharystyczne są tego namacalnym znakiem.
Maria Osińska/KAI
***
Uroczystości i Święta w Liturgii Kościoła, w których wierni mają obowiązek uczestniczyć we Mszy świętej
fot. Karol Porwich/Tygodnik Niedziela
***
Wśród licznych uroczystości i świąt w Kościele Katolickim są święta nakazane, czyli dni w które wierni zobowiązani są od uczestnictwa we Mszy świętej oraz do powstrzymywania się od prac niekoniecznych. Lista świąt nakazanych regulowana jest przez Kodeks Prawa Kanonicznego. Oprócz nich wierni zobowiązani są do uczestnictwa we Mszy w każdą niedzielę.
Święta nakazane w 2025 roku:
1 stycznia (środa) – Uroczystość Świętej Bożej Rodzicielki
6 stycznia (poniedziałek) – Trzech Króli, czyli uroczystość Objawienia Pańskiego
20 kwietnia (niedziela) – Wielkanoc
1 czerwca (niedziela) – Wniebowstąpienie Pańskie
8 czerwca (niedziela) – Niedziela Zesłania Ducha Świętego (Zielone Świątki)
19 czerwca (czwartek) – Boże Ciało, czyli uroczystość Najświętszego Ciała i Krwi Chrystusa
15 sierpnia (piątek) – Uroczystość Wniebowzięcia Najświętszej Maryi Panny
1 listopada (sobota) – Uroczystość Wszystkich Świętych
25 grudnia (czwartek) – Uroczystość Narodzenia Pańskiego
Pozostałe ważne dni w 2025 roku:
Oprócz wymienionych powyżej uroczystości i świąt nakazanych obchodzone są również inne święta o głębokiej tradycji. W te święta wierni nie są zobowiązani do uczestnictwa we Mszy świętej oraz powstrzymywania się od prac niekoniecznych, jednak polscy biskupi zachęcają do udziału w liturgii również w te dni.
2 lutego (niedziela) – Święto Ofiarowania Pańskiego (Matki Boskiej Gromnicznej)
5 marca (środa) – Środa Popielcowa
17-19 kwietnia (Wielki Czwartek, Wielki Piątek i Wielka Sobota) – Triduum Paschalne (Wielki Piątek jest jedynym dniem w roku, w którym nie odprawia się Mszy św.)
21 kwietnia (poniedziałek) – Poniedziałek Wielkanocny
3 maja (sobota) – Uroczystość Najświętszej Maryi Panny Królowej Polski
9 czerwca (poniedziałek) – Uroczystość Najświętszej Maryi Panny, Matki Kościoła
29 czerwca (niedziela) – Uroczystość świętych Apostołów Piotra i Pawła
26 grudnia (piątek) – Święto świętego Szczepana, pierwszego męczennika
Papież Leon XIV otrzymał święcenia kapłańskie 43 lata temu,bardzo blisko Watykanu
***
Papież Leon XIV wspomina dziś – 19 czerwca – rocznicę święceń kapłańskich w kaplicy św. Moniki, znajdującej się przy placu Sant’Uffizio.
Czterdzieści trzy lata temu Leon XIV został więc kapłanem w kaplicy św. Moniki w Rzymie, kilka kroków od Watykanu i placu Sant’Uffizio, gdzie obecnie rezyduje jako papież. Święceń udzielił mu belgijski arcybiskup Jean Jadot, pełniący obowiązki przewodniczącego Sekretariatu ds. Niechrześcijan, który wcześniej był delegatem apostolskim i pro-nuncjuszem w Azji, Afryce, a następnie w Stanach Zjednoczonych. W chwili święceń ojciec Robert Francis Prevost miał 27 lat i studiował już prawo kanoniczne na Papieskim Uniwersytecie św. Tomasza z Akwinu. Pięć lat wcześniej wstąpił do Zakonu św. Augustyna, a w 1981 roku złożył śluby wieczyste. W 1985 roku został wysłany jako misjonarz do Peru, gdzie służył w misji w Chulucanas w Piurze.
Fragment wybrany na obrazek pamiątkowy nawiązuje do innych tekstów św. Augustyna, a w szczególności do Komentarzy do Psalmów (103, III, 9): „Jesteś dobrym sługą Chrystusa – pisał Hiponata – jeśli służysz tym, którym służył Chrystus… Ten, który swoją krwią uczynił cię wolnym, uczynił cię moim sługą… Nauczcie się kochać swoje sługi, ale w imię waszego Pana. Niech On pozwoli nam dobrze pełnić tę służbę, ponieważ, chcąc nie chcąc, jesteśmy sługami; jednak, jeśli jesteśmy nimi z własnej woli, nie służymy z konieczności, ale z miłości”.
„Nie jestem w stanie nakarmić was wszystkich wspólnym chlebem. Ale to Słowo jest waszym pokarmem. Karmię was tym samym chlebem, który karmi mnie. Jestem waszym sługą.” Te słowa, wyrażające myśl św. Augustyna zawartą w kazaniu 339, widniały na obrazku pamiątkowym ze święceń kapłańskich Roberta F. Prevosta, które przyjął czerwca 1982 roku. Wybrano obraz Ostatniej Wieczerzy, przedstawiony na XV-wiecznej ikonie rosyjskiej.
Fragment wybrany na obrazek pamiątkowy nawiązuje do innych tekstów św. Augustyna, a w szczególności do Komentarzy do Psalmów (103, III, 9):
„Jesteś dobrym sługą Chrystusa – pisał Hiponata – jeśli służysz tym, którym służył Chrystus… Ten, który swoją krwią uczynił cię wolnym, uczynił cię moim sługą… Nauczcie się kochać swoje sługi, ale w imię waszego Pana. Niech On pozwoli nam dobrze pełnić tę służbę, ponieważ, chcąc nie chcąc, jesteśmy sługami; jednak, jeśli jesteśmy nimi z własnej woli, nie służymy z konieczności, ale z miłości”.
Te słowa o byciu sługami, o przynależności do Boga i z tego wynikającej służbie Jego ludowi, znalazły w jakiś sposób oddźwięk również w pierwszej homilii wygłoszonej podczas święceń kapłańskich, którym przewodniczył nowy biskup Rzymu w bazylice św. Piotra 31 maja 2025 r., kiedy to udzielił święceń kapłańskich jedenastu diakonom diecezji. „Drodzy kandydaci do święceń – mówił Papież -pocznijcie się na wzór Jezusa! Bycie z Boga – sługami Boga, Ludem Bożym – łączy nas z ziemią: nie ze światem idealnym, lecz z tym rzeczywistym. Tak jak Jezus, spotykacie osoby z krwi i kości, które Ojciec stawia na waszej drodze. Poświęćcie się im – nie oddzielając się od nich, nie izolując, nie czyniąc z otrzymanego daru swego rodzaju przywileju […]. «Miłość Chrystusa obejmuje nas», drodzy bracia i siostry! Jest to obejmowanie, które wyzwala i pozwala nam nie posiadać nikogo. Wyzwalać, nie posiadać. Jesteśmy Boży – nie ma większego bogactwa, które można by docenić i dzielić się nim. To jedyne bogactwo, które, gdy jest dzielone, pomnaża się”.
Tytuł kaplicy św. Moniki jako kościoła tytularnego został nadany przez papieża Franciszka nowemu kardynałowi Robertowi Prevostowi 30 września 2023 roku.
Cykl katechez – Jubileusz 2025. Jezus Chrystus naszą nadzieją. II. Życie Jezusa. Uzdrowienia. 10. Uzdrowienie paralityka. „Gdy Jezus ujrzał go leżącego i poznał, że czeka już dłuższy czas, rzekł do niego: «Czy chcesz wyzdrowieć?»” (J 5, 6)
_____________________________
Z Ewangelii według Świętego Jana
(J 5, 2-9)
W Jerozolimie zaś jest przy Owczej [Bramie] sadzawka, nazwana po hebrajsku Betesda, mająca pięć krużganków. Leżało w nich mnóstwo chorych: niewidomych, chromych, sparaliżowanych. Znajdował się tam pewien człowiek, który już od lat trzydziestu ośmiu cierpiał na swoją chorobę. Gdy Jezus ujrzał go leżącego i poznał, że czeka już dłuższy czas, rzekł do niego: «Czy chcesz wyzdrowieć?» Odpowiedział Mu chory: «Panie, nie mam człowieka, aby mnie wprowadził do sadzawki, gdy nastąpi poruszenie wody. W czasie kiedy ja dochodzę, inny wstępuje przede mną». Rzekł do niego Jezus: «Wstań, weź swoje nosze i chodź!» Natychmiast wyzdrowiał ów człowiek, wziął swoje nosze i chodził.
_____________________________
Drodzy Bracia i Siostry!
Nadal wpatrujemy się w Jezusa, który uzdrawia. Dzisiaj chciałbym w szczególności zaprosić was do zastanowienia się nad sytuacjami, w których czujemy się „zablokowani” i zamknięci w ślepym zaułku. Czasami bowiem, wydaje nam się, że nie ma sensu dalej żyć nadzieją; stajemy się zrezygnowani i nie mamy już ochoty walczyć. Sytuacja ta została opisana w Ewangeliach za pomocą obrazu paraliżu. Dlatego dzisiaj chciałbym zatrzymać się nad uzdrowieniem paralityka, opisanym w piątym rozdziale Ewangelii św. Jana (5,1-9).
Jezus udaje się do Jerozolimy na święto żydowskie. Nie idzie od razu do świątyni, ale zatrzymuje się przy bramie, gdzie prawdopodobnie obmywano owce przeznaczone na ofiary. W pobliżu tej bramy przebywało również wielu chorych, którzy w przeciwieństwie do owiec nie mieli wstępu do świątyni, ponieważ uważano ich za nieczystych! I wtedy to sam Jezus dociera do nich w ich cierpieniu. Osoby te miały nadzieję na cud, który mógłby zmienić ich los. Obok bramy znajdowała się bowiem sadzawka, której wody uważano za cudotwórcze, to znaczy mogące uzdrowić: czasami woda się poruszała i zgodnie z ówczesnym przekonaniem, ten, kto pierwszy się w niej zanurzył, został uzdrowiony.
W ten sposób dochodziło do swoistej „wojny między biedakami”: możemy sobie wyobrazić smutną scenę, w której chorzy z trudem wloką się, aby wejść do sadzawki. Sadzawka ta nazywała się Betesda, co oznacza „dom miłosierdzia”: może to być obraz Kościoła, gdzie gromadzą się chorzy i ubodzy, a Pan przychodzi, aby uzdrowić i dać nadzieję.
Jezus zwraca się osobiście do pewnego człowieka, który jest sparaliżowany od trzydziestu ośmiu lat. Jest on już zrezygnowany, ponieważ nigdy nie udaje mu się zanurzyć w sadzawce, gdy woda się porusza (por. w. 7). W gruncie rzeczy to, co nas paraliżuje, to często właśnie poczucie rozczarowania. Czujemy się zniechęceni i grozi nam popadnięcie w acedię.
Jezus zadaje temu paralitykowi pytanie, które może wydawać się zbędne: „Czy chcesz wyzdrowieć?” (w. 6). Jest to jednak pytanie konieczne, ponieważ kiedy jesteśmy od wielu lat zablokowani, może nam zabraknąć nawet woli wyzdrowienia. Niekiedy wolimy trwać w stanie chorobowym, zmuszając innych, żeby się o nas zatroszczyli. Czasami jest to również pretekst, aby nie podejmować decyzji o tym, co uczynić z naszym życiem. Jezus odsyła natomiast tego człowieka do jego najgłębszego pragnienia.
Człowiek ów, istotnie, odpowiada na pytanie Jezusa w sposób bardziej wyrazisty, ujawniając swoją wizję życia. Mówi przede wszystkim, że nie ma nikogo, kto zanurzyłby go w sadzawce: wina nie leży więc po jego stronie, ale po stronie innych, którzy nie troszczą się o niego. Postawa ta staje się pretekstem do uniknięcia brania odpowiedzialności za siebie. Ale czy to rzeczywiście prawda, że nie miał nikogo, kto mógłby mu pomóc? Oto pouczająca odpowiedź św. Augustyna: „Prawdziwie, człowiek był mu potrzebny dla odzyskania zdrowia, ale taki człowiek, który jest [także] Bogiem. (…) Przybył więc człowiek, który był konieczny i dlaczego uzdrowienie miałoby być odkładane”[1].
Paralityk dodaje następnie, że kiedy próbuje zanurzyć się w sadzawce, zawsze ktoś przychodzi przed nim. Ten człowiek wyraża fatalistyczną wizję życia. Myślimy, że coś nam się przydarza, ponieważ nie mamy szczęścia, ponieważ los jest nam przeciwny. Ów człowiek jest przygnębiony. Czuje się pokonany w życiowej walce.
Jezus pomaga mu jednak odkryć, że jego życie jest również w jego rękach. Zachęca go, aby wstał, podniósł się ze swojej chronicznej sytuacji i wziął swoje nosze (por. w. 8). Tego łóżka nie należy zostawiać, czy wyrzucać: symbolizuje ono jego przeszłość pełną chorób, jest jego historią. Do tej pory przeszłość go blokowała, zmuszała do leżenia jak martwy. Teraz to on może wziąć te nosze i zanieść je tam, gdzie chce: może zdecydować, co czynić ze swoją historią! Chodzi o to, aby iść naprzód, biorąc na siebie odpowiedzialność za wybór drogi, którą się podąża. A to wszystko dzięki Jezusowi!
Najmilsi bracia i siostry, prośmy Pana o dar zrozumienia, gdzie nasze życie zablokowało się. Spróbujmy dopuścić do głosu nasze pragnienie uzdrowienia. I módlmy się też za tych wszystkich, którzy czują się sparaliżowani, którzy nie widzą drogi wyjścia. Prośmy, abyśmy powrócili do zamieszkiwania w Sercu Chrystusa, które jest prawdziwym domem miłosierdzia!
_____________________________
Apel
Drodzy Bracia i Siostry!
Serce Kościoła rozdzierają krzyki, które dochodzą z miejsc ogarniętych wojną, zwłaszcza z Ukrainy, Iranu, Izraela i Gazy. Nie możemy przyzwyczaić się do wojny! Wręcz przeciwnie – trzeba odrzucić jako pokusę fascynację potężnym i zaawansowanym uzbrojeniem. W rzeczywistości bowiem, we współczesnej wojnie używa się „naukowo opracowanych rodzajów broni, [a] jej możliwości niszczenia grożą doprowadzeniem walczących do barbarzyństwa, które przewyższa znacznie barbarzyństwo minionych czasów” (Sobór Watykański II, Konst. duszp. Gaudium et spes, 79). Dlatego – w imię ludzkiej godności i prawa międzynarodowego – powtarzam odpowiedzialnym to, co zwykł mówić Papież Franciszek: wojna jest zawsze porażką! A wraz z Piusem XII: „Przez pokój niczego się nie traci, ale wszystko może być stracone przez wojnę”.
_____________________________
Pozdrowienie
Saluto cordialmente i pellegrini polacchi. Domani nella vostra Patria celebrate la Solennità del Corpus Domini – riunendovi numerosi alla Eucaristia e partecipando alle processioni per le strade delle città e dei paesi. Organizzate anche concerti di lode, come quello “Un solo Cuore, un solo Spirito” a Rzeszów. Questi incontri possano ravvivare la vostra testimonianza di amore a Cristo e l’apertura integrale al Vangelo. Vi benedico di cuore.
Serdecznie pozdrawiam pielgrzymów polskich. Jutro w Waszej Ojczyźnie świętujecie Uroczystość Bożego Ciała – gromadząc się licznie na Eucharystii i uczestnicząc w procesjach na ulicach miast i wiosek. Organizujecie też koncerty uwielbienia, jak „Jednego Serca, Jednego Ducha” w Rzeszowie. Niech te spotkania ożywiają wasze świadectwo miłości do Chrystusa i całkowitą otwartość na Ewangelię. Z serca Wam błogosławię.
_____________________________
Streszczenie katechezy Ojca Świętego
Drodzy bracia i siostry, nadal wpatrujemy się w Jezusa, który uzdrawia. Dziś zatrzymajmy się nad uzdrowieniem paralityka. Jezus, udając się do Jerozolimy na święto żydowskie, zatrzymuje się przy bramie, gdzie chorzy czekali na uzdrowienie w sadzawce Betesda – czyli w „domu miłosierdzia”. To obraz Kościoła, gdzie gromadzą się chorzy, wykluczeni i zniechęceni porażkami, pozbawieni sił do dalszej walki. To do nich przychodzi Jezus, aby ożywić ich nadzieję i zachęcić do podjęcia odpowiedzialności za siebie. Prośmy, abyśmy powrócili do zamieszkania w Sercu Chrystusa – w prawdziwym domu miłosierdzia!
[1] Homilia 17, 7. w: Homilie na Ewangelie i Pierwszy List św. Jana, tłum. O. Wł. Szołdrski, ks. W. Kania, ATK, Warszawa 1977, s. 254.
PapieżLeon XIV: Bóg jest zawsze blisko tych, którzy cierpią
fot. Vatican Media
***
Z okazji obchodów „Dnia dla Życia” zorganizowanych przez Konferencje Episkopatów Anglii i Walii, Szkocji i Irlandii, Ojciec Święty wystosował do uczestników telegram, podpisany przez Sekretarza Stanu Stolicy Apostolskiej, w którym wskazał na potrzebę świadectwa o godności każdego człowieka bez wyjątku oraz o czułym, chrześcijańskim towarzyszeniu ciężko chorym.
Tematem obchodów „Dnia dla Życia” są słowa „Nadzieja nie zawodzi – odnajdywanie sensu w cierpieniu”. Hasło wpisuje się w przeżywany obecnie Rok Jubileuszowy, którego motywem przewodnim jest właśnie nadzieja.
W skierowanym do uczestników i organizatorów telegramie, podpisanym przez Sekretarza Stanu Stolicy Apostolskiej kard. Pietro Parolina i adresowanym do metropolity Liverpoolu abp. Johna Francisa Sherringtona, Leon XIV zapewnił o swojej duchowej bliskości.
Papież podkreślił, że temat wydarzenia „Dzień dla Życia” jest okazją do skierowania uwagi na to, w jaki sposób tajemnica cierpienia, tak powszechna w życiu ludzi, może zostać przekształcona w doświadczenie obecności Pana, bo Bóg jest zawsze blisko tych, którzy cierpią. Powołując się na orędzie papieża Franciszka na XXXIII Światowy Dzień Chorych, Leon XIV dodał, że Bóg prowadzi do docenienia głębszego sensu życia, w miłości i bliskości.
Ojciec Święty Leon XIV, jak czytamy w telegramie, modli się, aby dzięki wspólnemu świadectwu organizatorów i uczestników „Dnia dla Życia”, świadectwu o godności każdego człowieka bez wyjątku oraz o czułym, chrześcijańskim towarzyszeniu ciężko chorym, wszyscy w społeczeństwie byli zachęceni do obrony, a nie podważania cywilizacji opartej na autentycznej miłości i prawdziwym współczuciu.
Papież powierza wysiłki na rzecz ludzkiego życia wstawiennictwu Matki Bożej Dobrej Rady, a wszystkim, którzy wspierają „Dzień dla Życia” udziela apostolskiego błogosławieństwa.
15 czerwca 2025 – Artur Hanula, Vatican News PL | Watykan
***
czwartek 12 czerwca
Uroczystość
Jezusa Chrystusa, Najwyższego Wiecznego Kapłana
Fr. Lawrence OP | Flickr | CC BY-NC-ND 2.0/Aleteia.pl
***
Święto Chrystusa
Najwyższego i Wiecznego Kapłana
Święto Jezusa Chrystusa Najwyższego i Wiecznego Kapłana obchodzone jest w czwartek po niedzieli Zesłania Ducha Świętego.
Papież Benedykt XVI zaproponował, żeby do kalendarza liturgicznego wprowadzić nowe święto ku czci Jezusa Chrystusa Najwyższego i Wiecznego Kapłana. Jest to odpowiedź Ojca Świętego na postulaty zgłaszane przez różne episkopaty, ale przede wszystkim środowiska zakonne dla upamiętnienia Roku Kapłańskiego, który był obchodzony od 19 czerwca 2009 do 11 czerwca 2010 r. Jest to odpowiedź papieża na potrzebę obchodzenia takiego święta. (Do tej pory w Mszale Rzymskim jest tylko Msza wotywna, którą często kapłani sprawują z okazji pierwszego czwartku miesiąca, gdy w sposób szczególny modlimy się o powołania kapłańskie i dziękujemy Chrystusowi za ustanowienie sakramentu Eucharystii i kapłaństwa).
Benedykt XVI wyznaczył dzień na takie święto – czwartek po niedzieli Zesłania Ducha Świętego, czyli tydzień przed uroczystością najświętszego Ciała i Krwi Chrystusa, zwaną Bożym Ciałem.
To nowe święto wpisuje się w cykl uroczystości i świąt, szczególnych dni, obchodzonych po zakończeniu cyklu paschalnego. Radość wielkanocna ze Zmartwychwstania Chrystusa i Jego zwycięstwa trwa pięćdziesiąt dni, kończy go uroczysty 50. dzień – Zesłanie Ducha Świętego – który pieczętuje świąteczny okres obchodów liturgicznych. I dopiero po zakończeniu tego okresu w określone dni, mające rangę uroczystości czy święta, powraca się do pewnych tajemnic wiary, które zaistniały w Wydarzeniu Wielkanocnym. Wówczas nie było możliwości świętowania konkretnej tajemnicy, konkretnego aspektu wiary, ponieważ Triduum Paschalne i Wielkanoc zawiera jak w pigułce całą naszą wiarę, to, co jest najważniejsze, więc godzina po godzinie objawiają się kolejne tajemnice, które rozważamy i przeżywamy.
W Wieczerniku w Wielki Czwartek wieczorem świętujemy ustanowienie sakramentu Eucharystii, ale zaraz się zaczyna świętowanie Męki Pańskiej, bo przecież Msza Wielkiego Czwartku zaczyna Triduum Męki Chrystusa. Nie ma wtedy odpowiedniego czasu na uroczyste obchody ku czci Eucharystii. Dlatego została ustanowiona specjalna uroczystość – Najświętszego Ciała i Krwi Chrystusa, by ten sakrament uczcić. W Wielki Piątek Pan Jezus kona na krzyżu, następuje moment przebicia Jego Serca. Znowu nie ma odpowiedniego czasu w liturgii wielkopiątkowej na rozbudowanie wątku uczczenia miłości Boga, objawionej w przebitym Sercu Jezusa – stąd oddzielna uroczystość – Najświętszego Serca Pana Jezusa – także po zakończeniu cyklu uroczystości paschalnych.
I ta propozycja – święto Jezusa Chrystusa Najwyższego i Wiecznego Kapłana – wpisuje się w ten ciąg. Pan Jezus w Wieczerniku ustanawia sakrament kapłaństwa. Sam objawia się poprzez całe Misterium Paschalne i to, czego dokonuje – że On jest najwyższym Kapłanem, On składa ofiarę, tak naprawdę jedyną skuteczną – za grzechy świata. W Wielki Czwartek, podczas Mszy Wieczerzy Pańskiej, gdy wspólnota wiernych zgromadzi się w danej parafii, nie bardzo jest miejsce dla uczczenia kapłaństwa Chrystusa, w które wpisane jest kapłaństwo ludzi, przyjmujących sakrament święceń, by przez nich Pan Jezus Swoje kapłaństwo wykonywał. Stąd potrzeba pogłębienia tej tajemnicy i wprowadzenia odrębnego święta.
kai
***
Niedoszła ofiara Abrahama pokazała, jak wielką ofiarę złożył za nas Bóg.
fot. Ikona Kiko Arguello
***
Ta Liturgia Słowa to jakby jedna historia opowiedziana kilkukrotnie. Historia Ojca, który składa w ofierze swego Syna. Najpierw „zaaranżowana” w życiu Abrahama, w dramatycznej dla niego i jego syna Izaaka próbie, tak jakby Bóg chciał zapowiedzieć, co zrobi w przyszłości, i uświadomić jednocześnie, jak kosztowna nawet dla Boga-Ojca to ofiara (PIERWSZE CZYTANIE Rdz 22, 9–18).
Potem słyszymy Syna, posyłanego przez Ojca, który mówi: Oto idę. Dialog odbywa się jakby w niebiosach, a może w modlitwie w Getsemani (PIERWSZE CZYTANIE Hbr 10,4–10). Uświadamia, jak kosztowna nawet dla Syna Bożego to ofiara. W końcu ofiara się spełni, nie zostanie przerwana, jak w Księdze Rodzaju. Przepełniona trwogą modlitwa w Ogrodzie Oliwnym to przygotowanie Syna. Choć to Bóg, Jezus Chrystus – prawdziwy Bóg i prawdziwy Człowiek, podejmuje ostatecznie decyzję (EWANGELIA).
Jest sam, opuszczony przez uczniów. Paradoksalnie, gdy my jesteśmy sami i czujemy się opuszczeni przez Pana Boga, On z nami jest, bo wcześniej wziął na siebie nasze trwogi. Niewidoczny jak Baranek w zaroślach.
Stacja7.pl
***
Święto Pana Jezusa Chrystusa Najwyższego i Wiecznego Kapłana
Święto Pana Jezusa Chrystusa, Najwyższego i Wiecznego Kapłana obchodzone jest w Polsce od 2013 r. Ma ono przyczynić do świętości życia duchowieństwa oraz być inspiracją do modlitwy o nowe, święte i liczne powołania kapłańskie. Decyzję o wprowadzeniu święta podjęli biskupi zgromadzeni na 360. Zebraniu Plenarnym Konferencji Episkopatu Polski w Zakopanem w listopadzie 2012 r. W następstwie tej decyzji, w lutym 2013 r. Watykańska Kongregacja ds. Kultu Bożego i Dyscypliny Sakramentów zatwierdziła dla Kościoła w Polsce nowe święto oraz zatwierdziła jego coroczne obchody na czwartek po Niedzieli Zesłania Ducha Świętego. Biskupi podkreślają, że święto Jezusa Chrystusa, Najwyższego i Wiecznego Kapłana, wprowadzone w ostatnich dniach pontyfikatu papieża Benedykta XVI jest dla Kościoła w Polsce niejako jego testamentem duchowym. Egzegeza tekstu biblijnego ma prowadzić do modlitwy. Najlepszym zwieńczeniem tych rozważań będzie litania o Chrystusie-Kapłanie, odmawiana niegdyś w seminariach duchownych. Ojciec święty Jan Paweł II w swojej książce Dar i tajemnica poleca nam ją gorąco dla odnowienia żarliwości apostolskiej. Pisze tam między innymi: “W Ofierze Krzyża, upamiętnianej i uobecnianej w każdej Eucharystii, Chrystus ofiaruje siebie za zbawienie świata. Wezwania litanijne wyrażają całe bogactwo tej tajemnicy (…) Jest w tych wezwaniach zawarte wielkie bogactwo teologicznej wizji kapłaństwa. Litania ta jest głęboko osadzona w Piśmie świętym, a zwłaszcza w “Liście do Hebrajczyków” (Dar i tajemnica, s. 77).
Świętując dzisiejszą uroczystość Pana naszego, Jezusa Chrystusa, który jest Najwyższym i Wiecznym Kapłanem – dziś również jest pierwszy czwartek miesiąca – a więc mamy podwójną zachętę, aby modlić się za kapłanów, którzy poprzez swoją posługę, przede wszystkim sakramentalną, pomagają nam osiągnąć wieczne zbawienie.
***
Święto Chrystusa Kapłana – refleksja nad Eucharystią i powołaniem
fot. Wilbert Maximus / Cathopic
***
– Pan Bóg wykorzystał chęć poświęcenia się jakiejś idei, sprawie, jakiemuś dobru, które zawsze we mnie było – powiedział ks. Adam Pawłowski z parafii św. Augustyna w Czapurach koło Poznania. Duchowny podzielił się swoim świadectwem w związku ze Świętem Jezusa Chrystusa Najwyższego i Wiecznego Kapłana, które w Polsce obchodzone jest od 2012 r. i stanowi okazję do refleksji nad tajemnicą kapłaństwa.
Choć korzenie tej idei sięgają głęboko, samo święto obchodzone jest od niedawna. Ustanowił je papież Benedykt XVI po zakończeniu Roku Kapłańskiego, obchodzonego od czerwca 2009 r. do czerwca 2010 r. Była to odpowiedź Następcy św. Piotra na liczne postulaty, jakie napływały do Stolicy Apostolskiej z różnych stron świata. Papież pozostawił Kościołom lokalnym swobodę decyzji co do wprowadzenia tego święta. W Polsce zostało ono ustanowione przez Konferencję Episkopatu Polski w 2012 r.
Ponieważ święto przypada po okresie wielkanocnym, jest szansą na głębsze przeżycie tajemnic wiary, refleksję nad Eucharystią oraz rolą kapłana jako pośrednika pomiędzy wiernym a Chrystusem. To również okazja do modlitwy za kapłanów i przypomnienia, że każdy z nich nosi własną, osobistą historię.
Ks. Adam Pawłowski przyznał, że nigdy nie myślał o kapłaństwie, a jego droga powołania była naznaczona trudnymi doświadczeniami rodzinnymi. – Pana Boga nie można ograniczać w Jego działaniach, które są bardzo kreatywne – powiedział. Duchowny pochodzi z rodziny, którą nazwał „trudną”; po śmierci jego czteroletniego brata ojciec popadł w alkoholizm, a siostra odeszła od Kościoła i związała się z subkulturami. – Wszystko jest po coś – podkreślił. Jak zaznaczył, to właśnie te doświadczenia dziś pomagają mu docierać do zagubionej młodzieży. Jako kapelan ośrodka wychowawczego dla młodych „na bakier z prawem”, widzi, jak jego własna historia służy tym, którym posługuje. Za swoją siostrę modlił się przez 26 lat – nawróciła się.
O. Roman Łaba, posługujący na Ukrainie, zwrócił uwagę na kapłaństwo jako znak obecności Boga wśród cierpiących. – Jako kapłan jestem znakiem obecności Boga wśród ludu, który cierpi – powiedział. Odnosząc się do trwającej w jego ojczyźnie wojny, przyznał, że w tych trudnych doświadczeniach ludzie coraz częściej szukają Boga, zadając pytania o sens i nadzieję. Jak zaznaczył, jedyne, czego doświadcza w tej posłudze, to wierność Boga – mimo kruchości człowieka. Przypomniał również, że kapłaństwo powinno być wzorowane na Jezusie, który składał samego Siebie w ofierze. Jego zdaniem, sens kapłaństwa polega na rezygnacji z siebie i swojego życia na rzecz innych.
O trudach kapłaństwa mówił także o. Rafał Walczyk, który od początku swej posługi przebywa poza granicami Polski – w Stanach Zjednoczonych. – Oprócz języka musiałem nauczyć się tamtego Kościoła – wyznał. Jak dodał, choć Kościół jest jeden, powszechny i katolicki, to w USA spotykają się ludzie różnych kultur, którzy na różne sposoby przeżywają swoją wiarę. Posługa w takim środowisku, mimo trudów, przynosi radość – szczególnie w udzielaniu sakramentów i towarzyszeniu ludziom na drodze wiary. – Wiele razy docierały do mnie świadectwa nawróceń – mówił. Często były to osoby, które przez kilkadziesiąt lat żyły z dala od Kościoła, a powróciły dzięki prostym gestom miłości ze strony kapłana.
Na Jasnej Górze posługuje o. Jan Król, pełniący funkcję ceremoniarza. Jak powiedział, ma dzięki temu możliwość być blisko pielgrzymów i przeżywać liturgię razem z nimi. – Gdy wychodzę z Panem Jezusem do ludzi zgromadzonych na Eucharystii na błoniach, rozstępują się niczym Morze Czerwone – wspominał. To doświadczenie jest dla niego szczególnym znakiem działania Boga, „cukierkiem” otrzymanym od Niego – jak sam to określił.
O. Wojciech Dec, który na co dzień posługuje w Łodzi, a każdego roku wędruje na Jasną Górę z Pieszą Pielgrzymką Warszawską, przypomniał, że jedynym Najwyższym Kapłanem jest Chrystus. – My w tym kapłaństwie uczestniczymy przez święcenia – powiedział. Podkreślił, że możliwość wypowiadania słów konsekracji i trzymania w dłoniach Ciała Chrystusa to łaska. – Wypowiadamy wtedy słowa: „Bierzcie i jedzcie, to jest Ciało moje”. To przypomnienie, że jesteśmy powołani – mówił. Według niego, kapłan powinien w jedności z Chrystusem oddawać siebie innym – swój czas, siły i zdrowie. – Pokusa, by tego nie robić, może być silna, ale grozi nam, że będziemy jak ziarno, które nie wydaje plonu – zaznaczył.
Święto Jezusa Chrystusa Najwyższego i Wiecznego Kapłana przypada w czwartek po uroczystości Zesłania Ducha Świętego, czyli tydzień przed uroczystością Najświętszego Ciała i Krwi Chrystusa.
Biuro Prasowe @JasnaGóraNews | Jasna GóraⒸⓅ
***
Msza święta
Antyfona na wejście
Chrystus, Pośrednik nowego Przymierza, które trwa na wieki, ma Kapłaństwo nieprzemijające – Hbr 7,24; 9,15
Chwała na wysokości…
Kolekta
Boże, Ty dla chwały Twojego majestatu i dla zbawienia rodzaju ludzkiego ustanowiłeś Jednorodzonego Syna swojego Najwyższym i Wiecznym Kapłanem, spraw, aby dzięki łasce Ducha Świętego ci, których On wybrał jako sługi i szafarzy swoich tajemnic, okazali się wierni w wykonywaniu przyjętego urzędu posługiwania. Przez naszego Pana Jezusa Chrystusa, Twojego Syna, który z Tobą żyje i króluje w jedności Ducha Świętego, Bóg, przez wszystkie wieki wieków.Amen.
Czytanie z Księgo Rodzaju – Rdz 22,9-18
A gdy przyszli na to miejsce, które Bóg wskazał, Abraham zbudował tam ołtarz, ułożył na nim drwa i związawszy syna swego Izaaka położył go na tych drwach na ołtarzu. Potem Abraham sięgnął ręką po nóż, aby zabić swego syna. Ale wtedy anioł Pana zawołał na niego z nieba i rzekł: „Abrahamie!” A on rzekł: „Oto jestem”. Powiedział mu: „Nie podnoś ręki na chłopca i nie czyń mu nic złego! Teraz poznałem, że boisz się Boga, bo nie odmówiłeś Mi nawet twego jedynego syna”.
Abraham, obejrzawszy się poza siebie, spostrzegł barana uwikłanego rogami w zaroślach. Poszedł więc, wziął barana i złożył w ofierze całopalnej zamiast swego syna. I dał Abraham miejscu temu nazwę „Pan widzi”. Stąd to mówi się dzisiaj: „Na wzgórzu Pan się ukazuje”.
Po czym anioł Pana przemówił głośno z nieba do Abrahama po raz drugi: „Przysięgam na siebie, mówi Pan, że ponieważ uczyniłeś to, iż nie oszczędziłeś syna twego jedynego, będę ci błogosławił i dam ci potomstwo tak liczne jak gwiazdy na niebie i jak ziarnka piasku na wybrzeżu morza; potomkowie twoi zdobędą warownie swych nieprzyjaciół. Wszystkie ludy ziemi będą sobie życzyć szczęścia na wzór twego potomstwa, dlatego że usłuchałeś mego rozkazu”. Abraham wrócił do swych sług i wyruszywszy razem z nimi w drogę, poszedł do Beer-Szeby. I mieszkał Abraham nadal w Beer-Szebie. Oto słowo Boże.
Psalm 40
R/ Przychodzę, Boże, pełnić Twoją wolę
Nie chciałeś ofiary krwawej ani z płodów ziemi, lecz otwarłeś mi uszy: nie żądałeś całopalenia i ofiary za grzechy. Wtedy powiedziałem: „Oto przychodzę. R/
W zwoju księgi jest o mnie napisane: Radością jest dla mnie pełnić Twoją wolę, mój Boże, a Twoje prawo mieszka w moim sercu”. Głosiłem Twą sprawiedliwość w wielkim zgromadzeniu i nie powściągałem warg moich, o czym Ty wiesz, Panie. R/
Sprawiedliwości Twojej nie kryłem w głębi serca, głosiłem Twoją wierność i pomoc. Nie taiłem Twojej łaski ani Twej wierności przed wielkim zgromadzeniem. R/
Alleluja, alleluja, alleluja.
Dla nas Chrystus stał się posłusznym aż do śmierci, a była to śmierć na krzyżu, dlatego Bóg wywyższył Go nad wszystko i dał Mu imię, które jest ponad wszelkie imię.
Alleluja, alleluja, alleluja.
Słowa Ewangelii według św. Mateusza – Mt 26,36-42
Wtedy przyszedł Jezus z nimi do ogrodu, zwanego Getsemani, i rzekł do uczniów: „Usiądźcie tu, Ja tymczasem odejdę tam i będę się modlił”. Wziąwszy z sobą Piotra i dwóch synów Zebedeusza, począł się smucić i odczuwać trwogę. Wtedy rzekł do nich: „Smutna jest moja dusza aż do śmierci; zostańcie tu i czuwajcie ze Mną”. I odszedłszy nieco dalej, upadł na twarz i modlił się tymi słowami: „Ojcze mój, jeśli to możliwe, niech Mnie ominie ten kielich. Wszakże nie jak Ja chcę, ale jak Ty”.
Potem przyszedł do uczniów i zastał ich śpiących. Rzekł więc do Piotra: „Tak, jednej godziny nie mogliście czuwać ze Mną? Czuwajcie i módlcie się, abyście nie ulegli pokusie; duch wprawdzie ochoczy, ale ciało słabe”. Powtórnie odszedł i tak się modlił: „Ojcze mój, jeśli nie może ominąć Mnie ten kielich i muszę go wypić, niech się stanie wola Twoja”.
Oto słowo Pańskie.
Modlitwa nad darami
Panie Boże, niech nasz Pośrednik, Jezus Chrystus, uczyni te dary miłymi Tobie; i wraz z Sobą przedstawi nas jako wdzięczną ofiarę. Który żyje i króluje na wieki wieków. Amen.
Prefacja Kapłaństwo Chrystusa i Kościoła
Zaprawdę, godne to i sprawiedliwe, słuszne i zbawienne, abyśmy zawsze i wszędzie Tobie składali dziękczynienie, Panie, Ojcze święty, wszechmogący, wieczny Boże. Ty przez namaszczenie Duchem Świętym ustanowiłeś Twojego Jednorodzonego Syna Kapłanem nowego i wiecznego przymierza i postanowiłeś, że Jego jedyne kapłaństwo będzie trwało w Kościele. Chrystus nie tylko obdarzył cały lud odkupiony królewskim kapłaństwem, lecz w swojej miłości dla braci wybiera ludzi, którzy przez święcenia otrzymują udział w Jego kapłańskiej służbie. W Jego imieniu odnawiają oni Ofiarę, przez którą odkupił ludzi, i przygotowują dla Twoich dzieci ucztę paschalną. Otaczają oni miłością Twój lud święty, karmią go słowem i umacniają sakramentami. Poświęcając swoje życie dla Ciebie i dla zbawienia braci, starają się upodobnić do Chrystusa i składają Tobie świadectwo wiary i miłości. Dlatego z Aniołami i wszystkimi Świętymi wysławiamy Ciebie, z radością wołając:
Święty, Święty, Święty, Pan Bóg Zastępów. Pełne są niebiosa i ziemia chwały Twojej. Hosanna na wysokości. Błogosławiony, który idzie w imię Pańskie. Hosanna na wysokości.
Antyfona na Komunię
Oto Ja jestem z wami przez wszystkie dni, aż do skończenia świata.
Modlitwa po Komunii
Prosimy Cię, Panie, niech święta Hostia, którąśmy ofiarowali i przyjęli, odnowi nasze życie, abyśmy nieustannie zjednoczeni z Tobą w miłości, przynosili owoce trwające na wieki. Przez Chrystusa, Pana naszego. Amen.
***
Litania do Chrystusa, Kapłana i Ofiary. Wspaniała modlitwa za naszych księży
Odmawiajmy ją często. Św. Jan Paweł II na końcu swojej książki “Dar i tajemnica” umieścił tę właśnie litanię.
Kyrie eleison Chryste eleison. Kyrie eleison.
Chryste usłysz nas Chryste wysłuchaj nas.
Ojcze z nieba Boże, zmiłuj się nad nami.
Synu, Odkupicielu świata, Boże,
Duchu Święty, Boże,
Święta Trójco, jedyny Boże,
Jezu, Kapłanie na wieki, zmiłuj się nad nami.
Jezu, nazwany przez Boga Kapłanem na wzór Melchizedeka,
Jezu, Kapłanie, którego Bóg namaścił Duchem Świętym i mocą,
Jezu, Kapłanie wielki,
Jezu, Kapłanie z ludzi wzięty,
Jezu, Kapłanie dla ludzi ustanowiony,
Jezu, Kapłanie wszystkich wierzących,
Jezu, Kapłanie większej od Mojżesza czci godzien,
Jezu, Kapłanie prawdziwego przybytku,
Jezu, Kapłanie dóbr przyszłych,
Jezu, Kapłanie święty, niewinny i nieskalany,
Jezu, Kapłanie wierny,
Jezu, Kapłanie miłosierny,
Jezu, Kapłanie dobroczynny,
Jezu, Kapłanie pałający gorliwością o Boga i ludzi,
Jezu, Kapłanie na wieczność doskonały,
Jezu, Kapłanie, który wszedłeś do nieba,
Jezu, Kapłanie, siedzący po prawicy Majestatu na wysokości,
Jezu, Kapłanie wstawiający się za nami przed obliczem Boga,
Jezu, Kapłanie, któryś nam otwarł drogę nową i żywą,
Jezu, Kapłanie, któryś umiłował nas i obmył od grzechów Krwią swoją,
Jezu, Kapłanie, któryś siebie samego wydał jako Ofiarę i Hostię dla Boga,
Jezu, Ofiaro Boga i ludzi,
Jezu, Ofiaro święta,
Jezu, Ofiaro niepokalana,
Jezu, Ofiaro przyjęta przez Boga,
Jezu, Ofiaro przejednania,
Jezu, Ofiaro uroczysta,
Jezu, Ofiaro chwały,
Jezu, Ofiaro pokoju,
Jezu, Ofiaro przebłagania,
Jezu, Ofiaro zbawienia,
Jezu, Ofiaro, w której mamy ufność i śmiały przystęp do Boga,
Jezu, Ofiaro, która dwoje jednym uczyniła,
Jezu, Ofiaro od założenia świata ofiarowana,
Jezu, Ofiaro żywa przez wszystkie wieki.
Bądź nam miłościw, przepuść nam, Jezu.
Bądź nam miłościw, wysłuchaj nas, Jezu.
Od zła wszelkiego, wybaw nas, Jezu.
Od nierozważnego wejścia na służbę Kościoła,
Od grzechu świętokradztwa,
Od ducha niepowściągliwości,
Od pogoni za pieniądzem,
Od wszelkiej chciwości,
Od złego używania majątku kościelnego,
Od miłości świata i jego pychy,
Od niegodnego sprawowania świętych Tajemnic,
Przez odwieczne Kapłaństwo Twoje,
Przez święte namaszczenie Boskości, mocą którego Bóg Ojciec uczynił Cię Kapłanem,
Przez Twego kapłańskiego Ducha,
Przez Twoje posługiwanie, którym na ziemi wsławiłeś Ojca Twego,
Przez krwawą ofiarę z Siebie raz na Krzyżu złożoną,
Przez tę samą ofiarę codziennie na ołtarzu odnawianą,
Przez Boską władzę, którą jako jedyny i niewidzialny Kapłan wykonujesz przez swoich kapłanów.
Abyś wszystkie sługi Kościoła w świętej pobożności zachować raczył, Ciebie prosimy, wysłuchaj nas, Panie.
Aby ich napełnił Duch kapłaństwa Twego,
Aby usta kapłanów strzegły wiedzy,
Abyś na żniwo swoje robotników nieugiętych posłać raczył,
Abyś sługi Twoje w gorejące pochodnie przemienił,
Abyś pasterzy według Twego Serca wzbudzić raczył,
Aby wszyscy kapłani nienaganni byli i bez skazy,
Aby wszyscy, którzy zobaczą sługi ołtarzy, Pana uczcili,
Aby składali Ci ofiary w sprawiedliwości,
Abyś przez nich cześć Najświętszego Sakramentu rozkrzewić raczył,
Kapłanie i Ofiaro.
Baranku Boży, który gładzisz grzechy świata, przepuść nam, Jezu.
Baranku Boży, który gładzisz grzechy świata, wysłuchaj nas, Jezu.
Baranku Boży, który gładzisz grzechy świata, zmiłuj się nad nami, Jezu.
Jezu, Kapłanie, usłysz nas.
Jezu, Kapłanie, wysłuchaj nas.
Módlmy się. Boże, Uświęcicielu i Stróżu Twojego Kościoła, wzbudź w nim przez Ducha Twojego godnych i wiernych szafarzy świętych Tajemnic, aby za ich posługiwaniem i przykładem, przy Twojej pomocy, lud chrześcijański kierował się na drogę zbawienia. Boże, Ty nakazałeś modlącym się i poszczącym uczniom oddzielić Pawła i Barnabę do dzieła, do którego ich przeznaczyłeś, bądź teraz z Twoim Kościołem trwającym na modlitwie, i wskaż tych, których do służby wybrałeś. Przez Chrystusa Pana naszego. Amen.
***
Jezus Chrystus – Dobry Pasterz i Pośrednik Nowego Przymierza – jest Najwyższym i Wiecznym Kapłanem.
Spełniając funkcję kapłańską, złożył samego siebie na ołtarzu krzyża jako ofiarę przebłagalną za wszystkich ludzi. Pojednał świat z Bogiem, stając się jedynym skutecznym Pośrednikiem pomiędzy Bogiem i ludźmi. Jezus Chrystus nie zatrzymuje niczego dla siebie. Dlatego, jako Najwyższy Kapłan, zechciał podzielić się swoim kapłaństwem z tymi wszystkimi, którzy za Nim pójdą. Wybiera ludzi, którzy przez święcenia otrzymują udział w Jego kapłańskiej służbie. Dziękujemy za tych pasterzy, którzy otaczają miłością lud święty, karmią go Bożym Słowem i wzmacniają Sakramentami, poświęcają swoje życie dla zbawienia braci. Prosimy, aby byli dobrymi pasterzami, którzy okażą się wierni w wykonywaniu przyjętego urzędu posługiwania i każdego dnia będą upodabniać się do Chrystusa, składając świadectwo wiary i miłości. To święto jest okazją, by wesprzeć ich modlitwą – zarówno tych, którzy już odpowiedzieli pozytywnie na Boże wezwanie i posługują w Kościele jako biskupi, kapłani, diakoni, bracia zakonni i siostry zakonne, osoby konsekrowane, misjonarze i katechiści, jak i tych, którzy w tych dniach podejmują kluczowe dla swego życia decyzje. Niech nie zabraknie im naszego wsparcia w postaci modlitwy i życzliwości. Amen.
MODLITWA O UŚWIĘCENIE KAPŁANÓW
O Jezu, wiekuisty Najwyższy Kapłanie, zachowaj Twoich kapłanów w opiece Twojego Najwyższego Serca, gdzie nikt im nie może zaszkodzić. Zachowaj nieskalanymi ich namaszczone dłonie, które codziennie dotykają Twojego Świętego Ciała. Zachowaj czystymi ich wargi, które zraszane są Twoją Najdroższą krwią. Zachowaj czystymi ich serca naznaczone wspaniałą pieczęcią Twojego Kapłaństwa. Spraw, aby wzrastali w miłości i wierności Tobie, chroń ich przed zepsuciem i skażeniem tego świata. Wraz z mocą przemiany chleba i wina udziel im również mocy przemiany serc. Błogosław ich trudowi, aby wydał obfite owoce. Niech dusze, którym służą, będą ich pociechą tu na ziemi, a także wieczną koroną w życiu przyszłym. Amen.
MODLITWA O POWOŁANIA
Jezu, Synu Boga, w którym mieszka cała pełnia bóstwa. Ty powołujesz ochrzczonych, by wypłynęli na głębię, krocząc drogami świętości. Wzbudź w sercach ludzi młodych pragnienie, by być świadkami potęgi Twojej miłości. Napełnij młodych Twoim Duchem odwagi i roztropności, aby prowadził ich ku głębi tajemnicy człowieka, aby stali się zdolnymi do odkrycia pełnej prawdy o sobie i o własnym powołaniu. Nasz Zbawicielu, posłany przez Ojca, aby objawić Jego miłosierną miłość. Obdarz Twój Kościół darem ludzi młodych, którzy są gotowi wypłynąć na głębię, aby być wśród ludzi znakiem Twojej obecności, która odnawia i zbawia. Najświętsza Dziewico, Matko Zbawiciela, niezawodna Przewodniczko na drodze ku Bogu i bliźniemu. Ty, która zachowywałaś słowa Jezusa w głębi Twojego serca, wspieraj Twoim macierzyńskim wstawiennictwem rodziny i wspólnoty kościelne, aby pomagały ludziom młodym w hojnej odpowiedzi na wezwanie Pana. Amen.
Sanktuarium Matki Bożej Łaskawej/parafia św. Karola Boromeusza
***
piątek 13 czerwca
Adoracja Najświętszego Sakramentu z nabożeństwem czerwcowym i możliwość spowiedzi św. od godz. 18.00
godz.19.00 Msza święta
***
sobota 14 czerwca
od godz. 17.00 spowiedź św.
Msza święta wigilijna z Niedzieli Trójcy Przenajświętszej o godz. 18.00
Po Mszy św., z racji drugiej soboty miesiąca, nabożeństwo ku czci Matki Bolesnej, której Niepokalane Serce zostało siedmiokrotnie przebite mieczem boleści.
***
Niedziela 15 czerwca
UROCZYSTOŚĆ TRÓJCY PRZENAJŚWIĘTSZEJ
Ikona Trójcy Przenajświętszej /Krakowska Prowincja Zakonu Karmelitów Bosych/Karmel.pl/
***
ADORACJA NAJŚWIĘTSZEGO SAKRAMENTU/SPOWIEDŹ ŚW. OD GODZ.13.30
Msza święta. – godz. 14.00
PO MSZY ŚW. KORONKA DO BOŻEGO MIŁOSIERDZIA
***
Okres Wielkanocny kończy Uroczystość Zesłania Ducha Świętego. Zaś czas Komunii Wielkanocnej kończy się w Uroczystość Najświętszej Trójcy.
***
V przykazań kościelnych
Przykazania kościelne wyznaczają normy postępowania, które ustanawia Kościół Katolicki. Dotyczą one uczestniczenia w życiu Kościoła, a zwłaszcza w liturgii.
1. W niedziele i święta nakazane uczestniczyć we Mszy świętej i powstrzymać się od prac niekoniecznych.
2. Przynajmniej raz w roku przystąpić do Sakramentu Pokuty.
3. Przynajmniej raz w roku, w okresie wielkanocnym, przyjąć Komunię świętą.
4. Zachowywać nakazane posty i wstrzemięźliwość od pokarmów mięsnych, a w czasie Wielkiego Postu powstrzymywać się od udziału w zabawach.
5. Troszczyć się o potrzeby wspólnoty Kościoła.
____________________________________
W ciągu roku jest sześć świąt, w których należy uczestniczyć we Mszy św.:
1 stycznia — Uroczystość Świętej Bożej Rodzicielki Maryi;
6 stycznia — Uroczystość Objawienia Pańskiego (tzw. Trzech Króli);
czwartek po Uroczystości Trójcy Świętej — Uroczystość Najświętszego Ciała i Krwi Chrystusa (tzw. Boże Ciało);
15 sierpnia — Uroczystość Wniebowzięcia Najświętszej Maryi Panny (Matki Bożej Zielnej);
1 listopada — Uroczystość Wszystkich Świętych;
25 grudnia — Uroczystość Narodzenia Pańskiego (Boże Narodzenie).
W niedziele i w święta wierni nie powinni wykonywać prac, które utrudniają oddawanie czci Bogu, przeżywania radości właściwej dniowi świątecznemu i korzystania z należytego odpoczynku duchowego i fizycznego.
Zgodnie z drugim przykazaniem kościelnym każdy wierny powinien przynajmniej raz w roku przystąpić do spowiedzi św.
5 warunków dobrej spowiedzi świętej:
Rachunek sumienia.
Żal za grzechy.
Mocne postanowienie poprawy.
Szczera spowiedź
Zadość uczynienie Panu Bogu i Bliźniemu.
Okres Wielkanocny w trzecim przykazaniu obejmuje czas od Niedzieli Zmartwychwstania Pańskiego do Niedzieli Zesłania Ducha Świętego.
Co do czwartego przykazania – wszyscy wierni obowiązani są czynić pokutę. Dla wyrażenia tej pokutnej formy pobożności chrześcijańskiej Kościół ustanowił dni i okresy pokuty. W tym czasie chrześcijanin powinien szczególnie praktykować czyny pokutne służące nawróceniu serca, co jest istotą pokuty w Kościele. Powstrzymywanie się od zabaw pomaga w opanowaniu instynktów i sprzyja wolności serca.
Czynami pokutnymi są: modlitwa, jałmużna, uczynki pobożności i miłości, umartwianie przez wierniejsze pełnienie obowiązków, wstrzemięźliwość od pokarmów mięsnych i post.
Czasem pokuty w Kościele są poszczególne piątki całego roku i czas Wielkiego Postu.
Wstrzemięźliwość obowiązuje wszystkich, którzy ukończyli 14 rok życia we wszystkie piątki i Środę Popielcową.
Post ścisły obowiązuje w Środę Popielcową i w Wielki Piątek wszystkich między 18 a 60 rokiem życia.
Uzasadniona niemożliwość zachowania wstrzemięźliwości w piątek domaga się od chrześcijanina podjęcia innych form pokuty.
Powstrzymywanie się od zabaw obowiązuje we wszystkie piątki i w czasie Wielkiego Postu.
***
Jak przygotować się do spowiedzi?
Porady biskupa
fot. via Pixabay.com
***
Przygotowanie bezpośrednie do spowiedzi to nie ten krótki moment, kiedy stoimy w kolejce do konfesjonału. Wtedy praktycznie jest już za późno, by dobrze się przygotować do spowiedzi. Bezpośrednie przygotowanie do sakramentu pojednania powinno obejmować jakiś konkretny czas naszego trwania przed Bogiem w prawdzie o sobie. Może to być wieczór przed dniem spowiedzi albo jakiś bardzo konkretny czas poświęcony wyłącznie na to przygotowanie.
Z obu stron kratek konfesjonału widać czasem słabe przygotowanie do sakramentu pojednania. Księża stają przed trudnością dobrego wyspowiadania osoby, która przychodzi do spowiedzi „bezpośrednio” z ulicy, wypowiadając ten sam zestaw grzechów od wielu lat. Narzekają oni, że „przystępujący do sakramentu pokuty bagatelizują rachunek sumienia, nie uznają za stosowne, by podać okoliczności przekroczeń i częstotliwość grzechu. Spowiednicy mają wątpliwości co do żalu spowiadających się, a już bardzo po macoszemu praktykowane jest postanowienie poprawy”[1]. Z kolei penitenci zadają sobie nieraz pytanie, na czym polega dobre przygotowanie do spowiedzi, ponieważ czują, że nie zawsze daje im ona spodziewane poczucie duchowej odnowy, a rutyna i przyzwyczajenie prowadzą czasem do osłabnięcia wiary w sakrament pojednania, odwlekanie go i coraz rzadsze przystępowanie do niego.
Pragnę podzielić się kilkoma uwagami dotyczącymi dobrego przygotowania do sakramentu pokuty i pojednania. W procesie tym ważna jest moim zdaniem współpraca człowieka z Bogiem oraz dwa etapy: przygotowanie dalsze i przygotowanie bezpośrednie. Poniżej, omawiając te dwa etapy, zwrócę również uwagę na postawy penitenta i konkretne metody przygotowania.
We współpracy z Duchem Świętym
Dzieje Apostolskie zawierają bardzo ważną formułę, której używali Apostołowie w niektórych momentach swojej działalności. Między innymi przed Sanhedrynem wyznają oni: Dajemy temu świadectwo my właśnie oraz Duch Święty (Dz 5, 32). Duch Święty i my to dwa podmioty, które muszą współpracować w przygotowaniu do spowiedzi. Penitent winien przygotowywać się do spowiedzi, nie tylko opierając się na własnym rozeznaniu i wyczuciu. Należy to robić we współpracy i pod kierownictwem Ducha Świętego. Przygotowanie do spowiedzi winno się zaczynać od zaproszenia i nawiązania kontaktu z Duchem Świętym. Wynika to z samej istoty spowiedzi. Święty Jan Paweł II uczy nas: „W sakramencie pojednania (czyli pokuty) więź z Duchem Świętym zostaje ustanowiona mocą słów samego Chrystusa. Czytamy bowiem u Jana Ewangelisty, że Jezus tchnął na Apostołów i powiedział im: «Weźmijcie Ducha Świętego! Którym odpuścicie grzechy, są im odpuszczone, a którym zatrzymacie, są im zatrzymane» (J 20, 22-23)”[2]. Misją Ducha Świętego, Ducha Prawdy, jest pokazać nam Prawdę, pouczyć nas o naszym grzechu i stać się naszym Obrońcą – Parakletem. Każde przygotowanie do spowiedzi winniśmy więc zaczynać od modlitwy do Ducha Świętego i dyspozycji wsłuchania się w Jego poruszenia, pamiętając przy tym, że nasze sumienie nie jest subiektywnym i osobistym oglądem rzeczywistości, w której żyjemy, ale głosem Ducha Świętego w nas.
Po uświadomieniu sobie roli Ducha Świętego w przygotowaniu do spowiedzi przychodzi moment na nasze działania. Wydaje się, że przygotowanie się do tej jednej, konkretnej spowiedzi zależy od naszego ogólniejszego nastawienia i rozumienia tego sakramentu. Tak jak rozumiemy spowiedź, tak będziemy ją przeżywać w pojedynczych spotkaniach ze spowiednikiem. W ramach dalszego przygotowania się do spowiedzi w grę wchodzi więc pogłębiona świadomość tego, czym ten sakrament jest z ustanowienia Jezusa Chrystusa, a nie tylko z naszych osobistych doświadczeń czy według opinii ludzi i tradycyjnych przyzwyczajeń.
Dalsze przygotowanie do spowiedzi
W przygotowaniu dalszym do spowiedzi ważne jest traktowanie sakramentu pojednania właśnie jako sakramentu, a nie jako działania psychologicznego. Jeśli penitent przygotowuje się do spowiedzi tak, jakby miał iść na spotkanie z psychologiem, często doświadczy rozczarowania i nie zrozumie, że skuteczność spowiedzi nie leży w mądrych, ludzkich radach czy przeżywanych stanach emocjonalnych, ale w mocy samego Chrystusa.
Dla uzasadnienia wspomnianej postawy przytoczę słowa czeskiego teologa, ks. Tomáša Halíka, który stwierdza: „Tajemnica paschalna jest źródłem owej władzy, która została powierzona spowiednikom, władzy «związywania i rozwiązywania» oraz leczenia ran spowodowanych w świecie przez zło i winę; kiedy wypowiadam formułę rozgrzeszenia, najważniejsze wydają mi się słowa «przez śmierć i zmartwychwstanie swego Syna». Bez tej «władzy Wielkanocy» spowiedź (i cały sakrament pojednania) byłaby rzeczywiście tylko tym, co wyobrażają sobie ludzie będący poza Kościołem: możliwością wypowiedzenia się, zwierzenia, ulżenia sobie, zasięgnięcia rady – czyli czymś, co mogłoby być zastąpione […] rozmową z psychoanalitykiem. W rzeczywistości sakrament pojednania jest czymś zupełnie innym, znacznie głębszym; jest uzdrawiającym owocem wydarzeń paschalnych”[3].
Kolejna postawa przygotowania dalszego do spowiedzi to rozumienie jej jako „trybunału miłosierdzia”. W postawie człowieka wobec sakramentu pojednania mogą dominować dwa skrajne podejścia: bardziej jurydyczne, kiedy spowiedź traktowana jest jak pójście do sądu po ocenę czynu i nałożenie kary; i bardziej liberalne – kiedy nastąpił już pewien zanik poczucia winy i obiektywnego zła, a spowiedź traktuje się jako okazję do opowiadania nie tyle o konkretnych grzechach, ile o zranieniach. Pośrodku tych postaw można z powodzeniem umieścić nazwanie spowiedzi „trybunałem miłosierdzia”[4]. Określenie to pochodzi z Dzienniczka św. Siostry Faustyny Kowalskiej i pozwala w przygotowaniu do spowiedzi zająć postawę najbardziej właściwą, w której nie zapomina się, że spowiedź to forma oceny moich konkretnych czynów, ale ocena ta dokonuje się zawsze w sercu miłosiernego Boga.
Postawą, na którą chcę zwrócić uwagę w dalszym przygotowaniu do spowiedzi, jest także traktowanie sakramentu pojednania w kontekście całego życia duchowego. Spowiedzi nie da się odłączyć od całości życia religijnego człowieka. Ściśle wiąże się ona z korzystaniem przez penitenta z innych sakramentów, z jego życiem modlitewnym i zażyłością ze słowem Bożym. Człowiek, który często obcuje z Pismem Świętym i prowadzi systematyczne życie modlitewne, będzie miał większą łatwość w przygotowaniu do spowiedzi niż ten, który zaniedbuje życie duchowe. Działa to na zasadzie światła: jeśli jesteśmy blisko światła, lepiej widzimy swoje brudy; kiedy żyjemy w ciemności, trudno nam je zauważyć.
Podstawową metodą na etapie dalszego przygotowania do spowiedzi jest systematyczna praktyka rachunku sumienia, a nie tylko odprawianie go tuż przed przystąpieniem do spowiedzi. Metodę tę dobrze znamy z Ćwiczeń duchownych św. Ignacego Loyoli. Zalecał on, aby każdego dnia przynajmniej trzy razy badać swoje sumienie. Przy porannej modlitwie rachunek sumienia obejmuje postanowienia na nadchodzący dzień, w południe jest to szczegółowy rachunek sumienia z jednej lub kilku wad, nad którymi aktualnie pracujemy, a wieczorem – to ogólny rachunek sumienia z analizą całego dnia pod kątem osiągnięć i grzechów[5]. Metoda codziennego rachunku sumienia pozwoli nam lepiej poznać siebie i zobaczyć swoje potknięcia. Ochroni nas również przed chorobą zbyt szerokiego sumienia i problemami dostrzeżenia i nazwania po imieniu swoich grzechów.
Bezpośrednie przygotowanie do spowiedzi
Dopiero w następny etap przygotowania do spowiedzi możemy wpisać konkretne czynności związane z przygotowaniem i przeżyciem pojedynczego sakramentu pokuty i pojednania. To etap bezpośredniego przygotowania do spowiedzi. Ważne jest tu także przygotowanie od strony „technicznej”: określenie miejsca i czasu odbycia spowiedzi, jeśli to możliwe wybór określonego spowiednika oraz takie zorganizowanie zewnętrznych okoliczności, by nie przeszkodziły, ale pomogły w spokojnym przeżyciu spowiedzi. Zawsze aktualna pozostaje zachęta do spowiedzi systematycznej i korzystanie z posługi stałego spowiednika. Choć nie można do tego podchodzić w sposób bezwarunkowy (pamiętamy, że spowiedź jest sakramentem i każda ma swoją moc i skuteczność), to jednak praktyka stałej spowiedzi staje się niesłychanie pomocna w duchowym uzdrowieniu i pracy nad sobą.
Przejdźmy teraz do omówienia postaw i metod w przygotowaniu bezpośrednim do spowiedzi. Wskazując najważniejsze dyspozycje wewnętrzne w postawie osoby przygotowującej się do spowiedzi, posłużę się radami kard. Christopha Schonborna z jego rekolekcji dla kapłanów[6]. Autor ten, w ślad za Dzienniczkiem św. Siostry Faustyny, podaje trzy główne postawy konieczne do owocnego przygotowania i przeżycia spowiedzi. Są nimi: szczerość, pokora i posłuszeństwo.
Wszyscy zdajemy sobie sprawę z tego, że nieszczera spowiedź po prostu nie miałaby najmniejszego sensu. Już na etapie przygotowania do spowiedzi musimy szczerze stanąć przed Bogiem i nazwać własne grzechy. Nie chodzi tu o jakieś skrupulanctwo, ale o dokładną ocenę swojego życia. Dla pełnej szczerości trzeba wziąć w nawias ewentualne skrępowanie przed spowiednikiem i nie sprowadzać całego wysiłku przygotowania do oględnego omówienia grzechów albo szukania jakieś stosownej formy wypowiedzi, by oględnie nazwać swoje grzechy.
Ważna w spowiedzi jest także postawa pokory. To prawda o sobie i sztuka widzenia siebie takim, jakim się jest[7]. Pokora potrzebna jest do cierpliwego wyznawania grzechów. Nie pozwala nam też zniechęcać się tym, że ciągle mamy te same grzechy i że od ostatniej spowiedzi mało było w nas nawrócenia. Nie możemy więc bać się wyznawać, jeśli taka jest prawda, ciągle tych samych grzechów. Pokora ma nam też dodać odwagi w przyznawaniu się do grzechów wielkich i ciężkich. Postawa pokory wiąże się również z naszym stawaniem wobec pośrednika miłosierdzia Bożego, którym jest kapłan. To też wymaga pokory. Niestety, zdarzają się podczas spowiedzi niepokorni penitenci, obrażający się na pytania i pouczenia spowiednika czy denerwujący się z powodu jego uwag. Już na etapie przygotowania do spowiedzi warto wzbudzić w sobie postawę pokory, by umieć przyjąć pouczenia spowiednika i prawdę, że Bóg może widzieć naszą duszę zupełnie inaczej niż my.
Już sama forma spowiadania wymaga od nas również posłuszeństwa. Nie warto dyskutować i zastanawiać się, jak powinna wyglądać spowiedź, ale przyjąć wszystkie warunki i przepisy, które Kościół łączy ze sprawowaniem tego sakramentu. Jeszcze bardziej postawa posłuszeństwa potrzebna jest w czasie robienia rachunku sumienia. U początku bowiem każdego grzechu leży nasze nieposłuszeństwo. Grzeszymy, ponieważ bardziej słuchamy świata, siebie i szatana niż Pana Boga. Wszystkie elementy przygotowania do spowiedzi powinny opierać się na posłuszeństwie Bożym przykazaniom, Ewangelii i nauczaniu Kościoła.
Metody bezpośredniego przygotowania się do spowiedzi
Przygotowanie bezpośrednie do spowiedzi to nie ten krótki moment, kiedy stoimy w kolejce do konfesjonału. Wtedy praktycznie jest już za późno, by dobrze się przygotować do spowiedzi. Bezpośrednie przygotowanie do sakramentu pojednania powinno obejmować jakiś konkretny czas naszego trwania przed Bogiem w prawdzie o sobie. Może to być wieczór przed dniem spowiedzi albo jakiś bardzo konkretny czas poświęcony wyłącznie na to przygotowanie. Nie musi to być długi czas, ale koniecznie musi to być zatrzymanie się sam na sam przed Bogiem. Czas tego bezpośredniego przygotowania winien obejmować trzy istotne elementy: modlitwę osobistą, krótkie dziękczynienie i rachunek sumienia.
Czas bezpośredniego przygotowania do spowiedzi powinien zacząć się od osobistej modlitwy. Powiedzieliśmy już, że spowiedź to nie tylko dzieło i zaangażowanie człowieka, lecz także wielka aktywność Ducha Świętego. Modlitwa przygotowująca do spowiedzi powinna więc być przede wszystkim wielkim wołaniem o światło Ducha Świętego, proszeniem Go, by pokazał nam nasze grzechy. Ważnym elementem tej modlitwy jest modlitwa uwielbienia, aby Bóg zanurzył nas całkowicie w swoim miłosierdziu, byśmy swoje słabości i grzechy odkrywali w pełnej świadomości miłości Bożej.
Ważne też, byśmy „oglądanie swojego życia” zaczęli od dziękczynienia, od zauważenia tego wszystkiego, co od ostatniej spowiedzi udało nam się zrobić, zmienić, jakie łaski i dary otrzymaliśmy od Boga. Dziękczynienie rozszerza nasze serca i pokazuje, jak bardzo jesteśmy obdarowani. Podczas dziękczynienia Bóg pokaże nam jednocześnie nasze braki. Będą one jednak oglądane w kontekście wielkiego obdarowania, przez co nasze grzechy widzieć będziemy jeszcze bardziej jako kontrast do dobroci Boga. Uchroni nas to przed samopotępieniem, ale również wyostrzy bojaźń Bożą. Widząc, ile Bóg nam daje, zobaczymy, jak często słaba i grzeszna jest nasza odpowiedź na owo obdarowanie.
Rachunek sumienia bezpośrednio przed spowiedzią to jeden z warunków ważności spowiedzi. Fakt ten winien nas przekonać, że to naprawdę ważne i że rachunku nie można ani pominąć, ani odprawić byle jak. Jest bardzo dużo metod robienia rachunku sumienia. Jedni opierają go na Dekalogu, inni na ośmiu błogosławieństwach, jeszcze inni ufają sobie i sami szczerze dokonują oglądu własnego życia. Dobrze jednak czasem zmienić swój styl odprawiania rachunku sumienia, by zobaczyć siebie i swoje życie z innej strony. Możemy też korzystać, choć roztropnie, z niektórych gotowych rachunków sumienia. Chronią nas one przed groźnym subiektywizmem i rutyną w ocenie samego siebie, uświadamiają niekiedy całkiem zapomniane i zepchnięte do nieświadomości grzechy. Cudowną sprawą jest ocenianie siebie w świetle słowa Bożego z wykorzystaniem konkretnych tekstów biblijnych. Zewnętrzne pytania rachunku sumienia czy podpowiedzi Pisma Świętego trzeba jednak zawsze konkretnie i szczerze osadzić w realiach własnego życia i w kontekście osobistej relacji z Bogiem, z innymi ludźmi i z samym sobą.
Owocność spowiedź, choć to przede wszystkim dzieło samego Boga, zależy od naszego przygotowania. Im lepiej przygotowujemy się do tego sakramentu, tym lepszą stajemy się glebą dla wzrostu ziaren królestwa Bożego w nas samych i w całym świecie.
Bp Antoni Długosz
(tekst pochodzi z miesięcznika “Życie Duchowe”) _______________________ Przypisy:
[1] B. Czajka, Przygotowanie wiernych do sakramentu pokuty, [w:] Pokuta i sakrament pojednania we współczesnym Kościele, Poznań 1985, s. 61.
[2] Jan Paweł II, Wierzę w Ducha Świętego Pana i Ożywiciela, Watykan 1992, s. 320.
[3] T. Halík, Noc spowiednika. Paradoksy małej wiary w epoce postoptymistycznej, Katowice 2007, s. 26-27.
[4] Św. Faustyna Kowalska, Dzienniczek, Warszawa 2003, 975.
[5] Por. K. Osuch SJ, Szczegółowy rachunek sumienia, „Pastores”, 44/2009, s. 118.
[6] Por. Ch. Schonborn, Radość kapłaństwa. Śladami Proboszcza z Ars, Warszawa 2010, s. 50-59.
[7] Por. tamże, s. 55.
mp/Miesięcznik “Życie Duchowe”
***
sobota 7 czerwca
Uroczystość Matki Bożej Królowej Apostołów
Patronki Stowarzyszenia Apostolstwa Katolickiego Księży Pallotynów
***
Królowa Apostołów w życiu św. Wincentego Pallottiego
W dniu dzisiejszym przypada liturgiczne święto NMP Królowej Apostołów, głównej patronki Zjednoczenia Apostolstwa Katolickiego. Poniżej fragment z artykułu ks. Jana Kupki SAC opublikowanego w miesięczniku „Miejsca Święte”, pod tytułem: „Królowa Apostołów, Patronka Pielgrzymów”.
Św. Wincenty Pallotti pragnął, aby Kościół był żywym organizmem. Uważał, że wszyscy ludzie ochrzczeni powinni aktywnie uczestniczyć w realizacji apostolskiej misji Kościoła. Troska o Kościół żywy i poszukiwanie powszechnego wzoru, według którego wszyscy mogliby realizować swoje apostolskie powołanie, zaprowadziły Pallottiego do jerozolimskiego Wieczernika. Tam bowiem Duch Święty napełnił swoją mocą uczniów Chrystusa, uświęcił ich i obdarza swoimi darami, aby Kościół mógł się objawić publicznie i głosić Ewange Ewangelię, prowadząc wszystkich ludzi do Chrystusa. Dlatego Wieczernik stał się dla Pallottiego obrazem żywego Kościoła i przestrzenią realizacji powołania apostolskiego.
Nic więc dziwnego, że w swoich zapiskach duchowych zanotował w 1816 roku następujące oświadczenie: „Postanawiam przedstawiać sobie (często to w sobie odnawiać), że w jakimkolwiek będę się znajdował miejscu, będę wraz ze wszystkimi stworzeniami w jerozolimskim Wieczerniku, gdzie Apostołowie otrzymali Ducha Świętego; i jak Apostołowie pozostawali tam z Najświętszą Maryją, tak będę sobie też wyobrażał, iż jestem tam z moją nade wszystko najukochańszą Matką Maryją i z nade wszystko najbardziej umiłowanym Oblubieńcem Jezusem, którzy – uważam to za pewne – jako moi najosobliwsi Obrońcy sprawią, że spłynie na mnie i na innych obfitość Ducha Świętego” (Wybór Pism, t. III, s. 46–47).
Pallotti dążył również do tego, aby z duchowości jerozolimskiego Wieczernika czerpać moc do swojej działalności apostolskiej i wskazać go jako model swoim synom i córkom duchowym. Opisując przeżycia duchowe, jakimi obdarzył go Bóg w Osimo w 1840 roku, zanotował, że gdy przeczytał żywot Matki Bożej, Jezus Chrystus „ukształtował w jego umyśle prawdziwe pojęcie natury i zadań Pobożnego Zjednoczenia, dostosowane do ogólnego celu, jakim jest powiększanie, obrona i rozszerzanie pobożności oraz katolickiej wiary” (Wybór Pism, t. I, s. 201). Chodzi tu o żywot Najświętszej Maryi Panny noszący tytuł Mistyczne Miasto Boże, a napisany przez hiszpańską mistyczkę Marię z Agredy, żyjącą w latach 1602–1665. Znajdujemy tam opis zgromadzenia apostołów w Wieczerniku jerozolimskim po Wniebowstąpieniu i dokonania przez nich podziału zadań apostolskich. Po dziesięciodniowej wspólnej modlitwie i poście z Maryją św. Piotr z natchnienia Bożego „podzielił” ówczesny świat na dwanaście regionów i poprzydzielał je poszczególnym apostołom. Właśnie według tego opisu Pallotti nakreślił podczas pobytu w Camaldoli w 1839 roku gigantyczny plan apostolski obejmujący wszystkie dziedziny działalności apostolskiej Kościoła. Zadania te podzielił na 13 sektorów, które nazwał prokurami. W ten sposób rozwinął ideę o powszechnym apostolstwie i nadał jej konkretny kształt jako wzorzec apostolskiego działania w Kościele.
Godna podkreślenia jest myśl Pallottiego, że wszyscy ludzie wierzący rozwijają swoje apostolstwo pod najskuteczniejszą opieką Niepokalanej Matki Boga Królowej Apostołów z dwóch powodów: po pierwsze – przez swoje zasługi i wstawiennictwo wyprasza Ona u Boga wszelkie dary i łaski potrzebne apostołom, a po drugie – jest Ona dla wszystkich najdoskonalszym wzorem gorliwości i doskonałej miłości. Dlatego jak w początkach Kościoła Maryja wspierała Apostołów swoją obecnością w Wieczerniku i jednoczyła na modlitwie, tak również dzisiaj jest obecna jako Matka Kościoła, przynaglając wszystkich wyznawców Chrystusa do jednoczenia wysiłków apostolskich i działania w mocy Ducha Świętego we współczesnym świecie.
Całą swoją duchowość dotyczącą Maryi Królowej Apostołów Wincenty Pallotti wyraził w obrazie Królowej Apostołów namalowanym z jego inspiracji w 1848 roku dla kościoła Najświętszego Zbawiciela na Fali w Rzymie. Obraz ten namalował włoski malarz Serafin Cesaretti według sztychu niemieckiego malarza Johanna Friedricha Overbecka. Przedstawia on Matkę Bożą otoczoną Apostołami w dniu zesłania Ducha Świętego. Ideę Pallottiego o powszechnym apostolstwie wyraża na tym obrazie obecność dwóch kobiet pośród Apostołów.
Prezbiterium kościoła seminaryjnego Księży Pallotynów w Ołtarzewie
fot. Wikipedia
***
Modlitwa apostolatu katolickiego
Niepokalana Bogarodzico, Królowo Apostołów.
Wiemy, że przykazanie miłości i powołanie do naśladowania Jezusa Chrystusa * w Stowarzyszeniu Apostolstwa Katolickiego * przynagla nas do współpracy w zbawczym posłannictwie Kościoła.
Świadomi własnej słabości, polecamy Twemu wstawiennictwu odnowę naszego życia i apostolstwa.
Ufamy, że Ty, która jesteś naszą Matką, * przez miłosierdzie Boże i przez nieskończone zasługi Jezusa Chrystusa * wyjednasz nam moc Ducha Świętego, * jak wyjednałaś ją wspólnocie Apostołów, zebranych na modlitwie w Wieczerniku.
Dlatego, ufając w Twoje możne pośrednictwo, * postanawiamy od tej chwili używać naszych zdolności, wiedzy, * dóbr doczesnych, zdrowia, choroby i utrapień * oraz wszelkiego daru przyrodzonego i nadprzyrodzonego * dla większej chwały Boga i zbawienia wszystkich ludzi.
Chcemy szczególnie poświęcić się popieraniu dzieł Apostolstwa Katolickiego * zmierzających do ożywienia wiary i rozpalenia miłości wśród wierzących * oraz doprowadzenia ludzi do jedności wiary w Chrystusie.
A jeśli nie będziemy mogli służyć temu innymi środkami, * nie przestaniemy się modlić, aby nastała jedna Owczarnia i jeden Pasterz.
Ufamy dlatego, * że będziemy korzystać w wieczności * z owoców apostolstwa Jezusa Chrystusa. Amen.
I. Modlitwa o moc apostolską
Niepokalana Matko Boga, Królowo Apostołów, przykazanie miłości bliźniego jak siebie samego pobudza nas do współpracy z Bogiem nad własnym i bliźnich naszych zbawieniem. Przynagleni tą miłością pragniemy naśladować Jezusa Chrystusa w naszym życiu i uczestniczyć w zbawczym posłannictwie Kościoła.
Jesteśmy jednak świadomi własnej słabości i dlatego powierzamy Twemu wstawiennictwu nieustanną odnowę naszego życia i naszego apostolstwa. Z ufnością wierzymy, że Ty, która jesteś naszą Matką, przez miłosierdzie Boże i przez nieskończone zasługi Jezusa Chrystusa ,wyjednasz nam moc Ducha Świętego, jak wyjednałaś ją wspólnocie Apostołów zebranych z Tobą na modlitwie w Wieczerniku.
O Maryjo, Królowo Apostołów, polecamy się Twojej macierzyńskiej opiece. Pragniemy poświęcić dla większej chwały Boga i dla zbawienia ludzi nasze życie i wszystkie nasze zdolności oraz dary łaski. Chcemy popierać i rozwijać dzieła apostolstwa powszechnego, zmierzające do ożywiania wiary i rozpalenia miłości wśród wierzących oraz doprowadzenia wszystkich ludzi do jedności wiary w Chrystusie.
A jeśli nie będziemy mogli służyć temu innymi środkami, nie przestaniemy się modlić, aby nastała jedna Owczarnia pod jednym Pasterzem. Ufamy, że w wieczności będziemy mogli cieszyć się owocami apostolstwa Jezusa Chrystusa. Amen.
II. Modlitwa o moc apostolską
Niepokalana Matko Boga, Królowo Apostołów, Twój Syn dał nam doskonały przykład miłości bliźniego. Pociągnięci Jego przykładem, postanawiamy czynić wszystko, co możliwe, abyśmy my sami i nasi bliźni mieli udział w życiu, jakie uzyskał dla nas Twój Syn. Wiemy, że nasze własne wysiłki nic nie znaczą. Dlatego Ciebie prosimy o wstawiennictwo. Uproś nam u swego Syna łaski potrzebne do ożywiania wiary i rozpalania miłości wśród ludzi. Ufając w Twoje możne pośrednictwo, postanawiamy, że wszystko, co otrzymamy od Boga, wykorzystamy na Jego chwałę. Oczekujemy radośnie tego dnia, kiedy spotkamy Cię w niebie, by mieć na zawsze udział w Bożej miłości. Amen.
Modlitwa uczniów Syna Maryi
Jako uczniowie Twego Syna, Jezusa, oddaliśmy się dziełu ożywiania wiary i rozpalania miłości w życiu naszym i naszych bliźnich. Ufając Tobie, Święta Dziewico, mamy pewność, że uzyskamy pomoc, dzięki Twemu wstawiennictwu. Kierujemy więc wszystkie siły ciała i ducha ku większej chwale Bożej. Idąc za przykładem św. Wincentego Pallottiego, prosimy Cię, bądź z nami, by pogłębiała się nasza modlitwa o wzrost Królestwa. Mamy nadzieję, że wraz z Tobą będziemy mogli wiecznie radować się w raju. Amen.
Modlitwa o ewangelizację ludów
Niepokalana Matko Boga, Królowo Apostołów, wraz z Tobą oraz wszystkimi aniołami i świętymi w niebie dziękuję Trójcy Świętej za dar wiary.
Jestem szczęśliwy, droga Matko, że mogę nazywać Cię Królową Apostołów, ponieważ tytuł ten, oddając Tobie cześć, mnie dodaje odwagi.
Błagam Cię zatem, byś jednoczyła się jako Matka ze mną, grzesznikiem, i całym dworem niebieskim, gdy ofiarowywać będziemy teraz i zawsze Najświętszą Krew Twego Syna, Jego zasługi oraz zasługi całego Kościoła, prosząc, abym ja i wszyscy ludzie mogli otrzymać dar używania wszelkich swych dóbr i energii do ewangelizacji ludów całego świata, tak by wkrótce mogła nadejść przepowiedziana przez Twojego Boskiego Syna i upragniona przez Ciebie i całe niebo chwila, kiedy znajdziemy się wszyscy w jednej owczarni pod przewodnictwem jednego pasterza. Amen.
Modlitwa za Stowarzyszenie Apostolstwa Katolickiego
Zwróć swe miłosierne oczy na nasze najmniejsze Stowarzyszenie, * które było Twoim od początku: * Otaczaj je opieką dziś i w przyszłości * oraz obdarz je licznymi powołaniami.
Niech odznacza się * czystością, ubóstwem, posłuszeństwem, * duchem modlitwy, wspólnoty dóbr * i [duchem] służby w miłości Chrystusa.
Racz zachować je od wszelkiego zła, * szczególnie od każdej, nawet najmniejszej oziębłości. * Prosimy Ciebie, Maryjo, Wspomożycielko nasza i nasza Nadziejo.
Uproś nam to wszystko u Syna Twego, Jezusa Chrystusa, * który z Ojcem i Duchem Świętym żyje i króluje na wieki wieków.
Amen.
Pallotyńska modlitwa misyjna
Królowo Apostołów, błagaj Pana żniwa, aby posłał robotników do winnicy swojej i zmiłował się nad swym ludem.
oprac. MARYJNI.Pl
***
Droga do wieczernika. Maryja, Królowa Apostołów
fot. Wikipedia
***
Wezwanie “Maryjo, Królowo Apostołów, módl się za nami”, może być twoją modlitwą, byś znalazł swój Wieczernik.
Maryja jest Królową Apostołów, bo jest razem z Kościołem, razem z apostołami w wieczerniku.
Czym jest wieczernik?
To miejsce, gdzie Jezus zostawił nam Eucharystię, gdzie spotkał się z uczniami na ostatniej wieczerzy. To także miejsce, gdzie uczniowie schowali się po śmierci Jezusa z lęku przed zagrożeniem, przed tym, że będą uznani za Jego uczniów i będą wezwani do tego, by oddać za Niego życie.
Wieczernik to także miejsce, gdzie uczniowie z Maryją czekali na zesłanie Ducha Świętego. To miejsce, gdzie kształtuje się apostołów. Wieczernik to szkoła dla każdego z nas, gdzie uczymy się, jak być z Maryją i oczekiwać na dar Ducha Świętego.
Tam, gdzie czekasz na Ducha Świętego
Dla mnie jako pallotynki Wieczernik to miejsce, gdzie uczę się być apostołem, ale miejsce, z którego wychodzę – wychodzę do człowieka, na ulicę, do świata. Tam, gdzie człowiek czeka na Ducha Świętego. Wieczernik to miejsce, gdzie uczę się być z Maryją i z Maryją z niego wychodzić.
Czym wieczernik jest dla ciebie, czy masz miejsce, gdzie uczysz się, jak być z Bogiem, jak być Maryją? Czy masz takie miejsce, gdzie doświadczasz jej obecności, że ona tam jest? Co jest Wieczernikiem Twojej codzienności, gdzie uczysz się, jak być apostołem, jak czekać i otrzymywać dar Ducha Świętego? Czy masz swoje miejsce, z którego wychodzisz, by dawać świadectwo o Bogu, który jest i który żyje?
Może Wieczernikiem jest Twój dom, gdzie żyjesz, gdzie spotykasz swoich najbliższych, gdzie razem z nami się modlisz. Może to miejsce, gdzie modlisz się w samotności. A może Wieczernikiem jest park, gdzie spacerujesz i doświadczasz obecności Pana Boga i z niego wychodzisz do pracy, do ludzi, napełniony Duchem Świętym do swoich obowiązków. A może to są twoje relacje bliskości, intymność i ciepła. Może Wieczernikiem są twoje relacje, swoje więzi.
Tam, gdzie jest Ona
Wieczernik z Maryją to miejsce, gdzie apostołowie doświadczali tego, że ona z nimi jest i że razem, we wspólnocie, doświadczają obecności Ducha Świętego. Jeśli nie wiesz, co jest twoim Wieczernikiem, jeśli dzisiaj nie masz takiego miejsca w sobie albo wokół siebie, to może warto go poszukać. Wezwanie w litanii loretańskiej “Maryjo, Królowo Apostołów, módl się za nami”, może być twoją modlitwą, byś znalazł swój Wieczernik.”
Modlitwa do Maryi, Królowej Apostołów
Maryjo, Ty znałaś Apostołów, chodziłaś z nimi, widziałaś ich upadki i nawrócenie do Chrystusa Zmartwychwstałego. Wspierałaś ich w ich misji głoszenia Słowa i nadal podtrzymujesz biskupów w budowaniu Kościoła. Pomagaj im, by całym swoim życiem świadczyli o prawdzie zmartwychwstania.
(Jean Bourdichon, Pentecost From the Grandes Heures of Anne d Bretagne France (Tours), c. 1503-1508 Paris, Bibliotheque nationale de France MS Latin 9474, fol. 49v)
***
Co tydzień podczas niedzielnej Mszy Świętej powtarzamy wyznanie wiary w Kościół apostolski. Apostolskość jest jednym z czterech przymiotów Kościoła – obok jedności, świętości i powszechności, czyli katolickości.
Warto wspomnieć, że papież bł. Pius IX trafnie dodawał do nich jeszcze jeden przymiot: Kościół jest prześladowany, a święty kardynał Henry Newman w tym samym tonie przestrzegał przed Kościołem, który byłby kochany przez świat. Oznaczałoby to zapewne jego oddalenie się od świętości i apostolskości: Jeżeli was świat nienawidzi, wiedzcie, że Mnie pierwej znienawidził. Gdybyście byli ze świata, świat by was kochał jako swoją własność. Ale ponieważ nie jesteście ze świata, bo Ja was wybrałem sobie ze świata, dlatego świat was nienawidzi (J 15, 18–19). Te słowa Pan Jezus skierował właśnie do Apostołów, wskazując dobitnie, że pomiędzy apostolskością a światowością (w negatywnym rozumieniu, jakie temu słowu nadaje św. Jan Ewangelista) zachodzi sprzeczność. Apostołowie zostali powołani do walki ze światem, zostali rzuceni na jego podbój.
Kościół jest apostolski, ponieważ został przez Chrystusa oparty na fundamencie Apostołów (por. Ef 2,20). Kiepski to, z ludzkiego punktu widzenia, fundament i zapewne żaden miłośnik piłki nożnej nie skonstruowałby swojej „drużyny marzeń“ (trener + jedenastka) w podobny co Pan Jezus sposób. Nasze drużyny marzeń roiłyby się od futbolowych wirtuozów: Puskásów i Lewandowskich, Ronaldów i Maradonów, Messich, Maldinich i Beckenbauerów. Gdybyśmy mieli rzucić na podbój świata dwunastkę ludzi, to wybralibyśmy ją równie starannie, jak czynią to wytrawni gracze komputerowi. Znalazłoby się w tej grupie miejsce dla wielkich strategów i mówców, genialnych myślicieli i artystów. Chrystus jednak oparł Kościół na prostych rybakach i celniku. W ten sposób zapewnił jego doskonalsze oparcie na kamieniu węgielnym i na Bożej łasce. Gdyby Napoleon do spółki z Einsteinem w krótkim czasie podbili imperium rzymskie, przypisalibyśmy to ich geniuszowi. W przypadku Piotra, Jakuba i Jana nie mamy jednak wątpliwości, że ich dzieło faktycznie było dziełem Bożym.
Zachowujemy to, co dali nam Apostołowie
Apostołowie są świadkami Zmartwychwstania; oni przekazali swoim następcom Tradycję; oni spisali księgi Nowego Testamentu. Wiara chrześcijańska wyraża się w dwunastu artykułach Składu Apostolskiego, który według pobożnej tradycji został ułożony przez dwunastu Apostołów (każdy miał wypowiedzieć jeden jego artykuł), a bez wątpienia oddaje wiernie ich nauczanie. Wierność temu Credo jest jednym z gwarantów prawdziwości Kościoła, a jego głoszenie wszystkim narodom jest kontynuacją misji danej samym Apostołom: Idźcie więc i nauczajcie wszystkie narody, udzielając im chrztu w imię Ojca i Syna, i Ducha Świętego. Uczcie je zachowywać wszystko, co wam przykazałem. A oto Ja jestem z wami przez wszystkie dni, aż do skończenia świata (Mt 28,19–20).
Kościół jest też apostolski w swojej strukturze, w sukcesji apostolskiej nieprzerwanie ciągnącej się poczynając od Dwunastu po wszystkich ważnie wyświęconych biskupów aż do końca świata. Apostolskość Kościoła oznacza więc ciągłość nauki, hierarchii, sakramentów i misji.
Milcząca, lecz potężna
Zrozumienie roli Matki Bożej w Kościele – zarówno w czasach apostolskich, jak i dziś – wymaga spojrzenia na Jej miejsce w życiu pierwszych chrześcijan, zwłaszcza tuż po Wniebowstąpieniu Pana Jezusa.
Obecność Maryi w życiu Apostołów jest zarazem potężna i dyskretna. Jest dyskretna – Pismo Święte nie przekazuje żadnego Jej słowa wypowiedzianego w tym okresie, pozostawiając nam jako ostatnie (i jakże znaczące!) Jej wezwanie z wesela w Kanie Galilejskiej: Czyńcie, cokolwiek wam powie (J 2,5). Tak samo, jak w milczeniu Maryja towarzyszyła publicznej działalności Pana Jezusa, tak również teraz cicho towarzyszy Ona Jego uczniom. W dniu Pięćdziesiątnicy Apostołowie otrzymują dar języków – Maryja zaś milczy. Możemy jednak powiedzieć, że Jej milczenie ściągnie na świat więcej łask, aniżeli ich mowa. Podobnie bowiem jak dziewictwo Maryi nie było tylko nieobecnością męża, lecz było obecnością Boga, tak też Jej milczenie nie jest wyrazem tego, że Maryja nie ma nic do powiedzenia, ale jest pełnią kontemplacji.
Kontemplacja zaś – wbrew błędom współczesnego aktywizmu – nigdy nie jest pozbawiona apostolskiej płodności: Instytuty oddane życiu kontemplacyjnemu mają przez swoje modlitwy, pokutne uczynki i cierpienia ogromne znaczenie dla nawracania dusz (Sobór Watykański II, Ad Gentes divinitus, 40).
Matka promieniująca
W początkach Kościoła Maryja milczy – lecz milczy jak serce, które nie rozprawia, ale tłoczy krew i daje życie. Jej obecność jest dla młodego Kościoła konieczna – ale jest to obecność dyskretna.
Ojciec Joachim Badeni OP stwierdził kiedyś, że kobieta – zwłaszcza żona i matka w rodzinie – najpotężniej działa na otoczenie nie tyle słowem, ile promieniowaniem. Tak działa Maryja w Kościele. Ignacio Larrañaga OFMCap. zwrócił uwagę na pierwsze imię Maryi w młodym Kościele:
…Potrzeba było imienia, które by trafniej określało Jej tożsamość. Jakie to było imię? (…) jak miałaby się zwracać do tej niewiasty wspólnota, która żyje z Jezusem i w Jezusie? Odpowiedź nasuwa się sama: była to Matka Jezusa. I takiego wyrażenia używa zawsze Ewangelia. W rzeczywistości Maryja była kimś więcej niż Matką Jezusa. Była również Matką Jana. A także – czemu nie? – była Matką wszystkich uczniów. Czyż nie takie polecenie usłyszała z ust umierającego Zbawiciela? Była więc po prostu Matką, bez dodatkowych określeń.
Odnosi się wrażenie, że od pierwszych chwil Maryja była wyróżniana i odróżniana z powodu tej funkcji i tego drogiego wszystkim imienia. Wywnioskować to można na podstawie określeń, których czterej Ewangeliści używają w stosunku do Maryi, ilekroć jest o Niej mowa.
Jan osobiście, ale także jako przedstawiciel całej odkupionej ludzkości, otrzymał na Kalwarii Maryję za Matkę. Jest to jednak znamienne, że słowa oto Matka twoja zostały skierowane w pierwszej kolejności do Apostoła. Maryja jest więc nie tylko Królową Apostołów; jest także, i przede wszystkim, ich Matką. Jak często jednak matki (a nierzadko także żony) usiłują wpływać na swoich domowników przede wszystkim krzykiem, narzekaniem i wymówkami… Czasem może działać i to – ale jak przemożny jest wpływ kobiety na otoczenie, kiedy umie milczeć – i kiedy promieniuje: dobrocią, łagodnością, mądrością, pobożnością!
Skoro wpływ ten jest nieodparty – to o ileż potężniej wpływała Maryja na młody Kościół! Była nie tylko Matką w rodzinie – była też (i jest!) Matką Bożą! Była prawdziwie Matką Kościoła. Była najwierniejszą depozytariuszką Jezusowego nauczania. Stolicą Mądrości, Matką Dobrej Rady… To znamienne, że Maryja nie uznała, że skoro Jej Syn nie jest już obecny na ziemi, to Ona musi zająć Jego miejsce, podjąć misję tam, gdzie On ją przerwał i prowadzić ją tymi, co On środkami. Możemy powiedzieć, że bez wątpienia to Ona nadawałaby się do tego zadania lepiej aniżeli gadatliwy i skłonny do przechwałek Piotr, ambitni Jan i Jakub, sceptyczni Bartłomiej i Tomasz, o Pawle prześladowcy nie wspominając. I rzeczywiście, przyjdą takie czasy w historii Kościoła, kiedy to właśnie Maryja wykona ogromną pracę „za” biskupów i księży – będzie tak, kiedy w krótkim czasie nawróci Amerykę objawiając się w Guadalupe, a kolejne Maryjne objawienia będą miały podobne znaczenie. Teraz jednak, w początkach działania Kościoła, Maryja usuwa się w cień. Pozwala iść na podbój świata niewykształconym rybakom, „drużynie marzeń” Jej Syna.
Zawsze obecna
Maryja jest w życiu Kościoła przede wszystkim obecna. Dwa ważne wersety Dziejów Apostolskich w sposób dyskretny, ale niepodlegający wątpliwości mówią nam o Jej roli: na samym początku tej księgi dowiadujemy się, że Apostołowie trwali wszyscy (…) jednomyślnie na modlitwie razem z niewiastami, Maryją, Matką Jezusa, i braćmi Jego (Dz 1,14). Sam opis zesłania Ducha Świętego zaczyna się od nawiązania do tego właśnie wersetu: Kiedy nadszedł wreszcie dzień Pięćdziesiątnicy, znajdowali się wszyscy razem na tym samym miejscu (Dz 2,1). Liczni autorzy zauważą tu ważną zasadę, według której Duch Święty działa tam, gdzie znajduje Maryję (którą co najmniej od czasów św. Franciszka z Asyżu nazywa się właśnie Oblubienicą Ducha Świętego). Warto tu wrócić do owego kobiecego promieniowania. Ojciec Benedykt Jacek Huculak OFM tak pisał o Maryi: Błogosławiona Dziewica (…) nie tylko sama jest rozpłomieniona Duchem Świętym, który na wskroś Ją przenika, lecz także wokół siebie roztacza Jego pocieszający blask na oświecenie oraz umocnienie synów i córek Kościoła (O Boskim pocieszeniu za przyczyną Najświętszej Dziewicy, wyd. Calvarianum).
Maryja zawsze przyciąga Boże działanie. Tak było w Nazarecie, w Kanie; tak było w dniu zesłania Ducha Świętego i w życiu młodego Kościoła. Ta reguła potwierdza się także w naszym życiu duchowym. Apostolskość Kościoła to nie tylko odległa historia i piękne wspomnienie, ale żywe powołanie każdego ochrzczonego. Każdy z nas jest wezwany, by na swój sposób być Apostołem – świadkiem Chrystusa, który nie zatrzymuje dla siebie otrzymanej prawdy i łaski, ale z odwagą niesie je światu. Na tej drodze nie jesteśmy sami. Maryja, Królowa Apostołów, jest naszą Matką i Wspomożycielką. Uczy nas słuchać Boga, wierzyć Jego obietnicom i z ufnością, a zarazem z pokorą głosić Chrystusa naszym życiem, słowem i czynem. Z Nią, jak Apostołowie, trwamy na modlitwie i uczymy się odważnie odpowiadać na Boże wezwania.
Królowa dusz walczących
Rola Maryi jako Matki Apostołów i Matki Kościoła nie umniejsza Jej znaczenia jako Pani, Królowej i Hetmanki. Te dwa aspekty dopełniają się. Przez wieki Maryja prowadziła kolejne pokolenia apostołów do zwycięskiej walki o dusze. Ojciec Emil Neubert, marianista, pisał do dusz apostolskich:
Bez Maryi nie możesz zwyciężyć. Dlaczego? Ponieważ nic nie możesz uczynić bez łaski, a wszelka łaska przychodzi przez Nią. Ponieważ Ona jest Królową dusz walczących i nie zwyciężysz, jeśli nie będziesz walczył pod Jej rozkazami. Ponieważ Bóg chce, aby w tych współczesnych czasach to właśnie Maryja prowadziła nas w szczególny sposób do Chrystusa (…). Ponieważ doświadczenie pokazuje, że apostołowie, którzy zapominają o Najświętszej Pannie nie odnoszą zwycięstwa lub odnoszą tylko pozorne sukcesy.
Ten sam autor dodaje dopełniając tego obrazu, że z Maryją nie możemy przegrać:
Ponieważ Bóg jest wszechmocny, a Maryja, poprzez swoje orędownictwo, ma udział we wszechmocy Boga. Ponieważ, pomimo że demony są silniejsze niż człowiek, Maryja jest nieporównanie silniejsza niż wszystkie demony razem wzięte. Ponieważ już w ogrodzie rajskim Bóg przewidział nieprzyjaźń pomiędzy wężem i jego potomstwem a Niewiastą i Jej potomstwem oraz tryumf Niewiasty i Jej potomstwa.
Jeśli więc udział w Kościele Apostolskim domaga się od nas udziału w misji Apostołów, to winniśmy uczynić Maryję prawdziwą Królową naszych serc i Hetmanką prowadzącą nas – ujmując to po kolbiańsku – na podbój całego świata.
o godz. 13.30 – Adoracja Najświętszego Sakramentu i w tym czasie również jest możliwość przystąpienia do spowiedzi św.
Msza święta o godz. 14.00
fot. Waiting For The Word / flickr.com
***
Zesłanie Ducha Świętego oznacza początek Kościoła. Duch Święty jest niezmiennie duszą Kościoła, ożywia go nadzieją, napełnia radością i przypomina o jego młodości. Duch Święty czyni z odkupionych przez Chrystusa jeden organizm – wspólnotę.
Zapowiedź posłania Ducha Bożego do świata pojawia się już w Starym Testamencie, szczególnie u proroka Izajasza, ale najpełniej wyraża ją Jezus podczas Ostatniej Wieczerzy. Mówi do apostołów: „A Paraklet, Duch Święty, którego Ojciec pośle w moim imieniu, on Was wszystkiego nauczy i przypomni Wam wszystko, co Ja wam powiedziałem”.
W tym dniu, jak pisze św. Łukasz w Dziejach Apostolskich, grono Apostołów zostało „uzbrojone mocą z wysoka”. W języku liturgicznym święto Ducha Świętego nazywa się „Pięćdziesiątnicą” – z greckiego Pentecostes, tj. pięćdziesiątka, – bo obchodzi się 50-go dnia po Zmartwychwstaniu Pańskim.
Na zgromadzonych w Wieczerniku Apostołów, jak pisze św. Łukasz w Dziejach Apostolskich Jezus Chrystus zesłał Ducha Pocieszyciela, by Ten, doprowadził do końca dzieło zbawienia. „I stał się z prędka z nieba szum, jakoby przypadającego wiatru gwałtownego, i napełnił wszystek dom, gdzie siedzieli. I ukazały się im rozdzielone języki jakoby ognia, i usiadł na każdym z nich z osobna: i napełnieni są wszyscy Duchem Świętym i poczęli mówić rozmaitymi językami, jako im Duch Święty wymawiać dawał” (Dzieje Ap., II, 2-4).
W dniu Zesłania Ducha Świętego powstaje Kościół, który od samego początku jest posłany do wszystkich narodów „aż po krańce ziemi”, który jest powszechny czyli otwarty na wszystkich, nie związany szczególnie z żadnym narodem czy partykularnym środowiskiem. Celem istnienia Kościoła jest kontynuowanie w świecie zbawczej misji Jezusa Chrystusa. To zadanie najlepiej definiuje najważniejszy dokument Soboru Watykańskiego II konstytucja dogmatyczna „Lumen gentium”. Kościół jest – jak czytamy: „niejako sakramentem zjednoczenia ludzi z Bogiem i budowania jedności rodzaju ludzkiego”.
Swoich darów Duch Święty udziela wszystkim członkom Kościoła, niezależnie od ich stanu. Są to dary: mądrości, rozumu, rady, męstwa, umiejętności, pobożności i bojaźni Bożej. Uzdalnia wiernych do dojrzałej obecności w świecie. Kieruje losami Kościoła, kiedy wybiera do grona Apostołów w miejsce Judasza św. Macieja, kiedy prosi o wyznaczenie Barnaby i Pawła, jak pisze święty Łukasz „do dzieła, które im wyznaczyłem”, czy kiedy posyła Apostołów do tego, by w określonych częściach świata głosili Ewangelię. Wprowadza wspólnotę wierzących w głębsze rozumienie tajemnicy Chrystusa, dając im zrozumienie Pisma świętego. Ponadto, w ramach Kościoła Duch Święty w każdej epoce powołuje nowe instytucje, nowe inicjatywy, które są odpowiedzią na potrzeby aktualnej epoki.
Uroczystość liturgiczna Zesłania Ducha Świętego sięga pierwszych wieków chrześcijaństwa. Łączono ją z Wielkanocą, a od IV w. wyodrębniono jako osobne święto, uroczyście obchodzone zarówno w Kościele Wschodnim jak i Zachodnim. Synod w Elwirze urzędowo wprowadził ją w 306 roku. W wigilię Pięćdziesiątnicy, podobnie jak w wigilię Wielkanocy, święcono wodę do chrztu świętego i udzielano chrztu katechumenom.
Papież Leon XIII wprowadził nowennę, czyli dziewięciodniowe przygotowania modlitewne na przyjście Ducha Świętego, aby dokonał przemiany w naszych sercach, tak jak przemienił Apostołów w Wieczerniku.
Uroczystość tę powszechnie nazywa się w Polsce Zielonymi Świętami, gdyż w okresie, w którym jest obchodzona, przyroda odnawia się po zimie, a zieleń jest dominującym kolorem pejzażu. Wszystkie obrzędy ludowe z nimi związane noszą piętno radości i wesela. Kościoły, domy, obejścia przybrane są „majem” – najczęściej młodymi brzózkami; posadzkę kościelną, podłogę chat i wiejskie podwórka potrząsają wonnym tatarakiem; wszędzie rozlewa się rzeźwa woń świeżej majowej zieleni.
Uroczystość Zesłania Ducha Świętego kończy w Kościele katolickim trwający 50 dni okres wielkanocny, który obejmuje czas od niedzieli Zmartwychwstania Pańskiego (czyli już od Wigilii Paschalnej) do Niedzieli Zesłania Ducha Świętego.
W ikonografii, w sztuce chrześcijańskiej Duch Święty jest przedstawiany w formie gołębicy, języków ognia bądź obłoku. W wielu barokowych kościołach Ducha Świętego symbolizował po prostu snop jasnego światła wpadający do ciemnego wnętrza przez kopułę.
Zesłanie Ducha Świętego obchodzone jest przez dwa dni, w wielu krajach europejskich są one wolne od pracy: w Niemczech, Francji, Szwajcarii, Holandii, Danii a także na Węgrzech. W Polsce drugi dzień Zielonych Świąt jako dzień wolny od pracy zniesiono w okresie stalinizmu w 1951 r. i do dziś nie przywrócono. Wyjątek stanowią tu wyznawcy Kościoła Zielonoświątkowego w RP, którzy na mocy Ustawy z dnia 20 lutego 1997 o stosunku Państwa do Kościoła Zielonoświątkowego w Rzeczypospolitej mają ten dzień wolny od pracy.
Kai.pl
***
PapieżLeon XIV:
Prośmy Ducha Świętego o pokój w sercu i na świecie
fot. Vatican Media
***
Przez wstawiennictwo Maryi Dziewicy, prośmy Ducha Świętego o dar pokoju. Przede wszystkim pokój w sercach: tylko serce pełne pokoju może szerzyć pokój w rodzinie, w społeczeństwie, w stosunkach międzynarodowych – powiedział Ojciec Święty Leon XIV podczas modlitwy Regina Caeli, na zakończenie Mszy św. w uroczystość Zesłania Ducha Świętego.
Papież skierował serdeczne pozdrowienie do wszystkich, którzy wzięli udział w Mszy świętej, a także do tych, którzy łączyli się za pośrednictwem środków przekazu.
Podziękował też „kardynałom i biskupom oraz wszystkim przedstawicielom stowarzyszeń i ruchów kościelnych oraz nowych wspólnot”, którzy w tych dniach obchodzili swój Jubileusz. Zaapelował: „Drogie siostry i drodzy bracia, z mocą Ducha Świętego wyruszajcie odnowieni dzięki temu waszemu Jubileuszowi. Idźcie i nieście wszystkim nadzieję Pana Jezusa!”.
Papież przypomniał, że w tych dniach, we Włoszech i innych krajach kończy się rok szkolny. „Pragnę pozdrowić wszystkich uczniów i nauczycieli, a zwłaszcza tych, którzy w najbliższych dniach będą zdawać egzaminy kończące kolejny etap nauki” – wskazał.
„Niech Duch zmartwychwstałego Chrystusa otwiera drogi pojednania wszędzie tam, gdzie toczy się wojna; niech oświeca rządzących i daje im odwagę do podejmowania działań na rzecz niwelowania napięć i dialogu” – podsumował Papież.
Artur Hanula/vaticannews.va/pl
***
Andrei del Verrocchio “Chrzest Chrystusa” | Fot. Wikipedia
***
Kim jest Duch Święty?
7 biblijnych faktów
Bez Ducha Świętego Bóg jest daleko, Chrystus pozostaje w przeszłości, Ewangelia pozostaje martwą literą, Kościół jest tylko organizacją, władza – dominacją, misja – propagandą, liturgia – niczym więcej, jak tylko wspomnieniem, życie chrześcijańskie – moralnością niewolnika.
Niewątpliwie Duch Święty to najbardziej tajemnicza Osoba Trójcy Świętej. W Starym Testamencie Lud Izraela najpierw doświadczył objawienia Boga jako Stworzyciela i Ojca. W Nowym Testamencie uczniowie Jezusa zrozumieli w końcu, że jest On Przedwiecznym Słowem i Synem Ojca. Natomiast pełnia objawienia Ducha Świętego to dopiero dzień Zielonych Świątek, ale przecież wciąż w potocznej świadomości religijnej pozostaje On niejako „na uboczu”. Przypomnijmy zatem kilka biblijnych faktów o Trzeciej Osobie Trójcy Świętej.
1. Tchnienie Boga, czyli?…
Pisarze Starego Testamentu na określenie Ducha Bożego używali terminu ruah, czyli tchnienie, powietrze, wiatr. Nikt z nas nie widzi wiatru, ale działanie wiatru można poznać po skutkach, jakie on sprawia. Wiatr przesuwa chmury, porusza drzewami, spiętrza fale (por. Ps 107, 25).
Duch Święty, tak jak wiatr, jest niewidoczny, nie można go zamknąć w żadnym pomieszczeniu ani zmierzyć, a jednak działa.
***
Tak samo oddech człowieka jest niewidoczny i ulotny, ale bez oddechu nie można żyć! Wiatr jako zjawisko atmosferyczne oznaczał zawsze potężną siłę, tchnienie zaś, czyli oddech, oznaczało życie.
W Starym Testamencie Duch Święty nie był jeszcze znany jako osoba. Jest to raczej tajemnicza moc Bożą, którą posługiwał się Bóg w dziele stworzenia i zbawienia. Czytamy, że „Jahwe ulepił człowieka z prochu ziemi i tchnął w jego nozdrza tchnienie życia, wskutek czego stał się człowiek istotą żywą” (Rdz 2, 7). W zdaniu tym nie ma co prawda słowa „ruah”, ale opisana czynność (tchnienie), wskazuje, że znów chodzi o Ducha Jahwe. Człowiek ulepiony z prochu żyje, ponieważ Bóg przekazał mu swoje „tchnienie” (por. Iz 42, 5; Hi 33, 4). Ta moc Boża daje życie, ratuje i zbawia; działa często poprzez ludzi, biorąc ich w posiadanie i uzdalniając do szczególnych czynów.
Dopiero uważna lektura Nowego Testamentu ukazuje nam, że Duch Boży to nie jakaś siła, wiatr, tchnienie czy moc, ale Osoba Boża.
2. O co chodzi z tą gołębicą?
Kiedy byłem ostatnio z moją córką na Mszy Świętej dla dzieci, ksiądz wskazał na mozaikę ukazującą Chrzest Pański i zapytał:
– „Co pojawiło się nad głową Jezusa podczas chrztu w Jordanie?”.
Pewien chłopiec, przyjrzał się mozaice i odparł pytaniem na pytanie:
– „Chodzi o ten złoty krążek?”.
– „Nie, nie chodzi mi o aureolę! – zaprzeczył ksiądz – Spójrzcie wyżej! Tam jest unosząca się gołębica, czyli Duch Święty”…
Przyznam, że to stwierdzenie „gołębica, czyli Duch Święty” rozbawiło mnie bardziej niż słowa chłopca.
fot. Smendocci/Catholic
***
Ikonografia tak bardzo przyzwyczaiła nas do Ducha Świętego jako gołębicy, że pojawia się ona na obrazach przedstawiających zarówno Zwiastowanie Najświętszej Maryi Panny, jak i Zesłanie Ducha Świętego w Dniu Pięćdziesiątnicy. Doszło do tego, że nawet na obrazach ukazujących Trójcę Świętą widzimy Boga Ojca jako siwobrodego starca, Syna Bożego jako młodszą wersję Boga Ojca, a Ducha Świętego oczywiście jako unoszącą się między nimi białą gołębicę. Możemy rzecz jasna mówić, że to tylko wyobrażenie symboliczne, ale gdy słyszymy słowo „Duch Święty”, pewnie większość z nas ma właśnie pierwsze skojarzenie ornitologiczne.
Źródłem przedstawiania Ducha Świętego jako gołębicy są ewangeliczne opisy chrztu Chrystusa w Jordanie. Gwoli ścisłości Ewangelie nie mówią jednak, że Duch zstąpił na Jezusa jako gołębica, ale raczej porównują Jego zstąpienie do lotu gołębicy: Wtedy otworzyło się Mu niebo i zobaczył Ducha Bożego, który zstępował na Niego jakby gołębica (Mt 3, 16); ujrzał niebo otwarte i Ducha, który zstępował na Niego jakby gołębica (Mk 1, 10); Ujrzałem Ducha, który zstępował z nieba jakby gołębica i pozostał na Nim (J 1, 32).
Jedynie Łukasz stwierdza nieco inaczej: „Duch Święty zstąpił na Niego w postaci cielesnej jakby gołębica” (Łk 3, 22). Chyba chciał przez to podkreślić, że fakt ten był dostrzegalny i był prawdziwą teofanią, analogiczną do tych, jakie spotyka się w Starym Testamencie.
Prawdopodobnie Ewangelistom chodziło nie tyle o samego ptaka, co o jego sposób poruszania się. Niektórzy widzą tu nawiązanie do opisu stwarzania świata z Księgi Rodzaju i zdania, że Duch Boży unosił się nad wodami (hebr. Weruah Elohimmerahefet al-pne hammajim – Rdz 1, 2).
W wersecie tym czasownik „unosił się” pochodzi od rdzenia haraf (krążyć, szybować), który opisywał lot ptaka nad gniazdem i pisklętami. Ten sam czasownik w Pwt 32, 11 oznacza czynność orła, który unosi się na skrzydłach nad pisklętami w gnieździe, aby je zachęcić do lotu. Wybór takiego terminu w Rdz 1, 2 z pewnością nie był przypadkowy. Duch Boży, czyli tchnienie Boga, unoszące się nad wodami, to symbol roztaczania opiekuńczych skrzydeł nad stwarzanym światem, oznacza twórczą moc Boga, przygotowującą chaos do życia. W tym kontekście Duch Święty, zstępujący jak gołębica na Jezusa, to znak inauguracji nowego stworzenia, którego Mesjasz napełniony Duchem Świętym, jest fundamentem i twórcą.
3. Mówił przez proroków i przemawia przez Pismo Święte
W wyznaniu wiary powtarzamy formułę, że Duch Święty „mówił przez proroków”. Ojcowie Soboru (381 r.), chcieli poprzez te słowa podkreślić misję, jaką realizował odwiecznie Duch Święty we wszechświecie i wśród ludzi. Prorocy oznaczają tu wszystkich, którzy mówili i działali w imieniu Boga.
Ten sam Duch natchnął autorów Biblii. Święty Paweł pisze, że „wszelkie Pismo od Boga natchnione [jest] i pożyteczne do nauczania” (2 Tm 3, 16). Natchnienie to polegało na tym, że „kierowani Duchem Świętym mówili od Boga święci ludzie” (2 P 1, 21).
Ojcowie Kościoła porównywali natchnienie Biblii do stworzenia świata. Bóg nie tylko „na początku stworzył niebo i ziemię” (Rdz 1, 1), ale ciągle podtrzymuje je w istnieniu. Podobnie Duch Święty – nie tylko działał przy powstawaniu Księgi, ale działa również w napisanej Księdze.
Stąd Pismo nie tylko jest natchnione Duchem Świętym, ale również dziś Nim tchnie. Myśl tę podjął Sobór Watykański II, ucząc, że Pismo „natchnione przez Boga (…) w wypowiedziach Proroków i Apostołów pozwala rozbrzmiewać głosowi Ducha Świętego” (KO 21).
4. Ciągle obecny w życiu Jezusa
Duch Święty towarzyszy Jezusowi od samego początku Jego wcielenia. Anioł Gabriel, wyjaśniając Maryi, w jaki sposób stanie się Matką Mesjasza, używa słów: „Duch Święty zstąpi na Ciebie i moc Najwyższego osłoni Cię” (Łk 1, 35). Pismo Święte wyraźnie mówi, że Maryja „znalazła się brzemienną za sprawą Ducha Świętego” (Mt 1, 18). Anioł wyjaśnia też Józefowi: „nie bój się wziąć do siebie Maryi, twej Małżonki; albowiem z Ducha Świętego jest to, co się w Niej poczęło” (Mt 1, 20).
Jezus posiada Ducha od momentu swego poczęcia (por. Mt 1, 20; Łk 1, 35), jednak w chrzcie na nowo otrzymuje wylanie Ducha, namaszczenie Duchem Świętym, co potwierdza św. Piotr w przemówieniu w domu Korneliusza: „Bóg namaścił Duchem Świętym i mocą Jezusa z Nazaretu” (por. Dz 10, 38). Wszyscy trzej synoptycy podkreślają, że zaraz po chrzcie to Ducha Święty wyprowadza Jezusa na pustynię, „aby był kuszony przez diabła” (Mt 4, 1; por. Łk 4, 1; Mk 1, 12).
Po kuszeniu Jezus powraca „w mocy Ducha do Galilei”, aby nauczać (Łk 4, 14-15). Podczas czytania w synagodze Jezus odnosi do siebie fragment księgi Izajasza: „Duch Pański spoczywa na Mnie, ponieważ Mnie namaścił i posłał Mnie, abym ubogim niósł dobrą nowinę, więźniom głosił wolność, a niewidomym przejrzenie; abym uciśnionych odsyłał wolnymi, abym obwoływał rok łaski od Pana” (Łk 4,18-19).
Ten, kto odważa się twierdzić, że moc Jezusa pochodzi od Szatana, bluźni przeciwko Duchowi Świętemu (por. Mk 3, 22-30), bo właśnie „mocą Ducha Świętego” Jezus wypędza złe duchy (Mt 12, 28).
Obecność Ducha Świętego widoczna jest w sposób szczególny w modlitwie Jezusa. Łukasz opowiada, że w momencie chrztu w Jordanie, „gdy [Jezus] się modlił, otworzyło się niebo i Duch Święty zstąpił na Niego” (Łk 3, 21-22). Związek między modlitwą Jezusa a obecnością Ducha wyrażony jest również w słowach: „Jezus rozradował się w Duchu Świętym i rzekł: Wysławiam Cię, Ojcze, Panie nieba i ziemi” (Łk 10, 21).
5. Jest naszym Adwokatem i Rzecznikiem
Pewnego razu papież Franciszek nawiązał podczas homilii do zdarzenia ze swojego życia, kiedy był jeszcze proboszczem w parafii patriarchy San José w San Migiel i podczas Mszy Świętej dla dzieci w uroczystość Zesłania Ducha Świętego zapytał: „Kto wie, kim jest Duch Święty?” Wszystkie dzieci podniosły ręce, a jedno z nich odpowiedziało z powagą: „Paralitykiem!”.
Chodzi oczywiście o Parakleta. Trudne słowo, więc łatwo je pomylić.
Gdy Jezus zapowiada i obiecuje Ducha Świętego, nazywa Go właśnie Parakletem (J 14, 16. 26; 15, 26; 16, 7). Słowo „Parakletos” tłumaczy się zazwyczaj jako „Pocieszyciel”, ale tak naprawdę ten grecki termin nie ma adekwatnego polskiego odpowiednika.
Pochodzi od czasownika „parakaleo” (wzywam, proszę). Dosłownie oznacza: „Ten, który jest wzywany”. Można to oddać terminami: obrońca, adwokat, doradca, rzecznik, asystent, pomocnik, opiekun.
To ktoś, kto jest powołany, aby być u czyjegoś boku i stawać w jego obronie. „Ja zaś będę prosił Ojca, a innego Parakleta da wam, aby z wami był na zawsze — Ducha Prawdy (…); nie zostawię was sierotami” – mówi Jezus (J 14, 16). Dlaczego „innego”? Otóż w 1 J 2, 1 Parakletem nazwany jest także Chrystus, który wstawia się za nami. Współgra to ze słowami z Listu do Rzymian: „Jeżeli Bóg z nami, któż przeciwko nam? (…) Któż może wystąpić z oskarżeniem przeciw tym, których Bóg wybrał?” (por. Rz 8, 31b-39).
6. Prowadzi nas do Prawdy
Jezus oznajmił Apostołom: „Jeszcze wiele mam wam do powiedzenia, ale teraz jeszcze znieść nie możecie. Gdy zaś przyjdzie On, Duch Prawdy, doprowadzi was do całej prawdy” (J 16, 12-13). Te słowa mówią o działaniu Ducha Świętego w Kościele. Jeśli Jezus jest drogą, to Duch jest przewodnikiem, prowadzącym po tej drodze. Jest nauczycielem, który strzeże prawdy i pomaga ją odróżnić od fałszu. Święty Paweł napisał: „Nikt nie może powiedzieć bez pomocy Ducha Świętego: Panem jest Jezus” (1 Kor 12, 3). Duch Święty podtrzymuje żywą pamięć Kościoła o dziełach dokonanych przez Jezusa, przekonuje świat o grzechu, czyli o konieczności zbawienia.
Nie przypadkiem w Credo właściwie jednym tchem mówimy: „wierzę w Ducha Świętego, święty Kościół powszechny”. To właśnie Duch Święty współtworzy Kościół, jest źródłem wspólnoty, jego powszechności i świętości. Metropolita Ignatios IV Hazim z Laodycei w czasie ekumenicznego zjazdu w Uppsali w 1968 r. wypowiedział znamienne i często cytowane słowa:
Bez Ducha Świętego Bóg jest daleko, Chrystus pozostaje w przeszłości, Ewangelia pozostaje martwą literą, Kościół jest tylko organizacją, władza – dominacją, misja – propagandą, liturgia – niczym więcej, jak tylko wspomnieniem, życie chrześcijańskie – moralnością niewolnika. Ale w Duchu Świętym: kosmos jest zmartwychwstały i wzdycha w bólach rodzenia Królestwa, Zmartwychwstały Chrystus jest tutaj, Ewangelia jest mocą życia, Kościół ukazuje życie Trójcy, władza jest posługą wyzwalania, misja jest Pięćdziesiątnicą, liturgia – pamiątką i zapowiedzią, ludzkie działanie jest przebóstwione.
7. Mieszka w nas
Właściwie każda modlitwa kierowana do Ducha Świętego, zaczyna się od tradycyjnych słów „Przyjdź!”. Ale przecież Duch Święty cały czas jest z nami, cały czas jest w Kościele, bo został dany Kościołowi na zawsze.
W Ewangelii Janowej czytamy, że Jezus po zmartwychwstaniu przyszedł do uczniów zgromadzonych w wieczerniku i pozdrowiwszy ich, „tchnął na nich i powiedział im: Weźmijcie Ducha Świętego! Którym odpuścicie grzechy, są im odpuszczone, a którym zatrzymacie, są im zatrzymane” (J 20, 22-23).
Święty Paweł pyta Koryntian: „Czyż nie wiecie, żeście świątynią Boga i że Duch Boży mieszka w was? Jeżeli ktoś zniszczy świątynię Boga, tego zniszczy Bóg. Świątynia Boga jest świętą, a wy nią jesteście” (1 Kor 3, 16-17).
Należy to rozumieć w ten sposób, że w całym Kościele i w poszczególnych wiernych mieszka Duch.
Święty Ireneusz uważał nawet, że chrześcijanin składa się z ciała, duszy i Ducha Świętego (Adversus haereses V, 6,1). Inny fragment z 1 Listu do Koryntian mówi jeszcze dobitniej: „Czyż nie wiecie, że ciało wasze jest świątynią Ducha Świętego, który w was jest” (1 Kor 6, 19).
Alonso Schökel stwierdził kiedyś, że chrześcijanina można przyrównać do Namiotu Spotkania na pustyni. Nosząc w sobie Świętego Ducha uświęcamy ten świat, który bez Boga staje się pustynią.
Nasze dziecięctwo Boże jest właśnie dziełem mieszkającego w nas Ducha Świętego, którego Paweł nazywa „Duchem przybrania za synów” (Rz 8, 15-16). To dlatego możemy zwracać się do Boga tym samym zawołaniem, jakim zwracał się do Niego Jezus, to znaczy mówić „Abba – Tatusiu!” (Mk 14, 36; Ga 4, 6-7).
Duch Święty jest także rękojmią naszego zmartwychwstania: „A jeżeli mieszka w was Duch Tego, który Jezusa wskrzesił z martwych, to Ten, co wskrzesił Chrystusa Jezusa z martwych, przywróci do życia wasze śmiertelne ciała mocą mieszkającego w was swego Ducha” (Rz 8, 11).
Roman Zając/Stacja7.pl
***
Skąd mam wiedzieć, że to Duch Święty?
fot. Roman Koszowski/Gość Niedzielny
***
Radzi dyrektor Centrum Duchowości Księży Jezuitów w Częstochowie ks. Artur Wenner SJ.
Jarosław Dudała: Czy Duch Święty może wejść do duszy człowieka?
o. Artur Wenner SJ: Duch Święty jako jedna z osób Boskich ma dostęp do całej rzeczywistości, także do każdego człowieka. W tym sensie nie ma żadnych przeszkód, aby Duch Święty przenikał nas w całości. Ma On więc dostęp do wszystkiego, co w nas jest. Oczywiście, trzeba dodać, że z racji szczególnego charakteru stworzenia, jakim jest człowiek, Pan Bóg zachowuje pewnego rodzaju dyskrecję. Szanuje wolność człowieka, co oznacza, że ten dostęp do nas jest w jakiejś mierze regulowany naszą odpowiedzią i naszą otwartością na Boga.
A czy to samo potrafią zrobić złe duchy? Nie, złe duchy są zupełnie w innej sytuacji. One są stworzeniami, bytami duchowymi, które są inteligentne i które mają własną wolę, ale nie są Bogiem. Tak jak my zbliżamy się do innych osób i możemy w pewnym sensie poznawać ich wnętrze po tym, jak ono jest wyrażone na zewnątrz, tak też złe duchy mają taką możliwość – i to w sposób jeszcze bardziej wnikliwy niż my. Ale absolutnie nie mają pełnego dostępu do wnętrza człowieka. Ma je tylko Bóg.
Czyli demony nie słyszą ludzkich myśli? Bezpośrednio ich nie słyszą, natomiast mogą wiele wywnioskować na podstawie naszej mimiki, rozmów. Mogą się domyślić wielu nawet nie do końca wyrażonych myśli, tak jak i my się ich u innych domyślamy.
To skąd się biorą takie zjawiska, jak opętanie (kiedy zły duch zdaje się zawładnąć czyimś ciałem) oraz pokusa? Nieraz przecież pół żartem, pół serio mówimy, że to zły duch podszepnął to czy tamto. To są dwie zupełnie różne sytuacje i różne sposoby obecności czy wpływu złego na człowieka. Opętanie to jest sytuacja szczególna, która musi być zweryfikowana, bo pewne zachowania czy zjawiska mogą wydawać się opętaniem, a są to jedynie przejawy choroby psychicznej. Jeżeli rzeczywiście mamy do czynienia z opętaniem, to zawsze jest w tej sytuacji moment przyzwolenia człowieka, zgody na dopuszczenie do siebie złego ducha aż do oddania mu własnej osobowości i własnej woli. W przypadku pokusy oczywiście takiej sytuacji nie ma. Nie ma podporządkowania złemu duchowi woli człowieka. Pokusa to w dużym stopniu działanie zewnętrzne, zmierzające do tego, żeby człowieka ukierunkować ku czemuś złemu, ale w pełni dysponujemy wtedy własną wolą. Nawet jeśli ktoś czy coś bardzo mocno na nas wpływa, nie jest to nigdy tak daleko idące, żeby człowiek nie mógł temu powiedzieć „nie” i się wycofać.
Skoro zły duch nie ma bezpośredniego dostępu do ludzkiego wnętrza, to jaki jest mechanizm działania pokusy? Zły duch nie może zawładnąć ludzką wolą, ale może nam podsuwać różne myśli. Może wykorzystywać naszą słabość, naszą skłonność do złego, którą obserwuje, poznaje. Może też wpływać na naszą sferę emocjonalną.
Jak więc rozpoznać, które z naszych myśli czy emocji pochodzą od złego ducha, a które są natchnieniem Ducha Świętego? Niektóre są dość ewidentne. Znając trochę Boga, znając Ewangelię, widzimy, że pewne myśli czy uczucia są zgodne z tym duchem, a inne nie.
Wtedy nie ma problemu. Ale sytuacja nie zawsze jest taka klarowna. To prawda. Zły duch jest kłamcą, co oznacza, że może nie tylko wprost odciągać nas od Pana Boga, ale może nas też zwodzić, oszukiwać, udawać ducha światłości. Może próbować wykorzystywać do swoich celów dobre pragnienia zwłaszcza tych osób, które są bliżej Pana Boga. Czyli na przykład może poddawać nam jakąś myśl, która wydaje się na pierwszy rzut oka dobra, ale potem, gdy już ją wcielimy w życie, wyprowadzi nas na manowce.
Jak zdemaskować ten podstęp? Oczywiście, nie jest takie łatwe w momencie, kiedy to się pojawia. Trzeba uwzględnić kilka czynników. Po pierwsze – ewangeliczny sposób rozpoznawania myśli czy duchów po ich owocach, czyli skutkach. Jeśli coś na koniec przynosi dobre skutki, to na pewno stał za tym dobry duch. Natomiast jeżeli przynosi to ostatecznie skutki złe, to mieliśmy do czynienia z duchem złym. Ale dostrzeżenie tego wymaga czasu. Nie dzieje się to natychmiast. Natomiast w momencie, kiedy to się dzieje, czyli kiedy przychodzi dana myśl, warto zwrócić uwagę, czy ta ogólnie dobra myśl wpisuje się korzystnie w nasz kontekst życiowy, nasze powołanie, zaangażowanie, posiadane zobowiązania. Generalnie można przyjąć, że duch dobry utwierdza nas w tej drodze, która jest już wcześniej rozeznana jako pochodząca od Boga. Bo dobre duchy nie przeczą sobie nawzajem. Natomiast duch zły może podsunąć nam propozycję dobrą samą w sobie, ale niezgodną z dotychczasowymi wyborami. Gdy spojrzy się na nią w tym kontekście wydaje się ona nieraz po prostu dziwna. Wtedy trzeba dużo większej ostrożności i solidnego zbadania tej myśli, zanim się da jej wiarę. Problemem niektórych osób jest zbyt łatwe udzielanie kredytu zaufania swoim poruszeniom, zwłaszcza gdy proponowane działanie ma być długofalowe i wymaga dużego zaangażowania. Bywa, że ktoś się w coś angażuje, a potem nagle okazuje, że pójście w tę stronę podważa jego wcześniejsze wybory. Człowiek staje wtedy jakby na takim rozdrożu.
Jakie miejsce w tym rozeznaniu mają ludzkie pragnienia i lęki? Samo słowo „pragnienia” może mieć różne znaczenia. Ja używam go tutaj w znaczeniu tego, co pociąga ku przyszłości. Niektóre z tych pociągnięć mają charakter głęboki, sięgający naszego serca czy wnętrza, a niektóre są czymś bardziej w rodzaju zachcianek, impulsów, które bazują często na poszukiwaniu przyjemności, chęci zaspokojenia różnego rodzaju potrzeb. Ważne jest, żeby to rozróżnić – zobaczyć, co jest ulotnym, bardzo chwilowym pociągnięciem czy skłonnością, a co jest bardzo głęboko wpisane w moje wnętrze. Tak jest na przykład z kwestią powołania. Nasze powołanie zawsze ma zakorzenienie w głębokim pragnieniu, które daje nam Pan Bóg. Jeśli natomiast chodzi o lęki, to wyrastają one z naszej kondycji psychofizycznej, z historii życia, naszych doświadczeń. To także kwestia formacji, którą przechodzimy. Można „zarazić się” lękami innych i to nie tylko w domu rodzinnym, ale też środowisku, w którym przebywamy. Te lęki najczęściej niestety bywają wykorzystywane przez złego ducha do tego, żeby nas zamykać w sobie. Radzenie sobie z tymi lękami jest możliwe, kiedy otwieramy się na Pana Boga i kiedy badamy ich racjonalność. Bo wiele tego typu uczuć jest irracjonalnych. Kiedy się im głębiej przyjrzymy, to widzimy, że nie mają jakiejś obiektywnej podstawy.
Wróćmy na chwilę do kwestii: pragnienie a powołanie. Z jednej strony, bywają ludzie, którzy mają głębokie pragnienie np. życia zakonnego czy kapłańskiego, tymczasem dalsze rozeznanie – np. przełożonych czy formatorów – wskazuje na coś innego. To znaczy, że samo pragnienie nie jest jeszcze decydujące. Z drugiej strony, może być i tak, że ktoś nie ma pragnienia np. do życia kapłańskiego czy zakonnego i jest to bardzo istotna wskazówka, mówiąca, że to nie jest dla niego, nawet jeżeli jakieś inne elementy zdawałyby się przemawiać na rzecz takiego powołania. Tak, może się wydawać, że ktoś ma predyspozycje, jest inteligentny, potrafi kontaktować się z innymi, ale nie ma z jego strony jakiegoś pociągnięcia, pragnienia. Wtedy nie można mówić o powołaniu. Natomiast jeśli chodzi o pragnienia, które napotykają w realizacji na przeszkody, to trzeba zwrócić uwagę na jakość tego pragnienia, poznania bliżej, skąd to pragnienie pochodzi. Ważne jest, aby poznać, czy dana osoba jest psychicznie i duchowo dojrzała, bo takie też będą jej pragnienia. Może się zdarzyć, że osoba czegoś bardzo pragnie, że pragnie rzeczy obiektywnie dobrych – na przykład kapłaństwa czy życia zakonnego – ale to pragnienie nie musi być wolą Bożą, a jedynie nieuporządkowanym uczuciem, nieuporządkowanym przywiązaniem lub może wynikać z nieuświadomionych lęków. Tak więc samo istnienie silnego przekonania i pragnienia podjęcia danej drogi życia nie jest jeszcze wystarczające do stwierdzenia pewności powołania takiej osoby. Z drugiej strony, ta sama osoba może czegoś trudnego nie podejmować, nawet gdyby to była wola Boża, z tym samych motywów, czyli z lęków i z powodu uczuć nieuporządkowanych. Może zatem mieć powołanie, ale obawia się wzgardy, prześladowania związanego z danym powołaniem i odrzucenia przez społeczeństwo. Takie uczucia też są nieuporządkowane.
Czy ma Ojciec jakieś złote rady albo wskaźniki, markery, których wykrycie wskazuje z wysokim prawdopodobieństwem, że mamy do czynienia z natchnieniem Ducha Świętego albo przeciwnie – z działaniem złego ducha? Podkreśliłbym rolę szczerości przed samym sobą, a także przed innymi. A także związanej z nią pokory, bo jeżeli nie mam pokory, to nie mogę być do końca szczerym i przejrzystym. W pokorze jest element tego, że chcę dać się poznać innym. Chcę naprawdę zweryfikować, czy mam do czynienia z czymś obiektywnym, czy jest to tylko mój wymysł. Do tego dołożyłbym ducha realizmu, czyli chęci weryfikowania, obiektywizowania swoich pragnień. On pozwala na zdobycie głębszego przekonania, że dobrze odczytuję swoją drogę. Czynnikiem, na który jestem bardzo wrażliwy, jest postawa uporu, przywiązania do własnego zdania, a zwłaszcza przywiązania do własnej interpretacji pewnych znaków czy natchnień przy jednoczesnej niechęci do ich prześwietlenia i zweryfikowania przez innych. Takie zadufanie w sobie wskazuje często na działanie złego ducha, na kierowanie się uczuciami nieuporządkowanymi i przywiązaniami. Podobnie jest z nadmiernym pośpiechem w podejmowaniu decyzji. On też wskazuje raczej na obecność złego ducha niż dobrego.
Gość Niedzielny
***
„Deszcz płatków róż” w rzymskim Panteonie
w uroczystość Zesłania Ducha Świętego
fot. Gabriella Clare Marino / Unsplash
***
8 czerwca 2025 roku, Kościół obchodzi uroczystość Zesłania Ducha Świętego. Każdego roku tego dnia w rzymskim Panteonie ma miejsce szczególna ceremonia: kiedy podczas Mszy św. chór śpiewa hymn „Veni Creator Spiritus” (O Stworzycielu Duchu, przyjdź), z góry spływa na obecnych „deszcz płatków czerwonych róż”. Symbolizują one języki ognia jakie – według Dziejów Apostolskich – spłynęły na Maryję i Apostołów w momencie Zesłania Ducha Świętego.
Zapomniany przez wiele lat zwyczaj „ożywił” przed niemal 30 laty włoski ksiądz Antonio Tedesco, który w tamtym czasie kierował ośrodkiem dla pielgrzymów niemieckich w Rzymie. Ale – jak mówią księża z rzymskiego Panteonu – tradycja ta pochodzi z pierwszych wieków Kościoła. Na powitanie Ducha Świętego rzucano kwiaty, w nabożeństwie uczestniczył papież i ogłaszał datę Zesłania Ducha Świętego w następnym roku. Fakt, dlaczego to szczególne święto odbywało się w Panteonie, kapłan uzasadnia prosto: „w tamtym czasie był to najbardziej znany kościół Rzymu i jedyny, który miał otwór w dachu”.
Panteon, zbudowany na Polu Marsowym za czasów cesarza Hadriana (117-138) na chwałę bogów Rzymu, poświęcił papież Bonifacy IV (608-615) oddając go na użytek chrześcijan. Znajdujący się w kopule „opaion” – ośmiometrowej szerokości otwór – jest jedynym źródłem światła: „Bożym okiem”. Róże dostarcza od lat na ceremonie niewielkie miasteczko włoskie Giffoni Valle Piana, położone na południe od Neapolu, które słynie z upraw kwiatowych.
Zazwyczaj uroczysta Msza św. Zesłania Ducha Świętego rozpoczyna się o godz. 10.30, ale „zawsze już na godzinę wcześniej nie było wolnych miejsc”, powiedział ks. Daniele Micheletti, archiprezbiter bazyliki NMP od Męczenników, w rozmowie z niemiecką agencją katolicką KNA. Tradycyjnie liturgii przewodniczy biskup polowy, który jest także honorowym opiekunem Panteonu.
Inną wyjątkową cechą liturgii Zesłania Ducha Świętego w rzymskim Panteonie jest używanie w modlitwach i śpiewie języka aramejskiego – oryginalnego języka, którym posługiwali się Jezus i Apostołowie. W ceremonii uczestniczy także 12 dzieci z różnych grup etnicznych, które uczestnikom nabożeństwa, jako znak pokoju, wręczają róże.
Jeśli jednak ktoś nie będzie miał okazji znaleźć się tego dnia w Rzymie, może jeszcze wybrać się 5 sierpnia do rzymskiej bazyliki Matki Bożej Większej, która tego dnia „tonie w powodzi białych róż” na pamiątkę „cudu śniegu”, jaki legł u podstaw budowy tej świątyni.
Panteon, położony między Piazza Navona i Via del Corso, należy do ulubionych celów wędrówek turystycznych po Rzymie. Znajdują się w nim grobowce m.in. Rafaela (1483-1520), Taddeo Zuccariego (1529-1566), Annibale Carracciego (1560-1609) oraz królów Wiktora Emanuela II (1820-1878) i Humberta I (1844-1900).
Tysiące płatków róż spada na wiernych również w romańskim kościele św. Michała w Wiedniu, z otworu w dachu zwanego także „dziurą Ducha Świętego”. Do zapomnianej tradycji zielonoświątkowej powrócili przed kilkoma laty ojcowie salwatorianie sprawujący opiekę duszpasterską w tej zabytkowej świątyni.
Proboszcz parafii, o. Erhard Rauch wyjaśnił mediom, że salwatorianie nieco zmodyfikowali dawny zwyczaj. W sklepieniach wielu starych kościołów są „dziury Świętego Ducha” – otwory, przez które w uroczystość Zesłania Ducha Świętego wpuszczano do świątyni gołębie – symbol Ducha Świętego. Do takich symboli należy też róża. Stara legenda mówi o kobiecie, która płakała w swoim ogrodzie różanym, słysząc o okrutnej śmierci Jezusa. Wtedy zauważyła, że z jej róż opadły kolce, gdyż Bóg przemienił swoje cierpienie w radość.
Abp Galbas na stadionie Legii Warszawa: Po rekolekcjach wszyscy są wygrani
fot. Michal Wozniak/East News
***
Po rekolekcjach nie ma remisu ani porażki: wszyscy są wygrani – powiedział w sobotnią noc Ksiądz Arcybiskup Adrian Galbas SAC podczas ośmiogodzinnego wydarzenia rekolekcyjnego „Jezus na Stadionie Legii”. Kulminacyjnym punktem spotkania, które przebiegło pod hasłem „Świat rani, Bóg leczy” była Msza św. sprawowana przed północą przez metropolitę warszawskiego.
W przeddzień uroczystości Zesłania Ducha Świętego abp Galbas wskazywał, że Duch Święty „nie wywraca Kościoła do góry nogami, lecz stawia go na nogi”. Nawiązując do zesłania Ducha Świętego na Apostołów w Wieczerniku zachęcał, by każdy z obecnych zmierzył się z pytaniem o to, kiedy kiedy przeżył czy przeżyła swoją Pięćdziesiątnicę.
Taka indywidualna Pięćdziesiątnica, tłumaczył, uzdalnia do wypowiedzenia we własnym imieniu słów Psalmisty” Uwielbia dusza moja Pana”. Wtedy też stanie się możliwe głoszenie innym wielkich dzieł Bożych. „najczęściej bez otwierania ust, po postu swoimi wyborami” – tłumaczył abp Galbas dodając, że „czasami trzeba otworzyć usta”.
Nawiązując do hasła rekolekcji: „Świat ranu, Bóg leczy”, abp Galbas wyznał, że to sformułowanie trochę mu „nie pasuje”. „Nie wiem, czy zostałem kiedyś zraniony przez świat, ale zostałem zraniony przez człowieka. I jeśli kogoś zraniłem, to ja go zraniłem. Nie wiem, czy świat rani ale człowiek rani. Zwłaszcza taki, który sam został zraniony: czasem z wściekłości, czasem po to, żeby był remis, z zazdrości czy niepogodzenia ze sobą” – powiedział hierarcha.
Abp Galbas podkreślał, że potrzebne jest uleczenie, które pragnie ofiarować Pan Bóg. „Przez człowieka przez wielkie C, przez Chrystusa: przez sakramenty i Słowo, ale też przez człowieka przez małe c – przez ciebie” – tłumaczył metropolita warszawski.
Uczestnicy wysłuchali kilkudziesięciu rekolekcjonistów. „Zaproszony jest każdy, kto chce przez udział w spotkaniu oddać chwałę Panu Bogu” – podkreślali organizatorzy z Fundacji Szum z Nieba.
– Najlepszy nawet GPS nic nam nie da jeśli nie będzie włączony – mówił jeszcze przed rozpoczęciem rekolekcji bp Galbas w krótkim filmiku umieszczonym na stronie archidiecezji warszawskiej. Zwróciła uwagę, że Duch Święty jest naszym „wewnętrznym GPS-em”, który nas może niezawodnie prowadzić, by na końcu naszej drogi powiedzieć: „Jesteś na miejscu, w Domu Ojca”.
W spotkaniu wzięło udział kilkudziesięciu prelegentów, m.in. abp Adrian Galbas, bp Artur Ważny, s. Gaudia Skass, prof. Aleksander Bańka, Witek Wilk.
W wyznaczonych miejscach na stadionie znajdowały się różne strefy: Inspiracji, Młodych i Miłosierdzia. W tej ostatniej przez cały czas trwania wydarzenia każdy mógł skorzystać z sakramentu pokuty i pojednania.
Była też możliwość adoracji Najświętszego Sakramentu.
Kai.pl
***
Znany franciszkański rekolekcjonista radzi jak przeżyć
uroczystość Zesłania Ducha Świętego
fot. Juan Pablo Arias / Cathopic
***
O dr. Łukasz Buksa OFM przygotował specjalny cykl pt. „W mocy Ducha – 9 dni przemiany”. To kilkunastominutowe filmiki, z których można dowiedzieć się jak odpowiednio przygotować się do uroczystości Zesłania Ducha Świętego.
– Można je oglądać osobno, ale także od razu wszystkie naraz, gdyż nie są długie. Dowiecie się z nich kim jest Duch Święty, jakimi owocami obdarza i jak najlepiej otworzyć się na jego dary i charyzmaty – zachęca o. Buksa, adiunkt Wydziału Nauk Społecznych UPJPII w Krakowie.
Od kilku dni filmiki dostępne są na kanale YouTube @ZnadmiaruMilosci. Rozważania franciszkańskiego muzyka i rekolekcjonisty oparte są o jego książkę zatytułowaną „Pokrzep mnie”.
Duchowny wskazuje, że Duch Święty to nie jakaś idea. – To Osoba, która chce wejść w Twoje życie z miłością, mocą i pokojem. W tych rekolekcjach pomagam odkryć Jego obecność, która może zupełnie odmienić Twoje serce i relacje. Wspólna modlitwa, refleksja i wołanie w duchu Wieczernika – to nie jest teoria, to doświadczenie – wyjaśnia.
Zachęca też, by znaleźć czas, aby zapoznać się głębiej z treścią przygotowanych rozważań i zatrzymać się choć na kilka chwil. – To rekolekcje dla ludzi, którzy chodzą po tej samej ziemi codzienności, co ja – zmagają się, próbują kochać, szukają sensu. Duch Święty nie działa tylko w mistycznych uniesieniach – On jest obecny w naszej zwyczajności. W domu, pracy, rozmowie czy zmęczeniu. Te krótkie filmy mogą być codziennym krokiem na tej drodze – podsumowuje.
Łukasz Buksa OFM to rekolekcjonista i pomysłodawca ogólnopolskiej akcji ewangelizacyjnej „Obudź się! Możesz Więcej!”. Jest autorem m.in. płyt „Możesz Więcej” i „Miłosierny”. Prowadził także RekoSKI – niezwykłe rekolekcje łączące troskę o ducha w postaci nauczania i ciało poprzez jazdę na nartach czy snowboardzie.
Kai.pl
***
poniedziałek 9 czerwca
Drugi dzień Zielonych Świąt
Uroczystość Najświętszej Maryi Panny Matki Kościoła
El Greco 1596–1600 (fragment obrazu), temat obrazu został zaczerpnięty z Dziejów Apostolskich: Nagle dał się słyszeć z nieba szum, jakby uderzenie gwałtownego wiatru, i napełnił cały dom, w którym przebywali. Ukazały się im też języki jakby z ognia, które się rozdzieliły, i na każdym z nich spoczął jeden. I wszyscy zostali napełnieni Duchem Świętym, i zaczęli mówić obcymi językami, tak jak im Duch pozwalał mówić (Dz 2,2–4)
***
Święto Maryi, Matki Kościoła, obchodzone w poniedziałek po uroczystości Zesłania Ducha Świętego, zostało wprowadzone do polskiego kalendarza liturgicznego 4 maja 1971 r. przez Episkopat Polski – za zgodą Pawła VI. Dzień ten został wybrany dlatego, że Zesłanie Ducha Świętego było początkiem działalności Kościoła. Jak podają Dzieje Apostolskie, w momencie Zesłania Ducha Świętego w Wieczerniku obecni byli wszyscy Apostołowie, którzy “trwali jednomyślnie na modlitwie razem z niewiastami, Maryją, Matką Jezusa, i braćmi Jego” (Dz 1, 14). Matka Najświętsza, Oblubienica Ducha Świętego, mocą którego w dniu Zwiastowania poczęła Jezusa Chrystusa, przeżyła w Wieczerniku wraz z Apostołami zstąpienie Ducha Miłości na Kościół. Od tej chwili Maryja, Wspomożycielka Wiernych i Matka Kościoła, towarzyszy Kościołowi w świecie. Maryja jest Matką Kościoła. Tytuł ten dawali Matce Najświętszej teologowie już od początków dziejów Kościoła, a w ostatnim stuleciu papieże: Leon XIII, Jan XXIII i Paweł VI. Biskupi polscy złożyli Pawłowi VI Memoriał z gorącą prośbą o ogłoszenie Maryi Matką Kościoła i oddanie ponowne Jej macierzyńskiemu Sercu całej rodziny ludzkiej. Prymas Polski, kard. Stefan Wyszyński, w imieniu 70 biskupów polskich w dniu 16 września 1964 roku, podczas trzeciej sesji soborowej, wygłosił przemówienie, uzasadniając konieczność ogłoszenia Maryi Matką Kościoła. Powoływał się na doświadczenia naszego Narodu, dla którego Matka Chrystusowa, obecna w naszych dziejach, i zawsze przez nas wzywana, była ratunkiem, pomocą i zwycięstwem. Biskupi polscy zabiegali również bardzo o to, aby nauka o Matce Najświętszej została włączona do Konstytucji o Kościele, gdyż to podkreśla godność Maryi jako Matki Kościoła i Jej czynną obecność w misterium Chrystusa i Kościoła. W 1968 r. Paweł VI potwierdził swoje orzeczenie o Matce Kościoła w Wyznaniu Wiary, w tzw. Credo Pawłowym. Episkopat Polski włączył wówczas do Litanii Loretańskiej nowe wezwanie: “Matko Kościoła, módl się za nami”. Wniósł równocześnie prośbę do Stolicy Świętej, aby wezwanie to znalazło się w Litanii odmawianej w Kościele Powszechnym, i aby papież ustanowił Święto Matki Kościoła również dla całego Kościoła Powszechnego. brewiarz.pl)
***
Święto Najświętszej Maryi Panny Matki Kościoła
fot. Flora Orosz / Unsplash
***
W poniedziałek po uroczystości Zesłania Ducha Świętego obchodzone jest święto Najświętszej Maryi Panny, Matki Kościoła. Episkopat Polski wprowadził je 54 lata temu. Od 2018 roku obchodzone jest na całym świecie jako wspomnienie obowiązkowe.
Polscy hierarchowie podczas Soboru złożyli Ojcu Świętemu Pawłowi VI Memoriał z gorącą prośbą o ogłoszenie Maryi Matką Kościoła. Podczas trzeciej sesji soborowej, 16 września 1964 r., Ksiądz Kardynał Stefan Wyszyński, Prymas Polski wygłosił przemówienie, w którym uzasadniał konieczność nadania Najświętszej Maryi Pannie takiego tytułu. Powoływał się na doświadczenia naszego Narodu, dla którego Matka Boża była ratunkiem, pomocą i zwycięstwem. Biskupi polscy zabiegali również bardzo o to, aby nauka o Matce Najświętszej została włączona do Konstytucji o Kościele. Tak też się stało. „W swojej apostolskiej działalności Kościół słusznie ogląda się na Tę, co zrodziła Chrystusa, który po to począł się z Ducha Świętego i narodził się z Dziewicy, aby przez Kościół także w sercach wiernych rodził się i wzrastał” – czytamy w Lumen Gentium (KK nr 65).
Na zakończenie trzeciej sesji Soboru, 21 listopada 1964 r., papież Paweł VI ogłosił Maryję Matką Kościoła i powierzył Jej cały rodzaj ludzki. Cztery lata później, na zakończenie Roku Wiary (w czerwcu 1968 roku), Ojciec Święty potwierdził swoje orzeczenie o Matce Kościoła w Wyznaniu Wiary, w tzw. Credo Pawłowym.
Episkopat Polski włączył wówczas do Litanii Loretańskiej nowe wezwanie: Matko Kościoła, módl się za nami. Wniósł równocześnie prośbę do Stolicy Apostolskiej, aby wezwanie to znalazło się w litanii odmawianej w Kościele powszechnym, a święto Matki Kościoła było obchodzone w całym Kościele.
Kościół w Polsce oddał Naród Maryi, Matce Kościoła 3 maja 1966 r. Aktem Milenijnym. Kilka lat później, 4 maja 1971 r. Episkopat Polski wprowadził święto Najświętszej Maryi Panny, Matki Kościoła, do kalendarza liturgicznego Kościoła w Polsce, ustanawiając obchody na poniedziałek po uroczystości Zesłania Ducha Świętego. Dzień ten został wybrany dlatego, że Zesłanie Ducha Świętego było początkiem działalności Kościoła. „Polska czyni to jedna z pierwszych wśród narodów chrześcijańskich. To pierwszeństwo przyjmijmy jako szczególną łaskę i nagrodę za wierność i miłość Narodu do Maryi” – napisali biskupi.
Niecałe dwa miesiące później, 24 czerwca, Episkopat Polski wystosował „Memoriał biskupów polskich do wszystkich Episkopatów katolickiego świata w sprawie oddania Maryi, Matce Kościoła, rodziny ludzkiej”. Biskupi zachęcają w nim do wprowadzenia w poszczególnych krajach nowego święta liturgicznego Maryi, Matki Kościoła i oddania w Jej opiekę diecezji, narodów i krajów, a także do wstawiennictwa u papieża, by oddał całą rodzinę ludzką Maryi, Matce Kościoła. „Jesteśmy przekonani, że to, co się nie udaje naszym duszpasterskim programom i apostolskim wysiłkom w dziele soborowej odnowy życia, uda się pokornej Dziewicy z Nazaretu, Wspomożyciele Wiernych, Matce Kościoła” – pisali polscy biskupi do biskupów świata.
Od 2018 roku, decyzją papieża Franciszka Święto Najświętszej Maryi Panny Matki Kościoła jest wspomnieniem obowiązkowym obchodzonym w całym Kościele. Wcześniej było obchodzone również w Argentynie – ojczyźnie papieża Bergoglio.
Co roku w Święto Matki Kościoła PMK swoje święto patronalne obchodzi Ruch Pomocników Matki Kościoła. Za datę jego powstania przyjmuje się 26 sierpnia 1969 r., kiedy kard. Stefan Wyszyński wydał dokument, w którym wzywa ludzi dobrej woli do pomocy Kościołowi i chrześcijańskiej Ojczyźnie przez Bogurodzicę Matkę Kościoła. W 1973 r. Episkopat Polski zaaprobował Ruch Pomocników Matki Kościoła jako jedną z form wychowania ludzi świeckich do apostolstwa.
09 czerwca 2025 – BP KEP, Warszawa/Kai.pl Ⓒ Ⓟ
***
5 czerwca
Każdego miesiąca w pierwsze czwartki Kościół modli się za dar kapłaństwa
Z racji mojego zastępstwa dzisiejsza Adoracja Najświętszego Sakramentu i Msza św. (w języku angielskim) będą w sali parafialnej przy kościele św. Piotra
Adoracja i możliwość przystąpienia do sakramentu spowiedzi św. – od godz. 18.00
Msza św. – godz. 19.00
***
Adoracja Eucharystyczna zwiększa liczbę powołań w USA
fot. Roman Koszowski/Gość Niedzielny
***
W Stanach Zjednoczonych zaobserwowano w ostatnich latach ścisły związek między nowymi powołaniami kapłańskimi a adoracją Najświętszego Sakramentu przez młodych ludzi. Z badań wynika, że aż 78 procent nowych kandydatów do święceń regularnie uczestniczyło w adoracji Eucharystii przed wstąpieniem do seminarium. Wielu podczas adoracji rozeznało swoje powołanie.
O wnioskach z najnowszych badań pisze amerykański portal katolicki National Catholic Register – ncregister.com. Jako przykład podana jest diecezja Wichita w stanie Kansas. W latach 90. parafie w tej diecezji zaczęły otwierać kaplice adoracji czynne przez 7 dni w tygodniu. Od tego czasu diecezja odnotowała wzrost liczby powołań.
Ojciec Chad Arnold, dyrektor ds. seminarzystów diecezji Wichita, wierzy, że istnieje bezpośrednia korelacja między tymi faktami. Przyznaje to w rozmowie z National Catholic Register: „W naszej diecezji przez wiele lat byliśmy błogosławieni powołaniami, ale zanim one się pojawiły, podjęto świadomy wysiłek, aby parafie zaczęły oferować adorację wieczystą. Jako diecezja zawsze dostrzegaliśmy związek pomiędzy liczbą kaplic adoracji, liczbą osób modlących się przed tabernakulum w naszej diecezji a błogosławieństwem powołań, którego doświadczamy” – powiedział o. Arnold.
Udział w adoracji istotny dla wyświęceń
Amerykański Kościół przeprowadza badania dotyczące nowych powołań, pomagając biskupom i duszpasterzom powołań lepiej zrozumieć, dlaczego młodzi mężczyźni wybierają życie zakonne lub kapłańskie.
W corocznym badaniu analizującym grupy kandydatów do święceń, Instytut CARA (Center for Applied Research in the Apostolate) odkrył, że 78 proc. mężczyzn z klasy święceń 2025 roku regularnie uczestniczyło w adoracji eucharystycznej przed wstąpieniem do seminarium
W ostatnich latach CARA zauważyła, że coraz więcej mężczyzn przyznaje, iż regularny czas spędzany przed Najświętszym Sakramentem ma ogromny wpływ na ich rozeznanie powołania.
– W ostatnich latach, jeśli chodzi o praktyki modlitewne, nieustannie widzimy, że udział w adoracji eucharystycznej jest istotny dla tych, którzy są wyświęcani, ponieważ adoracja stała się bardziej powszechna wśród młodych dorosłych – powiedział w rozmowie z NCR o. Thomas Gaunt SJ, dyrektor wykonawczy CARA, od 20 lat współpracuje z Sekretariatem ds. Duchowieństwa, Życia Konsekrowanego i Powołań przy Konferencji Episkopatu USA.
Dać się Bogu kochać
Portal podaje przykład ks. Roberta Bollingera z archidiecezji filadelfijskiej, który został wyświęcony 17 maja. Jeszcze w latach szkolnych, jak większość uczniów szkół średnich, Robert Bollinger nie miał pojęcia, jak ma wyglądać jego przyszłe życie. W tamtym czasie spotykał się z dziewczyną i pociągała go wizja małżeństwa oraz życia rodzinnego. Jednak w ostatniej klasie, w 2016 roku, zaczął odczuwać powołanie do kapłaństwa.
Zaczął regularnie odwiedzać całodobową kaplicę adoracji w swojej parafii. Tam, w ciszy i samotności prostej kaplicy znalazł przestrzeń, aby rozmawiać z Panem o swojej przyszłości.
– Myśl o zostaniu kapłanem pojawiła się w mojej głowie zupełnie niespodziewanie, i wiedziałem, że nie była to moja własna idea, lecz coś, co Bóg złożył w moim sercu – powiedział ksiądz Bollinger dla „Register”. – Postanowiłem, że raz lub dwa razy w tygodniu będę po prostu siadał w obecności Najświętszego Sakramentu przez całe liceum, i to właśnie było prawdziwym katalizatorem, który pomógł mi umocnić moje powołanie i powiedzieć Bogu „tak”.
„Gdy szedłem na adorację, skupiałem się na tym, by po prostu pozwolić się Bogu kochać” – powiedział ks. Bollinger. „Zrozumiałem, że mogę po prostu tam siedzieć i być z Bogiem. Nie musiałem niczego udowadniać. Nie musiałem nic robić, tylko siedzieć i pozwolić się kochać”.
„To wylanie Jego miłości dało mi pewność, by zaufać Jego planowi i temu, że On zawsze będzie przy mnie” – dodał.
Adoracja: Pierwsze miejsce wyboru Boga
W rozmowach z młodymi mężczyznami rozeznającymi kapłaństwo ojciec Garett Burns, dyrektor ds. powołań diecezji Wichita, zauważa, że adoracja jest często pierwszym miejscem, gdzie młodzi katolicy wybierają Boga z własnej woli.
„Wielu z tych chłopaków dorastało w dobrych rodzinach lub uczęszczało do szkół, gdzie się modlono, może nawet przed Eucharystią. Ale to, że sami decydują się co tydzień, a nawet codziennie, by spędzić trochę czasu przed Najświętszym Sakramentem, otwiera ich na odkrycie, że naprawdę chcą tej relacji z Chrystusem” – mówi ojciec Burns. „Poprzez adorację uświadamiają sobie, że wiara to nie tylko coś, czego wymaga Kościół lub Bóg, ale że to oni sami pragną być z Nim i doświadczyć pokoju w kaplicy”.
Bóg obecny osobiście dla nich
Dla młodych mężczyzn adoracja bardzo szybko staje się punktem oparcia w życiu – zauważają formatorzy powołań. Gdy zaczynają spędzać coraz więcej czasu na adoracji, zyskują głębszą świadomość działania Pana w ich sercach. Ojciec Paul Hrezo, formator w Papieskim Kolegium Józefinum w Columbus (Ohio), powiedział „Register”, że ta świadomość pomaga mężczyznom rozeznawać swoje powołanie.
„Kiedy idą na adorację, zyskują świadomość, że Pan jest tam obecny osobiście dla nich – i to staje się bardzo ważnym punktem odniesienia w rozeznawaniu kapłaństwa” – powiedział ojciec Hrezo. „To niezwykle ważne, by mieć osobistą relację z Panem, a szczególnie osobistą relację eucharystyczną, ponieważ Eucharystia będzie fundamentem i centrum życia kapłańskiego”.
Włoski egzorcysta: Kiedy zapominamy o diable, nie rozumiemy już dzieła zbawienia
Kiedy zapominamy o diable, to nie wiemy, od czego powinniśmy być zbawieni – mówi włoski egzorcysta, dominikanin o. François Dermine.
Duchowny udzielił wywiadu włoskiemu portalowi La Nuova Bussola Quotidiana przy okazji konferencji, która odbywała się w Toskanii.
– Jeśli nie mówimy o diable, życie chrześcijańskie i tajemnica Wcielenia, Odkupienia, nie mają sensu, ponieważ Jezus wcielił się, „aby zniszczyć dzieła diabła” – powiedział egzorcysta.
– Jeśli diabeł nie istnieje, to nie możemy mówić o tajemnicy zbawienia. Po co miałby przychodzić Jezus Chrystus? To nie miałoby już sensu, bo zbawienie jest właśnie wybawieniem od silniejszej od nas istoty, która nazywa się diabłem. Musimy być zbawieni od dzieł diabła – stwierdził.
Egzorcysta wskazał też, że wiele zła wyrządziła ideologia New Age, która przedstawia w fałszywym, zdeformowanym świetle świat aniołów. Ostrożność wobec New Age nie może jednak sprawiać, że jako katolicy zaniedbamy poznanie ważnego aspektu kosmologii, jakim są aniołowie. – Jeśli brakuje aniołów, brakuje ważnej części stworzenia – wskazał.
Dominikanin mówił ponadto o zainteresowaniu diabłem, jakie jest dziś coraz widoczniejsze. Jego zdaniem sprawa jest oczywista: różnego rodzaju zboczeńcy potrzebują swojego własnego „patrona”, a najbardziej reprezentatywny jest dla nich szatan.
To właśnie szatan zbuntował się przeciwko Bogu, żeby robić, co mu się podoba; dlatego ludzie tego rodzaju kierują się właśnie ku niemu.
Duchowny podkreślił też, że nie należy kierować się na nadzwyczajnych działaniach diabła, bo tym zajmują się egzorcyści. Zwykle szatan nie atakuje jednak w taki sposób, posługując się raczej narzędziem, które jest o wiele bardziej niebezpieczne: pokusą.
Człowiek, który ulega pokusie i grzeszy, nie zostanie zbawiony, dlatego właśnie to działanie diabła jest najbardziej niebezpieczne.
O. Francois Dermine urodził się w Kanadzie, od ponad 50 lat mieszka we Włoszech.
źródło: lanuovabq.it/PCh24.pl
***
Modlitwy za Ojczyznę na czasytrudnych doświadczeń
Dziękując Bożej Opatrzności za wybór nowego prezydenta, który jeszcze nie mając pewności, że nim będzie, tuż przed ogłoszeniem ostatecznych wyników – wydarzyło się coś niesamowitego – mianowicie z pamięci zacytował zdanie z Pisma Świętego, w którym Pan Bóg takie słowa wypowiedział: “…jeśli upokorzy się mój lud, nad którym zostało wezwane moje Imię, i będą błagać, i będą szukać mego oblicza a odwrócą się od swoich złych dróg, Ja z nieba wysłucham i przebaczę im grzechy, a kraj ich ocalę”(2Księga Kronik 7, 14). I ten moment był bardzo znaczący, bo w tym właśnie czasie konkurent ogłosił sam siebie, że jest już prezydentem i przez dwie godziny wyznawcy “wieży Babel” byli w zupełnej euforii. Ale na szczęście czas tych dwóch godzin minął. Nie mniej jednak jest i druga refleksja, która pokazuje bardzo smutną rzeczywistość wymagającą ogromnej modlitwy, modlitwy błagalnej za nasz Naród – skoro wygląda na to, że połowa głosujących to już nie są katolicy skoro popierają zabijanie najbardziej bezbronnych u początku i u kresu ludzkiego życia. I popierają przeróżne zboczenia za nic mając podstawowe prawa naturalne, które przecież są wpisane w sercu każdej ludzkiej istoty.
Twego dziela Krzciciela, bożyce, Usłysz głosy, napełń myśli człowiecze. Słysz modlitwę, jąż nosimy, A dać raczy, jegoż prosimy, A na świecie zbożny pobyt, Po żywocie rajski przebyt. Kirielejson.
Nas dla wstał z martwych syn boży, Wierzyż w to człowiecze zbożny, Iż przez trud Bog swoj lud Odjął diablej strożej.
Przydał nam zdrowia wiecznego, Starostę skował pkielnego, Śmierć podjął, wspominął Człowieka pirwego.
Jenże trudy cirzpiał zawiernie, Jeszcze był nie prześpiał zaśmierne, Aliż sam Bog z martwych wstał.
***
Modlitwa za Ojczyznę Księdza Kardynała Augusta Hlonda
O Duchu Święty, Boskie swe dary spuść na tych, którzy kierują losami Polski i na cały Naród, abyśmy słuchając Twych natchnień w życiu prywatnym i publicznym żyli świętym prawem Bożym. Amen
Modlitwa za Ojczyznę błogoslawionego księdza Stanisława Papczyńskiego
Najlepszy i największy Ojcze, spraw, aby Polska, Ojczyzna nasza rozkwitła, rozbieżne żądania się połączyły, zwaśnione umysły się pojednały, zniszczona święta prawowierność zatryumfowała nad herezją, by majestat praw został otoczony blaskiem, by miłość dobra wspólnego rozgorzała we wszystkich sercach, by zakiełkowały spustoszone pola, dźwignęły się zniszczone osady, by nadeszły szczęśliwe czasy, a trwała cnota posiadła i u święciła serca wszystkich.
Modlitwa za Ojczyznę błogosławionego księdza Jerzego Popiełuszki
Wszechmogący Boże, Ojców naszych Panie! Pochylamy pokornie nasze głowy, by prosić o siłę wytrwania i mądrość w tworzeniu jedności, by prosić o twoje błogosławieństwo. Wszystkich polecamy Twojej szczególnej opiece, Twojej mocy uzdrawiającej ludzkie serca. Chcemy wszystkim naszym winowajcom przebaczyć, jak Ty przebaczasz nam nasze winy, zbaw ode złego nas wszystkich.
Wysłuchaj, Panie, prośby swego ludu.
Amen
Modlitwa za Ojczyznę księdza Piotra Skargi
Boże, Rządco i Panie narodów, z ręki i karności Twojej racz nas nie wypuszczać, a za przyczyną Najświętszej Maryi Panny, Królowej naszej, błogosław Ojczyźnie naszej, by Tobie zawsze wierna – chwałę przynosiła Imieniowi Twemu, a syny swe wiodła ku szczęśliwości.
Wszechmogący, wieczny Boże, wzbudź w nas szeroką i głęboką miłość ku braciom i najmilszej matce, Ojczyźnie naszej, byśmy jej i ludowi Twemu, swoich pożytków zapomniawszy, mogli służyć uczciwie. Ześlij Ducha Świętego na sługi Twoje, rządy naszego kraju sprawujące, by wedle woli Twojej ludem sobie powierzonym mądrze i sprawiedliwie zdołali kierować.
Przez Chrystusa, Pana naszego
Amen.
Modlitwa świętego Jana Pawła II
Zawierzam macierzyńskiej opiece Pani Jasnogórskiej siebie samego, Kościół, wszystkich moich rodaków, nie wyłączając nikogo.
Zawierzam Jej każde polskie serce, każdy dom i każdą rodzinę. Wszyscy jesteśmy Jej dziećmi. Niech Maryja będzie przykładem i przewodniczką w naszej codziennej i szarej pracy. Niech wszystkim pomaga wzrastać w miłości Boga i miłości ludzi, budować wspólne dobro Ojczyzny, wprowadzać i umacniać sprawiedliwy pokój w naszych sercach i środowiskach.
Proszę Cię, Pani Jasnogórska, Matko i Królowo Polski, abyś cały mój naród ogarnęła Twoim macierzyńskim sercem. Dodawaj mu odwagi i siły ducha aby mógł sprostać wielkiej odpowiedzialności, jak przed nim stoi. Niech z wiarą, nadzieją i miłością jeszcze mocniej przylgnie do Twojego Syna Jezusa Chrystusa i do Jego Kościoła zbudowanego na fundamencie Apostołów.
Matko Jasnogórska, módl się za nami i prowadź nas, abyśmy mogli dawać świadectwo Chrystusowi – Odkupicielowi człowieka.
***
Aby Matka Boża była coraz bardziej znana, miłowana i uwielbiana!
„Różaniec Święty, to bardzo potężna broń.
Używaj go z ufnością, a skutek wprawi cię w zdziwienie”.
(św. Josemaria Escriva do Balaguer)
fot.wiseGeek
*****
Intencja Żywego Różańca
na miesiąc czerwiec 2025
Intencjapapieska:
* Módlmy się, aby każdy z nas znalazł pocieszenie w osobistej relacji z Panem Jezusem i od Jego Najświętszego Serca uczmy się współczucia dla świata.
Za naszych kapłanów, aby dobry Bóg umacniał ich w codziennej posłudze oraz o nowe powołania do kapłaństwa i życia konsekrowanego
Modlitwa za papieża Leona XIV, Wikariusza Chrystusa na Ziemi i Pasterza Kościoła Powszechnego: O Święta Dziewico Maryjo, Matko Pana Nieba i Ziemi, Pani Nasza z Guadalupe, prowadź i chroń Biskupa Rzymu, papieża Leona XIV. Za Twoim wstawiennictwem niech obficie otrzyma on łaskę Następcy Świętego Piotra: nieustannego i widzialnego źródła oraz fundamentu jedności naszych Biskupów i wszystkich naszych braci i sióstr w Mistycznym Ciele Twojego Boskiego Syna. Zjednocz serce Papieża Leona z Twoim Niepokalanym Sercem, prowadząc go, by jego serce coraz pewniej spoczęło w chwalebnie przebitym Sercu Jezusa, aby mógł umacniać nas w wierze katolickiej, w wielbieniu Boga w duchu i prawdzie oraz w dobrym i świętymżyciu chrześcijańskim.W zamęcie obecnych czasów, zachowaj Papieża Leona bezpiecznie w okryciu Twojego płaszcza, w Twoich objęciach, chroniąc go przed szatanem, ojcem kłamstwa, i przed każdym złym duchem. Wypraszaj u naszego Pana, aby w szczególny sposób obdarzył go mądrością i odwagą, aby był prawdziwym Pasterzem Kościoła na całym świecie. Razem z Tobą pokładam całą moją ufność w Chrystusie, Dobrym Pasterzu, który jest jedynym naszym ratunkiem i zbawieniem. Amen. Serce Jezusa, w łonie Matki Dziewicy przez Ducha Świętego utworzone, zmiłuj się nad nami! Matko Boża z Guadalupe, Królowo Apostołów, módl się za nami! Święci Piotrze i Pawle, módlcie się za nami! Święty papieżu Leonie Wielki, módl się za nami! (tekst modlitwy napisał Ksiądz kardynał Raymond Leo Burke)
***
Intencja dodatkowa dla Róży Matki Bożej Częstochowskiej (II), św. Moniki i bł. Pauliny Jaricot:
* Rozważając drogi zbawienia w Tajemnicach Różańca Świętego prosimy Bożą Matkę, aby wypraszała u Syna swego a Pana naszego Jezusa Chrystusa właściwe drogi życia dla naszych dzieci.
***
Intencja dla małżonków w Róży bł. Kard. Stefana Wyszyńskiego:
*Wysławiamy Boga w Trójcy Jedynego, że zostaliśmy stworzeni na Boże podobieństwo, aby stanowić wspólnotę życia i miłości. Żebyśmy mogli zawsze trwać razem i w radościach i trudach życia, dlatego prosimy Cię Miłosierny Boże o łaskę umacniania naszego małżeńskiego przymierza poprzez ciągłe ożywianie wzajemnej miłości.
***
Od 1 czerwca 2025 modlimy się kolejnymi Tajemnicami Różańca Świętego i w intencjach wyznaczonych na ten miesiąc, które otrzymaliście na maila 31 maja 1925 z adresu e-rozaniec@kosciol.org (jeśli ktoś z Was nie dostał maila na ten miesiąc, proszę o kontakt z Zelatorem Róży, albo na adres rozaniec@kosciolwszkocji.org)
________________________________________
Obecnie mamy 20 Róż Żywego Różańca. Bardzo serdecznie zachęcamy chętnych, aby zechcieli dołączyć się do Żywego Różańca. Módlmy się też w tej intencji, aby dotąd nieprzekonani mogli się przekonać jak skuteczną i tym samym jak bardzo potrzebną jest na dany nam czas modlitwa różańcowa.
***
Papież Leon XIV chce dać ludziom nadzieję, że Kościół jest latarnią na morzu chaosu
Niewielu katolików zdaje sobie sprawę z tego, co naprawdę oznacza fakt, że nowy papież chce podążać drogą Leona XIII, wielkiego wizjonera.
Wiele już napisano o tym, jaki będzie Kościół katolicki podczas pontyfikatu Leona XIV. W debacie publicznej trwa licytacja, „czyj to będzie papież”. Czy utrzyma postępowy kurs Franciszka, czy jednak czeka nas przestawienie wajchy na konserwatyzm? Licytacja trwa od momentu, w którym Robert Prevost, już jako biskup Rzymu, wyszedł w mucecie do loggii bazyliki św. Piotra, a chwilę później w czułych słowach wspomniał swojego poprzednika.
Święty urząd
Wiemy o nowym papieżu coraz więcej, natomiast musimy poczekać, aby rozstrzygnąć, która ze stron ma rację. Wypada jednak zaznaczyć, że z samej swej istoty urząd papieski rewolucyjny być nie może. Jest to bowiem władza, której źródło stanowi tradycja. Jezus namaścił Piotra. Każdy kolejny papież jest jego następcą. Bez poszanowania tradycji nie ma tego świętego urzędu. Nie znaczy to jednak, że papiestwo z definicji oznacza brak zmian. Leon XIV zdążył to już podkreślić, wyjaśniając, czym jego zdaniem jest doktryna: „Synonimami słowa »doktryna« mogą być nauka, dyscyplina lub wiedza. W tym rozumieniu doktryna jest wynikiem badań, a zatem hipotez, głosów, postępów i porażek, przez które stara się przekazać wiarygodną, uporządkowaną i systematyczną wiedzę na określony temat. W tym sensie doktryna nie jest opinią, ale wspólną, chóralną, a nawet multidyscyplinarną drogą do prawdy”. Znaczy to, że na niewzruszonym fundamencie dogmatów, Tradycji i Pisma Świętego spoczywa mądrość dwóch tysięcy lat katolickiej teologii, etyki i nauczania społecznego. To, co znajduje się powyżej fundamentów, jedynie zmierza do prawdy i podlega dyskusji.
Rzeczy nowe?
Robert Prevost wybrał imię Leon XIV ku czci swojego wielkiego poprzednika – Leona XIII. Ambicją nowego papieża jest napisanie nowej wersji Rerum novarum, a więc encykliki, od której datuje się nowoczesną naukę społeczną Kościoła. W 2026 r. będziemy obchodzić 135. rocznicę jej ogłoszenia. Wtedy, jak sądzę, można się spodziewać encykliki Leona XIV. W 1891 r. Leon XIII zabrał głos na temat społecznych skutków rewolucji przemysłowej i konfliktu między socjalistami a kapitalistami. Dziś Ojciec Święty widzi potrzebę zajęcia stanowiska w trakcie kolejnej rewolucji technologicznej – tym razem spod znaku sztucznej inteligencji, która również diametralnie zmienia sytuację pracowników na całym świecie.
Rerum novarum („Rzeczy nowe”) to dokument z wielu powodów przełomowy. Wielki papież, wychodząc od Ewangelii, z troską wypowiedział się na temat opłakanej sytuacji robotników wykorzystywanych w wielkich fabrykach, w czasie gdy rodzący się nowoczesny kapitalizm traktował ich jak podludzi. W tym samym dokumencie Leon XIII równie mocno krytykował socjalizm. Odrzucił materialistyczną wizję człowieka, bronił własności prywatnej i przeciwstawiał się wizji państwa paternalistycznego, które wchodzi ludziom z butami do ich domów. Najgłośniej wybrzmiał jednak nakaz skierowany do wszystkich polityków na świecie, aby tak urządzali swoje ojczyzny, żeby walczyć z głodem i niedostatkiem wśród ubogich i potrzebujących. „Warstwa bowiem bogatych dostatkami obwarowana mniej potrzebuje opieki państwa; klasy natomiast ubogie, pozbawione ochrony, jaką daje majątek, szczególniej tej opieki potrzebują. Dlatego państwo powinno bardzo pilnym staraniem i opieką otoczyć pracowników najemnych, stanowiących masy ludności biednej” – pisał Leon XIII.
Wydaje się oczywiste, że Leon XIV pochyli się nad konsekwencjami nowej rewolucji technologicznej – z automatyzacją i robotyzacją pracy na czele. Nad wielkim kapitałem technokorporacji, które zarządzają naszą uwagą i upośledzają naszą wolność. Zapewne też odniesie się do sporu między globalistami a populistami, który trzęsie całą polityką Zachodu. Podobnie jak w 1891 r. odbiorcy encykliki Leona XIII, my również żyjemy w czasach rewolucyjnych.
Papież radykał
Ciekawiej robi się jednak, gdy na pontyfikat Leona XIII spojrzymy nie tylko przez pryzmat jego bodaj najbardziej znanej encykliki – Rerum novarum. Czy następca odważy się pójść jego drogą?
Urodzony w okolicach Rzymu w 1810 r. Gioacchino Pecci, gdy został powołany na Stolicę Piotrową, okazał się odważnym teologiem i bezkompromisową głową Kościoła. Walczył z liberalizmem i ateizmem, rozwadnianiem doktryny, uległością wobec świata. Był też – co dziś szczególnie elektryzujące – prorokiem czasów ostatecznych, który przestrzegał przed wielkim kryzysem i światem we władaniu diabła (kilkadziesiąt lat przed okropnościami II wojny światowej). Gdyby okazało się, że Robert Prevost nie tylko chce napisać Rerum novarum 2.0, ale również sięgnąć do bogactwa pontyfikatu Leona XIII w jego radykalnej, odważnej i prorockiej części, to doczekalibyśmy w Kościele katolickim prawdziwie nowego rozdziału. Sądzę, że tego właśnie potrzebują dziś chrześcijanie – opowiedzenia wiary, w tym pełnym chaosu świecie, niejako na nowo, sięgając odważniej ku Tradycji.
O państwie chrześcijańskim
Wszyscy, którzy chcieliby zrozumieć radykalizm Leona XIII, powinni sięgnąć po encyklikę z 1885 r., zatytułowaną Immortale Dei – o państwie chrześcijańskim.
Papież odwołuje się w niej do myśli św. Augustyna, który pisał, że zdarza się, iż państwo nie różni się niczym od bandy zbójców. Państwo chrześcijańskie to takie, którym rządzi sprawiedliwość, a jego mieszkańcy są zjednoczeni wspólnym celem – ziemskim pielgrzymowaniem ku Bogu. Leon XIII pisze, że „podobnie i państwa nie mogą bez zbrodni tak sobie postępować, jak gdyby Boga zupełnie nie było, lub odrzucać od siebie troskę o religię, jako niepotrzebną i do niczego nieprzydatną”. Krótko mówiąc: świeckie państwo to zło.
Według tej logiki również współczesna Polska przypomina bardziej gromadę zbójców niż państwo. Zdaniem Leona XIII wspólnota polityczna powinna otaczać religię chrześcijańską opieką i bronić jej praw. Nie zaś ograniczać religię w szkołach, debatować nad usuwaniem krzyży z urzędów i uchwalać pokątnie antyludzkie prawo aborcyjne. Papież, którego za wzór wybrał sobie Leon XIV, de facto unieważnia w tej encyklice podstawowe dogmaty nowoczesności. To nieprawda, że jedyną zasadą porządkującą życie wspólnoty może być niczym nieograniczona wola ludzi. Tak pojęta demokracja, która widzi wszystkich ludzi takimi samymi, niezależnie od wyznawanych przez nich wartości, zawsze kończy się anarchią i prowadzi do świata, w którym zapomina się o Bogu. Ojciec Święty nawet jasno przeciwstawia się niczym nieograniczonej wolności słowa. Jest zwolennikiem, w pewnym zakresie, katolickiej cenzury: „Tak więc ona wolność zdania i wolność mowy i prasy nieograniczona nie jest żadnym istotnym dobrodziejstwem, z którego społeczeństwo ludzkie słusznie mogłoby się cieszyć, lecz źródłem i początkiem wiela złego”.
Oczywiście z dzisiejszej perspektywy szczególnie ten ostatni postulat wydaje się nieuzasadniony, a na pewno niemożliwy do wprowadzenia. Czy jednak, pomijając pomysł na katolicką cenzurę, jako katolicy zdolni jesteśmy jeszcze myśleć podobnymi kategoriami o katolickiej polityce?
Herezja amerykanizmu
W 1899 r. Leon XIII pisze list do arcybiskupa Baltimore. Krytykuje w nim postawę jego zdaniem charakterystyczną dla katolicyzmu w USA. Tekst utrzymany jest w duchu surowej reprymendy. Czytamy w nim: „Nowe te poglądy, o których mowa, polegają mniej więcej na tym, że, dla łatwiejszego pociągnięcia innowierców do uznania prawdy katolickiej, należałoby Kościołowi bardziej się zbliżyć do ludzkości, która dotarła do pełnej już dojrzałości i, pozbywszy się dawnej surowości, stać się wyrozumiałym dla aspiracji i poglądów współczesnych ludów”. I dalej: „Niech więc nikt się nie kusi, z jakiej bądź racji, coś zamilczeć albo ująć z nauki przez Boga podanej, kto by to uczynił, raczej by chciał katolików rozłączyć z Kościołem, zamiast rozłączonych do Kościoła pociągnąć”. Leon XIII wzywa tutaj do pojednania z Tradycją, głośnego i odważnego prezentowania zdania Kościoła, przestrzega zaś przed rozwadnianiem wiary. Tylko taki katolicyzm może prowadzić właściwą drogą do Boga, tylko taki może mieć autentyczny smak.
Czy to możliwe?
Istnieją pewne przesłanki, aby żywić nadzieję, że przynajmniej część bardziej tradycjonalistycznych idei znajdzie swoje miejsce w tym pontyfikacie. W końcu już w pierwszej homilii, wygłoszonej do kardynałów, Leon XIV porównał Kościół do latarni morskiej, która ma oświetlać wzburzone, a więc grzeszne morze współczesnego świata.
Ojciec Święty Franciszek wielokrotnie mówił o Kościele jako szpitalu polowym. Sądzę, że tak jak papież jezuita chciał zapraszać poranione dusze do szpitala, aby się w nim schroniły, niezależnie od ich stosunku do Kościoła, tak Leon pragnie dawać przykład, napełniać ludzi nadzieją, że Kościół jest źródłem światła na morzu chaosu. To metafora bardzo augustiańska, można czytać ją także w duchu wizji Kościoła jako ojca, przewodnika, autorytetu, a nie tylko współczującego towarzysza niedoli lub sanitariusza.
„Z ufnością zanieśmy przed Jezusa nasze choroby, a także choroby naszych bliskich, zanieśmy cierpienie tych, którzy czują się zagubieni i znajdują się w sytuacji bez wyjścia” – zachęcił Ojciec Święty wiernych podczas dzisiejszej audiencji ogólnej (11.06. 2025). Papież mówił dziś o uzdrowieniu niewidomego żebraka Bartymeusza.
Drodzy Bracia i Siostry!
W tej katechezie chciałbym zwrócić naszą uwagę na inny istotny aspekt życia Jezusa, a mianowicie na Jego uzdrowienia. Dlatego zachęcam was, abyście przedstawili Sercu Chrystusa to, co w was najbardziej bolesne i kruche, te miejsca waszego życia, w których czujecie się unieruchomieni i zablokowani. Ufnie prośmy Pana, aby wysłuchał naszego wołania i nas uzdrowił!
Postać, która towarzyszy nam w tej refleksji, pomaga nam zrozumieć, że nigdy nie należy tracić nadziei, nawet gdy czujemy się zagubieni. Chodzi o Bartymeusza, niewidomego żebraka, którego Jezus spotkał w Jerychu (por. Mk 10, 40-52). Miejsce to jest znamienne: Jezus zmierza do Jerozolimy, ale swoją podróż rozpoczyna niejako od „otchłani” Jerycha, miasta położonego poniżej poziomu morza. Jezus bowiem, przez swoją śmierć poszedł, aby podnieść tego Adama, który upadł i który reprezentuje każdego z nas.
Imię Bartymeusz oznacza „syn Tymeusza”: opisuje tego człowieka poprzez relację, a jednak jest on dramatycznie samotny. Imię to może jednak oznaczać również „syn zaszczytów” lub „syn podziwu”, co jest dokładnym przeciwieństwem sytuacji, w jakiej się znajduje[1]. A ponieważ w kulturze żydowskiej imię jest bardzo ważne, oznacza to, że Bartymeusz nie potrafi żyć tak, jak nakazywałoby jego powołanie.
W przeciwieństwie do wielkiego tłumu ludzi idących za Jezusem, Bartymeusz trwa w bezruchu. Ewangelista mówi, że siedzi przy drodze, więc potrzebuje kogoś, kto podniesie go na nogi i pomoże mu wyruszyć na nowo.
Cóż możemy uczynić, gdy znajdujemy się w sytuacji, która wydaje się bez wyjścia? Bartymeusz uczy nas, abyśmy sięgali do zasobów, które nosimy w sobie i które są częścią nas samych. On jest żebrakiem, umie prosić, a nawet wołać! Jeśli naprawdę czegoś pragniesz, zrób wszystko co możesz, aby to osiągnąć, nawet jeśli inni cię krytykują, poniżają, mówią, żebyś się poddał. Jeśli naprawdę tego pragniesz, nie przestawaj krzyczeć!
Wołanie Bartymeusza, przytoczone w Ewangelii św. Marka – „Jezusie, Synu Dawida, ulituj się nade mną!” (w. 47) – stało się bardzo znaną modlitwą w tradycji wschodniej, którą również my możemy wykorzystywać: „Panie Jezu Chryste, Synu Boży, zmiłuj się nade mną, grzesznikiem”.
Bartymeusz jest niewidomy, ale paradoksalnie widzi lepiej niż inni i rozpoznaje, kim jest Jezus! Na jego krzyk, Jezus zatrzymuje się i poleca go zawołać (por. w. 49), ponieważ nie ma takiego wołania, którego Bóg by nie wysłuchał, nawet gdy nie jesteśmy świadomi, że do Niego się zwracamy (por. Wj 2, 23). Wydaje się dziwne, że Jezus nie podchodzi od razu do niewidomego, ale jeśli się nad tym zastanowić, jest to sposób na przywrócenie Bartymeuszowi życia: zmusza go, by wstał, wierzy w jego zdolność chodzenia. Ten człowiek może stanąć na nogi, może powstać ze swojej śmierci. Aby to uczynić, musi jednak wykonać bardzo znaczący gest: musi zrzucić swój płaszcz (por. w. 50)!
Dla żebraka płaszcz jest wszystkim: jest zabezpieczeniem, domem, obroną, która go chroni. Nawet prawo chroniło płaszcz żebraka i nakazywało zwrócić go wieczorem, jeśli został wzięty w zastaw (por. Wj 22, 25). A jednak często tym, co nas blokuje, są właśnie nasze pozorne zabezpieczenia, to, co nałożyliśmy na siebie, aby się ochronić, a co w gruncie rzeczy uniemożliwia nam pójcie naprzód. Aby udać się do Jezusa i dać się uzdrowić, Bartymeusz musi odsłonić przed Nim całą swoją bezbronność. Jest to fundamentalny etap wszelkiej drogi uzdrowienia.
Również pytanie, które zadaje mu Jezus, wydaje się dziwne: „Co chcesz, abym ci uczynił?” (w. 51). Ale w istocie, nie jest to oczywiste, że chcemy uzdrowienia z naszych chorób, czasami wolimy trwać w miejscu, aby nie brać na siebie odpowiedzialności. Odpowiedź Bartymeusza jest głęboka: używa on czasownika anablepein, który może oznaczać „widzieć ponownie”, ale który możemy również przetłumaczyć jako „podnieść wzrok”. Bartymeusz nie chce bowiem tylko odzyskać wzroku, ale także swoją godność! Aby spojrzeć w górę, trzeba podnieść głowę. Czasami ludzie są zablokowani, ponieważ życie ich upokorzyło i pragną jedynie odzyskać swoją wartość.
Tym, co ocala Bartymeusza, i każdego z nas, jest wiara. Jezus uzdrawia nas, abyśmy mogli stać się wolni. Nie zaprasza Bartymeusza, aby poszedł za Nim, ale mówi mu, aby poszedł, aby wyruszył w drogę (por. w. 52). Marek kończy jednak swoją opowieść, informując, że Bartymeusz poszedł za Jezusem: dobrowolnie wybrał, aby podążać za Tym, który jest Drogą! Drodzy bracia i siostry, z ufnością zanieśmy przed Jezusa nasze choroby, a także choroby naszych bliskich, zanieśmy cierpienie tych, którzy czują się zagubieni i znajdują się w sytuacji bez wyjścia. Wołajmy również za nich i bądźmy pewni, że Pan nas wysłucha i zatrzyma się.
[1] Taką interpretację podaje również św. Augustyn w: O zgodności Ewangelistów 2, 65, 125, tłum. Jan Sulowski, Warszawa 1989, s. 139: PL 34, 1138
Vaticannews/Gość Niedzielny
***
fot. Pixabay.com
***
Gdzie się ukryłeś, o mój Boże? Mistycy odpowiadają
Mistycy to ludzie szczególni: Boga najbliżsi, Bogiem żyjący i dopuszczani do Jego tajemnic. Bóg jest ich pasją, życiem i śmiercią. Stają na granicy przepaści pomiędzy widzialnym i niewidzialnym, by kosztować i rozkoszować się szczęściem zastrzeżonym. Dzięki nim burzony jest “zwyczajny” porządek rzeczy. Budzi się niepokój, który kwestionuje to, co dotychczasowe. Nasza wiara wydobywa się z uśpienia, zostaje rozbudzona i umocniona. Warto sięgać po pisma mistyków, bo ich słowa płomienne i szalone z miłości potrafią rozniecić Boski ogień.
Bóg mistyków
Mistyk o wiele głębiej zna Boga, gdyż często On sam odsłania prawdę o sobie, mówiąc językiem tajemnic. Jak notuje polska mistyczka, s. Faustyna w swym Dzienniczku, Pan dał jej poznać swą świętość tak wielką, że drżą przed Nim wszystkie potęgi i moce. “Duchy czyste zasłaniają swoje oblicze i pogrążają się w nieustannej adoracji, a jeden ich tylko wyraz największej czci, to jest – Święty… Świętość Boga rozlana jest na Kościół Boży i na każdą w nim żyjącą duszę”. Następnie św. Faustyna poznała Jego sprawiedliwość: “Sprawiedliwość Jego jest tak wielka i przenikliwa, że sięga w głąb istotnej rzeczy i wszystko wobec Niego staje w obnażonej prawdzie”. Wreszcie, poznała Jego Miłosierdzie, “zrozumiałam, że największym przymiotem jest miłość i Miłosierdzie. Ono łączy stworzenie ze Stwórcą. Największą miłość i przepaść miłosierdzia poznaję we Wcieleniu Słowa w Jego odkupieniu” (Dzn 180)[1].
Gdzie się ukryłeś?
Św. Jan od Krzyża, hiszpański mistyk z XVI w., przedstawiając Boga, odwoływał się do bogatej symboliki oblubieńczej wywodzącej się z Pieśni nad pieśniami, do której też nawiązywał Chrystus w swych przypowieściach, mówiąc o oblubieńcu czy panu młodym (np. Mt 9, 15). Bóg staje przed człowiekiem w relacji bezpośredniości, jako Osoba wobec osoby, jako Oblubieniec szukający zażyłości, wydając się jak Umiłowany – umiłowanej, co odpowiada najgłębszym aspiracjom człowieka. Człowiek mistyczny zostaje zaskoczony uprzedzającą miłością, następnie zostaje zraniony tak głęboko, że umiera z miłości. W Pieśni duchowej św. Jana od Krzyża znajdujemy słowa: “dusza rozmiłowana w Słowie, Synu Bożym, swym Oblubieńcu, pragnąc złączyć się z Nim przez jasne i istotne widzenie, daje wyraz swym udrękom miłosnym. Skarży się na Jego nieobecność. Zraniona bowiem głęboko przez Umiłowanego, dla którego opuściła wszystko i wyzuła się z siebie samej, musi jeszcze żyć z dala od Niego, gdyż On nie uwalnia jej z więzów śmiertelnego ciała, aby się mogła radować Nim w wiekuistej chwale. Pyta więc: “Gdzie się ukryłeś?”” (PD 1, 2)[2].
Zjednoczenie, którego szuka dusza jest zwane w teologii mistycznej małżeństwem duchowym. W Drodze na Górę Karmel czytamy: “Zjednoczenie to dokonuje się wtedy, gdy Bóg wyświadcza duszy tę nadprzyrodzoną łaskę, że wszystko, co Bóg i dusza posiada, staje się jednym w przemianie uczestniczącej. Dusza wydaje się wtedy być więcej Bogiem niż duszą i w rzeczy samej jest Bogiem przez uczestnictwo, choć oczywiście jej byt naturalny jest tak odrębny od bytu Bożego, jak i przed zjednoczeniem, podobnie jak ta tafla szklana jest czymś innym niż promień, który ją prześwietla” (DGK II 5, 7)[3].
Miłość zjednoczenia
Miłość zjednoczenia nazywa Jan “winem upojnym”. Niebo polega na obcowaniu z Bogiem w najbardziej intymnych przestrzeniach człowieczych i Boskich. Duch Święty upaja duszę “słodkim, rozkosznym i mocnym winem miłości, nazywanym tu winem wytrawnym. Wino wytrawne przyrządza się z licznymi i różnymi wonnymi i mocnymi korzeniami. […] Wino to, przyprawione wybornymi ziołami z taką siłą i obfitością słodyczy, tak upaja duszę w tych Boskich nawiedzeniach, że z wielką skutecznością i siłą unoszą się w niej ku Bogu zapachy albo wonie uwielbienia, miłości, czci itd. Prócz tego budzą się w niej przedziwne pragnienia działania i cierpień dla Boga” (PD 25, 7)[4].
Dla św. Teresy z Avila, współczesnej Janowi od Krzyża, już od wczesnej młodości, jednym z najbardziej zachwycających i mocnych słów było: na zawsze[5] (Ż 1, 4). Według tych słów żyła i jeżeli coś zaczynała, chciała temu nadać pieczęć Boskiej wieczności. Sam dotyk wieczności wyzwalał najbardziej subtelne reakcje. Po spotkaniu z Bogiem to, co doczesne, materialne, wydaje się dalekie i mało interesujące. Teresa wyznawała: “wypowiedzieć nie mogę tego, co dusza czuje, gdy Pan odkrywa przed nią tajemnice i łaskawości swoje. Jest to rozkosz tak przewyższająca wszelkie rozkosze, jakie umysł ludzki na tej ziemi pojąć zdoła, iż dusza, która jej zakosztowała, słusznie się brzydzi uciechami tego życia, które wszystkie razem zebrane samym są błotem. Wzdryga się ze wstrętem na myśl równania ich, chociażby miała używać ich bez końca, z tymi rozkoszami, którymi Pan ją nasyca. A przecież rozkosze te są tylko jedną kroplą z tej wielkiej i bystrej rzeki wesela bez miary, która nas czeka w wieczności” (Ż 27, 12)[6].
Teresa była zachwycona człowieczeństwem Chrystusa. Pisała: “Pewnego dnia, gdy byłam na modlitwie, podobało się Panu ukazać mi w sposób widoczny same tylko ręce swoje, a był to widok tak zachwycający, że nie mam słów na opisanie go. […] W kilka dni później ujrzałam Boskie Jego oblicze, które mnie pięknością swoją jakby całe pochłonęło” (Ż 28, 1)[7] . A nieco dalej konstatuje: “chociażby w niebie nie było innej rozkoszy dla oczu, niż widok tej wielkiej piękności ciał uwielbionych, a zwłaszcza Człowieczeństwa Pana naszego Jezusa Chrystusa, to jedno już byłoby niewypowiedzianą chwałą i szczęśliwością” (Ż 28, 3)[8].
Wizje piekła
Bóg prowadzi mistyków różnymi drogami, czasem ukazując niebezpieczeństwa, czasami właściwą ścieżkę. Bywa, że wychowuje przez przerażenie, pokazując prawdę o ostatecznym nieszczęściu, jakim jest piekło. Istnienie piekła jest potwierdzeniem przeklętego życia, osadzenia w ostatecznym złu. Piekło to miejsce, czy też nie-miejsce, w każdym razie przeklęte, gdzie króluje nieuchronnie jedynie nienawiść i rozpacz utraconego dobra. Piekło to miejsce, czy też nie-miejsce zbudowane z zawziętej odmowy wobec Boga, pogardy dla Niego i dla wszystkiego, co dobre, ostatecznie też i dla siebie. To utrwalenie w złu, życie w wieczystym konaniu, w rozkładzie, pośród demonów zła, którzy jeszcze bardziej przydają cierpień. W drugiej tajemnicy fatimskiej czytamy słowa s. Łucji: “Pani Nasza pokazała nam morze ognia, które wydawało się znajdować w głębi ziemi; widzieliśmy zanurzone w tym morzu demony i dusze niczym przezroczyste, płonące węgle, czarne lub brunatne, mające ludzką postać, pływające w pożarze, unoszone przez płomienie, które z nich wydobywały się wraz z kłębami dymu, padając na wszystkie strony jak iskry w czasie wielkich pożarów, pozbawione ciężaru i równowagi, wśród bolesnego wycia i jęków rozpaczy, tak że byliśmy przerażeni i drżeliśmy ze strachu”[9].
Doświadczenie trwogi
Teresa z Avila również doświadczyła trwogi piekła. W Księdze życia pisała: “Jednego dnia w czasie modlitwy znalazłam się cała… w duchu przeniesioną do piekła. […] Wejście przedstawiło mi się na kształt długiej i wąskiej uliczki, albo raczej na kształt bardzo nisko sklepionego, ciemnego i ciasnego lochu. Na spodzie rozpościerało się błoto wstrętnie plugawe, wydające ze siebie woń zaraźliwą i pełne gadów jadowitych. Na końcu wejścia wznosiła się ściana z zagłębieniem w środku, podobnym do szafy ściennej; w tę ciasnotę ujrzałam się nagle wtłoczona. […] Czułam w duszy swojej ogień, na określenie którego, jakim jest i jak na duszę działa, nie staje mi ani wyrazów, ani pojęcia, a przy tym w ciele cierpiałam boleści nie do zniesienia. […] Lecz wszystka ta okropna męka ciała niczym jest znowu w porównaniu z męką duszy. Jest to takie konanie, taki ucisk, takie jakby duszenie się, takie dojmujące strapienie i takie gorzkie rozpaczliwe znękanie, że nie wiem, jakimi słowami to wszystko określić. Choćbym to nazwała nieustającym śmiertelnym konaniem, mało by jeszcze tej nazwy, bo w konaniu śmiertelnym siła większego duszę od ciała odrywa, tu zaś dusza sama chciałaby się wyrwać z siebie, i sama siebie rozdziera. […] czułam, że się palę, że jestem jakby targana i sieczona na sztuki.
Tak jest, powtarzam: ten ogień wewnętrzny i ta rozpacz duszy, ta jest męka nad wszelkie męki najsroższa. Nie ma pociechy ani nadziei pociechy w tym okropnym, wonią zaraźliwą przesiąkłym więzieniu. Nie ma gdzie usiąść ani się położyć w tym ciasnym jakby ucho igielne zagłębieniu ściany, do którego byłam wtłoczona. I sameż te ściany, straszliwe na wejrzenie, ciężarem swoim przygniatają i dławią. Nie ma tam światła, wszędy dokoła ciemności nieprzeniknione. A jednak, choć nie ma światła i nie rozumiem, jak to być może, oko przecie widzi wszystko, cokolwiek może być przykrego ku widzeniu i przerażającego dla wzroku” (Ż 32,1-3)[10].
Nie doświadczyła tego jednak, by żyć w przerażeniu i bezradności, ale by znając prawdę zrobić wszystko, by siebie i innych uratować. Tego rodzaju piekielna wizja ma jedynie na celu, by “poczęła się… ta boleść niewypowiedziana, jakiej doznaję na widok tylu dusz idących na potępienie… i żarliwe żądze poświęcenia siebie dla zbawienia dusz, bo czuję to w sobie z pewnością niewątpliwą, że dla wybawienia choćby jednej od takich strasznych mąk, tysiąc razy ochotnie ofiarowałabym się na śmierć” (Ż 32,6)[11]. Prawdziwa mistyka i Kościół wizjami piekła nie chce nikogo pognębiać czy zatrważać, lecz wobec ostatecznej ludzkiej biedy i nieszczęścia, chce dokonać wszystkiego co możliwe, by uratować człowieka od ostatecznej przegranej. Wobec wieczystej tragedii, w miejscu, czy też w nie-miejscu, gdzie, jak mówi Chrystus, “robak ich nie umiera i ogień nie gaśnie” (Mk 9, 43), Kościół mobilizuje wszystkie środki, zwłaszcza ofiarę samego Chrystusa, by ogarnąć historię człowieka Boskim Miłosierdziem. Ostatecznie bowiem, w rzeczywistości piekła, nie będą skuteczne zabiegi bagatelizowania, ośmieszania, czy racjonalnego uzasadnienia, że piekło to wymysł, by trzymać kogoś w ryzach. Ryzy demonów nie znają żadnej litości. Jeżeli Kościół powraca do tematu piekła, to po to, by odsłonić ostateczne prawdy. Gdy mistyka ogarnia czeluść piekła w “nocach ciemnych”, chce ocalić wszystkich.
Wizje nieba
Na antypodach leży szczęśliwe myślenie o niebie. Niebo w teologii rozumiane jest jako inny rodzaj życia. Mówiąc o Bogu, mówimy o życiu, o Źródle, które zawiera metafora drzewa życia i księgi życia. Bóg, jak mówi Apokalipsa, zwycięzcy daje spożyć owoc z drzewa życia, które jest w raju Boga (Ap 2, 7), czy też wpisuje go do księgi przeznaczonych do zbawienia. Z tego Chrystus nakazuje radować się uczniom: “nie z tego się cieszcie, że duchy się wam poddają, lecz cieszcie się, że wasze imiona zapisane są w niebie” (Łk 10, 20). To życie znajduje się w odwiecznym Logosie: “W Nim było życie” (J 1, 14). Dzięki Wcieleniu, złączeniu się Boga z ludzką naturą możemy mieć udział w życiu wiecznym poprzez tajemnicę nowych narodzin – zupełnie różnych od naturalnych – poprzez wiarę i chrzest. W nowych narodzinach życie wieczne jest już obecne w nas: “Kto wierzy w Syna, ma życie wieczne” (J 3, 36; por. J 6, 47). “Świadectwo jest takie: że Bóg dał nam życie wieczne, a to życie jest w Jego Synu” (1 J 3, 15).
Bytowanie w realiach społeczności niebieskiej będzie przede wszystkim nową, wyższą formą życia. Życie wieczne dotyczy obfitości życia, jego ubogacania. Życie wieczne wiąże się z dwiema kategoriami: życiem bez końca oraz doskonałym posiadaniem. Tradycyjnie życie wieczne ukazywane jest jako ukojenie poszukiwań, pragnień, jako spoczynek w Bogu, w pełni Jego życia, jako stan całkowitego spokoju umysłu.
Niebo rozumiemy po pierwsze, jako mieszkania, które są przygotowane w domu Ojca (J 14, 2); wieczne przybytki (Łk 16, 9); mieszkanie od Boga, dom nie ręką uczyniony, lecz wiecznie trwały w niebie (2 Kor 5, 1). Po drugie, jako ucztę weselną, zaproszenie, zwołanie na ucztę (Mt 22, 3). Wreszcie, jako nagrodę dla zwycięzcy – niewiędnący wieniec chwały (1 P 5, 4).
Wielu świętych ma jednak całkiem osobową wizję nieba. Jest nim sam Chrystus. Pierwsza święta z Chile, św. Teresa de los Andes pisze: “On jest moim nieskończonym bogactwem, moim szczęściem, moim niebem”. Bł. Elżbieta z Dijon tak rozumie niebo: “budzić się w Miłości, poruszać się w Miłości, zasypiać w Miłości, dusza w Jego Duszy, serce w Jego Sercu, oczy w Jego Oczach” (List 178)[12] .
Niebo ma imię szczęścia, imię miłości miłosiernej, jest życiem duszy. Św. Faustyna zaświadcza: “Poznałam Cię o Boże, jako źródło miłosierdzia, którym ożywia się i karmi wszelka dusza. O, jak wielkie jest Miłosierdzie Pańskie, ponad wszystkie przymioty Jego; miłosierdzie jest największym przymiotem Boga, wszystko, co mnie otacza, o tym mi mówi. Miłosierdzie jest żywotem dusz, litość Jego jest nieprzebrana. O Panie, patrz na nas i postępuj z nami według litości Twych niepoliczonych, według wielkiego miłosierdzia Twego” (Dzn 611)[13] .
Jedną z dynamicznych wizji nieba przedstawia św. Grzegorz z Nyssy, pisarz mistyczny z IV w. Mówi on o epektasis – niewyczerpalności palącej tęsknoty, co oznacza, iż dusza nieustannie tęskni za Bogiem, nieustannie wytęża ku Niemu siły. Święty pisze, że Oblubienica rozdzierana jest coraz bardziej palącą tęsknotą poznania i miłowania Boga. Epektaza oznacza nieustanne dążenie do Boga, którego nieskończoność sprawia, że i podążanie człowieka nie ma końca.
Pragnienie staje się zarazem pokorną prośbą uczestnictwa i jednocześnie bezsilnością stworzenia, ponieważ to, co jawi się w pragnieniu jako upragnione, jest nie tylko nieuchwytne, ale i nieskończenie przerasta samo pragnienie. W niebie narasta rozkosz uczestniczenia w coraz większych dobrach. Rozkosz duszy jest źródłem ciągłego odnawiania się coraz większego pragnienia i samo uczestnictwo w dobrach nie przestaje intensyfikować jego żaru. Niebo to nigdy niezaspokojone pragnienie posiadania Go. Ciągły postęp w nieskończoności jest nieustannym wyprzedzaniem samego pragnienia, “niewyczerpaną przemianą”, warunkującą antynomiczne doświadczenie bliskości Bożej, pisze P. Evdokimov.
Jest święta tak niecierpliwa w miłości, że chce roznosić niebo po ziemi, zapewniając, że “niebem moim będzie czynić dobrze na ziemi”. Gdzie indziej tłumaczy: “Myślę o dobru, które chciałabym spełnić po śmierci: starać się o chrzest dzieci, pomagać księżom, misjonarzom, całemu Kościołowi”[14] . To Teresa od Dzieciątka Jezus. Zapowiadana lawina róż łask zalewa od ponad stu lat tych, którzy chcą uczestniczyć w tym misterium. A Teresa nie jest małoformatową wyrobnicą. Teresa zrozumiała, że bez miłości nie ma przepowiadania, nie ma męstwa męczenników, ani mądrości teologów, nie ma po prostu Kościoła. Niebem jest Miłość, która podtrzymuje wszystko przy życiu.
Język ostatecznego zamieszkania
Mówienie o niebie i piekle, to język ostatecznego zamieszkania. Można bowiem zamieszkać albo pośród demonów, albo pośród świętych Boga. Tertium non datur. Istnieje niebezpieczna iluzja, że przestrzeń ludzka jest duchowo neutralna. Mówią niektórzy: często żyje się bez Boga, ale jest się poczciwym, szlachetnym, a nawet dobroczynnym. To jedno z największych kłamstw: jeśli człowiek nie żyje świadomie dla Boga i Bogiem, chcąc, nie chcąc – dryfuje w stronę demonicznego wymiaru, a jego dom wypełniają powoli demony. Cóż dopiero, kiedy żyje się świadomie przeciw Bogu.
o. Marian Zawada OCD – Fronda.pl
Przypisy:
[1]S. M. F. Kowalska, Dzienniczek, Warszawa 1983, s. 91-92. [2]Św. Jan od Krzyża, Pieśń duchowa, w: Dzieła, tłum. B. Smyrak OCD, Kraków 1986, wyd. 4, s. 532-533. [3]Tenże, Droga na Górę Karmel, w: tamże, s. 186. [4]Tenże, Pieśń duchowa, w: tamże, s. 644-645. [5]W dostępnym tłumaczeniu “na wieki”. Por. Św. Teresa od Jezusa, Dzieła, tłum. ks. bp H. P. Kossowski, t. I, Kraków, 1987, wyd. 3, s. 112. [6]Tamże, s. 345-346. [7]Tamże, s. 351. [8]Tamże, s. 352.
***
Z piekła do światła. Alan Ames – mistyk i autor „Oczami Jezusa”
Alan Ames/Facebook
***
Były przestępca, dziś katolicki mistyk, charyzmatyk i autor bestsellerów religijnych. Alan Ames przyjedzie do Polski, by dzielić się świadectwem wiary i prowadzić modlitwy o uzdrowienie.
Alan Ames to postać niezwykła – człowiek, którego życie całkowicie odmieniła Boża łaska. Przez lata był związany z półświatkiem, prowadził życie pełne przemocy, uzależnień i grzechu. Ale wszystko zmieniło się, gdy – jak sam mówi – Jezus wskrzesił go duchowo. Od tamtej pory, od ponad 25 lat, Ames przemierza świat jako ewangelizator, głosząc Ewangelię, świadcząc o mocy Bożego miłosierdzia i prowadząc modlitwy o uzdrowienie, podczas których wielu ludzi doświadcza pokoju serca, nawrócenia i duchowego oczyszczenia.
W Polsce znany jest także jako autor książek, które na trwałe wpisały się w duchowy pejzaż wielu katolików – m.in. „Oczami Jezusa”, „Łagodny Duch” czy „Różaniec Eucharystyczny”.
Kim jest Alan Ames?
Alan Ames to nie tylko autor czy mówca – to przede wszystkim człowiek głębokiej modlitwy i mistycznej relacji z Bogiem. Jego codzienność to wiele godzin spędzonych na modlitwie, adoracji Najświętszego Sakramentu i uczestnictwie w Eucharystii. Jak sam podkreśla, msza święta jest dla niego centrum każdego dnia i największym duchowym przeżyciem – ważniejszym nawet od prywatnych objawień.
Jest mężem i ojcem, a swoje małżeństwo traktuje jako drogę do świętości. Jak sam mówi, ewangelizować można nie tylko z ambony – ale także przez sposób, w jaki kochamy swoich najbliższych. Ames przekonuje, że życie rodzinne, przeżywane z Bogiem, może stać się świadectwem równie mocnym, jak każde publiczne głoszenie.
Jego przesłanie to również wezwanie do powrotu do sakramentów – zwłaszcza do spowiedzi i Eucharystii. „Kiedy kurczowo trzymamy się grzechu, trzymamy się także cierpienia i bólu” – mówi. Spowiedź dla niego to nie obowiązek, ale potężne źródło łaski, uzdrowienia i wewnętrznej wolności. To właśnie dlatego jego spotkania są nie tylko emocjonalnym doświadczeniem, ale też impulsem do głębszego życia sakramentalnego.
Aleteia.pl
***
Alan Ames. Były gangster rozmawia z Jezusem
fot. Aleteia
***
Alan Ames – autor bestsellerowej książki „Oczami Jezusa” dzieli się z czytelnikami Aletei swoją historią. Mówi, czy prywatne objawienia są ważniejsze od Eucharystii i opowiada, jak wygląda zwyczajny dzień mistyka.
Nawrócenie sprzed 30 lat
Anna Malec: Czym dzisiaj różni się Twoje życie od tego sprzed 30 lat?
Carver Alan Ames*: Wcześniej, mimo tego, że miałem wszystko, co zapewnia świat – dobrze płatną pracę, wszystkie przyjemności, których tylko zapragnąłem, byłem uzależniony od wielu rzeczy i popełniłem chyba każdy możliwy grzech. Mogłem pozwolić sobie na wszystko, ale to i tak mnie nie zadowalało, wewnątrz byłem pełen złości, nienawiści do ludzi, byłem bardzo agresywny.
W momencie, w którym Bóg dotknął mojego życia, to wszystko się zmieniło. Po pierwsze, wszystkie moje uzależnienia nagle odeszły, zniknęły również złość i nienawiść. Boża miłość napełniła mnie radością, pokojem i pragnieniem życia dla Boga i kochania Go.
Często powtarzam, że wcześniej byłem umarły, ale Jezus wskrzesił mnie do życia 30 lat temu – wcześniej naprawdę nie żyłem, a teraz dzięki łasce bożej znam życie w obfitości.
Mistyk z żoną i dziećmi
Poza tym, że jeździsz po świecie dzieląc się swoją historią, masz też rodzinę – jesteś mężem i ojcem. Dla wielu katolików, którzy chcą żyć blisko Boga, to spore wyzwanie i dylemat – rodzina albo ewangelizacja. Czy to jest faktycznie problem i jak Ty to godzisz?
Nie, to nie powinien być problem. Przede wszystkim małżeństwo, rodzina, to wielkie błogosławieństwo od Boga, i jeżeli będziemy je przeżywać z Bogiem, jako głową, kochając najpierw Boga, a potem siebie nawzajem, to małżeństwo stanie się odbiciem Trójcy Świętej, z Bogiem, żoną i mężem.
W ten sposób miłość Boga wzrasta w małżeństwie. Katolicy powinni przeżywać swoje małżeństwo w miłości Boga, tak, by stawali się przykładem dla innych, tego, czym jest prawdziwe małżeństwo, wypełnione pokojem, radością, miłością.
Oczywiście, dalej zostają trudności, nawet czasem można na siebie pokrzyczeć, ale Bóg pomoże nam przez to przejść. Również poprzez zmagania i trudności zbliży małżonków do siebie. Zwłaszcza wtedy, kiedy będziemy ofiarować cierpienia w małżeństwie Jezusowi na krzyżu. Wtedy On będzie wylewał łaskę płynącą z krzyża, aby pobłogosławić małżeństwo. I w ten sposób można ewangelizować, poprzez uczynienie swojego małżeństwa przykładem dla innych, przykładem, za którym inni będą mogli pójść, żeby się zbliżyć do Boga.
Nie każdy jest powołany do tego, by wychodzić i ewangelizować w kościele czy na ulicy, ale wszyscy jesteśmy powołani do tego, by ewangelizować przez własne życie, czy to w małżeństwie, czy miejscu pracy.
Jak wygląda Twój dzień, kiedy nie podróżujesz po świecie? W jednym z wywiadów przeczytałam, że lubisz prace domowe! Czy to prawda?
Mój dzień jest skoncentrowany wokół mszy świętej, to mój priorytet, centrum dnia. Rano modlę się dwie, trzy godziny, często chodzę na adorację, wtedy – jeśli Pan coś mi przekazuje – zapisuję to. Potem idę na godzinny spacer z psami, a jak wracam, to żona zawsze znajduje dla mnie jakieś prace domowe, zawsze jest coś do zrobienia.
Organizuję też moje podróże, podejmuję prace związane z fundacją, w której działam – to wypełnia resztę mojego dnia. Mam też czas na odpoczynek, każdego popołudnia śpię jak dziecko z moimi dwoma psami, z jednym po jednej, z drugim po drugiej stronie (śmiech).
Dlaczego sakramenty nie mają dobrego PR-u?
Podczas spotkań w kościołach wielokrotnie podkreślasz konieczność spowiedzi. Wielu z nas nie chce opowiadać o swoich grzechach obcemu mężczyźnie, wstydzimy się tego… Dlaczego to takie ważne? Co tak naprawdę dzieje się w momencie, kiedy klękamy przy konfesjonale?
Przede wszystkim doświadczamy wspaniałej, uświęcającej łaski, którą Bóg wylewa na spowiednika i na osobę, która się spowiada. Bardzo często kapłani nie pamiętają tego, co zostało powiedziane podczas spowiedzi. To też jest łaska, bo gdyby musieli nosić te wszystkie nasze grzechy w swoich myślach, staliby się bardzo smutnymi ludźmi.
W sakramencie spowiedzi nie wyznajemy grzechów kapłanowi, ale przychodzimy do Boga poprzez kapłana. I to Bóg jest tym, który nas słucha.
Wyznawanie grzechów pozwala nam zwrócić uwagę na słabości i złe rzeczy, które czynimy, tak, abyśmy dzięki łasce Boga byli w stanie je rozpoznać i przezwyciężyć.
W spowiedzi dokonuje się wspaniałe uzdrowienie. Gdy przychodzimy i wyznajemy wszystkie swoje grzechy, niczego nie ukryjemy, wtedy Duch Święty poprzez kapłana oczyszcza naszą duszę, a gdy dusza jest oczyszczona, do czasu, kiedy znowu zgrzeszymy (a wszyscy zwykle tak czynimy), jesteśmy w tym czystym stanie, w którym byli Adam i Ewa przed grzechem. Teraz możemy być całkowicie otwarci na Boga, nasze ja i świat zostają zepchnięte na bok, a Duch Święty bez przeszkód może wylewać na nas swoją uświęcającą łaskę.
I właśnie w tej uświęcającej łasce możemy zostać uzdrowieni. Bo kiedy kurczowo trzymamy się grzechu, to również trzymamy się cierpienia i bólu, które się z tym grzechem wiążą. Ale jeżeli odbędziemy dobrą spowiedź, wyznamy wszystko, to dzięki tej miłującej i miłosiernej łasce Boga zmazane są nie tylko grzechy, ale także cierpienia i bóle, które się z nimi wiążą.
Musimy pamiętać, że Bóg wszystko o nas wie, zna wszystkie nasze słabości i grzechy, wszystkie złe myśli, które mieliśmy, i złe rzeczy, które robiliśmy, nawet te popełniane w samotności. Ale kocha nas tak bardzo, że przebaczy nam dosłownie wszystko, tylko oczekuje od nas, że przyjdziemy do Niego ze szczerym sercem i powiemy Mu o tym.
Zły duch działa bazując na ludzkiej pysze, próbując powstrzymać ludzi przed przychodzeniem do spowiedzi, bo chce, abyśmy trzymali się grzechu, abyśmy cierpieli. On zna moc spowiedzi, wie, że to jest przebaczająca miłość Boga i chce nas przekonać, że nie potrzebujemy chodzić do spowiedzi.
A to jest naprawdę potężny sakrament, w którym Bóg okazuje swoją miłość. Wszystko, co musimy zrobić z naszej strony, to tylko przyjść i poprosić o przebaczenie.
W takim razie dlaczego sakramenty nie mają dziś dobrego PR-u? Wielu katolików woli przyjść na duże spotkanie modlitewne, na modlitwę o uzdrowienie, a sakramenty pozostają w świadomości tak zwyczajne, że aż pomijane.
Tak, to jest też słabość ludzi, na której zły duch bazuje. Ludzie myślą, że pójdą na duże spotkanie, będą się dobrzeć czuć, będzie wspaniały śpiew, będzie głoszone wspaniałe słowo i modlitwy nad nimi, ale tak naprawdę nie powierzyli się Bogu i nie otworzyli się całkiem na Niego.
W ten sposób zły duch nas zaślepia, może sprawić, że będziemy uznawali, że jesteśmy święci, a w rzeczywistości nie jesteśmy.
Trzeba również pamiętać, że nawet najświętsi ludzie mogą zostać oszukani przez złego ducha. Popatrzmy na Judasza, on był przecież z Jezusem, widział cuda, słuchał Słowa Bożego, odczuwał miłość Jezusa, dotykał Go, a jednak zły duch działał bazując na jego pysze, i zdradził Jezusa. A św. Piotr? Był tak silny, mocny w swojej wierze do Boga. Ale zły duch zadziałał bazując na jego lęku, i ostatecznie wyparł się Boga.
A więc jeżeli ludzie, którzy byli blisko Jezusa mogą zostać oszukani, to również i my możemy tego doświadczyć, nawet najświętsi z ludzi.
Zły chce, żebyśmy myśleli o sobie samych, że jesteśmy wspaniali, że możemy pokonać swoje słabości o własnych siłach. Gdy nas o tym przekona, to wszystko, co czynimy w konsekwencji to fakt, że otwieramy się na zło, i coraz bardziej grzeszymy a wewnątrz nas pojawia się zamęt. Dlatego tak wielu z nas dzisiaj nie może odnaleźć wewnętrznego pokoju, wiele osób czuje się zmieszanych, bo zamiast szukać Boga w pokorze, szukają siebie samych w pysze.
Eucharystia jest ważniejsza
Podkreślasz często, że dla Ciebie ważniejsza od prywatnych objawień jest Eucharystia. Myślę, że gdybyśmy zrobili sondę i zapytali, co wybierasz – czy każdego dnia mieć prywatne objawienia, czy chodzić na mszę, to jednak wygrałaby ta pierwsza opcja. Jaka jest zatem przewaga Eucharystii nad Twoimi osobistymi spotkaniami z Jezusem?
Ze smutkiem trzeba przyznać, że niestety to pokazuje, jak wiele osób zapomniało, czym naprawdę jest Eucharystia. Być może widzą tylko chleb i wino i myślą, że to tylko to, a ja patrzę i widzę tam Jezusa.
A jeśli tam jest Jezus, to na tym powinniśmy być skupieni. To Jezus, który całkowicie się przed Tobą otwiera, wyciąga do Ciebie dłoń i chce Cię objąć w miłości. My też powinniśmy objąć Jego swoją miłością.
Ludzie mówią, że pragną mieć widzenie Jezusa, ale w Eucharystii jest coś więcej niż oglądanie Jezusa, tam jest Jego cała rzeczywistość, Bóg, który się przed nami ukazuje, Jego ciało, krew, człowieczeństwo, bóstwo. O co więcej moglibyśmy prosić?
Naprawdę sprawia mi ból to, że tak wiele osób zapomniało, co Bóg nam ofiaruje w Eucharystii. Gdybyśmy rzeczywiście to wiedzieli, to każdy kościół byłby wypełniony podczas każdej mszy, ludzie by się ustawiali w kolejkach, staliby cały dzień tylko po to, żeby przyjąć Jezusa.
To jest bardzo ciekawe, że w Afryce ludzie potrafią iść na mszę św. czasem dwa albo trzy dni. Oczywiście nie każdy Afrykańczyk, ale wielu z nich. To jest wiara, którą my również powinniśmy dzielić, którą miał pierwotny kościół, za którą nasi przodkowie oddawali życie. Eucharystia jest naszą katolicką wiarą, to nasz Bóg. Ona powinna być naszym życiem. Ludzie mówią, że chcieliby widzieć Jezusa – to idźcie na mszę św., On tam jest, możecie Go tam zobaczyć.
Oczywiście widzenia, lokucje są wspaniałe, ale są nie do porównania z Eucharystią. W Eucharystii możemy być z Bogiem jedno. Tylko o tym pomyślmy. Człowiek może zostać zjednoczony z Bogiem, na pewno nie ma nic większego. Więc dla mnie, gdybym został postawiony przed wyborem, czy wizje i lokucje, czy Eucharystia, to oczywiście wybrałbym Eucharystię.
Załóżmy, że ktoś usłyszy te wszystkie słowa, przeczyta Twoje książki, ale myśli: ja jestem tak daleko od Boga, że zupełnie nic nie rozumiem, nic nie czuję, nie wiem, jak zacząć. Jaki więc powinien być ten pierwszy krok z naszej strony?
Przede wszystkim przypomnijmy sobie, że ja byłem kiedyś bardzo daleko. Bóg nie oczekuje od nas, żebyśmy nagle przeszli od bycia daleko od Niego do bycia na wyżynach świętości.
Być może dobrze zacząć od wypowiedzenia krótkiej modlitwy, zacznijmy od powtarzania w naszych myślach „Jezu, kocham Cię”, i proszenia Ducha Świętego, aby nas poprowadził bliżej do Boga. A potem pozwólmy, by nasza wiara po prostu się przed nami otworzyła.
Być może dobrą rzeczą będzie porozmawianie z kapłanem, przyjęcie jakiejś pomocy, bo wszyscy jej w naszej wierze potrzebujemy. Ja mam kierownika duchowego, ustanowionego przez mojego biskupa, bo również potrzebuję pomocy. Wszyscy jej potrzebujemy. Po prostu zróbmy to, co możliwe i poprośmy Boga, by pomagał nam każdego dnia kochać Go bardziej. I zobaczmy dokąd nas Bóg doprowadzi.
*Carver Alan Ames – autor bestsellerowej książki „Oczami Jezusa”, w której zapisał treść swoich prywatnych objawień. Przed nawróceniem należał do jednego z londyńskich gangów. Dziś jeździ po świecie, dzieląc się swoją historią, prowadzi także modlitwy o uzdrowienie. Mieszka z rodziną w Australii.
Alan Ames o Eucharystii. „Jeśli pożywiasz się Ciałem i Krwią Jezusa, staniesz się jak On”
Pascal Deloche / Godong
***
Kiedyś zwykłem chodzić na Mszę świętą tylko raz w roku – na Wielkanoc. Wtedy też udawałem się do spowiedzi. Było to dla mnie niczym polisa ubezpieczeniowa…
Pan nieustannie – już od początku, gdy przyszedł do mnie przez świętych, później przez swoją błogosławioną Matkę, a w końcu sam – podkreśla istotność zjednoczenia się z Nim w Eucharystii. Mówi, że konieczne jest złączenie się z Nim nie tylko w miłości, ale całą naszą istotą, i że pod postaciami eucharystycznymi chleba i wina znajdują się Jego Ciało, Krew, Dusza i Bóstwo… Jego cała istota – wszystko, czym jest.
A kiedy przychodzimy z miłością do Niego na Mszę świętą i w całości Mu się oddajemy, tak jak On w swej miłości daje nam całego siebie, wtedy naprawdę możemy stanowić z Nim jedność – jedność w miłości.
Miłość do Mszy świętej
Kiedyś zwykłem chodzić na Mszę świętą tylko raz w roku – na Wielkanoc. Wtedy też udawałem się do spowiedzi. Było to dla mnie niczym polisa ubezpieczeniowa, bo myślałem, że po śmierci wszyscy katolicy idą do nieba, więc powinienem być jednym z nich – i właśnie dlatego wypełniałem swój coroczny obowiązek, by pozostać katolikiem. Liturgia wydawała mi się wówczas dość nudna, gdyż nie potrafiłem w niej niczego dostrzec. To był tylko obowiązek, jedno z moich zajęć.
Potem zacząłem chodzić na Mszę raz w tygodniu, następnie dwa albo trzy razy na tydzień, a w końcu codziennie. I już od początku poczułem, jak wypełnia mnie ta głęboka miłość. Eucharystia po prostu mi się spodobała i chciałem uczestniczyć w niej coraz częściej. Zacząłem przychodzić do kościoła pierwszy i wychodzić z niego ostatni – to była zmiana o sto osiemdziesiąt stopni, ponieważ gdy chodziłem na Mszę tylko raz w roku, pojawiałem się jako ostatni, a jako pierwszy wychodziłem.
Naśladowanie Chrystusa
Zdałem sobie sprawę, iż gdy przychodzimy na Mszę św. – naśladujemy w ten sposób Jezusa, który w swoim życiu był całkowicie skupiony na Ojcu, zupełnie skoncentrowany na Bogu – i my w czasie liturgii musimy się skupiać na Bogu, a więc nie myśleć o sobie i o świecie, ale tylko o Nim, i wpatrywać się w Niego. Gdy naśladując Chrystusa, przychodzimy na mszę, musimy oddać Mu całych siebie, tak jak On oddaje nam siebie w całości.
Jezus daje nam bowiem swoje Ciało, Krew, Duszę, Bóstwo – wszystko, czym jest – i jeśli Go kochamy, musimy uczynić to samo – oddać Mu całych siebie, nasze ciało, duszę, człowieczeństwo. Wszystko. Gdy to czynimy, niczego nie ukrywając, tak jak On niczego przed nami nie zataja, właśnie wtedy z pokorą składamy pokłon Panu, odsuwając na bok samych siebie i świat oraz całkowicie otwierając się na Boga, gotowi przyjąć Jezusa tak, jak powinniśmy – z miłością.
Jesteś tym, co jesz
Pan Jezus powiedział: „Jeżeli nie będziecie jedli Ciała Syna Człowieczego ani pili Krwi Jego, nie będziecie mieli życia w sobie” (J 5, 53). Dziś wiara tak wielu z nas okazuje się martwa, ponieważ nie żyjemy w Bogu żywym, który jest obecny w Eucharystii, który sam jest Eucharystią. Mówi się: „Jesteś tym, co jesz”. Jeśli więc będziesz pożywiał się Ciałem i Krwią Jezusa oraz będziesz czynić to w miłości, staniesz się jak On, ponieważ On cię uświęca, przemienia cię w świętego człowieka.
Powinieneś zrobić coś więcej niż tylko otworzyć usta, aby przyjąć Komunię Świętą – musisz otworzyć serce i duszę oraz zawołać do Boga: „Wypełnij mnie sobą! Napełnij mnie swoją miłością. Unieś mnie w sobie wysoko, abym mógł stać się taki, jakim chciałbyś, abym był”. Gdy przyjmujesz Jezusa, za każdym razem ma być to przyjmowanie Jego miłości i odnowienie twojej miłości do Niego.
Błogosław, duszo moja, Pana!
Kiedy podczas Eucharystii wypowiadam słowa: „Błogosławiony jesteś, Boże”, moja dusza naprawdę je wyśpiewuje. Nie mogę przestać ich powtarzać: „Błogosławiony jesteś, Boże”, dziękując za łaski, które Pan wylewa. Widzę przecież, jaki jest miłosierny, kochający oraz dobry. Mam ochotę zawołać: „Błogosławiony jesteś, Boże, za każdą łaskę, którą zsyłasz ludzkości!”, ponieważ widzę, iż wcale nie musi tego robić. Błogosławienie przez ludzkość wcale nie dodaje Bogu wspaniałości. To niemożliwe, bo On sam w sobie jest wielki.
Gdy jednak nas błogosławi, to my stajemy się więksi i wspanialsi. On przyciąga nas do świętości, którą w Nim możemy osiągnąć. Patrząc na Boga, zdaję sobie sprawę z błogosławieństw zsyłanych przez Niego na ziemię za sprawą Eucharystii, w której Bóg przychodzi na ziemię, w której wciąż na nowo dokonuje się ofiara Jezusa, w której Bóg zniża się tak, by przyjść do marnych istot ludzkich. Choć wcale nie musi, robi to, ponieważ nas kocha. Błogosław, duszo moja, Pana!
Eucharystia to dzieło i dar całej Trójcy Świętej – podkreślał o. Raniero Cantalamessa OFM. Ona łączy nas z Chrystusem, gładzi nasze grzechy, daje nam pokój, zbliża nas do innych ludzi.
Eucharystia to dzieło i dar całej Trójcy Świętej – podkreślał o. Raniero Cantalamessa OFM. Ona łączy nas z Chrystusem, gładzi nasze grzechy, daje nam pokój, zbliża nas do innych ludzi.
Znajoma opowiadała mi, że jej ojciec często pomagał żonie w kuchni, wykonując najnudniejsze zadania. Na przykład rozłupywał orzechy włoskie i wsypywał je do pojemników, a potem rozdawał przyjaciołom i rodzinie. Ojciec przyjaciółki niedawno zmarł. Kiedy kilka miesięcy po jego śmierci kobieta sięgnęła do szafki po orzechy, aby upiec chlebek bananowy, zdała sobie sprawę, że choć ojciec odszedł, zostawił jej pokarm.
W tym momencie przyjaciółka lepiej zrozumiała tajemnicę Eucharystii. Jezus wiedział, że wstąpi do nieba, ale pozostawił tym, którzy za Nim poszli, pokarm na później. Nie był to zwyczajny pokarm ziemski, ale Jego Ciało i Krew.
Ktoś o nas dba, ktoś się nami opiekuje. Mamy Ojca w niebie, który zna każdą z naszych potrzeb i robi wszystko, aby je zaspokoić. Nasz chleb powszedni nie jest wyłącznie symbolem czy pokarmem na co dzień. To prawdziwa strawa duchowa, prawdziwe Ciało i Krew naszego Zbawiciela, Boga-Człowieka. Eucharystia jest pokarmem, który przekracza ramy rytuału. Bierze swą moc i treść z działania samej Trójcy świętej.
Oto kilka z najbardziej niezwykłych skutków Eucharystii:
***
Powyższych (i wielu innych) skutków przyjęcia Komunii św. możemy doświadczyć jeszcze tej niedzieli! Może spróbujecie brać udział we Mszy św. codziennej w pobliskim kościele? Pamiętajcie jednak, że dyspozycja podczas przyjmowania Komunii św. wpłynie na stopień otwarcia na jej przemożne działanie. Przyjmujcie Komunię św. z należnym szacunkiem, w skupieniu, prosząc Boga o udzielenie wam w Eucharystii wszelkich potrzebnych łask. Dobry Ojciec was wysłucha.
"(...) Ty, coś do domu Elżbiety Przyniosła radość bezmierną. Przyjdź, opiekunko ludzkości, I obmyj z brudu sumienia (...) Ukaż nam drogę właściwą I życiem obdarz niewinnym." (Liturgia Godzin)
Ein Kerem po dwóch tysiącach lat o spotkaniu dwóch Matek przypomina nowoczesna rzeźba…
Andrzej Macuraw/wiara.pl
***
Maryja prawdopodobnie odbywała całą drogę z Nazaretu do Ain Karim, czy może nawet do Hebronu, zapewne pieszo.
Kto wymyślił to święto?
Uroczystość Nawiedzenia Najświętszej Maryi Panny wprowadził do swojego zakonu św. Bonawentura w roku 1263. Kiedy zaś powstała wielka schizma na Zachodzie, wtedy to święto rozszerzył na cały Kościół papież Bonifacy IX w roku 1389, aby uprosić za przyczyną Maryi jedność w Kościele Chrystusowym. Sobór w Bazylei to święto zatwierdził, a papież Pius IX podniósł je do rzędu świąt drugiej klasy (w roku 1850). Dotąd święto Nawiedzenia obowiązywało dnia 2 lipca. Obecnie (1969) zostało przeniesione na dzień ostatniego maja. Tak więc, jak święto Matki Bożej Królowej Polski rozpoczyna miesiąc maj, poświęcony Królowej nieba i ziemi, tak święto Nawiedzenia Matki Bożej zamyka jakby złotą klamrą ten najpiękniejszy w roku miesiąc maryjny. W Kościele Wschodnim święto to obchodzono wcześniej również dnia 2 lipca.
Opis wydarzenia
Dokładny opis wydarzenia Nawiedzenia zostawił nam św. Łukasz w swojej Ewangelii: „W tym czasie Maryja wybrała się i poszła z pośpiechem w góry do pewnego miasta w (pokoleniu) Judy. Weszła do domu Zachariasza i pozdrowiła Elżbietę. Gdy Elżbieta usłyszała pozdrowienie Maryi, poruszyło się dzieciątko w jej łonie, a Duch Święty napełnił Elżbietę. Wydala ona okrzyk i powiedziała: «Błogosławiona jesteś między niewiastami i błogosławiony jest owoc Twojego łona. A skądże mi to, że Matka mojego Pana przychodzi do mnie? Oto, skoro głos Twego pozdrowienia zabrzmiał w moich uszach, poruszyło się z radości dzieciątko w moim łonie. Błogosławiona jesteś, któraś uwierzyła, że spełnią się słowa powiedziane Ci od Pana».
Wtedy Maryja rzekła: «Wielbi dusza moja Pana, i raduje się duch mój w Bogu, moim Zbawcy. Bo wejrzał na uniżenie Służebnicy swojej. Oto błogosławić mnie będę wszystkie pokolenia, gdyż wielkie rzeczy uczynił Mi Wszechmocny. Święte jest Jego imię — a swoje miłosierdzie na pokolenia i pokolenia (zachowuje) dla tych, co się Go boją. On przejawia moc ramienia swego, rozprasza (ludzi) pyszniących się zamysłami serc swoich. Strąca władców z tronu, a wywyższa pokornych. Głodnych nasyca dobrami, a bogatych z niczym odprawia. Ujął się za sługą swoim, Izraelem, pomny na miłosierdzie swoje — jak przyobiecał naszym ojcom — na rzecz Abrahama i jego potomstwa na wieki».
Maryja pozostała u niej około trzech miesięcy; potem powróciła do domu”.
Tradycja wskazuje, że całe to wydarzenie miało miejsce w Ain Karim, w osadzie odległej na zachód od Jerozolimy ok. 7 kilometrów. Miejsce położone w kotlinie jest pełne zieleni, tak iż wśród pustkowia gór stanowi prawdziwą oazę. Są tu dzisiaj dwa sanktuaria: nawiedzenia św. Elżbiety i narodzenia św. Jana Chrzciciela. Pierwsze znajduje się na zboczu wzgórza za miastem i ma kształt krypty, która była kiedyś zapewne częścią większego sanktuarium. Obok są ruiny kościoła z czasów krzyżowców. Kościół narodzenia św. Jana jest w samym mieście i pochodzi z wieku XIII. Jednak był tu poprzednio inny kościół z wieku V, po którym został napis mozaikowy: „Bądźcie pozdrowieni męczennicy Boga”. W pobliżu Ain Karim jest nadto grota — kaplica na pamiątkę pobytu św. Jana na pustyni, kiedy opuścił dom rodzinny. W roku 1924 Franciszkanie zbudowali tu mały klasztor.
Maryja prawdopodobnie odbywała całą drogę z Nazaretu do Ain Karim, czy jak chcą niektórzy bibliści, może nawet do Hebronu, zapewne pieszo. Omijać musiała Samarię. Być może, że przyłączyła się do jakiejś pielgrzymki, idącej do Jerozolimy. Trudno bowiem przypuścić, aby szła sama w tak długą drogę, która mogła wynosić ok. 150 kilometrów. Spieszy Maryja, aby podzielić się z Elżbietą, swoją krewną, wiadomością, otrzymaną od anioła w chwili zwiastowania, że została wybraną na matkę Zbawiciela świata. Chciała także pogratulować Elżbiecie, że poczęła w starości swojej tak długo oczekiwanego syna. Zachariasz był jeszcze niemową.
I oto dowiaduje się, że Elżbieta wie wszystko tak dalece, że nawet powtarza do niej część słów anioła: „Błogosławiona jesteś między niewiastami”. Wyraża Elżbieta równocześnie uznanie dla Maryi, że zawierzyła słowom posłańca Bożego. Wyraźna to aluzja do niewiary, jaką okazał obietnicy anioła Zachariasz, i jak został za to ukarany.
Zadziwia nas pokora, jaką Maryja się wyróżnia. Przychodzi bowiem równocześnie z pomocą do swojej starszej krewnej, gdy będzie rodzić syna. Ale i Elżbieta zdobywa się na wielki akt pokory, kiedy Matkę Chrystusa wita słowami: „A skądże mi to, że Matka mojego Pana przychodzi do mnie?”.
Elżbieta stwierdza równocześnie, że na dźwięk słowa Maryi poruszyło się w łonie jej dziecię. Pisarze kościelni są przekonani, że był to akt powitania Chrystusa przez św. Jana i że w tym właśnie momencie św. Jan został uwolniony od grzechu pierworodnego i napełniony Duchem Świętym.
Zastanawia hymn, który na poczekaniu Maryja Bogu wypowiedziała: „Magnificat — Wielbi dusza moja Pana”. Kościół nakazuje go swoim kapłanom codziennie odmawiać. Hymnu tego nie należy rozumieć jako stenogramu wiernego wypowiedzi Maryi. Zapewne św. Łukasz oddał jedynie główne myśli, które mu Maryja po latach przekazała podobnie jak wiele innych szczegółów z lat dziecięcych Chrystusa Pana. W literaturze biblijnej spotykamy niejeden przykład kantyków, wypowiedzianych przez niewiasty w uniesieniu serca. Podobny kantyk wygłasza np. Maria (Miriam), siostra Mojżesza, prorokini Debora, Anna, matka Samuela, czy też Judyta. Kantyk Maryi zawiera wiele reminiscencji biblijnych i bardzo przypomina nawet całe frazy z kantyku Anny oraz Psalmów Dawida. Wskazywałoby to najwyraźniej, że Maryja była z Pismem świętym dobrze obeznana, a przynajmniej z Psalmami i hymnami, które śpiewano wówczas. Kantyk Maryi jest wierszowany. Strofy bowiem utworów poetyckich czy też pieśni hebrajskich polegały na paralelizmie członów, na układzie strof wzajemnie się uzupełniających albo sobie przeciwstawnych. Nadto jest to utwór wybitnie proroczy. Maryja zdaje sobie doskonale sprawę z niezwykłej i jedynej w swoim rodzaju godności, do której została wyniesioną. Mówi o tym wyraźnie: „Oto błogosławić mnie będą wszystkie pokolenia, gdyż wielkie rzeczy uczynił mi Wszechmocny”. A jednak wyznaje Maryja, że wszystko zawdzięcza Panu Bogu, że ona jest jedynie Jego służebnicą: „Wielbi dusza moja Pana… bo wejrzał na uniżenie swojej Służebnicy… gdyż wielkie rzeczy uczynił mi Wszechmocny”. Tak więc kantyk Maryi to równocześnie odsłonięcie nam rąbka tajemnicy wnętrza Maryi, Jej myśli i uczuć, skarbów Jej serca; wynurzenie tego, co tkwiło w głębiach Jej duszy.
Na temat „Magnificat” napisano wiele. Z całą pewnością hymn ten należy do najpiękniejszych strof ksiąg Nowego Testamentu. A. Nicolas upatruje w nim „całą głębię natchnienia, potężny oddech wieszczy i poetycki Dawidowych Psalmów, ale pogłębiony i spotęgowany świadomością posiadania przedmiotu swej wizji”.
Nawiedzenie św. Elżbiety należy do najradośniejszych scen z życia Maryi. Dlatego słusznie Kościół to wydarzenie przypomina co roku w osobnym święcie. Na ponad 305 zgromadzeń zakonnych żeńskich pod wezwaniem Najświętszej Maryi Panny kilka obrało sobie właśnie tytuł Nawiedzenia.
Powiedzieli o Nawiedzeniu
Św. Ambroży: „Rozważ, że wyżsi z pomocą przychodzą do niższych — Maryja do Elżbiety, Chrystus do Jana, w swoim zaś czasie dla uświęcenia chrztu Jana Pan sam przyjmie chrzest. Wyjaśnijmy pokrótce, jakie to dobrodziejstwa sprowadziło Nawiedzenie Maryi i przyjście Boże. Rozważ znaczenie poszczególnych słów. Najpierw odezwała się Elżbieta, ale Jan przed nią wyczuł łaskę. Ta z natury rzeczy słyszy, on zaś uradował się ze względu na tajemnicę. Ta Maryi, on zaś Jezusa wyczuł przyjście… Matki z podwójnego tytułu cudu prorokują w duchu. Uradowało się niemowlę, napełniona została łaską matka. I nie wcześniej ona została napełniona Duchem Świętym, zanim nie został Duchem Świętym napełniony syn, i on to, gdy został napełniony Duchem Świętym, napełnił również Nim swoją matkę… Namaszczony został (Jan) i w łonie matki przygotowany jak atleta do swojej misji proroka. Dla jego przyszłej misji daną mu została większa łaska”.
Św. Jan Złotousty: „Zanim do was przyszedł Zbawiciel rodzaju ludzkiego, nawiedziła (Maryja) najpierw swojego przyjaciela, Jana gdy ten jeszcze był w łonie matki. Skoro zaś z łona (matki) ujrzał go Jan w łonie (Maryi), przekraczając prawa natury, zawołał: «Widzę Pana, który naturze nałożył granice, i nie czekam na Jego narodzenie. Nie potrzebne mi są dziewięć miesięcy, jest bowiem już we mnie Nieśmiertelny. Skoro tylko wyjdę z tego ciemnego mieszkania, będę głosił te dziwy niepojęte. Znakiem jestem, gdyż zwiastuję przyjście Chrystusa. Trąbą jestem, która zwiastuje przyjście w ciele Syna Bożego… Widzisz ukochany? Jak nowe to i przedziwne misterium (tajemnica): jeszcze się nie narodził, a już poruszeniem (w łonie matki) przemawia; jeszcze się nie ukazał, a już daje o sobie znać… sam jeszcze nie ujrzał światła, a wskazuje na Światłość; jeszcze się nie narodził, a już się przygotowuje do swojej misji… przychodzi Słowo, a ja będę obojętny? Wyjdę, ubiegnę Go i będę zwiastował wszystkim: «Oto Baranek Boży, który gładzi grzechy świata».
Św. Alfons Liguori: „Odwiedziny osoby należącej do dworu królewskiego uważa się za wielkie szczęście. Jakże szczęśliwą czuła się Elżbieta z takich odwiedzin. Szczęśliwy był Obededon, kiedy w dom jego wstąpiła Arka Przymierza: “Błogosławił Bóg domowi jego…». «Pierwociny Odkupienia przeszły przez ręce Maryi: Jan otrzymuje uświęcenie w żywocie matki… Duch Święty schodzi na Elżbietę, dar proroctwa na Zachariasza”).
Piotr Skarga: „O dziwne cuda, które czynisz, Chryste, przez głos swojej Matki. Nawiedźcie też nas dzisiaj i czasu śmierci naszej, miła Matko i Gospodo nasza! Niech głos Twój zabrzmi w uszach naszych, byśmy się z ciemności tych pokwapili do światłości i służby Syna Twego, którego nosisz, którego rodzisz, który w żywocie Twoim spoczywa. Szczęśliwi jesteśmy, że Cię mamy w domu Kościoła świętego powszechnego, któregoś Ty, przeczysta, jest wszystką okrasą! Szczęśliwe nasze Jeruzalem, które się w takiej Królowej weseli. Córki syjońskie, patrząc na Cię, błogosławią Ciebie i wszystkie królowe Ciebie sławią. Lecz szczęśliwsi będziemy, gdy słowa Pańskie przenikną aż do wnętrzności naszych a dusze nasze umarłe zbudzą łaską Tego, którego nosisz, abyśmy się z tej ciemnicy świata wyrwali… i Ciebie w królestwie Syna Twego w chwale Trójcy świętej oglądali…”.
wiara.pl
***
czwartek 29 maja Uroczystość Wniebowstąpienia Pańskiego
Wniebowstąpienie Pańskie jest świętem upamiętniającym wstąpienie do nieba Zmartwychwstałego Pana Jezusa, który po 40 dniach przebywania pośród uczniów udał się na Górę Oliwną i w ich obecności uniósł się i wstąpił na niebiosa.
40-ty dzień od Zmartwychwstania Pana Jezusa wypada zawsze w czwartek, jednak w Polsce obecnie obchodzone jest w najbliższą niedzielę, czyli w tym roku 1 czerwca, zgodnie z dekretem Kongregacji ds. Kultu Bożego i Dyscypliny Sakramentów.
Natomiast tutaj w Szkocji Wniebowstąpienie Pańskie obchodzone jest w czwartek jako święto obowiązkowe. Z tej racji Msza św. będzie odprawiona w kaplicy izbie Jezusa Miłosiernego o godz. 19.00.
***
środa, 28 maja 2025
dzień, w którym wspominamy
Błogosławionego Księdza Kardynała Stefana Wyszyńskiego, Prymasa Tysiąclecia
fot. Instytut Prymasowski | EpiskopatNews | Flickr | CC BY-NC-SA 2.0
Bł. Stefan kardynał Wyszyński – urodził się 3 sierpnia 1901 roku w Zuzeli. Po ukończeniu seminarium duchownego we Włocławku, w 1924 roku przyjął święcenia kapłańskie. W 1946 roku został biskupem diecezji lubelskiej, a w 1948 roku mianowano go arcybiskupem metropolitą gnieźnieńskim i warszawskim oraz Prymasem Polski. Był więziony przez ponad trzy lata przez komunistyczne władze, które zwalczały Kościół. Brał udział w Soborze Watykańskim II i wdrażał jego postanowienia w Polsce. Zmarł 28 maja 1981 roku w opinii świętości i został pochowany w Archikatedrze Warszawskiej.
***
Wstawał o 5 rano, modlił się kilka godzin, pracował, płakał… Więzienna kalwaria kard. Wyszyńskiego
fot. Instytut Prymasowski Stefana Kardynała Wyszyńskiego / koloryzacja: Aleteia.pl
***
Więziono go przez trzy lata – bez procesu, śledztwa, a nawet aktu oskarżenia. W Stoczku Warmińskim pilnowało prymasa 90 mundurowych. Podsłuchy były umieszczone w kaloryferze, lampie i na drzewie w ogrodzie… Do opieki przydzielono mu księdza i siostrę zakonną. W rzeczywistości byli oni tajnymi współpracownikami UB.
Decyzja o uwięzieniu prymasa zapadła w Moskwie
Więziono go przez trzy lata – bez procesu, śledztwa, a nawet aktu oskarżenia. 26 października 1954 r. napisał list do Bieruta z prośbą o zwolnienie go ze względu na stan zdrowia. Nie otrzymał odpowiedzi. Do końca życia modlił się w intencji Bieruta, nosił kartkę z modlitwą w brewiarzu.
Kulisy aresztowania Prymasa Tysiąclecia ujawnił na antenie Rozgłośni Polskiej RWE zbiegły na Zachód wysoki funkcjonariusz Ministerstwa Bezpieczeństwa Publicznego ppłk. Józef Światło:
Jak wszystkie decyzje w sprawie polityki kościelnej w Polsce, tak i ta decyzja zapadła w Moskwie. Bierut i Franciszek Mazur – odpowiedzialny w Biurze Politycznym za walkę z Kościołem – pojechali jeszcze za życia Stalina po instrukcje. W rozmowie Bierut nalegał na natychmiastowe aresztowanie kardynała, ale Stalin stwierdził, że czas jeszcze na to nie nadszedł – relacjonował Józef Światło.
Trzy lata drogi krzyżowej kard. Wyszyńskiego
Więzień Jezus i Jego wierny uczeń, Stefan – tak można zacząć porównanie losów uwięzionego prymasa z jego Panem i Mistrzem. Trzy lata trwała droga krzyżowa kard. Wyszyńskiego.
Przeszedł ją zwycięsko, nie stracił wiary i nie uległ nienawiści do swoich oprawców, jednak kalwaria to droga bólu, łez, cierpienia, chorób i ciemnych nocy bezradności. Czy spotkał na niej Weronikę? Szymona? Płaczące niewiasty?
Z całą pewnością wciąż spotykał Matkę. 8 grudnia 1953 r. w Stoczku dokonał aktu osobistego oddania się Matce Bożej i „wszystko postawił na Maryję”.
Cóż mi pozostaje? Tracić nadzieję w sens mojej ofiary? Raczej przeciwnie: bardziej świadomie oddawać swoje cierpienie Kościołowi, by przez ofiarę wyjednać u Boga miłosierdzie i odrobinę odpocznienia dla utrudzonych ludzi – pisał.
Jezus i Stefan
W 33 r. zgraja mężczyzn, dowodzona przez Judasza, która chciała aresztować Jezusa, wtargnęła w nocy do ogrodu za potokiem Cedron. Z kijami i mieczami rzucili się na Niego, aby Go pojmać i uwięzić. W ciemności nocy odwaga tanieje, liczba świadków zdarzenia redukuje się do minimum, a więzień nie ma dość siły, by się bronić. Zło czuje się bezkarne. Oprawcy nie muszą patrzeć ofiarom w oczy.
Późnym wieczorem 25 września 1953 r. zgraja mężczyzn w czarnych płaszczach „z ceraty” dobijała się do bramy domu przy ul. Miodowej w Warszawie. Wtargnęli do środka oburzeni faktem, że drzwi nie zostały natychmiast otwarte państwowym urzędnikom. Byli uzbrojeni. Odczytali dokument aresztowania i zabrali kard. Stefana Wyszyńskiego w nieznane.
Tak zaczęła się trzyletnia kalwaria kardynała. „Całe moje życie było jednym Wielkim Piątkiem” – mówił po latach.
Rywałd: pierwsza stacja więźnia
Od północy, po nagłym aresztowaniu, prymas jechał w nieznane. Po drodze nie mógł odczytać żadnych drogowskazów, orientował się tylko, że wiozą go w kierunku Grudziądza. Czuł, że grozi mu ogromne niebezpieczeństwo, miał prawo spodziewać się wszystkiego.
Rankiem 26 września 1953 r. wprowadzono go do pokoju franciszkańskiego klasztoru w Rywałdzie. Zobaczył miskę z wodą po myciu, niepościelone łóżko, otwartą na pół walizkę i stos książek na podłodze. Władze działały w pośpiechu, wyrzuciły poprzedniego lokatora nie dbając o detale.
Dwa okna, które wychodziły na podwórze, zaklejono gazetą. Na ścianie prymas dostrzegł obraz z podpisem: „Matko Boża Rywałdzka, pociesz strapionych”. „Był to pierwszy głos przyjazny, który wywołał wielką radość. (…) Sprawa Chrystusowa trwa blisko dwa tysiące lat i za tę sprawę ludzie siedzą do dziś w więzieniach” – zanotował w Zapiskach więziennych pod datą 4 października.
W tym samym dniu „erygował” na ścianie drogę krzyżową. Napisał ołówkiem nazwy stacji męki Pańskiej i każdą oznaczył krzyżykiem. 25 września 1953 r. rozpoczęła się jego droga krzyżowa i od razu włączył ją w drogę Jezusa. Nie skupił się na niebezpieczeństwie i sytuacji, w której się znalazł. Skupił się na Tym, który pierwszy został pojmany bez procesu i wyroku. Rozpoczęło się Jego „zanurzanie” w Bogu.
W Rywałdzie spędził siedemnaście dni. Dzień i noc pilnowało go około dwudziestu funkcjonariuszy Ministerstwa Bezpieczeństwa Publicznego. Wieczorem 12 października dostał pół godziny na spakowanie rzeczy i znów powieziono go w nieznane. Więzień na drodze krzyżowej nie ma żadnych praw.
Stoczek Warmiński: stacja druga
Prymas całą drogę modlił się i próbował odczytywać kierunek podróży. W Stoczku Warmińskim, w opuszczonym klasztorze księży marianów, zastał księdza i siostrę zakonną, którzy mieli służyć mu pomocą. W rzeczywistości – jak potwierdziły dokumenty zgromadzone przez IPN – byli tajnymi współpracownikami UB.
W trójkę spędzili tu rok z trzyletniego uwięzienia prymasa. Rok w twierdzy, którą funkcjonariusze MBP zrobili z klasztoru. Pilnowali go wewnątrz i na zewnątrz budynku. Aby zagwarantować brak kontaktu z otoczeniem, z sąsiedztwa wysiedlono proboszcza i mieszkańców dwóch domów. Budynek ogrodzono wysoką siatką, a w nocy oświetlono reflektorami. Wybudowano 12,7 km płotu uzbrojonego w materiały wybuchowe. W sumie pilnowało prymasa 90 żołnierzy.
Sygnały świetle w tzw. pokoju techniki meldowały o najmniejszym poruszeniu się więźnia. Podsłuchy były umieszczone w kaloryferze, lampie i na drzewie w ogrodzie.
Cela kard. Stefana Wyszyńskiego w klasztorze w Stoczku
Zima 1954 r. w Stoczku była dla kardynała bardzo trudna. W domu panował ziąb. Stare piece zatykały się, dymiły od sadzy, szybko stygły i nie dawały ciepła. Prymas zanotował w Zapiskach więziennych, że przez całą zimę w Stoczku miał zmarznięte ręce i nogi, nie mógł pracować przy stole, bo mimo otulenia pledem był zziębnięty do kości.
W łazience w piecu w ogóle nie dało się rozpalić, więc mycie odbywało się w całkowitym zimnie. Pokoje na dole nie były w ogóle ogrzewane. Co kilka dni z ich wnętrza wyrąbywano sterty lodu. Ściany korytarzy pokrywała gruba warstwa mrozu.
Prymas zanotował, że noce były tak zimne, że nogi nie rozgrzewały się pod kołdrą. Puchły mu ręce i oczy. Bolała głowa, brzuch i plecy w okolicach nerek. Przetrwał zimę wciąż chorując, pozbawiony właściwych leków. W kwietniu komendant wyraził zgodę na komisję lekarską, ale lekarze zjawili się dopiero miesiąc później.
W końcu alei grabowej, w grupie lip, w większości podpiłowanych i odrutowanych, wznieśliśmy krzyż, złożony z dwóch kijów przewiązanych drutem kolczastym. Powstała w ten sposób kalwaria, jako cel naszych wędrówek, ogrodzona kamieniami i cegłami – pisał prymas w Zapiskach więziennych.
Wielkanoc 1954 r. – przygotowania
Pierwsza Wielkanoc w więzieniu wypadała 19 kwietnia. Dla więźniów zdanych tylko na swoje towarzystwo i nękania „opiekunów” nie był to jednak czas beznadziei. Prymas dbał o dyscyplinę duchową.
W naszej kapliczce odprawiliśmy sobie we troje rekolekcje przed uroczystością wielkanocną. Rozważania były osnute na tle Tomasza à Kempis O naśladowaniu. Myślą przewodnią była ascetyka więzienia jako nadzwyczajnego środka stosowanego przez Opatrzność do uświęcenia ludzi od początków chrześcijaństwa. Chrześcijanie zaczęli karierę więźniów bardzo wcześnie, bo od czasów pierwszych kazań świętego Piotra Apostoła w Jerozolimie – zanotował prymas.
W Stoczku powstały też cztery teksty drogi krzyżowej, które ukazały się drukiem pt. Via crucis. Szkice więzienne w 2011 r. To tam wołał więzień-prymas, rozważając pomoc Szymona w niesieniu krzyża: „Wszystkie Szymony Chrystusa to: Ojciec Święty, biskupi i kapłani, zakonnicy, wierni katolicy, wspierający Chrystusa”.
Tęsknoto, błogosław Pana…
Pod datą 15 kwietnia 1954 r., kard. Wyszyński zanotował wzruszające wyznanie tęsknoty pasterza za powierzonymi mu owcami: „Wielki Czwartek. Sercem i myślą jestem w archikatedrze, wśród duchowieństwa i wiernych. Modlę się o to, by mój następca przy ołtarzu, przy konsekracji olejów i przy mandatum, czynił to lepiej niż ja; by obdzielał kapłanów Ciałem Chrystusa, wszczepiając w nich ducha jedności diecezjalnej”.
Modlitwa o jedność dość często pojawia się w intencjach prymasa. On wiedział, na jakie naciski narażeni są jego najbliżsi współpracownicy i hierarchowie Kościoła w Polsce po jego aresztowaniu i uwięzieniu. Rozumiał, jak wielkiego wsparcia modlitewnego potrzebują. Przeczuwał, choć nie dostawał żadnych wiadomości. Nie czytał gazet, nikt go nie odwiedzał i nie otrzymywał listów. Modlił się za „opiekunów” więziennych i nieprzyjaciół tak, jak Jego Mistrz przed laty: „Ojcze, wybacz im, bo nie wiedzą, co czynią”.
Klasztor w Stoczku, w którym więziono kard. Stefana Wyszyńskiego
***
Prudnik Śląski: stacja trzecia
W październiku 1954 r. przewieziono prymasa do Prudnika, gdzie klasztor franciszkanów zamieniono na nowy „obóz izolacyjny”. Tu spędził cały rok, zanim – na mocy rządowego rozporządzenia – przeniesiono go do Komańczy. Tu również był strzeżony przez wojsko i UB, inwigilowany i podsłuchiwany. W marcu 1955 r. w grzejniku centralnego ogrzewania sam znalazł podsłuch.
3 kwietnia 1955 r. zapisał: „Niedziela Palmowa. Serce i myśl wyrywają się do archikatedry Świętego Jana, by stanąć na progu i doznać radości wspólnej modlitwy. Trzeba jednak powstrzymać serce i myśl. Niech będzie tu, gdzie Bóg pozwala więzić ciało. Nie chcę, Ojcze, nawet przez to dążenie do najlepszych uczuć być przeciwny woli Twojej.
Pozwoliłeś zamknąć mnie wśród tych drutów, pozwoliłeś, by moja katedra pozostała i dziś bez mojej służby – Fiat voluntas Tua. Serce, wróć i nie przekraczaj granic murów, pozostań wierne Bogu, jak ciało jest uległe i spogląda tylko ku niebu, gdyż ono nie jest odrutowane”.
Łzy smutku, błogosławcie Pana…
W Wielki Czwartek znów, jak rok wcześniej w Stoczku, tęsknił: „Dzień Ostatniej Wieczerzy, dzień ustanowienia Eucharystii, pierwszej mszy świętej, pierwszej Komunii świętej i pierwszych święceń kapłańskich – najbardziej kapłański dzień, całą duszę kapłańską bierze w swoje ramiona i upomina się o czyny, do których jest powołany. Chrystus chciał być dziś z uczniami swoimi.
Jak wielką męką dla biskupa jest być z dala od swoich kapłanów, od swojej katedry i diecezji. Żaden z tych dni niewoli nie udręczy tak, jak ten dzień. Jak wielkiego wysiłku pokory i uległości potrzeba, by przeżyć ten dzień w duchu, jakiego ojciec ode mnie ma prawo oczekiwać. Jak bardzo niegodny się czuję tej łaski ołtarza, do którego tak śmiało przystępowałem… Dziś to czuję”.
Zanotował też czułe, szczere, a jednak rozdzierające serce wyznanie Chrystusowi:
Najdroższy Nauczycielu i Wodzu, nie mogę spełnić powinności mojej, gdyż nie mogę na klęczkach omywać nogi tych dzieci moich, które mi dałeś… Pozwól mi przejść na kolanach przez Krakowskie Przedmieście, a uczynię to bez zwłoki.
W zeznaniach księdza-współwięźnia możemy przeczytać, że prymas walczył ze smutkiem i zgryzotą, nie poddawał się naciskom, dbał o dyscyplinę dnia – wstawał codziennie o godz. 5.00 – modlił się kilka godzin, pracował, ale zdarzało się też, że płakał.
Pokój kard. Stefana Wyszyńskiego w klasztorze sióstr nazaretanek w Komańczy (widok współczesny)
***
„Bądź wola Twoja, jako w niebie tak i w Komańczy…”: stacja czwarta
W Komańczy zamieszkał na pierwszym piętrze klasztoru sióstr nazaretanek, na końcu lewej części korytarza. Tu przeżył ostatnie Triduum i Wielkanoc jako więzień. Tu był otoczony życzliwością i troską sióstr, ale jednak wciąż cierpiał.
Od momentu aresztowania schudł 20 kilogramów, był blady, wycieńczony i obolały. Nosił w sercu jakąś ranę. Próbował leczyć doświadczenie opuszczenia miłością i modlitwą, ale na jego twarzy wciąż obecny był ten cień smutku, o którym mówiła później jego siostra Julia Wyszyńska.
W Wielki Czwartek 1956 r. pisał: „Wieczysty Kapłanie – gorąco pragnąłeś pożywać Twoją Paschę z uczniami. Twoje gorące pragnienie jest tak bardzo kapłańskie, wyrasta ze wspólnoty rodziny kapłaństwa, którego jesteś Początkiem i Źródłem. I ja pragnę pragnieniem męki kapłana, któremu też dałeś uczniów. Ale pomimo tak gorącego pragnienia, nie jest dana memu sercu kapłańskiemu ta pociecha, której z woli Ojca doznałeś w wieczerniku.
Tyś doznał ulgi, rozdając Eucharystię uczniom swoim. Moja męka kapłańska nie skończy się tak radośnie. Muszę ją przeżyć sam, bez współdziałania moich uczniów”.
Agnieszka Bugała/Aleteia.pl
***
Ostatnia modlitwa i ostatnia rozmowa z Janem Pawłem II. Tak umierał kard. Wyszyński
Kard. Stefan Wyszyński podczas uroczystości koronacji Obrazu Matki Bożej w Świętej Lipce, 11 sierpnia 1968 r.
Jan Paweł II chce rozmawiać z prymasem, ale ten nie jest w stanie dotrzeć do telefonu, jest już zbyt słaby. Zapada decyzja o poprowadzeniu linii telefonicznej do łóżka chorego. Następnego dnia dzwoni umówiony telefon. Słowa kard. Wyszyńskiego są bardzo znamienne.
Od 21 maja stan zdrowia prymasa wyraźnie się pogarszał, na tyle, że konsylium lekarskie musiało zebrać się jeszcze raz. Następnego dnia Rada Głowna Konferencji Episkopatu Polski obradowała w domu prymasa, który na spotkanie został przywieziony na wózku.
To, co powiedział, to było pożegnanie i testament jednocześnie. „Bóg zapłać, żeście chcieli przyjść i żeście chcieli być świadkami mojej nieudolności. Jest ona potrzebna, ta świadomość, żeby było wiadomo, że w Polsce rządzi tylko Bóg, a nie człowiek” – mówił.
Kard. Stefan Wyszyńskizmarł 28 maja 1981 r. Dzięki notatkom jego kapelana i osobistego sekretarza w latach 1974–1981, ks. Bronisława Piaseckiego, jesteśmy w stanie dokładnie odtworzyć ostatnie dni jego błogosławionego życia.
Prymas cierpi, ale myśli o Janie Pawle II
„W połowie marca 1981 r. wystąpiły u Księdza Prymasa objawy zaburzeń układu pokarmowego, które utrzymywały się przez kilka dni mimo leczenia. Konsylium lekarskie ustaliło program postępowania diagnostycznego, zrealizowany w klinikach i zakładach Akademii Medycznej w Warszawie. Na wyraźne życzenie Jego Eminencji zespół leczący składa się ze specjalistów krajowych” – czytamy w komunikacie lekarskim z dnia 14 maja 1981 r.
W tym samy dniu w kurii arcybiskupiej odbywa się konferencja księży dziekanów. Prymas nie może w niej uczestniczyć, ale nagrywa dość długie przemówienie na taśmę magnetofonową i zostaje ono odtworzone aż trzykrotnie tego dnia, w różnych miejscach. W przemówieniu koncentruje się na zamachu na Ojca Świętego.
Pisze wprost: „Dzisiaj pozostaje nam jedno: wszystkie nasze cierpienia i udręki starajmy się dołączyć do tej wielkiej męki świata. Najmilsi, i ja, dotknięty obecnie najrozmaitszymi moimi dolegliwościami fizycznymi, muszę uważać je za skromne i małe w porównaniu z tym, co dotknęło Głowę Kościoła”.
Dalej prosi, aby modlitwy skierowane w jego intencji skierować, przez wstawiennictwo Maryi, za papieża.
Na drodze Wielkiego Piątku
Następnego dnia wystąpiły poważne zaburzenia oddychania i pracy serca. Wizyty lekarzy odbywają się dwa razy dziennie, sytuacja się komplikuje, ale prymas prosi, by mógł zostać w domu. Nie chce jechać do szpitala, gdzie opieka kardiologiczna mogłaby być o wiele lepsza.
Wieczorem prosi o przyniesienie ulubionego obrazu Matki Bożej Jasnogórskiej, z którym nie rozstawał się od 20 lat. O 21.00, w godzinie Apelu, przyjmuje sakrament pojednania. Na ręce spowiednika, ks. Edmunda Boniewicza składa wyznanie wiary i wierności Chrystusowi.
Następnego dnia, czyli 16 maja o godz. 9.30 przyjmuje sakrament chorych. We wspomnieniach ks. Bronisław Piasecki, jego kapelan, podkreśla, że była to chwila wielkiego wzruszenia, wiele obecnych osób nie kryło łez.
Mimo zmęczenia i trudności z oddychaniem prymasowi udało się zabrać głos. Mówił, leżąc w łóżku. Dziękował wszystkim: „Moja droga była zawsze drogą Wielkiego Piątku na przestrzeni tych trzydziestu pięciu lat służby w biskupstwie. Jestem za nią bardzo Bogu wdzięczny” – mówi.
Wszystko postawiłem na Maryję
Kolejne dni są coraz trudniejsze. 17 maja płynu w jamie brzusznej przybywa. To utrudnia oddychanie i pracę serca. 18 maja, w dniu urodzin papieża Jana Pawła II (przebywa wtedy wciąż w klinice, po zamachu) układa jeszcze treść telegramu z życzeniami. W tym dniu po raz ostatni własnoręcznie zaznacza w kalendarzu dzień choroby, w kolejnych dniach będzie na tyle słaby, że zrezygnuje z notowania.
W parafiach archidiecezji warszawskiej trwa peregrynacja kopii Obrazu Jasnogórskiego, 19 maja ikona trafia do domu na Miodową. Modlitwa trwa przez całą noc, ale prymas nie może już przyjść do kaplicy, dlatego następnego dnia obraz zostaje przyniesiony do jego pokoju.
Zapada cisza, aż wreszcie padają słowa, które przeszły do historii:
Dziękuję Ci, Matko, że jeszcze raz przyszłaś do mnie. Tyle razy przychodziłaś do mnie, zwłaszcza na Jasnej Górze. Ale i ja przychodziłem do Ciebie. Dziękuję, że 20 lat chodziłaś ze mną po Polsce. Byłaś zawsze dla mnie największą Łaską, Światłem, Nadzieją i programem mojego życia. Wiem, że nie jestem tego godzien od samego początku, ale Ty byłaś zawsze zachętą, aby wszystko postawić na Ciebie.
Na koniec z wielkim wzruszeniem dotknął obrazu, a potem, gdy go wynoszono z pokoju, długo patrzył za Maryją. Tego dnia przeżył jeszcze kolejną punkcję jamy brzusznej.
Ostatnia rozmowa
Kolejne dni przynoszą coraz poważniejsze zaburzenia czynności serca. Lekarze zlecają przetoczenia krwi, plazmy i albumin. Prymas pije wodę w Lourdes, w zawierzeniu i modlitwie, ale widać, że przygotowuje się do odejścia. Porządkuje dokumenty, żegna się z odwiedzającymi.
“A jednocześnie chce żyć, wrócić do zdrowia, doczekać 600-lecia obecności Obrazu Matki Bożej na Jasnej Górze” – pisze ks. Piasecki.
24 maja Jan Paweł II chce rozmawiać z prymasem, ale połączenie nie jest możliwe. Prymas nie jest w stanie dotrzeć do telefonu, jest już zbyt słaby. Zapada decyzja o poprowadzeniu linii telefonicznej do łóżka chorego. Następnego dnia o godz. 12.15 dzwoni umówiony telefon.
Świadkowie tej rozmowy odnotowali ogromne wzruszenie prymasa. – Módlmy się za siebie wzajemnie, między nami jest Matka Najświętsza… Cała nadzieja w Niej – mówił do dzwoniącego z Rzymu przyjaciela.
Ostatnia Komunia Święta
Dwa dni później wydaje się, że przyszedł czas agonii. W kaplicy trwa modlitwa, lekarze podejmują decyzje o kolejnych zabiegach, walka trwa. Chory, w pełni świadomy i przytomny, przyjmuje Komunię Świętą. Tego dnia lekarze wydają komunikat, w którym stwierdzają, ze stan prymasa jest krytyczny.
Noce są coraz cięższe, choć chory w ogóle się nie skarży, znosi cierpienie z wielkim męstwem i cierpliwością. W kaplicy przy Miodowej trwa nieustanna adoracja. 27 maja rano kard. Wyszyński, resztką sił, ale w pełni świadomie, przyjmuje Komunię. Mały kawałek hostii podany na łyżeczce okaże się wiatykiem.
Tajemnice bolesne
Prymas zapada w ciężki sen i kontakt z nim się urywa. Od wieczora lekarze już wiedzą, że rozpoczęła się agonia. Przy łóżku trwają modlitwy za konających, przychodzi rodzina prymasa.
Udaje się położyć chorego na prawym boku i włożyć w jego ręce zapaloną gromnicę. Oddech ustaje o 4.40, 28 maja, w uroczystość Wniebowstąpienia Pańskiego. W pokoju jest bardzo cicho, tak, jakby prymas tylko zasnął. Różaniec, który półszeptem odmawiali klęczący wokół jego łóżka, płynął dalej, przez duszny pokój na Miodowej.
Kard. Stefan Wyszyński zmarł w czasie tajemnic bolesnych na nowotwór jamy brzusznej o wybitnej złośliwości i szybkim postępie. „Per Mariam omnia soli Deo”, jak mawiał.
Agnieszka Bugała – korzystałam z książki ks. Bronisława Piaseckiego pt. „Ostatnie dni Prymasa Tysiąclecia”./Aletai.pl
***
Modlitwa za wstawiennictwem bł. kard. Stefana Wyszyńskiego
Ukochany kardynale Stefanie Wyszyński, Opiekunie wszystkich Polaków, Orędowniku w każdej trudnej sytuacji rodaków, Ojcze narodu Polskiego, Obrońco uciśnionego, Proszę dziś o Twoje wstawiennictwo do Boga jedynego [ intencja..]. Wiem, że nie opuścisz mnie w potrzebie. Ty wspierałeś w trudach każdego człowieka, Głosiłeś dobrą nowinę, Broniłeś od złego, Pomagałeś podnieść z upadku, ofiarując całego siebie. Wierzę, że i teraz wstawiasz się za nami do Boga miłosiernego Wypraszając łaski ze świętymi w niebie.
Papież Leon XIV powiedział w środę polskim pielgrzymom podczas audiencji generalnej na placu Świętego Piotra, że błogosławiony prymas Stefan Wyszyński budował jedność w Kościele i społeczeństwie. Niech jego świadectwo inspiruje was do troski o Kościół i ojczyznę – dodał.
Zwracając się do Polaków po włosku podczas audiencji generalnej w Watykanie, papież nawiązał do przypadającej w środę 44. rocznicy śmierci prymasa Wyszyńskiego.
Leon XIV powiedział: “Pozdrawiam pielgrzymów polskich. Dziś wspominamy błogosławionego kardynała Stefana Wyszyńskiego, waszego Prymasa Tysiąclecia, który w czasach prześladowań Kościoła w Polsce – pomimo uwięzienia – pozostał pasterzem wiernym Chrystusowi”.
“Poprzez ofiarę i dialog budował jedność w Kościele i społeczeństwie. Niech jego świadectwo inspiruje was do troski o Kościół i Ojczyznę. Z serca wam błogosławię” – dodał papież.
Na audiencję przybyło kilkadziesiąt tysięcy osób z całego świata, wśród nich wielu Polaków.
W środę po południu w bazylice Matki Bożej na Zatybrzu, kościele tytularnym prymasa Wyszyńskiego, mszy w dniu jego wspomnienia liturgicznego będzie przewodniczył nuncjusz apostolski w Polsce arcybiskup Antonio Guido Filipazzi.
Papież zaapelował o zakończenie wojny na Ukrainie i wspieranie inicjatyw na rzecz dialogu i pokoju. Podczas audiencji generalnej w Watykanie wezwał także, by przerwano ogień w Strefie Gazy i mówił o umierających tam dzieciach.
Zwracając się do kilkudziesięciu tysięcy uczestników audiencji generalnej na placu Świętego Piotra papież powiedział: “W tych dniach moją myśl kieruję często do narodu ukraińskiego, który jest celem nowych ataków przeciwko cywilom i infrastrukturze”.
“Zapewniam o mojej bliskości i mojej modlitwie za wszystkie ofiary, zwłaszcza za dzieci i rodziny. Ponawiam z mocą apel o zatrzymanie wojny i wspieranie każdej inicjatywy dialogu i pokoju. Proszę wszystkich o przyłączenie się do modlitwy o pokój na Ukrainie i wszędzie tam, gdzie trwa cierpienie z powodu wojny” – mówił Leon XIV.
Dodał: “Ze Strefy Gazy wznosi się do nieba coraz mocniejszy płacz matek i ojców, którzy przytulają ciała zmarłych dzieci i są stale zmuszani do tego, by przemieszczać się w poszukiwaniu odrobiny jedzenia i bezpieczniejszego schronienia przed bombardowaniami”.
“Do odpowiedzialnych kieruję ponownie mój apel: przerwijcie ogień, niech zostaną uwolnieni wszyscy zakładnicy, niech w pełni poszanowane będzie prawo humanitarne. Maryjo, Królowo Pokoju módl się za nami” – powiedział papież.
W katechezie podczas drugiej audiencji od początku pontyfikatu Leon XIV mówił o możliwości zmiany perspektywy i otwarcia się na nadzieję.
“Brak nadziei wynika niekiedy z tego, że skupiamy się na pewnym rygorystycznym i zamkniętym sposobie postrzegania rzeczy, a przypowieści pomagają nam spojrzeć na nie z innego punktu widzenia” – uważa papież.
Mówił wiernym: “Życie składa się bowiem ze spotkań, a podczas tych spotkań ujawnia się, kim naprawdę jesteśmy. Stajemy przed drugim człowiekiem, przed jego kruchością i słabością, i możemy zdecydować, co uczynić: zaopiekować się nim lub udawać, że nic się nie stało”.
Leon XIV zaznaczył, że współczucie jest kwestią nie tyle religijną, co ludzką. “Jesteśmy przede wszystkim ludźmi, a dopiero potem wierzącymi” – oświadczył.
Nawiązując do przypowieści o miłosiernym Samarytaninie, pomagającym mężczyźnie przy drodze papież wyjaśnił: “Samarytanin podchodzi, ponieważ jeśli chcesz komuś pomóc, nie możesz trzymać się na dystans, musisz się zaangażować, pobrudzić, być może skalać się; opatruje mu rany”.
Podkreślił, że prawdziwa pomoc oznacza gotowość do poniesienia ciężaru cierpienia drugiego człowieka.
Papież powiedział: “Kiedy my również będziemy zdolni do przerwania naszej podróży i okazania współczucia? Wtedy, kiedy zrozumiemy, że ten poraniony człowiek na drodze przedstawia każdego z nas”.
A oto pełny tekst dzisiejszej papieskiej katechezy:
Drodzy bracia i siostry!
Kontynuujmy rozważania na temat niektórych przypowieści ewangelicznych, które są okazją do zmiany perspektywy i otwarcia się na nadzieję. Brak nadziei wynika niekiedy z tego, że skupiamy się na pewnym rygorystycznym i zamkniętym sposobie postrzegania rzeczy, a przypowieści pomagają nam spojrzeć na nie z innego punktu widzenia.
Dzisiaj chciałbym wam opowiedzieć o osobie doświadczonej, przygotowanej, uczonym w Prawie, który jednak potrzebuje zmiany perspektywy, ponieważ jest skupiony na samym sobie i nie dostrzega innych (por. Łk 10, 25-37). Pyta on bowiem Jezusa o to, w jaki sposób „dziedziczy się” życie wieczne, używając wyrażenia, które rozumie jako niepodważalne prawo. Ale za tym pytaniem kryje się, być może, potrzeba uwagi: jedynym słowem, o którego wyjaśnienie prosi Jezusa, jest termin „bliźni”, który dosłownie oznacza tego, kto jest blisko.
Dlatego Jezus opowiada przypowieść, która jest drogą do przeformułowania tego pytania, aby przejść od „kto mnie kocha?” do „kogo pokochał?”. Pierwsze pytanie jest pytaniem niedojrzałym, drugie jest pytaniem dorosłego, który zrozumiał sens swojego życia. Pierwsze pytanie wypowiadamy, gdy stajemy w kącie i czekamy, drugie jest pytaniem, które pobudza nas do wyruszenia w drogę. Przypowieść opowiedziana przez Jezusa rozgrywa się bowiem na drodze, która jest trudna i nieprzewidywalna, tak jak życie. Jest to droga, którą przemierza człowiek schodzący z Jerozolimy, miasta położonego na górze, do Jerycha, miasta położonego poniżej poziomu morza. Obraz ten zapowiada już to, co może się wydarzyć: bowiem ów człowiek zostaje napadnięty, pobity, okradziony i pozostawiony na pół umarły. Jest to doświadczenie, które ma miejsce, gdy sytuacje, ludzie, a czasem nawet ci, którym ufaliśmy, odbierają nam wszystko i pozostawiają pośrodku drogi.
Życie składa się bowiem ze spotkań, a podczas tych spotkań ujawnia się, kim naprawdę jesteśmy. Stajemy przed drugim człowiekiem, przed jego kruchością i słabością, i możemy zdecydować, co uczynić: zaopiekować się nim lub udawać, że nic się nie stało. Kapłan i lewita schodzą tą samą drogą. Są to osoby pełniące służbę w świątyni jerozolimskiej, mieszkające w miejscu świętym. Jednak samo sprawowanie kultu nie prowadzi automatycznie do bycia współczującym. W rzeczywistości współczucie jest kwestią nie tyle religijną, co ludzką! Jesteśmy przede wszystkim ludźmi, a dopiero potem wierzącymi.
Możemy sobie wyobrazić, że po długim pobycie w Jerozolimie ów kapłan i ów lewita spieszyli się do domu. To właśnie pośpiech, tak bardzo obecny w naszym życiu, często uniemożliwia nam okazanie współczucia. Kto uważa, że jego podróż należy traktować priorytetowo, nie jest gotów zatrzymać się z powodu innego człowieka.
Ale oto pojawia się ktoś, kto rzeczywiście potrafi się zatrzymać: jest to Samarytanin, a więc ktoś należący do ludu pogardzanego (por. 2 Krl 17). W jego przypadku tekst nie precyzuje kierunku podróży, ale mówi tylko, że był w drodze. Religijność nie ma tutaj znaczenia. Ten Samarytanin zatrzymuje się po prostu dlatego, że jest człowiekiem stającym przed innym człowiekiem, który potrzebuje pomocy. Współczucie wyraża się poprzez konkretne gesty. Św. Łukasz Ewangelista zatrzymuje się na działaniach Samarytanina, którego nazywamy „miłosiernym”, ale w tekście jest on po prostu człowiekiem. Samarytanin podchodzi, ponieważ jeśli chcesz komuś pomóc, nie możesz trzymać się na dystans, musisz się zaangażować, pobrudzić, być może skalać się; opatruje mu rany po oczyszczeniu ich oliwą i winem; zabiera na swoje zwierzę, czyli bierze na siebie odpowiedzialność za niego, ponieważ prawdziwa pomoc oznacza gotowość do poniesienia ciężaru cierpienia drugiego człowieka; zabiera go do gospody, gdzie wydaje pieniądze, „dwa denary”, to mniej więcej równowartość zapłaty za dwa dni pracy; i zobowiązuje się wrócić i w razie potrzeby dopłacić, ponieważ ten człowiek nie jest przesyłką do dostarczenia, ale kimś, o którego trzeba się zatroszczyć.
Drodzy bracia i siostry, kiedy my również będziemy zdolni do przerwania naszej podróży i okazania współczucia? Kiedy zrozumiemy, że ten poraniony człowiek na drodze przedstawia każdego z nas. Wtedy pamięć o wszystkich sytuacjach, w których Jezus zatrzymał się, aby się nami zaopiekować, uczyni nas bardziej zdolnymi do współczucia.
Módlmy się zatem, abyśmy wzrastali w człowieczeństwie, aby nasze relacje były bardziej prawdziwe i pełniejsze współczucia. Prośmy Serce Chrystusa o łaskę coraz głębszego uczestnictwa w Jego uczuciach.
Vatican News/Gość Niedzielny
***
26 maja – dzień Matki
***
Matki – jak „tabernakula” dla własnych dzieci
Photobac | Shutterstock
***
Św. Zelia Martin, matka św. Teresy z Lisieux, napisała w liście, że każda matka powinna być „tabernakulum” życia, które w sobie nosi. Co dokładnie miała na myśli?
Tabernakulum
W każdym kościele katolickim znajduje się tabernakulum, które chroni i strzeże eucharystycznej obecności Boga. Można powiedzieć, że Matka Najświętsza była pierwszym „tabernakulum” przechowującym w sobie Jezusa Chrystusa, i dlatego też w niektórych miejscach zrodziła się tradycja umieszczania tabernakulów w figurach Maryi Dziewicy.
Zachowując tę samą symbolikę, św. Zelia Martin, matka św. Teresy z Lisieux, napisała w liście, że każda matka powinna być „tabernakulum życia”, które w sobie nosi.
Przede wszystkim, w miesiącach bezpośrednio poprzedzających narodziny dziecka, matka powinna trwać przy Bogu, gdyż niemowlę, które nosi w sobie, jest obrazem, dziełem, darem i dzieckiem. Powinna ona być dla swego potomstwa niejako świątynią, sanktuarium, ołtarzem czy tabernakulum.
Św. Zelia Martin
Krótko mówiąc, jej życie powinno być niejako żywym sakramentem, sakramentem w działaniu, zanurzonym w łonie Boga, który prawdziwie go ustanowił i uświęcił. Stamtąd winna czerpać energię, oświecenie oraz naturalne i nadprzyrodzone piękno, które On chce za jej pośrednictwem przekazać dziecku, które nosi i które się z niej narodzi.
Św. Zelia przypomina wszystkim mamom, że życie, które noszą pod sercem, jest święte w oczach Boga. Dlatego właśnie matki powinny zrobić wszystko, co w ich mocy, aby chronić nienarodzone życie ludzkie, które noszą w sobie, i aby dobrze przeżyć okres ciąży.
I choć okres ten nie jest bez wątpienia łatwy, matki mogą czerpać inspirację i siłę od Matki Najświętszej, przyjmując otrzymane od Boga powołanie do stawania się „tabernakulum” ludzkiego życia.
Święci o swoich mamach. „Lubiłem przebywać w jej pobliżu”
Święci w biografiach niejednokrotnie przedstawiani są jako nadludzie. A przecież każdy z nich wychował się w rodzinie i miał mamę. Co mówili o swoich matkach?
Święty to zwykły człowiek. Miał dom, rodziców, pasje, problemy i radości. Pierwszym miejscem kształtowania ich świętości był często dom, a w nim – mama. Oto co pięciu świętych (i kandydatów na ołtarze) mówiło o swoich mamach.
1. ŚW. JAN PAWEŁ II O MAMIE EMILII
Jan Paweł II stracił swoją mamę, gdy miał zaledwie 9 lat. Nie wspominał jej często, ale napisał o niej wiersz.
Matkę straciłem jeszcze przed Pierwszą Komunią św. w wieku 9 lat i dlatego mniej ją pamiętam i mniej jestem świadom jej wkładu w moje wychowanie religijne, a był on z pewnością bardzo duży („Dar i Tajemnica”).
Emilii – Matce mojej
Matka Nad Twoją białą mogiłą białe kwitną życia kwiaty – O, ileż lat to już było bez Ciebie – duchu skrzydlaty.
Nad Twoją białą mogiłą, od lat tylu już zamkniętą, spokój krąży z dziwną siłą, z siłą, jak śmierć – niepojętą.
Nad Twoją białą mogiłą cisza jasna promienieje, jakby w górę coś wznosiło, jakby krzepiło nadzieję.
Nad Twoją białą mogiłą klęknąłem ze swoim smutkiem – o, jak to dawno już było – jak się dziś zdaje malutkim.
Nad Twoją białą mogiłą o Matko – zgasłe Kochanie – me usta szeptały bezsiłą: – Daj wieczne odpoczywanie.
2. ŚW. AUGUSTYN NAWRÓCENIE ZAWDZIĘCZA MAMIE ŚW. MONICE
Mama św. Augustyna – św. Monika – wiele lat błagała Boga o nawrócenie syna. I wyprosiła je je! Tak wspomina ją syn:
Była też służebnicą Twoich sług. Którykolwiek z nich ją poznał, ten sławił, czcił i miłował Ciebie w niej. Bo czuł w jej sercu Twoją obecność, której też dawało świadectwo całe jej świątobliwe życie. Tylko jednego miała męża. Rodzicom swoim odwdzięczyła się za to, co od nich otrzymała. Domem troskliwie i pobożnie się zajmowała i sławiono ją za uczynki miłosierne. Wychowała dzieci i tylekroć na nowo przeżywała ból macierzyński, ilekroć widziała, że one od Ciebie odchodzą. („Wyznania”)
3. ŚW. TERESKA O MAMIE O BŁ. ZELII
Św. Tereska nie cieszyła się długo z relacji z matką, gdyż ta odeszła do Boga, gdy dziewczynka miała zaledwie cztery latka. Bł. Zelia pozostała jednak w jej pamięci:
W swej miłości Jezus niewątpliwie chciał, abym poznała, jak niezrównaną dał mi Matkę, zanim pospieszył ukoronować ją w Niebie swą Boską ręką!… Spodobało się Dobremu Bogu otaczać mnie przez całe życie miłością; moje pierwsze wspomnienia pełne są uśmiechów i najczulszych pieszczot!… ale jeśli On otoczył mnie tak wielką miłością, napełnił nią także moje małe serce, czyniąc je miłującym i wrażliwym; ja także bardzo kochałam Tatę i Mamę, a – będąc bardzo wylewną – okazywałam im moją czułość na tysiące sposobów” („Dzieje Duszy”)
4. SŁUGA BOŻY KS. DOLINDO RUOTOLO O MAMIE SILVII VALLE
O. Dolindo Ruotolo nie został wyniesiony na ołtarze. Trwa jego proces beatyfikacyjny. Na życie tego niezwykłego człowieka duży wpływ miała jego matka, Silbia, pobożna szlachcianka:
Pamiętam, że zawsze byłem blisko niej, szczególnie kiedy się modliła. Nie wiedziałem jeszcze wtedy, jak się modlić, ale lubiłem przebywać w jej pobliżu.
Mama opowiadała mi, że kiedy szła do kościoła, aby przyjąć Komunię Świętą, czekałem na nią w domu przy drzwiach i całowałem ją na przywitanie; ona zbliżała do mnie usta, aby przekazać mi oddech Jezusa Sakramentalnego, którego dopiero co przyjęła do serca, a ja myślę, że to dlatego z taką niecierpliwością jej wyczekiwałem. („Nazwano mnie Dolindo, co oznacza ból. Autobiografia”)
5. ŚW. PIO O SWOJEJ MAMIE GIUSEPPIE
Św. o. Pio o swojej mamie powiedział krótko, ale z wielkim wzruszeniem i łzami w oczach:
Omnis gloria eius ab intus: jej wielkość wypływa całkowicie i wyłącznie ze wspaniałości jej duszy.
Był czerwiec 1960 roku. Iza właśnie urodziła Stasia, pierwszego syna. Miała głębokie przekonanie, że otrzymuje w depozyt skarb. – Czułam, że to dowód zaufania ze strony Boga. Zwróciłam się wtedy do Niego z taką modlitwą: „A więc, Panie Boże, ustalmy jedno: to dziecko jest Twoje. Chciałabym, żeby na końcu swej drogi powróciło do Ciebie takie, jakie mi dałeś, czyli niewinne. Ty znasz jego drogę. Gdyby miało się potknąć i wpaść w przepaść zatracenia, Ty możesz temu zapobiec. Możesz je zabrać, zanim do tego dojdzie. Nie zważaj na mój ból. Nie o mnie tu chodzi”. Układałam się z Bogiem przez całą bezsenną noc. Jestem pewna, że takiej prośbie Bóg nie odmawia – opowiada. Mówi, że taką samą „polisę ubezpieczeniową” zawarła dla kolejnych trojga dzieci. – Teraz, gdyby coś zawirowało, mogę powiedzieć: „Spokojnie, jesteście ubezpieczeni na życie” – uśmiecha się. Ma dziś 84 lata, a wszystkie jej dzieci są przekonane, że błogosławieństwo jej heroicznej modlitwy wciąż promieniuje na ich życie. Cała czwórka dzięki mamie lepiej rozumie, że świętość to w istocie pełna zaufania zgoda na działanie Boga w każdym obszarze życia.
W czasie, gdy rodziły się kolejne dzieci Izabeli, aborcja była już zwyczajną praktyką w państwach rządzonych przez komunistów, a więc i w PRL. Preferowano model rodziny 2 plus 1. Stąd też Izabela nieraz słyszała od lekarzy standardowe: „Rodzimy czy usuwamy?”.
Cóż, ludzkie opinie i wszelkie „trendy” nie mają żadnego znaczenia, gdy kolidują ze słowem Boga. Droga do harmonii i szczęśliwego życia niejednokrotnie wiedzie przez sprzeciw wobec tego, co mówi „świat”, gdy mówi coś innego niż Ewangelia. A „świat” dziś bardzo głośno krzyczy o prawie do aborcji. Pewnie dlatego na prośbę o nadsyłanie świadectw o współczesnych świętych matkach tak wiele osób wskazało na kluczową postawę szacunku ich rodzicielek wobec życia już na jego najwcześniejszym etapie.
Skąd ta siła?
– Moja mama Zofia, dziś już świętej pamięci, przy czwórce dzieci nigdy nie traciła nadziei – wspomina Żaneta. Pamięta, że od lat 60. do 90. minionego wieku mieć więcej niż dwoje dzieci było uważane za patologię. – Moja mama była namawiana do aborcji przez swojego lekarza, ośmieszały ją nawet koleżanki, z którymi pracowała, ale ona żadnego dziecka nie pozbawiłaby życia. Zawsze mówiła, że po to jest rodzina, żeby były dzieci. Uważała, że życie jest świętością i nikt nie ma prawa na nie podnosić ręki. Przekazała nam wiarę w Boga. To jest najcenniejsze w moim życiu. Pamiętam, jak ją pytałam, skąd bierze siłę na to wszystko: czworo dzieci, praca… Odpowiedziała, że jej siłą jest Różaniec – przypomina sobie córka. – Mama zasiała w nas wiarę w Boga. Dużo z nią o tym rozmawiałam i to owocuje do dziś w moim życiu. To był najcenniejszy spadek, jaki nam zostawiła – wspomina Żaneta. Dodaje, że gdy mama odchodziła z tego świata, wołała na pomoc św. Józefa, który przynosił jej pokój i ukojenie w bólu. – Gdy już nie było słychać żadnego oddechu, nagle jakby się rozpromieniła, a na jej twarzy pojawił się szeroki uśmiech – wzrusza się córka. – Tego się nie zapomina – podkreśla.
Przejmująca jest historia Anny, matki Piotra Falany. Przez wiele lat wraz z mężem bezskutecznie starali się o dziecko. Ona pracowała jako technik rentgenowski w szpitalu. – To były stare technologie, przy których narażenie na promieniowanie było bardzo duże. Kiedy wreszcie okazało się, że mama jest w ciąży, urządzenie, które bada ilość przyjętych dawek rentgenowskich, wykazało nieprawdopodobnie wysokie napromieniowanie. Jego przyczyną była prawdopodobnie awaria aparatu – opowiada Piotr. W związku z tym zalecono natychmiastową aborcję dziecka, ponieważ lekarze byli absolutnie pewni, że urodzi się potwór. – Rodzice zdecydowali się nie pójść za radą lekarzy… i urodziłem się ja – mówi syn Anny. Okazał się zupełnie zdrowym dzieckiem, dziś jest mężczyzną w sile wieku, mężem i ojcem rodziny. – W dzisiejszych czasach wielu ludzi, chcąc zachować wygodne życie, rezygnuje z posiadania dziecka. Mama nie zgodziła się na zabicie mnie, chociaż wszyscy wręcz nakazywali jej to zrobić – podkreśla z wdzięcznością Piotr Falana.
Albo ty, albo dziecko
Maria Stasiak nie urodziłaby się, gdyby jej matka posłuchała lekarza. – Powiedział mamie, że musi mnie usunąć, bo inaczej umrze – opowiada. Domyśla się, że musiało to być dla matki bardzo trudne, bo w domu czekało na nią dwóch synków, z których starszy chodził do pierwszej klasy. – Mama jest bardzo wierząca. Powierzyła mnie Maryi i przez całe dziewięć miesięcy leżała ze mną w szpitalu. Jestem przekonana, że dzięki temu zawierzeniu urodziłam się jako śliczna, zdrowa dziewczynka. Mama obiecała też Maryi, że jeśli urodzi się córeczka, będzie nosiła jej imię – uśmiecha się. Nazywa swoją mamę chodzącym aniołem. Gdy zachorowała jej siostra z Wielkopolski, pojechała do niej i opiekowała się nią przez osiem miesięcy. – Teraz, choć we wrześniu skończy 84 lata, opiekuje się moim niepełnosprawnym bratem, który kilkanaście lat temu uległ wypadkowi i wymaga stałej pomocy. Moja mama jest święta – podkreśla Maria.
W podobnej sytuacji znalazła się kiedyś mama Ireneusza Sobczyka, dziś franciszkanina o zakonnym imieniu Symplicjusz. Lekarz nalegał na usunięcie rozwijającego się w jej łonie dziecka. Jego zdaniem matka mogła nie przeżyć ciąży, a dziecko, nawet jeśli zdołałoby się urodzić, nie byłoby zdrowe. Matka jednak nie miała żadnych wątpliwości i nie posłuchała lekarza. Bardzo czekała na to dziecko, swojego drugiego syna. – Mama pozwoliła mi się urodzić, gdy lekarz chciał mnie zabić. Choć jej życie było zagrożone, wszystko oddała Matce Bożej – wspomina dziś syn. Matka przeżyła, a i dziecko urodziło się zdrowe.
Nie byłam sama
Wiele matek oczekujących dziecka musi dźwigać ciężar niepokoju, wzmaganego diagnozami. – W obecnych czasach już podejrzenie wady wrodzonej płodu uprawnia do aborcji. Z racji tego, że byłam w ciąży po 35. roku życia, z automatu dostałam skierowanie na badania prenatalne. Wynik: 90 proc. prawdopodobieństwa, że dziecko urodzi się z zespołem Downa – opowiada Agnieszka Borc. Lekarz poinformował ją, że jest kwalifikowana do amniopunkcji i że przysługuje jej prawo do „zabiegu”. – Ani na jedno, ani na drugie nie wyraziłam zgody. Co przeżyłam, to moje, a dziecko urodziło się w pełni zdrowe – cieszy się. – Czasami wiara ratuje życie i daje życie. Chwała Panu – kończy pani Agnieszka.
Syn Marii Bober ma dziś 37 lat. – Ciąża była zagrożona, otarliśmy się z dzieckiem prawie o śmierć, ale wiem, że nie byłam sama. Z różańcem w dłoni schroniliśmy się pod płaszczem Maryi. Kiedy patrzę na syna, dziękuję Bogu za dar jego życia i za osoby, które mnie w tym czasie wspierały – wyznaje pani Maria. I przywołuje powiedzenie swojej mamy, które na zawsze zapadło jej w serce: „Lepiej na ramieniu niż na sumieniu”.
Odmowa poddania się aborcji sugerowanej ze względów medycznych oczywiście nie zawsze kończy się przeżyciem i matki, i dziecka. Bodaj najbardziej znanym przykładem macierzyńskiej miłości, oddającej życie za dziecko, jest św. Joanna Beretta-Molla. Takich matek jest znacznie więcej, choć mało kto wie o ich poświęceniu. Irena Sawicka nie pamięta swojej matki. – Moja mama była namawiana na aborcję, bo chorowała na nerki. Ale ona nie usunęła mnie, żeby ratować swoje życie. Urodziła, wiedząc, że umrze, i rzeczywiście trzy dni po porodzie zmarła. Oddała swoje życie za mnie, za swoje dziecko, i cieszy się na pewno wielką chwałą nieba – mówi córka.
To było w latach 80. 38-letnia kobieta zaszła w trzecią ciążę. Poszła do ginekologa i po badaniu usłyszała: „Ze względu na stan zdrowia matki zalecana jest aborcja”. Wyszła z gabinetu, płacząc. Mąż, dowiedziawszy się o przyczynie łez, powiedział: „Nie zabijemy tego dziecka, z Bożą pomocą wszystko będzie dobrze”. – I tak na świecie pojawiłam się ja – uśmiecha się Dorota Gaś, która opowiedziała tę historię, zaznaczając, jak ważna była postawa ojca, który stanął na wysokości zadania. – Może to opowieść nie tylko o świętej matce, która zdecydowała się mnie urodzić mimo zagrożenia swojego życia, ale też o postawie ojca w obliczu takiej wiadomości. Teraz, kiedy rodziców już ze mną nie ma, musiałam się tym podzielić – wyznaje.
Herbata zawsze czeka
To zrozumiałe, że świętość macierzyństwa buduje się od momentu poczęcia, bo wtedy kobieta staje się matką, ale ta budowa trwa przez całe życie. O codziennej świętości matek, niezwykłych w swojej zwyczajności, świadczą ich dzieci. – Moja mama Irena poroniła dwa razy, zanim mnie urodziła. Zrezygnowała wtedy z pracy i poświęciła się, aby być ze mną. W stanie wojennym stała w kolejkach od rana, aby mi niczego nie brakowało. Miała bardzo dobry kontakt z sąsiadami. Pod koniec życia, kiedy już bardzo chorowała i cierpiała, wytrwale modliła się na różańcu – zapamiętała Barbara Reiman.
Beata Bogusz jest przekonana, że jej mama jest święta już tutaj, na ziemi. – Urodzona w kochającej się, ale biednej rodzinie. Najmłodsza, ale od początku ciężko pracująca w gospodarstwach innych ludzi. Dość wcześnie wyszła za mąż za człowieka pracowitego i dobrego, ale skłonnego do uzależnień – wspomina. Pamięta, że bywały takie noce, podczas których mama musiała ją i rodzeństwo zabierać z domu z powodu awantur. Mimo to nigdy się nie skarżyła, zawsze była uśmiechnięta i dobra dla potrzebujących. – I uczyła tego nas, swoje dzieci. Zawsze się wszystkim dzieliła i dzieli: jedzeniem, piciem, czasem. Niezwykle gościnna. Odwiedzający ją goście podkreślają niezwykłą atmosferę i czekającą na nich herbatę – opowiada pani Beata. Dodaje, że mama prawie nigdy się nie skarży, a gdy jej ciężko, bierze w dłonie różaniec. I modli się, modli za wszystkich: za dzieci, wnuki, bliskich i dalszych znajomych, o pokój na świecie i w wielu innych intencjach. I codziennie także wspólnie z tatą odmawiają Różaniec. – Patrząc po ludzku, żadnej kariery nie zrobiła. Ale jest niezwykła. Taka codzienna święta – podkreśla córka.
Matka dla zgody
Codzienną świętość dostrzega w życiu swojej mamy także Karina Zdziebłowska. – Kiedy urodziła mnie, pierwszą z trzech córek, zrezygnowała z pracy zawodowej. Poświęciła nam swoje życie – ocenia córka. Mówi o wzruszeniu, jakie ją ogarniało, gdy codziennie wieczorem widziała mamę lub tatę modlących się na kolanach przy łóżku. Zaświadcza, że i dziś zawsze można na mamę liczyć. – Nigdy ona sama nie jest dla siebie najważniejsza. Zawsze cierpliwa i nigdy nie narzekająca. Płacząca w ukryciu, modląca się i niezwykle skromna. Zawsze staje w obronie zgody w małżeństwach swoich córek, przemilczy, gdy dzieje się źle, nie wtrąca się, ale wiem na pewno, że oddaje to Bogu. Potrafi swoją nienarzucającą się, lecz pełną miłości postawą wpłynąć na nas, by zgoda była ponad wszelkie różnice. Myślę, iż jej ogromną zasługą jest fakt, że dziś stanowimy naprawdę dużą już rodzinę, taką do tańca i do różańca – podsumowuje Karina.
– Moja żona jest świętą mamą pięciorga naszych dzieci – podkreśla Jacek Sommer. Jak mówi, widział to, gdy małe wtedy dzieci zasypiały przy wspólnie odmawianej modlitwie. – Często żona kładła się obok nich i toczyły się długie rozmowy o Bogu, o niebie… Ciekawość dziecięcych wyobrażeń przedłużała te chwile, padało wiele pytań: jak tam jest, a co Matka Boża gotowała na obiad etc. – wspomina mąż. Zaświadcza, że były też dramatyczne momenty. Dwukrotnie stracili cały dobytek w pożarach. – Ucieczka z dziećmi w popłochu, chwile grozy… Cudem przeżyliśmy. Te i inne doświadczenia życiowe pomagają nam, gdy mamy okazję dawać świadectwo, np. wobec młodzieży przed bierzmowaniem, gdy pełniliśmy posługę katechistów archidiecezji poznańskiej – mówi pan Jacek. I dodaje z przekonaniem: – Doceniam to, co robi moja żona.
Trzy kobiety pobudowały trzy zamki, zwane też twierdzami. Żaden z nich nie miał murów, a wszystkie razem pomieściły miliony dusz. Tak mogłaby się rozpoczynać baśń. Ale to nie baśń, tylko historia „z krwi i kości”: trzech kobiet, które stały się matkami duchowych dzieł.
***
Żadna z tej trójki nie zawarła sakramentalnego małżeństwa, a wszystkie poślubiły tego samego Oblubieńca. Każda z nich zachowała dziewictwo, chociaż ich dzieci trudno zliczyć. Poznajcie trzy matki „olbrzymów” – wyjątkowych dzieł w Kościele.
A wszystko te czarne oczy…
Na ikonie z klasztoru w Hafnarfjörður jest bardzo smukła o długich nogach. – Jak łania lub jeleń, które, przynaglone wielkim i gwałtownym pragnieniem wody, są zdolne z lekkością pokonać góry i rozpadliny – tłumaczą karmelitanki, dodając: – Tutaj Pragnieniem i zarazem kojącym Źródłem jest sam Bóg.
To ważne, bo święta Teresa od Jezusa na islandzkiej ikonie zdaje się cała wychylać ku górze, jakby wystawiona na powiew Ducha Świętego, ale ze stopami mocno spoczywającymi na ziemi. Mniszka – autorka ikony – doskonale wiedziała, czyj wizerunek tworzy. „Była wysokiego wzrostu. Wybitnie piękna w młodości, ale i w podeszłym wieku wyglądała bardzo dobrze (…). Jej włosy były czarne i wijące się; czoło wysokie, gładkie i piękne; oczy czarne” – napisał jej biograf o. Franciszek de Ribera. Kiedy Teresa zobaczyła po raz pierwszy swój portret, namalowany, gdy miała 61 lat, życzyła autorowi, by mu Bóg wybaczył. „Namalowałeś mnie brzydką i kaprawą!” – wyrzucała mu. Zapewne dlatego napisano o niej na stronie polskiego Karmelu, że jest najbardziej kobiecą z powszechnie znanych karmelitanek: „Teresa od Dzieciątka Jezus, Elżbieta od Trójcy Przenajświętszej, wreszcie Teresa z Los Andes są pełne dziewczęcego uroku przy dojrzałej świętości, nie przekroczyły wszakże więcej niż dwudziestu kilku lat. Nawet Teresa Benedykta od Krzyża (Edyta Stein) żyła od niej piętnaście lat krócej. Do swej śmierci w 67. roku życia Teresa nie utraciła nic ze swego temperamentu, jedynie doskonale zintegrowała w swej osobowości kobiece emocje z głębokim życiem wewnętrznym”.
Geniusz wewnętrznej twierdzy
Tak, miała „charakterek”, i to już od dziecka, kiedy to młodszego brata zapaliła do idei ucieczki z domu na misje, by ponieść tam męczeńską śmierć.
Urodziła się w Ávili 28 marca 1515 roku. W 21. roku życia zdecydowała się, wbrew woli ojca, wstąpić do klasztoru karmelitańskiego. Długo dojrzewała, również – w ostatecznym rozrachunku – do zreformowania Karmelu. Łatwo ją zrozumieć, z tym jej silnym i jednoznacznym nastawieniem do otaczającej rzeczywistości: w klasztorze mieszkało prawie dwieście sióstr, w apartamentach odpowiadających ich pozycji społecznej, niektóre nawet z własną służbą i kuchnią, nie obowiązywała ich też ścisła klauzura. Z perspektywy czasu można się uśmiechać z politowaniem na wspomnienie jej dziecięcej ucieczki z domu, o wiele poważniej jednak jej temperament się ujawnił, gdy jako dorosła, konsekrowana, zaślubiona Jezusowi robiła Mu wyrzuty. Twierdziła, że jeśli źle traktuje przyjaciół, to nie powinien się dziwić, że ma ich tak mało. Było to zdaje się opatrznościowe i niezbędne, bo skala problemów piętrzących się przed nią, gdy reformowała zakon karmelitański, była ogromna. Udało się dzięki wielkiemu wysiłkowi i olbrzymiej dozie cierpliwości. Ona zaś wzrastała przez te lata na genialną pisarkę. „Twierdza wewnętrzna” jest zaprawdę dziełem, które wyszło spod wybitnego pióra!
Karmelowe dzieci
Poranek w klasztorze karmelitańskim w Hafnarfjörður. Za kwadrans rozpocznie się Eucharystia. W ławce przed ołtarzem modli się kilka osób – w tym mężczyzna z narzuconym na marynarkę szkaplerzem. To Jónas Sen, uznany islandzki pianista, krytyk muzyczny magazynu „Fréttablaðið”, kompozytor, prezenter telewizyjny, klawiszowiec w zespole najsłynniejszej Islandki – Björk. Szkaplerz przyodział po formacji w świeckim zakonie karmelitańskim. Podkreślmy: Islandia to kraj mocno zlaicyzowany, z własnym Kościołem Narodowym, a katolicyzm przez wieki był zakazany. O poranku słynny muzyk staje za amboną i odczytuje jedno z czytań mszalnych. Nie on jeden odkrył Kościół za sprawą Karmelu. Przez wieki również w Polsce spuścizna jego świętych – w tym rodzina szkaplerzna – przynosiła obfite owoce duchowe. – Nawet królowie go nosili – opowiada o szkaplerzu karmelita z Krakowa, ojciec Adam Hrabia, delegat prowincjalny dla świeckiego zakonu karmelitańskiego.
Trudno się dziwić – dzieło rzutkiej i całkowicie oddanej Jezusowi Teresy przetrwało wieki, chciałoby się rzec, że ci, którzy zasmakowali „wewnętrznej twierdzy”, wiedzą, że w XXI wieku wiedza o niej może uratować życie. Duchowe życie.
Nie wiedziałam, że ma się narodzić Ruch…
Chiara Lubich (1920–2008) – założycielka Ruchu Focolari. W 2015 roku rozpoczął się jej proces beatyfikacyjny. CENTRO S. CHIARA AUDIOVISIVI – SOC. COOP. A.R.L
***.
Pod gruzami Trydentu, w schronie, grupa dziewcząt również usiłuje ratować życie. Trwa II wojna światowa. Walą się nie tylko mury, ale i młodzieńcze marzenia Chiary Lubich i jej przyjaciółek. Jedna chciała studiować, druga budować dom, trzecia czekała z tęsknotą na narzeczonego. Studiować nie można było, domy padały jakby były z kart, a narzeczony nie wrócił z frontu. Ewangelia i wspólne poszukiwanie ideału, którego nie zniszczy żadna bomba, zaprowadzi je do odkrycia przykazania miłości: „Pewnego dnia, aby uniknąć niebezpieczeństwa wojny, schroniłyśmy się do piwnicy i tam, przy świetle świecy, otwieramy Ewangelię. Otwieramy na tej uroczystej stronicy Ewangelii, na modlitwie Jezusa przed śmiercią: »Ojcze, aby wszyscy stanowili jedno«” – będą wspominały po latach, dodając: „Mamy wrażenie, że ją rozumiemy, nawet jeśli jest trudna; odnosimy jednak wrażenie, że narodziłyśmy się właśnie dla tych słów; dla jedności, aby móc zrealizować ją w świecie. I właśnie to Nowe Przykazanie, którym starałyśmy się żyć pomiędzy nami, realizowało jedność. A jedność przynosi nadzwyczajną, wyjątkową i boską rzeczywistość, przynosi samego Jezusa: »Gdzie są dwaj albo trzej zebrani w imię moje [to znaczy w Jego miłości], tam jestem pośród nich«. Gdzie jest jedność, tam jest Jezus”.
Wyzwanie jedności – wyzwanie „obecności Jezusa” – stanie się ideałem dla milionów. Warto jednak wspomnieć, że ta „obecność” była dla Chiary Lubich, drugiej z „matek olbrzymów”, od wczesnej młodości tlenem, którym oddychała: „Bóg wezwał mnie, bym poświęciła się Mu. Nie znałam nikogo, naprawdę nikogo i nawet nie wiedziałam, czy ktoś do mnie dołączy. Napisałam do kapłana, w którego obecności miałam złożyć moje przyrzeczenie poświęcenia się Bogu. Widać, że ten list był mi niejako podyktowany przez Pana, ponieważ kapłan pozwolił mi złożyć wieczysty ślub czystości od razu. Jednak chciał poddać mnie próbie: »Twoi bracia ożenią się, a siostry wyjdą za mąż, będą mieli dużo dzieci, będą mieli swoje domy, a ty zostaniesz sama« – powiedział to, aby zobaczyć, czy wytrwam. »Poza tym nie będziesz zawsze młoda, zestarzejesz się i skończysz w przytułku«. Nie wiedziałam, że mówi to specjalnie, żeby mnie wypróbować. Zobaczyłam siebie tak osamotnioną, ponieważ nie wiedziałam, że ma się narodzić Ruch, niczego jeszcze nie wiedziałam. Odpowiedziałam: »Dopóki na ziemi będzie choć jedno tabernakulum, nie będę sama«. Tym, który mi wszystko wyjaśnił, był Jezus w Eucharystii”.
Ruch Focolari, którego oficjalna nazwa brzmi „Dzieło Maryi”, skupia dziś ponad 5 mln członków i jest obecny w ponad 180 krajach. W maju 2018 r. papież Franciszek odwiedził międzynarodowe centrum formacyjne fokolarinów w Loppiano koło Florencji. fot. Claudio Gioannini /EPA/PAP
***
Piękno twierdzy zewnętrznej
Trydent i Ávilę dzielą dwa tysiące kilometrów. Teresę i Chiarę – pięć wieków. Geniusz karmelitańskiej pisarki odkryje założycielka Ruchu Focolari i ubierze w nową formułę. „Twierdza wewnętrzna” uzupełniona zostanie o „twierdzę zewnętrzną”, a „L’Osservatore Romano” pisać będzie o „dwóch kobietach i dwóch twierdzach” w tekście o „lepszym rozumieniu życia chrześcijańskiego”: „Są takie dwie kobiety, których życie współbrzmiało z reformacyjnym celem Benedykta XVI – bardziej niż kiedykolwiek przekonanego, że wszystko w Kościele i w społeczeństwie musi zaczynać się na nowo od Boga – jako najlepszej gwarancji przezwyciężenia obecnego kryzysu kulturowego, gospodarczego i religijnego. Teresa z Ávili i Chiara Lubich w różnych epokach poświęciły życie temu wspólnemu ideałowi, przyczyniając się także swoimi pismami do bardziej autentycznego zrozumienia życia chrześcijańskiego. To dwie kobiety, które znalazły szerokie grono naśladowców w Kościele katolickim. Szczególnie pomocna jest ich obecność dzisiaj, gdy pilnie potrzeba przywrócenia wiary ludziom w sercach”.
Wszystko musi się na nowo zaczynać od Boga – to z pewnością przepis na Kościół XXI wieku. „Twierdza wewnętrzna” Teresy i „zewnętrzna” Chiary mają ogromny potencjał przywrócenia wiary w sercach ludzi, którzy – z rozmaitych względów – wiarę porzucają. 10 lutego 1984 roku na spotkaniu z biskupami Chiara powiedziała, że ta wewnętrzna twierdza Teresy to kulminacja świętości przeżywanej w indywidualny sposób. „Być może teraz nadszedł czas, aby odkryć, oświetlić i zbudować dla Boga twierdzę zewnętrzną, z Nim pośród ludzi” – dodała. A w trakcie swojej pielgrzymki do Ávili, w pamiątkowej księdze napisała, zwracając się do samej świętej: „Czuwaj nad nami wszystkimi, nad naszą »zewnętrzną twierdzą«, którą Oblubieniec wzniósł na ziemi, aby dokończyć Twoją »twierdzę wewnętrzną«, aby Kościół był tak piękny, jak sobie tego życzyłaś”.
Dzieło mówi do Dzieła.
Św. Matka Teresa z Kalkuty – założycielka Zgromadzenia Misjonarek Miłości. Linda Schaefer/Alamy Stock photo/PAP
***
– Ty robisz to, czego ja nie mogę robić, a ja robię to, czego nie możesz robić ty – tak się zazwyczaj witały duchowe przyjaciółki Chiara Lubich i matka trzeciej „twierdzy” – twierdzy miłosiernej miłości, Teresa z Kalkuty. Tysiące kilometrów od Ávili i Trydentu, na nowojorskim Bronxie, spotkały się w 1997 roku, w celi klasztornej Misjonarek Miłości. „Odbyłam z nią długą i niezapomnianą rozmowę” – mówiła potem założycielka Ruchu Focolari. „Spotkanie było wyjątkiem ze względu na jej niepewny stan zdrowia. (…) Potem zaczęła mówić i mówić. Była założycielką Dzieła Bożego, która przemawiała do innej, znacznie bardziej niegodnej, i potrafiła przekazać jej owoce całego swojego życia: domy życia kontemplacyjnego i aktywnego (…), rozsiane po 120 krajach, projekty utrudniane przez rządy (…). Mówiła o czwartym ślubie, który polega na służeniu całym sercem najbiedniejszym z biednych, umierającym, z towarzyszeniem do Nieba (…). To był jej Magnificat. Kilka minut, na które pozwolił lekarz, zamieniło się w dwadzieścia. Szkoda, że nie udało się zrobić zdjęć życia toczącego się w tym pokoju i rozmów mających smak raju. Następnie rozstałyśmy się, przytulając się do siebie. Nigdy nie zapomnę tej twarzy i tej radości (…). Jestem szczęśliwa, że ją poznałam i że mam ją tak blisko siebie. Zaczęłam się modlić nie tyle za nią, ile za nas wszystkich”.
Misjonarki Miłości służą najuboższym na całym świecie w hospicjach dla chorych na trąd i AIDS, pomagają bezdomnym, prowadzą jadłodajnie dla najbiedniejszych. W roku śmierci Matki Teresy (1997) obsługiwały 610 misji w 123 krajach. fot. Henryk Przondziono/Gość Niedzielny
***
Trudno się dziwić Chiarze i jej zachwytowi. I choć dzisiaj wielu usiłuje deprecjonować nie tylko dorobek życia i posługi Matki Teresy z Kalkuty, ale i ją samą, dzieło miłosierdzia, które zapoczątkowała, jest z pewnością trzecim „olbrzymem”; ona sama zdawała się maleńka i krucha, zwłaszcza w ostatnich latach życia. Jako dziecko słyszała często od matki, że jeśli robi coś dobrego, musi to robić po cichu, jakby kamyk wrzucała w morze. Jako założycielka Zgromadzenia Sióstr Misjonarek Miłości spotykała się z celebrytami, politykami, papieżami. Z tych kamyków, które wrzucała w morze, powstałaby z pewnością trzecia twierdza i w symbolicznym znaczeniu jest nią jej dzieło oparte na prostym ślubie zakonnym, czwartym, wyjątkowym: służenia całym sercem najbiedniejszym z biednych.
ks. Adam Pawlaszczyk/Gość Niedzielny
***
21 maja 2025 – pierwsza środowa audiencja papieża Leona XIV na placu św. Piotra
fot. Vatican Media
***
„Prośmy Pana o łaskę, abyśmy zawsze przyjmowali to ziarno, którym jest Jego słowo” – zaapelował Ojciec Święty do wiernych podczas swojej pierwszej audiencji ogólnej. Leon XIV postanowił kontynuować cykl katechez rozpoczęty przez Franciszka „Jezus Chrystus naszą nadzieją”, a dzisiaj omówił przypowieść o siewcy (Mt 13, 1-17).
Papież zauważył, że przypowieść ta ukazuje sposób komunikacji Jezusa, który może nas nauczyć, jak głosić Ewangelię dzisiaj. Przypomniał, iż przypowieść zawsze odnosi słuchacza do jego życia i pobudza go do stawiania sobie pytań, a przypowieść o siewcy mówi o dynamice słowa Bożego i skutkach, jakie ono wywołuje. Słowo Boże bowiem ożywia i porusza każdą rzeczywistość. Jest skierowane do wszystkich, ale w każdym działa w odmienny sposób.
Ojciec Święty zwrócił uwagę, że przypowieść o siewcy opisuje zachowanie oryginalne, które zadziwia słuchaczy i skłania do pytania: dlaczego siewca rzuca ziarno na drogę, między ciernie czy na grunt skalisty i wreszcie na ziemię żyzną? Wskazał, że sposób, w jaki ten „rozrzutny” siewca sieje ziarno jest obrazem tego, jak Bóg nas miłuje. „Ta przypowieść Jezusa mówi nam, że Bóg sieje ziarno swojego słowa na wszystkich rodzajach gleby, to znaczy w każdą sytuację naszego życia” – stwierdził Leon XIV. Dodał, iż Jezus mówi również o tym, że Bóg jest gotów „być rozrzutnym” dla nas, i że Jezus jest gotów umrzeć, aby przemienić nasze życie.
Nawiązując do obrazu Van Gogha: Siewca o zachodzie słońca papież przypomniał, że to Bóg kieruje historią, nawet jeśli czasami wydaje się nieobecny lub odległy. „Prośmy Pana o łaskę, abyśmy zawsze przyjmowali to ziarno, którym jest Jego słowo. A jeśli zdamy sobie sprawę, że nie jesteśmy żyzną glebą, nie zniechęcajmy się, ale prośmy Go, aby jeszcze popracował nad nami, abyśmy stali się lepszą glebą” – powiedział Leon XIV na zakończenie swojej pierwszej katechezy.
CAŁY TEKST ROZWAŻAŃ PAPIESKICH:
Drodzy Bracia i Siostry!
Cieszę się, że mogę powitać was na mojej pierwszej Audiencji Generalnej. Podejmuję cykl katechez jubileuszowych na temat „Jezus Chrystus naszą nadzieją”, rozpoczęty przez Papieża Franciszka.
Kontynuujmy dzisiaj rozważanie przypowieści Jezusa, które pomagają nam odnaleźć nadzieję, ponieważ pokazują, jak Bóg działa w dziejach. Dzisiaj chciałbym zatrzymać się nad pewną szczególną przypowieścią, ponieważ jest ona swego rodzaju wprowadzeniem do wszystkich przypowieści. Mam na myśli przypowieść o siewcy (por. Mt 13, 1-17). W pewnym sensie w tej opowieści możemy rozpoznać sposób komunikacji Jezusa, który może nas wiele nauczyć jak głosić Ewangelię dzisiaj.
Każda przypowieść opowiada historię zaczerpniętą z codziennego życia, ale chce nam powiedzieć coś więcej, odsyła nas do głębszego znaczenia. Przypowieść rodzi w nas pytania, zaprasza abyśmy nie poprzestawali na pozorach. W odpowiedzi na opowiedzianą historię lub dany mi obraz, mogę zadać sobie pytanie: gdzie odnajduję siebie w tej historii? Co ten obraz mówi dla mojego życia? Termin przypowieść pochodzi od greckiego czasownika paraballein, który oznacza rzucać przed siebie. Przypowieść rzuca przede mną słowo, które mnie prowokuje i pobudza do stawiania sobie pytań.
Przypowieść o siewcy mówi właśnie o dynamice słowa Bożego i skutkach, jakie ono wywołuje. Każde słowo Ewangelii jest bowiem jak ziarno zasiane w ziemi naszego życia. Jezus wielokrotnie używa obrazu ziarna, ale w różnych znaczeniach. W 13. rozdziale Ewangelii wg św. Mateusza przypowieść o siewcy otwiera serię innych, krótkich przypowieści, z których niektóre mówią właśnie o tym, co dzieje się w ziemi: o ziarnie i chwastach, o ziarnku gorczycy, o skarbie ukrytym w roli. Czym zatem jest ta ziemia? To nasze serce, ale także świat, wspólnota, Kościół. Słowo Boże bowiem, ożywia i porusza każdą rzeczywistość.
Na początku widzimy Jezusa wychodzącego z domu a wokół Niego gromadzi się wielki tłum (por. Mt 13, 1). Jego słowo fascynuje i intryguje. Oczywiście, że wśród ludzi zdarzają się różne sytuacje. Słowo Jezusa jest skierowane do wszystkich, ale w każdym działa w odmienny sposób. Ten kontekst pozwala nam lepiej zrozumieć znaczenie przypowieści.
Pewien siewca – dość oryginalny – wychodzi siać, ale nie przejmuje się zbytnio tym, gdzie padnie ziarno. Rzuca ziarno nawet tam, gdzie jest mało prawdopodobne, aby przyniosło plon: na drogę, między kamienie, wśród cierni. To zachowanie zadziwia słuchaczy i skłania do pytania: dlaczego tak robi?
My jesteśmy przyzwyczajeni do kalkulowania rzeczy – i czasami jest to konieczne – ale to nie dotyczy miłości! Sposób, w jaki ten „rozrzutny” siewca rzuca ziarno, jest obrazem tego, jak Bóg nas miłuje. Owszem, to prawda, że los ziarna zależy również od sposobu, w jaki gleba je przyjmuje i sytuacji, w której się znajduje, ale, przede wszystkim, ta przypowieść Jezusa mówi nam, że Bóg sieje ziarno swojego słowa na wszystkich rodzajach gleby, to znaczy w każdą sytuację naszego życia: czasami jesteśmy bardziej powierzchowni i rozproszeni, czasami dajemy się ponieść entuzjazmowi, czasami jesteśmy przytłoczeni troskami życia, ale są też chwile, kiedy jesteśmy dysponowani i gościnni. Bóg jest ufny i ma nadzieję, że prędzej czy później ziarno wykiełkuje. Tak właśnie nas miłuje: nie czeka, aż staniemy się najlepszą glebą, zawsze hojnie daje nam swoje słowo. Może widząc, że On nam ufa, zrodzi się w nas pragnienie bycia lepszą glebą. To jest nadzieja, oparta na skale hojności i miłosierdzia Boga.
Opowiadając o tym, jak ziarno wydaje plon, Jezus mówi również o swoim życiu. Jezus jest Słowem, jest Ziarnem. A ziarno, aby przynieść plon, musi obumrzeć. Tak więc ta przypowieść mówi nam, że Bóg jest gotów „być rozrzutnym” dla nas, i że Jezus jest gotów umrzeć, aby przemienić nasze życie.
Przypomina mi się piękny obraz Van Gogha: Siewca o zachodziesłońca. Ten obraz przedstawiający siewcę w palącym słońcu mówi mi również o trudzie rolnika. I uderza mnie to, że Van Gogh ukazał za plecami siewcy już dojrzałe zboże. Wydaje mi się, że jest to właśnie obraz nadziei: w ten czy inny sposób ziarno przyniosło plon. Nie wiemy dokładnie jak, ale tak się stało. W centrum sceny nie znajduje się jednak siewca, który stoi z boku, lecz cały obraz jest zdominowany przez słońce, być może po to, aby przypomnieć nam, że to Bóg kieruje historią, nawet jeśli czasami wydaje się nieobecny lub odległy. To słońce ogrzewa grudy ziemi i sprawia, że ziarno dojrzewa.
Drodzy bracia i siostry, w jakiej sytuacji życiowej dociera dziś do nas słowo Boże? Prośmy Pana o łaskę, abyśmy zawsze przyjmowali to ziarno, którym jest Jego słowo. A jeśli zdamy sobie sprawę, że nie jesteśmy żyzną glebą, nie zniechęcajmy się, ale prośmy Go, aby jeszcze popracował nad nami, abyśmy stali się lepszą glebą.
KAI
***
„Dokonujcie mądrych wyborów”-
takimi słowami zwrócił się papież Leon XIV do Polaków
Słuchajcie tego Słowa z uwagą, by móc dokonywać mądrych wyborów w życiu osobistym, rodzinnym i społecznym – zaapelował Leon XIV w słowie pozdrowień do pielgrzymów z Polski obecnych na środowej audiencji generalnej. Wskazał także, że biblijny obraz pól obsianych ziarnem, harmonijnie ukazuje krajobraz naszej „pięknej, ojczystej ziemi”.
Oto pełna treść papieskiego pozdrowienia:
„Serdecznie pozdrawiam pielgrzymów polskich.
Obraz pól, zasianych ziarnem, harmonijnie wpisuje się w krajobraz waszej pięknej, ojczystej ziemi. Pozwólcie, by także ziarno Słowa Bożego mogło w was zakiełkować i wydać obfity plon. Słuchajcie tego Słowa z uwagą, by móc dokonywać mądrych wyborów w życiu osobistym, rodzinnym i społecznym.
Z serca Wam błogosławię”.
ks. Marek Weresa – Watykan/vaticannews.va/pl
***
W niedzielę 18 maja o godz. 10.00
Inauguracja pontyfikatu papieża Leona XIV
fot. HANDOUT/AFP/East News
***
“Przychodzę do Was jako brat, który pragnie stać się sługą waszej wiary i waszej radości”
“Chciałbym, bracia i siostry, aby to było naszym pierwszym wielkim pragnieniem: Kościół zjednoczony, znak jedności i komunii, który staje się zaczynem pojednanego świata” – mówił w homilii podczas Mszy św. inaugurującej jego pontyfikat papież Leon XIV.
Oto treść homilii wygłoszonej przez Leona XIV:
Drodzy Bracia Kardynałowie,
Bracia w biskupstwie i kapłaństwie,
Dostojni Przedstawiciele Władz oraz Członkowie Korpusu Dyplomatycznego,
Bracia i Siostry!
Pozdrawiam was wszystkich – z sercem przepełnionym wdzięcznością – na początku posługi, która została mi powierzona. Św. Augustyn pisał: „Stworzyłeś nas bowiem jako skierowanych ku Tobie. I niespokojne jest serce nasze, dopóki w Tobie [, Panie,] nie spocznie” (Wyznania, I, 1, 1).
W ostatnich dniach, przeżywaliśmy szczególnie intensywny czas. Śmierć Papieża Franciszka napełniła nasze serca smutkiem, a w tych trudnych godzinach, czuliśmy się jak owe tłumy, o których Ewangelia mówi, że były „jak owce niemające pasterza” (por. Mt 9, 36). Jednak, właśnie w dzień Wielkanocy, otrzymaliśmy jego ostatnie błogosławieństwo, a w świetle Zmartwychwstania przeżyliśmy ten moment w pewności, że Pan nigdy nie opuszcza swego ludu – że gromadzi go, gdy jest rozproszony, i „czuwa nad nim jak pasterz nad swą trzodą” (Jr 31, 10).
W tym duchu wiary, Kolegium Kardynalskie zgromadziło się na Konklawe. Przybywając z różnym bagażem historii i różnymi drogami, złożyliśmy w ręce Boga pragnienie wyboru nowego następcy Piotra, Biskupa Rzymu – pasterza, który potrafiłby strzec bogatego dziedzictwa chrześcijańskiej wiary, a zarazem umiejącego patrzeć dalej, wychodząc naprzeciw pytaniom, niepokojom i wyzwaniom naszych czasów. Wspierani waszą modlitwą, doświadczyliśmy działania Ducha Świętego, który potrafił zestroić różne instrumenty muzyczne, poruszając struny naszych serc, by zabrzmiały jedną melodią.
Zostałem wybrany nie mając żadnych zasług. Z bojaźnią i drżeniem przychodzę do Was jako brat, który pragnie stać się sługą waszej wiary i waszej radości, podążając z wami drogą miłości Boga, który pragnie, abyśmy wszyscy byli zjednoczeni w jedną rodzinę.
Miłość i jedność – oto są dwa wymiary misji, powierzonej Piotrowi przez Jezusa.
Opowiada o tym fragment Ewangelii, który prowadzi nas nad Jezioro Tyberiadzkie – to samo, nad którym Jezus rozpoczął misję otrzymaną od Ojca: „łowić” ludzkość, aby ocalić ją z wód zła i śmierci. Przechodząc brzegiem tego jeziora, powołał Piotra i innych pierwszych uczniów, aby byli, tak jak On, „rybakami ludzi”; a teraz, po Zmartwychwstaniu, to właśnie oni mają kontynuować tę misję, stale na nowo zarzucać sieci, by rzucić w wody świata nadzieję Ewangelii; żeglować po morzu życia, aby wszyscy mogli odnaleźć się w objęciach Boga.
A jak Piotr może kontynuować to zadanie? Ewangelia mówi nam, że jest to możliwe tylko dlatego, że w swoim życiu doświadczył nieskończonej i bezwarunkowej miłości Boga, także w chwili upadku i zaparcia się. Dlatego, kiedy Jezus zwraca się do Piotra, Ewangelia używa greckiego czasownika agapao, który odnosi się do miłości, jaką Bóg ma do nas, do Jego ofiarowania się, bez zastrzeżeń i kalkulacji. Natomiast w odpowiedzi Piotra użyty jest inny czasownik, taki, który opisuje miłość przyjaźni, jaką darzymy się nawzajem.
Kiedy Jezus pyta Piotra: „Szymonie, synu Jana, czy miłujesz Mnie?” (J 21, 16), odnosi się więc do miłości Ojca. To tak, jakby Jezus mówił: tylko jeśli poznałeś i doświadczyłeś tej miłości Boga, która nigdy nie ustaje, będziesz mógł paść owce moje; tylko w miłości Boga Ojca zdołasz kochać swoich braci „więcej”, czyli składając ofiarę życia za swoich braci.
Piotrowi zatem, powierzone jest zadanie „miłować więcej” i oddać swoje życie za owczarnię. Posługa Piotra jest naznaczona właśnie tą miłością ofiarną, ponieważ Kościół Rzymski przewodniczy w miłości, a jego prawdziwą władzę stanowi miłość Chrystusa. Nigdy nie chodzi o zdobywanie innych poprzez dominację, religijną propagandę czy za pomocą narzędzi władzy, lecz chodzi zawsze i wyłącznie o to, by miłować tak, jak czynił to Jezus.
On – jak stwierdza sam Apostoł Piotr – „jest kamieniem, odrzuconym przez was, budujących, tym, który stał się głowicą węgła” (Dz 4, 11). Jeśli zatem, tym kamieniem jest Chrystus, to Piotr ma paść owczarnię, nie ulegając nigdy pokusie, by stać się samotnym wodzem, lub przywódcą wynoszącym się ponad innych, który czyni się panem powierzonych sobie osób (por. 1 P 5, 3). Wręcz przeciwnie – od niego wymaga się, aby służył wierze braci, idąc razem z nimi. Wszyscy bowiem, jesteśmy „żywymi kamieniami” (1 P 2, 5), wezwanymi w chrzcie świętym do budowania Bożego domu w jedności braterskiej, w harmonii Ducha i we współistnieniu różnorodności. Jak mówi św. Augustyn: „Kościół tworzą wszyscy ci, którzy trwają w zgodzie z braćmi i którzy miłują bliźniego” (Mowa 359, 9).
Chciałbym, bracia i siostry, aby to było naszym pierwszym wielkim pragnieniem: Kościół zjednoczony, znak jedności i komunii, który staje się zaczynem pojednanego świata.
W naszych czasach, wciąż widzimy zbyt wiele niezgody, zbyt wiele ran zadanych przez nienawiść, przemoc, uprzedzenia, lęk przed innym, przez paradygmat ekonomiczny, który wyzyskuje zasoby Ziemi i marginalizuje najuboższych. A my chcemy być, w tym cieście, małym zaczynem jedności, komunii, braterstwa. Z pokorą i radością chcemy powiedzieć światu: spójrzcie na Chrystusa! Zbliżcie się do Niego! Przyjmijcie Jego Słowo, które oświeca i pociesza! Posłuchajcie Jego propozycji miłości, aby stać się Jego jedyną rodziną: w jedynym Chrystusie jesteśmy jedno. I to jest droga, którą mamy iść razem, w naszym gronie, ale także z siostrzanymi Kościołami chrześcijańskimi, z tymi, którzy podążają innymi drogami religijnymi, z tymi, którzy noszą w sobie niepokój poszukiwania Boga, ze wszystkimi kobietami i mężczyznami dobrej woli, aby budować nowy świat, w którym królować będzie pokój.
Oto jest duch misyjny, który powinien nas ożywiać – bez zamykania się we własnym, wąskim kręgu i bez poczucia wyższości nad światem. Jesteśmy wezwani, aby nieść wszystkim miłość Boga, aby mogła się urzeczywistniać ta jedność, która nie zaciera różnic, lecz docenia wartość osobistej historii każdego człowieka, oraz społecznej i religijnej kultury każdego narodu.
Bracia i siostry, to jest godzina miłości! Miłość miłosierna Boga, która czyni nas braćmi i siostrami, stanowi serce Ewangelii. Dzisiaj, wraz z moim poprzednikiem Leonem XIII, możemy zadać sobie pytanie: „czyżbyśmy w krótkim czasie nie ujrzeli końca walki [i przywrócenia pokoju], gdyby te zasady zapanowały w życiu społecznym?” (Rerum novarum, 21).
Światłem i mocą Ducha Świętego, budujmy Kościół oparty na miłości Boga i będący znakiem jedności, Kościół misyjny, który otwiera ramiona na świat, głosi Słowo, pozwala, by go niepokoiła historia, i który staje się zaczynem zgody dla ludzkości.
Razem, jako jeden lud, jako fratelli tutti, idźmy ku Bogu i miłujmy się wzajemnie.
***
Kluczowe momenty uroczystości inauguracji pontyfikatu Leona XIV
L’Osservatore Romano
***
Czego możemy się spodziewać 18 maja na Placu Świętego Piotra?
Uroczysta Msza święta, modlitwa w konfesji św. Piotra, nowy zwyczaj posłuszeństwa ludu i Pierścień Rybaka. Oto, jak będzie wyglądać początek pontyfikatu pierwszego papieża ze Stanów Zjednoczonych.
Przed Mszą świętą: modlitwa z patriarchami i… papamobile?
18 maja 2025 r. papież Leon XIV odprawi mszę świętą inaugurującą jego pontyfikat, rozpoczęty po wyborze 8 maja. Agencja I.MEDIA przypomina o najważniejszych momentach tej symbolicznej uroczystości, która będzie różnić się w kilku punktach od tej z 2013 r. Nie kardynałowie, lecz „przedstawiciele ludu Bożego” złożą przysięgę posłuszeństwa papieżowi — i to jeszcze przed wręczeniem paliusza oraz Pierścienia Rybaka.
Oficjalny rytuał inauguracji nie przewiduje powitania tłumu przed rozpoczęciem mszy świętej. Jednak w 2013 r. papież Franciszek postanowił przejechać po Placu Świętego Piotra papamobile, by pozdrowić wiernych. Istnieje prawdopodobieństwo, że również nowy papież zdecyduje się na podobny gest, choć Watykan nie wydał w tej sprawie oficjalnego komunikatu.
Później papież uda się do bazyliki, która będzie w tym czasie pusta. Zejdzie do konfesji św. Piotra, znajdującej się pod głównym ołtarzem, nad grobem apostoła. Tam będzie się modlił wspólnie z patriarchami i arcybiskupami większych Kościołów katolickich Wschodu — jako znak jedności z Kościołami pozostającymi w łączności z Rzymem.
Liturgia z symbolami jedności i różnorodności
Po modlitwie Leon XIV przejdzie nawą główną bazyliki w procesji za biskupami, arcybiskupami, kardynałami i patriarchami, by dotrzeć na Plac Świętego Piotra. Tam, przed bazyliką, w obecności tłumów sięgających Via della Conciliazione, odprawiona zostanie msza święta.
Kanon mszy będzie sprawowany po łacinie, jednak pierwsze czytanie — ze względu na podwójne obywatelstwo papieża (peruwiańskie i amerykańskie) — zostanie odczytane po hiszpańsku, drugie po angielsku. Psalm usłyszymy po włosku, a Ewangelia zostanie przeczytana dwukrotnie: po łacinie i po grecku. To wyraźny znak jedności tradycji łacińskiej i wschodniej.
Wręczenie paliusza
Po odczytaniu Ewangelii — a nie na początku mszy, jak miało to miejsce wcześniej — kardynał diakon odczyta po łacinie modlitwę, w której przypomni: „Dziś przejmujesz po Piotrze biskupstwo tego Kościoła, który on powołał do istnienia przez wiarę z Apostołem Pawłem”.
Następnie papieżowi zostanie nałożony paliusz — liturgiczna ozdoba z białej wełny, noszona na ornacie, ozdobiona krzyżami symbolizującymi rany Chrystusa. Paliusz przysługuje również prymasom i metropolitom, którzy otrzymują go później od papieża lub nuncjusza w swoich krajach, a 29 czerwca przybywają do Rzymu na jego poświęcenie — w uroczystość świętych Piotra i Pawła.
Od pontyfikatu Jana Pawła I wręczenie paliusza zastąpiło tradycyjne nałożenie papieskiej tiary. Dlatego dziś mówimy już nie o „mszy intronizacyjnej”, ale o „mszy inauguracyjnej”. To istotny rytuał symboliczny, nie jest jednak święceniem — Leon XIV był biskupem od 2014 r., a papieżem formalnie od 8 maja 2025 r.
Pierścień Rybaka
Bezpośrednio po nałożeniu paliusza, kardynał prezbiter odmówi modlitwę za nowego papieża, prosząc Boga, by wspierał go w jego misji. Następnie kardynał biskup wręczy Leonowi XIV Pierścień Rybaka — oficjalny symbol łączący papieża z osobą św. Piotra i jego powołaniem do bycia „rybakiem ludzi”. Dawniej pierścień służył do pieczętowania dokumentów papieskich. Obecnie jego forma może się różnić, ale zazwyczaj ukazuje postać św. Piotra.
Lud Boży składa przysięgę posłuszeństwa
W nowym rycie liturgii nie to kardynałowie, lecz przedstawiciele ludu Bożego okażą papieżowi posłuszeństwo. Dotychczas robiło to sześciu kardynałów — po dwóch z każdego stopnia (biskupi, prezbiterzy, diakoni) — w imieniu całego kolegium kardynalskiego.
Po tym symbolicznym akcie msza święta będzie kontynuowana homilią papieża, który od tego momentu w pełni podejmuje swój urząd. Najprawdopodobniej wygłosi ją po włosku. Modlitwa powszechna zostanie odczytana w językach: portugalskim, francuskim, arabskim, polskim i chińskim.
Powitanie delegacji międzynarodowych
Po zakończeniu liturgii papież powróci do bazyliki i zasiądzie przed ołtarzem konfesji, gdzie powita przedstawicieli państw i delegacje z całego świata, które przybyły na mszę.
Wiceprezydent Stanów Zjednoczonych JD Vance stanie na czele amerykańskiej delegacji na inaugurację pontyfikatu Leona XIV. Informację potwierdził Biały Dom. Towarzyszyć mu będzie żona, Usha Vance, oraz sekretarz stanu Marco Rubio z małżonką Jeanette Rubio. Jak zaznaczono w komunikacie, Leon XIV to pierwszy papież pochodzący z USA, a JD Vance to pierwszy katolicki konwertyta na stanowisku wiceprezydenta.
I.MEDIA, Vatican NewsAletaia.pl
***
Stolica Apostolska opublikowała oficjalną fotografię papieża Leona XIV
w czwartkowy dzień – 8 maja, biały dym ogłosił wybór papieża Leona XIV
fot. Beata Zawrzel/REPORTER
***
Biały dym unoszący się o godzinie 18.10 z komina na dachu Kaplicy Sykstyńskiej oraz dźwięk sześciu dzwonów bazyliki św. Piotra w Watykanie ogłosiły Kościołowi i światu wybór 267. następcę św. Piotra, którego Kardynałowie zgromadzeni na rozpoczętym 7 maja konklawe wybrali w czwartym głosowaniu.
***
Habemus papam!
PAP/Art Service/PCh24.pl ***
Niech pokój będzie z wami!
– te słowa Zmartwychwstałego Chrystusa wypowiedział jako pierwsze nowy papież, który przyjął imię Leona XIV do 100 tysięcy wiernych zgromadzonych na placu św. Piotra.
***
Biogram kardynała Roberta Francisa Prevosta, nowego papieża:
Robert Francis Prevost urodził się 14 września 1955 roku w Chicago (USA). W 1977 roku wstąpił do nowicjatu Zakonu Świętego Augustyna, składając śluby wieczyste w 1981 roku. Ukończył matematykę na Uniwersytecie Villanova, a następnie zdobył tytuł magistra teologii w Catholic Theological Union w Chicago. W Rzymie uzyskał licencjat i doktorat z prawa kanonicznego na Papieskim Uniwersytecie św. Tomasza z Akwinu.
Święcenia kapłańskie przyjął 19 czerwca 1982 roku. W latach 1985-1998 pracował jako misjonarz w Peru, pełniąc funkcje m.in. przeora wspólnoty, dyrektora formacji i wykładowcy prawa kanonicznego w seminarium w Trujillo. W 1999 roku został przełożonym prowincji „Matki Dobrej Rady” w Chicago, a w 2001 roku wybrano go generałem zakonu augustianów, którym był przez dwie kadencje do 2013 roku.
W listopadzie 2014 roku papież Franciszek mianował go administratorem apostolskim diecezji Chiclayo w Peru, a w grudniu tego samego roku został wyświęcony na biskupa tytularnego Sufar. Od 2015 do 2023 roku kierował diecezją Chiclayo. W tym czasie pełnił również funkcje w Konferencji Episkopatu Peru, m.in. jako wiceprzewodniczący i członek rady stałej.
W styczniu 2023 roku został mianowany prefektem Dykasterii ds. Biskupów, odpowiedzialnej za nominacje biskupie na całym świecie, oraz przewodniczącym Papieskiej Komisji ds. Ameryki Łacińskiej. W konsystorzu 30 września 2023 roku papież Franciszek wyniósł go do godności kardynalskiej, nadając mu tytuł diakona kościoła Santa Monica.
Kai.pl
***
„Pokój z wami”. Papież Leon XIV wygłosił pierwsze przemówienie po wyborze
„Bóg nas kocha, Bóg kocha was wszystkich i zło nie zwycięży”.
Pełny tekst jego poruszającego orędzia:
Drodzy bracia i siostry,
To pierwsze pozdrowienie zmartwychwstałego Chrystusa, Dobrego Pasterza, który oddał swoje życie za trzodę Bożą. Ja również pragnę, aby to pozdrowienie pokoju przeniknęło do naszych serc i dotarło do waszych rodzin.
Do wszystkich ludzi, wszędzie, do wszystkich ludów, do całej ziemi: pokój z wami.
To pokój zmartwychwstałego Chrystusa – pokój rozbrajający, pokorny i wytrwały. Pochodzi od Boga, który kocha nas wszystkich bezwarunkowo.
Wciąż słyszymy cichy, ale odważny głos papieża Franciszka, błogosławiącego Rzym – papieża, który błogosławił Rzymowi i całemu światu w poranek Wielkanocy. Pozwólcie, że dopełnię to błogosławieństwo.
Bóg nas kocha. Bóg kocha was wszystkich i zło nie zwycięży. Wszyscy jesteśmy w rękach Boga.
Dlatego – bez lęku, zjednoczeni, ręka w rękę z Bogiem i ze sobą nawzajem – idźmy naprzód. Jesteśmy uczniami Chrystusa, a Chrystus idzie przed nami. Świat potrzebuje Jego światła, ludzkość potrzebuje Go jako pomostu, przez który może dotrzeć do Boga i Jego miłości.
Pomóżmy sobie nawzajem budować mosty – poprzez dialog, poprzez spotkanie – jednocząc się, byśmy stali się jednym ludem, żyjącym zawsze w pokoju.
Dziękujemy papieżowi Franciszkowi.
Chcę również podziękować wszystkim braciom kardynałom, którzy wybrali mnie na następcę Piotra. Chcę iść razem z wami jako Kościół zjednoczony, zawsze szukający pokoju i sprawiedliwości, starający się żyć jako kobiety i mężczyźni wierni Jezusowi Chrystusowi – bez lęku, głosząc Ewangelię, będąc misjonarzami.
Jestem synem św. Augustyna – augustianinem – który powiedział: „Z wami jestem chrześcijaninem, dla was – biskupem”. W tym duchu wszyscy razem możemy podążać ku ojczyźnie, którą Bóg dla nas przygotował.
Do Kościoła Rzymskiego kieruję szczególne pozdrowienie. Musimy wspólnie szukać sposobu, by być Kościołem misyjnym – Kościołem budującym mosty i dialog, Kościołem zawsze otwartym na przyjmowanie, jak to miejsce, z ramionami otwartymi dla wszystkich – dla wszystkich, którzy potrzebują naszej miłości, naszej obecności, dialogu i bliskości.
I jeśli pozwolicie, chciałbym również pozdrowić wszystkich, a w sposób szczególny moją umiłowaną diecezję Chiclayo w Peru, gdzie dumny lud towarzyszył swojemu biskupowi, dzielił się wiarą i tak wiele dawał, aby pozostać Kościołem wiernym Jezusowi Chrystusowi.
Do was wszystkich, bracia i siostry z Rzymu, z Włoch i z całego świata – chcemy być Kościołem synodalnym, Kościołem pielgrzymującym, Kościołem, który zawsze poszukuje pokoju i miłości, który stara się być blisko tych, którzy cierpią.
Dziś, w dniu Wniebowzięcia Najświętszej Maryi Panny z Pompejów, nasza Matka Maryja pragnie nam zawsze towarzyszyć, być blisko nas, wspierać nas swoim wstawiennictwem i miłością. Chciałbym pomodlić się razem z wami – módlmy się wspólnie za tę nową misję, za cały Kościół, o pokój na świecie. Prośmy Maryję, naszą Matkę, o tę szczególną łaskę.
Zdrowaś Maryjo…
Aleteia.pl
***
Prefektura Domu Papieskiego przekazała, że Msza św. inaugurująca pontyfikat Papieża Leona XIV zostanie odprawiona w niedzielę, 18 maja o godz. 10.00 na Placu św. Piotra.
Najbliższe spotkania i celebracje Ojca Świętego Leona XIV:
W sobotę, 10 maja spotka się on z kardynałami.
W niedzielę, 11 maja będzie przewodniczył modlitwie Regina Caeli z loggii Bazyliki Watykańskiej.
W poniedziałek, 12 maja spotka się na audiencji w Auli Pawła VI z przedstawicielami światowych mediów.
W piątek, 16 maja spotka się z członkami Korpusu Dyplomatycznego.
We wtorek, 20 maja obejmie Bazylikę św. Pawła za Murami.
W środę, 21 maja odbędzie się jego pierwsza audiencja generalna.
W sobotę, 24 maja spotka się z pracownikami Kurii Rzymskiej i Państwa Watykańskiego
W niedzielę, 25 maja będzie przewodniczył modlitwie Regina Caeli oraz obejmie dwie pozostałe Bazyliki Papieskie: Laterańską – która jest katedrą Biskupa Rzymu – i Matki Bożej Większej.
***
Papież Leon XIV, dzień po wyborze – w piątek 9 maja o godz. 11.00 sprawował Mszę św. w Kaplicy Sykstyńskiej wraz z kardynałami.
Pierwsza homilia Leona XIV: ponowić wyznanie Piotra we współczesnym świecie
Wiara chrześcijańska bywa uważana za coś absurdalnego, a wierzący są wyśmiewani i prześladowani. To jednak jest świat, który został nam powierzony i wobec którego mamy dawać świadectwo radosnej wiary w Jezusa Zbawiciela – mówił Leon XIV w pierwszej homilii po wyborze na Papieża. Przypomniał, że brak wiary prowadzi dziś do wielu ludzkich dramatów.
„Ty jesteś Mesjasz, Syn Boga żywego” (Mt 16, 16). Tymi słowami Piotr, zapytany przez Mistrza, wraz z innymi uczniami, o jego wiarę w Niego, syntetycznie wyraża dziedzictwo, które od dwóch tysięcy lat, Kościół, poprzez sukcesję apostolską, strzeże, pogłębia i przekazuje.
Jezus jest Mesjaszem, Synem Boga żywego, czyli jedynym Zbawicielem i objawiającym oblicze Ojca.
W Nim, Bóg, aby stać się bliskim i dostępnym dla ludzi, objawił się nam w ufnym spojrzeniu dziecka, w żywym umyśle młodzieńca, w dojrzałych rysach mężczyzny (por. Sobór Watykański II, Konstytucja duszpasterska Gaudium et spes, 22), aż do ukazania się swym [uczniom] po zmartwychwstaniu w swoim chwalebnym ciele. W ten sposób pokazał nam wzór świętego człowieczeństwa, który wszyscy możemy naśladować, wraz z obietnicą wiecznego przeznaczenia, które przekracza jednak wszelkie nasze ograniczenia i możliwości.
Piotr w swojej odpowiedzi uchwycił obie te kwestie: dar Boży i drogę, którą należy przebyć, aby pozwolić się przemienić, nieodłączne wymiary zbawienia, powierzone Kościołowi, aby głosił je dla dobra rodzaju ludzkiego. Są one powierzone nam, wybranym przez Niego, zanim jeszcze zostaliśmy ukształtowani w łonie matki (por. Jr 1, 5), odrodzeni w wodach chrztu i – ponad naszymi ograniczeniami, bez naszej zasługi – przyprowadzeni tutaj i stąd wysłani, aby Ewangelia była głoszona wszystkim stworzeniom (por. Mk 16, 15).
Bóg, powołując mnie poprzez wasz głos na Następcę Pierwszego z Apostołów, powierza mi ten skarb, abym z Jego pomocą był jego wiernym szafarzem (por. 1 Kor 4, 2) na rzecz całego mistycznego Ciała Kościoła; tak aby Kościół był coraz bardziej miastem położonym na górze (por. Ap 21, 10), arką zbawienia płynącą po falach historii, latarnią morską, która oświetla noce świata. I to nie tyle dzięki wspaniałości jego struktur lub wielkości jego budowli – takich jak zabytki, w których się znajdujemy – lecz dzięki świętości jego członków, tego „ludu [Bogu] na własność przeznaczonego, aby ogłaszał chwalebne dzieła Tego, który ich wezwał z ciemności do przedziwnego swojego światła” (por. 1 P 2, 9).
Jednak, przed rozmową, w której Piotr wyznaje swoją wiarę, jest jeszcze jedno pytanie – pyta Jezus: „Za kogo ludzie uważają Syna Człowieczego?” (Mt 16, 13). Nie jest to pytanie banalne, przeciwnie, dotyczy ono ważnego aspektu naszej posługi: rzeczywistości, w której żyjemy, z jej ograniczeniami i możliwościami, z jej pytaniami i przekonaniami.
„Za kogo ludzie uważają Syna Człowieczego?” (Mt 16, 13). Myśląc o scenie, nad którą się zastanawiamy, możemy znaleźć dwie możliwe odpowiedzi na to pytanie, które wyznaczają odpowiednio dwie różne postawy.
Przed wszystkim jest odpowiedź świata. Mateusz podkreśla, że rozmowa pomiędzy Jezusem a Jego uczniami na temat Jego tożsamości odbywa się w przepięknym miasteczku Cezarea Filipowa, bogatym w luksusowe pałace, położonym w uroczej scenerii naturalnej, u podnóża góry Hermon, ale będącym także siedzibą okrutnych kręgów władzy oraz teatrem zdrad i niewierności. Obraz ten mówi nam o świecie, który uważa Jezusa za osobę całkowicie pozbawioną znaczenia, co najwyżej za ciekawą postać, która może wzbudzać zdziwienie swoim niezwykłym sposobem mówienia i postępowania. I tak, kiedy Jego obecność stanie się uciążliwa dla wymagań uczciwości i moralności, które On stawia, ten „świat” nie zawaha się odrzucić Go i wyeliminować.
Jest też inna możliwa odpowiedź na pytanie Jezusa: ta, zwykłych ludzi. Dla nich, Nazarejczyk nie jest jakimś „szarlatanem”: jest człowiekiem prawym, człowiekiem, który ma odwagę, który przemawia dobrze i mówi właściwe rzeczy, tak jak inni wielcy prorocy historii Izraela. Dlatego idą za Nim, przynajmniej dopóki mogą to robić bez większego ryzyka i niedogodności. Jednak uważają Go jedynie za człowieka i dlatego w chwili niebezpieczeństwa, podczas Męki, oni również Go opuszczają i odchodzą, rozczarowani.
Uderzająca jest aktualność tych dwóch postaw. Ucieleśniają one bowiem idee, które moglibyśmy łatwo odnaleźć na ustach wielu mężczyzn i kobiet naszych czasów – być może wyrażone innym językiem, ale identyczne w swej istocie.
Również dzisiaj nie brakuje kontekstów, w których wiara chrześcijańska jest uważana za coś absurdalnego, przeznaczonego dla osób słabych i mało inteligentnych; kontekstów, w których przedkłada się nad nią inne zabezpieczeni, takie jak technologia, pieniądze, sukces, władza, przyjemności.
Są to środowiska, w których nie jest łatwo świadczyć i głosić Ewangelię, a człowiek wierzący jest wyśmiewany, prześladowany, pogardzany lub co najwyżej tolerowany i traktowany z litością. A jednak właśnie dlatego są to miejsca, w których misja jest pilna, ponieważ brak wiary często pociąga za sobą dramaty, takie jak utrata sensu życia, zapomnienie o miłosierdziu, naruszanie godności osoby ludzkiej w jej najbardziej dramatycznych formach, kryzys rodziny i wiele innych ran, przez które cierpi nasze społeczeństwo, i to nie mało.
Również dzisiaj nie brakuje kontekstów, w których Jezus, choć ceniony jako człowiek, jest sprowadzany jedynie do roli charyzmatycznego lidera lub superczłowieka, i to nie tylko wśród niewierzących, ale także wśród wielu ochrzczonych, którzy w ten sposób kończą żyjąc – na tym poziomie – w faktycznym ateizmie.
To jest świat, który został nam powierzony, w którym, jak wielokrotnie nauczał nas Papież Franciszek, jesteśmy wezwani do świadczenia radosnej wiary w Jezusa Zbawiciela. Dlatego też, także dla nas niezbędne jest powtarzanie: „Ty jesteś Mesjasz, Syn Boga żywego” (Mt 16, 16).
Niezbędne jest, abyśmy to czynili przede wszystkim w naszej osobistej relacji z Nim, w wysiłku codziennej drogi nawrócenia. Ale następnie, także jako Kościół, wspólnie przeżywając naszą przynależność do Pana i niosąc wszystkim Dobrą Nowinę (por. Sobór Watykański II, Konstytucja dogmatyczna Lumen gentium, 1).
Mówię to przede wszystkim do siebie, jako Następcy Piotra, kiedy rozpoczynam moją misji Biskupa Kościoła, który jest w Rzymie, powołanego do przewodzenia w miłości Kościołowi powszechnemu, zgodnie ze słynnym stwierdzeniem św. Ignacego z Antiochii (por. List do Rzymian, Prolog). Wysłany w kajdanach do tego miasta, miejsca swojej zbliżającej się ofiary, pisał on do chrześcijan, którzy się tam znajdowali: „Wtedy będę naprawdę uczniem Jezusa Chrystusa, kiedy nawet ciała mego świat widzieć nie będzie” (List do Rzymian, IV, 1). Odnosił się do tego, że zostanie pożarty przez dzikie zwierzęta w cyrku – i tak się stało – ale jego słowa odnoszą się, w szerszym sensie, do nieodzownego zobowiązania każdego, kto pełni w Kościele posługę władzy: zniknąć, aby pozostał Chrystus, stać się się małym, aby On był poznany i uwielbiony (por. J 3, 30), poświęcić się do końca, aby nikomu nie zabrakło możliwości poznania Go i kochania.
Niech Bóg obdarza mnie tą łaską dzisiaj i zawsze, z pomocą najczulszego wstawiennictwa Maryi, Matki Kościoła.
W mediach społecznościowych związanych ze Stolicą Apostolską (Sekretariatu Stanu, Vatican News, L’Osservatore Romano) pojawił się herb papieski Leona XIV.
Jest on podobny do herbu kardynalskiego Roberta F. Prevosta. Znajduje się w nim dewiza: In Illo uno unum (W Nim [Chrystusie] stanowimy jedno). Są to słowa, które św. Augustyn zamieścił w komentarzu do Psalmu 127 – aby wyjaśnić, że „chociaż my, chrześcijanie, jesteśmy liczni, w jednym Chrystusie stanowimy jedno”. Wezwanie do jedności znajduje się na początku Reguły św. Augustyna, wedle której przez dziesięciolecia żył nowy papież.
Tarcza herbowa podzielona jest na dwie części. W jednej z nich na niebieskim polu umieszczona jest srebrna lilia. Symbol ten odnosi się do Matki Bożej, oznacza także czystość.
W drugiej części znajdują się natomiast atrybuty św. Augustyna: księga oraz płonące serce przebite strzałą. Serce symbolizuje miłość św. Augustyna do Boga i do ludzi. Jest to także serce płonące pragnieniem poznania Boga i doświadczania Bożej miłości. To nawiązanie do słów, otwierających słynne “Wyznania” św. Augustyna: “Stworzyłeś nas, Panie, jako skierowanych ku Tobie. I niespokojne jest serce nasze, dopóki w Tobie nie spocznie”. Strzała symbolizuje Słowo Boże, a także Ducha Świętego, wzywającego człowieka do wzrostu w wierze, nadziei i miłości (św. Augustyn: „Przeszyłeś moje serce swoim słowem”.) Księga zaś symbolizuje Pismo Święte – źródło światła i prawdy, a także poszukiwania mądrości. Symbol ten nawiązuje również do nawrócenia Augustyna, które miało miejsce, gdy z sąsiedniego ogrodu usłyszał głos dziecka powtarzającego: “Bierz i czytaj” (Tolle et lege). Augustyn zinterpretował to jako Boże wezwanie do lektury Pisma Świętego.
VATICANNEWS.VA/Gość Niedzielny/Jaroslaw Dudała
***
Leon XIV na audiencji dla kardynałów wyjaśnił wybór swego imienia
To obecny wśród nas zmartwychwstały Chrystus chroni i prowadzi Kościół – powiedział Leon XIV na pierwszym spotkaniu z kardynałami. Odwołując się do dziedzictwa Leona XIII, wyjaśnił genezę swego imienia. Stwierdził, że Kościół musi odpowiedzieć na kolejną rewolucję przemysłową i rozwój sztucznej inteligencji.
Na audiencji dla członków Kolegium Kardynalskiego Leon XIV przyznał, że są oni jego najbliższymi współpracownikami. Jest to dla niego wielkim pokrzepieniem w przyjmowaniu jarzma, które – jak przyznał – przewyższa jego siły. „Wasza obecność – powiedział Ojciec Święty – przypomina mi, że Pan, który powierzył mi tę misję, nie pozostawia mnie samego w ponoszeniu za nią odpowiedzialności. Wiem przede wszystkim, że zawsze mogę liczyć na Jego pomoc, na pomoc Pana Boga, oraz, dzięki Jego łasce i Opatrzności, na bliskość waszą i wielu braci i sióstr na całym świecie, którzy wierzą w Boga, kochają Kościół i wspierają modlitwą i dobrymi uczynkami Wikariusza Chrystusa”.
Papież zauważył, że zarówno śmierć Franciszka, jak i konklawe są niczym wydarzenia paschalne, etap długiego exodusu, poprzez który Pan prowadzi nas do pełni życia. „W tej perspektywie powierzamy ‘Ojcu miłosierdzia i Bogu wszelkiej pociechy’ (2 Kor 1, 3) duszę zmarłego Papieża, a także przyszłość Kościoła” – dodał Leon XIV. Przypomniał, że wszyscy papieże są jedynie pokornymi sługami Boga i braci. „Dobrze pokazały to przykłady wielu moich Poprzedników, a ostatnio sam Papież Franciszek”.
To Pan prowadzi, a my mamy słuchać Jego głosu
Leon XIV podkreślił, że to Zmartwychwstały chroni i prowadzi Kościół, napełnia go nadzieją, a naszym zadaniem jest posłusznie słuchać Jego głosu i być wiernymi sługami Jego planów zbawienia. Papież podkreślił przy tym, że Bóg objawia się „nie tyle w huku grzmotu i trzęsieniu ziemi, ile w ‘szmerze delikatnego powiewu’ (1 Krl 19, 12) lub, jak tłumaczą niektórzy, w ‘subtelnym głosie ciszy’. To jest ważne spotkanie, którego nie można przeoczyć, i do którego należy wychowywać i prowadzić cały święty Lud Boży, który został nam powierzony”.
Papież zauważył, że w ostatnich dniach mogliśmy zobaczyć piękno i siłę wspólnoty wierzących. „Widzieliśmy prawdziwą wielkość Kościoła, który żyje w różnorodności swoich członków zjednoczonych z jedyną Głową, Chrystusem, ‘Pasterzem i Stróżem’ (1 P 2, 25), pasterzem naszych dusz. Jest on łonem, z którego również my zostaliśmy zrodzeni, a jednocześnie jest owczarnią (por. J 21, 15-17), polem (por. Mk 4, 1-20), które zostało nam powierzone, abyśmy o nie dbali i uprawiali je, karmili Sakramentami zbawienia i napełniali życiodajnym nasieniem Słowa, tak aby silny w jedności i pełen entuzjazmu w misji, kroczył jak Izraelici na pustyni, w cieniu obłoku i w świetle ognia Bożego (por. Wj 13, 21)”.
Fundamentalne postulaty Evangelii gaudium
Leon XIV podkreślił też potrzebę podążania po drodze wytyczonej przez Sobór Watykański II, którego treść uaktualnił Franciszek w Adhortacji Evangelii gaudium. Papież zwrócił uwagę na kilka fundamentalnych postulatów: „powrót do prymatu Chrystusa w głoszeniu (por. nr 11); misyjne nawrócenie całej wspólnoty chrześcijańskiej (por. nr 9); wzrost w kolegialności i synodalności (por. nr 33); uwaga na sensus fidei (por. nr 119-120), zwłaszcza w jego najbardziej właściwych i integracyjnych formach, takich jak pobożność ludowa (por. nr 123); pełna miłości troska o ostatnich i odrzuconych (por. nr 53); odważny i ufny dialog ze współczesnym światem w jego różnych wymiarach i rzeczywistościach (por. nr 84; Sobór Watykański II, Konstytucja duszpasterska Gaudium et spes, 1-2)”.
Jak Leon XIII, dać odpowiedź na kolejną rewolucję przemysłową
Wyjaśniając z kolei motywy, którymi kierował się przy wyborze swego imienia, Ojciec Święty przywołał postać Leona XIII, który „w historycznej encyklice Rerum novarum, poruszył kwestię społeczną w kontekście pierwszej wielkiej rewolucji przemysłowej”. Dziś, jak podkreślił Papież, „Kościół dzieli się z wszystkimi swoim dziedzictwem nauki społecznej, aby odpowiedzieć na kolejną rewolucję przemysłową i rozwój sztucznej inteligencji, które stawiają nowe wyzwania w zakresie obrony godności ludzkiej, sprawiedliwości i pracy”.
Niech przejdzie przez świat wielki płomień wiary i miłości
Na zakończenie Leon XIV zacytował słowa, które na początku swego pontyfikatu wypowiedział Paweł VI: „Niech przejdzie przez cały świat wielki płomień wiary i miłości, który rozpali wszystkich ludzi dobrej woli, oświeci drogi wzajemnej współpracy i przyciągnie do ludzkości, ponownie i zawsze, obfitość boskiej łaskawości, samą moc Boga, bez którego pomocy nic nie jest wartościowe, nic nie jest święte” (Orędzie do całej rodziny ludzkiej Qui fausto die, 22 czerwca 1963 r.).
W insygniach noszonych przez Papieża w dniu wyboru 8 maja ukryty jest prawdziwy program świętości biskupiej. Przechowywane w nich fragmenty kości należą do świadków świętości związanych z zakonem augustianów, ucieleśniających wierność, reformę, służbę i męczeństwo.
Na piersi Leona XIV widoczny jest krzyż – pektorał, otrzymany od współbraci augustianów.
Wcentrum znajdują się relikwie św. Augustyna, wielkiego Ojca Kościoła, który uczy, jak podążać drogą wewnętrznego życia, by odnaleźć Boga, a także cztery inne relikwie: św. Moniki, św. Tomasza z Villanuevy, błogosławionego Anzelma Polanco i czcigodnego Giuseppe Bartolomeo Menochio.
Dzień przed konklawe: Weź ten krzyż
Relikwie zostały wybrane przez postulatora generalnego zakonu augustianów, o. Josefa Sciberrasa, jako dar, który Kuria Generalna chciała ofiarować współbratu Robertowi Prevostowi w dniu jego kreacji kardynalskiej, 30 września 2023 roku. Relikwie te przywołują postacie świętości z rodziny augustiańskiej, ucieleśniające wierność, reformę, służbę i męczeństwo.
Zakonnik, który nie ukrywa radości z wyboru nowego Papieża w rozmowie z mediami watykańskimi, opowiada, że ówczesny kardynał Prevost „był wzruszony”, gdy otrzymał pektorał podczas uroczystości przygotowanej dla niego w refektarzu Międzynarodowego Kolegium św. Moniki. Był świadomy, że będzie nosił na piersi relikwie św. Augustyna i jego matki Moniki.
„Dzień przed konklawe, we wtorek, przekazałem mu wiadomość, w której zalecałem, by zabrał ze sobą krzyż, który mu podarowaliśmy, aby miał opiekę świętych Augustyna i Moniki – zwierza się ojciec Sciberras. – Nie wiem, czy rzeczywiście go założył z powodu mojej sugestii, ale kiedy zobaczyłem, że miał go na sobie podczas przysięgi i że nosił go, kiedy ukazał się światu z balkonu bazyliki watykańskiej, wybierając go zamiast innych, które mógłby wybrać, byłem bardzo szczęśliwy.”
Augustyn i Monika
Fragment kości biskupa z Hippony w krzyżu pektorale Leona XIV ma również przypominać o Zakonie św. Augustyna, który został założony w 1244 roku i przynosił owoce świętości przez wieki, poprzez życie wspólnotowe, intensywną działalność apostolską, studia oraz głęboką duchowość.
Relikwia św. Moniki jest także znakiem więzi Augustyna z matką – silną i wytrwałą kobietą, która swoimi łzami i nieustanną modlitwą wyprosiła nawrócenie syna. W „Wyznaniach” święty biskup wychwala jej cnoty jako dary Boga.
Szczególnym nabożeństwem darzył ją papież Franciszek, który często odwiedzał jej grób w bazylice św. Augustyna w Campo Marzio w Rzymie, zarówno jako kardynał, jak i jako papież.
Dla zakonu augustianów postać Moniki jest nierozerwalnie związana z doświadczeniem nawrócenia i konsekracji syna – fundamentem duchowości augustiańskiej.
Tomasz z Villanuevy
Święty Tomasz z Villanuevy, arcybiskup Walencji, żyjący na przełomie XV i XVI wieku, był reformatorem życia zakonnego. Jest wzorem pasterza oddanego swojej owczarni – „z zapachem owiec”, używając wyrażenia tak bliskiego papieżowi Franciszkowi – dodaje ojciec Sciberras. Okazywał wielką troskę ubogim i promował misje w Nowym Świecie. Był wybitnym teologiem; w 1550 roku założył w Walencji, w Hiszpanii, seminarium duchowne – działające do dziś – zanim Sobór Trydencki uregulował formację kapłańską.
Anzelm Polanco
Błogosławiony Anzelm Polanco, biskup Teruelu, męczennik prześladowań religijnych w Hiszpanii (1936–1939), to pasterz, który oddał życie za powierzone mu dusze. „Dopóki choć jeden z mojej diecezji pozostaje, ja również zostaję” – mówił. Pozostał wierny swojemu ludowi i papieżowi; został rozstrzelany za świadectwo wiary i siłę swojego słowa ewangelicznego.
Bartłomiej Menochio
Czcigodny Giuseppe Bartolomeo Menochio, biskup Porfirio i prefekt Sanktuarium Apostolskiego, od 1800 roku papieski zakrystianin, odważnie służył Kościołowi w czasach napoleońskich, trwając niezłomnie w wierze i wierności papieżowi, nawet w najtrudniejszych momentach. Był punktem odniesienia dla Kościoła rzymskiego. Zmarł w opinii świętości 25 marca 1823 roku, a w 1991 roku Jan Paweł II uznał heroiczność jego cnót.
Wyznanie wiary, orientacja duszpasterska
Relikwie świętych Augustyna, Moniki, Tomasza z Villanueva, błogosławionego Polanco i czcigodnego Menochia były przechowywane w lipsanotece postulatury generalnej zakonu augustianów. Ojciec Sciberras powierzył je specjaliście od relikwiarzy, Antonino Cottone, aby umieścił je w krzyżu pektorale, który następnie został podarowany współbratu, obecnemu papieżowi.
„To nie jest zwykła ozdoba – zaznacza – lecz widzialne wyznanie wiary i prawdziwa orientacja duszpasterska. Relikwie umieszczone w środku przywołują postacie świętości związane z Zakonem Augustianów, które ucieleśniają wierność, reformę, służbę i męczeństwo – wszystkie te elementy rozświetlają i wspierają posługę nowego Papieża.
VATICANNEWS.VA/Gość Niedzielny/Tiziana Campisi
***
Leon XIV został wybrany w dniu, kiedy wypadają ważne rocznice. Przypadek? Nie sądzimy!
fot. Antoine Mekary (zdjęcie Leona XIV), Wikipedia (obraz Matki Boże Pompejańskiej), Shutterstock (obraz św. Michała archanioła)
***
Czy w życiu człowieka wierzącego są przypadki? 8 maja to dzień naznaczony liturgiczną i duchową symboliką – a właśnie wtedy konklawe ogłosiło wybór nowego papieża.
Tak się składa, że 8 maja to nie tylko data głęboko zakorzeniona w tradycji Kościoła, ale i duchowo niezwykle wymowna. To w starszym kalendarzu liturgicznym dzień wspomnienia św. Michała Archanioła, triumfatora nad ciemnością, dowódcy wojsk niebieskich i potężnego opiekuna Kościoła. To właśnie tego dnia Leon XIII – który, przypomnijmy, nosił to samo imię co nowy papież – miał mieć mistyczne doświadczenie, które skłoniło go do ułożenia modlitwy egzorcyzmu do św. Michała.
Ale to jeszcze nie koniec. 8 maja to również wspomnienie Matki Bożej Pompejańskiej – Królowej Różańca Świętego, Pani niezliczonych cudów i łask wypraszanych przez nowennę pompejańską. Jej kult nieprzerwanie rośnie, a modlitwa różańcowa – tak prosta, a tak potężna – wraca dziś z nową mocą do serc wielu wiernych. Podobnie zresztą jest z nowenną.
I oto, właśnie tego dnia, Duch Święty prowadzi kardynałów do wyboru nowego papieża, który przyjął imię Leon XIV. Papieża o imieniu silnie zakorzenionym w walce duchowej. Czyż to nie znak? Czyż nie jest to wyraźne wezwanie do odnowy, do powrotu do modlitwy, do ufności w potęgę nieba? Kościół stoi dziś na progu wielkich wyzwań – ale i wielkich obietnic. A 8 maja przypomina nam, że nie jesteśmy sami. U naszego boku stoi św. Michał, a nad nami czuwa Maryja!
Tomasz Rowiński/Aleteia.pl
***
14 MAJA 2025 –audiencja dla zwierzchników i wiernych Kościołów wschodnich przybyłych do Rzymu z okazji Roku Jubileuszowego w watykańskiej Auli Pawła VI
Leon XIV o poczuciu misterium w liturgii, prymacie Boga i opłakiwaniu swoich grzechów i całej ludzkości.
CAŁY TEKST PRZEMÓWIENIA
(fot: ABACA / Abaca Press / Forum)
***
„Blask chrześcijańskiego Wschodu wymaga dziś bardziej niż kiedykolwiek wolności od wszelkiej światowej zależności i wszelkich tendencji sprzecznych z komunią, aby być wiernym w posłuszeństwie i ewangelicznym świadectwie” – powiedział Leon XIV podczas audiencji dla zwierzchników i wiernych Kościołów wschodnich przybyłych do Rzymu z okazji Roku Jubileuszowego w watykańskiej Auli Pawła VI . Papież przypomniał, że Kościoły wschodnie są Kościołami „męczeńskimi” od Ziemi Świętej po Ukrainę, od Libanu po Syrię, od Bliskiego Wschodu po Tigraj i Kaukaz. „Ileż przemocy!” – stwierdził.
W imię Ojca, Syna i Ducha Świętego, pokój z wami!
Wielce Błogosławieni, Eminencjo, Ekscelencje,
Drodzy Kapłani, Osoby Konsekrowane,
Bracia i Siostry!
Chrystus zmartwychwstał. Prawdziwie zmartwychwstał! Pozdrawiam was słowami, które chrześcijański Wschód, w wielu regionach, w tym paschalnym czasie niestrudzenie powtarza, wyznając centralną prawdę wiary i nadziei. Jakże to piękne widzieć was tutaj, właśnie z okazji Jubileuszu nadziei, której niewzruszonym fundamentem jest zmartwychwstanie Jezusa. Witajcie w Rzymie! Cieszę się, że mogę się z wami spotkać, i że mogę poświęcić wiernym ze Wschodu jedno z pierwszych spotkań mojego Pontyfikatu.
Jesteście bardzo cenni. Patrząc na was, myślę o różnorodności waszego pochodzenia, o waszej chwalebnej historii oraz o gorzkich cierpieniach, które dotknęły i wciąż dotykają wiele waszych wspólnot. Chciałbym powtórzyć słowa, które o Kościołach Wschodnich wypowiedział Papież Franciszek: „To Kościoły, które trzeba miłować: strzegą unikalnych tradycji duchowych i mądrościowych, i mają również wiele nam do powiedzenia na temat życia chrześcijańskiego, synodalności i liturgii. Pomyślmy o starożytnych Ojcach, Soborach i monastycyzmie – to bezcenne skarby dla Kościoła” (Przemówienie do uczestników Zgromadzenia ROACO, 27 czerwca 2024).
Pragnę również przywołać Papieża Leona XIII, który jako pierwszy poświęcił specjalny dokument o godności waszych Kościołów, wynikającej przede wszystkim z faktu, że „dzieło ludzkiego zbawienia rozpoczęło się na Wschodzie” (por. List apost. Orientalium dignitas, 30 listopada 1894). Tak, macie „rolę wyjątkową i uprzywilejowaną, ponieważ [Wschód] stanowił pierwotne środowisko rodzącego się Kościoła” (Św. Jan Paweł II, List apost. Orientale lumen, 5). Jest znaczące, że niektóre z waszych Liturgii – które w tych dniach uroczyście celebrujecie w Rzymie według różnych tradycji – wciąż używają języka Pana Jezusa. Papież Leon XIII wyraził gorący apel, aby „prawowita różnorodność liturgii i dyscypliny wschodniej […] przyczyniała się do […] wielkiego dostojeństwa i pożytku Kościoła” (List apost. Orientalium dignitas). Jego ówczesna obawa jest bardzo aktualna, ponieważ dzisiejszych czasach, wielu braci i sióstr wschodnich, w tym wielu z was, zmuszonych jest do ucieczki z ojczyzny z powodu wojny, prześladowań, niestabilności i ubóstwa. Przybywając na Zachód, ryzykują utratę nie tylko ojczyzny, ale także swojej tożsamości religijnej. I tak, wraz z przemijaniem pokoleń, zatracane jest bezcenne dziedzictwo Kościołów Wschodnich.
Ponad sto lat temu, Papież Leon XIII zauważył, że „zachowanie rytów wschodnich jest ważniejsze, niż powszechnie się uważa”, i w tym celu nakazał nawet, aby „każdy misjonarz łaciński, zarówno z duchowieństwa sekularnego jak i zakonnego, który za pomocą porad lub pomocy przyciągnie jakiegokolwiek wschodniego wiernego do rytu łacińskiego”, został „pozbawiony i usunięty ze swojego urzędu” (tamże). Przyjmijmy apel o ochronę i promowanie Wschodu chrześcijańskiego, szczególnie w diasporze. W tym kontekście, oprócz zakładania – tam gdzie to możliwe i stosowne – struktur wschodnich, należy również uświadamiać [katolików] łacińskich. W tym kontekście proszę Dykasterię ds. Kościołów Wschodnich – dziękując za jej pracę – o pomoc w zdefiniowaniu zasad, norm i wytycznych, które pozwolą Pasterzom łacińskim skutecznie wspierać katolików wschodnich w diasporze, by zachowali swoje żywe tradycje i ubogacali swoją specyfiką kontekst, w którym żyją.
Kościół potrzebuje was. Jak wielki jest wkład, który może nam dzisiaj dać Wschód chrześcijański! Jak bardzo potrzebujemy odzyskać poczucie misterium, tak żywe w waszych liturgiach, które angażują całą istotę człowieka, wyśpiewują piękno zbawienia i wzbudzają zdumienie nad wielkością Boga, która ogarnia ludzką małość! Jak ważne jest, byśmy, także na Zachodzie chrześcijańskim, na nowo odkryli sens prymatu Boga, wartość mistagogii, nieustannego wstawiennictwa, pokuty, postu, płaczu za grzechy własne i całej ludzkości (penthos), tak typowych dla duchowości wschodnich! Dlatego fundamentalne jest, byście strzegli swoich tradycji, bez rozmywania ich, być może z powodu praktyczności czy wygody, aby nie zostały skażone duchem konsumpcjonizmu i utylitaryzmu.
Wasze duchowości, dawne i zawsze nowe, są lecznicze. W nich, dramatyczne poczucie ludzkiej nędzy łączy się z zadziwieniem nad Bożym miłosierdziem, tak że nasze upadki nie prowadzą do rozpaczy, ale zapraszają do przyjęcia łaski bycia stworzeniami uzdrowionymi, przebóstwionymi i wyniesionymi ku wysokościom nieba. Potrzebujemy bezustannie uwielbiać i dziękować Panu za to. Razem z wami możemy modlić się słowami św. Efrema Syryjczyka i mówić do Jezusa: „Tobie chwała! Tobie, który krzyż uczyniłeś mostem ponad śmiercią. […] Tobie chwała! Tobie, który przyjąłeś ciało ludzkie i uczyniłeś je źródłem życia dla wszystkich śmiertelnych” (Mowa o Panu naszym, 9). Jest to dar, o który należy prosić: abyśmy potrafili dostrzegać pewność Paschy w każdej życiowej udręce i nie tracili odwagi, pamiętając, jak pisał inny wielki Ojciec Wschodu, że „największym grzechem jest niewiara w moce Zmartwychwstania” (Św. Izaak z Niniwy, Homilie ascetyczne, I, 5).
Kto więc, jeśli nie wy, może wyśpiewywać słowa nadziei w otchłani przemocy? Kto bardziej niż wy, którzy znacie z bliska okrucieństwo wojny aż tak, że Papież Franciszek nazwał wasze Kościoły „męczeńskimi” (Przemówienie do uczestników Zgromadzenia ROACO)? To prawda: od Ziemi Świętej po Ukrainę, od Libanu do Syrii, od Bliskiego Wschodu do Tigraj i do Kaukazu – ileż przemocy! I nad tym całym okrucieństwem, nad masakrą tylu młodych istnień, które powinny budzić powszechne oburzenie – bo w imię wojennego podboju giną ludzie – rozlega się jeden apel: nie tyle papieski, co Chrystusa, który powtarza: „Pokój wam!” (J 20, 19. 21. 26), i dodaje: „Pokój zostawiam wam, pokój mój daję wam. Nie tak jak daje świat, Ja wam daję” (J 14, 27). Pokój Chrystusa nie jest grobową ciszą po zakończonym konflikcie ani wynikiem dominacji, lecz jest darem zwróconym ku człowiekowi, przywracającym mu życie. Módlmy się o ten pokój, który jest pojednaniem, przebaczeniem, daje odwagę, by zamknąć rozdział i zacząć od nowa
Podejmę wszelkie możliwe wysiłki, by ten pokój się rozprzestrzeniał. Stolica Apostolska jest do dyspozycji, aby nieprzyjaciele mogli się spotkać i spojrzeć sobie w oczy, by narodom przywrócić nadzieję oraz godność, na którą zasługują – godność pokoju. Ludy pragną pokoju, a ja, z sercem na dłoni, zwracam się do przywódców: spotkajmy się, rozmawiajmy, negocjujmy! Wojna nigdy nie jest nieunikniona, broń może i powinna zamilknąć, gdyż nie rozwiązuje problemów, lecz je pogłębia. Do historii bowiem przejdzie ten, kto sieje pokój, a nie ten, kto zbiera ofiary; ponieważ inni nie są przede wszystkim wrogami, lecz istotami ludzkimi: nie złymi, by ich nienawidzić, lecz osobami, z którymi trzeba rozmawiać. Odrzućmy manichejskie podziały, typowych dla narracji pełnych przemocy, które dzielą świat na dobrych i złych
Kościół niezmordowanie będzie powtarzał: niech umilknie broń. Pragnę podziękować Bogu za tych, którzy w milczeniu, w modlitwie i ofierze tkają wątki pokoju; za chrześcijan – wschodnich i łacińskich – którzy, szczególnie na Bliskim Wschodzie, trwają i pozostają na swoich ziemiach, mocniejsi od pokusy ich opuszczenia. Chrześcijanom należy zapewnić możliwość — nie tylko w słowach — pozostania na swoich ziemiach z wszystkimi prawami niezbędnymi do bezpiecznego życia. Proszę was: zaangażujmy się w to!
I dziękuję wam, dziękuję drodzy bracia i siostry ze Wschodu – na którym „wzeszedł” Jezus, Słońce sprawiedliwości – że jesteście „światłem świata” (por. Mt 5, 14). Nadal promieniujcie wiarą, nadzieją i miłością – i niczym innym. Niech wasze Kościoły będą wzorem, a Pasterze niech w duchu prawości wspierają komunię, zwłaszcza w Synodach Biskupów, aby stały się miejscami kolegialności i autentycznej współodpowiedzialności. Należy dbać o przejrzystość w zarządzaniu dobrami Kościoła, dawać świadectwo pasterskiej służby pełnej pokory i oddania świętemu Ludowi Bożemu, bez przywiązań do zaszczytów, światowej władzy czy własnego wizerunku. Jak mówił św. Symeon Nowy Teolog: „Tak jak piasek zduszający ogień pieca go gasi, tak troski życia i przywiązanie do drobnostek gaszą pierwotny płomień gorliwości serca” (Rozdziały praktyczno‑teologiczne, 63). Blask chrześcijańskiego Wschodu wymaga dziś, bardziej niż kiedykolwiek, wyzwolenia z wszelkich zależności światowych i wszelkich tendencji sprzecznych z komunią, aby być wiernymi w posłuszeństwie i chrześcijańskim świadectwie.
Dziękuję wam za to i z serca wam błogosławię, prosząc, abyście modlili się za Kościół i zanosili wasze żarliwe modlitwy wstawiennicze w intencji mojej posługi. Dziękuję!
Vatican News – KAI – PCh24.pl
***
Medialny rekord papieża Leona XIV. Imponująca liczba followersów
fot. Austin Distel / Unsplash, Piotr Tumidajski, edycja: Hubert Szczypek/KAI
***
W niecałą dobę od aktywowania oficjalnych papieskich kanałów w mediach społecznościowych Leon XIV zdobył rekordową liczbę obserwujących. Na Instagramie jest to 12,6 mln, a na platformie X ponad 53 mln, sumując dziewięć języków, w których profil jest prowadzony.
Milion Polaków obserwuje papieża na X
Największym zainteresowaniem na dawnym Twiterze cieszy się język hiszpański (18,6 mln) i angielski (18,5 mln), następnie włoski (5,2 mln), portugalski (5 mln) i francuski (1,8 mln). Po polsku i łacinie konto zgromadziło po milionie obserwujących. Po ponad pół miliona osiągnęły kanały po niemiecku (679 tys.) i arabsku (558 tys.).
Pierwszy rekord pontyfikatu
Liczby te ciągle rosną, a specjaliści od mediów społecznościowych tak ogromne zainteresowanie profilami Leona XIV nazywają „pierwszym rekordem pontyfikatu”. Faktem jest, że nowy papież zdobył już większą liczbę followersów niż jego poprzednik. Instagramowy papieski profil @franciscus ruszył w marcu 2016 roku i zgromadził blisko 10,5 mln obserwujących.
Dwa oficjalne papieskie kanały
Nauczanie i refleksje Leona XIV oraz przekaz wizualny dotyczący pontyfikatu można śledzić na dwóch platformach:
Zdjęcie na Instagramie – pokazujące papieża, gdy po raz pierwszy ukazał się światu po swym wyborze – zebrało 1,2 mln polubień i ponad 26 tys. komentarzy w różnych językach.
W pierwszym wpisie na platformie X Leon XIV napisał: „Pokój z wami wszystkimi! To pierwsze pozdrowienie Chrystusa Zmartwychwstałego, Dobrego Pasterza. Ja także chciałbym, by to pozdrowienie pokoju przeniknęło wasze serca, dotarło do waszych rodzin, do wszystkich ludzi, gdziekolwiek się znajdują, do wszystkich ludów, do całej ziemi”.
Siedemnaście godzin i rekord fallowersów
Papieskie oficjalne kanały w mediach społecznościowych ruszyły 14 maja przed godz. 15. Prezentowane dane są z 15 maja przed godz. 8. Pokazują one, że będzie to medialny pontyfikat, mocno obecny w mediach społecznościowych.
Pierwsze oficjalne konto papieskie na Twitterze (obecnie X) zostało uruchomione 3 grudnia 2012 roku podczas pontyfikatu Benedykta XVI. Z kolei pierwszy instagramowy papieski profil ruszył w marcu 2016 roku i należał do Franciszka.
Facebook – strona KAI poświęcona Leonowi XIV
Zachęcamy do obserwowania strony na Facebooku „Papież Leon XIV„. To strona Katolickiej Agencji Informacyjnej poświęcona papieżowi Leonowi XIV. Będą tam zamieszczane najnowsze wiadomości z Watykanu, analizy, komentarze i wywiady, fotografie i materiały wideo – wszystko, co dotyczy rozpoczynającego się pontyfikatu Papieża Leona XIV.
Drogi Czytelniku, cieszymy się, że odwiedzasz nasz portal. Jesteśmy tu dla Ciebie! Każdego dnia publikujemy najważniejsze informacje z życia Kościoła w Polsce i na świecie. Jednak bez Twojej pomocy sprostanie temu zadaniu będzie coraz trudniejsze. Dlatego prosimy Cię o wsparcie portalu eKAI.pl za pośrednictwem serwisu Patronite. Dzięki Tobie będziemy mogli realizować naszą misję. Więcej informacji znajdziesz tutaj.
Kai.pl
***
Aby Matka Boża była coraz bardziej znana, miłowana i uwielbiana!
„Różaniec Święty, to bardzo potężna broń.
Używaj go z ufnością, a skutek wprawi cię w zdziwienie”.
(św. Josemaria Escriva do Balaguer)
fot.wiseGeek
*****
Intencja Żywego Różańca
na miesiąc maj 2025
Intencjapapieska:
*O możliwość pracy Módlmy się, aby dzięki pracy każda osoba mogła się spełniać, rodziny miały godne warunki życia, a społeczeństwa stawały się bardziej ludzkie.
* za naszych kapłanów, aby dobry Bóg umacniał ich w codziennej posłudze oraz o nowe powołania do kapłaństwa i życia konsekrowanego.
* “Boże, Ty w swojej opatrzności, chciałeś, aby Twój Kościół opierał się na błogosławionym Piotrze, którego postawiłeś nad innymi Apostołami, wejrzyj łaskawie, prosimy, na Papieża Leona XIV i spraw, aby ten, którego ustanowiłeś następcą Piotra, był dla Twojego ludu widzialnym źródłem i fundamentem jedności w wierze i komunii. Przez naszego Pana Jezusa Chrystusa, Twojego Syna, który z Tobą żyje i króluje w jedności Ducha Świętego, Bóg przez wszystkie wieki wieków.”(Mszał Rzymski)
Intencja przed wyborem nowego prezydenta naszej Ojczyzny:
*Ksiądz Biskup Antoni Długosz stwierdził w bardzo mocnych słowach jaką mamy obecnie sytuację w naszej Ojczyźnie: Państwo polskie jest silne wobec słabych i słabe wobec silnych. Kłamstwo przybrało patologiczne rozmiary i zachwiało naszym krajem oraz relacjami między Polakami.
Dlatego, Kochana Boża Matko, błagam Cię dziś, wstawiaj się u Twojego Syna, Jezusa Chrystusa, błagam słowami wiersza Juliana Tuwima:
Lecz nade wszystko słowom naszym, Zmienionym chytrze przez krętaczy, Jedyność przywróć i prawdziwość. Niech prawo zawsze prawem znaczy, A sprawiedliwość – sprawiedliwość.
Udział w wyborach jest nie tylko powinnością obywatelską, ale też obowiązkiem katolika i każdego zatroskanego o dobro wspólne naszej Ojczyzny. Kościół przypomina podstawowe zasady, jakimi powinien kierować się katolik.
Dotyczą one istoty porządku moralnego. Prawy rozum nie pozwala na kompromisy, dlatego katolicy:
a) opowiadają się bezwarunkowo po stronie prawa do życia od poczęcia do naturalnego kresu, które to prawo „stanowi fundament współżycia między ludźmi oraz istnienia wspólnoty politycznej”
b) z równą determinacją zabiegają o ochronę praw rodziny, opartej na monogamicznym małżeństwie osób przeciwnej płci. Uważają zatem za niedopuszczalne zrównanie z rodziną innych form współżycia
c) stoją na straży zagwarantowania prymatu rodziców w wychowaniu swoich dzieci
d) bronią wolności sumienia i wolności religijnej, stanowiącej „serce praw człowieka”
e) sprzeciwiają się budowaniu świata „tak, jakby Boga nie było”
f) są zaangażowani na rzecz wewnętrznego i zewnętrznego pokoju, będącego podstawowym warunkiem realizacji dobra wspólnego;
g) troszczą się o etyczny kształt procesów gospodarczych, sprzeciwiając się „ekonomii, która zabija”
Kwestie te stanowią zbiór zasad, które powinny być uwzględnione podczas podejmowania decyzji wyborczych. Właściwie ukształtowane sumienie chrześcijańskie nie pozwala nikomu na oddanie głosu takiemu kandydatowi, który głosi przeciwne tzw. “wartości” do wyżej siedmiu wymienionych.
***
Intencja dodatkowa dla Róży Matki Bożej Częstochowskiej (II), św. Moniki i bł. Pauliny Jaricot:
* Rozważając drogi zbawienia w Tajemnicach Różańca Świętego prosimy Bożą Matkę, aby wypraszała u Syna swego a Pana naszego Jezusa Chrystusa właściwe drogi życia dla naszych dzieci.
***
Intencja dla małżonków w Róży bł. Kard. Stefana Wyszyńskiego:
*Wysławiamy Boga w Trójcy Jedynego, że zostaliśmy stworzeni na Boże podobieństwo, aby stanowić wspólnotę życia i miłości. Żebyśmy mogli zawsze trwać razem i w radościach i trudach życia, dlatego prosimy Cię Miłosierny Boże o łaskę umacniania naszego małżeńskiego przymierza poprzez ciągłe ożywianie wzajemnej miłości.
***
Od 1 maja 2025 modlimy się kolejnymi Tajemnicami Różańca Świętego i w intencjach wyznaczonych na ten miesiąc, które otrzymaliście na maila 30 kwietnia 1925 z adresu e-rozaniec@kosciol.org (jeśli ktoś z Was nie dostał maila na ten miesiąc, proszę o kontakt z Zelatorem Róży, albo na adres rozaniec@kosciolwszkocji.org)
________________________________________
Obecnie mamy 20 Róż Żywego Różańca. Bardzo serdecznie zachęcamy chętnych, aby zechcieli dołączyć się do Żywego Różańca. Módlmy się też w tej intencji, aby dotąd nieprzekonani mogli się przekonać jak skuteczną i tym samym jak bardzo potrzebną jest dziś modlitwa różańcowa.
***
Św. Andrzej Bobola i jego szczególna rola w historii Polski
Relikwie św. Andrzeja Boboli w sanktuarium w Warszawie,
fot. Wikipedia
***
Abp Stanisław Gądecki zaapelował o modlitwę i post w intencji Ojczyzny. Do apelu dołączył modlitwę za wstawiennictwem św. Andrzeja Boboli. Ten XVII-wieczny męczennik odegrał szczególną rolę w historii Polski.
Zagrożenia z dwóch stron
Przewodniczący Konferencji Episkopatu Polski abp Stanisław Gądecki 19 lutego w specjalnym apelu poprosił o „żarliwą” modlitwę za ojczyznę i post w tej intencji. „Patrząc na życie społeczne w naszym kraju trudno nie ulec wrażeniu, że jesteśmy widzami albo uczestnikami walki «dwóch plemion»” – zauważył abp Gądecki. Można też odnieść wrażenie – dodał – że istotą sporu są przede wszystkim partyjne interesy głównych partii politycznych, które budują emocje społeczne prowadzące do rozbicia poczucia wspólnoty narodowej.
Arcybiskup namawia polityków do opamiętania. Prosi, żeby spojrzeli na sprawy kraju z większą powagą i zapomnieli o własnych pożytkach. Gra nie toczy się o to, która strona sporu ma rację, ale o bezpieczeństwo państwa. „Wyzwania, jakie przychodzą zarówno ze Wschodu, gdzie toczy się wojna, jak i z Zachodu, gdzie obserwujemy poważne zmiany kulturowe oraz dążenie do przekształcenia Unii Europejskiej w jedno państwo, stawiają dziś pytanie o niepodległość Polski. Nie możemy stać się pokoleniem, które przejdzie do historii jako to, które – podobnie jak nasi ojcowie w XVIII w. – doprowadziło do upadku polskiej państwowości” – napisał przewodniczący Konferencji Episkopatu Polski.
Na końcu listu abp. Stanisława Gądeckiego znalazła się modlitwa:
Modlitwa za Ojczyznę przez przyczynę św. Andrzeja Boboli Boże, któryś zapomnianą do niedawna Polskę wskrzesił cudem wszechmocy Twojej, racz za przyczyną sługi Twojego św. Andrzeja Boboli dopełnić miłosierdzia nad naszą Ojczyzną i odwrócić grożące jej niebezpieczeństwa. Niech za łaską Twoją stanie się narzędziem Twojej czci i chwały. Natchnij mądrością jej rządców i przedstawicieli, karnością i męstwem jej obrońców, zgodą i sumiennością w wypełnianiu obowiązków jej obywateli. Daj jej kapłanów pełnych ducha Bożego i żarliwych o dusz zbawienie. Wzmocnij w niej ducha wiary i czystości obyczajów. Wytęp wszelką stanową zazdrość i zawiść, wszelką osobistą czy zbiorową pychę, samolubstwo i chciwość tuczącą się kosztem dobra publicznego. Niech rodzice i nauczyciele w bojaźni Bożej wychowują młodzież, zaprawiając ją do posłuszeństwa i pracy, a chroniąc od zepsucia. Niech ogarnia wszystkich duch poświęcenia się i ofiarności względem Kościoła i Ojczyzny, duch wzajemnej życzliwości i przebaczenia. Jak jeden Bóg, tak jedna wiara, nadzieja i miłość niech krzepi nasze serca! Amen.
Tylko Bóg daje łaski
Można i warto modlić się w różnych intencjach, także przyzywając wstawiennictwa różnych świętych. Jeszcze ważniejsze niż szukanie wsparcia u ludzi, którzy poprzedzili nas w drodze do nieba, jest to, żeby modlić się do Boga – dziękować Mu, uwielbiać Go, przepraszać i prosić.
Proszenie w intencji własnego kraju to jedna z wielu spraw, które warto mieć na uwadze, kiedy zwracamy się z ufnością do naszego Ojca w niebie. Jeszcze do niedawna odbierane niekiedy jako coś – czy ja wiem? – staroświeckiego, po 24 lutego 2022 r. stało się zatrważająco aktualne nawet dla tych, którzy wcześniej uśmiechali się pod nosem na wspomnienie wszelkich „bogoojczyźnianych klimatów”.
Dlaczego św. Andrzej Bobola?
To wszystko prawda, ale kiedy dwa lata temu zaczęłam razem z mężem zbierać materiały do biografii św. Andrzeja Boboli, nie raz miałam wrażenie – które nie opuszcza mnie do tej pory – że ten skromny męczennik sprzed czterech wieków dostał do odegrania szczególną rolę. Że w trudnej sytuacji, w jakiej ostatnio się znaleźliśmy jako wspólnota narodowa i europejska, został nam dany przez Boga jako „nasz człowiek w niebie”. Wydaje się, że wiele osób podziela to poczucie, bo św. Andrzej Bobola po latach niemal całkowitego zapomnienia w PRL stał się ostatnio bliski wielu osobom i środowiskom. Ludzie modlą się za jego wstawiennictwem, organizują czuwania, odwiedzają jego sanktuaria.
Dlaczego tak się dzieje? Właściwie trudno powiedzieć, bo Andrzej Bobola za życia niczym szczególnym się nie wyróżnił. Pracował jako „szeregowy” jezuita: kaznodzieja, spowiednik i misjonarz ludowy. Nie pisał książek, nie był doradcą królów ani magnatów. Zginął w okrutnych męczarniach w 1657 r. z rąk prawosławnych kozaków w Janowie Poleskim, na terenie dzisiejszej Białorusi, podczas wojennej zawieruchy. Został pochowany w podziemiach zakonnego kościoła w Pińsku.
Dopiero po śmierci stał się znany jako możny orędownik – nie tylko w sprawach osobistych ludzi, którzy prosili go o pomoc, ale także w sprawach całego narodu.
Odzyskanie niepodległości i bitwa warszawska
Oto wydarzenia, w których szczególnie dał się poznać jako opiekun naszej ojczyzny:
1. 1702 R. – PIERWSZA INTERWENCJA
Andrzej Bobola 45 lat po śmierci ukazał się rektorowi jezuickiego kolegium w Pińsku o. Marcinowi Godebskiemu i powiedział mu, że otoczy opieką współbraci i całe miasto, zagrożone przez obce wojska, jeśli mieszkańcy będą się modlili za jego wstawiennictwem i odnajdą trumnę z jego ciałem
2. 1819 R. – OBIETNICA ODZYSKANIA NIEPODLEGŁOŚCI
Andrzej Bobola ukazał się dominikaninowi o. Alojzemu Korzeniewski w Wilnie i zapowiedział, że Polska odzyska niepodległość, a on zostanie jej patronem. Przepowiednia została opublikowana w prasie po jego beatyfikacji w 1853 r. i stała się dość znana wśród Polaków.
3. 1853 R. – BEATYFIKACJA ANDRZEJA BOBOLI W RZYMIE
Zgromadziła rzesze Polaków i była ważnym wydarzeniem podtrzymującym wiarę w odzyskanie niepodległości przez kraj.
4. 1920 R. – BITWA WARSZAWSKA
Mieszkańcy zagrożonej przez bolszewików Warszawy tłumnie modlili się za wstawiennictwem Matki i Bożej i świętych, m.in. Andrzeja Boboli, a potem dziękowali za wymodlenie Cudu nad Wisłą
5. 1938 R. – KANONIZACJA ANDRZEJA BOBOLI
Kanonizacja, a zwłaszcza późniejszy triumfalny powrót integralnych relikwii (czyli zachowanego w całości ciała) męczennika do kraju stały się wielkim świętem narodowym. 19 czerwca podczas uroczystości na placu Zamkowym w Warszawie prezydent Polski Ignacy Mościcki złożył na trumnie Boboli swój Krzyż Niepodległości, co można interpretować jako (nieformalne) odznaczenie św. Andrzeja za jego wkład w odzyskanie niepodległości. Andrzej Bobola byłby więc jedyną osobą, która dostała wysokie odznaczenie państwowe za zasługi… dokonane po śmierci.
6. 1957 R. – ENCYKLIKA PIUSA XII
W obliczu prześladowań Kościoła w Polsce papież Pius XII wydał encyklikę, w której wskazywał św. Andrzeja Bobolę, który padł ofiarą zagrożenia płynącego ze wschodu, jako wzór niezłomnego wytrwania w wierze.
7. 2002 R. – PATRON POLSKI
Papież Jan Paweł II oficjalnie ogłosił św. Andrzeja Bobolę patronem Polski.
Joanna Operacz – publikacja z 23.02.24 – Aleteia.pl
***
Ratunek dla Polski w św. Andrzeju Boboli
Wiele krzywdzących słów mówi się dziś o Polsce i Polakach. Nie jest to łatwy czas dla naszego Narodu.
Czy naród, który tyle razy dał świadectwo umiłowania prawdy i dobra, można tak traktować? Czy godzi się go zniewalać, aby był poprawny politycznie?
Zasługi Polaków
To Polacy, pierwsi w świecie, już w XV wieku powiedzieli Krzyżakom, że nie wolno nawracać pogan na wiarę chrześcijańską ogniem i mieczem. To husaria króla Jana III Sobieskiego przyszła z pomocą Europie w 1683 r., gdy Turcy zdobywali państwo po państwie i zbliżali się do Rzymu. To odważni polscy żołnierze i modlący się ludzie Warszawy obronili Europę przed bolszewikami i komunizmem w 1920 r. To Polacy podjęli wojnę z hitlerowskimi Niemcami w obronie własnego kraju, mimo że nie znaleźli wsparcia ze strony swoich przyjaciół. To polski naród nigdy nie pogodził się z okupacją Ojczyzny po II wojnie światowej, aż doprowadził do rozpadu Związku Radzieckiego. Dlaczego więc dziś ten naród, który tyle razy dał wyraz umiłowaniu Europy, jest tak atakowany? Dlaczego się go opluwa i posądza o czyny, które zawsze były mu obce?
Przyczyny ataków
To, jak postrzega się dziś Polskę, można analizować w świetle pewnych wydarzeń, które mają tu miejsce, ale można też popatrzeć na to wszystko oczyma wiary, które więcej widzą. I choć nieraz przedstawia się naszą Ojczyznę w nie najlepszym świetle, to jednak jest wielu ludzi w świecie, którzy cenią Polskę i pragną odwiedzić ten kraj, który z woli Boga w XX wieku dał światu świętych i błogosławionych. Przywołać tu należy św. Faustynę, św. Maksymiliana Marię Kolbego czy św. Jana Pawła II. Bóg dzięki nim zwrócił oczy całego świata na Polskę i dał wystarczającą wiedzę o narodzie, który w planie zbawienia w przyszłości będzie miał ważną rolę do spełnienia.
Przepowiednia kard. Hlonda
Oczy wiary ten atak na Polskę z jednej strony pozwalają widzieć jako zemstę szatana, który wykorzystuje „królestwa tego świata” do uniemożliwienia realizacji planu Bożego, zaś z drugiej – pomagają dostrzec w tym, co się dzieje, Boga, który przygotowuje naród do wypełnienia jego misji w świecie. Na tę drugą stronę zwrócił uwagę kard. August Hlond w swej przepowiedni przed śmiercią: „Polska to naród wybrany przez Boga do wielkiego posłannictwa, dlatego oczyści go Bóg przez cierpienie. Bóg ześle Polsce pomoc swoją z tej strony, z której się nikt nie spodziewał. Przyjdzie dla Polski dzień, w którym przyjaciele odstąpią od niej i zostanie sama, aby się wypełniła wola Boża – a wtedy miłosierdzie okryje ją całą – Polska przejdzie jeszcze swoje ostateczne oczyszczenie, ale potem wiara i miłość zatryumfują w pełni. Jeszcze jakiś czas potrzebny jest do pokuty, a potem Chrystus zmieni całkowicie oblicze tej ziemi. Niech nikt nie upada na duchu, gdy szatan będzie brał górę, bo zostanie pokonany mocą Bożą. Zwycięstwo, gdy przyjdzie, będzie zwycięstwem błogosławionej Maryi Dziewicy. Z różańcem w ręku módlcie się więc o zwycięstwo Matki Najświętszej! Polska jest bowiem narodem wybranym Najświętszej Maryi Panny. Polska nie zwycięży bronią, ale modlitwą, pokutą, wielką miłością bliźniego i Różańcem. Polska ma stanąć na czele Maryjnego zjednoczenia narodów. Trzeba ufać i modlić się. Jedyna broń, której używając Polska odniesie zwycięstwo, to Różaniec. On tylko uratuje Polskę od tych strasznych chwil, jakimi może narody będą karane za swą niewierność względem Boga.
Polska będzie pierwszą, która dozna opieki Matki Bożej. Maryja obroni świat od zupełnej zagłady, a Polska nie opuści sztandaru Królowej Nieba. Całym sercem wszyscy niech się zwracają z prośbą do Matki Najświętszej o pomoc i opiekę pod Jej płaszczem. Nastąpi wielki tryumf Serca Matki Bożej, po którym dopiero zakróluje Zbawiciel nad światem przez Polskę.
Polska urośnie do znaczenia potęgi moralnej i będzie natchnieniem przyszłości Europy, jeżeli nie ulegnie bezbożnictwu, a w rozgrywce duchów pozostanie niezachwianie po stronie Boga. Jako promieniujący ośrodek chrześcijański Polska będzie powagą i może odegrać rolę wzoru oraz pośredniczki oczekiwanego braterstwa narodów, którego samą grą dyplomatyczną zbudować niepodobna. Na rozstaju dziejowym Polska nie powinna się przeto zawahać, nie powinna zbaczać ze swej drogi, lecz iść za swym powołaniem. Pogłębioną świadomością chrześcijańską powinna odgrodzić się duchowo od zmurszałego i zakłamanego świata, który przepada, a przodować w nowym życiu, które się wyłania”.
Przytaczam słowa tej przepowiedni, bo pozwalają one odpowiedzieć na pytanie, dlaczego Polska jest dziś przywoływana do praworządności. Pozwalają też rozumieć wezwanie do wielkiej mobilizacji modlitewnej narodu. Dziś toczy się w Polsce wielka walka o duszę narodu. Czy to będzie naród chrześcijański, czy bezbożny? Czy panować w nim będą moralność ewangeliczna, czy wartości europejskie? Czy naród zachowa myślenie katolickie, czy pójdzie za ideologią gender?
Ratunek dla Polski w św. Andrzeju Boboli
W tej walce nie możemy liczyć na żadną pomoc ze strony innych państw czy narodów. Nikt nie będzie się bił o katolickie oblicze naszej Ojczyzny. To oblicze może nam zapewnić tylko pomoc z nieba. I tę pomoc dał narodowi sam Bóg w św. Andrzeju Boboli, patronie Polski.
W ostatnim czasie wiele się słyszy wezwań do modlitwy za Polskę za przyczyną tego świętego. Ale mam wrażenie, że nie wszyscy rozumieją to wezwanie, dlatego jako czciciel św. Andrzeja, a także w jakimś sensie powołany do szerzenia jego kultu i wyjaśniania roli w dzisiejszej historii Polski, pozwolę sobie odpowiedzieć na pytanie: Dlaczego możemy mieć nadzieję, że z jego pomocą uratujemy wiarę katolicką w Polsce?
Święty, o którym Bóg nie pozwolił zapomnieć
Z życiorysu św. Andrzeja wiemy, że jego pośmiertne objawienia otworzyły mu drogę na ołtarze i do powstania jego sanktuarium w Strachocinie. Te objawienia są różnie postrzegane. Z pewnością są tacy, którym kojarzą się z pychą czy zarozumiałością św. Andrzeja. Dlatego wszystkim, których ogarnia takie myślenie, trafnie odpowiada papież Pius XII w encyklice „Invicti athletae Christi”, poświęconej św. Andrzejowi Boboli. „Jest naszym gorącym pragnieniem, żeby wszyscy po całym świecie uczestnicy chlubnego miana katolików, a zwłaszcza ci synowie ukochanej przez nas polskiej ziemi, dla których (…) Andrzej Bobola jest chlubą i wspaniałym wzorem chrześcijańskiego męstwa, w trzechsetną rocznicę jego zgonu, pobożnym sercem i umysłem rozważyli jego męczeństwo i jego świętość. Nie chcemy pominąć tej pamiętnej chwili, która złotymi zgłoskami zapisana jest w rocznikach Kościoła (…)”.
Jeśli papież zachęca wszystkich chrześcijan do pochylenia się nad św. Andrzejem, to przypomnijmy, że on 316 lat temu po raz pierwszy się objawił i 80 lat temu został kanonizowany.
Pińsk, rok 1702
To miejsce i rok pierwszego objawienia Andrzeja Boboli. Prawdę o tym objawieniu rozeznajemy dopiero w świetle okoliczności, w których się ono dokonało. 16 kwietnia 1702 r. w celi o. Marcina Godebskiego, rektora Kolegium Jezuitów, pojawił się zakonnik i powiedział: „Jestem wasz współbrat Andrzej Bobola, obronię miasto i kolegium przed Szwedami, jeśli odnajdziecie moją trumnę i oddzielicie ją od innych”. Gdy spełniono prośbę, miasto i kolegium zostały uratowane. Szwedzi nie weszli do Pińska, a mieszkańcy i jezuici odczytali to jako wyjątkową ingerencję Andrzeja Boboli. Dzięki temu, co się stało, rozpoczęto prace nad wyniesieniem go na ołtarze.
W tym objawieniu należy też zobaczyć obrońcę katolickiej wiary. Przecież najeźdźca, u którego od XVI wieku dominującą religią był protestantyzm, wykorzystywał wojnę do niszczenia i rabowania wszystkiego, co katolickie. Andrzej, objawiając się z konkretną propozycją, która się dokonała, już wtedy jawi się jako dar od Boga dla ratowania katolickiej wiary wśród Polaków. Zresztą wydaje się, że to, co uczyniono w obliczu kolejnego zagrożenia, potwierdziło to przekonanie w polskim narodzie.
Warszawa, rok 1920
Druga ważna ingerencja bł. Andrzeja Boboli dotyczy udziału w Cudzie nad Wisłą. Aż dziw bierze, że historycy przemilczają pewne fakty, a szczególnie te związane z Andrzejem.
Rok 1920 to czas, w którym pojawiło się zagrożenie dla Polski ze strony bolszewików. Polski rząd szukał pomocy u zaprzyjaźnionych krajów zachodnich, ale jej nie znalazł. Świadomy tego Episkopat Polski, zgromadzony na Jasnej Górze, podjął religijne działania, aby szukać pomocy u Boga przez Maryję. Ale podjął też jedną ważną inicjatywę. 28 lipca biskupi napisali prośbę do papieża Benedykta XV o kanonizację Andrzeja Boboli, z uzasadnieniem: „Podniesiony ku czci świętych będzie najdzielniejszym i nieustannym Patronem Ojczyzny i Kościoła Katolickiego, szczególnie na Kresach Polski, najbardziej wystawionych na niemałe niebezpieczeństwo obyczajności i prawdziwej wiary”. Do tej prośby dołączono list Józefa Piłsudskiego, w którym napisał: „Ojcze Święty! Od początku wojny światowej, która się zda obecnie dobiegać do końca, Bóg Wszechmogący widocznie błogosławił wysiłkom naszej bohaterskiej armii. Wbrew zamiarom naszych wrogów Ojczyzna nasza zmartwychwstała, co według rachub ludzkich zdawało się prawie niemożliwym. Przypisujemy to dokonanie się aktu sprawiedliwości dziejowej możnemu wstawiennictwu naszych Świętych Patronów, a zwłaszcza Błogosławionemu Andrzejowi Boboli, w sposób szczególny czczonemu przez naród polski, który w nim położył swą ufność. Pragniemy mu okazać wdzięczność za Jego opiekę nad Polską i zapewnić ją sobie na przyszłość dla dalszego rozwoju naszego Państwa. Dlatego błagamy Cię, Ojcze Święty, by Wasza Świątobliwość raczył zaliczyć w poczet świętych Błogosławionego Andrzeja Bobolę”.
31 lipca metropolita warszawski kard. Aleksander Kakowski wydał list do duchowieństwa archidiecezji, w którym zaapelował o religijno-patriotyczną mobilizację: „Na ubłaganie pomocy z Nieba, której Bóg nigdy nie skąpił, prosząc o nią, ufny w przyczynę bł. Andrzeja Bobolę, patrona Polski, i bł. Władysława z Gielniowa, patrona Warszawy, zarządzam nabożeństwa błagalne za wstawiennictwem tych błogosławionych”.
Od 6 do 15 sierpnia w warszawskich kościołach: Ojców Jezuitów przy ul. Świętojańskiej na Starym Mieście, św. Anny i Świętego Zbawiciela rano o dziewiątej i wieczorem o siódmej miały być odprawione nowenny z wystawieniem Przenajświętszego Sakramentu i odmawiane litanie do Najświętszego Serca Pana Jezusa z aktem poświęcenia oraz litanie do bł. Andrzeja Boboli i bł. Władysława z Gielniowa. Wielcy orędownicy Polski nie zawiedli. Bolszewicy zostali pod Warszawą pokonani w ostatnim dniu nowenny – 15 sierpnia 1920 r.
W duchu wdzięczności za zwycięstwo ponowiono prośbę o kanonizację bł. Andrzeja Boboli, a gdy władze w Moskwie dowiedziały się, że Polacy Andrzejowi Boboli przypisują zwycięstwo nad nimi, wysłali żołnierzy, aby odszukali trumnę i zobaczyli, czy „znajduje się w niej ciało zachowane od rozkładu”, a jeśli będzie zachowane, to mieli zabrać tę trumnę do Moskwy, co też się stało.
Wszystko, co się działo przed Cudem nad Wisłą i po nim, świadczy, że Polacy w tym zwycięstwie widzieli udział bł. Andrzeja Boboli, a jego kanonizację trzeba odczytać jako wdzięczność za uratowanie Polski i Europy przed komunizmem.
Strachocina, rok 1987
Ostatnie objawienie św. Andrzeja dotyczy już współczesnej historii Polski. Miało ono miejsce w Strachocinie, miejscowości na Podkarpaciu, w archidiecezji przemyskiej. Św. Andrzej Bobola, gdy objawił się 16 maja 1987 r. miejscowemu proboszczowi, powiedział: „Jestem św. Andrzej Bobola, zacznijcie mnie czcić w Strachocinie”. Dzięki temu w parafii rozpoczął się jego kult, a liczne świadectwa pielgrzymów o wyproszonych łaskach sprawiły, że abp Józef Michalik, ówczesny metropolita przemyski, 19 marca 2007 r. miejscowy kościół uczynił sanktuarium św. Andrzeja Boboli.
Pewne wydarzenia związane z tym sanktuarium pozwalają jednak rozeznać to objawienie w wymiarze nie tylko religijnym, ale i narodowym. Gdy bowiem w 2005 r. po raz pierwszy do Strachocina pielgrzymowali ci, którzy prosili o pomoc patrona tego miejsca, aby doszli do władzy w wyborach parlamentarnych, zostali wysłuchani. Ale wtedy nikt nie wiązał tego zwycięstwa ze św. Andrzejem ani z tym miejscem.
Dopiero wybory prezydenckie i parlamentarne z 2015 r. pozwalają nabrać przekonania o objawieniach Andrzeja w Strachocinie jako o przypomnieniu jego roli w narodzie. Po dziesięciu latach ci, którzy kiedyś pielgrzymowali do św. Andrzeja, ponownie przybyli do Strachociny, aby prosić świętego o pomoc w zbliżających się wyborach. Wpierw 2 maja modlili się za swojego kandydata na prezydenta, który na tydzień przed wyborami miał 14 punktów straty do ówczesnej głowy państwa. Po tej modlitwie wygrał już pierwszą turę wyborów i dziś jest prezydentem RP. Warto ten fakt wszystkim przypominać, bo wydaje się, że w nadmiarze wielu wydarzeń o tym się zapomina i pomija udział św. Andrzeja w tym zwycięstwie. A w moim przekonaniu ta modlitwa miała decydujący wpływ na to, co się stało.
4 października 2015 r. odbyła się druga pielgrzymka do św. Andrzeja z prośbą, aby zmienił się układ sił w parlamencie. Postawiono wtedy św. Boboli wielkie żądanie: „Spraw, byśmy rządzili sami, mieli tylu posłów, aby nie wchodzić w żadne koalicje”. I czy to się nie stało? Kolejna prośba została spełniona.
Trzeba dziękować, że parlamentarzyści o tym pamiętają i co roku pielgrzymują do św. Andrzeja Boboli, by podziękować mu za to, co się stało. Mam nadzieję, że św. Andrzej nigdy im tego nie zapomni.
Gorąca prośba
Dziś tymi słowami dzielę się ze wszystkimi, którym leży na sercu Polska katolicka, kierująca się wartościami chrześcijańskimi, w której będzie się szanować prawa naturalne – a szczególnie prawo do życia od poczęcia aż do naturalnej śmierci – i proszę was, byście włączyli się w modlitwę za Ojczyznę. Niech w tej modlitwie znajdzie się św. Andrzej. Bóg dał go naszej Ojczyźnie, aby w niej były wiara katolicka, szacunek do innych wyznań i ludzi inaczej myślących, a nade wszystko abyśmy byli jedno.
Wskazując na „cud strachociński”, który dokonał się w 2015 r., proszę, by nie został zaprzepaszczony. Historia z 1920 r. może się powtórzyć.
Cud nad Wisłą z czasem został zmarginalizowany. To, co było wielką łaską i darem Bożym, ludzie przypisali sobie i zaczęli budować sobie pomniki. Aż nadeszła za to kara, bardzo bolesna… Obyśmy dziś nie powtórzyli tego błędu. Wyborcze zwycięstwa z 2015 r. to też był cud, za którym znowu, jak w 1920 r., stoi św. Andrzej Bobola. Jeśli o tym zapomnimy albo zaczniemy to zwycięstwo przypisywać ludzkim działaniom, to co nas czeka?
Moim obowiązkiem jest o tym przypominać. Oczy wiary pozwalają mi w tym, co się stało, zobaczyć coś więcej i dzielę się tym, będąc zatroskany o przyszłość mojej Ojczyzny.
Ks. Józef Niżnik, kustosz sanktuarium św. Andrzeja Boboli w Strachocinie/Gość Niedzielny
***
Św. Andrzej Bobola i jego oryginalny styl „autopromocji”
fot. Henryk Prziondziono/Gość Niedzielny
***
Jak to możliwe, że ktoś, o kim pamięć całkiem zaginęła, jest dziś patronem Polski?
Był rok 1819. Napoleon dożywał swoich dni na Wyspie Świętej Heleny, a Polska nieodwołalnie już, wydawało się, utraciła niepodległość. Car zawładnął znaczną częścią dawnej Rzeczpospolitej i wprowadzał swoje porządki. Boleśnie odczuło je wielu patriotów, wśród nich dominikanin o. Alojzy Korzeniewski, któremu carska administracja zakazała prowadzenia duszpasterstwa i publikowania tekstów. Którejś nocy znękany zakonnik modlił się w klasztorze w Wilnie do Andrzeja Boboli. Zawierzał męczennikowi sprawę zniewolonej ojczyzny. Wtem ujrzał postać w jezuickim stroju, która przedstawiła się jako Andrzej Bobola. Przybysz wskazał na okno, za którym o. Alojzy ujrzał walczące ze sobą wielkie armie wielu różnych państw. „Kiedy ludzie doczekają takiej wojny, za przywróceniem pokoju nastąpi wskrzeszenie Polski, a ja zostanę jej głównym Patronem” – powiedział.
Zapomniany, ale…
Dziwne były drogi, jakimi rozwinął się kult św. Andrzeja Boboli. Gdyby odbywało się to tylko według ludzkich zasad, nie byłoby żadnego kultu, bo ludzie zwyczajnie by o tym człowieku nie wiedzieli. Owszem, za życia był dość znaną postacią – prawdopodobnie to on był autorem tekstu ślubów króla Jana Kazimierza, które monarcha złożył we Lwowie 1 kwietnia 1656 r., oddając królestwo pod opiekę Maryi. Głośna była jego działalność misyjna na wschodnich rubieżach Rzeczpospolitej. To ona przyniosła mu przydomek „duszochwat”. Słynął jako płomienny kaznodzieja, znakomity spowiednik i wychowawca młodzieży. Nazywano go też apostołem Pińszczyzny, bo w okolicy Pińska zbierał najobfitsze owoce swojej działalności. Jednocześnie jednak właśnie ta działalność wywołała nienawiść prawosławnych Kozaków, którzy w maju 1657 r. najechali Janów Poleski i urządzili masakrę tamtejszych Polaków i Żydów. W pobliskiej wsi pojmali Andrzeja Bobolę, przywlekli go na janowski rynek i znęcali się nad nim w sposób tak bestialski, że trudno z tym porównać jakikolwiek inny znany opis męczeństwa. W końcu Kozacy dobili go szablą. Nieludzko zmaltretowane ciało męczennika pochowano w Pińsku. Minęły lata i zatarła się pamięć o tych strasznych wydarzeniach. I tak by pewnie zostało, gdyby sam Bobola nie przypomniał o sobie. Konkretnie w nocy z 16 na 17 kwietnia 1702 roku ukazał się o. Marcinowi Godebskiemu, rektorowi pińskiego kolegium jezuickiego. Zakonnik zamartwiał się właśnie sytuacją państwa polskiego i związanymi z tym zagrożeniami dla kolegium i jego mieszkańców. Wtedy ujrzał nieznajomego zakonnika o miłej powierzchowności, otoczonego nieziemskim blaskiem. Ten wyrzucił Godebskiemu, „że szuka protektorów tam, gdzie ich znaleźć niepodobna”, po czym obiecał opiekę nad kolegium, jeśli rektor poleci odszukać jego, Andrzeja Boboli, ciało, pochowane w krypcie pod kościołem i złoży je w nowej trumnie. Nie było to łatwe zadanie, ale gdy miejscowy zakrystian – także w nadprzyrodzony sposób – otrzymał wskazówki, gdzie należy szukać, znaleziono trumnę z napisem: „O. Andrzej Bobola TJ umęczony i zabity przez Kozaków”. Gdy ją otwarto, okazało się, że – choć minęło 45 lat – ciało męczennika wygląda tak, jakby dopiero co zostało pochowane, bez oznak rozkładu. To było samo w sobie zdarzenie cudowne. W ten sposób kult Andrzeja Boboli zaczął się szybko rozwijać. Zebrano i zabezpieczono świadectwa o życiu i śmierci Boboli. W 1712 roku biskup łucki otworzył proces informacyjny w swojej diecezji. Ukazał się drukiem pierwszy życiorys męczennika.
Kręte drogi
W 1728 roku Rzym orzekł autentyczność dowodów świętości, męczeństwa i cudów sługi Bożego. W maju 1730 roku dokonano oględzin ciała z udziałem lekarzy. W dalszym ciągu było ono giętkie i elastyczne, wciąż było też widać zakrzepłą krew. Nie wydzielała się woń właściwa rozkładającym się zwłokom. Lekarze zeznali pod przysięgą, że zachowanie ciała w takim stanie, w wilgoci i w sąsiedztwie wielu rozkładających się zwłok, jest wytłumaczalne jedynie ingerencją nadprzyrodzoną. W 1736 roku rozpoczął się proces apostolski w Kongregacji Obrzędów. Tu jednak nowy promotor wiary, kard. Ludwik de Valentibus, poddał krytyce zebrany materiał i wyraził wątpliwość co do zasadności uznania śmierci Boboli jako męczeństwa za wiarę. Proces utknął na długie lata, a kasata zakonu jezuitów, zdawało się, sprawę zamknęła. Tylko w Polsce, a zwłaszcza w Pińsku, trwał kult męczennika.
W 1793 roku, po drugim rozbiorze Polski, Pińsk zagarnęła Rosja. Caryca przekazała świątynię z grobem Boboli w ręce mnichów prawosławnych. Ci uszanowali relikwie, ale widząc, że przy jego trumnie modlą się nawet prawosławni, zamknęli kryptę. W 1808 roku reaktywowani jezuici uzyskali zgodę cara na przeniesienie ciała Boboli do Połocka. „Mamy tu w kolegium połockim drogocenny skarb, święte nienaruszone ciało Wielebnego Męczennika Andrzeja Boboli. Jak droga była przed Bogiem męczeńska śmierć tego Wyznawcy, to stwierdzają cuda tak liczne, że nosi on miano Cudotwórcy Polskiego” – pisał w 1809 roku kleryk Jan Rootham, późniejszy generał jezuitów. Dziesięć lat później dominikanin o. Alojzy Korzeniewski usłyszał w wizji zapowiedź wskrzeszenia Polski i o roli męczennika jako patrona Polski.
Triumf
Do spełnienia się proroctwa miało minąć prawie sto lat. Z czasem zyskało ono wśród Polaków rozgłos, podobnie jak postać samego Andrzeja Boboli. Notowano liczne świadectwa otrzymanych łask za jego wstawiennictwem. Wobec rosnącej popularności męczennika, w 1826 r. wznowiono jego proces beatyfikacyjny. W 1853 roku Pius IX zaliczył Andrzeja Bobolę do grona błogosławionych.
Po beatyfikacji we francuskiej i w polskojęzycznej prasie ukazał się opis wizji, którą 27 lat wcześniej miał o. Alojzy Korzeniewski. Nikt nie mógł wtedy wiedzieć, że przyjdzie taki czas, gdy mocarstwa, które podzieliły się Rzeczpospolitą, rzucą się sobie do gardeł i zduszą się wzajemnie. Jedyny taki moment nastał w 1918 roku, gdy zakończyła się wielka wojna – i Polska go wykorzystała.
Relikwie jednak nie zaznały spokoju. W 1922 roku bolszewicy wywieźli je do gmachu Wystawy Higienicznej Ludowego Komisariatu Zdrowia w Moskwie. Rok później, staraniem Piusa XI, Rosjanie oddali ciało Boboli, które zostało przewiezione do Rzymu. Wobec rosnącej popularności męczennika wszczęto jego proces kanonizacyjny. Dzień kanonizacji Andrzeja Boboli, 17 kwietnia 1938 roku, był największym wydarzeniem religijnym dwudziestolecia międzywojennego w Polsce. Jego zwieńczeniem było sprowadzenie relikwii z Rzymu do Polski w czerwcu tego samego roku. Ciało spoczęło u jezuitów przy ul. Rakowieckiej w Warszawie. Dziś znajduje się tam sanktuarium św. Andrzeja Boboli.
Jest jeszcze drugie sanktuarium męczennika pińskiego – w jego rodzinnej miejscowości, Strachocinie koło Sanoka. I tu także Bobola wzbudził kult osobiście. W minionym wieku pokazywał się tamtejszym kapłanom, aż dopiero proboszcz ks. Józef Niźnik w 1987 roku zadał zjawie pytanie, kim jest. Święty przedstawił się, po czym wyraził życzenie: „Zacznijcie mnie czcić”. Rok później do Strachociny uroczyście sprowadzono relikwie męczennika, a w roku 2007 metropolita przemyski abp Józef Michalik podniósł tamtejszy kościół do rangi sanktuarium św. Andrzeja Boboli.
Patron
W 1999 roku prymas Polski kard. Józef Glemp zwrócił się do Stolicy Apostolskiej o zgodę na ogłoszenie św. Andrzeja Boboli kolejnym patronem Polski. W marcu 2002 roku Kongregacja Kultu Bożego i Dyscypliny Sakramentów zatwierdziła decyzję polskiego episkopatu. Odtąd św. Andrzej jest czczony jako patron Polski, na równi ze św. Stanisławem Kostką, czyli jako tzw. patron drugorzędny. Głównymi patronami Polski są Najświętsza Maryja Panna Królowa Polski i dwaj męczennicy – św. Wojciech i św. Stanisław ze Szczepanowa. Św. Andrzej Bobola patronuje też metropolii warszawskiej, diecezji łomżyńskiej, płockiej i warmińskiej, jest też drugorzędnym patronem archidiecezji wileńskiej. Ponadto św. Andrzej to patron jedności Kościoła i ewangelizacji w trudnych czasach.
Czy Andrzej Bobola zostanie zaliczony do grona „głównych” patronów Polski? Zważywszy burzliwe losy kultu Andrzeja Boboli i jego oryginalny styl, polegający na osobistym wzbudzaniu kultu, można przypuszczać, że święty nie powiedział jeszcze ostatniego słowa, tym
Franciszek Kucharczak/Gość Niedzielny
***
Modlitwy za Ojczyznę na trudne czasy
fot. radio Niepokalanów
***
Modlitwa za Ojczyznę kard. Augusta Hlonda
O Duchu Święty, Boskie swe dary spuść na tych, którzy kierują losami Polski i na cały Naród, abyśmy słuchając Twych natchnień w życiu prywatnym i publicznym żyli świętym prawem Bożym. Amen
Modlitwa za Ojczyznę bł. Stanisława Papczyńskiego
Najlepszy i największy Ojcze, spraw, aby Polska, Ojczyzna nasza rozkwitła, rozbieżne żądania się połączyły, zwaśnione umysły się pojednały, zniszczona święta prawowierność zatryumfowała nad herezją, by majestat praw został otoczony blaskiem, by miłość dobra wspólnego rozgorzała we wszystkich sercach, by zakiełkowały spustoszone pola, dźwignęły się zniszczone osady, by nadeszły szczęśliwe czasy, a trwała cnota posiadła i u święciła serca wszystkich.
Modlitwa za Ojczyznę bł. ks. Jerzego Popiełuszki
Wszechmogący Boże, Ojców naszych Panie! Pochylamy pokornie nasze głowy, by prosić o siłę wytrwania i mądrość w tworzeniu jedności, by prosić o twoje błogosławieństwo. Wszystkich polecamy Twojej szczególnej opiece, Twojej mocy uzdrawiającej ludzkie serca. Chcemy wszystkim naszym winowajcom przebaczyć, jak Ty przebaczasz nam nasze winy, zbaw ode złego nas wszystkich.
Wysłuchaj, Panie, prośby swego ludu.
Amen
Modlitwa za Ojczyznę ks. Piotra Skargi
Boże, Rządco i Panie narodów, z ręki i karności Twojej racz nas nie wypuszczać, a za przyczyną Najświętszej Maryi Panny, Królowej naszej, błogosław Ojczyźnie naszej, by Tobie zawsze wierna – chwałę przynosiła Imieniowi Twemu, a syny swe wiodła ku szczęśliwości.
Wszechmogący, wieczny Boże, wzbudź w nas szeroką i głęboką miłość ku braciom i najmilszej matce, Ojczyźnie naszej, byśmy jej i ludowi Twemu, swoich pożytków zapomniawszy, mogli służyć uczciwie. Ześlij Ducha Świętego na sługi Twoje, rządy naszego kraju sprawujące, by wedle woli Twojej ludem sobie powierzonym mądrze i sprawiedliwie zdołali kierować.
Przez Chrystusa, Pana naszego
Amen.
Modlitwa św. Jana Pawła II
Zawierzam macierzyńskiej opiece Pani Jasnogórskiej siebie samego, Kościół, wszystkich moich rodaków, nie wyłączając nikogo.
Zawierzam Jej każde polskie serce, każdy dom i każdą rodzinę. Wszyscy jesteśmy Jej dziećmi. Niech Maryja będzie przykładem i przewodniczką w naszej codziennej i szarej pracy. Niech wszystkim pomaga wzrastać w miłości Boga i miłości ludzi, budować wspólne dobro Ojczyzny, wprowadzać i umacniać sprawiedliwy pokój w naszych sercach i środowiskach.
Proszę Cię, Pani Jasnogórska, Matko i Królowo Polski, abyś cały mój naród ogarnęła Twoim macierzyńskim sercem. Dodawaj mu odwagi i siły ducha aby mógł sprostać wielkiej odpowiedzialności, jak przed nim stoi. Niech z wiarą, nadzieją i miłością jeszcze mocniej przylgnie do Twojego Syna Jezusa Chrystusa i do Jego Kościoła zbudowanego na fundamencie Apostołów.
Matko Jasnogórska, módl się za nami i prowadź nas, abyśmy mogli dawać świadectwo Chrystusowi – Odkupicielowi człowieka.
Bogurodzica
Bogurodzica Dziewica, Bogiem sławiena Maryja,
Uswego Syna Gospodzina Matko zwolena, Maryja!
Zyszczy nam, spuści nam. Kyrie eleison.
Twego dzieła Krzciciela, boży cze, usłysz głosy,
napełń myśli człowiecze.
Słysz modlitwę, jaź nosimy,
A dać raczy, jegoż prosimy:
A na świecie zbożny pobyt,
Po żywocie rajski przebyt.
Kyrie eleison.
Litania Narodu Polskiego
Kyrie elejson, Chryste elejson, Kyrie elejson.
Chryste, usłysz nas, Chryste, wysłuchaj nas.
Ojcze z nieba, Boże, zmiłuj się nad nami.
Synu, Odkupicielu świata, Boże…
Duchu Święty, Boże…
Święta Trójco, jedyny Boże …
Nad Polską. Ojczyzną naszą, zmiłuj się, Panie.
Nad narodem męczenników…
Nad ludem zawsze wiernym Tobie…
Jezu, nieskończenie miłosierny…
Jezu, nieskończenie mocny…
Jezu, nadziejo nasza…
O Maryjo, Bogurodzico, Królowo Polski, módl się za nami.
Święty Stanisławie, ojcze Ojczyzny…
Święty Wojciechu, patronie Polski…
Święci Męczennicy polscy: Benedykcie, Janie, Mateuszu, Izaaku, i Krystianie, módlcie się za nami.
Święty Brunonie, apostole ziem polskich, módl się za nami.
Święty Andrzeju, Świeradzie i Benedykcie, módlcie się za nami.
Święty Ottonie, apostole Pomorza, módl się za nami.
Święty Cyrylu i Metody, apostołowie Słowian, módlcie się za nami.
Święty Kazimierzu, patronie Litwy, módl się za nami.
Święty Jozafacie, patronie Rusi…
Święty Wacławie, patronie katedry wawelskiej…
Święty Florianie, patronie Krakowa…
Święty Jacku Odrowążu, apostole Rusi…
Święta Jadwigo, królowo, matko Narodów…
Święta Kingo, patronko polski Litwy oraz górników…
Święta Jadwigo, patronko Śląska…
Święty Janie z Dukli, patronie Korony i Litwy oraz rycerstwa polskiego…
Święty Janie z Kęt, patronie profesorów i studentów…
Święty Melchiorze Grodziecki, męczenników z Koszyc…
Błogosławiona Bolesławo Lament, apostołko wśród prawosławnych…
Błogosławiony Stefanie Wincenty Frelichowski, kapłanie więźniów i obozów koncentracyjnych…
Błogosławieni 108 polskich męczenników z czasów II wojny światowej: Antoni Julianie Nowowiejski, Henryku Kaczorowski, Amincecie Kopliński, Marianno Biernacka i pozostali, świadkowie wiary, umierający za wiarę, wierni Panu Bogu i Jego Prawu módlcie się za nami.
Błogosławiony Jerzy Popiełuszko, kapłanie zamęczony za obronę Prawdy, módl się za nami.
Od długiej, ciężkiej pokuty dziejowej wybaw nas, Panie!
Od kajdan niewoli…
Od godziny zwątpienia…
Od podszeptów zdrady…
Od gnuśności naszej…
Od ducha niezgody…
Od nienawiści i złości…
Od wszelkiej złej woli…
Od śmierci wiecznej…
Winy królów naszych przebacz, o Panie
Winy magnatów naszych…
Winy szlachty naszej…
Winy rządzących krajem…
Winy kierujących ludem…
Winy pasterzy…
Winy ludu naszego…
Winy ojców i matek naszych…
Winy braci i sióstr naszych…
Winy całego Narodu polskiego…
Głos krwi męczenników naszych usłysz o Panie!
Głos krwi żołnierzy naszych…
Brzęk pękających kajdan naszych…
Płacz matek i żon…
Płacz wdów i sierot…
Płacz dzieci katowanych za polski pacierz…
Łzy przesiedleńców i wygnanych z Ojczyzny…
Łzy rolników pozbawionych swej ziemi…
Wołanie krzywdzonego robotniczego ludu…
Cierpienia i trudy gnębionego w czasach wojen Narodu…
Wiarę w Ciebie i ufność w nas samych daj nam, o Panie!
Nadzieję w zwycięstwo dobrej sprawy…
Miłość Polski, Ojczyzny naszej…
Męstwo, rozum, łagodność i solidarność..
Wolność, chwałę, szczęście i pokój…
Służbę w świętej sprawie Twojej na ziemi…
Wszystkie dary Ducha Świętego…
Przez Narodzenie Twoje bohatera wielkiego wzbudź nam, o Panie.
Przez Bogurodzicę Przewodników na trudne czasy daj nam, o Panie.
Przez Najświętsze życie Twoje, żyć dobrze naucz nas, o Panie.
Przez Krzyż i Mękę Twoją cierpienia nasze mężnie znosić daj, o Panie.
Przez Zmartwychwstanie Twoje z ciemności grzechu wskrzesz nas, o Panie.
Przez Wniebowstąpienie Twoje Ojczyznę wielką, wolną i szczęśliwą daj nam, o Panie.
Przez Ducha świętego Zesłanie „ducha dobrego” daj nam, o Panie.
Przez Miłosierdzie Twoje ducha i tradycję Narodu zachować daj nam, o Panie.
Przez czystą świętej Jadwigi, królowej ofiarę, w jedności i suwerenności naszą Polskę zachowaj, o Panie.
Przez cnoty wielkich Ojców naszych na Twe błogosławieństwo daj nam zasłużyć, o Panie.
Boże Piastów i Jagiellonów, nie opuszczaj nas, o Panie.
Boże Sobieskiego i Kościuszki…
Boże Ojca Kordeckiego i Ojca Kolbe…
Baranku Boży, który gładzisz grzechy świata,
Przepuść nam, Panie.
Baranku Boży, który gładzisz grzechy świata,
Wysłuchaj nas, Panie.
Baranku Boży, który gładzisz grzechy świata,
Zmiłuj się nad nami.
Módlmy się:
Boże Wszechmogący, Panie Zastępów, padamy do stóp Twoich w dziękczynieniu, że przez wieki otaczałeś nas swą przemożną opieką.
Dziękujemy Ci, że Ojców naszych wyprowadziłeś z rąk ciemiężców, najeźdźców i nieprzyjaciół.
Błogosławimy Cię za to, że po latach niewoli obdarzyłeś nas na nowo wolnością i pokojem.
Na progu nowych czasów, kiedy tyle sił potrzeba naszemu Narodowi, aby zachować wolność i suwerenność, prosimy Cię, Boże, napełnij nas mocą Ducha Twojego.
Wzbudź w Narodzie chęć do cierpliwej walki o zachowanie pokoju i wolności.
Spraw, byśmy
Stali się zdolni własnymi rękami i wzajemną solidarnością w służbie Twojego Krzyża zachować Twoje Królestwo w nas, w naszych rodzinach, w naszym Narodzie, jak za czasów naszych praojców.
Boże, niech Duch Święty zmienia oblicze tej ziemi i umacnia Twój lud.
Daj nam, o Panie, abyśmy po przyjęciu w pokorze „Bierzmowania Dziejów”
– udzielonego przez Ojca Świętego Jana Pawła II w 1979 r.
– Twego Duch nigdy nie zasmucali, a przez zawierzenie Maryi, Matce Kościoła i Królowej Polski, pozostawali zawsze wierni Chrystusowi, Kościołowi i Ojczyźnie.
Amen
Wszystkie modlitwy pochodzą z książki Wincentego Łaszewskiego pod tytułem Duchowa misja Polski. Proroctwa i wizje, Warszawa 2019.
Autor książki zachęca też do odmówienia Modlitwy Pańskiej lub Zdrowaś Maryjo za Polskę. To dla tych co nie mają za dużo czasu a każda modlitwa jednego człowieka jest ważna.
ROK 1916 Pierwsze objawienie się anioła w Loca do Cabeço: “Nie bójcie się, jestem Aniołem Pokoju”. Tego samego roku Anioł zjawia się po raz drugi (niedaleko domu Łucji, przy studni), by wezwać dzieci do składania ofiar ze swych codziennych cierpień i trudności. Kilka miesięcy później Anioł objawia się jeszcze raz (znów w Loca do Cabeço). Uczy dzieci modlitwy uwielbienia Jezusa w Najświętszym Sakramencie i udziela im Komunii Świętej.
ROK 1917 13 maja Pierwsze objawienie się Matki Bożej trzem pastuszkom z Aljustrel, dziesięcioletniej Łucji i jej kuzynom – Franciszkowi (9 lat) z siostrą Hiacyntą (7 lat). Maryja mówi dzieciom, że przychodzi z nieba. “Nie bójcie się… Jestem z Nieba”. “Odmawiajcie codziennie różaniec, aby wyprosić pokój dla świata…”
13 czerwca Drugie objawienie, w którym Matka Najświętsza ponawia prośbę o odmawianie Różańca i poleca dzieciom uczyć się czytać, gdyż chce się nimi posłużyć do rozpowszechniania nabożeństwa do Niepokalanego Serca.
13 lipca Trzecie objawienie połączone z wizją piekła, ukazaniem roli nabożeństwa do Niepokalanego Serca i przedstawieniem dzieciom tajemniczej wizji, która pozostała ukryta do 2000 r. jako tzw. trzecia część tajemnicy fatimskiej.
19 sierpnia Czwarte objawienie w Valinhos, w którym Matka Boża prosi o Różaniec i ofiary wynagradzające za grzeszników idących do piekła. Zapowiada, że w październiku uczyni wielki cud.
13 września Piąte objawienie, w którym Maryja zapewnia, że Bóg jest zadowolony z modlitw i ofiar składanych przez dzieci.
13 października Szóste objawienie: Matka Najświętsza podaje swój tytuł: “Jestem Matką Boską Różańcową”. Wzywa ludzi, by nie obrażali Boga, a na znak prawdziwości swych objawień czyni cud słońca, który oglądało blisko sto tysięcy ludzi.
wiara.pl
***
10 faktów na temat Fatimy, o których należy pamietać
(fot. Źródło: kadr filmu Fatima – Orędzie wciąż aktualne)
***
Liczni czciciele Matki Bożej Fatimskiej znają najistotniejsze aspekty Jej przesłania oraz różne wydarzenia związane z objawieniami sprzed ponad stu lat. Niektóre szczegóły i niuanse mogą jednak zostać przeoczone. Przypominamy więc o kilku faktach dotyczących Fatimy, o których często zapominamy, a o których naprawdę warto pamiętać!
1. Będzie siódme objawienie
Matka Boża ukazała się w Fatimie sześciokrotnie, od maja 1917 roku do października tego roku. Jednak już podczas pierwszego objawienia Matka Boża zapowiedziała, że powróci do Cova da Iria jeszcze po raz siódmy. „Przyszłam was prosić, abyście tu przychodzili przez 6 kolejnych miesięcy, dnia 13 o tej samej godzinie. Potem powiem, kim jestem i czego chcę. Następnie wrócę jeszcze siódmy raz”.
Specjaliści nie są zgodni co do tych słów. Większość sądzi jednak, że nie jest sprzecznym z wiarą uważać, że Najświętsza Panna jeszcze do Fatimy powróci, i że może to się stać w najbliższej przyszłości. Z całą pewnością jest to jedno z najbardziej chwalebnych wydarzeń, na jakie pobożny katolik może oczekiwać, szczególnie w naszych zatrważających, pełnych chaosu czasach. Mamy wielką nadzieję, że wraz z owym siódmym przyjściem nadejdzie upragniony pokój i – jak prorokował święty Ludwik de Montfort – triumf Jej Niepokalanego Serca.
2. Różaniec i czyściec
Najświętsza Maryja Panna w Fatimie przypomniała trójce dzieci o istocie różańca oraz o istnieniu czyśćca! Odpowiadając na pytania Łucji mówiła, że Franciszek musi zmówić jeszcze wiele różańców, nim trafi do Nieba, a o Amelii, że na pewno będzie przebywać w czyśćcu do końca świata. Królowa świętych przypomniała więc nam wszystkim o zbawiennej praktyce odmawiania różańca świętego – a więc o sposobie ratowania własnej duszy. Oferuje wręcz różaniec jako gwarancję na bezpieczne przejście z ziemi do Nieba, jak właśnie w przypadku Franciszka.
Co szczególnie istotne, Matka Boża wskazuje na samą rzeczywistość istnienia czyśćca, o której tak wielu katolików, w tym niestety duchownych, zdaje się zapominać. A przecież – przypomina Maryja – wiele spośród dusz w czyśćcu czekać będzie aż do końca świata. Według badań księdza Sebastiano dos Reis wspomniana Amelia zmarła w okolicznościach wskazujących na hańbę w sprawach czystości! Szokujące dla niektórych może się wydawać, że siostra Łucja mówiła o wiecznym cierpieniu w piekle licznych dusz, które zmarły mając na sumieniu tylko jeden grzech śmiertelny!
3. Różnica między objawieniami Maryi i Anioła
Bardzo ciekawym było, że fizyczne, emocjonalne i psychologiczne doświadczenie objawień Anioła Portugalii i Matki Bożej opisane było przez dzieci jako zupełnie różne. Siostra Łucja pisze w swych wspomnieniach: „Nie wiem dlaczego, ale faktem jest, że objawienia Matki Bożej miały inny wpływ na nas. Towarzyszyła nam, co prawda, ta sama intymna radość, ten sam pokój i to samo szczęście. Jednak, zamiast fizycznego zmęczenia, czuliśmy pewną ekspansywną żywotność, zamiast odrętwienia z powodu Bożej obecności, czuliśmy pewien rodzaj radości, zamiast trudności w mówieniu, czuliśmy pewien rodzaj entuzjazmu komunikacyjnego…”
Istnieje wyraźna różnica między objawiającymi się Matką Bożą i Aniołem – wynika to z ich różnej natury. Anioł to wszak czysty duch, Maryja posiada jednak i duszę i ciało. Po spotkaniu z Aniołem Portugalii pastuszkowie czuli się wyczerpani, chodziło stworzenie o wyższej naturze. Jako że dzieci były tej samej natury co Najświętsza Panna, przy spotkaniu z Nią czuły się bardziej swobodnie. Potwierdza to dogmat wiary o Wniebowzięciu Najświętszej Maryi Panny do nieba wraz z ziemskim ciałem.
4. Znaczenie modlitwy, pokuty, ofiary i umartwienia dla nawrócenia grzeszników
Ludzie współcześni, słysząc o umartwieniu i pokucie, kojarzą te hasła ze średniowieczem. Kryzys moralny ogarniający cały świat jest niezwykle poważny, wymaga ciągłej modlitwy, pokuty i ofiary. Prawda ta stale przewija się w Orędziu Matki Bożej Fatimskiej. W swojej niewinności dwoje młodszych pastuszków zrozumiało potrzebę ofiarowania się jako przebłagalne ofiary. Ale przecież apel Matki Bożej, w którym zwraca się z prośbą o modlitwę i pokutę, odnosi się również do reszty ludzkości.
Zwykli śmiertelnicy mogą dużo zyskać umartwiając ciało. Praktyka ta pozwala opanować niesforne namiętności, które przechodzą pod kontrolę łaski i woli. Cierpienie bowiem łatwo staje się potęgą w sprawach Bożych. Pan Jezus odkupił ludzkość poprzez krwawą ofiarę i ogromne cierpienia znoszone na Kalwarii.
5. Prześladowania z powodu objawień
Objawienia Matki Bożej były dla dzieci niewątpliwym wyróżnieniem, ale przecież nie tylko. Trójka pastuszków poniosła ciężkie ofiary przez sam fakt świadczenia o przybyciu Maryi do Fatimy. Szczególnie cierpiała Łucja – nie wierzyła jej ani matka, ani krewni, którzy w dodatku przestali okazywać jej jakąkolwiek czułość. Te cierpienia młodej dziewczynki musiały być bardzo intensywne.
Chociaż Franciszek i Hiacynta nie spotkali się z prześladowaniami w rodzinie, narażeni byli na stałe kpiny ze strony sąsiadów i szyderstwa przybyszy. Co więcej, świeckie media narażały dzieci na śmieszność i sarkazm. Krajowe gazety prowadziły ohydną kampanię nienawiści i oczerniania. Wszystko, by zdyskredytować objawienia. Pomimo tych zniewag dzieci zachowywały się z godną podziwu cierpliwością. Co więcej, zawsze pamiętały o wezwanie Matki Bożej, by ofiarować swoje cierpienia za grzeszników.
6. Zmiany w Nabożeństwie Pięciu Pierwszych Sobót
Matka Boża prosiła pierwotnie, by przystępować do spowiedzi i Komunii Św. przez pięć pierwszych sobót miesiąca, odmawiać pięć dziesiątek Różańca i medytować przez 15 minut nad tajemnicami, w celu zadośćuczynienia Niepokalanemu Sercu Maryi. Jednak Łucja, w trakcie kolejnego objawienia opowiedziała o trudnościach w wypełnianiu tego nabożeństwa. Zostały więc wprowadzone zmiany: do spowiedzi można przystępować w inne dni niż w pierwszą sobotę, o ile Pan Jezus jest przyjmowany godnie i z zamiarem zadośćuczynienia Niepokalanemu Sercu Maryi. A jeśli ktoś zapomni o wypowiedzeniu intencji, może to zrobić przy okazji następnej spowiedzi, korzystając z pierwszej ku temu sposobności.
Siostra Łucja wyjaśniła także, że nie ma potrzeby rozważać wszystkich tajemnic Różańca w każdą pierwszą sobotę miesiąca – wystarczy rozważać jedną z nich albo kilka.
7. Dlaczego ustanowiono Nabożeństwo Pięciu Pierwszych Sobót?
Nabożeństwo to odpowiada pięciu rodzajom grzechów i bluźnierstw popełnianych przeciwko Niepokalanemu Sercu Maryi. Są to:
– bluźnierstwa przeciw Niepokalanemu Poczęciu;
– bluźnierstwa przeciw Jej dziewictwu;
– bluźnierstwa przeciw Jej Boskiemu macierzyństwu
– wpajanie nienawiści, obojętności, a nawet pogardy do Niepokalanej Matki w sercach dzieci;
– bezpośrednie lżenie Jej świętych wizerunków
8. Udaremnienie większego cudu niż cud słońca!
Siostra Łucja ujawniła, że słynny „cud słońca” mógłby być jeszcze większy. Dzieci zostały jednak uprowadzone przez Arthura Oliveira Santosa, administratora Rady Administracyjnej Vila Nova de Ourém.
Jest to przykład przestępstwa popełnionego wbrew woli Matki Bożej, którego nie ukarała. Tak czy inaczej, tłumy osób zebranych w Fatimie po południu 13 października 1917 r. zostały pozbawione możliwości ujrzenia znacznie większego cudu, niż i tak ogromny „cud słońca”.
9. Zorza polarna czy ostrzeżenie przed wojną?
Siostra Łucja uznała nadzwyczajne światło świecące nad Europą w nocy z 25 na 26 stycznia 1938 roku w godzinach od 20:45 do 01:15 za „wielki znak” od Matki Bożej, wskazujący, że nieuchronnie zbliża się wojna.
Astronomowie i sceptycy orzekli oczywiście, że była to jedynie zorza polarna. Jednak większość z nich zaświadczała, że postać jaką przybrała, nie miała wcześniej precedensu.
10. Ostatnie, porażające słowa Hiacynty
Zaledwie 10-letnia Hiacynta była dziewczyną nad wyraz dojrzałą. Posiadała prorocze wizje i wiele prywatnych objawień. Słowa wypowiedziane przez Hiacyntę ukazują też głębię jej duszy w obliczu moralnego upadku świata. Oto jedne z jej ostatnich słów:
– Grzechami prowadzącymi najwięcej dusz do piekła są grzechy cielesne.
– Aby być czystym na ciele konieczne jest utrzymanie czystości. Być czystą na ciele to znaczy strzec niewinności. A być czystą na duszy to znaczy nie grzeszyć, nie oglądać tego, czego nie powinno się widzieć, nie kraść, nie kłamać, mówić zawsze prawdę, także wtedy, gdy nas to wiele kosztuje.
– Mody, które nadejdą, będą bardzo obrażać Pana. Osoby, które służą Bogu, nie mogą iść za głosem mody. W Kościele nie ma zmiennych mód. Jezus jest zawsze ten sam.
– Lekarzom brak światła i wiedzy, by leczyć chorych, bo brak im miłości Boga.
– Księża powinni zajmować się tylko sprawami Kościoła. Księża powinni być czyści, bardzo czyści. Nieposłuszeństwo kapłanów i zakonników wobec ich przełożonych i wobec Ojca Świętego bardzo obraża Jezusa.
– Aby być zakonnicą, trzeba być bardzo czystą duszą i ciałem.
– Wiele jest niedobrych mód; nie podobają się one Jezusowi, nie są Boże.
– Spowiedź jest sakramentem miłosierdzia. Dlatego trzeba zbliżać się do konfesjonału z ufnością i radością. Bez spowiedzi nie ma zbawienia.
Trwające od 13 maja do 13 października 1917 r. objawienia Matki Bożej w Fatimie, to najsłynniejsze w XX stuleciu objawienia maryjne, które nastąpiły w czasie, gdy toczyła się pierwsza wojna światowa, a w Portugalii sprawował rządy ostro antykościelny reżim. W Rosji za kilka tygodni miała zacząć ateistyczna rewolucja, która – w swych konsekwencjach – przyniosła najwięcej zbrodni i ofiar w historii świata oraz prześladowania Kościoła w niespotykanej dotąd skali.
Przebieg objawień
Na obrzeżach miasteczka Fatima, w miejscu zwanym Cova da Iria, Matka Boża ukazywała się od 13 maja do 13 października trojgu wiejskim dzieciom nie umiejącym jeszcze czytać. Byli to Łucja dos Santos (10 lat), Hiacynta Marto (7 lat) i Franciszek Marto (9 lat). Łucja była cioteczną siostrą rodzeństwa Marto. Pochodzili z podfatimskiej wioski Aljustrel, której mieszkańcy trudnili się hodowlą owiec i uprawą winorośli.
Wcześniej, zanim pastuszkom objawi się Matka Boża, przez ponad rok, od marca 1916 roku, przygotowuje ich na to Anioł. A wszystko zaczęło się w ten sposób. Na wzgórzu Loca do Cabeco, niczego nie spodziewające się dzieci odmawiały różaniec i właśnie zaczynały zabawę. Raptem, gdy słyszą silny podmuch wiatru widzą przed sobą młodzieńca. Przybysz mówi: „Nie bójcie się, jestem Aniołem Pokoju, módlcie się razem ze mną!” Następnie uczy ich jak mają się modlić, słowami: „O mój Boże, wierzę w Ciebie, uwielbiam Cię, ufam Tobie i kocham Cię. Proszę, byś przebaczył tym, którzy nie wierzą, Ciebie nie uwielbiają, nie ufają Tobie i nie kochają Ciebie”. Nakazuje im modlić się w ten sposób, zapewniając, że serca Jezusa i Maryi słuchają uważnie ich słów i próśb.
Anioł w kolejnych miesiącach objawiał się im kilkakrotnie, zachęcając także do umartwień, które byłyby zadośćuczynieniem za grzechy ludzi. Wyjaśnia, że „w ten sposób ściągniecie pokój na waszą ojczyznę”. Wyjaśnia, że jest on Aniołem Stróżem Portugalii. Pewnego dnia udziela im Eucharystii, a dzieci, podczas ekstazy eucharystycznej – jak później wspomina s. Łucja – doświadczają realnej obecności Chrystusa pod postaciami chleba i wina.
„Jasna Pani”
Wreszcie, nadchodzi 13 maja 1917 r. dzień, który otwiera sześć spotkań dzieci z Maryją, zakończonych 13 października.
Troje dzieci wypasając owce w Cova da Iria spotykają „Jasną Panią”. Otrzymują od Niej orędzie, którego w wielu fragmentach nie rozumieją, zachowując dla siebie. Siostra Łucja będzie je ujawniać stopniowo po latach, a o upublicznieniu najbardziej strzeżonej „Trzeciej tajemnicy fatimskiej” zadecyduje Jan Paweł II dopiero w 2000 roku.
„Jasna Pani”, gdyż dopiero na koniec objawień wyjawia swe imię (jestem Matką Bożą Różańcową), przekazuje pastuszkom niezwykle bogate w treści przesłanie i liczne polecenia. Poczynając od 13 maja w kolejnych miesiącach prosi je, aby codziennie odmawiały różaniec w intencji pokoju, aby przyjmowały cierpienia jako zadośćuczynienie za grzechy i nawrócenie grzeszników, ukazuje im swoje Niepokalane Serce, mówi, że Pan Jezus pragnie, by kult Jej Serca się szerzył, zapowiada wielki cud na zakończenie objawień.
Maryja przepowiada dzieciom, że będą musiały wiele wycierpieć lecz łaska Boża ich nie opuści. Z Matką Bożą rozmawia tylko najstarsza Łucja. Ona jedyna z trojga pastuszków widzi, słyszy i może mówić do Maryi. Hiacynta tylko widzi i słyszy, Franciszek zaś jedynie widzi. Podczas pierwszego z objawień 13 maja dzieci są same, w czerwcu towarzyszy im ok. 50 zaciekawionych wieśniaków, ich liczba stopniowo wrasta by w październiku osiągnąć nawet ok. 70 tys. przybyszów z całej Portugalii.
Pierwsza tajemnica
Objawiając się w lipcu Matka Boża zleciła dzieciom przekazanie ludzkości swego głębokiego zatroskania spowodowanego bezbożnością i demoralizacją ludzi, dodając, że jeśli się oni nie nawrócą – nastąpi straszliwa kara. Świat się bowiem pogubił odchodząc od Boga i zasad moralnych. W ten sposób prosiła ludzkość o nawrócenie i pokutę, pragnąc zapobiec karom, jakie Bóg przygotował dla grzesznego świata.
Nie zawahała się przed pokazaniem piekła tym trojgu dzieciom, aby jeszcze dobitniej ostrzec ludzi przed jego realnym istnieniem. „Promień światła zdawał się jakby przenikać ziemię i zobaczyliśmy jakby może ognia – wspomina Łucja – a w tym ogniu zanurzeni byli diabli i dusze w ludzkich postaciach, podobne do przezroczystych, rozżarzonych węgli, które pływały w tym ogniu. Postacie te były wyrzucane z wielką siłą wysoko wewnątrz płomieni i spadały ze wszystkich stron jak iskry podczas wielkiego pożaru, lekkie jak puch, bez ciężaru, i równowagi, wśród przeraźliwych krzyków, wycia, i bólu rozpaczy wywołujących dreszcz zgrozy. Diabli odróżniali się od ludzi swą okropną i wstrętną postacią, podobną do wzbudzających strach nieznanych jakichś zwierząt, jednocześnie przezroczystych jak rozżarzone węgle”.
Maryja mówi dzieciom, ze pokazała im piekło, ale dlatego żeby ratować dusze grzeszników. Wyjaśnia, że „Bóg chce rozpowszechnić na świecie nabożeństwo do mego Niepokalanego Serca, a jeśli to się zrobi, to wielu przed piekłem zostanie uratowanych i nastanie pokój na świecie”.
Druga tajemnica
Druga część orędzia przekazana w trakcie objawień w kolejnych miesiącach – wzmacnia dotychczasowe warunki postawione ludzkości przez Matkę Bożą. Stawia ona ludzkość wobec wielkiej alternatywy: jeśli ludzie „nie przestaną obrażać Boga”, to On „ukarze świat za jego zbrodnie, przez wojny, głód i prześladowania Kościoła oraz Ojca Świętego”. Wtedy za następnego pontyfikatu (papieża o imieniu Pius XI) rozpocznie się druga wojna światowa, jeszcze straszniejsza od obecnie toczonej. Ponadto zapowiada prześladowania Kościoła i Ojca Świętego.
Matka Boża przekazała po raz kolejny dzieciom, że dla ratowania grzeszników przed piekłem należy wprowadzić nabożeństwo do Jej Niepokalanego Serca, a także ustanowić w Kościele nabożeństwo Pięciu kolejnych Pierwszych Sobót Miesiąca, wraz z Komunią św. wynagradzającą.
Maryja zapowiada także, że przybędzie, aby poprosić o poświęcenie Rosji Jej Niepokalanemu sercu. Dodaje, że „jeśli te życzenia zostaną spełnione, Rosja nawróci się i zapanuje pokój, jeżeli nie, bezbożna propaganda rozszerzy swe błędne nauki po świcie, wywołując wojny i prześladowanie Kościoła, dobrzy będą męczeni, a Ojciec Święty będzie musiał wiele wycierpieć. Różne narody zginą. Na koniec jednak moje Niepokalane Serce zatryumfuje. Ojciec Święty poświęci mi Rosję, która się nawróci, i przez pewien czas zapanuje pokój na świecie”. Warto dodać, że w lipcu 1917 r. nikt nie słyszał jeszcze o Piusie XI ani o bezbożnej dyktaturze w Rosji.
13 października 1917 r. miał miejsce tzw. cud słońca, wieńczący objawienia. Opisy tego ostatniego, publicznego akcentu objawień obiegły całą ówczesną prasę. Objawienia były już na tyle znane i wywoływały sprzeczne emocje, że w Fatimie – mimo ulewnego deszczu oczekiwało wówczas 70 tys. osób przybyłych z całej Portugalii, a kolejne 20 tys. na obrzeżach. Byli to zarówno wierzący jak i skrajni sceptycy i antyklerykałowie, gdyż taki reżim panował wówczas w Portugalii. Po długim czasie oczekiwania nad skalnym dębem ukazała się Maryja, zwracająca się do Łucji z prośbą, aby zbudowano tu na jej cześć kaplicę. Dodaje, że jest Matką Bożą Różańcową, wzywa do odmawiania różańca i zapowiada rychły koniec wojny i powrót z niej żołnierzy.
Wkrótce potem Maryja rozchyla szeroko ręce, nagle przestaje padać deszcz, rozstępują się chmury i ukazuje się słońce, świecące silniejszym blaskiem niż zwykle. Wtem – jak czytamy w opisach – słońce zaczyna migotać, jakby zapalało się i przygasało, a następnie wirować, rzucając we wszystkie strony promienie w różnych kolorach. Nagle słońce przestaje wirować, a olbrzymia świetlista kula pędzi z wielką prędkością w kierunku przerażonego tłumu. Nagle zatrzymuje się i wraca na swoje miejsce. A kiedy rzesze szaleją z zachwytu, trójka pastuszków doznaje wizji, w której Maryja wraz z Dzieciątkiem błogosławi świat.
Trzecia tajemnica
Dwie pierwsze tajemnice zostały ujawnione w niespełna ćwierć wieku później, trzecia zaś elektryzować będzie ludzkość przez ponad 80 lat. Wcześniej została ona przekazana przez s. Łucję w tajemnicy kolejnym papieżom. Jej treść – stanowiącą zapowiedź olbrzymich prześladowań Kościoła i samego Ojca Świętego, który pada pod krzyżem – zdecydował się odsłonić dopiero Jan Paweł II w okresie Wielkiego Jubileuszu Chrześcijaństwa w 2000 r.
Objawienia fatimskie zakończyły się 13 października 1917 roku. Towarzyszył im do dziś nie wyjaśniony, „cud słońca” obserwowany przez 70-tysięczny tłum, który zebrał się aby towarzyszyć wizjonerom. O tym, że cud był realny, a nie wywołany zbiorową psychozą, świadczy fakt, że widzieli go wszyscy, ktokolwiek znajdował się w promieniu 40 km od Fatimy, nawet ludzie całkiem niewierzący.
Dalsze objawienia wobec s. Łucji – Maryja domaga się ofiarowania Rosji Jej Niepokalanemu Sercu
W 1929 r., papież Pius XI został poinformowany przez Jose da Silva, biskupa diecezji Leiria w której znajdowała się Fatima, o kolejnych objawieniach Matki Bożej, w którym s. Łucja (znajdująca się wówczas w zgromadzeniu sióstr doroteuszek) otrzymała od Maryi ponowną prośbę, by Ojciec Święty dokonał konsekracji Rosji w łączności ze wszystkimi biskupami.
Te kolejne z prywatnych objawień s. Łucja doznawała poczynając od grudnia 1925 r., kiedy Maryja prosi ją by „przekazała wszystkim, że w godzinę śmierci obiecuję przyjść z pomocą z wszystkimi łaskami tym, którzy przez 5 miesięcy w pierwsze soboty odprawią spowiedź, przyjmą Komunię św., odmówią jeden różaniec i przez 15 minut rozmyślania nad 15 tajemnicami różańca towarzyszyć mi będą w intencji zadośćuczynienia”.
W 1929 roku po raz kolejny objawia się Łucji Matka Boża mówiąc, że „przyszła chwila, w którym Bóg prosi Ojca Świętego, aby wspólnie ze wszystkimi biskupami świata poświęcił Rosję memu Niepokalanemu Sercu, obiecując ją w ten sposób ocalić”. Z orędzia wynika po raz kolejny, że „jeżeli Rosja nawróci się, to nastanie pokój. Jeżeli nie, rozpowszechni ona swe błędy po świecie, wywołując wojny i prześladowania Kościoła Świętego. Ojciec Święty będzie cierpiał, wiele narodów zostanie zniszczonych”.
W 1930 roku w czasie objawień Matka Boża Mówi Łucji, że jeśli ludzie się nie nawrócą i nie będą żałować za grzechy, dojdzie do następnej wojny światowej, klęski głodu, wielu konfliktów zbrojnych i prześladowania chrześcijan, a ratunkiem jest zawierzenie się Niepokalanemu Sercu Maryi oraz praktykowanie nabożeństwa pierwszych sobót miesiąca.
Mimo, że 13 października 1930 biskup Leirii Jose Coreira da Siva uznaje autentyczność objawień, to jednak Pius XI nie spełnia żądania poświęcenia Rosji.
W kwietniu 1939 r. nowym papieżem został Pius XII. 2 grudnia 1940 r. s. Łucja napisała do niego list, upominając się o konieczność konsekracji Rosji. Prośbę tę papież spełnił, ale tylko częściowo w 1942 r., poświęcając narody świata Niepokalanemu Sercu Maryi. Określając wojnę toczoną między hitlerowskimi Niemcami i stalinowskim ZSRR jako „wojnę dwóch szatanów” nie odważył się jednak oddzielnie wspomnieć o Rosji, obawiając się, aby nie zostało to wykorzystane przez Niemców na rzecz ich propagandy.
W roku 1944 Pius XII ustanowił święto Niepokalanego Serca Najświętszej Maryi Panny, a dwa lata później przez swojego legata koronował figurę Matki Bożej Fatimskiej na Królową Świata. W 1949 r. wydał zgodę na rozpoczęcie prac koniecznych do otwarcia procesu beatyfikacyjnego fatimskich dzieci, Franciszka i Hiacynty.
Dziesięć lat po Poświęceniu Narodów Niepokalanemu Sercu Maryi, w roku 1952 Pius XII powtórzył akt, tym razem wymieniając „wszystkie narody w Rosji” — ale Łucja pozostała nieprzekonana co do wypełnienia w pełni woli Matki Bożej, bowiem nie dokonał tego w łączności ze wszystkimi biskupami Kościoła katolickiego.
Jan Paweł II początkowo nie interesował się specjalnie Fatimą. Zaczęła ona nurtować go po zamachu z 13 maja 1981 r. Poprosił o tekst objawień. Po opuszczeniu Polikliniki Gemelli, Jan Paweł II oświadczył: „Zrozumiałem, że jedyną drogą uniknięcia wojny, uratowania świata przed ateizmem, jest nawrócenie Rosji zgodnie z fatimskim orędziem”. To jego przekonanie potwierdziła s. Łucja w liście adresowanym doń z 12 maja 1982 r. Pisze w nim, że trzecia część tajemnicy odnosi się do słów Matki Bożej: „Jeżeli przyjmą moje żądania, Rosja nawróci się i zaznają pokoju; jeżeli nie, rozszerzy swoje błędne nauki po świecie, itd.”
W rok po zamachu Jan Paweł II odbył pielgrzymkę do Fatimy, traktując ją jako wotum wdzięczności Matce Bożej za ocalenie życia. W kazaniu wyjaśnił, czemu Kościół przyjął orędzie Matki Bożej Różańcowej – jest tak dlatego, że zawiera prawdę i wezwanie, które są w swej zasadniczej treści prawdą i wezwaniem samej Ewangelii. „Nawracajcie się i wierzcie w Ewangelię” – to przecież pierwsze słowa, jakie Mesjasz skierował do ludzkości” – mówił.
Będąc w Fatimie zawierzył też świat i Rosję Niepokalanemu sercu Maryi. Siostra Łucja prosiła go jednak o ponowienie tego aktu, gdyż nie był on dokonany w łączności ze wszystkimi biskupami.
25 marca 1984 r. Jan Paweł II w duchowej jedności ze wszystkimi biskupami świata (uprzednio do tego wezwanymi) w Bazylice św. Piotra zawierzył ponownie świat i Rosję Maryi. Siostra Łucja osobiście potwierdziła, że taki uroczysty i powszechny akt odpowiadał temu, czego żądała Matka Boża. Jednocześnie dodała, że być może akt ten ustrzegł świat od wojny atomowej.
Kolejnego aktu poświęcenia Rosji (tym razem wraz z Ukrainą) dokonał papież Franciszek 25 marca br. – wraz ze wszystkimi biskupami świata – po wybuchu brutalnej wojny ze strony Rosji przeciw Ukrainie. Aktu tego dokonał papież na zakończenie nabożeństwa pokutnego w bazylice św. Piotra w Watykanie. „…uroczyście zawierzamy i poświęcamy Twojemu Niepokalanemu Sercu siebie samych, Kościół i całą ludzkość, a zwłaszcza Rosję i Ukrainę” – mówił Ojciec Święty. W tym samym czasie analogiczne nabożeństwa sprawowane były w Fatimie oraz wszystkich sanktuariach i diecezjach katolickich świata.
Treść trzeciej tajemnicy
Trzecią, ukrywaną na życzenie samej Matki Bożej część tajemnicy, siostra Łucja spisała po latach, na żądanie swojego ordynariusza, biskupa Jose da Silva 3 stycznia 1944 r. Powiadomiła biskupa, że tekst został zredagowany i jest do jego dyspozycji w zalakowanej kopercie, z adnotacją, że może ona zostać otwarta dopiero w 1960 r. Od 1957 r. koperta znajdowała się w Tajnym Archiwum Świętego Oficjum.
Otwarcia zalakowanej koperty dokonał Jan XXIII w sierpniu 1959 r., dziesięć miesięcy po wyborze na papieża. Otworzył ją w obecności kard. Alfredo Ottavianiego, prefekta Kongregacji Świętego Oficjum. Nie będąc pewny, czy obaj rozumieją dokładnie wszystkie niuanse portugalskiego tekstu, zażądał sporządzenia jego profesjonalnego tłumaczenia. Po zapoznaniu się z nim zadecydował, że treść tajemnicy nie powinna być jeszcze ujawniona. Jednak 13 grudnia 1962 r., ustanowił święto Fatimskiej Matki Bożej Różańcowej. O fatimskim orędziu wyrażał się, że jest ono „największą nadzieją świata na pokój”.
W 1963 r. rozpoczął się pontyfikat Pawła VI, który – po przeczytaniu pełnej treści objawień fatimskich – postanowił ich nie ujawniać, ale udać się do Fatimy osobiście. Jako pierwszy papież przybył tam z jednodniową, prywatną pielgrzymką, podczas przypadającej wówczas 50. rocznicy objawień.
Dopiero w czerwcu 2000 r. w ramach Wielkiego Jubileuszu chrześcijaństwa, Jan Paweł II, po 56 latach od spisania przez siostrę Łucję, ujawnił trzecią tajemnicę fatimską. Zrobił to w jego imieniu kard. Joseph Ratzinger, sprawujący wówczas urząd prefekta Kongregacji Nauki Wiary, w trakcie konferencji prasowej 26 czerwca 2000 roku w watykańskiej Sala Stampa. Jej tekst brzmi:
„Po dwóch częściach, które już przedstawiłam, zobaczyliśmy po lewej stronie Naszej pani nieco wyżej Anioła trzymającego w lewej ręce ognisty miecz; iskrząc się, wyrzucał języki ognia, które zdawało się, że podpalą świat; ale gasły one w zetknięciu z blaskiem, jaki promieniował z prawej ręki Naszej Pani w jego kierunku; Anioł wskazując prawą ręką ziemię, powiedział mocnym głosem: Pokuta, Pokuta, Pokuta! I zobaczyliśmy, w nieogarnionym świetle, którym jest Bóg: (coś podobnego do tego, jak widzi się osoby w zwierciadle, kiedy przechodzą przed nim) Biskupa odzianego w biel (mieliśmy przeczucie, że to jest Ojciec Święty). Wielu innych biskupów, kapłanów, zakonników i zakonnic wchodzących na stromą górę, na której szczycie znajdował się wielki Krzyż zbity z nieociosanych belek, jak gdyby z drzewa korkowego pokrytego korą; Ojciec Święty, zanim tam dotarł, przeszedł przez wielkie miasto w połowie zrujnowane i na poły drżący, chwiejnym krokiem, udręczony bólem i cierpieniem, szedł, modląc się za dusze martwych ludzi, których ciała napotykał na swojej drodze; doszedłszy do szczytu góry, klęcząc u stóp wielkiego Krzyża, został zabity przez grupę żołnierzy, którzy kilka razy ugodzili go pociskami z broni palnej i strzałami z łuku i w ten sam sposób zginęli jeden po drugim inni biskupi, kapłani, zakonnicy i zakonnice oraz wiele osób świeckich, mężczyzn i kobiet różnych klas i pozycji. Pod dwoma ramionami Krzyża były dwa Anioły, każdy trzymający w ręku konewkę z kryształu, do których zbierali krew Męczenników i nią skrapiali dusze zbliżające się do Boga”.
Kard. Ratzinger wyjaśniał, że opublikowany tekst ma charakter proroczej wizji. „Anioł z ognistym mieczem stojący po lewej stronie Matki Bożej przypomina podobne obrazy z Apokalipsy. Przedstawia groźbę sądu, wiszącą nad światem. Myśl, że świat może spłonąć w morzu ognia, nie jawi się już bynajmniej jako wytwór fantazji: człowiek sam przez swe wynalazki zgotował na siebie ognisty miecz”.
Prefekt kongregacji zaznaczał, że tej niszczącej sile zła może się przeciwstawić tylko Matka Boża z ludźmi, którzy przyjmują jej wezwanie do pokuty i nawrócenia. Dodał, że w ten sposób „zostaje podkreślone znaczenie wolności człowieka, gdyż przyszłość nie jest bynajmniej nieodwołalnie przesądzona”.
Prorocza wizja trzeciej tajemnicy fatimskiej – jego zdaniem – w symboliczny sposób mówi o wielkich prześladowaniach, cierpieniach i męczeństwie wielu wyznawców Chrystusa, wśród których są również kapłani, biskupi oraz papieże dwudziestego wieku. Wielkie zniszczenia i prześladowania są spowodowane przez ludzi zniewolonych przez ateistyczne ideologie walczące z Bogiem, a w sposób szczególny przez komunizm.
Trzecia tajemnica fatimska – jak podkreślił – jest dramatycznym ostrzeżeniem przed ateizmem, ponieważ największym zagrożeniem dla ludzkości jest odrzucenie Boga i Jego praw, zarówno przez ateizm w wydaniu komunistycznym jak i przez ateizm ukryty w tej najbardziej rozpowszechnionej mentalności życia takiego, jakby Bóg nie istniał.
Jednocześnie kard. Ratzigner odniósł pośrednio tę wizję do zamachu na Jana Pawła II z 1981 r. Wyjaśniał, że papież „tamtego dnia znalazł się bardzo blisko granicy śmierci”, a jego ocalenie „jest jeszcze jednym dowodem na to, że nie istnieje nieodwołalne przeznaczenie, że wiara i modlitwa to potężne siły, które mogą oddziaływać na historię”.
A jako Benedykt XVI, po pięciu latach swojego pontyfikatu, Joseph Ratzinger przybył do Fatimy 13 maja 2010 r. „Łudziłby się ten, kto sądziłby, że prorocka misja Fatimy została zakończona” – mówił. A nawiązując do zbliżającego się jubileuszu objawień w 2017 r., prosił: „Oby te lata, które dzielą nas od stulecia Objawień, przyspieszyło zapowiadany triumf Niepokalanego Serca Maryi ku chwale Trójcy Przenajświętszej”.
W setną rocznicę objawień Matki Bożej w Fatimie przybył tam 12 maja 2017 r. papież Franciszek. Wyniósł na ołtarze dwoje z trojga uczestników wydarzeń z 1917 r. – Franciszka i Hiacyntę Marto. W homilii wskazał, że Matka Boża zachęca, byśmy „zaciągnęli się do walki Jej Boskiego Syna, zwłaszcza przez codzienne odmawianie różańca w intencji pokoju na świecie”. Wskazał, że słowa Maryi do ludzi pośród obecnego niepokoju na świecie i niepewności o przyszłość wymagają „wytrwałości w poświęceniu się Niepokalanemu Sercu Maryi, przeżywanej codziennie przez odmawianie różańca”. Zaapelował o powstrzymywanie zła, zatrzymując je na sobie, tak jak Chrystus, zamiast przekazywać je przez wyrządzanie krzywdy innemu.
Marcin Przeciszewski /Kai.pl
***
Objawienia Matki Bożej w Fatimie – tajemnicza zapowiedź prawie 500 lat wcześniej
Sanktuarium w Fatimie; dzieci wizjonerzy: Łucja, Franciszek i Hiacynta – Neokvp; Attributed to Joshua Benoliel, Public domain, via Wikimedia Commons
***
„Jestem Matką Bożą Różańcową” – tak Maryja przedstawiła się trojgu pastuszkom w Fatimie, w Portugalii, w 1917 r. Zapowiadała ważne i tragiczne rzeczy dla świata. Zachęcała do odmawiania różańca i wzywała do pokuty za grzechy. Wiele zainteresowania i ciekawości wzbudziła tzw. trzecia tajemnica fatimska, dotycząca losów Kościoła, a szczególnie Ojca Świętego, ujawniona za czasów św. Jana Pawła II prawie dwadzieścia lat po zamachu na placu św. Piotra. Tajemnica tych objawień jest jednak większa niż nam się wydaje. One zostały bowiem przepowiedziane prawie pięćset lat wcześniej.
Historia tej zapowiedzi jest fascynująca i tajemnicza. Miała miejsce w odległym 1454 roku. Świadectwa zostały spisane, choć później dokumenty się zagubiły. Zostały odnalezione i opublikowane dopiero w 2000 roku, we włoskim czasopiśmie religijnym „Il Cervo”.
A było tak: 16 października 1454 r., w klasztorze klauzurowym dominikanek w Alba, dziś północne Włochy, przy łóżku umierającej siostry Filippiny zgromadziła się cała wspólnota wraz z przełożoną, bł. Małgorzatą Sabaudzką oraz ich spowiednikiem, o. Bellinim, który przyniósł będącej w agonii siostrze Komunię św.
Po przyjęciu Ciała Pańskiego, s. Filippina miała widzenie. Objawiła się jej Najświętsza Maryja Panna, św. Katarzyna ze Sieny, bł. Umberto Sabaudzki i opat Wilhelm Sabaudzki. Jak opisują to odnalezione dokumenty: „przepowiadali pomyślne i straszne wydarzenia dla rodu Sabaudzkiego. Nie określając czasu zapowiadali straszliwe wojny w przyszłości, wygnanie do Portugalii innego Umberta Sabaudzkiego. Mówili też o potworze przychodzącym ze Wschodu, sprawiającym wielkie cierpienia dla ludzkości. Potworze, który jednak zostanie zniszczony przez Matkę Bożą Różańca Świętego z Fatimy, jeśli wszyscy ludzie będą ją wzywać z wielką skruchą”.
Przypomnijmy, że są to słowa, w jakich słuchający współcześnie z łatwością rozpozna wydarzenia z XX wieku, a które siostra Filippina przekazała obecnym wokół jej łoża w 1454 r., tuż przed swoją śmiercią.
Matka Boża Różańcowa z Fatimy – János Korom Dr. from Wien, Austria, CC BY-SA 2.0 www.creativecommons.org, via Wiki. Comm.
***
Zakończyła swoje wyznanie słowami: „Szatan wywoła straszną wojnę, ale w końcu ją przegra, ponieważ Najświętsza Dziewica, Matka Boga i Najświętszego Różańca z Fatimy, jest silniejsza niż armia przygotowana do boju. Pokona go na zawsze”.
Siostra Filippina ‘dei Sorgi’ (to nie było jej prawdziwe nazwisko, bo pochodziła z książęcego rodu Sabaudów) była duchową przewodniczką całego konwentu. Miała widzenia, dary charyzmatyczne i ekstazy. Pod jej przewodnictwem cała wspólnota sióstr, których ksienią była bł. Małgorzata Sabaudzka, osiągnęła wysoki stopień doskonałości. Siostry miały wielkie poważanie w małej mieścinie, jaką była Alba.
Przez wieki ta przepowiednia była znana, spisywana i uzupełniana. Jak wspomina siostra Augustyna, przeorysza klasztoru sióstr na przełomie tysiącleci: „Wiedziałyśmy o istnieniu tych dokumentów, ponieważ były one wspomniane w kilku książkach o historii naszej założycielki i naszego klasztoru, ale nie wiedziałyśmy, gdzie one ostatecznie trafiły. Znalazłam je przypadkiem, w sierpniu ubiegłego roku. Opublikowałam je w naszym magazynie [w roku 2000], bez żadnego komentarza. Nie do nas należy wyjaśnianie tak delikatnych spraw, ale uważamy, że ich wartość historyczna jest wielka i niepodważalna”.
Historia tej przepowiedni jest tajemnicza, a zarazem fascynująca. Ukazuje dobitnie, że Bóg jest obecny w dziejach na znacznie głębszym poziomie niż moglibyśmy przypuszczać, a sprawy duchowe są wzajemnie ze sobą powiązane, tworząc wielką, ponadczasową, wewnętrznie spójną historię zbawienia, która objawia się w szczegółach w stosownym czasie.
W Polsce wciąż żywa jest tradycja odprawiania nabożeństw majowych przy przydrożnych kapliczkach i krzyżach, w otoczeniu „łąk umajonych” i napełnionych ptasim śpiewem lasów. W naszym kraju, szczególnie na wsiach, ciągle można spotkać grupy ludzi szczerze modlących się Litanią do Matki Bożej i śpiewających maryjne pieśni. Podtrzymywaniu pięknej tradycji nabożeństw majowych dobrze służą programy renowacji przydrożnych kapliczek i krzyży, które podejmuje coraz więcej samorządów, stowarzyszeń oraz osób prywatnych.
Przepiękny miesiąc maj poświęcony jest Matce Bożej. Choć zwyczaj odprawiania nabożeństw majowych, w całym Kościele trwa od połowy XIX wieku, to rodowód tej tradycji jest o wiele wcześniejszy. Gromadzenie się i śpiewanie pieśni na cześć Matki Bożej było znane na Wschodzie już w V wieku. W Kościele zachodnim w I tysiącleciu maj jako miesiąc Maryi święcono raczej sporadycznie. Dopiero na przełomie XIII i XIV wieku powstała myśl, aby ten cały, piękny miesiąc poświęcić Matce Bożej. Pierwszym, który wcielił tę myśl w czyn, był król hiszpański Alfons X, żyjący w drugiej połowie XIII wieku. Władca ów sam brał udział w nabożeństwach majowych i swoim poddanym zalecał, aby czynili podobnie.
Wśród ważnych dat w rozwijaniu się, trwającym przez całe wieki, nabożeństwa majowego jest rok 1549, kiedy to ukazała się w Niemczech niewielka książeczka pod tytułem „Maj duchowy”, gdzie po raz pierwszy maj został nazwany miesiącem Maryi. Natomiast w roku 1713 jezuita ks. Ansolani opracował kształt nabożeństwa majowego, jaki jest praktykowany po dziś dzień. Pierwsze „majowe”, lub też „majówki”, pod przewodnictwem ks. Ansolaniego, odprawiane były każdego dnia maja w kaplicy królewskiej w Neapolu.
Papież Pius VII nabożeństwo majowe, odprawiane w kościele, obdarzył odpustami. Dalsze odpusty do tego szczególnego nabożeństwa, na które składa się Litania Loretańska do Najświętszej Maryi Panny, nauka kapłana oraz błogosławieństwo Najświętszym Sakramentem, w 1859 roku przypisał papież błogosławiony Pius IX. W Polsce pierwsze nabożeństwo majowe wprowadzili jezuici, na dawnych Kresach Rzeczypospolitej, w Tarnopolu (1838). W tym samym czasie cześć „Królowej maja” szerzył w Galicji, swoją poezją, jezuita o. Karol Antoniewicz, autor słów słynnej pieśni „Chwalcie łąki umajone”. W połowie XIX wieku nabożeństwo majowe przyjęło się w niemal wszystkich krajach świata.
Dziś w wielu miejscowościach Polski wierni modlą się na „majowym” nie tylko w kościołach, ale także przy przydrożnych kapliczkach czy krzyżach. Ten zwyczaj powstał na wsiach. Do świątyni było przeważnie daleko, a w maju trwają już intensywne prace polowe i „robotę” kończono późno. Dlatego wiejska wspólnota zbierała się przy kapliczce dopiero o godzinie 19.00 lub nawet 20.00. Wówczas to odmawiano Litanię Loretańską i inne modlitwy „majowe”. Osoba, która najlepiej we wsi śpiewała, intonowała maryjne pieśni, a inni się włączali. Dbano, aby w maju kapliczki i krzyże były pięknie przystrojone kwiatami i kolorowymi wstążkami.
Obecnie tradycja odprawiania nabożeństwa majowego w plenerze, jest szczególnie żywa na Podlasiu. Przemierzając pomniejsze drogi Podlasia w maju, wieczorową porą, możemy ujrzeć grupy mieszkańców podlaskich miasteczek i wsi, jak zebrani przed kapliczką lub krzyżem odmawiają Litanię Loretańską lub śpiewem chwalą Matkę Najświętszą. Często są to całe rodziny wielopokoleniowe – babcie, dziadkowie, rodzice, dzieci. Piękny to widok, kiedy ludzie wspólnie się modlą „na Majowym” w plenerze. Kapliczki okraszone kwiatami. Wokół świeża zieleń, pół i łąk. Jakby nie tylko ludzie oddawali cześć Maryi, Królowej Nieba i Ziemi, ale i cała przyroda. Wokół cudne zapachy kwiatów, a często lasu, w którym swoje pochwalne pieśni śpiewają ptaki.
Dla osób, które spotykają się na Majowym codziennie, jest to ważna tradycja modlitewna, ale i rodzinna, przekazywana z pokolenie na pokolenie – Codzienną modlitwę majową odprawiam z tradycyjnej, starej książeczki. W tych nowoczesnych nie ma tej codziennej modlitwy. Ta książka ma ponad 110 lat – dostałam ją od swoje mamy, a moja mama dostała ją z kolei od swoje mamy. Myślę, że jeszcze przekażę ją swojej córce. W tej książeczce są takie modlitwy, których nie ma już w tych nowoczesnych wydaniach. To jest tradycyjne. Strzegę jej bardzo, jak ważnego dokumentu – opowiada pani Irena ze wsi Rafałówka niedaleko Białegostoku. Pani Irena nabożeństwo majowe odprawia od przeszło 40 lat. Ludzie z Rafałówki spotykają się w maju pod przydrożną kapliczką, z figurą Maryi.
Adam Białous/PCh24.pl
***
Litania Loretańska
Miesiąc maj, poświęcony jest w szczególny sposób Matce Bożej. Jest to miesiąc nabożeństw, podczas których rozbrzmiewa w kościołach, przy kapliczkach czy figurach przydrożnych Litania do Najświętszej Maryi Panny, nazywana popularnie Litanią Loretańską.
fot. Karol Porwich/Tygodnik Niedziela
***
Dlaczego loretańska?
Nazwa pochodzi od włoskiego miasta Loreto, gdzie w sanktuarium maryjnym, istniejącym od końca XII wieku, litania ta odmawiana jest publicznie od 1531 roku.
Jak powstała Litania loretańska?
To, że odmawiano ją w Loreto, nie oznacza, że tam powstała [została napisana]. Śpiewali ją w różnych formach pielgrzymi przybywający do sanktuarium, dodając wciąż nowe wezwania. Jest dziełem wielu anonimowych i nieznanych autorów. Jedna z teorii mówi o tym, że powstała w Paryżu lub jego okolicach w latach 1150-1200. Po raz pierwszy tekst Litanii loretańskiej opublikowano w 1558 roku w Dillingen, dzięki staraniom Piotra Kanizjusza, propagatora kultu maryjnego. Pierwszą znaną melodię do jej tekstu skomponował dyrygent chóru w Loreto – Constanzo Porta, w 1576 roku. Pierwotny test powstał w języku łacińskim, który obowiązywał wtedy w Kościele.
Co oznaczają zwroty Kyrie elejson, Chryste elejson?
W języku greckim Kyrios znaczy Pan, Władca. W Starym Testamencie słowem Kyrios zastępowano imię Boga Ojca, a w Nowym Testamencie odnosiło się ono do Chrystusa [stąd Chryste, od greckiego Christe]. Czasownik elejson znaczy „litować się”, „okazać łaskę i miłosierdzie”. Kyrie elejson tłumaczymy więc jako: „Panie, zmiłuj się”.
Dlaczego wezwanie to powtarza się trzykrotnie?
W pierwszych wiekach chrześcijaństwa Kyrie elejson powtarzano wiele razy, zwłaszcza w liturgii wschodniej. Dopiero w IX wieku liczbę wezwań ograniczono do trzech ze względu na Trzy Osoby Boskie. Pierwsze Kyrie odnosi się do Boga Ojca, drugie do Syna Bożego [zastąpiono je więc słowem Chryste], trzecie do Ducha Świętego.
Geneza Litanii Loretańskiej jest trudna do ustalenia.
Najprawdopodobniej w swej charakterystycznej formie i podstawowym zarysie pojawiła się w manuskrypcie paryskim z końca XII wieku. Można również wykazać, że niektóre wezwania skierowane do Maryi znajdowały się w Litanii do Wszystkich Świętych, z biegiem czasu dodawane nowe tytuły maryjne stawały się coraz liczniejsze i stopniowo utworzyły nową grupę, która oderwała się od początkowego pnia.
Litania zwana jest „Loretańską” od miasteczka Loreto, położonym w prowincji Ancona, we Włoszech, gdzie znajduje się słynne sanktuarium maryjne. Wierzono, że w XIII wieku został przeniesiony przez aniołów do Loreto Domek Nazaretański, w którym przyszła na świat Matka Boża. Faktem jest, że litania była szczególnie propagowana i odmawiana przez pielgrzymów w tym sanktuarium maryjnym. Przybrała tam ostateczną formę i zaczęła promieniować na cały Kościół. Z roku 1531 pochodzi świadectwo używania jej w tym sanktuarium. Po raz pierwszy ukazała się drukiem w 1572 r. we Florencji i zawierała 43 wezwania. Do końca XVI wieku jeszcze co najmniej 20 razy, co świadczy o jej wielkim rozpowszechnianiu.
W dokumentach papieskich pojawiła się o niej wzmianka w 1581 r. w bulli „Redituri” papieża Sykstusa V, który udzielił za jej odmawianie 200 dniowego odpustu i zachęcał wiernych do jej odmawiania. Kolejne odpusty przypisali do niej Pius VII oraz Pius XI w 1932 r. Natomiast papież Benedykt XIV urzędowo ją zatwierdził i zezwolił stosować w publicznym kulcie Kościoła.
Wezwania Litanii Loretańskiej podlegały zmianom (dzisiejsza wersja litanii zawiera 52 wezwania). Usuwano lub wzbogacano ją nowymi wezwaniami w zależności od potrzeb i okoliczności. I tak w ciągu wieków oficjalnie dodano następujące inwokacje: „Wspomożenie wiernych” przypisywana Piusowi V w związku ze zwycięstwem nad Turkami pod Lepanto (1571); „Królowo bez zmazy pierworodnej poczęta” – Piusowi IX, dzień przed ogłoszeniem dogmatu o Niepokalanym Poczęciu NMP (1854); Leon XIII wprowadził wezwanie „Królowo Różańca świętego” (1883) oraz „Matko dobrej rady” (1903). W 1908 r.
Kościół w Polsce uzyskał zgodę na włączenie tytułu „Królowo Korony Polskiej” (przekształcone po drugiej wojnie światowej w „Królowo Polski”). „Królowo pokoju” włączył Benedykt XV (1917), a papież Pius XII – „Królowo wniebowzięta” (1950) w związku z ogłoszeniem dogmatu o Wniebowzięciu NMP; „Matko Kościoła” (tytuł nadany przez Pawła VI w czasie Soboru Watykańskiego II) Jan Paweł II przyznał prawo Konferencji Episkopatów do włączenia go do litanii (1980); Janowi Pawłowi II zawdzięczamy też wezwanie „Królowo Rodziny” (1995).
Oprócz zezwoleń na powszechne wprowadzenie inwokacji, wydano wiele zezwoleń ograniczonych do poszczególnych diecezji lub zgromadzeń zakonnych. I tak np. franciszkanie uzyskali pozwolenie na umieszczenie (na ostatnim miejscu) własnego wezwania „Królowo zakonu serafickiego” (1910), a karmelici stosują od 1689 wezwanie „Królowo szkaplerza świętego”.
Co do pobożnej praktyki odmawiania lub śpiewania Litanii warto przytoczyć fragment „Dyrektorium o pobożności ludowej i liturgii”. Czytamy tam: „W wyniku rozporządzenia papieża Leona XIII o kończeniu odmawiania różańca w październiku śpiewem Litanii Loretańskiej liczni wierni byli przeświadczeni, że litania jest tylko rodzajem dodatku do różańca. W rzeczywistości jednak jest ona czymś niezależnym. Litanie bowiem mogą stanowić samodzielny element hołdu składanego Maryi, być śpiewem procesyjnym, stanowić część nabożeństwa Słowa Bożego lub innych aktów liturgicznych”.
ks. Eugeniusz Burzyk/Justyna Wołoszka/Tygodnik Niedziela
***
Chwalcie łąki umajone
fot. Pieśni Religijne/Polska Tradycja.pl
***
1. Chwalcie łąki umajone, Góry, doliny zielone. Chwalcie, cieniste gaiki, Źródła i kręte strumyki!
2. Co igra z morza falami, W powietrzu buja skrzydłami, Chwalcie z nami Panią Świata, Jej dłoń nasza wieniec splata.
3. Ona dzieł Boskich korona, Nad Anioły wywyższona; Choć jest Panią nieba, ziemi, Nie gardzi dary naszymi.
4. Wdzięcznym strumyki mruczeniem, Ptaszęta słodkim kwileniem, I co czuje, i co żyje, Niech z nami sławi Maryję!
***
Chwalcie łąki umajone jest przepiękną pieśnią pochwalną ku czci Najświętszej Maryi Panny. Słowa napisał jezuicki zakonnik Karol Antoniewicz w latach 40-tych XIX wieku. Natomiast nie jest znany kompozytor melodii.
***
Kim jestautor pieśni „Chwalcie, łąki umajone”?
Życie naznaczone heroizmem w znoszeniu cierpień
Epitafium Karola Bołoza-Antoniewicza w kościele św. Jakuba w Obrze, gdzie zmarł w 1852 r. fot. ks. Marcin Siewruk/Gość Niedzielny
***
Liryczne strofy, które w maju śpiewa dla Maryi cała Polska, zrodziły się w sercu człowieka doświadczonego cierpieniem Hioba. Utracił wszystko, co kochał, ale jego ból wydał zadziwiające owoce wiary i niezachwianej ufności.
Karol Bołoz-Antoniewicz znany jest jako autor pieśni „Chwalcie, łąki umajone” czy „W krzyżu cierpienie”, ale jego spuścizna literacka jest o wiele bogatsza. Tworzył wiersze, rozmyślania, wspomnienia i kazania, zostawił po sobie imponującą kolekcję napisanych przepięknym językiem listów i świadectwa duszpasterskiej żarliwości, ale prawdziwym opus magnum stało się jego życie, naznaczone heroizmem w znoszeniu cierpień, które wydają się nie do udźwignięcia dla zwykłego człowieka. Był szlachcicem, powstańcem, romantycznym poetą, jezuitą i misjonarzem. Był także nieszczęśliwym, wcześnie owdowiałym mężem i zbolałym ojcem piątki dzieci, z których żadne nie przeżyło na tej ziemi więcej niż rok.
Poeta i romantyk
Urodził się 6 listopada 1807 roku w znanej szlacheckiej rodzinie polskich Ormian mieszkających we Lwowie. Jego ojciec Józef Antoniewicz był doktorem obojga praw i krajowym adwokatem, matka Józefa z Nikorowiczów również pochodziła z ormiańskiej rodziny. Gdy w 1818 roku ojciec zachorował, Antoniewiczowie przenieśli się do majątku we Skwarzawie k. Lwowa. Pięć lat później Józef zmarł. Pierwsze doświadczenie straty ukochanej osoby przerwało szczęśliwą młodość przyszłego jezuity, który odtąd szukał pociechy w modlitwie i samotności. Debiutancki wiersz napisał jako 17-latek i dedykował go ukochanej matce.
Po powrocie do Lwowa rozpoczął studia prawnicze. Poznał kilka języków obcych, z zamiłowaniem grał na fortepianie, komponował muzykę. Wkrótce zaciągnął się w szeregi powstańców listopadowych, ale ta przygoda nie trwała długo. Po powrocie z powstania, ku zaskoczeniu krewnych i przyjaciół, Karol poprosił o rękę Zosię, najstarszą córkę swojego wuja Ignacego Nikorowicza, który po śmierci pierwszej żony ożenił się powtórnie. Macocha zamierzała szybko wydać Zosię za mąż, choć kandydat był od niej dużo starszy. Karol więc sam poprosił o jej rękę. Nie zamierzał się wiązać, chciał tylko zyskać czas i znaleźć dziewczynie odpowiedniego kandydata. Ten fortel nie spodobał się jednak jego matce, która orzekła, że w takiej sytuacji Karol powinien ożenić się z Zofią. O zgodę trzeba było prosić papieża, bo pokrewieństwo młodych było bliskie. „Ty Zosi pokochać nie możesz, żenisz się tylko dla danego słowa – patrz, żebyś nie był nieszczęśliwy” – miał mu powiedzieć któryś z przyjaciół. Słowa te okazały się ponurym proroctwem, choć ten człowiek w jednym nie miał racji. Karol pokochał Zofię miłością głęboką, która przetrwała ciosy, jakie wkrótce, raz za razem, zaczęły spadać na młode małżeństwo.
Litania cierpień
Pierwsze dziecko, którego imienia nie znamy, żyło zaledwie kilka miesięcy, potem zmarła maleńka Maria i kolejna dziewczynka, również Maria. Zmarło też dwóch synków, obaj nosili imię Józef. Żałoba stała się codziennym chlebem Zofii i Karola. Po latach, już jako kapłan, pisał we wspomnieniach: „Byłem ojcem − ach to słowo, to było jedno słowo, którem posłyszał z ust dzieci moich! Jakby tylko na to przyszły na świat, aby mnie w imieniu Boga tym słowem powitać, tym słowem pożegnać. Boże! Ty wiesz, żeśmy te dzieci dla Ciebie tylko wychować chcieli, żeśmy je zawsze jak Twoją własność uważali; dziękowaliśmy Ci, gdyś je nam powierzył, nie skarżyliśmy się, gdyś je nam odebrał! Cieszyliśmy się nad ich kolebką, płakaliśmy nad ich grobem”.
Małżonkowie szukali ukojenia w modlitwie i uczynkach miłosierdzia, troszcząc się o biednych, chorych i opuszczonych. We Lwowie podejmowali różne posługi w szpitalu sióstr miłosierdzia. To w tych murach zakiełkowało i zaczęło dojrzewać powołanie Karola. Jeszcze mocniej odezwało się w sercu jego żony. Złożyli wówczas prywatne śluby czystości. Ukochana Zofia wkrótce zachorowała na gruźlicę. Małżonkowie obiecali sobie, że jeśli wyzdrowieje, oboje wstąpią do zakonu. Zofia do szarytek, Karol – do jezuitów. Niestety, w wieku 27 lat jego żona zmarła.
Nowe życie
„Szukałem dla siebie jeszcze innego nieba, i wszystkom utracił i nicem nie uzyskał! − O! nie, uzyskałem wszystko; wśród łez i cierpienia ujrzałem po raz pierwszy duszą i sercem Ciebie, o Jezu, Ciebie na krzyżu rozpiętego!” – wyznawał Antoniewicz.
Śmierć żony była dla Karola wstrząsem, który zmusił go do rewizji życia i podtrzymał w decyzji o wstąpieniu do jezuitów. „Przeczuwał, że tylko na tej drodze może odnaleźć ulgę w swym bólu, gdyż sensu cierpienia nikt mu nie wyjaśni i musi sam je w sobie przeżyć. Zrozumiał, że tajemnica życia kryje się w szczęściu przybitym do krzyża” – pisze o tym przełomowym momencie życia poety s. Bożena Leszczyńska, autorka poświęconej Antoniewiczowi książki „W Krzyżu – miłości nauka…”. Jej czytelnikami są m.in. rodzice dzieci chorych i tych, które odeszły. Siostra pracuje w szpitalu dziecięcym w Krakowie i z doświadczenia wie, że ks. Antoniewicz może stać się bliski ludziom, którzy stracili dzieci. Sama uczy się od niego pokory. – Pokory wobec tego, co przynosi życie. Pokory wobec krzyża obecnego w życiu człowieka. Zaufania do Pana Boga, przekonania, że On wszystkim kieruje, że ze wszystkiego potrafi wyprowadzić dobro – wyjaśnia.
„Żyje ta pamięć w głębi duszy, a jeśli ją poruszę, to chwilka po chwilce, uczucie po uczuciu, tak żywo powraca, jakby ten przeciąg czasu jednym tylko ciężkim był snem (…), chciałem się modlić, ale nie znalazłem słów, tylko łzy!” – opisywał puste mury opuszczonego domu przyszły jezuita. „Stan ten porównać można do doświadczenia nocy ciemnej opisywanej przez św. Jana od Krzyża, kiedy to Bóg prowadzi człowieka ku światłu zmartwychwstania przez ciemność, a dusza cierpi bez pociechy i nadziei światła czy duchowego dobra. (…) Poddana oczyszczeniu i wypaleniu w ogniu cierpienia, rozjaśniona zostaje przez Bożą Mądrość” – pisze s. Leszczyńska.
Cierpienie nie złamało Antoniewicza, ale stało się fundamentem jego duchowej przemiany. „Serce jego stało się ze zbolałego tkliwym, ze smutnego rzewnym, z zamkniętego otwartym, z cierpkiego słodkim, z rozburzonego cichym, z hardego pokornym, z przygasłego gorejącym najczystszą Boga i ludzi miłością” – opisywał stan ducha poety ks. Aleksander Jełowicki. Pod krzyżem przemienił się w nowego człowieka.
Za zakonną furtą
Druga część życia autora pieśni „Chwalcie, łąki umajone” upłynęła we wspólnocie jezuitów. Spokój odzyskał w Starej Wsi, gdzie odbył nowicjat. To właśnie tam, zachwycony pięknem krajobrazu Pogórza Brzozowskiego, stworzył strofy tego hymnu i ubrał je w melodię, która stała się symbolem majowych nabożeństw. Klimat starowiejskiego kościoła, piękno krajobrazów i miłość Karola do Matki Bożej zaowocowały zresztą całym cyklem wierszy i pieśni ku czci Maryi, zebranych w tomiku „Wianeczek majowy”. W naznaczonym trudami życiu Antoniewicza Maryja odgrywała bardzo ważną rolę, wnosząc w nie klimat radości i szczęścia dziecka bez reszty ufającego Matce. Wielokrotnie pisał o tym, że Najświętsza Dziewica była dla niego opiekunką, pociechą i ostoją.
W Starej Wsi ks. Karol Antoniewicz spędził lata 1839–1841. Jako wotum dla Matki Bożej zostawił tutaj najcenniejszą pamiątkę poprzedniego życia – swoją ślubną obrączkę. – Polecił, by włożyć ją w koronę figurki Matki Bożej Nowicjackiej – opowiada jezuita o. Stanisław Groń. Ta niewielka, bo 24 cm mierząca statua, kopia Matki Bożej Loretańskiej, była otoczona serdeczną modlitwą wielu pokoleń jezuickich nowicjuszy. „Przed tą statuą przez dwa lata modliłem się, codziennie odprawiałem rozmyślania i nieraz walczyłem i płakałem gorzką łzą, nie łzą żalu za światem, ale łzą żalu za grzechy, którymi tyle, tyle Boga obrażałem” – pisał ks. Antoniewicz.
Najważniejsza ofiara
Ostatnia dekada życia ks. Antoniewicza upłynęła pod znakiem misji, żarliwego kaznodziejstwa, niestrudzonego przemierzania wielu miast i wsi dla głoszenia Ewangelii i pokrzepiania ludności ciemiężonej przez zaborców. Karol był misjonarzem słuchanym i cenionym, ale nie przez wszystkich mile widzianym. Nie w smak były ówczesnym władzom jego dążenia do tego, by dodawać ludziom odwagi i nadziei, by podtrzymywać ich wiarę, miłość do Boga i ojczyzny. Głosił słowem i życiem, bo na pierwszym miejscu stawiał zawsze chorych i cierpiących, którym posługiwał z oddaniem, jak niegdyś z Zofią w szpitalu sióstr szarytek. Misjonarskie drogi prowadziły go do Lwowa i na Huculszczyznę, do Krakowa i niewielkich małopolskich miejscowości, na Śląsk i do Wielkopolski. Był aktywny mimo mnożących się przeciwności, mimo zakazów, jakie nakładały na niego władze, mimo wrogości różnych środowisk. Był „aniołem pociechy” dla mieszkańców Krakowa, gdy miasto ogarnął wielki pożar. Na zgliszczach kościołów głosił kazania i opatrywał rany ofiar pożogi.
Żywiołem, który ostatecznie zakończył życie niestrudzonego jezuity, okazał się jednak nie pożar, ale epidemia. Spowiadał umierających na cholerę i nie opuszczał ich do ostatniej chwili. Szedł tam, gdzie żaden ksiądz czy lekarz nie chciał wchodzić. „Dziś od pierwszej w nocy do siódmej rano 17 chorych odwiedziłem. O! biedny, biedny lud! Powiedziałem sercu: milcz! − i milczy, bo inaczej, jeśli nie z cholery, to z boleści byłbym umarł” – pisał na początku września 1852 roku z Kościana.
Jego ostatnią misją miało być utworzenie domu zakonnego w Obrze, gdzie dotarł 4 listopada 1852 roku. W nocy 7 listopada poczuł się jednak bardzo źle. „Gasnąca epidemia cholery upomniała się o swą najważniejszą ofiarę” – pisała s. Leszczyńska. Cierpiał przez kilka dni, do końca przytomny i rozmodlony. Zmarł 14 listopada 1852 roku. Miał 45 lat.
Magdalena Dobrzyniak/Gość Niedzielny
***
Litania Loretańska do Najświętszej Maryi Panny
nunek_54/shutterstock.com
***
Kyrie eleison. Christe, eleison. Kyrie eleison.
Chryste, usłysz nas. Chryste, wysłuchaj nas.
Ojcze z nieba, Boże, — zmiłuj się nad nami.
Synu, Odkupicielu świata, Boże, — zmiłuj się nad nami.
Duchu Święty, Boże, — zmiłuj się nad nami.
Święta Trójco, Jedyny Boże, — zmiłuj się nad nami.
Święta Maryjo, — módl się za nami.
Święta Boża Rodzicielko,
Święta Panno nad pannami,
Matko Chrystusowa,
Matko Kościoła,
Matko miłosierdzia,
Matko łaski Bożej,
Matko nadziei,
Matko nieskalana,
Matko najczystsza,
Matko dziewicza,
Matko nienaruszona,
Matko najmilsza,
Matko przedziwna,
Matko dobrej rady,
Matko Stworzyciela,
Matko Zbawiciela,
Panno roztropna,
Panno czcigodna,
Panno wsławiona,
Panno można,
Panno łaskawa,
Panno wierna,
Zwierciadło sprawiedliwości,
Stolico mądrości,
Przyczyno naszej radości,
Przybytku Ducha Świętego,
Przybytku chwalebny,
Przybytku sławny pobożności,
Różo duchowna,
Wieżo Dawidowa,
Wieżo z kości słoniowej,
Domie złoty,
Arko przymierza,
Bramo niebieska,
Gwiazdo zaranna,
Uzdrowienie chorych,
Ucieczko grzesznych,
Pociecho migrantów,
Pocieszycielko strapionych,
Wspomożenie wiernych,
Królowo Aniołów,
Królowo Patriarchów,
Królowo Proroków,
Królowo Apostołów,
Królowo Męczenników,
Królowo Wyznawców,
Królowo Dziewic,
Królowo wszystkich Świętych,
Królowo bez zmazy pierworodnej poczęta,
Królowo wniebowzięta,
Królowo różańca świętego,
Królowo rodzin,
Królowo pokoju,
Królowo Polski,
Baranku Boży, który gładzisz grzechy świata, — przepuść nam, Panie.
Baranku Boży, który gładzisz grzechy świata, — wysłuchaj nas, Panie.
Baranku Boży, który gładzisz grzechy świata, — zmiłuj się nad nami.
P. Módl się za nami, Święta Boża Rodzicielko. W. Abyśmy się stali godnymi obietnic Chrystusowych.
Módlmy się. Panie, nasz Boże, daj nam, sługom swoim, cieszyć się trwałym zdrowiem duszy i ciała, † i za wstawiennictwem Najświętszej Maryi, zawsze Dziewicy * uwolnij nas od doczesnych utrapień i obdarz wieczną radością. Przez Chrystusa, Pana naszego. W. Amen.
Antyfona
Pod Twoją obronę uciekamy się, Święta Boża Rodzicielko, naszymi prośbami racz nie gardzić w potrzebach naszych, ale od wszelakich złych przygód racz nas zawsze wybawiać, Panno chwalebna i błogosławiona. O Pani nasza, Orędowniczko nasza, Pośredniczko nasza, Pocieszycielko nasza. Z Synem swoim nas pojednaj, Synowi swojemu nas polecaj, swojemu Synowi nas oddawaj.
Modlitwa św. Bernarda
Pomnij, o Najświętsza Panno Maryjo, że nigdy nie słyszano, abyś opuściła tego, kto się do Ciebie ucieka, Twej pomocy wzywa, Ciebie o przyczynę prosi. Tą ufnością ożywiony, do Ciebie, o Panno nad pannami i Matko, biegnę, do Ciebie przychodzę, przed Tobą jako grzesznik płaczący staję. O Matko Słowa, racz nie gardzić słowami moimi, ale usłysz je łaskawie i wysłuchaj. W. Amen.
***
Nowe brzmienie litanii loretańskiej obowiązuje z dniem podjęcia uchwały, tzn. od 28 sierpnia 2020 r. W obecnym kształcie litania loretańska ma 55 wezwań do Matki Bożej.
Litania loretańska nazywana jest także litanią do Najświętszej Maryi Panny. Pierwsza wersja tego rodzaju modlitwy powstała w XII wieku we Francji, nie zachowała się. Utrwaliła się wersja używana od pierwszej połowy XVI wieku w Loreto. Stąd nazwa litania loretańska. W 1587 roku papież Sykstus V związał z jej odmawianiem przywilej odpustu. W roku 1631 zakazano wprowadzania wszelkich zmian w litanii bez zezwolenia Stolicy Apostolskiej, co wpłynęło na jej ujednolicenie i upowszechnienie.
***
fot. Mateusz Kuca | Shutterstock/Aleteia.pl
***
Dlaczego litania jest loretańska?
Dlaczego litanię poświęconą czci Matki Bożej nazywamy “loretańską”?
W litanii loretańskiej mamy aż cztery grupy wezwań, które mają nam pomóc zrozumieć Matkę Bożą; ale nie tylko Ją samą, chyba też trochę Pana Boga… Tekst litanii, może stać się dla nas jak rekolekcje, jak zapis kolejnych punktów do rozmyślania.
Samo słowo „litania” oznacza w języku greckim prośbę. Początki litanii loretańskiej sięgają XII w. i wiążą się z Francją. Wzorem dla jej twórców była pewnie poezja rycerską i nazywanie Maryi „Panią”. Sama nazwa litanii nawiązuje do Loreto – włoskiego miasteczka, do którego w średniowieczu przeniesiono autentyczny dom rodzinny Maryi z Nazaretu.
Rodzinny dom Maryi
To niezwykłe sanktuarium Maryjne, bowiem nie czci się tu przede wszystkim wizerunku Matki Bożej, ale… jej rodzinny dom. Jak podaje legenda, w średniowieczu, z powodu muzułmańskich podbojów Ziemi Świętej, dom Maryi miał być w cudowny sposób przeniesiony z Nazaretu do włoskiej wsi na wybrzeżu Adriatyku. Za niebiańskim transportem gabarytowej relikwii mieli zaś stać zwyczajnie aniołowie.
Badacze historii Domku Maryi, znajdującego się dziś we włoskim Loreto opowiadają ją jednak bardziej przekonująco dla współczesnych racjonalnych umysłów. Aniołami jest w niej bogata rodzina Angelich, zaś cudowny transport polegał w istocie na rozebraniu i rekonstrukcji w nowym miejscu domostwa, w którym według tradycji wychowywała się Maryja.
Domek Maryi a Litania Loretańska
Gdy w XIII w. krzyżowcy zaczęli ratować spod panowania muzułmańskiego kolejne relikwie swojej wiary, zadbali także o ten Domek. Dzięki pokaźnej dotacji ze strony rodziny Angelich z Włoch udało się domek precyzyjnie rozebrać, opisując każdą część i przewieźć przez Chorwację na wschodnie wybrzeże Włoch. Tam w miejscowości Loreto pieczołowicie domek odbudowano. Prace rekonstrukcyjne zaś zakończyły się dokładnie 10 grudnia 1294 r. Data wspomnienia liturgicznego Matki Bożej z Loreto została przesunięta jeden dzień później z uwagi na wcześniej obchodzony już 10 grudnia dzień św. Grzegorza III. Na przenosiny budowli ma wskazywać stan zaprawy w kamieniach, badany już współcześnie.
W nowej, włoskiej ojczyźnie nazaretański Domek również otoczono pokaźną bazyliką. Modlitwy do Maryi i jej kolejne wezwania powtarzane w tym miejscu przekształciły się zaś w ciągu wieków w Litanię zwaną przez nas Loretańską.
(fragmenty tekstów autorstwa Szymona Hiżyckiego OSB oraz Anny Druś) Stacja7.pl
***
siostra Wanda Putyra:
W młodości litania loretańska mnie nudziła. Dziś odkrywam ją na nowo!
O nabożeństwach majowych pachnących bzem, znaczeniu i sensie modlitwy słowami Litanii Loretańskiej i budowaniu więzi z Maryją, rozmawiamy z s. Wandą Putyrą, nauczycielką muzyki, dyrygentką chóru i scholi gregoriańskiej w szkołach sióstr prezentek w Krakowie.
Zofia Świerczyńska: Z czym kojarzy się siostrze maj?
s. Wanda Putyra: Kiedy sięgam pamięcią do swojego dzieciństwa, maj kojarzy mi się z kościołem, zapachem kadzidła, z organami i… Litanią Loretańską.
Co wyjątkowego jest w tej modlitwie?
To jest modlitwa, która nas uczy być jak Maryja, przez nią możemy wyprosić bardzo wiele. To jest najlepsza forma do przeżycia miesiąca poświęconego czci Maryi. To również okazja do zbudowania takiej serdecznej więzi z Matką Bożą. Wyjątkowość tej modlitwy stanowią słowa, którymi otaczamy Maryję jak wiankiem z najpiękniejszych kwiatów. To słowa miłości… Chyba każda mama lubi słyszeć od swojego dziecka tyle słów czułości, wdzięczności i podziwu. A my, jako dzieci uczymy się przez to bezinteresownej miłości. Pamiętam, kiedy byłam małą dziewczynką, zawsze chodziliśmy z mamą i moim rodzeństwem na nabożeństwa majowe. Moja mama uczyła mnie jak modlić się do Matki Bożej, pokazywała mi Maryję jako mądrą, dobrą i piękną kobietę. Pamiętam bzy, jaśminy, Litanię Loretańską i to piękno, którym jest otoczona Maryja. To dobre wspomnienia, do których często wracam z sentymentem.
Nabożeństwa majowe wpisane są we wspomnienia z dzieciństwa wielu z nas. Co zrobić, by to nie było tylko wspomnienie, lecz nasza codzienność?
Przyznam szczerze, że moja wiara w dzieciństwie to taka sielanka – majówki, litania… W czasie młodości strasznie mnie to nudziło. Nie mogłam przekonać się do tej modlitwy, bo wydawało mi się, że ciągle wołamy i wzywamy Maryję tymi samymi wezwaniami, na ciągle taką samą melodię… To było po prostu nudne! Pamiętam słowa śp. ks. Pawlukiewicza, które wtedy bardzo mnie poruszyły, i na nowo przekonały do tej modlitwy. Ksiądz Piotr powiedział, że litanie i koronki – modlitwy, które mają w sobie pewną powtarzalność słów i wyrażeń, wymyślili… mężczyźni i małe dzieci. Bo małe dzieci wołają “mamo kup, mamo kup” i mama w końcu się zlituje, a mężczyźni “pocałuj, pocałuj, pocałuj” i dziewczyna w końcu się zgodzi. Te słowa do mnie przemówiły (śmiech). I to żartobliwe porównanie pomogło mi na nowo odnaleźć sens i wrócić do tej modlitwy jaką jest Litania Loretańska.
Które z określeń Matki Bożej najbardziej siostrę poruszają?
Teraz, osiągnąwszy wiek troszkę większy niż naście lat (śmiech), przeżywam modlitwę litanią na nowo i odkrywam w niej Maryję jako piękną, dobrą, mądrą kobietę i wzór kobiecości dla siebie. Bardzo lubię te wezwania “Panno wierna”, “Panno łaskawa”, “Panno wsławiona”, “Panno można”. Odkrywam w nich wzór Matki duchowej, siostry która towarzyszy innym. Dla mnie cenne jest to wezwanie “Panno wierna”, bo chcę być wierna moim ślubom zakonnym, co wcale nie jest łatwe. To wezwanie i ukazanie Maryi jako kobiety wiernej, pomaga mi w codzienności.
Kiedy ktoś kogoś kocha, to jest w stanie zrobić dużo, by tę osobę lepiej poznać.
W litanii słyszymy też dużo wezwań, które brzmią archaicznie, niezrozumiale…
Z jednej strony jest to piękne, ponieważ ten język jest sięgnięciem do skarbca Kościoła, do tradycji naszych przodków. Ja to odczytuję w ten sposób, że włączam się w coś, czym Kościół żyje już kilkaset lat, dlatego ten język – choć stary – jest taki piękny. Z drugiej strony, język oczywiście jest archaiczny, ale mamy teraz takie możliwości, że wystarczy gdzieś kliknąć w Internecie i jeżeli ktoś chce poznać lepiej swoją Mamę, wystarczy wpisać hasła w wyszukiwarkę i po prostu znaleźć znaczenie tych słów. Kiedy ktoś kogoś kocha, to jest w stanie zrobić dużo, by tę osobę lepiej poznać.
Zgodziła się siostra wyśpiewać tą niezwykłą modlitwę. Dlaczego warto włączyć się w to wspólne “wołanie do Mamy”?
Dla mnie to proste i oczywiste… Któż inny, jak Uzdrowienie chorych, Ucieczka grzesznych i Pocieszycielka strapionych zrozumie nas lepiej, wysłucha i pomoże przejść przez to, czym teraz żyjemy?
Stacja7.pl
***
Nabożeństwa majowe przetrwały wieki. Jakie były początki tej pobożności.
Polskie kapliczki (fot. fot.mateusz/depositphotos.com/pl)
***
Maj od wieków zajmuje wyjątkowe miejsce w duchowości katolickiej jako miesiąc szczególnie poświęcony Matce Bożej. Nabożeństwa majowe, czyli „majówki”, wpisały się na stałe w religijny pejzaż Polski, odbywając się wieczorami w świątyniach, przy kapliczkach, grotach i przydrożnych figurach. Ich centralnym punktem pozostaje Litania Loretańska, której wezwania przez wieki pogłębiały maryjne przeżywanie wiary.
Początki maryjnej pobożności
Choć źródła maryjnej pobożności sięgają V wieku na Wschodzie, dopiero na przełomie XIII i XIV wieku miesiąc maj zaczęto na Zachodzie poświęcać Maryi – głównie z inicjatywy króla Hiszpanii Alfonsa X, który zachęcał wiernych do wspólnej modlitwy przy figurach Matki Bożej.
Tradycja ta szybko się rozprzestrzeniła, a swój rozwój zawdzięczała także postępowi technicznemu – drukowane modlitewniki, jak „Maj duchowy” z 1549 roku, popularyzowały majowe formy kultu jako odpowiedź na kryzys Reformacji.
Włoski jezuita o. Ansolani uchodzi za ojca nabożeństw majowych. W XVIII wieku organizował w Neapolu koncerty pieśni maryjnych zakończone błogosławieństwem Najświętszym Sakramentem. Dzieło to rozwinął o. Muzzarelli, wprowadzając „majówki” w kościele Il Gesù w Rzymie i propagując je w całej Europie.
Majówki po raz pierwszy w Polsce
W Polsce po raz pierwszy odnotowano nabożeństwa majowe w Tarnopolu w 1838 roku, a w kościele Świętego Krzyża w Warszawie oficjalnie odprawiono je w 1852 roku. Do końca XIX wieku zwyczaj ten przyjął się w większości polskich parafii. W wielu miejscowościach wierni modlą się na „majowym” nie tylko w kościołach, ale także przy kapliczkach czy na ulicach miast. Integralną częścią nabożeństwa jest Litania Loretańska – modlitwa powstała prawdopodobnie w XII wieku, zatwierdzona przez papieża Sykstusa V w 1587 roku.
Zawiera ona wezwania dogmatyczne, historiozbawcze i eschatologiczne, wskazując na rolę Maryi w historii zbawienia i jej duchową obecność pośród wiernych. W czerwcu 2020 roku papież Franciszek zatwierdził trzy nowe wezwania do Litanii Loretańskiej: „Matko miłosierdzia”, „Matko nadziei” oraz „Pociecho migrantów”.
„Pociecho migrantów” – nowe wezwanie papieża Franciszka
Decyzja ta została ogłoszona przez Dykasterię ds. Kultu Bożego i Dyscypliny Sakramentów, a jej celem było uwzględnienie aktualnych wyzwań duszpasterskich oraz pogłębienie refleksji nad rolą Maryi we współczesnym świecie. Nowe wezwania znalazły swoje miejsce w określonych punktach Litanii: „Matko miłosierdzia” po „Matko Kościoła”, „Matko nadziei” po „Matko łaski Bożej”, a „Pociecho migrantów” po „Ucieczko grzesznych”.
W Polsce zmiany te weszły w życie pod koniec sierpnia 2020 roku, po oficjalnym zatwierdzeniu przez Konferencję Episkopatu Polski. Wezwanie „Matko miłosierdzia” funkcjonowało wcześniej w polskiej wersji litanii, jednak po wprowadzeniu zmian zostało przeniesione na nowe miejsce, zgodnie z układem wyznaczonym przez Stolicę Apostolską.
Papież Benedykt XVI mówił w 2010 roku, że maj, jako najpiękniejszy miesiąc w roku, poświęcony jest „najpiękniejszemu kwiatowi stworzenia” – Maryi, która jest duchowym sercem Kościoła i pamięcią o Jezusie. Takie rozumienie miesiąca maryjnego nie traci na aktualności i wciąż inspiruje do codziennej, wspólnotowej modlitwy – zarówno w rodzinach, jak i w przestrzeni publicznej.
KAI/deon.pl
***
Obraz, przed którym po raz pierwszy na ziemiach polskich odprawiono nabożeństwo majowe
Emerytowana nauczycielka Antonina Mrozówna wraz z siostrą z narażeniem życia przechowały ten wizerunek przez okres pierwszej okupacji radzieckiej. Domena publiczna
***
Zwyczaj nabożeństw majowych, o czym przypomniał już jakiś czas temu, Dominik Dubiel SJ w tekście „Majowe w czasach popkultury. Nabożeństwo bez przyszłości?”, rozpropagowali w XIX w. jezuici. Oni też wprowadzili majówki w naszym kraju.
Jednak obraz Matki Bożej, przed którym w 1838 r. odprawiono pierwszą majówkę na ziemiach polskich, znajduje się w kościele… dominikańskim. Jak to możliwe?
Kasaty zakonów
Przedstawienie Matki Bożej Różańcowej z Tarnopola zostało namalowane w połowie XVIII w. do właśnie budowanego tam kościoła dominikanów. Ukończono go w latach 70. tego stulecia. A Maryi oddano do dyspozycji jedną z bocznych kaplic, ponieważ głównym opiekunem duchowym miejsca został św. Wincenty Ferreriusz.
Kaznodzieje jednak nie nacieszyli się długo swoją świątynią. Najpierw „dokwaterowano” im parafię. Wkrótce potem nadeszły zabory i cesarz austriacki skasował ten klasztor, odsyłając ojców do ich domu zakonnego w Żółkwi.
Pozostawili po sobie jednak całkiem nowy i zdecydowanie ładny kompleks budynków. A że w Rosji właśnie skasowano dla odmiany jezuitów, ci przybyli do Tarnopola i „tymczasowo” osiedli w miejsce dominikanów. Miało to miejsce w 1820 r. i tymczasowy pobyt przedstawicieli Towarzystwa Jezusowego wydłużył się do 1901 r.
To właśnie sprawiło, że kiedy w 1838 r. o. Franciszek Ksawery Asum SJ postanowił odprawić pierwszą majówkę na ziemiach dawnej Rzeczpospolitej, odbyła się ona przed obrazem de facto dominikańskim. Jezuici wprowadzili zresztą zwyczaj, że na maj przenosili go do ołtarza głównego, tak, aby więcej wiernych mogło wziąć udział w nabożeństwie, a przy okazji też podziwiać piękno tego przedstawienia.
Powrót dominikanów i wyjazd obrazu
Jezuici opuścili klasztor tarnopolski w 1901 r. (wreszcie zdołali zbudować własny), a dwa lata później wrócili do niego dominikanie, sarkając nieco na przemalowania i przebudowy dokonane przez poprzednich mieszkańców.
Dramatycznym momentem w jego historii był wrzesień 1939 r., kiedy wtargnęli do niego sowieccy żołnierze, którzy go ograbili, a następnie podpalili. Na szczęście Matka Boża Różańcowa była już wtedy bezpieczna w rękach emerytowanej nauczycielki Antoniny Mrozówny i jej siostry, które z narażeniem życia przechowały wizerunek przez okres pierwszej okupacji radzieckiej (1939-1941).
Kiedy w 1945 r. bracia kaznodzieje znów zostali zmuszeni do opuszczenia Tarnopola, tym razem przez komunistyczne władze, zabrali ze sobą też cudowny obraz. Ten przez Lwów w 1946 r. trafił do Krakowa, gdzie w tamtym czasie miało miejsce coś w rodzaju zjazdu cudownych przedstawień Matki Bożej.
Znalazły się tam wszystkie wizerunki z kresowych sanktuariów dominikańskich – Podkamienia, Czortkowa, Lwowa i właśnie Tarnopola. Ten ostatni trafił do Poznania, zapewne w tym samym roku. Przygotowywano się tam do budowy kościoła pod wezwaniem Matki Bożej Różańcowej, więc tarnopolski wizerunek idealnie wpisywał się w kontekst.
Nowe sanktuarium
Wbrew trudnościom z zaopatrzeniem i tym administracyjnym, piętrzonym przez komunistyczne władze, budynek powstał i w 1949 r. odbyło się wmurowanie kamienia węgielnego. Dzięki zapiskom na temat tej uroczystości wiemy, że 2 października tego roku Matka Boża Tarnopolska została umieszczona w nowym kościele w, najpierw prowizorycznym, ołtarzu głównym.
Dziś każdy, kto chce pomodlić się przed Jej obrazem, odnajdzie go w kaplicy adoracji poznańskich dominikanów. Nie tylko jest piękny wizualnie, ale również jego historia to wspaniały przykład tego, że nie ma nic złego w konkurowaniu między sobą zakonów. Oczywiście pod warunkiem, że ścigają się w pobożności. Także maryjnej.
Oto drugi tytuł, którym wysławiamy Bogarodzicę. Ponieważ Maryja urodziła nam Jezusa, który przyszedł nie z mocą ziemską, nie jako surowy sędzia, lecz przeciwnie – jako dobroć i zbawienie ludzkości, jako uosobiona Łaska Boża. Jest więc ona całkiem słusznie Matką łaski Bożej.
Jest nią Maryja z innego jeszcze tytułu. Pisze o tym św. Ambroży: “Została ona nazwana łaski pełną z przysługującego jej całkowicie prawa; gdyż ona sama otrzymała łaskę, której nie dostąpiło żadne inne stworzenie. Została albowiem napełniona Sprawcą łaski, Bogiem samym”. Najświętsza Panna ma także matczyny wpływ na Jezusa, krynicę wszelkich łask. Ona prosi właśnie jako Matka i dlatego prośba jej staje się rozkazem. Powiedziała tylko “Nie mają już wina” (J 2, 3), a Jezus natychmiast uczynił swój pierwszy cud!
Do św. Bernarda przyszedł raz wielki grzesznik. Zrozpaczony myślał: “Niepodobna, bym znalazł jeszcze łaskę u Boga”. Lecz św. Doktor odrzekł mu: “Obawiasz się, czy znajdziesz jeszcze łaskę u Boga, w takim razie ufaj, że znajdziesz ją u Maryi!” To otworzyło mu oczy na Matkę łaski Bożej i dokonało cudu. Nieszczęśliwy nabrał otuchy, nawrócił się i jeszcze w godzinę śmierci wielbił Maryję jako Matkę łaski bożej.
Pamiętaj i ty także o Matce łaski bożej, gdy ogarniać cię będzie zwątpienie na widok ciężkich grzechów, gdy szatan będzie próbował pogrążyć cię w małoduszności. Mów wtedy z prostotą dziecięcą: “O Maryjo, łaski pełna, Matko miłosierdzia, spojrzyj, jak obarczony grzechami jęczę w niewoli szatana! Ach, zlituj się nade mną, o Matko Jezusowa, wstawiaj się za mną!”
Pamiętaj o Matce łaski bożej, gdy zasępi ci czoło troska o zbłąkaną duszę syna, córki, lub jakiegoś biednego grzesznika, którzy zeszli na manowce. Nigdy nie zaniedbuj zwracać się z serdeczną prośbą do Maryi, nawet wtedy, gdy pomoc nie przyjdzie natychmiast. Wystarczy, gdy przyjdzie przed śmiercią. W takich chwilach nie zapominaj nigdy o tym zapewnieniu z ust anioła: “Nie bój się, Maryjo, znalazłaś bowiem łaskę u Boga” (Łk 1, 30).
Fronda .pl/tekst o. Atanazego Bierbauma OFM, Z Bogiem, Kraków 1934.
***
w środę 7 maja 2025 w Bazylice św. Piotra o godz. 10.00 została odprawiona uroczysta Msza św. z udziałem wszystkich kardynałów w intencji wyboru nowego następcy św. Piotra.
“Wybór nowego Papieża nie jest zwykłą wymianą osób, ale to zawsze powraca Apostoł Piotr” – mówił podczas homilii dziekan kolegium kardynalskiego, kard. Giovanni Battista Re, który przewodniczył Mszy świętej.
FOT. VATICAN NEWS/YOUTUBE
***
Msza święta „Pro eligendo Romano Pontifice” – o wybór papieża – poprzedziła popołudniowe uroczystości inauguracji konklawe. Wzięli w niej udział kardynałowie elektorzy, którzy o godz. 16.30 uroczyście udali się do Kaplicy Sykstyńskiej.
Jesteśmy tutaj, aby wzywać pomocy Ducha Świętego, błagać o Jego światło i moc, aby został wybrany Papież, którego Kościół i ludzkość tak potrzebują znajdując się na tym trudnym i złożonym zakręcie historii – mówił kardynał Re.
Jak podkreślił, modlitwa „jest jedyną słuszną i właściwą postawą, w czasie gdy Kardynałowie elektorzy przygotowują się do aktu najwyższej odpowiedzialności ludzkiej i kościelnej, oraz do wyboru o wyjątkowym znaczeniu”.
Kardynał Re przypomniał, że „każdy Papież nadal ucieleśnia Piotra i jego misję, a tym samym reprezentuje Chrystusa na ziemi; jest on skałą, na której zbudowany jest Kościół (por. Mt 16, 18). Wybór nowego Papieża nie jest zwykłą wymianą osób, ale to zawsze powraca Apostoł Piotr – mówił.
Kard. Re przywołał słowa Jana Pawła II. „Klucze najwyższej władzy”
W homilii nawiązał również do słów św. Jana Pawła II zawartych w „Tryptyku rzymskim”. Papież Jan Paweł II wyraził nadzieję, że w godzinach wielkiej decyzji, poprzez głosowanie, górujący obraz Jezusa Sędziego, autorstwa Michała Anioła, przypomni każdemu o wielkości odpowiedzialności za powierzenie „kluczy najwyższej władzy” (Dante) we właściwe ręce – mówił kard. Re.
Dziekan kolegium zaapelował o modlitwę, „aby Bóg dał Kościołowi Papieża, który najlepiej będzie potrafił obudzić sumienia wszystkich oraz wyzwolić energie moralne i duchowe w dzisiejszym społeczeństwie, charakteryzującym się wielkim postępem technologicznym, ale mającym tendencję do zapominania o Bogu”.
Dzisiejszy świat wiele oczekuje od Kościoła w zakresie ochrony tych fundamentalnych wartości ludzkich i duchowych, bez których współżycie ludzkie nie będzie lepsze ani nie przyniesie dobra przyszłym pokoleniom – mówił.
Oto pełny tekst homilii:
W Dziejach Apostolskich czytamy, że po Wniebowstąpieniu Chrystusa i w oczekiwaniu na Zesłanie Ducha Świętego, wszyscy trwali jednomyślnie na modlitwie razem z Maryją, Matką Jezusa (por. Dz 1, 14).
Właśnie to robimy również my, kilka godzin przed rozpoczęciem Konklawe, pod spojrzeniem Matki Bożej umieszczonej obok ołtarza, w tej Bazylice, która wznosi się nad grobem Apostoła Piotra. Czujemy, że cały Lud Boży jest z nami zjednoczony w wierze, miłości do Papieża i ufnym oczekiwaniu.
Jesteśmy tutaj, aby wzywać pomocy Ducha Świętego, błagać o Jego światło i moc, aby został wybrany Papież, którego Kościół i ludzkość tak potrzebują znajdując się na tym trudnym i złożonym zakręcie historii.
Modlić się, przywołując Ducha Świętego, jest jedyną słuszną i właściwą postawą, w czasie gdy Kardynałowie elektorzy przygotowują się do aktu najwyższej odpowiedzialności ludzkiej i kościelnej, oraz do wyboru o wyjątkowym znaczeniu; aktu ludzkiego, dla którego należy odrzucić wszelkie osobiste względy i mieć w umyśle i sercu tylko Boga Jezusa Chrystusa oraz dobro Kościoła i ludzkości.
W Ewangelii, która została odczytana, wybrzmiały słowa, które prowadzą nas do sedna najwyższego przesłania – testamentu Jezusa, przekazanego Jego Apostołom, wieczorem podczas Ostatniej Wieczerzy w Wieczerniku: „To jest moje przykazanie, abyście się wzajemnie miłowali, tak jak Ja was umiłowałem”. Jakby dla wyjaśnienia słów „jak Ja was umiłowałem” i wskazania, jak daleko ma sięgać nasza miłość, Jezus dodaje: „Nikt nie ma większej miłości od tej, gdy ktoś życie swoje oddaje za przyjaciół swoich” (J 15, 12-13).
Jest to przesłanie miłości, które Jezus definiuje jako „nowe” przykazanie. Nowe, ponieważ przekształca w coś pozytywnego i znacznie rozszerza przestrogę Starego Testamentu, która brzmiała: „Nie czyń innym tego, czego nie chcesz, aby czyniono tobie”.
Miłość, którą objawia Jezus, nie zna granic i musi charakteryzować myśli i działania wszystkich Jego uczniów, którzy w swoim postępowaniu powinni zawsze okazywać autentyczną miłość i angażować się w budowanie nowej cywilizacji, którą Paweł VI nazwał „cywilizacją miłości”. Miłość jest jedyną siłą zdolną zmienić świat.
Jezus dał nam przykład tej miłości na początku Ostatniej Wieczerzy poprzez zaskakujący gest: uniżył się, aby służyć innym, myjąc stopy Apostołom, bez dyskryminacji, nie wykluczając Judasza, który miał Go zdradzić.
To przesłanie Jezusa nawiązuje do tego, co usłyszeliśmy w pierwszym czytaniu Mszy św., w którym prorok Izajasz przypomniał nam, że podstawową cechą Pasterzy jest miłość aż do całkowitego oddania siebie.
Z tekstów liturgicznych tej celebracji eucharystycznej płynie zatem zaproszenie do braterskiej miłości, wzajemnej pomocy i zaangażowania na rzecz komunii kościelnej i powszechnego braterstwa ludzkiego. Wśród zadań każdego następcy Piotra jest rozwijanie komunii: komunii wszystkich chrześcijan z Chrystusem; komunii biskupów z Papieżem; komunii biskupów między sobą. Nie jest to wspólnota auto-referencyjna, ale całkowicie nastawiona na wspólnotę między ludźmi, narodami i kulturami, mająca na sercu, aby Kościół był zawsze „domem i szkołą komunii”. Mocne jest również wezwanie do zachowania jedności Kościoła na drodze wytyczonej przez Chrystusa Apostołom. Jedność Kościoła jest upragniona przez Chrystusa; jedność, która nie oznacza uniformizacji, ale trwałą i głęboką komunię w różnorodnościach, o ile pozostaje się w pełnej wierności Ewangelii.
Każdy Papież nadal ucieleśnia Piotra i jego misję, a tym samym reprezentuje Chrystusa na ziemi; jest on skałą, na której zbudowany jest Kościół (por. Mt 16, 18). Wybór nowego Papieża nie jest zwykłą wymianą osób, ale to zawsze powraca Apostoł Piotr. Kardynałowie elektorzy wyrażą swój głos w Kaplicy Sykstyńskiej, gdzie – jak mówi Konstytucja apostolska Universi Dominici gregis – „wszystko sprzyja uświadomieniu sobie obecności Boga, przed którego obliczem pewnego dnia każdy będzie musiał stanąć na sąd”. W Tryptyku rzymskim, Papież Jan Paweł II wyraził nadzieję, że w godzinach wielkiej decyzji, poprzez głosowanie, górujący obraz Jezusa Sędziego, autorstwa Michała Anioła, przypomni każdemu o wielkości odpowiedzialności za powierzenie „kluczy najwyższej władzy” (Dante) we właściwe ręce.
Módlmy się zatem, aby Duch Święty, który w ciągu ostatnich stu latach obdarzył nas kolejnymi prawdziwie świętymi i wielkimi Papieżami, obdarzył nas nowym Papieżem według serca Bożego, dla dobra Kościoła i ludzkości.
Módlmy się, aby Bóg dał Kościołowi Papieża, który najlepiej będzie potrafił obudzić sumienia wszystkich oraz wyzwolić energie moralne i duchowe w dzisiejszym społeczeństwie, charakteryzującym się wielkim postępem technologicznym, ale mającym tendencję do zapominania o Bogu.
Dzisiejszy świat wiele oczekuje od Kościoła w zakresie ochrony tych fundamentalnych wartości ludzkich i duchowych, bez których współżycie ludzkie nie będzie lepsze ani nie przyniesie dobra przyszłym pokoleniom.
Niech Najświętsza Maryja Panna, Matka Kościoła, wyjedna swoim macierzyńskim wstawiennictwem, aby Duch Święty oświecił umysły Kardynałów elektorów i sprawił, aby byli zgodni w wyborze Papieża, którego potrzebują nasze czasy.
***
W środę 7 maja rozpoczęło się konklawe. Nowego papieża wybiera 133 kardynałów elektorów. Drugiego dnia wyborów (czwartek 8 maja) przewidziane są dwa głosowania do południa i dwa po południu.
***
Ile będzie trwało konklawe? Możemy to oszacować?
Kardynałowie robią zdjęcia przed rozpoczęciem mszy świętej z papieżem w Watykanie.
fot. Marco Iacobucci Epp / Shutterstock
***
Śmierć papieża lub jego rezygnacja otwierają drogę do jednego z najbardziej tajemniczych wydarzeń w Kościele katolickim — konklawe, czyli wyboru nowego następcy św. Piotra. Gdy kardynałowie zamykają się w Kaplicy Sykstyńskiej, świat z napięciem wypatruje białego dymu. Ale ile może to potrwać? Czy istnieje sposób, by przewidzieć długość konklawe?
Choć Duch Święty działa w sposób nieprzewidywalny, możemy spojrzeć na historię ostatnich konklawe i spróbować wyciągnąć wnioski. Oto jak długo trwały wybory papieży w ostatnich 150 latach:
1878: Leon XIII – 3 głosowania, 3 dni
1903: św. Pius X – 7 głosowań, 5 dni (z dramatycznym wetem ze strony Habsburgów)
1914: Benedykt XV – 10 głosowań, 4 dni
1922: Pius XI – 14 głosowań, 5 dni
1939: Pius XII – 3 głosowania, 2 dni
1958: św. Jan XXIII – 11 głosowań, 4 dni
1963: św. Paweł VI – 6 głosowań, 3 dni
1978 (sierpień): bł. Jan Paweł I – 4 głosowania, 2 dni
1978 (październik): św. Jan Paweł II – 8 głosowań, 3 dni
2005: Benedykt XVI – 4 głosowania, 2 dni
2013: Franciszek – 5 głosowań, 2 dni
Krótkie konklawe to nowa norma?
Od 1939 roku każde konklawe trwało maksymalnie 4 dni — żadne nie przekroczyło tego czasu. Co więcej, ostatnie dwa konklawe (2005 i 2013) zakończyły się już po dwóch dniach. To może sugerować, że kardynałowie-elektorzy wchodzą do Kaplicy Sykstyńskiej z wyraźnym rozeznaniem i dużym stopniem konsensusu.
Ile głosowań?
Równie interesujące są liczby głosowań. Najwięcej – 14 – odbyło się w 1922 roku. Ale od tamtej pory, wraz z rozwojem środków komunikacji i łatwiejszym poznawaniem się kardynałów, liczba ta znacząco spadła. Od 1958 roku żadne konklawe nie wymagało więcej niż 11 głosowań. Średnia dla XX i XXI wieku to około 6–8 głosowań, co przy dwóch turach dziennie daje 2–4 dni.
Co może wpłynąć na długość?
Konsensus wokół kandydata – im więcej kardynałów zgadza się co do jednej osoby już przed konklawe, tym szybciej zapada decyzja.
Równowaga geograficzna i ideowa – różnorodność w Kolegium Kardynalskim może oznaczać dłuższe negocjacje.
Reakcja na poprzedni pontyfikat – jeśli papież był silną i wyrazistą postacią, kardynałowie mogą szukać równowagi, co może wydłużyć dyskusje.
Możemy więc oszacować
Choć nie mamy kryształowej kuli, dane historyczne pozwalają przypuszczać, że najbliższe konklawe potrwa od 2 do 4 dni, a liczba głosowań zamknie się w granicach 4–8. Oczywiście, wszystko zależy od działania Ducha Świętego i ludzkiej otwartości na Jego natchnienia.
Jedno jest pewne: kiedy tylko z komina Kaplicy Sykstyńskiej uniesie się biały dym, świat znowu wstrzyma oddech, by usłyszeć słowa: „Habemus Papam!”
Tomasz Rowiński/Aleteia.pl
***
Kard. Ratzinger o tym, co jest decydujące w czasie konklawe
PATRICK HERTZOG | AFP
***
Wybór nowego papieża – konklawe – to moment szczególnego napięcia, nie tylko dla Kościoła, ale i dla całego świata. Jak rozumieć działanie Ducha Świętego w tym procesie? I co tak naprawdę wpływa na decyzje kardynałów zamkniętych w Kaplicy Sykstyńskiej? Wspomnienia kard. Josepha Ratzingera – późniejszego papieża Benedykta XVI – rzucają światło na tę tajemniczą rzeczywistość.
Duch Święty nie głosuje, ale czuwa
Kard. Ratzinger, znany ze swojej precyzji teologicznej i głębokiej duchowości, nie idealizował samego mechanizmu konklawe. W jednym ze swoich refleksyjnych komentarzy przyznał:
„Nie twierdzę, że Duch Święty uczestniczy w wyborze papieża w sensie dosłownym, ponieważ Duch Święty na pewno by nie dopuścił do wybrania wielu papieży. Natomiast Duch Święty nie tyle trzyma rękę na pulsie, ile pełni rolę dobrotliwego nauczyciela, zostawiając nam swobodę działania, ale nie spuszczając nas z oka. Rolę Ducha Świętego należy rozumieć bardziej elastycznie. On nie narzuca, na którego kandydata mamy głosować. Zapewne chroni nas tylko przed tym, abyśmy wszystkiego nie zaprzepaścili”.
To niezwykle pokorna i realistyczna wizja działania Boga – nie dominującego, ale towarzyszącego. Duch Święty nie prowadzi kardynałów za rękę, ale nieustannie inspiruje ich sumienia i myśli. Chroni Kościół nie poprzez spektakularne interwencje, ale przez subtelne światło, które rozjaśnia to, co istotne.
Iskra, która się zapala
Tę myśl pogłębia wspomnienie Eduarda Habsburga, obecnego ambasadora Węgier przy Stolicy Apostolskiej. Jako młody uczeń miał on okazję zapytać kard. Ratzingera o sam proces wyboru papieża. Jego relacja pokazuje, jak wielką wagę przyszły papież przykładał do duchowego i wspólnotowego wymiaru przed konklawe:
„Zapytałem go, jak wybiera się papieża. Czy siada się z kartką i modli o imię? Uśmiechnął się i powiedział: ‘Bardzo ważne są Kongregacje Generalne, w których wszyscy kardynałowie swobodnie dyskutują o Kościele. Obserwujesz, słuchasz. Wtedy pojawia się iskra. A potem ta iskra przechodzi dalej — w zacienionych korytarzach Watykanu…’”
To, co decydujące, nie dzieje się wyłącznie za zamkniętymi drzwiami Kaplicy Sykstyńskiej, ale wcześniej — w rozmowach, w słuchaniu, w rozeznawaniu. „Iskra”, o której mówił kard. Ratzinger, to być może to ciche poruszenie serca, które rodzi się, gdy Kościół naprawdę szuka woli Bożej.
Pokorna nadzieja
Konklawe to nie tyle polityka, co tajemnica. Nie tyle matematyka głosów, co zaufanie Duchowi Świętemu — który, choć nie narzuca, to nie zostawia Kościoła samemu sobie. Kard. Ratzinger pozostawił nam obraz działania Boga jako cichego światła: obecnego, ale nienarzucającego się. To właśnie ta pokorna nadzieja powinna towarzyszyć każdemu wyborowi papieża.
Tomasz Rowiński/Aleteia.pl
***
Za drzwiami zaczyna się Boża historia. Dlaczego niewiele wiemy o przebiegu konklawe?
Po co łamie się pierścień papieża, czy na konklawe ścierają się frakcje i dlaczego niewiele wiemy o przebiegu konklawe? Na te i inne pytania odpowiada ks. Przemysław Śliwiński.
Franciszek Kucharczak: Śmierć papieża rozpoczyna okres sede vacante. Kto w tym czasie rządzi w Kościele?
ks. Przemysław Śliwiński: W takim stopniu, w jakim rządzi papież, nie rządzi nikt. W ramach „kompetencji rozproszonej” władzę nadzoru nad Stolicą Apostolską sprawują wszyscy kardynałowie. W pierwszym rzędzie Kamerling Kościoła Katolickiego, który przygotowuje pogrzeb zmarłego papieża, a potem konklawe. Jego głównym zadaniem jest wykonywanie zadań zleconych przez kongregację kardynałów. To oni podczas kongregacji generalnych podejmują codzienne decyzje. Można więc powiedzieć, że kamerling jest władzą wykonawczą w odniesieniu do kongregacji kardynałów. Jest również kardynał sekretarz stanu, który ma nadal obowiązki dotyczące głównie utrzymywania relacji z innymi państwami. Nie traci też władzy dziekan kolegium kardynalskiego, który zwołuje kardynałów, koordynuje ich pracę i jeśli wciąż jest elektorem, przewodniczy konklawe (obecny nie przewodniczy). Jest też wiele innych osób mających określone zadania, ale żadna z nich nie może podejmować decyzji, jakie mógłby podjąć tylko papież.
W mediach jest pełno opisów ceremoniału potwierdzenia śmierci papieża. Najbardziej ekscytuje ludzi ten srebrny młoteczek, którym kamerling jakoby stuka w głowę zmarłego. Wyczytałem jednak, że ostatni raz użyto go w 1878 roku, przy śmierci Piusa IX.
Tego już się nie stosuje. Pytałem nawet kard. Dziwisza, czy używano tego młoteczka przy śmierci Jana Pawła II. Nie używano. W XX wieku ani razu nie potwierdzono takiego przypadku. Kiedyś była to czynność nie tylko symboliczna. Wołanie papieża chrzcielnym imieniem i uderzenie młoteczkiem w skroń miało być sposobem na obudzenie go z ewentualnego letargu. Dziś, gdy śmierć stwierdza lekarz, jest aparatura medyczna, ten młoteczek występuje już tylko w filmach i w literaturze.
Wieczorem w dniu śmierci Franciszka zostały opieczętowane mieszkanie papieża w Domu Świętej Marty i apartament w Pałacu Apostolskim. Po co?
Ten ceremoniał ma praktyczne zastosowanie, bo wszystko, co papież zostawia po sobie, musi być zachowane i przekazane bezpośrednio jego następcy. Nikt nie może tam wejść, niczego dotykać i przeglądać. Za to odpowiedzialny jest kamerling. To ma bardzo duże znaczenie i dlatego przetrwało i musi trwać, bo nikt nie ma prawa spuścizny papieża weryfikować. Wszystko to musi trafić w ręce nowego następcy Piotra i dopiero on będzie miał prawo to wszystko otworzyć.
Dlaczego dziś niszczy się pierścień Rybaka, skoro nie służy on już do pieczętowania dokumentów?
Dlatego, że nowy papież otrzyma własny, nowy pierścień. To jest pewnego rodzaju symboliczny znak, ale też przepis zawarty w dokumentach.
Jest też mowa o zniszczeniu pieczęci.
Wszystkie pieczęcie, którymi posługiwał się papież, trzeba zniszczyć. Chodzi o to, żeby nikt nie podszywał się pod papieża, np. sporządzając fałszywki ze wsteczną datą. Nie ma papieża – nie ma też jego pieczęci, koniec kropka.
Czy zmarły papież musi zostać pochowany, zanim zacznie się proces wybierania następnego?
Tak. Kiedyś terminy pogrzebu były szybsze. Teraz, zgodnie z instrukcją Pawła VI, to jest 4–6 dni. W pierwszym etapie sede vacante jest więc żałoba, czyli czas opłakiwania zmarłego przez Kościół. To ważne, żeby sobie uprzytomnić, że to jest pożegnanie papieża, którego dał Kościołowi Bóg. Drugi etap też polega na czuwaniu, ale skierowanym na wołanie do Ducha Świętego o to, by dał Kościołowi nowego pasterza. Musi się więc skończyć pierwszy etap, zanim kardynałowie będą mogli wybrać nowego papieża. I to jest bardzo mocno przestrzegane.
Dlaczego wybór nowego papieża odbywa się „pod kluczem”?
Po to, żeby nie było ingerencji zewnętrznych – a były takie, i to poważne. Aż do XIX wieku władcy i wielkie rody próbowały wpływać na wybór papieża. Optymalnym zabezpieczeniem przed tego rodzaju wpływami jest zachowanie w sekrecie przebiegu konklawe. W ogóle cała konstrukcja konklawe temu właśnie służy: żeby kardynałowie odpowiedzialni za wybór papieża byli w tym całkowicie wolni. Dlatego nie mogą pertraktować nad wyborem papieża przed konklawe, nie może wypłynąć to, co się dzieje w trakcie konklawe, i nawet po wyborze papieża nie wiemy, kto na kogo głosował ani też ile papież dostał głosów. Wiemy najwyżej, w którym głosowaniu ostatecznie go wybrano.
Czy istnieją wytyczne co do czasu trwania sede vacante?
Nie ma wytycznych. Potrwa tyle, ile musi. Początek konklawe jest bardzo rygorystycznie określony: musi się rozpocząć między 15. a 20. dniem sede vacante. Termin zakończenia nie jest określony, ale konklawe jest już tak dobrze skonstruowane, że w ciągu ostatnich niemal 200 lat najdłuższe trwało pięć dni. Teraz już nawet mówimy nie o dniach, tylko o godzinach, bo ostatnie konklawe trwało 27 godzin, a przedostatnie 25 godzin. Dla porównania: przed 1846 rokiem, w wiekach XVIII czy XIX, papieża wybierano 27, 105, a nawet 120 dni.
Czemu to tyle trwało?
Dlatego, że kardynałowie „koronni” mieli prawo weta. Korzystali z tego władcy państw katolickich, którzy poprzez kardynałów eliminowali niepożądanych kandydatów, tak jak czerwona kartka eliminuje zawodnika z gry. Nigdy nie było to zapisane, ale jakoś weszło do tradycji konklawe i przedłużało je w nieskończoność.
A zakończył to Pius X?
Ostatecznie tak, ale przyczynił się do tego zmierzch katolickich monarchii europejskich i upadek Państwa Kościelnego. Wtedy zawalił się układ oparty na dobrych stosunkach Stolicy Apostolskiej z mocarstwami, a wraz z tym skończyło się eliminowanie albo wskazywanie przez nie ewentualnych kandydatów. Żyjemy więc w czasach, kiedy konklawe jako narzędzie wyboru papieża jest optymalne, a dowodzi tego krótki czas jego trwania.
Prawo wybierania papieża mają kardynałowie poniżej 80. roku życia. Tylko z tego grona może zostać wybrany papież? Czy może być starszy?
Nie ma tutaj żadnych ograniczeń. Nie ma w ogóle niczego w prawie, co by mówiło, kim ma być wybrany papież. Można więc domniemywać, że może to być nawet ktoś, kto nie należy do grona kardynalskiego. Nawet ktoś, kto nie jest biskupem. Co ciekawe, w tej chwili wśród kardynałów elektorów jest jeden niebiskup – Timothy Radcliffe. Nie ma święceń biskupich, a ma prawa elektorskie. Otrzymał kardynalat w wieku 79 i pół roku i będzie uczestniczył w konklawe.
Obecnie 135 kardynałów ma prawa elektorskie, a to więcej niż „ustawa przewiduje”, bo powinno być maksymalnie 120. To nie przeszkadza?
Nie przeszkadza. Tamto jest wskazówką dla papieża, ale jeśli on już kardynała wykreował, to nikt oprócz papieża nie ma prawa zabronić mu wstępu na konklawe. 135 kardynałów ma prawo wejść do kaplicy Sykstyńskiej.
Media od wielu dni „wybierają papieża”, ale jest powiedzenie, że kto wchodzi na konklawe papieżem, ten wychodzi kardynałem. Jednak mamy wpływ na wynik konklawe – tylu ludzi się modli…
Tak, konklawe i w ogóle całe sede vacante to jest czas czuwania Kościoła rzymskiego i powszechnego. Modlimy się do Ducha Świętego o dobrego pasterza. I niech to będzie przede wszystkim modlitwa za kardynałów, bo oni współdziedziczą w tej chwili klucze Piotrowe i mają wielką odpowiedzialność za dokonanie wyboru. Natomiast niech to się nie przeradza w modlitwę o to, żeby ten czy tamten kardynał z „mojej” opcji został wybrany.
Ale czy na konklawe nie ma frakcji, które się ścierają?
To jasne, że w Kościele są grupy opinii, a kardynałowie różnią się poglądami. Nie są to jednak starcia między „liberałami i konserwatystami”, jak wyostrza te różnice narracja podnosząca je do rangi politycznych etykiet. Różnią ich program, styl, kwestie pastoralne, ale na pewno nie doktrynalne. Filmy i media sprawiły, że zaczęliśmy patrzeć na konklawe jak na wybory ze świata polityki. Konklawe ma własną naturę, specyfikę, której ważnym elementem jest modlitwa. Zarazem jest to proces dojrzewania każdego z kardynałów do właściwego wyboru, czyli rozeznania i szukania w tym rozeznaniu woli Bożej. Ale są też rozmowy, jest debata o problemach Kościoła. Elektorzy się nawzajem przekonują, ale to nie są starcia frakcji, intrygi, tylko dojrzewający wybór kolegialny.
Duch Święty ma więc coś do powiedzenia.
Ma. Kardynałowie mówią, nie zdradzając oczywiście żadnych sekretów, że zamknięcie drzwi konklawe naprawdę coś zmienia i tajemniczo wszystko „coś” dokądś prowadzi. Że rozpoczyna się jakaś nowa historia i oni w tym widzieli Bożą historię. Tam jest modlitwa, skupienie, zjednoczenie. Wszelkie pomysły, ustalenia, bloki mają być zapomniane. To jest też zawarte w przysiędze kardynałów. Zakazane są głosowania taktyczne, głos oddany w ramach wdzięczności czy sympatii. Oni mają wybrać tego, który ma być najlepszym papieżem. I odpowiadają za to przed Bogiem, historią i Kościołem.
rozmawiał Franciszek Kucharczak/Gość Niedzielny
***
Jakie były pierwsze słowa papieży po ogłoszeniu wyboru? św. Jan Paweł II: Pochodzę z dalekiego kraju
św. Jan Paweł II. (fot. depositphotos)
***
Św. Jan Paweł II wyznał, że pochodzi z dalekiego kraju, Benedykt XVI nazwał się skromnym pracownikiem winnicy Pańskiej, zaś Franciszek mówił o podążaniu szlakiem braterstwa. Pierwsze słowa papieża pozostają głęboko w pamięci – powiedziała PAP dr Ewa Czaczkowska z UKSW w Warszawie.
Gdy z komina na dachu Kaplicy Sykstyńskiej wydobędzie się biały dym, protodiakon ogłosi światu z balkonu bazyliki Świętego Piotra “Annuntio vobis gaudium magnum: habemus papam” (oznajmiam wam wielką radość, mamy papieża) i wymieni jego imię i nazwisko oraz imię, jakie przybrał. Następnie nowy papież wejdzie na balkon, udzieli pierwszego błogosławieństwa “Urbi et Orbi” i przywita się z wiernymi.
– Jego pierwsze słowa, gesty, ton głosu pozostają głęboko w pamięci, bo to jest pierwsze wrażenie – powiedziała PAP medioznawca dr Ewa Czaczkowska z UKSW.
Jan Paweł II, stojąc na balkonie 16 października 1978 r., przywitał świat słowami: – Niech będzie pochwalony Jezus Chrystus! Najdrożsi Bracia i Siostry!, mówiąc, że kardynałowie powołali nowego biskupa Rzymu “z dalekiego kraju, z dalekiego, lecz zawsze tak bliskiego przez łączność w wierze i tradycji chrześcijańskiej”.
Powiedział też o swoich obawach.
– Bałem się przyjąć ten wybór, jednak przyjąłem go w duchu posłuszeństwa dla Pana naszego Jezusa Chrystusa i w duchu całkowitego zaufania Jego Matce, Najświętszej Maryi Pannie – wyznał.
– Nie wiem, czy będę umiał dobrze mówić w waszym… naszym języku włoskim – przyznał, prosząc wiernych: “jeżeli się pomylę, to mnie poprawicie”. Oświadczył też:
– Przedstawiam się wam wszystkim dzisiaj, by wyznać naszą wspólną wiarę, naszą nadzieję, naszą ufność pokładaną w Matce Chrystusa i Kościoła z pomocą Pana Boga i z pomocą ludzi.
Z kolei Benedykt XVI, 19 kwietnia 2005 r., zwracając się do świata “Siostry i bracia”, powiedział:
– Po wielkim papieżu Janie Pawle II kardynałowie wybrali mnie – prostego i skromnego pracownika winnicy Pańskiej. Dodał, że pociesza go fakt, że “Pan potrafi działać także poprzez narzędzia niedoskonałe”.
– W radości zmartwychwstałego Pana i ufni w Jego pomoc, idziemy naprzód. Pan nas wspomoże, a Matka Boża będzie po naszej stronie” – zapewnił Benedykt XVI i udzielił błogosławieństwa.
Papież Franciszek 13 marca 2013 r. powitał na balkonie ponad 100 tys. wiernych zgromadzonych na Placu św. Piotra słowami: “Bracia i siostry, dobry wieczór”.
– Wiecie, że konklawe miało za zadanie dać Rzymowi biskupa. Zdaje się, że moi bracia kardynałowie poszli znaleźć go prawie na końcu świata – dodał. Podziękował za powitanie “wspólnocie diecezjalnej Rzymu”, której – jak zaznaczył – jest biskupem.
Pomodlił się następnie za biskupa emerytowanego Benedykta XVI.
– Módlmy się razem za niego, by Pan mu błogosławił i Madonna go strzegła – poprosił.
– Teraz zacznijmy ten wspólny szlak biskupa i ludu, ten szlak Kościoła Rzymu, pierwszego w miłości wśród wszystkich Kościołów. Szlak braterstwa, miłości i wzajemnego zaufania – powiedział.
– Módlmy się zawsze za siebie, jedni za drugich. Módlmy się za cały świat, by było wielkie braterstwo – zaapelował.
I dodał: – Życzę wam, by ten szlak Kościoła, który dziś zaczynamy, na którym będzie mi pomagał kardynał wikariusz tu obecny, był owocny dla ewangelizacji tego pięknego miasta.
dr Ewa Czaczkowska z UKSW dlaPAP/Deon.pl
***
Modlitwa o wybór następcy św. Piotra, która teraz jest bardzo potrzebna Kościołowi i światu a nie medialne spekulacje jaki powinien być nowy papież
Razem z kardynałami zebranymi na konklawe w Watykanie, módlmy się w intencji wyboru 267 następcy św. Piotra. Prośmy Ducha Świętego, aby był nim papież, który odważnie będzie podążał za Bogiem i prowadził wspólnotę Kościoła drogami Ewangelii.
„Niech będzie Twoim głosem skierowanym do Kościoła i świata”.
VATICAN MEDIA
***
Modlitwa o wybór nowego papieża:
Niech Matka Boża towarzyszy tej wspólnej modlitwie swoim macierzyńskim wstawiennictwem.
Panie Jezu Chryste, Ty zbudowałeś swój Kościół na fundamencie Apostołów, a spośród nich wybrałeś Piotra i ustanowiłeś go pasterzem Twojej owczarni, aby umacniał siostry i braci w wierze.
Ześlij Twojego Ducha i umocnij wspólnotę Kościoła w tym czasie tak ważnym dla jego przyszłości. Niech Twój Duch towarzyszy kardynałom, którzy zebrani na konklawe wybiorą kolejnego następcę św. Piotra. Niech obdarzy ich darem rozeznania i mądrości.
Panie Jezu Chryste, trwając na modlitwie w oczekiwaniu na wybór nowego papieża prosimy Cię: aby wybrany papież odważnie podążał za Tobą i prowadził wspólnotę Kościoła drogami Ewangelii. Niech będzie Twoim głosem skierowanym do Kościoła i świata.
Który żyjesz i królujesz na wieki wieków. Amen.
Święta Maryjo, Matko Kościoła, módl się za nami. Święty Józefie, Opiekunie Kościoła, módl się za nami. Święci Piotrze i Pawle, módlcie się za nami.
***
Uroczystość Najświętszej Maryi Panny Królowej Polski
sobota, 3 maja 2025
Kościół św. Piotra – godz. 18.00 – Msza św.
Przed Mszą św. od godziny 17.00 – możliwość spowiedzi św.
Po Mszy św. – nabożeństwo wynagradzające z racji Pierwszej Soboty Miesiąca
***
Pasjonująca historianaszej Ojczyzny związana z Najświętszą Maryją Panną, Królową Korony Polskiej
Kościół w Polsce 3 maja obchodzi uroczystość Najświętszej Maryi Panny Królowej Polski, która została ustanowiona przez papieża Benedykta XV w 1920 r. na prośbę biskupów polskich po odzyskaniu niepodległości. Uroczystość ta – głęboko zakorzeniona w naszej historii – nawiązuje do Ślubów Lwowskich króla Jana Kazimierza z 1656 r., Konstytucji 3 maja oraz oddania Polski pod opiekę Maryi po uzyskaniu niepodległości.
fot. Karol Porwich/Tygodnik Niedziela
***
Geneza, śluby lwowskie króla Jana Kazimierza
Już w średniowieczu w na naszych ziemiach żywy był silny kult maryjny, a Matka Boża była traktowana jako szczególna opiekunka Królestwa Polskiego. Jan Długosz nazwał Maryję „Panią świata i naszą”, a maryjna pieśń Bogurodzica od XV wieku pełniła rolę nieoficjalnego hymnu państwowego.
Mało kto wie, że po raz pierwszy Maryja została nazwana wprost Królową Polski w trakcie objawień jakich doświadczył w Neapolu włoski jezuita ojciec Juliusz Mancinelli 14 sierpnia 1608 r. Miał on objawienie, podczas którego Maryja poleciła mu, aby nazwał ją Królową Polski: „A czemu mnie Królową Polski nie zowiesz? Ja to Królestwo wielce umiłowałam i wielkie rzeczy dlań zamierzam, ponieważ osobliwą miłością ku Mnie pałają jego synowie”.
Treść tych objawień rozpowszechnił na ziemiach Rzeczypospolitej książę Albrecht Radził, Wielki Kanclerz Litewski.
W czasie najazdu szwedzkiego, 1 kwietnia 1656 r. w katedrze lwowskiej, przed cudownym wizerunkiem Matki Bożej Łaskawej, król Jan Kazimierz złożył uroczyste śluby, zawierające formułę: „Ciebie za patronkę moją i za Królowę państw moich dzisiaj obieram”. W trakcie ślubowania zobowiązywał się szerzyć cześć Maryi, wystarać się u papieża o pozwolenie na obchodzenie Jej święta jako Królowej Korony Polskiej, a także zająć się losem chłopów i zaprowadzić w państwie sprawiedliwość społeczną.
Autorem tekstu ślubów lwowskich był późniejszy męczennik św. Andrzej Bobola. Temu wiekopomnemu wydarzeniu towarzyszyło odśpiewanie litanii do Najświętszej Panny. Nuncjusz apostolski abp Pietro Vidoni, który przewodniczył uroczystej Mszy św. w katedrze lwowskiej, dodał do modlitwy wezwanie “Królowo Korony Polskiej, módl się za nami”, które zgromadzeni biskupi i senatorowie trzykrotnie powtórzyli. Po ślubowaniu władcy, w imieniu senatorów i szlachty, podobną rotę odczytał podkanclerz koronny biskup krakowski Andrzej Trzebnicki, a wszyscy obecni powtarzali słowa jego ślubowania.
Jan Kazimierz nie mógł jednak dopełnić ślubów. Państwo opanowywał wówczas coraz większy chaos, a sam władca w niedługim czasie (1668 r.) zdecydował się abdykować i wyjechać za granicę. Szczególne związanie kultu Maryi, Królowej Korony Polskiej, z Jasną Górą nastąpiło 8 września 1717 r., kiedy to dokonano koronacji jasnogórskiego obrazu, co uznano za koronację Maryi na Królową Polski.
Odnowienie ślubów w sytuacji narodowej niewoli
W roku 1856 r. w Paryżu, nastąpiło odnowienie ślubów Jana Kazimierza przez jednego z twórców zgromadzenia zmartwychwstańców ks. Aleksandra Jełowickiego oraz krąg osób z nim związanych m. in. Adama Mickiewicza, którzy byli przekonani, że najwłaściwszą drogą do odzyskania niepodległości jest moralne odrodzenie polskiego społeczeństwa. Te idę propagowało później powstałe w tym kręgu zgromadzenie Księży Zmartwychwstańców, a silnie oddziaływała ona na ziemie pod zaborami i kształtujący się tam ruch zakonotwórczy.
Kolejna aktualizacja ślubów Jana Kazimierza miała miejsce w 1904 roku. Dokonał tego św. Józef Bilczewski, ówczesny arcybiskup Lwowa, który zgromadził tam przedstawicieli wszystkich zaborów. Bilczewski wskazał po raz kolejny realizację ślubów Jana Kazimierza jako drogę do odzyskania niepodległości. Papież Pius X w 1908 r. zezwolił na wpisanie wezwania „Królowo Polski” na stałe do Litanii Loretańskiej. W tym samym roku ustanowił dla diecezji lwowskiej święto Królowej Polski.
Ustanowienie ogólnopolskiego święta Najświętszej Maryi Panny Królowej Polski
Po odzyskaniu niepodległości w 1918 r. Episkopat Polski zwrócił się do Stolicy Apostolskiej o wprowadzenie święta dla Polski pod wezwaniem „Królowej Polski”. Papież Benedykt XV przychylił się do tej prośby 14 stycznia 1920 r. ustanawiając święto dla całej Polski.
W obliczu zagrożenia nowym “potopem”, tym razem bolszewickim, w 1920 r. Polacy ponownie zwrócili się o pomoc Matki Bożej. Episkopat odwołał się do ślubów Jana Kazimierza, szukając umocnienia narodu na Jasnej Górze, wzywając wiernych do zachowania nadziei i postawy na wzór ojca Augusta Kordeckiego. Niedługo później, 15 sierpnia, polska armia odniosła zwycięstwo nad bolszewikami, zwane „Cudem nad Wisłą”.
Biskupi zaproponowali Ojcu świętemu dzień 3 maja, aby podkreślić nierozerwalną łączność tego święta z Sejmem Czteroletnim, a zwłaszcza z uchwaloną 3 maja 1791 pierwszą polską Konstytucją. W 1925 Pius XI rozszerzył święto NMP Królowej Polski na wszystkie diecezje w Polsce a jako datę jego obchodów wyznaczył 3 maja.
Śluby Jasnogórskie zainicjowane przez kard. Hlonda
Gorącym orędownikiem odnowienia ślubów narodu polskiego był prymas August Hlond. W 1936 roku na Jasnej Górze, przybyła tam w licznie 100 tys. osób młodzież akademicka, złożyła ślubowanie, w którym wybrała Matkę Bożą na swoją patronkę, zobowiązując się kształtować życie społeczne na wartościach religijno-narodowych, w duchu chrześcijańskim.
Podczas wojny 31 października 1943 r. Pius XII dokonał poświęcenia całej rodziny ludzkiej Niepokalanemu Sercu Maryi.
Po II wojnie światowej – z inicjatywy kard. Hlonda – 8 września 1946 roku milionowa rzesza wiernych, złożyła na Jasnej Górze Akt Ofiarowania Niepokalanemu Sercu Maryi, tym samym ponownie uaktualniając śluby Jana Kazimierza. Uroczystość ta nawiązywała również do aktu, którego w 1943 roku dokonał Pius XII.
Nowa wersja ślubów opracowana przez internowanego Prymasa
W 300. rocznicę królewskich ślubów Jana Kazimierza, nową ich wersję opracował internowany wówczas w Komańczy prymas Polski kard. Stefan Wyszyński. 26 sierpnia 1956 r. wierni na Jasnej Górze uroczyście ślubowali Maryi: “Przyrzekamy uczynić wszystko, co leży w naszej mocy, aby Polska była rzeczywistym królestwem Twoim i Twojego Syna, poddanym całkowicie pod Twoje panowanie, w życiu naszym osobistym, rodzinnym, narodowym i społecznym”. Przyrzekali “wszczepiać w umysły i serca dzieci ducha Ewangelii”, strzec chrześcijańskich obyczajów, wychować młode pokolenie w wierności Chrystusowi, bronić je przed bezbożnictwem i zepsuciem”.
Tekst ślubów odczytał biskup Michał Klepacz (pełniący w tym czasie obowiązki przewodniczącego Episkopatu). O osobie uwięzionego Prymasa przypominał pusty fotel, ustawiony przed ołtarzem.
W 1957 r. z inicjatywy prymasa Wyszyńskiego rozpoczęła się “Wielka Nowenna” przygotowująca Kościół w Polsce do obchodów Millennium Chrztu Polski. Połączona została z peregrynacją cudownego obrazu Matki Boskiej Częstochowskiej po wszystkich diecezjach i parafiach. Nawet “aresztowanie” obrazu przez SB nie wpłynęło na zastraszenie społeczeństwa.
W 1962 r. papież Jan XXIII ogłosił Maryję Królową Polski i jej główną patronką, a święto NMP Królowej Polski stało się świętem I klasy we wszystkich diecezjach polskich. W 1969 Paweł VI na prośbę prymasa Wyszyńskiego podniósł święto do rangi uroczystości.
Podczas jasnogórskich obchodów Millennium chrztu Polski 3 maja 1966 r. cały polski Episkopat w obecności kilkuset tysięcy pielgrzymów dokonał uroczystego ślubowania NMP. W uroczystościach milenijnych pragnął uczestniczyć papież Paweł VI, na to jednak nie zgodziły się komunistyczne władze. Dopiero Jan Paweł II, mógł jako pierwszy w historii papież przybyć na Jasną Górę.
Zawierzenie Jana Pawła II
3 i 4 czerwca 1979 r. Jan Paweł II dokonał aktu zawierzenia Pani Jasnogórskiej: “… Zawierzam Ci, o Matko Kościoła, wszystkie sprawy tego Kościoła, całą jego misję i całą jego służbę w perspektywie kończącego się drugiego tysiąclecia dziejów chrześcijaństwa na ziemi”.
W 1982 r. Kościół obchodził 600-lecie obecności Cudownego Obrazu na Jasnej Górze. Zwieńczeniem kilkuletnich przygotowań do tego jubileuszu była kolejna obecność w Częstochowie Jana Pawła II, który przewodniczył obchodom 18 i 19 czerwca 1983 r.
Biskupi polscy opracowali również w 1990 r. “Drugą Wielką Nowennę”, która miała za zadanie przygotować Kościół w Polsce na kolejne tysiąclecie chrześcijaństwa.
Od 1992 r. (tak, jak w okresie międzywojennym) dzień ten jest świętem narodowym Polski – dla upamiętnienia zarówno uchwalenia Konstytucji w r. 1791, jak i święta Królowej Polski.
Akt zawierzenia z okazji 1050-lecia chrztu Polski
Nowego Aktu Zawierzenia Narodu Polskiego Matce Bożej – z okazji rocznicy 1050-lecia chrztu Polski – dokonał 3 maja 2016 r. obecny przewodniczący KEP – abp Stanisław Gądecki.
Poważnym współczesnym problemem – podkreślał – jest wypaczone pojęcie wolności, gdyż dla wielu współczesnych “wolność staje się wręcz religią”, skutkującą tym, że “wywyższa się człowieka kosztem Boga i liczy się tylko nieskrępowana wolność poszczególnych jednostek”.
Drugim nowym problemem – jak stwierdził – jest dzisiaj odniesienie do prawa Bożego, z czego – w przeciwieństwie do twórców Konstytucji 3 Maja – dzisiejsi prawodawcy rezygnują.
Trzecim aktualnym problemem – zdaniem przewodniczącego KEP – jest kształt obecnego polskiego patriotyzmu. “Autentyczny patriotyzm nie zna nienawiści do nikogo (…) trzeba bezwzględnie unikać ryzyka tego, ażeby ta niezbywalna funkcja narodu nie wyrodziła się w nacjonalizm” – wyjaśniał.
Ponowne zawierzenie w „dzisiejszym trudnym doświadczeniu”
Abp Stanisław Gądecki w 2020 r. dokonał w uroczystość Najświętszej Maryi Panny Królowej Polski, kolejnego zawierzenia Polski Najświętszemu Sercu Pana Jezusa i Matce Bożej Królowej Polski. Służył temu specjalny akt zawierzenia, nawiązujący do 100-lecia urodzin św. Jana Pawła II, przyszłej beatyfikacji kard. Stefana Wyszyńskiego, jak również stulecia ocalenia Polski w Bitwie Warszawskiej.
„Wraz z Maryją, Bogurodzicą Dziewicą, Królową Polski i Świętymi Patronami, błagamy o ratunek dla naszej Ojczyzny w jej dzisiejszym trudnym doświadczeniu. (…) Zawierzamy Tobie naszą Ojczyznę i Naród, wszystkich Polaków żyjących w Ojczyźnie i na obczyźnie. Tobie zawierzamy całe nasze życie, wszystkie nasze radości i cierpienia, wszystko czym jesteśmy i co posiadamy, całą naszą przeszłość, teraźniejszość i przyszłość” – modlił się przewodniczący polskiego Episkopatu na Jasnej Górze.
Marcin Przeciszewski/Jasna Gora (KAI)Tygodnik Niedziela
***
kościół św. Piotra
Partick, 46 Hyndland Street , Glasgow, G11 5PS
***
W każdy piątek jest Adoracja Najświętszego Sakramentu od godz. 18.00
W czasie Adoracji jest możliwość przystąpienia do sakramentu spowiedzi.
Msza św. wynagradzająca za grzechy nasze i całego świata odprawiana jest o godz. 19.00
W trzeci piątek miesiąca sprzątamy kościół św. Piotra od godz. 17.00. Chętni bardzo mile widziani
W każdą sobotę o godz. 18.00 jest Msza św. wigilijna z niedzieli
Możliwość spowiedzi jest od godz. 17.00
***
W pierwsze soboty miesiąca po Mszy św. jest Nabożeństwo Pięciu Sobót Wynagradzających za zniewagi i bluźnierstwa przeciwko Najświętszej Matce Bożej
***
W drugie soboty miesiąca po Mszy św. modlimy się Koronką do Serca Boleściwej Matki – Serca przebitego siedmiokrotnie mieczem boleści.
***
W trzecie soboty miesiąca po Mszy św. modlimy się na różańcu o pokój na świecie.
***
W każdą Niedzielę Msza św. jest o godz. 14.00
Przed Mszą św. jest Adoracja Najświętszego Sakramentu.
W tym czasie jest także możliwość przystąpienia do sakramentu spowiedzi od godz. 13.30
Od września trwają prace renowacyjne kościoła św. Piotra. Dlatego w piątki Adoracja, spowiedź św. i Msza św. na czas remontu są w sali parafialnej. Natomiast w soboty i w niedziele Msze św. są w kościele.
***
Kaplica izba Jezusa Miłosiernego
4 Park Grove Terrace, Glasgow G3 7SD
***
W każdy pierwszy czwartek miesiąca jest Msza św. o godz. 19.00
Po Mszy św. jest Godzina Święta
***
Naczynia połączone
Pierwsze czwartki, pierwsze piątki, pierwsze soboty. Interesowni praktykują dla obietnic, gorliwi – z miłości. Podejmiesz wyzwanie?
ISTOCKPHOTO
***
Sytuacja z utrudnionym dostępem do Mszy, także pierwszopiątkowej, w jakiej przed pięcioma laty postawiła nas pandemia, pokazuje, jak ważne są dla wielu katolików dni, w których okazujemy szczególną cześć Najświętszemu Sercu Pana Jezusa i Niepokalanemu Sercu Najświętszej Maryi Panny. W pierwsze piątki miesiąca liczba wiernych w kościołach jest wyższa niż w inne dni powszednie, a wielu jest takich, którzy podejmują tego dnia posty i inne czyny pokutne.
Niedawno zmienił się sposób wyznaczania pierwszych dni miesiąca w kalendarzu kościelnym. Wcześniej obchodzono wszystkie trzy dni razem. Decydował pierwszy piątek. Jeśli ten dzień przypadł pierwszego dnia danego miesiąca, wtedy czwartek, choć kalendarzowo należał jeszcze do poprzedniego miesiąca, obchodziło się jako pierwszy. Jeżeli natomiast pierwszym dniem miesiąca była sobota, wówczas jako pierwszą sobotę w Kościele obchodziło się tę, która przypadała za tydzień – po pierwszym piątku. Niedawno zostało to uproszczone. Pierwsze czwartek, piątek i sobotę obchodzi się teraz wtedy, kiedy faktycznie są pierwsze w kalendarzu na dany miesiąc. Sposób liczenia dni to jednak kwestia drugorzędna. Istotne jest nastawienie serca i intencja, z jaką podejmuje się te praktyki.
Jak ciąża
Skąd te praktyki się wzięły? – Za pierwszymi piątkami stoi żądanie Pana Jezusa z objawień św. Małgorzaty Alacoque. Jeśli chodzi o nabożeństwo pięciu pierwszych sobót miesiąca, to stoi za nimi tradycja fatimska. Natomiast wcześniejsza tradycja bardziej była związana z kultem Niepokalanego Serca Maryi, który nawiązywał do kultu Serca Jezusa – mówi ks. prof. Marek Chmielewski. Dodaje, że praktyki pierwszego czwartku, piątku i soboty miesiąca nie mają charakteru obowiązkowego, lecz należą raczej do sfery pobożności. – O ile liturgia jest obowiązkowa, bo to jest kult Kościoła, o tyle jeśli chodzi o formy pobożności, to takiego obowiązku w sensie prawnym nie ma. Natomiast ze względów formacyjnych te formy się szanuje – zauważa.
Szczególnie popularne jest wśród wiernych nabożeństwo dziewięciu pierwszych piątków miesiąca. Dlaczego ma to być akurat dziewięć piątków, czyli de facto dziewięć miesięcy?
– Dlatego, że dziewięć miesięcy to analogia do czasu, jakiego potrzebuje dziecko rozwijające się w łonie matki, aby się urodzić. Przez praktykę dziewięciu pierwszych piątków ma się narodzić nowy człowiek, który żyje sakramentami. Jeśli dobrze wczytamy się w objawienia, których Pan Jezus udzielił św. Małgorzacie, zauważymy, że one mają na celu właśnie to: wychowanie człowieka do regularnego życia sakramentalnego – wskazuje teolog.
Zwraca uwagę na fakt, że od uchwały IV Soboru Laterańskiego w 1215 roku katolik ma obowiązek spowiedzi i Komunii raz w roku, szczególnie w okresie wielkanocnym. Na tamte czasy było to wymaganie wysokie, jeśli weźmie się pod uwagę istniejącą wtedy sieć kościołów. Z czasem jednak ulegało to zmianom i już na przykład w XVII wieku duszpasterstwo oraz dostępność kościołów wyglądały całkiem inaczej. Wówczas traktowanie pobożności na zasadzie „raz w roku” wymagało zdynamizowania. I taka pomoc przyszła. Pierwszopiątkowe praktyki i związane z nimi obietnice Jezusa znacznie ożywiły życie duchowe katolików.
Sama św. Małgorzata Maria Alacoque w jednym z listów napisała, że kult Najświętszego Serca „ma na celu odnowienie w duszach skutków Odkupienia”. To jest zasadniczy cel tego nabożeństwa.
Chodzi o cel
Wraz z nową formą pobożności pojawiły się także jej wypaczenia, polegające na magicznym traktowaniu praktyk pierwszopiątkowych (a także pierwszosobotnich), czyli wykonywaniu ich na zasadzie „zaliczenia”: przyjść, odprawić spowiedź, Komunię, najlepiej wszystko w sam pierwszy piątek. Towarzyszy temu oczekiwanie, że gdy wypełnię praktykę, Pan Bóg musi mi zagwarantować zbawienie. Taki „handel wymienny”.
Ksiądz Marek Chmielewski, przestrzegając przed taką postawą, podkreśla ważność odpowiedniego przygotowania do spełniania warunków nabożeństwa. – Jest dobrą intuicją duszpasterską, że dzieci pierwszokomunijne przynajmniej przez pierwszy rok odprawiają dziewięć pierwszych piątków. Nie powinno tam jednak chodzić o uzyskanie nieco magicznie traktowanego „biletu do nieba”. Obietnica mówi przede wszystkim, że człowiek nie umrze bez szansy pojednania z Bogiem, ale to samo przez się nie jest gwarancją zbawienia. Chodzi o to, żeby tego młodego człowieka wychować w życiu sakramentalnym nie tylko co do ilości wypełnionych praktyk. On ma się nauczyć, jak się spowiadać: nie tylko w sposób faktograficzny, ale analityczny; ma się nauczyć życia eucharystycznego, adoracji. I to jest ważne – przekonuje. Przywołuje konkretny przykład prawidłowej formacji w tym zakresie.
– W pierwszych latach kapłaństwa pracowałem w dużej parafii w Radomiu. Była tam siostra katechetka, która przez pół godziny odprawiała z dziećmi rachunek sumienia, zanim księża usiedli, żeby spowiadać je na pierwsze piątki. I widać było efekty. Dzieci były dobrze przygotowane, wiedziały, co mówią. Takie podejście jest bardzo ważne dla rozwoju duchowego. Jeśli tego nie ma, dochodzi do takich sytuacji, że dorosły człowiek spowiada się jak dziecko pierwszokomunijne. Tak więc praktyka pierwszych piątków miesiąca ma wielki potencjał duszpasterski, jeśli jest mądrze i dobrze sprawowana. I to jest jej zasadniczy cel. Chodzi przecież o wychowanie do miłości Boga, bliźniego i samego siebie – akcentuje kapłan.
Wynagrodzenie
Nabożeństwo do Serca Jezusowego jest kultem ekspiacyjnym, wynagradzającym. Podobnie jest z kultem Niepokalanego Serca Maryi Panny, w którym od czasu objawień fatimskich wzmocniony został element pokuty za grzechy. Maryja w Fatimie mówiła dzieciom, że wielu ludzi ginie na wieki, bo zbyt mało jest takich, którzy chcieliby się za nich modlić i ofiarować swoje cierpienia. Także tu istotny jest więc motyw wynagrodzenia.
– Wynagrodzenie jest często traktowane na sposób ludzki: komuś zrobiłem przykrość, to teraz muszę przeprosić, żeby mu sprawić przyjemność. Samo wyrażenie „obrażać Boga” jest antropomorficzne, ale nie mamy innych narzędzi. Wyglądałoby na to, że przez nasze zgrzeszenie Pan Bóg coś traci i my musimy Mu to oddać, tak jak w ramach restytucji musimy oddać to, co ukradliśmy, bo w przeciwnym razie nie spełnimy warunku nawrócenia – mówi ks. Marek Chmielewski. Zauważa jednak, że to nie do końca tak. – Chodzi o to, że skoro Bóg jest miłością, to grzech jest zaprzeczeniem miłości. To jest przede wszystkim krzywda, jaką człowiek samemu sobie wyrządza przez odwrócenie się od miłości. I to nie miłości w znaczeniu uczuciowym, tylko rozumianym jako afirmacja osoby. Wynagrodzenie jest przede wszystkim odbudowaniem i wzmocnieniem w grzeszniku miłości. To wynagrodzenie staje się bardziej zrozumiałe, gdy patrzymy na nie przez wymiar Kościoła. Czasami mówimy, że Kościół jako Mistyczne Ciało Chrystusa jest jak zespół naczyń połączonych. Jeżeli poziom spada w jednym naczyniu, to spada we wszystkich. Mistyczne Ciało doznaje uszczerbku przez cudzy grzech. Wierni mający tę świadomość tym bardziej chcą okazać miłość Bogu i bliźniemu, aby ten brak, jaki Kościół cierpi, został wyrównany. A więc nie tyle Pan Bóg cierpi szkody (jest przecież bytem absolutnym), ile Kościół ponosi duchowe straty. I gorliwi chcą naprawić to, co inni zepsuli. To jest wyraz odpowiedzialności za zbawienie innych i za życie Kościoła – podkreśla teolog.
Czwartki
Tradycja pierwszych czwartków jest późniejsza niż piątków i sobót. – Nie można ich traktować na równi z pierwszymi piątkami – zauważa ks. prof. Chmielewski. Dodaje, że trudno wskazać początek tej tradycji. Prawdopodobnie wiąże się z orędziami na Światowe Dni Powołań, które zapoczątkował św. Paweł VI. – Tam, jak się zdaje, jest początek tej praktyki: zaproszenie do szczególnej modlitwy w pierwsze czwartki o powołania, głównie kapłańskie – mówi. Zauważa, że zwyczajowo modlimy się o powołania, ale rzadko akcentuje się modlitwę za powołanych. O to, żeby byli wierni powołaniu – a to jest przecież istota.
Franciszek Kucharczak/Gość Niedzielny
W każdą trzecią sobotę miesiąca jest spotkanie Biblijne na temat: kobiety w Piśmie Świętym. Spotkanie rozpoczynamy o godz. 10.00 śpiewaniem Godzinek ku czci Najświętszej Maryi Panny a kończymy w południe modlitwą Anioł Pański.
***
W czwartym tygodniu każdego miesiąca – z piątku na sobotę – jest całonocna Adoracja Najświętszego Sakramentu dla kobiet w kaplicy Sióstr Benedyktynek w Largs.
Początek Adoracji rozpoczyna się modlitwą różańcową o godz. 21.00 a zakończenie Adoracji śpiewem Godzinek ku czci Najświętszej Maryi Panny i Mszą św. o brzasku dnia o godz. 5.00
Na konsekrowanej hostii pojawiła się twarz Pana Jezusa Chrystusa.
fot. Yandry Fernández Perdomo / Cathopic
***
Na 31 maja zaplanowane jest ogłoszenie uznania przez Stolicę Apostolską cudu eucharystycznego, do jakiego doszło w Indiach. 15 listopada 2013 roku w czasie porannej Mszy św., odprawianej przez ks. Thomasa Pathickala w kościele Chrystusa Króla w Vilakkannur, w stanie Kerala, na konsekrowanej hostii pojawiła się twarz Jezusa Chrystusa.
O watykańskim uznaniu cudu poinformował 9 maja abp Joseph Pamplany, metropolita Tellicherry obrządku syromalabarskiego. Uroczyste ogłoszenie tej decyzji nastąpi w kościele w Vilakkannur podczas Mszy odprawianej przez nuncjusza apostolskiego w Indiach abp. Leopoldo Girellego.
Abp Pamplany podkreśla, że ten cud „przyczynia się do wzmocnienia wiary w rzeczywistą obecność Jezusa w Eucharystii”. Przypomina przy tym, że ta rzeczywista obecność jest prawdą wiarą niezależną od cudów, a opartą na słowie Chrystusa.
Ks. Pathickal, ówczesny proboszcz w Vilakkannur, w czasie Podniesienia zauważył, że na konsekrowanej hostii pojawiła się plama. Stawała się coraz większa i jaśniejsza, aż zobaczył twarz. Postanowił wówczas odłożyć tę hostię i kontynuować odprawianie Mszy, używając innej. Po liturgii pokazał odłożoną hostię zakrystianowi, który natychmiast rozpoznał wizerunek Chrystusa. Hostię wystawiono do adoracji przez wiernych. Wiadomość szybko się rozeszła i do kościoła w Vilakkannur zaczęły napływać tysiące pielgrzymów, co spowodowało nawet interwencję lokalnych władz. Wówczas hostię przejęła syromalabarska archidiecezja Tellicherry w celu przeprowadzenia wymaganych przez Kościół w takim przypadku badań. W 2020 roku hostię powierzono ówczesnemu nuncjuszowi apostolskiemu w Indiach abp. Giambattiście Diquattro
Prawda o rzeczywistej obecności Jezusa w Eucharystii bywa kontestowana także przez katolików. Ale w ciągu historii liczne cuda eucharystyczne umacniały wiarę w tę obecność. Najbardziej znane spośród nich, z Lanciano w VIII wieku i z Bolseny w 1263 roku, przyczyniły się do ustanowienia uroczystości Bożego Ciała. Dochodziło do nich również w ostatnich dziesięcioleciach: w Buenos Aires w 1996 roku, w Tixtla w Meksyku w 2006 roku oraz w Polsce: w Sokółce w 2008 i w Legnicy w 2013 roku. Za każdym razem hostia poddawana jest rygorystycznym badaniom naukowym. W większości przypadków, w tym także na hostii z Vilakkannur, analiza plam wykazuje grupę krwi AB, identyczną z plamami krwi na Całunie Turyńskim.
(Pch24.pl)
tribunechretienne.com, pb
PCh24.plKAI
***
Adobe Stock
***
KOMUNIĘ ŚWIĘTĄ przyjmujemy z należytym uszanowaniem do ust albo na rękę – wtedy CIAŁO PAŃSKIE spożywamy w obecności kapłana. Przyjmując KOMUNIĘ ŚWIĘTĄ – na słowa kapłana: CIAŁO CHRYSTUSA – odpowiadamy: AMEN.
***
Co oznacza nasze „Amen”, które wypowiadamy podczas Komunii św. przyjmując „Ciało Chrystusa”?
Kapłanowi, który rozdając Eucharystię mówi tobie: „Ciało Chrystusa”, odpowiadasz: „Amen” – to znaczy uznajesz łaskę i zaangażowanie, jakie pociąga za sobą stanie się Ciałem Chrystusa. Gdy przyjmujesz bowiem Eucharystię, stajesz się Ciałem Chrystusa. To bardzo piękne! Komunia, jednocząc nas z Chrystusem, wyrywając z naszego egoizmu, otwiera nas i jednoczy ze wszystkimi, którzy są jedno w Nim. Oto cud Komunii Świętej: stajemy się Tym, Którego otrzymujemy!
Benedykt XVI –Jan Paweł II – Wielki Tydzień 2004
***
“Ten kto MNIE spożywa, będzie żył przez MNIE” (J 6,57)
„Wiara Kościoła jest istotową wiarą eucharystyczną, a więc sakramentalną, i karmi się ona w szczególny sposób przy stole Eucharystii”. (papież Benedykt XVI)
***
Czekanie na Spotkanie. Post eucharystyczny – dlaczego, dla kogo i jak?
Praktykę postu eucharystycznego wprowadził papież Marcin V w XV wieku. Obowiązywał od północy aż do przyjęcia Komunii. Obecne przepisy stanowią, że należy go zachować przynajmniej przez godzinę przed przyjęciem Komuniiświętej.
Każde dziecko komunijne wie, że godzinę przed przyjęciem Komunii św. należy powstrzymać się od jedzenia i picia. To tzw. post eucharystyczny. Zasadniczym celem tej praktyki jest okazanie szacunku Ciału Pańskiemu. Mówi o tym Katechizm Kościoła Katolickiego. „Aby przygotować się odpowiednio na przyjęcie sakramentu Eucharystii, wierni zachowają ustanowiony przez Kościół post. Postawa zewnętrzna (gesty, ubranie) powinna być wyrazem szacunku, powagi i radości tej chwili, w której Chrystus staje się naszym gościem” – czytamy (1387).
Różnie z tym musiało bywać, skoro już św. Paweł upominał Koryntian: „Gdy się zbieracie, nie ma u was spożywania Wieczerzy Pańskiej. Każdy bowiem już wcześniej zabiera się do własnego jedzenia, i tak się zdarza, że jeden jest głodny, podczas gdy drugi nietrzeźwy. Czyż nie macie domów, aby tam jeść i pić? Czy chcecie znieważać Boże zgromadzenie i zawstydzać tych, którzy nic nie mają? Cóż wam powiem? Czy będę was chwalił? Nie, za to was nie chwalę!” (1 Kor 11,20-22).
Dalej apostoł przestrzega przed świętokradztwem: „Niech przeto człowiek baczy na siebie samego, spożywając ten chleb i pijąc z tego kielicha. Kto bowiem spożywa i pije, nie zważając na Ciało Pańskie, wyrok sobie spożywa i pije” (1 Kor 11,28-29).
Tak stanowcze słowa zawsze pobudzały chrześcijan do szczególnej uważności w obchodzeniu się z postaciami eucharystycznymi.
– Praktyka postu eucharystycznego pojawiła się w starożytności jako efekt rozwoju duchowości i być może także dyscypliny kościelnej. Starano się, aby przyjęcie Komunii jako pokarmu cielesno-duchowego nie było w pewnym sensie osłabione przez przyjęcie innego pokarmu. Taka dyscyplina sprawiła, że zanikły Msze wieczorne – wyjaśnia liturgista, ks. dr hab. Dominik Ostrowski.
Wzmianki o praktykach, które można określić jako post eucharystyczny, znajdujemy m.in. u św. Augustyna, który pisał: „Eucharystię świętą przyjmuje się zawsze na czczo i taki zwyczaj zachowany jest na całym świecie”. Święty stwierdzał: „Podobało się Duchowi Świętemu, by na wyrażenie czci dla tak wzniosłego Sakramentu najpierw do ust chrześcijan wchodziło Ciało Pańskie, wpierw przed innym pokarmem”.
W średniowieczu nie zajmowano się zbytnio kwestią postu eucharystycznego, ponieważ wierni bardzo rzadko przystępowali do Komunii, ograniczając się do spoglądania na Hostię podczas Mszy lub przyjmowania Komunii duchowej. Dopiero w XV wieku upowszechniła się praktyka zachowywania postu od północy aż do momentu przyjęcia Komunii. – Praktykę postu eucharystycznego wprowadził dla całego Kościoła papież Marcin V w XV wieku; od tego czasu post ten wymagał bycia na czczo od północy aż do przyjęcia Komunii – podkreśla duchowny.
Wielkie zmiany
Post eucharystyczny w takiej formie funkcjonował w Kościele przez wieki. Zmiana nastąpiła dopiero w XX wieku, wraz z rozwojem praktyki częstego przystępowania do stołu Pańskiego. W 1953 roku Pius XII skrócił post eucharystyczny do trzech godzin przed przyjęciem Komunii Świętej i orzekł, że wypicie wody nie łamie tego postu. Zezwolił też chorym na przyjmowanie bez ograniczenia czasu przed przyjęciem Komunii Świętej napoju niealkoholowego i lekarstwa, zarówno płynnego, jak i stałego. Zaznaczył także, że osoby przyjmujące Wiatyk w niebezpieczeństwie śmierci nie są związane żadnym prawem postu.
W ustanawiającym zmianę dokumencie Christus Dominus papież przypomniał, że post eucharystyczny „służy nie tylko do okazania należnej czci Boskiemu Zbawicielowi, ale przyczynia się także do rozwoju pobożności, może powiększyć również owoce świętości, do których zdobywania przy pomocy łaski Bożej nas tak bardzo zachęca sam Chrystus, źródło świętości i jej twórca”. Dzięki zmianie wprowadzonej przez Piusa XII po wielu wiekach zaczęto odprawiać Msze św. wieczorne.
Dalsze złagodzenie postu eucharystycznego wprowadził Paweł VI w roku 1964, skracając go do jednej godziny przed przyjęciem Komunii. Ten sam papież w 1973 roku w instrukcji Immensae caritatis określił post eucharystyczny trwający „mniej więcej piętnaście minut” dla osób chorych i starszych, przebywających w szpitalach lub domach, a także dla ich opiekunów, pragnących razem z nimi przystąpić do Komunii Świętej.
Obecnie obowiązujące prawo kanoniczne znosi post eucharystyczny dla chorych i osób w podeszłym wieku. „Osoby w podeszłym wieku lub złożone jakąś chorobą, jak również ci, którzy się nimi opiekują, mogą przyjąć Najświętszą Eucharystię, chociażby coś spożyli w ciągu godziny poprzedzającej” – czytamy w Kodeksie Prawa Kanonicznego (kan. 919 § 3). Kodeks stanowi także, że z zachowania postu eucharystycznego są zwolnieni kapłani, którzy danego dnia po odprawieniu jednej Mszy muszą celebrować drugą albo trzecią. W takim wypadku po pierwszej lub po drugiej Mszy Świętej mogą spożywać posiłki, nawet jeśli przed przyjęciem Komunii Świętej nie zachodziłaby przerwa jednej godziny (kan. 919 § 2 KPK). – Przyjmuje się, że zwolnienie kapłana z postu eucharystycznego przed kolejną Mszą ma na celu dobro wiernych, którzy nie powinni być pozbawieni Eucharystii z powodu kolejnego godzinnego postu kapłana – podkreśla ks. Dominik Ostrowski. Zaznacza, że przyjęcie przez kapłana Komunii na Mszy Świętej jest koniecznością, dlatego konieczność sprawowania dwóch Mszy nie może stać w sprzeczności z prawem o Komunii kapłana. – On przez swoje kapłaństwo urzędowe umożliwia wiernym skorzystanie z Mszy Świętej, z Komunii. Dlatego jego zwalnia się z obowiązku postu, który ma drugorzędne znaczenie wobec samej Eucharystii i ma jej służyć – wyjaśnia.
A co jeśli…
Obecne przepisy prawa kanonicznego, stanowiące, że post eucharystyczny należy zachować przynajmniej przez godzinę przed przyjęciem Komunii (kan. 919 § 1 KPK), oznaczają, że godzina to niezbędne minimum. Zawiera się w tym natomiast sugestia, iż w miarę możliwości można wydłużyć ten czas. Co jednak robić w sytuacji, gdy ktoś przez nieuwagę zjadł coś i jego post eucharystyczny będzie za krótki? Albo jak się zachować, gdy ten problem powstaje wskutek niespodziewanego przyśpieszenia godziny Mszy Świętej?
– Wszystkie przepisy prawa kościelnego są podporządkowane celowi głównemu, jakim jest zbawienie dusz, a zatem trzeba zawsze uważać, aby przez dosłowne przestrzeganie zapisu nie zaszkodzić temu, co ten przepis chroni. Jeśli przyjmujemy, że celem postu jest odpowiednie duchowe przygotowanie do przyjęcia Komunii Świętej, to w sytuacji, gdy nie mamy dokładnie 60 minut postu, należy ocenić, czy brakujące 5 minut „robi różnicę”. Moim zdaniem lepiej jest być posłusznym Kościołowi i powstrzymać się od Komunii, jeśli nie minęła godzina, bo Bogu podoba się nasze posłuszeństwo, a brak możliwości przystąpienia do Komunii nie jest z definicji szkodą, raczej jest to swoista chwilowa utrata przywileju i nie przynosi ona zagrożenia duchowego, wręcz przeciwnie, może pogłębić w nas szacunek do Eucharystii, a także być swoistą nauką, żeby nie powiedzieć nauczką. Moglibyśmy się zastanawiać, czy mamy prawo „zerwać kłosy w szabat”, jak apostołowie, ale tu są potrzebne duża dojrzałość i mądra wolność, ponieważ jeśli można samemu skrócić post o 5 minut, to dlaczego nie o 25? – wskazuje liturgista. – Jeśli dojrzała osoba zinterpretuje, że kilka minut nie robi różnicy i nie uczyni z tego narzędzia do nadużyć, to nie zdziwię się, jeżeli także autorytet duchowny ją usprawiedliwi. Ks. Krzysztof Grzywocz tłumaczył, że potrzeba dużej mądrości i dojrzałości, aby wiedzieć, kiedy „zerwać kłosy”. Wskazywał też na niebezpieczeństwo zaburzeń i skrupułów, zwłaszcza u osób osamotnionych i bez relacji, które bezpiecznie czują się tylko w ogrodzeniu przepisów. Odnowiona liturgia i prawo dają dużo przestrzeni do samodzielnych decyzji i oczekują pewnej dojrzałości – zauważa kapłan. Jako przykład wskazuje zapis o obmyciu palców przez kapłana, jeśli pozostały na nich partykuły (czyli cząstki Ciała Chrystusa); dawniej należało obmyć palce zawsze.
Co po Komunii?
Nieraz wierni zadają sobie pytanie, czy po przyjęciu Ciała Pańskiego należy zachować jakiś odstęp czasowy przed zjedzeniem posiłku. Problem taki może występować na przykład w szpitalu, gdzie chory po przyjęciu Komunii mógłby od razu coś zjeść lub popić kawą. Kapelani apelują tu zazwyczaj do osobistego wyczucia osoby przyjmującej Komunię. – Nie spotkałem przepisu, który by tego zabraniał, chociaż słyszałem opinie, że istnieje pewien „bufor czasowy”, czasem określany na 15 minut; nie jest to jednak oficjalne prawo. Po przyjęciu Komunii Świętej i zakończeniu obrzędu można udać się od razu na posiłek, są przecież tzw. agapy przedłużające spotkanie wspólnoty – tłumaczy ks. Dominik Ostrowski. I dodaje: – Na pewno jednak warto przypomnieć, że po Komunii Kościół przez wieki odmawiał modlitwy dziękczynne, a więc istnieje powód, aby odczekać chwilę z kolejnym posiłkiem.
„W tym dniu otwierają się głębiny Mojego czułego miłosierdzia. Wylewam całe morze łask na dusze, które zbliżą się do źródła Mojego miłosierdzia”. — słowa Pana Jezus wypowiedziane do św. Faustyny Kowalskiej
Zechciejmy sobie uświadomić, że istnieje dla nas możliwość na zmazanie wszelkiej kary za nasze grzechy — to tak jakbyśmy na nowo zostali ochrzczeni. Taką obietnicę złożył Chrystus Pan ustanawiając Niedzielę Miłosierdzia Bożego – wielkie święto kończące Nowennę do Miłosierdzia Bożego.
JEZU, UFAM TOBIE!
*** Pan Jezus prosił o nabożeństwo do Jego Bożego Miłosierdzia w drugą niedzielę po Wielkanocy, która przypada w tym roku przypada 27 kwietnia.
W tym dniu Pan Jezus daje nam możliwość uzyskania odpustu zupełnego, co oznacza, że wszelka doczesna kara za grzechy zostaje całkowicie wymazana. To druga szansa na duchową niewinność — niezwykła łaska ofiarowana całemu światu. I to nie wszystko! Pan Jezus pragnie spełnić kolejne jeszcze bardzo ważne obietnice tym, którzy będą modlić się Koronką do Miłosierdzia Bożego: – Udzielę przebaczenia nawet najbardziej zatwardziałym grzesznikom. – Łaski wytrwania aż do śmierci. – Obdarzę miłosierdziem dusze w czyśćcu cierpiące, za które będziemy się modlić. – Ochronię w szczególny sposób tych, którzy ufają Mojemu miłosierdziu.
Św. Jan Paweł II poświęcił swoje życie szerzeniu wiary w nieskończone miłosierdzie Chrystusa i ustanowił Niedzielę Miłosierdzia Bożego i to jest niesamowite, że odszedł do domu Ojca w wigilię święta Bożego Miłosierdzia, co wskazuje, że Nasz Pan potwierdził jego misję.
W Niedzielę Miłosierdzia Bożego, możemy uzyskać odpust zupełny pod zwykłymi warunkami.
Nabożeństwo do Bożego Miłosierdzia jest jednym z największych darów naszych czasów.
***
***
“To moje szczególne zadanie. Wyznaczyła mi je Opatrzność”. Misja św. Jana Pawła II
wikipedia
***
Papież Polak od początku swojego pontyfikatu zdawał sobie sprawę ze szczególnej misji, jaką powierza mu Bóg.
Rozwój kultu Bożego miłosierdzia, jaki przeżywamy dzisiaj w świecie, nie nastąpiłby bez Jana Pawła II. Pierwszym, który to w pełni dostrzegł, był papież Benedykt XVI, nazywając w 2007 roku Jana Pawła II „apostołem Bożego miłosierdzia”. Misją s. Faustyny było przekazanie Kościołowi orędzia o Bożym miłosierdziu, ale to papież Karol Wojtyła prawdę o Bożym miłosierdziu oraz jego kult w formach przekazanych przez s. Faustynę wprowadził w życie Kościoła.
Od samego początku mojej posługi Piotrowej w Rzymie uważałem, że głoszenie tego orędzia [Bożego miłosierdzia – przyp. red.] to moje szczególne zadanie. Wyznaczyła mi je Opatrzność w dzisiejszej sytuacji człowieka, Kościoła i świata. Rzec by można, że to właśnie ta sytuacja wyznaczyła mi to orędzie jako moje zadanie przed Bogiem – mówił w listopadzie 1981 roku, a zatem na początku swego pontyfikatu Jan Paweł II.
Orędzie o Bożym Miłosierdziu towarzyszyło Karolowi Wojtyle przez całe dorosłe życie i było ono, jak wyznał w czerwcu 1997 roku przy okazji papieskiej wizyty w Łagiewnikach, zawsze mu „bliskie i drogie”.
Po raz pierwszy o mistyczce z Łagiewnik i, w sposób niepełny jeszcze, o przekazanym jej przez Jezusa orędziu o Bożym miłosierdziu, Karol Wojtyła usłyszał w 1942 roku od swojego przyjaciela, później księdza i kardynała Andrzeja Deskura. To orędzie wywarło wpływ na kapłaństwo Karola Wojtyły, na jego duchowość (jak mówił, wychowywał się do kapłaństwa w cieniu Łagiewnik), a w konsekwencji rozwój kultu Bożego miłosierdzia na świecie.
Karol Wojtyła, obdarzony szczególnym rodzajem wrażliwości duchowej i wyczulony na oznaki świętości, od początku nie miał wątpliwości co do prawdziwości objawień s. Faustyny, jej świętości i szczególnej aktualności przesłania o Bożym miłosierdziu. Dlatego po wojnie jako młody ksiądz wracał do kaplicy z obrazem Jezusa Miłosiernego w Łagiewnikach.
W 1957 roku ówczesny metropolita Krakowa abp Eugeniusz Baziak poprosił ks. Wojtyłę o napisanie opinii na temat kultu Bożego Miłosierdzia, o którą wystąpił Watykan. Warto podkreślić, że była to opinia w pełni pozytywna, gdy większość polskich biskupów wydała wówczas opinię negatywną, co przyczyniło się do wydania w 1959 roku przez Święte Oficjum notyfikacji, zakazującej kultu Bożego miłosierdzia w formach podanych przez s. Faustynę Kowalską. Znamienne, że dwa tygodnie po ogłoszeniu notyfikacji bp Wojtyła pojechał do Łagiewnik, by w kaplicy klasztornej odprawić nabożeństwo do… Bożego miłosierdzia przed obrazem Jezusa Miłosiernego.
Notyfikacja została zniesiona dopiero w kwietniu 1978 roku i była to w pełni zasługa Karola Wojtyły, metropolity Krakowa, który zabiegał o to konsekwentnie, z determinacją, a jednocześnie dyplomacją. Musiał przy tym pokonać wiele oporów, działać niezwykle ostrożnie, zarówno w Polsce, jak i w Watykanie. Pomagał mu w tym wytrwale, torując drogę w watykańskich urzędach, ks. Andrzej Deskur, od 1952 r. pracownik kurii watykańskiej, czciciel s. Faustyny i Bożego Miłosierdzia. W latach 60. obaj doszli do przekonania, że najwłaściwszym sposobem działania będzie zabieganie nie o to, by Święte Oficjum cofnęło notyfikację, ale najpierw wykazanie świętości s. Faustyny.
W 1964 abp Wojtyła uzyskał od ówczesnego szefa Świętego Oficjum kard. Alfredo Ottavianiego nieoficjalne przyzwolenie na wszczęcie procesu informacyjnego s. Faustyny w archidiecezji krakowskiej. Proces w Krakowie rozpoczął się w 1965 r. i zakończył po dwóch latach.
Jednocześnie z rozpoczęciem procesu beatyfikacyjnego w Watykanie trwało badanie „Dzienniczka” s. Faustyny przez teologów-cenzorów. Po tym, gdy cenzorzy orzekli, że „Dzienniczek” jest wynikiem nadprzyrodzonych objawień, a jego treść jest zgodna z Ewangelią, kard. Karol Wojtyła mógł rozpocząć starania o cofnięcie notyfikacji. Było to także warunkiem dalszego prowadzenia w Watykanie procesu beatyfikacyjnego s. Faustyny, którego obserwatorem z nadania kard. Wojtyły został bp Deskur.
O cofnięcie notyfikacji metropolita Krakowa zabiegał w rozmowach z urzędnikami Kongregacji Nauki Wiary (następczyni Świętego Oficjum). Starał się także u papieża Pawła VI o cofnięcie restrykcji związanych z kultem Bożego miłosierdzia.
Notyfikacja ostatecznie została odwołana w kwietniu 1978 r. Pół roku później Karol Wojtyła został papieżem. Taka chronologia zdarzeń była bez wątpienia dziełem Bożej Opatrzności. Gdyby odwołanie notyfikacji nastąpiło już za pontyfikatu Jana Pawła II, niektórzy mogliby wątpić, czy wszystkie aspekty sprawy zostały wyjaśnione dogłębnie, czy może zadecydowały sentymenty albo naciski papieża z Krakowa.
Z chwilą zakończenia w Krakowie procesu informacyjnego s. Faustyny, misja Karola Wojtyła w dziele apostolstwa Bożego miłosierdzia w archidiecezji krakowskiej się skończyła. Aby kult Bożego miłosierdzia mógł wejść na nowy etap rozwoju, aby mógł się w pełni urzeczywistnić w Kościele powszechnym, potrzebna była do tego odpowiednia osoba w Watykanie. Taka jak Karol Wojtyła z Krakowa – z odpowiednią duchowością, wrażliwością, doświadczeniem i umiejętnością odczytywania znaków czasu.
Bez Jana Pawła II kult Bożego miłosierdzia nie przeżywałby dziś takiego rozwoju. To papież Wojtyła już w drugim roku swego pontyfikatu, w 1980 r., jako drugą opublikował encyklikę o Bogu bogatym w miłosierdzie Dives in misericordia, kontynuująca nauczanie o Bożym miłosierdziu do końca swoich dni.
W 1993 r. ogłosił s. Faustynę błogosławioną, a w 2000 r. ją kanonizował. Jednocześnie ustanowił drugą niedzielę wielkanocną Niedzielą Bożego miłosierdzia. W ten sposób wypełnił życzenie Jezusa oznajmione s. Faustynie w 1922 r. Zwieńczeniem działań Jana Pawła II była wizyta w Krakowie-Łagiewnikach w sierpniu 2002 roku. Papież konsekrował wówczas bazylikę Bożego Miłosierdzia – której budowę wspierał finansowo – i ustanowił ją centrum kultu Bożego miłosierdzia. Na koniec wizyty w przejmującej modlitwie zawierzył świat Bożemu miłosierdziu.
W każdy piątek jest Adoracja Najświętszego Sakramentu od godz. 18.00
W czasie Adoracji jest możliwość przystąpienia do sakramentu spowiedzi.
Msza św. wynagradzająca za grzechy nasze i całego świata odprawiana jest o godz. 19.00
W trzeci piątek miesiąca sprzątamy kościół św. Piotra od godz. 17.00. Chętni bardzo mile widziani
W każdą sobotę o godz. 18.00 jest Msza św. wigilijna z niedzieli
Możliwość spowiedzi jest od godz. 17.00
***
W pierwsze soboty miesiąca po Mszy św. jest Nabożeństwo Pięciu Sobót Wynagradzających za zniewagi i bluźnierstwa przeciwko Najświętszej Matce Bożej
***
W drugie soboty miesiąca po Mszy św. modlimy się Koronką do Serca Boleściwej Matki – Serca przebitego siedmiokrotnie mieczem boleści.
***
W trzecie soboty miesiąca po Mszy św. modlimy się na różańcu o pokój na świecie.
***
W każdą Niedzielę Msza św. jest o godz. 14.00
Przed Mszą św. jest Adoracja Najświętszego Sakramentu.
W tym czasie jest także możliwość przystąpienia do sakramentu spowiedzi od godz. 13.30
Od września trwają prace renowacyjne kościoła św. Piotra. Dlatego w piątki Adoracja, spowiedź św. i Msza św. na czas remontu są w sali parafialnej. Natomiast w soboty i w niedziele Msze św. są w kościele.
***
Kaplica izba Jezusa Miłosiernego
4 Park Grove Terrace, Glasgow G3 7SD
***
W każdy pierwszy czwartek miesiąca jest Msza św. o godz. 19.00
Po Mszy św. jest Godzina Święta
***
Wyjątkowo w pierwszy czwartek maja
nie będzie Mszy św. o godz. 19.00
i Godziny Świętej
w kaplicy izbie Jezusa Miłosiernego.
***
Naczynia połączone
Pierwsze czwartki, pierwsze piątki, pierwsze soboty. Interesowni praktykują dla obietnic, gorliwi – z miłości. Podejmiesz wyzwanie?
ISTOCKPHOTO
***
Sytuacja z utrudnionym dostępem do Mszy, także pierwszopiątkowej, w jakiej przed pięcioma laty postawiła nas pandemia, pokazuje, jak ważne są dla wielu katolików dni, w których okazujemy szczególną cześć Najświętszemu Sercu Pana Jezusa i Niepokalanemu Sercu Najświętszej Maryi Panny. W pierwsze piątki miesiąca liczba wiernych w kościołach jest wyższa niż w inne dni powszednie, a wielu jest takich, którzy podejmują tego dnia posty i inne czyny pokutne.
Niedawno zmienił się sposób wyznaczania pierwszych dni miesiąca w kalendarzu kościelnym. Wcześniej obchodzono wszystkie trzy dni razem. Decydował pierwszy piątek. Jeśli ten dzień przypadł pierwszego dnia danego miesiąca, wtedy czwartek, choć kalendarzowo należał jeszcze do poprzedniego miesiąca, obchodziło się jako pierwszy. Jeżeli natomiast pierwszym dniem miesiąca była sobota, wówczas jako pierwszą sobotę w Kościele obchodziło się tę, która przypadała za tydzień – po pierwszym piątku. Niedawno zostało to uproszczone. Pierwsze czwartek, piątek i sobotę obchodzi się teraz wtedy, kiedy faktycznie są pierwsze w kalendarzu na dany miesiąc. Sposób liczenia dni to jednak kwestia drugorzędna. Istotne jest nastawienie serca i intencja, z jaką podejmuje się te praktyki.
Jak ciąża
Skąd te praktyki się wzięły? – Za pierwszymi piątkami stoi żądanie Pana Jezusa z objawień św. Małgorzaty Alacoque. Jeśli chodzi o nabożeństwo pięciu pierwszych sobót miesiąca, to stoi za nimi tradycja fatimska. Natomiast wcześniejsza tradycja bardziej była związana z kultem Niepokalanego Serca Maryi, który nawiązywał do kultu Serca Jezusa – mówi ks. prof. Marek Chmielewski. Dodaje, że praktyki pierwszego czwartku, piątku i soboty miesiąca nie mają charakteru obowiązkowego, lecz należą raczej do sfery pobożności. – O ile liturgia jest obowiązkowa, bo to jest kult Kościoła, o tyle jeśli chodzi o formy pobożności, to takiego obowiązku w sensie prawnym nie ma. Natomiast ze względów formacyjnych te formy się szanuje – zauważa.
Szczególnie popularne jest wśród wiernych nabożeństwo dziewięciu pierwszych piątków miesiąca. Dlaczego ma to być akurat dziewięć piątków, czyli de facto dziewięć miesięcy?
– Dlatego, że dziewięć miesięcy to analogia do czasu, jakiego potrzebuje dziecko rozwijające się w łonie matki, aby się urodzić. Przez praktykę dziewięciu pierwszych piątków ma się narodzić nowy człowiek, który żyje sakramentami. Jeśli dobrze wczytamy się w objawienia, których Pan Jezus udzielił św. Małgorzacie, zauważymy, że one mają na celu właśnie to: wychowanie człowieka do regularnego życia sakramentalnego – wskazuje teolog.
Zwraca uwagę na fakt, że od uchwały IV Soboru Laterańskiego w 1215 roku katolik ma obowiązek spowiedzi i Komunii raz w roku, szczególnie w okresie wielkanocnym. Na tamte czasy było to wymaganie wysokie, jeśli weźmie się pod uwagę istniejącą wtedy sieć kościołów. Z czasem jednak ulegało to zmianom i już na przykład w XVII wieku duszpasterstwo oraz dostępność kościołów wyglądały całkiem inaczej. Wówczas traktowanie pobożności na zasadzie „raz w roku” wymagało zdynamizowania. I taka pomoc przyszła. Pierwszopiątkowe praktyki i związane z nimi obietnice Jezusa znacznie ożywiły życie duchowe katolików.
Sama św. Małgorzata Maria Alacoque w jednym z listów napisała, że kult Najświętszego Serca „ma na celu odnowienie w duszach skutków Odkupienia”. To jest zasadniczy cel tego nabożeństwa.
Chodzi o cel
Wraz z nową formą pobożności pojawiły się także jej wypaczenia, polegające na magicznym traktowaniu praktyk pierwszopiątkowych (a także pierwszosobotnich), czyli wykonywaniu ich na zasadzie „zaliczenia”: przyjść, odprawić spowiedź, Komunię, najlepiej wszystko w sam pierwszy piątek. Towarzyszy temu oczekiwanie, że gdy wypełnię praktykę, Pan Bóg musi mi zagwarantować zbawienie. Taki „handel wymienny”.
Ksiądz Marek Chmielewski, przestrzegając przed taką postawą, podkreśla ważność odpowiedniego przygotowania do spełniania warunków nabożeństwa. – Jest dobrą intuicją duszpasterską, że dzieci pierwszokomunijne przynajmniej przez pierwszy rok odprawiają dziewięć pierwszych piątków. Nie powinno tam jednak chodzić o uzyskanie nieco magicznie traktowanego „biletu do nieba”. Obietnica mówi przede wszystkim, że człowiek nie umrze bez szansy pojednania z Bogiem, ale to samo przez się nie jest gwarancją zbawienia. Chodzi o to, żeby tego młodego człowieka wychować w życiu sakramentalnym nie tylko co do ilości wypełnionych praktyk. On ma się nauczyć, jak się spowiadać: nie tylko w sposób faktograficzny, ale analityczny; ma się nauczyć życia eucharystycznego, adoracji. I to jest ważne – przekonuje. Przywołuje konkretny przykład prawidłowej formacji w tym zakresie.
– W pierwszych latach kapłaństwa pracowałem w dużej parafii w Radomiu. Była tam siostra katechetka, która przez pół godziny odprawiała z dziećmi rachunek sumienia, zanim księża usiedli, żeby spowiadać je na pierwsze piątki. I widać było efekty. Dzieci były dobrze przygotowane, wiedziały, co mówią. Takie podejście jest bardzo ważne dla rozwoju duchowego. Jeśli tego nie ma, dochodzi do takich sytuacji, że dorosły człowiek spowiada się jak dziecko pierwszokomunijne. Tak więc praktyka pierwszych piątków miesiąca ma wielki potencjał duszpasterski, jeśli jest mądrze i dobrze sprawowana. I to jest jej zasadniczy cel. Chodzi przecież o wychowanie do miłości Boga, bliźniego i samego siebie – akcentuje kapłan.
Wynagrodzenie
Nabożeństwo do Serca Jezusowego jest kultem ekspiacyjnym, wynagradzającym. Podobnie jest z kultem Niepokalanego Serca Maryi Panny, w którym od czasu objawień fatimskich wzmocniony został element pokuty za grzechy. Maryja w Fatimie mówiła dzieciom, że wielu ludzi ginie na wieki, bo zbyt mało jest takich, którzy chcieliby się za nich modlić i ofiarować swoje cierpienia. Także tu istotny jest więc motyw wynagrodzenia.
– Wynagrodzenie jest często traktowane na sposób ludzki: komuś zrobiłem przykrość, to teraz muszę przeprosić, żeby mu sprawić przyjemność. Samo wyrażenie „obrażać Boga” jest antropomorficzne, ale nie mamy innych narzędzi. Wyglądałoby na to, że przez nasze zgrzeszenie Pan Bóg coś traci i my musimy Mu to oddać, tak jak w ramach restytucji musimy oddać to, co ukradliśmy, bo w przeciwnym razie nie spełnimy warunku nawrócenia – mówi ks. Marek Chmielewski. Zauważa jednak, że to nie do końca tak. – Chodzi o to, że skoro Bóg jest miłością, to grzech jest zaprzeczeniem miłości. To jest przede wszystkim krzywda, jaką człowiek samemu sobie wyrządza przez odwrócenie się od miłości. I to nie miłości w znaczeniu uczuciowym, tylko rozumianym jako afirmacja osoby. Wynagrodzenie jest przede wszystkim odbudowaniem i wzmocnieniem w grzeszniku miłości. To wynagrodzenie staje się bardziej zrozumiałe, gdy patrzymy na nie przez wymiar Kościoła. Czasami mówimy, że Kościół jako Mistyczne Ciało Chrystusa jest jak zespół naczyń połączonych. Jeżeli poziom spada w jednym naczyniu, to spada we wszystkich. Mistyczne Ciało doznaje uszczerbku przez cudzy grzech. Wierni mający tę świadomość tym bardziej chcą okazać miłość Bogu i bliźniemu, aby ten brak, jaki Kościół cierpi, został wyrównany. A więc nie tyle Pan Bóg cierpi szkody (jest przecież bytem absolutnym), ile Kościół ponosi duchowe straty. I gorliwi chcą naprawić to, co inni zepsuli. To jest wyraz odpowiedzialności za zbawienie innych i za życie Kościoła – podkreśla teolog.
Czwartki
Tradycja pierwszych czwartków jest późniejsza niż piątków i sobót. – Nie można ich traktować na równi z pierwszymi piątkami – zauważa ks. prof. Chmielewski. Dodaje, że trudno wskazać początek tej tradycji. Prawdopodobnie wiąże się z orędziami na Światowe Dni Powołań, które zapoczątkował św. Paweł VI. – Tam, jak się zdaje, jest początek tej praktyki: zaproszenie do szczególnej modlitwy w pierwsze czwartki o powołania, głównie kapłańskie – mówi. Zauważa, że zwyczajowo modlimy się o powołania, ale rzadko akcentuje się modlitwę za powołanych. O to, żeby byli wierni powołaniu – a to jest przecież istota.
Franciszek Kucharczak/Gość Niedzielny
W każdą trzecią sobotę miesiąca jest spotkanie Biblijne na temat: kobiety w Piśmie Świętym. Spotkanie rozpoczynamy o godz. 10.00 śpiewaniem Godzinek ku czci Najświętszej Maryi Panny a kończymy w południe modlitwą Anioł Pański.
***
W czwartym tygodniu każdego miesiąca – z piątku na sobotę – jest całonocna Adoracja Najświętszego Sakramentu dla kobiet w kaplicy Sióstr Benedyktynek w Largs.
Początek Adoracji rozpoczyna się modlitwą różańcową o godz. 21.00 a zakończenie Adoracji śpiewem Godzinek ku czci Najświętszej Maryi Panny i Mszą św. o brzasku dnia o godz. 5.00
Aby Matka Boża była coraz bardziej znana, miłowana i uwielbiana!
„Różaniec Święty, to bardzo potężna broń.
Używaj go z ufnością, a skutek wprawi cię w zdziwienie”.
(św. Josemaria Escriva do Balaguer)
fot.wiseGeek
*****
Intencja Żywego Różańca
na miesiąc maj 2025
Intencjapapieska:
*O możliwość pracy Módlmy się, aby dzięki pracy każda osoba mogła się spełniać, rodziny miały godne warunki życia, a społeczeństwa stawały się bardziej ludzkie.
* za naszych kapłanów, aby dobry Bóg umacniał ich w codziennej posłudze oraz o nowe powołania do kapłaństwa i życia konsekrowanego.
* Różańcową modlitwą prosimy przed wyborem nowego papieża, aby Duch Święty obdarzył kardynałów mądrością i roztropnością w tym wielkanocnym okresie wybierając kolejnego 267 następcę św. Piotra, żeby był skałą czyli opoką na której Chrystus Pan zbudował swój jeden, święty, powszechny i apostolski Kościół.
***
Intencja dodatkowa dla Róży Matki Bożej Częstochowskiej (II), św. Moniki i bł. Pauliny Jaricot:
* Rozważając drogi zbawienia w Tajemnicach Różańca Świętego prosimy Bożą Matkę, aby wypraszała u Syna swego a Pana naszego Jezusa Chrystusa właściwe drogi życia dla naszych dzieci.
***
Intencja dla małżonków w Róży bł. Kard. Stefana Wyszyńskiego:
*Wysławiamy Boga w Trójcy Jedynego, że zostaliśmy stworzeni na Boże podobieństwo, aby stanowić wspólnotę życia i miłości. Żebyśmy mogli zawsze trwać razem i w radościach i trudach życia, dlatego prosimy Cię Miłosierny Boże o łaskę umacniania naszego małżeńskiego przymierza poprzez ciągłe ożywianie wzajemnej miłości.
***
Od 1 maja 2025 modlimy się kolejnymi Tajemnicami Różańca Świętego i w intencjach wyznaczonych na ten miesiąc, które otrzymaliście na maila 30 kwietnia 1925 z adresu e-rozaniec@kosciol.org (jeśli ktoś z Was nie dostał maila na ten miesiąc, proszę o kontakt z Zelatorem Róży, albo na adres rozaniec@kosciolwszkocji.org)
________________________________________
Obecnie mamy 20 Róż Żywego Różańca. Bardzo serdecznie zachęcamy chętnych, aby zechcieli dołączyć się do Żywego Różańca. Módlmy się też w tej intencji, aby dotąd nieprzekonani mogli się przekonać jak skuteczną i tym samym jak bardzo potrzebną jest dziś modlitwa różańcowa.
***
Adobe Stock
***
KOMUNIĘ ŚWIĘTĄ przyjmujemy z należytym uszanowaniem do ust albo na rękę – wtedy CIAŁO PAŃSKIE spożywamy w obecności kapłana. Przyjmując KOMUNIĘ ŚWIĘTĄ – na słowa kapłana: CIAŁO CHRYSTUSA – odpowiadamy: AMEN.
***
Co oznacza nasze „Amen”, które wypowiadamy podczas Komunii św. przyjmując „Ciało Chrystusa”?
Kapłanowi, który rozdając Eucharystię mówi tobie: „Ciało Chrystusa”, odpowiadasz: „Amen” – to znaczy uznajesz łaskę i zaangażowanie, jakie pociąga za sobą stanie się Ciałem Chrystusa. Gdy przyjmujesz bowiem Eucharystię, stajesz się Ciałem Chrystusa. To bardzo piękne! Komunia, jednocząc nas z Chrystusem, wyrywając z naszego egoizmu, otwiera nas i jednoczy ze wszystkimi, którzy są jedno w Nim. Oto cud Komunii Świętej: stajemy się Tym, Którego otrzymujemy!
Benedykt XVI –Jan Paweł II – Wielki Tydzień 2004
***
“Ten kto MNIE spożywa, będzie żył przez MNIE” (J 6,57)
„Wiara Kościoła jest istotową wiarą eucharystyczną, a więc sakramentalną, i karmi się ona w szczególny sposób przy stole Eucharystii”. (papież Benedykt XVI)
***
Czekanie na Spotkanie. Post eucharystyczny – dlaczego, dla kogo i jak?
Praktykę postu eucharystycznego wprowadził papież Marcin V w XV wieku. Obowiązywał od północy aż do przyjęcia Komunii. Obecne przepisy stanowią, że należy go zachować przynajmniej przez godzinę przed przyjęciem Komuniiświętej.
Każde dziecko komunijne wie, że godzinę przed przyjęciem Komunii św. należy powstrzymać się od jedzenia i picia. To tzw. post eucharystyczny. Zasadniczym celem tej praktyki jest okazanie szacunku Ciału Pańskiemu. Mówi o tym Katechizm Kościoła Katolickiego. „Aby przygotować się odpowiednio na przyjęcie sakramentu Eucharystii, wierni zachowają ustanowiony przez Kościół post. Postawa zewnętrzna (gesty, ubranie) powinna być wyrazem szacunku, powagi i radości tej chwili, w której Chrystus staje się naszym gościem” – czytamy (1387).
Różnie z tym musiało bywać, skoro już św. Paweł upominał Koryntian: „Gdy się zbieracie, nie ma u was spożywania Wieczerzy Pańskiej. Każdy bowiem już wcześniej zabiera się do własnego jedzenia, i tak się zdarza, że jeden jest głodny, podczas gdy drugi nietrzeźwy. Czyż nie macie domów, aby tam jeść i pić? Czy chcecie znieważać Boże zgromadzenie i zawstydzać tych, którzy nic nie mają? Cóż wam powiem? Czy będę was chwalił? Nie, za to was nie chwalę!” (1 Kor 11,20-22).
Dalej apostoł przestrzega przed świętokradztwem: „Niech przeto człowiek baczy na siebie samego, spożywając ten chleb i pijąc z tego kielicha. Kto bowiem spożywa i pije, nie zważając na Ciało Pańskie, wyrok sobie spożywa i pije” (1 Kor 11,28-29).
Tak stanowcze słowa zawsze pobudzały chrześcijan do szczególnej uważności w obchodzeniu się z postaciami eucharystycznymi.
– Praktyka postu eucharystycznego pojawiła się w starożytności jako efekt rozwoju duchowości i być może także dyscypliny kościelnej. Starano się, aby przyjęcie Komunii jako pokarmu cielesno-duchowego nie było w pewnym sensie osłabione przez przyjęcie innego pokarmu. Taka dyscyplina sprawiła, że zanikły Msze wieczorne – wyjaśnia liturgista, ks. dr hab. Dominik Ostrowski.
Wzmianki o praktykach, które można określić jako post eucharystyczny, znajdujemy m.in. u św. Augustyna, który pisał: „Eucharystię świętą przyjmuje się zawsze na czczo i taki zwyczaj zachowany jest na całym świecie”. Święty stwierdzał: „Podobało się Duchowi Świętemu, by na wyrażenie czci dla tak wzniosłego Sakramentu najpierw do ust chrześcijan wchodziło Ciało Pańskie, wpierw przed innym pokarmem”.
W średniowieczu nie zajmowano się zbytnio kwestią postu eucharystycznego, ponieważ wierni bardzo rzadko przystępowali do Komunii, ograniczając się do spoglądania na Hostię podczas Mszy lub przyjmowania Komunii duchowej. Dopiero w XV wieku upowszechniła się praktyka zachowywania postu od północy aż do momentu przyjęcia Komunii. – Praktykę postu eucharystycznego wprowadził dla całego Kościoła papież Marcin V w XV wieku; od tego czasu post ten wymagał bycia na czczo od północy aż do przyjęcia Komunii – podkreśla duchowny.
Wielkie zmiany
Post eucharystyczny w takiej formie funkcjonował w Kościele przez wieki. Zmiana nastąpiła dopiero w XX wieku, wraz z rozwojem praktyki częstego przystępowania do stołu Pańskiego. W 1953 roku Pius XII skrócił post eucharystyczny do trzech godzin przed przyjęciem Komunii Świętej i orzekł, że wypicie wody nie łamie tego postu. Zezwolił też chorym na przyjmowanie bez ograniczenia czasu przed przyjęciem Komunii Świętej napoju niealkoholowego i lekarstwa, zarówno płynnego, jak i stałego. Zaznaczył także, że osoby przyjmujące Wiatyk w niebezpieczeństwie śmierci nie są związane żadnym prawem postu.
W ustanawiającym zmianę dokumencie Christus Dominus papież przypomniał, że post eucharystyczny „służy nie tylko do okazania należnej czci Boskiemu Zbawicielowi, ale przyczynia się także do rozwoju pobożności, może powiększyć również owoce świętości, do których zdobywania przy pomocy łaski Bożej nas tak bardzo zachęca sam Chrystus, źródło świętości i jej twórca”. Dzięki zmianie wprowadzonej przez Piusa XII po wielu wiekach zaczęto odprawiać Msze św. wieczorne.
Dalsze złagodzenie postu eucharystycznego wprowadził Paweł VI w roku 1964, skracając go do jednej godziny przed przyjęciem Komunii. Ten sam papież w 1973 roku w instrukcji Immensae caritatis określił post eucharystyczny trwający „mniej więcej piętnaście minut” dla osób chorych i starszych, przebywających w szpitalach lub domach, a także dla ich opiekunów, pragnących razem z nimi przystąpić do Komunii Świętej.
Obecnie obowiązujące prawo kanoniczne znosi post eucharystyczny dla chorych i osób w podeszłym wieku. „Osoby w podeszłym wieku lub złożone jakąś chorobą, jak również ci, którzy się nimi opiekują, mogą przyjąć Najświętszą Eucharystię, chociażby coś spożyli w ciągu godziny poprzedzającej” – czytamy w Kodeksie Prawa Kanonicznego (kan. 919 § 3). Kodeks stanowi także, że z zachowania postu eucharystycznego są zwolnieni kapłani, którzy danego dnia po odprawieniu jednej Mszy muszą celebrować drugą albo trzecią. W takim wypadku po pierwszej lub po drugiej Mszy Świętej mogą spożywać posiłki, nawet jeśli przed przyjęciem Komunii Świętej nie zachodziłaby przerwa jednej godziny (kan. 919 § 2 KPK). – Przyjmuje się, że zwolnienie kapłana z postu eucharystycznego przed kolejną Mszą ma na celu dobro wiernych, którzy nie powinni być pozbawieni Eucharystii z powodu kolejnego godzinnego postu kapłana – podkreśla ks. Dominik Ostrowski. Zaznacza, że przyjęcie przez kapłana Komunii na Mszy Świętej jest koniecznością, dlatego konieczność sprawowania dwóch Mszy nie może stać w sprzeczności z prawem o Komunii kapłana. – On przez swoje kapłaństwo urzędowe umożliwia wiernym skorzystanie z Mszy Świętej, z Komunii. Dlatego jego zwalnia się z obowiązku postu, który ma drugorzędne znaczenie wobec samej Eucharystii i ma jej służyć – wyjaśnia.
A co jeśli…
Obecne przepisy prawa kanonicznego, stanowiące, że post eucharystyczny należy zachować przynajmniej przez godzinę przed przyjęciem Komunii (kan. 919 § 1 KPK), oznaczają, że godzina to niezbędne minimum. Zawiera się w tym natomiast sugestia, iż w miarę możliwości można wydłużyć ten czas. Co jednak robić w sytuacji, gdy ktoś przez nieuwagę zjadł coś i jego post eucharystyczny będzie za krótki? Albo jak się zachować, gdy ten problem powstaje wskutek niespodziewanego przyśpieszenia godziny Mszy Świętej?
– Wszystkie przepisy prawa kościelnego są podporządkowane celowi głównemu, jakim jest zbawienie dusz, a zatem trzeba zawsze uważać, aby przez dosłowne przestrzeganie zapisu nie zaszkodzić temu, co ten przepis chroni. Jeśli przyjmujemy, że celem postu jest odpowiednie duchowe przygotowanie do przyjęcia Komunii Świętej, to w sytuacji, gdy nie mamy dokładnie 60 minut postu, należy ocenić, czy brakujące 5 minut „robi różnicę”. Moim zdaniem lepiej jest być posłusznym Kościołowi i powstrzymać się od Komunii, jeśli nie minęła godzina, bo Bogu podoba się nasze posłuszeństwo, a brak możliwości przystąpienia do Komunii nie jest z definicji szkodą, raczej jest to swoista chwilowa utrata przywileju i nie przynosi ona zagrożenia duchowego, wręcz przeciwnie, może pogłębić w nas szacunek do Eucharystii, a także być swoistą nauką, żeby nie powiedzieć nauczką. Moglibyśmy się zastanawiać, czy mamy prawo „zerwać kłosy w szabat”, jak apostołowie, ale tu są potrzebne duża dojrzałość i mądra wolność, ponieważ jeśli można samemu skrócić post o 5 minut, to dlaczego nie o 25? – wskazuje liturgista. – Jeśli dojrzała osoba zinterpretuje, że kilka minut nie robi różnicy i nie uczyni z tego narzędzia do nadużyć, to nie zdziwię się, jeżeli także autorytet duchowny ją usprawiedliwi. Ks. Krzysztof Grzywocz tłumaczył, że potrzeba dużej mądrości i dojrzałości, aby wiedzieć, kiedy „zerwać kłosy”. Wskazywał też na niebezpieczeństwo zaburzeń i skrupułów, zwłaszcza u osób osamotnionych i bez relacji, które bezpiecznie czują się tylko w ogrodzeniu przepisów. Odnowiona liturgia i prawo dają dużo przestrzeni do samodzielnych decyzji i oczekują pewnej dojrzałości – zauważa kapłan. Jako przykład wskazuje zapis o obmyciu palców przez kapłana, jeśli pozostały na nich partykuły (czyli cząstki Ciała Chrystusa); dawniej należało obmyć palce zawsze.
Co po Komunii?
Nieraz wierni zadają sobie pytanie, czy po przyjęciu Ciała Pańskiego należy zachować jakiś odstęp czasowy przed zjedzeniem posiłku. Problem taki może występować na przykład w szpitalu, gdzie chory po przyjęciu Komunii mógłby od razu coś zjeść lub popić kawą. Kapelani apelują tu zazwyczaj do osobistego wyczucia osoby przyjmującej Komunię. – Nie spotkałem przepisu, który by tego zabraniał, chociaż słyszałem opinie, że istnieje pewien „bufor czasowy”, czasem określany na 15 minut; nie jest to jednak oficjalne prawo. Po przyjęciu Komunii Świętej i zakończeniu obrzędu można udać się od razu na posiłek, są przecież tzw. agapy przedłużające spotkanie wspólnoty – tłumaczy ks. Dominik Ostrowski. I dodaje: – Na pewno jednak warto przypomnieć, że po Komunii Kościół przez wieki odmawiał modlitwy dziękczynne, a więc istnieje powód, aby odczekać chwilę z kolejnym posiłkiem.
Franciszek Kucharczak/Gość Niedzielny
***
***
The Jubilee Prayer
Father in heaven, may the faith you have given us in your Son, Jesus Christ, our brother, and the flame of charity enkindled in our hearts by the Holy Spirit, reawaken in us the blessed hope for the coming of your Kingdom.
May your grace transform us into tireless cultivators of the seeds of the Gospel.
May those seeds transform from within both humanity and the whole cosmos in the sure expectation of a new heaven and a new earth, when, with the powers of evil vanquished, your glory will shine eternally.
May the grace of the Jubilee reawaken in us, Pilgrims of Hope, a yearning for the treasures of heaven. May that same grace spread the joy and peace of our Redeemer throughout the earth. To you our God, eternally blessed, be glory and praise for ever. Amen
Rok Jubileuszowy 2025.
Co warto o nim wiedzieć?
Najważniejsze informacje, które warto wiedzieć o Roku Świętym.
fot. CLAUDIO HIRSCHBERGER/UNSPLASH
***
Rok Jubileuszowy 2025 obchodzony jest pod hasłem „Pielgrzymi nadziei”. Rozpoczęcie Jubileuszu miało miejsce 24 grudnia wieczorem ceremonią otwarcia w Bazylice Watykańskiej Drzwi Świętych. Zakończenie będzie 6 stycznia 2026 r. w uroczystość Objawienia Pańskiego. Oto 7 najważniejszych informacji, które warto wiedzieć:
1. Początki Jubileuszu
Jubileusz to tradycja biblijna. Był obchodzony co 50 lat. Przypominał Izraelitom o darowanej im przez Boga wolności i godności. Do tej tradycji odwołał się sam Jezus, kiedy, rozpoczynając publiczną działalność, ogłaszał Rok Łaski od Pana. Kościół zaadaptował tradycję jubileuszy w 1300 r. Począwszy od 1475 r. są one obchodzone co 25 lat, aby każde pokolenie mogło doznać łaski Roku Świętego i uzyskać odpust zupełny.
2. Drzwi Święte
Rok Święty to czas duchowej odnowy. Istotnym środkiem jest tu odbycie pielgrzymki, przejście przez Drzwi Święte, symbolizujące Jezusa, który mówi o sobie, że jest dla nas bramą. Stąd znaczenie Rzymu. W odróżnieniu od ostatnich jubileuszy, tym razem Drzwi Święte zostaną otwarte wyłącznie w Wiecznym Mieście: w czterech bazylikach papieskich i więzieniu Rebibbia.
3. Spowiedź podstawą Jubileuszu
Podstawowym warunkiem odpustu jest spowiedź sakramentalna. Szeroki jest zakres praktyk, dzięki którym można uzyskać odpust zupełny. Podała je Penitencjaria Stolicy Apostolskiej, a można je przeczytać na stronie Penitencjarii.
4. Kalendarz Jubileuszu
Stolica Apostolska przygotowała kalendarz Roku Świętego. Wyznaczono Jubileusze dla różnych kategorii wiernych: młodych, rodzin, katechetów, artystów, seminarzystów itd. Do Rzymu można przyjechać na jubileusz partykularny albo w jakimkolwiek innym terminie.
Dla pątników przygotowano różne trasy pielgrzymkowe w samym Rzymie. Najbardziej zakorzeniona w tradycji Wiecznego Miasta jest trasa siedmiu kościołów. Liczy ona 25 km i obok 4 bazylik papieskich obejmuje również bazylikę św. Sebastiana (nad katakumbami), Świętego Krzyża i św. Wawrzyńca. Wyznaczono też trasę upamiętniającą święte kobiety: doktorów Kościoła i patronki Europy, a także trasę po kościołach 27 krajów Unii Europejskiej.
5. Jubileusz w diecezjach
Z Jubileuszu nie są wykluczeni ci, którzy nie mogą odbyć pielgrzymki do Rzymu czy Ziemi Świętej. Mogą oni uczestniczyć w wydarzeniach organizowanych na szczeblu lokalnym i nawiedzać święte miejsca wyznaczone przez swego biskupa.
6. Portal Jubileuszu po polsku
Stolica Apostolska uruchomiła portal internetowy poświęcony Jubileuszowi 2025. Jest on obsługiwany również w języku polskim, Można za jego pośrednictwem uzyskać kartę pielgrzyma oraz zarejestrować się na różne jubileuszowe wydarzenia.
7. Na bieżąco
Bieżące informacje o Roku Świętym będą publikowane na polskiej stronie Vatican News (www.vaticannews.va/pl) i w watykańskich mediach społecznościowych jak również w Radiu Watykańskim i w miesięczniku L’Osservatore Romano. W ramach duchowego przygotowania do Jubileuszu 2025 warto sięgnąć po bullę Papieża Franciszka „Spes non confudit” ogłaszająca Jubileusz oraz Encyklikę Benedykta XVI „Spe salvi”, ponieważ tematem obecnego Jubileuszu jest nadzieja.
KAI, Krzysztof Bronk, Vatican News PL/Stacja7
***
Podwójna kumulacja łaski. Czyli po co nam Rok Jubileuszowy
fot. canva/stacja7
***
Absolutna nowość tego jubileuszu to możliwość uzyskania dwóch odpustów tego samego dnia. Dotąd była tylko opcja “albo-albo”…
Jeśli idziesz z rodziną do restauracji, czy to znaczy, że nie możecie zjeść w domu? Oczywiście, że możecie. Przecież zazwyczaj tak jest. Ale właśnie dlatego, że robicie tak zazwyczaj, to kiedy zmieni się miejsce, czas i sposób, zwykła czynność nabiera nowego znaczenia. Wtedy inaczej wyraża się miłość: inaczej się słucha, inaczej się patrzy, wszystko przeżywa się inaczej.
Potrzebujemy celebracji, i to nie tylko tych liturgicznych: celebrujemy posiłki, spotkania, wydarzenia kulturalne, uroczyste otwarcia… Dzielimy czas zwykły i świąteczny. Mamy miejsca święte i czasy święte. Mamy święte rytuały. Tacy jesteśmy. Potrzebujemy tego.
Czy rok 2025 jest lepszy niż 2024 lub 2026? Nie. Po prostu nadaliśmy mu szczególne znaczenie. Nie chodzi o czas chronos: że to właśnie ten rok, te miesiące, te dni. Chodzi o kairos, czas łaski, czas zbawienia, zawsze jednak zawarty w jakiś ramach czasowych „z naszego świata”, bo w nim żyjemy. Ale zapowiada czasy przyszłe: wieczny bankiet, na którym będziemy świętować razem, na zawsze. Ucztę Baranka.
Przejdziemy przez to…
Dekret O UZYSKANIU ODPUSTU PODCZAS ZWYCZAJNEGO JUBILEUSZU ROKU 2025 zaprasza nas przede wszystkim do pielgrzymki. Wchrześcijaństwie to symbol. Oznacza, że jesteśmy jednym Ciałem, ciągle w drodze, a nasze życie ma punkt wyjścia i punkt dojścia. Czas, miejsce i sposób – mają znaczenie.
Pielgrzymkę można przeżyć na trzy sposoby: 1. pojechać do Rzymu i przejść przez Drzwi Święte jednej z bazylik; 2. zaplanować taki wyjazd do jednego z miejsc wyznaczonych w swojej diecezji, 3. obrać sobie za miejsce pielgrzymki serce drugiego człowieka, znajdujące się w domu po sąsiedzku albo w pobliskim więzieniu czy szpitalu.
W ten sposób szansę pielgrzymki ma więc każdy, także ten, kto nie ma możliwości wybrania się w daleką drogę, ze względu na chorobę czy pracę zawodową.
Odpuść…!
W jubileuszowym odpuście chodzi przede wszystkim o odpuszczenie win i kar, które należą nam się za popełnione grzechy, przebaczone już w spowiedzi sakramentalnej. Ale jest jeden warunek: pragnienie nawrócenia. Jak powiedział niedawno abp Adrian Galbas w rozmowie z mediami watykańskimi: „Nie chodzi o pojechanie, ale o pojednanie”.
Ale co wtedy, kiedy trudno jest się pojednać, no bo co powiem nagle, po latach? Z jakiej racji właśnie teraz? Tyle lat to trwa, jak to teraz odkręcić? Rok Święty jest właśnie taką okazją: Słuchaj, jubileusz jest. Odpuśćmy sobie.
Odpuść też sam sobie. Odpuść już to gniewanie się. Odpuść sobie katowanie się poczuciem winy, trwanie w wątpliwościach, podważanie wszystkiego. Odpuść to, to jest ten czas. Rzuć się w Miłosierdzie. Ostatecznie – tymi Drzwiami Świętymi jest Serce Jezusa.
Najcenniejsze, co mamy, to czas
Odpust jest przypisany nie tylko do samych sakramentów, ale też do dzieł miłosierdzia wobec ludzi obciążonych różnymi potrzebami. Krótko mówiąc: nie wystarczy pobożność, musi być czyn codzienny, bo jesteśmy cielesno – duchowi i nawrócenie dotyczy nas całych. Ciało też potrzebuje wyznać wiarę.
Dekret mówi o poświęceniu znacznej części wolnego czasu na wolontariat, przypominając uczynki co do ciała i co do duszy. Czyli można uzyskać odpust, kiedy się wysłucha kogoś w kolejce do lekarza albo gdy pocieszy się koleżankę cierpiącą z powodu śmierci kogoś bliskiego, albo odwiedzi sąsiada i po prostu z nim posiedzi. Dzisiaj to szczególnie ważne wobec ogromu ludzkiej samotności i poczucia niewysłuchania. Podarować swój czas.
Rozrywka czy odpoczynek?
Dekret jubileuszowy zachęca do odnowienia w sobie wartości pokuty. W jej nowoczesnym i aktualnym wymiarze: postu od mediów społecznościowych. Jak zwykle nie chodzi tylko o samo wyrzeczenie się, ale o zamianę: czas jaki poświęcisz na scrollowanie sociali można wymienić na pobycie z kimś; telefon, rozmowę, spacer; albo modlitwę w ciszy. Bo ostatecznie Ty też potrzebujesz okazać sobie miłosierdzie. Potrzebujesz odpoczynku szabatu.
Zdublowana łaska
Absolutna nowość tego jubileuszu – jak podaje dekret – to możliwość uzyskania dwóch odpustów tego samego dnia. Dotychczas była tylko opcja albo-albo i musieliśmy wybierać: czy ofiarować go za siebie czy za osobę zmarłą. Powód hojności? Miłość. Jeśli chcesz przyjąć łaskę odpustu dla siebie, nie musisz jednocześnie rezygnować z pomocy komuś, kogo kochasz, a kto już znajduje się po tamtej stronie życia (por. Spes non confundit, 22).
Oficjalny portal roku jubileuszowego to www.iubilaeum2025.va a na witrynach internetowych wszystkich polskich diecezji wymienione są lokalne miejsca jubileuszowe, do których można odbyć wspólną pielgrzymkę nadziei.
Odpust zupełny w czasie Roku Jubileuszowego. Jak można go uzyskać?
Watykan opublikował normy dotyczące uzyskania odpustu zupełnego w czasie zwyczajnego Jubileuszu roku 2025, ogłoszonego przez papieża Franciszka. Kto będzie mógł uzyskać odpust? Jakie będą obowiązywać warunki?
fot. OVALENKOVPETR, CREATIVAIMAGES/FREEPIK.COM
***
Papież Franciszek w czwartek oficjalnie ogłosił Jubileusz 2025 roku, który będzie „Rokiem Świętym, charakteryzującym się nadzieją, która nie gaśnie, nadzieją w Bogu” – stwierdził w bulli „Spes non confundit” (Nadzieja zawieść nie może).
Już w bulli ogłaszającej rok jubileuszowy papież Franciszek podkreślił, że w tym kontekście odpust nabiera „szczególnego znaczenia”. Z tego względu Watykan opublikował warunki, „aby wierni mogli skorzystać z przepisów umożliwiających uzyskanie i skuteczne praktykowanie jubileuszowego odpustu”.
W dekrecie Penitencjarii Apostolskiej przypomniano, że warunkiem uzyskania odpustu zupełnego jest spełnienie warunków zwykłych (spowiedź sakramentalna, Komunia eucharystyczna i modlitwa według intencji Ojca Świętego).
Kto może uzyskać odpust?
Odpust jubileuszowy będą mogli uzyskać wierni, którzy dokonają jednego z wymienionych przez Watykan dzieł. Wśród nich są między innymi pielgrzymki, nawiedzenie miejsc świętych, czy dzieła miłosierdzia i pokuty.
Odpust uzyskają między innymi wierni, którzy odbędą pielgrzymkę „w kierunku dowolnego świętego miejsca jubileuszowego”, do co najmniej jednej z czterech Papieskich Bazylik Większych w Rzymie, w Ziemi Świętej, do co najmniej jednej z trzech bazylik: Grobu Świętego w Jerozolimie, Narodzenia Pańskiego w Betlejem, Zwiastowania Pańskiego w Nazarecie, w innych okręgach kościelnych: do kościoła katedralnego lub innych kościołów i miejsc świętych wyznaczonych przez ordynariusza miejsca.
Ponadto odpust będą mogli uzyskać także wierni, którzy „indywidualnie lub w grupie, pobożnie nawiedzą dowolne miejsce jubileuszowe i tam przez odpowiedni czas odprawią adorację eucharystyczną i rozmyślanie”.
Odpust w ramach jubileuszu będzie można uzyskać również dokonując dzieł miłosierdzia i pokuty.
Tutaj Watykan wymienia między innymi uczestniczenie w duchu pobożności „w misjach ludowych, rekolekcjach lub spotkaniach formacyjnych poświęconych tekstom Soboru Watykańskiego II i Katechizmu Kościoła Katolickiego”.
Co więcej, pomimo zasady, że dziennie można uzyskać tylko jeden odpust zupełny, wierni „otrzymają akt miłosierdzia na rzecz dusz czyśćcowych, jeśli prawowicie przystąpią po raz drugi tego samego dnia do sakramentu Komunii, będą mogli uzyskać dwukrotnie odpust zupełny tego samego dnia, obowiązujący jedynie za zmarłych”.
W ramach możliwości uzyskania odpusty, wierni będą „zachęcani do częstszego podejmowania dzieł miłości i miłosierdzia, głównie na rzecz służby braciom obciążonym różnymi potrzebami”. Odpust zupełny otrzymają także ci, którzy „udadzą się w celu odwiedzenia i poświęcenia właściwego czasu braciom znajdującym się w potrzebie lub w trudnej sytuacji”.
Jak podkreśla Watykan, jubileuszowy odpust można osiągnąć „przez działania wyrażające w sposób konkretny i bezinteresowny ducha pokuty”. Odpust otrzymają zatem wierni, którzy w piątki powtrzymają się od udziału w „błahych rozrywkach”, czy od zbędnej konsumpcji, a dzieła te będą połączone z przekazaniem pomocy dla ubogich, wspieranie dzieł o charakterze religijnym zwłaszcza na rzecz obrony i ochrony życia i wszystkich potrzebujących.
***
Pełny tekst dokumentu:
O UZYSKANIU ODPUSTU ODCZAS ZWYCZAJNEGO JUBILEUSZU ROKU 2025 OGŁOSZONEGO PRZEZ JEGO ŚWIĄTOBLIWOŚĆ PAPIEŻA FRANCISZKA
„Teraz nadszedł czas nowego Jubileuszu, w którym Drzwi Święte zostaną ponownie otwarte, aby dać żywe doświadczenie Bożej miłości” (Spes non confundit, 6). W bulli ogłaszającej Zwyczajny Jubileusz roku 2025 Ojciec Święty w obecnym historycznym momencie, w którym „ludzkość niepomna na dramaty przeszłości, poddawana jest nowej i trudnej próbie, w której wiele ludów jest uciskanych przez brutalność przemocy” (Spes non confundit, 8), wzywa wszystkich chrześcijan, aby stali się pielgrzymami nadziei. Jest to cnota, którą należy odkryć na nowo w znakach czasu, które, obejmując „tęsknotę ludzkiego serca, potrzebującego zbawczej obecności Boga, domagają się, by zostały przekształcone w znaki nadziei” (Spes non confundit, 7), które należy czerpać przede wszystkim z łaski Bożej i pełni Jego miłosierdzia.
Już w bulli ogłaszającej Nadzwyczajny Jubileusz Miłosierdzia w 2015 roku papież Franciszek podkreślił, że w tym kontekście odpust nabiera „szczególnego znaczenia” (Misericordiae vultus, 22), gdyż miłosierdzie Boże „staje się odpustem Ojca, który poprzez Kościół — Oblubienicę Chrystusa — dociera do grzesznika, któremu udzielił już przebaczenia, i uwalnia go od wszelkich pozostałości skutków grzechu” (tamże). Podobnie i dzisiaj Ojciec Święty oświadcza, że dar odpustu „pozwala nam odkryć, jak nieograniczone jest miłosierdzie Boga. To nie przypadek, że w starożytności termin «miłosierdzie» był używany zamiennie z terminem «odpust», właśnie dlatego, że ma wyrażać pełnię Bożego przebaczenia, które nie zna granic” (Spes non confundit, 23). Odpust jest więc łaską jubileuszową.
Dlatego też z okazji Zwyczajnego Jubileuszu roku 2025, z woli Papieża, ten „Trybunał Miłosierdzia”, do którego należy rozporządzanie wszystkim, co dotyczy udzielania i korzystania z odpustu, zamierza zachęcić dusze wiernych do karmienia się pragnieniem uzyskania odpustu jako daru łaski, właściwego i unikalnego dla każdego Roku Świętego, i ustanawia następujące wymogi, aby wierni mogli skorzystać z „przepisów umożliwiających uzyskanie i skuteczne praktykowanie jubileuszowego odpustu” (Spes non confundit, 23).
Podczas Zwyczajnego Jubileuszu roku 2025 pozostaje w mocy każdy inny udzielony odpust. Wszyscy wierni naprawdę pokutujący, wykluczający wszelkie przywiązanie do jakiegokolwiek grzechu (por. Enchiridion Indulgentiarum, wyd. IV, norm. 20, § 1) i poruszeni duchem miłosierdzia, którzy w Roku Świętym oczyścili się poprzez sakrament pokuty i pokrzepili się Komunią Świętą, będą modlić się zgodnie z intencjami Papieża, ze skarbca Kościoła będą mogli uzyskać odpust zupełny, odpuszczenie i darowanie swoich grzechów, który będzie można także zyskać dla dusz czyśćcowych, dokonując jednego z wymienionych niżej dzieł:
I.- O świętych pielgrzymkach
Wierni, pielgrzymi nadziei, będą mogli uzyskać odpust jubileuszowy udzielony przez Ojca Świętego, jeśli odbędą pobożną pielgrzymkę:
w kierunku dowolnego świętego miejsca jubileuszowego: tam pobożnie uczestniczyć we Mszy Świętej (o ile przepisy liturgiczne na to pozwalają, będzie można przede wszystkim korzystać z formularza Mszy właściwej Jubileuszowi bądź Mszy w rożnych potrzebach: o pojednanie, o odpuszczenie grzechów, o uproszenie miłości i o zachowanie pokoju i sprawiedliwości); we Mszy przy udzieleniu sakramentów wtajemniczenia chrześcijańskiego lub w Sakramencie Namaszczenia Chorych; nabożeństwie Słowa Bożego; Liturgii Godzin (godzina czytań, jutrznia, nieszpory); Drodze Krzyżowej; różańcu; recytacji hymnu Akatystu; nabożeństwie pokutnym, zakończonym indywidualną spowiedzią penitentów, zgodnie z aktem pokutnym (forma II);
w Rzymie: do co najmniej jednej z czterech Papieskich Bazylik Większych: św. Piotra na Watykanie, Najświętszego Zbawiciela na Lateranie, Matki Bożej Większej, św. Pawła za Murami;
w Ziemi Świętej: do co najmniej jednej z trzech bazylik: Grobu Świętego w Jerozolimie, Narodzenia Pańskiego w Betlejem, Zwiastowania Pańskiego w Nazarecie;
w innych okręgach kościelnych: do kościoła katedralnego lub innych kościołów i miejsc świętych wyznaczonych przez ordynariusza miejsca. Biskupi uwzględnią potrzeby wiernych i samą możliwość zachowania nienaruszonego znaczenia pielgrzymki, z całą jej mocną symboliką, zdolną ukazać naglącą potrzebę nawrócenia i pojednania;
II.- W pobożnym nawiedzeniu miejsc świętych
Wierni będą mogli uzyskać podobnie odpust jubileuszowy, jeśli indywidualnie lub w grupie, pobożnie nawiedzą dowolne miejsce jubileuszowe i tam przez odpowiedni czas odprawią adorację eucharystyczną i rozmyślanie, kończąc modlitwą „Ojcze nasz”, Wyznaniem wiary w jakiejkolwiek dopuszczonej formie i modlitwą do Maryi, Matki Bożej, aby w tym Roku Świętym wszyscy „mogli doświadczyć bliskości najczulszej z mam, która nigdy nie opuszcza swoich dzieci” (Spes non confundit, 24).
Z okazji Roku Jubileuszowego, oprócz wyżej wymienionych znamiennych miejsc pielgrzymkowych, będzie można nawiedzić także inne miejsca święte, na tych samych warunkach:
w Rzymie: Bazylika Świętego Krzyża z Jerozolimy, Bazylika św. Wawrzyńca za Murami, Bazylika św. Sebastiana za Murami (zdecydowanie zaleca się pobożne nawiedzenie zwane „Pielgrzymką do Siedmiu Kościołów”, tak drogą św. Filipowi Nereuszowi), Sanktuarium Bożego Miłosierdzia – Kościół Santo Spirito in Sassia, Kościół św. Pawła przy Trzech Źródłach – miejsce męczeństwa Apostoła, Katakumby chrześcijańskie; kościoły trasy jubileuszowej Iter Europaeum oraz kościoły poświęcone Patronom Europy i Doktorom Kościoła (Bazylika Santa Maria sopra Minerva, Kościół Santa Brigida przy Campo de’ Fiori, Kościół Matki Bożej Zwycięskiej, Kościół Trinità dei Monti, Bazylika św. Cecylii na Zatybrzu, Bazylika św. Augustyna na Polu Marsowym);
w innych miejscach na świecie: dwie papieskie bazyliki mniejsze w Asyżu: św. Franciszka i Najświętszej Marii Panny od Aniołów; papieskie bazyliki: Santa Casa w Loreto, Matki Bożej Różańcowej w Pompejach, św. Antoniego w Padwie; każda bazylika mniejsza, katedra, kościół konkatedralny, sanktuarium maryjne oraz dla dobra wiernych każda wyróżniająca się kolegiata lub sanktuarium wyznaczone przez każdego biskupa diecezjalnego lub eparchialnego, a także sanktuaria krajowe lub międzynarodowe, „święte miejsca gościnności i uprzywilejowane przestrzenie budzenia nadziei” (Spes non confundit, 24), wskazane przez Konferencje Episkopatów.
Wierni prawdziwie skruszeni, którzy nie będą mogli uczestniczyć w uroczystych celebracjach, pielgrzymkach i pobożnym nawiedzeniu, z ważnych powodów (przede wszystkim siostry i mnisi klauzurowi, osoby starsze, chorzy, osadzeni w więzieniach, a także ci, którzy w szpitalu lub w innych miejscach opieki, stale posługują chorym), uzyskają odpust jubileuszowy na tych samych warunkach, jeżeli zjednoczeni duchowo z wiernymi obecnymi, zwłaszcza w momentach, w których słowa Ojca Świętego lub biskupów diecezjalnych są przekazywane za pośrednictwem środków komunikacji medialnej, w swoim domu lub tam, gdzie powstrzymuje ich przeszkoda (np. w kaplicy klasztornej, w szpitalu, w domu opieki, w więzieniu…), odmówią Ojcze nasz, Wyznanie wiary w jakiejkolwiek dopuszczonej formie i inne modlitwy zgodne z intencjami Roku Świętego, ofiarowując swoje cierpienia lub życiowe trudności;
III.-W dziełach miłosierdzia i pokuty
Ponadto wierni będą mogli uzyskać odpust jubileuszowy, jeśli w duchu pobożności będą uczestniczyć w misjach ludowych, rekolekcjach lub spotkaniach formacyjnych poświęconych tekstom Soboru Watykańskiego II i Katechizmu Kościoła Katolickiego, które odbędą się w kościele lub innym odpowiednim miejscu, według zamysłu Ojca Świętego.
Pomimo zasady, że dziennie można uzyskać tylko jeden odpust zupełny (por. Enchiridion Indulgentiarum, wyd. IV, norm. 18, § 1), wierni otrzymają akt miłosierdzia na rzecz dusz czyśćcowych, jeśli prawowicie przystąpią po raz drugi tego samego dnia do sakramentu Komunii, będą mogli uzyskać dwukrotnie odpust zupełny tego samego dnia, obowiązujący jedynie za zmarłych (czyli w ramach celebracji eucharystycznej; por. kan. 917 i Papieska Komisja ds. Autentycznej Interpretacji KPK, Responsa ad dubia, 1, 11 lipca 1984). Przez tę podwójną ofiarę dokonuje się godny pochwały przejaw miłości nadprzyrodzonej, gdyż więź, która łączy wiernych pielgrzymujących jeszcze na ziemi z mistycznym Ciałem Chrystusa, wraz z tymi, którzy już zakończyli swą drogę, ze względu na fakt, że „odpust jubileuszowy, na mocy modlitwy, jest przeznaczony w szczególny sposób dla tych, którzy odeszli przed nami, aby mogli otrzymać pełnię miłosierdzia” (Spes non confundit, 22).
W szczególny właśnie sposób „w Roku Jubileuszowym będziemy wezwani do bycia namacalnymi znakami nadziei dla wielu braci i sióstr żyjących w trudnych warunkach” (Spes non confundit, 10): Odpust jest zatem również przypisany do dzieł miłosierdzia i pokuty, które świadczą o podjętym nawróceniu. Wierni podążając za przykładem i poleceniem Chrystusa, będą zachęcani do częstszego podejmowania dzieł miłości i miłosierdzia, głównie na rzecz służby braciom obciążonym różnymi potrzebami. Dokładniej odkryjmy na nowo „uczynki miłosierdzia względem ciała: głodnych nakarmić, spragnionych napoić, nagich przyodziać, przybyszów w dom przyjąć, chorych nawiedzać, więźniów pocieszać, umarłych pogrzebać.” (Misericordiae vultus, 15) i odkryjmy na nowo również „uczynki miłosierdzia względem ducha: wątpiącym dobrze radzić, nieumiejętnych pouczać, grzeszących upominać, strapionych pocieszać, urazy chętnie darować, przykrych cierpliwie znosić, modlić się za żywych i umarłych” (tamże).
Podobnie wierni będą mogli uzyskać odpust jubileuszowy, jeśli udadzą się w celu odwiedzenia i poświęcenia właściwego czasu braciom znajdującym się w potrzebie lub w trudnej sytuacji (chorym, więźniom, samotnym osobom starszym, niepełnosprawnym…), pielgrzymując niejako do obecnego w nich Chrystusa (por. Mt 25, 34-36) i wypełniając zwykłe warunki duchowe, sakramentalne i modlitewne. Wierni bez wątpienia będą mogli te odwiedziny powtarzać w ciągu Roku Świętego, uzyskując za każdym razem odpust zupełny, nawet każdego dnia.
Jubileuszowy odpust zupełny można osiągnąć także przez działania wyrażające w sposób konkretny i bezinteresowny ducha pokuty, który jest jakby duszą Jubileuszu, odkrywając na nowo w szczególności pokutną wartość piątku: powstrzymanie się w duchu pokuty przynajmniej przez jeden dzień od błahych rozrywek (realnych, ale także wirtualnych, spowodowanych na przykład przez media i sieci społecznościowe) oraz od zbędnej konsumpcji (na przykład praktyka postu lub wstrzemięźliwości zgodna z ogólnymi normami Kościoła i szczegółowymi zaleceniami biskupów), połączona z przekazaniem odpowiedniej sumy pieniędzy ubogim; wspieranie dzieł o charakterze religijnym lub socjalnym, zwłaszcza na rzecz obrony i ochrony życia na wszystkich jego etapach oraz samej jakości życia, opuszczonych dzieci, młodzieży zmagającej się trudnościami, starców potrzebujących opieki lub samotnych, migrantów z różnych krajów, „którzy opuszczają swoją ziemię w poszukiwaniu lepszego życia dla siebie i swoich rodzin” (Spes non confundit, 13); poświęcanie znacznej części wolnego czasu na działalność na rzecz wolontariatu, która służy interesowi społeczności, lub inne podobne formy osobistego zaangażowania.
Wszyscy biskupi diecezjalni lub eparchialni i ci, którzy prawnie są z nimi zrównani, w najwłaściwszym dniu tego okresu jubileuszowego, przy okazji głównych uroczystości w katedrze i w poszczególnych kościołach jubileuszowych, będą mogli udzielić papieskiego błogosławieństwa z dołączonym odpustem zupełnym, który mogą otrzymać wszyscy wierni, którzy otrzymają to błogosławieństwo pod zwykłymi warunkami.
W celu duszpasterskiego ułatwienia dostępu do sakramentu pokuty i osiągnięcia Bożego przebaczenia poprzez władzę kluczy, ordynariusze miejsca proszeni są o udzielenie kanonikom i kapłanom, którzy w katedrach i kościołach wyznaczonych na Rok Święty, będą mogli wysłuchać spowiedzi wiernych, uprawnień jedynie do forum wewnętrznego, o czym dla wiernych Kościołów Wschodnich stanowi kan. 728, § 2 KKKW, a w przypadku ewentualnego zastrzeżenia dla określonej władzy – kan. 727, z wyłączeniem, jak jest oczywiste, przypadków o których mowa w kan. 728, § 1; natomiast dla wiernych Kościoła łacińskiego uprawnień o których mowa w kan. 508, § 1 KPK.
W związku z tym Penitencjaria wzywa wszystkich księży, aby z hojną dyspozycyjnością i poświęceniem siebie zapewnili jak najszerszą możliwość uzyskania przez wiernych środków zbawienia; ustalali i publikowali terminy spowiedzi, w porozumieniu z proboszczami lub rektorami sąsiednich kościołów; znajdowali się w konfesjonale; planując stałe i częste celebracje pokutne, zapewniając jednocześnie jak najszerszą dostępność księży, którzy po osiągnięciu wymaganego wieku, nie pełnią określonych funkcji duszpasterskich. W zależności od możliwości pamiętajmy także, zgodnie z Motu proprio Misericordia Dei, o duszpasterskiej możliwości słuchania spowiedzi także podczas celebracji Mszy Świętej.
W celu ułatwienia zadań spowiednikom, Penitencjaria Apostolska, z upoważnienia Ojca Świętego, stanowi, że kapłani, którzy towarzyszą lub przyłączają się do pielgrzymek jubileuszowych poza własną diecezją, mogą korzystać z tych samych uprawnień, jakie zostały im powierzone w ich własnej diecezji przez prawowity organ. Specjalne uprawnienia zostaną wówczas przyznane przez tę Penitencjarię Apostolską penitencjarzom rzymskich Bazylik Papieskich, kanonikom penitencjarzom lub penitencjarzom diecezjalnym utworzonym w poszczególnych okręgach kościelnych.
Spowiednicy, po uprzednim pouczeniu z miłością wiernych o powadze grzechów, do których należą te z dołączonym zastrzeżeniem lub cenzurą, wyznaczą z duszpasterską miłością odpowiednie pokuty sakramentalne, aby w miarę możliwości doprowadzić ich do trwałej pokuty i w zależności od charakteru spraw, zaprosić ich do naprawienia skandali i szkód.
Penitencjaria na koniec gorąco zachęca Biskupów, jako posiadaczy potrójnego munus nauczania, rządzenia i uświęcania, aby zadbali o jasne wyjaśnienie proponowanych tutaj przepisów i zasad dotyczących uświęcenia wiernych, ze szczególnym uwzględnieniem lokalnych warunków, kultury i tradycji. Katecheza dostosowana do specyfiki społeczno-kulturowej każdego narodu będzie w stanie zaproponować sposób skutecznego głoszenia Ewangelii i całokształtu orędzia chrześcijańskiego, zakorzeniając głębiej w sercach pragnienie tego wyjątkowego daru, uzyskanego za pośrednictwem Kościoła.
Niniejszy Dekret obowiązuje przez cały Jubileusz Zwyczajny roku 2025, niezależnie od wszelkich postanowień stanowiących inaczej.
W Rzymie, w siedzibie Penitencjarii Apostolskiej, 13 maja 2024 roku, we wspomnienie Matki Bożej z Fatimy.
Kard. Angelo De Donatis Penitencjariusz Większy
Bp Krzysztof Nykiel Regens
vaticannews/Stacja7.pl/KAI
***
Odpusty jubileuszowe, warto – kiedy i jak?
Rok Jubileuszowy 2025, który teraz przeżywamy w Kościele, jest rokiem szczególnej łaski. Warunkiem dostąpienia odpustu jest przystąpienie do sakramentu pokuty i Komunii św., całkowite wewnętrzne oderwanie się od grzechu, a także modlitwa w intencjach Ojca Świętego. Uzyskane odpusty można ofiarować za siebie lub za zmarłych. To są niesamowite dary, jakie ofiaruje nam Kościół ze swego skarbca.
W oparciu o artykuł Penitencjaria Apostolska: Trybunał miłosierdzia w służbie Kościołowi autorstwa ks. prał. Krzysztofa Nykiela, Regensa Penitencjarii Apostolskiej, zamieszczony w czasopiśmie naukowym „Teologia i Moralność” nr 2/2015 s. 67-86 przypominam podstawowe informacje o odpustach.
Kodeks Prawa kanonicznego w kan. 992 podaje następująca definicję odpustu: „Odpust jest to darowanie przed Bogiem kary doczesnej za grzechy, odpuszczone już co do winy. Otrzymuje je wierny, odpowiednio przygotowany i po wypełnieniu określonych warunków, przez działanie Kościoła, który jako sługa odkupienia autorytatywnie rozporządza i dysponuje skarbcem zadośćuczynień Chrystusa i świętych”.
Chrześcijanin skruszony w swoim sercu i żałujący szczerze za popełnione grzechy w sakramencie pokuty otrzymuje odpuszczenie winy, natomiast pozostaje jeszcze tzw. kara doczesna, związana z naruszeniem porządku sprawiedliwości i miłości. Darowanie kary doczesnej określa się terminem „odpust”, którego uzyskanie zakłada szczerą wewnętrzną przemianę oraz wypełnienie przepisanych uczynków.
Odpust jest cząstkowy lub zupełny, w zależności od tego, czy uwalnia od kary doczesnej należnej za grzechy w części lub całości. Paweł VI zniósł odpusty określane konkretnym czasem (np. ilością dni lub lat), ponieważ w wieczności nie ma czasu.
Wierny może uzyskiwać odpust cząstkowy lub zupełny tylko za siebie lub ofiarować go za zmarłego, na sposób wstawienniczy, ale za nikogo z żyjących, ponieważ każdy człowiek sam jest w stanie dokonać przemiany swojego życia i wypełnić wymagane do otrzymania odpustu warunki.
Odpust zupełny można uzyskać tylko jeden raz w ciągu dnia, poza pozostającymi w obliczu śmierci, natomiast odpusty cząstkowe można uzyskiwać w ciągu jednego dnia wielokrotnie.
Do uzyskania odpustu zupełnego wymagane są następujące warunki: spowiedź sakramentalna i Komunia św., całkowicie wewnętrzne oderwanie się od grzechu, nawet najlżejszego, spełnienie czynu, z którym związany jest odpust zupełny oraz modlitwa w intencjach Ojca Świętego.
Przyjrzyjmy się bliżej wspomnianym warunkom:
Spowiedź sakramentalna – nie można zyskać odpustu bez odbycia spowiedzi sakramentalnej. Powinna ona mieć miejsce na kilka dni przed lub po wypełnieniu czynności odpustowej (na kilka tzn. zaleca się trzymanie granicy 8 dni przed i po); istnienie także zasada, że po spowiedzi sakramentalnej można uzyskać wiele odpustów zupełnych, ale tylko jeden w ciągu dnia.
Komunia eucharystyczna – można ją przyjąć w przeddzień dopełnienia czynu obdarzonego odpustem i w ciągu siedmiu dni po dopełnieniu czynności odpustowych; jednak zaleca się, aby Komunię św. przyjąć w dniu, w którym pragnie się dostąpić łaski odpustu, gdyż zwiększa to możliwość jego zyskania. Należy także zaznaczyć, że w odróżnieniu od spowiedzi po przyjęciu jednej Komunii św. można uzyskać tylko jeden odpust zupełny. Wyjątek od tej reguły stanowi niebezpieczeństwo śmierci.
Modlitwa w intencjach Ojca Świętego – czyli w intencjach wyznaczonych przez papieża. Wierny nie musi ich znać, wystarczy, że wzbudzi ogólną intencję modlitwy w wyznaczonych przez papieża intencjach; odmówienie tej modlitwy może mieć miejsce w ciągu kilku dni przed dokonaniem dzieła odpustowego lub po nim, ale podobnie jak w przypadku Komunii św., zaleca się, aby modlitwa została odmówiona w dniu wykonania czynu odpustowego. Dla wypełnienia warunku wystarczy jedno Ojcze nas i jedno Zdrowaś Maryjo.
Całkowite wykluczenie przywiązania do jakiegokolwiek grzechu, także powszedniego – jest to ostatni warunek konieczny do zyskania odpustu zupełnego. Kiedy mamy do czynienia z przywiązaniem do grzechu? Mówimy o nim wtedy, gdy ktoś świadomie grzeszy więcej niż raz, znaczy to, że grzeszy i chce tego, a przy tym nie poprzestaje na jednym grzechu, ale dopuszcza do pewnej wielokrotności, jakkolwiek nie do zwyczaju, z którego rodzi się nawyk. Trudność wyzbycia się przywiązania do jakiegokolwiek grzechu można więc porównać z trudnością wzbudzenia w sobie żalu doskonałego. Jednak tak wzbudzenie żalu doskonałego, jak i uzyskanie odpustu zupełnego jest możliwe, należy jednak jak najpełniej otworzyć się na działanie Bożych łask w swoim codziennym życiu. Tylko bowiem mocą Bożego miłosierdzia możemy się nawracać i zadośćuczynić za swojej grzechy i zmarłych cierpiący w czyśćcu. Głębokie i szczere pragnienie zyskania odpustu zupełnego, zawierzenie się łasce Bożej oraz wypełnienie, z pewnym zaangażowaniem woli i serca, wszystkich warunków z pewnością jest w stanie wytworzyć w nas odpowiednią dyspozycję do otwarcia się na dar odpustu zupełnego.
Poniżej publikujemy w s z y s t k i e odpusty zupełne, wyliczone w „Enchiridionie” z 1999 r. Dla przejrzystości odpusty zostały wymienione nie w kolejności podanej w dokumencie Penitencjarii Apostolskiej lecz według pewnego praktycznego klucza.
I ODPUSTY, KTÓRE MOŻNA ZYSKIWAĆ C O D Z I E N N I E
Za pobożne odmówienie cząstki Różańca Świętego, w sposób ciągły, z rozważaniem tajemnic różańcowych, w kościele albo w kaplicy albo rodzinie albo we wspólnocie zakonnej, we wspólnocie wiernych, zwłaszcza gdy wiele osób gromadzi się w jakimś szlachetnym celu (n. 17 § 1, 1o).
Za czytanie Pisma świętego z czcią należną Słowu Bożemu i na sposób lektury duchowej przynajmniej przez pół godziny z tekstu zatwierdzonego przez władzę kościelną (n. 30 § 1). Kto nie może czytać osobiście, wystarczy gdy słucha czytającego nawet przez środki audiowizualne (n. 30 § 2).
Za nawiedzenie i adorowanie Najświętszego Sakramentu przez pół godziny (n. 7 § 1, 1o).
Za pobożne odprawienie Drogi Krzyżowej – przed stacjami prawnie erygowanymi – połączone z rozważaniem Męki i Śmierci Chrystusa – i przechodzeniem od stacji do stacji; w publicznym odprawianiu wystarczy przechodzenie prowadzącego (n. 13, 2o). Prawnie przeszkodzeni mogą przez kwadrans czytać i rozważać Męką Pańską (n. 13, 2o, 1).
Za pobożne łączenie się przez pośrednictwo radia czy telewizji z nabożeństwem Drogi Krzyżowej odprawianej przez Ojca Świętego (n. 13, 2o).
Za pobożnie odmówienie Koronki do Miłosierdzia Bożego w kościele lub kaplicy wobec Najświętszego Sakramentu publicznie wystawionego lub przechowywanego w tabernakulum. Jeżeli wierny z powodu choroby lub innej słusznej racji nie może wyjść z domu, ale odmówi Koronkę do Miłosierdzia Bożego z ufnością i z pragnieniem miłosierdzia dla siebie oraz gotowością okazania go innym, pod zwykłymi warunkami również zyskuje odpust zupełny (Dekret Penitencjarii Apostolskiej z dnia 12.01.2002 dotyczy całego terytorium Polski).
II ODPUSTY, KTÓRE MOŻNA ZYSKIWAĆ W C I Ą G U R O K U
W Nowy Rok (1 stycznia): za pobożny udział w śpiewie lub recytacji w kościele lub kaplicy hymnu „O Stworzycielu, Duchu przyjdź” (n. 26 § 1, 1o).
W każdy piątek Wielkiego Postu: za odmówienie przed obrazem Jezusa ukrzyżowanego po przyjęciu Komunii świętej i modlitwy „Oto ja, o dobry i najsłodszy Jezu” (n. 8 § 1, n. 2o).
W okresie Wielkiego Postu: za udział w nabożeństwie „Gorzkich Żali” w jakimkolwiek kościele lub kaplicy na terenie Polski wierny zyskuje odpust zupełny raz w tygodniu w okresie Wielkiego Postu (Pismo Penitencjarii Apostolskiej z dnia 06.02.1968).
W Wielki Czwartek: za pobożne odmówienie hymnu „Przed tak wielkim Sakramentem” podczas uroczystej repozycji Najświętszego Sakramentu po Mszy Świętej Wieczerzy Pańskiej (n. 7 § 1, 2o).
W Wielki Piątek: za pobożne uczestniczenie w liturgii Wielkiego Piątku połączone z adoracją Krzyża (n. 13, 1o).
W Wielką Sobotę: za odnowienie w czasie liturgii Wigilii Paschalnej przyrzeczeń chrzcielnych według formuły zatwierdzonej przez Kościół (n. 28 § 1).
W II Niedzielę Wielkanocną, czyli Miłosierdzia Bożego:
a) udziela się odpustu zupełnego na zwykłych warunkach (spowiedź sakramentalna, Komunia eucharystyczna, modlitwa w intencjach papieskich) wiernemu, który w II Niedzielę Wielkanocną, czyli Miłosierdzia Bożego, w jakimkolwiek kościele lub kaplicy, z sercem całkowicie wolnym od wszelkiego przywiązania do jakiegokolwiek grzechu, choćby powszedniego, weźmie udział w pobożnych praktykach spełnianych ku czci Bożego Miłosierdzia albo przynajmniej odmówi przed Najświętszym Sakramentem Eucharystii, wystawionym publicznie lub ukrytym w tabernakulum modlitwy „Ojcze nasz” i „Wierzę”, dodając pobożne wezwanie do Pana Jezusa Miłosiernego, np. „Jezu Miłosierny, ufam Tobie” (Dekret Penitencjarii Apostolskiej z dnia 29.06.2002).
b) Ponadto marynarze, którzy wykonują swoje obowiązki na niezmierzonych obszarach mórz; niezliczeni bracia, których tragedie wojenne, wydarzenia polityczne, uciążliwe warunki naturalne i inne podobne przyczyny zmusiły do opuszczenia rodzinnej ziemi; chorzy i ich opiekunowie oraz ci wszyscy, którzy z uzasadnionej przyczyny nie mogą opuścić domów lub wykonują pilnie potrzebne zadania dla dobra społeczności, mogą uzyskać odpust zupełny w Niedzielę Miłosierdzia Bożego, jeśli wyrzekając się całkowicie jakiegokolwiek grzechu, jak to zostało powiedziane powyżej, i z zamiarem spełnienia – gdy tylko będzie to możliwe – trzech zwykłych warunków, odmówią przed świętym wizerunkiem naszego Pana Jezusa Miłosiernego modlitwę „Ojcze nasz” i „Wierzę”, dodając pobożne wezwanie do Pana Jezusa Miłosierny, np. „Jezu Miłosierny, ufam Tobie”. (Dekret Penitencjarii Apostolskiej z dnia 29.06.2002).
c) Gdyby nawet to nie było możliwe, tego samego dnia będą mogli uzyskać odpust zupełny, ci którzy duchowo zjednoczą się z wiernymi, spełniającymi w zwyczajny sposób przepisane praktyki w celu otrzymania odpustu, i ofiarują Miłosiernemu Bogu modlitwę, a wraz z nią cierpienia spowodowane chorobą i trudy swojego życia, podejmując zarazem postanowienie, że spełnią oni trzy przepisane warunki uzyskania odpustu zupełnego, gdy tylko będzie to możliwe (Dekret Penitencjarii Apostolskiej z dnia 29.06.2002).
W uroczystość Zesłania Ducha Świętego: za pobożny udział w śpiewie lub recytacji w kościele lub kaplicy hymnu „O, Stworzycielu Duchu, przyjdź” (n. 26 § 1, 1o).
W uroczystość Najświętszego Ciała i Krwi Pańskiej: za udział w uroczystej procesji eucharystycznej prowadzonej w kościele czy poza nim (n. 7 § 1, 3o).
W uroczystość Najświętszego Serca Pana Jezusa: za publiczne odmówienie aktu wynagrodzenia Najświętszemu Sercu Pana Jezusa „O, Jezu Najsłodszy, któremu za miłość bez granic” (n. 3).
W uroczystość Św. Apostołów Piotra i Pawła: za użycie przedmiotu religijnego, (np. krzyżyka, różańca, medalika), poświęconego przez papieża lub biskupa, i odmówienie wyznania wiary zatwierdzonego przez Kościół (n. 14 § 1).
W uroczystość Chrystusa Króla: za publiczne odmówienie aktu poświęcenia rodzaju ludzkiego Najświętszemu Sercu Pana Jezusa „O, Jezu Najsłodszy, Odkupicielu rodzaju ludzkiego ” (n. 2).
W Stary Rok (31 grudnia): za pobożny udział w śpiewie lub recytacji w kościele lub kaplicy hymnu „Ciebie Boga wysławiamy ” w celu okazania wdzięczności za łaski minionego roku. (n. 26 § 1, 2o).
W dniu Pierwszej Komunii Świętej: za przystąpienie do Pierwszej Komunii świętej lub pobożny udział w uroczystości pierwszokomunijnej (n. 8 § 1, 1o).
W dniu Prymicji kapłańskich: Prymicjant zyskuje odpust zupełny za celebrowanie Mszy świętej prymicyjnej z ludem w wyznaczonym dniu (n. 27 § 1, 1o) i wierny za uczestniczenie w takiej Mszy świętej prymicyjnej (n. 27 § 1, 2o) .
W dniu zakończenia Kongresu Eucharystycznego: za pobożny udział w uroczystym zakończeniu Kongresu Eucharystycznego (n. 7 § 1, 4o).
W czasie Misji parafialnych: Za udział w kilku kazaniach misyjnych, łącznie z udziałem w uroczystym zakończeniu misji (n. 16 § 1).
Za udział w ćwiczeniach duchowych trwających przynajmniej pełne trzy dni (n. 10 § 1).
W tygodniu modlitw o jedność chrześcijan: za podjęcie jakichś funkcji w tygodniu modlitw o jedność chrześcijan oraz za wzięcie udziału w zakończeniu tygodnia modlitw o jedność chrześcijan (n. 11 § 1).
Za pobożny udział w modlitwie różańcowej prowadzonej przez papieża i transmitowanej przez radio lub telewizję (n. 17 § 1, 2o).
Za pobożne odmówienie hymnu Akathistos lub Oficjum Paraclisis – w kościele albo w kaplicy, albo w rodzinie, we wspólnocie zakonnej, we wspólnocie wiernych, zwłaszcza gdy wiele osób gromadzi się w jakimś szlachetnym celu, przy czym wystarczy odmówić pewną część hymnu Akathistos bez przerywania zgodnie z prawomocnym zwyczajem. (n. 23 § 1).
Odpust zupełny uzyskują członkowie rodziny, którzy po raz pierwszy poświęcają się Najświętszemu Sercu Jezusowemu lub Świętej Rodzinie podczas specjalnego obrzędu – jeżeli to możliwe – z udziałem kapłana lub diakona i pobożnie odmówią modlitwę zaaprobowaną przez Kościół przed wizerunkiem Najświętszego Serca Pana Jezusa lub Świętej Rodziny (n. 1).
Kto pobożnie uczestniczy każdego dnia w nabożeństwach ustanowionych dla osiągnięcia celów religijnych (np. w tygodniu modlitw o powołania kapłańskie i zakonne, w tygodniu misyjnym, w tygodniu modlitw za młodzież, w dniu chorych) uzyskuje odpust zupełny (n. 5).
W czasie wizytacji kanonicznej: jednorazowo odpust zupełny za udział w Liturgii świętej, której przewodniczy wizytator (n. 32).
III. ODPUSTY ZYSKIWANE Z A N A W I E D Z E N I E K O Ś C I O ŁA lub K A P L I C Y
Podczas nawiedzenia kościoła lub kaplicy w k a ż d y m w y p a d k u należy pobożnie odmówić „O j c z e n a s z” i „W i e r z ę” (N. 19). Jeżeli nawiedzenie przepisane jest w określonym dniu, wówczas można to uczynić od południa dnia poprzedniego do północy oznaczonego dnia (N. 14).
Za nawiedzenie kościoła parafialnego: a) w uroczystość tytułu kościoła parafialnego (n. 33 § 1, 5oa) b) 2 sierpnia (odpust Porcjunkuli) (n. 33 § 1, 5ob)
Za nawiedzenie kościoła lub kaplicy w dniu Wspomnienia Wszystkich Wiernych Zmarłych (2 listopada). Za zgodą Ordynariusza odpust ten może być przeniesiony na niedzielę poprzednią lub następną lub na uroczystość Wszystkich Świętych. (n. 29 § 1, 2o). Odpust ten można ofiarować tylko za zmarłych.
Za pobożne nawiedzenie cmentarza w dniach 1-8 listopada połączone z modlitwą choćby myślą za zmarłych. (29 § 1, 1o).Odpust ten można ofiarować tylko za zmarłych.
Za pobożne nawiedzenie kościoła lub ołtarza w dniu jego poświęcenia (dedykacji) (n. 33 § 1, 6o).
Za nawiedzenie kościoła lub kaplicy Instytutów życia konsekrowanego i Stowarzyszeń życia apostolskiego w dniu poświęconym ich założycielowi (n. 33 § 1, 7o).
Za pobożne nawiedzenie kościołów lub kaplic, w których obchodzone są uroczystości ku czci nowych Świętych lub Błogosławionych w ciągu roku, celem pogłębienia czci i pobożności wobec nich, wierny uzyskuje jednorazowo odpust zupełny.
Za pobożne nawiedzenie kościoła, w którym odbywa się synod diecezjalny można uzyskać jednorazowo odpust zupełny (n. 31).
Za nawiedzenie kościoła katedralnego (n. 33 § 1, 3oa-e): a) w uroczystość ŚŚ. Apostołów Piotra i Pawła (29 czerwca) b) w uroczystość tytułu kościoła katedralnego c) w święto Katedry św. Piotra Ap. (22 lutego) d) w dniu poświęcenia archibazyliki Najświętszego Zbawiciela (czyli bazyliki na Lateranie) (9 listopada) e) w dniu 2 sierpnia (odpust Porcjunkuli)
Za nawiedzenie sanktuarium diecezjalnego lub narodowego lub międzynarodowego ustanowionego przez kompetentną władzę (n. 33 § 1, 4oa-c): a) w uroczystość tytułu tego sanktuarium b) raz w roku w dniu wybranym przez wiernego c) ilekroć wierny bierze udział w zbiorowej pielgrzymce
Za nawiedzenie bazyliki mniejszej (n. 33 § 1, 2oa-d): a) w uroczystość ŚŚ. Apostołów Piotra i Pawła (29 czerwca) b) w uroczystość tytułu bazyliki mniejszej c) 2 sierpnia (odpust Porcjunkuli) d) raz w roku w dniu wybranym przez wiernego
Za nawiedzenie jednej z czterech bazylik patriarchalnych w Rzymie w czasie pielgrzymki zbiorowej, lub jeśli indywidualnie to ze wzbudzeniem aktu synowskiego poddania papieżowi (n. 33 § 1, 2o).
Za nawiedzenie kościoła stacyjnego w Rzymie połączonego z pobożnym udziałem w nabożeństwie stacyjnym (n. 33, § 2).
IV ODPUSTY, KTÓRE MOŻNA ZYSKIWAĆ W R O C Z N I C E
W rocznicę swojego chrztu: za odmówienie przyrzeczeń chrzcielnych według formuły zatwierdzonej przez Kościół (n. 28 § 1).
W jubileusz 25-lecia, 50-lecia, 60-lecia i 70-lecia kapłaństwa: za odnowienie wobec Boga postanowienia wiernego wypełniania obowiązków swego powołania (n. 27, § 2, 1o) oraz wierni za pobożny udział w uroczystej Mszy świętej jubileuszowej (n. 27 § 2, 3o).
W jubileusz 25-lecia, 40-lecia i 50-lecia święceń biskupich: za odnowienie wobec Boga postanowienia wiernego wypełniania obowiązków swego stanu (n. 27 § 2, 2o) oraz wierni za pobożny udział w uroczystej Mszy świętej jubileuszowej (n. 27, § 2, 3o).
V ODPUSTY POŁĄCZONE Z B Ł O G O S Ł A W I E Ń S T W E M
Za pobożne przyjęcie błogosławieństwa papieskiego udzielonego przez Ojca Świętego „Urbi et Orbi” choćby przez radio lub telewizję, byleby wierny uważnie śledził sam ryt błogosławieństwa (n. 4).
Za pobożne przyjęcie błogosławieństwa pasterskiego udzielonego przez biskupa diecezjalnego swoim wiernym (n. 4). Biskup diecezjalny ma władzę udzielania błogosławieństwa papieskiego z odpustem zupełnym, według przepisanej formuły, trzy razy w roku, w święta uroczyste przez siebie określone (N. 7, 2o).
Kapłan, który udziela sakramentów świętych wiernemu zagrożonemu śmiercią, powinien mu udzielić błogosławieństwa apostolskiego z odpustem zupełnym (n. 12, § 1). Jeżeli nie ma kapłana, który by w godzinę śmierci udzielił sakramentów i błogosławieństwa papieskiego obdarzonego odpustem zupełnym, Kościół udziela wiernemu należycie usposobionemu odpustu zupełnego „o ile wierny za życia miał zwyczaj stale odmawiania jakichkolwiek modlitw”. W tym wypadku Kościół uzupełnia trzy warunki uzyskania odpustu zupełnego (n. 12 § 2). Przy uzyskaniu tego odpustu chwalebną rzeczą jest posłużenie się krucyfiksem lub krzyżem (n. 12, § 3). Odpust w godzinę śmierci wierny może uzyskać, chociażby w tym dniu już zyskał odpust zupełny (n. 12 § 4).
***
Rok Jubileuszowy
– darowanie kar.
Jak uzyskać odpust zupełny?
***
Rok Jubileuszowy to czas przebaczania. Dotyczy to zwłaszcza kar doczesnych. Włączając się w obchody tego roku możemy uzyskać dla siebie i dla zmarłych odpuszczenie kar, jakie trzeba byłoby w innym wypadku wycierpieć w czyśćcu. Można to uzyskać między innymi poprzez pielgrzymki, ale także dzieła miłosierdzia – w tym szczególnie wsparcie obrony życia.
Czym są odpusty?
Jak mówi Katechizm Kościoła Katolickiego (od par. 1471), „odpust jest to darowanie przed Bogiem kary doczesnej za grzechy, zgładzone już co do winy. Dostępuje go chrześcijanin odpowiednio usposobiony i pod pewnymi, określonymi warunkami, za pośrednictwem Kościoła, który jako szafarz owoców odkupienia rozdaje i prawomocnie przydziela zadośćuczynienie ze skarbca zasług Chrystusa i świętych. Odpust jest cząstkowy albo zupełny zależnie od tego, czy od kary doczesnej należnej za grzechy uwalnia w części czy w całości”.
Jak wyjaśnia dalej Katechizm, grzech, ze względu na swoją wewnętrzną naturę, powoduje dwa rodzaje kary – wieczną i doczesną. Karę wieczną, czyli oddzielenie od komunii z Bogiem, usuwa przebaczenie grzechu i nawrócenie. Pozostaje jednak kara doczesna. Tę karę można mieć darowaną za pośrednictwem Kościoła. To właśnie odpust: kara jest darowana dzięki otwarciu „skarbca zasług Chrystusa i świętych”.
Katechizm uczy, że stosowanie odpustów ma nie tylko pomóc chrześcijanom, ale również pobudzać do czynów pobożności, pokuty i miłości. Odpusty można otrzymywać dla siebie, ale również dla zmarłych. Katechizm wyjaśnia, że zmarli przebywający w czyśćcu pozostają „członkami tej samej komunii świętych”, dlatego możemy uzyskać dla nich uwolnienie od kar doczesnych. Nie można uzyskać odpustu dla innych chrześcijan żyjących na ziemi.
Odpusty dzielą się, jak wynika z cytowanej wcześniej treści Katechizmu, na cząstkowe albo zupełne; pierwsze obejmują określoną liczbę lat, natomiast drugie – całe życie.
Rok Jubileuszowy – czas miłosierdzia
Stolica Apostolska ogłasza zawsze warunki uzyskania odpustów w związku z Rokiem Jubileuszowym. Są to zasadniczo odpusty zupełne. Wynika to z samego charakteru takiego roku. Praktyka ogłaszania lat jubileuszowych w Kościele katolickim sięga średniowiecza, ale w istocie jest nawiązaniem do tradycji Izraela. Żydzi co siedem lat obchodzili tak zwany rok szabasowy – w cyklu siedmiokrotnym. Za siódmym razem ogłaszano rok jubileuszowy, co wiązało się – przynajmniej w teorii – nie tylko ze specjalnymi obietnicami Bożymi, ale również z darowaniem długów między ludźmi. Do tego nawiązuje praktyka udzielania odpustów w katolickim Roku Jubileuszowym.
Lata jubileuszowe mogą być ogłaszane w porządku zwykłym, to znaczy co 25 lat. Możliwe jest też ogłoszenie nadzwyczajnego roku jubileuszowego. Papież Franciszek zrobił tak w roku 2015 i ogłosił bullą „Misericordiae vultus” Nadzwyczajny Jubileusz Miłosierdzia.
Tym razem, w roku 2025, Rok Jubileuszowy jest w porządku zwykłym, co papież ogłosił bullą „Spes non confundit”.
Jak uzyskać odpust zupełny w Roku Jubileuszowym
Penitencjaria Apostolska, którą kieruje jako Penitencjariusz Większy kard. Angelo De Donatis, opublikowała w związku z tym warunki uzyskiwania odpustu zupełnego (dokument jest dostępny po polsku na stronie Watykanu).
Pierwszym i zasadniczym warunkiem jest trwanie w stanie łaski uświęcającej z wykluczeniem wszelkiego przywiązania do jakiegokolwiek grzechu. Należy uprzednio przystąpić w czasie Roku Jubileuszowego do spowiedzi, przyjąć Komunię świętą i modlić się zgodnie z intencjami papieża. Następnie dochodzą warunki dodatkowe związane z Rokiem Jubileuszowym. Warunki te wiążą się z trzema zasadniczymi kategoriami: pielgrzymkami, nawiedzaniem miejsc świętych, dziełami miłosierdzia i pokuty.
W przypadku pielgrzymek sposoby uzyskania odpustu jubileuszowego są cztery.
Pierwszym jest pielgrzymka w kierunku dowolnego świętego miejsca jubileuszowego. Miejsca jubileuszowe zostały w Polsce wyznaczone dekretami biskupów w każdej diecezji. Są to zwykle kościoły i sanktuaria w różnych miejscach diecezji. Tam należy pobożnie uczestniczyć we Mszy świętej, albo też wziąć udział w Mszy przy udzielaniu sakramentów wtajemniczenia chrześcijańskiego, w sakramencie namaszczenia chorych, nabożeństwie Słowa Bożego, liturgii godzin (godzina czytań, jutrznia, nieszpory), drodze krzyżowej, różańcu, recytacji hymnu akatystu, nabożeństwie pokutnym zakończonym indywidualną spowiedzią.
Drugim sposobem jest odwiedzenie w Rzymie jednej z czterech papieskich Bazylik Większych (św. Piotra, św. Jana na Lateranie, Santa Maria Maggiore, św. Pawła za Murami).
Trzecim sposobem jest uzyskanie odpustu w Ziemi Świętej w związku z odwiedzeniem jednej z trzech bazylik (Grobu Świętego w Jerozolimie, Narodzenia Pańskiego w Betlejem, Zwiastowania Pańskiego w Nazarecie).
Czwartym jest odwiedzenie kościoła katedralnego albo innych kościołów i miejsc świętych, które wyznaczył biskup diecezji.
Drugą kategorią jest pobożne nawiedzenie miejsc świętych. Jak mówi dokument Penitencjarii Apostolskiej, „wierni będą mogli uzyskać podobnie odpust jubileuszowy, jeśli indywidualnie lub w grupie, pobożnie nawiedzą dowolne miejsce jubileuszowe i tam przez odpowiedni czas odprawią adorację eucharystyczną i rozmyślanie, kończąc modlitwą «Ojcze nasz», Wyznaniem wiary w jakiejkolwiek dopuszczonej formie i modlitwą do Maryi, Matki Bożej, aby w tym Roku Świętym wszyscy «mogli doświadczyć bliskości najczulszej z mam, która nigdy nie opuszcza swoich dzieci»”. Dokument wymienia tu szereg miejsc w samym Rzymie oraz w innych miejscach na świecie. To kilka kościołów na ternie Włoch, ale również „każda bazylika mniejsza, katedra, kościół konkatedralny, sanktuarium maryjne oraz dla dobra wiernych każda wyróżniająca się kolegiata lub sanktuarium wyznaczone przez każdego biskupa diecezjalnego lub eparchialnego, a także sanktuaria krajowe lub międzynarodowe, «święte miejsca gościnności i uprzywilejowane przestrzenie budzenia nadziei» („Spes non confundit”, 24), wskazane przez Konferencje Episkopatów”.
W tej kategorii mieszczą się też ci, którzy nie mogą odwiedzić żadnego miejsca z ważnych powodów. Są to przede wszystkim siostry i mnisi klauzurowi, osoby starsze, chorzy, więźniowie i tak dalej. Mogą otrzymać odpust zupełny, jak mówi dokument, jeżeli „zjednoczeni duchowo z wiernymi obecnymi, zwłaszcza w momentach, w których słowa Ojca Świętego lub biskupów diecezjalnych są przekazywane za pośrednictwem środków komunikacji medialnej, w swoim domu lub tam, gdzie powstrzymuje ich przeszkoda (np. w kaplicy klasztornej, w szpitalu, w domu opieki, w więzieniu…), odmówią Ojcze nasz, Wyznanie wiary w jakiejkolwiek dopuszczonej formie i inne modlitwy zgodne z intencjami Roku Świętego, ofiarowując swoje cierpienia lub życiowe trudności”.
Wreszcie trzecią kategorią są dzieła miłosierdzia i pokuty. Tu możliwości jest najwięcej, jakkolwiek lista zaczyna się od dość szczególnej: uczestnictwo w duchu pobożności w misjach ludowych, rekolekcjach lub… spotkaniach formacyjnych poświęconych tekstom Soboru Watykańskiego II i Katechizmu Kościoła Katolickiego, które odbędą się w kościele lub innym odpowiednim miejscu, według zamysłu Ojca Świętego.
Ponadto możliwe jest uzyskanie odpustu w związku z różnymi czynami miłosierdzia, odwołującymi się do tradycyjnych uczynków miłosierdzia względem ciała oraz względem ducha. Gdy idzie o pokutę, Stolica Apostolska wskazuje na „ponowne odkrywanie pokutnej wartości piątku”. Tutaj idzie o powstrzymanie się w duchu pokuty przez jeden dzień od błahych rozrywek (także wirtualnych) oraz od zbędnej konsumpcji (w zgodzie z normami Kościoła i zaleceniami biskupów) – dodatkowo pod warunkiem przekazania „odpowiedniej sumy pieniędzy” ubogim. Wskazuje się też na możliwość wspierania dzieł o charakterze religijnym lub socjalnym, przy tym „zwłaszcza na rzecz obrony i ochrony życia na wszystkich jego etapach”, a także pomocy osobom w trudnej sytuacji.
Istnieje jeszcze kwestia ilości odpustów. Zasadniczo można uzyskać jeden odpust zupełny dziennie. Jednak na mocy decyzji papieskiej, można otrzymać dwukrotnie odpust zupełny tego samego dnia, obowiązujący jedynie za zmarłych.
Stolica Apostolska w dokumencie zachęca biskupów do tego, by zadbali o jasne wyjaśnienie reguł, a zatem wierni, którzy mają jakieś wątpliwości, winni skontaktować się z odpowiednią władzą kościelną.
Jako że możliwości uzyskania odpustu zupełnego za siebie i zmarłych jest w sumie naprawdę wiele, każdy katolik powinien z dużą łatwością znaleźć takie formy, z których będzie mógł skorzystać – i to nawet wielokrotnie. Rok Jubileuszowy to wyjątkowy czas łaski i przebaczenia. Warto wykorzystać drogę, którą wskazuje nam Kościół i stawać się poprzez nawrócenie coraz podobniejszym do Chrystusa (Ga 2, 20).
Paweł Chmielewski/PCh24.pl
+++
Papież Franciszek,
266-ty następca św. Piotra,
w Wielkanocny Poniedziałek,
odszedł z tego świata.
+++
Wieczny odpoczynek racz mu dać Panie, a światłość wiekuista niechaj mu świeci.
+++
Modlitwa za zmarłego papieża (z Mszału Rzymskiego)
Boże, któryś w niewypowiedzianej opatrzności chciał, aby sługa Twój Franciszek został zaliczony do grona arcykapłanów, spraw, prosimy Cię, aby ten, który na ziemi zajmował miejsce Twojego jednorodzonego Syna, na zawsze został przyłączony do wspólnoty Twoich świętych kapłanów. Przez tegoż Jezusa Chrystusa, Pana naszego.
Błogosławiona Matko,spójrz na swego sługę Franciszka, który szerzył nabożeństwo do Ciebie pod Twoim tytułem Maryjo, Rozwiązującej Węzły. Poprowadź go do światła nieba i wiecznego odpoczynku.
Święty Józefie, Patronie Kościoła Powszechnego, módl się za nami.
Święty Franciszku, módl się za nami.
Amen.
+++
Modlimy się również przed wyborem nowego papieża, aby Duch Święty obdarzył kardynałów mądrością i roztropnością w tym wielkanocnym okresie wybierając kolejnego 267 następcę św. Piotra, żeby był skałą czyli opoką na której Chrystus Pan zbudował swój jeden, święty, powszechny i apostolski Kościół.
***
fot. Grzegorz Gałązka/East News
***
Radio Watykańskie przekazało informację, że dziś zmarł papież Franciszek. Odszedł o godz. 7.35. Miał 88 lat. Franciszek rozwijał swoją oryginalną teologię duszpasterską, w której nauczanie i codzienne życie nie były wyizolowane, lecz ściśle ze sobą zespolone i interpretowane w świetle Ewangelii. Doskonale wyraził to będąc 35-letnim prowincjałem jezuitów: „Kiedy chcesz wiedzieć czego Kościół naucza – zwracasz się do magisterium, ale kiedy chcesz wiedzieć jak Kościół naucza – zwracasz się do wiernego Ludu. Magisterium może cię pouczyć kim jest Maryja, ale wierny Lud nauczy cię jak Maryję kochać”.
… pierwszym autorytetem duchowym dla Jorge Bergoglio była i pozostała jego babka Rosa, „fantastyczna kobieta o głębokiej wierze”, z którą spędził większość czasu swojego dzieciństwa. Rosa była cudownym przekazicielem wiary, ukazywała mu świętych, uczyła Różańca a także miłości do włoskiej literatury. Po święceniach kapłańskich 13 grudnia 1969 r. obecna na nich babka Róża wręczyła mu list, w którym napisała: „Tego pięknego dnia, kiedy możesz trzymać w konsekrowanej dłoni Chrystusa, naszego Zbawcę, i kiedy szeroka ścieżka głębszego apostolstwa otwiera się przed tobą zostawiam Ci ten skromny upominek, który posiada bardzo małą wartość materialną lecz wielką duchową”. Ten jej duchowy testament Franciszek trzymał w brewiarzu…
Papież Franciszek od 13 marca był 266. biskupem Rzymu. W chwili wyboru miał 76 lat. Wcześniej przez 16 lat był metropolitą swego rodzinnego miasta – Buenos Aires. Do 2011 przed dwie trzyletnie kadencje był przewodniczącym episkopatu swego kraju. Był pierwszym Argentyńczykiem i w ogóle mieszkańcem Ameryki, a także pierwszym jezuitą, który został wybrany na najwyższy urząd w Kościele katolickim. Również jako pierwszy przybrał imię Franciszek.
Katolicka Agencja Katolicka – 21 kwietnia 2025
+++
Testament papieża Franciszka
fot.Angelo Carconi/EPA/PAP
***
Miserando atque Eligendo
W Imię Przenajświętszej Trójcy. Amen.
Czując, że zbliża się zmierzch mojego życia ziemskiego, z żywą nadzieją na Życie Wieczne, pragnę wyrazić moją wolę w testamencie jedynie w odniesieniu do miejsca mojego pochówku.
Moje życie oraz posługę kapłańską i biskupią zawsze powierzałem Matce naszego Pana, Najświętszej Maryi Pannie. Dlatego proszę, aby moje doczesne szczątki spoczęły – oczekując dnia zmartwychwstania – w Bazylice Papieskiej Matki Bożej Większej.
Pragnę, by moja ostatnia ziemska droga zakończyła się właśnie w tym wielowiekowym sanktuarium maryjnym, do którego udawałem się na modlitwę na początku i na końcu każdej Podróży Apostolskiej, aby powierzyć ufnie moje intencje Niepokalanej Matce oraz dziękować za Jej czułą i macierzyńską opiekę.
Proszę, aby mój grób został przygotowany w niszy w nawie bocznej, pomiędzy Kaplicą Paulińską (Kaplicą Salus Populi Romani), a Kaplicą Sforzów we wspomnianej Bazylice Papieskiej, zgodnie z załączonym dokumentem.
Mój grób winien być w ziemi, prosty, bez szczególnego zdobienia, z jedynym napisem: Franciscus.
Koszty przygotowania mojego pochówku zostaną pokryte z kwoty od dobroczyńcy, którą przeznaczyłem na ten cel i którą należy przekazać Bazylice Papieskiej Matki Bożej Większej. Odpowiednie instrukcje w tej sprawie przekazałem Jego Ekscelencji Abp. Rolandasowi Makrickasowi, Komisarzowi Nadzwyczajnemu Kapituły Liberiańskiej.
Niech Pan obdarzy zasłużoną nagrodą tych, którzy mnie miłowali i nadal będą modlić się za mnie. Cierpienie, które stało się udziałem ostatniego etapu mojego życia, ofiarowałem Panu o pokój na świecie i braterstwo między narodami.
Dom Świętej Marty, 29 czerwca 2022 r.
FRANCISZEK
***
w dzień 20 kwietnia
Niedziela
Zmartychwstania Pańskiego
Uroczysta Msza święta
ogodz. 14.00
autor/źródło: AC,AC, Licencja:2/Opoka.pl
***
Liturgia Wielkiej Nocy przemawia na różne sposoby,
nawet kamieniem, który znajdował się u wejścia
do grobu Pana.
Niewiasty idąc drogą, tym kamieniem się martwiły –
“bo kto go nam odsunie”?
Jeszcze nie wiedziały, że zupełnie niepotrzebnie
taki ciężar niosły w sobie.
Każdy z nas też jest na tej drodze
i też dźwiga przeróżne ciężary, i to coraz większe,
bo już samo przemijanie
jestjak kamień:
twarde, zimne i nieubłagane.
Zechciej przyjąć na te święta Wielkiej Nocy życzenia,
żeby niepotrzebny głaz nie przygniatał już Twojej piersi,
żeby wreszcie rozpadł się mur
ułożony z kamieni obrazy,
żeby radość wróciła i już nie było kamiennej twarzy,
żeby zwątpienie zrodzone z niepotrzebnej trwogi
zobaczyło moc Zmartwychwstałego Pana,
który wszystkouczynił już nowe.
ks. Marian
***
III DZIEŃ NOWENNY DO BOŻEGO MIŁOSIERDZIA
***
21 KWIETNIA
Poniedziałek Wielkanocny
Msza świętao godz. 14.00
***
IV DZIEŃ NOWENNY DO BOŻEGO MIŁOSIERDZIA
zdjęcie ze strony: grupa modlitwy o. Pio/diecezja kaliska
***
Bogu niech będą dzięki za kolejny Boży dar Roku Pańskiego, Roku Jubileuszowego 2025, w którym jest nam dane przeżywać najważniejsze wydarzenie jakie miało miejsce w dziejach całego wszechświata, dzięki któremu żyjemy nieustannie zanurzeni w Bożym miłosierdziu.
Wejdźmy na drogę, którą przemierzali dwaj uczniowie zmierzający do miejscowości zwanej Emaus. Wydawało im się, że idą samotnie…
Pogrążeni w całkowitym zawiedzeniu i rozgoryczeniu wydarzeniami jakie miały miejsce w świętym mieście Jeruzalem. Ich upragniony i oczekiwany Mesjasz, jakim miał być Jezus z Nazaretu, nie tak wypełnił swoją misję, jak się oni spodziewali.
Odchodzą od miejsca umęczenia i ukrzyżowania Pana Jezusa nie wiedząc, że oto na tej swojej drodze ucieczki spotykają Nieznajomego, któremu opowiadają całą swoją gorycz a potem słuchają, jak Boży zamysł w szczegółach opisany w świętych Księgach wypełnił się i to dokładnie co do joty. I choć “oczy ich były wciąż niejako na uwięzi” – to jednak serca ich “pałały”.
Jak to dobrze, że przymusili, wciąż jeszcze Nierozpoznanego Towarzysza ich drogi, aby pozostał z nimi w miejscu do którego zdążali. Bo gdyby nie ich gościnność, z taką żarliwością wypowiedziana, pewnie nadal ich serca pozostałyby wypełnione rozczarowaniem.
Jak to dobrze, że tak usilnie prosili owego Nieznajomego, aby pozostał z nimi – bo w końcu zobaczyli kim ON jest naprawdę. Wystarczyło, że przełamał podany Mu chleb i nagle zniknął strach, zniknęło rozczarowanie, niczym mgła.
Mimo, że był już wieczór, późny wieczór, natychmiast powrócili do Jerozolimy, bo nie mogli nie opowiedzieć o spotkaniu z Jezusem, który rzeczywiście zmartwychpowstał.
Ci sami a jakże przemienieni – przekroczyli swoje ludzkie oczekiwania.
Niech Zmartwychwstały Pan sprawi, w Twoim i w moim sercu, też taką wielką przemianę.
Wystarczy tylko wypowiedzieć całą swoją niemoc z głębi swojego serca a potem uważnie słuchać co mówi TEN, który wciąż jeszcze do końca pozostaje NIEROZPOZNANYM a przecież ZAWSZE OBECNYM na drogach naszego ziemskiego “padołu”.
I choć nasze oczy też są tak często “na uwięzi” – wystarczy tylko zaprosić i to zaprosić tak usilnie, tak jak uczynił to Kleofas ze swoim towarzyszem drogi, do swojego Emaus …..
ks. Marian
Wieczerza w Emaus/Rembrandt
***
Wieczerza w Emaus /Rembrandt
***
ZMARTWYCHWSTAŁY PAN
***
Jadąc wiosenną porą wzdłuż budzących się do życia wrzosowych pól patrzę na maleńkie, dopiero co urodzone baranki porozrzucane na rozległych przestrzeniach uroczej Szkocji. Te maleństwa są takie bezbronne. I pomyśleć, że Pan Jezus jest takim barankiem. Liturgia przypomina tę prawdę, bo mówi o Baranku Wielkanocnym, który zgładził grzechy świata.
Dokonało się to poprzez Jego Mękę i Śmierć. W okresie Wielkiego Postu, a szczególnie w Wielkim Tygodniu Ewangelie opisywały bardzo dokładnie poszczególne etapy Drogi Krzyżowej. Ta Jezusowa śmierć – straszna, przeraźliwa, okropna – stwierdzona ponad wszelką wątpliwość tak przytłoczyła apostołów i najbliższe otoczenie, że oni nie tyle co zapomnieli o obietnicy zmartwychwstania, ile raczej znajdowali się w stanie zupełnej niemożliwości, aby uwierzyć w to, co mówił Chrystus o swoim powstaniu z martwych. Bo czym jest Zmartwychwstanie? Z czym porównać tę nieprawdopodobną i całkowicie niewyobrażalną nową rzeczywistość?
Ksiądz Biskup Jan Pietraszko w książce pt. „Po śladach Słowa Bożego” tłumaczy, że „wiara w zmartwychwstanie Chrystusa nie narodziła się z naiwnych pragnień, ani ze świadectwa ludzi, ani też ze świadectwa straży, ani z pogłosek, które roznosiły niewiasty, jak również nie ze świadectwa miłującej Go bardzo Magdaleny, ani z wieści krążących pomiędzy łatwowiernymi ludźmi; wiara w zmartwychwstanie wykształtowała się w pierwotnym Kościele z samego Jezusa Chrystusa, który przez częste ukazywanie się i słowo swoje uporczywie gruntował w świadomości swoich uczniów przekonanie, że naprawdę powstał z grobu i żyje”.
Dopiero z tych wielokrotnych spotkań narodziło się przekonanie i wiara, że Pan rzeczywiście żyje. Dlatego Piotr z całym przekonaniem mógł powiedzieć w domu centuriona w Cezarei: „Myśmy z Nim jedli i pili po Jego zmartwychwstaniu”. Tak więc św. Piotr i inni Apostołowie stali się świadkami Zmartwychwstania wobec całego świata. Na tym świecie głosili Ewangelię, to znaczy Dobrą Nowiną, która jest objawieniem Bożej Miłości. To Ona rządzi światem, a nie zło. To Ona daje każdemu człowiekowi prawdziwie życie, które jest życiem w pełni. Kościół czyta dziś słowa św. Pawła, że „razem z Chrystusem powstaliśmy z martwych”.
Każda epoka ma swoich świadków Zmartwychwstania. I jak pisze ks. Jerzy Chowańczak: „Nie ma tak ciemnej godziny, w której ukazuje się w całej pełni siła ‘tajemnicy nieprawości’, w której by jednocześnie nie zajaśniało w życiu ludzi światło zwycięstwa dobra nad złem”. Tę moc wiary Kościół poprzez wieki czerpie od Tego, który po trzech dniach swój grób pozostawił pusty. I odtąd Jezus daje swoje życie. Człowiek może w tym Bożym życiu uczestniczyć i uczestniczy. Jak wielu jest dziś świadków Zmartwychwstania, których życie zanurza się coraz bardziej w Życie Jezusa.
Uczestnicząc w dzisiejszej Liturgii Zmartwychwstania Pańskiego czy nie czuję się jakby przymuszonym, na podobieństwo owych pozbieranych z opłotków z Jezusowej przypowieści, których zaproszono na ucztę. Pan Jezus zechciał wybrać właśnie nas – i to też jest wielka tajemnica Bożego Miłosierdzia. Wybrał nas i zgromadził. Aby lepiej zrozumieć przeżywane Misterium zacytuję słowa, które powiedział kardynał Jean-Marie Lustiger: „Moc Boża, wbrew wszelkim naszym słabościom, niezdolności uwierzenia, wbrew naszym grzechom i ciemnościom, czyni z nas uczniów Jezusa, lud ‘żywych’, żyjący życiem, które nie do nas należy, ale które staje się naszym. W ten sposób jesteśmy jakby niesieni, unoszeni przez moc, która nas przerasta, a o której mamy świadczyć naszym braciom. Jesteśmy jak ci ślepcy porażeni światłem, którzy mają mówić, że światło istnieje”.
Panie Jezu Chryste spraw swoją mocą, abym całym moim życiem głosił, żeś zmartwychwstał, żeś prawdziwie zmartwychwstał.
ks. Marian
***
Świętowanie Wielkanocy można przedłużać, odprawiając Drogę Światła
Nabożeństwo Drogi Światła mówi o tym, że w centrum wiary chrześcijańskiej jest nie cierpienie, ale zmartwychwstanie.
WNIEBOWSTĄPIENIE, 1801, Benjamin West/Wikimedia
***
Kwiecień 2024 roku. Kilkadziesiąt osób idzie leśną drogą wśród budzącej się do życia przyrody. Zatrzymują się co jakiś czas i rozważają treść kolejnych stacji. Jeden z uczestników niesie zapalony paschał. Jest też krzyż, ale z przewieszoną przez jego ramiona czerwoną stułą – bo to nie Droga Krzyżowa, ale Droga Światła. To wciąż mało popularne nabożeństwo, podczas którego rozważa się zmartwychwstanie Pana Jezusa i wydarzenia, które nastąpiły później, takie jak spotkania ze Zmartwychwstałym czy Jego wniebowstąpienie.
Opisywane wydarzenie było rodzajem pielgrzymki rybnickiej wspólnoty Jezusa Miłosiernego do sanktuarium maryjnego w Rudach. – Bardzo dotykały mnie czytane fragmenty z Ewangelii i rozważania. To było takie pełniejsze zagłębienie się w życie Chrystusa – wspomina Agnieszka. Przez całą drogę szła obok krzyża i paschału, niosąc czerwony sztandar, symbolizujący Krew Chrystusa. – Cały czas trwało we mnie głębokie poczucie, że ogłaszamy i niesiemy miłość Jezusa dla innych. Z głoszeniem tej rzeczywistej i ostatecznej miłości byłabym w stanie zajść na koniec świata – zapewnia. Dziś, gdy wspomina tamto nabożeństwo, jej głos wciąż drży ze wzruszenia.
Przeżyć radość
Jan Paweł II pisał w 2000 roku w liście apostolskim Novo Millennio Ineunte, że „kontemplacja oblicza Chrystusa nie może zatrzymać się na wizerunku Ukrzyżowanego. Chrystus jest Zmartwychwstałym! (…) Właśnie w Chrystusa Zmartwychwstałego wpatruje się dziś Kościół”.
Rok później ukazało się „Dyrektorium o pobożności ludowej i liturgii”. Kongregacja Kultu Bożego i Dyscypliny Sakramentów zaleca w nim odprawianie nabożeństwa Drogi Światła. Autorzy dokumentu zauważają, że o ile Droga Krzyżowa (Via crucis) zwraca uwagę wiernych na mękę Chrystusa, o tyle Droga Światła (Via lucis) może koncentrować ich przeżycie na zmartwychwstaniu. „Przez metaforę drogi Via lucis przeprowadza nas bowiem od ukazania rzeczywistości cierpienia, które w planach Bożych nie jest czymś ostatecznym, do nadziei osiągnięcia prawdziwego przeznaczenia człowieka, którymi są wolność, radość i pokój. A są to owoce paschalne” – czytamy w dyrektorium.
Choć nabożeństwo jest znane od niedawna, nie jest całkiem pionierskim pomysłem. Podobne propozycje pojawiają się w modlitewnikach z XVII wieku, a jego zarys zawarł już w XVI wieku w „Ćwiczeniach duchownych” św. Ignacy Loyola. Założyciel zakonu jezuitów, tworząc schemat przyszłych rekolekcji ignacjańskich, zaproponował rozważanie kolejno miłości Bożej, ludzkiej grzeszności, życia Jezusa, męki Jezusa i wreszcie Jego zmartwychwstania. Ten ostatni punkt to swoisty prekursor Drogi Światła, który skłania do skupienia się na radosnych i pełnych chwały wydarzeniach między Wielkanocą a Wniebowstąpieniem.
Pasja i Pascha
W „Ćwiczeniach” święty zwraca uwagę, że im głębsze było doświadczenie „boleści wespół z Chrystusem pełnym boleści, udręki serca z Chrystusem udręczonym, łez i męki wewnętrznej z powodu tak wielkiej męki, którą Chrystus wycierpiał za mnie”, tym pełniejsze może być przeżycie „wesela i silnej radości z powodu tak wielkiej chwały i radości Chrystusa, naszego Pana”. W ten sposób mistrz życia duchowego podkreślił, że w centrum wiary chrześcijańskiej nie jest męka Zbawiciela, ale Jego zmartwychwstanie.
O tym właśnie mówi nabożeństwo Drogi Światła, które jest naturalną kontynuacją i uzupełnieniem Drogi Krzyżowej. – To cenne, bo w naszej tradycyjnej religijności ciągle istnieje przewaga pasyjnej pobożności nad pobożnością paschalną. Warto więc stawiać akcent na tę radosną wielkanocną pobożność, bo wydaje mi się, że jej nam, szczególnie w Polsce, brakuje – zauważa ks. prof. dr hab. Jan Kochel, propagator Drogi Światła. Przypomina, że chrześcijaństwo jest religią zwycięstwa, a nie porażki. – Dlatego warto to nabożeństwo popularyzować. Może ono się okazać atrakcyjne również dla młodych ludzi. Oni są zawsze otwarci na coś nowego, jeśli więc będzie to dobrze zorganizowane i przygotowane pod względem treściowym i formalnym, z dobrym opracowaniem muzycznym, to może trafić do ich serc – uważa duchowny. Z jego obserwacji wynika, że nabożeństwo dobrze przyjmuje się w środowisku akademickim. – Tam się to zresztą rozwinęło, poczynając od Rzymu, a potem przez różne środowiska rozeszło się po świecie. W Polsce mocno zaangażowany jest w to kardynał Ryś, który rozwija nabożeństwo w swojej diecezji. Jego propozycje Drogi Światła są bardzo ciekawe – zaznacza.
Różne formy
Forma Drogi Światła może być różna. Podczas nabożeństwa, podobnie jak w czasie Drogi Krzyżowej, „wierni idą w procesji, rozważając różne ukazania się Chrystusa od Jego zmartwychwstania aż do wniebowstąpienia w perspektywie Paruzji” – informuje dyrektorium.
Typowa Droga Światła nawiązuje do Drogi Krzyżowej układem czternastu stacji, choć czasami proponuje się ich mniej. – Stacje skupiają się wokół spotkań Jezusa z różnymi postaciami. To mamy w Biblii, zwłaszcza w Ewangelii. To nabożeństwo jest w fazie rozwoju, więc schemat nie jest jeszcze tak sztywny jak w przypadku Drogi Krzyżowej – wyjaśnia ks. Kochel. Wskazując na ignacjańskie inspiracje Drogi Światła, zwraca uwagę, że Ignacy sugeruje na przykład rozważanie spotkania Zmartwychwstałego z Matką Bożą. – O tym nie ma wzmianki w Piśmie Świętym, ale intuicja, że takie spotkanie miało miejsce, od dawna jest w Kościele żywa. Rozwija to Jan Paweł II w swoich katechezach, gdzie wprost stwierdza, że nie wyobraża sobie, żeby Zmartwychwstały nie spotkał się ze swoją Matką. Dlatego rozważanie tej sceny w Drodze Światła jest proponowane bardzo często – zauważa ks. Jan Kochel. Wskazuje, że analogicznie w Drodze Krzyżowej rozważamy spotkanie Jezusa z Weroniką, choć Biblia o tym nie wspomina.
– Na stronie Szkoły Słowa Bożego (ssb24.pl) mamy kilka propozycji rozważań Drogi Światła. Każdą z nich otwiera właśnie spotkanie Jezusa z Matką, bo z pewnością Maryja była pierwszą osobą, którą odwiedził po zmartwychwstaniu – tłumaczy.
Kolejne stacje w jednej z opcji to m.in. rozważanie ukazania się Zmartwychwstałego niewiastom, potem Marii Magdalenie, następnie Piotrowi i uczniom idącym do Emaus. Ostatnia stacja, czternasta, to: „Zmartwychwstały ukazuje się apostołom w dniu wniebowstąpienia”.
„Via lucis w społeczeństwach naznaczonych »kulturą śmierci«, niosącą lęk i unicestwienie, jest bodźcem do odnowy »kultury życia«, tzn. kultury otwartej na nadzieję i pewność wiary” – czytamy w watykańskim „Dyrektorium o pobożności ludowej i liturgii”. Droga Światła przypomina chrześcijanom, że w Chrystusie są zwycięzcami już tu, na Ziemi, a to dopiero zapowiedź nieprzemijającego szczęścia, które nam przygotowano.
Franciszek Kucharczak/Gość Niedzielny
***
Aby Matka Boża była coraz bardziej znana, miłowana i uwielbiana!
„Różaniec Święty, to bardzo potężna broń.
Używaj go z ufnością, a skutek wprawi cię w zdziwienie”.
(św. Josemaria Escriva do Balaguer)
fot.wiseGeek
*****
Intencja Żywego Różańca
na miesiąc kwiecień 2025
Intencjapapieska:
*Módlmy się, aby korzystanie z nowych technologii nie zastępowało relacji międzyludzkich, szanowało godność człowieka i pomagało stawić czoła kryzysom naszych czasów.
* za naszych kapłanów, aby dobry Bóg umacniał ich w codziennej posłudze oraz o nowe powołania do kapłaństwa i życia konsekrowanego.
* W tym szczególnym miesiącu kiedy 2 kwietnia wspominamy 20 rocznicę zakończenia niezwykłego pontyfikatu św. Jana Pawła II a 30 kwietnia 25 rocznicę kiedy kanonizował siostrę Faustynę i ogłosił święto Bożego Miłosierdzia na trzecie tysiąclecie wiary, dobrze jest modlić się słowami tego największego z rodu Polaków:
Ty zaś, Faustyno, darze Boga dla naszej epoki, darze polskiej ziemi dla całego Kościoła, wyjednaj nam, abyśmy mogli pojąć głębię Bożego Miłosierdzia, pomóż nam, abyśmy osobiście go doświadczyli i świadczyli o nim braciom. Twoje orędzie światłości i nadziei niech się rozprzestrzenia na całym świecie, niech przynagla grzeszników do nawrócenia, niech uśmierza spory i nienawiści, niech uzdalnia ludzi i narody do czynnego okazywania braterstwa. My dzisiaj, wpatrując się razem z tobą w oblicze zmartwychwstałego Chrystusa, powtarzamy twoją modlitwę ufnego zawierzenia i mówimy z niezłomną nadzieją: „Jezu, ufam Tobie”.
Intencja dodatkowa dla Róży Matki Bożej Częstochowskiej (II), św. Moniki i bł. Pauliny Jaricot:
* Rozważając drogi zbawienia w Tajemnicach Różańca Świętego prosimy Bożą Matkę, aby wypraszała u Syna swego a Pana naszego Jezusa Chrystusa właściwe drogi życia dla naszych dzieci.
***
Intencja dla małżonków w Róży bł. Kard. Stefana Wyszyńskiego:
*Wysławiamy Boga w Trójcy Jedynego, że zostaliśmy stworzeni na Boże podobieństwo, aby stanowić wspólnotę życia i miłości. Żebyśmy mogli zawsze trwać razem i w radościach i trudach życia, dlatego prosimy Cię Miłosierny Boże o łaskę umacniania naszego małżeńskiego przymierza poprzez ciągłe ożywianie wzajemnej miłości.
***
W tym miesiącu możemy uzyskaćodpust zupełny:
20 kwietnia w Uroczystość Zmartwychwstania Pańskiego
***
Od 1 kwietnia 2025 modlimy się kolejnymi Tajemnicami Różańca Świętego i w intencjach wyznaczonych na ten miesiąc, które otrzymaliście na maila 31 marca 1925 z adresu e-rozaniec@kosciol.org (jeśli ktoś z Was nie dostał maila na ten miesiąc, proszę o kontakt z Zelatorem Róży, albo na adres rozaniec@kosciolwszkocji.org)
***
Obecnie mamy 20 Róż Żywego Różańca. Bardzo serdecznie zachęcamy Rodziców, aby ich dzieci zechciały dołączyć do Wspólnoty Żywego Różańca. Patronami tej 21 Róży będą dzieci fatimskie. Módlmy się też w intencji, aby dotąd nieprzekonani mogli się przekonać jak skuteczną i tym samym jak bardzo potrzebną jest dziś modlitwa różańcowa.
***
Adobe Stock
***
KOMUNIĘ ŚWIĘTĄ przyjmujemy z należytym uszanowaniem do ust albo na rękę – wtedy CIAŁO PAŃSKIE spożywamy w obecności kapłana. Przyjmując KOMUNIĘ ŚWIĘTĄ – na słowa kapłana: CIAŁO CHRYSTUSA – odpowiadamy: AMEN.
***
Co oznacza nasze „Amen”, które wypowiadamy podczas Komunii św. przyjmując „Ciało Chrystusa”?
Kapłanowi, który rozdając Eucharystię mówi tobie: „Ciało Chrystusa”, odpowiadasz: „Amen” – to znaczy uznajesz łaskę i zaangażowanie, jakie pociąga za sobą stanie się Ciałem Chrystusa. Gdy przyjmujesz bowiem Eucharystię, stajesz się Ciałem Chrystusa. To bardzo piękne! Komunia, jednocząc nas z Chrystusem, wyrywając z naszego egoizmu, otwiera nas i jednoczy ze wszystkimi, którzy są jedno w Nim. Oto cud Komunii Świętej: stajemy się Tym, Którego otrzymujemy!
Benedykt XVI –Jan Paweł II – Wielki Tydzień 2004
***
“Ten kto MNIE spożywa, będzie żył przez MNIE” (J 6,57)
„Wiara Kościoła jest istotową wiarą eucharystyczną, a więc sakramentalną, i karmi się ona w szczególny sposób przy stoleEucharystii”. (papież Benedykt XVI)
***
Wielka Sobota
Roku Pańskiego 2025
Wigilia Paschalna w Wielką Noc
o godz. 22.30
***
–święcenie pokarmów na wielkanocne śniadanie: o godz.12.00 i 15.00
Starożytna homilia na Świętą i Wielką Sobotę, którą czytamy w wielkosobotniej Godzinie Czytań to poruszający tekst o zstąpieniu Pana do Otchłani.
Co się stało? Wielka cisza spowiła ziemię; wielka na niej cisza i pustka. Cisza wielka, bo Król zasnął. Ziemia się przelękła i zamilkła, bo Bóg zasnął w ludzkim ciele, a wzbudził tych, którzy spali od wieków. Bóg umarł w ciele, a poruszył Otchłań.
Idzie, aby odnaleźć pierwszego człowieka, jak zgubioną owieczkę.
Pragnie nawiedzić tych, którzy siedzą zupełnie pogrążeni w cieniu śmierci; aby wyzwolić z bólów niewolnika Adama, a wraz z nim niewolnicę Ewę, idzie On, który jest ich Bogiem i synem Ewy.
Przyszedł więc do nich Pan, trzymając w ręku zwycięski oręż krzyża. Ujrzawszy Go praojciec Adam, pełen zdumienia, uderzył się w piersi i zawołał do wszystkich: “Pan mój z nami wszystkimi!” I odrzekł Chrystus Adamowi: “I z duchem twoim!” A pochwyciwszy go za rękę, podniósł go mówiąc: “Zbudź się, o śpiący, i powstań z martwych, a zajaśnieje ci Chrystus.
Oto Ja, twój Bóg, który dla ciebie stałem się twoim synem. Oto teraz mówię tobie i wszystkim, którzy będą twoimi synami, i moją władzą rozkazuję wszystkim, którzy są w okowach: Wyjdźcie! A tym, którzy są w ciemnościach, powiadam: Niech zajaśnieje wam światło! Tym zaś, którzy zasnęli, rozkazuję: Powstańcie!
Tobie, Adamie, rozkazuję: Zbudź się, który śpisz! Nie po to bowiem cię stworzyłem, abyś pozostawał spętany w Otchłani. Powstań z martwych, albowiem jestem życiem umarłych. Powstań ty, który jesteś dziełem rąk moich. Powstań ty, który jesteś moim obrazem uczynionym na moje podobieństwo. Powstań, wyjdźmy stąd! Ty bowiem jesteś we Mnie, a Ja w tobie, jako jedna i niepodzielna osoba.
Dla ciebie Ja, twój Bóg, stałem się twoim synem. Dla ciebie Ja, Pan, przybrałem postać sługi. Dla ciebie Ja, który jestem ponad niebiosami, przyszedłem na ziemię i zstąpiłem w jej głębiny. Dla ciebie, człowieka, stałem się jako człowiek bezsilny, lecz wolny pośród umarłych. Dla ciebie, który porzuciłeś ogród rajski, Ja w ogrodzie oliwnym zostałem wydany Żydom i ukrzyżowany w ogrodzie.
Przypatrz się mojej twarzy dla ciebie oplutej, bym mógł ci przywrócić ducha, którego niegdyś tchnąłem w ciebie. Zobacz na moim obliczu ślady uderzeń, które zniosłem, aby na twoim zeszpeconym obliczu przywrócić mój obraz.
Spójrz na moje plecy przeorane razami, które wycierpiałem, aby z twoich ramion zdjąć ciężar grzechów przytłaczających ciebie. Obejrzyj moje ręce tak mocno przybite do drzewa za ciebie, który niegdyś przewrotnie wyciągnąłeś swą rękę do drzewa.
Snem śmierci zasnąłem na krzyżu i włócznia przebiła mój bok za ciebie, który usnąłeś w raju i z twojego boku wydałeś Ewę, a ta moja rana uzdrowiła twoje zranienie. Sen mej śmierci wywiedzie cię ze snu Otchłani. Cios zadany Mi włócznią złamał włócznię skierowaną przeciw tobie.
Powstań, pójdźmy stąd! Niegdyś szatan wywiódł cię z rajskiej ziemi, Ja zaś wprowadzę ciebie już nie do raju, lecz na tron niebiański. Zakazano ci dostępu do drzewa będącego obrazem życia, ale Ja, który jestem życiem, oddaję się tobie. Przykazałem aniołom, aby cię strzegli tak, jak słudzy, teraz zaś sprawię, że będą ci oddawać cześć taką, jaka należy się Bogu.
Gotowy już jest niebiański tron, w pogotowiu czekają słudzy, już wzniesiono salę godową, jedzenie zastawione, przyozdobione wieczne mieszkanie, skarby dóbr wiekuistych są otwarte, a królestwo niebieskie, przygotowane od założenia świata, już otwarte”.
+++
Wielki Piątek
Liturgia Męki Pańskiej
o godz. 20.00
– po Liturgii jest możliwość spowiedzi św.
–w ten dzień obowiązuje post i abstynencja
–dziś rozpoczyna się pierwszy dzieńNowenny do Bożego Miłosierdzia, który jest jednym z największych darów naszych czasów.
+++
Co się wydarzyło w Wielkim Tygodniu? Męka i śmierć Chrystusa
(źródło: brooklynmuseum.org)
***
Wielki Piątek określa się mianem Parasceve, czyli dzień przygotowania do szabatu. Było to jednocześnie Święto Paschy, które dzięki Chrystusowi nabrało nowego znaczenia. Odtąd będzie ono wspominać już nie tylko przejście Izraelitów przez Morze Czerwone, lecz również Jego przejście ze śmierci do życia.
Sanhedryn z samego rana oficjalnie wydał wyrok śmierci na Jezusa. Jednak według prawa żydowskiego tylko Piłat jako namiestnik Judei mógł skazywać na śmierć. Żydzi odesłali więc Jezusa do niego, ale ten nie zobaczył w Nim żadnej winy. A ponieważ dowiedział się, że Jezus pochodził z Galilei, w jego głowie zrodziła się myśl przeniesienia odpowiedzialności na Heroda, który był władcą tej prowincji. Liczył, że jeśli odeśle Chrystusa do niego, to ten skaże Go na śmierć. Herod jednak okazał się sprytny i uniknął podjęcia wyroku, używając jedynie okazji spotkania z Jezusem by zakpić z Niego. Wreszcie Piłat, bojąc się ludu, skazał Chrystusa na ubiczowanie. Ale Żydów to nie zadowoliło; domagali się wyroku śmierci. Piłat zatem umył ręce i wydał wyrok śmierci na Chrystusa.
Mimo iż to Żydzi uparcie domagali się śmierci Chrystusa, Piłat też jest winien „Krwi tego Sprawiedliwego”. To on zgodnie z prawem rzymskim wydał wyrok na Chrystusa, a presja tłumu nie usprawiedliwia jego działania. Sam przyznał: Żadnej winy w Nim nie znajduję (J 18,38), a mimo to wydał Go na śmierć w celu zadowolenia tłumu. Na koniec jeszcze umył ręce na znak niewinności. Był to jednak tylko pusty gest, bo jego serce już zostało splamione.
Przed śmiercią Jezus musiał jeszcze sam wnieść ciężki krzyż na górę Kalwarię. Żydzi jednak – jak mówi św. Jan Chryzostom – sami krzyża nie dotykali, bo uważali krzyż za coś nieczystego i nie chcieli splamić się przed szabatem. Niesienie krzyża przez Jezusa było już zapowiedziane w Starym Testamencie, kiedy to Izaak idąc pod górę niósł drewno, na stosie którego miał być złożony w ofierze. I tak jak baranek został zabity za Izaaka, tak teraz niewinny Baranek odda życie na odkupienie całej ludzkości.
Ukrzyżowanie Chrystusa odbyło się w południe. Umieszczono Go między dwoma łotrami, aby się wypełniło Pismo: Między złoczyńców został zaliczony (Iz 53,12). Wisząc na krzyżu, nawrócił jeszcze jednego z nich. Św. Augustyn mówi, że Chrystus znalazł się między dwoma złoczyńcami jako Sędzia. Jednemu z nich – temu po prawej stronie – darował winę na widok jego skruchy.
Na krzyżu Chrystusa żołnierze umieścili tabliczkę z powodem winy: „Jezus Nazarejczyk, Król Żydowski”, bowiem według Piłata jedyną Jego winą było to, że uważał się za króla.
Zbawiciel konał na krzyżu przez 3 godziny, by o godzinie 15-tej umrzeć. Ewangeliści cytują 7 zdań wypowiedzianych przez Niego na krzyżu:
– Ojcze, przebacz im, bo nie wiedzą, co czynią (Łk 23,34)
– Zaprawdę, powiadam ci: Dziś ze Mną będziesz w raju (Łk 23,43)
– Niewiasto, oto syn Twój. (…) Oto Matka twoja (J 16,26-27)
– Ojcze, w Twoje ręce powierzam ducha mojego (Łk 23,46)
– Wykonało się! (J 19,30)
Po śmierci złożono Jego Ciało o grobu bardzo szybko, by zdążyć przed rozpoczynającym się za kilka godzin szabatem.
źródło: Św. Jan Chryzostom, Homilie na Ewangelię według św. Jana
Św. Augustyn, Homilie na Ewangelię według św. Jana
PCh24.pl
+++
Wielki Piątek zostawia nas nagle samych na środku drogi… Zapada cisza
Te godziny, które dzieliły świat od śmierci do zmartwychwstania musiały być czasem niepojętego napięcia…
fot. Agnieszka Bugała/Tygodnik Niedziela
***
Święte Triduum to dni wielkiej Obecności i… Nieobecności Jezusa. Tajemnica Wielkiego Czwartku – z ustanowieniem Eucharystii i kapłaństwa – wciąga nas w przepastną ciszę Ciemnicy. Wielki Piątek, po straszliwej Męce Pana, zostawia nas nagle samych na środku drogi. Zapada cisza, która gęstnieje. Mrok, w którym nie ma Światła. Wielka Sobota – serce nabrzmiewa od strachu, oczekiwanie zadaje ból fizyczny. Wróci? Przyjdzie? Czy dobrze to wszystko zrozumieliśmy? Święte Triduum – dni, których nie można przegapić. Dni, które trzeba nasączyć modlitwą i trwaniem przy Jezusie.
Wielki Piątek z bł. Aleksandriną Marią da Costą:
Musiało być bardzo cicho. Woń olejków mieszała się z wonią Ciała. Przenikały je, a Ono karmiło je zapowiedzią zmartwychwstania. I było pusto. Te godziny, które dzieliły świat od śmierci do zmartwychwstania musiały być czasem niepojętego napięcia. Ziemia, z ludźmi małej wiary, nawet w połowie nie zdawała sobie sprawy z tajemnicy oczekiwania, w której zastygło niebo. Przeszedł. Pokonał. Zwyciężył. Przepłynął wieczność w tę i z powrotem na kruchym kawałku krzyżowego drewna. Sam. I wrócił, aby żaden człowiek, nigdy więcej, nie wyruszał w tę podróż bez Przewodnika…
Bł. Aleksandrina była jedną z największych mistyczek XX w. Jej duchowa historia zaczyna się w wieku 14 lat, gdy chcąc uchronić się przed gwałtem skacze przez okno z wysokości czterech metrów. Następstwem upadku jest postępujący paraliż. Przez 30 lat nie może o własnych siłach wstać z łóżka. Opuszcza je tylko na czas mistycznych ekstaz, aby przez cztery lata, co piątek, czyli 182 razy, pomimo paraliżu, w niewytłumaczalny sposób wstać z łóżka i przez 3,5 godziny odprawiać Drogę Krzyżową. „Będziesz kochać, cierpieć i wynagradzać” – taki program życia wyznaczył jej sam Jezus.
Aleksandrina przez całe życie powtarzała, że Jezus, pozostając między ludźmi w Eucharystii, stał się „więźniem tabernakulum”. „Dotrzymuj Mi towarzystwa w Najświętszym Sakramencie. Pozostaję w tabernakulum w dzień i w nocy, czekając, by obdarzyć miłością i łaską wszystkich tych, którzy Mnie odwiedzą. Ale nie ma ich wielu. Jestem tak opuszczony, samotny i obrażany… Wybrałem ciebie, byś dotrzymywała Mi towarzystwa w tym małym azylu”. Siostra bł. Aleksandriny, jej duchowa sekretarka, pisała o jednej z przeżytych przez Błogosławioną Dróg Krzyżowych: „Agonia w Ogrójcu trwała bardzo długo i była straszna… Słychać było jęki z głębi serca i od czasu do czasu szlochanie. Ale biczowanie i cierniem ukoronowanie to dopiero! Biczowana była na kolanach, z rękami jakby związanymi. Podłożyłam jej pod kolana poduszkę, ale usunęła się z niej, nie chciała. Jej kolana są w opłakanym stanie… Uderzeń biczami było co najmniej 5311. Ileż to trwało! Tyle razy mdlała! Uderzeń w głowę trzciną w koronę cierniową było 2391. Kiedy cierniem ukoronowanie dobiegło końca, był to istny trup…”.
Agnieszka Bugała/Tygodnik Niedziela
+++
Odpusty Wielkiego Postu, Triduum Paschalnego i Wielkiej Nocy
Graziako/Tygodnik Niedziela
***
Warunki konieczne do uzyskania odpustu zupełnego są następujące:
* modlitwa w intencjach papieskich (Ojcze nasz… i Zdrowaś Maryjo… lub inna dowolna wybrana przez wiernego)
* wykluczenie wszelkiego przywiązania do jakiegokolwiek grzechu, nawet powszedniego
DROGA KRZYŻOWA
Odpustu zupełnego udziela się wiernemu, który pobożnie odprawi nabożeństwo Drogi Krzyżowej albo zjednoczy się pobożnie z nabożeństwem Drogi Krzyżowej sprawowanym przez Ojca Świętego i bezpośrednio przekazywanym za pomocą radia, telewizji lub Internetu. Co do uzyskania tego odpustu określa się następujące warunki:
* Nabożeństwo należy odprawić przed stacjami Drogi Krzyżowej prawnie erygowanymi zgodnie z przepisami liturgicznymi Kościoła. Do erygowania zaś Drogi krzyżowej wymaga się 14 krzyży, przy których zwykle zamieszcza się, z pożytkiem duchowym dla wiernych, tyleż wizerunków przedstawiających stacje jerozolimskie.
* Według powszechnego zwyczaju, Droga krzyżowa składa się z 14 pobożnych czytań, do których dodaje się wezwania modlitewne. Jednak dla odprawienia Drogi krzyżowej wymaga się tylko pobożnego rozważania Męki i śmierci Pana Jezusa. Nie jest konieczne rozważanie poszczególnych tajemnic każdej stacji.
* Wymaga się przechodzenia od jednej stacji do drugiej. Jeżeli jednak tę pobożną praktykę odbywa się publicznie i wszyscy nie mogą się przemieszczać od stacji do stacji bez niedogodności, wystarczy, gdy do poszczególnych stacji przechodzi prowadzący, a inni uczestnicy pozostają na swoich miejscach.
* Wierni, którzy mają prawnie uzasadnioną przeszkodę w odprawianiu Drogi Krzyżowej mogą uzyskać odpust zupełny, jeśli przynajmniej przez kwadrans będą pobożnie czytać i rozważać mękę i śmierć Pana naszego, Jezusa Chrystusa.
* Inne praktyki, polegające na rozważaniu męki i śmierci Pana Jezusa w 14 stacjach, zatwierdzone przez kompetentną władzę kościelną, mogą być przyrównane do Drogi krzyżowej, także co do zyskania odpustów.
GORZKIE ŻALE
Za udział w tym nabożeństwie można uzyskać odpust zupełny raz w tygodniu (zazwyczaj Gorzkie żale są śpiewane we wszystkie niedziele Wielkiego Postu).
REKOLEKCJE
Odpustu zupełnego udziela się wiernemu, który przynajmniej przez pełne trzy dni będzie uczestniczyć w rekolekcjach.
WIELKI CZWARTEK
Odpustu zupełnego udziela się wiernemu, który adoruje Najświętszy Sakrament w Wielki Czwartek podczas wystawienia Najświętszego Sakramentu po Mszy Wieczerzy Pańskiej, połączonej z pobożnym odmówieniem hymnu: Przed tak wielkim Sakramentem wraz z modlitwą (hymn ten jest zawsze odmawiany lub śpiewany wspólnie przez wiernych w kościołach parafialnych, uczestniczących w liturgii Wielkiego Czwartku, a modlitwę odmawia kapłan).
KAŻDY PIĄTEK WIELKIEGO POSTU I WIELKI PIĄTEK
* Odpustu zupełnego udziela się wiernemu, który przyjmie Komunię Świętą w jakikolwiek piątek Wielkiego Postu, także w Wielki Piątek, połączoną z odmówieniem przed wizerunkiem Pana Jezusa Ukrzyżowanego modlitwy: Oto ja, o dobry i najsłodszy Jezu.
* Odpustu zupełnego udziela się wiernemu, który pobożnie będzie uczestniczyć w adoracji Krzyża w czasie uroczystej celebracji Pamiątki Męki i Śmierci Pana w Wielki Piątek.
WIELKA SOBOTA
Odpustu zupełnego udziela się wiernemu, który w czasie liturgii Wigilii Paschalnej, czyli w Wielką Sobotę wieczorem, odnowi przyrzeczenia chrzcielne.
WIELKANOC
Odpustu zupełnego udziela się wiernemu, który pobożnie przyjmuje błogosławieństwo udzielone przez papieża Urbi et orbi (Miastu i światu); również wtedy, gdy ze słusznej przyczyny nie uczestniczył fizycznie w liturgicznych obrzędach tylko pobożnie śledził same obrzędy w bezpośredniej transmisji przez media.
Msza święta z ceremonią poświęcenia palm o godz. 14.00
fot. cactusvstudio/Freepik
***
Niedziela Palmowa. „Powinna nas przebudzić, otrząsnąć i zszokować”
Niedziela potężnych skrajności i niewiarygodnego rozdarcia: od euforii po nienawiść, od uwielbienia po odrzucenie, od tłumu po samotność
Każda Niedziela Palmowa, a dokładniej Niedziela Męki Pańskiej niesie ze sobą wiele tajemnic. Osobiście za każdym razem przeżywam ją inaczej. Każdy rok daje nam mnóstwo możliwości, by przeżyć ten czas na różny sposób, a tym samym, by zobaczyć te wydarzenia od innej strony.
Zatrzymaj się
Kościół w tym dniu wyjątkowo proponuje nam dwa opisy ewangeliczne. Pierwszy fragment Ewangelii czytany jest na początku liturgii, gdy ma się rozpocząć procesja z palmami – słuchamy wtedy opisu uroczystego wjazdu do Jerozolimy. Lud pełen radości i entuzjazmu wita wjeżdżającego na osiołku Jezusa. Po wysłuchaniu tych słów jesteśmy zaproszeni, by również wziąć udział w procesji na wzór tamtej opisanej przez Ewangelistę – Jezusa reprezentuje tu celebrans.
Z radością, która wypełnia nasze serca i euforią, że Jezus jest pośród nas, Kościół nagle, bez większych wstępów i wprowadzeń zaprasza nas w klimat Męki Pańskiej. Wielka radość nagle zostaje zamieniona w powagę i smutek, z wrzawy wchodzimy w zasłuchanie i zapatrzenie się na Jezusa – nie ma już palemek i osiołka, a jest krzyż. Radosny krzyk „hosanna” zamieniony jest w nienawistny ryk „na śmierć z Nim, ukrzyżuj Go!”
Od triumfalnego wyjazdu po ból Golgoty
Ta niedziela mieści się w tych dwóch wielkich ramach: od uroczystego, triumfalnego wjazdu po przeszywającą od bólu pustkę na Golgocie i samotność przy grobie. To niedziela krzyku dochodzącego do Nieba, by obwieścić triumfalny wjazd i krzyku w tajemnicy Krzyża i ogromnego bólu. To jest niedziela potężnych skrajności i niewiarygodnego rozdarcia. Od euforii po nienawiść, od uwielbienia po odrzucenie, od tłumu po samotność. To jest czas, który powinien nas przebudzić, otrząsnąć i zszokować. Tu nie ma miejsca na rutynę, na kopiowanie wyuczonych już doświadczeń czy cukierkowato-jarmarcznych procesji czy może spacerów z kolorowymi palmami. Tu trzeba otworzyć szeroko swoje serce i zobaczyć potężne pęknięcie jakie uczynił w nim nasz grzech. Tu nie wystarczy pomachać palmą nawet największą, bo zrobioną na konkurs ogłoszony w parafii, ale trzeba się zatrzymać i zawołać z całego serca, z popękanych głębin bezradności – hosanna, czyli zbaw mnie Panie, zbaw mnie Jezu, potrzebuję Ciebie!
Trzeba otworzyć szeroko swoje serce i zobaczyć potężne pęknięcie jakie uczynił w nim nasz grzech. Trzeba się zatrzymać i zawołać z całego serca, z popękanych głębin bezradności – hosanna, czyli zbaw mnie Panie, zbaw mnie Jezu, potrzebuję Ciebie!
To także nasza historia
Codzienna liturgia Kościoła, ale chyba najbardziej liturgia Wielkiego Tygodnia, pokazuje nam ludziom wierzącym, że to, czego Jezus doświadczył przez całe życie na ziemi, a szczególnie w ostatnim tygodniu, gdy przebywał w Jerozolimie jest wpisane w ludzką codzienność. Jego życie, Jego droga, Jego historia jest moją, twoją, naszą drogą, życiem i historią lub lepiej ująć to tak, że nasza droga jest naznaczona Jego drogą – On już tędy przeszedł i nasza historia dzięki Jezusowi jest historią zbawienia, historią świętą. Doświadczenie liturgii Niedzieli Męki Pańskiej, a potem codziennej liturgii Wielkiego Tygodnia jest doświadczeniem opisującym rozdzierane codziennie ludzie serce.
Ten czas w Kościele, który nazywamy Wielkim Tygodniem ma nam na nowo i z wielką siłą przypomnieć, że nie jesteśmy sami. O tym tak dobitnie słyszymy już w liturgii Słowa w piątym tygodniu Wielkiego Postu, gdy Jezus w Ewangelii Janowej kilkakrotnie przypomina, że nie jest sam – w Jezusie nie jesteśmy sami. Dobry, troskliwy Ojciec czuwa nad nami. Każdy dzień Wielkiego Postu nas do tego momentu przypominał, a kulminacją doświadczenia bliskości, troski i opieki nad nami będzie Triduum Paschalne z rozświetlającą ciemności swoim blaskiem Wigilia Paschalna. Wszystko, czyli nie tylko 40 dni postu, ale całe nasze życie zmierza i zwrócone jest w kierunku jednej liturgii i z niej wszystko się rodzi, tu wszystko się zaczyna. Liturgia Wigilii Paschalnej zwraca nasze serca na wieczną liturgię, liturgię Paschalnego Baranka w Królestwie Bożym do którego zdążamy i na którą zaprasza nas sam Jezus.
Tylko świadomość, a może nawet bardziej doświadczenie tego w swoim życiu sprawia, że nie tylko jestem gotów przejść przez Wielki Post, ale przede wszystkim jestem gotów i nie boję się tego, co przynosi mi życie. Gdy widzę, że Jezus krok w krok przeszedł już wcześniej to, co teraz ja przechodzę to nie boję się w to wejść, nie chcę się cofać, nie chcę uciekać, ale wytyczoną drogą przez Jezusa otwieram się na potęgę zwycięstwa Boga. To też pomaga mi przejść przez moje upadki i niedoskonałości. Nawet, gdy coś mi się nie uda to pozwolę podnieść się Temu, którego moc udoskonala się w mojej słabości.
Rozpoczyna się coś ważnego
Zanim zapadnie cisza Triduum Paschalnego, nim zanurzymy się w Jego rany i ucałujemy znak naszego odkupienia dokonuje się w nas rozdarcie. Nim dokona się Pascha Chrystusa i nasza pascha musi dokonać się śmierć – Jego i nasza. To musi się dokonać i wydarzyć, by rzeczywiście przeżyć i doświadczyć namacalnie radości Wielkiej Nocy i pustego Grobu.
Teraz jest czas, by swoje rany, ból, cierpienie, chorobę, samotność, opuszczenie czy zdradę złożyć z Jezusem. Teraz jest czas, by oddać Mu rozdarte i pęknięte serce. Jego serce też pękło z miłości do mnie.
Za chwilę rozpocznie się Wielki Tydzień. Rozpoczyna się coś bardzo ważnego w liturgii Kościoła i w naszym życiu. Na drodze w centrum stoi Krzyż, a tuż za nim czeka na nas zwycięstwo. Jeżeli chcesz zwyciężyć, nie uciekaj od cierpienia. Im bardziej boli, tym bliżej zwycięstwa jesteś. Ten, kto ucieka od Krzyża – przegrywa. Ten, kto dzieli swoje życie z Ukrzyżowanym –zwycięża. Teraz jest czas, by swoje rany, ból, cierpienie, chorobę, samotność, opuszczenie czy zdradę złożyć z Jezusem. Teraz jest czas, by oddać Mu rozdarte i pęknięte serce. Jego serce też pękło z miłości do mnie. Z Jego pękniętego serca, rozdartego przez włócznię narodził się Kościół, narodziło się nowe życie. Teraz jest czas, by wejść w to nowe życie. Teraz jest czas, by doświadczyć paschy, przejścia ze śmierci do życia. Teraz jest czas zbawienia.
o. Marek Krzyżkowski CSSR/Stacja7pl.
+++
Abp Adrian Galbas SAC:
„Wielki Tydzień poświęćmy na wewnętrzne porządki”
“Jeśli mamy do wyboru: brudno w naszym mieszkaniu i brudno w naszej duszy – proszę zostawić mieszkanie i poświęcić czas na posprzątanie swego wnętrza” – mówił metropolita warszawski abp Adrian Galbas w Niedzielę Palmową.
fot. Jakub Szymczuk/Stacja7pl.
***
Abp Galbas: „przeżywanie Męki Pańskiej uczy nas wdzięczności”
Metropolita warszawski przypomniał, że w Niedzielę Palmową opis Męki Pańskiej zastępuje tradycyjną homilię, ale skierował kilka słów do parafian. Odniósł się m.in. do postaci Barabasza – przestępcy uwięzionego za bunt i zabójstwo, który powinien był iść na śmierć, ale został z okazji święta Paschy ułaskawiony przez Piłata. Zamiast niego został ukrzyżowany Jezus.
Barabasz, Bar Sabas, czyli syn ojca, to jestem ja. Każdy z nas jest synem jakiegoś ojca. Jezus za mnie poszedł na śmierć. Za mnie oddał życie. To ja powinienem nie żyć z powodu zła, które popełniam, z powodu mojego grzechu. Ale Jezus go wziął na siebie. Kiedy stajemy przed krzyżem, pierwszym uczuciem jest wdzięczność. „Jezu, Ty to zrobiłeś za mnie, Barabasza”. Przeżywanie Męki Pańskiej uczy nas wdzięczności – mówił arcybiskup.
Dalej zachęcił wiernych, aby tak przeżyli rozpoczynający się Niedzielą Palmową Wielki Tydzień, by rzeczywiście w ich życiu był on wielki. On jest wielki nie przez liczbę dni, bo tych jest tyle samo, ale przez akcenty, które w tym tygodniu możemy położyć. I oby to był tydzień, który poświęcimy szczególnie na porządki wewnętrzne – podkreślił.
Wyjaśnił, że „zwykle przed świętami jest ta panika: to jeszcze nie zrobione, tamto jeszcze nie posprzątane”. Jeśli mamy do wyboru: brudno w naszym mieszkaniu i brudno w naszej duszy – proszę zostawić mieszkanie i poświęcić czas na posprzątanie swego wnętrza: przez sakrament pokuty i pojednania, przez udział w niepowtarzalnej liturgii Triduum Paschalnego, być może też przez inne rzeczy, w których widzę, że coś jest nie tak i potrzebuję regeneracji, odbudowania, uporządkowania – mówił abp Galbas.
Wtedy to będzie Wielki Tydzień. Tyle samo dni i godzin, co w każdy inny tydzień. Ale wtedy może być Wielki” – dodał, życząc, aby Wielki Tydzień wprowadził w Wielką Noc. – Oby taki był ten czas – nie byle jaki, nie jako taki, nie przeciętny, ale Wielki. Wielkich przeżyć w Wielkim Tygodniu i w Wielką Noc z całego serca wam życzę – zakończył metropolita warszawski.
ze strony:Stacja7pl.
+++
Wielki Czwartek
Dzień ustanowienia dwóch sakramentów: Eucharystii i Kapłaństwa
Msza święta Wieczerzy Pańskiej
o godz. 20.15
–po Liturgii jest możliwość spowiedzi św.
+++
El Greco (1541-1614) ok. 1568, olej na desce, Pinakoteka, Bolonia
***
„Panie Jezu, daj nam wejść razem z Tobą do Wieczernika, gdzie czeka na nas Największy z Cudów”.
Panie Jezu, nadchodzi godzina, gdy zostaniesz wydany w ręce ludzi. Przygotowani przez Twoje nauczanie i odnowieni przez czterdziestodniowy post chcemy kontemplować głębię wielkiego misterium, jakie dzisiaj się rozpoczyna…
Z dziękczynieniem chcemy celebrować tajemnicę Najświętszej Ofiary i jednocześnie uwielbiać Cię jako Najwyższego i Wiecznego Kapłana.
Przepełnieni wdzięcznością za tak wielki dar składamy na ołtarzu nasze życie, wszystkie problemy i troski, całą naszą słabość i grzeszność. Przemień je, Jezu, i uczyń ofiarą miłą Tobie. W wieczornym mroku patrzymy na nasze zdrady, które wydały Cię na śmierć.
Nie jesteśmy godni, aby przebywać z Tobą, ale Ty mimo wszystko przygarniasz nas do siebie i przebaczasz wszystkie nasze nieprawości. Patrzymy na Ciebie w ciemnicy i współodczuwamy Twoje osamotnienie i smutek. Chcemy być razem z Tobą w oczekiwaniu na wydarzenie, które przyniesie nam usprawiedliwienie i pokój.
Panie Jezu, Ty wybrałeś Twoich kapłanów spośród nas i wysłałeś ich, ab głosili Twoje Słowo i działali w Twoje Imię. Za tak wielki dar dla Twego Kościoła przyjmij nasze uwielbienie i dziękczynienie.
Prosimy Cię, abyś napełnił ich ogniem Twojej miłości, aby ich kapłaństwo ujawniało Twoją obecność w Kościele. Ponieważ są naczyniami z gliny, modlimy się, aby Twoja moc przenikała ich słabości. Nie pozwól, by w swych utrapieniach zostali zmiażdżeni. Spraw, by w wątpliwościach nigdy nie poddawali się rozpaczy, nie ulegali pokusom, by w prześladowaniach nie czuli się opuszczeni.
Natchnij ich w modlitwie, aby codziennie żyli tajemnicą Twojej śmierci i zmartwychwstania. W chwilach słabości poślij im Twojego Ducha. Pomóż im wychwalać Twojego Ojca Niebieskiego i modlić się za biednych grzeszników. Mocą Ducha Świętego włóż Twoje słowo na ich usta i wlej swoją miłość w ich serca, aby nieśli Dobrą Nowinę ubogim, a przygnębionym i zrozpaczonym – uzdrowienie.
Niech dar Maryi, Twojej Matki, dla Twojego ucznia, którego umiłowałeś, będzie darem dla każdego kapłana. Spraw, aby Ta, która uformowała Ciebie na swój ludzki wizerunek, uformowała ich na Twoje boskie podobieństwo, mocą Twojego Ducha, na chwałę Boga Ojca. Amen.
+++
W ten wyjątkowy wieczór Wielkiego Czwartku przypomnijmy sobie słowa św. o. Pio o Najświętszej Ofierze Mszy świętej:
“W tych tak smutnych czasach śmierci wiary, triumfującej bezbożności, najbezpieczniejszym środkiem uchronienia się przed chorobą zakaźną, która nas otacza, jest wzmacnianie się pokarmem eucharystycznym. Rzeczą oczywistą jest, że nie może się nim wzmocnić ten, kto miesiącami nie karmi się ciałem nieskalanego Baranka Bożego”.
***
“Każda Msza święta, w której dobrze i pobożnie się uczestniczy, jest przyczyną cudownych działań w naszej duszy, obfitych łask duchowych i materialnych, których my sami nawet nie znamy. Dla osiągnięcia takiego celu nie marnuj bezowocnie twego skarbu, ale go wykorzystaj. Wyjdź z domu i uczestnicz we Mszy Świętej. Świat mógłby istnieć nawet bez słońca, ale nie może istnieć bez Mszy świętej”.
***
“Póki nie jesteśmy pewni, że nasze sumienie jest obciążone ciężką winą nie należy zaprzestawać przyjmowania Komunii świętej”.
***
“Przed Jezusem obecnym w Najświętszym Sakramencie wzbudzaj święte uczucia, rozmawiaj z Nim, módl się i trwaj w Objęciach Umiłowanego”.
***
“Jak mogę nosić w mym małym sercu Nieskończonego? Jak mogę zamykać Boga w małej celi mej duszy? Moja dusza napełnia się w bólu i miłości. Napełnia mnie trwoga, że nie zdołam zatrzymać Go w wąskiej przestrzeni mego serca”.
+++
Stara i piękna modlitwa na Wielki Czwartek
fot. Depositphotos.com / sidneydealmeida.com
***
Trzy dni przed Wielkanocą to wyjątkowy czas dla ludzi wierzących. Wielki Czwartek ma swoją wyjątkową atmosferę, za którą podążają nasze myśli i emocje. Ta piękna, stara modlitwa pomoże ci dziś skupić się na tym, co jest najważniejsze.
Opublikowana w modlitewniku z 1887 roku, ta wielkoczwartkowa modlitwa podpowie ci, o co dziś prosić i za co dziękować Bogu. Odmówiona rano, wprowadzi cię w atmosferę Ostatniej Wieczerzy i pomoże lepiej przeżywać wieczorną liturgię i cud Eucharystii.
Stara modlitwa osobista na Wielki Czwartek
Mój Boże! Jakże wielka jest miłość Twoja dla ludzi, jaką nas ukochałeś do śmierci! Tak wiele wycierpiałeś przez nas i dla nas na ziemi, a jednak, kiedy nadeszła godzina odejścia do chwały Ojca Twojego, chciałeś między nami pozostać i pod tajemniczą chleba postacią dałeś nam Ciało i Krew Swą Przenajświętszą, aby nam była na ukojenie tęsknoty i ugaszenie pragnienia.
O Jezu mój najdroższy! Upadam z wdzięcznością na kolana przed Tobą i dobroć Twą uwielbiając, błagam Cię, racz sprawić, aby serce moje godnym się stało przyjęcia tego anielskiego chleba! Bądź mi pomocą w zasłużeniu na szczęście uczestniczenia w tej świętej wieczerzy do jakiej zawezwałeś Twych uczniów i naucz mnie naśladować tę miłość i pokorę, jakiej tak wielki przykład nam dałeś.
O Jezu pochylony u stóp Apostołów, strzeż duszę moją od wszelkiej wyniosłości pychy; stłum we mnie chęć każdą do szukania dla siebie pomiędzy ludźmi pierwszeństwa. Niechaj pamięć upokorzenia Twojego zatrze w mym sercu fałszywe pojęcie o mojej nad innymi wyższości i niech mnie zachęci do niesienia posług nie tylko rodzicom, którym miłość i uszanowanie należy się ode mnie, ale każdemu, kto zażąda mojej usługi. Nie dopuść tego, mój Jezu, żebym się kiedy miał(a) od biednych usuwać i lekceważyć tych, którym Ty w osobach Swych uczniów nogi dziś umywałeś; ale owszem, niech staję przed ludźmi z tak cichym i pokornym sercem, aby się nikt do niego nie wahał zapukać i każdy biegł do nie z ufnością, a ja sam (a), abym się żadnego uniżenia nie lękał(a), gdy w Imię Twoje zażąda go kto ode mnie.
O Panie! Pamiętaj o mnie, jak o Swych uczniach myślałeś, gdyś im przy tej wieczerzy dawał nauki, jak żyć mają pomiędzy ludźmi na świecie po Twoim od nich odejściu. Wlej także i w moje serce odwagę w trudnych okolicznościach życia i w zwyciężaniu wszystkich złych popędów i wad, jakie odzywają się we mnie, daj mi cierpliwość do zniesienia z pogodą i pokojem wszystkiego, co na mnie lub na ukochanych moich dopuścisz; wzmacniaj we mnie ufność bez granic w Twoją ojcowską opiekę; daj mi pożądać i pragnąć w całym życiu Ciała i Krwi Twojej Przenajświętszej i nie odmawiaj mi tego chleba żywota w ostatniej mojej godzinie, ażebym nim posilony(a) cieszył(a) się spełnieniem obietnic Twoich, mój Jezu. Amen.
+++
Jak można uzyskać odpust zupełny
w Wielki Czwartek?
Czym jest odpust zupełny? To darowanie kar za odpuszczone już w sakramencie pokuty grzechy. Oznacza to, że usunięte zostają konsekwencje popełnionego przez nas zła. Kościół daje wiele okazji, by uzyskać taki odpust. Jeden z nich jest związany z Wielkim Czwartkiem.
Odpust zupełny na Wielki Czwartek jest związany z pobożnym zaśpiewaniem lub odmówieniem pieśni “Sław języku tajemnice”, bardziej znanym pod tytułem pochodzącym od kolejnej zwrotki: “Przed tak Wielkim Sakramentem”. Napisał ją św. Tomasz z Akwinu, a w polskich kościołach najczęściej jest śpiewana podczas wystawienia Najświętszego Sakramentu. W Wielki Czwartek jej odmówienie lub odśpiewanie jest jednym z warunków uzyskania odpustu zupełnego.
Za kogo można ofiarować odpust zupełny w Wielki Czwartek?
Odpust – zupełny i cząstkowy – zawsze można ofiarować za siebie lub za osobę zmarłą. Nie możemy go za to ofiarować za osobę żyjącą inną niż my sami. Gdy ofiarujemy go za osobę zmarłą i spełnimy warunki do uzyskania odpustu zupełnego, ta osoba, jeśli wciąż przebywa w czyśćcu, zostaje przeniesiona do nieba.
Warunki uzyskania odpustu zupełnego w Wielki Czwartek
Aby uzyskać odpust zupełny, poza wymienioną pieśnią należy w Wielki Czwartek być przede wszystkim w stanie łaski uświęcającej (lub, jeśli w niej nie jesteśmy, skorzystać z sakramentu spowiedzi) i przystąpić do Komunii św., a także wyrzec się przywiązania do jakiegokolwiek grzechu i pomodlić się w intencjach ważnych dla papieża (może to być np. modlitwa “Ojcze nasz…” lub “Pod Twoją obronę…”. ). Jeśli nie jesteśmy w obecnym stanie zrezygnować z przywiązania do grzechu, odpust nie “przepada” – uzyskujemy wtedy tzw. odpust cząstkowy.
Deon.pl
+++
Wielki Piątek
Liturgia Męki Pańskiej
o godz. 20.00
– po Liturgii jest możliwość spowiedzi św.
–w ten dzień obowiązuje post i abstynencja
–dziś rozpoczyna się pierwszy dzieńNowenny do Bożego Miłosierdzia, który jest jednym z największych darów naszych czasów.
+++
Wielka Sobota
Wigilia Paschalna w Wielką Noc
o godz. 22.30
***
–święcenie pokarmów na wielkanocne śniadanie: o godz.12.00 i 15.00
–w tym czasie jest możliwość spowiedzi św.
+++
7 krótkich zadań duchowych na Wielki Tydzień
Kiki Garcia/cathopic.com
***
Oto 7 zadań, które z pewnością pomogą mądrze zaplanować i ze zrozumieniem przejść przez najbliższe dni.
Podczas Niedzieli Palmowej w 2020 roku biskupi pozostawili nam w swoich homiliach wskazówki do dobrego przeżycia czasu Wielkiego Tygodnia.
Uciszyć serce
Pasja Jezusa Chrystusa jest najwymowniejszą lekcją pokory i miłości Boga do człowieka. Ona zmusza nas do milczenia i do ciszy. Tylko w całkowitym milczeniu i ciszy możemy usłyszeć słabnący głos Jezusa, bicie z miłości do nas Jego serca, Jego zanikający oddech, w którym tchnie na nas Ducha i przekazuje nam życie. Głos Jezusa Boga jest milczący. Dlatego człowiek musi dążyć do tego, by stać się ciszą, milczeniem. Kiedy hałas naszych ust i naszego działania ustaje, wówczas w głębi naszego serca zaczyna mówić Bóg.
abp Tadeusz Wojda SAC
Trzymać się blisko Słowa
Nie dzieje się nic takiego, o czym słowo wcześniej nie powiedziało. Tylko Go słuchaj. Ono cię przeprowadzi przez tę sytuację tak, że będziesz musiał się zaangażować. Nie uciekniesz i się nie odwrócisz. Nic zewnętrznego cię do tego nie namówi, ale słowo, które cię w środku opanuje, przeprowadzi cię. Słowo pokrzepiające. Historia świata rozwija się po myśli Boga. Tylko etapy też muszą być po Bożemu i nasze zaangażowanie też musi być po Bożemu.
abp Grzegorz Ryś
Odpowiedzieć na ważne pytania
Ludzkie serca drżą, przepełnione lękiem, poczuciem osamotnienia, szukające sensu w nieznanym dotąd doświadczeniu”. „Pozwólmy, by na nowo rozbrzmiało w nich pytania „Kim jest dla mnie Chrystus?”, „Kim ja jestem dla Niego?”. Ten czas, czas próby, stanowi wyjątkową okazję, by szczerze odpowiedzieć na te pytania i na nowo odkryć, że jedynym sensem naszego życia jest Ukrzyżowana Miłość. To Ona daje nadzieję i umocnienie.
bp Damian Muskus OFM
Odnaleźć siebie na drodze krzyżowej
Moi drodzy, przychodzi czas, abyśmy sobie odpowiedzieli do kogo jesteśmy podobni z drogi krzyżowej Jezusa, gdy dzisiaj stykamy się z cierpieniem ludzi, w których w jakiś sposób jest obecny i cierpi sam Jezus. Prośmy dziś Pana Boga, aby pomógł nam wypędzić z nas miłość własną, przesadną pogoń za sprawami tego świata i napełnił nas swoim, Bożym wyciszeniem i pokorą serca, wdzięcznością wobec Jezusa za Jego mękę i śmierć za każdego z nas.
bp Ignacy Dec
Podjąć krzyż z Chrystusem
Razem z Chrystusem podejmijmy ten ciężki krzyż walki z epidemią. Krzyż zgody na wprowadzone ograniczenia; krzyż zamkniętych świątyń, niemożności spowiedzi i Komunii wielkanocnej; krzyż obawy przed zarażeniem siebie i innych; krzyż śmierci i niezwykle skromnych pożegnań. Obyśmy zdali egzamin z wierności Chrystusowi i z nadzieją dźwigali nałożony na nasze barki krzyż.
bp Józef Guzdek
Otworzyć się na bliskich
W naszych domach, w naszych mieszkaniach spróbujmy się wyciszyć. Spróbujmy wyciszyć także środki komunikacji. Chciejmy jeszcze bardziej otwierać się na siebie i na Pana Boga. Pojednajmy się z Bogiem i z naszymi bliźnimi. Powiedzmy sobie nawzajem „przepraszam”.
abp Wiktor Skworc
Poczuć się Kościołem. Poczuć się Jerozolimą
W tych czasach na nowy sposób można doświadczyć, że Kościołem jest nasz dom. Można doświadczyć na jakiś nowy sposób, być może wcześniej nam nieznany, że to my jesteśmy Jerozolimą, do której wjeżdża Chrystus na paschę; że to my jesteśmy wieczernikiem, i drogą krzyżową, i Golgotą, i grobem. Że to w nas ma się dokonać pascha Jezusa.
bp Michał Janocha
+++
Wielki Tydzień w chaosie codzienności. Moja droga przez Triduum
Depositphotos
***
Wielki Tydzień to najświętszy czas roku. A jednak życie nie zawsze się do niego dopasowuje. Co wtedy?
Wielki Tydzień – od Niedzieli Palmowej po Niedzielę Zmartwychwstania – to czas, w którym Kościół zaprasza nas, byśmy przeszli razem z Chrystusem drogę Jego męki, śmierci i zmartwychwstania. W idealnym świecie odwołalibyśmy wszystkie inne plany. Ale prawdziwe życie rzadko wygląda idealnie.
Kiedy Wielki Tydzień zderza się z rzeczywistością
Zdarzyło mi się, że właśnie w Wielki Piątek odbywała się uroczystość ukończenia studiów bliskiej osoby. W innym roku – ślub krewnych, który zaplanowano na Wielką Sobotę. Jak wtedy uszanować świętość Triduum, będąc jednocześnie obecnym dla rodziny?
Ostatnio przypomniałam sobie te sytuacje, gdy znajoma opowiedziała, że szkolne przedstawienie jej dziecka zaplanowano na Wielki Piątek. Dzieci ćwiczyły od miesięcy. Co robić?
Jeśli sam stoisz przed podobnym dylematem – nie jesteś sam. Wiem, jak trudno połączyć miłość do rodziny i wierność wierze. To bywa wymagające, ale jest możliwe. Oto, jak radziliśmy sobie z tym jako rodzina – może pomoże i tobie.
Rób tyle, ile możesz
Warto przypomnieć, że choć Wielki Tydzień to czas bardzo bogaty liturgicznie, tylko Niedziela Palmowa i Wielkanoc są dniami ścisłego uczestnictwa we mszy świętej. Pozostałe liturgie – choć piękne i głęboko symboliczne – nie są obowiązkowe. Bóg zna nasze intencje i ograniczenia. Ważne, by robić tyle, ile możemy.
W roku, gdy w Wielką Sobotę byliśmy na ślubie, udało mi się uczestniczyć w nabożeństwie Drogi Krzyżowej w Wielki Piątek, a potem w niedzielnej Mszy Zmartwychwstania Pańskiego. Sama Wielka Sobota to dzień ciszy i oczekiwania, bez obowiązkowych celebracji – dlatego mogłam bez większych wyrzutów sumienia wziąć udział w ślubie.
Z kolei w roku ukończenia studiów przez krewną, uroczystości wypełniły niemal cały dzień – a miałam jeszcze pod opieką malucha. Znalazłam jednak chwilę ciszy w hotelowym pokoju, gdy dziecko spało, i sama odmówiłam Drogę Krzyżową. A w kwestii postu – uczyniłam z uroczystej kolacji jedyny posiłek dnia.
W przypadku szkolnych występów dzieci warto pomyśleć o modlitwie wcześniej – na przykład wspólna Droga Krzyżowa rano w Wielki Piątek albo symboliczne obmycie nóg w Wielki Czwartek jako rodzinna tradycja. Takie momenty mogą wiele nauczyć dzieci – nie tylko o liturgii, ale też o tym, jak wiara przenika życie.
W tamtym roku, mimo że jechaliśmy na ślub, zabraliśmy nasze małe dzieci na nabożeństwo w Wielki Piątek i Mszę Świętą w Niedzielę Zmartwychwstania Pańskiego. Byli zaskoczeni, że znaleźliśmy na to czas – i właśnie dlatego te chwile zapamiętali.
Wielki Tydzień w sercu
Czasem po prostu nie da się zmienić planów. Ale nawet wtedy można zabrać ze sobą ducha Wielkiego Tygodnia. Krótka modlitwa przed posiłkiem, chwila milczenia, wewnętrzne skupienie – to wszystko pomaga utrzymać duchowy kierunek.
Dziś z pomocą przychodzi technologia – wiele parafii transmituje nabożeństwa online. Osiem lat temu, gdy odbywała się wspomniana uroczystość ukończenia studiów, transmisji nie było. Dziś bez trudu znajdziemy Drogę Krzyżową czy liturgię Wielkiego Piątku w internecie.
Warto też sprawdzić godziny nabożeństw w różnych kościołach – niekiedy poranne zobowiązania da się pogodzić z wieczorną liturgią w innej parafii. Czasem to wymaga kreatywności – ale Bóg zna nasze serca.
Nawet jeśli zewnętrzne okoliczności nie są sprzyjające, możemy iść przez Wielki Tydzień z Jezusem. On zna nasze intencje. Widzi starania. Liczy się to, że pragniemy być blisko Niego, nawet jeśli nie wszystko idzie zgodnie z planem.
Zatem jeśli w tym roku twoje Triduum wygląda inaczej – podejdź do niego z modlitwą, elastycznością i łaską. Zaufaj, że Bóg znajdzie drogę do twojego serca, nawet jeśli życie nie do końca pasuje do liturgicznego kalendarza.
Zakryty krzyż, milczące dzwony, pusty ołtarz… O co chodzi w zwyczajach ostatnich dni Wielkiego Postu? To, co dzieje się w kościołach w dniach poprzedzających Wielkanoc, jest wyjątkowe – jak wyjątkowe są te nadchodzące święta.
Dwa tygodnie przed Wielkanocą, czyli od piątej niedzieli Wielkiego Postu, uwagę w kościołach zwracają zasłonięte krzyże. Skąd taka praktyka, skoro to właśnie męka krzyżowa Chrystusa stanowi centrum Wielkiego Postu?
Cofnijmy się do IV wieku. Biskup Cezarei Euzebiusz, teolog i historyk, opisując życie Konstantyna Wielkiego, wspomniał, że w głównej sali pałacu cesarskiego w Konstantynopolu widniał na suficie „symbol męki naszego Zbawiciela”. Zauważył, że znak ten był wykonany ze szlachetnych kamieni oprawionych w złoto. To jedno z najwcześniejszych świadectw na temat używanego przez chrześcijan znaku krzyża. Wcześniej wyznawcy Chrystusa posługiwali się innymi symbolami, lecz nie krzyżem, który był znakiem hańby.
Od VI wieku zaczęto łączyć krzyż z postacią Zbawiciela, lecz jako triumfatora, ubranego w szaty władcy albo kapłana, czasem w koronie królewskiej na głowie. Pełne zdobień i drogich kamieni wizerunki nie pasowały do klimatu pasyjnego, stąd, żeby ułatwić wiernym skupienie się podczas rozważania męki i ukrzyżowania Chrystusa, zaczęto je zasłaniać.
W XI wieku zaczęto zakrywać całe ołtarze „suknem postnym”, co symbolizowało pokutę, jaką człowiek powinien podjąć, aby potem znów móc oglądać Bożą chwałę. Dotyczyło to całego Wielkiego Postu. W niektórych kościołach podczas czytania fragmentu pasji o zasłonie przybytku, która „rozdarła się na dwoje z góry na dół” (Mk 15,38), pojawiła się w Wielki Piątek praktyka rozrywania tej zasłony.
Od XVIII wieku zasłanianie ołtarza praktykowano tylko w okresie pasyjnym, który zaczynał się w piątą niedzielę Wielkiego Postu. W starej rzymskiej tradycji w tę właśnie niedzielę czytano fragment z Ewangelii Jana, w którym Żydzi oburzeni „bluźnierstwem” Jezusa chcieli Go ukamienować. Ostatnie słowa brzmią: „Jezus jednak ukrył się i wyszedł ze świątyni” (J 8,59), co dobrze współgrało wówczas z praktyką „ukrywania wizerunków Zbawiciela”.
Zwyczaj zasłaniania krzyży i obrazów pochodzi z XIII wieku. Różnie tłumaczono sens tego znaku, na przykład podkreślając wyniszczenie Chrystusa albo wyjaśniając, że dzięki temu obraz Ukrzyżowanego mocniej zapadnie w serca.
W ramach posoborowej reformy kalendarza liturgicznego Kościół pozostawił decyzję o kontynuowaniu zwyczaju episkopatom krajowym. Konferencja Episkopatu Polski na 116. posiedzeniu plenarnym postanowiła pozostać przy zasłanianiu krzyży. Mamy więc dwa tygodnie „postu” od widoku krzyża. Dzięki temu wizerunek Ukrzyżowanego, odsłaniany w obrzędzie adoracji krzyża podczas wielkopiątkowych ceremonii, przemawia mocniej, a tym samym lepiej przygotowuje na radość Zmartwychwstania.
W wielkoczwartkowy wieczór usuwa się wodę święconą z kropielnic.
fot. Henryk Przondziono/Gość Niedzielny
***
Wielka cisza
Podobną rolę spełniają także inne zwyczaje kościelne poprzedzające Wielkanoc. Należy do nich tzw. zawiązanie dzwonów. Od wielkoczwartkowego wieczoru aż do ceremonii Wielkiej Soboty kościelne dzwony milczą. Milczą też organy i inne instrumenty. Cisza, która zapada wtedy w całym Kościele, przypomina o cierpieniu Jezusa w Ogrójcu, o męce i śmierci, a wreszcie o złożeniu Zbawiciela w grobie.
W tradycji polskiej milczenie dotyczyło także sfery prywatnej. Od wielkoczwartkowego wieczoru nie używano żadnych instrumentów, czasem nawet wieszano skrzypce pod sufitem, żeby przypadkiem potrącone struny nie wydały z siebie dźwięku. Niestosowny był głośny śmiech, nie wolno było śpiewać – nie robi się przecież takich rzeczy przy cierpiącym i umierającym.
Ponieważ nie można było dzwonami zwoływać ludzi do kościoła, używano do tego celu drewnianych kołatek. W samych świątyniach zastąpiły one na ten czas dzwonki. Używa się ich także dziś w czasie ceremonii.
Po wielkoczwartkowej Mszy Wieczerzy Pańskiej gasną lampki przy tabernakulum, a Najświętszy Sakrament przenosi się do tzw. ciemnicy, symbolizującej czas Chrystusowej modlitwy w Ogrójcu i więzienie, do którego wtrącono pojmanego Jezusa. Tu przechowuje się Ciało Pańskie aż do piątkowej Liturgii Męki Pańskiej. Od XIII wieku w ciemnicy składano konsekrowaną Hostię jedynie dla kapłana – bo tylko on przyjmował Komunię w Wielki Piątek. Wierni tego dnia nie spożywali Chleba Eucharystycznego. Zmieniła to dopiero reforma Triduum Paschalnego w 1955 roku, która przywróciła Komunię również dla wiernych.
Adoracja Krzyża stanowi centralną część ceremonii Wielkiego Piątku.
fot. Henryk Przondziono/Gość Niedzielny
*** Ołtarz obnażony
„W Wielki Piątek słuchano najdłuższego kazania pasyjnego, zasypiając na posadzce kościelnej, tak że kaznodzieja drastycznych nieraz używał środków, aby śpiących i ich ciekawość rozbudzić” – czytamy w „Encyklopedii staropolskiej” Aleksandra Brücknera. Autor nie podaje, o jakie środki chodziło. Na pewno jednak nie było zasadą katowanie wiernych długimi kazaniami, choć oczywiście dzień śmierci Jezusa zawsze był czasem surowej pokuty i skupienia się na tajemnicy męki i śmierci Zbawiciela.
W Wielki Piątek w całym Kościele nie odprawia się Mszy Świętej. Centrum liturgii wielkopiątkowej zajmuje adoracja krzyża. Po skończonych ceremoniach przy grobie Pańskim wystawia się Najświętszy Sakrament w monstrancji okrytej przejrzystym białym welonem, który symbolizuje całun spowijający martwe ciało Jezusa.
Nie wszyscy zauważają – bo łatwo to przeoczyć – że od wielkoczwartkowego wieczoru ołtarz w kościele pozostaje obnażony. Nie ma na nim nic: krzyża, świec ani nawet obrusa. Tak będzie – z wyjątkiem liturgii Komunii św. w Wielki Piątek – aż do Wigilii Paschalnej w sobotnią noc. „Liturgia Wielkiego Piątku zaczyna się przy ołtarzu obnażonym, tak jak Jezus został odarty z szat podczas swej męki” – pisze bp Stefan Cichy, przypominając, że obnażenie ołtarza następuje również po liturgii Wielkiego Piątku. Liturgista zwraca uwagę, że dziś robi się to w milczeniu, lecz kiedyś czynności tej towarzyszyła recytacja Psalmu 22. Zawiera on proroczą zapowiedź męki Chrystusa. Od IX wieku w tradycji rzymskiej obnażano ołtarz przy słowach: „Moje szaty dzielą między siebie i los rzucają o moją suknię” (Ps 22,9).
Źródło zmarło
Katolicy wchodzący do kościoła w czasie Triduum zauważają (albo nie), że w kropielnicach nie ma wody święconej. To nie wynik zaniedbania – z kościołów celowo usuwa się wodę święconą na znak, że Źródło wody żywej, którym jest Jezus, umarło. Chrystus jest dawcą łaski, a jej znakiem jest woda święcona – tymczasem Zbawiciel leży w grobie. Dlatego w kościele od czwartku nie ma ani wody święconej, ani chrzcielnej. Pojawi się dopiero w sobotnią noc, gdy kapłan pobłogosławi ją podczas Wigilii Paschalnej. To symbol odnowienia wszystkiego przez mękę i zmartwychwstanie Syna Bożego.
W tradycji polskiej katolicy w Wielką Sobotę zwracają dużą uwagę na zaopatrzenie się w poświęcone pokarmy, tzw. święconkę. Zwyczaj błogosławienia potraw sięga starożytności. Pierwotnie błogosławiono pokarmy na stół wielkanocny podczas Eucharystii w Noc Paschalną, szczególnie baranka paschalnego. Po uroczystej liturgii odbywała się agapa, w czasie której dzielono pieczeń na kawałki i rozdawano obecnym. Od IX wieku zaczęto święcić pokarmy przed Wielkanocą, czasem już nawet w Wielki Piątek. „Święcone” spożywano podczas uroczystego śniadania wielkanocnego albo podczas obiadu w ten sam dzień.
Dzisiejsze teksty błogosławienia pokarmów nie wspominają o baranku – odnoszą się do stanu faktycznego, czyli w ogólności do pokarmów mięsnych, jaj czy chleba. Mięsa baranka na ogół nie ma w koszykach wielkanocnych. Do dawnej tradycji symbolicznie nawiązują figurki w kształcie baranka, zrobione np. z ciasta czy czekolady, czasem z chorągiewką z krzyżykiem, która symbolizuje zwycięstwo Chrystusa nad śmiercią.
Obecnie podkreśla się, że to, co na stole, uświęcają słowo Boże i modlitwa. Stąd błogosławienia pokarmów obok kapłanów, diakonów, lektorów czy akolitów mogą dokonać w domu przed śniadaniem wielkanocnym ojciec, matka albo ktoś inny z rodziny.
Suchy dźwięk kołatek podkreśla trwające do Wigilii Paschalnej milczenie. fot. Henryk Przondziono/Gość Niedzielny
Franciszek Kucharczak/Gość Niedzielny
+++
Dzień spłacenia długu
Świat nie miał pojęcia, że właśnie następuje kulminacja dziejów i rozstrzygają się wieczne losy całej ludzkości. Nadal nie ma.
***
W tamto piątkowe popołudnie, gdy umierał Jezus Chrystus, nie działo się nic szczególnego. Imperator Tyberiusz bawił się z kochankami na Capri, a w Judei jego namiestnik, Poncjusz Piłat, zażywał zapewne poobiedniej sjesty. Nad świątynią jak zwykle unosił się dym składanych ofiar, a przybyli na Paschę pielgrzymi chronili się w cieniu portyków.
Owszem, przed południem było głośno w związku ze skazaniem Jezusa z Nazaretu, ale On właśnie konał na krzyżu za murami miasta. Sprawa załatwiona. Święto idzie, baranki są zabijane, jednoroczne, bez skazy – wszystko tak, jak kazał Mojżesz. To na pamiątkę wyjścia z Egiptu. Wtedy krew baranka, którą Izraelici pomazali odrzwia, ocaliła ich pierworodnych przed śmiercią. A dziś czemu to wspominamy? I dlaczego akurat baranek, czemu bez skazy? Nie wiadomo.
Tu jest Baranek
Jezus, prawdziwy Baranek bez skazy, właśnie konał na krzyżu. Przebył już prawie całą drogę, kielich męki opróżniony już niemal do dna. Zły triumfuje, ale tym bardziej nie daje Jezusowi spokoju. Jeszcze raz z Niego szydzi, jeszcze raz próbuje udręczyć pokusą prostego rozwiązania problemu. „Jeśli jesteś Synem Bożym, zejdź z krzyża!” – wrzeszczą prześmiewcy.
Ciekawe – ta sama fraza co trzy lata wcześniej na pustyni, wtedy wysyczana bezpośrednio z diabelskiej gardzieli: „Jeśli jesteś Synem Bożym, powiedz, żeby te kamienie stały się chlebem”, „Jeśli jesteś Synem Bożym, rzuć się w dół”. „Jeśli jesteś…” Jak to diabeł potrafi mówić ludzkimi ustami. Na takie kwestionowanie prawdziwych uprawnień i możliwości wielu się łapie. „Jeśli jesteś dyrektorem, nie daj sobą pomiatać” – mówi kusiciel jednemu. „Jeśli jesteś lekarzem, niech cię nie mylą z pielęgniarzem” – słyszy drugi. A oni tylko chcą sprostować, oni chcą zadbać o prawdę, chcą pokazać, że naprawdę mają taką władzę i mogą to czy tamto. Wchodzą ze Złym w dialog, a ten wygrywa na ich próżności takie melodie, jakie są mu potrzebne do psucia relacji między ludźmi.
Niech się więc i Syn Człowieczy na krzyżu uniesie honorem, niech zareaguje, niech na żądanie ciemności udowodni, co umie. A nuż odezwie się w Nim pycha i na ostatek zniweczy wszystko, co do tej pory zrobił. Może się użali nad sobą, może da posłuch przymilnemu: „Już się dość nacierpiałeś”.
Wielu upada przed metą, gdy zmęczenie jest największe, a zamglony wzrok i zmącona myśl nie pozwalają dostrzec, że to jeszcze tylko parę kroków. Diabeł wie o tym i walczy do ostatka, dopóki tli się w człowieku życie. Ze szczególną zajadłością atakuje właśnie wtedy, gdy dzieło dobiega kresu. To pokusa tych, którzy bliskim finałem mają zwieńczyć lata wysiłku, i tych, którzy dobrze wykonując swoje zadania, ulegają zniechęceniu i chcą zdezerterować.
„Kto wytrwa do końca, ten będzie zbawiony” – zapowiadał Jezus, przygotowując uczniów na przeciwności i prześladowania. Teraz sam toczy tę walkę – do końca. Mógłby zejść z krzyża, On jeden ma tę władzę, ale co by to dobrego dało? Chwilową ulgę w cierpieniu, w żadnej mierze nieporównywalną z huraganem chwały, jaki czeka na Zwycięzcę. Gapie rozdziawiliby gęby, żołnierz zwróciłby wygraną w kości suknię, oprawcy uciekliby z krzykiem. Pewnie w Sanhedrynie zapanowałaby panika, może Piłat by się pokajał… i co? Ciekawostka taka. „Niewytłumaczalne zjawisko” – mówi się o takich rzeczach i przechodzi nad nimi do porządku.
Jezus nie ulega oszustwu dumy. Pozostaje na krzyżu i wypełnia wolę Ojca dosłownie do ostatniej kropli krwi. Wypowiada słowa najcenniejsze, bo wyrwane ze zmasakrowanej piersi, wyrzucane pojedynczo z każdym oddechem, który tak trudno zaczerpnąć, gdy korpus, wiszący na rozpiętych rękach, coraz mocniej ciąży ku dołowi. Siedem zdań, składających się na bezcenny testament dla chrześcijan wszystkich wieków.
Gdyby wiedzieli…
„Ojcze, przebacz im, bo nie wiedzą, co czynią” – modli się Jezus. Czy Ojciec nie wysłuchałby takiej modlitwy? W tym nasza nadzieja, bo przyjdzie taki dzień, w którym z przeraźliwą jasnością zobaczymy, cośmy, nieszczęśni ślepcy, czynili. I poznamy, że to do nas stosują się słowa Izajasza: „My wszyscy byliśmy skalani, a wszystkie nasze dobre czyny jak skrwawiona szmata. My wszyscy opadliśmy zwiędli jak liście, a nasze winy poniosły nas jak wicher” (Iz 64,5).
W świetle pełnej prawdy, gdy nadzy aż do kości nie będziemy mogli osłonić się żadnym „ale”, ujrzymy, jak skażone było nawet to, cośmy mieli za cnotę. Jak wiele egoizmu kryło się w naszych szczytnych inicjatywach i głoszonych hasłach. A co dopiero w tym, co robiliśmy, czując, że to podłość, a teraz widzimy tego żałosne konsekwencje.
Co nas osłoni, jeśli nie miłosierdzie Boże, którego Zbawiciel przyzywa dla nas z krzyża? To miłosierdzie, które wyrywa się do człowieka, gdy tylko okaże szczerą skruchę, gdy sam przed sobą przestanie się usprawiedliwiać i jak łotr uzna swoją winę: „My przecież – sprawiedliwie, odbieramy bowiem słuszną karę za nasze uczynki”. I zwróci się z tym do Jezusa: „Wspomnij na mnie”. Wtedy dokona się cud łaski Bożej. Padnie drugie z siedmiu bezcennych zdań z krzyża: „Zaprawdę, powiadam ci, jeszcze dziś będziesz ze mną w raju”. Pełne wybaczenie, obietnica nieba, a więc jedyna znana kanonizacja przeprowadzona za życia. I to kto jej dostępuje! Drań, bandyta, który zdobył się na jedną rzecz prostą, a tak straszliwie trudną: na szczerość o sobie. Rzut na taśmę, ostatnia szansa wykorzystana. Przełamana pokusa umierających: pogrążyć się na koniec w swojej nędzy, zwątpić w miłosierdzie Boże, poddać się rozpaczy.
„Duszo w ciemnościach pogrążona, nie rozpaczaj, nie wszystko jeszcze stracone, wejdź w rozmowę z Bogiem swoim, który jest Miłością i Miłosierdziem samym” – wzywa Jezus w przejmującym dialogu z duszą w rozpaczy, zapisanym przez św. Faustynę w „Dzienniczku”. To szczególnie dla umierających Jezus wyposażył Kościół w sakramenty niosące pomoc w tych decydujących chwilach, gdy ludzie już pomóc nie mogą. Zdarza się, że zebrani przy łóżku umierającego widzą zmianę nawet w jego zachowaniu, gdy przyjmuje sakrament. – Gdy ksiądz dotknął olejem czoła taty, jego szybki oddech nagle się uspokoił. Głęboko westchnął, jakby doświadczył wielkiej ulgi. Zmarł spokojnie – mówiła na pogrzebie wzruszona córka. Nic dziwnego, że Zły tak zniechęca bliskich przed wezwaniem księdza do chorego. „Jeszcze nie czas”, „po co go przerażać” – słychać często. Niektórzy za sukces uważają utrzymanie umierającego w nieświadomości o swoim stanie aż do chwili, gdy wyda ostatnie tchnienie.
To twoja Matka
Jezus, nawet konając w mękach, myśli o innych. Padają kolejne słowa najcenniejszego z testamentów: „Niewiasto, oto syn Twój”. To do Maryi. I do Jana: „Oto Matka twoja”. Nie można zlekceważyć woli Jezusa, wyrażonej w takiej chwili i w takich okolicznościach. A wolą Jego jest, żeby Maryja była naszą matką i żebyśmy wzięli Ją do siebie. To nie było tylko rozporządzenie w sprawie dalszego ziemskiego bytu Maryi. Jeśli takie słowa padają z krzyża, to znaczy, że mają olbrzymie znaczenie dla rodzącego się Kościoła. Maryja jest Niewiastą zapowiedzianą już wtedy, gdy upadł pierwszy człowiek. To Jej potomstwo zdepcze głowę starodawnego węża. To między Nią a wężem zapanuje nieprzyjaźń.
Synowska miłość i cześć okazywana Maryi przez wyznawców Jezusa nie jest „opcją do wyboru”. Zbawiciel sobie tego życzy. Do każdego z nas są skierowane te słowa: „Oto Matka twoja”. To jest ważne dla naszego uświęcenia, bo „Maryja wyprzedza nas wszystkich na drodze do świętości” – jak mówi Katechizm Kościoła Katolickiego, przypominając, że „wymiar maryjny Kościoła wyprzedza jego wymiar Piotrowy”.
Zapłacono
Rozlega się rozdzierające „Eli, Eli, lema sabachthani!”. Tę przejmującą skargę – „Boże mój, Boże mój, czemuś mnie opuścił” – zapisał przed wiekami psalmista. Więc i to doświadczenie nie zostało zaoszczędzone Synowi Człowieczemu. Musiał przeżyć nawet poczucie opuszczenia przez Ojca. To poczucie, które bywa też udziałem świętych, jest mylące, bo Bóg nigdy nie jest bliżej człowieka niż wtedy, gdy ten, jak przestraszone dziecko w mroku nocy, bezradnie rozgląda się za Nim. Doprawdy, Zbawiciel został doświadczony wszystkim, co człowieka dotyka, z wyjątkiem grzechu.
Jezus mówi: „Pragnę”. Wciąż mówi. To się nie skończyło. Komu to słowo wybrzmi w duszy, ten nie może spać spokojnie, wiedząc, że tak wiele serc czeka na Ewangelię. Jezusowe pragnienie gna po świecie misjonarzy, każe wyciągać ze śmietników ludzi „przegranych”, zmusza do reakcji na cudzą krzywdę i niesprawiedliwość.
Nadchodzi koniec. Jezus woła donośnie: „Ojcze, w Twoje ręce powierzam ducha mojego”. Błogosławione słowa. Szczęśliwy, kto oddaje ducha Temu, do kogo on należy. Bo różne rzeczy ludzie mówią. Oby modlitwa była ostatnim dźwiękiem, który z naszych ust usłyszy ten świat.
I wreszcie: „Wykonało się!”. Inaczej: „zapłacono” – bo takie też jest znaczenie greckiego słowa, w jakim zostało zapisane w Ewangelii według św. Jana. Dług, którego nikt z ludzi nie mógłby spłacić, został uregulowany za nas.
Usunięcie przegrody
„A oto zasłona przybytku rozdarła się na dwoje z góry na dół; ziemia zadrżała i skały zaczęły pękać” – pisze ewangelista Mateusz. Rozdarcie zasłony przybytku nie było błahym zdarzeniem. Piszą o tym trzej ewangeliści. Dla nich było jasne, co to znaczy: koniec starego Prawa, zaczyna się nowa epoka. Zbawiciel usunął przegrodę oddzielającą grzesznych, śmiertelnych ludzi od świętego Boga. Przepaść między nami a Bogiem została zasypana. Nagle się wyjaśniło, o czym to mówił Izajasz, gdy prorokował o uczcie „z najpożywniejszego mięsa, z najwyborniejszych win”, którą „dla wszystkich ludów” przygotuje Pan Zastępów. „Zedrze On na tej górze zasłonę, zapuszczoną na twarz wszystkich ludów, i całun, który okrywał wszystkie narody; raz na zawsze zniszczy śmierć” – pisze w uniesieniu (Iz 25,6-8).
I właśnie to się stało – nie ma już zasłony, zdarty został całun. I to dla wszystkich narodów! Każdy ma przystęp do Boga, dla każdego niebo zostało otwarte. •
Franciszek Kucharczak/Gość Niedzielny
+++
Kto ma ufność w Miłosierdzie Boże, ten nie zginie
fot. via Pixabay.com
***
– Ufność w Miłosierdzie Boże jest uznaniem wszechmocy, dobroci i litości Stwórcy. Przez takie uznanie składamy Bogu hołd najwyższy, który otwiera bramy nieba i sprowadza na duszę liczne łaski Boże. Dlatego Psalmista powiada: “łaska ogarnia ufających Panu”(Ps 32,10). Kto zaś ufa nie Bogu, lecz sobie, swemu rozumowi, bogactwom, stosunkom, ten stawia tamę Miłosierdziu Bożemu.(…) Ufność daje męstwo i siłę do wytrwania w najtrudniejszych okolicznościach życia. Dlatego św. Jan Chryzostom nazywa ufność hełmem, który zasłania duszę przed pociskami nieprzyjaciół. Dowodem tego jest Dawid, który bez broni wystąpił przeciwko uzbrojonemu Goliatowi i w imię Boga Najwyższego zwyciężył – pisze bł. ks. Michał Sopoćko.
POTRZEBA UFNOŚCI
Istnieje legenda, że wszystkie cnoty, na czele ze sprawiedliwością, postanowiły opuścić ziemię, splamioną tylu występkami, a odejść do ojczyzny swojej, skąd przyszły – do nieba. Zebrały się wszystkie razem i ruszyły do bram niebieskich. Bramy jednak były zamknięte i odźwierny nie chciał ich do przybytku szczerości wpuścić, zapytując, dlaczego tak szybko z ziemi wracają. “Nie można już dłużej na ziemi wytrzymać – odrzekły – każda cnota jest tam poniewierana i prześladowana, a grzechy jak powódź świat zalewają”. “Wejdźcie – odrzekł odźwierny – tylko ty, ufność, wracaj na ziemię, by biedny człowiek nie popadł w rozpacz wśród tylu pokus i cierpień”. Na te słowa ufność wróciła, a z nią powróciły potem i wszystkie inne cnoty.
W tej starej legendzie zawiera się głęboka myśl, że kto ma ufność w Miłosierdzie Boże, ten nie zginie, choćby wpadł w największe grzechy, albowiem z ufnością mogą wrócić do niego i inne cnoty. Dlatego ufność przyrównują do gołębicy Noego, która, wypuszczona z arki w czasie potopu, przyniosła mu gałązkę zieloną na znak, że wody opadły. Tak ufność zwiastuje, że Bóg jest miłosiernym Ojcem. Przyrównują ją również do latarni morskiej, która wskazuje rozbitkowi, że brzeg jest blisko, i że może do niego przy wysiłku dopłynąć. Tak ufność przyświeca ziemskiemu wędrowcowi w jego nieraz trudnej drodze życia, a błogie jej światło pociesza go, ożywia i wskazuje drogę do celu. (…) Ufność – jako spodziewanie się pomocy obiecanej – jest koniecznym warunkiem cnoty teologicznej nadziei, którą można przyrównać do kotwicy. Jak bowiem kotwica utrzymuje okręt na morzu i chroni go w czasie burzy od rozbicia się o skały ukryte, tak nadzieja w żegludze życia ludzkiego – niby kotwica o dwóch zębach – podtrzymuje w nas pragnienie [aby] posiąść w całej pełni dobro najwyższe – Boga i Jego dary, i ufa, czyli się spodziewa obiecanej w tym celu i wysłużonej przez Jezusa Chrystusa pomocy, czyli łaski potrzebnej.
A jak konieczną jest ta łaska do zbawienia, tak konieczną rzeczą jest spodziewanie się jej, albo ufność, że Najmiłosierniejszy Zbawiciel tej łaski nie poskąpi, a udzieli jej hojnie. Przedmiotem nadziei jest sam Bóg, a przedmiotem ufności jest obietnica Boga, że udzieli nam potrzebnej pomocy. Najmiłosierniejszy Zbawiciel wielokrotnie obiecał nam swoją pomoc, gdy np. powiedział: “Przyjdźcie do mnie wszyscy, którzy utrudzeni i obciążeni jesteście, a Ja was pokrzepię”(Mt 11,28). (…) To jest niedwuznaczna obietnica, uczyniona przez Tego, który nigdy nikogo nie zawiódł. Bóg w raju obiecał prarodzicom Mesjasza i zesłał Go wreszcie jako Syna swojego a Pana naszego Jezusa Chrystusa. Ten zaś Jezus z jednej strony powiada, że “beze Mnie nic nie możecie uczynić”(J 15,5), czyli żąda uznania naszej słabości, niemocy i nieudolności w sprawie naszego zbawienia. Z drugiej zaś strony zapewnia: “Wszystko, o co prosicie w modlitwie, stanie się wam, tylko wierzcie, że otrzymacie”(Mk 11,24), – wierzcie to znaczy ufajcie, jak wynika z kontekstu. Do tej ufności nawołuje Apostoł: “Przybliżmy się więc z ufnością do tronu łaski, abyśmy doznali miłosierdzia i znaleźli łaskę pomocy w stosownej chwili”(Hbr 4,16).
Czyli, że ufność jest koniecznym warunkiem Miłosierdzia Bożego. (…) Ufność przebija niebiosa i wraca stamtąd z błogosławieństwem, podczas gdy brak ufności powoduje oziębłość i przekształca się w zarozumiałość, a nawet ściąga karę.(…) Zdarzyć się może, że człowiek wśród burz tego życia straci wszystko, co stanowiło jego piękno i wartość: wiarę swą nadwyręży, porwie liny miłości, zbruka swe sumienie różnymi ciężkimi grzechami, ale jeżeli ma jeszcze kotwicę nadziei, której koniecznym warunkiem jest ufność, zaczepi się o dno Miłosierdzia Bożego i uniknie zupełnej zguby. (…) Ufność w Miłosierdzie Boże jest składową częścią żalu za grzechy, dlatego tylko ufający może się spodziewać odpuszczenia grzechów swoich w sakramencie pokuty. Toteż przygotowując się do spowiedzi (…)wzbudzajmy często akt ufności i patrząc na obraz Najmiłosierniejszego Zbawiciela, który Go nam przedstawia w momencie ustanowienia sakramentu pokuty, powtarzajmy często ten akt strzelisty, którego nauczył nas Zbawiciel: “Jezu, ufam Tobie!”.
SKUTKI UFNOŚCI
“A ja zaufałem Twemu miłosierdziu; niech się cieszy me serce z Twojej pomocy, chcę śpiewać Panu, który obdarzył mnie dobrem”(Ps 13,6)
Ufność w Miłosierdzie Boże jest uznaniem wszechmocy, dobroci i litości Stwórcy. Przez takie uznanie składamy Bogu hołd najwyższy, który otwiera bramy nieba i sprowadza na duszę liczne łaski Boże. Dlatego Psalmista powiada: “łaska ogarnia ufających Panu”(Ps 32,10). Kto zaś ufa nie Bogu, lecz sobie, swemu rozumowi, bogactwom, stosunkom, ten stawia tamę Miłosierdziu Bożemu.(…) Ufność daje męstwo i siłę do wytrwania w najtrudniejszych okolicznościach życia. Dlatego św. Jan Chryzostom nazywa ufność hełmem, który zasłania duszę przed pociskami nieprzyjaciół. Dowodem tego jest Dawid, który bez broni wystąpił przeciwko uzbrojonemu Goliatowi i w imię Boga Najwyższego zwyciężył.
Ufność w Miłosierdzie Boże chroni nas przed atakami piekła. Wszystkie pokusy najłatwiej zwyciężamy przez krótki akt strzelisty, skierowany do Najmiłosierniejszego Chrystusa: “Jezu, ufam Tobie!”(…). Ufność usuwa smutek i przygnębienie, a wlewa do duszy nadprzyrodzoną pociechę i radość. (…) Radość jest jedną z największych potrzeb życia. Czym światło dla rośliny, powietrze dla zwierząt, a woda dla ryby, tym jest radość dla człowieka. (…) Otóż ufność w Miłosierdzie Boże jest źródłem takiej radości, albowiem podnosi duszę znękaną, a krzyż życia czyni lżejszym i milszym. Dlatego św. Paweł raduje się wśród trudów apostolskich: “Raduję się w cierpieniach za was”(Kol 1,24). (…) Ufność czyni cuda, bo ma na usługi wszechmoc Boga i nieskończone Jego Miłosierdzie. (…) Mojżesz z ufnością uderza laską o skałę, a ze skały wytryska potok. Piotr i Jan z ufnością mówią do spotkanego kaleki: wstań i chodź, a ten natychmiast odzyskuje władzę w nogach (por. Dz 3,7). Gdy więc mamy do spełnienia coś wielkiego i trudnego, zwracajmy się z ufnością do Miłosierdzia Bożego, jak owa niewiasta chora, która się dotknęła szat Jezusa i poczuła się zdrową.
Ufność w Miłosierdzie Serca Jezusowego daje pokój wewnętrzny, jak to mówi Psalmista: “Gdy się położę zasypiam spokojnie, bo tylko Ty, Panie, pozwalasz mi mieszkać bezpiecznie”(Ps 4,9). Jak dziecię spokojnie zasypia na ręku matki, nie obawiając się niczego, tak dusza ufająca Miłosierdziu Bożemu pozostaje zawsze zrównoważona, niczego się nie obawia, przed niczym się nie trwoży, bo wie, iż prędzej matka zapomni o dziecięciu swoim, niż Bóg o tych, którzy Mu zaufali. Dlatego Chrystus Pan ukazując się Apostołom po Zmartwychwstaniu pozdrawiał ich słowami: “Pokój wam”, albowiem Mu bardzo ufali. Znany obraz Miłosierdzia Bożego przedstawia nam Jezusa w tym właśnie momencie ukazania się Apostołom w Wieczerniku w dniu Zmartwychwstania wieczorem, a kto będzie czcić ten obraz i ufać Zbawicielowi, dozna niezamąconego pokoju. Ufność wreszcie zapewnia świetną nagrodę po śmierci, jak tego dowodzą liczne przykłady Świętych Pańskich.
Oto św. Szczepan ufa Chrystusowi w dysputach z faryzeuszami, a gdy ci zaczęli na niego rzucać kamienie, on woła padając na ziemię: “Widzę niebo otwarte i Syna Człowieczego stojącego po prawicy Boga”(Dz 7,56), – i dla tej ufności nie lęka się pocisków. (…) Przypominajmy często umierającym ufność w Miłosierdzie Boże, co uchroni ich od trwogi i rozpaczy, a sprowadzi na ich łoże śmiertelne Anioła pokoju. Wobec tak błogich skutków ufności, każdy z nas winien ją w sobie często wzbudzać, szczególnie w czasie pokusy, w niepowodzeniach i nieszczęściach, w samotności i opuszczeniu przez ludzi, w cierpieniach i chorobach, a nawet i wówczas, gdy się nam będzie wydawać, że nawet Bóg nas opuścił. Tym bardziej wówczas garnijmy się do Najmiłosierniejszego Serca Zbawiciela, gdy nam odmawia swych pociech i nie wysłuchuje próśb naszych, gdy przygniata nas ciężkim krzyżem doświadczeń, jakich doznawali wszyscy święci. (…)
W JAKI SPOSÓB UTWIERDZIĆ SIĘ W STAŁEJ UFNOŚCI BOGU?
Pan Jezus w najrzewniejszych słowach i obrazach wzywa człowieka, by szedł za Nim drogą dziecięcej ufności i prostoty. “Ja jestem dobrym pasterzem”(J 10,11) – mówi, a ten jeden tytuł winien wzbudzać w sercu każdego chrześcijanina bezgraniczne zaufanie. W stosunku do Ojca Zbawiciel podaje siebie za Baranka, złożonego na całopalenie za grzechy całego świata, a w stosunku do nas jest to Pasterz dobry: On zna i miłuje swe owce, karmi je swą nauka i łaską, a nawet oddaje Ciało i Krew swoją na pokarm. (…) Dlaczego Bóg tak zaleca ufność? Dlatego, że ona jest hołdem złożonym Miłosierdziu Bożemu. Ufność to odpoczynek naszego umysłu, pogrążonego w stałej myśli o obecności Wszechmocnego i Miłosiernego Boga, pojmowanego raczej jako Ojca i Zbawiciela niż jako Pana.
Ufność to zachęta i otucha zawsze dająca się pogodzić ze wszystkimi klęskami i próbami życia. Jakkolwiek głęboka w sercu byłaby boleść, jest jeszcze coś głębszego w nas samych: To Bóg obecny w duszy z całą swą potęgą, dobrocią i miłosierdziem. A ta zachęta w duszy chrześcijańskiej rośnie w miarę, jak się wzmagają cierpienia. Im bardziej dusza czuje się przytłoczoną i niemocną, tym więcej pojmuje, że ma liczyć tylko na pomoc Boga. (…) W jaki sposób utwierdzić się w stałej ufności Bogu? Trzeba przede wszystkim chcieć służyć Bogu, a chcieć szczerze, żyjąc prawdziwie po chrześcijańsku. Dusza nasza ma jedną słabą stronę, a jest nią główna namiętność. Bóg wymaga od nas tej jednej ofiary, a której od dawna Mu odmawiamy, albo przynajmniej złożenie jej odkładamy. Wobec ostatecznych naszych przeznaczeń, musimy w gorącej modlitwie Bogu przyrzec, że chcemy ofiarować Mu wszystko, czego od nas wymaga dla uświęcenia naszego.
Taka stanowcza wola wytworzy w duszy pokój i ufność. Wszelkie wahanie przytłumia ufność, dlatego trzeba raz stanowczo się zdecydować. Po co te płonne wysiłki, by pogodzić wymagania Ewangelii z żądaniami świata? To się nigdy nie uda, bo kto się przywiązuje do świata, ogłasza się przeciwnikiem Jezusa. Cóż zyskamy stawiając opór łasce? Niepokój. Bóg jest naszą ostoją i naszym Wodzem w bojach naszych. On potrafi zawsze obrócić wszystko na dobro: nasze pokusy, przykrości, boleści, choroby, oschłości itp. tak, że nie ma dnia, godziny, chwili, w której nie moglibyśmy mówić z Prorokiem: “Oto Bóg jest zbawieniem moim! Będę miał ufność i nie ulęknę się, bo mocą moją i pieśnią moją jest Pan. On stał się dla mnie zbawieniem!”(Iz 12,2). (…) Ufność to klucz do Miłosierdzia Bożego, to naczynie, jakim czerpiemy ze skarbca litości Bożej.. “Jezu, ufam Tobie!”. (…) Jeszcze są dwie rady, jakie podaje Pismo św. dla utwierdzenia się w ufności – “Miej ufność w Panu i postępuj dobrze”(Ps 37,3), mówi Psalmista, byśmy nie roztrząsali, czy Bóg jest z nas zadowolony, ale raczej przypuszczali, że tak jest. Weźmy to za punkt wyjścia i czyńmy dobrze, pokładając w Bogu całą ufność.
Drugą radę podaje Apostoł: “Radujcie się zawsze w Panu; jeszcze raz powtarzam: radujcie się!(…) Pan jest blisko”(Flp 4,4). Radość ma być tak silna i serdeczna, by nic nie mogło jej nadwyrężyć i zmienić. Niech to uczucie będzie nieodmienne, jak jego pobudka – Bóg. Wszystko niech się zmienia, prócz naszego względem Boga usposobienia.. (…) Bóg nam towarzyszy wszędzie, uśmierza burze, dodaje odwagi, leczy ułomności. Ręka Jego jest zawsze blisko nas, możemy ją chwycić ufną modlitwą. Nie traćmy odwagi, gdy wbrew naszym oczekiwaniom dotkną nas cierpienia, które wyleczą nas z wad ukrytych, jakie może przyniosłyby nam zgubę. Jak garncarz trzyma w piecu glinę, dopóki się nie stanie dobrą, tak Bóg każe nam pozostawać w piecu doświadczeń, dopóki nie wyćwiczymy się w cnocie. (…) Wreszcie ufność ma być połączona z tęsknotą, czyli pragnienie oglądania obietnic Bożych. (…) Tęsknota za Bogiem ma zagrzewać nas do ustawicznej pracy i zupełnego ofiarowania się Jemu. (…) Nie możemy dosyć ufać Bogu, ale nie wolno nam kusić Go, gdyż ufność prawdziwa nie jest ani zarozumiałością, ani bezwładnością.
“Za łaską Boga jestem tym, czym jestem, a dana mi łaska Jego nie okazała się daremna; przeciwnie, pracowałem więcej od nich wszystkich”(1Kor 15,10), mówi św. Paweł, czyli że jest dział dla łaski i dział dla naszej działalności. Nie jesteśmy zdolni do wszystkiego, więc i nie wymagajmy od siebie wszystkiego. Możemy mało, toteż i Bóg od nas nie żąda dużo, ale domaga się, byśmy z Jego łaską współpracowali. Jeżeli chcemy, chciejmy szczerze i czyńmy, co możemy, a modlitwa dopełni czynu, jak łaską dopełni naturę.
błogosławiony ks. Michał Sopoćko
ze strony:Fronda.pl
+++
Po co Bogu cierpienie
Odwieczne pytanie o sens bólu i utrapienia odwiecznie pozostaje bez jednoznacznej odpowiedzi. W Chrystusie jest jednak coś więcej niż teoretyczna odpowiedź.
fot. Henryk Przondziono/ Gość Niedzielny
***
W atmosferze nadchodzących Świąt Paschalnych odżywają pytania o to, co Kościół nazywa tajemnicami naszego zbawienia. Jak pojąć choćby tę niesłychaną rzecz, że dla naszego odkupienia polała się krew Syna Bożego? Czemu nie wystarczyły zwykłe ludzkie błagalne modlitwy? I dlaczego, skoro Jezus Chrystus poniósł śmierć na krzyżu, w dalszym ciągu umieramy?
– Czemu aż śmierć? Trudno na głębokie odpowiadać krótko. Ale zaryzykuję. Bo świat jest taki. W warunkach tego świata miłość Boża naraża się na najwyższe zranienie – mówi ks. prof. Jacek Kempa, dziekan Wydziału Teologicznego UŚ.
– Święty Paweł mówi, że skoro Chrystus „umarł za wszystkich, to wszyscy pomarli” (2 Kor 5,14). To, że Jezus umarł za nas, nie oznacza, że my, chrześcijanie, mielibyśmy być wyłączeni spośród tych, którzy umierają. Jezus nie uwalnia nas od umierania, ale sam to umieranie uprzedza, uświęca i przeprowadza do zmartwychwstania – zauważa. Wskazuje, że trzeba brać pod uwagę całe wydarzenie paschalne – czyli śmierć i zmartwychwstanie Pana Jezusa. Gdy pytamy o zbawienie i rolę w nim cierpienia, to nie wolno pozostać przy samym momencie męki i śmierci Pana Jezusa. Dopiero wtedy widzimy pełnię Bożego zwycięstwa nad śmiercią i grzechem, i rodzi się w nas nadzieja, że możemy mieć w tym zwycięstwie udział. – Owszem, wyobrażano sobie, że Boże odkupienie przyniesie nam uwolnienie od wszelkich skutków grzechu i fizycznego zła obecnego w świecie. Ale wiemy, że tak nie jest. Nawet namnożyło się w dziejach mnóstwo strasznych rzeczy. A jednak jest to świat odkupiony. Triumfy zła, które obserwujemy także dzisiaj, są skazane na klęskę. Zło nie ma już perspektywy ostatecznej. Dzieło odkupienia przynosi nam obietnicę decydującego wyzwolenia od zła na końcu czasów – podkreśla dogmatyk.
Po co czyny
Wśród wierzących pojawia się czasem pytanie, na czym polega spłacenie naszego grzesznego długu, skoro i tak, gdy staniemy przed Bogiem, będziemy sądzeni.
– Gdyby przyjąć, że to, co jako ludzie odkupieni robimy tu dobrego czy złego, nie ma już wpływu na nasze losy wieczne, to moglibyśmy wylądować albo w nauce o apokatastazie, czyli o zbawieniu wszystkich, albo w nauce o predestynacji. A zatem: albo Bóg zbawia wszystkich, albo tych, których odwiecznie postanowił zbawić, natomiast o resztę się nie troszczy.
Tymczasem nauka katolicka stara się wpisać w prawdę o zbawczej Bożej miłości naukę o tym, że jesteśmy odpowiedzialni za nasze zbawienie. A to wiąże się z perspektywą sądu – wyjaśnia ks. Jacek Kempa. Zwraca uwagę na znaczenie naszej wolności przed Bogiem. – Nasze czyny są ważne, jednak aby miały one charakter zbawczy, to my sami musimy pozostawać w więzi z Bogiem. Stan ten nazywamy łaską uświęcającą. Mamy więc coś bardzo ważnego do zrobienia dla naszego zbawienia, ale nigdy bez Boga. Stąd bierze się katolicka nauka o potrzebie życia w łasce uświęcającej; to tylko inny wyraz wiary, że życie w przyjaźni z Bogiem jest fundamentem naszego chrześcijańskiego istnienia. Łaska uświęcająca dysponuje nas do zbawienia i to w niej pełnione czyny są „zasługujące na zbawienie” – zauważa.
Cierpienie zastępcze?
Rozpowszechniony jest w świecie katolickim pogląd, że Bóg oczekuje naszego cierpienia jako dopełniającego „braki męki Chrystusa”, np. przyjęcie cierpienia „w zamian” za kogoś.
– Zawsze trzeba pamiętać, że zbawczą wartość ma miłość, a nie samo cierpienie. To reguła podstawowa. Cierpienie jest stanem, w którym może wyrażać się miłość, ale może się w nim wyrażać także wiele innych rzeczy, nawet nienawiść, która jest destrukcyjna. Możemy z miłością znosić trudy, które nas spotykają, więc także trud choroby. Można go duchowo ofiarować w jakiejś intencji. Wiara mówi nam, że wtedy rzeczywiście włączamy się w zbawczą tajemnicę męki i zmartwychwstania Jezusa – stwierdza kapłan. Przestrzega przed popadaniem w stan niewłaściwy, w którym chodzi o cierpienie, a nie o miłość. Zaznacza, że branie na siebie jakichś cierpień, a nawet zadawanie ich sobie w przekonaniu, że cierpienia te coś sprawią zastępczo za innych, to wypaczenie naszej wiary.
– Bóg nie chce cierpienia dla niego samego. Nie powołał nas do cierpienia. Natomiast cierpienie przyjęte może być sposobem okazania miłości. Są różne poziomy tego zjawiska. Takim cierpieniem może być dobrowolna decyzja, gdy np. w imię miłości zamilknę i zniosę niewłaściwe opinie o sobie dla słusznej obrony drugiego. Inny rodzaj to cierpienie nieuniknione, np. w postaci choroby. Wówczas pojawia się pytanie, co mogę z nim zrobić. Otóż mogę je przetworzyć siłą miłości w dobro, które służy innym. Podstawowym sposobem takiej transformacji jest duchowe ofiarowanie własnych cierpień w modlitwie. Mogę dołączyć do niej staranie o to, by nie narzekać i dzięki temu nie obciążać psychicznie najbliższego środowiska – zaznacza duchowny.
Jak w takim razie rozumieć zdarzenia z życia niektórych świątobliwych osób, które – wydawać by się mogło – podjęły „cierpienie zastępcze”? Na przykład w historii życia kandydatki na ołtarze, s. Dulcissimy, jest zdarzenie, podczas którego ta zakonnica, sama już mocno schorowana, ofiarowała swój słaby wzrok za chłopca, który przestał widzieć. Niebawem chłopiec odzyskał wzrok, a ona całkiem go straciła. Z tej i podobnych historii niektórzy wysnuwają wniosek, że Bogu jest do czegoś potrzebne nasze cierpienie. To zaś rodzi obawę przed ufnym powierzeniem się Bogu, „bo On zaraz to wykorzysta i zrobi ze mnie miazgę”. A przecież nie takiego Boga widzimy w Ewangelii.
– Nie znam dokładnych badań motywów siostry. Istotne jest to, że ta zakonnica była już chora i chyba wiedziała, że jej stan zmierza m.in. do utraty wzroku. Sytuację można zatem rozumieć następująco: cierpię z powodu choroby i wiem, że prawdopodobnie stracę wzrok, ofiaruję więc te swoje cierpienia w intencji przywrócenia twojego wzroku. Jestem przekonany, że taka postawa jest głęboko chrześcijańska, bo motywowana miłością. Natomiast postawa typu: jestem zdrowy, ale chcę zachorować po to, żeby ktoś inny zdrowie odzyskał, byłaby więcej niż wątpliwa – zaznacza dogmatyk.
Za daleko
Faktem jest, że historia pobożności zna wiele różnych odniesień do cierpienia, aż po apoteozę cierpienia jako takiego. Skrajny motyw zadawania sobie cierpienia w imię uznania go za wartość pojawia się nawet w życiorysach świętych. To już niewłaściwa postawa. Sprawa jest o tyle skomplikowana, że blisko łączy się z ascezą, czyli umartwieniami podejmowanymi dla powściągnięcia popędów ciała, zapanowania „ducha nad ciałem”.
– W ascezie zawsze pojawia się moment cierpienia – np. wyrzeczenia – podejmowanego dla doskonalenia duchowego i moralnego. Trzeba jednak pamiętać o granicy, jaką stanowi zupełnie fałszywe podejrzenie, że ciało wraz ze sferą psychiczną stanowi źródło zła we mnie. To stara herezja manichejska. Podejmowane umartwienia nie mogą rozbudzać takiego myślenia. Podobnie nie mogę ulegać myśli, że przez zadawanie sobie cierpienia mogę coś ofiarować Bogu. Jaki nieuporządkowany obraz Boga kryje się za tym! Jak łatwo byłoby tu przekroczyć próg autodestrukcji! Bóg nie oczekuje ode mnie cierpienia, ale miłości. A jednym z elementów tej miłości jest szacunek do siebie samego, do własnego ciała. Jeśli więc podejmujemy umartwienia i towarzyszy im cierpienie, to powinniśmy umieć wskazać, jakiemu dobru duchowemu czy moralnemu one służą. Na przykład zwalczanie nałogów wiąże się z bólem, ale przecież na celu ma dobro – wskazuje kapłan.
Cierpimy inaczej
Jezus wzywa każdego do wzięcia swojego krzyża i pójścia za Nim. Czy to oznacza, że w istocie wzywa do wzięcia miłości?
– Sformułowałbym to tak: mogę dzięki Jezusowi uczynić z moim cierpieniem coś sensownego, czyli starać się kochać w tym cierpieniu, przeżywać swój krzyż w łączności z Jezusem, budować także więzi z innymi – proponuje ksiądz profesor.
Teologia mówi, że wszystko, co Jezus na siebie przyjął – to odkupił. A przyjął też cierpienie. Znaczyłoby to, że nawet cierpienie zostało jakoś odkupione i z Chrystusem cierpimy inaczej.
– Od czasu przyjścia Jezusa na świat nasza egzystencja została przeniknięta zbawiającą mocą Boga. Patrząc w świetle wiary: wszystko staje się inne, a w tej perspektywie zmienia się również nasze cierpienie. Zatem fundamentem dla tej nowiny jest fakt, że Syn Boży przeszedł solidarnie z nami drogę cierpienia aż po śmierć. Ale jest tu jeszcze więcej niż tylko pociecha. Ponieważ w ten sposób nieuniknione cierpienie zostaje przeniknięte obecnością Boga, staje się jakby ołtarzem, na którym razem z Jezusem ofiarujemy siebie Bogu, niesieni Jego miłością – podsumowuje ks. Jacek Kempa.•
Franciszek Kucharczak/Gość Niedzielny
+++
Wypełnienie
Diabeł tkwi w szczegółach – mawiamy. Starotestamentalne proroctwa, które podczas męki wypełnił z detalami Jezus, pokazują, że w szczegółach tkwi Pan Bóg.
Pitts Theology
***
Dla wielu to dowód na prawdziwość Biblii. Żaden skatowany człowiek w chwili skrajnego wycieńczenia nie mógłby pamiętać o tym, by wypełnić drobiazgowo zapowiadające Jego mękę proroctwa. A zresztą na realizację wielu z nich nie miał żadnego wpływu. Nie mógł przecież doprowadzić do tego, by zrealizowała się profetyczna zapowiedź: „Między siebie dzielą szaty moje i los rzucają o moją suknię” (Ps 22,19) czy „Gdy byłem spragniony, poili mnie octem” (Ps 69,22). O wypełnionych przez Mesjasza proroctwach można pisać bez końca. Są tacy (np. Amerykanin Josh McDowell), którzy poświęcili tej tematyce pokaźne tomy opracowań.
Zacznijmy od złapania Pana Boga za słówko. Sam Jezus powiedział, że przyszedł „wypełnić Prawo”. W języku polskim zdanie to nabiera głębszego znaczenia. Poza tradycyjnym rozumieniem zwrotu „wypełnienie prawa” można znaleźć i inne: On wypełnił je sobą. Z zachwytem, a jednocześnie ogromną Bożą bojaźnią rzeczywistość tę odczytują dziś miliony żydów mesjanistycznych, czyli tych, którzy w rabbim Jeszui odnaleźli Mesjasza. A ponieważ doskonale znają Torę i Proroków, czytając o męce Baranka bez skazy, odnajdują w niej Tego, o którym Izajasz prorokował: „Mąż boleści, oswojony z cierpieniem, jak ktoś, przed kim się twarze zakrywa, wzgardzony tak, iż mieliśmy Go za nic. Lecz On się obarczył naszym cierpieniem, On dźwigał nasze boleści”. Nieprzypadkowo hymn ten towarzyszy przeżywaniu Triduum Paschalnego.
Słodko-gorzki
Jak proroczo brzmi opowieść z Księgi Wyjścia o gorzkich wodach w Mara, które stały się słodkimi po wrzuceniu do nich… kawałka drewna. To przecież zapowiedź krzyża: drewna, w które – jak śpiewamy w Gorzkich Żalach – wbite były „słodkie gwoździe”.
Podczas męki Jezusa wypełniły się proroctwa Daniela: „Pomazaniec zostanie zgładzony (…). Utrwali on przymierze dla wielu przez jeden tydzień. A około połowy tygodnia ustanie ofiara krwawa i ofiara z pokarmów” (9,26). Ustanie ofiar potwierdza tekst z Talmudu Rosz Haszana 31b.
Cierpienia Mesjasza w poruszający sposób opisywała już Księga Mądrości (2,12-24): „Zróbmy zasadzkę na sprawiedliwego, bo nam niewygodny: sprzeciwia się naszym sprawom, zarzuca nam łamanie prawa, wypomina nam błędy naszych obyczajów. Chełpi się, że zna Boga, zwie siebie dzieckiem Pańskim. (…) Sam widok jego jest dla nas przykry, bo życie jego niepodobne do innych i drogi jego odmienne. Kres sprawiedliwych ogłasza za szczęśliwy i chełpi się Bogiem jako ojcem. Zobaczmyż, czy prawdziwe są jego słowa, wybadajmy, co będzie przy jego zejściu. Bo jeśli sprawiedliwy jest synem Bożym, Bóg ujmie się za nim i wyrwie go z ręki przeciwników. Dotknijmy go obelgą i katuszą, by poznać jego łagodność i doświadczyć jego cierpliwości. Zasądźmy go na śmierć haniebną, bo – jak mówił – będzie ocalony”.
O Jezusie – wierzą chrześcijanie – śpiewał psalmista, wołając: „Boże mój, Boże mój, czemuś mnie opuścił?” (Ps 22), a sam Mesjasz odwoływał się wprost do wywyższenia przez Mojżesza miedzianego węża.
Psalm 34 zapowiadał: „Żadna z jego kości nie ulegnie złamaniu”. Stojący pod krzyżem Jan potwierdzał: „Stało się to bowiem, aby się wypełniło Pismo: Kość jego nie będzie złamana” (J 19,35).
„Od czasu zburzenia Świątyni nie są składane ofiary. Symbolizuje je kość. Nie może być złamana. Dlaczego? Bo w Księdze Wyjścia Bóg nakazał, by spożyć Baranka w całości” – wyjaśnia Kazimierz Barczuk, Żyd, który od wielu lat pracuje z ocalałymi z Holokaustu. „Dlaczego Bóg nie pozwalał Izraelitom łamać kości? Bo Żydzi byli niewolnikami. Nie jedli dotąd baranków. Niewolnik jadł kość. Wysysał ją, obgryzał. Bóg powiedział: »Stop. Jesteście wolni i macie jeść jak wolni!«. Gdy Jan Chrzciciel zobaczył Jezusa, krzyknął: »Oto Baranek Boży, który gładzi grzechy świata«. I nikt nie pytał: »Janie, jaki baranek? O czym ty mówisz?«. Oni znali kontekst”.
„Prawo zalecało, by baranek paschalny został upieczony w całości” – dopowiada Scott Hahn. „Nie powinien być pieczony na rożnie z metalu, bo stykające się z nim mięso będzie opiekane przez metal, a nie przez ogień”. Zalecano wykonywanie rożna z suchego drewna granatowego. Żyjący w II wieku św. Justyn Męczennik, pochodzący z Palestyny, opisał ofiary, jakie składali Samarytanie na górze Garizim. Zwierzę było zawieszone na dwóch drewnianych rusztach: jeden przechodził wzdłuż kręgosłupa, a drugi w poprzek, przez grzbiet. Baranka rozciągało się na drewnianych gałęziach ułożonych na kształt… krzyża.
Słońce nagle zgasło
Proroctwa zapowiadały zdradę spożywającego chleb z Mesjaszem przyjaciela (Ps 41,10: „Nawet mój przyjaciel, któremu ufałem i który chleb mój jadł, podniósł na mnie piętę”), wycenę życia Skazańca (Za 11,13: „Pan rzekł do mnie: Wrzuć do skarbony tę nadzwyczajną zapłatę, której w ich przekonaniu byłem godzien. Wziąłem więc trzydzieści srebrników i wrzuciłem je do skarbony domu Pańskiego”), Jego milczące przyjęcie zniewag, sąd, biczowanie i kaźń. Cztery wieki przed „wynalezieniem” ukrzyżowania znajdziemy słowa… przedstawiające ten rodzaj egzekucji.
Psalmista proroczo opisywał sceny na Golgocie, m.in. przebicie rąk i nóg Pomazańca, a nawet słowa świadków ukrzyżowania: „Szydzą ze mnie wszyscy, którzy na mnie patrzą, rozwierają wargi, potrząsają głową: »Zaufał Panu, niechże go wyzwoli, niechże go wyrwie, jeśli go miłuje«” (Ps 22) czy przebicie Jezusowego boku. Prorok Amos wspomniał o zaćmieniu słońca: „Owego dnia – wyrocznia Pana Boga – zajdzie słońce w południe i w dzień świetlany zaciemnię ziemię. Zamienię święta wasze w żałobę, a wszystkie wasze pieśni w lamentacje; (…) i uczynię żałobę jak po jedynaku, a dni ostatnie jakby dniem goryczy”.
Zaraz, zaraz – zdumiewają się turyści oglądający Pietę – czy po śmierci Jezusa, gdy świat zastygł w osłupieniu, a Maryja trzymała na rękach Jego zakrwawione ciało, nie spełniły się słowa Oblubienicy wołającej w Pieśni nad Pieśniami: „Lewa jego ręka pod głową moją, a prawica jego obejmuje mnie”?
Rozdarcie
W opisie męki Jezusa możemy znaleźć mnóstwo zapowiadanych przez proroków detali. W swym rodowodzie, który dla niektórych może być zwykłym „spisem lokatorów”, Jezus wymienia osoby mające ogromne profetyczne znaczenie dla Jego zbawczej misji.
Najświętszym miejscem Jerozolimy była świątynia, a strefą jej absolutnego sacrum Kodesz ha-Kodaszim. Święte Świętych – pomieszczenie w kształcie kwadratu o boku 4,5 m. Tu mieszkał w swej chwale Bóg. Jedynie raz w roku, w czasie święta Jom Kippur, mógł tu wchodzić arcykapłan. W chwili śmierci Jezusa Bóg rozerwał zasłonę w światyni z góry na dół. – Pokazał tym samym: mój Syn jest arcykapłanem – wyjaśnia Kazimierz Barczuk. – W rodowodzie Jezusa wymieniony jest Peres, syn Tamar. Urodziła bliźniaki. „Kiedy zaczęła rodzić, jedno z dzieci wyciągnęło rączkę; położna, zawiązawszy na tej rączce czerwoną tasiemkę, rzekła: »Ten urodzi się pierwszy«. Ale cofnęło ono rączkę i wyszedł z łona jego brat. Położna powiedziała: »Dlaczego przedarłeś się przez to przejście?«. Dano mu więc imię Peres”. Chłopczyk, który urodził się pierwszy, został nazwany „Ten, który przerwał przegrodę”. Tak samo nazywa się zasłona przybytku! W rodowodzie czytamy zapowiedź: Jezus będzie tym, który zniszczy mur, zasłonę.
Wchodzący za zasłonę arcykapłan nakładał lnianą szatę. „Informacja o tunice Jezusa (chiton) bez szwów jest podana z dużą dokładnością” – pisał w książce „Jezus z Nazaretu” Benedykt XVI. „Według Józefa Flawiusza tunika arcykapłana była utkana tylko z jednej nici. To aluzja do arcykapłańskiej godności Jezusa. Ten, który tu umiera, jest nie tylko Królem Izraela, ale i arcykapłanem. Dokonuje aktu konsekracji, kapłańskiego oddania Bogu siebie samego, a Golgota jest miejscem liturgii kosmicznej”.
Dlaczego Jezus wjechał do Jerozolimy na osiołku? Dlaczego uczniowie zarekwirowali to zwierzę, rzucając krótkie „Pan go potrzebuje”? „Dzisiejszemu czytelnikowi wszystko to może się wydać pozbawione znaczenia, jednak dla współczesnych Jezusowi Żydów wydarzenia te są pełne tajemniczych odniesień” – pisał Benedykt XVI. „We wszystkim tym obecny jest motyw królestwa i związanych z nim obietnic. Jezus przypisuje sobie znane całej starożytności prawo rekwirowania środków transportu. Na królewskie uprawnienia wskazuje także to, że jest tu mowa o ośle, którego nikt jeszcze nie dosiadał. Można tu dosłyszeć odniesienia do słów Księgi Rodzaju, gdzie jest mowa o błogosławieństwie Jakuba, w którym Judzie jest przyobiecane berło, laska wodzowska, która nie zostanie zabrana spośród jego kolan, »aż przyjdzie ten, do którego ono należy, i zdobędzie posłuch u narodów«. Powiedziane jest o nim, że przywiąże swe oślę do krzewu winnego (Rdz 49,11). Przywiązany osiołek wskazuje zatem na Przychodzącego, który »zdobędzie posłuch u narodów«. Jeszcze większe znaczenie mają słowa Zachariasza: »Oto Król twój przychodzi do ciebie łagodny, siedzący na osiołku, źrebięciu oślicy«. To król, który łamie łuki wojenne, król pokoju i prostoty, król ubogich. Jezus przypisuje sobie prawa królewskie. Po przyprowadzeniu osła do Jezusa wydarza się coś nieoczekiwanego: uczniowie zarzucają na osła swe płaszcze. Te właśnie słowa znajdują się w Pierwszej Księdze Królewskiej, w opisie wyniesienia Salomona na tron jego ojca Dawida. Jak widać, nawet nakazując uczniom wybór osiołka, Mesjasz realizował zbawcze posłannictwo”.
Zapraszamy do ogrodu
„Za potokiem Cedron był ogród” (J 18,1). To samo słowo powraca pod koniec historii męki: „W miejscu, gdzie Go ukrzyżowano, był ogród” (J 19,41). Słowem „ogród” Jan czyni aluzję do historii raju. W ogrodzie syk węża wprowadził Adama i Ewę w śmierć, w ogrodzie Nowy Adam zamknął usta demonowi, zamieniając przekleństwo w błogosławieństwo. Święty Augustyn zauważył, że litery imienia Adam tworzą słowa określające cztery strony świata, symbol dezintegracji: Arktos (północ), Dysis (zachód); Anatole (wschód); Mesembre (południe). W ogrodzie Jezus „naprawił to, co Adam zgubił”: scalił rozdarty świat, zburzył mur wrogości.
„Gdy Jezus wołał: »Boże mój, Boże, czemuś mnie opuścił«, rozpoczynał śpiew Psalmu 22” – podsumowuje judaistka Maja Miduch. „Psalm ten kończy się słowami: »Wykonało się« (w tłumaczeniach: »Bóg sprawił«, »Pan to uczynił«). Ukrzyżowany dośpiewał psalm do końca”.
Marcin Jakimowicz/Gość Niedzielny
+++
Piątek 11 kwiecień
„Czy jest boleść podobna do boleści mojej?”
Kościół wspomina 7 Boleści Matki Bożej
(oprac. PCh24.pl)
***
W życiu Matki Bożej miecz boleści przebił jej serce aż siedmiokrotnie. Na tydzień przed Wielkim Piątkiem Kościół daje nam do rozważania Jej cierpienia. Stojąc pod krzyżem, Maryja w szczególny sposób uczestniczyła w Odkupieniu ludzkości.
Od 1814 r. do 1960 r. Kościół czcił Siedem Boleści Maryi aż dwukrotnie. Bardzo popularne jest Święto Matki Bożej Bolesnej – lub właśnie Jej Siedmiu Boleści – obchodzone 15 września, choć wcześniej było ono ruchome i przypadało w trzecią niedzielę września. Drugi raz boleści Maryi wspominamy właśnie w piątek w tygodniu Męki Pańskiej, czyli dokładnie na tydzień przed Wielkim Piątkiem – dniem Męki i Śmierci Jezusa.
Tradycja tego Święta sięga roku 1423 i terenów obecnych Niemiec, jednak początkowo było ono obchodzone tam w trzeci piątek po Wielkanocy. Święto bardzo się rozpowszechniało, głównie jako odpowiedź na protestanckie herezje dotykające osoby Maryi. W XVII wieku zaczęto je obchodzić w piątek przed Wielkim Tygodniem, a w 1727 r. papież Benedykt XIII rozciągnął je na cały Kościół Zachodni.
W swoich początkach było ono również nazywane Transfixio, czyli „Święto Przebicia” [Serca NMP]. Starzec Symeon przepowiedział bowiem Maryi w dniu Ofiarowania Jezusa: A Twoją duszę miecz przeniknie, aby na jaw wyszły zamysły serc wielu (Łk 2,35). Stąd też na wielu obrazach artyści przedstawiają serce Maryi przebite aż 7 mieczami.
Liturgia Mszy św. nie wymienia wszystkich siedmiu boleści z osobna, ale skupia się raczej na rozważaniu Matki Bożej stojącej pod krzyżem i cierpiącej wraz z Synem. Widzimy to przede wszystkim w Ewangelii, ale również w przepięknej sekwencji Stabat Mater, pochodzącej z XIII wieku.
Wspominanie Matki Bożej cierpiącej wraz ze swoim Synem dotyka bardzo ważnego zagadnienia teologicznego, a mianowicie zasługi de congruo. Maryja bowiem wyjednała nam zbawienie pod krzyżem, lecz nie ze względu na sprawiedliwość (de condigno) – jak to uczynił Chrystus – a raczej ze względu na swoją szczególną bliskość z Bogiem i pełne posłuszeństwo Jego woli (de congruo). Słusznie zatem przysługuje jej tytuł Współodkupicielki.
Błogosławiona Dziewica, z racji pełni łaski, którą otrzymała, zasłużyła de congruo na zbawienie dla rodzaju ludzkiego – wyjaśnia św. Tomasz z Akwinu w Summie Teologicznej. Również św. Jan Paweł II w swojej encyklice Salvifici Doloris pisze, że Maryja poprzez swoje macierzyńskie cierpienie w sposób wyjątkowy uczestniczyła w Odkupieniu ludzkości.
Siedem Boleści Matki Bożej stanowią poniższe wydarzenia z Jej życia:
1) Proroctwo Symeona (Łk 2,34-35)
2) Ucieczka do Egiptu (Mt 2,13-21)
3) Zagubienie Jezusa w Świątyni (Łk 2,41-50)
4) Dźwiganie krzyża przez Jezusa (J 19,17)
5) Ukrzyżowanie Jezusa (J 19,18-30)
6) Zdjęcie Jezusa z krzyża i złożenie na rękach Matki (J 19,39-40)
W drugą sobotę każdego miesiąca po Mszy św. modlimy się Koronką do Serca Boleściwej Matki – Serca przebitego siedmiokrotnie mieczem boleści.
+++
Niedziela Bożego Miłosierdzia
„W tym dniu otwierają się głębiny Mojego czułego miłosierdzia. Wylewam całe morze łask na dusze, które zbliżą się do źródła Mojego miłosierdzia”. — słowa Pana Jezus wypowiedziane do św. Faustyny Kowalskiej
Zechciejmy sobie uświadomić, że istnieje dla nas możliwość na zmazanie wszelkiej kary za nasze grzechy — to tak jakbyśmy na nowo zostali ochrzczeni. Taką obietnicę złożył Chrystus Pan ustanawiając Niedzielę Miłosierdzia Bożego – wielkie święto kończące Nowennę do Miłosierdzia Bożego.
Pan Jezus prosił o nabożeństwo do Jego Bożego Miłosierdzia w drugą niedzielę po Wielkanocy, która przypada w tym roku przypada 27 kwietnia.
W tym dniu Pan Jezus daje nam możliwość uzyskania odpustu zupełnego, co oznacza, że wszelka doczesna kara za grzechy zostaje całkowicie wymazana. To druga szansa na duchową niewinność — niezwykła łaska ofiarowana całemu światu. I to nie wszystko! Pan Jezus pragnie spełnić kolejne jeszcze bardzo ważne obietnice tym, którzy będą modlić się Koronką do Miłosierdzia Bożego: – Udzielę przebaczenia nawet najbardziej zatwardziałym grzesznikom. – Łaski wytrwania aż do śmierci. – Obdarzę miłosierdziem dusze w czyśćcu cierpiące, za które będziemy się modlić. – Ochronię w szczególny sposób tych, którzy ufają Mojemu miłosierdziu.
Św. Jan Paweł II poświęcił swoje życie szerzeniu wiary w nieskończone miłosierdzie Chrystusa i ustanowił Niedzielę Miłosierdzia Bożego i to jest niesamowite, że odszedł do domu Ojca w wigilię święta Bożego Miłosierdzia, co wskazuje, że Nasz Pan potwierdził jego misję.
Czy jesteś gotowy przyjąć te łaski? Nowenna do Bożego Miłosierdzia rozpoczyna się w Wielki Piątek.
Przeżyjmy Oktawę Wielkanocną poprzez zbliżenie się do Pana Jezusa i ucząc się ufać Mu poprzez żarliwą modlitwę. A pod koniec tych dziewięciu dni, 27 kwietnia, w Niedzielę Miłosierdzia Bożego, możemy uzyskać odpust zupełny pod zwykłymi warunkami.
To nabożeństwo jest jednym z największych darów naszych czasów.
***
“To moje szczególne zadanie. Wyznaczyła mi je Opatrzność”. Misja św. Jana Pawła II
wikipedia
***
Papież Polak od początku swojego pontyfikatu zdawał sobie sprawę ze szczególnej misji, jaką powierza mu Bóg.
Rozwój kultu Bożego miłosierdzia, jaki przeżywamy dzisiaj w świecie, nie nastąpiłby bez Jana Pawła II. Pierwszym, który to w pełni dostrzegł, był papież Benedykt XVI, nazywając w 2007 roku Jana Pawła II „apostołem Bożego miłosierdzia”. Misją s. Faustyny było przekazanie Kościołowi orędzia o Bożym miłosierdziu, ale to papież Karol Wojtyła prawdę o Bożym miłosierdziu oraz jego kult w formach przekazanych przez s. Faustynę wprowadził w życie Kościoła.
Od samego początku mojej posługi Piotrowej w Rzymie uważałem, że głoszenie tego orędzia [Bożego miłosierdzia – przyp. red.] to moje szczególne zadanie. Wyznaczyła mi je Opatrzność w dzisiejszej sytuacji człowieka, Kościoła i świata. Rzec by można, że to właśnie ta sytuacja wyznaczyła mi to orędzie jako moje zadanie przed Bogiem – mówił w listopadzie 1981 roku, a zatem na początku swego pontyfikatu Jan Paweł II.
Orędzie o Bożym Miłosierdziu towarzyszyło Karolowi Wojtyle przez całe dorosłe życie i było ono, jak wyznał w czerwcu 1997 roku przy okazji papieskiej wizyty w Łagiewnikach, zawsze mu „bliskie i drogie”.
Po raz pierwszy o mistyczce z Łagiewnik i, w sposób niepełny jeszcze, o przekazanym jej przez Jezusa orędziu o Bożym miłosierdziu, Karol Wojtyła usłyszał w 1942 roku od swojego przyjaciela, później księdza i kardynała Andrzeja Deskura. To orędzie wywarło wpływ na kapłaństwo Karola Wojtyły, na jego duchowość (jak mówił, wychowywał się do kapłaństwa w cieniu Łagiewnik), a w konsekwencji rozwój kultu Bożego miłosierdzia na świecie.
Karol Wojtyła, obdarzony szczególnym rodzajem wrażliwości duchowej i wyczulony na oznaki świętości, od początku nie miał wątpliwości co do prawdziwości objawień s. Faustyny, jej świętości i szczególnej aktualności przesłania o Bożym miłosierdziu. Dlatego po wojnie jako młody ksiądz wracał do kaplicy z obrazem Jezusa Miłosiernego w Łagiewnikach.
W 1957 roku ówczesny metropolita Krakowa abp Eugeniusz Baziak poprosił ks. Wojtyłę o napisanie opinii na temat kultu Bożego Miłosierdzia, o którą wystąpił Watykan. Warto podkreślić, że była to opinia w pełni pozytywna, gdy większość polskich biskupów wydała wówczas opinię negatywną, co przyczyniło się do wydania w 1959 roku przez Święte Oficjum notyfikacji, zakazującej kultu Bożego miłosierdzia w formach podanych przez s. Faustynę Kowalską. Znamienne, że dwa tygodnie po ogłoszeniu notyfikacji bp Wojtyła pojechał do Łagiewnik, by w kaplicy klasztornej odprawić nabożeństwo do… Bożego miłosierdzia przed obrazem Jezusa Miłosiernego.
Notyfikacja została zniesiona dopiero w kwietniu 1978 roku i była to w pełni zasługa Karola Wojtyły, metropolity Krakowa, który zabiegał o to konsekwentnie, z determinacją, a jednocześnie dyplomacją. Musiał przy tym pokonać wiele oporów, działać niezwykle ostrożnie, zarówno w Polsce, jak i w Watykanie. Pomagał mu w tym wytrwale, torując drogę w watykańskich urzędach, ks. Andrzej Deskur, od 1952 r. pracownik kurii watykańskiej, czciciel s. Faustyny i Bożego Miłosierdzia. W latach 60. obaj doszli do przekonania, że najwłaściwszym sposobem działania będzie zabieganie nie o to, by Święte Oficjum cofnęło notyfikację, ale najpierw wykazanie świętości s. Faustyny.
W 1964 abp Wojtyła uzyskał od ówczesnego szefa Świętego Oficjum kard. Alfredo Ottavianiego nieoficjalne przyzwolenie na wszczęcie procesu informacyjnego s. Faustyny w archidiecezji krakowskiej. Proces w Krakowie rozpoczął się w 1965 r. i zakończył po dwóch latach.
Jednocześnie z rozpoczęciem procesu beatyfikacyjnego w Watykanie trwało badanie „Dzienniczka” s. Faustyny przez teologów-cenzorów. Po tym, gdy cenzorzy orzekli, że „Dzienniczek” jest wynikiem nadprzyrodzonych objawień, a jego treść jest zgodna z Ewangelią, kard. Karol Wojtyła mógł rozpocząć starania o cofnięcie notyfikacji. Było to także warunkiem dalszego prowadzenia w Watykanie procesu beatyfikacyjnego s. Faustyny, którego obserwatorem z nadania kard. Wojtyły został bp Deskur.
O cofnięcie notyfikacji metropolita Krakowa zabiegał w rozmowach z urzędnikami Kongregacji Nauki Wiary (następczyni Świętego Oficjum). Starał się także u papieża Pawła VI o cofnięcie restrykcji związanych z kultem Bożego miłosierdzia.
Notyfikacja ostatecznie została odwołana w kwietniu 1978 r. Pół roku później Karol Wojtyła został papieżem. Taka chronologia zdarzeń była bez wątpienia dziełem Bożej Opatrzności. Gdyby odwołanie notyfikacji nastąpiło już za pontyfikatu Jana Pawła II, niektórzy mogliby wątpić, czy wszystkie aspekty sprawy zostały wyjaśnione dogłębnie, czy może zadecydowały sentymenty albo naciski papieża z Krakowa.
Z chwilą zakończenia w Krakowie procesu informacyjnego s. Faustyny, misja Karola Wojtyła w dziele apostolstwa Bożego miłosierdzia w archidiecezji krakowskiej się skończyła. Aby kult Bożego miłosierdzia mógł wejść na nowy etap rozwoju, aby mógł się w pełni urzeczywistnić w Kościele powszechnym, potrzebna była do tego odpowiednia osoba w Watykanie. Taka jak Karol Wojtyła z Krakowa – z odpowiednią duchowością, wrażliwością, doświadczeniem i umiejętnością odczytywania znaków czasu.
Bez Jana Pawła II kult Bożego miłosierdzia nie przeżywałby dziś takiego rozwoju. To papież Wojtyła już w drugim roku swego pontyfikatu, w 1980 r., jako drugą opublikował encyklikę o Bogu bogatym w miłosierdzie Dives in misericordia, kontynuująca nauczanie o Bożym miłosierdziu do końca swoich dni.
W 1993 r. ogłosił s. Faustynę błogosławioną, a w 2000 r. ją kanonizował. Jednocześnie ustanowił drugą niedzielę wielkanocną Niedzielą Bożego miłosierdzia. W ten sposób wypełnił życzenie Jezusa oznajmione s. Faustynie w 1922 r. Zwieńczeniem działań Jana Pawła II była wizyta w Krakowie-Łagiewnikach w sierpniu 2002 roku. Papież konsekrował wówczas bazylikę Bożego Miłosierdzia – której budowę wspierał finansowo – i ustanowił ją centrum kultu Bożego miłosierdzia. Na koniec wizyty w przejmującej modlitwie zawierzył świat Bożemu miłosierdziu.
Była sobota 2 kwietnia 2005 r. Świat zamarł. W ciszy. Szlochu. Modlitwie. Już wtedy wiedzieliśmy, czuliśmy, że po śmierci Jana Pawła II nic już nie będzie takie samo, że coś się na zawsze skończyło. Że uleciał kawałek także naszego życia.
fot. Grzegorz Gałązka
***
Okno papieskie na trzecim piętrze Pałacu Apostolskiego w Watykanie. To ono w dniach odchodzenia Ojca Świętego stało się najbardziej znanym punktem na świecie. Pokazywały je kamery telewizyjne wszystkich krajów na wszystkich kontynentach. Wpatrywały się w nie tłumy ludzi zgromadzonych na Placu św. Piotra.
Światło, które zza tego okna dobiegało, zdawało się mówić, że Papież – choć gaśnie – jeszcze żyje. Dobrze pamiętaliśmy, że tak niedawno nie miał siły uczestniczyć w Triduum Paschalnym, a w Wielki Piątek z krzyżem w ręku oglądał w telewizji transmisję Drogi Krzyżowej z rzymskiego Koloseum. W Niedzielę Wielkanocną, bardzo już schorowany, po operacji tracheotomii, próbował przemówić, ale niestety nie mógł już wypowiedzieć ani jednego słowa. Stan jego zdrowia z dnia na dzień wyraźnie się pogarszał. Papież umierał. – Przypominał mi Chrystusa, z tą różnicą, że Chrystus na krzyżu mógł mówić, Papież zaś odchodził w milczeniu – mówił później rzymskiemu dziennikowi „La Repubblica” dr Renato Buzzonetti, który od początku pontyfikatu leczył Jana Pawła II.
Światło w oknie sprawiało, że czuwaliśmy – w myśl słów papieskiego testamentu, którego treści wtedy jeszcze nie znaliśmy:
„Czuwajcie, bo nie wiecie, kiedy Pan wasz przybędzie” (por. Mt 24, 42) te słowa przypominają mi ostateczne wezwanie, które nastąpi wówczas, kiedy Pan zechce.
Papież nie chciał spędzać ostatnich chwil swego życia w szpitalu. Wolał umierać w domu. Prosił, by czytać mu Ewangelię wg św. Jana, by się przy nim głośno modlić. Tak też było.
Tymczasem do Rzymu napływało coraz więcej dziennikarzy, także zagranicznych korespondentów. I przede wszystkim młodzież. Dużo młodzieży. Plac przed Bazyliką św. Piotra był wtedy do granic naładowany emocjami. Stawał się niemym świadkiem tego, co za chwilę miało się wydarzyć. Po policzkach wielu ludzi płynęły łzy. Ale nie były to tylko puste emocje. Plac był też nasiąknięty modlitwą. Jak nigdy dotąd i nigdy potem. Podobnie cały świat: Japonia, Wietnam, Korea, Chiny, Indie, Filipiny, Ukraina, Izrael, Irlandia, Brazylia, Meksyk… I Polska. Szczególnie miasta najmocniej związane z Papieżem: Wadowice, Kraków – ze słynnym oknem przy Franciszkańskiej, Częstochowa. Także Warszawa, której mieszkańcy dobrze pamiętali pielgrzymki Jana Pawła II. W stolicy bowiem Papież był prawie za każdym razem, gdy odwiedzał Ojczyznę.
Sobota – 2 kwietnia 2005 r.
Wigilia święta Bożego Miłosierdzia. Do łóżka Papieża dochodziła z Placu św. Piotra modlitwa i śpiew młodzieży. „Szukałem was, a teraz wy przyszliście do mnie… I za to wam dziękuję” – wyszeptał na łożu śmierci. A potem żegnał się z najbliższymi – głaskał po głowie, gdy kolejno podchodzili do niego, błogosławił. W końcu napisał na maleńkiej karteczce: „Jestem radosny, wy także bądźcie. Módlmy się razem z radością. Wszystko powierzam Pannie Maryi”. Potem jeszcze szeptem powiedział do s. Tobiany: „Pozwólcie mi odejść do Pana”.
O 20.00 przy zapalonej gromnicy księża odprawili w pokoju Papieża Mszę św. poprzedzającą uroczystość Bożego Miłosierdzia. Ojciec Święty przyjął Wiatyk – kilka kropli Krwi konsekrowanej w czasie Mszy św. Twarz miał pogodną, jakby się uśmiechał. Był spokojny. Towarzyszyli mu najbliżsi: abp Stanisław Dziwisz i ks. Mieczysław Mokrzycki, kard. Marian Jaworski, abp Stanisław Ryłko, ks. Tadeusz Styczeń, polskie zakonnice pracujące w apartamentach papieskich, dr Wanda Półtawska, której Papież przed laty wymodlił uzdrowienie, oraz lekarze i pielęgniarze.
Wybiła 21.37.
– Ojciec Święty powrócił do Domu Ojca – na cały świat popłynął głos wikariusza papieskiego dla diecezji rzymskiej kard. Camillo Ruiniego.
Na Placu św. Piotra zapadła głucha cisza. Chwilę później rozległy się burzliwe oklaski. W ten charakterystyczny dla siebie sposób Włosi pożegnali „swojego” Papieża. Potem modlili się, śpiewali. Bez przerwy nadciągali wciąż nowi ludzie. W sumie – kilkadziesiąt tysięcy. Klękali, palili świece, odmawiali Różaniec, śpiewali. Padali sobie w ramiona.
w testamencie Papież zapisał:
Przyjmując już teraz tę śmierć, ufam, że Chrystus da mi łaskę owego ostatniego Przejścia, czyli Paschy. Ufam też, że uczyni ją pożyteczną dla tej największej sprawy, której staram się służyć: dla zbawienia ludzi.
W Krakowie tuż po śmierci Jana Pawła II rozległo się bicie dzwonu Zygmunta. A potem śpiew: „Święty Boże, święty mocny, święty a nieśmiertelny, zmiłuj się nad nami…”. W Warszawie zawyły syreny. Także w innych miastach biły kościelne dzwony, ludzie wychodzili z domów, palili znicze, kładli kwiaty na ulicach. Zwłaszcza młodzież. Znów mnóstwo młodzieży. Szybko się okazało, że te chwile dotykały spraw bardzo osobistych. Wielu z trudem znajdowało słowa, by o nich mówić. Chyba że w konfesjonałach, które, jak wspominają księża, w tych dniach przeżywały prawdziwe oblężenie. I może to właśnie był pierwszy cud Papieża po jego śmierci.
Odejście Jana Pawła II dotknęło też oddalonych od Kościoła, wątpiących, nawet niewierzących. „Gotował się” Internet. 35 tomów, po 900 stron każdy, i ponad milion wpisów – tak wygląda drukowana wersja wirtualnych zapisków internautów w portalu Onet.pl.
Powstała z tego Księga Kondolencyjna. Kard. Stanisław Dziwisz mówił później, odbierając tę Księgę: – Wolałbym, aby było napisane „Księga Życia”, a nie „Księga Kondolencyjna”, bo ostatnie dni Ojca Świętego były triumfem życia. W pierwszą sobotę kwietnia, w przeddzień Niedzieli Miłosierdzia Bożego, Ojciec Święty zakończył pisanie, Bóg zamknął jego księgę życia.
w testamencie Papież zapisał:
Po śmierci proszę o Msze święte i modlitwy.
Dochodziła północ. Dwie godziny po śmierci Jana Pawła II mieszkańcy Warszawy masowo opuszczali kawiarnie, puby, kina i dyskoteki. Ludzie zaczęli spontanicznie zapełniać świątynie. Brali udział w Mszach św., a potem czuwali w świątyniach do rana. Zaczęły się wielkie narodowe rekolekcje. Tłumy zgromadziła 5 kwietnia narodowa Msza św. w intencji Papieża na pl. Piłsudskiego. To podczas niej padły słowa abp. Józefa Michalika: „Zapłacz, Matko Polsko, zapłacz, Ojczyzno, skoro odchodzi najznakomitszy z Twoich synów”. W Krakowie, pod oknem papieskim, niezwykłe rekolekcje prowadził kard. Franciszek Macharski. Na modlitwie gromadzili się mieszkańcy Wadowic.
Inne miasta Polski i świata reagowały podobnie. Wszystkie stacje telewizyjne na świecie nadawały programy informacyjne niemal wyłącznie o Papieżu. Świat jakby się zatrzymał. I tak było dzień w dzień, przez tydzień. Aż do pogrzebu.
Do Watykanu natomiast w tym czasie wciąż ściągały tłumy. Ludzie ustawiali się w gigantycznej, niekończącej się kolejce, by przejść obok wystawionego na katafalku ciała Ojca Świętego. Chcieli oddać mu hołd. Wyrazić wdzięczność. Co godzinę przechodziło blisko 20 tys. osób. Każda z nich stała średnio całą dobę, by przy Papieżu pobyć nie dłużej niż 10 sekund. W sumie – ponad 3 miliony ludzi.
W ten sposób nikt jeszcze nie odchodził.
Z testamentu Papieża: Z możliwością śmierci każdy zawsze musi się liczyć. I zawsze musi być przygotowany do tego, że stanie przed Panem i Sędzią – a zarazem Odkupicielem i Ojcem. Więc i ja liczę się z tym nieustannie.
Sobota – 8 kwietnia 2005 r.
Prosta cyprysowa trumna z ciałem Papieża stała na Placu św. Piotra przed bazyliką. W miejscu, z którego Jan Paweł II tak wiele razy przemawiał do ludzi. Teraz przybyli, by towarzyszyć mu po raz ostatni.
Ceremonia pogrzebowa była piękna. Dostojna, niemal mistyczna. Zaczęła się od obrzędu zamknięcia trumny. Włożono do niej dokument zapieczętowany w metalowej tubie – tzw. rogito. Był to spisany po łacinie życiorys Papieża, poprzedzony informacją: „W blasku Chrystusa zmartwychwstałego, 2 kwietnia roku Pańskiego 2005 o godz. 21.37 wieczorem, gdy sobota dobiegała kresu i w liturgii rozpoczął się już Dzień Pański w Oktawie Wielkanocy, Niedziela Bożego Miłosierdzia, umiłowany Pasterz Kościoła Jan Paweł II przeszedł z tego świata do Ojca. Jego odejściu towarzyszył modlitwą cały Kościół, zwłaszcza młodzież”.
Następnie dokonano obrzędu przykrycia twarzy Papieża białym welonem. Kard. Dziwisz wspominał później, że był to najtrudniejszy moment w jego życiu. Chwila, w której chyba najbardziej odczuł ból rozstania. Odtąd nie będzie już mógł oglądać jego twarzy… Pocieszenie stanowiły słowa modlitwy, która towarzyszyła temu obrzędowi: „Wierzymy, że życie Jana Pawła II jest obecne w Tobie. Jego twarz, nieoświetlona już światłem tego świata, niech będzie na zawsze oświetlona Twoim wiecznym i niewyczerpanym Światłem. Jego twarz, która badała Twoje szlaki, żeby wskazać je Kościołowi, niech cieszy się Twoją łaską. Jego twarz, której my już nie będziemy oglądać, niech cieszy się Twoją obecnością”.
Na uroczystości pogrzebowe, oprócz rzesz pielgrzymów, przybyło 80 przywódców państw świata, w tym koronowane głowy. Oprócz duchowieństwa katolickiego ze wszystkich krajów obecne były delegacje Kościołów prawosławnych, protestanckich, przybyli również przedstawiciele judaizmu, islamu. Patriarchowie z katolickich Kościołów wschodnich odprawili egzekwie.
To właśnie na pogrzebie Jana Pawła II rzesze wznosiły słynne już dzisiaj okrzyki: „Santo subito!” (Święty natychmiast!). Wtedy też padły słowa ówczesnego dziekana Kolegium Kardynalskiego, kard. Josepha Ratzingera: „Możemy być pewni, że nasz umiłowany Papież jest obecnie w oknie Domu Ojca niebieskiego, widzi nas i nam błogosławi”.
w testamencie papieża czytamy:
Czuję, że znajduję się całkowicie w Bożych Rękach – i pozostaję nadal do dyspozycji mojego Pana, powierzając się Mu w Jego Niepokalanej Matce (Totus Tuus).
W tym samym czasie tysiące Polaków w czarnych strojach zgromadziły się na pl. Piłsudskiego. Byli też tacy, którzy czuwali tam przez całą noc. W sumie ponad 100 tys. ludzi: harcerze, delegacje szkół, studenci. Żegnali Papieża, tak jak cały świat. W górze powiewały flagi i transparenty.
O 10.00 zawyły syreny. Rozległo się bicie kościelnych dzwonów. Wszyscy w absolutnej ciszy oglądali transmisję ceremonii pogrzebowej. Z zapartym tchem obserwowali, jak wiatr otwierał kolejne stronice leżącego na trumnie ewangeliarza. Nikt nie miał wątpliwości, że to znak Ducha Świętego. Było to swoiste misterium.
Kiedy o 12.40 trumnę z ciałem Papieża niesiono do Bazyliki św. Piotra, armaty ustawione przy Grobie Nieznanego Żołnierza w Warszawie wystrzeliły 26 razy – bo tyle było lat pontyfikatu Jana Pawła II. Potem ludzie znów gromadzili się na ulicach, palili znicze i kładli kwiaty. Po południu masowo brali udział w Mszach św. za duszę Papieża. Wieczorem ponad 200 tys. osób przeszło w Marszu Wdzięczności za Jana Pawła II. Wyruszyli z pl. Piłsudskiego, śpiewając „Barkę”. Całymi rodzinami, z małymi dziećmi. Było dużo młodzieży. Różnej: dyskotekowej, dresiarzy, także studentów. Byli również kibice Legii Warszawa. Wszyscy chcieli w ten sposób pożegnać Papieża, oddać mu ostatni hołd. Z zapalonymi świecami w rękach szli Marszałkowską, Królewską aż na pl. Zamkowy. Tam o 21.37 unieśli w górę płonące znicze. Zapadła cisza. Potem w mieście zawyły syreny. I cała Warszawa zgasła. Na 5 minut ludzie zgasili światła w swych domach. Na sygnał młodych, którzy SMS-ami rozsyłali taką prośbę. Zgasł nawet zegar milenijny na Pałacu Kultury.
„Nie cały umieram…”.
Jak twierdzi kard. Stanisław Dziwisz, Papież odchodził spokojnie. – Ludzie myślą, że te ostatnie godziny spędzone przy gasnącym Ojcu Świętym były dramatyczne, pełne grozy. Tak nie było. Bo Ojciec Święty stwarzał atmosferę wielkiego spokoju. On naprawdę wierzył, że idzie do Pana. Był tego w pełni świadom. W tych ostatnich chwilach, gdy byliśmy przy nim, widzieliśmy, że śmierć była dla niego przejściem do innego życia – mówił mi kard. Dziwisz w wywiadzie dla „Niedzieli”.
Znamienne, że po Mszy św. żałobnej w Watykanie, zanim lektykarze wnieśli trumnę do Grot Watykańskich, zatrzymali się na schodach, unieśli ją w górę i zwrócili w stronę zgromadzonych. Na znak pożegnania Papieża z ludźmi. I z ziemskim światem.
Odszedł, ale nie umarł. Jak sam bowiem napisał w „Tryptyku rzymskim”, trawestując Horacego: „Przecież nie cały umieram. To, co we mnie niezniszczalne, trwa”.
Milena Kindziuk/Tygodnik Niedziela
***
Poruszające świadectwa śmierci Jana Pawła II
W kolejną rocznicę przejścia Jana Pawła II do Domu Ojca publikujemy świadectwa osób, które były obecne wówczas w apartamentach papieskich: ks. prof. Tadeusza Stycznia, kard. Stanisława Dziwisza i dr. Renato Buzzonetti, papieskiego lekarza.
fot. EAST NEWS/Aleteia/pl
***
Ks. prof. Tadeusz Styczeń: Ostatnie chwile…
W momencie kiedy Ojciec Święty skonał, dostrzegłem niezwykły kontrast. Jeszcze niedawno ten niezwykły ból na jego twarzy. To skrępowanie przyrządami, które miały pomóc przedłużyć mu życie. On, który widzi swoją wierność Ojcu przez to, że służy, ale służąc ma prawo, żeby mu nie skracać drogi cierpienia do Ojca. Byłem świadkiem, jak podnosił ręce skowane. Czy nie prosił Ojca: bo jeśli to jest rzeczywiście dość, to chyba niech moi opiekunowie – jacy dobrzy, byłem tego świadkiem – rozumieją i to, że ja mam prawo oddać życie, a nie zatrzymywać życie, że Ty jesteś tym, który rozstrzyga. I te ręce, które oglądał cierpiący Papież i wysoko podnosił, jak gdyby wołał
Ukochane siostry i bracia, ta twarz cierpiącego, uległa, chyba słowo właściwe jest – pojawiła się na niej, jak gdyby z impulsu Tego, który konając skonał, ta twarz pojawiła się nieoczekiwanie jako twarz kogoś uśmiechniętego, skłoniona w stronę poduszki, która wyglądała – ja wiem? – jak baranek czy owieczka, i uśmiechnięty w tamtą stronę tak stygnął. Nikt nie śmiał interweniować, wszyscy czekali z całą procedurą obowiązującą. Ja nie wytrzymałem. Miałem w kieszeni dwa różańce, dotknąłem rąk, delikatnie mi powiedziano, że nie wolno, bo już ciało podlega zabiegom, zaraz potem wykonywanym dyskretnie, ale zgodnie z obowiązkami. A ja przecież ciągle widziałem – i uważam, że chyba lepiej ode mnie osoby, siostry zakonne, siostra pielęgniarka, chyba geniusz kobiety na tym polega, że odczytywały lepiej ode mnie ten uśmiech, który jak gdyby nie konał, ale pozostawał żywy, coraz bardziej wymowny. Tracił linię, charakter poduszki, na której oparło się oblicze zmarłego i wyglądało, jak gdyby spotkanie ocalonej owieczki czy ocalonego baranka. I w tym momencie jak gdyby odpowiednie stopnie tego, więcej, że oto wykonał wielkie zadanie ten, któremu powierzono zadanie pasterza, ze względu na które to zadanie jednak Bóg Ojciec postawił mu skrajnie wielkie wymagania. Chodzi o to, żeby wyrównać wielkość sprzeniewierzenia się tych owieczek w taki sposób, żeby trafiło to do nich, żeby wiedziały na czym polega ich odkupienie.
I w tym czasie, kiedy pojawiły się na placu te odgłosy, nie sposób było inaczej to wiwatowanie tam przeżywać, jak – chociaż oni jeszcze nie wiedzieli o zgonie, nikt ich do tego nie prowokował. I właśnie to on ich tak zainspirował, że z własnej inicjatywy przyszli, tworzyli grupki, z tych grup stworzyła się jedność wołająca i ciesząca się, że mają tak wiernego pasterza i że jego wierność polega na tym, że stawia im ogromne wymagania! Chodzi o identyczność, to trzeba zapamiętać, jako wymóg tego, że się jest sobą. Pamięć i tożsamość. Zostaje cena okupu za to wszystko i uśmiechnięty dalej przy tym wszystkim pasterz.
Jego twarz, twarz zupełnie innego człowieka niż ten, którym był dzień przedtem, dwa dni przedtem. Jeszcze wiele dni przedtem, kiedy w jego kaplicy po wielu latach zaśpiewałem znowu Exultet, ten hymn o winie szczęśliwej, która stała się powodem przyjścia Odkupiciela. Poproszono mnie, żeby to zaśpiewać po łacinie. Ojciec Święty wszystkiego tego mógł jeszcze wysłuchać i cieszył się, to było widoczne.
Tu jest ta sama młodzież, a równocześnie czy wolno powiedzieć młodzież? Przecież tu chodzi o kogoś, kto z osobna jest kimś zupełnie niezwykłym, nieporównywalnym z nikim drugim, jest poniekąd absolutem osobowości, to znaczy osobności. Tak, wszyscy jesteśmy siostrami i braćmi, a jednocześnie dla Boga bez ciebie konkretnego cały ten świat dla Niego nie byłby tym samym światem, dlategoś jest! Bóg jest zazdrosny o ciebie. Uwierzmy w tę miłość do nas.
To wszystko jest jakąś wielką harmonią radości w tym bólu, z powodu którego ja, byłem tak blisko, powiedziałem “nie”, gdy mnie poproszono o wywiad, tłumacząc się tym, jeszcze w Rzymie, że ktoś, komu umiera ojciec i on jest przy tym, nie mówi do telewizji o tym.
Czas biegnie, emocje słabną, ale chodzi o taką wielką prawdę, która polega na tym, że w pewnych istotnych momentach przeciwieństwa chodzą razem, nie wykluczają się, ale stanowią jakieś specyficzne “i”. I dlatego ja kończąc, chcę się z wami podzielić tym, że nam nie wolno nie radować się z tego, że odszedł taki ojciec, ale równocześnie, że wolno też, trzeba zapłakać, że go już nie ma. Dopiero wtedy jest pełnia i umiejmy walczyć w sobie o tę równowagę. Żeby to było jakimś przyczynkiem, kim Bóg Ojciec jest w stosunku do nas, skoro nam swojego Syna dał, by w ten sposób, nikogo nie gwałcąc, skłonił człowieka, by sam wybrał tego, który jest jego ojcem. Tego, który jest jego Ojcem, dał swojego Syna nam ludziom za brata. Oczekuję, żebyśmy z tym szli do naszych domów, i roznosili radość okupując ją świadomością cierpienia i braku, i pustki, że jego nie ma, że jest tam. Ale on się tak nam zjawił w tym cierpieniu, w tym bólu, który czuł do końca! Do końca umiłowawszy ich na tym świecie, do końca ich umiłował. Do tego stopnia, że została dopełniona jakaś nieskończona miara, i w związku z tym ta pustka otwiera miejsce na niewyczerpaną, głęboką radość. I żyjmy tą radością. To jest dzień radości, dzień zmartwychwstania. Dzień, który dał nam wszystkim Pan.
*Świadectw to, ks. prof. Tadeusz Styczeń wygłosił 5 kwietnia 2005 r. w kościele akademickim w Lublinie na zakończenie Mszy św. z okazji 50-lecia swoich święceń kapłańskich.
Kard. Stanisław Dziwisz: Jan Paweł II był przytomny niemal do końca…
Jan Paweł II niemal do ostatniej chwili życia był przytomny, słyszał modlitwy wiernych zebranych na Placu św. Piotra, a przed śmiercią wypowiedział słowa “Totus Tuus” – ujawnił osobisty sekretarz Ojca Świętego, abp Stanisław Dziwisz w wywiadzie dla włoskiej telewizji Canale 5.
“W tych ostatnich chwilach, gdy byliśmy przy nim, widzieliśmy, że śmierć była dla niego jakby przejściem z jednego pokoju do drugiego, z jednego życia w drugie. W tych dniach słychać było wszystko: plac, modlitwy, śpiewy, okrzyki, obecność młodzieży. On zdawał sobie z tego sprawę, ponieważ był przytomny do końca, prawie do końca. Także ostatniego dnia, w sobotę, był bardzo przytomny” – stwierdził arcybiskup.
Pytany o ostatnie słowa Jana Pawła II, abp Dziwisz odpowiedział: “Na pewno «Totus Tuus», słyszałem to osobiście, a także, na końcu, po południu – ale to słyszała jedna z sióstr, które były blisko – powiedział: «Pozwólcie mi odejść do Pana»”.
“W tych ostatnich godzinach jego życia w domu panował ogromny spokój: On wiedział, że jego przeznaczeniem był Pan. Żadnego lęku, wielki spokój. Ostatniego dnia poprosił, by całymi godzinami czytano mu Ewangelię. Ostatniego dnia ktoś z nas czytał Ewangelię według świętego Jana, po czym odprawiliśmy Mszę św., ponieważ przyszła nam do głowy natchniona myśl: odprawić Mszę ku czci Bożego Miłosierdzia, nadchodziły bowiem sobota i niedziela Miłosierdzia Bożego. Odprawiliśmy tę Mszę około ósmej i daliśmy Ojcu Świętemu wiatyk, kilka kropli Przenajdroższej Krwi. Ewangelia była bardzo piękna: «Pan przyszedł do wieczernika». Modliliśmy się bardzo: «Niech Pan przyjdzie w tym momencie». A potem trwaliśmy do ostatniego uderzenia serca, kiedy doktor Buzzonetti powiedział: «Odszedł do domu Pana», nie odmówiliśmy: «Wieczny odpoczynek», ale zaśpiewaliśmy «Te Deum». Nie żałoba, ale dziękczynienie. On napisał w swoim testamencie, aby także jego śmierć przyczyniła się do dzieła ewangelizacji” – opowiadał abp Dziwisz.
Osobisty lekarz Papieża: Jana Paweł II przypominał mi ChrystusaUmierający Jan Paweł II przypominał mi Chrystusa, z tą różnicą, że Chrystus na krzyżu mógł mówić, Papież zaś odchodził w milczeniu. Tą refleksją dzielił się z rzymskim dziennikiem “La Repubblica” doktor Renato Buzzonetti.
Dr Buzonetti podkreślił, że jako specjalista w dziedzinie gastroenterologii i hematologii, zdaje sobie sprawę ze śmiałości swego porównania, ale nie potrafi tego wyrazić inaczej. 81-letni włoski lekarz Ojca Świętego towarzyszył mu od początku pontyfikatu do ostatniej chwili.
“Daleki jestem od ulegania pokusie tego rodzaju porównań, takie jednak miałem wrażenie w dniach, które spędziłem w pokoju Ojca Świętego”, powiedział papieski lekarz osobisty.
“Chrystus z krzyża mógł przemówić do swoich oprawców, do apostołów, do Matki Bożej… . Ojciec Święty nie był w stanie wymówić ani słowa przed odejściem… . Można go jednak było doskonale zrozumieć. Owszem, to długie, niekończące się milczenie cechowało w mistrzowski sposób końcową lekcję jego nadzwyczajnego pontyfikatu. Przemawiał spojrzeniem, łagodnością oczu, poddaniem się typowym dla wielkiego mistyka, stawiając w centrum światowego zainteresowania swój fizyczny ból, i zrozumiano go”.
Doktor Buzzonetti zarzuca jednocześnie mediom “hałas wokół cierpień Papieża”. “Czasem należało wykazać więcej szacunku dla choroby Ojca Świętego. Mam tu na myśli przede wszystkim niepowstrzymaną pogoń medialnego cyrku za tym, by ‘opowiedzieć’ o tym, co działo się na trzecim piętrze Pałacu Apostolskiego czy w klinice Gemelli”.
Była to – jak podkreśla – dla niego osobiście “niepowtarzalna lekcja zawodu i życia, za którą bez ustanku będę dziękować Bożej Opatrzności, która dała mi spotkać takiego Papieża jak Jan Paweł II”.
KAI/Tygodnik Niedziela
***
Lekcja umierania
Przez kilkadziesiąt lat uczył jak żyć. Nawet w ostatnich godzinach swego ziemskiego życia prowadził katechezę. Uczył, jak umierać. Pięknie, po ludzku. Po chrześcijańsku.
PAP/EPA M. SAMBUCHETTI
***
Tak nie umierał jeszcze żaden papież. Dziennikarze szybko przestali mówić, że Jan Paweł II „umierał na oczach świata”. Umieranie Papieża Polaka nie było widowiskiem, chociaż odbywało się w obecności kamer, mikrofonów i tysięcy dziennikarzy. Po to, aby świat był przy nim, jak rodzina przy łożu umierającego. To była jego ostatnia katecheza.
Wielokrotnie w ostatnich latach mówił o swojej śmierci. Gdy o niej wspominał, słuchacze głośno lub tylko w swych sercach wołali „Nie!”. Potrzebowali nauki, jak mówić śmierci „Tak”.
W całym pontyfikacie Jana Pawła II nic nie jest przypadkiem. Wszystko jest znakiem. Wszystko ma znaczenie. Nie bez powodu umierał w oktawie Wielkanocy. Nie bez powodu zaczęło się w czwartek, a skończyło się po odprawieniu Mszy z Niedzieli Miłosierdzia Bożego. Ważne było każde słowo, wszystkie informacje, które z papieskiego apartamentu trafiały do mediów. Także takie, których nigdy oficjalnie nie potwierdzono.
Jan Paweł II umiał wykorzystać środki przekazu do głoszenia Ewangelii. „Nawet teraz mówimy to, co on chce” – stwierdził Jacek Pałasiński, dziennikarz TVN24.
W domu umierającego Papież, który wcześniej zadziwił świat tym, że – jeśli zachodziła taka potrzeba – szedł do szpitala jak zwykły pacjent, tym razem stanowczo odmówił. Chciał umrzeć w domu. To znak dla świata, który spycha umieranie za szpitalne parawany.
Znany z powściągliwości w informowaniu i okazywaniu uczuć rzecznik Stolicy Apostolskiej Joaquin Navarro-Valls w tych dniach mówił dużo i nie ukrywał wzruszenia. Jan Paweł II nie umierał w tajemnicy. I odchodził świadomie. Mówili o tym ci, którzy w tych dniach odwiedzali Ojca Świętego, m.in. kard. Joseph Ratzinger. „Papież wie, że umiera” – powiedział.
Na fakt, że Jan Paweł II był do końca przytomny, kładł nacisk w swych wypowiedziach J. Navarro-Valls. Stolica Apostolska błyskawicznie i bardzo stanowczo zdementowała nagłośnioną przez media plotkę, że Papież zapadł w śpiączkę.
Ostatnie dni Ojca Świętego były bezpośrednim przygotowaniem na spotkanie z Panem. Koncelebrował Msze święte lub w nich uczestniczył, odprawiał Drogę Krzyżową, Liturgię Godzin, słuchał fragmentów Pisma Świętego. Tak umiera człowiek wierzący. Tak kończy ziemską pielgrzymkę uczeń Jezusa Chrystusa.
Ostatnie słowa i znaki Umierający Papież, który od kilku tygodni miał ogromne kłopoty z publicznym wypowiadaniem się, do ostatniej chwili mówił. Mówił rzeczy ważne. Chociaż niepotwierdzona oficjalnie, treść karteczki, którą miał z pomocą abpa Dziwisza napisać w piątek, jest ważna. „Jestem radosny, wy też bądźcie. Módlmy się razem z radością. Dziewicy Maryi powierzam wszystko radośnie”. To jest sposób myślenia Jana Pawła II. I sposób mówienia.
„Ujęło mnie piękno jego pełnego uśmiechu spojrzenia. Wyraźnie chciał, abym wiedział, że mnie poznaje” – opowiadał kard. Mario Francesco Pompedda, który w piątek odwiedził Papieża. W sobotę J. Navarro-Valls przekazał papieskie słowa, jego zdaniem adresowane do młodzieży. Na wiadomość, że wśród rzesz gromadzących się na Placu św. Piotra jest mnóstwo młodych, Ojciec Święty powiedział: „Szukałem was. Teraz przyszliście do mnie i za to wam dziękuję”. To do nich adresował przede wszystkim swoją ostatnią naukę.
Mimo że był sobotni wieczór (pierwsza sobota miesiąca, poświęcona Niepokalanemu Sercu Najświętszej Maryi Panny), z punktu widzenia kalendarza liturgicznego Jan Paweł II umarł w 2. Niedzielę Wielkanocną, Miłosierdzia Bożego. Mszę z tej niedzieli odprawił o godz. 20.00 abp Stanisław Dziwisz przy łożu odchodzącego Papieża. Jan Paweł II był wielkim czcicielem Miłosierdzia Bożego i głosił je światu. Ustanowił jego święto.
Pan przechodzi ulicami Warszawy Papieska ostatnia katecheza nie trafiła w próżnię. Reakcja świata, mediów, milionów ludzi przypomina cud. Widać go było także całkiem blisko. „Ta noc była prawdziwą Paschą. To było wielkie przejście Pana ulicami Warszawy” – opowiada Małgorzata Kotarba, wydawca magazynu muzycznego RUaH. Przyjechała z Krakowa na Targi Wydawców Katolickich. W chwili śmierci Papieża znalazła się pod kolumną Zygmunta. „Zdziwiona zauważyłam, że na ulicy tworzą się spontanicznie kręgi ludzi, którzy zaczynają się modlić. Pod kolumną jacyś młodzi stali w kółku i głośno czytali Pismo Święte. Nadjechał chłopak na deskorolce. Świetnie ubrany, widać, że »trendy«. Wziął deskorolkę pod pachę, stanął w kręgu i… dołączył do modlitwy.
Weszłam nocą do kościoła. Tuż obok mnie modlili się młodzi. Obcięci na krótko, w szerokich spodniach, bluzach z kapturami. Typowi hip-hopowcy, ludzie z bloków. Odmawiali różaniec. Głośno! A przecież nie byli do tego przyzwyczajeni! Klęczeli i płakali. Nigdy jeszcze nie widziałam podobnego obrazka. Kiedy wróciłam do Krakowa, dzieci z wypiekami na twarzach opowiedziały mi o pojednaniu nienawidzących się kibiców Wisły i Cracovii. Szli Franciszkańską naprzeciw siebie. Dwie spore grupy kiboli w szalikach i koszulkach klubowych. Podeszli do siebie, podali sobie ręce, przewiązali szaliki i powiesili je wspólnie pod oknem papieskim. W piątek w Poznaniu kibice zażądali przerwania meczu. Nie mam wątpliwości. Ta śmierć przynosi ogromne owoce”.
„Kilkulatkowie”w kolejkach do spowiedzi „Tak gigantycznych kolejek do konfesjonałów nie widziałem już dawno – opowiada ojciec Paweł Kozacki, szef miesięcznika „W drodze” i przeor dominikańskiego klasztoru w Poznaniu. – Z piątku na sobotę, gdy dotarły do nas wieści z Watykanu, zrobiliśmy całonocną adorację. Dlaczego? Bo tego domagali się sami ludzie! Chcieli być w kościele, czuwać przed Najświętszym Sakramentem. I ku naszemu zaskoczeniu zapełnili całą świątynię. A dzień później na czuwanie przyszło tak wiele ludzi, że nie zmieścili się nawet na naszych potężnych krużgankach. Do tego stopnia, że policja musiała zablokować ulicę, bo ludzie wylewali się na zewnątrz. Coś niesamowitego.
Już po śmierci Papieża przed konfesjonałami ustawiły się gigantyczne kolejki. Wiele spowiadałem już w życiu, ale to było zdumiewające. Więcej ludzi niż przed Triduum Paschalnym! Nasi bracia spowiadali od rana do wieczora non stop. A co najciekawsze, do spowiedzi przychodzili ludzie po wielu, wielu latach. Po trzydziestu, piętnastu latach klękali do kratek konfesjonału. Jeszcze przed tygodniem spowiadałem przede wszystkim tych, którzy spowiadali się ostatnio w czasie Bożego Narodzenia, a teraz przychodzili „kilkulatkowie”. To ogromne Boże działanie. Jeśli życie Jana Pawła II wydawało potężne owoce, to o ile bardziej jego śmierć?
Gdy Papież leżał pozbawiony sił i umierał, doświadczyłem mocno jednego – jesteśmy rodziną. Tak to poczułem, dosłownie. Umiera nasz ojciec, patriarcha, a ludzie spontanicznie gromadzą się przy nim, jak dzieci”– podsumowuje ojciec Kozacki.
Nie ma śmierci „Gdy stanęłam pod oknem kurii krakowskiej, gdzie w czasie pielgrzymek Papież rozmawiał z młodymi, usłyszałam informację o jego odejściu” – opowiada Ania, studentka z Krakowa. – Padłam na kolana, zaczęłam szlochać. Ale chwilkę później rozbrzmiała piękna dominikańska pieśń paschalna: Zmartwychwstał Chrystus król, zakrólował nasz Bóg, śmiercią zwyciężył śmierć Tłum nieśmiało podjął melodię i włączył się w porywający śpiew. To był taki uśmiech przez łzy. Nie spodziewałam się tego. Po raz pierwszy pomyślałam o tym, że zmartwychwstanie to chyba rzeczywiście konkret, a Jezus naprawdę otwiera nasze groby, śmierci nie ma”.
Sławek gra w ostrym zespole rockowym. Dotąd kościół omijał szerokim łukiem. W niedzielny poranek niespodziewanie zadzwonił do przyjaciela. „Czy mógłbym przyjść na spotkanie waszej wspólnoty? Bardzo chciałbym się pomodlić”. W niedzielę po śmierci Jana Pawła II po raz pierwszy od kilku lat zamknięta była większość hipermarketów. „Po prostu ludzie tam nie szli” – stwierdziła z lekkim zdziwieniem Janina Paradowska, dziennikarka „Polityki”. Szli do kościoła. Na Mszach było więcej ludzi niż w święta.
Chcę tak umrzeć „Od dawna modlę się o dobrą śmierć. Teraz wiem, co to jest dobra śmierć” – powiedziała w niedzielę nasza redakcyjna koleżanka. „Chcę tak umrzeć”.
Marcin Jakimowicz, ks. Artur Stopka/Gość Niedzielny
***
Wielki tydzień Jana Pawła
„Nasz ukochany Papież stoi dzisiaj w oknie Domu Ojca, widzi nas i błogosławi nam” – mówił kard. Raztinger. Przed Bazyliką św. Piotra powiewały transparenty: SANTO SUBITO! Święty od zaraz! Jan Paweł II wygłosił niezwykłe rekolekcje. On sam otarł nasze łzy.
Wiatr przewracający karty otwartej księgi Ewangelii na papieskiej trumnie przypominał o obecności Ducha Świętego.
PAP/EPA/MAURIZIO BRAMBATTI
***
Miliony przybyły do Rzymu na ostatnią audiencję. Nie tylko Kościół, ale cały świat żegnał swojego Pasterza i Ojca. Młodzi żegnali niezawodnego Przyjaciela, Polacy największego Rodaka, Rzym swojego Biskupa powołanego z dalekiego kraju. Ilu było tutaj sercem? Trudno zliczyć. Każdy przeżywał ten czas bardzo osobiście, wręcz intymnie. Bo ON był dla wszystkich i zarazem dla każdego. Niesłychanie bliskim. Punktem odniesienia. Skałą. Byłem w tych dniach w Wiecznym Mieście. Razem z milionami pielgrzymów ze świata i z Polski. Mogłem pożegnać ukochanego Ojca. Dziękuję Bogu za tę łaskę!
Poniedziałek wieczorem Pierwszy etap pogrzebu. O godz. 17.00 rozpoczyna się ceremonia przeniesienia ciała Papieża z Sali Klementyńskiej do Bazyliki św. Piotra. Ludzie stoją już od rana w potężnej kolejce ciągnącej się daleko poza kolumnadę. Jestem wśród nich. Przede mną stoi skupiony na modlitwie Żyd. Mały obrazek – symbol. Kamyczek do mozaiki. Jak ten Papież potrafił jednoczyć ludzi, leczyć wiekowe rany, uczyć miłości do ludzi ponad podziałami!
Ciało Papieża niesione wysoko ponad głowami kardynałów, biskupów. Kiedy kondukt wychodzi przed bazylikę, witają go brawa. Orszak podąża głównym wejściem do Piotrowej świątyni. Zanim procesja zniknie w bazylice, zatrzymuje się w drzwiach. Ciało Papieża zostaje obrócone w kierunku świata. Jakby ostatni raz błogosławił Urbi et Orbi.
Do Rzymu ściągnęło 3,5 tysiąca dziennikarzy. Przed Zamkiem Świętego Anioła, tam, gdzie zaczyna się Via Conciliazione, stoi kilkanaście wozów transmisyjnych. Przez satelitarne anteny dziennikarze posyłają w świat relację z tego, co „zgotował” nam Papież. Dobrze, że są. Dobrze, że jest ich tak wielu. Dzięki nim oczy świata są zwrócone na sprawy najważniejsze. Odpoczną od polityki, płytkiej rozrywki. Globalne rekolekcje. Medialność Papieża ma tutaj swoją kulminację.
Wracam przed bazylikę. Na dwóch dużych ekranach pojawia się zdjęcie uśmiechniętego Papieża, z dłonią wyciągniętą w charakterystycznym geście pozdrowienia. Ludzie biją brawa. Przed godz. 20.00 rusza kolejka pielgrzymów oczekujących na pożegnanie z Janem Pawłem. Wchodzimy do bazyliki. Już drugi raz tego dnia mogę pokłonić się Papieżowi. Niesamowite przeżycie. Jeszcze silniejsze niż rano w Sali Klementyńskiej. Idziemy powoli środkiem świątyni, z głośników płynie spokojna muzyka, potem śpiew: „Pan jest moim Pasterzem, niczego mi nie braknie”.
Ciało ziemskiego Pierwszego Pasterza spoczywa przed konfesją św. Piotra. Myślę o tajemnicy Kościoła, o jego trwaniu przez wieki. Od Piotra aż do Jana Pawła II. Myślę o łańcuchu kolejnych następców Rybaka. Wielu z nich spoczywa tu, w krypcie bazyliki. Teraz dołączy do nich Papa Polacco. Wielu Polaków pyta, czy ciało Papieża nie powinno wrócić do ojczyzny. To głos serca, emocji. Kiedy widzę go przed grobem św. Piotra, rozumiem, że tu jest jego miejsce. Kościół powszechny stał się ojczyzną naszego Papieża. Jego grób tutaj będzie zawsze przypominał o kraju, z którego powołano go na tron Piotra.
Kościół objawia się nie tylko w znaku Piotra. Także w tej wielkiej rzece ludzi przepływającej przez bazylikę. Wielojęzyczna owczarnia Dobrego Pasterza. Byłem w życiu kilkakrotnie w Bazylice św. Piotra. Zawsze przytłaczała mnie ogromem, przepychem. Teraz zobaczyłem w niej żywy Kościół. Potęga uczuć, które rozbudził Jan Paweł II, wypełniła tę wielką świątynię, napełniła ludzkim ciepłem. Czułem bliskość, jedność z wszystkimi podążającymi wytrwale w tym samym kierunku. Żegnamy Ojca. Zrozumiałem, że jestem w domu.
Wieczorem przerzucam kanały telewizyjne. Wiele stacji transmituje obrazy z Bazyliki św. Piotra. Kamery pokazujące Zmarłego w porze największej oglądalności. W świecie, który o śmierci chce zapomnieć, który udaje, że jej nie ma. Papież uczynił ze swojego umierania, ze swojej śmierci jedną z najważniejszych lekcji życia. Jakby chciał nam powiedzieć: nie chowajcie głowy w piasek, każdy z was umrze, jak ja. Zawiedzie medycyna, lekarstwa, technika. Tylko miłość nie zawiedzie. Ona jest wieczna jak Bóg i silniejsza niż śmierć. Warto na nią postawić. Tylko na nią.
Wtorek Do Bazyliki św. Piotra napływają tłumy. Przy wejściu pojawia się transparent z napisem: „Szukałeś nas, teraz my przyszliśmy do Ciebie. Będziemy z Tobą na zawsze”. Długa, szeroka kolejka wydaje się nie mieć końca. Zakręcona wielokrotnie w uliczkach równoległych do Via Conciliazione. Dwaj sympatyczni młodzi Włosi przyglądają się jej z boku. Przyjechali do Rzymu z Katanii na Sycylii. Długość kolejki załamała ich. Twierdzą, że musieliby w niej stać 20 godzin. To przesada. Ale trzeba odstać na pewno co najmniej 5 godzin. Massimiliano jest hydraulikiem. Opowiada z przejęciem o Papieżu: „To największy człowiek na świecie. Zjednoczył wszystkich ludzi, wszystkie religie”.
Podchodzę do barierek wyznaczających kolejkę do bazyliki. To miejsce dla dziennikarzy. Przepytują zmęczonych ludzi przesuwających się powolutku od kilku godzin. O co im chodzi, dlaczego tutaj są? W różnych językach płynie w świat przejmujące świadectwo: Papież zrobił tyle dobrego dla nas, musimy mu podziękować. Nieważne, jak długo trzeba czekać.
W tym „medialnym” miejscu zauważam młodego, elegancko ubranego mężczyznę. Trzyma w ręku portret Papieża i różaniec. Fotoreporterzy pstrykają zdjęcia. Po dwóch godzinach widzę go w tym samym miejscu. Nadal trzyma w ręku obraz Papieża i różaniec. Gdyby szedł tak jak wszyscy, byłby już pewnie w bazylice.
Gdzie są nasi? Jest siostra z małą polską flagą w ręku. Siostra Anna jest pallotynką z Gdańska. – Jak długo już siostra stoi w tym ścisku? – Czas się nie liczy! – pada odpowiedź. Siostra prowadziła pielgrzymkę Rodziny Radia Maryja. Widzieli Papieża w Wielkanoc, kiedy po raz ostatni ukazał się w swoim oknie. Potem pojechali dalej. O śmierci Papieża dowiedzieli się na Sardynii. Natychmiast podjęli decyzję o zmianie trasy pielgrzymki. Zawrócili do Rzymu.
Za wjazd autokaru do centrum Rzymu pobierana jest opłata. „Włosi nie chcieli od nas pieniędzy. Polacy dzisiaj za darmo – powiedzieli”. Siostra Anna robi już „drugą rundę” w kolejce do bazyliki. Wczoraj stała od 17.00 do 23.00.
Rzym przeżywa oblężenie. Chyba jedno z najcięższych, bo niespodziewanych. Zmobilizowano wszystkie odmiany włoskiej policji, obronę cywilną, wielu wolontariuszy. Rozdawana jest woda. Służby medyczne pomagają tym, którzy zasłabną. Wzdłuż kolejki ustawiono przenośne toalety. Przygotowywane są miejsca noclegowe, namioty poza miastem. Coraz trudniej poruszać się po Rzymie. Szwankuje informacja. Widać jednak wielki wysiłek, aby umożliwić wiernym pożegnanie z Papieżem.
Obok nas przechodzą kardynałowie. Właśnie zakończyli swoje kolejne posiedzenie. Który z nich zostanie papieżem? Czekamy na razie na ogłoszenie daty konklawe. Podczas sede vacante najważniejsze, konieczne decyzje podejmuje Kolegium Kardynałów. W Watykanie wyjątkowo panuje swoista demokracja. Aż do chwili, gdy wybiorą następcę Jana Pawła II. Jak to będzie? Powtarzam sobie w duchu słowa, które powtarzał nam nasz Rodak: Nie lękajcie się!
Wieczorem odprawiam Mszę w polskim kościele św. Stanisława. W modlitwie eucharystycznej dochodzę do słów: „naszego Papieża…”. Muszę opuścić ten fragment. Pustka. Serce boli.
Środa Odnajduję trzech Polaków, którzy w piątek rozwinęli na Placu św. Piotra wielką polską flagę. Teraz jest dokładnie wypełniona podpisami. Nie mogą już przebywać na placu, dlatego owinęli swoją flagą jedną z kamiennych latarni wzdłuż Via Conciliazione, tuż obok kolejki pielgrzymów podążających do bazyliki. Remigiusz i jego dwaj koledzy są tutaj praktycznie cały czas.
Spali najpierw na placu, teraz na ulicy. Dzięki kamerom telewizyjnym stali się znani. Są szczęśliwi, że udało im się wejść do bazyliki ze swoją flagą. „Papież tam, z góry, nas widział i pobłogosławił nas za tę naszą flagę – tak sobie myślę” – opowiada Remigiusz. „Ludzie przychodzą tutaj do nas, aby się modlić, pozdrawiają. O drugiej w nocy prowadziliśmy śpiewany Różaniec. Ludzie przynoszą obrazki, kartki z podziękowaniami Papieżowi. Jakiś gimnazjalista przyniósł złoty krzyżyk, który dostał po bierzmowaniu. Sam szef ochrony bazyliki przyniósł nam kartkę z podpisem Papieża – opowiada z przejęciem Remigiusz. Pytam go: Co dalej? „Już zaczynamy myśleć o innym stylu życia.
Dzięki mediom staliśmy się trochę sławni. Chcemy to wykorzystać w dobrą stronę. Jak ochłoną emocje, może założymy jakiś ruch, zrzeszenie, tak żeby nie zapomnieć tego, czego Papież nas nauczył. Moja prośba do Boga jest taka, aby następny papież był taki sam jak ten. Oczywiście, że jest to wysoka poprzeczka. Będzie miał ciężki krzyż. Ale my, młodzi, musimy mu pomóc, żeby szedł drogą wyznaczoną przez Jana Pawła II”.
Naszej rozmowie przysłuchuje się Michał. Ma 36 lat. Przyjechał do Rzymu samochodem z Elbląga. Spontanicznie zaczyna opowiadać o sobie. Na wieść o śmierci Papieża w pamiętny sobotni wieczór poszedł do spowiedzi po dwunastu latach. Kiedy o tym mówi, ma w oczach łzy. Pani Alicja Szewczyk mieszka w Rzymie. Towarzyszy chłopakom przy fladze, kiedy tylko może. Wspomina o tym, że chciała usunąć ciążę. „Na poniedziałek miałam wyznaczoną datę zabiegu.
W niedzielę byłam w kościele, usłyszałam fragmenty nowo wydanej encykliki Papieża na temat życia. To był sierpień 1983 roku. Papież mnie powstrzymał. Dzięki niemu mam fantastycznego syna Adriana, ma 22 lata, studiuje w Polsce dziennikarstwo”. Pani Alicja pokazuje mi SMS, który dostała od syna zaraz po śmierci Papieża: „Pomyśl, że teraz Papa pilnuje nas z góry, jeszcze silniejszy, uśmiechnij się”. Ile podobnych historii wydarzyło się w tych dniach? Można by spisać książkę. Papież wydobywał z nas dobro zawsze, a teraz może najmocniej. Czujemy promieniowanie nadziemskiej siły.
Wieczorem koncelebruję Mszę w Bazylice św. Piotra. Co za dar! Jeszcze raz oddaję hołd Papieżowi. Ludzie cały czas dopływają do celu: przed ciało Papieża. Wzruszeni, szczęśliwi i smutni zarazem. Porządkowi poganiają stanowczo. Nikt nie może zatrzymać się tutaj ani na chwilę. Może tylko przechodzić obok. To trwa dosłownie kilka sekund. Na tę chwilę ludzie czekali kilkanaście godzin. Jeden z bocznych ołtarzy zostaje spontanicznie zasypany karteczkami, na których ludzie wypisują modlitwy, podziękowania, zostawiają kwiaty, obrazki.
Kiedy wracam z bazyliki, mija mnie kawalkada potężnych limuzyn poprzedzonych policjantami pędzącymi na motorach. Najprawdopodobniej to prezydent Bush i inni amerykańscy oficjele. Kolejny obrazek układanki: tajemnica Jana Pawła II. Bliski prostym ludziom, a jednocześnie autorytet wśród wielkich tego świata. A przecież nigdy im nie schlebiał, mówił prawdę. Krytykował prezydenta Busha za wojnę w Iraku. Dzięki Papieżowi głos Kościoła stał się słyszalny w tzw. wielkim świecie zdominowanym przez zimne ekonomiczne, polityczne kalkulacje. Był sumieniem świata, sumieniem wielkiej polityki. Moralny autorytet papiestwa chyba nigdy nie był tak wielki. Rzecznik Watykanu ogłosił dzisiaj datę konklawe – 18 kwietnia.
Czwartek To najbardziej polski dzień. Wszędzie słychać naszych. Wczoraj wieczorem i w nocy dotarło do Rzymu mnóstwo rodaków. Autobusami, samolotami, samochodami, pociągami, na motorach. Czym się dało. Grupy zorganizowane i indywidualni. Nie wszyscy zdążyli wejść do bazyliki. Jerzy i Ania jechali z Muszyny do Rzymu motocyklem dwa dni. Nie dostali się do Papieża. Nie są rozczarowani. Misja została spełniona.
Na polskiej fladze pojawiło się zdjęcie małego włoskiego chłopca. Położył je tam jego ojciec. Chłopak chorował, miał mieć operację, była we wtorek. Wszystko poszło dobrze. „Modliłem się z wami, z Polakami, Bóg mnie wysłuchał, dlatego zostawiam tutaj to zdjęcie. Papa to sprawił” – mówi szczęśliwy tata.
Z głośników płynie kanon: „Laudate omnes gentes, laudate Dominum”. Wszystkie narody chwalcie Pana. W kolejce stoi Mira. Przyjechała z Bośni. Rysuje mi na kartce mapkę swojego kraju, pokazuje, gdzie leży jej miasteczko: Tolisa. Tam jest skupisko katolików. Próbujemy dogadać się po niemiecku. Pytam, dlaczego tutaj przyjechała. Pada krótka odpowiedź: „Heilig!”. Papież jest święty.
Wieczorem spotykam o. Jana Górę. Przyjechał do Rzymu z pielgrzymką, którą od dawna planował na ten czas. Zabrał ze sobą wszystkich pomagających mu przy organizowaniu spotkań młodzieży w Lednicy. Wieść o śmierci Papieża zastała ich w Pradze. Natychmiast ruszają prosto do Rzymu. Spontanicznie powstaje litania do Ojca Świętego. Melodię ułożył twórca lednickich śpiewów Piotr Zimowski. Refrenem są słynne już słowa: „Szukałem was, teraz wy do mnie przychodzicie”. Przysłuchuję się im, kiedy nadają program w TVP. Płyną w Polskę słowa: „Świadku Chrystusa, Patronie małżeństwa, Orędowniku pokoju, Świadku nadziei, Przyjacielu młodych, Drogowskazie życia, Niestrudzony Pielgrzymie, Wzorze Ojcostwa… módl się za nami”.
Rozmawiam chwilę z o. Górą. Płacze jak dziecko. „Pan Bóg dał nam w prezencie tę wielką mistyczną podróż na tę ostatnią audiencję. Czekaliśmy od 4 rano do 7 wieczorem. Sekundy przy Papieżu były jak godziny. To była mistyczna audiencja. Papież nic nie mówił, ale jakby wykrzyczał do nas wszystko. Nie ruszał się, ale myśmy do niego biegli. On też biegł ku nam. Jestem wzruszony i dziękuję Bogu za dar obecności. Po Wielkim Tygodniu Chrystusa nastąpił wielki tydzień Jana Pawła. To jest mistyka. Głęboko w to wierzę, że Jan Paweł II jest święty. Ludzie święci wykazują zwielokrotnioną działalność po śmierci, jak św. Wojciech czy Stanisław. Mamy tutaj przykład tego, że ta chwała jest większa po śmierci niż za życia. Nikt mi nie zabroni wołać do Papieża o jego wstawiennictwo”.
Nadchodzi noc. Ludzie przygotowują się do noclegu na ulicy. Kto dostał się tak blisko, nie opuści już tego miejsca. Uczennice z Wałbrzycha, ze szkoły prowadzonej przez siostry marianki, śpiewają oazowe piosenki na zmianę z grupą z Hiszpanii. Księża spowiadają. W śpiworze leży Marcin. Przyjechał z Brukseli. Opowiada o Turku – koledze z pracy, który na wieść o śmierci Papieża kłaniał mu się z respektem, bo dla Papieża wszyscy byli braćmi: żydzi, muzułmanie, hinduiści, ateiści…
Prymas Glemp podpisał się na słynnej już polskiej fladze. Remigiusz pokazuje mi ten podpis z dumą. Ulicami wędrują tysiące ludzi. Na sygnałach mkną kolumny limuzyn wiozących „władców” tego świata. Cały świat jest tutaj. Zjednoczony na tę chwilę. Czy tylko na tę chwilę? Ziarno przecież obumarło, musi być owoc.
Piątek Udało mi się zdobyć bilet do sektora dla księży. Pędzę rano w stronę Bazyliki św. Piotra. Obok mnie tłumy. Tylko część z nich dostanie się na plac. Uff, udało się. O 8.00 zajmuję miejsce. Jestem blisko. Widzę dobrze ołtarz.
Procesja z prostą drewnianą trumną Papieża wychodzi przed bazylikę. Słychać oklaski. Tłumię łzy. Na trumnie otwarta księga Ewangelii. Głosił ją nam jako kapłan, biskup, Papież. Do końca. Także wtedy, kiedy nie umiał już mówić. Wiatr przewraca kartki Ewangeliarza. W końcu go zamyka. Nie usłyszymy już Dobrej Nowiny głoszonej w tak cudowny sposób. Ale słowo, które zasiał, trwa. Ostatni tydzień pokazał to dobitnie.
Homilia kard. Ratzingera piękna. Prosta, wymowna. Przerywana oklaskami. Kiedy skończył, miałem ochotę zawołać: tylko tyle? Wiem. Słów zawsze zabraknie… Chwyta za gardło, kiedy Kardynał wspomina Wielkanoc, ostatnie papieskie błogosławieństwo. Spoglądam raz jeszcze na milczące okna. „Możemy być pewni, że nasz ukochany Papież stoi dzisiaj w oknie domu Ojca, widzi nas i błogosławi nam. Tak, Ojcze Święty, błogosław nas!”.
Litania do Wszystkich Świętych. Wkrótce dołączy do nich Jan Paweł. Ostatnie pożegnanie w rycie bizantyńskim. Trumna znika w bazylice. Dzwon bije smutno. Na pochmurnym niebie na chwilę rozbłyska słońce.
Jeden z włoskich księży mówi, że powinni pozwolić młodzieży zaśpiewać dla Papieża. Zgadzam się z nim. Młodzi nie zawiedli. Byli tutaj cały ostatni tydzień, od piątku. Byli z Papieżem zawsze. Należało im się to. Choć jedna pieśń, choćby jedno: „Abba, Ojcze”. Rzymska dostojna liturgia, wypowiadana w martwym języku, którym z trudem posługują się nawet kardynałowie. Papież na pewno by się ucieszył. Zawsze wymykał się rzymskim formalistom, aby być jak najbliżej nas.
Pora do domu. Mam ochotę zostać. Chyba dopiero teraz, kiedy skończył się pogrzeb, dochodzi do mnie trudna prawda: zostaliśmy osamotnieni. Tępy ból. Kiedy o. Jan Góra podszedł do ciała Jana Pawła II, ryczał jak bóbr. Arcybiskup Dziwisz zawołał do niego trzy razy: Uspokój się! Tak trzeba. Wiem. Ale jednak żal, strasznie żal. Miłości nigdy dość. Zawsze chce się więcej.
Wieczorem rozpadało się. Rzym płacze. Przez całą noc, sobotę. Dopiero teraz. Kiedy ludzie czekali przed bazyliką, nie spadła na nich ani kropla. Ktoś czuwał nad nimi. Będzie czuwał zawsze. Wierzę w to mocno. ks. Tomasz Jaklewicz, Rzym, 9 kwietnia 2005/Gość Niedzielny
***
Wpływ Jana Pawła II na światową politykę do dziś nie został należycie zbadany
Z perspektywy czasu widać, jak wielki był udział Jana Pawła II w rozpadzie komunizmu, przywróceniu wolności religii w Europie Wschodniej oraz zjednoczeniu kontynentu. Ten pontyfikat zostawił niezatarty ślad w dziejach świata.
PICTURE-ALLIANCE/DPA/PAP
***
Wszystko to było oczywiste 20 lat temu, kiedy papież Polak umierał, jednak dzisiaj mamy inną sytuację. Zwłaszcza w Polsce opinia publiczna, od co najmniej dekady, karmiona jest wyłącznie jednym tematem – reakcją Ojca Świętego na przypadki pedofilii wśród duchowieństwa. Mamy przy tym do czynienia z jednostronnymi, wyrwanymi z kontekstu historycznego oraz niepopartymi dowodami zarzutami i niezwykle agresywną ich interpretacją. W medialnej hucpie znika historyczny wymiar tego pontyfikatu. Dlatego należy przypominać najważniejsze fakty z tej dziejowej misji. Skoncentruję się na wątkach wschodnich, gdyż wpływ Jana Pawła II na ostatnią dekadę PRL jest lepiej znany.
Zmiana paradygmatu
Aby zrozumieć, jakim przełomem w kwestii upominania się o prawa katolików w krajach komunistycznych był pontyfikat papieża Polaka, należy prześledzić wcześniejsze wysiłki podejmowane przez Stolicę Apostolską w tej kwestii. Istotny w tym względzie był zwłaszcza pontyfikat Pawła VI. Korzystając z odprężenia na arenie międzynarodowej w latach 70. ubiegłego wieku, Ojciec Święty starał się przy pomocy działań dyplomatycznych ulżyć cierpieniom katolików w Europie Wschodniej. Jednocześnie unikał publicznych wystąpień w obronie prześladowanych chrześcijan z obawy, że taki głos niczego nie zmieni, a jedynie zaostrzy represje. Związek Sowiecki był przez Stolicę Apostolską traktowany jako hegemon współczesnego świata. W Watykanie powszechne było przekonanie, że potęga i wpływy komunizmu nie zmienią się w życiu tego pokolenia, a zapewne i wielu następnych.
Wybór Jana Pawła II zmienił ten paradygmat. Papież Polak był przekonany, że nastał zmierzch komunizmu i należy myśleć o świecie bez niego. Uważał, że siła komunizmu nie bierze się z jego rzeczywistej potęgi, ale moralnej słabości Zachodu. Nie rezygnując z działań dyplomatycznych – świadczył o tym wybór kard. Agostino Casaroliego, bliskiego współpracownika Pawła VI i twórcy watykańskiej Ostpolitik, czyli układów z krajami komunistycznymi, na urząd sekretarza stanu Stolicy Apostolskiej – Jan Paweł II zaczął publicznie upominać się o prawa ludzi wierzących. Głównym partnerem w dialogu stały się nie władze komunistyczne, ale lokalne Kościoły, które papież mobilizował do działania, m.in. skłaniając je do wielkich akcji duszpasterskich z okazji historycznych jubileuszy. Jednocześnie Jan Paweł II zerwał z praktyką nominowania w Europie Wschodniej biskupów wskazanych przez władze komunistyczne. Uznał, że lepiej poczekać na dogodny moment do właściwej nominacji, aniżeli udzielać sakry biskupiej kapłanowi bardziej lojalnemu wobec reżimu aniżeli Watykanu. „Skończyła się Ostpolitik, zaczyna się misja na Wschodzie” – powiedział Ojciec Święty do tajnie konsekrowanego słowackiego biskupa Pawła Hnilicy. Te słowa najlepiej charakteryzują zmianę, jaka nastąpiła wtedy w Watykanie.
Jan Paweł II wita prezydenta Związku Radzieckiego Michaiła Gorbaczowa na pierwszym w historii spotkaniu papieża z przywódcą z Kremla, Watykan 1 grudnia 1989 r.
fot. WOJTEK LASKI /EAST NEWS
***
Papież Słowianin
Jan Paweł II od początku pontyfikatu był przekonany, że jego ważnym celem jest przywrócenie wolności Kościołowi w krajach komunistycznych. W czerwcu 1979 r. przyjechał nie tylko do Polski, ale do całego bloku wschodniego. W przemówieniach kilkanaście, jeśli nie kilkadziesiąt razy zwracał się do narodów sąsiednich, i to wprost. 3 czerwca na Wzgórzu Lecha w Gnieźnie określał się jako papież Słowianin, potem powtarzał to wielokrotnie. Podkreślał, że chce być rzecznikiem wolności religijnej dla wszystkich zniewolonych narodów na Wschodzie.
Na Kremlu szybko zorientowano się, że ten pontyfikat stanowi zagrożenie dla całego systemu komunistycznego. W notatce sporządzonej ze spotkania kierownictwa Urzędu ds. Wyznań z Radą ds. Religii przy Radzie Ministrów ZSRR, które odbyło się w Moskwie w dniach 19–21 lutego 1979 r., zapisano, że wybór Jana Pawła II „wzbudził w kręgach religijnych ZSRR nadzieję na przetrwanie i rozwój”. Środowiska katolickie zaczęły tworzyć grupy domagające się przywrócenia nauczania religii. Odnotowano, że po tym pontyfikacie „można oczekiwać walki z krajami socjalistycznymi pod sztandarem praw człowieka, wolności jednostki, z usiłowaniem oddziaływania zwłaszcza na młodzież”.
13 listopada 1979 r. sekretariat KC KPZR, a więc kierownicze gremium sowieckiej partii komunistycznej, zaakceptował składające się z sześciu punktów „Wytyczne do działań przeciwko polityce Watykanu w stosunku do krajów socjalistycznych”. Dokument opracowany przez szefa KGB Jurija Andropowa i jego zastępcę Wiktora Czebrikowa był dyrektywą zobowiązującą instytucje sowieckiego państwa, odpowiedzialne za media, politykę zagraniczną oraz służby specjalne, do dyskredytacji papieża Polaka i atakowania go w kraju i poza granicami Związku Sowieckiego. W listopadzie 1979 r. sowieckie kierownictwo przekazało KGB rozkaz wykorzystania wszystkich dostępnych możliwości, by zapobiec nowemu kierunkowi w polityce, zapoczątkowanemu przez Jana Pawła II, a w razie konieczności – sięgnięcia po środki wykraczające poza dezinformację i dyskredytację. Wkrótce po tym z tureckiego więzienia Kartal Maltepe uciekł Ali Ağca. Wyruszył w długą drogę, której finał odegrał się 13 maja 1981 r. na placu Świętego Piotra w Watykanie.
Wsparcie dla Litwinów
Ponieważ na Litwie istniała struktura diecezji, a w Kownie działało seminarium duchowne, do kwestii wolności religii w tej sowieckiej republice Ojciec Święty przykładał szczególną uwagę. Po konklawe przekazał jako wotum dla Ostrej Bramy w Wilnie swą piuskę kardynalską, w której przyjechał do Rzymu. Na Litwie wierni natychmiast zareagowali na jego wybór. W październiku 1978 r. powstał w Wilnie Komitet Obrony Praw Ludzi Wierzących, który domagał się wolności religijnej oraz zaprzestania polityki ateizacji młodzieży. Jego działaczy wkrótce aresztowano, ale nadal w podziemiu ukazywała się „Kronika Kościoła katolickiego na Litwie”. Teksty z czasopisma były odczytywane w litewskich i rosyjskich audycjach Radia Watykańskiego, dzięki czemu docierały do społeczeństwa, przełamując sowiecką cenzurę i monopol informacyjny. Od początku pontyfikatu Jana Pawła II zwiększono liczbę audycji Radia Watykańskiego w języku ukraińskim, rosyjskim i białoruskim. Wyraźną oznaką zachodzących zmian był inspirowany przez papieża rozwój ruchu pielgrzymkowego na Litwie. Do indywidualnych pielgrzymów, masowo po 1978 r. nawiedzających sanktuaria maryjne, dołączyli wówczas kapłani. Głosili kazania, spowiadali, a także zbierali podpisy pod petycjami w sprawach wolności religii i ograniczeń swobód obywatelskich. Tworzyły się w ten sposób zalążki społeczeństwa obywatelskiego, którego krystalizacja pod koniec lat 80. XX wieku zmieniła sytuację polityczną w Związku Sowieckim.
Dużym sukcesem papieskiej dyplomacji działającej pod nadzorem Jana Pawła II było doprowadzenie w lipcu 1982 r. do nominacji marianina bp. Vincentasa Sladkevičiusa na administratora apostolskiego diecezji Koszedary. Gdy w 1988 r. został kardynałem, odegrał zasadniczą rolę w procesie wybijania się Litwy na niepodległość. Był wsparciem i mentorem Sąjūdisu, niezależnego ruchu obywatelskiego, występującego z postulatem suwerenności Litwy. Wspierała go w tych działaniach Stolica Apostolska.
Kwestia unicka
Szczególne miejsce w papieskim programie wsparcia katolików żyjących w Związku Sowieckim zajmowała kwestia Kościoła greckokatolickiego (unickiego) na Ukrainie. W marcu 1946 r. podczas pseudosoboru we Lwowie, zorganizowanego przez NKWD, Kościół greckokatolicki w Galicji Wschodniej został zlikwidowany, a wierni i duchowieństwo przymusowo wcieleni do rosyjskiego Kościoła prawosławnego. Ci, którzy nie chcieli się temu podporządkować, za wierność Ojcu Świętemu przypłacali latami spędzonymi w łagrach, więzieniach, a często i życiem. Wkrótce podobny los spotkał grekokatolików na Zakarpaciu, a później także w Rumunii i Czechosłowacji. Stosunek kolejnych papieży do kwestii greckokatolickiej był mocno osadzony w relacjach ekumenicznych Stolicy Apostolskiej z Patriarchatem Moskiewskim. Od czasu Soboru Watykańskiego II, kiedy za cenę udziału w nim delegacji prawosławnej z Moskwy zrezygnowano z potępienia komunizmu, dialog ekumeniczny był jednym z najważniejszych elementów relacji Watykanu ze Związkiem Sowieckim i obozem komunistycznym. Odbywało się to jednak za cenę milczenia o Kościele greckokatolickim. Jan Paweł II zmienił tę postawę. 5 czerwca 1979 r. na zamkniętym spotkaniu z Radą Główną KEP na Jasnej Górze powiedział, że nie zamierza milczeć w sprawie katolików obrządku wschodniego jak jego poprzednicy. Nakazał polskim biskupom, aby przygotowali się do obchodów Milenium Chrztu Rusi Kijowskiej w 1988 r., co pokazuje, jak w długiej perspektywie widział swoje działania.
W marcu 1980 r. zwołał do Rzymu Synod Kościoła greckokatolickiego, w którym wzięli udział wszyscy ukraińscy biskupi żyjący na emigracji. Wybrany został wówczas następca sędziwego kard. Josifa Slipyja, arcybiskup Myrosław Lubacziwski, opiekun ukraińskiej diaspory w Kanadzie. Wszystkie te działania wzbudzały zaniepokojenie na Kremlu, o czym mogą świadczyć raporty z tego okresu przygotowane przez szefa KGB na Ukrainie gen. Witalija Fiedorczuka. Alarmował centralę, że uniccy aktywiści domagają się teraz własnego Kościoła, ale jutro mogą zażądać własnego państwa. Była to trafna diagnoza, zważywszy, jak ważną część Ludowego Ruchu Ukrainy na rzecz Przebudowy, który w 1990 r. wystąpił z postulatem suwerenności Ukrainy, stanowili grekokatolicy.
Milenium w Moskwie
W myśleniu papieża Polaka istotne były nie tylko narody o katolickiej tradycji: litewski, białoruski, łotewski i ukraiński, ale również prawosławni Rosjanie. Nie bez powodu w prywatnych apartamentach papieskich wisiała ikona Matki Boskiej Kazańskiej, jedna z najważniejszych i pierwotnych kopii, jakie zostały po skradzionym i prawdopodobnie zniszczonym latem 1904 r. oryginale. Przed nią Jan Paweł II modlił się codziennie, a ważnym rysem jego działań było przekonanie, że należy dążyć do zjednoczenia wszystkich chrześcijan.
Nowe możliwości dla papieskich inicjatyw pojawiły się, kiedy w Związku Sowieckim w 1986 r. podjęte zostały reformy społeczne i polityczne, zainicjowane przez nowego sekretarza generalnego KC KPZR Michaiła Gorbaczowa. Początkowo jednak nie obejmowały one zmian w polityce wyznaniowej. Dopiero rocznica milenium chrztu Rusi Kijowskiej przyniosła zasadniczą zmianę. Sowieckie kierownictwo zostało zaalarmowane informacją, że Jan Paweł II przygotowuje światowe obchody tej rocznicy. Wówczas zapadła decyzja, aby centralne uroczystości zorganizować w Moskwie – jednocześnie miały być promocją Patriarchatu Moskiewskiego. Do Moskwy przyjechała delegacja Stolicy Apostolskiej z kard. Casarolim, który wygłosił m.in. wykład o wolności religii jako fundamencie praworządności, transmitowany przez najważniejsze sowieckie media. Odtąd nic już nie było po staremu. Zwiększenie swobód dla prawosławia skutkowało także poszerzeniem wolności dla katolików. Uwieńczeniem dalszych działań dyplomatycznych była audiencji Gorbaczowa u papieża w Watykanie 1 grudnia 1989 r. Przesądzono wtedy legalizację Kościoła greckokatolickiego na Ukrainie, odbudowę struktur Kościoła rzymskokatolickiego na Białorusi i w Ukrainie oraz stabilizację struktur kościelnych na Litwie i Łotwie.
Niestety do dzisiaj wpływ Jana Pawła II na światową politykę nie został zbadany. Nie powstał żaden krajowy ani międzynarodowy program, który pozwalałby na dokonanie syntezy papieskich działań i inicjatyw na podstawie kwerend archiwalnych przeprowadzonych w archiwach byłych krajów komunistycznych. Od dawna nie ukazała się żadna publikacja, która pozwoliłaby odczytać ten pontyfikat na nowo, także w kontekście współczesnych wyzwać i zagrożeń, jak chociażby wojna w Ukrainie. Najwyższy czas, aby naprawić to zaniedbanie.
Andrzej Grajewski/Gość Niedzielny
***
Kard. Duka o Janie Pawle II: Taki Papież zdarza się raz na tysiąc lat
Trzeba wiedzieć, że taki Papież zdarza się raz na tysiąc lat – mówi w 20. rocznicę śmierci Jana Pawła II kard. Dominik Duka. Podkreśla, że bardzo potrzebowaliśmy takiego Papieża, kiedy w Europie Środkowej byliśmy pozbawieni wolności narodowej i wolności Kościoła. Ale Jan Paweł II jest też naszym patronem dzisiaj, kiedy trwa wojna kulturowa, bunt przeciw cywilizacji zachodniej, czyli cywilizacji chrześcijańskiej. On pokazuje, że bramy piekielne nie przemogą – dodaje czeski prymas senior.
Podkreśla, że duchowe oparcie, jakie znajdował w polskim Papieżu, było dla niego szczególnie ważne, kiedy na początku lat 80-tych został uwięziony wraz z Václavem Havlem. Zapytany, czy w więzieniu rozmawiał z przyszyły prezydentem Czechosłowacji o Janie Pawle II, odpowiada: „Zawsze o nim rozmawialiśmy. Václav Havel nigdy mu nie zapomniał poparcia, jakiego udzielił Jan Paweł II represjonowanym sygnatariuszom Karty 77. W 1981 r. wymienił ich imiennie z okna Pałacu Apostolskiego”.
W rozmowie z Radiem Watykańskim kard. Duka wspomina, że o wyborze Jana Pawła II na Stolicę Piotrową dowiedział się z Radia Wolna Europa. „Jak tylko usłyszałem imię Karol, od razu zrozumiałem, że musi to być Wojtyła”. Podkreśla, że prorocze okazały się słowa, które przy tej okazji wypowiedział brat Roger z Taizé. On był pewny, że czekają nas naprawdę wielkie zmiany. I tak rzeczywiście się stało – mówi kard. Duka.
Podkreśla, że Jan Paweł II był Papieżem wyjątkowym. Przejawia się to zarówno w skarbie jego nauczania, jak i w pewnej dyscyplinie, odwadze. Jego zdaniem tej właśnie odwagi powinniśmy się od niego uczyć dzisiaj, kiedy znowu walczymy o wolność i prawo. On też pokazuje, że w tej walce nie miejsca na zemstę – dodaje arcybiskup senior czeskiej stolicy. Wyraża przy tym przekonanie, że niedawna ratyfikacja w czeskim parlamencie umowy z Watykanem to także dar Jana Pawła II.
Kard. Duka przybył do Rzymu z narodową pielgrzymką czeskiego Kościoła. Przedłużył swój pobyt w Wiecznym Mieście, aby móc uczestniczyć w watykańskich uroczystościach upamiętniających 20. rocznicę śmierci Jana Pawła II.
Krzysztof Bronk – Watykan/vaticannews.va/pl
+++
kościół św. Piotra
Partick, 46 Hyndland Street , Glasgow, G11 5PS
***
W każdy piątek jest Adoracja Najświętszego Sakramentu od godz. 18.00
W czasie Adoracji jest możliwość przystąpienia do sakramentu spowiedzi.
W Wielkim Poście o godz. 18.30 jest Droga Krzyżowa
Msza św. wynagradzająca za grzechy nasze i całego świata odprawiana jest o godz. 19.00
W trzeci piątek miesiąca sprzątamy kościół św. Piotra od godz. 17.00. Chętni bardzo mile widziani.
W każdą sobotę o godz. 18.00 jest Msza św. wigilijna z niedzieli
Możliwość spowiedzi jest od godz. 17.00
***
W pierwsze soboty miesiąca po Mszy św. jest Nabożeństwo Pięciu Sobót Wynagradzających za zniewagi i bluźnierstwa przeciwko Najświętszej Matce Bożej
***
W drugie soboty miesiąca po Mszy św. modlimy się Koronką do Serca Boleściwej Matki – Serca przebitego siedmiokrotnie mieczem boleści.
***
W trzecie soboty miesiąca po Mszy św. modlimy się na różańcu o pokój na świecie.
W każdą Niedzielę Msza św. jest o godz. 14.00
Przed Mszą św. jest Adoracja Najświętszego Sakramentu.
W Wielkim Poście w czasie Adoracji śpiewamy Gorzkie Żale
W tym czasie jest także możliwość przystąpienia do sakramentu spowiedzi od godz. 13.30
Od września trwają prace renowacyjne kościoła św. Piotra. Dlatego w piątki Adoracja, spowiedź św. i Msza św. na czas remontu są w sali parafialnej. Natomiast w soboty i w niedziele Msze św. są w kościele.
***
Kaplica izba Jezusa Miłosiernego
4 Park Grove Terrace, Glasgow G3 7SD
***
W każdy pierwszy czwartek miesiąca jest Msza św. o godz. 19.00
Po Mszy św. jest Godzina Święta
***
Naczynia połączone
Pierwsze czwartki, pierwsze piątki, pierwsze soboty. Interesowni praktykują dla obietnic, gorliwi – z miłości. Podejmiesz wyzwanie?
ISTOCKPHOTO
***
Sytuacja z utrudnionym dostępem do Mszy, także pierwszopiątkowej, w jakiej przed pięcioma laty postawiła nas pandemia, pokazuje, jak ważne są dla wielu katolików dni, w których okazujemy szczególną cześć Najświętszemu Sercu Pana Jezusa i Niepokalanemu Sercu Najświętszej Maryi Panny. W pierwsze piątki miesiąca liczba wiernych w kościołach jest wyższa niż w inne dni powszednie, a wielu jest takich, którzy podejmują tego dnia posty i inne czyny pokutne.
Niedawno zmienił się sposób wyznaczania pierwszych dni miesiąca w kalendarzu kościelnym. Wcześniej obchodzono wszystkie trzy dni razem. Decydował pierwszy piątek. Jeśli ten dzień przypadł pierwszego dnia danego miesiąca, wtedy czwartek, choć kalendarzowo należał jeszcze do poprzedniego miesiąca, obchodziło się jako pierwszy. Jeżeli natomiast pierwszym dniem miesiąca była sobota, wówczas jako pierwszą sobotę w Kościele obchodziło się tę, która przypadała za tydzień – po pierwszym piątku. Niedawno zostało to uproszczone. Pierwsze czwartek, piątek i sobotę obchodzi się teraz wtedy, kiedy faktycznie są pierwsze w kalendarzu na dany miesiąc. Sposób liczenia dni to jednak kwestia drugorzędna. Istotne jest nastawienie serca i intencja, z jaką podejmuje się te praktyki.
Jak ciąża
Skąd te praktyki się wzięły? – Za pierwszymi piątkami stoi żądanie Pana Jezusa z objawień św. Małgorzaty Alacoque. Jeśli chodzi o nabożeństwo pięciu pierwszych sobót miesiąca, to stoi za nimi tradycja fatimska. Natomiast wcześniejsza tradycja bardziej była związana z kultem Niepokalanego Serca Maryi, który nawiązywał do kultu Serca Jezusa – mówi ks. prof. Marek Chmielewski. Dodaje, że praktyki pierwszego czwartku, piątku i soboty miesiąca nie mają charakteru obowiązkowego, lecz należą raczej do sfery pobożności. – O ile liturgia jest obowiązkowa, bo to jest kult Kościoła, o tyle jeśli chodzi o formy pobożności, to takiego obowiązku w sensie prawnym nie ma. Natomiast ze względów formacyjnych te formy się szanuje – zauważa.
Szczególnie popularne jest wśród wiernych nabożeństwo dziewięciu pierwszych piątków miesiąca. Dlaczego ma to być akurat dziewięć piątków, czyli de facto dziewięć miesięcy?
– Dlatego, że dziewięć miesięcy to analogia do czasu, jakiego potrzebuje dziecko rozwijające się w łonie matki, aby się urodzić. Przez praktykę dziewięciu pierwszych piątków ma się narodzić nowy człowiek, który żyje sakramentami. Jeśli dobrze wczytamy się w objawienia, których Pan Jezus udzielił św. Małgorzacie, zauważymy, że one mają na celu właśnie to: wychowanie człowieka do regularnego życia sakramentalnego – wskazuje teolog.
Zwraca uwagę na fakt, że od uchwały IV Soboru Laterańskiego w 1215 roku katolik ma obowiązek spowiedzi i Komunii raz w roku, szczególnie w okresie wielkanocnym. Na tamte czasy było to wymaganie wysokie, jeśli weźmie się pod uwagę istniejącą wtedy sieć kościołów. Z czasem jednak ulegało to zmianom i już na przykład w XVII wieku duszpasterstwo oraz dostępność kościołów wyglądały całkiem inaczej. Wówczas traktowanie pobożności na zasadzie „raz w roku” wymagało zdynamizowania. I taka pomoc przyszła. Pierwszopiątkowe praktyki i związane z nimi obietnice Jezusa znacznie ożywiły życie duchowe katolików.
Sama św. Małgorzata Maria Alacoque w jednym z listów napisała, że kult Najświętszego Serca „ma na celu odnowienie w duszach skutków Odkupienia”. To jest zasadniczy cel tego nabożeństwa.
Chodzi o cel
Wraz z nową formą pobożności pojawiły się także jej wypaczenia, polegające na magicznym traktowaniu praktyk pierwszopiątkowych (a także pierwszosobotnich), czyli wykonywaniu ich na zasadzie „zaliczenia”: przyjść, odprawić spowiedź, Komunię, najlepiej wszystko w sam pierwszy piątek. Towarzyszy temu oczekiwanie, że gdy wypełnię praktykę, Pan Bóg musi mi zagwarantować zbawienie. Taki „handel wymienny”.
Ksiądz Marek Chmielewski, przestrzegając przed taką postawą, podkreśla ważność odpowiedniego przygotowania do spełniania warunków nabożeństwa. – Jest dobrą intuicją duszpasterską, że dzieci pierwszokomunijne przynajmniej przez pierwszy rok odprawiają dziewięć pierwszych piątków. Nie powinno tam jednak chodzić o uzyskanie nieco magicznie traktowanego „biletu do nieba”. Obietnica mówi przede wszystkim, że człowiek nie umrze bez szansy pojednania z Bogiem, ale to samo przez się nie jest gwarancją zbawienia. Chodzi o to, żeby tego młodego człowieka wychować w życiu sakramentalnym nie tylko co do ilości wypełnionych praktyk. On ma się nauczyć, jak się spowiadać: nie tylko w sposób faktograficzny, ale analityczny; ma się nauczyć życia eucharystycznego, adoracji. I to jest ważne – przekonuje. Przywołuje konkretny przykład prawidłowej formacji w tym zakresie.
– W pierwszych latach kapłaństwa pracowałem w dużej parafii w Radomiu. Była tam siostra katechetka, która przez pół godziny odprawiała z dziećmi rachunek sumienia, zanim księża usiedli, żeby spowiadać je na pierwsze piątki. I widać było efekty. Dzieci były dobrze przygotowane, wiedziały, co mówią. Takie podejście jest bardzo ważne dla rozwoju duchowego. Jeśli tego nie ma, dochodzi do takich sytuacji, że dorosły człowiek spowiada się jak dziecko pierwszokomunijne. Tak więc praktyka pierwszych piątków miesiąca ma wielki potencjał duszpasterski, jeśli jest mądrze i dobrze sprawowana. I to jest jej zasadniczy cel. Chodzi przecież o wychowanie do miłości Boga, bliźniego i samego siebie – akcentuje kapłan.
Wynagrodzenie
Nabożeństwo do Serca Jezusowego jest kultem ekspiacyjnym, wynagradzającym. Podobnie jest z kultem Niepokalanego Serca Maryi Panny, w którym od czasu objawień fatimskich wzmocniony został element pokuty za grzechy. Maryja w Fatimie mówiła dzieciom, że wielu ludzi ginie na wieki, bo zbyt mało jest takich, którzy chcieliby się za nich modlić i ofiarować swoje cierpienia. Także tu istotny jest więc motyw wynagrodzenia.
– Wynagrodzenie jest często traktowane na sposób ludzki: komuś zrobiłem przykrość, to teraz muszę przeprosić, żeby mu sprawić przyjemność. Samo wyrażenie „obrażać Boga” jest antropomorficzne, ale nie mamy innych narzędzi. Wyglądałoby na to, że przez nasze zgrzeszenie Pan Bóg coś traci i my musimy Mu to oddać, tak jak w ramach restytucji musimy oddać to, co ukradliśmy, bo w przeciwnym razie nie spełnimy warunku nawrócenia – mówi ks. Marek Chmielewski. Zauważa jednak, że to nie do końca tak. – Chodzi o to, że skoro Bóg jest miłością, to grzech jest zaprzeczeniem miłości. To jest przede wszystkim krzywda, jaką człowiek samemu sobie wyrządza przez odwrócenie się od miłości. I to nie miłości w znaczeniu uczuciowym, tylko rozumianym jako afirmacja osoby. Wynagrodzenie jest przede wszystkim odbudowaniem i wzmocnieniem w grzeszniku miłości. To wynagrodzenie staje się bardziej zrozumiałe, gdy patrzymy na nie przez wymiar Kościoła. Czasami mówimy, że Kościół jako Mistyczne Ciało Chrystusa jest jak zespół naczyń połączonych. Jeżeli poziom spada w jednym naczyniu, to spada we wszystkich. Mistyczne Ciało doznaje uszczerbku przez cudzy grzech. Wierni mający tę świadomość tym bardziej chcą okazać miłość Bogu i bliźniemu, aby ten brak, jaki Kościół cierpi, został wyrównany. A więc nie tyle Pan Bóg cierpi szkody (jest przecież bytem absolutnym), ile Kościół ponosi duchowe straty. I gorliwi chcą naprawić to, co inni zepsuli. To jest wyraz odpowiedzialności za zbawienie innych i za życie Kościoła – podkreśla teolog.
Czwartki
Tradycja pierwszych czwartków jest późniejsza niż piątków i sobót. – Nie można ich traktować na równi z pierwszymi piątkami – zauważa ks. prof. Chmielewski. Dodaje, że trudno wskazać początek tej tradycji. Prawdopodobnie wiąże się z orędziami na Światowe Dni Powołań, które zapoczątkował św. Paweł VI. – Tam, jak się zdaje, jest początek tej praktyki: zaproszenie do szczególnej modlitwy w pierwsze czwartki o powołania, głównie kapłańskie – mówi. Zauważa, że zwyczajowo modlimy się o powołania, ale rzadko akcentuje się modlitwę za powołanych. O to, żeby byli wierni powołaniu – a to jest przecież istota.
Franciszek Kucharczak/Gość Niedzielny
W każdą trzecią sobotę miesiąca jest spotkanie Biblijne na temat: kobiety w Piśmie Świętym. Spotkanie rozpoczynamy o godz. 10.00 śpiewaniem Godzinek ku czci Najświętszej Maryi Panny a kończymy w południe modlitwą Anioł Pański.
***
W czwartym tygodniu każdego miesiąca – z piątku na sobotę – jest całonocna Adoracja Najświętszego Sakramentu dla kobiet w kaplicy Sióstr Benedyktynek w Largs.
Początek Adoracji rozpoczyna się modlitwą różańcową o godz. 21.00 a zakończenie Adoracji śpiewem Godzinek ku czci Najświętszej Maryi Panny i Mszą św. o brzasku dnia o godz. 5.00
Czekanie na Spotkanie. Post eucharystyczny – dlaczego, dla kogo i jak?
Praktykę postu eucharystycznego wprowadził papież Marcin V w XV wieku. Obowiązywał od północy aż do przyjęcia Komunii. Obecne przepisy stanowią, że należy go zachować przynajmniej przez godzinę przed przyjęciem Komuniiświętej.
Każde dziecko komunijne wie, że godzinę przed przyjęciem Komunii św. należy powstrzymać się od jedzenia i picia. To tzw. post eucharystyczny. Zasadniczym celem tej praktyki jest okazanie szacunku Ciału Pańskiemu. Mówi o tym Katechizm Kościoła Katolickiego. „Aby przygotować się odpowiednio na przyjęcie sakramentu Eucharystii, wierni zachowają ustanowiony przez Kościół post. Postawa zewnętrzna (gesty, ubranie) powinna być wyrazem szacunku, powagi i radości tej chwili, w której Chrystus staje się naszym gościem” – czytamy (1387).
Różnie z tym musiało bywać, skoro już św. Paweł upominał Koryntian: „Gdy się zbieracie, nie ma u was spożywania Wieczerzy Pańskiej. Każdy bowiem już wcześniej zabiera się do własnego jedzenia, i tak się zdarza, że jeden jest głodny, podczas gdy drugi nietrzeźwy. Czyż nie macie domów, aby tam jeść i pić? Czy chcecie znieważać Boże zgromadzenie i zawstydzać tych, którzy nic nie mają? Cóż wam powiem? Czy będę was chwalił? Nie, za to was nie chwalę!” (1 Kor 11,20-22).
Dalej apostoł przestrzega przed świętokradztwem: „Niech przeto człowiek baczy na siebie samego, spożywając ten chleb i pijąc z tego kielicha. Kto bowiem spożywa i pije, nie zważając na Ciało Pańskie, wyrok sobie spożywa i pije” (1 Kor 11,28-29).
Tak stanowcze słowa zawsze pobudzały chrześcijan do szczególnej uważności w obchodzeniu się z postaciami eucharystycznymi.
– Praktyka postu eucharystycznego pojawiła się w starożytności jako efekt rozwoju duchowości i być może także dyscypliny kościelnej. Starano się, aby przyjęcie Komunii jako pokarmu cielesno-duchowego nie było w pewnym sensie osłabione przez przyjęcie innego pokarmu. Taka dyscyplina sprawiła, że zanikły Msze wieczorne – wyjaśnia liturgista, ks. dr hab. Dominik Ostrowski.
Wzmianki o praktykach, które można określić jako post eucharystyczny, znajdujemy m.in. u św. Augustyna, który pisał: „Eucharystię świętą przyjmuje się zawsze na czczo i taki zwyczaj zachowany jest na całym świecie”. Święty stwierdzał: „Podobało się Duchowi Świętemu, by na wyrażenie czci dla tak wzniosłego Sakramentu najpierw do ust chrześcijan wchodziło Ciało Pańskie, wpierw przed innym pokarmem”.
W średniowieczu nie zajmowano się zbytnio kwestią postu eucharystycznego, ponieważ wierni bardzo rzadko przystępowali do Komunii, ograniczając się do spoglądania na Hostię podczas Mszy lub przyjmowania Komunii duchowej. Dopiero w XV wieku upowszechniła się praktyka zachowywania postu od północy aż do momentu przyjęcia Komunii. – Praktykę postu eucharystycznego wprowadził dla całego Kościoła papież Marcin V w XV wieku; od tego czasu post ten wymagał bycia na czczo od północy aż do przyjęcia Komunii – podkreśla duchowny.
Wielkie zmiany
Post eucharystyczny w takiej formie funkcjonował w Kościele przez wieki. Zmiana nastąpiła dopiero w XX wieku, wraz z rozwojem praktyki częstego przystępowania do stołu Pańskiego. W 1953 roku Pius XII skrócił post eucharystyczny do trzech godzin przed przyjęciem Komunii Świętej i orzekł, że wypicie wody nie łamie tego postu. Zezwolił też chorym na przyjmowanie bez ograniczenia czasu przed przyjęciem Komunii Świętej napoju niealkoholowego i lekarstwa, zarówno płynnego, jak i stałego. Zaznaczył także, że osoby przyjmujące Wiatyk w niebezpieczeństwie śmierci nie są związane żadnym prawem postu.
W ustanawiającym zmianę dokumencie Christus Dominus papież przypomniał, że post eucharystyczny „służy nie tylko do okazania należnej czci Boskiemu Zbawicielowi, ale przyczynia się także do rozwoju pobożności, może powiększyć również owoce świętości, do których zdobywania przy pomocy łaski Bożej nas tak bardzo zachęca sam Chrystus, źródło świętości i jej twórca”. Dzięki zmianie wprowadzonej przez Piusa XII po wielu wiekach zaczęto odprawiać Msze św. wieczorne.
Dalsze złagodzenie postu eucharystycznego wprowadził Paweł VI w roku 1964, skracając go do jednej godziny przed przyjęciem Komunii. Ten sam papież w 1973 roku w instrukcji Immensae caritatis określił post eucharystyczny trwający „mniej więcej piętnaście minut” dla osób chorych i starszych, przebywających w szpitalach lub domach, a także dla ich opiekunów, pragnących razem z nimi przystąpić do Komunii Świętej.
Obecnie obowiązujące prawo kanoniczne znosi post eucharystyczny dla chorych i osób w podeszłym wieku. „Osoby w podeszłym wieku lub złożone jakąś chorobą, jak również ci, którzy się nimi opiekują, mogą przyjąć Najświętszą Eucharystię, chociażby coś spożyli w ciągu godziny poprzedzającej” – czytamy w Kodeksie Prawa Kanonicznego (kan. 919 § 3). Kodeks stanowi także, że z zachowania postu eucharystycznego są zwolnieni kapłani, którzy danego dnia po odprawieniu jednej Mszy muszą celebrować drugą albo trzecią. W takim wypadku po pierwszej lub po drugiej Mszy Świętej mogą spożywać posiłki, nawet jeśli przed przyjęciem Komunii Świętej nie zachodziłaby przerwa jednej godziny (kan. 919 § 2 KPK). – Przyjmuje się, że zwolnienie kapłana z postu eucharystycznego przed kolejną Mszą ma na celu dobro wiernych, którzy nie powinni być pozbawieni Eucharystii z powodu kolejnego godzinnego postu kapłana – podkreśla ks. Dominik Ostrowski. Zaznacza, że przyjęcie przez kapłana Komunii na Mszy Świętej jest koniecznością, dlatego konieczność sprawowania dwóch Mszy nie może stać w sprzeczności z prawem o Komunii kapłana. – On przez swoje kapłaństwo urzędowe umożliwia wiernym skorzystanie z Mszy Świętej, z Komunii. Dlatego jego zwalnia się z obowiązku postu, który ma drugorzędne znaczenie wobec samej Eucharystii i ma jej służyć – wyjaśnia.
A co jeśli…
Obecne przepisy prawa kanonicznego, stanowiące, że post eucharystyczny należy zachować przynajmniej przez godzinę przed przyjęciem Komunii (kan. 919 § 1 KPK), oznaczają, że godzina to niezbędne minimum. Zawiera się w tym natomiast sugestia, iż w miarę możliwości można wydłużyć ten czas. Co jednak robić w sytuacji, gdy ktoś przez nieuwagę zjadł coś i jego post eucharystyczny będzie za krótki? Albo jak się zachować, gdy ten problem powstaje wskutek niespodziewanego przyśpieszenia godziny Mszy Świętej?
– Wszystkie przepisy prawa kościelnego są podporządkowane celowi głównemu, jakim jest zbawienie dusz, a zatem trzeba zawsze uważać, aby przez dosłowne przestrzeganie zapisu nie zaszkodzić temu, co ten przepis chroni. Jeśli przyjmujemy, że celem postu jest odpowiednie duchowe przygotowanie do przyjęcia Komunii Świętej, to w sytuacji, gdy nie mamy dokładnie 60 minut postu, należy ocenić, czy brakujące 5 minut „robi różnicę”. Moim zdaniem lepiej jest być posłusznym Kościołowi i powstrzymać się od Komunii, jeśli nie minęła godzina, bo Bogu podoba się nasze posłuszeństwo, a brak możliwości przystąpienia do Komunii nie jest z definicji szkodą, raczej jest to swoista chwilowa utrata przywileju i nie przynosi ona zagrożenia duchowego, wręcz przeciwnie, może pogłębić w nas szacunek do Eucharystii, a także być swoistą nauką, żeby nie powiedzieć nauczką. Moglibyśmy się zastanawiać, czy mamy prawo „zerwać kłosy w szabat”, jak apostołowie, ale tu są potrzebne duża dojrzałość i mądra wolność, ponieważ jeśli można samemu skrócić post o 5 minut, to dlaczego nie o 25? – wskazuje liturgista. – Jeśli dojrzała osoba zinterpretuje, że kilka minut nie robi różnicy i nie uczyni z tego narzędzia do nadużyć, to nie zdziwię się, jeżeli także autorytet duchowny ją usprawiedliwi. Ks. Krzysztof Grzywocz tłumaczył, że potrzeba dużej mądrości i dojrzałości, aby wiedzieć, kiedy „zerwać kłosy”. Wskazywał też na niebezpieczeństwo zaburzeń i skrupułów, zwłaszcza u osób osamotnionych i bez relacji, które bezpiecznie czują się tylko w ogrodzeniu przepisów. Odnowiona liturgia i prawo dają dużo przestrzeni do samodzielnych decyzji i oczekują pewnej dojrzałości – zauważa kapłan. Jako przykład wskazuje zapis o obmyciu palców przez kapłana, jeśli pozostały na nich partykuły (czyli cząstki Ciała Chrystusa); dawniej należało obmyć palce zawsze.
Co po Komunii?
Nieraz wierni zadają sobie pytanie, czy po przyjęciu Ciała Pańskiego należy zachować jakiś odstęp czasowy przed zjedzeniem posiłku. Problem taki może występować na przykład w szpitalu, gdzie chory po przyjęciu Komunii mógłby od razu coś zjeść lub popić kawą. Kapelani apelują tu zazwyczaj do osobistego wyczucia osoby przyjmującej Komunię. – Nie spotkałem przepisu, który by tego zabraniał, chociaż słyszałem opinie, że istnieje pewien „bufor czasowy”, czasem określany na 15 minut; nie jest to jednak oficjalne prawo. Po przyjęciu Komunii Świętej i zakończeniu obrzędu można udać się od razu na posiłek, są przecież tzw. agapy przedłużające spotkanie wspólnoty – tłumaczy ks. Dominik Ostrowski. I dodaje: – Na pewno jednak warto przypomnieć, że po Komunii Kościół przez wieki odmawiał modlitwy dziękczynne, a więc istnieje powód, aby odczekać chwilę z kolejnym posiłkiem.
Franciszek Kucharczak/Gość Niedzielny
+++
Jak przygotować się do spowiedzi wielkopostnej?
Wielki Post to często czas, w którym intensyfikujemy pracę nad swoim życiem duchowym. Podejmujemy wyrzeczenia, postanowienia i refleksje nad naszym życiem, pragnąć dobrze przygotować się na Święta Zmartwychwstania Pańskiego. Jednym z ważnych aspektów jest sakrament pokuty i pojednania. Oto kilka wskazówek, które pomogą Ci w dobrym przygotowaniu się do spowiedzi.
fot. Karol Porwich/Tygodnik Niedziela
***
Nawrócenie, przebaczenie i pojednanie
Spowiedź, według Katechizmu Kościoła Katolickiego, jest „sakramentem nawrócenia, ponieważ urzeczywistnia w sposób sakramentalny wezwanie Jezusa do nawrócenia, drogę powrotu do Ojca, od którego człowiek oddalił się przez grzech”.
– W konfesjonale sam Jezus Chrystus obdarza nas swym miłosierdziem. Papież Franciszek mówi wręcz, że „miłosierdzie jest sposobem, w jaki Bóg przebacza (…). Wielkie jest miłosierdzie Boga, wielkie jest miłosierdzie Jezusa: wybaczać nam poprzez czuły gest” – podkreśla ks. Zbigniew Bielas, kustosz Sanktuarium Bożego Miłosierdzia w Krakowie-Łagiewnikach. Jak zaznacza, warto pamiętać, że dzięki temu sakramentowi „odzyskujemy stan łaski uświęcającej, otrzymujemy wewnętrzny pokój i pojednanie z Bogiem i Kościołem”. W łagiewnickim sanktuarium łącznie przez ponad 170 godzin w tygodniu pełniona jest posługa odpuszczania grzechów i przynoszenia wiernym przebaczenia. Św. Jan Paweł II, w dniu konsekracji bazyliki 17.08.2002 r. wyraził prośbę: „Modlę się, aby ten kościół był zawsze miejscem głoszenia orędzia o miłosiernej miłości Boga, miejscem nawrócenia i pokuty”.
Warunki
Kościół określa pięć warunków dobrej spowiedzi, które są bezpośrednią formą przygotowania i realizacji tego sakramentu. To: rachunek sumienia, żal za grzechy, mocne postanowienie poprawy, szczera spowiedź i zadośćuczynienie Panu Bogu i bliźniemu.
– Myślę, że podstawą każdej dobrej spowiedzi jest dobry rachunek sumienia i wypełnienie pozostałych warunków — mówi kustosz łagiewnickiego sanktuarium. – Oprócz tego na naszej drodze do świętości i czerpaniu właściwych owoców ze spowiedzi warto też zwrócić uwagę na wskazówki dotyczące tego sakramentu, które przekazała nam w „Dzienniczku” św. Faustyna: całkowitą szczerość i otwartość, pokorę oraz posłuszeństwo (por. Dz. 112) — dodaje.
Rachunek sumienia
Do przyjęcia sakramentu pokuty należy przygotować się przez rachunek sumienia. Jak wskazuje Katechizm Kościoła Katolickiego (KKK), powinien być on przeprowadzony w świetle Słowa Bożego np. przy pomocy Dekalogu, Hymnu o miłości lub Kazania na Górze. – Dziś można znaleźć wiele różnych pomocy w modlitewnikach, czy w Internecie na stronach poświęconych spowiedzi. Trudno wskazać tylko na jeden konkretny dla wszystkich. Są opracowane rachunki sumienia dla poszczególnych stanów: małżonków, narzeczonych, młodzieży, dla starszych, dla osób duchownych, dla dzieci. Każdy może znaleźć coś odpowiedniego dla siebie. Ważne, by zanim klękniemy u kratek konfesjonału przeanalizować swoje życie od czasu ostatniej spowiedzi i przypomnieć sobie ostatnie postanowienie, wyznać grzechy — wyjaśnia ks. Zbigniew Bielas. W bazylice Bożego Miłosierdzia przy wejściu do strefy spowiedzi można zaopatrzyć się w rachunek sumienia, opracowany na podstawie dziesięciu Przykazań Bożych. Ta prosta pomoc, z której chętnie korzystają penitenci.
– Zasadniczo spowiedź jest wyznaniem grzechów. Jednak jeśli warunki czasowe na to pozwalają, warto spojrzeć na nasze życie duchowe w szerszym kontekście: czy i w jakim zakresie udało się nam coś zmienić, poprawić się w jakiejś dziedzinie, odnieść zwycięstwo nad naszą słabością i tym podzielić się ze spowiednikiem — radzi duchowny.
Żal za grzechy i mocne postanowienie poprawy
Katechizm Kościoła Katolickiego określa żal za grzechy jako „ból duszy i znienawidzenie popełnionego grzechu z postanowieniem niegrzeszenia w przyszłości”. Kościół wyróżnia dwa rodzaju żalu: doskonały i niedoskonały. Ten pierwszy wypływa z miłości do Boga miłowanego ponad wszystko i powoduje odpuszczenie grzechów powszednich. Drugi natomiast rodzi się z lęku przed wiecznym potępieniem i innymi karami, ale również, jak wskazuje katechizm, jest przygotowaniem do odpuszczenia grzechów ciężkich w sakramencie pokuty. Żal za grzechy idzie w parze z kolejnym warunkiem: mocnym postanowieniem poprawy. Potrzebna jest decyzja o chęci bycia lepszym.
Zadośćuczynienie Panu Bogu i bliźniemu
Po przystąpieniu do spowiedzi pamiętać trzeba o ostatnim warunku jej dobrego przeżycia: zadośćuczynieniu Panu Bogu i bliźniemu. – Wiemy, że grzech zrywa naszą przyjaźń z Bogiem. Rani nie tylko nas, ale często wyrządza także szkodę bliźniemu. Musimy więc uczynić wszystko, by ją naprawić. Oddać to, co sobie przywłaszczyliśmy. Przywrócić dobre imię osobie oczernionej. Odwołać poglądy sprzeczne z nauką Kościoła, czy wynagrodzić krzywdy — tłumaczy ks. Zbigniew Bielas, dodając, że „odpuszczony grzech domaga się ze sprawiedliwości zadośćuczynienia i odpokutowania w różnych wymiarach”.
Pomocą w tym wypadku staje się również zadana penitentowi w konfesjonale przez kapłana pokuta. – Zawsze powtarzałem na katechezie, że zadośćuczynienie to taka sprawa honoru: Pan Bóg mi coś darował, ja, choć w niewielkim wymiarze podejmuję pokutę, aby Mu za to podziękować i wynagrodzić popełnione zło — wyjaśnia rektor Sanktuarium Bożego Miłosierdzia w Krakowie-Łagiewnikach.
Kiedy jest dobry czas na wielkopostną spowiedź?
– Myślę, że dziś wielu z nas zapomina o tym, co jest bardzo ważne w życiu wiary. Jesteśmy zabiegani. Spieszymy się. Chcemy wszystko załatwić szybko — zauważa ks. Bielas i dodaje, że właśnie dlatego warto zaplanować czas na spowiedź. – Przed świętami planujemy czas na sprzątanie, na zakupy, a często spowiedź zostawiamy na tak zwany „ostatni moment”. Potem kiedy przychodzimy do kościoła i widzimy duże kolejki, denerwujemy się. Może nieraz nawet rezygnujemy, usprawiedliwiając się brakiem czasu — zauważa.
– W wielu parafiach organizowane są rekolekcje i uwzględniony jest dzień na spowiedź — zauważa kustosz, zachęcając do korzystania z tej cennej okazji i tego, aby nie zostawiać spowiedzi na ostatnie dni przed świętami. Niektórzy nie mają możliwości skorzystania z sakramentu wcześniej. Powodem może być stan zdrowia, obowiązki zawodowe czy pobyt za granicą. Jak podkreśla ks. Bielas, dla tych osób kapłani czuwają w konfesjonale nawet przez całą noc, szczególnie w Wielki Piątek. – Zawsze to wielka radość, gdy widzimy tylu wiernych, którzy pragną pojednać się z Bogiem i z oczyszczonym sercem przeżywać świętowanie w Kościele, domu, rodzinie – dodaje.
Obowiązek spowiedzi oraz przyjęcia Komunii Świętej
Zgodnie z drugim przykazaniem kościelnym, wierni są zobowiązani do przystąpienia do sakramentu pokuty przynajmniej raz w roku. Ze względu na to, że Kościół nakazuje, by również przynajmniej raz w roku, w okresie wielkanocnym przyjąć Komunię Świętą, wierzący często decydują się na spowiedzi w okresie Wielkiego Postu, pomiędzy Środą Popielcową a Niedzielą Palmową. Zaleca się, aby miała ona miejsce przed Wielkim Czwartkiem, po to, aby dni Triduum Paschalnego przeżywać w stanie łaski uświęcającej.
Biuro Prasowe Archidiecezji Krakowskiej/Tygodnik Niedziela
+++
Niechciany sakrament
fot. Roman Koszowski/Gość Niedzielny
***
Jezus powiedział św. Faustynie: „Nie odkładaj sakramentu spowiedzi, bo to Mi się nie podoba”. Każdemu to mówi.
Dziesięciu księży spowiada od wieczora do późnej nocy. Ludzie, czasem po raz pierwszy od wielu lat, wylewają przed Bogiem swoje dusze. Siedząc twarzą w twarz ze spowiednikiem, mówią rzeczy, których nikomu, nawet sobie, powiedzieć nie chcieli. Płaczą. Wreszcie słyszą: „Bóg, Ojciec miłosierdzia, który pojednał świat ze sobą przez śmierć i zmartwychwstanie swojego Syna i zesłał Ducha Świętego na odpuszczenie grzechów, niech ci udzieli przebaczenia i pokoju przez posługę Kościoła. I ja odpuszczam tobie grzechy w imię Ojca i Syna, i Ducha Świętego”. I odchodzą przemienieni. I mówią: „Nie wiedziałem, że Kościół taki jest. Nie wiedziałam, że taka może być spowiedź”.
Franciszek Kucharczak/Gość Niedzielny
+++
Rachunek sumienia – podstawa duchowego wzrostu
Jeśli ktoś go odprawia, w jego życiu mogą dziać się cuda. O znaczeniu i roli rachunku sumienia mówi ks. Łukasz Sośniak, jezuita.
Franciszek Kucharczak: Robi Ksiądz rachunek sumienia?
Ks. Łukasz Sośniak SJ: Oczywiście, że robię.
Codziennie?
Tak! Rachunek sumienia był najważniejszą modlitwą św. Ignacego. On zwalniał swoich podwładnych, na przykład ze względu na chorobę, z różnych praktyk religijnych, nawet z Mszy św., ale nigdy z rachunku sumienia. To jest serce duchowości ignacjańskiej i jako jezuici staramy się bardzo tego pilnować. Naszą zasadą jest „szukać i znajdować Boga we wszystkim”, a ta modlitwa jest idealnym narzędziem do tego.
Jak to w praktyce wygląda?
W domach zakonnych najczęściej robi się to przed obiadem. Tu, gdzie jestem, zbieramy się w kaplicy i mamy pięciominutowy rachunek sumienia, ale każdy jezuita robi go też indywidualnie, najczęściej na zakończenie dnia. Ma schemat zaczerpnięty z książeczki „Ćwiczeń duchowych” św. Ignacego. Zaczyna się czymś nietypowym, bo dziękczynieniem za dobro, które dzisiaj otrzymałem od Pana Boga. Nie jakieś abstrakcyjne, tylko konkretne: że dziś spotkałem tę i tę osobę, doświadczyłem tego i tego. Starsi, chorzy ojcowie mówili mi na przykład, że dziękują za to, że ich dzisiaj mniej bolało. Moim zdaniem to dziękczynienie jest kluczem do rachunku sumienia. Widzę, że to też bardzo pomaga rekolektantom. Jak ktoś ma problem z modlitwą, zawsze mówię, żeby robić rachunek sumienia albo przynajmniej ten pierwszy punkt. To ważne, bo często ktoś mówi: „Ja nie mam za co dziękować, spotykają mnie same cierpienia”, a po tygodniu czy dwóch robienia rachunku sumienia stwierdza, że Bóg jednak jest obecny w jego życiu i że jest tam wiele dobra. I to mu daje dużo pocieszenia.
A co po dziękczynieniu?
Ignacy pisze: „Prosić o łaskę poznania grzechów i odrzucenia ich precz”. Ja modlę się do Ducha Świętego, żeby przypomniał mi te momenty, w których Pan Bóg działał w ciągu dnia, a tego nie zauważałem. To drugi punkt. Trzeci to retrospekcja – można analizować godzinę po godzinie, spoglądając na to, co się wydarzyło w ciągu dnia. Ja często trwam w ciszy i kontemplacji i czekam, co się samo narzuci, co mi Pan Bóg powie. Często przypominają się wtedy momenty w ciągu dnia, związane z jakimiś wydarzeniami, i wtedy widzę: o, tu działał Pan Bóg, tu mogłem Go spotkać. Potem jest czwarty punkt – prośba o przebaczenie. Powiedziałbym, że to taka modlitwa oddania, nie jakieś oskarżanie się, wypominanie sobie grzechów, tylko ufne zawierzenie z prośbą, żeby Pan Bóg przychodził nam z pomocą w naszych słabościach. I ostatnia rzecz – postanowienie. Ono musi być konkretne i realistyczne. Ignacy nie chce, żeby to było coś w stylu: „zmienię się, będę lepszy, będę pracował nad sobą”. To ma być decyzja, co konkretnie zrobię, żeby osiągnąć konkretny cel. Gdy się robi rachunek sumienia codziennie, to nieraz też robi się go z tego postanowienia.
Wielu ludziom jednak rachunek sumienia kojarzy się z bezduszną buchalterią albo bolesnym rozdrapywaniem ran.
Myślę, że nazwa „rachunek sumienia” jest trochę mylna. Rzeczywiście kojarzy się z rachowaniem, a Pan Bóg z jakimś księgowym, który czyha na nasze potknięcia, albo z sędzią, który wyda wyrok skazujący po wyciągnięciu średniej. Natomiast my mówimy o rachunku sumienia jako „kwadransie uważności”. Chodzi o uważność na Boże działanie. O. Józef Augustyn SJ nazwał rachunek sumienia „kwadransem szczerości”. Jeszcze inny autor używał określenia „kwadrans miłującej uwagi”. Tu akcent jest położony nie na grzechy, tylko na dobro. Gdy wchodzę w światło, gdy kontempluję działanie Boga w swoim życiu, wtedy widzę swoje słabości i dostrzegam, że korzenie zła są we mnie.
Podjęcie takiej praktyki może być trudne.
Rozumiem to, ale można spróbować co kilka dni albo na początek co tydzień. Kiedy ktoś zauważy, jakie to przynosi owoce, to myślę, że podejmie się tego codziennie. Zwłaszcza że to nie jest długa modlitwa, zajmuje maksymalnie 15 minut. A że zawiera dziękczynienie, to jest bardzo eucharystyczna i może być moją codzienną modlitwą. Nie muszę podejmować innych, mogę nawet uczynić z tego przez jakiś czas jedyną praktykę modlitewną.
Czasem refleksja nad sobą może się zrodzić z poziomu świńskiego żłobu, jak się to przydarzyło synowi marnotrawnemu z Jezusowej przypowieści. Czytamy, że „zastanowił się”. Czyli chyba zrobił przegląd swojego postępowania. To zastanowienie to rachunek sumienia?
Oczywiście. To jest bardzo dobra metafora „kwadransa szczerości”. Od tego zaczyna się rachunek sumienia – przerywam swoje pogrążanie się w złu i przychodzi refleksja. Widzę, że coś jest nie tak, i zaczynam się zastanawiać nad tym, co robię. Można powiedzieć, że to jest łaska Boża. Jeśli świadomie podejmę tę refleksję, ona może mnie doprowadzić z powrotem do Ojca, czyli do nawrócenia. Bo celem rachunku sumienia jest codzienne nawracanie się. Chodzi o to, żeby zawsze powracać do Ojca, który nieustannie wychodzi naprzeciw i powracającego nigdy nie potępia.
Syn marnotrawny na początku po prostu widzi, że fatalnie się porobiło. To chyba pocieszające, że wstępna motywacja nie musi być zaraz taka czysta?
Rzeczywiście, syn marnotrawny wraca, bo mu się skończyła kasa i zobaczył, jak nisko upadł. Jeszcze nie dostrzega dobroci ojca, ale kiedy spotyka się z jego bezinteresowną miłością, zaczyna ją odwzajemniać. Czasem trzeba się zadowolić początkową motywacją typu „jak trwoga, to do Boga”. Pan Bóg musi mieć o co się zahaczyć. Papież w książce „Miłosierdzie to imię Boga” mówi, że On szuka każdej szczeliny, żeby Jego miłosierdzie przedostało się do człowieka. Nawet taka kiepska motywacja ze względu na polepszenie swojego bytowania już wystarcza Bogu, żeby zaczął działać. Człowiek musi dać Panu Bogu jakąkolwiek zgodę. Od tego się zaczyna. W moim przypadku też tak było. Wiedziałem, że muszę coś zmienić w swoim życiu. Czułem, że ono nie ma treści, że ucieka mi między palcami. I postanowiłem jechać na rekolekcje ignacjańskie – i tam zacząłem od rachunku sumienia. To była pierwsza modlitwa, którą zacząłem praktykować, i to mi zaczęło otwierać oczy. Nie sądziłem, że to mnie zaprowadzi do zakonu. Pan Bóg dał mi tę łaskę, że mogłem zrobić ten pierwszy krok, szukać dla siebie jakiegoś wyjścia, a dalej On już wszystko załatwił. Więc nie ma się co bać otworzyć się i użyć jakiegoś konkretnego narzędzia.
Co zrobić, żeby się „otworzyć”?
Można codziennie wieczorem chociaż podziękować za to, co się wydarzyło, i zwrócić uwagę na to, co się konkretnie wydarzyło. Na to, jak mi Pan Bóg dzisiaj pomógł, jak był obecny. A potem wejść w kolejne punkty rachunku sumienia. Jeśli ktoś to będzie robił, wtedy cuda mogą się dziać w jego życiu.
Jednak przeciętny katolik rachunek sumienia robi tylko przed spowiedzią i raczej słabo kojarzy się to z modlitwą. Jak się to ma do praktyki codziennej „miłującej uważności”?
Ten rachunek sumienia, gdy przeglądam po kolei: pierwsze, drugie, trzecie przykazanie – to jest takie leczenie objawowe. Stwierdzam: „gniewałem się na żonę/męża, na dzieci, to i tamto mnie wkurzało”. No dobrze, ale nie idę dalej i nie wiem dlaczego. Co się dzieje, że ja się tak irytuję? Po jednorazowym rachunku sumienia ciężko w to wejść. To jest taka aspiryna – przestaje mnie boleć głowa i tyle. Uważałbym bardzo na schemat „grzech – spowiedź – Komunia”, bo to oznacza, że ja chcę tylko formalnie zaliczać punkty i kręcę się w kółko. Ignacjański rachunek sumienia to jest zupełnie inna praktyka – to jest codzienne trwanie przy Panu Bogu. Kiedy Mu dziękuję, poprawia się mój obraz Boga, staje się on coraz bardziej Chrystusowy, biblijny, nieoparty tylko na doświadczeniu mojego biologicznego ojca. Widzę, że nie muszę zasługiwać na Jego miłość.
Właśnie – zasługiwać. Niełatwo przyjąć darmowość zbawienia.
Papież Franciszek w encyklice Gaudete et exsultate mówi, że największą herezją współczesności jest pelagianizm – przekonanie, że ja sam muszę osiągnąć zbawienie, że to ode mnie wszystko zależy. Kiedy rozmawiam z ludźmi na rekolekcjach, widzę, że to jest jeden z najpowszechniejszych problemów. Bo jesteśmy Zosiami samosiami, społeczeństwo nas uczy, że trzeba na wszystko zapracować, wszystko wywalczyć, nie ma nic za darmo i wszystko, co mam, jest moją zasługą. I do duchowości przenosimy to jeden do jednego. Tymczasem praktyka kwadransa uważności pozwala nam oderwać się od takiego myślenia, a skupia nas na śladach Boga, w życiu, rozwija wrażliwość na Niego, pozwala odkryć, że Bóg jest z nami w każdej chwili i nie przestaje nam błogosławić. To dla wielu ludzi staje się źródłem ogromnej siły i nadziei, odrywa ich od siebie i pozwala przetrwać najtrudniejsze chwile.
ks. Łukasz Sośniak jest jezuitą, absolwentem filologii polskiej i dziennikarstwa. Do niedawna pracował w Radiu Watykańskim, obecnie mieszka w Warszawie./Gość Niedzielny
Ze wszystkich dróg, jakimi warto chodzić, najlepsza jest krzyżowa.
Na początku lutego 1935 roku św. Faustyna usłyszała w duszy głos Jezusa: „Jedna godzina rozważania Mojej bolesnej męki większą zasługę ma aniżeli cały rok biczowania się aż do krwi; rozważanie Moich bolesnych ran jest dla ciebie z wielkim pożytkiem, a Mnie sprawia wielką radość”.
Najbardziej powszechnym sposobem rozważania męki Pańskiej w całym Kościele jest Droga Krzyżowa. Wyznawcy Chrystusa zawsze czuli, że Bóg przywiązał do tego nabożeństwa szczególne łaski.
To było tutaj
Jerozolima. Stragany pełne specjałów i pamiątek zajmują już i tak skąpą przestrzeń. Słodki zapach owoców miesza się z ostrą wonią przypraw. W zwykłym pozapandemicznym czasie panuje tu zgiełk, ciasnymi uliczkami w tę i we w tę przewalają się tłumy turystów i pielgrzymów. Mundurowi z długą bronią stoją na każdym rogu i bacznie obserwują przechodzących. Handlarze zachwalają towar, przekrzykując wielojęzyczny gwar rozmów.
W każdy piątek przeciskają się tu przez tłum pielgrzymi odprawiający Drogę Krzyżową. Śpiewają, odmawiają modlitwy, czasem ktoś, nie zważając na otoczenie, klęka, opiera głowę o kamienie, całuje ściany. Pielgrzymi zatrzymują się przy wiszących na murach budynków okrągłych płytach z napisami oznaczającymi poszczególne stacje. Niektóre z tych miejsc upamiętnione są dodatkowo niewielkimi kaplicami. W panującym tłoku czasem trudno w ogóle zauważyć te miejsca.
Piątkowe nabożeństwa Drogi Krzyżowej w Jerozolimie od stuleci prowadzą franciszkanie. Dreszcz przechodzi po grzbiecie, gdy zakonnik zapowiadający kolejne stacje mówi „TU”: „Tu Pan Jezus został skazany na śmierć”; „Tu Pan Jezus wziął krzyż”; Tu…”. To jedyne miejsce na świecie, w którym można tak powiedzieć. Bo to naprawdę było TU. Niezależnie od ewentualnych błędów w ustaleniu topografii trasy – to było TU. Gdy człowiek ma tę świadomość, niedogodności na trasie nie tylko nie muszą mu przeszkodzić w przeżyciu tajemnic męki Pańskiej, lecz, paradoksalnie, mogą ułatwić wczucie się w realia panujące tu w pierwszy z Wielkich Piątków.
Tak też było na przestrzeni dwóch tysiącleci. Pokolenia chrześcijan odwiedzały te miejsca, rozważając mękę Zbawiciela bez względu na panujące warunki.
Płacz całego ludu
Pierwszą osobą, która z całą pewnością „odprawiła” Drogę Krzyżową, była Maryja. Wiemy z Ewangelii, że stała na Golgocie, gdy Jezus konał, przyjęła Jego martwe ciało, gdy zdjęto je z krzyża, była przy złożeniu Go do grobu. Musiała więc wcześniej towarzyszyć Synowi w tej drodze najboleśniejszej ze wszystkich, jakie kiedykolwiek przebyli ludzie.
Według starożytnej tradycji, której najdawniejszym pisanym świadectwem jest apokryf „De transitu Mariae” z V wieku, gdy po zmartwychwstaniu Jezusa Maryja była w Jerozolimie, codziennie odwiedzała, modląc się, miejsca zroszone Jego krwią.
Czy były to te same miejsca, które w dzisiejszej Jerozolimie chrześcijanie nazywają stacjami Drogi Krzyżowej?
Już pierwsi chrześcijanie otaczali czcią miejsca związane z męką Chrystusa. W IV wieku, gdy ustały prześladowania chrześcijan, zaczęto organizować procesje szlakiem męki Pańskiej. Wierni wyruszali z Ogrodu Oliwnego, kierując się do domniemanego pałacu Heroda na wzgórzu Syjon, następnie do pretorium, a stamtąd na Golgotę.
Dzięki bogatej hiszpańskiej pątniczce o imieniu Egeria, która odwiedziła Ziemię Świętą w roku 384, możemy doświadczyć czegoś z atmosfery obchodów Wielkiego Tygodnia tamtego czasu. Wiemy od niej, że w wielkoczwartkową noc w Getsemani czytano fragment Ewangelii wg św. Mateusza o pojmaniu Chrystusa. Wtedy „podnosi się taki jęk, takie biadanie i płacz całego ludu, że słyszą go chyba wszyscy w samym mieście” – pisze o obrzędzie, który miał miejsce, zgodnie z opisem biblijnym, w nocy. „Począwszy od tej godziny, idą pieszo do miasta z hymnami i przybywają do bram o tej godzinie, gdy człowiek może już rozpoznać człowieka. Stąd idą przez całe miasto, wszyscy do jednego, wielcy i mali, bogaci i biedni – wszyscy są tam obecni. Tego zaś dnia szczególnie nikt nie uchyla się od czuwania aż do rana. Tak doprowadzają biskupa od Getsemani aż do bramy, a potem przez całe miasto, aż do Krzyża, czyli kaplicy znajdującej się na Golgocie” – wspomina Egeria.
Gdzie to było
Krzyżowcy, którzy w XI wieku odebrali Ziemię Świętą Saracenom, na podstawie Biblii i innych świadectw próbowali odtworzyć trasę drogi krzyżowej. Samo nabożeństwo z rozważaniami wprowadzili franciszkanie, którzy od XIV wieku opiekują się miejscami świętymi w Jerozolimie. Liczba i treść stacji nie były jednak stałe.
O ile umiejscowienie końcowych nie budzi wątpliwości (Golgota, Boży Grób), o tyle lokalizacja wcześniejszych stacji nie jest pewna. Trzeba bowiem wiedzieć, że dziejowe burze, jakie przeszły nad świętym miastem, gruntownie zmieniły jego wygląd. Ciężki cios przyszedł, gdy w roku 70 Rzymianie, tłumiąc powstanie, zniszczyli miasto wraz ze świątynią. Równo 60 lat później cesarz Hadrian postanowił zbudować na miejscu zrujnowanej stolicy zupełnie nowe miasto. To wywołało kolejne powstanie żydowskie. Rozpaczliwy zryw skończył się ostateczną katastrofą narodu, który odtąd aż do połowy XX wieku był pozbawiony swojego państwa. Jerozolima stała się rzymską kolonią o nazwie Aelia Capitolina, a Żydom odmówiono do niej wstępu. Rzymianie przebudowali miasto, którego podstawą stały się dwie krzyżujące się szerokie ulice, a na miejscu zburzonego przybytku Jahwe stanęła świątynia Jowisza Kapitolińskiego. Niewiele obiektów ostało się tam z dawnej Jerozolimy: głównie ruiny trzech potężnych wież będących elementem dawnych fortyfikacji i część muru świątyni, znanego dziś jako Ściana Płaczu. Ponadto wiele śladów po czasach chrześcijańskiego Bizancjum zniszczyli lub zislamizowali Arabowie.
Wskutek tego trudno było precyzyjnie wskazać punkty związane z męką Chrystusa. Nie jest łatwe nawet ustalenie dokładnej lokalizacji twierdzy Antonia z pretorium, w którym Piłat sądził Jezusa. Można to jednak określić w przybliżeniu. Trasa typowej Drogi Krzyżowej zaczyna się więc przy klasztorze franciszkanów, zwanym klasztorem biczowania. To gdzieś tutaj znajdowało się pretorium i mniej więcej tu Jezus został ubiczowany, wyszydzony i skazany.
Także świadectwa biblijne nie pozwalają wytyczyć bez wątpliwości trasy drogi krzyżowej Jezusa ani ustalić kolejności części stacji. Na podstawie Nowego Testamentu można jednak mieć pewność co do zaistnienia wydarzeń, które upamiętnia 9 spośród 14 stacji (I – Skazanie Jezusa, II – Wzięcie krzyża, V – Szymon Cyrenejczyk, VIII – Płaczące niewiasty, X – Obnażenie z szat, XI – Ukrzyżowanie, XII – Śmierć na krzyżu, XIII – Zdjęcie z krzyża, XIV – Złożenie do grobu). Te stacje opisane są w Ewangelii. Pozostałe zostały wywnioskowane na podstawie tekstów biblijnych lub oparte na źródłach pozabiblijnych. Do tych pierwszych należy stacja IV – Spotkanie z Matką. Do drugich stacja VI – Weronika ociera twarz Panu Jezusowi, a także trzy upadki Jezusa.
Zawsze się da
Z czasem odprawianie Drogi Krzyżowej przestało być zwyczajem ograniczonym do świętego miasta. W wielu miejscach zaczęły powstawać obiekty przypominające jerozolimską drogę krzyżową, zwane kalwariami.
W 1605 r. wojewoda krakowski Mikołaj Zebrzydowski przeczytał książkę Chrystiana Adrichomiusa o Jerozolimie czasów Chrystusa. Autor opisywał tam miejsca związane z męką Chrystusa, podał też odległości między nimi, sugerując czytelnikom stworzenie u siebie takich stacji. Wojewoda postanowił tak właśnie zrobić, wskutek czego nieopodal jego zamku w Lanckoronie powstała pierwsza kalwaria na ziemiach polskich. Nowe „jerozolimskie nabożeństwo”, jak je wówczas nazwano, szybko zyskało w Polsce popularność.
Nabożeństwo Drogi Krzyżowej w kształcie znanym nam dzisiaj zostało ostatecznie ustalone w XVII wieku. Jego wielki rozwój zaczął się w 1750 r., gdy w rzymskim Koloseum poświęcono stacje, a do odprawiania nabożeństwa papież przywiązał możliwość zyskiwania odpustów.
Odtąd Droga Krzyżowa jest odprawiana zarówno wspólnie, jak i indywidualnie. I w każdych okolicznościach – czego wymownym przykładem są stacje Drogi Krzyżowej widniejące na ścianach celi klasztoru w Rywałdzie. Ich autorem jest kardynał Stefan Wyszyński, który tam był więziony. „4 października 1953, niedziela. (…) Dziś »erygowałem« sobie Drogę Krzyżową, pisząc na ścianie ołówkiem nazwy stacji Męki Pańskiej i oznaczając je krzyżykiem” – zanotował w pamiętniku.
Jak widać, do odprawienia Drogi Krzyżowej nie są konieczne żadne zewnętrzne warunki. Żeby pójść za cierpiącym Chrystusem, potrzebne jest serce na Nim skupione. Tak jak w Jerozolimie szła za Nim Maryja. •
Franciszek Kucharczak/Gość Niedzielny
+++
Nocna Droga Krzyżowa
piątek 28 marca 2025
Rozpoczęcie w Katedrze Archidiecezjalnej w Glasgow pod wezwaniem św. Andrzeja
(196 Clyde St., Glasgow, G1 4JY)
Msza Święta o godz. 21.30
wyjście o godz. 22.30
Trasa: przez Centrum, West End do Katedry pod wezwaniem św. Mirina w Paisley, Incle St., PA1 1HR
długość Drogi Krzyżowej: 18 km (12 mil)
kto chciałbywziąć udział proszę zgłosić się nakontakt:
Jakub Dulski 07895479677 albo Kamil Olas 07872502885,
Od 11 lutego do 15 kwietnia br. trwa Nowenna w intencji naszego Narodu. Zapraszamy do wspólnej modlitwy wszystkich, którym leży na sercu przyszłość naszej Ojczyzny.
W czasie dziewięciotygodniowej Nowenny, pod hasłem: Polska na Skale, modlimy się o Boże Miłosierdzie i o Bożą interwencję dla naszej Ojczyzny.
Pragnąc uczynić zadość Panu Bogu przede wszystkim za grzechy przez nas popełnione, każdego dnia, w czasie trwającej Nowenny, modlimy się na różańcu rozważając jedną z czterech Tajemnic, modlimy się Koronką do Bożego Miłosierdzia i modlimy się za naszą Ojczyznę modlitwą zatwierdzoną przez Kurię Biskupią Diecezji Warszawsko-Praskiej.Tekst tej modlitwy zamieszczony jest poniżej.
W każdą Niedzielę Komunię świętą przyjmujemy z intencją wynagradzającą za grzechy popełniane przez nas Polaków.
Uwieńczeniem Nowenny Polska na Skale będzie Msza święta w Święto Bożego Miłosierdzia. Wtedy łącząc się duchowo zawierzymy naszą Ojczyznę Miłosiernemu Jezusowi.
***
To bardzo ważne wydarzenie modlitewne w intencji naszej Ojczyzny jest inicjatywą zarówno wielu kapłanów, wspólnot katolickich jak również poszczególnych ludzi, którzy widzą wielką potrzebę ekspiacji . Tej Nowennie błogosławi Ksiądz Biskup Krzysztof Włodarczyk, ordynariusz diecezji bydgoskiej. W celu popularyzacji Nowenny istnieje strona internetowa, na której wyjaśniona jest jej intencja, wymienione są modlitwy, można pobrać plakat i inne materiały oraz zgłosić swój udział: polskanaskale.pl.
***
***
Różaniec – jedna część
„Gdyby Polacy bez przerwy odmawiali Różaniec w Gietrzwałdzie, nie musieliby walczyć o wolną Polskę, mieliby ją bez walki wolną”
bł. o. Honorat KoźmińskiOFMCap
***
Koronka do Bożego Miłosierdzia
„Przez odmawianie tej Koronki podoba Mi się dać wszystko, o co Mnie [ludzie] prosić będą” św. siostra Faustyna Kowalska (Dz. 1541)
***.
Modlitwa za Ojczyznęz prośbą o Bożą interwencję:
Boże, Ty jesteś Stwórcą wszystkiego co istnieje i Ojcem wielkiej rodziny ludzkiej. Powołałeś Ojczyznę naszą, Polskę, do przekazania światu iskry Bożego Miłosierdzia przygotowującej na powtórne przyjście Twojego Syna. Nie opuszczaj nas, mimo naszych grzechów, waśni, słabości i niewierności, pychy i egoizmu. Pragniemy Cię przebłagać i prosić, byś dał nam odczuwać Twoją Ojcowską obecność i dokonał zmartwychwstania serc naszych. Boże, Ty jesteś miłosierdziem i sprawiedliwością, nie pozwól nam zmarnować dziedzictwa świętego Jana Pawła II i naszych świętych Rodaków. Tobie powierzamy losy naszej Ojczyzny, jej teraźniejszość i przyszłość. Przez miłość do Matki Twojego Syna Jezusa, uchroń nas od słusznej kary za nasze grzechy i wybaw nas od głodu, ognia, wojny i zniszczenia. Dokonaj swojej Boskiej interwencji w obecnych czasach. Panie, bez mocy pochodzącej od Ciebie nic nie możemy uczynić, a z Tobą możemy wszystko. Spraw, by Polska była wierna Twojej woli, abyś mógł ją wywyższyć w potędze i świętości. Przez Chrystusa, Pana naszego. Amen.
Maryjo, Królowo Polski – módl się za nami.
Aniele Stróżu Polski – módl się za nami.
Święty Wojciechu – módl się za nami.
Święty Stanisławie – módl się za nami.
Święty Andrzeju Bobolo – módl się za nami.
Święta Faustyno – módl się za nami.
Święty Janie Pawle II – módl się za nami.
Wszyscy Polscy Święci i Patronowie nasi – módlcie się za nami.
(za zgodą Kurii Biskupiej Diecezji Warszawsko-Praskiej, 2284/K/2017)
***
Komunia Święta wynagradzająca za grzechy Polaków
Matka Boża zwróciła się pewnego dnia do św. Siostry Faustyny: „Córko moja, żądam od ciebie modlitwy, modlitwy i jeszcze raz modlitwy za świat, a szczególnie za Ojczyznę swoją. Przez dziewięć dni przyjmij Komunię św. wynagradzającą, łącz się ściśle z ofiarą Mszy św. Przez te dziewięć dni staniesz przed Bogiem jako ofiara, wszędzie, zawsze, w każdym miejscu i czasie — czy w dzień, czy w nocy, ilekroć się przebudzisz, módl się duchem. Duchem zawsze trwać na modlitwie można” (Dz. 325). Modlitwa wynagradzająca, czy też zadośćuczynienie, jest aktem wypływającym z miłości do Boga, o czym przypomina nam w ostatniej encyklice papież Franciszek: „Wraz z żarliwym wyznaniem miłości Jezusa Chrystusa, odnajdujemy również wewnętrzny rezonans nawołujący do oddania życia” (Dilexit nos, 164). Do nieba nie idziemy sami, jesteśmy za siebie nawzajem odpowiedzialni. Tak jak Chrystus, mamy oddać życie za braci. Dlatego komunia wynagradzająca, jak mówi o tym Matka Boża do św. Siostry Faustyny, jest związana z przyjęciem postawy żertwy. To ja sam, jednocząc się z Chrystusem, staję się ofiarą. Przypomniał nam o tym ostatnio papież Franciszek: „Zadośćuczynienie, które składamy w darze, to dobrowolnie przyjęte uczestnictwo w Jego odkupieńczej miłości i Jego jedynej ofierze. W ten sposób dopełniamy w naszym ciele «niedostatki udręk Chrystusa (…) dla dobra Jego Ciała, którym jest Kościół» (Kol 1, 24), i to sam Chrystus przedłuża za naszym pośrednictwem skutki swego całkowitego oddania się z miłości” (Dilexit nos, 201).
***
z dzienniczka siostry Faustyny
fot. archiwum Zgromadzenia Sióstr Matki Bożej Miłosierdzia
***
Często się modlę za Polskę, ale widzę wielkie zagniewanie Boże na nią, iż jest niewdzięczna. Nieustannie przypominam Bogu Jego obietnice miłosierdzia. Ojczyzno moja, ile ty mnie kosztujesz, nie ma dnia, w którym bym się nie modliła za ciebie. św. siostra Faustyna Kowalska (Dz. 118)
+++
Nasza Ojczyzna potrzebuje wielkiej modlitwy, aby nastąpiło w naszych sercach odnowienie moralne.
Z inicjatywy księdza Mateusza Szerszenia ze Zgromadzenia Michaelitów trwa modlitwa pompejańska przez 54 dni od 26 marca do 18 maja, w którym to dniu przypada 105. rocznicę urodzin papieża św. Jana Pawła II. Przez pierwsze 27 dni modlitwa ma charakter błagalny, a przez kolejne następne 27 – dziękczynny. Polega na odmówieniu każdego dnia wszystkich części Różańca, kończąc je modlitwą do Matki Bożej Różańcowej z Pompejów.
Modlitwie patronują nasi Rodacy wyniesieni do chwały nieba, których miłość do naszej Ojczyzny była bardzo wielka: św. Jan Paweł II, św. Faustyna Kowalska i bł. Bronisław Markiewicz, kapłan, założyciel Zgromadzenia św. Michała Archanioła, który powiedział: “Wy, Polacy, przez niniejszy ucisk oczyszczeni i miłością wspólną silni, nie tylko będziecie się wzajem wspomagali, nadto poniesiecie ratunek innym narodom i ludom, nawet wam niegdyś wrogim. I tym sposobem wprowadzicie dotąd niewidziane braterstwo ludów. Bóg wyleje na was wielkie łaski i dary, wzbudzi między wami ludzi świętych i mądrych, i wielkich mistrzów (…). Najwyżej zaś Pan Bóg was wyniesie, kiedy dacie światu wielkiego papieża”.
To proroctwo spełniło się 70 lat później, gdy na tronie Piotrowym zasiadł nasz rodak św. Jan Paweł II. To on pocieszał nasz Naród, kiedy przeżywaliśmy bardzo trudne czasy. Teraz tak bardzo potrzebna jest przemiana duchowa w naszej Ojczyźnie.Ta przemiana rozpoczyna się najpierw w naszych sercach – od naszego nawrócenia.
zdjęcia ze strony: z różańcem przez życie na dobre i na złe
+++
Dzień spłacenia długu
Świat nie miał pojęcia, że właśnie następuje kulminacja dziejów i rozstrzygają się wieczne losy całej ludzkości. Nadal nie ma.
***
W tamto piątkowe popołudnie, gdy umierał Jezus Chrystus, nie działo się nic szczególnego. Imperator Tyberiusz bawił się z kochankami na Capri, a w Judei jego namiestnik, Poncjusz Piłat, zażywał zapewne poobiedniej sjesty. Nad świątynią jak zwykle unosił się dym składanych ofiar, a przybyli na Paschę pielgrzymi chronili się w cieniu portyków.
Owszem, przed południem było głośno w związku ze skazaniem Jezusa z Nazaretu, ale On właśnie konał na krzyżu za murami miasta. Sprawa załatwiona. Święto idzie, baranki są zabijane, jednoroczne, bez skazy – wszystko tak, jak kazał Mojżesz. To na pamiątkę wyjścia z Egiptu. Wtedy krew baranka, którą Izraelici pomazali odrzwia, ocaliła ich pierworodnych przed śmiercią. A dziś czemu to wspominamy? I dlaczego akurat baranek, czemu bez skazy? Nie wiadomo.
Tu jest Baranek
Jezus, prawdziwy Baranek bez skazy, właśnie konał na krzyżu. Przebył już prawie całą drogę, kielich męki opróżniony już niemal do dna. Zły triumfuje, ale tym bardziej nie daje Jezusowi spokoju. Jeszcze raz z Niego szydzi, jeszcze raz próbuje udręczyć pokusą prostego rozwiązania problemu. „Jeśli jesteś Synem Bożym, zejdź z krzyża!” – wrzeszczą prześmiewcy.
Ciekawe – ta sama fraza co trzy lata wcześniej na pustyni, wtedy wysyczana bezpośrednio z diabelskiej gardzieli: „Jeśli jesteś Synem Bożym, powiedz, żeby te kamienie stały się chlebem”, „Jeśli jesteś Synem Bożym, rzuć się w dół”. „Jeśli jesteś…” Jak to diabeł potrafi mówić ludzkimi ustami. Na takie kwestionowanie prawdziwych uprawnień i możliwości wielu się łapie. „Jeśli jesteś dyrektorem, nie daj sobą pomiatać” – mówi kusiciel jednemu. „Jeśli jesteś lekarzem, niech cię nie mylą z pielęgniarzem” – słyszy drugi. A oni tylko chcą sprostować, oni chcą zadbać o prawdę, chcą pokazać, że naprawdę mają taką władzę i mogą to czy tamto. Wchodzą ze Złym w dialog, a ten wygrywa na ich próżności takie melodie, jakie są mu potrzebne do psucia relacji między ludźmi.
Niech się więc i Syn Człowieczy na krzyżu uniesie honorem, niech zareaguje, niech na żądanie ciemności udowodni, co umie. A nuż odezwie się w Nim pycha i na ostatek zniweczy wszystko, co do tej pory zrobił. Może się użali nad sobą, może da posłuch przymilnemu: „Już się dość nacierpiałeś”.
Wielu upada przed metą, gdy zmęczenie jest największe, a zamglony wzrok i zmącona myśl nie pozwalają dostrzec, że to jeszcze tylko parę kroków. Diabeł wie o tym i walczy do ostatka, dopóki tli się w człowieku życie. Ze szczególną zajadłością atakuje właśnie wtedy, gdy dzieło dobiega kresu. To pokusa tych, którzy bliskim finałem mają zwieńczyć lata wysiłku, i tych, którzy dobrze wykonując swoje zadania, ulegają zniechęceniu i chcą zdezerterować.
„Kto wytrwa do końca, ten będzie zbawiony” – zapowiadał Jezus, przygotowując uczniów na przeciwności i prześladowania. Teraz sam toczy tę walkę – do końca. Mógłby zejść z krzyża, On jeden ma tę władzę, ale co by to dobrego dało? Chwilową ulgę w cierpieniu, w żadnej mierze nieporównywalną z huraganem chwały, jaki czeka na Zwycięzcę. Gapie rozdziawiliby gęby, żołnierz zwróciłby wygraną w kości suknię, oprawcy uciekliby z krzykiem. Pewnie w Sanhedrynie zapanowałaby panika, może Piłat by się pokajał… i co? Ciekawostka taka. „Niewytłumaczalne zjawisko” – mówi się o takich rzeczach i przechodzi nad nimi do porządku.
Jezus nie ulega oszustwu dumy. Pozostaje na krzyżu i wypełnia wolę Ojca dosłownie do ostatniej kropli krwi. Wypowiada słowa najcenniejsze, bo wyrwane ze zmasakrowanej piersi, wyrzucane pojedynczo z każdym oddechem, który tak trudno zaczerpnąć, gdy korpus, wiszący na rozpiętych rękach, coraz mocniej ciąży ku dołowi. Siedem zdań, składających się na bezcenny testament dla chrześcijan wszystkich wieków.
Gdyby wiedzieli…
„Ojcze, przebacz im, bo nie wiedzą, co czynią” – modli się Jezus. Czy Ojciec nie wysłuchałby takiej modlitwy? W tym nasza nadzieja, bo przyjdzie taki dzień, w którym z przeraźliwą jasnością zobaczymy, cośmy, nieszczęśni ślepcy, czynili. I poznamy, że to do nas stosują się słowa Izajasza: „My wszyscy byliśmy skalani, a wszystkie nasze dobre czyny jak skrwawiona szmata. My wszyscy opadliśmy zwiędli jak liście, a nasze winy poniosły nas jak wicher” (Iz 64,5).
W świetle pełnej prawdy, gdy nadzy aż do kości nie będziemy mogli osłonić się żadnym „ale”, ujrzymy, jak skażone było nawet to, cośmy mieli za cnotę. Jak wiele egoizmu kryło się w naszych szczytnych inicjatywach i głoszonych hasłach. A co dopiero w tym, co robiliśmy, czując, że to podłość, a teraz widzimy tego żałosne konsekwencje.
Co nas osłoni, jeśli nie miłosierdzie Boże, którego Zbawiciel przyzywa dla nas z krzyża? To miłosierdzie, które wyrywa się do człowieka, gdy tylko okaże szczerą skruchę, gdy sam przed sobą przestanie się usprawiedliwiać i jak łotr uzna swoją winę: „My przecież – sprawiedliwie, odbieramy bowiem słuszną karę za nasze uczynki”. I zwróci się z tym do Jezusa: „Wspomnij na mnie”. Wtedy dokona się cud łaski Bożej. Padnie drugie z siedmiu bezcennych zdań z krzyża: „Zaprawdę, powiadam ci, jeszcze dziś będziesz ze mną w raju”. Pełne wybaczenie, obietnica nieba, a więc jedyna znana kanonizacja przeprowadzona za życia. I to kto jej dostępuje! Drań, bandyta, który zdobył się na jedną rzecz prostą, a tak straszliwie trudną: na szczerość o sobie. Rzut na taśmę, ostatnia szansa wykorzystana. Przełamana pokusa umierających: pogrążyć się na koniec w swojej nędzy, zwątpić w miłosierdzie Boże, poddać się rozpaczy.
„Duszo w ciemnościach pogrążona, nie rozpaczaj, nie wszystko jeszcze stracone, wejdź w rozmowę z Bogiem swoim, który jest Miłością i Miłosierdziem samym” – wzywa Jezus w przejmującym dialogu z duszą w rozpaczy, zapisanym przez św. Faustynę w „Dzienniczku”. To szczególnie dla umierających Jezus wyposażył Kościół w sakramenty niosące pomoc w tych decydujących chwilach, gdy ludzie już pomóc nie mogą. Zdarza się, że zebrani przy łóżku umierającego widzą zmianę nawet w jego zachowaniu, gdy przyjmuje sakrament. – Gdy ksiądz dotknął olejem czoła taty, jego szybki oddech nagle się uspokoił. Głęboko westchnął, jakby doświadczył wielkiej ulgi. Zmarł spokojnie – mówiła na pogrzebie wzruszona córka. Nic dziwnego, że Zły tak zniechęca bliskich przed wezwaniem księdza do chorego. „Jeszcze nie czas”, „po co go przerażać” – słychać często. Niektórzy za sukces uważają utrzymanie umierającego w nieświadomości o swoim stanie aż do chwili, gdy wyda ostatnie tchnienie.
To twoja Matka
Jezus, nawet konając w mękach, myśli o innych. Padają kolejne słowa najcenniejszego z testamentów: „Niewiasto, oto syn Twój”. To do Maryi. I do Jana: „Oto Matka twoja”. Nie można zlekceważyć woli Jezusa, wyrażonej w takiej chwili i w takich okolicznościach. A wolą Jego jest, żeby Maryja była naszą matką i żebyśmy wzięli Ją do siebie. To nie było tylko rozporządzenie w sprawie dalszego ziemskiego bytu Maryi. Jeśli takie słowa padają z krzyża, to znaczy, że mają olbrzymie znaczenie dla rodzącego się Kościoła. Maryja jest Niewiastą zapowiedzianą już wtedy, gdy upadł pierwszy człowiek. To Jej potomstwo zdepcze głowę starodawnego węża. To między Nią a wężem zapanuje nieprzyjaźń.
Synowska miłość i cześć okazywana Maryi przez wyznawców Jezusa nie jest „opcją do wyboru”. Zbawiciel sobie tego życzy. Do każdego z nas są skierowane te słowa: „Oto Matka twoja”. To jest ważne dla naszego uświęcenia, bo „Maryja wyprzedza nas wszystkich na drodze do świętości” – jak mówi Katechizm Kościoła Katolickiego, przypominając, że „wymiar maryjny Kościoła wyprzedza jego wymiar Piotrowy”.
Zapłacono
Rozlega się rozdzierające „Eli, Eli, lema sabachthani!”. Tę przejmującą skargę – „Boże mój, Boże mój, czemuś mnie opuścił” – zapisał przed wiekami psalmista. Więc i to doświadczenie nie zostało zaoszczędzone Synowi Człowieczemu. Musiał przeżyć nawet poczucie opuszczenia przez Ojca. To poczucie, które bywa też udziałem świętych, jest mylące, bo Bóg nigdy nie jest bliżej człowieka niż wtedy, gdy ten, jak przestraszone dziecko w mroku nocy, bezradnie rozgląda się za Nim. Doprawdy, Zbawiciel został doświadczony wszystkim, co człowieka dotyka, z wyjątkiem grzechu.
Jezus mówi: „Pragnę”. Wciąż mówi. To się nie skończyło. Komu to słowo wybrzmi w duszy, ten nie może spać spokojnie, wiedząc, że tak wiele serc czeka na Ewangelię. Jezusowe pragnienie gna po świecie misjonarzy, każe wyciągać ze śmietników ludzi „przegranych”, zmusza do reakcji na cudzą krzywdę i niesprawiedliwość.
Nadchodzi koniec. Jezus woła donośnie: „Ojcze, w Twoje ręce powierzam ducha mojego”. Błogosławione słowa. Szczęśliwy, kto oddaje ducha Temu, do kogo on należy. Bo różne rzeczy ludzie mówią. Oby modlitwa była ostatnim dźwiękiem, który z naszych ust usłyszy ten świat.
I wreszcie: „Wykonało się!”. Inaczej: „zapłacono” – bo takie też jest znaczenie greckiego słowa, w jakim zostało zapisane w Ewangelii według św. Jana. Dług, którego nikt z ludzi nie mógłby spłacić, został uregulowany za nas.
Usunięcie przegrody
„A oto zasłona przybytku rozdarła się na dwoje z góry na dół; ziemia zadrżała i skały zaczęły pękać” – pisze ewangelista Mateusz. Rozdarcie zasłony przybytku nie było błahym zdarzeniem. Piszą o tym trzej ewangeliści. Dla nich było jasne, co to znaczy: koniec starego Prawa, zaczyna się nowa epoka. Zbawiciel usunął przegrodę oddzielającą grzesznych, śmiertelnych ludzi od świętego Boga. Przepaść między nami a Bogiem została zasypana. Nagle się wyjaśniło, o czym to mówił Izajasz, gdy prorokował o uczcie „z najpożywniejszego mięsa, z najwyborniejszych win”, którą „dla wszystkich ludów” przygotuje Pan Zastępów. „Zedrze On na tej górze zasłonę, zapuszczoną na twarz wszystkich ludów, i całun, który okrywał wszystkie narody; raz na zawsze zniszczy śmierć” – pisze w uniesieniu (Iz 25,6-8).
I właśnie to się stało – nie ma już zasłony, zdarty został całun. I to dla wszystkich narodów! Każdy ma przystęp do Boga, dla każdego niebo zostało otwarte. •
Franciszek Kucharczak/Gość Niedzielny
+++
Wyrzeźbij moje serce…
fot. Roman Koszowski/Gość Niedzielny
***
…wykuj je młotem Twego miłosierdzia.
O, Panie…. Zabierz mi serce z kamienia, wyrwij serce zastygłe, zniszcz serce nieobrzezane.
Daj mi serce nowe, serce z ciała, serce czyste! Ty, oczyszczający i miłujący serca czyste, zawładnij moim sercem i zamieszkaj w nim. Obejmij je i wlej w nie szczęście.
Choć wyższy od najwyższych szczytów, jesteś mi bliższy niż ja sam sobie. Ty, przykład każdego piękna i każdej świętości, wyrzeźbij moje serce na swój obraz; wykuj je młotem Twego miłosierdzia, Boże mojego serca i mojego dziedzictwa. Boże, moje wieczne szczęście.
Amen.
wiara.pl(Baldwin z Forde lub z Canterbury, arcybiskup Canterbury w latach 1185-1190; tłum xwl)
+++
Nowenna przed Uroczystością Zwiastowania Pańskiego
fot. Cathopic
***
Zachęcam do włączenia się w nowennę w intencji dzieci jeszcze nienarodzonych a już zagrożonych śmiercią przed Uroczystością Zwiastowania Pańskiego (16-24 marca)
Spójrz, o Matko, na niezliczone rzesze dzieci, którym nie pozwala się przyjść na świat. Spraw, aby wszyscy wierzący w Twojego Syna potrafili otwarcie i z miłością głosić ludziom naszej epoki EWANGELIĘ ŻYCIA. Wyjednaj im łaskę przyjęcia jej jako zawsze nowego daru, radość wysławiania jej z wdzięcznością w całym życiu oraz odwagę czynnego i wytrwałego świadczenia o niej, aby mogli budować, wraz z wszystkimi ludźmi dobrej woli, cywilizację prawdy i miłości na cześć i chwałę Boga Stwórcy, który miłuje życie. Amen.
Dzień 1: Prawo do Życia
Jesteśmy dziś świadkami deptania fundamentalnego prawa do życia wielkiej rzeszy słabych i bezbronnych istot ludzkich, jakimi są zwłaszcza dzieci jeszcze nie narodzone. Jeżeli u schyłku ubiegłego stulecia Kościół nie mógł milczeć wobec istniejących wówczas form niesprawiedliwości, tym bardziej nie wolno mu milczeć dzisiaj(…) Evangelium Vitae
Rozważanie: Panie Jezu, Ty jesteś Panem życia! To prawo, które Ty wlałeś w serce każdego człowieka, jest prawem, którego nikt nie może mu odebrać. Tak było kiedyś, tak jest i teraz. Życie ludzkie, zarówno te jeszcze nienarodzone, jak i te u schyłku swoich dni, jest dzisiaj tak często przerywane. To życie, które stało się Twoją radością jest życiem niechcianym, niepotrzebnym. A wiemy, że żadne z ludzkich praw nie jest tak ważne i święte, jak prawo do życia i miłości! Stajemy dziś przed Tobą, aby wyrazić Ci nasze zaniepokojenie brakiem szacunku do ludzkiego życia. My, dzieci Kościoła, chcemy bronić tego życia. Chcemy głośno wołać, że nikomu nie wolno odbierać życia drugiemu człowiekowi. Szczególnie temu, które jest najbardziej bezbronne, ze wszystkich bezbronnych. Chcemy dzielnie i niezmiennie bronić dzieci zagrożonych aborcją, modlić się za nie i za ich rodziców. Niech Twoje miłosierdzie i Duch odwagi i męstwa będzie zawsze z nimi!
Dzień 2: Obowiązek obrony Życia
Kościół broniąc prawa do życia odwołuje się do szerszej, uniwersalnej płaszczyzny obowiązującej wszystkich ludzi. Prawo do życia nie jest tylko kwestią światopoglądu, nie jest tylko prawem religijnym, ale jest prawem człowieka. Kalisz, 4 czerwca 1997 roku
Rozważanie: Panie, Dawco życia! Dałeś nam wolność. Wolność czynu i słowa, wolność sumienia. W tej wolności możemy czynić to, co podpowiada nam nasze serce. Tak wiele zostawiłeś nam „do wyboru”. Dziś na świecie jest tak wiele systemów politycznych, światopoglądów, religii. W każdej z nich człowiek podlega pewnemu systemowi praw i obowiązków, które powinien zachować. Ale dałeś też Panie, w tej wolności, pewne niezmienne prawa, których nikt i nic nie zmieni i nie zniesie. To prawo dotyczy każdego człowieka w historii. Tych, którzy żyli przed nami, będą żyć po nas i nas samych. To prawo do życia. Ma je każdy z nas. Ma – po to, aby żyć; ale ma również szanować życie drugiego człowieka. To jest Twoje Boże prawo. Tylko Stwórca mógł je ustanowić, dlatego nikomu z nas nie wolno go naruszać. Dawaj nam Panie siłę do tego, byśmy zawsze pamiętali, że Ty jesteś Dawcą Życia i Dawcą Prawa. I Byśmy go strzegli zawsze i wszędzie.
Dzień 3: Rozwój powinien służyć Życiu
Cywilizacja, która odrzuca bezbronnych, zasługuje na miano barbarzyńskiej. Choćby nawet miała wielkie osiągnięcia gospodarcze, techniczne, artystyczne oraz naukowe. Kalisz, 4 czerwca 1997
Rozważanie: Panie, Dawco Mądrości! Dziękujemy Ci za wszystkie dotychczasowe odkrycia naukowe. Za świat sztuki. Za piękno rozwijającej się techniki. Dzięki temu, żyjemy spokojniej, radośniej, jesteśmy zdrowsi i możemy rozwijać naszą wrażliwość. To wszystko sprawia, że każdy z nas staje się coraz bardziej człowiekiem. Lecz niestety, nie zawsze wzrost gospodarczy, poprawienie poziomu naszego życia idzie w parze z poszanowaniem człowieka i jego życia. Fakt, iż żyje się nam wygodniej i lepiej sprawia, że chcemy przeżywać mniej trudności i rozterek. Żyć łatwiej i bez konsekwencji. Cywilizacja, która daje człowiekowi „narzędzia” do tego, by mógł traktować życie drugiego człowieka w kategorii problemu, to cywilizacja śmierci. Nic, co niesie śmierć nie może dać człowiekowi szczęścia. Rozjaśniaj Panie serca i umysły tych, którzy niszczą ludzkie życie, gorsząc tym samym „tych maluczkich”.
Dzień 4: Chrystus nas wzywa do obrony Życia
Kościół opowiada się za życiem: w każdym życiu ludzkim umie odkryć wspaniałość owego „Tak”, owego „Amen”, którym jest sam Chrystus. Familiaris Consortio.
Rozważanie: Panie, Ty wiesz jak wiele dzieci już w łonie matki jest niechcianych. Tak często są „skutkiem ubocznym” konsumpcyjnej miłości niedojrzałych rodziców. Wiesz, że rany serca człowieka powstają jeszcze przed narodzeniem, kiedy czuje, że nie jest potrzebny na tym świecie; że staje się problemem dla najbliższej osoby, w której przeżywa swoje pierwsze chwile… Panie, sam powiedziałeś, że choćby matka o mnie zapomniała, Ty o mnie nie zapomnisz. Taki jest Twój zamysł wobec każdego człowieka- otoczyć go miłością. Prosimy Cię, Panie, naucz rodziców bycia dawcami miłości wobec każdego ich dziecka. Naucz ich przyjmować w tym poczętym dziecku Ciebie samego, tak jak Maryja, z Jej pokornym oddaniem: „niech mi się stanie według Twego słowa”. Niech zachwycą się darem i tajemnicą nowego życia, które właśnie stało się ich udziałem…
Dzień 5: Miłość przez całe Życie
Troska o dziecko, jeszcze przed jego narodzeniem, (…) jest pierwszym i podstawowym sprawdzianem stosunku człowieka do człowieka. Nowy Jork, 2 października 1979
Rozważanie: Panie, Dawco bliźniego! Dałeś nam na świecie tak wiele. Dałeś dom i pracę. Ale nade wszystko dałeś nam drugiego człowieka. Bliskich, przyjaciół i znajomych. Dałeś nam panią w sklepie i biegnącego gdzieś przechodnia. Dałeś nam „obcych”, którzy w Twojej Miłości stali się dla nas „bliźnimi”. Dałeś nam najbliższą rodzinę. Rodziców i rodzeństwo. Dałeś również nam dar przekazywania życia, by to dziecko, które rozwija się pod sercem matki już od pierwszych chwil swojego życia mogło stać się „bliźnim” dla rodziców, rodziny, ale także dla wszystkich ludzi na świecie. Dlatego też każde dziecko, które poczęło się pod sercem matki jest moim bliźnim i jestem za nie odpowiedzialny. Łatwo jest kochać tych których znamy i którzy sami obdarzają nas miłością. Ciężko jest kochać tych, których być może nigdy w życiu nie spotkamy. Panie! Dawaj nam poczucie obowiązku, iż troska o życie poczęte jest sprawdzianem mojego człowieczeństwa. I wciąż mi to przypominaj.
Dzień 6: Wiek XX – wiek zagłady
Wiek XX zapisze się jako epoka masowych ataków na życie, jako nie kończąca się seria wojen i nieustanna masakra niewinnych istot ludzkich. Evangelium Vitae.
Rozważanie: Panie! Kilka lat temu dziękowaliśmy Ci za przejście Kościoła w III tysiąclecie. Ubiegły wiek, to wiek wielkiego rozwoju. Cywilizacja, rozwój techniczny, nauka, medycyna, wielkie odkrycia. Ale na ten blask rzuca się cieniem smutek, ból i cierpienie związane z zagładą człowieka. To człowiek dla pewnych racji uruchomił wojenne maszyny, by walczyć i zabijać drugiego człowieka. To człowiek wymyślił nowe metody masowej zagłady, w tym obozy koncentracyjne, w których zabijało się setki tysięcy ludzi bez najmniejszego poszanowania ich człowieczeństwa. I w końcu to człowiek wymyślił kilkadziesiąt metod, aby przerwać ludzkie życie, które dopiero co poczęło się pod sercem matki. Ta bezlitosna zbrodnia, która korzysta z osiągnięć medycyny i nauk o człowieku niweczy wszystkie naukowe odkrycia. Panie! Nie pozwól nam nigdy wykorzystywać daru rozumu do walki z ludzkim życiem. Niech przestrogą dla nas będą te niekończące się cmentarzyska dzieci nienarodzonych.
Dzień 7: Przemoc przeciw prawu Bożemu
Pierwotne i niezbywalne prawo do życia staje się przedmiotem dyskusji lub zostaje wręcz zanegowane na mocy głosowania parlamentu lub z woli części społeczeństwa, choćby nawet liczebnie przeważającej. Jest to zgubny rezultat nieograniczonego panowania relatywizmu: „prawo” przestaje być prawem, ponieważ nie jest już oparte na mocnym fundamencie nienaruszalnej godności osoby, ale zostaje podporządkowane woli silniejszego. Evangelium Vitae
Rozważanie: Panie, Stwórco każdego człowieka! Ty nam dałeś jedno z przykazań : Nie zabijaj! Takie jest Twoje prawo, prawo natury. Jednak współczesny świat próbuje to wymazać ze swojej pamięci. Człowiek sam sobie nie podarował życia, a próbuje o nim decydować w odniesieniu do innych ludzi, sam stanowi własne, wygodniejsze, prawo. Szatan zbiera żniwo, bo jeśli Ciebie wykluczymy, to wszystko wolno… Panie, chcemy Cię przepraszać za te grzechy zabójstwa i za pychę, która doprowadziła ludzkość do chęci dorównania Tobie. Prosimy Cię za tych, którzy rządzą państwami. Niech pamiętają, że to Ty jesteś jedynym Dawcą życia i uszanują w tym ludzkim prawie każdego człowieka, bez względu na jego wzrost, wiek, stopień rozwoju… Prosimy Cię, niech pamiętają o godności tych maleńkich ludzi, do których też kiedyś byli podobni.
Dzień 8: Nie traćcie otuchy!
Brońcie dalej życia! Jest to wasz wielki wkład w budowanie cywilizacji miłości. Niech szeregi obrońców życia wciąż rosną. Nie traćcie otuchy. To jest wielkie posłannictwo i misja, jakie Opatrzność wam powierzyła. Niech Bóg, od którego pochodzi wszelkie życie, błogosławi wam! Kalisz, 4 czerwca 1979
Rozważanie: Panie, Dawco Dobra. W obliczu tej śmiertelnej nowoczesności chcemy być tymi, którzy bronią życia. Chcemy być wyrzutem sumienia dla tych, którzy zarabiają na aborcji, dla których kultura śmierci opłaca się… Chcemy zło zwyciężać miłością. Nie miłością tkliwą, przereklamowaną. Ale tą, która broni podstawowego prawa człowieka. Dziękujemy Ci za to, że Ty sam powołujesz nas do obrony tych najmniejszych. Dodawaj nam, proszę, odwagi w zwykłych codziennych rozmowach, do dawania świadectwa o tym, że to od Ciebie każdy z nas ma życie i nikt inny nie może o nim decydować. Broń nas od ducha złej, agresywnej walki nawet w imię dobrego celu. Obyśmy byli świadkami miłości wszędzie tam, gdzie tego potrzeba. Prosimy, powołuj coraz więcej ludzi, którzy będą mężnymi wojownikami życia.
Dzień 9: Walkę o Życie można i trzeba wygrać!
Jesteśmy do tego zdolni, bo Ty, o Panie, dałeś nam przykład i przekazałeś nam moc Twego Ducha. Zdołamy to uczynić (…). Dozwól zatem, byśmy umieli z sercem uległym i ofiarnym słuchać każdego słowa, które wychodzi z ust Bożych: w ten sposób nauczymy się nie tylko „nie zabijać” ludzkiego życia, ale będziemy też umieli je czcić, miłować i umacniać. Evangelium Vitae
Rozważanie: Bo Ty nas Panie pouczasz o tym co jest dobre, a co złe. Uczysz nas tego, jak trzeba żyć i jak to życie kochać i szanować. Chcemy Ciebie słuchać Panie, chcemy żyć Twoim Słowem. Słowem Życia. Ciebie Bóg Ojciec nazwał Swoim Słowem. Chcemy żyć Tobą Panie. W mocy Ducha Świętego chcemy przyzywać Twojej łaski, byśmy zawsze ofiarnie stawali na straży ludzkiego życia, by nie tylko go bronić, lecz także zapewnić mu szczęśliwe życie w miłości. Świat dziś potrzebuje Takiego nauczyciela, jakim Ty jesteś. Nauczyciela, który swoim życiem daje przykład miłości bliźniego. Tym Słowem kształtujemy nasze podejście do życia. Uczymy się je umacniać i kształtować. Dziękujemy Ci Panie za życie. I za Twoją Ewangelię. Za Ewangelię Życia.
+++
25 marca – wtorek III Tygodnia Wielkiego Postu
Uroczystość Zwiastowania Najświętszej Maryi Panny
Zwiastowanie Najświętszej Maryi Pannie według El Greco/ Vatican News
***
Msza św. o godz. 19.00 w kaplicy izbie Jezusa Miłosiernego
***
„Bez Maryi nie ma Kościoła” –
słowa kardynała Josepha Ratzingera
***
Będąc na Jasnej Górze 26 maja 2006 roku, już jako papież Benedykt XVI, powiedział:
„Maryja podtrzymywała wiarę Piotra i apostołów w wieczerniku, a dziś podtrzymuje Ona moją i waszą wiarę.”
Papież Benedykt XVI modli się w kaplicy Matki Bożej na Jasnej Górze, 26 maja 2006 r.
Alberto PIZZOLI / AFP
***
30 lat temu św. Jan Paweł II ogłosił Encyklikę Evangelium Vitae
Mimo wszelkich trudności i niepewności każdy człowiek szczerze otwarty na prawdę i dobro może (…) rozpoznać w prawie naturalnym wypisanym w sercu świętość ludzkiego życia od poczęcia aż do kresu oraz dojść do przekonania, że każda ludzka istota ma prawo oczekiwać absolutnego poszanowania tego swojego podstawowego dobra. Uznanie tego prawa stanowi fundament współżycia między ludźmi oraz istnienia wspólnoty politycznej. Obrońcami i rzecznikami tego prawa powinni być w sposób szczególny wierzący w Chrystusa.
25 marca przeżywany jest Dzień Świętości Życia. To okazja do przyjęcia Duchowej Adopcji Dziecka Poczętego. Jak to zrobić i z czym wiąże się takie zobowiązanie?
Święto życia Od 27 lat, 25 marca, w uroczystość Zwiastowania Pańskiego, w Kościele w Polsce przeżywany jest Dzień Świętości Życia. Został ustanowiony przez 293. Zebranie Plenarne Episkopatu Polski w odpowiedzi na apel papieża Jana Pawła II z encykliki Evangelium Vitae.
Ojciec Święty pisał w niej: „proponuję (…) aby corocznie w każdym kraju obchodzono Dzień Życia […] Trzeba, aby dzień ten był przygotowany i obchodzony przy czynnym udziale wszystkich członków Kościoła lokalnego. Jego podstawowym celem jest budzenie w sumieniach, w rodzinach, w Kościele i w społeczeństwie świeckim wrażliwości na sens i wartość ludzkiego życia w każdym momencie i każdej kondycji. Należy zwłaszcza ukazywać, jak wielkim złem jest przerywanie ciąży i eutanazja, nie należy jednak pomijać innych momentów i aspektów życia, które trzeba każdorazowo starannie rozważyć w kontekście zmieniającej się sytuacji historycznej”.
W przededniu uroczystości, 24 marca w Polsce obchodzony jest także Narodowy Dzień Życia. To inicjatywa sięgająca 2004 r., kiedy ustanowił ją Sejm Rzeczypospolitej Polskiej.
Kto może przyjąć duchową adopcję i jakie warunki trzeba spełnić? Dzień Świętości Życia to dobra okazja do przyjęcia Dzieła Duchowej Adopcji Dziecka Poczętego. – To szczególna modlitewna forma opieki nad każdym dzieckiem poczętym. Trwa dziewięć miesięcy – wyjaśnia ks. dr Paweł Gałuszka, duszpasterz rodzin Archidiecezji Krakowskiej. Przez ten czas codziennie należy odmówić jedną dziesiątkę różańca oraz „Modlitwę codzienną odmawianą w ramach duchowej adopcji dziecka poczętego zagrożonego zagładą”.
Panie Jezu za wstawiennictwem Twojej Matki Maryi, która urodziła Cię z miłością oraz za wstawiennictwem świętego Józefa, „Człowieka Zawierzenia”, który opiekował się Tobą, proszę Cię w intencji tego nienarodzonego dziecka, które znajduje się w niebezpieczeństwie zagłady i które duchowo adoptowałem. Proszę, daj rodzicom tego dziecka miłość i odwagę, aby zachowali je przy życiu, które Ty sam mu przeznaczyłeś. Amen. Opieką obejmuje się każdorazowo tylko jedno dziecko nienarodzone. Inicjatywa skierowana jest do wszystkich, niezależnie od stanu, płci czy wieku. W przypadku dzieci zaleca się podejmowanie duchowej adopcji pod opieką rodziców.
Zobowiązanie można podejmować wielokrotnie pod warunkiem spełnienia wszystkich poprzednich zobowiązań. Zachęca się również do podejmowania przy tej okazji także innych, dodatkowych postanowień – np. częstej spowiedź i Komunii Świętej, adoracji Najświętszego Sakramentu, czytania Pisma Świętego czy walki z własnymi nałogami.
Jak przyjąć duchową adopcję? Chociaż wskazane jest, aby złożenie przyrzeczenia duchowej adopcji odbywało się uroczyście, w kościele, można jednak dokonać tego aktu prywatnie. W takim wypadku formułę przyrzeczenia należy odczytać najlepiej przed krzyżem i obrazem. Dobrze jest zapisać datę rozpoczęcia i zakończenia modlitwy.
Przyrzeczenie Duchowej Adopcji
Najświętsza Panno, Bogarodzico Maryjo,
wszyscy Aniołowie i Święci, wiedziony/a pragnieniem niesienia pomocy w obronie nienarodzonych,
Ja, (Imię i Nazwisko), (data urodzenia)
postanawiam mocno i przyrzekam, że od dnia (…)
biorę w duchową adopcję jedno dziecko, którego imię jedynie Bogu jest wiadome, aby przez 9 miesięcy, każdego dnia modlić się o uratowanie jego życia oraz o sprawiedliwe i prawe życie po urodzeniu. Postanawiam: odmawiać codzienną modlitwę w intencji nienarodzonego, codziennie ofiarować jeden dziesiątek różańca, podjąć postanowienie:
(…)
(krótki opis postanowienia)
(miejscowość i data)
(podpis) Przy przyjmowaniu kolejnej duchowej adopcji, konieczne jest ponowne złożenie przyrzeczenia. Dłuższa przerwa – np. trwająca miesiąc lub dwa – w modlitwie, przerywa duchową adopcję. Wówczas należy ponownie złożyć przyrzeczenie, starając się go tym razem dotrzymać. Krótkie przerwy nie są przeszkodą do kontynuacji. Koniecznym jest jednak wtedy przedłużenie modlitwy o opuszczone dni.
Dzieło duchowej adopcji powstało po objawieniach w Fatimie, stając się odpowiedzią na wezwanie Matki Bożej do modlitwy różańcowej, pokuty i zadośćuczynienia za grzechy, które najbardziej ranią Jej Niepokalane Serce. W 1987 roku inicjatywa trafiła do Polski.
W Archidiecezji Krakowskiej corocznie, w Dzień Świętości Życia odprawiana jest Msza św. w Sanktuarium Bożego Miłosierdzia w Krakowie-Łagiewnikach w intencji dzieci poczętych. W czasie Eucharystii można złożyć deklarację duchowej adopcji. Dodatkowo comiesięcznie, w każdą drugą sobotę miesiąca, w krakowskich Łagiewnikach można uczestniczyć w Modlitewnym czuwaniu w intencji obrony życia poczętego. Przy tej okazji także można złożyć deklarację duchowej adopcji lub odnowić już podjęte zobowiązanie.
***
Jezus był embrionem. Życie ludzkie jest święte i nienaruszalne w każdej chwili swego istnienia
Gdyby urodzili się ci, którym urodzić się nie dano, świat byłby lepszy. Bo każda aborcja to utrata oszałamiającego daru, jakim jest człowiek. O tym przypomina Dzień Świętości Życia.
My widzimy dziecko bądź osobę dorosłą, starca bądź niemowlaka. Ale Bóg nie jest ograniczony czasem i widzi człowieka całego, a nie tylko wycinkowo, jak my. Ogarnia nas w całości, z naszą przeszłością, teraźniejszością i przyszłością, i już na starcie obdarza nas darami potrzebnymi do tego, żebyśmy sami byli darem dla innych.
„Ty utkałeś mnie w łonie mej matki. Dziękuję Ci, że mnie stworzyłeś tak cudownie” – zachwyca się psalmista.
Jak strasznym zgrzytem w cudzie stworzenia musi być ludzka decyzja o przerwaniu Bożego planu dla człowieka. Zniszczenie rozwijającego się życia niszczy także osoby, które za to odpowiadają. „Życie ludzkie jest święte i nienaruszalne w każdej chwili swego istnienia, także w fazie początkowej, która poprzedza narodziny. Człowiek już w łonie matki należy do Boga, bo Ten, który wszystko przenika i zna, tworzy go i kształtuje swoimi rękoma, widzi go, gdy jest jeszcze małym, bezkształtnym embrionem, i potrafi w nim dostrzec dorosłego człowieka, którym stanie się on w przyszłości i którego dni są już policzone, a powołanie już zapisane w księdze żywota” – napisał Jan Paweł II w encyklice Evangelium vitae. To właśnie ten dokument stał się inspiracją do obchodzonego w wielu krajach Dnia Świętości Życia. Papież zaproponował w nim ustanowienie na całym świecie corocznych obchodów Dnia Życia. „Trzeba, aby dzień ten był przygotowany i obchodzony przy czynnym udziale wszystkich członków Kościoła lokalnego. Jego podstawowym celem jest budzenie w sumieniach, w rodzinach, w Kościele i w społeczeństwie świeckim wrażliwości na sens i wartość ludzkiego życia w każdym momencie i każdej kondycji: należy zwłaszcza ukazywać, jak wielkim złem jest przerywanie ciąży i eutanazja, nie należy jednak pomijać innych momentów i aspektów życia, które trzeba każdorazowo starannie rozważyć w kontekście zmieniającej się sytuacji historycznej” – zalecał Ojciec Święty.
Mocą władzy…
Papież z Polski przypomniał w Evangelium vitae, że „przykazanie »nie zabijaj« ma wartość absolutną w odniesieniu do osoby niewinnej, i to tym bardziej wówczas, gdy jest to człowiek słaby i bezbronny, który jedynie w absolutnej mocy Bożego przykazania znajduje radykalną obronę przed samowolą i przemocą innych”.
Żeby zapobiec pseudoteologicznym spekulacjom, rozmywającym zło procederu uśmiercania niewinnych, Jan Paweł II sięgnął po papieski autorytet nieomylności, używając w encyklice formuły ex cathedra: „Dlatego mocą Chrystusowej władzy udzielonej Piotrowi i jego Następcom, w komunii z biskupami Kościoła Katolickiego, potwierdzam, że bezpośrednie i umyślne zabójstwo niewinnej istoty ludzkiej jest zawsze aktem głęboko niemoralnym. Doktryna ta, oparta na owym niepisanym prawie, które każdy człowiek dzięki światłu rozumu znajduje we własnym sercu (por. Rz 2,14-15), jest potwierdzona w Piśmie Świętym, przekazana przez Tradycję Kościoła oraz nauczana przez Magisterium zwyczajne i powszechne”.
Stąd, kontynuuje papież, „świadoma i dobrowolna decyzja pozbawienia życia niewinnej istoty ludzkiej nigdy nie może być dozwolona ani jako cel, ani jako środek do dobrego celu. Jest to bowiem akt poważnego nieposłuszeństwa wobec prawa moralnego, co więcej, wobec samego Boga, jego twórcy i gwaranta; jest to akt sprzeczny z fundamentalnymi cnotami sprawiedliwości i miłości”.
Oznacza to, że jednoznaczne uznanie aborcji za zło moralne jest obowiązkiem katolika, a wszelkie uniki w rodzaju popierania tzw. opcji „za wyborem” są dla wiernych niedopuszczalne. Dotyczy to także eutanazji. Jan Paweł II, pisząc o tym, przywołał w encyklice orzeczenie Kongregacji Doktryny Wiary. „Nic i nikt nie może dać prawa do zabicia niewinnej istoty ludzkiej, czy to jest embrion czy płód, dziecko czy dorosły, człowiek stary, nieuleczalnie chory czy umierający. Ponadto nikt nie może się domagać, aby popełniono ten akt zabójstwa wobec niego samego lub wobec innej osoby powierzonej jego pieczy, nie może też bezpośrednio ani pośrednio wyrazić na to zgody. Żadna władza nie ma prawa do tego zmuszać ani na to przyzwalać” – czytamy w Deklaracji o eutanazji.
Adopcja w duchu
Kościół w Polsce odpowiedział na apel Jana Pawła II. W 1998 roku episkopat wyznaczył Dzień Świętości Życia na 25 marca, czyli liturgiczną uroczystość Zwiastowania Pańskiego. W tym dniu Kościół świętuje poczęcie się Zbawiciela, który od tej chwili stał się człowiekiem. Oznacza to, że Jezus, jako prawdziwy człowiek, był embrionem i zanim się urodził, przeszedł wszystkie stadia rozwoju płodowego. I już na tym etapie św. Elżbieta, podczas spotkania z Maryją, nazywa Go Panem.
Obchodom Dnia Świętości Życia w Polsce towarzyszy tzw. duchowa adopcja. Ruch Duchowej Adopcji w Kościele katolickim jest odpowiedzią na wezwanie Matki Bożej, która w Fatimie prosiła o modlitwę, pokutę i zadośćuczynienie za grzechy. To trwająca 9 miesięcy (tyle, ile ciąża) modlitwa w intencji znanego Bogu dziecka poczętego, zagrożonego zabiciem. Jedna osoba modli się za jedno dziecko, odmawiając dziennie jedną tajemnicę Różańca i specjalną modlitwę za maleństwo i jego rodziców. Duchową adopcję może podjąć każdy, bez względu na swoją sytuację – również osoby, które odcięły sobie dostęp do sakramentów. Decydując się na to, należy jednak wytrwale wypełniać podjęte postanowienia.
Kościół i państwo
Dzień Świętości Życia w wielu krajach, podobnie jak w Polsce, jest obchodzony w uroczystość Zwiastowania, ale nie jest to reguła. Na przykład w Stanach Zjednoczonych obchodzi się go w trzecią niedzielę stycznia. Ma to związek z datą 22 stycznia, czyli rocznicą wejścia w życie poprawki do konstytucji legalizującej aborcję na życzenie. Z obchodami kościelnymi korespondują tam wydarzenia natury społecznej i państwowej. Trzeba bowiem zaznaczyć, że proceder aborcyjny, który pochłonął życie kilkudziesięciu milionów dzieci, spotyka się w Ameryce ze wzrastającym oporem środowisk pro life, mobilizujących do sprzeciwu znaczną część społeczeństwa. Corocznie w całym kraju odbywają się 22 stycznia marsze dla życia. Największa manifestacja tradycyjnie ma miejsce w Waszyngtonie. Gromadzi się tam kilkadziesiąt tysięcy ludzi. Warto zauważyć, że Ronald Reagan w 1984 r. ustanowił Narodowy Dzień Świętości Życia, który obchodzono w USA co roku 22 stycznia, aż do objęcia władzy przez Baracka Obamę. Tradycję tę przywrócił Donald Trump.
To błogosławieństwo
Nie sposób stwierdzić, w jakim stopniu modlitwa, szczególnie ta zanoszona do Boga w Dniu Świętości Życia, wpływa na poziom ochrony dzieci poczętych, widzimy jednak, że w wielu środowiskach następuje refleksja nad wartością ludzkiego życia, a to przekłada się na spadek liczby aborcji. Szczególnie jest to widoczne w Polsce. Nie tylko dlatego, że od chwili orzeczenia Trybunału Konstytucyjnego o niekonstytucyjności aborcji eugenicznej przerywanie ciąży jest u nas w praktyce zabronione. Także dlatego, że gdy kolejne państwa coraz bardziej ułatwiają aborcję, Polska jej de facto zakazuje. Nie ma też u nas mowy o eutanazji. To powód do dumy i wzór dla innych państw. Dzięki temu także reakcja Polski na kryzys uchodźczy jest spójna z jej ogólnym poszanowaniem zasad prawa naturalnego. W naszym kraju szanuje się ludzkie życie nie tylko w słowach, ale także w ustawodawstwie, które dziś w praktyce nie pozwala zabijać żadnego człowieka. To otwiera nas na błogosławieństwo, które jest szczególnie widoczne w tajemnicy Zwiastowania Pańskiego. •
Duchowa Adopcja to modlitwa zainicjowana przez ojców paulinów ponad 30 lat temu, w warszawskim kościele pod wezwaniem Świętego Ducha, który jest obecnie Sanktuarium Jasnogórskiej Matki Życia. „Istotą Duchowej Adopcji jest codzienna modlitwa za dziecko w łonie matki, trwająca przez dziewięć miesięcy. Polega ona na codziennym odmawianiu jednej tajemnicy (dziesiątki) różańca świętego oraz specjalnej, krótkiej modlitwy za dziecko, którego życie jest zagrożone”.
„Przeżywany teraz czas realnego zagrożenia własnego życia mobilizuje do szukania sposobów jego chronienia, ale także pobudza do wzajemnej modlitwy. Jest szansą otwarcia oczu i serca – nowego spojrzenia – na najbardziej bezbronne i samotne wobec zagrożenia zagładą – życie dzieci nienarodzonych” – podkreślają paulini.
Szczegółowe informacje o Dziele Adopcji Dziecka Poczętego można znaleźć na stronach: centrumzawierzenia.jasnagora.pl, www.duchowaadopcja.pl oraz paulini.com.pl/duchowa-adopcja. Aby ułatwić codzienne zobowiązanie modlitewne można też skorzystać z aplikacji na telefon „Adoptuj życie” stworzonej przez Fundację Małych Stópek. Dzięki aplikacji można zobaczyć, jak dziecko codziennie rośnie, są również zdjęcia USG, które towarzyszą w każdym dniu modlitwy.
Dzień Świętości Życia został ustanowiony w Kościele w Polsce w 1998 r. w odpowiedzi na apel św. Jana Pawła II zawarty w encyklice „Evangelium Vitae” ogłoszonej 25 lat temu, 25 marca 1995 roku. Papież napisał w niej m.in., że „Człowiek i jego życie jawią się nam jako jeden z najwspanialszych cudów stworzenia…” (Evangelium Vitae, 84). Dzień Świętości Życia przypada dziewięć miesięcy przed Bożym Narodzeniem. Jego celem jest budzenie wrażliwości na sens i wartość ludzkiego życia na każdym jego etapie oraz zwrócenie uwagi na potrzebę szczególnej troski o nie.
MODLITWA W INTENCJI OBRONY ŻYCIA
(do odmawiania po Koronce do Bożego Miłosierdzia)
O Maryjo, jutrzenko nowego świata, Matko żyjących, Tobie zawierzamy sprawę życia: spójrz, o Matko, na niezliczone rzesze dzieci, którym nie pozwala się przyjść na świat, ubogich, którzy zmagają się z trudnościami życia, mężczyzn i kobiet – ofiary nieludzkiej przemocy, starców i chorych zabitych przez obojętność albo fałszywą litość.
Spraw, aby wszyscy wierzący w Twojego Syna potrafili otwarcie i z miłością głosić ludziom naszej epoki Ewangelię życia. Wyjednaj im łaskę przyjęcia jej jako zawsze nowego daru, radość wysławiania jej z wdzięcznością w całym życiu oraz odwagę czynnego i wytrwałego świadczenia o niej, aby mogli budować, wraz z wszystkimi ludźmi dobrej woli, cywilizację prawdy i miłości na cześć i chwałę Boga Stwórcy, który miłuje życie.
Panie Jezu, za wstawiennictwem Twojej Matki, Maryi, która urodziła Cię z miłością oraz za wstawiennictwem św. Józefa, człowieka zawierzenia, który opiekował się Tobą po narodzeniu, proszę Cię w intencji tego nie narodzonego dziecka, które duchowo adoptowałem, a które znajduje się w niebezpieczeństwie zagłady. Proszę, daj rodzicom miłość i odwagę, aby swoje dziecko pozostawili przy życiu, które Ty sam mu przeznaczyłeś. Amen.
***
Dzieło Duchowej Adopcji Dziecka Poczętego
materdolorosa.pl
***
Istota Dzieła Duchowej Adopcji Dziecka Poczętego
Duchowa adopcja jest przyjęciem w modlitewną opiekę jednego dziecka, któremu grozi śmierć w łonie matki. Imię tego dziecka jest znane jedynie samemu Bogu. Modlitwą oganiamy nie tylko poczęte dziecko, ale również jego rodziców, aby przyjęli je z miłością i dobrze wychowali. Zobowiązanie do takiej modlitwy podejmowane jest przez konkretną osobę na dziewięć miesięcy od chwili poczęcia do urodzenia.
Duchowa adopcja, wypływająca z idei miłosiernej miłości dla istoty najmniejszej i całkowicie bezbronnej, jest bezpośrednim powierzeniem Panu Bogu tego adoptowanego duchowo dziecka w modlitwie, błaganiu o zmianę myślenia jego rodziców, w prośbach, aby wypełnieni miłością nie zamykali się na nowe życie,nie bali się zubożenia tym życiem. Bo miłość, gdy się nią dzielisz, gdy nią obdarzasz jest jak chleb – takiej miłości i takiego chleba przybywa (Matka Teresa z Kalkuty).
Duchowa Adopcja
Może ją podjąć każdy człowiek:
obejmuje jedno dziecko i jego rodziców, o których wie tylko Bóg
trwa przez dziewięć miesięcy
Warunki
codzienna modlitwa – jeden dziesiątek różańca
dobrowolne postanowienia, np.: post, Komunia św., pomoc potrzebującym, walka ze złym przyzwyczajeniem,
modlitwa w intencji uratowania życia dziecka
Modlitwa codzienna
Panie Jezu – za wstawiennictwem Twojej Matki Maryi, która urodziła Cię z miłością, oraz za wstawiennictwem św. Józefa, człowieka zawierzenia, który opiekował się Tobą po urodzeniu – proszę Cię w intencji tego nienarodzonego dziecka, które duchowo adoptowałem, a które znajduje się w niebezpieczeństwie zagłady. Proszę, daj rodzicom miłość i odwagę, aby swoje dziecko pozostawili przy życiu, które Ty sam mu przeznaczyłeś. Amen.
Treść przyrzeczenia
“Wysławiam Cię, Ojcze, Panie nieba i ziemi, że zakryłeś te rzeczy przed mądrymi i roztropnymi, a objawiłeś je prostaczkom. Tak, Ojcze, gdyż takie było Twoje upodobanie”. Najświętsza Panno, Bogarodzico Maryjo, wszyscy Aniołowie i Święci. Wiedziony(a) pragnieniem niesienia pomocy w obronie nienarodzonych, ja (N.N.), postanawiam mocno i przyrzekam, ze od dnia (…) biorę w Duchową Adopcję jedno dziecko, którego imię jedynie Bogu jest wiadome, aby przez dziewięć miesięcy, każdego dnia, modlić się o uratowanie jego życia oraz o sprawiedliwe i prawe życie po urodzeniu. Tymi modlitwami będą:
Duchowa adopcja to dziewięciomiesięczna modlitwa w intencji życia zagrożonego w łonie matki. Dla Polaków jest ona także formą osobistego wypełnienia Jasnogórskich Ślubów Narodu. Polega na indywidualnym modlitewnym zobowiązaniu podjętym w intencji dziecka zagrożonego zabiciem w łonie matki. Osoba odmawia jedną dowolnie wybraną tajemnicę “Różańca” i specjalną modlitwę w intencji dziecka i jego rodziców. Do modlitwy wierni mogą dołączyć dodatkowe wyrzeczenie, np. post czy działania charytatywne.
***
Zamiast „aborcji”, wybrały życie dla swoich dzieci. Żadna z matek nie zmieniłaby swojej decyzji
fot. Pixabay
***
W ciągu 16 lat niesienia pomocy ciężarnym i rodzącym matkom będącym w trudnej sytuacji Kathleen Wilson ani razu nie usłyszała od nich, że ratując życie podjęły złą decyzję. Czy tak samo myślą kobiety, które zdecydowały o śmierci swojego dziecka i wybrały aborcję?
Wilson w rozmowie z Tuckerem Carlsonem z Fox News wyraziła zwoje zadziwienie lewicowo liberalną narracją o „torturowaniu” i „zmuszaniu” kobiet do rodzenia dzieci przez środowiska pro life. Jak przyznała, przez 16 lat działalności ośrodka Mary’s Shelter nie spotkała matki, która po wyborze życia dla swojego dziecka żałowałaby tej decyzji.
Jak mówiła, ma nadzieję, że mimo agresywnej narracji proaborcyjnej „nigdy nie dojdziemy do punktu, w którym potępiamy kobiety za posiadanie dzieci”
W domach Mary’s Shelter zamieszkać mogą matki potrzebujące wsparcia przez nawet trzy lata. Znajdują tam pomoc, edukację, zdobywają wiedzę o porodzie i macierzyństwie. Przez domy w ciągu 16 lat przeszło ponad 400 potrzebujących pomocy matek.
Nikt ich do niczego nie zmusza – przychodzą do ośrodka po pomoc. I ją znajdują. –One kochają swoje dziecko. To naprawdę takie proste. Chcą swojego dziecka. W ciągu 16 lat żadna kobieta nie powiedziała mi, że przeszła przez Mary’s Shelter, że żałuje, że ma swoje dziecko. Nigdy, przenigdy – mówiła Wilson.
–Troszczymy się o dziecko w łonie matki. Kochamy dziecko w łonie matki, ale kochamy też tę mamę. A kobiety przychodzą do nas z tyloma dziećmi, ile mają. Kochamy wszystkie te dzieci – dodała.
Owszem, w ośrodku były kobiety pełne żalu, smutku i goryczy – miały one za sobą złą decyzję o uśmierceniu swojego nienarodzonego dziecka.
źródło: marsz.info/MA/PCh24.pl
+++
Jak przygotować się do spowiedzi wielkopostnej?
Wielki Post to często czas, w którym intensyfikujemy pracę nad swoim życiem duchowym. Podejmujemy wyrzeczenia, postanowienia i refleksje nad naszym życiem, pragnąć dobrze przygotować się na Święta Zmartwychwstania Pańskiego. Jednym z ważnych aspektów jest sakrament pokuty i pojednania. Oto kilka wskazówek, które pomogą Ci w dobrym przygotowaniu się do spowiedzi.
fot. Karol Porwich/Tygodnik Niedziela
***
Nawrócenie, przebaczenie i pojednanie
Spowiedź, według Katechizmu Kościoła Katolickiego, jest „sakramentem nawrócenia, ponieważ urzeczywistnia w sposób sakramentalny wezwanie Jezusa do nawrócenia, drogę powrotu do Ojca, od którego człowiek oddalił się przez grzech”.
– W konfesjonale sam Jezus Chrystus obdarza nas swym miłosierdziem. Papież Franciszek mówi wręcz, że „miłosierdzie jest sposobem, w jaki Bóg przebacza (…). Wielkie jest miłosierdzie Boga, wielkie jest miłosierdzie Jezusa: wybaczać nam poprzez czuły gest” – podkreśla ks. Zbigniew Bielas, kustosz Sanktuarium Bożego Miłosierdzia w Krakowie-Łagiewnikach. Jak zaznacza, warto pamiętać, że dzięki temu sakramentowi „odzyskujemy stan łaski uświęcającej, otrzymujemy wewnętrzny pokój i pojednanie z Bogiem i Kościołem”. W łagiewnickim sanktuarium łącznie przez ponad 170 godzin w tygodniu pełniona jest posługa odpuszczania grzechów i przynoszenia wiernym przebaczenia. Św. Jan Paweł II, w dniu konsekracji bazyliki 17.08.2002 r. wyraził prośbę: „Modlę się, aby ten kościół był zawsze miejscem głoszenia orędzia o miłosiernej miłości Boga, miejscem nawrócenia i pokuty”.
Warunki
Kościół określa pięć warunków dobrej spowiedzi, które są bezpośrednią formą przygotowania i realizacji tego sakramentu. To: rachunek sumienia, żal za grzechy, mocne postanowienie poprawy, szczera spowiedź i zadośćuczynienie Panu Bogu i bliźniemu.
– Myślę, że podstawą każdej dobrej spowiedzi jest dobry rachunek sumienia i wypełnienie pozostałych warunków — mówi kustosz łagiewnickiego sanktuarium. – Oprócz tego na naszej drodze do świętości i czerpaniu właściwych owoców ze spowiedzi warto też zwrócić uwagę na wskazówki dotyczące tego sakramentu, które przekazała nam w „Dzienniczku” św. Faustyna: całkowitą szczerość i otwartość, pokorę oraz posłuszeństwo (por. Dz. 112) — dodaje.
Rachunek sumienia
Do przyjęcia sakramentu pokuty należy przygotować się przez rachunek sumienia. Jak wskazuje Katechizm Kościoła Katolickiego (KKK), powinien być on przeprowadzony w świetle Słowa Bożego np. przy pomocy Dekalogu, Hymnu o miłości lub Kazania na Górze. – Dziś można znaleźć wiele różnych pomocy w modlitewnikach, czy w Internecie na stronach poświęconych spowiedzi. Trudno wskazać tylko na jeden konkretny dla wszystkich. Są opracowane rachunki sumienia dla poszczególnych stanów: małżonków, narzeczonych, młodzieży, dla starszych, dla osób duchownych, dla dzieci. Każdy może znaleźć coś odpowiedniego dla siebie. Ważne, by zanim klękniemy u kratek konfesjonału przeanalizować swoje życie od czasu ostatniej spowiedzi i przypomnieć sobie ostatnie postanowienie, wyznać grzechy — wyjaśnia ks. Zbigniew Bielas. W bazylice Bożego Miłosierdzia przy wejściu do strefy spowiedzi można zaopatrzyć się w rachunek sumienia, opracowany na podstawie dziesięciu Przykazań Bożych. Ta prosta pomoc, z której chętnie korzystają penitenci.
– Zasadniczo spowiedź jest wyznaniem grzechów. Jednak jeśli warunki czasowe na to pozwalają, warto spojrzeć na nasze życie duchowe w szerszym kontekście: czy i w jakim zakresie udało się nam coś zmienić, poprawić się w jakiejś dziedzinie, odnieść zwycięstwo nad naszą słabością i tym podzielić się ze spowiednikiem — radzi duchowny.
Żal za grzechy i mocne postanowienie poprawy
Katechizm Kościoła Katolickiego określa żal za grzechy jako „ból duszy i znienawidzenie popełnionego grzechu z postanowieniem niegrzeszenia w przyszłości”. Kościół wyróżnia dwa rodzaju żalu: doskonały i niedoskonały. Ten pierwszy wypływa z miłości do Boga miłowanego ponad wszystko i powoduje odpuszczenie grzechów powszednich. Drugi natomiast rodzi się z lęku przed wiecznym potępieniem i innymi karami, ale również, jak wskazuje katechizm, jest przygotowaniem do odpuszczenia grzechów ciężkich w sakramencie pokuty. Żal za grzechy idzie w parze z kolejnym warunkiem: mocnym postanowieniem poprawy. Potrzebna jest decyzja o chęci bycia lepszym.
Zadośćuczynienie Panu Bogu i bliźniemu
Po przystąpieniu do spowiedzi pamiętać trzeba o ostatnim warunku jej dobrego przeżycia: zadośćuczynieniu Panu Bogu i bliźniemu. – Wiemy, że grzech zrywa naszą przyjaźń z Bogiem. Rani nie tylko nas, ale często wyrządza także szkodę bliźniemu. Musimy więc uczynić wszystko, by ją naprawić. Oddać to, co sobie przywłaszczyliśmy. Przywrócić dobre imię osobie oczernionej. Odwołać poglądy sprzeczne z nauką Kościoła, czy wynagrodzić krzywdy — tłumaczy ks. Zbigniew Bielas, dodając, że „odpuszczony grzech domaga się ze sprawiedliwości zadośćuczynienia i odpokutowania w różnych wymiarach”.
Pomocą w tym wypadku staje się również zadana penitentowi w konfesjonale przez kapłana pokuta. – Zawsze powtarzałem na katechezie, że zadośćuczynienie to taka sprawa honoru: Pan Bóg mi coś darował, ja, choć w niewielkim wymiarze podejmuję pokutę, aby Mu za to podziękować i wynagrodzić popełnione zło — wyjaśnia rektor Sanktuarium Bożego Miłosierdzia w Krakowie-Łagiewnikach.
Kiedy jest dobry czas na wielkopostną spowiedź?
– Myślę, że dziś wielu z nas zapomina o tym, co jest bardzo ważne w życiu wiary. Jesteśmy zabiegani. Spieszymy się. Chcemy wszystko załatwić szybko — zauważa ks. Bielas i dodaje, że właśnie dlatego warto zaplanować czas na spowiedź. – Przed świętami planujemy czas na sprzątanie, na zakupy, a często spowiedź zostawiamy na tak zwany „ostatni moment”. Potem kiedy przychodzimy do kościoła i widzimy duże kolejki, denerwujemy się. Może nieraz nawet rezygnujemy, usprawiedliwiając się brakiem czasu — zauważa.
– W wielu parafiach organizowane są rekolekcje i uwzględniony jest dzień na spowiedź — zauważa kustosz, zachęcając do korzystania z tej cennej okazji i tego, aby nie zostawiać spowiedzi na ostatnie dni przed świętami. Niektórzy nie mają możliwości skorzystania z sakramentu wcześniej. Powodem może być stan zdrowia, obowiązki zawodowe czy pobyt za granicą. Jak podkreśla ks. Bielas, dla tych osób kapłani czuwają w konfesjonale nawet przez całą noc, szczególnie w Wielki Piątek. – Zawsze to wielka radość, gdy widzimy tylu wiernych, którzy pragną pojednać się z Bogiem i z oczyszczonym sercem przeżywać świętowanie w Kościele, domu, rodzinie – dodaje.
Obowiązek spowiedzi oraz przyjęcia Komunii Świętej
Zgodnie z drugim przykazaniem kościelnym, wierni są zobowiązani do przystąpienia do sakramentu pokuty przynajmniej raz w roku. Ze względu na to, że Kościół nakazuje, by również przynajmniej raz w roku, w okresie wielkanocnym przyjąć Komunię Świętą, wierzący często decydują się na spowiedzi w okresie Wielkiego Postu, pomiędzy Środą Popielcową a Niedzielą Palmową. Zaleca się, aby miała ona miejsce przed Wielkim Czwartkiem, po to, aby dni Triduum Paschalnego przeżywać w stanie łaski uświęcającej.
Biuro Prasowe Archidiecezji Krakowskiej/Tygodnik Niedziela
+++
Niechciany sakrament
fot. Roman Koszowski/Gość Niedzielny
***
Jezus powiedział św. Faustynie: „Nie odkładaj sakramentu spowiedzi, bo to Mi się nie podoba”. Każdemu to mówi.
Dziesięciu księży spowiada od wieczora do późnej nocy. Ludzie, czasem po raz pierwszy od wielu lat, wylewają przed Bogiem swoje dusze. Siedząc twarzą w twarz ze spowiednikiem, mówią rzeczy, których nikomu, nawet sobie, powiedzieć nie chcieli. Płaczą. Wreszcie słyszą: „Bóg, Ojciec miłosierdzia, który pojednał świat ze sobą przez śmierć i zmartwychwstanie swojego Syna i zesłał Ducha Świętego na odpuszczenie grzechów, niech ci udzieli przebaczenia i pokoju przez posługę Kościoła. I ja odpuszczam tobie grzechy w imię Ojca i Syna, i Ducha Świętego”. I odchodzą przemienieni. I mówią: „Nie wiedziałem, że Kościół taki jest. Nie wiedziałam, że taka może być spowiedź”.
Franciszek Kucharczak/Gość Niedzielny
+++
Rachunek sumienia – podstawa duchowego wzrostu
Jeśli ktoś go odprawia, w jego życiu mogą dziać się cuda. O znaczeniu i roli rachunku sumienia mówi ks. Łukasz Sośniak, jezuita.
Franciszek Kucharczak: Robi Ksiądz rachunek sumienia?
Ks. Łukasz Sośniak SJ: Oczywiście, że robię.
Codziennie?
Tak! Rachunek sumienia był najważniejszą modlitwą św. Ignacego. On zwalniał swoich podwładnych, na przykład ze względu na chorobę, z różnych praktyk religijnych, nawet z Mszy św., ale nigdy z rachunku sumienia. To jest serce duchowości ignacjańskiej i jako jezuici staramy się bardzo tego pilnować. Naszą zasadą jest „szukać i znajdować Boga we wszystkim”, a ta modlitwa jest idealnym narzędziem do tego.
Jak to w praktyce wygląda?
W domach zakonnych najczęściej robi się to przed obiadem. Tu, gdzie jestem, zbieramy się w kaplicy i mamy pięciominutowy rachunek sumienia, ale każdy jezuita robi go też indywidualnie, najczęściej na zakończenie dnia. Ma schemat zaczerpnięty z książeczki „Ćwiczeń duchowych” św. Ignacego. Zaczyna się czymś nietypowym, bo dziękczynieniem za dobro, które dzisiaj otrzymałem od Pana Boga. Nie jakieś abstrakcyjne, tylko konkretne: że dziś spotkałem tę i tę osobę, doświadczyłem tego i tego. Starsi, chorzy ojcowie mówili mi na przykład, że dziękują za to, że ich dzisiaj mniej bolało. Moim zdaniem to dziękczynienie jest kluczem do rachunku sumienia. Widzę, że to też bardzo pomaga rekolektantom. Jak ktoś ma problem z modlitwą, zawsze mówię, żeby robić rachunek sumienia albo przynajmniej ten pierwszy punkt. To ważne, bo często ktoś mówi: „Ja nie mam za co dziękować, spotykają mnie same cierpienia”, a po tygodniu czy dwóch robienia rachunku sumienia stwierdza, że Bóg jednak jest obecny w jego życiu i że jest tam wiele dobra. I to mu daje dużo pocieszenia.
A co po dziękczynieniu?
Ignacy pisze: „Prosić o łaskę poznania grzechów i odrzucenia ich precz”. Ja modlę się do Ducha Świętego, żeby przypomniał mi te momenty, w których Pan Bóg działał w ciągu dnia, a tego nie zauważałem. To drugi punkt. Trzeci to retrospekcja – można analizować godzinę po godzinie, spoglądając na to, co się wydarzyło w ciągu dnia. Ja często trwam w ciszy i kontemplacji i czekam, co się samo narzuci, co mi Pan Bóg powie. Często przypominają się wtedy momenty w ciągu dnia, związane z jakimiś wydarzeniami, i wtedy widzę: o, tu działał Pan Bóg, tu mogłem Go spotkać. Potem jest czwarty punkt – prośba o przebaczenie. Powiedziałbym, że to taka modlitwa oddania, nie jakieś oskarżanie się, wypominanie sobie grzechów, tylko ufne zawierzenie z prośbą, żeby Pan Bóg przychodził nam z pomocą w naszych słabościach. I ostatnia rzecz – postanowienie. Ono musi być konkretne i realistyczne. Ignacy nie chce, żeby to było coś w stylu: „zmienię się, będę lepszy, będę pracował nad sobą”. To ma być decyzja, co konkretnie zrobię, żeby osiągnąć konkretny cel. Gdy się robi rachunek sumienia codziennie, to nieraz też robi się go z tego postanowienia.
Wielu ludziom jednak rachunek sumienia kojarzy się z bezduszną buchalterią albo bolesnym rozdrapywaniem ran.
Myślę, że nazwa „rachunek sumienia” jest trochę mylna. Rzeczywiście kojarzy się z rachowaniem, a Pan Bóg z jakimś księgowym, który czyha na nasze potknięcia, albo z sędzią, który wyda wyrok skazujący po wyciągnięciu średniej. Natomiast my mówimy o rachunku sumienia jako „kwadransie uważności”. Chodzi o uważność na Boże działanie. O. Józef Augustyn SJ nazwał rachunek sumienia „kwadransem szczerości”. Jeszcze inny autor używał określenia „kwadrans miłującej uwagi”. Tu akcent jest położony nie na grzechy, tylko na dobro. Gdy wchodzę w światło, gdy kontempluję działanie Boga w swoim życiu, wtedy widzę swoje słabości i dostrzegam, że korzenie zła są we mnie.
Podjęcie takiej praktyki może być trudne.
Rozumiem to, ale można spróbować co kilka dni albo na początek co tydzień. Kiedy ktoś zauważy, jakie to przynosi owoce, to myślę, że podejmie się tego codziennie. Zwłaszcza że to nie jest długa modlitwa, zajmuje maksymalnie 15 minut. A że zawiera dziękczynienie, to jest bardzo eucharystyczna i może być moją codzienną modlitwą. Nie muszę podejmować innych, mogę nawet uczynić z tego przez jakiś czas jedyną praktykę modlitewną.
Czasem refleksja nad sobą może się zrodzić z poziomu świńskiego żłobu, jak się to przydarzyło synowi marnotrawnemu z Jezusowej przypowieści. Czytamy, że „zastanowił się”. Czyli chyba zrobił przegląd swojego postępowania. To zastanowienie to rachunek sumienia?
Oczywiście. To jest bardzo dobra metafora „kwadransa szczerości”. Od tego zaczyna się rachunek sumienia – przerywam swoje pogrążanie się w złu i przychodzi refleksja. Widzę, że coś jest nie tak, i zaczynam się zastanawiać nad tym, co robię. Można powiedzieć, że to jest łaska Boża. Jeśli świadomie podejmę tę refleksję, ona może mnie doprowadzić z powrotem do Ojca, czyli do nawrócenia. Bo celem rachunku sumienia jest codzienne nawracanie się. Chodzi o to, żeby zawsze powracać do Ojca, który nieustannie wychodzi naprzeciw i powracającego nigdy nie potępia.
Syn marnotrawny na początku po prostu widzi, że fatalnie się porobiło. To chyba pocieszające, że wstępna motywacja nie musi być zaraz taka czysta?
Rzeczywiście, syn marnotrawny wraca, bo mu się skończyła kasa i zobaczył, jak nisko upadł. Jeszcze nie dostrzega dobroci ojca, ale kiedy spotyka się z jego bezinteresowną miłością, zaczyna ją odwzajemniać. Czasem trzeba się zadowolić początkową motywacją typu „jak trwoga, to do Boga”. Pan Bóg musi mieć o co się zahaczyć. Papież w książce „Miłosierdzie to imię Boga” mówi, że On szuka każdej szczeliny, żeby Jego miłosierdzie przedostało się do człowieka. Nawet taka kiepska motywacja ze względu na polepszenie swojego bytowania już wystarcza Bogu, żeby zaczął działać. Człowiek musi dać Panu Bogu jakąkolwiek zgodę. Od tego się zaczyna. W moim przypadku też tak było. Wiedziałem, że muszę coś zmienić w swoim życiu. Czułem, że ono nie ma treści, że ucieka mi między palcami. I postanowiłem jechać na rekolekcje ignacjańskie – i tam zacząłem od rachunku sumienia. To była pierwsza modlitwa, którą zacząłem praktykować, i to mi zaczęło otwierać oczy. Nie sądziłem, że to mnie zaprowadzi do zakonu. Pan Bóg dał mi tę łaskę, że mogłem zrobić ten pierwszy krok, szukać dla siebie jakiegoś wyjścia, a dalej On już wszystko załatwił. Więc nie ma się co bać otworzyć się i użyć jakiegoś konkretnego narzędzia.
Co zrobić, żeby się „otworzyć”?
Można codziennie wieczorem chociaż podziękować za to, co się wydarzyło, i zwrócić uwagę na to, co się konkretnie wydarzyło. Na to, jak mi Pan Bóg dzisiaj pomógł, jak był obecny. A potem wejść w kolejne punkty rachunku sumienia. Jeśli ktoś to będzie robił, wtedy cuda mogą się dziać w jego życiu.
Jednak przeciętny katolik rachunek sumienia robi tylko przed spowiedzią i raczej słabo kojarzy się to z modlitwą. Jak się to ma do praktyki codziennej „miłującej uważności”?
Ten rachunek sumienia, gdy przeglądam po kolei: pierwsze, drugie, trzecie przykazanie – to jest takie leczenie objawowe. Stwierdzam: „gniewałem się na żonę/męża, na dzieci, to i tamto mnie wkurzało”. No dobrze, ale nie idę dalej i nie wiem dlaczego. Co się dzieje, że ja się tak irytuję? Po jednorazowym rachunku sumienia ciężko w to wejść. To jest taka aspiryna – przestaje mnie boleć głowa i tyle. Uważałbym bardzo na schemat „grzech – spowiedź – Komunia”, bo to oznacza, że ja chcę tylko formalnie zaliczać punkty i kręcę się w kółko. Ignacjański rachunek sumienia to jest zupełnie inna praktyka – to jest codzienne trwanie przy Panu Bogu. Kiedy Mu dziękuję, poprawia się mój obraz Boga, staje się on coraz bardziej Chrystusowy, biblijny, nieoparty tylko na doświadczeniu mojego biologicznego ojca. Widzę, że nie muszę zasługiwać na Jego miłość.
Właśnie – zasługiwać. Niełatwo przyjąć darmowość zbawienia.
Papież Franciszek w encyklice Gaudete et exsultate mówi, że największą herezją współczesności jest pelagianizm – przekonanie, że ja sam muszę osiągnąć zbawienie, że to ode mnie wszystko zależy. Kiedy rozmawiam z ludźmi na rekolekcjach, widzę, że to jest jeden z najpowszechniejszych problemów. Bo jesteśmy Zosiami samosiami, społeczeństwo nas uczy, że trzeba na wszystko zapracować, wszystko wywalczyć, nie ma nic za darmo i wszystko, co mam, jest moją zasługą. I do duchowości przenosimy to jeden do jednego. Tymczasem praktyka kwadransa uważności pozwala nam oderwać się od takiego myślenia, a skupia nas na śladach Boga, w życiu, rozwija wrażliwość na Niego, pozwala odkryć, że Bóg jest z nami w każdej chwili i nie przestaje nam błogosławić. To dla wielu ludzi staje się źródłem ogromnej siły i nadziei, odrywa ich od siebie i pozwala przetrwać najtrudniejsze chwile.
ks. Łukasz Sośniak jest jezuitą, absolwentem filologii polskiej i dziennikarstwa. Do niedawna pracował w Radiu Watykańskim, obecnie mieszka w Warszawie./Gość Niedzielny
+++
Ewagriusz z Pontu:
Osiem duchów zła
Ewagriusz z Pontu – jeden z najznamienitszych Ojców Pustyni, mistrz życia duchowego – twierdził, że istotą walki ze złem jest uwolnienie się od grzechu wewnętrznego (także tego popełnionego w myśli). Dlatego celem ludzkiego życia jest apatheia, beznamiętność. Nie ma ona nic wspólnego z bezczynnością czy brakiem życiowej energii. Beznamiętność to wolność…
fot. via Wikipedia.org, Domena publiczna
***
Pokusy zmysłowe zwalczał kąpiąc się w lodowatej wodzie. Pokusę bluźnierstwa – wystawiając ciało na ukąszenia owadów. Na wzór swojego mistrza (Abby Makarego z Aleksandrii) przez wiele lat pościł radykalnie, posilając się jedynie wydzielonymi porcjami chleba i wody.
Po dłuższym czasie doprowadziło go to do tak dużych kłopotów trawiennych, że sam mistrz zalecił mu złagodzenie diety. Odtąd jadł surowe warzywa i pił wywary ziołowe. Jednocześnie nieustannie się modlił (medytacja serca), studiował Pismo Święte i spisywał doświadczenia swoje oraz tych, którzy tak jak on – z miłości do Jezusa Chrystusa – wybrali życie na pustyni.
Praktykując tak surowy tryb życia – w odosobnieniu od ówczesnego świata – Ewagriusz z Pontu walczył z demonami, obserwując ich strategie działania (kiedy, w jakiej kolejności i w jaki sposób atakują człowieka). Ewagriusz wykazał istnienie ośmiu demonów, które ustawicznie dręczą człowieka – w zależności od jego kondycji duchowej, w tym sposobu “panowania” nad swymi pragnieniami ciała.
Demon pierwszy: obżarstwo
Od tego demona nie można się wyzwolić inaczej, jak tylko przez post i wstrzemięźliwość (umiarkowanie). Dlatego mnisi podejmowali posty, aby ograniczyć do minimum działanie zewnętrznych bodźców.
Podstępny demon, wykorzystując wyobraźnię, podsuwał mnichom (pustelnikom) obrazy dawnych uczt i wzbudzał w nich różne fantazje kulinarne. W ten sposób dążył do tego, aby mnich opuścił pustynię, a jeśli nie, to chociaż złagodził praktykowane posty, co w efekcie doprowadzi go do utraty poczucia sensu przebywania w odosobnieniu. Kuszony mnich lękał się też, że z powodu surowego postu utraci zdrowie i umrze w strasznych męczarniach.
Ewagriusz odkrył, że istnieje demon radykalizmu ascetycznego. Uległy mu mnich chce naśladować radykalnych mistrzów i jednocześnie, aby nie ujawnić własnej słabości, odmawia przyjęcia pomocy innych. Pogardza własnym ciałem, a przecież celem ascezy nie powinno być odrzucenie tego daru Bożego, ale oczyszczenie i scalenie w jedno ciała z duszą. Mnich poszczący ponad miarę koncentruje się na swoim pseudodoskonaleniu i zapomina o potrzebach innych ludzi.
Oprócz umiarkowania obroną była gościnność i kontrola własnej wyobraźni – tak, aby demon obżarstwa nie mógł się nią posłużyć.
Demon drugi: nieczystość
Pontyjski mnich nie był zwolennikiem traktowania sfery erotycznej człowieka jako złej, tak jak robili to manichejczycy. Przestrzegał jednak mnichów, którzy dobrowolnie wybrali życie w samotności, przed uleganiem demonowi nieczystości. Demon kusząc pustelnika wykorzystywał naturalną u człowieka potrzebę bliskości i posiadania potomstwa.
Myśli nieczyste rodzą się w wyobraźni najczęściej za pośrednictwem rzeczy widzialnych, dlatego pustelnicy powinni unikać niepotrzebnych spotkań z kobietami, dotykania ich i patrzenia na nie. Kuszony mnich mógł jednak kompensować brak bliskości z kobietą przez sny i wyobrażenia erotyczne. Budząc się w nocy widział wokół siebie dzikie bestie, które przemieniały się w bezwstydnie tańczące kobiety.
Ewagriusz zdawał sobie sprawę, że niemożliwe jest całkowite wyzwolenie się z naturalnych pragnień seksualnych. Dlatego podkreślał, że w walce z demonem chodzi głównie o to, aby namiętność nie przejęła kontroli nad człowiekiem. Czasami demon namawiał też mnicha do opuszczenia pustyni, ukazując wstrzemięźliwość jako bezsensowną, a Boga jako tyrana, który wymaga rzeczy ponad ludzkie siły.
Ścisły post, czuwanie nocne, modlitwa oraz powściągliwość powodują, że demon, nienawidzący udręki ciała, ucieka. Pustelnik powinien też opowiadać innym o swoich upadkach, a nie szczycić się trudami ascezy.
Demon trzeci: chciwość
Chciwość – wraz z szukaniem próżnej chwały i obżarstwem – jest przyczyną wszystkich innych namiętności. Te trzy pokusy podsuwał przecież Jezusowi Chrystusowi diabeł, kusząc Go na pustyni. Demonowi chciwości nie chodzi tylko o obudzenie pragnienia posiadania pieniędzy, ale przede wszystkim o to, aby człowiek chciał zdobyć władzę nad całym światem. Pieniądze są jedynie środkiem do osiągnięcia tego celu.
Zdaniem Ewagriusza, chciwcem nie jest ten, kto ma pieniądze, ale ten, kto nieustannie o nich myśli i ich pożąda. Można więc być chciwym będąc bogatym, jak i biednym. Demon może kusić mnicha wspomnieniami o przeszłym bogactwie, z którego zrezygnował, albo o rzeczach, które mógłby mieć. Stosując tę strategię powoduje rozdwojenie pragnień – mnich na zewnątrz wyrzeka się bogactwa, ale gromadzi w sercu.
Ewagriusz porównuje bogatego mnicha do psa uwiązanego na łańcuchu, który stracił wolność na rzecz zniewalającej go troski o posiadanie pełnej miski. Opanowany przez demona mnich staje się nienasyconym szaleńcem, u którego chciwość wzbudza nieustanny lęk o przyszłość, a przez to odbiera mu radość życia.
Czasami demon zmienia strategię. Mnich może pod jego wpływem zabiegać o pieniądze wśród ludzi bogatych, pod pozorem rozdania ich potem ubogim. Wtedy prawdziwym celem staje się nie pomoc potrzebującym, ale pragnienie posiadania pieniędzy choćby na chwilę, by nacieszyć nimi oczy. A przecież prawdziwy uczeń Jezusa Chrystusa powinien dzielić się tym, co ma, a nie tym, co dopiero zdobędzie.
Najlepszą obroną przeciwko demonowi chciwości jest ubóstwo, jałmużna, zawierzenie Bogu, a także nieużalanie się nad własną biedą i równe traktowanie biedaków i bogaczy.
Demon czwarty: smutek
Symbolem smutku, według Ewagriusza, jest żmija. Jej jad, zgodnie z przekonaniem antycznych lekarzy, w niewielkich ilościach niszczy inne trucizny, nadmiar zaś zabija.
Ewagriusz, podobnie jak św. Paweł, rozróżnia dwa rodzaje smutku. Jeden z nich pochodzi od Boga i jest konsekwencją popełnionej przez człowieka nieprawości. Wiąże się z poczuciem żalu i skruchy, co prowadzi do nawrócenia. Jego objawem są łzy, rozmyślanie o śmierci i Bożym sądzie.
Drugi rodzaj smutku powstaje w sercu człowieka, kiedy rozmyśla on o tym, co w jego życiu się nie spełniło, i powoduje powolne obumieranie duchowe. Taki człowiek, nawet jeśli będzie doświadczał jakiejś przyjemności duchowej lub cielesnej, nie będzie w stanie jej odczuć ani się nią cieszyć, bo jego dusza jest “jak wysuszona”. Najgorsze jest to, że nie może też nikogo poprosić o ratunek, ponieważ demon smutku izoluje go od innych ludzi, zamykając w niewoli własnej wyobraźni i niespełnionych pragnień.
Demon chce odebrać człowiekowi radość życia, która jest darem Bożym. Atakuje najczęściej ludzi samotnych, żyjących w odosobnieniu. Mnich kuszony przez demona smutku nie cieszy się obraną drogą, unika spotkań z braćmi. Rozmyślając ciągle o przyjemnościach, pragnieniach, których nie może osiągnąć, staje się coraz bardziej sfrustrowany. Doprowadza go do gniewu, smutku – a nawet szaleństwa lub samobójstwa.
Demon smutku utrudnia także oczyszczenie serca po grzechu, sprawiając, że człowiek nieustannie pamięta o złu i zamyka się na Boże miłosierdzie. Jedynymi skutecznymi środkami w walce z tym demonem są: radość, otwarcie się na innych ludzi, wytrwałość i modlitwa.
Demon piąty: gniew
W sercu człowieka ulegającego demonowi gniewu rośnie nienawiść do świata, ludzi i Boga. Człowiek taki stopniowo staje się podobny do bestii. Jest krytykancki, nieufny, zawzięty, oczernia innych. Ponieważ nie może zrealizować własnej wizji świata, wpada we frustrację, a ta prowadzi go do gniewu. Nie potrafi znieść grzeszności innych, uważając jednocześnie, że sam jest niemal doskonały.
Demon wykorzystuje nawet błahy pretekst, aby wywołać w sercu człowieka gniew. Czasami zwyczajne codziennie zajęcia, drobne sprawy czy wydarzenia, które potoczą się niezgodnie z zamierzeniami człowieka, mogą wzbudzić w nim gniew. Owładnięty nim nie może nawet spokojnie spać, gdyż męczą go senne koszmary, w których wspina się stromymi ścieżkami, spotyka krwiożercze i jadowite bestie, przed którymi ucieka.
Mnich opanowany przez demona gniewu traci w pewnym momencie zdolność odróżniania snu od jawy, w celi widzi dym i bestie, jego organizm słabnie, umysł popada w obłęd. Demon może też wykorzystywać skrywaną w sercu urazę. Dlatego poznanie własnych myśli i lęków, miłość bliźniego, przebaczenie, wielkoduszność, cierpliwość, łagodność i wyrozumiałość dla słabości innych oraz modlitwa Psalmami pełnią kluczową rolę w walce z tym demonem.
Demon szósty: acedia (lenistwo)
Ten demon atakuje mnicha najczęściej w południe. Wówczas dzień dłuży się, tak jakby miał pięćset godzin. Mnich nie może się doczekać pory posiłku, jest niespokojny i ciągle wygląda przez okno. Ogarnia go duchowe lenistwo i fizyczna ociężałość. Jest jak nierozumne zwierzę, z przodu ciągnięte przez pożądliwość, z tyłu popychane i bite przez nienawiść.
Ten demon, w przeciwieństwie do innych, dotyka całej duszy człowieka i sprawia, że pożąda on tego, czego nie ma, a nienawidzi to, co ma. Duchowe zniechęcenie, znużenie, oschłość, tchórzostwo, przygnębienie, niezdolność do koncentracji, obrzydzenie, atonia (osłabienie) duszy, jej paraliż – to określenia opisujące stan człowieka w acedii.
Ewagriusz mówi, że żonaty mężczyzna będąc w stanie acedii zmienia żonę, ponieważ obwinia ją o swoje cierpienie. Mnich z kolei chce uciec z celi łudząc się, że w innym miejscu będzie mu lepiej. Ma subiektywne poczucie opuszczenia przez braci, mistrza duchowego, oczekuje od nich pocieszenia, a nie otrzymując go oskarża ich o obojętność i brak miłości. Nikt nie jest jednak w stanie pomóc takiemu człowiekowi, ponieważ toczy on wewnętrzną walkę, w której przeciwnikiem nie jest żona, współbracia, koledzy z pracy, ale zranione “ja”. Jedynym lekarstwem jest wówczas przetrzymanie tego stanu i staranie się o większy obiektywizm w ocenie sytuacji.
Czasami demon zmienia strategię. Człowiek wypiera gniew i złość towarzyszące poczuciu niespełnienia. Na zewnątrz jest opanowany, ale w jego sercu wszystko się “gotuje”. A to powoduje, że jego dusza staje się nieczuła, niejako obumiera. Będący w takim stanie mnich modli się, ale nie sprawia mu to radości, żałuje za grzechy, ale nie odczuwa żalu. Najlepszym lekarstwem jest wtedy prośba o dar łez.
Inna strategia demona polega na tym, że pobudza człowieka do nadmiernej aktywności. Mnich wówczas chętnie posługuje wśród chorych, kieruje nim jednak miłość własna, a nie bliźniego – dla chorych jest niewyrozumiały. Także ludzie świeccy uciekają przed pustką w pracoholizm, szczycą się tym, że nigdy nie odpoczywają, mają poczucie winy, gdy nie znajdują zajęcia.
Kryterium oceny jest tutaj intencja. Jeśli ktoś szuka w podejmowanym działaniu siebie, to choćby zamęczył się ascezą albo pracą dla Boga jest to bez wartości. Ewagriusz mówi, że wszelka przesada, brak umiaru pochodzą od złego ducha. Demony bowiem powstrzymują przed czynieniem tego, co możliwe, a skłaniają do robienia rzeczy niemożliwych.
Lekarstwami w walce z demonem acedii są wytrwałość w powziętych postanowieniach oraz zachowanie właściwej miary.
Autorzy średniowieczni “demonem południa” nazwali poczucie bezsensu życia i niepokoju, jakie dotyka człowieka w “południe” życia, czyli około czterdziestego roku życia. C. G Jung nazwał to doświadczenie “kryzysem wieku średniego”.
Demon siódmy: próżność
Żeglarze wyrzucali w czasie burzy zbędne rzeczy po to, aby okręt miotany przez fale nie zatonął. Według Ewagriusza podobnie robią ci, którzy wybierają życie mnisze. Nie powinni jednak walczyć z namiętnościami w taki sposób, by widzieli to inni. W przeciwnym razie oddają się demonowi próżnej chwały. Są wtedy jak grzesznicy, którzy szczycąc się wyzwaniami rzuconymi Bogu, szukają podziwu ze strony innych.
Przed demonem próżnej chwały ucieczka jest bardzo trudna. Każde bowiem zwycięstwo nad namiętnościami może stać się powodem próżności. Mnich “zapętla się” duchowo, ponieważ z jednej strony stara się oczyścić duszę, a z drugiej wpada w próżność i wzmacnia własne ego.
Człowiek opanowany przez tego demona ponad wszystko chce osiągnąć sukces, pragnie pierwszeństwa, nie dba o jedność z innymi braćmi czy współpracownikami. Uzależnia jakość swojego działania od pochwał. Jednocześnie sam nie potrafi chwalić innych. W ten sposób demon próżnej chwały otwiera drzwi duszy innym demonom i doprowadza ją do upadku.
Czasami demon sprawia, że człowiek zabiega o towarzystwo ważnych osób lub wiąże się z różnymi znanymi instytucjami. Czuje się ważniejszy i lepszy od innych, ponieważ przebywa w elitarnych i wpływowych środowiskach.
Jedynym skutecznym sposobem walki z tym demonem jest wytrwała modlitwa, oczyszczanie motywacji podejmowanych wyrzeczeń i skromność.
Demon ósmy: pycha
Demon pychy kusił mnicha zawsze jako ostatni. Najczęściej przedstawiał mu Boga jako bezsilnego, a wtedy miłość własna opanowywała wszystkie działania i myśli mnicha. Demon ukazywał też Boga jako faworyzującego jednych, a odrzucającego drugich. Podpowiadał mnichowi, że przecież bardziej niż inni zasługuje na względy Najwyższego, bo tyle wycierpiał, wybierając życie ascety. Mnich ulegając pokusie wierzył, że własnymi siłami pokonywał trudności. Ulegając pysze wracał niejako do początku swojej drogi, a nawet – jak twierdzi Ewagriusz – pogarszał swój stan, przed czym przestrzegał Jezus Chrystus [por. Mt 12,45].
Pontyjczyk nazywa pychę urojeniem, złą gorliwością, mroczną ułudą, zarozumiałością ciała. Opanowany przez nią człowiek stawia się na miejscu Boga i podkreśla swoją niezależność. Wcześniej czy później sam staje się jak demon, który go opanował. Nie przyjmuje napomnień, przypisuje sobie wszystkie zasługi, gardzi innymi. Wszystkich dookoła uważa za głupców, którzy nie dostrzegają jego “wielkości”. Poucza i nie toleruje słabości innych, pogardza grzeszącymi.
Lekarstwem jest pokora, posłuszeństwo Bogu, cierpliwe znoszenie przeciwności losu i zniewag. Tylko człowiek akceptujący swoją zależność od Boga i ograniczoność jest w stanie cieszyć się życiem i ma szansę zdobyć prawdziwą Bożą mądrość. Mnich powinien opłakiwać swoje grzechy, a nie cudze, pamiętać o krzywdach, jakie wyrządziły mu demony, nie chwalić się czynionym dobrem i słuchać swojego kierownika duchowego.
Anna Dąbrowska/Fronda.pl
źródło: www.katolik.pl; Ewagriusz z Pontu: “O różnych rodzajach złych myśli. O ośmiu duchach zła”, Biblioteka Ojców Kościoła.
mp/katolik.pl
+++
Pomysł na miłość
Praktyki pokutne są niezwykle owocne, gdy towarzyszy im właściwa motywacja. Doświadczenia osób zakonnych w tym względzie mogą posłużyć za inspirację.
ISTOCKPHOTO
***
Karmelitanki codziennie indywidualnie w celi – a w piątki wspólnotowo – odmawiają Psalm 51, pokutny. Robią to na kolanach i z rękami rozłożonymi „w krzyż”. Co jakiś czas spotykają się też na kapitule win. To rodzaj nabożeństwa pokutnego, podczas którego każda z zakonnic głośno przeprasza pozostałe siostry za zewnętrzne uchybienia. – Przepraszam na przykład za to, że komuś za ostro odpowiedziałam, że nie byłam wierna w milczeniu, spóźniłam się na modlitwy, jestem za mało ofiarna i rzadko zgłaszałam się do zmywania naczyń – wylicza s. Agnieszka Grzybek OCD. Zastrzega, że nie jest to żadna publiczna spowiedź, bo chodzi o sprawy, które i tak są jawne. – Ale usłyszenie tego od osoby, która jest sprawcą, zupełnie zmienia stosunek do niej. Inaczej się ją przyjmuje. Widzę, że ona dostrzega to zachowanie i go nie chce. To akt bardzo wspólnototwórczy, a wypowiedzenie tego przed wspólnotą jest stanięciem w prawdzie, a jednocześnie rodzajem umartwienia – zapewnia.
Urszulanki Unii Rzymskiej w Wielkim Tygodniu mają tzw. kompletę z przeproszeniem, gdy wszystkie siostry przepraszają siebie nawzajem. – Każda siostra podchodzi wtedy do każdej i mówi, za co konkretnie przeprasza – wyjaśnia s. Gabriela Porada OSU. Dodaje, że w niektórych wspólnotach zdarzają się też spotkania, podczas których siostry po kolei wstają, mówią, za co przepraszają wspólnotę i drugą osobę, a następnie proszą o modlitwę. Na końcu przeprasza przełożona, po czym inicjuje modlitwę jako zadośćuczynienie za te uchybienia.
Urszulanki w Wielkim Poście bardzo często obowiązuje przy posiłkach całkowite milczenie. – To zależy od wspólnoty, ale zasadniczo milczymy przy śniadaniu. Przy innych posiłkach czasami jest czytanie – tłumaczy.
– Byłam też w takich wspólnotach, w których wyznaczałyśmy sobie cel tygodniowo: pracujemy nad tym i nad tym, na przykład nad językiem albo nad gestami miłości, żeby zwrócić uwagę na osoby starsze i chore we wspólnocie. Każda wspólnota wyznacza indywidualnie takie praktyki – wyjaśnia urszulanka.
Ustalamy co roku
U franciszkanów każdego roku przed Wielkim Postem zbiera się kapituła domowa, czyli wszyscy bracia z klasztoru, którzy ustalają praktyki pokutne. – Decydujemy na przykład, że dwa razy w tygodniu mamy na obiad tylko jedno danie. Albo że rezygnujemy w tym czasie z rekreacji, czyli z cotygodniowego rodzinnego święta. Zawsze się coś na to spotkanie kupuje, słodycze i coś konkretniejszego, więc pieniądze, które na to przeznaczaliśmy, zbieramy i przekazujemy siostrom prowadzącym dom dla bezdomnych – tłumaczy o. Syrach Janicki OFM, wykładowca duchowości w seminarium w Katowicach-Panewnikach. Wyjaśnia, że braciom towarzyszą dodatkowe modlitwy pokutne. Ponadto w każdy piątek w Wielkim Poście spożywają jeden posiłek w milczeniu. – Tak robiliśmy w poprzednich latach, natomiast co będzie w tym roku, dopiero ustalimy. Tu chodzi o umartwienia wspólnotowe, niezależnie od postanowień, które każdy podejmuje osobiście – zauważa franciszkanin.
Nie marnuj cierpienia
Podejście do praktyk pokutnych w różnych zgromadzeniach jest odmienne, jednak we wszystkich stanowią one ważny element życia duchowego. U Misjonarek Chrystusa Króla dla Polonii Zagranicznej podkreśla się osobistą decyzję w podjęciu danego postanowienia. – Nasz założyciel o. Ignacy Posadzy mówił, żebyśmy były pomysłowe w podejmowaniu wyrzeczeń. Istotne jest wypełnianie codziennych obowiązków bez narzekania, przyjmowanie z otwartością i gotowością tego, co wynika ze ślubów i co przynosi każdy dzień. To, co trudne, mamy jednoczyć z krzyżem Pana Jezusa, żeby „nie marnować cierpienia” – wyjaśnia s. Magdalena Wielgus MChR. Zaznacza, że założycielowi zależało na zdrowej pomysłowości, żeby każda z sióstr dostrzegła u siebie, co dla niej jest przestrzenią ofiary, i żeby chętnie ją podejmowała. Co ważne, umartwienie to ma się odbywać bez zwracania na siebie uwagi, bez cierpiętnictwa, ale z miłością. Siostry praktykują też wspólnotowe posty, najczęściej podejmowane w konkretnych intencjach. – Na przykład wczoraj miałyśmy post w intencji pokoju na Ukrainie. Mamy też całoroczny post w intencji powołań. Rozpisujemy kalendarz na cały rok i siostry wpisują się na dzień postu – tłumaczy. Dodaje, że w Wielkim Poście każda wspólnota siada razem i wspólnie podejmuje jakieś wyrzeczenie, łącząc je z dziełem miłosierdzia.
– Myślę, że takie formy postu są możliwe do praktykowania dla każdego, szczególnie przyjmowanie w zaufaniu Panu Bogu, z radością i miłością tego, co przynosi każdy dzień. Dobrze jest nadać temu określoną intencję – radzi s. Magdalena.
Nie marudzić
Podobnie do kwestii umartwienia podchodzą pallotyni. – Założyciel zgromadzenia św. Wincenty Pallotti był człowiekiem pokuty, ale to, co robił, wyszło na jaw dopiero po jego śmierci – głęboko przeżywał mękę Pańską, nosił włosienicę, biczował się… Znane to było jednak tylko Bogu. Natomiast członków zgromadzenia nie zobowiązywał do jakichś specjalnych umartwień – mówi br. Mirosław Myszka SAC. – Owszem, podejmujemy praktyki postne, ale one zależą od dyrektora domu. Na przykład we wspólnocie, w której teraz jestem, mamy więcej dni postnych: trzy w tygodniu. Zawsze też jesteśmy nastawieni na to, żeby trudności dnia codziennego przyjmować jako dane od Boga. Żeby nie marudzić, nie narzekać i nie uważać się za szczególnie doświadczonego. Każdy we wspólnocie ma coś innego, z czym musi się zmagać. Chcemy przyjmować to w duchu pokuty za swoje grzechy i za grzechy innych. Poddanie swojego zdania pod osąd wspólnoty to także okazja do umartwienia. Pewnie każdy z nas ma takie sprawy, które przyjmuje w duchu posłuszeństwa i miłości, na przykład trudności zdrowotne – zauważa pallotyn.
Zapraszam ciało
Jakie znaczenie mają wszystkie te umartwienia? Siostra Agnieszka podaje przykład jednej z młodszych sióstr. – Powiedziała mi: „Chodzi o to, żeby zaprosić ciało do tego, co praktykuję na modlitwie”. A co ja mówię Panu Bogu na modlitwie? Że Go kocham, że chcę oddać dla Niego wszystko, chcę służyć tak jak On, chcę przebaczać jak On, chcę stawać w prawdzie, bo prawda mnie wyzwoli. Chodzi o to, żeby wszystkie te pobożne myśli wprowadzić w praktykę codzienności, czy to przez przeproszenie za to, w czym nie dostaję, czy to przez „zaproszenie ciała” gestem rozkrzyżowanych rąk – wyjaśnia. – Ten gest mówi, że z Chrystusem chcę się dać ukrzyżować. Ma to sens, że gesty te wykonuję przed wspólnotą, bo jeśli wspólnota je widzi, ma prawo ode mnie wymagać: „Słuchaj, pokazujesz nam, że chcesz się upodobnić do Chrystusa ukrzyżowanego, więc bierzesz za to odpowiedzialność” – uważa karmelitanka.
– Jeśli człowieka jakieś postanowienie kosztuje, to też w naturalny sposób kieruje go do Pana Boga, bo bez Bożej łaski trudno byłoby wytrwać – wskazuje o. Syrach. W jego przekonaniu taką formę można zastosować w rodzinie – na przykład w Wielkim Poście nie jemy słodyczy czy paluszków, a zaoszczędzoną kwotę przeznaczamy na biednych czy na inny dobry cel. Albo że w niedzielę nie włączamy telewizora. – Oczywiście oprócz tego każdy indywidualnie może podjąć jakieś umartwienie. Istotna jest w tym wszystkim intencja nadprzyrodzona. W poście nie chodzi przecież o fitness, tylko o nawrócenie – wskazuje zakonnik.
Ania, piątek!
Czy zakonne praktyki pokutne są do zastosowania w życiu świeckich? – Myślę, że wszystkie – ocenia s. Gabriela. – Wzajemne przeproszenie – jak najbardziej. Można też zorganizować w rodzinie rodzaj dnia skupienia, podczas którego ograniczamy rozmowy. To działa w dwie strony. Ja od rodzin przejęłam praktykę wyrzeczenia się czegoś słodkiego, kawy czy herbaty. Albo piątkowe milczenie – wyłączenie radia, telewizora. Mój tata to praktykował. Wchodził do mojego pokoju i mówił: „Ania, piątek”. I wychodził. Wiedziałam, że ma na myśli wyłączenie magnetofonu i radia. Ale zostawiał mi wolność. I mam do dzisiaj w głowie: „Ania, piątek”. Wiele czerpię od świeckich i dostosowuję to do swoich warunków. Na przykład teraz muszę się pokornie dostosować do choroby nowotworowej. Przy zmęczeniu, jakie czuję, przy chemii, którą biorę, narzucę sobie rytm modlitwy, pracy i wyrzeczenia w ciągu dnia. Co z tego, że mnie boli? Jeśli koleżanka chora na raka wstaje, bo dzieci tego wymagają, to ja wstanę, choć też jest mi trudno. Przez godzinę pracuję. Koniec. Słaba jestem, okej, ale mogę zrobić coś w granicach moich możliwości. Nie chcę, żeby choroba doprowadziła mnie do stanu, w którym myślę tylko o sobie. I to pragnę Panu Jezusowi ofiarować. Pragnę tego ze względu na Niego. Ze względu na to, że widzę, co się dzieje: że świat potrzebuje modlitwy i ofiary – i jakąś cząstkę w to wnoszę. Wydaje mi się, że możemy się nawzajem obdarować. Cenię sobie przyjaźń każdego człowieka, który kocha Jezusa i pokazuje mi swój pomysł na tę miłość.•
Franciszek Kucharczak/Gość Niedzielny
+++
Wielki reset
Rozdzieranie serca, a nie szat, o którym pisał w swoim proroctwie Joel, jest w istocie poszerzeniem swojej wewnętrznej przestrzeni. W tym: dla drugiego człowieka.
EAST NEWS
***
Po śmierci wszystkich pięciorga dzieci pogrążeni w żałobie rodzice postanawiają się rozstać. Ona wstępuje do zakonu. On – już po jej śmierci – zostaje jezuitą, księdzem. I choć nie pożyje długo jak na obecne standardy (umrze w wieku 45 lat), przeżyje „czasów wiele”, owocnie głosząc słowo Boże i promując idee trzeźwościowe. Przed samym wstąpieniem do zgromadzenia napisze wiersz, który pośród wielu jego dzieł rozbrzmiewać będzie najczęściej w kościołach w okresie Wielkiego Postu. „W krzyżu cierpienie” – czy jest bardziej, czy mniej popularne niż „Chwalcie łąki umajone”, trudno rozstrzygnąć. Ale co do tego, jak bardzo słowa tego wiersza wypływały z życiowego doświadczenia Karola Antoniewicza, wątpliwości mieć nie należy żadnych.
Dumny proch i rozdarte serce
Dziś jego kazania nie cieszyłyby się być może wielkim powodzeniem, a krytyków znalazłoby się co niemiara. Utyskiwaliby na pesymistyczny obraz kondycji ludzkiej, straszenie piekłem i tak dalej. Choć wciąż chętnie pochylamy głowy w Popielec, aby je posypano popiołem, na zbyt głęboką refleksję nad tym, czy prochem jesteśmy i w proch się obrócimy, czasu nam brakuje. A jednak ten poetycki szlif Antoniewicza sprawił, że odnaleźć w jego kazaniach można naprawdę perełki. Choćby taką: „O dumny prochu! O człowieku, wielkie nic! Pamiętaj, że kamień grobowy to ów kamień malarski, który wszelkie kolory na proch rozciera. Wglądnij w mogiły; przypatrz się tym kościom rozsypanym i odgadnij barwy, którymi te prochy się niegdyś odznaczały. To, co wszyscy ludzie, wszystkie pokolenia nie potrafiły, to śmierć uczyniła. Równość prochów żyjących jest marzeniem, równość prochów umarłych jest prawdą!”. Wiem, te wszystkie kości i mogiły charakteryzowały kaznodziejstwo czasów minionych, dzisiaj podkreślalibyśmy przede wszystkim to, że Chrystus cierpiał i zmartwychwstał, żeby te kości w ostatecznym rozrachunku znów mogły stać się ciałem. Ale ta „równość prochów” intryguje. Trzeba nam sobie bowiem zdać sprawę z tego, że nawrócenie dotyczy wszystkich i nie warto tracić czasu na mrzonki o tym, że kiedyś tam to na pewno się nawrócę. A tym bardziej na wmawianie sobie, że inni mają grzechy o wiele poważniejsze.
Prorok Joel trochę płata figla biblistom, którzy mają kłopot z ustaleniem, kiedy właściwie żył. Drugi z grona dwunastu proroków mniejszych, odczytywany w Środę Popielcową, otwiera Wielki Post i robi to w bardzo dramatycznym stylu: „»Nawróćcie się do Mnie całym swym sercem, przez post i płacz, i lament«. Rozdzierajcie jednak serca wasze, a nie szaty! (…) Na Syjonie dmijcie w róg, zarządźcie święty post, ogłoście uroczyste zgromadzenie. Zbierzcie lud, zwołajcie świętą społeczność, zgromadźcie starców, zbierzcie dzieci i ssących piersi! Niech wyjdzie oblubieniec ze swojej komnaty, a oblubienica ze swego pokoju! Między przedsionkiem a ołtarzem niechaj płaczą kapłani, słudzy Pańscy!” (2,12-16). Z dużą dozą sceptycyzmu podchodzę do legend o świętych, którzy już jako niemowlęta w dni postne nie ssali matczynej piersi, ale ten obraz prorocki ma podstawowe przesłanie: lud musi się zgromadzić w całości, zjednoczyć od najstarszego do najmłodszego – kobiety i mężczyźni, młodzi i starzy, kapłani i świeccy. Chodzi w istocie o wielki „reset”, metaforycznie nawiązując do współczesnych realiów. O powrót do pierwszej miłości. Nigdy, ale to absolutnie nigdy nie nastanie epoka, w której Lud Boży będzie mógł pozostać obojętnym, niezainteresowanym tematyką nawrócenia i postu. Jeśli takim by się stał, przestanie być Ludem Bożym. Rzecz jasna należy właściwie rozkładać akcenty – nie o strach przed rozsypanymi pozostałościami naszych ciał symbolizującymi przemijalność człowieka tu chodzi, ale o zaufanie Zbawicielowi, autentyczne zainteresowanie tym, co dla tego człowieka zrobił i jaka powinna być odpowiedź na to zbawcze dzieło.
Stracić wszystko
Kiedy człowiek traci wszystko i staje na krawędzi, ma szansę doświadczyć siebie w szczególny sposób, bez jakichkolwiek zabezpieczeń. Antoniewicz musiał najpierw utracić piątkę najdroższych dzieci i pożegnać ukochaną żonę, zanim napisał: „W krzyżu miłości nauka”. Jest w tej traumatycznej sytuacji tracenia jednak pewien aspekt pouczający. To powszechne, że ludzie, którzy na skutek traumy wojny czy głodu utracili cały swój dobytek, zaczynają rozumieć, jak mało cenili najprostsze rzeczy. Dopiero wtedy, kiedy ci zabraknie chleba albo dachu nad głową, zaczynasz żałować, że nigdy nie podziękowałeś Bogu za to, że każdego dnia miałeś co włożyć do miski i gdzie położyć się spać. Ba – nasza rozbujała w pożądaniu konsumpcji cywilizacja mało w rzeczywistości rozumie z traumy tych, których jest na tym świecie więcej: głodnych i bezdomnych. To wszystko daleko, nie za bardzo realne; siedząc w klimatyzowanym pojeździe w coraz większym korku, trudno się na tym skupić. Tymczasem to „rozdzieranie nie szat, a serca”, o którym napisał Joel, jest de facto zadaniem poszerzenia przestrzeni swojego serca, w tym na innych. I w pewnym sensie o tracenie tu chodzi, dobrowolne pozbawianie się tego, czym się dysponuje. Żeby podzielić chleb z głodnym, trzeba uszczknąć z własnej kromki; żeby wysłuchać strapionego, trzeba poświęcić mu kawałek swojego własnego, tak cennego czasu. Wydaje się, że w jakiś sposób czyni się tym samym siebie samego biedniejszym. To pozór – każdy, kto choć raz w życiu bliźniemu pomógł, doświadczył zapewne tej wyzwalającej mocy tracenia. W istocie stajesz się bogatszym!
Tegoroczny cykl wielkopostny w „Gościu Niedzielnym” jest zaproszeniem do… wzbogacenia się. Nie bez przyczyny. Wyalienowani i skupieni na samych sobie zapominamy często o tych obok nas, którzy się smucą, doświadczają niesprawiedliwości czy popadają w zwątpienie. Sami płacimy za tę ślepotę wobec potrzebujących cenę wysoką, bo człowiek skoncentrowany na sobie o wiele częściej popada w smutek i przygnębienie, jest po prostu nieszczęśliwy.
W krzyżu nauka
Uczynki miłosierne w katechizmach pojawiały się od setek lat, aczkolwiek dziwi fakt, że w obowiązującym obecnie Katechizmie Kościoła Katolickiego pominięto… pierwszy z nich, czyli „grzeszących upominać”: „Pouczać, radzić, pocieszać, umacniać, jak również przebaczać i krzywdy cierpliwie znosić – to uczynki miłosierdzia co do duszy” (2447). Franciszek w swojej bulli ogłaszającej Nadzwyczajny Jubileusz Miłosierdzia 2015, zatytułowanej Misericordiae vultus, napisał jednak: „Nie zapominajmy o uczynkach miłosierdzia względem ducha: wątpiącym dobrze radzić, nieumiejętnych pouczać, grzeszących upominać, strapionych pocieszać, urazy chętnie darować, przykrych cierpliwie znosić, modlić się za żywych i umarłych”. I słusznie, bo już święty Tomasz z Akwinu w „Sumie teologicznej” stwierdził, że braterskie upomnienie jest wyraźniej nawet niż leczenie chorób cielesnych lub uratowanie od biedy drogą wsparcia, uczynkiem miłości. Nie wolno o tym zapomnieć, ale i trzeba mieć w pamięci, że autentyczne upominanie powinno zawsze wypływać z miłości i prawdziwą miłość wyrażać.
„W krzyżu cierpienie, w krzyżu zbawienie, w krzyżu miłości nauka”. Ta triada: cierpienie–zbawienie–nauka miłości, jak się wydaje, po prostu odzwierciedla dzieło Chrystusa. Cierpiał za nas, zbawił nas, nauczył nas miłości. Szczerze jednak mówiąc, nie za bardzo w codziennym życiu przemawia do nas to ostatnie. Owszem, wielu uznaje Go za wzór do naśladowania. Historia bogatego młodzieńca, na którego spojrzał z miłością, powiela się każdego dnia. Odchodzimy zasmuceni, bo utrata tego, do czego jesteśmy przywiązani, wydaje się nie do zaakceptowania. I to jest prawdziwy dramat, bo żeby faktycznie za Jezusem iść i nie zboczyć z drogi, trzeba przyjąć do wiadomości, że jest to Ten, który niesie krzyż. •
ks. Adam Pawlaszczyk/Gość Niedzielny
+++
Nadzieja w Miłosierdziu. Cud w otchłani. Eucharystia
„Życie to podróż, w trakcie której stopniowo wypuszczamy pamięć z rąk”.
Wikimedia
***
Chodź, opowiem ci o miłosierdziu. Dziś powinno to zabrzmieć raczej: chodź, zaprowadzę cię do Miłosierdzia. Ale najpierw opowiem. Bo zanim ruszymy w podróż, warto, żebyś wiedział, że droga sama w sobie jest zawsze wynikiem decyzji. Trzeba wstać, czasem założyć buty, a czasem nie, zamknąć za sobą jakieś drzwi. I iść. W tej drugiej części opowieści o miłosierdziu będzie to droga ku największej tajemnicy miłosierdzia, jaka istnieje, kiedykolwiek istniała i kiedykolwiek zaistnieje. Nigdy już na tej ziemi nie pojawi się większa, bardziej przemieniająca, skuteczniejsza. Ta tajemnica nazywa się Eucharystia.
Cud w otchłani
W 1979 roku kardynał Józef Ratzinger napisał list pasterski na Wielki Post, który rozpoczął od pewnej opowieści. Poznaj ją: „Poległy w czasie II wojny światowej rosyjski żołnierz nosił w swojej torbie następującą modlitwę: »Słyszysz mnie, Boże? Nigdy jeszcze w moim życiu nie rozmawiałem z Tobą. Ale dziś chcę Cię pozdrowić. Ty wiesz, że od mojej najwcześniejszej młodości wmawiano mi, że nie istniejesz, a ja byłem tak głupi, że w to uwierzyłem. Jeszcze nigdy nie przyjąłem do wiadomości piękna Twojego stworzenia i dopiero dziś to piękno rozpoznałem, kiedy nagle otwarła się przede mną przepaść: rozgwieżdżone nade mną niebo (…). To cud, że w otchłani potwornego piekła ujrzałem światło i że mogłem Cię dziś zobaczyć«”.
Owszem, ziemia jest ziemią, niebo – niebem, a piekło – piekłem. Czy jednak czasami nie zdaje ci się, że ludzie na ziemi gotują sobie nawzajem piekło? Czasami robią to sami sobie, usiłując następnie dociec przyczyn sytuacji, w jakiej się znaleźli, i nie potrafią. Wiedzą jedynie, że tkwią w jakimś piekle, które jest dla nich nie do zniesienia. Pierwszy akapit tej opowieści o miłosierdziu i zarazem początek podróży to uznanie, że pośród wielu piekieł, które człowiek nagminnie sobie kreuje, może – dzięki Miłosierdziu – ujrzeć światło. Może zobaczyć Boga. Oraz że zawsze jest to cud. Nazywa się Eucharystia.
Bóg-człowiek: historia cudu
Relacje pomiędzy Bogiem i Jego stworzeniem zawsze były skomplikowane. Człowiek taki był i jest. Pustynny kurz w Egipcie – wdychany przez Izraelitów i mieszający się z ich potem oraz krwią podczas morderczego wyrabiania cegieł – na drzwiach egipskich domów nieskropionych krwią baranka dopuszczał do nich anioła śmierci. Wszystko, co pierworodne, poniosło śmierć. Nie wystarczyła jednak ta śmierć do przemiany twardego serca faraona. W drodze przez pustynię do wymarzonej ojczyzny wędrowcy wołali o chleb, potem o mięso, potem o wodę, z gorzkim wyrzutem pod adresem Boga, który ustalił wysoką cenę za wolność. Nie wystarczył ten chleb nazwany „pokarmem mizernym”, by przemienić serce Bożego ludu, trzeba było palącego jadu węży, by skamieniałe serca przyjęły prawdę o kosztach, które trzeba ponieść, żeby stać się wolnym wewnętrznie. Cała historia wypełniona jest tego typu przykładami, aż do pamiętnej wieczerzy wyprzedzającej wydarzenia, w czasie której Jezus wziął chleb i wino, a odmówiwszy dziękczynienie…
Twardy, wyschnięty chleb, nawet jeśli jest trudniejszy do przełknięcia, wciąż – po odpowiedniej obróbce – nadaje się do zjedzenia i może stanowić pokarm. Ale na twarde, wyschnięte serce pomóc może jedynie cud. Dlatego właśnie dał nam Bóg Eucharystię… Zrozumieć, że przynależy ona raczej do porządku wspólnoty, której została podarowana, niż do przestrzeni indywidualnego spotkania z Bogiem. Co nie oznacza, że osobiste z Nim spotkanie nie jest tu istotne. Nauczyć się go jednak można tylko i wyłącznie od mądrej matki.
Matka nauczająca
Przyszły papież w 1979 roku na wątku „uczenia się” oparł właściwie cały swój pasterski list. „Nikt nie uczy się sam mówić” – stwierdził, dodając: „Nauczyliśmy się tego od naszej matki, od wspólnoty tych wszystkich, którzy wprowadzali nas w życie”. Słowo „matka” jest i będzie kluczowe dla tej refleksji. Trzeba je odnieść do Kościoła, który w XXI wieku ocenia się według rozmaitych kryteriów, najczęściej oddających jego słabe strony, zaprzeczających nadprzyrodzonemu pochodzeniu, a przede wszystkim… macierzyństwu. Obraz, który się z tych ocen wyłania, jest nieprawidłowy i wywołuje – co zrozumiałe – nieprawidłowe reakcje. Przynajmniej w pewnych częściach świata. Tymczasem Kościół był, jest i będzie matką. Przedziwna to zbieżność, ale dokładnie w tym samym okresie, w którym przyszły Benedykt XVI kierował do wiernych swój pasterski list, Jan Paweł II kończył swoją pierwszą encyklikę (Redemptor hominis) słowami: „Kiedy przeto u początku nowego pontyfikatu myśli moje i serce skierowuję ku Odkupicielowi człowieka, przez to samo pragnę wejść i wniknąć w najgłębszy rytm życia Kościoła. Jeśli bowiem Kościół żyje swoim własnym życiem, to tylko dzięki temu, że czerpie je od Chrystusa, który zawsze tego tylko pragnie, abyśmy to życie mieli – i mieli w obfitości (por. J 10,10). Równocześnie ta pełnia życia, która jest w Nim, jest dla człowieka. Kościół przeto, jednocząc się z całym bogactwem Tajemnicy Odkupienia, najbardziej staje się Kościołem żywych ludzi – żywych, bo ożywianych od wewnątrz działaniem Ducha Prawdy (J 16,13), bo nawiedzanych miłością, którą Duch Święty rozlewa w sercach naszych (por. Rz 5,5). Celem wszelkiej w Kościele posługi – apostolskiej, duszpasterskiej, kapłańskiej, biskupiej – jest zachować tę dynamiczną spójnię Tajemnicy Odkupienia z każdym człowiekiem. Kiedy uświadamiamy sobie to zadanie, wówczas jeszcze lepiej zdajemy się rozumieć, co to znaczy, że Kościół jest matką” (RH 22). Nie jest przypadkiem, że właśnie tę prawdę zawartą w „Odkupicielu człowieka” (cudzysłów można by pominąć, prawda?) przyszły święty Jan Paweł II umieścił w swoim programowym dokumencie. Jej poetycki zapis odnaleźć można na Lateranie, w baptysterium zbudowanym w IV wieku. To słowa świętego Leona Wielkiego: „Tutaj rodzi się lud ze szczepu Bożego, przeznaczony do nieba, poczęty w wodach płodnych Duchem. Matka Kościół w dziewiczym porodzie wyda na świat tych, których poczęła za sprawą Ducha Świętego”.
Bóg niewymyślony
Jeżeli mówienia uczymy się od matki, to i modlitwy, twierdzi Ratzinger: „Jeśli ktoś sam chce wymyślić Boga, to wtedy pozostaje właściwie zawsze wymyślony Bóg, o którym z pewnością nie może on wiedzieć, czy teraz rzeczywiście się przysłuchuje i odpowiada. Izolowany i izolujący się człowiek pozostaje w końcu opuszczony i samotny. Prośba Charles’a de Foucauld o rozpoznanie Boga została wysłuchana w momencie, kiedy prawie wbrew swojej woli poszedł do konfesjonału, właściwie tylko po to, aby się doinformować, ale kapłan nakłonił go, by zamiast tego wykorzystać sytuację kryzysową, wyznać grzechy i otrzymać rozgrzeszenie. I kiedy nie szukał już sam swojego Boga, lecz rozmawiał z Kościołem, rozwiązał się jego język i jego oko się otworzyło: mógł widzieć i modlić się. Także języka modlitwy musimy się nauczyć na wspólnej modlitwie i we wspólnocie z matką, z Kościołem; tylko w ten sposób modlimy się nie do wymyślonego przez nas samych boga, lecz do Boga, który się ukazał i który przez Chrystusa i jego Ducha wkłada nam samym słowa modlitwy do ust i do serca. Modlić się oznacza współmodlić się z wierzącymi wszech czasów, którzy nam niejako użyczyli najpierw swojego głosu i swoich słów. Oczywiście te słowa wyprzedzają nas, są o wiele za wielkie, byśmy je mogli duchowo wypełnić. Jednak ważne jest, byśmy dali się im porwać. Musimy mierzyć się z tymi słowami. Musimy pozwolić, by nas przemieniły. To właśnie należy do modlitwy, byśmy przez wspólną modlitwę z Kościołem wyszli z ciasnoty naszego »ja« i stali się innymi ludźmi”. Najdoskonalszym sposobem tego wychodzenia z ciasnego indywidualizmu i najdoskonalszą modlitwą Kościoła jest Eucharystia.
My nie możemy żyć
To jeden z najważniejszych akordów Symfonii Miłosierdzia. Nie da się opowiedzieć o Miłosiernym, jeśli nie przyprowadzi się słuchacza do ołtarza. W innym przypadku będzie to opowieść niepełna. Chodź, opowiem ci o Miłosierdziu, a właściwie ona – Faustyna – ci opowie. Podróż w kierunku tego Misterium jest zawsze jak droga ku Porankowi. Ty, jak wędrowiec ku światłu, słuchaj: „Kiedy miałam Hostię w ręku, odczułam taką moc miłości, że przez cały dzień nie mogłam nic ani jeść, ani wrócić do przytomności”. „Najuroczystsza chwila w moim życiu to chwila, w której przyjmuję Komunię świętą”. „Tu serce moje złączone z Twoim staje się jedno, tu już nie istnieją żadne tajemnice, bo wszystko Twoje – moim jest, a moje – Twoim. Oto wszechmoc i cud Twojego miłosierdzia”. „Aniołowie, gdyby zazdrościć mogli, toby nam dwóch rzeczy zazdrościli: pierwszej – to jest przyjmowania Komunii św., a drugiej – to jest cierpienia”. Te bardzo osobiste wyznania zapisane w „Dzienniczku” niech będą pierwszym krokiem podróży. Drugim niech się stanie wejście w prawdę o życiu Kościoła. „My nie możemy żyć bez Eucharystii” – mówili pierwsi chrześcijanie, łapani przez wrogów w trakcie Eucharystii i pouczani przez „przyjaciół”, że powinni na nią nie chodzić, jeśli chcą zachować życie. Znamienne, jak bardzo daleko odeszliśmy od tej prawdy, że nie możemy bez Eucharystii żyć. Opowiadanie o Miłosierdziu, snucie refleksji o nim, śpiewanie hymnów na jego cześć nie ma najmniejszego sensu, jeśli nie powiąże się go z tym największym cudem, jakim jest Eucharystia. Oddzielanie tej prawdy od prawdy o Kościele może co najwyżej spowodować dezinformację. Zdeformować obraz jak w krzywym zwierciadle. Nie wystarczył chleb nazwany „pokarmem mizernym”, by przemienić serce Bożego ludu? Potrzeba było palącego jadu węży, by skamieniałe serca przyjęły prawdę o kosztach, które trzeba ponieść, żeby stać się wolnym wewnętrznie? Na twarde serce pomóc może jedynie cud, dlatego Bóg dał nam Eucharystię. I dlatego uczynił nas Kościołem. „Życie to podróż, w trakcie której stopniowo wypuszczamy pamięć z rąk” – jako motto tej opowieści o podróży z książki japońskiej autorki Sanaki Hiiragi „Fotograf utraconych wspomnień” nadaje się doskonale do podsumowania. Czyż Eucharystii nie nazywamy Pamiątką? Nazywamy. Pamięć, stopniowo wypuszczana przez nas z rąk, wydaje się w naturalny sposób skazana na zaniki. Izraelici na pustyni wybiórczo wspominali zaledwie garnki pełne mięsa, zapominając o cięgach od egipskich biczów na plecach. Pamiątka, w której możemy uczestniczyć każdego dnia, która co minutę powtarza się na milionach ołtarzy całego świata, czyni z nas uczestników cudu i świadków największego objawienia Miłosierdzia Bożego w historii.
ks. Adam Pawlaszczyk/Gość Niedzielny
***
Wynagradzamy za grzechy popełnione w naszej Ojczyźnie i modlimy się o wypełnienie się w niej Woli Bożej
***
Inicjatywa 24 Godzin Męki Pańskiej – ze szczególną intencją: za Polskę – została zapoczątkowana w sierpniu 2022 r. w jednej z parafii w Polsce i początkowo miała odbywać się tylko tam, ale najwyraźniej Boża Opatrzność chciała inaczej, bo już w następnym roku Męka została zaszczepiona w kolejnej parafii. Momentem przełomowym była ta organizowana w Siemianowicach Śląskich w październiku 2023 roku, kiedy to dołączyło kilkadziesiąt miast w całej Polsce, w których również odbyło się to nabożeństwo.
To pokazało, że polscy katolicy mają silną wolę zjednoczenia się we wspólnej modlitwie za Ojczyznę, którą kochają i której los nie jest im obojętny a Zbawiciel pragnie, aby na każdy skrawek polskiej ziemi, na każde miasto i na każdą wioskę spłynęła Jego drogocenna Krew, by je pobłogosławić i ochronić!
Sanktuarium Matki Bożej Gietrzwałdzkiej ul. Kościelna 4
Podczas nabożeństwa o charakterze ekspiacyjnym wynagradzamy za wszystkie grzechy popełnione w naszej Ojczyźnie, zwłaszcza za grzechy: zbrodni wobec nienarodzonych dzieci, nieczystości, apostazji, nienawiści, podziałów, kłótni i nieprzebaczenia, pijaństwa, rozwodów, niegodnego przyjmowania Komunii Świętej, zdrady Narodu. Żyjemy dziś w czasach największej apostazji, czyli odejścia od Boga. Sekularyzacja państw Zachodu jest faktem. Polska, choć uważana za ostoję katolicyzmu, też stopniowo ulega tej fali. Coraz więcej ludzi, także tych deklarujących się katolikami, żyje tak, jakby Pana Boga nie było i opowiada się za strukturami zła w swoich wyborach. Czas, w którym przyszło nam żyć, jest czasem bezkompromisowej walki duchowej. Ale co gorsza, nawet ludzie wierzący nie zawsze to widzą, trwając w stanie uśpienia i letargu. A przecież wiele proroctw mówi o szczególnej misji, jaką Polska ma odegrać wobec innych narodów. Jakże się to stanie, skoro widzimy, że sprawy w naszym kraju idą w tak złym kierunku? Będziemy modlić się, prosząc o wstawiennictwo: Maryję Królową Polski, Świętego Michała Archanioła, Anioła Stróża Polski, patronów Polski, a zwłaszcza św. Andrzeja Boboli, polskich świętych i błogosławionych oraz dusz w czyśćcu cierpiących naszych rodaków. Dziś mało kto wzywa do pokuty i nawrócenia. Bezprecedensowym wydarzeniem w dziejach Kościoła w Polsce była zorganizowana w 2016 r. Wielka Pokuta – największe w historii chrześcijaństwa nabożeństwo przebłagalno-ekspiacyjne, które zgromadziło pod wałami klasztoru jasnogórskiego ponad 140 tysięcy wiernych. Zebrali się, by prosić Boga o wybaczenie grzechów swoich oraz całego Narodu. Wierzymy, że tamto wydarzenie nie było ostatnim, ale zapoczątkowało akty kolejnych wynagrodzeń. Będziemy zatem modlić się w duchu i w łączności z Wielką Pokutą, aby kontynuować to wielkie dzieło ekspiacji. Podczas modlitwy o uwolnienie Polski spod mocy ciemności, które zostały wypowiedziane 15 października 2016 r., padły m.in. takie słowa:
„Ojcze, Boże Wszechmogący, nadszedł już czas, aby raz na zawsze odwrócić się od grzechów naszych i naszych nieprawości, które ranią Twoje Ojcowskie Serce, od szatana, księcia tego świata, ojca kłamstwa i iluzji, a zwrócić się całym sercem do Ciebie. Pragniemy jak mieszkańcy Niniwy dzisiaj błagać Cię o przebaczenie naszych grzechów, win i nieprawości. Za św. Janem Pawłem II wołamy: „Niech zstąpi Duch Twój i odnowi oblicze tej ziemi!”. Niech Jego oczyszczający i uświęcający płomień zstąpi teraz na nas tu obecnych, na wszystkich Polaków mieszkających na tej ziemi i poza jej granicami”.
Dlatego i my powtórzymy te słowa oraz inne fragmenty tej potężnej modlitwy, rozpalając wielki płomień, czego konkretnym wyrazem będzie wieńczące nasze spotkanie nabożeństwo przekazania Płomienia Miłości Niepokalanego Serca Maryi.
Zawalcz z nami o Polskę!
🇵🇱 TRANSMISJA ON-LINE: kanał YT VICONA
Telewizja Chrystusa Króla
Echo Boga FIAT
Wobroniewiary
Sanktuarium Maryjne w Gietrzwałdzie
🇵🇱 STRONA WYDARZENIA: www.vicona.pl/24
+++
5 marca
Środa Popielcowa rozpoczyna okres Wielkiego Postu
fot. Wojciech Łączyński/Archidiecezja Warszawska
***
Środa Popielcowa posiada szczególną liturgię. W kościołach celebrowane są Msze św. z obrzędem posypania głów popiołem.
Podczas liturgii kapłan błogosławi popiół, a następnie posypuje nim głowy wszystkich uczestniczących w Eucharystii.
Ten gest przypomina o pokucie i o nawróceniu.
***
Tego dnia, jak również w Wielki Piątek, katolików obowiązuje post ścisły.
od 14 roku życia – wstrzemięźliwość od pokarmów mięsnych (jak we wszystkie piątki całego roku) oraz post ścisły
osoby między 18 a 60 rokiem życia – spożycie trzech bezmięsnych posiłków tego dnia, w tym jednego do syta).
***
Na czym polega sens postu?
Post nie oznacza tylko tego, by jeść mniej oraz nie jeść mięsa. Sens postu polega także na tym, by poświęcić mniej czasu na przygotowanie potraw – dziś mięso można zastąpić wieloma wykwintnymi daniami, a w te dni chodzi o świadome odmówienie sobie jakiejś przyjemności. W dni postne chodzi przede wszystkim o pokutę, którą jako katolicy jesteśmy zobowiązani podjąć. (Kodeks Prawa Kanonicznego)
***
Katolicy są zobowiązani do uczestniczenia we Mszy świętej w każdą niedzielę i w święta nakazane. Katechizm Kościoła Katolickiego przypomina: „wierni zobowiązani są do uczestniczenia w Eucharystii w dni nakazane, chyba że są usprawiedliwieni dla ważnego powodu (np. choroba, pielęgnacja niemowląt) lub też otrzymali dyspensę od ich własnego pasterza. Ci, którzy dobrowolnie zaniedbują ten obowiązek, popełniają grzech ciężki” (art. 2181).
Środa Popielcowa nie należy do świąt nakazanych, dlatego katolicy nie są zobowiązani do uczestniczenia tego dnia we Mszy świętej i nie popełniają grzechu ciężkiego, jeśli nie przyjdą na Eucharystię.
+++
W Środę PopielcowąMsza święta z ceremonią posypania głów popiołem będzie o godz. 20.00 w kościele św.Piotra
+++
„Prochem jesteś i w proch się obrócisz”.
+++
Skąd wzięły się Środa Popielcowa i Wielki Post?
Wielki Post to czas modlitwy, wyciszenia, osobistej odnowy i nawrócenia. Rozpoczyna się w Środę Popielcową i trwa aż do Mszy Wieczerzy Pańskiej w Wielki Czwartek. Skąd wzięły się Środa Popielcowa i Wielki Post? Czy zawsze i wszędzie trwał 40 dni? Jak kiedyś wyglądał obrzęd posypania popiołem?
Dlaczego Wielki Post trwa 40 dni?
W pierwszych wiekach chrześcijaństwa poszczono tylko przez 40 godzin w Wielki Piątek i w Wielką Sobotę – mówi o. prof. Bazyli Degórski, patrolog, z Papieskiego Uniwersytetu św. Tomasza z Akwinu w Rzymie. Post trwający 40 dni poprzedzających Wielkanoc rozpowszechnił się w pierwszej połowie IV wieku – dodaje.
Pod koniec pontyfikatu Grzegorza Wielkiego (zmarł w 604 r.), ustalono rozpoczęcie Wielkiego Postu w środę poprzedzającą pierwszą niedzielę postu. W niedziele post oczywiście nie obowiązywał, a więc dodane dni dawały ważną liczbę 40 dni, która odnosi się do wydarzeń biblijnych, między innymi postu Pana Jezusa na pustyni.
Obecnie początek Wielkiego Postu zbiega się ze Środą Popielcową. Jednak nie wszędzie w Kościele katolickim i nie we wszystkich wyznaniach chrześcijańskich tak jest.Na przykład w Mediolanie i w całej jego metropolii obowiązuje obrządek ambrozjański, w którym Wielki Post rozpoczyna się o cztery dni później. Tak więc karnawał kończy się tam dopiero w sobotę. W Lombardii dniem postu i wstrzemięźliwości, który rozpoczyna Wielki Post, jest pierwszy piątek tego okresu – mówi o. prof. Degórski.
Tradycja posypywania głowy popiołem
Chcąc ustalić pojawienie się i dzieje Środy Popielcowej, trzeba dodać, że wywodzi się ona ze starochrześcijańskich rytów pokutnych – mówi paulin. Od połowy V wieku na początku Wielkiego Postu odbywał się obrzęd wypraszania z kościoła publicznych grzeszników. Mogli wrócić do wspólnoty dopiero po odprawieniu pokuty. Spowiadali się przed biskupem (albo jego delegatem), po czym o ustalonej porze przychodzili przed wejście do kościoła, byli wprowadzani do środka, a biskup i prezbiterzy posypywali im głowy popiołem, wypowiadając formułę biblijną: +Pamiętaj, człowiecze, że jesteś prochem i w proch się obrócisz; czyń pokutę, byś miał życie wieczne+. Biskup kropił ich następnie wodą święconą; święcił także ich szaty pokutne – wyjaśnia o. prof. Degórski. W X wieku, oprócz owych publicznych grzeszników, w tego rodzaju pokutnym obrzędzie uczestniczyli także inni wierni – dodaje.
Popiołem posypywano także głowę papieża podczas specjalnej celebracji. Nałożenie w Środę Popielcową popiołu na głowę papieża miało tradycyjnie miejsce w rzymskiej bazylice św. Anastazji na Palatynie – mówi o. prof. Bazyli Degórski. Z bazyliki tej ruszała następnie procesja pokutna, która boso (przynajmniej do XII w.) kierowała się do pierwszego kościoła stacyjnego u św. Sabiny na Awentynie, gdzie papież odprawiał nabożeństwo i wygłaszał homilię – dodał.
Ojciec profesor zaznacza, że świadectwa potwierdzające praktykowanie posypywania głów popiołem można znaleźć także na innych terenach. Między innymi na początku XI w. wspomina o nim anglosaski mnich benedyktyński znany jako Aelfric Grammaticus.
Ryt posypania głowy popiołem, który powstał jako praktyka związana ze zwyczajem rozpoczynania publicznej pokuty od Wielkiego Postu (od IV w.), wiązał się z używaniem włosiennicy i popiołu – mówi o. prof. Bazyli Degórski. Symbol popiołu przetrwał do naszych czasów – dodał.
Family News Service, pa/Stacja7
***
Proch z nadzieją
fot. ks. Rafał Starkowicz/Gość Niedzielny
***
Zwyczaj posypywania głów popiołem w pierwszym dniu Wielkiego Postu ma już prawie tysiąc lat. I wciąż jest czytelny.
W słowniku synonimów „posypać sobie głowę popiołem” znaczy: przeprosić, uderzyć się w piersi, ugiąć przed kimś karku, ugiąć przed kimś głowy, uznać swoją winę, ukorzyć się, pójść do Canossy, pokajać się, upokorzyć się, skruszyć się… Popiół od wieków symbolizuje uniżenie i żal z powodu własnych błędów. Stosowano go w różnych kulturach dla wyrażenia skruchy i chęci przeproszenia albo też jako znak żałoby po śmierci kogoś bliskiego. Posypanie popiołem wyrażało także rozpacz z powodu przegranej wojny bądź skutków kataklizmu. Użycie tej symboliki w chrześcijaństwie oznacza przyznanie: Jestem słaby i sam nie jestem w stanie sobie poradzić. Uznaję swoją kruchość i niezdolność do osiągnięcia czegokolwiek bez Twojej łaski.
Na długo zanim popiół stał się elementem liturgii, stanowił znak pokuty, pokornego przyjęcia porażki. W Biblii symbol ten występuje już w Księdze Hioba. „Kajam się w prochu i w popiele” – mówi Hiob, świadom swojej małości wobec Boga. „Córo mojego narodu, przywdziej wór pokutny i kajaj się w popiele!” – wzywa Jeremiasz, a Daniel wyznaje: „Zwróciłem więc twarz do Pana Boga, oddając się modlitwie i błaganiu w postach, pokucie i popiele”. W Księdze Judyty czytamy z kolei, że Izraelici, przeżywając ciężki lęk, „upadli na twarz przed świątynią, posypali głowy swoje popiołem i odziani w wory wyciągali ręce przed Panem”. A Juda Machabeusz i jego ludzie w rozterce „pościli, włożyli na siebie wory, głowy posypali popiołem i porozdzierali swoje szaty”. Wreszcie sam Jezus, wypowiadając „biada” nad Korozain i Betsaidą, stwierdza, że gdyby w Tyrze i Sydonie działy się podobne cuda, miasta te „już dawno w worze i w popiele by się nawróciły”.
Znak popiołu
Już w starożytności, gdy wyznawca Chrystusa popełnił szczególnie ciężki grzech, otrzymywał szansę pojednania z Kościołem po odbyciu surowej pokuty. Jej wyznaczeniu towarzyszył ceremoniał, który pomagał pokutnikom uświadomić sobie ciężar ich winy, a zarazem zrozumieć, jak wielką łaskę otrzymują, mogąc odpokutować swój grzech.
Najstarsze świadectwo posłużenia się popiołem w liturgii rozpoczynającej okres pokuty pojawiło się w IX wieku w tekście benedyktyńskiego mnicha Reginone z opactwa w Prüm. Dwieście lat później na synodzie w Benewencie papież Urban II wprowadził w Kościele zwyczaj posypywania głów. Ustalono też, że popiół używany do obrzędu ma pochodzić z palm, które rok wcześniej zostały poświęcone w Niedzielę Palmową.
„Na początku Wielkiego Postu wszyscy pokutnicy, którzy podjęli lub podejmą publiczną pokutę, stawią się u wejścia do kościoła przed biskupem miasta, ubrani w wory i bez obuwia, upadłszy twarzą do ziemi, uznając się winnymi swojego stanu; mają tam być dziekani, czyli archiprezbiterzy parafii, wraz ze świadkami, czyli prezbiterami pokutników, którzy mają starannie oceniać ich zachowanie” – zapisano w Pontyfikale Rzymskim, księdze liturgicznej z XII wieku. Następnie biskup nakładał pokuty odpowiednie do rodzaju popełnionej winy, po czym wprowadzał pokutników do kościoła i wraz z innymi duchownymi padał na twarz, modląc się o uwolnienie dla nich. „Wtedy, powstawszy do przepisanej modlitwy, nakłada na nich rękę, kropi wodą święconą, nakłada najpierw popiół, a potem włosiennicę na ich głowy, a wśród lamentów i wzdychania wymierza im karę na wzór Adama, który został wygnany z raju, tak i oni za swoje grzechy zostaną wygnani z kościoła” – czytamy.
Biskup „nakłada najpierw popiół”… Dziś w liturgii nie stosuje się worów pokutnych i nie chodzi się boso, ale wciąż używa się popiołu.
Proch to nie zgliszcza
– Nasze zwyczaje pokutne są powiązane z tymi, które istniały w judaizmie. Posypywanie się popiołem oznaczało tam w ogóle pokutę. Było formą rezygnacji z ozdabiania swojego ciała dla okazania, że się pości. Tak zachowały się Judyta i królowa Estera. Obie posypały się popiołem na znak pokuty – zauważa ks. dr hab. Dominik Ostrowski. Wskazuje, że w liturgii mówi się jednak o prochu (łac. pulvis), podkreślając, że jest różnica między popiołem a prochem. – Popiół ma w moim odczuciu bardziej negatywne znaczenie niż proch. Popiół (łac. cinis) to są zgliszcza, to, co zostaje po spaleniu. Kiedy spalimy coś na popiół, nic już z tego nie można zrobić; to kompletna destrukcja, materiał jałowy. Myśl ta ma odbicie w pewnym ograniczeniu dotyczącym obrzędów pogrzebowych z kremacją. Jeśli powodem kremacji jest niewiara w zmartwychwstanie, a przez spopielenie własnego ciała chce się zamanifestować tę niewiarę i beznadzieję, negując teologię chrześcijańską, wtedy prawo kościelne odmawia katolickiego pogrzebu – zaznacza liturgista, przypominając, że jeśli za kremacją nie stoją sprzeczne z teologią poglądy, jest ona dopuszczalna (choć wcale nie zalecana). Zwraca uwagę, że Bóg w Księdze Rodzaju mówi do człowieka: „Prochem jesteś i w proch się obrócisz”. – Prochem, nie popiołem. Proch nie jest materią całkowicie zniszczoną. Dlatego, choć w liturgii używamy popiołu, za tym znakiem stoi proch. Popiół nie może być budulcem, natomiast z prochu, przy użyciu odpowiedniego spoiwa, można coś odbudować. Wyraża to alternatywny werset przy posypywaniu popiołem: „Nawracajcie się i wierzcie w Ewangelię”. Oznacza to: Owszem, jesteś prochem i nawet się w proch obrócisz, ale Bóg może cię z tego prochu podźwignąć – podkreśla ks. Dominik Ostrowski.
Dla nowego życia
Chrześcijańska nadzieja udziału w zmartwychwstaniu Chrystusa przebija w treści modlitwy błogosławieństwa popiołu, która bez istotnych zmian była używana w liturgii Kościoła przez tysiąc lat, a i do tej pory się z niej korzysta. Składa się z czterech części. Pierwsza podkreśla majestat Boga i Jego łaskę, która przynosi zdrowie ciała i ducha: „Wszechmogący wieczny Boże, zmiłuj się nad pokutującymi, okaż łaskę błagającym i racz posłać świętego anioła swego, aby pobłogosławił i uświęcił te popioły, niech staną się zbawiennym lekarstwem dla wszystkich pokornie wzywających Twojego świętego imienia, którzy oskarżają siebie świadomi swoich przewinień i opłakują przed Twoją Boską łaskawością swoje złe czyny, a także pokornie i z całych sił proszą najczystszy Twój majestat, i daj, przez wzywanie najświętszego imienia Twego, aby każdy, kto będzie nimi posypany dla odkupienia swoich grzechów, dostąpił zdrowia ciała i ochrony duszy”.
Druga część nawiązuje do słów: „Prochem jesteś i w proch się obrócisz”. Jej odpowiednik w odnowionej liturgii brzmi: „Boże, Ty nie chcesz śmierci grzeszników, lecz ich nawrócenia, wysłuchaj łaskawie nasze prośby i racz w swojej dobroci pobłogosławić ten popiół, którym zamierzamy posypać nasze głowy; spraw, abyśmy uznając, że jesteśmy prochem i w proch się obrócimy, przez gorliwe pełnienie czterdziestodniowej pokuty otrzymali odpuszczenie grzechów i nowe życie na podobieństwo Twojego zmartwychwstałego Syna”.
Franciszek Kucharczak/Gość Niedzielny
***
Modlitwa na Środę Popielcową, aby dobrze rozpocząć Wielki Post
fot. ze strony: Wydział Katechetyczny Kurii Diecezjalnej w Opolu
***
Okryj mnie, Panie, swoim miłosierdziem według Twojej hojności. W ogromie Twej dobroci zamień w proch to, co powinno umrzeć dla Ciebie.
Nie pozwól, abym przywiązywał się do tego, co moje i słabe. Nie pozwól, abym odrzucił to, co od Ciebie pochodzi. Prochem jestem i wszystkie moje myśli z dala są od Ciebie.
Z bólu mówić nie potrafię! Mam jednak dobrą wolę pójścia za Twoimi wskazaniami. Nie chcę zostawiać już nic dla siebie, ale wszystko oddać Tobie i pod Twój osąd.
Marne jest moje dzieło. Po ludzku powinno dawno się rozpaść, ale Ty, Panie, masz w nim upodobanie. Podtrzymujesz je i uświęcasz. Błogosławisz każdemu dobremu postanowieniu i każdej pokucie.
Dzięki Tobie zdolny jestem do modlitwy i pokornego uklęknięcia przed Twoim majestatem. Zgięte kolana i złożone ręce niech będą wyrazem mojej służby i gotowości do podjęcia trudu, który mnie czeka.
Niech ten Wielki Post będzie dla mnie umocnieniem na drodze wiary. Nie pozwól, aby zmiażdżyła mnie pokusa. Niech za każdym razem gdy upadnę, uratuje mnie Twoje nieskończone miłosierdzie. Nie jestem godzien, aby o nie prosić, ale Ty zachęcasz mnie do tego mimo mojej niewdzięczności.
Dobry Jezu, czuwaj przy mnie przez czterdzieści dni, abym i ja mógł czuwać nad sobą. Ulecz przez zbawienną pokutę wszystkie moje grzechy i zranienia. Tobie oddaję cały ten czas, abym mógł na końcu wyznać wiarę w Ciebie i z radosnym okrzykiem zawołać: Chwała Tobie na wieki!
“Nawrócenie ma dwa wymiary. Pierwszy i podstawowy jest negatywny, Chodzi w nim o odwrócenie się od popełnianego zła, grzechu. – Jest więc w nim i głupota, i egoizm, i nieprawość, i kłamstwo, i nieszczęście i samotność. Grzech nie odwraca od nas Serca Bożego, lecz odwraca nasze serca od Boga. – To my, grzesząc, stajemy do Boga plecami. On zawsze jest zwrócony do nas twarzą. Miłosierną twarzą. Mamy odrzucić grzech i pojednać się z Bogiem.
Drugi wymiar nawrócenia jest pozytywny. Chodzi w nim o „więcej”. W nawróceniu chodzi nie tylko o przejście od złego do dobrego, ale także o przejście od dobrego do lepszego. Chodzi o to, by się szarpnąć do bardziej gorliwej miłości wobec Boga, bliźniego i samego siebie. Chodzi o większą żarliwość. Na początku Wielkiego Postu dobrze jest zrobić sobie rachunek sumienia właśnie z tego. – Czy tak właśnie jest w moim życiu, czy – patrząc na siebie uczciwie – obserwuję wzrost i rozwój? Czy moja relacja z Bogiem, relacje, które buduję z innymi są bardziej dojrzałe? (…) Po prostu: czy kocham więcej?
Bardzo ważne są wielkopostne praktyki: modlitwa, jałmużna i post. W Wielkim Poście więcej czasu poświęcę na modlitwy, czyli dobrze pojętej miłości Boga, więcej otwartości na Jego Słowo, więcej chwil spędzonych na cichej adoracji Pana. Oby był czas i na Drogę Krzyżową, i na Gorzkie Żale i na rekolekcje. – Oby w Wielkim Poście było więcej jałmużny, czyli dobrze pojętej miłości bliźniego. Post, czyli dobrze pojęta miłość siebie samego. Z czego warto zrezygnować, żeby siebie bardziej mieć, siebie odzyskać? Co mnie dziś najbardziej zagraca? Co mi przeszkadza? Co mnie uszkadza? Post to nie tylko i nie przede wszystkim ryba zamiast mięsa i ser zamiast wędliny.
Stanąć w prawdzie o sobie i o swoim życiu. Sama religijność nie wystarcza i nie pomaga. Ona może przytłoczyć, może być tylko pozą, kolejną teatralną sztuką w teatrze życia. Bóg widzi w ukryciu, Bóg patrzy na serce, na intencje, na pragnienia i na motywacje. Dopóki tam nie będzie wszystko uporządkowane, dopóty – choćbyśmy się nie wiem, ile namodlili, napościli i najałumużnikowali, to za czterdzieści dni będziemy w tym samym miejscu.
Umierający na krzyżu Chrystus nie gra żadnej roli. Nie było żadnego show. Chrystus umierał prawie bez widowni. Prawie. Bo na Jego śmierć patrzył Ojciec, który widział w ukryciu i oddał Synowi. Nawrócenie to jest nasza praca na Wielki Post, to jest nasza droga powrotu do Boga, do początku, i to jest nasze „więcej”. Oby takie było nasze głębokie przeżywanie Wielkiego Postu, bo „inne jest bez sensu”
Arcybiskup Adrian Galbas SAC
***
Środa Popielcowa. Post bez modlitwy i jałmużny nie ma żadnego sensu
vetre | Shutterstock
***
Wstrzemięźliwość od mięsa i słodyczy z prawdziwym postem ma niewiele wspólnego. I dlaczego Pan Jezus mówi nam też, że to wszystko ma odbywać się w ukryciu?
Popielec
Liturgia Popielca zawiera Ewangelię, która stanowi dla nas strategiczny plan działania, w jaki sposób dobrze przeżyć Wielki Post. Strategia ta zakłada trzy etapy.
Pierwszym jest post. Trzeba przypomnieć, że nie polega on przede wszystkim na tym, że się, na przykład, nie ogląda telewizji. Polega na tym, że się nie je.
Dzisiaj tę praktykę zastąpiła nam wstrzemięźliwość od mięsa i słodyczy, ale z prawdziwym postem ma ona niewiele wspólnego. W świętym czasie, który rozpoczynamy w Środę Popielcową, warto ograniczyć posiłki, poczuć na własnej skórze, że naprawdę nie samym chlebem żyje człowiek.
Trzy etapy Wielkiego Postu
Ojcowie mówili, że poszcząc, odmawiając sobie pokarmów i jakichś przyjemności, zyskujemy czas i określone środki finansowe. Co z nimi zrobić? Czas należy przeznaczyć na modlitwę, a tym, co materialnie zaoszczędziliśmy, trzeba podzielić się z najuboższymi.
I to są właśnie dwa kolejne etapy: modlitwa i pomoc najuboższym (jałmużna). Bez nich poszczenie – i sam Wielki Post – nie mają żadnego sensu.
Pan Jezus mówi nam też, że to wszystko ma odbywać się w ukryciu. Nie chodzi o wstydzenie się, że jest się chrześcijaninem, a raczej, z jednej strony, okazanie szacunku tym, którym pomagamy (nasza pomoc nie może ich upokarzać!), a z drugiej – o dbałość, aby nasza modlitwa była przede wszystkim budowaniem relacji z Bogiem, a nie naszego dobrego wizerunku w oczach innych bądź też naszych własnych.
Czy te trzy etapy Wielkiego Postu mają jakiś element wspólny? Tak. Jest nim miłość, bez której całe życie nie ma sensu. Z miłości mamy się modlić, z miłości wspierać naszych braci w potrzebie, z miłości wreszcie mamy odmówić sobie pokarmu dla ciała, aby odkryć, że tym, co daje nam prawdziwe życie, jest Słowo Boga Żywego.
Na samym początku Wielkiego Postu Kościół przypomina jak bardzo ważne są trzy dziedziny naszej aktywności religijnej, tzn. modlitwa, post i jałmużna. Ojcowie Kościoła, żeby wytłumaczyć jak mocno są ze sobą połączone – posługiwali się obrazem ptaka. Mówili w ten sposób: modlitwa jest to taki ptak, który żeby dofrunąć do nieba, musi mieć dwa skrzydła — skrzydła postu i dzieł miłosierdzia. To samo mówili o poście: że jest to taki ptak, który nigdzie nie dofrunie, jeśli zabraknie mu skrzydła modlitwy i skrzydła dzieł miłosierdzia. I to samo mówili Ojcowie Kościoła o dziełach miłosierdzia, że ten ptak potrzebuje skrzydła modlitwy i skrzydła postu. Więc starajmy się, nie tylko w czasie Wielkiego Postu, ale każdego dnia realizować tę trójjednię modlitwy, postu i dzieł miłosierdzia.
+++
W czasie Wielkiego Postu dobrze jest medytować o męce Pańskiej
Renata Sedmakova | Shutterstock
***
Jednym ze sposobów na właściwe przeżywanie Wielkiego Postu jest czytanie i rozmyślanie opisu męki i śmierci Pana naszego Jezusa Chrystusa.
Czytanie Biblii przez Wielki Post
Niektórzy kierownicy życia duchowego zalecają czytanie konkretnych fragmentów z Pisma Świętego w okresie Wielkiego Postu, jak na przykład czytanie Księgi Wyjścia, ponieważ ta Księga może pomóc poczuć się, jakbyśmy sami byli na pustyni, wędrując z ludem Izraela przez lat czterdzieści.
Inni proponują częstsze czytanie i rozmyślanie o męce Pańskiej.
W Liturgii Kościół czytanie o Męce Pańskiej ma szczególne miejsce w Wielkim Tygodniu, ale dobrze jest dla naszego nawrócenia wielokrotnie powracać do tych najważniejszych wydarzeń naszego zbawienia.
Środy i piątki
Kościół zaleca rozważanie męki Pańskiej w środę i piątek
Piątki zawsze przypominają nam o męce Jezusa Chrystusa a środy – o zdradzie Judasza.
Oto niektóre duchowe korzyści płynące z czytania Męki Pańskiej:
Czytanie opisu męki Pańskiej ma wielkie znaczenie doktrynalne, bowiem przyciąga uwagę wiernych treścią o charakterze narratywnym i wzbudza w nich przeżycia autentycznej pobożności. Są nimi: żal za popełnione winy, gdyż wierni dobrze wiedzą, że Chrystus poniósł śmierć na odpuszczenie grzechów całego rodzaju ludzkiego, a więc także naszych grzechów; współczucie i solidarność z Niewinnym niesłusznie prześladowanym; wdzięczność za nieskończoną miłość do wszystkich ludzi jako swoich braci, którą Jezus, nasz Brat pierworodny, objawił w swojej męce na krzyżu; konieczność naśladowania pokory, cierpliwości, miłosierdzia, darowania win, ufnego oddania się w ręce Ojca, co Jezus uczynił w wyraźny i skuteczny sposób w czasie swej męki.
+++
Jak rozmyślać nad męką Pańską?
(Nauka Krzyża – I)
Nao Novoa | Shutterstock
*** Czy chodzi o łzy i wzruszenie?
Kiedy rozpoczynamy cykl rozmyślań wielkopostnych o tajemnicy męki Pańskiej, zastanówmy się najpierw, jak powinniśmy nad nią rozmyślać? W tradycji Kościoła istnieje kilka sposobów przeżywania Drogi Krzyżowej. O pierwszym mówi sama Ewangelia:
A szło za Nim mnóstwo ludu, także kobiet, które zawodziły i płakały nad Nim. Lecz Jezus zwrócił się do nich i rzekł: «Córki jerozolimskie, nie płaczcie nade Mną; płaczcie raczej nad sobą i nad waszymi dziećmi! Oto bowiem przyjdą dni, kiedy mówić będą: „Szczęśliwe niepłodne łona, które nie rodziły, i piersi, które nie karmiły”. Wtedy zaczną wołać do gór: Padnijcie na nas; a do pagórków: Przykryjcie nas!Bo jeśli z zielonym drzewem to czynią, cóż się stanie z suchym?” (Łk 23, 27-31)
Te kobiety były prawdopodobnie płaczkami, które zwyczajowo towarzyszyły skazańcom. Pierwszym ludzkim odruchem na cierpienie drugiego człowieka, szczególnie niewinnego, jest współczucie. Patrząc na Jezusa biczowanego, cierniem koronowanego, upadającego pod krzyżem i powieszonego na nim w sposób naturalny robi się Go żal. Niesprawiedliwość, przemoc budzą nasz sprzeciw i chęć pomocy ofierze.
To Jezus współczuje nam
Jezus jednak obawia się takiego współczucia. Nie chce, abyśmy się na nim się zatrzymali. Nie po to się wcielił i umarł na krzyżu, żeby nam Go było żal. Jezus robi to dla nas i chce, abyśmy wzięli na poważnie nasze życie i Jego śmierć.
To Jemu jest żal nas i dlatego przyjął kielich cierpienia. To nie my mamy Go wesprzeć naszym współczuciem, lecz to On chce swoim krzyżem wzmocnić nas w naszych problemach i trudach. To nasze życie było dla Niego motywacją do przyjęcia cierpienia.
Ckliwość i sentymentalność nie jest dobrą drogą do rozważania męki Pańskiej. Jezus wzywa nas, abyśmy poszli za Nim i żyli Ewangelią Krzyża, abyśmy od współczucia Jemu doszli do zrozumienia Jego miłości do nas.
br. Damian Wojciechowski SJ., misjonarz na Syberii i w Kirgistanie, ekonom diecezji, reżyser, dziennikarz, podróżnik. Obecnie pracuje w Ignacjańskim Centrum Formacji Duchowej oraz na Uniwersytecie Ignatianum w Krakowie.
Jezuita, misjonarz na Syberii i w Kirgistanie, reżyser, dziennikarz, ekonom diecezji, podróżnik. Obecnie pracuje w Ignacjańskim Centrum Formacji Duchowej w Gdyni i wykłada na Uniwersytecie Ignatianum w Krakowie
+++
Nie chodzi o nasze grzechy!
(Nauka Krzyża – II)
Firma V | Shutterstock
***
W centrum śmierci Jezusa na krzyżu nie stoją nasze grzechy. Nie one są ważne w refleksji nad Jego śmiercią.
Zaczynając rozważania męki Pańskiej dobrze jest najpierw oczyścić naszą pamięć i wyobrażenie z tak wielu słów, jakie usłyszeliśmy już o niej np. podczas nabożeństwa Drogi Krzyżowej czy Gorzkich Żalów. Często kiedy w kościele mówi się o męce Jezusa, kaznodzieje starają się wzruszyć słuchaczy lub wzbudzić w nich poczucie winy. Niestety takie podejście może nam bardzo przeszkodzić w głębokim poznaniu tej tajemnicy.
Czy Jezusa krzyżują nasze grzechy?
Często słyszeliśmy na Drodze Krzyżowej, że z powodu naszej nieczystości Jezus został odarty z szat – to prawda, ale zatrzymanie się na takiej interpretacji męki, która łączy nasze poszczególne grzechy z cierpieniem Jezusa, często prowadzi do fałszywego poczucia winy lub wprost do odrzucenia odkupieńczej roli krzyża. Podejście do męki, które skupia się na naszej za nią odpowiedzialności, które ukazuje jak to nasze grzechy doprowadziły do śmierci Wcielonego Słowa, jest prawdziwe, ale ograniczające duchowy horyzont.
Jezus nie po to wziął na siebie krzyż, abyśmy się biczowali, jak to jeszcze niedawno robiono na procesjach wielkopostnych w Hiszpanii. To prawda, że Jezus przyszedł na ziemię, aby nas wyzwolić z grzechu, ale trudno nam to będzie przyjąć, jeśli skupimy się na naszych grzechach, a nie na Jego miłości. To nie my mamy się zbawić lub pomóc Jezusowi, lecz On ma nas podnieść z naszych słabości. Czasami lżej jest nam współczuć Ukrzyżowanemu lub oskarżać się za nasze winy niż przyjąć prawdę, że jesteśmy słabi, zagubieni i potrzebujemy Jego miłosierdzia.
Krzyż Jezusa nie jest piękny. Jego śmierć nie była piękna.
Krzyż nie jest piękny
Patrząc na krucyfiks możemy zapomnieć, jak w rzeczywistości wyglądała męka Chrystusa. Wielu artystów przestawia Jezusa na krzyżu w glorii, niepoddającego się cierpieniu, z pięknym ciałem, spokojnego, a nawet uśmiechniętego. Często jest to Jezus już po śmierci, a nawet zmartwychwstały, wywyższony. Jest to wizja bliska temu jak przedstawia mękę święty Jan, w którego relacji śmierć Jezusa ukazuje wiele głębokich prawd teologicznych.
Tymczasem Jezus na krzyżu był zupełnie nagi. Jego ciało było zmasakrowane, a sam skazaniec wykonywał nieustannie rozpaczliwe ruchy, aby zaczerpnąć powietrza. Widok skazańca na krzyżu wzbudzał obrzydzenie, niesmak i szyderstwo. To było celem tej kary przeznaczonej dla buntowników i niewolników. Pokazać ich jako nie-ludzi, wyrzutków społeczeństwa. Takim wyrzutkiem był na krzyżu również Jezus.
Nie miał On wdzięku ani też blasku, aby na Niego popatrzeć, ani wyglądu, by się nam podobał. Wzgardzony i odepchnięty przez ludzi, Mąż boleści, oswojony z cierpieniem, jak ktoś, przed kim się twarze zakrywa, wzgardzony tak, iż mieliśmy Go za nic. (Iz 53, 2-3)
Bóg nie tylko chciał, aby Jego Syn przeszedł przez bramę śmierci i w ten sposób doświadczył tego, czego w końcu doświadczy każdy z nas, ale też dopuścił, że śmierć ta połączona z niesłychanym okrucieństwem i cierpieniem. Była ona doświadczeniem krańcowego upodlenia i uniżenia:
Grób Mu wyznaczono między bezbożnymi, i w śmierci swej był [na równi] z bogaczem, chociaż nikomu nie wyrządził krzywdy i w Jego ustach kłamstwo nie postało. Spodobało się Panu zmiażdżyć Go cierpieniem. Jeśli On wyda swe życie na ofiarę za grzechy, ujrzy potomstwo, dni swe przedłuży, a wola Pańska spełni się przez Niego. (Iz 53, 9-10)
Aby poznać los człowieka
Bóg jest wszechmocny, ale czy może zrozumieć człowieka, jeśli sam nie może doświadczyć cierpienia? Bóg stał się człowiekiem, aby zaznać cierpienia tak, jak każdy człowiek.
Dlatego musiał się upodobnić pod każdym względem do braci, aby stał się miłosiernym i wiernym arcykapłanem wobec Boga dla przebłagania za grzechy ludu. W czym bowiem sam cierpiał będąc doświadczany, w tym może przyjść z pomocą tym, którzy są poddani próbom. (Hbr 2, 17-18).
Przez okrutną i upadlającą śmierć Bóg nie tylko okazał miłość wobec nas, lecz także stał się nam przez to bliski. Tę śmierć, uniżenie i ból włączył na zawsze w swoją boskość, absolut i nieskończoność:
Nie takiego bowiem mamy arcykapłana, który by nie mógł współczuć naszym słabościom, lecz doświadczonego we wszystkim na nasze podobieństwo, z wyjątkiem grzechu. (Hbr 4, 15)
Ukrzyżowanie był ona tyle strasznym i odrażającym widokiem, znanym wszystkim ludziom w czasach rzymskich, że aż do IV wieku nie spotykamy wizerunków Jezusa na krzyżu. Było to na tyle okropne i napawające strachem widowisko, że chrześcijanom nie przychodziło do głowy, aby przedstawiać Jezusa na takim obrazie.
Graffiti Aleksamenosa
***
Najstarsze przedstawienie ukrzyżowania pochodzące z III wieku znaleziono w pałacu cesarskim na Palatyniew roku 1856. Przedstawia ono człowieka z głową osła wiszącego na krzyżu. Obok widnieje napis: „Aleksamenos oddaje cześć bogu”. Według powszechnego mniemania tylko głupiec dałby się dobrowolnie ukrzyżować, a samo ukrzyżowanie było antytezą boskości, piękna, prawdy, wolności.
Czy Bóg jest bezsilny?
Nie możemy sobie wyobrazić, jak trudno było pierwszym chrześcijanom przyjąć, że ich Bóg zawisł na gwoździach. Jak mówią bibliści, ten „skandal krzyża” jest jednym z najważniejszych wątków czterech Ewangelii, które starają się wytłumaczyć uczniom Jezusa, jaki był sens tej okrutnej śmierci.
Już w roku 180 Celsus mówił złośliwie do chrześcijan, których uznano za „czcicieli krzyża”: „Jak wyglądałby jako syn boży ktoś, którego ojciec nie potrafił uratować od najbardziej hańbiącej śmierci?”.
Św. Paweł będzie mógł bardzo słusznie zauważyć, iż Chrystus ukrzyżowany jest „głupstwem” dla pogan, dla Żydów stanowi zaś „zgorszenie” (1 Kor 1, 23)
Zgorszenie i głupstwo
Oile u pogan krzyż wzbudzał uczucie pogardy, to u Żydów powodował przerażenie. W rozdziale 21 Księgi Powtórzonego Prawa (22-23) napisane jest, że „wiszący na drzewie jest przeklęty przez Boga”. Dlatego też Paweł będzie mógł bardzo słusznie zauważyć, iż Chrystus ukrzyżowany jest „głupstwem” dla pogan, dla Żydów stanowi zaś „zgorszenie” (1 Kor 1, 23). Realną śmierć na krzyżu odrzucało wiele herezji. Niektórzy twierdzili, że Jezusa na krzyżu zastąpił Szymon z Cyreny. Inni twierdzili, że Jezus nie czuł bólu, gdyż Jego ciało było tylko pozorne. Tak samo twierdzi islam, w swoich hadisach. Według nich zamiast Jezusa powieszono Judasza lub jednego z Jego uczniów, któremu Bóg zmienił twarz na twarz Chrystusa. Tak o tym pisze Koran:
Oni ani Go nie zabili, ani Go nie ukrzyżowali, tylko im się tak zdawało; i, zaprawdę, ci, którzy się różnią w tej sprawie, są z pewnością w zwątpieniu; oni nie mają o tym żadnej wiedzy, idą tylko za przypuszczeniem; oni Go nie zabili z pewnością. Przeciwnie! Wyniósł Go Bóg do Siebie! (4,157-158)
Dlaczego Mahomet tak sądził? Ponieważ nie mieściło mu się w głowie, że Bóg mógł dopuścić takie nieszczęście na najsprawiedliwszego z ludzi, którym był według niego Jezus. Takie cierpienie mogło spotkać tylko człowieka niegodnego, który sprzeciwiał się Bogu.
W 337 r. kiedy chrześcijaństwo było już legalną religią, Konstantyn Wielki zniósł ostatecznie ten rodzaj kary. Przedstawianie Chrystusa wiszącego na krzyżu stało się coraz popularniejsze w sztuce chrześcijańskiej. Niestety przedstawienie Jezusa na krzyżu zaczęto banalizować, znak krzyża w naszych kościołach jest często elementem dekoracji i wykończenia wnętrza. Krzyż nie szokuje, nie zmusza do myślenia, nie jest powodem oburzenia czy niesmaku.
Męka Jezusa to najważniejsza część Biblii (Nauka Krzyża – VI)
Freedom Studio | Shutterstock
***
Czy męka Jezusa nie jest najważniejszym elementem Ewangelii?
Najważniejsze przesłanie Ewangelii
Tylko opis męki Pańskiej ma identyczny schemat i bardzo podobną treść we wszystkich czterech Ewangeliach. Oznacza to, że była to najwcześniejsza część przekazu Dobrej Nowiny, uświęcona przez Tradycję, w której Ewangelie były spisywane. Męką Pańska to pierwsza i najważniejsza część przepowiadania jak to już widzimy w pierwszych kazaniach św. Piotra. Całe życie Jezusa opisane jest w kilkunastu rozdział Ewangelii, natomiast Jego męka trwająca tylko jeden dzień opisana krok po kroku zajmuje aż dwa długie rozdziały. Ewangeliści interesują się każdym szczegółem, prowadzą nas za Jezusem sekunda po sekundzie, minuta po minucie. Tak bardzo ważne to było dla pierwszego Kościoła.
Cała Biblia pełna jest odwołań do śmierci Jezusa. Jeśli prześledzimy uważnie Ewangelie, to zobaczymy, że niemal na każdej jej stronie są nawiązania do męki i śmierci Jezusa. Tak jakby Ewangelia była w rzeczywistości tylko komentarzem do tego jednego dnia z życia Jezusa.
Ewangelia św. Marka o męce Jezusa
Pierwsza część Ewangelii św. Marka koncentruje się na cudach i uzdrowieniach. Jezus przedstawiony jest jak lekarz, który uzdrawia wszelkie choroby, kalectwa, ułomności, słabości i uwalnia od wpływu demonów. Taki zbawiciel nie mógł nie fascynować i wzbudzać entuzjazmu wśród pierwszych chrześcijan. Ale w drugiej części cuda się kończą, a Jezus skupia się na przepowiadaniu swojego Krzyża i jego konsekwencji dla uczniów. Taka zmiana całego przepowiadania wzbudza wśród uczniów niezrozumienie, lęk, a nawet sprzeciw. Śmierć Zbawiciela jest nie do przyjęcia:
Jezus pouczał bowiem swoich uczniów i mówił im: «Syn Człowieczy będzie wydany w ręce ludzi. Ci Go zabiją, lecz zabity po trzech dniach zmartwychwstanie». Oni jednak nie rozumieli tych słów, a bali się Go pytać. (Mk 9, 31-32)
To wielokrotne podkreślane w Ewangeliach niezrozumienie uczniów powinno być dla nas przestrogą, abyśmy sami nie podchodzili do tej tajemnicy zbyt lekkomyślnie lub pomijali ją w naszym życiu duchowym jako coś niezrozumiałego i niezbyt ważnego.
Zdrada, która staje się momentem chwały (Nauka Krzyża – VII)
Public Domain
***
Tylko ten, kto został choć raz zdradzony, wie, czym jest zdrada. Zdradza zawsze ktoś bliski, ktoś, komu ufamy. To jedno z najbardziej bolesnych doświadczeń naszego życia.
Moment zdrady = moment chwały
13. rozdział Ewangelii według św. Jana ma oprócz Jezusa jeszcze jednego bohatera: Judasza. Jezus w tym rozdziale wskazuje na człowieka, który Go zdradzi. W niewielu miejscach Ewangelia mówi o tym, że Jezus się wzruszył. Jednym z nich jest moment ujawnienia zdrajcy. Co ciekawe, Jezus stwierdza, że moment ostatecznej decyzji o zdradzie jest momentem, kiedy Syn Człowieczy został otoczony chwałą! Wydanie się w ręce zdrajcy to kulminacyjny moment życia Jezusa. W opisie pojmania w Getsemani Ewangeliści podkreślają obecność Judasza.
Jak to możliwe, że moment zdrady może być także momentem, kiedy ujawnia się Boża moc i Jego wielkość? Oddanie Syna Bożego szubrawcy i zdrajcy ma być sukcesem Boga?! Bóg oddający się w ręce człowieka jest słaby, bezbronny i bezradny – tak jak my. To tu ukazuje się Jego wszechmocna miłość do człowieka. Jego wszechmoc nie wyraża się w sile, przemocy, potędze, władzy, lecz w miłości.
Zdradza najbliższy
Nie jesteśmy tylko oprawcami; bywa, że jesteśmy też ofiarami. Doświadczenie zdrady jest nieprzekazywalne. Tylko ten, kto został choć raz zdradzony, wie, czym jest zdrada. Zdradza zawsze ktoś bliski, ktoś, komu ufamy. To jedno z najbardziej bolesnych doświadczeń naszego życia. Taka rana często ropieje latami, a nawet dziesięcioleciami. Znałem mężczyznę, który kilkadziesiąt lat aż do swojej śmierci rozpamiętywał zdradę, której doświadczył ze strony żony. Całe życie rozmyślał o tym, że powinien wyrzucić ją z rodzinnego grobowca.
Jezus, Bóg-Człowiek, jak wielu ludzi przed Nim i po Nim, doświadczył zdrady. Przeszedł przez to cierpienie: „Nie takiego bowiem mamy arcykapłana, który by nie mógł współczuć naszym słabościom, lecz doświadczonego we wszystkim na nasze podobieństwo, z wyjątkiem grzechu” (Hbr 4,15). Dlatego z bólem zdrady możemy przyjść do Jezusa i opowiedzieć Mu o tym, oddać to doświadczenie. Jeśli pozostaniemy w nim sami, to może się ono przerodzić w nienawiść i złość, które będą pustoszyć nasze wnętrze. Ból zdrady może stać się chorym centrum naszego życia, jego fałszywym sensem. To powinno nas motywować do wysiłku i odwagi, aby o tym bolesnym doświadczeniu opowiadać Jezusowi, który również go doświadczył i ma moc nas z niego wyzwolić.
Pycha zamykająca na miłosierdzie
Judasz zrozumiał swój błąd. Na koniec nawet odrzucił pieniądze, które były dla niego tak ważne i którym służył. Jednak w odróżnieniu od Piotra nie potrafił przebaczyć samemu sobie swojej podłości, nie potrafił się zgodzić na swoją słabość. Postanowił sam siebie ukarać. To pycha zamyka nas na Boże miłosierdzie. Poczucie wyższości nie daje nam przyznać, że jesteśmy słabi i ulegamy pokusie i egoizmowi.
Porażka Jezusa. Szyderstwo z sensu Jego życia (Nauka Krzyża – VIII)
mady70 | Shutterstock
***
Rozmyślając nad Jezusem wyszydzonym i poniżonym, możemy wspomnieć podobne sytuacje z naszego życia.
Cios z sens życia Jezusa
Wyszydzenie Jezus na krzyżu, jak i wcześniej, podczas sądu, nie jest po prostu psychicznym znęcaniem się nad człowiekiem, lecz podważaniem sensu całej misji Jezusa. Wezwanie do zejścia z krzyża, drwina: „Innych wybawiał, niechże teraz siebie wybawi, jeśli On jest Mesjaszem, Wybrańcem Bożym”, wymierzone są w samo centrum życia Jezusa, Jego powołania i relacji z Ojcem.
Jezus przyszedł, aby zbawić człowieka od grzechu, śmierci, chorób, szatana, nienawiści, a szyderstwa faryzeuszy zdają się sugerować, że cała Jego misja spaliła na panewce. Jest bankrutem, człowiekiem, który stracił wszystko, żałosnym mistyfikatorem i oszustem, uzurpatorem i bluźniercą. Szatan przez słowa ludzi ukazuje Mu Jego klęskę: ci, których miał zbawić, dla których umiera, nie tylko odrzucają Go i Jego zbawienie, ale jeszcze drwią z Jego misji i powołania. Choć Jezus mógłby wezwać zastępy anielskie, aby Go uratowały i pokazały Jego moc, dalej wisi na krzyżu i pozwala się poniżać – nie chce użyć siły wobec ludzi, którzy Go odrzucają.
Wyszydzony Bóg, wyszydzony człowiek
Zdrada Judasza, a także Piotra, musiały być dla Jezusa najbardziej bolesną częścią Jego poniżenia. Według Judasza Jezus zawiódł swoich uczniów, nie potrafił stanąć na wysokości zadania, poniósł klęskę jako przywódca, nie potrafił poprowadzić uczniów do zwycięstwa, a tylko wykonywał groteskowe gesty.
Rozmyślając nad Jezusem wyszydzonym i poniżonym, możemy wspomnieć podobne sytuacje z naszego życiu. Patrzmy, jak Jezus na to reagował i skąd brał siłę, aby przejść przez to niezwykle druzgocące doświadczenie. Aby ból krzywdy wywołany pogardą i upokorzeniem nas nie niszczył, nie był źródłem zgorzknienia, nienawiści, w tym także do siebie samego, potrzebujemy przyjść z tymi uczuciami do Jezusa i przedstawić Mu to wszystko, co nas spotkało. Jezus przeszedł przez takie doświadczenie i jako Bóg ma moc nie tylko nas od tego wyzwolić, ale przekształcić to w dobro. Tylko Bóg potrafi ze zła wyprowadzić błogosławieństwo.
Szymon nie niósł krzyża z Jezusem, ale zamiast Niego (Nauka Krzyża – IX)
artin1 | Shutterstock
***
Najprawdopodobniej rzymscy żołnierze, widząc Jezusa upadającego pod ciężarem patibulum i niemającego już sił, żeby z powrotem powstać, postanowili zmusić do niesienia ciężaru Szymona Cyrenejczyka, co było zresztą zgodne z rzymskim prawem
Patibulum
Kiedy byłem niedawno w kaplicy byłego seminarium w Nowosybirsku , zobaczyłem intrygującą drogę krzyżową. Jezus nie niesie na niej całego krzyża, tylko poprzeczną belkę, do której przybijano ręce skazańca. Taka belka nazywała się patibulum i ważyła około 45 kg. I choć przywykliśmy, że Jezus niesie cały krzyż, jak to w swoich wizjach widziała Katarzyna Emmerich i co pokazał Mel Gibson w swojej „Pasji”, to wszystko wskazuje na to, że niósł tylko patibulum, do którego miał przywiązane ręce.
Droga krzyżowa w Nowosybirsku
***
Marsz z taką belką wyglądał dużo straszniej i był o wiele okrutniejszy, ponieważ w przypadku potknięcia skazaniec nie mógł się podeprzeć rękami. Jezus nie mógł nieść całego krzyża, ponieważ nawet bardzo silny i zdrowy mężczyzna nie mógłby przenieść ciężaru kilkuset kilogramów na taką dużą odległość. Natomiast dla człowieka torturowanego i wyczerpanego niesienie 45 kg było już ogromnym wysiłkiem. Najprawdopodobniej rzymscy żołnierze, widząc Jezusa upadającego pod ciężarem patibulum i niemającego już sił z powrotem powstać, postanowili zmusić do niesienia ciężaru Szymona Cyrenejczyka, co było zresztą zgodne z rzymskim prawem, że każdy z poddanej ludności był zobowiązany nieść 1000 m jakiś ciężar z polecenia rzymskiego urzędnika albo żołnierza.
Legioniści nie byli litościwi
Rzymscy żołnierze nie oswobodzili Jezusa od patibulum z powodu miłosierdzia i współczucia, a z praktycznych względów: ich zadaniem było ukrzyżowanie skazańca, a nie zamęczenie go w drodze na miejsce kaźni. Gdyby dopuścili do jego śmierci podczas drogi krzyżowej, naruszyliby regulamin i mogliby zostać za to surowo ukarani. Musieli znaleźć kogoś, kto poniesie belkę na Golgotę.
Ta belka mogła być na tyle krótka, że niewygodnie byłoby ją nieść we dwóch. Bardzo możliwe, że Szymon niósł ją samodzielnie. Ta scena ma dla nas głęboki duchowy sens. Jezus przyjmuje pomoc Szymona, choć ta nie jest dobrowolna. Aby wypełnić swoją misję, potrzebuje drugiego człowieka, który poniesie ciężar krzyża na Golgotę.
Pokora w przyjęciu pomocy
Pokora polega na przyznaniu, że nie dajemy rady ze swoimi problemami, ciężarami, cierpieniami i krzyżami. Bóg przysyła nam różnych ludzi, czasami przypadkowych i obcych, którzy chcą nam ulżyć w naszych cierpieniach. Nie odtrącajmy ich pomocy. Zgódźmy się na to, aby nam ulżyli. Miejmy pokorę przyznać się do swojej słabości, niemożności niesienia własnego krzyża. Dziękujmy Bogu za każdy gest życzliwości, współczucia i pomocy ze strony innych. Jezus, choć był Zbawicielem, przyjął pomoc nieznajomego, choć była ona poniżająca, bo przymusowa.
Jezus potrzebuje też naszej pomocy w swojej męce. Może być tak, że nasz krzyż spada na nas niespodziewanie, bez naszej zgody, tak, że trudno nam go zaakceptować. Przypomnijmy sobie wtedy Szymona Cyrenejczyka, którego zmuszono do niesienia krzyża jakiegoś przestępcy skazanego na śmierć. Szymon wykonał niedużą pracę, ale w ten sposób uczestniczył w Bożym planie zbawienia całej ludzkości. Tak samo nasze cierpienie, nasz krzyż, choć niezrozumiały, dla nas bezwartościowy, może uzyskać sens, kiedy przyjmiemy, że niesiemy go z Jezusem. Nasze cierpienie możemy ofiarować za tych, którzy potrzebują zbawienia, pomocy i nawrócenia.
Nieść krzyż z radością? To niemożliwe (Nauka Krzyża – X)
artin1 | Shutterstock
***
Krzyż nie jest nigdy miły, nigdy nie jest wybrany i oczekiwany – jest zawsze narzucony, dany nam wbrew naszej woli.
Szymon Cyrenejczyk nie mógł się cieszyć z rozkazu żołnierzy, szczególnie że krzyż był znakiem hańby. Nikt nie chce nieść krzyża. Ale często jest tak, że mimo naszych oporów i buntu musimy go dźwigać. Spada na nas bez naszej zgody. Krzyż jest tym, co człowiek odrzuca.
Krzyż nie jest miły
Musimy odrzucić sentymentalne wyobrażenie, że będziemy radośnie nieść krzyż z Jezusem. Dopóki to będzie krzyż wymyślony przez nas samych, który podniesie naszą wartość we własnych i cudzych oczach, dopóty chętnie go weźmiemy, możemy się nawet w nim lubować, bo będzie karmił naszą chorą miłość własną. Lecz jeśli spadnie na nas prawdziwy krzyż, który będzie nas niszczył, poniżał, to czy nie będziemy go odrzucać i bluźnić Bogu?
Krzyż nie jest nigdy miły, nigdy nie jest wybrany i oczekiwany – jest zawsze narzucony, dany nam wbrew naszej woli. Będziemy potrzebowali czasu, duchowego nawrócenia, aby go przyjąć. Znam mistrzów życia duchowego, podziwianych przez tysiące, którzy zrobili wszystko, co możliwe, żeby uciec od krzyża. On niszczy nasze plany, nasze osiągnięcia, nasz obraz siebie, szacunek ze strony bliskich, w końcu odbiera nam życie. Odrzucenie krzyża jest jak najbardziej ludzką reakcją, która Jezusa nie gorszy i nie gniewa, bo wzięcie go jest szczytem bycia uczniem Jezusa i nikt nie przyjmuje go od razu z entuzjazmem. Radość niesienia krzyża z Jezusem zmieszana jest ze sprzeciwem, zwątpieniem i rozpaczą, których doświadczał sam Jezus.
Przyjmijmy pomoc
Kiedy przeżywamy jakieś cierpienie, miejmy też pokorę przyjąć pomoc, współczucie i współcierpienie bliźnich, tak jak to zrobił Jezus stosownie do swoich słów „jeden drugiego brzemiona noście”. Czasami nasze cierpienie daje nam poczucie wartości, sensu życia, co może nawet prowadzić do pychy i używania własnego krzyża do poniżania innych. Nie pozwólmy, aby cierpienie była narzędziem wygrywania czegoś u bliźnich. Kiedy Bóg przysyła nam naszego Szymona Cyrenejczyka, przyjmijmy jego pomoc z dziękczynieniem i radością. Umiejętność oddania się w ręce innych, na przykład w czasie choroby, kalectwa i starości, jest oznaką dojrzałości i pokory. Jest to rodzaj dziecięctwa, do którego wzywa nas Jezus. Cierpienie nie ma być centrum i sensem naszego życia, lecz jeśli Bóg tak chce, zróbmy wysiłek, aby przyjąć Jego pomoc poprzez ludzi, których do nas wysyła.
Jezus doskonale zna cierpienie każdego człowieka (Nauka Krzyża – XI)
StunningArt | Shutterstock
***
Ta pieśń jest więc jednym z najlepszych objaśnień, czym była i jakie ma znaczenie męka dla każdego z nas.
Pierwsze „Ewangelia” męki
Pierwsza wspólnota chrześcijan nie posiadała jeszcze spisanego opisu męki Chrystusa. Opowieść o drodze krzyżowej Jezusa była przekazywana przez apostołów i innych uczniów w formie ustnej. Opis męki został spisany dopiero kilkadziesiąt lat po śmierci i zmartwychwstaniu Zbawiciela. Równocześnie pierwotny Kościół w Jerozolimie był złożony z żydów, którzy na pamięć znali Stary Testament. Ze zdumieniem odkrywali oni, że wiele fragmentów Pisma, szczególnie Proroków i Psalmów, bardzo konkretnie opisywało mękę Jezusa. Te teksty ze Starego Testamentu były pierwszymi Ewangeliami męki pierwotnego Kościoła. Fragmenty tych tekstów weszły później jako cytaty do ewangelicznych świadectw śmierci Chrystusa. Były one i później uznawane za najlepsze komentarze i objaśnienia drogi krzyżowej.
Jednym z takich tekstów jest Psalm 22. W sposób bardzo szczegółowy opisuje cierpienie Jezusa, zwracając szczególną uwagę na to, jak przeżywał to sam Skazaniec. Psalmista wchodzi niejako w serce Jezusa i przekazuje nam Jego przeżycia. Oczywiście ten psalm jest poetycką modlitwą człowieka, który żył setki lat przed narodzeniem Chrystusa, ale jego słowa były tak Mu bliskie, tak dobrze oddawały Jego uczucia i stan ducha, że sam Jezus wisząc na krzyżu cytuje pierwszy wers tego psalmu. Modlitwa anonimowego żyda stała się modlitwą Boga wiszącego na krzyżu. Ta pieśń jest więc jednym z najlepszych objaśnień, czym była i jakie ma znaczenie męka dla każdego z nas.
Bóg Go opuścił
Z drugiej strony Jezus, cytując ten psalm, wskazuje nam, że utożsamia się z każdym człowiekiem, który w jakimś okresie życia przeżywa to samo cierpienie co psalmista. Tak więc w tym psalmie następuje zjednoczenie przeżyć psalmisty, Jezusa i każdego z nas przeżywającego swoje cierpienie, swoją drogę krzyżową. Być może nasze cierpienie nie ma wymiaru fizycznego, lecz duchowy lub psychiczny, co nie oznacza, że jest lżejsze. Psalm 22 może być także naszą modlitwą w chwilach osamotnienia, zdrady, bezsilności, strachu, załamania.
Zwróćmy uwagę, że wisząc na krzyżu Jezus wybrał właśnie werset tego psalmu, by wyrazić swoją samotność, swoje odrzucenie, przerażające odczucie, że Ojciec o Nim zapomniał. W ten sposób Jezus zjednoczył się z tymi wszystkimi, którzy przed Nim i po Nim w sposób radykalny i jednoznaczny doświadczyli tego, że Bóg ich opuścił. Jezus nie boi się wyrażać w ten sposób swojego zwątpienia. Tak więc ośmieleni przez Jezusa możemy razem z Nim zanosić do Boga tę modlitwę, kiedy zdaje się nam, że Bóg nas zostawił, kiedy wszystko traci sens i wartość. Kiedy mamy poczucie, że wszyscy zwrócili się przeciw nam, że wszyscy cieszą się z naszej klęski, gotowi są rozszarpać nas na strzępy. Kiedy jesteśmy tak udręczeni, że nasze ciało się rozsypuje. Czytając ten psalm pozwólmy sobie wspomnieć te momenty naszego życia, które była tak bolesne, że zakopaliśmy je w najgłębszych obszarach naszej pamięci, aby to cierpienie nas nigdy więcej nie przygniatało. Te chwile tkwią w nas i nas zatruwają, i możemy się od nich wyzwolić tylko wtedy, kiedy przeżyjemy je razem z Jezusem.
Odczytujmy ten psalm do końca. Dajmy się prowadzić przez psalmistę i samego Jezusa od zwątpienia do wiary w Bożą interwencję. Nie zatrzymujmy się więc tylko na naszych trudnych chwilach, lecz pozwólmy się poprowadzić do wiary, że Pan jest ze mną. Choćby wszyscy odwrócili się ode mnie, to Bóg pozostaje wierny i szybko przyjdzie z pomocą.
Psalm 22
Boże mój, Boże mój, czemuś mnie opuścił? Daleko od mego Wybawcy słowa mego jęku.
Boże mój, wołam przez dzień, a nie odpowiadasz, [wołam] i nocą, a nie zaznaję pokoju.
A przecież Ty mieszkasz w świątyni, Chwało Izraela!
Tobie zaufali nasi przodkowie, zaufali, a Tyś ich uwolnił;
do Ciebie wołali i zostali zbawieni, Tobie ufali i nie doznali wstydu.
Ja zaś jestem robak, a nie człowiek, pośmiewisko ludzkie i wzgardzony u ludu.
Szydzą ze mnie wszyscy, którzy na mnie patrzą, rozwierają wargi, potrząsają głową:
«Zaufał Panu, niechże go wyzwoli, niechże go wyrwie, jeśli go miłuje».
Ty mnie zaiste wydobyłeś z matczynego łona; Ty mnie czyniłeś bezpiecznym u piersi mej matki.
Tobie mnie poruczono przed urodzeniem, Ty jesteś moim Bogiem od łona mojej matki,
Nie stój z dala ode mnie, bo klęska jest blisko, a nie ma wspomożyciela.
Rozwierają przeciwko mnie swoje paszcze, jak lew drapieżny i ryczący.
Rozlany jestem jak woda i rozłączają się wszystkie moje kości;
jak wosk się staje moje serce, we wnętrzu moim topnieje.
Moje gardło suche jak skorupa, język mój przywiera do podniebienia, kładziesz mnie w prochu śmierci.
Bo [sfora] psów mnie opada, osacza mnie zgraja złoczyńców.
Przebodli ręce i nogi moje, policzyć mogę wszystkie moje kości.
A oni się wpatrują, sycą mym widokiem; moje szaty dzielą między siebie i los rzucają o moją suknię.
Ty zaś, o Panie, nie stój z daleka; Pomocy moja, spiesz mi na ratunek!
Ocal od miecza moje życie, z psich pazurów wyrwij moje jedyne dobro, wybaw mnie od lwiej paszczęki i od rogów bawolich – wysłuchaj mnie!
Będę głosił imię Twoje swym braciom i chwalić Cię będę pośród zgromadzenia:
«Chwalcie Pana wy, co się Go boicie, sławcie Go, całe potomstwo Jakuba; bójcie się Go, całe potomstwo Izraela!
Bo On nie wzgardził ani się nie brzydził nędzą biedaka, ani nie ukrył przed nim swojego oblicza i wysłuchał go, kiedy ten zawołał do Niego».
Dzięki Tobie moja pieśń pochwalna płynie w wielkim zgromadzeniu. Śluby me wypełnię wobec bojących się Jego.
Ubodzy będą jedli i nasycą się, chwalić będą Pana ci, którzy Go szukają.
«Niech serca ich żyją na wieki». Przypomną sobie i wrócą do Pana wszystkie krańce ziemi; i oddadzą Mu pokłon wszystkie szczepy pogańskie, bo władza królewska należy do Pana i On panuje nad narodami.
Tylko Jemu oddadzą pokłon wszyscy, co śpią w ziemi, przed Nim zegną się wszyscy, którzy w proch zstępują.
A moja dusza będzie żyła dla Niego, potomstwo moje Jemu będzie służyć, opowie o Panu pokoleniu przyszłemu, a sprawiedliwość Jego ogłoszą ludowi, który się narodzi: «Pan to uczynił».
„Możecie mnie zabić, tylko je uratujcie!” (Nauka Krzyża – XII)
Shutterstock AI | Shutterstock
***
Bóg nie zważa na cenę, którą musi zapłacić, aby wyrwać nas z grzechu, cierpienia i potępienia. To jest właśnie miłość, która idzie aż do krzyża, by ratować tego, kto jest ukochany.
Zadośćuczynienie
W przeszłości w teologii odkupienia przeważało podejście prawne. Grzech człowieka jest całkowitym zaburzeniem harmonii świata, nieskończoną obrazą Boga. Bóg sprawiedliwy nie może pozostawić zła bez osądzenia i kary, inaczej nie byłby Sprawiedliwością. Obrażając nieskończonego Boga, sam grzech staje nieskończony, tak więc przywracająca sprawiedliwość odpłata powinna być również nieskończona. Bóg stając się człowiekiem przyjmuje na siebie karę, która wymierzona Jemu, niewinnemu i nieskończonemu, sama jest nieskończona. W ten sposób sprawiedliwość zostaje przywrócona, a człowiek usprawiedliwiony ze swojej winy. Takie wyjaśnienie odkupieńczej misji Jezusa obecne jest również w Piśmie Świętym, lecz nigdy nie wyczerpywało i nie wyczerpie tajemnicy męki Jezusa.
Kiedy Nowy Testament tłumaczy nam sens śmierci krzyżowej Chrystusa odwołuje się do pojęcia ofiary, zadośćuczynienia za grzechy:
Niemożliwe jest bowiem, aby krew cielców i kozłów usuwała grzechy. Przeto przychodząc na świat, mówi: Ofiary ani daru nie chciałeś, aleś Mi utworzył ciało; całopalenia i ofiary za grzech nie podobały się Tobie. Wtedy rzekłem: Oto idę – w zwoju księgi napisano o Mnie – abym spełniał wolę Twoją, Boże. Wyżej powiedział: ofiar, darów, całopaleń i ofiar za grzech nie chciałeś i nie podobały się Tobie, choć składa się je na podstawie Prawa. Następnie powiedział: Oto idę, abym spełniał wolę Twoją. Usuwa jedną [ofiarę], aby ustanowić inną. Na mocy tej woli uświęceni jesteśmy przez ofiarę ciała Jezusa Chrystusa raz na zawsze. (Hbr 10, 4-10)
Autor listu do Hebrajczyków dla wyjaśnienia sensu zbawienia odnosi się właśnie do tej koncepcji prawnej, do ofiar krwawych ze zwierząt, które były składane w świątyni w Jerozolimie dla oczyszczenia z grzechów i odkupienia, które jednak nie mogły osiągnąć swojego celu.
Ofiara staje się obca
Dzisiaj coraz trudniej zrozumieć pojęcie ofiary, szczególnie wobec Boga (oprócz może ofiary na tacę). Ofiara jest już bardzo obca naszej religijności. Trudno ją wyjaśnić współczesnemu człowiekowi, który patrzy na świat przede wszystkim poprzez doświadczenie swojego życia. Kiedy słowa o ofierze Jezusa na krzyżu wzbudzają nasz niepokój i niezrozumienie przypomnijmy sobie, że ofiara Jezusa będzie zawsze tajemnicą, która przekracza nasze pojmowanie. Nigdy nie będziemy w stanie do końca zrozumieć jej logiki. Zarazem wychodząc pokornie od stwierdzenia swojej niewiedzy, ograniczenia naszego umysłu prośmy Boga, aby pomógł nam stopniowo pojąc mądrość i naukę krzyża. Tajemnica cierpienia Chrystusa wykracza bowiem poza prawne wyjaśnienie procesu zbawienia. Jest ono przede wszystkim bezgraniczną miłością Boga do każdego z nas, miłością, która nie zraża się naszą słabością, bylejakością, tchórzostwem i zakłamaniem. Bóg ciągle na nowo chce nas kochać, gotów wszystko i całego siebie do końca poświęcić za każdego z nas, ponieważ jestem jego ukochaną córką i synem.
Krzyk miłości Ojca
Wiele lat temu usłyszałem od mojej znajomej z Nowosybirska pewną historię. Oksanę z powodu komplikacjach pierwszej ciąży przywieziono do szpitala na oddział ginekologiczny. W tamtych czasach kobiety, których ciąża była zagrożona, i te, które decydowały się na aborcję trzymano na jednej sali.
Niektóre kobiety czekały na aborcję, drugie właśnie po niej wracały na salę, a jeszcze inne czekały na pomoc lekarza, aby uratować swoje dziecko. I wtedy nagle na korytarzu rozległ się przeraźliwy ryk: „Róbcie ze mną, co chcecie, tnijcie mnie na kawałki, tylko je uratujcie! Możecie mnie zabić, tylko je uratujcie!”. Tego krzyku zrozpaczonej matki słuchały te, które właśnie miały zabić swoje dziecko, i te, które dopiero co je zabiły.
Ten krzyk oddaje miłość Boga Ojca (który jest także naszą Matką) do każdego z nas, nawet najgorszego, najbardziej godnego pogardy. Bóg nie zważa na cenę, którą musi zapłacić, aby wyrwać nas z grzechu, cierpienia i potępienia. To jest właśnie miłość, która idzie aż do krzyża, by ratować tego, kto jest ukochany.
Jeśli ciągle chowamy przed Nim swoje rany, jeśli ciągle ukrywamy przed Nim swój ból i hańbę przeżytego poniżenia i wzgardy, to znaczy, że tak naprawdę ani Go nie znamy, ani nie chcemy przyjąć Jego miłości.
Nie bój się iść do Jezusa
Nie bójmy się być razem z Jezusem w Jego drodze krzyżowej, przyłączając się do Niego ze swoimi cierpieniami, krzywdami, znieważeniem i pogardą, której doświadczyliśmy, zdradą, którą przeżyliśmy. Cierpienie w naszym życiu, tak fizyczne, jak moralne i psychiczne, jest wielką tajemnicą i pozostawia straszne, niejednokrotnie niegojące się rany. Odważmy się pójść do Jezusa wiszącego na krzyżu z naszą bolesną przeszłością, z przeżyciami, które często chowamy w głębi siebie, o których chcemy zapomnieć, a które mimo to tkwią w naszej teraźniejszości. Trzeba się wyzbyć fałszywego poczucia niegodności, wyzbyć fałszywej pokory, która wmawia nam, że nasza krzywda nie może mieć nic wspólnego z Jego krzywdą, że nasze zniewagi i upodlenie nie może być porównane z Jego doświadczeniem na krzyżu. Bóg stał się człowiekiem, aby przeżyć to cierpienie, które nas niszczyło i odczłowieczało.
Jeśli ciągle chowamy przed Nim swoje rany, jeśli ciągle ukrywamy przed Nim swój ból i hańbę przeżytego poniżenia i wzgardy, to znaczy, że tak naprawdę ani Go nie znamy, ani nie chcemy przyjąć Jego miłości. Jezus ciągle czeka na krzyżu i mówi: „Pragnę!” Jezus pragnie nas, zranionych cudzym okrucieństwem i egoizmem. Pragnie, abyśmy mu opowiedzieli o tym wszystkim, co przeżyliśmy, aby mógł oczyścić i uleczyć nasze rany. Pięknie ujął tę prawdę prorok Izajasz, który już 6 wieków przed męką Chrystusa, tak opisuje cierpienie tajemniczego Sługi Jahwe i związek Jego męki z cierpieniem doświadczanym przez nas.
Lecz On się obarczył naszym cierpieniem, On dźwigał nasze boleści, a myśmy Go za skazańca uznali, chłostanego przez Boga i zdeptanego. Spadła Nań chłosta zbawienna dla nas, a w Jego ranach jest nasze zdrowie.(Iz 53, 4-5)
Ku uleczeniu
To wielka tajemnica zbawienia, że kiedy przybliżamy się do Jezusa wiszącego na krzyżu z naszymi ranami, cierpieniami, które często nosimy w sobie latami, a nawet dziesięcioleciami, to wtedy możemy doświadczyć uzdrowienia. Jeśli tylko przyznamy się, że jesteśmy słabi, skrzywdzeni, zdradzeni, wykorzystani, oszukani, jeśli przestaniemy udawać, że jesteśmy mocni i samowystarczalni, to możemy dzięki oddaniu się Jezusowi doświadczyć Jego uleczającej miłości.
Nie takiego bowiem mamy arcykapłana, który by nie mógł współczuć naszym słabościom, lecz doświadczonego we wszystkim na nasze podobieństwo, z wyjątkiem grzechu. Przybliżmy się więc z ufnością do tronu łaski, abyśmy otrzymali miłosierdzie i znaleźli łaskę dla [uzyskania] pomocy w stosownej chwili. (Hbr 4, 15-16)
Duszo Chrystusowa…
Módlmy się tą piękną modlitwą, abyśmy umieli przyłożyć swoje rany do ran Chrystusa:
Duszo Chrystusowa, uświęć mnie. Ciało Chrystusowe, zbaw mnie. Krwi Chrystusowa, napój mnie. Wodo z boku Chrystusowego, obmyj mnie. Męko Chrystusowa, umocnij mnie. O, dobry Jezu, wysłuchaj mnie. W ranach swoich ukryj mnie. Nie dozwól mi odłączyć się od Ciebie. Od wroga złośliwego broń mnie. W godzinę śmierci mojej wezwij mnie. I każ mi przyjść do Siebie, Abym ze Świętymi Twymi chwalił Cię Na wieki wieków. Amen.
Prawdziwe chrześcijaństwo zaczyna się dopiero tam, gdzie usłyszymy wezwanie, by porzucić wszystko, na czym opiera się nasze życie.
Co Jezus mówi o swojej męce?
Męka Jezusa to Dobra Nowina. Jezus dobitnie podkreśla to wiele razy. Ale co to znaczy? I jak Dobrą Nowiną może być tak okrutna śmierć człowieka sprawiedliwego? Jednym ze sposobów odpowiedzi jest wysłuchanie tego, co sam Jezus mówi o swoim ukrzyżowaniu i jego konsekwencjach dla nas.
Pierwszy poziom chrześcijaństwa
Gdy wybierał się w drogę, przybiegł pewien człowiek i upadłszy przed Nim na kolana, pytał Go: «Nauczycielu dobry, co mam czynić, aby osiągnąć życie wieczne?» Jezus mu rzekł: «Czemu nazywasz Mnie dobrym? Nikt nie jest dobry, tylko sam Bóg. Znasz przykazania: Nie zabijaj, nie cudzołóż, nie kradnij, nie zeznawaj fałszywie, nie oszukuj, czcij swego ojca i matkę». On Mu rzekł: «Nauczycielu, wszystkiego tego przestrzegałem od mojej młodości». Wtedy Jezus spojrzał z miłością na niego i rzekł mu: «Jednego ci brakuje. Idź, sprzedaj wszystko, co masz, i rozdaj ubogim, a będziesz miał skarb w niebie. Potem przyjdź i chodź za Mną!» Lecz on spochmurniał na te słowa i odszedł zasmucony, miał bowiem wiele posiadłości. (Mk 10, 17-22)
Pierwszy poziom życia chrześcijańskiego to przestrzeganie przykazań, szczególnie tych, które dotyczą naszych relacji z innymi ludźmi. Zachowywanie Dekalogu łączy chrześcijan ze wszystkimi ludźmi, także wyznawcami innych religii, którzy szukają dobra i sprawiedliwości. Prawdziwe chrześcijaństwo zaczyna się jednak dopiero tam, gdzie usłyszymy wezwanie, by porzucić wszystko, na czym opiera się nasze życie: dobra materialne, pozycję w społeczeństwie, wiedzę, inteligencję, osiągnięcia i pójść za Jezusem. A to oznacza wzięcia krzyża na ramiona:
Kto nie bierze swego krzyża, a idzie za Mną, nie jest Mnie godzien. Kto chce znaleźć swe życie, straci je, a kto straci swe życie z mego powodu, znajdzie je. (Mt 10, 38-39)
Największe wymaganie chrześcijaństwa
Młody człowiek wyobrażał sobie chrześcijaństwo jako radosne podążanie za prawdą i nie spodziewał się, że to może kosztować, że może oznaczać wzięcie na siebie tego, co najbardziej mu niemiłe i przeciwne. Nie można iść za Jezusem nie biorąc swojego krzyża na ramiona, nie porzucając swojego życia, wszystkiego, na czym nam zależy i dzięki czemu czujemy się bezpieczni.
To bardzo wymagające wezwanie. Młody człowiek zrozumiał to i pokornie odszedł od Jezusa. Wszyscy jesteśmy wezwani do przeżycia razem z Jezusem Jego męki. Wszystkich wzywa do zaparcia się siebie, wzięcia swojego krzyża i stracenia swojego życia, lecz do niewielu dociera prawdziwy sens tych słów. Niewielu je rozumie i niewielu rusza za Jezusem. Wezwanie do stracenia życia, do porzucenia wszystkiego, co dla nas cenne – a życie jest ostatecznie rzeczą najcenniejszą – przeraża nas i powoduje, że powoli wycofujemy się, myśląc, że to wezwanie dla jakichś świętych, męczenników i mistyków. Taka reakcja jest zupełnie normalna. Po grzechu pierworodnym każdy z nas działa według logiki przeciwnej wezwaniu Jezusa: o życie trzeba walczyć, nie można okazać słabości, lecz wszyscy muszą wiedzieć, że jestem na tyle silny, aby się obronić. Tak więc z jednej strony mamy wezwanie Jezusa, by oddać swoje życie, tracić wszystko, co najcenniejsze, a z drugiej wezwanie świata, w którym żyjemy, aby nie pozwolić odebrać sobie czegokolwiek, co stanowi o naszym szczęściu i bezpieczeństwie.
Ta szesnastowieczna rycina przedstawiająca Chrystusa w koronie cierniowej była jednym z najpopularniejszych wizerunków Zbawiciela w XVII-wiecznej Europie. Jednak technika wykonania wizerunku pozostaje tajemnicą, której nikt nie zdołał powtórzyć.
Sudarium św. Weroniki, znane także pod tytułami Święte Oblicze, Oblicze Chrystusa, przedstawiające twarz umęczonego Jezusa wpisaną w koło to jeden z najbardziej tajemniczych wizerunków Zbawiciela. Stworzył je w 1649 r. francuski grawer i malarz Claude Mellan (1598 –1688).
Twarz Chrystusa
Miedzioryt na pierwszy rzut oka nie różni się od innych dzieł z epoki. Ale gdy spojrzymy na niego z bliska zobaczymy, że twarz Chrystusa tworzy ciągła, nieprzerwana spiralna linia. Zaczyna się na czubku nosa, rozwija się (zgodnie z ruchem wskazówek zegara), rozszerza i ponownie zwęża, nie stykając się z sąsiednią linią, i tworzy kompletny obraz.
Rene den Engelsman/ Wikimedia Commons
***
Spoglądają na nas smutne oczy Jezusa. Widzimy detale, takie jak krople krwi i potu, poszczególne włosy na brodzie i pukle loków na głowie, a także misternie wykończoną koronę cierniową. Wszystkie te elementy, cienie i efekt plastyczny powstały poprzez wygięcie i poszerzenie lub osłabienie pojedynczej, wygrawerowanej linii.
„Święte Oblicze”
U dołu znajdują się dwie łacińskie inskrypcje. Pierwsza z nich informuje, że autorem pracy jest Claude Mellan i powstała ona w Luwrze w 1649 r. Druga, Formatur Unicus Una Non Alter (łac. jedyny uczyniony z jedynego [być może „jednorodzony”?], żadnego innego), od wielu lat stanowi zagadkę i budzi domysły historyków sztuki.
Jedna z interpretacji sugeruje, że chodzi o osobę jednorodzonego Syna Bożego, zrodzonego z Dziewicy, a napis NON ALTER oznacza, że nie ma nikogo, kto przypominałby, kto byłby drugim Chrystusem. Jednocześnie napis nawiązuje też do mistrzowskiej techniki grawera, jego pewnej ręki, której pracy nikt nie jest w stanie skopiować.
Tym bardziej, że napis miał podobno umieścić przyjaciel Mellana, Michel de Marolles, opat z Villeloin-Coulangé w środkowej Francji. Niektórzy badacze skłaniają się też do teorii, że napis odnosi się do odbicia Chrystusowego oblicza, które w momencie podania przez św. Weronikę chusty zostało stworzone „ręką Boga”.
Droga krzyżowa w Jerozolimie/Misyjne drogi.pl /fot. Hubert Piechocki
***
Droga Krzyżowa – to nabożeństwo nawiązujące do przejścia Pana Jezusa z krzyżem od pretorium Piłata na wzgórze Golgoty. Tradycja ta powstała w Jerozolimie. W średniowieczu rozpowszechnili ją franciszkanie, którzy oprowadzając pątników zatrzymywali się przy stacjach przedstawiających historię śmierci Jezusa. Polega ona na medytacji Męki Chrystusa, połączonej z przejściem symbolicznej drogi wewnątrz kościoła lub kaplicy, albo na zewnątrz. Drogę tę wyznacza 14 wydarzeń, zwanych stacjami. Liczbę czternastu stacji ustalono w XVII wieku.
W kościołach katolickich Droga Krzyżowa przedstawiana jest w postaci obrazów lub rzeźb rozmieszczonych na ścianach bocznych świątyni. Drogi krzyżowe zakładano również w otwartym terenie, zwane kalwariami. Jedna z najsłynniejszych znajduje się w rzymskim Koloseum [tu w każdy Wielki Piątek nabożeństwu Drogi Krzyżowej przewodniczy Papież]. Kalwarie pojawiły się również w Polsce na początku XVII w. Pierwsza, największa i najwspanialsza, została założona w 1604 roku w Kalwarii Zebrzydowskiej. Od 1609 roku rozpoczęto odgrywać w niej Misterium Męki Pańskiej. Obecnie w Polsce istnieją 53 kalwarie.
Teksty biblijne nie podają dokładnie drogi krzyżowej Pana Jezusa. Spośród 14 znanych stacji tylko dziewięć (I, II, V, VIII, X-XIV) ma potwierdzenie w ewangelicznych relacjach. Pozostałe (III, IV, VI, VII, IX) przekazała tradycja Kościoła. Choć dominuje tradycyjna liczba – 14 stacji, to aby ułatwić medytację całego misterium paschalnego Jezusa – jedna z propozycji zawiera 15 stacji. Ostatnia stacja dotyczy Zmartwychwstania Chrystusa.
Stacje Drogi Krzyżowej to nie tylko odtworzenie wydarzeń z ostatnich dni Chrystusa. Ale mają one swą bogatą symbolikę. Są podstawą rozważań medytacyjnych dotyczących m.in. tego, czym jest prawda, miłość. W nabożeństwie tym chodzi o rozważanie Męki Pańskiej, polegające nie tyle na współczuciu Chrystusowi, ile na gotowości uczestnictwa w Jego cierpieniach dla dobra Jego Kościoła.
Celem Drogi Krzyżowej jest zatem ożywienie wiary i apostolstwa; ukształtowanie postaw chrześcijańskiej pokuty, ofiarności i wdzięczności. Droga Krzyżowa powinna być rodzajem mojego szerszego rachunku sumienia. Modlitwę Drogi Krzyżowej można zrozumieć jako drogę, która prowadzi do głębokiej, duchowej jedności z Jezusem. Ukazuje ona Chrystusa, który sam dzieli cierpienia ludzi, który stał się człowiekiem, aby nieść nasz krzyż, oraz chce przekształcić nasze „kamienne serce” i wzywa nas do dzielenia cierpień innych ludzi. Chrystus chce dać nam „serce z ciała”, które nie będzie nieczułe wobec cierpień innych ludzi, ale stanie się wrażliwe i poprowadzi do miłości, która uzdrawia i pomaga. Podczas Drogi Krzyżowej Chrystus idzie razem z nami, jak kiedyś z uczniami z Emaus. Droga Krzyżowa powinna prowadzić nas do najświętszej Eucharystii, w której stale się uobecnia pośród nas owoc śmierci i Zmartwychwstania Jezusa. Bł. Ks. Jerzy Popiełuszko mówił, że Przez krzyż idzie się do zmartwychwstania. Innej drogi nie ma.
Na mocy decyzji papieża Pawła VI jest możliwość uzyskania raz dziennie odpustu zupełnego – za odprawienie Drogi Krzyżowej.
Właściwe postawy podczas nabożeństwa Drogi Krzyżowej:
Najpierwprzyjąć postawę służby, pomocy wobec cierpiącego Chrystusa, być z Nim w Jego osamotnieniu (bo podczas Jego historycznej Męki niemal wszyscy Go opuścili, nawet najbliżsi), wzbudzić intencję pomagania Mu w niesieniu Krzyża, powstawaniu z Jego upadków. Należy zatem przyjąć postawę np. Weroniki czy Cyrenejczyka. Oddać (ofiarować) Chrystusowi swoje cierpienia, trudy, wyrzeczenia będące rodzajem pomocy w dźwiganiu przez Niego Krzyża.
Następnie wynagradzać (dokonywać zadośćuczynienia) za wszystkie obelgi, zniewagi, świętokradztwa, obojętności itp. wyrządzone Bogu przez grzechy swoje i innych ludzi.
ze strony:ParafiaKlwow.pl
+++
Nabożeństwo Gorzkich Żali
Nabożeństwo Gorzkich Żali ma już w tym roku 318 lat tradycji
fot. ks. Włodzimierz Piętka/Gość Niedzielny
+++
Nabożeństwo Gorzkich Żali śpiewane jest w Wielkim Poście we wszystkich polskich kościołach. Bardzo pomaga w rozmyślaniu o Męce Pańskiej, jak również w głębokim przeżywaniu osobistej modlitwy. Historia powstania Gorzkich Żali związana z działalnością Bractwa św. Rocha, przy kościele Księży Misjonarzy Świętego Krzyża w Warszawie. Ks. Wawrzyniec Stanisław Bennik, opiekun Bractwa, w lutym 1707 r. wydał drukiem teksty Gorzkich Żali pod tytułem: Snopek Myrry z Ogroda Gethsemańskiego albo żałosne Gorzkie Męki Syna Bożego (…) rozpamiętywanie. Nazwa wzięła się od mirry, czyli daru, jaki Trzej Królowie złożyli Nowonarodzonemu Jezusowi. Dar mirry był zapowiedzią męki i zbawczej śmierci Chrystusa. Pierwsze nabożeństwo Gorzkich Żali zostało uroczyście odprawione w pierwszą niedzielę Wielkiego Postu – 13 marca 1707 r. w kościele p.w. Świętego Krzyża w Warszawie. Nabożeństwo bardzo szybko stało się popularne w całej Polsce. Otrzymało akceptację Stolicy Apostolskiej. Tekst Gorzkich Żali zachował do dziś oryginalne, staropolskie brzmienie. Polscy emigranci i misjonarze rozpowszechnili to nabożeństwo po całym świecie. Również św. Jan Paweł II przyczynił się, poprzez praktykowanie tego Nabożeństwa, że poznali je katolicy innych narodów. Obecnie tekst Gorzkich Żali jest przetłumaczony na wiele języków. Gorzkie Żale nawiązują treścią do tradycji pieśni pasyjnych, tzw. planktów (łacińskie słowo planctus – oznacza narzekanie, lament, płacz). Treść nabożeństwa opiera się na ewangelicznym opisie męki jak również na tekstach ze Starego Testamentu, takie jak Psalm 22 oraz Pieśń o Cierpiącym Słudze Jahwe z Księgi Proroka Izajasza. To na nich opierają się bardzo plastyczne opisy przeżyć umęczonego Jezusa podczas biczowania, cierniem ukoronowania i bardzo wielu upokorzeń, jakich doznawał Pan Jezus od otaczających Go żołnierzy i tłumu, aż do ukrzyżowania.
Układ nabożeństwa Gorzkich Żali ma strukturę dawnej Jutrzni: rozpoczyna się tzw. „Pobudką” [Zachętą], po której następuje wzbudzenie intencji [czytanie], a następnie wykonywane są śpiewy, tzn.: „Hymn”, „Lament duszy nad cierpiącym Jezusem” i „Rozmowa duszy z Matką Bolesną”, a całość nabożeństwa kończy antyfona: „Któryś za nas cierpiał rany”. Całość podzielona jest na trzy części, które opisują kolejno obrazy Męki Pańskiej w poszczególnych etapach jej przebiegu.
W każdą niedzielę Wielkiego Postu odprawia się jedną część Gorzkich Żali, Pobudka [Zachęta] Część I (I i IV Niedziela Wielkiego Postu) Część II (II i V Niedziela Wielkiego Postu) Część III (III Niedziela Wielkiego Postu i Niedziela Palmowa). Antyfona: „Któryś za nas cierpiał rany”.
Celem Gorzkich Żali jest nie tylko rozważanie Męki i Śmierci Pana naszego Jezusa Chrystusa, ale również skłonienie uczestników nabożeństwa do refleksji nad przemijaniem, sensem cierpienia w życiu, sprawami ostatecznymi oraz utożsamianiem się z cierpiącym za nas Chrystusem, co jest wyrazem miłości i wdzięczności za tak wielki dar, jakim była Jego Śmierć i Zmartwychwstanie. Ważna w rozważaniach Gorzkich Żali jest obecność Matki Bożej – jako Pośredniczki cierpiącej wraz ze swym Synem, utożsamiającej się także z wiernymi, którzy pragną pojednania z Bogiem, ale są bezradni wobec swoich grzechów i potrzebują nawrócenia.
Za udział w nabożeństwie Gorzkich Żali w kościele lub kaplicy – wierni, pod zwykłymi warunkami, mogą zyskuje odpust zupełny raz w tygodniu w okresie Wielkiego Postu.
***
Każdego piątku w czasie Wielkiego Postu bardzo zachęcam do uczestnictwa w nabożeństwie Drogi Krzyżowej o godz. 18.30
a w niedziele – na śpiewanie Gorzkich Żali
o godz. 13.30
+++
„Gorzkie żale” – żywe nabożeństwo i arcydzieło polskiej literatury
Dzisiaj bardziej ceni się ironię i chłodny dystans niż patos i współodczuwanie. A jednak ciągłe praktykowanie „Gorzkich żalów” świadczy o głębokiej tęsknocie za tym, by w przeżywanie męki Chrystusa zaangażować się całym sobą.
fot. Marek Piekara/Gość Niedzielny
+++
Czesio, niepełnosprawny umysłowo bohater popularnego serialu „Włatcy móch”, twierdził, że jego marzeniem jest „zostać piosenkarzem i tworzyć »Gorzkie żale«”. Prześmiewcze intencje autorów infantylnej kreskówki są dla widzów oczywiste, mimo że sam Czesio to postać całkiem sympatyczna. Ale fakt, że za symbol kościelnego „obciachu” twórcy serialu uznali akurat „Gorzkie żale”, daje do myślenia. Już sama nazwa tego nabożeństwa, w potocznym języku używana dziś jako synonim bezproduktywnego narzekania, wydaje się kompletnie archaiczna, nieprzystająca do współczesnych czasów. Nie dość, że „gorzkie”, to jeszcze „żale” – ta znaczeniowa podwójność, kumulacja smutku jednych będzie śmieszyć, innych drażnić. Z pewnością jednak jest coś takiego w „Gorzkich żalach”, co nie pozwala przejść obok nich obojętnie. Doceniono je zresztą w wielu miejscach świata – tekst przetłumaczono na ponad 30 języków. Natomiast samo nabożeństwo jest popularne tylko w Polsce i wydaje się wyrazem typowo polskiej pobożności.
Mistyczny rumak
W zbiorze esejów „Zamieszkać w katedrze” Wojciech Wencel stwierdził, że autor „Gorzkich żalów” jest największym poetą, jakiego zna. „(…) czy można dezawuować ekspresję »Gorzkich żalów« za to, że jest bliższa istocie poezji niż awangardowe bazgroły, których historia liczy sobie marne sto czy dwieście lat?” – pytał. Jego esej, który zaczynał się od opisu nabożeństwa w kaszubskim Somoninie, pokazywał, że sensem literatury jest jednoczenie ludzi, budowanie wspólnoty. Pozornie niemodne „Gorzkie żale” w wielu miejscach Polski ciągle jeszcze tę funkcję spełniają. Czy jednak decyduje o tym wartość literacka tekstu?
„»Gorzkie żale« to arcydzieło polskiej literatury, ale nie na literackiej genialności zasadza się ich niezwykły fenomen” – pisze poeta, pieśniarz i historyk sztuki Jacek Kowalski we wstępie do opublikowanego przed czterema laty reprintu i transkrypcji pierwszego wydania tekstu z 1707 r. „Są one przede wszystkim żywym nabożeństwem, czyli mistycznym rumakiem, na którym polska dusza przez trzy wieki ulatywała i wciąż ulatuje do nieba, oraz które oddało nieocenione usługi tak naszej pobożności, jak i kulturze w ogóle”.
Autor opracowania zwraca uwagę, że „Gorzkim żalom” przez ostatnie dwa stulecia odmawiano artyzmu, traktując je „często z pobłażaniem, jako nabożeństwo dla ludu, rzewne, prymitywne i pozbawione większej wartości literackiej” (podobny los spotkał zresztą, jego zdaniem, dużą część spuścizny polskiego baroku i epoki saskiej, których rehabilitacja rozpoczęła się dopiero niedawno). Tym cenniejsza jest więc przygotowana przez Kowalskiego publikacja, pozwalająca na kontakt z oryginalnym tekstem i jego konfrontację z późniejszymi zmianami. Warto dodać, że dwa lata później w tym samym poznańskim wydawnictwie Dębogóra ukazały się „Plaintes amères”, czyli dokonany przez prof. Annę Drzewicką przekład „Gorzkich żalów” na język francuski. Dołączona do tej książki płyta dowodzi, że i w tym języku słowa nabożeństwa brzmią bardzo szlachetnie.
Aby ludzie mogli śpiewać
Pierwotny tytuł nabożeństwa był nieco inny. „Snopek mirry z Ogroda Getsemańskiego, albo żałosne gorzkiej Męki Syna Bożego, co piątek, a mianowicie pod czas Pasyjej w niedziele Postu Wielkiego po południu, około godzin nieszpornych rozpamiętywanie z przydatkiem króciuchnego Nabożeństwa do Najświętszego Sakramentu za staraniem i kosztem IchMościów PP[anów] Braci i Sióstr Konfraternijej Rocha Ś[więtego] przy Kościele farnym Ś[więtego] Krzyża w Warszawie założonej zebrany i do druku podany” – czytamy na karcie tytułowej pierwszego wydania „Gorzkich żalów”. Wspomniane tam Bractwo św. Rocha, na co dzień zajmujące się m.in. opieką nad chorymi, kontynuowało tradycję rozważań o męce Pańskiej, obecną w Polsce od czasów średniowiecza. Od 1698 r. organizowało ono nabożeństwa pasyjne zwane Fasciculus myrrhae, czyli właśnie „Snopek mirry”. Ich nazwa nawiązywała do Pieśni nad Pieśniami, której miłosną retorykę łączono z opisami męki Pańskiej. Niestety, teatralizowane nabożeństwa złożone z łacińskich hymnów i polskich pieśni były nie tylko kosztowne, ale i coraz mniej zrozumiałe dla ludu. W miejsce dotychczasowych przedstawień postanowiono więc przygotować „książeczkę polską o Męce Pańskiej, aby sami ludzie alias bractwo mogło śpiewać”.
Zredagowania nowego nabożeństwa podjął się moderator bractwa, ks. Wawrzyniec Stanisław Benik ze Zgromadzenia Księży Misjonarzy św. Wincentego à Paulo. Nadał mu formę trzech podobnie zbudowanych, trójdzielnych części, poświęconych kolejnym etapom męki Pańskiej. Poprzedzono je „Pobudką”, czyli, jak mówią niektóre współczesne modlitewniki – „Zachętą”. W skład każdej części wchodzą: „Hymn”, „Lament duszy nad cierpiącym Jezusem” i „Rozmowa duszy z Matką Bolesną”. Oczywiście autor nabożeństwa korzystał z istniejących wzorców, np. „Rozmowa (…)” to przetworzenie średniowiecznej sekwencji Stabat Mater Dolorosa. Jednak, jak podkreśla Jacek Kowalski, „Hymny” i „Lament” wydają się dziełem oryginalnym.
Czucie i teologia
Fenomen „Gorzkich żalów” polega, zdaniem Kowalskiego, na tym, że „bogactwu teologicznych treści towarzyszy wielki ładunek ekspresji, która ma na celu duchowe zjednoczenie śpiewającego (…) z cierpiącym Chrystusem”. Autor wstępu do wydania z 2014 r. zwraca uwagę, że tekst nieustannie uderza w zmysły i emocje śpiewających, „tak umiejętnie, że to oni sami stają się świadkami i opowiadają o Męce, jakby osobiście Ją widzieli, słyszeli, przeżywali”. Temu celowi służyć mają ciągłe odwołania do zmysłu wzroku („przypatrz się, duszo), liczne wykrzyknienia, użycie pierwszej osoby czasownika i czasu teraźniejszego („ach, widzę”), a także pytania („Co jest, pytam, co się dzieje?”). Z drugiej strony w tekście został też zawarty duży ładunek czułości, podkreślanej m.in. przez powtarzającą się frazę: „Jezu mój kochany!”.
Oczywiście, to, co było atutem tekstu u progu XVIII wieku, może się dziś okazać jego słabością. Nie da się ukryć, że „Gorzkie żale” nie są nabożeństwem, które przyciąga masowo młodych ludzi. Składa się na to wiele kwestii – oprócz bariery językowej ważny jest także zapewne bagaż życiowego doświadczenia, które może wzmocnić stopień przeżywania opisów męki Chrystusa. Sam tekst „Gorzkich żalów” zresztą też ewoluował, był na przestrzeni wieków „uwspółcześniany”, nie zawsze z dobrym skutkiem. O ile np. zamiana fragmentów o „żydowskiej złości” na „katowską złość” wydaje się oczywista, a zastąpienie słów archaicznie brzmiących bardziej współczesnymi („najgrawany” – „wyszydzany”, „wszego” – „wszystkiego” itp.) – zrozumiałe, to już łagodzenie opisów Męki („Jezu, przez szyderstwo okrutne cierniowym wieńcem ukoronowany” zamiast obrazowego „Jezu, aż do mózgu przez czaszkę ciernia kolcami ukoronowany”) zdecydowanie osłabia wymowę tekstu.
Czasy mamy jednak takie, że – przynajmniej w literaturze – bardziej ceni się chłodny dystans, a nawet ironię, niż współodczuwanie i patos. Mimo to ciągłe praktykowanie „Gorzkich żalów” w polskich kościołach świadczy o głębokiej tęsknocie za tym, by nasze rozważanie męki Chrystusa nie miało charakteru wyłącznie intelektualnego, ale by angażowało całego człowieka. Być może więc to, co było istotą sarmackiej pobożności, czyli nieustanne współdziałanie rozumu i emocji, nadal pozostaje ważne dla polskiej duszy. Jeśli tak, to może jest szansa na stworzenie, obok – ciągle potrzebnych – „Gorzkich żalów”, bardziej współczesnej formy, która wyrazi to samo, ale językiem dzisiejszego człowieka?•
Szymon Babuchowski/Gość Niedzielny
+++
Nabożeństwo 40 godzinne
Współcześnie czterdziestogodzinne nabożeństwo jest stopniowo zapominane. Najczęściej służy jedynie jako „wstęp” do Wielkiego Postu. Ma jednak bardzo bogatą i długą tradycję. Już w 1539 r. papież Paweł III pisał, że powstało, aby „ułagodzić gniew Boga, spowodowany występkami chrześcijan, oraz aby udaremnić wysiłki i machinacje Turków, dążących do zniszczenia chrześcijaństwa”.
Czterdziestogodzinne nabożeństwo nazywane jest Quarant’ Ore (lub Quarantore), od quarant – „czterdzieści” oraz hora – „godzina”. Polega na nieustannej, trwającej czterdzieści godzin modlitwie przed wystawionym Najświętszym Sakramentem…
Adoracja trwa 40 godzin przede wszystkim dla upamiętnienia czasu, jaki według tradycji ciało Zbawiciela było złożone w grobie. Ale liczba 40 jest często wymieniana w Biblii i zawsze oznacza święty czas: przed rozpoczęciem nauczania Pan Jezus przebywał na pustyni przez 40 dni, tyle samo czasu padał deszcz w trakcie potopu, Żydzi błąkali się na pustyni przez 40 lat.
Współcześnie dokumenty liturgiczne mówią nie tyle o „czterdziestogodzinnym nabożeństwie”, co o dłuższej adoracji, bez określania czasu jej trwania. Termin zachował się w praktyce duszpasterskiej i najczęściej określa się nim trzydniową adorację, odbywającą się albo w trzy kolejne niedziele przed Wielkim Postem, albo w niedzielę (od ostatniej Mszy porannej), poniedziałek i wtorek przed Środą Popielcową.
Nabożeństwo ma charakter głównie pokutny oraz przebłagalny za grzechy popełnione przez chrześcijan w okresie karnawału. Co istotne, jest wynagrodzeniem za winy nie tylko samych uczestniczących w adoracji, ale wszystkich ich współwyznawców. Traktuje się to nabożeństwo również jako chroniące przed złem, pokusami i wszelkimi niebezpieczeństwami. Jednak, jak w przypadku każdej adoracji Najświętszego Sakramentu, ma przede wszystkim służyć pogłębieniu wiary i umocnieniu relacji z Bogiem.(źródło: Dominikański Ośrodek Liturgiczny)
W Archidiecezji Glasgow jest praktykowane nabożeństwo 40 godzinne, które rozpoczyna się w niedzielę wieczorem i adoracja Najświętszego Sakramentu trwa przez cały dzień w poniedziałek i we wtorek:
16 marca – II Niedziela Wielkiego Postu: St. Patrick’s, Anderston, St. Joseph’s, Cumbernauld, St. Joseph’s, Faifley
23 marca – III Niedziela Wielkiego Postu: Our Lady, Good Counsel, Dennistoun, St. Margaret’s, Clydebank
30 marca – IV Niedziela Wielkiego Postu: St. Andrew’s, Bearsden, St. Anne’s, Dennistoun, St. Gregory’s, Wyndford
Każdego tygodnia w kościele Ojców Pasjonistów – St. Mungo’s (52 Parson St. G4 0RX) jest dwugodzinna adoracja Najświętszego Sakramentu: poniedziałek & środa od 14.00 – 16.00 i sobotę od 15.00 – 17.00
***
kościół św. Piotra
Partick, 46 Hyndland Street , Glasgow, G11 5PS
***
W każdy piątek jest Adoracja Najświętszego Sakramentu od godz. 18.00
W czasie Adoracji jest możliwość przystąpienia do sakramentu spowiedzi.
Msza św. wynagradzająca za grzechy nasze i całego świata odprawiana jest o godz. 19.00
W trzeci piątek miesiąca sprzątamy kościół św. Piotra od godz. 17.00. Chętni bardzo mile widziani.
W każdą sobotę o godz. 18.00 jest Msza św. wigilijna z niedzieli
Możliwość spowiedzi jest od godz. 17.00
***
W pierwsze soboty miesiąca po Mszy św. jest Nabożeństwo Pięciu Sobót Wynagradzających za zniewagi i bluźnierstwa przeciwko Najświętszej Matce Bożej
***
W drugie soboty miesiąca po Mszy św. modlimy się Koronką do Serca Boleściwej Matki – Serca przebitego siedmiokrotnie mieczem boleści.
***
W trzecie soboty miesiąca po Mszy św. modlimy się na różańcu o pokój na świecie.
W każdą Niedzielę Msza św. jest o godz. 14.00
Przed Mszą św. jest Adoracja Najświętszego Sakramentu.
W tym czasie jest także możliwość przystąpienia do sakramentu spowiedzi od godz. 13.30
Od września trwają prace renowacyjne kościoła św. Piotra. Dlatego w piątki Adoracja, spowiedź św. i Msza św. na czas remontu są w sali parafialnej. Natomiast w soboty i w niedziele Msze św. są w kościele.
***
Kaplica izba Jezusa Miłosiernego
4 Park Grove Terrace, Glasgow G3 7SD
***
W każdy pierwszy czwartek miesiąca jest Msza św. o godz. 19.00
Po Mszy św. jest Godzina Święta
***
Naczynia połączone
Pierwsze czwartki, pierwsze piątki, pierwsze soboty. Interesowni praktykują dla obietnic, gorliwi – z miłości. Podejmiesz wyzwanie?
ISTOCKPHOTO
***
Sytuacja z utrudnionym dostępem do Mszy, także pierwszopiątkowej, w jakiej przed pięcioma laty postawiła nas pandemia, pokazuje, jak ważne są dla wielu katolików dni, w których okazujemy szczególną cześć Najświętszemu Sercu Pana Jezusa i Niepokalanemu Sercu Najświętszej Maryi Panny. W pierwsze piątki miesiąca liczba wiernych w kościołach jest wyższa niż w inne dni powszednie, a wielu jest takich, którzy podejmują tego dnia posty i inne czyny pokutne.
Niedawno zmienił się sposób wyznaczania pierwszych dni miesiąca w kalendarzu kościelnym. Wcześniej obchodzono wszystkie trzy dni razem. Decydował pierwszy piątek. Jeśli ten dzień przypadł pierwszego dnia danego miesiąca, wtedy czwartek, choć kalendarzowo należał jeszcze do poprzedniego miesiąca, obchodziło się jako pierwszy. Jeżeli natomiast pierwszym dniem miesiąca była sobota, wówczas jako pierwszą sobotę w Kościele obchodziło się tę, która przypadała za tydzień – po pierwszym piątku. Niedawno zostało to uproszczone. Pierwsze czwartek, piątek i sobotę obchodzi się teraz wtedy, kiedy faktycznie są pierwsze w kalendarzu na dany miesiąc. Sposób liczenia dni to jednak kwestia drugorzędna. Istotne jest nastawienie serca i intencja, z jaką podejmuje się te praktyki.
Jak ciąża
Skąd te praktyki się wzięły? – Za pierwszymi piątkami stoi żądanie Pana Jezusa z objawień św. Małgorzaty Alacoque. Jeśli chodzi o nabożeństwo pięciu pierwszych sobót miesiąca, to stoi za nimi tradycja fatimska. Natomiast wcześniejsza tradycja bardziej była związana z kultem Niepokalanego Serca Maryi, który nawiązywał do kultu Serca Jezusa – mówi ks. prof. Marek Chmielewski. Dodaje, że praktyki pierwszego czwartku, piątku i soboty miesiąca nie mają charakteru obowiązkowego, lecz należą raczej do sfery pobożności. – O ile liturgia jest obowiązkowa, bo to jest kult Kościoła, o tyle jeśli chodzi o formy pobożności, to takiego obowiązku w sensie prawnym nie ma. Natomiast ze względów formacyjnych te formy się szanuje – zauważa.
Szczególnie popularne jest wśród wiernych nabożeństwo dziewięciu pierwszych piątków miesiąca. Dlaczego ma to być akurat dziewięć piątków, czyli de facto dziewięć miesięcy?
– Dlatego, że dziewięć miesięcy to analogia do czasu, jakiego potrzebuje dziecko rozwijające się w łonie matki, aby się urodzić. Przez praktykę dziewięciu pierwszych piątków ma się narodzić nowy człowiek, który żyje sakramentami. Jeśli dobrze wczytamy się w objawienia, których Pan Jezus udzielił św. Małgorzacie, zauważymy, że one mają na celu właśnie to: wychowanie człowieka do regularnego życia sakramentalnego – wskazuje teolog.
Zwraca uwagę na fakt, że od uchwały IV Soboru Laterańskiego w 1215 roku katolik ma obowiązek spowiedzi i Komunii raz w roku, szczególnie w okresie wielkanocnym. Na tamte czasy było to wymaganie wysokie, jeśli weźmie się pod uwagę istniejącą wtedy sieć kościołów. Z czasem jednak ulegało to zmianom i już na przykład w XVII wieku duszpasterstwo oraz dostępność kościołów wyglądały całkiem inaczej. Wówczas traktowanie pobożności na zasadzie „raz w roku” wymagało zdynamizowania. I taka pomoc przyszła. Pierwszopiątkowe praktyki i związane z nimi obietnice Jezusa znacznie ożywiły życie duchowe katolików.
Sama św. Małgorzata Maria Alacoque w jednym z listów napisała, że kult Najświętszego Serca „ma na celu odnowienie w duszach skutków Odkupienia”. To jest zasadniczy cel tego nabożeństwa.
Chodzi o cel
Wraz z nową formą pobożności pojawiły się także jej wypaczenia, polegające na magicznym traktowaniu praktyk pierwszopiątkowych (a także pierwszosobotnich), czyli wykonywaniu ich na zasadzie „zaliczenia”: przyjść, odprawić spowiedź, Komunię, najlepiej wszystko w sam pierwszy piątek. Towarzyszy temu oczekiwanie, że gdy wypełnię praktykę, Pan Bóg musi mi zagwarantować zbawienie. Taki „handel wymienny”.
Ksiądz Marek Chmielewski, przestrzegając przed taką postawą, podkreśla ważność odpowiedniego przygotowania do spełniania warunków nabożeństwa. – Jest dobrą intuicją duszpasterską, że dzieci pierwszokomunijne przynajmniej przez pierwszy rok odprawiają dziewięć pierwszych piątków. Nie powinno tam jednak chodzić o uzyskanie nieco magicznie traktowanego „biletu do nieba”. Obietnica mówi przede wszystkim, że człowiek nie umrze bez szansy pojednania z Bogiem, ale to samo przez się nie jest gwarancją zbawienia. Chodzi o to, żeby tego młodego człowieka wychować w życiu sakramentalnym nie tylko co do ilości wypełnionych praktyk. On ma się nauczyć, jak się spowiadać: nie tylko w sposób faktograficzny, ale analityczny; ma się nauczyć życia eucharystycznego, adoracji. I to jest ważne – przekonuje. Przywołuje konkretny przykład prawidłowej formacji w tym zakresie.
– W pierwszych latach kapłaństwa pracowałem w dużej parafii w Radomiu. Była tam siostra katechetka, która przez pół godziny odprawiała z dziećmi rachunek sumienia, zanim księża usiedli, żeby spowiadać je na pierwsze piątki. I widać było efekty. Dzieci były dobrze przygotowane, wiedziały, co mówią. Takie podejście jest bardzo ważne dla rozwoju duchowego. Jeśli tego nie ma, dochodzi do takich sytuacji, że dorosły człowiek spowiada się jak dziecko pierwszokomunijne. Tak więc praktyka pierwszych piątków miesiąca ma wielki potencjał duszpasterski, jeśli jest mądrze i dobrze sprawowana. I to jest jej zasadniczy cel. Chodzi przecież o wychowanie do miłości Boga, bliźniego i samego siebie – akcentuje kapłan.
Wynagrodzenie
Nabożeństwo do Serca Jezusowego jest kultem ekspiacyjnym, wynagradzającym. Podobnie jest z kultem Niepokalanego Serca Maryi Panny, w którym od czasu objawień fatimskich wzmocniony został element pokuty za grzechy. Maryja w Fatimie mówiła dzieciom, że wielu ludzi ginie na wieki, bo zbyt mało jest takich, którzy chcieliby się za nich modlić i ofiarować swoje cierpienia. Także tu istotny jest więc motyw wynagrodzenia.
– Wynagrodzenie jest często traktowane na sposób ludzki: komuś zrobiłem przykrość, to teraz muszę przeprosić, żeby mu sprawić przyjemność. Samo wyrażenie „obrażać Boga” jest antropomorficzne, ale nie mamy innych narzędzi. Wyglądałoby na to, że przez nasze zgrzeszenie Pan Bóg coś traci i my musimy Mu to oddać, tak jak w ramach restytucji musimy oddać to, co ukradliśmy, bo w przeciwnym razie nie spełnimy warunku nawrócenia – mówi ks. Marek Chmielewski. Zauważa jednak, że to nie do końca tak. – Chodzi o to, że skoro Bóg jest miłością, to grzech jest zaprzeczeniem miłości. To jest przede wszystkim krzywda, jaką człowiek samemu sobie wyrządza przez odwrócenie się od miłości. I to nie miłości w znaczeniu uczuciowym, tylko rozumianym jako afirmacja osoby. Wynagrodzenie jest przede wszystkim odbudowaniem i wzmocnieniem w grzeszniku miłości. To wynagrodzenie staje się bardziej zrozumiałe, gdy patrzymy na nie przez wymiar Kościoła. Czasami mówimy, że Kościół jako Mistyczne Ciało Chrystusa jest jak zespół naczyń połączonych. Jeżeli poziom spada w jednym naczyniu, to spada we wszystkich. Mistyczne Ciało doznaje uszczerbku przez cudzy grzech. Wierni mający tę świadomość tym bardziej chcą okazać miłość Bogu i bliźniemu, aby ten brak, jaki Kościół cierpi, został wyrównany. A więc nie tyle Pan Bóg cierpi szkody (jest przecież bytem absolutnym), ile Kościół ponosi duchowe straty. I gorliwi chcą naprawić to, co inni zepsuli. To jest wyraz odpowiedzialności za zbawienie innych i za życie Kościoła – podkreśla teolog.
Czwartki
Tradycja pierwszych czwartków jest późniejsza niż piątków i sobót. – Nie można ich traktować na równi z pierwszymi piątkami – zauważa ks. prof. Chmielewski. Dodaje, że trudno wskazać początek tej tradycji. Prawdopodobnie wiąże się z orędziami na Światowe Dni Powołań, które zapoczątkował św. Paweł VI. – Tam, jak się zdaje, jest początek tej praktyki: zaproszenie do szczególnej modlitwy w pierwsze czwartki o powołania, głównie kapłańskie – mówi. Zauważa, że zwyczajowo modlimy się o powołania, ale rzadko akcentuje się modlitwę za powołanych. O to, żeby byli wierni powołaniu – a to jest przecież istota.
Franciszek Kucharczak/Gość Niedzielny
W każdą trzecią sobotę miesiąca jest spotkanie Biblijne na temat: kobiety w Piśmie Świętym. Spotkanie rozpoczynamy o godz. 10.00 śpiewaniem Godzinek ku czci Najświętszej Maryi Panny a kończymy w południe modlitwą Anioł Pański.
***
W czwartym tygodniu każdego miesiąca – z piątku na sobotę – jest całonocna Adoracja Najświętszego Sakramentu dla kobiet w kaplicy Sióstr Benedyktynek w Largs.
Początek Adoracji rozpoczyna się modlitwą różańcową o godz. 21.00 a zakończenie Adoracji śpiewem Godzinek ku czci Najświętszej Maryi Panny i Mszą św. o brzasku dnia o godz. 5.00
* za naszych kapłanów, aby dobry Bóg umacniał ich w codziennej posłudze oraz o nowe powołania do kapłaństwa i życia konsekrowanego.
* za papieża Franciszka, aby Duch Święty prowadził go, a św. Michał Archanioł strzegł.
* Nie wystarczy usłyszeć wołania do nawrócenia, które w czasie Wielkiego Postu brzmi mocnym Głosem – tak, że nawet zgiełk i krzyk świata nie są w stanie Go zagłuszyć. Jednak, aby to wołanie mogło dotrzeć aż do głębi mojego serca, potrzebuję łaskę skruchy, aby uznać moją nieprawość i zobaczyć, że to ja zgrzeszyłem i uczyniłem, co jest złe przed Tobą Panie. Św. Jan Maria Vianney zwykł mawiać: „Gdybyś naprawdę prosił Pana o nawrócenie, byłoby ci to dane”. Dlatego naprawdę proszę z całego serca – uzdrów mnie Panie!
Intencja dodatkowa dla Róży Matki Bożej Częstochowskiej (II), św. Moniki i bł. Pauliny Jaricot:
* Rozważając drogi zbawienia w Tajemnicach Różańca Świętego prosimy Bożą Matkę, aby wypraszała u Syna swego a Pana naszego Jezusa Chrystusa właściwe drogi życia dla naszych dzieci.
***
W tym miesiącu możemy uzyskać odpust zupełny z racji:
rocznicy 02/03/2013 przyjęcia do Żywego Różańca
25 marca – w uroczystość Zwiastowania Najświętszej Maryi Pannie
Od 1 marca 2025 modlimy się kolejnymi Tajemnicami Różańca Świętego i w intencjach wyznaczonych na ten miesiąc, które otrzymaliście na maila 28 lutego 1925 z adresu e-rozaniec@kosciol.org (jeśli ktoś z Was nie dostał maila na ten miesiąc, proszę o kontakt z Zelatorem Róży, albo na adres rozaniec@kosciolwszkocji.org)
________________________________________
Obecnie mamy 19 Róż Żywego Różańca, choć mieliśmy do niedawna 21. Dlatego bardzo serdecznie zachęcamy chętnych, aby zechcieli dołączyć się do Żywego Różańca. Módlmy się też w tej intencji, aby dotąd nieprzekonani mogli się przekonać jak skuteczną i tym samym jak bardzo potrzebną jest dziś modlitwa różańcowa.
***
Adobe Stock
***
KOMUNIĘ ŚWIĘTĄ przyjmujemy z należytym uszanowaniem do ust albo na rękę – wtedy CIAŁO PAŃSKIE spożywamy w obecności kapłana. Przyjmując KOMUNIĘ ŚWIĘTĄ – na słowa kapłana: CIAŁO CHRYSTUSA – odpowiadamy: AMEN.
***
Co oznacza nasze „Amen”, które wypowiadamy podczas Komunii św. przyjmując „Ciało Chrystusa”?
Kapłanowi, który rozdając Eucharystię mówi tobie: „Ciało Chrystusa”, odpowiadasz: „Amen” – to znaczy uznajesz łaskę i zaangażowanie, jakie pociąga za sobą stanie się Ciałem Chrystusa. Gdy przyjmujesz bowiem Eucharystię, stajesz się Ciałem Chrystusa. To bardzo piękne! Komunia, jednocząc nas z Chrystusem, wyrywając z naszego egoizmu, otwiera nas i jednoczy ze wszystkimi, którzy są jedno w Nim. Oto cud Komunii Świętej: stajemy się Tym, Którego otrzymujemy!
Benedykt XVI –Jan Paweł II – Wielki Tydzień 2004
***
“Ten kto MNIE spożywa, będzie żył przez MNIE” (J 6,57)
„Wiara Kościoła jest istotową wiarą eucharystyczną, a więc sakramentalną, i karmi się ona w szczególny sposób przy stole Eucharystii”. (papież Benedykt XVI)
***
Czekanie na Spotkanie. Post eucharystyczny – dlaczego, dla kogo i jak?
Praktykę postu eucharystycznego wprowadził papież Marcin V w XV wieku. Obowiązywał od północy aż do przyjęcia Komunii. Obecne przepisy stanowią, że należy go zachować przynajmniej przez godzinę przed przyjęciem Komuniiświętej.
Każde dziecko komunijne wie, że godzinę przed przyjęciem Komunii św. należy powstrzymać się od jedzenia i picia. To tzw. post eucharystyczny. Zasadniczym celem tej praktyki jest okazanie szacunku Ciału Pańskiemu. Mówi o tym Katechizm Kościoła Katolickiego. „Aby przygotować się odpowiednio na przyjęcie sakramentu Eucharystii, wierni zachowają ustanowiony przez Kościół post. Postawa zewnętrzna (gesty, ubranie) powinna być wyrazem szacunku, powagi i radości tej chwili, w której Chrystus staje się naszym gościem” – czytamy (1387).
Różnie z tym musiało bywać, skoro już św. Paweł upominał Koryntian: „Gdy się zbieracie, nie ma u was spożywania Wieczerzy Pańskiej. Każdy bowiem już wcześniej zabiera się do własnego jedzenia, i tak się zdarza, że jeden jest głodny, podczas gdy drugi nietrzeźwy. Czyż nie macie domów, aby tam jeść i pić? Czy chcecie znieważać Boże zgromadzenie i zawstydzać tych, którzy nic nie mają? Cóż wam powiem? Czy będę was chwalił? Nie, za to was nie chwalę!” (1 Kor 11,20-22).
Dalej apostoł przestrzega przed świętokradztwem: „Niech przeto człowiek baczy na siebie samego, spożywając ten chleb i pijąc z tego kielicha. Kto bowiem spożywa i pije, nie zważając na Ciało Pańskie, wyrok sobie spożywa i pije” (1 Kor 11,28-29).
Tak stanowcze słowa zawsze pobudzały chrześcijan do szczególnej uważności w obchodzeniu się z postaciami eucharystycznymi.
– Praktyka postu eucharystycznego pojawiła się w starożytności jako efekt rozwoju duchowości i być może także dyscypliny kościelnej. Starano się, aby przyjęcie Komunii jako pokarmu cielesno-duchowego nie było w pewnym sensie osłabione przez przyjęcie innego pokarmu. Taka dyscyplina sprawiła, że zanikły Msze wieczorne – wyjaśnia liturgista, ks. dr hab. Dominik Ostrowski.
Wzmianki o praktykach, które można określić jako post eucharystyczny, znajdujemy m.in. u św. Augustyna, który pisał: „Eucharystię świętą przyjmuje się zawsze na czczo i taki zwyczaj zachowany jest na całym świecie”. Święty stwierdzał: „Podobało się Duchowi Świętemu, by na wyrażenie czci dla tak wzniosłego Sakramentu najpierw do ust chrześcijan wchodziło Ciało Pańskie, wpierw przed innym pokarmem”.
W średniowieczu nie zajmowano się zbytnio kwestią postu eucharystycznego, ponieważ wierni bardzo rzadko przystępowali do Komunii, ograniczając się do spoglądania na Hostię podczas Mszy lub przyjmowania Komunii duchowej. Dopiero w XV wieku upowszechniła się praktyka zachowywania postu od północy aż do momentu przyjęcia Komunii. – Praktykę postu eucharystycznego wprowadził dla całego Kościoła papież Marcin V w XV wieku; od tego czasu post ten wymagał bycia na czczo od północy aż do przyjęcia Komunii – podkreśla duchowny.
Wielkie zmiany
Post eucharystyczny w takiej formie funkcjonował w Kościele przez wieki. Zmiana nastąpiła dopiero w XX wieku, wraz z rozwojem praktyki częstego przystępowania do stołu Pańskiego. W 1953 roku Pius XII skrócił post eucharystyczny do trzech godzin przed przyjęciem Komunii Świętej i orzekł, że wypicie wody nie łamie tego postu. Zezwolił też chorym na przyjmowanie bez ograniczenia czasu przed przyjęciem Komunii Świętej napoju niealkoholowego i lekarstwa, zarówno płynnego, jak i stałego. Zaznaczył także, że osoby przyjmujące Wiatyk w niebezpieczeństwie śmierci nie są związane żadnym prawem postu.
W ustanawiającym zmianę dokumencie Christus Dominus papież przypomniał, że post eucharystyczny „służy nie tylko do okazania należnej czci Boskiemu Zbawicielowi, ale przyczynia się także do rozwoju pobożności, może powiększyć również owoce świętości, do których zdobywania przy pomocy łaski Bożej nas tak bardzo zachęca sam Chrystus, źródło świętości i jej twórca”. Dzięki zmianie wprowadzonej przez Piusa XII po wielu wiekach zaczęto odprawiać Msze św. wieczorne.
Dalsze złagodzenie postu eucharystycznego wprowadził Paweł VI w roku 1964, skracając go do jednej godziny przed przyjęciem Komunii. Ten sam papież w 1973 roku w instrukcji Immensae caritatis określił post eucharystyczny trwający „mniej więcej piętnaście minut” dla osób chorych i starszych, przebywających w szpitalach lub domach, a także dla ich opiekunów, pragnących razem z nimi przystąpić do Komunii Świętej.
Obecnie obowiązujące prawo kanoniczne znosi post eucharystyczny dla chorych i osób w podeszłym wieku. „Osoby w podeszłym wieku lub złożone jakąś chorobą, jak również ci, którzy się nimi opiekują, mogą przyjąć Najświętszą Eucharystię, chociażby coś spożyli w ciągu godziny poprzedzającej” – czytamy w Kodeksie Prawa Kanonicznego (kan. 919 § 3). Kodeks stanowi także, że z zachowania postu eucharystycznego są zwolnieni kapłani, którzy danego dnia po odprawieniu jednej Mszy muszą celebrować drugą albo trzecią. W takim wypadku po pierwszej lub po drugiej Mszy Świętej mogą spożywać posiłki, nawet jeśli przed przyjęciem Komunii Świętej nie zachodziłaby przerwa jednej godziny (kan. 919 § 2 KPK). – Przyjmuje się, że zwolnienie kapłana z postu eucharystycznego przed kolejną Mszą ma na celu dobro wiernych, którzy nie powinni być pozbawieni Eucharystii z powodu kolejnego godzinnego postu kapłana – podkreśla ks. Dominik Ostrowski. Zaznacza, że przyjęcie przez kapłana Komunii na Mszy Świętej jest koniecznością, dlatego konieczność sprawowania dwóch Mszy nie może stać w sprzeczności z prawem o Komunii kapłana. – On przez swoje kapłaństwo urzędowe umożliwia wiernym skorzystanie z Mszy Świętej, z Komunii. Dlatego jego zwalnia się z obowiązku postu, który ma drugorzędne znaczenie wobec samej Eucharystii i ma jej służyć – wyjaśnia.
A co jeśli…
Obecne przepisy prawa kanonicznego, stanowiące, że post eucharystyczny należy zachować przynajmniej przez godzinę przed przyjęciem Komunii (kan. 919 § 1 KPK), oznaczają, że godzina to niezbędne minimum. Zawiera się w tym natomiast sugestia, iż w miarę możliwości można wydłużyć ten czas. Co jednak robić w sytuacji, gdy ktoś przez nieuwagę zjadł coś i jego post eucharystyczny będzie za krótki? Albo jak się zachować, gdy ten problem powstaje wskutek niespodziewanego przyśpieszenia godziny Mszy Świętej?
– Wszystkie przepisy prawa kościelnego są podporządkowane celowi głównemu, jakim jest zbawienie dusz, a zatem trzeba zawsze uważać, aby przez dosłowne przestrzeganie zapisu nie zaszkodzić temu, co ten przepis chroni. Jeśli przyjmujemy, że celem postu jest odpowiednie duchowe przygotowanie do przyjęcia Komunii Świętej, to w sytuacji, gdy nie mamy dokładnie 60 minut postu, należy ocenić, czy brakujące 5 minut „robi różnicę”. Moim zdaniem lepiej jest być posłusznym Kościołowi i powstrzymać się od Komunii, jeśli nie minęła godzina, bo Bogu podoba się nasze posłuszeństwo, a brak możliwości przystąpienia do Komunii nie jest z definicji szkodą, raczej jest to swoista chwilowa utrata przywileju i nie przynosi ona zagrożenia duchowego, wręcz przeciwnie, może pogłębić w nas szacunek do Eucharystii, a także być swoistą nauką, żeby nie powiedzieć nauczką. Moglibyśmy się zastanawiać, czy mamy prawo „zerwać kłosy w szabat”, jak apostołowie, ale tu są potrzebne duża dojrzałość i mądra wolność, ponieważ jeśli można samemu skrócić post o 5 minut, to dlaczego nie o 25? – wskazuje liturgista. – Jeśli dojrzała osoba zinterpretuje, że kilka minut nie robi różnicy i nie uczyni z tego narzędzia do nadużyć, to nie zdziwię się, jeżeli także autorytet duchowny ją usprawiedliwi. Ks. Krzysztof Grzywocz tłumaczył, że potrzeba dużej mądrości i dojrzałości, aby wiedzieć, kiedy „zerwać kłosy”. Wskazywał też na niebezpieczeństwo zaburzeń i skrupułów, zwłaszcza u osób osamotnionych i bez relacji, które bezpiecznie czują się tylko w ogrodzeniu przepisów. Odnowiona liturgia i prawo dają dużo przestrzeni do samodzielnych decyzji i oczekują pewnej dojrzałości – zauważa kapłan. Jako przykład wskazuje zapis o obmyciu palców przez kapłana, jeśli pozostały na nich partykuły (czyli cząstki Ciała Chrystusa); dawniej należało obmyć palce zawsze.
Co po Komunii?
Nieraz wierni zadają sobie pytanie, czy po przyjęciu Ciała Pańskiego należy zachować jakiś odstęp czasowy przed zjedzeniem posiłku. Problem taki może występować na przykład w szpitalu, gdzie chory po przyjęciu Komunii mógłby od razu coś zjeść lub popić kawą. Kapelani apelują tu zazwyczaj do osobistego wyczucia osoby przyjmującej Komunię. – Nie spotkałem przepisu, który by tego zabraniał, chociaż słyszałem opinie, że istnieje pewien „bufor czasowy”, czasem określany na 15 minut; nie jest to jednak oficjalne prawo. Po przyjęciu Komunii Świętej i zakończeniu obrzędu można udać się od razu na posiłek, są przecież tzw. agapy przedłużające spotkanie wspólnoty – tłumaczy ks. Dominik Ostrowski. I dodaje: – Na pewno jednak warto przypomnieć, że po Komunii Kościół przez wieki odmawiał modlitwy dziękczynne, a więc istnieje powód, aby odczekać chwilę z kolejnym posiłkiem.
Franciszek Kucharczak/Gość Niedzielny
***
The Jubilee Prayer
Father in heaven, may the faith you have given us in your Son, Jesus Christ, our brother, and the flame of charity enkindled in our hearts by the Holy Spirit, reawaken in us the blessed hope for the coming of your Kingdom.
May your grace transform us into tireless cultivators of the seeds of the Gospel.
May those seeds transform from within both humanity and the whole cosmos in the sure expectation of a new heaven and a new earth, when, with the powers of evil vanquished, your glory will shine eternally.
May the grace of the Jubilee reawaken in us, Pilgrims of Hope, a yearning for the treasures of heaven. May that same grace spread the joy and peace of our Redeemer throughout the earth. To you our God, eternally blessed, be glory and praise for ever. Amen
Rok Jubileuszowy 2025.
Co warto o nim wiedzieć?
Najważniejsze informacje, które warto wiedzieć o Roku Świętym.
fot. CLAUDIO HIRSCHBERGER/UNSPLASH
***
Rok Jubileuszowy 2025 obchodzony jest pod hasłem „Pielgrzymi nadziei”. Rozpoczęcie Jubileuszu miało miejsce 24 grudnia wieczorem ceremonią otwarcia w Bazylice Watykańskiej Drzwi Świętych. Zakończenie będzie 6 stycznia 2026 r. w uroczystość Objawienia Pańskiego. Oto 7 najważniejszych informacji, które warto wiedzieć:
1. Początki Jubileuszu
Jubileusz to tradycja biblijna. Był obchodzony co 50 lat. Przypominał Izraelitom o darowanej im przez Boga wolności i godności. Do tej tradycji odwołał się sam Jezus, kiedy, rozpoczynając publiczną działalność, ogłaszał Rok Łaski od Pana. Kościół zaadaptował tradycję jubileuszy w 1300 r. Począwszy od 1475 r. są one obchodzone co 25 lat, aby każde pokolenie mogło doznać łaski Roku Świętego i uzyskać odpust zupełny.
2. Drzwi Święte
Rok Święty to czas duchowej odnowy. Istotnym środkiem jest tu odbycie pielgrzymki, przejście przez Drzwi Święte, symbolizujące Jezusa, który mówi o sobie, że jest dla nas bramą. Stąd znaczenie Rzymu. W odróżnieniu od ostatnich jubileuszy, tym razem Drzwi Święte zostaną otwarte wyłącznie w Wiecznym Mieście: w czterech bazylikach papieskich i więzieniu Rebibbia.
3. Spowiedź podstawą Jubileuszu
Podstawowym warunkiem odpustu jest spowiedź sakramentalna. Szeroki jest zakres praktyk, dzięki którym można uzyskać odpust zupełny. Podała je Penitencjaria Stolicy Apostolskiej, a można je przeczytać na stronie Penitencjarii.
4. Kalendarz Jubileuszu
Stolica Apostolska przygotowała kalendarz Roku Świętego. Wyznaczono Jubileusze dla różnych kategorii wiernych: młodych, rodzin, katechetów, artystów, seminarzystów itd. Do Rzymu można przyjechać na jubileusz partykularny albo w jakimkolwiek innym terminie.
Dla pątników przygotowano różne trasy pielgrzymkowe w samym Rzymie. Najbardziej zakorzeniona w tradycji Wiecznego Miasta jest trasa siedmiu kościołów. Liczy ona 25 km i obok 4 bazylik papieskich obejmuje również bazylikę św. Sebastiana (nad katakumbami), Świętego Krzyża i św. Wawrzyńca. Wyznaczono też trasę upamiętniającą święte kobiety: doktorów Kościoła i patronki Europy, a także trasę po kościołach 27 krajów Unii Europejskiej.
5. Jubileusz w diecezjach
Z Jubileuszu nie są wykluczeni ci, którzy nie mogą odbyć pielgrzymki do Rzymu czy Ziemi Świętej. Mogą oni uczestniczyć w wydarzeniach organizowanych na szczeblu lokalnym i nawiedzać święte miejsca wyznaczone przez swego biskupa.
6. Portal Jubileuszu po polsku
Stolica Apostolska uruchomiła portal internetowy poświęcony Jubileuszowi 2025. Jest on obsługiwany również w języku polskim, Można za jego pośrednictwem uzyskać kartę pielgrzyma oraz zarejestrować się na różne jubileuszowe wydarzenia.
7. Na bieżąco
Bieżące informacje o Roku Świętym będą publikowane na polskiej stronie Vatican News (www.vaticannews.va/pl) i w watykańskich mediach społecznościowych jak również w Radiu Watykańskim i w miesięczniku L’Osservatore Romano. W ramach duchowego przygotowania do Jubileuszu 2025 warto sięgnąć po bullę Papieża Franciszka „Spes non confudit” ogłaszająca Jubileusz oraz Encyklikę Benedykta XVI „Spe salvi”, ponieważ tematem obecnego Jubileuszu jest nadzieja.
KAI, Krzysztof Bronk, Vatican News PL/Stacja7
***
Podwójna kumulacja łaski. Czyli po co nam Rok Jubileuszowy
fot. canva/stacja7
***
Absolutna nowość tego jubileuszu to możliwość uzyskania dwóch odpustów tego samego dnia. Dotąd była tylko opcja “albo-albo”…
Jeśli idziesz z rodziną do restauracji, czy to znaczy, że nie możecie zjeść w domu? Oczywiście, że możecie. Przecież zazwyczaj tak jest. Ale właśnie dlatego, że robicie tak zazwyczaj, to kiedy zmieni się miejsce, czas i sposób, zwykła czynność nabiera nowego znaczenia. Wtedy inaczej wyraża się miłość: inaczej się słucha, inaczej się patrzy, wszystko przeżywa się inaczej.
Potrzebujemy celebracji, i to nie tylko tych liturgicznych: celebrujemy posiłki, spotkania, wydarzenia kulturalne, uroczyste otwarcia… Dzielimy czas zwykły i świąteczny. Mamy miejsca święte i czasy święte. Mamy święte rytuały. Tacy jesteśmy. Potrzebujemy tego.
Czy rok 2025 jest lepszy niż 2024 lub 2026? Nie. Po prostu nadaliśmy mu szczególne znaczenie. Nie chodzi o czas chronos: że to właśnie ten rok, te miesiące, te dni. Chodzi o kairos, czas łaski, czas zbawienia, zawsze jednak zawarty w jakiś ramach czasowych „z naszego świata”, bo w nim żyjemy. Ale zapowiada czasy przyszłe: wieczny bankiet, na którym będziemy świętować razem, na zawsze. Ucztę Baranka.
Przejdziemy przez to…
Dekret O UZYSKANIU ODPUSTU PODCZAS ZWYCZAJNEGO JUBILEUSZU ROKU 2025 zaprasza nas przede wszystkim do pielgrzymki. Wchrześcijaństwie to symbol. Oznacza, że jesteśmy jednym Ciałem, ciągle w drodze, a nasze życie ma punkt wyjścia i punkt dojścia. Czas, miejsce i sposób – mają znaczenie.
Pielgrzymkę można przeżyć na trzy sposoby: 1. pojechać do Rzymu i przejść przez Drzwi Święte jednej z bazylik; 2. zaplanować taki wyjazd do jednego z miejsc wyznaczonych w swojej diecezji, 3. obrać sobie za miejsce pielgrzymki serce drugiego człowieka, znajdujące się w domu po sąsiedzku albo w pobliskim więzieniu czy szpitalu.
W ten sposób szansę pielgrzymki ma więc każdy, także ten, kto nie ma możliwości wybrania się w daleką drogę, ze względu na chorobę czy pracę zawodową.
Odpuść…!
W jubileuszowym odpuście chodzi przede wszystkim o odpuszczenie win i kar, które należą nam się za popełnione grzechy, przebaczone już w spowiedzi sakramentalnej. Ale jest jeden warunek: pragnienie nawrócenia. Jak powiedział niedawno abp Adrian Galbas w rozmowie z mediami watykańskimi: „Nie chodzi o pojechanie, ale o pojednanie”.
Ale co wtedy, kiedy trudno jest się pojednać, no bo co powiem nagle, po latach? Z jakiej racji właśnie teraz? Tyle lat to trwa, jak to teraz odkręcić? Rok Święty jest właśnie taką okazją: Słuchaj, jubileusz jest. Odpuśćmy sobie.
Odpuść też sam sobie. Odpuść już to gniewanie się. Odpuść sobie katowanie się poczuciem winy, trwanie w wątpliwościach, podważanie wszystkiego. Odpuść to, to jest ten czas. Rzuć się w Miłosierdzie. Ostatecznie – tymi Drzwiami Świętymi jest Serce Jezusa.
Najcenniejsze, co mamy, to czas
Odpust jest przypisany nie tylko do samych sakramentów, ale też do dzieł miłosierdzia wobec ludzi obciążonych różnymi potrzebami. Krótko mówiąc: nie wystarczy pobożność, musi być czyn codzienny, bo jesteśmy cielesno – duchowi i nawrócenie dotyczy nas całych. Ciało też potrzebuje wyznać wiarę.
Dekret mówi o poświęceniu znacznej części wolnego czasu na wolontariat, przypominając uczynki co do ciała i co do duszy. Czyli można uzyskać odpust, kiedy się wysłucha kogoś w kolejce do lekarza albo gdy pocieszy się koleżankę cierpiącą z powodu śmierci kogoś bliskiego, albo odwiedzi sąsiada i po prostu z nim posiedzi. Dzisiaj to szczególnie ważne wobec ogromu ludzkiej samotności i poczucia niewysłuchania. Podarować swój czas.
Rozrywka czy odpoczynek?
Dekret jubileuszowy zachęca do odnowienia w sobie wartości pokuty. W jej nowoczesnym i aktualnym wymiarze: postu od mediów społecznościowych. Jak zwykle nie chodzi tylko o samo wyrzeczenie się, ale o zamianę: czas jaki poświęcisz na scrollowanie sociali można wymienić na pobycie z kimś; telefon, rozmowę, spacer; albo modlitwę w ciszy. Bo ostatecznie Ty też potrzebujesz okazać sobie miłosierdzie. Potrzebujesz odpoczynku szabatu.
Zdublowana łaska
Absolutna nowość tego jubileuszu – jak podaje dekret – to możliwość uzyskania dwóch odpustów tego samego dnia. Dotychczas była tylko opcja albo-albo i musieliśmy wybierać: czy ofiarować go za siebie czy za osobę zmarłą. Powód hojności? Miłość. Jeśli chcesz przyjąć łaskę odpustu dla siebie, nie musisz jednocześnie rezygnować z pomocy komuś, kogo kochasz, a kto już znajduje się po tamtej stronie życia (por. Spes non confundit, 22).
Oficjalny portal roku jubileuszowego to www.iubilaeum2025.va a na witrynach internetowych wszystkich polskich diecezji wymienione są lokalne miejsca jubileuszowe, do których można odbyć wspólną pielgrzymkę nadziei.
Odpust zupełny w czasie Roku Jubileuszowego. Jak można go uzyskać?
Watykan opublikował normy dotyczące uzyskania odpustu zupełnego w czasie zwyczajnego Jubileuszu roku 2025, ogłoszonego przez papieża Franciszka. Kto będzie mógł uzyskać odpust? Jakie będą obowiązywać warunki?
fot. OVALENKOVPETR, CREATIVAIMAGES/FREEPIK.COM
***
Papież Franciszek w czwartek oficjalnie ogłosił Jubileusz 2025 roku, który będzie „Rokiem Świętym, charakteryzującym się nadzieją, która nie gaśnie, nadzieją w Bogu” – stwierdził w bulli „Spes non confundit” (Nadzieja zawieść nie może).
Już w bulli ogłaszającej rok jubileuszowy papież Franciszek podkreślił, że w tym kontekście odpust nabiera „szczególnego znaczenia”. Z tego względu Watykan opublikował warunki, „aby wierni mogli skorzystać z przepisów umożliwiających uzyskanie i skuteczne praktykowanie jubileuszowego odpustu”.
W dekrecie Penitencjarii Apostolskiej przypomniano, że warunkiem uzyskania odpustu zupełnego jest spełnienie warunków zwykłych (spowiedź sakramentalna, Komunia eucharystyczna i modlitwa według intencji Ojca Świętego).
Kto może uzyskać odpust?
Odpust jubileuszowy będą mogli uzyskać wierni, którzy dokonają jednego z wymienionych przez Watykan dzieł. Wśród nich są między innymi pielgrzymki, nawiedzenie miejsc świętych, czy dzieła miłosierdzia i pokuty.
Odpust uzyskają między innymi wierni, którzy odbędą pielgrzymkę „w kierunku dowolnego świętego miejsca jubileuszowego”, do co najmniej jednej z czterech Papieskich Bazylik Większych w Rzymie, w Ziemi Świętej, do co najmniej jednej z trzech bazylik: Grobu Świętego w Jerozolimie, Narodzenia Pańskiego w Betlejem, Zwiastowania Pańskiego w Nazarecie, w innych okręgach kościelnych: do kościoła katedralnego lub innych kościołów i miejsc świętych wyznaczonych przez ordynariusza miejsca.
Ponadto odpust będą mogli uzyskać także wierni, którzy „indywidualnie lub w grupie, pobożnie nawiedzą dowolne miejsce jubileuszowe i tam przez odpowiedni czas odprawią adorację eucharystyczną i rozmyślanie”.
Odpust w ramach jubileuszu będzie można uzyskać również dokonując dzieł miłosierdzia i pokuty.
Tutaj Watykan wymienia między innymi uczestniczenie w duchu pobożności „w misjach ludowych, rekolekcjach lub spotkaniach formacyjnych poświęconych tekstom Soboru Watykańskiego II i Katechizmu Kościoła Katolickiego”.
Co więcej, pomimo zasady, że dziennie można uzyskać tylko jeden odpust zupełny, wierni „otrzymają akt miłosierdzia na rzecz dusz czyśćcowych, jeśli prawowicie przystąpią po raz drugi tego samego dnia do sakramentu Komunii, będą mogli uzyskać dwukrotnie odpust zupełny tego samego dnia, obowiązujący jedynie za zmarłych”.
W ramach możliwości uzyskania odpusty, wierni będą „zachęcani do częstszego podejmowania dzieł miłości i miłosierdzia, głównie na rzecz służby braciom obciążonym różnymi potrzebami”. Odpust zupełny otrzymają także ci, którzy „udadzą się w celu odwiedzenia i poświęcenia właściwego czasu braciom znajdującym się w potrzebie lub w trudnej sytuacji”.
Jak podkreśla Watykan, jubileuszowy odpust można osiągnąć „przez działania wyrażające w sposób konkretny i bezinteresowny ducha pokuty”. Odpust otrzymają zatem wierni, którzy w piątki powtrzymają się od udziału w „błahych rozrywkach”, czy od zbędnej konsumpcji, a dzieła te będą połączone z przekazaniem pomocy dla ubogich, wspieranie dzieł o charakterze religijnym zwłaszcza na rzecz obrony i ochrony życia i wszystkich potrzebujących.
***
Pełny tekst dokumentu:
O UZYSKANIU ODPUSTU ODCZAS ZWYCZAJNEGO JUBILEUSZU ROKU 2025 OGŁOSZONEGO PRZEZ JEGO ŚWIĄTOBLIWOŚĆ PAPIEŻA FRANCISZKA
„Teraz nadszedł czas nowego Jubileuszu, w którym Drzwi Święte zostaną ponownie otwarte, aby dać żywe doświadczenie Bożej miłości” (Spes non confundit, 6). W bulli ogłaszającej Zwyczajny Jubileusz roku 2025 Ojciec Święty w obecnym historycznym momencie, w którym „ludzkość niepomna na dramaty przeszłości, poddawana jest nowej i trudnej próbie, w której wiele ludów jest uciskanych przez brutalność przemocy” (Spes non confundit, 8), wzywa wszystkich chrześcijan, aby stali się pielgrzymami nadziei. Jest to cnota, którą należy odkryć na nowo w znakach czasu, które, obejmując „tęsknotę ludzkiego serca, potrzebującego zbawczej obecności Boga, domagają się, by zostały przekształcone w znaki nadziei” (Spes non confundit, 7), które należy czerpać przede wszystkim z łaski Bożej i pełni Jego miłosierdzia.
Już w bulli ogłaszającej Nadzwyczajny Jubileusz Miłosierdzia w 2015 roku papież Franciszek podkreślił, że w tym kontekście odpust nabiera „szczególnego znaczenia” (Misericordiae vultus, 22), gdyż miłosierdzie Boże „staje się odpustem Ojca, który poprzez Kościół — Oblubienicę Chrystusa — dociera do grzesznika, któremu udzielił już przebaczenia, i uwalnia go od wszelkich pozostałości skutków grzechu” (tamże). Podobnie i dzisiaj Ojciec Święty oświadcza, że dar odpustu „pozwala nam odkryć, jak nieograniczone jest miłosierdzie Boga. To nie przypadek, że w starożytności termin «miłosierdzie» był używany zamiennie z terminem «odpust», właśnie dlatego, że ma wyrażać pełnię Bożego przebaczenia, które nie zna granic” (Spes non confundit, 23). Odpust jest więc łaską jubileuszową.
Dlatego też z okazji Zwyczajnego Jubileuszu roku 2025, z woli Papieża, ten „Trybunał Miłosierdzia”, do którego należy rozporządzanie wszystkim, co dotyczy udzielania i korzystania z odpustu, zamierza zachęcić dusze wiernych do karmienia się pragnieniem uzyskania odpustu jako daru łaski, właściwego i unikalnego dla każdego Roku Świętego, i ustanawia następujące wymogi, aby wierni mogli skorzystać z „przepisów umożliwiających uzyskanie i skuteczne praktykowanie jubileuszowego odpustu” (Spes non confundit, 23).
Podczas Zwyczajnego Jubileuszu roku 2025 pozostaje w mocy każdy inny udzielony odpust. Wszyscy wierni naprawdę pokutujący, wykluczający wszelkie przywiązanie do jakiegokolwiek grzechu (por. Enchiridion Indulgentiarum, wyd. IV, norm. 20, § 1) i poruszeni duchem miłosierdzia, którzy w Roku Świętym oczyścili się poprzez sakrament pokuty i pokrzepili się Komunią Świętą, będą modlić się zgodnie z intencjami Papieża, ze skarbca Kościoła będą mogli uzyskać odpust zupełny, odpuszczenie i darowanie swoich grzechów, który będzie można także zyskać dla dusz czyśćcowych, dokonując jednego z wymienionych niżej dzieł:
I.- O świętych pielgrzymkach
Wierni, pielgrzymi nadziei, będą mogli uzyskać odpust jubileuszowy udzielony przez Ojca Świętego, jeśli odbędą pobożną pielgrzymkę:
w kierunku dowolnego świętego miejsca jubileuszowego: tam pobożnie uczestniczyć we Mszy Świętej (o ile przepisy liturgiczne na to pozwalają, będzie można przede wszystkim korzystać z formularza Mszy właściwej Jubileuszowi bądź Mszy w rożnych potrzebach: o pojednanie, o odpuszczenie grzechów, o uproszenie miłości i o zachowanie pokoju i sprawiedliwości); we Mszy przy udzieleniu sakramentów wtajemniczenia chrześcijańskiego lub w Sakramencie Namaszczenia Chorych; nabożeństwie Słowa Bożego; Liturgii Godzin (godzina czytań, jutrznia, nieszpory); Drodze Krzyżowej; różańcu; recytacji hymnu Akatystu; nabożeństwie pokutnym, zakończonym indywidualną spowiedzią penitentów, zgodnie z aktem pokutnym (forma II);
w Rzymie: do co najmniej jednej z czterech Papieskich Bazylik Większych: św. Piotra na Watykanie, Najświętszego Zbawiciela na Lateranie, Matki Bożej Większej, św. Pawła za Murami;
w Ziemi Świętej: do co najmniej jednej z trzech bazylik: Grobu Świętego w Jerozolimie, Narodzenia Pańskiego w Betlejem, Zwiastowania Pańskiego w Nazarecie;
w innych okręgach kościelnych: do kościoła katedralnego lub innych kościołów i miejsc świętych wyznaczonych przez ordynariusza miejsca. Biskupi uwzględnią potrzeby wiernych i samą możliwość zachowania nienaruszonego znaczenia pielgrzymki, z całą jej mocną symboliką, zdolną ukazać naglącą potrzebę nawrócenia i pojednania;
II.- W pobożnym nawiedzeniu miejsc świętych
Wierni będą mogli uzyskać podobnie odpust jubileuszowy, jeśli indywidualnie lub w grupie, pobożnie nawiedzą dowolne miejsce jubileuszowe i tam przez odpowiedni czas odprawią adorację eucharystyczną i rozmyślanie, kończąc modlitwą „Ojcze nasz”, Wyznaniem wiary w jakiejkolwiek dopuszczonej formie i modlitwą do Maryi, Matki Bożej, aby w tym Roku Świętym wszyscy „mogli doświadczyć bliskości najczulszej z mam, która nigdy nie opuszcza swoich dzieci” (Spes non confundit, 24).
Z okazji Roku Jubileuszowego, oprócz wyżej wymienionych znamiennych miejsc pielgrzymkowych, będzie można nawiedzić także inne miejsca święte, na tych samych warunkach:
w Rzymie: Bazylika Świętego Krzyża z Jerozolimy, Bazylika św. Wawrzyńca za Murami, Bazylika św. Sebastiana za Murami (zdecydowanie zaleca się pobożne nawiedzenie zwane „Pielgrzymką do Siedmiu Kościołów”, tak drogą św. Filipowi Nereuszowi), Sanktuarium Bożego Miłosierdzia – Kościół Santo Spirito in Sassia, Kościół św. Pawła przy Trzech Źródłach – miejsce męczeństwa Apostoła, Katakumby chrześcijańskie; kościoły trasy jubileuszowej Iter Europaeum oraz kościoły poświęcone Patronom Europy i Doktorom Kościoła (Bazylika Santa Maria sopra Minerva, Kościół Santa Brigida przy Campo de’ Fiori, Kościół Matki Bożej Zwycięskiej, Kościół Trinità dei Monti, Bazylika św. Cecylii na Zatybrzu, Bazylika św. Augustyna na Polu Marsowym);
w innych miejscach na świecie: dwie papieskie bazyliki mniejsze w Asyżu: św. Franciszka i Najświętszej Marii Panny od Aniołów; papieskie bazyliki: Santa Casa w Loreto, Matki Bożej Różańcowej w Pompejach, św. Antoniego w Padwie; każda bazylika mniejsza, katedra, kościół konkatedralny, sanktuarium maryjne oraz dla dobra wiernych każda wyróżniająca się kolegiata lub sanktuarium wyznaczone przez każdego biskupa diecezjalnego lub eparchialnego, a także sanktuaria krajowe lub międzynarodowe, „święte miejsca gościnności i uprzywilejowane przestrzenie budzenia nadziei” (Spes non confundit, 24), wskazane przez Konferencje Episkopatów.
Wierni prawdziwie skruszeni, którzy nie będą mogli uczestniczyć w uroczystych celebracjach, pielgrzymkach i pobożnym nawiedzeniu, z ważnych powodów (przede wszystkim siostry i mnisi klauzurowi, osoby starsze, chorzy, osadzeni w więzieniach, a także ci, którzy w szpitalu lub w innych miejscach opieki, stale posługują chorym), uzyskają odpust jubileuszowy na tych samych warunkach, jeżeli zjednoczeni duchowo z wiernymi obecnymi, zwłaszcza w momentach, w których słowa Ojca Świętego lub biskupów diecezjalnych są przekazywane za pośrednictwem środków komunikacji medialnej, w swoim domu lub tam, gdzie powstrzymuje ich przeszkoda (np. w kaplicy klasztornej, w szpitalu, w domu opieki, w więzieniu…), odmówią Ojcze nasz, Wyznanie wiary w jakiejkolwiek dopuszczonej formie i inne modlitwy zgodne z intencjami Roku Świętego, ofiarowując swoje cierpienia lub życiowe trudności;
III.-W dziełach miłosierdzia i pokuty
Ponadto wierni będą mogli uzyskać odpust jubileuszowy, jeśli w duchu pobożności będą uczestniczyć w misjach ludowych, rekolekcjach lub spotkaniach formacyjnych poświęconych tekstom Soboru Watykańskiego II i Katechizmu Kościoła Katolickiego, które odbędą się w kościele lub innym odpowiednim miejscu, według zamysłu Ojca Świętego.
Pomimo zasady, że dziennie można uzyskać tylko jeden odpust zupełny (por. Enchiridion Indulgentiarum, wyd. IV, norm. 18, § 1), wierni otrzymają akt miłosierdzia na rzecz dusz czyśćcowych, jeśli prawowicie przystąpią po raz drugi tego samego dnia do sakramentu Komunii, będą mogli uzyskać dwukrotnie odpust zupełny tego samego dnia, obowiązujący jedynie za zmarłych (czyli w ramach celebracji eucharystycznej; por. kan. 917 i Papieska Komisja ds. Autentycznej Interpretacji KPK, Responsa ad dubia, 1, 11 lipca 1984). Przez tę podwójną ofiarę dokonuje się godny pochwały przejaw miłości nadprzyrodzonej, gdyż więź, która łączy wiernych pielgrzymujących jeszcze na ziemi z mistycznym Ciałem Chrystusa, wraz z tymi, którzy już zakończyli swą drogę, ze względu na fakt, że „odpust jubileuszowy, na mocy modlitwy, jest przeznaczony w szczególny sposób dla tych, którzy odeszli przed nami, aby mogli otrzymać pełnię miłosierdzia” (Spes non confundit, 22).
W szczególny właśnie sposób „w Roku Jubileuszowym będziemy wezwani do bycia namacalnymi znakami nadziei dla wielu braci i sióstr żyjących w trudnych warunkach” (Spes non confundit, 10): Odpust jest zatem również przypisany do dzieł miłosierdzia i pokuty, które świadczą o podjętym nawróceniu. Wierni podążając za przykładem i poleceniem Chrystusa, będą zachęcani do częstszego podejmowania dzieł miłości i miłosierdzia, głównie na rzecz służby braciom obciążonym różnymi potrzebami. Dokładniej odkryjmy na nowo „uczynki miłosierdzia względem ciała: głodnych nakarmić, spragnionych napoić, nagich przyodziać, przybyszów w dom przyjąć, chorych nawiedzać, więźniów pocieszać, umarłych pogrzebać.” (Misericordiae vultus, 15) i odkryjmy na nowo również „uczynki miłosierdzia względem ducha: wątpiącym dobrze radzić, nieumiejętnych pouczać, grzeszących upominać, strapionych pocieszać, urazy chętnie darować, przykrych cierpliwie znosić, modlić się za żywych i umarłych” (tamże).
Podobnie wierni będą mogli uzyskać odpust jubileuszowy, jeśli udadzą się w celu odwiedzenia i poświęcenia właściwego czasu braciom znajdującym się w potrzebie lub w trudnej sytuacji (chorym, więźniom, samotnym osobom starszym, niepełnosprawnym…), pielgrzymując niejako do obecnego w nich Chrystusa (por. Mt 25, 34-36) i wypełniając zwykłe warunki duchowe, sakramentalne i modlitewne. Wierni bez wątpienia będą mogli te odwiedziny powtarzać w ciągu Roku Świętego, uzyskując za każdym razem odpust zupełny, nawet każdego dnia.
Jubileuszowy odpust zupełny można osiągnąć także przez działania wyrażające w sposób konkretny i bezinteresowny ducha pokuty, który jest jakby duszą Jubileuszu, odkrywając na nowo w szczególności pokutną wartość piątku: powstrzymanie się w duchu pokuty przynajmniej przez jeden dzień od błahych rozrywek (realnych, ale także wirtualnych, spowodowanych na przykład przez media i sieci społecznościowe) oraz od zbędnej konsumpcji (na przykład praktyka postu lub wstrzemięźliwości zgodna z ogólnymi normami Kościoła i szczegółowymi zaleceniami biskupów), połączona z przekazaniem odpowiedniej sumy pieniędzy ubogim; wspieranie dzieł o charakterze religijnym lub socjalnym, zwłaszcza na rzecz obrony i ochrony życia na wszystkich jego etapach oraz samej jakości życia, opuszczonych dzieci, młodzieży zmagającej się trudnościami, starców potrzebujących opieki lub samotnych, migrantów z różnych krajów, „którzy opuszczają swoją ziemię w poszukiwaniu lepszego życia dla siebie i swoich rodzin” (Spes non confundit, 13); poświęcanie znacznej części wolnego czasu na działalność na rzecz wolontariatu, która służy interesowi społeczności, lub inne podobne formy osobistego zaangażowania.
Wszyscy biskupi diecezjalni lub eparchialni i ci, którzy prawnie są z nimi zrównani, w najwłaściwszym dniu tego okresu jubileuszowego, przy okazji głównych uroczystości w katedrze i w poszczególnych kościołach jubileuszowych, będą mogli udzielić papieskiego błogosławieństwa z dołączonym odpustem zupełnym, który mogą otrzymać wszyscy wierni, którzy otrzymają to błogosławieństwo pod zwykłymi warunkami.
W celu duszpasterskiego ułatwienia dostępu do sakramentu pokuty i osiągnięcia Bożego przebaczenia poprzez władzę kluczy, ordynariusze miejsca proszeni są o udzielenie kanonikom i kapłanom, którzy w katedrach i kościołach wyznaczonych na Rok Święty, będą mogli wysłuchać spowiedzi wiernych, uprawnień jedynie do forum wewnętrznego, o czym dla wiernych Kościołów Wschodnich stanowi kan. 728, § 2 KKKW, a w przypadku ewentualnego zastrzeżenia dla określonej władzy – kan. 727, z wyłączeniem, jak jest oczywiste, przypadków o których mowa w kan. 728, § 1; natomiast dla wiernych Kościoła łacińskiego uprawnień o których mowa w kan. 508, § 1 KPK.
W związku z tym Penitencjaria wzywa wszystkich księży, aby z hojną dyspozycyjnością i poświęceniem siebie zapewnili jak najszerszą możliwość uzyskania przez wiernych środków zbawienia; ustalali i publikowali terminy spowiedzi, w porozumieniu z proboszczami lub rektorami sąsiednich kościołów; znajdowali się w konfesjonale; planując stałe i częste celebracje pokutne, zapewniając jednocześnie jak najszerszą dostępność księży, którzy po osiągnięciu wymaganego wieku, nie pełnią określonych funkcji duszpasterskich. W zależności od możliwości pamiętajmy także, zgodnie z Motu proprio Misericordia Dei, o duszpasterskiej możliwości słuchania spowiedzi także podczas celebracji Mszy Świętej.
W celu ułatwienia zadań spowiednikom, Penitencjaria Apostolska, z upoważnienia Ojca Świętego, stanowi, że kapłani, którzy towarzyszą lub przyłączają się do pielgrzymek jubileuszowych poza własną diecezją, mogą korzystać z tych samych uprawnień, jakie zostały im powierzone w ich własnej diecezji przez prawowity organ. Specjalne uprawnienia zostaną wówczas przyznane przez tę Penitencjarię Apostolską penitencjarzom rzymskich Bazylik Papieskich, kanonikom penitencjarzom lub penitencjarzom diecezjalnym utworzonym w poszczególnych okręgach kościelnych.
Spowiednicy, po uprzednim pouczeniu z miłością wiernych o powadze grzechów, do których należą te z dołączonym zastrzeżeniem lub cenzurą, wyznaczą z duszpasterską miłością odpowiednie pokuty sakramentalne, aby w miarę możliwości doprowadzić ich do trwałej pokuty i w zależności od charakteru spraw, zaprosić ich do naprawienia skandali i szkód.
Penitencjaria na koniec gorąco zachęca Biskupów, jako posiadaczy potrójnego munus nauczania, rządzenia i uświęcania, aby zadbali o jasne wyjaśnienie proponowanych tutaj przepisów i zasad dotyczących uświęcenia wiernych, ze szczególnym uwzględnieniem lokalnych warunków, kultury i tradycji. Katecheza dostosowana do specyfiki społeczno-kulturowej każdego narodu będzie w stanie zaproponować sposób skutecznego głoszenia Ewangelii i całokształtu orędzia chrześcijańskiego, zakorzeniając głębiej w sercach pragnienie tego wyjątkowego daru, uzyskanego za pośrednictwem Kościoła.
Niniejszy Dekret obowiązuje przez cały Jubileusz Zwyczajny roku 2025, niezależnie od wszelkich postanowień stanowiących inaczej.
W Rzymie, w siedzibie Penitencjarii Apostolskiej, 13 maja 2024 roku, we wspomnienie Matki Bożej z Fatimy.
Kard. Angelo De Donatis Penitencjariusz Większy
Bp Krzysztof Nykiel Regens
vaticannews/Stacja7.pl/KAI
***
Odpusty jubileuszowe, warto – kiedy i jak?
Rok Jubileuszowy 2025, który teraz przeżywamy w Kościele, jest rokiem szczególnej łaski. Warunkiem dostąpienia odpustu jest przystąpienie do sakramentu pokuty i Komunii św., całkowite wewnętrzne oderwanie się od grzechu, a także modlitwa w intencjach Ojca Świętego. Uzyskane odpusty można ofiarować za siebie lub za zmarłych. To są niesamowite dary, jakie ofiaruje nam Kościół ze swego skarbca.
W oparciu o artykuł Penitencjaria Apostolska: Trybunał miłosierdzia w służbie Kościołowi autorstwa ks. prał. Krzysztofa Nykiela, Regensa Penitencjarii Apostolskiej, zamieszczony w czasopiśmie naukowym „Teologia i Moralność” nr 2/2015 s. 67-86 przypominam podstawowe informacje o odpustach.
Kodeks Prawa kanonicznego w kan. 992 podaje następująca definicję odpustu: „Odpust jest to darowanie przed Bogiem kary doczesnej za grzechy, odpuszczone już co do winy. Otrzymuje je wierny, odpowiednio przygotowany i po wypełnieniu określonych warunków, przez działanie Kościoła, który jako sługa odkupienia autorytatywnie rozporządza i dysponuje skarbcem zadośćuczynień Chrystusa i świętych”.
Chrześcijanin skruszony w swoim sercu i żałujący szczerze za popełnione grzechy w sakramencie pokuty otrzymuje odpuszczenie winy, natomiast pozostaje jeszcze tzw. kara doczesna, związana z naruszeniem porządku sprawiedliwości i miłości. Darowanie kary doczesnej określa się terminem „odpust”, którego uzyskanie zakłada szczerą wewnętrzną przemianę oraz wypełnienie przepisanych uczynków.
Odpust jest cząstkowy lub zupełny, w zależności od tego, czy uwalnia od kary doczesnej należnej za grzechy w części lub całości. Paweł VI zniósł odpusty określane konkretnym czasem (np. ilością dni lub lat), ponieważ w wieczności nie ma czasu.
Wierny może uzyskiwać odpust cząstkowy lub zupełny tylko za siebie lub ofiarować go za zmarłego, na sposób wstawienniczy, ale za nikogo z żyjących, ponieważ każdy człowiek sam jest w stanie dokonać przemiany swojego życia i wypełnić wymagane do otrzymania odpustu warunki.
Odpust zupełny można uzyskać tylko jeden raz w ciągu dnia, poza pozostającymi w obliczu śmierci, natomiast odpusty cząstkowe można uzyskiwać w ciągu jednego dnia wielokrotnie.
Do uzyskania odpustu zupełnego wymagane są następujące warunki: spowiedź sakramentalna i Komunia św., całkowicie wewnętrzne oderwanie się od grzechu, nawet najlżejszego, spełnienie czynu, z którym związany jest odpust zupełny oraz modlitwa w intencjach Ojca Świętego.
Przyjrzyjmy się bliżej wspomnianym warunkom:
Spowiedź sakramentalna – nie można zyskać odpustu bez odbycia spowiedzi sakramentalnej. Powinna ona mieć miejsce na kilka dni przed lub po wypełnieniu czynności odpustowej (na kilka tzn. zaleca się trzymanie granicy 8 dni przed i po); istnienie także zasada, że po spowiedzi sakramentalnej można uzyskać wiele odpustów zupełnych, ale tylko jeden w ciągu dnia.
Komunia eucharystyczna – można ją przyjąć w przeddzień dopełnienia czynu obdarzonego odpustem i w ciągu siedmiu dni po dopełnieniu czynności odpustowych; jednak zaleca się, aby Komunię św. przyjąć w dniu, w którym pragnie się dostąpić łaski odpustu, gdyż zwiększa to możliwość jego zyskania. Należy także zaznaczyć, że w odróżnieniu od spowiedzi po przyjęciu jednej Komunii św. można uzyskać tylko jeden odpust zupełny. Wyjątek od tej reguły stanowi niebezpieczeństwo śmierci.
Modlitwa w intencjach Ojca Świętego – czyli w intencjach wyznaczonych przez papieża. Wierny nie musi ich znać, wystarczy, że wzbudzi ogólną intencję modlitwy w wyznaczonych przez papieża intencjach; odmówienie tej modlitwy może mieć miejsce w ciągu kilku dni przed dokonaniem dzieła odpustowego lub po nim, ale podobnie jak w przypadku Komunii św., zaleca się, aby modlitwa została odmówiona w dniu wykonania czynu odpustowego. Dla wypełnienia warunku wystarczy jedno Ojcze nas i jedno Zdrowaś Maryjo.
Całkowite wykluczenie przywiązania do jakiegokolwiek grzechu, także powszedniego – jest to ostatni warunek konieczny do zyskania odpustu zupełnego. Kiedy mamy do czynienia z przywiązaniem do grzechu? Mówimy o nim wtedy, gdy ktoś świadomie grzeszy więcej niż raz, znaczy to, że grzeszy i chce tego, a przy tym nie poprzestaje na jednym grzechu, ale dopuszcza do pewnej wielokrotności, jakkolwiek nie do zwyczaju, z którego rodzi się nawyk. Trudność wyzbycia się przywiązania do jakiegokolwiek grzechu można więc porównać z trudnością wzbudzenia w sobie żalu doskonałego. Jednak tak wzbudzenie żalu doskonałego, jak i uzyskanie odpustu zupełnego jest możliwe, należy jednak jak najpełniej otworzyć się na działanie Bożych łask w swoim codziennym życiu. Tylko bowiem mocą Bożego miłosierdzia możemy się nawracać i zadośćuczynić za swojej grzechy i zmarłych cierpiący w czyśćcu. Głębokie i szczere pragnienie zyskania odpustu zupełnego, zawierzenie się łasce Bożej oraz wypełnienie, z pewnym zaangażowaniem woli i serca, wszystkich warunków z pewnością jest w stanie wytworzyć w nas odpowiednią dyspozycję do otwarcia się na dar odpustu zupełnego.
Poniżej publikujemy w s z y s t k i e odpusty zupełne, wyliczone w „Enchiridionie” z 1999 r. Dla przejrzystości odpusty zostały wymienione nie w kolejności podanej w dokumencie Penitencjarii Apostolskiej lecz według pewnego praktycznego klucza.
I ODPUSTY, KTÓRE MOŻNA ZYSKIWAĆ C O D Z I E N N I E
Za pobożne odmówienie cząstki Różańca Świętego, w sposób ciągły, z rozważaniem tajemnic różańcowych, w kościele albo w kaplicy albo rodzinie albo we wspólnocie zakonnej, we wspólnocie wiernych, zwłaszcza gdy wiele osób gromadzi się w jakimś szlachetnym celu (n. 17 § 1, 1o).
Za czytanie Pisma świętego z czcią należną Słowu Bożemu i na sposób lektury duchowej przynajmniej przez pół godziny z tekstu zatwierdzonego przez władzę kościelną (n. 30 § 1). Kto nie może czytać osobiście, wystarczy gdy słucha czytającego nawet przez środki audiowizualne (n. 30 § 2).
Za nawiedzenie i adorowanie Najświętszego Sakramentu przez pół godziny (n. 7 § 1, 1o).
Za pobożne odprawienie Drogi Krzyżowej – przed stacjami prawnie erygowanymi – połączone z rozważaniem Męki i Śmierci Chrystusa – i przechodzeniem od stacji do stacji; w publicznym odprawianiu wystarczy przechodzenie prowadzącego (n. 13, 2o). Prawnie przeszkodzeni mogą przez kwadrans czytać i rozważać Męką Pańską (n. 13, 2o, 1).
Za pobożne łączenie się przez pośrednictwo radia czy telewizji z nabożeństwem Drogi Krzyżowej odprawianej przez Ojca Świętego (n. 13, 2o).
Za pobożnie odmówienie Koronki do Miłosierdzia Bożego w kościele lub kaplicy wobec Najświętszego Sakramentu publicznie wystawionego lub przechowywanego w tabernakulum. Jeżeli wierny z powodu choroby lub innej słusznej racji nie może wyjść z domu, ale odmówi Koronkę do Miłosierdzia Bożego z ufnością i z pragnieniem miłosierdzia dla siebie oraz gotowością okazania go innym, pod zwykłymi warunkami również zyskuje odpust zupełny (Dekret Penitencjarii Apostolskiej z dnia 12.01.2002 dotyczy całego terytorium Polski).
II ODPUSTY, KTÓRE MOŻNA ZYSKIWAĆ W C I Ą G U R O K U
W Nowy Rok (1 stycznia): za pobożny udział w śpiewie lub recytacji w kościele lub kaplicy hymnu „O Stworzycielu, Duchu przyjdź” (n. 26 § 1, 1o).
W każdy piątek Wielkiego Postu: za odmówienie przed obrazem Jezusa ukrzyżowanego po przyjęciu Komunii świętej i modlitwy „Oto ja, o dobry i najsłodszy Jezu” (n. 8 § 1, n. 2o).
W okresie Wielkiego Postu: za udział w nabożeństwie „Gorzkich Żali” w jakimkolwiek kościele lub kaplicy na terenie Polski wierny zyskuje odpust zupełny raz w tygodniu w okresie Wielkiego Postu (Pismo Penitencjarii Apostolskiej z dnia 06.02.1968).
W Wielki Czwartek: za pobożne odmówienie hymnu „Przed tak wielkim Sakramentem” podczas uroczystej repozycji Najświętszego Sakramentu po Mszy Świętej Wieczerzy Pańskiej (n. 7 § 1, 2o).
W Wielki Piątek: za pobożne uczestniczenie w liturgii Wielkiego Piątku połączone z adoracją Krzyża (n. 13, 1o).
W Wielką Sobotę: za odnowienie w czasie liturgii Wigilii Paschalnej przyrzeczeń chrzcielnych według formuły zatwierdzonej przez Kościół (n. 28 § 1).
W II Niedzielę Wielkanocną, czyli Miłosierdzia Bożego:
a) udziela się odpustu zupełnego na zwykłych warunkach (spowiedź sakramentalna, Komunia eucharystyczna, modlitwa w intencjach papieskich) wiernemu, który w II Niedzielę Wielkanocną, czyli Miłosierdzia Bożego, w jakimkolwiek kościele lub kaplicy, z sercem całkowicie wolnym od wszelkiego przywiązania do jakiegokolwiek grzechu, choćby powszedniego, weźmie udział w pobożnych praktykach spełnianych ku czci Bożego Miłosierdzia albo przynajmniej odmówi przed Najświętszym Sakramentem Eucharystii, wystawionym publicznie lub ukrytym w tabernakulum modlitwy „Ojcze nasz” i „Wierzę”, dodając pobożne wezwanie do Pana Jezusa Miłosiernego, np. „Jezu Miłosierny, ufam Tobie” (Dekret Penitencjarii Apostolskiej z dnia 29.06.2002).
b) Ponadto marynarze, którzy wykonują swoje obowiązki na niezmierzonych obszarach mórz; niezliczeni bracia, których tragedie wojenne, wydarzenia polityczne, uciążliwe warunki naturalne i inne podobne przyczyny zmusiły do opuszczenia rodzinnej ziemi; chorzy i ich opiekunowie oraz ci wszyscy, którzy z uzasadnionej przyczyny nie mogą opuścić domów lub wykonują pilnie potrzebne zadania dla dobra społeczności, mogą uzyskać odpust zupełny w Niedzielę Miłosierdzia Bożego, jeśli wyrzekając się całkowicie jakiegokolwiek grzechu, jak to zostało powiedziane powyżej, i z zamiarem spełnienia – gdy tylko będzie to możliwe – trzech zwykłych warunków, odmówią przed świętym wizerunkiem naszego Pana Jezusa Miłosiernego modlitwę „Ojcze nasz” i „Wierzę”, dodając pobożne wezwanie do Pana Jezusa Miłosierny, np. „Jezu Miłosierny, ufam Tobie”. (Dekret Penitencjarii Apostolskiej z dnia 29.06.2002).
c) Gdyby nawet to nie było możliwe, tego samego dnia będą mogli uzyskać odpust zupełny, ci którzy duchowo zjednoczą się z wiernymi, spełniającymi w zwyczajny sposób przepisane praktyki w celu otrzymania odpustu, i ofiarują Miłosiernemu Bogu modlitwę, a wraz z nią cierpienia spowodowane chorobą i trudy swojego życia, podejmując zarazem postanowienie, że spełnią oni trzy przepisane warunki uzyskania odpustu zupełnego, gdy tylko będzie to możliwe (Dekret Penitencjarii Apostolskiej z dnia 29.06.2002).
W uroczystość Zesłania Ducha Świętego: za pobożny udział w śpiewie lub recytacji w kościele lub kaplicy hymnu „O, Stworzycielu Duchu, przyjdź” (n. 26 § 1, 1o).
W uroczystość Najświętszego Ciała i Krwi Pańskiej: za udział w uroczystej procesji eucharystycznej prowadzonej w kościele czy poza nim (n. 7 § 1, 3o).
W uroczystość Najświętszego Serca Pana Jezusa: za publiczne odmówienie aktu wynagrodzenia Najświętszemu Sercu Pana Jezusa „O, Jezu Najsłodszy, któremu za miłość bez granic” (n. 3).
W uroczystość Św. Apostołów Piotra i Pawła: za użycie przedmiotu religijnego, (np. krzyżyka, różańca, medalika), poświęconego przez papieża lub biskupa, i odmówienie wyznania wiary zatwierdzonego przez Kościół (n. 14 § 1).
W uroczystość Chrystusa Króla: za publiczne odmówienie aktu poświęcenia rodzaju ludzkiego Najświętszemu Sercu Pana Jezusa „O, Jezu Najsłodszy, Odkupicielu rodzaju ludzkiego ” (n. 2).
W Stary Rok (31 grudnia): za pobożny udział w śpiewie lub recytacji w kościele lub kaplicy hymnu „Ciebie Boga wysławiamy ” w celu okazania wdzięczności za łaski minionego roku. (n. 26 § 1, 2o).
W dniu Pierwszej Komunii Świętej: za przystąpienie do Pierwszej Komunii świętej lub pobożny udział w uroczystości pierwszokomunijnej (n. 8 § 1, 1o).
W dniu Prymicji kapłańskich: Prymicjant zyskuje odpust zupełny za celebrowanie Mszy świętej prymicyjnej z ludem w wyznaczonym dniu (n. 27 § 1, 1o) i wierny za uczestniczenie w takiej Mszy świętej prymicyjnej (n. 27 § 1, 2o) .
W dniu zakończenia Kongresu Eucharystycznego: za pobożny udział w uroczystym zakończeniu Kongresu Eucharystycznego (n. 7 § 1, 4o).
W czasie Misji parafialnych: Za udział w kilku kazaniach misyjnych, łącznie z udziałem w uroczystym zakończeniu misji (n. 16 § 1).
Za udział w ćwiczeniach duchowych trwających przynajmniej pełne trzy dni (n. 10 § 1).
W tygodniu modlitw o jedność chrześcijan: za podjęcie jakichś funkcji w tygodniu modlitw o jedność chrześcijan oraz za wzięcie udziału w zakończeniu tygodnia modlitw o jedność chrześcijan (n. 11 § 1).
Za pobożny udział w modlitwie różańcowej prowadzonej przez papieża i transmitowanej przez radio lub telewizję (n. 17 § 1, 2o).
Za pobożne odmówienie hymnu Akathistos lub Oficjum Paraclisis – w kościele albo w kaplicy, albo w rodzinie, we wspólnocie zakonnej, we wspólnocie wiernych, zwłaszcza gdy wiele osób gromadzi się w jakimś szlachetnym celu, przy czym wystarczy odmówić pewną część hymnu Akathistos bez przerywania zgodnie z prawomocnym zwyczajem. (n. 23 § 1).
Odpust zupełny uzyskują członkowie rodziny, którzy po raz pierwszy poświęcają się Najświętszemu Sercu Jezusowemu lub Świętej Rodzinie podczas specjalnego obrzędu – jeżeli to możliwe – z udziałem kapłana lub diakona i pobożnie odmówią modlitwę zaaprobowaną przez Kościół przed wizerunkiem Najświętszego Serca Pana Jezusa lub Świętej Rodziny (n. 1).
Kto pobożnie uczestniczy każdego dnia w nabożeństwach ustanowionych dla osiągnięcia celów religijnych (np. w tygodniu modlitw o powołania kapłańskie i zakonne, w tygodniu misyjnym, w tygodniu modlitw za młodzież, w dniu chorych) uzyskuje odpust zupełny (n. 5).
W czasie wizytacji kanonicznej: jednorazowo odpust zupełny za udział w Liturgii świętej, której przewodniczy wizytator (n. 32).
III. ODPUSTY ZYSKIWANE Z A N A W I E D Z E N I E K O Ś C I O ŁA lub K A P L I C Y
Podczas nawiedzenia kościoła lub kaplicy w k a ż d y m w y p a d k u należy pobożnie odmówić „O j c z e n a s z” i „W i e r z ę” (N. 19). Jeżeli nawiedzenie przepisane jest w określonym dniu, wówczas można to uczynić od południa dnia poprzedniego do północy oznaczonego dnia (N. 14).
Za nawiedzenie kościoła parafialnego: a) w uroczystość tytułu kościoła parafialnego (n. 33 § 1, 5oa) b) 2 sierpnia (odpust Porcjunkuli) (n. 33 § 1, 5ob)
Za nawiedzenie kościoła lub kaplicy w dniu Wspomnienia Wszystkich Wiernych Zmarłych (2 listopada). Za zgodą Ordynariusza odpust ten może być przeniesiony na niedzielę poprzednią lub następną lub na uroczystość Wszystkich Świętych. (n. 29 § 1, 2o). Odpust ten można ofiarować tylko za zmarłych.
Za pobożne nawiedzenie cmentarza w dniach 1-8 listopada połączone z modlitwą choćby myślą za zmarłych. (29 § 1, 1o).Odpust ten można ofiarować tylko za zmarłych.
Za pobożne nawiedzenie kościoła lub ołtarza w dniu jego poświęcenia (dedykacji) (n. 33 § 1, 6o).
Za nawiedzenie kościoła lub kaplicy Instytutów życia konsekrowanego i Stowarzyszeń życia apostolskiego w dniu poświęconym ich założycielowi (n. 33 § 1, 7o).
Za pobożne nawiedzenie kościołów lub kaplic, w których obchodzone są uroczystości ku czci nowych Świętych lub Błogosławionych w ciągu roku, celem pogłębienia czci i pobożności wobec nich, wierny uzyskuje jednorazowo odpust zupełny.
Za pobożne nawiedzenie kościoła, w którym odbywa się synod diecezjalny można uzyskać jednorazowo odpust zupełny (n. 31).
Za nawiedzenie kościoła katedralnego (n. 33 § 1, 3oa-e): a) w uroczystość ŚŚ. Apostołów Piotra i Pawła (29 czerwca) b) w uroczystość tytułu kościoła katedralnego c) w święto Katedry św. Piotra Ap. (22 lutego) d) w dniu poświęcenia archibazyliki Najświętszego Zbawiciela (czyli bazyliki na Lateranie) (9 listopada) e) w dniu 2 sierpnia (odpust Porcjunkuli)
Za nawiedzenie sanktuarium diecezjalnego lub narodowego lub międzynarodowego ustanowionego przez kompetentną władzę (n. 33 § 1, 4oa-c): a) w uroczystość tytułu tego sanktuarium b) raz w roku w dniu wybranym przez wiernego c) ilekroć wierny bierze udział w zbiorowej pielgrzymce
Za nawiedzenie bazyliki mniejszej (n. 33 § 1, 2oa-d): a) w uroczystość ŚŚ. Apostołów Piotra i Pawła (29 czerwca) b) w uroczystość tytułu bazyliki mniejszej c) 2 sierpnia (odpust Porcjunkuli) d) raz w roku w dniu wybranym przez wiernego
Za nawiedzenie jednej z czterech bazylik patriarchalnych w Rzymie w czasie pielgrzymki zbiorowej, lub jeśli indywidualnie to ze wzbudzeniem aktu synowskiego poddania papieżowi (n. 33 § 1, 2o).
Za nawiedzenie kościoła stacyjnego w Rzymie połączonego z pobożnym udziałem w nabożeństwie stacyjnym (n. 33, § 2).
IV ODPUSTY, KTÓRE MOŻNA ZYSKIWAĆ W R O C Z N I C E
W rocznicę swojego chrztu: za odmówienie przyrzeczeń chrzcielnych według formuły zatwierdzonej przez Kościół (n. 28 § 1).
W jubileusz 25-lecia, 50-lecia, 60-lecia i 70-lecia kapłaństwa: za odnowienie wobec Boga postanowienia wiernego wypełniania obowiązków swego powołania (n. 27, § 2, 1o) oraz wierni za pobożny udział w uroczystej Mszy świętej jubileuszowej (n. 27 § 2, 3o).
W jubileusz 25-lecia, 40-lecia i 50-lecia święceń biskupich: za odnowienie wobec Boga postanowienia wiernego wypełniania obowiązków swego stanu (n. 27 § 2, 2o) oraz wierni za pobożny udział w uroczystej Mszy świętej jubileuszowej (n. 27, § 2, 3o).
V ODPUSTY POŁĄCZONE Z B Ł O G O S Ł A W I E Ń S T W E M
Za pobożne przyjęcie błogosławieństwa papieskiego udzielonego przez Ojca Świętego „Urbi et Orbi” choćby przez radio lub telewizję, byleby wierny uważnie śledził sam ryt błogosławieństwa (n. 4).
Za pobożne przyjęcie błogosławieństwa pasterskiego udzielonego przez biskupa diecezjalnego swoim wiernym (n. 4). Biskup diecezjalny ma władzę udzielania błogosławieństwa papieskiego z odpustem zupełnym, według przepisanej formuły, trzy razy w roku, w święta uroczyste przez siebie określone (N. 7, 2o).
Kapłan, który udziela sakramentów świętych wiernemu zagrożonemu śmiercią, powinien mu udzielić błogosławieństwa apostolskiego z odpustem zupełnym (n. 12, § 1). Jeżeli nie ma kapłana, który by w godzinę śmierci udzielił sakramentów i błogosławieństwa papieskiego obdarzonego odpustem zupełnym, Kościół udziela wiernemu należycie usposobionemu odpustu zupełnego „o ile wierny za życia miał zwyczaj stale odmawiania jakichkolwiek modlitw”. W tym wypadku Kościół uzupełnia trzy warunki uzyskania odpustu zupełnego (n. 12 § 2). Przy uzyskaniu tego odpustu chwalebną rzeczą jest posłużenie się krucyfiksem lub krzyżem (n. 12, § 3). Odpust w godzinę śmierci wierny może uzyskać, chociażby w tym dniu już zyskał odpust zupełny (n. 12 § 4).
***
Rok Jubileuszowy
– darowanie kar.
Jak uzyskać odpust zupełny?
***
Rok Jubileuszowy to czas przebaczania. Dotyczy to zwłaszcza kar doczesnych. Włączając się w obchody tego roku możemy uzyskać dla siebie i dla zmarłych odpuszczenie kar, jakie trzeba byłoby w innym wypadku wycierpieć w czyśćcu. Można to uzyskać między innymi poprzez pielgrzymki, ale także dzieła miłosierdzia – w tym szczególnie wsparcie obrony życia.
Czym są odpusty?
Jak mówi Katechizm Kościoła Katolickiego (od par. 1471), „odpust jest to darowanie przed Bogiem kary doczesnej za grzechy, zgładzone już co do winy. Dostępuje go chrześcijanin odpowiednio usposobiony i pod pewnymi, określonymi warunkami, za pośrednictwem Kościoła, który jako szafarz owoców odkupienia rozdaje i prawomocnie przydziela zadośćuczynienie ze skarbca zasług Chrystusa i świętych. Odpust jest cząstkowy albo zupełny zależnie od tego, czy od kary doczesnej należnej za grzechy uwalnia w części czy w całości”.
Jak wyjaśnia dalej Katechizm, grzech, ze względu na swoją wewnętrzną naturę, powoduje dwa rodzaje kary – wieczną i doczesną. Karę wieczną, czyli oddzielenie od komunii z Bogiem, usuwa przebaczenie grzechu i nawrócenie. Pozostaje jednak kara doczesna. Tę karę można mieć darowaną za pośrednictwem Kościoła. To właśnie odpust: kara jest darowana dzięki otwarciu „skarbca zasług Chrystusa i świętych”.
Katechizm uczy, że stosowanie odpustów ma nie tylko pomóc chrześcijanom, ale również pobudzać do czynów pobożności, pokuty i miłości. Odpusty można otrzymywać dla siebie, ale również dla zmarłych. Katechizm wyjaśnia, że zmarli przebywający w czyśćcu pozostają „członkami tej samej komunii świętych”, dlatego możemy uzyskać dla nich uwolnienie od kar doczesnych. Nie można uzyskać odpustu dla innych chrześcijan żyjących na ziemi.
Odpusty dzielą się, jak wynika z cytowanej wcześniej treści Katechizmu, na cząstkowe albo zupełne; pierwsze obejmują określoną liczbę lat, natomiast drugie – całe życie.
Rok Jubileuszowy – czas miłosierdzia
Stolica Apostolska ogłasza zawsze warunki uzyskania odpustów w związku z Rokiem Jubileuszowym. Są to zasadniczo odpusty zupełne. Wynika to z samego charakteru takiego roku. Praktyka ogłaszania lat jubileuszowych w Kościele katolickim sięga średniowiecza, ale w istocie jest nawiązaniem do tradycji Izraela. Żydzi co siedem lat obchodzili tak zwany rok szabasowy – w cyklu siedmiokrotnym. Za siódmym razem ogłaszano rok jubileuszowy, co wiązało się – przynajmniej w teorii – nie tylko ze specjalnymi obietnicami Bożymi, ale również z darowaniem długów między ludźmi. Do tego nawiązuje praktyka udzielania odpustów w katolickim Roku Jubileuszowym.
Lata jubileuszowe mogą być ogłaszane w porządku zwykłym, to znaczy co 25 lat. Możliwe jest też ogłoszenie nadzwyczajnego roku jubileuszowego. Papież Franciszek zrobił tak w roku 2015 i ogłosił bullą „Misericordiae vultus” Nadzwyczajny Jubileusz Miłosierdzia.
Tym razem, w roku 2025, Rok Jubileuszowy jest w porządku zwykłym, co papież ogłosił bullą „Spes non confundit”.
Jak uzyskać odpust zupełny w Roku Jubileuszowym
Penitencjaria Apostolska, którą kieruje jako Penitencjariusz Większy kard. Angelo De Donatis, opublikowała w związku z tym warunki uzyskiwania odpustu zupełnego (dokument jest dostępny po polsku na stronie Watykanu).
Pierwszym i zasadniczym warunkiem jest trwanie w stanie łaski uświęcającej z wykluczeniem wszelkiego przywiązania do jakiegokolwiek grzechu. Należy uprzednio przystąpić w czasie Roku Jubileuszowego do spowiedzi, przyjąć Komunię świętą i modlić się zgodnie z intencjami papieża. Następnie dochodzą warunki dodatkowe związane z Rokiem Jubileuszowym. Warunki te wiążą się z trzema zasadniczymi kategoriami: pielgrzymkami, nawiedzaniem miejsc świętych, dziełami miłosierdzia i pokuty.
W przypadku pielgrzymek sposoby uzyskania odpustu jubileuszowego są cztery.
Pierwszym jest pielgrzymka w kierunku dowolnego świętego miejsca jubileuszowego. Miejsca jubileuszowe zostały w Polsce wyznaczone dekretami biskupów w każdej diecezji. Są to zwykle kościoły i sanktuaria w różnych miejscach diecezji. Tam należy pobożnie uczestniczyć we Mszy świętej, albo też wziąć udział w Mszy przy udzielaniu sakramentów wtajemniczenia chrześcijańskiego, w sakramencie namaszczenia chorych, nabożeństwie Słowa Bożego, liturgii godzin (godzina czytań, jutrznia, nieszpory), drodze krzyżowej, różańcu, recytacji hymnu akatystu, nabożeństwie pokutnym zakończonym indywidualną spowiedzią.
Drugim sposobem jest odwiedzenie w Rzymie jednej z czterech papieskich Bazylik Większych (św. Piotra, św. Jana na Lateranie, Santa Maria Maggiore, św. Pawła za Murami).
Trzecim sposobem jest uzyskanie odpustu w Ziemi Świętej w związku z odwiedzeniem jednej z trzech bazylik (Grobu Świętego w Jerozolimie, Narodzenia Pańskiego w Betlejem, Zwiastowania Pańskiego w Nazarecie).
Czwartym jest odwiedzenie kościoła katedralnego albo innych kościołów i miejsc świętych, które wyznaczył biskup diecezji.
Drugą kategorią jest pobożne nawiedzenie miejsc świętych. Jak mówi dokument Penitencjarii Apostolskiej, „wierni będą mogli uzyskać podobnie odpust jubileuszowy, jeśli indywidualnie lub w grupie, pobożnie nawiedzą dowolne miejsce jubileuszowe i tam przez odpowiedni czas odprawią adorację eucharystyczną i rozmyślanie, kończąc modlitwą «Ojcze nasz», Wyznaniem wiary w jakiejkolwiek dopuszczonej formie i modlitwą do Maryi, Matki Bożej, aby w tym Roku Świętym wszyscy «mogli doświadczyć bliskości najczulszej z mam, która nigdy nie opuszcza swoich dzieci»”. Dokument wymienia tu szereg miejsc w samym Rzymie oraz w innych miejscach na świecie. To kilka kościołów na ternie Włoch, ale również „każda bazylika mniejsza, katedra, kościół konkatedralny, sanktuarium maryjne oraz dla dobra wiernych każda wyróżniająca się kolegiata lub sanktuarium wyznaczone przez każdego biskupa diecezjalnego lub eparchialnego, a także sanktuaria krajowe lub międzynarodowe, «święte miejsca gościnności i uprzywilejowane przestrzenie budzenia nadziei» („Spes non confundit”, 24), wskazane przez Konferencje Episkopatów”.
W tej kategorii mieszczą się też ci, którzy nie mogą odwiedzić żadnego miejsca z ważnych powodów. Są to przede wszystkim siostry i mnisi klauzurowi, osoby starsze, chorzy, więźniowie i tak dalej. Mogą otrzymać odpust zupełny, jak mówi dokument, jeżeli „zjednoczeni duchowo z wiernymi obecnymi, zwłaszcza w momentach, w których słowa Ojca Świętego lub biskupów diecezjalnych są przekazywane za pośrednictwem środków komunikacji medialnej, w swoim domu lub tam, gdzie powstrzymuje ich przeszkoda (np. w kaplicy klasztornej, w szpitalu, w domu opieki, w więzieniu…), odmówią Ojcze nasz, Wyznanie wiary w jakiejkolwiek dopuszczonej formie i inne modlitwy zgodne z intencjami Roku Świętego, ofiarowując swoje cierpienia lub życiowe trudności”.
Wreszcie trzecią kategorią są dzieła miłosierdzia i pokuty. Tu możliwości jest najwięcej, jakkolwiek lista zaczyna się od dość szczególnej: uczestnictwo w duchu pobożności w misjach ludowych, rekolekcjach lub… spotkaniach formacyjnych poświęconych tekstom Soboru Watykańskiego II i Katechizmu Kościoła Katolickiego, które odbędą się w kościele lub innym odpowiednim miejscu, według zamysłu Ojca Świętego.
Ponadto możliwe jest uzyskanie odpustu w związku z różnymi czynami miłosierdzia, odwołującymi się do tradycyjnych uczynków miłosierdzia względem ciała oraz względem ducha. Gdy idzie o pokutę, Stolica Apostolska wskazuje na „ponowne odkrywanie pokutnej wartości piątku”. Tutaj idzie o powstrzymanie się w duchu pokuty przez jeden dzień od błahych rozrywek (także wirtualnych) oraz od zbędnej konsumpcji (w zgodzie z normami Kościoła i zaleceniami biskupów) – dodatkowo pod warunkiem przekazania „odpowiedniej sumy pieniędzy” ubogim. Wskazuje się też na możliwość wspierania dzieł o charakterze religijnym lub socjalnym, przy tym „zwłaszcza na rzecz obrony i ochrony życia na wszystkich jego etapach”, a także pomocy osobom w trudnej sytuacji.
Istnieje jeszcze kwestia ilości odpustów. Zasadniczo można uzyskać jeden odpust zupełny dziennie. Jednak na mocy decyzji papieskiej, można otrzymać dwukrotnie odpust zupełny tego samego dnia, obowiązujący jedynie za zmarłych.
Stolica Apostolska w dokumencie zachęca biskupów do tego, by zadbali o jasne wyjaśnienie reguł, a zatem wierni, którzy mają jakieś wątpliwości, winni skontaktować się z odpowiednią władzą kościelną.
Jako że możliwości uzyskania odpustu zupełnego za siebie i zmarłych jest w sumie naprawdę wiele, każdy katolik powinien z dużą łatwością znaleźć takie formy, z których będzie mógł skorzystać – i to nawet wielokrotnie. Rok Jubileuszowy to wyjątkowy czas łaski i przebaczenia. Warto wykorzystać drogę, którą wskazuje nam Kościół i stawać się poprzez nawrócenie coraz podobniejszym do Chrystusa (Ga 2, 20).
Paweł Chmielewski/PCh24.pl
***
Uwaga! Skandaliczna petycja znowu w Sejmie! Chodzi o próbę zakazu spowiedzi dzieci
(fot. AdobeStock Oprac. GS/pch24.pl)
***
Do Sejmu trafiła petycja w sprawie ograniczenia spowiedzi świętej tylko do osób dorosłych. Za propozycją ataku na wolność religii stoi antyreligijny prowokator Rafał Betlejewski. Ten od lat atakujący wiarę performer i pisarz zebrał poparcie 12 tysięcy podpisów pod taką inicjatywą. To już drugi raz, kiedy Betlejewski podsuwa ustawodawcom pomysł odsunięcia dzieci od bogatego źródła łaski i pomocy w rozwoju moralnym, jakim jest sakrament pokuty. Do ponowienia próby namówił celebrytę… Marcin Józefaciuk. To przedstawiający się jako neopoganin poseł KO, po którego interwencji „rodzimowierczy” związek wyznaniowy „Ród” po latach oczekiwań trafił do ministerialnego rejestru.
O tym, że petycja – tym razem skutecznie – trafiła do Sejmu informuje „Rzeczpospolita”. Betlejewski chce, aby spowiedź dzieci była zakazana. W przeszłości ze strony przeciwników Kościoła padało wiele pesudoargumentów, mających uzasadniać podobny atak na wolność religii. Najczęściej słychać było głosy – dołącza do nich autor petycji, że: „spowiedź jest formą psychicznej przemocy” oraz jest „ingerencją w intymny świat dziecka prowadzoną w autorytecie Boga”. Widać zaszczepianie w umysłach dzieci pojęć dobra, zła i grzechu przeszkadza bardziej, niż ingerencja w „intymny świat dzieci” seksedukatorów i promotorów ideologii gender.
„Jak pokazują wspomnienia wielu osób, spowiedź to doświadczenie upokorzenia i strachu, zdarzenie traumatyczne, paskudne, którego dzieci nie chciały, a przed którym nie potrafiły się obronić” – głosić ma petycja, którą teraz zajmie się specjalna komisja w Sejmie, czytamy w „Rz”.
Dziennik precyzuje, że sygnatariusze domagają się „uchwalenia przepisów wprowadzających w Polsce zakaz spowiadania dzieci poniżej 18. roku życia w Kościele katolickim i innych kościołach, jeśli ją stosują”. Zaś z treści opisanej przez gazetę petycji wynika, że „żadna obca osoba dorosła nie ma prawa przesłuchiwać dziecka sam na sam bez nadzoru opiekunów i psychologów”, a „spowiednikami dzieci są mężczyźni żyjący w celibacie, którzy nie mają odpowiedniego przygotowania psychologicznego”.
Kim jest autor petycji? Rafał Betlejewski, to performer i autor książek, który od lat nieprzychylnie wypowiadająca się na temat Kościoła. Napisał m.in. „Jak się uwolnić od Kościoła. Poradnik w sześciu krokach” czy „365 lekcji religii dla całej rodziny, która chce się wyzwolić” – publikacja reklamowana jest jako „miażdżąca krytyka mitologii katolickiej od Adama i Ewy, aż do świętości Jana Pawła II”. W rzeczywistości doczekała się ona również krytyki jako pełna manipulacji i merytorycznych niedociągnięć. Sam Betlejewski nie mógłby nawet próbować przedstawiać się jako obiektywny, czy bezstronny „badacz religii”. Jego celem i sposobem działania jest prowokacyjne wyszydzanie wiary.
Dobrym przykładem jego rażącej ignorancji jest materiał, jaki zamieścił na Facebooku, dotyczący stosunku Kościoła do kobiet. W nagraniu Betlejewski przekonywał, że sednem nauczania Kościoła o grzechu pierworodnym jest oskarżenie pierwszej kobiety o nieposłuszeństwo Bogu i oddalenie człowieka od Stwórcy. Tym samym Betlejewski zignorował fakt, że Kościół winę za grzech pierworodny przypisuje także Adamowi, a nawet sam upadek pierwszych rodziców często nazywa „winą Adama”. W Orędziu Wielkanocnym chociażby, wbrew wynurzeniom pseudo-badacza, śpiewa się, że Chrystus „krwią serdeczną spłacił dług Adama”, nie Ewy. Z kolei w listach apostolskich czytamy, że „W Adamie wszyscy zgrzeszyliśmy”, nie w Ewie.
Podobne zaniedbania sprawiają, że trudno wierzyć w ogóle w dobrą wolę Betlejewskiego i jego dążenie do bezstronności naukowej – jako której głos się przedstawia.
Betlejewski z pomysłem o zakazie spowiedzi dzieci wystartował już w 2022 roku. Rok później złożył petycję w Sejmie, która została odrzucona z powodów formalnych. Informował o tym później poseł KO Marcin Józefaciuk, członek Komisji do spraw Petycji. I to on poprosił Betlejewskiego złożenie petycji raz jeszcze.
źródło: PAP rp.pl, pch24.pl
***
Zakaz spowiedzi dzieci? Oto dlaczego to absurd i krzywda dla najmłodszych!
Lewicowy atak na spowiedź dzieci to nie tylko uderzenie w rodzinę i Kościół, ale przede wszystkim pozbawienie najmłodszych ważnego narzędzia rozwoju moralnego i emocjonalnego.
Lewica chce zakazać spowiedzi dzieci, twierdząc, że za wcześnie uczy je rozróżniania dobra i zła. Czy jednak spowiedź naprawdę szkodzi, czy może przeciwnie – wspiera rozwój moralny i emocjonalny najmłodszych? Dowiedz się, dlaczego spowiedź jest niedocenianym błogosławieństwem, które pomaga dzieciom budować sumienie, radzić sobie z poczuciem winy i rozwijać wrażliwość na prawdziwą, bezwarunkową miłość.
Tło problemu
Do Sejmu trafiła petycja ws. dostępności spowiedzi tylko dla osób pełnoletnich. Podpisał się pod nią promil obywateli RP (zaledwie 12 tysięcy osób) którzy domagają się „uchwalenia przepisów wprowadzających w Polsce zakaz spowiadania dzieci poniżej 18. roku życia w Kościele katolickim i innych kościołach, jeśli ją stosują”. Chodzi o petycję złożoną przez aktywistę Rafała Betlejewskiego, który prowadzi otwarte działania przeciwko Sakramentowi Spowiedzi od 2022 r. Głównym zarzutem wobec spowiedzi jest, że zdaniem autorów petycji przedwcześnie konfrontuje osoby nieletnie z pojęciem dobra i zła!
Przyjrzyjmy się bliżej temu tematowi.
Spowiedź wspiera zdrowie psychiczne dzieci.
Zdaję sobie sprawę, że dla lewicowych propagatorów zakazu spowiedzi dzieci wszelkie argumenty religijne są nieistotne. A jednak spowiedź jest – zarówno dla dzieci jak i dorosłych – działaniem korzystnym pod względem zdrowia psychicznego. A zatem – na początek kilka argumentów czysto racjonalnych za spowiedzią dzieci.
Moralność dzieci – kiedy i jak się kształtuje?
Rozwój moralny u dzieci jest złożonym procesem, który łączy w sobie wrodzone predyspozycje i umiejętności nabyte poprzez interakcje społeczne i doświadczenia. Literatura naukowa pokazuje, że istnieje pewna pojawiająca się od urodzenia wrażliwość moralna – intuicja istnienia dobra i zła, jednak wiele z tego, co dzieci uznają za dobro i zło jest związane z tym, jak są wychowywane.
Mniejsze dzieci są skłonne do unikania czynienia zła ze względu na strach przed konsekwencjami (karą), większe – ze względu na bardziej abstrakcyjne normy społeczne, dotyczące tego, co dobre, a co złe. Ocena ta jest zależna nie tylko od rozwoju intelektualnego (o czym pisali badacze rozwoju moralnego – Jean Piaget i Lawrence Kohlberg), ale i emocjonalnego (ten aspekt poruszali z kolei w badaniach Carol Gilligan i Martin Hoffman).
Sumienie kształtuje się wcześnie w rozwoju człowieka. W badaniach stwierdzono, że już u niemowląt można zaobserwować zdolność do rozróżniania zachowań prospołecznych i antyspołecznych. Z kolei dzieci pięcioletnie rozumieją nie tylko, że można czynić dobro, lub zło, ale nawet potrafią zrozumieć rolę motywacji. To znaczy rozumieją, że np. wina osoby która stłukła wazon jest zdecydowanie mniejsza jeśli zrobiła to przypadkiem, niż jeśli zrobiła to celowo.
W kontekście edukacji przedszkolnej podkreśla się, że wczesne dzieciństwo jest kluczowym okresem dla rozwoju moralnego. Dlatego powszechnie poleca się, by programy edukacyjne obejmowały aktywności, które promują wartości, odpowiedzialność i empatię, poprzez historie, rysunki i rozmowy.
Spowiedź dzieci z psychologicznej perspektywy
Brakuje badań naukowych przeprowadzonych bezpośrednio nad spowiedzią sakramentalną dzieci. Jednak istnieją badania sprawdzające co się dzieje, gdy dziecko przekroczy normy moralne – uczyni zło. Przede wszystkim – mają świadomość tego, że uczyniły zło. Co będzie się działo dalej zależy silnie od środowiska społecznego. Jeśli przebywają w środowisku wrogim, będą starać się zatrzeć ślady po tym co zrobiły. Świadomość uczynienia zła jest jednak męcząca, do tego dochodzi strach przed tym, że uczynek jednak się wyda. Dzieci otoczone miłością będą bardziej skłonne wyznać, co zrobiły, czują ulgę i mają potrzebę naprawy zła, o ile to możliwe.
W tym kontekście spowiedź gra nieocenioną, pozytywną rolę. Dziecko, które wie, że Bóg jest miłością, bardzo je kocha, chce jego dobra, widzi spowiedź jako sposób uzyskania przebaczenia, zapewnienia o miłości oraz szansę zadośćuczynienia – też w sytuacjach, gdy fizyczna naprawa wyrządzonego zła jest niemożliwa. Mówią o tym kapłani przygotowujący dzieci do spowiedzi – w tym do spowiedzi przed pierwszą komunią świętą. Ksiądz Marcin Węcławski, proboszcz poznańskiej parafii pw. Maryi Królowej od wielu lat propagujący wczesną pierwszą komunię wielokrotnie opowiadał o reakcjach dzieci na pierwszą spowiedź, gdy po otrzymaniu rozgrzeszenia, w podskokach, z radością wracały do rodziców.
Ludzie chcący zakazu spowiedzi dzieci chcą pozbawić je doświadczenia niezwykle ważnego dla ich rozwoju moralnego i emocjonalnego. Jak wykazałam wcześniej – badania pokazują wcześnie pojawiającą się wrażliwość moralną, świadomość istnienia dobra i zła. Spowiedź pod względem psychologicznym jest rytuałem oczyszczenia, obmycia ze zła, uwolnienia się od niego. To bezcenne doświadczenie, obce innym wyznaniom.
Kapłan o radości najmłodszych ze spowiedzi
Oddajmy jeszcze na koniec głos wspomnianemu już księdzu Marcinowi Węcławskiemu:
“Jestem księdzem od ponad 40 lat, proboszczem dużej parafii w Poznaniu od ponad 30 lat. Każdego roku obok dzieci z klas trzecich (przyjęty w Polsce termin) w mojej parafi i przygotowujemy do tych sakramentów dzieci pięcio- i sześcioletnie, organizując tzw. wczesną Pierwszą Komunię Świętą, w myśl zasad podanych przez świętych papieży Piusa X i Jana Pawła II. Zawsze jest ta sama radość z sakramentu pokuty, także tych najmłodszych. Dzieci, jak każdy człowiek, mają sumienie, mają poczucie winy. Oczywiście każde sumienie trzeba nieustannie wychowywać. Bywa, że dzieci za grzech przyjmują coś, co nim obiektywnie nie jest. Ale cierpią z powodu popełnionego zła, mają wyrzuty sumienia. Uwolnieniem od tego niepokoju nie jest wmawianie im, że nie ma grzechu. Drogą jest to, by doprowadzić je do Chrystusa i pomóc doświadczyć Boga jako Ojca miłosierdzia. Odmawianie dzieciom tego dobrodziejstwa jest wielką krzywdą.”
Pozbawienie dzieci prawa do spowiedzi to odebranie im możliwości doświadczania miłosierdzia, które jest fundamentem nie tylko rozwoju duchowego, ale i głębokiego poczucia bezpieczeństwa oraz sensu. Podkreśla to ksiądz Marcin:
Dziecko ma prawo do sakramentu pokuty. Chrystus powiedział: „Dozwólcie dzieciom przychodzić do Mnie, nie przeszkadzajcie im” (Mk 10, 14).
…
Badania wykorzystane do omówienia psychologicznego rozwoju moralnego dzieci:
Limone P, Toto GA (2022) Origin and Development of Moral Sense: A Systematic Review. Front. Psychol. 13:887537. doi: 10.3389/fpsyg.2022.887537
Molchanov, Sergey. (2013). The Moral Development in Childhood. Procedia – Social and Behavioral Sciences. 86. 10.1016/j.sbspro.2013.08.623.
Yalçın, Vakkas. (2021). Moral Development in Early Childhood: Benevolence and Responsibility in the Context of Children’s Perceptions and Reflections. Educational Policy Analysis and Strategic Research. 16. 140-163. 10.29329/epasr.2021.383.8.
Fragment artykułu księdza Marcina Węcławskiego zacytowany za pozwoleniem autora za: “Pozwólcie dzieciom“.
„Na tej samej zasadzie należałoby wprowadzić zakaz wizyt dzieci u dentysty”.
Abp Adrian Galbas SAC krytycznie o pomyśle zakazu spowiedzi dzieci
(źródło: stock.adobe.com)
***
„Jesienią ubiegłego roku wpłynęła do Sejmu petycja zakazująca spowiadania dzieci do 18. roku życia. Nie wiem, jakie są realne szanse ustanowienia takiego prawa – mam nadzieję, że żadne. Ale sam fakt pojawienia się tego pomysłu i debata o nim w mediach skłaniają do krótkiego komentarza”, pisze w komentarzu opublikowanym na łamach dziennika „Rzeczpospolita” abp Adrian Galbas metropolita warszawski.
W ocenie hierarchy pomysł zakazu spowiadania dzieci do 18. roku życia jest kuriozalny. „Pierwsze kuriozum zawiera się już w tym, że gdyby projekt ten został przegłosowany, Polska byłaby pierwszym krajem na świecie z zakazem spowiadania dzieci. Kwestia zakazu spowiedzi dla małoletnich nigdzie nie była dotychczas przedmiotem debaty publicznej ani procesów legislacyjnych, także w krajach, gdzie katolicyzm, a nawet chrześcijaństwo nie jest religią praktykowaną przez większość obywateli. To już jest znaczące. Co prawda jest kilka regionów w Chinach, gdzie wprowadzono zakaz uczestnictwa dzieci w praktykach religijnych, ale nie przypuszczam, by akurat ten przykład był inspiracją dla twórców petycji”, podkreśla.
Metropolita warszawski zwraca uwagę, że według inicjatorów petycji spowiedź jest źródłem wielu dziecięcych traum, czego dowodem mają być świadectwa dorosłych opowiadających o swej pierwszej, bolesnej przygodzie ze spowiedzią. „Nie podważam ani nie lekceważę wagi tych świadectw. Rozumiem, że takie zdarzenia mogły mieć miejsce, również z powodu niewłaściwego przygotowania spowiedników, ale to nie może być argumentem za wprowadzeniem zakazu spowiadania dzieci w ogóle. Na tej samej zasadzie należałoby wprowadzić zakaz wizyt dzieci u dentysty, bo tam przeżywają prawdziwy ból i poważną traumę”, podkreśla, po czym odwołuje się do swoich osobistych doświadczeń.
„Do dzisiaj pamiętam moją pierwszą spowiedź i pierwszą wizytę u dentysty. Ta druga była nieskończenie trudniejsza, ale moim rodzicom, którzy byli świadkami tamtego dramatu, ani przez moment nie przyszło do głowy, by zaprzestać prowadzenia mnie do dentysty i odłożyć tę kwestię, dopóki nie będę miał 18 lat. I jestem im dziś za to bardzo wdzięczny. Nie wystraszyli się też mojego płaczu, gdy rozbeczałem się w pierwszym dniu szkoły”, relacjonuje abp Galbas.
Następnie hierarcha opisuje szczegóły swojej pierwszej spowiedzi. Podkreśla, że była ona „spokojna”, a on sam traktował ją bardzo poważnie. „Do dzisiaj nic się nie zmieniło. I tamta pierwsza spowiedź sprzed lat, i ta ostatnia sprzed kilku dni tak samo mnie umocniły, dodały otuchy i nadziei, a także mobilizowały do życia bardziej poprawnego”, zaznacza.
„Oczywiście, że także podczas spowiedzi dzieci może dojść do nadużyć ze strony spowiednika. Może niewłaściwie poprowadzić rozmowę, być zbyt dociekliwy, choć zdarza się to chyba rzadko. Każdy jeden taki przypadek to o jeden za dużo i powinien być natychmiast zgłaszany, by takie sytuacje od razu eliminować. I tu rola rodziców, by nie tylko przyprowadzać dziecko do konfesjonału, ale i z niego odprowadzać, dając mu możliwość podzielenia się, jeśli postępowanie spowiednika byłoby niewłaściwe”, pisze dalej metropolita warszawski.
Co w związku z tym z lękiem, o którym piszą twórcy petycji o zakazie spowiedzi? Według kapłana on jest. „Już w dzieciach rodzi się lęk, poczucie winy, odpowiedzialność za popełnione czyny i coś, co nie tylko w religii katolickiej nazywamy wyrzutami sumienia. Tylko to nie jest lęk przed spowiedzią, lecz lęk wynikający ze świadomości popełnionego zła. On nie jest skutkiem przemocowej, katolickiej indoktrynacji, jak chcą twórcy tego dziwnego pomysłu, ale prawidłowym owocem rozwoju osobowości, gdy dziecko wychwytuje już różnicę między dobrem i złem oraz między pragnieniem podążania za dobrem i odrzucania zła”, wyjaśnia.
Na koniec arcybiskup przypomina, że spowiedź to spotkanie wierzącego dziecka z miłosiernym Bogiem, który grzech przebacza i pokazuje drogę do odrzucenia zła. „Lęk jest zastąpiony przez doświadczenie przebaczenia i uwolnienia. Dla ludzi wierzących nie ma skuteczniejszego niż spowiedź doświadczenia, w którym zmierzy się on w łagodny i bezpieczny sposób z odpowiedzialnością za złe wybory. Taką odpowiedzialność odczuwają już dzieci. Doskonale wiedzą o tym wszystkim wierzący rodzice i dlatego decydują się zaproponować swym dzieciom spowiedź, wiedząc, że sakrament pokuty i pojednania nie jest zagrożeniem dla ich dziecka, ale przeciwnie: pomocą w ich harmonijnym rozwoju. Jest lekarstwem na lęk, tak go rozumie doktryna katolicka, a nie źródłem lęku. Mam więc nadzieję, że petycja nie zamieni się nigdy w ustawę i nie trafi na biurko prezydenta, ale tam, gdzie jest jej miejsce: do kosza”, podsumowuje.
PCh24.pl/źródło: rp.pl
***
„Ile nienawiści i głupoty trzeba w sobie mieć?”.
Ks. prof. Dariusz Kowalczyk SJ o pomyśle zakazu spowiedzi
„Ile nienawiści i głupoty trzeba mieć w sobie, by tak z buciorami wchodzić we wspólnotę wierzących katolików, ograniczać ich wolność do podstawowych wyborów życiowych, bo do takich należy wychowanie dzieci i przekazywanie im tego, co rodzice uważają za ważne i dobre?”, pyta na łamach tygodnika „Idziemy” ks. prof. Dariusz Kowalczyk SJ.
Kapłan komentuje pomysł na zapowiadane przez jednego z prominentnych polityków koalicji 13 grudnia „opiłowanie katolików”. Chodzi o petycję, która trafiła do sejmu – aby zakazać sakramentalnej spowiedzi osób poniżej 18 lat.
„Jej autorem jest Rafał Betlejewski, o którym w Wikipedii można przeczytać m.in., że to performer, artysta parateatralny, działacz społeczny i pisarz”, wyjaśnia duchowny opisując jedno z „dzieł” Betlejewskiego. Ze względu na wulgarność i pornograficzny charakter tegoż „dzieła” nie będziemy go opisywać. Poinformujemy jedynie, że swego porno-czynu Betlejewski dokonał na klatce schodowej, na której została zamordowana rosyjska, krytyczna wobec Putina, dziennikarka Anna Politkowska.
Petycję dotyczącą „zakazu spowiedzi” podpisało 12 tys. osób, a wiele ciepłych słów na jej temat wygłosili politycy koalicji 13 grudnia.
„Mimo katofobicznego ogłupienia wielu posłów można być raczej pewnym, że zakaz spowiedzi nie będzie dalej poważnie procedowany. Cała ta sprawa została wywołana raczej po to, by po raz kolejny pluć na katolicyzm i prać mózgi dzieciom i rodzicom. Komuna się przepoczwarza; była sowiecka, teraz jest liberalna. Ale pozostał ten sam rewolucyjny obłęd, by stworzyć nowego człowieka bez Boga”, podsumowuje ks. prof. Dariusz Kowalczyk.
Kościół i Synagoga, czyli wielki rozwód i pierwsza schizma
Rozejście się dróg Kościoła i Synagogi było de facto pierwszą schizmą w dziejach chrześcijaństwa. Konsekwencje tego rozwodu odczuwamy do dziś.
Historycy z reguły zastrzegają, że nie zajmują się „gdybaniem” – opisują to, co miało miejsce i nie szukają odpowiedzi na pytanie: „Co by było, gdyby?”. Niemniej gdy mówimy o tym, co się stało, nieuchronnie przychodzi na myśl rozważanie innych możliwości. Na samym początku historii chrześcijaństwa mamy do czynienia z dwoma wielkim pytaniami tego typu. Pierwszym jest: co by było, gdyby więcej Żydów współczesnych Jezusowi uwierzyło, że jest on Mesjaszem, gdyby przyjął go cały naród wybrany? To pytanie stawia nas bardziej przed alternatywnymi scenariuszami teologicznymi, włącznie z wcześniejszym wypełnieniem się całej historii zbawienia.
Do tego jednak nie doszło. Paweł i jego uczniowie zwrócili się do pogan (zob. Dz 13,46-47) i w efekcie rodzący się Kościół stanął przed nowym wyzwaniem: podejścia do pogan, którzy chcieli wierzyć w Jezusa. Czy mieli najpierw stać się Żydami? Czy mieli przestrzegać Prawa? Nawróceni Żydzi modlili się w świątyni jerozolimskiej (zob. np. Dz 3,1) i wciąż przestrzegali przepisów prawa Mojżeszowego, natomiast nawróconym poganom pozwolono, by się do nich nie stosowali (zob. wizja św. Piotra przed wizytą u setnika Korneliusza i postanowienia tzw. soboru jerozolimskiego). W efekcie doszło do utworzenia się Kościoła podzielonego na dwie części. Ta sytuacja rodziła konflikty – nie wiadomo było na przykład, czy nawróceni poganie i Żydzi mogą razem spożywać posiłki (czyli także Eucharystię!); echa tych konfliktów widzimy w Dziejach Apostolskich i Listach św. Pawła.
Kościół żydowski i nieżydowski – scenariusz możliwy?
Przed zburzeniem świątyni jerozolimskiej przez Rzymian w roku 70 wciąż mogło się jeszcze wydawać, że możliwe są cztery scenariusze. Po pierwsze, że utrzyma się krucha jedność Kościoła, w którym będą – w trudnej równowadze – współistnieć nurty żydowski i nieżydowski. Po drugie, że Kościół jednak rozpadnie się na dwie niezależne wspólnoty, żydowską i nieżydowską. Po trzecie, że najbardziej gorliwym nawróconym Żydom uda się przekonać wszystkich chrześcijan, także pochodzenia pogańskiego, by przyjęli Prawo Mojżeszowe – czyli w skrócie, że trzeba będzie najpierw stać się Żydem, by móc zostać ochrzczonym; z takim podejściem walczył św. Paweł. Wreszcie po czwarte, że chrześcijanie pochodzenia nieżydowskiego staną się większością i zdominują Kościół, a nawróceni Żydzi przyłączą się do nich, stopniowo porzucając przestrzeganie Prawa.
Urzeczywistnił się scenariusz czwarty. Z perspektywy czasu, gdy mamy przed sobą księgi Nowego Testamentu, w tym Dzieje Apostolskie, których ostateczna redakcja przypada raczej na czas po roku 70, wydaje się on dość oczywisty. Z jednej strony na korzyść Kościoła „z pogan” przemawiał dynamiczny rozwój misji chrześcijańskiej wśród nich. Z drugiej strony, kluczowym wydarzeniem było zburzenie świątyni w 70 roku i ucieczka chrześcijan z Jerozolimy. Kościół wywodzący się z pogan – „pawłowy” – rozwijał się i zdobywał wyznawców, w tym także Żydów. Natomiast Kościół „z obrzezania”, trzymający się Prawa (jego wyznawców historycy nazywają czasem judeochrześcijanami), stopniowo tracił znaczenie i był uznawany za heretycki zarówno przez Kościół „z pogan”, jak i rodzący się po zburzeniu Jerozolimy judaizm rabiniczny. Judeochrześcijanie, krytykowani z obu stron, stali się żywym dowodem na rozłam między judaizmem a chrześcijaństwem. Ich istnienie przyspieszyło proces wyznaczania granic między obiema religiami i podkreślania ich wzajemnej odrębności.
Przekleństwo wśród 18 błogosławieństw
Księgi Nowego Testamentu są świadectwem sporów wewnątrz rodzącego się Kościoła na temat tego, jaka część dziedzictwa żydowskiego powinna być w nim zachowana. Równocześnie jednak, niezależnie od sporów wewnątrz wspólnoty wierzących w Jezusa, wzrastało napięcie między nimi a pozostałymi Żydami, którzy w Niego nie uwierzyli. Powodem rozdźwięku ostatecznie nie były przepisy rytualne, ale pytanie o to, kim był Jezus.
To prawda, że judaizm pierwszego wieku nie był religią jednolitą i był otwarty na „uzupełnienia” do spisanej Tory – tak narodziła się „ustna Tora”, czyli rabiniczne interpretacje, później utrwalone w Talmudzie – więc nie każda „nowinka” religijna musiała budzić od razu zdecydowany opór. W tym czasie Żydzi zaczęli także przyjmować ideę pośrednika między nimi a Bogiem – istoty niemal tak doskonałej jak On sam. Takie myślenie rozwijali rabini i żydowscy filozofowie (np. Filon z Aleksandrii), a zwłaszcza autorzy apokaliptycznych tekstów o Synu Człowieczym. Wiara w przyjście Mesjasza czy nawet istnienie wyższego pośrednika między Bogiem a ludźmi nie stanowiła więc wówczas większego problemu dla Żydów. Wyzwaniem okazało się jednak konkretne utożsamienie tej postaci z Jezusem z Nazaretu. Według najstarszego opisu procesu Jezusa to właśnie Jego deklaracja, że jest Synem Człowieczym, stała się podstawą oskarżenia o bluźnierstwo, które zasługiwało na karę śmierci (Mk 14,62).
Zburzenie świątyni jerozolimskiej w 70 roku wymusiło samookreślenie się na nowo religii żydowskiej, w której dotychczasowe zasady dotyczące kapłanów i kultu świątynnego stały się nieaktualne. By zachować tożsamość, zaczęto stawiać wyraźne granice, poza którymi nie było się już członkiem wspólnoty. O jednej z tych granic wspomina fragment z Ewangelii św. Jana, zapisany najprawdopodobniej pod koniec pierwszego wieku: „Żydzi bowiem już postanowili, że gdy ktoś uzna Jezusa za Mesjasza, zostanie wyłączony z synagogi” (9,22). Mniej więcej w tym samym czasie powstała też żydowska modlitwa „Osiemnastu błogosławieństw”, spośród których jedno (dwunaste), Birkat ha-Minim, stanowi nie tyle błogosławieństwo, co przekleństwo „odstępców i heretyków”. Użyte w nim słowo notzrim według wszelkiego prawdopodobieństwa odnosi się do „nazarejczyków”, czyli chrześcijan, najpewniej właśnie judeochrześcijan, którzy usiłowali, wierząc w Jezusa, pozostać równocześnie w Synagodze i zachowywać Prawo.
Taka postawa była też krytykowana z drugiej strony. Św. Ignacy Antiocheński na początku drugiego wieku mówił, że „jest rzeczą bezsensowną mówić o Jezusie Chrystusie i zarazem żyć po żydowsku, ponieważ to nie chrześcijaństwo przyjęło judaizm, lecz judaizm chrześcijaństwo, w którym zgromadzili się wszyscy ludzie wierzący w Boga” (List do Magnezjan X,3). W podobnym czasie powstał List Barnaby (przypisywany towarzyszowi św. Pawła), podkreślający, że Żydzi od początku źle rozumieli Stary Testament. Z kolei święci Justyn i Orygenes (autorzy z drugiego i trzeciego wieku) potwierdzali, że w synagogach przeklina się Chrystusa i tych, którzy w Niego uwierzyli.
To wszystko nie znaczy, że w drugim i trzecim wieku nie zdarzały się przypadki przyjmowania przez Żydów chrześcijaństwa – pozostawały one jednak niezauważalne w naszych źródłach. Ochrzczeni Żydzi przestawali bowiem przestrzegać przepisów Prawa Mojżeszowego i wtapiali się w ogół wiernych Kościoła; taka sytuacja przetrwała zresztą do dwudziestego wieku i powstania wspólnot akcentujących równocześnie swoje żydowskie korzenie i wiarę w Jezusa jako Mesjasza.
W Jerozolimie w jednym ze sklepów można kupić „gadżety” z taką wymowną symboliką: menora połączona przez Gwiazdę Dawida z rybą, wczesnochrześcijańskim symbolem wyznawców Chrystusa. fot. Roman Koszowski/ Gość Niedzielny
***
Walka z gnostycyzmem a obrona Starego Testamentu
O chrześcijanach starających się zachować przepisy Prawa po 70 roku słyszymy już więc bardzo niewiele. Natomiast drugi i trzeci wiek to walka ortodoksji chrześcijańskiej z gnostycyzmem – silnymi nurtami, które łączyły chrześcijaństwo z różnymi innymi tradycjami religijnymi (greckimi, egipskimi, perskimi). Wspólną cechą większości z nich było całkowite odrzucenie Starego Testamentu i uznanie, że „zły” Bóg Starego Testamentu – zły, ponieważ stworzył materię, uważaną przez gnostyków za coś niedobrego, i zły z powodu dosłownego interpretowania trudnych fragmentów Biblii mówiących np. o Bożym gniewie, zemście czy wręcz niesprawiedliwości – jest kimś różnym od miłosiernego Ojca Jezusa Chrystusa. Wielcy ojcowie Kościoła (zwłaszcza św. Ireneusz z Lyonu) zwalczali tę koncepcję, broniąc całości Starego Testamentu jako integralnej części wiary chrześcijańskiej. Ortodoksja chrześcijańska kształtowała się więc w drugim wieku w podwójnej opozycji: zarówno wobec tych, którzy chcieli zachować wszystkie przepisy Starego Testamentu, jak i tych, którzy chcieli całkowicie oderwać się od dziedzictwa żydowskiego. Nie znaczy to, że w tamtym czasie chrześcijanie i Żydzi patrzyli na siebie nawzajem z sympatią.
Tertulian, autor chrześcijański z północnej Afryki z przełomu drugiego i trzeciego wieku, opowiadał o Żydzie-apostacie z Kartaginy, opiekunie dzikich zwierząt w miejscowym cyrku, który obnosił po mieście po mieście figurę osła z podpisem: „Ośli Bóg chrześcijan”. Tertulian widział w Synagodze wylęgarnię wszelkich antychrześcijańskich potwarzy, określał Żydów jako wrogów szczególnych, bo niejako „domowych”, żołnierzy najemnych. Kilkadziesiąt lat później Cyprian widział w Żydach współodpowiedzialnych razem z poganami za prześladowanie chrześcijan w roku 250.
Jeśli chodzi o prześladowania, to od słabo weryfikowalnych i w sumie rzadkich wzmianek o podburzeniu do nich przez Żydów ważniejsze jest co innego. Przynajmniej od początku drugiego wieku sądowym testem na chrześcijaństwo było wezwanie do złożenia ofiary bogom pogańskim. Także pierwsze powszechne prześladowanie chrześcijan w 250 roku wywołane było nakazem cesarza Decjusza, by wszyscy obywateli złożyli ofiary bogom. Od tej zasady był jeden wyjątek: judaizm był religią tolerowaną, Rzymianie zadowalali się tym, że Żydzi modlili się za cesarza do swojego Boga, a nie do bóstw rzymskich. Skoro za takie samo podejście chrześcijan można było skazać na śmierć, dowodzi tego, że nikt nie traktował już wtedy Żydów i chrześcijan jako jednej wspólnoty: ani władze państwowe, ani żadna ze stron.
Kiedy świętować Wielkanoc?
Nie znaczy to, że wrogość była całkowita i między wyznawcami dwóch religii nie było kontaktów. Chrześcijanie zwracali się czasem do Żydów o pomoc w lepszym rozumieniu Starego Testamentu. Rodząca się liturgia chrześcijańska czerpała z rodzącej się liturgii synagogalnej – być może zachodził też proces odwrotny; trudno tu o jednoznaczne wnioski, gdyż nasze źródła są niepełne.
W drugim wieku uwidoczniły się też różnice między niektórymi chrześcijanami z Azji Mniejszej, którzy świętowali Wielkanoc dokładnie w dzień żydowskiej Paschy, czyli 14. dnia miesiąca nisan, niezależnie od tego, jaki to był dzień tygodnia, a pozostałymi chrześcijanami, którzy świętowali Wielkanoc w jedną z pierwszych wiosennych niedziel (według skomplikowanych obliczeń astronomiczno-matematycznych, które w zasadzie obowiązują do dzisiaj). Zwolennicy pierwszej z tych możliwości (ostatecznie odrzuconej na Soborze Nicejskim w 325 roku) byli oskarżani o zbytnie uleganie zwyczajom żydowskim. Argument, że coś jest zbyt bliskie zwyczajom żydowskim, powracał wielokrotnie w sporach wewnątrzchrześcijańskich. Na przełomie pierwszego i drugiego tysiąclecia, gdy rozchodziły się drogi chrześcijan wschodnich i zachodnich, ci pierwsi głosili, że Kościół zachodni uległ wpływom żydowskim, używając do Eucharystii chleba niekwaszonego, czyli przypominających macę opłatków, podczas gdy na Wschodzie używało się (i nadal się używa) w tym celu chleba kwaszonego.
Witraż w anglikańskim kościele Wszystkich Świętych w Rzymie, przedstawiający scenę z tzw. soboru jerozolimskiego. GETTY IMAGES /ISTOCK
***
Antyżydowskie kazania
Gdy mówimy o przyjmowaniu chrześcijaństwa przez Żydów, nie możemy zapomnieć, że zdarzały się też przypadki odwrotne. Judaizm pozostawał religią przyciągającą nowych wyznawców, także spośród chrześcijan. Starali się temu zapobiec i biskupi, i chrześcijańscy cesarze. Ci drudzy wydawali w tym celu stosowne prawa. Już w 339 roku zakazano małżeństw mieszanych i posiadania niewolników chrześcijańskich przez Żydów – z obawy, że takie sytuacje będą sprzyjać przechodzeniu na judaizm współmałżonków, wychowywania w tej religii dzieci i przymuszania do niej niewolników. W 353 roku wydano ustawę zakazującą przechodzenia z chrześcijaństwa na judaizm.
Pod koniec IV wieku w Antiochii Syryjskiej św. Jan Chryzostom wygłosił serię jadowicie antyżydowskich kazań. Chciał w ten sposób zniechęcić chrześcijan (zwłaszcza kobiety) od uczęszczania do synagog w szabat i święta oraz zachowywania innych zwyczajów żydowskich. Nie jest do końca jasne, czy adresatem tych tyrad były niedobitki judeochrześcijan, czy też „normalni” chrześcijanie, szukający w synagogach „urozmaicenia” swoich praktyk religijnych. Niedługo później w północnej Afryce jeden z biskupów skarżył się św. Augustynowi na chrześcijan chcących żyć według Prawa Mojżeszowego i nazywać się Żydami.
Jerozolima, ortodoksyjni Żydzi przechodzą obok opactwa benedyktynów i bazyliki Zaśnięcia Najświętszej Maryi Panny. fot. Roman Koszowski/Gość Niedzielny
***
Podburzeni przez biskupa palą synagogę
Tak jak w wielu innych sprawach, tak i w kwestii relacji do Żydów oficjalna linia Kościoła została ukształtowana na długie stulecia właśnie przez świętego Augustyna. Biskup Hippony uważał, że swoją rolę w historii zbawienia mieli nie tylko Izraelici z czasów biblijnych, ale także jemu współcześni. Fakt ich rozproszenia po całej ziemi po zburzeniu Jerozolimy potwierdzał prawdziwość proroctw wypowiedzianych przez Jezusa, poza tym Żydzi spełniali użyteczną rolę wobec chrześcijan, posiadając i przechowując księgi Starego Testamentu, potwierdzające prawdziwość Nowego Testamentu. Dlatego, zdaniem św. Augustyna, Żydów nie wolno przymuszać do chrześcijaństwa i powinni się oni cieszyć wolnością wyznania.
Nie wszyscy chrześcijanie rozumieli i podzielali światłe nauczanie Augustyna. Do aktów przemocy wobec nich dochodziło już za jego życia. W 388 roku w Kallinikum (dzisiejsza Rakka) w Syrii tłum podburzony przez miejscowego biskupa spalił synagogę. W 418 roku na przeciwległym końcu cesarstwa, na Minorce, podobna sekwencja wydarzeń doprowadziło do przejęcia synagogi przez chrześcijan i przymusowego nawrócenia Żydów. W obu przypadkach były to jednak działania oddolne, niewspierane przez władze państwowe – wprost przeciwnie, cesarz Teodozjusz I chciał ukarać winnych ataku w Kallinikum i początkowo nakazał im odbudować zniszczoną synagogę; odwiódł go jednak od tego św. Ambroży.
Państwowe szykany wobec Żydów rozpoczęły się za cesarza Justyniana w szóstym wieku. W 533 roku wydano prawo ograniczające wolność kultu żydowskiego na terenie całego cesarstwa, zalecając czytanie w synagogach Biblii w przekładzie Septuaginty i zakazując czytania Miszny (w zamyśle miało to ułatwić Żydom zrozumienie prawdziwości chrześcijaństwa). Pod koniec szóstego wieku odnotowujemy też pierwszą próbę przymusowego chrztu Żydów na zarządzenie cesarskie. Przedtem do takich zdarzeń dochodziło w królestwach Franków i Wizygotów na terenie dzisiejszej Francji i Hiszpanii; praktykom tym zdecydowanie przeciwstawiał się papież Grzegorz Wielki.
Z drugiej strony stosunkowo pokojowe współżycie obu religii było też w szóstym i siódmym wieku wydarzeniem politycznym. W Palestynie wybuchło i zostało krwawo stłumione powstanie Samarytan. Na południu Półwyspu Arabskiego żydowski władca jednego z tamtejszych królestw wymordował chrześcijan w innym państwie, Nadżranie; wyprawę odwetową podjął, z pomocą rzymską, chrześcijański król Etiopii. Gdy na początku siódmego wieku wybuchła wielka wojna rzymsko-perska, w której cesarstwo ponosiło znaczące klęski, Żydzi witali początkowo najeźdźców z radością, oczekując przywrócenia pełnej wolności swojej religii. Rzeczywiście, Persowie życzliwie przyjęli propozycję współpracy ze strony żydowskiej i po zajęciu w 614 roku Jerozolimy pozwolili być może nawet przez chwilę na przywrócenie kultu na wzgórzu świątynnym. Równocześnie dochodziło do licznych aktów przemocy wobec chrześcijan – Teofanes podaje, przypuszczalnie z pewną przesadą, że w samej Jerozolimie zginęło ich z rąk Żydów ok. 90 tysięcy (choć proponowano im ocalenie życia za cenę przejścia na judaizm). Gdy jednak ostatecznie wojna rozstrzygnęła się na korzyść cesarstwa, Żydów spotkały represje, m.in. zakazano im zbliżać się na odległość trzech mil do świętego miasta.
Niedługo później Ziemię Świętą mieli zająć Arabowie, wyznający nowo powstałą religię – islam. W nadchodzących wiekach władcy muzułmańscy okazywali Żydom większą życzliwość i tolerancją niż współcześni im władcy chrześcijańscy. Wyjątkiem pozostawała większość państw włoskich, w tym Państwo Kościelne – i Polska.
ks. Stanisław Adamiak/Gość Niedzielny
Doktor habilitowany, historyk Kościoła, rektor seminarium duchownego w Toruniu, profesor Uniwersytetu Mikołaja Kopernika. Specjalizuje się w historii wczesnego chrześcijaństwa. Wykładał na Papieskim Uniwersytecie Gregoriańskim w Rzymie i w Instytucie Historycznym Uniwersytetu Warszawskiego.
+++
Spowiednik ludobójcy.
O księdzu, który udzielił rozgrzeszenia nawróconemu zbrodniarzowi z Auschwitz
Wykładowca teologii i organizator tajnych kompletów z jednej strony. Komendant niemieckiego obozu koncentracyjnego, jeden z najbardziej zaufanych ludzi Hitlera – z drugiej. O. Władysław Lohn SJ i Rudolf Höss. Spowiednik i… penitent.
fot. Henryk Przondziono/Gość Niedzielny/Wikipedia/Persona77
***
Ich drogi przecinały się dwukrotnie. W 1940 roku Rudolf Höss darował życie o. Władysławowi Lohnowi SJ. Siedem lat później o. Lohn wysłuchał spowiedzi komendanta niemieckiego obozu koncentracyjnego.
Władysław
O jego życiu wiadomo niewiele – przeważają suche, biograficzne fakty. Przyszedł na świat 5 kwietnia 1889 roku w Gorzkowie. Już jako 15-latek wstąpił do zakonu jezuitów w Starej Wsi, następnie kształcił się w Chyrowie, Nowym Sączu i Dziedzicach, gdzie 17 czerwca 1917 roku przyjął święcenia kapłańskie. Kilka lat później rozpoczął karierę naukową – w Rzymie odbył studia doktorskie z teologii dogmatycznej i fundamentalnej, a we Francji kształcił się w zakresie prawa kanonicznego. Po powrocie do Polski zajął się nauczaniem teologii. Został pierwszym wychowawcą w nowo utworzonym Śląskim Seminarium Duchownym, które mieściło się w Krakowie, a później pierwszym rektorem stworzonego w Lublinie Collegium Bobolanum. Jego dokonania były na tyle znaczące, że w 1928 roku otrzymał nominację na wykładowcę teologii dogmatycznej na Papieskim Uniwersytecie Gregoriańskim w Rzymie. Kiedy wrócił do Polski, został mianowany przełożonym Prowincji Małopolskiej Towarzystwa Jezusowego.
Wybuch II wojny światowej zastał go w Starej Wsi. Już w grudniu 1939 roku o. Władysław zajął się organizowaniem akcji pomocy materialnej dla okolicznych mieszkańców. Nie zapomniał jednak o swoich naukowych zainteresowaniach – najpierw zainicjował szeroki krąg tajnego nauczania w zakresie szkoły średniej, a kiedy Niemcy zamknęli polskie uczelnie i uwięzili profesorów, zorganizował w Nowym Sączu i Starej Wsi wykłady z zakresu filozofii i teologii.
Komendant obozu Auschwitz Rudolf Höss i jezuita Władysław Lohn, który przed śmiercią udzielił mu rozgrzeszenia – montaż. NARODOWE ARCHIWUM CYFROWE / WIKIPEDIA
***
Rudolf
Urodził się 25 listopada 1901 w niemieckim Baden-Baden. Wychowany w głęboko katolickiej rodzinie Rudolf Höss przez całe dzieciństwo gorliwie służył jako ministrant. Jego ojciec miał już dla niego sprecyzowany plan: pójdzie do seminarium i zostanie księdzem. Dziecięca wiara Rudolfa zachwiała się, kiedy miał 13 lat – do jego rodziców dotarła wiadomość o wypadku, który spowodował w szkole. Chłopak uznał, że zdradził go jego spowiednik, zaprzyjaźniony z rodziną Hössów. I choć po latach przyznał, że o złamaniu tajemnicy spowiedzi nie mogło być mowy, to jednak tamto zdarzenie spowodowało, że Rudolf zaczął stopniowo odsuwać się od wiary, żeby wreszcie w wieku 21 lat oficjalnie wystąpić z Kościoła katolickiego. W tym czasie był już żołnierzem i całym sercem, fanatycznie uwierzył w ideę narodowego socjalizmu i w Adolfa Hitlera, „którego rozkazy i wypowiedzi były dla mnie ewangelią” – jak zapisał w swojej autobiografii.
Kiedy Höss został komendantem powstającego obozu Auschwitz, całym sobą zaangażował się w powierzone mu zadanie. „Od początku byłem całkowicie pochłonięty – wprost opętany – moim zadaniem i otrzymanym poleceniem. Wyłaniające się trudności podniecały jeszcze mój zapał. Nie chciałem kapitulować, nie pozwalała mi na to moja ambicja. Widziałem wciąż tylko swoją pracę” – notował już po wojnie, kiedy uwięziony czekał na proces i wyrok. Jego zapiski to opisy przerażającego, bezwzględnego okrucieństwa, którego dokonywał, będąc absolutnie przekonanym o słuszności swoich działań. Głód, nieludzkie warunki życia, praca ponad siły, tortury, którym byli poddawani więźniowie, wreszcie masowe egzekucje – w ostatnich miesiącach funkcjonowania obozu każdego dnia mordowanych było w nim nawet kilka tysięcy nowo przybyłych więźniów… Całą tą machiną zagłady kierował jeden człowiek.
Pierwsze spotkanie
Była druga połowa 1940 roku. Od kilku miesięcy w Oświęcimiu, z początkiem wojny przemianowanym na Auschwitz, funkcjonował obóz koncentracyjny. Jeszcze nie dymiły krematoryjne piece, jeszcze nie używano cyklonu B do masowej eksterminacji ludzi, ale już wówczas Auschwitz było czymś więcej niż zwykłe więzienie. „Przybyliście do niemieckiego obozu koncentracyjnego, z którego nie ma innego wyjścia jak przez komin. Jeśli się to komuś nie podoba, to może iść zaraz na druty. Jeśli są w transporcie Żydzi, to mają prawo żyć nie dłużej niż dwa tygodnie, księża miesiąc, reszta trzy miesiące” – tak SS Obersturmführer Karl Fritzsch, zastępca Rudolfa Hössa, powitał pierwszy transport polskich więźniów politycznych, przywiezionych do obozu 14 czerwca 1940 roku.
Kilka miesięcy później do obozu trafili pierwsi jezuici. Z pomocą duchową i materialną pospieszył do nich ich prowincjał – o. Władysław Lohn. Nie wiedział, czego się może spodziewać. Oczywiście o legalnym widzeniu z więźniami nie mogło być mowy, zakonnik znalazł jednak przerwę w drucie kolczastym otaczającym obóz i przekradł się na jego teren w poszukiwaniu współbraci. Niestety jego misja została brutalnie przerwana. Kapłana szybko dostrzegli obozowi strażnicy, zatrzymali i powiedli przed oblicze samego komendanta. Tu ta historia powinna się zakończyć, za tak zuchwały czyn mogła grozić tylko jedna kara: rozstrzelanie. A jednak komendant obozu nieoczekiwanie zaczął rozmawiać z kapłanem. Nie wiadomo, czy zaimponowała mu perfekcyjna znajomość języka niemieckiego, czy odwaga zakonnika, czy niemiecko brzmiące nazwisko. Dość, że Höss podjął zupełnie nieoczekiwaną decyzję: kazał puścić o. Lohna wolno.
Przemiana
Po wojnie Rudolf Höss uciekł i ukrywał się pod przybranym nazwiskiem, jako Franz Lang. 11 marca 1946 roku został ujęty i przekazany polskiemu wymiarowi sprawiedliwości. Proces zbrodniarza rozpoczął się dokładnie rok później, 11 marca 1947 roku, i trwał niecały miesiąc, do 2 kwietnia. Obserwatorzy byli zadziwieni jego postawą – zeznania składał spokojnie, bez cienia emocji. Nie próbował się bronić, przyznał, że jest odpowiedzialny za śmierć milionów ludzi. Po usłyszeniu wyroku skazującego na śmierć podziękował obrońcom i stwierdził, że nie będzie składał apelacji. Na wykonanie wyroku miał czekać w wadowickim więzieniu.
Dwa dni po wyroku były komendant poprosił o spotkanie z katolickim kapłanem. Ponieważ na prośbę nie zareagowano, powtórzył ją na piśmie. Co mogło stać za zaskakującą prośbą komendanta? Badacze jego życiorysu uważają, że dużą rolę w jego przemianie mogli odegrać polscy strażnicy więzienni. Kilkoro z nich w czasie wojny było więźniami niemieckich obozów koncentracyjnych, dlatego były komendant mógł spodziewać się z ich strony najgorszego traktowania. Höss mógł obawiać się, że w więzieniu padnie ofiarą tortur, zemsty, prowadzonej przy niemej zgodzie polskich władz. Stało się jednak inaczej. Otwierając proces, sędzia Alfred Eimer zaapelował do składu sędziowskiego: „Pomni wielkiej odpowiedzialności naszej wobec zmarłych i żywych, nie traćmy z oczu tego, o co się toczył bój miłujących wolność narodów. Poszanowanie godności człowieka stanowiło ten wielki cel, niechże będzie ono również udziałem oskarżonego, bowiem przed sądem staje przede wszystkim człowiek”.
Również w więzieniu Höss traktowany był przez strażników w sposób, który dogłębnie go zadziwił. Dał temu wyraz w liście do żony: „Czym jest człowieczeństwo, dowiedziałem się dopiero tutaj, w polskich więzieniach. Mnie, który jako komendant Oświęcimia wyrządziłem polskiemu narodowi tyle szkód i bólu (…), okazywano ludzkie zrozumienie, co mnie bardzo często głęboko zawstydzało. Nie tylko ze strony wyższych funkcjonariuszy, ale również ze strony najprostszych strażników. Wielu z nich to byli więźniowie Oświęcimia i innych obozów. Właśnie teraz, w ostatnich dniach życia, doznaję ludzkiego traktowania, jakiego się nigdy nie spodziewałem. Mimo wszystkiego, co się stało, widzi się jeszcze we mnie zawsze człowieka” – pisał.
Drugie spotkanie
Ojciec Władysław Lohn przybył do wadowickiego więzienia 10 kwietnia 1947 roku. Rozpoczęło się kilkugodzinne spotkanie, zakończone złożeniem przez byłego komendanta pisemnego wyznania wiary. Po nim jezuita udzielił zbrodniarzowi rozgrzeszenia. „Wypowiedział nad nim słowa: Dominus noster Iesus Christus te absolvat et ego auctoritate ipsius e absolve ab omni viculo excommunicationis et interdicti in quantum possum, et tu indiges. Deínde ego te absólvo a peccátis tuis, in nómine Patris, et Fílii, et Spíritus Sancti. Amen (Pan nasz Jezus Chrystus niechaj cię rozgrzeszy, a ja Jego mocą uwalniam cię z wszelkich więzów ekskomuniki i interdyktu według rozciągłości mej władzy i twojej potrzeby. Następnie ja ci odpuszczam twoje grzechy w imię Ojca i Syna, i Ducha Świętego. Amen)”. Tym samym przywrócił go do pełnej jedności z Bogiem i Kościołem.
Następnego dnia o. Lohn ponownie przybył do wadowickiego więzienia. Tym razem miał ze sobą przyniesiony z parafialnego kościoła Wiatyk. Wiadomo było, że wykonanie wyroku nastąpić może lada dzień. Kościelny Karol Leń, który był obecny przy udzielaniu Komunii, zrelacjonował, że Höss uklęknął na środku celi, a po przyjęciu Chrystusa wybuchnął płaczem.
Tego samego dnia napisał listy pożegnalne. Do żony skierował następujące słowa: „Moje chybione życie nakłada na Ciebie, Najukochańsza, święty obowiązek wychowania naszych dzieci w duchu prawdziwego, płynącego z serca człowieczeństwa”. Dzień później jeszcze raz sięgnął po pióro i napisał oświadczenie, które wręczył prokuratorowi, prosząc o jego podanie do publicznej wiadomości. W krótkim tekście po raz pierwszy przyznał, że za swoje czyny ponosi odpowiedzialność nie tylko w wymiarze prawnym, ale także moralnym:
„Sumienie zmusza mnie do złożenia jeszcze następującego oświadczenia: W osamotnieniu więziennym doszedłem do gorzkiego zrozumienia, jak ciężkie popełniłem na ludzkości zbrodnie. Jako komendant obozu zagłady w Oświęcimiu urzeczywistniałem część straszliwych planów Trzeciej Rzeszy – ludobójstwa. W ten sposób wyrządziłem ludzkości i człowieczeństwu najcięższe szkody. Szczególnie Narodowi polskiemu zgotowałem niewysłowione cierpienia. Za odpowiedzialność moją płacę życiem. Oby mi Bóg wybaczył kiedyś moje czyny. Naród polski proszę o przebaczenie. Dopiero w polskich więzieniach poznałem, co to jest człowieczeństwo. Mimo wszystko, co się stało, traktowano mnie po ludzku, czego nigdy bym się nie spodziewał i co mnie najgłębiej zawstydzało. Oby obecne ujawnienia i stwierdzenia tych potwornych zbrodni przeciwko człowieczeństwu i ludzkości doprowadziły do zapobieżenia na całą przyszłość powstawaniu założeń, mogących stać się podłożem tego rodzaju okropności.
Rudolf Franz Ferdinand Hoess, Wadowice, 12 IV l947 r.”.
Ostatnie chwile
W przeddzień egzekucji Höss raz jeszcze wyspowiadał się u o. Lohna. 16 kwietnia wszedł na szubienicę, specjalnie wybudowaną w tym celu na terenie byłego już obozu, którym przez lata kierował, tuż obok pierwszego krematorium. Po pierwszej, nieudanej próbie wykonania wyroku skazaniec sam założył i zacisnął pętlę na swojej szyi. Obok niego stał ks. Tomasz Zaremba, salezjanin z Oświęcimia, odmawiając modlitwy za konających. Były komendant największego nazistowskiego, niemieckiego obozu koncentracyjnego i zagłady, odpowiedzialny za śmierć setek tysięcy ludzi, umarł pojednany z Bogiem.
Francis Clooney SJ z Uniwersytetu Harvarda, współautor wydanej w USA w styczniu tego roku książki „Auschwitz i rozgrzeszenie: Przypadek komendanta i spowiednika”, przypomina, że rozgrzeszenie udzielone Hössowi nie oznacza, że jego dusza po śmierci trafiła prosto do nieba. Przywołuje nauczanie papieża Benedykta o czyśćcu, który papież definiuje jako rodzaj nieskończenie intensywnego momentu oczyszczenia poza czasem i przestrzenią. Akt rozgrzeszenia, udzielony przez polskiego jezuitę niemieckiemu zbrodniarzowi, nie zwalnia go z odpowiedzialności za zło, którego dokonał, ale otwiera na możliwość wejścia w proces oczyszczenia, w którym grzechy są wypalane poprzez skonfrontowanie z Bogiem twarzą w twarz. „Pod Jego spojrzeniem – pisze Benedykt XVI – topnieje wszelki fałsz. Spotkanie z Nim przepala nas, przekształca i uwalnia, abyśmy odzyskali własną tożsamość. (…) Jednak w bólu tego spotkania, w którym to, co nieczyste i chore w naszym istnieniu, jasno jawi się przed nami, jest zbawienie. Jego wejrzenie, dotknięcie Jego Serca uzdrawia nas przez bolesną niewątpliwie przemianę, niczym »przejście przez ogień«. Jest to jednak błogosławione cierpienie, w którym święta moc Jego miłości przenika nas jak ogień, abyśmy w końcu całkowicie należeli do siebie, a przez to całkowicie do Boga”.
Ojciec Lohn o sakramencie, którego udzielił Hössowi, wspomniał krótko swoim współbraciom kilka dni po powrocie z wadowickiego więzienia. Później opowiedział o tym tylko w 1958 roku, podczas homilii wygłoszonej na prymicjach jezuity Władysława Kubika. Potwierdził przebieg wydarzeń z 10 i 11 kwietnia 1947 roku i wspomniał o ich pierwszym spotkaniu na terenie obozu w roku 1940. Trudno się dziwić – w trudnych latach, kiedy Polska powoli podnosiła się z wojennych zgliszczy, jezuici wiedzieli, jaka może być reakcja społeczeństwa na wiadomość, że polski ksiądz udzielił przebaczenia samemu komendantowi Auschwitz. A dla zaciekle antykatolickiego reżimu komunistycznego taka wiadomość byłaby niesłychanym propagandowym sukcesem.
Po zakończeniu wojny o. Lohn dalej pełnił funkcję prowincjała. Jego zadaniem było między innymi ewakuowanie polskich jezuitów z Kresów i przejęcie poniemieckich klasztorów jezuickich na Śląsku i trzech kościołów we Wrocławiu. W 1947 roku złożył urząd i rozpoczął pracę w Wydawnictwie Apostolstwa Modlitwy. Publikował teksty popularyzujące wiedzę teologiczną, komentarze do Ewangelii i szkice kazań. Dokonał także kolejnego przekładu na język polski dzieła Tomasza à Kempis „O naśladowaniu Chrystusa”. Zmarł 3 grudnia 1961 roku.
Agnieszka Huf/Gość Niedzielny
***
W Liturgii Kościoła od 13 stycznia do 5 marca, kiedy rozpocznie się Wielki Post Środą Popielcową, przeżywamy tzw. okres zwykły. Słowo “zwykłość” kojarzy się z powszechnie rozumianą codziennością, która może wydawać się banalna i nieciekawa. Tymczasem Kościół zwraca uwagę, że czas jest Bożym darem, jedynym i niepowtarzalnym. Dlatego każda chwila – tu i teraz – jest tak bardzo ważna. Dobrze jest przypomnieć sobie słowa św. o. Pio, który tak tłumaczył to nasze <dziś>: “Nie należy uciekać od codziennych obowiązków, ponieważ Pan Bóg spotyka nas właśnie w nich. Nie powinniśmy też żyć w przeświadczeniu, że wszystko zrobilibyśmy lepiej “gdzie indziej”. Diabeł jest właśnie w tym “gdzie indziej” a wola Boża znajduje się “tutaj”. Zaś św. Tereska od Dzieciątka Jezus napisała po prostu: “Aby kochać Ciebie, mój Boże, mam tylko <teraz>”.
W Liturgii Kościoła od 13 stycznia do 5 marca, kiedy rozpocznie się Wielki Post Środą Popielcową, przeżywamy tzw. okres zwykły. Słowo “zwykłość” kojarzy się z powszechnie rozumianą codziennością, która może wydawać się banalna i nieciekawa. Tymczasem Kościół zwraca uwagę, że czas jest Bożym darem, jedynym i niepowtarzalnym. Dlatego każda chwila – tu i teraz – jest tak bardzo ważna. Dobrze jest przypomnieć sobie słowa św. o. Pio, który tak tłumaczył to nasze <dziś>: “Nie należy uciekać od codziennych obowiązków, ponieważ Pan Bóg spotyka nas właśnie w nich. Nie powinniśmy też żyć w przeświadczeniu, że wszystko zrobilibyśmy lepiej “gdzie indziej”. Diabeł jest właśnie w tym “gdzie indziej” a wola Boża znajduje się “tutaj”. Zaś św. Tereska od Dzieciątka Jezus napisała po prostu: “Aby kochać Ciebie, mój Boże, mam tylko <teraz>”.
***
Adobe Stock
***
KOMUNIĘ ŚWIĘTĄ przyjmujemy z należytym uszanowaniem do ust albo na rękę – wtedy CIAŁO PAŃSKIE spożywamy w obecności kapłana. Przyjmując KOMUNIĘ ŚWIĘTĄ – na słowa kapłana: CIAŁO CHRYSTUSA – odpowiadamy: AMEN.
***
Co oznacza nasze „Amen”, które wypowiadamy podczas Komunii św. przyjmując „Ciało Chrystusa”?
Kapłanowi, który rozdając Eucharystię mówi tobie: „Ciało Chrystusa”, odpowiadasz: „Amen” – to znaczy uznajesz łaskę i zaangażowanie, jakie pociąga za sobą stanie się Ciałem Chrystusa. Gdy przyjmujesz bowiem Eucharystię, stajesz się Ciałem Chrystusa. To bardzo piękne! Komunia, jednocząc nas z Chrystusem, wyrywając z naszego egoizmu, otwiera nas i jednoczy ze wszystkimi, którzy są jedno w Nim. Oto cud Komunii Świętej: stajemy się Tym, Którego otrzymujemy!
Benedykt XVI –Jan Paweł II – Wielki Tydzień 2004
***
“Ten kto MNIE spożywa, będzie żył przez MNIE” (J 6,57)
„Wiara Kościoła jest istotową wiarą eucharystyczną, a więc sakramentalną, i karmi się ona w szczególny sposób przy stole Eucharystii”. (papież Benedykt XVI)
***
Czekanie na Spotkanie. Post eucharystyczny – dlaczego, dla kogo i jak?
Praktykę postu eucharystycznego wprowadził papież Marcin V w XV wieku. Obowiązywał od północy aż do przyjęcia Komunii. Obecne przepisy stanowią, że należy go zachować przynajmniej przez godzinę przed przyjęciem Komuniiświętej.
Każde dziecko komunijne wie, że godzinę przed przyjęciem Komunii św. należy powstrzymać się od jedzenia i picia. To tzw. post eucharystyczny. Zasadniczym celem tej praktyki jest okazanie szacunku Ciału Pańskiemu. Mówi o tym Katechizm Kościoła Katolickiego. „Aby przygotować się odpowiednio na przyjęcie sakramentu Eucharystii, wierni zachowają ustanowiony przez Kościół post. Postawa zewnętrzna (gesty, ubranie) powinna być wyrazem szacunku, powagi i radości tej chwili, w której Chrystus staje się naszym gościem” – czytamy (1387).
Różnie z tym musiało bywać, skoro już św. Paweł upominał Koryntian: „Gdy się zbieracie, nie ma u was spożywania Wieczerzy Pańskiej. Każdy bowiem już wcześniej zabiera się do własnego jedzenia, i tak się zdarza, że jeden jest głodny, podczas gdy drugi nietrzeźwy. Czyż nie macie domów, aby tam jeść i pić? Czy chcecie znieważać Boże zgromadzenie i zawstydzać tych, którzy nic nie mają? Cóż wam powiem? Czy będę was chwalił? Nie, za to was nie chwalę!” (1 Kor 11,20-22).
Dalej apostoł przestrzega przed świętokradztwem: „Niech przeto człowiek baczy na siebie samego, spożywając ten chleb i pijąc z tego kielicha. Kto bowiem spożywa i pije, nie zważając na Ciało Pańskie, wyrok sobie spożywa i pije” (1 Kor 11,28-29).
Tak stanowcze słowa zawsze pobudzały chrześcijan do szczególnej uważności w obchodzeniu się z postaciami eucharystycznymi.
– Praktyka postu eucharystycznego pojawiła się w starożytności jako efekt rozwoju duchowości i być może także dyscypliny kościelnej. Starano się, aby przyjęcie Komunii jako pokarmu cielesno-duchowego nie było w pewnym sensie osłabione przez przyjęcie innego pokarmu. Taka dyscyplina sprawiła, że zanikły Msze wieczorne – wyjaśnia liturgista, ks. dr hab. Dominik Ostrowski.
Wzmianki o praktykach, które można określić jako post eucharystyczny, znajdujemy m.in. u św. Augustyna, który pisał: „Eucharystię świętą przyjmuje się zawsze na czczo i taki zwyczaj zachowany jest na całym świecie”. Święty stwierdzał: „Podobało się Duchowi Świętemu, by na wyrażenie czci dla tak wzniosłego Sakramentu najpierw do ust chrześcijan wchodziło Ciało Pańskie, wpierw przed innym pokarmem”.
W średniowieczu nie zajmowano się zbytnio kwestią postu eucharystycznego, ponieważ wierni bardzo rzadko przystępowali do Komunii, ograniczając się do spoglądania na Hostię podczas Mszy lub przyjmowania Komunii duchowej. Dopiero w XV wieku upowszechniła się praktyka zachowywania postu od północy aż do momentu przyjęcia Komunii. – Praktykę postu eucharystycznego wprowadził dla całego Kościoła papież Marcin V w XV wieku; od tego czasu post ten wymagał bycia na czczo od północy aż do przyjęcia Komunii – podkreśla duchowny.
Wielkie zmiany
Post eucharystyczny w takiej formie funkcjonował w Kościele przez wieki. Zmiana nastąpiła dopiero w XX wieku, wraz z rozwojem praktyki częstego przystępowania do stołu Pańskiego. W 1953 roku Pius XII skrócił post eucharystyczny do trzech godzin przed przyjęciem Komunii Świętej i orzekł, że wypicie wody nie łamie tego postu. Zezwolił też chorym na przyjmowanie bez ograniczenia czasu przed przyjęciem Komunii Świętej napoju niealkoholowego i lekarstwa, zarówno płynnego, jak i stałego. Zaznaczył także, że osoby przyjmujące Wiatyk w niebezpieczeństwie śmierci nie są związane żadnym prawem postu.
W ustanawiającym zmianę dokumencie Christus Dominus papież przypomniał, że post eucharystyczny „służy nie tylko do okazania należnej czci Boskiemu Zbawicielowi, ale przyczynia się także do rozwoju pobożności, może powiększyć również owoce świętości, do których zdobywania przy pomocy łaski Bożej nas tak bardzo zachęca sam Chrystus, źródło świętości i jej twórca”. Dzięki zmianie wprowadzonej przez Piusa XII po wielu wiekach zaczęto odprawiać Msze św. wieczorne.
Dalsze złagodzenie postu eucharystycznego wprowadził Paweł VI w roku 1964, skracając go do jednej godziny przed przyjęciem Komunii. Ten sam papież w 1973 roku w instrukcji Immensae caritatis określił post eucharystyczny trwający „mniej więcej piętnaście minut” dla osób chorych i starszych, przebywających w szpitalach lub domach, a także dla ich opiekunów, pragnących razem z nimi przystąpić do Komunii Świętej.
Obecnie obowiązujące prawo kanoniczne znosi post eucharystyczny dla chorych i osób w podeszłym wieku. „Osoby w podeszłym wieku lub złożone jakąś chorobą, jak również ci, którzy się nimi opiekują, mogą przyjąć Najświętszą Eucharystię, chociażby coś spożyli w ciągu godziny poprzedzającej” – czytamy w Kodeksie Prawa Kanonicznego (kan. 919 § 3). Kodeks stanowi także, że z zachowania postu eucharystycznego są zwolnieni kapłani, którzy danego dnia po odprawieniu jednej Mszy muszą celebrować drugą albo trzecią. W takim wypadku po pierwszej lub po drugiej Mszy Świętej mogą spożywać posiłki, nawet jeśli przed przyjęciem Komunii Świętej nie zachodziłaby przerwa jednej godziny (kan. 919 § 2 KPK). – Przyjmuje się, że zwolnienie kapłana z postu eucharystycznego przed kolejną Mszą ma na celu dobro wiernych, którzy nie powinni być pozbawieni Eucharystii z powodu kolejnego godzinnego postu kapłana – podkreśla ks. Dominik Ostrowski. Zaznacza, że przyjęcie przez kapłana Komunii na Mszy Świętej jest koniecznością, dlatego konieczność sprawowania dwóch Mszy nie może stać w sprzeczności z prawem o Komunii kapłana. – On przez swoje kapłaństwo urzędowe umożliwia wiernym skorzystanie z Mszy Świętej, z Komunii. Dlatego jego zwalnia się z obowiązku postu, który ma drugorzędne znaczenie wobec samej Eucharystii i ma jej służyć – wyjaśnia.
A co jeśli…
Obecne przepisy prawa kanonicznego, stanowiące, że post eucharystyczny należy zachować przynajmniej przez godzinę przed przyjęciem Komunii (kan. 919 § 1 KPK), oznaczają, że godzina to niezbędne minimum. Zawiera się w tym natomiast sugestia, iż w miarę możliwości można wydłużyć ten czas. Co jednak robić w sytuacji, gdy ktoś przez nieuwagę zjadł coś i jego post eucharystyczny będzie za krótki? Albo jak się zachować, gdy ten problem powstaje wskutek niespodziewanego przyśpieszenia godziny Mszy Świętej?
– Wszystkie przepisy prawa kościelnego są podporządkowane celowi głównemu, jakim jest zbawienie dusz, a zatem trzeba zawsze uważać, aby przez dosłowne przestrzeganie zapisu nie zaszkodzić temu, co ten przepis chroni. Jeśli przyjmujemy, że celem postu jest odpowiednie duchowe przygotowanie do przyjęcia Komunii Świętej, to w sytuacji, gdy nie mamy dokładnie 60 minut postu, należy ocenić, czy brakujące 5 minut „robi różnicę”. Moim zdaniem lepiej jest być posłusznym Kościołowi i powstrzymać się od Komunii, jeśli nie minęła godzina, bo Bogu podoba się nasze posłuszeństwo, a brak możliwości przystąpienia do Komunii nie jest z definicji szkodą, raczej jest to swoista chwilowa utrata przywileju i nie przynosi ona zagrożenia duchowego, wręcz przeciwnie, może pogłębić w nas szacunek do Eucharystii, a także być swoistą nauką, żeby nie powiedzieć nauczką. Moglibyśmy się zastanawiać, czy mamy prawo „zerwać kłosy w szabat”, jak apostołowie, ale tu są potrzebne duża dojrzałość i mądra wolność, ponieważ jeśli można samemu skrócić post o 5 minut, to dlaczego nie o 25? – wskazuje liturgista. – Jeśli dojrzała osoba zinterpretuje, że kilka minut nie robi różnicy i nie uczyni z tego narzędzia do nadużyć, to nie zdziwię się, jeżeli także autorytet duchowny ją usprawiedliwi. Ks. Krzysztof Grzywocz tłumaczył, że potrzeba dużej mądrości i dojrzałości, aby wiedzieć, kiedy „zerwać kłosy”. Wskazywał też na niebezpieczeństwo zaburzeń i skrupułów, zwłaszcza u osób osamotnionych i bez relacji, które bezpiecznie czują się tylko w ogrodzeniu przepisów. Odnowiona liturgia i prawo dają dużo przestrzeni do samodzielnych decyzji i oczekują pewnej dojrzałości – zauważa kapłan. Jako przykład wskazuje zapis o obmyciu palców przez kapłana, jeśli pozostały na nich partykuły (czyli cząstki Ciała Chrystusa); dawniej należało obmyć palce zawsze.
Co po Komunii?
Nieraz wierni zadają sobie pytanie, czy po przyjęciu Ciała Pańskiego należy zachować jakiś odstęp czasowy przed zjedzeniem posiłku. Problem taki może występować na przykład w szpitalu, gdzie chory po przyjęciu Komunii mógłby od razu coś zjeść lub popić kawą. Kapelani apelują tu zazwyczaj do osobistego wyczucia osoby przyjmującej Komunię. – Nie spotkałem przepisu, który by tego zabraniał, chociaż słyszałem opinie, że istnieje pewien „bufor czasowy”, czasem określany na 15 minut; nie jest to jednak oficjalne prawo. Po przyjęciu Komunii Świętej i zakończeniu obrzędu można udać się od razu na posiłek, są przecież tzw. agapy przedłużające spotkanie wspólnoty – tłumaczy ks. Dominik Ostrowski. I dodaje: – Na pewno jednak warto przypomnieć, że po Komunii Kościół przez wieki odmawiał modlitwy dziękczynne, a więc istnieje powód, aby odczekać chwilę z kolejnym posiłkiem.
Franciszek Kucharczak/Gość Niedzielny
***
Nabożeństwo 40 godzinne
Współcześnie czterdziestogodzinne nabożeństwo jest stopniowo zapominane. Najczęściej służy jedynie jako „wstęp” do Wielkiego Postu. Ma jednak bardzo bogatą i długą tradycję. Już w 1539 r. papież Paweł III pisał, że powstało, aby „ułagodzić gniew Boga, spowodowany występkami chrześcijan, oraz aby udaremnić wysiłki i machinacje Turków, dążących do zniszczenia chrześcijaństwa”.
Czterdziestogodzinne nabożeństwo nazywane jest Quarant’ Ore (lub Quarantore), od quarant – „czterdzieści” oraz hora – „godzina”. Polega na nieustannej, trwającej czterdzieści godzin modlitwie przed wystawionym Najświętszym Sakramentem…
Adoracja trwa 40 godzin przede wszystkim dla upamiętnienia czasu, jaki według tradycji ciało Zbawiciela było złożone w grobie. Ale liczba 40 jest często wymieniana w Biblii i zawsze oznacza święty czas: przed rozpoczęciem nauczania Pan Jezus przebywał na pustyni przez 40 dni, tyle samo czasu padał deszcz w trakcie potopu, Żydzi błąkali się na pustyni przez 40 lat.
Współcześnie dokumenty liturgiczne mówią nie tyle o „czterdziestogodzinnym nabożeństwie”, co o dłuższej adoracji, bez określania czasu jej trwania. Termin zachował się w praktyce duszpasterskiej i najczęściej określa się nim trzydniową adorację, odbywającą się albo w trzy kolejne niedziele przed Wielkim Postem, albo w niedzielę (od ostatniej Mszy porannej), poniedziałek i wtorek przed Środą Popielcową.
Nabożeństwo ma charakter głównie pokutny oraz przebłagalny za grzechy popełnione przez chrześcijan w okresie karnawału. Co istotne, jest wynagrodzeniem za winy nie tylko samych uczestniczących w adoracji, ale wszystkich ich współwyznawców. Traktuje się to nabożeństwo również jako chroniące przed złem, pokusami i wszelkimi niebezpieczeństwami. Jednak, jak w przypadku każdej adoracji Najświętszego Sakramentu, ma przede wszystkim służyć pogłębieniu wiary i umocnieniu relacji z Bogiem.(źródło: Dominikański Ośrodek Liturgiczny)
W Archidiecezji Glasgow jest praktykowane nabożeństwo 40 godzinne, które rozpoczyna się w niedzielę wieczorem i adoracja Najświętszego Sakramentu trwa przez cały dzień w poniedziałek i we wtorek:
2 marca w VII Niedzielę zwykłą – St. Benedict’s, Drumchapel
Każdego tygodnia w kościele Ojców Pasjonistów – St. Mungo’s (52 Parson St. G4 0RX) jest dwugodzinna adoracja Najświętszego Sakramentu: poniedziałek & środa od 14.00 – 16.00 i sobotę od 15.00 – 17.00
Na figurę św. Piotra w jego rzymskiej bazylice nałożono dziś tiarę i czerwoną szatę. Dlaczego?
Z okazji święta Katedry Świętego Piotra, które przypada 22 lutego, figura Księcia Apostołów w bazylice watykańskiej została „ubrana” w uroczystą kapę czerwonego koloru, a na głowę posągu pierwszego papieża nałożona została tiara.
Tego dnia szczególnie wielu pielgrzymów zbliża się ze czcią do figury Piotra. A święto to przypomina, że Chrystus powierzył Piotrowi urząd swojego zastępcy na ziemi.
Figura św. Piotra jest przystrajana w uroczyste szaty dwa razy w roku – 22 lutego i 29 czerwca. Druga data przypada w uroczystość Świętych Apostołów Piotra i Pawła, patronów Wiecznego Miasta.
Symbol autorytetu biskupa i jedności Kościoła
Z kolei 22 lutego w kalendarzu liturgicznym tego dnia obchodzone jest święto Katedry św. Piotra Apostoła. We wczesnej tradycji chrześcijańskiej katedra oznaczała tron biskupa, znajdujący się w jego głównej świątyni, z którego głosił on Ewangelię oraz wyjaśniał prawdy wiary i moralności.
Tak rozumiana katedra stała się symbolem autorytetu biskupa i jedności Kościoła lokalnego, któremu on przewodniczył. Św. Augustyn, biskup Hippony, tłumaczył w jednym ze swoich kazań, że katedra – rozumiana właśnie w sensie tronu – powinna być umieszczona w absydzie, aby biskup był łatwiej rozpoznawalny w kościele, a przede wszystkim, aby w ten sposób ukazać sprawowany przez niego urząd.
Jeśli tak się dzieje w przypadku każdego biskupa kierującego diecezją, to cóż dopiero powiedzieć o biskupie Rzymu i jego katedrze?
Święto od wczesnych wieków
Pierwsze – wprawdzie nieliczne i mało wyraźne – wzmianki o takim święcie pochodzą już z III wieku. W następnym pojawiła się łacińska nazwa Natale Petri de cathedra, co dosłownie oznacza „Narodziny Piotra od katedry”. Z niektórych dokumentów wynika, że w V wieku w Rzymie było ono obchodzone uroczyście, w obecności papieża i biskupów, i że nawet było poprzedzone wigilią.
Jednak jego późniejsza historia jest dosyć złożona i mocno związana z Galią; w rzeczywistości pierwsze formularze liturgiczne na to święto zachowały się w księgach liturgicznych powstałych w tamtym regionie i są datowane na VIII wiek. Uroczystość „powróciła” na dobre do Rzymu w X wieku, ale jej oficjalne obchody jako święta zostały zatwierdzone dopiero przez papieża Pawła IV w 1558 roku.
Wtedy jednak obchodzono 18 stycznia pamiątkę wstąpienia św. Piotra na tron rzymski, a 22 lutego wspominano objęcie przez apostoła katedry w Antiochii, czyli, zgodnie z tradycją, w jego pierwszym biskupstwie. Paweł IV zdecydował także, aby oba święta, które początkowo obchodzono tylko w Rzymie, zostały rozszerzone na cały Kościół łaciński. Tak było aż do 1960 roku, czyli do reformy kalendarza liturgicznego.
Z brązu i z drewna
Wielu pielgrzymów odwiedzających bazylikę św. Piotra 22 lutego zbliża się do „ubranej” statuy Rybaka Apostoła, żeby zrobić zdjęcia i dotknąć ze czcią jego stopy. Niewielu idzie dalej, w kierunku prezbiterium, by pokłonić się słynnej katedrze św. Piotra, bo to w rzeczywistości „jej” święto. Dzieło to zostało wykonane przez słynnych artystów włoskiego baroku, braci Gianlorenza i Luigiego Berninich, i uroczyście odsłonięte w 1666 roku.
Na marmurowym postumencie ustawiono cztery imponujące figury, przedstawiające dwóch ojców Kościoła zachodniego: świętych Ambrożego i Augustyna oraz dwóch ojców Kościoła wschodniego: świętych Atanazego i Jana Chryzostoma. Oczywiście, dobór nie był przypadkowy – chodziło o wybitnych pasterzy i teologów, którzy ukazywali, że Kościół wschodni i zachodni nie różni się między sobą, gdy chodzi o zasadnicze kwestie doktrynalne, oparte na Ewangelii, wyznaniu wiary i nauce apostołów. Ten fakt podkreśla też wymowny gest: czterej biskupi dotykają wielkiej katedry na znak łączności z Piotrem. Katedra św. Piotra przechowywana w bazylice watykańskiej Katedra św. Piotra przechowywana w bazylice watykańskiej
Wewnątrz katedry z brązu znajduje się druga, drewniana, czczona jako relikwia; wedle tradycji służyła ona samemu św. Piotrowi, gdy głosił Ewangelię i przekazywał prawdy wiary. Tę właśnie drewnianą katedrę przechowywano przez wiele wieków w klasztorze św. Marcina, obok starej bazyliki, później zaś w jednej z kaplic nowej świątyni, a w 1666 roku umieszczono ją w katedrze z brązu. Za pontyfikatu św. Pawła VI przeprowadzono szczegółowe badania cennego zabytku. Stwierdzono, że katedra składa się z części dębowej (IX wiek) oraz zewnętrznej obudowy( z różnych gatunków drewna XII–XIII wiek). Nie wyklucza się jednak, że niektóre kawałki drewna mogą pochodzić z jeszcze odleglejszych czasów.
Siła skały
Oto krótki zarys historyczny katedry św. Piotra Apostoła i jej święta, w którym splatają się różne wątki: duchowe, teologiczne, kulturowe. Warto zapytać o przesłanie tego dnia z punktu widzenia chrześcijanina należącego do rzymskiego Kościoła katolickiego, który na każdej Mszy Świętej słyszy, jak jest wspominane imię aktualnego następcy św. Piotra.
We wstępie do tego święta umieszczonym w Mszale rzymskim dla diecezji polskich czytamy: „Katedra św. Piotra przypomina, że Chrystus powierzył mu urząd swojego zastępcy na ziemi. Wiara św. Piotra jest skałą, na której Chrystus zbudował swój Kościół”.
Gdzie jest Piotr, tam jest Kościół
Trzeba pamiętać o jednej rzeczy: to sam Jezus powierzył kiedyś misję św. Piotrowi i to Zbawiciel jest Tym, który kieruje losami Kościoła i świata. Posługuje się niekiedy nawet grzesznymi papieżami, aby realizować swój zbawczy projekt. Jeśli w naszych czasach wspomniana statua św. Piotra nadal jest „ubierana”, to także po to, aby nam fizycznie uzmysłowić, że misja św. Piotra jest ciągle aktualna i że św. Piotr jest żywy w swoich następcach. Właśnie tak, jak pisał św. Ambroży: „Gdzie jest Piotr, tam jest Kościół”.
ks. Waldemar Turek/Gość Niedzielny
***
fot. wikipedia/domena publiczna / CC BY-SA 4.0
***
94 lata temu Jezus pierwszy raz objawił się s. Faustynie
Mijają 94 lata od pierwszego objawienia Chrystusa Miłosiernego siostrze Faustynie Kowalskiej. Wydarzyło się to w jej celi w klasztorze Zgromadzenia Sióstr Matki Bożej Miłosierdzia w Płocku. W sobotę w nowym płockim sanktuarium Bożego Miłosierdzia odbywają się uroczystości rocznicowe pod przewodnictwem biskupa płockiego Szymona Stułkowskiego.
Widzenie opisane w „Dzienniczku”
Siostra Faustyna Kowalska wieczorem 22 lutego 1931 roku przebywała w swej celi w płockim klasztorze, kiedy objawił się jej Pan Jezus. Faustyna tak to opisała w swoim „Dzienniczku”: „Wieczorem, kiedy byłam w celi, ujrzałam Pana Jezusa ubranego w szacie białej. Jedna ręka wzniesiona do błogosławieństwa, a druga dotykała szaty na piersiach. Z uchylenia szaty na piersiach wychodziły dwa wielkie promienie: jeden czerwony, a drugi blady. W milczeniu wpatrywałam się w Pana, dusza moja była przejęta bojaźnią, ale i radością wielką. – Po chwili powiedział mi Jezus: wymaluj obraz według rysunku, który widzisz z podpisem: Jezu, ufam Tobie. Pragnę, aby ten obraz czczono najpierw w kaplicy waszej i na całym świecie”.
Święto Miłosierdzia ustanowione przez Jana Pawła II
Podczas widzeń w Płocku Pan Jezus powiedział również siostrze Faustynie, że pragnie, aby w pierwszą niedzielę po Wielkanocy zostało ustanowione Święto Miłosierdzia Bożego. Pierwsze zabiegi o ustanowienie tego święta podejmował już spowiednik s. Faustyny ks. Michał Sopoćko. Dopiero jednak papież Polak Jan Paweł II w 2000 roku w dniu kanonizacji s. Faustyny ustanowił święto Miłosierdzia Bożego dla całego Kościoła powszechnego, wyznaczając je na drugą niedzielę Wielkanocną, zgodnie z wolą Chrystusa wyrażoną podczas objawienia siostrze Faustynie.
Obchody i odwiedzanie celi s. Faustyny
W 94. rocznicę objawień Chrystusa s. Faustynie w nowym Sanktuarium Miłosierdzia Bożego w Płocku odbywają się uroczyste obchody rocznicowe, z Mszą św. pod przewodnictwem bp. Szymona Stułkowskiego o godz. 12 oraz uroczystą Koronką do Miłosierdzia Bożego, odprawianą o godz. 15.
Wierni mogą również nawiedzać celę s. Faustyny.
Wojciech Rogacin – Watykan/vaticannews.va/pl
***
„Jezu, ufam Tobie”
94 lata temu Chrystus Pan polecił s. Faustynie namalować swój wizerunek
Dokładnie 94 lata temu, 22 lutego 1931 r., Chrystus polecił polskiej zakonnicy s. Faustynie Kowalskiej namalować swój wizerunek z podpisem „Jezu, ufam Tobie”. Obecnie obrazy Miłosiernego Jezusa, namalowane według opisu św. Faustyny, są najbardziej rozpoznawalne nie tylko w Polsce, ale na całym świecie. Tylko Bóg jeden wie ile ludzkich serc już wyprosiło i nadal wyprasza przed wizerunkiem Boże Miłosierdzie.
Obraz Jezusa Miłosiernego namalowany przez Eugeniusza Kazimirowskiego
***
Wizerunek Jezusa Miłosiernego został objawiony w Płocku. Tego dnia przypadała pierwsza niedziela Wielkiego Postu.
Dzięki staraniom ks. Michała Sopoćki udało się znaleźć artystę, który podjął się namalowania obrazu według wskazówek s. Faustyny. Był nim Eugeniusz Kazimirowski. Gotowy obraz Jezusa Miłosiernego został pokazany wiernym w pierwszą niedzielę po Wielkanocy w 1935 r. w Ostrej Bramie w Wilnie.
Ten obraz to bardzo charakterystyczny wizerunek, przedstawiający Jezusa Zmartwychwstałego w postawie kroczącej. Na Jego dłoniach i stopach dostrzegamy ślady po ukrzyżowaniu. Prawa dłoń Chrystusa jest uniesiona w geście błogosławieństwa, lewa zaś odsłania białą szatę w okolicy serca, skąd wychodzą dwa promienie – czerwony symbolizuje krew, błękitny wodę. Na dole obrazu widać napis „Jezu, ufam Tobie”, który przetłumaczono na wiele języków.
Obok s. Faustyny jednym z największych czcicieli Bożego Miłosierdzia był św. Jan Paweł II, który w 2000 r. ustanowił święto Bożego Miłosierdzia, przypadające w pierwszą niedzielę po Wielkanocy. W 2002 r. konsekrował świątynię w Krakowie-Łagiewnikach, która jest światowym centrum kultu Jezusa Miłosiernego.
O Miłosierdziu Bożym mówił i pisał także Prymas Polski w latach 1948-1981, przyjaciel papieża-Polaka, bł. kard. Stefan Wyszyński. Przypominamy kilka wybranych cytatów.
1. Miarą dla miłosierdzia Bożego jest nie tyle świętość i chwała Jego przyjaciół, ile zbawienie największych łotrów. Dopiero widok zbawionych zbrodniarzy, których cały świat znienawidził, a których Bóg jeszcze uratował, otworzy nam oczy na potęgę miłosierdzia Bożego. Ale to może stać się dopiero w życiu przyszłym, gdyż obecnie nie jesteśmy zdolni tego pojąć. Musimy naprzód sami dobrze poznać nędzę własną na Sądzie Ostatecznym, by zrozumieć, dlaczego Bóg nie rezygnuje z łotrów.
2. Chrystus jest dla nas przede wszystkim pokojem. Można było nad stajenką betlejemską wyśpiewać inne motywy radości. Można było mówić o wielkiej miłości, która jest istotą Boga. Bóg jest Miłością. Można było mówić o Jego sprawiedliwości i miłosierdziu, o niezwykłej wrażliwości na dzieło Jego rąk, na człowieka. A jednak nad stajenką betlejemską mówiono przede wszystkim o pokoju: pokój ludziom dobrej woli.
3. Ty wiesz, Matko, że dzisiaj ludzie mówią, iż Ojczyzna nasza zasłużyła sobie na to, aby była zaszczycona przez wybór Papieża, pochodzącego z polskiej ziemi. My natomiast wiemy, jak miłosierny i wyrozumiały Bóg ocenia naszą pracę i trudy, naszą żywą wiarę i gorącą ufność ku Tobie. Jednak lękamy się, Matko, by nasze słabości i winy, wady narodowe i różne niedole nie rzuciły cienia na Królestwo Twoje, aby ten cień nie padł na Twojego Sługę, którego Duch Święty wyrwał z polskiej ziemi i osadził tutaj, na Skale Piotrowej.
4. Surrexit Dominus vere et apparuit Simoni. Alleluja. To prawdziwa radość Piotra, gdyż było to dowodem przebaczenia. Wystarczyło, że Chrystus spojrzał na Piotra; była to absolucja, udzielona Głowie widzialnej Kościoła przez Chrystusa. Jest to i nasza radość, bo wiąże się z nadzieją. Chrystus przebaczył Piotrowi; wzrasta nadzieja, że i nam przebaczy. Ten, który kazał modlić się za nieprzyjaciół i sam to czyni, wie, że nie jesteśmy Jego nieprzyjaciółmi. Tym więcej liczyć możemy na miłosierne spojrzenie Chrystusowe.
Prymas Wyszyński o miłosierdziu Bożym nie tylko mówił i pisał, ale przede wszystkim wcielał je w czyn. Świadczy o tym poniższy cytat:
5. „Tyle wart jest nasz rok, ile zdołaliśmy przezwyciężyć w sobie niechęci, ile zdołaliśmy przełamać ludzkiej złości i gniewu. Tyle wart jest nasz rok, ile ludziom zdołaliśmy zaoszczędzić smutku, cierpień, przeciwności. Tyle wart jest nasz rok, ile zdołaliśmy okazać ludziom serca, bliskości, współczucia, dobroci i pociechy. Tyle wart jest nasz rok, ile zdołaliśmy zapłacić dobrem za wyrządzane nam zło”.
Father in heaven, may the faith you have given us in your Son, Jesus Christ, our brother, and the flame of charity enkindled in our hearts by the Holy Spirit, reawaken in us the blessed hope for the coming of your Kingdom.
May your grace transform us into tireless cultivators of the seeds of the Gospel.
May those seeds transform from within both humanity and the whole cosmos in the sure expectation of a new heaven and a new earth, when, with the powers of evil vanquished, your glory will shine eternally.
May the grace of the Jubilee reawaken in us, Pilgrims of Hope, a yearning for the treasures of heaven. May that same grace spread the joy and peace of our Redeemer throughout the earth. To you our God, eternally blessed, be glory and praise for ever. Amen
Rok Jubileuszowy 2025. Co warto o nim wiedzieć?
Najważniejsze informacje, które warto wiedzieć o Roku Świętym.
fot. CLAUDIO HIRSCHBERGER/UNSPLASH
***
Rok Jubileuszowy 2025 obchodzony jest pod hasłem „Pielgrzymi nadziei”. Rozpoczęcie Jubileuszu miało miejsce 24 grudnia wieczorem ceremonią otwarcia w Bazylice Watykańskiej Drzwi Świętych. Zakończenie będzie 6 stycznia 2026 r. w uroczystość Objawienia Pańskiego. Oto 7 najważniejszych informacji, które warto wiedzieć:
1. Początki Jubileuszu
Jubileusz to tradycja biblijna. Był obchodzony co 50 lat. Przypominał Izraelitom o darowanej im przez Boga wolności i godności. Do tej tradycji odwołał się sam Jezus, kiedy, rozpoczynając publiczną działalność, ogłaszał Rok Łaski od Pana. Kościół zaadaptował tradycję jubileuszy w 1300 r. Począwszy od 1475 r. są one obchodzone co 25 lat, aby każde pokolenie mogło doznać łaski Roku Świętego i uzyskać odpust zupełny.
2. Drzwi Święte
Rok Święty to czas duchowej odnowy. Istotnym środkiem jest tu odbycie pielgrzymki, przejście przez Drzwi Święte, symbolizujące Jezusa, który mówi o sobie, że jest dla nas bramą. Stąd znaczenie Rzymu. W odróżnieniu od ostatnich jubileuszy, tym razem Drzwi Święte zostaną otwarte wyłącznie w Wiecznym Mieście: w czterech bazylikach papieskich i więzieniu Rebibbia.
3. Spowiedź podstawą Jubileuszu
Podstawowym warunkiem odpustu jest spowiedź sakramentalna. Szeroki jest zakres praktyk, dzięki którym można uzyskać odpust zupełny. Podała je Penitencjaria Stolicy Apostolskiej, a można je przeczytać na stronie Penitencjarii.
4. Kalendarz Jubileuszu
Stolica Apostolska przygotowała kalendarz Roku Świętego. Wyznaczono Jubileusze dla różnych kategorii wiernych: młodych, rodzin, katechetów, artystów, seminarzystów itd. Do Rzymu można przyjechać na jubileusz partykularny albo w jakimkolwiek innym terminie.
Dla pątników przygotowano różne trasy pielgrzymkowe w samym Rzymie. Najbardziej zakorzeniona w tradycji Wiecznego Miasta jest trasa siedmiu kościołów. Liczy ona 25 km i obok 4 bazylik papieskich obejmuje również bazylikę św. Sebastiana (nad katakumbami), Świętego Krzyża i św. Wawrzyńca. Wyznaczono też trasę upamiętniającą święte kobiety: doktorów Kościoła i patronki Europy, a także trasę po kościołach 27 krajów Unii Europejskiej.
5. Jubileusz w diecezjach
Z Jubileuszu nie są wykluczeni ci, którzy nie mogą odbyć pielgrzymki do Rzymu czy Ziemi Świętej. Mogą oni uczestniczyć w wydarzeniach organizowanych na szczeblu lokalnym i nawiedzać święte miejsca wyznaczone przez swego biskupa.
6. Portal Jubileuszu po polsku
Stolica Apostolska uruchomiła portal internetowy poświęcony Jubileuszowi 2025. Jest on obsługiwany również w języku polskim, Można za jego pośrednictwem uzyskać kartę pielgrzyma oraz zarejestrować się na różne jubileuszowe wydarzenia.
7. Na bieżąco
Bieżące informacje o Roku Świętym będą publikowane na polskiej stronie Vatican News (www.vaticannews.va/pl) i w watykańskich mediach społecznościowych jak również w Radiu Watykańskim i w miesięczniku L’Osservatore Romano. W ramach duchowego przygotowania do Jubileuszu 2025 warto sięgnąć po bullę Papieża Franciszka „Spes non confudit” ogłaszająca Jubileusz oraz Encyklikę Benedykta XVI „Spe salvi”, ponieważ tematem obecnego Jubileuszu jest nadzieja.
KAI, Krzysztof Bronk, Vatican News PL/Stacja7
***
Podwójna kumulacja łaski. Czyli po co nam Rok Jubileuszowy
fot. canva/stacja7
***
Absolutna nowość tego jubileuszu to możliwość uzyskania dwóch odpustów tego samego dnia. Dotąd była tylko opcja “albo-albo”…
Jeśli idziesz z rodziną do restauracji, czy to znaczy, że nie możecie zjeść w domu? Oczywiście, że możecie. Przecież zazwyczaj tak jest. Ale właśnie dlatego, że robicie tak zazwyczaj, to kiedy zmieni się miejsce, czas i sposób, zwykła czynność nabiera nowego znaczenia. Wtedy inaczej wyraża się miłość: inaczej się słucha, inaczej się patrzy, wszystko przeżywa się inaczej.
Potrzebujemy celebracji, i to nie tylko tych liturgicznych: celebrujemy posiłki, spotkania, wydarzenia kulturalne, uroczyste otwarcia… Dzielimy czas zwykły i świąteczny. Mamy miejsca święte i czasy święte. Mamy święte rytuały. Tacy jesteśmy. Potrzebujemy tego.
Czy rok 2025 jest lepszy niż 2024 lub 2026? Nie. Po prostu nadaliśmy mu szczególne znaczenie. Nie chodzi o czas chronos: że to właśnie ten rok, te miesiące, te dni. Chodzi o kairos, czas łaski, czas zbawienia, zawsze jednak zawarty w jakiś ramach czasowych „z naszego świata”, bo w nim żyjemy. Ale zapowiada czasy przyszłe: wieczny bankiet, na którym będziemy świętować razem, na zawsze. Ucztę Baranka.
Przejdziemy przez to…
Dekret O UZYSKANIU ODPUSTU PODCZAS ZWYCZAJNEGO JUBILEUSZU ROKU 2025 zaprasza nas przede wszystkim do pielgrzymki. Wchrześcijaństwie to symbol. Oznacza, że jesteśmy jednym Ciałem, ciągle w drodze, a nasze życie ma punkt wyjścia i punkt dojścia. Czas, miejsce i sposób – mają znaczenie.
Pielgrzymkę można przeżyć na trzy sposoby: 1. pojechać do Rzymu i przejść przez Drzwi Święte jednej z bazylik; 2. zaplanować taki wyjazd do jednego z miejsc wyznaczonych w swojej diecezji, 3. obrać sobie za miejsce pielgrzymki serce drugiego człowieka, znajdujące się w domu po sąsiedzku albo w pobliskim więzieniu czy szpitalu.
W ten sposób szansę pielgrzymki ma więc każdy, także ten, kto nie ma możliwości wybrania się w daleką drogę, ze względu na chorobę czy pracę zawodową.
Odpuść…!
W jubileuszowym odpuście chodzi przede wszystkim o odpuszczenie win i kar, które należą nam się za popełnione grzechy, przebaczone już w spowiedzi sakramentalnej. Ale jest jeden warunek: pragnienie nawrócenia. Jak powiedział niedawno abp Adrian Galbas w rozmowie z mediami watykańskimi: „Nie chodzi o pojechanie, ale o pojednanie”.
Ale co wtedy, kiedy trudno jest się pojednać, no bo co powiem nagle, po latach? Z jakiej racji właśnie teraz? Tyle lat to trwa, jak to teraz odkręcić? Rok Święty jest właśnie taką okazją: Słuchaj, jubileusz jest. Odpuśćmy sobie.
Odpuść też sam sobie. Odpuść już to gniewanie się. Odpuść sobie katowanie się poczuciem winy, trwanie w wątpliwościach, podważanie wszystkiego. Odpuść to, to jest ten czas. Rzuć się w Miłosierdzie. Ostatecznie – tymi Drzwiami Świętymi jest Serce Jezusa.
Najcenniejsze, co mamy, to czas
Odpust jest przypisany nie tylko do samych sakramentów, ale też do dzieł miłosierdzia wobec ludzi obciążonych różnymi potrzebami. Krótko mówiąc: nie wystarczy pobożność, musi być czyn codzienny, bo jesteśmy cielesno – duchowi i nawrócenie dotyczy nas całych. Ciało też potrzebuje wyznać wiarę.
Dekret mówi o poświęceniu znacznej części wolnego czasu na wolontariat, przypominając uczynki co do ciała i co do duszy. Czyli można uzyskać odpust, kiedy się wysłucha kogoś w kolejce do lekarza albo gdy pocieszy się koleżankę cierpiącą z powodu śmierci kogoś bliskiego, albo odwiedzi sąsiada i po prostu z nim posiedzi. Dzisiaj to szczególnie ważne wobec ogromu ludzkiej samotności i poczucia niewysłuchania. Podarować swój czas.
Rozrywka czy odpoczynek?
Dekret jubileuszowy zachęca do odnowienia w sobie wartości pokuty. W jej nowoczesnym i aktualnym wymiarze: postu od mediów społecznościowych. Jak zwykle nie chodzi tylko o samo wyrzeczenie się, ale o zamianę: czas jaki poświęcisz na scrollowanie sociali można wymienić na pobycie z kimś; telefon, rozmowę, spacer; albo modlitwę w ciszy. Bo ostatecznie Ty też potrzebujesz okazać sobie miłosierdzie. Potrzebujesz odpoczynku szabatu.
Zdublowana łaska
Absolutna nowość tego jubileuszu – jak podaje dekret – to możliwość uzyskania dwóch odpustów tego samego dnia. Dotychczas była tylko opcja albo-albo i musieliśmy wybierać: czy ofiarować go za siebie czy za osobę zmarłą. Powód hojności? Miłość. Jeśli chcesz przyjąć łaskę odpustu dla siebie, nie musisz jednocześnie rezygnować z pomocy komuś, kogo kochasz, a kto już znajduje się po tamtej stronie życia (por. Spes non confundit, 22).
Oficjalny portal roku jubileuszowego to www.iubilaeum2025.va a na witrynach internetowych wszystkich polskich diecezji wymienione są lokalne miejsca jubileuszowe, do których można odbyć wspólną pielgrzymkę nadziei.
Odpust zupełny w czasie Roku Jubileuszowego. Jak można go uzyskać?
Watykan opublikował normy dotyczące uzyskania odpustu zupełnego w czasie zwyczajnego Jubileuszu roku 2025, ogłoszonego przez papieża Franciszka. Kto będzie mógł uzyskać odpust? Jakie będą obowiązywać warunki?
fot. OVALENKOVPETR, CREATIVAIMAGES/FREEPIK.COM
***
Papież Franciszek w czwartek oficjalnie ogłosił Jubileusz 2025 roku, który będzie „Rokiem Świętym, charakteryzującym się nadzieją, która nie gaśnie, nadzieją w Bogu” – stwierdził w bulli „Spes non confundit” (Nadzieja zawieść nie może).
Już w bulli ogłaszającej rok jubileuszowy papież Franciszek podkreślił, że w tym kontekście odpust nabiera „szczególnego znaczenia”. Z tego względu Watykan opublikował warunki, „aby wierni mogli skorzystać z przepisów umożliwiających uzyskanie i skuteczne praktykowanie jubileuszowego odpustu”.
W dekrecie Penitencjarii Apostolskiej przypomniano, że warunkiem uzyskania odpustu zupełnego jest spełnienie warunków zwykłych (spowiedź sakramentalna, Komunia eucharystyczna i modlitwa według intencji Ojca Świętego).
Kto może uzyskać odpust?
Odpust jubileuszowy będą mogli uzyskać wierni, którzy dokonają jednego z wymienionych przez Watykan dzieł. Wśród nich są między innymi pielgrzymki, nawiedzenie miejsc świętych, czy dzieła miłosierdzia i pokuty.
Odpust uzyskają między innymi wierni, którzy odbędą pielgrzymkę „w kierunku dowolnego świętego miejsca jubileuszowego”, do co najmniej jednej z czterech Papieskich Bazylik Większych w Rzymie, w Ziemi Świętej, do co najmniej jednej z trzech bazylik: Grobu Świętego w Jerozolimie, Narodzenia Pańskiego w Betlejem, Zwiastowania Pańskiego w Nazarecie, w innych okręgach kościelnych: do kościoła katedralnego lub innych kościołów i miejsc świętych wyznaczonych przez ordynariusza miejsca.
Ponadto odpust będą mogli uzyskać także wierni, którzy „indywidualnie lub w grupie, pobożnie nawiedzą dowolne miejsce jubileuszowe i tam przez odpowiedni czas odprawią adorację eucharystyczną i rozmyślanie”.
Odpust w ramach jubileuszu będzie można uzyskać również dokonując dzieł miłosierdzia i pokuty.
Tutaj Watykan wymienia między innymi uczestniczenie w duchu pobożności „w misjach ludowych, rekolekcjach lub spotkaniach formacyjnych poświęconych tekstom Soboru Watykańskiego II i Katechizmu Kościoła Katolickiego”.
Co więcej, pomimo zasady, że dziennie można uzyskać tylko jeden odpust zupełny, wierni „otrzymają akt miłosierdzia na rzecz dusz czyśćcowych, jeśli prawowicie przystąpią po raz drugi tego samego dnia do sakramentu Komunii, będą mogli uzyskać dwukrotnie odpust zupełny tego samego dnia, obowiązujący jedynie za zmarłych”.
W ramach możliwości uzyskania odpusty, wierni będą „zachęcani do częstszego podejmowania dzieł miłości i miłosierdzia, głównie na rzecz służby braciom obciążonym różnymi potrzebami”. Odpust zupełny otrzymają także ci, którzy „udadzą się w celu odwiedzenia i poświęcenia właściwego czasu braciom znajdującym się w potrzebie lub w trudnej sytuacji”.
Jak podkreśla Watykan, jubileuszowy odpust można osiągnąć „przez działania wyrażające w sposób konkretny i bezinteresowny ducha pokuty”. Odpust otrzymają zatem wierni, którzy w piątki powtrzymają się od udziału w „błahych rozrywkach”, czy od zbędnej konsumpcji, a dzieła te będą połączone z przekazaniem pomocy dla ubogich, wspieranie dzieł o charakterze religijnym zwłaszcza na rzecz obrony i ochrony życia i wszystkich potrzebujących.
***
Pełny tekst dokumentu:
O UZYSKANIU ODPUSTU ODCZAS ZWYCZAJNEGO JUBILEUSZU ROKU 2025 OGŁOSZONEGO PRZEZ JEGO ŚWIĄTOBLIWOŚĆ PAPIEŻA FRANCISZKA
„Teraz nadszedł czas nowego Jubileuszu, w którym Drzwi Święte zostaną ponownie otwarte, aby dać żywe doświadczenie Bożej miłości” (Spes non confundit, 6). W bulli ogłaszającej Zwyczajny Jubileusz roku 2025 Ojciec Święty w obecnym historycznym momencie, w którym „ludzkość niepomna na dramaty przeszłości, poddawana jest nowej i trudnej próbie, w której wiele ludów jest uciskanych przez brutalność przemocy” (Spes non confundit, 8), wzywa wszystkich chrześcijan, aby stali się pielgrzymami nadziei. Jest to cnota, którą należy odkryć na nowo w znakach czasu, które, obejmując „tęsknotę ludzkiego serca, potrzebującego zbawczej obecności Boga, domagają się, by zostały przekształcone w znaki nadziei” (Spes non confundit, 7), które należy czerpać przede wszystkim z łaski Bożej i pełni Jego miłosierdzia.
Już w bulli ogłaszającej Nadzwyczajny Jubileusz Miłosierdzia w 2015 roku papież Franciszek podkreślił, że w tym kontekście odpust nabiera „szczególnego znaczenia” (Misericordiae vultus, 22), gdyż miłosierdzie Boże „staje się odpustem Ojca, który poprzez Kościół — Oblubienicę Chrystusa — dociera do grzesznika, któremu udzielił już przebaczenia, i uwalnia go od wszelkich pozostałości skutków grzechu” (tamże). Podobnie i dzisiaj Ojciec Święty oświadcza, że dar odpustu „pozwala nam odkryć, jak nieograniczone jest miłosierdzie Boga. To nie przypadek, że w starożytności termin «miłosierdzie» był używany zamiennie z terminem «odpust», właśnie dlatego, że ma wyrażać pełnię Bożego przebaczenia, które nie zna granic” (Spes non confundit, 23). Odpust jest więc łaską jubileuszową.
Dlatego też z okazji Zwyczajnego Jubileuszu roku 2025, z woli Papieża, ten „Trybunał Miłosierdzia”, do którego należy rozporządzanie wszystkim, co dotyczy udzielania i korzystania z odpustu, zamierza zachęcić dusze wiernych do karmienia się pragnieniem uzyskania odpustu jako daru łaski, właściwego i unikalnego dla każdego Roku Świętego, i ustanawia następujące wymogi, aby wierni mogli skorzystać z „przepisów umożliwiających uzyskanie i skuteczne praktykowanie jubileuszowego odpustu” (Spes non confundit, 23).
Podczas Zwyczajnego Jubileuszu roku 2025 pozostaje w mocy każdy inny udzielony odpust. Wszyscy wierni naprawdę pokutujący, wykluczający wszelkie przywiązanie do jakiegokolwiek grzechu (por. Enchiridion Indulgentiarum, wyd. IV, norm. 20, § 1) i poruszeni duchem miłosierdzia, którzy w Roku Świętym oczyścili się poprzez sakrament pokuty i pokrzepili się Komunią Świętą, będą modlić się zgodnie z intencjami Papieża, ze skarbca Kościoła będą mogli uzyskać odpust zupełny, odpuszczenie i darowanie swoich grzechów, który będzie można także zyskać dla dusz czyśćcowych, dokonując jednego z wymienionych niżej dzieł:
I.- O świętych pielgrzymkach
Wierni, pielgrzymi nadziei, będą mogli uzyskać odpust jubileuszowy udzielony przez Ojca Świętego, jeśli odbędą pobożną pielgrzymkę:
w kierunku dowolnego świętego miejsca jubileuszowego: tam pobożnie uczestniczyć we Mszy Świętej (o ile przepisy liturgiczne na to pozwalają, będzie można przede wszystkim korzystać z formularza Mszy właściwej Jubileuszowi bądź Mszy w rożnych potrzebach: o pojednanie, o odpuszczenie grzechów, o uproszenie miłości i o zachowanie pokoju i sprawiedliwości); we Mszy przy udzieleniu sakramentów wtajemniczenia chrześcijańskiego lub w Sakramencie Namaszczenia Chorych; nabożeństwie Słowa Bożego; Liturgii Godzin (godzina czytań, jutrznia, nieszpory); Drodze Krzyżowej; różańcu; recytacji hymnu Akatystu; nabożeństwie pokutnym, zakończonym indywidualną spowiedzią penitentów, zgodnie z aktem pokutnym (forma II);
w Rzymie: do co najmniej jednej z czterech Papieskich Bazylik Większych: św. Piotra na Watykanie, Najświętszego Zbawiciela na Lateranie, Matki Bożej Większej, św. Pawła za Murami;
w Ziemi Świętej: do co najmniej jednej z trzech bazylik: Grobu Świętego w Jerozolimie, Narodzenia Pańskiego w Betlejem, Zwiastowania Pańskiego w Nazarecie;
w innych okręgach kościelnych: do kościoła katedralnego lub innych kościołów i miejsc świętych wyznaczonych przez ordynariusza miejsca. Biskupi uwzględnią potrzeby wiernych i samą możliwość zachowania nienaruszonego znaczenia pielgrzymki, z całą jej mocną symboliką, zdolną ukazać naglącą potrzebę nawrócenia i pojednania;
II.- W pobożnym nawiedzeniu miejsc świętych
Wierni będą mogli uzyskać podobnie odpust jubileuszowy, jeśli indywidualnie lub w grupie, pobożnie nawiedzą dowolne miejsce jubileuszowe i tam przez odpowiedni czas odprawią adorację eucharystyczną i rozmyślanie, kończąc modlitwą „Ojcze nasz”, Wyznaniem wiary w jakiejkolwiek dopuszczonej formie i modlitwą do Maryi, Matki Bożej, aby w tym Roku Świętym wszyscy „mogli doświadczyć bliskości najczulszej z mam, która nigdy nie opuszcza swoich dzieci” (Spes non confundit, 24).
Z okazji Roku Jubileuszowego, oprócz wyżej wymienionych znamiennych miejsc pielgrzymkowych, będzie można nawiedzić także inne miejsca święte, na tych samych warunkach:
w Rzymie: Bazylika Świętego Krzyża z Jerozolimy, Bazylika św. Wawrzyńca za Murami, Bazylika św. Sebastiana za Murami (zdecydowanie zaleca się pobożne nawiedzenie zwane „Pielgrzymką do Siedmiu Kościołów”, tak drogą św. Filipowi Nereuszowi), Sanktuarium Bożego Miłosierdzia – Kościół Santo Spirito in Sassia, Kościół św. Pawła przy Trzech Źródłach – miejsce męczeństwa Apostoła, Katakumby chrześcijańskie; kościoły trasy jubileuszowej Iter Europaeum oraz kościoły poświęcone Patronom Europy i Doktorom Kościoła (Bazylika Santa Maria sopra Minerva, Kościół Santa Brigida przy Campo de’ Fiori, Kościół Matki Bożej Zwycięskiej, Kościół Trinità dei Monti, Bazylika św. Cecylii na Zatybrzu, Bazylika św. Augustyna na Polu Marsowym);
w innych miejscach na świecie: dwie papieskie bazyliki mniejsze w Asyżu: św. Franciszka i Najświętszej Marii Panny od Aniołów; papieskie bazyliki: Santa Casa w Loreto, Matki Bożej Różańcowej w Pompejach, św. Antoniego w Padwie; każda bazylika mniejsza, katedra, kościół konkatedralny, sanktuarium maryjne oraz dla dobra wiernych każda wyróżniająca się kolegiata lub sanktuarium wyznaczone przez każdego biskupa diecezjalnego lub eparchialnego, a także sanktuaria krajowe lub międzynarodowe, „święte miejsca gościnności i uprzywilejowane przestrzenie budzenia nadziei” (Spes non confundit, 24), wskazane przez Konferencje Episkopatów.
Wierni prawdziwie skruszeni, którzy nie będą mogli uczestniczyć w uroczystych celebracjach, pielgrzymkach i pobożnym nawiedzeniu, z ważnych powodów (przede wszystkim siostry i mnisi klauzurowi, osoby starsze, chorzy, osadzeni w więzieniach, a także ci, którzy w szpitalu lub w innych miejscach opieki, stale posługują chorym), uzyskają odpust jubileuszowy na tych samych warunkach, jeżeli zjednoczeni duchowo z wiernymi obecnymi, zwłaszcza w momentach, w których słowa Ojca Świętego lub biskupów diecezjalnych są przekazywane za pośrednictwem środków komunikacji medialnej, w swoim domu lub tam, gdzie powstrzymuje ich przeszkoda (np. w kaplicy klasztornej, w szpitalu, w domu opieki, w więzieniu…), odmówią Ojcze nasz, Wyznanie wiary w jakiejkolwiek dopuszczonej formie i inne modlitwy zgodne z intencjami Roku Świętego, ofiarowując swoje cierpienia lub życiowe trudności;
III.-W dziełach miłosierdzia i pokuty
Ponadto wierni będą mogli uzyskać odpust jubileuszowy, jeśli w duchu pobożności będą uczestniczyć w misjach ludowych, rekolekcjach lub spotkaniach formacyjnych poświęconych tekstom Soboru Watykańskiego II i Katechizmu Kościoła Katolickiego, które odbędą się w kościele lub innym odpowiednim miejscu, według zamysłu Ojca Świętego.
Pomimo zasady, że dziennie można uzyskać tylko jeden odpust zupełny (por. Enchiridion Indulgentiarum, wyd. IV, norm. 18, § 1), wierni otrzymają akt miłosierdzia na rzecz dusz czyśćcowych, jeśli prawowicie przystąpią po raz drugi tego samego dnia do sakramentu Komunii, będą mogli uzyskać dwukrotnie odpust zupełny tego samego dnia, obowiązujący jedynie za zmarłych (czyli w ramach celebracji eucharystycznej; por. kan. 917 i Papieska Komisja ds. Autentycznej Interpretacji KPK, Responsa ad dubia, 1, 11 lipca 1984). Przez tę podwójną ofiarę dokonuje się godny pochwały przejaw miłości nadprzyrodzonej, gdyż więź, która łączy wiernych pielgrzymujących jeszcze na ziemi z mistycznym Ciałem Chrystusa, wraz z tymi, którzy już zakończyli swą drogę, ze względu na fakt, że „odpust jubileuszowy, na mocy modlitwy, jest przeznaczony w szczególny sposób dla tych, którzy odeszli przed nami, aby mogli otrzymać pełnię miłosierdzia” (Spes non confundit, 22).
W szczególny właśnie sposób „w Roku Jubileuszowym będziemy wezwani do bycia namacalnymi znakami nadziei dla wielu braci i sióstr żyjących w trudnych warunkach” (Spes non confundit, 10): Odpust jest zatem również przypisany do dzieł miłosierdzia i pokuty, które świadczą o podjętym nawróceniu. Wierni podążając za przykładem i poleceniem Chrystusa, będą zachęcani do częstszego podejmowania dzieł miłości i miłosierdzia, głównie na rzecz służby braciom obciążonym różnymi potrzebami. Dokładniej odkryjmy na nowo „uczynki miłosierdzia względem ciała: głodnych nakarmić, spragnionych napoić, nagich przyodziać, przybyszów w dom przyjąć, chorych nawiedzać, więźniów pocieszać, umarłych pogrzebać.” (Misericordiae vultus, 15) i odkryjmy na nowo również „uczynki miłosierdzia względem ducha: wątpiącym dobrze radzić, nieumiejętnych pouczać, grzeszących upominać, strapionych pocieszać, urazy chętnie darować, przykrych cierpliwie znosić, modlić się za żywych i umarłych” (tamże).
Podobnie wierni będą mogli uzyskać odpust jubileuszowy, jeśli udadzą się w celu odwiedzenia i poświęcenia właściwego czasu braciom znajdującym się w potrzebie lub w trudnej sytuacji (chorym, więźniom, samotnym osobom starszym, niepełnosprawnym…), pielgrzymując niejako do obecnego w nich Chrystusa (por. Mt 25, 34-36) i wypełniając zwykłe warunki duchowe, sakramentalne i modlitewne. Wierni bez wątpienia będą mogli te odwiedziny powtarzać w ciągu Roku Świętego, uzyskując za każdym razem odpust zupełny, nawet każdego dnia.
Jubileuszowy odpust zupełny można osiągnąć także przez działania wyrażające w sposób konkretny i bezinteresowny ducha pokuty, który jest jakby duszą Jubileuszu, odkrywając na nowo w szczególności pokutną wartość piątku: powstrzymanie się w duchu pokuty przynajmniej przez jeden dzień od błahych rozrywek (realnych, ale także wirtualnych, spowodowanych na przykład przez media i sieci społecznościowe) oraz od zbędnej konsumpcji (na przykład praktyka postu lub wstrzemięźliwości zgodna z ogólnymi normami Kościoła i szczegółowymi zaleceniami biskupów), połączona z przekazaniem odpowiedniej sumy pieniędzy ubogim; wspieranie dzieł o charakterze religijnym lub socjalnym, zwłaszcza na rzecz obrony i ochrony życia na wszystkich jego etapach oraz samej jakości życia, opuszczonych dzieci, młodzieży zmagającej się trudnościami, starców potrzebujących opieki lub samotnych, migrantów z różnych krajów, „którzy opuszczają swoją ziemię w poszukiwaniu lepszego życia dla siebie i swoich rodzin” (Spes non confundit, 13); poświęcanie znacznej części wolnego czasu na działalność na rzecz wolontariatu, która służy interesowi społeczności, lub inne podobne formy osobistego zaangażowania.
Wszyscy biskupi diecezjalni lub eparchialni i ci, którzy prawnie są z nimi zrównani, w najwłaściwszym dniu tego okresu jubileuszowego, przy okazji głównych uroczystości w katedrze i w poszczególnych kościołach jubileuszowych, będą mogli udzielić papieskiego błogosławieństwa z dołączonym odpustem zupełnym, który mogą otrzymać wszyscy wierni, którzy otrzymają to błogosławieństwo pod zwykłymi warunkami.
W celu duszpasterskiego ułatwienia dostępu do sakramentu pokuty i osiągnięcia Bożego przebaczenia poprzez władzę kluczy, ordynariusze miejsca proszeni są o udzielenie kanonikom i kapłanom, którzy w katedrach i kościołach wyznaczonych na Rok Święty, będą mogli wysłuchać spowiedzi wiernych, uprawnień jedynie do forum wewnętrznego, o czym dla wiernych Kościołów Wschodnich stanowi kan. 728, § 2 KKKW, a w przypadku ewentualnego zastrzeżenia dla określonej władzy – kan. 727, z wyłączeniem, jak jest oczywiste, przypadków o których mowa w kan. 728, § 1; natomiast dla wiernych Kościoła łacińskiego uprawnień o których mowa w kan. 508, § 1 KPK.
W związku z tym Penitencjaria wzywa wszystkich księży, aby z hojną dyspozycyjnością i poświęceniem siebie zapewnili jak najszerszą możliwość uzyskania przez wiernych środków zbawienia; ustalali i publikowali terminy spowiedzi, w porozumieniu z proboszczami lub rektorami sąsiednich kościołów; znajdowali się w konfesjonale; planując stałe i częste celebracje pokutne, zapewniając jednocześnie jak najszerszą dostępność księży, którzy po osiągnięciu wymaganego wieku, nie pełnią określonych funkcji duszpasterskich. W zależności od możliwości pamiętajmy także, zgodnie z Motu proprio Misericordia Dei, o duszpasterskiej możliwości słuchania spowiedzi także podczas celebracji Mszy Świętej.
W celu ułatwienia zadań spowiednikom, Penitencjaria Apostolska, z upoważnienia Ojca Świętego, stanowi, że kapłani, którzy towarzyszą lub przyłączają się do pielgrzymek jubileuszowych poza własną diecezją, mogą korzystać z tych samych uprawnień, jakie zostały im powierzone w ich własnej diecezji przez prawowity organ. Specjalne uprawnienia zostaną wówczas przyznane przez tę Penitencjarię Apostolską penitencjarzom rzymskich Bazylik Papieskich, kanonikom penitencjarzom lub penitencjarzom diecezjalnym utworzonym w poszczególnych okręgach kościelnych.
Spowiednicy, po uprzednim pouczeniu z miłością wiernych o powadze grzechów, do których należą te z dołączonym zastrzeżeniem lub cenzurą, wyznaczą z duszpasterską miłością odpowiednie pokuty sakramentalne, aby w miarę możliwości doprowadzić ich do trwałej pokuty i w zależności od charakteru spraw, zaprosić ich do naprawienia skandali i szkód.
Penitencjaria na koniec gorąco zachęca Biskupów, jako posiadaczy potrójnego munus nauczania, rządzenia i uświęcania, aby zadbali o jasne wyjaśnienie proponowanych tutaj przepisów i zasad dotyczących uświęcenia wiernych, ze szczególnym uwzględnieniem lokalnych warunków, kultury i tradycji. Katecheza dostosowana do specyfiki społeczno-kulturowej każdego narodu będzie w stanie zaproponować sposób skutecznego głoszenia Ewangelii i całokształtu orędzia chrześcijańskiego, zakorzeniając głębiej w sercach pragnienie tego wyjątkowego daru, uzyskanego za pośrednictwem Kościoła.
Niniejszy Dekret obowiązuje przez cały Jubileusz Zwyczajny roku 2025, niezależnie od wszelkich postanowień stanowiących inaczej.
W Rzymie, w siedzibie Penitencjarii Apostolskiej, 13 maja 2024 roku, we wspomnienie Matki Bożej z Fatimy.
Kard. Angelo De Donatis Penitencjariusz Większy
Bp Krzysztof Nykiel Regens
vaticannews/Stacja7.pl/KAI
***
Odpusty jubileuszowe, warto – kiedy i jak?
Rok Jubileuszowy 2025, który teraz przeżywamy w Kościele, jest rokiem szczególnej łaski. Warunkiem dostąpienia odpustu jest przystąpienie do sakramentu pokuty i Komunii św., całkowite wewnętrzne oderwanie się od grzechu, a także modlitwa w intencjach Ojca Świętego. Uzyskane odpusty można ofiarować za siebie lub za zmarłych. To są niesamowite dary, jakie ofiaruje nam Kościół ze swego skarbca.
W oparciu o artykuł Penitencjaria Apostolska: Trybunał miłosierdzia w służbie Kościołowi autorstwa ks. prał. Krzysztofa Nykiela, Regensa Penitencjarii Apostolskiej, zamieszczony w czasopiśmie naukowym „Teologia i Moralność” nr 2/2015 s. 67-86 przypominam podstawowe informacje o odpustach.
Kodeks Prawa kanonicznego w kan. 992 podaje następująca definicję odpustu: „Odpust jest to darowanie przed Bogiem kary doczesnej za grzechy, odpuszczone już co do winy. Otrzymuje je wierny, odpowiednio przygotowany i po wypełnieniu określonych warunków, przez działanie Kościoła, który jako sługa odkupienia autorytatywnie rozporządza i dysponuje skarbcem zadośćuczynień Chrystusa i świętych”.
Chrześcijanin skruszony w swoim sercu i żałujący szczerze za popełnione grzechy w sakramencie pokuty otrzymuje odpuszczenie winy, natomiast pozostaje jeszcze tzw. kara doczesna, związana z naruszeniem porządku sprawiedliwości i miłości. Darowanie kary doczesnej określa się terminem „odpust”, którego uzyskanie zakłada szczerą wewnętrzną przemianę oraz wypełnienie przepisanych uczynków.
Odpust jest cząstkowy lub zupełny, w zależności od tego, czy uwalnia od kary doczesnej należnej za grzechy w części lub całości. Paweł VI zniósł odpusty określane konkretnym czasem (np. ilością dni lub lat), ponieważ w wieczności nie ma czasu.
Wierny może uzyskiwać odpust cząstkowy lub zupełny tylko za siebie lub ofiarować go za zmarłego, na sposób wstawienniczy, ale za nikogo z żyjących, ponieważ każdy człowiek sam jest w stanie dokonać przemiany swojego życia i wypełnić wymagane do otrzymania odpustu warunki.
Odpust zupełny można uzyskać tylko jeden raz w ciągu dnia, poza pozostającymi w obliczu śmierci, natomiast odpusty cząstkowe można uzyskiwać w ciągu jednego dnia wielokrotnie.
Do uzyskania odpustu zupełnego wymagane są następujące warunki: spowiedź sakramentalna i Komunia św., całkowicie wewnętrzne oderwanie się od grzechu, nawet najlżejszego, spełnienie czynu, z którym związany jest odpust zupełny oraz modlitwa w intencjach Ojca Świętego.
Przyjrzyjmy się bliżej wspomnianym warunkom:
Spowiedź sakramentalna – nie można zyskać odpustu bez odbycia spowiedzi sakramentalnej. Powinna ona mieć miejsce na kilka dni przed lub po wypełnieniu czynności odpustowej (na kilka tzn. zaleca się trzymanie granicy 8 dni przed i po); istnienie także zasada, że po spowiedzi sakramentalnej można uzyskać wiele odpustów zupełnych, ale tylko jeden w ciągu dnia.
Komunia eucharystyczna – można ją przyjąć w przeddzień dopełnienia czynu obdarzonego odpustem i w ciągu siedmiu dni po dopełnieniu czynności odpustowych; jednak zaleca się, aby Komunię św. przyjąć w dniu, w którym pragnie się dostąpić łaski odpustu, gdyż zwiększa to możliwość jego zyskania. Należy także zaznaczyć, że w odróżnieniu od spowiedzi po przyjęciu jednej Komunii św. można uzyskać tylko jeden odpust zupełny. Wyjątek od tej reguły stanowi niebezpieczeństwo śmierci.
Modlitwa w intencjach Ojca Świętego – czyli w intencjach wyznaczonych przez papieża. Wierny nie musi ich znać, wystarczy, że wzbudzi ogólną intencję modlitwy w wyznaczonych przez papieża intencjach; odmówienie tej modlitwy może mieć miejsce w ciągu kilku dni przed dokonaniem dzieła odpustowego lub po nim, ale podobnie jak w przypadku Komunii św., zaleca się, aby modlitwa została odmówiona w dniu wykonania czynu odpustowego. Dla wypełnienia warunku wystarczy jedno Ojcze nas i jedno Zdrowaś Maryjo.
Całkowite wykluczenie przywiązania do jakiegokolwiek grzechu, także powszedniego – jest to ostatni warunek konieczny do zyskania odpustu zupełnego. Kiedy mamy do czynienia z przywiązaniem do grzechu? Mówimy o nim wtedy, gdy ktoś świadomie grzeszy więcej niż raz, znaczy to, że grzeszy i chce tego, a przy tym nie poprzestaje na jednym grzechu, ale dopuszcza do pewnej wielokrotności, jakkolwiek nie do zwyczaju, z którego rodzi się nawyk. Trudność wyzbycia się przywiązania do jakiegokolwiek grzechu można więc porównać z trudnością wzbudzenia w sobie żalu doskonałego. Jednak tak wzbudzenie żalu doskonałego, jak i uzyskanie odpustu zupełnego jest możliwe, należy jednak jak najpełniej otworzyć się na działanie Bożych łask w swoim codziennym życiu. Tylko bowiem mocą Bożego miłosierdzia możemy się nawracać i zadośćuczynić za swojej grzechy i zmarłych cierpiący w czyśćcu. Głębokie i szczere pragnienie zyskania odpustu zupełnego, zawierzenie się łasce Bożej oraz wypełnienie, z pewnym zaangażowaniem woli i serca, wszystkich warunków z pewnością jest w stanie wytworzyć w nas odpowiednią dyspozycję do otwarcia się na dar odpustu zupełnego.
Poniżej publikujemy w s z y s t k i e odpusty zupełne, wyliczone w „Enchiridionie” z 1999 r. Dla przejrzystości odpusty zostały wymienione nie w kolejności podanej w dokumencie Penitencjarii Apostolskiej lecz według pewnego praktycznego klucza.
I ODPUSTY, KTÓRE MOŻNA ZYSKIWAĆ C O D Z I E N N I E
Za pobożne odmówienie cząstki Różańca Świętego, w sposób ciągły, z rozważaniem tajemnic różańcowych, w kościele albo w kaplicy albo rodzinie albo we wspólnocie zakonnej, we wspólnocie wiernych, zwłaszcza gdy wiele osób gromadzi się w jakimś szlachetnym celu (n. 17 § 1, 1o).
Za czytanie Pisma świętego z czcią należną Słowu Bożemu i na sposób lektury duchowej przynajmniej przez pół godziny z tekstu zatwierdzonego przez władzę kościelną (n. 30 § 1). Kto nie może czytać osobiście, wystarczy gdy słucha czytającego nawet przez środki audiowizualne (n. 30 § 2).
Za nawiedzenie i adorowanie Najświętszego Sakramentu przez pół godziny (n. 7 § 1, 1o).
Za pobożne odprawienie Drogi Krzyżowej – przed stacjami prawnie erygowanymi – połączone z rozważaniem Męki i Śmierci Chrystusa – i przechodzeniem od stacji do stacji; w publicznym odprawianiu wystarczy przechodzenie prowadzącego (n. 13, 2o). Prawnie przeszkodzeni mogą przez kwadrans czytać i rozważać Męką Pańską (n. 13, 2o, 1).
Za pobożne łączenie się przez pośrednictwo radia czy telewizji z nabożeństwem Drogi Krzyżowej odprawianej przez Ojca Świętego (n. 13, 2o).
Za pobożnie odmówienie Koronki do Miłosierdzia Bożego w kościele lub kaplicy wobec Najświętszego Sakramentu publicznie wystawionego lub przechowywanego w tabernakulum. Jeżeli wierny z powodu choroby lub innej słusznej racji nie może wyjść z domu, ale odmówi Koronkę do Miłosierdzia Bożego z ufnością i z pragnieniem miłosierdzia dla siebie oraz gotowością okazania go innym, pod zwykłymi warunkami również zyskuje odpust zupełny (Dekret Penitencjarii Apostolskiej z dnia 12.01.2002 dotyczy całego terytorium Polski).
II ODPUSTY, KTÓRE MOŻNA ZYSKIWAĆ W C I Ą G U R O K U
W Nowy Rok (1 stycznia): za pobożny udział w śpiewie lub recytacji w kościele lub kaplicy hymnu „O Stworzycielu, Duchu przyjdź” (n. 26 § 1, 1o).
W każdy piątek Wielkiego Postu: za odmówienie przed obrazem Jezusa ukrzyżowanego po przyjęciu Komunii świętej i modlitwy „Oto ja, o dobry i najsłodszy Jezu” (n. 8 § 1, n. 2o).
W okresie Wielkiego Postu: za udział w nabożeństwie „Gorzkich Żali” w jakimkolwiek kościele lub kaplicy na terenie Polski wierny zyskuje odpust zupełny raz w tygodniu w okresie Wielkiego Postu (Pismo Penitencjarii Apostolskiej z dnia 06.02.1968).
W Wielki Czwartek: za pobożne odmówienie hymnu „Przed tak wielkim Sakramentem” podczas uroczystej repozycji Najświętszego Sakramentu po Mszy Świętej Wieczerzy Pańskiej (n. 7 § 1, 2o).
W Wielki Piątek: za pobożne uczestniczenie w liturgii Wielkiego Piątku połączone z adoracją Krzyża (n. 13, 1o).
W Wielką Sobotę: za odnowienie w czasie liturgii Wigilii Paschalnej przyrzeczeń chrzcielnych według formuły zatwierdzonej przez Kościół (n. 28 § 1).
W II Niedzielę Wielkanocną, czyli Miłosierdzia Bożego:
a) udziela się odpustu zupełnego na zwykłych warunkach (spowiedź sakramentalna, Komunia eucharystyczna, modlitwa w intencjach papieskich) wiernemu, który w II Niedzielę Wielkanocną, czyli Miłosierdzia Bożego, w jakimkolwiek kościele lub kaplicy, z sercem całkowicie wolnym od wszelkiego przywiązania do jakiegokolwiek grzechu, choćby powszedniego, weźmie udział w pobożnych praktykach spełnianych ku czci Bożego Miłosierdzia albo przynajmniej odmówi przed Najświętszym Sakramentem Eucharystii, wystawionym publicznie lub ukrytym w tabernakulum modlitwy „Ojcze nasz” i „Wierzę”, dodając pobożne wezwanie do Pana Jezusa Miłosiernego, np. „Jezu Miłosierny, ufam Tobie” (Dekret Penitencjarii Apostolskiej z dnia 29.06.2002).
b) Ponadto marynarze, którzy wykonują swoje obowiązki na niezmierzonych obszarach mórz; niezliczeni bracia, których tragedie wojenne, wydarzenia polityczne, uciążliwe warunki naturalne i inne podobne przyczyny zmusiły do opuszczenia rodzinnej ziemi; chorzy i ich opiekunowie oraz ci wszyscy, którzy z uzasadnionej przyczyny nie mogą opuścić domów lub wykonują pilnie potrzebne zadania dla dobra społeczności, mogą uzyskać odpust zupełny w Niedzielę Miłosierdzia Bożego, jeśli wyrzekając się całkowicie jakiegokolwiek grzechu, jak to zostało powiedziane powyżej, i z zamiarem spełnienia – gdy tylko będzie to możliwe – trzech zwykłych warunków, odmówią przed świętym wizerunkiem naszego Pana Jezusa Miłosiernego modlitwę „Ojcze nasz” i „Wierzę”, dodając pobożne wezwanie do Pana Jezusa Miłosierny, np. „Jezu Miłosierny, ufam Tobie”. (Dekret Penitencjarii Apostolskiej z dnia 29.06.2002).
c) Gdyby nawet to nie było możliwe, tego samego dnia będą mogli uzyskać odpust zupełny, ci którzy duchowo zjednoczą się z wiernymi, spełniającymi w zwyczajny sposób przepisane praktyki w celu otrzymania odpustu, i ofiarują Miłosiernemu Bogu modlitwę, a wraz z nią cierpienia spowodowane chorobą i trudy swojego życia, podejmując zarazem postanowienie, że spełnią oni trzy przepisane warunki uzyskania odpustu zupełnego, gdy tylko będzie to możliwe (Dekret Penitencjarii Apostolskiej z dnia 29.06.2002).
W uroczystość Zesłania Ducha Świętego: za pobożny udział w śpiewie lub recytacji w kościele lub kaplicy hymnu „O, Stworzycielu Duchu, przyjdź” (n. 26 § 1, 1o).
W uroczystość Najświętszego Ciała i Krwi Pańskiej: za udział w uroczystej procesji eucharystycznej prowadzonej w kościele czy poza nim (n. 7 § 1, 3o).
W uroczystość Najświętszego Serca Pana Jezusa: za publiczne odmówienie aktu wynagrodzenia Najświętszemu Sercu Pana Jezusa „O, Jezu Najsłodszy, któremu za miłość bez granic” (n. 3).
W uroczystość Św. Apostołów Piotra i Pawła: za użycie przedmiotu religijnego, (np. krzyżyka, różańca, medalika), poświęconego przez papieża lub biskupa, i odmówienie wyznania wiary zatwierdzonego przez Kościół (n. 14 § 1).
W uroczystość Chrystusa Króla: za publiczne odmówienie aktu poświęcenia rodzaju ludzkiego Najświętszemu Sercu Pana Jezusa „O, Jezu Najsłodszy, Odkupicielu rodzaju ludzkiego ” (n. 2).
W Stary Rok (31 grudnia): za pobożny udział w śpiewie lub recytacji w kościele lub kaplicy hymnu „Ciebie Boga wysławiamy ” w celu okazania wdzięczności za łaski minionego roku. (n. 26 § 1, 2o).
W dniu Pierwszej Komunii Świętej: za przystąpienie do Pierwszej Komunii świętej lub pobożny udział w uroczystości pierwszokomunijnej (n. 8 § 1, 1o).
W dniu Prymicji kapłańskich: Prymicjant zyskuje odpust zupełny za celebrowanie Mszy świętej prymicyjnej z ludem w wyznaczonym dniu (n. 27 § 1, 1o) i wierny za uczestniczenie w takiej Mszy świętej prymicyjnej (n. 27 § 1, 2o) .
W dniu zakończenia Kongresu Eucharystycznego: za pobożny udział w uroczystym zakończeniu Kongresu Eucharystycznego (n. 7 § 1, 4o).
W czasie Misji parafialnych: Za udział w kilku kazaniach misyjnych, łącznie z udziałem w uroczystym zakończeniu misji (n. 16 § 1).
Za udział w ćwiczeniach duchowych trwających przynajmniej pełne trzy dni (n. 10 § 1).
W tygodniu modlitw o jedność chrześcijan: za podjęcie jakichś funkcji w tygodniu modlitw o jedność chrześcijan oraz za wzięcie udziału w zakończeniu tygodnia modlitw o jedność chrześcijan (n. 11 § 1).
Za pobożny udział w modlitwie różańcowej prowadzonej przez papieża i transmitowanej przez radio lub telewizję (n. 17 § 1, 2o).
Za pobożne odmówienie hymnu Akathistos lub Oficjum Paraclisis – w kościele albo w kaplicy, albo w rodzinie, we wspólnocie zakonnej, we wspólnocie wiernych, zwłaszcza gdy wiele osób gromadzi się w jakimś szlachetnym celu, przy czym wystarczy odmówić pewną część hymnu Akathistos bez przerywania zgodnie z prawomocnym zwyczajem. (n. 23 § 1).
Odpust zupełny uzyskują członkowie rodziny, którzy po raz pierwszy poświęcają się Najświętszemu Sercu Jezusowemu lub Świętej Rodzinie podczas specjalnego obrzędu – jeżeli to możliwe – z udziałem kapłana lub diakona i pobożnie odmówią modlitwę zaaprobowaną przez Kościół przed wizerunkiem Najświętszego Serca Pana Jezusa lub Świętej Rodziny (n. 1).
Kto pobożnie uczestniczy każdego dnia w nabożeństwach ustanowionych dla osiągnięcia celów religijnych (np. w tygodniu modlitw o powołania kapłańskie i zakonne, w tygodniu misyjnym, w tygodniu modlitw za młodzież, w dniu chorych) uzyskuje odpust zupełny (n. 5).
W czasie wizytacji kanonicznej: jednorazowo odpust zupełny za udział w Liturgii świętej, której przewodniczy wizytator (n. 32).
III. ODPUSTY ZYSKIWANE Z A N A W I E D Z E N I E K O Ś C I O ŁA lub K A P L I C Y
Podczas nawiedzenia kościoła lub kaplicy w k a ż d y m w y p a d k u należy pobożnie odmówić „O j c z e n a s z” i „W i e r z ę” (N. 19). Jeżeli nawiedzenie przepisane jest w określonym dniu, wówczas można to uczynić od południa dnia poprzedniego do północy oznaczonego dnia (N. 14).
Za nawiedzenie kościoła parafialnego: a) w uroczystość tytułu kościoła parafialnego (n. 33 § 1, 5oa) b) 2 sierpnia (odpust Porcjunkuli) (n. 33 § 1, 5ob)
Za nawiedzenie kościoła lub kaplicy w dniu Wspomnienia Wszystkich Wiernych Zmarłych (2 listopada). Za zgodą Ordynariusza odpust ten może być przeniesiony na niedzielę poprzednią lub następną lub na uroczystość Wszystkich Świętych. (n. 29 § 1, 2o). Odpust ten można ofiarować tylko za zmarłych.
Za pobożne nawiedzenie cmentarza w dniach 1-8 listopada połączone z modlitwą choćby myślą za zmarłych. (29 § 1, 1o).Odpust ten można ofiarować tylko za zmarłych.
Za pobożne nawiedzenie kościoła lub ołtarza w dniu jego poświęcenia (dedykacji) (n. 33 § 1, 6o).
Za nawiedzenie kościoła lub kaplicy Instytutów życia konsekrowanego i Stowarzyszeń życia apostolskiego w dniu poświęconym ich założycielowi (n. 33 § 1, 7o).
Za pobożne nawiedzenie kościołów lub kaplic, w których obchodzone są uroczystości ku czci nowych Świętych lub Błogosławionych w ciągu roku, celem pogłębienia czci i pobożności wobec nich, wierny uzyskuje jednorazowo odpust zupełny.
Za pobożne nawiedzenie kościoła, w którym odbywa się synod diecezjalny można uzyskać jednorazowo odpust zupełny (n. 31).
Za nawiedzenie kościoła katedralnego (n. 33 § 1, 3oa-e): a) w uroczystość ŚŚ. Apostołów Piotra i Pawła (29 czerwca) b) w uroczystość tytułu kościoła katedralnego c) w święto Katedry św. Piotra Ap. (22 lutego) d) w dniu poświęcenia archibazyliki Najświętszego Zbawiciela (czyli bazyliki na Lateranie) (9 listopada) e) w dniu 2 sierpnia (odpust Porcjunkuli)
Za nawiedzenie sanktuarium diecezjalnego lub narodowego lub międzynarodowego ustanowionego przez kompetentną władzę (n. 33 § 1, 4oa-c): a) w uroczystość tytułu tego sanktuarium b) raz w roku w dniu wybranym przez wiernego c) ilekroć wierny bierze udział w zbiorowej pielgrzymce
Za nawiedzenie bazyliki mniejszej (n. 33 § 1, 2oa-d): a) w uroczystość ŚŚ. Apostołów Piotra i Pawła (29 czerwca) b) w uroczystość tytułu bazyliki mniejszej c) 2 sierpnia (odpust Porcjunkuli) d) raz w roku w dniu wybranym przez wiernego
Za nawiedzenie jednej z czterech bazylik patriarchalnych w Rzymie w czasie pielgrzymki zbiorowej, lub jeśli indywidualnie to ze wzbudzeniem aktu synowskiego poddania papieżowi (n. 33 § 1, 2o).
Za nawiedzenie kościoła stacyjnego w Rzymie połączonego z pobożnym udziałem w nabożeństwie stacyjnym (n. 33, § 2).
IV ODPUSTY, KTÓRE MOŻNA ZYSKIWAĆ W R O C Z N I C E
W rocznicę swojego chrztu: za odmówienie przyrzeczeń chrzcielnych według formuły zatwierdzonej przez Kościół (n. 28 § 1).
W jubileusz 25-lecia, 50-lecia, 60-lecia i 70-lecia kapłaństwa: za odnowienie wobec Boga postanowienia wiernego wypełniania obowiązków swego powołania (n. 27, § 2, 1o) oraz wierni za pobożny udział w uroczystej Mszy świętej jubileuszowej (n. 27 § 2, 3o).
W jubileusz 25-lecia, 40-lecia i 50-lecia święceń biskupich: za odnowienie wobec Boga postanowienia wiernego wypełniania obowiązków swego stanu (n. 27 § 2, 2o) oraz wierni za pobożny udział w uroczystej Mszy świętej jubileuszowej (n. 27, § 2, 3o).
V ODPUSTY POŁĄCZONE Z B Ł O G O S Ł A W I E Ń S T W E M
Za pobożne przyjęcie błogosławieństwa papieskiego udzielonego przez Ojca Świętego „Urbi et Orbi” choćby przez radio lub telewizję, byleby wierny uważnie śledził sam ryt błogosławieństwa (n. 4).
Za pobożne przyjęcie błogosławieństwa pasterskiego udzielonego przez biskupa diecezjalnego swoim wiernym (n. 4). Biskup diecezjalny ma władzę udzielania błogosławieństwa papieskiego z odpustem zupełnym, według przepisanej formuły, trzy razy w roku, w święta uroczyste przez siebie określone (N. 7, 2o).
Kapłan, który udziela sakramentów świętych wiernemu zagrożonemu śmiercią, powinien mu udzielić błogosławieństwa apostolskiego z odpustem zupełnym (n. 12, § 1). Jeżeli nie ma kapłana, który by w godzinę śmierci udzielił sakramentów i błogosławieństwa papieskiego obdarzonego odpustem zupełnym, Kościół udziela wiernemu należycie usposobionemu odpustu zupełnego „o ile wierny za życia miał zwyczaj stale odmawiania jakichkolwiek modlitw”. W tym wypadku Kościół uzupełnia trzy warunki uzyskania odpustu zupełnego (n. 12 § 2). Przy uzyskaniu tego odpustu chwalebną rzeczą jest posłużenie się krucyfiksem lub krzyżem (n. 12, § 3). Odpust w godzinę śmierci wierny może uzyskać, chociażby w tym dniu już zyskał odpust zupełny (n. 12 § 4).
***
Rok Jubileuszowy
– darowanie kar.
Jak uzyskać odpust zupełny?
***
Rok Jubileuszowy to czas przebaczania. Dotyczy to zwłaszcza kar doczesnych. Włączając się w obchody tego roku możemy uzyskać dla siebie i dla zmarłych odpuszczenie kar, jakie trzeba byłoby w innym wypadku wycierpieć w czyśćcu. Można to uzyskać między innymi poprzez pielgrzymki, ale także dzieła miłosierdzia – w tym szczególnie wsparcie obrony życia.
Czym są odpusty?
Jak mówi Katechizm Kościoła Katolickiego (od par. 1471), „odpust jest to darowanie przed Bogiem kary doczesnej za grzechy, zgładzone już co do winy. Dostępuje go chrześcijanin odpowiednio usposobiony i pod pewnymi, określonymi warunkami, za pośrednictwem Kościoła, który jako szafarz owoców odkupienia rozdaje i prawomocnie przydziela zadośćuczynienie ze skarbca zasług Chrystusa i świętych. Odpust jest cząstkowy albo zupełny zależnie od tego, czy od kary doczesnej należnej za grzechy uwalnia w części czy w całości”.
Jak wyjaśnia dalej Katechizm, grzech, ze względu na swoją wewnętrzną naturę, powoduje dwa rodzaje kary – wieczną i doczesną. Karę wieczną, czyli oddzielenie od komunii z Bogiem, usuwa przebaczenie grzechu i nawrócenie. Pozostaje jednak kara doczesna. Tę karę można mieć darowaną za pośrednictwem Kościoła. To właśnie odpust: kara jest darowana dzięki otwarciu „skarbca zasług Chrystusa i świętych”.
Katechizm uczy, że stosowanie odpustów ma nie tylko pomóc chrześcijanom, ale również pobudzać do czynów pobożności, pokuty i miłości. Odpusty można otrzymywać dla siebie, ale również dla zmarłych. Katechizm wyjaśnia, że zmarli przebywający w czyśćcu pozostają „członkami tej samej komunii świętych”, dlatego możemy uzyskać dla nich uwolnienie od kar doczesnych. Nie można uzyskać odpustu dla innych chrześcijan żyjących na ziemi.
Odpusty dzielą się, jak wynika z cytowanej wcześniej treści Katechizmu, na cząstkowe albo zupełne; pierwsze obejmują określoną liczbę lat, natomiast drugie – całe życie.
Rok Jubileuszowy – czas miłosierdzia
Stolica Apostolska ogłasza zawsze warunki uzyskania odpustów w związku z Rokiem Jubileuszowym. Są to zasadniczo odpusty zupełne. Wynika to z samego charakteru takiego roku. Praktyka ogłaszania lat jubileuszowych w Kościele katolickim sięga średniowiecza, ale w istocie jest nawiązaniem do tradycji Izraela. Żydzi co siedem lat obchodzili tak zwany rok szabasowy – w cyklu siedmiokrotnym. Za siódmym razem ogłaszano rok jubileuszowy, co wiązało się – przynajmniej w teorii – nie tylko ze specjalnymi obietnicami Bożymi, ale również z darowaniem długów między ludźmi. Do tego nawiązuje praktyka udzielania odpustów w katolickim Roku Jubileuszowym.
Lata jubileuszowe mogą być ogłaszane w porządku zwykłym, to znaczy co 25 lat. Możliwe jest też ogłoszenie nadzwyczajnego roku jubileuszowego. Papież Franciszek zrobił tak w roku 2015 i ogłosił bullą „Misericordiae vultus” Nadzwyczajny Jubileusz Miłosierdzia.
Tym razem, w roku 2025, Rok Jubileuszowy jest w porządku zwykłym, co papież ogłosił bullą „Spes non confundit”.
Jak uzyskać odpust zupełny w Roku Jubileuszowym
Penitencjaria Apostolska, którą kieruje jako Penitencjariusz Większy kard. Angelo De Donatis, opublikowała w związku z tym warunki uzyskiwania odpustu zupełnego (dokument jest dostępny po polsku na stronie Watykanu).
Pierwszym i zasadniczym warunkiem jest trwanie w stanie łaski uświęcającej z wykluczeniem wszelkiego przywiązania do jakiegokolwiek grzechu. Należy uprzednio przystąpić w czasie Roku Jubileuszowego do spowiedzi, przyjąć Komunię świętą i modlić się zgodnie z intencjami papieża. Następnie dochodzą warunki dodatkowe związane z Rokiem Jubileuszowym. Warunki te wiążą się z trzema zasadniczymi kategoriami: pielgrzymkami, nawiedzaniem miejsc świętych, dziełami miłosierdzia i pokuty.
W przypadku pielgrzymek sposoby uzyskania odpustu jubileuszowego są cztery.
Pierwszym jest pielgrzymka w kierunku dowolnego świętego miejsca jubileuszowego. Miejsca jubileuszowe zostały w Polsce wyznaczone dekretami biskupów w każdej diecezji. Są to zwykle kościoły i sanktuaria w różnych miejscach diecezji. Tam należy pobożnie uczestniczyć we Mszy świętej, albo też wziąć udział w Mszy przy udzielaniu sakramentów wtajemniczenia chrześcijańskiego, w sakramencie namaszczenia chorych, nabożeństwie Słowa Bożego, liturgii godzin (godzina czytań, jutrznia, nieszpory), drodze krzyżowej, różańcu, recytacji hymnu akatystu, nabożeństwie pokutnym zakończonym indywidualną spowiedzią.
Drugim sposobem jest odwiedzenie w Rzymie jednej z czterech papieskich Bazylik Większych (św. Piotra, św. Jana na Lateranie, Santa Maria Maggiore, św. Pawła za Murami).
Trzecim sposobem jest uzyskanie odpustu w Ziemi Świętej w związku z odwiedzeniem jednej z trzech bazylik (Grobu Świętego w Jerozolimie, Narodzenia Pańskiego w Betlejem, Zwiastowania Pańskiego w Nazarecie).
Czwartym jest odwiedzenie kościoła katedralnego albo innych kościołów i miejsc świętych, które wyznaczył biskup diecezji.
Drugą kategorią jest pobożne nawiedzenie miejsc świętych. Jak mówi dokument Penitencjarii Apostolskiej, „wierni będą mogli uzyskać podobnie odpust jubileuszowy, jeśli indywidualnie lub w grupie, pobożnie nawiedzą dowolne miejsce jubileuszowe i tam przez odpowiedni czas odprawią adorację eucharystyczną i rozmyślanie, kończąc modlitwą «Ojcze nasz», Wyznaniem wiary w jakiejkolwiek dopuszczonej formie i modlitwą do Maryi, Matki Bożej, aby w tym Roku Świętym wszyscy «mogli doświadczyć bliskości najczulszej z mam, która nigdy nie opuszcza swoich dzieci»”. Dokument wymienia tu szereg miejsc w samym Rzymie oraz w innych miejscach na świecie. To kilka kościołów na ternie Włoch, ale również „każda bazylika mniejsza, katedra, kościół konkatedralny, sanktuarium maryjne oraz dla dobra wiernych każda wyróżniająca się kolegiata lub sanktuarium wyznaczone przez każdego biskupa diecezjalnego lub eparchialnego, a także sanktuaria krajowe lub międzynarodowe, «święte miejsca gościnności i uprzywilejowane przestrzenie budzenia nadziei» („Spes non confundit”, 24), wskazane przez Konferencje Episkopatów”.
W tej kategorii mieszczą się też ci, którzy nie mogą odwiedzić żadnego miejsca z ważnych powodów. Są to przede wszystkim siostry i mnisi klauzurowi, osoby starsze, chorzy, więźniowie i tak dalej. Mogą otrzymać odpust zupełny, jak mówi dokument, jeżeli „zjednoczeni duchowo z wiernymi obecnymi, zwłaszcza w momentach, w których słowa Ojca Świętego lub biskupów diecezjalnych są przekazywane za pośrednictwem środków komunikacji medialnej, w swoim domu lub tam, gdzie powstrzymuje ich przeszkoda (np. w kaplicy klasztornej, w szpitalu, w domu opieki, w więzieniu…), odmówią Ojcze nasz, Wyznanie wiary w jakiejkolwiek dopuszczonej formie i inne modlitwy zgodne z intencjami Roku Świętego, ofiarowując swoje cierpienia lub życiowe trudności”.
Wreszcie trzecią kategorią są dzieła miłosierdzia i pokuty. Tu możliwości jest najwięcej, jakkolwiek lista zaczyna się od dość szczególnej: uczestnictwo w duchu pobożności w misjach ludowych, rekolekcjach lub… spotkaniach formacyjnych poświęconych tekstom Soboru Watykańskiego II i Katechizmu Kościoła Katolickiego, które odbędą się w kościele lub innym odpowiednim miejscu, według zamysłu Ojca Świętego.
Ponadto możliwe jest uzyskanie odpustu w związku z różnymi czynami miłosierdzia, odwołującymi się do tradycyjnych uczynków miłosierdzia względem ciała oraz względem ducha. Gdy idzie o pokutę, Stolica Apostolska wskazuje na „ponowne odkrywanie pokutnej wartości piątku”. Tutaj idzie o powstrzymanie się w duchu pokuty przez jeden dzień od błahych rozrywek (także wirtualnych) oraz od zbędnej konsumpcji (w zgodzie z normami Kościoła i zaleceniami biskupów) – dodatkowo pod warunkiem przekazania „odpowiedniej sumy pieniędzy” ubogim. Wskazuje się też na możliwość wspierania dzieł o charakterze religijnym lub socjalnym, przy tym „zwłaszcza na rzecz obrony i ochrony życia na wszystkich jego etapach”, a także pomocy osobom w trudnej sytuacji.
Istnieje jeszcze kwestia ilości odpustów. Zasadniczo można uzyskać jeden odpust zupełny dziennie. Jednak na mocy decyzji papieskiej, można otrzymać dwukrotnie odpust zupełny tego samego dnia, obowiązujący jedynie za zmarłych.
Stolica Apostolska w dokumencie zachęca biskupów do tego, by zadbali o jasne wyjaśnienie reguł, a zatem wierni, którzy mają jakieś wątpliwości, winni skontaktować się z odpowiednią władzą kościelną.
Jako że możliwości uzyskania odpustu zupełnego za siebie i zmarłych jest w sumie naprawdę wiele, każdy katolik powinien z dużą łatwością znaleźć takie formy, z których będzie mógł skorzystać – i to nawet wielokrotnie. Rok Jubileuszowy to wyjątkowy czas łaski i przebaczenia. Warto wykorzystać drogę, którą wskazuje nam Kościół i stawać się poprzez nawrócenie coraz podobniejszym do Chrystusa (Ga 2, 20).
Paweł Chmielewski/PCh24.pl
***
kościół św. Piotra
Partick, 46 Hyndland Street , Glasgow, G11 5PS
***
W każdy piątek jest Adoracja Najświętszego Sakramentu od godz. 18.00
W czasie Adoracji jest możliwość przystąpienia do sakramentu spowiedzi.
Msza św. wynagradzająca za grzechy nasze i całego świata odprawiana jest o godz. 19.00
W trzeci piątek miesiąca sprzątamy kościół św. Piotra od godz. 17.00. Chętni bardzo mile widziani.
W każdą sobotę o godz. 18.00 jest Msza św. wigilijna z niedzieli
Możliwość spowiedzi jest od godz. 17.00
***
W pierwsze soboty miesiąca po Mszy św. jest Nabożeństwo Pięciu Sobót Wynagradzających za zniewagi i bluźnierstwa przeciwko Najświętszej Matce Bożej
***
W drugie soboty miesiąca po Mszy św. modlimy się Koronką do Serca Boleściwej Matki – Serca przebitego siedmiokrotnie mieczem boleści.
***
W trzecie soboty miesiąca po Mszy św. modlimy się na różańcu o pokój na świecie.
W każdą Niedzielę Msza św. jest o godz. 14.00
Przed Mszą św. jest Adoracja Najświętszego Sakramentu.
W tym czasie jest także możliwość przystąpienia do sakramentu spowiedzi od godz. 13.30
Od września trwają prace renowacyjne kościoła św. Piotra. Dlatego w piątki Adoracja, spowiedź św. i Msza św. na czas remontu są w sali parafialnej. Natomiast w soboty i w niedziele Msze św. są w kościele.
***
Kaplica izba Jezusa Miłosiernego
4 Park Grove Terrace, Glasgow G3 7SD
***
W każdy pierwszy czwartek miesiąca jest Msza św. o godz. 19.00
Po Mszy św. jest Godzina Święta
***
Naczynia połączone
Pierwsze czwartki, pierwsze piątki, pierwsze soboty. Interesowni praktykują dla obietnic, gorliwi – z miłości. Podejmiesz wyzwanie?
ISTOCKPHOTO
***
Sytuacja z utrudnionym dostępem do Mszy, także pierwszopiątkowej, w jakiej przed pięcioma laty postawiła nas pandemia, pokazuje, jak ważne są dla wielu katolików dni, w których okazujemy szczególną cześć Najświętszemu Sercu Pana Jezusa i Niepokalanemu Sercu Najświętszej Maryi Panny. W pierwsze piątki miesiąca liczba wiernych w kościołach jest wyższa niż w inne dni powszednie, a wielu jest takich, którzy podejmują tego dnia posty i inne czyny pokutne.
Niedawno zmienił się sposób wyznaczania pierwszych dni miesiąca w kalendarzu kościelnym. Wcześniej obchodzono wszystkie trzy dni razem. Decydował pierwszy piątek. Jeśli ten dzień przypadł pierwszego dnia danego miesiąca, wtedy czwartek, choć kalendarzowo należał jeszcze do poprzedniego miesiąca, obchodziło się jako pierwszy. Jeżeli natomiast pierwszym dniem miesiąca była sobota, wówczas jako pierwszą sobotę w Kościele obchodziło się tę, która przypadała za tydzień – po pierwszym piątku. Niedawno zostało to uproszczone. Pierwsze czwartek, piątek i sobotę obchodzi się teraz wtedy, kiedy faktycznie są pierwsze w kalendarzu na dany miesiąc. Sposób liczenia dni to jednak kwestia drugorzędna. Istotne jest nastawienie serca i intencja, z jaką podejmuje się te praktyki.
Jak ciąża
Skąd te praktyki się wzięły? – Za pierwszymi piątkami stoi żądanie Pana Jezusa z objawień św. Małgorzaty Alacoque. Jeśli chodzi o nabożeństwo pięciu pierwszych sobót miesiąca, to stoi za nimi tradycja fatimska. Natomiast wcześniejsza tradycja bardziej była związana z kultem Niepokalanego Serca Maryi, który nawiązywał do kultu Serca Jezusa – mówi ks. prof. Marek Chmielewski. Dodaje, że praktyki pierwszego czwartku, piątku i soboty miesiąca nie mają charakteru obowiązkowego, lecz należą raczej do sfery pobożności. – O ile liturgia jest obowiązkowa, bo to jest kult Kościoła, o tyle jeśli chodzi o formy pobożności, to takiego obowiązku w sensie prawnym nie ma. Natomiast ze względów formacyjnych te formy się szanuje – zauważa.
Szczególnie popularne jest wśród wiernych nabożeństwo dziewięciu pierwszych piątków miesiąca. Dlaczego ma to być akurat dziewięć piątków, czyli de facto dziewięć miesięcy?
– Dlatego, że dziewięć miesięcy to analogia do czasu, jakiego potrzebuje dziecko rozwijające się w łonie matki, aby się urodzić. Przez praktykę dziewięciu pierwszych piątków ma się narodzić nowy człowiek, który żyje sakramentami. Jeśli dobrze wczytamy się w objawienia, których Pan Jezus udzielił św. Małgorzacie, zauważymy, że one mają na celu właśnie to: wychowanie człowieka do regularnego życia sakramentalnego – wskazuje teolog.
Zwraca uwagę na fakt, że od uchwały IV Soboru Laterańskiego w 1215 roku katolik ma obowiązek spowiedzi i Komunii raz w roku, szczególnie w okresie wielkanocnym. Na tamte czasy było to wymaganie wysokie, jeśli weźmie się pod uwagę istniejącą wtedy sieć kościołów. Z czasem jednak ulegało to zmianom i już na przykład w XVII wieku duszpasterstwo oraz dostępność kościołów wyglądały całkiem inaczej. Wówczas traktowanie pobożności na zasadzie „raz w roku” wymagało zdynamizowania. I taka pomoc przyszła. Pierwszopiątkowe praktyki i związane z nimi obietnice Jezusa znacznie ożywiły życie duchowe katolików.
Sama św. Małgorzata Maria Alacoque w jednym z listów napisała, że kult Najświętszego Serca „ma na celu odnowienie w duszach skutków Odkupienia”. To jest zasadniczy cel tego nabożeństwa.
Chodzi o cel
Wraz z nową formą pobożności pojawiły się także jej wypaczenia, polegające na magicznym traktowaniu praktyk pierwszopiątkowych (a także pierwszosobotnich), czyli wykonywaniu ich na zasadzie „zaliczenia”: przyjść, odprawić spowiedź, Komunię, najlepiej wszystko w sam pierwszy piątek. Towarzyszy temu oczekiwanie, że gdy wypełnię praktykę, Pan Bóg musi mi zagwarantować zbawienie. Taki „handel wymienny”.
Ksiądz Marek Chmielewski, przestrzegając przed taką postawą, podkreśla ważność odpowiedniego przygotowania do spełniania warunków nabożeństwa. – Jest dobrą intuicją duszpasterską, że dzieci pierwszokomunijne przynajmniej przez pierwszy rok odprawiają dziewięć pierwszych piątków. Nie powinno tam jednak chodzić o uzyskanie nieco magicznie traktowanego „biletu do nieba”. Obietnica mówi przede wszystkim, że człowiek nie umrze bez szansy pojednania z Bogiem, ale to samo przez się nie jest gwarancją zbawienia. Chodzi o to, żeby tego młodego człowieka wychować w życiu sakramentalnym nie tylko co do ilości wypełnionych praktyk. On ma się nauczyć, jak się spowiadać: nie tylko w sposób faktograficzny, ale analityczny; ma się nauczyć życia eucharystycznego, adoracji. I to jest ważne – przekonuje. Przywołuje konkretny przykład prawidłowej formacji w tym zakresie.
– W pierwszych latach kapłaństwa pracowałem w dużej parafii w Radomiu. Była tam siostra katechetka, która przez pół godziny odprawiała z dziećmi rachunek sumienia, zanim księża usiedli, żeby spowiadać je na pierwsze piątki. I widać było efekty. Dzieci były dobrze przygotowane, wiedziały, co mówią. Takie podejście jest bardzo ważne dla rozwoju duchowego. Jeśli tego nie ma, dochodzi do takich sytuacji, że dorosły człowiek spowiada się jak dziecko pierwszokomunijne. Tak więc praktyka pierwszych piątków miesiąca ma wielki potencjał duszpasterski, jeśli jest mądrze i dobrze sprawowana. I to jest jej zasadniczy cel. Chodzi przecież o wychowanie do miłości Boga, bliźniego i samego siebie – akcentuje kapłan.
Wynagrodzenie
Nabożeństwo do Serca Jezusowego jest kultem ekspiacyjnym, wynagradzającym. Podobnie jest z kultem Niepokalanego Serca Maryi Panny, w którym od czasu objawień fatimskich wzmocniony został element pokuty za grzechy. Maryja w Fatimie mówiła dzieciom, że wielu ludzi ginie na wieki, bo zbyt mało jest takich, którzy chcieliby się za nich modlić i ofiarować swoje cierpienia. Także tu istotny jest więc motyw wynagrodzenia.
– Wynagrodzenie jest często traktowane na sposób ludzki: komuś zrobiłem przykrość, to teraz muszę przeprosić, żeby mu sprawić przyjemność. Samo wyrażenie „obrażać Boga” jest antropomorficzne, ale nie mamy innych narzędzi. Wyglądałoby na to, że przez nasze zgrzeszenie Pan Bóg coś traci i my musimy Mu to oddać, tak jak w ramach restytucji musimy oddać to, co ukradliśmy, bo w przeciwnym razie nie spełnimy warunku nawrócenia – mówi ks. Marek Chmielewski. Zauważa jednak, że to nie do końca tak. – Chodzi o to, że skoro Bóg jest miłością, to grzech jest zaprzeczeniem miłości. To jest przede wszystkim krzywda, jaką człowiek samemu sobie wyrządza przez odwrócenie się od miłości. I to nie miłości w znaczeniu uczuciowym, tylko rozumianym jako afirmacja osoby. Wynagrodzenie jest przede wszystkim odbudowaniem i wzmocnieniem w grzeszniku miłości. To wynagrodzenie staje się bardziej zrozumiałe, gdy patrzymy na nie przez wymiar Kościoła. Czasami mówimy, że Kościół jako Mistyczne Ciało Chrystusa jest jak zespół naczyń połączonych. Jeżeli poziom spada w jednym naczyniu, to spada we wszystkich. Mistyczne Ciało doznaje uszczerbku przez cudzy grzech. Wierni mający tę świadomość tym bardziej chcą okazać miłość Bogu i bliźniemu, aby ten brak, jaki Kościół cierpi, został wyrównany. A więc nie tyle Pan Bóg cierpi szkody (jest przecież bytem absolutnym), ile Kościół ponosi duchowe straty. I gorliwi chcą naprawić to, co inni zepsuli. To jest wyraz odpowiedzialności za zbawienie innych i za życie Kościoła – podkreśla teolog.
Czwartki
Tradycja pierwszych czwartków jest późniejsza niż piątków i sobót. – Nie można ich traktować na równi z pierwszymi piątkami – zauważa ks. prof. Chmielewski. Dodaje, że trudno wskazać początek tej tradycji. Prawdopodobnie wiąże się z orędziami na Światowe Dni Powołań, które zapoczątkował św. Paweł VI. – Tam, jak się zdaje, jest początek tej praktyki: zaproszenie do szczególnej modlitwy w pierwsze czwartki o powołania, głównie kapłańskie – mówi. Zauważa, że zwyczajowo modlimy się o powołania, ale rzadko akcentuje się modlitwę za powołanych. O to, żeby byli wierni powołaniu – a to jest przecież istota.
Franciszek Kucharczak/Gość Niedzielny
W każdą trzecią sobotę miesiąca jest spotkanie Biblijne na temat: kobiety w Piśmie Świętym. Spotkanie rozpoczynamy o godz. 10.00 śpiewaniem Godzinek ku czci Najświętszej Maryi Panny a kończymy w południe modlitwą Anioł Pański.
W czwartym tygodniu każdego miesiąca – z piątku na sobotę – jest całonocna Adoracja Najświętszego Sakramentu dla kobiet w kaplicy Sióstr Benedyktynek w Largs.
Początek Adoracji rozpoczyna się modlitwą różańcową o godz. 21.00 a zakończenie Adoracji śpiewem Godzinek ku czci Najświętszej Maryi Panny i Mszą św. o brzasku dnia o godz. 5.00
Aby Matka Boża była coraz bardziej znana, miłowana i uwielbiana!
„Różaniec Święty, to bardzo potężna broń.
Używaj go z ufnością, a skutek wprawi cię w zdziwienie”.
(św. Josemaria Escriva do Balaguer)
fot.wiseGeek
*****
Intencja Żywego Różańca
na miesiąc luty 2025
Intencjapapieska:
*Módlmy się, aby wspólnota kościelna przyjęła pragnienia i wątpliwości młodych ludzi, czujących powołanie do służenia misji Chrystusa w życiu kapłańskim i zakonnym.
* za naszych kapłanów, aby dobry Bóg umacniał ich w codziennej posłudze oraz o nowe powołania do kapłaństwa i życia konsekrowanego.
* za papieża Franciszka, aby Duch Święty prowadził go, a św. Michał Archanioł strzegł.
* W dzień święta Ofiarowania Pańskiego Kościół modli się za osoby konsekrowane, które oddały swoje życie na służbę Panu Bogu i ludziom realizując swoje powołanie w różnych zakonach, stowarzyszeniach życia apostolskiego i instytutach świeckich.
Panie Jezu Chryste przyjmij nasze dziękczynienie za ten wielki dar i umocnij osoby konsekrowane w wierności Tobie, Twojemu Kościołowi, powołaniu i złożonym ślubom. Daj odwagę powołanym przez Ciebie, aby ochotnym sercem poświęcili się Tobie, bo tylko Ty możesz uczynić ich człowieczeństwo pięknym i szczęśliwym a dla ludzi pożytecznym.
Boża Rodzicielko otocz ich swoją matczyną opieką, aby realizowali Bożą wolę pośród zbuntowanych mocy ciemności tego świata. Starcu Symeonie, naucz ich cieszyć się Jezusem Chrystusem, którego rozpoznałeś w Maleńkim Dziecięciu a który jest jedyną Nadzieją dla każdego człowieka. Prorokini Anno, wyproś im łaskę trwania na ustawicznej modlitwie.
Intencja dodatkowa dla Róży Matki Bożej Częstochowskiej (II),
św. Moniki i bł. Pauliny Jaricot:
* Rozważając drogi zbawienia w Tajemnicach Różańca Świętego prosimy Bożą Matkę, aby wypraszała u Syna swego a Pana naszego Jezusa Chrystusa właściwe drogi życia dla naszych dzieci.
*****
Od 1 lutego 2025 modlimy się kolejnymi Tajemnicami Różańca Świętego i w intencjach wyznaczonych na ten miesiąc, które otrzymaliście na maila 31 stycznia 1925 z adresu e-rozaniec@kosciol.org (jeśli ktoś z Was nie dostał maila na ten miesiąc, proszę o kontakt z Zelatorem Róży, albo na adres rozaniec@kosciolwszkocji.org)
________________________________________
Obecnie mamy 19 Róż Żywego Różańca, choć mieliśmy do niedawna 21. Dlatego bardzo serdecznie zachęcamy chętnych, aby zechcieli dołączyć się do Żywego Różańca. Módlmy się też w tej intencji, aby dotąd nieprzekonani mogli się przekonać jak skuteczną i tym samym jak bardzo potrzebną jest dziś modlitwa różańcowa.
***
fot. Screenshot – YouTube
***
Ważne polskie objawienia – oto, czego chciała Maryja
Na ziemiach polskich jedyne, zaakceptowane oficjalnie przez Kościół objawienia miały miejsce w Gietrzwałdzie, małej miejscowości położonej na Warmii. Wydarzyły się one 137 lat temu, prawie dwadzieścia lat po objawieniach w Lourdes. Trwały prawie trzy miesiące: od 27 czerwca do 16 września 1877 roku. Wizjonerkami były dwie dziewczynki – trzynastoletnia Justyna Szafryńska oraz dwunastoletnia Barbara Samulewska.
Dnia 27 czerwca Justyna miała egzamin przed przystąpieniem do Pierwszej Komunii św. Wracając ze swoją mamą do domu, na drzewie w ogrodzie przy plebanii ujrzała świetlistą Postać. Była to siedząca młoda kobieta z rozpuszczonymi włosami. Następnie z obłoków zeszło do niej Dziecko, które się jej ukłoniło a Niewiasta wstała wzięła Go za rękę i wstępując do nieba znikła. W trakcie tego objawienia pojawił się miejscowy proboszcz ks. Augustyn Weichsel, u którego Justyna zdawała egzamin. Po zakończeniu widzenia proboszcz od razu dokładnie wypytał dziewczynkę o to, co się wydarzyło. Następnego dnia w trakcie odmawiania Różańca pod drzewem, na którym była widoczna Postać, 12-letnia Barbara Samulewska miała również objawienie. W trakcie kolejnych widzeń, dziewczynki zadały pytanie: Kto Ty Jesteś? Usłyszały wypowiedziane po polsku słowa: „Jestem Najświętsza Maryja Niepokalanie Poczęta”. Na pytanie: „Czego żądasz Matko Boża?” – padła odpowiedź: „Życzę sobie, abyście codziennie odmawiali Różaniec!”
Jednym z efektów objawień w Gietrzwałdzie było prawie powszechne odmawianie Różańca w domach. Tak pisał proboszcz Gietrzwałdu ks. A. Weichsel do biskupa warmińskiego Filipa Krementza: „W całej polskiej Warmii, prawie we wszystkich domach Różaniec jest wspólnie odmawiany.(…) Miliony modlą się na Różańcu, przez co utwierdzają się w wierze katolickiej i ogromna ilość wyrwana została z doczesnej i wiecznej zguby. W tym widzę najlepszy dowód autentyczności objawień”.
Biskup Warmiński po zapoznaniu się ze sprawozdaniem proboszcza ks. Augustyna Weichsla wydelegował do Gietrzwałdu swoich przedstawicieli, aby uczestniczyli w nabożeństwach różańcowych. Mieli oni obserwować stan i zachowanie wizjonerek w trakcie objawień oraz zachowanie zgromadzonych pielgrzymów i wiernych. Relacje biskupich delegatów potwierdziły, że nie może tu być mowy o oszustwie czy kłamstwie a widzące zachowują się normalnie, nie ma w nich żadnej bigoterii, chęci zysku czy też pragnienia zdobycia uznania czy wzbudzenia sensacji. Dziewczęta wyróżniały się skromnością, szczerością i prostotą.
Pytania do Matki Bożej dotyczyły zdrowia i zbawienia różnych osób, ale nie tylko. Na zapytanie „Czy Kościół w Królestwie Polskim będzie oswobodzony?”, „Czy osierocone parafie w południowej Warmii wkrótce otrzymają kapłanów?” widzące usłyszały w odpowiedzi: „Tak, jeśli ludzie gorliwie będą się modlić, wówczas Kościół nie będzie prześladowany, a osierocone parafie otrzymają kapłanów!”
W czas objawień na mapie Europy nie było państwa polskiego. Ludność polska żyła i mieszkała w trzech zaborach. W tamtym czasie Gietrzwałd leżał w zaborze pruskim. Fakt, że Matka Boża przemawia do dziewczynek w języku polskim był dla narodu wielką pociechą i pokrzepieniem. Wieść o objawieniach błyskawicznie dotarła do Polaków mieszkających w trzech zaborach. W dosyć krótkim czasie zaczęły napływać do Gietrzwałdu pielgrzymki ze wszystkich dzielnic rozbiorowych. Oprócz Polaków przybywali Czesi, Węgrzy oraz Holendrzy.
Wśród wielu pielgrzymów przybywających do Gietrzwałdu z prośbą o zdrowie był pewien mieszkaniec Ornety. Na pytanie jednej z dziewcząt o zdrowie dla niego i jego żony, Matka Boża odpowiedziała: „Będą zdrowi, jeżeli będą się modlić i nie będą pić wódki”. A po przekazaniu dziewczynkom prośby proboszcza o modlitwę za spętanych nałogiem, Maryja tylko westchnęła głęboko i powiedziała „Oni będą ukarani”. To pokazuje, że pijaństwo, uzależnienie od alkoholu prowadzi do zguby. W czasach zaborów alkoholizm był problemem nie tylko społecznym ale i narodowym. Zaborcy, chcąc mieć łatwość rządzenia zdobytymi terytoriami, wspierali pijaństwo wśród ludności polskiej. Powodowało to rozbicie więzów rodzinnych i społecznych oraz łamanie charakterów podbitej ludności.
Wypowiedzi Matki Bożej w trakcie objawień w Gietrzwałdzie odnośnie pijaństwa dało silny impuls do walki z tym nałogiem i innymi uzależnieniami. Ksiądz proboszcz Augustyn Weischel napisał: „Wszyscy wyrzekają się tu wódki i przyrzekają zawsze modlić się na różańcu” oraz: „Ogromna ilość pijaków została wyrwana z doczesnej i wiecznej zguby”. Objawienia w Gietrzwałdzie doprowadziły do powstawania Bractw Wstrzemięźliwości walczących z tym nałogiem.
Widocznymi efektami objawień było odmawianie Różańca w Sanktuarium oraz w życiu codziennym napływających pielgrzymów. Objawienia przyniosły i przynoszą nadal owoce w postaci: przystępowanie do sakramentu pokuty z mocnym postanowieniem poprawy, życie w czystości młodzieży warmińskiej, powstawanie i rozwój stowarzyszeń abstynenckich, liczne przypadki nawróceń i przejść na religię katolicką.
W roku 1967 w 90.lecie objawień kardynał Stefan Wyszyński prymas Polski koronował obraz Matki Bożej z Sanktuarium w Gietrzwałdzie.
Ordynariusz warmiński bp Józef Drzazga 11 września 1977 roku wydal dekret zatwierdzający „kult objawień Matki Bożej w Gietrzwałdzie, jako nie sprzeciwiający się wierze i moralności chrześcijańskiej, oparty na faktach wiarygodnych, których charakteru nadprzyrodzonego i Bożego nie da się wykluczyć”.
Uroczystości odpustowe w Sanktuarium odbywają się 29 czerwca na św. Apostołów Piotra i Pawła, 15 sierpnia w święto Wniebowzięcie Najświętszej Maryi Panny oraz główne – Matki Bożej Gietrzwałdzkiej – 8 września w dniu Narodzenia Najświętszej Maryi Panny.
tekst z MIESIĘCZNIKA „MISERICORDIA” SANKTUARIUM MIŁOSIERDZIA BOŻEGO w Ożarowie Mazowieckim /Fronda.pl
***
Wynagradzamy za grzechy popełnione w naszej Ojczyźnie i modlimy się o wypełnienie się w niej Woli Bożej
***
Inicjatywa 24 Godzin Męki Pańskiej – ze szczególną intencją: za Polskę – została zapoczątkowana w sierpniu 2022 r. w jednej z parafii w Polsce i początkowo miała odbywać się tylko tam, ale najwyraźniej Boża Opatrzność chciała inaczej, bo już w następnym roku Męka została zaszczepiona w kolejnej parafii. Momentem przełomowym była ta organizowana w Siemianowicach Śląskich w październiku 2023 r., kiedy to dołączyło kilkadziesiąt miast w całej Polsce, w których również odbyło się to nabożeństwo.
To pokazało, że polscy katolicy mają silną wolę zjednoczenia się we wspólnej modlitwie za Ojczyznę, którą kochają i której los nie jest im obojętny, a Zbawiciel pragnie, aby na każdy skrawek polskiej ziemi, na każde miasto i na każdą wioskę spłynęła Jego drogocenna Krew, by je pobłogosławić i ochronić!
Sanktuarium Matki Bożej Gietrzwałdzkiej ul. Kościelna 4
Prowadzenie rozważań: Aleksandra Barnat, Rafał Piech, Tomasz Ustowski, Hanna Gwizdała Oprawa muzyczna: Michał Niemiec, o. Josip Magdić
***
Polska na Skale.
Nowenna w intencji Ojczyzny
Od 11 lutego do 15 kwietnia br. trwa Nowenna w intencji naszego Narodu. Zapraszamy do wspólnej modlitwy wszystkich, którym leży na sercu przyszłość naszej Ojczyzny.
W czasie dziewięciotygodniowej Nowenny, pod hasłem: Polska na Skale, modlimy się o Boże Miłosierdzie i o Bożą interwencję dla naszej Ojczyzny.
Pragnąc uczynić zadość Panu Bogu przede wszystkim za grzechy przez nas popełnione, każdego dnia, w czasie trwającej Nowenny, modlimy się na różańcu rozważając jedną z czterech Tajemnic, modlimy się Koronką do Bożego Miłosierdzia i modlimy się za naszą Ojczyznę modlitwą zatwierdzoną przez Kurię Biskupią Diecezji Warszawsko-Praskiej.Tekst tej modlitwy zamieszczony jest poniżej.
W każdą Niedzielę Komunię świętą przyjmujemy z intencją wynagradzającą za grzechy popełniane przez nas Polaków.
Uwieńczeniem Nowenny Polska na Skale będzie Msza święta w Święto Bożego Miłosierdzia. Wtedy łącząc się duchowo zawierzymy naszą Ojczyznę Miłosiernemu Jezusowi.
***
To bardzo ważne wydarzenie modlitewne w intencji naszej Ojczyzny jest inicjatywą zarówno wielu kapłanów, wspólnot katolickich jak również poszczególnych ludzi, którzy widzą wielką potrzebę ekspiacji . Tej Nowennie błogosławi Ksiądz Biskup Krzysztof Włodarczyk, ordynariusz diecezji bydgoskiej. W celu popularyzacji Nowenny istnieje strona internetowa, na której wyjaśniona jest jej intencja, wymienione są modlitwy, można pobrać plakat i inne materiały oraz zgłosić swój udział: polskanaskale.pl.
***
***
Różaniec – jedna część
„Gdyby Polacy bez przerwy odmawiali Różaniec w Gietrzwałdzie, nie musieliby walczyć o wolną Polskę, mieliby ją bez walki wolną”
bł. o. Honorat KoźmińskiOFMCap
***
Koronka do Bożego Miłosierdzia
„Przez odmawianie tej Koronki podoba Mi się dać wszystko, o co Mnie [ludzie] prosić będą” św. siostra Faustyna Kowalska (Dz. 1541)
***.
Modlitwa za Ojczyznęz prośbą o Bożą interwencję:
Boże, Ty jesteś Stwórcą wszystkiego co istnieje i Ojcem wielkiej rodziny ludzkiej. Powołałeś Ojczyznę naszą, Polskę, do przekazania światu iskry Bożego Miłosierdzia przygotowującej na powtórne przyjście Twojego Syna. Nie opuszczaj nas, mimo naszych grzechów, waśni, słabości i niewierności, pychy i egoizmu. Pragniemy Cię przebłagać i prosić, byś dał nam odczuwać Twoją Ojcowską obecność i dokonał zmartwychwstania serc naszych. Boże, Ty jesteś miłosierdziem i sprawiedliwością, nie pozwól nam zmarnować dziedzictwa świętego Jana Pawła II i naszych świętych Rodaków. Tobie powierzamy losy naszej Ojczyzny, jej teraźniejszość i przyszłość. Przez miłość do Matki Twojego Syna Jezusa, uchroń nas od słusznej kary za nasze grzechy i wybaw nas od głodu, ognia, wojny i zniszczenia. Dokonaj swojej Boskiej interwencji w obecnych czasach. Panie, bez mocy pochodzącej od Ciebie nic nie możemy uczynić, a z Tobą możemy wszystko. Spraw, by Polska była wierna Twojej woli, abyś mógł ją wywyższyć w potędze i świętości. Przez Chrystusa, Pana naszego. Amen.
Maryjo, Królowo Polski – módl się za nami.
Aniele Stróżu Polski – módl się za nami.
Święty Wojciechu – módl się za nami.
Święty Stanisławie – módl się za nami.
Święty Andrzeju Bobolo – módl się za nami.
Święta Faustyno – módl się za nami.
Święty Janie Pawle II – módl się za nami.
Wszyscy Polscy Święci i Patronowie nasi – módlcie się za nami.
(za zgodą Kurii Biskupiej Diecezji Warszawsko-Praskiej, 2284/K/2017)
***
Komunia Święta wynagradzająca za grzechy Polaków
Matka Boża zwróciła się pewnego dnia do św. Siostry Faustyny: „Córko moja, żądam od ciebie modlitwy, modlitwy i jeszcze raz modlitwy za świat, a szczególnie za Ojczyznę swoją. Przez dziewięć dni przyjmij Komunię św. wynagradzającą, łącz się ściśle z ofiarą Mszy św. Przez te dziewięć dni staniesz przed Bogiem jako ofiara, wszędzie, zawsze, w każdym miejscu i czasie — czy w dzień, czy w nocy, ilekroć się przebudzisz, módl się duchem. Duchem zawsze trwać na modlitwie można” (Dz. 325). Modlitwa wynagradzająca, czy też zadośćuczynienie, jest aktem wypływającym z miłości do Boga, o czym przypomina nam w ostatniej encyklice papież Franciszek: „Wraz z żarliwym wyznaniem miłości Jezusa Chrystusa, odnajdujemy również wewnętrzny rezonans nawołujący do oddania życia” (Dilexit nos, 164). Do nieba nie idziemy sami, jesteśmy za siebie nawzajem odpowiedzialni. Tak jak Chrystus, mamy oddać życie za braci. Dlatego komunia wynagradzająca, jak mówi o tym Matka Boża do św. Siostry Faustyny, jest związana z przyjęciem postawy żertwy. To ja sam, jednocząc się z Chrystusem, staję się ofiarą. Przypomniał nam o tym ostatnio papież Franciszek: „Zadośćuczynienie, które składamy w darze, to dobrowolnie przyjęte uczestnictwo w Jego odkupieńczej miłości i Jego jedynej ofierze. W ten sposób dopełniamy w naszym ciele «niedostatki udręk Chrystusa (…) dla dobra Jego Ciała, którym jest Kościół» (Kol 1, 24), i to sam Chrystus przedłuża za naszym pośrednictwem skutki swego całkowitego oddania się z miłości” (Dilexit nos, 201).
***
z dzienniczka siostry Faustyny
fot. archiwum Zgromadzenia Sióstr Matki Bożej Miłosierdzia
***
Często się modlę za Polskę, ale widzę wielkie zagniewanie Boże na nią, iż jest niewdzięczna. Nieustannie przypominam Bogu Jego obietnice miłosierdzia. Ojczyzno moja, ile ty mnie kosztujesz, nie ma dnia, w którym bym się nie modliła za ciebie. św. siostra Faustyna Kowalska (Dz. 118)
***
Kościelne święta nakazane w 2025 roku
fot. Piotr Tumidajski
***
Kodeks Prawa Kanonicznego zobowiązuje katolików do uczestnictwa w Mszy świętej i powstrzymywania się od prac niekoniecznych w niedzielę oraz święta nakazane. Czym są święta nakazane? W jakie dni wypadają one w 2025 roku?
Część świąt i uroczystości kościelnych ma stałe daty. Co roku BOŻE NARODZENIE obchodzimy 25 grudnia. Daty części świąt i uroczystości są ruchome – tak w przypadku m.in. WIELKANOCY, czy Uroczystości ZESŁANIA DUCHA ŚWIĘTEGO. Poniżej jest lista, w której wypisane są kościelne święta nakazane 2025 roku.
Kościelne święta, w których należy uczestniczyć we Mszy św.:
1 stycznia (środa) – Uroczystość Świętej Bożej Rodzicielki
6 stycznia (poniedziałek) – Uroczystość Objawienia Pańskiego (Trzech Króli)
20 kwietnia (niedziela) – Niedziela Zmartwychwstania Pańskiego (Wielkanoc)
1 czerwca (niedziela) – Wniebowstąpienie Pańskie
8 czerwca (niedziela) – Uroczystość Zesłania Ducha Świętego (Zielone Świątki)
19 czerwca (czwartek) – Uroczystość Najświętszego Ciała i Krwi Pańskiej (Boże Ciało)
15 sierpnia (piątek) – Uroczystość Wniebowzięcia Najświętszej Maryi Panny
1 listopada (sobota) – Uroczystość Wszystkich Świętych
25 grudnia (czwartek) – Uroczystość Narodzenia Pańskiego (Boże Narodzenie)
Inne ważne święta w Liturgii Kościoła w 2025 roku:
Kościelne święta nakazane to niejedyne święta i uroczystości w Roku Liturgicznym. W dni, w które przypadają inne ważne święta kościelne wierni nie mają obowiązku uczestniczenia we Mszy świętej i powstrzymywania się od prac niekoniecznych. Kościół zachęca jednak, aby, gdy jest to możliwe, również i wtedy uczestniczyć w liturgii:
2 lutego (niedziela) – Święto Ofiarowania Pańskiego (Matki Boskiej Gromnicznej)
19 marca (środa) – Uroczystość świętego Józefa, Oblubieńca Najświętszej Maryi Panny
25 marca (wtorek) – Uroczystość Zwiastowania Pańskiego
21 kwietnia (poniedziałek) – Poniedziałek Wielkanocny
9 czerwca (poniedziałek) – Święto Najświętszej Maryi Panny, Matki Kościoła
29 czerwca (niedziela) – Uroczystość Świętych Apostołów Piotra i Pawła
30 listopada – I Niedziela Adwentu
8 grudnia (poniedziałek) – Uroczystość Niepokalanego Poczęcia Najświętszej Maryi Panny
26 grudnia (piątek) – Święto św. Szczepana, pierwszego męczennika.
***
Bardzo zachęcam, aby przeczytać i dobrze zapamiętać słowa św.ojca Pio na temat Mszy świętej.
fot. youtube
***
Ojciec Pio MSZĘ ŚWIĘTĄ nazwał „przerażającą tajemnicą”. Zapewne z tego powodu trwała ona nawet kilka godzin.
Na zarzuty, że celebruje ten sakrament zbyt długo, odpowiadał: „Pan wie, że chcę odprawiać mszę świętą tak, jak inni to czynią, ale nie zawsze potrafię. Są takie chwile, że nie mogę iść naprzód. Czuję, że upadłbym, gdybym się nie zatrzymał”. Doskonale rozumiał ogromną wagę Eucharystii.
Dlatego te myśli o Eucharystii trzeba zapamiętać na zawsze:
1. Pan Bóg w Eucharystii składa nam pocałunki miłości. Zatem przyjmujmy z wielką wiarą i miłością Komunię Świętą.
2. W tych tak smutnych czasach śmierci wiary, triumfującej bezbożności, najbezpieczniejszym środkiem uchronienia się przed chorobą zakaźną, która nas otacza, jest wzmacnianie się pokarmem eucharystycznym. Rzeczą oczywistą jest, że nie może się nim wzmocnić ten, kto miesiącami nie karmi się ciałem nieskalanego Baranka Bożego.
3. Każda Msza święta, w której dobrze i pobożnie się uczestniczy, jest przyczyną cudownych działań w naszej duszy, obfitych łask duchowych i materialnych, których my sami nawet nie znamy. Dla osiągnięcia takiego celu nie marnuj bezowocnie twego skarbu, ale go wykorzystaj. Wyjdź z domu i uczestnicz we Mszy Świętej. Świat mógłby istnieć nawet bez słońca, ale nie może istnieć bez Mszy świętej
4. Póki nie jesteśmy pewni, że nasze sumienie jest obciążone ciężką winą nie należy zaprzestawać przyjmowania Komunii świętej.
5. Niegodni Jezusa jesteśmy wszyscy, ale to On nas zaprasza. On tego chce. Upokorzmy się przed Nim!
6. Przed Jezusem obecnym w Najświętszym Sakramencie wzbudzaj święte uczucia, rozmawiaj z Nim, módl się i trwaj w Objęciach Umiłowanego.
7. Jak mogę nosić w mym małym sercu Nieskończonego? Jak mogę zamykać Boga w małej celi mej duszy? Moja dusza napełnia się w bólu i miłości. Napełnia mnie trwoga, że nie zdołam zatrzymać Go w wąskiej przestrzeni mego serca.
„Widział Pana Jezusa w Hostii. To było coś nieprawdopodobnego!”. Ojciec Pio i Eucharystia.
fot. Fair use/Wikipedia
***
Ojciec Pio doskonale rozumiał istotę i wartość Eucharystii. “Świat mógłby istnieć nawet bez słońca, ale nie może istnieć bez Mszy świętej” – mówił.
Przez ponad 58 lat ojciec Pio codziennie uczestniczył w Eucharystii łącząc się duchowo z Chrystusem Ukrzyżowanym i Zmartwychwstałym. Eucharystia była dla niego – jak przypomniał Jan Paweł II podczas swego pobytu w San Giovanni Rotondo w dniu 23 maja 1987 roku – źródłem i szczytem, punktem oparcia oraz ośrodkiem całego życia i działania. Święty we Mszy św. widział całą Kalwarię, przeżywał ją jako wstrząsającą tajemnicę Męki Pańskiej.
Ojciec Pio doskonale rozumiał znaczenie Mszy świętej, dlatego nazwał ją przerażającą tajemnicą. Zapewne z tego powodu trwała ona nawet do trzech godzin! Na zarzuty, że celebruje ten sakrament zbyt długo, odpowiadał: „Pan wie, że chcę odprawiać Mszę świętą tak, jak inni to czynią, ale nie zawsze potrafię. Są takie chwile, że nie mogę iść naprzód. Czuję, że upadłbym, gdybym się nie zatrzymał”.
„Widziałem i przeżywałem – dzięki Ojcu Pio – niebo przy ołtarzu”
Ojciec Jerzy Tomziński, przełożony generalny Zgromadzenia Ojców Paulinów, uczestniczył we Mszy św. odprawianej przez o. Pio, 21 września 1962 roku. I wspomina, że to, co najbardziej wtedy przeżył, to moment konsekracji: „Ojciec Pio zachowywał się tak, jakby widział Chrystusa. Oparł się na ołtarzu, ręce położył tak, jakby obejmował krzyż, i patrzył na Hostię. On widział Pana Jezusa, że cierpi, że umiera. Widział Go w Hostii – to się ujawniło w jego twarzy. To było coś nieprawdopodobnego… Nie widziałem kapłana celebrującego, ale Mękę Pana Jezusa na Golgocie. Widziałem, Pan Jezus cierpi i umiera, że krew się leje. Widziałem i przeżywałem, dzięki Ojcu Pio – niebo przy ołtarzu”.
„Gdy jestem przy ołtarzu, czuję niekiedy dziwny ogień, który wypełnia całą moją osobę”
Ojciec Pio bardzo pragnął Eucharystii. Tak napisał w jednym z listów: „Miałbym wiele rzeczy do powiedzenia, lecz brakuje mi słów. Powiem tylko tyle, że uderzenia mojego serca stają się mocniejsze, gdy przebywam z Jezusem w Eucharystii. Nieraz wydaje mi się, że serce chciałoby mi wyskoczyć z piersi. Gdy jestem przy ołtarzu, czuję niekiedy dziwny ogień, który wypełnia całą moją osobę, niestety, nie jestem w stanie opisać go słowami”. Pytany zaś, co zawiera się w odprawianej przez niego Mszy św., odpowiadał, że cała Kalwaria.
Ksiądz Nello Castello zanotował niezwykłe wyznanie Świętego: „W czasie Mszy przeżywam trzy godziny agonii na krzyżu”. Włoski mistyk rozpoczynając Eucharystię otrzymywał łaskę widzenia całej ziemi i nieba, a nie tylko przenikania sumień pojedynczych osób – co działo się przy kratkach konfesjonału. Gdy przystępował do ołtarza, jego każdy krok naznaczony był cierpieniem i wydawało się że wstępował na Kalwarię. Już w chwili wypowiadania „Spowiadam się”… skupiał na ołtarzu grzechy świata, brał na siebie przewinienia wszystkich. Jego twarz przyjmowała wyraz całkowitego wyniszczenia. – Wyrok na grzesznika spada na mnie – mówił.
„Gdybym któregoś dnia został pozbawiony Komunii świętej – umarłbym”
Podczas Liturgii Słowa Święty często nie mógł powstrzymać łez. Nie tylko dlatego, że tak intensywnie przeżywał każde słowo, lecz również dlatego, że przepełniała go wdzięczność dla Boga, który zechciał przemówić do ludzi. Ofiarowanie było dla niego oczekiwaniem na przemienienie zwykłego chleba w „Chleb z nieba”. To było oczekiwanie „na wschód Słońca”. Podczas konsekracji dokonywało się – jak mawiał Ojciec Pio – „nowe cudowne zniszczenie i stworzenie”. Zniszczenie i stworzenie, czyli tajemnica ofiary Ukrzyżowanego, który ponosi haniebną śmierć „zaliczonego do złoczyńców”, aby stać się Eucharystią dla milionów.
Gdy Ojciec Pio wymawiał słowa konsekracji: „To jest Ciało moje…, To jest kielich Krwi mojej”, a słowa te wypowiadał bardzo wolno, sylabizował je, to rzeczywiście uczestniczył w tragedii Golgoty. Chrystus wyciskał na nim to, co sam przeżywał: miłość, cierpienie, śmierć… Jego Msza święta była całą Męką Zbawiciela, a uczestniczący w niej wierni stawali się częścią grupy osób modlących się na Kalwarii. Wreszcie nadchodził czas zjednoczenia. Komunia święta! Na ten moment Ojciec Pio bardzo czekał. Kiedyś powiedział: „Gdybym któregoś dnia został pozbawiony Komunii świętej – umarłbym”.
Uczestnicząc w Eucharystii warto mieć w pamięci słowa mistyka: „Każda Msza święta, w której dobrze i pobożnie się uczestniczy, jest przyczyną cudownych działań w naszej duszy, obfitych łask duchowych i materialnych, których my sami nawet nie znamy. Dla osiągnięcia takiego celu nie marnuj bezowocnie twego skarbu, ale go wykorzystaj. Wyjdź z domu i uczestnicz we Mszy Świętej. Świat mógłby istnieć nawet bez słońca, ale nie może istnieć bez Mszy świętej”.
KAI,opoka.org,adonai.pl,glosojcapio.pl,zś/Stacja7
Nigdy nie odchodziłbym od ołtarza
O. PIO (PUBLIC DOMAIN/WIKIMEDIA COMMONS)
***
„Ten pokorny kapucyn zadziwił świat swym życiem całkowicie poświęconym modlitwie i słuchaniu braci, na których cierpienie wylewał balsam miłości Chrystusa” – powiedział papież Franciszek nawiedzając miejsce, w którym podczas modlitwy w chórze zakonnym przed krucyfiksem 20 września 1918 roku, o. Pio otrzymał stygmaty. Lekarze obliczyli, badając go wielokrotnie, że z tych ran w ciągu 50 lat wypłynęło 3 400 litrów krwi. Rany krwawiły szczególnie podczas sprawowania Mszy świętej.
Cała Kalwaria w jego Mszy
21 września 1962 roku o. Jerzy Tomziński, przełożony generalny Zgromadzenia Ojców Paulinów, uczestniczył we Mszy św. odprawianej przez o. Pio. Swoje doświadczenie, szczególnie moment konsekracji tak opisał: „Ojciec Pio zachowywał się tak, jakby widział Chrystusa. Oparł się na ołtarzu, ręce położył tak, jakby obejmował krzyż, i patrzył na Hostię. On widział Pana Jezusa, że cierpi, że umiera. Widział Go w Hostii, to się ujawniło w jego twarzy. To było coś nieprawdopodobnego… Nie widziałem kapłana celebrującego, ale Mękę Pana Jezusa na Golgocie. Widziałem, jak Pan Jezus cierpi i umiera, że krew się leje. Widziałem i przeżywałem, dzięki Ojcu Pio, niebo przy ołtarzu”. Podobne wrażenia zanotował o. Bernardo Romagnoli: „Kiedy po raz pierwszy uczestniczyłem we Mszy św. odprawianej przez o. Pio, w momencie konsekracji zauważyłem na jego twarzy pewne ruchy i skurcze, które wtedy wydały mi się trochę dziwne, ale później zrozumiałem, że przeżywał on w tej chwili mękę Ukrzyżowanego. Rzeczywiście, było to widoczne, że podczas Mszy św. Ojciec Pio przeżywał na nowo mękę Jezusa, ofiarę miłości i cierpienia”.
Takie przeżywanie Eucharystii nie powinno dziwić, jeśli weźmiemy pod uwagę, jak bardzo Ojciec Pio jej pragnął. Tak napisał w jednym z listów: „Miałbym wiele rzeczy do powiedzenia, lecz brakuje mi słów. Powiem tylko tyle, że uderzenia mojego serca stają się mocniejsze, gdy przebywam z Jezusem w Eucharystii. Nieraz wydaje mi się, że serce chciałoby mi wyskoczyć z piersi. Gdy jestem przy ołtarzu, czuję niekiedy dziwny ogień, który wypełnia całą moją osobę, niestety, nie jestem w stanie opisać go słowami”. Pytany zaś, co zawiera się w odprawianej przez niego Mszy św., odpowiadał, że cała Kalwaria.
Wprowadzał wszystkich w inny wymiar
Znana pisarka Maria Winowska, która żyjąc w Paryżu napisała kilka książek, między innymi o Bożym Miłosierdziu. Przetłumaczyła na język francuski “Dzienniczek” św. siostry Faustyny. Również jest jej książka o stygmatyku z San Giovanni Rotondo pod tytułem: „Prawdziwe oblicze Ojca Pio”, w której opisuje Mszę św. odprawianą przez niego. Oto jej świadectwo: „Twarz jego przeobraża się, gdy stanął u stopni ołtarza. Nie trzeba być mędrcem, żeby zrozumieć, że znalazł się w świecie dla nas niedostępnym. Nagle pojmuję, dlaczego Msza odprawiana przez niego przyciąga tłumy, dlaczego je przykuwa i podbija. Od pierwszej chwili jesteśmy raptownie wciągnięci w głąb tajemnicy. Jak niewidomi otaczający widzącego. Jesteśmy bowiem ślepcami, przebywającymi za granicami rzeczywistości. To właśnie jest posłannictwem mistyków. Oni przywołują do życia nasze wewnętrzne oczy, które uległy zanikowi, oczy przeznaczone do oglądania olśniewającej jasności, nieporównywalnie potężniejszej od światła widzialnego okiem śmiertelnika… Od siebie mogę powiedzieć, że w San Giovanni Rotondo okryłam w ofierze Mszy świętej otchłanie miłości i światła, przedtem zaledwie dostrzegalne. Ten moment jest bardzo ważny… Jego zadaniem nie jest robienie «czego innego», ani też «lepiej niż inni», ale uprzystępnienie nam zrozumienia, przeżycia i wchłonięcia w siebie tej jedynej w świecie ofiary, jaką jest Msza święta… Bo trzeba być ślepym, żeby nie wiedzieć, że człowiek, który przystąpił do tego ołtarza, cierpi. Jego krok jest ciężki i chwiejny. Niełatwo jest stąpać na przebitych stopach. Ramiona ciężko się opierają na ołtarzu, gdy go całuje. Zachowuje się jak ranny w ręce, zmuszony do oszczędzania każdego ruchu. Wreszcie, uniósłszy głowę, wpatruje się w krzyż. Mimo woli odwracam oczy, jak gdyby lękając się podpatrzeć tajemnicę miłości. Twarz kapucyna, przed chwilą wyrażająca jowialną uprzejmość, ulega przeobrażeniu. Przechodzą przez nią fale wzruszenia, jak gdyby niewidzialne siły powołujące go do walki napełniały go kolejno obawą, radością, smutkiem, trwogą, bólem. Rysy jego odzwierciedlają tajemny dialog. Protestuje, potrząsa głową przecząco, czeka na odpowiedź. Całe ciało sprężyło się w milczącym błaganiu (…). Czas stanął. A raczej czas przestał się liczyć. Wydaje mi się, że ten ksiądz przykuty do ołtarza wprowadził nas wszystkich w inny wymiar, gdzie trwanie zmieniło znaczenie”.
Eucharystia w centrum życia
Ojciec Pio święcenia kapłańskie przyjął w katedrze w Benevento 10 sierpnia 1910 r., a na swoim obrazku prymicyjnym napisał: „Jezu, moje pragnienie i życie moje, kiedy dziś drżący Cię unoszę w tajemnicy miłości, spraw, abym był dla świata drogą, prawdą, życiem, a dla Ciebie świętym kapłanem, ofiarą doskonałą”. Ojciec Pio wspominając swoje dzieciństwo tak mówił: „Miałem wtedy pięć, może sześć lat. Wtedy nad wielkim ołtarzem ukazało mi się Serce Pana Jezusa i uczyniło znak, abym się zbliżył do ołtarza. Pan Jezus położył rękę na mojej głowie, pragnąc w ten sposób potwierdzić, że podoba Mu się to moje postanowienie ofiarowania się i poświęcenia Jemu…”.
Ks. Andrzej Antoni Klimek taki daje komentarz do tego wydarzenia: “Te słowa uzmysławiają nam, jak ważne jest budowanie duchowości eucharystycznej w dzieciach, zwłaszcza w dzieciach przystępujących do Pierwszej Komunii Świętej. Jak ważna jest każda Msza święta i jaką stratą jest każda Msza święta, którą opuszczamy. W czasach Ojca Pio odprawiana przez niego Msza o czwartej lub piątej rano wpływała na rozkład autobusów i godziny otwarcia hoteli w San Giovanni Rotondo. Jego sakramentalna posługa przyciągała tysiące wiernych i ludzie już od 2.30 oczekiwali w kościele. Życie „kręciło się” wokół Eucharystii i Sakramentu Pokuty. Wiemy też, że Ojciec Pio często odmawiał rozgrzeszenia penitentom, którzy wyznawali, iż zaniedbywali Mszę św. niedzielną. Bolał nad ich niefrasobliwością i tylko kiedy widział ich szczery żal, odpuszczał grzech. W ten sposób uczył, że każda Najświętsza Ofiara ma bezgraniczną wartość. Każda! A ileż razy my z wielką niefrasobliwością dyspensujemy się z niedzielnej Eucharystii? Ile razy dopiero na pytanie kapłana wyznajemy w konfesjonale jej zaniedbanie? Jak słabe albo wręcz nieobecne jest w nas pragnienie Eucharystii. Kto z nas może powtórzyć za Ojcem Pio: „Serce czuje się, jakby było przyciągane przez nieokreśloną, wyższą siłę, zanim rankiem zjednoczy się z Nim w Eucharystii. Odczuwam tak wielki głód i pragnienie połączenia się z Jezusem, że niewiele brakuje, żebym umarł z tęsknoty za Nim, a ponieważ nie mogę żyć bez przyjęcia Go, zdarzało się, że nawet z wysoką gorączką byłem zmuszony udać się posilić Jego Ciałem. Ów głód i pragnienie, zamiast ulec zaspokojeniu, wzmagały się jeszcze bardziej po przyjęciu Jezusa”?
***
wtorek 11 lutego
Matki Bożej z Lourdes i Światowy Dzień Chorego
11 lutego obchodzimy Światowy Dzień Chorego, który został ustanowiony przez papieża Jana Pawła II w 1992 r. Jako dzień obchodów Ojciec Święty wybrał wspomnienie Najświętszej Maryi Panny z Lourdes, wskazując na nadzieję, jaką niesie wstawiennictwo Maryi w chorobie i cierpieniu.
Adobe Stock
***
Światowy Dzień Chorego św. Jan Paweł II ustanowił w liście do ówczesnego przewodniczącego Papieskiej Rady Duszpasterstwa Służby Zdrowia kard. Fiorenzo Angeliniego, który wystosował 13 maja 1992 roku, a więc w inne święto maryjne związane z objawieniami Matki Bożej w Fatimie.
Pisząc o swojej inicjatywie podkreślił, że celem Dnia Chorego jest pobudzenie wrażliwości całego Kościoła „na konieczność zapewnienia jak najlepszej opieki chorym; pomagania chorym w dostrzeżeniu wartości cierpienia na płaszczyźnie ludzkiej, a przede wszystkim na płaszczyźnie nadprzyrodzonej”. Już wtedy papież sam był osobą cierpiącą, rok wcześniej bowiem zdiagnozowano u niego chorobę Parkinsona.
Obie te daty – listu i samego Dnia Chorego – upamiętniają dwa ważne wydarzenia z życia Kościoła katolickiego: 13 maja to wspomnienie pierwszego objawienia maryjnego w portugalskiej Fátimie (1917 r.), a 11 lutego obchodzimy wspomnienie pierwszego ukazania się Maryi św. Bernardecie Soubirous w Lourdes (1858 r.). Tak więc duchowym natchnieniem chorych i ich opiekunów, w tym dniu jest Matka Najświętsza.
Warto dodać, że kilka lat wcześniej (1984) też w dniu 11 lutego Jan Paweł II ogłosił list apostolski „Salvifici doloris” – o chrześcijańskim sensie cierpienia.
Obchody Światowego Dnia Chorego w Polsce
W tym dniu w wielu kościołach organizowane są Msze święte z obrzędem namaszczenia chorych, a na szczeblu diecezjalnym biskupi zapraszają chorych, ich rodziny, opiekunów i pracowników służby zdrowia na uroczystą liturgię do katedry, organizowane są też Msze w szpitalach i hospicjach.
Objawienia w Lourdes
Ustanowienie Światowego Dnia Chorego we wspomnienie Najświętszej Maryi Panny z Lourdes jest znaczące. Do groty, w której 14 letniej Bernardecie Soubirous 11 lutego 1858 roku ukazała się „Jasna Pani”, pielgrzymowali chorzy od połowy XIX wieku. Wielu pielgrzymów zostało uzdrowionych w sposób uznany za cudowny.
Początek objawień miał miejsce dokładnie 165 lat temu. Młoda Bernadeta zbierając suche drewno na opał, weszła do groty, gdzie usłyszała dźwięk, który brzmiał jak podmuch wiatru. „Zobaczyłam Panią ubraną na biało: miała na sobie suknię, welon, niebieski pas i żółtą różę na każdej stopie”. Bernadetta uczyniła znak krzyża i odmówiła z Panią różaniec. Po zakończeniu modlitwy Pani nagle znikła.
Do 16 lipca 1858 r. miało miejsce jeszcze siedemnaście innych objawień. Maryja, Matka Jezusa przedstawiła się dziewczynce jako „Niepokalane Poczęcie”, co zostało odczytane jako potwierdzenie dogmatu ustanowionego przez Kościół 4 lata wcześniej.
18 lutego Maryja wypowiedziała znamienne słowa: „Nie obiecuję ci szczęścia na tym świecie, ale w przyszłym”. Trzy dni później wezwała: „Módlcie się za grzeszników”, a po kolejnych trzech dniach: „Pokutujcie! Pokutujcie! Pokutujcie!”. Prosiła też, by księża wybudowali przy grocie kaplicę, i aby przychodzono tam w procesji.
W grocie Massabielskiej wskazała Bernadecie miejsce, z którego wytrysnęło źródło. Wkrótce wydarzył się pierwszy cud: mieszkanka Lourdes umoczyła sparaliżowaną rękę w wodzie wypływającej ze źródła i została uleczona.
Mistyczne spotkania Bernadety z Matką Bożą zakończyły się 16 lipca 1858 roku, cztery lata później (1862) Kościół potwierdził autentyczność objawień.
Bernadeta rozpoczęła nowicjat u sióstr posługujących chorym (Soeurs de la Charité et de l’Instruction Chrétienne de Nevers). W 1866 r. na zawsze opuściła Lourdes, przenosząc się do domu zgromadzenia w Nevers. – Moja misja w Lourdes jest skończona – oświadczyła. Rok później złożyła śluby zakonne. Została pomocnicą pielęgniarki w klasztornej infirmerii.
Zdrowie Bernadety stale się pogarszało. Ostatnie pół roku spędziła w łóżku, które nazywała „białą kaplicą”. Umarła 16 kwietnia 1879 r. Miała zaledwie 35 lat. Została kanonizowana w 1933 roku.
Cuda w Lourdes
Od czasu objawień zanotowano w sanktuarium tysiące uzdrowień. Od lat 60. XIX wieku specjalna kościelna komisja oficjalnie uznała 70 z nich za cudowne, niewytłumaczalne z medycznego punktu. Ponad 80 proc. uznanych przez Kościół cudów dotyczy kobiet.
W 2006 r. Międzynarodowy Komitet Medyczny zaproponował nowe zasady orzekania w tych sprawach. Obok kryteriów naukowych, w ocenie uzdrowień, jakie się tam dokonują, brana jest teraz pod uwagę również wiara osoby uzdrowionej i świadectwo jej życia chrześcijańskiego. Badanie każdego uzdrowienia obejmuje trzy etapy, w wyniku których orzeka się kolejno o uzdrowieniu „niespodziewanym”, „potwierdzonym” i „o charakterze wyjątkowym”, gdyż trudno jest jednoznacznie określić, co jest zasługą medycyny, a co dziełem nadzwyczajnej interwencji Bożej, zaznacza współprzewodniczący Komitetu prof. François-Bernard Michel, francuski lekarz z Narodowej Akademii Medycyny Francji.
Obok pojęcia cudu, które nie uległo zmianie, zostało wprowadzone pojęcie „wiarygodnego świadectwa osób, których wyleczenie jest związane z Lourdes”. Międzynarodowy Komitet Medyczny zaczął zajmować się także przypadkami uleczenia z chorób psychicznych i umysłowych. Wiele osób, chorych na depresję czy przeżywających osobiste problemy, po pielgrzymce do sanktuarium odzyskuje ochotę do życia, widzi na nowo jego sens – twierdzi prof. Michel. Uzdrowienie obejmują więc nie tylko aspekty fizyczne, ale i psychiczne, emocjonalne i duchowe.
Pielgrzymki
„Idź i powiedz księżom, żeby ludzie przychodzili tutaj w procesji i że powinna być zbudowana kaplica” – nakazała Matka Boża Bernadecie.
Do Lourdes pielgrzymi przybywają z całego świata, by zapalić świece w grocie, dotknąć skały, na której według Soubirous objawiła się Dziewica, przyłączyć się do śpiewów procesji odbywających się dwa razy dziennie, uczestniczyć we Mszy świętej, przyjąć Komunię, wykąpać się i napić się świętej wody ze źródełka. Szczególne miejsce w Lourdes zajmuje Zakon Kawalerów Maltańskich, który od lat towarzyszy ludziom chorym, zwłaszcza niepełnosprawnym.
Papieże w Lourdes
Wśród pielgrzymujących do Lourdes znalazło się dwóch papieży. Jan Paweł II miał tu przyjechać w 1981 r., by wziąć udział w odbywającym się tam 42. Międzynarodowym Kongresie Eucharystycznym. Uniemożliwił to zamach z 13 maja 1981 r. Papież odwiedził sanktuarium dwa lata później: 14 i 15 sierpnia 1983 r., kiedy przypadała 125. rocznica objawień i 50. rocznica kanonizacji Bernadety. W grocie Massabielskiej Jan Paweł II – tak jak robią to pielgrzymi – zapalił świecę, napił się wody ze źródła, dotknął skały, na której ukazywała się Maryja, bardzo długo modlił się w ciszy, po czym odmówił różaniec. A przemawiając, podkreślił, że w Lourdes „Dziewica bez grzechu przyszła z pomocą grzesznikom. Ukazała nową i nieustanną aktualność pierwszych słów Jezusa w Ewangelii: «Nawróćcie się i wierzcie w Ewangelię»”.
Po raz drugi przyjechał do Lourdes w 2004 r., również 14-15 sierpnia, w 150. rocznicę ogłoszenia dogmatu o Niepokalanym Poczęciu Najświętszej Maryi Panny. Była to jego ostatnia zagraniczna podróż, w czasie której z największym wysiłkiem dokończył odprawianie Mszy św. Kilka miesięcy przed śmiercią, siedząc na wózku inwalidzkim jako „chory pośród chorych”, drżącym głosem wypowiedział w grocie Massabielskiej przejmujące słowa: „Ze wzruszeniem odczuwam, że dotarłem do kresu mej pielgrzymki”. Mieszkał w jednym z pokojów domu opieki dla chorych.
Jego następca Benedykt XVI przejechał do Lourdes w 2008 r. z okazji 150. rocznicy objawień. Spędził w sanktuarium trzy dni. Odwiedził cztery etapy „drogi jubileuszowej”, którą w tamtym roku przemierzali pielgrzymi: kościół parafialny pw. Najświętszego Serca Pana, w którym ochrzczona była św. Bernadeta; Le Cachot – dawne więzienie, gdzie mieszkała uboga rodzina św. Bernadety w okresie objawień; grotę Massabielską oraz kaplicę szpitalną, gdzie Bernadeta przyjęła I Komunię św. Wziął udział w procesji Maryjnej z zapalonymi świecami i w procesji eucharystycznej. W jednej z homilii ukazał Maryję jako nauczycielkę modlitwy, która powinna być aktem miłości do Boga i ludzi. „Gdy modlimy się z Maryją, nasze serca otwierają się na tych, którzy cierpią” – powiedział Benedykt XVI.
Sanktuarium narodowe
Sanktuarium w Lourdes ma status sanktuarium narodowego Francji. Szacuje się, że co roku przybywa tutaj ok. 6 milionów pielgrzymów. Na 52 hektarach powierzchni znajdują się 22 budowle. Do najczęściej odwiedzanych należą: grota Massabielska, górująca nad nią bazylika Niepokalanego Poczęcia, dolna Bazylika Różańcowa oraz pobliska podziemna bazylika św. Piusa X. Tę ostatnią poświęcił w 1958 r. w stulecie objawień legat papieski, patriarcha Wenecji, kard. Angelo Giuseppe Roncalli, który kilka miesięcy później został papieżem Janem XXIII.
Tygodnik Niedziela/Kai
***
Moc Maryi płynąca z Lourdes
(stock.adobe.com)
***
Cudowne uzdrowienia duchowe i fizyczne, które dokonały się w Sanktuarium Matki Bożej w Loudres wprawiają w zadziwienie. Oficjalnie Kościół uznał ich już 71. Ostatnie niecały tydzień temu. Kiedy poznaje się historię uzdrowionych osób, można powiedzieć tylko jedno – jak tu nie wierzyć w Boże cuda?
Genialny ateista poprosił Matkę z Loudres o łaskę wiary i ją otrzymał
Alexis Carrel urodził się w roku 1873, w katolickiej rodzinie fabrykantów, w znanym francuskim mieście Lyon. Jak wiadomo, jest to miasto założone jeszcze za czasów Cesarstwa Rzymskiego, na podbitych ziemiach Galów. W Lyonie do dziś są zachowane ruiny rzymskiego amfiteatru, na którym ginęli pierwsi chrześcijanie. Choć Alexis odebrał staranne, katolickie wychowanie, był ochrzczony i przyjął kolejne sakramenty, to jednak podczas studiów medycznych na Uniwersytecie w Lyonie dał się omamić „kultem wiedzy”. Młody Carrel stracił wiarę i pogrążył się w mrokach ateizmu.
Jako, że miał wybitny talent, skończył studia z wyróżnieniem i został chirurgiem. Rozpoczął też karierę naukową. W krótkim czasie obronił doktorat z nauk medycznych. Fascynował się również filozofią. Jednak jego mistrzami nie stali się prawdziwi miłośnicy mądrości, ale ci o których autor psalmów mówi „Głupi mówi w swoim sercu: Nie ma Boga”. Dokładnie chodzi tu o dwóch wojujących ateistów. Jeden to Fryderyk Nietzsche, największy idol Adolfa Hitlera, a drugi to Karol Marks, twórca ideologii komunizmu, która pochłonęła miliony ludzkich istnień.
Alexis Carrel, tak jak tych dwóch osobników, których nazwiska u większości ludzi budzą dziś grozę i obrzydzenie, wierzył w iluzję, że człowiek może zbudować szczęśliwy świat bez Boga. Było tak aż do maja – roku niesamowitego nawrócenia Alexisa. Jako, że maj jest miesiącem Maryjnym, w którym wszędzie tam gdzie żyją katolicy, słychać słowa modlitwy Litanii Loretańskiej, ruszyły z całej Francji pielgrzymki do Sanktuarium w Loudres. Do tego miejsca objawień Maryjnych najczęściej jadą osoby chore. Tak się złożyło, że pielgrzymka chorych z Lyonu nie miała lekarza, który mógłby służyć cierpiącym. Usilnie proszono doktora Alexisa o asekurowanie chorym podczas peregrynacji. Ten po długim namyśle zgodził się, ale jedynie dlatego, że chciał udowodnić sam sobie, iż uzdrowienia w Loudres są bajką, zmyśloną przez ludzi uwiedzionych chrześcijaństwem.
Alexis jako lekarz okazał się bardzo potrzebny pielgrzymom. Szczególnie jednej z młodych kobiet – Marie Baily. Choć miała ona jedynie 21 lat była umierająca. Jej zdrowie zniszczyła gruźlica, która w tamtych czasach, kiedy nie znano jeszcze antybiotyków, zbierała śmiertelne żniwo.
Marie była w ostatnim stadium gruźlicy otrzewnej. Alexis bardzo jej współczuł, z trudnością patrzył na jej brzuch, spuchnięty od nadmiaru wody, na to jak spluwała do wiadra krwią i była tak słaba, że sama nie potrafiła utrzymać się na nogach. Jej serce biło już bardzo słabo. Doktor, troszczył się o Marie, jak najlepiej potrafił, jednak nie był w stanie, odpędzić śmierci, szybko zbliżającej się do jego pacjentki.
Kiedy doktor Alexis, na stacji Loudres, wynosił Marie na rękach z wagonu i sadzał ją na wózek, poczuł jak jakaś twarda skorupa, do tej pory ściskająca jego serce, nagle pęka. Niesamowite ciepło, jakby jakieś wielkie światło rozgrzewa i rozjaśnia jego duszę. Jak najszybciej mógł, pchał przed siebie wózek, na którym siedziała Marie, z której szybko uchodziło życie. W pewnej chwili poczuł, że z jego oczu płyną łzy, a usta zaczęły szeptać słowa modlitwy: „O Panno Święta, jakże chciałbym wierzyć, jak ci wszyscy nieszczęśliwi, że to źródło cudowne nie jest tylko tworem naszej wyobraźni! Uzdrów tę biedną dziewczynę, ona zbyt wiele wycierpiała. Daj jej żyć, a mnie daj wiarę. Jeśli ta dziewczyna wyzdrowieje, co wydaje się absurdem, spraw, bym mógł uwierzyć”.
Kiedy dotarli do groty, wypłakał już wszystkie łzy jakie miał. Przed miejscem, w którym Matka Boża objawiła się 14-letniej pastuszce Małgorzacie Soubirous, stało już mnóstwo ludzi. Kapłan rozpoczął odprawiać nabożeństwo. W pewnym momencie powiedział „Wznieście ręce do góry i proście o uzdrowienie swoich dusz z chorób grzechu, które mogą pozbawić was życia wiecznego w niebie. Proście też o uzdrowienie z chorób ciała, które mogą je zabić i całkowicie podporządkujecie się woli Bożej, jaka by ona nie była”.
Kiedy jeszcze nie wybrzmiały słowa księdza, coś kazało doktorowi Alexis spojrzeć na swoją młodą pacjentkę. Im dłużej patrzył, tym większe ogarniało go zdumienie. Najpierw z twarzy Marie zniknęły sine plamy. Zamiast nich na pięknym obliczu młodej dziewczyny pojawiły się zdrowe rumieńce. Oddech, który jeszcze przed chwilą był płytki i nierównomierny – wyrównał się i pogłębił. Na oczach doktora mocno nabrzmiały od wody brzuch Marie stopniał, jak górka śniegu przygrzana promieniami słońca. Po chwili pełna sił młoda kobieta wstała z wózka, podniosła ręce do góry i zaczęła dziękować Bogu i Maryi za uzdrowienie.
Doktor Alexis Carrel był w szoku, wszystkie jego materialistyczno – ateistyczne poglądy w jednej chwili spłonęły na popiół. Z tego popiołu, jak feniks, zrodził się nowy człowiek, głęboko wierzący głosiciel Ewangelii i jako taki Alexis Carrel przeszedł do historii. A oprócz tego jako genialny naukowiec i laureat nagrody Nobla, za pionierskie prace w dziedzinie transplantologii, chirurg – który jako pierwszy opracował zabieg zszycia tkanek, co umożliwiło przeszczep narządów m.in. serca.
Uzdrowienia w Loudres nadal trwają
Do tej pory Watykan uznał już 71 cudownych uzdrowień duchowych i fizycznych za wstawiennictwem Najświętszej Maryi Panny z Lourdes. Najnowszy cud, który uznano za pewny, dokonał się w roku 2008. Wówczas zdrowie odzyskała sparaliżowana siostra Bernadette, francuska zakonnica ze Zgromadzenia Oblatek Najświętszego Serca Jezusowego. Cud ten został ogłoszony 11 lutego 2018 roku. Co nie znaczy, że nie ma już cudownych uzdrowień w Loudres. Znaczy to jedynie, to co zawsze znaczyło, że „kościelne młyny mielą powoli”. Tę starą prawdę potwierdza ogłoszenie 5 lipca 2025 roku, przez Sanktuarium Matki Bożej w Lourdes, 71. cudu, który się tu wydarzył w lipcu 1923 roku.
Podczas bitwy pod Gallipoli (obecnie Turcja) Anglik – John Jack Traynor o mało co nie stracił życia w szarży na bagnety. Kula z karabinu maszynowego spowodowała u niego niedowład prawej ręki. Johnowi groziła także amputacja kończyny.Po tej kontuzji Traynor nabawił się również epilepsji. Przeszedł kilka operacji, które zakończyły się niepowodzeniem. Lekarze próbowali wyleczyć u niego padaczkę, ale przeprowadzona trepanacja doprowadziła dodatkowo do częściowego paraliżu nóg.
Jego stan był bardzo zły. Wczesnym latem 1923 roku John został skierowany do Hospicjum dla Nieuleczalnie Chorych. Przyjęcie do ośrodka zaplanowano na 24 lipca 1923 roku. Mężczyzna postanowił, że wcześniej pojedzie do Lourdes. Błagał Matkę Bożą o łaskę zdrowia.Traynor został uzdrowiony za wstawiennictwem Maryi 25 lipca po zanurzeniu w basenach sanktuarium i wzięciu udziału w procesji eucharystycznej i błogosławieństwie chorych. Kiedy wrócił do domu, poddał się szczegółowym badaniom lekarskim. Medycy byli zdumieni. John całkowicie powrócił do zdrowia. Rany na jego ciele się zagoiły, a drgawki ustąpiły. Co ciekawe, otwór w jego czaszce, który powstał podczas jednej z operacji, również znacznie się zmniejszył. Gdy John był sparaliżowany, nie mógł mieć dzieci, których tak bardzo pragnął. Po uzdrowieniu, on i jego żona doczekali się ich kilkoro.
Adam Białous/PCh24.pl
***
Franz Werfel: w czasie wojny ukrywał się w Lourdes, a potem napisał „Pieśń o Bernadecie”
Wikipedia | Domena publiczna
***
On, Żyd urodzony w Pradze, wychowany przez katolicką nianię, niezbyt przejęty do tej pory kwestiami religii i wiary wyznaje, że wszystkie wydarzenia, które miały miejsce w Lourdes w 1858 r. są prawdą. I składa nieoczekiwany ślub: „Jeśli dotrzemy do Ameryki, zaśpiewam pieśń Bernadety najpiękniej, jak potrafię”.
Franz Viktor Werfel, niemieckojęzyczny Żyd, urodzony w Pradze, w 1890 r. znany jako dramaturg i satyryk, ośmieszający reżim Hitlera. Aż do Anschlussu Austrii mieszkał w Wiedniu. W 1938 r. uciekł, razem z żoną, do Paryża. Nigdy nie słyszał o Lourdes, choć od objawień minęło 80 lat. Ale to on jest autorem Pieśni o Bernadecie, jednego najpiękniejszych tekstów, jaki powstał o niezwykłej dziewczynie z Pirenejów i jej rozmowach z Maryją. Jak to się stało?
Ucieczka… w ramiona Maryi
„W ostatnich dniach czerwca 1940 roku, w ucieczce po upadku Francji, oboje, moja żona i ja, mieliśmy nadzieję uniknąć naszych śmiertelnych wrogów na czas, aby przekroczyć granicę hiszpańską do Portugalii, ale musieliśmy uciekać z powrotem w głąb Francji, w tę samą noc, kiedy wojska niemieckie zajęły przygraniczne miasto Hendaye. Departamenty Pirenejów zamieniły się w fantasmagorię – bardzo obóz chaosu” – pisze Werfel w bardzo osobistej przedmowie do Pieśni o Bernadecie. To ten moment w historii pisarza, gdy uciekając przed Niemcami dociera do Lourdes, niewielkiej miejscowości w Pirenejach. Ścigany przez gestapo ukrywa się w pokojach wynajmowanych u ludzi.
„Ta dziwna migracja ludzi wędrowała po tysiącach dróg, blokując miasta i wsie: Francuzów, Belgów, Holendrów, Polaków, Czechów, Austriaków, wygnanych Niemców; i, zmieszani z nimi, żołnierze pokonanych armii. Ledwo wystarczało na jedzenie, aby powstrzymać skrajne napady głodu. Nie było schronienia. Każdy, kto wszedł w posiadanie tapicerowanego krzesła na nocny odpoczynek, był obiektem zazdrości. Nie było benzyny” – pisał Werfel i dodawał, że to od pewnej rodziny osiadłej w Pau dowiedzieli się, że Lourdes jest jedynym miejscem, w którym, przy odrobinie szczęścia, można znaleźć dach. „Ponieważ Lourdes znajdowało się zaledwie trzydzieści kilometrów dalej, poradzono nam, abyśmy podjęli próbę i zapukali do jej bram. Poszliśmy za tą radą i znaleźliśmy wreszcie schronienie w małym miasteczku Lourdes u podnóża Pirenejów” – notował. Werfel, choć niewiele wie o miasteczku, niemal od razu poznaje niezwykłą historię maryjnych objawień. Ludzie mówią chętnie, opowiadają też o Bernadecie. A on jest pisarzem i umie słuchać.
Ślub złożony Matce Bożej
W czasie pięciu tygodni pobytu w Lourdes nasiąka tajemnicą spotkania dziewczyny z Matką Jezusa. Opowieści zapadają w nim tak głęboko i mocno, że nie potrafi przestać o nich myśleć. Urzeczony wyznaje, że wierzy, że to wszystko prawda. On, Żyd urodzony w Pradze, w zamożnej rodzinie, wychowany przez katolicką nianię, mówiący po niemiecku, niezbyt przejęty do tej pory kwestiami religii i wiary wyznaje, że wszystkie wydarzenia, które miały miejsce w Lourdes w 1858 r. są prawdą. I – zaskakując siebie i żonę – składa nieoczekiwany ślub: „Jeśli dotrzemy do Ameryki, zaśpiewam pieśń Bernadety najpiękniej, jak potrafię”.
Po pięciu tygodniach pobytu i ukrywania się w Lourdes Werflowie wyruszają do Prowansji. Trafiają do obozu w Les Milles koło Aix-en-Provence, stamtąd zostają zwolnieni dzięki interwencji amerykańskich organizacji i przyjaciela, Thomasa Manna. We wrześniu 1940 r. wyruszają pieszo przez Hiszpanię do Portugalii, skąd w październiku wypływają do Nowego Jorku. Pragnienie napisania o Bernadecie – i zobowiązanie – które Werfel podjął, dojrzewają w jego sercu w czasie podróży przez ocean. Już rok później w USA ukazuje się powieść pt. Pieśń o Bernadecie.
Światowy bestseller
Książka jest wydarzeniem, ma aż 619 stron, trafia na listę bestsellerów New York Timesa i jest na niej obecna przez cały rok, zajmując pierwsze miejsce przez trzynaście tygodni. Trwa wojna, a mimo film oparty na Pieśni… powstaje już w 1943 r. a Jennifer Jones, która zagrała Bernadetę, dostaje za tę rolę Oscara. „To powieść, ale to nie jest fikcja” – pisze we wstępie Werfel i zaraz dodaje: „Odważyłem się napisać Pieśń o Bernadecie, mimo że nie jestem katolikiem. Pewnego dnia, w okresie największych utrapień, uczyniłem ślub, że jeśli będzie mi dane wydostać się z beznadziejnego położenia i wylądować szczęśliwie u zbawczych wybrzeży Ameryki, to przed rozpoczęciem jakiejkolwiek innej pracy zaśpiewam światu pieśń o Bernadecie, najpiękniej, jak tylko potrafię. Swoje ocalenie zawdzięczam Maryi, ślubowanie złożone wypełniam”.
Franz Werfel zmarł w 1945 r. w Los Angeles, po Pieśni o Bernadecie napisał jeszcze trzy książki. Jednak to powieść o biednej dziewczynie z Lourdes przyniosła mu sławę, doczekała się wielu przekładów i wznowień.
„Głupia prostaczka”, której objawiła się Maryja. Poruszająca historia Bernadety Soubirous
***
Bernadeta wciąż trwała przy danej jej przez Maryję słodko-gorzkiej obietnicy: „Obiecuję ci szczęście, ale nie na tej ziemi” i to pewnie z niej czerpała siły do przyjmowania z dziękczynieniem cierpienia i upokorzeń.
Od pierwszego objawienia w Lourdes w lutym 1858 roku ludzie traktowali małą wizjonerkę jak dzikie zwierzątko. Zresztą, po pewnym czasie Bernadeta sama czuła się zaszczuta. Ciągle ktoś chciał z nią rozmawiać, dyskutować albo przynajmniej na nią popatrzeć.
Bernadeta Soubirous schowała się w… klasztorze
Nie chciała sobą przesłaniać treści samych objawień – była świadoma, że teraz przyszedł czas działania Maryi. Rozwiązanie wkrótce przyszło samo: niewiele po ostatniej wizji zachorowała na zapalenie płuc. Leczyła się w szpitaliku Sióstr Miłosierdzia z Nevers i musiało to być dobre doświadczenie, bo postanowiła wstąpić do tego zgromadzenia i tak uciec przed ciekawskimi.
Nie miała wykształcenia i była prosta w obejściu, więc nadawała się tylko do tzw. drugiego chóru, czyli sióstr pracujących fizycznie. Jednak równocześnie była chora na astmę i ogólnie słabego zdrowia, co wykluczało ciężkie prace. Przyjęto ją dzięki protekcji biskupa miejsca. Próg klasztoru przekroczyła 7 lipca 1866 roku wraz z dwiema innymi aspirantkami, mając 22 lata.
Na drugi dzień przełożone zebrały całą wspólnotę (trzysta sióstr) w głównej sali i Bernadeta po raz pierwszy i ostatni opowiedziała im historię objawień. Od tego momentu miała być jedną z sióstr, a do tematu wizji nie wolno było wracać. Przynajmniej w gronie sióstr, bo do furty wciąż pukali dziennikarze (ci byli odsyłani) i osoby duchowne, w tym historycy, którzy „przesłuchiwali” s. Marię Bernardę. Cierpliwie odpowiadała na wciąż te same pytania i opowiadała wciąż i wciąż swoją historię.
Dlaczego Maryja nie objawiła się komuś wykształconemu?
Jednocześnie była w formacji. Jej bezpośrednią przełożoną była siostra ze szlacheckiej rodziny. Nie potrafiła zrozumieć, czemu Maryja objawiła się właśnie takiej „głupiej prostaczce”, a nie komuś z wysokiego rodu lub przynajmniej dobrze wykształconemu. Prawie do końca życia odrzucała prawdziwość tych wizji, a samą wizjonerkę uważała za małą spryciarkę, która chciała zwrócić na siebie uwagę i coś zyskać na twierdzeniu, że widziała Matkę Boga.
Dlatego wyłapywała jej najmniejsze potknięcia, nie dawała zwolnień od obowiązków i do granic nerwicy natręctw pilnowała, czy Bernadeta wypełnia regułę. Wizjonerka przyjmowała to w pokorze, nawet fakt, że wciąż odkładano jej śluby wieczyste. Złożyła je prawie cudem – ponieważ przy kolejnym ataku choroby obawiano się, że umrze, dano jej zezwolenie na nie. Bernadeta tym razem jeszcze nie zmarła, ale śluby były już ważne.
Praca św. Bernadety w szpitalu
Wcześniej jednak było kilkanaście lat pracy w szpitalu, najpierw jako pomoc pielęgniarki, a potem jako siostra odpowiedzialna za szpital. Sama schorowana – do astmy wkrótce dołączył nowotwór kolana i gruźlica – doskonale rozumiała słabość innych. Chorzy byli zachwyceni jej delikatnością i wyczuciem. Miała w sobie wiele naturalnej radości i przyjazny sposób bycia. Siostry do niej lgnęły, szczególnie aspirantki i postulantki.
Uważała się za ograniczoną i mało zdolną intelektualnie. Nie szukała wielkości. Świadczy o tym choćby następująca historia: ktoś przyniósł do klasztoru w Nevers informację, że w Lourdes można kupić zdjęcia Bernadety. Opłata za ich nabycie była śmiesznie mała. Wizjonerka skwitowała to słowami: „Widocznie tyle jestem warta”.
Modlitwa – najważniejsze zadanie Bernadety
Jednocześnie wciąż trwała przy danej jej przez Maryję słodko-gorzkiej obietnicy: „Obiecuję ci szczęście, ale nie na tej ziemi” i to pewnie z niej czerpała siły do przyjmowania w pokoju i z dziękczynieniem cierpienia fizycznego i upokorzeń.
Jednym z ostatnich była chwila przydzielania nowym profeskom wieczystym ich miejsca w zgromadzeniu. Była wtedy wśród nich i s. Soubirous, jednak przełożone jakby o niej zapomniały. Dopiero biskup zwrócił uwagę, że jej nie dano żadnego miejsca. Zapytał więc, co umie. Odparła, że nic, tylko się modlić. Więc ordynariusz wyznaczył jej jako zadanie w zakonie modlitwę.
Zmarła 16 kwietnia 1879 roku w wieku zaledwie 33 lat. Został po niej malutki notatnik duchowy, a w nim piękny duchowy „testament” – spisany niewiele przed śmiercią hymn dziękczynienia. Za wszystko.
Testament Bernadety Soubirous*
Za biedę, w jakiej żyli mama i tatuś, za to, że się nam nic nie udawało, za upadek młyna, za to, że musiałam pilnować dzieci, stróżować przy owcach, za ciągłe zmęczenie… dziękuje Ci, Jezu.
Za dni, w który przychodziłaś, Maryjo, i za te, w które nie przyszłaś – nie będę Ci się umiała odwdzięczyć, jak tylko w raju. Ale i za otrzymany policzek, za drwiny, za obelgi, za tych, co mnie mieli za pomyloną, za tych, co mnie posądzali o oszustwo, za tych, co mnie posądzali o robienie interesu… dziękuje Ci, Matko.
Za ortografię, której nie umiałam nigdy, za to, że pamięci nigdy nie miałam, za moją ignorancję i za moją głupotę, dziękuję Ci.
Dziękuję Ci, ponieważ gdyby było na ziemi dziecko o większej ignorancji i większej głupocie, byłabyś je wybrała…
Za to, że moja mama umarła daleko, za ból, który odczuwałam, kiedy mój ojciec, zamiast uścisnąć swoją małą Bernadetę, nazwał mnie “siostro Mario Bernardo” … dziękuję Ci, Jezu. Dziękuję Ci za to serce, które mi dałeś, tak delikatne i wrażliwe, a które przepełniłeś goryczą…
Za to, że matka Józefa obwieściła, że się nie nadaję do niczego, dziękuję…, za sarkazmy matki mistrzyni, jej głos twardy, jej niesprawiedliwości, jej ironię i za chleb upokorzenia… dziękuję.
Dziękuję za to, że byłam tą uprzywilejowaną w wytykaniu mi wad, tak że inne siostry mówiły: “Jak to dobrze, że nie jestem Bernadetą”.
Dziękuję, za to, że byłam Bernadetą, której grożono więzieniem, ponieważ widziałam Ciebie, Matko… tą Bernadetą tak nędzną i marną, że widząc ją, mówili sobie: “To ta ma być Bernadeta, którą ludzie oglądali jak rzadkie zwierzę?”.
Za to ciało, które mi dałeś, godne politowania, gnijące…, za tę chorobę, piekącą jak ogień i dym, za moje spróchniałe kości, za pocenie się i gorączkę, za tępe ostre bóle… dziękuję Ci, mój Boże.
I za tę duszę, którą mi dałeś, za pustynię wewnętrznej oschłości, za Twoje noce i Twoje błyskawice, za Twoje milczenie i Twe pioruny, za wszystko. Za Ciebie – i gdy byłeś obecny, i gdy Cię brakowało… dziękuje Ci, Jezu.
Bernadeta Soubirous: Maryja wybrała mnie, bo jestem najbiedniejsza
Nic nie zapowiadało tego, że kameralne spotkanie w Pirenejach doprowadzi do powstania jednego z największych sanktuariów świata, odwiedzanego rocznie przez 6 mln pielgrzymów.
***
Jak wiele zawdzięczmy temu spotkaniu na górze! Ogromna popularność nabożeństw maryjnych (zwłaszcza do Jej Niepokalanego Serca) ściśle wiąże z objawieniami w Lourdes, gdzie na pytanie: „Kim jest Piękna Pani?”, Maryja miała odpowiedzieć „Jestem Niepokalane Poczęcie”. Bernadeta Soubirous, córka ubogiego pirenejskiego młynarza, zapamiętała te słowa, nie mając pojęcia o tym, że cztery lata wcześniej, 8 grudnia 1854 roku, Pius IX uroczyście ogłosił dogmat o Niepokalanym Poczęciu.
W czwartek 11 lutego 1858 roku zmieniło się życie tej czternastolatki. Doświadczyła serii objawień w grocie Massabielle nad rzeką Gave (mawiała o tym miejscu: „Było moim niebem”), które Kościół uznał za autentyczne w 1862 roku i odczytał jako potwierdzenie dogmatu o Niepokalanym Poczęciu. Bernadeta aż 18 razy widziała „cudowną, młodą kobietę ubraną na biało, rozkładającą ręce w geście powitania”, a pytana, dlaczego to właśnie ona dostąpiła tego zaszczytu, odpowiadała: „Maryja wybrała mnie, bo jestem najbiedniejsza”. Pod koniec życia została siostrą zakonną. Śluby wieczyste złożyła 22 września 1878 roku, a pół roku później zmarła. W 1933 r. papież Pius XI ogłosił ją świętą, wynosząc na ołtarze nie ze względu na objawienia, ale z powodu osobistej świętości. Jej ciało mimo upływu czasu pozostało nienaruszone.
„Kroniki sanktuariów maryjnych pełne są opisów doznanych łask, takich jak niespodziewane nawrócenia czy uzdrowienia z nieuleczalnych chorób, niewytłumaczalne z medycznego punktu widzenia. O ile w przypadku średniowiecznych historii nie dysponujemy dokumentacją, by ocenić je w świetle dostępnej nam wiedzy empirycznej, o tyle współcześnie mamy możliwość naukowej weryfikacji tego typu fenomenów. Możemy sięgnąć na przykład po teczki z wynikami badań lekarskich zgromadzone w Biurze Medycznym w Lourdes, gdzie Matka Boża przekazała Bernadecie orędzie będące wezwaniem do nawrócenia i pokuty” – pisze Grzegorz Górny w albumie „Maryja”. „Od tamtego czasu aż do dziś zanotowano tam ponad 7000 przypadków uzdrowień niewyjaśnionych z medycznego punktu widzenia, jednak tylko 70 z nich zostało przez władze kościelne uznane za cuda. Każdy taki przypadek jest długo i skrupulatnie badany. Żeby nastąpiła akceptacja, uzdrowienie musi być naukowo niewytłumaczalne, rozwój choroby zaś na trwałe zahamowany. Stwierdzeniem tego zajmują się lekarze z Biura Medycznego oraz Międzynarodowego Komitetu Medycznego w Lourdes. Poza tym osoba uzdrowiona oraz świadkowie muszą być przekonani, że stało się to w wyniku interwencji nadprzyrodzonej. Biuro powołane zostało do życia w 1884 roku, by odpowiedzieć na oskarżenia liberalnej i antyklerykalnej prasy francuskiej, która zarzucała Kościołowi oszustwo, i aby uniknąć podejrzeń o stronniczość, od początku dopuszczało do współpracy lekarzy, niezależnie od narodowości czy wyznania, dając im możliwość badania pacjentów”.
Marcin Jakimowicz/Gość Niedzielny
***
Objawienia Matki Bożej w Lourdes
Objawienia Matki Bożej w Lourdes w 1858 r. są niezwykle ważnym wydarzeniem historycznym i równocześnie wielkim Bożym darem dla Kościoła oraz całej ludzkości.
W tym sanktuarium Jezus Chrystus za pośrednictwem swojej Matki, Maryi, nieustannie przemienia serca milionów pielgrzymów przybywających tam każdego roku, uzdrawiając ich dusze i ciała. To właśnie w takich miejscach jak Lourdes w sposób namacalny odkrywa się prawdę słów Chrystusa: że to, co decyduje o historii ludzkości i wiecznym szczęściu każdego człowieka, jest zakryte przed “mądrymi i roztropnymi” – czyli takimi, którzy nie kierują się logiką wiary, natomiast “zostaje objawione prostaczkom” – czyli ludziom, dla których wiara w Jezusa Chrystusa staje się najcenniejszym skarbem. Kochający Bóg nieustannie do nas apeluje: “Jeżeli nie uwierzycie, nie zrozumiecie” (por. Iz 7, 9). To znaczy: jeżeli nie uwierzycie w istnienie tajemnicy Boga, który stał się prawdziwym człowiekiem w łonie Maryi Dziewicy, zamykacie sobie możliwość poznania prawdy i drogę życia wiecznego.
Adonai.pl
***
Przesłanie z Lourdes na Rok Święty: modlitwa, pokuta i nawrócenie
Na szczególne znaczenie przesłania Matki Bożej z Lourdes w Roku Jubileuszowym zwrócił uwagę miejscowy biskup Jean-Marc Micas. Dziś przypada wspomnienie Najświętszej Maryi Panny z Lourdes i 167. rocznica pierwszego z 18 objawień, w których Maryja wzywała do pokuty i modlitwy o nawrócenie grzeszników, poleciła zbudować kaplicę i przybywać do niej w procesji.
Podczas głównej Mszy we francuskim sanktuarium bp Micas zauważył, że Rok Święty ponownie czyni z nas pielgrzymów, przypomina nam, że celem, do którego zmierzamy jest nowe niebo i nowa ziemia, o których mówi Apokalipsa.
Żyć z Boga
Podobną treść znajdujemy też w przesłaniu, które Maryja przekazała za pośrednictwem Bernadetty Kościołowi i światu, a mianowicie, że człowiek został stworzony po to, aby żył z Bogiem i z Niego czerpał swoją radość. Stąd obecne w objawieniach wezwanie do modlitwy i nawrócenia.
Znak źródła
Bp Micas przypomniał o źródle wody, które Maryja wskazała Bernadecie w Grocie Massabielskiej. Było przysłonięte przez piasek, błoto, zarośla i różnego rodzaju nieczystości. Kiedy zostało odsłonięte, wypłynęła z niego czysta i życiodajna woda. „Od 1858 r. woda z groty nie przestaje dawać życia, zarówno duszy, jak i ciału – mówił w homilii ordynariusz diecezji Tarbes i Lourdes. – Ta woda otwiera oczy i serca. Oczyszcza, daje ukojenie i sprawia, że nasze oblicza stają się bardziej ludzkie i żywe”.
Módlmy się o nawrócenie grzeszników
Bp Micas zauważył, że to co dzieje się dziś w świecie nie napawa radością. Wojny, niesprawiedliwości i przemoc budzą niepokój, a nawet sprawiają, że niektórzy pod ich wpływem rezygnują z przekazywania życia. To dlatego Maryja tak usilnie prosi Bernadettę o modlitwę za nawrócenie grzeszników, aby się opamiętali, pozwolili, by dotknęło ich Boże miłosierdzie i dotarła do nich radość Ewangelii – mówił francuski biskup. Podkreślił, że grota objawień w Lourdes była, jest i na zawsze pozostanie miejscem pokrzepienia, oczyszczenia i miłosierdzia.
Krzysztof Bronk – Watykan/vaticannews.va/pl
***
źródło: IPN Twitter/Polskie Radio Koszalin
***
W nocy z 9 na 10 lutego 1940 roku, rozpoczęła się pierwsza z czterech masowych deportacji Polaków na Sybir. W głąb Związku Radzieckiegowywieziono wtedy około 140 tysięcy obywateli polskich.
***
fot. screenshot – YouTube (Sybirak)
***
„Kat mnie popędzi ku Sybiru śniegom”.
Ksiądz Arcybiskup Stanisław Gądecki w minionym roku w 84 rocznicę pierwszej masowej zsyłki Polaków na Sybir przez rosyjskiego okupanta wygłosił w kościele pod wezwaniem Najświętszego Zbawiciela w Poznaniu homilię:
Jest w Polsce jedna droga, od lat wyjeżdżona. 84. rocznica pierwszej masowej zsyłki Polaków na Sybir
Odejdę od was cicho, niespodzianie, Odejdę od was pewnie nocą ciemną, Nikt mi nie ściśnie rąk na pożegnanie I, jak z umarłym, nikt nie pójdzie ze mną!
Na próżno składać będziecie narady! Pytać się, płacząc: ‘Kędy jego droga?’ Bo wam ukryte, zostaną me ślady, Jak ślad dusz, z trumny lecących do Boga!
Lecz nie polecę ku wiecznej krainie – Lecz nie odejdę ku kwiecistym brzegom – Kat mnie popędzi ku Sybiru śniegom I pamięć moja z serc waszych upłynie.
(Zygmunt Krasiński, Na Sybir)
Tymi słowami Zygmunt Krasiński opisywał drogę Polaków na Sybir. Tragiczna rzeczywistość, opisywana przez poetę, w przedziwny sposób wpisuje się – w dzisiejszym pierwszym czytaniu – w dawne dziejami zsyłek, które rozpoczynają się od zsyłki starożytnego Izraela do Asyrii oraz starożytnych mieszkańców Judy do Babilonu. To jakby dalszy ciąg podobnego zjawiska, którego 84. rocznicę dzisiaj obchodzimy, a które – świadomi imperialnych zapędów Rosji – może mieć swoją dalszą kontynuację.
Z tej racji warto dzisiaj zatrzymać się choć na chwilę przy dwóch sprawach: przy kwestii starotestamentalnych zsyłek i deportacjach nowożytnych.
„Gdy pewnego razu Jeroboam wyszedł z Jerozolimy, spotkał go na drodze prorok Achiasz z Szilo, odziany w nowy płaszcz. Sami tylko obydwaj byli na polu. Wtedy Achiasz zdjął nowy płaszcz, który miał na sobie, porozdzierał go na dwanaście części i powiedział Jeroboamowi: ‘Weź sobie dziesięć części, bo tak rzekł Pan, Bóg Izraela: Oto wyrwę królestwo z ręki Salomona, a tobie dam dziesięć pokoleń. Jedno tylko pokolenie będzie miał ze względu na Dawida, mego sługę, i ze względu na miasto Jeruzalem, które wybrałem ze wszystkich pokoleń Izraela’. Tak więc Izrael odpadł od rodu Dawida po dzień dzisiejszy”.
Autor tego fragmentu Pierwszej Księgi Królewskiej przedstawia teologiczną interpretację historii narodu wybranego – od przejęcia rządów przez Salomona po swoim ojcu Dawidzie (1 Krl 1–2) aż do upadku Królestwa Judy (2 Krl 24–25). W tym ludzkim porządku wydarzeń często przywołuje motyw „gniewu Bożego”. Ze szczególnym naciskiem czyni to w punktach zwrotnych tych dziejów, takich jak podział Królestwa Salomona (1 Krl 11–12), a następnie upadek Królestwa Północnego (Izraela) i i deportacja mieszkańców do Asyrii (2 Krl 17*) a potem upadek Królestwa Południowego (Judy) i wygnanie ludności do Babilonii (2 Krl 24–25).
Tragiczny rozpad Królestwa Salomona oraz katastrofalny koniec monarchii w Izraelu i Judzie są – według niego – skutkiem słusznego gniewu YHWH w odpowiedzi na zerwanie przymierza przez naród wybrany i bałwochwalstwo samego Salomona (1 Krl 11,31-37). Gniewne działanie Boga jest odpłatą za nieprawnie zerwanie przymierza. Tak nakreślona teologiczna wizja dziejów wskazuje na uniwersalną prawdę, że to człowiek sprowadza gniew Boży przez swoje grzeszne uczynki i zmusza Boga do wymierzenia mu zasłużonej kary. Motyw gniewu YHWH staje się ponadczasową lekcją historii i przestrogą dla przyszłych pokoleń.
2. DEPORTACJE NOWOŻYTNE
Druga kwestia nowożytne deportacje w głąb Rosji. Zdajemy sobie bowiem sprawę z tego, iż deportacja Polaków na Sybir, której 84. rocznicę obchodzimy, nie była pierwszą tego rodzaju deportacją naszych rodaków w tamte regiony. Jest to raczej jeden z wielu odcinków Golgoty Wschodu, która to droga rozpoczęła się już w XVI wieku.
Bodajże najwcześniej – bo już w XVI wieku – zesłanymi na Syberię byli polscy jeńcy z czasów wojny Stefana Batorego z Rosją.
Następnie dołączyli do nich – wzięci do niewoli rosyjskiej – uczestnicy tzw. dymitriad, czyli wypraw polskiej szlachty do Rosji w XVI w., mających na celu zdobycie i zwiększenie tam wpływów polskich. Ich nazwa pochodzi od Dymitra Samozwańca, domniemanego syna Iwana Groźnego, którego szlachta polska usiłowała wprowadzić na tron moskiewski.
Na początku XVIII wieku na Syberię zsyłano zwolenników króla Stanisława Leszczyńskiego.
14 października 1767 roku poseł rosyjski Nikołaj Repnin rozkazał porwać przywódców konfederacji radomskiej (biskupa krakowskiego Kajetana Sołtyka, biskupa kijowskiego Józefa Andrzeja Załuskiego, hetmana polnego koronnego Wacława Rzewuskiego i jego syna Seweryna) i zesłał ich do Kaługi. Pozbawiony opozycji sejm uchwalił w lutym 1768 prawa kardynalne i przyjął gwarancję rosyjską. Tym samym Rzeczpospolita stała się protektoratem Imperium Rosyjskiego.
Potem – na podstawie rozkazu Katarzyny II – na Syberię zostali zsyłani konfederaci barscy. Według szacunków rosyjskich w 1771 wzięto wówczas do niewoli 14 tys. konfederatów.
Po stłumieniu powstania kościuszkowskiego zostało zesłanych na Wschód ok. 20 tys. jego uczestników.
Bliżej nieznana pozostaje dokładna liczba polskich zesłańców, wziętych do rosyjskiej niewoli po przegranej wojnie w 1812 roku.
Nieznana jest też liczba polskich zesłańców po rozbiciu przez władze rosyjskie organizacji spiskowych na ziemiach zajętych w latach dwudziestych XIX wieku.
Podobnie nieznana jest dokładna liczba zesłanych po powstaniu listopadowym. W latach 1831–1832 – w ramach represji po powstaniu – wcielono kilka tysięcy uczestniczących w nim dzieci do specjalnych batalionów rosyjskich i popędzono w głąb Rosji. W drodze z Warszawy do Bobrujska zmarło dwie trzecie tych dzieci, resztę wychowano na rosyjskich żołnierzy.
W 1833 roku – po rozbiciu ruchu partyzanckiego Józefa Zaliwskiego – wielu z jego członków zostało skazanych na katorgę.
W 1844 władze carskie rozbiły spisek chłopski księdza Piotra Ściegiennego. Zesłano wówczas w głąb Rosji wielu członków tej konspiracji.
W roku 1863 – po stłumieniu powstania styczniowego – zesłano na katorgę ok. 40 tysięcy powstańców, z których więcej niż połowa już nigdy nie powróciła do Ojczyzny.
W latach 1807 – 1870 zesłano na Syberię 461 tysięcy osób.
W drugiej połowie XIX wieku liczba zsyłanych wahała się w granicach 10 – 15 tysięcy rocznie.
Dzisiaj jednak obchodzimy 84. rocznicę pierwszej masowej zsyłki Polaków na Sybir, nie zapominając owszem o wszystkich poprzedzających deportacjach.
Pierwsza deportacja
Po agresji ZSRR na Polskę (17 września 1939 r.) tysiące polskich mieszkańców Kresów uległo przesiedleniu, niektórzy m.in. na Syberię (inni np. do Kazachstanu). W pierwszej wywózce (10.02.1940) Polacy stanowili 70% wywożonych, pozostałe 30% to ludność białoruska i ukraińska. Wywożono wtedy przede wszystkim osadników wojskowych, średnich i niższych urzędników państwowych, służbę leśną oraz pracowników PKP. Zabierano całe rodziny bez wyjątku. Zgodnie ze ściśle tajnymi materiałami radzieckimi deportowano wówczas ok. 140 tys. osób.
Druga deportacja
W czasie drugiej deportacji (13-14.04.1940) wysiedleniu podlegały rodziny tzw. wrogów ustroju: urzędników państwowych, wojskowych, policjantów, służby więziennej, nauczycieli, działaczy społecznych, kupców, przemysłowców i bankierów, oraz rodziny osób aresztowanych i zatrzymanych przy nielegalnej próbie przekroczenia granicy niemiecko-radzieckiej. W ramach tej akcji zesłano ok. 61 tys. Wyjątkowo duży był w tym przypadku odsetek kobiet i dzieci, wynosił bowiem do 80% całości transportów.
Trzecia deportacja
Trzecia deportacja (maj-lipiec 1940) objęła głównie uchodźców z centralnej i zachodniej Polski, przybyłych w czasie działań wojennych na tereny, które znalazły się potem pod okupacją radziecką. Liczba zesłańców wyniosła ponad 80 tys.
Czwarta deportacja
W czasie czwartej wywózki (maj-czerwiec 1941) na Wschód pojechała głównie ludność ze środowisk inteligenckich, pozostali uchodźcy, rodziny kolejarzy, rodziny osób aresztowanych przez NKWD w czasie drugiego roku okupacji, wykwalifikowani robotnicy i rzemieślnicy. Deportacja ta dotknęła szczególnie dotkliwie Białostocczyznę, Grodzieńszczyznę i Wileńszczyznę. W sumie deportowano ponad 85 tys. osób.
O tych zbiorowych ludzkich cierpieniach nie da się zapomnieć. Naszym obowiązkiem jest podtrzymać pamięć o tych, którzy zostali wywiezieni na Golgotę Wschodu. Którzy do końca swego życia pozostali wierni Bogu i Ojczyźnie, chroniąc się od wynarodowienia i utraty wiary. Wielu – zadręczonych katorżniczym losem – pozostało tam, bez znaku pamięci, pogrzebawszy wcześniej swoje dzieci w bezkresach tajgi i stepów. Podziwiamy ich heroizm i chcemy pamiętać ich niezłomne trwanie w obronie najwyższych wartości, jakimi są: życie, wolność, Polska, a nade wszystko wiara w Boga.
Karol I, błogosławiony cesarz Austrii i Węgier, przekazał w 1920 roku bardzo ważną obserwację: „nie ma bardziej patriotycznego narodu od narodu polskiego, […] Z katolickiej perspektywy, również nie ma bardziej wierzącego narodu od narodu polskiego i żaden w ostatnim czasie tyle nie wycierpiał dla swojej wiary, co Polacy. Jedyną tylko cechę negatywną ma państwo polskie: jest za bardzo wyeksponowane, ma zbyt wielu wrogów i bardzo złe położenie militarne” (Memoriał dla Lethbridge’a).
Gdy więc na koniec pytamy o sens ludzkiego cierpienia, to trzeba zwrócić uwagę na to, że – po pierwsze – czasami cierpienie bywa ceną za nasze własne grzechy; podobnie jak w przypadku syna marnotrawnego. Ów syn sam sobie zgotował cierpienie, jako nieuchronny skutek popełnionych przez siebie błędów. W ten sposób rodzą się ludzkie tragedie (np. w postaci uzależnień, brutalnej przestępczości, rozwodów, zabijania nienarodzonych, ludobójstwa). O tego rodzaju krzyżach najchętniej mówią stacje telewizyjne. Dziennikarze opisują je z okrutną dokładnością. Nie przejmują się wcale tym, że ich relacje często inspirują kolejne pokolenia do powtarzania dramatu swych poprzedników. Istnieją całe środowiska, które w obliczu cierpienia najchętniej oskarżają Boga, o to, że On jest winny za wszelkie zło tego świata.
Po wtóre, nasze cierpienia bywają też ceną za miłość: za miłość małżeńską, rodzicielską, kapłańską, za miłość odpowiedzialnego wychowawcy i wiernego przyjaciela, za miłość człowieka sprawiedliwego, za miłość człowieka, który wprowadza pokój, który przebacza, który kocha nawet nieprzyjaciół, który staje się dla innych bezinteresownym darem z samego siebie. Cierpienie rozumiane jako cena za miłość bywa szczególnie bolesne wtedy, gdy kochamy tych, którzy nas nie kochają i których trudno jest nam pokochać.
Po trzecie, bywa i tak, że cierpimy bez żadnej naszej winy; na przykład na skutek jakiejś niezawinionej choroby, albo wskutek kataklizmu, który niszczy nasz dobytek. W takim przypadku cierpienie pozostaje tajemnicą, ale i wtedy możemy być pewni, że to nie Bóg nam je zsyła. Zwykle za niewinnym cierpieniem jednego człowieka kryje się głupota, chciwość, lub wina innego człowieka.
ZAKOŃCZENIE
Zakończmy dzisiejszą refleksję słowami poety:
Jest w Polsce jedna droga, od lat wyjeżdżona Na wschód północny wiedzie, znana od stuleci, Za mężem w noc porwanym płakała tam żona I od matek oddarte ginęły tam dzieci. […]
O poro złud okrutnych, żałosna rachubo, Po której się to samo powtarza, to samo, Że lata są wygnaniem, dzień każdy jest zgubą A w nocy słychać salwy za więzienną bramą. […]
Jest w Polsce jedna droga, gdzie prędzej czy później Z cierpień moc taka wyjdzie, że Boga zadziwi: Powracają ojcowie, umarli podróżni Budzą synów – i walczą – polegli i żywi.
(Kazimierz Wierzyński, Jest w Polsce jedna droga)
Abp Stanisław Gądecki, Poznań, kościół pod wezwaniem Najświętszego Zbawiciela – 9.02.2024.
ren/archpoznan.pl, fronda.pl
***
Wiara, Kościół i tożsamość – dzięki nim zesłańcy zdołali przetrwać piekło na ziemi
(Zesłańcy, zdjęcie ilustracyjne/fot. IPN)
***
Zesłańców jednoczyła wiara, dzięki wierze przetrwali. To zaprasza także i nas do tego żebyśmy nie zdradzali wiary i wartości naszych przodków. Warto robić wszystko, żeby tę wiarę pielęgnować i przekazywać dalej. Zesłańcy zbierali się na wspólnej modlitwie, ale ktoś przeważnie stał na czatach. Kiedy tam rodziło się dziecko, to rodzice szukali babci, która by się odważyła to dziecko ochrzcić. Za taki czym mogli ją rozstrzelać, a ponieważ była osobą starszą to – tak po ludzku – miała już najmniej do stracenia – mówi o. Alexey Mitsinskiy MIC – misjonarz z Kazachstanu, który obecnie posługuje w Tajynszy.
Proszę Ojca, miejscowość, w której Ojciec posługuje jest chyba szczególnie Ojcu bliska?
To jest miejscowość, do której w 1936 roku była wywieziona moja babcia. Może warto przypomnieć, że zesłańcy byli wywożeni w tragicznych warunkach – w wagonach bydlęcych, poupychani, jeden na drugim. Bez jedzenia, bez prywatności, bez toalety. Za toaletę służyła dziura w jednym z rogów wagonu. Zdarzało się, że ktoś podczas podróży umarł, to wtedy jego ciało było wyrzucane z pociągu. Oni zostali wywiezieni tylko dlatego, że byli chrześcijanami, należeli do szlachty. Dziś, kiedy się spotykam z tymi, którzy przeżyli tragedię wywózek, widzę, że oni są pogodni, nie mają w sobie żalu, złości, nienawiści. To my, młodsi, często na coś ciągle narzekamy… A zesłańcy są pogodzeni z tym, co się wydarzyło. Przyjmują rzeczywistość taką, jaka jest. Zimą pamiętam minus czterdzieści osiem, czterdzieści dziewięć, a latem – plus pięćdziesiąt w cieniu i w takich warunkach ludzie musieli przeżyć.
Co się stało z Ojca babcią?
Moja babcia opowiadała, że przygarnęła ich rodzina Kazachów, i w nocy tylko jedną godzinę każde z nich spało pod kożuchem. A los rzucali o to kto będzie spał przy drzwiach, ponieważ zwyczajnie mógł się nie obudzić, mógł zamarznąć. Ludzie mówią, że najbardziej w tamtym czasie dokuczał im głód i chłód. Głód był na tyle duży, że kobiety próbowały przynieść z pola w kieszeniach chociaż kilka ziaren zboża, żeby z tego ugotować strawę dla swoich dzieci. Kobiety chodziły też po stepie i próbowały znaleźć coś, co by się nadawało do jedzenia. Później wyszła ustawa, w myśl której każda kobieta, u której znaleziono kilka ziaren zboża miała być rozstrzelana na miejscu, bez dochodzenia. Często potem umierały także jej dzieci, bo nie miały co jeść.
Historia pokazuje, że ludzie, którzy przeżyli piekło na ziemi, którym próbowano wyrwać człowieczeństwo – byli ludzcy, wrażliwi na krzywdę innych…
Owszem, zdarzały się takie sytuacje, że dziecko, którego matka została zamordowana, a ojciec – wcześniej wywieziony w przeciwnym kierunku, trafiło pod opiekę obcych ludzi, ale na ogół do takiego dziecka ludzie bali się zbliżyć, bo władza groziła, że za pomoc sierotom może ich spotkać taki sam los jak matkę dziecka. Kiedy ktoś w urzędzie się jednak dowiedział, że jakaś rodzina zajęła się dzieckiem – gwałcili tą kobietę. Ona się na to godziła, bo ważniejsze było dla niej życie dziecka.
Co jednoczyło zesłańców?
Wiara ich jednoczyła, dzięki wierze oni przetrwali. To zaprasza także i nas do tego żebyśmy nie zdradzali wiary i wartości naszych przodków. Warto robić wszystko, żeby tę wiarę pielęgnować i przekazywać dalej. Zesłańcy zbierali się na wspólnej modlitwie, ale ktoś przeważnie stał na czatach. Kiedy tam rodziło się dziecko, to rodzice szukali babci, która by się odważyła to dziecko ochrzcić. Za taki czym mogli ją rozstrzelać, a ponieważ była osobą starszą to – tak po ludzku – miała już najmniej do stracenia.
A jednak silna wiara przetrwała…
Kobiety, kiedy miały kilkadziesiąt minut na przygotowanie się do wywózki zabierały ze sobą obrazki z wizerunkiem Matki Boskiej Częstochowskiej, ale też medaliki, różańce i modlitewniki. Te modlitewniki przepisywały ręcznie, a później z nich uczyły swoje dzieci modlitwy i języka polskiego.
Co dawało tamtym ludziom siłę do życia?
Oprócz wiary to także Kościół, ale nie w sensie budynków, bo takich nie było. Kościół jako duszpasterze, którzy byli razem z nimi zesłani, którzy uczyli i swoim przykładem zachęcali, żeby przebaczyć nieprzyjaciołom – przebaczyć tym, którzy mordowali tych, których kochali. Ci ludzie przebaczali. Księża chodzili po nocach, aby ludziom posługiwać. Jednym z takich księży był ks. Bukowiński, obecnie błogosławiony i jak ufamy, że będzie także ogłoszony świętym.
Co Ojca fascynuje w Ks. Bukowińskim?
To, jaki był. Miał możliwość powrotu do Polski, ale nie skorzystał z tej szansy. Wiedział, że jeśli zostanie z zesłańcami to będzie miał większy dostęp do ludzi, że będzie mógł się swobodnie poruszać po kraju. Ks. Bukowiński szukał każdej okazji by dotrzeć do człowieka. Na przykład – co może wyda się zaskakujące, szukał ludzi na cmentarzu. Przychodził w to miejsce, szukał grobów z polskimi nazwiskami i czekał, aż ktoś przyjdzie odwiedzić miejsce doczesnego spoczynku swojego bliskiego. Tam, na cmentarzu zaczęła się rodzić wspólnota Kościoła. Kiedy ks. Bukowiński był w łagrach to do niektórych swoich przyjaciół pisał, żeby wysłali mu troszkę rodzynek i chleba. Było mu to potrzebne, aby mógł odprawić Msze świętą. Napisał, że gdyby miał możliwość wybierać sobie drogę życiową, to wybrałby taką samą drogę.
Tamci ludzi naprawdę pragnęli Mszy świętej, chociaż wiedzieli, że „zgromadzenia” nie są legalne?
Ludzie trwali z księdzem na modlitwie nawet i całe noce. Wiedzieli, że więcej takiej możliwości może już nie być, bo przecież nie było pewności, że ksiądz jeszcze wróci.
Wspomniał Ojciec o trzech filarach: wiara, Kościół i …?
Tożsamość. To trzeci filar, a znaczyło to dla nich tyle, co drugi człowiek obok. Nie było ważne, że nie jest to brat czy siostra z rodziny. Oni mówili, że to jest ich „mała Ojczyzna”. Naprawdę ci ludzie byli odpowiedzialni za siebie nawzajem. Pamiętam rozmowy, kiedy zesłańcy dokładnie pamiętali z kim byli, co robili… Prawda jest taka, że Kazachowie pomogli zesłańcom przeżyć. Dzielili się tym, co mieli. Kazachowie sami cierpieli, ale dbali o zesłańców, mimo, że dzieliło ich wyznanie, język, wartości, zasady.
Takie przykłady można mnożyć?
Pamiętam, że po śmierci mojej babci przyszła do zakrystii starsza pani. Była niewidoma, po omacku szła do kościoła, ale powiedziała mi, że codziennie modli się za moją babcię, bo jechały w jednym wagonie. Ogromne znaczenie dla tamtych ludzi miała wierność także i drugiemu człowiekowi. Pamięta, że były razem, i nawet po śmierci mojej babci nie przestawała za nią się modlić.
Wspomniał Ojciec o pomocy, bezinteresownej. A dziś są wojny, nieporozumienia, morderstwa…
Dziś wcale człowiek nie musi być dla drugiego człowieka wilkiem. Może być bratem, ale warto pielęgnować to, za co nasi przodkowie oddawali życie: wiara, Kościół, tożsamość. To wartości, które pomogły przeżyć nie tylko zesłańcom, ale mogą być pomocne także i nam. Obyśmy nigdy nie zapomnieli tego, co ma prawdziwą wartość i znaczenie.
Wydaje się, że to prawdziwe wyzwanie dla współczesnego świata, kiedy obserwujemy to, co się dzieje?
Boli mnie serce, kiedy słyszę jak w Polsce ludzie planują uroczystość Pierwszej Komunii Świętej. Już dwa lata wcześniej wynajmują sale, wybierają dekoracje, prezenty… Zastanawiam się czy jest jeszcze miejsce dla Pana Jezusa, w tym wszystkim.
Jak Ojciec zapamiętał swoją Pierwszą Komunię Świętą?
Na uroczystość Pierwszej Komunii Świętej poszła ze mną babcia. Moi rodzice nie chodzą do Kościoła i pewnie jakoś po swojemu wierzą. Tamtego dnia mama coś robiła w domu, tato oglądał telewizję, ale babcia towarzyszyła mi w czasie przyjęcia Pierwszej Komunii Świętej.
Pamięta Ojciec jakie dostał prezenty?
Trochę cukierków, ale nie tak dużo, bo zmieściły się w jednej ręce. Dostałem też różaniec i Pismo Święte w obrazkach po rosyjsku.
Jak rodzice zareagowali na decyzję o wstąpieniu do seminarium?
Powiedzieli, że nigdy nie dadzą na to zgody. Wyjechałem jako siedemnastolatek do Polski, bo zostałem przyjęty do Zgromadzenia Księży Marianów. Dziś nie wyobrażam sobie, że mógłbym posługiwać poza Kazachstanem. Głosimy tego samego Chrystusa. Mamy kościół parafialny i kilka kapliczek dojazdowych, w odległości ok. 30-35 km. Jak na warunki Kazachstanu to mamy dużo parafian – ok. czterystu osób. W tych ludziach jest ogromne pragnienie modlitwy.
Co wyróżnia duszpasterstwo w Kazachstanie?
To bardziej duszpasterstwo dla konkretnego człowieka. Oczywiście to dłużej trwa, ale ludzie, którzy do nas przychodzą wiedzą, że jesteśmy teraz tylko dla nich. Często nawet kiedy idziemy do jakiegoś domu, bo dostajemy informację, że ktoś umarł – słyszymy, że umarł z różańcem w ręce. W parafii jest jeden pan, który ma problem ze słuchem i wzrokiem, ale kiedy przychodzi się do niego z Komunią świętą – dla niego nie ma większej radości. Przygrabiony klęczy, przyjmuje Ciało Chrystusa. W jego postawie zawiera się: „Pan mój i Bóg mój”.
Skąd tak dobrze zna Ojciec język polski?
Kiedy miałem jedenaście lat to zapisałem się na język polski, chociaż sam nie wiedziałem po co to zrobiłem. Mój tato jest Polakiem, mama – Rosjanką, ale poznali się w Kazachstanie. Tato powiedział, że dobrze zrobiłem, chociaż mama nie bardzo była z tego faktu zadowolona. I jak to dziecko – trochę pochodziłem na język polski, ale w końcu przestałem. Zacząłem się sam uczyć w domu. Minęło pięć lat i zrozumiałem, po co mi była ta nauka…
Pan Bóg na każdego znajdzie sposób?
Kiedyś na przerwie w szkole widziałem, że moja koleżanka pokazuje coś nauczycielce w zeszycie. Nie wiedziałem co to było, ale dowiedziałem się, że jest taka kapliczka, przy której Księża Marianie uczą dzieci. Jeden uczył geografii, drugi angielskiego. To mnie zaciekawiło, bo było to coś nowego. Następnego dnia poszedłem tam z moją koleżanką ze szkoły. To było moje pierwsze spotkanie z Kościołem.
Co jest najtrudniejszym wyzwaniem na teraz?
Już myślimy o następnej zimie, bo potrzebujemy kupić wagon węgla oraz utrzymać misję. Jak zaczynamy palić we wrześniu to kończymy czasami w połowie maja. Środki materialne są dla nas potrzebne, ponieważ poza naszym utrzymaniem – staramy się też pomagać innym, na przykład przez długi czas dokarmialiśmy w jednej ze szkół biedne dzieci, które, kiedy wracały do domu to widziały tylko pijanych rodziców; pomagamy również według rozeznania i możliwości także bezdomnym. Dziękuję też za modlitwę, bo czujemy, że są ludzie, którzy za nas się modlą.
Dziękuję za rozmowę
Marta Dybińska/PCh24.pl
***
Przeszli przez piekło Sybiru. Poznaj wstrząsające wspomnienia z „nieludzkiej ziemi”
(zdjęcie ilustracyjne/fot.AB/PCh24/pl)
***
Sowieckie wywózki były dla ich ofiar przeżyciem tak traumatycznym, że cierpienia jakich doświadczyli na Sybirze stały się ranami, które nie zabliźniły się. Drastyczne sceny wracały w koszmarnych snach, a pamięć głodu kazała Sybirakom zawsze mieć w domu duży zapas żywności. Posłuchajmy wspomnień trzech osób, które żywe wróciły z „nieludzkiej ziemi”, choć wielu wywiezionym nie było to pisane.
Początek dramatu wywózki
Genowefa Grochowska (1930 -2024) wywieziona wraz z rodziną z terenu Wileńszczyzny – „Miałam wówczas 18 lat. W kwietniu 1948 roku NKWD przyszło po naszą rodzinę o drugiej w nocy. Powiedzieli nam „wyjeżdżacie na Sybir” i dali pół godziny na spakowanie się. NKWD-zista kazał mojemu ojcu usiąść za stołem, żeby go mieć na oku. Bojec sam usiadł, wyjął pistolet i go odbezpieczył. Ojciec wzrokiem pełnym cierpienia i bezradności patrzył na nas. Ja i mama pakowałyśmy, co się dało. Innych dwóch bojców chodziło za nami i patrzyli nam ręce co bierzemy. Mama załamała się psychicznie i powiedziała do NKWDzisty „zabij mnie, tu w moim domu” on jej odpowiedział „Będziesz żyć i to jeszcze lepiej niż w swoim domu”. Potem załadowali nas z tobołkami i naszych sąsiadów Rynkiewiczów na jedną furę i wieźli, ponad 30 kilometrów, na dworzec kolejowy do Nowych Święcian. Ciągle dowozili nowe rodziny przeznaczone do wywózki”.
Piotr Pocałujko (1928 -2016) urodzony we wsi Zapurwie koło Grodna, sierżant AK – „Byłem członkiem, łącznikiem wileńskiego AK. Po zakończeniu wojny nasza drużyna miała zadanie pomagać oddziałom AK, które przedzierały się z Wileńszczyzny na teren Grodzieńszczyzny i później za linię Curzona, do Polski – w granicach wyznaczonych przez Stalina. Mnie i moich kolegów z naszej drużyny AK dopadli dopiero 23 marca, roku 1949. Miałem wówczas 21 lat. Siedzieliśmy wówczas w leśnym bunkrze. Wydał nas konfident, który później – w roku 1952, z wyroku sądu podziemnego, został za to zlikwidowany. Żołnierze NKWD przez komin, który był ukryty w drzewie i miał wylot w dziupli, wrzucili grant. W tym czasie, w bunkrze było nas siedmiu. Wiem, że jeden kolega zginął na miejscu, drugi był ciężko ranny. Niewiele jednak pamiętam, bo przywaliło mnie cegłami i straciłem przytomność. NKWD – dziści, dziwili się, że przeżyłem. Potem postawiono mnie przed sowieckim wojskowym sądem. Dali mi nawet adwokata z urzędu. A to był jakiś bardzo dziwny adwokat. Na procesie zamiast mnie bronić – oskarżał, bardziej chyba niż prokurator. Wyroku można więc było łatwo się domyślić. Dali mi najpierw w sumie 105 lat łagrów, ale potem, powodu tego, że byłem sądzony na terenie białoruskiej ZSRR, gdzie prawo było nieco łagodniejsze, zmienili ten wyrok na 25 lat łagrów”.
Michał Siewruk, syn ziemiańskiego rodu Wileńskich – Siewruków, urodzony w roku 1938 w majątku Kłącie w powiecie orańskim na dzisiejszym terytorium Litwy – „Miałem wtedy 11 lat. W marcu roku 1949 o czwartej rano nasz dwór otoczyła grupa sowieckich żołnierzy NKWD i miejscowych działaczy komunistycznych. Jeden z nich, oficer polityczny, był Żydem. Czterej cywile komunistami Litwinami, a inni członkowie tej międzynarodowej grupy byli Rosjanami. Najstarszy stopniem NKWD-zista, lejtnant, wszedł do naszego domu i odczytał nam, czyli moim rodzicom mnie i siostrze, postanowienie sowieckiej Rady Ministrów. „Jako kułacy zostajecie wysiedleni z zajmowanego folwarku i odtransportowani w celu osiedlenia na oddalonych terenach Związku Radzieckiego. Wasze gospodarstwo zostaje skonfiskowane, a dobra materialne przekazane Skarbowi Państwa”. Zakończył czytać oficer i zaraz potem powiedział „Zbierajcie się”. Rodzice byli zdruzgotani, matka płakała, a ojciec stracił przytomność. Kiedy my się pakowaliśmy, NKWD-ziści kradli nasz majątek z dworu, a także żywy inwentarz, pakując świnie i kury na wozy. Kiedy odjeżdżaliśmy żegnali nas kochani sąsiedzi, którzy wcześniej przynieśli nam jedzenie i pomogli się pakować. Mężczyźni zdjęli czapki z głów a kobiety płakały – tak nas żegnano. Wszystko to widzę jakby było dziś”.
Transport
Genowefa Grochowska – „Zaczęli nas ładować do towarowych wagonów. Cisnęliśmy się jak śledzie w beczce. W naszym wagonie było upchanych 72 osoby, w różnym wieku, od dzieci do starców. Zanim pociąg ruszył, stał na peronie aż trzy doby. W tym czasie nie dawali nam wody. Bardzo męczyło wszystkich pragnienie. W końcu dostaliśmy jedno wiadro wody dziennie na cały wagon czyli 72 osoby. Nie wszyscy mogli wziąć z domów jedzenie, więc solidarnie jedni dzielili się z drugimi. Do końca życia nie zapomnę płaczu, zawodzenia, krzyku rozpaczy, które wydobywały się z bydlęcych wagonów. Ludzie śpiewali też maryjne pieśni. Po drodze w naszym wagonie zachorowało dwoje małych dzieci, a NKWD-ziści tylko – nic im nie będzie. Te dzieciaczki zmarły. Rodzice zakopali ich ciała przy torach. Okna w wagonach były zabite blachą. U nas w wagonie kobieta zaczęła rodzić. Na szczęście wśród nas była położna. Odebrała poród, urodziły się bliźnięta. Zawinięto je w gałganki. Bojcy zaraz je zabrali, matka rozpaczała, ale zamknęli drzwi i pociąg ruszył. Zawieźli nas aż za Ural”.
Piotr Pocałujko – „Nikt z nas nie wiedział gdzie jedzie. Nikt też nie potrafił powiedzieć jak długo trwała ta podróż. Czasem pociąg jechał dzień i noc bez przerwy – czasem się zatrzymywał i stał, czy to na stacji czy w szczerym polu, przez kilka dni. Sanitariat stanowiła dziura wycięta w podłodze wagonu, zasłonięta parawanem. Jedzenie, które podawano w wiadrze „mieszkańcom” wagonów stanowiły – makaron zalany oliwą, czasami śledzie. Ale to dla dorosłych mężczyzn było za mało, żeby nie cierpieć z głodu. Kilku moich kolegów z AK było chorych, kilku bardzo mocno pobitych podczas przesłuchań NKWD. Oni zmarli po drodze, bo nie było tam żadnego lekarza. Zakopaliśmy ich podczas postoju, niedaleko torów. Do dziś nie wiem, czy ich bliscy ekshumowali ciała tych żołnierzy i godnie je pochowali. W takich warunkach dowieziono nas na Sybir”.
Michał Siewruk – „Kiedy dowieźli nas do stacji kolejowej w Oranach, 50 towarowych wagonów już stało. Było w nich upakowane mnóstwo ludzi – przeważnie starcy, kobiety i dzieci. Ich ojcowie siedzieli w sowieckich więzieniach. My byliśmy rodziną kułacką. Tylko takich rodzin nie rozdzielano i wywożono je pełne. Gdy otwarto drzwi naszego wagonu, buchnął z niego na nas okropny fetor. Pochodził on z kubła, który służył jako sedes. Kiedy wsadzono nas do tego wagonu i pociąg ruszył, ludzi zaczęli się modlić. Pamiętam jedną modlitwę „Prosimy Cię Boże zjednocz twoje dzieci rozproszone po całym świecie”. Po drodze chorzy ludzie umierali. W naszym wagonie zmarł ziemianin z Nowej Wilejki. Z tej podróży pamiętam jak ojciec opowiadał mi, że mój pradziadek był polskim działaczem niepodległościowym, którego car skazał na Sybir i odbył on taką drogę jaka my odbywamy. W wagonie był piecyk na którym w wiadrze gotowano wodę. Często wspólnie się modliliśmy i dzieliliśmy jedzeniem, bo nie wszyscy je wzięli z domu i głodowali. Jeden z naszych strażników, podczas postoju dał choremu herbaty. Za to NKWD go aresztowało, bo oni tego nie mogli robić. Jechaliśmy bardzo długo, wielu ludzi pokonał smutek i dostali depresji. W końcu dotarliśmy do Nowosybirska. Później przewieziono nas w Ałtajski Kraj do Usolu”.
Katorga
Genowefa Grochowska – „Po tej morderczej podróży dali nam zaledwie 3 dni odpoczynku. Potem pognali do wyrębu Tajgi. Ludzie byli nie nawykli do pracy w takich warunkach. Bardzo wielu z nas raniło się siekierami. Rany były czasami ciężkie, ale NKWD- ziści mówili, „nic wam nie będzie”. Panował straszny głód. Dziennie dawno nam chochlę wodnistej zupy i kilka kromek surowego chleba. Ludzie padali jak muchy, od tych ran, od czerwonki i tyfusu. Przy pracy w lesie strasznie gryzły nas komary, meszka. Kiedy wracałam z lasu, byłam zawsze pogryziona i wykrwawiona przez te insekty. W chatynkach, w których nas zakwaterowano, roiło się od wesz i pluskiew. Chorowałam b na tyfus, cudem przeżyłam. Bardzo pomagała nam wspólna modlitwa”.
Piotr Pocałujko – „Początkowo zawieźli mnie do łagru z zaostrzonym rygorem w Irkucku. Wcześniej więziono tam Niemców. Kiedy byłem w tym łagrze, większość więźniów to byli członkowie AK. Byłem tam 2,5 roku. Praca makabrycznie ciężka. Kazali nam wycinać las, gdzie rosły drzewa bardzo stare i olbrzymie. Wielu ludzi tam zmarło z wycieczenia, a niektórych zastrzelono. Kolejne łagry, jakie „zwiedziłem” znajdowały się na Kołymie. Byłem tam w sumie 5 lat i 3 miesiące. Pierwszym obóz znajdował się przy kopalni ołowiu. Straszne warunki pracy. Ten obóz był posadowiony na wysokiej górze, więc ciągle tam przeraźliwie wiało. Budowle, w których kazano nam mieszkać, były zrobione z łupanych skał. W otworach okiennych nie było szyb, a jedynie wypełniały je szklane słoiki, ustawione jeden na drugim. Wodę pitną pozyskiwaliśmy ze śniegu. Ciężko zachorowałem tam na żółtaczkę, w kopalni doznałem poważnego złamania nogi. Po kuracji w szpitalu, przewieziono mnie do kopalni. Tam wszyscy pracowaliśmy w maskach, gdyż bez tego, zaraz byśmy poumierali, głównie od pylicy płuc. W tej kopalni wydobywano głównie wolfram, ale pozyskiwano też promieniotwórczy uran, a wiadomo czym grozi praca przy wydobyciu tego ciężkiego pierwiastka”.
Michał Siewruk – „Najgorsza była pierwsza zima. Okropny mróz. Mój ojciec pracując na dworze, odmroził nos. Tam na miejscu nie było żadnego lekarza, więc nie miał się, kto nim zająć. My nie wiedzieliśmy jak na to zaradzić, ale tubylcy poradzili nam, żeby zdobyć gęsi smalec, bo to pomaga. Ale skąd go wziąć, kiedy na miejscu nic nie było, ani kur, ani gęsi, głód i wszystko zjedzone. Ja jako 12 chłopak. Chcąc pomóc ojcu, zbiegłem z obozu i przywiozłem gęsi smalec aż z Irkucka. Ja nie pracowałem, chodziłem do sowieckiej szkoły. Do szkoły można było bezkarnie nie iść, tylko jeśli temperatura spadała poniżej – 30 stopni. Rodzice tyrali w kołchozie. To była katorżnicza praca. Mężczyzn było w tym kołchozie tylko kilku, m.in. mój ojciec Piotr, dlatego kobiety zmuszano do wykonywania ciężkich męskich prac”.
Powroty do Macierzy
Genowefa Grochowska – „My nawet w tym łagrze na Syberii nie wiedzieliśmy, że po śmierci Stalina nastąpiła w ZSSR pewna polityczna odwilż i że pozwolono wówczas Polakom wracać do kraju. Dowiedzieliśmy się o tym przypadkiem, kiedy przez nasze miejsce katorgi jechał z Irkucka pociąg z rodakami wracającymi do Polski. To oni, a nie władze obozu, nam powiedzieli. Napisaliśmy do urzędu w Krasnojarsku wniosek o pozwolenie wyjazdu do kraju. Dostaliśmy pozwolenie dopiero po roku. I tak po tej wieloletniej gehennie wróciliśmy do ojczyzny, ale prawie każdego dnia wracają do mnie te straszne obrazy z Syberii”.
Piotr Pocałujko – „W roku 1956 Sowieci, uznali że za swoje „odpokutowałem” i zwolniono mnie z łagru. Od razu chciałem wyjechać do Polski, ale robiono mi ogromne trudności, jako że moje rodzinne Zapurwie, znalazło się po wojnie na terytorium ZSRR i automatycznie władze sowieckie uznały mnie obywatelem swojego państwa. Ponad dwa lata starałem się o uzyskanie pozwolenia na wyjazd do Polski. Pozwolenie to otrzymałem dopiero w roku 1958 i od razu wyjechał do kraju. Po wielu staraniach do Polski udało się sprowadzić moich rodziców i młodszą siostrę, którzy również byli wiezieni w sowieckich łagrach”.
Michał Siewruk – „Na zesłaniu byliśmy osiem lat, do roku 1957. Kiedy przyjechaliśmy do naszego majątku, okazało się, że zamieniono go na kołchoz, a dwór zniszczono tak, że nie został po nim kamień na kamieniu. Dosłownie, ponieważ usunięto nawet fundamenty. Tak więc na rodzinnej ziemi, nie mieliśmy gdzie mieszkać, nie mieliśmy do czego wracać, a do tego Polaków, po prostu wypędzano po wojnie z Wileńszczyzny. Robili to litewscy komuniści, którzy przenosili się do Wilna z głuchej prowincji. Organizowali oni specjalne składy pociągów i kazali Polakom wsiadać do nich i „jechać do Polski”. Tak właśnie trafiliśmy do Białegostoku, gdzie mieszkał brat mojej mamy, który nas przygarnął. Ja po krótkim pobycie w Polsce wróciłem do Wilna, gdzie mieszkałem aż do lat 80’. Do Polski przyjechałem na wezwanie umierającego ojca i tak tu zostałem, ale na Wileńszczyznę jeżdżę gdy tylko mogę”.
notował Adam Białous/PCh24.pl
***
14 lutego minęło 50 lat kiedy w piątkowy wieczór wysiadłem na glasgowskim dworcu Central Station, aby pełnić tutaj posługę duszpasterską dla Polaków, którzy przeszli przez “nieludzką ziemię”. Cudem ocaleni musieli jednak potem jeszcze długo tułać się przechodząc kolejne stacje swojej Drogi Krzyżowej – z Persji poprzez Bliski Wschód, Włochy i Francję, aby w końcu dotrzeć na szkocką ziemię. I tutaj już pozostali aż do swojej śmierci, bo nie było im dane powrócić na “Ojczyzny łono”.
Każdego dnia polecam tych naszych Rodaków Miłosiernemu Bogu, aby już w pełni mogli posiąść Ziemię pełną szczęśliwości, która jest Królestwem nie z tego świata.
Jak ważna i potrzebna jest modlitwa za naszych zmarłychwspomnę tutaj o błogosławionej Matce Speranzie, hiszpańskiej mistyczce, która przewidziała wybór Księdza Kardynała Karola Wojtyły na papieża. 13 maja 1981 r. była jedną z kilku osób, które brały udział w ocaleniu życia św. Jana Pawła II. W 1964 roku spotkała się z Karolem Wojtyłą, który zmagał się z odmową Świętego Oficjum co do uznania zgodności z nauką Kościoła Dzienniczka s. Faustyny i rozpoczęcia jej procesu beatyfikacyjnego. Wtedy Matka Speranza poradziła przyszłemu papieżowi, aby jeszcze raz przyjrzano się tłumaczeniu Dzienniczka, ponieważ wkradły się tam błędy. I rzeczywiście był to przełom w zatwierdzeniu Dzienniczka i tym samym rozpoczęcia procesu beatyfikacyjnego s. Faustyny.
Otóż dlatego przywołuję bł. Matkę Speranzę, bo to ona wyprosiła dla naszych poległych żołnierzy z pod Monte Cassino łaskę nieba. Ta niepozorna, skromna i zawsze uśmiechnięta zakonnica posiadała dar bilokacji, stygmatów, wglądu w ludzkie serca i kontaktu z duszami czyśćcowymi.
W 1951 roku odwiedziła cmentarz na Monte Cassino. Patrząc na groby naszych młodych polskich żołnierzy tak się wzruszyła, że prosiła Pana Boga, aby dusze tych przebywających jeszcze w czyśćcu Pan zabrał do nieba. Świadkiem tego wydarzenia był o. Alfredo, który tak opisał to wydarzenie:„Byłem z Matką, gdy weszła w ekstazę i zaczęła rozmawiać z Panem Jezusem, prosząc, aby zabrał do siebie dusze, za które tak wiele modliła się poprzedniego dnia. Słyszałem, jak mówiła do Niego:«Panie, czekam na Ciebie w czasie przeistoczenia». I rzeczywiście, w momencie podniesienia Świętej Hostii zauważyłem, że uważnie wpatrywała się w jakiś odległy punkt. Pozwoliła mi dotknąć swojej twarzy; stwierdziłem, że była lodowata. Po chwili dał się słyszeć jej urywany oddech i odzyskała świadomość. Zaczęła dziękować Panu Bogu za Jego nieskończoną dobroć. Po Mszy świętej spytałem, dlaczego była tak zmarznięta. Wtedy powiedziała mi, że chwilę wcześniej była w czyśćcu i widziała, jak wszystkie te dusze szły do raju”.
(Zainteresowanym polecamksiążkę:“Bł. Speranza – Nieznane cuda bliźniaczej duszy ojca Pio“napisanej przez José María Zavala)
***
Niedziela –2 luty
UroczystośćOfiarowania Pańskiego – Matki Bożej Gromnicznej
Dzień modlitw za osoby życia konsekrowanego
(Francis Helminski, Public domain, via Wikimedia Commons)
***
2 lutego, Kościół katolicki obchodzi święto Ofiarowania Pańskiego. Czyni to na pamiątkę ofiarowania przez Maryję i Józefa ich pierworodnego syna, Jezusa, w świątyni jerozolimskiej. W polskiej tradycji jest to też święto Matki Bożej Gromnicznej. 2 lutego przypada także Dzień Życia Konsekrowanego. Siostry i bracia zakonni, podobnie jak Jezus w świątyni Jerozolimskiej, ofiarowują swoje życie na wyłączną służbę Bogu. W Polsce żyje ok. 30 tys. osób konsekrowanych.
Przed 1969 r. na Zachodzie święto Ofiarowania Pańskiego znane było jako Święto Oczyszczenia Najświętszej Maryi Panny. Po soborze zmieniono nazwę, żeby ukazać chrystocentryczne znaczenie uroczystości. W Polsce od gromnic święconych tego dnia przyjęła się nazwa „Matki Boskiej Gromnicznej”.
Święto Ofiarowania Pańskiego przypada czterdziestego dnia po Bożym Narodzeniu. Jest to pamiątka ofiarowania Pana Jezusa w świątyni jerozolimskiej i dokonania przez Matkę Bożą obrzędu oczyszczenia.
Według Ewangelii Jezus, zgodnie z prawem żydowskim, jako pierworodny syn był ofiarowany Bogu w świątyni jerozolimskiej. Wtedy też starzec Symeon wypowiedział proroctwo nazywając Jezusa „światłem na oświecenie pogan i chwałą Izraela”. Dlatego święto to jest bogate w symbolikę światła.
Na pamiątkę ocalenia pierworodnych synów Izraela podczas niewoli egipskiej każdy pierworodny syn u Żydów był uważany za własność Boga. Dlatego czterdziestego dnia po jego urodzeniu należało zanieść syna do świątyni w Jerozolimie, złożyć go w ręce kapłana, a następnie wykupić za symboliczną opłatą. Równocześnie z obrzędem ofiarowania i wykupu pierworodnego syna łączyła się ceremonia oczyszczenia matki dziecka. Z tej okazji matka była zobowiązana złożyć ofiarę z baranka, a jeśli jej na to nie pozwalało zbyt wielkie ubóstwo – przynajmniej ofiarę z dwóch synogarlic lub gołębi. Fakt, że Maryja i Józef złożyli synogarlicę, świadczy, że byli bardzo ubodzy.
Święto Ofiarowania Pana Jezusa należy do najdawniejszych, gdyż było obchodzone w Jerozolimie już w IV w., a więc zaraz po ustaniu prześladowań. Dwa wieki później pojawiło się również w Kościele zachodnim. W Jerozolimie odbywały się – zazwyczaj nocą – uroczyste procesje ze świecami.
Według podania, procesja z zapalonymi świecami była znana w Rzymie już w czasach papieża św. Gelazego w 492 r. Od X w. upowszechnił się obrzęd poświęcania świec, których płomień symbolizuje Jezusa – Światłość świata, Chrystusa, który uciszał burze, był, jest i na zawsze pozostanie Panem wszystkich praw natury. Momentem najuroczystszym apoteozy Chrystusa jako światła, który oświeca narody, jest podniosły obrzęd Wigilii Paschalnej – poświęcenie paschału i przepiękny hymn Exsultet.
W Rzymie w tym dniu odbywała się najstarsza maryjna procesja, której uczestnicy nieśli zapalone świece.
Prawdopodobnie ta procesja do największego sanktuarium rzymskiego – bazyliki Matki Bożej Większej – nadała świętu Pańskiemu charakter maryjny, który z wolna zaczął przeważać. Przypuszcza się, że już w VI w. celebrowano je w Konstantynopolu, w którym zwrócono też większą uwagę na maryjny charakter święta.
Od X w. – jak już wspomnieliśmy – pojawia się obrzęd poświęcenia świec, który jeszcze podkreśla i ubogaca symbolikę światła. Nawiązuje ona bezpośrednio do wielkanocnego paschału, który wyraża zwycięstwo nad śmiercią, grzechem i szatanem. Ofiarowanie Jezusa oznacza początek nowego przymierza i nowego kapłaństwa, w którym Syn Boży sam jest Świątynią, Kapłanem i Ofiarą. Treść tego święta podkreśla zamierzoną przez Boga powszechność zbawienia, które ma objąć nawet pogan.
Matki Bożej Gromnicznej
W Polsce święto ma charakter zdecydowanie maryjny – stąd nazywane jest świętem Matki Bożej Gromnicznej. Nazwa pochodzi od gromów, przed którymi strzec miały stawiane podczas burzy w oknach zapalone świece.
W kościele dokonuje się poświecenia gromnic przyniesionych przez wiernych. Liturgię tego święta rozpoczyna obrzęd błogosławienia świec i procesja z nimi na uroczyste sprawowanie Eucharystii. Kapłan wypowiada słowa modlitwy, w której prosi, aby „wszyscy, którzy zgromadzili się w tej świątyni z płonącymi świecami, mogli kiedyś oglądać blask chwały Chrystusa”.
Gromnice te, jak wskazuje stara modlitwa na ich poświęcenie, miały być wykonane z pszczelego wosku. W różnych regionach były one różnie przystrajane. Podczas Mszy trzymano je zapalone, często starano się je z tym poświęconym ogniem donieść do domu. Tam gospodarz błogosławił nimi dobytek, a dymem robił krzyżyk nad drzwiami i oknami, modląc się o ochronę przed wszelkimi niebezpieczeństwami.
Na znak zawierzenia Maryi w czasie klęsk, szczególnie podczas burzy, w domach i gospodarstwach, również zapala się gromnice. Jako gromnice służą też świece chrzcielne, kiedy to w życie nowo ochrzczonej osoby wkracza światło wiary, która prowadzi przez życie. Pobłogosławione 2 lutego świece podaje się też umierającym.
Ze świętem Matki Bożej Gromnicznej kończy się w Polsce okres śpiewania kolęd, trzymania żłóbków i choinek – kończy się tradycyjny (a nie liturgiczny – ten skończył się świętem Chrztu Pańskiego) okres Bożego Narodzenia. Święto zamyka więc cykl uroczystości związanych z objawieniem się światu Słowa Wcielonego. Liturgia po raz ostatni w tym roku ukazuje nam Chrystusa-Dziecię.
Dzień Życia Konsekrowanego
2 lutego przypada w Kościele katolickim także Dzień Życia Konsekrowanego, który ustanowił w 1997 roku święty papież Jan Paweł II, stwarzając okazję do głębszej refleksji całego Kościoła nad darem życia poświęconego Bogu. Siostry i bracia zakonni, a także członkowie instytutów świeckich, stowarzyszeń życia apostolskiego, pustelnicy, dziewice i wdowy podobnie jak Jezus w świątyni Jerozolimskiej, ofiarowują swoje życie na wyłączną służbę Bogu.
W Polsce żyje ok. 30 tys. osób konsekrowanych. Największą grupę stanowią siostry ze zgromadzeń czynnych – ok. 16 tys. osób. W klasztorach kontemplacyjnych żyje ok. 1200 mniszek. Męskie instytuty życia konsekrowanego liczą ok. 11 tys. zakonników. Do Instytutów Świeckich w Polsce należy ok. 1000 osób a ok. 800 osób wybrało indywidualną formę życia konsekrowanego. Dane z ostatnich lat pokazują, że liczba zakonnic, zakonników i mniszek powoli lecz systematycznie spada. Względnie stabilna jest liczba członków Instytutów Świeckich, natomiast wzrasta liczba osób, które przyjęły indywidualną konsekrację.
Tradycyjnie 2 lutego w kościołach w Polsce odbywa się zbiórka na potrzeby zakonów klauzurowych.
PCh24.pl/źródło: KAI
***
Święćmy gromnice.
Sakramentalia zbliżają do Boga
***
W święto Matki Bożej Gromnicznej, 2 lutego, zgodnie z tradycją święcimy świece, by zapewnić ochronę od żywiołów i wypraszać dobrą śmierć. Dzień później, w św. Błażeja, błogosławieństwo dwoma skrzyżowanymi świecami służy zachowaniu od chorób gardła i języka. Poświęcony 5 lutego, w św. Agaty, chleb i sól mają chronić nasz dom od pożaru. Zwyczaje, ważne dla naszych przodków, dziś praktykujemy coraz rzadziej. Rzadziej rozumiemy także jak te symboliczne czynności mają wpłynąć na naszą relację z Bogiem.
Czy to jakaś magia? – pytają niektórzy. Bynajmniej, nie chodzi tu o żadne magiczne działanie czy myślenie, lecz o rodzaj modlitwy. O przypomnienie, że Bóg wypełnia skierowaną do Niego podczas poświęcenia przedmiotu prośbę: o ochronę czy o zdrowie. Innymi słowy, chodzi o to, by nie traktować błogosławieństw i błogosławionych przedmiotów jako zabobonu czy talizmanu, lecz jako znak, że zapraszamy Boga w naszą codzienność. To, co odróżnia poświęcone podczas świąt przedmioty czy inne sakramentalia od przesądów czy talizmanów to wiara w Boga, a nie w moc przedmiotu.
Zabobon czy wiara
Po co zatem komuś świeczka poświęcona w Gromniczną i postawiona na oknie, by chroniła od piorunów, skoro to Bóg chroni dom przed piorunami? Jesteśmy osobami zmysłowymi, bardziej przemawia do nas to, co widzimy i czego dotykamy. Dlatego to świeca ma nam przypominać, że Bóg jest Światłem w ciemnościach burzy czy śmierci, a chleb i sól zachowuje i ocala. I w ten sposób, oddziałując na zmysły, ułatwiać nam wiarę.
Podobnie posługujemy się innymi sakramentaliami: nosimy poświęcony medalik nie po to, by wierzyć w jego moc, ale by przypominał nam o wierze w Boga. Nosimy go też jako zgodę wyrażoną Bogu: „Tak, chcę, by w moim życiu działało błogosławieństwo, które kapłan wypowiadał poświęcając ten przedmiot”. Noszenie medalika, palenie gromnicy, czy używanie wody święconej bez wiary w Boga nie ma sensu – ponieważ poświęcenie go nie jest nadawaniem jakiejś mocy. Sakramentalia od zabobonu odróżnić bardzo prosto: po wierze tego, kto daną rzecz poświęca i nosi.
Tradycja Kościoła
Zwyczaj święcenia świec, chleba i soli mają swoje interesujące pochodzenie. Podczas gdy święcenie świec w Matki Bożej Gromnicznej jest w swojej symbolice dość oczywiste i związane z oczekiwaniem na wiosnę i jej pierwsze burze, opowieści związane z pozostałymi świętami intrygują. Otóż św. Błażej, lekarz a potem biskup Sebasty (dziś teren Turcji) i pustelnik, żyjący na przełomie III i IV w. n.e. został uwięziony podczas prześladowań chrześcijan za cesarza Licyniusza. Gdy przebywał w lochu, był świadkiem jak rybia ość przebiła chłopcu gardło. Nikt nie potrafił jej wyjąć i chłopcu groziła śmierć przez uduszenie. I jak to w podobnych wypadkach bywa, gdy człowiek – z bezradności zwraca się do Boga, wysłuchał prośby św. Błażeja. Chłopiec został uratowany, a Kościół zaczął czcić świętego męczennika jako patrona od chorób gardła.
Ciekawa historia wiąże się także ze św. Agatą. Według tradycji, po jej męczeńskiej śmierci w Katanii na Sycylii, wybuchła Etna. Rozpalona lawa zagrażała miastu. Mieszkańcy prosili więc św. Agatę o pomoc i posłużyli się jej welonem dla powstrzymania ognistej lawy. Widać święta wyprosiła u Boga łaskę ocalenia, a na pamiątkę tego wierni do dziś modlą się o ocalenie przed ogniem za Jej wstawiennictwem. Aby to podkreślić, w dzień św. Agaty poświęca się pieczywo, sól i wodę, które mają chronić ludność od pożarów i piorunów, a dawniej poświęcone kawałki chleba wrzucano do ognia, by wiatr odwrócił pożar.
Znak ufności
Czym różnią się sakramentalia od sakramentów? Różnica jest zasadnicza. Sakramenty to widzialne znaki bezpośredniego spotkania z żywym Bogiem i otrzymania Jego łaski. A sakramentalia to znaki oraz czynności (błogosławieństwa osób, posiłków, miejsc), które – przez modlitwę Kościoła – uzdalniają do przyjęcia łaski i dysponują do współpracy z nią. O ile moc działania sakramentów pochodzi wprost od Boga, o tyle działanie sakramentaliów bierze się z wiary i modlitwy Kościoła.
Nadchodzące dni, jak widać, są okazją, by szczególnie uświadomić sobie sprawczość naszej wiary. I to, że w obrzędach poświęcenia nie ma żadnej magii, bo to nie przedmiot ani nie dotyk uzdrawia. Oba są jedynie zewnętrznymi znakami naszej wewnętrznej ufności we wstawiennictwo świętego i moc Boga”.
Dorota Niedźwiecka/PCh24.pl
***
Matka Boża Gromniczna strzeże przed „wilkami”. „Duchowe drapieżniki” dyszą nienawiścią!
***
Jednym z najpiękniejszych kalendarzy lat trzydziestych był „Kalendarz Królowej Apostołów”, wydawany przez Księży Pallotynów. I właśnie tam widziałem reprodukcję obrazu, która na długo utkwiła mi w pamięci.
Oto jest noc, zasypane śniegiem wiejskie chaty, nigdzie nie widać nawet nikłego blasku świecy, cała wieś pogrążona jest we śnie. Bliżej widać drzewa, tuż za wioską rozciąga się gęsty las. Na jego skraju wyraźnie widoczna jest wataha wilków: wygłodniałych, złych, szykujących się do ataku na ludzkie siedziby. I nagle z boku obrazu wyłania się przepiękna, świetlista postać, odziana – mimo mrozu – jedynie w białą szatę. Postać kobieca, tchnąca dobrocią i spokojem, rusza prosto na stado wilków i odpędza je od domostw tych, którzy pogrążeni we śnie, nawet nie domyślają się niebezpieczeństwa. Wilki warczą, ale cofają się, gdyż Pani ta trzyma w ręku świecę, której drapieżniki najwyraźniej się boją. Pod obrazem widniał podpis: Matka Boża Gromniczna…
Nie pamiętam już, kto był autorem tego obrazu, ani wszystkich szczegółów, bo od tamtego czasu upłynęło już wiele lat. Jednak od spotkania z tym obrazkiem w kalendarzu katolickim tytuł Matka Boża Gromniczna kojarzy mi się zawsze z ową piękną Panią, która czuwa nad człowiekiem i chroni go oraz jego bliskich od niebezpieczeństwa.
2 lutego obchodzimy święto Oczyszczenia Najświętszej Maryi Panny, od reformy kalendarza liturgicznego nazywające się Świętem Ofiarowania Pańskiego. Nazwa nie jest tu jednak najważniejsza, natomiast niezwykle ważna jest wielowiekowa tradycja łącząca to święto z gromnicą, a więc świecą, która w tym dniu jest pobłogosławiona w kościele przez kapłana na pamiątkę słów starca Symeona, który nazwał Dziecię Jezus Światłem na oświecenie pogan.
Zapewne słyszeliśmy, jak do tego doszło. Maryja, jak każda kobieta izraelska, chciała poddać się oczyszczeniu po narodzinach Dziecka. Nie musiała tego robić, bo porodziła bez utraty dziewictwa, ale chciała. Ona i św. Józef pragnęli jak najdokładniej wypełnić przepis Prawa. Dzień ten był równocześnie świętym dniem dla dwojga staruszków – Symeona i Anny, którzy wyczekiwali Zbawiciela, codziennie trwając przy Świątyni i błagając Boga, by ich oczy mogły ujrzeć Jego Syna. Czekali długo, ale kiedy wreszcie Maryja i Józef przynieśli Dzieciątko do Świątyni, Symeon wyśpiewał przepiękną pieśń, którą Kościół uczynił częścią modlitwy brewiarzowej i kazał swoim kapłanom, zakonnikom i wszystkim, którzy w tej doskonałej modlitwie chcą brać udział, odmawiać w ostatniej modlitwie danego dnia, czyli tzw. komplecie.
To wtedy właśnie Maryja usłyszała proroctwo o Jezusie, że Jej duszę kiedyś przeniknie miecz, aby na jaw wyszły zamysły serc wielu. Od pierwszych wieków chrześcijaństwa Kościół święci w tym dniu świece i odwołuje się do wstawiennictwa Matki Zbawiciela, stąd popularnie to święto po dziś dzień nazywa się świętem Matki Bożej Gromnicznej. Poświęcona świeca jest symbolem Pana Jezusa, jako Światłości, ale jest też znakiem orędownictwa Jego Matki. Stąd opisany przeze mnie na początku obraz ukazujący Maryję, jako opiekunkę ludzkich siedzib. Dawniej, kiedy wilki rzeczywiście zagrażały ludziom w czasie długich i srogich zim, ci polecali się z ufnością Matce Boga, paląc gromnice, jako znak Jej wstawiennictwa i opieki. Zapalano gromnice także w czasie nawałnic i burz, kiedy pioruny (piorun to inaczej grom, stąd gromnica) uderzały w drzewa, a nieraz i w zabudowania. Pożar domu oznaczał zazwyczaj utratę całego dobytku, dlatego ludzie gorąco prosili Matkę Bożą, by ich ratowała od piorunów i nawałnic.
Co do wilków, to te z lasu nie zagrażają nam już tak jak dawniej. Dziś jesteśmy narażeni raczej na spotkanie z innymi „wilkami”: to pokusy, grzechy czy sam szatan. Te „duchowe drapieżniki” porywają nawet niewinne dusze małych dzieci przez zło, które się zewsząd sączy w ludzkie umysły i zabija w duszach miłość Boga, czyniąc je przez to martwymi. Nigdy chyba jeszcze od czasów Cesarstwa Rzymskiego ludzie tak się nie chlubili popełnianym złem, jak robią to teraz. Grzech stał się czymś, co „robią wszyscy”. Czy ci nieszczęśliwi ludzie zdają sobie sprawę z tego, że razem z tymi „wszystkimi” mogą przegrać życie, a co gorsza – całą wieczność?
Drodzy Czciciele Matki Bożej! Weźmy Jej świece, zaufajmy, że przez ten znak Maryja będzie nas chronić od zła fizycznego, a przede wszystkim od duchowego. Módlmy się, by kiedyś, kiedy będą się zamykać na zawsze nasze oczy na tym świecie, ostatnią rzeczą, jaką ujrzymy, było światło gromnicy. Amen.
PCh24.pl(tekst ukazał się w 86. numerze „Przymierza z Maryją”
***
Ofiarowanie Pańskie
Ofiarowanie Chrystusa w Świątyni Obraz z XV wieku pędzla Giovanniego Belliniego
***
Chrystus przez swoje „wejście w świat” spotyka się ze wszystkimi ludźmi. Przez pośrednictwo Jezusa, Maryi i św. Józefa – w spotkaniu w świątyni jerozolimskiej – „dokonało się” już w zarodku „wszechspotkanie Boga z ludźmi i ludzi pomiędzy sobą”.
Kult Matki Boskiej Gromnicznej w świecie
Nabożeństwo do Matki Boskiej Gromnicznej ma szczególnie uroczysty charakter: w Polsce, w Hiszpanii i w krajach, które kiedyś należały do Hiszpanii (Ameryka Południowa i Środkowa, Filipiny). Na hiszpańskich Wyspach Kanaryjskich jest nawet sanktuarium Matki Boskiej Gromnicznej w Candelaria.
Dlaczego Jan Paweł II ustanowił Dzień Życia Konsekrowanego?
Antoine Mekary | Aleteia
***
Dzień Życia Konsekrowanego obchodzony jest 2 lutego, w święto Ofiarowania Pańskiego. A jakie były intencje św. Jana Pawła II, kiedy w 1997 roku zadecydował o ustanowieniu tego dnia?
Czterdzieści dni po narodzeniu Jezusa Jego rodzice zanoszą Go do świątyni, by ofiarować Go Bogu. W tym dniu Jezus-Mesjasz spotyka się także z tymi, którzy na Niego z tęsknotą czekali. Przez usta starego Symeona, któremu daje natchnienie Duch Święty, objawione zostaje „Światło na oświecenie pogan”. A swoimi proroczymi słowami starzec zapowiada pełną ofiarę złożoną na krzyżu przez Jezusa i Jego ostateczne zwycięstwo nad śmiercią (por. Łk 2, 25-35).
W ten sposób w domu Bożym tego dnia objawia się Uświęcony przez Ojca, Ten, który przyszedł na świat, aby zbawić wszystkich ludzi. A Maryja, Jego matka, jednoczy się z Nim w tej samej ofierze dla zbawienia świata.
Ofiarowanie Jezusa w świątyni jest również wymownym znakiem całkowitego oddania się Bogu i wzorem dla wszystkich tych, którzy chcą iść drogą życia konsekrowanego. A Dziewica Maryja, ofiarowująca Dzieciątko Bogu, bardzo dobrze wyraża postawę Kościoła, który nadal ofiarowuje Ojcu swoje córki i synów, łącząc ich z jedyną ofiarą Chrystusa – przyczyną i wzorem wszelkiej konsekracji w Kościele.
Jak prorokini Anna, która – podobnie jak Symeon – czekała na Mesjasza i czuwała w świątyni, tak pierwszym powołaniem tego, który podąża za Chrystusem, jest przebywanie w komunii z Nim, słuchanie Jego słowa i wielbienie Boga z pokorą i stałością. Jego życie znajdzie wówczas głęboki oddźwięk w sercach ludzi.
Jan Paweł II pragnął, aby „obchody Dnia Życia Konsekrowanego gromadziły osoby konsekrowane wraz z innymi wiernymi dla wspólnego wychwalania z Dziewicą Maryją wielkich dzieł Bożych, których Pan dokonuje w wielu synach i córkach” (Św. Jan Paweł II, Orędzie z okazji 1. Dnia Życia Konsekrowanego, 1997). Co więcej, pragnął, aby to święto ukazywało wszystkim, że powołaniem świętego ludu Bożego ma być całkowicie poświęcenie się Jemu.
Po co nam Dzień Życia Konsekrowanego?
Jan Paweł II widział w tej uroczystości co najmniej potrójny cel:
1 DZIĘKCZYNIENIA ZA DAR ŻYCIA KONSEKROWANEGO
„Po pierwsze – odpowiada on wewnętrznej potrzebie bardziej uroczystego wielbienia Pana i dziękczynienia Mu za wielki dar życia konsekrowanego” (Św. Jan Paweł II, Orędzie z okazji 1. Dnia Życia Konsekrowanego, 1997). Tak jak Jezus w swoim posłuszeństwie i poświęceniu Ojcu mówi nam, jak bardzo Bóg jest z nami, tak i osoby konsekrowane, w pełni należące do jedynego Pana, ich sposób życia i pracy, ich oddanie ludziom są wymownym znakiem, potężnym głoszeniem obecności Boga we współczesnym świecie. „To pierwsza posługa, jaką życie konsekrowane oddaje Kościołowi i światu. Pośród Ludu Bożego osoby konsekrowane są niczym strażnicy, dostrzegający i zapowiadający nowe życie, już obecne w naszych dziejach”, mówił Benedykt XVI 2 lutego 2006 r.
2 POZNANIE ŻYCIA KONSEKROWANEGO
„Po drugie – Dzień Życia Konsekrowanego ma za zadanie przyczynić się do poznania tej formy życia i pogłębiania szacunku dla niego ze strony całego Ludu Bożego od biskupów po kapłanów, od świeckich po osoby konsekrowane” – wyjaśniał w 1997 r. z okazji 1. Dnia Życia Konsekrowanego św. Jan Paweł II.
Podkreślił to także, zwracając się do osób konsekrowanych 2 lutego 2000 r.: „Świadectwo eschatologiczne należy do istoty waszego powołania. Śluby ubóstwa, posłuszeństwa i czystości dla Królestwa Bożego są waszym orędziem o ostatecznym przeznaczeniu człowieka, które kierujecie do świata. Jest to bardzo cenne orędzie: Człowiek, który czuwa i wyczekuje spełnienia się obietnic Chrystusa, potrafi natchnąć nadzieją także swoich braci i siostry, często zniechęconych i pesymistycznie patrzących w przyszłość”.
Ojciec święty dodaje także: „Jest ono zatem specjalną i żywą pamiątką Jego bycia Synem, który czyni Ojca swoją wyłączną Miłością – oto Jego czystość; który w Ojcu znajduje swoje wyłączne bogactwo – oto Jego ubóstwo; dla którego wola Ojca jest codziennym „pokarmem” (por. J 4,34) — oto Jego posłuszeństwo.
Taka forma życia, przyjęta przez Chrystusa i uobecniana w szczególny sposób przez osoby konsekrowane, ma wielkie znaczenie dla Kościoła, powołanego, by we wszystkich swoich członkach przeżywać to samo dążenie do pełnego zjednoczenia z Bogiem poprzez naśladowanie Chrystusa w świetle i mocy Ducha Świętego.
Życie specjalnej konsekracji w swoich różnorodnych formach pomaga zatem lepiej zrozumieć konsekrację chrzcielną wszystkich wiernych. Rozważając dar życia konsekrowanego Kościół zastanawia się nad swoim szczególnym powołaniem, aby należeć wyłącznie do Pana, i pragnie być w Jego oczach bez „skazy czy zmarszczki, czy czegoś podobnego, lecz aby był święty i nieskalany” (Ef 5,27).
Wydaje się zatem uzasadniona potrzeba ustanowienia tego specjalnego Dnia, który przyczyni się do tego, aby nauka o życiu konsekrowanym była nie tylko szerzej i głębiej rozważana, ale również coraz lepiej przyjmowana przez wszystkich członków Ludu Bożego” (Św. Jan Paweł II, Orędzie z okazji 1. Dnia Życia Konsekrowanego, 1997).
3ŚWIĘTOWANIE DZIEŁ PANA W ŻYCIU KONSEKROWANYCH
Trzeci cel dotyczy samych osób konsekrowanych: „Są one zaproszone do wspólnego i uroczystego świętowania niezwykłych dzieł, które Pan w nich dokonał, aby w świetle wiary mogły jeszcze pełniej odkryć blask Bożego piękna – promieniującego za sprawą Ducha w sposobie ich życia – oraz aby mogły jeszcze żywiej uświadomić sobie swą niezastąpioną misję w Kościele i w świecie” – wyjaśnił św. Jan Paweł II w tym samym dokumencie.
Świadkowie Ewangelii
W dzisiejszym zagonionym świecie osoby konsekrowane powinny z radością i pokojem ukazywać swoim życiem życie i orędzie Syna Bożego. W ten sposób głoszą naszemu światu, w najróżniejszych sytuacjach, że ostatecznie to Pan jest dla człowieka prawdziwą miłością, prawdziwym bogactwem, najbezpieczniejszą drogą.
Warto przy tym pamiętać, że „człowiek naszych czasów chętniej słucha świadków aniżeli nauczycieli; a jeśli słucha nauczycieli, to dlatego, że są świadkami” (Św. Paweł VI, Adhortacja apostolska Evangelii nuntiandi, 1975, nr 41).
Dla Jana Pawła II ustanowienie Dnia Życia Konsekrowanego w święto Ofiarowania Pańskiego oznaczało zatem wsparcie misji Kościoła. Przede wszystkim jego misji w świecie, aby ci, którzy jeszcze nie poznali Chrystusa, mogli się do Niego zbliżyć dzięki tym osobom, które przez całkowity dar siebie dają świadectwo, że Chrystus jest jedynym Synem, posłanym przez Ojca.
Papież podkreślił, że nowa ewangelizacja jest możliwa i skuteczna za sprawą osób, które najpierw ewangelizują same siebie, aby potem innym „przedstawiać Ewangelię w jej pełni, a także ukazywać matczyne oblicze Kościoła, służącego mężczyznom i kobietom naszych czasów”.
Modlitwa za osoby konsekrowane
Papież był też przekonany, że dzień ten będzie wsparciem duszpasterskim dla Kościołów lokalnych: „Czasami mogą ulegać pokusie by, tak jak Marta, pojmować misję głównie jako liczne zadania do zrobienia, które, rzecz jasna, powinny zostać wykonane. Ale ten dzień przypomina wszystkim, że to wybierając tę cząstkę, którą obrała Maria, możemy przynosić obfite owoce w winnicy Pańskiej. Dziewica Maryja, która dostąpiła wielkiego przywileju ofiarowania Ojcu Jezusa Chrystusa, Syna swego Jednorodzonego, jako ofiary czystej i świętej, niech sprawi, abyśmy byli zawsze otwarci na przyjęcie wielkich dzieł, których On nieustannie dokonuje dla dobra Kościoła oraz całej ludzkości” – mówił Jan Paweł II w 1997 roku.
Benedykt XVI, 2 lutego 2006 r., odmówił następującą modlitwę, którą zadedykował osobom konsekrowanym:
Niech Pan codziennie odnawia w was i we wszystkich osobach konsekrowanych radosną odpowiedź na Jego bezinteresowną i wierną miłość. Niczym płonące świece promieniujcie zawsze i w każdym miejscu miłością Chrystusa, światłości świata. Niech Najświętsza Maryja, Niewiasta konsekrowana, pomaga wam przeżywać w pełni to wasze szczególne powołanie i posłannictwo w Kościele dla zbawienia świata. Amen!
Zapomniana prośba Maryi, która niesie pokój dla świata
Spowiedź, Komunia święta, różaniec oraz 15-minutowe rozmyślanie nad tajemnicami różańcowymi – wylicza w rozmowie z Family News Service ks. dr Krzysztof Czapla SAC, dyrektor Sekretariatu Fatimskiego na Krzeptówkach w Zakopanem. To warunki nabożeństwa pierwszych sobót miesiąca, o które prosiła Maryja w Fatimie.
Ks. dr Krzysztof Czapla, dyrektor Sekretariatu Fatimskiego na Krzeptówkach w Zakopanem, w rozmowie z Family News Service wyjaśnia, że największym wezwaniem orędzia fatimskiego współcześnie jest jednoznaczna prośba Maryi.
– Papież poświęcił Rosję jej Niepokalanemu Sercu. Pozostała druga część prośby Matki Bożej, która dotyczy wynagrodzenia. Warto przypomnieć, że na grzech nie odpowiadamy krytyką i złością. Kościół w Polsce dwa razy dokonał tego poświęcenia, a dla nas jest to wezwanie, aby podjąć nabożeństwo pierwszych sobót miesiąca – dodaje pallotyn.
W wielu parafiach odprawia się pierwsze soboty, zdarza się jednak, że przybierają one formę dowolnej modlitwy i różańca. Tymczasem, jak tłumaczy ks. dr Czapla, Matka Boża podała pewne warunki, które należy spełnić. – Spowiedź, Komunia święta, różaniec oraz 15-minutowe rozmyślanie nad tajemnicami różańcowymi – wylicza duchowny. Dodaje: – W różańcu patrzymy na życie Jezusa oczami Maryi, rozważamy fakty, okoliczności, i to wszystko, co się wydarzyło. W medytacji patrzymy sercem, rozmyślamy nad tym, co Matka czuje w sercu, co przeżywa i to jest wejście znacznie głębiej. Warunki powinna łączyć jedna intencja – wynagrodzenie Niepokalanemu Sercu Maryi.
Dlaczego sobót jest akurat pięć? – Odpowiada na to s. Łucja: „Pozostając przez część nocy z 29 na 30 maja 1930 r. w kaplicy z naszym Panem i rozmawiając z Nim o czwartym i piątym pytaniu, poczułam się nagle mocniej owładnięta Bożą obecnością. Jeśli się nie mylę, zostało mi objawione, co następuje: «Córko, motyw jest prosty: jest pięć rodzajów obelg i bluźnierstw wypowiadanych przeciwko Niepokalanemu Sercu Maryi. Pierwsze: Bluźnierstwa przeciw Niepokalanemu Poczęciu. Drugie: Przeciwko Jej Dziewictwu: Przeciwko Bożemu Macierzyństwu, kiedy jednocześnie uznaje się Ją wyłącznie jako Matkę człowieka. Czwarte: Bluźnierstwa tych, którzy starają się otwarcie zaszczepić w sercach dzieci obojętność, wzgardę, a nawet nienawiść do tej Niepokalanej Matki. Piąte: Bluźnierstwa tych, którzy urągają Jej bezpośrednio w Jej świętych wizerunkach. Oto, droga córko, motyw, który kazał Niepokalanemu Sercu Maryi prosić mnie o ten mały akt wynagrodzenia. A poza względem dla Niej chciałem poruszyć Moje miłosierdzie, aby przebaczyło tym duszom, które miały nieszczęście Ją obrazić»”. Jezus powiedział też do s. Łucji: „To prawda, moja córko, że wiele dusz zaczyna, lecz mało kto kończy i ci, którzy kończą, mają za cel otrzymanie przyrzeczonych łask. Ja jednak wolę tych, którzy odprawią pięć pierwszych sobót w celu wynagrodzenia Niepokalanemu Sercu twojej Matki Niebieskiej, niż tych, którzy odprawią piętnaście, bezdusznie i z obojętnością” – mówi nam dyrektor Sekretariatu Fatimskiego na Krzeptówkach w Zakopanem.
Ks. dr Czapla: „Istotą orędzia i nabożeństwa pięciu sobót jest miłość”
Kapłan wyjaśnia, że istotą tego nabożeństwa jest miłość, która jest remedium na zło świata. –Maryja uświadamiając źródło wszelkiej choroby, nie pokazuje konkretnych błędów np. Rosji, ale mówi o wszystkich błędach.
Pokazuje wymowny przykład, do czego jest zdolne zło, które potrafi mordować narody, podnosi rękę na papieża. W objawieniu trzeciej tajemnicy widzimy jak ginie papież, zakonnicy i całe miasta zostają zniszczone. Matka Boża pokazuje więc do czego zdolne jest zło, które nie szanuje niczego i nikogo – podkreśla w rozmowie z Family News Service ks. dr Krzysztof Czapla.
Duchowny mówi, że to zło, przed którym przestrzega Maryja może objawiać się przez ateizm, ataki na rodzinę i nienarodzone dzieci, bowiem szatan upaja się w niszczeniu życia.
– Dzisiaj widząc to, co się dzieje w świecie, nie ma wątpliwości, że zło szuka wszelkich środków, aby zniszczyć człowieka. Gdy zapytano Benedykta XVI, dlaczego pojechał do Fatimy, papież powiedział, że współcześnie człowiek w swoim bycie jest bardzo mocno zagrożony. Człowiek wypowiada wojnę nie tylko człowiekowi, ale i Bogu – zaznacza pallotyn. – Fatima przypomina nam, że środki, którymi możemy powstrzymać zło nie są tylko ludzkie, ale muszą być Boże.
ks. Krzysztof Czapla SAC/Tygodnik Niedziela
***
Nabożeństwo pięciu pierwszych sobót miesiąca
Osobom, które będą uczestniczyć w pierwszosobotnich nabożeństwach, Maryja obiecuje towarzyszenie w chwili śmierci i ofiarowanie im wszystkich łask potrzebnych do zbawienia.
1. Wielka obietnica Matki Bożej Fatimskiej
W Fatimie 13 lipca 1917 r. Matka Boża powiedziała: „Widzieliście piekło, do którego idą dusze biednych grzeszników. Bóg chce je uratować, Bóg chce rozpowszechnić na świecie nabożeństwo do mego Niepokalanego Serca. Jeżeli uczyni się to, co wam powiem, wielu zostanie przed piekłem uratowanych i nastanie pokój na świecie”.
„Przybędę, by prosić o poświęcenie Rosji memu Niepokalanemu Sercu i o Komunię św. wynagradzającą w pierwsze soboty. Jeżeli moje życzenia zostaną spełnione, Rosja nawróci się i zapanuje pokój. Jeśli nie, bezbożna propaganda rozszerzy swe błędne nauki po świecie, wywołując wojny i prześladowanie Kościoła. Dobrzy będą męczeni, Ojciec Święty będzie wiele cierpiał. Różne narody zginą, na koniec moje Niepokalane Serce zatriumfuje”.
Siedem lat po zakończeniu fatimskich objawień Matka Boża zezwoliła siostrze Łucji na ujawnienie treści drugiej części tajemnicy fatimskiej. Jej przedmiotem było nabożeństwo do Niepokalanego Serca Maryi. 10 grudnia 1925 r. objawiła się siostrze Łucji Maryja z Dzieciątkiem i pokazała jej cierniami otoczone serce. Dzieciątko powiedziało: “Miej współczucie z Sercem Twej Najświętszej Matki, otoczonym cierniami, którymi niewdzięczni ludzie je wciąż na nowo ranią, a nie ma nikogo, kto by przez akt wynagrodzenia te ciernie powyciągał”.
Maryja powiedziała: “Córko moja, spójrz, Serce moje otoczone cierniami, którymi niewdzięczni ludzie przez bluźnierstwa i niewierności stale ranią. Przynajmniej ty staraj się nieść mi radość i oznajmij w moim imieniu, że przybędę w godzinie śmierci z łaskami potrzebnymi do zbawienia do tych wszystkich, którzy przez pięć miesięcy w pierwsze soboty odprawią spowiedź, przyjmą Komunię świętą, odmówią jeden Różaniec i przez piętnaście minut rozmyślania nad piętnastu tajemnicami różańcowymi towarzyszyć mi będą w intencji zadośćuczynienia”.
2. Dlaczego ma to być „pięć sobót” wynagradzających, a nie dziewięć lub siedem na cześć Matki Bożej Bolesnej?
Siostra Łucja odpowiada: „Pozostając przez część nocy z 29 na 30 maja 1930 roku w kaplicy z naszym Panem i rozmawiając z Nim o czwartym i piątym pytaniu, poczułam się nagle mocniej owładnięta Bożą obecnością. Jeśli się nie mylę, zostało mi objawione, co następuje: Córko, motyw jest prosty: Jest pięć rodzajów obelg i bluźnierstw wypowiadanych przeciwko Niepokalanemu Sercu Maryi. Pierwsze: Bluźnierstwa przeciw Niepokalanemu Poczęciu. Drugie: Przeciwko Jej Dziewictwu. Trzecie: Przeciwko Bożemu Macierzyństwu, kiedy jednocześnie uznaje się Ją wyłącznie jako Matkę człowieka. Czwarte: Bluźnierstwa tych, którzy starają się otwarcie zaszczepić w sercach dzieci obojętność, wzgardę, a nawet nienawiść do tej Niepokalanej Matki. Piąte: Bluźnierstwa tych, którzy urągają Jej bezpośrednio w Jej świętych wizerunkach. Oto, droga córko, motyw, który kazał Niepokalanemu Sercu Maryi prosić mnie o ten mały akt wynagrodzenia. A poza względem dla Niej chciałem poruszyć moje miłosierdzie, aby przebaczyło tym duszom, które miały nieszczęście Ją obrazić. Co do ciebie, zabiegaj nieustannie swymi modlitwami i ofiarami, aby poruszyć Mnie do okazania tym biednym duszom miłosierdzia”.
Jezus powiedział do siostry Łucji: „To prawda, moja córko, że wiele dusz zaczyna, lecz mało kto kończy i ci, którzy kończą, mają za cel otrzymanie przyrzeczonych łask. Ja jednak wolę tych, którzy odprawią pięć pierwszych sobót w celu wynagrodzenia Niepokalanemu Sercu twojej Matki Niebieskiej, niż tych, którzy odprawią piętnaście, bezdusznie i z obojętnością”.
3. Warunki nabożeństwa pierwszych sobót – co jest wymagane, aby uczynić zadość temu nabożeństwu
Warunek 1 – Spowiedź w pierwszą sobotę miesiąca.
„Łucja przedstawiła Jezusowi trudności, jakie niektóre dusze miały co do spowiedzi w sobotę i prosiła, aby spowiedź święta mogła być osiem dni ważna. Jezus odpowiedział: Może nawet wiele dłużej być ważna pod warunkiem, ze ludzie są w stanie łaski, gdy Mnie przyjmują i że mają zamiar zadośćuczynienia Niepokalanemu Sercu Maryi”. Spowiedź można odbyć na przykład w ramach pierwszego piątku miesiąca, pamiętając jednak o intencji wynagradzającej Niepokalanemu Sercu Maryi. Do spowiedzi – co istotne – należy przystąpić z intencją zadośćuczynienia za zniewagi wobec Niepokalanego Serca Maryi. Intencję można wzbudzić podczas przygotowania się do spowiedzi lub w trakcie otrzymywania rozgrzeszenia.
Przed spowiedzią można odmówić taką lub podobną modlitwę: Boże, pragnę teraz przystąpić do świętego sakramentu pojednania, aby otrzymać przebaczenie za popełnione grzechy, szczególnie za te, którymi świadomie lub nieświadomie zadałem ból Niepokalanemu Sercu Maryi. Niech ta spowiedź wyjedna Twoje miłosierdzie dla mnie oraz dla biednych grzeszników, by Niepokalane Serce Maryi zatriumfowało wśród nas.
Można także podczas otrzymywania rozgrzeszenia odmówić akt żalu: Boże, bądź miłościw mnie grzesznemu, szczególnie za moje grzechy przeciwko Niepokalanemu Sercu Maryi.
Warunek 2 – Komunia św. w pierwszą sobotę miesiąca. Po przyjęciu Komunii św. należy wzbudzić intencję wynagradzającą. Można odmówić taką lub inną modlitwę: Najchwalebniejsza Dziewico, Matko Boga i Matko moja! Jednocząc się z Twoim Synem pragnę wynagradzać Ci za grzechy tak wielu ludzi przeciw Twojemu Niepokalanemu Sercu. Mimo własnej nędzy i nieudolności chcę uczynić wszystko, by zadośćuczynić za te obelgi i bluźnierstwa. Pragnę Najświętsza Matko, Ciebie czcić i całym sercem kochać. Tego bowiem ode mnie Bóg oczekuje. I właśnie dlatego, że Cię kocham, uczynię wszystko, co tylko w mojej mocy, abyś przez wszystkich była czczona i kochana. Ty zaś, najmilsza Matko, Ucieczko grzesznych, racz przyjąć ten akt wynagrodzenia, który Ci składam. Przyjmij Go również jako akt zadośćuczynienia za tych, którzy nie wiedzą, co mówią, w bezbożny sposób złorzeczą Tobie. Wyproś im u Boga nawrócenie, aby przez udzieloną im łaskę jeszcze bardziej uwydatniła się Twoja macierzyńska dobroć, potęga i miłosierdzie. Niech i oni przyłączą się do tego hołdu i rozsławiają Twoją świętość i dobroć, głosząc, że jesteś błogosławioną między niewiastami, Matką Boga, której Niepokalane Serce nie ustaje w czułej miłości do każdego człowieka. Amen.
Warunek 3 – Różaniec (jedna część) w pierwszą sobotę miesiąca. Rozpoczynając różaniec należy wzbudzić intencję wynagradzającą, powiedzieć Matce Najświętszej, że będziemy się modlić, by ratować grzeszników i okazać Jej dowód miłości. Jeśli modlimy się prywatnie, spróbujmy zrobić to własnymi słowami. Jeżeli odmawiamy różaniec we wspólnocie, można odmówić następującą modlitwę: Królowo Różańca Świętego. Oto klękamy do modlitwy, by w pierwszą sobotę odmówić różaniec, o który prosiłaś. Chcemy przez niego zadośćuczynić za grzechy swoje, naszych bliskich, naszej Ojczyzny i całego świata. Pragniemy modlić się szczególnie za tych, którzy najdalej odeszli od Boga i najbardziej potrzebują Jego miłosierdzia. Wspomóż nas, abyśmy pamiętali o tej intencji wyznaczonej przez Ciebie. Pomóż nam wynagradzać naszym różańcem cierpienia Twego Niepokalanego Serca i Najświętszego Serca Jezusowego.
Po każdej tajemnicy różańca należy odmówić modlitwę: O mój Jezu, przebacz nam nasze grzechy, zachowaj nas od ognia piekielnego, zaprowadź wszystkie dusze do nieba i dopomóż szczególnie tym, którzy najbardziej potrzebują Twojego miłosierdzia.
Warunek 4 – Piętnastominutowe rozmyślanie nad tajemnicami różańcowymi w pierwszą sobotę miesiąca. Podejmujemy piętnaście minut rozmyślania o ściśle określonej przez niebo tematyce: mamy pochylić się nad jedną (lub kilkoma) z tajemnic różańca. Możemy rozmyślać nad dowolną tajemnicą, również nowymi tajemnicami: tajemnicami światła. Wzbudźmy intencję wynagradzającą za grzeszników, którzy nie chcą słuchać Matki Najświętszej ani być Jej dziećmi, którzy okazują Maryi obojętność, a nawet Ją nienawidzą i wiele czynią, by pomniejszyć Jej chwałę. Możemy w tym celu odmówić następującą modlitwę: Matko Najświętsza, Niepokalana Maryjo! Z radością przyjmuję Twe zaproszenie do udziału w Twoim rozmyślaniu. W pierwsze soboty otwierasz Swe Niepokalane Serce dla każdego, kto pragnie wlać we własne serce te najważniejsze znaki, jakie Bóg ukazał nam we Fatimie. Proszę, otwórz przede mną Swoje Serce. Ośmielam się prosić o to z całą pokorą, ale i z dziecięcą śmiałością, ponieważ chcę Cię naśladować, ponieważ chcę żyć miłością do Twego Syna, ponieważ pragnę zawsze trwać w stanie łaski i miłować Twój święty Różaniec, wreszcie – ponieważ pragnę wszystkiego, co tylko mogę ofiarowywać w duchu zadośćuczynienia za grzeszników. Daj mi uczestniczyć w Twym rozmyślaniu, a ja obiecuję wprowadzać w życie Słowo, które wlejesz do mego małego serca, by stawało się coraz milsze Tobie, bliższe Tobie, podobniejsze do Twego Niepokalanego Serca. A jeśli chcesz, zawsze możesz zabrać me serce, a dać mi Swoje – jak uczyniłaś to z tyloma swoimi dziećmi. Będę wtedy duszą najszczęśliwszą na świecie! Piętnastominutowe rozmyślanie (przykładowe tematy rozmyślania nad pierwszą tajemnicą radosną) 4.1. Najpierw odmawia się modlitwę wstępną: Zjednoczony ze wszystkimi aniołami i świętymi w niebie, zapraszam Ciebie, Maryjo, do rozważania ze mną tajemnic świętego różańca, co czynić chcę na cześć i chwałę Boga oraz dla zbawienia dusz. 4.2. Należy przypomnieć sobie relację ewangeliczną (Łk 1,26 – 38). Odczytaj tekst powoli, w duchu głębokiej modlitwy. 4.3. Z pokora pochyl się nad misterium swojego zbawienia objawionym w tej tajemnicy różańcowej. Rozmyślanie można poprowadzić według następujących punktów: a. rozważ anielskie przesłanie skierowane do Maryi, b. rozważ odpowiedź Najświętszej Maryi Panny, c. rozważ wcielenie Syna Bożego. 4.4. Z kolei zjednocz się z Maryją w ufnej modlitwie. Odmów w skupieniu Litanię Loretańską. Na zakończenie dodaj: Niebieski Ojcze, zgodnie z Twoją wolą wyrażoną w przesłaniu anioła, Twój Syn Jednorodzony stał się człowiekiem w łonie Najświętszej Dziewicy Maryi. Wysłuchaj moich próśb i dozwól mi znaleźć u Ciebie wsparcie za Jej orędownictwem, ponieważ z wiarą uznaję Ją za prawdziwą Matkę Boga. Amen. 5.5. Na zakończenie wzbudź w sobie postanowienia duchowe. Będę gorącym sercem miłował Matkę Najświętszą i każdego dnia oddawał Jej cześć. Będę uczył się od Maryi posłusznego wypełniania woli Bożej, jaką Pan mi ukazuje co dnia. Obudzę w sobie nabożeństwo do mojego Anioła Stróża. 4. A jeśli ktoś nie może spełnić warunków w sobotę, czy może wypełnić je w niedzielę? Siostra Łucja odpowiada: „Tak samo zostanie przyjęte praktykowanie tego nabożeństwa w niedzielę następującą po sobocie, jeśli moi kapłani ze słusznej przyczyny zezwolą na to duszom”.
5. Korzyści: jakie łaski zostały obiecane tym, którzy choć raz je odprawią? „Duszom, które w ten sposób starają się mi wynagradzać – mówi Matka Najświętsza – obiecuję towarzyszyć w godzinie śmierci z wszystkimi łaskami potrzebnymi do zbawienia”.
6. Intencja wynagradzająca. Jak ważna jest intencja zadośćuczynienia, przypomina sam Jezus, który mówił siostrze Łucji, że wartość nabożeństwa uzależniona jest od tego, czy ludzie „mają zamiar zadośćuczynić Niepokalanemu Sercu Maryi”. Dlatego siostra Łucja rozpoczyna swe zapiski uwagą: „Nie zapomnieć o intencji wynagradzania, która jest bardzo ważnym elementem pierwszych sobót”.
7. Warunki rzeczywiście proste, ale czy są wypełniane? „Jeśli zrobi się to, co ja wam mówię, wiele dusz zostanie uratowanych, nastanie pokój na świecie. Wojna się skończy”- mówi Maryja. Trzeba zatem wypełnić to, o co prosi Niebo. Prośba Maryi dotyczy czterech warunków, zatem wszystkie cztery należy wypełnić, a nie jedynie dowolnie wybrane. Jeśli mowa jest o intencji wynagradzającej Niepokalanemu Sercu Maryi, to taka intencja winna nam przyświecać w trakcie nabożeństwa pierwszych sobót. Matka Boża prosi, by Jej towarzyszyć przez 15 minut, rozmyślając o tajemnicach różańcowych, zatem nie zapominajmy o medytacji, której temat jest jasno sprecyzowany i nie ma tu dowolności. Maryja prosi ponadto nie tylko o różaniec, ale również o rozmyślanie, zatem zwróćmy uwagę, by nie utożsamiać rozważań w czasie różańca z rozmyślaniem o tajemnicach różańcowych. Pamiętajmy: medytacja, niezależna od modlitwy różańcowej, jest niezmiernie istotna i nie możemy jej pomijać.
8. Czy nabożeństwo pierwszych sobót jest jeszcze dziś aktualne? Ojciec Święty Benedykt XVI odpowiada: „Łudziłby się ten, kto sądziłby, że prorocka misja Fatimy została zakończona”. „W tym sensie posłanie nie jest zakończone, chociaż obydwie wielkie dyktatury zniknęły. Trwa cierpienie Kościoła i trwa zagrożenie człowieka, a tym samym nie ustaje szukanie odpowiedzi; dlatego wciąż aktualna pozostaje wskazówka, którą dała nam Maryja. Także w obecnym utrapieniu, gdy siła zła w najprzeróżniejszych formach grozi zdeptaniem wiary. Także teraz koniecznie potrzebujemy tej odpowiedzi, której Matka Boża udzieliła dzieciom”. Do dziś pozostają również aktualne słowa siostry Łucji: „Najświętsza Maryja Panna obiecała odłożyć bicz wojny na później, jeśli to nabożeństwo będzie propagowane i praktykowane. Możemy dostrzec, że odsuwa Ona tę karę stosownie do wysiłków, jakie są podejmowane, by je propagować. Obawiam się jednak, że mogliśmy uczynić więcej niż czynimy i że Bóg, mniej niż zadowolony, może podnieść ramię swego Miłosierdzia i pozwolić, aby świat był niszczony przez to oczyszczenie. A nigdy nie było ono tak straszne, straszne”. Nabożeństwo pierwszych pięciu sobót miesiąca jest wciąż wezwaniem dla Kościoła i każdego z nas; nadal możemy twierdzić, iż moglibyśmy więcej uczynić, by było ono znane i praktykowane. Rodzi się jednak pytanie: po cóż nam dziś to nabożeństwo? Nie zapominajmy jednak, iż to „Bóg chce ustanowić na świecie nabożeństwo do Niepokalanego Serca Maryi”. Zatem sam Stwórca Nieba i Ziemi wyciąga pomocną dłoń człowiekowi przez Maryję, a to zupełnie zmienia postać rzeczy. Siostra Łucja z wielką prostotą poucza wszystkich wątpiących w sens tego nabożeństwa, iż „Bóg jest Ojcem i lepiej od nas rozumie potrzeby swoich dzieci” i pragnie „ułatwić nam drogę dostępu do Siebie”.
Przypomnienie tego nabożeństwa, w czasie, kiedy trwa Wielka Nowenna Fatimska, nabiera szczególnego znaczenia. Stanowi ono bowiem istotę przesłania Matki Bożej i jest wezwaniem skierowanym do każdego z nas. Jeśli mówimy o pobożności fatimskiej, to nie możemy jej utożsamiać jedynie z 13. dniem miesiąca od maja do października. Fatima bowiem woła o nabożeństwo pięciu pierwszych sobót miesiąca. Nie wypełnimy fatimskiego przesłania, jeśli nie będziemy wynagradzać Niepokalanemu Sercu Maryi w pierwsze soboty.
Modlitwy Anioła z Fatimy
O Boże mój, wierzę w Ciebie, uwielbiam Ciebie, ufam Tobie i miłuję Ciebie. Proszę Cię o przebaczenie dla tych, którzy w Ciebie nie wierzą, Ciebie nie uwielbiają, nie ufają Tobie i Ciebie nie miłują.
Trójco Przenajświętsza, Ojcze, Synu i Duchu Święty. W najgłębszej pokorze cześć Ci oddaję i ofiaruję Tobie Przenajdroższe Ciało i Krew, Duszę i Bóstwo Jezusa Chrystusa, obecnego na ołtarzach całego świata jako wynagrodzenie za zniewagi, świętokradztwa i obojętność, którymi jest On obrażany. Przez nieskończone zasługi Jego Najświętszego Serca i przez przyczynę Niepokalanego Serca Maryi, proszę Cię o łaskę nawrócenia biednych grzeszników.
Zapraszamy wszystkich do włączenia się w dzieło Wielkiej Nowenny Fatimskiej.
SMS-y do Pana Boga. Papież zachęca do odmawiania aktów strzelistych
fot. Filippo Monteforte/AFP/East News
***
„Jakże często wysyłamy SMS-y do osób, które kochamy! Czyńmy to również z Panem, aby nasze serce było z Nim stale złączone” – zachęcał papież Franciszek zgromadzonych na placu św. Piotra w Rzymie, by odmawiali akty strzeliste – bardzo krótkie modlitwy, powtarzane w ciągu dnia.w rozważaniu przed południową modlitwą „Anioł Pański“.
Co znalazłby Jezus w moim życiu?
Ewangelia dzisiejszej liturgii kończy się pełnym troski pytaniem Jezusa: „Czy jednak Syn Człowieczy znajdzie wiarę na ziemi, gdy przyjdzie?” (Łk 18, 8). Jakby chciał powiedzieć: czy kiedy przyjdę u kresu dziejów – ale, możemy pomyśleć, także teraz, w tym momencie życia – znajdę w was jakąś wiarę, w waszym świecie? To poważne pytanie.
Wyobraźmy sobie, że Pan przychodzi dziś na ziemię. Zobaczyłby, niestety, wiele wojen, biedy i nierówności, a jednocześnie wielkie osiągnięcia techniki, nowoczesne środki i ludzi nieustannie biegnących, którzy nigdy się nie zatrzymują. Ale gdyby przyszedł dzisiaj, czy znalazłby ludzi, którzy poświęcają czas i miłość Jemu, którzy stawiają Go na pierwszym miejscu? A przede wszystkim zadajmy sobie pytanie: co znalazłby we mnie, w moim życiu, w moim sercu? Jakie widziałby priorytety?
Modlitwa – lekarstwo dla duszy
Często skupiamy się na wielu rzeczach pilnych, lecz niepotrzebnych, zajmujemy się i martwimy wieloma sprawami drugorzędnymi. A być może, nie zdając sobie z tego sprawy, zaniedbujemy to, co najważniejsze i pozwalamy, aby nasza miłość do Boga stopniowo, krok po kroku, oziębła. Dziś Jezus proponuje nam lekarstwo na rozpalenie wiary, która stała się letnią. Cóż to jest? Modlitwa.
Tak, modlitwa jest lekarstwem wiary, lekarstwem odbudowującym duszę. Musi to być jednak modlitwa nieustanna. Jeśli musimy zastosować kurację, by wyzdrowieć, ważne jest, aby jej dokładnie przestrzegać, przyjmować leki we właściwy sposób i o właściwej porze, w sposób stały i regularny. Potrzeba tego w życiu we wszystkim.
Pomyślmy o roślinie, którą trzymamy w domu: musimy ją podlewać w sposób stały, nie możemy jej obficie podlać, a potem pozostawić bez wody na całe tygodnie! Tym bardziej w przypadku modlitwy: nie możemy żyć tylko mocnymi chwilami czy intensywnymi spotkaniami co jakiś czas, a potem „zapaść w letarg”. Nasza wiara uschnie. Potrzebujemy codziennej wody modlitwy, czasu poświęconego Bogu, aby mógł On wkroczyć w nasz czas, w naszą historię; stałych chwil, w których otwieramy Mu nasze serca, aby mógł obdarzać nas każdego dnia miłością, pokojem, radością, siłą, nadzieją; to znaczy karmić naszą wiarę.
Na kłopoty z modlitwą – akty strzeliste
Dlatego Jezus mówi dziś „swoim uczniom – wszystkim, a nie tylko co niektórym! – że zawsze powinni się modlić i nie ustawać” (w. 1). Ale ktoś mógłby zaprotestować: „Jak mam to zrobić? Nie mieszkam w klasztorze, nie mam zbyt wiele czasu na modlitwę!”. Z pomocą może nam przyjść w tej trudności, która jest prawdziwa, mądra praktyka duchowa, chociaż dziś nieco zapomniana, a którą dobrze znają osoby starsze, zwłaszcza babcie: praktyka tak zwanych aktów strzelistych. Nazwa jest trochę przestarzała, ale treść dobra. Co to jest? Bardzo krótkie modlitwy, łatwe do zapamiętania, które możemy powtarzać często w ciągu dnia, w trakcie różnych czynności, aby „dostroić się” do Pana.
Weźmy kilka przykładów. Zaraz po przebudzeniu możemy powiedzieć: „Panie, dziękuję Ci i ofiarowuję Tobie ten dzień” – jest to mała modlitwa. Potem, przed jakąś czynnością, możemy powtarzać: „Przyjdź, Duchu Święty”. A między jedną rzeczą a drugą możemy modlić się w następujący sposób: „Jezu, ufam Tobie i miłuję Ciebie”. Są to małe modlitwy, które pomagają nam trwać w kontakcie z Panem. Jakże często wysyłamy SMS-y do osób, które kochamy! Czyńmy to również z Panem, aby nasze serce było z Nim stale złączone.
I nie zapominajmy o czytaniu Jego odpowiedzi. Pan zawsze odpowiada. Gdzie je znajdziemy? W Ewangelii, którą trzeba trzymać pod ręką i otwierać kilka razy każdego dnia, aby otrzymać skierowane do nas Słowo Życia. Powróćmy do tej rady, którą dawałem wiele razy: noście małą kieszonkową Ewangelię, w kieszeni, w torbie. I tak, gdy będziecie mieli wolną chwilę, otwierajcie ją i przeczytajcie jakiś fragment, a Pan odpowie.
Niech Maryja Dziewica, wierna w słuchaniu, nauczy nas sztuki nieustającej modlitwy.
Każda, nawet najmniejsza prośba o łaskę Bożą przynosi obfity owoc.
Bóg jest niezawodnie blisko nas, nieustannie przemawia do naszych serc. Lecz zajęcia dnia codziennego powodują, że często zapominamy o Jego obecności. Aby wzrastać w miłości do naszego Stwórcy, musimy od czasu do czasu przypominać sobie o Jego bliskości i mówić do Niego.
Słowa kierowane do Boga mogą być tak samo proste, jak każde pozdrowienie, które kierujemy do naszych rodziców, dziecka, współmałżonka czy rodzeństwa, przebywających w tym samym pokoju co my. Możemy za św. s. Faustyną powtórzyć: „Jezu, ufam Tobie”, czy po prostu wypowiedzieć jedno tylko słowo: „Abba”. „Jezu, bądź w moim życiu” to kolejna piękna modlitwa.
Warto jest pamiętać tego typu akty strzeliste i często z nich korzystać.
Jezu mój, ulituj się nade mną
Jan Paweł II uważał Miłosierdzie Boże za granicę, którą Bóg wyznacza złu. Dlatego właśnie wzywajmy Jego miłosierdzia, gdy w naszym sercu lub w naszym otoczeniu dzieje się źle. Wyobraźmy sobie, że Bóg powstrzymuje cierpienie i zło, które jest niczym wściekły pies trzymany mocno na smyczy. Możemy wówczas także wyobrazić sobie, jak Mojżesz powstrzymuje fale Morza Czerwonego, aby Izraelici mogli przez nie przejść.
Ufam Tobie (lub: Dziękuję Ci)
Wyrażenie naszej ufności Jezusowi jest w centrum obrazu Bożego Miłosierdzia, który Pan Jezus objawił św. Faustynie. Dobrze jest też pamiętać, że ta wdzięczność rozlewa się na naszą rzeczywistość. A to może nas uchronić przed niepokojem umysłu i serca. Naprawdę jest tyle rzeczy, za które warto być wdzięcznym! Kiedy dziękujemy, to prostu potwierdzamy ten fakt.
Jezus, Maryja, Józef
Myśl o Świętej Rodzinie może nas przytłaczać, zwłaszcza kiedy uzmysłowimy sobie, jak daleko nam do życia codziennego, które było udziałem jej członków. Taka reakcja pomija jednak pewien kluczowy fakt. Otóż Święta Rodzina jest nie tylko przykładem tego, jak powinniśmy żyć, ale przede wszystkim źródłem łaski, której potrzebujemy, aby żyć tak jak Oni. Jezus, będący sercem tej rodziny, jest gotów udzielić nam wszelkiej niezbędnej pomocy. Wypowiedz imiona członków Świętej Rodziny jako modlitwę do Jezusa o pomoc w naszym życiu rodzinnym.
SMS-y do nieba. Czym są akty strzeliste i jak je praktykować?
Krótko i na temat. Nasze akty strzeliste mkną w stronę nieba i są realizacją Pawłowego wezwania do nieustannej modlitwy.
Ewa Bem, znakomita wokalistka jazzowa, która „podarowała Polakom trochę słońca”, opowiada, że w zabieganym dniu jej najczęstszą modlitwą są króciutkie akty strzeliste. „Nieustannie się módlcie” – wzywa święty Paweł. „Nie spędziłam ani chwili bez modlitwy” – wyznawała Teresa z Lisieux, a ojciec Pio odmawiał kilkadziesiąt różańców dziennie. Niestety, podobne hasła często podcinają nam skrzydła i stają się powodem do samooskarżenia. Niesłusznie! Prawdziwym ratunkiem i realizacją Pawłowego wezwania do nieustannej modlitwy są akty strzeliste, czyli przerwanie na chwilkę zajęć, by „wysłać w niebo SMS-a”.
Zajączki światła
Przed laty bardzo pomogła mi intuicja ojca Joachima Badeniego, który opowiadał, że jeśli w czasie bombardowanej rozproszeniami modlitwy 20 razy westchnę: „Panie Jezu, wracam!”, to znaczy, że jest to dobra modlitwa, bo 20 razy wybrałem Jezusa. Akty strzeliste mają podobny mechanizm. Są jak małe pociski rozpraszające to, co nas przytłacza, i wciąga w narrację galopującego na oślep świata. Kompozytor Michał Lorenc opowiadał mi, że doświadczenie Bożej obecności jest dla niego „jak krótkie błyski światła, »zajączki« puszczane lusterkiem na ścianie”. „Na długo starcza?” – zapytałem. „Starcza, aby żyć”.
Akty strzeliste są takimi refleksami światła. „Ojcowie Pustyni używali takich krótkich wezwań, by odpierać pokusy i złe myśli oraz by zwracać ciągle swą myśl do Boga. O praktyce egipskich pustelników słyszał św. Augustyn, który pisał, że te krótkie modlitwy są »pośpiesznie jakby wyrzucane z siebie« (dosł.: »jakby wystrzeliwane«, niczym strzała czy pocisk). To dlatego na Zachodzie przyjęło się je nazywać aktami strzelistymi” – wyjaśnia ks. prof. Józef Naumowicz.
Bukłak pełen łez
Sam biskup Hippony pisał: „Mówią, że bracia w Egipcie odmawiają często modlitwy, ale bardzo krótkie i jakby w pośpiechu, tak aby należyte skupienie najbardziej potrzebne na modlitwie nie osłabło na skutek upływu czasu i nie zanikło zupełnie. Niech przeto z dala od modlitwy będzie wielomówstwo, ale niech nie zabraknie usilnego błagania, jeżeli trwa żarliwe skupienie. Albowiem wiele mówić na modlitwie to znaczy rzecz konieczną wyrażać przez nadmiar słów, wiele zaś modlić się oznacza długim i pobożnym poruszeniem serca kołatać do Tego, którego błagamy. Zazwyczaj ta modlitwa wyraża się raczej w westchnieniach niż w słowach, bardziej w płaczu niż w przemawianiu. Bóg zaś »kładzie nasze łzy przed swoim Obliczem«, a »jęk nasz nie jest ukryty przed Tym, który wszystko stworzył«”. Bardzo porusza mnie biblijne określenie: „Kładzie nasze łzy przed swym Obliczem”. W innym tłumaczeniu czytamy, że „Bóg zbiera nasze łzy do swego bukłaka”.
Święty Jan Chryzostom wyjaśniał: „Kto często umacnia się takimi aktami, ten zamyka drzwi szatanowi, nie dopuszczając złych myśli, które szatan mu podaje”. „Akty strzeliste podtrzymują i oczyszczają duszę. Ileż to aktów w ciągu dnia i nocy po przebudzeniu można odmówić! Są one bardzo ważne w życiu duchownym; podsycają je, jak drewna podkładane do ognia” – podpowiadał św. Maksymilian Maria Kolbe, a św. Alfons Maria de Liguori (życie tego ambitnego prawnika zmieniły słowa: „Porzuć świat, oddaj się Mnie”; wygłosił ponad 500 misji i rekolekcji, napisał 160 prac teologicznych, które przetłumaczono na 61 języków), podsumowywał: „Ojcowie Pustyni przywiązywali wielką wagę do aktów strzelistych. Uważali, że są one skuteczniejsze dla utrzymania w duszy pamięci o obecności Boskiej niż długie modlitwy”.
Wielka siła rażenia
Orygenes nauczał, że modlitwa ma wielką siłę duchowego rażenia, czyli odpędzania złych duchów i natrętnych myśli („Wierzę też, że słowa modlitwy ludzi świętych są pełne mocy. Modlitwa jak promień tryska z duszy i warg modlącego się, mocą Bożą rozprasza wewnętrzną truciznę, jaką wrogie siły wlewają do duszy tych, którzy lekceważą modlitwę i nie idą za zgodnymi z zachętą Jezusa słowami Pawła: »Nieustannie się módlcie«. Z duszy modlącego się z poznaniem, rozumieniem i wiarą wychodzi jakby pocisk, który rani aż do zniszczenia i rozbicia wrogie Bogu duchy, które chcą nas omotać więzami grzechu”.
Jan Kasjan, który zebrał doświadczenia duchowe ojców pustyni i mnichów Wschodu, by wszczepić je w zachodnie chrześcijaństwo, nauczał: „Mamy często wznosić krótkie modlitwy, by podstępny nieprzyjaciel nie miał czasu podsunąć czegoś naszemu sercu. Egipscy Ojcowie Pustyni uważają, że jest lepiej, gdy nasze modlitwy są krótkie i częściej zanoszone. Gdy bowiem częściej zwracamy się do Boga, będziemy mogli też stale przynależeć do Niego, a dzięki temu, że są zwięzłe i krótkie, lepiej unikniemy strzał podstępnego diabła, którymi on usilnie nas atakuje zwłaszcza wtedy, gdy się modlimy. Niech dusza nieustannie trzyma się bardzo krótkiej formuły, aż wzmocniona nieprzerwanym i ciągłym jej medytowaniem, porzuci bogate i rozległe myśli i zgodzi się na ubóstwo, ograniczając się do jednego wersetu. W ten sposób nasza dusza dojdzie do modlitwy bez skazy, gdzie umysł nie zajmuje się już postaciami wyobraźni, nie wymawia nawet głośno słów, nie zatrzymuje się nad sensem wyrazów, lecz gdzie serce płonie ogniem, pełne jest niewysłowionego zachwytu”.
Nie trzeba wielu słów
Joachim Badeni powtarzający na każdym kroku, że „im bardziej coś jest proste, tym bardziej jest Boże”, wspominał: „Miałem guwernantkę Francuzkę, która mnie uczyła aktu strzelistego »Jezu, ufam Tobie«. Miałem może 10–12 lat. Nie trzeba wielu słów. Syn Boży skarcił wielomówstwo. – Poganie są tacy, gdy się modlą – powiedział. Krótkie akty strzeliste każdemu bym radził. Proste rozmowy z Panem Bogiem. My, zakonnicy, mamy ustalony tryb modlitwy. A co ma zrobić człowiek, który codziennie idzie do pracy; matka, która troszczy się o dzieci, pierze, gotuje? Ja bardzo wierzę w akty strzeliste, w znak krzyża. Jeszcze przed nawróceniem robiłem znak krzyża byle jak. Dziś staram się robić go bardzo powoli i spokojnie, dotykając czoła, jakbym dotykał Ojca, potem dotykam Syna i Ducha Świętego. Cała Trójca Święta jest jak gdyby dotknięta wiarą”.
„Siostra Faustyna, która miała duszę kontemplacyjną, nauczyła się modlić, nie przerywając pracy, w czym pomagał zakonny nakaz zachowywania milczenia. Łatwiej jej było jednak odmawiać akty strzeliste w czasie gotowania, gdyż również w Płocku była przez pewien czas kucharką, niż za ladą w sklepie, gdzie miała nieustanny kontakt z klientami” – pisze biografka Sekretarki Bożego Miłosierdzia Ewa K. Czaczkowska.
Nie boję się
Akty strzeliste to zazwyczaj zdania zaczerpnięte z Biblii („Panie, zmiłuj się nade mną”, „Panie, Ty wiesz wszystko, Ty wiesz, że Cię kocham”), hymnów Kościoła („Święty Boże, Święty mocny, Święty a nieśmiertelny, zmiłuj się nad nami”) lub słów pochodzących z prywatnych objawień („Jezu, ufam Tobie!” czy „Jezu, Ty się tym zajmij”).
Jako akty strzeliste można potraktować kanony z Taizé, jednozdaniowe refreny powtarzane raz za razem. „Gdybyśmy znaleźli jedną chwilę, w dogodnym dla nas czasie i miejscu, na świadome przeżycie spotkania z Bogiem, to choćby westchnienie kierowane do Niego mogłoby wystarczyć i miałoby głębszy sens” – opowiada brat Marek z Taizé. „Brat Roger lubił powtarzać, że westchnienie z głębi serca kierowane do Boga może już być modlitwą. Prostota i piękno pomagają w modlitwie, ale nie one są jej sednem. Modlitwa jest przede wszystkim spotkaniem Tego, który przez Ducha Świętego dokonuje czegoś w naszym sercu i w naszym życiu. A czego dokonuje? Kiedy się z Nim spotkamy, nie będziemy już tacy jak przedtem. On zmieni nasze serce”.
„Chodzi o wejście w Jego obecność, trwanie w zjednoczeniu z Nim” – podpowiada franciszkanin o. Rafał Kogut. „W jaworzyńskiej pustelni Pan Bóg mi dał taką prostą modlitwę obecności, czyli zdanie: »Jezus jest we mnie«. Powtarzam je z wiarą i później trwam w tej obecności, powtarzając Jego imię. Jestem kochany, mam Jego i… nie boję się”.
Marcin Jakimowicz/Gość Niedzielny
AKTY STRZELISTE
Te krótkie modlitwy warto odmawiać w jakiejkolwiek chwili dnia czy nocy.
Akt wiary Wierzę w Ciebie, Boże żywy, W Trójcy jedyny, prawdziwy. Wierzę, coś objawił Boże, Twe słowo mylić nie może.
Akt nadziei Ufam Tobie, boś Ty wierny, Wszechmocny i miłosierny. Dasz mi grzechów odpuszczenie, Łaskę i wieczne zbawienie.
Akt miłości Boże, choć Cię nie pojmuję, Jednak nad wszystko miłuję. Nad wszystko, co jest stworzone, Boś Ty dobro nieskończone!
Akt żalu Ach, żałuję za me złości, Jedynie dla Twej miłości. Bądź miłościw mnie grzesznemu, Do poprawy dążącemu.
Akty strzeliste
Niechaj będzie pochwalony Przenajświętszy Sakrament teraz i zawsze, i na wieki wieków. Amen.
Chwała i dziękczynienie bądź w każdym momencie Jezusowi w Najświętszym Boskim Sakramencie. Ile minut w godzinie, a godzin w wieczności, Tylekroć bądź pochwalon, Jezu, ma miłości.
Boże, bądź miłościw mnie grzesznemu!
O Maryjo, bez zmazy poczęta, módl się za nami, którzy się do Ciebie uciekamy!
Jezu, Maryjo, Józefie święty, Wam oddaję ciało i duszę moją.
A dusze wiernych zmarłych przez miłosierdzie Boże niech odpoczywają w pokoju! Amen.
Uwielbienie Boga w aktach strzelistych
Panie, Ty wszystko wiesz Ty wiesz, że pragnę Cię kocham.
Jezu, ufam Tobie!
Panie Jezu, cichy i pokornego Serca, uczyń serca nasze według Serca Twego.
Niech będzie Bóg uwielbiony.
Niech będzie uwielbione święte Imię Jego.
Niech będzie uwielbiony Jezus Chrystus, prawdziwy Bóg i prawdziwy człowiek.
Niech będzie uwielbione Imię Jezusowe.
Niech będzie uwielbione Najświętsze Serce Jezusa.
Niech będzie uwielbiona Najdroższa Krew Jezusowa.
Niech będzie uwielbiony Pan Jezus w Najświętszym Sakramencie Ołtarza.
Niech będzie uwielbiony Duch Święty, Pocieszyciel.
Niech będzie pochwalona Bogurodzica, Najświętsza Panna Maryja.
Niech będzie pochwalone Jej święte i Niepokalane Poczęcie.
Niech będzie pochwalone Jej chwalebne Wniebowzięcie.
Niech będzie pochwalone Imię Maryi, Dziewicy i Matki.
Niech będzie pochwalony święty Józef, przeczysty Jej Oblubieniec.
Niech będzie uwielbiony Bóg w swoich Aniołach i w swoich Świętych.
Akty strzeliste w czasie adoracji
Pan mój i Bóg mój!
O Jezu w Najświętszym Sakramencie, zmiłuj się nad nami!
Niech na wieki będzie pochwalony i uwielbiony Przenajświętszy Sakrament!
Wielbię Ciebie w każdym momencie, żywy Chlebie nasz w tym Sakramencie.
Witaj prawdziwe Ciało zrodzone z Panny Maryi.
Niechaj będzie pochwalony Przenajświętszy Sakrament, teraz i na wieki wieków. Amen.
Akt strzelisty w chorobie
Boże mój, nie jestem godny daru wykonywania w najdoskonalszy sposób wszystkich miłosiernych uczynków co do ciała i duszy biednych chorych; Ty mi go jednak udzielasz przez nieskończone swe miłosierdzie oraz przez zasługi Jezusa i Maryi.
Akty strzeliste do Anioła Stróża
Aniele Stróżu mój, uwielbiam Boga, który Cię do mnie posłał.
Błogosławię Cię Boże, w Trójcy Jedyny, obecny w moim kochanym Aniele Stróżu i dziękuję, że mi Go dałeś.
Ojcze niebieski, bądź uwielbiony w moim Aniele Stróżu.
Dziękuję Ci, Aniele, mój Stróżu, że przedstawiasz Bogu moje prośby.
Witam Cię, Aniele, mój Stróżu, na początku nowego dnia i dziękuję Ci za błogosławiony, spokojny sen i proszę pomóż mi przeżyć ten dzień na chwałę Bogu Najwyższego.
Dziękuję Ci, Aniele, mój Stróżu, wierny i dobry Przyjacielu, że mi we wszystkim pomagasz i nie zrażasz się moimi grzechami.
Dziękuję Ci, Aniele Stróżu, że jesteś stale ze mną i w dzień i w nocy.
Aniele, mój Stróżu, pomóż mi uwierzyć, że jesteś zawsze przy mnie.
Aniele, mój drogi Przyjacielu, pocieszaj mnie we wszystkich smutkach i utrapieniach.
Aniele, mój Stróżu, dziękuje Ci za Twą obecność.
Przepraszam Cię, Aniele Stróżu mój, że dziś Cię zasmuciłem.
Aniele, mój Stróżu, naucz mnie, proszę, uwielbiać Boga i za wszystko Mu dziękować.
Aniele, mój Stróżu, pomóż mi życzliwie spojrzeć z Twoją miłością na tego człowieka, którego z trudem przyjmuję.
Aniele Stróżu, pociesz mnie dziś w moim smutku.
Akty strzeliste za zmarłych
Panie, wysłuchaj łaskawie naszych modlitw za dusze sług i służebnic Twoich, za które się modlimy prosząc, abyś je przyjął do społeczności swoich Świętych.
Spraw, prosimy Cię, Panie, aby dusze sług i służebnic Twoich, oczyszczone ze swoich win, otrzymały przebaczenie i wieczny odpoczynek.
“Ja jestem zmartwychwstaniem i życiem. Kto we Mnie wierzy, choćby i umarł, żyć będzie. Każdy, kto żyje i wierzy we mnie, nie umrze na wieki”. J 11,25-26
Jezu, ufam Tobie.
Panie Jezu Chryste, Synu Boga Żywego, Zbawicielu, zmiłuj się nade mną, grzesznym.
Jezu cichy i pokornego Serca, uczyń serca nasze według serca Twego.
Baranku Boży, który gładzisz grzechy świata, obdarz nas pokojem.
Któryś za nas cierpiał rany, Jezu Chryste zmiłuj się nad nami.
Najświętsze Serce Jezusa, zmiłuj się nad nami.
Panie, ratuj!
Panie Boże chroń mnie.
Panie Boże, bądź ze mną.
Panie Boże , daj mi odczuć Twoją obecność.
Panie Jezu, pragnę kochać Ciebie całym sercem.
Panie Boże, pomóż mi.
Panie Jezu, Ty się tym zajmij.
O Maryjo bez grzechu poczęta, módl się za nami, którzy się do Ciebie uciekamy.
***
fot. via Pixabay.com
***
Aniołowie są przy nas zawsze. Nawet w czyśćcu
Aniołowie są naszymi nieustannymi towarzyszami. Kochający Bóg wysyła do nas swoich posłańców, by opiekowali się nami, bo przecież „na rękach będę cię nosili”. W jaki sposób służą nam pomocą? Co takiego dla nas robią? I czy nas kochają?
W posłudze aniołów szczególnie interesuje nas to, co odnosi się do nas. Fakt, iż Bóg posługuje się tymi błogosławionymi duchami, aby zapewnić nam zbawienie i udzielić miłosiernej pomocy w naszych potrzebach, jest prawdą wiary, wyraźnie głoszoną w Piśmie Świętym. Jak mówi psalmista, Bóg „swoim aniołom nakazał w twej sprawie, aby cię strzegli na wszystkich twych drogach. Na rękach będą cię nosili, abyś nie uraził swej stopy o kamień” (Ps 91, 11–12).
Anioł stróż i ochrona przed grzechem
Nieskończona dobroć Boga nie zadowala się przeznaczaniem do służby ludziom nieokreślonych Książąt Niebieskiego Dworu, lecz każdemu z nas daje jednego szczególnego do opieki nad nami. Trudno byłoby wymienić wszystkie usługi, jakie wykonują dla nas Aniołowie Stróżowie. Modlą się za nas, ofiarowują Bogu nasze modlitwy i nasze dobre uczynki; inspirują w nas dobre uczucia, aby sprawić, żebyśmy powrócili do Boga lub wierniej Mu służyli; pomagają nam opierać się działaniu demonów, które nieustannie podejmują wysiłki, aby nas atakować; dostarczają nam okazji, byśmy praktykowali cnoty lub byli pouczani i zachęcani do czynienia dobra; zachowują nas od wielu niebezpieczeństw, w jakich często się znajdujemy; pomagają uniknąć ran, na jakie bylibyśmy narażeni bez ich miłosiernej opieki.
Czuwają nad nami we wszystkich okolicznościach naszego ziemskiego pielgrzymowania, a ich opieka i troska stają się jeszcze bardziej intensywne podczas wzmożonych ataków i kuszenia demona oraz przy końcu naszego życia, w chwili, gdy rozstrzygają się nasze losy na wieczność. Nasz wróg chciałby w tym ostatecznym momencie pociągnąć duszę do piekła i dlatego chce skłonić nas do grzechu.
Misja, której śmierć nie kończy
Misja dobrych aniołów nie kończy się nawet z końcem ziemskiego życia człowieka. Pan mówi: „Oto Ja posyłam anioła przed tobą, aby cię strzegł w czasie twojej drogi i doprowadził cię do miejsca, które ci wyznaczyłem” (Wj 23, 20). Kiedy zostaje ogłoszony ostateczny sąd i dusza przeznaczona zostaje na wieczne męki, jest natychmiast opuszczana przez swojego Anioła Stróża i staje się ofiarą demonów, które zaciągają ją do piekła.
Jeśli jednak za życia dusza zachowała niewinność lub wykazała szczerą skruchę, pod opieką anioła zostaje doprowadzona do czyśćca, aby tam mogła się oczyścić ze swoich niedoskonałości, chyba że ogień miłosierdzia uczynił to już na ziemi. To właśnie Anioł Stróż w tym miejscu cierpień i łez wspiera duszę i umacnia ją nadzieją na zbawienie. To on przedstawia Bożej sprawiedliwości modlitwy i ofiary zanoszone przez Kościół ku jej pokrzepieniu i pokojowi. Nawet kiedy dusze znajdujące się w czyśćcu zostają zapomniane przez krewnych i przyjaciół, Bóg pozwala, aby aniołowie gorliwie wypełniali swoja misję miłości i przez to skracali czas męki.
Również niektórzy ojcowie Kościoła, na przykład św. Augustyn, twierdzili, że w takich okolicznościach objawienia tych dusz są dokonywane bezpośrednio przez aniołów, którzy ukazują się nam we śnie pod postacią osoby, w sprawie której proszą o modlitwy. Możliwe jest też, pisze dalej ten doktor Kościoła, że dusze nie mają pojęcia o tej posłudze, pełnionej przez ich Anioła Stróża przed żywymi dla ich ulg.
Troska o ciało
Miłość Aniołów Stróżów do nas jest tak wielka i bezinteresowna, że posługują się wieloma środkami, aby uwolnić nas od zła, jakie nas otacza, o czym czasem nawet nie wiemy, bo ukrywają się oni przed naszymi oczami.
Jednakże ich troska nie tylko jest nakierowana na korzyść dusz ich podopiecznych, lecz także obejmuje ich ciała, które stanowią żywe świątynie Ducha Świętego i narzędzia do wypełniania dobrych uczynków i które pewnego dnia mają zmartwychwstać chwalebne i lśniące niczym słońce. Pismo Święte i historia Kościoła przedstawiają nam liczne przykłady czułej troski, z jaką aniołowie wypełniają tę posługę. Przykładowo św. Michał pogrzebał ciało Mojżesza w dolinie krainy Moabu, aby święte kości patriarchy nie zostały sprofanowane bałwochwalczym kultem przez Hebrajczyków.
Co oznacza wygląd aniołów?
Chociaż aniołowie są czystymi duchami, to Kościół pozwala na przedstawianie ich w malarstwie i rzeźbie pod ludzką postacią. Łatwo zrozumieć, że będąc tak silnie ukierunkowani na sferę materialną, nie potrafimy wyobrazić sobie tych duchowych istot i ich przymiotów inaczej, jak pod postacią dostrzegalną zmysłami, w formie widzialnej dla ludzkiego oka. Z drugiej strony tak właśnie ukazywali się aniołowie starotestamentowym patriarchom i wielu świętym.
Sam Bóg rozkazał Mojżeszowi wykuć dwóch cherubinów ze złota, których rozpostarte skrzydła miały zakrywać przebłagalnię. Po zmartwychwstaniu naszego Pana świętym niewiastom ukazał się anioł pod postacią młodzieńca, siedzący na grobie. W chwili wniebowstąpienia dwaj aniołowie obleczeni w białe szaty pojawili się na Górze Oliwnej.
Dzięki temu wszystkiemu znaczenie form ciała oraz szat, w jakie są przyoblekani aniołowie, jest dla nas łatwiejsze do pojęcia. Różnorodne wizerunki aniołów wyrażają duchowe przymioty oraz cnoty, ku którym powinniśmy dążyć, zgodnie z tym, co mówi Kościół. I tak ich młody wiek wskazuje nam niekończącą się młodość Bożej łaski, jakiej są pełni i dzięki której nie ma pośród nich upadku ani starości. Dla nas jest to wezwanie do zachowania z największą dbałością tej samej łaski, którą otrzymaliśmy na chrzcie świętym lub odnaleźliśmy wraz z sakramentem pokuty. Biały kolor anielskich szat symbolizuje wielką czystość i stanowi najszlachetniejszą ozdobę ich jakże szlachetnej natury. Ma nas to zachęcać do tego, byśmy w równym stopniu stawali się godni niebios.
Skrzydła przypominają o bystrości i gotowości aniołów do wypełniania rozkazów Wszechmogącego. Pas otaczający ich biodra jest symbolem powściągliwości; bose stopy, obłoki, na których się unoszą, oczy utkwione w niebie wskazują, że aniołowie nie mają w sobie nic ziemskiego i nie pielgrzymują na tym świecie ani dla rzeczy tego świata, lecz w niebie i dla nieba. Są to godne podziwu postaci nieustannie przypominające nam naszą ziemską kondycję: pielgrzymów, których oczy powinny być zawsze zwrócone ku niebu i których stopy powinny zaledwie muskać obcą nam ziemię.
Skąd wzięły się rysy na obrazie jasnogórskim? Nieznane historie najbardziej znanego sanktuarium
Rysy na cudownym obrazie Maryi mówią o tym, że wszystko, co materialne, możemy stracić. Nawet taki skarb. Mało kto wie, jak często jasnogórskie sanktuarium, a z nim święta ikona, były zagrożone.
Była Wielkanoc 14 kwietnia 1430 roku. Do klasztoru jasnogórskiego, który był już znanym sanktuarium, wpadła znaczna grupa zbrojnych. Wokół obiektu nie było jeszcze obwarowań, dzięki czemu napastnicy z łatwością dostali się do wnętrza. Byli to „pewni szlachcice polscy, którzy zbyt rozrzutnie roztrwonili swoje majątki po ojcach i mieli długi” – zapisał Jan Długosz. Historyk twierdził, że napastnicy liczyli na zdobycie wielkich skarbów, więc dobrali sobie „rabusiów z Czech, Moraw i Śląska”. Kosztowności, na które liczyli, nie było wiele. Zawiedzeni, rzucili się na sprzęty liturgiczne. „Ograbiają nawet sam obraz Najjaśniejszej Naszej Pani, którą pobożni wierni przystroili złotem i perłami. I nie poprzestając na grabieży, przebijają w poprzek mieczem twarz obrazu i łamią ramy, w które był oprawiony obraz, żeby na podstawie tak okrutnych i niegodziwych czynów wzięto ich nie za Polaków, ale za Czechów [chodziło o zrzucenie winy na husytów – przyp. F.K.]. Po dokonaniu tak niegodziwego czynu wychodzą z klasztoru z niewielkim łupem, bardziej zniesławieni niż wzbogaceni” – zanotował dziejopis.
Święty wizerunek, pozbawiony wszelkich kosztowności, rabusie porzucili gdzieś poza klasztorem. Obraz został wielokrotnie cięty ostrym narzędziem, deska rozpadła się na trzy części, a oklejające ją płótno rozerwało się w kilku miejscach.
Wstrząśnięty król Władysław Jagiełło kazał sprowadzić ikonę do Krakowa i zlecił naprawę zespołowi malarzy. Ci przeprowadzili gruntowną renowację. Skleili rozbitą tablicę i uzupełnili ubytki, a ślady cięć na twarzy Maryi nie tylko zachowali, lecz dodatkowo podkreślili je rylcem. Naprawiony obraz oprawili w gotycką ramę, a król w hołdzie Maryi podarował grawerowane srebrne i złote blachy w charakterze tła i nimbów nad głową Maryi i Dzieciątka.
Obraz wywieziony
Jeszcze w tym samym roku, 1430, wizerunek został przeniesiony w uroczystej procesji z Krakowa do Częstochowy, co przyniosło wzrost jego czci i sławy sanktuarium. Odtąd paulini wzmogli czujność, troszcząc się o bezpieczeństwo powierzonego im skarbu. A historia miała jeszcze nieraz dawać po temu powody. Już w 1466 roku Częstochowę najechał czeski oddział Ścibora Towaczowskiego, wysłany przez husyckiego króla Jerzego z Podiebradów. Wojsko czeskie, plądrując Śląsk, zapędziło się aż pod Jasną Górę. Tym razem obraz nie ucierpiał, ale zniszczeń w klasztorze było wiele, zniszczona została także Częstochowa. Jasne się stało, że bez solidnych murów sanktuarium jest bezbronne. W związku z tym król Zygmunt III Waza nakazał zbudowanie wokół Jasnej Góry fortyfikacji. Ostatecznie budowę twierdzy ukończono dopiero w 1648 roku, za panowania Władysława IV. Nie była to wielka forteca, ale zbudowana według najnowszych wzorów sztuki fortyfikacyjnej.
Już za siedem lat okazało się, jak bardzo było to potrzebne. Gdy na Polskę zwalił się szwedzki potop, Jasna Góra była w stanie stawić czoła regularnym wojskom. Szwedzki generał Müller szybko oszacował jakość świeżo ukończonej twierdzy. Już po czterech dniach oblężenia pisał do króla Karola X Gustawa: „Przeto zwróciłem się do Pana Marszałka Polnego Wittenberga do Krakowa o dostarczenie mi paru ciężkich dział i jednego wielkiego moździerza, ponieważ klasztor, położony na dość wysokiej skale, otoczony jest bardzo głęboko wpuszczonym w ziemię i trudnym do zdobycia szturmem, wysokim i mocnym murem z wygodnymi flankami i dobrą artylerią, liczącą wiele małych, nawet 12-funtowych, a kto wie, czy nie większych dział”.
Jak wiemy, echo wystrzałów spod Jasnej Góry odbiło się w całym kraju, a heroiczna obrona twierdzy stała się punktem zwrotnym w wojnie ze Szwedami. Przezorny przeor Augustyn Kordecki liczył się jednak z najgorszymi scenariuszami, dlatego kazał wywieźć na Śląsk cudowny obraz Matki Bożej. Dzień przed nadejściem wroga, 17 listopada 1655 roku, prowincjał o. Teofil Bronowski zabrał bezcenny wizerunek i pod osłoną ciemności przewiózł go do granicy, a stamtąd do klasztoru paulinów w Mochowie koło Głogówka. W jego miejsce w kaplicy na Jasnej Górze zawisła kopia.
Znowu Szwedzi
Po powrocie ze Śląska obraz nigdy już nie opuścił Jasnej Góry. Nastały dni wielkiej chwały tego miejsca. Twierdza stała się dwukrotnie – w latach 1657 i 1661 – rezydencją dworu królewskiego i miejscem obrad Senatu Rzeczpospolitej.
W tym wspaniałym okresie dziejów Jasnej Góry nie obyło się bez fatalnego zgrzytu. Klasztor nie udzielił pomocy wojskom królewskim w czasie bitwy stoczonej 4 września 1665 roku z rokoszanami Jerzego Lubomirskiego pod murami twierdzy. Konsekwencją postawy neutralności, jaką przyjął pełniący ponownie funkcję przeora Augustyn Kordecki, była klęska żołnierzy królewskich, głównie pułków litewskich. Ponieważ nie otwarto im bram twierdzy ani nie użyto dział przeciw buntownikom, żołnierze królewscy zostali zepchnięci do rowu fortecznego i zmasakrowani. Straty szacowano na 1300 zabitych i 800 wziętych do niewoli. Rozgniewany król Jan Kazimierz zarządził wymianę garnizonu – żołnierze klasztorni zostali rozbrojeni i zwolnieni, a rotmistrz załogi klasztornej trafił na rok do więzienia. Twierdzę obsadziło wojsko królewskie.
Nie wpłynęło to na stosunek następców Jana Kazimierza do klasztoru. Kolejną rozbudowę fortyfikacji zainicjował Jan III Sobieski, a kontynuowali następcy. Polscy władcy byli świadomi, że po skarby tak znacznego sanktuarium mogą zechcieć wyciągnąć ręce liczni wrogowie. A wtedy zagrożony może być skarb największy – cudowny wizerunek Maryi z Dzieciątkiem.
Historia pokazała, że mieli rację. Pół wieku po potopie szwedzkim, podczas III wojny północnej, wojska szwedzkie znów stanęły pod klasztorem. W dniach 13–15 sierpnia 1702 roku Częstochowę zajął 9-tysięczny korpus gen. Nilsa C. Gylenstierna. Próby zdobycia twierdzy nie powiodły się i Szwedzi pomaszerowali na Kraków. W styczniu 1704 roku Szwedzi ponownie zaatakowali klasztor. 10 lutego doszło nawet do bezpośredniego szturmu (co w czasie potopu się nie zdarzyło), ale napastnicy nie zdołali wedrzeć się do wnętrza twierdzy. Kolejny atak, w dniach 1–14 kwietnia 1705 roku, przeprowadził szwedzki korpus generała Nilsa Stromberga – z podobnym skutkiem. Wreszcie w dniach 7–15 września 1709 roku Jasna Góra odparła atak szwedzkich oddziałów gen. Ernesta Detlor von Krassowa.
Wielkie zasługi dla obrony Jasnej Góry w tych latach położyli kolejni przeorowie, pełniący zarazem funkcję komendantów twierdzy – o. Euzebiusz Najman, o. Innocenty Pokorski i o. Dionizy Chełstowski. Podkreślić trzeba, że żaden z nich nie mógł liczyć na pomoc ze strony panującego wówczas w Polsce Augusta II Sasa ani jego rywala Stanisława Leszczyńskiego.
Okupanci w klasztorze
W latach 1770–1772 Jasną Górę, mimo protestów przeora, podstępem zajęli konfederaci barscy – związek zbrojny polskiej szlachty utworzony przeciw panoszącym się w kraju wojskom rosyjskim. Konfederaci uczynili z fortecy centrum obozu warownego, usypując szańce na jej przedpolach. 1 stycznia 1771 roku pod klasztor podeszły rosyjskie oddziały korpusu oblężniczego płk. Drewicza. Trwające wiele dni walki nie przyniosły Rosjanom sukcesu. Dopiero półtora roku później, 1 sierpnia 1772 roku, rosyjski korpus gen. Golicyna przystąpił do ścisłej blokady i oblężenia twierdzy. Rozpaczliwa obrona skończyła się zawarciem układu, na mocy którego konfederaci poddali twierdzę hetmanowi Branickiemu, a ten następnie przekazał ją Rosjanom. 18 sierpnia 1772 roku po raz pierwszy w dziejach Jasnej Góry do twierdzy wkroczyły obce wojska. Wieczorem tego dnia garnizon rosyjski objął tam służbę i zaciągnął warty.
Okupacja warownego sanktuarium trwała 6 miesięcy. Kosztowała paulinów 3 tysiące złotych dukatów. Rosjanie w tym czasie splądrowali bibliotekę i arsenał. Odchodząc, zabrali prawie całe uzbrojenie twierdzy.
W 1793 roku przed wojskami pruskimi bronił się w twierdzy jasnogórskiej ostatni polski garnizon I Rzeczpospolitej. Także podczas zaborów grzmiały tam działa i zmieniały się załogi, kolejno: Prusacy, Francuzi, wojska Księstwa Warszawskiego, Rosjanie i Austriacy. W 1918 roku powróciła Polska, a klasztor na dwie dekady zaznał spokoju.
3 września 1939 roku do Częstochowy wkroczyli Niemcy. Paulini obawiali się, że potraktują cudowny obraz jako łup wojenny i wywiozą do Rzeszy, dlatego zawczasu podmienili obraz Matki Bożej na jego wierną kopię. Oryginał zamurowali w jednej z cel klasztornych, a potem ukryli go w bibliotece, w specjalnie przygotowanym blacie stołu o podwójnej konstrukcji. Wiedziało o tym jedynie kilku zakonników. Niemcy nie byli świadomi, że w ołtarzu kaplicy została umieszczona jedynie kopia wizerunku Czarnej Madonny.
Tak obraz przetrwał wojnę. Po kolejnej renowacji znów trafił na swoje miejsce, podtrzymując Polaków w latach komunizmu i patronując w czasach wolności. Dzięki męstwu strażników częstochowskiego sanktuarium Maryja w cudownym wizerunku pozostała ostoją Polaków w ich trudnej historii. Za sprawą Bożej Opatrzności Jasna Góra wciąż jest miejscem, o którym Jan Paweł II powiedział: „Tu zawsze byliśmy wolni”.
Franciszek Kucharczak/Gość Niedzielny
***
Był satanistą, który oddał duszę diabłu. Nawrócił się, a potem napisał Nowennę Pompejańską
Bł. Bartolo Longo (fot. domena publiczna / commons.wikimedia.org)
***
Bartłomiej Longo to człowiek, który przeszedł naprawdę wiele, a jego życie jest gotowym scenariuszem na film. Wychował się w pobożnej rodzinie, lecz później całkowicie zmienił swoje nastawienie do wiary, oddając duszę diabłu. Po tym mroczny okresie nadszedł dla niego czas nawrócenia, a dziś temu błogosławionemu zawdzięczamy Nowenną Pompejańską.
Bartłomiej Longo (Bartolo Longo) urodził się 10 lutego 1841 roku w Lationo we Włoszech. Wychowywał się w porządnej rodzinie. Jego ojciec był lekarzem, z kolei matka zajmowała się domem i od najmłodszych lat uczyła swojego syna modlitwy na różańcu. W wieku pięciu lat Bartolo rozpoczął naukę w Kolegium Braci Szkolnych, gdzie zdobył wszechstronne wykształcenie, w tym wykształcenie muzyczne.
Studia, okultyzm i oddanie duszy diabłu
Kiedy miał 17 lat rozpoczął studia prawnicze w Neapolu. W tamtych czasach na uniwersytetach otwarcie gardzono katolicyzmem, zaś swoje wpływy coraz śmielej rozszerzała masoneria. Studenci, a nawet wykładowcy parali się okultyzmem i spirytyzmem. Zło, które spotkało młodego Bartolo, dosięgło także jego samego. W pewnym momencie wstąpił on do sekty spirytystycznej i angażował się w niej do tego stopnia, że tamtejszy antybiskup mianował go kapłanem szatana. W czasie jednego z rytuałów Longo oddał duszę diabłu. Odprawiał obrzędy będące przeciwieństwem kościelnych sakramentów i publicznie występował przeciwko papieżowi. Ten mroczny okres trwał półtora roku.
Mogłoby się wydawać, że dla Bartolo nie było już nadziei, a jego życie zmierza do rychłego upadku. Wszystko zmieniło się jednak w momencie, gdy zdawało mu się, że słyszy błagalny głos swojego zmarłego ojca. Mężczyzna prosił syna, aby powrócił do Boga. Przestraszony Bartolo udał się do przyjaciela rodziny, profesora Vincenza Pepego i opowiedział mu o swojej wizji. Po długiej rozmowie prof. Pepego przekonał młodego studenta, aby opuścił sektę i faktycznie tak się stało. Pewnego dnia chłopak spotkał dominikanina o. Alberto Radente. Zakonnik wyspowiadał go, a później przyjął pod swoje skrzydła. Ojciec Radente uczył Bartolo podstaw teologii, modlił się i pościł w jego intencji, aż w 1871 roku przyjął go do trzeciego zakonu dominikańskiego. Od tamtej pory Bartolo nosił imię “Brat Różaniec”.
Czas nawrócenia i zerwania z satanizmem
Zanim jednak Longo stał się świeckim dominikaninem, przechodził wewnętrzne oczyszczenie ze swojej mrocznej historii. Odwiedzał znajomych z dawnej sekty, próbując ich nawrócić, co często kończyło się wyśmiewaniem i drwiną. Bartolo podjął także odważny krok i po raz ostatni udał się na seans spirytystyczny, podczas którego trzymając w dłoniach medalik Matki Bożej, wykrzyknął: “Wyrzekam się spirytyzmu, bo jest on tylko plątaniną kłamstw i błędów!”.
W 1864 roku 23-letni wówczas Włoch uzyskał doktorat z prawa i wrócił w rodzinne strony. Tam spotkał redemptorystę ks. Emanuela Ribera, który przepowiedział mu, że Bóg oczekuje od niego wielkich rzeczy. Pod wpływem tych słów młodzieniec złożył śluby czystości i zaangażował się w niesienie pomocy ubogim i chorym.
Bartolo wrócił do Neapolu i za zachętą swojego kierownika duchowego dołączył do osób ze środowisk arystokratycznych, które prowadziły działalność charytatywną. Pewnego dnia Longo poznał swoją przyszłą żonę hrabinę Mariannę de Fusco, owdowiałą matkę pięciorga dzieci. Początkowo zajmował się administracją dóbr kobiety i sprawował opiekę nad jej dziećmi. Pewnego razu Bartolo udał się do Pompejów, gdzie miał do załatwienia sprawy majątkowe hrabiny. To właśnie tam Bóg w niezwykły sposób ukształtował duszę Longo, a on sam związał się z Pompejami do końca życia.
“Pomimo pokuty wciąż gnębiła mnie myśl, że należę do szatana i nadal jestem jego niewolnikiem, a on oczekuje na mnie w piekle. Rozważając to, popadłem w rozpacz i byłem bliski samobójstwa. Wtedy usłyszałem w moim sercu echo słów ojca Alberta, powtarzającego za Maryją: ‘Ten, kto propaguje mój różaniec, będzie zbawiony’. Te słowa oświeciły moją duszę” – napisał Longo o tym, co spotkało go w Pompejach.
Bartolo Longo — twórca Nowenny Pompejańskiej
Przyszły błogosławiony pozostał w tym mieście. Zaangażował się w budowę lokalnego kościoła, który dziś jest sanktuarium Matki Bożej Różańcowej i założył czasopismo “Różaniec i Nowe Pompeje”. Zapoczątkował nabożeństwo piętnastu sobót, napisał wiele modlitewników i rozważań. Przede wszystkim jednak stworzył Nowennę Pompejańską i był również pierwszą osobą, która doznała uzdrowienia po odprawieniu tego nabożeństwa. Longo miał tak wielki kult Maryjny, że z jego inicjatywy papież Leon XIII ustanowił październik miesiącem szczególnie poświęconym Matce Bożej.
Bartolo latami angażował się w rozwój kościoła w Pompejach. Zakładał szkoły dla sierot, a początkowo nawet sam się nimi zajmował. Jak mawiał: “Moim mistrzem w wychowaniu dzieci nie są sławni pedagodzy i ich szkoły, lecz sam Chrystus”. Dużo się modlił i nigdy nie rozstawał się z różańcem. – Widziałem go często z rozpostartymi ramionami i oczami utkwiony w niebo lub w obraz naszej Matki Bożej, całkowicie bez świadomości tego, co się działo wokół niego – tak modlitwę błogosławionego opisywał jeden z obserwatorów.
“Moim jedynym marzeniem jest zobaczyć Maryję”
Bartolo Longo pracował w Pompejach do końca życia. Zmarł 5 października 1926 roku w wieku 85 lat, spędzając ostatnie godziny na modlitwie różańcowej. – Moim jedynym marzeniem jest zobaczyć Maryję, która mnie uratowała, i która mnie wyrwie z szatańskich sideł – tak brzmiały ostatnie słowa Brata Różaniec.
26 października 1980 roku Jan Paweł II beatyfikował Bartolo Longo nazywając go “wzorem dla współczesnych świeckich katolików”. Obecnie trwa proces kanonizacyjny Włocha, a także jego żony Marianny de Fusco.
Najmocniejszy dowód na istnienie diabła? Pusta strona w książce André Frossarda
wikimedia commons modyfikowane
***
O tym, jak komunistyczne władze PRL strzeliły sobie w stopę.
Dziś (12.02.2025)obchodzimy 110. rocznicę urodzin André Frossarda, francuskiego pisarza, który w latach 80. stał się bohaterem jednego z najbardziej wymownych starć z komunistyczną cenzurą w Polsce.
Co konkretnie się wydarzyło? Zacznijmy od początku, od tego, jak Frossard doszedł od wojującego ateizmu do wiary w Boga, przyjaźni z św. Janem Pawłem II i wydania dzieł pisarza w języku polskim.
Od ateisty do jednego z najważniejszych publicystów katolickich
Frossard urodził się 14 stycznia 1915 roku w rodzinie o głębokich tradycjach ateistycznych i lewicowych. Jego ojciec, Ludwik Oscar Frossard, był założycielem Francuskiej Partii Komunistycznej. Nic nie wskazywało, że młody André zostanie katolikiem, a tym bardziej jednym z najbardziej znanych publicystów religijnych XX wieku.
Wszystko zmieniło się, gdy jako 20-latek wszedł przypadkiem do kaplicy Sóstr Adoracji w Paryżu. „Wszedłem jako ateista, wyszedłem jako chrześcijanin” – pisał później w swojej bestsellerowej książce Bóg istnieje, spotkałem Go. To mistyczne doświadczenie zmieniło go na zawsze. Z czasem jego matka i siostra również nawróciły się na katolicyzm.
Przyjaciel Jana Pawła II i autor bestsellerów
Frossard rozpoczął karierę dziennikarską po II wojnie światowej, współpracując z takimi mediami jak Le Figaro czy Paris-Match. W 1969 roku jego świadectwo nawrócenia stało się międzynarodowym bestsellerem.
Przyjaźń z św. Janem Pawłem II zaczęła się od wspomnianego świadectwa nawrócenia. Papież, zafascynowany osobowością Frossarda, zaprosił go do współpracy. Dzieła pisarza, takie jak Nie lękajcie się! – pierwszy w historii książkowy wywiad z Janem Pawłem II – czy słynne 36 dowodów na istnienie diabła, zyskały ogromną popularność. Od tej pory Frossard wielokrotnie poruszał w swoich felietonach kwestie związane z Polską i walką z komunizmem. Jego komentarze, takie jak: „Najmniejsze prawdy mają moc wybuchów jądrowych”, trafnie oddawały siłę prawdy w starciu z totalitaryzmem.
Dowód numer 7 na istnienie diabła
W roku 1988 wydana została w Polsce książka Frossarda 36 dowodów na istnienie diabła, nakładem poznańskiego wydawnictwa “W drodze”. Książka została napisana w stylu Listów starego diabła do młodego, C.S. Lewisa. Były to czasy komunistycznej cenzury, a cenzor nakazał pominięcie rozdziału 7.
Dlaczego? Ten fragment przedstawiał komunizm jako jedno z dzieł szatana.
Zamiast po prostu pominąć ten fragment, wydawnictwo zamieściło stronę z numerem 7 oraz lakonicznym napisem: Ustawa z dnia 31 lipca 1981 r. o kontroli publikacji i widowisk. Art. 2, punkt 3. W ten sposób pusta kartka stała się najmocniejszym „dowodem na istnienie diabła” – symbolicznym świadectwem totalitaryzmu systemu, który tępił prawdę.
Akademik i świadek prawdy
W 1987 roku Frossard został członkiem Akademii Francuskiej. Zmarł 2 lutego 1995 roku, pozostawiając po sobie bogatą spuściznę literacką i publicystyczną. Jego życie to świadectwo tego, jak jedna chwila może odmienić całą egzystencję, a prawda – nawet w najtrudniejszych warunkach – zawsze znajdzie drogę by dotrzeć do ludzi.
W Liturgii Kościoła od 13 stycznia do 5 marca, kiedy rozpocznie się Wielki Post Środą Popielcową, przeżywamy tzw. okres zwykły. Słowo “zwykłość” kojarzy się z powszechnie rozumianą codziennością, która może wydawać się banalna i nieciekawa. Tymczasem Kościół zwraca uwagę, że czas jest Bożym darem, jedynym i niepowtarzalnym. Dlatego każda chwila – tu i teraz – jest tak bardzo ważna. Dobrze jest przypomnieć sobie słowa św. o. Pio, który tak tłumaczył to nasze <dziś>: “Nie należy uciekać od codziennych obowiązków, ponieważ Pan Bóg spotyka nas właśnie w nich. Nie powinniśmy też żyć w przeświadczeniu, że wszystko zrobilibyśmy lepiej “gdzie indziej”. Diabeł jest właśnie w tym “gdzie indziej” a wola Boża znajduje się “tutaj”. Zaś św. Tereska od Dzieciątka Jezus napisała po prostu: “Aby kochać Ciebie, mój Boże, mam tylko <teraz>”.
***
Adobe Stock
***
KOMUNIĘ ŚWIĘTĄ przyjmujemy z należytym uszanowaniem do ust albo na rękę – wtedy CIAŁO PAŃSKIE spożywamy w obecności kapłana. Przyjmując KOMUNIĘ ŚWIĘTĄ – na słowa kapłana: CIAŁO CHRYSTUSA – odpowiadamy: AMEN.
***
Co oznacza nasze „Amen”, które wypowiadamy podczas Komunii św. przyjmując „Ciało Chrystusa”?
Kapłanowi, który rozdając Eucharystię mówi tobie: „Ciało Chrystusa”, odpowiadasz: „Amen” – to znaczy uznajesz łaskę i zaangażowanie, jakie pociąga za sobą stanie się Ciałem Chrystusa. Gdy przyjmujesz bowiem Eucharystię, stajesz się Ciałem Chrystusa. To bardzo piękne! Komunia, jednocząc nas z Chrystusem, wyrywając z naszego egoizmu, otwiera nas i jednoczy ze wszystkimi, którzy są jedno w Nim. Oto cud Komunii Świętej: stajemy się Tym, Którego otrzymujemy!
Benedykt XVI –Jan Paweł II – Wielki Tydzień 2004
***
“Ten kto MNIE spożywa, będzie żył przez MNIE” (J 6,57)
„Wiara Kościoła jest istotową wiarą eucharystyczną, a więc sakramentalną, i karmi się ona w szczególny sposób przy stole Eucharystii”. (papież Benedykt XVI)
***
Nabożeństwo 40 godzinne
Współcześnie czterdziestogodzinne nabożeństwo jest stopniowo zapominane. Najczęściej służy jedynie jako „wstęp” do Wielkiego Postu. Ma jednak bardzo bogatą i długą tradycję. Już w 1539 r. papież Paweł III pisał, że powstało, aby „ułagodzić gniew Boga, spowodowany występkami chrześcijan, oraz aby udaremnić wysiłki i machinacje Turków, dążących do zniszczenia chrześcijaństwa”.
Czterdziestogodzinne nabożeństwo nazywane jest Quarant’ Ore (lub Quarantore), od quarant – „czterdzieści” oraz hora – „godzina”. Polega na nieustannej, trwającej czterdzieści godzin modlitwie przed wystawionym Najświętszym Sakramentem…
Adoracja trwa 40 godzin przede wszystkim dla upamiętnienia czasu, jaki według tradycji ciało Zbawiciela było złożone w grobie. Ale liczba 40 jest często wymieniana w Biblii i zawsze oznacza święty czas: przed rozpoczęciem nauczania Pan Jezus przebywał na pustyni przez 40 dni, tyle samo czasu padał deszcz w trakcie potopu, Żydzi błąkali się na pustyni przez 40 lat.
Współcześnie dokumenty liturgiczne mówią nie tyle o „czterdziestogodzinnym nabożeństwie”, co o dłuższej adoracji, bez określania czasu jej trwania. Termin zachował się w praktyce duszpasterskiej i najczęściej określa się nim trzydniową adorację, odbywającą się albo w trzy kolejne niedziele przed Wielkim Postem, albo w niedzielę (od ostatniej Mszy porannej), poniedziałek i wtorek przed Środą Popielcową.
Nabożeństwo ma charakter głównie pokutny oraz przebłagalny za grzechy popełnione przez chrześcijan w okresie karnawału. Co istotne, jest wynagrodzeniem za winy nie tylko samych uczestniczących w adoracji, ale wszystkich ich współwyznawców. Traktuje się to nabożeństwo również jako chroniące przed złem, pokusami i wszelkimi niebezpieczeństwami. Jednak, jak w przypadku każdej adoracji Najświętszego Sakramentu, ma przede wszystkim służyć pogłębieniu wiary i umocnieniu relacji z Bogiem.(źródło: Dominikański Ośrodek Liturgiczny)
W Archidiecezji Glasgow jest praktykowane nabożeństwo 40 godzinne, które rozpoczyna się w niedzielę wieczorem i adoracja Najświętszego Sakramentu trwa przez cały dzień w poniedziałek i we wtorek:
2 lutego w uroczystość Ofiarowania Pańskiego – St. Brigid’s – Toryglen, Turnbull Hall, Nazareth House – Cardonald
***
26 stycznia
W trzecią Niedzielę Zwykłą Kościół zachęca do szczególnego zwrócenia naszej uwagi na Słowo Boże.
Papież Franciszek ogłosił ustanowienie Niedzieli Słowa Bożego Listem Apostolskim w formie motu proprio „Aperuit illis” wydanym 30 września 2019 roku. Dokument został popisany w 1600 rocznicę śmierci oraz w liturgiczne wspomnienie św. Hieronima – wielkiego miłośnika i tłumacza Pisma Świętego, doktora Kościoła.
***
Co Ojciec Pio mówił o lekturze Pisma Świętego?
Archiwum Głosu Ojca Pio
***
W czasach Ojca Pio czytanie Pisma Świętego przez wiernych nie było tak rozpowszechnione, jak dzisiaj. Niemałą trudnością był zresztą sam dostęp do świętego tekstu. W zapiskach Cleonice Morcaldi, jednej z najbliższych Ojcu Pio duchowych córek znajdujemy wymowne tego świadectwo.
Któregoś dnia moja przyjaciółka, bardzo pobożna, przyniosła mi książkę, którą pożyczyły jej klaryski tylko na trzy dni. To było Pismo Święte. Z radości aż krzyknęłam. Trzymałam w rękach księgę, którą mogą mieć tylko kapłani! Pomyślałam, że przepiszę ją do grubego zeszytu, żeby zawsze mieć przy sobie słowo Boże. Pracowałam dzień i noc przy świetle lampki oliwnej, bez przerwy. Musiałam jednak oddać książkę koleżance, zanim skończyłam. To były księgi proroków. Zaczynało się tak: „Synów odchowałem i wypiastowałem, lecz oni odstąpili ode mnie. Wół zna swego właściciela, a osioł żłób swego pana, lecz Izrael nie ma rozeznania, mój lud niczego nie rozumie”. Tak bardzo poruszyły one moje serce, że się rozpłakałam. Płaczę za każdym razem, gdy je czytam. Ta książka tak mi się spodobała, że pochłaniałam ją umysłem i sercem. Jak spragniona łania piłam słowo Pana. Mówiłam: błogosławieni kapłani i zakonnice, że posiadają taki skarb.
Choć dopiero Sobór Watykański II w 1965 roku zakończył ostatecznie w Kościele okres ostrożności w dawaniu świeckim do ręki tekstu Pisma Świętego, Ojciec Pio w kierownictwie duchowym bardzo zachęcał do jak najbliższego kontaktu ze słowem Boga, widząc w tym wielką wartość. Szczególnie wymowny jest tutaj list do Raffaeliny Cerase z 28 lipca 1914 roku, w którym przywołując przykłady i słowa różnych świętych, pisał:
Przerażają mnie, moja Siostro, szkody, jakie czyni brak lektury Pisma Świętego. Nieprawdopodobny wydaje się szacunek, jaki dla świętych ksiąg miał św. Hieronim. Salvinie polecał, aby zawsze miała w ręku pobożne księgi, gdyż są one potężną tarczą pomocną w odrzuceniu wszelkich bezbożnych myśli, z którymi boryka się człowiek w młodym wieku. To samo wpajał św. Paulinowi: „Niech zawsze w twoich rękach znajduje się Pismo Święte, które dzięki pobożnej lekturze da pokarm twemu duchowi”. Wdowę o imieniu Furia namawiał, aby często czytała Pismo Święte oraz książki doktorów, których nauczanie jest święte i zdrowe, aby nie musiała męczyć się w wyborze pomiędzy błotem fałszywych dokumentów a złotem świętej i zdrowej nauki.
Do Demetriady pisał: „Kochaj Pismo Święte, jeśli chcesz być kochana, napełniona i strzeżona przez Bożą Mądrość. Ona wpierw Cię ozdobi na różne sposoby – dodaje szybko święty doktor – umieści klejnoty na Twej piersi, kolie na szyi, drogie kamienie w uszach. W przyszłości święta lektura niech będzie Twoimi drogocennymi kamieniami i Twoją radością, świętymi myślami i pobożnym uczuciem, jakimi ozdobisz Twego ducha”. Potwierdza to św. Grzegorz, używając alegorii lustra: „Duchowe książki są jak lustro, które Bóg stawia przed nami, abyśmy patrząc na nie, mogli naprawić nasze mankamenty i przyozdobić się wszelkimi cnotami. Podobnie jak próżne kobiety często przeglądają się w lustrze, starając się usunąć wszelkie skazy z twarzy, na tysiąc sposobów poprawiają włosy, aby wyglądać pięknie w oczach innych, tak też chrześcijanin winien często przed oczy stawiać sobie Pismo Święte, aby poprawić błędy i umocnić cnoty, by podobać się swemu Bogu”.
Nie będę odwoływał się do innych autorytetów. Chcę podkreślić, jaką siłę w zmianie drogi czy wejściu na drogę doskonałości, także świeckich osób, posiada święta lektura. Wystarczy zastanowić się nad nawróceniem św. Augustyna. Kto spowodował, że ten wielki człowiek się nawrócił? Nie były to ani łzy matki, ani elokwencja św. Ambrożego, lecz lektura świętej księgi. Kto czyta jego Wyznania nie może powstrzymać się od łez. Jakąż straszną walkę, jakież wielkie konflikty przeżywał w swym sercu, by odrzucić lubieżne przyjemności. Mówił, że jego wola była jak przykuta łańcuchem, a piekielny nieprzyjaciel trzymał go w okowach potrzeb. Mówił, że przeżywał agonię, kiedy miał pozostawić swe stare przyzwyczajenia. Mówił też, że gdy zbliżał się do rozwiązania, jego stare przyzwyczajenia i przyjemności odciągały go od dobrych postanowień i mówiły: Co, zostawiasz nas? Od tego momentu nie będziemy już z tobą przez całą wieczność? Podczas gdy przeżywał wewnętrzną walkę, usłyszał głos, który mu powiedział: „Weź i czytaj”. Od razu posłuchał tego głosu i czytając rozdział z listu św. Pawła, poczuł, jak natychmiast jego umysł oczyścił się z gęstej mgły, zniknęła twardość serca i ogarnęła go radość i głęboki pokój ducha. Od tej chwili św. Augustyn zrywa ze światem, z demonem, z ciałem i cały oddaje się służbie Bogu, stając się wielkim świętym, któremu dziś oddaje się cześć na ołtarzach. historia wspomina jeszcze św. Ignacego z Loyoli, który podczas choroby dzięki podjętej z nudów lekturze duchowej zmienił się z kapitana ziemskiego króla w kapitana Króla Niebios. Jeżeli lektura Pisma Świętego posiada wielką siłę, będącą w stanie przemienić ludzi w istoty duchowe, to o ileż potężniejsze w doprowadzeniu do jeszcze większej doskonałości winno okazać się czytanie Pisma Świętego przez osoby rozwinięte duchowo.
W tym samym liście Ojciec Pio wspomina też o modlitewnym czytaniu Biblii, zachęcając do takiej właśnie pogłębionej lektury świętego tekstu:
Święty Bernard mówi o czterech stopniach lub środkach, dzięki którym kroczy się do Boga i rozwija w doskonałości. Pisze, że są to: czytanie i medytacja, modlitwa i kontemplacja. Na potwierdzenie tego przytacza słowa Boskiego Nauczyciela: „Szukajcie a znajdziecie. Pukajcie, a otworzą wam”. Odnosząc to do czterech środków czy stopni doskonałości, twierdzi, że poprzez czytanie Pisma Świętego oraz innych świętych i pobożnych książek szuka się Boga. Znajduje się Go poprzez medytację. Dzięki modlitwie puka się do Jego serca, a dzięki kontemplacji wchodzi się do teatru Bożego piękna. Wszystko stoi otworem przed oczyma naszego umysłu dzięki czytaniu, medytacji i modlitwie. W innym miejscu autor ten pisze, że lektura jest niejako pokarmem dla duszy. Podczas medytacji „przeżuwa się” ten pokarm poprzez rozważania. Na modlitwie doświadcza się jego smaku, zaś kontemplacja jest słodyczą pokarmu duchowego, który umacnia i pociesza duszę. Lektura zatrzymuje się na stronie zewnętrznej tego, co się czyta. Medytacja analizuję istotę rzeczy. Modlitwa przeszukuje ją, używając swych próśb. Kontemplacja delektuje się nią, jak rzeczą, którą się posiada.
Wspominana na wstępie Cleonice Morcaldi, gdy już posiadała wszystkie księgi Pisma Świętego, na jednej z nich otrzymała od Ojca Pio dedykację, która również dla nas niech będzie zachętą i wskazówką od świętego Stygmatyka:
Duch Święty niech prowadzi Twój umysł, niech pozwoli Ci odkrywać ukryte prawdy zawarte w niniejszej księdze i niech rozpali Twą wolę, byś je wprowadzała w życie.
„Osobista lektura Pisma Świętego prowadzi do fascynacji Bogiem”
“Trzeba najpierw samemu „zasmakować” w osobistej lekturze ksiąg biblijnych. Wtedy łatwo będzie nam podzielić się osobistymi przeżyciami w słuchaniu słów, które Bóg do nas kieruje” – podkreślił ks. prof. Henryk Witczyk, przewodniczący Dzieła Biblijnego.
fot. Plusonevector/Freepik/Stacja7.pl
***
Biuro Prasowe KEP: Księże Profesorze, z ustanowienia papieża Franciszka, III niedziela zwykła obchodzona jest w całym Kościele jako Niedziela Słowa Bożego. Jaki jest główny cel tej inicjatywy?
Ks. prof. Henryk Witczyk: Papież Franciszek podaje kilka celów, które winny być osiągane poprzez uroczyste przeżywanie Niedzieli Słowa Bożego, zwłaszcza celebracje liturgiczne w parafiach i diecezjach. Równie ważne są różne aktywności związane ze Słowem Bożym zawartym w Piśmie świętym w naszych rodzinach. Sądzę, że ich syntetycznym ujęciem są słowa Aperuit illis („Oświecił ich umysły, aby rozumieli Pisma”; por. Łk 24, 45), które otwierają papieskie Motu proprio ustanawiające tę celebrację. Zmartwychwstały Jezus oświecił umysły uczniów idących z Jerozolimy do Emaus. Byli rozczarowani przebiegiem procesu, drogi krzyżowej, ukrzyżowania – i ostatecznie złożenia do grobu umęczonego Mesjasza – Króla głoszącego Królestwo Boże jako obecne pośród nich. Gdy dołączył do nich tajemniczy Wędrowiec, zaczął z nimi rozmawiać, zadawać pytania, a ostatecznie wyjaśniał im Pisma, które mówiły o cierpieniach Mesjasza, wpisanych w Jego drogę do Chwały. Jak sami wyznali, pod wpływem tych Jego słów, w każdym z nich „pałało serce”, otworzyły się ich oczy na aktywną i miłującą obecność zmartwychwstałego Pana. On stał się na nowo najważniejszą Osobą w ich życiu! Centrum życia całego Kościoła apostolskiego, gdy objawił się z kolei wszystkim uczniom w wieczerniku, niosąc im swoje słowa: Pokój wam!
Tylko apostołowie z „otwartymi oczami” i „sercami pałającymi” ogniem Bożej obecności darowanej im w słowach Zmartwychwstałego mogli stać się głosicielami i świadkami Ewangelii. W Niedzielę Słowa Bożego cały Kościół pod przewodnictwem papieża Franciszka chce uwielbiać Boga za Jego obecność pod postacią słów Pisma świętego proklamowanych w Kościele, chce też dziękować Ojcu niebieskiemu za Słowo, które od Niego pochodzi! Ono otwiera nam oczy na misterium Trójcy Świętej, na Jej działanie w dziejach świata i ludzi, na Jej obecność w Kościele.
W jaki sposób można realizować założenia tej Niedzieli na co dzień? Co może być pomocne w poznawaniu Słowa Bożego?
Najważniejsze jest codzienne czytanie Pisma świętego. Dobrze jest zacząć od ksiąg Nowego Testamentu, które są nam mało znane, na przykład listy św. Pawła czy tzw. listy katolickie. One nie tylko wyjaśniają nauczanie Chrystusa, otwierają misterium Jego osoby, ale nade wszystko odnoszą je do życia tak pojedynczych wierzących jak i wspólnoty Kościoła. Ta aplikacja ma dla nas – borykających się dzisiaj z podobnymi wyzwaniami – absolutnie podstawowe znaczenie. Dokonywana jest bowiem pod natchnieniem Ducha Świętego, który jest Nauczycielem Kościoła wszystkich czasów aż do skończenia świata. To On, nie badania socjologiczno-psychologiczne, prowadzi Kościół do poznania Prawdy o zbawieniu człowieka, objawionej przez wcielonego Syna Bożego w Ewangeliach i Tradycji.
Dużą pomocą w poznawaniu Słowa Bożego są istniejące w wielu parafiach kręgi biblijne, wspólnoty praktykujące lectio divina. W większości diecezji, w wielu dekanatach bibliści prowadzą regularne wykłady z Pisma św. dla osób świeckich i zakonnych w ramach różnego rodzaju szkół Słowa Bożego (głównie w soboty). Warto również wybrać się na rekolekcje biblijne, organizowane w licznych domach rekolekcyjnych.
A niezastąpioną pomocą w osobistym studium Pisma świętego jest od roku aplikacja pod nazwą „Dzieło Biblijne”, stworzona dzięki dużemu zaangażowaniu i patronatowi KUL Jana Pawła II oraz Instytutowi Nauk Biblijnych KUL. Jest ona dostępna bezpłatnie w smartfonach, laptopie czy w wygodnym do czytania tablecie. A osoby zainteresowane nie tylko duchowym, ale i badawczym poznawaniem treści Pisma św. zachęcam do czytania artykułów naukowych w najlepszym polskim czasopiśmie biblijnym „The Biblical Annals”. Jest ono dostępne gratis na platformie czasopism KUL (https://czasopisma.kul.pl/index.php/ba), razem w biblijno-teologicznym „Verbum Vitae” (https://czasopisma.kul.pl/index.php/vv). Zamieszczane są w nich opracowania aktualnie dyskutowanych zagadnień i tematów – także w języku polskim.
Św. Hieronim powiedział, że „nieznajomość Pisma świętego jest nieznajomością Chrystusa”. W jaki sposób można zachęcić wiernych do czytania Pisma Świętego?
Trzeba najpierw samemu „zasmakować” w osobistej lekturze ksiąg biblijnych, czyli w dialogu z Bogiem. Wtedy łatwo będzie nam podzielić się osobistymi przeżyciami w słuchaniu słów, które Bóg do nas kieruje. W istocie bowiem czytanie Pisma świętego jest jedynie „narzędziem” umożliwiającym Ojcu niebieskiemu, Synowi Bożemu i Duchowi Prawdy komunikowanie się z nami. A każdy, kto świadomie chce przeżywać swoją wiarę, jest maksymalnie zainteresowany tym, co Bóg chce mi dzisiaj, w tym tygodniu, w tę niedzielę powiedzieć. Dopiero znając przesłanie do mnie skierowane mogę odpowiedzieć w modlitwie: uwielbienia, dziękczynienia, ufności czy prośby.
Osobista lektura Pisma świętego prowadzi wierzących także do fascynacji Bogiem, osobą i nauczaniem Syna Bożego, działaniem Ducha Świętego w dziejach świata, pojedynczych ludzi, w historii Ludu Bożego pierwszego i nowego Przymierza, a nade wszystko w życiu współczesnego Kościoła, do którego zostaliśmy powołani.
KAI/Stacja7.pl
***
Ks. Teodor Sawielewicz na Niedzielę Słowa Bożego:
nie trzeba czytać Biblii od deski do deski
fot. radio Niepokalanów
***
Katolik powinien regularnie czytać Biblię, choć niekoniecznie musi to być przeczytanie jej od deski do deski. Wiele osób poznaje treść Biblii poprzez wybieranie konkretnych ksiąg, rozdziałów lub tematów, które są dla nich budujące – powiedział ks. Teodor Sawielewicz. Rekolekcjonista, założyciel kanału Teobańkologia, w rozmowie z KAI, wyjaśnił dlaczego warto sięgać po lekturę Pisma Świętego, opowiedział także jakie inicjatywy biblijne można znaleźć na kanale Teobańkologia. Jutro, już po raz piąty, będziemy obchodzić w Kościele Niedzielę Słowa Bożego, ustanowioną przez papieża Franciszka.
Zadałbym pytanie mężowi: „czy to ważne, by poznawać każdego dnia lepiej swoją żonę? Przecież ją już niby poznałeś, to po co na to poświęcać więcej czasu?”. Św. Hieronim napisał takie słowa w czasach, w których nie było druku, a zdecydowana większość ludzi nie umiała czytać: „nieznajomość Pisma Świętego jest nieznajomością Chrystusa”. Najważniejsze przykazanie Starego Testamentu zaczyna się od słów: „Słuchaj Izraelu…”. Skoro mamy komuś ufać, powierzać mu swoje życie, kogoś naśladować, kochać, to najpierw musimy go poznawać. Każda karta Ewangelii to skarbiec informacji o życiu i posłannictwie Tego, w którego wierzymy.
Papież Franciszek w swoim orędziu o ustanowieniu tej niedzieli podkreślił, że „Słowo Boże powinno być zawsze obecne w naszym życiu, a zwłaszcza w niedzielę, abyśmy mogli rozpoznać w nim obecność Chrystusa, który przemawia do nas i prowadzi nas”. Poprzez regularne spotkanie z Pismem Świętym możemy coraz bardziej odkrywać Boże przesłanie dla nas, pogłębiać wiarę, kształtować sumienie i prowadzić bardziej świadome życie chrześcijańskie.
Ma Ksiądz pomysł jak zachęcić wiernych do czytania Biblii? Jak podkreślił Franciszek, celem Niedzieli Słowa Bożego jest to, by „w ludzie Bożym wzrosła religijna i bliska znajomość Pisma Świętego”.
Myślę, że ogromna rolę ma tu nastawienie człowieka do Biblii, ale też głód. Prorok Amos wypowiada takie słowa: „Oto nadejdą dni – wyrocznia Pana Boga – gdy ześlę głód na ziemię, nie głód chleba ani pragnienie wody, lecz głód słuchania słów Pańskich. Wtedy błąkać się będą od morza do morza, z północy na wschód będą krążyli, by znaleźć słowo Pańskie”. Jeśli ktoś zdaje sobie sprawę, że Biblia to żywe Słowo Boga, Słowo, które ma moc przemiany serca i życia, to nie trzeba go specjalnie zachęcać do chłonięcia Go.
Czy trzeba namawiać wygłodniałego do jedzenia? W Biblii znajdują się wskazówki jak żyć na Bożą chwałę, a przez to doświadczać wielu skutków ubocznych takiego życia: szczęście, dobre zarządzanie finansami, pozbycie się lęków i zmartwień itp. Rozmawiając z różnymi ludźmi, słyszałem podobne zdania: „Bóg jeden wie, co powinienem w tej sytuacji zrobić, modlę się o jakąś wskazówkę i nic…”. A kiedy pytałem: „A czy zajrzałeś do Pisma Świętego?”, odpowiadali ze zdziwieniem: „Ale po co? Przecież ja mam taki a taki problem do rozwiązania, co ma do tego czytanie Biblii?”. Odpowiadałem podobnymi słowami: „Zajrzyj, a sam się przekonasz”. Niektórzy z tych ludzi wracali potem do mnie z niesamowitymi świadectwami, a czytanie Słowa Bożego stało się odtąd ważnym elementem ich codzienności.
Również na Teobańkologii można znaleźć wiele interesujących treści umożliwiających lepsze poznanie Pisma Świętego, chociażby różnego rodzaju medytacje nad tekstem biblijnym, czy mógłby Ksiądz nieco o nich opowiedzieć?
Staram się, by treści i motywy zaczerpnięte z Pisma Świętego towarzyszyły każdemu aspektowi działalności Teobańkologii. Pojawiają się w błogosławieństwach w postaci postów i rolek o 7:00 i 19:00, w codziennych transmisjach różańcowych o 20:30, są inspiracją do rozmaitych akcji, są zawarte na naszej płycie “Niech zstąpi Duch Twój”.
Jedną z najważniejszych inicjatyw związanych z Pismem Świętym są serie Komentarzy Biblijnych. Na początku przygotowywałem je sam. Później zaprosiłem do współpracy ks. prof. Mariusza Rosika – wybitnego polskiego biblistę – który w kilku- albo kilkunastominutowych filmach odpowiada na ważne pytania w oparciu o Pismo Święte. W ramach ostatniej serii były podejmowane m.in. takie zagadnienia: Czy Bóg chce mojej choroby? Czy Bóg może posłużyć się złem? Dlaczego Bogu na mnie zależy? Po co Kościołowi papież? To ważne pytania, na które czasem sami nie potrafimy znaleźć przekonującej odpowiedzi. Dlatego właśnie warto posłuchać, co ma nam w tych kwestiach do przekazania Pismo Święte, co do nas mówi sam Bóg.
Myśli Ksiądz, że każdy katolik powinien przeczytać Pismo Święte od początku do końca? Dlaczego to tak mało powszechna praktyka wśród ludzi wierzących?
Może zacznę od tego drugiego pytania. Powody, by czegoś nie robić, zawszę się znajdą: „Nie mam czasu”, „I tak nic z tego nie rozumiem, to za trudne”, „Nie lubię czytać”, „Wolę posłuchać kazania, katechezy, konferencji”, „To nudne i nie ma związku z moim życiem”. To tylko niektóre z wymówek, jakie słyszałem. Przy okazji zapraszam na do naszej akcji wielkopostnej „Jerycho – zmień swoje nawyki”. Może warto będzie te nauki zastosować właśnie do stałego zaprzyjaźnienia się z Pismem Świętym!
A wracając do tematu, myślę, że każdy katolik powinien regularnie czytać Biblię, choć niekoniecznie musi to być przeczytanie jej od deski do deski. Wiele osób poznaje treść Biblii poprzez wybieranie konkretnych ksiąg, rozdziałów lub tematów, które są dla nich budujące. I to jest bardzo dobry pomysł, bo pozwala na głębsze zrozumienie konkretnych treści i ich odniesienie do swojej codzienności. Nie ma uniwersalnej, jednej metody. Papież Benedykt XVI mówił tak: „Rozważajcie często Słowo Boga i pozwólcie, aby Duch Święty był waszym nauczycielem. Odkryjecie wówczas, że myśli Boga nie są myślami ludzi. Będziecie skłonni kontemplować prawdziwego Boga i odczytywać wydarzenia historii Jego oczyma. Zakosztujecie w pełni radości, jaką rodzi prawda”. To jest właściwy klucz do lektury Pisma Świętego.
Nie chodzi tylko o poznanie treści minionych wydarzeń, biografii Jezusa czy dziejów pierwotnego Kościoła, ale o czerpanie wiedzy i mądrości potrzebnej człowiekowi tu i teraz, powiązanie tych wydarzeń ze swoim życiem, o poddanie się Bożemu prowadzeniu, słuchanie Jego głosu każdego dnia, w każdej sytuacji. Przy takim podejściu do Pisma Świętego człowiek z biegiem lat czerpie z niego coraz więcej, coraz więcej odkrywa, rozumie i można powiedzieć, że ta lektura nigdy dla niego się nie kończy. I – uwaga – co najważniejsze: człowiek, który poznaje Stwórcę przez lekturę Biblii, w końcu dojdzie do pragnienia – ja chcę nie tylko o Bogu czytać, ja chcę Jego!
Czy ma ksiądz jakieś wskazówki dla osób, które chciałyby zacząć czytać Pismo Święte, ale czują się zniechęcone jego objętością lub trudnością w zrozumieniu niektórych fragmentów?
W dzisiejszych czasach można wykorzystać różne narzędzia, takie jak aplikacje mobilne, audiobooki lub podcasty, które dają łatwy dostęp do lepszego rozumienia Pisma Świętego. Trzeba jednak pamiętać, że głównym celem czytania Biblii nie jest jej zrozumienie, ale raczej sięgnięcie do tego, co jest niejako pod naskórkiem tekstu – a jest tam sam Bóg, którego możemy spotkać, nawet wtedy, gdy nie rozumiemy tego, co czytamy. On jest przecież Słowem, a to Słowo, które czytamy jest Bogiem.
W seminarium przeczytałem na głos w oryginalnym języku dwa razy cały Nowy Testament. Niewiele z języka greckiego rozumiałem, ale chciałem się “otaczać” Bogiem. Fale dźwiękowe, wiadomo, nie są Bogiem, ale to Słowo Nim jest. Jeśli coś wydaje się nam niezrozumiałe, zbyt trudne, a bardzo nam zależy na zrozumieniu, mamy dziś sporo możliwości, by znaleźć pomoc, wsparcie, wyjaśnienie nurtujących nas kwestii. Jedną z nich jest Teobańkologia, bezpieczna przestrzeń modlitwy przeniknięta Słowem Bożym, z naszym hasłem “Niech Ewangelia się niesie na chwałę Bożą i pożytek ludzi jak najlepszymi środkami”.
Jakie są Księdza ulubione fragmenty Pisma Świętego?
Ewangelia św. Jana 10,10 [Ja przyszedłem po to, aby [owce] miały życie i miały je w obfitości – KAI] – ten cytat umieściłem też na moim obrazku prymicyjnym. Gdy rozważałem ten fragment, dotarło do mnie, że Pan Bóg chce dla mnie szczęścia, życia w obfitości tutaj na ziemi.
Wcześniej chrześcijaństwo kojarzyło mi się inaczej: Królestwo Boże rozumiałem jako rzeczywistość odległą, niedostępną człowiekowi tu i teraz, na ziemi mam się męczyć i cierpieć, by potem pójść do nieba. Ten fragment zmienił moje myślenie. Zrozumiałem też, że odnosi się on do mojej misji. Ja jako pasterz dostałem misję od Dobrego Pasterza – Jezusa Chrystusa – po to, by uczynić obfitym życie innych.
Czy ma Ksiądz jakieś osobiste świadectwo dotyczące momentu czytania Pisma Świętego, który wpłynął znacząco na Księdza życie duchowe?
Przypominam sobie taką sytuację, gdy miałem 17 lat i jechałem autobusem do szkoły. Natknąłem się wtedy na fragment, który opisuje spotkanie Jezusa z niewidomym. Jezus zapytał tego człowieka: „Co chcesz, abym Ci uczynił?”, a on mu odpowiedział „Panie, żebym przejrzał”. Tak bardzo mnie wtedy dotknęły te słowa, przez kolejne dni wypowiadałem je niemalże bez przerwy i były tak naprawdę początkiem mojego głębokiego nawrócenia, zmiany, kiełkowania dobrych pragnień i uzdrowienia wielu ran na duszy.
Gdzie szukać pomocy w interpretacji niezrozumiałych fragmentów Pisma Świętego?
Pismo Święte jest zbiorem tekstów, które wymagają znajomości pewnego kontekstu i umiejętnej interpretacji. Czytanie Biblii bez odpowiedniej wiedzy i przygotowania może prowadzić do niewłaściwego zrozumienia treści, odnalezienia w niej sprzeczności, nawet absurdów, wyprowadzenia błędnych wniosków, wypaczenia obrazu Boga i Jego miłości. Dlatego warto korzystać z powszechnie dziś dostępnych komentarzy i objaśnień opracowanych przed doświadczonych biblistów, uwzględniających kontekst historyczny i kulturowy oraz kwestie języka i tłumaczeń, dobrym pomysłem jest też lektura we wspólnocie.
Warto również korzystać z innych katolickich źródeł, takich jak publikacje katolickie, czasopisma, strony internetowe i aplikacje mobilne, które oferują komentarze, wyjaśnienia i materiały pomocne w zrozumieniu Pisma Świętego. Tylko proszę, by te moje powyższe zachęty do zgłębiania wiedzy o Biblii nie zniechęciły do tego, by by po prostu Pismo Święte otwierać i czytać. Ono jak zaklinacz węży będzie nawet bez naszego zrozumienia lub odczucia wyrzucać z nas złe myśli i pragnienia, o ile z wiarą i otwartym sercem staramy się je zgłębić i odnieść do swojego życia.
rozmawiała Anna Rasińska/KAI/Tygodnik Niedziela
***
Ks. Krzysztof Wons: Słowo Boże już nas zna, czeka na nas
O medytującym Kowalskim, który wychodzi pokonany jako… zwycięzca, mówi ks. Krzysztof Wons, salwatorianin.
Marcin Jakimowicz: Jeszcze przed dekadą plakat ze słowem „medytacja” pachniał z daleka New Age. Dziś to słowo pada coraz częściej w zakrystiach i salkach katechetycznych…
ks. Krzysztof Wons: I Bogu dzięki! Nie możemy być w odwrocie, nie możemy być w sytuacji, gdy słowa, które opisywały święte wartości, jak „tęcza”, „orientacja”, „medytacja”, zostają skradzione przez narrację tego świata. To przecież ogromne bogactwo, głęboko zakorzenione w chrześcijaństwie. Słowo meditare wskazuje przecież na to, co dzieje się z nami w najświętszym momencie, jakim jest słuchanie słowa Bożego i przyjmowanie go do własnego życia. Jak moglibyśmy z niego rezygnować? By nie wprowadzać w błąd ludzi zagubionych w informacyjnym chaosie, dodaję do słowa „medytacja” określenie „chrześcijańska”.
Jan Kowalski chce rozpocząć dzień od biblijnej medytacji. Poranki są naprawdę dobre? A może zostawić sobie medytację na wieczór, na deser?
Nie! Poranki są bardzo dobre, bo pokazują, że… decyzja nie jest po naszej stronie. Słowo już nas wybrało. Słowo jest poranne, paschalne, otwierające. Wybrzmiewa w nim poranek wielkanocny. Jest w nim Syn Ojca, który stał się człowiekiem, umarł i zmartwychwstał. A On jest zawsze poranny. Ja naprawdę nie muszę czekać cały rok na śniadanie wielkanocne. Mogę je spożywać codziennie, i to zasiadając do stołu z samym Jezusem. Poranna medytacja słowa jest jak wschodzące słońce. Ma ona wyprzedzać wszystko, bo „bez Niego nic się nie stało, co się stało”. Przecież wyznajemy od pierwszej strony Biblii, aż po Prolog Janowy, że „na początku było Słowo” (Brandstaetter przetłumaczy „na początku jest Słowo”). To Ono daje początek wszystkiemu. Ono stworzyło i stwarza ten świat. Teologia mówi o creatio continua – ciągłym stwarzaniu. Jestem nieustannie stwarzany przez Słowo. W dzień i w nocy.
Kowalski postanawia medytować, „gdy znajdzie czas”. Da się tak czy musi z góry go sobie wygospodarować?
Musi go sobie wygospodarować, bo inaczej wszystko skończy się na pobożnych życzeniach. Niezwykle ważne są systematyczność i wierność. Słowo powinienem asymilować od poranka, i to najlepiej jeszcze przed śniadaniem. Jasne, trzeba być realistą i dostosować medytację do planu dnia. Jesteśmy bardzo niecierpliwi i czytamy Biblię, przyciskając od razu klawisz „enter”. Domagamy się natychmiastowej odpowiedzi. A Biblii trzeba dać czas. To żywa księga, która bada nasze intencje. Jesteśmy pokoleniem, które spędza sporo godzin przy komputerze i ma pod paluszkami klawiaturę. Wydaje się nam, że wciskając „enter”, mamy wszystko pod kontrolą. Klikamy i wyświetlamy to, co chcemy. A pokorny Bóg, który ukrył się w literze, otwiera się przed nami stopniowo, gdy spotyka się z naszą miłością. Słowo Boże już nas zna, czeka na nas.
Kowalski zerka na opasły tom Biblii i drapie się po głowie: od czego zacząć? Od słowa „z dnia”?
Wyjął mi to pan z ust! Unikajmy myślenia, że to ja wybieram słowo. To ono wybiera mnie. Kościół, jak dobra matka, karmi nas nim we wszystkich szerokościach geograficznych, a dzień rozpoczyna z nim i profesor teologii, i prosty robotnik, i proboszcz, i wikary. To nie jest słowo, które pochodzi od Kościoła, on je jedynie przekazuje. Czytajmy słowo „z dnia”. Jasne, można się na nie otworzyć już wcześniej. W Centrum Formacji Duchowej jednym z owoców gorzkiego czasu COVID-u jest codzienne internetowe przygotowanie do słuchania słowa z kolejnego dnia. Z tej propozycji korzystają tysiące osób!
Śniadanie wielkanocne smakuje, bo jest raz w roku. Co zrobić, gdy trawione dzień w dzień słowo nam powszednieje?
Być mu wiernym i czytać je codziennie. Nawet jeśli nie czujemy jego smaku. Jesteśmy wychowywani do hedonistycznego, zrelatywizowanego przeżywania rzeczywistości: „To czuję, tego nie; to lubię, tego nie”, a słowo niezależnie od tego, w jakim jestem stanie (czy uniesienia, czy acedii), jest zawsze takie samo – i jest pełne życia. Rozwiązanie? Być wiernym, stałym, konsekwentnym, nie oceniać medytacji wedle własnego samopoczucia (to pułapka, którą Zły chętnie wykorzystuje). Mówię kończącym rekolekcje: „Być może owoc zobaczysz dopiero po miesiącach, po latach. Ale naprawdę go zobaczysz!”. Słowo przemienia od środka, delikatnie, bez fajerwerków. W Krakowie nie ma weekendu bez fajerwerków, a niebo jest im potrzebne jedynie jako tło. Nie możemy z Boga robić tła dla naszych medytacyjnych fajerwerków, a z Biblii tła dla naszych oczekiwań!
Kowalski, otwierając Biblię, ma zrezygnować z oczekiwań i pragnień?
Nie! Ma chodzić z wielkimi pragnieniami, ale jednocześnie szukać w sobie wewnętrznej wolności wobec własnych oczekiwań. Czasami musi przełknąć gorzkie lekarstwo, ze świadomością, że jeśli będzie je cierpliwie zażywał, to pomoże mu wyzdrowieć. Bóg ma odpowiedź na wszystko, naprawdę. Trzeba tylko otwierać Biblię i czytać, czytać, czytać.
Właściwie kto kogo czyta? Kowalski Biblię czy Biblia Kowalskiego?
To kluczowe pytanie! To Biblia czyta mnie, choć wydaje się, że jest odwrotnie. To absolutne sedno tej rzeczywistości! To nie my mamy panować nad tekstem, ale on nad nami. Jak wiele zależy od tego, jak się otwieram na Słowo, czy je przeżywam i „przeżuwam”. Lectio divina to przecież Boże czytanie. To Bóg mnie czyta, nie ja Jego. Może być przecież i tak, że czytam słowo, nie wychodząc poza własne myśli. Benedykt XVI przypominał, że trzeba pytać, co mówi tekst sam sobie, bo istnieje niebezpieczeństwo, że moje czytanie będzie jedynie pretekstem, by nigdy nie wyjść poza własne myśli. Wiem lepiej! Ktoś otwiera Biblię i ziewa: „Znowu to samo? Co tu jeszcze medytować? Ileż homilii na ten temat powiedziałem”.
Często zdarza się Księdzu odkryć coś nowego w słowie, które zna na pamięć?
Nieustannie. Bo ono nigdy nie jest tym samym Słowem. Stare są tylko litery, ale za ich murem skrywa się słowo, które jest zawsze świeże, nowe, kochające. Nie narzekajmy: „Znam to na pamięć”. I nie chodzi nawet o pamięć intelektualną, ale o serce, bo to ono „pamięta”. Psycholog powie, że najsilniejsza pamięć to pamięć przeżyciowa. Ojcowie pustyni – często analfabeci – uczyli się na pamięć całych ksiąg czy nawet psałterza.
Ale często „przeżuwali” przez cały dzień jedno słowo!
Sam to praktykuję. Łapię się jednego zdania, wersetu i to przeżuwam. „Powiedz tylko słowo, a będzie uzdrowiona dusza moja”. Jedno słowo może mnie karmić całymi miesiącami, bo jest ono niezgłębione. Starożytni powtarzali, że „Bóg wypowiedział tylko jedno słowo, a myśmy wiele słów usłyszeli”. Tym jednym jedynym, najdroższym słowem jest imię „Jezus”.
„Tylko Jego imię zawiera Obecność, którą oznacza” – czytam w katechizmie.
To przecież to jedno jedyne Słowo uczyło tradycję wschodnią „modlitwy Jezusowej”. Świetnie, że o tym mówimy, bo to ono właśnie odróżnia medytację chrześcijańską od niechrześcijańskiej. Ewagriusz z Pontu podpowiadał, by powtarzać to Imię „z gniewem” (użył takiego określenia! Chodziło mu o wiarę, dynamikę, modlitwę całym sercem), dlatego że to Słowo kryje w sobie moc, rodzi do życia, zbawia. To nie jest tak, że jakąś techniką wywołuję skutki (to sedno medytacji niechrześcijańskiej). To nie jest mantrowanie, które przynosi ukojenie. Niektórzy podpowiadają: powtarzaj jedno słowo, nieważne jakie. Nie! Tu nie ma relatywizmu, tu chodzi o słowo Boga, bo to Ono nas stwarza.
A gdy Kowalski natrafia na fragment, którego nie rozumie? Na przykład opis budowy świątyni? Ma się mu poddać?
To kluczowe sformułowanie! Trzeba czytać, nie rezygnować. Najbardziej głęboka modlitwa jest… pasywna. Passivum divinum. Pozwalam słowu działać. To najbardziej święty moment medytacji. I nie chodzi o letniość, bierność, doskonale znany nam stan „lelum polelum”. Łukasz opisał, jak pięknie przeżywa ten stan Maryja. Najpierw słucha, potem zachowuje, jednocześnie strzeże – tłumacząc inaczej: „strzeże jak żołnierz” (zdając sobie sprawę, że złodziej szuka okazji, by to słowo wykraść) – i wreszcie medytuje, czyli pozwala, „by słowo wyjaśniało się przez słowo”.
„Jeszcze nikt swoim pytaniem okna w niebie nie wybił. Odpowiedzi w niebie nie brakuje, brakuje dobrych pytań. Nieraz trzeba się z Biblią pokłócić” – opowiadał mi Ksiądz. Kowalski się na to odważy?
Czasami jego medytacja będzie przypominała walkę Jakuba z aniołem. W ciemnej nocy zniechęcenia, posuchy, zmęczenia. Najważniejsze jest to, co zrobił Jakub. Jego krzyk: „Nie puszczę cię, dopóki mi nie pobłogosławisz!”. Bóg zachęca: „Kłóć się ze Mną, wiedź ze Mną spór”. W medytacji przychodzi moment, który ojcowie starożytni nazywali synkrisis – kryzysem. Konfrontacja. Słowo wprowadza cię w błogosławiony kryzys, który prowadzi do nawrócenia. Kłóćmy, się, walczmy, opowiadajmy Bogu, „co nam leży na wątrobie”. Ważne, byśmy na końcu otrzymali imię, które otrzymał Jakub: „Walczący z Bogiem”, bo „walczyłeś z Bogiem i ludźmi i zwyciężyłeś”. Kto wyszedł z tej medytacji, kuśtykając, z przetrąconym biodrem? Anioł czy Jakub? Ale – uwaga! – Jakub wyszedł jako zwycięzca. Nigdy bardziej nie jesteśmy zwycięzcami niż wtedy, gdy dajemy się pokonać przez Boga i Jego słowo.
Niedziela Słowa Bożego jest dobrym dniem, by w centrum myśli, modlitwy i dyskusji postawić Pismo Święte. Największym problemem jest zawsze motywacja. Dlaczego warto? Dlaczego trzeba? Podzielę się dziesięcioma powodami – pięć nazwijmy niewierzącymi a pięć powodami wierzącymi.
Po co Niedziela Słowa Bożego?
30 września 2019 r. Papież Franciszek opublikował list „Aperuitillis”. Okazją do napisania krótkiego, ale bardzo treściwego dokumentu o Biblii była 1600 rocznica śmierci św. Hieronima. Wszak to słynny tłumacz Wulgaty powiedział: „Nieznajomość Pisma jest nieznajomością Chrystusa”. W dokumencie tym Ojciec Święty między innymi ustanawia Niedzielę Słowa Bożego, która ma przypadać w 3. niedzielę zwykłą.
Powodów wybrania jednej niedzieli na to, by skupić wszystkie myśli na Piśmie Świętym jest kilka. Po pierwsze na zakończenie Nadzwyczajnego Jubileuszu Miłosierdzia Papież poprosił, aby «jedna niedziela [w ciągu roku została] w całości poświęcona słowu Bożemu, aby zrozumieć niewyczerpalne bogactwo pochodzące z tego nieustannego dialogu między Bogiem a Jego ludem» (List Apost. Misericordia er misera, 7). Po drugie, ma to pomóc wiernym „wzrastać w miłości i w świadectwie w wiary” (AI, 2). Po trzecie, wybór niedzieli w tym czasie roku liturgicznego jest odpowiednim w kontekście troski o jedność chrześcijan i dialog religijny z wyznawcami judaizmu. Jak to ujął Franciszek: „Nie jest to przypadek: celebrowanie Niedzieli Słowa Bożego wyraża charakter ekumeniczny” (AI, 3).
Uroczyste, czyli jakie świętowanie?
Jak można przeżywać tę niedzielę? Z jednej strony Ojciec Święty zachęca ogólnie, by „przeżywać tę Niedzielę jako dzień uroczysty” (AI,3) tak, by była ona poświęcona „celebracji, refleksji oraz krzewieniu Słowa Bożego” (AI, 3). Z drugiej podaje konkretne przykłady, co można w ten dzień zrobić: intronizację Pisma Świętego, udzielanie urzędu lektoratu, wręczenie przez proboszcza wiernym całej Biblii albo chociaż jednej Księgi. Niewątpliwie to też najlepszy czas na to, by całą homilię poświęcić Słowu Bożemu. Przecież niedawno czytaliśmy o tym, że „Słowo stało się Ciałem”, jak i rozpoczęliśmy nowy cykl czytań w Liturgii, co jest dobrą okazją, by chociaż wytłumaczyć sens i układ czytań mszalnych.
Dołóżmy do tego jeszcze parę propozycji. Niedziela ta jest dobrą okazją, żeby zaprezentować ciekawie aplikację z tekstami biblijnymi (np. „Pismo Święte” Zespołu Pisma Świętego), super produkcję Biblii Audio czy strony internetowe z najpiękniejszymi obrazami biblijnymi (np. artbible.info czy biblical-art.com). To dobry czas, bo sprawdzić, czy i gdzie w domu znajduje się Pismo Święte, porozmawiać o sensie i pożyteczności czytania Słowa Bożego, jak również podzielić się najbardziej uderzającymi postaciami, wydarzeniami czy cytatami z Biblii. Jeśli ktoś nie przeczytał jeszcze listu papieża Franciszka „Aperuitillis”, to niech to zrobi właśnie w tę niedzielę. Tak jak wigilia jest dobrym czasem na składanie życzeń najbliższym, jak Popielec właściwym dniem, by posypać głowę popiołem, tak Niedziela Słowa Bożego jest dobrym dniem, by w centrum myśli, modlitwy i dyskusji postawić Pismo Święte.
Dlaczego warto? 10 powodów
Największym problemem jest zawsze motywacja. Dlaczego warto? Dlaczego trzeba? Powodów jest zapewne wiele. Podzielę się dziesięcioma powodami, pięć nazwijmy niewierzącymi a pięć powodami wierzącymi. Nawet jeśli ktoś nie jest osobą wierzącą, warto, by przeczytał Biblię. Po co? Po to…
1) by rozumieć 1/3 ludzkości, czyli chrześcijan i Żydów.
2) by rozumieć literaturę, jak „Na wieży Babel” Szymborskiej czy „Mistrz i Małgorzata” Bułhakowa,
3) by rozumieć dzieła sztuki, jak „Powrót Syna Marnotrawnego” Rembrandta czy „Ofiarę Izaaka” Caravaggia,
4) by rozumieć muzykę, chociażby „Pasję wg św. Mateusza” Bacha czy „Mesjasza” Haendla,
5) by rozumieć język, gdy ktoś powie o zakazanym owocu czy nazwie cię faryzeuszem.
A jeśli jest ktoś wierzącym, znajdzie dodatkową motywację. Jaką? Czytam Biblię…
1) żeby być wiernym Jezusowi, który mówi: „Pisma nie można odrzucić” (J 10,35),
2) żeby Jezusa poznać, bo „nieznajomość Pisma Świętego jest nieznajomością Chrystusa” (św. Hieronim),
3) żeby być wiernym Kościołowi, który zachęca „aby w każdym domu była Biblia … by można ją było czytać i posługiwać się nią w modlitwie” (Benedykt XVI, VD 85),
4) żeby spotykać się z Bogiem, „albowiem w księgach świętych Ojciec, który jest w niebie spotyka się miłościwie ze swymi dziećmi i prowadzi z nimi rozmowę” (SWII, KO 21),
5) żeby nie zmarnować życia, bo każdego kto słucha słów Jezusa i wypełnia je, „można porównać z człowiekiem roztropnym, który dom swój zbudował na skale. Spadł deszcz, wezbrały rzeki, zerwały się wichry i uderzyły w ten dom. On jednak nie runął, bo na skale był utwierdzony” (Mt 7,24-25).
Kiedy czytamy Biblię, „w księgach świętych Ojciec, który jest w niebie spotyka się miłościwie ze swymi dziećmi i prowadzi z nimi rozmowę” (Dei Verbum, 21). Dla takiego Ojca warto i dla takich rozmów nie szkoda marnować czasu.
ks. Wojciech Węgrzyniak/Stacja7.pl
***
Franciszek Salezy – prorok miłości, patron dziennikarzy katolickich
Franciszek Salezy, święty i doktor Kościoła, żyjący we Francji w latach 1567-1622, jest patronem dziennikarzy i pisarzy katolickich. Jego wspomnienie przypada w kalendarzu liturgicznym 24 stycznia.
***
Ludzie świętego przekazu. Święci, którzy rozumieli siłę mediów
Świat doskonali metody niesienia słów każdego rodzaju. Co ze słowami najcenniejszymi robią chrześcijanie?
WIKIPEDIA
***
Znane jest powiedzenie, że „na kroplę miodu więcej much złapiesz niż na beczkę octu”. W rozdzierających Europę sporach między katolikami a protestantami miód był jednak towarem deficytowym, za to ocet, zmieszany z krwią, lał się strumieniami. Autor tego powiedzenia, święty Franciszek Salezy, patron dziennikarzy i prasy katolickiej, pokazał, że nie tędy droga.
Niech czytają
Był rok 1594, gdy 27-letni Salezy, niedawno wyświęcony na prezbitera, trafił do Chablais, regionu Szwajcarii, który wtedy znalazł się w granicach Księstwa Sabaudii. Młody duchowny miał umacniać tamtejszych katolików i sprowadzać z powrotem do Kościoła wyznawców kalwinizmu. Była to misja straceńcza, bo w tych czasach jako argumentu w sporach teologicznych najchętniej używano stali i ołowiu. Franciszek jednak ufał Bogu tak dalece, że odmówił przyjęcia zbrojnej eskorty. I rzeczywiście, były zamachy na jego życie, ale dziwnym trafem się nie udawały.
W Chablais z początku szło opornie. Bywało, że Franciszek odprawiał Msze i wygłaszał kazania w pustych kościołach. Pomyślał wtedy, że skoro niewielu chce jego słów słuchać, to może więcej ludzi zechce je przeczytać. Słowo pisane było w tych czasach rarytasem, święty postanowił więc rozprowadzać krótkie artykuły na temat prawd wiary katolickiej, oparte na tekstach Pisma Świętego i stanowiące odpowiedź na twierdzenia protestantów. Kalkulował, że „wrodzona człowiekowi ciekawość tym bardziej skłaniałaby do czytania pism katolickich, im więcej pastorzy broniliby do nich dostępu”. Stwierdził także, iż słowo pisane jest podatniejsze dla rozmyślań, „bo lepiej można rozważyć rzecz pisaną niż wypowiedzianą; w każdej chwili ma się ją przed oczami i nie można jej zapomnieć”.
„Jeżeli zbijam tysiące niedorzeczności, które zarzuca się katolikom, to nie mówię tego na wiatr, jak utrzymują niektórzy. Nauka pisana zadowoli tych, którzy chcieliby przedstawić ją swoim pastorom i usłyszeć ich replikę; a przy tym racje napisane czarno na białym można przedstawić każdemu, komu się podoba” – wyliczał święty we wprowadzeniu do „Kontrowersji”, dzieła, które powstało z zebranych później pism. Pierwszy tekst powstał 7 stycznia 1595 r. Franciszek pisał pośpiesznie, korzystając z nielicznych wolnych chwil. Gotowe artykuły dawał do przepisania. Odpisy były rozdawane ludności, pojawiały się też w formie plakatów na ulicach i placach.
Salezy, mierząc się z wszystkimi ważnymi wówczas zarzutami protestantów, wykazywał prawomocność doktryny katolickiej. Omawiał podstawy wiary: Pismo Święte i Tradycję, pisał m.in. o władzy papieża, o soborach, o sakramentach, o czyśćcu i o modlitwie za zmarłych. Choć przedstawiał treści polemiczne, robił to zawsze w uprzejmy sposób. „Słuchaliście gorliwie i ze skwapliwością kazań pastorów, miejcież cierpliwość wysłuchać i mnie. A potem, zaklinam was na Boga, zastanówcie się głębiej nad tym, co przeczytacie, i proście Pana, aby was wspierał Duchem swoim i okazał pomoc w sprawie tak wielkiej wagi” – pisał. Prosząc o życzliwe przyjęcie pism, deklarował: „Zaczynam więc w imię Boga i błagam Go z pokorą, aby swe święte słowo wlał cicho w serca wasze, na kształt świeżej rosy poranku. I nie zapominajcie, proszę, Panowie, o słowach św. Pawła: »Wszelka gorzkość i gniew i zagniewanie, wzgarda, wrzask i bluźnierstwo, i złość wszelaka odjęte od was niech będzie«”. Nie ma w pismach Salezego tak powszechnej wówczas agresji, jest za to szacunek dla adresatów. Uwagę zwraca elegancja i lekkość jego stylu, a także precyzja sformułowań.
Wszystko to przyniosło wielki owoc: wpływowi Franciszka Salezego przypisuje się powrót do katolicyzmu kilkudziesięciu tysięcy kalwinów, a jego spisane nauki okazały przyniosły mu tytuł doktora Kościoła.
Na tym nie oszczędzać
Wśród ludzi Kościoła rozumiejących znaczenie mediów dla głoszenia Ewangelii wybija się św. Maksymilian Kolbe. Święty, realizując franciszkański charyzmat ubóstwa, podkreślał, że na sprawie zbawienia nie należy oszczędzać. „Ograniczając jak najbardziej potrzeby prywatne, prowadząc życie jak najuboższe, będziemy używali choćby najnowocześniejszych środków. W połatanym habicie, w połatanych butach, na samolocie najnowszego typu, jeżeli to będzie potrzebne dla zbawienia i uświęcenia większej ilości dusz – pozostanie naszym ideałem” – wyjaśniał swoją strategię.
Nie były to słowa rzucone na wiatr. W 1922 roku o. Maksymilian założył miesięcznik „Rycerz Niepokalanej”. Celem pisma było pogłębienie i umocnienie wiary, zapoznanie wiernych z mistyką chrześcijańską, ale też dążenie do nawrócenia niekatolików. „Ton pisma będzie zawsze przyjazny dla wszystkich, bez względu na różnice wiary i narodowości” – deklarował założyciel. „Rycerz Niepokalanej” szybko stał się jednym z najpopularniejszych czasopism w Polsce. Pod koniec roku 1938 wydrukowano milion egzemplarzy tego pisma, z czego 800 tys. wynosił miesięczny abonament. Pismo bywało rozprowadzane po kosztach albo nawet, gdy ktoś nie miał czym zapłacić, rozdawane za darmo. Jego twórcy chodziło o budzenie wiary i formowanie sumień, a nie o zarabianie. Ta sama motywacja towarzyszyła mu także w przypadku innych inicjatyw. W założonym przez św. Maksymiliana klasztorze Niepokalanów – największym na świecie (w 1938 r. mieszkało w nim aż 780 zakonników) – powstał olbrzymi ośrodek wydawniczy. Praca trwała tam niemal 24 godziny na dobę. Z nowoczesnych maszyn drukarskich schodziły miliony egzemplarzy rozmaitych publikacji, książek i broszur, rozprowadzanych masowo w Polsce i poza jej granicami. Roczne zużycie papieru w wydawnictwie wynosiło ok. 1600 ton.
W 1930 r. św. Maksymilian wyjechał do Japonii. W Nagasaki założył tamtejszy Niepokalanów, gdzie zaczął wydawać japoński odpowiednik „Rycerza Niepokalanej”.
Po powrocie do Polski o. Kolbe zabrał się za stworzenie stacji radiowej. W grudniu 1938 r. wyemitowano próbną audycję. Starania o koncesję na regularne nadawanie przerwał wybuch wojny. Z tej także przyczyny nie powstało w Niepokalanowie lotnisko. Maksymilian planował zakup samolotów, a kilku zakonników wysłał już na kursy pilotażu.
Dowodem na dalekowzroczność św. Maksymiliana był „Mały Dziennik”, gazeta tania, zawierająca krótkie, proste teksty i dużo ilustracji. Zaczęła się ukazywać od roku 1935 w codziennym nakładzie prawie 140 tys. egzemplarzy i 225 tys. egzemplarzy w wydaniu niedzielnym. Święty, choć sam zdobył w Rzymie dwa doktoraty, rozumiał potrzeby różnego rodzaju odbiorców, dlatego zaplanował to pismo jako… katolicki brukowiec. Sam użył takiego określenia, zakładając, że taki rodzaj prasy – oczywiście zawierający odpowiednie dla katolickiego medium treści – przyciągnie do Kościoła tych, którzy nigdy nie sięgnęliby po pisma bardziej wymagające.
Szacuje się, że wszystkie wydawnictwa inspirowane przez o. Kolbego wywierały długotrwały wpływ na kilka milionów Polaków.
Święty tej profesji
O ile św. Franciszek Salezy był prekursorem głoszenia Ewangelii słowem pisanym, a św. Maksymilian użył mediów do dzieła szerzenia wiary, o tyle od niedawna wśród wyniesionych na ołtarze jest dziennikarz w ścisłym sensie: św. Tytus Brandsma. Ten kanonizowany w 2022 roku holenderski karmelita miał wiele specjalności – był filozofem, ale też dziennikarzem. Profesję tę uprawiał, pisząc do gazety miejskiej w Oss, gdzie karmelici mieli swój klasztor. Publikował również teksty o doświadczeniu mistycznym w periodykach karmelitańskich. Sam też założył jedno z nich – „Karmelrozen” („Róże Karmelu”). Był zaangażowanym członkiem Katolickiego Stowarzyszenia Dziennikarzy i duszpasterzem holenderskich dziennikarzy. Z racji swojej mobilności zyskał sobie nazwę „mistyka z długookresowym biletem kolejowym”.
Jego sposób myślenia obrazuje napomnienie, jakie kierował do swoich studentów: „Nie wolno nam w naszym sercu oddzielać Boga od świata. Musimy raczej świat oglądać na tle Boga”. Gdy Niemcy w 1940 roku zajęli Holandię, Brandsma publicznie sprzeciwiał się ich antyżydowskim rozporządzeniom. W 1942 roku został aresztowany i osadzony w Dachau. Tam został zabity zastrzykiem fenolu. Pielęgniarkę, która wstrzykiwała mu truciznę, zapewnił, że się za nią modli, i dał jej swój różaniec. Nie obchodziło jej to, była nazistką, ale po latach się nawróciła i została katoliczką. „Zabiłam świętego człowieka” – wyznała w 1956 r., przekazując karmelitom różaniec, który otrzymała od o. Tytusa. W 1985 r. Jan Paweł II beatyfikował Tytusa Brandsmę. W ten sposób na ołtarze został wyniesiony pierwszy dziennikarz.
Franciszek Kucharczak/Gość Niedzielny
***
Każdego dnia jesteśmy zjednoczeni w modlitwie za Kościół katolicki, za wszystkich chrześcijan, za wspólnoty różnych wyznań, za niewierzących i za wszystkie ludy ziemi. Teraz, w tym szczególnym czasie
od 18 do 25 stycznia Kościół modli się o Jedność Chrześcijan
***
Hasłem są słowa Pana Jezusa: „Wierzysz w to?” (J 11, 26),
W tym roku przypada 1700. rocznica pierwszego Soboru Nicejskiego. Dlatego tematem modlitewnej refleksji nad naszą wiarą są słowa wyrażone w Credo sformułowanym na tym soborze. Tydzień Modlitw o Jedność Chrześcijan ma nas zachęcić do czerpania z tego wspólnego dziedzictwa i głębszego wniknięcia w wiarę, która jednoczy nas jako chrześcijan.
Zwołany przez cesarza Konstantyna sobór, był wydarzeniem, podczas którego wychodzący z ukrycia i prześladowań Kościół wiedział już, jak trudno jest wyznawać tę samą wiarę w różnych kontekstach kulturowych i politycznych. Uzgodnienie tekstu Credo oznaczało zdefiniowanie podstawowych wspólnych fundamentów, na których można było budować lokalne wspólnoty Kościoła. Chrześcijanie zdążyli już doświadczyć poważnych sporów i herezji. Dlatego Credo zawierało nie tylko wyznanie wiary, ale również odrzucenie herezji.
Na Soborze Nicejskim chrześcijanie ustalili też sposób obliczania daty Wielkanocy. Dziś na skutek różnych interpretacji daty te nie są ustalane w ten sam sposób. W tym roku 2025 tak się składa, że uroczystość ta będzie obchodzona tego samego dnia przez wszystkich chrześcijan.
***
Papież św. Pius X w roku 1908 ustanowił od 18 stycznia (w tradycyjnym kalendarzu do roku 1960 ten dzień był świętem Katedry św. Piotra w Rzymie, który obecnie obchodzimy 22 lutego) do 25 stycznia (święto Nawrócenia św. Pawła) Oktawę Modlitw o Jedność Kościoła.
OKTAWA MODŁÓW O JEDNOŚĆ KOŚCIOŁA
Prośmy Boga wszechmogącego, aby wszyscy pozostający poza prawdziwym Kościołem, a w szczególności wszyscy chrześcijanie, którzy mają błędne pojęcie o Kościele Chrystusowym, poznali, że jedynie Kościół katolicki jest prawdziwym i aby do niego wrócili. Dziś przede wszystkim módlmy się:
Pierwszy dzień 18 stycznia: O powrót do owczarni Piotrowej tych wszystkich „innych owiec”, które nie słuchają głosu Boskiego Pasterza.
Drugi dzień 19 stycznia: O powrót do jedności ze Stolicą Apostolską prawosławnego Wschodu.
Trzeci dzień 20 stycznia: O powrót do jedności z wspólnoty anglikańskiej.
Czwarty dzień 21 stycznia: O powrót do Kościoła różnych wspólnot luteranów i protestantów.
Piąty dzień 22 stycznia: O powrót do Kościoła chrześcijańskich sekt.
Szósty dzień 23 stycznia: O nawrót do praktyk religijnych wszystkich oziębłych katolików.
Siódmy dzień 24 stycznia: O nawrócenie żydów i mahometan.
Ósmy dzień 25 stycznia: Aby cały świat rozpoznał w Chrystusie jedynego prawdziwego Boga i Zbawcę.
Ojcze Nasz … Zdrowaś Maryjo … Chwała Ojcu …
Ant. Aby wszyscy byli jedno, tak jak Ty Ojcze we Mnie, a Ja w Tobie i aby świat uwierzył, że Ty mnie posłałeś.
V. Ja tobie powiadam, że ty jesteś Piotr. R. A na tej opoce zbuduję Kościół mój. V. Panie, wysłuchaj modlitwy nasze. R. A wołanie nasze niech do Ciebie przyjdzie.
MÓDLMY SIĘ:
Panie Jezu Chryste, który powiedziałeś Apostołom; Pokój zostawiam wam, pokój mój daję wam, nie patrz na grzechy nasze, lecz na wiarę Kościoła Twego i racz go według Twej woli obdarzyć pokojem i zjednoczyć. Który żyjesz i królujesz Bóg po wszystkie wieki wieków. R. Amen.
***
Ksiądz Kardynał Kurt Koch:
u początku ekumenizmu była modlitwa,
trzeba do tego powrócić
Zdając sobie sprawę z tych przeróżnych wspólnot, które potworzyły się po wyjściu z Kościoła, Ksiądz Kardynał Kurt Koch wskazuje na potrzebę ponownego pogłębienia wymiaru duchowego, ponieważ na początku ruchu ekumenicznego istniał ruch modlitewny. „Papież Benedykt XVI wyraził to kiedyś pięknym obrazem, że łódź ekumenizmu nigdy nie wypłynęłaby na pełne morze, gdyby nie była napędzana prądem modlitwy… Ruch ekumeniczny – przypominał szef watykańskiej dykasterii – był pierwotnie ruchem modlitewnym i musi nim pozostać, ponieważ podstawa ekumenizmu to modlitwa arcykapłańska z 17. rozdziału Ewangelii Jana. Ciekawe jest w niej to, że Pan Jezus nie nakazuje jedności, Pan Jezus modli się o jedność. A jeśli Pan Jezus modlił się o jedność swoich uczniów, to cóż lepszego możemy zrobić my?”.
***
Ks. Sławomir Pawłowski SAC:
Kościół jest jeden, podzieleni są chrześcijanie
fot. Matt Wengerd/CC 2.0/
***
„Wszyscy chrześcijanie wierzą, że Chrystus założył jeden jedyny Kościół. Dlatego to nie Kościół jest podzielony, lecz podzieleni są chrześcijanie” – mówi w rozmowie z KAI ks. dr. hab. Sławomir Pawłowski SAC, kierownik Sekcji Ekumenizmu na KUL i sekretarz Rady KEP ds. Ekumenizmu. W przeddzień Tygodnia Modlitw o Jedność Chrześcijan tłumaczy, że ekumenizm jest „zbieraniem potłuczonych kawałków”, które „w rękach Bożych pasują do siebie”, tworząc mozaikę, „której całość widzi z góry tylko Pan Bóg, a my jej jeszcze nie widzimy”.
Rozmowa z ks. Sławomirem Pawłowskim SAC, kierownikiem Sekcji Ekumenizmu na KUL, sekretarzem Rady KEP ds. Ekumenizmu
KAI: Czym jest ekumenizm?
Ks. Sławomir Pawłowski SAC: Ekumenizm to dążenie do jedności między chrześcijanami różnych wyznań. Różni się od dialogu międzyreligijnego, który polega na dialogu między chrześcijanami a na przykład buddystami czy muzułmanami. Niektórzy mówią, że trzeba z tych dwóch grup wyróżnić dialog chrześcijańsko-żydowski, gdyż judaizm nie jest czymś całkowicie zewnętrznym w stosunku do chrześcijaństwa. A zatem ekumenizm dotyczy tylko chrześcijan.
Pochodzenie słowa „ekumenizm” jest bardzo sympatyczne, bo wywodzi się z greckiego słowa „oikos”, to znaczy „dom”. Chodzi więc o troskę o wspólny dom, jakim jest Kościół, zamieszkiwany przez chrześcijan na całym świecie. W starożytności słowo „oikumene” oznaczało całą zamieszkałą ziemię, a także powszechny wymiar Kościoła.
W jaki sposób możemy dążyć do zgromadzenia się w tym wspólnym domu, jakim jest Kościół?
– Ekumenizm kroczy trzema drogami. Jest to najpierw tak zwany ekumenizm duchowy, który polega na tym, że im bliżej jesteśmy Chrystusa, tym bliżej jesteśmy siebie nawzajem. Ekumenizm duchowy obejmuje: świętość życia i modlitwę, która jest bardzo ważna, bo za jej sprawą nie polegamy tylko na własnych siłach. Zjednoczenie chrześcijan przewyższa siły ludzkie, jak tłumaczy Sobór Watykański II.
Obok ekumenizmu duchowego jest ekumenizm praktyczny. Polega on na współpracy chrześcijan różnych wyznań na rzecz innych ludzi na płaszczyźnie charytatywnej, kulturalnej, społecznej. Może to być nawet zwyczajna pomoc sąsiedzka. W Polsce mamy Wigilijne Dzieło Pomocy Dzieciom, które wspólnie organizują: katolicka Caritas, ewangelicka Diakonia i prawosławny Eleos. Istnieje również współpraca duszpasterska, na przykład kapelanów szpitalnych czy więziennych różnych wyznań.
Na końcu mamy ekumenizm doktrynalny, zwany teologicznym, który polega na pracy teologów delegowanych przez swoje Kościoły. Próbują oni znaleźć wspólne rozwiązanie dla doktrynalnych kwestii, które je jeszcze dzielą. Taki dialog ma już za sobą wiele sukcesów.
Każda z tych trzech dziedzin: duchowa, praktyczna i teologiczna, jest potrzebna.
Są osiągnięcia w dialogu teologicznym dotyczącym prawd wiary, różnie rozumianych i przeżywanych w poszczególnych Kościołach, ale przeciętny katolik nie ma o tym bladego pojęcia.
– Każdy powinien poznawać własną wiarę, Pismo Święte, historię chrześcijaństwa i własnego Kościoła. Do takich zadań należy – do czego gorąco zachęcam – poznawanie osiągnieć ekumenicznych.
Spektakularnym osiągnięciem doktrynalnym była w 1999 roku „Wspólna katolicko-luterańska deklaracja w sprawie nauki o usprawiedliwieniu”. Brzmi to może naukowo i skomplikowanie, ale chodziło o szesnastowieczny spór między katolikami i protestantami, jak człowiek osiąga zbawienie: czy samą tylko wiarą, czy wiarą i uczynkami? Kilkanaście lat spokojnego dialogu pokazało, że wówczas, w XVI wieku, obie strony słabo znały nawzajem swoją naukę i przedstawiały ją w niewłaściwym świetle, powierzchownie. Nic więc dziwnego, że nawzajem się potępiały. Komisja teologów wypracowała wspólne stanowisko na ten temat, zaakceptowane przez dwie strony. A co najciekawsze, stwierdziła, że ówczesne, szesnastowieczne wzajemne potępienia nadal zachowują swoją ważność, bo nie dotyczą nauki wyrażonej w tej deklaracji, ale karykaturalnych form i postaci nauk przedstawianych w XVI wieku. Taką karykaturę trzeba było potępić.
We wspólnej deklaracji nie ma jednak stwierdzenia, że katolickie i luterańskie nauczanie na temat usprawiedliwienia jest w stu procentach wspólne.
– Nie w stu procentach, ale jest wspólne w sprawach, które określono jako zasadnicze, najważniejsze i nas nie dzielące. Natomiast zachowano w czterech punktach dopuszczalne różnice, które wynikają z różnego rozłożenia akcentów. Powiem szczerze, że niewprawny czytelnik absolutnie nie odkryje, na czym te różnice polegają, bo są tak minimalne. Porównałbym to do różnic między liturgiami. Wiemy, że w Kościołach wschodnich istnieje pięć rodzin liturgicznych. Każda z tych wschodnich liturgii jest równie dobra i równie godna, choć różnią się między sobą. W Polsce znamy liturgię bizantyjską, którą sprawują nie tylko Kościoły prawosławne, ale również grekokatolicy. Jest ona równie piękna i wzniosła, jak liturgia rzymska.
Sobór Watykański II uczy, że w Kościele katolickim jest pełnia środków zbawienia. Czy więc zamiast ustalania wspólnego rozumienia prawd wiary nie wystarczy, że wszyscy chrześcijanie przyjmą wiarę Kościoła katolickiego?
– Pełnia środków zbawienia i prawd objawionych jest katolikom nie tylko dana, ale również zadana. Na przykład gdyby w roku 324 chrześcijanie stwierdzili, że wszystko już mamy i wiemy, to nie doszłoby do pierwszego soboru w Nicei w 325 roku i nie sformułowano by Wyznania Wiary. A gdyby po tym soborze biskupi powiedzieli sobie, że teraz już mamy wystarczające, zadowalające nas Credo, to za kilkadziesiąt lat nie byłoby soboru w Konstantynopolu w 381 roku, na którym dopisano drugą część tego Wyznania.
Historia chrześcijaństwa sama pokazuje, że Kościół pielgrzymuje w wierze. Ma skarb, ma pełnię, ale ją musi odkryć. Pełnia jest dana i zadana w tym znaczeniu, że trzeba ją odkryć do końca. Mamy odziedziczony olbrzymi skarbiec, w którym jeszcze nie dokonaliśmy inwentaryzacji wszystkich skarbów. Jak jej dokonywać? Właśnie przez kontakt z innymi chrześcijanami. Kapitalną rzecz powiedział św. Jan Paweł II, wskazując, że dialog ekumeniczny to nie tylko wymiana myśli (słowo „dialog” wywodzi się z greckiego „dia logos”, to znaczy „przez myśl”, „przez słowo”), ale również wymiana darów duchowych. Papież Franciszek idzie krok dalej, mówiąc, że Duch Święty innym chrześcijanom dał dary, które są również dla nas. Mamy te dary wziąć z rąk innych chrześcijan…
…chociaż teoretycznie mamy je w naszym skarbcu?
– Mamy dlatego, że inni chrześcijanie są w pewnym sensie częścią naszego Kościoła. Mury, które istnieją między chrześcijanami nie sięgają nieba. Mamy wiele wspólnych skarbów. Ten skarbiec, który mamy zinwentaryzować jest częściowo wspólny.
Myśl o katolickiej pełni zawarta jest w soborowej konstytucji dogmatycznej o Kościele „Lumem gentium”. Została powtórzona w Dekrecie o ekumenizmie „Unitatis redintegratio”. Dekret dopowiada jeszcze, że dopóki nie ma zjednoczenia między chrześcijanami, to samemu Kościołowi katolickiemu dalej czegoś brakuje. A zatem ta pełnia katolicka nie jest do końca pełna. Dlatego jest dana i zadana, ciągle do odkrycia, a tego odkrywania nie da się zrobić w pojedynkę, bez innych chrześcijan, bez zbierania darów, które Bóg im ofiarował.
Bardzo dobrze widzimy to współczesne przenikanie się darów między Kościołami. Pozwolę sobie przywołać postać sługi Bożego księdza Franciszka Blachnickiego. Wszyscy znamy symbol ruchu Światło-Życie – „Fos-Zoe” – który się wywodzi z chrześcijaństwa wschodniego, prawdopodobnie syryjskiego. Z kolei metody, które stosował, ksiądz Blachnicki wypożyczył od ewangelików, w tym słynne cztery prawa życia duchowego, które nadal są stosowane w tym ruchu, z czasem trochę uzupełnione, mówiące o kerygmacie, czyli podstawowym głoszeniu Ewangelii. W metodach ewangelizacyjnych dużo wzięliśmy od ewangelików. Podobnie jak ich zamiłowanie do Pisma Świętego. Nie mówię, że w Kościele katolickim go nie było, jednakże protestanci wyprzedzili nas, począwszy od XVI wieku, w osobistym czytaniu Pisma Świętego. My to teraz nadrabiamy i miejmy nadzieję, że się rodzi dobre współzawodnictwo, do którego Sobór Watykański II zachęcał. Nie wstydząc się skarbów, które mamy, starajmy się odkryć te skarby, które mają inni.
Czasem mówi się, że w ramach tej wymiany darów katolicy mają do zaoferowania Eucharystię, protestanci czytanie Pisma Świętego, a prawosławni skupienie na zmartwychwstaniu Chrystusa. Pewnie należałoby do tego dołożyć jeszcze Kościoły ewangelikalne, które zwracają uwagę na charyzmatyczny wymiar życia chrześcijańskiego. Ale ten podział jest schematyczny…
– Schematyczny, ale coś jest na rzeczy. Owoce wymiany darów dzisiaj widać: katolicy bardziej karmią się dziś Pismem Świętym, a u protestantów częściej sprawuje się Wieczerzę Pańską. Pojawiają się u nich również ikony, a niektórzy nawet zaczęli używać kadzidło. Dla prawosławnych centrum stanowi, oczywiście, Boska Liturgia. Owszem, koncentrują się na zmartwychwstaniu, ale rozumieją je jako przemieniony krzyż, jak w Ewangelii Janowej – można powiedzieć, że Pan Jezus już zmartwychwstaje na krzyżu. Święty Jan jest uważny za postać ikoniczną dla prawosławia, tak jak św. Piotr dla katolicyzmu, a św. Paweł dla protestantów. To też zresztą są schematy.
Schematy dotyczą także nazw. Jeżeli mówimy „ewangelicy”, to nie znaczy, że katolicy i prawosławni nie chcą żyć Ewangelią. Jeżeli mówimy o kimś „niekatolicy”, to mogą się obrazić, bo przecież w Wyznaniu Wiary wspólnym wszystkim chrześcijanom jednym z czterech przymiotów Kościoła jest „powszechność”, czyli katolickość. W tym znaczeniu i prawosławni, i ewangelicy są katolikami.
W tłumaczeniach Wyznania Wiary na niektóre języki jest wręcz użyte słowo „katolicki”.
– Tak. Podobnie, gdy chodzi o prawosławie, katolicy i ewangelicy o sobie myślą, że są prawowierni i że oddają Bogu chwałę w sposób należyty. Czyli są „prawo-sławni”. Nazwy są umowne, stanowią skróty myślowe. Nie oddają całości tego, co wyróżnia czy dzieli chrześcijan.
Powiedział Ksiądz wcześniej coś, co może być dla wielu zastanawiające: że „inni chrześcijanie są w pewnym sensie częścią naszego Kościoła”. Jak to rozumieć?
– Wyraźmy to bardziej precyzyjnie. Sobór Watykański II uczy, że między chrześcijanami istnieje już rzeczywista wspólnota, choć jeszcze niedoskonała. Jedność, bycie w jednej wspólnocie podlega zatem stopniowaniu. Czasem byśmy chcieli zastosować metodę zerojedynkową: jesteś we wspólnocie ze mną albo nie jesteś. Tymczasem można być w niej trochę bardziej lub trochę mniej, zależnie od tego, ile rzeczy mamy wspólnych. Gdybyśmy chcieli to sobie geometrycznie wyobrazić, to Kościoły nie byłyby tylko okrągłymi zbiorami na płaszczyźnie, ale „w głębi” czy w „w górze” mają odniesienie do Chrystusa, który jest ponad wszystkimi Kościołami i u podstawy Kościołów, tak że dostęp do Niego mają wszyscy. Sobór Watykański II podkreślił, że Chrystus nie waha się używać innych Kościołów i wspólnot jako środków zbawienia. Sobór zmienił paradygmat myślenia o modelu jedności – z eklezjocentryzmu na chrystocentryzm. Punkt ciężkości spoczywa na Chrystusie. I jeżeli mamy się nawracać, to nie do jakiegoś Kościoła, tylko do Chrystusa poprzez Kościół czy w swoim Kościele.
Zbliżając się do Chrystusa, jesteśmy bliżej siebie nawzajem i tworzymy wokół Niego wspólnotę. Ale tych wspólnot powstało wiele. Którą z nich więc tworzymy?
– Wspólnot jest wiele, ale ta wielość istniała od samego początku chrześcijaństwa. Nawet jeśli byśmy założyli, że jest jeden Kościół, będący jednym wyznaniem, to i tak mamy w nim wiele diecezji, czyli wiele Kościołów lokalnych, wiele parafii, wiele wspólnot o różnych duchowościach, a w końcu wielu ludzi, a każdy człowiek inny. Ta wielość jest wpisana w chrześcijaństwo.
Natomiast wszyscy chrześcijanie wierzą, że Chrystus założył jeden jedyny Kościół. Dlatego – tak jest przynajmniej w teologii katolickiej i prawosławnej – nie mówi się, że Kościół jest podzielony, tylko że podzieleni są chrześcijanie. Kościół bytowo i ontycznie jest jeden. Proszę zauważyć precyzję nazwy „Tydzień Modlitw o Jedność Chrześcijan”, a nie o jedność Kościoła. Wszyscy chrześcijanie starają się odkrywać swoją przynależność do tego jednego Kościoła, który już istnieje. Spierają, kto jest go bliżej i mają na to różne poglądy.
Tak naprawdę każdy z Kościołów uważa, że jest Kościołem, który założył Chrystus, choć faktycznie został założony przez znanego z imienia i z nazwiska pana w XVI czy XIX wieku.
– Te osoby są raczej nazywane reformatorami lub organizatorami danego Kościoła. Ale od podobnego jak w pytaniu spostrzeżenia zaczyna się soborowy Dekret o ekumenizmie. Eksperci mówią, że jest to spojrzenie fenomenologiczne, czyli opis zjawiska. Zatem Sobór, niczym Marsjanin, dziwi się i pyta, jak to możliwe, że Chrystus założył jeden jedyny Kościół, a na ziemi istnieje wiele różnych Kościołów, które chodzą różnymi drogami, czasem mają sprzeczne poglądy, a wszystkie twierdzą, że są założone przez Chrystusa.
Spróbujmy odpowiedzieć na to pytanie.
– Wchodzimy tutaj w tak zwaną teologię podziału. Tak jak natura i jedność Kościoła jest do uchwycenia jedynie w świetle Bożego objawienia i jest tajemnicą wiary, tak samo podział jest do odkrycia tylko oczyma wiary. Przede wszystkim i najbardziej dzieli grzech, bo oddziela od Boga. Dzieli też ludzi między sobą i wyrządza im krzywdę. A po grzechu mamy różnego rodzaju czynniki kulturowe, teologiczne, niestety czasem polityczne. Tak było w historii. Sobór Watykański II wskazuje, że winę za podział ponoszą chrześcijanie z jednej i z drugiej strony. Ciekawe, że nie mówi, iż prawda jest pośrodku, że prawda jest podzielona. Mówi, że wina jest podzielona. W dodatku winne są nie tyle Kościoły, co ludzie Kościołów. Badania historyczne to pokazują. Bo nawet jeśli w jakimś sporze teologicznym u kogoś było więcej racji niż u drugiego, to okazuje się, że ten, kto miał więcej racji zlekceważył drugą stronę i nie podejmował z nią dyskusji. Dzisiaj widzimy, że w wielu sprawach zbyt szybko zastosowano zbyt ostre środki zaradcze, którymi wtedy były wyklinania, ekskomuniki. Trzeba było troszkę poczekać, więcej cierpliwości, więcej rozmowy.
Rok 2025 jest ważny ze względu na pewne ekumeniczne rocznice, upamiętniające wydarzenia, które do dzisiaj mają konsekwencje w życiu Kościołów. W Polsce mija dwudziesta piąta rocznica podpisania Deklaracji o wzajemnym uznaniu chrztu przez większość najważniejszych Kościołów chrześcijańskich. Na czym polegają konkretne, odczuwalne do dzisiaj skutki tego dokumentu?
– Polegają na tym, że jeśli ktoś został ochrzczony w innym Kościele, to uznaję go za człowieka ważnie ochrzczonego. I gdyby przeszedł do mojego Kościoła, to nie musi być drugi raz chrzczony. Ale to działa również w drugą stronę: jeżeli przeszedłby do innego Kościoła, to w tamtym Kościele też nie otrzymuje nowego chrztu. To wzajemne uznanie chrztu w praktyce funkcjonowało jeszcze przed podpisaniem deklaracji na podstawie ogólnych reguł interpretacji teologicznej. Jeżeli była zastosowana woda (polanie nią lub zanurzenie w niej) i formuła trynitarna („w imię Ojca, i Syna, i Ducha Świętego”), to chrzest był uznawany za ważny. Niemniej kiedy Kościoły to napiszą czarno na białym, otrzymujemy pomoc w pracy kancelaryjnej – duszpasterze mają listę Kościołów, których chrzest uznajemy.
Jakie są to Kościoły?
– Jest to sześć z siedmiu Kościołów członkowskich Polskiej Rady Ekumenicznej, czyli z wyjątkiem baptystów, ponieważ deklaracja uwzględnia również chrzczenie dzieci, nawet niemowląt, a baptyści jako jeden z Kościołów ewangelikalnych uznają chrzest tylko osób świadomych. Dlatego baptyści, a spoza Polskiej Rady Ekumenicznej Kościoły typu zielonoświątkowego czy adwentyści, takiej deklaracji by podpisać nie mogli.
A zatem sześć Kościołów: trzy Kościoły ewangelickie (ewangelicko-augsburski, czyli luteranie; ewangelicko-reformowany, czyli spadkobiercy Kalwina; ewangelicko-metodystyczny, czyli spadkobiercy Wesleyów), Polski Autokefaliczny Kościół Prawosławny i dwa Kościoły starokatolickie (Kościół Starokatolicki Mariawitów i Kościół polskokatolicki). Plus Kościół katolicki w Polsce, przez który rozumiemy dwa obrządki: rzymskokatolicki i greckokatolicki. Podpisujący deklarację kardynał Józef Glemp zrobił to również w imieniu Kościoła greckokatolickiego w Polsce.
W tej deklaracji najważniejsze jest ostatnie zdanie, mówiące o wzajemnym uznaniu chrztu udzielonego przez duchownego danego Kościoła. Deklarację ograniczono tylko do chrztu udzielonego przez duchownego, żeby mieć pewność, iż materia i forma zostały odpowiednio zachowane.
Czasami, w sytuacjach nadzwyczajnych chrztu udziela człowiek świecki…
…i w Kościele katolickim uznajemy taki chrzest za ważny, ale nie chcielibyśmy wymuszać na innych takiego uznawania. Poza tym Kościoły się różnią również w tym, czy chrztu może udzielić tylko wierzący, czy także niewierzący, który ma intencję czynienia tego, co czyni Kościół. Dlatego deklaracja nie zajmuje się tą sprawą.
W Kościele powszechnym rok 2025 przyniesie obchody 1700. rocznicy wspomnianego już tu soboru w Nicei. Dlaczego to, co ustalono na tym pierwszym wielkim zgromadzeniu kościelnym jest wciąż ważne dzisiaj, także z ekumenicznego punktu widzenia?
– Dlatego, że łączy do dzisiaj większość chrześcijan. A chodzi o Wyznanie Wiary, które znamy z każdej naszej Mszy świętej. Owocem obrad soboru w Nicei koło Konstantynopola w 325 roku była pierwsza część tego Wyznania Wiary, czyli od „Wierzę w Boga Ojca wszechmogącego” aż do zdania: „Wierzę w Ducha Świętego”. Po kilkudziesięciu latach, w 381 roku, sobór w Konstantynopolu rozwinął to zdanie o wierze w Ducha Świętego, dodając jeszcze wiarę w Kościół i w rzeczy ostateczne. Choć trzeba było jeszcze czekać do roku 451, do soboru w Chalcedonie, też koło Konstantynopola, kiedy Wyznanie Wiary przyjęte na tych dwóch pierwszych soborach zostało oficjalnie – jak mówiono – „zapieczętowane” i uznane za obowiązujące.
Zauważmy pewną stopniowość, w jakiej to postępowało. Zresztą teologowie mówią, że sobór w Nicei nie wymyślił od początku tych wszystkich zdań z Wyznania Wiary, tylko korzystał z, powstających zwłaszcza w III wieku wyznań wiary Kościołów lokalnych. Odbywało się wówczas wiele synodów lokalnych, ale nie mógł się zebrać synod powszechny, czyli sobór, z racji prześladowań. Dopiero, gdy ustały prześladowania, można było bezpiecznie sprowadzić biskupów w jedno miejsce, co zrobił cesarz Konstantyn. Na tym pierwszym soborze w Nicei spotkali się biskupi, na których ciałach były widoczne ślady prześladowań. Ktoś nie miał oka, ktoś inny ręki. Wielkie wrażenie na biskupach robiło to, że salutują im żołnierze, których spotykają w pałacu cesarskim. Bo przecież ci żołnierze jeszcze kilkanaście lat wcześniej ich prześladowali.
Wyznanie Wiary łączy chrześcijan, możemy je razem mówić. Owszem, między katolicyzmem a prawosławiem jest niewielka różnica dotycząca „Filioque”, czyli dodatku „i Syna”. Chodzi o to, czy Duch Święty pochodzi tylko od Ojca, czy też od Ojca i Syna. Ale trzeba pamiętać, że nawet Kościół katolicki w greckiej wersji Wyznania Wiary nigdy nie dodał „i Syna”. Okazuje się, że wyrażenia używane w Credo w języku greckim i łacińskim troszeczkę się różnią. Z powodu używania różnych słów na wyrażenie czasownika „pochodzi”, w języku greckim – według Kościoła katolickiego – nawet nie wolno dodawać „i Syna”, natomiast w języku łacińskim można. Stanowisko na ten temat wyraziła Stolica Apostolska w dokumencie Papieskiej Rady ds. Popierania Jedności Chrześcijan z roku 1995 „Pochodzenie Ducha Świętego w Tradycji greckiej i łacińskiej”. Ta sprawa nas jeszcze dzieli.
Z tego, co pamiętam, w dokumencie tym wyjaśniono, że katolicy i prawosławni co innego mają myśli, używając słowa „pochodzi”. Dla prawosławnych „pochodzi” znaczy tyle co „wywodzi się” od Ojca jako pierwszej przyczyny i wtedy katolicy też nie użyliby „Filioque”. Dla katolików natomiast „pochodzi” znaczy „posłany”, że Duch jest także w odwiecznej relacji z Synem i że jest „posłany”, z czym z kolei mogliby się z łatwością zgodzić prawosławni…
– Owszem. Dotykamy tu kwestii odwiecznych relacji między Ojcem, Synem i Duchem Świętym… A wiemy o tym tylko tyle, ile zostało nam objawione.
To są takie subtelności teologiczne, że przeciętny katolik nie ma o nich pojęcia. Jak więc ma zrozumieć o co spór się toczy?
– Mogę tylko pocieszyć, że podobne kłopoty mieli nawet biskupi, którzy zjechali się na sobór w Nicei. Słownictwo teologiczne dopiero się wtedy kształtowało. Spór o to, jak Syn ma się do Ojca, czy jest Mu współistotny, czy podobnej istoty, a także o to, jakich słów używać w odniesieniu do Osób Boskich istniał między teologami i biskupami jeszcze w IV i w V wieku. Nasze słowa są niedoskonałe, a próbują wyrazić nieskończoną tajemnicę. Ale Bóg się objawił właśnie w ludzkich słowach. Przede wszystkim w osobie Jezusa Chrystusa, który sam stał się człowiekiem i mówił do nas ludzkim językiem. Ten przekaz został spisany w Piśmie Świętym. Jesteśmy więc zdani na słowo. Nic tu nie poradzimy.
Trzeba powiedzieć, że spór o Filioque ze strony katolickiej nie jest tak ostry. Ostrzejszy ze strony prawosławnej. Musimy w nim wyróżnić dwie rzeczy: samą naukę o pochodzeniu Ducha Świętego i to, czy tę naukę włączyć do Credo, czy nie…
…bo przecież nie wszystkie prawdy wiary znajdują się w Credo.
– Właśnie. Są tacy prawosławni, choć znajdują się w mniejszości (mimo że jest wśród nawet patriarcha Konstantynopola Bartłomiej), którzy po publikacji „Katechizmu Kościoła Katolickiego” w latach dziewięćdziesiątych uznali naukę o Filioque za dopuszczalną w kategoriach teologicznego myślenia zachodniego. Natomiast nie dopuszczają włączenia Filioque do Credo.
Spór dotyczy również tego, że Credo zostało na soborze w Chalcedonie zapieczętowane, zamknięte i stąd Wschód ma pretensje do Zachodu, że tam dopiero po kilku wiekach włączono to „i Syna”.
Bez pytania o zgodę Wschodu.
– Bez pytania Wschodu. Zachód się broni mówiąc, że w teologii zachodniej nauka o Filioque była wcześniejsza niż owo zapieczętowanie Credo.
Możliwe jest wiele rozwiązań. Hipotetycznie w Kościele katolickim papież mógłby, gdyby chciał, dopuścić dwie wersje Wyznania Wiary: z Filioque i bez niego, albo nawet wycofać je w imię powrotu do oryginalnej wersji Credo, wszakże bez uznawania samej nauki o Filioque za błąd. Tajemnica Trójcy Świętej jest tak wzniosła, że możemy o niej mówić na wiele sposobów, na przykład że Duch Święty pochodzi od Ojca przez Syna. Ważne jest, że gdy ostatni papieże odmawiali Wyznanie Wiary w języku greckim z patriarchami Konstantynopola, nie wymawiali „i Syna”.
O Wyznaniu Wiary mówimy, że jest to Symbol Wiary.
– Trzeba się tu odnieść do starożytnego zwyczaju łamania przedmiotu, na przykład monety, na części, które były dawane stronom umowy, aliansu, paktu po to, żeby po jakimś czasie te osoby albo ich wysłannicy mogli się rozpoznać przy spotkaniu, składając ten przedmiot na nowo. Składanie tego przedmiotu było wyrażane czasownikiem „symbalein”, to znaczy łączyć. Ów przedmiot był to „symbolon”. Wyznanie Wiary było więc po pierwsze składem wielu prawd wiary. Czasem po polsku mówimy „Skład Apostolski”, choć to w odniesieniu do starożytnego chrzcielnego wyznania wiary Kościoła rzymskiego, tego krótszego Credo. Równocześnie to wyznanie wiary było znakiem rozpoznawczym chrześcijan i – jeszcze więcej – czymś, co ich samych składa, czyli łączy ze sobą.
Niesamowite, że przeciwieństwem „symbalein” jest „diabalein”, a tym, który rozłącza jest „diabolos”, z czego się wziął „diabeł”.
Czyli odmawianie Credo jest pewnym sensie wypędzaniem diabła?
– Tak, ma działanie egzorcystyczne. W katolickim rytuale egzorcyzmu jest przewidziane Wyznanie Wiary. Zawsze uważano je za coś przeciwnego do wyznawania złego ducha, czyli upatrywano w nim moc egzorcystyczną.
Bo jest to oddanie chwały Bogu.
– I wypieranie się złego ducha, który dzieli. Ekumenizm jest czymś, co ma nas łączyć. Jest symbalein – zbieraniem potłuczonych kawałków, które wszakże, jak się okazuje, w rękach Bożych pasują do siebie. Z tym, że tych kawałków jest bardzo dużo. Jest to mozaika, której całość widzi z góry tylko Pan Bóg, a my jej jeszcze nie widzimy.
I pewnie do jedności wszystkich rozłączonych chrześcijan w jednym Kościele nie dojdzie na ziemi?
– Być może. Posłużę się przykładem robienia porządków. Co tydzień czyścimy kurze, ale one znowu osiadają. Podobnie jest z praniem ubrań. Natomiast biada nam, gdybyśmy tego nie robili. Więc biada nam, gdybyśmy nie dążyli do jedności w małżeństwie, rodzinie, społeczeństwie, między chrześcijanami. Trzeba to robić, nawet jeśli doskonała jedność nastąpi dopiero, być może, w niebie.
17 stycznia 2025/ rozmawiał Paweł Bieliński (KAI)
***
Dni protestantów, żydów i islamu?
Nie! Każdy dzień należy tylko do Chrystusa
Tydzień Ekumenizmu i Dialogizmu to przejaw głębokiego zaczadzenia Kościoła politycznym liberalizmem. W Kościele nie ma dni należących do protestantów, żydów czy islamistów. Każdy dzień należy wyłącznie do Chrystusa – tego, poza którego Imieniem nie ma zbawienia.
Zgodnie z ekumenicznym paradygmatem dialogizmu Kościół katolicki w wielu krajach świata zaangażuje się w styczniu w intensywną współpracę z „braćmi odłączonymi”. Spotkaniom z luteranami, kalwinami, metodystami, baptystami, starokatolikami, mariawitami i prawosławnymi wprost nie będzie końca. W Polsce Tydzień Ekumeniczny ma dodatkowo wyjątkowy początek i zakończenie. Poprzedza go „Dzień Judaizmu w Kościele”, a zamyka takiż „Dzień Islamu”. Biorąc pod uwagę aktualny stan społeczeństw Europy można byłoby sądzić, że taki właśnie układ obchodów to złośliwy polski komentarz do islamizacji: wszystko zaczęli Żydzi, potem przyszli chrześcijanie, a cały ten kram zamkną dżihadyści. Inicjatorom dialogicznego cyklu nie o to raczej chodziło; Dzień Islamu na przykład obchodzony jest nad Wisłą od 2001 roku – zaczęło się jeszcze przed globalną wojną z terroryzmem; zanim w Polsce zrozumiano, że Półksiężyc to bynajmniej nie tylko przyjazna mniejszość tatarska. Zostawię jednak na boku judaizm i islam; ostatecznie sednem styczniowych obchodów jest uskutecznianie „jedności” z protestantami.
Obchody Tygodnia Ekumenicznego będą odbywać się w całej Polsce. Proszę zobaczyć, jak będzie wyglądać to w dwóch kluczowych dla ekumenizmu miastach, Warszawie i Łodzi. W Warszawie wszystko rozpocznie się w zborze kalwińskim w sobotę 18 stycznia. W niedzielę 19 stycznia inicjatywę przejmą mariawici. Dopiero w poniedziałek przyjdzie czas na Kościół katolicki, ale – jak zaznaczono w komunikacie prasowym diecezji warszawsko-praskiej, która patronuje nabożeństwom ekumenicznym w tym dniu – ambona będzie otwarta również dla niekatolickich duchownych. We wtorek ekumenizm przenosi się do cerkwi prawosławnej. W środę ponownie pojawia się katolicki kościół, jakkolwiek z głównym udziałem ekumeniczno-charyzmatycznej wspólnoty Chemin Neuf. W czwartek odbędzie się „nabożeństwo centralne” – w zborze luterańskim, dla upamiętnienia rocznicy podpisania umowy o wzajemnym uznawaniu chrztu. W piątek ekumenizm zagości u metodystów. Na tym powinno się zakończyć, bo tydzień – to w końcu tydzień; ale ze względu na mnogość grup protestanckich w Warszawie siedem dni nie wystarcza; dlatego w sobotę 25 stycznia odbędzie się jeszcze nabożeństwo u tzw. polskokatolików. Wreszcie w niedzielę 26 stycznia i czwartek 30 będą dodatkowe nabożeństwa w kościołach katolickich.
Tydzień Ekumeniczny jeszcze dłużej potrwa w w Łodzi. Tam rzecz zaczyna się już 13 stycznia, a kończy dopiero 5 lutego. Pierwszym aktem będzie ekumeniczny akt charyzmatyczny, czyli Wieczór Uwielbienia. Potem wkroczą do działania, kolejno: katolicy, luteranie, kalwini, polskokatolicy, mariawici, metodyści, prawosławni, baptyści, znowu luteranie, znowu mariawici, znowu kalwini, znowu katolicy, znowu luteranie, znowu katolicy… a na koniec wszystko charyzmatyczną klamrą zamknie wspólnota Chemin Neuf.
Nieco mniej bogaty program mają obchody w innych miejscach Polski: Poznaniu, Ełku, Szczecinie, Częstochowie i Krakowie. Choć bywają „smaczki”. Na przykład w archidiecezji częstochowskiej wszystko zacznie się od panelu ekumenicznego pod tytułem… „Jedność w różnorodności wyznań”. Prawda, że pięknie, a pięknie – bo tak bardzo liberalnie?
Tu właśnie leży clou problemu. Tu, to znaczy: w liberalizmie. Wszystkie te ekumeniczno-dialogiczne projekty nie mają żadnego innego sensu poza gruntowaniem systemu liberalnego relatywizmu religijnego. „Jedność w różnorodności” – oto hasło, którym zabija się prawdę. 16 stycznia wyznawcy Boga Wcielonego mają podawać sobie ręce z żydami, którzy hołubią Talmud – księgę obrzucającą Chrystusa najgorszymi obelgami. Od 18 do 25 stycznia mamy zapraszać do kościołów i bywać w zborach tych, którzy kategorycznie odrzucają władzę papieską, a Najświętszy Sakrament uważają za jakiś „papistowski” zabobon i coraz powszechniej akceptują największe błędy współczesności (jak aborcjonizm czy genderyzm). Wreszcie 26 jesteśmy wzywani przez pasterzy Kościoła, by z przyjaźnią spojrzeć na mahometan – tych samych, którzy (o ile są gorliwi) każdego dnia recytują sury Koranu wzywające do zabijania (sic!) chrześcijan i odmawiające Zbawicielowi Synostwa Bożego.
Dlaczego Kościół się w to bawi? Bądźmy szczerzy: bynajmniej nie dlatego, że domaga się takich działań sama Ewangelia albo niezmienna nauka Kościoła. Chrystus żąda jedności, ale jedności w prawdzie, a nie w różnorodności. Dialogicznego relatywizmu oczekuje od nas nie Zbawiciel, ale polityczni awangardziści dyktatury liberalizmu. Ci sami, stoją w jednej oświeceniowej tradycji z mordercami i bezbożnikami z czasów rewolucji francuskiej. To francuskie ludobójstwo dokonane pod hasłami równości, wolności i braterstwa zapoczątkowało w Europie rządy relatywizmu: wszyscy mają służyć sekularnemu Lewiatanowi i niech ta służba będzie najwyższym prawem. To, co mogłoby dzielić niewolników Lewiatana w dziele krzewienia rewolucji i „oświecenia”, czyli „przesądy religijne”, musi zejść na drugi plan. Oto właściwy sens „jedności w różnorodności”. Jej kamieniem węgielnym jest niewiara, fundamentem królobójstwo, spoiwem antyklerykalna ideologia wolterianizmu, murami pogarda dla świętości życia, zwieńczeniem bezbożny sekularyzm.
Papież Leon XIII w 1896 roku w encyklice „Satis cognitum” wezwał cały Kościół do modlitwy o jedność chrześcijan. Rozumiał przez to tylko jedno: nawrócenie schizmatyków i heretyków, którzy powinni z miłości do Chrystusa wyrzec się błędów i przyjąć jedną, świętą, powszechną i apostolską wiarę Kościoła. Pod naciskiem politycznej dyktatury liberalizmu wyrzeczono się jednak wezwania tego papieża; gorzej jeszcze – cynicznie wykrzywiono je w dyskusjach towarzyszących przyjęciu deklaracji „Dignitatis humanae” II Soboru Watykańskiego, którą – jak doskonale opisał to amerykański prawnik David Wemhoff – inspirowały działania amerykańskiego wywiadu. CIA chciała przekonać Kościół do zaakceptowania liberalnych podwalin relatywistycznego systemu politycznego USA – i zrobiła to z sukcesem.
Musimy modlić się za luteranów, kalwinów i baptystów; musimy zabiegać o prawosławnych, starokatolików i mariawitów; jesteśmy wezwani do kontaktów z żydami i muzułmanami – ale nie po to, by umacniać ich w błędach, lecz po to, by dawać im świadectwo katolickiej prawdy i wzywać do przyjęcia jedynej prawdziwej religii nauczanej przez Kościół katolicki. To nie jest jakaś „ideologia katolickiego suprematyzmu” ani „religijna ksenofobia”; to zwykła i elementarna wierność wobec tego, co wszystkim nam nakazał Jezus Chrystus: abyśmy byli jedno, w Nim, Zbawicielu, który zbudował swój Kościół na Piotrze, biskupie Rzymu, jedynym na tej ziemi Jego autentycznym przedstawicielu i opoce. Nie wolno nam brać udziału w fałszywym festiwalu, jakim stał się Tydzień Ekumeniczny ani tym więcej w dialogicznym horrendum w postaci Dni Judaizmu i Islamu w Kościele.
Żaden dzień nie należy w Kościele do tych, którzy odrzucają boskość Chrystusa albo ustanowione przez Niego sakramenty. Każdy dzień należy tylko do Niego samego, Chrystusa, Tego, który jest Drogą, Prawdą i Życiem i poza Imieniem którego – nie ma zbawienia.
Paweł Chmielewski/PCh24.pl
***
ks. prof. Waldemar Chrostowski o żydach:
nie ma dwóch równoległych dróg zbawienia!
(fot. Agencja FORUM)
***
Ks. prof. Waldemar Chrostowski w rozmowie z „Rzeczpospolitą” odniósł się do dokumentu wydanego przez Watykan w 50. rocznicę deklaracji „Nostra aetate”. Liberalne media manipulując tekstem dokumentu ogłosiły, że Kościół zakazał nawracać Żydów na wiarę chrześcijańską.
Z okazji 50. rocznicy opublikowania deklaracji o stosunku Kościoła Katolickiego do religii niechrześcijańskich Stolica Apostolska wydała dokument poruszający m.in. kwestię ewangelizacji żydów zatytułowany „Dary łaski i wezwanie Boże są nieodwołalne. Refleksje nad kwestiami teologicznymi z zakresu relacji katolicko-żydowskich z okazji 50. rocznicy Nostra aetate”. Media zinterpretowały go jako wezwanie do zaprzestania nawracania narodu pierwszego wybrania. Czy rzeczywiście katolicy mają zaniechać wysiłków mających na celu pokazanie Żydom, że Jezus jest mesjaszem?
Ks. Waldemar Chrostowski w rozmowie z „Rzeczpospolitą” podkreśla, że w centrum relacji katolicko-żydowski do tej pory znajdowały się dwa podstawowe punkty – Pierwszy, o którym jest mowa w „Nostra aetate”, to Szoah. Zakładano, że skoro Żydzi przeszli przez tak straszliwe doświadczenie należy ich traktować jak nader obolałych i w kontaktach z nimi nie powinno poruszać się spraw dla nich drażliwych i trudnych. Żydzi taką postawę zręcznie wykorzystywali, czyniąc z Szoah pierwszorzędny, a czasem jedyny przedmiot dialogu. Drugi punkt to utworzenie Izraela. – powiedział ks. Chrostowski.
W dialogu katolicyzmu z judaizmem kładziono nacisk na fakt, że u podstaw obu religii leży Księga Pisma Świętego. – Jednak chrześcijaństwo to religia Jezusa Chrystusa, zakorzeniona w stopniowym objawianiu się Boga w czasach Starego Testamentu i Jego definitywnym objawieniu się w Jezusie Chrystusie – stwierdził ks. Waldemar Chrostowski.
Ks. prof. Chrostowski podkreśla, że jeśli człowiek urodzony przez żydówkę przyjmie chrzest, to przestaje być Żydem. Judaizm uznaje więc ewangelizacje za… próbę wynaradowiania. – Przecież w I wieku, gdy rodziła się i krzepła wiara w Jezusa Chrystusa, ówcześni Żydzi nie kwestionowali żydowskości swoich rodaków, którzy jako pierwsi przyjęli Ewangelię, czyli apostołów i judeochrześcijan (…) Radykalna zmiana nadeszła wraz z judaizmem rabinicznym. Wyłonił się on wskutek dramatycznych wydarzeń w kontekście zburzenia świątyni jerozolimskiej w roku 70 – tłumaczył duchowny. Nastąpiła wówczas diametralna przebudowa religii Żydów, jasno zostało zdefiniowane, że być Żydem oznacza nie być chrześcijaninem.
Powszechność zbawczej misji Chrystusa stanowi fundament Kościoła Katolickiego – przypomina ks. prof. Waldemar Chrostowski. Dobra Nowina Ewangelii jest skierowana do ludzi wszystkich ras i języków, a więc również do Żydów. Należy jednak wziąć pod uwagę ich szczególną rolę w Starym Przymierzu. Jak możemy przeczytać w niedawno wydanym watykańskim dokumencie, „Kościół jest więc zobowiązany, aby postrzegać ewangelizację Żydów, którzy wierzą w jednego Boga, w odmienny sposób niż ludzi innych religii i światopoglądów”. Co znaczy, wobec żydów należy użyć innej optyki niż w przypadku buddystów, mahometan czy ateistów. Pytanie – według Watykanu – nie brzmi „czy ewangelizować wyznawców judaizmu?”, tylko „w jaki sposób?”.
Dalej w tym samym dokumencie czytamy, „mówiąc konkretnie, znaczy to, że Kościół nie popiera żadnego zinstytucjonalizowanego dzieła misyjnego skierowanego do Żydów”. Nie oznacza to całkowitego odrzucenia idei nawracania Żydów, a jedynie podkreślenie szczególnej formy tej ewangelizacji, gdyż – jak twierdzą autorzy dokumentu – „chrześcijanie są powołani do dawania świadectwa swojej wiary w Jezusa Chrystusa również wobec Żydów”. – Dokument watykański nie neguje potrzeby ewangelizacji, ale nie poprzestaje na płaszczyźnie instytucjonalnej i uwypukla koniczność osobistego świadectwa chrześcijan dawanego wszystkim, a w szczególny sposób Żydom – zauważył ks. Chrostowski.
Ks. prof. WaldemarChrostowski przypomina przedwojenną koncepcje dwóch dróg zbawienia. Według niej chrześcijaństwo jest drogą zbawienia dla nie-żydów, prowadzącą przez Syna do Ojca. Żydzi natomiast, którzy zawsze mieliby być blisko Ojca, nie potrzebują pośrednictwa Syna. – Takie głosy pojawiają się kręgach „kościoła otwartego” i były lansowane na łamach „Tygodnika Powszechnego”, „Gazecie Wyborczej”, „Znaku” czy „Więzi”. Postulują, by zostawić Żydów w spokoju, bo ich drogę zbawienia stanowi ich religia – powiedział ks. Chrostowski. Także dokument Watykanu stwierdza, że taka teoria „w gruncie rzeczy godzi w same fundamenty wiary chrześcijańskiej”. – Niema dwóch równoległych dróg zbawienia! – podkreśla duchowny.
Po Soborze Watykańskim II koncepcje dwóch dróg zbawienia przeniesiono także na inne religie. – Gdybyśmy ów „nowoczesny” pogląd przedstawili graficznie, zobaczylibyśmy, że wszyscy ludzie wyruszają z odmiennego punktu i chociaż deklarują, że mają jeden cel, to każdy idzie w innym kierunku. Pojawia się pytanie, jak można idąc w zupełnie różne strony dojść do tego samego celu. Ale nad tą kwestią zwolennicy ideologizowania chrześcijaństwa się nie zastanawiają – tłumaczy ks. Chrostowski.
Tydzień przed ogłoszeniem przez Watykan dokumentu opublikowany został list otwarty sygnowany przez kilkudziesięciu rabinów, którzy wyrazili zadowolenie, że Kościół wycofał się z działań prozelickich.– Kościół włącza się w dialog ze względu na Żydów, a Żydzi odwzajemniają to nastawienie ze względu na siebie – stwierdził biblista. Rabini piszą, że obie religie „mają za sobą dwa tysiące lat wzajemnej wrogości i wyobcowania”. Użycie wyrażenia „wzajemnej wrogości” oznacza uznanie przez nich, że na Żydach również spoczywa odpowiedzialność za izolację. Jednocześnie na pozytywny odbiór nauczania Jana Pawła II i Benedykta XVI przez Żydów wskazuje nazwanie chrześcijan „braćmi i siostrami”. Rabini twierdzą jednak, że Szoah był wynikiem wielkowiekowej wrogości i odrzucenia przez chrześcijan. – Takie ujęcie zwalnia od refleksji nad naturą narodowego socjalizmu i tym, że ofiarami tej ideologii byli również chrześcijanie – zauważa ks. Waldemar Chrostowski.
źródło: Rzeczpospolita/PCh24.pl
***
„Prawdziwy Izrael i fałszywy judaizm”.
Jak nauka o „równoległym przymierzu” ma się do Magisterium Kościoła?
(Juan de Flandes, Public domain, via Wikimedia Commons)
***
Nakładem wydawnictwa DeReggio ukazała się książka Prawdziwy Izrael i fałszywy judaizm, której autor – ks. Jean-Michael Gleize – rozwiewa wszelkie wątpliwości na temat narodu izraelskiego i jego aktualnego stosunku do Bożego wybraństwa, o którym nawet wysocy hierarchowie Kościoła sugerują, iż nie wygasło i wciąż trwa jako „równoległe przymierze”.
W książce czytamy o zmianach zainicjowanych przez deklarację Nostra aetate Soboru Watykańskiego II, a kontynuowanych przez akty niższego rzędu, takie jak spotkania kolejnych papieży z żydami. Sens owej zmiany streścić można następująco: wbrew słowom Chrystusa i na przekór stałej praktyce katolickiej sugeruje się lub twierdzi wprost, że naród wybrany nie potrzebuje wcale nawrócenia, rozumianego jako włączenie do Kościoła. Wystarczy tylko, aby trwał w wierności swojemu przymierzu, tj. Staremu Przymierzu, które rzekomo obowiązuje, pomimo tego, że przeszło dwa tysiące lat temu Bóg ustanowił Nowe. Zatem śmierć Chrystusa na krzyżu okazuje się daremną… – konstatuje autor wstępu, ks. Piotr Dzierżak.
Z kolei ks. Jean-Michael Gleize przypomina słowa papieża Franciszka: „Nostra aetate po raz pierwszy zdefiniowała teologicznie w sposób wyraźny relacje Kościoła katolickiego z judaizmem”. Kiedy papież twierdzi, że Nostra aetate zdefiniowała coś „po raz pierwszy”, należy to oczywiście rozu- mieć przede wszystkim w odniesieniu do nowości w bezwzględnym tego słowa znaczeniu – to znaczy doktryny, której śladów próżno szukać w dotychczasowym nauczaniu Kościoła – komentuje ks. Gleize, wskazując, że Nostra aetate nie powołuje się na żaden sobór, żadnego Ojca Kościoła i żadnego papieża.
II Sobór Watykański wprowadził więc radykalną zmianę w doktrynie. Dokonał – posługując się słowami samego Franciszka – prawdziwego „przeobrażenia”. Jest to w pełni potwierdzony fakt, który stał się nawet przedmiotem rozprawy doktorskiej, obronionej w kwietniu 2005 r. w Aix-en-Provence przez protestanckiego uczonego, doktora Jorge Ruiza – dodaje autor.
Doczesny Izrael – który ks. Gleize przeciwstawia temu duchowemu, którym jest Kościół katolicki – choć z całą pewnością utracił Boże wybraństwo, nie utracił jednak określonej roli w planach Opatrzności. Naród żydowski, który zboczył z wytyczonej mu drogi, naród w najściślejszym tego słowa znaczeniu zbłąkany, nie może już dłużej reprezentować upragnionej przez Boga wspólnoty świętych. Reprezentuje za to – jak się wyraził Jacques Maritain – „wspólnotę ziemskiej nadziei”, której towarzyszy „niezrozumienie Krzyża, odrzucenie Krzyża i – co za tym idzie – także Przemienienia. Niechęć wobec Krzyża jest istotą judaizmu w tej mierze, w jakiej słowo to oznacza formę duchową, za pomocą której Izrael odciął się od swojego Mesjasza” – czytamy w autorskiej przedmowie.
Duchowny omawia zarówno teologiczne i historyczne, jak i czysto współczesne aspekty rzekomego wybraństwa narodu żydowskiego oraz jego aktualnej roli w historii zbawienia. Szczegółowo w oparciu o dokumenty Kościoła odpowiada on na pytanie, jak nauczanie Soboru Watykańskiego II i papieży w dobie posoborowej ma się do katolickiego Magisterium.
źródło: Wydawnictwo DeReggio
***
W uścisku Miłości. Niezwykła historia żydowskiej mistyczki, która rozpoznała Mesjasza i ofiarowała życie za nawrócenie swego narodu
Nazajutrz po obchodzonym w Kościele katolickim “Dniu judaizmu”, wspominamy absolutnie wyjątkową postać na kartach dziejów polskiego Kościoła. 18 stycznia 1919 roku, w wieku niespełna 20 lat przyjęła chrzest. 18 stycznia 1986 roku, w kolejną rocznicę swych narodzin do życia we wspólnocie Mistycznego Ciała Chrystusa odeszła do Pana, by zagubić się ze szczęścia w Jego „uścisku Miłości”. Oto niezwykła historia Służebnicy Bożej, Siostry Emanueli Kalb, córki narodu żydowskiego, nazywanej naszą, polską Edytą Stein.
Św. Faustyna Kowalska opisuje w swym duchowym „Dzienniczku” pewne zdarzenie, jakie miało miejsce w pierwszych dniach lutego 1937 roku. „Dzień dzisiejszy jest dla mnie tak wyjątkowy, pomimo że doznałam tyle cierpień, ale dusza moja opływa w radość wielką. W sąsiedniej separatce leżała ciężko chora Żydówka; przed trzema dniami byłam ją odwiedzić, odczułam w duszy ból, że już niedługo umrze i łaska chrztu świętego nie obmyje jej duszy. Pomówiłam z siostrą pielęgnującą, że jak będzie się zbliżać ostatnia chwila, żeby jej udzielić chrztu świętego, ale była ta trudność, że zawsze Żydzi byli przy niej. Jednak uczułam w duszy natchnienie, aby się pomodlić przed tym obrazem, który mi Jezus kazał wymalować; mam broszurkę, a na okładce jest odbitka z tego obrazu Miłosierdzia Bożego. I rzekłam do Pana: Jezu, sam mi powiedziałeś, że udzielać będziesz wiele łask przez obraz ten, więc proszę Cię o łaskę chrztu świętego dla tej Żydówki; mniejsza o to, kto ją ochrzci, byle została ochrzczona. Po tych słowach dziwnie zostałam uspokojona i mam zupełną pewność, że pomimo trudności woda chrztu świętego spłynie na jej duszę. I w nocy, kiedy była bardzo słaba, trzy razy do niej wstawałam, aby czuwać na stosowny moment, w którym by jej tej łaski udzielić. Rano czuła się jakby lepiej, po południu zaczęła się zbliżać ostatnia chwila; siostra pielęgnująca mówi, że trudno będzie jej udzielić tej łaski, ponieważ są przy niej. I nadszedł moment, że chora zaczęła tracić przytomność, a więc zaczęli biegać jedni po lekarza, inni znowuż gdzie indziej, aby chorą ratować, i tak [się stało], że pozostała sama chora, i siostra pielęgnująca udzieliła jej chrztu świętego. I nim się wszyscy zbiegli, to jej dusza była piękna, ozdobiona łaską Bożą i zaraz nastąpiło konanie; krótko trwało konanie, zupełnie jakby zasnęła. Nagle ujrzałam jej duszę wstępującą do nieba w cudnej piękności. O, jak piękna jest dusza w łasce poświęcającej; radość zapanowała w mojej duszy, że przed obrazem tym otrzymałam tak wielką łaskę dla tej duszy” – czytamy w zapiskach polskiej apostołki Bożego Miłosierdzia.
W przeciwieństwie do Żydówki, o której wspomina św. Faustyna, Chaje Kalb – jak zwała się przed wstąpieniem do zakonu Kanoniczek Ducha Świętego siostra Emanuela – nim znalazła się na łożu śmierci, miała za sobą już kilkadziesiąt lat życia w niezwykłej bliskości i zjednoczeniu miłości z Chrystusem, którego w swej młodości rozpoznała jako Tego, na Którego czekał jej izraelski naród.
Chaje Kalb urodziła się w Jarosławiu 26 sierpnia 1899 roku w rodzinie żydowskiej, jako pierworodna z sześciorga dzieci Schie (Ozjasza) Kalb i Jutte Friedwald. Cała codzienność w domu Kalbów bardzo mocno zakorzeniona była w tradycji judaistycznej. Rodzice dbali, by mała Chaje wraz z pozostałym rodzeństwem, poznawała historię i religię swego narodu.
Helena, jak się do niej zwracają domownicy, zdobywa w Rzeszowie podstawowe wykształcenie. Tymczasem ojciec opuszcza rodzinny dom i w poszukiwaniu pracy (jak wielu wówczas) wyjeżdża do Ameryki. Chaje już nigdy więcej go nie zobaczy. Gdy dziewczyna ma 16 lat, umiera jej matka, zarażona tyfusem przez osoby, którymi się opiekowała. W wieku 19 lat bardzo poważnie zachoruje również sama Chaje. Krzyż zaznacza więc swą obecność niezwykle mocno i już na dobre staje na drodze jej życia. Ale na tym krzyżu i wraz z tym krzyżem przychodzi do niej sam Mesjasz, Ten przez nią Oczekiwany, Ten Upragniony.
Przebywając przez pół roku na leczeniu w szpitalu, młoda Żydówka zetknęła się z pełniącymi tam swą pielęgniarską posługę siostrami zakonnymi. Doświadczając nieustannie ich dobroci, obserwuje bezinteresowność i ofiarność z jaką potrafią troszczyć się o powierzonych swej opiece pacjentów. To właśnie one przekazują jej Dobrą Nowinę o Chrystusie, świadectwem nie tylko słowa, lecz przede wszystkim ofiarnego życia. Nie bez znaczenia jest też fakt, iż Chaje dostrzega, że ta pełna miłości bliźniego postawa zakonnic, jest bardzo mocno zakorzeniona i posiada swe źródło w ich życiu modlitwą, w ich głębokiej, żywej relacji z Bogiem.
Bardzo znamienne, że w doświadczeniu łaski nawrócenia innej Żydówki, starszej od Chaje Kalb o 8 lat – Edyty Stein, znanej w zakonie karmelitanek bosych jako św. Teresa Benedykta od Krzyża, niezwykle istotne znaczenie odegrało pewne wydarzenie sprzed 1918 roku, które opisała ona następująco: Gdyśmy tam pozostawały [w katedrze] w nabożnym milczeniu, weszła jakaś kobieta obarczona koszykiem i uklękła w jednej z ławek na krótką modlitwę. Było to dla mnie coś zupełnie nowego. Do synagogi i zborów protestanckich, do których chodziłam, szło się tylko na nabożeństwo. Tu ktoś oderwał się od wiru zajęć, aby wstąpić do pustego kościoła, jakby na jakąś poufną rozmowę. Nigdy tego nie zapomnę“.
Po wyjściu ze szpitala i powrocie do zdrowia Chaje Kalb, pomimo przeszkód czynionych jej ze strony rodziny, decyduje się przyjąć 18 stycznia 1919 roku Sakrament Chrztu Świętego w katedrze w Przemyślu, otrzymując wybrane przez siebie imiona Maria Magdalena. Poznałam prawdę i poszłam za nią. (…) Dusza moja otwierała się ku Bogu, jak kwiat ku słońcu. Gdy wspominam, o Jezu, te chwile pierwszej mojej gorliwości, ogarnia mnie wzruszenie i wdzięczność głęboka. Jak wówczas kochałam Ciebie! Jak nic trudnym, nic przykrym nie było dla mnie, by Ci miłość moją okazywać” – napisze potem w swoim „Dzienniku”.
Młoda kobieta była cała otwarta na działanie łaski Bożej i to właśnie dlatego nowa wiara nie napotykała oporów w tym sercu, tak spragnionym żywego Boga. Chaje Kalb po prostu rozpoznała czas swego nawiedzenia, rozpoznała przechodzącego obok Chrystusa, Który Jest Drogą, Prawdą i Życiem. „Poznałam prawdę i poszłam za nią” – wyzna z ujmującą prostotą.
Jakże pięknym i znamiennym świadectwem podobieństwa przebiegu tego wspaniałego procesu otwarcia się na prawdę, jest doświadczenie Edyty Stein, która opisuje je w następującej relacji: Sięgnęłam do biblioteki po jakąś książkę, na chybił trafił. Wyciągnęłam pokaźny tom. Nosił tytuł:’ Życie św. Teresy od Jezusa’ napisane przez nią samą. Zaczęłam czytać. Lektura urzekła mnie. Czytałam jednym tchem, aż do końca. Gdy ją zamknęłam, powiedziałam sobie: to jest prawda!“.
Niespełna 3 lata po przemyskim chrzcie Chaje Kalb, za naszą zachodnią granicą, w Bergzabern, 1 stycznia 1922 roku w Mistyczne Ciało Chrystusa, jakim jest wspólnota Kościoła, zostaje wszczepiona również inna córka narodu niegdyś wybranego przez Boga, 30-letnia wówczas doktor filozofii Edyta Stein. W 1933 roku wstąpi ona do kolońskiego Karmelu. Również i na tej drodze, oddania się Bogu na wyłączność wyprzedzi ją Żydówka z Jarosławia.
Lektura „Wyznań” św. Augustyna wywiera na Kalb ogromne wrażenie i sprawia, że pragnie ona jeszcze ściślej i głębiej zjednoczyć się ze swym Boskim Oblubieńcem. Późno Cię umiłowałem, Piękności tak dawna, a tak nowa, późno Cię umiłowałem. (…) W głębi duszy byłaś, a ja się po świecie błąkałem i tam szukałem Ciebie. Zawołałaś, krzyknęłaś, rozdarłaś głuchotę moją. Zabłysnęłaś, zajaśniałaś jak błyskawica, rozświetliłaś ślepotę moją. (…) Przeszyłeś moje serce, jak strzałą, Twoją nadziemską miłością – pisał w swym dziele święty Biskup z Hippony. Jakże przejmująco podobnie wybrzmi wyznanie Kalb: Boże mój, tyle czasu traciłam szukając Ciebie tam, gdzie Ciebie nie było! Lecz od tej chwili, o Boże, dla Ciebie tylko chcę żyć! Ty jesteś Wszystkim!.
Pewnego wiosennego dnia ma miejsce niezwykłe wydarzenie w życiu 28-letniej kobiety, która będąc w stanie narzeczeństwa zmierza drogą ku małżeństwu. Idąc ulicą Szpitalną w pobliżu rynku w Krakowie Magdalena, niczym przed wiekami Szaweł zmierzający do Damaszku doznaje olśniewającego spotkania z Bożą łaską, które na zawsze zmieni dalsze jej życie. Oto, jak późniejsza siostra Emanuela relacjonowała później tamte niezwykłe chwile: Nagle – jasność niezmierna, zaciemniająca zupełnie słońce południowe, jasność wewnątrz i zewnątrz i jeden przepotężny głos, nabrzmiały radością Nieba: „Do klasztoru!”. Staję w miejscu, rozglądam się. Wszak zdaje mi się, że dom ten, koło którego stoję, wygląda na klasztor. Podchodzę do bramy, dzwonię, proszę o przyjęcie i – zostaję. Poprosiłam tylko, abym mogła napisać jeden list. Piszę: „Zapomnij o mnie, nie zastaniesz mnie już wśród świata. Do wyższych rzeczy jestem stworzona”
Kobieta wstępuje do Zgromadzenia Sióstr Kanoniczek Ducha Świętego de Saxia w Krakowie. W sierpniu 1928 roku rozpoczyna nowicjat, otrzymując habit zakonny i przyjmując imię Emanuela. 29 października 1933 roku składa śluby wieczyste. Bóg jest teraz dla niej Wszystkim. Jedno z Jezusem. Żyję tym cała, objęta, wchłonięta cała, nic już moje nie jest. Myśli moje, uczucia, życie, to tylko Jezus. Stale we mnie, stale ze mną…(…) Jezus jest wychowawcą najlepszym i najdoskonalszym. Gdyby dusze umiały Go słuchać, doprowadziłby je do zupełnego z Sobą podobieństwa. (…) Nic innego już nie wiem, tylko że Bóg jest Miłość, że porwała i pochłonęła mnie całkowicie ta Miłość. (…) Boże mój, szukać Ciebie dla Ciebie samego, to największe szczęście. Szukając Ciebie i tylko Ciebie – znajdę wszystko: moją miłość, moje życie, moje szczęście”.
Dzięki zdobytym wcześniej kwalifikacjom s. Emanuela Kalb podejmuje pracę nauczycielki i wychowawczyni w różnych placówkach zgromadzenia. Powierzano jej również funkcje mistrzyni nowicjatu, przełożonej wspólnot, sekretarki generalnej, wikarii domu. Na drodze życia wewnętrznego, poza św. Augustynem, jej przewodnikami są wielcy mistycy karmelitańscy: św. Teresa z Avila, św. Jan od Krzyża, św. Teresa z Lisieux, bł. Elżbieta od Trójcy Świętej. Ale Najwyższy, Boski Przewodnik, Ten Który jako Jedyny Jest Drogą, i Prawdą, i Życiem pragnie osobiście prowadzić swą odnalezioną, umiłowaną córkę po duchowych ścieżkach ku zjednoczeniu z Nim.
Siostra Emanuela doświadcza niezwykłej bliskości Boga, zostaje też obdarowana wieloma łaskami mistycznymi. Cóż mogę powiedzieć o tym blasku, którego dozwalasz mi niekiedy zakosztować. Wszak to tajemnica, którą można przeżywać, ale oddać w słowach niepodobna. (…) Ujrzałam jakąś Istotę, której określić nie mogę. Niby jakieś światło, jakieś Piękno, coś tak rozkosznego, tak niewypowiedzianego! To była MIŁOŚĆ – ISTOTA. To był jednak Jezus, choć poznałam tylko Istotę Miłości – wyzna Służebnica Boża. Patrz, miłuję cię nie jakąś ogólną, bezosobową miłością. Miłuję cię tkliwą, czułą miłością – powie jej Chrystus. Jak Bóg nas miłuje… to nie do przeżycia – zachwyca się żydowska zakonnica.
Odkupiciel towarzyszy jej wiernie, również ze swym najcenniejszym skarbem duchowym, jakim jest dar uczestnictwa w Jego krzyżu. Kalb zostaje dotknięta utratą słuchu i przez niemal 40 lat, aż do końca swej ziemskiej pielgrzymki, żyje w głuchocie. Musi zrezygnować z pracy w szkole. Przyjmuje to bardzo pokornie i z ufnością. Znosić krzyż kalectwa i inne fizyczne dolegliwości, bez mówienia o nich. W cichości łączyć się z Ofiarą Zbawiciela” – zanotuje siostra Emanuela.
Zewnętrzne uciszenie sprzyja też pogłębieniu niezwykłej, żywej relacji z Oblubieńcem. Boga znaleźć można tylko w milczeniu, w uciszeniu myśli i w uciszeniu woli, wolnej od nieumartwionych pragnień, które wnoszą niepokój, hałas i podniecenie. (…) Bez milczenia nie ma mowy o zjednoczeniu z Bogiem”. Tym bardziej, że przecież „nikt nie został święty bez wielkich cierpień. A cóż to wszystko znaczy wobec wieczności. Jedna kropla wobec oceanu. (…) Trzeba się stać Jezusem Ukrzyżowanym, Ojciec Niebieski uzna nas tylko wtedy za swoje dzieci, gdy ujrzy, gdy rozpozna w nas Jezusa Ukrzyżowanego, Swego Syna. (…) Jezu… przede wszystkim daj mi ukochać Krzyż. Bo złudzeniem jest kochać Ciebie bez Twojego Krzyża. (…) Większą łaską jest cierpieć z Jezusem w milczeniu zupełnym, niż otrzymywać najwznioślejsze dary mistyczne – czytamy w zapiskach kanoniczki Ducha Świętego.
Jeśli Mnie miłujesz, pomóż Mi zbawiać dusze – prosi ją Zbawiciel i dodaje: Potrzeba Mi dusz, które by wynagradzały wszystkie zniewagi, potrzeba Mi dusz, które by uwierzyły w Moją Miłość. Siostra Emanuela Kalb doskonale rozumie swoje posłannictwo. Powołanie do Zakonu nie jest tylko dla własnego uświęcenia, lecz by wynagradzać Bogu za grzechy świata i ratować dusze od zguby wiecznej – zapisze. Przyjmuje Boże zaproszenie do współpracy z Nim na drzewie Krzyża, w dziele rodzenia dusz dla wieczności.
W swym „Dzienniku” opisze następujące zdarzenie. Odprawiając raz Drogę Krzyżową, ujrzałam nagle Pana Jezusa. W jednej ręce trzymał życie pełne pociech i szacunku ludzkiego, czci, jaką z sobą niesie gorliwość w służbie Bożej, oraz wszelkie błogosławieństwa jakich można doznać w życiu zakonnym. W drugiej ręce trzymał bezmiar męki, cierpień, bólów wszelkich, całe morze goryczy. Pan rzekł do mnie: „Wybieraj!”. Ty sam, Jezu, wybieraj dla mnie – odpowie zakonnica i doda:. Daj, co chcesz, wszystko mi będzie jednakowo miłe z Twojej Ręki. Tylko łaski Twojej nie odmawiaj’. „Otóż przeznaczyłem ci całe to morze goryczy i cierpień, ale nie bój się, prędzej Wszechmocy by Mi zabrakło, niż biednej duszy pomocy Mojej. (…) Nie bój się. Im bardziej będziesz Mi oddana, tym więcej ogarniać cię będzie Miłość Moja” – usłyszy siostra Emanuela od Jezusa.
Zasadniczą prawdą jest świadomość – wyzna Kalb – że prowadzi nas Miłość. Ona nad nami czuwa i żywi względem nas nieskończenie łaskawe zamiary. Musimy się im poddać z uległością i całkowitą ufnością.
Cały swój ciężki krzyż, wszystkie cierpienia zarówno duchowe, jak i fizyczne, Siostra Emanuela ofiaruje Bogu w intencji swego, żydowskiego narodu, „by poznał Światło Prawdy, którą Jest Chrystus”. Czyni to już od 1935 roku.
I znów, kilka lat później, w sierpniu 1942 roku, w odległym zakątku Europy, inna żydowska chrześcijanka – karmelitanka Edyta Stein, wybierając się w drogę do Domu Ojca, wiodącą przez męczeńską śmierć z rąk niemieckich oprawców, biorąc za rękę swą rodzoną siostrę, powie do niej: „Chodź, idziemy za nasz naród”.
Bóg przyjmuje również ofiarę Siostry Emanueli Kalb. Wiele razy okazywał mi Pan Przenajświętszą Krew Swoją płynącą daremnie dla tak wielkiej liczby dusz. Z dziwną boleścią duszy zbierałam tę Krew Przenajdroższą. Wreszcie pewnego ranka stanął przede mną Pan Jezus. W ręku trzymał Przenajświętsze Serce Swoje, a poprzez palce spływała z tego Najświętszego Serca Przenajświętsza Krew obficie. Pan rzekł do mnie: „Patrz – oto ostatni krzyk miłości. Oddaję ci Moją Krew. Wylewaj Ją nieustannie na twój naród, na Mój naród, szafuj hojnie, nie żałuj, ofiaruj ją nieustannie Ojcu Mojemu za nawrócenie Izraela. Czynię cię szafarką Mojej Krwi. Nie zabraknie ci teraz cierpień. Nie bój się. Im bardziej będziesz Mi oddana, tym więcej ogarniać cię będzie Miłość Moja”.
W innym miejscu Chrystus mówi do żydowskiej zakonnicy. „Twoją misją jest: wielką wiarą i gorejącą miłością wynagrodzić Mi za nardów twój, który wzgardził Mną, nie chcąc uznać we Mnie swego Mesjasza”. Siostra Emanuela zapisuje w swym „Dzienniku” specjalną modlitwę zatytułowaną koronką za nawrócenie Izraela, z natchnienia Bożego do codziennego odmawiania, składającą się z powtarzanego na małych paciorkach wezwania: Przepuść, Panie, przepuść ludowi Twojemu.
Siostra Emanuela Kalb, niczym żertwa ofiarna na ołtarzu, cała poświęca się i wyniszcza w tej upragnionej intencji: Jezu, ponad wszystkie rozkosze, jakich mogłabym zażywać, wybieram: być całopalną ofiarą w złączeniu z Tobą. Przeżyłam – nie zmysłami lecz umysłem – złączenie z Ukrzyżowanym. Rodzić dusze w cierpieniu! Na ziemi zresztą nie pragnę innej miłości. On jest ‘Oblubieńcem Krwi’. Dusze poślubione miłości Boga – Chrystus ich Oblubieńcem. Łączą się z Nim, rodzą dusze do wieczności. Jeżeli celu tego nie osiągną przez ścisłe zjednoczenie z Bogiem, są bezpłodne; ich życie mija się z celem. Dawanie życia połączone jest z cierpieniem. (…) Cierpienie wtedy ma wielką wartość, gdy ofiarowane jest tylko Panu Jezusowi, w złączeniu z Jego Męką, jako zupełnie czysty dar (…) Bez wielkiej ofiarności, bez wielkiego cierpienia nie ma wielkiej miłości. (…) Wycierpiałam wszystko, zdaje mi się, co człowiek może na ziemi wycierpieć. Niech będzie za to Bóg uwielbiony! (…) Tak, warto cierpieć, warto ofiarować życie dla sprawy większej niż życie samo, zasługującej przeto, by wszystkie siły dla niej wyczerpać.
Jeszcze przed wstąpieniem do zakonu, lecz już po dostąpieniu łaski sakramentu Chrztu Świętego Kalb intensywnie wspierała swego brata i siostrę w ich drodze ku katolicyzmowi. W czasie II wojny światowej Służebnica Boża przygotowała też do chrztu 11 Żydów, którzy o to poprosili. Zdecydowanej większości z nich udało się przeżyć niemiecką okupację.
„Czy zgodzisz się przyjąć pokusy niewiary, aby inni uwierzyli?” – zapytał ją kiedyś Chrystus. Tak, Jezu, aby inni uwierzyli, aby Ciebie na wieki kochali, chcę wycierpieć te okrutne pokusy niewiary, które są mi już znane. Lecz Ty znasz moją słabość, wspieraj mnie, bym sama nigdy nie zwątpiła – odpowiada żydowska zakonnica.
Pod koniec życia siostra Emanuela złożyła się Panu w ofierze, również w innej swej wielkiej intencji, za kapłanów, by wynagradzać za ich niewierności oraz wypraszać łaskę świętości dla nich. Zachęcał ją do tego Sam Odkupiciel. Oto jak relacjonuje to mistyczka: Naraz Pan Jezus stanął przed oczyma mej duszy. Patrzę, z oczu płyną Mu łzy. Jezu! – wołam w męce ducha. – „To kapłani zdradzają swoje kapłaństwo. To krwawe łzy Moje z Ogrójca. Za wybranie, za miłość – odrzucenie, niewiara. Pomóżcie, bo zginą! Nie przestałem ich miłować. Ratujcie ich, ofiarujcie za nich całe Moje życie, całą Moją mękę! Jestem stale we wszystkich Mszach Świętych jako Żertwa przed Ojcem. Bierzcie z tych skarbów! Łączcie się ze Mną! Ofiarujcie się, wynagradzajcie za zniewagi, módlcie się za kapłanów! (…) Chcę, byś Mi pomogła dźwigać cierpienia, bo bardzo cierpię za grzechy. Dziecko Moje, tobie powierzyłem ciężar grzechów niewiernych kapłanów. Módl się i cierp wraz ze Mną. Nie lękaj się. Nic ponad siły. Niech cię wspiera myśl, że cierpisz razem ze Mną. Jedno tylko zachowaj sumiennie: „Milczeć i cierpieć!”. Panie mój – odpowie siostra. Emanuela – jeżeli trzymasz mnie przy Sobie, zupełnie w Sobie, to przecież będę mogła u Ciebie wszystko uprosić, zwłaszcza, gdy proszę Cię tak stale, tak usilnie za kapłanów, którzy od Ciebie odeszli, by wrócili, przeprosili Ciebie.
Chce Pan, by dusze wierne zechciały przez żarliwą modlitwę i wynagrodzenie błagać o nawrócenie kapłanów – zapisze Służebnica Boża, by w innym miejscu dodać: Wszystko jest owocem modlitwy.
Siostra Emanuela Kalb zawsze z otwartym sercem przyjmowała każde zaproszenie Swego Oblubieńca do podjęcia wysiłku współpracy z Nim w dziele rodzenia dusz dla Królestwa Bożego, poprzez modlitwę, ofiarę, wynagradzanie, niesienie im duchowej pomocy. „Czy chcesz przyjąć na siebie pokusy dusz słabych, które by w nich uległy, gdyby nie twoja pomoc?” – zapytał ją kiedyś Chrystus. Jezu, chcę wszystko wycierpieć, byłeś Ty był kochany – odpowiada natychmiast zakonnica.
Uczułam, że jestem bardzo głodna. Nic nie znaczyło, że normalnie przyjmowałam posiłek w refektarzu. Głód był tak dotkliwy, że formalnie skręcał mi wnętrzności. Ach kraść, kraść w szkole, w kancelarii, gdziekolwiek i kupić coś do jedzenia, zakupić chleba, bułek, całą piekarnię wykupić, byle ten głód nasycić! Parę tygodni męczył mnie ten głód nieopisany, wraz z ciężką pokusą kradzieży. Pewnego dnia ujrzałam w duchu jakiegoś młodego człowieka, porządnie ubranego, lecz bardzo mizernie wyglądającego. – „Widzisz tego człowieka? Oto bezrobotny, którego zatrzymałaś nad brzegiem występku”. Wnet popadłam znowu w ciężkie pokusy przeciw powołaniu zakonnemu. Dręczyły mnie z taką siłą, że już powiedziałam spowiednikowi, ze opuszczę zakon. Dręczyły mnie z taką siłą (…) i nie ustawały. Przetrwałam w tym utrapieniu mniej więcej trzy tygodnie. Naraz ujrzałam jakąś pracownię krawiecką. Dziewczęta pracowały przy stołach, a wśród nich młoda i bardzo miła zakonnica. – „Widzisz tę siostrę? Gdyby nie twoje cierpienia, opuściłaby swój zakon i zgubiłaby się w świecie”. Ach siostro, wyrzekłam mimo woli, gdybyś wiedziała, ile za ciebie cierpiałam! – relacjonuje mistyczka.
Służebnica Boża Emanuela odznaczała się wielkim umiłowaniem Eucharystii. Jak Bóg cię ukochał, niech ci powie Eucharystia – pisała. Boże mój, cóż znaczą wszystkie najwznioślejsze łaski modlitwy, najwspanialsze zachwyty, wobec jednej Komunii Eucharystycznej! Tu jest takie zjednoczenie, takie wchłonięcie naszej istoty przez Boga, że stajemy się Nim, jedno, nierozdzielne. (…) Zrozumiałam, że nasze małe wysiłki, gdy podczas Mszy św. kładziemy je na ołtarzu, gdzie Chrystus, Ofiara jest obecny, nabierają nieskończonej wartości’. “Czy nie wiesz – pouczał ją Pan – że ofiarując Mi Syna Mego, Jego życie, Jego Mękę i śmierć, ofiarujesz Mi więcej, niż którykolwiek z największych świętych Starego Testamentu mógł Mi ofiarować? Gdy ofiarujesz Mi tę Przenajświętszą Ofiarę, nie mogę wówczas powiedzieć: „Zostaw Mnie w spokoju” (Wj 32,10).Kto w imię Jego prosi, nigdy nie prosi nadaremno – czytamy w zapiskach siostry kanoniczki Ducha Świętego.
Od 1957 roku aż do końca swych ziemskich dni Siostra Emanuela przebywała w krakowskim klasztorze, włączając się, na ile mogła, w życie i pracę wspólnoty. W Zgromadzeniu Sióstr Kanoniczek Ducha Świętego przeżyła 59 lat.
Zmarła w opinii świętości 18 stycznia 1986 roku w Krakowie, w 67-rocznicę przyjęcia sakramentu Chrztu i włączenia we wspólnotę Kościoła.
W latach 2001-2003 przeprowadzono jej proces beatyfikacyjny na szczeblu diecezjalnym. Dnia 13 maja 2005 roku w Kongregacji do spraw Kanonizacyjnych rozpoczął się etap rzymski procesu. 14 grudnia 2015 roku Franciszek zezwolił na ogłoszenie dekretu o heroiczności jej życia i cnót. Odtąd przysługuje jej w Kościele tytuł Czcigodnej Służebnicy Bożej.
„Ty musisz zostać świętą! – powiedział jej kiedyś Pan i dodał: Chcę przypomnieć światu, że Kościół jest powszechny”. Całe życie Służebnicy Bożej, Siostry Emanueli Kalb, tej wciąż tak mało jeszcze znanej, wspaniałej córki Kościoła, a zarazem niezwykłej córki narodu żydowskiego, dla którego tak bardzo pragnęła, „by poznał on Światło Prawdy, którą jest Chrystus”, jest dla nas wszystkich wielkim wyzwaniem, ale zarazem i zaproszeniem, aby odświeżyć w sobie ducha wdzięczności za darmo nam daną łaskę wiary oraz Sakrament Chrztu Świętego, wszczepiający nas w Mistyczne Ciało Chrystusa, a także, by odkurzyć nieco już zapomniany, w jego nieocenzurowanej wersji, Akt Poświęcenia Rodzaju Ludzkiego Najświętszemu Sercu Jezusowemu (encyklika Annum Sacrum napisana w roku narodzin Chaje Kalb – 1899), autorstwa wielkiego papieża Leona XIII, i modlić się do Pana za wstawiennictwem Sł. B. Emanueli Kalb i św. Teresy Benedykty od Krzyża: “Wejrzyj okiem miłosierdzia swego na synów tego narodu, który niegdyś był narodem szczególnie umiłowanym. Niechaj spłynie i na nich, jako zdrój odkupienia i życia, ta Krew, której oni niegdyś wzywali na siebie. Zachowaj Kościół swój, o Panie; użycz mu bezpiecznej wolności. Użycz wszystkim narodom spokoju i ładu. Spraw aby ze wszystkiej ziemi od końca do końca jeden brzmiał głos: Chwała bądź Bożemu Sercu, przez które stało się nam zbawienie. Jemu cześć i chwała na wieki. Amen”.
***
„Czy wiesz, co cię czeka?”. Ujrzałam nagle jakąś dziwną jasność, jakieś piękno niewypowiedziane, jakąś rozkosz niepojętą, ale to było jakoby tło. Wśród tej niepojętej szczęśliwości był Bóg. I On objął, ogarnął duszę w niewypowiedzianym uścisku Miłości. To trwanie w uścisku Miłości Boga jest właściwą istotą Nieba. Tu język ludzki nic nie wypowie. Tylko słowa świętego Pawła Apostoła można zastosować: Ani oko nie widziało, ani ucho nie słyszało, ani serce człowieka nie zdołało pojąć, jak wielkie rzeczy przygotował Bóg tym, którzy Go miłują…”. (Sł. B. Emanuela Kalb “Dziennik“)
Siostro Emanuelo, módl się za nami i za swoim narodem!
ren/„Poznałam Prawdę i poszłam za Nią” Kraków 2008, ks. J. Machniak „Służebnica Boża Emanuela Kalb” Kraków 2012, o.M. Zawada OCD „Antologia mistyki polskiej tom 2” Kraków 2008.
Fronda.pl
***
kościół św. Piotra
Partick, 46 Hyndland Street , Glasgow, G11 5PS
W każdy piątek jest Adoracja Najświętszego Sakramentu od godz. 18.00
W czasie Adoracji jest możliwość przystąpienia do sakramentu spowiedzi.
Msza św. wynagradzająca za grzechy nasze i całego świata odprawiana jest o godz. 19.00
W trzeci piątek miesiąca sprzątamy kościół św. Piotra od godz. 17.00. Chętni bardzo mile widziani.
W każdą sobotę o godz. 18.00 jest Msza św. wigilijna z niedzieli
Możliwość spowiedzi jest od godz. 17.00
***
W pierwsze soboty miesiąca po Mszy św. jest Nabożeństwo Pięciu Sobót Wynagradzających za zniewagi i bluźnierstwa przeciwko Najświętszej Matce Bożej
***
W drugie soboty miesiąca po Mszy św. modlimy się Koronką do Serca Boleściwej Matki – Serca przebitego siedmiokrotnie mieczem boleści.
***
W trzecie soboty miesiąca po Mszy św. modlimy się na różańcu o pokój na świecie.
W każdą Niedzielę Msza św. jest o godz. 14.00
Przed Mszą św. jest Adoracja Najświętszego Sakramentu.
W tym czasie jest także możliwość przystąpienia do sakramentu spowiedzi od godz. 13.30
Od września trwają prace renowacyjne kościoła św. Piotra. Dlatego w piątki Adoracja, spowiedź św. i Msza św. na czas remontu są w sali parafialnej. Natomiast w soboty i w niedziele Msze św. są w kościele.
***
Kaplica izba Jezusa Miłosiernego
4 Park Grove Terrace, Glasgow G3 7SD
***
W każdy pierwszy czwartek miesiąca jest Msza św. o godz. 19.00
Po Mszy św. jest Godzina Święta
W każdą trzecią sobotę miesiąca jest spotkanie Biblijne na temat: kobiety w Piśmie Świętym. Spotkanie rozpoczynamy o godz. 10.00 śpiewaniem Godzinek ku czci Najświętszej Maryi Panny a kończymy w południe modlitwą Anioł Pański.
W czwartym tygodniu każdego miesiąca – z piątku na sobotę – jest całonocna Adoracja Najświętszego Sakramentu dla kobiet w kaplicy Sióstr Benedyktynek w Largs.
Początek Adoracji rozpoczyna się modlitwą różańcową o godz. 21.00 a zakończenie Adoracji śpiewem Godzinek ku czci Najświętszej Maryi Panny i Mszą św. o brzasku dnia o godz. 5.00
* za naszych kapłanów, aby dobry Bóg umacniał ich w codziennej posłudze oraz o nowe powołania do kapłaństwa i życia konsekrowanego.
* za papieża Franciszka, aby Duch Święty prowadził go, a św. Michał Archanioł strzegł.
* Bogurodzico Dziewico, z wielką wdzięcznością i nadzieją wchodzimy w Jubileuszowy Rok. Żeby nie zmarnować tego wyjątkowego czasu pełnego miłosierdzia, w którym Boże przebaczenie jest tak blisko każdego z nas – dlatego prosimy – bądź z nami tak jak byłaś pośród uczniów Twojego Syna jako Matka umacniająca w nich nadzieję na drogach pełnych niebezpieczeństw. Święta Maryjo, Matko Boga I Matko nasza, ucz nas wierzyć, żywić nadzieję I kochać wraz z Tobą. Wskazuj nam drogę wśród dzisiejszego zamętu do Królestwa Twojego Syna! Gwiazdo Morza, świeć nad nami I prowadź nas!
Intencja dodatkowa dla Róży Matki Bożej Częstochowskiej (II),
św. Moniki i bł. Pauliny Jaricot:
* Rozważając drogi zbawienia w Tajemnicach Różańca Świętego prosimy Bożą Matkę, aby wypraszała u Syna swego a Pana naszego Jezusa Chrystusa właściwe drogi życia dla naszych dzieci.
*****
Od 1 stycznia 2025 modlimy się kolejnymi Tajemnicami Różańca Świętego i w intencjach wyznaczonych na ten miesiąc, które otrzymaliście na maila 31 grudnia 1924 z adresu e-rozaniec@kosciol.org (jeśli ktoś z Was nie dostał maila na ten miesiąc, proszę o kontakt z Zelatorem Róży, albo na adres rozaniec@kosciolwszkocji.org)
________________________________________
Obecnie mamy 19 Róż Żywego Różańca, choć mieliśmy do niedawna 21. Dlatego bardzo serdecznie zachęcamy chętnych, aby zechcieli dołączyć się do Żywego Różańca. Módlmy się też w tej intencji, aby dotąd nieprzekonani mogli się przekonać jak skuteczną i tym samym jak bardzo potrzebną jest dziś modlitwa różańcowa.
***
Spotkanie Opłatkowe Żywego Różańca będzie w sobotę 18 stycznia o godz. 15.30, na które serdecznie zapraszam do sali Polskiej Misji Katolickiej w Glasgow przy kaplicy izbie Jezusa Miłosiernego(4 Park Grove Terrace, Glasgow G3 7SD).
***
Wspólnota ŻYWEGO RÓŻAŃCA każdego roku w okresie Adwentu pragnie uwrażliwić nasze serca na ludzi, którzy szczególnie potrzebują w tym czasie naszej modlitwy i wsparcia. W minionym Adwencie zorganizowaliśmy zbiórkę na cele PRO-LIFE. Zebraliśmy kwotę Ł 2310 i na konto Fundacji Małych Stópek zostało przelane 12 000 zł.
Fundacja Małych Stópek potwierdziła odbiór naszej pomocy:
“Szczęść Boże, serdecznie dziękujemy całej Waszej Wspólnocie Różańcowej za wsparcie naszej Fundacji, dzięki czemu będziemy mogli objąć działaniami pomocowymi naszych podopiecznych matki i ich dzieci. Pozdrawiamy i życzymy Bożego Błogosławieństwa na każdy dzień – Fundacja Małych Stópek”
***
***
POMÓŻ RATOWAĆ ŻYCIE OD POCZĘCIA
***
Dzieło Duchowej Adopcji Dziecka Poczętego
materdolorosa.pl
***
Istota Dzieła Duchowej Adopcji Dziecka Poczętego
Duchowa adopcja jest przyjęciem w modlitewną opiekę jednego dziecka, któremu grozi śmierć w łonie matki. Imię tego dziecka jest znane jedynie samemu Bogu. Modlitwą oganiamy nie tylko poczęte dziecko, ale również jego rodziców, aby przyjęli je z miłością i dobrze wychowali. Zobowiązanie do takiej modlitwy podejmowane jest przez konkretną osobę na dziewięć miesięcy od chwili poczęcia do urodzenia.
Duchowa adopcja, wypływająca z idei miłosiernej miłości dla istoty najmniejszej i całkowicie bezbronnej, jest bezpośrednim powierzeniem Panu Bogu tego adoptowanego duchowo dziecka w modlitwie, błaganiu o zmianę myślenia jego rodziców, w prośbach, aby wypełnieni miłością nie zamykali się na nowe życie,nie bali się zubożenia tym życiem. Bo miłość, gdy się nią dzielisz, gdy nią obdarzasz jest jak chleb – takiej miłości i takiego chleba przybywa (Matka Teresa z Kalkuty).
Duchowa Adopcja
Może ją podjąć każdy człowiek:
obejmuje jedno dziecko i jego rodziców, o których wie tylko Bóg
trwa przez dziewięć miesięcy
Zobowiązanie:
codzienna modlitwa – jeden dziesiątek różańca
dobrowolne postanowienia, np.: post, Komunia św., pomoc potrzebującym, walka ze złym przyzwyczajeniem,
modlitwa w intencji uratowania życia dziecka
Modlitwa codzienna
Panie Jezu – za wstawiennictwem Twojej Matki Maryi, która urodziła Cię z miłością, oraz za wstawiennictwem św. Józefa, człowieka zawierzenia, który opiekował się Tobą po urodzeniu – proszę Cię w intencji tego nienarodzonego dziecka, które duchowo adoptowałem, a które znajduje się w niebezpieczeństwie zagłady. Proszę, daj rodzicom miłość i odwagę, aby swoje dziecko pozostawili przy życiu, które Ty sam mu przeznaczyłeś. Amen.
Treść przyrzeczenia
“Wysławiam Cię, Ojcze, Panie nieba i ziemi, że zakryłeś te rzeczy przed mądrymi i roztropnymi, a objawiłeś je prostaczkom. Tak, Ojcze, gdyż takie było Twoje upodobanie”. Najświętsza Panno, Bogarodzico Maryjo, wszyscy Aniołowie i Święci. Wiedziony(a) pragnieniem niesienia pomocy w obronie nienarodzonych, ja (N.N.), postanawiam mocno i przyrzekam, ze od dnia (…) biorę w Duchową Adopcję jedno dziecko, którego imię jedynie Bogu jest wiadome, aby przez dziewięć miesięcy, każdego dnia, modlić się o uratowanie jego życia oraz o sprawiedliwe i prawe życie po urodzeniu. Tymi modlitwami będą:
ze strony parafii Matki Bożej Bolesnej w Jawiszowicach
Duchowa adopcja to dziewięciomiesięczna modlitwa w intencji życia zagrożonego w łonie matki. Dla Polaków jest ona także formą osobistego wypełnienia Jasnogórskich Ślubów Narodu. Polega na indywidualnym modlitewnym zobowiązaniu podjętym w intencji dziecka zagrożonego zabiciem w łonie matki. Osoba odmawia jedną dowolnie wybraną tajemnicę “Różańca” i specjalną modlitwę w intencji dziecka i jego rodziców. Do modlitwy wierni mogą dołączyć dodatkowe wyrzeczenie, np. post czy działania charytatywne.
***
Ks. Kancelarczyk: „Nie jestem św. Józefem”. Dzięki Fundacji Małych Stópek rocznie na świat przychodzi około 50 dzieci
Ks. Tomasz Kancelarczyk kapłan archidiecezji szczecińsko-kamieńskiej; pomysłodawca i prezes Fundacji Małych Stópek oraz współorganizator szczecińskiego Marszu dla Życia.FUNDACJA MAŁYCH STÓPEK
***
O towarzyszeniu matkom w trudnej ciąży, ratowaniu nienarodzonych dzieci i aborcyjnym klimacie mówi ks. Tomasz Kancelarczyk.
Agata Puścikowska: Od ilu lat okołoświąteczny czas to dla Księdza towarzyszenie matkom i dzieciom?
ks. Tomasz Kancelarczyk: Pewnie od co najmniej dziesięciu, z każdym rokiem bardziej angażuję się w życie naszych domów samotnej matki. Wigilię spędzam tam, bo jest potrzebna opieka duszpasterska. W jednym z domów jest kaplica, do której przychodzą również mieszkańcy wsi. Jestem w miejscu, które potrzebuje opieki kapłana, mężczyzny. I którego potrzebuje… kapłan. Miejscu pełnym ufności i ciepła.
Czuje się tam Ksiądz jak św. Józef?
Bez przesady, nie jestem św. Józefem. Ale w domu mamy dwie jego figury – jedna z Dzieciątkiem na ręku, druga – z narzędziami stolarskimi. To taka kwintesencja opiekuna, mężczyzny: przytulać, chronić, działać. Dzieci mają swoje kochające mamy. I do nich lgną. Ja się staram być, czuwać. Rozmawiać, chociaż to bywa utrudnione: nie znam języków obcych, a wielu naszych podopiecznych pochodzi spoza Polski. Nie tylko z Ukrainy, ale też z…. Turkmenistanu, Indonezji, krajów afrykańskich. Zawiłe losy. Nie mogę o wszystkich opowiadać, bo to sprawy delikatne. Mamy pojawiają się u nas wtedy, gdy zawiedli bliscy, gdy życie potoczyło się dramatycznie. W wielu przypadkach udało się wyrwać je z ekstremalnie niebezpiecznych sytuacji, ochronić, a nasz dom stał się alternatywą wobec aborcji. Przyjmujemy potrzebujące matki zawsze, nawet wówczas, gdy jest to trudne ze względów formalnoprawnych.
Taka praca zmienia człowieka, księdza, mężczyznę?
Pod wieloma względami. Poświęcam się głównie pracy w fundacji, przed Bożym Narodzeniem często głoszę rekolekcje – wszędzie tam, gdzie zostanę zaproszony. To ważne, bo to jest głoszenie ewangelii życia. Obecnie coraz bardziej to potrzebne. Poza tym pozyskuję sprzymierzeńców. Kontaktuję się z ludźmi, pozostają po mnie jakieś ślady – czy to w postaci książki, czy informatora o Domu Małych Stópek. Dzięki temu wielu ludzi zaczyna nas wspierać. Fundację tworzy rzesza ludzi, którzy po prostu ostro działają. Dziś magazyn na dary ma dwa tysiące metrów kwadratowych, pracują w nim specjaliści, wolontariusze, są komputery. Dwie okołoświąteczne akcje to ogrom pracy i dużo logistyki. Paczuszka dla Maluszka to ponad dwa tysiące miejsc w Polsce, w których zbieramy dary i rozdajemy je potrzebującym mamom i ich dzieciom. A akcja „Tak niewiele” wymaga zebrania ponad 13 tys. prezentów, konkretnych paczek dla ubogich, potrzebujących z całego kraju. Te prezenty kierujemy do DPS-ów, domów samotnej matki, osób bezdomnych. Bo to wszystko jest promowaniem, wspieraniem życia od urodzenia do naturalnej śmierci. Życie każdego człowieka jest cudem, jest ważne.
Ale mediów do Domu Małych Stópek nie wpuszczacie. Mogłyby to życie promować…
Trzeba mówić o mamach, ich dzieciach i potrzebach. Ale mówić tak, by im nie zaszkodzić. Chętnie bym dzielił się i pięknymi, i dramatycznymi historiami, bo one inspirują. Ale gdy media się do mnie zwracają, by nagrać, puścić w świat, najczęściej odmawiam. Bo matki przede wszystkim muszą się czuć bezpiecznie. Nawet kosztem słabszego PR. Mamy do czynienia z sytuacjami granicznymi. Niedawno przyszła do nas mama tak głęboko skrzywdzona, że przekraczając próg domu, zniszczyła kartę SIM w telefonie. Powiedziała: „Inaczej mnie tu znajdzie”, a chodziło o przemocowego partnera. Ta mama, gdyby zobaczyła u nas kamerę czy nawet aparat, czułaby przede wszystkim ogromny strach. Ale każda z tych kobiet ma trudną historię. Wspólnym mianownikiem są bolesne przejścia, przemoc, bieda i ludzkie nieszczęście. Kto chce się dzielić własną biedą? Kto chce się „chwalić” problemami? Dlatego tak niewiele w mediach o naszych matkach. Z drugiej strony chciałbym, żeby świat zobaczył, że u nas odzyskują uśmiech, spokój. Zaczynają stawać na nogi. Chciałbym pokazać dokazujące dzieciaki, kobiety gotujące pyszne potrawy, ich wspieranie się. Czasem i spory – jak to w życiu. Wpadam do nich nie tylko po to, żeby naprawić kran, sprawdzić, czy wszystko mają, ale po prostu odpocząć, od tych dzielnych kobiet nabrać sił psychicznych. Tam jest po prostu matczyna miłość. I z tej miłości warto czerpać.
Jakie są prowadzone przez was domy?
Kameralne. W jednym mieszka maksymalnie 20 kobiet z dziećmi. Musi być rodzinnie. Domy mają różne lokalizacje. Jeden na wsi. To miejsca, które pozwalają na odbudowanie siebie, spokojne urodzenie i wychowywanie dziecka. Poza tym dbamy, żeby mamy miały dobre warunki. By ich dzieci wzrastały w dobrej atmosferze. Tu chodzi o coś więcej niż cztery ściany, stół i kaloryfer. Trafiają do nas kobiety w najtrudniejszych sytuacjach życiowych. Ale poza domami opiekujemy się też dziesiątkami czy wręcz setkami potrzebujących matek w całej Polsce. To kobiety, które otarły się o myśli, decyzje aborcyjne. Były w różny sposób do tego zmuszane. Ale trafiły pod naszą opiekę i otrzymały wsparcie. Zdecydowały się urodzić. Czasem nie trzeba dużo, by mama przyjęła dziecko.
Oferowana „paczka pieluch” ma wymiar psychologiczny?
Owszem, jeśli za tą paczką idzie zainteresowanie, uśmiech, świadomość, że są ludzie, którzy się nie odwrócą. Wtedy ta paczka pieluch jest jak antidotum na samotność, zło, strach. Chodzi o to, że za przekazanymi rzeczami stoi konkretne działanie, a przede wszystkim uwaga. W tej pomocy bycie obok jest kluczowe. Natomiast „pomoc” fikcyjna to w polskim wydaniu zaoferowanie pigułki wczesnoporonnej. Osoby w ten sposób „pomagające” mówią: „Nie będziesz w tym sama”, umożliwiając pobranie pigułki. To jest wsparcie? Kobieta zostaje sama z dramatem, w sytuacji granicznej. Gdy kobieta jest w trudnej sytuacji, w ciąży, to najważniejsza jest kochająca osoba obok. Najlepiej oczywiście ojciec dziecka. Ale jeśli on okaże się tchórzem, to sprawdza się i przyjaciółka, sąsiad, kuzynka albo i obca niby osoba, która okaże serce. Gdyby każda kobieta w trudnej ciąży miała obok siebie prawdziwie życzliwą osobę, nie byłoby w ogóle aborcji.
Ile dzieci uratowaliście?
To są dzieci uratowane przez własne mamy. Przez kobiety, które nie żyją obecnie z ciężarem aborcji. Bywa, że żyją z ciężarem (niesłusznie!) takich myśli: „Chciałam zabić własne dziecko”. Oczywiście wówczas rozmawiamy, powtarzam im, że emocje to nie czyny. A jeśli chodzi o czyny, o działanie, to zachowały się wspaniale. Uratowały człowieka: Zosię, Filipka czy Olę. Pamiętam, jak któregoś razu wiozłem gdzieś jedną z mam. Nagle zaczęła płakać, bo przypomniała sobie, że „chciała zabić Stasia”. Tak naprawdę nie chciała zabić, tylko nie wiedziała, co robić, bo nikt nie pomógł jej pozbierać się w sytuacji kryzysowej. Często aborcji chce otoczenie matki, a nie ona sama.
To ile dzieci rodzi się rocznie dzięki Wam?
Około 50. Zwolenniczki aborcji twierdzą, że to mało, bo one „pomagają” w tysiącach aborcji. Ja uważam, że jedno ocalone, żyjące dziecko to więcej niż tysiąc, którym nie pozwolono się urodzić. Może liczba uratowanych to jest kropla w morzu, ale każda taka kropla to cud. Jeśli ktoś wątpi w sens takich kropli, niech weźmie maleństwo na ręce. Zwolennicy aborcji tego nie robią. Tzw. pomoc w aborcji farmakologicznej to jest żaden wysiłek w porównaniu z wysiłkiem, który podejmujemy wszyscy, by dziecko mogło żyć i rozwijać się w spokoju. Trzeba wynająć mieszkanie, zrobić remont, zabezpieczyć finansowo matkę – potrzebujemy nawet i 40 tys. złotych. Dzięki darczyńcom mama otrzymuje pełne wsparcie. Jakiś czas temu dostaliśmy informację o kobiecie w ciąży, która potrzebowała pomocy. Najpierw zwróciła się do organizacji wspierających aborcję. Otrzymała pigułkę, której jednak nie przyjęła. Zrezygnowała. Prosiła zwolenników aborcji, organizacje feministyczne o realną pomoc. Nie udzielili jej. Gdy się dziecko rodzi, to przecież już nie ich sprawa. Człowiek, który obiecał „pomoc” w pobraniu pigułki, nie obiecywał realnego działania. Na szczęście jednak… skierował kobietę do nas. Jak na obrazku „znajdź na mapie domy samotnej matki prowadzone przez organizacje feministyczne”. A mapa pusta.
Zdarza się Wam pomagać matkom, które przeżyły gwałt?
Tak. To są bardzo smutne historie. Takie kobiety, po traumie, nie chcą rozmawiać z mężczyznami, są skryte. Ale często potrzebują wypłakać się i wygadać przed księdzem. Dla mnie takie spotkania są ważne, chociaż wyczerpujące psychicznie. Każda taka historia jest inna. Jedne mamy pozostawiały dziecko przy sobie. Inne oddawały do adopcji. Pojawia się u kobiety nienawiść do gwałciciela. Pojawia się obawa, czy pokocha dziecko. Niektóre mamy potrafią pokochać, inne nie. Wówczas istnieje możliwość oddania go do adopcji. Bo zawsze na dziecko czekają rodziny. Są i zaskakujące historie z happy endami. Znam młodą kobietę, dziecko z gwałtu właśnie, która wychowana została przez biologiczną matkę w poczuciu bezpieczeństwa, miłości. Długo nie wiedziała o okolicznościach, w jakich została poczęta. Gdy się dowiedziała, pokochała mamę jeszcze bardziej – a matka córkę.
A dzieci chore?
Pomagamy przyjąć dzieci z zespołem Downa. Do kobiet w ciąży docierają doświadczone matki, które opowiadają o codzienności, o możliwościach pomocy. Jedne mamy chcą po porodzie dziecko wychowywać, inne nie. Oddają je wówczas do adopcji. Takie adopcje nie są częste, ale nie są też niemożliwe. Choć w Szczecinie są też dzieci z ZD, które czekają nawet na możliwość mieszkania, życia w rodzinie zastępczej. Dlatego my jako fundacja mamy „własną”, wspierającą nas rodzinę zastępczą. Pomagamy jej funkcjonować, wszechstronnie wspieramy. I chcemy niebawem powołać drugą, właśnie wyspecjalizowaną w opiece nad dziećmi z ZD. To jest pilna potrzeba naszych czasów.
A te „nasze czasy” zrobiły się mocno nieprzyjazne życiu.
Dlatego tym bardziej trzeba pracować. Co ciekawe, więcej osób zgłasza się do nas z realną chęcią pomocy. Mówią tak: „Kiedyś po prostu byłem za życiem, teraz chcę działać”. Więc nie dają wyłącznie pieniędzy, ale i czas, energię, pracę. Kiepskie czasy wyzwalają dobre działania.
Mam jednak wrażenie, że przyzwolenie na aborcję w społeczeństwie zwiększa się…
Przynajmniej na wczesną aborcję, farmakologiczną. Pełno tego w internecie, przekaz formuje młodsze pokolenia. Tworzy się klimat zgody. Musimy więc wszelkimi nowoczesnymi metodami mówić prawdę, docierać do ludzi. Ważne są tu media, które powinny nowocześnie przekazywać prawdę. Zwróćmy uwagę, że już nawet nie używa się słowa „aborcja”. Częściej używa się sformułowań „decyzja” lub „wybór kobiety”. Zmiękczenie języka prowadzi do zmiękczenia sposobu myślenia. Tymczasem sprawa jest jasna: po przyjęciu pigułki umiera dziecko. Matka zostaje sama i z traumą.
Wydaje się, że i Kościół przestał o tym przypominać…
Pewne zmiany polityczne, szeroko rozumiany kryzys w Kościele i kryzys wartości spowodowały, że księża boją się podejmować tematy kontrowersyjne, przez niektórych nazywane „politycznymi”. A ratowanie życia ludzkiego to nie polityka. To sprawa naszego sumienia. Poza tym już nawet nie chodzi o to, by z ambony wytykać głupie decyzje politykom, złe treści dziennikarzom. Trzeba mówić prawdę wiernym. Niedawno pomagaliśmy kobiecie w ciąży, po wypadku, która poruszała się na wózku. Nie miała żadnego wsparcia! A ojciec dziecka to niby poprawny, praktykujący katolik. Chyba nigdy nie usłyszał z ambony, że kto zostawia bez pomocy kobietę w ciąży, zabija dziecko! A jeśli już słychać z ambony coś o aborcji, to koszmarne zdanie: „kobieta dokonuje aborcji”. A tak naprawdę kobieta jest na samym końcu łańcuszka śmierci. Mężczyzna też dokonuje aborcji przez nakłanianie lub brak wsparcia. Jeśli mamy w Kościele kryzys, to również dlatego, że księża zaczynają być obojętni. Obojętność na zło to największe zło, które się rozprzestrzenia. Dlatego potrzebna jest powszechna mobilizacja sumień, co spowoduje i narodzenie, i odrodzenie: malutkich dzieci, i daj Boże, nas wszystkich.
Agata Puścikowska/Gość Niedzielny
***
Dnia 12 lipca 2024 roku ustawa o mordowaniu dzieci została odrzucona przez Sejm zaledwie trzema glosami.
Fundacja Życie i Rodzina dziękuje wszystkim, którzy wspierali komisję do spraw aborcji poprzez modlitwę i wpływanie na posłów, aby głosowali za życiem.
***
Dla przypomnienia dla tych, którzy przystępują do Komunii świętej mimo, że zgadzają się na zabijanie dzieci w łonie matek:
Zgodnie z kan. 1364 §1 PRAWA KANONICZNEGO KOŚCIOŁA KATOLICKIEGO, ekskomunice „latae sententiae” – wiążącej mocą samego prawa podlegają katolicy odstępujący od prawd wiary, heretycy lub schizmatycy. W Encyklice „Evangelium vitae” św. Jan Paweł II napisał: „Dlatego mocą władzy, którą Chrystus udzielił Piotrowi i jego Następcom, w komunii z Biskupami […] oświadczam, że bezpośrednie przerwanie ciąży, to znaczy zamierzone jako cel czy jako środek, jest zawsze poważnym nieładem moralnym, gdyż jest dobrowolnym zabójstwem niewinnej istoty ludzkiej. Doktryna ta, oparta na prawie naturalnym i na Słowie Bożym spisanym, jest przekazana przez Tradycję Kościoła i nauczana przez Magisterium zwyczajne i powszechne”. Oznacza to więc, że aprobowanie aborcji jest odstąpieniem od prawdy katolickiej wiary.
***
Nowenna Płomienia Miłości Niepokalanego Serca Maryi
od 24 stycznia do 2 lutego
Wprowadzenie
Najświętsza Maryja Panna pragnie nam o wiele bardziej pomóc, niż my sami tej pomocy pragniemy. Składając naszą ufność w Jej Niepokalanym Sercu, odpowiadamy na Jej miłość i dajemy Jej wielką matczyną radość.
Podjęcie modlitwy nowennowej to stanięcie do duchowej walki.
Maryja: Stańcie do walki ‒ zwyciężymy! Szatan oślepnie na tyle, na ile zaangażujecie się w szerzenie Płomienia mojej miłości. Pragnę, by Płomień Miłości mojego Niepokalanego Serca, który dokonuje cudów w głębi ludzkich serc, stał się znany wszędzie, tak jak na całym świecie znane jest moje Imię. (Dziennik duchowy PM – 19 października 1962)
Ja, piękny Promień jutrzenki, oślepię szatana.
Uwolnię ludzkość od grzesznej lawy nienawiści.
Żaden umierający nie może zostać potępiony.
PŁOMIEŃ MOJEJ MIŁOŚCI wkrótce zapłonie. Córeczko, wiedz, że wybrane dusze będą musiały stoczyć walkę z księciem ciemności. Rozpęta się straszliwa burza. Nie, nie burza, lecz orkan, który wszystko spustoszy. Zniszczy wiarę i ufność nawet w wybranych. Wraz z nadciągającym szkwałem rozbłyśnie dla was jednak światło PŁOMIENIA MOJEJ MIŁOŚCI. Rozświetlę ciemną noc waszych dusz wylaniem jego łask. (Dziennik duchowy PM – 19 maja 1963)
Jak myślicie, kto będzie odpowiadał za stawiane mi przeszkody? Gdyby tacy znaleźli się między wami, ze wszystkich sił brońcie przed nimi Płomienia mojej miłości! Starajcie się o oślepienie szatana, bo inaczej kiedyś zostaniecie pociągnięci do odpowiedzialności z powodu wielu, wielu zgubionych dusz. Nie chcę, by choć jedna dusza została potępiona. Szatan oślepnie na tyle, na ile zaangażujecie się w to dzieło. (Dziennik duchowy PM – 27 listopada 1963)
Zaleca się odmawianie tej nowenny szczególnie, by otrzymać łaski do przezwyciężenia wszystkich trudnych doświadczeń w naszej rodzinie lub środowisku – prób, nieszczęść i okoliczności – na które nie mamy wpływu.
Podczas tych dziewięciu dni nowenny ofiarujmy Najświętszej Dziewicy każdą duchową próbę, która może przyjść, lub ofiarę – co pomnoży moc naszych modlitw. Oto kilka przykładów: ofiarowanie naszego dnia Bogu, nawiedzenie Najświętszego Sakramentu, uczestnictwo we Mszy Świętej, składanie ofiar – dużych lub małych, post, cierpliwe zniesienie krzywdy, trudności rodzinne lub zawodowe, itp. Bądźmy pomysłowi, aby zachwycić Maryję! Bóg odpowiada na ufne modlitwy swoich dzieci obfitym błogosławieństwem.
Jeśli któraś z naszych próśb nie zostanie natychmiast wysłuchana, nie traćmy pokoju, ufając Bogu, ponieważ oznacza to, że Bóg ma coś lepszego i większego dla nas niż to, o co prosimy. Niech ta prawda pomnoży naszą nadzieję i ufność.
Modlitwy na każdy dzień nowenny
Każdego dnia przed odmówieniem nowenny, zapalamy świecę i rozpoczynamy od uczynienia pięciokrotnego znaku krzyża, jednocześnie całując pięć Ran Pana Jezusa na krzyżu.
1. Całuję Ranę Twojej Świętej Lewej Ręki, Panie Jezu, z głębokim i prawdziwym żalem.
W imię Ojca i Syna i Ducha Świętego. Amen.
2. Całuję Ranę Twojej Świętej Prawej Ręki, Panie Jezu, z głębokim i prawdziwym żalem.
W imię Ojca i Syna i Ducha Świętego. Amen.
3. Całuję Ranę Twojej Świętej Lewej Stopy, Panie Jezu, z głębokim i prawdziwym żalem.
W imię Ojca i Syna i Ducha Świętego. Amen.
4. Całuję Ranę Twojej Świętej Prawej Stopy, Panie Jezu, z głębokim i prawdziwym żalem.
W imię Ojca i Syna i Ducha Świętego. Amen.
5. Całuję Ranę Twego Świętego Boku, Panie Jezu, z głębokim i prawdziwym żalem.
W imię Ojca i Syna i Ducha Świętego. Amen.
Modlę się w intencjach Niepokalanego Serca Maryi, a także proszę Cię, Matko, przez Płomień Twojej Miłości o łaskę/w intencji…. (wymień prośbę). Z wiarą, ufnością i kochającym sercem oddaję Ci Maryjo ten czas trwania nowenny, oświecaj mnie, przemieniaj i prowadź.
Dzień 1 – 24 stycznia
Dzieło Maryi dla zbawienia dusz
Zapalamy świecę i rozpoczynamy od uczynienia pięciokrotnego znaku krzyża, jednocześnie całując pięć Ran Pana Jezusa na krzyżu (patrz: “Modlitwy na każdy dzień nowenny” na górze strony).
„Oto Ja służebnica Pańska, niech Mi się stanie według twego słowa” (Łk 1,38). Maryja mówi Bogu FIAT na Jego plan zbawienia. Zgodnie z Wolą Bożą, Maryja ma plan dla każdego z nas, a my możemy zjednoczyć się z Płomieniem Miłości jej Niepokalanego Serca i wiernie naśladować ją w Jej misji Matki Kościoła. Ona prosi nas, abyśmy przez nasze modlitwy i ofiary uratowali jak najwięcej dusz.
Maryja:Moja karmelitanko! Chcę z tobą porozmawiać w nocnej ciszy. Słuchaj mnie, leżąc wygodnie! Prawda, że znasz wielki ból, który wypełnia mi Serce? Szatan z zatrważającą łatwością porywa dusze. Dlaczego nie staracie się ze wszystkich sił temu zapobiegać? Potrzebuje was! Serce pęka mi z bólu, gdy muszę się przyglądać, jak tyle dusz idzie na potępienie. Wiele z nich wpada w sieć diabła wbrew swoim dobrym intencjom. Zły z szyderczym śmiechem wyciąga ręce i ze złowrogą uciechą zagarnia dusze, za które mój Syn wycierpiał tak straszliwe męki. Pomóżcie mi! Pomóżcie! (Dziennik duchowy PM – 14 maja 1962)
Chwila na refleksję
Czy pragnę żyć jak prawdziwy chrześcijanin, któremu zależy na zbawieniu swojej duszy?
W jaki sposób mogę najlepiej współpracować z Płomieniem Miłości Niepokalanego Serca Maryi, aby przyczynić się do zbawienia dusz innych ludzi?
Każdy z nas może zmienić los dusz, którym grozi zatracenie. Mogę modlić się w zjednoczeniu z Trójcą Przenajświętszą, za wstawiennictwem Najświętszej Maryi Panny, wszystkich Świętych i dusz uwolnionych z czyśćca przez moje modlitwy.
Czy ofiarowuję nocne czuwania modlitewne naszej Świętej Matce?
Intencja
Modlę się o zbawienie dusz, o uświęcenie moje i tych wszystkich, których noszę w sercu.
Różaniec
Odmawiamy jedną część Różańca (5 tajemnic) przypadającą na dany dzień, dodając na końcu:
Matko Boża, rozlewaj na całą ludzkość działanie łaski Twojego Płomienia Miłości, teraz i w godzinę śmierci naszej. Amen.
Święty Józefie, Ty w Betlejem szukałeś dla Matki Bożej miejsca na nocleg. Prosimy Cię, pomóż nam znajdować w ludzkich sercach miejsce dla jej Płomienia Miłości! Amen.
Dzień 2 – 25 stycznia
Modlitwa Płomienia Miłości Niepokalanego Serca Maryi – sposób na ratowanie dusz
Zapalamy świecę i rozpoczynamy od uczynienia pięciokrotnego znaku krzyża, jednocześnie całując pięć Ran Pana Jezusa na krzyżu (patrz: “Modlitwy na każdy dzień nowenny” na górze strony).
Działania szatana ‒ wroga Boga, z jego mroczną strategią i demonicznymi sztuczkami, dają o sobie znać na różnych płaszczyznach i wywołują różne skutki, jak: negacja Boga, podziały w rodzinach, nieczystość i pożądliwość, aborcja, okultystyczne obrzędy, zabieganie o władzę i dominację, chciwość pieniądza i chęć posiadania coraz więcej, wojny, itd. Jakże pocieszająca jest świadomość, że mamy zdolność do przyjęcia i wykorzystania prostego sposobu danego nam przez Dziewicę Maryję, aby zwyciężyć zło!
Maryja:Podczas modlitwy, poprzez którą oddaje mi się największą cześć, dodawajcie taką prośbę: „Zdrowaś Maryjo […], módl się za nami grzesznymi, rozlewaj na całą ludzkość działanie łaski Twojego Płomienia Miłości, teraz i w godzinę śmierci naszej. Amen”. (Dziennik duchowy PM – październik 1962)
Pewien biskup zapytał Elżbietę, dlaczego modlitwa Zdrowaś Maryjo ma być teraz odmawiana inaczej?
Maryja:Nie chcę zmieniać modlitwy, poprzez którą oddaje mi się największą cześć, lecz poprzez tę prośbę pragnę obudzić ludzkość. Te słowa nie mają być aktem strzelistym, lecz stałą modlitwą błagalną. (Dziennik duchowyPM – 2 lutego 1982)
Jezus:Trójca Przenajświętsza wylała na was morze łask Płomienia Jej miłości wyłącznie na żarliwą prośbę mojej Najświętszej Matki i dlatego macie dodawać te słowa do ‘Pozdrowienia anielskiego’, aby ludzkość się nawróciła pod wpływem działania łask tego Płomienia. (Dziennik duchowy PM – 2.02.1982)
Chwila na refleksję
Czy z ufnością odmawiam Zdrowaś Maryjo, dodając potężną prośbę o wylanie Płomienia Miłości?
Dziennik duchowy Elżbiety Kindelmann uczy nas i zaprasza do poznania próśb Dziewicy Maryi i Pana naszego Jezusa Chrystusa o ratowanie ginących dusz. Czy poświęcam czas na jego lekturę i medytację?
Jakie jest moje zaangażowanie w szerzenie Płomienia Miłości Niepokalanego Serca Maryi, aby przyczyniać się do zbawienia ludzi wokół mnie?
Intencja
Będę odmawiać tak często, jak to możliwe, modlitwę Płomienia Miłości Niepokalanego Serca Maryi, jako potężny środek do ratowania dusz.
Różaniec
Odmawiamy jedną część Różańca (5 tajemnic) przypadającą na dany dzień, dodając na końcu:
Matko Boża, rozlewaj na całą ludzkość działanie łaski Twojego Płomienia Miłości, teraz i w godzinę śmierci naszej. Amen.
Święty Józefie, Ty w Betlejem szukałeś dla Matki Bożej miejsca na nocleg. Prosimy Cię, pomóż nam znajdować w ludzkich sercach miejsce dla jej Płomienia Miłości! Amen.
Dzień 3 – 26 stycznia
Maryja i świętość
Zapalamy świecę i rozpoczynamy od uczynienia pięciokrotnego znaku krzyża, jednocześnie całując pięć Ran Pana Jezusa na krzyżu (patrz: “Modlitwy na każdy dzień nowenny” na górze strony).
Ludzkość nie nawróci się dopóty, dopóki nie nawróci się i nie uświęci każda pojedyncza dusza ludzka, dlatego jesteśmy zobowiązani i musimy wybrać świętość. Jezus zachęca nas do tego, mówiąc: „Bądźcie więc wy doskonali, jak doskonały jest Ojciec wasz niebieski” (Mt 5,48). Nie ma świętości bez pokory. W duszy, która jest na drodze do świętości, pokora zawsze będzie wzrastać. Im bardziej dusza się uniża, tym bardziej rośnie w niej świętość. Z naszej pokornej ufności pokładanej w Boga wypływają wszystkie inne cnoty. Każda chwila życia Maryi była nieustannym „Tak” dla woli Bożej. Maryja jest doskonałym przykładem pokory, która w całkowitym poddaniu się przyjęła wolę Bożą dla swojego życia: kiedy została Matką Zbawiciela, kiedy udała się do Betlejem na spis ludności, kiedy przyjęła proroctwo Symeona, kiedy uciekała do Egiptu, kiedy była świadkiem śmierci Syna na krzyżu, kiedy uczestniczyła w Jego pogrzebie.
Jezus i Maryja dbali o zachowanie pokory w sercu swojej wysłanniczki Elżbiety Kindelmann, a tym samym chronili jej świętość.
Maryja: Córeczko, po co się męczysz? Dlaczego chciałaś mówić o Płomieniu mojej miłości w zgrabnych słowach? Miej przed oczami swoje powołanie: cierpienie. Pomyśl o słowach, które powiedział do ciebie mój Boski Syn: „Cierp bez ustanku i składaj ofiary!”. Twoje cierpienie nie pójdzie na darmo, ale nie twoim zadaniem jest decydowanie o tym, kto zrozumie Płomień mojej miłości. Jesteś małym narzędziem i nie powinnaś się dziwić, że brakuje ci daru wymowy. To ja działam. To ja zapalam Płomień mojego Serca w głębi ludzkich serc. To ja odebrałam ci słowa i zmąciłam twój umysł. Nie chciałam, by w twojej duszy rozpleniła się pycha. […] To byłby wielki błąd… Jesteś małym narzędziem w naszych rękach. Dbamy o to, by grzech nie miał do ciebie przystępu. Uważaj na siebie w pokusach, bo Zły wykorzystuje każdą okazję, by zachwiać twoją pokorą. (Dziennik duchowy PM – 17 grudnia1962)
Jezus:Z każdym uderzeniem serca żałuj za swoje grzechy, również w zastępstwie tych, którzy nie współodczuwają razem ze Mną. Gdyby twoja miłość zaczęła słabnąć, zwróć się do naszej niebieskiej Matki. Ona znów napełni twoje serce głęboką miłością do Mnie. Nie ustawaj w kontemplowaniu moich świętych pięciu Ran, da ci to dużo siły. Polecaj siebie Ojcu Przedwiecznemu i żyj w łączności z Trójca Przenajświętszą. W chwilach pokus chroń się pod płaszczem naszej Matki. Ona obroni cię przed złym duchem, który was wciąż nęka. Ja będę z tobą. Nikt i nic nie może cię ode Mnie oddzielić… (Dziennik duchowy PM ‒ między 4 a 7 marca 1962)
Chwila na refleksję
Czy pragnę życia, które przynosi świętość? Jak chcę je osiągnąć?
Czy strzegę i zachowuję łaskę uświęcającą, którą otrzymałem na chrzcie świętym?
Intencja
Odnawiam moje pragnienie świętości i żyję każdego dnia łaską chrztu świętego; zawsze wybierając dobro i wyrzekając się zła.
Różaniec
Odmawiamy jedną część Różańca (5 tajemnic) przypadającą na dany dzień, dodając na końcu:
Matko Boża, rozlewaj na całą ludzkość działanie łaski Twojego Płomienia Miłości, teraz i w godzinę śmierci naszej. Amen.
Święty Józefie, Ty w Betlejem szukałeś dla Matki Bożej miejsca na nocleg. Prosimy Cię, pomóż nam znajdować w ludzkich sercach miejsce dla jej Płomienia Miłości! Amen.
Dzień 4 – 27 stycznia
Maryja i Krzyż Święty
Zapalamy świecę i rozpoczynamy od uczynienia pięciokrotnego znaku krzyża, jednocześnie całując pięć Ran Pana Jezusa na krzyżu (patrz: “Modlitwy na każdy dzień nowenny” na górze strony).
Dziewica Maryja była u stóp krzyża Jezusa. Ogromnie cierpiała, widząc jak Jej Syn umiera w tak straszliwej agonii. Z miłości do Boga i do nas zawsze przyjmowała swoje cierpienia, ponieważ znała wartość każdego z nich, i dlatego nimi żyła, kochała je i ofiarowywała Bogu jako dar, dla zbawienia dusz. Dzisiaj Maryja również towarzyszy nam w naszych cierpieniach. Swoim przykładem zaprasza nas do przyjęcia ich z głęboką pokorą i miłością, aby Płomień Miłości Jej Niepokalanego Serca z większą siłą oślepił szatana. Wiele dusz zostanie uzdrowionych i stanie się świętymi pod wpływem łagodnego światła i pocieszającego ciepła Płomienia Miłości. W ten sposób, zapraszając nas do przyjęcia naszych cierpień, Maryja zaprasza nas również do udziału w dziele zbawienia.
Maryja:Widząc twoją długą walkę, powiem ci, dlaczego najpierw dałam Płomień mojej miłości właśnie tobie. Sama powiedziałaś, że jesteś tego niegodna. To prawda. Łaski tej mogłoby dostąpić wiele dusz o większych zasługach. Zasługi zyskałaś jednak dzięki licznym łaskom i cierpieniom, które na ciebie zsyłałam i które wiernie przyjmujesz. (…)
Zobacz, córko, ty też jesteś matką wielu dzieci. Za ich sprawą znasz biedy i troski życia rodzinnego. Pod ciężarem krzyża często osuwałaś się na ziemię. Z powodu twoich dzieci, często z ich winy, doświadczyłaś wiele bólu. To, że znosiłaś to wszystko, jest twoją zasługą jako matki. (Dziennik duchowy PM – 19 listopada 1962)
Jezus:Przyjmuj te udręki, choć są tak bolesne! Wiesz, że otrzymasz tyle łask, ilu inni nie dostępują w ciągu całych dziesięcioleci. Bądź za to wdzięczna! Do udzielenia tych łask zobowiązuje Mnie Płomień Miłości mojej Matki. Często podkreślam, że to Ona cię wybrała i zalicza cię do szczególnie uprzywilejowanych przez siebie dusz. (Dziennik duchowy PM – 1 sierpnia1963)
Chwila na refleksję
Nie ma prawdziwej miłości bez krzyża i ofiary. Czy w obliczu prób działam na wzór Maryi i ofiarowuję Bogu moje cierpienia?
Czy moja miłość do Maryi Dziewicy, do mojej rodziny i do dusz, daje mi łaskę ofiarowania moich cierpień za nich?
Intencja
Każdego dnia będę z miłością przyjmował krzyż mojego życia zgodnie z wolą Bożą.
Różaniec
Odmawiamy jedną część Różańca (5 tajemnic) przypadającą na dany dzień, dodając na końcu:
Matko Boża, rozlewaj na całą ludzkość działanie łaski Twojego Płomienia Miłości, teraz i w godzinę śmierci naszej. Amen.
Święty Józefie, Ty w Betlejem szukałeś dla Matki Bożej miejsca na nocleg. Prosimy Cię, pomóż nam znajdować w ludzkich sercach miejsce dla jej Płomienia Miłości! Amen.
Dzień 5 – 28 stycznia
Maryja, Matka Eucharystii
Zapalamy świecę i rozpoczynamy od uczynienia pięciokrotnego znaku krzyża, jednocześnie całując pięć Ran Pana Jezusa na krzyżu (patrz: “Modlitwy na każdy dzień nowenny” na górze strony).
Mówiąc Bogu swoje „Tak”, Maryja w sposób intymny przyczyniła się do Wcielenia Syna Bożego, gdyż w Jej ciele uformowały się Ciało i Krew Zbawiciela, które stały się obecne w Eucharystii. Podczas Zwiastowania, Maryja jako pierwsza z ludzi doświadczyła przyjęcia Ciała Chrystusa. Można też powiedzieć, że droga Maryi do kuzynki Elżbiety była pierwszą procesją Bożego Ciała. W drodze do domu Elżbiety i powrotu do Nazaretu, Maryja wraz ze Świętym Bogiem przechodziła przez wioski i pola, które zostały pobłogosławione i uświęcone przez Zbawiciela. Z jaką czułością, pobożnością i rozkoszą Maryja nosiła w swym łonie Syna Bożego! To wzniosłe macierzyństwo Maryi pozwala nam na intymny kontakt z Jezusem, gdy przyjmujemy Go w Komunii Świętej. Razem z Maryją wpatrujmy się w oblicze Jezusa w Eucharystii i razem z nią kontemplujmy Jego świętą Obecność i święte pragnienie zjednoczenia się z każdym z nas.
Jezus: Córko, zrozum Mnie dobrze! Odtąd będę z tobą w Komunii Świętej. Nadal będę czekał na twoje przyjście z bijącym sercem. Bądź wierna, nie szukaj swojej woli. Nie kieruj się własnymi uczuciami, wyrzekaj się siebie i kochaj tylko Mnie! Niech cię wypełnia duch miłości! Kochaj Mnie, tak jak się kocha dziecko owinięte w białe pieluszki. Szukaj Mnie, tak jak moja Najświętsza Matka szukała Mnie w tłumie ze ściśniętym sercem, a gdy Mnie znajdziesz, uciesz się tym! Jeżeli uznasz, że potrzeba ci ojcowskiego wsparcia, wznieś oczy ku mojemu Ojcu Przedwiecznemu i z Duchem Świętym zanurz się w naszej miłości. (Dziennik duchowy PM – 20 kwietnia 1962)
Chwila na refleksję
Jakie miejsce zajmuje w moim życiu Msza Święta?
Czy rozpoznaję przemianę, jaka dokonuje się w moim sercu dzięki Komunii Świętej?
Czy przyjmując Eucharystię, jednoczę się z Jezusem dla oddania chwały Ojcu Niebieskiemu?
Intencja
Będę jak najczęściej godnie przyjmował Jezusa w Komunii św., a jeśli nie mogę uczestniczyć we Mszy św., to każdego dnia przyjmę Go duchowo.
Różaniec
Odmawiamy jedną część Różańca (5 tajemnic) przypadającą na dany dzień, dodając na końcu:
Matko Boża, rozlewaj na całą ludzkość działanie łaski Twojego Płomienia Miłości, teraz i w godzinę śmierci naszej. Amen.
Święty Józefie, Ty w Betlejem szukałeś dla Matki Bożej miejsca na nocleg. Prosimy Cię, pomóż nam znajdować w ludzkich sercach miejsce dla jej Płomienia Miłości! Amen.
Dzień 6 – 29 stycznia
Płomień Miłości Zjednoczonych Serc Jezusa i Maryi
Zapalamy świecę i rozpoczynamy od uczynienia pięciokrotnego znaku krzyża, jednocześnie całując pięć Ran Pana Jezusa na krzyżu (patrz: “Modlitwy na każdy dzień nowenny” na górze strony).
Miłość, która łączy Święte Serca jest nieskończona. Ojciec Przedwieczny roztacza nad ludzkością Ducha Miłości Jezusa i Maryi. Jeśli kochamy Maryję, to kochamy Jezusa. Serce matki jest zawsze zjednoczone poprzez czas i przestrzeń ze swoimi dziećmi. Prośmy Boga, aby pomógł nam kochać Zjednoczone Serca Jezusa i Maryi całą mocą naszej duszy.
Jezus: Kochaj Mnie jeszcze bardziej, jeszcze wierniej, niech nie sprawia ci to trudu nawet wtedy, gdy się tylko skarżę. Córko, zanoszę tyle skarg, bo bardzo niewielu Mnie słucha. Na próżno skarżę się duszom Mi poświęconym. Nie zanurzają się one w skupieniu w swoją głębię, by tam wsłuchać się w moje słowa. A przecież w związku z przyjściem mojego królestwa chciałbym z nimi porozmawiać o tak wielu sprawach! (Dziennik duchowy PM – 2 lipca 1962)
Elżbieta: Ukochany Zbawiciel poprosił mnie, bym razem z Nim wypowiadała Jego odwieczne pragnienia:
Niech nasze stopy kroczą razem,
niech nasze ręce zbierają razem,
niech nasze serca biją razem,
niech nasze dusze odczuwają razem.
Niech nasze myśli się jednoczą!
Niech nasze uszy razem wsłuchują się w ciszę.
Niech nasze oczy wpatrują się w siebie,
a nasze spojrzenia stapiają się w jedno.
Niech nasze wargi razem proszą
Ojca Przedwiecznego o zmiłowanie!
Ta modlitwa stała się moją najbardziej osobistą modlitwą. Pan tyle razy ją ze mną rozważał! Nauczył mnie jej, bym ją przekazywała innym, aby złączyli się z Jego odwiecznymi myślami i pragnieniami.
Kiedy Zbawiciel mnie o to poprosił, dodał jeszcze:
– Ta modlitwa jest bronią w waszych rękach, bo gdy ktoś współdziała ze Mną, szatan zostaje oślepiony, a dzięki temu dusze są uwalniane od grzechu. (Dziennik duchowy PM – maj 1962)
Chwila na refleksję
Czy modlę się do Zjednoczonych Serc Jezusa i Maryi za dusze konsekrowane?
Czy często pocieszam Zjednoczone Serca Jezusa i Maryi moimi aktami miłości i miłosierdzia?
Płomień Miłości Zjednoczonych Serc Jezusa i Maryi nadaje nowy sens naszemu życiu. Czy rozsiewam radość, entuzjazm i miłość, aby rozpalić serca ludzi wokół mnie?
Intencja
Pójdę w najbliższym miesiącu na Mszę św. ku czci Najświętszego Serca Pana Jezusa i Niepokalanego Serca Maryi w pierwszy piątek i w pierwszą sobotę miesiąca.
Różaniec
Odmawiamy jedną część Różańca (5 tajemnic) przypadającą na dany dzień, dodając na końcu:
Matko Boża, rozlewaj na całą ludzkość działanie łaski Twojego Płomienia Miłości, teraz i w godzinę śmierci naszej. Amen.
Święty Józefie, Ty w Betlejem szukałeś dla Matki Bożej miejsca na nocleg. Prosimy Cię, pomóż nam znajdować w ludzkich sercach miejsce dla jej Płomienia Miłości! Amen.
Dzień 7 – 30 stycznia
Maryja, Arką ocalenia dla naszych czasów
Zapalamy świecę i rozpoczynamy od uczynienia pięciokrotnego znaku krzyża, jednocześnie całując pięć Ran Pana Jezusa na krzyżu (patrz: “Modlitwy na każdy dzień nowenny” na górze strony).
Wszyscy żyjemy w czasach, w których potrzebujemy pocieszenia i pomocy z nieba. Naszym schronieniem jest Serce Maryi. Z Niepokalanego Serca Maryi wypływa Płomień Miłości. Jezus wyjaśnia, że Płomień Miłości jest Arką zbawienia dla naszych czasów. W tej sprawie mówił do Elżbiety:
Jezus:Przecież Płomień Miłości mojej Matki jest jak arka Noego! (Dziennik duchowy PM ‒ marzec 1981)
Dusza, która całkowicie schroni się w Płomieniu Miłości Maryi, może się w życiu duchowym spodziewać wielu przywilejów. Łaski związane z Płomieniem Miłości: spowodują lub przyspieszą jej nawrócenie; zapewnią duszy pokój, ponieważ światło Płomienia Miłości oślepia szatana, dusza otulona tym Płomieniem jakby dla niego nie istniała; przyspieszają postęp duszy w życiu duchowym, bo dusza nie nękana już przez szatana, zyskuje więcej czasu i sił, by całkowicie zwrócić się ku Bogu oraz jednoczą duszę z Bogiem, bowiem miłość nie zatrzymuje się w pół drogi i domaga się coraz większego zjednoczenia, nie zaznaje spoczynku dopóty, dopóki nie osiągnie celu. Kiedy zaś dusza dostąpi jedności z Bogiem, umiera wprost ze szczęścia. Arka Niepokalanego Serca Maryi zapowiada misję Maryi Dziewicy w szerzeniu Płomienia Miłości. Jezus zaprasza nas do wejścia do Arki i życia orędziami Jego i naszej Matki. Ponieważ Płomień Miłości ratuje nas w tych trudnych i ciemnych czasach, zjednoczmy się z Płomieniem Miłości i ofiarujmy Maryi nasze wysiłki, aby rozprzestrzenić go jak pożar wokół nas i na całym świecie.
Maryja: Jestem przecież waszą kochającą Matką, która was nie opuści. Jednoczcie się ze wszystkich sił i przygotowujcie dusze, by dały schronienie temu Płomieniowi. Odpowiednim miejscem dla niego będą serca tych, którzy pielgrzymują do sanktuariów. Ja, Matka łaski, nieustannie błagam mojego Boskiego Syna, aby wasze drobne wysiłki zjednoczył ze swoimi zasługami.
Nie bójcie się Płomienia, który zapłonie niepostrzeżenie. Jego łagodny blask nie wzbudzi lęku, bo w sercach będą się dokonywać cuda. (Dziennik duchowy PM – 4 maja 1962)
Chwila na refleksję
Czy jestem świadomy, że moralnemu zepsuciu należy przeciwstawić uświęcenie?
Czy mam czas na pielgrzymkę do sanktuariów maryjnych? Czy uczestniczę w rekolekcjach?
Czy zdaję sobie sprawę, że Płomień Miłości Niepokalanego Serca Maryi jest arką ocalenia dla naszych czasów?
Intencja
Przyjmuję dziś Płomień Miłości jako ostateczny ratunek przed niebezpieczeństwem, także dla innych dusz.
Różaniec
Odmawiamy jedną część Różańca (5 tajemnic) przypadającą na dany dzień, dodając na końcu:
Matko Boża, rozlewaj na całą ludzkość działanie łaski Twojego Płomienia Miłości, teraz i w godzinę śmierci naszej. Amen.
Święty Józefie, Ty w Betlejem szukałeś dla Matki Bożej miejsca na nocleg. Prosimy Cię, pomóż nam znajdować w ludzkich sercach miejsce dla jej Płomienia Miłości! Amen.
Dzień 8 – 31 stycznia
Rozprzestrzenianie Płomienia Miłości Niepokalanego Serca Maryi
Zapalamy świecę i rozpoczynamy od uczynienia pięciokrotnego znaku krzyża, jednocześnie całując pięć Ran Pana Jezusa na krzyżu (patrz: “Modlitwy na każdy dzień nowenny” na górze strony).
Płomień Miłości jest łaską, którą Matka Boża otrzymała od Ojca Niebieskiego przez zasługi Świętych Ran Jezusa. Jej działanie polega na oślepianiu szatana, uniemożliwiając mu doprowadzanie dusz do grzechu. Dziewica Maryja prosi nas o pomoc w rozprzestrzenianiu Jej Płomienia Miłości na całym świecie. Oczekuje pilnej i wspaniałomyślnej odpowiedzi od każdego ze swoich dzieci.
Maryja: Jak myślicie, kto będzie odpowiadał za stawiane mi przeszkody? Gdyby tacy znaleźli się między wami, ze wszystkich sił brońcie przed nimi Płomienia mojej miłości! Starajcie się o oślepienie szatana, bo inaczej kiedyś zostaniecie pociągnięci do odpowiedzialności z powodu wielu, wielu zgubionych dusz. Nie chcę, by choć jedna dusza została potępiona. Szatan oślepnie na tyle, na ile zaangażujecie się w to dzieło. (Dziennik duchowy PM – 27 listopada 1963)
Bliski jest czas, gdy zapłonie Płomień mojej miłości, a kiedy to nastąpi, szatan zostanie oślepiony. Dam wam to odczuć, by pomnożyć w was ufność. Wleje to w wasze serca wielką siłę. Poczuje ją każdy człowiek, do którego dotrze Płomień. Zapłonie on nie tylko w poświęconych mi krajach, ale i na całej ziemi, rozszerzając się na cały świat, nawet na najbardziej niedostępne zakątki, bo i dla diabła nie ma niedostępnych miejsc! Niech napełnia to was siłą i ufnością! Będę wspierać wasz trud nieznanymi dotąd cudami. (Dziennik duchowy PM – 1 sierpnia 1962)
Chwila na refleksję
Czy daję z siebie wszystko, współpracując z ruchem Płomienia Miłości, aby wypełnić misję, jaką powierzyła nam Matka Boża?
Co robię, aby uczynić znanym Płomień Miłości Niepokalanego Serca Maryi i ofiarowywać pocieszenie moim braciom i siostrom w potrzebie?
Intencja
Poprzez moje zjednoczenie z Jezusem Płomieniem Miłości, sam staję się „Płomieniem Miłości”, aby mój przykład rozsławiał ruch Płomienia Miłości i zachęcał jak najwięcej osób do przyłączenia się do tego maryjnego dzieła.
Różaniec
Odmawiamy jedną część Różańca (5 tajemnic) przypadającą na dany dzień, dodając na końcu:
Matko Boża, rozlewaj na całą ludzkość działanie łaski Twojego Płomienia Miłości, teraz i w godzinę śmierci naszej. Amen.
Święty Józefie, Ty w Betlejem szukałeś dla Matki Bożej miejsca na nocleg. Prosimy Cię, pomóż nam znajdować w ludzkich sercach miejsce dla jej Płomienia Miłości! Amen.
Dzień 9 – 1 luty
Nasz dom – sanktuarium Płomienia Miłości
Zapalamy świecę i rozpoczynamy od uczynienia pięciokrotnego znaku krzyża, jednocześnie całując pięć Ran Pana Jezusa na krzyżu (patrz: “Modlitwy na każdy dzień nowenny” na górze strony).
Dzisiaj diabeł koncentruje wszystkie swoje wysiłki szczególnie na tym, aby zniszczyć rodziny. Musimy rozpoznać strategie, jakimi posługuje się szatan, aby zniszczyć świętość małżeństwa i rodziny. Są to: negacja Boga i brak wiary, brak modlitwy, rutyna w rodzinie, brak dialogu, pycha, zazdrość, niewierność, pornografia, złość, raniące słowa, brak przebaczenia – krótko mówiąc, to wszystko, co rozbija lub pomniejsza miłość. Musimy być czujni, aby temu zapobiec. Musimy uwolnić broń Płomienia Miłości i moc modlitwy rodzinnej. „Bo gdzie są dwaj albo trzej zebrani w imię Moje, tam jestem pośród nich” (Mt 18, 20).
Maryja:Moja mała karmelitanko! Za twoim pośrednictwem chcę wyrazić bezgraniczną miłość mojego matczynego Serca oraz wypływający z niej ból, który odczuwam z powodu grożącego całemu światu niebezpieczeństwa rozpadu rodzin. Moje matczyne błaganie kieruję zwłaszcza do was i w jedności z wami pragnę ratować ziemię. Córko, tobie w szczególny sposób pozwalam dostrzec, z jaką mocą działam, by oślepić szatana. (Dziennik duchowy PM ‒ 17 stycznia 1964)
Jezus:Wiesz, że tam [w domu w Nazarecie] przygotowywałem się do wielkiej ofiary i licznych cierpień, które dla was wziąłem na siebie. I ty musiałaś się ukształtować w rodzinnym gnieździe, a ponieważ byłaś sierotą, dom zyskany dzięki założeniu rodziny stał się dla ciebie miejscem, gdzie przygotowałaś się do swojego powołania, które może dojrzeć wyłącznie w sanktuarium rodziny. Znam cię i znam twoje talenty, dlatego Bóg w swojej Opatrzności zaplanował wszystko tak, aby uzdolnić cię do ogłoszenia światu mojego orędzia. Z rodzinnej świątyni musicie wyjść w świat, rzucić się w ciężki bój życia. Pociągające ciepło tej świątyni ogrzewa dusze powracające z błędnych dróg. Tutaj odnajdują z powrotem siebie i na nowo zwracają się ku Bogu. Wy, matki, musicie zachować dla dzieci wyrozumiałe ciepło serca również po ich odejściu. To wielka odpowiedzialność, która na was spoczywa. Nie myślcie tylko, że dorosłe dziecko nie potrzebuje już rodziców! Moja Matka chodziła za Mną z miłością, a Jej ofiara i modlitwa wszędzie Mi towarzyszyły. I wy powinnyście tak postępować, a Ja błogosławię waszym wysiłkom.
Moja Matka zobowiązała Mnie do tego, wybłagawszy mocą swojego orędownictwa strumień wielkich łask dla rodzin, który teraz zamierza wylać na ziemie. Jak sama powiedziała, takie wylanie łask nigdy jeszcze nie nastąpiło, odkąd Słowo stało się ciałem! (Dziennik duchowy PM ‒ 17 stycznia 1964)
Chwila na refleksję
Czy modlę się za podzielone rodziny przez Płomień Miłości Niepokalanego Serca Maryi?
Czy dokonałem poświęcenia mojej własnej rodziny zjednoczonym Sercom Jezusa, Maryi i Józefa?
Czy modlę się wspólnie w modlitwie małżeńskiej i rodzinnej?
Intencja
Zwracam się do Płomienia Miłości, aby błagać o miłosierdzie i przebaczenie dla mojej rodziny, aby wyprosić uzdrowienie podzielonych rodzin i uwolnić ich członków od zniewolenia przez szatana.
Różaniec
Odmawiamy jedną część Różańca (5 tajemnic) przypadającą na dany dzień, dodając na końcu:
Matko Boża, rozlewaj na całą ludzkość działanie łaski Twojego Płomienia Miłości, teraz i w godzinę śmierci naszej. Amen.
Święty Józefie, Ty w Betlejem szukałeś dla Matki Bożej miejsca na nocleg. Prosimy Cię, pomóż nam znajdować w ludzkich sercach miejsce dla jej Płomienia Miłości! Amen.
Fragmenty dziennika duchowego Elżbiety Kindelmann zaczerpnięte z książki:„Płomień Miłości Niepokalanego Serca Maryi”, Elżbieta Kindelmann, wyd. Esprit., Nihil obstat: Kuria Metropolitalna w Krakowie, 21 czerwca 2022 r., bp Damian Muskus, wik. gen., o. prof. dr hab. Tomasz Dąbek OSB, cenzor
***
12 stycznia
Niedziela Chrztu Pańskiego
fot. Ron Lach/Pexels
***
Kościół katolicki obchodzi dziś w liturgii święto Chrztu Pańskiego. Kończy ono okres Bożego Narodzenia, choć w polskiej tradycji jeszcze do 2 lutego śpiewa się kolędy i nie rozbiera się szopki.
Święto Chrztu Pańskiego obchodzone jest w pierwszą niedzielę przypadającą po uroczystości Objawienia Pańskiego.
Najstarszej tradycji tego święta należy szukać w liturgii Kościoła wschodniego, ponieważ pomimo wyraźnego udokumentowania w Ewangeliach chrzest Jezusa nie posiadał w liturgii rzymskiej oddzielnego święta. Dekretem Świętej Kongregacji Obrzędów z 23 marca 1955 r. ustanowiono na dzień 13 stycznia, w miejsce dawnej oktawy Epifanii, wspomnienie chrztu Jezusa Chrystusa. Posoborowa reforma kalendarza liturgicznego w 1969 r. określiła ten dzień jako święto Chrztu Pańskiego. Pominięto wyrażenie “wspomnienie” i przesunięto jego termin na niedzielę przypadająca po 6 stycznia.
Teksty modlitw związane ze świętem Chrztu Pańskiego odzwierciedlają bardzo dokładnie i szczegółowo przekazy Ewangelii. Podkreślają przy tym związek tego święta z uroczystością Objawienia Pańskiego.
Chrystus już jako dorosły, 30-letni mężczyzna, przychodzi nad brzeg Jordanu, by z rąk Jana Chrzciciela, swojego poprzednika, przyjąć chrzest. Chociaż sam nie miał grzechu, nie odsunął się od grzesznych ludzi: wraz z nimi wstąpił w wody Jordanu, by dostąpić oczyszczenia. W ten sposób uświęcił wodę. Najszczegółowiej to wydarzenie zrelacjonował św. Mateusz, choć opis chrztu Jezusa zostawili wszyscy trzej synoptycy.
W dniu chrztu Jezus został przedstawiony przez swojego Ojca jako Syn posłany dla dokonania dzieła zbawienia. Misję Chrystusa potwierdza swym świadectwem Bóg Ojciec. Zamknięte przez grzech Adama niebiosa otwierają się, na Jezusa zstępuje Duch Święty. Z nieba daje się słyszeć jednoznaczny głos: „Tyś jest mój Syn umiłowany, w Tobie mam upodobanie”.
Kai
***
Wody czyste
Wody Jordanu są dzisiaj mętne, szarożółte. Dwa razy miałem okazję przypatrywać się ludziom, którzy do nich wchodzili i symbolicznie odnawiali chrzest.
***
Po krótkiej modlitwie księdza zanurzali się w wodzie, z której wychodzili radośni i szczęśliwi, a towarzyszył temu entuzjazm pozostałych uczestników obrzędu. Za każdym razem oglądałem te sceny z innego brzegu: raz z palestyńskiego, raz z jordańskiego. Zapamiętałem żarliwe zapewnienia przewodnika z Jordanii, że to właśnie przy jordańskim brzegu rzeki Jan Chrzciciel ochrzcił Jezusa Chrystusa. Pamiętam też własne zdziwienie i podziw dla odwagi uczestników tych obrzędów, bo krótką chwilę wcześniej przewodnik wyjaśniał, jak bardzo zanieczyszczona jest rzeka. Przy tej okazji zawsze przypomina mi się słynna mapa z Madaby – najstarsza zachowana do dzisiaj mapa Ziemi Świętej (to ona między innymi ma rozwiewać wątpliwości co do miejsca, w którym chrzest przyjął Jezus). Wystarczy przejechać jakieś pół godziny od stolicy Jordanii, żeby ją podziwiać, a i wziąć udział w poszukiwaniu odpowiedzi na liczne pytania. Na przykład to o przedstawione na niej dwie ryby, które stykają się pyszczkami. Jedna jakby oddala się od Morza Martwego (w którym, jak wiadomo, żyć się nie da), a druga płynie jej na spotkanie z nurtem Jordanu. Większość historyków i archeologów interpretuje ten punkt na mapie jako symbol miejsca spotkań chrześcijan.
Bieżący numer „Gościa” poświęciliśmy temu, co jest najważniejsze, nie tylko ostatnio. Z jednej strony piszemy o sakramencie chrztu, a to z powodu przypadającego w tę niedzielę święta Chrztu Pańskiego. Z drugiej kontynuujemy wątek katechezy w szkole – za sprawą stanowiska Prezydium Konferencji Episkopatu Polski wobec zmian wprowadzanych przez Ministerstwo Edukacji Narodowej w organizacji lekcji religii w szkołach publicznych, odczytanego w wielu kościołach 1 stycznia. Zmiany te, wprowadzone bez wymaganego przez ustawę porozumienia z władzami Kościoła katolickiego i Polskiego Autokefalicznego Kościoła Prawosławnego oraz innych Kościołów i związków wyznaniowych, komunikat nazywa szkodliwymi z punktu widzenia wychowawczego. „Wobec takich działań MEN i braku woli porozumienia w sprawie kluczowej dla edukacji i wychowania polskich dzieci i młodzieży do wartości wyrażamy stanowczy sprzeciw” – piszą biskupi i dodają, że Kościół będzie podejmował dalsze stosowne kroki prawne mające na celu powstrzymanie wprowadzanych zmian. W bieżącym numerze nie tylko omawiamy szczegóły tych bezprawnych posunięć („Spór nie tylko o naukę religii” – s. 16), ale i wracamy pamięcią do lat pięćdziesiątych ubiegłego wieku, kiedy to religię usunięto z polskich szkół („Salami z religii” – s. 19). No cóż… jakie czasy, takie reformy (lub taka demokracja). Czy może inaczej – taki styl wchodzenia ludziom w życie, z jednoczesną deklaracją, że to w imię demokracji i dla ich dobra. W czystej wodzie widać byłoby więcej, praktycznie więc rozumują niektórzy, że najpierw trzeba ją trochę zamącić. Ważne, żebyśmy jako obywatele państwa demokratycznego nie dali się na to złowić.
ks. Adam Pawlaszczyk/Gość Niedzielny
***
Istocphoto/Gość Niedzielny
***
Chrzest znakiem jedności. Kościół katolicki uznaje ważność chrztu w wielu wspólnotach chrześcijańskich
Kościół katolicki uznaje chrzest poprawnie udzielony w innych wspólnotach chrześcijańskich, nawet gdy one nie uznają chrztu katolickiego. Nie każda jednak grupa religijna, która chrzci, jest chrześcijańska.
W 2020 roku głośny był dramat księdza Matthew Hooda, proboszcza parafii św. Wawrzyńca w amerykańskim mieście Utica, który odkrył, że… nie jest katolikiem. Przyczyną był fakt, iż nie został on ważnie ochrzczony. Zdał sobie z tego sprawę, gdy przeglądał zarejestrowane w 1990 roku nagranie wideo z własnego chrztu, a dokładniej z ceremonii, która miała być chrztem. Nie była nim z powodu niewłaściwego sformułowania, jakiego użył kapłan. Zamiast słów: „Ja ciebie chrzczę w imię Ojca, Syna i Ducha Świętego”, przewodniczący obrzędowi diakon powiedział: „My ciebie chrzcimy…”.
Odnosząc się do tej kwestii, watykańska Kongregacja Nauki Wiary stwierdziła w nocie wyjaśniającej, że chrzest nie jest ważny i musi być udzielony ponownie. Tym samym nieważne okazały się wszystkie inne sakramenty, które przyjął Matthew Hood, i większość sakramentów, których udzielał, pełniąc funkcję duchownego.
Proboszcz został skutecznie ochrzczony 9 sierpnia 2020 roku, przyjął Komunię i został bierzmowany, po tygodniu przyjął święcenia diakonatu, a dwa dni później święcenia prezbiteratu.
Sytuacja ta pokazała, jak ważna jest staranność w udzielaniu sakramentów, a także jak kluczowym sakramentem jest chrzest.
Niekoniecznie katolik
„Chrzest jest konieczny do zbawienia dla tych, którym była głoszona Ewangelia i którzy mieli możliwość proszenia o ten sakrament” – głosi katechizm (1257).
O konieczności chrztu mówi sam Jezus w rozmowie z Nikodemem: „Jeśli się ktoś nie narodzi z wody i z Ducha, nie może wejść do królestwa Bożego” (J 3,5).
Kościół stara się nie zaniedbywać nakazu Chrystusa, „by »odradzać z wody i z Ducha Świętego« wszystkich, którzy mogą być ochrzczeni”, bo, jak czytamy w katechizmie, „nie zna oprócz chrztu innego środka, by zapewnić wejście do szczęścia wiecznego”.
Chrzest jest ważny, gdy udziela go człowiek, który ma właściwą intencję – nawet jeśli nie jest katolikiem. Taka jest praktyka Kościoła już od starożytności. W połowie III wieku papież Stefan I wzywał do zachowania tradycji nakładania rąk na heretyków przychodzących do Kościoła katolickiego, bez powtarzania chrztu. Podobnie twierdził św. Augustyn, który podkreślał, że ważność chrztu nie zależy od osobistej świętości szafarza ani też od jego przynależności kościelnej.
Ważność chrztu udzielanego przez niekatolików wynika z faktu, iż prawdziwym szafarzem sakramentu jest Chrystus. Potwierdził to sobór trydencki, ustalając, że prawdziwy jest chrzest udzielany także przez heretyków w imię Ojca i Syna, i Ducha Świętego, z intencją czynienia tego, co czyni Kościół katolicki. Chodzi o to, aby, jak precyzuje Katechizm Kościoła Katolickiego, „chcieć uczynić to, co czyni Kościół, gdy chrzci”.
Nauczanie to podtrzymują najnowsze dokumenty Kościoła katolickiego, stanowiąc, iż ochrzczeni w niekatolickiej wspólnocie kościelnej nie powinni być powtórnie chrzczeni, o ile nie zachodzi uzasadniona wątpliwość co do materii, formy albo intencji ochrzczonego lub szafarza chrztu.
Z tej przyczyny Kościół katolicki uznaje ważność chrztu w innych wspólnotach chrześcijańskich. Ma to szczególne znaczenie w przypadku zawierania małżeństw mieszanych – wystarczy wówczas świadectwo chrztu małżonka innego wyznania. Także gdy, na przykład, luteranin deklaruje gotowość zostania katolikiem, nie musi ponownie przyjmować chrztu.
Chrzest dorosłych w Jordanie /fot. ks. Adam Pawlaszczyk/Gość Niedzielny
***
Pionierskie porozumienie
Podobnie jest w przypadku innych Kościołów chrześcijańskich. Uznanie chrztu to kluczowa kwestia dla relacji ekumenicznych. Ważne decyzje zapadły w tym względzie w roku 1964, kiedy podczas Soboru Watykańskiego II zatwierdzono „Dekret o ekumenizmie”. Trzy lata później zalecono m.in. prowadzenie dialogu z władzami i radami ekumenicznymi innych Kościołów w ramach jakiegoś jednego narodu lub terytorium.
Pionierem pod tym względem była Polska. Rozmowy w sprawie ważności chrztu rozpoczęły się jeszcze w latach 60. minionego wieku i były prowadzone między Kościołem Rzymskokatolickim i Wspólnotami Chrześcijańskimi zrzeszonymi w Polskiej Radzie Ekumenicznej.
Dialog na temat wzajemnego uznania ważności chrztu trwał prawie 30 lat i zakończył się porozumieniem pomiędzy Kościołem Rzymskokatolickim i siedmioma Wspólnotami Chrześcijańskimi.
23 stycznia 2000 roku w ewangelicko-augsburskim kościele Świętej Trójcy w Warszawie odbyło się uroczyste podpisanie deklaracji „Sakrament chrztu znakiem jedności”. Sygnatariuszami byli przedstawiciele Kościoła rzymskokatolickiego i sześciu Wspólnot Chrześcijańskich należących do Polskiej Rady Ekumenicznej: Polskiego Autokefalicznego Kościoła Prawosławnego, Kościoła Ewangelicko-Augsburskiego w RP (luteranie), Kościoła Ewangelicko-Reformowanego w RP (kalwiniści), Kościoła Ewangelicko-Metodystycznego (metodyści), Kościoła Starokatolickiego Mariawitów i Kościoła Polskokatolickiego.
„W moim przekonaniu deklaracja o wzajemnym uznawaniu chrztu to najważniejszy dokument, jaki udało się wypracować, podpisać i wprowadzić w życie, w ekumenizmie w Polsce” – mówił podczas uroczystości prezes Polskiej Rady Ekumenicznej bp Jerzy Samiec.
Kościoły zgodziły się w trzech kwestiach:
1. Sakrament chrztu ustanowił Jezus Chrystus i polecił go udzielać. Chrzest jest wyjściem z niewoli, wciela w Chrystusa Ukrzyżowanego i Zmartwychwstałego, wprowadza w Nowe Przymierze, jest znakiem nowego życia w Chrystusie, obmyciem z grzechu, jest oświeceniem przez Chrystusa, nowymi narodzinami, przyobleczeniem się w Chrystusa, odnowieniem przez Ducha, zwróconą do Boga prośbą o dobre sumienie i wyzwoleniem, które prowadzi do jedności w Jezusie Chrystusie, gdzie zostają przezwyciężone podziały ze względu na stan społeczny, rasę czy płeć.
2. Chrzest jest z wody i Ducha Świętego; udziela się go w imię Ojca i Syna, i Ducha Świętego. Chrzest jednoczy ochrzczonego z Chrystusem, chrześcijan między sobą. Wprowadza do Kościoła i stanowi początek życia w Chrystusie, którego celem jest „uwielbianie chwały”.
3. Ochrzczeni żyjący w jednym miejscu i czasie wspólnie ponoszą odpowiedzialność za świadectwo składane Chrystusowi i Ewangelii. Ochrzczeni żyją dla Chrystusa, dla Jego Kościoła i dla świata, który On miłuje, oczekując w nadziei na objawienie się nowego stworzenia Bożego oraz na czas, gdy Bóg będzie wszystkim we wszystkich. Chrzest w Chrystusie jest wezwaniem dla Kościołów, aby przezwyciężyły swoje podziały i w widzialny sposób zamanifestowały swoją wspólnotę.
Dokumentu nie podpisały Wspólota Chrześcijan Baptystów RP i mniejsze denominacje wywodzące się z ruchu ewangelikalnego. Baptyści, życzliwie odnosząc się do wysiłków dotyczących wzajemnego uznania chrztu, nie zgodzili się jednak z wszystkimi wnioskami dokumentu, m.in. ze stwierdzeniem, że chrzest wyprowadza z niewoli, wciela w Chrystusa Ukrzyżowanego i Zmartwychwstałego, wprowadza w Nowe Przymierze i jest znakiem nowego życia w Chrystusie. Głównym powodem odmowy przystąpienia do porozumienia był fakt, iż deklaracja uwzględnia także chrzest dzieci, a baptyści i członkowie wspólnot ewangelikalnych nie uznają sakramentu osób nieświadomych.
Sytuacja jest więc taka, że Kościół katolicki uznaje chrzest baptystów i osób ochrzczonych we wspólnotach ewangelikalnych, ale oni nie uznają chrztu przyjętego w Kościele katolickim.
Kościół katolicki bowiem zasadniczo uznaje ważność chrztu we wszystkich Wspólnotach Chrześcijańskich, jeśli został on prawidłowo udzielony.
Wątpliwości
Wypracowana w Polsce deklaracja „Sakrament chrztu znakiem jedności” stała się inspiracją dla innych krajów i Wspólnot Chrześcijańskich, które także podjęły wysiłki dla wypracowania porozumienia co do wzajemnego uznania chrztu.
Rozmowy nie dotyczą jednak każdej grupy religijnej, która chrzci swoich członków.
Przez długi czas nie było jasności co do ważności tego sakramentu udzielonego w niektórych wspólnotach, szczególnie powstałych w XIX wieku w USA, takich jak mormoni czy świadkowie Jehowy. Ci ostatni, bardzo rozpowszechnieni w Polsce, przyjmują chrzest podczas kongresów, w obecności wielu współwyznawców, zazwyczaj w specjalnie przygotowanych basenach, zanurzając się całkowicie w wodzie. Towarzyszące im osoby wypowiadają nad nimi tzw. formułę trynitarną, czyli, zgodnie ze słowami Jezusa, robią to „w imię Ojca i Syna, i Ducha Świętego”. Forma i materia są więc zachowane, ale jest problem z intencją czynienia tego, co czyni Kościół, gdy chrzci. Świadkowie Jehowy nie wierzą m.in. w bóstwo Chrystusa, nie uznają bóstwa Ducha Świętego ani nawet tego, że jest osobą, i nie uważają chrztu za wszczepienie w Chrystusa.
Co do ważności chrztu świadków Jehowy nie ma dotąd oficjalnego stanowiska Kościoła, ale ich chrzest jest na ogół uważany za nieważny, ponieważ nie wyznają Trójcy Świętej. Wynika to już z uchwał I Soboru Nicejskiego, stwierdzającego, że chrzest udzielany w kontekście błędnej wiary trynitarnej nie jest ważny.
Chrzest nieważny
Od roku 2002 jasne jest stanowisko Kościoła w odniesieniu do chrztu mormonów. Wtedy to Kongregacja Nauki Wiary udzieliła negatywnej odpowiedzi na pytanie o ważność chrztu udzielonego we Wspólnocie Jezusa Chrystusa Świętych Dni Ostatnich, znanym jako mormoni.
Kierowana wówczas przez kard. Josepha Ratzingera kongregacja przeanalizowała cztery elementy w nauczaniu i praktyce mormonów. Nie było problemu w kwestii materii chrztu – mormoni stosują chrzest przez zanurzenie w wodzie, co jest jednym ze sposobów celebracji tego sakramentu także w Kościele katolickim. Wskazano jednak wątpliwości w odniesieniu do formuły, która u mormonów brzmi: „Będąc upoważnionym przez Jezusa Chrystusa, ja ciebie chrzczę w imię Ojca i Syna, i Ducha Świętego”. Pozornie jest to wezwanie Trójcy, ale według mormonów Ojciec Syn i Duch Święty nie są osobami, w których istnieje jedyne Bóstwo, ale trzema bogami, którzy tworzą jedno bóstwo. Każdy jest różny od pozostałych, nawet jeżeli pozostają w doskonałej harmonii. W ich doktrynie trzej bogowie, będący zarazem ludźmi, zjednoczyli się w celu zbawienia człowieka. Bóg Ojciec, według nich, ma żonę, tzw. Niebiańską Matkę, a Jezus jest ich potomkiem, podobnie jak Duch Święty, co sprawia, że w istocie wierzą w czterech bogów. Zatem mormoni rozumieją Ojca, Syna i Ducha Świętego w sposób całkowicie różny od chrześcijańskiego, a ich doktryna czerpie ze źródeł pozachrześcijańskich.
W tej sytuacji, jak wskazała Kongregacja, samo pojęcie Boga u mormonów sprawia, iż szafarz Wspólnoty Jezusa Chrystusa Świętych Dni Ostatnich nie może mieć intencji czynienia tego, co czyni Kościół katolicki, czyli tego, co Chrystus nakazał czynić, gdy ustanowił sakrament chrztu. Między innymi z tych powodów Kościół uznał chrzest udzielany przez mormonów za nieważny.
Franciszek Kucharczak/Gość Niedzielny
***
fot. brikel21/Freepik
***
„Chrzest daje nam wszystkie narzędzia do walki o świętość”
Dlaczego Jezus przyjął chrzest? Dlaczego chrzcimy dzieci, a nie dorosłych? Czy niewierzący może zostać chrzestnym? Wyjaśnia ks. dr hab. Marcin Kowalski.
Michał Górski: Czym jest chrzest? Jak najprościej go zdefiniować?
Ks. Marcin Kowalski: Nasze słowo „chrzest” to tłumaczenie greckiego baptisma, które oznacza „obmycie”, „zanurzenie”. Przywodzi ono na myśl pierwsze obrazy Ewangelii, gdzie opisane jest zanurzenie Jezusa w Jordanie. Wszystkie Ewangelie synoptyczne (Marka, Mateusza, Łukasza) wspominają postać Jana Chrzciciela i moment, w którym Jezus przyjmuje do niego chrzest.
Dlaczego Jezus przyjął chrzest? Czym ten chrzest różni się od naszego?
Egzegeci właściwie zadają to pytanie do dzisiaj. Wydarzenie chrztu Jezusa w Jordanie jest z punktu widzenia nauk biblijnych fascynujące. Dla pierwszych chrześcijan było równocześnie problematyczne. Pytali, „dlaczego Ten, który jest Mistrzem, Mesjaszem, podporządkowuje się i przyjmuje chrzest z rąk Jana, który chrzci grzeszników, i który jest niższy od Niego?” To wydarzenie zachowane w Ewangeliach jest w 100% historyczne. Chrześcijanie nie mogliby skomponować historii, która rzucała wątpliwe światło na Jezusa.
Dlaczego Jezus przyszedł nad Jordan? Jan udzielał tam Chrztu, który Marek nazywa „chrztem nawrócenia na odpuszczenie grzechów” (Mk 1,4). Ten Chrzest przygotowuje przyjście Mesjasza. Chrzest Janowy zapowiada przyjście kogoś mocniejszego (Mk 1,7-8).
Istnieją hipotezy, które mówią, że Jezus wchodzi do Jordanu jako grzesznik, ale biorąc pod uwagę całą tradycję Nowego Testamentu dot. bezgrzeszności Jezusa, jest to hipoteza nie do przyjęcia.
Inni sugerują, że wchodzi On tam jako reprezentant grzesznego Izraela. W historii Izraela opisanej w Starym Testamencie wielcy liderzy, tacy jak Ezdrasz biorąc odpowiedzialność za lud – chociaż sami nie popełnili grzechu – wyznają razem z nim grzech i proszą Boga o przebaczenie (Ezd 9,6-15; Ne 9,6-37). Niektórzy mówią, że Jezus dokonuje tu aktu solidarności z grzesznym Izraelem, który potrzebuje nawrócenia i modlitwy. W Jordanie nie słyszymy jednak wyznania grzechu ze strony Jezusa, więc idea solidarności z grzechem jest również wykluczona. Niektórzy mówią, że Jezus wchodzi tam jako sprawiedliwy, który się nawraca i solidaryzuje ze sprawiedliwymi w Izraelu – z resztą, która czeka na zbawienie. Jest to lepsza interpretacja, ale ona także jest niepełna.
Ostatecznie patrząc na całą narrację – na objawienie, które następuje później, a także otwierające się niebo i słowa „To jest mój Syn umiłowany, w którym mam upodobanie, Jego słuchajcie!” – widać, że Jezus nie wchodzi w wody Jordanu, aby solidaryzować się z grzechem Izraela, ale po to, aby ukazać, kim jest. To także moment przełomowy w jego życiu, początek publicznej misji. Czytając Ewangelie Marka, Łukasza i Mateusza widzimy, że Jezus przychodzi nad Jordan już przekonany o swoim synostwie i o swojej wyjątkowości. Nie przychodzi odkrywać tego kim jest, jak w filmie Ostatnie kuszenie Jezusa Martina Scorsese. On przychodzi objawić, kim jest. Marek mówi, że Jezus wchodzi w wody Jordanu oddzielnie, jakby obok innych (Mk 1,9). To już jest Jezus wypełniający swoją misję. Według Marka nad Jordanem ukazuje On swoją jedność z Ojcem w pragnieniu zbawienia grzeszników. Złamanej grzechem ludzkości chce dać swoje synostwo, swoją miłość, miłość Ojca. Mateusz pisze o Jezusowym przyjściu nad Jordan w celu wypełnienia całej Bożej sprawiedliwości, Pism, zapowiadających Mesjasza i jego dzieło zbawienia (Mt 3,15). Jezus nad Jordanem doskonale wie co robi. Rozpoczyna drogę, która zaprowadzi go do Jerozolimy.
Jezus nie wchodzi w wody Jordanu, aby solidaryzować się z grzechem Izraela, ale po to, aby ukazać, kim jest. To także moment przełomowy w jego życiu, początek publicznej misji.
Chrystus nad Jordanem ukazuje nam także dary, które będą naszymi dzięki Sakramentowi Chrztu. Chrzest Jezusa i chrześcijanina mają ze sobą wiele wspólnego, choć są także w swojej istocie różne. Chrześcijanin nie może skopiować tego, co wydarzyło się nad Jordanem. Kiedy przyjmujemy chrzest musimy uświadomić sobie, że chrzest Jezusa był wyjątkowy. Równocześnie – jak mówili Ojcowie Kościoła – „Chrystus wszedł tam, aby uświęcić te wody i zostawił nam na brzegu szatę chrzcielną”. Chrzest Jezusa zapowiada nasz chrzest i dary, którymi także nas obsypie Ojciec: Ducha, dziecięctwo Boże, chwałę nieba.
Jednym z celów chrztu jest obmycie nas z grzechu pierworodnego. Czy oznacza to, że po przyjęciu tego sakramentu stajemy się zupełnie innymi ludźmi? Jesteśmy bardziej przygotowani na prowadzenie walki duchowej? W jaki sposób tłumaczyć rodzicom, którzy chcą dać dziecku „wybór” w kontekście chrztu, że sakrament inicjacji chrześcijańskiej jest nam potrzebny już na początku naszej życiowej drogi?
Odroczenie chrztu do momentu, w którym będziemy mogli świadomie się na niego zdecydować, może być tragiczne w skutkach, ponieważ chrzest uznajemy za sakrament konieczny do zbawienia. Bez niego nie jesteśmy w pełni włączeni w zbawcze dzieło Chrystusa. To prawda, że Chrystus umarł za wszystkich, ale Nowy Testament kładzie nacisk na wiarę, która jest naszą konieczną odpowiedzią na to, co uczynił dla nas Zbawiciel. Taką decyzję wiary i przyjęcia zbawienia w Chrystusie wyrażamy właśnie we chrzcie. Chrzest gładzi grzech pierworodny, ale także, jeśli przyjmuje go dorosły, wszystkie inne grzechy. Przez to otwiera nam drogę do życia wiecznego.
Odroczenie chrztu do momentu, w którym będziemy mogli świadomie się na niego zdecydować, może być tragiczne w skutkach, ponieważ chrzest uznajemy za sakrament konieczny do zbawienia. Bez niego nie jesteśmy w pełni włączeni w zbawcze dzieło Chrystusa.
Czym zatem jest grzech pierworodny?
Najlepiej ilustruje to opowiadanie z Księgi Rodzaju 3, które opisuje historię człowieka kuszonego przez Złego. Pierwsi rodzicie w raju buntują się przeciw prawom Stwórcy, próbują zająć jego miejsce, bo do tego zachęcał ich Szatan. Grzech pierworodny to próba bycia jak Bóg. Ma ona tragiczne skutki, ponieważ widać jak później zło rozlewa się i zaraża cały stworzony świat, rozbija relacje z Bogiem oraz relacje między ludźmi. Grzech pierworodny to pierwszy grzech buntu przeciw Bogu. On tkwi u korzeni ludzkiej historii i zatruwa nasz stworzony świat do tego stopnia, że każdy kto się w nim rodzi jest przesiąknięty skłonnością do zła. Grzech pierworodny, ze względu na ludzką solidarność, tkwi głęboko w nas – wszyscy jesteśmy potomkami pierwszych ludzi, którzy się zbuntowali. My także nosimy w sobie gen buntu, którym zostaliśmy zainfekowani.
Grzech pierworodny, tak jak każdy grzech, wykopuje przepaść pomiędzy Bogiem a człowiekiem. Rodząc się jako ludzie, przychodzimy na ten świat jako przeciwnicy Boga. Od kontrowersji teologicznych pomiędzy Augustynem i Pelagiuszem Kościół stoi mocno na stanowisku, że wszyscy bez wyjątku są skażeni grzechem pierworodnym, także małe, „niewinne” dzieci. Nie warto czekać z chrztem. Grzech pierworodny, zło tego świata, są rzeczywistością, a nie fikcją. Potrzebujemy Bożej łaski, obmycia, które przychodzi razem z chrztem. Tak jak nie czeka się z miłością do momentu, aż dziecko dojrzeje, tak samo nie czeka się z chrztem – on jest gestem miłości rodzica i Boga wobec dziecka.
Czy w związku z tym można powiedzieć, że bez chrztu tendencja do czynienia zła jest w nas większa?
Bez chrztu ona się w nas rozwija i nie znajduje tamy w postaci Bożej łaski. Razem z Chrztem przychodzi łaska uświęcająca, rozwój w wierze, wspólnota Kościoła, która będzie nas wspomagać. Razem z chrztem przychodzi włączenie w Chrystusa i Jego dzieło. Chrzest daje coś więcej niż proste powiększenie naszego potencjału duchowego i odporności na zło. Chrzest gładzi grzech pierworodny i to, co z niego wynika – bez Chrztu jestem nad przepaścią, po drugiej jej stronie stoi Bóg. Tej przepaści nie możemy pokonać o własnych siłach. Bez Chrztu po śmierci wpadamy w tę przepaść, która oznacza potępienie.
Oczywiście Kościół mówi też o „chrzcie krwi”, który można przeżyć oddając życie za Chrystusa, nawet jeśli ktoś nie jest ochrzczony. Mówi również o „chrzcie pragnienia”, czyli o tych wszystkich, którzy nie poznawszy Chrystusa i nie mogąc przyjąć chrztu, zbawiają się przez dobre życie, albo o dzieciach, których rodzice nie zdążyli ochrzcić, choć tego pragnęli. W takim przypadku będą one zbawione.
Bez chrztu nie ma dla nas życia wiecznego. Paweł jasno stwierdza w Liście do Rzymian, że nikt nie może zbawić się o własnych siłach (1-4). Chrzest daje nam wszystkie narzędzia potrzebne do walki o świętość. W naszym życiu wspinamy się na najwyższą górę świata – Górę Królestwa Bożego. Sami o własnych siłach tam nie dotrzemy. Chrzest jest naszym wyposażeniem. To nasz czekan i nasze raki. To także cała ekipa – Szerpowie – wszyscy, którzy będą wspinać się na nasz życiowy Mount Everest razem z nami. Samemu to niemożliwe.
Słuchając Księdza zastanawiam się nad tym, ilu z nas ma choćby połowiczną świadomość tego, o czym Ksiądz mówi. Ilu z nas ma świadomość znaczenia własnego Chrztu? Czy nie powinniśmy przejść pewnego rodzaju reedukacji na temat tego sakramentu? Czym jest katechumenat i czy nie powinien on być obowiązkowy dla wszystkich ochrzczonych w dzieciństwie, często nie zdających sobie sprawy z tego, jak wielką łaską zostali obdarowani?
Katechumenat w tradycji Kościoła był przeznaczony dla tych, którzy jako dorośli przygotowywali się do przyjęcia sakramentu chrztu. Po przyjęciu chrztu w dzieciństwie formalnie nie ma on racji bytu. Z tradycji wiemy, że katechumenat był długi i bardzo surowy. Droga przygotowania katechumena była wymagająca. (…) Od II wieku mamy już jednak wzmianki o chrzcie dzieci, natomiast w Nowym Testamencie pojawiają się informacje o chrzcie przyjmowanym przez całe domostwo, z czego można dedukować, że także przez dzieci.
Chrzest dzieci był później uzupełniany katechezą domową, rodzinną. Po chrzcie rozpoczyna się właściwe wdrażanie w życie wiary. Sobór mówi o tym, że rodzina jest miejscem ewangelizacji, pierwszym miejscem głoszenia Ewangelii i nauki życia nią. To także miejsce, gdzie realizuje się nasza misja kapłańska, składania ofiary z siebie, i prorocka. To nasze chrześcijańskie rodziny zapewniają tzw. katechumenat, przygotowanie do życia wiary, którego potrzebuje dziecko po chrzcie.
Temu dojrzewaniu służy również katecheza w szkole oraz kolejne sakramenty. Świadomość chrztu powinna rosnąć w dziecku dzięki rodzicom, chrzestnym, dzięki Kościołowi, katechezie oraz kolejnym krokom wtajemniczenia chrześcijańskiego. Pytanie, do jakiego stopnia wywiązujemy się z naszej rodzinnej i kościelnej katechezy chrzcielnej.
Przejdźmy teraz do tematu rodziców chrzestnych. Wiemy, że życie pisze różne scenariusze i nie zawsze jest tak, że rodzice chcący ochrzcić dziecko będą ludźmi wierzącymi. W przypadku chrzestnych sytuacja jest już inna. Tutaj człowiek chcący zostać chrzestnym musi wykazać się wiarą…
Ideałem są wierzący rodzice i chrzestni. Kościół jest jednak przygotowany na różne scenariusze i są one przewidziane w Kodeksie Prawa Kanonicznego oraz w dokumentach dot. sakramentów chrześcijańskich. Może zdarzyć się sytuacja, że rodzice są niewierzący, ale chcą dla swojego dziecka chrztu. To szlachetne, dalekowzroczne, pełne miłości myślenie o swoim dziecku, w którym zakłada się, że chrzest może prezentować dar i szansę, której nie rozumiem, ale chciałbym, żeby moje dziecko nie było go pozbawione.
Kluczową sprawą są wówczas wierzący chrzestni. Wymaga się by był ktoś, np. w rodzinie, który zagwarantuje chrześcijańskie wychowanie dziecka. Warto zwrócić uwagę, że prawo wprowadza rozróżnienie między świadkami chrztu a chrzestnymi. Świadkiem może być każdy – nie musi być to człowiek wierzący. Wystarczy, że będzie w stanie stwierdzić, że chrzest się odbył. Ojciec chrzestny/matka chrzestna to już ktoś, kto charakteryzuje się wiarą i kto może prowadzić dziecko po drogach wiary. To ktoś gwarantujący pomoc rodzicom w chrześcijańskim wychowaniu dziecka.
Chrztu nie można odmówić, szafarz może jednak zdecydować o jego odłożeniu. Według instrukcji „Pastoralis actio” z 1980 roku, szafarz sakramentu może odłożyć chrzest, jeśli nie ma gwarancji, że dziecko zostanie wychowane w wierze katolickiej. (…) Odłożenie jest po to, żeby znaleźć kogoś, kto zagwarantuje właśnie proces wzrastania w wierze.
Jak wygląda sprawa warunków udzielenia chrztu? Czy są one inne dla dziecka, a inne dla osoby dorosłej?
Podstawowym warunkiem jest wiara. Od osoby dorosłej wymaga się świadomego wyznania swojej wiary. Żeby to wyznanie było świadome i wolne musi być poparte doświadczeniem poznania Chrystusa i jego Kościoła w wymiarze intelektualnym i duchowym, dlatego mamy instytucję wspomnianego katechumenatu. Tego procesu nie ma w przypadku dziecka. Za wiarę i proces chrześcijańskiego wychowania dziecka ręczą rodzice. To oni powodowani miłością chcą włączyć swoje dziecko w miłość Bożą. Chcą, aby nie było ono pozbawione wszelkich łask płynących z Krzyża i Zmartwychwstania Chrystusa. Katechizm Kościoła Katolickiego mówi, że wiara jest procesem, jest nam dana jakby w zalążku, z którego ma się rozwijać i dojrzewać. W dziecku widać to szczególnie wyraźnie. Wiara, której oczekuje się od dorosłych, w kontekście chrztu dziecka jest wciąż w początkowym stadium rozwoju.
Przyglądając się uroczystościom chrzcielnym widać, że większa część z nich dokonuje się podczas niedzielnej Eucharystii. Istnieje jednak zwyczaj chrzczenia dzieci również w inne dni, bez Mszy św. Wybór którejś z opcji świadczy o mniejszej lub większej dojrzałości w wierze u rodziców?
Nie ma w tym wypadku rozróżnienia pomiędzy bardziej lub mniej dojrzałym podejściem do sakramentu. Wiele zależy od tradycji lokalnych. Pracując w USA, spotkałem się z tym, że chrzty są tam najczęściej udzielane poza Mszą świętą. Rodzice chrzestni, cała rodzina przychodzą na Mszę i dopiero po niej udziela się chrztu. Ma on wtedy dłuższą, bardziej rozwiniętą formę ze specjalnym kazaniem do całej rodziny. Ktoś, kto chce przeżyć głębiej chrzest w sensie sakramentalnym, kto chce lepiej zrozumieć całą jego symbolikę, może wybrać opcję chrztu poza Mszą świętą, bo rzeczywiście pozwala ona na więcej.
Sam chrzest włączony w Eucharystię ma jednak również przepiękną symbolikę. Nieprzypadkowo w Wigilię Paschalną chrzci się dzieci. Jest to bardzo stara praktyka Kościoła, pokazująca do czego zmierza sakrament Chrztu. Włącza on nas w życie Chrystusa, Jego śmierć i zmartwychwstanie. Ich najpiękniejszą celebracją jest Eucharystia. Chrzest włącza także w życie sakramentalne i liturgiczne. To początek naszej drogi dojrzewania w Kościele. Ochrzczone dzieci już niedługo będą karmić się Ciałem Chrystusa. Jeśli sprawujemy chrzest z całą wspólnotą Kościoła, podczas Eucharystii, to cieszy się ona razem z nami z przyjęcia nowych członków, okazuje się być „płodną matka”. Ojcowie Kościoła używali pięknej metafory łona macierzyńskiego aplikując ją do źródła chrzcielnego, z którego rodzą się kolejne dzieci Kościoła.
Jak więc widzimy, oba sposoby celebrowania chrztu mają swoje walory, oba są godne polecenia. Zasadniczą praktyką w naszym polskim Kościele jest chrzest podczas Eucharystii i dobrze byłoby uświadomić sobie ich głębokie połączenie oraz symbolikę.
rozmawiał Michał Górski/Stacja7.pl
***
6 stycznia – poniedziałek
Uroczystość Objawienia Pańskiego czyli Epifania
Msza św. w sali parafialnej przy kościele św. Piotra o godz. 19.00
Przed Mszą św. – godzinna Adoracja Najświętszego Sakramentu
***
Oto nasza radość z tego, że Bóg objawił się człowiekowi i pokazał, kim jest
Waiting For the Word | CC BY 2.0
***
Boże Narodzenie to celebracja liturgiczna pewnego konkretnego faktu: przyszedł na świat Zbawiciel świata. Natomiast Epifania jest nie tyle wspomnieniem konkretnego wydarzenia historycznego, ile celebracją liturgiczną pewnej tajemnicy, tj. faktu, że Pan Bóg się w ogóle objawił. Innymi słowy, że Pana Boga można poznać.
Gdy zaś Jezus narodził się w Betlejem w Judei za panowania króla Heroda, oto Mędrcy ze Wschodu przybyli do Jerozolimy i pytali: «Gdzie jest nowo narodzony król żydowski? Ujrzeliśmy bowiem jego gwiazdę na Wschodzie i przybyliśmy oddać mu pokłon». Skoro to usłyszał król Herod, przeraził się, a z nim cała Jerozolima. Zebrał więc wszystkich arcykapłanów i uczonych ludu i wypytywał ich, gdzie ma się narodzić Mesjasz. Ci mu odpowiedzieli: «W Betlejem judzkim, bo tak napisał Prorok:
A ty, Betlejem, ziemio Judy, nie jesteś zgoła najlichsze spośród głównych miast Judy, albowiem z ciebie wyjdzie władca, który będzie pasterzem ludu mego, Izraela».
Wtedy Herod przywołał potajemnie Mędrców i wypytał ich dokładnie o czas ukazania się gwiazdy. A kierując ich do Betlejem, rzekł: «Udajcie się tam i wypytujcie starannie o Dziecię, a gdy Je znajdziecie, donieście mi, abym i ja mógł pójść i oddać Mu pokłon». Oni zaś wysłuchawszy króla, ruszyli w drogę. A oto gwiazda, którą widzieli na Wschodzie, szła przed nimi, aż przyszła i zatrzymała się nad miejscem, gdzie było Dziecię. Gdy ujrzeli gwiazdę, bardzo się uradowali. Weszli do domu i zobaczyli Dziecię z Matką Jego, Maryją; upadli na twarz i oddali Mu pokłon. I otworzywszy swe skarby, ofiarowali Mu dary: złoto, kadzidło i mirrę. A otrzymawszy we śnie nakaz, żeby nie wracali do Heroda, inną drogą udali się do swojej ojczyzny (Mt 2, 1-12).
Przytoczony fragment Ewangelii kojarzy się przede wszystkim z Uroczystością Trzech Króli. Przed przejściem do rozważań nad samym tekstem biblijnym, warto spojrzeć na kontekst liturgiczny, aby stało się to dla nas bardziej czytelne.
Epifania – Objawienie Pańskie
Po pierwsze musimy pamiętać, że poprawna nazwa uroczystości obchodzonej 6 stycznia, to Epifania, czyli Objawienie Pańskie. Jest to zarazem uroczystość, która jest dużo starsza od Uroczystości Bożego Narodzenia. Zanim zaczęto 25 grudnia obchodzić Boże Narodzenie, 6 stycznia (według obecnego kalendarza, bo w starożytności data ta była inaczej oznaczona) obchodzono Objawienie.
Boże Narodzenie jest bardziej łacińskie, zaś Epifania bardziej grecka. W pewnym momencie dochodziło nawet do sporów na tym tle. Na przykład Cyryl Aleksandryjski (V w. n.e.) pisze – „my nie jesteśmy jak ci nowinkarze, którzy obchodzą Boże Narodzenie, my jesteśmy jak nasi ojcowie, którzy oddają cześć Panu w czasie Świętej Epifanii”.
Druga uwaga – nasze Boże Narodzenie to celebracja liturgiczna pewnego konkretnego faktu, wydarzenia: Maryja i Józef przyszli do Betlejem na spis i narodziło się Dziecię, przyszedł na świat Zbawiciel świata. Natomiast Epifania jest nie tyle wspomnieniem konkretnego wydarzenia historycznego, ile celebracją liturgiczną pewnej tajemnicy, tj. faktu, że Pan Bóg się w ogóle objawił. Czyli innymi słowy, że Pana Boga można poznać.
Jesteśmy świadomi faktu, że Pan Bóg jest Nieskończony, Wszechpotężny itp., wiemy to z Katechizmu. Jeśli się nad tym zastanowić, to logicznie wynika z tego, że Pana Boga nie da się zamknąć w ludzkim słowie. Trudno cokolwiek o Nim powiedzieć. Jeśli zatem On sam czegoś o sobie nie powie, to my się o Nim niczego nie dowiemy. I właśnie 6 stycznia Grecy, czy w ogóle Wschód miał takie święto, radość z tego, że Bóg raczył do człowieka przemówić, tj. że się objawił, pokazał, kim jest.
Mędrcom Bóg objawia się jako poganom
I to jest zasadnicza treść tej uroczystości. Natomiast żeby zilustrować fakt objawienia się Boga, liturgia posługiwała się trzema wydarzeniami. Po pierwsze, pokłon mędrców ze wschodu, po drugie, przemiana wody w wino na weselu w Kanie Galilejskiej i po trzecie, Chrzest Jezusa w Jordanie.
Jeżeli spojrzymy do formularza mszalnego w Mszale Rzymskim, to z tych trzech wydarzeń pozostał tam jedynie hołd Trzech Króli, czy raczej magów (skądinąd nie wiadomo, ilu ich było). Natomiast jeśli weźmiemy Oficjum, to w antyfonach i hymnach do nieszporów, do Godziny Czytań, do jutrzni, te trzy cuda są wymienione.
Najstarsze homilie i niektórzy starożytni (np. homilia Grzegorza z Nazjanzu na Święto Świateł) komentują to w ten sposób, że mędrcom Bóg objawia się jako poganom, czyli takim, co nic nie wiedzą (jest to wyjście poza krąg Narodu Wybranego). Po drugie, objawia się swoim w czasie wesela w Kanie Galilejskiej.
Ta tradycja wywodzi się najpierw od św. Jana, który pisze: Taki to początek znaków uczynił Jezus w Kanie Galilejskiej. Objawił swoją chwałę i uwierzyli w Niego Jego uczniowie (J 2,11). Dla Jana jest to pierwsze objawienie wobec Żydów.
Ilu było magów?
Drugim jej źródłem jest stara egzegeza alegoryczna (z czasów Orygenesa, albo wcześniejsza), gdzie mowa jest o tym, że „kiedy Jezus przyszedł, woda Starego Testamentu stała się winem Nowego” – co symbolicznie ukazuje wypełnienie Starego Testamentu przez Pana Jezusa.
Z kolei Chrzest jest objawieniem Boga w Trójcy. Ojciec się objawia w głosie, Duch w gołębicy i Syn wstępuje do Jordanu.
Następnym razem, gdy będziemy świętować Epifanię, warto zatem pamiętać, że to nie tylko „Trzej Królowie”, ale objawienie się Boga człowiekowi w ogóle. Warto również przemedytować w tym kontekście antyfony z Oficjum. Tyle kontekst liturgiczny.
Natomiast jeśli sięgniemy po sam tekst biblijny, to też trzeba zacząć od sprostowania, że tekst grecki w ogóle nie mówi o królach (jak to się potocznie mówi), ale o magach (magoi). Po drugie, nie mówi, ilu ich było. Na pewno przynajmniej dwóch.
Czytając teksty patrystyczne, tradycję średniowieczną czy patrząc na katakumby, gdzie magowie są namalowani, to jest to różna liczba – dwóch, trzech, sześciu albo dwunastu (tu od liczby pokoleń Izraela, tudzież apostołów).
Liczba trzy jest zaś bardzo popularna na łacińskim Zachodzie i związana jest z liczbą darów. Natomiast imiona, których często używamy: Kacper, Melchior i Baltazar, są czysto średniowieczne i związane z kręgiem kolońskim (czyli w pewnym sensie tynieckim, bo fundacja Tyńca wyszła z kręgów Katedry kolońskiej). Bowiem w Kolonii, od około IX, X w. jest znany kult Magów, a w tamtejszej Katerze mają znajdować się relikwie Kacpra, Melchiora i Baltazara.
Magowie czyli kto?
Słowo mag (Biblia Tysiąclecia trzyma się konsekwentnie słowa mędrzec) kojarzy się nam z okultyzmem i podobnymi rzeczami niemiłymi Panu Bogu, natomiast należy pamiętać o tym, że magowie byli na Wschodzie swoistą kastą religijną. Bardzo wysoko wykształceni ludzie, obdarzeni autorytetem, którzy pełnili m.in. funkcje kapłańskie.
Owo „magoi” wskazuje na zajmowanie się astronomią, astrologią, czyli tym wszystkim, co zajmuje się obrotami nieba. W naszej kulturze, jak ktoś obecnie patrzy na gwiazdy, to jest astrofizykiem, astronomem albo wróży. Dla tamtych ludzi zaś życie było tak ściśle związane z ruchem gwiazd, że oni na podstawie ich położenia określali pory roku, siewu itp.
Był to bardzo ważny aspekt życia, wobec czego ludzie, którzy potrafili opowiedzieć, wyjaśnić wszystkie te sprawy, również w odniesieniu do pogody (co także miało wielkie znaczenie), mieli bardzo wysoką pozycję społeczną.
Słowo „mag” niekoniecznie oznacza zatem kogoś, kto rzuca zaklęcia, macha różdżką, tylko po porostu najwyższego kapłana. Znamiennym jest, że kiedy Persowie najechali w 614 r. Ziemię Świętą i doszczętnie ją zniszczyli (dzisiaj mało się o tym myśli, ale gdy przeszli oni przez państwo bizantyjskie, to byli niczym walec i nic po sobie nie zostawiali), gdy dotarli do Betlejem, to Bazylika Narodzenia była jedyną bazyliką konstantyńską, której nie zburzyli, bo na jej terenie zobaczyli mozaiki z perskimi magami.
Wierni swojej tożsamości
Jest w tym jakaś głęboka intuicja Mateusza, który – należy pamiętać – jest „najbardziej żydowskim” z ewangelistów. On pisze Ewangelię dla Żydów i Jezus jest pokazany jako nowy Mojżesz. Natomiast od samego początku ten monopol Narodu Wybranego na posiadanie Mesjasza zostaje przełamany, również przez tę historię pełną kontrastów.
Ludzie, którzy teoretycznie o Mesjaszu nic nie wiedzą, a jedynie badają naturę, ujrzeli Jego gwiazdę na wschodzie. Robili więc to co zazwyczaj, wykonywali swoje codzienne zajęcie, tj. patrzyli w gwiazdy i wiedzieli mniej więcej, co się będzie działo (np. w kontekście warunków pogodowych).
I oni w związku z tym, co zobaczyli, podjęli decyzję i poszli. Z postawą onych magów jest kontrastowana postawa ich odpowiedników żydowskich, którzy nie patrzą w gwiazdy, ale w Pismo Święte.
Gdy Herod ich pyta, gdzie narodzi się Mesjasz, powołują się na Pismo. I to jest ciekawe, że ani sam Herod, ani nikt inny nie udaje się do Betlejem, aby sprawdzić, czy to prawda, tylko ludzie, którzy prawdę mówiąc, nie mają zielonego pojęcia, kim jest Mesjasz.
Czyli idą ludzie, którzy są wierni swojej profesji, fachowi, sumieniu. Inaczej mówiąc, wierni swojej tożsamości. To jest jedna z ewangelicznych zapowiedzi tych nauk Chrystusa, gdzie mówi On o celnikach i nierządnicach wchodzących do Królestwa Bożego przed faryzeuszami (celnicy uwierzyli Janowi, a wy nie).
Ten tekst drugiego rozdziału jest jednym z najważniejszych tekstów, który mówi o roli osobistej odpowiedzialności człowieka za słuchanie głosu sumienia. Nikt nie zdejmie z nas odpowiedzialności za jego słuchanie. To jest pierwszy głos, przez który mówi do nas Bóg – sumienie.
Kształtowanie sumienia
Owi magowie są zatem dla nas pytaniem, w jaki sposób o to sumienie dbamy, jak je kształtujemy. Sumienie się kształtuje przez odpowiedni stosunek do autorytetu. Jeśli ktoś nie ma autorytetu, nie ma sumienia. Dlatego że nie ugnie się przed niczym. I jak mówi Reguła: co będzie lubił, to będzie uważał za święte, a co nie będzie mu się podobało, to będzie uważał za niedozwolone.
Wobec autorytetu kształtuje się sumienie. Czy będzie nim Boże Prawo, czy będą to słowa, jakaś norma wyższa bądź mniejsza, czy w końcu najwyższy autorytet – sam Bóg. Ale w kontakcie z nimi w tym, jak mnie one kształtują, to moje sumienie powstaje. Każdy ma obowiązek kształtować swoje sumienie, w jakiś sposób przed nim odpowiedzieć, zdać sprawę ze swojego życia.
Druga sprawa, o której ten tekst mówi, to rola natury. To jest tekst, który może być bardzo silnie dyskutowany dzisiaj, dlatego że gdy się podważa, neguje prawo naturalne, on pokazuje, że z samego obserwowania świata, bez światła objawienia, czyli bez epifanii, ale samym rozumem mędrcy doszli do tego, że jest Bóg i zsyła Kogoś wyjątkowego na ziemię.
Dodatkowo obrazuje to okoliczność, że jest oda Horacego (totalnego poganina, który gardził Żydami), cytowana przez Ojców, komentowana przez wieki, gdzie pisze on, że „przychodzi na świat dziecię niewinne, które weźmie na siebie całą winę świata”. Horacy pisał to na przełomie I i II w. To jest jakby proroctwo o narodzeniu Zbawiciela.
Jeśli ktoś ceni literaturę i wierzy w natchnienia poetyckie, to tekst Słowackiego o słowiańskim papieżu, czy właśnie tekst Horacego, jest najlepszym przykładem, dowodem tego, że poeci również mogą być natchnieni przez Ducha. Mówią rzeczy, które ich absolutnie przerastają, których nie rozumieją. Mędrców i Horacego to niejako łączy.
Jak człowiek myśli, to zawsze znajdzie Boga. Z naszej strony powinniśmy mieć szacunek dla tych, którzy Pana Boga szukają, myślę zwłaszcza o tych spośród nas, którzy przeżywają jakieś dramaty czy wątpliwości, wyrzuty sumienia, bo ich dzieci, wnuki czy inni bliscy, znajomi przestają chodzić do kościoła bądź zaczynają obwiniać Boga o wszystko najgorsze.
Dopóki człowiek słucha własnego sumienia, nie zginie. Może wejdzie do Królestwa Bożego od kuchni, przez okno czy przez komin (jak św. Mikołaj), ale wejdzie. Tak jak mędrcy, zawsze dojdzie do swojego celu.
Jerozolima czy Betlejem?
Kolejny wątek, który warto podkreślić to fakt, że mędrcy nie znajdują Jezusa w Jerozolimie, tylko w Betlejem. To jest o tyle ważne, że to Jerozolima jest miejscem, gdzie jest kult, świątynia, gdzie jest miejsce Święte Świętych, gdzie jest to co najważniejsze. A oni docierają do Jerozolimy i tam nie ma Boga. Muszą dokonać jeszcze jednego wysiłku. Muszą dokonać aktu wiary. Bo do Jerozolimy doprowadziła ich wiedza, patrzenie w gwiazdy.
A do Betlejem (zakładamy, że w czasie tej drogi doznali przemienienia, sumienie w nich dojrzewało, medytowali nad tym wszystkim, ten czas owocował, iż gdy doszli do Jerozolimy byli już gotowi postąpić krok naprzód, odłożyć na bok swoją wiedzę i zaufać Pismu) poszli, bo tak mówi Pismo. Św. Mateusz pokazuje tutaj autorytet Pisma. Nie jest ważne, że mówi ci to Herod, to jest Pismo.
Dopóki mówi Pismem, według Nauki Bożej, to słuchaj, nawet jeśli to jest Herod. Pamiętamy, że Jezus mówi potem:
Czyńcie więc i zachowujcie wszystko, co wam polecą, lecz uczynków ich nie naśladujcie. Mówią bowiem, ale sami nie czynią (Mt 23,3).
Wynika z tego, że mówią dobrze, ale sami nie robią. Tak też w Regule jest, że gdyby Opat, co nie daj Boże, sam nie robił tego, co mówi, trzeba go słuchać, a nie patrzeć na to, co robi. Wiara w autorytet Pisma.
Bóg powierza się człowiekowi
Następnie mędrcy odnajdują Dziecię, składają dary i osiągają poziom najwyższy. Ukazuje im się Anioł i nakazuje im wrócić inną drogą. A zatem najpierw są poganami, potem są na równi z Żydami, a wreszcie stają ponad jerozolimskimi kapłanami, bo przemawiają do nich bezpośredni wysłannicy Boży. Można tu odczytać, w jaki sposób człowiek jest prowadzony przez wiarę i w jaki sposób człowiek do niej dojrzewa. Jak rozszerza się jego serce.
Jest to też fragment, który może nam przypomnieć trochę miejsce Dzieciątka Jezus. Warto pamiętać, że kult Dzieciątka Jezus zmienił na Zachodzie mentalność w stosunku do dzieci. Dzieci były raczej traktowane z dystansem. Natomiast Ewangelia z taką troską opowiada o dziecięctwie Jezusa, że w świadomości powszechnej dokonało to wśród ludzi dużej zmiany w stosunku do dziecka w ogóle.
Jest to także dla nas pytanie o powrót do wątku Dzieciątka Jezus, Jego człowieczeństwa, ale i Jego słabości i bezbronności. Bóg powierza się człowiekowi. Przeżywamy to też w trakcie celebracji eucharystycznej. Hostia bezbronna jak dziecko. Człowiek może zrobić z Nią, co tylko będzie chciał.
Niech ci magowie staną się nam takimi przyjaciółmi, nowymi ludźmi, którzy pokazują, że Pan Bóg się objawia i takie jest Jego upodobanie. Świętej pamięci o. Piotr mówił, że Księga Przysłów podaje, że Mądrość znajduje rozkosz przy synach ludzkich (zob. Prz 8,31). Dla nas męką jest przebywać w towarzystwie innych, a dla Pana Boga to jest rozkosz.
Homilia Metropolity warszawskiego Księdza Arcybiskupa Adriana Galbasa SAC wygłoszona w uroczystość Objawienia Pańskiego w kościele sióstr Wizytek na Krakowskim Przedmieściu
fot. Leopold Kupelwieser/Wikipedia/Stacja7.pl
***
Zamiast złota, kadzidła i mirry, złóżmy dziś Chrystusowi w darze nasze uczucia i powiedzmy Mu szczerze: „Jezu ufam Tobie, Ty jesteś Panem mojego życia”.
Wiernym zgromadzonym w świątyni metropolita warszawski przypomniał w homilii, że uroczystość Objawienia Pańskiego to jedno z najstarszych i najważniejszych świąt chrześcijaństwa, starsze nawet niż Boże Narodzenie. – W czasie świąt Bożego Narodzenia czciliśmy Wcielenie, czyli wędrówkę Boga do człowieka. Dzisiaj rozważamy wędrówkę człowieka do Boga. Wędrówkę dwuwymiarową, o której ta uroczystość nam opowiada i do której nas przynagla – powiedział.
Najpierw – wskazywał abp Galbas – jesteśmy zachęceni do wyruszenia w głąb nas samych, do podróży wewnętrznej. – Trzej Mędrcy, zainspirowani światłem z zewnątrz, bijącym z odległej przecież gwiazdy, poszli jego tropem, aby u kresu swej długiej wędrówki upaść na kolana i osobiście oraz z bliska ujrzeć coś nieskończenie więcej: światłość ze światłości; Tego, o którym Zachariasz powie, że jest Słońcem wschodzącym z wysoka; Tego, o którym Jan Apostoł powie, że oświeca każdego, kto na świat przychodzi, który świeci nawet w ciemności, a ciemność Go nie ogarnia – tłumaczył arcybiskup.
Mędrcy, „ujrzawszy to Światło, oddali Mu pokłon, więcej – oddali Mu siebie” – wyjaśniał. Świadczą o tym dary złożone Dziecięciu: złoto, kadzidło i mirra. Dary te według ówczesnego orientalnego porządku wyrażały uznanie jakiejś osoby za króla. – Złożenie tych darów oznaczało, że od tej chwili nie tylko same dary, ale i dający są własnością tego, któremu je ofiarują. Mędrcy mówią więc Nowonarodzonemu to samo, co myśmy przed chwilą wyśpiewali: „tylko Tyś jest Panem, tylko Tyś jedyny, tylko Tyś najwyższy, Jezu Chryste”! – mówił abp Galbas.
Dalej tłumaczył, że do Betlejem oddać pokłon Chrystusowi nie wyruszyli jednak wszyscy. Nie zrobił tego Herod, człowiek władzy, który w drugim człowieku i w Bogu widzi tylko konkurenta zagrażającego jego panowaniu. Nie zrobili tego także mieszkańcy Jerozolimy, których zatrzymała zwykła codzienność, obowiązki, troski i trudy. Wreszcie nie wyruszyli kapłani, ludzie wyuczeni i religijni, ale „wewnętrznie ciaśni i bez żywej wiary”. – Była w nich tylko pusta religijność, przypominająca wielkanocną wydmuszkę. Z zewnątrz atrakcyjna, lecz w środku bez jakiejkolwiek treści. Czcili Boga jedynie wargami, a sercem byli daleko od Niego – podkreślał abp Galbas.
Następnie zapytał zgromadzonych, do której z tych czterech kategorii sami siebie zaliczają, bo są na pewno jedną z nich.
„Albo jesteśmy naśladowcami owych pokornych Mędrców, którzy cierpliwie i uporczywie, świadomi swoich słabości i małości wędrują w stronę Boga. (…) Albo jesteśmy Herodem, który boi się Boga, Jego Słowa i Jego woli, nosi w sobie spaczony i fałszywy obraz Boga. (…) A może jesteśmy jerozolimczykami, kimś nieustannie zabieganym i zakręconym wokół swoich pilnych spraw (…) kto na poważną relację z Panem Bogiem nie ma ani czasu, ani serca? Albo jesteśmy ludźmi tylko religijnymi, którzy i owszem, zajmują miejsca w kościelnych ławkach, recytują pobożne teksty, ale których życie – gdy tylko zakończy się religijna czynność – staje się prawdziwie pogańskie i bezbożne? – zastanawiał się arcybiskup.
Abp Galbas zachęcał, aby wyruszyć w tę fascynującą podróż wewnętrzną, w tę pielgrzymkę wiary. – Jak mówiłem kilka dni temu: żyjmy głęboko, a nie powierzchownie, nie dodawajmy tylko lat do naszego życia, ale dodawajmy życia do naszych lat, adorujmy Chrystusa więcej, czcijmy Go bardziej, słuchajmy uważniej – mówił. Dodawał też: „Zamiast złota, kadzidła i mirry, złóżmy Mu w darze nasze uczucia, pragnienia i naszą wolę i powiedzmy Mu szczerze: Jezu ufam Tobie, Ty jesteś Panem mojego życia”.
Ale w uroczystość Objawienia Pańskiego Kościół zachęca też do drugiej, zewnętrznej, podróży – do zaniesienia innym Dobrej Nowiny o Zbawicielu świata. Wiarygodnie mogą zrobić oczywiście to tylko ci, którzy sami najpierw oddadzą pokłon Dziecięciu i przyjmą Go jako swojego Pana.
„Dzisiaj Kościół szczególnie pamięta o misjonarzach, którzy w odległych krajach, z daleka od rodzin, od ojczyzny, od bliskich, bezinteresownie, głoszą Dobrą Nowinę o Chrystusie. Modlimy się w ich intencji, wspieramy ich także naszym groszem” – przypomniał abp Galbas.
Za papieżem Benedyktem XVI wskazywał księżom, aby nie bali się opuścić bezpiecznego i znanego świata i szli służyć tam, gdzie brakuje kapłanów, zwłaszcza, że pokusa by tkwić w swoim znanym i bezpiecznym świecie jest bardzo wielka a powołań misyjnych jest coraz mniej. Dlatego tym bardziej abp Galbas dziękował wszystkim polskim misjonarzom za ich wielkoduszność, oddanie i odwagę, a szczególnie misjonarzom z archidiecezji warszawskiej oraz ze Zgromadzenia Księży Pallotynów, do którego sam należy.
Zachęcił też wiernych, aby wspierali posługujących na misjach księży, siostry zakonne i misjonarzy świeckich, ale też, aby sami byli misjonarzami w tych środowiskach, w których żyją na co dzień.
„Dzielmy się z innymi Ewangelią o Chrystusie. Niech nasi bracia i siostry, pociągnięci przykładem naszej głębokiej wiary, zechcą wyruszyć na spotkanie Tego, który od zawsze na nich czeka. Nie nazywajmy się tylko chrześcijanami, ale bądźmy nimi naprawdę” – zaapelował metropolita warszawski.
Gdy urodził się Jezus, centrum świata był Rzym. W Mesjaszu Mędrcy odnaleźli prawdziwe Światło na oświecenie pogan
fot. Freepik/Gość Niedzielny
***
Mędrcy przyszli do Tego, który przyszedł dla całego świata.
Gdy urodził się mały Jezus, świat żył zupełnie innymi sprawami. Centrum świata był Rzym, a w nim cesarz Oktawian August. Obejmujące już cały basen Morza Śródziemnego Imperium wciąż się rozszerzało. Kto mógł wtedy przypuszczać, że świat zawojuje nie potęga polityczna, ale Słowo Wcielone, złożone w betlejemskiej grocie? Już wtedy jednak w podległej Rzymowi Judei pojawił się zwiastun tego, co miało nadejść. Zanim Jezus dał się poznać jako ktoś niezwykły swoim pobratymcom według krwi, dowiedzieli się o Nim „Mędrcy ze Wschodu”. Ci tajemniczy mężczyźni, znawcy gwiazd, przybyli z daleka prowadzeni jakimś szczególnym zjawiskiem, żeby złożyć pokłon nowo narodzonemu „królowi żydowskiemu”. W zdarzeniu tym tkwiła arcyważna zapowiedź: misja tego Dzieciątka nie ograniczy się do narodu żydowskiego, Bóg objawi się wszystkim narodom. Świat pogański uzna w Jezusie pomazańca, który stanie się władcą każdego człowieka. O tym głosiły proroctwa Starego Testamentu. „Ustanowiłem Cię przymierzem dla ludzi, światłością dla narodów” – mówi Izajasz o Mesjaszu (51,4). To w Nim Mędrcy odnaleźli prawdziwe Światło na oświecenie pogan.
Nie tylko Żydzi
Za ziemskich dni Jezusa słabo przebijała się świadomość Jego uniwersalnej misji. Nawet po zmartwychwstaniu apostołowie wyobrażali sobie, że chodzi tylko o potęgę żydowskiego państwa. Po zesłaniu Ducha Świętego zaczęli rozumieć, że chodzi o coś więcej. Piotr w domu Korneliusza z Cezarei był świadkiem zstąpienia Ducha Świętego na ludzi, którzy nie byli Żydami. To był przełom. Pierwszy z apostołów wypowiedział tam znamienne słowa: „Przekonuję się, że Bóg naprawdę nie ma względu na osoby. Ale w każdym narodzie miły jest Mu ten, kto się Go boi i postępuje sprawiedliwie” (Dz 10,34-35).
Szczególną misję zaniesienia światu Ewangelii Bóg powierzył faryzeuszowi Szawłowi, który po spotkaniu z Jezusem przeistoczył się w Pawła. „Wybrałem sobie tego człowieka za narzędzie. On zaniesie imię moje do pogan i królów, i do synów Izraela” – usłyszał Ananiasz z Damaszku, który Pawła ochrzcił (Dz 9,15).
Paweł stał się apostołem pogan. Gnany żarliwością odbył trzy wielkie podróże ewangelizacyjne. Był na Cyprze, w Azji Mniejszej, przemierzył Macedonię, dotarł do Koryntu i Antiochii, głosił Ewangelię w Filippi, Cezarei i wielu innych miejscach, wszędzie zakładając gminy chrześcijańskie. Dotarł wreszcie do Rzymu, gdzie poniósł śmierć męczeńską.
Ekspansja
Apostołowie, zgodnie z nakazem Jezusa, poszli na cały świat, zanosząc Ewangelię m.in. do północnej Afryki i części Azji. Bodaj najdalej dotarł św. Tomasz, który miał ponieść męczeńską śmierć koło Madrasu w Indiach w roku 67. Około roku 200 istniały już gminy chrześcijańskie w rzymskiej prowincji Germania, a przed rokiem 250 Paryż był już galijską siedzibą biskupa. Około roku 290 święty Grzegorz Oświeciciel wprowadził chrześcijaństwo w Armenii. W 306 roku na synodzie w Elwirze w południowej Hiszpanii było obecnych 16 biskupów z całej prowincji. Jeszcze przed 313 rokiem, w którym wprowadzono w Imperium Rzymskim wolność religijną dla chrześcijan, stolicami biskupimi były Kolonia i Trewir. W roku 431 papież Celestyn wysłał pierwszego biskupa do Irlandczyków, a dwa lata później misję na wyspie podjął wywodzący się z Brytanii św. Patryk. W 444 roku założył dla Irlandii arcybiskupstwo w Armagh. U schyłku V wieku w Reims chrzest przyjął król Chlodwig z dynastii Merowingów, co znacznie przyśpieszyło rozwój chrześcijaństwa wśród Franków.
W 596 roku papież Grzegorz I Wielki wysłał opata Augustyna z Rzymu na misję wśród Anglów i Sasów. Zalecił mu metodę akomodacji, czyli dostosowania przepowiadania do miejscowych tradycji, kultury i sposobu myślenia. Papież sugerował nie burzyć pogańskich ośrodków kultu, ale je adaptować i wykorzystywać pogańskie świątynie na potrzeby chrześcijańskiej wiary. Doradzał też akceptowanie obyczajów Anglosasów, o ile nie kolidują z doktryną Kościoła. Ten model ewangelizacji zakorzenił się także na misjach wśród Franków.
W 690 roku święty Willibrord podjął misję we Fryzji, na terenie późniejszych Niderlandów. Po nim działalność misyjną prowadził święty Bonifacy. „Ma on oświecać ich i głosić słowo wiary tak, by przez swe kazania mógł nauczyć ich ścieżki życia wiecznego. A gdy znajdzie tych, co zbłądzili ze ścieżki prawdziwej wiary zwiedzeni przez podstępnego diabła, może ich zganić i przywieść z powrotem do nieba zbawienia, pouczając ich o naukach Stolicy Apostolskiej i utwierdzając ich w katolickiej wierze” – pisał papież Grzegorz II w dokumencie, z którym Bonifacy szedł na misję do Germanii. Do historii przeszedł jako apostoł Niemiec.
W 826 roku święty Ansgar, biskup Hamburga, rozpoczął misję wśród Duńczyków i Szwedów, zyskując miano Apostoła Północy. W 863 roku bracia Cyryl i Metody przybyli z misją chrystianizacyjną na Morawy. W 966 roku Mieszko I przyjął chrzest, w konsekwencji czego Polska stała się krajem chrześcijańskim. U progu drugiego tysiąclecia chrześcijaństwo przyjęły Norwegia i Islandia, a rok później w Esztergom powstało biskupstwo dla Węgrów.
Dostosowanie
Nowy impuls misjom nadały wielkie odkrycia geograficzne. Misjonarze zaczęli szerzyć chrześcijaństwo wśród ludów Afryki Subsaharyjskiej. Zaczęły powstawać misje wzdłuż wybrzeża, szczególnie w Angoli i Mozambiku.
Potężnym terenem ewangelizacji stały się obie Ameryki, do których w ślad za zdobywcami ruszyli misjonarze. Wielu z nich pochodziło z założonego przez św. Ignacego Loyolę zakonu jezuitów. W 1549 roku jezuici rozpoczęli misje w Brazylii, działając na rzecz Indian. 60 lat później w Paragwaju przedstawiciele Towarzystwa Jezusowego założyli tzw. Redukcje paragwajskie, rodzaj państwa, chroniącego Indian i dającego im szansę szybkiego rozwoju cywilizacyjnego.
Jednym z największych misjonarzy w historii okazał się jezuita św. Franciszek Ksawery. W dziesięć lat zdołał dotrzeć m.in. do Indii, na Cejlon, Wyspy Moluki i do Japonii, zyskując sobie miano Apostoła Azji. Wszędzie pozostawiał po sobie tysiące nowych wyznawców Chrystusa. „Odkąd jestem w Azji, nie przestaję chrzcić dzieci. Ochrzciłem już ogromną liczbę. Te dzieci nie dają mi spokoju ani czasu na odmówienie brewiarza, jedzenie czy spanie, zanim nie nauczę ich jakiejś modlitwy” – pisał w liście do św. Ignacego. Ubolewał, że w tych krajach wielu ludzi jest pozbawionych światła wiary, bo nie ma nikogo, kto by wśród nich apostołował. Uważany jest za pioniera inkulturacji, czyli głoszenia Ewangelii w sposób uwzględniający kulturę i zwyczaje miejscowych. Zmarł w 1552 roku, nie zdoławszy zrealizować swojego największego marzenia, jakim było rozpoczęcie ewangelizacji Chin. Dokonali tego jego zakonni współbracia. W 1583 roku przybył do Chin włoski jezuita Matteo Ricci. Poznawszy język i zwyczaje Chińczyków, ubierał się też na sposób chiński. Próbował wykorzystać w ewangelizacji elementy konfucjanizmu, uznając część z nich za niesprzeczne z chrześcijaństwem.
W 1606 roku włoski jezuita Robert de Nobili wprowadził tzw. system akomodacyjny w Indiach. Próbował zastosować naukę chrześcijańską do sposobu myślenia Hindusów, przekładając zasady wiary chrześcijańskiej na ich system wyobrażeń i pojęć. Działał podobnie jak Ricci w Chinach, akcentując to, co było zgodne z doktryną chrześcijańską, a teksty niejasne interpretował tak, aby zgadzały się z nauczaniem Kościoła.
W XIX wieku na znaczeniu zyskały misje chrześcijańskie w Afryce, stopniowo obejmując cały kontynent. Liczni misjonarze także dziś głoszą tam Ewangelię, jednocześnie niosąc pomoc materialną i duchową.
Gwiazda świeci
Gorliwość głosicieli Ewangelii i przelana przez wielu z nich krew przyniosły owoc: wiele narodów poznało Chrystusa. Wciąż jednak są obszary, do których światło Ewangelii dociera słabo, a są i takie, które na powrót stają się terenami misyjnymi. Wszędzie jednak świeci gwiazda Bożej łaski, której blask znów może sprowadzić tych, co jak Mędrcy z Ewangelii szukają jedynej Prawdy.
Franciszek Kucharczak/Gość Niedzielny
***
Dlaczego Objawienie Pańskie – Epifania – przypada 6 stycznia?
Ustalenie daty obchodów uroczystości Objawienia Pańskiego nie dokonało się przypadkowo. Choć nie została wskazana przez Pismo Święte, to posiada symbolikę opartą na tekstach biblijnych.
fot. Karol Porwich/Tygodnik Niedziela
***
Zanim przejdziemy do omówienia symboliki kryjącej się pod datą dzienną 6 stycznia, należy najpierw wyjaśnić nazwę uroczystości, którą wówczas obchodzi Kościół. Ta najbardziej rozpowszechniona wśród wiernych w Polsce to święto Trzech Króli. Z kolei w polskiej edycji ksiąg liturgicznych figuruje określenie Objawienie Pańskie. Natomiast w księgach łacińskich i w całej tradycji chrześcijańskiej od początku funkcjonuje nazwa Epifania, pochodząca z języka greckiego (epifaneia), która oznacza „objawienie”, „ukazanie się”. Chodzi o objawienie się Jezusa Chrystusa, Wcielonego Syna Bożego jako Zbawiciela świata. Nazwą „epifania” określano narodzenie Jezusa, Jego chrzest w Jordanie i dokonanie pierwszego cudu na weselu w Kanie Galilejskiej. Taką treść miało pierwotne święto Epifanii, które powstało ok. 330 r. w Betlejem. Obejmowało ono początkowe tajemnice zbawienia, o których informują nas pierwsze rozdziały Ewangelii ze skupieniem się na tajemnicy narodzenia Chrystusa. Epifania ulegała ewolucji wraz z jej rozszerzaniem się poza Palestynę. Na Wschodzie stanie się pamiątką chrztu Jezusa w Jordanie, a na Zachodzie będzie stanowić obchód trzech cudownych wydarzeń (tria miracula) stanowiących początkowe objawienia chwały Bożej Zbawiciela: pokłon Mędrców ze Wschodu, chrzest w Jordanie i cud w Kanie Galilejskiej, przy czym z czasem hołd magów rozumiany jako objawienie się Chrystusa poganom zdominuje niemal wyłącznie łacińską celebrację Epifanii. W ludowej świadomości stanie się ona zatem świętem Trzech Króli ze względu utożsamienie mędrców z królami na podstawie niektórych biblijnych tekstów prorockich, a ich liczba zostanie ustalona w związku z trzema darami, jakimi zostało obdarowane Dzieciątko Jezus. Te różnice między Wschodem a Zachodem nie przekreślają jednak faktu, że istotną tematyką tego obchodu liturgicznego pozostaje objawienie się Boga w Chrystusie.
Dlaczego na datę Epifanii został wybrany 6 stycznia? Ta data w II i III wieku pojawiała się w rozważaniach dotyczących chronologii życia Jezusa. Pierwsza znana nam wzmianka na temat daty chrztu Chrystusa znajduje się „Kobiercach” Klemensa Aleksandryjskiego z końca II wieku: „Zwolennicy Bazylidesa święcą także dzień chrztu Pana i spędzają na czytaniu noc poprzedzającą ów dzień.
Również powiadają, że miał on miejsce w piętnastym roku panowania cesarza Tyberiusza i piętnastego dnia miesiąca tybi (10 stycznia), inni znowu utrzymują, że jedenastego dnia tego miesiąca (6 stycznia)”. Klemens podaje zatem dwie daty – 10 stycznia, kiedy święto chrztu obchodzili zwolennicy gnostyka Bazylidesa oraz 6 stycznia, wskazywaną przez „innych”. Ta druga propozycja będzie się powtarzać u innych autorów kościelnych i z pewnością nie jest pochodzenia gnostyckiego, lecz jest zakorzeniona w tradycji kościelnej. Szczególnie tym tematem był zainteresowany Orygenes, który około 240 r. dowodził, że Jezus został ochrzczony w styczniu.
Data 6 stycznia posiada znaczenie symboliczne. Jest to szósty dzień nowego roku według kalendarza rzymskiego. Koresponduje to z biblijnym szóstym dniem, kiedy Bóg stworzył człowieka. Szóstego dnia (zgodnie z żydowską rachubą czasu), czyli w piątek dokonało się także dzieło odkupienia przez śmierć Chrystusa na krzyżu. Szósty stycznia to zatem najbardziej odpowiedni czas, aby świętować początek odrodzenia przez przyjście Mesjasza na ziemię i Jego chrzest. Misterium wcielenia jest bowiem zapowiedzią misterium odkupienia, a samo odkupienie jest rozumiane jako nowe stworzenie człowieka. Zostało ono objawione przez doskonałe człowieczeństwo odwiecznego Słowa.
Symbolika liczby sześć w odniesieniu do Chrystusa była rozwijana przez takich autorów, jak: Ireneusz z Lyonu, Klemens Aleksandryjski, Orygenes, Hipolit Rzymski czy Wiktoryn z Petavium. Przykładowo Klemens pisał, że „Chrystus został wyróżniony narodzeniem, które oznaczyła liczna sześć”. Wskazywał na imię Jezus, które w języku greckim składa się z sześciu liter (Iesous). Podobnie wyraził się Ireneusz, stwierdzając, że kiedy objawiło się sześcioliterowe Imię, które przyjęło ludzkie ciało, by stać się dostępnym dla ludzkich zmysłów, wówczas stało się Ono drogą wiodącą do Ojca prawdy. Wiktoryn zaś pisał wyraźnie: „Chrystus narodził się w tym dniu, w którym ukształtował człowieka”.
Kiedy zatem powstawało święto Epifanii, data 6 stycznia nie była traktowana w sposób historyczny, lecz teologiczny. Ojcowie oraz inni autorzy wczesnochrześcijańscy w przeciwieństwie do dzisiejszych badaczy skupiali swoją uwagę i poszukiwania nie tyle na ustaleniu dokładnej chronologii wydarzeń z życia Jezusa, co na wyjaśnieniu ich znaczenia teologicznego. Czynili to jednak zawsze z Pismem Świętym w ręku, szukając w nim cennych wskazówek i inspiracji dla rozwiązania postawionych sobie pytań i zagadnień. Ich poszukiwania pozwoliły na ustalenie daty nowego święta, które stało się jedną z najważniejszych uroczystości całego roku liturgicznego.
ks. Julian Nastałek /Tygodnik Niedziela
***
Objawienie Pańskie, Epifania, Trzech Króli… jak w końcu nazywa się to święto?
Z ogłoszeń parafialnych: „6 stycznia obchodzić będziemy uroczystość Objawienia Pańskiego, czyli święto Trzech Króli…”. Bystrzy uczniowie na katechezie zadawali czasem pytanie: To jak w końcu nazywa się to święto?
fot.Agata Pieszko/Tygodnik Niedziela
***
Współczesna teologiczna nazwa: uroczystość Objawienia Pańskiego sięga do greckiego nazewnictwa Epifania – objawienie. Tu możemy szybko skojarzyć imię nowego patriarchy autokefalicznego Kocioła prawosławnego na Ukrainie – Epifaniusza, bo wywodzi się ono od tego pojęcia. Popularnie jednak wolimy używać nazwy Trzej Królowie, Magowie, Mędrcy, Monarchowie, co świadczy o tym, że to święto stało się szeroko pojętą własnością ludzi wiary, nie tylko teologów. Stąd językowy błąd u znanego polityka określający ten czas jako święto „Sześciu Króli” z konieczności budzi na twarzy uśmiech.
Orszaki
Jak wydobyć spod wielowiekowego przekazu, obrzędów, przeżyć, języka istotę tego świętowania? Życie religijne wspólnot wiary, szeroko pojęta kultura świata chrześcijańskiego (wschodniego i zachodniego) przesączone są treściami Ewangelii. Inspirowały one na przestrzeni wieków do wyrażania treści wiary różnymi obrzędami, zwyczajami, budującymi opowiadaniami, legendami, pieśniami, co i dzisiaj znalazło nową formę w publicznym wyznaniu wiary w tym dniu przez udział w Orszakach Trzech Króli.
Historia i znaczenie
Historycznie to święto najpierw rozpowszechniło się na Wschodzie od III wieku, a na Zachód przedostało się pod koniec IV wieku. Jego istota zasadza się na opisanym w Ewangelii według św. Mateusza hołdzie, jaki Trzej Królowie – Mędrcy ze Wschodu – złożyli Dzieciątku Jezus. Początkowo chrześcijanie w tym właśnie dniu świętowali Boże Narodzenie. Dopiero pod koniec IV wieku do liturgii Kościoła powszechnego zostały wprowadzone dwie odrębne uroczystości: Boże Narodzenie – 25 grudnia i Epifania, czyli święto Trzech Króli – dziś Objawienia Pańskiego – 6 stycznia, które ostatnie zamyka cykl uroczystości religijnych związanych z Narodzeniem Pańskim.
Uroczystość Narodzenia pańskiego kładzie akcent na objawienie się Jezusa – Zbawiciela narodowi wybranemu. Stąd koncentrujemy się w liturgii na opisie, który pozostawił św. Łukasz Ewangelista. Narodzony Mesjasz odbiera hołd od pasterzy, którzy przybywają do Niego zachęceni przez Aniołów na betlejemskich polach. Są to najprostsi, najubożsi przedstawiciele narodu wybranego. Odpowiada to obecnej w Biblii Starego Testamentu idei wybraństwa. Izrael jako szczególnie umiłowany prze Boga naród otrzyma Zbawiciela. Dlatego naród ten otrzymuje szczególne dary – prawo Dekalogu, a także jest wychowywany i chroniony przez Jahwe.
Objawienie Pańskie jest odkryciem i ucieleśnieniem w liturgii innej idei biblijnej – uniwersalizmu zbawczego. Przybywają zatem do narodzonego Mesjasza także przedstawiciele świata pogańskiego – Mędrcy ze Wschodu, nie z narodu wybranego. Zbawienie bowiem dotyczy wszystkich ras, ludów języków i narodów bez wyjątku. Stąd w tekście Liturgii słowa na tę uroczystość prorok Izajasz mówi, iż światłość wychodzi od Izraela, lecz nie jest jego wyłączną własnością, stąd bowiem rozchodzi się na cały świat (por. Iz 60,1-6). Dzięki takiemu spojrzeniu i ujęciu kwestii zbawienia Kościół mógł otworzyć swe drzwi Dobrej Nowinie, która w I wieku wyszła z jego łona i ogarnęła cały ówczesny świat.
Św. Mateusz krainę Magów nazywa – „wschodem”. W czasach Chrystusa „wschód” rozumiany był jako obszar leżący na wschód od rzeki Jordan, a były to: Arabia, Babilonia, Persja. Przekaz o tym, iż jeden z Magów był z Afryki, ukazywany w figurkach szopek czy jasełkowych postaciach, pochodzi z proroctwa Ps 72: „Królowie Tarszisz i wysp przyniosą dary, królowie Szeby i Saby złożą daninę. I oddadzą Mu pokłon wszyscy królowie. Przeto będzie żył i dadzą mu złoto z Saby”. Na podstawie tego proroctwa zapisała się tradycja, że owi Magowie byli właśnie królami. Prorok Izajasz nie pisze jednak wprost o królach, wymienia tylko dary, które ofiarują Panu: „Zaleje cię mnogość wielbłądów – dromadery z Madianu i Efy. Wszyscy oni przyjdą ze Saby, zaofiarują złoto i kadzidło” (Iz 60, 6). Mędrców tych od XII wieku uważano w niektórych przekazach za przedstawicieli Europy, Azji i Afryki, a w katedrze w Kolonii do dzisiaj przechowywane są relikwie Mędrców.
Konferencja Episkopatu Polski zaleca od lat, by 6 stycznia obchodzony był dzień misyjny. W kościołach naszej diecezji zbierane są ofiary, które zasilają Krajowy Fundusz Misyjny. Tak pozyskane środki służą wsparciu działalności polskich misjonarzy, których na świecie pracuje ponad 2 tys.
Innym ważnym aspektem Mateuszowego opisu ewangelicznego jest przesłanie, które wskazuje, że przyroda, kosmos, także i sam człowiek mówi o Bogu, ale nim nie jest. Mędrcy odczytali na kanwie badania nieba, układu gwiazd prawdę, że narodził się ktoś ważny w Palestynie. Tę prawdę odkrywali też na podstawie jakichś własnych rozważań jako istoty inteligentne stworzone na obraz Boga, czy też osobistego, wewnętrznego objawienia otrzymanego od Stwórcy, bo człowiek jest obdarowany przez Niego darem relacji. To wszystko posłużyło im do podjęcia decyzji, obudzenia woli. Wyruszyli wiec za tymi znakami duchowymi, wewnętrznymi, ludzkimi, mającymi źródło w sumieniu oraz ze świata kosmosu – gwiazdy i tak dotarli do Jerozolimy, później do Betlejem, i złożyli pokłon. Uznali w nowo narodzonym Zbawiciela świata. Ten pokłon jest znakiem, że Jezus przychodzi ze swoim zbawieniem do całego świata. Potwierdza też ogólny przekaz Biblii, że słońce, księżyc gwiazdy, a także sam człowiek nie są bogami, jak uznawał to świat pogański, lecz stworzeniami, które mówią o Bogu i do niego prowadzą.
Świętowanie
W Kościele katolickim uroczystość Objawienia Pańskiego jest dniem świątecznym nakazanym. Oznacza to, że wierni są zobowiązani w tym dniu uczestniczyć we Mszy św. Mają też powinność powstrzymać się od wykonywania prac i zajęć, które utrudniają oddawanie czci Bogu, przeżywanie radości właściwej dniu świętemu oraz korzystanie z należnego odpoczynku duchowego i fizycznego. Polityka komunistycznego państwa, które narzucone zostało Polsce w 1945 r., spowodowała, że ówczesny I sekretarz PZPR Władysław Gomułka doprowadził do usunięcia z przestrzeni publicznej wielu świąt religijnych, w tym święta Trzech Króli, co miało miejsce w 1960 r. Świecki czy wręcz ateistyczny charakter nowego porządku podkreślano wprowadzeniem świąt komunistycznych, np. święta pracy. Po wielu zmaganiach po upadku komunizmu w Polsce w 1989 r. dopiero od 2011 r. – zgodnie z uchwałą Sejmu – dzień ten jest na powrót dniem wolnym od pracy. Trzeba było ponad 20 lat różnego rodzaju starań, by w wolnej Polsce można było wrócić do dawnej tradycji i prawnych uregulowań.
Zwyczaje
Nośność wartości związanych z uroczystością Objawienia Pańskiego zaowocowała bogactwem obrzędów i zwyczajów. W Jerozolimie już od IV wieku, a następnie na całym Wschodzie w tym dniu święcono wodę, stąd rozwinął się tradycyjny obrzęd Jordanu w Kościołach o tej tradycji, nawiązujący do chrztu Chrystusa w Jordanie. W Kościele na terenie Polski, począwszy od XV wieku, w święto Trzech Króli święci się złoto i kadzidło, a w XVIII wieku pojawia się także święcenie kredy.
W różnych regionach Polski w różny sposób jest umieszczana i rozumiana inskrypcja: K (C) + M + B + bieżący rok. Popularna interpretacja tego zapisu nawiązuje do imion Trzech Króli – Kacper, Melchior, Baltazar (imię Kacper po łacinie pisane jest przez C). Napis ten jednoznacznie uważano za zewnętrzną, oficjalną deklarację przyjęcia Chrystusa pod swój dach oraz do osobistego życia. Umieszczano go zawsze na zewnętrznej stronie drzwi. Czas ateizmu w Polsce i różne obawy o represje spowodowały, że wielu wiernych zaczęło ten napis umieszczać na wewnętrznej stronie drzwi wejściowych, co mimo zmian ustrojowych utrzymuje się w wielu miejscach do dzisiaj. Warto wrócić do dawnego odważnego zamanifestowania swojej wiary.
Nadawano temu napisowi także głębsze znaczenie, walor błogosławieństwa, którego przyzywano dla oznaczonego domostwa. Zgodnie z językiem właściwym Kościołowi – łaciną, zapisane litery przedzielone krzyżykami (nie plusami), C+M+B znaczą: „Christus manisionem benedicat” – Niech Chrystus mieszkanie błogosławi. Znana jest też inna interpretacja będąca swoistym wyznaniem wiary: „Christus multorum benefactor” – Chrystus dobroczyńcą wielu.
Zwyczaj niewątpliwie nawiązuje do Księgi Wyjścia (11,1-13,16), kiedy to Izraelici oznaczali drzwi swoich domostw krwią baranka paschalnego. Chrześcijanie, znacząc poświęconą kredą odrzwia swoich mieszkań, proszą Chrystusa o błogosławieństwo, a także publicznie wyznają swoją wiarę. Człowiek jako istota zmysłowa z konieczności potrzebuje tych znaków, by karmić nimi swoją własną wiarę, budzić refleksję u siebie i innych, świadczyć wobec nieznających Boga o Jego istnieniu i o tym, że – licząc się z Nim – uznajemy Jego prawa i zgadzamy się na Bożą interwencję w dzieje świata i nasze osobiste życie.
ks. Adam Lechwar/Tygodnik Niedziela
________________________________________________
Nowy Rok Pański 2025
Uroczystość
Świętej Bożej Rodzicielki Maryi
Święto dwóch tajemnic
Msza święta o godz. 14.00
***
Public Domain
***
Uroczystość Świętej Bożej Rodzicielki Maryi
Taki jest liturgiczny tytuł ostatniego dnia świątecznej oktawy Narodzenia Pańskiego, przypadającej pierwszego dnia nowego roku kalendarzowego. Wyznajemy w nim wiarę, że Maryja jest „Theotokos” – „Bogurodzicą”.
Uroczystość Świętej Bożej Rodzicielki Maryi jest najstarszym świętem maryjnym w Kościele katolickim. Dogmat o Bożym Macierzyństwie Najświętszej Maryi Panny został zatwierdzony w 431 r. w czasie trzeciego soboru powszechnego w Efezie. Jest to pierwszy z dogmatów maryjnych.
Dla nas, nazwanie Maryi „Matką Bożą” jest czymś zupełnie oczywistym. Warto jednak pamiętać, że tytuł ten był w historii powodem wielu teologicznych sporów, dotyczących w rzeczywistości prawdy o naturze Syna Bożego.
Czy możemy się jednak dziwić, że prawda o dwojakiej, boskiej i ludzkiej naturze Chrystusa jawiła się jako tajemnica tak trudna do wyobrażenia? Wierzymy, że Maryja urodziła Jezusa w Jego ludzkiej naturze. Ale Ten, którego urodziła jest Synem Przedwiecznego Ojca, Synem Bożym, Osobą Boską.
A zarazem naprawdę jest jej Synem. Dlatego właśnie nazywamy ją Matką Bożą. Przez fakt swego macierzyństwa Maryja „gwarantuje” też prawdziwość człowieczeństwa Jezusa, kwestionowaną nieraz (podobnie jak boskość) w czasie toczonych w starożytności teologicznych dysput. „Wielka Boga-Człowieka Matko!” – wołał, wyznając tę właśnie wiarę, Prymas Stefan Wyszyński w Jasnogórskich Ślubach Narodu.
Obrzezanie Pańskie
Tak właśnie, do czasu ostatniej reformy liturgicznej, brzmiała nazwa świątecznego dnia, kończącego oktawę Narodzenia Pańskiego. Obrzezanie Pańskie. Wydarzenie często wstydliwie przemilczane, jak coś dziwnego, czy wręcz nieprzyzwoitego.
„Kiedy nadszedł dzień ósmy i należało obrzezać Chłopca, nadano Mu imię Jezus, którym nazwał Go anioł jeszcze przed Jego poczęciem” – słyszymy w Ewangelii przeznaczonej na dzisiejsze święto.
Obrzezanie Jezusa jest ważnym znakiem. Ukazuje bowiem realność Jego człowieczeństwa. Potwierdza również żydowskość Jezusa i Jego włączenie w Przymierze z Izraelem.
W Katechizmie Kościoła Katolickiego czytamy: „Wierzymy i wyznajemy, że Jezus z Nazaretu, urodzony jako Żyd z córki Izraela w Betlejem (…) jest odwiecznym Synem Bożym, który stał się człowiekiem. (…) W tym celu Bóg odwiecznie wybrał na Matkę swego Syna córkę Izraela, młodą Żydówkę z Nazaretu w Galilei”.
Człowieczeństwo Jezusa jest realne i konkretne. Przed pozbawianiem Jezusa więzi z żydowskością i odrywaniem Go od korzeni przestrzegał Jan Paweł II. „Chrystus jawiłby się niczym meteor, który przypadkiem trafił na ziemię, pozbawiony wszelkich więzi z ludzką historią” – mówił. Było by to błędne rozumienie sensu historii zbawienia i podważenie istoty prawdy o wcieleniu. „Jezus jest Żydem i na zawsze nim pozostanie” – głosi Kościół.
Święto dwóch tajemnic
Te dwie tajemnice: boskiego macierzyństwa Maryi i żydowskiego człowieczeństwa Jezusa, splatają się nierozłącznie w tym świątecznym dniu. Bez ich przyjęcia, nie zrozumiemy sensu historii zbawienia.
Za odmówienie hymnu “O Stworzycielu Duchu przyjdź” w Nowy Rok, można uzyskać odpust zupełny.
W Nowy Rok wierni są zobowiązani do uczestniczenia we Mszy świętej
W Kościele katolickim Nowy Rok Pański rozpoczyna się uroczystością Świętej Bożej Rodzicielki. Ten dzień tym roku 2025 przypada w środę. Zgodnie z Kodeksem Prawa Kanonicznego, katolicy mają obowiązek uczestniczenia tego dnia we Mszy świętej i powstrzymywania się od prac niekoniecznych.
Obowiązek uczestniczenia we Mszy świętej zostaje wypełniony dzięki udziałowi w niej w jakimkolwiek obrządku katolickim. Według kodeksu można uczestniczyć w niej w dniu święta lub wieczorem dnia poprzedzającego, czyli w wigilię święta.
Kościelne święta nakazane w 2025 roku
fot. Piotr Tumidajski
***
Kodeks Prawa Kanonicznego zobowiązuje katolików do uczestnictwa w Mszy świętej i powstrzymywania się od prac niekoniecznych w każdą niedzielę oraz święta nakazane. Czym są święta nakazane? W jakie dni wypadają one w 2025 roku?
Część świąt i uroczystości kościelnych ma stałe daty. Co roku BOŻE NARODZENIE obchodzimy 25 grudnia. Daty części świąt i uroczystości są ruchome – tak w przypadku m.in. WIELKANOCY, czy Uroczystości ZESŁANIA DUCHA ŚWIĘTEGO. Poniżej jest lista, w której wypisane są kościelne święta nakazane 2025 roku.
Kościelne święta, w których należy uczestniczyć we Mszy św.:
1 stycznia (środa) – Uroczystość Świętej Bożej Rodzicielki
6 stycznia (poniedziałek) – Uroczystość Objawienia Pańskiego (Trzech Króli)
20 kwietnia (niedziela) – Niedziela Zmartwychwstania Pańskiego (Wielkanoc)
1 czerwca (niedziela) – Wniebowstąpienie Pańskie
8 czerwca (niedziela) – Uroczystość Zesłania Ducha Świętego (Zielone Świątki)
19 czerwca (czwartek) – Uroczystość Najświętszego Ciała i Krwi Pańskiej (Boże Ciało)
15 sierpnia (piątek) – Uroczystość Wniebowzięcia Najświętszej Maryi Panny
1 listopada (sobota) – Uroczystość Wszystkich Świętych
25 grudnia (czwartek) – Uroczystość Narodzenia Pańskiego (Boże Narodzenie)
Inne ważne święta w Liturgii Kościoła w 2025 roku:
Kościelne święta nakazane to niejedyne święta i uroczystości w roku liturgicznym. W dni, w które przypadają inne ważne święta kościelne wierni nie mają obowiązku uczestniczenia we Mszy świętej i powstrzymywania się od prac niekoniecznych. Kościół zachęca jednak, aby, gdy jest to możliwe, również i wtedy uczestniczyć w liturgii:
2 lutego (niedziela) – Święto Ofiarowania Pańskiego (Matki Boskiej Gromnicznej)
19 marca (środa) – Uroczystość świętego Józefa, Oblubieńca Najświętszej Maryi Panny
25 marca (wtorek) – Uroczystość Zwiastowania Pańskiego
21 kwietnia (poniedziałek) – Poniedziałek Wielkanocny
9 czerwca (poniedziałek) – Święto Najświętszej Maryi Panny, Matki Kościoła
29 czerwca (niedziela) – Uroczystość Świętych Apostołów Piotra i Pawła
30 listopada – I Niedziela Adwentu
8 grudnia (poniedziałek) – Uroczystość Niepokalanego Poczęcia Najświętszej Maryi Panny
26 grudnia (piątek) – Święto świętego Szczepana, pierwszego męczennika
Wpływowy kalendarz. Jak święta z kalendarza liturgicznego oddziałują na świat świecki
Gdy w noc sylwestrową wybuchają fajerwerki, mamy już za sobą kilkadziesiąt dni nowego roku. To obowiązujący w Kościele rok liturgiczny.
Rok liturgiczny ma ogromny wpływ na życie większości ludzi na całym świecie, niezależnie od ich przekonań religijnych. Przykładowo karnawał, choć nie jest elementem kościelnej obrzędowości, jest od niej zależny, bo jego zmieniająca się każdego roku długość zależy od daty Wielkanocy. Podobnie jest z wieloma zwyczajami świeckimi: to od kalendarza liturgicznego zależy data tłustego czwartku czy „śledzika”. Nawet ateista, wręczając dzieciom upominki 6 grudnia czy w wieczór wigilijny, robi to w rytmie kalendarza liturgicznego. – Różne święta z kalendarza liturgicznego oddziałują na świat świecki, choć w pewnym stopniu działa to też w drugą stronę, na przykład Kościół „ochrzcił” wieniec adwentowy czy choinkę. W jakiś sposób przeplata się to z chrześcijaństwem, jedno na drugie oddziałuje – zauważa ks. Włodzimierz Lewandowski.
Tajemnice zbawienia
Rok liturgiczny, nazywany też rokiem kościelnym, jest sumą kościelnych obchodów i celebracji, które odbywają się w ciągu roku. Ma tyle samo dni, ile rok kalendarzowy. Dlaczego zatem kalendarz kościelny nie zaczyna się 1 stycznia, równolegle z kalendarzem świeckim? – Bo na rok kalendarzowy ma wpływ historia świecka, natomiast na rok liturgiczny wpływ ma historia zbawienia. Rzymski rok kalendarzowy był wcześniej. Już w starożytności obowiązywał w całym basenie Morza Śródziemnego. Historycznie więc rok świecki był pierwszy. Rok liturgiczny w takim kształcie, jaki mamy w tej chwili, zaczął kształtować się późno, mniej więcej w V–VI wieku. Przy jego ustalaniu nie kierowano się położeniem słońca, miesiącami czy porami roku, tylko tajemnicami zbawienia – podkreśla duchowny.
Treścią roku liturgicznego jest Jezus Chrystus, a celem jest głębsze poznanie Zbawiciela i zrozumienie jego tajemnic. Początek kalendarza w logiczny sposób wyznacza data Bożego Narodzenia, do której przygotowaniem jest okres Adwentu, składający się z czterech poprzedzających 25 grudnia niedziel.
Pierwszym dniem nowego roku kościelnego jest pierwsza niedziela Adwentu, która przypada między 27 listopada a 3 grudnia. Najdłuższy Adwent trwa 28 dni, a najkrótszy 23 dni – w tym drugim przypadku wigilia przypada w niedzielę. Trzy pierwsze niedziele akcentują oczekiwanie na powtórne przyjście Chrystusa na końcu czasów. Ostatnie dni Adwentu to bezpośrednie przygotowanie na Boże Narodzenie. Trzecia niedziela nosi nazwę Gaudete (z łac. radujcie się). O ile w liturgii Adwentu dominuje kolor fioletowy, w tę niedzielę używa się szat liturgicznych w kolorze różowym. Czytania mszalne w Adwencie wzywają do nawrócenia i mówią o kresie czasów i nadchodzącym królestwie Bożym. W tym czasie – 8 grudnia – przypada także uroczystość Niepokalanego Poczęcia Najświętszej Maryi Panny. 17 grudnia rozpoczyna się czas bezpośredniego przygotowania do uroczystości Narodzenia Pańskiego i trwa on do 24 grudnia włącznie.
Narodzenie
Obchody uroczystości Narodzenia Pańskiego 25 grudnia rozpoczynają liturgiczny okres Narodzenia Pańskiego. Jego częścią jest tzw. oktawa, czyli osiem dni pomiędzy 25 grudnia a 1 stycznia. W oktawie przypadają święta: 26 grudnia św. Szczepana, pierwszego męczennika, 27 grudnia św. Jana, Apostoła i Ewangelisty, 28 grudnia świętych Młodzianków. Oktawa obejmuje także święto Świętej Rodziny. Obchodzi się je zawsze w niedzielę oktawy, z wyjątkiem sytuacji, gdy Boże Narodzenie wypada w niedzielę. Wówczas święto to obchodzi się 30 grudnia. Oktawę Bożego Narodzenia kończy uroczystość Świętej Bożej Rodzicielki Maryi 1 stycznia.
Ważnym świętem okresu Narodzenia Pańskiego jest przypadająca 6 stycznia uroczystość Objawienia Pańskiego, czyli Trzech Króli. Obchody Narodzenia Pańskiego kończy Niedziela Chrztu Pańskiego, przypadająca w pierwszą niedzielę po Objawieniu Pańskim. Po niej zaczyna się czas „w ciągu roku”. W Polsce trudno to zauważyć, ponieważ dekoracje bożonarodzeniowe, w tym szopki, pozostają w naszych kościołach zwyczajowo aż do święta Ofiarowania Pańskiego 2 lutego. Do tego dnia zazwyczaj śpiewa się też kolędy.
Post, Wielkanoc…
Podczas okresu zwykłego w ciągu roku w czasie Mszy św. czyta się Ewangelie dotyczące życia i działalności Pana Jezusa. W liturgii dominuje kolor zielony. Okres zwykły zostaje przerwany po kilku tygodniach – w zależności od daty Wielkanocy – Wielkim Postem, czyli czasem trwającym 40 dni, nie licząc niedziel. Okres ten zaczyna się Środą Popielcową, a kończy w Wielki Czwartek przed sprawowaną Mszą Wieczerzy Pańskiej.
Dominującym kolorem szat liturgicznych podczas Wielkiego Postu jest fiolet. Podczas Mszy Świętej nie śpiewa się „Chwała na wysokości Bogu” (z wyjątkiem uroczystości) i aklamacji „Alleluja”. W tym okresie nie ozdabia się ołtarza kwiatami.
W Wielkim Poście – 25 marca – Kościół obchodzi uroczystość Zwiastowania Pańskiego. To dokładnie dziewięć miesięcy przed Bożym Narodzeniem, a zatem tyle, ile trwa przeciętna ciąża.
Ostatnią niedzielą Wielkiego Postu jest Niedziela Palmowa Męki Pańskiej. Rozpoczyna ona Wielki Tydzień. Wielki Post kończy się w Wielki Czwartek przed sprawowaną wieczorem Mszą Wieczerzy Pańskiej. Wówczas następuje Triduum Paschalne – okres, którego istotą jest celebracja męki, śmierci i zmartwychwstania Chrystusa. Zwieńczeniem Triduum jest najbardziej uroczysta liturgia Wigilii Paschalnej. Wszystkie trzy dni Triduum są jednym wspólnym obchodem liturgicznym.
Niedziela Zmartwychwstania Pańskiego przypada w pierwszą niedzielę po pierwszej wiosennej pełni księżyca, która ma miejsce około 21 marca. Wielkanoc jest najstarszą uroczystością w Kościele i z początku jedyną obchodzoną dorocznie. W kalendarzu liturgicznym występuje jako I Niedziela Wielkanocna. Otwiera ona oktawę uroczystości Zmartwychwstania – osiem dni, które kończą się II Niedzielą Wielkanocną, czyli niedzielą Miłosierdzia Bożego. Każdy dzień oktawy ma najwyższą rangę uroczystości Pańskich.
Uroczystość Zmartwychwstania rozpoczyna trwający 50 dni okres wielkanocny. Długość tego okresu wyznacza czas, jaki – zgodnie z zapisem w Dziejach Apostolskich – upłynął do zesłania Ducha Świętego. W jego trakcie Kościół przeżywa uroczystość Wniebowstąpienia Pańskiego, które, również zgodnie z tym, co czytamy w Dziejach Apostolskich, nastąpiło po upływie 40 dni po zmartwychwstaniu Jezusa. Wypada to w czwartek. W Polsce, gdzie dzień ten nie jest ustawowo wolny od pracy, uroczystość została przeniesiona na najbliższą niedzielę, czyli na siódmą Niedzielę Wielkanocną.
Okres wielkanocny kończy uroczystość Zesłania Ducha Świętego. Drugi dzień tzw. Zielonych Świąt to już kontynuacja okresu zwykłego, który potrwa aż do zakończenia roku liturgicznego, czyli do soboty po uroczystości Chrystusa Króla. Na okres zwykły przypada m.in.: święto Ofiarowania Pańskiego, uroczystość Najświętszej Trójcy, święto Przemienienia Pańskiego, uroczystość Wniebowzięcia Najświętszej Maryi Panny, uroczystość Wszystkich Świętych, Dzień Zaduszny.
Proces tworzenia
Kalendarz liturgiczny kształtował się długo. Do dziś znajdujemy w nim ślady różnych tradycji. – Kiedy na przykład Wielki Post się kończy? Przed procesją w Niedzielę Palmową w liturgii padają słowa „zakończyliśmy okres Wielkiego Postu”, a kalendarz liturgiczny mówi, że kończy się w Wielki Czwartek przed Triduum Paschalnym. To pokazuje, jak pewne procesy w Kościele się przenikały i tworzyły to, co dzisiaj mamy w postaci roku liturgicznego – wskazuje ks. Włodzimierz Lewandowski. Podkreśla, że także związane z kalendarzem liturgicznym zwyczaje świeckie, takie jak wspomniana choinka, możemy rozwijać i nadawać im głębszy sens teologiczny. I dodaje: – Jeżeli nie będziemy obrzędom, które istnieją obecnie, nadawać chrześcijańskiego sensu, to moim zdaniem wszystko nam się rozmyje i zeświecczeje.
Franciszek Kucharczak/Gość Niedzielny
________________________________________________
Bardzo zachęcam, aby przeczytać i wziąć sobie do serca słowa św. ojca Pio na temat Mszy świętej
Ojciec Pio Mszę świętą nazwał „przerażającą tajemnicą”. Zapewne z tego powodu trwała ona nawet kilka godzin.
Na zarzuty, że celebruje ten sakrament zbyt długo, odpowiadał: „Pan wie, że chcę odprawiać mszę świętą tak, jak inni to czynią, ale nie zawsze potrafię. Są takie chwile, że nie mogę iść naprzód. Czuję, że upadłbym, gdybym się nie zatrzymał”. Doskonale rozumiał ogromną wagę Eucharystii.
Dlatego te myśli o Eucharystii trzeba zapamiętać na zawsze:
1. Pan Bóg w Eucharystii składa nam pocałunki miłości. Zatem przyjmujmy z wielką wiarą i miłością Komunię Świętą.
2. W tych tak smutnych czasach śmierci wiary, triumfującej bezbożności, najbezpieczniejszym środkiem uchronienia się przed chorobą zakaźną, która nas otacza, jest wzmacnianie się pokarmem eucharystycznym. Rzeczą oczywistą jest, że nie może się nim wzmocnić ten, kto miesiącami nie karmi się ciałem nieskalanego Baranka Bożego.
3. Każda Msza święta, w której dobrze i pobożnie się uczestniczy, jest przyczyną cudownych działań w naszej duszy, obfitych łask duchowych i materialnych, których my sami nawet nie znamy. Dla osiągnięcia takiego celu nie marnuj bezowocnie twego skarbu, ale go wykorzystaj. Wyjdź z domu i uczestnicz we Mszy Świętej. Świat mógłby istnieć nawet bez słońca, ale nie może istnieć bez Mszy świętej
4. Póki nie jesteśmy pewni, że nasze sumienie jest obciążone ciężką winą nie należy zaprzestawać przyjmowania Komunii świętej.
5. Niegodni Jezusa jesteśmy wszyscy, ale to On nas zaprasza. On tego chce. Upokorzmy się przed Nim!
6. Przed Jezusem obecnym w Najświętszym Sakramencie wzbudzaj święte uczucia, rozmawiaj z Nim, módl się i trwaj w Objęciach Umiłowanego.
7. Jak mogę nosić w mym małym sercu Nieskończonego? Jak mogę zamykać Boga w małej celi mej duszy? Moja dusza napełnia się w bólu i miłości. Napełnia mnie trwoga, że nie zdołam zatrzymać Go w wąskiej przestrzeni mego serca.
„Widział Pana Jezusa w Hostii. To było coś nieprawdopodobnego!”. Ojciec Pio i Eucharystia.
***
Ojciec Pio doskonale rozumiał istotę i wartość Eucharystii. “Świat mógłby istnieć nawet bez słońca, ale nie może istnieć bez Mszy świętej” – mówił.
Przez ponad 58 lat ojciec Pio codziennie uczestniczył w Eucharystii łącząc się duchowo z Chrystusem Ukrzyżowanym i Zmartwychwstałym. Eucharystia była dla niego – jak przypomniał Jan Paweł II podczas swego pobytu w San Giovanni Rotondo w dniu 23 maja 1987 roku – źródłem i szczytem, punktem oparcia oraz ośrodkiem całego życia i działania. Święty we Mszy św. widział całą Kalwarię, przeżywał ją jako wstrząsającą tajemnicę Męki Pańskiej.
Ojciec Pio doskonale rozumiał znaczenie Mszy świętej, dlatego nazwał ją przerażającą tajemnicą. Zapewne z tego powodu trwała ona nawet do trzech godzin! Na zarzuty, że celebruje ten sakrament zbyt długo, odpowiadał: „Pan wie, że chcę odprawiać Mszę świętą tak, jak inni to czynią, ale nie zawsze potrafię. Są takie chwile, że nie mogę iść naprzód. Czuję, że upadłbym, gdybym się nie zatrzymał”.
„Widziałem i przeżywałem – dzięki Ojcu Pio – niebo przy ołtarzu”
Ojciec Jerzy Tomziński, przełożony generalny Zgromadzenia Ojców Paulinów, uczestniczył we Mszy św. odprawianej przez o. Pio, 21 września 1962 roku. I wspomina, że to, co najbardziej wtedy przeżył, to moment konsekracji: „Ojciec Pio zachowywał się tak, jakby widział Chrystusa. Oparł się na ołtarzu, ręce położył tak, jakby obejmował krzyż, i patrzył na Hostię. On widział Pana Jezusa, że cierpi, że umiera. Widział Go w Hostii – to się ujawniło w jego twarzy. To było coś nieprawdopodobnego… Nie widziałem kapłana celebrującego, ale Mękę Pana Jezusa na Golgocie. Widziałem, Pan Jezus cierpi i umiera, że krew się leje. Widziałem i przeżywałem, dzięki Ojcu Pio – niebo przy ołtarzu”.
„Gdy jestem przy ołtarzu, czuję niekiedy dziwny ogień, który wypełnia całą moją osobę”
Ojciec Pio bardzo pragnął Eucharystii. Tak napisał w jednym z listów: „Miałbym wiele rzeczy do powiedzenia, lecz brakuje mi słów. Powiem tylko tyle, że uderzenia mojego serca stają się mocniejsze, gdy przebywam z Jezusem w Eucharystii. Nieraz wydaje mi się, że serce chciałoby mi wyskoczyć z piersi. Gdy jestem przy ołtarzu, czuję niekiedy dziwny ogień, który wypełnia całą moją osobę, niestety, nie jestem w stanie opisać go słowami”. Pytany zaś, co zawiera się w odprawianej przez niego Mszy św., odpowiadał, że cała Kalwaria.
Ksiądz Nello Castello zanotował niezwykłe wyznanie Świętego: „W czasie Mszy przeżywam trzy godziny agonii na krzyżu”. Włoski mistyk rozpoczynając Eucharystię otrzymywał łaskę widzenia całej ziemi i nieba, a nie tylko przenikania sumień pojedynczych osób – co działo się przy kratkach konfesjonału. Gdy przystępował do ołtarza, jego każdy krok naznaczony był cierpieniem i wydawało się że wstępował na Kalwarię. Już w chwili wypowiadania „Spowiadam się”… skupiał na ołtarzu grzechy świata, brał na siebie przewinienia wszystkich. Jego twarz przyjmowała wyraz całkowitego wyniszczenia. – Wyrok na grzesznika spada na mnie – mówił.
„Gdybym któregoś dnia został pozbawiony Komunii świętej – umarłbym”
Podczas Liturgii Słowa Święty często nie mógł powstrzymać łez. Nie tylko dlatego, że tak intensywnie przeżywał każde słowo, lecz również dlatego, że przepełniała go wdzięczność dla Boga, który zechciał przemówić do ludzi. Ofiarowanie było dla niego oczekiwaniem na przemienienie zwykłego chleba w „Chleb z nieba”. To było oczekiwanie „na wschód Słońca”. Podczas konsekracji dokonywało się – jak mawiał Ojciec Pio – „nowe cudowne zniszczenie i stworzenie”. Zniszczenie i stworzenie, czyli tajemnica ofiary Ukrzyżowanego, który ponosi haniebną śmierć „zaliczonego do złoczyńców”, aby stać się Eucharystią dla milionów.
Gdy Ojciec Pio wymawiał słowa konsekracji: „To jest Ciało moje…, To jest kielich Krwi mojej”, a słowa te wypowiadał bardzo wolno, sylabizował je, to rzeczywiście uczestniczył w tragedii Golgoty. Chrystus wyciskał na nim to, co sam przeżywał: miłość, cierpienie, śmierć… Jego Msza święta była całą Męką Zbawiciela, a uczestniczący w niej wierni stawali się częścią grupy osób modlących się na Kalwarii. Wreszcie nadchodził czas zjednoczenia. Komunia święta! Na ten moment Ojciec Pio bardzo czekał. Kiedyś powiedział: „Gdybym któregoś dnia został pozbawiony Komunii świętej – umarłbym”.
Uczestnicząc w Eucharystii warto mieć w pamięci słowa mistyka: „Każda Msza święta, w której dobrze i pobożnie się uczestniczy, jest przyczyną cudownych działań w naszej duszy, obfitych łask duchowych i materialnych, których my sami nawet nie znamy. Dla osiągnięcia takiego celu nie marnuj bezowocnie twego skarbu, ale go wykorzystaj. Wyjdź z domu i uczestnicz we Mszy Świętej. Świat mógłby istnieć nawet bez słońca, ale nie może istnieć bez Mszy świętej”.
KAI,opoka.org,adonai.pl,glosojcapio.pl,zś/Stacja7
Nigdy nie odchodziłbym od ołtarza
O. PIO (PUBLIC DOMAIN/WIKIMEDIA COMMONS)
***
„Ten pokorny kapucyn zadziwił świat swym życiem całkowicie poświęconym modlitwie i słuchaniu braci, na których cierpienie wylewał balsam miłości Chrystusa” – powiedział papież Franciszek nawiedzając miejsce, w którym podczas modlitwy w chórze zakonnym przed krucyfiksem 20 września 1918 roku, o. Pio otrzymał stygmaty. Lekarze obliczyli, badając go wielokrotnie, że z tych ran w ciągu 50 lat wypłynęło 3 400 litrów krwi. Rany krwawiły szczególnie podczas sprawowania Mszy świętej.
Cała Kalwaria w jego Mszy
21 września 1962 roku o. Jerzy Tomziński, przełożony generalny Zgromadzenia Ojców Paulinów, uczestniczył we Mszy św. odprawianej przez o. Pio. Swoje doświadczenie, szczególnie moment konsekracji tak opisał: „Ojciec Pio zachowywał się tak, jakby widział Chrystusa. Oparł się na ołtarzu, ręce położył tak, jakby obejmował krzyż, i patrzył na Hostię. On widział Pana Jezusa, że cierpi, że umiera. Widział Go w Hostii, to się ujawniło w jego twarzy. To było coś nieprawdopodobnego… Nie widziałem kapłana celebrującego, ale Mękę Pana Jezusa na Golgocie. Widziałem, jak Pan Jezus cierpi i umiera, że krew się leje. Widziałem i przeżywałem, dzięki Ojcu Pio, niebo przy ołtarzu”. Podobne wrażenia zanotował o. Bernardo Romagnoli: „Kiedy po raz pierwszy uczestniczyłem we Mszy św. odprawianej przez o. Pio, w momencie konsekracji zauważyłem na jego twarzy pewne ruchy i skurcze, które wtedy wydały mi się trochę dziwne, ale później zrozumiałem, że przeżywał on w tej chwili mękę Ukrzyżowanego. Rzeczywiście, było to widoczne, że podczas Mszy św. Ojciec Pio przeżywał na nowo mękę Jezusa, ofiarę miłości i cierpienia”.
Takie przeżywanie Eucharystii nie powinno dziwić, jeśli weźmiemy pod uwagę, jak bardzo Ojciec Pio jej pragnął. Tak napisał w jednym z listów: „Miałbym wiele rzeczy do powiedzenia, lecz brakuje mi słów. Powiem tylko tyle, że uderzenia mojego serca stają się mocniejsze, gdy przebywam z Jezusem w Eucharystii. Nieraz wydaje mi się, że serce chciałoby mi wyskoczyć z piersi. Gdy jestem przy ołtarzu, czuję niekiedy dziwny ogień, który wypełnia całą moją osobę, niestety, nie jestem w stanie opisać go słowami”. Pytany zaś, co zawiera się w odprawianej przez niego Mszy św., odpowiadał, że cała Kalwaria.
Wprowadzał wszystkich w inny wymiar
Znana pisarka Maria Winowska, która żyjąc w Paryżu napisała kilka książek, między innymi o Bożym Miłosierdziu. Przetłumaczyła na język francuski “Dzienniczek” św. siostry Faustyny. Również jest jej książka o stygmatyku z San Giovanni Rotondo pod tytułem: „Prawdziwe oblicze Ojca Pio”, w której opisuje Mszę św. odprawianą przez niego. Oto jej świadectwo: „Twarz jego przeobraża się, gdy stanął u stopni ołtarza. Nie trzeba być mędrcem, żeby zrozumieć, że znalazł się w świecie dla nas niedostępnym. Nagle pojmuję, dlaczego Msza odprawiana przez niego przyciąga tłumy, dlaczego je przykuwa i podbija. Od pierwszej chwili jesteśmy raptownie wciągnięci w głąb tajemnicy. Jak niewidomi otaczający widzącego. Jesteśmy bowiem ślepcami, przebywającymi za granicami rzeczywistości. To właśnie jest posłannictwem mistyków. Oni przywołują do życia nasze wewnętrzne oczy, które uległy zanikowi, oczy przeznaczone do oglądania olśniewającej jasności, nieporównywalnie potężniejszej od światła widzialnego okiem śmiertelnika… Od siebie mogę powiedzieć, że w San Giovanni Rotondo okryłam w ofierze Mszy świętej otchłanie miłości i światła, przedtem zaledwie dostrzegalne. Ten moment jest bardzo ważny… Jego zadaniem nie jest robienie «czego innego», ani też «lepiej niż inni», ale uprzystępnienie nam zrozumienia, przeżycia i wchłonięcia w siebie tej jedynej w świecie ofiary, jaką jest Msza święta… Bo trzeba być ślepym, żeby nie wiedzieć, że człowiek, który przystąpił do tego ołtarza, cierpi. Jego krok jest ciężki i chwiejny. Niełatwo jest stąpać na przebitych stopach. Ramiona ciężko się opierają na ołtarzu, gdy go całuje. Zachowuje się jak ranny w ręce, zmuszony do oszczędzania każdego ruchu. Wreszcie, uniósłszy głowę, wpatruje się w krzyż. Mimo woli odwracam oczy, jak gdyby lękając się podpatrzeć tajemnicę miłości. Twarz kapucyna, przed chwilą wyrażająca jowialną uprzejmość, ulega przeobrażeniu. Przechodzą przez nią fale wzruszenia, jak gdyby niewidzialne siły powołujące go do walki napełniały go kolejno obawą, radością, smutkiem, trwogą, bólem. Rysy jego odzwierciedlają tajemny dialog. Protestuje, potrząsa głową przecząco, czeka na odpowiedź. Całe ciało sprężyło się w milczącym błaganiu (…). Czas stanął. A raczej czas przestał się liczyć. Wydaje mi się, że ten ksiądz przykuty do ołtarza wprowadził nas wszystkich w inny wymiar, gdzie trwanie zmieniło znaczenie”.
Eucharystia w centrum życia
Ojciec Pio święcenia kapłańskie przyjął w katedrze w Benevento 10 sierpnia 1910 r., a na swoim obrazku prymicyjnym napisał: „Jezu, moje pragnienie i życie moje, kiedy dziś drżący Cię unoszę w tajemnicy miłości, spraw, abym był dla świata drogą, prawdą, życiem, a dla Ciebie świętym kapłanem, ofiarą doskonałą”. Ojciec Pio wspominając swoje dzieciństwo tak mówił: „Miałem wtedy pięć, może sześć lat. Wtedy nad wielkim ołtarzem ukazało mi się Serce Pana Jezusa i uczyniło znak, abym się zbliżył do ołtarza. Pan Jezus położył rękę na mojej głowie, pragnąc w ten sposób potwierdzić, że podoba Mu się to moje postanowienie ofiarowania się i poświęcenia Jemu…”.
Ks. Andrzej Antoni Klimek taki daje komentarz do tego wydarzenia: “Te słowa uzmysławiają nam, jak ważne jest budowanie duchowości eucharystycznej w dzieciach, zwłaszcza w dzieciach przystępujących do Pierwszej Komunii Świętej. Jak ważna jest każda Msza święta i jaką stratą jest każda Msza święta, którą opuszczamy. W czasach Ojca Pio odprawiana przez niego Msza o czwartej lub piątej rano wpływała na rozkład autobusów i godziny otwarcia hoteli w San Giovanni Rotondo. Jego sakramentalna posługa przyciągała tysiące wiernych i ludzie już od 2.30 oczekiwali w kościele. Życie „kręciło się” wokół Eucharystii i Sakramentu Pokuty. Wiemy też, że Ojciec Pio często odmawiał rozgrzeszenia penitentom, którzy wyznawali, iż zaniedbywali Mszę św. niedzielną. Bolał nad ich niefrasobliwością i tylko kiedy widział ich szczery żal, odpuszczał grzech. W ten sposób uczył, że każda Najświętsza Ofiara ma bezgraniczną wartość. Każda! A ileż razy my z wielką niefrasobliwością dyspensujemy się z niedzielnej Eucharystii? Ile razy dopiero na pytanie kapłana wyznajemy w konfesjonale jej zaniedbanie? Jak słabe albo wręcz nieobecne jest w nas pragnienie Eucharystii. Kto z nas może powtórzyć za Ojcem Pio: „Serce czuje się, jakby było przyciągane przez nieokreśloną, wyższą siłę, zanim rankiem zjednoczy się z Nim w Eucharystii. Odczuwam tak wielki głód i pragnienie połączenia się z Jezusem, że niewiele brakuje, żebym umarł z tęsknoty za Nim, a ponieważ nie mogę żyć bez przyjęcia Go, zdarzało się, że nawet z wysoką gorączką byłem zmuszony udać się posilić Jego Ciałem. Ów głód i pragnienie, zamiast ulec zaspokojeniu, wzmagały się jeszcze bardziej po przyjęciu Jezusa”?
***
Podczas każdej Mszy świętej jest miejsce na Twoje osobiste intencje. Jak je składać?
Shutterstock
***
Jest podczas Mszy świętej kilka takich momentów „szczególnie odpowiednich”, by przywołać i ofiarować Bogu swoje prośby.
Na początku każdej niemal Mszy świętej słyszymy, że jest odprawiana w jakiejś intencji. Najczęściej za zmarłych – o dar życia wiecznego. Czasami za żywych, o Boże błogosławieństwo i potrzebne im łaski. O co tu właściwie chodzi? Jaki jest sens „zamawiania” Mszy św. w jakiejś intencji? I czy to znaczy, że jeśli Msza św. jest za Kowalskiego, to moja modlitwa w jakiejś osobistej sprawie nie będzie już w trakcie tej Mszy św. wysłuchana?
Co to znaczy „zamówić” Mszę świętą?
Znaczy to tyle, że Kościół – czyli wspólnota sprawująca daną Eucharystię pod przewodnictwem kapłana – zgadza się prosić Pana Boga, aby dobrami duchowymi wynikającymi z tej Eucharystii obdarzył konkretną osobę lub grupę osób. Co to za dobra?
Odpowiedź kryje się w odpowiedzi na pytanie: Czym jest Eucharystia? To uobecnienie Ofiary Jezusa, którą złożył Ojcu z samego siebie oddając swoje życie na krzyżu. W tej Jedynej Ofierze Jezus doskonale i w pełni zjednoczył się z Ojcem.
My sprawując Eucharystię włączamy się w tę Ofiarę Jezusa, stajemy się jej uczestnikami, jej częścią – bierzemy w niej udział, a więc jednoczymy się „przez Chrystusa, z Chrystusem i w Chrystusie” z Ojcem. „Intencja” oznacza, że robiąc to prosimy, by Pan Bóg w to zjednoczenie włączył konkretnego człowieka – by to zjednoczenie stało się przede wszystkim jego udziałem. A zjednoczenie z Bogiem, to nic innego jak zbawienie.
Jeśli prosimy na przykład o zdrowie, o pomyślne zdanie egzaminu, o błogosławieństwo i tak dalej, to w tym sensie, że one mają służyć sprawie zbawienia konkretnego człowieka, czyli jego bycia zjednoczonym z Bogiem na zawsze.
Nie da się ofiarować komuś nic cenniejszego
W gruncie rzeczy nie można prosić o nic więcej, o nic lepszego. I nie można nikomu ofiarować nic więcej niż to. Nasze zaangażowanie – nasza uwaga, obecność, poświęcony czas, gorliwa modlitwa czy ofiara materialna związana z „zamówieniem” mszy wyrażają naszą miłość, która w Eucharystii staje się częścią doskonałej i pełnej miłości jednoczącej Chrystusa z Ojcem.
Proste „zamówienie” Mszy św. (zakładające zasadniczo także jak najpełniejsze w niej uczestnictwo), to coś absolutnie najcenniejszego – wręcz bezcennego – co człowiek może dać drugiemu człowiekowi – żywemu lub zmarłemu. Aż dziwne, że „zamawianie” intencji staje się coraz mniej popularne.
A co z „prywatnymi” intencjami?
Czy to oznacza, że moje „prywatne” intencje nie zostaną przez Boga wysłuchane, kiedy modlę się w nich podczas Mszy św.? Najpierw sprostowanie. Nie ma „prywatnych” intencji, bo Msza św. to nie moje sam-na-sam z Bogiem, ale wspólne dzieło całego Kościoła.
I to nie tylko tego zebranego w konkretnym miejscu, ale naprawdę całego. Tę mszę, w której bierzemy udział sprawuje wraz z nami „Kościół rozproszony po całym świecie”. Na znak tego w każdej Mszy św., w modlitwie eucharystycznej przywołuje się imię papieża i miejscowego biskupa, którego jedność z papieżem jest znakiem jedności naszej wspólnoty z całym Kościołem Powszechnym.
To dlatego tuż przed śpiewem „Święty, Święty, Święty” poprzedzającym konsekrację przypominamy sobie, że modlimy się wraz z aniołami i świętymi. Poza tym w Mszy świętej modlimy się za cały świat i za wszystkich ludzi. Jeśli uważnie wsłuchamy się w Modlitwę Eucharystyczną, to usłyszymy w niej skierowane do Boga błagania: „aby ta Ofiara sprowadziła na cały świat pokój i zbawienie”, abyś pamiętał „o całym Twoim ludzie i o wszystkich, którzy szczerym sercem Ciebie szukają”, a także prośbę za wszystkich naszych zmarłych braci i siostry oraz „tych których wiarę jedynie Ty znałeś”. Krótko mówiąc: nie ma takiego człowieka, za którego Kościół nie modliłby się sprawując Eucharystię.
Czas i miejsce na nasze osobiste prośby
Jak wynika z powyższego jest – i to jak najbardziej – we mszy świętej miejsce na moje osobiste intencje. Są one włączone w błaganie całego Kościoła. I bardzo dobrze jest przychodzić na Eucharystię z takimi osobistymi intencjami. Dlaczego? Po pierwsze – jeśli mam takie osobiste intencje, to znaczy, że kocham. A miłość – moja słaba, ułomna, ludzka miłość – jednoczy mnie z nieskończenie kochającym Chrystusem, który ofiaruje się odwiecznie miłującemu Ojcu.
Po drugie – ta osobista intencja „motywuje” mnie do jak najbardziej gorliwego i świadomego uczestnictwa w sprawowanej Mszy św. A przez takie uczestnictwo coraz bardziej jednoczę się z Bogiem, który na serio mnie słucha i „bierze sobie do serca” to i tych, których ja noszę w swoim człowieczym sercu.
Specjalne momenty
Jest podczas Mszy św. kilka takich momentów „szczególnie odpowiednich”, by przywołać i ofiarować Bogu te swoje prośby. Najpierw na samym początku, kiedy kapłan informuje wspólnotę w jakiej intencji sprawujemy Eucharystię.
Pamiętajmy, że nie jest ona „konkurencyjna” względem tej naszej osobistej. Wręcz przeciwnie. Im gorliwiej włączam się w tę „wspólną”, tym bardziej kocham, a więc tym bardziej to co noszę w swoim sercu staje się Jezusowe – tym bardziej On to może oddawać i polecać Ojcu. Kolejny dobry moment to „ofiarowanie”, czyli moment, kiedy na ołtarz przynoszone są chleb i wino, a kapłan przedstawia je po cichu Bogu, prosząc by niebawem stały się „Pokarmem i Napojem Duchowym”.
W tym czasie zazwyczaj zbierana jest tak zwana „taca”. Nie należy lekceważyć tego momentu. Moja materialna ofiara z pieniędzy, które przecież są mi tak bardzo potrzebne do życia bardzo dosłownie wyraża moją ofiarę duchową. Przy tym nie wolno „magicznie” myśleć, że im więcej dam, tym bardziej zostanę wysłuchany. Kłania się ewangeliczna historia o wdowim groszu, którym zachwycił się Jezus (Marek 12,43). Bóg zna moje możliwości i wie, co to dla mnie znaczy dać naprawdę dużo.
Najważniejszy moment i „Boski Zakładnik”
Najważniejszy moment to ten, kiedy przyjmuję Chrystusa w Komunii. On jest ze mną, jest we mnie, jest w moim sercu. Moje serce – wszystkie jego sprawy i troski – stają się Jego. Mogę śmiało powiedzieć Ojcu: Mam Twojego Syna. Chcę Ci go ofiarować, oddać. A wraz z nim samego siebie, a więc też wszystko i wszystkich, którzy są dla mnie ważni. Wszystko albo nic, Panie Boże!
Ten „święty szantaż” zadziała zawsze, jeśli powoduje mną miłość do Boga i człowieka. Bo ta miłość to przecież Duch Święty, który działa w moim sercu i przyczynia się za mną w błaganiach, których sam nie potrafię ubrać w słowa. To moment, kiedy najpełniej – tu na ziemi – uczestniczę w życiu Trójcy Świętej. Jestem z Bogiem, jestem w Bogu. Moje serce zanurzone w Nim. Wszystko, co moje, staje się Jego. Wszystko i wszyscy.
Kogo obowiązuje post eucharystyczny? Jakie ma znaczenie? I jak liczyć czas postu?
Uczono nas o nim podczas przygotowania do Pierwszej Komunii Świętej, ale praktyka pokazuje, że często ulatuje nam z pamięci albo nie przykładamy do niego większej wagi. Tymczasem to podstawowy sposób przygotowania się do owocnego udziału w Mszy świętej.
Obudzić pragnienie serca
Powstrzymanie się od pokarmów i napojów podtrzymujących i uprzyjemniających nasze życie biologiczne ma uświadomić nam, że oto niebawem będziemy przyjmowali Pokarm i Napój dający nam życie duchowe i wieczne. Tak pisał o tym święty Efrem Syryjczyk:
W Twym Chlebie ginie łakomstwo, Twój kielich unicestwia nieprzyjaciela – śmierć, co nas pożera. Spożywamy Cię, Panie, i pijemy nie tylko, by się nasycić, ale by żyć przez Ciebie.
Fizyczny głód i pragnienie mają za zadanie rozbudzić naszą duchową tęsknotę za Jezusem w Eucharystii. Takie duchowe „przez żołądek do serca” à rebours.
Niezwykły pokarm
Post eucharystyczny znany był w Kościele już w pierwszych wiekach. Co prawda pierwsze pokolenie chrześcijan łączyło nieraz Eucharystię z braterską ucztą zwaną „agapą”, ale dość szybko zdecydowano się rozdzielić te dwa wydarzenia, a przyjmowanie Ciała Pańskiego poprzedzać czasem powstrzymywania się od jakichkolwiek innych pokarmów i napojów.
Wynikało to z dużej wrażliwości na realną obecność Chrystusa w Najświętszym Sakramencie. Uważano, że nie godzi się, by Chleb Eucharystyczny mieszał się w nas ze zwykłym, wcześniej przyjętym pożywieniem.
Dziś może dziwić, a nawet śmieszyć nas takie „organiczne”, naturalistyczne podejście, ale powinno też sprowokować do pytania: Czy ja rzeczywiście zdaję sobie sprawę, że w Komunii przyjmuję naprawdę Ciało i Krew Boga?
Komunia dla wytrwałych
Pierwsze precyzyjne przepisy dotyczące postu eucharystycznego wprowadził w XVI w. Sobór w Trydencie. Ustalone tam zasady były bardzo surowe. Aby przystąpić do Komunii, należało powstrzymać się od jakiegokolwiek pokarmu oraz napoju od północy aż do momentu jej przyjęcia. Zasada ta obowiązywała wszystkich i bez jakichkolwiek wyjątków.
Stąd Msze święte sprawowano zasadniczo tylko w godzinach porannych. Był to też jeden – choć nie jedyny – z powodów, dla których wierni nie przystępowali do Komunii zbyt często.
Dopiero w 1953 r. papież Pius XII pozwolił na picie w tym czasie samej wody, a niedługo potem skrócił obowiązujący czas postu eucharystycznego do trzech godzin. Następna zmiana przyszła już po II Soborze Watykańskim, gdy papież Paweł VI określił minimalny czas postu do jednej godziny. W 1973 r. w instrukcji Immensae caritatis zezwolił też, by w przypadku osób chorych, starszych oraz opiekujących się nimi było to jedynie piętnaście minut.
Post eucharystyczny dzisiaj
Obowiązujący nas dzisiaj Kodeks prawa kanonicznego z 1983 r. w kanonie 919 nakazuje powstrzymanie się od jakiegokolwiek pokarmu i napoju z wyjątkiem wody i lekarstw „przynajmniej na godzinę przed przyjęciem Komunii Świętej”.
Post eucharystyczny nie obowiązuje osób w podeszłym wieku, chorych oraz opiekujących się nimi. Zwolniony z postu eucharystycznego jest też kapłan sprawujący drugą lub trzecią Mszę św. tego samego dnia, ale nie przed pierwszą Mszą św.
Poza określonymi powyżej wyjątkami post eucharystyczny obowiązuje wszystkich wiernych i zasadniczo nie występuje możliwość dyspensowania (czyli zwalniania) od niego zarówno w przypadku przyjmowania Komunii podczas Mszy świętej, jak i poza nią. Czas postu eucharystycznego liczymy bowiem – o czym warto pamiętać – nie do chwili rozpoczęcia Mszy św., ale właśnie do przyjęcia Komunii św.
Czy każda wieczorna Msza św. sobotnia „zalicza” się za Mszę św. niedzielną?
W każdą niedzielę na Mszy świętej słyszymy, że „z całym Kościołem uroczyście obchodzimy pierwszy dzień tygodnia”. W statystycznej polskiej parafii to w 40 procentach prawda. Ponad połowa osób deklarujących się jako uczniowie Chrystusa regularnie unika spotkań ze swoim Mistrzem.
W chrześcijaństwie nie chodzi w pierwszym rzędzie o spełnianie norm moralnych. Bycie chrześcijaninem polega przede wszystkim na życiu życiem danym nam przez Chrystusa. To życie jest darem Boga i do Niego należy „dystrybucja” tego daru oraz ustalanie zasad, na jakich się ona odbywa.
Zasady te Zbawiciel wyłożył swoim uczniom, a oni byli uprzejmi przekazać je następnym pokoleniom i nic nowego się tu nie wymyśli. Są to sakramenty, a zwłaszcza ten, który nazywamy Najświętszym Sakramentem, czyli Eucharystia.
Pomysł dyspensowania się od cotygodniowego powracania do źródła życia jest chybiony i śmiertelnie niebezpieczny. Jasne, że Pana Boga sakramenty nie „ograniczają” i ma możliwość zbawić także tego, kto nigdy do nich nie przystępował, ani o nich nie słyszał. Ale dobrowolna rezygnacja i lekceważenie tak pewnego i darmo ofiarowanego środka do zbawienia zakrawa nie tylko na głupotę i pychę, ale i na grubą niewdzięczność.
Msza św. dla nie-chętnych
Niedzielna Eucharystia nie jest więc dla chrześcijan aktywnością fakultatywną. Obowiązek uczestnictwa we Mszy św. w dni świąteczne nie jest ludzkim wymysłem. Kościół wyprowadza go nie tylko z trzeciego punktu Dekalogu, w którym mowa o święceniu dnia świętego, ale także ze słów samego Jezusa: Jeżeli nie będziecie spożywali Ciała Syna Człowieczego i nie będziecie pili Krwi Jego, nie będziecie mieli życia w sobie (J 6,53).
Rezygnując z niedzielnej Eucharystii nie tylko poważnie łamię jedno z trzech pierwszych przykazań Bożych i pierwsze spośród kościelnych, ale na własne życzenie dokonuję duchowego samobójstwa. Dobrowolnie zrywam swoją więź z Chrystusem i odcinam się od źródła życia.
Aby do niego wrócić i móc w pełni uczestniczyć w Eucharystii przyjmując Komunię św., potrzebuję najpierw naprawić tę więź w sakramencie pokuty i pojednania.
A jeśli nie mogę być na Mszy św.?
Nad argumentami z serii „nie chce mi się” i „nudzi mi się” nie ma się co rozczulać. Jeśli chodzi o „nie czuję, żeby to mi coś dawało”, to Pan Jezus nie mówi: będziesz albo nie będziesz czuł, ale: będziesz albo nie będziesz miał życia.
Zdarzają się jednak sytuacje, w których uczestnictwo w niedzielnej mszy świętej jest niemożliwe czy bardzo utrudnione. Jest ich wiele i nie sposób je wszystkie tutaj omówić. Inna jest sytuacja obłożnie chorego, inna opiekujących się nim, inna kogoś, komu dotrzeć do kościoła jest trudno czy niewygodnie, inna również, gdy jest to fizycznie niemożliwe.
Jeśli rzeczywiście nie mogę, bo nie mam jak, to moja nieobecność – choć pozostaje z uszczerbkiem dla życia duchowego – grzechem nie jest. Grzechem nie może być coś, na co nie mam wpływu, bo grzech polega na przeciwnej Bogu decyzji.
W tych wszystkich sytuacjach warto jednak starać się jak najuczciwiej odpowiedzieć sobie na pytanie, czy rzeczywiście i naprawdę w żaden sposób nie mogę dotrzeć na Mszę św., czy też w którymś momencie rezygnuję z poniesienia związanego z tym trudu (dystansu, niedogodności, organizacji czasu) bo stwierdzam, że „nie warto”. Może trzeba zapytać samego siebie: Czego nie jest warte życie, które daje mi Jezus.
Msza św. w sobotę wieczorem
Kościół wychodzi naprzeciw potrzebom swoich dzieci, którym uczestnictwo w mszy w dzień świąteczny sprawia jakikolwiek kłopot. Robi to na tyle, na ile może, bo sakramenty nie stanowią jego własności, a jedynie powierzony mu przez Chrystusa depozyt.
Kodeks prawa kanonicznego, który reguluje zasady życia katolików również w kwestiach związanych z korzystaniem z sakramentów, stwierdza: „Nakazowi uczestniczenia we Mszy świętej czyni zadość ten, kto bierze w niej udział, gdziekolwiek jest odprawiana w obrządku katolickim, bądź w sam dzień świąteczny, bądź też wieczorem dnia poprzedzającego” (KPK kan. 1248 §1).
Zatem jeśli wiem, że nie dam rady dotrzeć do kościoła w niedzielę, mogę spokojnie zrobić to w sobotę wieczorem. Z powyższego zapisu wynika też, że nie musi to być Msza św. sprawowana z formularza niedzielnego, czyli z hymnem „Chwała na wysokości”, dwoma czytaniami przed Ewangelią i wyznaniem wiary. Nawet jeśli będzie to zwykła „sobotnia” Msza św. lub na przykład Msza św. „ślubna” (ale sprawowana wieczorem!), uczestnicząc w niej, spełniam ów życiodajny – w gruncie rzeczy naprawdę niezbyt forsowny – obowiązek.
Myślę, że Msza, którą odprawiał św. Piotr, bardziej przypominała tę naszą, współczesną, niż np. tę z XVIII wieku, kiedy barok podkreślał„święty teatr” przez architekturę, złoto i piękne paramenty – mówi ks. dr Andrzej Hoinkis, liturgista.
fot. Józef Wolny/Gość Niedzielny
***
Agnieszka Huf: Niedawno minęło 60 lat od uchwalenia pierwszego dokumentu soborowego – Sacrosanctum Concilium, Konstytucji o Liturgii Świętej. Tego dnia przypadła 400. rocznica zakończenia Soboru Trydenckiego. Ta data nie wydaje się przypadkowa…
Ks. dr Andrzej Hoinkis: Na pewno wybór daty był świadomą decyzją. Zresztą wydanie mszału po Soborze Watykańskim II odbyło się w 500. rocznicę wydania mszału po Soborze Trydenckim. Ale nie było tak, że przyspieszano pracę nad konstytucją, aby zdążyć z jej ogłoszeniem w konkretnym dniu – to było dzieło dobrze przygotowane. Kwestia liturgii żyła bardzo mocno w świadomości katolików w latach 50. i 60. XX wieku, aktywnie działał Ruch Liturgiczny, odkrywano nowe teksty źródłowe. To wszystko było procesem, który przygotował do zajęcia się na soborze liturgią.
Sam Sobór Watykański II to też nie było nagłe wydarzenie – Jan XXIII nie obudził się przecież pewnego dnia z myślą, że zwoła sobór. Proces, którego był on finałem, zaczął się już w końcówce XIX wieku…
Nawet wcześniej, bo Sobór Watykański I, obradujący w latach 1869–1870, nie został zakończony i w Kościele żywa była myśl, że należy do niego wrócić. XX wiek przyniósł wiele zmian – I wojna światowa mocno wstrząsnęła Europą i Kościołem, II wojna światowa tym bardziej. Po niej pojawił się w myśleniu światowym pozytywistyczny trend: „wszystko jesteśmy w stanie zmienić”. Mimo eskalacji zła, która objawiła się w latach wojny, społeczeństwa bardzo szybko się odradzały. XX wiek to też czas wielkich zmian mentalnych – chociażby rewolucja 1968 roku, która przecież nie wybuchła z dnia na dzień, tylko narastała przez lata. Myślę, że papież słuchał Ducha Świętego, miał wyczucie, że pewne rzeczy trzeba uprzedzić, uporządkować, żeby nie obudzić się „z ręką w nocniku”.
Wspomniał Ksiądz o Ruchu Liturgicznym. Co to takiego?
Ruch Liturgiczny rozpoczął się we Francji w opactwach benedyktyńskich w XIX wieku. Co ciekawe, u jego początków leżało odkrycie, że mszał potrydencki z 1570 r. jest bardzo bogaty w treści – często bardziej niż mszały diecezjalne, z których we Francji w XIX w. powszechnie korzystano. Dlatego Ruch Liturgiczny doprowadził do powszechniejszego przyjęcia mszału potrydenckiego w wielu diecezjach francuskich i niemieckich; sprawił, że do doceniono piękno liturgii rzymskiej. Równocześnie odkrywano i opracowywano starożytne źródła pokazujące historię Kościoła i liturgii w czasach starożytnych. Mszał potrydencki to w większości mszał Kurii Rzymskiej z XII wieku, bo kiedy trwał Sobór Trydencki, naukowcy czy liturgiści nie mieli starszych źródeł. Tymczasem w XIX i XX wieku odkryto i opracowano teksty z pierwszych wieków chrześcijaństwa, dzięki czemu zauważono, że obowiązująca liturgia jest mocno sklerykalizowana. Na przykład święty Justyn w pisanej w II wieku Apologii wspomina, że w czasie liturgii posługiwali lektorzy, którzy czytali Pismo Święte, że słowo Boże było wiernym wyjaśniane – to wszystko na skutek różnych procesów w Kościele stopniowo zanikło. Ruch Liturgiczny postulował pójście głębiej niż XII wiek, na którym zatrzymała się reforma liturgii po Soborze Trydenckim. Stopniowo sięgano do korzeni, do starożytnych tekstów, do żywszego udziału wiernych w Mszy, a nie tylko biernego jej słuchania. Pojawiały się próby przybliżenia Eucharystii wiernym – na przykład kapłan sprawował Mszę po łacinie, ale ludzie odpowiadali w języku narodowym. To wszystko działo się powoli, latami, ale u początków XX wieku potrzeba rozumienia przez wiernych, co się dzieje w czasie Mszy, była już bardzo nabrzmiała.
Jednak sprawa liturgii wydawała się już przesądzona – Pius V w bulli Quo primum tempore w 1570 r. napisał przecież: „będzie odtąd bezprawiem na zawsze w całym świecie chrześcijańskim śpiewanie albo recytowanie Mszy św. według formuły innej niż ta przez Nas wydana”, czyli niejako „zabetonował” Mszę.
Warto się zastanowić, czy naprawdę Pius V miał intencję „zamrożenia” liturgii. Trzeba spojrzeć na kontekst historyczny: Sobór Trydencki był reakcją na reformację. Pius V nie zabronił stosowania ani rytu ambrozjańskiego, ani innych rytów, które istniały wtedy w Kościele zachodnim i były prawnie obowiązujące. Mszał wydany po Soborze Trydenckim także nie obowiązywał z automatu na całym świecie – aż do XIX wieku w wielu diecezjach francuskich czy niemieckich obowiązywały mszały diecezjalne, które powstały na długo przed soborem. Jeśli tradycja ich używania była starsza niż 200 lat, to diecezje mogły je zachować.
Piusowi V chodziło o uchronienie liturgii przed naleciałościami protestanckimi?
W dużej mierze tak. Papież chciał zabezpieczyć Mszę przed protestantyzacją. Ale diecezje, które miały księgi liturgiczne starsze niż 200 lat, mogły je zachować. Żeby było ciekawiej proces przyjęcia mszału potrydenckiego nałożył się na wynalazek Gutenberga, który ułatwiał masowy druk. Stąd wydanie mszału w dużym nakładzie było tańsze niż wydanie niewielkiej liczby egzemplarzy lokalnych ksiąg. Polskie diecezje, które wówczas istniały – gnieźnieńska czy krakowska – mogły zachować swoje mszały. Jednak ze względów ekonomicznych oraz z uwagi na uchwały synodów (np. piotrkowskiego z 1577 r.) przyjęły księgi liturgiczne wydane po Soborze Trydenckim. Stwierdzenie, że Pius V zobowiązał czy zmusił cały Kościół do odprawiania Mszy św. według mszału z 1570 r., nie jest prawdziwe.
ks. dr Andrzej Hoinkis jest liturgistą, proboszczem w parafii Nawiedzenia Najświętszej Maryi Panny w Mysłowicach-Brzezince. fot. Henryk Przondziono/Gość Niedzielny
***
Czyli pojęcie „Mszy wszech czasów” nie jest poprawne?
To błędne pojęcie, myślę, że nie ma czegoś takiego jak „Msza wszech czasów”. Inaczej sprawowali ją apostołowie, inaczej np. św. Ambroży czy św. Augustyn, a jeszcze inaczej Kościół po Soborze Trydenckim. Można by o takiej mówić, gdyby Jezus, zakładając Kościół, od razu wręczył uczniom mszał z odpowiednimi tekstami i sposobem celebracji. Mówienie o „Mszy wszech czasów” jest ahistorycznością.
Z Soborem Watykańskim II kojarzy się najczęściej wprowadzenie języków narodowych do liturgii i odprawianie Mszy św. przez księdza zwróconego twarzą do ludzi. Ale wczytując się w Konstytucję o Liturgii Świętej, można zauważyć, że akcent położony jest na samą teologię liturgii. Jakie najważniejsze kwestie porusza ta konstytucja?
Proszę nie zapominać, że pierwotnie w liturgii posługiwano się językami narodowymi. Język łaciński w starożytnym Rzymie był językiem tych ludzi, którzy we Mszy św. uczestniczyli. Także i odprawianie jej twarzą czy plecami do ludu jest uproszczeniem. Chodziło o coś innego – o zwrócenie się na wschód, w stronę „Wschodzącego Słońca”, czyli Zmartwychwstałego. Przez wieki papieże przy konfesji św. Piotra sprawowali Mszę św. twarzą do ludu. Przed Soborem Watykańskim II biskup Karol Wojtyła w 1958 roku w Tyńcu odprawiał pasterkę także twarzą do ludu. Ani mszał potrydencki nie nakazywał odprawiania Mszy tyłem do ludu, ani ten powatykański nie nakazuje robienia tego twarzą do ludu. To są rzeczy drugorzędne. Konstytucja przypomniała, że liturgia to nie jest dzieło celebransa, ale przede wszystkim samego Boga i całego Kościoła, a wierni mają prawo w niej pobożnie i czynnie uczestniczyć, a nie tylko być jej biernymi świadkami.
Wcześniej Msza była trochę teatrem jednego aktora – ksiądz robił coś przy ołtarzu, a ludzie nie do końca rozumieli, co się dzieje.
Ludzie często nie mieli pojęcia, co dzieje się na Mszy. Nie znali łaciny, nie mogli także usłyszeć, jakimi tekstami celebrans się modli. Mogło to być takie „magiczne”… Stąd zresztą wziął się zwrot „hokus-pokus” jako symbol magicznego zaklęcia. Pochodzi on od słów konsekracji: hoc est enim corpus meum. Prawdopodobnie ministranci – bo oni, będąc najbliżej ołtarza, mogli usłyszeć wypowiadane modlitwy – tak przekręcili te słowa i zwrot wszedł do obiegu. Dopiero w XIX wieku popularne stały się mszaliki, w których wyjaśniony był przebieg liturgii, i dzięki temu wierni mogli lepiej „uczestniczyć” we Mszy św. Sobór Watykański II przywrócił liturgię do stanu zbliżonego do tego, który istniał na początku chrześcijaństwa. Kiedy sięgniemy do wspomnianej Apologii Justyna, w której dwa razy opisana jest Msza starożytnego Kościoła, to zobaczymy, że podkreślone jest w niej współuczestnictwo, a nie podział na biernych wiernych i działającego kapłana. Myślę, że Msza, którą odprawiał św. Piotr, bardziej przypominała tę naszą, współczesną, niż np. tę z XVIII wieku, kiedy barok podkreślał „święty teatr” przez architekturę, złoto i piękne paramenty – co oczywiście na tamte czasy mogło być najlepszą drogą. Zmiana sposobu myślenia stała się możliwa dzięki odkryciu tekstów starochrześcijańskich, do których twórcy mszału potrydenckiego nie mieli dostępu.
Ta zmiana dla wielu musiała być szokiem…
Tekst Sacrosanctum concilium i tak jest „konserwatywny” – nie wiem, jak wyglądałby tekst tej konstytucji, gdyby uchwalono ją na koniec soboru. Zupełnie inaczej wyglądają późniejsze dokumenty, choćby konstytucja Gaudium et spes. Wielu spodziewało się, że ta zmiana pójdzie dużo dalej – przykładem może być Hans Küng. W efekcie w USA i w krajach Europy zachodniej wielu teologów stwierdzało, że ten tekst nie jest taki, jaki być powinien, i odwoływało się do tzw. ducha liturgii czy ducha soboru, a nie do samego tekstu.
Początkowo nawet abp Lefebvre, który dziś jest symbolem sprzeciwu wobec zmian posoborowych, podpisał ten dokument, nie wysuwając zastrzeżeń. Więc jak to się stało, że niektóre środowiska traktują dziś sobór jako moment zniszczenia liturgii?
Sobór Watykański II nie zniszczył liturgii. Tu dużą rolę odegrali wspomniany „duch liturgii” i… dziennikarze! Jeśli zajrzymy do książki P. Seewalda Benedykt XVI. Życie, to bardzo wyraźnie zauważymy różnicę: Joseph Ratzinger pracował systematycznie, źródłowo, a Hans Küng „pracował” z mediami, urabiał je. Mówił to, co media chciały usłyszeć, i przez to kreował np. „ducha liturgii”. W usta ojców soborowych wkładał to, co wydawało mu się słuszne. Ale Küng nie był sam – było więcej osób, które powołując się na „ducha soboru” i na to, co ich zdaniem powinien on uchwalić, kształtowały opinię publiczną, wtedy jeszcze bardzo katolicką. Rozdmuchiwały ogniska potrzebne im do tego, żeby urabiać czy forsować kwestie, które z litery soboru nie wynikały. Zresztą nie chodzi tu tylko o liturgię, ale o całą teologię.
Krytycy mówią, że miała być ewolucja i reforma, a wyszła rewolucja i deforma…
Skąd się w ogóle wzięły we współczesnym Kościele tendencje tradycjonalistyczne i mówienie o deformie? Postawiłbym tezę, że gdyby reforma liturgiczna po Soborze Watykańskim II w całym Kościele postępowała tak, jak to było robione w Polsce, prawdopodobnie dziś nie byłoby z tym problemu. U nas zmiany wprowadzano powoli, z rozmysłem. Kardynał Wyszyński nie był strażakiem gaszącym ogień Ducha, tylko człowiekiem rozsądnie myślącym. W Polsce Kościół był w bardzo specyficznej sytuacji pewnego rodzaju „podziemia” – byliśmy cały czas kontrolowani przez UB, aparat komunistyczny itd. Wyszyńskiemu bardzo zależało, żeby nie robić niepotrzebnych ruchów, które mogłyby wywołać nieprzewidziane konsekwencje. Często mówił, że trzeba coś przemyśleć, działać powoli, bo nie wiadomo, co z tego wyniknie. Chciał, żeby wszystkie działania – choćby tłumaczenie mszału – od początku do końca były wykonane bardzo starannie. A na Zachodzie na zmiany soborowe rzucono się pędem, przechodząc od jednego ekstremum do drugiego. Porównywałem tłumaczenia Konstytucji o Liturgii zatwierdzone przez Konferencje Episkopatu różnych krajów i na przykładzie jednego słowa – recognitio – widać, jak zupełnie inne jest jego rozumienie w tekście niemieckim i polskim. U nas przetłumaczono je bardziej zachowawczo – „należy krytycznie opracować”, „starannie rozpatrzeć”, „zbadać i poprawić”, a w niemieckim radykalnie – „przerobić”, „sprawdzić”, „zreformować”, „na nowo uporządkować”. A w oryginale konstytucji jest ciągle jedno słowo – recognitio!
I stąd wzięły się te nadużycia, o których czasem czytamy – że księża na Zachodzie odprawiają dziś Mszę dziwnie poprzebierani, na papierowym talerzyku zamiast na patenie, tańcząc albo jeżdżąc na rolkach?
Tak, prawdopodobnie to jest przyczyną. A także subiektywizm, mówienie: „Gdyby Jezus dziś żył, to z pewnością…”. Ale z drugiej strony nadużycia i błędy nie zaczęły się po Soborze Watykańskim II. Można powiedzieć, że odkąd Bóg powierzył człowiekowi swój Kościół, zawsze pojawiały się tego typu problemy. Także i Msza według mszału potrydenckiego nie była wolna od wypaczeń i „deformy”, dlatego tak głośne było wołane o reformę liturgii w połowie XX wieku. Przykładem mogą być Msze odprawiane z wystawieniem Najświętszego Sakramentu, co było przez Kościół potępiane.
A tych błędów wierni często nawet nie dostrzegali, bo laicy nie znali w szczegółach przebiegu Mszy ani nie słyszeli, co się dzieje ołtarzu.
Oczywiście! Dziś się mówi, że Msza potrydencka, w przeciwieństwie do „dzisiejszej”, była bezbłędna, święta, a tak naprawdę i tam było wiele nadużyć! Biblioteki kościelne XIX i początków XX wieku byłyby o połowę skromniejsze, gdyby nie powstały wszystkie książki piętnujące nadużycia w czasie sprawowania Eucharystii.
Ale jednak to o współczesnej Mszy mówi się, że jest przestrzenią improwizacji.
Zachód Europy i Ameryka bardzo zachłysnęły się wolnością i to spowodowało największy kryzys Kościoła posoborowego, bo często prowadziło do „przegięć”. Po Soborze Watykańskim II Kościół dopuścił używanie innych modlitw eucharystycznych, nie tylko Kanonu Rzymskiego. Chodziło o powrót do korzeni, do starochrześcijańskich modlitw – np. tzw. Kanonu Hipolita, który był uznawany za przykład rzymskiej starożytnej modlitwy eucharystycznej – dziś to jest II Modlitwa Eucharystyczna. Sobór chciał wrócić do tekstów znanych u początków Kościoła, a później zapomnianych, które mogą być ubogaceniem naszej wiary. Tymczasem w niektórych miejscach przesadzono, uznając, że każdy może sobie wymyślać własną modlitwę eucharystyczną. Ja sam w latach 2000. spotkałem się w Austrii z całymi skoroszytami z „pisanymi na kolanie” modlitwami eucharystycznymi. Zachłyśnięto się dostępem do języków narodowych i improwizacji w liturgii. Faktycznie, pierwsze wieki Kościoła to były czasy improwizacji, bo nie było jeszcze ksiąg liturgicznych. Jednak z biegiem czasu lepsze, piękniejsze teksty zaczęto spisywać i w ten sposób powstały księgi liturgiczne. Sobór Watykański II nie zakładał ani nie dopuszczał, że teraz każdy celebrans może improwizować Mszę (por. np. art. 22 KL) – to była nadinterpretacja, wynikająca raczej nie tyle ze złej woli, co z płytkiej fascynacji nowością.
Co z perspektywy Księdza jako liturgisty jest najbardziej pozytywną zmianą po Vaticanum II?
Choćby to, że ludzie rozumieją teksty mszalne, mogą się nimi „karmić”, że mają możliwość świadomego uczestnictwa w tym, co dzieje się w czasie Mszy. Ważne jest też to, że w czasie liturgii czytane jest Pismo Święte, które wierni rozumieją. Bo na Mszy potrydenckiej ksiądz sam dla siebie czytał teksty Pisma, które były napisane po łacinie, a ponadto przez cały tydzień czytano te same fragmenty. Na początku XX wieku wielu ludziom towarzyszyło ogromne pragnienie życia słowem Bożym – reforma liturgii to umożliwiła. Ważne jest też, że wróciły pewne posługi znane z tekstów starochrześcijańskich – wtedy co innego robił ksiądz, co innego lektor, diakon i tak dalej. Potem przez wieki to się mocno sklerykalizowało, a dziś znowu świeccy mają swoje miejsce w liturgii. Kolejna ważna sprawa to reforma liturgii innych sakramentów, dzięki czemu chociażby rodzice czy chrzestni mogą rozumieć, co dzieje się podczas chrztu, i uniknąć poczucia magiczności. Dostępność do liturgii – dzieła Boga dla nas – to wielki plus rzeczywistości, w której żyjemy. Na ile go wykorzystujemy, to już inne pytanie.
rozmawiała Agnieszka Huf/Gość Niedzielny
***
ODPUSTY DLA ODMAWIAJĄCYCH RÓŻANIEC
SHARE
***
CZYM JEST ODPUST?
Zgodnie z nauczaniem Kościoła: „Odpust jest to darowanie przed Bogiem kary doczesnej za grzechy, zgładzone już co do winy. Dostępuje go chrześcijanin odpowiednio usposobiony i pod pewnymi, określonymi warunkami, za pośrednictwem Kościoła, który jako szafarz owoców odkupienia rozdaje i prawomocnie przydziela zadośćuczynienie ze skarbca zasług Chrystusa i świętych. (…). Każdy wierny może uzyskać odpusty dla siebie lub ofiarować je za zmarłych” (KKK 1471).
„Przebaczenie grzechu i przywrócenie komunii z Bogiem pociągają za sobą odpuszczenie wiecznej kary za grzech. Pozostają jednak kary doczesne. Chrześcijanin powinien starać się, znosząc cierpliwie cierpienia i różnego rodzaju próby, a w końcu godząc się spokojnie na śmierć, przyjmować jako łaskę doczesne kary za grzech. Powinien starać się przez dzieła miłosierdzia i miłości, a także przez modlitwę i różne praktyki pokutne uwolnić się całkowicie od «starego człowieka» i «przyoblec człowieka nowego»” (KKK 1473).
a) Odpust zupełny – uwalnia od wszystkich kar doczesnych, należnych za grzechy odpuszczone co do winy w sakramencie pokuty.
b) Odpust cząstkowy – darowanie części kary doczesnej. „Przez odpusty wierni mogą otrzymać dla siebie, a także dla dusz w czyśćcu, darowanie kar doczesnych, będących skutkiem grzechów” (KKK 1498).
KIEDY UZYSKUJEMY ODPUST RÓŻAŃCOWY?
Odpust zupełny możemy uzyskać wówczas, gdy modlitwę różańcową odmawiamy:
w kościele,
w miejscu publicznych modlitw,
w rodzinnym gronie,
w zakonnej wspólnocie,
w pobożnym stowarzyszeniu.
Gdy modlitwie różańcowej towarzyszą inne okoliczności, Kościół wtedy mówi o udzieleniu odpustu cząstkowego.
WARUNKI, KTÓRE NALEŻY WYPEŁNIĆ DLA UZYSKANIA ODPUSTU ZUPEŁNEGO:
Odmówić w całości przynajmniej jedną z czterech części różańca (pięć tajemnic określonej części).
Medytacji nad tajemnicami różańcowymi musi towarzyszyć modlitwa ustna.
Podczas publicznego odmawiania różańca muszą być – w sposób dla danego miejsca właściwy – zapowiadane poszczególne tajemnice. W przypadku gdy modlitwę różańcową odmawiamy sami, wystarcza, że recytujemy modlitwy i że towarzyszy temu rozważanie stosownych tajemnic. Ważne jest, byśmy nie przerywali modlitwy, nim ją skończymy.
POZOSTAŁE WARUNKI DLA UZYSKANIA KAŻDEGO ODPUSTU ZUPEŁNEGO:
Być w stanie łaski uświęcającej; a jeśli trzeba, przystąpić do sakramentu pokuty.
Przyjąć Komunię świętą.
Wykluczyć wszelkie przywiązanie do grzechu, nawet powszedniego, tzn. tolerowanie u siebie złych przyzwyczajeń lub dobrowolne trwanie w jakimś nałogu.
Wykonać z pobożnością dzieło obdarzone odpustem.
Odmówić modlitwę w intencjach Ojca Świętego (np. Ojcze nasz, Zdrowaś Maryjo).
Odpust zupełny można uzyskać tylko jeden raz w ciągu dnia, a cząstkowy – kilka razy dziennie. Należy wzbudzić intencję uzyskania odpustu. Odpusty możemy uzyskać dla siebie lub za zmarłych. Nie można ich przekazać żyjącym.
INNE MOŻLIWOŚCI UZYSKANIA ODPUSTU :
1. Adoracja Najświętszego Sakramentu przez pół godziny. 2. Lektura Pisma Świętego przez pół godziny. 3. Odprawienie Drogi krzyżowej przed stacjami prawnie erygowanymi. 4. Odmówienie jednej części różańca w kościele, w kaplicy publicznej, w rodzinie, we wspólnocie zakonnej, w pobożnym stowarzyszeniu. 5. Na terenie Polski za odmówienie Koronki do Miłosierdzia Bożego w kościele, w kaplicy przed Najświętszym Sakramentem (nie musi być wystawiony). Chorzy za odmówienie Koronki z ufnością i pragnieniem miłosierdzia dla siebie oraz gotowością okazania go innym. 6. Publiczne odmówienie O Stworzycielu Duchu, przyjdź w Nowy Rok i w Zesłanie Ducha Świętego. 7. Uroczyste odmówienie Przed tak wielkim Sakramentem w Wielki Czwartek i w Boże Ciało. 8. Odmówienie po Komunii w każdy piątek Wielkiego Postu oraz w Wielki Piątek przed wizerunkiem Chrystusa Ukrzyżowanego Oto ja, o dobry i najsłodszy Jezu. 9. Uczestniczenie w Gorzkich żalach raz w tygodniu w okresie Wielkiego Postu (tylko na terenie Polski). 10. Udział w publicznej adoracji i ucałowanie krzyża podczas liturgii w Wielki Piątek. 11. Odnowienie przyrzeczeń chrztu świętego w czasie liturgii Wigilii Paschalnej w Wielką Sobotę lub w rocznicę swego chrztu. 12. Publiczne odmówienie O Jezu najsłodszy w uroczystość Najświętszego Serca Jezusowego. 13. Nawiedzenie kościoła parafialnego w święto tytułu oraz 2 VIII (święto Porcjunkuli) i odmówienie Ojcze nasz i Wierzę w Boga. 14. Nawiedzenie cmentarza w dniach od 1 do 8 XI i modlitwa za zmarłych; odpust można ofiarować tylko za dusze w czyśćcu cierpiące. 15. Nawiedzenie kościoła, kaplicy w Dniu Zadusznym (2 XI) i odmówienie Ojcze nasz i Wierzę w Boga; odpust można ofiarować tylko za dusze w czyśćcu cierpiące. 16. Publiczne odmówienie Aktu poświęcenia rodzaju ludzkiego Najświętszemu Sercu Jezusa w uroczystość Chrystusa Króla. 17. Publiczne odmówienie Ciebie, Boga, wysławiamy w ostatnim dniu roku. 18. Wysłuchanie kilku kazań w czasie misji i udział w ich uroczystym zakończeniu. 19. Udział w ćwiczeniach duchownych przez trzy pełne dni. 20. Udział w świętej czynności (Mszy świętej lub nabożeństwie), której przewodniczy wizytator (np. biskup) z okazji wizytacji pasterskiej. 21. Nawiedzenie kościoła, kaplicy zakonnej w uroczystość świętego założyciela i odmówienie tam Ojcze nasz i Wierzę w Boga. 22. Nawiedzenie kościoła lub ołtarza w dniu konsekracji i odmówienie Ojcze nasz i Wierzę w Boga. 23. Nawiedzenie kościoła (jednorazowe), w którym odbywa się synod diecezjalny i odmówienie tam Ojcze nasz i Wierzę w Boga. 24. Udział w nabożeństwie eucharystycznym na zakończenie Kongresu eucharystycznego. 25. Przyjęcie choćby przez radio lub telewizję błogosławieństwa papieskiego Urbi et Orbi. 26. Przyjęcie po raz pierwszy Komunii świętej lub uczestniczenie w tej uroczystości. 27. Kapłan za odprawienie Mszy świętej prymicyjnej i wierni za pobożne w niej uczestnictwo. 28. Odnowienie przez kapłana w 25-lecie, 50-lecie, 60-lecie święceń postanowienia wiernego wypełniania obowiązków swego powołania. Wierni – za uczestnictwo we Mszy świętej jubileuszowej, połączonej z pewną ceremonią. 29. W godzinę śmierci, gdy nie ma kapłana, a konający jest odpowiednio dysponowany, o ile miał za życia zwyczaj odmawiania jakichkolwiek modlitw, i posłuży się krzyżem. Może uzyskać ten odpust, choćby w tym dniu zyskał inny odpust zupełny. 3o. Pobożne posłużenie się poświęconym przez papieża lub biskupa przedmiotem religijnym (krzyżyk, różaniec, szkaplerz, medalik) w uroczystość świętych Apostołów Piotra i Pawła i odmówienie wyznania wiary. 31. Nawiedzenie jednej z czterech patriarchalnych bazylik rzymskich i odmówienie tam Ojcze nasz i Wierzę w Boga: a) w święto tytułu, b) w jakiekolwiek święto nakazane, c) raz w roku w dowolnym dniu. 32. Nawiedzenie bazylik mniejszych w całym świecie: a) w uroczystość św. Piotra i Pawła, b) w święto tytułu, c) w święto Porcjunkuli (2 VIII), d) w wybrany dzień w roku, oraz odmówienie tam Ojcze nasz i Wierzę w Boga. 33. Nawiedzenie kościoła stacyjnego w Rzymie w określonych dniach roku zaznaczonych w Mszale Rzymskim i uczestniczenie w świętych czynnościach (Mszy świętej lub nabożeństwie).
NIEKTÓRE ODPUSTY CZĄSTKOWE:
Pobożne przeżegnanie się i wypowiedzenie słów: W imię Ojca i Syna, i Ducha Świętego. Amen.
Uważne i pobożne wysłuchanie kazania.
Podejmowanie w duchu pokuty aktów postu i dobrowolnego powstrzymania się od rzeczy godziwych i miłych.
Za modlitwy: Wierzę w Boga, Psalmy 129 i 50, Anioł Pański, Magnificat, Pod Twoją obronę, Wieczny odpoczynek, Witaj, Królowo itp.
Poświęcanie siebie, swego czasu, swoich dóbr doczesnych braciom znajdującym się w potrzebie.
Za wykonywanie swoich obowiązków i znoszenie przeciwności życiowych ze skierowaniem swojej myśli z pokorną ufnością do Boga i dołączając, choćby tylko wewnętrznie, pobożne wezwanie.
Pełny wykaz odpustów cząstkowych można znaleźć w książeczce s. Elii Maciejewskiej FSK, Sakrament pokuty. Rachunek sumienia dla osób dorosłych. Odpusty, Wydawnictwo Sióstr Loretanek, Warszawa 2003. Polecamy!
29 grudnia zainaugurowane zostały diecezjalne obchody Roku Świętego 2025. W archidiecezjach w Polsce wyznaczono Kościoły Jubileuszowe, w których aż do 28 grudnia 2025 r. można uzyskać łaskę odpustu zupełnego. W jaki sposób? Podpowiadamy.
fot. Karol Porwich/Tygodnik Niedziela
***
Jak rozumieć odpusty?
Odpust, według Kodeksu prawa kanonicznego (kan. 992), „to darowanie przed Bogiem kary doczesnej za grzechy, odpuszczone już co do winy. Otrzymuje je wierny, odpowiednio przygotowany i po wypełnieniu określonych warunków, przez działanie Kościoła, który jako sługa odkupienia autorytatywnie rozporządza i dysponuje skarbcem zadośćuczynień Chrystusa i świętych”. Co to oznacza w praktyce? – Każdy grzech pociąga za sobą dwie rzeczy: winę oraz karę. Wina zostaje zgładzona raz z celebracją sakramentu pokuty i pojednania. Kiedy przystępujemy do spowiedzi, otrzymujemy rozgrzeszenie, to dokonuje się przebaczenie naszych grzechów i zgładzenie winy. Natomiast pozostaje jeszcze ta kara doczesna. Odpusty dotyczą właśnie jej – tłumaczy ks. Krzysztof Porosło w podcaście „Pielgrzymi nadziei. Podcast na Rok Święty”.
Jak rozumieć to rozróżnienie na winę i karę doczesną? – Grzech ciężki pozbawia nas Komunii z Bogiem i tracimy stan łaski uświęcającej. Konsekwencją utraty tego stanu jest kara wieczna za grzechy. Kiedy przystępujemy do sakramentu pokuty, to właśnie ten wymiar zostaje pokonany przez Chrystusa, który udziela przebaczenia. Natomiast pozostaje jeszcze ten drugi skutek, czyli “nieuporządkowane przywiązanie do stworzeń”. Coś takiego, co powoduje w nas, pewnego rodzaju, nieuporządkowanie, wymagające przepracowania, oczyszczenia. To nazywamy właśnie tym pojęciem kary doczesnej. Innymi słowy chce się przez to powiedzieć, że każdy grzech naprawdę pozostawia w nas skutek. Nie tylko w ten sposób, że niszczy naszą relację z Panem Bogiem, ale też, w jakimś sensie, karłowaciejemy jako ludzie. Coś, co wcześniej dobrze działało, przestaje – mówi kapłan.
– Trudno to nazwać słowami, ale myślę, że każdy ma takie doświadczenie, że jak robimy coś złego, to nie pozostaje to w nas bez jakiegoś oddźwięku. I tak naprawdę nie chodzi o to, że to Bóg zsyła na nas jakąś karę i nie należy rozumieć tej kary doczesnej w taki sposób, że Bóg chce nas za to ukarać, tylko jest to wewnętrzny skutek samego złego czynu. Każdy zły czyn pozostawia po sobie ślad. Trzeba go oczyścić. Trzeba go, tym, co nazywamy odpustem za życia albo tym, co nazywamy karą czyśćcową, naprawić przy pomocy współpracy z łaską Pana Boga – dodaje.
Warunki do spełnienia
Ogólnych warunków, które należy spełnić, by uzyskać odpust zupełny jest kilka. Pierwszym z nich wybór intencji, w jakiej chcemy go otrzymać. Należy pamiętać, że odpust można ofiarować jedynie za siebie lub na sposób wstawienniczy za zmarłych (nie można ofiarować odpustu za innych żyjących). Kolejnymi są: wzbudzenie wewnętrznego braku przywiązania do jakiegokolwiek grzechu, nawet lekkiego, spełnienie konkretnego czynu, do którego jest przywiązana jest łaska odpustu, bycie w stanie łaski uświęcającej, przyjęcie Komunii Eucharystycznej oraz modlitwa w intencjach wyznaczonych przez Ojca Świętego (nie trzeba ich szczegółowo znać; odmawia się 1 raz „Ojcze nasz” i „Zdrowaś Maryjo”).
W przypadku spowiedzi, Komunii Świętej i modlitwy według intencji Ojca Świętego mogą być one spełnione na wiele dni przed lub po spełnieniu czynu, do którego przywiązany jest odpust. Przyjęło się jednak, by Komunia Święta i modlitwa w intencjach papieża zostały dopełnione w dniu, w którym spełnia się dany czyn odpustowy. Niespełnienie któregoś z powyższych warunków powoduje, że zyskiwany odpust jest cząstkowy. Po jednej spowiedzi można uzyskać wiele odpustów zupełnych, natomiast po jednej Komunii Świętej i jednej modlitwie w intencjach papieża tylko jeden odpust zupełny. Można go zyskać tylko jeden raz dziennie, a odpust cząstkowy kilka razy.
Z racji Jubileuszu, pomimo zasady, że dziennie można uzyskać tylko jeden odpust zupełny, wierni otrzymują akt miłosierdzia na rzecz dusz czyśćcowych, jeśli prawowicie, czyli zgodnie z prawem kościelnym, przystąpią po raz drugi tego samego dnia do sakramentu Komunii (czyli w ramach pełnego uczestnictwa we Mszy Św.). Dzięki temu będą mogli uzyskać dwukrotnie odpust zupełny tego samego dnia, obowiązujący jednak jedynie za zmarłych. Decyzja ta została ogłoszona w „Dekrecie o uzyskaniu odpustu podczas zwyczajnego Jubileuszu roku 2025 ogłoszonego przez Jego Świątobliwość Papieża Franciszka”.
Wierni, którzy żałują swoich grzechów, a nie będą mogli uczestniczyć w uroczystych celebracjach, pielgrzymkach i pobożnym nawiedzeniu, z ważnych powodów (przede wszystkim siostry i mnisi klauzurowi, osoby starsze, chorzy, osadzeni w więzieniach, a także ci, którzy w szpitalu lub w innych miejscach opieki, stale posługują chorym), uzyskają odpust jubileuszowy na tych samych warunkach, jeżeli zjednoczeni duchowo z wiernymi obecnymi, zwłaszcza w momentach, w których słowa Ojca Świętego lub biskupów diecezjalnych są przekazywane za pośrednictwem środków komunikacji medialnej, w swoim domu lub tam, gdzie powstrzymuje ich przeszkoda (np. w kaplicy klasztornej, w szpitalu, w domu opieki, w więzieniu), odmówią modlitwę „Ojcze nasz”, Wyznanie wiary w jakiejkolwiek dopuszczonej formie i inne modlitwy zgodne z intencjami Roku Świętego, ofiarowując swoje cierpienia lub życiowe trudności.
Czyny
Czynów wiążących się z łaską odpustu w Roku Jubileuszowym 2025 można wymienić parę. Jeden z nich to pobożna pielgrzymka. Do wyboru są trzy opcje. Jedna z nich to wybranie się do dowolnego świętego miejsca jubileuszowego i pobożne uczestnictwo w tym miejscu: we Mszy Św., we Mszy przy udzieleniu sakramentów wtajemniczenia chrześcijańskiego lub w Sakramencie Namaszczenia Chorych, nabożeństwie Słowa Bożego, Liturgii Godzin (godzina czytań, jutrznia, nieszpory), Drodze Krzyżowej, różańcu, recytacji hymnu Akatystu, bądź nabożeństwie pokutnym, zakończonym indywidualną spowiedzią penitentów. Druga to pielgrzymka do co najmniej jednej z czterech Papieskich Bazylik Większych: św. Piotra na Watykanie, Najświętszego Zbawiciela na Lateranie, Matki Bożej Większej, św. Pawła za Murami. Trzecia natomiast to ta do co najmniej jednej z trzech bazylik: Grobu Świętego w Jerozolimie, Narodzenia Pańskiego w Betlejem, Zwiastowania Pańskiego w Nazarecie w Ziemi Świętej.
Kolejną możliwością są dzieła, które można podjąć jako wyraz pokuty i aktu miłosierdzia wobec bliźniego. Wśród nich wymienić należy uczestnictwo w misjach lokalnych, rekolekcjach lub spotkaniach formacyjnych poświęconych tekstom Soboru Watykańskiego II i Katechizmu Kościoła Katolickiego, które odbędą się w kościele lub innym odpowiednim miejscu, według woli Ojca Świętego, wypełnienie dzieła miłosierdzia i pokuty (uczynki miłosierdzia względem ciała i uczynki miłosierdzia względem ducha). Można także odwiedzić i poświęcić czas osobom, które znajdują się w potrzebie lub w trudnej sytuacji oraz podjąć działania, które będą wyrażać w sposób konkretny i bezinteresowny ducha pokuty, jak choćby powstrzymanie się w duchu pokuty przynajmniej przez jeden dzień od niepotrzebnych rozrywek (także tych spowodowanych na przykład przez media i sieci społecznościowe) oraz stosować praktykę postu lub wstrzemięźliwości zgodną z przepisami kościelnymi i decyzjami biskupów. Podjąć można również wolontariat lub ofiarować jałmużnę na rzecz potrzebujących. Ostatnim sposobem jest przyjęcie przy okazji głównych uroczystości w katedrze i w poszczególnych Kościołach Jubileuszowych papieskiego błogosławieństwa z dołączonym odpustem zupełnym udzielonego przez biskupa diecezjalnego lub eparchialnego, który stoi na czele diecezji w Kościołach wschodnich.
Biuro Prasowe Archidiecezji Krakowskiej/Tygodnik Niedziela
***
Jubileusz 2025 – Most Anioła, na progu Bazyliki św. Piotra
fot. Vatican Media
***
Na Moście św. Anioła rozpoczyna się ostatni etap pielgrzymki do Bazyliki św. Piotra. Tak było już podczas pierwszego jubileuszu w 1300 r. Pisze o tym Dante w Boskiej Komedii. W XVII w. Bernini i rzeźbiarze z jego warsztatu przygotowali dla tego mostu dziesięć posągów aniołów z narzędziami męki Chrystusa. Od tego czasu most przypomina pielgrzymom o cenie ich odkupienia.
Pierwszy Rok Święty 1300 odcisnął się na historii kultury europejskiej w wyjątkowy sposób. To właśnie Wielkanoc tego roku zainspirowała Dantego do napisania Boskiej Komedii, która rozpoczyna się w Wielki Piątek 1300 roku. Symboliczne siedem dni jego wędrówki przez zaświaty, wędrówki oczyszczenia i wznoszenia się z ciemności do światła, od potępienia do odkupienia. Nadzieja wszystkich, którzy podróżują do miejsc świętych. Co więcej, w 18. Pieśni Piekła (w. 28-33), utrwalił Dante obraz tych, którzy zmierzali wówczas do Bazyliki św. Piotra.
„podobnie w Rzymie, kiedy tłum tam wali,/ w jubileuszu rok, na wielkim moście/ taki nadano ład pielgrzymów fali,/ że z jednej strony idą wszyscy goście/ w i kierunku zamku i Piotra Świętego;/ z drugiej na wzgórze, w modłach i poście” (tłum. Agnieszka Kuciak)
Most, o którym mówi Dante, to dzisiejszy Most św. Anioła, zbudowany w 134 roku przez cesarza Hadriana jako droga dojazdowa do jego wspaniałego mauzoleum. Swą nazwę otrzymał w dramatycznych okolicznościach: w 590 roku, zaraz po wyborze na Stolicę Piotrową, papież Grzegorz Wielki poprowadził przez Rzym procesję, aby powstrzymać zarazę. Gdy procesja dotarła do mostu, nad zamkiem pojawił się archanioł Michał, który schował swój miecz, sygnalizując koniec niszczycielskiej epidemii.
Do dziś przejście przez Most św. Anioła jest początkiem ostatniego etapu każdej pielgrzymki do grobu apostoła, na którym Chrystus chciał założyć swój Kościół. Posągi patronów Rzymu, apostołów Piotra i Pawła, witają pielgrzymów na lewym brzegu Tybru od 1535 roku. Później, w 1670 roku, na prośbę Klemensa IX, utalentowanego literata na Stolicy Piotrowej, Bernini i inni rzeźbiarze pracujący w jego warsztacie stworzyli dziesięć posągów aniołów z narzędziami męki Chrystusa. Od tego czasu Most św. Anioła przypomina pielgrzymom o cenie ich odkupienia.
Johana Bronková, Vatican News/e-Kai
***
Otwieranie Świętych Drzwi
(PCh24.pl)
***
Obecne Drzwi Święte Bazyliki Świętego Piotra zaprojektował i wykonał w brązie – w miejsce starych, drewnianych – włoski artysta Vico Consorti na okazję Roku Świętego 1950. W szesnastu kwaterach techniką rzeźby wypukłej została zwięźle ukazana istota odkupienia człowieka zbawczą ofiarą Chrystusa. Dzieje zbawienia otwierają kwatery ze scenami Raju i upadku pierwszych rodziców. Kolejne sceny przywołują etapy Bożego planu wejścia Jezusa Chrystusa w dzieje człowieka, począwszy od aktu zwiastowania, poprzez Jego narodzenie, chrzest w Jordanie, nauczanie, po Krzyż i Zmartwychwstanie. Niezwykle wymowne są obrazy łotra nawracającego się na krzyżu i wątpiącego Tomasza. Cykl zamyka postać papieża Piusa XII przystępującego do otwarcia Świętych Drzwi.
Zwyczaj obchodów wielkich jubileuszy na pamiątkę okrągłych rocznic narodzenia Jezusa Chrystusa wprowadził w Kościele katolickim papież Bonifacy VIII (1294–1303). Uznał on, że tysiąc trzechsetną rocznicę narodzin Zbawiciela należy godnie uczcić, dając ludowi chrześcijańskiemu sposobność uzyskania odpustu zupełnego, do tej pory przysługującego jedynie pielgrzymom zbrojnie udającym się do Ziemi Świętej w celu wydarcia muzułmanom Grobu Świętego w Jerozolimie i utrzymania go we władaniu chrześcijan.
W roku 1291 jednak padła ostatnia twierdza krzyżowców w Akce, co położyło kres istnieniu Królestwa Jerozolimskiego w Palestynie. W zmienionych warunkach politycznych ogromną energię ludu i pragnienie obrony chrześcijańskich wartości należało skierować na nowe tory. Uzasadniony wydaje się pogląd, że idea przelania duchowych owoców odpustu zupełnego na cały lud chrześcijański nawiedzający groby apostołów w Rzymie natchnęła papieża do ogłoszenia wielkiego jubileuszu 1300 roku.
Ażeby błogosławionym Apostołom Piotrowi i Pawłowi oddawano większą cześć, gdy ich bazyliki w tym mieście będą bardziej nabożnie nawiedzane przez wiernych, i żeby ci wierni mogli odczuć, iż zostali ożywieni obfitością łask duchowych (…), wszystkim, którzy wzbudziwszy w sobie prawdziwy żal za grzechy, wyspowiadają się i nawiedzą owe bazyliki (…), udzielamy nie tylko hojnego i obfitego, lecz także najpełniejszego przebaczenia za wszystkie ich grzechy – zapewniał Bonifacy VIII w bulli Antiquorum habet.
Papieska decyzja wyzwoliła niespotykany entuzjazm. Przez cały rok 1300 Rzym odwiedziły niezliczone tłumy pielgrzymów ze wszystkich krajów Europy. Miał się tam znaleźć – pośród królów, książąt, biskupów, duchowieństwa i prostego ludu – również książę wielkopolsko-kujawski Władysław Łokietek, na wygnaniu szukający azylu przed zemstą króla Wacława II.
Z powodu braku kronikarskich zapisów szczegóły celebrowania pierwszych uroczystości jubileuszowych nie są bliżej znane. Wiadomo, że ich inauguracja odbyła się w rzymskiej katedrze, czyli w Bazylice Świętego Jana na Lateranie. W kolejnym dwustuleciu celebracje Roku Świętego – przypadające już nie co sto lat, lecz co pięćdziesiąt (decyzją Klemensa VI), a od roku 1475 (decyzją Pawła II) raz na ćwierćwiecze – obchodzono bardzo zdawkowo z powodu awiniońskiej niewoli papieży i wielkiej schizmy zachodniej.
Porta Sancta
Z obchodami jubileuszowymi wiązał się rytuał uroczystego otwierania jednego z wejść do Bazyliki Świętego Jana na Lateranie, po raz pierwszy podjęty w roku 1423 przez Marcina V – papieża, który zakończył gorszący spór wokół legalności wyboru rzymskich biskupów. Jednak dopiero ogłoszony przez Aleksandra VI Wielki Jubileusz roku 1500 doczekał się obowiązującego do dziś, opracowanego przez papieskiego ceremoniarza Johanna Burcharda, obrzędu uroczystego otwierania drzwi jubileuszowych zwanych odtąd Porta Sancta – Świętymi Drzwiami.
Za pontyfikatu Aleksandra VI ustalił się także porządek nawiedzania wszystkich czterech bazylik papieskich: Świętego Piotra na Watykanie, przy której już na stałe osiedli papieże, Świętego Jana na Lateranie, Świętego Pawła za Murami i bazyliki maryjnej Santa Maria Maggiore.
Kolejni papieże określili długość trwania roku jubileuszowego, począwszy od wigilii Bożego Narodzenia roku poprzedzającego do daty jego wygaśnięcia po dwunastu miesiącach. Jan Paweł II przedłużył Wielki Jubileusz roku 2000 do święta Objawienia Pańskiego (Trzech Króli).
Do Wielkiego Jubileuszu roku 2000 Drzwi Święte w bazylice watykańskiej pozostawały na stałe zamurowane. Przywilej ich otwarcia należy wyłącznie do papieża, który w asyście duchowieństwa i chórów, z wielką pompą, zbliżał się do muru i wręczonym mu młotkiem uderzał weń kilka razy, po czym do rozbiórki muru przystępowali robotnicy. Po usunięciu cegieł i oczyszczeniu wejścia z gruzu, papież klękał na progu, modlił się w skupieniu, wstawał i wprowadzał do środka świątyni oczekujący w przedsionku na zewnątrz wierny lud.
Brama do zbawienia
Przeprowadzanie przez papieża wiernych przez Święte Drzwi posiada głęboką wymowę teologiczną, liturgiczną i pobożnościową. W pierwszej kolejności chodzi o to, by świadomy swej grzeszności ochrzczony lud przy pomocy aktów pokutnych i modlitewnych mógł skorzystać z daru odpustu zupełnego, gładzącego karę za grzechy, co do winy zmazane już poprzez spowiedź sakramentalną. Aby duchowo przygotowany wierny mógł w stanie łaski wniknąć do sfery sacrum, czyli do wnętrza świątyni, pozostawiając na zewnątrz, za jej progiem ziemską sferą profanum z całym jej grzesznym bagażem. Święte Drzwi symbolizują postać samego Chrystusa, jedynego Zbawiciela człowieka i jedynego Szafarza udzielającego ludziom wszelkich łask według swej miłosiernej woli: Ja jestem bramą. Jeśli ktoś wejdzie przeze mnie, będzie zbawiony (J 10, 9).
Pojęcie Świętych Drzwi ma również konotacje starotestamentalne. Arkę Przymierza niesioną przez lewitów podczas wędrówki ludu wybranego po wyjściu z Egiptu na czas dłuższych postojów przechowywano w namiocie spotkania otoczonym prowizorycznym murem z pozostawioną w nim bramą. Uzyskaną tym sposobem przestrzeń uznawano za sakralną, przeznaczoną wyłącznie dla kapłanów.
Jezus Chrystus otwiera przestrzeń świętą dla całego ludu Bożego poprzez odwołanie się do obrazu owczarni i postawy odpowiedzialnego pasterza – Dobrego Pasterza – który dbając o swoje owce, nawet za cenę własnego życia, wprowadza je bezpiecznie do zagrody atakowanej z zewnątrz przez wilki. On jest bramą owiec (J 10, 7). Kościół katolicki tę bezpieczną oazę upatrywał zawsze we wnętrzu konsekrowanych kościołów, do których wiodą szeroko otwarte wrota.
Jan Gać/PCh24.pl
***
Bazylika św. Piotra. Płaskorzeźba na Świętych Drzwiach ukazująca moment przekazania przez Pana Jezusa apostołom Ducha Świętego i mocy odpuszczania grzechów.
fot. Henryk Przondziono/Watykan/Gość Niedzielny
***
Abp Galbas, za pośrednictwem Radia Watykańskiego, zachęcał do przybycia do Rzymu, aby jako pielgrzymi nadziei przejść przez Drzwi Święte, aby doświadczyć łaski Bożego miłosierdzia w czasie Jubileuszu 2025. „Przyjedźcie, jeśli zaś nie możecie, to skorzystajcie z Kościołów jubileuszowych, które są w waszej diecezji” – wskazał.
Życie ma cel
Arcybiskup, który sam jako pielgrzym przekroczył również Drzwi Święte w Bazylice św. Piotra, powiedział, że pielgrzymowanie w tym okresie Roku Świętego jest „przypowieścią o naszym życiu”. „Ono jest dla nas chrześcijan, jedną wielką pielgrzymką, a nie jakąś marną włóczęgą, ponieważ wiemy, dokąd idziemy i kto nam w tej drodze przewodzi” – dodał abp Galbas. Papież Franciszek przypomina nam także, że nasze pielgrzymowanie, nasze życie chrześcijańskie na Ziemi jest pielgrzymowaniem z nadzieją. „To znaczy my sami jesteśmy pełni nadziei, ponieważ wierzymy w Jezusa Chrystusa. On sprawia, że nasze życie ma jednoznaczny cel i sens” – wskazał hierarcha.
Metropolita warszawski powiedział, że bardzo porusza go papieskie przesłanie, mówiące o tym, że naszą główną misją, jaką mamy wobec świata jest ofiarowanie światu nadziei; „ponieważ świat nie ma takich silnych źródeł nadziei jakie mamy my – chrześcijanie, czyli pewność, że Jezus Chrystus jest z nami”.
Bliskość w komunikacji
W dn. 24-26 stycznia w ramach Roku Jubileuszowego, w Rzymie odbędzie się Jubileusz świata mediów, dziennikarstwa i komunikacji. Abp Galbas – jako dziennikarz z wykształcenia (studiował w Wyższej Szkole Komunikowania Społecznego i Dziennikarstwa przy KUL) wskazał, że dziś ludzie mediów w swojej pracy powinni nieustannie pamiętać, że w dziennikarstwie chodzi o uczciwość, a nie „klikalność”. Dodał także, abyśmy „ciągle pamiętali, że to Chrystus – Słowo wcielone, przyszedł na ziemię, dając nam w ten sposób także piękny przykład tego, jak ważna jest komunikacja, komunikacja nie tylko na odległość, ale ta bezpośrednia”.
ks. Marek Weresa/VATICANNEWS.VA
***
O. Jacek Salij: zakaz spowiedzi dla dzieci to „nic nowego pod słońcem”. Z sakramentem pokuty walczył i sowiecki totalitaryzm
Konfesjonał, w którym spowiadał codziennie po kilkanaście godzin św. Jan Vienney
fot. Jakub Szymczuk/Mały Gość Niedzielny
***
„Sowieckie prawo zakazywało dzieciom i młodzieży do lat osiemnastu w ogóle wstępu do cerkwi czy kościoła”, przypominał w artykule na łamach portalu opoka.org.pl O. Jacek Salij. Duchowny podkreślał, że inicjatywa zakazu spowiedzi dla dzieci powinna stać się dla nas okazją do tego, by rozwój religijny i miłość do Pana Boga z jeszcze większym oddaniem przekazywać naszym dzieciom. Przykłady wiernych, zmagających się z ateistyczną komunistyczną dyktaturą, mogą nas do tego zainspirować.
Propozycja ustawowego zabronienia młodym korzystania z sakramentu pokuty wpłynęła do sejmu z niewielkim poparciem 12 tysięcy sygnatariuszy. Jej inicjator pseudo- badacz religii Rafał Betlejewski przedstawił w projekcie spowiedź jako źródło traumy psychicznej dla młodych.
Projekt to rzecz jasna skandaliczna zachęta do podeptania wolności Kościoła, porządku konstytucyjnego państwa, wreszcie zasad konkordatu. Mimo to – jak zauważał dominikanin O. Jacek Salij – wpisuje się ona w historię walki ateistycznych reżimów z religijnym kształceniem młodzieży.
Oderwanie młodych od sakramentalnej praktyki na masową skalę przeprowadzili sowieccy komuniści. Jedną z zabronionych praktyk w państwach związku było właśnie spowiadanie nieletnich. Sam O. Salij zetknął się z żywym przykładem skutków marksistowskiego bezprawia. Jednak – jak wspominał – uwięzienie kapłana przez dyktaturę jedynie umocniło lokalny Kościół.
„Utkwił mi w pamięci pewien, bardzo pozytywny owoc zakazu spowiadania dzieci. Mianowicie gdzieś na przełomie stycznia i lutego 1988 r. przyszedł do redakcji Mszy radiowej Polskiego Radia, której byłem wtedy członkiem, list z Baranowicz. Katolicy w tym mieście mieli jednego tylko księdza, ale on znalazł się właśnie w więzieniu – za to, że wbrew sowieckiemu prawu ośmielił się spowiadać niepełnoletnich. W liście opisano dobroczynne skutki tego, tak oczywistego przecież podeptania wolności religijnej”, czytamy w artykule słynnego dominikanina.
„Represje zamiast stłamsić wiarę katolików z Baranowicz okazały się mieć odwrotny skutek. Otóż, chociaż ksiądz był w więzieniu, wierni w kolejne niedziele przychodzili na sumę, kładli radio na ołtarzu i normalnie uczestniczyli we mszy. Śpiewali pieśni razem z ludem warszawskim z kościoła Świętego Krzyża (…)Tylko Komunii Świętej nie mieli, przyjmowali ją tylko duchowo”, relacjonował duchowny. „Atmosfera tych radiowych mszy w Baranowiczach ukształtowała się niezwykła, w kolejne niedziele ludzi przychodziło coraz więcej. Władze doszły do wniosku, że jedynym sposobem wyciszenia tej sytuacji będzie wypuszczenie księdza na wolność”, podsumowywał.
Przywołując historię ze schyłku lat 80-tych dominikanin wyraził nadzieję, że wobec prób pozbawienia dzieci praw religijnych katoliccy rodzice tym poważniej potraktują znaczenie wiary i sakramentów w wychowaniu. – Nawet katoliccy rodzice potrafią uczyć swoje dzieci lekceważenia tego, co Boże, jeżeli np. tak ustawiają swoim dzieciom zainteresowania i rozkład zajęć, że sprawy Boże umieszczone są na szarym końcu. Sami rodzice zabiegają wówczas o to, żeby duchowe pole ich dzieci zarośnięte było cierniami i żeby ziarno Boże nie miało w ogóle szansy tam urosnąć – ubolewał duchowny.
Jak dodawał, trzeba liczyć na to, że antykatolicka inicjatywa ustawodawcza „stanie się okazją do głębszego uświadomienia sobie”, jak ważny jest sakrament pokuty dla młodych oraz jak wiele rodzice mogą zrobić, by pomóc należycie się do niego przygotować. A jest do czego. To przecież wyjątkowe spotkanie z miłosierną miłością Boga, zauważył O. Salij.
PCh24.pl/źródło: opoka.org.pl
***
“Grzech jest przede wszystkim obrazą Boga, zerwaniem jedności z Nim. Narusza on równocześnie komunię z Kościołem. Dlatego też nawrócenie przynosi przebaczenie ze strony Boga, a także pojednanie z Kościołem, co wyraża i urzeczywistnia w sposób liturgiczny sakrament pokuty i pojednania.” (KKK, 1440)
***
7 bezcennych rzeczy, które dostaje dziecko w sakramencie spowiedzi
Dyskusja o spowiedzi dzieci, która obecnie przetacza się przez media, może nam uświadomić, jak wspaniały dar został nam dany przez Boga. Ale jednocześnie pokazuje, jak wielkie jest niezrozumienie tego sakramentu wśród dojrzałych katolików – rodziców i, niestety, także niektórych kapłanów.
Istotą każdego sakramentu jest spotkanie człowieka z Bogiem. W ramach sakramentu pokuty i pojednania owo spotkanie ma szczególny charakter i wiąże się z łaską odpuszczenia grzechów i uzdrowienia duszy (i w konsekwencji też ciała). Grzech to realna rana zadana samemu sobie i drugiemu człowiekowi, rana w sferze duchowej, zmysłowej, werbalnej, emocjonalnej, psychicznej itp. Rana ta jest źródłem bólu dla człowieka i dla jego otoczenia. Nieleczona rozwija się, jątrzy. Spowiedź dzieci to leczenie, którego nie powinniśmy im – tak samo jak dorosłym – odmawiać.
Co daje dziecku spowiedź?
Oto 7 bezcennych korzyści z sakramentu pokuty i pojednania:
1 UZDROWIENIE
Grzech jest także przestrzenią działania demonów, jest rodzajem nieuświadomionej lub świadomej zgody człowieka na obecność i działanie w jego życiu istot duchowych o niezwykle destrukcyjnej mocy. Na pewnych poziomach człowiek żyjący w grzechu może znaleźć pocieszenie i pomoc u innych ludzi, ale dzieje się to w bardzo ograniczonym stopniu. Tylko Bóg może trwale uzdrowić duszę i serce człowieka. I tylko On ma władzę nad światem demonów.
Pewna część psychologów czy pedagogów twierdzi, że gdy dziecko popełni zło, zawsze może o tym porozmawiać z jakimś dorosłym, któremu ufa, i że to wystarczy. Praktyka dowodzi, że to nieprawda. Wiele dzieci mówi regularnie swoim rodzicom, wychowawcom czy terapeutom o swoich słabościach, ranach czy potrzebach, ale to niewiele zmienia w ich życiu. Natomiast gdy dzieci mówią o swoich słabościach, czyli grzechach, kapłanowi reprezentującego Jezusa w sakramencie spowiedzi, następuje w tym momencie ZAWSZE uzdrowienie duszy (o ile są spełnione warunki dobrej spowiedzi). Spowiedzi i łaski rozgrzeszenia nie da się niczym zastąpić.
Niektórzy rodzice mówią: „Moje dziecko nie spowiada się i nie dzieje mu się nic, co by nas niepokoiło”. Odpowiedź na takie zdanie jest prosta: głębokie cierpienie człowieka nie staje się od razu, to jest proces, który rozwija się w duszy, jak rak w ciele. Szatan jest bardzo cierpliwy i długo potrafi ukrywać się niezauważony, ale gdy dochodzi do manifestacji, wtedy jest przerażenie rodziców, płacz i pytania: „Co stało się mojemu dziecku, nie poznaję go!”. Tego rodzaju sytuacje niestety stają się coraz częstsze. Rodzą głęboki niepokój osób świadczącym pomoc najmłodszym, zwłaszcza gdy dziecko reaguje złością i nienawiścią wobec bliskich, gdy miewa myśli samobójcze lub podejmuje takie próby oraz gdy popada w uzależnienia.
2 NAUKA ROZRÓŻNIANIA DOBRA I ZŁA
Dobrze przeprowadzona spowiedź święta uczy młodego człowieka prawdy o dobru i złu, o grzechu i o samym człowieku. To pomaga mu wzrastać i dojrzewać do pełni człowieczeństwa. Umieć przyznać się do swoich błędów – to ważna lekcja życia i współżycia z innymi. Młody człowiek uczy się, jak nazywać zło po imieniu, żałować za nie i je naprawiać.
Niestety, dziś wiele dzieci ma z tym problem. Nie tylko nie potrafią one rozpoznać, co jest dobre, a co jest złe. One mają problem w ogóle z uznaniem obecności zła w swoim postępowaniu, z żałowaniem, przepraszaniem. Łatwo wyobrazić sobie, jak może wyglądać przyszłość takiego dziecka i relacje z innymi ludźmi.
3 OBIEKTYWNE ZASADY
Dla dobra dziecka bardzo ważne jest także istnienie obiektywnego kodeksu postępowania, który określa nie człowiek, ale Bóg. Kodeks ten zawarty jest w Dekalogu i nauce Jezusa Chrystusa. Wyznacza normę postępowania i współżycia społecznego dla wszystkich ludzi, bez wyjątku.
Często dzieci i młodzież narzekają, że dorośli każą im zachowywać nakazy, których sami się nie trzymają, albo że prawo, które stanowią ludzie, jest relatywne: raz coś jest dobrem, innym razem ta sama rzecz jest złem. Taka sytuacja tworzy w umyśle dziecka poczucie bałaganu moralnego, niesprawiedliwości, braku fundamentu, na którym można budować swoją moralność. Tymczasem Bóg daje zasady postępowania sprawiedliwe i uniwersalne. To niezwykle ważne dla dziecka, kiedy wzrasta ono w poczuciu, że istnieje Ktoś, kto w sposób ostateczny decyduje o ocenie moralnej czynów ludzi.
Codzienny rachunek sumienia, uwieńczony comiesięczną spowiedzią, kształtuje w sposób najdoskonalszy moralność, a osobisty kontakt z kapłanem jest okazją do wyjaśnienia wątpliwości odnośnie zasad postępowania. Dziecko potrzebuje czegoś, co będzie pewnym standardem zachowań (jasno sprecyzowanych przykazań), do czego będzie mogło odnieść swoje postępowanie.
4DOSTRZEŻENIE
Część przeciwników przystępowania dzieci do spowiedzi mówi, że człowiek na takim etapie życia nie jest zdolny do świadomego wyboru zła, czyli do popełniania grzechu, a to, co dorośli odbierają jako złe zachowanie, jest w istocie czymś dobrym, ważnym dla jego prawidłowego rozwoju. To oczywisty błąd myślenia, niesprawiedliwie redukujący moralność dzieci i ich zdolność do samodzielnej oceny swojego postępowania.
Wielka szkoda dzieje się dziecku, któremu wmawia się: „Nie masz grzechu”, a ono w sumieniu ma poczucie, że pewne jego czyny są były złe. To sytuacja podobna to tej, kiedy dziecko skarży się na pyłek w oku, a okulista uparcie twierdzi: „Tam nic nie ma, jesteś zdrowy”, bagatelizując lub negując to, co dziecko odczuwa.
5 LEKCJA PRZEBACZENIA
Spowiedź święta uczy dzieci prawdy o istnieniu Bożej miłości, która jest niezależna od okoliczności, różna od miłości ludzkiej, zawodnej i interesownej.
Dzieci skarżą się często, że rodzice nie potrafią od razu wybaczyć im popełnionych błędów albo wracają do tego, co kiedyś było. Działa to niezwykle destrukcyjnie na psychikę dzieci. Tymczasem przebaczenie, jakiego udziela Bóg w sakramencie pokuty, jest bezwzględne i nieodwracalne. Uczy prawdy, że miłość wyraża się w przebaczeniu. Uczy doświadczać radości z otrzymanego przebaczenia i przebaczać innym.
6 POCZUCIE GODNOŚCI
Dziecko ma potrzebę usłyszenia, że każde zło, jakie popełni, może mu zostać wybaczone. Otrzymanie nowej szansy buduje jego poczucie wartości i godności. Najbardziej poranieni ludzie, z jakimi się spotykamy (a często są wśród nich ludzie określani mianem skrajnego marginesu), to są osoby, które nigdy w swoim życiu nie doświadczyły przebaczenia i miłości. Miłość i przebaczenie, jakie otrzymujemy w konfesjonale, są pewne, dostępne zawsze, „od ręki”, są niezależne od okoliczności i humorów innych ludzi. Ponadto w ramach spowiedzi młody człowiek otrzymuje możliwość osobistej rozmowy i odniesienia do konkretnych uczynków (czego nie ma w tzw. spowiedzi powszechnej). Nie jest traktowany zbiorowo, anonimowo, ale jako jednostka, co również pozytywnie wpływa na jego poczucie godności.
7 ZAUFANIE I SZCZEROŚĆ
Dzieci doskonale pojmują też wartość tajemnicy spowiedzi. Nic ich tak nie zniechęca do mówienia o swoich błędach jak brak poczucia anonimowości lub strach, że o ich słabościach dowiedzą się inni ludzie. Dzieci skarżą się, że czasem powiedziały coś w zaufaniu i tajemnicy rodzicom, nauczycielowi, pedagogowi lub psychologowi w szkole, ale potem o tej rozmowie wiedzieli wszyscy dookoła.
Tajemnica spowiedzi jest święta i nienaruszalna. Nie ma możliwości, aby kapłan ją złamał. Dzieci dowiadują się o tym już od pierwszych spotkań przygotowujących do spowiedzi.
Spowiedź dzieci… i spowiedź dorosłych
Dyskusja o spowiedzi dzieci i młodzieży, jaka obecnie przetacza się przez media, może nam uświadomić, jak wspaniały dar został nam dany przez Boga, ale jednocześnie pokazuje, jak wielkie jest niezrozumienie istoty tego sakramentu wśród dojrzałych katolików, rodziców i, niestety, także niektórych kapłanów.
I choć słusznie katolicy oburzają się na kolejną próbę ograniczania ich konstytucyjnych praw wychowywania dzieci w zgodzie z własną wiarą, należy jednak zapytać, co nas powinno bardziej gorszyć: czy apel antyklerykałów o ograniczenie prawa do spowiedzi dzieci, czy raczej brak praktyk u wielu rodziców, którzy przez całe miesiące lub lata nie dają swoim dzieciom osobistego przykładu regularnego korzystania z łask sakramentów świętych?
Aleteia.pl
***
Ks. Wojciech Węgrzyniak wypowiedział się na temat zakazu spowiadania dzieci
(fot. depositphotos.com / Wojciech Węgrzyniak / YouTube.com)
***
Ks. Wojciech Węgrzyniak wypowiedział się na temat spowiedzi dzieci. Jak stwierdził, “pierwsza spowiedź może stresować, ale dzieci stresuje też pierwszy dzień w szkole czy klasówka”. Dodał także, że zakaz spowiadania dzieci byłby krzywdzący, ponieważ spowiedź uczy odróżniania dobra od zła i pracy nad sobą.
Wojciech Węgrzyniak podkreślił, że spowiedź uczy dzieci odróżniania dobra od zła oraz pracy nad sobą, co czyni zakaz spowiadania dzieci krzywdzącym.
Duchowny zaznaczył, że dzieci przygotowują się do spowiedzi przez cały rok szkolny, a lęk przed pierwszą spowiedzią jest naturalny i zwykle mija z czasem.
Przygotowanie do spowiedzi obejmuje naukę jej znaczenia, próbne spowiedzi oraz wsparcie pedagogiczne i psychologiczne ze strony księży.
Ks. Węgrzyniak zauważył, że rodzice mają prawo wychowywać dzieci w wierze, a spowiedź pozwala im doświadczać wyzwolenia od grzechów i budować relację z Jezusem.
Zakaz spowiadania dzieci
Do Sejmu trafiła petycja, której autorzy domagają się uchwalenia zakazu spowiadania osób poniżej 18. roku życia. Według autorów, spowiedź ma być dla dzieci “zdarzeiem traumatycznym”, przed którym nie mogą się obronić.
Ks. Węgrzyniak przypomniał, że zgodnie z Kodeksem Prawa Kanonicznego “każdy wierny po osiągnięciu wieku rozeznania zobowiązany jest przynajmniej raz w roku wyznać wszystkie swoje grzechy ciężkie”.
– Oznacza to, że do spowiedzi zobowiązane są osoby, które popełniły grzech ciężki. Teoretycznie więc, jeśli dziecko takiego grzechu nie popełniło, to nie musi się spowiadać – wyjaśnił.
Dzieci powinny być blisko Boga
Jednocześnie duchowny zastrzegł, że kanon 913. Kodeksu Prawa Kanonicznego precyzuje, że obowiązkiem katolickich rodziców jest troszczyć się, żeby dzieci “po dojściu do używania rozumu zostały odpowiednio przygotowane i jak najszybciej posiliły się Bożym pokarmem”, a więc przystąpiły do pierwszej Komunii św. W kanonie tym jest również zapis, że do pierwszej Komunii św. można dopuścić dziecko dopiero po uprzedniej sakramentalnej spowiedzi.
– W Kościele za wiek używania rozumu, czy wiek rozeznania, kiedy dzieci osiągają zdolność rozróżniania między tym, co jest dobre, a co złe, i czym jest grzech, jest granica 7 lat – zaznaczył.
Przypomniał, że w 2016 r. Konferencja Episkopatu Polski wydała dokument, zgodnie z którym do pierwszej Komunii św. przystępują dzieci w trzeciej klasie szkoły podstawowej, a więc w wieku 9-10 lat.
Jak dodał, zdarzają się przypadki, że na prośbę rodziców i za zgodą księdza odpowiedzialnego za przygotowanie do sakramentu, dzieci są dopuszczane do pierwszej Komunii św. wcześniej lub trochę później. – Rozwój to sprawa indywidualna, więc te reguły nie są sztywne – wyjaśnia.
Dzieci przygotowują się do pierwszej spowiedzi
Ks. Węgrzyniak podkreślił, że do pierwszej spowiedzi, która następuje najczęściej w maju, tuż przed pierwszą Komunią św., dzieci przygotowują się przez cały rok szkolny na lekcjach religii. – Katecheci tłumaczą im, jaki jest sens spowiedzi, czym w ogóle jest grzech, informują, jak spowiedź będzie przebiegała, uczą, jak się spowiadać – wymienił.
Dodał, że często w ramach przygotowania księża organizują próbną spowiedź “na sucho”, czyli bez wyznawania grzechów, po to, by dzieci oswoiły się z całą sytuacją i konfesjonałem. – Tłumaczymy dzieciom, że jeśli ktoś się pomyli wypowiadając formułę spowiedzi albo zapomni wypowiedzieć jakiś grzech, to nic złego się nie stanie, spowiedź i tak będzie ważna – zaznaczył.
Naturalny lęk przed pierwszą spowiedzią
Duchowny przyznał, że mimo tych wszystkich starań, pierwszej spowiedzi może towarzyszyć naturalny lęk przed nową sytuacją. – Sądzę jednak, że niektóre dzieci bardziej niż spowiedzią stresują się pójściem po raz pierwszy do szkoły, klasówką czy występem w szkolnym przedstawieniu. Już nie mówiąc o dentyście czy lekarzu. Stres jest częścią życia i nie da się go całkiem wyeliminować zakazując wszystkiego, co może nas zestresować. Sztuką jest uczyć dzieci, jak sobie z tym stresem radzić – ocenił.
Ponadto – wyjaśnił – lęk przed spowiedzią najczęściej mija wraz z praktykowaniem jej. – Jak ktoś się regularnie spowiada, to już go to nie stresuje – ocenił.
Ks. Węgrzyniak zapewnił, że do tego, w jaki sposób spowiadać dzieci, księża są dobrze przygotowywani. – W seminariach są zajęcia z pedagogiki i z psychologii, które są w tym dużą pomocą – stwierdził.
Zaznaczył, że podczas spowiedzi rodzice mogą być obecni w kościele, w zasięgu wzroku dzieci, co też zwiększa poczucie bezpieczeństwa.
Zakaz spowiedzi byłby krzywdzący dla dzieci
Zdaniem ks. Węgrzyniaka zakaz spowiedzi byłby dla dzieci krzywdzący. – Dzięki spowiedzi dzieci uczą się odróżniania dobra od zła i pracy nad sobą. Uczymy dzieci zasad ortografii, matematyki, dbania o zdrowie i zasad higieny, dlaczego więc nie możemy ich uczyć moralności, tego, że nie wolno krzywdzić, że warto pomagać? – pytał.
Zaznaczył, że czasem spowiedź to dla dziecka możliwość porozmawiania z kimś o trudnych problemach czy wątpliwościach. – Czasem dziecko o pewnych rzeczach krępuje się rozmawiać z rodzicami. Łatwiej mu otworzyć się przez nauczycielem czy księdzem. Zwłaszcza, że przy spowiedzi ma sto procent pewności, że to, co powie, nie wyjdzie poza konfesjonał – mówił.
Pozytywne skutki spowiedzi
Dodał, że spowiedzi i związanemu z nią odpuszczeniu grzechów często towarzyszy “poczucie lekkości, wyzwolenia, zamknięcia jakiegoś etapu i rozpoczęcia nowego, z czystą kartą, a przede wszystkim z Jezusem, który przez spowiedź staje się z czasem coraz bliższym przyjacielem dziecka”.
Podkreślił ponadto, że rodzice mają prawo przekazać dzieciom wiarę. Ks. Węgrzyniak przypomniał, że o tym, czy dziecko przystąpi do spowiedzi i do Komunii św. zawsze decydują rodzice, a Kościół nikogo nie zmusza do przystępowania do sakramentów. “W 2023 r. było w Polsce 372 tys. urodzeń i 367 tys. chrztów. I to rodzice z własnej woli przynieśli te dzieci do Kościoła i poprosili o chrzest. Dlaczego ktoś chce pozbawić ich prawa do wychowania tych dzieci w wierze, którą sami wybrali?” – pytał.
Deon.pl
***
Ks. prof. Bortkiewicz o zakazie spowiedzi dzieci:
To sakrament! Nie wierzycie, nie rozumiecie, nie bierzcie się za to!
(ks. prof. Paweł Bortkiewicz / źródło: PCh24TV / YouTube)
***
– Zapewne autor tego projektu, jak i wielu ludzi zresztą, myli spowiedź z jakąś poradą psychoterapeutyczną. Otóż chcę powiedzieć, że spowiedź nie jest psychoterapią. Spowiedź jest sakramentem. W spowiedzi działa Chrystus, a kapłan jest szafarzem czy pośrednikiem tego działania Chrystusa w człowieku. Wiem, że dla ludzi niewierzących jest to trudne do zrozumienia, ale w takim razie, skoro Państwo czegoś nie rozumiecie, nie bierzcie się za to, o czym nie macie po prostu pojęcia, co przerasta wasze ograniczone umysły – mówił w „Aktualnościach dnia” na antenie Radia Maryja ks. prof. Paweł Bortkiewicz, komentując złożoną w Sejmie petycję w sprawie zakazu spowiedzi dzieci.
Jak podkreślił kapłan, tego typu inicjatywy, to skandaliczny przykład na to jak państwo próbuje wkroczyć w sferę życia wewnętrznego Kościoła, w sferę życia wewnętrznego ludzi wierzących i próbuje „zdemolować sakramenty Kościoła katolickiego”. – To jest absolutny skandal– podkreślił.
Bioetyk wskazał, że to nie pierwszy tego rodzaju przypadek w ostatnim czasie – widzimy co dzieje się wokół katechezy w szkole, co czyni się z tzw. edukacją zdrowotną, która „niewątpliwie zdrowiu moralnemu i psychicznemu dziecka służyć nie będzie”.
A jak podsumował, tego rodzaju pomysły – historycznie patrząc – mogą przypominać czasy józefinizmu w cesarstwie austro-węgierskim, kiedy monarcha ingerował w sprawy liturgii, w sprawy kultu Bożego. Co istotne, nie ingerował w kwestie wiary i moralności. Zatem w obecnej sytuacji państwo chce posunąć się dalej niż wówczas.
Ks. prof. Bortkiewicz zauważył celnie, że w tym samym czasie, gdy szkoła ma ingerować w najbardziej intymną sferą dzieci, chce zabrać się rodzicom prawo do wychowania religijnego swych pociech. – To samo środowisko polityczne, które z jednej strony chce ingerować w sferę spowiedzi świętej, nie waha się powierzyć szkołom, seksedukatorom deprawacji moralnej dzieci i młodzieży. To jest sytuacja paradoksalna, ale przede wszystkim budząca grozę – dodał. I wszelkim tego rodzaju pomysłom należy się mocno przeciwstawić.
PCh24.pl/źródło: radiomaryja.pl
***
Skandaliczna petycja znowu w Sejmie!
Chodzi o próbę zakazu spowiedzi dzieci
(fot. AdobeStock Oprac. GS/pch24.pl)
***
Do Sejmu trafiła petycja w sprawie ograniczenia spowiedzi świętej tylko do osób dorosłych. Za propozycją ataku na wolność religii stoi antyreligijny prowokator Rafał Betlejewski. Ten od lat atakujący wiarę performer i pisarz zebrał poparcie 12 tysięcy podpisów pod taką inicjatywą. To już drugi raz, kiedy Betlejewski podsuwa ustawodawcom pomysł odsunięcia dzieci od bogatego źródła łaski i pomocy w rozwoju moralnym, jakim jest sakrament pokuty. Do ponowienia próby namówił celebrytę… Marcin Józefaciuk. To przedstawiający się jako neopoganin poseł KO, po którego interwencji „rodzimowierczy” związek wyznaniowy „Ród” po latach oczekiwań trafił do ministerialnego rejestru.
O tym, że petycja – tym razem skutecznie – trafiła do Sejmu informuje „Rzeczpospolita”. Betlejewski chce, aby spowiedź dzieci była zakazana. W przeszłości ze strony przeciwników Kościoła padało wiele pesudoargumentów, mających uzasadniać podobny atak na wolność religii. Najczęściej słychać było głosy – dołącza do nich autor petycji, że: „spowiedź jest formą psychicznej przemocy” oraz jest „ingerencją w intymny świat dziecka prowadzoną w autorytecie Boga”. Widać zaszczepianie w umysłach dzieci pojęć dobra, zła i grzechu przeszkadza bardziej, niż ingerencja w „intymny świat dzieci” seksedukatorów i promotorów ideologii gender.
„Jak pokazują wspomnienia wielu osób, spowiedź to doświadczenie upokorzenia i strachu, zdarzenie traumatyczne, paskudne, którego dzieci nie chciały, a przed którym nie potrafiły się obronić” – głosić ma petycja, którą teraz zajmie się specjalna komisja w Sejmie, czytamy w „Rz”.
Dziennik precyzuje, że sygnatariusze domagają się „uchwalenia przepisów wprowadzających w Polsce zakaz spowiadania dzieci poniżej 18. roku życia w Kościele katolickim i innych kościołach, jeśli ją stosują”. Zaś z treści opisanej przez gazetę petycji wynika, że „żadna obca osoba dorosła nie ma prawa przesłuchiwać dziecka sam na sam bez nadzoru opiekunów i psychologów”, a „spowiednikami dzieci są mężczyźni żyjący w celibacie, którzy nie mają odpowiedniego przygotowania psychologicznego”.
Kim jest autor petycji? Rafał Betlejewski, to performer i autor książek, który od lat nieprzychylnie wypowiadająca się na temat Kościoła. Napisał m.in. „Jak się uwolnić od Kościoła. Poradnik w sześciu krokach” czy „365 lekcji religii dla całej rodziny, która chce się wyzwolić” – publikacja reklamowana jest jako „miażdżąca krytyka mitologii katolickiej od Adama i Ewy, aż do świętości Jana Pawła II”. W rzeczywistości doczekała się ona również krytyki jako pełna manipulacji i merytorycznych niedociągnięć. Sam Betlejewski nie mógłby nawet próbować przedstawiać się jako obiektywny, czy bezstronny „badacz religii”. Jego celem i sposobem działania jest prowokacyjne wyszydzanie wiary.
Dobrym przykładem jego rażącej ignorancji jest materiał, jaki zamieścił na Facebooku, dotyczący stosunku Kościoła do kobiet. W nagraniu Betlejewski przekonywał, że sednem nauczania Kościoła o grzechu pierworodnym jest oskarżenie pierwszej kobiety o nieposłuszeństwo Bogu i oddalenie człowieka od Stwórcy. Tym samym Betlejewski zignorował fakt, że Kościół winę za grzech pierworodny przypisuje także Adamowi, a nawet sam upadek pierwszych rodziców często nazywa „winą Adama”. W Orędziu Wielkanocnym chociażby, wbrew wynurzeniom pseudo-badacza, śpiewa się, że Chrystus „krwią serdeczną spłacił dług Adama”, nie Ewy. Z kolei w listach apostolskich czytamy, że „W Adamie wszyscy zgrzeszyliśmy”, nie w Ewie.
Podobne zaniedbania sprawiają, że trudno wierzyć w ogóle w dobrą wolę Betlejewskiego i jego dążenie do bezstronności naukowej – jako której głos się przedstawia.
Betlejewski z pomysłem o zakazie spowiedzi dzieci wystartował już w 2022 roku. Rok później złożył petycję w Sejmie, która została odrzucona z powodów formalnych. Informował o tym później poseł KO Marcin Józefaciuk, członek Komisji do spraw Petycji. I to on poprosił Betlejewskiego złożenie petycji raz jeszcze.
PCh24.pl/źródło: PAP rp.pl, pch24.pl
***
Jakby piekło się wściekło
Udręki, jakie ludzie zgotowali sobie w XX wieku, miały w sobie coś mistycznego. Bez uwzględnienia kryteriów duchowych nie da się tego zrozumieć.
SMOLBATTLE.RU
***
Mroźną nocą z 24 na 25 stycznia 1938 roku nad pogrążoną we śnie Europą zaczęło jarzyć się czerwone światło. Płonąca na północnym niebie kurtyna oświetliła wsie i miasta, nadając wszystkiemu krwawą barwę.
Nazajutrz obserwatoria astronomiczne w różnych częściach świata informowały, że nocne światło było wynikiem powstania wyjątkowo silnej zorzy polarnej. Łucja, jedyna żyjąca wizjonerka z Fatimy, wiedziała, co to znaczy: nadchodziła kolejna wojna, jeszcze straszniejsza od poprzedniej.
Nieznane światło
Przenieśmy się wstecz o 21 lat. Był 13 lipca 1917 roku. Od trzech lat trwała wielka wojna, angażująca niemal cały świat w mordercze zmagania monstrualnych armii. 2 tysiące kilometrów na południowy zachód od koszmarnej linii okopów frontu zachodniego, w której ludzie urządzili sobie ziemskie piekło, troje dzieci zobaczyło piekło nadprzyrodzone. Matka Boża pokazała pastuszkom z Fatimy wizję potwornej rzeczywistości, „jakby morze ognia”, w którym wieczną karę ponoszą ci, którzy konsekwentnie i do końca odrzucali Boże miłosierdzie.
Wizja w najwyższym stopniu przeraziła dzieci, ale jednocześnie wzbudziła w nich determinację, żeby bez ustanku wypraszać dla grzeszników miłosierdzie Boże i pokutować za nich. O to też prosiła Niepokalana. Wezwała do poświęcenia Rosji Jej Niepokalanemu Sercu i do Komunii św. wynagradzającej w pierwsze soboty miesiąca.
„Wojna zmierza ku końcowi. Lecz jeżeli ludzie nie przestaną obrażać Boga, wybuchnie druga, jeszcze gorsza, w czasie panowania Piusa XI” – ostrzegła. Padły też zagadkowe słowa: „Gdy zobaczycie noc rozświetloną nieznanym światłem, wiedzcie, że jest to wielki znak, który da wam Bóg, iż nadchodzi kara dla świata za jego zbrodnie w postaci wojny, głodu i prześladowania Kościoła oraz Ojca Świętego”.
Wizja piekła i przytoczone słowa Maryi wchodzą w skład pierwszej i drugiej części tzw. tajemnicy fatimskiej, której dzieci miały na razie nie wyjawiać. W 1941 roku, za zgodą Matki Bożej i na polecenie biskupa Leirii, spisała je Łucja. Niebawem też zostały ujawnione. Trzecia tajemnica została spisana w 1944 roku i upubliczniona dopiero w roku 2000.
To zapowiada wiele krwi
Tajemnicze światło pojawiło się jeszcze raz, tuż przed wybuchem II wojny światowej, po drugiej w nocy 22 sierpnia 1939 roku. Zjawisko obserwował główny sprawca nadchodzącej wielkiej rzezi, Adolf Hitler, spędzający czas w swojej alpejskiej rezydencji Berghof. Źle sypiał, więc zwykle kładł się dopiero nad ranem. Okoliczności tamtej sierpniowej nocy opisał w swoich wspomnieniach współpracownik Führera Albert Speer, architekt, a później minister zbrojeń Rzeszy. „Staliśmy z Hitlerem na tarasie Berghofu i podziwialiśmy rzadkie zjawisko. Wyjątkowo jaskrawa zorza polarna przez całą godzinę zalewała czerwonym światłem położony po przeciwnej stronie legendarny Untersberg, podczas gdy niebo grało wszystkimi kolorami tęczy. Ostatni akt »Zmierzchu bogów« nie mógłby się rozgrywać w efektowniejszej scenerii. Nasze twarze i ręce były nienaturalnie zabarwione na czerwono. Widowisko to wywołało nastrój dziwnej zadumy” – wspominał Speer. Wtem Hitler, zwracając się do jednego ze swych adiutantów, powiedział: „To zapowiada wiele krwi. Tym razem nie obejdzie się bez użycia siły”.
Następnego dnia nazistowska gazeta „Volkischer Beobachter” donosiła: „We wtorek rano (22.8), począwszy od godz. 2.45, w obserwatorium astronomicznym Sonnenberg obserwowano na północno-zachodniej i północnej części nieba bardzo silną zorzę polarną”.
Marksistowskie żądło
Dziesięć dni później niemieckie dywizje runęły na Polskę. 17 września z drugiej strony wkroczyła Armia Czerwona. Zaczęła się wojna, która już wkrótce rzeczywiście okazała się jeszcze gorsza od poprzedniej. O ile w pierwszej wojnie ginęli głównie żołnierze, o tyle tym razem mordowano także cywilów – metodycznie i na skalę przemysłową. Udręczone narody doświadczyły bestialstw, które, wydawałoby się, nie są już możliwe w „nowoczesnym społeczeństwie”. A jednak XX wiek, który zaczął się w okresie zwanym piękną epoką, okazał się czasem ludobójstwa o niewyobrażalnych rozmiarach.
Gdy po sześciu latach ustały walki, okazało się, że wojna pochłonęła życie ponad 55 milionów ludzi, z czego większość stanowili bezbronni mieszkańcy miast i wsi.
Koniec wojny nie oznaczał jednak końca czasu wielkiego ucisku. To także zapowiedziała Maryja w Fatimie: „Jeżeli ludzie me życzenia spełnią, Rosja nawróci się i zapanuje pokój. Jeżeli nie, Rosja rozszerzy swoje błędne nauki po świecie, wywołując wojny i prześladowania Kościoła. Dobrzy będą męczeni, Ojciec Święty będzie bardzo cierpieć, wiele narodów zostanie zniszczonych”.
Słowa te wybrzmiały w chwili, gdy Rosja zaczynała pogrążać się w ogniu rewolucji bolszewickiej. Błędną nauką okazał się komunizm, który po I wojnie sterroryzował całą Rosję, a po II wojnie zawładnął państwami ościennymi, sięgając swoimi wpływami w różne części świata. Wspólną cechą wszystkich reżimów komunistycznych, które jak zaraza opanowały wiele państw, była nienawiść do religii.
Wydawany w Związku Sowieckim dziennik „Bezbożnik przy pracy” z 1929 r.; Robotnicy wyrzucają „Spasa”, czyli Zbawiciela, i rozbijają cerkiewny dzwon. SMOLBATTLE.RU
***
„Nienawidzę wszystkich bogów, ponieważ istnienie jakiegokolwiek boga jest tym, co ogranicza człowieka i jego ludzką zdolność myślenia, ludzką zdolność działania i tak naprawdę jest czymś, co nas pęta i czyni z nas niewolników” – pisał Marks. Komuniści, w myśl tezy niemieckiego filozofa o religii jako „opium ludu”, bezwzględnie niszczyli wszelkie przejawy religijności. W chwili wybuchu rewolucji październikowej w 1917 roku rosyjska Cerkiew liczyła ponad 110 milionów wiernych. Duchownych prawosławnych było 65 tys., a mnichów i mniszek 90 tys. Po ziemi rosyjskiej rozsianych było 48 tysięcy cerkwi parafialnych. Cała ta potęga została w dwie dekady niemal całkowicie unicestwiona. U progu II wojny światowej duchownych było już tylko 5665. Obiektów sakralnych ocalało jedynie tysiąc. Kto zachował wiarę, ten skrzętnie ją ukrywał, żeby nie stracić życia.
Symbole rewolucji – sierp i młot, czerwona gwiazda – oraz zdjęcia bolszewickich przywódców, w tym Lenina – w świątyni, w miejscu usuniętych wizerunków Jezusa i świętych. SMOLBATTLE.RU
***
Jako że natura nie znosi próżni, komunizm zaczął sakralizować własne bożki, którymi stali się przywódcy czerwonych państw. Ich kult, tyleż karykaturalny, co przerażający, był przeciwieństwem kultu prawdziwego Boga. Terror, zastraszenie połączone z przymusowym uwielbieniem – wszystko to na niespotykaną skalę zaczęło się w Związku Sowieckim, a później rozlało się na Chiny i inne kraje. Przymusowej ateizacji doświadczyły też państwa „demokracji ludowej”, które, jak Polska, po wojnie znalazły się w strefie sowieckiej. Polacy, dzięki wyjątkowo silnemu katolicyzmowi, nie pozwolili komunistom podporządkować sobie Kościoła, ale sąsiednie państwa nie miały już takiego szczęścia. W Czechosłowacji biskupi zostali internowani, zakony rozwiązane, Kościół stracił wszystkie szkoły, zakazano działalności wszystkim organizacjom kościelnym, zamknięto większość pism katolickich. Duchowni zostali poddani ścisłej kontroli, z cenzurą kazań i wydawaniem zgody na odprawianie nabożeństw. Księża szli do więzień na przykład za duszpasterstwo, na które nie mieli zgody.
Coraz silniejsze zaciskanie pętli przepisów miało docelowo całkowicie zdusić chrześcijaństwo, co w pewnej mierze przyniosło skutek w postaci wyjałowienia duchowego w społeczeństwach niektórych państw.
Czy to nawrócenie?
„Na koniec zatriumfuje moje Niepokalane Serce. Ojciec Święty poświęci mi Rosję, która się nawróci, a dla świata nastanie okres pokoju” – mówiła Maryja w Fatimie.
Znaczące, że Jan Paweł II padł pod kulami zamachowca w rocznicę pierwszego objawienia fatimskiego – 13 maja 1981 roku. Rok później był już w Fatimie, żeby podziękować Maryi za cudowne ocalenie. 25 marca 1984 roku, w uroczystość Zwiastowania Pańskiego, poświęcił Rosję i całą ludzkość Niepokalanemu Sercu Maryi.
Wkrótce zaczął się rozpadać Związek Radziecki. Polska, jako pierwszy z krajów rządzonych przez komunistów, w 1989 roku odzyskała niepodległość. Po niej jarzmo niewoli zaczęły zrzucać kolejne kraje. W każdym z nich natychmiast też przywracano wolność religijną.
W uroczystość Niepokalanego Poczęcia Najświętszej Maryi Panny, 8 grudnia 1990 roku, przywódcy istniejących jeszcze republik sowieckich podpisali „układ białowieski” o likwidacji Związku Radzieckiego. Wszystko te wydarzenia przebiegały nieomal bez rozlewu krwi, choć jeszcze kilka lat wcześniej wydawało się to niemożliwe.
Czy Rosja to dziś kraj nawrócony? Choć wolność religii została tam przywrócona, w świetle agresji na Ukrainę i powszechnego przyzwolenia na to rosyjskiego społeczeństwa można mieć wątpliwości. Znów, jak za cara, religia staje się tam narzędziem władzy. Nawrócenie jednak nigdy nie jest procesem zakończonym ani – dopóki toczy się życie – nieodwracalnym. Widać to także w państwach cywilizacji zachodniej, które dziś, jak się zdaje, raczej wywracają się niż nawracają. Trudno się temu jednak dziwić – podobno ludzki egoizm umiera trzy godziny po śmierci właściciela.
Jedno pozostaje faktem: taka systemowa nienawiść wobec religii i zajadłość w walce z nią, jaką przyniósł komunizm, już się nie powtórzyła. Choć Rosja wciąż sieje niepokoje i wzmaga zamęt, to Związek Radziecki – „mistyczne ciało szatana” (określenie sługi Bożego ks. Franciszka Blachnickiego) – utracił już swoją moc „rozszerzania błędów” natury duchowej. A te są najgorsze, bo zabijają nie tylko ciało.
Franciszek Kucharczak/Gość Niedzielny
***
Życiorys tego księdza to gotowy materiał na film sensacyjny!
Father Walter J. Ciszek, S.J. | Facebook
***
Jego życiorys to gotowy materiał na film sensacyjny. Młody kapłan – więziony na Łubiance, piętnaście lat w obozach pracy – spędza w sowieckiej Rosji dwadzieścia trzy lata swojego życia. W 1963 r., po wynegocjowanej przez prezydenta Johna F. Kennedy’ego wymianie na rosyjskiego agenta, wraca do USA. Nigdy nie żałuje, że zgłosił się do pracy misyjnej w Rosji. Jezuita, sługa Boży ks. Walter Ciszek, kapłan, którego trzeba znać.
Lubił… uliczne bójki
Urodził się w 1904 r. w USA, w wielodzietnej rodzinie polskich emigrantów. Dorastał w Shenandoah, lubił uliczne bójki i sprawiał niemałe problemy wychowawcze. Jego decyzja o zostaniu księdzem wywołała w rodzicach szok. W wieku 24 lat Walter Ciszek dopiął swego i wstąpił do seminarium. Silny i wysportowany rzucił się w wir duchowej formacji, pościł o chlebie i wodzie. Jednocześnie dbał o kondycję fizyczną.
Musiałem być twardy. Wstawałem o czwartej trzydzieści rano, żeby przebiec pięć mil wokół jeziora na terenie seminarium, albo pływałem w listopadzie, kiedy jezioro było niewiele lepsze od zamarzniętego. Nadal nie mogłem znieść myśli, że ktoś mógłby zrobić coś, czego ja nie potrafiłem, więc pewnego roku w Wielkim Poście jadłem tylko chleb i wodę przez czterdzieści dni – innego roku w ogóle nie jadłem mięsa przez cały rok – tylko po to, żeby sprawdzić, czy dam radę – wspominał.
Pewnego dnia usłyszał o św. Stanisławie Kostce, jezuicie, który pieszo poszedł z Wiednia do Rzymu. Był zachwycony! Taki święty, z krwi i kości, mężny i odważny, był dla niego inspiracją. Wstąpił do jezuitów i w czasie nowicjatu usłyszał list Piusa XI, w którym papież wzywał wszystkich seminarzystów, a szczególnie jezuitów, do podjęcia pracy misyjnej w Rosji. „Było to dla mnie jakby bezpośrednie wezwanie od Boga. Wiedziałem, że muszę zgłosić się na tę misję” – napisał po latach. Rosja stała się jego przeznaczeniem.
Rosja przyszła do niego sama
Zgłosił się i rozpoczął misjonarskie studia w Collegium Russicum w Rzymie. W 1937 r. przyjął święcenia kapłańskie i był gotowy do wyjazdu, żył na walizkach. Niestety, przeniknięcie do sowieckiej, ateistycznej Rosji nie było łatwe. Generał jezuitów, o. Ledóchowski skierował go do pracy w polskiej parafii w Albertynie (dziś Białoruś). Pojechał, a 17 września 1939 r. Rosja „przyszła” do niego sama.
Wiara jest jak ciemny tunel: Bóg daje nam Światło, abyśmy szli krok po kroku. Światło nie jest nam dane, abyśmy widzieli koniec tunelu
W 1940 r. zgłosił się jako robotnik do pracy na Uralu i razem z innym zakonnikiem wyjechał tam na podstawie fałszywego paszportu. Dopiero po latach dowiedział się, że już wtedy został zdradzony. Był obserwowany i uznawany przez sowietów za watykańskiego szpiega. Wiedzieli o nim wszystko, tylko on nie wiedział, że wiedzą. W 1941 r. został aresztowany pod zarzutem szpiegostwa na rzecz Watykanu. Przetrzymywano go w więzieniach NKWD w Permie, Łubiance i Butyrkach łącznie przez pięć lat a w obozach pracy na Syberii przez piętnaście lat. „W chwilach zniechęcenia pocieszałem się myślą o Bożej Opatrzności i Jego wszechmocy. Składałem siebie samego i moją przyszłość w Jego ręce i żyłem dalej” – mówił.
Na nieludzkiej ziemi doświadczył wszystkiego – głodu, zamarzania ciała, chorób, wszy, ludzkiej bezwzględności, ateizmu i pragnienia Boga, bezradności i paraliżującego lęku. Jakimś cudem nie doświadczył utraty wiary. Mszę odprawiał w baraku, albo w lesie – zawsze po kryjomu, z narażeniem życia. Spowiadał, bo ci, którzy pragnęli Boga, obecność kapłana przyjmowali jako dowód Jego pamięci o człowieku na ziemi rządzonej przez szatanów.
Łubianka i noc w duszy
Jednak to nie praca w nieludzkich warunkach Syberii była dla o. Ciszka najtrudniejszym doświadczeniem misji w Rosji. Najcięższy egzamin, bo z ocalania nadziei, zdawał na Łubiance. Pięcioletnia izolacja w białej celi, światło zapalone w dzień i w nocy, brak sztućców, brak rozmów, brak ludzkiego głosu, brak ludzkiego ciepła, dotyku, uśmiechu i przejmująca, dotkliwa cisza, okazały się być torturami dla jego umysłu i duszy. Cisza była „całkowita i wszechobecna, zdawała się zamykać wokół ciebie i stale ci zagrażać” – pisał.
Łubianka, pod wieloma względami, była dla mnie szkołą modlitwy
Po każdej sesji przesłuchań „bolesne myśli, które wypełniały godziny w mojej cichej celi, zaczęły mieć swój wpływ i podkopywać moje morale”. Wyrywany na przesłuchania, szpikowany narkotykami, oskarżany i torturowany podpinany do elektrod wracał do sterylnego pokoju. Przez pięć lat walczył, by nie popaść w rozpacz. Nie miał pojęcia, jak długą będzie wieziony, ale wierzył, że porządek i rutyna pomogą mu przetrwać.
Nie miał zegarka, mimo to ustalił plan dnia – pory wstawania, sprzątania, gimnastyki, czytania i modlitwy. Przed obiadem robił południowy rachunek sumienia i odmawiał Anioł Pański, gdy zegar na Kremlu wybijał dwunastą. Po obiedzie odmawiał trzy różańce, po polsku, po rosyjsku i po łacinie. Potem znów czytał. Po kolacji odmawiał, z pamięci, modlitwy i hymny wieczorne i aż do pory pójścia spać – czytał. Jako więzień miał prawo wypożyczać jedną książkę tygodniowo.
„Studia na Łubiance”
Przez pięć lat przeczytał najważniejsze dzieła literatury rosyjskiej, ale również to, co napisał Lenin. Nazwał ten okres „studiami uniwersyteckimi na Łubiance”. Cisza, w której żył, otworzyła go na Boga. To był jego jedyny Rozmówca, Powiernik, Przyjaciel. To modlitwa uratowała mu życie, choć ciemność Ogrójca trwała niemal pięć lat.
Kiedy opuszczał Łubiankę zasadzono mu 15 lat łagru na Syberii. Ale był gotowy do wypełnienia słów Jezusa: „Oto Ja was posyłam jak owce między wilki”.
Mogę zaświadczyć na podstawie własnych doświadczeń, szczególnie z moich najciemniejszych godzin na Łubiance, że największe poczucie wolności, wraz z pokojem duszy i trwałym poczuciem bezpieczeństwa, pojawia się, gdy człowiek całkowicie porzuca swoją wolę, aby podążać za wolą Boga – napisał po latach.
Powrót do domu
W październiku 1963 r. w zamian za dwóch agentów rosyjskich, którzy zostali ujęci w USA, Związek Radziecki zdecydował się wypuścić dwóch Amerykanów, w tym ks. Ciszka. Trasa powrotu wiodła z Moskwy do Londynu, a stamtąd do Nowego Jorku. Ciszek, który opuszczał swój kraj w 1934 r., gdy wyruszył do Rzymu na studia teologiczne, wracał po dwudziestu dziewięciu latach. Miał 59 lat, wracał z piekła, które jedni ludzie urządzili innym ludziom.
W wywiadach, których udzielał po powrocie powtarzał, że przez wszystkie te lata przez ani jeden dzień nie był chory, i że zawsze jakoś udawało mu się posługiwać jako kapłan, czasem odprawiając mszę na pamięć na swojej skrzynce w baraku, albo w głębi lasu na pniu po ściętym drzewie. Nigdy też nie zwątpił w swą siłę i obowiązki kapłańskie. Nigdy nie kwestionował wiary, w której został ochrzczony i wyświęcony, by być drugim Chrystusem. Często prosił też, aby ci, którzy zechcą poznać jego historię, próbowali uchwycić znaczenie tego, co z łaską Bożą wycierpiał i dzięki Komu możliwe było nie popaść w obłęd pod ciężarem tego cierpienia. „Miłość Chrystusowa nie zna granic” – mówił. Na pytanie: Jak udało się to przeżyć? Do końca życia odpowiadał: „Opatrzność Boska”.
Miłosierdzie bez granic. Jak to się stało, że kult, który jeszcze pół wieku temu był zakazany, rozlał się na cały świat?
Jak to się stało, że kult, który jeszcze pół wieku temu był zakazany, rozlał się na cały świat, a przesłanie prostej zakonnicy drugiego chóru dotarło na wszystkie kontynenty? I to bez reklamy, marketingu i siły mediów społecznościowych.
***
Nabożeństwo do Bożego Miłosierdzia jest najbardziej dynamicznie rozwijającą się formą obrzędu religijnego w Kościele, a „Dzienniczek” siostry Faustyny stał się najczęściej tłumaczoną polską książką. Nie ma już chyba kraju, w którym nie byłoby obrazu Jezusa Miłosiernego ze słowami: „Jezu, ufam Tobie” w lokalnym języku, a koronkę odmawia się w najodleglejszych zakątkach świata. Dowodzą tego zdjęcia przysyłane przez misjonarzy do Łagiewnik. Na maleńkiej wyspie na Oceanie Indyjskim, gdzie nie dotarła jeszcze cywilizacja, ludzie okryci liśćmi trzymają w rękach różaniec i odmawiają Koronkę do Bożego Miłosierdzia w swoim języku. Z wyprawy na Filipiny wspominam moment, gdy w jednym z banków w Manili próbowałam wymienić pieniądze, kiedy urzędniczka grzecznie mnie przeprosiła i… całe biuro zaczęło odmawiać koronkę. Była 15.00. Koronkę można tam usłyszeć w radiu i telewizji, w centrach handlowych i na promach, gdzie nadawana jest przez głośniki. – Na Filipinach modlitwa koronką w miejscach publicznych jest czymś zupełnie naturalnym – opowiadała Elżbieta Chodźko-Zajko. Jako świecka misjonarka pracowała z mężem na wyspie Mindanao, gdzie marianie głoszą orędzie o Bożym Miłosierdziu. Właśnie dzięki marianom przesłanie to udało się rozpowszechnić na wszystkich kontynentach.
Misja ks. Jarzębowskiego
Pierwszym kapłanem w długim ciągu marianów, którzy stali się apostołami Bożego miłosierdzia, był ks. Józef Jarzębowski. Gdy wybuchła II wojna światowa, dotarł z Warszawy do Wilna, gdzie spotkał ks. Michała Sopoćkę, spowiednika i kierownika duchowego siostry Faustyny, a także kontynuatora jej misji. Otrzymał od niego traktat teologiczny uzasadniający konieczność wprowadzenia do kalendarza liturgicznego święta Miłosierdzia Bożego. Ksiądz Sopoćko, zachęcony przez prymasa Augusta Hlonda, napisał tę pracę i wydał ją w konspiracyjnych warunkach w nakładzie 500 egzemplarzy. Na pożegnanie poradził marianinowi, by ilekroć będzie w potrzebie, odwoływał się do Jezusa Miłosiernego. Zakonnik posłuchał go i cudem wydostał się z okupowanej przez Sowietów Litwy. Jechał przez całą Rosję i Daleki Wschód z nieważną wizą japońską w paszporcie. Wreszcie udało mu się dotrzeć do Stanów Zjednoczonych. Znalazł się w Stockbridge w stanie Massachusetts, które szybko stało się światowym centrum szerzenia Bożego miłosierdzia. Stamtąd przesłanie to zawędrowało do Korei Południowej, Brazylii, Argentyny, Kamerunu i wielu innych krajów. Oblicza się, że w ciągu pół wieku w Stockbridge wydrukowano ok. 14 mln różnych książek, broszur i obrazków z modlitwami wzywającymi Bożego miłosierdzia. Dzięki ks. Serafinowi Michalence, który przemycił kliszę z „Dzienniczkiem” siostry Faustyny do Rzymu, a potem zawiózł tekst do Stockbridge, ukazało się tam pierwsze wydanie „Dzienniczka” w języku polskim. W 1986 r. Amerykanie przetłumaczyli go na język angielski, dzięki czemu stał się znany w całym świecie anglojęzycznym. W Anglii powstał i do dziś działa mariański Apostolat Miłosierdzia. W 1996 roku „Dzienniczek” przetłumaczono na język hiszpański, co doprowadziło do wielkiego rozwoju kultu w wielu krajach hiszpańskojęzycznych. Pracujący w Boliwii misjonarz mówi, że nie ma tam kościoła, w którym nie byłoby obrazu z napisem „Jezu, ufam Tobie”, a koronka jest jedną z najpopularniejszych modlitw w najbardziej odległych wioskach w Andach. Tylko w USA do Apostolskiego Ruchu Bożego Miłosierdzia należy prawie milion osób. Stowarzyszenie Pomocników Mariańskich szerzy ten kult w krajach misyjnych, rozsyłając książki, ulotki, obrazy z wizerunkiem Jezusa Miłosiernego. W swej misji wykorzystuje też najnowsze technologie, promując Boże miłosierdzie w sieci.
Kult się szerzy
Marianów uznaje się za propagatorów Bożego miłosierdzia przez działalność wydawniczą. Pallotynów natomiast można uznać za krzewicieli kultu od strony doktrynalnej. Założyli oni ośrodek apostolstwa nie tylko w Dolinie Miłosierdzia w Częstochowie, ale również we Francji, co przyczyniło się do rozwoju kultu w krajach francuskojęzycznych. Ważną rolę odegrał tu ks. Franciszka Cegiełka, więzień obozów w Sachsenhausen i Dachau. To właśnie tam poznał Koronkę do Miłosierdzia Bożego. Był też przekonany, że to siostra Faustyna wyprosiła mu powrót do zdrowia i cudowne ocalenie. Podobne doświadczenia mieli też inni pallotyńscy więźniowie obozów koncentracyjnych, dlatego gdy w 1946 roku ich francuska delegatura została przekształcona w regię, doprowadzili do nadania jej tytułu „Miłosierdzia Bożego”. Właśnie pallotyni związani z Francją odegrali ważną rolę w kształtowaniu się teologicznych podstaw kultu Bożego Miłosierdzia. Dla jego potrzeb utworzyli Apostolat Miłosierdzia w Osny i zorganizowali tam centrum tego kultu. Już w latach 50. XX wieku zaczęli też gromadzić materiały związane z życiem i duchowością siostry Faustyny, z myślą o ewentualnym procesie beatyfikacyjnym.
Amerykańscy żołnierze otrzymane w Narodowym Sanktuarium Bożego Miłosierdzia w Stockbrige obrazki Jezusa Miłosiernego zabrali ze sobą na Daleki Wschód. Szukający w USA lepszego życia i źródeł dochodu emigranci z różnych zakątków świata wysyłali pozostawionym w ojczyźnie bliskim nie tylko zarobione pieniądze, lecz także materiały dotyczące Bożego miłosierdzia. – W 1958 roku, kiedy istniał zakaz rozpowszechniania „Dzienniczka”, Filipińczycy dostawali z USA ulotki z obrazem Jezusa Miłosiernego i opisem objawienia. W obiegu były też kopie książeczki z koronką – mówił mi ks. Josefino Ramirez, odpowiedzialny za filipińskie ośrodki Apostolatu Miłosierdzia.
Do rozpowszechnienia tego kultu przyczynili się również misjonarze. Bez Jezusa Miłosiernego pracy na misjach nie wyobrażał sobie ks. Stanisław Urbaniak. Jest jedynym polskim misjonarzem, który przeżył w Rwandzie sto dni ludobójstwa. Trzy lata przed tą tragedią powiesił w kościele w Ruhango obraz Jezusa Miłosiernego i – jak opowiadał – wszystko, co się później wydarzyło, było konsekwencją tego gestu. Na terenie parafii nikt nie zginął, a ludzie z grupy modlitewnej, do której należeli zarówno Hutu, jak i prześladowani Tutsi, pomagali potrzebującym. Po ludobójstwie powstało tam centrum Jezusa Miłosiernego z wieczystą adoracją, które jest miejscem pojednania i przebaczenia. Dokonało się tam wiele uzdrowień. Na Święto Miłosierdzia przybywa w to miejsce ponad 60 tys. ludzi z okolicznych krajów.
Jezus spełnia obietnice
Święto Miłosierdzia Bożego jest bardzo uroczyście obchodzone w sanktuarium w Atoku. Ksiądz Franciszek Filipiec, który jest tu rektorem, opowiada, że tego dnia z czterech stron Kamerunu przybywają piesze pielgrzymki. Święto ogłaszają tam-tamy, nawołując rytmicznie: „Chodźcie tu, Bóg jest miłosierny”. W czasie prowadzonej po powstaniu sanktuarium ewangelizacji w wielu domach wieszano krzyże i obrazy Jezusa, a ściągano amulety. Wszystkie wioski diecezji zostały zawierzone Bożemu Miłosierdziu. Ludzie mówili: przyszli księża, a uciekli czarownicy. Misjonarz opowiada, że na jego oczach spełniają się obietnice Chrystusa, który zapowiedział s. Faustynie, że ten, kto ufa Jego miłosierdziu, nie umrze bez pojednania.
Podobne świadectwo słyszałam w Manili od ks. Mariusza Jarząbka. Marianin jechał taksówką, gdy ujrzał, że idący skrajem chodnika mężczyzna upadł. Kazał zatrzymać samochód i podszedł do leżącego. Ten, widząc koloratkę, poprosił o spowiedź. Po chwili umarł. Okazało się, że był on znanym propagatorem pierwszych piątków miesiąca i kultu Jezusa Miłosiernego. Następnego dnia filipińskie gazety pisały, że „Bóg przysłał misjonarza z Polski, by ten, który był Apostołem Bożego Miłosierdzia, nie umarł bez pojednania”.
Beata Zajączkowska/Gość Niedzielny
***
Koronka do siedmiu boleści Matki Bożej. Nieobjawiona, ale chciana przez Maryję
Lawrence OP CC BY-NC 2.0
***
Świętej Elżbiecie z Hesji sam Pan Jezus miał objawić obietnice związane z tą koronką. O jej odmawianiu przypomniała Matka Boża podczas objawień w rwandyjskim Kibeho. Tam też prosiła, by odmawiać ją w dwa określone dni tygodnia.
Kiedyś Kościół obchodził w ciągu roku liturgicznego aż dwa święta związane z cierpieniem Maryi. Pierwsze z nich narodziło się w Kolonii, w roku 1423 i ustanowiono je celem zadośćuczynienia za profanacje, jakich dokonywali husyci. Obchodzono je w piątek trzeciego tygodnia wielkanocnego.
Trzy wieki później papież Benedykt XIII upowszechnił je w całym Kościele jako święto Matki Bożej Bolesnej, przenosząc jednocześnie jego obchód na piątek przed Niedzielą Palmową, jako że jego pasyjna treść bardziej pasowała do okresu Wielkiego Postu niż czasu wielkanocnego. Znikło ono z kalendarza wraz z reformą liturgiczną ostatniego Soboru.
Drugie święto narodziło się z pobożności powstałego w XIII wieku zakonu serwitów (Sług Najświętszej Maryi Panny). Jego treść miało stanowić rozważanie wydarzeń i momentów szczególnego cierpienia Matki Bożej w historii zbawienia. Święto Siedmiu Boleści Maryi zaczęło zyskiwać coraz większą popularność mniej więcej w XVII wieku. W 1814 roku papież Pius VII zdecydował, że będzie je obchodził cały Kościół powszechny w trzecią niedzielę września.
Pius X przeniósł ten obchód na 15 września, a więc dzień po święcie Podwyższenia Krzyża. W wyniku ostatniej reformy liturgicznej przejęło one nazwę zlikwidowanego święta wielkopostnego, a więc Matki Bożej Bolesnej.
Z tym drugim świętem wiąże się także (pochodząca najpewniej również od serwitów) Koronka do siedmiu boleści Maryi. Zatwierdził ją papież Benedykt XIII w 1724 roku. Kolejni papieże wiązali z odmawianiem tej modlitwy odpusty.
Przypominał o niej św. Alfons Maria Liguori w swoim dziele „O łaskach Matki Najświętszej”, a św. Elżbiecie z Hesji sam Pan Jezus miał objawić obietnice związane z jej odmawianiem: łaskę odprawienia pokuty za wszystkie grzechy jeszcze przed śmiercią; szczególną opiekę Bożą w utrapieniach i w chwili śmierci; dar szczególnej duchowej pamięci o Męce Pańskiej i nagrodę za tąż pamięć; nadzwyczajną opiekę Matki Bożej i łaskę bycia prowadzonym przez nią w życiu.
Ciekawe jest to, że modlitwa ta nie została co prawda – w przeciwieństwie do wielu innych podobnych – podyktowana podczas jakiegokolwiek objawienia, czy wizji któremuś ze świętych, ale o jej odmawianiu przypomniała i prosiła o nie Matka Boża podczas objawień w rwandyjskim Kibeho w latach 1981-1983. Są to pierwsze objawienia Maryjne uznane oficjalnie przez Kościół w XXI wieku – uznał je biskup diecezji Gikongoro.
31 maja 1981 roku w Kibeho Maryja miała powiedzieć jednej z wizjonerek: „To o co was proszę, to pokuta. Chcę jedynie skruchy. Jeżeli będziecie odmawiać Koronkę do siedmiu boleści, rozważając ją, otrzymacie moc, by naprawdę żałować. Dziś wielu ludzi w ogóle nie umie prosić o przebaczenie. Nadal krzyżują mego Syna. Dlatego chciałam was przestrzec”.
Maryja prosiła jeszcze, by wizjonerka powiedziała o tym całemu światu i zapewniała: „Jeśli będziecie odmawiać ten różaniec, rozważając go, znajdziecie w sobie siłę, by wrócić do Boga”.
Taki właśnie jest sens tej modlitwy. Nie ma ona zastąpić tradycyjnego różańca, ale pomóc nam uświadomić sobie swoje grzechy i uprosić duchowe siły potrzebne do nawrócenia, wyjścia z grzechów i przemiany życia.
Matka Boża prosiła, by odmawiać Koronkę do jej siedmiu boleści przede wszystkim we wtorki (dzień objawień w Kibeho) i piątki (dzień męki i śmierci Jezusa).
W imię Ojca i Syna, i Ducha Świętego. Amen.
Wierzę w Boga…
W tym miejscu warto krótko, własnymi słowami poprosić Maryję, aby pomogła nam modlić się gorliwie i w skupieniu, abyśmy wniknęli i podzielili z Nią Jej ból.
Boleść pierwsza: Proroctwo Symeona
Można przeczytać fragment Ewangelii: Łk 2, 34-35. W tej tajemnicy rozważamy ból Maryi wywołany zapowiedzią starca Symeona, że Jej duszę przeszyje miecz z powodu odrzucenia z jakim spotka się Jezus. Prosimy o łaskę wierności Chrystusowi i poddania się woli Bożej.
Ojcze nasz…
7 razy Zdrowaś, Maryjo…
Chwała Ojcu…
Boleść druga: Ucieczka do Egiptu
Można przeczytać fragment Ewangelii: Mt 2, 13-15. W tej tajemnicy rozważamy ból Maryi spowodowany obawą o życie małego Jezusa i koniecznością ucieczki do obcego kraju. Prosimy o łaskę wsłuchania się w głos Boga i słowo, które do nas kieruje, abyśmy umieli z Bożej perspektywy widzieć wydarzenia naszego życia.
Ojcze nasz…
7 razy Zdrowaś, Maryjo…
Chwała Ojcu…
Boleść trzecia: Poszukiwanie Pana Jezusa, który pozostał w świątyni
Można przeczytać fragment Ewangelii: Łk 2, 41-50. W tej tajemnicy rozważamy ból Maryi spowodowany zaginięciem Jezusa, strachem o Jego los i tęsknotą za Nim oraz niezrozumieniem Jego trudnej odpowiedzi. Prosimy o łaskę tęsknoty za Jezusem – za modlitwą, sakramentami, Słowem Bożym.
Ojcze nasz…
7 razy Zdrowaś, Maryjo…
Chwała Ojcu…
Boleść czwarta: Spotkanie Pana Jezusa dźwigającego krzyż
Można przeczytać fragment Ewangelii: J 19, 16-18. 25-27. W tej tajemnicy rozważamy spotkanie Jezusa z Maryją podczas Jego Drogi Krzyżowej czy też szerzej: Jej wierną obecność przy Synu podczas Jego męki i Jej udział w Jego cierpieniach. Prosimy o łaskę cierpliwego znoszenia cierpień, krzywd, przykrości, upokorzeń, wszystkich naszych życiowych krzyżów.
Ojcze nasz…
7 razy Zdrowaś, Maryjo…
Chwała Ojcu…
Boleść piąta: Śmierć Pana Jezusa na krzyżu
Można przeczytać fragment Ewangelii: J 19, 28-30. W tej tajemnicy rozważamy ból Maryi w momencie śmierci Jezusa. Prosimy szczególnie o łaskę „śmierci dla grzechu” – zerwania z jakimkolwiek grzechem, nawet najmniejszym.
Ojcze nasz…
7 razy Zdrowaś, Maryjo…
Chwała Ojcu…
Boleść szósta: Złożenie martwego ciała Jezusa w ramiona Matki
W tej tajemnicy rozważamy moment nieopisany przez ewangelistów, ale słusznie „zakładany” przez pobożność chrześcijańską: chwilę (jak długą?), w której pozwolono Maryi pochylić się nad martwym ciałem Syna, objąć je, utulić. Prosimy szczególnie o łaskę prawdziwego, doskonałego żalu za grzechy i owocnej pokuty.
Ojcze nasz…
7 razy Zdrowaś, Maryjo…
Chwała Ojcu…
Boleść siódma: Złożenie Pana Jezusa do grobu
Można przeczytać fragment Ewangelii: J 19, 38-42. Rozważamy w tej tajemnicy ból Maryi podczas złożenia ciała Jezusa w grobie (także ten związany z pośpiechem w jakim się to dokonało i niedopełnieniem wszystkich zwyczajów pogrzebowych Izraela). Prosimy o dar dobrej, szczęśliwej śmierci w stanie łaski uświęcającej dla nas samych, naszych bliskich i umierających w tej godzinie.
Ojcze nasz…
7 razy Zdrowaś, Maryjo…
Chwała Ojcu…
Na koniec, dla uczczenia łez wylanych przez Maryję odmawiamy jeszcze trzy razy Zdrowaś, Maryjo…
Ludowa pobożność w Kościele katolickim zawsze i wszędzie interesowała się nadzwyczajnymi zjawiskami i wydarzeniami, które często mają związek z objawieniami zwanymi „prywatnymi”, dla odróżnienia ich od pozytywnego i ostatecznego Objawienia danego przez Jezusa Chrystusa. Objawienia prywatne dotyczą szczególnie pobożności maryjnej i mają swoje „orędzia”, nawet jeśli wykraczają poza te ramy. Może się zdarzyć, że pewne „objawienia” zostają uznane przez władzę kościelną. Tak jest na przykład w przypadku objawień, które miały miejsce w Lourdes we Francji, w Fatimie w Portugalii czy w Banneaux w Belgii. Zostały one uznane, jednak nie należą do depozytu wiary. Żaden chrześcijanin nie musi więc w nie wierzyć; jednak wymaga się od niego, by wykazał się szacunkiem wobec tych, którzy w nie wierzą.
Taka sytuacja dotyczy również objawień w Kibeho w Rwandzie, uznanych przez Kościół 29 czerwca 2001 r. Mając to na uwadze, chcielibyśmy w niniejszym rozdziale, dając zarys zdarzeń, ukazać drogę, która doprowadziła do uznania wspomnianych objawień, przedstawić elementy orędzia z Kibeho, a w końcu powiedzieć o trzech uznanych przez Kościół widzących; wszystko po to, by zachęcić czytelnika do zebrania większej ilości informacji na ten temat.
Elementy orędzia Matki Bożej z Kibeho
Wśród faktów, które powinny służyć za wsparcie wiarygodności objawień w Kibeho, jednym z najważniejszych jest niewątpliwie treść „dialogów” widzących, jakość orędzia.
Oczywiście objawień w Kibeho było wiele i bardzo rozciągnęły się w czasie; ale elementy składowe orędzia z Kibeho zostały wyjawione w ciągu dwóch pierwszych lat objawień, to znaczy przed końcem 1983 r. Po tej dacie nie pojawiło się nic oryginalnego, raczej powtórki i próby streszczeń. Dziewica przekazuje widzącym odrębne, ale nie przeciwstawne orędzia; można w nich łatwo rozpoznać wiele wspólnych punktów. Ograniczymy się tutaj do krótkiego zarysu. Mówiąc w skrócie, bez kopiowania słów każdej widzącej, orędzie z Kibeho mogłoby się sprowadzić do następujących tematów:
1˚. Pilne wezwanie do skruchy i przemiany serc: „Okażcie skruchę, żałujcie za grzechy, żałujcie za grzechy!”. „Nawróćcie się, kiedy jest jeszcze na to czas”.
2˚. Diagnoza moralnego stanu świata: „Świat ma się bardzo źle” („Ngo isi imeze nabi cyane”). „Świat działa na własną zgubę, wkrótce wpadnie w otchłań („Ngo isi igiye kugwa mu rwobo”), to znaczy pogrąży się w niezliczonych i nieustających nieszczęściach”. „Świat buntuje się przeciwko Bogu, (ubu isi yarigometse), popełnia za dużo grzechów; nie ma miłości ani pokoju”. „Jeśli nie okażecie skruchy i nie przemienicie waszych serc, wszyscy wpadniecie w otchłań”.
3˚. Głęboki smutek Dziewicy Maryi: Widzące mówią, że widziały jak płakała 15 sierpnia 1982 r. Matka Słowa bardzo się martwi brakiem wiary ludzi i ich zatwardziałością w grzechu. Skarży się na nasze złe zachowanie, które charakteryzuje rozwiązłość obyczajów, upodobanie do zła, ciągły brak posłuchu dla Przykazań Bożych.
4˚. „Wiara i brak wiary przyjdą niepostrzeżenie”. (Ngo ukwemera n’ubuhakanyi bizaza mu mayeri). To jedno z tajemniczych zdań, które Maryja powiedziała Alphonsine więcej niż raz w początkach objawień, z prośbą, by je powtórzyć ludziom.
5˚. Zbawcze cierpienie: Ten temat jest jednym z najważniejszych w historii objawień w Kibeho, zwłaszcza u Nathalie Mukamazimpaka. Dla chrześcijanina cierpienie, zresztą nieuniknione w życiu doczesnym, jest obowiązkową drogą do osiągnięcia chwały niebieskiej. 15 maja 1982 r. Dziewica Maryja powiedziała swoim widzącym, a przede wszystkim Nathalie: „Nikt nie wchodzi do nieba, nie cierpiąc”. Albo jeszcze: „Dziecko Maryi nie rozstaje się z cierpieniem”. Ale cierpienie jest również sposobem na odpokutowanie za grzechy świata i udział w cierpieniach Jezusa i Maryi dla zbawienia świata. Widzący zostali zaproszeni do przeżycia tego orędzia w konkretny sposób, do akceptacji cierpienia z wiarą i radością, do umartwiania się („kwibabaza”) i rezygnacji z przyjemności (kwigomwa) w celu nawrócenia świata. Kibeho jest w ten sposób przypomnieniem miejsca krzyża w życiu chrześcijanina i Kościoła.
6˚. Módlcie się nieustannie i szczerze: Ludzie nie modlą się, a nawet jeśli się modlą, wielu z nich nie robi tego jak należy. Dziewica prosi widzących, aby dużo modlili się za świat, nauczyli innych jak się modlić i modlili się zamiast tych, którzy się nie modlą. Dziewica prosi nas, byśmy modlili się z większą gorliwością i szczerze.
7˚. Kult Maryi, urzeczywistniany przede wszystkim przez regularne i szczere odmawianie różańca.
8˚. Różaniec do Siedmiu Boleści Dziewicy Maryi: Widząca Marie Claire Mukangango mówi, że otrzymała objawienia na tym różańcu. Dziewica kocha ten różaniec. Znany niegdyś, popadł potem w zapomnienie. Matka Boża z Kibeho pragnie, aby przywrócono mu dobre imię i rozpowszechniono w Kościele. Różaniec do Siedmiu Boleści nie zajmuje wcale miejsca Różańca Świętego.
9˚. Dziewica Maryja pragnie, aby zbudowano Jej kaplicę na pamiątkę Jej objawienia się w Kibeho. Ten temat sięga do objawienia z 16 stycznia 1982 r. i wielokrotnie powraca tamtego roku z nowymi szczegółami.
10˚. Módlcie się bez przerwy za Kościół, ponieważ w najbliższym czasie czekają go poważne przykrości. Alphonsine usłyszała to od Dziewicy 15 sierpnia 1983 r. i 28 listopada 1983 r.
W sztuce elementem ukazującym cierpienia Maryi jest miecz przeszywający – zgodnie ze słowami Symeona – Jej duszę. W miarę rozwoju pobożnych medytacji jeden miecz zamienił się w siedem mieczy. Co one oznaczają?
Siedem mieczy boleści
Imię Jacopone’a da Todi najlepiej na język polski przetłumaczyć jako „Kuba”, tym bardziej, że tak nazwali go bliscy, gdy podjął decyzję o rezygnacji ze światowej kariery i poświęcił życie pokucie i modlitwie. Szalony Kuba – a tak właśnie go nazwano – podjął pokutne życie po śmierci żony, gdy – wedle tradycji – odkrył, że pod drogimi sukniami nosiła włosiennicę, pokutując za jego utracjuszostwo.
Po wstąpieniu do zakonu franciszkańskiego Jacopone wykazał się wybitnym talentem poetyckim, tak że już za życia uznawany był za mistrza. Obecnie wielu historyków literatury uważa, że obok Dantego jest najwybitniejszym przedstawicielem średniowiecznej poezji włoskiej.
Spośród wszystkich dzieł da Todi najsłynniejsza jest pieśń Stabat Mater Dolorosa, która – przetłumaczona na wiele języków świata – jest śpiewana w kościołach po dziś dzień. Mater Dolorosa – Matka boleściwa jest tytułem, który przyznajemy Bożej Rodzicielce, chcąc ukazać nasze współczucie z Jej cierpieniem.
Matka Boleściwa
Matka Boleściwa jest motywem wielokrotnie wykorzystywanym w sztukach plastycznych, szczególnie w kameralnych dziełach związanych z tak zwanym nurtem devotio moderna. Celem tej „nowej” pobożności było wzbudzenie współczucia modlącej się osoby do umęczonego Chrystusa czy Jego matki. W sztuce takie myślenie zaowocowało szeregiem przedstawień dewocyjnych, które nie ilustrują dosłownie scen biblijnych, ale odnoszą się do Ewangelii, a przede wszystkim Pasji.
Przykładem może być Pieta, scena ukazująca Maryję trzymającą na kolanach umęczone ciało Syna zdjętego z krzyża. Mimo jej braku w ewangelicznych opisach męki jest ona bardzo prawdopodobna – trudno bowiem założyć, że Matka nie chciałaby się pożegnać z Synem po śmierci.
Pieta z Lubiąża
***
Pieta z Lubiąża jest przykładem, chciałoby się powiedzieć, doprowadzonej do skrajności ekspresyjności i emocjonalności w sztuce. Cierpienie ukazane jest nie tylko w niezliczonych ranach na ciele Zbawiciela, ale także w pełnych rozpaczy rysach Jego Matki.
Z kolei w jednym z kościołów w Hohenfeld znajdujemy przedstawienie będące połączeniem zdjęcia z krzyża oraz piety. Jednakże w samym przedstawieniu dostrzegamy nawiązanie do wielu odmiennych przedstawień – z jednej strony widzimy miecz przeszywający serce Matki, z drugiej strony patrzy Ona w górę, jakby ciągle wpatrywała się w wiszącego na krzyżu Syna.
Pieta z Kościoła w Hohenfeld
***
Mąż boleści
Ten typ przedstawienia cierpiącej Maryi wynika już jednoznacznie z ewangelicznej opowieści o Jej towarzyszeniu Synowi podczas męki na krzyżu. Jednym z piękniejszych i jednocześnie przepełnionych ekspresją dzieł jest obraz Rogiera van der Weydena. Od średniowiecza aż po czasy współczesne powstał szereg obrazów ukazujących Maryję i Jana pod krzyżem. Z tej pary wyodrębniono postać Maryi – nierzadko ukazywano popiersie Matki Bożej z rękoma złożonymi w geście modlitwy. Bardzo często takie przedstawienia układano w dyptyki wraz z Chrystusem ukazanym w postaci Męża Boleściwego – jak widzimy to na przykład w przepięknym dziele Albrechta Boutsa.
Chrystus jako mąż boleściwy w dziele Rogiera van der Weydena
***
Ciekawym przykładem przemiany tego malarskiego przedstawienia jest obraz Bolesnej Maryi pędzla El Greca czy Tycjana. Tutaj kobiety są eleganckimi arystokratkami, których ból jest już dyskretny, ale mimo tego nie mniej ekspresyjny.
Matka Boleściwa, El GrecoMatka Boleściwa, Tycjan
***
Miecz przeszywający duszę Maryi
W sztuce ważnym elementem ukazującym cierpienia Maryi jest miecz przeszywający – zgodnie ze słowami Symeona – Jej duszę. W miarę rozwoju pobożnych medytacji jeden miecz zamienił się w siedem mieczy, takich jakie widzimy na wspaniałej rzeźbie z Salamanki czy też na obrazie z opactwa mniszek benedyktynek w Staniątkach.
Siedem mieczy boleści, figura w Salamance
***
Czym są owe miecze utkwione w sercu Maryi, ukazuje obraz Adriana Isenbrandta, gdzie na scenach otaczających zbolałą Matkę Boga widzimy: ofiarowanie, ucieczkę do Egiptu, odnalezienie w świątyni, drogę krzyżową, ukrzyżowanie, zdjęcie z krzyża oraz złożenie do grobu. Każda z tych scen namawia wiernych do pobożnej medytacji nad Pasją oraz współczucia Matce i Synowi.
Jezus do ks. Dolindo: „Matka Bolesna jest najcenniejszym skarbem, jaki wam zostawiłem”
fot. P. Vojtěch Kodet / Wikimedia Commons / CC BY-SA 4.0; Kty68 / Shutterstock
***
Jeśli upadniesz lub zwyczajnie nie masz siły i nie widzisz sensu, by iść dalej, bo miażdży cię cierpienie, schowaj się pod płaszczem naszej Mamy Maryi. Ona rozumie każdą łzę, u Niej znajdziesz ukojenie – podpowiadał ks. Dolindo.
Niedawno na pogrzebie byłam świadkiem przeszywającej serce sceny. Grabarze zaczęli powoli spuszczać do dołu trumnę z ciałem mojego kolegi. Na jej wieku były umocowane trzy wianuszki z czerwonych różyczek, najmniejszy od trzyletniego synka. Pozostałe, większe – od dwóch starszych.
Nagle mama Mariusza padła na zabłoconą ziemię na kolana. W geście bezradności, wyciągając ręce ku bezlitośnie zanurzającej się w czeluściach ziemi trumnie, szlochała i wołała: „Boże, oddaj mi synka!”. Żona Mariusza stała obok. Coraz silniej przyciskała do piersi czarno-białą fotografię ukochanego męża. Obie trzęsły się z bólu. Mysterium doloris – tajemnica bolesna. Nawet trębacz zamilkł. Wszyscy – było tam kilkaset osób – bezskutecznie i nieudolnie próbowaliśmy zdusić emocje, wbijając spojrzenia niebo. Serce pękało.
Dwa dni później w szpitalu dziecięcym czekałam na korytarzu z synem na wyniki badań. Dłużyło się, bo… pielęgniarka za ścianą musiała stwierdzić zgon dziecka. Znowu – serce pękało. I znowu – mysterium doloris.
Dwa tysiące lat temu, na Golgocie, pod wiszącym na Krzyżu ciałem zmasakrowanego Jezusa, stała Jego Mama. Jej serce pękało. Mysterium doloris.
Ona to przeszła – śmierć dziecka. Widziała, jak je bezlitośnie katują, jak kolce korony cierniowej przebijają Jego oczy, wbijają się w szyję, jak kawałki mięśni odpadają – zamiast 36, Jezusowi wymierzono ponad 130 batów. A potem trzymała na dłoniach Jego rozszarpane i broczące krwią ciało. „Matka Bolesna – mówi Jezus w czasie lokucji wewnętrznej księdzu Dolindo Ruotolo – jest najcenniejszym skarbem, jaki wam zostawiłem”.
Siedem boleściMatki Bożej
Matkę Bożą Bolesną Kościół czci od wieków. Ale to dopiero św. Pius X ustanowił Jej święto na 15 września, po uroczystości Podwyższenia Krzyża Świętego.
Ten dzień to też imieniny ks. Dolindo. Tata Rafaele nadał takie imię mistykowi właśnie z myślą o Matce Bożej Bolesnej (Dolorosa), a przywołuje ono obraz Matki Bożej Siedmiu Boleści (Madonna dei sette dolori).
W domu ks. Dolindo stała figurka Madonniny. Należała do jego mamy. Maryja ma na sobie uszytą z czarnego aksamitu suknię, na głowie koronę, a jej twarz jest przykryta czarnym woalem. Oczy wzniesione ku górze, na twarzy maluje się ewidentny rys cierpienia. Lekko uchylone usta, jakby wołały ratunku z nieba. W dłoni trzyma białą chusteczkę, którą ocierała zapewne łzy. Mater Dolorosa jest, obok Matki Bożej Pompejańskiej, jednym z najpopularniejszych wizerunków w Neapolu. W kościołach figura ma jeszcze wbite w serce siedem sztyletów.
Wyobrażam sobie tę scenę. Jest piękne, słoneczne południe. Na uliczkach Jerozolimy kłębią się tłumy. Maryja niesie w ramionach zawiniątko. Za nią Józef. Niemowlę słodko śpi. Rodzice są szczęśliwi. Wchodzą schodami do świątyni, by zgodnie z żydowskim zwyczajem ofiarować Chłopczyka Bogu. Tego dnia jest tu też Symeon. Starzec podchodzi do pięknej 15-letniej dziewczyny i niespodziewanie ujęty urodą Dziecka, bierze Jej Syna w ramiona. Wyobrażam sobie, że młoda Mama jest nieco spłoszona. Symeon błogosławi Dziecko. „Moje oczy ujrzały zbawienie” – mówi. Po czym otrząsa się ze wzniosłej modlitwy, spogląda w oczy Miriam i zmieniając ton dodaje: „A Twoją duszę miecz przeniknie, aby na jaw wyszły zamysły serc wielu”. Co Miriam czuje?
Proroctwo Symeona uznane jest za pierwsze z siedmiu boleści, mieczy wbitych w serce Maryi. Potem ucieczka z Egiptu, chwile stresu, kiedy mały Jezus zgubił się w świątyni, wreszcie spotkanie na drodze krzyżowej i spojrzenie w twarz broczącego krwią Syna. Potem sama Golgota, a więc moment ukrzyżowania i śmierci. Boleść szósta to chwila zdjęcia z krzyża, a złożenie do grobu Jezusa jest siódmym z bóli Maryi. Ale nie tylko o siedem boleści chodzi w tym święcie.
Współodkupicielka
Ten tytuł ostatnio budzi trochę emocji. Wielu kojarzy go z nieuznanymi jeszcze przez Kościół objawieniami Matki Bożej w Amsterdamie. Tam Maryja miała prosić, by ogłoszono dogmat o Współodkupicielce. Tymczasem czcząc Matkę Bożą Bolesną, Kościół od wieków wskazuje na Jej rolę jako Współodkupicielki.
Piszą o tym ojcowie Kościoła, mówili Leon XIII i Pius IX. A z precyzją napisał św. Pius X. W encyklice Ad Diem Illum Laetissimum o Niepokalanym Poczęciu Najświętszej Maryi Panny papież podkreśla wręcz, że Maryja „zasłużyła na to, aby stać się Odkupicielką upadłej ludzkości”. Pius X pisze te słowa w 1904 roku. W wydanej rok przed śmiercią encyklice papież przywołuje rozważania św. Bonawentury, iż Maryja tak uczestniczyła w cierpieniach Jezusa stojąc pod krzyżem, „że byłoby Jej się wydało nieskończenie lepszym, gdyby mogła wziąć na siebie męki, które przechodził”. A bł. Katarzyna Emmerich zapisuje w swoich wizjach życia Najświętszej Maryi Panny, że Maryja „całym sercem modliła się gorąco, by Jezus dał jej umrzeć wraz z sobą”.
Ks. Dolindo pisze wręcz o spazmatycznym bólu Maryi na Golgocie. Podkreśla, że Maryja nie była jedynie świadkiem ofiary na krzyżu, tak jak Magdalena czy pozostałe kobiety. „Maryja ofiarę tę wypełniała z Jezusem: podczas gdy tylko Jezus mógł się ofiarować, Ona Jego ofiarowywała i oddawała jako Matka, i w ten sposób niezwykle skutecznie przyjmowała w swoim Niepokalanym Sercu nieskończone wręcz bogactwa, które wytryskiwały z ofiary na krzyżu”.
Ks. Dolindo nie mówił nigdy o dogmacie o Współodkupicielce. Z przekonaniem pisał o Jej roli współzbawczej, gdyż na Kalwarii przelała się de facto także krew Maryi. Jezus był przecież biologicznie Jej synem.
Według ks. Dolindo Maryja w czasie porodu Jezusa „nie odczuła żadnego bólu” i odbył się on, zdaniem mistyka, „w ekstazie niewymownej radości”. Natomiast „jeśli chodzi o rodzenie Mistycznego Ciała Pana, to kosztowały Ją bóle kalwaryjskie nie do wypowiedzenia, ponieważ była Współodkupicielką rodzaju ludzkiego”. Ale Jej cierpienie nie skończyło się do dzisiaj…
I po co to wszystko?
Mariusz, 50-latek, w maju poszedł na rutynowy zabieg. Zaraz po nim miał jechać na upragnione wakacje do Chorwacji. Ale niespodziewanie wszystko potoczyło się inaczej. Po kilku miesiącach autentycznej kalwarii na szpitalnych oddziałach intensywnej terapii, jego ciało było jak ubiczowane. Odszedł. I co dalej? – pytają jego mama i żona. Jak mają żyć bez ukochanego syna, męża, taty dzieci? I po co to wszystko? Tu na ziemi nie ma odpowiedzi albo jest częściowa, nieudolna. Lepiej czasem jej nie szukać…
„Ból, cierpienie przygniata człowieka, gdy go dopada. Ale w swoim czasie odnawia ludzkie serce” – pisze ks. Dolindo. To tajemnica. Niewiele z niej rozumiem. Ale czy to właśnie nie na cierpieniu zarówno Jezusa jak i Maryi, Bóg zaczął budować Kościół? „To jest Twój syn, to jest twoja Matka”. Mama Jezusa jest Mater Ecclesiae. Mater Dolorosa.
W Konstytucji dogmatycznej o Kościele Soboru Watykańskiego II znajduję taki zapis: Maryja nie tylko „współcierpiała ze swoim Synem umierającym na krzyżu i współpracowała w dziele Zbawienia”, ale „wzięta do nieba, nie zaprzestała pełnić tej zbawczej roli”.
W prosty sposób myśl teologiczną ojców soborowych mogą wyjaśnić słowa, jakie ks. Dolindo usłyszał od Maryi. To mocne słowa: „Smutna wizja grzechów zalewających ziemię stawia mnie ponownie pod tym krzyżem, na którym wszyscy zostali odkupieni i za których grzechy Syn mój zapłacił awansem. Grzesznik jest dla mnie obrazem poniżenia i cierpienia, ran Jezusa […]. Ale jestem gotowa przyjąć każdego grzesznika, który do mnie przyjdzie, bo jest moim dzieckiem”.
Ks. Dolindo dodaje: „Jeśli więc upadniesz lub zwyczajnie nie masz siły i nie widzisz sensu, by iść dalej, bo miażdży cię cierpienie, schowaj się pod płaszczem naszej Mamy Maryi. Ona rozumie każdą łzę, u Niej znajdziesz ukojenie”.
Mówią prześmiewcy, że najlepszym sposobem na pokusę jest ulec jej. A to tak, jakby sposobem na zarazki było zachorować i umrzeć.
UNSPLASH
***
W niedzielę wieczorem 3 maja 1868 roku św. Jan Bosko opowiedział chłopakom, którymi się opiekował, treść nadprzyrodzonej wizji, jaką miał ostatniej nocy. „Ujrzałem szeroką drogę, piękną i doskonale wybrukowaną. Wzdłuż jej poboczy ciągnął się świetnie utrzymany żywopłot, przeplatany mnóstwem pięknych kwiatów” – opowiadał założyciel salezjanów. Droga wydawała się równa, lecz gdy na nią wszedł ze swoim tajemniczym przewodnikiem, poczuł, że prowadzi w dół. Przypomniał sobie werset z Księgi Syracha: „Droga grzeszników gładka, bez kamieni, lecz u jej końca – przepaść Szeolu”.
Święty zauważył w pewnej chwili, że tą samą drogą posuwa się wielu chłopców, w tym jego liczni wychowankowie z turyńskiego oratorium. „Przypatrując się im, zobaczyłem, że co chwila któryś z nich padał na ziemię. Jakaś niewidzialna siła wlokła go jednak dalej i wciągała do przepaści podobnej do ziejącego pieca” – mówił. Po chwili dojrzał zastawione na drodze pułapki, świetnie zamaskowane. To one powodowały upadki. „Przy dokładniejszych oględzinach sideł zobaczyłem, że każde z nich ma napis: pycha, nieposłuszeństwo, zazdrość, nieczystość, kradzież, obżarstwo, lenistwo, złość i jeszcze inne” – mówił przejętym słuchaczom ks. Bosko. Wskutek jego relacji wielu z nich rozpoznało tam siebie i pokutowało, a wszyscy uświadomili sobie, jak straszną rzeczą jest grzech i jak podstępny jest Nieprzyjaciel, który do grzechu kusi.
Jest diabeł
W powszechnej świadomości pokusa funkcjonuje jako coś pochodzącego od Złego – od Kusego. Zwraca na to uwagę o. Robert Więcek, jezuita. – Oznacza to fundamentalne założenie, że diabeł jest. Bo jeśli ktoś nie wierzy w istnienie Kusego, to nie będzie wierzył w żadne pokusy. Będzie je uważał za „nieuporządkowanie mentalne, psychiczne”, za „brak kontroli nad sobą” i takie rzeczy – mówi. Podkreśla, że diabeł jest bardzo inteligentny, ale – o ile nie mówimy o opętaniu – nie może wpłynąć na naszą wolę w taki sposób, żeby nas do czegoś zmusić. Dlatego używa podstępów.
Strategię Złego w genialny sposób rozpoznał św. Ignacy Loyola. Opisał to w „Ćwiczeniach duchownych”.
„Ludziom, którzy przechodzą od grzechu śmiertelnego do grzechu śmiertelnego, nieprzyjaciel [szatan] ma przeważnie zwyczaj przedstawiać przyjemności zwodnicze i sprawia, że wyobrażają sobie rozkosze i przyjemności zmysłowe, aby ich tym bardziej utrzymać i pogrążyć w ich wadach i grzechach. Duch zaś dobry w takich ludziach stosuje sposób [działania] zgoła przeciwny, kłując ich i gryząc sumienia ich przez prawo naturalnego sumienia” – pisze założyciel zakonu jezuitów w pierwszej regule rozeznania duchów.
Kusiciel czasem podaje się nawet za anioła światłości. – Żeby osiągnąć swój cel, Zły jest w stanie kusić nas… do dobrego. Na przykład: „Odmawiaj codziennie dziesiątkę Różańca w Wielkim Poście”. Potem ci mówi: „Odmawiaj dwie dziesiątki”. Potem powie: „Odmawiaj cały Różaniec”. W końcu, gdy ci braknie czasu, zarzuca ci: „A widzisz? Nie jesteś wierny!” – mówi o. Robert Więcek. – U osób, które postępują w dobrym, dokłada do pieca. Są tacy ludzie, którzy objeżdżają wszystkie różańcowe kółka, wszystkie Msze z modlitwą o uzdrowienie i spotkania nie wiadomo jakie. A z kolei takiego, któremu się nie chce, będzie stopował: „Po co tam cały Różaniec, dziesiątka wystarczy. A zresztą jesteś zmęczony, odmów zdrowaśkę i wystarczy” – zauważa duchowny. Wskazuje, że szatanowi niekoniecznie chodzi o jakieś wielkie zło. Generalnie chce z człowieka zrobić albo pracoholika, albo ciężkiego lenia. Jego pokusy nie są od razu takie: idź, zgwałć tę kobietę, zabij tego człowieka. Szatan wie, że jak od razu da „grubą pokusę”, to ona nie przejdzie. Dla niego zwycięstwem jest już to, że osoby, które w drodze duchowej, jak mówi Ignacy, „wznoszą się od dobrego do lepszego”, zatrzyma w tej drodze ku górze.
Wzmacnianie występku
Diabelską strategię skłaniania ludzi do skrajności opisał Clive Staples Lewis w słynnej książce „Listy starego diabła do młodego”.
„Modną wrzawę każdego pokolenia skierowujemy przeciwko tym występkom, które mu najmniej zagrażają, a aprobatę jej skierowujemy na cnotę najbliższą temu występkowi, który usiłujemy najbardziej rozpowszechnić. Pojmujesz, zabawa polega na tym, by w wypadku powodzi wszyscy biegali z przyrządami do gaszenia pożaru, a w łodzi tłoczyli się po tej stronie, która już zanurza się w wodzie. W ten sposób czynimy modnym ostrzeganie ludzi przed niebezpieczeństwem entuzjazmu w momencie, gdy wszyscy stają się coraz bardziej przyziemni i obojętni. Sto lat później, kiedy faktycznie czynimy z nich byronistów upojonych emocjami, kierujemy ten modny krzyk pokolenia przeciwko niebezpieczeństwu czystego »rozumu«. Wieki okrutne ostrzegamy przed sentymentalizmem; próżne i gnuśne przed przyzwoitością; rozpustne przed purytanizmem; gdy wszyscy staczają się ku niewolnictwu lub tyranii, wmawiamy, że liberalizm jest najgroźniejszym niebezpieczeństwem” – instruuje stary diabeł młodego kusiciela.
Dokładanie do pieca
Zły dostosowuje swoją strategię do duchowej kondycji kuszonego. U początkujących na drodze wiary szatan wyolbrzymia przeszkody i zniechęca. Doświadczył tego także św. Ignacy w pierwszym etapie po nawróceniu. W pewnym momencie, gdy wiele się modlił i pościł, pielęgnował chorych i znosząc zniewagi poskramiał swoją szlachecką dumę, kusiciel zaatakował go przymilnym pytaniem: „Czyś dobrze rozważył wszystkie trudności, które czekają cię na tej drodze? Czy potrafisz przez długie lata, może przez lat siedemdziesiąt, tak dręczyć swoje ciało i odmawiać mu wszystkiego?”. Te myśli niepokoiły go mocno, aż do chwili, gdy zorientował się, że to nie żadna roztropność mówi do niego, lecz diabeł. „A kto mi może zaręczyć, że tyle lat będę żył? Kto może mi choćby jedną godzinę życia zapewnić?” – odparł atak kusiciela.
Czasami jednak Ignacy dawał się nabrać. Próbując naśladować wielkich świętych, przesadzał w umartwieniach, a diabeł „dokładał mu do pieca”. W ten sposób zniszczył sobie zdrowie. Gdy zdał sobie z tego sprawę, uświadomił sobie zarazem potrzebę spokojnego rozeznawania, skąd pochodzą duchowe impulsy.
Nie ukrywaj
– Trzeba wiedzieć, że szatan się nie śpieszy. Zakłada pułapki jak kłusownicy. Zwierzę nie może zauważyć, że coś tu nie gra – mówi o. Więcek. Przywołuje jedno z porównań, stosowanych przez Ignacego na określenie taktyki diabła. – Diabeł działa jak amant – zaleca się, mówi piękne słówka, ale zastrzega: nikomu o tym nie mów. Ignacy natomiast poleca: wszystko mów kierownikowi duchowemu – podkreśla jezuita, dodając, że podobne polecenie daje Jezus św. Faustynie. Dlaczego to takie ważne? Bo gdy zły duch ujrzy, że jego plany zostały odkryte, odchodzi, ponieważ wie, że tam nic nie zdziała – zauważa.
Wskazuje, że zły duch nie odpuści i będzie nas atakował do końca naszego życia. Tu będzie atakował grubo, tam subtelnie. Będzie wyciągał poczucie winy, wyszukiwał dziury w całym, zniechęcał do zmiany, pracy nad sobą. Robi to w różnych wersjach i konfiguracjach: bo nie masz czasu, bo jesteś ojcem, bo jesteś księdzem, bo masz to, bo nie masz tego.
– Przychodzą do mnie rodzice, którzy gryzą się, że źle wychowali swoje dzieci. I zły duch ich w tym nakręca. I płacze taka mama, że przekazała dzieciom wszystko, co najlepsze, a jednak źle wyszło. A ja jej mówię: „Przecież pani nie jest Panem Bogiem. Jeśli pani teraz neguje te lata, w których była pani z dziećmi, to jest to nieprawda, to jest pokusa złego ducha”. No tak! Bo to podcina skrzydła, odbiera ochotę do robienia czegokolwiek i wmawia, że lepiej nic nie robić – przekonuje jezuita. Zwraca też uwagę na dominację egoizmu, widoczną na przykład w pladze rozwodów i poszukiwaniu „nowszego modelu”.
– Demon egoizmu rozrywa ten świat. W tej pokusie swoją bazę mają trzy pokusy, o których mówi Ignacy: pokusa bogactwa, pokusa próżnej chwały i pokusa pychy. Bo chcę wszystko mieć, bo chcę być znany, i ja tu jestem panem i bogiem. O to złemu duchowi chodzi: żebyśmy szli w kierunku przekonania, że ja Boga nie potrzebuję, bo sam nim jestem – mówi.
Jedną z podstawowych metod pokonywania pokus jest sformułowana przez pierwszego jezuitę zasada agere contra (działać przeciw). – Na przykład ktoś prosi mnie, żeby się z nim przejść, a w tym czasie leci mecz Ligi Mistrzów, który chcę obejrzeć, więc kłamię, że nie mam czasu. Agere contra polegałoby na deklaracji: „Tak, pójdę z tobą”. Pod prąd mojemu chceniu – mówi o. Robert Więcek.
Tego nie ruszy
Święty Antoni Opat, pustelnik z III wieku, jeden z mistrzów walki z pokusami, powiedział kiedyś: „Zobaczyłem wszystkie sidła nieprzyjaciela rozpostarte na ziemi, jęknąłem więc i powiedziałem: »A któż się im wymknie?«. I usłyszałem głos mówiący do mnie: »Pokora«”.
Pokora ustawia człowieka we właściwej relacji z Bogiem i pozwala przejść przez ogień każdej próby. Pokornemu pokusy nie zrobią krzywdy, przeciwnie – zwalczone posłużą mu do duchowego wzrostu. Jak mówi apostoł: „Błogosławiony mąż, który wytrwa w pokusie, gdy bowiem zostanie poddany próbie, otrzyma wieniec życia, obiecany przez Pana tym, którzy Go miłują” (Jk 1,12). •
KOŚCIÓŁ ŚW. PIOTRA – PARTICK, 46 HYNDLAND STREET, GLASGOW, G11 5PS
W OKRESIE BOŻEGO NARODZENIA OD PIĄTKU 20 GRUDNIA 2024 DO PIĄTKU 3 STYCZNIA 2025 – MSZA ŚWIĘTA, ADORACJA NAJŚWIĘTSZEGO SAKRAMENTU I SPOWIEDŹ ŚWIĘTA BĘDĄ W KOŚCIELE ŚW. PIOTRA.
***
BÓG SIĘ RODZI, MOC TRUCHLEJE
pixabay/Aleteia.pl
***
Oprócz żłóbka na placu św. Piotra również w Bazylice (w Kaplicy Klementyńskiej, na końcu bocznej, w lewej nawie) została umieszczona ogromnych rozmiarów scena Bożych Narodzin.
***
fot. Włodzimierz Rędzioch/Tygodnik Niedziela
***
Po raz pierwszy w historii w Bazylice została wystawiona zagraniczna szopka, przywieziona z Meksyku, ze stanu Coahuila. Zakrywa ona cały monumentalny ołtarz. W jej górnej części widoczny jest kościół w górskim krajobrazie, a w dolnej – zostały umieszczone tradycyjne figury żłóbka. Szczególnie piękne są figury Matki Bożej i św. Józefa. Szopka nawiązuje do meksykańskiej tradycji religijnej i pobożności ludowej ukazując jednocześnie uniwersalne przesłanie Bożego Narodzenia.
***
fot. Włodzimierz Rędzioch/Tygodnik Niedziela
ŻYCZENIA KSIĘDZA BISKUPA PIOTRA TURZYŃSKIEGO, Delegata K E P ds. DUSZPASTERSTWA EMIGRACJI POLSKIEJ
***
A Słowo Ciałem się stało i zamieszkało między nami”.
J 1, 14
Betlejem to jest miejsce nadziei,
bo Chrystus jest naszą nadzieją.
Przychodzi do nas jak Prawda i Światło,
aby nas wydobyć z chaosu.
Przychodzi jako jeden z nas,
aby nas przekonać, że Bóg jest blisko i ciągle kocha.
Przychodzi jako Książe Pokoju,
aby nam przypomnieć, że jest źródłem każdego dobra
i nie ma dla Niego rzeczy niemożliwych.
Niech On ożywi nasze wielkie nadzieje.
Życzę pełnych nadziei, błogosławionych Świąt Bożego Narodzenia
Ks. Bp. Piotr Turzyński
Warszawa, Boże Narodzenie 2024
Narodzenie Pańskie nie skończyło się w nędznej szopie, lecz ma dopełnienie w Najświętszej Ofierze Chrystusa, czyli we Mszy świętej.
fot. ks. Jerzy Uchman/Tygodnik Niedziela
***
Narodzenie Pańskie nie skończyło się w nędznej szopie, lecz ma dopełnienie w najświętszej ofierze Chrystusa, czyli we Mszy św. – mówi ks. prof. Zdzisław Janiec z Katedry Historii Liturgii KUL.
Liturgia Narodzenia Pańskiego jest pełna symbolicznych znaczeń, warto więc w święta szczególną uwagę zwrócić na czytania i modlitwy mszalne, które opisują tajemnicę wcielenia Boga. Liturgista zwraca uwagę na kilkanaście razy powtarzane w nich słowo „dzisiaj”. Jezus narodził się historycznie, ale nieustannie ma się w nas rodzić duchowo, tu i teraz. „Rodzi się dzisiaj, łacińskie wyrażenie hodie – Pan Jezus jest z nami, rodzi się dla nas, chce być w nas. Zatem rodzi się w każdej Mszy św., która jest największym cudem świata i dlatego można powiedzieć, że Msza św. jest uobecnieniem nocy betlejemskiej” – wyjaśnia.
Kościół już od VI wieku w dniu upamiętniającym narodziny Jezusa sprawował trzy Msze św. Pierwszą o narodzeniu w ciele z Bogarodzicy, drugą o narodzeniu duchowym, trzecią o odwiecznym narodzeniu Chrystusa. Warto jednak pamiętać, że Narodzenie Pańskie trzeba widzieć w perspektywie Paschy, że to Zmartwychwstanie stanowi centrum życia Kościoła.
Jak zauważa ks. prof. Janiec właśnie dlatego na drugi dzień po radości z narodzenia Jezusa, przypominany jest pierwszy męczennik św. Szczepan.
„Dzisiaj, kiedy przeżywamy w Polsce rok duszpasterski poświęcony Eucharystii warto sobie uświadomić to, co zauważył kiedyś św. Augustyn, że żłóbek jest zapowiedzią Eucharystii. Tak jak przed dwoma tysiącami lat żłóbek zawierał pokarm dla zwierząt, tak Jezus rodzi się w żłóbku, by stać się pokarmem dla nas. W Betlejem – domu chleba” – przypomina.
Ksiądz profesor uwrażliwia także na używanie poprawnej nazwy święta – Narodzenie Pańskie – tak brzmi ona w tekstach liturgicznych i nauczaniu. Natomiast popularne określenie – Boże Narodzenie wywodzi się z pobożności ludowej, prawdopodobnie z kolędy „Bóg się rodzi”.
Tygodnik Niedziela
***
PASTERKA – GODZ. 21.30
W DZIEŃ NARODZENIA PAŃSKIEGO
I W DRUGI DZIEŃ ŚWIĄT
MSZE ŚWIĘTE SĄ O GODZ. 14.00
Z ŻYCZENIAMI NA BOŻE NARODZENIE
ROKU PAŃSKIEGO 2024
****
W tamtym roku minęło dokładnie 800 lat kiedy św. Franciszek z Asyżu, po swoim pobycie w Ziemi Świętej, urzeczony i bardzo wzruszony zainscenizował betlejemski żłóbek w grocie znajdującej się w Greccio. Pragnął jak najbardziej uroczyście przeżyć narodziny Dzieciątka Jezus, aby pobudzić wszystkich do wielkiej wdzięczności i miłości, bo jak zwykł mówić: ” Miłość nie jest kochana! Jakże ludzie mogą kochać się nawzajem, jeżeli nie kochają Miłości?”
Klasztorne Kroniki opisują, że “kazał przygotować żłób, przynieść siano i przyprowadzić na to miejsce woła i osła. Zwołują się bracia, schodzą ludzie, las rozbrzmiewa różnymi głosami, a owa błogosławiona noc rozjaśnia się licznymi i jasnymi światłami, napełnia pochwalnymi i harmonijnymi śpiewami stając się wspaniałą i odświętną. Mąż Boży stał przed żłobem przepełniony pobożnością, zalany łzami i radością. Przy żłobie odprawiana jest uroczysta Msza św., a Franciszek, diakon Chrystusowy, śpiewa świętą Ewangelię. Następnie wygłasza do stojących tam ludzi kazanie o narodzeniu się ubogiego Króla, którego, gdy chciał nazwać po imieniu, z nadmiaru czułej miłości, nazywał Dzieciątkiem z Betlejem”…
Biedaczyna z Asyżu pragnąc jak najbardziej upodobnić się do Jezusa, któremu Ojciec niebieski wybrał drogę przyjścia na ten świat jako słabe, bezradne Niemowlę skrajnie ubogie, pozostawił nam wspaniały, cudowny dar żłóbka betlejemskiego. Sam przeżywał rozmaite trudności, które pochodziły nawet od najbliższych. Jednak nie załamał się, bo patrzył na Maleńkiego w żłobie złożonego. Ta Boża Tajemnica dała mu ogromną pociechę. Boży Syn wybrał dla siebie ubóstwo i maleńkość, słabość i bezradność. W taki właśnie sposób przyszła na ten świat Boża moc – przez ogołocenie się z wszelkiej ludzkiej potęgi, znaczenia i mocy.
Klika wieków później Franciszek Karpiński ujął najtrafniej jak to jest możliwe ludzkimi słowami cały ten paradoks Tajemnicy Wcielenia wyśpiewując w kolędzie:
“Bóg się rodzi, moc truchleje.
Pan niebiosów obnażony.
Ogień krzepnie, blask ciemnieje,
Ma granice Nieskończony.
Wzgardzony, okryty chwałą,
Śmiertelny Król nad wiekami.
A Słowo ciałem się stało
I zamieszkało między nami”.
Wdzięczni za dar odkrycia Bożego żłóbka prosimy Cię św. Franciszku, abyś nam wyprosił w to Boże Narodzenie Roku Pańskiego 2024 u Bożej Dzieciny moc wiary, niezachwianą nadzieję i żar miłości, bo żyjemy w czasie i w przestrzeni coraz bardziej zaczadzonej duchem diabelskiego zbałamucenia.
Jesteśmy pełni wdzięczności także św. Janowi Pawłowi II, który wprowadził ten cudowny zwyczaj stawiania każdego roku szopki z Betlejemu na placu św. Piotra wraz z ogromną choinką przypominającą, że to na drzewie rajskim diabeł zwiódł ludzki ród w osobie Adama i Ewy i to również na drzewie krzyża dokonało się zbawienie.
W styczniu 1983 roku w Sali Klementyńskiej tak tłumaczył polskiej młodzieży znaczenie choinki:
“Co znaczy to drzewko? (…). Ja osobiście myślę, że to drzewko jest symbolem drzewa życia, tego, o którym mowa jest w Księdze Rodzaju, i tego, które z Chrystusem razem zostało na nowo zasadzone w glebie ludzkości. Niegdyś człowiek został od tego drzewa życia odcięty przez grzech. Z chwilą kiedy Chrystus przyszedł na świat, to drzewo życia w Nim, przez Niego zostaje zasadzone na nowo w glebie życia ludzkości i rośnie razem z Nim, i dojrzewa do krzyża. Istnieje związek między drzewkiem wigilijnym Bożego Narodzenia a drzewem krzyża Wielkiego Piątku. Tajemnica paschalna… Piękna to tradycja i wymowna, tym bardziej że te drzewka świecą. Symbolizują życie i światło. Chrystus jest życiem i światłem.
Muszę Wam powiedzieć, że ja osobiście, chociaż mam już wiele lat, nigdy nie mogę się doczekać, kiedy przyjdzie Boże Narodzenie i kiedy mi to drzewko postawią w mieszkaniu. Jest w tym wszystkim głęboka wymowa, która jednoczy nas bez względu na wiek: zarówno starsi, jak i małe dzieci reagują podobnie, chociaż na innym poziomie świadomości”.
fot. Antoine Mekary/Aleteia
****
To dzięki Tobie św. Janie Pawle co roku na placu św. Piotra choinka rozbłyskuje światełkami. I tak jak Ty, któryś tęsknił za swoją Ojczyzną często bolejącą kiedy nie tylko zewnętrzny wróg, ale swoi zadawali Jej rany i któryś świętował Boże Narodzenie według naszego prastarego zwyczaju, tak również i my porozrzucani w różnych miejscach świata, znowu jesteśmy zatrwożeni o losy naszej polskiej ziemi. Dlatego prosimy o Twoje wstawiennictwo u Tej, która dała największy dar Boga dla ludzkości – Chrystusa – prawdziwe “drzewo życia”.
Zielona jodła zawsze jest zielona, w zimowej aurze również – dlatego jest znakiem życia, które nie umiera. W jej przestrzeni składamy bożonarodzeniowe życzenia, nie tyle poprzez prezenty, co poprzez dawanie coraz bardziej siebie samych. A sprawia to BOŻA MOC dotykając delikatnie naszych poranionych serc.
ks. Marian
Co to znaczy, że Jezus urodził się w „pełni czasu”? Zaszło wtedy kilka szczególnych okoliczności
Romolo Tavani / Shutterstock
***
Jezus urodził się w szczególnym momencie. W świecie grecko-rzymskim dość powszechne było wtedy oczekiwanie, że stanie się COŚ ważnego.
„Gdy nadeszła pełnia czasu, zesłał Bóg Syna swego, zrodzonego z niewiasty, zrodzonego pod Prawem” – czytamy w liście św. Pawła do Galatów. Czym była ta „pełnia czasu”?
Wielka Zmiana
Tuż przed przyjściem na świat Jezusa dość wyraźnie zaznaczało się w świecie grecko-rzymskim oczekiwanie na jakąś – na ogół raczej niesprecyzowaną – Wielką Zmianę. Chodzi tu nie tylko o Żydów, którzy czekali na Mesjasza. Historycy Tacyt i Swetoniusz zanotowali, że dość powszechnie oczekiwano, że z Judei wyjdzie nowy władca świata. Zapewne właśnie z tego powodu trzej mędrcy tak uważnie wpatrywali się w niebo, uznali za ważne pojawienie się niezwykłej gwiazdy jako ważny znak i wyruszyli w drogę.
Poza tym w świecie śródziemnomorskim nastąpił wtedy wyjątkowy splot okoliczności – duchowych, politycznych, kulturowych i społecznych – który ułatwił szybkie rozprzestrzenienie się Ewangelii. Jak napisał Joseph Ratzinger w książce Jezus z Nazaretu, „Historia świata w tym momencie, na mocy Bożej Opatrzności, została przygotowana na przyjęcie Boga, który wszedł w nią jako człowiek”.
Jak się przejawiła pełnia czasu?
Oto okoliczności, które wymienia kard. Ratzinger:
1. PAX ROMANA
Imperium rzymskie zapewniało relatywny pokój i stabilność na dużym obszarze, co sprzyjało podróżom i komunikacji, ułatwiając późniejsze szerzenie chrześcijaństwa.
2. ROZWINIĘTA INFRASTRUKTURA
Rzymskie drogi i rozwinięty jak nigdy wcześniej system transportu pozwalały na łatwiejsze przemieszczanie się ludzi i idei.
3. JĘZYK GRECKI
Dzięki wcześniejszym podbojom Aleksandra Wielkiego język grecki był powszechnie używany jako lingua franca, co ułatwiło komunikację i głoszenie Ewangelii.
4. OCZEKIWANIE NA MESJASZA
W świecie żydowskim panowało silne oczekiwanie na przyjście Mesjasza, co wynikało z proroctw starotestamentalnych i dość trudnych warunków życia pod panowaniem Rzymian.
Konwersje pogan na judaizm
Poza tym w czasach poprzedzających narodzenie Jezusa miało miejsce ciekawe zjawisko dość licznych konwersji na judaizm ludzi wychowanych w tradycji grecko-rzymskiej. Wspominają o tym m.in. Filon z Aleksandrii, Józef Flawiusz i Tacyt. Także w Nowym Testamencie i Talmudzie, choć zostały one spisane później, możemy znaleźć pośrednie świadectwa na ten temat.
Z czego wynikało to zainteresowanie pogan judaizmem? Żydzi byli wtedy rozproszeni po całym świecie śródziemnomorskim. W miastach, takich jak Aleksandria, Rzym czy Antiochia, funkcjonowały liczne społeczności żydowskie, które w naturalny sposób budziły zainteresowanie otoczenia. Żydzi prowadzili też działalność misyjną, która niekiedy przynosiła owoce. Poza tym synagogi funkcjonowały nie tylko jako miejsca kultu, ale również jako ośrodki edukacyjne. Przyciągały one ludzi „bojących się Boga” (gr. theosebeis).
Ale to nie wszystko. W świecie grecko-rzymskim wiele osób niezależnie od siebie zaczęło dochodzić do wniosku, że istnieje jeden Bóg. Zniechęcały ich niemoralne i bezsensowne pogańskie rytuały, a pociągała koncepcja Boga bliskiego człowiekowi. A ponieważ jedyny znany wówczas monoteizm to był judaizm, niekiedy zwracali się oni ku religii żydowskiej. Dla wielu pociągający był także jasny i zdecydowany żydowski kodeks moralny i rygorystyczne podejście do wartości rodziny i sprawiedliwości. Nawet jeśli nie wszyscy przechodzili w pełni na judaizm (spora barierą była konieczność obrzezania się i wypełniania rygorystycznych przepisów), pozostawali w kręgu w kręgu jego oddziaływania. Echa tego zjawiska możemy znaleźć w Dziejach Apostolskich, które kilka razy wspominają o poganach nawróconych na judaizm, określanych mianem „prozelitów” lub „bojących się Boga”.
Popularność judaizmu bardzo ułatwiła później rozprzestrzenianie się chrześcijaństwa.
Czas i wieczność
To wszystko nie było oczywiście dziełem przypadku. To nie okoliczności dziejowe “stworzyły” chrześcijaństwo. Było odwrotnie – Bóg, który jest Panem historii, tak poprowadził wydarzenia, żeby ludzie mogli Go poznać i pokochać.
Jak pisze Joseph Ratzinger, czas osiągnął pełnię, ponieważ Syn Boży wkroczył w ludzką historię, przekształcając ją od wewnątrz. „Pełnia czasu to moment, w którym wieczność przenika czas” – podsumował. W Chrystusie czas staje się miejscem zbawienia, a historia – nośnikiem Bożej łaski.
Joanna Operacz/Aleteia.pl
„Bóg się rodzi” – królowa polskich kolęd
Gerard van Honthorst; fot. Wikipedia
***
„Bóg się rodzi, moc truchleje”: tę kolędę śpiewamy bodajże najczęściej w okresie Bożego Narodzenia. Najczęściej nie wiemy jednak o jej pochodzeniu.
Autorem słów kolędy jest Franciszek Karpiński (1741 – 1825), znakomicie wykształcony poeta, absolwent Uniwersytetu we Lwowie, doktor filozofii, autor sielanek, w tym słynnej „Laury i Filona”, elegii, wierszy miłosnych, patriotycznych i religijnych. Napisał także autobiografię, wydał duży zbiór listów i pamiętniki.
Poeta odnotował w nich m.in. spotkanie z księżną Izabelą Lubomirską z Czartoryskich (1736 – 1816), którą poznał w Wiedniu w 1770 roku. Przyjmowano ją na najsławniejszych dworach Europy, aktywnie działała w polityce krajowej i międzynarodowej. Nie tylko otaczała troską swoich poddanych, ale była też mecenasem wielu artystów. Posiadała olbrzymią kolekcję dzieł sztuki i zbiorów muzycznych na zamku w Łańcucie. Z powodu błękitnych sukni, które często nosiła, nazywano ją Błękitną Markizą.
To na jej prośbę po powrocie do Polski Karpiński napisał swój najsłynniejszy tekst „Pieśń o Narodzeniu Pańskim”, znany powszechnie jako kolęda „Bóg się rodzi”. W 1792 roku po raz pierwszy zaśpiewano ją w starym kościele farnym w Białymstoku. W tym samym roku została wydana wraz z innymi tekstami w zbiorze „Pieśni nabożnych”. Większość z nich, jak inna kolęda „Bracia patrzcie jeno”, pieśni: „Kiedy ranne wstają zorze”, „Wszystkie nasze dzienne sprawy”, „Zróbcie mu miejsce” czy „Nie zna śmierci Pan żywota” jest do dziś śpiewania.
Niezwykłą popularność kolęda „Bóg się rodzi” zawdzięcza nie tylko faktowi, że jest to prawdziwe arcydzieło literackie i teologiczne, ale że wyrosła ona z potrzeby podniesienia narodu na duchu. Kolęda rodziła się w trudnym dla Polski czasie. Było już po pierwszym rozbiorze, tuż przed drugim, i nic nie wskazywało na to, że sytuacja się poprawi. Po trzecim rozbiorze, który nastąpił w 1795 roku, utwór zyskał zupełnie nowy wymiar. Nie tylko był kolędą śpiewaną jako pierwsza w czasie pasterki, lecz stał się również elementem tożsamości narodowej. Śpiewano ją wszędzie i śpiewali ją wszyscy.
Franciszek Karpiński na wieść o podpisaniu trzeciego rozbioru osiwiał przez jedną noc. Wyjechał na zawsze z Warszawy, zamieszkał na Białostocczyźnie. Zajął się pracą fizyczną i nigdy już nie napisał żadnego utworu. Stwierdził, że nie ma dla kogo. Sens odnajdywał tylko w pracy dla prostego ludu. Był wśród niego poważany i kochany. Jego pieśni znali wszyscy, wszak śpiewano je w każdym kościele. Poeta na zawsze pozostał wśród prostych ludzi, a jego grób ma kształt wiejskiej chaty.
Uznawana za najpiękniejszy z polskich utworów bożonarodzeniowych kolęda „Bóg się rodzi” w różnych okresach historycznych pełniła nawet funkcję nieformalnego hymnu państwowego. Cechy utworu ogólnonarodowego nadała jej przede wszystkim ostatnia piąta zwrotka, a zwłaszcza słowa: „Podnieś rękę, Boże Dziecię/ błogosław ojczyznę miłą/ w dobrych radach, w dobrym bycie/ wspieraj jej siłę swą siłą”. W okresie zaborów cenzorzy kazali zastąpić słowo „ojczyzna” słowem „kraina”.
Śpiewano ją do różnych melodii, największą jednak popularność zyskał polonez, który skomponował prawdopodobnie Karol Krupiński. Inne źródła wskazują, że jest to polonez koronacyjny królów polskich z XVI wieku.
Kolęda „Bóg się rodzi” dodawała otuchy Polakom w czasach zaborów, ale też w późniejszych trudnych okresach naszej historii. Podczas II wojny światowej śpiewano ją zamiast „Mazurka Dąbrowskiego”, surowo zakazanego przez Niemców. W okresie okupacji czy też w stanie wojennym spontanicznie dopisywano do niej kolejne zwrotki.
W bardzo wielu wersjach i aranżacjach kolędę wykonywały również bardzo znane gwiazdy polskiej estrady. Ze względu na niezwykłą popularność, prostotę, ale i artyzm, „Bóg się rodzi” nazywana jest „królową polskich kolęd”. Na pewno zabrzmi w te Święta w wielu domach, a „Boże Dziecię” pobłogosławi „dom nasz i majętność całą, i wszystkie wioski z miastami”.
e-Kai
Zobaczyć Boże Narodzenie. Dogmatyk o tym, co widzimy, kontemplując stajenkę
Czego można dowiedzieć się o Bogu i o człowieku, kontemplując betlejemską stajenkę?
fot. Henryk Przondziono/Gość Niedzielny
***
Tym, co wewnętrznie poruszało św. Franciszka do zaaranżowania pierwszego w historii przedstawienia opowieści o Bożym Narodzeniu, było ogromne pragnienie zobaczenia tego wydarzenia. Biedaczyna traktował Ewangelię bardzo serio. Motywowała nie tylko jego postępowanie, ale także wyobraźnię. Dlatego tak bardzo pragnął widzieć wydarzenia ewangeliczne i dlatego doprowadził do zainscenizowania betlejemskiej tajemnicy – dla siebie i dla mieszkańców Greccio. My również staliśmy się szczęśliwymi beneficjentami tego swoistego przedstawienia. Jego zadomowienie się w Kościele i wejście na stałe w sposób przeżywania pamiątki przyjścia na świat Syna Bożego pokazuje, że pragnienie Franciszka jest też pragnieniem każdego człowieka wierzącego.
Święto wiary
Boże Narodzenie jest świętem wiary, która chce widzieć. Nie ma nic złego w pragnieniu zobaczenia świętych wydarzeń, świadczących o walce Boga o nasze ocalenie. Nie powinniśmy bać się tego pragnienia, które odkrywamy w naszym umyśle i sercu. Ono nie kłóci się z wiarą. Biblia nieraz opisuje ogromne pragnienie zobaczenia Boga, ujrzenia Jego działania w świecie, Jego wyciągniętej prawicy. Od starotestamentalnego pragnienia ujrzenia oblicza Bożego, które przenika pokorną, ale i odważną, a momentami nawet zuchwałą modlitwę psalmisty, przez ciekawość apostołów, aż do Janowego: „zobaczymy Go i staniemy się do Niego podobni” (1 J 3,2). Interpretując życie Mojżesza, autor Listu do Hebrajczyków stwierdza, że w obliczu wielu doświadczeń wiary „wytrwał, jakby [na oczy] widział Niewidzialnego” (11,27). Przykłady można by mnożyć długo, także wśród świętych, Franciszek nie był jedynym, który chciał widzieć. Św. Teresa Wielka od dzieciństwa powtarzała: „chcę widzieć Boga”. Teresa z Lisieux codziennie wpatrywała się w ulubiony obrazek świętego oblicza Jezusa. Karol de Foucauld każdego dnia przez godziny adorował Najświętszy Sakrament, a brat Roger z Taizé kontemplował ikonę Narodzenia Pańskiego. Bo wiara nigdy nie rezygnuje z pragnienia ujrzenia Boga i Jego miłości do nas wyrażonej w konkretnych wydarzeniach historycznych. To pragnienie jest dla niej istotne i sprawia, że nasz ludzki duch nigdy nie rezygnuje z przeżycia przygody z Bogiem, która nigdy nie staje się nudna i mało interesująca. Bardzo potrzebujemy dziś podtrzymania naszej wiary, pragnącej, spodziewającej się zobaczyć – wcześniej czy później, w taki czy winny sposób. Bo chociaż nie widzimy jeszcze twarzą w twarz, to wiara pozwala nam ujrzeć już coś istotnego niejako w zwierciadle. Takim zwierciadłem jest Pismo Święte, głoszenie słowa, wspólnota, nasze doświadczenie duchowe, spotkanie drugiego człowieka, ale przede wszystkim liturgia. Liturgiczne celebracje świąt pozwalają nam zobaczyć już teraz i tutaj istotne fragmenty tego, co kiedyś zobaczymy doskonale, bez żadnej zasłony. Dotyczy szczególnie świąt Bożego Narodzenia, które oferują nam wiele do zobaczenia. Ucieszmy się naszą wiarą i życzmy jej sobie nawzajem, składając świąteczne życzenia. Być może trzeba w tym roku powiedzieć otwarcie: życzę Ci wiary, bo ona jest najważniejsza – ona otwiera oczy.
Co widać w stajence?
Bożonarodzeniowe szopki pomagają dostrzec kilka prawd o Bogu i o nas. Każda z nich jest przełomowa.
Przede wszystkim widzimy małe dziecko, o którym nasza wiara mówi, iż jest ono „Bogiem z Boga, światłością ze światłości”, który „dla nas i dla naszego zbawienia zstąpił z nieba i stał się człowiekiem”. Ta sama wiara posługuje się też inną formułą: to „owinięte w pieluszki i złożone w żłobie” niemowlę jest wcielonym Synem Bożym, który nie przestając być Bogiem, stał się jednym z nas. Stał się nieodwołalną jednością Boga i człowieka.
Jeśli Syn Boży stał się człowiekiem, nie przestając być Bogiem, to znaczy, że jest naprawdę wszechmocny, a jednocześnie bardzo pokorny. W swoim człowieczeństwie dotyka ziemi, zamieszkuje między nami. Jego miłość nie zna przemocy, chociaż dobrowolnie ją przyjmuje, aby położyć jej kres w samym sobie. Pokorna wszechmoc – bez niej nie można zrozumieć, co znaczy, że Bóg jest miłością. Betlejemska grota uczy nas boskiego stylu życia, wskazując w naszym pogrążonym w wojnach i konfliktach świecie, że prawdziwa wszechmoc wyrzeka się przemocy i jest pokorna.
W szopce widzimy również człowieka. Jaki on jest? Przede wszystkim przyjęty, zaakceptowany, ukochany, usprawiedliwiony w swojej maleńkości, postawiony razem z Bogiem w samym centrum wydarzeń. Ostatecznie dowartościowany. Wreszcie ukochany. W Boże Narodzenie możemy zobaczyć nasze życie, nasze przeznaczenie w nowym świetle: przygoda z Bogiem staje się tutaj istotą naszego bycia człowiekiem. Syn Boży, stając się człowiekiem, ukazuje nam prawdziwe horyzonty ludzkich możliwości. Bo On uczy nas człowieczeństwa. I zaprasza do „udziału w boskiej naturze”.
W bożonarodzeniowej szopce ukazuje się jeszcze jedna prawda, którą pięknie wyraził ks. Jerzy Szymik w prostym i genialnym stwierdzeniu: „Bogu i człowiekowi dobrze jest być razem!”. Wcale się nie dziwię, że św. Franciszek musiał na własne oczy zobaczyć ów bosko-ludzki dobrostan.
Fragment naszej codzienności
Szopki są nie tylko ilustracją tego, co się wydarzyło w Betlejem i co zostało zapisane dla naszego pouczenia oraz naszej radości w Piśmie Świętym, i nieustannie spełnia się na ołtarzu. One są także naszą odpowiedzią na te wydarzenia. Jeśli Boże Narodzenie przekonuje nas i przypomina o tym, że Bóg się zbliżył, że zamieszkał między nami jako jeden z nas, że się wcielił, to szopki, które budujemy w kościołach czy ustawiamy w naszych domach, są naszą odpowiedzią na to Wcielenie. O co chodzi w tej odpowiedzi?
Szopki rzadko naśladują realia czasów, w których przyszedł na świat i żył Jezus; zazwyczaj nawiązują do czasu i miejsca, w których powstają. W ten sposób łatwiej nam zrozumieć, że Syn Boży stał się człowiekiem dla nas, żyjących w konkretnym czasie i miejscu. Kiedy przedstawiamy sobie Jezusa jako jednego z nas, kiedy „pozwalamy” Mu wcielić się tu i teraz, w nasze realia, ambicje i sposoby życia, wtedy odpowiadamy na Jego Wcielenie, przyjmując Go do siebie. Ojcowie Soboru Watykańskiego II w tajemniczym tekście stwierdzają, iż Chrystus „zjednoczył się jakoś przez swoje Wcielenie z każdym człowiekiem” (Gaudium et spes, 22). Człowieczeństwo Boga nie jest złudą, przebraniem. Ono jest konkretne tak jak moje. Pan stał się człowiekiem dla mnie i dla każdego z nas, Wcielenie nie ogranicza się do Betlejem, chociaż ono jest jego epicentrum. Ten, którego scenę narodzenia chciał sobie wyobrazić i przedstawić św. Franciszek, przychodzi do nas także tu i teraz. Tajemnica Betlejem nie jest ograniczona w czasie i przestrzeni. Ona jest dla wszystkich i na zawsze. Biedaczyna z Asyżu chce nam powiedzieć, abyśmy szukali Jezusa blisko, w swoim życiu, w codzienności. Abyśmy pozwolili Mu zamieszkać między nami, stać się dzisiaj jednym z nas. Po to, aby nas wewnętrznie przemienił. Jego pragnienie widzenia nie jest pragnieniem ucieczki przed rzeczywistością, przed codziennością, ale poszukiwaniem Boga właśnie w nich. Dopóki będziemy chrześcijanami zafascynowanymi jedynie przeszłością, dopóki dobrowolnie i świadomie nie pozwolimy wcielić się Bogu w naszą osobistą i wspólnotową historię dzisiaj, tu i teraz, dopóki nie przemyślimy naszej nowoczesności w świetle Jego nauki, pozostaniemy jedynie muzealnikami, jak przypomina papież Franciszek, albo, jak stwierdza ks. Blachnicki, mało zaangażowanymi sympatykami. A wiara „sympatyzująca” pozostaje zalękniona, niepewna, pozbawiona misjonarskiego dynamizmu.
Jeśli szopka wyraża naszą wiarę we Wcielenie i jest na nie odpowiedzią, to stawia ona przed nami konkretne zadanie. To, że Chrystus zjednoczył się jakoś z każdym człowiekiem, powinno stać się programem naszego życia. Dzisiaj zagrażają nam jak nigdy dotąd indywidualizm i obojętność. Bez solidarności nie można być ani prawdziwym chrześcijaninem, ani prawdziwym człowiekiem. Św. Franciszek w swojej stajence zobaczył również owego trędowatego, którego niegdyś się bał i którego unikał, a w którym pewnego dnia zobaczył i uczcił pocałunkiem Chrystusa. Kogo w tym roku w mojej parafialnej szopce objawia mi mały i mocny Książę Pokoju?
Oczy wiary – oczy miłości
Powtórzmy: Boże Narodzenie jest świętem wiary, która chce widzieć. W duchowości i teologii mówi się często o oczach wiary i oczach miłości. Jako chrześcijanie jesteśmy przekonani, że wiara i miłość pozwalają nam widzieć więcej. Oczy wiary są oczami miłości. Wiara uczy nas patrzeć na Boga, świat, innych i siebie w zupełnie nowy sposób, z miłością. W dzień swoich narodzin Jezus popatrzył właśnie tak na świat. Swoimi ludzkimi oczami spojrzał na nas z miłością. Potem wielokrotnie patrzył na ludzi tymi samymi oczami miłości. To spojrzenie wyzwala w nas nadzieję, jak w celniku Mateuszu. Ale również wzywa, aby spojrzeć z miłością na Tego, który pierwszy na nas spojrzał z wielką miłością.
Boże Narodzenie to czas wymiany spojrzeń. Franciszek potrzebował szopki, żeby przeżyć tę wymianę realnie, nie tylko w wyobraźni. Nie przegapmy tych świąt jako okazji do prostego spojrzenia w oczy samemu Bogu. I chociaż to spojrzenie dziś jeszcze potrzebuje stajenki, to może wiele w naszym życiu zmienić. W Boże Narodzenie nie zmarnujmy też okazji do tego, aby spojrzeć w oczy drugiemu człowiekowi, może zwłaszcza takiemu, którego nie chcemy widzieć. W swoim liście na nowe tysiąclecie (Novo millennio ineunte) Jan Paweł II wskazał, że podstawowym zadaniem współczesnych chrześcijan jest patrzeć na Jezusa. Warto mieć Jego wizerunek zawsze ze sobą. Warto położyć figurkę Boskiego Dzieciątka na swoim biurku. I patrzeć na Nie często – z wiarą i miłością. Ostatecznie bowiem stajemy się tym, na co patrzymy.
ks. Robert J. Woźniak / Gość Niedzielny
Przyszłość świata nie zależy od polityków, ale ludzi, którzy niosą nadzieję
Przyszłość świata nie zależy od polityków, strategów, generałów i potentatów finansowych, ale ludzi, którzy niosą innym nadzieję – powiedział metropolita warszawski abp Adrian Galbas SAC w czasie pasterki. Nikogo w Kościele, rodzinie, ojczyźnie nie skreślajmy, ale podnośmy w górę – zaapelował.
fot. unsplash ***
W uroczystość Narodzenia Pańskiego metropolita warszawski przewodniczył mszy św. o północy w kościele pw. Świętych Apostołów Piotra i Pawła na stołecznym Ursynowie.
W homilii abp Galbas SAC (pallotyn) podkreślił, że Bóg w osobie Jezusa Chrystusa przychodzi do każdego człowieka bez wyjątku – “nikogo nie skreśla”.
“Chrystus Pan przychodzi do świętych i do świątobliwych, do pobożnych i do porządnych, do modlących się i do uczęszczających, do tych, co są blisko i bardzo blisko. Ale przychodzi też do tych, co są znacznie dalej. Do niewierzących i niedowierzających, do rozwiedzionych, co się na nowo związali i do rodziców, co mają dzieci z in vitro, do par spod jednego dachu, do alkoholików anonimowych i jawnych i do umęczonych szwindlami; do tych, co zdradzili i do tych, co zawiedli” – powiedział metropolita warszawski.
Zastrzegł, że fakt, iż Jezus nikogo nie skreśla, nie oznacza, że aprobuje ludzki grzech.
“Nie mówi każdemu, że żyje dobrze. Nie przyklepuje i nie aprobuje ludzkiego grzechu, ale też nikogo nie skreśla. Czeka, aż każdy Go w końcu zauważy i przyjmie” – powiedział hierarcha. I dodał, że niektórzy szczerze ucieszą się Bogiem dopiero na progu śmierci.
“On czeka, bo jest Bogiem łaski i wielkiego miłosierdzia, a Jego miłość jest cierpliwa” – zaznaczył abp Galbas. Przypomniał słowa Chrystusa, który – jak czytamy w Ewangelii – mówił, że “przyszedłem szukać i ocalić to, co zginęło”, bo “nie potrzebują lekarza zdrowi, lecz ci, co się źle mają”.
Metropolita warszawski podkreślił, że przyszłość świata zależy od tych, którzy będą w stanie przekazać przyszłym pokoleniom nadzieję.
“Przyszłość świata nie zależy przede wszystkim od polityków, strategów, generałów i potentatów finansowych. Zależy przede wszystkim od +nadziejodajnych+” – oświadczył abp Galbas. “Zacznijmy więc od tego, że nikogo nie skreślimy w ojczyźnie. A zwłaszcza nie skreślimy definitywnie” – zaapelował.
Zwrócił uwagę, że w Polsce “nie ma wspólnoty ponad różnicami i jedności ponad podziałami”, choć “z jednej i drugiej strony są przecież chrześcijanie”.
Zaapelował, aby nikogo nie skreślać, ale “podnosić w górę”, wzbudzać w innych nadzieję.
“Nie skreślajmy nikogo w Kościele. Niech każdy praktykuje swoją katolicką wiarę tak, jak ma na to ochotę i jak podpowiada mu to Duch Święty. (…) Nie skreślajmy nikogo w naszych rodzinach. To co, że twój syn nie myśli tak jak ty! Jest twoim synem, a nie twoim klonem. To co, że twoja córka wybrała inaczej niż ty. Jest twoją córką, a nie tobą” – powiedział abp Galbas.
Zwrócił uwagę, że cała Ewangelia jest przesłaniem nadziei. “Nadzieja to wiara, że jeszcze mogę przeżyć miłość” – wyjaśnił.
“Ostatecznie to świadczy za lub przeciw człowiekowi, czy dostrzega obok siebie innych i czy inni wokół niego podnoszą się, czy upadają” – powiedział abp Galbas cytując Ryszarda Kapuścińskiego.
Tygodnik Niedziela
„Ciesz się człowieku, że jesteś taki ważny dla Boga!”
“Ciesz się dziś człowieku z czegoś nieskończenie większego niż prezenty i smakołyki. Bądź świadomy obecności Chrystusa pośród codziennego życia” – mówił abp Adrian Galbas SAC podczas Mszy św. sprawowanej w archikatedrze warszawskiej w uroczystość Bożego Narodzenia.
fot. Episkopat News/Flickr.com
***
Pozdrawiając wiernych zgromadzonych w stołecznej archikatedrze, abp Adrian Galbas przypomniał, że „Kościół głosi dziś ze szczególnym zapałem i emocją wesołą i miłą nowinę, która streszcza się w słowach Anioła do pasterzy”, zasłyszanych w nocy: „Oto zwiastuję wam radość wielką. Dziś w mieście Dawida narodził się Zbawiciel, którym jest Mesjasz Pan”.
Kościół w te kolejne święta, która nam się w życiu zdarzyły, mówi: „Ciesz się chrześcijaninie! Ciesz się każdy człowieku! Wesel się jak małe dziecko! Ale nie tylko z prezentów i smakołyków. Ciesz się z czegoś nieskończenie większego – że jesteś kochany przez Boga, odkupiony przez Boga; że Bóg cię zbawił, że przyszedł na świat dla ciebie! On narodził się w konkretnym Betlejem, w konkretnym czasie, żeby udowodnić ci, że to jest Bóg konkretny, a nie jakaś mgławica, albo ideologia; że jest konkretnie przy tobie, by dać ci Niebo. Ciesz się człowieku, że jesteś taki ważny dla Boga! – mówił abp Galbas.
Tłumaczył dalej, że wypowiadany tego dnia w czytaniach z Ewangelii według św. Jana fragment: „A Słowo stało się Ciałem i zamieszkało między nami” (J1,14) zawiera termin „słowo” rozumiany też jako „namiot”. Ów namiot był dla koczowniczych ludów biblijnych miejscem ich zamieszkania, ale miejscem zawsze otwartym, w którym z łatwością można spotkań jego gospodarza. Dlatego Bóg, który w Jezusie Chrystusie rozbija wśród nas swój namiot, też towarzyszy nam w naszej wędrówce. Jest z nami cały czas. Bywa, że my nie jesteśmy z nim, ale On jest z nami zawsze, w każdym naszym doświadczeniu. Towarzyszy nam w blasku i cieniach, radości i smutku, gdy jest nam pod górkę i z górki. Często nie dostrzegamy Jego dobroczynnej, miłosiernej obecności – tłumaczył metropolita warszawski.
Bracia i siostry, bądźmy świadomi obecności Chrystusa pośród codziennego życia. Jeśli wśród naszych namiotów dostrzeżemy Jego namiot, jeśli On będzie zawsze w zasięgu naszego wzroku, naszego słuchu i naszej pamięci, to na pewno nic złego z nami się nie stanie – podkreślił abp Adrian Galbas. Łatwiej uda nam się wtedy rozróżnić to, co w naszym życiu fundamentalne od tego, co drugorzędne – dodał.
KAI, pa/Stacja7
Papież Franciszek otworzył Drzwi Święte Bazyliki św. Piotra
fot. Alberto Pizzoli /AFP
***
Zamurowane od 2016 roku drzwi na nowo otwarte na Rok Jubileuszowy – oto ten wyjątkowy moment:
24 grudnia 2024 roku, jako prolog do Mszy wigilijnej w Bazylice Świętego Piotra, Papież Franciszek dokonał obrzędu otwarcia Drzwi Świętych. Tym samym oficjalnie zainaugurował Rok Jubileuszowy 2025, który potrwa do 6 stycznia 2026 roku. Można spodziewać się, że przyciągnie on do Rzymu ponad 30 milionów pielgrzymów.
Photo by Remo Casilli / POOL / AFP
***
Była godzina 19:17, kiedy Papież Franciszek – pozostając na wózku inwalidzkim – symbolicznie zapukał w Drzwi Święte. Papież dokonał uroczystego otwarcia drzwi, które były zamknięte od 20 listopada 2016 roku, czyli od końca Jubileuszu Miłosierdzia. Następnie, w głębokiej ciszy, został przewieziony na wózku do bazyliki, a wtedy rozbrzmiały dzwony i hymn Jubileuszu 2025, zatytułowany „Pielgrzymi Nadziei”.
Przesłanie Papieża Franciszka
„Przekroczmy próg tej świętej świątyni i wejdźmy w czas miłosierdzia i przebaczenia, aby każdemu mężczyźnie i każdej kobiecie ukazała się droga nadziei, która nie zawodzi” – powiedział Papież podczas modlitwy liturgicznej, inaugurującej uroczystość.
Obrzęd otwarcia poprzedziła Liturgia Słowa, podczas której odczytano fragmenty Starego Testamentu w kilku językach: włoskim, angielskim, francuskim i hiszpańskim. Ewangelia została odczytana po łacinie. Rozpoczęcie uroczystości miało miejsce w atrium bazyliki, a tysiące wiernych zgromadzonych na Placu Świętego Piotra śledziło przebieg wydarzenia na gigantycznych ekranach.
Na znak powszechności ludu Bożego, Drzwi Święte jako pierwsi przekroczyli wierni z różnych stanów życia. Było to 54 osoby, w tym dzieci i osoby niepełnosprawne, ubrani w tradycyjne stroje swoich krajów: Argentyny, Australii, Austrii, Brazylii, Kanady, Chin, Konga, Korei Południowej, Egiptu, Erytrei, Filipin, Francji, Indii, Iranu, Włoch, Malty, Meksyku, Nigerii, Papui Nowej Gwinei, Samoa, Słowacji, Stanów Zjednoczonych, Tanzanii, Togo, Tonga, Wenezueli i Wietnamu.
Udział hierarchów i przedstawicieli społeczeństwa
Po wiernych Drzwi Święte przekroczyli kardynałowie i prałaci, w tym także czterech „braterskich delegatów” reprezentujących niepojednane jeszcze wspólnoty chrześcijańskie. W uroczystości wzięli udział również przedstawiciele władz cywilnych, w tym burmistrz Rzymu Roberto Gualtieri oraz premier Włoch Giorgia Meloni. Ze względów bezpieczeństwa Drzwi Świętych nie mogą na razie przekraczać pozostali wierni zgromadzeni w bazylice.
26 grudnia Papież Franciszek otworzy drugie Drzwi Święte w więzieniu Rebibbia, na północny wschód od Rzymu. To miejsce szczególne, ponieważ w 1983 roku odwiedził je Papież Jan Paweł II, przebaczając Mehmetowi Ali Agcy, zamachowcowi, który dwa lata wcześniej usiłował go zamordować.
Drzwi Święte w pozostałych trzech bazylikach głównych otworzą ich odpowiedni arcykapłani. 29 grudnia 2024 roku kardynał Baldassare Reina otworzy Drzwi Święte Bazyliki Świętego Jana na Lateranie, katedry diecezji rzymskiej. Następnie, 1 stycznia 2025 roku, polski kardynał Stanisław Ryłko dokona otwarcia Drzwi Świętych Bazyliki Matki Bożej Większej. Ostatnie otwarcie odbędzie się 5 stycznia 2025 roku, kiedy to kardynał James Michael Harvey otworzy Drzwi Święte Bazyliki Świętego Pawła za Murami.
Jubileuszowe Msze inauguracyjne na świecie
W odróżnieniu od Jubileuszu Miłosierdzia z lat 2015-2016, tym razem diecezjom na całym świecie nie zaproponowano zakładania własnych Drzwi Świętych. Jednak we wszystkich katedrach świata zostaną odprawione jubileuszowe Msze inauguracyjne, planowane na niedzielę 29 grudnia 2024 roku.
za: imedia.news/Aleteia.pl
7 najważniejszych informacji o Jubileuszu 2025
fot. Dmitrii Eliuseev / Unsplash
***
24 grudnia rozpoczął się Rok Jubileuszowy 2025. Oto najważniejsze rzeczy, które warto wiedzieć o rozpoczynającym się Roku Świętym, którego hasłem jest: „Pielgrzymi nadziei”.
Początek Jubileuszu – 24 grudnia wieczorem zostały otwarte w Bazylice Watykańskiej Drzwi Świętych. Zakończenie Jubileusz – 6 stycznia 2026 r. w uroczystość Objawienia Pańskiego.
1. Początki Jubileuszu
Jubileusz to tradycja biblijna. Był obchodzony co 50 lat. Przypominał Izraelitom o darowanej im przez Boga wolności i godności. Do tej tradycji odwołał się sam Jezus, kiedy, rozpoczynając publiczną działalność, ogłaszał Rok Łaski od Pana. Kościół zaadaptował tradycję jubileuszy w 1300 r. Począwszy od 1475 r. są one obchodzone co 25 lat, aby każde pokolenie mogło doznać łaski Roku Świętego i uzyskać odpust zupełny.
2. Drzwi Święte
Rok Święty to czas duchowej odnowy. Istotnym środkiem jest tu odbycie pielgrzymki, przejście przez Drzwi Święte, symbolizujące Jezusa, który mówi o sobie, że jest dla nas bramą. Stąd znaczenie Rzymu. W odróżnieniu od ostatnich jubileuszy, tym razem Drzwi Święte zostaną otwarte wyłącznie w Wiecznym Mieście: w czterech bazylikach papieskich i więzieniu Rebibbia.
3. Spowiedź podstawą Jubileus
Podstawowym warunkiem odpustu jest spowiedź sakramentalna. Szeroki jest zakres praktyk, dzięki którym można uzyskać odpust zupełny. Podała je Penitencjaria Stolicy Apostolskiej, a można je przeczytać na stronie Penitencjarii: https://tinyurl.com/54944p6v
4. Kalendarz Jubileuszu
Stolica Apostolska przygotowała kalendarz Roku Świętego. Wyznaczono Jubileusze dla różnych kategorii wiernych: młodych, rodzin, katechetów, artystów, seminarzystów itd. Do Rzymu można przyjechać na jubileusz partykularny albo w jakimkolwiek innym terminie.
Dla pątników przygotowano różne trasy pielgrzymkowe w samym Rzymie. Najbardziej zakorzeniona w tradycji Wiecznego Miasta jest trasa siedmiu kościołów. Liczy ona 25 km i obok 4 bazylik papieskich obejmuje również bazylikę św. Sebastiana (nad katakumbami), Świętego Krzyża i św. Wawrzyńca. Wyznaczono też trasę upamiętniającą święte kobiety: doktorów Kościoła i patronki Europy, a także trasę po kościołach 27 krajów Unii Europejskiej.
5. Jubileusz w diecezjach
Z Jubileuszu nie są wykluczeni ci, którzy nie mogą odbyć pielgrzymki do Rzymu czy Ziemi Świętej. Mogą oni uczestniczyć w wydarzeniach organizowanych na szczeblu lokalnym i nawiedzać święte miejsca wyznaczone przez swego biskupa.
6. Portal Jubileuszu po polsku
Stolica Apostolska uruchomiła portal internetowy poświęcony Jubileuszowi 2025. Jest on obsługiwany również w języku polskim. https://www.iubilaeum2025.va/pl.html Można za jego pośrednictwem uzyskać kartę pielgrzyma oraz zarejestrować się na różne jubileuszowe wydarzenia.
7. Na bieżąco
Bieżące informacje o Roku Świętym będą publikowane na polskiej stronie Vatican News (www.vaticannews.va/pl) i w watykańskich mediach społecznościowych jak również w Radiu Watykańskim i w miesięczniku L’Osservatore Romano. W ramach duchowego przygotowania do Jubileuszu 2025 warto sięgnąć po bullę Papieża Franciszka „Spes non confudit” ogłaszająca Jubileusz oraz Encyklikę Benedykta XVI „Spe salvi”, ponieważ tematem obecnego Jubileuszu jest nadzieja.
Krzysztof Bronk, Vatican News pl
Regens Penitencjarii Apostolskiej: każdy konfesjonał to drzwi święte dla duszy
fot. Henryk Przondziono/Gość Niedzielny
***
Jubileusz jest czasem duchowej odnowy, nawrócenia i pojednania – mówi w wywiadzie dla Radia Watykańskiego-Vatican News bp Krzysztof Józef Nykiel, regens penitencjarii apostolskiej.
Podkreśla, że otwierane w tych dniach kolejne Drzwi Święte są znakiem bramy zbawienia otwartej przez Chrystusa. Drzwi święte to również konfesjonał. Sakramentalna spowiedź jest podstawowym warunkiem dla otrzymania odpustu.
Odpust uwalnia serce od ciężaru grzechu
Bp Nykiel wyjaśnia, że „odpust jest konkretnym przejawem Bożego miłosierdzia, które przekracza granice ludzkiej sprawiedliwości i je przemienia”. O jego znaczeniu przekonujemy się poznając życie świętych. „Patrząc na ich przykład widzimy, że łaska Boża może przemienić nawet największe słabości. Daje nam to nadzieję na przebaczenie naszych grzechów i wsparcie w podążaniu drogą do świętości. Odpust pozwala uwolnić serce od ciężaru grzechu, aby można było w pełnej wolności dokonać należnego zadośćuczynienia”.
Warunki odpustu
Regens penitencjarii apostolskiej przypomina, że aby „uzyskać odpust zupełny podczas Jubileuszu Roku 2025, wierni muszą spełnić pewne szczególne warunki, określone przez Kościół: spowiedź sakramentalna, Komunia Eucharystyczna, wyznanie wiary, modlitwa zgodnie z intencjami papieża, dzieło (dzieła) miłosierdzia, pielgrzymka do miejsc świętych, wewnętrzne oderwanie się od grzechu, nawet grzechu powszedniego”.
Pielgrzymować dla Chrystusa
Odwołując się do Bulli ogłaszającej Jubileusz Zwyczajny Roku 2025, bp Nykiel zauważa, że podstawowym elementem każdego wydarzenia jubileuszowego jest pielgrzymowanie. „Pielgrzymka w istocie przypomina osobistą wędrówkę wierzącego śladami Odkupiciela i wyraża sens naszej ludzkiej egzystencji. Jest ona, jak stwierdził św. Jan Paweł II, „jak wielka pielgrzymka do domu Ojca” (Tertio millennio adveniente, 35). Pielgrzymowanie, wyruszenie w drogę, nie oznacza tylko, tak po prostu, zmiany fizycznego miejsca, ale przemianę samego siebie. (…) W tym sensie pielgrzymka, która charakteryzuje ten rok, zaczyna się przed samą podróżą, przed wyruszeniem w drogę. Innymi słowy, jej punktem wyjścia jest decyzja o jej podjęciu, decyzja dla Chrystusa. (…) Bez niej trudno będzie przeżyć doświadczenie nawrócenia, zmiany egzystencji, aby ukierunkować ją na świętość Boga”.
Spowiedź stałym elementem pielgrzymki
Regens Penitencjarii Apostolskiej zaznacza też, że stałym punktem pielgrzymki, rozumianej jako doświadczenie nawrócenia, jest spowiedź. W niej „uznajemy nasze grzechy i przedstawiamy je Panu, prosząc o przebaczenie”. Bp Nykiel przypomina, że „kapłan jest szafarzem, czyli sługą, a jednocześnie roztropnym zarządcą Bożego miłosierdzia. Jemu powierzona jest poważna odpowiedzialność ‘odpuszczania lub zatrzymywania grzechów’ (por. J 20, 23)”.
Znaczenie Drzwi Świętych
Wskazując z kolei na znaczenie przejścia przez Drzwi Święte w bazylikach papieskich w Rzymie, regens Penitencjarii Apostolskiej wyjaśnia, że są one znakiem bramy prowadzącej do zbawienia duszy, a otwartej przez Chrystusa. „Stanowią wezwanie do przemiany życia, pojednania się z Bogiem i bliźnimi. Dlatego ich przekroczenie przywołuje przejście od grzechu do łaski, do którego każdy chrześcijanin jest powołany. Jest tylko jeden dostęp, który otwiera drzwi do życia w komunii z Bogiem. Tym dostępem jest Jezus, jedyna droga zbawienia”.
/Gość Niedzielny
27 grudnia
Trzeci dzień Oktawy Bożego Narodzenia
poświęcony jest św. Janowi Apostołowi
W liturgii obchody Bożego Narodzenia trwają osiem dni. Oktawa (łac. octavus – ósmy) jest to czas w liturgii obejmujący ważną uroczystość i siedem dni po niej następujących. Ma ona swoją wielowiekową tradycję. 27 grudnia, trzeci dzień oktawy, poświęcony jest św. Janowi Apostołowi.
Adobe Stock
***
Najwcześniej w III w. powstała oktawa Zmartwychwstania Pańskiego, w czasie której odbywały się nabożeństwa i katechezy dla nowo ochrzczonych dorosłych. Po przyjęciu chrztu w Noc Paschalną konieczne było wtajemniczenie (tzw. mistagogia) w pełniejsze rozumienie tajemnicy zbawienia (co działo się w oktawie). W VII wieku ukształtowała się oktawa Bożego Narodzenia, później Bożego Ciała i Najświętszego Serca Pana Jezusa.
W obrządku rzymskim odnowionym na polecenie Soboru Watykańskiego II zachowane zostały tylko dwie formalne oktawy: Wielkiej Nocy i Bożego Narodzenia.
Drugi dzień oktawy Bożego Narodzenia, 26 grudnia, poświęcony jest św. Szczepanowi, diakonowi i pierwszemu męczennikowi. Kult liturgiczny św. Szczepana znany jest od IV wieku. W państwie Karolingów, a następnie w innych krajach zachodnich i północnych św. Szczepan stał się patronem koni, dlatego 26 grudnia święcono owies. W niektórych parafiach zwyczaj ten nadal jest pielęgnowany.
Trzeci dzień oktawy, 27 grudnia, poświęcony jest św. Janowi Apostołowi. Jego kult liturgiczny istniał już od IV w. W dniu św. Jana święci się wino i podaje się wiernym do picia: Bibe amorem s. Joannis. To bardzo stara tradycja Kościoła, sięgająca czasów średniowiecza. Związana jest z pewną legendą, według której św. Jan miał pobłogosławić kielich zatrutego wina. Wersje tego przekazu są różne. Jedna mówi, że to cesarz Domicjan, który wezwał apostoła do Rzymu, by tam go zgładzić, podał mu kielich zatrutego wina. Św. Jan pobłogosławił go, a kielich się rozpadł.
Dziś ta tradycja ma inną wymowę. Głównym przesłaniem Ewangelii według św. Jana jest miłość. Dlatego, gdy podaje się owo wino, mówi się „pij miłość św. Jana”. Bo wino – sięgając do biblijnych korzeni – oznacza szczęście, radość, ale również cierpienie i miłość. Czerwony, a taki był najczęstszy jego kolor, to barwa miłości.
Czwarty dzień oktawy, 28 grudnia, to święto Młodzianków, wprowadzone do liturgii w V wieku. Młodziankowie to dzieci z Betlejem i okolicy, które niewinnie musiały oddać życie dla Chrystusa. Historia tego wydarzenia stała się treścią obchodu liturgicznego.
Dni następne, czyli 29, 30 i 31 grudnia, zgodnie z prawami oktawy są dalszym ciągiem obchodów Bożego Narodzenia. W tym czasie przypadają dwa wspomnienia dowolne – św. Tomasza Becketa, biskupa i męczennika (29 grudnia) i św. Sylwestra I, papieża (31 grudnia).
Z kolei Święto Świętej Rodziny, które Kościół katolicki co roku obchodzi w pierwszą niedzielę po Bożym Narodzeniu, w tegorocznej oktawie Bożego Narodzenia wypada 29 grudnia.
Kult Najświętszej Rodziny szerzył się w XVII w. jako spontaniczna reakcja na demoralizujące skutki wojny trzydziestoletniej (1618-1648), które w szczególny sposób dotknęły rodzin. Kult Najświętszej Rodziny zwracał wtedy uwagę na wzór życia rodzinnego.
Święto to zaczęto obchodzić systematycznie w różnych krajach począwszy od XVIII w., a zatwierdził je papież Leon XIII. Decyzją Benedykta XV zaczęto je obchodzić w całym Kościele. Na stałe do liturgii wprowadzono je za pontyfikatu Leona XIII, który na prośbę kard. Bausa, arcybiskupa Florencji, 20 listopada 1890 wydał dekret aprobujący “kult czci zwrócony ku Rodzinie Świętej”. Teksty liturgiczne na święto Najświętszej Rodziny ułożył Leon XIII. Jego dziełem też są przepiękne hymny kościelne, przeznaczone na ten dzień. Czytania tak są dobrane, by wyakcentować biblijne sceny, w których występuje rodzina. Teksty Pisma świętego podkreślają równocześnie obowiązki członków rodziny. W Niedzielę św. Rodziny Episkopat Polski ogłasza tradycyjnie list pasterski skoncentrowany wokół problematyki rodzinnej.
Ostatni dzień oktawy Bożego Narodzenia wypada 1 stycznia – uroczystość Maryi Bożej Rodzicielki. Jest to także Światowy Dzień Pokoju, z okazji którego Ojciec Święty ogłasza swe orędzie pokojowe, kierowane do wszystkich ludzi dobrej woli.
Kai/Tygodnik Niedziela
Ponad 365 mln chrześcijan prześladowanych na całym świecie
Papież Franciszek podczas modlitwy Anioł Pański w Watykanie nawiązując do przypadającego dziś święta św. Szczepana Pierwszego Męczennika wezwał także do modlitwy za chrześcijan prześladowanych z powodu swej wiary. „Maryjo, Królowo Męczenników, pomóż nam być odważnymi świadkami Ewangelii, dla zbawienia świata” – powiedział Ojciec Święty. Według międzywyznaniowej organizacji pomocowej Open Doors ponad 365 mln chrześcijan na całym świecie jest narażonych na wysoki poziom prześladowań i dyskryminacji ze względu na swoją wiarę – to jeden na siedmiu chrześcijan. Organizacja od ponad 30 lat opracowuje ranking 50 krajów o największych prześladowaniach chrześcijan.
“Białe Ukrzyżowanie” – Marc Chagall/ fot. Włodzimierz Rędzioch/Tygodnik Niedziela
***
Tylko w okresie od 1 października 2022 r. do 30 września 2023 r. zniszczono lub zamknięto 14 766 chrześcijańskich budynków, a 4998 chrześcijan zostało zabitych. Według Światowego Indeksu Prześladowań (ŚIP) 2024, liczba niezgłoszonych przypadków jest znacznie wyższa.
Według raportu, Korea Północna po raz kolejny znalazła się na szczycie negatywnego rankingu najcięższych prześladowań, a za nią uplasowały się Somalia, Libia, Erytrea, Jemen, Nigeria, Pakistan, Sudan, Iran i Afganistan. Najbardziej zaludnione kraje świata, Indie i Chiny, zajmują odpowiednio 11. i 19. miejsce.
Według ŚIP prześladowania nasiliły się w porównaniu z poprzednim rokiem, a dyskryminacja chrześcijan przejawia się w groźbach, wypędzeniach, a nawet zabijaniu wierzących. Prześladowcami są rządy, takie jak w Nikaragui (30. miejsce), które niszczą kościoły lub prześladują biskupów, a także grupy ekstremistyczne, które atakują wioski i miejsca kultu, tak jak to ma miejsce w Nigerii (6. miejsce). Ale klany plemienne i rodziny również prześladują krewnych, gdy ci przechodzą na wiarę chrześcijańską.
Według organizacji, przemoc wobec chrześcijan w okresie sprawozdawczym jest szczególnie widoczna w niszczeniu lub zamykaniu chrześcijańskich instytucji, takich jak szkoły, kościoły i szpitale. Kościoły w Chinach i Indiach są najbardziej zagrożone zamknięciem lub zniszczeniem. Podczas gdy w Chinach ograniczenia i kontrola pochodzą głównie od rządu, w Indiach to “agresywne tłumy” przeprowadzają ataki na kościoły. Według raportu, co najmniej 160 chrześcijan w Indiach zostało zamordowanych przez hinduskich nacjonalistów z powodu ich wiary, w porównaniu do 17 w poprzednim roku. W samym stanie Manipur w 2023 r. zniszczono ponad 400 kościołów.
Pod rządami komunistycznej dyktatury w Korei Północnej chrześcijanie są zmuszani do praktykowania swojej wiary w „podziemiu” i grozi im przymusowa praca, jeśli zostaną odkryci. Według szacunków Open Doors, w Korei Północnej jest około 200 000 więźniów politycznych i religijnych, z czego od 50 000 do 70 000 uważa się za uwięzionych z powodu wiary chrześcijańskiej.
Ponadto sytuacja wierzących chrześcijan w Afryce Subsaharyjskiej nadal dramatycznie się pogarsza. Według raportu, podobnie jak w poprzednich latach, większość zabójstw chrześcijan miała miejsce w krajach na południe od Sahary, a sprawcami były głównie grupy islamistyczne. W samej Nigerii (6. miejsce w rankingu) zabito co najmniej 4118 wiernych. Jednak radykalne grupy islamskie, które wykorzystują niestabilne warunki polityczne, są szeroko rozpowszechnione na całym kontynencie afrykańskim. Działania fundamentalistycznych organizacji islamskich można zaobserwować na przykład w Burkina Faso (20. miejsce), Mali (14. miejsce), Mozambiku (39. miejsce), Nigerii (6. miejsce) i Somalii (2. miejsce).
Na Bliskim Wschodzie fala emigracji ludności chrześcijańskiej wciąż nie ustała. Z powodu przemocy, kryzysu gospodarczego i wypędzeń, wielu chrześcijan wycofuje się z życia publicznego lub emigruje. Jako przykład podano również północnosyryjski region Afrin, gdzie tureccy żołnierze zmusili do ucieczki całą ludność chrześcijańską.
Według ŚIP, rząd prezydenta Ortegi w Nikaragui jest również coraz bardziej wrogo nastawiony do chrześcijan i doprowadził do zamknięcia kościołów, stacji radiowych i uniwersytetów, a księża i zakonnice zostali wydaleni z kraju. W sumie – od maja 2018 do lipca 2024 – doszło do 870 udokumentowanych ataków na Kościół katolicki. Tylko w 2024 roku reżim wydalił z kraju 36 duchownych, w tym dwóch biskupów, a wielu kapłanów przetrzymywanych jest w więzieniach. W ostatnich miesiącach nikaraguańskie władze wprowadziły m.in. podatek od jałmużny i zdelegalizowały Caritas. Zdelegalizowana została też działalność Zakonu Braci Mniejszych Kapucynów i Towarzystwa Jezusowego a już wcześniej kraj ten musiały opuścić m.in. misjonarki miłości.
Raport PKWP
Z kolei według najnowszego raportu Papieskiego Stowarzyszenia Pomoc Kościołowi w Potrzebie (PKWP) przemoc, dyskryminacja i inne naruszenia praw człowieka nasiliły się w wielu krajach. W raporcie zatytułowanym „Prześladowani i zapomniani” zbadano sytuację chrześcijan w 18 krajach w okresie od lata 2022 r. do lata 2024 r.
Według raportu sytuacja chrześcijan jest szczególnie zła w Afryce. Epicentrum islamistycznej przemocy rozprzestrzeniło się tam z Bliskiego Wschodu. Wiele społeczności chrześcijańskich ucieka z powodu ataków islamistów, co rodzi pytanie, w jaki sposób Kościół może przetrwać w tych regionach w dłuższej perspektywie.
W Nigerii porwania księży i pracowników kościelnych są na porządku dziennym. Chrześcijanie są również dyskryminowani w miejscu pracy, w polityce i w wymiarze sprawiedliwości.
Ponadto chrześcijanie w krajach takich jak Chiny, Erytrea i Iran są postrzegani jako wrogowie państwa. W jeszcze innych krajach wyznawcy Chrystusa i inne mniejszości są coraz bardziej prześladowani przez prawo. W raporcie wielokrotnie opisywano również uprowadzenia i przymusowe nawrócenia chrześcijańskich kobiet i dziewcząt lub obraźliwe teksty o chrześcijanach w podręcznikach szkolnych.
W raporcie odnotowano jednak także jeden pozytywny przykład: nastąpiła niewielka poprawa sytuacji chrześcijan w Wietnamie m. in. dlatego, że kraj nawiązał stosunki dyplomatyczne ze Stolicą Apostolską.
Kai/Tygodnik Niedziela
#RedWeek w Polsce
W najbliższą sobotę – na znak pamięci o chrześcijanach prześladowanych za wiarę – Jasna Góra zostanie podświetlona na czerwono. Tego samego dnia ulicami Poznania przejdzie marsz milczenia. Poznań i Częstochowa włączają się w ogólnoświatową kampanię #RedWeek, organizowaną przez Papieskie Stowarzyszenie Pomoc Kościołowi w Potrzebie.
Biuro Prasowe PKWP Polska
RedWeek to kampania o wymiarze ogólnoświatowym. Polska sekcja Papieskiego Stowarzyszenia Pomoc Kościołowi w Potrzebie włącza się w nią po raz drugi. Symboliczne podświetlenie m.in. kościołów i miejsc administracji publicznej ma zwrócić uwagę na dramatyczną sytuację chrześcijan prześladowanych za wiarę. Milionom osób na całym świecie odbiera się prawo do swobodnego wyznawania wiary. Tysiące z nich za przyznanie się do Chrystusa zapłaciło cenę życia.
„Chcemy zwrócić uwagę na naszych Braci i Siostry, którzy codziennie rano wstają ze świadomością, że z powodu wiary spotka ich dyskryminacja, ich życie może być zagrożone, a majątek zniszczony” – podkreśla dyrektor Biura PKWP w Poznaniu Tomasz Zawal. Tłumaczy, że „akcja wskazuje na prześladowanych z imienia i nazwiska”. „Kiedy słyszymy imię zamordowanej osoby, widzimy jej zdjęcie, nawiązuje się między nami więź z tą konkretną Siostrą, z tym konkretnym Bratem” – dodaje.
Akcji promującej kampanię RedWeek towarzyszą infografiki, na których znajdziemy imię, a także datę i miejsce śmierci chrześcijan oddających życie za Jezusa. Wśród zamordowanych są m.in. 14-letni Samaru Madkami, zabity w Indiach przez grupę hinduistycznych fanatyków. Chłopiec został poćwiartowany na kawałki. Jego rodzina przyjęła chrześcijaństwo trzy lata temu. Od tego czasu byli stale prześladowani przez mieszkańców swojej wioski. W Nigerii 27 maja 2020 roku zamordowana została Uwavera Omozuwa. Kobieta zginęła w kościele. Według lokalnych mediów, została zgwałcona i uderzona gaśnicą.
Akcja RedWeek została zainaugurowana w Wielkiej Brytanii. Biuro londyńskie Papieskiego Stowarzyszenia Pomoc Kościołowi w Potrzebie w 2015 roku podświetliło kilka budynków, w tym krajowy parlament. Z czasem kampania nabrała wydźwięku międzynarodowego. Na czerwono podświetlane są m.in. figura Chrystusa w Rio de Janeiro, Koloseum w Rzymie i Bazylika Sacre Coeur w Paryżu. „W niektórych krajach RedWeek ma spektakularny zasięg. Na Filipach to 75 diecezji i 2 tys. kościołów. W Holandii to ponad 130 kościołów” – mówi Tomasz Zawal z Biura PKWP w Poznaniu.
W Polsce w akcję włączają się Sanktuarium Matki Bożej Różańcowej (oo. jezuici) w Poznaniu, Parafia św. Piotra z Alkantary i św. Antoniego z Padwy w Węgrowie, a także Jasna Góra. „Chcemy wyrazić naszą solidarność z tymi wszystkimi, którzy cierpią z Chrystusem. To Chrystus cierpi w tych ludziach, w tych społecznościach, w tych narodach” – podkreśla kustosz Jasnej Góry o. Waldemar Pastusiak.
W najbliższą sobotę w Poznaniu z Placu Wolności o godz. 17.00 wyruszy marsz milczenia pod hasłem „Zabijani w ciszy”. „Ta cisza może być dużo bardziej wymownym znakiem w otaczającej nas cywilizacji hałasu, informacji i zgiełku” – podkreśla Tomasz Zawal. Uczestnicy mają mieć ze sobą czerwone lampiony i czerwone elementy garderoby. „Dojdą do kościoła ojców jezuitów na ul. Szewskiej i tam na placu przed kościołem, którego elewacja będzie podświetlona czerwonym światłem, obejrzą krótki film oraz wysłuchają świadectw zamordowanych chrześcijan” – dodaje dyrektor Biura PKWP w Poznaniu. Na godz. 18.00 zaplanowano Mszę św. w Sanktuarium Matki Bożej Różańcowej.
Tego samego dnia na czerwono zostanie podświetlona wieża Jasnej Góry. „Tą akcją chcemy zachęcić wszystkich do modlitwy za cały Kościół Cierpiący; za cały Kościół Prześladowany. Naszą modlitwą ogarniamy też tych wszystkich, którzy prześladują chrześcijan. Prosimy dla nich o łaskę opamiętania” – podkreśla o. Waldemar Pastusiak, kustosz Jasnej Góry.
W Poznaniu akcję honorowym patronatem objął przewodniczący Konferencji Episkopatu Polski ks. abp Stanisław Gądecki.
Papieskie Stowarzyszenie Pomoc Kościołowi w Potrzebie / Kai / Tygodnik Niedziela
Niedziela 29 grudnia 2024
Niech Rok Jubileuszowy będzie czasem łaski, nadziei i przebaczenia
List pasterski Konferencji Episkopatu Polski na Niedzielę Świętej Rodziny
fot. Jakov Pleše / Cathopic
***
Drodzy Bracia i Siostry,
Zanim na całym świecie rozpocznie się wielkie odliczanie w sylwestrową noc, a zegary, wybijając północ, obwieszczą początek roku 2025, już dziś – decyzją papieża Franciszka – we wszystkich katedrach i konkatedrach na świecie – otwieramy Rok Święty. Papież pragnie, aby był to dla całego Kościoła czas intensywnego doświadczenia łaski, nadziei i przebaczenia. Dlaczego właśnie to za nimi mamy podążać w tym szczególnym czasie? Przebaczenie – jak pisze papież Franciszek – „nie zmienia przeszłości, nie może zmienić tego, co już się wydarzyło; a mimo to przebaczenie może umożliwić przemianę przyszłości i życie w odmienny sposób, bez urazy, rozgoryczenia i zemsty. Przyszłość oświecona przebaczeniem pozwala na odczytanie przeszłości innymi, bardziej pogodnymi oczami, choć wciąż wyżłobionymi łzami” (Bulla Spes non confundit, 23). Chcemy dziś całemu Kościołowi i światu przypomnieć, że „nadzieja zawieść nie może” (Rz 5, 5).
Wszyscy potrzebujemy małych i większych nadziei, które dzień po dniu podtrzymują nas w drodze. Jednak bez wielkiej nadziei, która musi przewyższać pozostałe, są one niewystarczające. Tą wielką nadzieją może być jedynie Bóg, który ogarnia wszechświat, i który może nam zaproponować i dać to, czego sami nie możemy osiągnąć (Benedykt XVI, Spe salvi, 31). Dlatego raz jeszcze chcemy Was, Bracia i Siostry, dziś – w święto Świętej Rodziny – zachęcić do nieco innego spojrzenia na żłóbek, do zatrzymania się nad codziennością Jezusa, Maryi i Józefa. Do odkrycia, że w Betlejem rodzi się prawdziwy Dawca nadziei.
Kochani młodzi. Nie chcemy traktować Waszych problemów jako błahe. Pragniemy dołożyć wszelkich starań, aby usłyszeć Wasze tęsknoty, pragnienia, dylematy i lęki. Przecież to na Was i na Waszym entuzjazmie opiera się przyszłość, to Wy jesteście teraźniejszością Kościoła. Wspaniale jest widzieć, jak wyzwalacie z siebie energię, na przykład gdy zakasujecie rękawy, angażując się w sytuacjach dramatycznych i trudnościach społecznych. Nie dajcie sobie odebrać nadziei, dotyczącej tego co tu i teraz oraz jutra. Uwierzcie, że nadzieja nie jest matką tchórzliwych, ale źródłem prawdziwej odwagi życia, podejmowania wyzwań, które pozwalają wyjść z poczucia bezradności i zupełnej klęski, która rodzi depresję (Jan Andrzej Kłoczowski OP, Odwaga dobrego życia).
Drodzy rodzice, nieraz niewyspani przez nocne pobudki najmłodszych, może załamani kłótniami z własnymi dziećmi albo odmawiający kolejny różaniec, prosząc o nawrócenie swoich pociech. Niejednokrotnie potrzebujecie usłyszeć i oprzeć Waszą wiarę na fundamencie słowa: „Nadzieja zawieść nie może, ponieważ miłość Boża rozlana jest w sercach naszych przez Ducha Świętego, który został nam dany” (Rz 5, 1-2.5). Wszyscy potrzebujemy na nowo odkryć, że nadzieja rodzi się w istocie z miłości i opiera się na miłości, która wypływa z Serca Jezusa przebitego na krzyżu: „Jeżeli bowiem, będąc nieprzyjaciółmi, zostaliśmy pojednani z Bogiem przez śmierć Jego Syna, to tym bardziej, będąc już pojednani, dostąpimy zbawienia przez Jego życie” (Rz 5, 10).
W sytuacjach przepracowania, lęków, doświadczenia własnej kruchości, problemów ze zdrowiem, troski o przyszłość, z wiarą i odwagą przypominamy, że przez ciemność przebija się światło: odkrywamy, jak ewangelizacja podtrzymywana jest przez moc płynącą z krzyża i zmartwychwstania Chrystusa (Bulla Spes non confundit, 4). Drodzy małżonkowie, czyż znakiem wielkiej nadziei dla świata nie będzie dziś moment odnawiania przez Was przyrzeczeń małżeńskich, gdy przypomnicie światu, że miłość jest większa niż śmierć?! Świat potrzebuje Waszego świadectwa miłości i nadziei, Waszej lekcji mocy sakramentu małżeństwa. W tym, czego doświadczacie, niech umocnieniem będą słowa św. Jana Pawła II: „Niech nasza nadzieja będzie większa od wszystkiego, co się nadziei może sprzeciwić”. W dzisiejszym drugim czytaniu św. Jan wydaje okrzyk zachwytu nad wielkością miłości, którą obdarzył nas Bóg (por. 1 J 3, 1-2). W Jezusie staliśmy się wszyscy synami i córkami Boga. Może za rzadko i zbyt słabo uświadamiamy sobie naszą godność bycia dziećmi Boga.
Drodzy seniorzy, mający poczucie, że Wasza wiedza i doświadczenie mogłyby uratować najbliższych od popełnienia niejednego błędu. Chcemy w tym Roku Świętym przypomnieć, że jesteście skarbem Kościoła i świata. W sposób szczególny chcemy się zwrócić do dziadków i babć, którzy przekazujecie wiarę i mądrość życiową młodszym pokoleniom. Życzymy, abyście wsparci wdzięcznością dzieci oraz miłością wnuków, które znajdują w Was zakorzenienie, zrozumienie i otuchę, mogli oglądać piękne owoce swojego życia (Bulla Spes non confundit, 14).
Chcemy dziś razem z Wami, drodzy Bracia i Siostry, zawalczyć o teraźniejszość. Jeśli przeszłość jest historią, a przyszłość tajemnicą, to teraźniejszość jest darem. Jezus przychodzi więc do naszej teraźniejszości, do naszego dzisiaj, do tego świata, do naszych problemów i dylematów. Ale nie zapominamy, że On jest też Panem przyszłości. Dlatego lęk o to, co przed nami, chcemy zastąpić nadzieją i zaufaniem. Często brakuje nam takiej odwagi i nadziei. Jedną z konsekwencji tego jest dziś utrata pragnienia przekazywania życia, co ma wiele przyczyn: niepewność jutra, brak gwarancji zatrudnienia i odpowiedniej ochrony socjalnej oraz modele społeczne, w których program dyktuje pogoń za zyskiem, a nie pielęgnowanie relacji, które są fundamentem ludzkiego szczęścia. Misja dzielenia się życiem potrzebuje wsparcia od nas wszystkich, ponieważ pragnienie młodych ludzi rodzenia nowych synów i córek, jako owoc płodności ich małżeńskiej miłości, daje przyszłość każdemu społeczeństwu i jest kwestią nadziei: zależy od nadziei i rodzi nadzieję (Bulla Spes non confundit, 9).
Konieczne jest zatem zwrócenie uwagi na wiele dobra obecnego w świecie, aby nie ulec pokusie przekonania o byciu pokonanym przez zło i przemoc. Prawdziwą szkołą nadziei jest modlitwa (Benedykt XVI, Spe salvi, 32). Ona poszerza nasze serca, przestrzega przed koncentrowaniem na sobie samym, gdyż jest procesem oczyszczenia wewnętrznego, który czyni nas otwartymi na Boga, a przez to otwartymi na ludzi. W takim duchu zachęcamy do regularnej praktyki modlitwy osobistej, małżeńskiej i rodzinnej. W życiu duchowym także potrzeba konkretnych decyzji. Podejmijmy to wyzwanie; niech to będzie codzienna modlitwa w ciszy przez kilka czy kilkanaście minut. Niech rodzice zadbają o to, by codziennie uklęknąć ze swoimi dziećmi, pozwalając im modlić się własnymi słowami. Niech modlitwa od dziś stanie się pobożnym i godnym pochwały zwyczajem, z którego nie będziemy rezygnować.
Niech ten Rok Jubileuszowy będzie czasem wybaczania sobie i innym, ale też proszenia o wybaczenie. Często najbardziej bezwzględni w ocenie jesteśmy wobec siebie i najbliższych. Niech Rok Święty przynagli nas do odkrycia Miłosierdzia Bożego, które nie ma granic. Boga, który niestrudzony czeka na każdego. Zachęcając do otwarcia się na nieskończone miłosierdzie, przypominamy, że odpust jubileuszowy jest przeznaczony w szczególny sposób dla tych, którzy odeszli przed nami, aby mogli otrzymać pełnię miłosierdzia (Bulla Spes non confundit, 22).
Dzisiaj, w święto Świętej Rodziny, jeszcze mocniej chcemy przypomnieć, że jako Kościół tworzymy wspólnotę, w której nikt nie jest sam. U progu nowego roku kalendarzowego, chcemy Wam, Bracia i Siostry, życzyć zaufania i nadziei, jakie miała Święta Rodzina. Idąc za słowami psalmu: „Powierz Panu swoją drogę i zaufaj Mu: On sam będzie działał” (Ps 37, 5), warto zwrócić uwagę, że zarówno Maryja jak i św. Józef, wyjścia z trudnych sytuacji nie szukali na własną rękę. Zaufać Bogu, oznacza także zrobić Mu miejsce, by mógł działać.
Podsumowując mijający czas, bądźmy dla siebie wyrozumiali i doceniajmy dobro, które było naszym udziałem. Witając rok 2025, pamiętajmy, że liczba ta jest odliczana od narodzin Jezusa Chrystusa, Pana ludzkich dziejów i historii świata. Dlatego nie lęk, ale zaufanie i nadzieja niech towarzyszą nam każdego dnia! Dobrej zabawy dla świętujących sylwestra, spokojnej nocy dla witających go w ciszy. Wielkich owoców Roku Jubileuszowego: łaski, nadziei, przebaczenia, a nade wszystko miłości.
Podpisali pasterze Kościoła katolickiego w Polsce obecni na 399. Zebraniu Plenarnym Konferencji Episkopatu Polski na Jasnej Górze, 19 listopada 2024 roku
e-Kai
Ta ikona mówi
Kto na nią spojrzy, ten jakby zaglądał przez dziurkę w rzeczywistość domu Jezusa, Maryi i św. Józefa. Ikona Świętej Rodziny znajduje się w instytucie Jej imienia w Łomiankach koło Warszawy.
***
W przypadająca dziś niedzielę Świętej Rodziny przyjrzyjmy się temu wizerunkowi.
Wspólnota Jezusa, Maryi i św. Józefa (gr. hagios oikos = Święta Rodzina, Święty Dom) rzeczywiście widziana na nim jakby przez dziurkę od klucza: jej charakterystyczny kształt tworzy zielone koło (symbol obecności Ducha Świętego) oraz pionowe kolumny i pozioma linia najniższego stopnia schodów.
Postacie członków Świętej Rodziny układają się w kształt krzyża. Jego pionowa belka to błogosławiąca dłoń Boga Ojca oraz postać Jezusa – wszystko to w kolorze złoty i żółtym, zarezerwowanym w symbolice ikony dla tego, co boskie. Belkę poziomą wyznacza rytm dłoni Pana Jezusa, Matki Bożej i św. Józefa.
– Ten krzyż to dla mnie symbol harmonii powołań: do życia rodzinnego i bezżennego. To promocja obu tych dróg do świętości – mówi przełożony Instytutu Życia Konsekrowanego Świętej Rodziny w Łomiankach ks. Rafał Chruśliński.
Ramiona Boga Człowieka są otwarte jak dłonie kapłana podczas Mszy świętej. – Zapraszają: “Przyjdźcie do mnie wszyscy, którzy utrudzeni i obciążeni jesteście, a Ja was pokrzepię”. To także zaproszenie do przyjęcia Bożego orędzia o rodzinie – mówi ks. Rafał.
Dodaje, że jedna dłoń Maryi i jedna dłoń św. Józefa są złożone, jakby schowane za postacią Jezusa. – To symbol prawa rodziny do intymności – podkreśla.
Zwraca też uwagę na schody, po których Jezus jakby schodzi do ludzkości. – Bóg w Chrystusie przyjmuje wszystko, co ludzkie (prócz grzechu). Chce żyć w ludzkiej rodzinie, w konkretnym miejscu i czasie, chce rosnąć w niej bez żadnych skrótów. To rodzina realna, nie wyidealizowany symbol – zauważa ks. Chruśliński.
Autorka ikony s. Miriam, która żyje obecnie jako pustelnica przy karmelu w Szczecinie, kojarzy przedstawione na ikonie schody i kolumny z Kościołem. – Sakramentalna przynależność małżeńska jest obrazem stosunku Chrystusa do Kościoła – pisze s. Miriam.
Analizuje też użyte przez siebie kolory. Czerwień sukni Matki Bożej wyraża miłość, piękno i młodość, ale także zmaganie, walkę. Kolor niebieski Jej szaty to barwa tego, co duchowe, niematerialne. Oznacza nieskończoność. Zaś fiolet szaty św. Józefa to barwa mówiąca o przesunięciu swoistego napięcia z tego, co wewnętrzne na to co zewnętrzne, z tego co biologiczne na to co duchowe.
To oczywiście tylko część symboliki tego wizerunku. Naturą ikony jest jej wielopoziomowość, mnogość znaczeń i symboli.
Ikona Świętej Rodziny powstała w 1982 r. Ma rozmiary 105×170 cm. S. Miriam napisała ją na prośbę abp. Kazimierza Majdańskiego, założyciela instytutu Świętej Rodziny. Był on także jedną z głównych postaci pierwszego synodu, poświęconego rodzinie. Miał on miejsce w 1980 r. Rok później św. Jan Paweł II wydał posynodalną adhortację “Familiaris Consortio”. Jak mówi ks. Chruśliński, opisywana ikona jest jakby owocem tego synodu.
Co ciekawe, wizerunek ten powstał w czasie, gdy Polska pogrążeni byli w ciemności stanu wojennego. Gdy myśli Polaków kłębiły się wokół zupełnie innych tematów, mniszka ze Szczecina stworzyła ikonę, której uniwersalne przesłanie promieniuje na życie wielu rodzin.
Może dziś, w niedzielę Świętej Rodziny, warto samemu pomedytować nad tą ikoną?
Jarosław Dudała/Gość Niedzielny
„Czuwajmy z Maryją” – Sylwester na Jasnej Górze
Jasna Góra pożegna stary rok na modlitwie i modlitwą powita nowy 2025 rok. W sylwestrowy wieczór po Apelu, o godz. 21.30, w Kaplicy Matki Bożej rozpocznie się nocne czuwanie połączone z modlitwą o pokój. O północy odprawiona zostanie Msza św. Czuwanie potrwa do 4.00 rano.
fot. Karol Porwich/Tygodnik Niedziela
***
Czuwanie rozpocznie się tuż po Apelu Jasnogórskim konferencją „Maryja, Gwiazda Nadziei” opartą o encyklikę Benedykta XVI „Spe salvi” o nadziei chrześcijańskiej. – To Maryja prowadzi nas do Chrystusa, który jest źródłem naszej stabilności, i wewnętrznej, i zewnętrznej – podkreśla o. Jakub Szymczycha.
Przypomina, że Benedykt XVI szczególną, niezawodną rolę w czynieniu naszej nadziei przypisuje Maryi, którą nazywa Gwiazdą nadziei. Najświętsza Maryja Panna już w momencie Zwiastowania stała się znakiem spełnienia się nadziei mesjańskiej i przez swoje „fiat” przyczyniła się do jej wypełnienia poprzez swoje dzieje. Któż bardziej niż Maryja – pisał Benedykt – mógłby być gwiazdą nadziei dla nas – Ona, która przez swoje „tak” otwarła Bogu samemu drzwi naszego świata; Ona, która stała się żyjącą Arką Przymierza, w której Bóg przyjął ciało, stał się jednym z nas, pośród nas „rozbił swój namiot” (por. J 1, 14).
Temat czuwania nawiązuje też do rozpoczynającego się Roku Jubileuszowego – zapowiada paulin. Zauważa, że papież Franciszek, zapowiadając ten Rok Święty pod znakiem nadziei, podobnie jak Benedykt XVI mówi o tym, że życie jest jak wzburzone morze. Jest nim wzbierające zło. – A papież Franiczek zachęca nas, abyśmy zła nie adorowali, ale abyśmy zwrócili nasze oczy ku Kotwicy, ku Chrystusowi, ku Gwieździe, którą jest Maryja, ta, która zawsze daje nam Chrystusa – podkreśla o. Jakub. Jak wyjaśnia prawdziwe spotkanie z nadzieją jest możliwe jedynie przez Chrystusa. To Syn Boży stanowi centrum życia nadzieją dla każdego chrześcijanina i źródło każdej nadziei wierzących w Niego.
W programie czuwania oprócz konferencji, zaplanowano adorację Najświętszego Sakramentu, Eucharystię o północy, modlitwę o pokój. Czuwanie zakończy się ok. 4.00 nad ranem.
Kai/Tygodnik Niedziela/Jasna Góra
***
WTOREK 31 GRUDNIA
W TEN OSTATNI WIECZÓR STAREGO ROKU W KOŚCIELE ŚW. PIOTRA BĘDZIE ADORACJA PRZED NAJŚWIĘTSZYM SAKRAMENTEM OD GODZ.18.00
***
O GODZ. 19.00 – MSZA ŚW.DZIĘKCZYNNA ZA KOŃCZĄCY SIĘ ROK 2024 I Z PROŚBĄ O BOŻE BŁOGOSŁAWIEŃSTWO NA NOWY ROK 2025.
***
W NOWY ROK MSZA ŚW. O GODZ. 14.00
PANU BOGU WSZECHMOGĄCEMU, KTÓRY JEST PEŁEN MIŁOSIERDZIA, BĄDŹMY PEŁNI WDZIĘCZNOŚCI ZA DAR KOLEJNEGO CZASU, W KTÓRYM ŁASKA NAWRÓCENIA MOŻE ULECZYĆ NASZE PORANIONE SERCA.
DLATEGO NIE ZMARNUJMY BOŻEGO ZAPROSZENIA. WEJDŹMY W ADWENTOWĄ LITURGIĘ KOŚCIOŁA.
***
Wielkie O! Antyfony o niezwykłej treści
Zestawienie pierwszych liter antyfon wielkich, czytane od tyłu, daje zawołanie, które jest istotą ostatnich dni Adwentu.
fot. Józef Wolny/Tygodnik Niedziela
***
Od 17 grudnia w aklamacjach śpiewanych przed Ewangelią pojawiają się antyfony o niezwykłej treści. „Korzeniu Jessego, który stoisz jako sztandar narodów, przyjdź nas uwolnić, racz dłużej nie zwlekać” – słyszymy 19 grudnia. „Kluczu Dawida, który otwierasz bramy wiecznego królestwa, przyjdź i wyprowadź z więzienia jeńca siedzącego w ciemnościach” – rozbrzmiewa w kościołach następnego dnia. To niektóre z wezwań tzw. antyfon wielkich, śpiewanych w ostatnich dniach przed Narodzeniem Pańskim. Ich brzmienie i styl zdradzają wielowiekową tradycję. Istotnie – powstały pod koniec VI wieku, gdy na gruzach Imperium Rzymskiego w bólach rodziło się średniowiecze. Straszne to były czasy dla spadkobierców chwały dawnego Rzymu. Przez Europę przewalały się dzikie ludy, wywracając ustalony od wieków porządek, mordując lub porywając ludzi tysiącami i zajmując ich siedziby. Obrazu totalnej zagłady dopełniały kataklizmy naturalne i zarazy koszące całe społeczności. W takich okolicznościach na Stolicy Piotrowej zasiadł Grzegorz I (590–604), któremu chrześcijanie nadadzą niebawem przydomek Wielki, a Kościół wyniesie go do chwały ołtarzy, aby wreszcie ogłosić doktorem Kościoła. To za jego pontyfikatu ustalono, że Adwent w wersji rzymskiej będzie trwał 4 tygodnie, i to on wprowadził do liturgii antyfony wielkie, których treść w niezrównany sposób wyraża tęsknotę za Zbawicielem. W jego czasach ludzie, wciąż niepewni nie tylko swojego jutra, ale nawet swego dziś, zdawali sobie sprawę z chwiejności spraw tego świata. Byli zatem bardziej świadomi swojej rzeczywistej kondycji, niż są jej świadomi ludzie współcześni, żyjący w pozornej stabilizacji. Słowo Boże pozostaje jednak niezmienne. I niezmiennie aktualne pozostają zakorzenione w Starym Testamencie słowa tęsknoty. To esencja Adwentu.
Skąd się to wzięło
Mrok słabo rozjaśniony światłami lampionów – to pierwsze skojarzenie, jakie przychodzi na myśl w odniesieniu do Adwentu. Nastrój tajemniczości, jaki towarzyszy przygotowaniu na przyjście Zbawiciela, dobrze wyraża istotę tego okresu – czekamy przecież na nadejście wieczystej światłości. Takie jest znaczenie łacińskiego słowa adventus: przyjście, przybycie. Już w starożytności chrześcijanie określali tym słowem podwójne nadejście Chrystusa. Pierwsze odnosiło się do Mesjasza, który przyjął ciało i narodził się, gdy nadeszła „pełnia czasu”. Drugie dotyczy przyjścia Chrystusa w czasie paruzji.
Na początku chrześcijanie „adwentem” nazywali święta Bożego Narodzenia i Objawienia Pańskiego, a dopiero później zaczęto używać tego określenia na oznaczenie czasu przygotowania do tych świąt. Mogło to być najwcześniej w drugiej połowie IV wieku, bo dopiero wówczas na stałą datę obchodów Narodzenia Pańskiego wyznaczono 25 grudnia. Nie od razu jednak wyznaczono jednolity czas trwania Adwentu. Długo obok siebie istniały tradycje gallikańska i rzymska. Ta pierwsza nadała Adwentowi charakter pokutny, powiązany z postem i wzmożoną modlitwą, nieco podobny w atmosferze do Wielkiego Postu. W Rzymie było inaczej. Tam obchody Adwentu wprowadzono dopiero w drugiej połowie VI wieku i nie miały one charakteru pokutnego. Nie poszczono, położono za to akcent na liturgię, która podkreślała radosne oczekiwanie na święta Narodzenia Pańskiego.
Z upływem czasu doszło do połączenia obu tradycji, wskutek czego Adwent przyjął formę istniejącą do dzisiaj. W liturgii obecne są elementy rzymskie, akcentujące radosne oczekiwanie, a także gallikańskie, podkreślające rys ascetyczny w postaci koloru fioletowego i braku śpiewu Gloria (brak ten nie jest jednak wyrazem pokuty, jak w Wielkim Poście, ale oczekiwania na pełne wybrzmienie tego hymnu w noc Narodzenia Pańskiego).
Nowa forma była propagowana zwłaszcza przez benedyktynów i cystersów. W XIII w., w znacznym stopniu za sprawą nowych zakonów, takich jak franciszkanie, rozpowszechniła się w całym Kościele.
Im bliżej, tym gęściej
Adwent w obecnym kształcie otwiera rok liturgiczny i obejmuje cztery niedziele poprzedzające 25 grudnia. W zależności od kalendarza może więc trwać od 23 do 28 dni. Dzieli się na dwa okresy. Pierwszy, trwający od początku Adwentu do 16 grudnia, akcentuje powtórne przyjście Jezusa na końcu czasów. Znajduje to odbicie w tekstach liturgicznych.
Okres drugi, nawiązujący już bezpośrednio do uroczystości Narodzenia Pańskiego, koncentruje się na wezwaniu do powrotu do dziecięctwa Bożego. Obie części łączą czytania z Księgi Izajasza, które zapowiadają nadejście Mesjasza albo wyrażają tęsknotę za Nim. Przyjście Zbawiciela jest powodem do radości, co najmocniej podkreśla liturgia III niedzieli Adwentu, zwanej niedzielą Gaudete. Tego dnia antyfona na wejście brzmi: Gaudete in Domino (Radujcie się w Panu). Radość tę symbolizuje kolor różowy, którego można użyć podczas liturgii. Również teksty liturgiczne w tym dniu wyrażają radość z bliskiego już przyjścia Pana.
Atmosfera ostatnich dni Adwentu, poczynając od 17 grudnia, gęstnieje. Przyczyniają się do tego wspomniane wielkie antyfony, zwane także antyfonami „O!”, bo w oryginalnej wersji każda z nich zaczyna się od tego wołacza. Treść owych krótkich wezwań modlitewnych, adresowanych do Chrystusa, pochodzi ze Starego Testamentu, a pojawiające się tam imiona Boże są głęboko zakorzenione w proroctwach mesjańskich. O Sapientia, quae ex ore Altissimi prodisti… – brzmi początek pierwszej (O Mądrości, która wyszłaś z ust Najwyższego…). Kolejne zaczynają się od słów: O Adonai (Panie); O Radix (Korzeniu); O clavis David (Kluczu Dawida); O Oriens (Wschodzie); O Rex (Królu); O Emmanuel.
Pierwsze litery antyfon, zebrane razem i odczytane od tyłu, tworzą tajemnicze łacińskie hasło ERO CRAS (Będę jutro).
Żywy zabytek
Wielkie antyfony śpiewa się przed hymnem „Magnificat” podczas nieszporów w ostatnich dniach Adwentu. Od Soboru Watykańskiego II są obecne w uproszczonej formie także we Mszy św., w wersecie śpiewanym przed Ewangelią. Są to jakby okrzyki radości na cześć nadchodzącego Pana, zapowiadanego w proroctwach.
Według tradycji antyfony „O” wprowadził do liturgii papież św. Grzegorz Wielki. To wezwania do mającego się wkrótce narodzić Jezusa Chrystusa. Obecny kształt literacki nadał im żyjący w IX wieku Amalariusz z Metzu, wybitny teolog i liturgista. To za jego czasów charakter Adwentu wzbogacił się o rys eschatologiczny, stając się także czasem oczekiwania na ostateczny powrót Chrystusa w chwale.
Antyfony wielkie to żywy zabytek, liczący prawie półtora tysiąca lat tradycji, ale, jak zwykle w przestrzeni ducha, jest to tradycja ciągle pełna treści i nigdy nietracąca aktualności. Mogą one służyć za podstawę wspólnych lub osobistych rozważań i modlitw. Można się nimi modlić także poza liturgią, wielokrotnie w ciągu dnia, na przykład traktując jako tzw. akty strzeliste. Bezustannie karmią duszę, bo też niezmiennie wyrażają tę samą tęsknotę kolejnych pokoleń chrześcijan za Tym, który jest już blisko. Będzie jutro.
Ostatnie dni Adwentu, od 17 grudnia, stanowią bezpośrednie przygotowanie do celebrowania Bożego Narodzenia. Charakterystyczne dla tego czasu są Wielkie Antyfony, zwane także „Antyfonami O!”, gdyż każda z nich zaczyna się właśnie od tej litery.
Antyfony te obecne są w liturgii Adwentu od czasów Grzegorza Wielkiego. Znane zwłaszcza z wieczornych nieszporów, kiedy śpiewamy je przed hymnem „Magnificat”, swoje miejsce znalazły też we Mszy świętej.
Treść antyfon stanowi jakby okrzyki radości, wzywające Pana różnymi imionami: Mądrość, Adonai, Korzeń Jessego, Klucz Dawida, Wschód, Król narodów czy Emmanuel. Imiona te są głęboko zakorzenione we wskazujących na oczekiwanego Mesjasza proroctwach Starego Testamentu.
Piękną obietnicę kryją również pierwsze litery wyśpiewywanych w antyfonach imion – tytułów oczekiwanego Mesjasza, stanowiące akrostych: gdy odczytamy je od tyłu, powstaje tajemnicze łacińskie hasło „Ero cras” (Emmanuel – Rex – Oriens – Clavis – Radix – Adonai – Sapientia), czyli „Jutro przybędę”.
Teksty Antyfon:
17 grudnia – Mądrości Najwyższego, która zarządzasz wszystkim mocno i łagodnie, przyjdź i naucz nas drogi roztropności (Iz 11,2-3; 28,29)
18 grudnia – Wodzu domu Izraela, który na Synaju dałeś Prawo Mojżeszowi, przyjdź nas odkupić mocą Twojego ramienia (Iz 11,4-5; 33,22)
19 grudnia – Korzeniu Jessego, który stoisz jako sztandar narodów, przyjdź nas uwolnić, racz dłużej nie zwlekać (Iz 11:1; 11:10)
20 grudnia – Kluczu Dawida, który otwierasz bramy wiecznego królestwa, przyjdź i wyprowadź z więzienia jeńca siedzącego w ciemnościach (Iz 9,6; 22:22)
21 grudnia – O Wschodzie, blasku Światła wiecznego i Słońce sprawiedliwości, przyjdź i oświeć siedzących w mroku i cieniu śmierci (Iz 9,2)
22 grudnia – Królu narodów, Kamieniu węgielny Kościoła, przyjdź i zbaw człowieka, którego z mułu utworzyłeś (Iz 2,4; 9,7)
23 grudnia – Emmanuelu, nasz Królu i Prawodawco, przyjdź nas zbawić, nasz Panie i Boże (Iz 7,14)
***
CZWARTA NIEDZIELA ADWENTU
22 GRUDNIA
***
13.30 ADORACJA NAJŚWIĘTSZEGO SAKRAMENTU
W TYM CZASIE RÓWNIEŻ MOŻLIWOŚĆ PRZYSTĄPIENIA DO SAKRAMENTU POJEDNANIA
14.00 – MSZA ŚW.
PO MSZY ŚW. – KORONKA DO BOŻEGO MIŁOSIERDZIA
TRZECIA NIEDZIELA ADWENTU
15 GRUDNIA
fot. Bożena Sztajner/Tygodnik Niedziela
***
13.30 – ADORACJA NAJŚWIĘTSZEGO SAKRAMENTU
W TYM CZASIE JEST MOŻLIWOŚĆ SPOWIEDZI ŚW.
14.00 – MSZA ŚWIĘTA
***
fot. Ranyel Paula/cathopic.com
***
Gaudete, czyli radujcie się! Najbardziej radosna Niedziela w Adwencie
Tradycja świętowania Niedzieli “Gaudete” wyrosła w czasach, gdy Adwent miał typowo postny charakter. Wtedy miała charakter przerwy w poście, była jedynym radosnym akcentem Adwentu.
Nazwa III niedzieli Adwentu pochodzi od słów antyfony na wejście: „Gaudete in Domino”, czyli „Radujcie się zawsze w Panu”. Teksty liturgii tej niedzieli przepełnione są radością z zapowiadanego przyjścia Chrystusa i z odkupienia, jakie przynosi.
Nazywana jest także „Niedzielą różową” gdyż jest to jeden z dwóch dni w roku, kiedy kapłan może sprawować liturgię w szatach koloru różowego.
Przewaga światła
W liturgii adwentowej obowiązuje fioletowy kolor szat liturgicznych. Jako barwa powstała ze zmieszania błękitu i czerwieni, które odpowiednio wyrażają to co duchowe i to co cielesne, fiolet oznacza walkę między duchem a ciałem. Zarazem połączenie błękitu i czerwieni symbolizuje dokonane przez Wcielenie Chrystusa zjednoczenie tego co boskie i tego co ludzkie. Wyjątkiem jest III niedziela Adwentu – tzw. Niedziela „Gaudete”. Obowiązuje wtedy różowy kolor szat liturgicznych, który wyraża przewagę światła, a tym samym bliskość Bożego Narodzenia.
Kulminacyjny punkt oczekiwania
Tradycja świętowania Niedzieli „Gaudete” wyrosła w czasach, gdy Adwent miał typowo postny charakter. Wtedy miała charakter przerwy w poście, była jedynym radosnym akcentem Adwentu. Teraz, gdy Adwent obchodzony jest jako czas radosnego oczekiwania stanowi ona bardziej kulminacyjny punkt tego okresu trafnie wyrażając jego prawdziwą tożsamość.
Adwent jest wyjątkowym czasem dla chrześcijan. Słowo adwent pochodzi z języka łacińskiego „adventus”, które oznacza przyjście. Dla starożytnych rzymian słowo to, oznaczało oficjalny przyjazd cezara. Dla chrześcijan to radosny czas przygotowania na przyjście Pana. Dlatego też Adwent jest nie tyle czasem pokuty, ile raczej czasem pobożnego i radosnego oczekiwania.
KAI/Stacja7
8 GRUDNIA
DRUGA NIEDZIELA ADWENTU
fot. depositphotos.com
13.30 – ADORACJA NAJŚWIĘTSZEGO SAKRAMENTU
W TYM CZASIE JEST MOŻLIWOŚĆ SPOWIEDZI ŚW.
14.00 – MSZA ŚWIĘTA
***
Uroczystość Niepokalanego Poczęcia Najświętszej Marii Panny
fot. radio Niepokalanów
***
Po ogłoszeniu dogmatu o Niepokalanym Poczęciu Maryi 8 grudnia 1854, bł. Pius IX ustanowił ten dzień uroczystością Niepokalanego Poczęcia. „Najświętsza Maryja Dziewica od pierwszej chwili swego poczęcia, przez łaskę i szczególny przywilej Boga wszechmogącego, na mocy przewidzianych zasług Jezusa Chrystusa, Zbawiciela rodzaju ludzkiego, została zachowana czysta od wszelkiej zmazy grzechu pierworodnego”.
Cytowana definicja precyzyjnie wyjaśnia znaczenie tej prawdy wiary, która głosi, że Maryja została poczęta wolna od zmazy grzechu pierworodnego. Katechizm Kościoła Katolickiego wyjaśnia: Aby być Matką Zbawiciela, „została obdarzona przez Boga godnymi tak wielkiego zadania darami”. W chwili Zwiastowania anioł Gabriel pozdrawia Ją jako „pełną łaski” (Łk 1,28). W ciągu wieków Kościół uświadomił sobie, że Maryja, napełniona „łaską” przez Boga (Łk 1,28), została odkupiona od chwili swego poczęcia. Maryja jest „odkupiona w sposób wznioślejszy ze względu na zasługi swego Syna”. Dzięki łasce Bożej Maryja przez całe życie pozostała wolna od wszelkiego grzechu osobistego Por. KKK, 490−493.
Niepokalanie poczęta Maryja – jak Ewa w raju przed grzechem, czy raczej jak każdy z nas po chrzcie?
Są ciekawe pytania dotyczące Matki Bożej, na które dogmat o Niepokalanym Poczęciu nie odpowiada wiążąco – mówi ks. prof. Jacek Kempa, dziekan Wydziału Teologicznego Uniwersytetu Śląskiego w Katowicach.
Scena zwiastowania Maryi na fresku w Sanktuarium Matki Bożej Sokalskiej.
fot. Henryk Przondziono/Gość Niedzielny
***
Jarosław Dudała: Co to znaczy: Niepokalane Poczęcie?
Ks. prof. Jacek Kempa: Niepokalane Poczęcie to jest prawda, a nie wydarzenie. Prawda o tym, że Maryja od początku swojego istnienia, czyli od poczęcia, jest zachowana od grzechu pierworodnego.
Często Niepokalane Poczęcie Maryi jest mylone z dziewiczym poczęciem Jezusa. Tymczasem w Niepokalanym Poczęciu nie chodzi o to, jak Pan Jezus został poczęty, ale o to, Kim była Matka Boża.
Dokładnie tak. To jest mylone nieustannie i wprowadza bardzo duży zamęt. Ta pomyłka prawdopodobnie bierze się z kilku powodów. Pierwszy jest taki, że ta uroczystość przypada 8 grudnia, a więc w Adwencie, w pobliżu Bożego Narodzenia.
Kolejny powód jest pewnie taki, że w uroczystość Niepokalanego Poczęcia Maryi czytamy podczas Mszy o dziewiczym poczęciu Pana Jezusa – czytamy opis sceny Zwiastowania z Ewangelii według św. Łukasza.
Bardzo możliwe. A ten fragment jest przecież czytany dlatego, że Maryja jest w nim przez Archanioła Gabriela nazwana „łaski pełną”. Tu znajduje się podstawowe ewangeliczne odniesienie do prawdy wiary, którą nazywamy Niepokalanym Poczęciem.
Co to znaczy: „pełna łaski”? Są co do tego wątpliwości, ponieważ użyte w tym miejscu greckie słowo kecharitomene nie oznacza dosłownie „pełna łaski”, a raczej „obdarowana łaską”. A to przecież mniej kategoryczne stwierdzenie.
Prawda wyrażona w dogmacie o Niepokalanym Poczęciu nie jest prostym, dosłownym powtórzeniem tego, o czym mówi nam Ewangelia. Jest daleko idącą interpretacją, wynikającą z wiary Ludu Bożego, która rozwijała się po ogłoszeniu Ewangelii, po spisaniu i zamknięciu kanonu pism Nowego Testamentu. Dlatego odwoływanie się do słowa kecharitomene jak do fundamentu jest oczywiście potrzebne, ale nie wyczerpuje treści nauki o Niepokalanym Poczęciu.
Wracam więc do pierwszego pytania – co to dokładnie znaczy: Niepokalane Poczęcie?
Ściśle odpowiada na to definicja dogmatyczna papieża Piusa IX z 1854 roku. Mówi ona, że Maryja od początku swojego istnienia jest zachowana od wszelkiej zmazy grzechu pierworodnego i że dzieje się to mocą przewidzianych zasług Jezusa Chrystusa.
Jakie to zachowanie od grzechu pierworodnego miało skutki dla Matki Bożej i jakie skutki ma dla nas?
Najpierw jest to zwierciadlane odbicie stwierdzenia, że Maryja jest cała święta – z tym dopowiedzeniem, że jest święta od poczęcia, a nie tak jak my, uświęcona przez chrzest sakramentalny. Nie była przecież ochrzczona. Nie było wtedy sakramentu chrztu świętego. Mówiąc jeszcze inaczej: Nie mogło być łaski chrztu, skoro nie było odkupienia dokonanego przez Pana Jezusa.
Dogmat ten orzeka więc, że to wszystko, co się składa na pełnię świętości Maryi, zostało Jej podarowane od początku Jej istnienia. Dar ten zaś otrzymała przed dokonaniem się odkupienia w Chrystusie. To obdarowanie nie wydarzyło się jakby „poza darem odkupienia”, ale na mocy przewidzianego przez Boga odkupienia ludzkości.
Czy Matka Boża była zatem jak Ewa w raju przed grzechem pierworodnym, czy raczej jak my po chrzcie świętym?
Odniesienie Maryi do Ewy w raju jest znane z Tradycji wiary. Wnosi ważne światło w rozumienie roli Maryi w historii zbawienia. Niestety, może prowadzić też do spekulacji, których prawdziwości nie sposób sprawdzić.
Prawda o Niepokalanym Poczęciu pozwala nam powiedzieć, że Maryja jest jak Ewa przed grzechem: obdarzona nadprzyrodzoną przyjaźnią z Bogiem. Umocniona tą łaską nigdy nie traci więzi z Bogiem. Jest więc „nową Ewą”, początkiem „nowego stworzenia”. Istotą tego stanu jest pozostanie w podarowanej więzi z Bogiem – czyli w łasce.
Kiedy stawia Pan alternatywę między stanem Ewy w raju a stanem człowieka po chrzcie, to zostaje wprowadzony jeszcze inny problem. Chrzest gładzi grzech pierworodny i grzechy osobiste, jeśli zostały wcześniej popełnione. Czyli, mówiąc pozytywnie, chrzest obdarza nowym życiem w Chrystusie. Wprowadza w więź z Bogiem. Czy to uświęcenie przez chrzest wprowadza nas w stan pierwszych rodziców? Intuicyjnie zawołamy „nie!”, wskazując na to, że w dalszym życiu niestety popełniamy wiele grzechów, czyli ulegamy skutkom grzechu pierworodnego, do których należy skłonność do grzeszenia. Gdybyśmy do tego dodali jeszcze tradycyjną wykładnię wiary biblijnej, że pierwsi rodzice byli wyposażeni w niezwykłe dary wolności od cierpienia i śmierci, to zamęt gotowy. Zdecydowanie chrzest nie przywraca nas do stanu rajskiego. Nawet stwierdzenie, że chrzest „przywraca” nam łaskę nie jest poprawne. On nas po prostu obdarowuje czymś, na co nie zasłużyliśmy: nowym życiem w Chrystusie, czyli łaską wielkiego, miłosiernego Ojca. Gdzie jest Maryja w tym zestawieniu? Jest jak Ewa jedynie w sensie symbolicznym, jako Matka „nowej ludzkości”, odkupionej przez Chrystusa. Poza tym nie odwracamy się już wstecz ku Ewie. Maryja nie jest wolna od cierpień, od przemijania ku śmierci. Przecież czcimy ją także jako Matkę Bolesną. Maryja, odkupiona od początku swojego istnienia przez Chrystusa, wskazuje drogę ku przyszłości – jest prawzorem naszego odkupienia. W tym sensie jest jak wszyscy ochrzczeni, a nie jak Ewa. Jej przywilejem jest to, że otrzymała ten dar od początku swojego istnienia i na mocy specjalnego Bożego przywileju. Tajemnicą tego daru, ale i Jej współpracy z nim jest jej nieprzerwana świętość, to znaczy Jej zupełne oddanie Bogu, które się nigdy nie zachwiało.
Czyli można by powiedzieć, że Matka Boża była wolna od winy, ale nie była wolna od skutków grzechu pierworodnego?
Tak. A do skutków grzechu pierworodnego należy – jak wiadomo – skłonność do grzechu osobistego. Trwały i trwają spory co do tego, czy można z dogmatu o Niepokalanym Poczęciu wyciągać wnioski sięgające stwierdzenia, że Maryja nie przeżywała skłonności do złego. Wydaje się, że takie twierdzenie prowadziłoby do osobliwego wniosku, że Maryja stoi w swej „nadziemskiej” doskonałości poniekąd wyżej od Jezusa, czyli Syna Bożego w Jego ludzkiej naturze. Bo przypomnijmy, że Syn Boży stał się człowiekiem i jako Jezus z Nazaretu był kuszony do złego, a więc musiał się mierzyć z jakiegoś rodzaju pociąganiem w stronę zła. Owszem, zwyciężał je, ale w tym doświadczeniu pociągania do złego objawia swoją solidarność z nami. Gdyby twierdzić, że Maryja takiego stanu narażania na zło – np. w postaci doświadczania zwyczajnych codziennych słabości – nie przeżywała, to trzeba by uznać, że w porządku łaski stała Ona wyżej niż Pan Jezus. Dogmat o Niepokalanym Poczęciu oczywiście tego nie zakłada.
Z historii teologii wiemy, że w Kościele coraz wyraźniej rozwijało się przekonanie, iż Maryja nigdy nie popełniła żadnego grzechu, nawet lekkiego. Niemniej byli także autorzy sugerujący, że Maryja postępowała w doskonałości swojego życia. Nie popełniła nigdy grzechu ciężkiego (czyli nie zerwała nigdy swojej więzi z Bogiem), ale podlegała procesowi doskonalenia się w miłości Boga. To są otwarte kwestie. Można o nich dyskutować, bo dogmat o Niepokalanym Poczęciu tego nie przesądza.
Już święty Augustyn uważał, że Matka Boża była niepokalanie poczęta. Święto Niepokalanego Poczęcia zostało oficjalnie wprowadzone przez papieża Sykstusa IV w 1477 r. Sobór Trydencki zastrzegał, że grzech pierworodny nie dotyczy Maryi. Dlaczego w takim razie tak długo zajęło Kościołowi ogłoszenie dogmatu o Niepokalanym Poczęciu? Przypomnijmy, że stało się to dopiero w 1854 r.
Z poglądami św. Augustyna na ten temat sprawa jest skomplikowana. Trzeba by naświetlać kontekst teologiczny, w jakim formułował swoje przemyślenia. Trudno go uznać za prekursora współcześnie ogłoszonej nauki o Niepokalanym Poczęciu Maryi. Na pewno głosił świętość Maryi.
Rzeczywiście łatwiej jest wprowadzić święto do kalendarza liturgicznego niż ogłosić dogmat. Chwalenie Boga, Maryi i świętych w liturgii Kościoła nie domaga się w każdym przypadku precyzyjnych definicji. Natomiast ogłoszenie dogmatu nasuwało trudności. Czy można mówić o świętości Maryi jako efekcie dzieła odkupienia w Chrystusie? Jak można mówić, że Maryja jest od chwili poczęcia odkupiona przez Chrystusa, skoro dopiero stanie się osobą dorosłą, dopiero ma Go urodzić, a On dopiero za jakiś czas dokona dzieła Odkupienia?
Jak rozstrzygnięto tę wątpliwość?
Zwykle przywołujemy tu naukę franciszkańskiego teologa bł. Jana Dunsa Szkota, który jako pierwszy bardzo wyraźnie podkreślił, że Bóg nie jest związany biegiem historii. W swojej wszechwiedzy przewiduje, że Maryja zostanie Matką Odkupiciela. Przewidując to, udziela daru odkupienia Maryi, zanim spełni się Odkupienie przez Chrystusa.
Duns Szkot był zatem prekursorem myśli o tym, że Maryja cieszy się łaską Odkupienia za sprawą Bożego przewidzenia daru odkupienia przez Krzyż Chrystusa. I tak to zostało zapisane w definicji dogmatycznej w 1854 roku: Maryja na mocy przewidzianych zasług Zbawiciela rodzaju ludzkiego Jezusa Chrystusa została zachowana od grzechu pierworodnego.
Około czterech lat po tym uroczystym akcie miały miejsce objawienia w Lourdes. Matka Boża przedstawiła się tam św. Bernadecie jako Niepokalane Poczęcie.
Myślę, że miało to niesłychanie wielkie znaczenie dla szerokiego spopularyzowania tego tytułu Maryi i zawartej w nim treści. W każdym razie kult Maryi jako wyróżnionej przez Boga darem Niepokalanego Poczęcia rozpowszechnił się bardzo i stał się pośrednio przyczyną jeszcze większego wyniesienia Maryi w Kościele.
Szereg badaczy historii teologii mówi, że mniej więcej od tamtego czasu zaczęła się niestety umacniać także niepoprawna pobożność maryjna. Wyobrażała ona sobie Maryję nie jako jedną z nas w Kościele, jako pierwszą w Kościele, ale jako kogoś nieomal boskiego, jako osobę, którą można już tylko czcić, ale nie da się Jej naśladować. Szczęśliwie wróciliśmy do równowagi w Kościele: czcząc Maryję, nie stawiamy jej ponad ludzkością, ponad Kościołem. Jej wyjątkowa rola Matki Zbawiciela nie oddala jej od nas, Jej przywilej Niepokalanego Poczęcia nie stawia Jej ponad nami, ale czyni z Niej osobę „pierwszą w pielgrzymce wiary”.
Mówiliśmy, że ze względu na nagminne mylenie Niepokalanego Poczęcia Maryi z dziewiczym poczęciem Jezusa dość nieszczęśliwie się stało, że uroczystość Niepokalanego Poczęcia jest w Adwencie i że niemal sąsiaduje z Bożym Narodzeniem. Ale teologicznie to ma sens. Skoro definicja dogmatyczna mówi, że Niepokalane Poczęcie Maryi to skutek przewidzianych zasług Pana Jezusa, to mamy prawo – jak Dante Alighieri – nazywać Matkę Bożą „córką Swego Syna”.
Tak. Myślę, że dobrze jest przeżywać Adwent jako wielki skrót historii zbawienia. W takim szybkim résumé nauka o Niepokalanym Poczęciu ma swoje miejsce: oto po wiekach oczekiwania w narodzie wybranym pojawia się osoba, która jest przygotowana przez Boga do tego, żeby stać się Matką Zbawiciela. Tak, to bardzo pasuje! Należy tylko przesunąć akcent z tego nieprawidłowego skojarzenia z poczęciem Jezusa…
rozmawiał: Jarosław Dudała/Gość Niedzielny
WSPÓLNOTA ŻYWEGO RÓŻAŃCA W TEGOROCZNYM ADWENCIE ORGANIZUJE ZBIÓRKĘ NA CELE PRO-LIFE
***
***
POMÓŻ RATOWAĆ ŻYCIE OD POCZĘCIA __________________________________
Dnia 12 lipca 2024 roku ustawa o mordowaniu dzieci została odrzucona przez Sejm zaledwie trzema glosami.
Fundacja Życie i Rodzina dziękuje wszystkim, którzy wspierali komisję do spraw aborcji poprzez modlitwę i wpływanie na posłów, aby głosowali za życiem.
***
DLA PRZYPOMNIENIA DLA TYCH, KTÓRZY PRZYSTĘPUJĄ DO KOMUNII ŚW. MIMO, ŻE ZGADZAJĄ SIĘ NA ZABIJANIE DZIECI W ŁONIE MATEK:
Zgodnie z kan. 1364 §1 PRAWA KANONICZNEGO KOŚCIOŁA KATOLICKIEGO, ekskomunice „latae sententiae” – wiążącej mocą samego prawa podlegają katolicy odstępujący od prawd wiary, heretycy lub schizmatycy. W Encyklice „Evangelium vitae” św. Jan Paweł II napisał: „Dlatego mocą władzy, którą Chrystus udzielił Piotrowi i jego Następcom, w komunii z Biskupami […] oświadczam, że bezpośrednie przerwanie ciąży, to znaczy zamierzone jako cel czy jako środek, jest zawsze poważnym nieładem moralnym, gdyż jest dobrowolnym zabójstwem niewinnej istoty ludzkiej. Doktryna ta, oparta na prawie naturalnym i na Słowie Bożym spisanym, jest przekazana przez Tradycję Kościoła i nauczana przez Magisterium zwyczajne i powszechne”. Oznacza to więc, że aprobowanie aborcji jest odstąpieniem od prawdy katolickiej wiary.
***
Dzieło Duchowej Adopcji Dziecka Poczętego
materdolorosa.pl
***
Istota Dzieła Duchowej Adopcji Dziecka Poczętego
Duchowa adopcja jest przyjęciem w modlitewną opiekę jednego dziecka, któremu grozi śmierć w łonie matki. Imię tego dziecka jest znane jedynie samemu Bogu. Modlitwą oganiamy nie tylko poczęte dziecko, ale również jego rodziców, aby przyjęli je z miłością i dobrze wychowali. Zobowiązanie do takiej modlitwy podejmowane jest przez konkretną osobę na dziewięć miesięcy od chwili poczęcia do urodzenia.
Duchowa adopcja, wypływająca z idei miłosiernej miłości dla istoty najmniejszej i całkowicie bezbronnej, jest bezpośrednim powierzeniem Panu Bogu tego adoptowanego duchowo dziecka w modlitwie, błaganiu o zmianę myślenia jego rodziców, w prośbach, aby wypełnieni miłością nie zamykali się na nowe życie,nie bali się zubożenia tym życiem. Bo miłość, gdy się nią dzielisz, gdy nią obdarzasz jest jak chleb – takiej miłości i takiego chleba przybywa (Matka Teresa z Kalkuty).
Duchowa Adopcja
Może ją podjąć każdy człowiek:
obejmuje jedno dziecko i jego rodziców, o których wie tylko Bóg
trwa przez dziewięć miesięcy
Zobowiązanie:
codzienna modlitwa – jeden dziesiątek różańca
dobrowolne postanowienia, np.: post, Komunia św., pomoc potrzebującym, walka ze złym przyzwyczajeniem,
modlitwa w intencji uratowania życia dziecka
Modlitwa codzienna
Panie Jezu – za wstawiennictwem Twojej Matki Maryi, która urodziła Cię z miłością, oraz za wstawiennictwem św. Józefa, człowieka zawierzenia, który opiekował się Tobą po urodzeniu – proszę Cię w intencji tego nienarodzonego dziecka, które duchowo adoptowałem, a które znajduje się w niebezpieczeństwie zagłady. Proszę, daj rodzicom miłość i odwagę, aby swoje dziecko pozostawili przy życiu, które Ty sam mu przeznaczyłeś. Amen.
Treść przyrzeczenia
“Wysławiam Cię, Ojcze, Panie nieba i ziemi, że zakryłeś te rzeczy przed mądrymi i roztropnymi, a objawiłeś je prostaczkom. Tak, Ojcze, gdyż takie było Twoje upodobanie”. Najświętsza Panno, Bogarodzico Maryjo, wszyscy Aniołowie i Święci. Wiedziony(a) pragnieniem niesienia pomocy w obronie nienarodzonych, ja (N.N.), postanawiam mocno i przyrzekam, ze od dnia (…) biorę w Duchową Adopcję jedno dziecko, którego imię jedynie Bogu jest wiadome, aby przez dziewięć miesięcy, każdego dnia, modlić się o uratowanie jego życia oraz o sprawiedliwe i prawe życie po urodzeniu. Tymi modlitwami będą:
ze strony parafii Matki Bożej Bolesnej w Jawiszowicach
Duchowa adopcja to dziewięciomiesięczna modlitwa w intencji życia zagrożonego w łonie matki. Dla Polaków jest ona także formą osobistego wypełnienia Jasnogórskich Ślubów Narodu. Polega na indywidualnym modlitewnym zobowiązaniu podjętym w intencji dziecka zagrożonego zabiciem w łonie matki. Osoba odmawia jedną dowolnie wybraną tajemnicę “Różańca” i specjalną modlitwę w intencji dziecka i jego rodziców. Do modlitwy wierni mogą dołączyć dodatkowe wyrzeczenie, np. post czy działania charytatywne.
8 grudnia – w dzień Niepokalanego Poczęcia Najświętszej Marii Panny – katedra Notre-Dame, po dramatycznym pożarze w 2019 roku, zostanie uroczyście otwarta.
Odnowione wnętrze katedry Notre-Dame będzie wprowadzeniem w chrześcijaństwo
Archidiecezja paryska dostała 9 grudnia zielone światło państwowej komisji dziedzictwa i architektury dla swego planu nowego zagospodarowania wnętrza katedry Notre-Dame po odbudowie. Dzięki temu ma być „katedrą katolicką i otwartą dla wszystkich”.
Katedra Notre Dame
***
Projekt został wypracowany po pożarze świątyni w 2019 roku. Ma on pogodzić przywrócenie katedry do sprawowania kultu, zgodnie z jej przeznaczeniem i z uwydatnieniem jej roli jako siedziby biskupa, oraz przyjmowanie 12 milionów turystów, którzy co roku odwiedzali paryską Notre-Dame. Zwiedzającym zaproponowane zostanie „wprowadzenie” w tę podstawową misję tej budowli, gdyż większość z nich „pochodzi z krajów o kulturze obcej światu chrześcijańskiemu”. Chodzi o wyjaśnienie im dlaczego katedra została zbudowana: aby głosić chwałę Boga poprzez sztukę i muzykę, ze szczególnym uwzględnieniem liturgii.
Liturgicznym centrum świątyni pozostanie ołtarz, znajdujący się na osi między chrzcielnicą (w zachodniej części nawy) i tabernakulum (które powróci na zabytkowy ołtarz według projektu Viollet-le-Duca, u stóp wielkiego złotego krzyża w głębi prezbiterium). Obok istniejących już miejsc kultu, takich jak figura Matki Bożej przy prawym filarze obok ołtarza głównego czy boczne kaplice (latynoamerykańska, chińska…), projekt proponuje stworzenie przestrzeni modlitewnej w pobliżu tabernakulum oraz wokół relikwiarza z koroną cierniową Chrystusa, jak również ustawienie konfesjonałów [przed pożarem spowiedź w Notre-Dame odbywała się w przeszklonej bocznej kaplicy – KAI].
Na bazie samej architektury świątyni i znajdujących się w jej wnętrzu dzieł sztuki sakralnej projekt przewiduje stworzenie dla turystów trasy zwiedzania, która stanie się ścieżką wprowadzającą w wiarę chrześcijańską. Idąc przez katedrę od głównego wejścia zwiedzający będzie mógł odkryć jej fundamenty: od stworzenia i obietnicy zbawienia poprzez narodziny, mękę i zmartwychwstanie Chrystusa Zbawiciela ludzi, objawionego w Ewangelii, a następnie przez Apostołów i świętych, szczególnie tych związanych z Paryżem.
Przy okazji zostanie udoskonalone nagłośnienie i oświetlenie świątyni, ułatwiające uczestnictwo w liturgii i koncertach muzyki sakralnej. Oświetlenie ma zmieniać się w zależności od rodzaju sprawowanych nabożeństw i okresu liturgicznego, na przykład: rozproszone i łagodne na czuwaniach modlitewnych i nabożeństwach wieczornych, stonowane w Wielkim Poście i Adwencie, a w pełni rozświetlające katedrę w dni świąt Bożego Narodzenia i Wielkanocy.
Projekt ma na celu także spójną prezentację dzieł sztuki znajdujących się w świątyni. Obok zagospodarowania nieużywanych na co dzień kaplic w nawach bocznych, do katedry mają zostać wprowadzone dzieła sztuki współczesnej, aby „dialogowały” z dziełami z przeszłości, ukazując w ten sposób chęć kontynuowania wielowiekowej historii tej zabytkowej budowli.
Kai/Tygodnik Niedziela
„Pod tym znakiem zwyciężysz”. Przejmujący obraz ocalałego z pożaru krzyża
(fot. Reuters/Philippe Wojazer/Pool/Forum)
***
Kiedy gaszący szalejący pożar strażacy weszli do wnętrza katedry Notre Dame ich oczom ukazał się niesamowity widok. Spośród kłębów dymu i osmolonych powierzchni wyłonił się stojący przy ołtarzu nietknięty złoty krzyż. Przejmujący obraz odbił się szerokim echem w mediach na całym świecie.
Okazało się, że w niemal nietkniętym stanie z pożaru wyszedł ołtarz, stojący przy nim krzyż oraz przynajmniej jeden z trzech witrażowych rozet datowanych na XIII wiek. Szczególnie przejmujący jest widok złotego krzyża, od którego światło odbijało się ciepłym blaskiem. Wideo i zdjęcia tego niesamowitego widoku już wielu określiło mianem cudu. Zastanawia bowiem, w jaki sposób krzyż pozostał nietknięty pośród szalejącego we wnętrzu katedry pożaru
„Złoty krzyż z ołtarza katedry Notre-Dame błyszczy wśród mroku, stając się symbolem nadziei” – pisze brytyjski The Sun.
„Nie jestem pewien czy wierzę w cuda, lecz ten widok nietkniętego ołtarza i krzyża z tego poranka zapiera dech w piersiach i powinien poruszyć niejedno serce” – pisze użytkownik o pseudonimie Philip Webster.
Not sure I actually believe in miracles but this picture of the altar and the cross untouched this morning is breath-taking and should touch the hearts of all……..#notredamepic.twitter.com/NwgP4noHr3
Po tych wszystkich następstwach i zniszczeniu w pożarze Notre Dame, ołtarz i krzyż pozostały nietknięte. Proszę wytłumacz dlaczego po zobaczeniu tego obrazu nadal nie wierzysz w Boga” – pyta Kaylee Crain.
After all the aftermath and destruction of the Notre Dame fire, the alter and cross remained untouched. Please explain to me how you don’t believe in God after seeing this. pic.twitter.com/xUFmB7VnRG
Pożar katedry Notre-Dame przywrócił wiarę strażakowi
Pożar katedry Notre-Dame w Paryżu wieczorem 15 kwietnia 2019 roku był wydarzeniem duchowym dla jednego ze strażaków uczestniczących w akcji ratunkowej i odmienił jego życie. Widok krzyża na ołtarzu pośród płomieni i poważnie zniszczonej katedry był dla niego znakiem nadziei, „jakby Bóg chciał nas w tej chwili pocieszyć. Jego obecność była zauważalna” – powiedział członek służb ratowniczych francuskiemu magazynowi „Famille Chrétienne” z 2 grudnia.
Rozmówca chciał zachować swoją anonimowość – w artykule nazywany jest „Matthieu”. Przyznał, że to przeżycie poruszyło go tak głęboko, że na nowo odnalazł wiarę. Już od chwili przybycia na miejsce pożaru widok był wstrząsający. „Przed katedrą zobaczyliśmy klęczących ludzi, którzy modlili się i śpiewali” – powiedział doświadczony strażak. Zwrócił uwagę, że wszyscy byli głęboko zszokowani, ale jednocześnie zjednoczeni i widać było, że znajdują pocieszenie w modlitwie.
Po wejściu do płonącego kościoła Matthieu był jeszcze bardziej poruszony inną sceną. „Przede mną był ołtarz, a nad nim słynna rzeźba krzyża. Krzyż świecił intensywnie, ale nie był oświetlony z zewnątrz – zdawało się, że sam emitował światło. Wszystko inne było ciemne, ale krzyż promieniował, to było wyraźnie widać” – powiedział Matthieu.
Pokryty złotem drewniany krucyfiks, autorstwa XIX-wiecznego francuskiego rzeźbiarza Marca Couturiera, pomimo ekstremalnie wysokiej temperatury przetrwał pożar prawie nieuszkodzony. A niezależnie od uzasadnień technicznych (złoto zaczyna się topić dopiero w temperaturze 1000 stopni Celsjusza), dla Matthieu było to doświadczenie duchowe: „Poczułem ogromny spokój i miałem poczucie, że nie muszę się bać”.
Mówiąc o swoim życiu przyznał, że w dzieciństwie był pobożnym chrześcijaninem, a także ministrantem, lecz z biegiem lat na długo stracił wiarę. Odegrała tu rolę jego praca jako strażaka, w której często doświadczał cierpienia i bólu. „Nie mogłem zrozumieć, dlaczego Bóg pozwala na tyle cierpienia” – powiedział Matthieu. Jednak w noc pożaru Notre Dame poczuł się „uratowany” – nie przed płomieniami, ale na głębszym poziomie. „Po tym doświadczeniu stałem się inną osobą. To było tak, jakby Bóg uwolnił mnie od gruzów moich wątpliwości”.
Oprócz przeżycia związanego z krzyżem ołtarzowym, Matthieu doniósł także o uratowaniu skarbów liturgicznych katedry. Po zawaleniu się słynnego dachu postanowiono uratować cenne relikty i przedmioty sakralne. Należały do nich korona cierniowa, gwoździe z ukrzyżowania Chrystusa, a także monstrancje i inne przedmioty liturgiczne. „Wraz z kustoszem w pełnym rynsztunku udaliśmy się do skarbca. Naszym celem było uratowanie jak największej liczby przedmiotów – przy zachowaniu jak największej staranności”. Mimo niebezpieczeństwa i dramatycznych okoliczności poczuł dziwny spokój: „Wiedziałem, że byliśmy chronieni”.
Od tej nocy życie Matthieu radykalnie się zmieniło. „Znowu chodzę na Mszę, często kilka razy w tygodniu. Modlę się regularnie, przystąpiłem do bierzmowania i teraz towarzyszę innym osobom przygotowującym się do przyjęcia wiary”, wyznał paryski strażak. Obudzona na nowo wiara zmieniła także jego rodzinę. „Moja mama znów zaczęła chodzić do kościoła, a część mojej rodziny jest w trakcie powrotu do wiary”. Od tego czasu stara się żyć z „otwartym sercem”, rozpoczynając każdy dzień od Boga i poświęcając więcej czasu innym.
„Wiele osób potrzebuje nie tylko słów, ale przede wszystkim kogoś, kto naprawdę słucha. Czasami jest to trudne, ale postrzegam to jako swoją pracę” – powiedział Matthieu.
Kai/Tygodnik Niedziela
Katedra wskazuje sens
O interpretacjach pożaru Notre Dame, symbolice katedr oraz związkach religii i kultury mówi ksiądz biskup Michał Janocha.
Pixabay.com/Opoka.pl
***
Bogumił Łoziński: Jak zareagował Ksiądz Biskup na pożar katedry Notre Dame?
Bp Michał Janocha: Chyba tak jak wszyscy – poczuciem smutku i bezradności.
Jaki wymiar ma ta strata?
Religijny i kulturowy, bo katedra jest jednocześnie symbolem obu tych wymiarów.
Co tracimy w wymiarze religijnym?
Powiem trochę przewrotnie. Wszyscy płaczą nad spaloną katedrą, i jest to na pewno reakcja poruszająca, ufam, że nie płytka, ale mało kto płacze nad Kościołem, który płonie od dziesięcioleci. I pozostawia po sobie zgliszcza w postaci rozbitych rodzin, samobójstw, zagubienia. Przejawia się to również na zewnątrz – w burzeniu świątyń, które nie są już potrzebne. W ponad 2-tysiącletniej historii Kościoła takiego zjawiska nie było. Owszem, burzono świątynie, również w stolicy Francji w czasie rewolucji, ale robili to wrogowie Kościoła. Wierni ich bronili. Dziś burzy się kościoły, bo nikt się w nich nie modli. Oczywiście trzeba mieć świadomość, że we Francji są dziś też piękne, żywe źródła chrześcijaństwa. Mam nadzieję, że zniszczenie tej katedry będzie, przynajmniej dla niektórych, okazją do refleksji nad odbudową życia.
Notre Dame pochodzi z okresu średniowiecza, gdy w Europie mieliśmy cywilizację chrześcijańską. W tamtym czasie kościoły wznoszono, aby nawiązać kontakt Bogiem. Co 800-letnia Notre Dame mówi o duchowym wymiarze człowieka?
Katedra jest metaforą człowieczeństwa, metaforą homo religiosus – człowieka jako istoty religijnej. Jest też metaforą Europy. Późne średniowiecze, które stworzyło arcydzieło architektury, jakim jest gotycka katedra, w tym Notre Dame, w tym samym czasie stworzyło arcydzieło ludzkiego geniuszu, intelektu i ducha, jakim jest „Suma teologiczna” św. Tomasza z Akwinu. I jedno, i drugie arcydzieło próbuje wytłumaczyć świat i kosmos od stworzenia świata aż po jego kres. Jedno i drugie próbuje połączyć elementy paradoksalnie nie do połączenia, jak platonizm i arystotelizm u Tomasza, a w przypadku katedry chociażby odziedziczone po okresie romańskim rozety i nowy system filarowo-skarpowy. Wreszcie i gotycka katedra, i „Suma teologiczna” mają bardzo logiczną strukturę, ze swoim podziałem na części, rozdziały, kwestie, nawy i przęsła. Do tego stopnia, że usunięcie jednej z części sklepiennej katedry – myślę o zworniku – podobnie jak usunięcie któregoś z artykułów „Sumy teologicznej” powoduje, że całość zaczyna się rysować. Jeślibyśmy usunęli centralny zwornik katedry, który jest na przecięciu korpusu nawowego i transeptu, to tak, jakbyśmy z „Sumy teologicznej” usunęli pytanie: „An Deus sit?” – Czy Bóg jest? – a przecież od odpowiedzi na nie zależy cała reszta. Ta analogia katedry i „Sumy” bardzo wiele mówi nie tylko o średniowieczu, ale i o nas samych. Przemawiając językiem swojej epoki, językiem gotyckiej architektury i językiem scholastycznej łaciny – mówią o rzeczach uniwersalnych i ponadczasowych. Kim człowiek jest, dokąd idzie, po co żyje? Tomasz tłumaczy to za pomocą dyskursywnego języka teologicznego, katedra – za pomocą sklepiennych łuków, witraży, rzeźb, portali.
Pojawiły się liczne interpretacje znaczenia pożaru Notre Dame, a z drugiej strony stwierdzenia, że to było przypadkowe wydarzenie.
Sam fakt interpretowania tego zjawiska już bardzo wiele mówi. Francuski myśliciel i teolog Alan z Lille powiedział, że wszystko, co stworzone, jest jak książka i obraz, a zatem stanowi symbol. Ojcowie Kościoła wyrażali to stwierdzeniem: przez rzeczy widzialne do niewidzialnych, przez cielesne do duchowych, przez doczesne do wiecznych. Bardzo ciekawe, że pojawia się tak dużo interpretacji tego pożaru. To potwierdza, że czy chcemy, czy nie chcemy, jesteśmy animal symbolicum – zwierzęciem symbolicznym. Staramy się czytać znaki. Oczywiście możemy je czytać różnie, interpretacji mogą być setki. Znak ma to do siebie, że jest wielopłaszczyznowy i każdy może go odczytać na swój sposób. Bałbym się oficjalnych wykładni. Warto też mieć świadomość, że interpretacja o wydarzeniu mówi niewiele, a bardzo wiele o interpretującym je.
Porozmawiajmy o interpretacji religijnej. Arcybiskup Paryża Michel Aupetit stwierdził, że zniszczenie Notre Dame to wezwanie do nawrócenia. Czy to wydarzenie może być impulsem do odnowy wiary we Francji, która jest wroga wobec chrześcijaństwa?
Każde tragiczne wydarzenie można odczytać jako wezwanie do nawrócenia, jak zawaloną wieżę w Siloe, o której wspomina Jezus. Odnośnie do Notre Dame – ufam, że w licznych przypadkach tak się stanie, chociaż w skali całego społeczeństwa nie byłbym optymistą. Dla większości to jest news, który jutro przykryje inny news, a potem jeszcze inny. Newsy to taki zbiorowy narkotyk, któremu jako społeczeństwo mniej lub bardziej ulegamy. Obraz Francji wrogiej wierze jest pewnym uproszczeniem. W tym kraju i społeczeństwie są wielkie i tajemnicze pokłady oraz pragnienia, które od czasu do czasu się ujawniają. Na przykład po zabójstwie przez fanatyków islamskich trapistów z Tibhirine w 1996 r. pół Francji obejrzało film „Ludzie Boga” opowiadający ich historię. Teraz, gdy płonęła katedra, myślę, że też budzi się w ludziach ta zakopywana religijna warstwa.
Zaraz po pożarze Francuzi licznie wyszli na ulice Paryża i modlili się. To objaw tęsknoty za Bogiem?
Francja ma narzucony gorset politycznej poprawności w postaci radykalnego rozdziału Kościoła od państwa. Trudno nie zauważyć, że są Francuzi, którzy płaczą nad pożarem katedry Notre Dame, a jednocześnie świętują rocznicę rewolucji francuskiej, która zrównała z ziemią, sprofanowała setki katedr i kościołów. Ze wspaniałego opactwa w Cluny niemalże nie został kamień na kamieniu. Jest w tym jakiś dramat. Ale Francuzi modlący się publicznie na ulicach Paryża… To wiele mówi. I to też jakiś znak.
Co Ksiądz Biskup myśli o interpretowaniu pożaru katedry Notre Dame jako kary za grzechy Francuzów wobec Kościoła?
Jeśli ktoś z tego pożaru odczytuje wezwanie do przemiany życia i je podejmuje, to chwała Bogu. Oczywiście zawsze jest pokusa szukania zła na zewnątrz, co nie znaczy, że tam go nie ma, jednak nasz wpływ na zło zewnętrzne jest niewielki. Jeśli mam jakikolwiek wpływ na zło na ziemi, to przede wszystkim na to, które jest we mnie.
Środowiska lewicowe nie ukrywają satysfakcji ze zniszczenia Notre Dame. Związany z Krytyką Polityczną publicysta skomentował ten pożar słowami: „Nie gaście gówna, cud, że się pali”. Czy to jest nurt, w którym walka z wiarą stała się programem polityczno-społecznym?
To też są próby symbolicznego interpretowania tego samego wydarzenia. Potwierdzają one, że człowiek jest istotą symboliczną, że tak naprawdę szuka znaków, nawet jeśli nie uznaje transcendencji. W wymiarze rzeczywistości widzialnej próbuje doszukać się czegoś głębszego, nawet jeśli nie wierzy w Pana Boga.
Przykładów negatywnego stosunku do wiary jest dużo. W Hiszpanii, która przecież pamięta wojnę domową, w czasie której płonęły kościoły i mordowano duchownych, w naszych czasach na etykietach zapałek pojawiła się zapalona zapałka i płonący kościół oraz podpis: „Jedyny kościół, który oświeca, to kościół, który płonie”. Pożar Notre Dame był niejako materializacją tych złych pragnień.
Jednocześnie ludzie niezwiązani z Kościołem byli poruszeni pożarem, wielu zadeklarowało pomoc. Nawet lewicowe stacje telewizyjne kibicowały ratowaniu Najświętszego Sakramentu czy relikwii korony cierniowej. Istnieje pewna wspólnota kulturowa?
To jest płaszczyzna do dialogu Kościoła ze światem. Już Jan Paweł II bardzo mocno podkreślał, że wartością niekwestionowaną w dzisiejszym świecie pozostaje kultura, nawet w sytuacji, gdy podważana jest istota religii. Podkreślam to podczas wykładów na Uniwersytecie Warszawskim. Gdybym do grupy studenckiej, w której zdecydowana większość jest niewierząca albo wobec Kościoła obojętna, mówił wprost o Chrystusie czy świętych, spotkałbym się z dezaprobatą. Kiedy mówię o ikonie Chrystusa, o obrazach i rzeźbach świętych, słuchają z zainteresowaniem, ponieważ kultura stanowi niekwestionowaną wartość. A przecież sercem kultury jest kult.
Niektórzy chcą, aby po odbudowie zrobić z Notre Dame świątynię rozumu, jak za rewolucji francuskiej.
Takie myślenie wyrasta z oderwania kultury od kultu. Goethe mówił, że kultura oderwana od kultu staje się odpadkiem. Mocne słowa. Oddajmy jednak historii sprawiedliwość. W XIX w. zdewastowane mury katedry Notre Dame skłaniały do refleksji, pojawiła się myśl o odbudowie. Wielką inspiracją był Wiktor Hugo i jego książka „Dzwonnik z Notre Dame”. Potem na bazie zainteresowań francuską historią, na fali romantyzmu i fascynacji średniowieczem podjęto to wyzwanie. Francuski architekt i konserwator Eugène Viollet-le-Duc, wraz ze współpracownikami, dźwignął z ruin wiele katedr i przywrócił im dawny blask. Do tego stopnia, że jeszcze w końcu XX wieku stawiano sobie pytania, czy niektóre detale architektoniczne gotyckich katedr są oryginalne, średniowieczne, czy jest to kreacja Viollet-le-Duca z XIX w. Tak zręcznie potrafił naśladować gotyk, tak dobrze go poznał. Sygnaturka z Notre Dame, która spłonęła, była właśnie wspaniałym dziełem tego architekta.
Pojawiają się też propozycje, aby odbudować Notre Dame w stylu modernistycznym, ze szklanym dachem czy iglicą zamiast wieży. Jaki miałoby to wpływ na symbolikę katedry?
Myślę, że wygra koncepcja zachowawcza, która jest zgodna z tendencją dominującą we współczesnej szkole konserwatorskiej. Chodzi w niej o zachowanie maksimum oryginalnej substancji zabytkowej. W przypadku zniszczeń obiektów takiej rangi jak Notre Dame celem będzie przywrócenie jej pierwotnego kształtu sprzed pożaru. Gdy w wyniku trzęsienia ziemi zawaliło się jedno przęsło w bazylice w Asyżu i wraz z nim spadły fragmenty fresków Giotta, nikt nie miał wątpliwości, że trzeba je zrekonstruować. Historia kultury jest nieustannym burzeniem i odbudowywaniem. Arcybiskup Paryża przypomniał, że każdy kościół, nawet najwspanialszy, jak Notre Dame, ostatecznie jest zbudowany dla maleńkiego kawałka Chleba, w którym jest wszystko, cały kosmos. •
rozmawiał: Bogumił Łoziński/Gość Niedzielny
Popatrz w górę. Piękno gotyckich katedr
Trudno wyobrazić sobie Francję bez gotyckich katedr. Dziś dla wielu to pomniki zamierzchłych czasów, niemal jak egipskie piramidy.
Katedra w Reims/fot. Jakub Szymczuk/Gość Niedzielny
***
Pożar katedry Świętych Piotra i Pawła w Nantes kolejny raz przypomniał światu o gotyckich arcydziełach Francji. Dla samych Francuzów, po zeszłorocznym pożarze paryskiej Notre Dame, był to kolejny wstrząs, choć w przypadku Paryża wykluczono celowe podpalenie, podczas gdy w Nantes śledczy dopatrzyli się właśnie świadomego działania. Wpisuje się to w szersze zjawisko. Statystyki rządowe mówią o blisko 800 atakach rocznie na miejsca kultu, z czego część to podpalenia kościołów.
Przedstawiamy pięć gotyckich katedr. Wybór jest oczywiście subiektywny. Celowo pomijam tu paryską Notre Dame (artykuł o niej zamieściliśmy w zeszłym roku), a także wspomnianą na początku katedrę w Nantes (pisaliśmy o niej w poprzednim numerze). Jest jeszcze wiele innych świątyń, w których pierwszym odruchem wchodzącego jest spojrzenie w górę. Bo o to w gruncie rzeczy chodzi w gotyku. W kraju nad Sekwaną to odruch niemal zapomniany.
Odcienie gotyku
Nie wiem, kto był pierwszy: Claude Monet czy Joanna d’Arc. Oczywiście nie o kolejność historyczną chodzi (święta wyprzedza malarza o trzy epoki), tylko o wpływ, jaki miały dla mnie obie postaci w postrzeganiu katedry w Rouen. Obrazy Moneta zdecydowały chyba o pierwszym zauroczeniu, ale dopiero wizyta w Rouen, śladami Joanny, pozwoliła zobaczyć na żywo gotyckie dzieło sztuki w normandzkim mieście, które było świadkiem procesu i spalenia Dziewicy Orleańskiej. W latach 80. XIX wieku, czyli dekadę przed tym, gdy francuski impresjonista tworzył swoją serię pod nazwą „Katedra w Rouen”, gotycka świątynia była uznawana za jeden z najwyższych budynków świata. Źródła historyczne mówią, że już na początku IV wieku Rouen miało swojego biskupa. Kilkadziesiąt lat później powstała pierwsza katedra, a następnie bazylika. Parę wieków później najazdy wikingów i pożary zamieniły je w ruiny. Budowa obecnego kościoła rozpoczęła się pod koniec XII wieku w celu modernizacji i powiększenia romańskiej katedry – dobudowano wtedy jedną z wież, która jako pierwsza była elementem czysto gotyckim. Pożar w 1200 r. tak mocno zniszczył konstrukcję romańskiej świątyni, że zaczęto odbudowywać ją już całkowicie w stylu gotyckim. Ciągnące się wojny, społeczne bunty i pożary sprawiły, że budowa trwała kilkaset lat, co odbiło się na charakterze obiektu. Widoczne są w nim różne odcienie gotyku, który również rozwijał się przez stulecia. Dziś turystów, poza imponującymi sklepieniami i doskonałą symetrią, przyciąga m.in. grobowiec Ryszarda Lwie Serce.
Rozum na kolanach
Katedrą w Chartres można zachwycać się z wielu powodów. Nie tylko dlatego, że uchodzi za drugą prawdziwie gotycką budowlę, nie tylko ze względu na matematyczną precyzję wykonanych części, ale także ze względu na obecność zaskakujących jak na świątynię elementów. Kluczowa jest tutaj przyciągająca wzrok fasada zachodnia: przedstawiono na niej siedem sztuk wyzwolonych (artes liberales). Mowa oczywiście o uniwersalnym systemie nauczania, który ukształtował się w starożytności, ale był charakterystyczny również dla średniowiecza i dał podwaliny pod nowożytną edukację. Pod pojęciem tym kryło się 7 dyscyplin, które traktowano jako niezależne od teologii: gramatyka, retoryka, dialektyka, arytmetyka, geometria, astronomia i muzyka. To niezwykłe, że kilka wieków przed renesansem, które swoim mottem uczyniło hasło „Człowiekiem jestem i nic, co ludzkie, nie jest mi obce”, i jeszcze dłużej przed oświeceniem, które rozum postawiło w centrum wszechświata, właśnie w tym „ciemnym średniowieczu”, na chrześcijańskiej świątyni, która sama w sobie jest owocem harmonii wiary i rozumu, pojawiła się swoista promocja tego, co człowiek może rozwijać dzięki swojej rozumności; pojawiły się na niej postacie m.in. Pitagorasa, Arystotelesa i Cycerona. Zresztą sama katedra w Chartres, tak jak i cały gotyk, jest chyba najlepszym dowodem na to, jak niesprawiedliwe są pojawiające się jeszcze współcześnie stereotypy dotyczące rzekomo zacofanych wieków średnich. Wrażenie robi ponad 150 witraży i blisko… 10 tys. rzeźb znajdujących się w świątyni, a także bardzo długi labirynt, który służył do odbycia na kolanach pielgrzymki. Dziś turyści traktują to zazwyczaj jako element wystroju wnętrza. To też miara przepaści między naszą i tamtą epoką.
Katedra aniołów
W tej krótkiej wycieczce po francuskim gotyku trudno nie zatrzymać się w katedrze w Reims. Nazywana „katedrą aniołów” ze względu na liczne rzeźby jest zarazem najbardziej podobna do paryskiej Notre Dame (zwłaszcza fasady obu świątyń są bliźniaczo podobne), choć – jak przekonują znawcy – katedra w Reims przewyższa swoją paryską siostrę harmonią i właściwymi dla gotyku proporcjami. To jeden z tych kościołów, które przez wieki były ściśle powiązane z państwem – tutaj miały miejsce koronacje królów francuskich. Tutaj również sięgają wpływy wspomnianej już Joanny d’Arc, bo to właśnie ona domagała się (powołując się na widzenia świętych), by w katedrze w Reims koronowany został odsunięty od tronu Karol VII. Trudno się dziwić – historia miasta sięga czasów na długo przed podbojem rzymskim, gdy było stolicą galijskiego plemienia Remi. Po podboju Galii miasto stało się jednym z najważniejszych centrów nowego imperium. Przede wszystkim zaś tutaj właśnie miał miejsce chrzest Chlodwiga, co przesądziło o roli Reims w późniejszych wiekach, czego przejawem była także ciągła rozbudowa koronacyjnej świątyni, która w XIII wieku zaczęła przybierać „krój” gotycki. Ogromne wrażenie robi środkowy portal oraz witraże Marca Chagalla, z których katedra słynie chyba najbardziej, ale równie wielkie wrażenie robi fakt, że aż do późnych lat 90. XX wieku trwały prace mające na celu usunięcie zniszczeń… jeszcze z I wojny światowej! Niemcy zdobyli się na bombardowanie katedry chyba w ramach zemsty za kolejne porażki, bo trudno inaczej wytłumaczyć ten barbarzyński akt. Trauma musiała być mocna nawet wśród samych Niemców, bo gdy wkroczyli do Francji ponownie w 1940 roku… żaden z oddziałów Wehrmachtu nie odważył się ponownie ruszyć świątyni.
Piękny Pasterz
Rówieśniczką trzech poprzednich świątyń (choć powstawała zdecydowanie krócej niż katedra w Rouen) i zarazem jedną z najbardziej zachwycających jest katedra w Amiens. Już sama fasada sprawia, że trudno opuścić wzrok, bo liczba elementów, zaskakujących rozwiązań i w tym wszystkim pedantyczna wprost dbałość o detale sprawiają, że oczy odruchowo wędrują w górę. Podobnie we wnętrzu, gdzie symetria sklepień zachwyca na nowo, nawet jeśli wcześniej zachwycała w podobnych katedrach. Jeśli coś jest w stanie zmusić oczy do spojrzenia w dół, to w Amiens będzie to podłoga… pokryta wzorami geometrycznymi oraz – podobnie jak w Chartres – labirynt dla pielgrzymów na kolanach. Katedrą zachwycał się swego czasu Stanisław Wyspiański. „To nie instrument jeden grający, harmonijny, melodyjny i wdzięczny, ale potężna orkiestra, o grubych tonach trąb, takcie miarowych bębnów, chórach całych śpiewnych fletni i brzęku harf złotostrunych” – pisał w jednym z listów. Jestem przekonany, że takie porównania przyszły mu do głowy, gdy patrzył na fasadę katedry: zwłaszcza brama główna oraz znajdujący się nad nią portal to pokazana w pigułce istota chrześcijańskiego życia: oczekiwanie na powrót Chrystusa w chwale. Największe wrażenie robi postać Chrystusa Zwycięzcy, nazwanego przez architektów Pięknym Bogiem. To wyraźne nawiązanie do fragmentu Ewangelii, który w Polsce tłumaczymy: „Ja jestem dobrym pasterzem”. Tymczasem użyte w nim greckie słowo kalos oznacza także osobę piękną. „Ja jestem pięknym pasterzem” – może brzmieć również tłumaczenie tekstu. To piękno w kontekście gotyckiego arcydzieła wybrzmiewa jeszcze mocniej. I jeszcze bardziej usprawiedliwione staje się przekonanie Dostojewskiego, że „piękno zbawi świat”.
Katedra kardynała
Pozwolę sobie zamknąć ten wybiórczy i subiektywny wybór gotyckich katedr świątynią, która nie znajduje się na żadnej top liście. To katedra św. Jana Chrzciciela w Lyonie (poprzednie mają w wezwaniu Najświętszą Maryję Pannę). Dlaczego właśnie Lyon? Nie tylko dlatego, że w tym mieście zaczynała się kiedyś moja francuska przygoda, nie tylko dlatego, że na ulicach Lyonu, w pobliżu katedry, grą na instrumentach zarabialiśmy z przyjaciółmi na kolejny rok studiów. Katedra w Lyonie, nie największa i nie najbardziej okazała spośród wielu innych gotyckich katedr, jest mi bliska jeszcze z dwóch innych powodów. Po dwóch stronach ołtarza znajdują się do dziś dwa krzyże, które były niemymi uczestnikami II soboru lyońskiego w 1274 roku. Sobór był pierwszą poważną próbą przywrócenia jedności w podzielonym przez tzw. schizmę wschodnią Kościele. Dwa krzyże przy jednym ołtarzu są symbolem tego – ciągle jeszcze niedokonanego – zjednoczenia Kościoła. Drugi powód to postawa kard. Philippe’a Barbarina, do niedawna arcybiskupa Lyonu. Złożył rezygnację, gdy został oskarżony o tuszowanie pedofilii jednego z księży. Ostatecznie został oczyszczony z zarzutów o ukrywanie przestępcy i sąd apelacyjny uniewinnił go po wcześniejszym wyroku skazującym. Mimo to kard. Barbarin postanowił usunąć się w cień i pełnić posługę „zwykłego księdza”. Katedra w Lyonie, ze swoją stonowaną, „skromną okazałością” w pewnym sensie dobrze współgra z postawą kardynała, który dla uniknięcia zgorszenia nieprzekonanych o jego niewinności wolał ustąpić z urzędu. To również znak czasu dla Kościoła. Podobnie jak płonące katedry. Być może kończy się czas godności i tytułów, czas okazałych i bogatych świątyń… „Nadchodzi bowiem godzina, owszem już jest, kiedy to prawdziwi czciciele będą oddawać cześć Ojcu w Duchu i prawdzie…”.•
Jacek Dziedzina/Gość Niedzielny
Notre-Dame. Ogień, odkrycia i powrót do chwały
(fot. Vincent Isore / Zuma Press / Forum)
***
Pożar paryskiej Notre-Dame wstrząsnął światem i wyrządził wielkie szkody. Jednak odsłonił też szereg tajemnic aż dotąd niedostępnych dla badaczy. Ich zgłębianie już się zakończyło: katedra ponownie otworzy swe podwoje w uroczystość Niepokalanego Poczęcia Najświętszej Maryi Panny 8 grudnia Roku Pańskiego 2024.
Paryska Notre-Dame była przez wieki świątynią Boga oraz domem modlitwy królów i ludu Francji. Także i dziś, mimo powszechnej laicyzacji, łączy świat wiary ze światem polityki. Zarazem już dwa stulecia temu stała się jednym z najważniejszych ogniw w narodzinach fachowej konserwacji zabytków. Obecnie otwiera nowy jej rozdział.
Niegdyś szanowano kościoły o sędziwej metryce, ale nie znano stałych zasad ich renowacji. W praktyce każdy robił, co chciał. Toteż za ostatnich Burbonów zniszczono znaczną część średniowiecznych rzeźb i witraży Notre-Dame, zastępując je nowymi. Rozebrano też wielką, gotycką iglicę, wieńczącą skrzyżowanie naw. Rewolucja dorzuciła urzędowe zbezczeszczenie kościoła oraz destrukcję posągów królów i świętych na fasadzie.
Pierwsza taka renowacja
Powieść Victora Hugo Katedra Najświętszej Maryi Panny w Paryżu z roku 1831 zwróciła na Notre-Dame spojrzenie świata. Na tej fali rząd króla Ludwika Filipa zdecydował o renowacji świątyni. W latach 1843–1864 Jean-Baptiste-Antoine Lassus i Eugène Viollet-le-Duc przywrócili rozbite przez rewolucjonistów rzeźby, usunęli część nowożytnego wyposażenia i odtworzyli (w swym mniemaniu) średniowieczny wygląd kościoła. To wówczas nad katedrą znów pojawiła się niebotyczna, ponad dziewięćdziesięciometrowa iglica.
Ta renowacja dała przykład całej Europie.
Interwencja Opatrzności
Kolejne epokowe wydarzenie w dziejach konserwacji zabytków sprowokował pożar, który w Wielkim Tygodniu AD 2019 strawił dachy Notre-Dame. Szczęściem czuwała Opatrzność.
Nie było wprawdzie cudem, że sklepienie wytrzymało uderzenie płonących belek – to akurat średniowieczni architekci przewidzieli. Natomiast było cudem, że wielka iglica, która zapadła się, przebijając sklepienną czaszę, nie uderzyła o metr dalej. Gdyby trafiła w tak zwane żebro jarzmowe, ściany boczne zawaliłyby się w tym miejscu, a potem cała katedra złożyłyby się niczym domek z kart.
To samo stałoby się, gdyby w ciągu pierwszych dni po pożarze spadł deszcz – masa wody zawaliłaby nadwątlone sklepienia. A gdyby powiał silniejszy wiatr, kamienne szczyty, pozbawione wsparcia, runęłyby na okoliczne domy.
Pan Bóg ustrzegł.
Spontaniczność i profesjonalizm
Wszystko to wiemy dzięki pracy setek fachowców różnych specjalności, którzy spontanicznie zgłaszali się już podczas pożaru. Błyskawicznie powstało szereg instytucji, między innymi Projekt Naukowy Notre-Dame, w którego ramach działa dziewięć grup roboczych. Te ostatnie, nie biorąc udziału w odbudowie jako takiej, prowadziły badania, które – paradoksalnie – nie były możliwe przed pożarem.
Te prace już się skończyły, choć nie zbadano wszystkiego (dowcipni mówią: Reszta następnym razem…), jako że prezydent republiki ustalił sztywną datę oddania Notre-Dame do użytku na 8 grudnia 2024 roku. Najwyraźniej pragnie uwiecznić się jako renowator katedry en chef.
Zasób już zgromadzonych danych wystarczy jednak dla kilku pokoleń badaczy. Wiemy o Notre-Dame niebotycznie więcej niż dotąd. Zadziwiają efekty precyzyjnych analiz dokonywanych przez różne międzynarodowe ekipy z użyciem najnowocześniejszych technik. Dodać do tego trzeba szereg odkryć poczynionych w różnych dziedzinach, począwszy od pierwotnej kolorystyki Notre-Dame i jej dawnego wystroju. Archeolodzy wydobyli dziesiątki kamiennych figur, które przez kilkaset lat – od zburzenia średniowiecznej przegrody chórowej – zalegały pod posadzką. Okazało się też, że pewne części gotyckich sklepień pochodzą z czasu… barokowej renowacji. Aż dotąd w ogóle nie wiedziano, że takowa miała miejsce.
Niemało też dowiedzieliśmy się o rozwoju gotyku.
Miejsce w gotyckim rankingu
Gotyk – ten najważniejszy wynalazek średniowiecznej sztuki i techniki – narodził się we Francji w latach czterdziestych XII stulecia, ale dopiero po dwóch dekadach doświadczeń architekci rozpoczęli wielki wyścig: kto wzniesie świątynię najwyższą i najwspanialszą?
W finale na podium stanęły trzy tak zwane klasyczne katedry gotyckie: w Chartres, w Reims i w Amiens. Jednak hasło do wyścigu dała w roku 1163 paryska Notre-Dame. To jej twórcy jako pierwsi „podbili stawkę” i „przebili sufit”. Nikt wcześniej nie wzniósł tak wysokich sklepień, a potem mało kto stworzył budowlę o tak wielkiej kubaturze. I mimo że katedry klasyczne są od paryskiej nieco wyższe, ich skala jest podobna. Paryżanie mieli podstawy utrzymywać, że ich katedra przewyższa wszystkie pozostałe.
Rekordowe sklepienia
Niektóre badania w zaskakujący sposób potwierdziły to mniemanie. Oto aż dotąd można było mierzyć grubość sklepień Notre-Dame tylko w przybliżeniu. Teraz okazało się, że ich czasze, rozpięte na szerokości 12–13 metrów, mają grubość zaledwie… piętnastu centymetrów! Czyli są najcieńsze ze wszystkich znanych katedralnych sklepień gotyckich we Francji, które wszędzie – czy to wzniesione wcześniej, czy później – mierzą po kilkadziesiąt centymetrów grubości. Wygląda to zatem tak, jakby z początku architekci konkurowali w stawianiu sklepień jak najcieńszych – aż wygrał architekt paryskiej katedry. A potem nikt nie zapragnął powtórzyć tak ryzykownego osiągnięcia. Notabene, tak arcyfinezyjna struktura przetrwała osiemset lat i pożar na dokładkę.
Święty Krzyż i symbolika Notre-Dame
Zasadniczo symbolika świątyni chrześcijańskiej była i jest znana. Jednak każda średniowieczna katedra może mieć symbolikę indywidualną, właściwą tylko sobie. To właśnie przypadek paryskiej Notre-Dame. Na przykład od dawna zastanawiało badaczy powszechne występowanie w jej architekturze monumentalnego motywu krzyża. Wydawałby się on oczywisty w kościele chrześcijańskim, ale liczba jego powtórzeń we wnętrzu pozostaje wyjątkowa na tle innych dwunastowiecznych świątyń. Tłumaczono to w ten sposób, że ówcześnie na ołtarzu głównym przechowywano relikwie Prawdziwego Krzyża, największą świętość stolicy. Pamiętajmy, że równolegle tenże Prawdziwy Krzyż towarzyszył armii Królestwa Jerozolimskiego.
Kropkę nad „i” postawiło… rusztowanie, które po pożarze stanęło pod sklepieniem. Słabo widoczny element zwornika nad ołtarzem głównym okazał się pozłacaną (niegdyś) kulą z wyciętym w niej krwistoczerwonym krzyżem. Ten wyjątkowy element powiela dekoracje średniowiecznych relikwiarzy Krzyża Świętego. Można rzec, że katedra była w zamyśle jej twórców wielkim relikwiarzem Krzyża – tego samego, który wiódł do boju krzyżowców i rycerstwo w Ziemi Świętej.
Wizerunek architekta
Wciąż słyszymy romantyczną bajkę o rzekomej anonimowości średniowiecznych architektów. Tak naprawdę ani nie byli oni anonimowi, ani nie stronili od artystycznej chwały.
Dowód: obie zewnętrzne elewacje transeptów paryskiej Notre-Dame – północna i południowa – to dwa genialne dzieła dwóch genialnych architektów. Wymyślone przez nich nowatorskie formy zmieniły oblicze europejskiej sztuki. Owi twórcy znani są nam z imienia i nazwiska. To Jean de Chelles i młodszy odeń Jean de Montreuil. Chwałę pierwszego głosi kuty w kamieniu napis, datujący początek jego prac na rok 1257. Aż dotąd przypisywano mu północne ramię transeptu. Młodszy, Jean de Montreuil, miałby wykonać najbardziej zaawansowane stylistycznie (jak się wydawało) ramię południowe.
Otóż w północnym ramieniu transeptu, na wysokości 20 metrów, widnieje niespełna półmetrowe popiersie architekta. Wskazywano dotąd dwie możliwości: albo to średniowieczny wizerunek Jeana de Chelles, albo podróbka z czasów dziewiętnastowiecznej renowacji.
Dopiero teraz, dzięki nowym badaniom, okazało się, że popiersie jest autentyczne. Zarazem jednak komputerowa analiza wykazała, że oba ramiona transeptu powstawały jednocześnie, a nie kolejno – jak sądzono do tej pory. Czyli że obaj architekci musieli je współtworzyć w równym stopniu. A zatem autentyczne popiersie ukazuje któregoś z nich… ale którego? To kolejna tajemnica.
Finis coronat opus
Bohaterowie heroicznej renowacji ukończyli swoją pracę. Udało im się powstrzymać zakusy francuskiego prezydenta, który pragnął odbudować katedrę piękniejszą, niżeli była. W oczekiwaniu na ponowne otwarcie Notre-Dame świat wiary i świat miłośników chrześcijańskiego średniowiecza nadal jednak wstrzymuje oddech. Ostatnie słowo należy bowiem do gospodarzy – kapituły i arcybiskupa. Z góry powiem, że coś może nas tutaj zaskoczyć. Ale nie uprzedzajmy wypadków; mógłbym być niesprawiedliwy. Czas pokaże.
Jacek Kowalski/PCh.24.pl
„Teraz muszę to ujawnić”. Główny architekt Notre-Dame przyznał, że zawierzył odbudowę katedry Matce Bożej
„Spędziłem pięć lat, nie mówiąc o tym nic, ponieważ jestem urzędnikiem państwowym w świeckiej republice, a zatem nie mogłem powiedzieć czegoś takiego” – powiedział Philippe Villeneuve. Architekt przyznał, że bez przewodnictwa Maryi nie sądził, że przywrócenie Notre-Dame de Paris byłoby możliwe.
główny architekt katedry Notre-Dame de Paris ujawnił w wywiadzie dla EWTN, że czuł, że Matka Boża kierowała renowacją 861-letniej katedry po pożarze
***
Główny architekt katedry Notre-Dame de Paris ujawnił w wywiadzie dla EWTN, że czuł, że Matka Boża kierowała renowacją 861-letniej katedry po pożarze, który spustoszył budynek w kwietniu 2019 roku. Przyznał, że jako „człowiek wiary” całą odbudowę zawierzył Maryi, ale ze względu na państwową posadę, zachował to w tajemnicy.
„Spędziłem pięć lat, nie mówiąc o tym nic, ponieważ jestem urzędnikiem państwowym w świeckiej republice, a zatem nie mogłem powiedzieć czegoś takiego” – powiedział Villeneuve. „Ale teraz muszę to ujawnić” – powiedział. „Mam szczególne nabożeństwo do Maryi Dziewicy i ryzykując, że zabrzmię całkowicie szalenie – lub jak Joanna d’Arc – nigdy nie przestałem odczuwać wsparcie, które od Niej pochodzi” – dodał.
Architekt podzielił się tym, że bez przewodnictwa Maryi nie sądził, że przywrócenie Notre-Dame de Paris byłoby możliwe. Rekonstrukcja Notre Dame była ogromnym przedsięwzięciem. Zespół liczący ponad 2000 osób pracował nad renowacją w wysokości 800 milionów euro. Budowa świątyni zajęła blisko 200 lat, a Villeneuve miał tylko pięć lat na przywrócenie jego świetności.
„Nie sądzę, aby ten projekt był możliwy w przeciwnym razie i myślę, że to dało mi siłę i determinację, aby iść do przodu, ponieważ wiedziałem, że jestem wspierany z góry” – powiedział Villeneuve.
Pożar zniszczył dach katedry, iglię i trzy części sklepienia – ale organy, obrazy, witraże i meble były nienaruszone. Dzięki presji ze strony francuskiego rządu i 340 000 prywatnych darczyńców z całego świata, Villeneuve musiał zapewnić, że oryginalne techniki i materiały były używane w jak największym stopniu.
„To była ogromna ilość pracy” – kontynuował. „Zdaję sobie sprawę, że teraz patrzymy na to, skąd pochodzimy. Jestem naprawdę zdumiony pięknem – zdumionym pracą, jakością pracy” – powiedział, przyznając, że od dawna kocha zabytkową katedrę. „Już jako dziecko byłem szaleńczo zakochany w Notre Dame de Paris. W katedrze czułem się po prostu dobrze” – powiedział. Villeneuve dodał, że zrobił model katedry, gdy miał 16 lat.
„Byłem tym naprawdę zachwycony, poruszony tym” – powiedział. „I niewiele wiedziałem jako dziecko, kiedy budowałem katedrę z kart i papieru, że pewnego dnia będę pracował nad prawdziwą katedrą” – dodał.
W ceremonii otwarcia, która miała miejsce 7 grudnia wieczorem, wzięło udział ponad 1500 osób, w tym około 40 światowych przywódców, a także 170 biskupów. Arcybiskup Paryża Laurent Ulrich odprawił pierwszą Mszę św. i poświęcił ołtarz w grudniu. 8, uroczystość Niepokalanego Poczęcia.
Architekt przyznaje, że kiedy położył ostatni kamień skarbca w północnym transepcie, wróciły do niego dawne wspomnienia. „Widziałem siebie jako dziecko, ponownie budując ten skarbiec z papierem i kartonem” – mówi.
Katedra ma głębsze duchowe znaczenie, nie tylko dla swojego architekta, ale dla tych w całej Francji, a nawet na całym świecie. Prałat Olivier Ribadeau Dumas, rektor katedry Notre-Dame, nazwał budynek „duszą Francji”. „Ponieważ ta katedra jest czymś w rodzaju duszy Francji, historia naszego kraju jest ściśle związana z historią katedry, ale jego wpływ rozciąga się daleko poza Francję” – zauważył rektor.
„Katedra nie należy do paryżan, ani do katolików, ani do Francuzów, ale jest to dobro wspólne całej ludzkości” – kontynuował Dumas. A jego kamienie mówią o Bogu, ponieważ są ożywiane modlitwą od ponad 800 lat.
Opoka.pl/źródło: ncregister.com
1 GRUDNIA
PIERWSZA NIEDZIELA ADWENTU
13.30 – ADORACJA NAJŚWIĘTSZEGO SAKRAMENTU i MOŻLIWOŚĆ SPOWIEDZI ŚW.
14.00 – MSZA ŚW.
W GODZINIE MIŁOSIERDZIA – KORONKA DO BOŻEGO MIŁOSIERDZIA
***
****
„Sen to symbol życiowego odrętwienia, bierności i wycofania, a także nieumiejętności czytania Bożych znaków w swoim życiu. To również obraz oddalenia człowieka od Boga i niewiary. Warto na początku Adwentu zadać sobie pytanie: co dziś jest moim duchowym snem?”
„Noc się posunęła, a przybliżył się dzień” – dobrze ilustrują one to, co dokonało się przez przyjście na świat Jezusa Chrystusa – prawdziwego Światła zwyciężającego wszelki mrok.
„Wszyscy potrzebujemy tego Światła”.
„Potrzebujemy Światła, gdy sami doświadczamy bezradności, niepewności i obaw”.
„Potrzebujemy Światła, gdy szukamy drogi”.
„Potrzebujemy światła, aby nie zbłądzić” – Adwent jest właśnie po to, aby wyjść ku Chrystusowi, aby powstać ze snu, rozbudzić w sobie na nowo nadzieję, bo „człowiek żyje, dopóki czeka, dopóki w jego sercu żyje nadzieja” (Benedykt XVI).
„W Adwencie chodzi właśnie o to, by powstać ze snu” .
„Sen to symbol życiowego odrętwienia, bierności i wycofania, a także nieumiejętności czytania Bożych znaków w swoim życiu. To również obraz oddalenia człowieka od Boga i niewiary. Jak podpowiada nam papież Franciszek, sen, z którego mamy się przebudzić, to także obojętność, próżność, niezdolność do nawiązywania autentycznie ludzkich relacji, niezdolność do zatroszczenia się o brata samotnego, opuszczonego lub chorego. Warto zatem na początku tego Adwentu zadać sobie pytanie – co dziś jest moim duchowym snem?”
„Wierzę w Kościół Chrystusowy”.
„W tym czasie chcemy odnowić naszą wiarę w Kościół, zobaczyć, co znaczy wierzyć Kościołowi i umocnić naszą wiarę w to, czego Kościół naucza”. Jak zauważa papież Benedykt XVI, że słowu Kościół niemal zawsze towarzyszy określenie „Boży”, a to wskazuje, że nie jest to „stowarzyszenie ludzkie, zrodzone ze wspólnych idei czy interesów, lecz powołał je Bóg”.
„Jezus Chrystus potrzebuje Kościoła, by działać pośród nas. Ale i my potrzebujemy Kościoła. Nasza wiara rodzi się przecież w Kościele, żyje i rozwija się w nim, a także nas do niego prowadzi. Nie możemy żyć autentyczną wiarą bez Kościoła”. Owo adwentowe powstanie ze snu to także przezwyciężenie obojętności i przyzwyczajenia, „aby poczuć się odpowiedzialnym za Kościół, który wspólnie stanowimy”. „Warto, byśmy częściej przypominali sobie, że Kościół to my wszyscy, zjednoczeni z Chrystusem w mocy Ducha Świętego” .
“Powstać ze snu to pójść dalej odważnie za tymi dobrymi podpowiedziami, które odkrywa przed nami Duch Święty” .
(z listu na Adwent – Prymas Polski arcybiskup Wojciech Polak/ www.prymaspolski.pl)
****
Roraty – są to adwentowe Msze św. odprawiane przed wschodem Słońca. Nazwa „roraty” pochodzi od adwentowej pieśni na wejście, rozpoczynającej się od słów:
Z Roratami związany jest zwyczaj zapalania specjalnej świecy ozdobionej mirtem, nazywanej roratką. Symbolizuje ona Maryję, patronkę adwentowego oczekiwania, która jako jutrzenka, wyprzedza wschód słońca i zapowiada przyjście pełnego światła – Światłości świata Jezusa Chrystusa. Innym zwyczajem jest zawieszanie w kościele wieńca z czterema świecami oznaczającymi cztery niedziele Adwentu. Z upływem kolejnych tygodni podczas Rorat zapala się odpowiednią liczbę świec. Świece i lampiony tak często używane w liturgii adwentowej wyrażają czuwanie. Nawiązują one do ewangelicznych przypowieści m.in. o pannach mądrych i głupich. Światło jest też wyrazem radości z bliskiego już przyjścia Chrystusa.
****
fot. Dawid Tatarkiewicz/East News
****
Przekazy historyczne mówią, że roraty odprawiano w Polsce już za czasów panowania Bolesława Wstydliwego. Przez całe wieki Król, umieszczając w czasie rorat na ołtarzu zapaloną świecę, oświadczał: „Gotów jestem na sąd Boży”, za nim czynił to Prymas Polski, mówiąc „Sum paratus ad adventum Domini” (Jestem gotów na przyjście Pana), po nich zaś kolejno: senator, ziemianin, rycerz, mieszczanin i chłop, powtarzając słowa króla.
****
W ADWENCIE MSZE ŚWIĘTE RORATNIE BĘDĄ O GODZ. 7.00 RANO
W PONIEDZIAŁKI I W ŚRODYWKAPLICY IZBIE JEZUSA MIŁOSIERNEGO
4 PARK GROVE TERRACE, GLASGOW G3 7SD
****
Zadanie na Adwent: Nauczyć się cierpliwości!
5 rad ks. Piotra Pawlukiewicza
Czekanie daje życie. Dlatego Kościół mówi: „Czekajcie na przyjście Zbawiciela. To was ożywi. To uczyni was jeszcze piękniejszymi”. A żeby dobrze przeżyć ten czas czekania, powinniśmy zapoznawać się ze Słowem Bożym. W Adwencie jesteśmy szczególnie wezwani do jego czytania, to ono ożywia serce.
„Jedno z najtrudniejszych słów świata to dla wielu ludzi – czekać. Dzisiaj ludzie nie potrafią już czekać. Wszystko chcą dostać już, teraz, zaraz.” Tymczasem to właśnie postawa cierpliwości prowadzi nas do prawdziwej Miłości. Jak się jej nauczyć? Oto 5 rad od ks. Piotra Pawlukiewicza.
Po pierwsze – zatrzymaj się
Każdy statek musi być wyposażony w stery, które umożliwiają mu trzymanie się obranego kursu. My w naszym życiu też potrzebujemy steru, żebyśmy mogli dopłynąć do Bożej krainy szczęścia. W tej żegludze Kościół nie zostawia nas samych. Na każdy odcinek czasu daje nam taki ster – modlitwę. Ponieważ jednak zbyt często z niego nie korzystamy, co rusz wpływamy na mielizny.
Sterem każdego dnia jest modlitwa poranna i wieczorna. Sterem każdego tygodnia jest msza święta. Oczywiście taka, którą naprawdę przeżyliśmy, w której uczestniczymy ciałem i duszą. Sterem każdego miesiąca dla wielu ludzi jest spowiedź. Sterem dłuższego okresu, półrocza, są czas Adwentu i czas Wielkiego Postu oraz towarzyszące im rekolekcje.
Wtedy, kiedy jest najlepiej, najłatwiej się zgubić. Właśnie dlatego okresy w życiu pełne sukcesów, kiedy wszystko idzie mi super – zaliczam egzaminy, promotor mnie pochwalił, z rodzicami się świetnie dogaduję, chłopak mnie kocha, mam wspaniałego męża, żonę – wymagają od nas wzmożonej czujności. Wtedy najłatwiej jest się zgubić. A po czym poznać, że zjeżdżamy na złą drogę? Krajobraz przestaje nam się zgadzać. Co to za domy, co to za drzewa, co to za las? Trzeba się zatrzymać. Właśnie po to mamy w ciągu roku Adwent i Wielki Post – żeby się zatrzymać, zjechać na bok i sprawdzić na mapie, gdzie jesteśmy.
Po drugie – sprawdź, w jakim miejscu jesteś
Proszę państwa, wielu z nas wjechało nie w ten krajobraz, który obiecuje Biblia, i nie w ten, którego oczekiwaliśmy. Rozglądamy się dookoła, patrzymy na swoją rodzinę i myślimy: „No, inaczej to miało wyglądać. Coś jest nie tak”. Wtedy trzeba wziąć Biblię, wykorzystać adwentowe czy wielkopostne rekolekcje i sprawdzić, gdzie jesteśmy, a potem pomyśleć, jak stąd trafić na właściwą drogę.
Jak to zrobić? Bierzemy Pismo Święte, czytamy historię Dawida, historię Abrahama, czytamy historię Pawła i zastanawiamy się, gdzie się znajduje ta strzałka „tu jesteś”. Czasami to jest niesamowicie zaskakujące, gdy odkrywamy, że jesteśmy w zupełnie innym miejscu, niż nam się zdawało. Jesteśmy tu, gdzie Kain, a myśleliśmy, że jesteśmy tu, gdzie Matka Boża. Biblia powie nam: „Bracie, wpadłeś w historię Kaina i Abla, bo zacząłeś zazdrościć swojemu bratu czy swojej koleżance ze studiów i w swoim sercu już ich zabiłeś”.
Po trzecie – nie bój się wycofać i spróbować jeszcze raz
To naprawdę trudny moment, kiedy ktoś nam mówi, że musimy się cofnąć. Wolimy iść do przodu. Jeśli jednak nie schowamy swojej dumy do kieszeni i nie posłuchamy głosu mądrzejszych od siebie, głosu Pana Boga, wylądujemy na manowcach.
Czasami wydaje nam się, że idąc za głosem sumienia, kręcimy się w kółko, że cała religia to kręcenie się w kółko. Co roku przecież w ramach roku liturgicznego powtarzają się te same wydarzenia – Adwent, Boże Narodzenie, Trzech Króli, potem Wielki Post, Triduum, Wielkanoc, Boże Ciało, Wszystkich Świętych i znów Adwent. I pewnie tak jest, ale kręcąc się w kółko, idziemy do góry, jak po spiralnych schodach.
My za szybko chcemy dojść od razu do prawdy, a tymczasem do niej dochodzi się tak, jak się obiera jabłko – z każdym ruchem noża jesteśmy coraz bliżej zobaczenia, co się kryje pod skórką tego owocu. Można byłoby wbić nóż od razu do samego środka, w ten sposób nie zrozumiemy całego procesu, który do zrozumienia tej prawdy prowadzi. Właśnie dlatego Pismo Święte czytamy na okrągło – żeby zrozumieć. Bo tego nie da się zrobić na szybko.
Nasz rozum chce, żebyśmy myśleli pojęciami, dla niego to jest prostsze, łatwiej można sobie pewne sprawy poukładać na odpowiednich półkach w głowie. Bierzemy jakieś pojęcie i od razu na podstawie skojarzeń i wspomnień umiejscawiamy je na konkretnej półeczce. Serce działa zupełnie inaczej – intuicyjnie, a rozum dorabia potem do tego ideologię. Jeśli kogoś spotykacie, to ta osoba od razu albo się wam podoba, albo nie podoba. Dopiero potem rozum rozpoczyna żmudne argumentowanie, dlaczego tak jest. Chrystus chce, żebyśmy doprowadzili do przemiany tego naszego intuicyjnego poznania w głębi serca. Dlatego w kościele wciąż powtarzane są te same treści i dlatego po tych kręconych schodach chrześcijaństwa chodzimy.
Po czwarte – pozwól sobie nie rozumieć
Cały czas przeczuwamy, że są w naszym życiu jakieś wątki, których nie rozumiemy. Chrystus mówi: „Czekaj. Zrozumiesz ten wątek. Te kartki zostaną dolepione do twojej książki, ale na razie próbuj tę historię jeszcze odkrywać. Próbuj dedukować, jaka ona jest”. Jesteśmy jednak zbyt niecierpliwi. Jedno z najtrudniejszych słów świata to dla wielu ludzi – czekać. Dzisiaj ludzie nie potrafią już czekać. Wszystko chcą dostać już, teraz, zaraz. Nawet dzieci jak najszybciej chcą być dorosłe.
Dzisiaj ludzie nie potrafią czekać. Gdy mają szesnaście lat, już są dorośli, już wszystko potrafią, już wszystko wiedzą. „Małżeństwo? No, mieszka się razem, śpi się razem, je się, chodzi się, zarabia się – proste”. Wszyscy, którzy są po ślubie kilkanaście, czy nawet tylko kilka lat, wiedzą, że to nie jest takie proste.
Po piąte – bądź aktywny, czyli… słuchaj!
Tymczasem miłość to czekanie, ale czekanie aktywne. Proszę popatrzeć, jak na Dworcu Centralnym ludzie czekają, jacy są przy tym skoncentrowani, jacy pełni energii. Czekanie czyni nas młodymi. Czekanie daje życie. Dlatego Kościół mówi: „Czekajcie na przyjście Zbawiciela. To was ożywi. To uczyni was jeszcze piękniejszymi”. A żeby dobrze przeżyć ten czas czekania, powinniśmy zapoznawać się ze Słowem Bożym. W Adwencie jesteśmy szczególnie wezwani do jego czytania, to ono ożywia serce.
Jednym z najważniejszych fragmentów Ewangelii jest następujący: „Słuchaj Izraelu (…). Będziesz miłował Pana, Boga swego, całym swoim sercem, całą swoją duszą, całym swoim umysłem…” (zob. Mk 12, 29–30). Otóż proszę zwrócić uwagę, że to „słuchaj” można dwojako zinterpretować: nie tylko jako „słuchaj mi tu”, ale też „jeśli będziesz słuchał, będziesz miłował”. Jeśli będziesz słuchał słowa Bożego, zaczniesz miłować. Prawda jest taka, że na tyle zrozumiesz Biblię, na ile nauczysz się kochać.
(fragment pochodzi z książki „Włącz światło! Nie daj się ciemności” ks. Piotra Pawlukiewicza. Śródtytuły zostały nadane przez redakcję – Stacja7.pl)
****
Jak nie zepsuć Adwentu? Nie popełnij tych błędów
fot. Daiga Ellaby/ Unsplash
***
Adwent jest wyjątkowym czasem w życiu człowieka wierzącego. Kościół proponuje nam na te kilka tygodni bardzo obfitą paletę możliwości większego zaangażowania w oczekiwanie na przyjście Pana. Oto wskazówki, które pomogą dobrze przeżyć ten czas.
1. Uświadom sobie, na co tak naprawdę czekasz
Jaka jest Twoja pierwsza myśl, gdy słyszysz “Boże Narodzenie”? Dla wielu z nas oznacza to: świętowanie, rodzinną atmosferę, wolne od szkoły czy pracy, możliwość odpoczynku. Ale czy to na to najbardziej czekamy? Adwent ma nas przygotować na przyjście Pana – zarówno na Jego powtórne przyjście na końcu świata, paruzję, jak i na Jego narodzenie. To na Nim powinno się skupić nasze oczekiwanie.
2. Pomyśl, kto czeka na Ciebie
Okres przedświąteczny zdaje się wyzwalać w ludziach większą otwartość, szczodrość i chęć pomocy. Rozliczne przedświąteczne zbiórki, charytatywne koncerty, przygotowywanie paczek z prezentami zachęcają nas do dawania siebie innym. Co ciekawe – mimo wielu wydatków w tym czasie, chętniej otwieramy swoje serca i portfele, by pomóc bardziej potrzebującym. Pomyśl, komu możesz w tym adwencie coś ofiarować, kto oczekuje Pana Boga i mógłby Go znaleźć w Twojej dobroci.
3. Roratnie wstawanie to nie wyścig po zaliczenie
Moda na roraty rozpowszechnia się. Kościoły w wielu parafiach są pełne wiernych, także i dzieci, mimo porannej pory. Łatwo jednak wpaść w przekonanie, że Adwent będzie ważny tylko z nimi. Roraty to nie konkurs z medalami. Jaka motywacja przyświeca Twojemu porannemu wstawaniu? Im bliższa jest Boga, tym lepiej. Roraty nie mogą być sposobem na udowodnienie sobie i komukolwiek, że jest się lepszym i wytrwalszym.
4. Nastrój – tak, ale czemu od razu świąteczne piosenki?
Bolączką naszych czasów jest nieumiejętność czekania. Denerwują nas korki i kolejki, biegniemy na metro nawet jeśli kolejne przyjedzie za kilkadziesiąt sekund, a w sklepach choinki, bombki i światełka pojawiają się prawie obok zniczy na początku listopada. Adwent może być dla nas lekcją cierpliwego czekania. Ale nie da się tego zrobić, jeśli od początku fundujemy sobie świąteczne – urocze skądinąd – piosenki we wszystkich gatunkach muzycznych. Poczekaj z tym. W sieci można znaleźć wiele pięknych adwentowych utworów o niezwykle bogatych tekstach – może skorzystasz z adwentowej playlisty Stacji7. Zdążysz jeszcze nasłuchać się kolęd i piosenek o Nowonarodzonym.
5. Nie zostawiaj wszystkiego na ostatnią chwilę
Przygotowanie Świąt to spore wyzwanie. Kiedy żyjemy w biegu, czas ucieka nam nie wiadomo kiedy i nagle robi się 22, 23 grudnia. Zdenerwowani biegamy od sklepu do sklepu w poszukiwaniu prezentów, przytłacza nas ogrom sprzątania, nie wspominając o gotowaniu. Spróbuj zrobić, co możesz, wcześniej – szczególnie jeśli chodzi o duchowe porządki czyli spowiedź. Pomoże Ci to zaoszczędzić stres i niepotrzebne nerwy.
6. Niech przygotowania nie będą ważniejsze od Gościa
Chyba wszyscy zgodzimy się, że celem adwentu i przygotowań na Boże Narodzenie nie jest wzorcowe posprzątanie domu, suto zastawiony stół i spełniające marzenia prezenty. Jezus przychodzi, by dać nam miłość i pokój, którymi będziemy mogli się dzielić w gronie najbliższych. W ferworze przygotowań nie zapomnij, że najważniejszy w tym wszystkim jest Pan Bóg. W końcu to jego narodzenie będziemy świętować – nie można zostawiać go na dalszym planie.
7. Nie nadymaj się tak
Bóg przyszedł na świat jako maleńkie dziecko. To, co może nam Go przesłonić, to przerost formy nad treścią. Zastanów się, co w adwencie pomoże Ci przygotować się na jak najszczersze przyjęcie Go do swego życia. Pomysłów może być wiele, ale aktywność to nie wszystko, bo „nic się nie zmieni, jeśli nic nie zmienisz”. Niech to będzie błogosławiony czas!
Otylia Sałek/Stacja7pl
Nieudane końce świata. Wołanie Maranatha to nie histeria, lecz wyraz tęsknoty
O dniu, w którym nastąpi paruzja, jedno wiemy na pewno: nic o nim nie wiemy. Ale to jest właśnie powód, żeby nie obrastać w sadło duchowego rozleniwienia. Bo dopóki trwa ten świat, nie skończy się też Adwent.
Wątpliwe, żeby jakikolwiek chrześcijanin czasów apostolskich wyobrażał sobie świat XXI wieku. Pierwsi wyznawcy Chrystusa na ogół spodziewali się, że koniec świata nadejdzie w niedalekiej przyszłości. „Zaiste, przyjdę niebawem” – mówi Jezus w ostatnich słowach Apokalipsy. Chrześcijanie mają czuwać, bo „Dzień Pański przyjdzie jak złodziej w nocy” (1 Tes 5,2).
W Ewangelii Zbawiciel zapowiada upadek świątyni. Mówi też o ucisku, prześladowaniach, fałszywych prorokach, o dniach, w których „słońce się zaćmi i księżyc nie da swego blasku”. Uczniowie słyszą, że „gwiazdy będą padać z nieba i moce na niebie zostaną wstrząśnięte”. Wtedy przyjdzie Syn Człowieczy. Przepowiednie końca świata mieszają się tu z zapowiedziami zburzenia Jerozolimy w roku 70 i czasami trudno je od siebie odróżnić. Stąd Jezusowe zapewnienie, iż „nie przeminie to pokolenie, aż się to wszystko stanie” (Mk 13,30), mogło zostać zrozumiane jako odnoszące się do końca czasów – i bywało tak interpretowane. Tymczasem dwa zdania dalej padają słowa, które każą nabrać dystansu do takich prognoz: „Lecz o dniu owym lub godzinie nikt nie wie, ani aniołowie w niebie, ani Syn, tylko Ojciec” (Mk 13,32).
Nie siedźcie!
Mimo nieprzeniknionej zasłony, którą Bóg spuścił na datę „końca świata”, od samego początku pojawiają się ludzie, którzy ogłaszają tę datę precyzyjnie lub w przybliżeniu. Jak widać – wciąż błędnie.
Już liczni członkowie pierwszych gmin chrześcijańskich sądzili, że paruzja jest tak blisko, iż nie ma sensu zajmować się zwykłymi sprawami życia. Musiał to być na tyle duży problem, że św. Paweł uznał za konieczne wyjaśnić: „W sprawie przyjścia Pana naszego, Jezusa Chrystusa, i naszego zgromadzenia się wokół Niego prosimy was, bracia, abyście się nie dali zbyt łatwo zachwiać w waszym rozumieniu ani zastraszyć bądź przez ducha, bądź przez mowę, bądź przez list, rzekomo od nas pochodzący, jakoby już nastawał dzień Pański. Niech was w żaden sposób nikt nie zwodzi” (2 Tes 2,1-3). Zwrócił się też do tych, którzy, oczekując końca, zaniedbywali swoje obowiązki. „Słyszymy bowiem, że niektórzy wśród was postępują wbrew porządkowi: wcale nie pracują, lecz zajmują się rzeczami niepotrzebnymi. Tym przeto nakazujemy i napominamy ich w Panu Jezusie Chrystusie, aby pracując ze spokojem, własny chleb jedli” (2 Tes 3,11-12) – pisał.
W kolejnych wiekach apokaliptyczne zapowiedzi końca świata rozpalały umysły szczególnie w bliskości okrągłych rocznic. Źródła średniowieczne mówią o napięciu, które ogarnęło ludzi przed rokiem tysięcznym, co m.in. wiązało się z dosłownym potraktowaniem symbolicznych słów Apokalipsy: „A gdy się skończy tysiąc lat, z więzienia swego szatan zostanie zwolniony. I wyjdzie, by omamić narody” (Ap 20,7-8).
Na temat nastrojów panujących przed nadejściem roku tysięcznego informują nieliczne dokumenty tamtej epoki, co wskazuje na mniejszą ich skalę, niż sądzono np. w epoce oświecenia. Jednym z takich dokumentów jest relacja św. Abbona, opata klasztoru benedyktynów w Saint Benoit-sur-Loire, który około roku 999 pisał, że jacyś paryscy duchowni kilka lat przed końcem tysiąclecia wieszczyli w kazaniach rychłą paruzję. „Ci duchowni to szaleńcy. Wystarczy otworzyć święte teksty, Biblię, żeby znaleźć tam słowa Chrystusa, który mówi, że nigdy nie będzie znany dzień ani godzina” – stwierdził mnich.
Znaki końca
Ogólnie panował lęk przed nadejściem Antychrysta, którego pojawienie się ma – zgodnie z zapowiedziami Nowego Testamentu – zwiastować rychły koniec czasów. Już wtedy, u progu drugiego tysiąclecia, dostrzegano objawy zepsucia i inne znaki zapowiedziane w Biblii. Pojawiały się zjawiska, których kumulacja istotnie zdawała się zapowiadać jakiś dziejowy paroksyzm: latem mieszkańców zachodniej Europy przeraziło zaćmienie słońca. Mniej więcej w tym czasie długotrwałe deszcze we Francji wywołały klęskę głodu tak potworną, że jedzono nawet ludzkie zwłoki. Za tym poszły zarazy i ciężkie choroby wynikające z niedożywienia, wobec których ludzie byli bezradni.
Wszystko to pasowało do zawartej w Ewangelii zapowiedzi: „Będą silne trzęsienia ziemi, a miejscami głód i zaraza; ukażą się straszne zjawiska i wielkie znaki na niebie” (Łk 21,11). Wielu ludzi skłaniało to do pokuty i publicznego wyrażania skruchy z powodu grzechów.
W dokumentach z X wieku często pojawia się formuła: „Ponieważ zbliża się koniec świata…”. Dr Marzena Głodek z Uniwersytetu Pomorskiego w opracowaniu na temat lęków milenijnych tamtej epoki zwraca uwagę, że formuła ta funkcjonowała już w pierwszej połowie VI wieku i nie musiała wyrażać przekonania o bliskim Dniu Pańskim. Wskazuje, iż lęki przełomu tysiącleci nie były wcale silniejsze niż w latach późniejszych. Fenomenem cywilizacji Zachodu było jednak to, że je przetrwała, nie dając się sparaliżować. „Ludzie roku tysięcznego przekroczyli próg nowego millennium i wkroczyli na drogę prowadzącą do gotyckich katedr, duchowych wzlotów, teologii św. Tomasza z Akwinu, Pieśni słonecznej św. Franciszka z Asyżu i do uniwersytetów” – zauważa Marzena Głodek.
Tropienie Antychrysta
Za każdym razem, gdy na ludzi spadały kataklizmy, występował lęk, że to już znak końca. Nie inaczej było w połowie XIII wieku, kiedy pojawili się biczownicy, z łacińska flagellanci, obnażeni do pasa mężczyźni, którzy w procesjach ciągnących z miasta do miasta okładali się biczami aż do krwi. Miała to być forma naśladowania Jezusa i przebłagania Boga w obliczu bliskiego, jak sądzili, końca czasów. Ich przekonanie o nadchodzącym końcu świata wzmogła klęska głodu we Włoszech w 1258 r. i zaraza, która zdziesiątkowała ludność rok później. Niektórzy liczyli na nadejście od 1260 r. ery Ducha, która miałaby być czasem pokoju i modlitwy. Wtedy to, jak głosił jeden z biczowników, Albert ze Szwabii, miałby zostać – przez społeczność flagellantów – pokonany Antychryst, a następnie miał skończyć się ten świat. Ponieważ to nie nastąpiło, biczownicy „odroczyli” koniec świata na rok następny, a potem jeszcze kolejny.
Ruch biczowników czerpał z przepowiedni mnicha Joachima z Fiore (zm. 1202 r.), który w swoich czasach uchodził za proroka. Do niego także nawiązywał kilka wieków później włoski dominikanin Girolamo Savonarola (zm. 1498 r.), który głosił we Florencji pełne żaru kazania, w których wzywał do nawrócenia w obliczu bliskiego nadejścia Antychrysta, a po nim dnia sądu ostatecznego.
Spuścizną Joachima z Fiore był żywo zainteresowany Marcin Luter, który, jak stwierdza Ireneusz Kamiński w książce „Historie »końców świata« oraz przepowiednie”, był opanowany „obsesją końca świata”. Autor stawia tezę, że gdyby Luter i jego uczniowie wierzyli, iż Kościół rzymski przetrwa, i nie spodziewali się rychłego końca świata, „byliby mniej nieprzejednani dla papiestwa”. Jednak byli oni pewni, że papieże ich czasów są kolejnymi wcieleniami Antychrysta, z czego wysnuwali prosty wniosek, że dzieje świata właśnie dobiegają końca.
Współczesne „końce”
Powtarzające się fiaska „końców świata” nigdy nie zniechęciły kolejnych wieszczów, którzy wielokrotnie ogłaszali go w każdym wieku – również dziś. W ostatnich czasach ideę rychłej paruzji propagują świadkowie Jehowy. „Koniec tego systemu rzeczy” ogłaszali wiele razy. Założyciel tej organizacji Charles Taze Russell pierwszą datę końca świata wyznaczył na rok 1874. Kolejną na – 1914. Ponieważ i ta okazała się błędna, wskazał na rok 1916. Także i tu nie trafił, ale w tym roku zmarł, nie miał więc już okazji przekonać się, że kolejna data – 1918 rok – również się nie sprawdziła. Jego następca, Joseph Franklin Rutherford, wyznaczał kolejne daty. Świat miał się skończyć w roku 1920, potem w 1925, następnie w 1975. Przesuwanie tych dat przywódcy organizacji próbowali tłumaczyć, inne zmieniano bez wyjaśnień, a było ich sporo.
Świadkowie Jehowy wcale nie są odosobnieni w spodziewaniu się końca świata w czasach współczesnych. Dziś podobnych prognoz jest wyjątkowo dużo, a w ich spełnienie wierzą nie tylko ludzie religijni. Ostatnia wielka histeria ogarnęła świat przed rokiem 2012, w związku z pogłoską, że na tej dacie kończy się kalendarz Majów. Potem miało już nie być nic. W przestrzeni publicznej zaczęły krążyć wizje globalnej katastrofy, obawiano się masowych samobójstw. Jak widać, nic szczególnego się nie wydarzyło, ale są już kolejne daty. Jakie? To nie ma znaczenia. Znów przywołać tu warto trzeźwą uwagę opata Abbona sprzed tysiąca lat, który przypomniał to, co wynika ze słowa Bożego: „nigdy nie będzie znany dzień ani godzina”.
Dlaczego więc Jezus kazał nam czuwać i rozpoznawać znaki czasu? Na pewno nie po to, żeby trwać w lęku. Nie chodzi o przeniknięcie planów Boga, ale o gotowość. Chrześcijanie nie mogą przestać czuwać, bo tego właśnie oczekuje Ten, który ma nadejść.
Wołanie Maranatha to nie histeria i nie nerwowe wyglądanie globalnej katastrofy, lecz wyraz tęsknoty za Tym, który jest spełnieniem naszych najgłębszych pragnień. A kiedy to będzie: „z wieczora czy o północy, czy o pianiu kogutów, czy rankiem”? Dla czuwającego to bez różnicy – on i tak jest gotowy.
Franciszek Kucharczak/Gość Niedzielny
o. Joachim Badeni: Antychryst już przebywa pośród nas.
fot. screenshot – YouTube (Stacja 7)
***
Dla tych, którzy go mniej znali, ojciec Joachim Badeni mógł się wydawać miłym starszym księdzem, dobrotliwie uśmiechniętym, przyjaźnie nastawionym do każdego, kto się do niego zbliżał. Ale za tą — prawdziwą zresztą — powierzchownością krył się wulkan, kipiący wewnętrzną mocą. Dawał on o sobie znać nieoczekiwanymi pomrukami i nagłymi wstrząsami. Łagodny staruszek stawał się groźnym prorokiem, miotającym pioruny. Piszę o tym, aby ostrzec potencjalnych czytelników tej książki, którzy biorą ją do ręki.
Co Ojcu daje wiara w paruzję?
Pewność paruzji daje mi chociażby zupełnie inną postawę wobec przebiegu historii. Widząc, że istnieją historyczne sytuacje wrogie wierze chrześcijańskiej, wiem, że one przeminą. Widząc, że pustoszeją kościoły na Zachodzie Europy, konfesjonały są rozebrane — wiem, że ta sytuacja jest przejściowa, bo potęga Boga w niczym nie jest naruszona tym, że dzisiaj słabnie wiara. A triumf Chrystusa jest całkowicie pewny. Na kartach Ewangelii czytamy, pytanie, jakie Chrystus skierował do swoich uczniów: Czy kiedy przyjdę, zastanę wiarę na świecie? Uczniowie nie mieli potężnej wiary od razu, ale modlili się bardzo mądrze: Panie przymnóż nam wiary! Oni rozumieli, że sama znajomość Syna Bożego — w ich przypadku bardzo osobista — nie wystarczy.. Czy wszyscy uczniowie wierzyli od razu, że Jezus jest Mesjaszem? Wydaje mi się, że nie od razu wszyscy wierzyli, ale na pewno rozumieli, że muszą prosić o głęboką wiarę Każdy człowiek potrzebuje głębokiej wiary.
Co mi jeszcze daje wiara w paruzję? Myślę, że dzięki niej otrzymałem spokój ducha, choć niekoniecznie nerwów. Człowiek zyskując pewność paruzji, dalej pozostaje nerwowy i zmienny. Ale jeśli sięgnę głębiej do swojej świadomości, to widzę tam wyraźnie absolutną pewność paruzji. Ona jest czasem przykryta wątpliwościami, lękami, ale pewność raz dana, nie została mi już odebrana. Wiem, że bieg historii, jest tylko przejściowy, a triumf Chrystusa, triumf wiary jest całkowity i pewny. Ta pewność jest ponadczasowa. Gdyby została podana z datą, to można by powiedzieć, że mamy jeszcze 200 albo 120 lat. Zaczęlibyśmy odliczać czas i doszli do wniosku, że jeszcze sobie możemy pohulać. Dlatego ponadczasowość paruzji daje bardzo głęboki, duchowy spokój temu, który ten spokój otrzymał. Może zrodzi się teraz w kimś pytanie, jak go otrzymać? Trzeba się o niego modlić. Niekonieczna jest wizja symboliczna, taka jaką ja miałem. Wystarczy sam dar pewności. Jeśli człowiek będzie się modlił o paruzję to otrzyma pewność, że będzie szczęście i dobro na świecie. Zaś pewność istnienia paruzji jest ogromną siłą pocieszenia, daną od samego Boga.
Przeżycie paruzji jest też bardzo twórcze. Ustawia człowieka i umacnia jego wiarę. Człowiek mając pewność paruzji patrzy inaczej na zło. Widzi je jako zło, ale ono jest już w jego świadomości pokonane. Czyli człowiek współczesny wierzący w paruzję widzi, że zło nie jest już siłą, której nie można pokonać, ale wierzy, że w miejsce zła przyjdzie niewyobrażalne boskie szczęście całej ludzkości, ład i sprawiedliwość.
Wiara w paruzję to dar Boży, dlatego daje spokój — spokój boski. Człowiek może być nadal nerwowy, zmienny, czy depresyjny, ale w głębi duszy będzie spokojny. Głębia ducha ludzkiego jest niezależna od nerwów.
Czy wiara w paruzję daje siłę, żeby przetrwać?
W razie kryzysu można po nią sięgnąć. Ale wiara w paruzję nie jest na powierzchni tak, jak wiara w istnienie Boga — o tym się wie, że Bóg istnieje. Natomiast wiara w paruzję jest skryta w planach bożych. Nawet Chrystus nie wie, kiedy będzie paruzja. Tylko Ojciec Niebieski będzie o tym wiedział.
A jak się mamy modlić o paruzję?
Marana tha — Przyjdź Panie Jezu. To ostatnie słowa Apokalipsy św. Jana. Odpowiedź brzmi: Przyjdę niebawem…
Mówi Ojciec, że Pan Bóg nas zaskoczy? A może jednak łagodnie przygotuje za nim przyjdzie nas sądzić?
Sam fakt paruzji, jak wynika z tekstu Pisma świętego, będzie raczej nagły. W Biblii zawarte jest wyraźne ostrzeżenie: Czuwajcie, bo nie znacie dnia ani godziny. Ten, kto jest w polu niech nie wraca po płaszcz.
Ale kiedyś Ojciec mi mówił, że Pan Bóg lubi przychodzić w ciszy.
Tak, ale nie zawsze. Stąd wynika potrzeba skupienia.
Nie rozumiem, przecież skupienie to cisza. Jakie więc będzie to powtórne przyjście? W ciszy, czy w nagłości?
Może być nagle w ciszy — w ciszy modlitewnej. Cisza nie przeszkadza nagłości. Przeciwnie, wydaje mi się, że cisza przygotowuje do nagłości. Jeśli jestem sfrustrowany, myślę o tysiącach rzeczy, to wtedy nie jestem przygotowany do czegoś nagłego. Jeśli zaś jestem skupiony i wyciszony, to wtedy nagłość mnie nie zaskoczy. Cisza, a raczej skupienie przygotowuje mnie do nagłości. To jest bardzo ciekawa myśl: czy cisza przeszkadza nagłości, czy sprzyja? Myślę, że sprzyja. Bo to cisza skupienia, która nas odrywa od doczesności. W tej chwili jestem skupiony i to może być bardzo podatny czas…
Czyli może w tym jest jakiś klucz, że paruzja będzie wtedy, kiedy świat się wyciszy?
Czy jest możliwe, żeby świat się wyciszył? Chyba nie. Spekulacje tutaj nie mają sensu. Warto skupić się w myślach na paruzji i potraktować to jako ćwiczenie w medytacji: „Paruzja jest pewna… Kiedy?… Nie wiem… W tej chwili nie wiem…”.
W Apokalipsie św. Jana jest taka wskazówka, żebyśmy obserwowali drzewo figowe. I ten opis sugeruje, że paruzja będzie bliska wtedy, kiedy dobre owoce zaczną dojrzewać. Jak Ojciec zinterpretuje ten fragment?
Powiem szczerze, że nie wiem… W Apokalipsie jest też bardzo wyraźnie powiedziane o klęskach, które poprzedzą paruzję. Jak te dwa fragmenty pogodzić? Trzeba zapytać dobrego biblistę… Ale próbowałbym to zrozumieć tak, że przy końcu świata może będzie liczna elita ludzi wybranych. I ze względu na nich, na owoce dobra, zostanie skrócone cierpienie i mniej będzie katastrof poprzedzających paruzję — to jest powiedziane w innym miejscu.
W sumie, to szukamy teraz ludzkich, jasnych pojęć, a to jest ciemność wiary, w którą trzeba wejść z miłością. Dyskusja nigdy nie rozwiąże tajemnicy, tylko doprowadzi do frustracji.
Czy oczekiwanie na przyjście Pana może pogłębić relacje z Panem Bogiem?
Na pewno, bardzo. W relacji z Bogiem jest podobnie jak w relacji małżeńskiej. Wyobraźmy sobie taką historię: mąż wyjechał do Ameryki zarobić na dom. Żona przestaje oczekiwać jego powrotu, nie myśli o nim, nie dzwoni. Stwarza się między nimi dystans. Natomiast, jeżeli żona codziennie czeka na telefon od męża, mimo upływu czasu, to pogłębia stale swoją więź z mężem. Podobnie jest z Panem Bogiem. Oczekiwanie na Jego powtórne przyjście, pogłębia relację. Oczekujmy przyjścia Pana, ale bardzo spokojnie. Na pewności paruzji spoczywa mój spokój, bardzo głęboki.
A może Pan Bóg specjalnie będzie nas trzymał w napięciu, żeby się pogłębiła wiara?
Napięcia co do paruzji nie ma zupełnie i nie będzie. Nie wiem czy w Krakowie znalazłabyś choć jednego człowieka, który byłby spięty czekaniem na Pana Boga… Nawet wśród zakonników myślę, że nie ma takiego. Ja też do czasu widzenia, nigdy nie myślałem o paruzji, chociaż interesowały mnie opisy zawarte w Piśmie Świętym.
Skąd bierze się w ludziach potrzeba poznania daty paruzji? Skąd te pomysły, że koniec świata będzie na przykład w roku 2012?
Tajemnice Boga podlegają niestety sfałszowaniu. Myślę, że potrzeba zwycięstwa dobra nad złem jest zawsze obecna, dlatego objawia się czasem w sposób fałszywy. Wiem, że jednym z najważniejszych zadań życia wewnętrznego jest umiejętność rozróżniania fałszywek, które są dość częste. W swoim życiu nie raz udało mi się nabrać na coś, co było genialnie podrobione — bo diabeł nie jest głupi, czasami udaje głupiego, ale staje się też bardzo inteligenty. Ludzie niby pragną zwycięstwa dobra nad złem, więc wyznacza się datę paruzji — przecież było już coś takiego, że tłum zgromadził się na szczycie góry w białych sukniach. Ale fałszywka nie spełnia się i wtedy następuje załamanie wiary. Myślę, że jeżeli ktoś chce poznać dokładną definicję końca świata i poznać datę, to z Panem Bogiem się nie dogada. Pan Bóg owszem, daje człowiekowi dokładne rozporządzenia, takie, jak na przykład dał Mojżeszowi na górze Horeb — dokładny opis Tabernakulum w szczególikach. Ale wtedy Panu Bogu chodziło o kult i formację Izraela. Natomiast, jeśli indywidualnie chcemy się czegoś od Pana Boga dowiedzieć, to nawet nie powinniśmy pytać Go, tylko możemy prosić, żeby objawił swoją wolę przez natchnienie, przez księdza, przez znajomego…
Mnie osobiście wiele rzeczy uświadomili ludzie świeccy. Przypadkiem, coś nagle powiedzieli i to była prawda. Dzisiaj miałem telefon, dzwoni kobieta i mówi, że moje książki są dla niej modlitwą. Świecka kobieta! Duchowny by tego nie powiedział, kobieta tak. Jej zdaniem są one pisane w sposób modlitewny, to jest prawda. Ludzie, którzy są przeformowani pojęciowo, myślę, że nie są w stanie bezpośrednio odczytać wiadomości tego typu. Wszystko klasyfikują starannie i dokładnie, ale to ich zamyka na niespodziewane światło Boga, bo nie potrafią go zmieścić, w żadnym rozdziale podręcznika do teologii. Pan Bóg mówi o czymś, zgodnie z dekalogiem, bo sam go podyktował, ale mówi czasami poza wszelkimi układami ludzkimi, mówi nagle. I to jest zaskakujące, ale prawda wtedy uderza. Instynkt prawdy wydaje się być dość częsty u ludu bożego. Spotykam się z nim u zupełnie prostych ludzi — żonatych, mających dzieci. U księży raczej nie spotkałem się z nim, choć może niektórzy mają taki wyraźny instynkt prawdy w sobie. Jest takie przekonanie w teologii, że Duch Święty jest w ludzie bożym. Owszem w tym ludzie jest też pijaczyna i morderca, ale Duch święty jest ponad tym. A czy jest wśród duchowieństwa? Oby, ale wydaje się być mniej czytelny w duchowieństwie zakonnym czy diecezjalnym, niż u świeckich.
Ale to przecież księża powinni być tym czytelnym znakiem Boga.
Niestety nie są. Znam bardzo świętobliwych i pracowitych kapłanów, modlących się, ale oni nie są podatni na nagłe przyjęcie światła bożego. Są zbytnio uporządkowani. Ja osobiście nie mam żadnego porządku dnia, bo nie widzę, nie słyszę, wobec tego nie chodzę do chóru na modlitwy, czy liturgię godzin. Na Mszy świętej słucham tylko mszału i dużo mnie to nauczyło. Słuchając tekstów z mszału, często otrzymuję odpowiedzi na różne pytania. Ale może przez to, że nie jestem czynny i mam dużo wolnego czasu, łatwiej widzę światło — mimo moich wszelkich braków. To samo dotyczy ludzi świeckich. Wiara u nich jest głęboka. Chodzą do kościoła, do spowiedzi, ale nie są zorganizowani wobec Pana Boga, i nie mają ustawionego planu. Pan Bóg zwykle działa ponad plan, w sposób zaskakujący. Wybory Boga są nie do przewidzenia, chociażby opisany w Biblii wybór króla Dawida. Nagle przychodzi światło, które poucza człowieka i nie można ustalić, że będzie to o piątej czy szóstej godzinie. Zakonnicy zwykle mają medytację o określonym czasie. Nic się wtedy specjalnego nie dzieje. Owszem, wszystko jest poprawne, ale to co Pan Bóg chce powiedzieć nagle, istnieje poza wszystkim. Czasem światło przychodzi do mnie na Mszy świętej, bo tam jest sprawowana ofiara Syna Bożego. Ale nie koniecznie, bo czasem przyjdzie w najmniej oczekiwanych sytuacjach życiowych. Pan Bóg daje wtedy poczucie absolutnej prawdy, tym bardziej, kiedy otoczenie tego przeżycia jest zwyczajne, na przykład podczas obiadu. Pan Bóg nie ogranicza się do rozkładu zajęć klasztoru czy plebani, owszem uznaje ten układ, ale w razie potrzeby go przekracza. To jest tajemnica bożego działania. Zgodnie z prawdą, z Dekalogiem, z zarządzeniami w Kościele. Jednak Pana Boga nie mogą żadne kategorie uchwycić. To co mówi, tak, ale Jego samego, nie. Bóg przekracza wszelkie możliwe kategorie myślowe. Mistrz Eckhart bardzo dobrze wyczuwa Pana Boga i dobrze do niego podchodzi — negatywnie. Paradoksalnie, często więcej się wie o Panu Bogu, przez to, że się nic nie wie. W tej chwili, kiedy mówię, to czuję absolutną pewność paruzji i czuję, że to co mówię, ma być powiedziane.
Czy kult Miłosierdzia Bożego jest znakiem zbliżającego się końca świata?
Wydaje mi się, że tak. Można sobie to tak, trochę po ludzku wyobrazić, że jest to ostatnia próba. Jedna siostrzyczka z drugiego chóru [św. Faustyna], gruźliczka, słabo pisząca po polsku, jest narzędziem w rękach Boga. Ona krzewi miłosierdzie, które cieszy się wielkim powodzeniem. Do krakowskiego sanktuarium w Łagiewnikach od lat przybywają tłumy. Ale czy miłosierdzie zwycięży nad złem? Chyba nie. Dlatego przyjdzie czas na sprawiedliwość. Miłosierdzie ma nas przygotować, jak pisze św. siostra Faustyna, na drugie przyjście Chrystusa. Aktem wolnej woli człowiek może poddać się Bożemu Miłosierdziu. Ale ilu ludzi to robi?…
Uważa Ojciec, że miłosierdzie nie wygra ze złem?
To zależy od naszej wolnej woli. Człowiek musi przyjąć miłosierdzie. Nawet w teologii moralnej, spowiednicy podkreślają, że jeśli ktoś umierając, odrzuca Miłosierdzie Boże, to nie zostanie zbawiony. Czy tak jest na pewno, tego nie wiemy. Może prorocy to wiedzą.
Tłumy w Łagiewnikach są bardzo pocieszające, ale to kropla w morzu potrzeb. Czy ta kropla uratuje świat? To jest możliwe. Przypominają mi się ciągle sławne targi Abrahama z Panem Bogiem, to wspaniała scena biblijna. Piękny dialog między człowiekiem a Stwórcą: Abraham pyta Boga, czy jak będzie trzydziestu sprawiedliwych, zniszczy Sodomę i Gomorę? Bóg odpowiada, że dopóki będą sprawiedliwi, nie zniszczy. Może właśnie ci ludzie, którzy przyjeżdżają do krakowskich Łagiewnik, pełnią taką funkcję? Może św. Faustyna oddala gromy gniewu Bożego?…
W życiu kontemplacyjnym można doświadczyć przeżycia niesamowitej łagodności Boga. Ale zaraz po nim, następuje widzenie grozy Boga. Ona jest straszliwa. Mówi się, że ktoś, kto by widział tu na ziemi Boga twarzą w twarz, umarłby. Bóg jednak dopuszcza inne widzenie tu na ziemi, ono nie jest jeszcze bezpośrednie. To nie jest widzenie twarzą w twarz. To jest widzenie grozy, która jednocześnie jest niesamowicie łagodna: Baranek Boży, który gładzi grzechy świata… Pewien chłopiec zdradził mi swoją myśl, uważa, że Pan Jezus wszystkich gładzi, czyli głaszcze. „Oto Baranek Boży, który gładzi grzechy świata”… Ale ten Baranek jest wszechmocny i bardzo groźny. Jeśli odrzucimy Baranka, to będzie groza.
Groza?! Przecież Miłosierdzie Boże nie zna granic.
Granicą miłosierdzia jest poniekąd wolna wola każdego z nas. Pan Bóg nie wymusi na nikim swojego miłosierdzia. On je tylko proponuje. Tłumom, które przybywają do Łagiewnik proponuje się spowiedź i miłosierdzie. Ale jeśli ktoś powie nie, to Bóg na nim niczego nie wymusi. Co będzie w ostatniej minucie życia, tego nikt nie wie. Jedno jest pewne, gniew Boży jest nieubłagany, konkretny, straszliwy, a miłosierdzie Boże jest bardzo łagodne. Ludzie sobie myślą, że Pan Bóg jest cały czas taki sam, że nie ma gniewu Bożego, nie ma Bożej sprawiedliwości, że jest tylko miłosierdzie. Bardzo się mylą.
Mówi się, że piekła już nie ma, bo Bóg objawił swoje miłosierdzie.
Jest nawet taki teolog w Lublinie, który twierdzi, że piekła nie ma — nazwiska nie wypowiem, bo nie wypada — ale publicznie to głosi. Mówi, że piekło jest puste, bo tak wielkie jest miłosierdzie Boże. To jednak niemożliwe, żeby największy łobuz wbrew swojej woli został nawrócony. Jeżeli ktoś nie chce być nawrócony, bo nie wierzy w Boga, to Bóg go na siłę nie zbawi. Bóg bardzo szanuje wolną wolę człowieka. Przykład mamy już w pierwszym rozdziale Księgi Rodzaju. Miłosierdzie Boże nie będzie narzucone, ono jest tylko proponowane. Sprawiedliwość zaś, będzie narzucona i stanie się nagle. Ale przyjmując miłosierdzie, trzeba mu też zaufać, a wtedy wszystko będzie w porządku. Zaufać i przestać grzeszyć.
Albo grzeszyć mniej…
Zaufać Miłosierdziu Bożemu i dalej grzeszyć to byłoby nadużycie, bardzo groźne.
Jakie może mieć konsekwencje?
Sądzę, że odrzucenie miłosierdzia kończy się piekłem. Ale kto jest, kto nie jest w piekle, tego nie wiemy. Z wizji opisanych przez mistyków wynika, że piekło nie jest puste.
Tutaj dotykamy tematu uczuciowości Boga. Osobiście uważam, że z tymi uczuciami u Boga to jest bardzo dziwna sprawa. Pan Bóg jest Absolutem. Jemu nie przypisuje się życia uczuciowego, ale przecież uczuciowe życie miał Chrystus: zapłakał nad Łazarzem, był wzruszony postawą Marii Magdaleny. W Starym Testamencie Bóg również mówi o sobie, że się wzruszył. I uczucia są tam bardzo częste. Ostrzega przecież Izraelitów, że się na nich rozgniewa. Czasami się na nich obraża — mówiąc na przykład pod górą Horeb, że dalej z nimi nie pójdzie. Później daje się przekonać Izraelitom i idzie dalej. To wszystko jest oczywiście taką antropomorficzną wizja Boga, ale jednak objawioną.
W Biblii jest więcej takich opisów, których Absolutowi nie powinno się przypisywać. Mój ulubiony fragment Psalmu 17, przepiękny:
Strzeż mnie, jak źrenica oka; w cieniu twych skrzydeł mnie ukryj
Według Psalmisty Pan Bóg ma skrzydła, pod którymi ktoś może się schować, a przecież Absolut nie może mieć skrzydeł. Podobnie jest z Aniołami. Duch nie ma żadnych skrzydeł, tylko my tak sobie to wszystko wyobrażamy, bo Pan Bóg objawił się jako istota, pod której skrzydłami może schronić się wystraszony Izraelita, jak również każdy z nas. Pan Bóg jest tą źrenicą oka na sposób Absolutu, ale nie uczuciowo. On nie współczuje, bo Absolut nie ma współczucia, ale na kartach Biblii wchodzi w rolę istoty, która ma uczucia. I czyni to nawet jeszcze przed wcieleniem Syna Bożego.
Przypominają mi się znowu targi Abrahama z Panem Bogiem o Sodomę i Gomorę. Pamiętam, jak w oparciu o tę scenę, przekonałem kiedyś jednego protestanta, że Pana Boga można po ludzku skłonić do zmiany decyzji. Abraham targował się z Panem Bogiem i Pan Bóg ustąpił. Mimo, iż jest cały czas Absolutem Niezmiennym, to pragnie intymności i relacji z człowiekiem. Ale na pewno Pana Boga nie można zamknąć w uczuciowości, bo to byłaby dewocja.
Myślę, że Pan Bóg najbardziej pragnie wiary, a wiara to ogromna siła. Syn Boży mówi: Gdybyście mieli, wiarę jak ziarnko gorczycy, powiedzielibyście tej górze rzuć się w morze, a stałoby się tak. Wiara ma kolosalną siłę. Wiarą można z Panem Bogiem bardzo wiele utargować — z własnego doświadczenia wiem, że jak z wiarą się o coś prosi, to Pan Bóg wysłucha, choć nie zawsze i nie wszystko.
Dzisiaj wiara na Zachodzie Europy zanika, stała się bardzo obrzędowa. Dlatego boję się, żeby u nas nie była obecna tylko wiara w obrzędowość Mszy św., zamiast w tajemnicę, w której ofiaruję mękę Syna Bożego Ojcu Przedwiecznemu za nasze grzechy.
Aby Matka Boża była coraz bardziej znana, miłowana i uwielbiana!
„Różaniec Święty, to bardzo potężna broń.
Używaj go z ufnością, a skutek wprawi cię w zdziwienie”.
(św. Josemaria Escriva do Balaguer)
fot.wiseGeek
*****
INTENCJA ŻYWEGO RÓŻAŃCA
NA MIESIĄC GRUDZIEŃ 2024
Intencjapapieska:
*Módlmy się, aby nadchodzący jubileusz umocnił nas w wierze, pomógł nam lepiej poznać Chrystusa Zmartwychwstałego w naszym życiu i przemienił nas w pielgrzymów chrześcijańskiej nadziei.
* za naszych kapłanów, aby dobry Bóg umacniał ich w codziennej posłudze oraz o nowe powołania do kapłaństwa i życia konsekrowanego.
* za papieża Franciszka, aby Duch Święty prowadził go, a św. Michał Archanioł strzegł.
* Panie Boże Nieskończonego Miłosierdzia, jesteśmy pełni wdzięczności za dar życia w Twoim Świętym Kościele. Świadomi własnej niemocy prosimy o łaskę wzrostu Twojej Miłości w naszych poranionych sercach, bo pragniemy na nowo przeżywać Tajemnice naszej Świętej Wiary w kolejnym kręgu czasu. Niech Adwentowa Świeca, oznaczająca Ciebie Najświętsza Boża Rodzicielko, rozświetla nasze ciemności: “Rorate caeli, desuper et nubes pluant justum” – “Spuśćcie rosę niebiosa i obłoki niech wyleją Sprawiedliwego”.
Intencja dodatkowa dla Róży Matki Bożej Częstochowskiej (II),
św. Moniki i bł. Pauliny Jaricot:
* Rozważając drogi zbawienia w Tajemnicach Różańca Świętego prosimy Bożą Matkę, aby wypraszała u Syna swego a Pana naszego Jezusa Chrystusa właściwe drogi życia dla naszych dzieci.
*****
Od 1 grudnia modlimy się kolejnymi Tajemnicami Różańca Świętego i w nowych intencjach, które otrzymaliście na maila 30 listopada z adresu e-rozaniec@kosciol.org (jeśli ktoś z Was nie dostał maila na ten miesiąc, proszę o kontakt z Zelatorem Róży, albo na adres rozaniec@kosciolwszkocji.org)
Obecnie mamy 19 Róż Żywego Różańca, choć mieliśmy do niedawna 21. Dlatego bardzo serdecznie zachęcamy chętnych, aby zechcieli dołączyć się do Żywego Różańca.Módlmy się też w tej intencji, aby dotąd nieprzekonani mogli się przekonać jak skuteczną i tym samym jak bardzo potrzebną jest dziś modlitwa różańcowa.
WSPÓLNOTA ŻYWEGO RÓŻAŃCA W TEGOROCZNYM ADWENCIE ORGANIZUJE ZBIÓRKĘ NA CELE PRO-LIFE
***
***
POMÓŻ RATOWAĆ ŻYCIE OD POCZĘCIA
***
I CZWARTEK MIESIĄCA – 5 GRUDNIA
KAPLICA IZBA JEZUSA MIŁOSIERNEGO
19.00 MSZA ŚW.
PO MSZY ŚW. – GODZINA ŚWIĘTA
I PIĄTEK MIESIĄCA – 6 GRUDNIA
SALKA PRZY KOŚCIELE ŚW. PIOTRA – ST PETER’S HALL
18.00 – ADORACJA NAJŚWIĘTSZEGO SAKRAMENTU W INTENCJI ZADOŚĆUCZYNIENIA ZA GRZECHY NASZE I CAŁEGO ŚWIATA.
W TYM CZASIE JEST MOŻLIWOŚĆ SPOWIEDZI ŚW.
19.00 MSZA ŚW.
I SOBOTA MIESIĄCA – 7 GRUDNIA
OD GODZ. 17.00 MOŻLIWOŚĆ SPOWIEDZI ŚW.
GODZ. 18.00 – WIGILIJNA MSZA ŚW. Z II NIEDZIELI ADWENTU
PO MSZY ŚW. NABOŻEŃSTWO WYNAGRADZAJĄCE ZA ZNIEWAGI I BLUŹNIERSTWA PRZECIWKO NIEPOKALANEMU SERCU NAJŚWIĘTSZEJ MARYI PANNY
Kościelne święta nakazane w 2025 roku
fot. Piotr Tumidajski
***
Kodeks Prawa Kanonicznego zobowiązuje katolików do uczestnictwa w Mszy świętej i powstrzymywania się od prac niekoniecznych w niedzielę oraz święta nakazane. Czym są święta nakazane? W jakie dni wypadają one w 2025 roku?
Część świąt i uroczystości kościelnych ma stałe daty. Co roku BOŻE NARODZENIE obchodzimy 25 grudnia. Daty części świąt i uroczystości są ruchome – tak w przypadku m.in. WIELKANOCY, czy Uroczystości ZESŁANIA DUCHA ŚWIĘTEGO. Poniżej jest lista, w której wypisane są kościelne święta nakazane 2025 roku.
Kościelne święta, w których należy uczestniczyć we Mszy św.:
1 stycznia (środa) – Uroczystość Świętej Bożej Rodzicielki
6 stycznia (poniedziałek) – Uroczystość Objawienia Pańskiego (Trzech Króli)
20 kwietnia (niedziela) – Niedziela Zmartwychwstania Pańskiego (Wielkanoc)
1 czerwca (niedziela) – Wniebowstąpienie Pańskie
8 czerwca (niedziela) – Uroczystość Zesłania Ducha Świętego (Zielone Świątki)
19 czerwca (czwartek) – Uroczystość Najświętszego Ciała i Krwi Pańskiej (Boże Ciało)
15 sierpnia (piątek) – Uroczystość Wniebowzięcia Najświętszej Maryi Panny
1 listopada (sobota) – Uroczystość Wszystkich Świętych
25 grudnia (czwartek) – Uroczystość Narodzenia Pańskiego (Boże Narodzenie)
Inne ważne święta w Liturgii Kościoła w 2025 roku:
Kościelne święta nakazane to niejedyne święta i uroczystości w roku liturgicznym. W dni, w które przypadają inne ważne święta kościelne wierni nie mają obowiązku uczestniczenia we Mszy świętej i powstrzymywania się od prac niekoniecznych. Kościół zachęca jednak, aby, gdy jest to możliwe, również i wtedy uczestniczyć w liturgii:
2 lutego (niedziela) – Święto Ofiarowania Pańskiego (Matki Boskiej Gromnicznej)
19 marca (środa) – Uroczystość świętego Józefa, Oblubieńca Najświętszej Maryi Panny
25 marca (wtorek) – Uroczystość Zwiastowania Pańskiego
21 kwietnia (poniedziałek) – Poniedziałek Wielkanocny
9 czerwca (poniedziałek) – Święto Najświętszej Maryi Panny, Matki Kościoła
29 czerwca (niedziela) – Uroczystość Świętych Apostołów Piotra i Pawła
30 listopada – I Niedziela Adwentu
8 grudnia (poniedziałek) – Uroczystość Niepokalanego Poczęcia Najświętszej Maryi Panny
26 grudnia (piątek) – Święto świętego Szczepana, pierwszego męczennika
BARDZO ZACHĘCAM, ABY PRZECZYTAĆI DOBRZE ZAPAMIĘTAĆ SŁOWA ŚWIĘTEGO OJCA PIO NA TEMAT MSZY ŚWIĘTEJ
fot. youtube
***
Ojciec Pio MSZĘ ŚWIĘTĄ nazwał „przerażającą tajemnicą”. Zapewne z tego powodu trwała ona nawet kilka godzin.
Na zarzuty, że celebruje ten sakrament zbyt długo, odpowiadał: „Pan wie, że chcę odprawiać mszę świętą tak, jak inni to czynią, ale nie zawsze potrafię. Są takie chwile, że nie mogę iść naprzód. Czuję, że upadłbym, gdybym się nie zatrzymał”. Doskonale rozumiał ogromną wagę Eucharystii.
Dlatego te myśli o Eucharystii trzeba zapamiętać na zawsze:
1. Pan Bóg w Eucharystii składa nam pocałunki miłości. Zatem przyjmujmy z wielką wiarą i miłością Komunię Świętą.
2. W tych tak smutnych czasach śmierci wiary, triumfującej bezbożności, najbezpieczniejszym środkiem uchronienia się przed chorobą zakaźną, która nas otacza, jest wzmacnianie się pokarmem eucharystycznym. Rzeczą oczywistą jest, że nie może się nim wzmocnić ten, kto miesiącami nie karmi się ciałem nieskalanego Baranka Bożego.
3. Każda Msza święta, w której dobrze i pobożnie się uczestniczy, jest przyczyną cudownych działań w naszej duszy, obfitych łask duchowych i materialnych, których my sami nawet nie znamy. Dla osiągnięcia takiego celu nie marnuj bezowocnie twego skarbu, ale go wykorzystaj. Wyjdź z domu i uczestnicz we Mszy Świętej. Świat mógłby istnieć nawet bez słońca, ale nie może istnieć bez Mszy świętej
4. Póki nie jesteśmy pewni, że nasze sumienie jest obciążone ciężką winą nie należy zaprzestawać przyjmowania Komunii świętej.
5. Niegodni Jezusa jesteśmy wszyscy, ale to On nas zaprasza. On tego chce. Upokorzmy się przed Nim!
6. Przed Jezusem obecnym w Najświętszym Sakramencie wzbudzaj święte uczucia, rozmawiaj z Nim, módl się i trwaj w Objęciach Umiłowanego.
7. Jak mogę nosić w mym małym sercu Nieskończonego? Jak mogę zamykać Boga w małej celi mej duszy? Moja dusza napełnia się w bólu i miłości. Napełnia mnie trwoga, że nie zdołam zatrzymać Go w wąskiej przestrzeni mego serca.
„Widział Pana Jezusa w Hostii. To było coś nieprawdopodobnego!”. Ojciec Pio i Eucharystia.
fot. Fair use/Wikipedia
***
Ojciec Pio doskonale rozumiał istotę i wartość Eucharystii. “Świat mógłby istnieć nawet bez słońca, ale nie może istnieć bez Mszy świętej” – mówił.
Przez ponad 58 lat ojciec Pio codziennie uczestniczył w Eucharystii łącząc się duchowo z Chrystusem Ukrzyżowanym i Zmartwychwstałym. Eucharystia była dla niego – jak przypomniał Jan Paweł II podczas swego pobytu w San Giovanni Rotondo w dniu 23 maja 1987 roku – źródłem i szczytem, punktem oparcia oraz ośrodkiem całego życia i działania. Święty we Mszy św. widział całą Kalwarię, przeżywał ją jako wstrząsającą tajemnicę Męki Pańskiej.
Ojciec Pio doskonale rozumiał znaczenie Mszy świętej, dlatego nazwał ją przerażającą tajemnicą. Zapewne z tego powodu trwała ona nawet do trzech godzin! Na zarzuty, że celebruje ten sakrament zbyt długo, odpowiadał: „Pan wie, że chcę odprawiać Mszę świętą tak, jak inni to czynią, ale nie zawsze potrafię. Są takie chwile, że nie mogę iść naprzód. Czuję, że upadłbym, gdybym się nie zatrzymał”.
„Widziałem i przeżywałem – dzięki Ojcu Pio – niebo przy ołtarzu”
Ojciec Jerzy Tomziński, przełożony generalny Zgromadzenia Ojców Paulinów, uczestniczył we Mszy św. odprawianej przez o. Pio, 21 września 1962 roku. I wspomina, że to, co najbardziej wtedy przeżył, to moment konsekracji: „Ojciec Pio zachowywał się tak, jakby widział Chrystusa. Oparł się na ołtarzu, ręce położył tak, jakby obejmował krzyż, i patrzył na Hostię. On widział Pana Jezusa, że cierpi, że umiera. Widział Go w Hostii – to się ujawniło w jego twarzy. To było coś nieprawdopodobnego… Nie widziałem kapłana celebrującego, ale Mękę Pana Jezusa na Golgocie. Widziałem, Pan Jezus cierpi i umiera, że krew się leje. Widziałem i przeżywałem, dzięki Ojcu Pio – niebo przy ołtarzu”.
„Gdy jestem przy ołtarzu, czuję niekiedy dziwny ogień, który wypełnia całą moją osobę”
Ojciec Pio bardzo pragnął Eucharystii. Tak napisał w jednym z listów: „Miałbym wiele rzeczy do powiedzenia, lecz brakuje mi słów. Powiem tylko tyle, że uderzenia mojego serca stają się mocniejsze, gdy przebywam z Jezusem w Eucharystii. Nieraz wydaje mi się, że serce chciałoby mi wyskoczyć z piersi. Gdy jestem przy ołtarzu, czuję niekiedy dziwny ogień, który wypełnia całą moją osobę, niestety, nie jestem w stanie opisać go słowami”. Pytany zaś, co zawiera się w odprawianej przez niego Mszy św., odpowiadał, że cała Kalwaria.
Ksiądz Nello Castello zanotował niezwykłe wyznanie Świętego: „W czasie Mszy przeżywam trzy godziny agonii na krzyżu”. Włoski mistyk rozpoczynając Eucharystię otrzymywał łaskę widzenia całej ziemi i nieba, a nie tylko przenikania sumień pojedynczych osób – co działo się przy kratkach konfesjonału. Gdy przystępował do ołtarza, jego każdy krok naznaczony był cierpieniem i wydawało się że wstępował na Kalwarię. Już w chwili wypowiadania „Spowiadam się”… skupiał na ołtarzu grzechy świata, brał na siebie przewinienia wszystkich. Jego twarz przyjmowała wyraz całkowitego wyniszczenia. – Wyrok na grzesznika spada na mnie – mówił.
„Gdybym któregoś dnia został pozbawiony Komunii świętej – umarłbym”
Podczas Liturgii Słowa Święty często nie mógł powstrzymać łez. Nie tylko dlatego, że tak intensywnie przeżywał każde słowo, lecz również dlatego, że przepełniała go wdzięczność dla Boga, który zechciał przemówić do ludzi. Ofiarowanie było dla niego oczekiwaniem na przemienienie zwykłego chleba w „Chleb z nieba”. To było oczekiwanie „na wschód Słońca”. Podczas konsekracji dokonywało się – jak mawiał Ojciec Pio – „nowe cudowne zniszczenie i stworzenie”. Zniszczenie i stworzenie, czyli tajemnica ofiary Ukrzyżowanego, który ponosi haniebną śmierć „zaliczonego do złoczyńców”, aby stać się Eucharystią dla milionów.
Gdy Ojciec Pio wymawiał słowa konsekracji: „To jest Ciało moje…, To jest kielich Krwi mojej”, a słowa te wypowiadał bardzo wolno, sylabizował je, to rzeczywiście uczestniczył w tragedii Golgoty. Chrystus wyciskał na nim to, co sam przeżywał: miłość, cierpienie, śmierć… Jego Msza święta była całą Męką Zbawiciela, a uczestniczący w niej wierni stawali się częścią grupy osób modlących się na Kalwarii. Wreszcie nadchodził czas zjednoczenia. Komunia święta! Na ten moment Ojciec Pio bardzo czekał. Kiedyś powiedział: „Gdybym któregoś dnia został pozbawiony Komunii świętej – umarłbym”.
Uczestnicząc w Eucharystii warto mieć w pamięci słowa mistyka: „Każda Msza święta, w której dobrze i pobożnie się uczestniczy, jest przyczyną cudownych działań w naszej duszy, obfitych łask duchowych i materialnych, których my sami nawet nie znamy. Dla osiągnięcia takiego celu nie marnuj bezowocnie twego skarbu, ale go wykorzystaj. Wyjdź z domu i uczestnicz we Mszy Świętej. Świat mógłby istnieć nawet bez słońca, ale nie może istnieć bez Mszy świętej”.
KAI,opoka.org,adonai.pl,glosojcapio.pl,zś/Stacja7
Nigdy nie odchodziłbym od ołtarza
O. PIO (PUBLIC DOMAIN/WIKIMEDIA COMMONS)
***
„Ten pokorny kapucyn zadziwił świat swym życiem całkowicie poświęconym modlitwie i słuchaniu braci, na których cierpienie wylewał balsam miłości Chrystusa” – powiedział papież Franciszek nawiedzając miejsce, w którym podczas modlitwy w chórze zakonnym przed krucyfiksem 20 września 1918 roku, o. Pio otrzymał stygmaty. Lekarze obliczyli, badając go wielokrotnie, że z tych ran w ciągu 50 lat wypłynęło 3 400 litrów krwi. Rany krwawiły szczególnie podczas sprawowania Mszy świętej.
Cała Kalwaria w jego Mszy
21 września 1962 roku o. Jerzy Tomziński, przełożony generalny Zgromadzenia Ojców Paulinów, uczestniczył we Mszy św. odprawianej przez o. Pio. Swoje doświadczenie, szczególnie moment konsekracji tak opisał: „Ojciec Pio zachowywał się tak, jakby widział Chrystusa. Oparł się na ołtarzu, ręce położył tak, jakby obejmował krzyż, i patrzył na Hostię. On widział Pana Jezusa, że cierpi, że umiera. Widział Go w Hostii, to się ujawniło w jego twarzy. To było coś nieprawdopodobnego… Nie widziałem kapłana celebrującego, ale Mękę Pana Jezusa na Golgocie. Widziałem, jak Pan Jezus cierpi i umiera, że krew się leje. Widziałem i przeżywałem, dzięki Ojcu Pio, niebo przy ołtarzu”. Podobne wrażenia zanotował o. Bernardo Romagnoli: „Kiedy po raz pierwszy uczestniczyłem we Mszy św. odprawianej przez o. Pio, w momencie konsekracji zauważyłem na jego twarzy pewne ruchy i skurcze, które wtedy wydały mi się trochę dziwne, ale później zrozumiałem, że przeżywał on w tej chwili mękę Ukrzyżowanego. Rzeczywiście, było to widoczne, że podczas Mszy św. Ojciec Pio przeżywał na nowo mękę Jezusa, ofiarę miłości i cierpienia”.
Takie przeżywanie Eucharystii nie powinno dziwić, jeśli weźmiemy pod uwagę, jak bardzo Ojciec Pio jej pragnął. Tak napisał w jednym z listów: „Miałbym wiele rzeczy do powiedzenia, lecz brakuje mi słów. Powiem tylko tyle, że uderzenia mojego serca stają się mocniejsze, gdy przebywam z Jezusem w Eucharystii. Nieraz wydaje mi się, że serce chciałoby mi wyskoczyć z piersi. Gdy jestem przy ołtarzu, czuję niekiedy dziwny ogień, który wypełnia całą moją osobę, niestety, nie jestem w stanie opisać go słowami”. Pytany zaś, co zawiera się w odprawianej przez niego Mszy św., odpowiadał, że cała Kalwaria.
Wprowadzał wszystkich w inny wymiar
Znana pisarka Maria Winowska, która żyjąc w Paryżu napisała kilka książek, między innymi o Bożym Miłosierdziu. Przetłumaczyła na język francuski “Dzienniczek” św. siostry Faustyny. Również jest jej książka o stygmatyku z San Giovanni Rotondo pod tytułem: „Prawdziwe oblicze Ojca Pio”, w której opisuje Mszę św. odprawianą przez niego. Oto jej świadectwo: „Twarz jego przeobraża się, gdy stanął u stopni ołtarza. Nie trzeba być mędrcem, żeby zrozumieć, że znalazł się w świecie dla nas niedostępnym. Nagle pojmuję, dlaczego Msza odprawiana przez niego przyciąga tłumy, dlaczego je przykuwa i podbija. Od pierwszej chwili jesteśmy raptownie wciągnięci w głąb tajemnicy. Jak niewidomi otaczający widzącego. Jesteśmy bowiem ślepcami, przebywającymi za granicami rzeczywistości. To właśnie jest posłannictwem mistyków. Oni przywołują do życia nasze wewnętrzne oczy, które uległy zanikowi, oczy przeznaczone do oglądania olśniewającej jasności, nieporównywalnie potężniejszej od światła widzialnego okiem śmiertelnika… Od siebie mogę powiedzieć, że w San Giovanni Rotondo okryłam w ofierze Mszy świętej otchłanie miłości i światła, przedtem zaledwie dostrzegalne. Ten moment jest bardzo ważny… Jego zadaniem nie jest robienie «czego innego», ani też «lepiej niż inni», ale uprzystępnienie nam zrozumienia, przeżycia i wchłonięcia w siebie tej jedynej w świecie ofiary, jaką jest Msza święta… Bo trzeba być ślepym, żeby nie wiedzieć, że człowiek, który przystąpił do tego ołtarza, cierpi. Jego krok jest ciężki i chwiejny. Niełatwo jest stąpać na przebitych stopach. Ramiona ciężko się opierają na ołtarzu, gdy go całuje. Zachowuje się jak ranny w ręce, zmuszony do oszczędzania każdego ruchu. Wreszcie, uniósłszy głowę, wpatruje się w krzyż. Mimo woli odwracam oczy, jak gdyby lękając się podpatrzeć tajemnicę miłości. Twarz kapucyna, przed chwilą wyrażająca jowialną uprzejmość, ulega przeobrażeniu. Przechodzą przez nią fale wzruszenia, jak gdyby niewidzialne siły powołujące go do walki napełniały go kolejno obawą, radością, smutkiem, trwogą, bólem. Rysy jego odzwierciedlają tajemny dialog. Protestuje, potrząsa głową przecząco, czeka na odpowiedź. Całe ciało sprężyło się w milczącym błaganiu (…). Czas stanął. A raczej czas przestał się liczyć. Wydaje mi się, że ten ksiądz przykuty do ołtarza wprowadził nas wszystkich w inny wymiar, gdzie trwanie zmieniło znaczenie”.
Eucharystia w centrum życia
Ojciec Pio święcenia kapłańskie przyjął w katedrze w Benevento 10 sierpnia 1910 r., a na swoim obrazku prymicyjnym napisał: „Jezu, moje pragnienie i życie moje, kiedy dziś drżący Cię unoszę w tajemnicy miłości, spraw, abym był dla świata drogą, prawdą, życiem, a dla Ciebie świętym kapłanem, ofiarą doskonałą”. Ojciec Pio wspominając swoje dzieciństwo tak mówił: „Miałem wtedy pięć, może sześć lat. Wtedy nad wielkim ołtarzem ukazało mi się Serce Pana Jezusa i uczyniło znak, abym się zbliżył do ołtarza. Pan Jezus położył rękę na mojej głowie, pragnąc w ten sposób potwierdzić, że podoba Mu się to moje postanowienie ofiarowania się i poświęcenia Jemu…”.
Ks. Andrzej Antoni Klimek taki daje komentarz do tego wydarzenia: “Te słowa uzmysławiają nam, jak ważne jest budowanie duchowości eucharystycznej w dzieciach, zwłaszcza w dzieciach przystępujących do Pierwszej Komunii Świętej. Jak ważna jest każda Msza święta i jaką stratą jest każda Msza święta, którą opuszczamy. W czasach Ojca Pio odprawiana przez niego Msza o czwartej lub piątej rano wpływała na rozkład autobusów i godziny otwarcia hoteli w San Giovanni Rotondo. Jego sakramentalna posługa przyciągała tysiące wiernych i ludzie już od 2.30 oczekiwali w kościele. Życie „kręciło się” wokół Eucharystii i Sakramentu Pokuty. Wiemy też, że Ojciec Pio często odmawiał rozgrzeszenia penitentom, którzy wyznawali, iż zaniedbywali Mszę św. niedzielną. Bolał nad ich niefrasobliwością i tylko kiedy widział ich szczery żal, odpuszczał grzech. W ten sposób uczył, że każda Najświętsza Ofiara ma bezgraniczną wartość. Każda! A ileż razy my z wielką niefrasobliwością dyspensujemy się z niedzielnej Eucharystii? Ile razy dopiero na pytanie kapłana wyznajemy w konfesjonale jej zaniedbanie? Jak słabe albo wręcz nieobecne jest w nas pragnienie Eucharystii. Kto z nas może powtórzyć za Ojcem Pio: „Serce czuje się, jakby było przyciągane przez nieokreśloną, wyższą siłę, zanim rankiem zjednoczy się z Nim w Eucharystii. Odczuwam tak wielki głód i pragnienie połączenia się z Jezusem, że niewiele brakuje, żebym umarł z tęsknoty za Nim, a ponieważ nie mogę żyć bez przyjęcia Go, zdarzało się, że nawet z wysoką gorączką byłem zmuszony udać się posilić Jego Ciałem. Ów głód i pragnienie, zamiast ulec zaspokojeniu, wzmagały się jeszcze bardziej po przyjęciu Jezusa”?
SMS-y do Pana Boga. Papież zachęca do odmawiania aktów strzelistych
fot. Filippo Monteforte/AFP/East News
***
„Jakże często wysyłamy SMS-y do osób, które kochamy! Czyńmy to również z Panem, aby nasze serce było z Nim stale złączone” – zachęcał papież Franciszek zgromadzonych na placu św. Piotra w Rzymie, by odmawiali akty strzeliste – bardzo krótkie modlitwy, powtarzane w ciągu dnia.w rozważaniu przed południową modlitwą „Anioł Pański“.
Co znalazłby Jezus w moim życiu?
Ewangelia dzisiejszej liturgii kończy się pełnym troski pytaniem Jezusa: „Czy jednak Syn Człowieczy znajdzie wiarę na ziemi, gdy przyjdzie?” (Łk 18, 8). Jakby chciał powiedzieć: czy kiedy przyjdę u kresu dziejów – ale, możemy pomyśleć, także teraz, w tym momencie życia – znajdę w was jakąś wiarę, w waszym świecie? To poważne pytanie.
Wyobraźmy sobie, że Pan przychodzi dziś na ziemię. Zobaczyłby, niestety, wiele wojen, biedy i nierówności, a jednocześnie wielkie osiągnięcia techniki, nowoczesne środki i ludzi nieustannie biegnących, którzy nigdy się nie zatrzymują. Ale gdyby przyszedł dzisiaj, czy znalazłby ludzi, którzy poświęcają czas i miłość Jemu, którzy stawiają Go na pierwszym miejscu? A przede wszystkim zadajmy sobie pytanie: co znalazłby we mnie, w moim życiu, w moim sercu? Jakie widziałby priorytety?
Modlitwa – lekarstwo dla duszy
Często skupiamy się na wielu rzeczach pilnych, lecz niepotrzebnych, zajmujemy się i martwimy wieloma sprawami drugorzędnymi. A być może, nie zdając sobie z tego sprawy, zaniedbujemy to, co najważniejsze i pozwalamy, aby nasza miłość do Boga stopniowo, krok po kroku, oziębła. Dziś Jezus proponuje nam lekarstwo na rozpalenie wiary, która stała się letnią. Cóż to jest? Modlitwa.
Tak, modlitwa jest lekarstwem wiary, lekarstwem odbudowującym duszę. Musi to być jednak modlitwa nieustanna. Jeśli musimy zastosować kurację, by wyzdrowieć, ważne jest, aby jej dokładnie przestrzegać, przyjmować leki we właściwy sposób i o właściwej porze, w sposób stały i regularny. Potrzeba tego w życiu we wszystkim.
Pomyślmy o roślinie, którą trzymamy w domu: musimy ją podlewać w sposób stały, nie możemy jej obficie podlać, a potem pozostawić bez wody na całe tygodnie! Tym bardziej w przypadku modlitwy: nie możemy żyć tylko mocnymi chwilami czy intensywnymi spotkaniami co jakiś czas, a potem „zapaść w letarg”. Nasza wiara uschnie. Potrzebujemy codziennej wody modlitwy, czasu poświęconego Bogu, aby mógł On wkroczyć w nasz czas, w naszą historię; stałych chwil, w których otwieramy Mu nasze serca, aby mógł obdarzać nas każdego dnia miłością, pokojem, radością, siłą, nadzieją; to znaczy karmić naszą wiarę.
Na kłopoty z modlitwą – akty strzeliste
Dlatego Jezus mówi dziś „swoim uczniom – wszystkim, a nie tylko co niektórym! – że zawsze powinni się modlić i nie ustawać” (w. 1). Ale ktoś mógłby zaprotestować: „Jak mam to zrobić? Nie mieszkam w klasztorze, nie mam zbyt wiele czasu na modlitwę!”. Z pomocą może nam przyjść w tej trudności, która jest prawdziwa, mądra praktyka duchowa, chociaż dziś nieco zapomniana, a którą dobrze znają osoby starsze, zwłaszcza babcie: praktyka tak zwanych aktów strzelistych. Nazwa jest trochę przestarzała, ale treść dobra. Co to jest? Bardzo krótkie modlitwy, łatwe do zapamiętania, które możemy powtarzać często w ciągu dnia, w trakcie różnych czynności, aby „dostroić się” do Pana.
Weźmy kilka przykładów. Zaraz po przebudzeniu możemy powiedzieć: „Panie, dziękuję Ci i ofiarowuję Tobie ten dzień” – jest to mała modlitwa. Potem, przed jakąś czynnością, możemy powtarzać: „Przyjdź, Duchu Święty”. A między jedną rzeczą a drugą możemy modlić się w następujący sposób: „Jezu, ufam Tobie i miłuję Ciebie”. Są to małe modlitwy, które pomagają nam trwać w kontakcie z Panem. Jakże często wysyłamy SMS-y do osób, które kochamy! Czyńmy to również z Panem, aby nasze serce było z Nim stale złączone.
I nie zapominajmy o czytaniu Jego odpowiedzi. Pan zawsze odpowiada. Gdzie je znajdziemy? W Ewangelii, którą trzeba trzymać pod ręką i otwierać kilka razy każdego dnia, aby otrzymać skierowane do nas Słowo Życia. Powróćmy do tej rady, którą dawałem wiele razy: noście małą kieszonkową Ewangelię, w kieszeni, w torbie. I tak, gdy będziecie mieli wolną chwilę, otwierajcie ją i przeczytajcie jakiś fragment, a Pan odpowie.
Niech Maryja Dziewica, wierna w słuchaniu, nauczy nas sztuki nieustającej modlitwy.
Każda, nawet najmniejsza prośba o łaskę Bożą przynosi obfity owoc.
Bóg jest niezawodnie blisko nas, nieustannie przemawia do naszych serc. Lecz zajęcia dnia codziennego powodują, że często zapominamy o Jego obecności. Aby wzrastać w miłości do naszego Stwórcy, musimy od czasu do czasu przypominać sobie o Jego bliskości i mówić do Niego.
Słowa kierowane do Boga mogą być tak samo proste, jak każde pozdrowienie, które kierujemy do naszych rodziców, dziecka, współmałżonka czy rodzeństwa, przebywających w tym samym pokoju co my. Możemy za św. s. Faustyną powtórzyć: „Jezu, ufam Tobie”, czy po prostu wypowiedzieć jedno tylko słowo: „Abba”. „Jezu, bądź w moim życiu” to kolejna piękna modlitwa.
Warto jest pamiętać tego typu akty strzeliste i często z nich korzystać.
Jezu mój, ulituj się nade mną
Jan Paweł II uważał Miłosierdzie Boże za granicę, którą Bóg wyznacza złu. Dlatego właśnie wzywajmy Jego miłosierdzia, gdy w naszym sercu lub w naszym otoczeniu dzieje się źle. Wyobraźmy sobie, że Bóg powstrzymuje cierpienie i zło, które jest niczym wściekły pies trzymany mocno na smyczy. Możemy wówczas także wyobrazić sobie, jak Mojżesz powstrzymuje fale Morza Czerwonego, aby Izraelici mogli przez nie przejść.
Ufam Tobie (lub: Dziękuję Ci)
Wyrażenie naszej ufności Jezusowi jest w centrum obrazu Bożego Miłosierdzia, który Pan Jezus objawił św. Faustynie. Dobrze jest też pamiętać, że ta wdzięczność rozlewa się na naszą rzeczywistość. A to może nas uchronić przed niepokojem umysłu i serca. Naprawdę jest tyle rzeczy, za które warto być wdzięcznym! Kiedy dziękujemy, to prostu potwierdzamy ten fakt.
Jezus, Maryja, Józef
Myśl o Świętej Rodzinie może nas przytłaczać, zwłaszcza kiedy uzmysłowimy sobie, jak daleko nam do życia codziennego, które było udziałem jej członków. Taka reakcja pomija jednak pewien kluczowy fakt. Otóż Święta Rodzina jest nie tylko przykładem tego, jak powinniśmy żyć, ale przede wszystkim źródłem łaski, której potrzebujemy, aby żyć tak jak Oni. Jezus, będący sercem tej rodziny, jest gotów udzielić nam wszelkiej niezbędnej pomocy. Wypowiedz imiona członków Świętej Rodziny jako modlitwę do Jezusa o pomoc w naszym życiu rodzinnym.
SMS-y do nieba. Czym są akty strzeliste i jak je praktykować?
Krótko i na temat. Nasze akty strzeliste mkną w stronę nieba i są realizacją Pawłowego wezwania do nieustannej modlitwy.
Ewa Bem, znakomita wokalistka jazzowa, która „podarowała Polakom trochę słońca”, opowiada, że w zabieganym dniu jej najczęstszą modlitwą są króciutkie akty strzeliste. „Nieustannie się módlcie” – wzywa święty Paweł. „Nie spędziłam ani chwili bez modlitwy” – wyznawała Teresa z Lisieux, a ojciec Pio odmawiał kilkadziesiąt różańców dziennie. Niestety, podobne hasła często podcinają nam skrzydła i stają się powodem do samooskarżenia. Niesłusznie! Prawdziwym ratunkiem i realizacją Pawłowego wezwania do nieustannej modlitwy są akty strzeliste, czyli przerwanie na chwilkę zajęć, by „wysłać w niebo SMS-a”.
Zajączki światła
Przed laty bardzo pomogła mi intuicja ojca Joachima Badeniego, który opowiadał, że jeśli w czasie bombardowanej rozproszeniami modlitwy 20 razy westchnę: „Panie Jezu, wracam!”, to znaczy, że jest to dobra modlitwa, bo 20 razy wybrałem Jezusa. Akty strzeliste mają podobny mechanizm. Są jak małe pociski rozpraszające to, co nas przytłacza, i wciąga w narrację galopującego na oślep świata. Kompozytor Michał Lorenc opowiadał mi, że doświadczenie Bożej obecności jest dla niego „jak krótkie błyski światła, »zajączki« puszczane lusterkiem na ścianie”. „Na długo starcza?” – zapytałem. „Starcza, aby żyć”.
Akty strzeliste są takimi refleksami światła. „Ojcowie Pustyni używali takich krótkich wezwań, by odpierać pokusy i złe myśli oraz by zwracać ciągle swą myśl do Boga. O praktyce egipskich pustelników słyszał św. Augustyn, który pisał, że te krótkie modlitwy są »pośpiesznie jakby wyrzucane z siebie« (dosł.: »jakby wystrzeliwane«, niczym strzała czy pocisk). To dlatego na Zachodzie przyjęło się je nazywać aktami strzelistymi” – wyjaśnia ks. prof. Józef Naumowicz.
Bukłak pełen łez
Sam biskup Hippony pisał: „Mówią, że bracia w Egipcie odmawiają często modlitwy, ale bardzo krótkie i jakby w pośpiechu, tak aby należyte skupienie najbardziej potrzebne na modlitwie nie osłabło na skutek upływu czasu i nie zanikło zupełnie. Niech przeto z dala od modlitwy będzie wielomówstwo, ale niech nie zabraknie usilnego błagania, jeżeli trwa żarliwe skupienie. Albowiem wiele mówić na modlitwie to znaczy rzecz konieczną wyrażać przez nadmiar słów, wiele zaś modlić się oznacza długim i pobożnym poruszeniem serca kołatać do Tego, którego błagamy. Zazwyczaj ta modlitwa wyraża się raczej w westchnieniach niż w słowach, bardziej w płaczu niż w przemawianiu. Bóg zaś »kładzie nasze łzy przed swoim Obliczem«, a »jęk nasz nie jest ukryty przed Tym, który wszystko stworzył«”. Bardzo porusza mnie biblijne określenie: „Kładzie nasze łzy przed swym Obliczem”. W innym tłumaczeniu czytamy, że „Bóg zbiera nasze łzy do swego bukłaka”.
Święty Jan Chryzostom wyjaśniał: „Kto często umacnia się takimi aktami, ten zamyka drzwi szatanowi, nie dopuszczając złych myśli, które szatan mu podaje”. „Akty strzeliste podtrzymują i oczyszczają duszę. Ileż to aktów w ciągu dnia i nocy po przebudzeniu można odmówić! Są one bardzo ważne w życiu duchownym; podsycają je, jak drewna podkładane do ognia” – podpowiadał św. Maksymilian Maria Kolbe, a św. Alfons Maria de Liguori (życie tego ambitnego prawnika zmieniły słowa: „Porzuć świat, oddaj się Mnie”; wygłosił ponad 500 misji i rekolekcji, napisał 160 prac teologicznych, które przetłumaczono na 61 języków), podsumowywał: „Ojcowie Pustyni przywiązywali wielką wagę do aktów strzelistych. Uważali, że są one skuteczniejsze dla utrzymania w duszy pamięci o obecności Boskiej niż długie modlitwy”.
Wielka siła rażenia
Orygenes nauczał, że modlitwa ma wielką siłę duchowego rażenia, czyli odpędzania złych duchów i natrętnych myśli („Wierzę też, że słowa modlitwy ludzi świętych są pełne mocy. Modlitwa jak promień tryska z duszy i warg modlącego się, mocą Bożą rozprasza wewnętrzną truciznę, jaką wrogie siły wlewają do duszy tych, którzy lekceważą modlitwę i nie idą za zgodnymi z zachętą Jezusa słowami Pawła: »Nieustannie się módlcie«. Z duszy modlącego się z poznaniem, rozumieniem i wiarą wychodzi jakby pocisk, który rani aż do zniszczenia i rozbicia wrogie Bogu duchy, które chcą nas omotać więzami grzechu”.
Jan Kasjan, który zebrał doświadczenia duchowe ojców pustyni i mnichów Wschodu, by wszczepić je w zachodnie chrześcijaństwo, nauczał: „Mamy często wznosić krótkie modlitwy, by podstępny nieprzyjaciel nie miał czasu podsunąć czegoś naszemu sercu. Egipscy Ojcowie Pustyni uważają, że jest lepiej, gdy nasze modlitwy są krótkie i częściej zanoszone. Gdy bowiem częściej zwracamy się do Boga, będziemy mogli też stale przynależeć do Niego, a dzięki temu, że są zwięzłe i krótkie, lepiej unikniemy strzał podstępnego diabła, którymi on usilnie nas atakuje zwłaszcza wtedy, gdy się modlimy. Niech dusza nieustannie trzyma się bardzo krótkiej formuły, aż wzmocniona nieprzerwanym i ciągłym jej medytowaniem, porzuci bogate i rozległe myśli i zgodzi się na ubóstwo, ograniczając się do jednego wersetu. W ten sposób nasza dusza dojdzie do modlitwy bez skazy, gdzie umysł nie zajmuje się już postaciami wyobraźni, nie wymawia nawet głośno słów, nie zatrzymuje się nad sensem wyrazów, lecz gdzie serce płonie ogniem, pełne jest niewysłowionego zachwytu”.
Nie trzeba wielu słów
Joachim Badeni powtarzający na każdym kroku, że „im bardziej coś jest proste, tym bardziej jest Boże”, wspominał: „Miałem guwernantkę Francuzkę, która mnie uczyła aktu strzelistego »Jezu, ufam Tobie«. Miałem może 10–12 lat. Nie trzeba wielu słów. Syn Boży skarcił wielomówstwo. – Poganie są tacy, gdy się modlą – powiedział. Krótkie akty strzeliste każdemu bym radził. Proste rozmowy z Panem Bogiem. My, zakonnicy, mamy ustalony tryb modlitwy. A co ma zrobić człowiek, który codziennie idzie do pracy; matka, która troszczy się o dzieci, pierze, gotuje? Ja bardzo wierzę w akty strzeliste, w znak krzyża. Jeszcze przed nawróceniem robiłem znak krzyża byle jak. Dziś staram się robić go bardzo powoli i spokojnie, dotykając czoła, jakbym dotykał Ojca, potem dotykam Syna i Ducha Świętego. Cała Trójca Święta jest jak gdyby dotknięta wiarą”.
„Siostra Faustyna, która miała duszę kontemplacyjną, nauczyła się modlić, nie przerywając pracy, w czym pomagał zakonny nakaz zachowywania milczenia. Łatwiej jej było jednak odmawiać akty strzeliste w czasie gotowania, gdyż również w Płocku była przez pewien czas kucharką, niż za ladą w sklepie, gdzie miała nieustanny kontakt z klientami” – pisze biografka Sekretarki Bożego Miłosierdzia Ewa K. Czaczkowska.
Nie boję się
Akty strzeliste to zazwyczaj zdania zaczerpnięte z Biblii („Panie, zmiłuj się nade mną”, „Panie, Ty wiesz wszystko, Ty wiesz, że Cię kocham”), hymnów Kościoła („Święty Boże, Święty mocny, Święty a nieśmiertelny, zmiłuj się nad nami”) lub słów pochodzących z prywatnych objawień („Jezu, ufam Tobie!” czy „Jezu, Ty się tym zajmij”).
Jako akty strzeliste można potraktować kanony z Taizé, jednozdaniowe refreny powtarzane raz za razem. „Gdybyśmy znaleźli jedną chwilę, w dogodnym dla nas czasie i miejscu, na świadome przeżycie spotkania z Bogiem, to choćby westchnienie kierowane do Niego mogłoby wystarczyć i miałoby głębszy sens” – opowiada brat Marek z Taizé. „Brat Roger lubił powtarzać, że westchnienie z głębi serca kierowane do Boga może już być modlitwą. Prostota i piękno pomagają w modlitwie, ale nie one są jej sednem. Modlitwa jest przede wszystkim spotkaniem Tego, który przez Ducha Świętego dokonuje czegoś w naszym sercu i w naszym życiu. A czego dokonuje? Kiedy się z Nim spotkamy, nie będziemy już tacy jak przedtem. On zmieni nasze serce”.
„Chodzi o wejście w Jego obecność, trwanie w zjednoczeniu z Nim” – podpowiada franciszkanin o. Rafał Kogut. „W jaworzyńskiej pustelni Pan Bóg mi dał taką prostą modlitwę obecności, czyli zdanie: »Jezus jest we mnie«. Powtarzam je z wiarą i później trwam w tej obecności, powtarzając Jego imię. Jestem kochany, mam Jego i… nie boję się”.
Marcin Jakimowicz/Gość Niedzielny
AKTY STRZELISTE
Te krótkie modlitwy warto odmawiać w jakiejkolwiek chwili dnia czy nocy.
Akt wiary Wierzę w Ciebie, Boże żywy, W Trójcy jedyny, prawdziwy. Wierzę, coś objawił Boże, Twe słowo mylić nie może.
Akt nadziei Ufam Tobie, boś Ty wierny, Wszechmocny i miłosierny. Dasz mi grzechów odpuszczenie, Łaskę i wieczne zbawienie.
Akt miłości Boże, choć Cię nie pojmuję, Jednak nad wszystko miłuję. Nad wszystko, co jest stworzone, Boś Ty dobro nieskończone!
Akt żalu Ach, żałuję za me złości, Jedynie dla Twej miłości. Bądź miłościw mnie grzesznemu, Do poprawy dążącemu.
Akty strzeliste
Niechaj będzie pochwalony Przenajświętszy Sakrament teraz i zawsze, i na wieki wieków. Amen.
Chwała i dziękczynienie bądź w każdym momencie Jezusowi w Najświętszym Boskim Sakramencie. Ile minut w godzinie, a godzin w wieczności, Tylekroć bądź pochwalon, Jezu, ma miłości.
Boże, bądź miłościw mnie grzesznemu!
O Maryjo, bez zmazy poczęta, módl się za nami, którzy się do Ciebie uciekamy!
Jezu, Maryjo, Józefie święty, Wam oddaję ciało i duszę moją.
A dusze wiernych zmarłych przez miłosierdzie Boże niech odpoczywają w pokoju! Amen.
Uwielbienie Boga w aktach strzelistych
Panie, Ty wszystko wiesz Ty wiesz, że pragnę Cię kocham.
Jezu, ufam Tobie!
Panie Jezu, cichy i pokornego Serca, uczyń serca nasze według Serca Twego.
Niech będzie Bóg uwielbiony.
Niech będzie uwielbione święte Imię Jego.
Niech będzie uwielbiony Jezus Chrystus, prawdziwy Bóg i prawdziwy człowiek.
Niech będzie uwielbione Imię Jezusowe.
Niech będzie uwielbione Najświętsze Serce Jezusa.
Niech będzie uwielbiona Najdroższa Krew Jezusowa.
Niech będzie uwielbiony Pan Jezus w Najświętszym Sakramencie Ołtarza.
Niech będzie uwielbiony Duch Święty, Pocieszyciel.
Niech będzie pochwalona Bogurodzica, Najświętsza Panna Maryja.
Niech będzie pochwalone Jej święte i Niepokalane Poczęcie.
Niech będzie pochwalone Jej chwalebne Wniebowzięcie.
Niech będzie pochwalone Imię Maryi, Dziewicy i Matki.
Niech będzie pochwalony święty Józef, przeczysty Jej Oblubieniec.
Niech będzie uwielbiony Bóg w swoich Aniołach i w swoich Świętych.
Akty strzeliste w czasie adoracji
Pan mój i Bóg mój!
O Jezu w Najświętszym Sakramencie, zmiłuj się nad nami!
Niech na wieki będzie pochwalony i uwielbiony Przenajświętszy Sakrament!
Wielbię Ciebie w każdym momencie, żywy Chlebie nasz w tym Sakramencie.
Witaj prawdziwe Ciało zrodzone z Panny Maryi.
Niechaj będzie pochwalony Przenajświętszy Sakrament, teraz i na wieki wieków. Amen.
Akt strzelisty w chorobie
Boże mój, nie jestem godny daru wykonywania w najdoskonalszy sposób wszystkich miłosiernych uczynków co do ciała i duszy biednych chorych; Ty mi go jednak udzielasz przez nieskończone swe miłosierdzie oraz przez zasługi Jezusa i Maryi.
Akty strzeliste do Anioła Stróża
Aniele Stróżu mój, uwielbiam Boga, który Cię do mnie posłał.
Błogosławię Cię Boże, w Trójcy Jedyny, obecny w moim kochanym Aniele Stróżu i dziękuję, że mi Go dałeś.
Ojcze niebieski, bądź uwielbiony w moim Aniele Stróżu.
Dziękuję Ci, Aniele, mój Stróżu, że przedstawiasz Bogu moje prośby.
Witam Cię, Aniele, mój Stróżu, na początku nowego dnia i dziękuję Ci za błogosławiony, spokojny sen i proszę pomóż mi przeżyć ten dzień na chwałę Bogu Najwyższego.
Dziękuję Ci, Aniele, mój Stróżu, wierny i dobry Przyjacielu, że mi we wszystkim pomagasz i nie zrażasz się moimi grzechami.
Dziękuję Ci, Aniele Stróżu, że jesteś stale ze mną i w dzień i w nocy.
Aniele, mój Stróżu, pomóż mi uwierzyć, że jesteś zawsze przy mnie.
Aniele, mój drogi Przyjacielu, pocieszaj mnie we wszystkich smutkach i utrapieniach.
Aniele, mój Stróżu, dziękuje Ci za Twą obecność.
Przepraszam Cię, Aniele Stróżu mój, że dziś Cię zasmuciłem.
Aniele, mój Stróżu, naucz mnie, proszę, uwielbiać Boga i za wszystko Mu dziękować.
Aniele, mój Stróżu, pomóż mi życzliwie spojrzeć z Twoją miłością na tego człowieka, którego z trudem przyjmuję.
Aniele Stróżu, pociesz mnie dziś w moim smutku.
Akty strzeliste za zmarłych
Panie, wysłuchaj łaskawie naszych modlitw za dusze sług i służebnic Twoich, za które się modlimy prosząc, abyś je przyjął do społeczności swoich Świętych.
Spraw, prosimy Cię, Panie, aby dusze sług i służebnic Twoich, oczyszczone ze swoich win, otrzymały przebaczenie i wieczny odpoczynek.
“Ja jestem zmartwychwstaniem i życiem. Kto we Mnie wierzy, choćby i umarł, żyć będzie. Każdy, kto żyje i wierzy we mnie, nie umrze na wieki”. J 11,25-26
Jezu, ufam Tobie.
Panie Jezu Chryste, Synu Boga Żywego, Zbawicielu, zmiłuj się nade mną, grzesznym.
Jezu cichy i pokornego Serca, uczyń serca nasze według serca Twego.
Baranku Boży, który gładzisz grzechy świata, obdarz nas pokojem.
Któryś za nas cierpiał rany, Jezu Chryste zmiłuj się nad nami.
Najświętsze Serce Jezusa, zmiłuj się nad nami.
Panie, ratuj!
Panie Boże chroń mnie.
Panie Boże, bądź ze mną.
Panie Boże , daj mi odczuć Twoją obecność.
Panie Jezu, pragnę kochać Ciebie całym sercem.
Panie Boże, pomóż mi.
Panie Jezu, Ty się tym zajmij.
O Maryjo bez grzechu poczęta, módl się za nami, którzy się do Ciebie uciekamy.
KOŚCIÓŁ ŚW. PIOTRA – PARTICK, 46 HYNDLAND STREET, GLASGOW, G11 5PS
***
SOBOTA 30 LISTOPADA
UROCZYSTOŚĆ ŚW. ANDRZEJA APOSTOŁA – PATRONA SZKOCJI
ST PETER’S CHURCH, PARTICK, 46 HYNDLAND STREET, Glasgow, G11 5PS
17.30 SPOWIEDŹ ŚW.
18.00 MSZA ŚW.
W INTENCJI O WIECZNE ZBAWIENIE ZMARŁYCH Z ŻYWEGO RÓŻAŃCA
+++
+++
Z WIELKĄ WDZIĘCZNOŚCIĄ PANU BOGU WSZECHMOGĄCEMU, KTÓRY JEST PEŁEN MIŁOSIERDZIA, ZA DAR KOLEJNEGO CZASU, ABY DOZNAĆ ŁASKI NAWRÓCENIA NASZYCH SERC. WEJDŹMY W TEN CZAS NOWEGO ADWENTU.
1 GRUDNIA
PIERWSZA NIEDZIELA ADWENTU
13.30 – ADORACJA NAJŚWIĘTSZEGO SAKRAMENTU i MOŻLIWOŚĆ SPOWIEDZI ŚW.
14.00 – MSZA ŚW.
W GODZINIE MIŁOSIERDZIA – KORONKA DO BOŻEGO MIŁOSIERDZIA
***
****
„Sen to symbol życiowego odrętwienia, bierności i wycofania, a także nieumiejętności czytania Bożych znaków w swoim życiu. To również obraz oddalenia człowieka od Boga i niewiary. Warto na początku Adwentu zadać sobie pytanie: co dziś jest moim duchowym snem?”
„Noc się posunęła, a przybliżył się dzień” – dobrze ilustrują one to, co dokonało się przez przyjście na świat Jezusa Chrystusa – prawdziwego Światła zwyciężającego wszelki mrok.
„Wszyscy potrzebujemy tego Światła”.
„Potrzebujemy Światła, gdy sami doświadczamy bezradności, niepewności i obaw”.
„Potrzebujemy Światła, gdy szukamy drogi”.
„Potrzebujemy światła, aby nie zbłądzić” – Adwent jest właśnie po to, aby wyjść ku Chrystusowi, aby powstać ze snu, rozbudzić w sobie na nowo nadzieję, bo „człowiek żyje, dopóki czeka, dopóki w jego sercu żyje nadzieja” (Benedykt XVI).
„W Adwencie chodzi właśnie o to, by powstać ze snu” .
„Sen to symbol życiowego odrętwienia, bierności i wycofania, a także nieumiejętności czytania Bożych znaków w swoim życiu. To również obraz oddalenia człowieka od Boga i niewiary. Jak podpowiada nam papież Franciszek, sen, z którego mamy się przebudzić, to także obojętność, próżność, niezdolność do nawiązywania autentycznie ludzkich relacji, niezdolność do zatroszczenia się o brata samotnego, opuszczonego lub chorego. Warto zatem na początku tego Adwentu zadać sobie pytanie – co dziś jest moim duchowym snem?”
„Wierzę w Kościół Chrystusowy”.
„W tym czasie chcemy odnowić naszą wiarę w Kościół, zobaczyć, co znaczy wierzyć Kościołowi i umocnić naszą wiarę w to, czego Kościół naucza”. Jak zauważa papież Benedykt XVI, że słowu Kościół niemal zawsze towarzyszy określenie „Boży”, a to wskazuje, że nie jest to „stowarzyszenie ludzkie, zrodzone ze wspólnych idei czy interesów, lecz powołał je Bóg”.
„Jezus Chrystus potrzebuje Kościoła, by działać pośród nas. Ale i my potrzebujemy Kościoła. Nasza wiara rodzi się przecież w Kościele, żyje i rozwija się w nim, a także nas do niego prowadzi. Nie możemy żyć autentyczną wiarą bez Kościoła”. Owo adwentowe powstanie ze snu to także przezwyciężenie obojętności i przyzwyczajenia, „aby poczuć się odpowiedzialnym za Kościół, który wspólnie stanowimy”. „Warto, byśmy częściej przypominali sobie, że Kościół to my wszyscy, zjednoczeni z Chrystusem w mocy Ducha Świętego” .
“Powstać ze snu to pójść dalej odważnie za tymi dobrymi podpowiedziami, które odkrywa przed nami Duch Święty” .
(z listu na Adwent – Prymas Polski arcybiskup Wojciech Polak/ www.prymaspolski.pl)
Roraty – są to adwentowe Msze św. odprawiane przed wschodem Słońca. Nazwa „roraty” pochodzi od adwentowej pieśni na wejście, rozpoczynającej się od słów:
Z Roratami związany jest zwyczaj zapalania specjalnej świecy ozdobionej mirtem, nazywanej roratką. Symbolizuje ona Maryję, patronkę adwentowego oczekiwania, która jako jutrzenka, wyprzedza wschód słońca i zapowiada przyjście pełnego światła – Światłości świata Jezusa Chrystusa. Innym zwyczajem jest zawieszanie w kościele wieńca z czterema świecami oznaczającymi cztery niedziele Adwentu. Z upływem kolejnych tygodni podczas Rorat zapala się odpowiednią liczbę świec. Świece i lampiony tak często używane w liturgii adwentowej wyrażają czuwanie. Nawiązują one do ewangelicznych przypowieści m.in. o pannach mądrych i głupich. Światło jest też wyrazem radości z bliskiego już przyjścia Chrystusa.
****
fot. Dawid Tatarkiewicz/East News
****
Przekazy historyczne mówią, że roraty odprawiano w Polsce już za czasów panowania Bolesława Wstydliwego. Przez całe wieki Król, umieszczając w czasie rorat na ołtarzu zapaloną świecę, oświadczał: „Gotów jestem na sąd Boży”, za nim czynił to Prymas Polski, mówiąc „Sum paratus ad adventum Domini” (Jestem gotów na przyjście Pana), po nich zaś kolejno: senator, ziemianin, rycerz, mieszczanin i chłop, powtarzając słowa króla.
****
****
W ADWENCIE MSZE ŚWIĘTE RORATNIE BĘDĄ O GODZ. 7.00 RANO
W PONIEDZIAŁKI I W ŚRODYWKAPLICY IZBIE JEZUSA MIŁOSIERNEGO
Aby Matka Boża była coraz bardziej znana, miłowana i uwielbiana!
„Różaniec Święty, to bardzo potężna broń.
Używaj go z ufnością, a skutek wprawi cię w zdziwienie”.
(św. Josemaria Escriva do Balaguer)
fot.wiseGeek
*****
INTENCJA ŻYWEGO RÓŻAŃCA
NA MIESIĄC GRUDZIEŃ 2024
Intencjapapieska:
*Módlmy się, aby nadchodzący jubileusz umocnił nas w wierze, pomógł nam lepiej poznać Chrystusa Zmartwychwstałego w naszym życiu i przemienił nas w pielgrzymów chrześcijańskiej nadziei.
* za naszych kapłanów, aby dobry Bóg umacniał ich w codziennej posłudze oraz o nowe powołania do kapłaństwa i życia konsekrowanego.
* za papieża Franciszka, aby Duch Święty prowadził go, a św. Michał Archanioł strzegł.
* Panie Boże Nieskończonego Miłosierdzia, jesteśmy pełni wdzięczności za dar życia w Twoim Świętym Kościele. Świadomi własnej niemocy prosimy o łaskę wzrostu Twojej Miłości w naszych poranionych sercach, bo pragniemy na nowo przeżywać Tajemnice naszej Świętej Wiary w kolejnym kręgu czasu. Niech Adwentowa Świeca, oznaczająca Ciebie Najświętsza Boża Rodzicielko, rozświetla nasze ciemności: “Rorate caeli, desuper et nubes pluant justum” – “Spuśćcie rosę niebiosa i obłoki niech wyleją Sprawiedliwego”.
____________________________________________
Intencja dodatkowa dla Róży Matki Bożej Częstochowskiej (II),
św. Moniki i bł. Pauliny Jaricot:
* Rozważając drogi zbawienia w Tajemnicach Różańca Świętego prosimy Bożą Matkę, aby wypraszała u Syna swego a Pana naszego Jezusa Chrystusa właściwe drogi życia dla naszych dzieci.
*****
Od 1 grudnia modlimy się kolejnymi Tajemnicami Różańca Świętego i w nowych intencjach, które otrzymaliście na maila 30 listopada z adresu e-rozaniec@kosciol.org (jeśli ktoś z Was nie dostał maila na ten miesiąc, proszę o kontakt z Zelatorem Róży, albo na adres rozaniec@kosciolwszkocji.org)
________________________________________
Obecnie mamy 19 Róż Żywego Różańca, choć mieliśmy do niedawna 21. Dlatego bardzo serdecznie zachęcamy chętnych, aby zechcieli dołączyć się do Żywego Różańca.Módlmy się też w tej intencji, aby dotąd nieprzekonani mogli się przekonać jak skuteczną i tym samym jak bardzo potrzebną jest dziś modlitwa różańcowa.
Nieustająca adoracja w klasztorach – tu Adwent nigdy się nie kończy
Czuwanie adwentowe ma szczególny wymiar w klasztorach kontemplacyjnych, zwłaszcza w tych, gdzie siostry adorują Jezusa Eucharystycznego. Tam lampy „panien roztropnych” nigdy nie gasną.
***
fot. Henryk Przondziono/Gość Niedzielny
***
Nie jesteśmy dla siebie
Sakramentki, czyli Mniszki Benedyktynki od nieustającej adoracji Najświętszego Sakramentu Trwają przed Jezusem Eucharystycznym w warszawskim klasztorze od 1 stycznia 1688 roku. Adoracja trwa bez przerwy z wyjątkiem czasu po 31 sierpnia 1944 roku, gdy klasztor został zrównany z ziemią. Poza tą przerwą siostry czuwają każdego dnia i każdej nocy.
(ARCHIWUM SIOSTRY JÓZEFINY)
S. Józefina
– Nieustająca adoracja Jezusa jest sercem naszego życia. To jest główna rzecz, która przyciąga tu kolejne siostry. Ja bez tego na pewno bym tutaj nie trafiła. W moim życiu najpierw było pragnienie adoracji Najświętszego Sakramentu. Gdy byłam na studiach, ksiądz w duszpasterstwie akademickim przyjął taki sposób przeprowadzania spotkań, że przez godzinę byliśmy przed Najświętszym Sakramentem w ciszy. Jak na życie zwykłych studentów to było trudne i wydawało się trochę bez sensu. Przecież coś trzeba robić, coś zaśpiewać, jakąś modlitwę powiedzieć… Ale moje serce się w tym rozkochało i wtedy Pan Jezus powiedział: „No to teraz do klasztoru zapraszam”. Szukałam więc czegoś, co by odpowiadało pragnieniu mojego serca. Nazwa „Benedyktynki od nieustającej adoracji Najświętszego Sakramentu” wydała mi się najpiękniejsza na świecie – i tak tu trafiłam.
Trwanie przed Najświętszym Sakramentem – to jest nasze główne zadanie. Pan Bóg mówi: „Czuwajcie i bądźcie gotowi”, więc my staramy się czuwać. Nie jesteśmy tutaj tylko dla siebie. Wręcz przeciwnie, czasem wydaje mi się, że nic dla siebie tutaj nie mamy, bo wszystko jest dla innych. Takie ogołocenie, jakieś cierpienie wewnętrzne czy choroby, które też nas dotykają – to wszystko odczytujemy w takim kluczu, że Pan Bóg od nas chce więcej, chce, żebyśmy to ofiarowały za świat. Przynosimy więc przed Najświętszy Sakrament wszystko, cały świat.
Doświadczamy również, że to czuwanie wpływa na losy ludzi, którzy proszą nas o modlitwę – a proszą bardzo często. Staramy się te prośby włączać w naszą liturgię godzin i w modlitwę podczas Mszy Świętej, ale też zanosimy je przed Najświętszy Sakrament.
Czasami przed Najświętszym Sakramentem czas upływa w sekundę, a czasami jest tak, jak mówiła święta Hildegarda, że to jest „orka serca” – każda minuta ciągnie się i człowiek ma poczucie, że nie jest w stanie się modlić. Jeśli jednak nie widzimy owoców albo nie czujemy smaku modlitwy, to wcale nie znaczy, że jest gorzej. Czasami wręcz przeciwnie – im trudniej, tym lepiej, jak mówią znawcy życia duchowego.
Czuwanie przed Panem Jezusem to jest też czas odpoczynku, takiej regeneracji duchowej. Bo wiem, że On tam na mnie czeka jak dobry lekarz, a ja tam idę nawet, gdy mam trudny dzień, i niosę trudne sprawy. Wiem, że tam otrzymam pokój. Napełnię się pewnością, że to jest to miejsce i ten czas, i że to jest ta Osoba, z którą chcę spędzić resztę życia: Pan Jezus.
To uszczęśliwiające
Klaryski od Wieczystej Adoracji w klasztorze w Kętach Czuwają przed Jezusem Eucharystycznym nieustająco od 1910 roku. Nie przerwały tej modlitwy nawet obie wojny światowe.
(ARCHIWUM SIOSTRY MAKSYMILIANY)
S. Maksymiliana
– Adoracja w naszym klasztorze trwa nieprzerwanie już ponad 114 lat. Adorowałyśmy Pana Jezusa także w czasie pandemii COVID-u, co nie było łatwe, gdyż wszystkie chorowałyśmy. Wtedy adoracje na jedną siostrę przypadały częściej, także w nocy. Zwykle są to dwie godziny nocnego czuwania po trzech nocach przespanych, a wtedy miałyśmy adoracje każdej nocy lub co drugą noc. Mobilizowałyśmy się jednak i mimo słabości, gorączki i innych dolegliwości trwałyśmy przed Panem.
Przebywanie w obecności Jezusa Eucharystycznego jest dla mnie czymś pociągającym i uszczęśliwiającym. Przemawia do mnie porównanie adoracji do wygrzewania się na słońcu, takiej kąpieli słonecznej. Działania słońca nie widać od razu, ale są skutki, gdyż człowiek jest opalony. Wiara mówi mi, że niezależnie od tego, w jakim stanie przychodzę – w stanie pociechy czy oschłości – Pan Bóg na mnie patrzy, opromienia swoją łaską i otula czułą miłością. Adoracja leczy mnie z chronicznego skupiania się na sobie, na własnych problemach. Ale to nie jest tak, że trwam przed Panem zawsze z pociechą i radością. Nieraz czas mi się dłuży, muszę pokonywać zmęczenie, senność, nie mogę zapanować nad rozproszeniami – na przykład myślę o zadaniach, jakie na mnie czekają… Wtedy jest walka, ale na pewno nie jest to czas stracony. Ten trud jest pewnie cenny przed Panem – to, że się nie rezygnuje, nie zniechęca i mimo wszystko się jest.
Poza tym towarzyszy mi świadomość, że staję przed Jezusem też w imieniu Kościoła, że mam przyprowadzać innych do Boga. I nieraz toruję Mu ścieżkę do serc osób, którym jest z Nim nie po drodze. I uważam, że z takim wymiarem może się wiązać to zmaganie. A nieprzyjaciel też walczy i chce mnie zniechęcić, a przez to obniżyć świadomość tego, do czego zostałam powołana.
Nasze czuwanie jest ważne dla ludzi z zewnątrz. Jesteśmy zalane wieloma intencjami, które wpływają do nas różnymi drogami: telefonicznie, mailowo, tradycyjną pocztą, są przekazywane przy furcie. Stajemy z nimi przed Jezusem w Hostii. Czasami proszący są pod wrażeniem skuteczności naszej modlitwy i zachęcają innych, żeby zwracali się do nas. Oczywiście nie przypisujemy sobie zasług, ale cieszymy się ogromnie i umacniamy wielkimi dziełami Boga. O własnych siłach nie jesteśmy w stanie nieustannie się modlić. Ale myślę, że Pan Bóg udziela łask i odpowiada na tęsknotę serca, które chciałoby stale przy Nim być.
Kochami jestem kochana
Siostry Służebnice Ducha Świętego od Wieczystej Adoracji w Nysie Czuwają przed Panem Jezusem w tamtejszym klasztorze od 1994 roku. Charyzmatami zgromadzenia są uwielbienie i adoracja Boga w misterium Trójcy Świętej, w Osobie Ducha Świętego i w Eucharystii.
(ARCHIWUM SIOSTRY S. MARII AMATY)
S. Maria Amata
– Nasze powołanie rozumiemy jako bycie przy Panu Jezusie i czuwanie, w tym na modlitwie przed Najświętszym Sakramentem. Pan Jezus docelowo miał być nieustannie adorowany w kaplicy przez nas, ale z powodu niewystarczającej liczby sióstr dziś nie możemy temu sprostać. Dlatego jesteśmy wspierane przez osoby świeckie, które są włączone w wieczystą adorację. One same mówią, że przychodzą na czuwania. Tak czują – że czas spędzony przed Najświętszym Sakramentem to jest czuwanie. My tutaj nazywamy je eucharystyczną wspólnotą adoracyjną, w skrócie EWA. Tak więc na adorację przychodzi… Ewa. Otwarcie na udział świeckich było zresztą w zgromadzeniu od samego początku istnienia. Nie wynikało to z takiej potrzeby jak teraz, natomiast była chęć włączenia świeckich w owoce duchowe tego, co siostry robią.
Dla mnie osobiście adoracja była ważna jeszcze przed wstąpieniem do klasztoru. Widziałam dużą wartość takiego uciszania serca i napełniania się rzeczywistością trwania przy Panu. W pewnym momencie odkryłam, że tym, co ma dla mnie naprawdę wartość, jest świadomość, że kocham i jestem kochana. I tutaj tego doświadczyłam. Wiadomo, że to jeszcze nie jest całkiem spełnione, ale jest dążenie do tego, żeby ta miłość przenikała coraz bardziej i bardziej, żebym mogła być przestrzenią dla Pana. Z pewnością na tym też polega czuwanie. I myślę, że to czuwanie przy Panu przekłada się na czuwanie nad miłością we wspólnocie, nad miłością między nami.
Zasadniczo czas adoracji jest wyczekiwany i chciany. Wszystko inne jest podporządkowane tym „dyżurom adoracyjnym”, wszelkie nasze obowiązki, pranie, prasowanie, gotowanie, sprzątanie. Najważniejsze jest to, żeby stale była adoracja. Nasz ojciec, św. Arnold Janssen, mówił, że pierwszym czynem miłości bliźniego jest głoszenie innym Dobrej Nowiny. My też głosimy Dobrą Nowinę – ale na kolanach. Czasami ładnie mówią o nas, że jesteśmy misjonarkami na kolanach. My przez tę modlitwę stanowimy… No właśnie, czy pierwszy front walki, czy zaplecze? W każdym razie jesteśmy tutaj, żeby wspomóc to pierwsze posłanie Kościoła: „Idźcie na cały świat i czyńcie sobie uczniami wszystkich”. Tutaj są siostry, których się tak do końca nie rozumie. Po co się te kobiety za kratami zamknęły? A jeśli ktoś postawi dalsze pytania, to może dowie się, że to jednak jest z miłości. I po to, żeby też innych jakoś pociągnąć do miłowania Pana.
Kodeks Prawa Kanonicznego zobowiązuje katolików do uczestnictwa w Mszy świętej i powstrzymywania się od prac niekoniecznych w niedzielę oraz święta nakazane. Czym są święta nakazane? W jakie dni wypadają one w 2025 roku?
Część świąt i uroczystości kościelnych ma stałe daty. Co roku BOŻE NARODZENIE obchodzimy 25 grudnia. Daty części świąt i uroczystości są ruchome – tak w przypadku m.in. WIELKANOCY, czy Uroczystości ZESŁANIA DUCHA ŚWIĘTEGO. Poniżej jest lista, w której wypisane są kościelne święta nakazane 2025 roku.
Kościelne święta, w których należy uczestniczyć we Mszy św.:
1 stycznia (środa) – Uroczystość Świętej Bożej Rodzicielki
6 stycznia (poniedziałek) – Uroczystość Objawienia Pańskiego (Trzech Króli)
20 kwietnia (niedziela) – Niedziela Zmartwychwstania Pańskiego (Wielkanoc)
1 czerwca (niedziela) – Wniebowstąpienie Pańskie
8 czerwca (niedziela) – Uroczystość Zesłania Ducha Świętego (Zielone Świątki)
19 czerwca (czwartek) – Uroczystość Najświętszego Ciała i Krwi Pańskiej (Boże Ciało)
15 sierpnia (piątek) – Uroczystość Wniebowzięcia Najświętszej Maryi Panny
1 listopada (sobota) – Uroczystość Wszystkich Świętych
25 grudnia (czwartek) – Uroczystość Narodzenia Pańskiego (Boże Narodzenie)
Inne ważne święta w Liturgii Kościoła w 2025 roku:
Kościelne święta nakazane to niejedyne święta i uroczystości w roku liturgicznym. W dni, w które przypadają inne ważne święta kościelne wierni nie mają obowiązku uczestniczenia we Mszy świętej i powstrzymywania się od prac niekoniecznych. Kościół zachęca jednak, aby, gdy jest to możliwe, również i wtedy uczestniczyć w liturgii:
2 lutego (niedziela) – Święto Ofiarowania Pańskiego (Matki Boskiej Gromnicznej)
19 marca (środa) – Uroczystość świętego Józefa, Oblubieńca Najświętszej Maryi Panny
25 marca (wtorek) – Uroczystość Zwiastowania Pańskiego
21 kwietnia (poniedziałek) – Poniedziałek Wielkanocny
9 czerwca (poniedziałek) – Święto Najświętszej Maryi Panny, Matki Kościoła
29 czerwca (niedziela) – Uroczystość Świętych Apostołów Piotra i Pawła
30 listopada – I Niedziela Adwentu
8 grudnia (poniedziałek) – Uroczystość Niepokalanego Poczęcia Najświętszej Maryi Panny
26 grudnia (piątek) – Święto świętego Szczepana, pierwszego męczennika
Coraz lepiej poznajemy Maryję. Tym lepiej dla nas.
UNSPLASH
***
Efez, rok 431, trzeci sobór Kościoła powszechnego. Tego dnia posiedzenie trwało bardzo długo. Wszyscy mieszkańcy miasta od rana czekali na orzeczenie soboru. Przyszło im czekać do wieczora. Chodziło o ważne rozstrzygnięcie: czy Maryja jest Theotokos (Rodzącą Boga), czy tylko Christotokos (Rodzącą Chrystusa). Chodziło więc w istocie o Bosko-ludzką naturę Jezusa Chrystusa. Na tytuł Theotokos nie zgadzał się sam patriarcha Konstantynopola, Nestoriusz. W jego przekonaniu ziemska kobieta nie mogła porodzić wiecznego Boga. Twierdził, że natury Boska i ludzka istnieją w Chrystusie niezależnie od siebie, Maryja urodziła więc tylko człowieka – Chrystusa (Christotokos).
Taka koncepcja budziła silny sprzeciw u wielu hierarchów. Najgwałtowniej wystąpił przeciw niej św. Cyryl, patriarcha Aleksandrii w Egipcie. Dowodził, że Maryja jest Theotokos, bo w Chrystusie bóstwo i człowieczeństwo są zjednoczone w jednej Osobie Słowa.
Ostatecznie sobór w Efezie wypracował tzw. formułę pojednania. „Ponieważ nastąpiło zjednoczenie dwóch natur, dlatego wyznajemy jednego Syna, jednego Pana. Z racji tego zjednoczenia bez pomieszania wierzymy, że święta Dziewica jest Matką Bożą (Bogurodzicą, Theotokos), ponieważ Słowo Boże zostało wcielone i stało się człowiekiem i od chwili samego poczęcia zjednoczyło ze sobą przyjętą z Niej świątynię” – brzmiała treść dokumentu. A zatem: Theotokos.
Kiedy blisko dwustu biskupów zakończyło obrady, w Efezie wybuchła radość. „Gdy wyszliśmy z kościoła, towarzyszyła nam procesja z pochodniami aż do naszych mieszkań. Był wieczór. Wszyscy się radowali i całe miasto zostało oświetlone. Kobiety poprzedzały nas z kadzidłami. W taki sposób tym, którzy bluźnią Jego imieniu, Zbawiciel okazał swoją wszechmoc” – relacjonował Cyryl.
Podobna radość wybuchła 1533 lata później wśród ojców Soboru Watykańskiego II, kiedy 21 listopada 1964 r. Paweł VI ogłosił „Najświętszą Maryję Pannę Matką Kościoła, czyli całego ludu chrześcijańskiego”. Biskupi, klaszcząc, zerwali się z miejsc i zaczęli śpiewać Magnificat i inne hymny ku czci Matki Bożej. Wzruszony do łez kard. Stefan Wyszyński porównał wyzwolony wtedy entuzjazm do reakcji uczestników soboru w Efezie na ogłoszenie Maryi Bogurodzicą.
Między tymi dwoma wydarzeniami mieszczą się długie wieki rozwoju teologii i pobożności maryjnej Kościoła. Rzecz jasna rozwój ten trwał także wcześniej, lecz Sobór Efeski był przełomem, który nadał mariologii rozmach i wytyczył dalszy kierunek.
Cisza początków
A jak wyglądał kult maryjny w początkach chrześcijaństwa? O Maryi czytamy w kilku miejscach Ewangelii, w Dziejach Apostolskich tylko w jednym miejscu, a w listach i Apokalipsie sporadycznie, bez podania imienia. Wydaje się, że to mało. Jednak, jak zauważa ks. prof. Marek Starowieyski w tekście „Maryja w Kościele starożytnym”, wartości teologii nie mierzy się liczbą wierszy. Patrolog podkreśla, że wzmianki o Maryi, choć stosunkowo nieliczne, mówią o Niej bardzo wiele. Dowiadujemy się z nich, że Matka Boża z wiarą, w pełni świadomie i dobrowolnie zgodziła się na Boży plan, zapowiedziany przez proroków, i otrzymała jedyny przywilej Matki – Dziewicy.
Sama Maryja mówi w hymnie Magnificat, że błogosławić Ją będą wszystkie pokolenia. Jezus z krzyża oddaje Jej w macierzyńską opiekę ludzkość, reprezentowaną przez św. Jana. O Maryi mówi Apokalipsa w obrazie Niewiasty, a w Starym Testamencie m.in. proroctwo z Izajasza o dziewicy, która pocznie i porodzi syna, a także kluczowy tekst o Niewieście, której potomstwo zmiażdży głowę węża. W najstarszych pismach chrześcijańskich także niewiele o Niej przeczytamy. W tekstach z przełomu I i II wieku na temat Matki Bożej można znaleźć tylko kilka zdań. W II wieku już więcej, zwłaszcza w drugiej połowie tego stulecia, ale w dalszym ciągu, w porównaniu z całą twórczością wczesnochrześcijańską, bardzo skąpo.
Pierwszy utwór zdecydowanie maryjny pojawia się na przełomie II i III wieku – to apokryf „Narodzenie Maryi” zwany Protoewangelią Jakuba. Najstarsze homilie i pieśni maryjne pochodzą dopiero z IV wieku.
Pierwszą formą oddawania czci świętym był kult męczenników, który zaczął się rozwijać w połowie II wieku. Na początku w miastach, w których ponieśli śmierć za wiarę, obchodzono rocznicę ich „narodzin dla nieba”. Podobna forma kultu w odniesieniu do Maryi była utrudniona, a to z powodu wątpliwości, jak obchodzić Jej święto, skoro nie wiadomo, kiedy i gdzie umarła. Ba – nie wiadomo było, czy w ogóle umarła, bo już wtedy mówiono o „zaśnięciu” Matki Jezusa.
Najpierw Jezus
We wczesnym Kościele nie było także modlitw maryjnych. Najstarsza – „Pod Twoją obronę” – pojawiła się w Egipcie w III wieku, a modlitwa „Zdrowaś, Maryjo” została rozpowszechniona dopiero w wieku XII.
Dziś może się nam to wydawać dziwne, trzeba jednak pamiętać, że chrześcijaństwo, podobnie jak judaizm, było wyspą monoteizmu w morzu pogaństwa. Obrona prawdy o jedynym Bogu była sprawą fundamentalną. Kult świętych w takich warunkach łatwo mógł zostać wzięty za cześć oddawaną bogom i skutkować nawrotem do politeizmu. Obrona bóstwa Chrystusa była w tej sytuacji zadaniem pierwszoplanowym, zwłaszcza w związku z herezjami, takimi jak na przykład arianizm, który to bóstwo kwestionował.
Ksiądz M. Starowieyski wskazuje, że do typowych przejawów politeizmu tamtego czasu należał kult matek bogów, popularny w świecie śródziemnomorskim: Asztarty, Diany, Cybeli i innych. To był jeden z najistotniejszych powodów, dla których pisarze pierwszych wieków chrześcijaństwa unikali łączenia w odniesieniu do Maryi słów „matka” i „Bóg”.
Kiedy chrześcijaństwo stało się powszechne, a nawrót politeizmu już nie zagrażał, takie połączenia stały się częste, a wśród nich najpopularniejsze to „rodząca Boga” – Theotokos.
Nie znaczyło to wszystko, że nie interesowano się postacią Maryi. W czasach ojców Kościoła wzmianki o Niej zawsze pojawiały się w tekstach mówiących o Chrystusie. Tak też było na przełomowym dla mariologii Soborze Efeskim w 431 roku. Był to sobór zdecydowanie chrystologiczny. Kwestia Bożego macierzyństwa Maryi została podjęta ze względu na wspomniane różnice zdań dotyczące natur w Chrystusie.
Nowa Ewa
Podstawowymi zagadnieniami wczesnej mariologii były Boże macierzyństwo Maryi i Jej dziewictwo. W połowie II wieku Maryja została nazwana nową Ewą. Był to wynik refleksji nad tekstem św. Pawła o Chrystusie jako nowym Adamie. Jak Ewa przez nieposłuszeństwo sprowadziła grzech i śmierć, tak Maryja w pokorze i posłuszeństwie przyjęła Boże macierzyństwo i zrodziła Dawcę życia. Na tej podstawie nazwano Maryję orędowniczką. Dalszy rozwój kultu maryjnego wynikał w dużej mierze z coraz lepszego rozumienia Pisma Świętego. W miarę wczytywania się w teksty biblijne wzrastał wśród chrześcijan zachwyt postacią Matki Bożej.
Teologowie odkrywali w Starym i Nowym Testamencie kolejne odniesienia do Maryi, co widać w licznych homiliach epoki bizantyjskiej. Zaczęły się pojawiać znakomite utwory poetyckie adresowane do Maryi, z których do najwybitniejszych należy Akatyst ku czci Bogurodzicy. Na Zachodzie znacznie później nawiążą do tej twórczości Litania Loretańska i godzinki.
Mnogość tytułów, jakimi zaczęto obdarzać Maryję, pokazuje uczuciowy względem Niej stosunek wiernych. W IV wieku Maryja pojawia się w modlitwach liturgicznych. Obchodzi się już święto Bożego Narodzenia, z natury związane z Maryją. W tym czasie także Adwent zaczyna nabierać charakteru maryjnego.
W pismach wielkich teologów, takich jak św. Augustyn, czytamy o bezgrzeszności Matki Bożej, choć nie potrafią oni poradzić sobie w odniesieniu do Niej z kwestią grzechu pierworodnego. Tym tematem zajmie się teologia średniowiecza, a na jego ostateczne rozwikłanie przyjdzie poczekać do roku 1854, czyli do ogłoszenia dogmatu o Niepokalanym Poczęciu Najświętszej Maryi Panny.
Po Soborze Efeskim kult maryjny zyskał znaczny rozmach zarówno w teologii, jak i w pobożności. Ogłoszenie Maryi Bogurodzicą znacznie wzmocniło świadomość ścisłego związku między Chrystusem i Jego Matką. W następstwie tego rozwinął się prawidłowy kult maryjny, mocno osadzony w chrystologii. Zaczęły powstawać święta maryjne i dedykowane Maryi kościoły, rozwinęła się też bogata ikonografia. O Maryi mówią dekrety soborowe i synodalne, a także liczne inne dokumenty kościelne.
„Kościół sam stopniowo odkrywał postać Maryi i pokazywał Ją ludziom, a ludzie wraz z Kościołem dorastali do zrozumienia Jej roli” – stwierdza ks. Marek Starowieyski.
Podstawową zaś rolą Maryi jest przynosić światu Jezusa Chrystusa. I to Matka Boża robiła w starożytności i w czasach późniejszych. I będzie to robić aż do skończenia świata.
***
Ruiny kościoła NMP w Efezie. To tu obradował sobór, na którym w 431 roku ogłoszono Maryję Matką Boga/fot. Henryk Przondziono/Gość Niedzielny
Uroczystość Pana Jezusa Chrystusa Króla Wszechświata
fot. Depositphotos
_________________________________________________
***
Pan Jezus staje przed Piłatem.
Ten fakt budzi nasze wątpliwości jak również medialną, sensację.
Czy Oskarżony jest wiarygodny i prawdziwy, skoro Jego Królestwo nie jest z tego Świata?
Chrystus pogrąża się w mroku, zamyka oczy przed ziemskim prawem, gdyż wie, że nie jest podsądnym, lecz Sędzią Niebieskim, który ponownie przyjdzie sądzić żywych i umarłych.
Będzie Boskim Sędzią, dobrym i naturalnym jak słońce, w przeciwieństwie do Piłata, któremu przyświeca sztuczny blask reflektorów, aby wszyscy widzieli, jak obmywa ręce z krwi Baranka.
***
Chrystus Królz Pierwszej Stacji Drogi Krzyżowej Jerzego Dudy Gracza
Przed tygodniem, w naszym rozważaniu, byliśmy z Jezusem przed Sanhedrynem. Przesłuchanie przed Wysoką Radą Żydowską zakończyło się tak, jak oczekiwał Kajfasz. Jezus został uznany za winnego popełnienia bluźnierstwa – przestępstwa, za które przewidziana była kara śmierci. Jednakże orzekanie kary śmierci było zastrzeżone Rzymianom. Stąd też dalszy ciąg procesu Jezusa musiał odbyć się przed Piłatem, namiestnikiem rzymskim w Palestynie. Najobszerniejszą relację o przesłuchaniu Jezusa przez Piłata znajdujemy w Ewangelii św. Jana. Dają się w niej wyróżnić dwa etapy.
1. Pierwszy etap przesłuchaniu Jezusa przez Piłata
W rozdziale osiemnastym Janowej Ewangelii czytamy: „Od Kajfasza zaprowadzili Jezusa do pretorium. A było to wczesnym rankiem. Oni sami jednak nie weszli do pretorium, aby się nie skalać i móc spożyć Paschę. Dlatego Piłat wyszedł do nich na zewnątrz i rzekł: „Jaką skargę wnosicie przeciwko temu człowiekowi?” W odpowiedzi rzekli do Niego: „Gdyby to nie był złoczyńcą, nie wydalibyśmy go tobie>. Piłat więc rzekł do nich: „Weźcie go sobie i osądźcie według swojego prawa>. Odpowiedzieli mu Żydzi: „Nam nie wolno nikogo zabić”. Tak miało się spełnić słowo Jezusa, w którym zapowiedział, jaką śmiercią miał umrzeć. Wtedy powtórnie wszedł Piłat do pretorium, a przywoławszy Jezusa, rzekł do Niego: „Czy ty jesteś Królem żydowskim?”. Jezus odpowiedział: „Czy to mówisz od siebie, czy też inni powiedzieli ci o Mnie?”. Piłat odparł: „Czy ja jestem Żydem? Naród twój i arcykapłani wydali mi ciebie. Co uczyniłeś?”. Odpowiedział Jezus: „Królestwo moje nie jest z tego świata. Gdyby królestwo moje było z tego świata, słudzy moi biliby się, abym nie został wydany Żydom. Teraz zaś królestwo moje nie jest stąd>. Piłat zatem powiedział do Niego: „A więc jesteś królem?”. Odpowiedział Jezus: „Tak , jestem królem. Ja się na to narodziłem i na to przyszedłem na świat, aby dać świadectwo prawdzie. Każdy, kto jest z prawdy, słucha mojego głosu”. Rzekł do Niego Piłat: „Cóż to jest prawda?” To powiedziawszy, wyszedł ponownie do Żydów i rzekł do nich: „Ja nie znajduję w nim żadnej winy” (J 18,28-38). Drodzy bracia i siostry, w czasie publicznej działalności Jezus wiele mówił o królestwie Bożym. Jego tajemnicę przybliżał w różnych przypowieściach. Piłat wiedział, że o Jezusie mówiono jako o królu, dlatego w czasie przesłuchania zapytał Go wprost: „czy ty jesteś Królem żydowskim?”. Jezus przyznał się do tego tytułu, wiedząc, że spotka go za to śmierć, ale natychmiast dał bardzo ważne wyjaśnienie. Wskazał na specyfikę swojego królestwa i królowania oraz oznajmił, że przyniósł na ziemię prawdę: prawdę o Bogu, o człowieku, prawdę o zbawieniu i o życiu wiecznym. Wyjaśnienie Jezusa o Jego królestwie i o Jego misji Piłat przyjął, dlatego uznał Jezusa za niewinnego. Jako człowiek wykształcony w prawie rzymskim miał w sobie poczucie sprawiedliwości. Jednakże wyjaśnienia tego nie chcieli przyjąć oskarżyciele. Co działo się dalej? Powróćmy znowu na rozprawę sądową Jezusa przed Piłatem.
2. Drugi etap przesłuchania Jezusa przez Piłata
W dalszej relacji św. Jana Ewangelisty czytamy: „(Piłat rzekł do nich:) „Jest zaś u was zwyczaj, że na Paschę uwalniam wam jednego więźnia. Czy zatem chcecie, abym wam uwolnił Króla żydowskiego?”. Oni zaś powtórnie zawołali: „Nie tego, lecz Barabasza!”. A Barabasz był rozbójnikiem. Wówczas Piłat zabrał Jezusa i kazał Go ubiczować. A żołnierze, uplótłszy koronę z cierni, włożyli Mu ją na głowę i okryli Go płaszczem purpurowym. Potem podchodzili do Niego i mówili: „Witaj, Królu żydowski”. I policzkowali Go. A Piłat ponownie wyszedł na zewnątrz i przemówił do nich: „Oto wyprowadzam go wam na zewnątrz, abyście poznali, że ja nie znajduję w nim żadnej winy”. Jezus więc wyszedł na zewnątrz w koronie cierniowej i płaszczu purpurowym. Piłat rzekł do nich: „Oto Człowiek”. Gdy Go ujrzeli arcykapłani i słudzy, zawołali: „Ukrzyżuj! Ukrzyżuj!”. Rzekł do nich Piłat: „Zabierzcie go i sami ukrzyżujcie!. Ja bowiem nie znajduję w nim winy”. Odpowiedzieli mu Żydzi: „My mamy Prawo, a według Prawa powinien umrzeć, bo sam siebie uczynił Synem Boży”. Gdy Piłat usłyszał te słowa, jeszcze bardziej się uląkł. Wszedł znów do pretorium i zapytał Jezusa: „Skąd ty jesteś?”. Jezus jednak nie dał mu odpowiedzi. Rzekł więc Piłat: „Nie chcesz ze mną mówić? Czy nie wiesz, że mam władzę uwolnić ciebie i mam władzę ciebie ukrzyżować?”. Jezus odpowiedział: „Nie miałbyś żadnej władzy nade Mną, gdyby ci jej nie dano z góry. Dlatego większy grzech ma ten, który Mnie wydał tobie”. Odtąd Piłat usiłował Go uwolnić. Żydzi jednak zawołali: „Jeżeli go uwolnisz, nie jesteś przyjacielem cezara. Każdy, kto się czyni królem, sprzeciwia się cezarowi”. Gdy więc Piłat usłyszał te słowa, wyprowadził Jezusa na zewnątrz i zasiadł na trybunale, na miejscu zwanym Lithostrotos, po hebrajsku Gabbata. Był to dzień Przygotowania Paschy, około godziny szóstej. I rzekł do Żydów: „Oto wasz król!”. A oni krzyczeli: „Precz! Precz! Ukrzyżuj go!”. Piłat powiedział do nich: „Czyż króla waszego mam ukrzyżować?”. Odpowiedzieli arcykapłani: „Poza cezarem nie mamy króla”. Wtedy więc wydał go im, aby Go ukrzyżowano” (J 18,39-19,1-16). Drodzy bracia i siostry, w powyższej relacji św. Jana możemy wyróżnić trzy główne akty. Akt pierwszy – przedstawienie przez Piłata Jezusa jako kandydata do paschalnej amnestii, po to, by Go ewentualnie uwolnić. Z Jezusem konkuruje rozbójnik Barabasz. Pierwszy w swoim działaniu posługiwał się tylko prawdą i miłością – drugi – siłą i przemocą. Piłat się przeliczył. Na placu sądu nie było zwolenników Jezusa. Wszyscy ze strachu pouciekali. Byli natomiast zwolennicy Barabasza. Dlatego decyzja tłumu była jednoznaczna: „Nie tego, ale Barabasza!”. Akt drugi, to skazanie Jezusa na biczowanie. Biczowanie było karą, którą skazanym na śmierć wymierzano jako dodatkową karę. Była to kara wyjątkowo barbarzyńska. Jezus nie był jeszcze formalnie skazany na śmierć, ale Piłat wymierzył Mu taką karę w trakcie przesłuchania, licząc, że może oskarżyciele ulitują się nad zbitym i poranionym Jezusem. Tu także namiestnik rzymski się przeliczył. Ze strony oskarżycieli nie było żadnej litości. Akt trzeci, to cierniem ukoronowanie. Oprawcy nakładają Jezusowi, który przyznał się do tytułu króla, karykaturalne oznaki królewskiego majestatu: purpurowy płaszcz, splecioną z cierni koronę i berło z trzciny. Mają teraz okazję do drwin, szyderstw, pogardy, do totalnego upokarzania: „Witaj , Królu żydowski!”. Tak ośmieszonego i poniżonego odprowadzają do Piłata. Ten zaś ukazuje Go tłumowi ze słowami „Ecce homo – Oto człowiek”. Rzymski sędzia – być może – jest wstrząśnięty widokiem zbitej i wyszydzonej postaci tego tajemniczego oskarżonego. Liczy na współczucie tych, którzy Go zobaczą. Tłum jednak nadal nie ma litości. Napastliwie woła: „Ukrzyżuj, ukrzyżuj!”. Piłat na koniec zasiada na trybunale. Raz jeszcze mówi: „Oto wasz król!” (J 19,14) i wydaje wyrok śmierci. Z pewnością rozegrał się w nim wewnętrzny dramat. Z jednej strony, dobrze wiedział, że Jezus nie był politycznym przestępcą, oraz że Jego królowanie, do którego sobie rościł prawo, nie stanowiło żadnego politycznego zagrożenia. Z drugiej jednak strony uląkł się pogróżek rozwścieczonego tłumu i chciał mieć spokój w okupowanym kraju, tym bardziej, że nadchodziło święto Paschy. Uważał, że w tym przypadku pokój jest ważniejszy od sprawiedliwości. Wydaje się, że w ten sposób chciał uspokoić swoje sumienie. Być może, że dopiero potem przekonał się, że pokoju nie można budować na nieprawdzie. Bracia i siostry, wyciągnijmy wnioski z tego fragmentu męki naszego Pana.
3. Wnioski wynikające z procesu Jezusa przed Piłatem
Najpierw stwierdźmy, że przypomniany dziś i rozważany fragment przesłuchania Jezusa przed Piłatem ma swoją kontynuację: w historii i dzisiaj. Zobaczmy w jakich sytuacjach? a) Królestwo Boże, które tu na ziemi urzeczywistnia się w Kościele, bywało w dziejach i dziś bywa rozumiane opacznie, właśnie w stylu oskarżycieli z dziedzińca pałacu Piłata. Są tacy, którzy patrzą na Kościół jako na społeczność czysto ludzką, jako na grupę interesu, a więc patrzą czysto socjologicznie i jednostronnie, czyli krzywdząco. Opacznie rozumie się też misję Kościoła, która jest przedłużeniem misji Chrystusa, aby dawać świadectwo prawdzie. Tę prawdę, głoszoną przez Kościół się dziś tu i ówdzie ośmiesza, albo lekceważy, ignoruje. W laickich przekazach medialnych, zwłaszcza w telewizjach komercjalnych, w prasie liberalnej, w programach dotyczących Kościoła, pomija się sprawy istotne, zasadnicze, a nagłaśnia się sprawy drugorzędne. Co więcej, przez zdarzające się w niewielkim procencie potknięcia osób duchownych, patrzy się na całą instytucję Kościoła. Raz po raz przestrzegają nas przed rządami, przed dyktaturą czarnych, przed ich wpływami na życie publiczne. Wszystko to bardzo przypomina proces Jezusa przed Piłatem. b) W czasie przesłuchania Jezusa przed rzymskim namiestnikiem szczególnego znaczenia nabierają słowa Jezusa, dotyczące świadczenia prawdzie: „Ja się na to narodziłem i na to przyszedłem na świat, aby dać świadectwo prawdzie. Każdy, kto z prawdy jest, słucha mojego głosu” (J 18,37). Jezus przed Piłatem przypomniał jak ważna jest prawda, jak ważne jest mówienie prawdy i świadczenie o niej w życiu, czynienie jej, pełnienie jej w miłości. Jesteśmy świadkami jak na szeroką skalę dziś prawda jest zakrywana, jak szerzy się kłamstwo; szerzy się przez słowo mówione i pisane. Dziś słowo ludzkie posiada tak wiele nośników medialnych: radio, telewizję, video, internet, prasę. Toczy się dziś w świecie wielka bitwa o prawdę, przede wszystkim o prawdę o człowieku i o Bogu. Historia ostatnich dziesiątków lat potwierdza, iż z nieprawdy, czyli z utopii, fałszywych ideologii, z fałszywego wizerunku człowieka i Boga, rodzą się ogromne nieszczęścia i tragedie. Za każdym kłamstwem stoi diabeł. Sam Pan Jezus nazwał go ojcem kłamstwa. Bez prawdy kuleją wszystkie inne wartości. Może być fałszywe, pozorne dobro, piękno, może być fałszywa i pozorna miłość oraz świętość. Przed Jezusem eucharystycznym musimy dziś zapytać się, jak jest z prawdą w moim życiu, czy jestem świadkiem prawdy, czy mówię tak jak jestem o tym przekonany w moim sumieniu, czy jestem prostolinijny, przejrzysty; czy w prawdzie wychowuję swoje dzieci i wnuki? c) Patrząc na scenę Jezusa i Barabasza, zauważamy, że niewinnego Jezusa nie miał kto wziąć w obronę. Jego zwolennicy zniknęli. Nie przedłużajmy poczet tych, którzy dezerterują, którzy uciekają, gdzie jest sądzona prawda. Dzisiaj nadal krzyczą za ułaskawieniem Barabasza, krzyczą ci, którzy stawiają na nieuczciwość. Nadają niekiedy ordery wcale nie bohaterom, ale niejednokrotnie oszustom a nawet zdrajcom. Nie bądźmy tchórzami, głosujmy za prawdą i miłością, a nie za kłamstwem i nieuczciwością. d) Gdy patrzymy na biczowanie i cierniem ukoronowanie Jezusa, chciejmy zauważyć, że Jego cierpienie przedłużyło się we wszystkich bitych i poniewieranych, wyszydzanych i katowanych. W udręce Pana Jezusa odzwierciedla się nieludzki charakter władzy człowieka, która w taki sposób potrafi deptać bezsilnych. Gdy człowiek odwraca się od Boga i we własne ręce bierze panowanie nad światem, staje się zwykle tyranem drugich. Tak było w łagrach sowieckich i w obozach koncentracyjnych. „Odkąd Jezus pozwolił się bić – napisał Ojciec św. Benedykt XVI – odtąd poranieni i bici są obrazem Boga, który zechciał za nas cierpieć”. W ostatnich latach ukazały się dwa tomy książki pt. „Wspomnienia Sybiraków”. Z jej lektury możemy się dowiedzieć jakie potworne katusze przechodzili nasi rodacy na Kresach Wschodnich. To wszystko było jakimś przedłużeniem cierpienia samego Chrystusa. On przecież powiedział: „Wszystko, co uczyniliście jednemu z tych braci moich najmniejszych, Mnieście uczynili” (Mt 2540). e) Piłatowy wyrok śmierci wydany na Jezusa, nie z poczucia sprawiedliwości, ale ze strachu i czasowej koniunktury, niech będzie dla nas ostrzeżeniem, abyśmy nie załatwiali spraw dla osiągnięcia tzw. „świętego spokoju”, ale do końca stali po stronie prawdy, sprawiedliwości i miłości. f) Przypominając sobie dziś proces sądu Jezusa przed Piłatem, chcemy sobie uświadomić, że powinniśmy zachowywać ostrożność w sądzeniu, w wydawaniu pochopnych opinii. Tylko Pan Bóg zna pełną prawdę o człowieku, o każdym z nas. Dlatego nie bądźmy tacy pewni słuszności naszych sądów, ocen i opinii. g) W postawie Jezusa mamy przykład jak winniśmy przyjmować różne wyroki, sądy i oceny o nas. Zawsze mamy prawo upominać się o prawdę i o sprawiedliwość. Gdy jednak nasze prośby nie przynoszą rezultatu, winniśmy przyjąć upokorzenie i cierpienie w duchu Jezusa cierpiącego.
Zakończenie
Panie Jezu, stanąłeś kiedyś w pokorze przed sądem Piłata. Jako Sędzia świata stanąłeś przed sądem człowieka. Zmieniły się role. Bóg stał się sądzony a człowiek był sędzią. Przebacz nam ten grzech. Przepraszamy Cię za tych, którzy dzisiaj Cię osądzają w twoich sługach, wyznawcach, którzy dzisiaj Cię biczują i szydzą z Ciebie. W pokorze wołamy do Ciebie: „Jezu, od okrutnych oprawców, na sąd Piłata, jak zbójca szarpany, Jezu mój kochany; Jezu, u kamiennego słupa niemiłosiernie biczmi wysmagany; Jezu, przez szyderstwo okrutne cierniowym wieńcem ukoronowany; Jezu, od Piłata niesłusznie na śmierć krzyżową za ludzi skazany… Bądź pozdrowiony, bądź pochwalony, dla nas zelżony, wszystek skrwawiony!. Bądź uwielbiony! Bądź wysławiony!. Boże nieskończony” Amen.
Bp Ignacy Dec
IV kazanie pasyjne wygłoszone w katedrze świdnickiej w czasie nabożeństwa Gorzkich Żali
Dlaczego czcimy Chrystusa jako Króla Wszechświata? Skąd wzięła się ta uroczystość?
fot. Francisco Xavier / Cathopic
***
Uroczystość Chrystusa Króla Wszechświata obchodzona jest w ostatnią niedzielę roku liturgicznego. Skąd wzięła się ta uroczystość? Co oznacza? Jaki jest jej sens? Poznaj 5 faktów o tej uroczystości.
1. Wszystko zaczęło się od… św. Małgorzaty Marii Alacoque
Idea intronizacji, przyjęcia Chrystusa za Króla i Pana jest rozwinięciem aktu poświęcenia się Najświętszemu Sercu Jezusowemu, wynikającego z objawień francuskiej wizytki z Paray-le-Monial św. Małgorzaty Marii Alacoque (1647-1690). Święta ta była mistyczką, której Pan Jezus w wielu objawieniach przedstawiał swe Serce, kochające ludzi i spragnione ich miłości.
2. Święto oficjalnie wprowadził papież Pius XI
Święto Chrystusa Króla wprowadził papież Pius XI w roku 1925 na zakończenie Roku Świętego: przypadła ona wówczas na 11 grudnia. Sensem tego nowego święta, jak wyjaśniał papież w encyklice „Quas primas”, było uznanie panowania i władzy Chrystusa zarówno w życiu osobistym chrześcijan, jak i całych społeczności.
Miało ono służyć odnowie wiary, także w przestrzeni publicznej, która szczególnie – zdaniem papieża – narażona jest na wypieranie zeń wartości i zasad chrześcijańskich. Ustanowienie święta Chrystusa Króla traktował więc jako „lekarstwo na zagrożenia niesione przez coraz powszechniejsze prądy laicyzacyjne, zaprzeczające panowaniu Chrystusa nad ludami”. W związku z tym Pius XI zachęcał – jak brzmiało ulubione jego hasło – do „Instaurare omnia in Christo”, czyli odnowy wszystkiego w Chrystusie.
W 1969 r. papież Paweł VI podniósł święto Chrystusa Króla do rangi uroczystości, a więc najwyższej wagi obchodu liturgicznego w Kościele, postulując czcić Chrystusa jako Króla Wszechświata.
3. W czasie II wojny światowej Niemcy zniszczyli wyjątkową figurę w Polsce
Święto Chrystusa Króla od samego początku było uroczyście obchodzone w Polsce. W 1927 r. powstał w Poznaniu komitet budowy pomnika Najświętszego Serca Pana Jezusa, który miał być także monumentem wdzięczności za odzyskaną niepodległość. Pomnik ten uroczyście odsłonięto 30 października 1932, w święto Chrystusa Króla. W uroczystościach wzięli udział liczni poznaniacy pod przewodnictwem kard. Augusta Hlonda. Pomnik zburzyli Niemcy zaraz po wejściu do miasta w 1939 r., wysadzając go w powietrze. A figurę Chrystusa przetopiono na kule armatnie. Obecnie, od kilku lat trwają starania o odbudowę tego pomnika i postawienie go ponownie w godnym miejscu stolicy Wielkopolski.
4. Uroczystość została przeniesiona na ostatnią niedzielę przed Adwentem w 1969 roku
Po ostatniej reformie liturgicznej w 1969 r. uroczystość została przeniesiona na ostatnią niedzielę przed Adwentem. Mimo, że jest to święto tak młode, jego treść była przeżywana w Kościele od początku jego istnienia. Wskazuje na to wiele fragmentów Ewangelii oraz starożytnych pism chrześcijańskich. Geneza kultu Chrystusa jako Króla sięga natomiast już Starego Testamentu, zapowiadającego przyjście Mesjasza, króla, potomka Dawida.
Greckie słowo „chrystus” jest odpowiednikiem hebrajskiego mesjasz i oznacza pomazańca, namaszczonego, co w znaczeniu starotestamentalnym odnosiło się zarówno do króla, jak i kapłana, a nieraz także do proroka.
Umieszczenie tej uroczystości na końcu kalendarza wiąże się z biblijnym rozumieniem czasu i odzwierciedla zarazem sens roku liturgicznego, który jakby odtwarza najważniejsze zdarzenia w dziejach zbawienia.
Objawienie biblijne przyniosło nowe, linearne rozumienie czasu: czas ma swój początek i koniec, nie ma w nim powrotów i cyklów, lecz każda chwila jest jedyna i niepowtarzalna. W człowieka jednak, tak jak w całą naturę, wpisana jest pewna cykliczność. Rok kościelny łączy w sobie te dwa wymiary: w swoich powrotach odzwierciedla tę jedyną i niepowtarzalną historię zbawienia, która rozpoczęła się wraz ze stworzeniem, szczyt osiągnęła w czasie życia, zbawiennej śmierci oraz zmartwychwstania Jezusa z Nazaretu, a zmierza do kresu, którym jest nastanie Królestwa Bożego. Zakończenie roku symbolizuje właśnie osiągnięcie celu i wypełnienie bożych obietnic. Jest to odpowiedź Boga na nieustające modlitwy chrześcijan: Przyjdź królestwo Twoje.
5. W 2016 roku dokonano aktu uznania Chrystusa Królem
Sprawą intronizacji Chrystusa Króla – na prośbę licznych oddolnych ruchów intronizacyjnych – w ostatnich latach zajmowała się Konferencja Episkopatu Polski. Powołała w tym celu w 2013 r. specjalny Zespół ds. Ruchów Intronizacyjnych pod przewodnictwem biskupa opolskiego Andrzeja Czai. Podczas spotkania Zespołu 10 czerwca 2014 roku zrodziła się myśl o przygotowaniu aktu uznania Chrystusa Królem w uroczystość Jezusa Chrystusa Króla Wszechświata w 2016 roku, w ramach obchodów jubileuszu 1050. rocznicy Chrztu Polski.
Po długich i niełatwych dyskusjach z przedstawicielami ruchów intronizacyjnych – które domagały się ogłoszenia Chrystusa królem Polski – ustalono, że uroczysta proklamacja Aktu Przyjęcia Jezusa Chrystusa za Króla i Pana odbędzie się w Sanktuarium Bożego Miłosierdzia w Krakowie-Łagiewnikach w sobotę 19 listopada br. – w przeddzień uroczystości Jezusa Chrystusa Króla Wszechświata. Następnego dnia akt ten został odnowiony we wszystkich świątyniach katolickich w Polsce.
W liście pasterskim z 11 października 2016 r. – poprzedzającym Jubileuszowy Akt – Pasterze Kościoła w Polsce przypominali, że „nie trzeba Chrystusa intronizować w znaczeniu wynoszenia Go na tron i nadawania Mu władzy ani też ogłaszać Go Królem. On przecież jest Królem królów i Panem panów na wieki. Natomiast naszym wielkim zadaniem jest podjęcie dzieła intronizacji Jezusa w znaczeniu uznawania Jego królewskiej godności i władzy całym życiem i postępowaniem”.
Biskupi wyjaśniali ponadto, że „zasadniczym celem dokonania aktu jest uznanie z wiarą panowania Jezusa, poddanie i zawierzenie Mu życia osobistego, rodzinnego i narodowego we wszelkich jego wymiarach i kształtowanie go według Bożego prawa”.
“Wyznajemy wobec nieba i ziemi, że Twego królowania nam potrzeba. Wyznajemy, że Ty jeden masz do nas święte i nigdy nie wygasłe prawa”. Przypominamy słowa Aktu z Roku Jubileuszowego, który także dziś może stać się modlitwą.
Jubileuszowy Akt przyjęcia Jezusa Chrystusa za Króla i Pana został proklamowany w krakowskich Łagiewnikach w dniu 19 listopada 2016 r., na zakończenie obchodów Roku Miłosierdzia w Polsce. Dzień później akt odmawiany był we wszystkich polskich kościołach podczas modlitwy przed Najświętszym Sakramentem.
Jubileuszowy Akt Przyjęcia Jezusa Chrystusa za Króla i Pana
Nieśmiertelny Królu Wieków, Panie Jezu Chryste, nasz Boże i Zbawicielu! W Roku Jubileuszowym 1050-lecia Chrztu Polski, w roku Nadzwyczajnego Jubileuszu Miłosierdzia, oto my, Polacy, stajemy przed Tobą [wraz ze swymi władzami duchownymi i świeckimi], by uznać Twoje Panowanie, poddać się Twemu Prawu, zawierzyć i poświęcić Tobie naszą Ojczyznę i cały Naród.
Wyznajemy wobec nieba i ziemi, że Twego królowania nam potrzeba. Wyznajemy, że Ty jeden masz do nas święte i nigdy nie wygasłe prawa. Dlatego z pokorą chyląc swe czoła przed Tobą, Królem Wszechświata, uznajemy Twe Panowanie nad Polską i całym naszym Narodem, żyjącym w Ojczyźnie i w świecie.
Pragnąc uwielbić majestat Twej potęgi i chwały, z wielką wiarą i miłością wołamy: Króluj nam Chryste! – W naszych sercach – Króluj nam Chryste! – W naszych rodzinach – Króluj nam Chryste! – W naszych parafiach – Króluj nam Chryste! – W naszych szkołach i uczelniach – Króluj nam Chryste! – W środkach społecznej komunikacji – Króluj nam Chryste! – W naszych urzędach, miejscach pracy, służby i odpoczynku – Króluj nam Chryste! – W naszych miastach i wioskach – Króluj nam Chryste! – W całym Narodzie i Państwie Polskim – Króluj nam Chryste!
Błogosławimy Cię i dziękujemy Ci Panie Jezu Chryste:
– Za niezgłębioną Miłość Twojego Najświętszego Serca – Chryste nasz Królu, dziękujemy! – Za łaskę chrztu świętego i przymierze z naszym Narodem zawarte przed wiekami – Chryste nasz Królu, dziękujemy! – Za macierzyńską i królewską obecność Maryi w naszych dziejach – Chryste nasz Królu, dziękujemy! – Za Twoje wielkie Miłosierdzie okazywane nam stale – Chryste nasz Królu, dziękujemy! – Za Twą wierność mimo naszych zdrad i słabości – Chryste nasz Królu, dziękujemy!
Świadomi naszych win i zniewag zadanych Twemu Sercu przepraszamy za wszelkie nasze grzechy, a zwłaszcza za odwracanie się od wiary świętej, za brak miłości względem Ciebie i bliźnich. Przepraszamy Cię za narodowe grzechy społeczne, za wszelkie wady, nałogi i zniewolenia. Wyrzekamy się złego ducha i wszystkich jego spraw. Pokornie poddajemy się Twemu Panowaniu i Twemu Prawu. Zobowiązujemy się porządkować całe nasze życie osobiste, rodzinne i narodowe według Twego prawa:
– Przyrzekamy bronić Twej świętej czci, głosić Twą królewską chwałę – Chryste nasz Królu, przyrzekamy! – Przyrzekamy pełnić Twoją wolę i strzec prawości naszych sumień – Chryste nasz Królu, przyrzekamy! – Przyrzekamy troszczyć się o świętość naszych rodzin i chrześcijańskie wychowanie dzieci – Chryste nasz Królu, przyrzekamy! – Przyrzekamy budować Twoje królestwo i bronić go w naszym narodzie – Chryste nasz Królu, przyrzekamy! – Przyrzekamy czynnie angażować się w życie Kościoła i strzec jego praw – Chryste nasz Królu, przyrzekamy!
Jedyny Władco państw, narodów i całego stworzenia, Królu królów i Panie panujących! Zawierzamy Ci Państwo Polskie i rządzących Polską. Spraw, aby wszystkie podmioty władzy sprawowały rządy sprawiedliwie i stanowiły prawa zgodne z Prawami Twoimi.
Chryste Królu, z ufnością zawierzamy Twemu Miłosierdziu wszystko, co Polskę stanowi, a zwłaszcza tych członków Narodu, którzy nie podążają Twymi drogami. Obdarz ich swą łaską, oświeć mocą Ducha Świętego i wszystkich nas doprowadź do wiecznej jedności z Ojcem.
W imię miłości bratniej zawierzamy Tobie wszystkie narody świata, a zwłaszcza te, które stały się sprawcami naszego polskiego krzyża. Spraw, by rozpoznały w Tobie swego prawowitego Pana i Króla i wykorzystały czas dany im przez Ojca na dobrowolne poddanie się Twojemu panowaniu.
Panie Jezu Chryste, Królu naszych serc, racz uczynić serca nasze na wzór Najświętszego Serca Twego.
Niech Twój Święty Duch zstąpi i odnowi oblicze ziemi, tej ziemi. Niech wspiera nas w realizacji zobowiązań płynących z tego narodowego aktu, chroni od zła i dokonuje naszego uświęcenia.
W Niepokalanym Sercu Maryi składamy nasze postanowienia i zobowiązania. Matczynej opiece Królowej Polski i wstawiennictwu świętych Patronów naszej Ojczyzny wszyscy się powierzamy.
Króluj nam Chryste! Króluj w naszej Ojczyźnie, króluj w każdym narodzie – na większą chwałę Przenajświętszej Trójcy i dla zbawienia ludzi. Spraw, aby naszą Ojczyznę i świat cały objęło Twe Królestwo: królestwo prawdy i życia, królestwo świętości i łaski, królestwo sprawiedliwości, miłości i pokoju.
Tekst Aktu za serwisem Episkopat News/24 listopada 2019
W całej Polsce odprawiane są uroczyste Msze święte w intencji naszej Ojczyzny
fot. Pixabay
***
Centralnym punktem tegorocznych obchodów 106. rocznicy odzyskania niepodległości Polski jest Najświętsza Ofiara Mszy świętej, która została odprawiona o godz. 10.00 w Świątyni Opatrzności Bożej pod przewodnictwem kard. Kazimierza Nycza. Obecny był Prezydent Rzeczypospolitej Polskiej Andrzej Duda, przedstawiciele parlamentu i licznie zebrani mieszkańcy stolicy.
________________
“Gdy człowiekowi odbierze się prawdę, wszelkie próby wyzwolenia go stają się całkowicie nierealne, ponieważ prawda i wolność albo istnieją razem, albo też razem marnie giną”.
– podkreślił bp Wiesław Lechowicz w homilii w czasie Mszy za Ojczyznę w Świątyni Opatrzności Bożej w Warszawie.
fot. print screen, you tube,com
***
Symboliczne zapalenie Świecy Niepodległości przez prezydenta Andrzeja Dudę
Podczas Eucharystii, w historycznym geście nawiązującym do roku 1920, Prezydent RP zapali Świecę Niepodległości. Zapłonęła po raz ósmy. Tę świecę ofiarował Warszawie papież Piusa IX w 1867 r. z życzeniem, aby zapalono ją dopiero wówczas, gdy Polska będzie wolna. Narodowe Święto Niepodległości zostało ustanowione ustawą z 23 kwietnia 1937 r., a następnie zniesione ustawą Krajowej Rady Narodowej 22 lipca 1945 r. Święto przywrócono w okresie transformacji ustrojowej w 1989 r. Jest dniem wolnym od pracy.
Prezydent RP Andrzej Duda – fot. PAP/Albert Zawada
***
“Wiemy, że to światło, symbol tej świecy jest nam wszystkim potrzebne, bo światło w Ewangelii, światło w ustach Chrystusa jest znakiem Jego samego. ‘Ja jestem światłem i życiem’. To jest to światło, którego nie trzeba się i nie wolno się wstydzić, bo ono nam jest potrzebne, żeby nam rozświetlało nasze drogi, drogi naszych wartości, drogi naszej wolności”.
kard. Kazimierz Nycz
____________________________________________
Po homilii wierni uroczyście ponowili „Akt dziękczynienia i zawierzenia Polski Opatrzności Bożej”.
Boże naszych ojców. Boże Patriarchów i Proroków, Apostołów i Męczenników. Boże wszystkich świętych.
Dziękuję Ci za Twoją miłosierną miłość, która nigdy się nie nuży i nie zniechęca. Dziękuję za to, że w Jezusie obiecałeś być z nami przez wszystkie dni – aż do skończenia świata. Dziękuję za to, że w Matce Twojego Syna dałeś Kościołowi Matkę. Dziękuję za to, że byłeś ze mną w radosnych i trudnych chwilach mego życia. Dziękuję za to, że w Twoich świętych dałeś mi opatrznościowych przewodników na drodze do świętości.
Boże pełen majestatu i miłosierdzia, Tobie oddaję moje trudne dziś i tajemnicze jutro. Twojej Opatrzności zawierzam siebie – cząstkę Twojego Kościoła – abym był solą ziemi, w prostocie żyjąc Ewangelią, był świadkiem prawdy, która wyzwala. Zawierzam Ci siebie, bym nie bał się przyjąć powołania do pójścia za Chrystusem na każdej drodze życia. Bym niosąc mój krzyż, zachował ufność, że na mojej drodze krzyżowej nie jestem sam. Zawierzam Ci moją rodzinę, by była silna wiarą i bogata w miłość, która nie szuka swego, nie unosi się gniewem, nie pamięta złego; która wszystko znosi i wszystko przetrzyma. Zawierzam wszystko i z serca wołam: Opiekuj się mną, Opatrzności nasza!
Boże przedwieczny. Do Ciebie należy czas i wieczność. Powierzam Twojej Opatrzności losy moje i moich bliskich. Nie opuszczaj nas – nawet wtedy, gdy my opuszczamy Ciebie. Prowadź nas – nawet wtedy, gdy nasze drogi nie są Twoimi drogami. Mów do nas – nawet wtedy, gdy nasze serca są nieskore do słuchania.
Boże w Trójcy Jedyny, Ojcze, Synu i Duchu Święty, bądź uwielbiony teraz i zawsze.Amen.
Zapalcie ją w wolnej Warszawie – powiedział Pius IX, wskazując świecę. Zapalono ją w 1920 roku. Teraz znów zapłonie, zapalona przez prezydenta RP w Świątyni Opatrzności Bożej w Święto Niepodległości 11 listopada.
Liczy sobie ponad 150 lat. O jej istnieniu nie pamiętał już prawie nikt, o wyjątkowej historii tym bardziej. Zdobiona, smukła świeca, była przechowywana w drewnianym stelażu po prawej stronie kościoła seminaryjnego przy Krakowskim Przedmieściu. To tzw. Świeca Piusowa.
Był 29 czerwca 1867. W Rzymie, w Bazylice św. Piotra, trwała uroczysta kanonizacja św. Jozafata Kuncewicza. Polski nie było na mapie świata – opowiada ks. prałat Wiesław Kądziela. A ta kanonizacja była kanonizacją znaczącą, bo wyniesiono na ołtarze świętego, który działał na terenach dawnej Rzeczpospolitej. Na zakończenie uroczystości papież Pius IX zwrócił się do Polaków i wskazując świecę, powiedział: “Zapalcie ją w wolnej Warszawie”.
51 lat później świeca zapłonęła…
Długo czekała na tę chwilę. Była przechowywana najpierw w Kolegium Polskim w Rzymie przy Piazza Remuria. Ale gdy 51 lat później stało się jasne, że Polska odzyskała niepodległość, świeca została wkrótce przewieziona do Warszawy, do Archikatedry św. Jana Chrzciciela i tu zapalona. Zapalił ją uroczyście jeden z senatorów, Wojciech Trąbczyński.
Wkrótce Świeca Piusowa została zapomniana. W 1939 r. została przeniesiona do kaplicy seminaryjnej przy Krakowskim Przedmieściu. Dzięki temu dotrwała do naszych czasów, gdyż Archikatedra Warszawska legła w gruzach. Od lat 80. Świeca Piusowa była wystawiona w kościele seminaryjnym.
O jej istnieniu przypomniał ks. Wiesław Kądziela. To on zaproponował, by świeca została zapalona po raz kolejny, w setną rocznicę odzyskania Niepodległości. Świeca liczyła już przynajmniej 151 lat, dlatego musiała być poddana starannym zabiegom konserwatorskim.
Bp Wiesław Lechowicz: prawda jako fundament wolności
W homilii bp Wiesław Lechowicz przypomniał postaci ks. Jerzego Popiełuszki oraz św. Jana Pawła II, zwracając uwagę na ich nauczanie o prawdzie i wolności.
Jan Paweł II zapytany o to, które ze zdań Pana Jezusa uważa za najważniejsze, odpowiedział: Poznacie prawdę, a prawda was wyzwoli. W swojej pierwszej encyklice Redemptor Hominis niejako uzasadnił swój wybór, pisząc: „W słowach tych zawiera się podstawowe wymaganie i przestroga zarazem. Jest to wymaganie rzetelnego stosunku do prawdy, jako warunek prawdziwej wolności. Jest to równocześnie przestroga przed jakąkolwiek pozorną wolnością, przed wolnością rozumianą powierzchownie, jednostronnie, bez wniknięcia w całą prawdę o człowieku i o świecie” – powiedział bp Lechowicz.
Podkreślił także, że prawda, będąca fundamentem wolności, stanowi nieodzowny element jedności narodowej. Biskup zwrócił uwagę na zagrożenia wynikające z kryzysu prawdy we współczesnym społeczeństwie, co może mieć poważne konsekwencje dla niepodległości naszej Ojczyzny.
W 2018 roku płonęła już 3 czerwca w Święto Dziękczynienia za Niepodległość w Świątyni Opatrzności Bożej. Ponownie zapalił ją prezydent Andrzej Duda w 100-lecie odzyskania przez Polskę niepodległości podczas uroczystej Mszy św. z udziałem władz państwowych i warszawiaków. W wolnej Warszawie.
Uroczyste obchody Narodowego Święta Niepodległości w wilanowskiej Świątyni zwieńczy patriotyczny koncert pt. „Z Polskich Gór ku Wolności”. Obok Małej Armii Janosika z Podhala, usłyszymy solistów: Karolinę Leszko, Karolinę Jasińską i Marcina Wortmanna. Początek o godz. 17.00.
Muzyczne dzieło zakończy wspólne śpiewanie pieśni patriotycznych wraz z Chórem i Orkiestrą Archikatedry Warszawskiej pod dyrekcją Dariusza Zimnickiego. Świątynię wypełnią dźwięki „Roty”, pieśni „My, Pierwsza Brygada” oraz „Modlitwy obozowej”.
Panie, zmiłuj się nad nami! Chryste, zmiłuj się nad nami! Panie, zmiłuj się nad nami! Chryste, usłysz nas! Chryste, wysłuchaj nas! Ojcze z nieba, Boże, zmiłuj się nad nami! Synu, Odkupicielu świata, Boże, zmiłuj się nad nami! Duchu Święty, Boże, zmiłuj się nad nami! Święta Trójco Jedyny Boże, zmiłuj się nad nami!
Nad Polską, Ojczyzną naszą, zmiłuj się, Panie. Nad narodem męczenników, Nad ludem zawsze wiernym Tobie, Jezu nieskończenie miłosierny, Jezu nieskończenie mocny, Jezu, nadziejo nasza,
O Maryjo, Bogurodzico, Królowo Polski, módl się za nami. Święty Stanisławie, Ojcze Ojczyzny, Święty Wojciechu, Patronie Polski, Święty Kazimierzu, Patronie Litwy, Święty Jozafacie, Patronie Rusi, Święty Cyrylu i Metody, Apostołowie Słowian, Święty Ottonie, Apostole Pomorza, Święta Jadwigo, Patronko Śląska, Święty Jacku Odrowążu, Apostole Rusi, Święty Janie z Kęt, patronie profesorów i studentów, Święty Stanisławie kostko, Patronie młodzieży, Święty Andrzeju Bobolo, Męczenniku za wiarę, Święty Andrzeju Świeradzie, i Benedykcie, Święci Męczennicy polscy: Benedykcie, Janie, Mateuszu, Izaaku i Krystynie, Święty Brunonie, Apostole ziem polskich, Święty Wacławie, Patronie katedry wawelskiej, Święty Florianie, Patronie Krakowa, Święty Maksymilianie Kolbe, Męczenniku z Oświęcimia, Wszyscy Święci i Święte Boże, Błogosławiony Władysławie z Gielniowa, Patronie Warszawy, Błogosławiony Czesławie, Patronie Wrocławia, Błogosławiona Bronisławo, Patronko Śląska Opolskiego, Błogosławiony Jakubie Strzemię, patronie Lwowa, Błogosławiony Janie z Dukli, Patronie rycerstwa polskiego, Błogosławiony Szymonie z Lipnicy, Kaznodziejo prawdy, Błogosławiony Wincenty Kadłubku, Dziejopisarzu Polski, Błogosławiony Bogumile, Arcybiskupie gnieźnieński, Błogosławiona Salomeo, Księżno Halicka, Święta Kingo, Patronko górników, Błogosławiona Jolanto, Wdowo, krzewicielko odnowy ewangelicznej, Błogosławiony Sadoku wraz z 48 towarzyszami, męczennikami sandomierskimi, Błogosławiony Melchiorze, Męczenniku z Koszyc, Błogosławiony Janie Sarkandrze, Męczenniku z Ołomuńca, Święta Królowo Jadwigo, Patronko młodzieży żeńskiej, Święta Mario Tereso Ledóchowska, Matko Afrykanów…
Od długiej, ciężkiej pokuty dziejowej, wybaw nas, Panie. Od kajdan niewoli, Od godziny zwątpienia, Od podszeptów zdrady, Od gnuśności naszej, Od ducha niezgody, Od nienawiści i złości, Od wszelkiej złej woli, Od śmierci wiecznej,
Głos krwi męczenników naszych, usłysz, o Panie.. Głos krwi żołnierzy naszych, Płacz matek i żon, Płacz wdów i sierot, Płacz dzieci katowanych za pacierz polski, Łzy przesiedleńców i wygnanych z Ojczyzny, Łzy rolników pozbawionych swej ziemi, Wołanie krzywdzonego ludu robotniczego, Jęki z więzień, obozów koncentracyjnych, Brzęk pękających kajdan naszych,
Wiarę w Ciebie i ufność w Maryi, daj nam, o Panie. Nadzieję w zwycięstwo dobrej sprawy, Miłość Polski, Ojczyzny naszej, Męstwo, mądrość, łagodność i solidarność, Wszystkie dary Ducha Świętego, Służbę w świętej sprawie Twojej na ziemi, Wolność, chwałę, szczęście i pokój..
Przez Narodzenie Twoje, bohatera wielkiego, wzbudź nam o Panie. Przez Bogurodzicę, Ojca świętego na długie lata zachowaj nam, o Panie. Przez Najświętsze Życie twoje, żyć dobrze nas naucz, o Panie. Przez Krzyż i Mękę Twoją, cierpienia nasze mężnie znosić daj, o Panie. Przez Święte Zmartwychwstanie Twoje, z ciemności grzechu wskrześ nas, o panie. Przez Wniebowstąpienie Twoje, Ojczyznę wielką, wolną i szczęśliwą daj nam, o Panie. Przez Ducha Świętego Zesłanie, „ducha dobrego” daj nam, o Panie. Przez czystą Królowej Jadwigi ofiarę, w jedności Polskę naszą zachowaj o Panie. Przez cnoty wielkich Ojców naszych na Twe błogosławieństwo daj nam zasłużyć, o Panie.
Boże Piastów i Jagiellonów, nie opuszczaj nas, o Panie. Boże Sobieskiego i Kościuszki nie opuszczaj nas, o Panie. Boże Ojca Kordeckiego i Ojca Kolbe nie opuszczaj nas, o Panie.
Baranku Boży, który gładzisz grzechy świata, przepuść nam, Panie. Baranku Boży, który gładzisz grzechy świata, wysłuchaj nas, Panie. Baranku Boży, który gładzisz grzechy świata, zmiłuj się nad nami.
Módlmy się: Boże Wszechmogący, Panie Zastępów, padamy do stóp Twoich w dziękczynieniu, że przez wieki otaczałeś nas Swą przemożną opieką. Dziękujemy Ci, że Ojców naszych wyprowadziłeś z rąk ciemięzców, najeźdźców i nieprzyjaciół. Błogosławimy Cię za to, że po latach niewoli obdarzyłeś nas na nowo wolnomyślnością i pokojem. Amen.
Antyfona: W tej chwili, kiedy tyle sił potrzeba naszemu Narodowi, aby zachować uzyskana wolność, prosimy Cię, o Boże, napełnij nas mocą Ducha Twojego. Uspokój serca, dodaj ufności w Twoją miłość. Oświeć zaćmione umysły naszych braci. Wzbudź w Narodzie chęć do cierpliwej walki o zachowanie pokoju i wolności. Spraw, byśmy stali się zdolni własnymi rękami i wzajemną solidarnością w służbie Twojego krzyża zachować Twoje królestwo w nas, w naszych rodzinach, w naszym Narodzie jak za czasów naszych praojców. Wybaw nas od głodu, nędzy i wojny. Obdarz nas chlebem. Błogosław naszej pracy, Panie miłosierny, Panie sprawiedliwy, Panie wszechmocny.
Boże, niech Duch Święty zmienia oblicze naszej ziemi i umacnia twój lud. Daj nam, o Panie, abyśmy po przyjęciu w pokorze „Bierzmowania Dziejów” – udzielonego przez Ojca Świętego Jana Pawła II – Twego Ducha nigdy nie zasmucali, a przez zawierzenie Maryi, Matce Kościoła i Królowej Polski pozostali zawsze wierni Chrystusowi i Ojczyźnie. Amen.
W tych trudnych czasach, gdy naszej Ojczyźnie zagrażają różne niebezpieczeństwa, szczególnie potrzebna jest nasza modlitwa. Sięgajmy w niej do słów ułożonych przez Kaznodzieję Narodu, Sługę Bożego ks. Piotra Skargę:
Boże, Rządco i Panie narodów, z ręki i karności Twojej racz nas nie wypuszczać, a za przyczyną Najświętszej Panny, Królowej naszej, błogosław Ojczyźnie naszej, by Tobie zawsze wierna chwałę przynosiła Imieniowi Twemu, a syny swe wiodła ku szczęśliwości.
Wszechmogący wieczny Boże, spuść nam szeroką i głęboką miłość ku braciom i najmilszej Matce, Ojczyźnie naszej, byśmy jej i ludowi Twemu, swoich pożytków zapomniawszy, mogli służyć uczciwie.
Ześlij Ducha Świętego na sługi Twoje, rządy kraju naszego sprawujące, by wedle woli Twojej ludem sobie powierzonym mądrze i sprawiedliwie zdołali kierować. Przez Chrystusa, Pana naszego.
Nie tylko świat polityki, ale cała nasza codzienność winna być zbudowana na Chrystusie. To najpewniejsza recepta na zachowanie zdrowego państwa, społeczeństwa, na ochronę rodziny i rozwój każdego z osobna. Rozwój, co najważniejsze, prowadzący do Nieba. Wiedział o tym doskonale sługa Boży ksiądz Piotr Skarga, który z zapałem tępił błędy i grzechy, także narodowe, zaś heretyków… miłował. Mawiał: „heretyki złe, ale ludzie dobre” –stąd zabiegał o ich dusze, ale nieprawe czyny potępiał, również te mające wpływ na kształt Ojczyzny. W tym zakresie bowiem nie ma miejsca na dialog. Najsamprzód Chrystus, zawsze i wszędzie!
W czasach politycznej burzy, ideologicznego zamętu, wykrzywiania pojęć i zakłamywania świata warto sięgać do tych, którzy owe zagrożenia dla duszy człowieka nie tylko celnie rozpoznawali, definiowali, ale potrafili wskazać po mistrzowsku receptury na stawienie im skutecznego oporu.
Bez wątpienia Mistrzem w tej materii był ks. Piotr Skarga. I choć w swojej działalności ów niezmęczony sługa Boży podejmował wiele działań – był choćby świadkiem Bożego Miłosierdzia (dzieło Arcybractwa Miłosierdzia czy Bractwo Betanii św. Łazarza) – to pozostańmy na chwilę na jednym z odcinków zatroskania ks. Skargi. Co takiego Kaznodzieja Narodu mówił o katolikach, heretykach, państwie, o Kościele? Słowem o tym, co nas – jako społeczeństwo – mocno kształtuje… Wczytajmy się w Jego pisma, bo przemawia z nich to, co dziś ma być zakrzyczane, co ma nie dojść do głosu. Ksiądz Skarga bez wątpienia jest kapłanem z przesłaniem „skrojonym na dzisiejsze czasy”. Ono czasem boli. Ale jest ozdrawiające.
Ach, gdybyśmy tylko, jako katolicy, byli tak gorliwi; gdybyśmy ograniczali owo irytujące – jak pisał ks. Skarga – „ziewanie flegmatyckie”, gdybyśmy byli wystarczająco gorący w wierze, pomysły rewolucjonistów nie wyszłyby z gabinetów swoich twórców, bo nie znalazłyby posłuchu jako antyludzkie i z założenia fałszywe.
Ksiądz Skarga jest tu niewygodny „podwójnie”: jako kapłan i jako twórca. Sługa Boży ma bowiem swój niewątpliwy wkład w rozkwit języka polskiego. A jako mistrz słowa, przybliżał ludziom Chrystusa. Jego kazania były więc nie tylko wyrazem osobistych przemyśleń, religijnego doświadczenia, ale nauką dla ludu Bożego. Dziś patrzymy na kryzys powołań, widzimy idący w kierunki niezdefiniowanego braterstwa ruch ekumeniczny…
A ksiądz Skarga? On w czasie reformacji zapisał na swe konto cały szereg konwersji. Przyciągał do Kościoła. Mówił: „heretyki złe, ale ludzie dobre” i tak czynił – potępiał błędy, ale podchodził z miłością do ludzi. W swym działaniu był postrzegany jako kontrreformator, hamulcowy zmian uważanych powszechnie za coś pożądanego. Mówił: ut unum sint („aby byli jedno”) i budował ową jedność, tak jak nauczał Chrystus. Nauczał i bronił doktryny Kościoła oraz Jego jedności, w której postrzegał siłę nośną scalonego państwa. Dziś to dla wielu niewygodny przykład do naśladowania. Nic dziwnego, bowiem ta wizja ks. Skargi psuje wygodną dla źle sprawujących swoje urzędy ideę divide et impera („dziel i rządź”).
Groźna herezja
Ksiądz Piotr Skarga doskonale odczytywał, jakie zagrożenie niosą ze sobą obecne w królestwie polskim herezje. Znał też miernotę i nijakość wielu „flegmatycznych” katolików oraz „ziewanie” tych, „którzy nie patrzą na koniec, do którego wszystkie herezje zmierzają”. Stąd nawoływał – także duchownych – do podejmowania duchowej wojny z trucizną heretycką. Skarga pisał wprost o tym, że herezje wpuszczone w przestrzeń państwa będą dla dusz zgubą, spowodują rozłam religijny, a w efekcie dojdzie do zniszczenia fundamentów katolickiego porządku społecznego. Zatem jego troska rozlewała się nie tylko na Kościół i chęć zachowania zdrowego nauczania Kościoła Katolickiego. Obejmowała też państwo w jego całej okazałości.
Czyż dziś nie widzimy podobnych zagrożeń? Czyż dziś w życie społeczne i polityczne nie wtargnęły z wielką mocą kłamstwo, manipulacje, przyzwolenie na grzech? Czyż nie niszczy się tego, co można ująć w słowie „Tradycja”? Spójrzmy zatem, jaki przepis na silne państwo miał ksiądz Skarga.
„Wiara katolicka – szczęściem Rzeczypospolitej”
W Kazaniu sejmowym piątym czytamy:
Wielkie też jest szczęście Rzeczypospolitej, gdy ma ludzie cnotliwe i bogobojne i karne i do tego je przyprawować swoim staraniem i zwyczajami i nauką może. Bo gdzie ludzie mają bojaźń Bożą i cnoty pobożności i sprawiedliwości, tam rząd dobry i łacny, tam Pan Bóg błogosławi i ono królestwo zatrzymawa i rozmnaża, jako mówi Pismo św.: „Sprawiedliwość wynosi naród, a mizerne ludzie grzech czyni”. Katolicka nauka i wiara, bogobojność i cnoty z niej idące między ludźmi szczepi: a heretyctwo i nauka ich barzo cnoty suszy i korzeń im podcina (…).
Przetoż herezje nie mogą czynić „bonos cives”. I w tej mierze pogańscy zakonodawcy, którzy prawo Rzeczypospolitej opatrowali, więtsze na rozmnożenie cnót ludzkich oko mając, daleko byli mędrszy. Bo nad wszytki srogości praw na złe i pokój ludzki psujące ludzie karanie Boskie, którego nikt ujść nie może, i tu na ziemi i po śmierci wieczne ono, opowiedali i tym grozili i lud do cnót wszytkich powolniejszy czynili.
Z drugiej strony wiara katolicka swoją nauką i prawdą dziwnie ludzie na dobre odmienia i czyni z nich „bonos cives”. Bo wszędzie bojaźni Bożej naucza, srogość Pańską na złe rozszerzając i tu w tym żywocie i po śmierci. A obiecując każdemu za jego dobry uczynek namniejszy zapłatę wieczną, potężnie barzo do wszytkich cnót pobudza. I dla tej w niebie zapłaty i na wojnie mężne ludzie czyni, iż radzi o Rzeczypospolitą i bracia swoje umrzeć chcą, nadzieją się po śmierci zapłaty zapalając i za nie wszytkie śmierci te doczesne mając. (…)
Wiara katolicka pilnie i często naucza, aby każdy Boga się bał, a króla czcił, jako Piotr św. nauczał, aby każdy urzędom, królowi i sprawcom jego podlegał, aby się ich miecza bal, aby o nieposłustwo ku nim sumnienie miał. I rodzą się katolicy synami posłuszeństwa, bo się go począwszy od wiary, w której rozumu swego odstępują, wszędzie uczą, i dlatego szczęście do Rzeczypospolitej przynoszą.
Kim są „szkodliwi katolicy”?
Stawianie Chrystusa jako fundamentu życia osobistego i publicznego było więc dla księdza Skargi oczywistością. Problem był, jak zawsze, w ludziach, a dokładnie w braku ich zapału w miłości do Stwórcy. Ks. Skarga z mocą pisał:
A naszkodliwszy są katolicy bojaźliwi, i małego serca, którzy gniewem się sprawiedliwym i świętym ku obronie czci Boga swego nie zapalają, a zelum [gorliwości] nie mają, i jako straszydła na wróble stoją.
Skupią się na obieranie Trybunalistów abo Sejmowych posłów, będzie jako zawżdy do kila set katolików, a dziesięć abo mniej heretyków: śmiałością, fukiem, groźbą sedycyj i wojny domowej ustraszą wszytki katoliki, i heretyka na Trybunał abo na posełstwo wsadzą, a zukani katolicy przyzwalają i śmiech z siebie czynią, i przeklęctwo ono żydowskie na się przywodzą: iż jeden sto ich zastraszy, i mocniejszy fałsz niźli prawda, i słabsze żelazo niżli rózga, i słudzy Boga prawego, bogów się fałszywych boją, a swemu prawdziwemu nie dufają.
O nierozumie, nie widzisz co za szkodę heretyk wierze świętej i sprawiedliwości katolickiej, i R. P. czynić może.
Oni nas straszą sedycjami, zuchwalstwem i wojną domową, jako garścią konopi, a my się boim, i mniemamy aby z to serca mieli, na potężność i liczbę katolicką patrząc; oni chytrością na nas idą, i swoje przewodzą; a my z prawdą Bożą, z prawy ojczystemi i starożytnemi, z Statutami na nie iść nie śmiemy i przed nimi pierzchamy?
My się ich śmiałej nadętości boim, a oni się mocy naszej przy Bogu, przy prawach i prawdzie nie boją? Dlaczegóż? Iż darów Bożych w sobie nie czujem, iż Pana Boga i czci jego i zbawienia swego i ludzkiego nie miłujem: dlatego w ich heretyckich grzechach więźniem, i pomsty ich na sobie i z nimi nie ujdziem, gdy głosu tego nie słuchamy: Uciekajcie od namiotów ludzi niezbożnych, abyście się w ich grzechach nie zawinęli (Wzywanie do pokuty).
„Prawdziwa miłość bliźniego”
Kaznodzieja Narodu wiedział, że budowanie wspólnoty musi być oparte na relacjach. Dziś słowo to przeżywa prawdziwy renesans, ale czy ks. Skarga zgodziłby się ze współczesnym jego znaczeniem? Warto sięgnąć po słowa kapłana, który pisał o najważniejszej relacji – relacji miłości, która ostatecznie służyć ma przyciąganiu osób słabej wiary, ale heretyków – nie na pola dialogu, ale na łono Kościoła – do prawdziwej Wiary. Ksiądz Skarga jednak ostrzegał – być ratując innych sam w odmętach nie zaginął. Pisał tak:
Obacz, jaki jest pożytek wiernej, uprzejmej a towarzyskiej miłości. Przez onę uprzejmość, którą ma kto ku miłemu bratu swemu, pomaga mu Pan Bóg, iż go z wielkich grzechów wyrwać swem wdzięcznem a pogodnem upominaniem może. Wielką moc ma upominanie z miłości gorącej ku bliźniemu i ku jego zbawieniu pochodzące, gdy miły towarzysz nasz baczy, iż nasze o nim staranie o dobro jego z chęci ku niemu pochodzi. A Bóg tam mieszka, gdzie miłość uprzejma, na cnocie i Bogu fundowana, panuje, i szczęści dobre a uprzejme ku towarzyszowi serce.
Dobrze Augustyn św. po. wiedział: Miłość tę moc ma, iż inne rodzi, buduje niedoskonałych, najmniejszych obrazić się boi, z jednym się schyli, z drugim się podnosi, jednemu się łagodną, drugiemu ostrą, nikomu się nieprzyjazną nie stawi, a wszystkim się być matką pokazuje. Nauczże się wiernym towarzyszem być, a obłudności się strzeż, a zawżdy do dobrego przyjaciela miłego pociągaj, zwłaszcza heretyka. A staraj się, abyś ty tak duży był, żeby nie on ciebie do swego błota wciągnął. Musi mieć dobre barki, kto z tonącym wypłynąć chce, aby z nim zaraz nie utonął. Przeto takiego towarzystwem, w którembyś ty tracić miał, nadziei do pozyskania towarzysza nie miał, radzę, wczas pomijaj (Żywoty Świętych).
Ksiądz a polityka – można czy nie?
Kościół a polityka – jakże dziś aktualny i gorący to temat. Podobnież jak i w czasach czcigodnego jezuity. Widać przed wiekami też rządzący nie lubili kiedy im „jakiś klecha” przypominał o Prawie Bożym i Bożym porządku na jakim ma być budowane państwo.
Czy jest zatem? Kapłan ma milczeć na tematy polityczne? A może winien odważnie zabierać głos? Warto sięgnąć po rady Kaznodziei Narodu, bo i w tym temacie miał sporo racji. Oddajmy mu głos:
Rzecz kto: Ksiądz się wdawa w politykę. Wdawa i wdawać się winien, nie w rządy jej, ale w zatrzymanie, aby jej grzechy nie gubiły, a wykorzenione z niej były, a dusze ludzkie w niej nie ginęły. Abo nie słyszym, co P. Bóg do Jeremjasza mówi? Otom cię postanowił nad narodami i królestwy, abyś wykorzeniał, psował i gubił (grzechy i złości) a budował i szczepił (bojaźń Bożą i cnoty święte, i dobre uczynki, i pokutę którąby się pomsta Boża od królestw oddalała, i polityka wasza nie ginęła).
My na złe prawa i niesprawiedliwości wasze narzekamy: a wy politykę swoję naprawujcie, jeśli z nią zginąć nie chcecie. Piszemy wiele praw, ale mało roztropnych, i które wykonania nie mają; a praw niesprawiedliwych nie gasim, które są na wszytkie katy i tyrany naokrutniejszymi.
Bo tyrańska moc krótka, a prawa wieczności chcą, i okrucieństwo we złych nie ustaje. Jeśli drugie były od przodków postawione, a czasom onym gdy cnota kwitnęła służyły, teraz gdy niecnota i niewstyd groble potargała, odmiany praw złych i szkodliwych, i prędszych i ostrzejszych, i wykonania ich prędkiego potrzebują, aby nas mściwa i ciężka ręka Boża nie pogubiła, abyśmy z Prorokiem nie narzekali mówiąc: Ziemia się zaraziła od obywatelów swoich. Bo przestąpili zakon, odmienili prawa (dobre i święte), rozproszyli przymierze wieczne (z Panem Bogiem i z sprawiedliwością). Dlatego przeklęctwo ziemię pożre, i grzeszyć będą obywatele jej, i pomsty Bożej na się przyczyniać.
Prawieć połamali święte starowieczne prawa kościelne i Boże, aby im było wolno grzeszyć, a to co Bogu dano, dziedzictwo kościelne wydzierać, a za to na karanie się żadne nie oglądać. Lecz sprawiedliwy Bóg nie zaśpi. Przeklęctwo puści na to królestwo, w którym pożarte od nieprzyjaciół będzie (czego uchowaj Pan Bóg) jeśli prawa pokuta nie nastąpi (Wzywanie do pokuty).
„Kościół serdeczny” według księdza Skargi vs. inkluzywność
Kaznodzieja Narodu celnie pisał też o Kościele Katolickim. O tym, jak ma być on budowany i dokąd ma nas prowadzić. Współcześnie wiele mówi się o tym, że należy prowadzić dialog ekumeniczny, że trzeba traktować ze zrozumieniem innowierców, a naszym priorytetem ma być inkluzywność, każdy ma czuć się dobrze (wraz z brudem swoich grzechów, o których się nie mówi). Ksiądz Skarga pisząc o Kościele serdecznym mocno wskazywał na osobiste wzrastanie i budowanie świątyni – nie od razu tej z murami, ale najpierw tej duchowej. Tylko tak bowiem – z wiarą – można sprawić, że kamienna świątynia wypełni się ludem Bożym, pragnącym prawdziwie wielbić Pana – z czcią Mu należną i na kolanach! Ksiądz Skarga pisał:
(…) Ci, którzy Panu Bogu kościoły widome budują, pierwej kościół serdeczny w sobie zbudowali. Bo pierwej serca swe bojaźnią i miłością Boską, i miłością bliźnich, których też zbawienie fundowaniem kapłanów i chwały Bożej obmyślają, napełnili, i stali się świętym kościołem jego: toż dopiero to, co się w sercu zbudowało, na wierzch do pieniędzy i nakładów wyniknęło.
Tak też wszyscy czynić mamy; chcemy-li Pana Boga z sobą mieć, aby z nami na wszelką pomoc naszą mieszkał: stajmy się kościołem i domem jego, i budujmy jemu pałac drogi: abyśmy go do siebie przywabili, chędogiem i pańskiem a przystojnem budowaniem. Nie wiecie, iżeście wy są, mówi apostol – kościołem Bożym, i Duch Boży mieszka w was?
Zakładajmy kościoła tego serdecznego fundament: wiarę w Boga w Trójcy jedynego. Ściany niech będą: nadzieja w obietnicach Bożych, i czekanie wszelakiej z nieba pomocy, i one cztery główne cnoty: mądrość duchowna, sprawiedliwość, czystość i męstwo, z innemi pobożnościami świętemi, które z nich pochodzą. Te ściany pozłacajmy miłością gorącą ku Bogu i bliźniemu.
Niech w tym kościele gore ustawiczny ogień żądz niebieskich: do którego drew słowa Bożego i rozmyślania nabożnego, i oleju miłosiernych uczynków przykładajmy. Postawmy w nim ołtarz pokory i pokłonu, któryśmy Bogu prawemu powinni. Na którym ofiarujmy wszytko serce nasze, i majętność, i ciało nasze, na upodobanie i wolą jego, mówiąc: twoje to, czyń z tem, co chcesz. Niech w tym kościele brzmi ustawiczna muzyka wesela duchownego, chwały Bożej, i wzdychania do Chrystusa. Postawmy obraz piękny Chrystusowego żywota, i świętych jego naśladowania. Niech będą chorągwie podniesione krzyża i męki Odkupiciela naszego, na zwycięstwo wszystkich pokus cielesnych i świeckich, i na pokonanie czarta, który nas zwodzi i zdradza. Dzwony niech będą czujność, którą się do śmierci i sądu Bożego budzim (Kazania na niedziele).
27 września przypada rocznica śmierci ks. Piotra Skargi (+1612).
Marcin Austyn
źródła: PCh24.pl, piotrskarga.pl
(w tekście wykorzystano fragmenty pism ks. Piotra Skargi, wydanych w roku 1936 na kartach książki pt. „Skarga pośród nas”)
fot. Ośrodek Dokumentacji Życia i Kultu ks. Jerzego Popiełuszki/Canva
11 LISTOPADA 2024
Wolność – Ojczyzna – Prawda.
Najpiękniejsze cytaty bł. ks. Jerzego Popiełuszki
Ks. Jerzy Popiełuszko – polski duchowny, kapelan Solidarności i symbol walki o wolność, prawdę oraz miłość do ojczyzny. Poznaj jego najpiękniejsze myśli i zainspiruj się nimi w swoim życiu!
Ks. Jerzy Popiełuszko głosił wartości sprzeciwiające się opresji i przemocy, jednocząc ludzi w dążeniu do sprawiedliwości. Swoje kazania, pełne odwagi i pragnienia prawdy, wygłaszał podczas Mszy za Ojczyznę, które przyciągały tłumy. Wzywał do pokojowego oporu i przypominał, że wolność nie jest jedynie prawem, ale również obowiązkiem.
Jego działalność stała się dla wielu inspiracją, lecz też przyczyną brutalnego prześladowania. Zamordowany przez funkcjonariuszy Służby Bezpieczeństwa w 1984 roku, pozostał symbolem niezłomnej wiary i miłości do kraju, pokazując, że warto walczyć o prawdę, niezależnie od ceny.
Wybraliśmy jego najpiękniejsze myśli o prawdzie, wierze, wolności i ojczyźnie, które zainspirują Cię do życia według tych ważnych wartości:
„Korzeniem wszelkich kryzysów jest brak prawdy.”
„Prawda zawsze jest zwięzła, a kłamstwo owija się w wielomówstwo.”
„Zachować godność człowieka, godność dziecka Bożego, to żyć bez zakłamania.”
„Prawda jest niezmienna.”
„Prawdy nie da się zniszczyć taką czy inną decyzją, taką czy inną ustawą.
„Prawda kosztuje dużo, lecz wyzwala.”
„Mamy wypowiadać prawdę, gdy inni milczą. Wyrażać miłość i szacunek, gdy inni sieją nienawiść. Zamilknąć, gdy inni mówią. Modlić się, gdy inni przeklinają. Pomóc, gdy inni nie chcą tego czynić. Przebaczyć, gdy inni nie potrafią. Cieszyć się życiem, gdy innije lekceważą.”
„Prawda ma w sobie znamię trwania i wychodzenia na światło dzienne, nawet gdyby starano się ją skrupulatnie i planowo ukrywać.”
„W każdym człowieku jest ślad Boga. Zobacz, bracie, czy nie zamazałeś go w sobie zbyt mocno.”
„Nie mówimy, że świat jest coraz gorszy, coraz smutniejszy. Jeżeli nawet tak jest, to źródła smutku są w nas, a nie gdzie indziej. I źródła radości muszą być w nas. Autentyczna radość to obecność Boga.”
„Jako synowie Boga nie możemy być niewolnikami.”
„Solidarność to jedność serc, umysłów i rąk zakorzenionych w ideałach, które są zdolne przemieniać świat.”
„Bóg stworzył człowieka wolnym do tego stopnia, że może on Boga przyjąć lub odrzucić.”
„Prawdziwa wolność jest pierwszą cechą człowieczeństwa. Ona jest szczególnym znakiem obrazu Bożego w człowieku.”
„Gdyby większość Polaków – w obecnej sytuacji – wkroczyła na drogę prawdy, stalibyśmy się narodem wolnym już teraz.”
„Krzyżem jest brak wolności. Gdzie nie ma wolności, tam nie ma miłości, nie ma przyjaźni, zarówno między członkami rodziny, jak i w społeczności narodowej czy też między narodami.”
„Bóg jest zdolny wyprowadzić naród ku wolności, gdy lud jest wierny Bogu, Kościołowi i Ojczyźnie i gdy żyje wiarą, nadzieją, miłością, prawdą i solidarnością.”
Nasza ojczyzna jest w niebie, ale po drodze jest ojczyzna ziemska. I to w niej zaczyna się królestwo Boże.
W bitwie pod Mełchowem w pierwszym dniu października 1863 roku zginęło 111 powstańców. Było wielu rannych, wśród nich osiemnastoletni Adam Chmielowski, który stracił wtedy lewą nogę. W późniejszym czasie wiele myślał o przyczynach upadku Polski. Jego patriotyzm ewoluował ku świadomości, że ojczyzna może się odrodzić tylko przez nawrócenie serc. „Tylko u stopni ołtarza można silnie związać łańcuch jedności narodowej i duchowego braterstwa, który rozrywa prywata i egoizm. Ci to jedynie wrogowie narodowego bytu są prawdziwie straszni, bo są ukryci w tajnikach naszego ludzkiego serca” – pisał po latach.
Podobne jest doświadczenie wielu gorących patriotów: gdy zaczynają naśladować Chrystusa, znajdują w Nim całą pełnię – odkrywają więc w Jezusie także wzór patriotyzmu.
To nie nacjonalizm
Za czasów ziemskiego życia Jezusa Żydzi mieli mocne poczucie przynależności narodowej, a elementem najbardziej ich łączącym była wiara w Jedynego Boga.
Ks. prof. Janusz Kręcidło w artykule „Czy Jezus był patriotą?” zwraca uwagę, że współcześni Chrystusowi Żydzi, włącznie z najbliższymi uczniami, na ogół chcieliby w Nim widzieć Mesjasza politycznego, patriotę stającego na czele narodowego powstania przeciw Rzymianom, wyzwoliciela okupowanej ojczyzny i wskrzesiciela żydowskiego państwa. „Jezus jednakże zupełnie inaczej rozumie swój patriotyzm! Nie nawołuje do buntu przeciw Rzymowi, lecz pozostając w nurcie żydowskiej narodowo-religijnej tradycji, przedefiniowuje rozumienie patriotyzmu, łącząc je ściśle ze swoją zbawczą misją objawienia całemu światu pełni miłości Boga Ojca” – zauważa duchowny.
Chrystus objawia nowy patriotyzm, na pierwszym miejscu stawiając Boga Ojca jako podstawę każdego narodowego patriotyzmu. Pozostając praktykującym Żydem z silnym poczuciem przynależności do narodu wybranego przez Boga, jednocześnie sprzeciwia się zamykaniu się Żydów na przedstawicieli innych nacji.
Ks. Janusz Kręcidło zauważa, że z chrześcijańskiego punktu widzenia patriotyzm rozumiany jako umiłowanie ojczyzny na pierwszym miejscu oznacza umiłowanie Boga Ojca, połączone z oddawaniem Mu czci w Jezusie Chrystusie – Świątyni. „Rezultatem takiej postawy jest budowanie królestwa Bożego na ziemi, któremu podporządkowany powinien być patriotyzm rozumiany jako miłość do własnej ziemskiej ojczyzny” – stwierdza. Dodaje, że jeżeli jako chrześcijanie traktujemy cały świat jako jedną wielką Bożą ojczyznę, „to chrześcijańska miłość do własnego narodu i ojczyzny nie jest zagrożona nacjonalizmami, gdyż miłość ta obejmuje wszystkich ludzi i całe stworzenie”.
Ostoja każdego narodu
Rozumieli to dobrze ludzie, których Kościół stawia za wzór. Dotyczy to także polskich bohaterów wiary, takich jak św. Brat Albert czy św. Rafał Kalinowski. Ich życie przypadło na czas, w którym nasza ojczyzna była pozbawiona własnej państwowości. Obu w młodości miłość ojczyzny skłoniła do udziału w walce zbrojnej i obaj drogo zapłacili za udział w powstaniu styczniowym. Chmielowski na całe życie został naznaczony kalectwem, a Kalinowski dziesięć lat spędził jako katorżnik na Syberii. Zarówno jeden, jak i drugi, zbliżając się do Chrystusa, stopniowo dojrzewali do zrozumienia, że ojczyźnie ziemskiej najbardziej służy zwrócenie się ku ojczyźnie niebieskiej. Chmielowski jako Brat Albert poświęcił życie trosce o najuboższych, a Kalinowski został karmelitą i służył ludziom jako spowiednik i duszpasterz. Obaj święci pozostali żarliwymi patriotami. Rafał Kalinowski, na nowo rozbudzając życie zakonne na terenie Galicji, myślał jednocześnie o duchowej odnowie narodu. Postulując utworzenie domu formacyjnego dla kandydatów do zakonu, pisał, że chodzi zwłaszcza o to, żeby „dać w kraju, skąd pochodzą powołania, normalny znak życia naszego zakonu, ukazując, że powołania są, o czym świadczyłby nowicjat w Czernej”. Jak stwierdzał, chodziło też o to, żeby wzmocnić Polskę duchowo przez zatrzymanie rodzimych powołań w kraju.
Czas zaborów odcisnął się także na myśleniu św. Urszuli Ledóchowskiej. Była gorącą polską patriotką, choć pochodziła ze zróżnicowanej narodowościowo rodziny – jej matka była Szwajcarką. „Ostoją każdego narodu jest miłość Ojczyzny” – pisała założycielka zgromadzenia Urszulanek Serca Jezusa Konającego. W swoich wypowiedziach wielokrotnie dawała wyraz przekonaniu o związku między ojczyzną ziemską a niebieską. „Miłość Kościoła i miłość Ojczyzny łączą się w jedną żarliwą miłość. Dwa te uczucia wspierają się nawzajem, jedno jest siłą drugiego – kochamy Ojczyznę, bo takie jest przykazanie Kościoła, kochamy Kościół, bo jest podwaliną i rękojmią naszego życia narodowego” – mówiła o katolicyzmie w Polsce podczas wykładu w Kopenhadze w 1915 roku.
Jeden z odczytów w Sztokholmie zakończyła słowami: „Pomimo wszelkich zniszczeń i cierpień: Jeszcze Polska nie zginęła, dopóki kochamy!”.
Św. Urszula doczekała się wolnej Polski. W 1920 roku przeniosła się z siostrami do kraju, gdzie zaangażowała się przede wszystkim w edukację i wychowywanie dzieci i młodzieży, a także w formację kobiet. „Mamy w dziele wychowania dwojakie zadanie: pierwsze – wychowanie dzieci dla Boga, dla ojczyzny niebieskiej, drugie – to wychowanie dzieci dla społeczeństwa, dla ojczyzny ziemskiej” – przekonywała pedagogów w Polsce. Choć pamiętała krzywdy wyrządzone ojczyźnie szczególnie przez Rosję, znajdowała w sobie współczucie dla uciemiężonych przez bolszewizm mieszkańców Związku Sowieckiego. W 1930 roku pisała: „Dużo myśmy przez Rosję cierpieli – teraz, gdy tacy są nieszczęśliwi, nie pamiętajmy im tego, oddawajmy dobrem za złe i otoczmy ten biedny kraj, z którego Boga chcą zupełnie wydalić, gorącą modlitwą”.
Żarliwość patriotyzmu św. Urszuli nigdy nie przesłoniła jej świadomości ostatecznego celu życia każdego człowieka. Pisała: „Ojczyzną moją nie jest ten padół łez, ale Bóg, od którego dusza moja wyszła, do którego ma wrócić”.
Ojczyzna w domach
Do wyjątkowo gorących patriotów należy bł. Stefan Wyszyński. Jego głęboka wiara zawsze miała związek z miłością ojczyzny. „Dla nas po Bogu największa miłość to Polska!” – deklarował. Z tej miłości wynikała oczywistość pierwszeństwa moralności przed polityką. Podkreślał, że Bóg, dając nam ojczyznę, powierzył nam zarazem to konkretne miejsce na ziemi. „Skoro od wieków trwamy tutaj między Odrą, Wisłą (…), to jest to nasze miejsce. Z tym miejscem łączą się nasze obowiązki wobec innych: Czyńcie sobie ziemię poddaną. Z tym też miejscem związane są nasze prawa” – tłumaczył w 1981 roku.
Prymas Tysiąclecia uważał miłość narodu i miłość ojczyzny za moralny i religijny obowiązek każdego członka narodu. Tak rozumiany patriotyzm był więc dla niego cnotą z natury chrześcijańską. Jej wyrazem ma być nie tyle zaangażowanie emocjonalne, ile nade wszystko wypełnianie obowiązków wobec narodu i praca dla jego dobra.
Kardynał Wyszyński przestrzegał przed utożsamianiem pomyślności ojczyzny wyłącznie z dobrobytem i maksymalną konsumpcją. Proroczo brzmią jego słowa wypowiedziane w 1963 r.: „Najbardziej smutnymi narodami są te, którym postawiono za ideał li tylko dążenia i cele materialne. Najbardziej zubożonymi i niewolniczo przytrzymanymi za skrzydła ducha są takie narody, które postawiły sobie zbyt wąski ideał”.
Do obowiązków patrioty należy, zdaniem błogosławionego, „troskliwe poprawianie w nas i bliźnich naszych wad narodowych i piętna niewoli”, ale to zaczyna się od „poprawiania Ojczyzny w domach naszych”.
U Prymasa Tysiąclecia, podobnie jak u wielu świętych, podstawą patriotyzmu jest miłość. „Nienawiścią nie obronimy naszej ojczyzny, a musimy jej przecież bronić. Brońmy jej więc miłością!” – apelował.
Bez ciasnoty
Silny rys patriotyczny można dostrzec u wielu Polaków wyniesionych na ołtarze, na przykład u Faustyny Kowalskiej, Maksymiliana Kolbego, Jerzego Popiełuszki, a zwłaszcza u Jana Pawła II. Wszyscy oni kochają ojczyznę ziemską na obraz i podobieństwo ojczyzny niebieskiej. Obce są im wszelka ksenofobia i wszelki szowinizm. Gdyby było inaczej, nie zostaliby beatyfikowani i kanonizowani. Kościół jasno stwierdza, że „miłość ojczyzny i służba dla niej wynikają z obowiązku wdzięczności i porządku miłości” (KKK, nr 2239). Miłość nie dopuszcza uprzedzeń i zamykania się w ciasnych egoizmach, także motywowanych etnicznie. Jasno wyraża to Sobór Watykański II w konstytucji Gaudium et spes: „Obywatele winni pielęgnować wielkoduszną i wierną miłość do ojczyzny – jednak bez ciasnoty umysłu – tak mianowicie, aby równocześnie mieli na uwadze dobro całej rodziny ludzkiej, którą łączą różnorodne więzy występujące pomiędzy rasami, ludami i narodami”.
W Uroczystość Wszystkich Świętych i w kolejnych listopadowych dniach pragniemy ożywić prawdę, którą wyznajemy – w świętych obcowanie.
“Żyjąc komunii bezustannie, w Bogu, trwamy też w pewnej jedności z tymi, którzy są już w niebie. Jest również pewna jedność z tymi, którzy umierają i są w czyśćcu. Nie jesteśmy rozdzieleni. Dla Boga wszyscy żyją. Dlatego modlimy się za siebie nawzajem, my za tych w czyśćcu, oni za nas. Święci też modlą się za nas”. (o. Wit Chlondowski OFM)
Dobrze jest przypomnieć sobie w tym czasie słowa św. Tereski z Lisieux, która mówiła, że tu, na ziemi, może pomagać innym tylko jedną ręką, bo drugą musi się trzymać Jezusa, ale gdy już będzie w niebie, wtedy będzie mogła pomagać oburącz.
Chodzi nie tylko o aktywność świętych w niebie i nie tylko o modlitwy.
Był rok 1938, ostatni w ziemskim życiu siostry Faustyny. Stęskniona za Bogiem święta zapisała w „Dzienniczku”: „Nie zapomnę o tobie, biedna ziemio, choć czuję, że cała natychmiast zatonę w Bogu, jako w oceanie szczęścia; lecz nie będzie mi to przeszkodą wrócić na ziemię i dodawać odwagi duszom, i zachęcać je do ufności w miłosierdzie Boże. Owszem, to zatopienie w Bogu da mi możność nieograniczoną działania”.
Deklaracje pomocy tym, którzy pozostają na ziemi, składało wielu świętych. „Nie płaczcie, będziecie mieli ze mnie większy pożytek i będę wam skuteczniej pomagał niż za życia” – pocieszał święty Dominik braci z zakonu, który założył. Podobną obietnicę złożyła św. Teresa od Dzieciątka Jezus. Karmelitanka przed śmiercią obiecała, że gdy znajdzie się w niebie, będzie zsyłała na ziemię „deszcz róż”. Zapowiedziała, że będzie tam „małą złodziejką”, która sprawi, że wiele rzeczy będzie ginąć w niebie, bo ona rozda je na ziemi.
Nie były to słowa rzucane na wiatr. Święci realnie uczestniczą w naszym życiu, potwierdzając rzeczywistość, którą nazywamy świętych obcowaniem. Ale nie tylko to jest treścią tej prawdy wiary.
Święci, czyli kto
„Do wszystkich przez Boga umiłowanych, powołanych świętych, którzy mieszkają w Rzymie”, „do świętych, którzy są w Efezie”, „do świętych i wiernych w Chrystusie braci w Kolosach” – pisze święty Paweł. Nie adresował swoich listów do tych, którzy osiągnęli niebo, lecz do zwykłych chrześcijan. Jeśli jesteś ochrzczony i uczestniczysz we wspólnocie wiary, to jesteś święty. Dla chrześcijan czasów apostolskich było to jasne. Trwające między nimi zjednoczenie to społeczność świętych, inaczej świętych obcowanie.
Chrześcijanie już w starożytności deklarowali: „Wierzę w świętych obcowanie”. Formuła ta po raz pierwszy znalazła się w wyznaniu wiary z IV wieku. Jego autorem był biskup Nicetas z Remezjany w Dacji. „Czymże jest Kościół, jak nie zgromadzeniem wszystkich świętych?” – pisał św. Nicetas. Święci w jego rozumieniu to nie tylko chrześcijanie zmarli w opinii świętości, ale wszyscy ci, którzy uczestniczą w świętości Chrystusa, przyjmując chrzest i przez to włączając się w Ciało Chrystusa. Nicetas wyjaśniał, że Kościół jest zgromadzeniem wszystkich świętych, bo tworzą go patriarchowie, prorocy, męczennicy i wszyscy sprawiedliwi, których uświęciła ta sama wiara i nawrócenie. Wszyscy oni, wraz z aniołami, w Duchu Świętym są jednym ciałem, którego Głową jest Chrystus.
Formuła świętych obcowania szybko rozprzestrzeniła się w całym Kościele, zarówno na Wschodzie, jak i na Zachodzie. Tak jest do dzisiaj – i Kościół katolicki, i prawosławny wyznają prawdę wiary w obcowanie świętych, do których zaliczają się także zmarli chrześcijanie, oczekujący na paruzję w niebie lub w czyśćcu.
Inna relacja
– Świętych obcowanie to przede wszystkim communio sanctorum. Kościół w pierwszym tysiącleciu rozumie to sformułowanie bardziej jako komunia w rzeczach świętych, czyli komunia w świętej wierze, w świętym Słowie i świętych sakramentach. „Komunia” jest tu słowem kluczowym, bo drugie tysiąclecie kładzie akcent na komunię wszystkich w Kościele – tłumaczy o. Wit Chlondowski OFM. Dogmatyk wskazuje, że „komunia”, po grecku koinonia, najczęściej jest tłumaczona jako współuczestnictwo albo wspólnota. Słowo to wyraża relację w Bogu. Trójca jest komunią, relacją między Ojcem, Synem i Duchem. Komunia to głębia relacji między Osobami Trójcy, panujące w niej intymność i jedność.
– I teraz Jezus przychodzi na ten świat, żebyśmy my mogli mieć z Nim komunię, a przez Niego z całą Trójcą. Dzięki temu, że mamy komunię z Bogiem, zaczynamy mieć komunię między nami. Tworzy się między nami rodzaj relacji, która jest zupełnie inna od wszystkiego na świecie, bo to jest relacja w Bogu. Mamy jedność, którą jest Kościół. To jest wyjątkowa relacja: ona jest komunią, wspólnotą, współuczestnictwem, byciem wspólnie z synami i córkami jednego Ojca, w jednym Duchu, w jednym Chrystusie. Intymność, współuczestnictwo, bliskość. Ta komunia jest w Bogu, z Boga i jest mocniejsza niż śmierć. Dlatego ona trwa i dlatego mamy ją z tymi, którzy są w niebie, i tymi, którzy są w czyśćcu. Świętych obcowanie to pewne misterium bliskości, intymności z Bogiem – podkreśla franciszkanin.
Ci, co odeszli, kochają
Jak świętych obcowanie „działa” w praktyce? – Żyjąc w komunii bezustannie, w Bogu, trwamy też w pewnej jedności z tymi, którzy są już w niebie. Jest również pewna jedność z tymi, którzy umierają i są w czyśćcu. Nie jesteśmy rozdzieleni. Dla Boga wszyscy żyją. Dlatego modlimy się za siebie nawzajem, my za tych w czyśćcu, oni za nas. Święci też modlą się za nas – zaznacza zakonnik. Przywołuje przykład małej Tereski, która mówiła, że tu, na ziemi, może pomagać innym tylko jedną ręką, bo drugą musi się trzymać Jezusa, ale gdy już będzie w niebie, wtedy będzie mogła pomagać oburącz.
– Ale świętych obcowanie to nie jest tylko modlitwa, to jest też miłość. To się przejawia na różne sposoby. Na przykład jest ból rozstania, kiedy umiera ktoś bliski, ale jest też intymność, która jest w Bogu. Z niej płynie świadomość, że ciągle mamy jedność i ona jest mocniejsza niż śmierć – zauważa o. Chlondowski.
Dzięki temu, że trwamy w komunii, między zmarłymi a nami miłość nie gaśnie. – Kiedy odchodzi bliski, to kocha bardziej, bo jego miłość w czyśćcu się oczyszcza. Lubię to określenie, że czyściec jest miejscem, gdzie uczymy się w pełni kochać. Skoro nie nauczyliśmy się tego tutaj i nasza miłość nie była w pełni święta, to gdzieś musi się to oczyścić – tłumaczy duchowny.
Śmierć nie przerywa więzi tych, co trwają w komunii. – Czyli tak naprawdę ci nasi bliscy bardziej nas kochają i modlą się za nas. Wielokrotnie słyszałem świadectwa różnych osób, potwierdzające, że ci, którzy już odeszli i są u Pana, pamiętają o nich. Pamiętam jednego człowieka, który mówił, że gdy śni mu się babcia, to wie, że w jego życiu będzie się działo coś trudnego. To się, jak mówi, wielokrotnie sprawdziło. Uważa, że w ten sposób jego bardzo świątobliwa babcia przypomina mu, że trwa w modlitwie za niego. To jest dla niego duże umocnienie – podkreśla o. Wit Chlondowski.
Wsparcie
Zaangażowanie świętych w nasze życie zawsze prowadzi do wzmocnienia wiary tych, którzy doświadczają ich wstawiennictwa. Mówi o tym soborowa konstytucja dogmatyczna o Kościele Lumen gentium. „Ponieważ mieszkańcy nieba, będąc głębiej zjednoczeni z Chrystusem, jeszcze mocniej utwierdzają cały Kościół w świętości (…), nieustannie wstawiają się za nas u Ojca, ofiarując Mu zasługi, które przez jedynego Pośrednika między Bogiem i ludźmi, Jezusa Chrystusa, zdobyli na ziemi (…). Ich przeto troska braterska wspomaga wydatnie słabość naszą” – czytamy w dokumencie.
Można powiedzieć, że świętych obcowanie to miłość trwająca między tymi, którzy są tu i którzy są tam, niezależnie od tego, czy oni są już w niebie, czy jeszcze w czyśćcu. Przebywający w czyśćcu modlą się za nas, ale potrzebują też naszego wsparcia.
Wspólnota
30 czerwca 1968 r. papież Paweł VI publicznie wypowiedział tzw. Wyznanie wiary Ludu Bożego. Zawiera ono zwięzłe streszczenie nauczania ostatniego soboru o świętych obcowaniu. „Wierzymy we wspólnotę wszystkich wiernych chrześcijan, a mianowicie tych, którzy pielgrzymują na ziemi, zmarłych, którzy jeszcze oczyszczają się, oraz tych, którzy cieszą się już szczęściem nieba, i że wszyscy łączą się w jeden Kościół; wierzymy również, że w tej wspólnocie mamy zwróconą ku sobie miłość miłosiernego Boga i Jego świętych, którzy zawsze są gotowi na słuchanie naszych próśb”.
Nauce o odpustach towarzyszą nieporozumienia. Jest to tym częstsze, im bardziej zanika poczucie grzechu i świadomość szkód, jakie on wyrządza.
Kościół co roku na początku listopada zachęca do ofiarowania odpustów za zmarłych. Według konstytucji apostolskiej Indulgentiarum doctrina papieża Pawła VI odpust jest to darowanie przed Bogiem kary doczesnej za grzechy, zgładzone już co do winy. Chrześcijanin dla jego uzyskania musi być odpowiednio usposobiony i spełnić określone warunki. Dzieje się to, jak mówi katechizm, „za pośrednictwem Kościoła, który jako szafarz owoców odkupienia rozdaje i prawomocnie przydziela zadośćuczynienie ze skarbca zasług Chrystusa i świętych” (KKK 1471).
Odpust może być cząstkowy albo zupełny, w zależności od tego, czy od należnej za grzechy kary doczesnej uwalnia w części czy w całości.
Możliwość zyskania odpustu ma człowiek ochrzczony, na którym nie ciąży kara ekskomuniki i który znajduje się w stanie łaski przynajmniej wtedy, gdy kończy wypełniać wskazane czynności. Dla uzyskania odpustów konieczne jest posiadanie przynajmniej ogólnej intencji ich otrzymania i wypełnienie nakazanych czynności w określonym czasie i we właściwy sposób, czyli tak, jak określił to udzielający odpustu.
Odpust zupełny można uzyskać tylko jeden raz w ciągu dnia (co do odpustów cząstkowych nie ma takich ograniczeń). Oprócz pozostawania w stanie łaski uświęcającej należy ponadto wzbudzić w sobie wewnętrzną postawę całkowitego oderwania od grzechu, także powszedniego, wyznać grzechy podczas spowiedzi sakramentalnej, przyjąć Komunię św. i pomodlić się zgodnie z intencjami Ojca Świętego.
W myśl wytycznych Penitencjarii Apostolskiej z roku 2000 najlepiej wypełnić powyższe czynności tego samego dnia, w którym dokonuje się dzieła związanego z odpustem, ale nie jest to konieczne. Wystarczy, jeśli dopełni się tych obrzędów i modlitw w okresie około 20 dni przed dziełem odpustowym lub po nim. Wierni mogą sami wybrać modlitwę do odmówienia w intencjach papieskich, ale zaleca się „Ojcze nasz” i „Zdrowaś, Maryjo”.
Dla uzyskania kilku odpustów zupełnych wystarczy jedna spowiedź sakramentalna, ale każdemu z nich musi towarzyszyć Komunia św. i modlitwa w intencjach papieskich. Nie chodzi tu o modlitwę za papieża, ale w intencjach, które papież wyznacza na każdy miesiąc lub które nosi w swoim sercu. Wierny nie musi ich znać, wystarczy, że ma wolę modlitwy w tych intencjach.
W przypadku osób, które nie mają możliwości spełnienia przepisanych dzieł i warunków, spowiednicy mogą je zmienić. Rzecz jasna nie dotyczy to obowiązku wyrzeczenia się każdego grzechu.
Odpusty można zawsze zyskiwać dla siebie albo dla dusz osób zmarłych, natomiast nie można uzyskać ich dla innych osób żyjących na ziemi.
Trudny warunek
Najtrudniejszym z warunków uzyskania odpustu jest wolność od przywiązania do jakiegokolwiek grzechu, nawet powszedniego. Kluczowe jest słowo „przywiązanie”. Istotą tego wymogu jest radykalna decyzja zerwania z jakąkolwiek okazją, która może prowadzić nas do grzechu. Oznacza to walkę z pokusami i gotowość odrzucenia tego, co wiąże nas z naszymi słabościami, zerwania ze złymi skłonnościami, nałogami. Oczywiście pozostajemy ludźmi grzesznymi i słabymi, ale chcąc uzyskać odpust, musimy mieć szczerą wolę porzucenia nie tylko grzechu, ale zerwania wszelkich nici, które nas do niego przyciągają. Należy tu liczyć nie na siebie, ale na Boga, który może i chce dać nam siłę do wyjścia z niewoli grzechu. Dobrze jest więc tego dnia zwrócić się do Niego z prośbą o pomoc i wzmocnienie na drodze wypełniania Jego woli.
W ciągu roku istnieje wiele okazji do zyskania odpustów. Listopad jest pod tym względem wyjątkowy. W miesiącu tym Kościół umożliwia zyskiwanie odpustów za zmarłych w szczególny sposób. Obowiązują podane wyżej warunki zasadnicze: bycie w stanie łaski uświęcającej, spowiedź i Komunia św., a także wyzbycie się przywiązania do jakiegokolwiek grzechu. Należy ponadto nawiedzić cmentarz, kościół, kaplicę publiczną (albo półpubliczną w przypadku tych, którzy prawnie z niej korzystają, jak członkowie zgromadzeń zakonnych), odmówić „Ojcze nasz”, „Wierzę w Boga” i jakąkolwiek inną modlitwę w intencjach papieskich. Od 1 do 8 listopada można starać się o uzyskanie za zmarłych odpustu zupełnego, a w pozostałych dniach tego miesiąca – odpustu cząstkowego.
Skutki grzechu
Nauce o odpustach często towarzyszą nieporozumienia, szczególnie w odniesieniu do pojęcia kary doczesnej i konieczności jej poniesienia. Jest to tym częstsze, im bardziej zanika poczucie grzechu i świadomość szkód, jakie on wyrządza grzesznikowi i innym.
Kościół uczy, że popełnienie grzechu skutkuje na dwa sposoby. Po pierwsze, całkowicie lub częściowo zrywa wspólnotę z Bogiem. Konsekwencją grzechu śmiertelnego jest kara wieczna – utrata życia wiecznego. Drugim skutkiem grzechu jest zaburzenie ładu ustanowionego przez Boga i zakłócenie relacji z bliźnimi, co pociąga karę doczesną, ograniczoną w czasie.
Bóg daruje człowiekowi winę i karę wieczną w dobrze przeżytej spowiedzi, ale pozostaje kara doczesna, która jest wieloraką raną zadaną człowiekowi przez grzech. Paweł VI w konstytucji apostolskiej Indulgentiarum doctrina przypomina, że kary są następstwem grzechów, a nakłada je boska świętość i sprawiedliwość. „Muszą one być poniesione albo na tym świecie przez cierpienia, nędze i utrapienia tego życia, a zwłaszcza przez śmierć, albo też w przyszłym życiu przez ogień i męki, czyli kary czyśćcowe”. Papież wyjaśnia, że Pan nakłada kary dla oczyszczenia dusz. „Każdy bowiem grzech powoduje zakłócenie powszechnego porządku, który ustalił Bóg z niewypowiedzianą mądrością i nieskończoną miłością; przynosi też zniszczenie ogromnych dóbr tak samego grzesznika, jak społeczności ludzkiej” – pisze. Wskazuje, że „do pełnego odpuszczenia grzechów i do tak zwanej naprawy konieczne jest nie tylko odnowienie przyjaźni z Bogiem: przez szczere nawrócenie duchowe i odpokutowanie obrazy wyrządzonej Jego mądrości i dobroci, lecz także całkowite przywrócenie wszystkich dóbr, pomniejszonych lub zniszczonych przez grzech”.
Ojciec Święty stwierdza, że dobra te muszą być przywrócone przez „dobrowolną naprawę, co się nie obejdzie bez trudu”, albo przez poniesienie kar wymierzonych przez Boga.
Paweł VI przywołuje naukę o czyśćcu, która mówi, że nawet gdy wina została już odpuszczona, często pozostają kary, które trzeba spłacić lub pozostałości po grzechach, z których trzeba się oczyścić.
Kary czyśćcowe należą do kar doczesnych, bo czyściec jest rzeczywistością „doczesną” – trwającą do jakiegoś czasu. W tę rzeczywistość wpisuje się odpust, przez który skruszonemu grzesznikowi jest darowana także kara doczesna za grzechy, które zostały już zgładzone co do winy w akcie sakramentalnym.
Jeśli człowiek schodzi z tego świata bez oczyszczenia z kary doczesnej, Kościół oferuje możliwość niesienia mu pomocy w procesie darowania tej kary. O możliwości odpuszczenia kar po śmierci mówi 2 Księga Machabejska (2 Mch 12,38-45). Kościół udziela odpustów za zmarłych na sposób wstawiennictwa – ofiarowuje Bogu zadośćuczynienie ze wspólnego „skarbca” i prosi Go, żeby policzył je na korzyść danego zmarłego. Paweł VI tłumaczy, że duchowy skarbiec Kościoła „nie jest zbiorem dóbr, gromadzonych przez wieki na kształt materialnych bogactw, lecz nieskończoną i niewyczerpaną wartością, jaką mają u Boga zadośćuczynienia i zasługi Chrystusa Pana”. Papież dodaje, że do tego skarbu należą też „modlitwy i dobre uczynki Najświętszej Maryi Panny i Wszystkich Świętych, którzy idąc śladami Chrystusa, dzięki Jego łasce, uświęcili samych siebie i spełnili posłannictwo otrzymane od Ojca”. W ten sposób owi święci, „pracując nad własnym zbawieniem, przyczynili się również do zbawienia swych braci w jedności Mistycznego Ciała”.
Kościół zaprasza
Praktyka odpustowa Kościoła ma od stuleci „złą prasę” przede wszystkim z powodu nadużyć w jej stosowaniu. Paweł VI przyznaje, że tak się działo, „bądź dlatego, że »z powodu dawania bez różnicy i zbytecznych odpustów« gardzono władzą kluczy Kościoła i podważano wartość pokutnego zadośćuczynienia, bądź dlatego, że z powodu »niegodziwych zysków« nazwa odpustów była przedmiotem bluźnierstw”. Papież przypomina, że Kościół „karcąc i poprawiając nadużycia” nakazał zachować praktykę odpustów. Kościół także dzisiaj „zaprasza wszystkie swoje dzieci, aby rozważały i zastanawiały się, jak wielką wartość ma praktyka odpustów dla podniesienia poziomu życia jednostek, a nawet całej społeczności chrześcijańskiej”.
Kanonizując niektórych wiernych, to znaczy ogłaszając w sposób uroczysty, że ci wierni praktykowali heroicznie cnoty i żyli w wierności łasce Bożej, Kościół uznaje moc Ducha świętości, który jest w nim, oraz umacnia nadzieję wiernych, dając im świętych jako wzory i orędowników (Por. Sobór Watykański II, konst. Lumen gentium, 40; 48-51).
“W ciągu całej historii Kościoła w okolicznościach najtrudniejszych święte i święci byli zawsze źródłem i początkiem odnowy” (Jan Paweł II, adhort. apost. Christifideles laici, 16) . Istotnie, “świętość Kościoła jest tajemniczym źródłem i nieomylną miarą jego apostolskiego zaangażowania oraz misyjnego zapału” (Jan Paweł II, adhort. apost. Christifideles laici, 17).
Wstawiennictwo świętych. “Ponieważ mieszkańcy nieba, będąc głębiej zjednoczeni z Chrystusem, jeszcze mocniej utwierdzają cały Kościół w świętości… nieustannie wstawiają się za nas u Ojca, ofiarując Mu zasługi, które przez jedynego Pośrednika między Bogiem i ludźmi, Jezusa Chrystusa, zdobyli na ziemi… Ich przeto troska braterska wspomaga wydatnie słabość naszą” (Sobór Watykański II, konst. Lumen gentium, 49).
Nie płaczcie, będziecie mieli ze mnie większy pożytek i będę wam skuteczniej pomagał niż za życia (Św. Dominik, umierając, do swoich braci; por. Jordan z Saksonii, Libellus de principiis Ordinis praedicatorum, 93). Przejdę do mojego nieba, by czynić dobrze na ziemi (Św. Teresa od Dzieciątka Jezus, Novissima verba)
Komunia ze świętymi. “Nie tylko jednak ze względu na sam ich przykład czcimy pamięć mieszkańców nieba, ale bardziej jeszcze dlatego, żeby umacniała się jedność całego Kościoła w Duchu przez praktykowanie braterskiej miłości. Bo jak wzajemna łączność chrześcijańska między pielgrzymami prowadzi nas bliżej Chrystusa, tak obcowanie ze świętymi łączy nas z Chrystusem, z którego, niby ze Źródła i Głowy, wypływa wszelka łaska i życie Ludu Bożego” (Sobór Watykański II, konst. Lumen gentium, 50).
Składamy hołd (Chrystusowi) w naszej adoracji, gdyż jest Synem Bożym, męczenników zaś kochamy jako uczniów i naśladowców Pana, a to jest rzeczą słuszną, gdyż w niezrównanym stopniu oddali się oni na służbę swojemu Królowi i Mistrzowi. Obyśmy również i my mogli stać się ich towarzyszami i współuczniami (Św. Polikarp, w: Martyrium Polycarpi, 17).
Na początku listopada obchodzone są Uroczystość Wszystkich Świętych i wspomnienie wszystkich wiernych zmarłych. Czym te święta się różnią tłumaczy ks. dr hab. Marcin R. Wysocki, prof. KUL z Wydziału Teologii.
Dzień Wszystkich Świętych, jak wskazuje na to choćby biały kolor szat liturgicznych, to dzień radosny. Podstawowym wymiarem tego święta jest radość z tego powodu, że w niebie są ludzie, którzy poprzez swoje życie na ziemi osiągnęli stan świętości. Gdy mówimy świeci, najczęściej mamy na myśli tych, którym Kościół oficjalnie nadał tytuł świętego czy błogosławionego. Tymczasem ten dzień tak naprawdę mówi nam, że oprócz tych oficjalnie ogłoszonych świętych jest cała rzesza nieznanych, tych którzy w swoim codziennym życiu realizowali chrześcijańską doskonałość i robili to stopniu heroicznym. Oni także są świętymi czyli tymi, którzy już przebywają z Bogiem, są zbawieni i osiągnęli szczyt doskonałości chrześcijańskiej, cel, do którego my wszyscy zmierzamy czyli niebo. I to jest dzień, kiedy tych wszystkich świętych wspominamy, oddajemy im cześć, prosimy o wstawiennictwo u Boga, z którym oni są już we wspólnocie.
Natomiast 2 listopada obchodzimy wspomnienie wszystkich wiernych zmarłych. Wspominamy tych wszystkich, którzy od nas odeszli, którzy nie są jeszcze świętymi, którzy potrzebują jeszcze naszej pomocy, naszej modlitwy i którzy jeszcze nie doszli do tego celu ostatecznego, jakim jest niebo. I to jest zasadnicza różnica między tymi dniami. Pierwszego dnia cieszymy się wspólnotą świętych, drugiego wspominamy i modlimy się za zmarłych.
Pierwsze dni listopada są tradycyjnie poświęcone modlitwie za zmarłych. Przejawia się ona między innymi w możliwości uzyskania odpustu zupełnego, który jest darowaniem win, jakie każdy z nas jako człowiek zaciąga przez grzech. W te dni taki odpust możemy ofiarować za zmarłych, aby pomóc im w osiągnięciu nieba. To wyraz naszej wspólnoty ze zmarłymi, którzy potrzebują naszej pomocy i wstawiennictwa wszystkich świętych.
Kwiaty, znicze, liście pożółkłe jesienią, kolejki przy cmentarzach. Idą Święta. Trzecie w skali ważności całego roku, po Bożym Narodzeniu i Wielkiej Nocy – Święto Zmarłych.
Tak, to prawda, formalnie nie ma takiego święta, jest Uroczystość Wszystkich Świętych i Dzień Zaduszny, ale w praktyce przez dwa dni obchodzimy „święto zmarłych”, choć drugi dzień nie zawsze jest wolny. I do tego dwa weekendy – jeden przed a drugi po pierwszym listopada. To też moment celebracji tych samych świąt, czyli… właściwie jakich?
Wszystkich Świętych. Co tak naprawdę świętujemy?
Praktyka duszpasterska wskazuje, że wielu katolików w tym czasie przeżywa rozdarcie i wątpliwości dotyczące tego, co tak naprawdę mają świętować i w jaki sposób.
Z jednej strony liturgia Kościoła mówi najpierw o wspominaniu ludzi świętych, czytania podczas mszy świętej ani kolor szat nie wskazują na żałobę, lecz radość. Jakby tego było mało, w wielu parafiach organizowane są bale Wszystkich Świętych. A przecież nasze serca i uczucia są już przy bliskich zmarłych. I choć Kościół wspomni ich 2 listopada, w dniu Wspomnienia Wiernych Zmarłych, to cały nasz wysiłek organizacyjny i mentalny skoncentrowany jest właśnie wokół cmentarzy i bliskich, którzy już odeszli i nie ma ich z nami. I jeszcze te dynie…
Uroczystość Wszystkich Świętych odwraca naszą uwagę od bliskich zmarłych?
Uroczystość Wszystkich Świętych nie jest po to, by odwrócić naszą uwagę od bliskich zmarłych. Wręcz przeciwnie. Chodzi o to, byśmy nasze myśli umieścili w odpowiedniej perspektywie. O śmierci można myśleć na wiele sposobów, nie wszystkie jednak muszą być właściwe.
Można przecież epatować śmiercią, odzierać ją z odpowiedniej powagi albo odwrotnie – wzbudzać lęk i przerażenie przed jej nadejściem. Chrześcijanin ani nie lekceważy, ani nie boi się śmierci, ponieważ wierzy mocno, że śmierć tu na ziemi nie jest ostatnim akordem życia. W rytuale pogrzebowym modlimy się, mówiąc, że z chwilą śmierci nasze życie zmienia się, ale się nie kończy. Uroczystość Wszystkich Świętych jest przypomnieniem kierunku naszego życia i obietnicy zbawienia. „Nie przyszedłem, aby świat potępić, ale zbawić” (J 12,47) mówi Jezus i co jakiś czas musi nam tę prawdę przypominać.
Tak śmierć bliskich wpływa na naszą rzeczywistość
Świadomość śmierci, mojej, czy moich bliskich, jest bardzo często impulsem do refleksji nad przemijaniem, ale nie tylko. W zderzeniu ze śmiercią bliskich osób myślimy przecież nie tylko o życiu przyszłym, ale też o naszej teraźniejszości. Doświadczenie śmierci nie jest więc tylko przypomnieniem kruchości życia, ale niejednokrotnie impulsem do podjęcia zmian jeszcze w tym życiu doczesnym.
Gdy myślimy o bliskich nam osobach, to ich szczęście jest i naszą radością. Taką radość przeżywają rodzice wobec swoich dzieci, czy przyjaciele. Gdy myślimy o bliskich zmarłych, warto spojrzeć na nich w takiej właśnie perspektywie szczęścia. Wierzymy, że są już blisko Jezusa, tak blisko, jak nigdy nie byli tu na ziemi. I niezależnie od wszystkich swoich dawnych ziemskich trosk i słabości, są teraz od nich uwolnieni. Możemy i my ucieszyć się ich radością. Tak, jak czynią to Wszyscy Święci.
W TYM LISTOPADOWYM MIESIĄCU KOŚCIÓŁ ZACHĘCA NAS, ABYŚMY CZĘŚCIEJ MODLILI SIĘ ZA NASZYCH ZMARŁYCH
Dusze w czyśćcu modlą się bardzo gorąco, ale bez skutku dla siebie, my tylko możemy im przyjść z pomocą (…). Od tej chwili ściśle obcuję z duszami cierpiącymi. (św. Faustyna Kowalska, Dzienniczek, 20).
MSZA ŚWIĘTA W UROCZYSTOŚĆ WSZYSTKICH ŚWIĘTYCH BĘDZIE O GODZ. 20.00 W SALI PARAFIALNEJ PRZY KOŚCIELE ŚW. PIOTRA – PARTICK, 46 HYNDLAND STREET, GLASGOW, G11 5PS
+++
SOBOTA 2 LISTOPADA – DZIEŃ ZADUSZNY
PIERWSZA SOBOTA MIESIĄCA
W TEN DZIEŃ WSPOMNIENIA WSZYSTKICH ZMARŁYCH ZAPRASZAM, ABY NAWIEDZIĆ GROBY NASZYCH RODAKÓW POCHOWANYCH NA GLASGOWSKICH CMENTARZACH.
O GODZ.11.00 ROZPOCZNIEMY NA CMENTARZU LAMBHILL,NASTĘPNIE NA CMENTARZU CARDONALD I CMENTARZU LINN.
ZAKOŃCZENIE PROCECJI ROŻAŃCOWEJ BĘDZIE NA CMENTARZU DALBETH, GDZIE MAMY POLSKĄ DZIAŁKĘ, O GODZ. 14.30
+++++
KOŚCIÓŁ ŚW. PIOTRA
46 HYNDLAND STREET, Glasgow, G11 5PS
OD GODZ.17.00 – SPOWIEDŹ ŚW.
O GODZ. 18.00 – WIGILIJNA MSZA ŚW.
PO MSZY ŚW. NABOŻEŃSTWO WYNAGRADZAJĄCE ZA ZNIEWAGI I BLUŹNIERSTWA PRZECIWKO NIEPOKALANEMU SERCU NAJŚWIĘTSZEJ MARYI PANNY
***
NIEDZIELA 3 LISTOPADA
KOŚCIÓŁ ŚW. PIOTRA
13.30 ADORACJA NAJŚWIĘTSZEGO SAKRAMENTU / SPOWIEDŹ ŚW.
– w tymi słowami rozpoczął Mszę świętą w Dzień Zaduszny Ksiądz Arcybiskup Adrian Galbas SAC za zmarłych biskupów i duszpasterzy Archidiecezji Katowickiej, którzy posługiwali w katedrze Chrystusa Króla.
W homilii arcybiskup mówił, że w Dniu Zadusznym mamy szczególnie pamiętać o duszach tych naszych braci i sióstr, którzy są pomiędzy piekłem i niebem, czyli w czyśćcu. Wskazał za Katechizmem Kościoła Katolickiego, że trafiają tam ci, którzy umierają w łasce i przyjaźni z Bogiem, są pewni swego wiecznego zbawienia, ale nie są jeszcze całkowicie oczyszczeni.
– Czyściec nie jest więc miejscem, podobnie, jak niebo i piekło, ale stanem. Bolesnym stanem. Mówimy przecież o duszach w czyśćcu cierpiących – podkreślał.
Abp Galbas zachęcał do niesienia tym duszom pomocy i pamięci o nich w modlitwie. -To najwięcej, co możemy dla nich zrobić – przekonywał. – Także nas potrzebują zmarli, oczekujący w czyśćcu na pełnię zbawienia, także w naszej mocy jest przynieść im ulgę – dodawał. Dlatego Kościół tak poleca ofiarowanie Mszy świętych za zmarłych, ofiarowanie Komunii świętej w ich intencjach, wypraszanie dla nich łaski odpustu zupełnego, stałą modlitwę.
Jak wskazywał, pomagamy naszym bliskim zmarłym cierpiącym w czyśćcu także przez to, że przebaczamy im, lub przynajmniej chcemy i próbujemy im przebaczyć krzywdy, które wyrządzili nam, póki byliśmy tu razem.
– To, że nieraz nas zawiedli, że się nie sprawdzili, że – także z ich powodu – cierpieliśmy tutaj, że nieraz nam zgotowali czyściec, a nawet prawdziwe piekło na ziemi, że przez nich byliśmy samotni i opuszczeni. To jest bardzo ważne – powiedział arcybiskup.
Zauważał, że pomagać cierpiącym w czyśćcu, to także dobrze o nich mówić, albo o nich milczeć. Sąd lepiej zostawić Bogu. Prostym sposobem troski o zmarłych, którzy być może cierpią jeszcze w czyśćcu jest także pamięć o miejscu i o czasie ich przejścia, dbając o piękno ich grobów. – Z pewnością nieraz już doświadczyliście także i tego, że oni – ci co cierpią w czyśćcu – też o was pamiętają. Przyśnią się czasem, obudzą lepiej niż najlepszy budzik, coś przypomną, przed czymś przestrzegą, do czegoś zachęcą. Albo po prostu wpadną posiedzieć trochę przy nas(…). Oni wtedy są, nie zużywając przy tym tlenu i nie zajmując miejsca. Po prostu są i kochają – mówił.
Arcybiskup zachęcał też, by w tym dniu myśleć także o własnej śmierci. – Nasz czas nadchodzi, nasza śmierć nadchodzi, o czym przypomina każdy zegar. I tę prawdę trzeba przyjąć spokojnie. Po chrześcijańsku – podkreślał. -Tak chrześcijanie patrzą często na śmierć. Jakby miała siłą wydzierać ulubione życie. Jakby była wrogiem życia. A tymczasem śmierć, tak jak wierzymy, jest częścią życia. Jest po stronie życia – przekonywał. Uświadamiał, że dzisiejszy dzień jest dla chrześcijan, dla nas, dniem spokojnej, a nawet radosnej modlitwy o łaskę dobrego życia i dobrej śmierci. Zachęcał do takiej modlitwy.
+++
+++
PAMIĘTAJMY W NASZYCH MODLITWACH O KAPŁANACH, KTÓRZY DUSZPASTERZOWALI POPRZEDNIM POKOLENIOM POLAKÓW NA SZKOCKIEJ ZIEMI I PRZESZLI JUŻ PRZEZ PRÓG ŚMIERCI DO ŻYCIA WIECZNEGO:
_________________________
+KSIĄDZ INFUŁAT LUDWIK BOMBAS (1892 – 1970) – REKTOR POLSKIEJ MISJI KATOLICKIEJ W SZKOCJI – EDYNBURG
+KS. KANONIK JAN GRUSZKA (1909 – 1974) – GLASGOW
+KSIĄDZ PRAŁAT WINCENTY NAGI-DROBINA (1913 – 1988) – REKTOR POLSKIEJ MISJI KATOLICKIEJ W SZKOCJI – FALKIRK
W miesiącu listopadzie każdego dnia odprawiana jest Msza święta w intencji zmarłych, których Imiona wypisaliście na kartkach a także w intencji tych zmarłych, z którymi razem pielgrzymowaliśmy po tym ziemskim padole i na naszej ojczystej ziemi i tu, na tej szkockiej.
+++
Witaj Królowo, Matko Miłosierdzia, życie, słodyczy i nadziejo nasza, witaj!
Do Ciebie wołamy wygnańcy, synowie Ewy;
Do Ciebie wzdychamy jęcząc i płacząc na tym łez padole.
Przeto, Orędowniczko nasza, one miłosierne oczy Twoje na nas zwróć,
A Jezusa, błogosławiony owoc żywota Twojego, po tym wygnaniu nam okaż.
O łaskawa, o litościwa, o słodka Panno Maryjo!
+++
Modlitwy św. Gertrudy z Helfty za zmarłych przebywających w czyśćcu:
Ojcze Przedwieczny, ofiaruję Ci najdroższą Krew Boskiego Syna Twego, Pana naszego, Jezusa Chrystusa, w połączeniu ze wszystkimi Mszami świętymi dzisiaj na całym świecie odprawianymi, za dusze w czyśćcu cierpiące, za umierających, za grzeszników na świecie, za grzeszników w Kościele powszechnym, za grzeszników w mojej rodzinie, a także w moim domu. Amen.
++++++++++++++++++
Niech Jezus Chrystus, dla nas ukrzyżowany, zmiłuje się nad wami, dusze bolejące; niech swoją Krwią zagasi pożerające was płomienie. Polecam was tej niepojętej miłości, która Syna Bożego sprowadziła z nieba na ziemię i wydała na okrutną śmierć. Niech się ulituje nad wami, jak okazał swe miłosierdzie dla wszystkich grzeszników, umierając na krzyżu. Jako zadośćuczynienie za wasze winy ofiaruję tę synowską miłość, jaką Jezus w swym Bóstwie kochał swego Przedwiecznego Ojca, a w Najświętszym Człowieczeństwie najmilszą swoją Matkę. Amen.
(św. Gertruda zmarła przed swoimi pięćdziesiątymi urodzinami i przez ostatnie lata życia ciężko chorowała. Doświadczane cierpienia ofiarowywała przede wszystkim za zmarłych, bo tak bardzo pragnęła, aby dusze czyśćcowe mogły wejść jak najszybciej do Bożego Królestwa. Dlatego poprosiła Pana Jezusa o specjalną modlitwę w tej intencji. Chrystus Pan spełnij jej prośbę i podyktował powyższe słowa dołączając obietnicę, że odmówienie tej modlitwy uwolni z czyśćca za jednym razem tysiąc dusz.)
HOJNIE OBDAROWUJEMY W INTENCJI NASZYCH ZMARŁYCH; BÓG CHCIAŁ TEGO, BYŚMY SOBIE WZAJEMNIE POMAGALI – św. Jan Chryzoston
CZY MOŻECIE WĄTPIĆ, ŻE ZMARLI ODNIOSĄ WIELKĄ KORZYŚĆ Z DZIEŁ MIŁOSIERDZIA, JEŚLI MODLITWY, BĘDĄCE JEDYNIE WESTCHNIENIEM, DLA NICH SĄ POTĘŻNĄ POMOCĄ? – św. Augustyn
NIE PODLEGA ŻADNEJ WĄTPLIWOŚCI, ŻE ZMARŁYM PRZEZ OFIARĘ MSZY ŚWIĘTEJ POMOC PRZYNIEŚĆ MOŻNA; ONA SPRAWIA, ŻE PAN BÓG Z NIMI POSTĘPUJE BARDZIEJ MIŁOSIERNIE, ANIŻELI PRZEZ GRZECHY SWOJE ZASŁUŻYLI. – św. Augustyn
IM DUSZE W CZYŚĆCIU BLIŻSZE NIEBA, TYM WIĘKSZA ICH TĘSKNOTA ZA BOGIEM. – św. Jan Maria Vianney
ODPUSTY ZUPEŁNE GŁADZĄ WSZYSTKIE KARY, JAKIE MIELIBYŚMY PONOSIĆ W CZYŚĆCU. – św. Jan Maria Vianney
JEŻELI CODZIENNIE ODMÓWIMY ZA ZMARŁYCH CHOĆ KRÓTKIE WESTCHNIENIE, JUŻ IM SKRÓCIMY MĘCZARNIE CZYŚĆCOWE. – św. Jan Maria Vianney
DUSZE CZYŚĆCOWE NIC DLA SIEBIE ZROBIĆ NIE MOGĄ, LECZ MOGĄ WIELE DLA SWOICH DOBROCZYŃCÓW. – św. Jan Maria Vienney
OD KAR CZYŚĆCOWYCH CHRONIĄ NAS TEŻ ODPUSTY, CZERPANE Z PRZEOBFITYCH ZASŁUG JEZUSA CHRYSTUSA, MATKI NAJŚWIĘTSZEJ I ŚWIĘTYCH PAŃSKICH. – św. Jan Maria Vianney
MUSIMY MODLIĆ SIĘ ZA DUSZE W CZYŚĆCIU. TO NIEWIARYGODNE, CO ONE MOGĄ UCZYNIĆ DLA NASZEGO DUCHOWEGO DOBRA, Z DZIĘCZNOŚCI DLA TYCH NA ZIEMI, KTÓRZY PAMIĘTAJĄ O MODLITWIE ZA NIE. – św. Jan Maria Vianney
PO PROSTU, BEZBOŻNYM I BEZ SERCA JEST TEN, KTO NIE WZRUSZA SIĘ ICH MĘKAMI I NIE NIESIE POMOCY CIERPIĄCYM, CHOĆ MOŻE TO UCZYNIĆ. – św. Stanisław Papczyński
„Modlić się za żywych i umarłych” to jeden z siedmiu uczynków miłosierdzia względem duszy. Oto propozycja trzech modlitw za zmarłych.
„To nie jest tak, że oni umarli, a my żyjemy. To oni żyją, a my umieramy” – powiedział kiedyś ks. Piotr Pawlukiewicz. Te słowa warto zapamiętać. Nasi drodzy zmarli żyją i nie możemy wykluczyć, że wciąż potrzebują naszej pomocy.
Najcenniejszą i najważniejszą pomocą jest niewątpliwie Msza święta w intencji zmarłych.
A odwiedzając groby naszych bliskich czy wspominając ich możemy skorzystać z którejś z poniższych, mało znanych modlitw za zmarłych.
+++
Modlitwa o wyzwolenie duszy zmarłego od grzechów i kar
Panie, Boże Wszechmogący, ufając Twemu wielkiemu Miłosierdziu, zanoszę do Ciebie moją pokorną modlitwę: wyzwól duszę Twego sługi / Twojej służebnicy (tu podajemy imię) od wszystkich grzechów i kar za nie.
Niech święci aniołowie jak najprędzej zaprowadzą ją z ciemności do wiekuistego światła, z karania do wiecznych radości. Przez Chrystusa, Pana naszego. Amen.
+++
Modlitwa o miłosierdzie dla zmarłego
Panie, nakłoń Twego ucha ku naszym prośbom, gdy w pokorze błagamy Twego miłosierdzia. Przyjmij duszę sługi Twego / sługi Twojej (tu podajemy imię), której kazałeś opuścić tę ziemię, do krainy światła i pokoju i przyłącz ją do grona Twych wybranych. Przez Chrystusa, Pana naszego. Amen.
+++
Modlitwa do Maryi za dusze w czyśćcu
Najświętsza Panno Nieustającej Pomocy, Matko litościwa, racz spojrzeć na biedne dusze, które sprawiedliwość Boża zatrzymuje w płomieniach czyśćcowych. Są one drogie dla Twego Boskiego Syna, gdyż zawsze Go kochały i teraz gorąco pragną być blisko Niego, lecz nie mogą zerwać swych więzów, które je trzymają w palącym ogniu czyśćca. Niech się wzruszy Twe serce, Matko litościwa. Pośpiesz z pociechą dla tych dusz, które Cię zawsze kochały i teraz ślą do Ciebie swe westchnienia. Wszak są to Twoje dzieci, bądź więc im pomocą, nawiedzaj je, osładzaj ich męki, skróć ich cierpienia i nie zwlekaj z ich wybawieniem. Amen.
Odpust jest odpuszczeniem kar doczesnych należnych za grzechy odpuszczone już co do winy. W języku teologicznym “odpust oznacza obietnicę szczególnego wstawiennictwa Kościoła u Boga o darowanie kary doczesnej za grzechy, których wina już została odpuszczona”.
Człowiek, który zgrzeszył, dopuścił się obrazy nie tylko samego siebie i bliźniego, ale przede wszystkim okazał nieposłuszeństwo Bogu, jako dobremu i miłującemu go Ojcu.
Jakie są konsekwencje grzechu?
Zgrzeszył i jego grzech oceniany w porządku sprawiedliwości zasługuje na odpowiednią karę, analogicznie jak w życiu społecznym, kiedy to za złamanie określonych przepisów prawnych grozi odpowiednio wysoka grzywna lub areszt. W odniesieniu do Boga jest dość podobnie i zarazem bardzo niepodobnie. Z jednej strony (i to jest podobieństwo), Bóg wymaga szacunku dla praw (przykazań), które ustanowił, z drugiej jednak (czym różni się od nas), ponieważ jest Bogiem pełnym miłosiernej miłości, pragnie z całego serca uwolnić człowieka od kary i przywrócić go do wspólnoty z sobą, z Kościołem i z bliskimi mu ludźmi, którzy na skutek tego grzechu oddali się od niego czy też zupełnie zerwali z nim więzy przyjaźni. W tej sytuacji odpust jest złagodzeniem lub zniesieniem kary za wyrządzone przeze mnie zło, Bogu czy ludziom. Czym zatem jest owa kara?
Daleko jej do kary, jaką zwykły wymierzać sądy ludzkie w oparciu o prawa ustanowione przez nich samych. Boże prawo jest bowiem zupełnie inne, ponieważ jest prawem miłości. Także wobec grzesznika Bóg nie przestaje być sobą, to znaczy Miłością, która kocha, gotowa przebaczyć i wprowadzić na drogę doskonałości. To, co zwykło się nazywać karą w relacji do Boga, jest w istocie zniszczeniem Bożego planu i tego porządku, który ustanowiła Jego miłość.
Naruszając ten boski porządek, człowiek, nie Bóg, odczuwa na sobie jego negatywne skutki, niszczące jego życie duchowe i fizyczne. Dzieje się coś analogicznego, jak w przypadku zanieczyszczenia przyrody. Wówczas zarówno ci, którzy ją zanieczyszczali, jak i osoby zupełnie niewinne, skazane są na życie w zatrutym środowisku, które wywołuje różne schorzenia i działa deprymująco. Nie mówimy wtedy, że Bóg nas pokarał, ponieważ wiemy, że cierpimy wyłącznie z własnej lub z winy innych ludzi. Podobnie jest w przypadku łamania prawa Bożego: nasz grzech niszczy lub zanieczyszcza nasze środowisko duchowe, czujemy się w nim źle, niepewnie, żyjemy w zagrożeniu.
Do czego potrzebny jest odpust?
Każdy grzech, nawet najmniejszy, niszczy w taki czy inny sposób nie tylko nasze życie wewnętrzne, ale także nasze relacje z innymi, a przede wszystkim zakłóca, osłabia lub wręcz zrywa naszą relację z Bogiem. Sprawia, że ani my, ani nasi bliźni nie możemy być już dłużej szczęśliwi. Miejsce radości zajmuje smutek, poczucie pewności zastępuje niepewność, przyjaźń zamienia się w nienawiść czy agresję. Dotychczasowa wspólnota miłości i przyjaźni została rozbita. Kto zgrzeszył, daremnie szuka w sobie utraconego szczęścia, które przywrócić może wyłącznie Bóg.
Nawet po przystąpieniu do sakramentu pokuty, kiedy Bóg prawdziwie mu przebaczył, grzesznik nadal odczuwa określony smutek i niepewność życia. Dlaczego? Ponieważ przyzwyczaił się do swojego grzechu. Negatywne nawyki weszły głęboko w jego życie, zaburzyły jego relacje, stając się wadami, częścią jego charakteru. Z trudem, a często nawet w ogóle ich nie zauważa. Stał się człowiekiem zepsutym, pełnym zachmurzeń, którego nie oświeca “słońce” Bożych przykazań.
W zaistniałą sytuację wchodzi kategoria “odpustu” [od. łac. indulgentia – pobłażliwość, dobrotliwość, łaskawość]. Czym on jest? Przede wszystkim rzeczywistością duchową, darem Bożej miłości, Jego łaską dla grzesznika. W odpuście obecny jest sam Bóg, który udziela się człowiekowi. Dawanie się Boga człowiekowi Kościół ujął, co prawda, w kategoriach prawnych, co było zgodne z duchem czasów, w jakich tworzyła się ta koncepcja, niemniej jednak odpust jest rzeczywistością na wskroś duchową, darem Ducha Świętego dla wierzących. Aby lepiej zrozumieć sposób funkcjonowania odpustu, należy powiedzieć, przynajmniej kilka słów na temat grzechu.
Gdy pojawia się grzech, potrzebna jest pokuta
Każdy grzech kala człowieka, zatruwając jego duchowe życie. Nie każdy jednak grzech czyni to w równy sposób, ponieważ jak zostało wspomniane wcześniej, są grzechy, które określamy jako śmiertelne i te, które nazywamy powszednimi. W zależności zatem od rodzaju i od stopnia grzechu człowiek ściąga na siebie odpowiednio dotkliwą karę, zarówno w swojej relacji do Boga, jak i do Kościoła, jako wspólnoty osób wielbiących Pana. W przypadku grzechu śmiertelnego, zwanego często grzechem “ciężkim”, mamy do czynienia z radykalnym zerwaniem owej relacji. W przypadku popełnienia grzechu powszechnego, określanego popularnie grzechem “lekkim”, mówmy z kolei o poważnym nadwerężeniu tychże relacji, naruszeniu ich stabilności, co w efekcie może grozić ich zarwaniem. Przypomina to sytuację z zanieczyszczeniem wody lub zaśmieceniem środowiska, gdzie chociaż chodzi zawsze o ten sam proces, zmienia się jego natężenie.
Jedna woda jest bardziej zanieczyszczona od drugiej, czy jedno środowisko brudniejsze od drugiego. Wysokość nakładu, środków i czasu zależy zatem od stopnia zanieczyszczenia; jeden brud usuwa się przy zastosowaniu niewielkich środków, do innego, oprócz zwiększonych nakładów finansowych, potrzeba jeszcze pomocy z zewnątrz. Coś analogicznego jest w przypadku grzechu, który również przypomina formę duchowego zanieczyszczenia.
Skąd w Kościele wzięły się odpusty?
Z każdym rodzajem grzechu związana była odpowiednia praktyka pokutna, będąca sposobem oczyszczania się czy uwalniania z negatywnych skutków, wywołanych przez grzech w życiu konkretnego człowieka. Odpusty są owocem teologicznej refleksji nad praktyką pokutną. Są one również efektem pewnej ewolucji tej praktyki, jaka miała miejsce w Kościele katolickim od początku. Chociaż ulegała różnym zmianom, zawsze była obecna i stosowana. Powrót do Boga i do wspólnoty kościelnej zawsze był możliwy, choć nie dokonywał się w sposób mechaniczny.
Nie znaczyło to, że Bóg czy Kościół ociągali się z ponownym przyjęciem grzesznika do swojej wspólnoty, ale że to grzesznik nie był przygotowany na takie przyjęcie. Lata w grzechu wzniosły w jego sercu, myśli, czynach, przyzwyczajeniach tak wiele barier, że pokonanie ich nie mogło się dokonać jednorazowo, ale wymagało dłuższych przygotowań, naprawiania wyrządzonych innym szkód, przepraszania innych za wyrządzone krzywdy. Dlatego powrót musiał być poprzedzony odpowiednio długim i skomplikowanym czasem pokuty, oczyszczenia i nawrócenia.
Nakładana przez Kościół pokuta miała charakter zbawczy i wychowawczy zarazem, miała na celu wzbudzić w grzeszniku skruchę i pragnienie lepszego, wolnego od grzechu życia, w przyjaźni z Bogiem, z Kościołem i z resztą stworzenia. Wobec trudnych sytuacji, skomplikowanych grzechów powstawały księgi pokutne. Spisywano w nich rodzaje grzechów, podając jednocześnie rodzaj pokuty i czas, jaki jest wymagany na oczyszczenie się z nich. Stanowiły one niewątpliwie pomoc dla spowiedników, którym łatwiej było “wymierzyć” odpowiednią pokutę za określony grzech. Dopiero po wykonaniu zadanej pokuty grzesznik otrzymywał przebaczenie grzechów i mógł odtąd ponownie uczestniczyć w liturgii eucharystycznej, z której włączył się poprzez grzech. Praktyka taka funkcjonowała aż do czasów średniowiecznych.
Czym jest rozgrzeszenie?
W XII i XIII wieku (ciągle jeszcze w średniowieczu) pojawia się radykalna nowość w dotychczasowej praktyce pokutnej Kościoła katolickiego: po pierwsze, rozgrzeszenia zaczęto udzielać jeszcze przed odprawieniem pokuty, po drugie, pojawiła się interesująca nas rzeczywistość odpustów. Można się zgodzić z uwagą niektórych historyków idei, że pokuta i odpust, po odpowiednim uzasadnieniu teologiczno-filozoficznym, dokonały prawdziwej rewolucji w dotychczasowej praktyce pokutnej Kościoła. Uczono odtąd, że poprzez rozgrzeszenie kapłan jedna na nowo grzesznika z Bogiem, natomiast nałożona na niego pokuta ma za zadanie pojednać go z Kościołem i z tymi, których jego grzech obraził, zranił lub im dotkliwie zaszkodził. Grzech bowiem, jak łatwo się przekonać, ma charakter wspólnotowy, co oznacza, że nie niszczy jedynie relacji z Bogiem, ale osłabia lub zrywa powiązania z Kościołem, rozumianym jako wspólnota osób. Dlatego też rozgrzeszenie odnosiło się do Boga, pokuta natomiast do człowieka i rozumiana była jako kara doczesna za popełnione w czasie przewinienia.
W momencie nawrócenia, które najpełniej dokonuje się w sakramencie pojednania, grzesznik otrzymuje od Boga przez posługę kapłana odpuszczenie winy. Od tej chwili nie grozi mu już potępienie, chociaż nadal pozostaje mu do odpokutowania kara doczesna, czyli naprawienie zniszczonej przez niego harmonii z bliźnimi, oczyszczenie zatrutego duchowego środowiska jego życia. Nie wie jednak dokładnie, jak dotkliwie jego grzech zanieczyścił jego relacje, do jakiego stopnia zniszczył harmonię, co sprawia, że nie wie, jak wielka oczekuje go kara, co musi zrobić, aby wyrządzone zło naprawić. Tymczasem Kościół uczy, powołując się na całość nauki Jezusa Chrystusa, że kara doczesna, czyli owo zniszczenie czy naruszenie Bożego porządku miłości, może (musi) zostać odpokutowana, bądź za życia, bądź po śmierci, co oznacza, że Boży plan zostanie przywrócony.
W trudnym i bolesnym procesie odpokutowania kar, naprawienia zerwanych więzi, wynikłych z naruszenia przykazań, Kościół solidaryzuje się z człowiekiem, zarówno z tym, który żyje, jak i z tym, który odszedł już z tego świata. Modlitwa Kościoła towarzyszy mu zawsze.
Pokuta czyli pomoc dla grzesznika
Wspólnota kościelna wychodzi mu naprzeciw w jego wysiłkach naprawienia szkody, przeproszenia Boga i ludzi, a także zagojenia rany, jaką zadał sam sobie. Kościół pomaga grzesznikowi pokutującemu lub cierpiącemu bóle czyśćcowe przede wszystkim poprzez modlitwę, jaką zanosi do Boga. Zostanie ona z pewnością wysłuchana, ponieważ odpowiada w pełni woli Bożej, pragnącej wiecznego szczęścia dla każdego człowieka, zarówno na ziemi, jak i w wieczności. Katechizm Kościoła Katolickiego uczy więc, że:
Darowanie kary otrzymuje się za pośrednictwem Kościoła, który mocą udzielonej mu przez Chrystusa władzy związywania i rozwiązywania działa na rzecz chrześcijanina i otwiera mu skarbiec zasług Chrystusa i świętych, by otrzymać od Ojca miłosierdzia darowanie kar doczesnych, jakie należą się za grzechy. W ten sposób Kościół chce nie tylko przyjść z pomocą chrześcijaninowi, lecz także pobudzić go do czynów pobożności, pokuty i miłości (KKK 1478).
Owocność modlitwy Kościoła zależy jednak od wewnętrznej dyspozycji grzesznika pragnącego się oczyścić i nawiązać w ten sposób zerwaną więź, wchodząc jednocześnie w głębszą i trwalszą jedność z Bogiem i z innymi, co w przypadku cierpiących męki czyśćcowe wydaje się oczywiste.
Pokuta nigdy nie może być na siłę
Pragnieniu modlącego się Kościoła musi odpowiadać pragnienie samego grzesznika. Jeżeli istotnie chce się oczyścić z negatywnych konsekwencji swojego dotychczasowego życia, musi podjąć różne rodzaje dobrych czynów. Zaliczają się doń na przykład określone modlitwy, pełnienie uczynków miłosiernych względem potrzebujących, nawiedzanie miejsc świętych czy szeroki wachlarz praktyk pokutnych. Wyszczególnione czyny mają charakter pokutny, jednak wsparte łaską Chrystusa, której udziela Kościół, skutecznie przywracają zerwane relacje, oczyszczają zepsute środowisko, naprawiają wyrządzone szkody.
Dzieje się tak dlatego, ponieważ Bóg wszystkich pragnie obdarzyć swoją miłością, choć nikogo nie może do niej przymusić. Chętnie udziela swojej łaski, ale nigdy na siłę. Nie narzuca się, ale proponuje swoje błogosławieństwo. Udziela się przy tym w Kościele i poprzez Kościół, czyli poprzez wszystkie te dary łaski, które zostawił swojemu Kościołowi. Stąd Katechizm dopowiada, że:
Odpust jest to darowanie przed Bogiem kary doczesnej za grzechy, zgładzone już co do winy. Dostępuje go chrześcijanin odpowiednio usposobiony i pod pewnymi, określonymi warunkami, za pośrednictwem Kościoła, który jako szafarz owoców odkupienia rozdaje i prawomocnie przydziela zadośćuczynienie ze skarbca zasług Chrystusa i świętych. Odpust jest cząstkowy albo zupełny zależnie od tego, czy od kary doczesnej należnej za grzechy uwalnia w części czy w całości”. Każdy wierny może uzyskać odpusty dla siebie lub ofiarować je za zmarłych (KKK 1471).
Tak więc Kościół – uczy tradycyjna, ale wciąż aktualna teologia – wspiera nieustannie swoją modlitwą wysiłki poszczególnego człowieka, starającego się na nowo służyć swemu Bogu i kochać bliźnich, jak siebie samego. Ofiaruje również swoje modlitwy za zmarłych, znoszących męki czyśćcowe, prosząc Pana, aby darował im ich kary i wprowadził do wspólnoty z sobą.
Jak działają odpusty?
Kościół udziela odpustów ze skarbca zasług Jezusa Chrystusa i świętych, tj. z łask, jakie Zbawiciel mu pozostawił i którymi pozwolił rozporządzać według uznania. Można zatem powiedzieć, że Jezus Chrystus, jako Zbawiciel, który poprzez swoje życie, mękę, śmierć i zmartwychwstanie dokonał naszego odkupienia, jest jednym wielkim Odpustem. Jest nieskończoną Radością, Wspólnotą człowieka z Bogiem w tajemnicy swojego Wcielenia, zadośćuczynieniem wszystkich kar, czym dzieli się, poprzez posługę Kościoła, z tymi, którzy tego pragną.
Jezus pragnie, aby wszyscy żyli w tej samej przyjaźni z Bogiem i ludźmi, w jakiej żył On, służąc swojemu Ojcu i ludziom. Kościół, silny Jego mocą i życiem tak wielu świętych, którzy tworzą Kościół królujących w niebie, bierze niejako na siebie słabości grzesznika i podejmuje się zadania naprawienia wewnętrznych i zewnętrznych skutków grzesznych czynów swoich ziemskich członków. Czyni to poprzez rozdzielanie łask otrzymanych od Chrystusa.
Następuje to przede wszystkim poprzez modlitwę, a ponieważ ten rodzaj modlitwy jest miły Bogu, pragnącemu zbawienia wszystkich ludzi, dlatego zostaje ona wysłuchana. To zatem, co wydawało się być trudne dla grzesznika, czyni w jego imieniu Kościół, jako wspólnota wierzących, prosząc zgodnie swego Pana czynami miłości, aby grzesznik nawrócił się i był na powrót żywym duchowo członkiem wspólnoty.
Co jest ważne w modlitwie związanej z odpustami?
Stąd tak ważna w odpuście jest jedność z Kościołem, która wyraża się na zewnątrz poprzez przyjęcie Komunii św. i modlitwę w intencjach Ojca Świętego. Komunia św. wyraża jedność duchową, z kolei modlitwa w intencjach papieża – modlitwa – jedność widzialną. Bez tej podwójnej jedności z Kościołem nie jest możliwe uzyskanie odpustu, naprawienie zerwanych więzi. Rozłam bowiem może zostać naprawiony wyłącznie poprzez silne więzy jedności.
Papież Paweł VI w Konstytucji apostolskiej Indulgentiarum doctrina, w której przedstawił naukę o odpustach, zredukował dotychczasową liczbę odpustów oraz zrezygnował z istniejącego dotąd podziału odpustów na osobowe, rzeczowe i miejscowe. Podkreślił natomiast, że “odpustami są obdarzone czynności wiernych, chociażby łączyły się z jakąś rzeczą lub miejscem”.
Kościół udziela odpustów ze skarbca zasług Jezusa Chrystusa i świętych, tj. z łask, jakie Zbawiciel mu pozostawił i którymi pozwolił rozporządzać według uznania. Można zatem powiedzieć, że Jezus Chrystus, jako Zbawiciel, który poprzez swoje życie, mękę, śmierć i zmartwychwstanie dokonał naszego odkupienia, jest jednym wielkim Odpustem. Jest nieskończoną Radością, Wspólnotą człowieka z Bogiem w tajemnicy swojego Wcielenia, zadośćuczynieniem wszystkich kar, czym dzieli się, poprzez posługę Kościoła, z tymi, którzy tego pragną.
Jezus pragnie, aby wszyscy żyli w tej samej przyjaźni z Bogiem i ludźmi, w jakiej żył On, służąc swojemu Ojcu i ludziom. Kościół, silny Jego mocą i życiem tak wielu świętych, którzy tworzą Kościół królujących w niebie, bierze niejako na siebie słabości grzesznika i podejmuje się zadania naprawienia wewnętrznych i zewnętrznych skutków grzesznych czynów swoich ziemskich członków. Czyni to poprzez rozdzielanie łask otrzymanych od Chrystusa.
Następuje to przede wszystkim poprzez modlitwę, a ponieważ ten rodzaj modlitwy jest miły Bogu, pragnącemu zbawienia wszystkich ludzi, dlatego zostaje ona wysłuchana. To zatem, co wydawało się być trudne dla grzesznika, czyni w jego imieniu Kościół, jako wspólnota wierzących, prosząc zgodnie swego Pana czynami miłości, aby grzesznik nawrócił się i był na powrót żywym duchowo członkiem wspólnoty.
Konstytucja Pawła VI odchodziła od “wymierzania” darowanej kary doczesnej w jednostkach czasowych, co praktykowano dotychczas. Nie przeszkodziło to jednak stosowaniu dotychczasowej praktyki – nadal jeszcze spotkać można było książeczki do modlitwy, w których niemal każda modlitwa czy litania opatrzona była przypisem informującym, ile dni odpustu jest związanych z jej odmówieniem. Informację o 300 dniach wielu interpretowało zatem jako krótsze o trzysta dni przebywanie w czyśćcu. Rozumowanie to wiązało się z bardzo reistycznym (od łac. res – rzecz, przedmiot) pojmowaniem czyśćca, jako określonego “miejsca” w zaświatach, gdzie należało odpowiednio długo przebywać. Wszystko odczytywano więc w kluczu czasowo-przestrzennym, nie zaś, jak się powinno, duchowo-symbolicznym.
Konstytucja Pawła VI mówi, że po spełnieniu określonego dobrego czynu, z którym Kościół wiąże określone łaski, wierny dostępuje odpuszczenia kary, czyli na tyle udoskonalił swoje odniesienie do Boga i bliźnich, na ile zasługuje wartość spełnionego przez niego dobrego czynu. Kościół wyraża tym samym nadzieję, że dobre czyny zmieniły również wnętrze człowieka, że praktykując je, nabrał pozytywnych przyzwyczajeń, czyli że stał się osobą bardziej cnotliwą. Jego modlitwa stała się w ten sposób bardziej bezinteresowna, wypływająca z miłości nieszukająca osobistych korzyści. Taka właśnie modlitwa, zanoszona w intencji zmarłych, jest miła Bogu i zostaje wysłuchana. Współgra ona z miłością, którą jest sam Bóg. W ten sposób odpust doskonali zarówno życie proszącego o niego, jak również udziela potrzebnych łask tej osobie, za którą zanoszone są modlitwy, a zatem korzyść jest obopólna.
Rodzaje odpustów
W teologii zwykło się mówić o dwóch rodzajach odpustów: odpuście cząstkowym i zupełnym. Jak wskazuje sama nazwa, odpust cząstkowy jest darowaniem tylko części kar doczesnych i, jak zostało już powiedziane, udzielany jest na mocy zasługującego czynu, który Kościół obdarza odpustem cząstkowym. W odróżnieniu od niego odpust zupełny uwalnia w całości od kary doczesnej należnej za grzechy. W celu uzyskania odpustu zupełnego należy, oprócz wykonania obdarzonej takim odpustem czynności, spełnić ponadto trzy dalsze warunki. Należą do nich: spowiedź sakramentalna, Komunia św., modlitwa w intencjach papieża oraz wykluczenie wszelkiego przywiązania do jakiegokolwiek grzechu.
Jak już wspomnieliśmy, 29 czerwca 1968 roku Penitencjaria Apostolska ogłosiła dekretem Wykaz odpustów. Zamieściła w nim trzy ogólniejsze formy udzielania odpustów, gdzie mówi, że:
udziela się odpustu cząstkowego wiernemu, który w wykonywaniu swoich obowiązków i znoszeniu przeciwności życiowych skierowuje swoją myśl z pokorną ufnością do Boga, dołączając – choćby tylko wewnętrznie – jakieś pobożne wezwanie.
Nieco dalej dokument dodaje, że odpustem cząstkowym obdarowany zostaje także ten wierny, który, kierując się duchem wiary, zaofiaruje sam siebie lub przeznacza swoje dobra w duchu miłosierdzia na służbę braci znajdujących się w potrzebie.
Odpustu cząstkowego dostąpi także ten wierny, który w duchu pokuty powstrzyma się dobrowolnie od rzeczy miłej i godziwej dla niego. Penitencjaria miała na myśli w pierwszym rzędzie przezwyciężenie pożądliwości, a także wszelkie inne możliwe formy przezwyciężania siebie, odnoszenia zwycięstwa nad własnym egoizmem, zerwania z wadami, unikania okazji do grzechu itd.
Najważniejszy warunek odpustu
Wszystko to wydaje się być nieodzownym warunkiem do upodobnienia się do ubogiego i cierpiącego Pana, stania się Jego przyjacielem. Najistotniejsza jednak jest w tym wszystkim, oczywiście, miłość. Jej brak zrodził grzech, zerwał przyjaźń z Bogiem, z Kościołem i bliźnimi, stąd jej obecność niszczy grzech i odradza przyjaźń.
Miłość, która jest naturą Boga i najważniejszym przykazaniem chrześcijanina, jest więc najbardziej potrzebna w procesie nawrócenia, jest konieczna na drodze oczyszczenia. Człowiek ukarał siebie właśnie brakiem miłości, oczyści się więc tylko wtedy, kiedy stanie się jej wiernym sługą.
Co należy zrobić, by uzyskać odpust?
Wykaz odpustów zawiera również listę odpustów. Piętnaście z nich dotyczy praktyk pobożnych, których wierne spełnienie pozwala skorzystać z łaski odpustu zupełnego. Tyle samo jest czynności, które w pewnych, ściśle określonych okolicznościach, obdarowują odpustem. Natomiast czterdzieści innych praktyk Kościół obdarza odpustem cząstkowym. W rejestrze odpustów są również takie, które uzyskać można wyłącznie na rzecz zmarłych. Mówi Katechizm:
Ponieważ wierni zmarli, poddani oczyszczeniu, także są członkami tej samej komunii świętych, możemy pomóc im, między innymi, uzyskując za nich odpusty, by zostali uwolnieni od kar doczesnych, na które zasłużyli swoimi grzechami (KKK 1479).
Warunki odpustu za zmarłych
Rejestr odpustów wylicza trzy odpusty zarezerwowane wyłącznie za zmarłych. Oto one:
Wiernemu, który pobożnie nawiedzi cmentarz i pomodli się choćby tylko w myśli za zmarłych, udziela się odpustu: od dnia 1 do 8 listopada – zupełnego, a w pozostałe dni roku – cząstkowego.
Odpustu cząstkowego udziela się również przez odmówienie modlitwy: Wieczny odpoczynek racz im dać Panie, a światłość wiekuista niechaj im świeci. Niech odpoczywają w pokoju.
Ponadto udziela się odpustu zupełnego wiernym, którzy w Dniu Zadusznym nawiedzą pobożnie kościół albo kaplicę publiczną, ewentualnie półpubliczną. W tym ostatnim przypadku odpust uzyskują jedynie ci, którzy prawnie korzystają z kaplicy. […] Wspomniany odpust będzie można uzyskać albo w dniu powyżej określonym, albo za zgodą ordynariusza – w niedzielę poprzedzającą lub następną, ewentualnie w uroczystość Wszystkich Świętych. […] Podczas pobożnego nawiedzenia kościoła należy […] odmówić Modlitwę Pańską i Symbol wiary.
Wszystkie odpusty, powtórzmy jeszcze raz, czerpią swoją moc darowania kar z modlitwy Kościoła, “który względem swych członków ma władzę sprawowania pełnego rozgrzeszenia i może ją w szczególniejszy sposób skierować na rzecz konkretnego wiernego”.
Odpust to nie magia
Ten, kto zyskuje odpust, prosi zatem Boga w ufnym błaganiu (suffragium) w intencji zmarłego, dla którego wyprasza potrzebne łaski, a tym samym szybsze radowanie się chwałą nieba. Jego prośba nie działa jednak na Boga zniewalająco. Otrzymanie odpustu nie następuje mechanicznie. Zyskuje się go przede wszystkim poprzez otwartość i dyspozycyjność na Boże działanie, posłuszeństwo Jego woli, pełnienie Jego przykazań.
Niczym deszcz Boża łaska spływa z nieba na wszystkich, stąd otrzymać ją może niemal każdy, pod warunkiem, że będzie jej pragnąć. Nie można więc nikogo przymusić do przyjęcia miłości Bożej, ale zarazem każdy, kto chce ją mieć, otrzymuje w obfitości. Samo zatem odmówienie przepisanej modlitwy czy też wykonanie określonego uczynku nie oznacza, że osoba otrzymuje w sposób automatyczny przypisany danej czynności odpust.
Nade wszystko potrzeba postawy wiary i czynnej miłości. Każda miłość, także ludzka, dostępna jest tylko i wyłącznie poprzez wiarę. Nie inaczej jest z miłością Boga, która także daje się jedynie poprzez wiarę. W parze z wiarą i czynami miłości, z postawą głębokiego żalu i szczerej chęci poprawy idzie modlitwa. Wypraszając więc dla zmarłego odpust, człowiek wyprasza pośrednio dla siebie potrzebne łaski, z których niewątpliwie największa oznacza lepsze, doskonalsze życie duchowe.
Co, gdy modlitwa za odpuszczenie grzechów “nie działa”?
Żadna modlitwa zanoszona do Boga nie jest modlitwą zmarnowaną. Podobnie jest z odpustami, które ofiarowane są za zmarłych; jeżeli ktoś, za kogo ofiarowany jest odpust, raduje się już chwałą nieba i nie oczekuje na naszą modlitwę, nie zostaje ona bynajmniej “zmarnowana”. Jeżeli łaski tej nie potrzebuje osoba, za którą prosimy, Bóg przeznaczy ją innej, bardziej oczekującej na wsparcie z ziemi.
Trzeba bowiem pamiętać, że przyszłe życie nie jest życiem w pojedynkę, ale jest wspólnotą osób wzajemnie sobie życzliwych, dobrych, oddanych w miłości i zatroskanych o wzajemne dobro. Nic więc z dobra, które czynię na ziemi z myślą o zmarłych, nie przepada. A wysłużony przeze mnie odpust udzielony zostaje temu, kto potrzebuje go najbardziej. On z kolei, w tajemnicy obcowania świętych, oręduje za mną i ze swej strony wyprasza potrzebne mi błogosławieństwo, pomocne do dobrego życia tutaj na ziemi i do szczęścia wiecznego po śmierci.
Najlepsza modlitwa za zmarłych
Na zakończenie należy przypomnieć, że Kościół od zawsze nauczał, że w naszej trosce o zmarłych najważniejsza jest Eucharystia. Posiada ona największą wartość oraz skuteczność w osobistym uświęceniu. Nie omieszkał zaznaczyć tego Paweł VI:
Święta Matka Kościół, wyrażając jak największą troskę o zmarłych, znosząc jakikolwiek przywilej w tej materii, postanawia, że tymże zmarłym przychodzi się z pomocą w sposób najdoskonalszy przez każdą Ofiarę Mszy świętej.
Odpusty nie przestają spełniać ważnej roli w życiu Kościoła i jego wiernych. Nadal mają określoną wartość, jednak najważniejsza jest Msza Święta, która gładzi grzechy i dokonuje uświęcenia żyjących na ziemi, a zmarłym przychodzi z pomocą. W Eucharystii najpełniej łączymy się z naszymi zmarłymi braćmi i siostrami, z całym wszechświatem, prosząc dla nich o łaskę bycia Bożym obrazem. W niej też łączymy się najbardziej z osobami, pośród których żyjemy, z którymi tworzymy wspólnotę opartą na szczerej i głębokiej miłości. Eucharystia oczyszcza i umacnia wszystkie nasze relacje, nadając sens ewentualnemu cierpieniu czy też zachęcając do cierpienia, jeżeli może z niego wyniknąć jakieś dobro. Jest przedsmakiem nieba, gdzie Bóg będzie “wszystkim we wszystkim”.
Na ten aspekt Mszy Świętej zwraca uwagę Chiara Lubich, pisząc, że “Eucharystia zbawia nas i czyni nas Bogiem. My – umierając -przyczyniamy się wraz z Chrystusem do przemiany całej natury. Dlatego cała natura ukazuje się jako przedłużenie ciała Jezusa. Czyż Jezus, wcielając się, nie przyjął właśnie ludzkiej natury, łączącej w sobie cały świat stworzony?”.
Jak uzyskać odpust dla dusz czyśćcowych w dniach 1-8 listopada
Według obowiązującego wykazu odpustów możemy ofiarować zmarłym cierpiącym w czyśćcu wyjątkowy dar w dniach 1-8 listopada.
Dla uzyskania odpustów zupełnych – za nawiedzenie cmentarza w dniach 1-8 listopada (jeden każdego dnia) należy:
być wolnym od przywiązania do jakiegokolwiek grzechu – nawet powszedniego;
być w stanie łaski uświęcającej (bez obciążeń grzechem śmiertelnym);
przyjąć Komunię św. w tym dniu, w którym pragniemy uzyskać odpust
nawiedzić cmentarz i tam pomodlić się za zmarłych dowolną modlitwą
odmówić modlitwę w intencjach papieskich (np. Ojcze nasz… i Zdrowaś Maryjo…)
Odrębny odpust związany jest z dniem, kiedy wspominamy Wszystkich Wiernych Zmarłych – odpust za nawiedzenie świątyni – 2 listopada
Dla jasności powtarzamy warunki zwykłe:
być wolnym od przywiązania do jakiegokolwiek grzechu – nawet powszedniego
być w stanie łaski uświęcającej (bez obciążeń grzechem śmiertelnym)
przyjąć Komunię św. w tym dniu, w którym pragniemy uzyskać odpust
odmówić modlitwę w intencjach papieskich (np. Ojcze nasz… i Zdrowaś Maryjo…)
Ponadto należy w Dzień Zaduszny:
nawiedzić kościół lub kaplicę, gdzie znajduje się Najświętszy Sakrament
odmówić: Wierzę w Boga… oraz Ojcze nasz…
UWAGA! Błędem jest podawanie do wiadomości, że w dniach 1-8 listopada można zyskać odpusty zupełne za nawiedzenie cmentarza lub kościoła. Tak podana informacja sugeruje, że w całej oktawie Wszystkich Świętych moglibyśmy zyskiwać odpusty zupełne nie idąc na cmentarz lecz przychodząc tylko do kościoła. Taka możliwość istnieje tylko i wyłącznie w dniu 2 listopada.
Odpust cząstkowy za zmarłych w każdym czasie można uzyskać za: – pobożne odmówienie Jutrzni lub Nieszporów z Oficjum za zmarłych – pobożne odmówienie wezwania: „Wieczny odpoczynek racz im dać, Panie, a światłość wiekuista niechaj im świeci. Niech odpoczywają w pokoju. Amen” – pobożne nawiedzenie cmentarza i modlitwę za zmarłych tam odmówioną (choćby w myśli) – tylko w Polsce: za odmówienie modlitwy: „Dobry Jezu, a nasz Panie, daj im wieczne spoczywanie. Światłość wieczna niech im świeci, gdzie królują wszyscy święci. Gdzie królują z Tobą, Panie, aż na wieki wieków. Amen”.
Warunki zyskiwania odpustów cząstkowych: -być w stanie łaski uświęcającej -wykonywać owe pobożne czynności ze skruchą serca
źródło:
Wykaz odpustów. Normy i nadania, Wydanie wzorcowe według łacińskiego wydania z 2004 roku. tłumaczenie zostało przyjęte przez 321. Zebranie Plenarne Konferencji Episkopatu Polski w Warszawie.
Jak modlić się przy grobach? Wybierając się na cmentarz, warto znać te modlitwy
fot. Scottiealan / Pixabay
***
Koniec października i początek listopada to w Polsce tradycyjnie czas odwiedzania cmentarzy i modlitwy za bliskich zmarłych. Jaką modlitwę odmawiać stając przy grobach? Podpowiadamy kilka propozycji krótkich modlitw
Wieczny odpoczynek
Wieczny odpoczynek racz im dać, Panie, a światłość wiekuista niechaj im świeci. Niech odpoczywają w pokoju. Amen.
Akty strzeliste za zmarłych
Boże, miłosierny Panie, daj duszom sług i służebnic Twoich miejsce w niebie, błogosławiony pokój i jasność Twojego światła.
Panie, wysłuchaj łaskawie naszych modlitw za dusze sług i służebnic Twoich, za które się modlimy prosząc, abyś je przyjął do społeczności swoich Świętych
Spraw, prosimy Cię, Panie, aby dusze sług i służebnic Twoich, oczyszczone ze swoich win, otrzymały przebaczenie i wieczny odpoczynek.
Modlitwa za zmarłego o uwolnienie od grzechów i kar
Panie, Boże Wszechmogący, ufając Twemu wielkiemu Miłosierdziu zanoszę do Ciebie moją pokorną modlitwę: wyzwól duszę Twego sługi (Twojej służebnicy) od wszystkich grzechów i kar za nie. Niech święci Aniołowie jak najprędzej zaprowadzą ją z ciemności do wiekuistego światła, z karania do wiecznych radości. Przez Chrystusa, Pana naszego. Amen.
Modlitwa za zmarłych za wstawiennictwem św. Stanisława Papczyńskiego
Panie Jezu, za wstawiennictwem św. Stanisława Papczyńskiego, proszę Cię za tymi, którzy przekroczyli już bramę śmierci i oczekują twojego miłosierdzia w czyśćcu. Spraw, abym w Twoim domu spotkał się z moimi bliskimi i wszystkimi braćmi i siostrami, których powołałeś do życia wiecznego. Amen.
Za zmarłych rodziców
Boże, Tyś nam przykazał czcić ojca i matkę, zmiłuj się łaskawie nad duszami moich rodziców i odpuść im grzechy; pozwól mi oglądać ich w radości Twej wiekuistej światłości. Przez Chrystusa, Pana naszego. Amen.
Za wielu zmarłych
Boże, miłosierny Panie, daj duszom sług i służebnic Twoich miejsce w niebie, błogosławiony pokój i jasność Twojego światła. Panie, wysłuchaj łaskawie naszych modlitw za dusze sług i służebnic Twoich, za które się modlimy prosząc, abyś je przyjął do społeczności swoich Świętych. Spraw, prosimy Cię, Panie, aby dusze sług i służebnic Twoich, oczyszczone ze swoich win, otrzymały przebaczenie i wieczny odpoczynek. Przez Chrystusa, Pana naszego. Amen.
Modlitwa za poległych żołnierzy
Panie, Boże Wszechmogący, polecam Twemu miłosierdziu dusze naszych poległych żołnierzy, którzy oddali swe życie w obronie drogiej Ojczyzny i przelali swoją krew w obronie nie tylko naszego kraju, ale i Wiary świętej. O Boże, niech to ich męczeństwo poniesione w obronie Wiary i Ojczyzny uwolni ich dusze z czyśćca i wyjedna wieczną nagrodę w niebie. Błagam Cię o to przez Mękę i Śmierć naszego Zbawiciela, przez Jego Najświętsze Serce, przez przyczynę i zasługi Jego Niepokalanej Matki oraz świętych Patronów i Patronek naszego Narodu. Amen.
Za zmarłych, spoczywających na danym cmentarzu
Boże, dzięki Twojemu miłosierdziu dusze wiernych odpoczywają w pokoju; udziel łaskawie odpuszczenia grzechów Twoim sługom i służebnicom, którzy tutaj spoczywają w Chrystusie, aby uwolnieni od wszystkich win cieszyli się z Tobą bez końca. Panie, przyjmij łaskawie modlitwę zaniesioną za dusze sług i służebnic Twoich, którzy tutaj spoczywają w Chrystusie, niech oswobodzeni z więzów śmierci otrzymają życie wieczne. Boże, Światłości dusz wiernych, wysłuchaj nasze prośby i daj miejsce w niebie, błogosławiony pokój oraz jasność Twojego światła sługom i służebnicom Twoim, których ciała tutaj spoczywają w Chrystusie. Przez Chrystusa, Pana naszego. Amen.
Dusze czyśćcowe więcej wiedzą o nas i o tym, co się dzieje, niż myślimy
Dusze czyśćcowe więcej wiedzą o nas i o tym, co się dzieje, niż myślimy. Wiedzą np., kto bierze udział w ich pogrzebie i czy idzie tylko dlatego, aby inni go widzieli. Wiedzą, kto wysłuchał za nich Mszy św., bo dla umarłych pobożne wysłuchanie Mszy św. ma większe znaczenie, aniżeli towarzyszenie zwłokom na cmentarz.
Adobe Stock
+++
Wiedzą również dusze czyśćcowe, co się o nich mówi i co się dla nich robi. Są bliżej nas, niż myślimy: są całkiem blisko nas.
+++
+++
Część wywiadu Marii Simmy z Nickym Eltzem:
„Ile wiedzą na temat swoich rodzin?
Powiedziałabym, że prawie wszystko. Widzą nas cały czas. Słyszą każde słowo, które wypowiadamy na ich temat, i wiedzą, czego doświadczamy. Ale nie znają naszych myśli. Widzą swoje własne pogrzeby i wiedzą, kto tam jest i kto się za nich modli, a kto przyszedł tylko po to, by inni widzieli.
Czy dusze tam przebywające wiedzą, co będzie się działo na świecie?
Tak, wiedzą o niektórych rzeczach, ale nie wszystko. Powiedziały mi, że jest jakieś wielkie wydarzenie mające niedługo nastąpić, tuż-tuż. Przez wiele lat mówiły, że jest „tuż za drzwiami”, ale od maja 1993 roku używały zwrotu „w progu”. Chodzi o nawrócenie ludzkości. A na mniejszą skalę mówiły mi o pewnych sprawach z niewielkim wyprzedzeniem. W lecie 1954 roku powiedziały mi o powodziach, które tak bardzo dały się we znaki w tej okolicy. Kiedyś też po zejściu lawiny dusze powiedziały mi, że są jeszcze żywi zakopani w śniegu, więc zespół ratowniczy kontynuował poszukiwania chwilę dłużej, niż nakazywała rutyna. W końcu zlokalizowano i uratowano ludzi dwa dni po tym, gdy poprosiłam, by zespół kontynuował poszukiwania.” Maria Simma podkreśliła, że słowa mogą zabijać i wyrządzać innym ogromną krzywdę. Z drugiej strony miłość bliźniego, najmniejsze akty dobroci okazywane różnym osobom przynoszą wiele zasług i stanowią pewną drogę do nieba. Pomagają nam w tym także cierpienia i modlitwy odprawiane w intencji dusz czyśćcowych, które później będą orędować za nami z nieba. (1850–1917) odznaczała się szczególnym umiłowaniem dusz wiernych zmarłych w czyśćcu. Niektóre widzenia, jakie miała, są dowodem na to, jak bardzo dusze pozostają wdzięczne i odwzajemniają się za doznaną pomoc. Po śmierci pewnego dostojnika, kiedy święta podeszła do ołtarza, żeby przyjąć Komunię świętą we własnej intencji, jego dusza stanęła przed nią i powiedziała: „Tę Najświętszą Komunię przyjmiesz za mnie”. Przez miesiąc docierała do jej uszu ta sama prośba, a po upływie tego czasu ujrzała duszę uśmiechniętą i usłyszała od niej: „Już wystarczy, dziękuję Ci; dotychczas to Ty mi pomagałaś, od teraz ja będę pomagał Tobie”.
Święty Tomasz z Akwinu, potwierdzał, iż „modlitwa za zmarłych jest milsza Panu Bogu aniżeli ta za żyjących – ponieważ zmarli potrzebują jej, a nie mogą pomóc sami sobie, natomiast żywi mogą”. „Jest to wielka prawda, która powinna uwrażliwić nas i sprawić, iż będziemy hojnie pomagać niezliczonym duszom czyśćcowym, cierpiącym bez żadnej pociechy ponieważ są zapomniane lub nieznane nikomu – a przeto przez wszystkich opuszczone” – pisze Stefano Maria Manelli SI.
Św. Katarzyna z Bolonii (Katarzyna de Vigri 1413–1463) wyjaśnia: „Często to, co przez świętych w niebie uzyskać nie mogłam, otrzymałam natychmiast, kiedy zwróciłam się do dusz w czyśćcu”.
„Przyczyną tego – podaje bawarska mistyczka, siostra Anna Maria Lindmayr (1667–1726) – nie jest to, że nas dusze czyśćcowe wysłuchały, ale to, że Bóg nas wysłuchał ze względu na Jego Miłość do tych biednych dusz, które Bóg bardzo kocha. (…). Żaden okres mojego życia nie był dla mnie tak szczęśliwy i bardziej błogosławiony niż czas, który spędziłam z duszami i dla dusz czyśćcowych – dodaje Anna Maria Lindmayr. – Bóg wspaniałomyślnie nagradza miłość do dusz czyśćcowych i tą drogą najprędzej pomaga nam w cnotach i doskonałościach, ponieważ te dusze leżą Mu bardzo na sercu, dlatego że są najbiedniejsze i same już sobie pomóc nie mogą”.
„To działa w obie strony – przekonuje siostra Anna Czajkowska ze Zgromadzenia Sióstr Wspomożycielek Dusz Czyśćcowych. – Na tym m.in. polega tajemnica obcowania świętych. Gdy zmarli w czyśćcu widzą naszą troskę o nich, niemożliwe, by nie odpowiedzieli modlitwą za nas. Te dusze dzięki naszemu wsparciu coraz bardziej stają się podobne do Boga, a Bóg obdarowuje. One więc coraz bardziej się za nas modlą”.
„To samo obcowanie świętych sprawia jednak, iż dusze czyśćcowe z całą pewnością mogą wspierać nas, tak bardzo potrzebujących pomocy na tej ziemi rodzącej «cierń i oset» (Rdz 3,18), na tej ziemi pełnej pokus i niebezpieczeństw! – możemy przeczytać na portalu internetowym sióstr Franciszkanek Niepokalanej. – Dusze czyśćcowe dobrze znają nasze warunki życia i bez wątpienia pragną hojnie nam pomagać”.
Przyczyniając się do zbawienia innych, przyczyniamy się do zbawienia samych siebie, o czym wyraźnie mówił św. Jan Maria Vianney: „Jeśli chcemy, bracia i siostry, zapewnić sobie niebo, to módlmy się bezustannie za duszami w czyśćcu cierpiącymi. Pewny to znak wybrania i potężny środek do zbawienia – modlitwa za zmarłych. Bracia i siostry, ileż lat wypadnie nam cierpieć w czyśćcu, którzyśmy tyle popełnili grzechów, i pod pozorem, żeśmy się wyspowiadali, nie czynimy pokuty. (…) Nasz czas na ziemi jest ograniczony, dlatego myślę, że warto skorzystać z tej szansy. To niezwykły dar od Pana Boga, za którym kryje się nagroda życia wiecznego w niebie”. Wielka miłość, jaką żywił do dusz czyśćcowych święty Proboszcz z Ars, kazała mu powiedzieć pewnego razu: „O, gdyby wiedziano, jak wielką moc posiadają te dusze nad Sercem Bożym i jakie łaski można za ich wstawiennictwem uzyskać, nie byłyby tak bardzo opuszczone. Kiedy uprosić chcemy u Boga prawdziwy żal za nasze grzechy, zwróćmy się do dusz czyśćcowych, które od tak wielu lat żałują za swe grzechy w płomieniach ognia czyśćcowego. Trzeba się dużo za nie modlić, aby i one modliły się dużo za nas”.
fragment książki “Największe tajemnice czyśćca. Błogosławieństwo oczyszczającego ognia” Tygodnik Niedziela
Gumy do żucia w kształcie nagrobków, lizaki – trupie czaszki, baloniki z napisem R.I.P. Społeczeństwo chce zamienić śmierć w memy, oswoić ją, familiarnie poklepać po ramieniu. Bezskutecznie. Chrześcijanie mają w sobie świętą bezczelność. Mówią głośno: została pokonana.
fot. JF Martin/Unsplash
***
Niedzielny świt. Spaceruję ulicami Warszawy. Sklep z gadżetami na Halloween. Gumy do żucia w kształcie nagrobków, lizaki – szczerzące zęby trupie czaszki, krzyże, baloniki z napisami R.I.P. Śmierć na słodko, śmierć na słono. Tuż za rogiem pozostałość muru getta. Zderzenie światów, których nie da się pogodzić. Czekoladowe kościotrupy i dzieci-szkielety umierające z głodu na ulicy. Zabawa w śmierć i kurczowe trzymanie się życia. Baloniki i dramaty. Światy oddziela potężny mur. Ten z getta zburzono, ale mentalny, próbujący oswoić śmierć, pozostał.
Będzie, będzie zabawa
Czytam porażające wspomnienia z „Archiwum Ringelbluma”: „Mur. Granica getta. W murze na dole jest otwór odpływowy, przez który przejść może dziecko. W kącie przy murze stoi dwóch żołnierzy, a od strony żydowskiej z getta przychodzi matka z dzieckiem. To sześcioletnie dziecko jest żywicielem całej rodziny. Ten sześcioletni starzec przez ścieki, przez rynsztok szmugluje do getta żywność dla rodziny. I teraz też, zaopatrzony w pieniądze i worek, schyla się i zaczyna pełzać przez otwór. Przetknąwszy głowę, zaczyna się rozglądać i spotyka się wzrokiem z czatującymi żołnierzami. Dziecko szarpie się, rwie się z powrotem, ale tu stoi matka i pcha je za nogi tam, tam – po żywność”.
Tuż obok zabawa w śmierć. Pokolenie, które świętuje huczniej Halloween niż Boże Narodzenie, nie potrafi stanąć oko w oko z cierpieniem. Bezskutecznie próbuje ośmieszyć śmierć, bezczelnie zajrzeć jej w oczy. A jednak na to słowo reaguje histerycznie. I pakuje ją albo w „Powrót żywych trupów”, albo w żenujące prowokacje halloweenowych smakołyków. Kultura śmierci nie mówi o śmierci, bo… panicznie się jej boi.
Znam od podszewki środowisko nastolatków. Widzę, jak wielu z nich stara się „wywołać wilka z lasu”, spróbować poklepać śmierć po ramieniu, wyśmiać, wyszydzić, zamienić w memy. Bezskutecznie. W tym roku kilkanaście razy głosiłem słowo dla młodych i niemal po każdym spotkaniu zostawała choć jedna osoba, by opowiedzieć mi o próbach samobójczych i samookaleczeniach.
Jej wysokość śmierć
Chrześcijanie mają w sobie świętą bezczelność. Mówią głośno: śmierć została pokonana. Co wcale nie znaczy, że klepią ją po ramieniu i nie ocierają łez nad grobami bliskich. Gdzie tu Dobra Nowina? Jest nią przesłanie o Jezusie, który zburzył mur. Przeszedł ze śmierci do życia. Co więcej, podkreślił, że będzie to również naszym udziałem, bo jak pokornie zapowiadał, idzie „przygotować nam miejsce”. Bóg, który nakazuje Ezechielowi: „Prorokuj do suchych kości”, jest miłośnikiem życia.
Wobec śmierci jesteśmy bezradni, nie ma co grać chojraka. Rozmawiałem na ten temat z siostrami klauzurowymi, które opowiadały o dziecięcej bezbronności wobec tego doświadczenia. W klasztorze w Świętej Annie, gdzie na ogromnym obrazie w tańcu śmierci wirują ludzie i szkielety, słyszałem od siostry Józefy, dominikanki, która wiele razy towarzyszyła odchodzącym mniszkom: „Wobec śmierci jesteśmy jak dzieci. Czułam się zawsze jak mały Dawid z procą przed potęgą Goliata. Bo umieranie to misterium. Jak narodziny. Kiedyś w umierającej siostrze, świętej siostrze, zobaczyłam małą dziewczynkę, która ma przeskoczyć kałużę, za którą stoi i wyciąga ręce stęskniony tata. A ona nad taflą wody waha się, boi się skoczyć. Trzeba stanąć przy niej, podać rękę i szepnąć: »Skacz! Nie bój się! Tata cię złapie!«. Podeszłam kiedyś do ciężko chorej siostry i spytałam: »Czemu jesteś taka smutna?«. »Bo czuję, że już blisko moja śmierć«. Zastanowiłam się i przyznałam: »Tak, to poważna sprawa«. I zaczęłam tworzyć opowieść: »Siostro, nie będziemy się bać. Na rękach, jak skarb zaniesiemy siostrę, aż do samych drzwi. A tam już wyciąga po siostrę dobre ręce sam Bóg, i Matka Boża, i siostry, i rodzina, i całe niebo świętych. Śmierć to takie drzwi, przez które idziemy w nowe życie«. Zobaczyłam, że ta mocno doświadczona życiem kobieta potrzebowała tej opowieści. Powiedziała mi to, co wcześniej chory tato: »Mów mi o Bogu i o mnie«”.
To moja siostra
„Umierać jeszcze nie chcę… Czy boję się śmierci? Trochę tak, bo to zawsze doświadczenie, którego nie znamy. Ale nie ma paniki. Liczę na Boże miłosierdzie” – opowiadał nam kilka miesięcy temu pokorny brat Józef Bałaban, który w krakowskim klasztorze franciszkanów sadził rośliny zwane łzami Matki Boskiej, a później własnoręcznie wyrabiał z nich różańce. „Ja nie jestem od gadania, ja jestem od roboty. Trzeba w życiu robić to, co mu dają do robienia. Nie narzekać i mieć dobrą intencję” – podsumował. Zmarł we wspomnienie św. Franciszka. Nie mógł sobie znaleźć lepszej daty na przejście. Nie można poklepać śmierci po ramieniu, ale można się z nią zaprzyjaźnić. „Pozdrowiona niech będzie siostra śmierć” – miał wołać św. Franciszek z Asyżu, pocieszając tym zasmuconych braci.
Ksiądz Czesław Lewandowski, świadek ostatnich chwil brata Alberta Chmielowskiego, wspomniał: „Usiadł na tapczanie i z pogodnem obliczem i miłością patrzał na otaczające go dzieci duchowne, które wyrażały Swemu Ojcu swe uczucia, prosiły go pojedynczo to o modlitwę, to znowu o błogosławieństwo i inne usługi duchowne, a on mile spełniał ich życzenia i dawał ostatnie nauki. Scena ta zrobiła wielkie wrażenie na obecnych, rozległ się płacz i szlochanie. Nagle w jego oczach zabłysły dziwne jakieś ognie. Umierający starzec przemienia się jakoby w jakiegoś olbrzyma, a z ust jego, jak grom, zaczęły padać dziwnie mocne słowa, które do głębi duszami obecnych wstrząsnęły: »Co tu płakać? Z wolą Boską macie się zgadzać i za wszystko Bogu dziękować! Tak jest! Trzeba Bogu dziękować za chorobę i za śmierć, jak ją zsyła. Zmówić trzeba Magnificat!«. Ucichł płacz, a Brat Albert użył tytoniu, by pod dymem tej pospolitości ludzkiej ukryć zarazem, co heroicznego i nadzwyczajnego w nim zauważono”.
„Święty Benedykt w czwartym punkcie swojej Reguły pisze, by »śmierć nadchodzącą mieć codziennie przed oczyma«. To zalecenie jest realizowane w naszym klasztorze bardzo dosłownie. Okna wielu cel wychodzą na mały cmentarz, niewidoczny dla obserwatorów z zewnątrz” – pisze trapista o. Michał Zioło w książce „Po co światu mnich?”. „Cmentarz jest wciąż taki sam, brat odstępuje mogiłę bratu, kości poprzednika składane są pod głową zmarłego i tak przez wieki. Nie ma tu marmurowych nagrobków, a jedynie małe tabliczki z imieniem. Jedna pod drugą, na pierwszy rzut oka przypominają wojskowe nieśmiertelniki. Rdza przechodzi z tabliczki na tabliczkę. Jak mawiał Rilke, »każdy ma własną śmierć«, choć oczywiście śmierć jako zjawisko jest dla każdego z nas zdziwieniem i przerażeniem, i tym wszystkim, o czym mówią filozofowie. Bracia jednak nie są filozofami… Gdy już wiadomo, że brat jest powołany lub zamierza odejść, to gromadzimy się wszyscy przy nim i odmawiamy Litanię do Wszystkich Świętych. Mnich jak każdy człowiek ma oczywiście takie pokusy, żeby sobie powiedzieć: »Jeszcze kawał życia przede mną, jeszcze zrobię to, tamto, zagłosuję, sprzeciwię się, zadecyduję, zapytam, dlaczego coś budują bez mojej zgody«, ale przychodzi moment, kiedy już wie, że to koniec. Nie, że koniec życia, ale że ma się zacząć coś nowego”.
Nie ma paniki
„Kiedy umrę, moje ciało najpierw będzie wystawione w kościele, potem przewiozą mnie na cmentarz, a jeśli jestem w zaawansowanym wieku, to wiem nawet, którzy bracia będą mnie nieśli” – wyjaśnia o. Michał. „Bez trumny, bez butów. Stopy jedynie w czarnych skarpetkach. Trumna w jakimś sensie zamyka człowieka, osłania go, oddziela, a mnisi traktują ciało jako ziarno, które wpadłszy w ziemię, ma obumrzeć i zakwitnąć nowym życiem. Poza tym mnich jest ubogi aż do końca, więc nie może pozwolić sobie na luksus, jakim jest trumna. Czy mnich boi się śmierci? Nie! Boi się, że nie podoła śmierci, że będzie panikował i okaże się człowiekiem małej wiary. A Pan Jezus przecież mówi: »Znacie drogę, teraz idźcie za Mną«. Mnichów śmierć raczej fascynuje, bo oni nie myślą o samym momencie przejścia, tylko o tym, co będzie, kiedy już zrobią ten jeden krok. Klasztorne okna częściowo wychodzą na cmentarz i to jest bardzo dobra perspektywa dla mnicha: patrzeć tam, gdzie się zacznie życie. Dlatego bracia ze spokojem czekają na śmierć”. •
Anioł uwalnia dusze w czyśćcu pędzla Ludovico Caracciego (ok. 1610) / fot. via: Wikipedia
+++
Czyściec jest oczyszczeniem naszej miłości, która ma być podobna do miłości Jezusa Chrystusa, jaśniejącej najpełniej w tajemnicy Jego Krzyża i Zmartwychwstania.
Czyściec jest oczyszczeniem naszej miłości, która ma być podobna do miłości Jezusa Chrystusa, jaśniejącej najpełniej w tajemnicy Jego Krzyża i Zmartwychwstania. Podobnie jak złoto oczyszcza się w ogniu ze wszelkich obcych domieszek, tak miłość nasza oczyszcza się w ogniu cierpienia, prób i doświadczeń dawanych nam z miłującej ręki Boga.
Miłość, jaką odznaczali się Święci była na wzór miłości Jezusowej, gdyż oni pragnęli i pozwolili, aby On już tu na ziemi oczyścił ich miłość. Doświadczenia wewnętrzne opisywane przez nich porównywane są często do cierpień czyśćcowych.
Święci opisując cierpienia dusz w czyśćcu mówią, że ich intensywność nie ustępuje cierpieniom piekła, ale cierpienia te przeżywane są zupełnie inaczej. Dusza cierpi bardzo, ale cierpienie to nie jest cierpieniem beznadziejnym. Jest ono przeżywane w ogromnej radości i tęsknocie z powodu czekającego spotkania twarzą w twarz z miłującym Bogiem. Radość dusz czyśćcowych wynika także z ich pewności zbawienia i jest skutkiem ufnego powierzenia siebie Bogu. Dusza pragnie cierpieć, gdyż pragnie jak najszybciej być u Boga.
Św. Katarzyna z Genui, której Bóg pozwolił już na ziemi doświadczyć cierpień czyśćca, pisze: “Z wyjątkiem świętych w niebie, nie przypuszczam, aby u kogokolwiek można spotkać zadowolenie równe temu, jakie odczuwa dusza w czyśćcu. Wzrasta ono z każdym dniem pod wpływem działania Bożego na duszę, a to działanie wzmaga się w miarę ustępowania jego przeszkody. Tą przeszkodą jest rdza grzechu. Płomień ją pożera, a równocześnie dusza coraz więcej wystawia się na działanie Boże”.
Jako przykład obrazujący tę prawdę podaje ona zasłonięte lustro, które nie może odbijać promieni słonecznych. Nie dzieje się to z winy słońca, które świeci nieustannie, lecz z powodu zasłony, w którą spowite jest lustro. W miarę jednak jak zasłona znika lustro coraz intensywniej odbija promienie słoneczne. Św. Katarzyna pisze, że: “W podobny sposób dusza jest pokryta rdzą grzechu, którą stale spalają płomienie czyśćcowe. Im bardziej rdza ginie, tym doskonalej dusza odbija blask prawdziwego słońca, jakim jest Bóg”. Promienie słońca są więc obrazem promieni Bożej miłości w duszy człowieka, a także radości jaka udziela się duszy, która coraz bardziej zbliża się do Boga. Gdy oczekuje na pełne szczęście, żadne cierpienie nie jest dla niej za duże, ani zbyt ciężkie. Ona sama pragnie tego bolesnego oczyszczenia, bo wie, że jest to dla niej dar Bożego miłosierdzia – ostatnia szansa na niebo.
Bóg jest przede wszystkim Miłością. Miłość jest Jego najważniejszym i najbardziej właściwym imieniem. Stworzył nas z miłości i przeznaczył do miłości. W serce każdego człowieka wszczepił poczucie miłości i sprawiedliwości. One to sprawiają, że człowiek sam sobie wymierza sprawiedliwość zgodnie ze słowami św. Jana od Krzyża – “pod wieczór życia będziemy sądzeni z miłości”. Bóg, który jako pierwszy inicjuje dialog miłości z każdym człowiekiem, czyni to nie tylko w czasie naszego ziemskiego pielgrzymowania, ale również w stanie oczyszczenia po śmierci. W tym trudnym i bolesnym stanie oczyszczania się człowieka wychodzi On na spotkanie w swojej miłosiernej miłości. Miłość ta jaśnieje w Krzyżu Jezusa i jawi się jako miłość wieczna, nieskończona, niewyczerpana, a zarazem bardzo czuła, wrażliwa i pełna tkliwości.
Taka właśnie miłość oświetla życie człowieka, który przechodzi do wieczności, dając mu poznać jego braki, niedomagania, wszelkie plamy i całą rdzę grzechu pokrywającą życie. To właśnie dzięki przeżyciu Bożej bliskości człowiek może poznać stopień własnej nędzy i niedostatku, który każe mu jednocześnie wołać z głębi skruszonego serca: “Odejdź ode mnie Panie, bo jestem człowiek grzeszny” (Łk 5,8).
W tym przeżyciu własnej niedoskonałości i równocześnie ogromnym pragnieniu zbliżenia się do Boga człowiek otwiera się coraz bardziej na przyjęcie szczęścia Bożej miłości. Rodzi się w nim pragnienie odpowiedzi na tę miłość, która zapoczątkowuje proces oczyszczenia. Wszystko to jest dziełem Bożej miłości i ogromnej Jego łaski, która przenikając serce człowieka niejako od “wewnątrz” otwiera go na taką decyzję. Ta miłosierna miłość Boga przenikając człowieka, dosięga jego najgłębszych pokładów, dając mu nie tylko pragnienie, ale i moc uwolnienia się od własnego egoizmu, zafałszowania i chwiejności. Rodzi się wówczas ogromne pragnienie oddania się całkowitego Bogu, aby móc być przenikniętym całkowicie tą Jego uszczęśliwiającą miłością. Czyściec więc nie jest czymś biernym i statycznym. Dusza przeżywając go “płonie” pragnieniem oglądania Bożego oblicza i przebywania w Jego obecności.
Św. Katarzyna z Genui, której Bóg w przeżyciu mistycznym dał poznać czym jest ten proces oczyszczenia, tak pisze: “…ze strony Boga, jak widzę, niebo nie ma zamkniętych bram, lecz kto chce tam wejść, wchodzi. Bóg bowiem jest pełen miłosierdzia, otwiera ku nam swe ramiona, aby przyjąć nas do swojej chwały. Istota Boża jest zarazem zupełnie czysta, nieskończenie bardziej, niż rozum to pojąć może; dusza więc, znajdując choćby najmniejszą odrobinę niedoskonałości, wolałaby raczej rzucić się do tysiąca piekieł, niż stanąć przed majestatem Boga z jakąś zmazą na sercu. Widząc zatem, że czyściec jest przeznaczony na to, by zetrzeć plamy duszy, dobrowolnie się do niego rzuca i znajduje tam wielkie miłosierdzie, uwalniające ją od owej przeszkody”.
Z tych słów możemy wywnioskować, że z jednej strony grzech i nieczystość duszy sprawia, że człowiek czuje się “oddalony” od Boga, z drugiej zaś strony pragnie poddać się oczyszczającemu procesowi, aby “przybliżyć się” do Niego. Dusza pragnie oczyszczenia, gdyż pragnie ze wszystkich sił pełnej wspólnoty miłości z Bogiem. Św. Katarzyna tak o tym mówi: “Jeśliby dusza mająca na sobie choćby maleńką zmazę, miała zbliżyć się do Boga w widzeniu uszczęśliwiającym odczułaby to jako krzywdę dla siebie i mękę wielokroć straszniejszą od cierpień czyśćcowych. (…) Dusza nie czułaby się na swoim miejscu, widząc, że jeszcze nie dała Bogu pełnego zadośćuczynienia. Niechby nawet brakował jej moment tylko do odpokutowania, już odczułaby nieznośną udrękę, i dla oczyszczenia jej z tej drobnej zmazy wolałaby raczej iść na dno piekła – gdyby to od jej woli zależało – niż stanąć przed obliczem Bożym, nie będąc jeszcze zupełnie czysta”.
W słowach tych widzimy związek cierpienia czyśćcowego z grzechem, którego dopuścił się człowiek w ciągu swojego ziemskiego życia. Grzech oddalił go od wspólnoty z Bogiem. Odtrącając Bożą miłość, postanawiając żyć na własną rękę i ustanawiając – prawa według własnego “widzimisię” człowiek zadał ranę sobie, ale zranił także Ojcowskie Serce Boga, który jak czuła matka nie może zapomnieć “o swym niemowlęciu” (Iż 49,15). W momencie poznania prawdy o własnym grzechu człowiek równocześnie dostrzega jak grzech zrujnował jego wewnętrzne życie, które domaga się odbudowy. Czyściec jest więc stanem oczyszczenia się z tego wszystkiego, co nadal jeszcze plami duszę człowieka i nie odbija w niej pełni Bożego światła.
Św. Katarzyna opisując stan zachwytu duszy pięknem i miłością Boga jednocześnie ukazuje przeżycie cierpienia duszy z powodu własnej niedoskonałości. “Dusza w nadprzyrodzonym świetle widzi, jak Bóg ze swej wielkiej miłości i w nieustannej opatrzności nigdy nie przestaje jej i prowadzić ku całkowitej doskonałości, a czyni to ze szczerej miłości. Jednak nieodpokutowany grzech nie pozwala iść za przyciągającą siłą Boga, czyli za tym pojednawczym spojrzeniem, jaką Bóg ją darzy, by ją przyciągnąć ku sobie. Nadto dusza poznaje, co to za nieszczęście być pozbawionym bezpośredniego oglądania światła Bożego. Właśnie świadomość takiego położenia stwarza męki, jakie dusze cierpią w czyśćcu. Nie znaczy to, by dusze wielką wagę przywiązywały do cierpień, choćby i jeszcze raz tak straszne były. Natomiast uwaga ich głównie jest zwrócona na pewną sprzeczność, jaka zachodzi między nimi, a wolą Boga; widzą bowiem wyraźnie, jak On goreje dla nich czystą miłością, której przecież nie są godne. Dusza, gdy to rozważa gotowa by znaleźć czyściec jeszcze dotkliwszy i porwana siłą miłości ku Bogu, gotowa rzucić się weń, aby tym wcześniej uwolnić się od więzów, oddzielających ją od dobra najwyższego”.
Kara za grzech jawi się tutaj nie jako coś bolesnego przychodzącego z zewnątrz, ale jako możliwość jakiej udziela miłosierny Bóg człowiekowi dla jego pełnego “uleczenia” i oczyszczenia z bolesnych skutków wywołanych grzechem. Czyściec jest więc ostateczną możliwością zbawienia przez zadośćcierpienie. Kara czyśćcowa jest leczniczym środkiem, który służy człowiekowi, pozwalając mu wejść w doskonałą wspólnotę z Bogiem i radować się przyjaźnią z bliźnimi. Wszelki zatem rodzaj kar czyśćcowych jest największym darem Boga, który nigdy nie rezygnuje z człowieka. Św. Katarzyna tak o tym pisze: “Dusze w zupełności zgadzają się z wyrokami Boga, tak że wszystko chętnie przyjmują, co podoba się Bogu, który działa przecież z roztropnego upodobania swego, stąd nawet wśród wielkich swych cierpień niezdolne są myśleć o sobie. One nie widzą nic innego, jak tylko działanie dobroci Boga, który w swoim nieskończonym miłosierdziu wiedzie człowieka do siebie; one nie myślą ani o osobistych cierpieniach, ani o dobru, jakie by im przypaść mogło; gdyby im było dane nad tym rozmyślać, nie miałyby miłości doskonałej”.
Mimo, iż udzielanie się Boga duszy w czyśćcu jest łaskawe i pełne dobroci, to jednak posiada ono charakter bolesnego doświadczenia. Im bowiem bardziej człowiek przybliża się do Boga, tym bardziej wzmaga się w nim poczucie niegodności i wstydu, a zarazem szczerej tęsknoty za posiadaniem Go jeszcze bardziej i pełniej. Dojrzewanie duszy do przeżycia Bożej miłości jest przede wszystkim bólem duchowym, którego źródłem jest oddalenie od Boga i jednoczesna chęć powrotu do przebywania w Jego bliskości. Czyściec gładzi więc kary, jakie pozostały człowiekowi po darowanych mu grzechach, których dopuścił się w trakcie swojego ziemskiego życia. Czyściec gładzi też grzechy lekkie. Dopiero więc w momencie zupełnego oczyszczenie się ze wszystkiego, co przeszkadza duszy oglądać Boże oblicze, co utrudnia jej odpowiedź miłością na Bożą miłość, zapoczątkowana zostaje wieczna radość.
Św. Jan od Krzyża, opisując etapy oczyszczenia człowieka porównuje je do “wewnętrznych nocy”. Ostatni etap oczyszczenia na ziemi nazywa “nocą ducha” i porównuje go wprost do czyśćca: “Cierpienie to jest podobne do mąk czyśćcowych; bo jak tam oczyszczają się dusze, aby mogły ujrzeć Boga w jasnym widzeniu życia przyszłego, tak i tu na swój sposób oczyszczają się, aby się mogły przeobrazić w Niego przez miłość”. Oczyszczenie to, jak pisze Święty, przeżywa niewiele osób, a jedynie te, które Bóg chce już tu na ziemi podnieść do najwyższego stopnia zjednoczenia ze sobą.
Pisząc o tym ogromnie bolesnym doświadczeniu życiowym ma trudność, aby wyrazić je słowami. Dlatego porównywanie do czyśćca przychodzi mu z pomocą. W księdze Żywy płomień miłości pisze: “niemożliwe jest, żeby oddać należycie to, co dusza cierpi w tym czasie. Jest to niewiele mniej niż czyściec”. Podobnie bowiem jak po przejściu do wieczności Bóg przenika duszę światłem i żarem swej miłości, tak i teraz dzięki światłu i płomieniowi Ducha Świętego, daje jej poznać i odczuć wszystkie słabości i nędze, których do tej pory ona nie widziała ani nie odczuwała. Dusza w tym stanie zderza się boleśnie ze swą naturalną nędzą. Światło Boże, które ją przenika jest dla jej nieczystego i słabego wzroku zupełną ciemnością. Zaś dla jej woli naturalnie twardej i oschłej w stosunku do Boga ten płomień miłości i czułości Bożej zadaje ogromne cierpienia i udrękę. W tym stanie dusza jednak poznaje jasno i wyraźnie swą naturalną nędzę, ubóstwo i zło oraz wszelkie niedoskonałości. Tego płomienia Bożej miłości obfitującego w niezmierne bogactwa, dobra i rozkosze duchowe, będzie ona mogła doświadczać i odczuć dopiero wtedy, gdy Bóg ją całkowicie oczyści i przemieni w siebie.
Św. Ojciec Pio, znany stygmatyk dwudziestego wieku, na drodze swego zjednoczenia z Bogiem doświadczył i pozostawił na piśmie wiele wypowiedzi, mówiących o tym, jak Bóg oczyszcza dusze, które pragną Go posiąść w tym życiu. Przeżywając proces bolesnego oczyszczenia tak pisał do swego kierownika duchowego: “Stan mój jest ogromnie przykry, okropny wprost przerażający. Wszystko zarówno wokół mnie, jak i we mnie jest ciemnością: nieprzenikniony mrok w umyśle, utrapienia woli, udręczenia w sumieniu. W swoim wnętrzu odczuwam cierpienia i równocześnie utrapienie i niespokojne pragnienie miłości Bożej”.
Wyznaje jednocześnie, że “aby dusza mogła wznieść się do kontemplacji Boga, musi najpierw być oczyszczona ze wszystkich niedoskonałości. Dotyczy to nie tylko pozbycia się aktualnych niedoskonałości – co dokonuje się przez zmysłowe oczyszczenie – ale także wyzwolenia się ze zwyczajnych niedoskonałości, którymi są pewne uczucia (przywiązania), zwykłe niedoskonałości. To oczyszczenie zmysłów nie zmierza ku temu, by je wykorzenić, gdyż one pozostają w duszy niczym korzeń w ziemi. To oczyszczenie dotyczy ducha i dokonuje się w ten sposób, że Bóg swoją najwyższą światłością przenika duszę w całości, przeszywa ją niejako dogłębnie i w całej pełni odnawia.
To najwyższe światło, którym Bóg napełnia wspomniane dusze, zstępuje w nie w ten sposób, że wówczas one odczuwają ból. Dusze przeżywają wtedy uczucie opuszczenia, co z kolei powoduje wyjątkowe, krańcowe utrapienie aż po doświadczenie wewnętrznej agonii. Obecnie te dusze nie mogą w żaden sposób pojąć Boskiego oddziaływania tego najwyższego światła. Dzieje się tak z dwóch powodów: pierwszy z nich to samo światło, które z jednej strony jest tak wspaniałe i pełne subtelności, że przekracza faktyczne możliwości duszy. I dlatego raczej staje się powodem powstania ciemności i udręki niż samego światła. Drugi powód, dla którego dusza nie może pojąć tego Boskiego działania, to miernota i brak jej niewinności. I dlatego to najwyższe światło nie tylko, że napełnia ją ciemnością, ale przynosi ból i udrękę. I oto w miejsce pociechy dusza napełnia się cierpieniem przez nowe ciosy, które są odczuwalne we władzach zmysłowych i duchowych. Są to straszliwe i wprost przerażające cierpienia.
To wszystko dzieje się już na samym początku, bo światło Boże zastaje dusze nieprzygotowane do zjednoczenia się z Panem. Z tego względu owe światło dokonuje dzieła oczyszczenia. Kiedy to działanie się kończy i dusze zostają oczyszczone, wówczas światło je opromienia i napełnia blaskiem kierując ku doskonałemu zjednoczeniu z Bogiem”.
Święta Faustyna również bardzo plastycznie opisuje oczyszczenie duszy człowieka, którą Bóg wybiera i przygotowuje do doskonałego zjednoczenia ze sobą. Pisze ona, iż człowiek odczuwa wówczas bardzo głęboko, że nie miłuje Boga jak On tego żąda. W miejsce dawnej obecności Boga przychodzi oschłość, duchowa posucha; potęguje się tęsknota za Bogiem, a jednak jakby górę biorą wszystkie błędy, które uświadamiają człowiekowi własną nędzę. W całej duszy zapada ciemność i udręka.
Doświadczenie to przypomina czyściec. Bóg przeprowadza człowieka przez takie wewnętrzne oczyszczenie całej jego zmysłowej i duchowej natury, żeby go doprowadzić do zjednoczenia ze sobą. I nie staje tu człowiek tylko wobec sądu, ale staje raczej wobec potęgi samej miłości, którą jest Bóg. Ogarnięty tą miłością może wołać:
O płomieniu Ducha Świętego,
który mnie oświecasz, abym mogła zobaczyć ciemność moją,
który mnie dotykasz, abym mogła odczuć twardość moją,
który mnie przenikasz, abym mogła doświadczyć całej nędzy mojej,
oczyść mnie i wypal, abym mogła zjednoczyć się z Jezusem – JEDYNĄ MIŁOŚCIĄ moją.
Amen.
s. Anna Czajkowska, s. Irena Złotkowska. Jak pomagać duszom czyśćcowym ? Jałmużna
Aby Matka Boża była coraz bardziej znana, miłowana i uwielbiana!
„Różaniec Święty, to bardzo potężna broń.
Używaj go z ufnością, a skutek wprawi cię w zdziwienie”.
(św. Josemaria Escriva do Balaguer)
fot.wiseGeek
*****
INTENCJA ŻYWEGO RÓŻAŃCA
NA MIESIĄC LISTOPAD 2024
Intencjapapieska:
*Módlmy się za wszystkich rodziców, którzy opłakują śmierć swojego syna lub córki, aby znaleźli wsparcie we wspólnocie oraz zaznali pokoju i pocieszenia Ducha Świętego.
* za naszych kapłanów, aby dobry Bóg umacniał ich w codziennej posłudze oraz o nowe powołania do kapłaństwa i życia konsekrowanego.
* za papieża Franciszka, aby Duch Święty prowadził go, a św. Michał Archanioł strzegł.
* Matko Boża I Matko nasza w tym listopadowym czasie polecamy Ci dusze w czyśćcu cierpiące. Spójrz swoim łaskawym okiem I wyjednaj im u Syna Swego a naszego Pana Jezusa Chrystusa wybawienie, aby oczyszczeni z wszelkiej zmazy grzechowej mogli cieszyć się już oglądaniem Bożego Oblicza uczestnicząc w nieskończonej szczęśliwości.
____________________________________________
Intencja dodatkowa dla Róży Matki Bożej Częstochowskiej (II),
św. Moniki i bł. Pauliny Jaricot:
* Rozważając drogi zbawienia w Tajemnicach Różańca Świętego prosimy Bożą Matkę, aby wypraszała u Syna swego a Pana naszego Jezusa Chrystusa właściwe drogi życia dla naszych dzieci.
*****
Od 1 listopada modlimy się kolejnymi Tajemnicami Różańca Świętego i w nowych intencjach, które otrzymaliście na maila 31 października z adresu e-rozaniec@kosciol.org (jeśli ktoś z Was nie dostał maila na ten miesiąc, proszę o kontakt z Zelatorem Róży, albo na adres rozaniec@kosciolwszkocji.org)
________________________________________
Obecnie mamy 19 Róż Żywego Różańca, choć mieliśmy do niedawna 21. Dlatego bardzo serdecznie zachęcamy chętnych, aby zechcieli dołączyć się do Żywego Różańca.Módlmy się też w tej intencji, aby dotąd nieprzekonani mogli się przekonać jak skuteczną i tym samym jak bardzo potrzebną jest dziś modlitwa różańcowa.
Kościelne święta, w których należy uczestniczyć w Liturgii Mszy świętej
fot. Piotr Tumidajski/Kai
***
W roku liturgicznym niektóre święta i uroczystości mają stałe daty – tak jak Boże Narodzenie 25 grudnia. Są również święta i uroczystości, których daty przypadają w różnych dniach kolejnego roku – tak jak Wielkanoc, czy Uroczystość Zesłania Ducha Świętego.
Dla przypomnienia podaję listę świąt i uroczystości w 2024 roku:
1 stycznia (poniedziałek) – Uroczystość Świętej Bożej Rodzicielki
6 stycznia (sobota) – Uroczystość Objawienia Pańskiego (Trzech Króli)
31 marca (niedziela) – Niedziela Zmartwychwstania Pańskiego (Wielkanoc)
12 maja (niedziela) – Wniebowstąpienie Pańskie
19 maja (niedziela) – Uroczystość Zesłania Ducha Świętego (Zielone Świątki)
30 maja (czwartek) – Uroczystość Najświętszego Ciała i Krwi Pańskiej (Boże Ciało)
15 sierpnia (czwartek) – Uroczystość Wniebowzięcia Najświętszej Maryi Panny
1 listopada (piątek) – Uroczystość Wszystkich Świętych
25 grudnia (środa) – Uroczystość Narodzenia Pańskiego (Boże Narodzenie)
Inne ważne święta w Liturgii Kościoła w 2024 roku:
Kościelne święta nakazane to niejedyne święta i uroczystości w roku liturgicznym. W dni, w które przypadają inne ważne święta kościelne wierni nie mają obowiązku uczestniczenia we Mszy świętej i powstrzymywania się od prac niekoniecznych. Kościół zachęca jednak, aby, gdy jest to możliwe, również i wtedy uczestniczyć w liturgii:
2 lutego (piątek) – Święto Ofiarowania Pańskiego (Matki Boskiej Gromnicznej)
19 marca (wtorek) – Uroczystość świętego Józefa, Oblubieńca Najświętszej Maryi Panny
1 kwietnia (poniedziałek) – Poniedziałek Wielkanocny
8 kwietnia (poniedziałek) – Uroczystość Zwiastowania Pańskiego
20 maja (poniedziałek) – Święto Najświętszej Maryi Panny, Matki Kościoła
29 czerwca (sobota) – Uroczystość Świętych Apostołów Piotra i Pawła
9 grudnia (poniedziałek) – Uroczystość Niepokalanego Poczęcia Najświętszej Maryi Panny
26 grudnia (czwartek) – Święto świętego Szczepana, pierwszego męczennika
Bardzo niepokojące słowa, które warto nie tylko zapamietać, ale również rozważyć,Księdza Arcybiskupa Adriana Galbasa SAC, które wypowiedział do Polaków w Nowym Jorku:
Zmorą naszych czasów jest obojętność i wzruszenie ramion wobec wartości
***
Widzę fałsz w twierdzeniu, że można być jednocześnie wierzącym i niepraktykującym
***
fot. Karol Porwich/East News
***
– W twierdzeniu, że można być jednocześnie wierzącym i niepraktykującym dostrzegam potężny fałsz. Bo trudno jednocześnie chcieć być blisko Chrystusa i unikać miejsc, gdzie On sam mówi, że jest: przede wszystkim unikać Eucharystii – powiedział abp Adrian Galbas w Nowym Jorku. Metropolita katowicki przewodniczył Mszy św. z okazji Dnia Dziedzictwa Polskiego. W homilii mówił o przekazywanych od pokoleń wartościach, wśród których pierwsze miejsce zajmuje wiara.
– Miejcie swoją osobistą „listę dziedzictwa”, katalog wartości, które dla was są ważne, bo były ważne dla waszych przodków i chcecie „wejść w to”, przekazać je następnym pokoleniom, z nadzieją, że i dla nich będą ważne – zaapelował abp Adrian Galbas.
Abp Galbas zwrócił uwagę, że otrzymane od poprzednich pokoleń dziedzictwo domaga się docenienia jego wartości oraz zaangażowania, by przekazać je przyszłym pokoleniom. Wskazał, że współcześnie jednym z największych problemów jest obojętność wobec wartości, “które dla poprzednich pokoleń były bezcenne i święte”.
Ludzie obojętności
– Obojętny człowiek nie twierdzi, że te wartości są złe, nie twierdzi jednak także, że są dobre. Może są, a może nie są. Może są takie, a może inne. To nieważne i nic mnie to nie obchodzi – mówił.
Przywołując słowa Jana Pawła II o obronie “własnego Westerplatte” podkreślił różnicę pomiędzy postawami wobec dziedzictwa ludzi współczesnych oraz tych, którzy dorastali kilka dekad temu.
– Pamiętam, jak myśmy – młodzi wtedy ludzie – słuchali tego z wypiekami na twarzy. To nas jakoś podniecało, zapalało, podnosiło na duchu. „Tak, chcę być obrońcą mojego Westerplatte, mówiliśmy. Chcę walczyć o to, co jest dla mnie ważne”. Dziś wielu powie: „nie muszę mieć żadnego Westerplatte. Ważne, bym był wyspany, najedzony i miał wifi” – zaznaczył.
Odnosząc się do kontekstu kulturowego, w którym żyje Polonia w Nowym Jorku, wyraził uznanie dla wysiłków na rzecz pielęgnowania polskiego dziedzictwa w polonijnych szkołach, klubach, stowarzyszeniach i parafiach.
– Żyjecie w wielokulturowym i wielomilionowym mieście. W tyglu tyglów, w Nowym Jorku. W tyglu można mieszać ze sobą różne potrawy, z każdej wziąć trochę, wszystko jakoś połączyć, potem dołożyć jednolitego sosu, który dodaje się do każdej pospolitej potrawy: do hamburgera i hot doga, by ostatecznie uzyskać taki sam smak. Tylko że potem nie wiadomo co się właściwie zjadło. Lepiej, jak jest inaczej: chętnie spróbuję tego, co gotują na innych ogniach, w innych piecach, co sprzedają na innych straganach. Jestem otwarty, ciekawy świata, ciekawy innych sposobów myślenia, działania i w ogóle życia, ale mam też coś własnego, co gotowała moja babcia i moja mama, coś co mnie karmi, czym chcę się karmić i czym chętnie poczęstuję także ciebie – stwierdził.
W homilii apelował także, by Polacy dbali o własną tożsamość i nie bali wyróżniać się na tle innych. Odwołał się do Katedry Świętego Patryka na Manhattanie. – Wygląda jak z innej bajki i z innego świata, niedzisiejsza. Jedna inna wśród wielu innych. A jednak przez to, że jest jedna i inna, jest zauważalna i tak cenna. Po wizycie na Manhattanie możemy zapomnieć jak wygląda ten, czy tamten drapacz, ale nie zapomnimy tej katedry. Drapacze dosięgają chmur, katedra dosięga nieba – zaznaczył.
Wiary nie można sprowadzić do religijnych zwyczajów
Abp Galbas podkreślił, że jedną z najważniejszych wartości otrzymanych od poprzednich pokoleń jest wiara przekazywana przez Kościół. Nie należy jej jednak sprowadzać tylko do religijnych zwyczajów, które są ważne, jednak “mogą być puste jak wielkanocne wydmuszki”. Wiara jest decyzją, przemyślaną, rozeznaną i przemodloną. Jest też pragnieniem pójścia za Chrystusem.
– Nie za kimkolwiek, nie za modą, opiniami opinii publicznej, nie za większością, nie za kalkulacjami na chwilę, ale właśnie za Chrystusem – mówił. Zauważył, że udział w praktykach religijnych weryfikuje wiarę, ale może być pusty, jeśli praktykującemu brakuje spójności życia. Wskazał też na niebezpieczeństwo zwalniania się z praktyk.
Nie można być wierzącym i niepraktykującym
– W twierdzeniu, że można być jednocześnie wierzącym i niepraktykującym dostrzegam potężny fałsz. Bo trudno jednocześnie chcieć być blisko Chrystusa i unikać miejsc, gdzie On sam mówi, że jest: przede wszystkim unikać Eucharystii – zaznaczył.
Przywołując prośbę Jakuba i Jana z niedzielnej Ewangelii stwierdził, że Apostołowie wyrazili w ten sposób pragnienie życia w bliskości Chrystusa. – Pozostali się oburzają, ale to jest szczere, proste i piękne. Czy to jest też nasze pragnienie? Moje? Być jak najbliżej Chrystusa, być coraz bliżej Niego, jak śpiewamy w popularnej pieśni kościelnej: „Być bliżej Ciebie chcę”. Macie takie pragnienie? Mamy je? – pytał.
Kończąc zachęcał do wytrwania w wierze. – Słowo „trwać” zawsze się kojarzy z czymś co trudne. Trwać, czyli nie zmieniać niczego, gdy jest ciężko, nie wycofywać się. Być jak ten obrońca Westerplatte. Trwajmy mocno, niezależnie od tego, czy mieszkamy w Nowym Jorku, czy w Nowym Targu, z tej czy z tamtej strony Atlantyku. (…) Wejdźmy do wnętrza swojej wiary, tylko wtedy przekażemy ją następnym pokoleniom.
Dotychczasowy metropolita katowicki Ksiądz Arcybiskup Adrian Józef Galbas SAC został mianowany arcybiskupem metropolitą warszawskim. Decyzję Ojca Świętego ogłosiła 4 listopada w południe Nuncjatura Apostolska w Polsce.