ogłoszenia – sierpień 2026

***

Niedziela 30 sierpnia

Modlitwa Anioł Pański odbyła się na Piazza della Liberta w Castel Gandolfo

Papież Leon XIV: jak Piotr mówmy Bogu to, co naprawdę czujemy

Prośmy Pana, abyśmy w naszym życiu wiary mieli taką samą szczerość jak Piotr, pokornie mówiąc Mu to, co naprawdę czujemy, nawet gdy w sercu panuje zamęt – wskazał Leon XIV w rozważaniu przed dzisiejszą modlitwą Anioł Pański.

Trzeba ufać Bogu nawet wtedy, gdy Jego drogi są inne niż nasze oczekiwania. – mówił Papież w rozważaniu, wygłoszonym w Castel Gandolfo.

Pokusa, by pomyśleć, że Pan się myli

Ojciec Święty nawiązał do fragmentu z niedzielnej Ewangelii wg św. Mateusza i dialogu Jezusa z Piotrem, który upomina Pana, słysząc, że ma On wiele wycierpieć i zostać zabity, a trzeciego dnia zmartwychwstanie.

„Wbrew pięknemu wyznaniu wiary, które właśnie złożył – upomina Chrystusa. Wydaje się mówić: ‘Tak, wierzę, że jesteś Mesjaszem, ale nie w ten sposób zbawia się świat’” – przypomniał Papież.

„Również nam nie zawsze jest łatwo zrozumieć i zaakceptować drogi Boga, zwłaszcza gdy są one bardzo odległe od naszych. Wtedy pojawia się pokusa, by wbrew wszelkiej logice wiary pomyśleć, że to Pan się myli, albo – co gorsza – że nas nie słucha lub się nami nie interesuje” – mówił Leon XIV..

Nauka od Piotra

Wskazał jednak, że – pomimo swej porywczości – Piotr w tej scenie uczy nas po pierwsze, aby nigdy „nie przerywać dialogu z Panem, lecz z ufnością mówić Mu również o naszych trudnościach ze zrozumieniem tego, o co nas prosi.”

„Po drugie jednak, nigdy nie należy osądzać działania Boga, lecz raczej z pokorą, na modlitwie, wsłuchiwać się w to, co objawia nam poprzez swoje działanie, nawet jeśli to nie odpowiada naszym oczekiwaniom” – dodał Papież.

Pierwszy z Apostołów okazał się wielki, bo na ostrą odpowiedź Jezusa „Zejdź Mi z oczu, szatanie!”, podejmie wyzwanie, zaprze się samego siebie i weźmie swój krzyż, pozostając wiernym słowom Chrystusa, którego uznał za swojego Odkupiciela, przez całe życie, aż do męczeństwa.

Szczerze mówmy Jezusowi

„Prośmy więc Pana, abyśmy i my w naszym życiu wiary i w naszej modlitwie mieli taką samą szczerość jak Piotr, pokornie mówiąc Mu to, co naprawdę czujemy, nawet gdy w sercu panuje zamęt, a jednocześnie potrafili pielęgnować tę samą co On uległość, przyjmując to, o co nas prosi, nawet gdy wykracza to poza nasze oczekiwania” – podkreślił Leon XIV.

s. Róża Chrzanowska CSFN, Wojciech Rogacin – Watykan

***

Kapłani pracujący w Polskiej Misji Katolickiej w Szkocji zapraszają na doroczną pielgrzymkę

Niedziela – 30 sierpnia

do szkockiego sanktuarium w Carfin,

aby wspólnie modlić do Miłosiernego Boga

za naszą Ojczyznę

przez wstawiennictwo Bożej Matki,

która Jasnej broni Częstochowy i w Ostrej świeci Bramie.

Tego dnia z racji pielgrzymki nie będzie Mszy św. niedzielnej w kościele św. Piotra o godz. 14.00

***

Pielgrzymowanie Polaków do Carfin rozpoczęło się w czasie II wojny światowej. To tutaj przybywali, jeszcze w wojskowych mundurach razem ze swoim Biskupem polowym Józefem Gawliną i z polskimi kapłanami. I to pielgrzymowanie wciąż trwa. Na te pielgrzymki przybywał Ksiądz Kardynał Władysław Rubin, który w roku 1983 poświęcił polską kapliczkę zaprojektowaną i wykonaną przez artystę rzeźbiarza Tadeusza Zielińskiego, twórcę sławnej rzeźby Matki Bożej Kozielskiej. Również wiele razy przyjeżdżał na doroczną pielgrzymkę Ksiądz Arcybiskup Szczepan Wesoły. Obok kapliczki Szkoci umieścili pomnik św. Jana Pawła II, aby upamiętnić rok 1982, w którym nawiedził Szkocję nasz wielki Rodak.

***

IMG_20190511_140037.jpg

***

Across from the Glass Chapel is the Polish Shrine built in 1983. The shrine has an image of Our Lady of Częstochowa – The Black Madonna and a statue of Pope St John Paul II which was blessed by Archbishop Szczepan Wesoły in 2001.

***

PROGRAM PIELGRZYMKI:

GODZ. 14.00 – ROZPOCZĘCIE MODLITWĄ RÓŻAŃCOWĄ PRZY POLSKIEJ KAPLICZCE

PO PROCESJI – ADORACJA PRZED NAJŚWIĘTSZYM SAKRAMENTEM ZAKOŃCZONA KORONKĄ DO BOŻEGO MIŁOSIERDZIA O GODZ. 15.00

W TYM CZASIE JEST MOŻLIWOŚĆ PRZYSTĄPIENIA DO SAKRAMENTU SPOWIEDZI ŚW.

GODZ. 16.00 – UROCZYSTA MSZA ŚW. KONCELEBROWANA

***
Tego dnia jest również możliwość pielgrzymować pieszo do Carfin

Początek pielgrzymki: 

niedziela 30 sierpnia 2026 godz. 8.00 – na parkingu Morrisons Cambuslang

o godz. 8.15 pielgrzymka wyrusza z modlitwą na kładce dla pieszych nad rzeką Clyde

Po drodze jest wspólny Różaniec

Zakończenie pielgrzymki – w sanktuarium w Carfin Mszą św. o godz. 16.00

(poniżej jest plakat pieszej pielgrzymki do Carfin z Glasgow z minionego roku)

***

Przejście całej trasy trwa około 7 godzin marszu razem z krótkimi postojami.

Pielgrzymi szlak z Glasgow zaczyna się na pograniczu Glasgow i Cambuslang i biegnie zielonymi dróżkami, które w wielu miejscach są bardzo wąskimi ścieżkami w dolinie rzeki Clyde i South Calder Water.

***

Dogodne miejsca gdzie można dołączyć po drodze:


– stacja kolejowa NEWTON (Lanark) G72 7TD – około godz. 9.00 (z Newton  do Carfin  21 km)

– okolice muzeum w BLANTYRE G72 9BY – około godz. 11.00 (z Blantyre  do Carfin 16 km)

– przy parku rozrywki M&D’s  ML1 3RT – około godz.13.00 (z  M&D’s  do Carfin 10 km)

***

Każdy kto zdecyduje się na pieszą pielgrzymkę idzie na własną odpowiedzialność.

Osoby niepełnoletnie muszą być pod opieką osoby dorosłej.

***

Transport publiczny :

  • autobusem ze stacji Buchanan o godz. 11.30 do Motherwell a następnie do Carfin (numery autobusów: X 11, 240, 255)
  • pociąg ze stacji Central Station w kierunku Edynburga zatrzymuje się w Carfin

***

Najlepsza modlitwa do anioła stróża

+++

W NASZYCH MODLITWACH PAMIĘTAJMY O KAPŁANACH, KTÓRZY DUSZPASTERZOWALI POPRZEDNIM POKOLENIOM POLAKÓW NA SZKOCKIEJ ZIEMI I PRZESZLI JUŻ PRZEZ PRÓG ŚMIERCI DO ŻYCIA WIECZNEGO:

***

+KSIĄDZ INFUŁAT LUDWIK BOMBAS (1892 – 1970) – REKTOR POLSKIEJ MISJI KATOLICKIEJ W SZKOCJI – EDYNBURG
+KS. KANONIK JAN GRUSZKA (1909 – 1974) – GLASGOW
+KSIĄDZ PRAŁAT WINCENTY NAGI-DROBINA (1913 – 1988) – REKTOR POLSKIEJ MISJI KATOLICKIEJ W SZKOCJI – FALKIRK
+O. PIUS LEWANDOWSKI OFM (1907 – 1997) – KIRKCALDY, DUNDEE, ABERDEEN
+KSIĄDZ KANONIK BOLESŁAW SZUBERLAK (1912 – 2000) – EDYNBURG
+KSIĄDZ ANTONI DĘBKOWSKI SAC (1943 – 2004) – FALKIRK
+KSIĄDZ BOGDAN PAŁKA SDS (1963 – 2024) – Perth

+++++++

+++

RÓWNIEŻ W NASZYCH MODLITWACH POLECAJMY BOŻEMU MIŁOSIERDZIU WSZYSTKICH RODAKÓW, KTÓRZY POZOSTAWILI NAM MOCNO WYDEPTANE ŚLADY PIELGRZYMKOWYCH DRÓŻEK.

***

***

Dlaczego wciąż idziemy do Matki?

26 sierpnia 2026

forum-1122760198.jpg
fot. Piotr Tumidajski / Forum

***

Hałas, ekrany, tysiące powiadomień i nieustanny bieg – codzienność potrafi przytłoczyć układ nerwowy do granic możliwości. Podobnie jak przez cały sierpień, tak i dziś – w Uroczystość Matki Bożej Częstochowskiej, na jasnogórskich błoniach meldują się tysiące pątników. Wśród nich są ci, którzy szukają tam czegoś absolutnie bezcennego: ciszy, resetu i powrotu do tego, co w życiu najważniejsze.

Dlaczego idę?

– Idę, by spotkać się z Bogiem, ze sobą i z drugim człowiekiem. Idę, by wyraźnie usłyszeć, co Bóg do mnie mówi. Chodzę w grupie wyciszenia, gdzie nie ma gitar, gdzie w czasie wędrówki nie odzywamy się do siebie. To jest mój czas. Bóg mówi w ciszy. Czasem jestem mocno przebodźcowany, a na pielgrzymce wracają „ustawienia fabryczne”. Na nowo odzyskuję pokój w sercu. Idę także ponieważ chcę w czasie pielgrzymkowego trudu oddać sprawy dla mnie ważne dobremu Bogu. Zwyczajnie lubię tę formę modlitwy – mówi o. Leonard Bielecki OFM, Minister Prowincjalny Prowincji św. Franciszka z Asyżu Zakonu Braci Mniejszych – Franciszkanów w Polsce.

To samo pytanie zadaje sobie co roku tysiące pątników, jednak odpowiedzi bywają bardzo osobiste.

– Na to pytanie pewnie każdy pielgrzym odpowiedziałby trochę inaczej. Niesiemy ze sobą własną historię, swoje intencje, radości, trudności i sprawy, które chcemy powierzyć Bogu. Dla mnie pielgrzymka od lat jest przede wszystkim czasem zatrzymania się, „przeglądu” swojego serducha i spojrzenia na swoje życie z innej perspektywy – mówi Marceli Łyczko, uczestnik Gliwickiej Pieszej Pielgrzymki na Jasną Górę. – Zazwyczaj idę z konkretnymi intencjami. W tym roku było jednak trochę inaczej. Tegoroczna pielgrzymka miała dla mnie charakter pokutny. Była czasem, w którym chciałem nie tylko prosić, ale przede wszystkim podziękować, przeprosić i oddać Bogu to, co przez ostatni czas było dla mnie trudne. Kilkadziesiąt kilometrów drogi daje przestrzeń, żeby pewne rzeczy poukładać, przemodlić i ponazywać – dodaje pielgrzym.

Bo choć cel podróży jest wspólny, to bagaż niesionych intencji i doświadczeń pozostaje sprawą głęboko indywidualną. Indywidualne zmagania na szlaku szybko jednak ustępują miejsca sile, jaka drzemie we wspólnym wędrowaniu.

– Chyba najważniejsi na pielgrzymce są dla mnie ludzie. Idziemy razem – osoby, które często na co dzień bardzo się od siebie różnią. Mamy inne historie, zawody, charaktery i problemy. A jednak przez te kilka dni łączy nas coś bardzo prostego: wiara, wspólne wartości i przekonanie, że warto podjąć trud drogi do Matki Bożej – mówi pielgrzym z Gliwickiej Pieszej Pielgrzymki. – To jest niezwykłe doświadczenie. Można iść obok kogoś, kogo wcześniej się nie znało, a po kilku godzinach rozmawiać o rzeczach, o których czasem trudno powiedzieć nawet bliskim. Są wspólna modlitwa, śpiew, zmęczenie, żarty, cisza i zwykła ludzka pomoc. Kiedy jednemu zaczyna brakować sił, drugi po prostu idzie obok i towarzyszy – wyjaśnia Marceli.

Ta wspólnotowa wędrówka ma też swój głęboki fundament formacyjny, który pozwala pątnikom spojrzeć poza horyzont samej trasy.

– Bardzo mocno wybrzmiało to dla mnie również w tegorocznych konferencjach przygotowanych przez ks. Daniela Bembenka i ks. Tomasza Wolnika. Ich temat: „Podróż po nowe serce” był czymś więcej niż tylko hasłem na trzy dni. Pojawiła się tam myśl o tym, że pielgrzymka nie kończy się w momencie wejścia na Jasną Górę. Droga ma prowadzić dalej – do naszego codziennego życia, relacji i decyzji – mówi. – I chyba właśnie to najbardziej daje mi pielgrzymka. Nie ucieczkę od codzienności, ale możliwość powrotu do niej z odmienionym sercem. Z większą wdzięcznością, większym pokojem i świadomością, że nie idę przez życie sam – dodaje.

W tym roku, kiedy przeżywaliśmy 400-lecie gliwickiego pielgrzymowania, szczególnie mocno czułem, że jesteśmy częścią czegoś większego. Przed nami szli nasi przodkowie, a po nas pójdą kolejni. My tylko na chwilę przejmujemy tę drogę i mamy ją przekazać dalej. 400 lat przy sercu Mamy – i mam nadzieję, że jeszcze wiele kolejnych – podsumowuje gliwicki pątnik.

Gliwice to jednak tylko jeden z wielu punktów na mapie, z których Polacy wyruszają w stronę Jasnej Góry. Szlak zyskuje zupełnie inne, niemal poetyckie barwy w opowieściach pątników ze stolicy. Dla Magdaleny, która z Warszawską Akademicką Pielgrzymką Metropolitalną pielgrzymowała w tym roku po raz piąty, pielgrzymka ma wiele zmysłowych odcieni. To doświadczenie, które rejestruje się sercem.

– Dla mnie pielgrzymka ma kolor wschodzącego słońca, które nieśmiało o poranku budzi się do życia. Ma smak ciepłej zupy, którą ktoś zupełnie obcy chce mnie nakarmić. Kojarzy mi się z otwartym sercem i wyciągniętą dłonią, która pomaga iść wtedy, gdy sama nie mam już sił – mówi.

To właśnie w tych drobnych momentach i napotkanej na szlaku bezinteresowności kryje się sedno rekolekcji w drodze.

– Pielgrzymka jest dla mnie wielką, coroczną lekcją wdzięczności. Uczy, że piękno często rodzi się w prostocie i uważności. Piękny staje się świat, kiedy nie masz nic, a od Pana otrzymujesz wszystko. W codziennym pośpiechu łatwo jednak przeoczyć, jak wiele mamy – zauważa Magdalena. – Dlatego tak bardzo doceniam czas pielgrzymki. Każdego roku otwiera mi oczy na to, co naprawdę ważne oraz odziera ze złudzeń, w których żyję na co dzień – podsumowuje pątniczka.

Oprócz osobistego zachwytu nad prostotą drogi, kluczowym elementem pielgrzymowania okazuje się doświadczenie wspólnoty.

– Pielgrzymka jest dla mnie czasem w roku, który weryfikuje stan mojego serca, pomaga obrać kierunek na następny rok. Pielgrzymując od wielu lat, wiem, że jest dla mnie stałym punktem w roku. To właśnie podczas pielgrzymki nawiązałam najlepsze i najtrwalsze relacje – mówi Magda, która od szesnastu lat bierze udział w WAPM. – Co roku zawierzam się na nowo Maryi oraz zanoszę nowe intencje swoje i bliskich. Trud przebytej drogi daje mi siłę do kroczenia w życiu drogą wiary, a piękno żywego Kościoła przyciąga do powrotu w to samo miejsce za rok – podsumowuje Magda.

Ten magnetyzm jasnogórskiego szlaku i potrzebę cyklicznego powrotu do Matki doskonale rozumieją również pielgrzymi z południa Polski.

– Nie wyobrażam sobie, aby nie iść do Matki Bożej Częstochowskiej, to takie ładowanie akumulatorów na cały rok. Coroczna droga do Matki Bożej to podziękowanie za łaski otrzymane od Boga przez Jej wstawiennictwo przez cały rok i prośba o dalsze wsparcie na kolejne dni – mówi Barbara z Katowickiej Pieszej Pielgrzymki, która w tym roku była dwudziesty drugi raz. – Pomimo upału czy deszczu – cudowna droga, ze wspaniałymi ludźmi, tworzącymi jedną, wielką Wspólnotę opartą na wierze i miłości – podkreśla pątniczka.

Ta sama wewnętrzna tęsknota towarzyszy Marii, dla której tegoroczna piesza pielgrzymka była już piętnastą w życiu.

– Mam taką potrzebę płynącą z serca, dziękując Bogu za dar życia, rodzinę. Idąc na pielgrzymkę do Matki Boskiej Częstochowskiej czuję się szczęśliwa będąc w tak dużej rodzinie, jaką są wszyscy pątnicy – mówi pątniczka Katowickiej Pieszej Pielgrzymki na Jasną Górę.

Zupełnie inny region Polski, ale dokładnie te same emocje i poczucie wdzięczności budzą się na trasie wiodącej z Podkarpacia.

– Pielgrzymuję, ponieważ mogę. Mogę iść, śpiewać, modlić się, służyć innym w drodze – i już samo to daje mi mnóstwo powodów do wdzięczności. A jednocześnie zawsze znajdzie się coś, co mogę powierzyć Bogu i o co mogę Go prosić – mówi Karolina z Przemyskiej Pieszej Pielgrzymki. – Pielgrzymka jest dla mnie wyjątkowym czasem – z jednej strony spotkania z samą sobą i z Bogiem, budowania i pogłębiania tej relacji, a z drugiej spotkania z drugim człowiekiem. W drodze tworzą się więzi, które często zostają na długo po powrocie do domu i potrafią dodawać siły także w zwykłej codzienności. Chyba właśnie dlatego wracam na pielgrzymi szlak – żeby dziękować, prosić, być z ludźmi i na chwilę zostawić za sobą codzienny pęd – dodaje Karolina.

Z kolei na Podlasiu to niezwykłe doświadczenie drogi i wspólnoty staje się szkołą życiowej pokory.

– Do końca nie da się wytłumaczyć tego fenomenu pielgrzymki, dopóki samemu się nie pójdzie. Jest to ogromne święto wspólnoty Kościoła  w drodze, poczucie jedności, braterstwa, zauważenia drugiego człowieka a może bardziej zauważenia Chrystusa w drugim człowieku – mówi Piotrek Skowron, muzyk Pieszej Pielgrzymki Podlaskiej. – Jest to też walka z samym sobą, ze swoimi słabościami fizycznymi, trudnościami, ćwiczenie silnej woli poprzez trudności pielgrzymiego szlaku. Zawsze powtarzam, że pielgrzymka uczy ogromnej pokory, ale i docenienia tego, co małe, drobne, choćby butelki wody, odpoczynku w cieniu. Chodzi o dostrzeganie Boga w tak małych i prostych rzeczach. Pielgrzymka to Kościół w drodze, Kościół poszukujący Boga i ewangelizujący. Daje mi od lat duchowe naładowanie, duchową moc na pokonywanie trudności w codziennym życiu później, przez cały rok. Pielgrzymka to budowanie jedności małżeńskiej i rodzinnej, przyjacielskiej. To na pielgrzymce zbudowałem również relacje w naszej rodzinie – dodaje muzyczny z Pieszej Pielgrzymki Podlaskiej.

Wszystkie te historie – od ciszy w milczącym tłumie, przez zachwyt prostotą, aż po budowanie rodzinnych więzi – sprowadzają się ostatecznie do jednej decyzji: by wstać z kanapy i ruszyć przed siebie. Bez względu na to, ile kilometrów ma się do pokonania.

Dlaczego pieszo?

– Bo pielgrzymka to też proces. To również zmęczenie, to zdanie się na Opatrzność Bożą. Różne noclegi, różna pogoda. Zresztą wyruszenie z miejsca gdzie jestem wymaga też wyjścia ze strefy komfortu. I oczywiście można samochodem czy pociągiem, ale jak wspomniałem ja lubię tak, na pieszo, by dać sobie czas – wyjaśnia o. Leonard Bielecki OFM.

Marta Dybińska/PCh24.pl

***

środa 26 sierpnia

Uroczystość Matki Boskiej Częstochowskiej

Msza święta o godz. 19.00

w kaplicy-izbie Jezusa Miłosiernego

NMP Częstochowska

***

Piękną poetycką modlitwą do Królowej Polskiej Korony jest wzruszający wiersz Jana Lechonia, powstały w 1942 roku w Nowym Jorku. Wiersz zatytułowany “Matka Boska Częstochowska” zawiera nawiązania do historii  obrazu i do miejsc szczególnego kultu maryjnego w Polsce:

Matka Boska Częstochowska, ubrana perłami,
Cała w złocie i brylantach, modli się za nami.
Aniołowie podtrzymują Jej ciężką koronę
I Jej szaty, co jak noc są gwiazdami znaczone.

Ona klęczy i swe lice, gdzie są rany krwawe,
Obracając, gdzie my wszyscy, patrzy na Warszawę.
O Ty, której obraz widać w każdej polskiej chacie
I w kościele, i w sklepiku, i w pysznej
komnacie,

W ręku tego, co umiera, nad kołyską dzieci,
I przed którą dniem i nocą wciąż się światło świeci.
Która perły masz od królów, złoto od rycerzy,
W którą wierzy nawet taki, który w nic nie wierzy,

Która widzisz z nas każdego cudnymi oczami,
Matko Boska Częstochowska, zmiłuj się nad nami!
Daj żołnierzom, którzy idą, śpiewając w szeregu,
Chłód i deszcze na pustyni, a ogień na śniegu.

Niechaj będą niewidzialni płynący w przestworzu
I do kraju niech dopłyną, którzy są na morzu.
Każdy ranny niechaj znajdzie opatrunek czysty
I od wszystkich zagubionych niechaj przyjdą listy.

I weź wszystkich, którzy cierpiąc patrzą w Twoją stronę.
Matko Boska Częstochowska, pod Twoją obronę.
Niechaj druty się rozluźnią, niechaj mury pękną,
Ponad Polską, błogosławiąc, podnieś rękę piękną

I od Twego łez pełnego, Królowo, spojrzenia
Niech ostatnia kaźń się wstrzyma, otworzą więzienia.
Niech się znajdą ci, co z dala rozdzieleni giną,
Matko Boska Częstochowska, za Twoją przyczyną.

Nieraz potop nas zalewał, krew się rzeką lała,
A wciąż klasztor w Częstochowie stoi jako skała.
I Tyś była też mieczami pogańskimi ranną,
A wciąż świecisz ponad nami, Przenajświętsza Pann
o,

I wstajemy wciąż z popiołów, z pożarów, co płoną,
I Ty wszystkich nas powrócisz na Ojczyzny łono.
Jeszcze zagra, zagra hejnał na Mariackiej wieży
Będą słyszeć Lwów i Wilno krok naszych żołnierzy.

Podniesiemy to, co legło w wojennej kurzawie,
Zbudujemy Zamek większy, piękniejszy w Warszawie.
I jak w złotych dniach dzieciństwa będziemy słuchali
Tego dzwonka sygnaturki, co Cię wiecznie chwali.

***

Na częstochowskim obrazie Matka Boża przedstawiona jest jako Hodegetria – z Dzieciątkiem na lewej ręce, prawą ma ułożoną na piersiach w taki sposób, jakby wskazywała na Syna.

Był rok 1382 lub 1384. Książę Władysław Opolczyk podróżował do Opola, wioząc na załadowanym po brzegi wozie znaleziony na zamku księcia ruskiego Lwa Daniłowicza w Bełzie obraz Matki Boskiej z Dzieciątkiem. W pobliżu Częstochowy konie nagle zatrzymały się i nie chciały ruszyć z miejsca. A książę we śnie otrzymał polecenie, by przewożony obraz umieścić w pobliskim klasztorze. Od tej pory Jasna Góra staje się miejscem wyjątkowego kultu Matki Bożej, a Jej wizerunek, nazywany jasnogórskim, otaczany jest szczególną czcią przez wiele pokoleń Polaków. W roku 1931, na skutek starań generała paulinów Piotra Markiewicza, watykańska Kongregacja Obrzędów ustanowiła święto Matki Boskiej Częstochowskiej, które jest obchodzone 26 sierpnia.

Nie ustalono, gdzie i kiedy powstał obraz Matki Boskiej Częstochowskiej, mimo że całe pokolenia badaczy trudzą się nad wyjaśnieniem tych kwestii. Według jednej z legend, obraz miał wykonać św. Łukasz Ewangelista na desce pochodzącej ze stołu stojącego w nazaretańskim domu Świętej Rodziny. Św. Helena przywiozła go z Jerozolimy do Konstantynopola i podarowała swemu synowi Konstantynowi Wielkiemu. Potem należał on do cesarza Karola Wielkiego, a wreszcie trafił do rąk księcia ruskiego Lwa Daniłowicza, który ukrył obraz w zamku w Bełzie, skąd zabrał go Władysław Opolczyka

Obraz jasnogórski podobny jest do ikon, na których Matka Boska przedstawiana jest z Dzieciątkiem na lewym ramieniu jako Hodegetria, czyli Przewodniczka, Wskazująca Drogę. W ikonografii terminem tym określa się konkretny sposób przedstawiania Maryi z Dzieciątkiem, który obrazuje dogmat o wcieleniu Syna Bożego dla zbawienia człowieka (w odróżnieniu od ikon przedstawiających macierzyńskie uczucia Maryi wobec Syna, bardziej eksponujących człowieczeństwo Chrystusa, określanych mianem Eleusa, Galaktotrofusa lub Kykkotissa).

Na częstochowskim obrazie Matka Boża przedstawiona jest więc jako Hodegetria – z Dzieciątkiem na lewej ręce, prawą ma ułożoną na piersiach w taki sposób, jakby wskazywała na Syna. Ona nie skupia uwagi na sobie ani nie tuli zaborczo Dziecka, ale wskazuje na Syna jako na Emmanuela, przez którego człowiek wraca do Boga, dostępuje zbawienia. Maryja przyniosła światu Zbawcę, nie zatrzymuje Jezusa dla siebie, ale oddaje Go człowiekowi. Ułożenie prawej dłoni Madonny wyraża prawdę o tym, że jest Ona przewodniczką w wierze, że prowadzi do Syna. Na twarzy widoczny jest smutek, a jednocześnie jakaś łagodność i spokój, co podkreśla godność Boskiego macierzyństwa Maryi.

Sposób przedstawienia Dzieciątka charakterystyczny dla tego typu ikon – z główką lekko uniesioną w stronę Matki, ale nie przytuloną do Niej, wzrokiem skierowanym na wprost, w lewej ręce trzymającego zwój lub księgę Ewangelii, a prawą uniesioną w geście błogosławieństwa – wyraża prawdę, że Chrystus, chociaż wcielony, a więc wyobrażalny, jest zarazem Bogiem. Jego Boski majestat symbolizuje gest błogosławieństwa i pełen godności wyraz twarzy, a także księga w lewej dłoni – symbol Słowa (Logosu), które stało się Ciałem, jak czytamy w Ewangelii wg św. Jana (zob. J1,1). Wyniosła postawa przypomina o wyjątkowej misji, jaką ma do spełnienia na ziemi Syn Boży – zbawienia świata. Sposób ukazywania postaci Madonny i Dzieciątka podkreśla prawdę, że macierzyństwo Maryi jest wyjątkowe, że jest Ona przede wszystkim Matką Boga.

W 1430 roku na jasnogórski klasztor napadła banda zbójców. Zrabowali naczynia liturgiczne i klasztorne skarby. Wdarli się do kaplicy z Cudownym Obrazem, który po odarciu z kosztowności sprofanowali. Twarz Madonny została pocięta mieczem, a w końcu ikona rozbita. Obraz został poddany renowacji, jednak, aby zachować pamięć o tym smutnym wydarzeniu, pozostawiono blizny na twarzy Matki Bożej.
Są obrazy o tematyce religijnej, które nawet podobają się oglądającym je, są uznawane za arcydzieła, dostrzega się w nich talent artysty, ale nie wpływają na ich wiarę czy pobożność. A są obrazy cudowne, słynące łaskami, których twórcom udało się uchwycić i wyrazić Tajemnice, które zbliżają do Boga, przemieniają serce człowieka. Takim obrazem jest wizerunek Czarnej Madonny z Jasnej Góry.

(tekst ze strony parafii pod wezwaniem Najświętszej Maryi Panny Nieustającej Pomocy we Wrocławiu)

***

Papież Leon XIV łączy się z uczestnikami uroczystości na Jasnej Górze

2026.08.26 Papież podczas audiencji generalnej zwrócił się do uczestników uroczystości w Częstochowie

Leon XIV w pozdrowieniach do Polaków podczas środowej audiencji generalnej łączył się z wiernymi i hierarchami zgromadzonymi na Jasnej Górze. Po 70 latach odnawiane są tam dzisiaj Jasnogórskie Śluby Narodu. Papież zachęcił, aby zawarty w nich program odnowy moralnej ciągle był „inspiracją do budowania sprawiedliwości i braterstwa”.

Pełna treść pozdrowienia Leona XIV do Polaków:

„Serdecznie pozdrawiam Polaków. Łączę się duchowo ze zgromadzonymi w Częstochowie, gdzie po 70 latach odnawiane są dzisiaj Jasnogórskie Śluby Narodu, opracowane przez uwięzionego kard. Stefana Wyszyńskiego. Niech zawarty w nich program odnowy moralnej społeczeństwa przez ochronę życia ludzkiego, troskę o małżeństwo i rodzinę oraz o wychowanie dzieci i młodzieży będzie ciągle inspiracją do budowania sprawiedliwości i braterstwa. Wszystkim wam błogosławię!”.

70 lat po historycznym wydarzeniu

W środę 26 sierpnia, w 70. rocznicę Jasnogórskich Ślubów Narodu, biskupi i wierni w Polsce ponawiają zawarte w nich przyrzeczenia. Główna Msza św. w uroczystość Matki Bożej Częstochowskiej rozpocznie się o godz. 11.00 przy ołtarzu polowym na Jasnej Górze. Przewodniczyć jej będzie i homilię wygłosi Prymas Polski abp Wojciech Polak. Na obchody przybywają pielgrzymi z różnych stron kraju.

Tekst Ślubów ułożony przez kard. Wyszyńskiego odczytał 26 sierpnia 1956 roku bp Michał Klepacz. Akt powstał w 300. rocznicę ślubów lwowskich króla Jana Kazimierza jako program religijnej i moralnej odnowy narodu. Wzywał m.in. do wierności Bogu i Kościołowi, troski o rodzinę, życie i sprawiedliwość społeczną.

Artur Hanula, Karol Darmoros/Vatican News

***

Andrzej Solak:

Jasnogórskie Śluby Narodu AD 1956.

I co dalej?

26 sierpnia 2026

forum-0431398442.jpg
Jasnogórskie Śluby Narodu Polskiego
fot. Henryk Przondziona / Gość Niedzielny / Forum

***

– Zapaliliśmy wam pochodnię Jasnogórskich Ślubów na „górach wysokich, osobno” – mówił kardynał Stefan Wyszyński do górali w Zakopanem, w pierwszą rocznicę pamiętnego wydarzenia. – Powstały one wśród gór, w odosobnieniu mego więzienia, gdy prymasowi Polski dana była radość „dla imienia Jezusowego zelżywości cierpieć” (Dz 5, 41). Ogromny program pracy w nich zawarty, nie tylko w górach jest zrodzony, ale w górę prowadzi. […] Mamy przecież podnieść całą Polskę wzwyż! Musimy mówić naszemu Narodowi: Sursum corda! W górę serca!…

Noc długa i ciemna

Rok 1956 miał okazać się wyjątkowy w dziejach naszych i całej Europy Wschodniej.

Z początku nic tego nie zapowiadało. W całym Soc-Łagrze krzepko dzierżyli niepodzielną władzę twardogłowi komuniści. W Polsce za murami więzień i obozów wciąż przebywały tysiące patriotów. Trwało dorzynanie antykomunistycznego podziemia, a właściwie garstki partyzantów, co wciąż tułali się po lasach, bez nadziei zwycięstwa. Obecne w każdym mieście ubeckie katownie wzbudzały nieopisany lęk. W szkołach, zakładach pracy, gazetach forsowano ateizm i dyskryminację wierzących. Na szarego człowieka wylewały się potoki propagandy, nieustannie wychwalającej uroki życia pod rządami Partii.

I nagle ten potężny gmach terroru zachwiał się, u samych fundamentów. W lutym w Moskwie, w trakcie XX Zjazdu Komunistycznej Partii Związku Radzieckiego Nikita Chruszczow potępił „kult jednostki” i zbrodnie epoki stalinizmu. Chruszczow nie był typem nawróconego grzesznika. Za życia Stalina zaliczał się do jego najwierniejszych popleczników. Wciąż uważał się za prawdziwego komunistę. Miał ręce lepkie od krwi. Teraz odciął się od niedawnej przeszłości dla celów polityki doraźnej, w ramach frakcyjnej walki na szczytach władz. Nie przewidział, jakie wrażenie w całym bloku komunistycznym wywoła podważenie „nieomylnych” dotąd dogmatów.

Publiczne obnażenie zbrodniczości systemu wywołało społeczną lawinę, którą trudno było okiełznać. Ludzie coraz śmielej podnosili głowy, także w naszym kraju. W czerwcu na ulice Poznania wyległo sto tysięcy demonstrantów, żądających „chleba, wolności i nauki religii w szkołach”. Protest przerodził się w walki zbrojne, które pochłonęły dziesiątki ofiar. Władze okrutnie zdławiły rewoltę, groziły „odrąbywaniem rąk prowokatorom i szaleńcom”, ale wrzenie narastało. W powietrzu czuć było zbierającą się burzę, choć nikt nie wiedział, dokąd to wszystko doprowadzi, co przyniesie jutro.

Interrex

W rządzonej przez marksistów Polsce jedyną instytucją, która wciąż rozpaczliwie broniła swej niezależności, pozostawał Kościół katolicki.

Dwanaście dotychczasowych lat „czerwonego” panowania przyniosło bolesne rany. Blisko stu zamordowanych oraz tysiąc uwięzionych kapłanów, nadto nieprzeliczone ofiary wśród świeckich, administracyjny ucisk na każdym kroku, codzienne szykany w każdej parafii, próby wywołania rozłamów i wasalizacji… Widok potęgi wroga mógł odebrać nadzieję, a miejsce przy rydwanie zwycięzcy kusiło przywilejami. Były więc także upadki, zdrady, odstępstwa. Jednakże wspólnota wierzących miała to szczęście, że na jej czele stanął człowiek wyjątkowy – duchowy mocarz, a zarazem mąż stanu, który potem zyska u Polaków miano Prymasa Tysiąclecia.

Od 1948 roku godność arcybiskupa metropolity gnieźnieńskiego i warszawskiego, a tym samym prymasa Polski, dzierżył Stefan Wyszyński, cztery lata później wyniesiony do godności kardynalskiej. Człowiek szczerej wiary i patriota, był zarazem twardo stąpającym po ziemi realistą. W 1944 roku, jako kapelan Armii Krajowej, na własne oczy oglądał dramat powstańczej Warszawy; wiedział czym kończy się rzucenie ofiarnej, ale bezbronnej młodzieży przeciw czołgom, artylerii i bombowcom. Dlatego jako prymas starał się unikać otwartej konfrontacji z władzami. Negocjował z komunistami, lawirował, a gdy uznał to za konieczne – szedł na ustępstwa. Chciał dać Kościołowi czas na przeczekanie najgorszego. Jednakże komuna wciąż żądała więcej i więcej. W końcu nie było się gdzie wycofać.

8 maja 1953 roku, co znaczące w dniu wspomnienia św. Stanisława Szczepanowskiego Męczennika, z inicjatywy prymasa Episkopat Polski wystosował list do rządu PRL w obronie prześladowanego Kościoła:

„Gdy postawiono nas wobec alternatywy – albo poddanie jurysdykcji kościelnej jako narzędzia władzy świeckiej, albo osobista wiara – wahać się nie będziemy. Pójdziemy za głosem apostolskiego naszego powołania i kapłańskiego sumienia, idąc z wewnętrznym spokojem i świadomością, że do prześladowania nie daliśmy najmniejszego powodu, że cierpienie staje się naszym udziałem nie za co innego, lecz tylko za sprawę Chrystusa i Chrystusowego Kościoła. Rzeczy Bożych na ołtarzach Cezara składać nam nie wolno: Non possumus!”.

Tego władza nie mogła darować. 25 września 1953 roku bezpieka zatrzymała prymasa. Został następnie internowany pod strażą w klasztorze w Rywałdzie Śląskim, potem w budynkach poklasztornych w Stoczku Warmińskim, w Prudniku Śląskim oraz w klasztorze sióstr Nazaretanek w Komańczy. Mimo wielu starań wrogów nie dał się złamać. Nie pozwolił też, by zawładnęło nim uczucie nienawiści, czy choćby niechęci do prześladowców, przecież po ludzku zrozumiałe w jego położeniu. Jak stwierdził:

– Nie zmuszą mnie niczym do tego, bym ich nienawidził.

Dał nam przykład Jan Kazimierz

W roku 1956 przypadało trzechsetlecie Ślubów Lwowskich króla Jana Kazimierza.

Równo przed trzema wiekami szwedzko-protestancki „potop” zalewał niepowstrzymaną falą polskie ziemie. Wtedy to wracający z wygnania nasz monarcha, w zawsze wiernym polskim Lwowie powierzył Ojczyznę opiece Matki Bożej, nadając jej miano Królowej Korony Polskiej. Pokonana militarnie i politycznie Rzeczpospolita sięgnęła wówczas po swą broń ostateczną – duchowe siły narodu. Ta moc poprowadziła ją ku ocaleniu.

Zaskakujące, że prymasa Wyszyńskiego zainspirowała… literatura piękna. Przypadek sprawił, że podczas internowania w Prudniku w zasięgu ręki prymasa znalazł się „Potop” Henryka Sienkiewicza, zawierający potężną scenę Ślubów Lwowskich.

– Czytając „Potop” Sienkiewicza, uświadomiłem sobie właśnie w Prudniku, że trzeba pomyśleć o tej wielkiej dacie – wspominał kardynał. – Byłem przecież więziony tak blisko miejsca, w którym król Jan Kazimierz i prymas Leszczyński radzili, jak ratować Polskę z odmętów. Pojechali obydwaj na południowy wschód, do Lwowa: drogę torowali im górale, jak to pięknie opisuje  Henryk Sienkiewicz. Gdy z kolei i mnie przewieziono tym samym niemal szlakiem, z Prudnika na południowy wschód, do czwartego miejsca mego odosobnienia, w góry, jechałem z myślą: musi powstać akt Ślubowań odnowionych!

Czy zatem o nadchodzących wydarzeniach rzeczywiście zadecydował przypadek? Fakt, że prymas sięgnął właśnie po tę, a nie inną książkę?

„Przypadek to pseudonim Boga, gdy nie chce pod czymś umieścić Swego autografu” – napisał niegdyś Anatol France…

Najpiękniej pisze się w więzieniu

Myśl o odnowieniu Ślubów Lwowskich, przystosowanych do nowej sytuacji, dojrzewała także w innych kręgach.

Do więzionego w Komańczy prymasa przybyła jego dawna współpracownica, Maria Okońska, założycielka Stowarzyszenia Żeńskiej Młodzieży Katolickiej. Przedstawiła prośbę biskupów oraz jasnogórskich paulinów o zredagowanie nowej wersji Ślubów Narodu.

– W pierwszym momencie twarz Ojca rozpromieniła się radośnie – wspominała wysłanniczka. –  Widoczne było, że Ojciec nie tylko uradował się naszym przybyciem, ale także tą prośbą.

Nieoczekiwanie dla wszystkich prymas jął wahać się i zwlekać z wypełnieniem zadania. W końcu, indagowany przez Okońską, wyznał:

– Gdyby Matka Boża chciała, abym Śluby napisał, byłbym wolny, a ja jestem więźniem i nie uczynię dobrowolnie niczego, co mogłoby się Jej nie podobać.

Na szczęście rozmówczyni natychmiast rozwiała jego wątpliwości: – […] powiedziałam: „Ojcze, przecież św. Paweł Apostoł najpiękniejsze swoje listy do wiernych pisał z więzienia!”. Ojciec popatrzył na mnie jakoś dziwnie, jakby mnie pierwszy raz zobaczył, i odpowiedział: „Masz rację, najpiękniejsze jego listy pochodziły z więzienia”.

Nazajutrz, 16 maja, w dniu wspomnienia św. Andrzeja Boboli, tekst nowych Ślubów był gotów. Zawarto w nim wielki program odnowy religijnej i moralnej narodu.

– Stajemy przed Tobą pełni wdzięczności, żeś była nam Dziewicą Wspomożycielką wśród chwały i wśród straszliwych klęsk tylu potopów. Stajemy przed Tobą pełni skruchy, w poczuciu winy, że dotąd nie wypełniliśmy ślubów i przyrzeczeń ojców naszych – pisał prymas. W tekście odnawiał śluby przodków, uznawał Matkę Bożą za Patronkę i Królową narodu polskiego. Powierzał Jej opiece „wszystkie ziemie polskie”, przyrzekał wierność w „życiu osobistym, rodzinnym, narodowym i społecznym”. Ślubował bronić życia poczętego, małżeństwa, godności kobiety i ognisk domowych, wychowywać dzieci w wierności Chrystusowi, w miłości i sprawiedliwości, w zgodzie i pokoju, odrzucając nienawiść, przemoc i wyzysk. Obiecywał wreszcie walkę z wadami narodowymi – lenistwem, lekkomyślnością, marnotrawstwem, pijaństwem i rozwiązłością. Śluby kończyło wezwanie: „Prowadź nas poprzez poddaną Ci ziemię polską do Bram Ojczyzny Niebieskiej. A na progu nowego życia sama okaż nam Jezusa, błogosławiony Owoc żywota Twojego. Amen”.

Prymas zarządził, by Śluby zostały odczytane z Wałów Jasnogórskich w dniu 26 sierpnia przez biskupa Michała Klepacza, zastępującego w tym czasie uwięzionego prymasa. Gdyby z jakichkolwiek powodów biskup nie mógł tego uczynić, tekst miał odczytać generał paulinów o. Alojzy Wrzalik, bądź przeor Jasnej Góry o. Jerzy Tomziński, w ostateczności zaś „niech to uczyni kuchcik jasnogórski, byleby tylko Śluby były złożone”.

Ów dzień

Maria Okońska nadal pełniła swą pracę emisariuszki między prymasem a pozostającymi na wolności hierarchami Kościoła:

„Przyjechałam do Komańczy 25 sierpnia wieczorem. Przywiozłam dokładny program uroczystości na Jasnej Górze i prośbę ojców paulinów, aby Ksiądz Prymas czynił to samo w Komańczy, z 10-minutowym wyprzedzeniem. Tak też się stało.

Bardzo przeżyłam moment składania Ślubów. Ojciec [tj. Prymas] stanął przed ogromnym Obrazem Matki Bożej Jasnogórskiej, wziął tekst Ślubów do ręki i powiedział do mnie:

– Powtarzaj – «Królowo Polski – przyrzekamy!». Jesteśmy jakby symbolem ludu zebranego pod Szczytem Jasnej Góry.

Czytał dobitnie, wyraźnie, z ogromnym wzruszeniem. Ja drżącym głosem powtarzałam:

– Królowo Polski, przyrzekamy!”

A w dalekiej Częstochowie, na Jasnogórskich Wałach, odczytywał tekst ślubów biskup Michał Klepacz. „Królowo Polski, przyrzekamy!” odpowiadała potężnym chórem milionowa rzesza pielgrzymów. Zwracał uwagę pusty fotel przeznaczony dla prymasa. Ktoś położył na nim biało-czerwoną wiązankę kwiatów.

Polska zmieniała się. W październiku, na fali politycznych przeobrażeń na szczytach władz, zwrócono wolność prymasowi. Stalinowska frakcja komunistów została zmuszona do odwrotu. Udało się przy tym uniknąć krwawej jatki, jakiej w owym czasie doświadczyły bratnie Węgry. Rządy marksistów miały potrwać jeszcze długie dekady. W tym czasie wyrządzono jeszcze wiele krzywd i zniszczono wielu ludzi, jednakże najbrutalniejszy okres „Polski Ludowej”, czas prawdziwie masowego codziennego terroru został zamknięty.

Jasnogórskie Śluby Narodu nie były jednorazowym wydarzeniem. W nawiązaniu do nich zrealizowano we wszystkich parafiach program Wielkiej Nowenny, przygotowujący do przeżywania Milenium Chrztu Polski.

Modlitwa na zgliszczach

Jasnogórskie Śluby Narodu, podobnie jak niegdyś Śluby Lwowskie odegrały ogromną rolę, konsolidując Polaków w dramatycznych dla nich chwilach. Co pozostało po złożonych przyrzeczeniach? Czy zostały dotrzymane?

Do serca Twego, Pani świata

My, Twoje dzieci garniem się…

– śpiewały wciąż nowe pokolenia polskich katolików. Czy dzisiaj Matka Boża chętnie przyznałaby się do naszej czeredy?

Ślubowaliśmy jako naród i teraz odnawiamy nasze przyrzeczenia. Ale co wiąże się z faktem, że coś ślubujemy? Czymże jest dziś naród polski?

Nie będę już wracał do czasów komuny, kiedy łudziliśmy się, że wszystko jest winą obcych; że wystarczy tylko wyprosić z naszych granic sowieckie dywizje, a wtedy przykładnie posprzątamy i zagospodarujemy nasz wspólny dom. Bo co zrobiliśmy z ofiarowaną nam wolnością? Jakich wyborów dokonywał nasz naród?

Toż nie przypiszemy cudzoziemskim bagnetom mordów na nienarodzonych maleństwach. Nie zwalimy na obce rządy odpowiedzialności za rozpadające się małżeństwa, za konkubinaty nowomodnie zwane „związkami partnerskimi”, za tolerowanie zboczeń i wynaturzeń. Czy tak ma wyglądać polskie Królestwo Maryi?

Jakże często przyznanie się do polskości sprowadzało się do wymachiwania flagą i odśpiewania paru piosenek. Ale kiedy obce flagi wisiały na naszych urzędach – ilu z nas to nie przeszkadzało? Ilu z nas biło brawa szubrawcom z gębami pełnymi patriotycznych frazesów, co jawnie uprawiali uniżone służalstwo wobec obcych, wobec wrogów?

A kiedy setki tysięcy wyznawczyń lesbijki Lempart maszerowały ulicami polskich miast, żądając prawa do mordowania dzieci nienarodzonych – ilu z nas podążyło bronić kościołów, a ilu tłumaczyło swą bierność restrykcjami kowidowymi ogłoszonymi przez tak zwany „nasz rząd”?

Prawda, mieliśmy w tamtych czasach rządowe zakazy procesji, zgromadzeń, nawet pogrzebów. Przychodziłem wtedy do kościoła, był prawie pusty; była nas garść. Gdzie był naród?

Który biskup wspiera dziś POLSKOŚĆ? Który wspiera zasadę SPRAWIEDLIWOŚCI wynikającą z katolickiej nauki społecznej? Który w minionych latach odważył się powiedzieć głośno, że polskie dzieci spychane w dół w kolejkach do lekarzy nie są wcale mniej ważne od dzieci ukraińskich imigrantów? Który stwierdził, że Polak nie powinien być we własnym kraju obywatelem gorszego sortu?

Który biskup napomniał naszych greckokatolickich braci w Wierze o ich kleryków i duchownych, co pieją przed kamerą „Baćko nasz Bandera, Ukraina mati”? Który oświadczył tym ludziom otwarcie, prosto w oczy, że promowanie zbrodniarzy przez duchownych jest nikczemnością, że stanowi zaprzeczenie Chrystusowej wiary; że wiernych niezorientowanych w temacie prowadzi ku potępieniu?

Ślubowaliśmy jako naród i jako naród upadaliśmy wielokrotnie. To ostatnie nie jest niczym wyjątkowym w ludzkich dziejach. Przecież upadali nawet Apostołowie. Tyle, że oni nie poklepywali się wtedy po plecach, nie pocieszali się krzepiącym pustosłowiem. Gdy wreszcie opuścili swe kryjówki, w których wcześniej chowali się „ze strachu przed Żydami”, zaczęli od rachunku sumienia, od aktu żalu. Pierwszy św. Piotr, co po trzykroć publicznie zaparł się Zbawiciela – on pierwszy ukorzył się i szczerze zapłakał nad własną nędzą. To uczyniło zeń twardą, niezniszczalną Skałę, na której zbudowano Kościół.

Potrzebne są nam wielkie, narodowe rekolekcje.

Andrzej Solak/PCh24.pl

***

Napisane w więzieniu, wypowiedziane na Jasnej Górze

Pusty fotel na Jasnej Górze przypominał, że Prymasa nie ma wśród pół miliona wiernych. Kard. Stefan Wyszyński był więziony w Komańczy, ale to napisane przez niego słowa 26 sierpnia 1956 r. rozbrzmiewały w Częstochowie. Tekst Jasnogórskich Ślubów Narodu powstał w ciągu jednego poranka i został potajemnie przewieziony na Jasną Górę. 70 lat później historyczna księga Ślubów znów jest w sanktuarium.

Oby każde słowo Ślubów Jasnogórskich weszło w naszę krew, pisał Pryms Tysiąclecia

 Archiwum Instytutu Prymasowskiego Stefana Kardynała Wyszyńskiego.

Oby każde słowo Ślubów Jasnogórskich weszło w naszę krew, pisał Pryms Tysiąclecia

***

Śluby nosił już w sercu

Był rok 1956. Mijało 300 lat od ślubów lwowskich Jana Kazimierza, a internowany od 1953 r. kard. Stefan Wyszyński przebywał w Komańczy. Myśl o odnowieniu historycznego aktu towarzyszyła mu jednak już wcześniej, podczas uwięzienia w Prudniku. Gdy jesienią 1955 r. przewożono go stamtąd do Komańczy, przemierzał część drogi, którą trzy wieki wcześniej król podążał do Lwowa.

Episkopat przygotowywał już „Rok Ślubów Narodowych”. Komunistyczne władze próbowały jednak storpedować te plany. 17 marca Wyszyński zapisał, że rząd „wyraził życzenie”, aby program obchodów został wycofany. Prymas pytał wówczas, czy powodem był lęk przed „masowymi wystąpieniami opinii katolickiej pod przewodnictwem Episkopatu”.

Kilka dni później, 24 marca, do Komańczy przyjechały z Jasnej Góry Maria Okońska i Janina Michalska. Przywiozły Prymasowi wiadomości o przygotowaniach do Roku Ślubów Narodowych. Okońska przekonywała go, aby napisał nowy tekst ślubowania. Wyszyński jednak odmawiał.

„Więzień musi milczeć”

Prymas uważał, że skoro Bóg dopuścił jego uwięzienie, powinien przyjąć również wynikające z niego milczenie. „Jestem więźniem z woli Bożej, a więzień musi milczeć” – argumentował.

Maria Okońska przypomniała mu wtedy św. Pawła, który właśnie z więzienia pisał listy i prowadził założone przez siebie wspólnoty. Ten argument przełamał opór Wyszyńskiego. Gdy Okońska zapytała, czy wie, co chciałby napisać, odpowiedział: „Marysiu, ja je już od Prudnika noszę w sercu!”

Rankiem 16 maja 1956 r., we wspomnienie św. Andrzeja Boboli, Prymas przelał to, co nosił w sobie, na papier. Według zachowanych relacji rozpoczął około godz. 5.00. Dwie godziny później gotowy był kilkustronicowy rękopis Jasnogórskich Ślubów Narodu, niemal bez poprawek.

Tajny tekst rusza w drogę

Rękopis przepisano na maszynie. 22 maja Janina Michalska wyruszyła z tekstem do Częstochowy. Wiozła także listy Prymasa do przełożonych paulinów. Wyszyński liczył się z możliwością kontroli. Przed zaklejeniem kopert przeczytał więc Michalskiej ich treść, aby w razie konieczności mogła zniszczyć dokumenty, a wiadomość przekazać ustnie.

Misja się powiodła. Śluby dotarły na Jasną Górę. Aby nie dopuścić do przedwczesnego ujawnienia tekstu, był on następnie przepisywany m.in. w klasztorach klauzurowych. Przygotowano także uroczystą księgę Ślubów.

Nawet jasnogórski kuchcik

Wyszyński zdawał sobie sprawę, że 26 sierpnia może nie otrzymać zgody na wyjazd do Częstochowy. Dlatego przygotował szczegółowy plan. Śluby miał odczytać bp Michał Klepacz. Gdyby władze mu to uniemożliwiły – generał paulinów, a następnie przeor Jasnej Góry. Prymas był zdecydowany: w ostateczności miał zrobić to nawet „jasnogórski kuchcik”. Najważniejsze było, aby Śluby zostały złożone.

26 sierpnia Wyszyński rzeczywiście pozostał w Komańczy. Na Jasnej Górze ustawiono dla niego pusty fotel. Tekst odczytał bp Klepacz, a zgromadzone tłumy odpowiadały: „Królowo Polski, przyrzekamy!”

Tego samego dnia Prymas pisał w Komańczy: „Te słowa będą mówiły za mnie do ludzi. A ja będę mówić tylko do Ciebie – za nich”. I dodawał: „Dokonało się dziś wielkie dzieło. Spadł kamień z serca. Oby stał się chlebem dla Narodu”.

Pusty fotel z herbem Prymasa Soli Deo

Pusty fotel z herbem Prymasa “Soli Deo”

***

Księga znów na Jasnej Górze

Trzy dni po uroczystości księga dotarła do Komańczy. Wyszyński złożył pod tekstem swój podpis i dopisał: „In vinculis pro Ecclesia” – „w kajdanach za Kościół”.

Dziś, 70 lat później, historyczny dokument ponownie można zobaczyć na Jasnej Górze. Księga „Odnowienie Ślubów Narodu na Jasnej Górze 1956 RP”, przechowywana na co dzień w Archiwum Archidiecezjalnym w Gnieźnie, jest prezentowana do połowy września na wystawie poświęconej Prymasowi Tysiąclecia w Bastionie św. Rocha.

Historia zatacza więc symboliczne koło. Tekst powstał w Komańczy, potajemnie dotarł na Jasną Górę, wrócił do uwięzionego Prymasa po jego podpis, a po 70 latach znów znalazł się w miejscu, w którym jego słowa wypowiedziały setki tysięcy Polaków.

 Vatican News/Tygodnik Niedziela

***

Dokonało się wielkie dzieło

26 sierpnia 1956 r. na Jasnej Górze wydarzyło się coś, co nie byłoby możliwe w żadnym innym kraju znajdującym się pod wpływem Związku Sowieckiego.

Malowidło z Klasztoru Franciszkanów w Prudniku-Lesie – miejsca uwięzienia prymasa Stefana Wyszyńskiego

Malowidło z Klasztoru Franciszkanów w Prudniku-Lesie – miejsca uwięzienia prymasa Stefana Wyszyńskiego

fot. Grażyna Kołek

***

Ponad milion ludzi składało przyrzeczenie Matce Najświętszej: „Przyrzekamy uczynić wszystko, co leży w naszej mocy, aby Polska była rzeczywistym królestwem Twoim i Twojego Syna, poddanym całkowicie pod Twoje panowanie, w życiu naszym osobistym, rodzinnym, narodowym i społecznym”. Komuniści mogli się tylko bezradnie przyglądać rozmodlonej rzeszy wiernych i słuchać, jak po każdym z dziewięciu wezwań rozlegało się potężne: „przyrzekamy”.

Obrona przed zalewem nowych „czarów”

W tym czasie autor ślubów – kard. Stefan Wyszyński przebywał w więzieniu w Komańczy, przy granicy ze Związkiem Sowieckim. Śluby były początkiem gigantycznego planu duszpasterskiego prymasa Wyszyńskiego, dzięki któremu chciał przygotować naród na Tysiąclecie Chrztu Polski, przypadające w 1966 r.

Kardynał Wyszyński, więzień władzy komunistycznej, która usiłowała budować państwo bez Boga, dostrzegł, że trzeba pomyśleć o „obronie Jasnej Góry” w innych kategoriach: jako obronie duszy, rodziny, narodu, Kościoła, przed zalewem nowych „czarów”, pod którym to pojęciem można rozszyfrować wrogą kulturze chrześcijańskiej ideologię.

Tłumaczył to następująco: „«Obrona Jasnej Góry» dziś – to obrona chrześcijańskiego ducha Narodu, to obrona kultury rodzinnej, obrona jedności serc ludzkich w Bożym Sercu, to obrona swobodnego oddechu człowieka, który chce wierzyć bardziej Bogu niż ludziom, a ludziom po Bożemu”.

W Prudniku prymas rozmyślał także o zbliżającej się rocznicy ślubów króla Jana Kazimierza, złożonych podczas potopu szwedzkiego 1 kwietnia 1656 r. w katedrze we Lwowie. Komuniści nie mogli wiedzieć, że w głowie prymasa Polski kiełkowała myśl, której realizacja wstrząśnie podwalinami budowanego z tak ogromnym nakładem sił i środków nowego ustroju. Prymas nie miał wątpliwości, że w 300. rocznicę ślubów lwowskich, które uważał za jeden z „największych porywów sprawiedliwości społecznej” w Polsce, powinien powstać tekst nowych ślubów, dostosowanych do czasów współczesnych. Kiedy w końcu października 1955 r. był przewożony z Prudnika do Komańczy w Bieszczadach, ostatniego miejsca uwięzienia, zdał sobie sprawę, że porusza się tym samym szlakiem, którym przed 300 laty podążał do Lwowa król Jan Kazimierz z prymasem Wacławem Leszczyńskim, aby tam złożyć swe śluby: ogłosić Maryję, Matkę Chrystusa, Królową Polski, zawierzyć Jej wojsko i lud oraz przyrzec ulżenie doli chłopów.

Pomny na to wielkie historyczne wydarzenie ksiądz prymas postanowił, że w następnym roku – 1956, a więc w 300. rocznicę ślubów króla Jana Kazimierza, powstanie tekst odnowionego ślubowania, składanego już nie przez króla, ale przez cały naród. Z tą myślą jechał do Komańczy, aby rozpocząć trzeci rok swego uwięzienia.

Z więzienia, jak św. Paweł

Prymas nie był sam. Również na Jasnej Górze dojrzewała myśl o ponowieniu ślubów. Nikt nie miał wątpliwości, że ich tekst powinien napisać prymas Polski. Gdy jednak dotarła do niego prośba episkopatu Polski i paulinów z Jasnej Góry, kard. Wyszyński odmówił, tłumacząc, że jest więźniem z woli Bożej, a więzień musi milczeć. Odmówił również bp Michał Klepacz, który pełnił obowiązki przewodniczącego Konferencji Episkopatu Polski. Sytuację próbowali ratować paulini, ale zredagowany przez ich kierownictwo tekst, co przyznali sami zakonnicy, nie dorastał do rangi wydarzenia.

Był to już czas, kiedy uwięzionego kard. Wyszyńskiego mogły odwiedzać osoby z jego najbliższego otoczenia. 24 marca 1956 r. do Komańczy pojechały Maria Okońska i Janina Michalska z Instytutu Prymasowskiego. Ponownie przedstawiły kard. Wyszyńskiemu prośbę biskupów i paulinów. Na te słowa twarz prymasa rozpromieniła się radośnie, jednak dni mijały, a tekstu ślubów nadal nie było. „Ojcze, dlaczego?” – pytała codziennie Maria Okońska. Dawał wymijające odpowiedzi. Wreszcie, a było to 15 maja, uzasadnił odmowę: „Gdyby Matka Boża chciała, abym Śluby napisał, byłbym wolny, a ja jestem więźniem i nie uczynię dobrowolnie niczego, co mogłoby się Jej nie podobać”.

Wówczas Marii Okońskiej przyszła do głowy olśniewająca myśl: „Ojcze, przecież św. Paweł Apostoł najpiękniejsze swoje listy do wiernych pisał z więzienia”. Prymas przyznał jej rację.

Na drugi dzień rano wszedł do domowej kaplicy z rozpromienioną miną. Na klęczniku Marii Okońskiej położył plik papieru maszynowego, zapisanego jego drobniutkim pismem. Na pierwszej stronie widniał tytuł: „Jasnogórskie Śluby Narodu Polskiego”.

Teraz zostało do wykonania najtrudniejsze zadanie: dostarczyć tekst na Jasną Górę, aby nie dostał się w niepowołane ręce. Zadanie to prymas powierzył Janinie Michalskiej, załączył też list do ojca generała. W liście tym prosił, aby 26 sierpnia 1956 r. tekst Ślubów został odczytany z wałów jasnogórskich, wobec zebranych pielgrzymów, przez bp. Klepacza, który zastępował uwięzionego prymasa. Jeżeli władze komunistyczne przeszkodzą, niech tekst Ślubów przeczyta generał paulinów o. Alojzy Wrzalik, gdy i ten będzie „przeszkodzony”, niech przeczyta przeor Jasnej Góry o. Jerzy Tomziński. A jeżeli i jemu zabronią, „niech to uczyni kuchcik jasnogórski, byleby tylko Śluby były złożone”.

W Jej imieniu jednoczyć i odradzać

Na szczęście nikt nie został „przeszkodzony”, a rotę ślubów odczytał bp Klepacz. Dziesięć minut wcześniej, w swoim pokoju w Komańczy, przed obrazem Matki Bożej Częstochowskiej, tekst ślubowania wypowiedział prymas Wyszyński. Rolę „ludu Bożego” odegrała Maria Okońska, która po każdym wezwaniu odpowiadała: „przyrzekamy”. Kardynała bardzo ucieszyła przywieziona przez nią hostia jako znak łączności z Jasną Górą.

Prymas, prymus w szkole Maryi, nie buntował się, że nie ma go wśród rzeszy Polaków zgromadzonych przed jasnogórskim szczytem. Widział w tym wolę Matki Najświętszej. Pod datą 26 sierpnia 1956 r. zapisał: „W tej chwili cała Polska modli się o moją obecność na Jasnej Górze. Tylko my dwoje wiemy, że jeszcze nie przyszedł czas, że ma się stać wola Twoja. W tym jest Twoja wielka moc, której ja ulegle się poddaję, jako całkowity niewolnik najpotężniejszej Królowej. Bądź uwielbiona w tej mocy, którą mi dajesz, bym w pełni uznał, że największa moc i miłość jest w tej uległości”.

Po odczytaniu roty Ślubów ogarnął go wielki spokój. Rozsadzająca radość podyktowała mu słowa: „Dokonało się dziś wielkie dzieło. Spadł kamień z serca. Oby stał się chlebem dla Narodu”.

Trzy dni później, w liście do generała paulinów, prymas napisał: „Bóg jeszcze raz pokazał, w imię jakiej siły trzeba jednoczyć i odradzać Naród”. Dla kard. Wyszyńskiego tą niezawodną siłą była Maryja.

Grzegorz Polak –Tygodnik Niedziela

***

Uroczystość NMP Częstochowskiej

 

Nietypowy wizerunek NMP Częstochowskiej. W towarzystwie kard. Wyszyńskiego. Obraz znajduje się w Prudniku, w sanktuarium św. Józefa.

fot. HENRYK PRZONDZIONO / Gość Niedzielny

***

W środę w Kościele przypada uroczystość Najświętszej Maryi Panny Częstochowskiej. Obraz Matki Bożej na Jasnej Górze otaczany jest przez Polaków czcią od XIV w. Co roku do jasnogórskiego sanktuarium pielgrzymuje ok. 2 mln wiernych.

W ciągu roku na Jasnej Górze są dwa szczyty pielgrzymkowe – 15 sierpnia w uroczystość Wniebowzięcia Najświętszej Maryi Panny oraz 26 sierpnia w uroczystość Najświętszej Maryi Panny Częstochowskiej. Najwięcej pątników dociera do Częstochowy w pielgrzymkach pieszych, jednak część przyjeżdża na rowerach i na rolkach, a część w pielgrzymkach biegowych.

Legenda głosi, że Cudowny Obraz Matki Bożej Częstochowskiej został namalowany przez św. Łukasza Ewangelistę na desce stołu z domu Maryi. Rzeczywista data powstania ikony i jej autor nie są znane. Historycy sztuki wykazują na duże podobieństwo do ikon bizantyjskich określanych nazwą Hodegetria, co oznacza: “Ta, która prowadzi”. Zdaniem ekspertów obraz może pochodzić z X w.

Wiadomo, że ikonę sprowadził do Częstochowy na przełomie lat 1382-1384 książę Władysław Opolczyk. Obraz uznany został za cudowny i otoczony kultem, a na Jasną Górę zaczęli przybywać pielgrzymi przynoszący z sobą liczne wota. Przyciągnęły one też złodziei, którzy w 1430 r. dokonali napaści na klasztor.

Napad opisał kronikarz Jan Długosz. Według jego relacji napastnicy ukradli naczynia i sprzęty liturgiczne, kielichy, krzyże i ozdoby, a także złoto i klejnoty, którymi przyozdobiony był obraz. Następnie, w czasie ucieczki, uszkodzili twarz Maryi cięciem szabli. Choć z rozkazu króla Władysława Jagiełły ikona poddana została renowacji, ślady napaści z 1430 r. pozostały widoczne – są nimi dwa równoległe ślady cięcia miecza na policzku Maryi, przecięte trzecim na linii nosa oraz kilka podobnych, choć znacznie mniejszych cięć na szyi.

Przed ikoną wielokrotnie modlili się polscy królowie i książęta, m.in. Kazimierz Jagiellończyk, Stefan Batory, Zygmunt III Waza, Jan Kazimierz i Jan III Sobieski.

Obraz Matki Bożej Częstochowskiej został dwukrotnie ozdobiony papieskimi koronami. Pierwsza papieska koronacja obrazu jasnogórskiego – decyzją Klemensa XI – odbyła się w 1717 r. To on sam ufundował korony dla Matki Bożej. Korony te skradziono w nocy z 22 na 23 października 1909 r. wraz z perłową suknią i innymi kosztownościami. Po kradzieży nowe korony ofiarował Maryi papież Pius X. Powtórna koronacja odbyła się 22 maja 1910 r.

Po wieloletnich staraniach uroczystość Najświętszej Maryi Panny Częstochowskiej w 1904 r. ustanowił dla Jasnej Góry i diecezji włocławskiej papież Pius X. Ogłoszenie święta wyjednał u papieża bł. Honorat Koźmiński. W 1931 r. Pius XI rozciągnął obchody na całą Polskę.

Z Matką Bożą na Jasnej Górze od młodości byli mocno związani zarówno św. Jan Paweł II, jak i bł. kard. Stefan Wyszyński. Papież Jan Paweł II podczas mszy św. na Jasnej Górze 4 czerwca 1979 r. wskazał, że “jeśli chcemy dowiedzieć się, jak płyną te dzieje w sercach Polaków, trzeba przyjść tutaj. Trzeba przyłożyć ucho do tego miejsca. Trzeba usłyszeć echo życia całego narodu w Sercu jego Matki i Królowej”.

Prymas Tysiąclecia napisał tekst Jasnogórskich Ślubów Narodu Polskiego, które nawiązywały do lwowskich ślubów Jana Kazimierza z 1656 r., oddających naród w opiekę Maryi. Tekst ten w czasie uroczystości odpustowych w 1956 r. odczytał bp Michał Klepacz.

W ramach przygotowanego przez kard. Wyszyńskiego programu odnowy moralno-duchowej, przygotowującego do obchodów tysiąclecia chrztu Polski, stworzono kopię obrazu jasnogórskiego, która od 26 sierpnia 1957 r. odwiedza kolejne diecezje w kraju.

4 września 1966 r. obraz został siłą zatrzymany przez władze komunistyczne w drodze do Katowic i odwieziony do Warszawy, gdzie przechowywano go w zakrystii. Jednak, kiedy przed oknem zakrystii zaczęli gromadzić się wierni, kopia ikony została przewieziona do kaplicy św. Antoniego na Jasnej Górze. Po zatrzymaniu obrazu, od 1966 do 1972 r., po polskich diecezjach pielgrzymowały tylko puste ramy i ewangeliarz. “Aresztowanie Matki Bożej” odczytane zostało przez wiernych jako symbol braku wolności religijnej w Polsce i wywołało w społeczeństwie wiele emocji. Ostatecznie obraz powrócił na trasę 18 czerwca 1972 r. po tym, jak potajemnie wykradł go z Jasnej Góry ks. Józef Wójcik z pomocą dwóch sióstr służek z Markówki: s. Heleny Trentowskiej i s. Marii Kordas.

Wizerunek do dziś wędruje po Polsce. 26 sierpnia br. kopia ikony rozpoczęła wędrówkę po diecezji świdnickiej, która zakończy się 24 kwietnia 2027. Obraz odwiedzi 192 parafie w 24 dekanatach.

Gość Niedzielny

***

Jacek Kowalski:

Matka Boska Częstochowska.

Mity narodowe – kity naukowe

26 sierpnia 2026

MB-Czestochowska_03.jpg
Public domain, via Wikimedia Commons

***

Pewne grono wykształconych Polaków wciąż wierzy, że blizny na obliczu Matki Boskiej Częstochowskiej zostały sztucznie domalowane przez średniowiecznych malarzy, bo Obraz nigdy nie został zbezczeszczony przez husytów, a jedynie obrabowany z kosztowności wskutek katolickiej prowokacji. Takie przekonanie wynika z nieaktualnego już – uwaga, PRL-owskiego u korzeni – stanu badań. Było zaskakująco inaczej.

W Niedzielę Wielkanocną 16 kwietnia 1430 roku napastnicy najechali jasnogórski klasztor, wpadli do kaplicy Cudownego Obrazu, odarli Obraz z kosztowności, wlekli po ziemi, zadawali ciosy malowanemu Obliczu, wreszcie oberwali srebrną blachę scalającą deski podobrazia, które rozpadło się na części.

To fakty. Rany zadane Obliczu były bardzo liczne – znacznie liczniejsze niż te, które widzimy na Obrazie dziś, a zadano je ze szczególną perwersją (wszystko to wiemy dzięki najnowszym badaniom konserwatorskim).

Kto był sprawcą napadu?

Ksiądz kanonik Jan Długosz w swoich Rocznikach Królestwa Polskiego zapisał, iż przez długi czas uważano, że tego występku dopuścili się czescy heretycy, to znaczy husyci, w związku z czym zarówno król Władysław, jak panowie polscy zamierzali wszcząć wojnę z Czechami (…) po zbadaniu jednak sprawy i dojściu do prawdy wyszło na jaw, że napadu dokonali pewni szlachcice polscy, którzy zbyt rozrzutnie roztrwonili swoje majątki po ojcach i mieli długi. Pragnąc długi te spłacić, urządzili napad, dobrawszy sobie rabusiów z Czech, Moraw i Śląska. Po odkryciu tego faktu, król wtrącił sprawców do więzienia.

Problem w tym, że w tradycji jasnogórskiego klasztoru trwał inny przekaz: że napadu dokonali husyci – i kropka. W tejże tradycji zapisano, że król Jagiełło zlecił naprawę znieważonego Obrazu, ale mimo usiłowań nie udało się zamalować blizn na Obliczu Matki Bożej: farba nieodmiennie spływała. Dlatego blizny pozostały i są do dziś.

Jak widzimy, dwa równoległe źródła są ze sobą niezgodne. Historyk Długosz i klasztorna tradycja paulinów mówią co innego.

Problemy badaczy minionej epoki

W latach panowania „światopoglądu naukowego” – czyli epoce PRL-u – okazało się, że polscy komuniści mają z tym wydarzeniem problem. Husytów wypadało bowiem uznawać za ruch postępowy – prekursorów rewolucji. Ba, doszło wręcz do uprzedmiotowienia Husa przez dogmatyczny marksizm (to cytat z Pawła Krasa i Martina Nodla). Co więcej, napad na klasztor i likwidacja katolickiej dewocji mogły zostać uznane przez komunistów za czyn chwalebny, bo rewolucyjny. A jednak głupio im było chwalić się zbezczeszczeniem Matki Boskiej Częstochowskiej. Mimo wszystko.

Zaczęły się więc inne spekulacje – swoją drogą niepozbawione logiki. W roku 1430 na Śląsku trwała wszak wojna. Husyci radykalni ścierali się z umiarkowanymi, którzy gotowi byli do ugody z cesarzem Zygmuntem Luksemburczykiem i resztą katolickiego świata. Zygmunt Luksemburczyk zaś to notoryczny sojusznik Krzyżaków. Radykałowie dążyli więc do zawarcia z Jagiełłą antykrzyżackiego sojuszu. Taki sojusz (do którego ostatecznie doszło) mógł się wielu wydawać wątpliwy. Otóż napad wydarzył się właśnie wtedy, kiedy Jagiełło przyjmował w Kaliszu husyckie poselstwo, rozpoczynając rozmowy w tej sprawie. Czyli był to kij w szprychy porozumienia.

Badacze zaczęli więc sugerować, że cały ten napad to po prostu katolicka prowokacja, która podała broń do ręki antyheretyckiej propagandzie, aby oczernić husytów (swoją drogą trudno było ich oczerniać na tej podstawie, bo eksces częstochowski to i tak pryszcz wobec tego, co wyrabiali u siebie). Napad opisywano więc jako husycki w cudzysłowie, dokonując zdjęcia odpowiedzialności z czeskich husytów za wypadek częstochowski. Inni badacze uważali, że Długosz w ogóle konfabulował, skoro nieznane są jakiekolwiek zapiski o tym, iż srodze ukarana została zbrodnicza szlachta. Czyli wszystko to katolicka fikcja, gwoli wykreowania blizn na obliczu Maryi na atrybut Królowej Korony Polskiej i nabożną metaforę naszych dziejów.

Współczesna konsternacja

A tymczasem – rękopisy nie płoną. W świetle niedawno odkrytych dokumentów relacja Długosza okazała się dokładna i prawdziwa, tak samo jak… tradycja zakonna. Sęk w tym, że oba przekazy omijały część prawdy – tu niewygodnej dla króla Jagiełły, tam wstydliwej dla rycerstwa polskiego. Nowo odkryte źródła – w połączeniu z relacją Długosza – wskazały, że sprawcą napadu był husycki oddział księcia Fedka Ostrogskiego, acz jego przewodnikami lub prowodyrami było faktycznie kilku polskich młodzieńców z dobrych rodów: Jakub Nadobny z Rogowa, Jan Kuropatwa z Łańcuchowa i Rogala z Kozolina.

Tu wyjaśnienie: Fedko Ostrogski to ruski kniaź, który przekabacił się na radykalnego heretyka i hulał po Śląsku, ale wcześniej, za młodu, bywał prawą ręką Jagiełły. Z kolei polscy młodzieńcy do husytów nie należeli. Zapewne zawędrowali na Śląsk w asyście jakiegoś (królewskiego?) poselstwa. Faktycznie byli straszliwie zadłużeni, więc albo sami podsunęli husytom pomysł napadu, albo najęli się za przewodników w zamian za udział w łupach. Wszyscy trzej trafili do wawelskich lochów (skąd zresztą szybko się wydostali). Tylko książę Fedko, pozostający poza królewską jurysdykcją, uszedł bez szwanku.

Średniowieczna konserwacja

Tymczasem król zlecił naprawę Obrazu i ufundował srebrne blachy dla jego ozdoby, oddając dzieło w ręce malarzy krakowskich. Rozłamane deski podobrazia scalono, ujmując je w malowaną ramę (istniejącą do dziś). Pamiętamy, że wedle tradycji wynajęci malarze żadną miarą zamalować nie mogli blizn na Obliczu Maryi. Otóż to nieprawda: stało się wręcz przeciwnie. Malarzom udało się zamalować niemal wszystkie blizny, których było bardzo wiele. Te, które widzimy dziś, nie zostały jednak domalowane: to zapuszczone czerwoną farbą fragmenty prawdziwych szram, pozostałych po ciosach, które obrazoburcy-rabusie zadali Obliczu Maryi. Te blizny malarze (decyzją paulinów?) pozostawili jako świadectwo dla przyszłych pokoleń.

Książka profesora Kurpika

W ciągu ostatnich kilku dekad zmieniał się radykalnie stan badań nad Jasnogórskim Obrazem. Parę lat temu otrzymaliśmy ich podsumowanie: książkę Częstochowska Hodegetria, pióra zasłużonego konserwatora i badacza, świętej pamięci profesora Wojciecha Kurpika.

To pozycja, którą każdy wykształcony polski katolik powinien mieć na półce. Nie negując większości dotychczasowych ustaleń, lecz dodając arcyważne szczegóły, profesor Kurpik przedstawia krytycznie dzieje badań, dodając nieznane dotąd fakty i nowe przesłanki. Z tej właśnie książki w znacznym stopniu czerpię moją opowieść. Przechodząc wreszcie do wcześniejszych dziejów Matki Boskiej Częstochowskiej, którymi wypada zakończyć ten tekst.

Legenda i prawda

Pierwsze doniesienia o Obrazie, zapisane w XV wieku, są niestety wewnętrznie sprzeczne. Mowa w nich o namalowaniu wizerunku Maryi przez świętego Łukasza na deskach ze stołu w domu Matki Bożej, następnie o przeniesieniu Obrazu przez cesarza Konstantyna Wielkiego z Jerozolimy do Konstantynopola; legenda podaje, że Konstantyn miał potem ofiarować Obraz księciu Rusi Halickiej – Lwu, który umieścił go na zamku w Bełzie. Kiedy książę Władysław Opolczyk został namiestnikiem Rusi z ramienia króla Ludwika Węgierskiego, Bełz oblegli Tatarzy. Wtedy to pogańska strzała utkwić miała w obliczu Maryi, a Tatarzy pierzchli za sprawą Boskiej interwencji. Następnie książę ofiarował Obraz klasztorowi jasnogórskiemu.

Niestety, ta wersja nie jest wiarygodna. Jak to bywa w legendach, wykluczają się wzajemnie daty i osoby. Co do świętego Łukasza, przypisuje mu się wiele obrazów, ale jego autorstwo można ze spokojem przenieść w sferę mitu. Opowieść o Ewangeliście jako malarzu powstała dopiero u końca pierwszego tysiąclecia, a za czasów Konstantyna Wielkiego nie znano jeszcze ikon. Dalej, w czasach Konstantyna Ruś nie istniała, a za Władysława Opolczyka Bełz nie był oblegany przez Tatarów.

Obraz mówi

Mimo to legendy lekceważyć nie wolno. Tytuł: malowany przez świętego Łukasza trwał przy obrazach o szczególnym znaczeniu i pochodzeniu. Tak jest i w tym przypadku. Choć nie zgadzają się chronologia i geografia opowieści, zgadzają się, o dziwo, fakty, które pozostawiły wyraźne ślady w deskach podobrazia i na częstochowskim malowidle. Można by rzec, że wydarzenia, o których mówi legenda, miały istotnie miejsce – lecz w innym czasie i okolicznościach, których nie znamy i może nigdy już nie poznamy.

Aby spróbować do nich dotrzeć, trzeba pozwolić, aby Obraz Matki Boskiej Częstochowskiej przemówił swoją materialną historią. Otóż namalowano go na kilku zespolonych ze sobą deskach. Pierwotnie był prawosławną ikoną, powstałą bodaj na Bałkanach w drugiej połowie XIII wieku. Zapewne już po kilkudziesięciu latach czczony był jako cudowny i jako dzieło świętego Łukasza. W istocie stanowił część jakiegoś cerkiewnego ikonostasu (o czym mówią ślady na deskach).

W niewiadomych okolicznościach, w wieku XIV, został zbezczeszczony: ugodzono go ostrym narzędziem (strzałą?) i po raz pierwszy połamano. To do tego wydarzenia odnosi się opowieść o tatarskiej napaści. Kto naprawdę był obrazoburcą – trudno powiedzieć, ale akt obrazoburstwa wątpliwości nie ulega.

Mniej więcej wtedy Obraz przeszedł z rąk prawosławnych w katolickie. Może jako dar monarszy? Rozerwane deski na powrót zespolono, obijając je od tyłu srebrną blachą, a ślad uderzenia – u dołu szyi Matki Bożej, przy ramieniu – ujęto w ozdobną aplikację (dziś już jej nie ma). Na starych deskach, traktowanych jak prawdziwe relikwie, jakiś italski malarz wykonał obecny, nowy Obraz – ten, który znamy i który de facto ikoną już nie jest, choć bywa tak nazywany.

W rękach świętej Jadwigi

W tym stanie Obraz trafił do skarbca królowej Węgier, Elżbiety Łokietkówny, a potem do jej synowej, królowej Elżbiety Bośniaczki, matki świętej Jadwigi. Wymieniają go królewskie inwentarze. Niewykluczone, że był drogocennym darem od któregoś z prawosławnych władców, może nawet cesarza Konstantynopola? Kiedy święta Jadwiga udawała się do Polski, prawdopodobnie otrzymała cudowny Obraz na drogę, a występujący w jej imieniu książę Władysław Opolczyk ofiarował Go do nowo założonego klasztoru paulinów na Jasnej Górze. Tu Matka Boża zasłynęła łaskami. Wkrótce potem, po objęciu tronu przez Władysława Jagiełłę, polski król stał się głównym patronem i dobrodziejem klasztoru.

Musimy wszakże pamiętać, że znaczna część tej opowieści to jednak hipoteza. Ojcowie paulini opublikowali zarówno książkę profesora Kurpika, jak i wiele artykułów naukowych, które przeczą legendzie, ale też bywają sprzeczne ze sobą. A ojcowie nie porzucają legendy definitywnie. Może się jeszcze okazać, że jakieś nowe ziarna prawdy oświetlą ją w niespodziewany sposób.

Jacek Kowalski/PCh24.pl

***

sobota – 22 sierpnia

Uroczystość Najświętszej Maryi Panny Królowej

Koronacja Matki Boskiej, El Greco, 1591, Muzeum Santa Cruz, Toledo, Hiszpania

Charakterystyczna dla obrazów El Greca świetlistość opływa scenę koronacji Najświętszej Marii Panny. W dole zebrali się Apostołowie – wznoszą wzrok w górę, kontemplując niebiańską scenę: trzy osoby Świętej Trójcy koronują Matkę Bożą na Królową Niebios.

***

Papież Pius XII encykliką “Ad Caeli Reginam” 11 października 1954 r., w setną rocznicę ogłoszenia dogmatu o Niepokalanym Poczęciu Najświętszej Maryi Panny, ustanowił święto Królowej Maryi, które początkowo obchodzone było 31 maja a po reformie kalendarza liturgicznego w czasie Soboru Watykańskiego II przesunięto je na oktawę uroczystości Wniebowzięcia NMP.

“Nakazujemy również, aby tegoż dnia ponawiano poświęcenie się rodzaju ludzkiego nieskalanemu Sercu Panny Maryi. W nim bowiem leży nadzieja nadejścia lepszego wieku, tryumfu wiary i chrześcijańskiego pokoju”.

papież Pius XII

***

“Niepokalana Dziewica, zachowana wolną od wszelkiej skazy winy pierworodnej, dopełniwszy biegu życia ziemskiego, z ciałem i duszą wzięta została do chwały niebieskiej i wywyższona przez Pana, jako Królowa wszystkiego, aby bardziej upodobniła się do Syna swego, Pana panującego oraz zwycięzcy grzechu i śmierci”.

z Konstytucji Dogmatycznej o Kościele Soboru Watykańskiego II – Lumen gentium (KK59)

***

Bardzo serdecznie zapraszam do kościoła św. Piotra na godz. 18.00, aby odnowić AKT ODDANIA SIĘ MATCE BOŻEJ RODZICIELCE, KRÓLOWEJ ŚWIATA,

który złożyliśmy 22 sierpnia 2012 roku, jeszcze w kościele św. Szymona. Wtedy oddaliśmy siebie i całą naszą wspólnotą do dyspozycji Bożej Matce. Bogu niech będą dzięki za tak wiele błogosławieństw, które dokonały się przez ten Akt oddania. Nadal pragniemy podejmować wezwanie do pokuty za grzechy nasze i za grzechy całego świata, aby ratować biednych grzeszników i błagać o Boży pokój w ludzkich sercach. Nadal pragniemy wynagradzać Najświętszemu Sercu Jezusa i Niepokalanemu Sercu Maryi za tych, którzy nie tylko nie czczą i nie kochają, ale wręcz bluźnią Miłosiernemu Bogu, który tak umiłował świat, że dał Syna swego Jednorodzonego, aby każdy, kto wierzy w Niego, nie umarł, lecz miał życie, Boże życie.

***

Akt osobistego oddania się Matce Bożej 

Matko Boża, Niepokalana Maryjo!
Tobie poświęcam ciało i duszę moją, wszystkie modlitwy i prace,
Radości i cierpienia, wszystko czym jestem i co posiadam.
Ochotnym sercem oddaję się Tobie w niewolę miłości.
Pozostawiam Ci zupełną swobodę posługiwania się mną dla zbawienia ludzi
i ku pomocy Kościołowi świętemu, którego jesteś Matką.
Chcę odtąd czynić wszystko z Tobą, przez Ciebie i dla Ciebie.
Wiem, że własnymi siłami niczego nie dokonam.
Ty zaś wszystko możesz, co jest wolą Twego Syna i zawsze zwyciężasz.
Spraw więc, Wspomożycielko Wiernych, by moja rodzina, parafia i cała Ojczyzna
była rzeczywistym Królestwem Twego Syna i Twoim. Amen. 

***

22 sierpnia 2012

Maryja to królowa, która służy

Królowaniu Maryi poświęcił papież swoją katechezę podczas audiencji ogólnej w Castel Gandolfo. Ojciec Święty zaznaczył, że temat ten obrał w związku z przypadającym dziś w kalendarzu liturgicznym wspomnieniem Najświętszej Maryi Panny, Królowej.

Benedykt XVIBroc/CC-SA 3.0

***

Drodzy bracia i siostry,

Dzisiaj przypada liturgiczne wspomnienie Najświętszej Maryi Panny przyzywanej jako „Królowa”. Święto to wprowadzono niedawno, chociaż jego pochodzenie i kult są bardzo dawne. Ustanowił je Czcigodny Sługa Boży Pius XII w 1954 roku, na zakończenie Roku Maryjnego, wyznaczając jego datę na 31 maja (por. Encyklika Ad Caeli Reginam, 11 octobris 1954: AAS 46 [1954], 625-640). Przy tej okazji papież powiedział, że Maryja jest Królową, bardziej niż wszelka inna istota stworzona ze względu na wyniesienie Jej duszy i doskonałość otrzymanych darów. Nieustannie obsypuje Ona ludzkość wszystkimi skarbami swej miłości i troski (por. Discorso in onore di Maria Regina, 1° novembre 1954). Obecnie, po posoborowej reformie kalendarza liturgicznego zostało ono umieszczone osiem dni po uroczystości Wniebowzięcia NMP, aby podkreślić ścisły związek między królowaniem Maryi a Jej uwielbieniem w duszy i ciele, u boku swego Syna. W konstytucji dogmatycznej II Soboru Watykańskiego Lumen gentium czytamy: „Maryja z ciałem i duszą została wzięta do niebieskiej chwały i wywyższona przez Pana jako Królowa wszystkiego, aby bardziej upodobnić się do swego Syna” (n. 59).

Tutaj jest źródło dzisiejszego święta: Maryja jest Królową, ponieważ jest związana w sposób wyjątkowy ze swym Synem, zarówno w życiu doczesnym, jak i w chwale nieba. Jak stwierdza Efrem Syryjczyk, królewskość Maryi pochodzi z Jej Boskiego macierzyństwa: jest Matką Pana, Króla królów (por. Iz 9, 1-6), a ukazuje nam Jezusa jako nasze życie, zbawienie i nadzieję. Jak już przypominał Sługa Boży Paweł VI w adhortacji apostolskiej Marialis Cultus: „W Maryi Pannie wszystko odnosi się do Chrystusa i od Niego zależy: mianowicie ze względu na Niego Bóg Ojciec od wieków wybrał Ją na Matkę pod każdym względem świętą, a Duch Święty przyozdobił darami, jakich nikomu innemu nie udzielił”(n. 25),

Pytamy się teraz, co oznacza, „ Maryja-Królowa”? Czy to jeden z tytułów między innymi, czy korona jest jedną z ozdób? Jak już wskazałem jest to konsekwencja Jej zjednoczenia z Synem, przebywania w niebie, czyli w jedności z Bogiem. Ma Ona udział w odpowiedzialności Boga za świat i miłości Boga wobec świata. Istnieje popularne pojęcie króla czy królowej, zgodnie z którym miała by to być osoba obdarzona władzą i bogactwem. Nie jest to jednak ten rodzaj królowania, właściwy Jezusowi i Maryi. Pomyślmy o Panu Jezusie. Królowanie Chrystusa jest utkane z pokory, służby i miłości. Jest to przede wszystkim służenie, pomaganie, miłowanie. Pamiętajmy, że Jezus został ogłoszony królem na krzyżu, gdy Piłat napisał „Król żydowski”. Na krzyżu ukazał On, że jest królem i w jaki sposób jest królem – cierpiąc za nas, z nami, miłując aż do końca i w ten sposób rządzi, tworzy prawdę, miłość, sprawiedliwość. Czy też podczas Ostatniej Wieczerzy, pochylając się i obmywając stopy swoim uczniom. Tak więc królowanie Jezusa nie ma nic wspólnego z panowaniem władców tego świata, jest Królem, który służy swoim sługom. Ukazał to na przestrzeni całego swego życia ziemskiego.

Tak samo jest z Maryją: jest Ona Królową w służbie Bogu i ludzkości; jest Królową miłości, przeżywającą dar z siebie dla Boga, aby wejść w plan zbawienia człowieka. Odpowiada aniołowi: „Oto ja, Służebnica Pańska”, a w Magnificat wyśpiewuje: „Bóg wejrzał na uniżenie swojej Służebnicy”. Pomaga nam i jest Królową właśnie miłując nas, kochając nas. W każdej naszej potrzebie jest naszą siostrą, pokorną służebnicą.

Jak Maryja sprawuje tę królewskość służby i miłości? Czuwając nad nami, Jej dziećmi: dziećmi, które zwracają się do Niej w modlitwie, aby Jej podziękować lub wypraszać Jej macierzyńską opieką i Jej niebiańską pomoc, być może zagubiwszy drogę, uciskani bólem lub udręką z powodu smutnych i trudnych perypetii życiowych. W pomyślności czy też mrokach życia zwracamy się do Maryi, powierzając się jej nieustannemu wstawiennictwu, aby wyjednywała nam u Syna wszelkie łaski i miłosierdzie potrzebne na nasze pielgrzymowanie po drogach świata. Do Tego, który rządzi światem i trzyma w ręku losy wszechświata zwracamy się ufni, za pośrednictwem Maryi Panny. Jest Ona od wieków przyzywana, jako Królowa Nieba. Po modlitwie Różańca Świętego osiem razy jest Ona w Litanii Loretańskiej przyzywana jako Królowa aniołów, patriarchów, proroków, apostołów, męczenników, wyznawców, dziewic, Wszystkich Świętych i rodzin. Rytm tych starożytnych wezwań i codziennych modlitw, jak na przykład Salve Regina, pomaga nam w zrozumieniu, że Najświętsza Dziewica jako nasza Matka u boku Syna swego Jezusa w chwale niebios jest z nami zawsze, w dniu powszednim naszego życia. Tak więc tytuł „Królowej” jest więc tytułem zaufania, radości, miłości. Wiemy, że Ta, która ma po części w ręku losy świata jest dobra, kocha nas i pomaga w naszych trudnościach.

Drodzy przyjaciele, nabożeństwo do Matki Bożej jest ważnym elementem życia duchowego. W naszej modlitwie zwracamy się do Niej ufni. Maryja nie omieszka wstawiać się za nami u swego Syna. Spoglądając na Nią, naśladujmy Jej wiarę, pełną gotowość wypełniania Bożego planu miłości, hojne przyjęcie Jezusa, uczymy się od Maryi życia. Maryja jest Królową Nieba, bliska Bogu, ale jest również matką bliską każdego z nas, miłującą nas i wysłuchującą nasz głos. Dziękuję za uwagę.

Benedykt XVI

Watykan news/Kai

***

Dlaczego nazywamy Maryję Królową?

QUEEN OF HEAVEN

Matka Boża jest czczona jako Królowa. Dlaczego tak ją nazywamy?

Królowa matka

Tytuł „Królowa matka” odnosi się do wdowy po zmarłym królu, która jest matką panującego władcy. Matki monarchów miały wielokrotnie duży wpływ na dworze, często bywały także regentkami. Świadectwo tego zjawiska znajdziemy także w Biblii. Na dworach wielu królów z dynastii Dawida była gebira – Wielka Pani, czyli ich matka. Król Salomon tak zwracał się do swojej mamy, Batszeby: „Król Samolom odrzekł jej [Batszebie]: «Proś, moja matko, bo tobie nie będę odmawiał»” (1 Krl 2, 20). Alegoryczna interpretacja tych słów kieruje naszą uwagę na Maryję, Matkę Jezusa z rodu Dawida.

W zwiastowaniu Maryja słyszy, że jej Syn będzie „będzie wielki i będzie nazwany Synem Najwyższego, a Pan Bóg da Mu tron Jego ojca, Dawida” (Łk 1, 31). W tym momencie sama otrzymuje ona tytuł królowej matki.

Królowa wszystkich świętych

Wśród wezwań Litanii loretańskiej znajdziemy kilka, które opiewają Maryję, jako Królową Wszystkich Świętych: apostołów, dziewic, męczenników, wyznawców… Co oznacza, że Maryja jest ich królową?

Co więcej, jej królowanie nie oznacza władzy związanej z uciskiem, odbieraniem hołdów i danin. Jej królowanie wynika z panowania Jezusa, które objawiło się przez miłość po krzyż, po służbę do oddania własnego życia. 

Królowa Niebios

Maryja jest w końcu nazywana Królową Niebios. Jak twierdzi Pius XII w Encyklice „Ad Caeli Reginam”: 

Do niebios Królowej zasyłał lud chrześcijański korne modły i zbożne pienia już od pierwszych wieków chrześcijaństwa, czy to w chwilach radosnych uniesień, czy zwłaszcza wśród ciężkich udręk światowych i nigdy go nie zawodziła nadzieja pokładana w Matce Boskiego Króla, Jezusa Chrystusa i nigdy w nim wiara nie słabła, że Bogarodzica Dziewica Maryja włada po macierzyńsku całym tu światem, jak w szczęśliwości niebieskiej dzierży koronę królewskiej chwały (ACR, 1).

Ten sam papież wyjaśnia, że królewska  godność Maryi, która obejmuje także niebo, opiera się na jej macierzyństwie. Jan Damasceński napisał: „Kiedy stała się Matką Stwórcy, stała się prawdziwie Królową wszelkiego stworzenia”. A skoro stała się Matką Pana Niebios, sama stała się ich Królową.

Jak stać się jej poddanym?

Stajemy się jej poddanymi, gdy wypełniamy jej testament: „Zróbcie wszystko, cokolwiek wam powie” (J 2, 5). Możemy także modlić się za jej przyczyną.

Dariusz Dudek/Aleteia.pl

***

Litania do Królowej Niepokalanej

(do prywatnego odmawiania)

Panie, zmiłuj się nad nami!
Panie, zmiłuj się nad nami!

Chryste, zmiłuj się nad nami!
Chryste, zmiłuj się nad nami!

Panie, zmiłuj się nad nami!
Panie, zmiłuj się nad nami!

Maryjo, Królowo Niepokalana, króluj nad nami!
Świątynio Świętej Trójcy…
Umiłowana Córko Ojca…
Najgodniejsza Matko Syna Bożego…
Najczystsza Oblubienico Ducha Świętego…
Od grzechu pierworodnego zachowana…
Przez Najwyższego pełnią łaski obdarzona…
Błogosławiona między niewiastami…
Matko czystej miłości…
Różo miłosierdzia…
Lilio czystości…
Kwiecie pokory…
Królowo wszelkich cnót…

Maryjo, Królowo Niepokalana, błagamy Cię, wysłuchaj nas!
Matko Bożego miłosierdzia, bądź ucieczką dla biednych grzeszników…
Zwycięska w Bożych zmaganiach, nawróć wszystkich prześladowców Kościoła…
Ty, która odnosisz zwycięstwo nad złem i śmiercią, bądź nadzieją dla umierających…
Matko o doskonałym macierzyńskim sercu, zmiłuj się nad nędzą biednych…
Matko o doskonałym macierzyńskim sercu, ulżyj cierpieniu wszystkim samotnym…

Maryjo, Królowo Niepokalana, bądź nam zwycięska!
Dziewico najsłodsza, Władczyni serc wszystkich…
Dziewico najlepsza, Królowo ognisk rodzinnych…
Dziewico najczystsza, Królowo dziecięcych dusz…
Najwierniejsza Dziewico, Królowo osób konsekrowanych…
Znaku zbawienia, Królowo naszej Ojczyzny…
Królowo pokoju…
Królowo wszystkich narodów…

Maryjo, Królowo Niepokalana, bądź umiłowana,
błogosławiona,
wywyższona
i władaj całym wszechświatem,
tak na ziemi, jak i w niebie!

Módlmy się. Wszechmogący wieczny Boże, Ty zabrałeś Maryję, Matkę Twojego Syna i naszą Matkę, do chwały nieba z Jej duszą i ciałem, i ukoronowałeś Ją jako niepokalaną Królową nieba i ziemi, spraw, aby wszyscy ludzie mogli rozpoznać Ją na Jej właściwym miejscu i sprawić, by zatriumfowała i królowała we wszystkich sercach i życiach. Amen.

źródło: Stacja7, en.wikipedia.org, maryjni.pl

***


Pontyfikat pod płaszczem Maryi. Leon XIV: Maryja wskazuje na Jezusa.

Pontyfikat pod płaszczem Maryi. Leon XIV: Maryja wskazuje na Jezusa

Papież podczas modlitwy przy wizerunku Matki Bożej z Guadalupe (fot. @Vatican Media)

***

Pierwszą podróż jako nowo wybrany papież Leon XIV odbył już dwa dni po wyborze – do sanktuarium maryjnego w Genazzano, gdzie zawierzył swój pontyfikat Maryi Matce Dobrej Rady. W pierwszym roku swego pontyfikatu Leon XIV wielokrotnie zawierzał Maryi trudne sprawy. Był w ukochanym przez Jana Pawła sanktuarium Matki Bożej Łaskawej na górze Mentorella, polecał sprawy pokoju na świecie podczas czuwań różańcowych. O samym różańcu mówił, że jak na krośnie tworzy tkaninę pokoju.

Pierwsza wizyta – u Matki Bożej w Genazzano

– Bardzo pragnąłem przybyć tutaj w tych pierwszych dniach nowej posługi, którą powierzył mi Kościół, aby kontynuować tę misję jako następca Piotra – tak powiedział Leon XIV, kiedy dwa dni po swoim wyborze, 10 maja 2025 roku, przybył do sanktuarium Matki Bożej Dobrej Rady w Genazzano, będące pod opieką augustianów. 

Przypominając wizytę do tego samego sanktuarium, którą odbył po wyborze na przeora generalnego Zakonu Świętego Augustyna, oraz decyzję o „ofiarowaniu życia Kościołowi”, papież podkreślił swoją „ufność w Matkę Dobrej Rady”, towarzyszkę „światła i mądrości”.

Do Matki Bożej Łaskawej

Kolejnym miejscem związanym z nabożeństwem maryjnym, jakie odwiedził Leon XIV było położone na górze Mentorelli sanktuarium Matki Bożej Łaskawej, którym się opiekują polscy Zmartwychwstańcy. 19 sierpnia 2025 roku, na zakończenie swoich letnich wakacji papież przybył tu, by modlić się do Maryi. 

Celem wizyty Leona XIV na zakończenie wakacji było oddanie się pod opiekę Matki Bożej Łaskawej.

– Gdy papież wszedł do kościoła – opowiadał kustosz sanktuarium o. Adam Dźwigoń – u stóp Madonny zapalił świecę, wyrażając szczególną prośbę o pokój na świecie.

Ksiądz Adam relacjonował, że Leon podzielił także obiad z zakonnikami. – Było to bardzo wzruszające spotkanie, a zarazem pełne prostoty, ducha ojcostwa i braterstwa między ojcem świętym a nami, którzy tu jesteśmy stróżami tego miejsca – podsumował kustosz.

Leon XIV: Maryja wskazuje na Jezusa

Dla Leona XIV Maryja jest Tą, która wskazuje na Jezusa i zachęca do wsłuchania się w słowa Zbawiciela.

„Zróbcie wszystko cokolwiek wam powie” – te słowa Maryi z Kany Galilejskiej Podczas czuwania modlitewnego w intencji pokoju, 11 października 2025 roku, przy figurze Matki Bożej z Fatimy Papież mówił, że te słowa są ostatnimi, jakie zapisała Ewangelia, są zatem jakby testamentem matki dla jej dzieci. 

– Cokolwiek wam powie. Jest pewna, że Syn przemówi, że Jego Słowo nie jest skończone, że nadal stwarza, rodzi, działa, napełnia świat wiosną, a stągwie weselne winem. Maryja, niczym drogowskaz, kieruje poza siebie, pokazuje, że punktem docelowym jest Pan Jezus i Jego Słowo, centrum, do którego wszystko zmierza, oś, wokół której obracają się czas i wieczność – wskazywał Leon XIV.

I zachęcał za Maryją: „Uczyńcie wszystko, cokolwiek wam powie: całą Ewangelię, słowo wymagające, pocieszającą czułość, upomnienie i uścisk. To, co rozumiesz, a także to, czego nie rozumiesz. Maryja zachęca nas, abyśmy byli jak prorocy: abyśmy nie pozwolili, żeby choć jedno z Jego słów się zmarnowało.

8 grudnia, w uroczystość Niepokalanego Poczęcia Leon XIV modlił się pod kolumną Niepokalanej przy Placu Hiszpańskim w Rzymie: 

„Jesteś Matką rodzącego się Kościoła”

„Spójrz, o Maryjo, na tak wielu synów i córki, w których nie zgasła nadzieja:

niech w nich wzrośnie to, co zasiał Twój Syn,

On – Żywe Słowo, które w każdym z nas pragnie dalej wzrastać,

przyjąć ciało, oblicze i głos.

Niech jubileuszowa nadzieja rozkwita w Rzymie i w każdym zakątku ziemi,

nadzieja na nowy świat, który Bóg przygotowuje

i którego Ty, Panno, jesteś jak klejnot i jutrzenka.

Po świętych drzwiach niech otworzą się teraz inne drzwi

domów i oaz pokoju, w których niech odrodzi się godność,

niech wychowuje się do niestosowania przemocy, niech uczy się sztuki pojednania.

Niech przyjdzie królestwo Boże,

nowość, na którą tak bardzo liczyłaś i na którą całkowicie się otworzyłaś,

jako dziewczynka, jako młoda niewiasta i jako Matka rodzącego się Kościoła.”

Szczególnie przejmującą modlitwę do Maryi wypowiedział papież cztery dni później w homilii podczas Mszy św. w Bazylice św. Piotra we wspomnienie Najświętszej Marii Panny z Gadalupe. Przy wizerunku Maryi czczonej w całej Ameryce Południowej wołał, nawiązując do słów Jana Pawła II wypowiedzianych w Syrakuzach w 1994 roku: – Matko „Boga prawdziwego, dla którego się żyje”, przyjdź z pomocą Następcy Piotra, aby był umocnieniem w jedynej drodze, prowadzącej do błogosławionego Owocu Twojego łona tych wszystkich, którzy zostali mi powierzeni. Przypomnij temu swojemu synowi, „któremu Chrystus powierzył klucze królestwa niebieskiego dla dobra wszystkich”, że klucze te mają służyć „misji wiązania i rozwiązywania, dla odkupienia wszelkiej ludzkiej nędzy”. I spraw, abyśmy ufając Twojej opiece, postępowali coraz bardziej zjednoczeni z Jezusem i między sobą, ku wiecznej ojczyźnie, którą On nam przygotował i w której Ty na nas czekasz. Amen.”

Różaniec, tkanina życia i pokoju

Leon XIV wielokrotnie zachęca do modlitwy do Maryi, zwłaszcza w intencji pokoju. Czyni to podczas audiencji generalnych, czy w czasie pozdrowień po modlitwie Anioł Pański w niedziele. 

11 kwietnia 2026 r. zaprosił wiernych na całym świecie do włączenia się razem z nim w modlitewne czuwanie w intencji pokoju, któremu przewodniczył w Bazylice św. Piotra. Tak mówił wtedy o tej maryjnej modlitwie: „Różaniec – podobnie jak inne prastare formy modlitwy – zjednoczył nas dziś wieczorem swoim równym rytmem, opartym na powtarzaniu: w taki właśnie sposób pokój toruje sobie drogę – słowo po słowie, gest po geście; jak skałę drąży kropla po kropli, jak na krośnie stopniowo powstaje tkanina. Są to długie okresy życia, znak cierpliwości Boga.”

Jak mówił papież, to właśnie modlitwa, także różańcowa stanowi potężną siłę przeciwko złu.

„Modlitwa wychowuje nas do działania. Ograniczone ludzkie możliwości łączą się w modlitwie z nieskończonymi możliwościami Boga. Wówczas myśli, słowa i czyny kruszą demoniczny łańcuch zła i oddają się na służbę Królestwu Bożemu.”

To także dlatego swoją pierwszą rocznicę na tronie Piotrowym Papież zapragnął spędzić w sanktuarium Matki Bożej Różańcowej w Pompejach, gdzie odmówi suplikę pompejańską do Matki Bożej.

Modlitwa różańcowa kropla po kropli drąży skałę, w ten sposób pokój toruje sobie drogę – wskazał Leon XIV podczas czuwania w intencji pokoju .

Wojciech Rogacin/Vatican News/dm

***

Cudowne uratowanie życia i nawrócenie… pilota! Niezwykła historia Apelu Jasnogórskiego

fot. Wenhao Ryan,Unsplash/ jasnagora.pl

***

Apel Jasnogórski jest wieczorną modlitwą kierowaną do Maryi, Królowej Polski i Matki Kościoła w intencji Ojczyzny i Kościoła. Można go przeżywać indywidualnie, w rodzinie lub w większej wspólnocie. Apel sprawowany jest szczególnie uroczyście – jako odrębne nabożeństwo maryjne – na Jasnej Górze, codziennie o godzinie 21.00. Piękna jest jego geneza.

„Zniż lot, ląduj!”

Kapitan Władysław Polesiński, pilot, podczas próbnego lotu usłyszał nagle jakby wewnętrzny rozkaz: „Zniż lot, ląduj!” Wylądował szczęśliwie, a po tym, jak wysiadł – samolot eksplodował. Było to o godzinie 21.00.

Gdy po powrocie do domu opowiedział swojej żonie o tym wydarzeniu, ona zapytała go, którego to było dnia i o której godzinie to się stało. Okazało się, że właśnie tego dnia o godzinie 21.00 polecała go Matce Bożej. Kapitan stanął „na baczność”, zasalutował i zwrócił się do Matki Bożej Jasnogórskiej, meldując się Jej jako swemu Dowódcy, od którego otrzymał wewnętrzny nakaz ratujący go od śmierci. Odtąd czynił to codziennie.

Kapitan Władysław Polesiński – wcześniej skłócony z Panem Bogiem – nawrócił się, zmienił życie i założył wśród oficerów polskich katolicką organizację – „Krzyż i Miecz”. Członkowie tej organizacji mieli w zwyczaju codziennie o godzinie 21.00 meldować się na apel przed Matką Bożą Częstochowską. W tej historii upatruje się genezy Apelu Jasnogórskiego.

„Jestem przy Tobie, pamiętam, czuwam”

Ks. Leon Cieślak, pallotyn, szerzył tę praktykę w Warszawie wśród młodzieży akademickiej na tajnych kompletach i w sodalicjach mariańskich podczas okupacji. O godzinie 21.00 młodzież modliła się do Matki Bożej Jasnogórskiej i odmawiała akt zawierzenia. To ks. Cieślak ułożył słowa: „Maryjo, Królowo Polski, jestem przy Tobie, pamiętam, czuwam”.

W tym samym czasie o. Polikarp Sawicki, paulin, gromadził różne grupy akademickie, najczęściej członków sodalicji mariańskiej, na wieczorną modlitwę przed Cudownym Obrazem Matki Bożej Jasnogórskiej.

Po II Wojnie Światowej Apel pojawił się na Jasnej Górze. Kiedy kard. Wyszyński przebywał w więzieniu, w roku 1953, 8 grudnia, jeden z ojców paulinów – o. Polikarp Sawicki – zapoczątkował odmawianie Apelu codziennie o 21.00 w intencji uwolnienia prymasa Wyszyńskiego. Kiedy po trzech latach komuniści wreszcie go uwolnili, on sam pokochał tę modlitwę. Kiedy tylko mógł, osobiście prowadził ją na Jasnej Górze. Potem pokochał Apel krakowski kardynał, Karol Wojtyła.

Wyznanie miłości

Ta tradycja trwa do dzisiaj. Każdego wieczoru o 21.00 w kaplicy Cudownego Obrazu wierni gromadzą się na Apelu, zaczynając go od śpiewu “Bogurodzicy”. Następnie śpiewany jest trzykrotnie Apel oraz prowadzona jest modlitwa różańcowa. Na koniec udziela się modlącym błogosławieństwa.

Apel transmitowany jest drogą internetową, radiową i telewizyjną. Dzięki temu codziennie może w nim uczestniczyć duchowo każdy chętny. Apel został też przełożony na sześć języków. Tekst łaciński apelu przygotował Marian Plezia i brzmi następująco: Maria, Regina mundi, Maria, Mater Ecclesiae, Tibi assumus. Tui memores. Vigilamus!

Św. Jan Paweł II podczas pielgrzymki na Jasną Górę w 1983 r., ukazał szczególnie polskiej młodzieży, że apel jest programem i wezwaniem skierowanym do każdego Polaka i Polki. Podkreślił on również, jak bogate treści ewangeliczne mieszczą się w tych zwięzłych słowach: Maryjo, Królowo Polski, jestem przy Tobie, pamiętam, czuwam!

“Słowa: Jestem przy Tobie, pamiętam, czuwam są wyznaniem miłości, którą pragniemy odpowiedzieć na miłość, jaką jesteśmy odwiecznie miłowani. Są one zarazem wewnętrznym programem miłości. Miłować – to znaczy: być przy Osobie, którą się miłuje i nosić Ją w sercu. Czuwać – to znaczy być człowiekiem sumienia i czuć się odpowiedzialnym za to wielkie, wspólne dziedzictwo, któremu na imię Polska”


informacje z cyklu „Jasna Góra z bliska” powstały w oparciu o materiały od jasnogórskich paulinów, wydane przez nich książki oraz informacje zawarte na stronie www.jasnagora.pl

Stacja7.pl/ artykuł opublikowany 21 lipca 2017 roku.

***

Socjolog: figura Matki Bożej z Konotopia przebija bańki medialne i skłania do refleksji

21 sierpnia 2026

Figura Matki Bożej Miłosiernej w Konotopie, fot. Marzena Nykiel/Radio Maryja

***

Monumentalna figura Matki Bożej z Konotopia jest próbą zaakcentowania miejsca religii w przestrzeni publicznej – powiedział PAP dyrektor Instytutu Statystyki Kościoła Katolickiego dr hab. Marcin Jewdokimow. Dodał, że statua swoim rozmiarem przebija bańki medialne i skłania do refleksji.

Pomnik Matki Bożej Miłosiernej o wysokości 55,6 m został 15 sierpnia poświęcony w Konotopiu (woj. kujawsko-pomorskie) przez ordynariusza diecezji włocławskiej bp. Krzysztofa Wętkowskiego. Monument stanął na polu przy drodze krajowej nr 10, na trasie między Szczecinem a Warszawą. Jego inicjatorami i fundatorami są Grażyna i Roman Karkosikowie, którzy ofiarowali go jako „osobiste wotum wdzięczności za powrót do zdrowia i życia”.

Dr Jewdokimow przypomniał, że w okolicy pomnika kult Matki Bożej obecny jest od dawna. Od 1855 r. znajduje się tam figura Matki Boskiej Bolesnej, która od lat była celem pielgrzymek wiernych z okolicznych parafii. W 1948 r. stanęła tam murowana kaplica.

– Możemy więc powiedzieć, że kult Matki Bożej w tym miejscu rozwija się od dawna – od małej figurki, poprzez kaplicę, aż do monumentalnej figury Matki Bożej Miłosiernej – zaznaczył.

Według socjologa pomimo faktu, że fundatorami i pomysłodawcami budowy są osoby prywatne, to sama obecność figury w tym miejscu ma wymiar społeczny.

– Niestety, nie rozmawiałem osobiście z państwem Karkosikami, jednak z ich wypowiedzi medialnych wynika, że ich intencją było dziękczynienie Matce Bożej za doznane łaski, konkretnie za powrót do zdrowia. Mimo tego nie jest to oczywiście działanie wyłącznie prywatne, ale fakt społeczny. W tym sensie, że odnosi się do kwestii obecności religii w przestrzeni publicznej, do pamięci i tożsamości zbiorowej i związana jest z procesami sekularyzacyjnymi, które mają miejsce w Europie i w Polsce – ocenił.

Zdaniem dr. Jewdokimowa tym, co odróżnia figurę z Konotopia od licznie obecnych w Polsce przedstawień Maryi jest rozmiar pomnika. – Nasuwa się pytanie: dlaczego twórca zdecydował się na budowę figury tak monumentalnej? – pytał.

W ocenie rozmówcy PAP odpowiedzi na to pytanie należy szukać m.in. w wypowiedzi autora figury Matki Bożej Miłosiernej, rzeźbiarza Adama Matejkowskiego. W jednym z wywiadów twórca wyjaśnił, że figurę rzeźbił z myślą o ludziach młodych, ponieważ „starsi znają drogę do kościoła”. Według Matejkowskiego młodzi są dzisiaj „pogubieni”, „oddają wolną wolę za gadżety, a „Matka Boska ma być zatrzymaniem”.

– W interpretacji socjologicznej możemy więc myśleć o tej figurze jako o materialnej reakcji na sekularyzację. Monumentalizacja religii jest odpowiedzią na słabnącą oczywistość religii w przestrzeni publicznej i społecznej oraz w świadomości zbiorowej. Uważam, że jest to również próba wpłynięcia na postawy religijne w skali ogólnopolskiej – ocenił.

Dr Jewdokimow przypomniał, że przedstawień Matki Bożej lub Jezusa Chrystusa podobnych rozmiarów jest więcej. W Polsce znajduje się jeszcze pomnik Jezusa Chrystusa Króla Wszechświata w Świebodzinie, a najsłynniejszą tego typu figurą na świecie jest pomnik Chrystusa Odkupiciela w Rio de Janeiro.

Każdy monument ma inną historię: pomnik Matki Bożej z Konotopia został sfinansowany z pieniędzy prywatnych. Monument z Rio powstał w latach 1922–1931 z inicjatywy Kościoła i brazylijskiej społeczności. Został sfinansowany z ogólnokrajowej zbiórki, a jego wzniesienie związane było z obchodami setnej rocznicy odzyskania niepodległości przez Brazylię.

Inicjatorem budowy pomnika Jezusa Chrystusa Króla Wszechświata w Świebodzinie, który wyglądem nawiązuje do figury z Rio, był proboszcz parafii i sanktuarium Miłosierdzia Bożego w Świebodzinie ks. Sylwester Zawadzki. Koszty budowy zostały pokryte z dobrowolnych datków parafian, lokalnych przedsiębiorców i polonii amerykańskiej.

Zdaniem dyrektora ISKK wszystkie te figury, które powstały w innym czasie i z inicjatywy innych osób, łączy dążenie do mocnego zaakcentowania znaczenia i obecności religii w przestrzeni publicznej.

– W krajach, w których religia jest czymś oczywistym, nie ma potrzeby, by w takiej skali uwidaczniać ją w przestrzeni publicznej. Natomiast kiedy status religii zaczyna być negocjowany czy nawet podważany przez niektórych, wtedy silny fakt społeczny, jakim jest ogromna figura Matki Boskiej, może być głośną wypowiedzią twórców na temat tego, że religia ma dla nich fundamentalne znaczenie – ocenił.

Zauważył, że pomimo faktu, iż budowa figury była inicjatywą prywatną, to jednak jej powstanie wywołało w internecie burzliwą dyskusję. Zdaniem socjologa podziały pomiędzy zwolennikami i przeciwnikami monumentu z Konotopia pokrywają się ze światopoglądem internautów. Najczęściej pomnik krytykowały osoby mające negatywny stosunek do religii w ogóle, a osoby religijne broniły jego powstania.

Dodał, że w perspektywie socjologicznej pomniki są nie tylko wyrazicielami pewnych idei. Ich zadaniem jest również kształtowanie postaw w dłuższej perspektywie.

– Podobnie jak pomnik Chrystusa Odkupiciela w Rio de Janeiro czy Chrystusa Króla w Świebodzinie, pomnik Matki Bożej Miłosiernej w Konotopiu będzie wpływał na dyskurs i praktyki religijnew Polsce, właśnie ze względu na jego rozmiar. Moje osobiste zdanie jest takie, że to będzie oddziaływanie pozytywne – zastrzegł.

Według dr Jewdokimowa obecnie wielu ludzi żyje w bańkach informacyjnych, w których treści religijne przebijają się słabo albo wcale.

– W przypadku pomnika Matki Bożej z Konotopia mamy do czynienia z obiektem, który swoją skalą przebija bańki medialne i staje się dostrzegalny także dla osób, do których treści religijne w ogóle nie docierają. To może pobudzić do refleksji i pozwolić zastanowić się nad swoją religijnością tych ludzi, którzy nie robili tego od dłuższego czasu, albo nawet nigdy wcześniej – stwierdził.

PCh24.pl/źródło: PAP / Iwona Żurek

***

Filip Obara:

Komu przeszkadza pomnik Matki Bożej w Konotopiu?

18 sierpnia 2026

Zrzut ekranu 2026-08-17 o 15.24.13.png
Pomnik Matki Bożej w Konotopiu / fot. PCh24 TV

***

Na nagłówki wszystkich mediów głównego nurtu trafiła sprawa pomnika Matki Bożej w Konotopiu. Spośród Polaków powstały zastępy bojowników o sprawiedliwość, którzy wiedzą lepiej, jak bliźni powinien wydawać swoje pieniądze. Zastanawiam się, czy oburzenie byłoby takie samo, gdyby na przykład szewc wystawił pomnik nożyczek albo jakiś Janusz Palikot zechciał podobnej wielkości monumentem zakpić z postaci religijnych…

Gdyby w szczerym konotopskim polu stanęły nożyczki, napisałaby o tym lokalna prasa i co najwyżej jakiś tabloid. Gdyby jakiś znany antyklerykał zakpił monumentalnie z wiary, zapewne odezwałyby się głosy, że wy, katole, nie macie dystansu, a ten oto bohatersko kontestuje zastane, fasadowe wzorce. Pech chciał, że na działce Romana Karkosika w Konotopiach stanęła ogromna figura Najświętszej Matki Zbawiciela jako wotum dziękczynne za wyjście z ciężkiej choroby. Tego uśmiechnięci, wiecznie aspirujący do mitycznego Zachodu, Polacy nie mogli puścić płazem.

Odpalono dyżurny w takich przypadkach argument, że po co wydawać na pomnik, jeżeli można dać na chore dzieci. Takie nagłówki i infografiki dotarły do wszystkich zakątków polskiego internetu. W komentarzach objawiły się tabuny Polaków, którzy wiedzą najlepiej, jak burżuj ma wydawać swoje pieniądze.

Co ciekawe, jest to dyżurny argument nie tylko w Polsce. Swego czasu głośno było o niejakim Milo Yiannopoulosie, Amerykaninie greckiego pochodzenia, który z sukcesem wyleczył się z homoseksualnych skłonności, a na znak wyrwania się z tego duchowego i cielesnego zniewolenia wrzucił swój bajońsko drogi pierścionek „zaręczynowy” do morza. O, jaki jazgot się podniósł – że mógł oddać potrzebującym, a on wolał zaświecić całemu światu przed oczami swoim „homofobicznym” gestem.

Przypomina mi się przy tej okazji inny post, który podpowiedział mi kiedyś Facebook. Dotyczył pomnika w Czechach, przedstawiającego Chrystusa, który zszedł z krzyża, by usiąść na jednym z jego ramion i… popijać wino. Choć Syn Boży pił wino i dzielił się nim z innymi, to jednak w odniesieniu do symboliki Męki Krzyżowej, takie przedstawienie było co najmniej nie na miejscu. Dziś mówi się o tym używając enigmatycznego terminu „obraza uczuć religijnych”. Ale co tam uczucia religijne, przecież mamy wolność artystyczną, a naczelnym celem sztuki jest przełamywanie konwenansów – tak mniej więcej brzmiała spora część komentarzy wstukiwanych po polsku…

Nie jest moją intencją bronić pana Romana Karkosika, gdyż nie mam pojęcia kto zacz i niezbyt mnie to interesuje. Bardziej godna uwagi wydaje mi się reakcja części rodaków, dla których budowa pomnika stała się okazją do rytualnego wylewu bezinteresownej zawiści.

Jest w tej nagonce coś bolszewickiego. Jeden z komentujących na Facebooku postanowił wyjawić „całą prawdę” na temat pana Karkosika, wskazując na jego domniemane „winy”, takie jak omijanie podatków przez zakładanie fundacji czy zatrudnianie ludzi na czarno. Autor komentarza, jak widać, dobrze przyswoił dogmaty socjalistycznego etatyzmu. Wszak jest rzeczą „patriotyczną” oddawać połowę obrotu państwu, które zajmuje się wszystkim oprócz zabezpieczenia naszego dobra wspólnego, podobnie jak zbrodnią jest zatrudniać Polaków z pominięciem przymusowych „składek” na ZUS i innych haraczy.

Nie wiem, czy jest to prawda, ale towarzyszowi, który wysmarował ten „demaskatorski” komentarz, przypominam, że gdyby nie przedsiębiorcy, którzy mają odwagę żyć normalnie w systemie biurokratycznej opresji, to nie wiadomo, czy z tego państwa byłoby jeszcze co zbierać.

Ale załóżmy, że mówią prawdę ludzie, którzy twierdzą, iż „stary komuch” pan Karkosik cieszy się złą sławą w swoim mieście, ponieważ krzywdził pracowników. W takim wypadku, albo mamy do czynienia z nawróceniem (i jest sprawą sumienia penitenta, żeby wynagrodzić swoje winy) albo… tak czy inaczej nic to nie zmienia, bo w dalszym ciągu mamy do czynienia z prywatnym człowiekiem, który za prywatne pieniądze postawił na prywatnej działce pomnik, który nie reprezentuje zła. I nikomu nic do tego.

Inna sprawa, że krytyka pojawia się również w kręgach katolickich. Pomijam fakt takiej a nie innej estetyki pomnika, bo akurat o niej można by dyskutować. Ale pragnę zauważyć, że sytuacja ta wypisz wymaluj przypomina sceny z trzech Ewangelii, w których Chrystus Pan jest namaszczany przez niewiasty (u dwóch ewangelistów jest to przypadkowa kobieta, u trzeciego – publiczna grzesznica).

Czemu uprzykrzacie się tej kobiecie? Dobry uczynek spełniła względem Mnie. Albowiem zawsze ubogich macie u siebie, lecz Mnie nie zawsze macie – mówi Pan do uczniów i innych osób, które oburzyły się widząc, jak niewiasta wylewa drogi olej na głowę Mesjasza. Już tam pojawił się – i to dosłownie – argument, że olejek należało sprzedać, a pieniądze rozdać potrzebującym (Mateusz XXVI, 6 i Marek XIV, 3).

Tymczasem właśnie o tej niewieście mówi Pan: Gdziekolwiek opowiadana będzie Ewangelia ta po wszystkim świecie, i co ta uczyniła, powiadać będą na pamiątkę jej. I dodaje św. Chryzostom w swoim komentarzu: Kto więc jest tak nieszczęsny, by sprzeciwiać się tak wielkiej prawdzie? Bo oto, co On powiedział, spełniło się i gdziekolwiek się udasz, zobaczysz ją sławioną.

W przypadku jawnogrzesznicy (Łukasz VII, 36) Chrystus idzie jeszcze dalej. Łamie konwenans ku oburzeniu faryzeuszy. Tam nie chodziło już tylko o pieniądze wydane na olejek, ale o niegodność ofiarowującej go. Tamta scena zamyka dyskusję. Syn Boży uznaje za godne i sprawiedliwe wylanie drogocennego kosmetyku nie tylko przez zamożniejszą niewiastę, ale i przez tę, która pokutowała za znane wszystkim grzechy.

Zresztą, spójrzmy z pespektywy wieczności, do której pan Karkosik ma już bliżej niż dalej. Co zostanie po bogaczu. Majątek? Z niego będą korzystały dzieci i wnuki, przy założeniu, że prawdziwą korzyść wyniosą tylko wtedy, gdy pomyślności finansowej będzie towarzyszyła cnota. Co jeszcze? Wdzięczność ludzi, którym pomógł budowniczy pomnika? Tak, ale w tym wypadku obowiązuje zasada: niechaj nie wie lewica twoja, co prawica twoja czyni. I tu dochodzimy do kwestii non omnis moriar, która ma przecież prawo zrodzić się w głowie bogacza wiedzącego, że majątku do grobu nie zabierze.

Sytuacja ta pokazuje wyrugowanie nadprzyrodzoności ze sfery publicznej, co było postulatem masonerii w XIX wieku, a stało się powszechną rzeczywistością w naszych czasach. Skoro w Hucisku może stać ogromne krzesło upamiętniające Tadeusza Kantora, to dlaczego w Konotopiu nie miałby stać pomnik oddający cześć Maryi z Nazaretu? Może dlatego, że ten drugi pomnik przypomina, że może jednak jest „coś więcej” – a może nawet Ktoś, kto stawia nam wymogi moralne i nie jest entuzjastą dowolnego stylu życia?

Czemu się uprzykrzacie temu człowiekowi? Wypada zapytać. Tym bardziej, że jest to ten rodzaj celnego przytyku, w którym Boski Autor nie unosił się gniewem (to robił przy innych, poważniejszych okazjach), ale wskazywał na małoduszność osób, których szemrania w ten sposób ucinał. Czemu uprzykrzacie się temu człowiekowi, jak muchy latające koło ucha, zamiast zająć się własnymi sprawami?

Filip Obara/PCh24.pl

***

17 sierpnia 2026

„W miłosierdziu Boga świat znajdzie pokój”. Jan Paweł II zawierzył świat Bożemu Miłosierdziu

fot. Flickr Krakow2016,Eric Draper,whitehouse.gov/Wikipedia

***

17 sierpnia 2002 roku, w czasie swojej ostatniej pielgrzymki do Polski Jan Paweł II przybył do Łagiewnik, gdzie poświęcił Bazylikę Bożego Miłosierdzia i zawierzył świat Bożemu Miłosierdziu.

17 sierpnia 2002 roku Jan Paweł II zawierzył świat Bożemu Miłosierdziu. Tego dnia w Krakowie-Łagiewnikach konsekrował nową świątynię pod wezwaniem Bożego Miłosierdzia i ustanowił w niej światowe sanktuarium Miłosierdzia Bożego.

Trzeba przekazywać światu ogień miłosierdzia!

Czynię to z gorącym pragnieniem, aby orędzie o miłosiernej miłości Boga, które tutaj zostało ogłoszone za pośrednictwem Siostry Faustyny, dotarło do wszystkich mieszkańców ziemi i napełniało ich serca nadzieją. Niech to przesłanie rozchodzi się z tego miejsca na całą naszą umiłowaną Ojczyznę i na cały świat – mówił Jan Paweł II w homilii i apelował: Trzeba tę iskrę Bożej łaski rozniecać. Trzeba przekazywać światu ogień miłosierdzia. W miłosierdziu Boga świat znajdzie pokój, a człowiek szczęście!

To zadanie powierzam wam, drodzy bracia i siostry, Kościołowi w Krakowie i w Polsce oraz wszystkim czcicielom Bożego miłosierdzia, którzy tutaj przybywać będą z Polski i z całego świata. Bądźcie świadkami miłosierdzia! – mówił.

Treść Aktu Zawierzenia Świata Bożemu Miłosierdziu

Boże, Ojcze miłosierny,
który objawiłeś swoją miłość
w Twoim Synu Jezusie Chrystusie,
i wylałeś ją na nas w Duchu Świętym, Pocieszycielu,
Tobie zawierzamy dziś losy świata i każdego człowieka.

Pochyl się nad nami grzesznymi,
ulecz naszą słabość,
przezwycięż wszelkie zło,
pozwól wszystkim mieszkańcom ziemi
doświadczyć Twojego miłosierdzia,
aby w Tobie, trójjedyny Boże,
zawsze odnajdywali źródło nadziei.

Ojcze przedwieczny,
dla bolesnej męki
i zmartwychwstania Twojego Syna,
miej miłosierdzie dla nas
i całego świata!

KAI,zś/Stacja7

***

fot. M. Mazur/Flickr episkopat.pl

***

Jak odmawiać Koronkę do Bożego Miłosierdzia?

Koronka do Miłosierdzia Bożego to modlitwa, którą podczas objawień przekazał św. s. Faustynie sam Jezus Chrystus. Obiecał, że ktokolwiek będzie odmawiał Koronkę, dostąpi wielkiego miłosierdzia w godzinę śmierci. Jak odmawiać Koronkę do Miłosierdzia Bożego?

Jak odmawiać Koronkę do Miłosierdzia Bożego? Na to pytanie odpowiedzi szukają wszyscy Ci, którzy rozpoczynają swoją przygodę z poznawaniem Bożego Miłosierdzia. Nie da się ukryć, że ta modlitwa jest kluczem i sednem do zrozumienia sensu Bożej Miłości.

Koronka do Miłosierdzia Bożego to modlitwa, którą Pan Jezus podyktował św. s. Faustynie w Wilnie, 13-14 września 1935 roku jako przebłaganie i uśmierzenie gniewu Bożego (zob. Dz.474-476).

Ten, kto odmawia koronkę ofiaruje Bogu Ojcu „Ciało i Krew, Duszę i Bóstwo” Jezusa Chrystusa na przebłaganie za grzechy swoje, bliskich i całego świata, a także jednoczy się z ofiarą Jezusa. Podczas modlitwy odwołuje się do tej miłości, jaką Ojciec niebieski darzy swego Syna, a w Nim wszystkich ludzi.

W tej modlitwie możemy prosić również o „miłosierdzie dla nas i całego świata”. Tym samym spełniamy uczynek miłosierdzia. Kiedy dodamy do tego podstawę ufności i wypełnimy warunki każdej dobrej modlitwy (pokora, wytrwałość, przedmiot zgodny z wolą Bożą), możemy oczekiwać spełnienia Chrystusowych obietnic. Dotyczą one szczególnie godziny śmierci: łaski nawrócenia i spokojnej śmierci. Dostąpią ich nie tylko osoby, które odmawiają tę koronkę, ale także konający, przy których inni jej słowami modlić się będą.

12 stycznia 2022 roku mija 20 lat od kiedy Polska otrzymała specjalny przywilej. Każdy, kto odmówi Koronkę do Miłosierdzia Bożego i zachowa odpowiednie warunki, otrzyma odpust zupełny. Zezwolenie to było odpowiedzią Stolicy Apostolskiej na prośbę kard. Józefa Glempa, prymasa Polski i przewodniczącego Konferencji Episkopatu.


Jak odmawiać Koronkę do Bożego Miłosierdzia?

odmawiamy na zwykłej cząstce różańca – 5 dziesiątek


Na początku

Ojcze nasz, któryś jest w niebie, święć się imię Twoje, przyjdź królestwo Twoje, bądź wola Twoja jako w niebie, tak i na ziemi. Chleba naszego powszedniego daj nam dzisiaj i odpuść nam nasze winy jako i my odpuszczamy naszym winowajcom i nie wódź nas na pokuszenie, ale nas zbaw ode złego. Amen.

Zdrowaś Maryjo, łaski pełna, Pan z Tobą. Błogosławionaś Ty między niewiastami i błogosławiony owoc żywota Twojego, Jezus. Święta Maryjo, Matko Boża, módl się za nami grzesznymi, teraz i w godzinę śmierci naszej. Amen.

Wierzę w Boga, Ojca wszechmogącego, Stworzyciela nieba i ziemi, i w Jezusa Chrystusa, Syna Jego jedynego, Pana naszego, który się począł z Ducha Świętego, narodził się z Maryi Panny, umęczon pod Ponckim Piłatem, ukrzyżowan, umarł i pogrzebion. Zstąpił do piekieł, trzeciego dnia zmartwychwstał. Wstąpił na niebiosa, siedzi po prawicy Boga Ojca wszechmogącego. Stamtąd przyjdzie sądzić żywych i umarłych. Wierzę w Ducha Świętego, święty Kościół powszechny, świętych obcowanie, grzechów odpuszczenie, ciała zmartwychwstanie, żywot wieczny. Amen.


Na dużych paciorkach (1 raz)
Ojcze Przedwieczny, ofiaruję Ci Ciało i Krew, Duszę i Bóstwo najmilszego Syna Twojego, a Pana naszego Jezusa Chrystusa, na przebłaganie za grzechy nasze i całego świata.


Na małych paciorkach (10 razy)
Dla Jego bolesnej męki, miej miłosierdzie dla nas i całego świata.


Na zakończenie (3 razy)
Święty Boże, Święty Mocny, Święty Nieśmiertelny, zmiłuj się nad nami i nad całym światem.

***

. fot. domena publiczna, wikipedia,org/ Freepik / Eugeniusz Kazimirowski, Obraz Jezusa Miłosiernego

***

Najczęstsze błędy w formule Koronki do Bożego Miłosierdzia, których należy unikać

Koronka do Miłosierdzia Bożego to modlitwa, którą Pan Jezus podyktował św. siostrze Faustynie. Wskazał On konkretne słowa, jakie należy odmawiać podczas tej modlitwy.

Koronkę do Bożego Miłosierdzia można odmawiać indywidualnie i we wspólnocie. Zdarza się, że w tekście formuły tej modlitwy popełniamy błędy – sprawdź, czego unikać.

Jak odmawiać Koronkę do Bożego Miłosierdzia?

Zanim wskażemy częste błędy w formułach modlitwy Koronką do Bożego Miłosierdzia, przypomnijmy ich prawidłowe brzmienie. Są to słowa, które Jezus przekazał św. siostrze Faustynie (por. Dz. 476). Taka formuła modlitwy jest przeznaczona do  indywidualnego i wspólnotowego jej odmawiania.

Koronkę do Bożego Miłosierdzia odmawiamy na różańcu. Na początku modlitwy odmawiamy trzy modlitwy: Ojcze nasz… , Zdrowaś Maryjo…, Wierzę w Boga. Następnie kolejno, na dużych paciorkach, jeden raz odmawiamy modlitwę w formule:

Ojcze Przedwieczny, ofiaruję Ci Ciało i Krew, Duszę i Bóstwo najmilszego Syna Twojego, a Pana naszego Jezusa Chrystusa, na przebłaganie za grzechy nasze i całego świata.

Na małych paciorkach (10 razy) odmawiamy formułę:

Dla Jego bolesnej męki, miej miłosierdzie dla nas i całego świata.

Na zakończenie całej modlitwy, 3 razy odmawiamy formułę:

Święty Boże, Święty Mocny, Święty Nieśmiertelny, zmiłuj się nad nami i nad całym światem.

Najczęstsze błędy w formule Koronki do Bożego Miłosierdzia

1. Przekształcanie liczby mnogiej na pojedynczą

Niedopuszczalna jest zamiana formuły „nasze grzechy” na: „moje grzechy”; „miej miłosierdzie dla nas” na: „miej miłosierdzie dla mnie” itd.

Ktokolwiek zmieniłby w recytacji indywidualnej liczbę mnogą na pojedynczą działałby wbrew woli Jezusa – pisze ks. prof. Ignacy Różycki – i to, co recytowałby, nie byłoby już Koronką do Miłosierdzia.

Kim są „my” w tej formule modlitwy? „My” oznacza recytującego i wszystkich tych, za których się on specjalnie modli, podczas gdy „cały świat”, to są wszyscy inni, żyjący i zmarli. W ten sposób Jezus domagając się, aby recytujący Koronkę błagał o litość „dla nas” – a nie „dla  mnie” – zwalcza egoizm w modlitwie i czyni z Koronki do Miłosierdzia akt ofiarnej miłości – wyjaśnia ks. prof. Ignacy Różycki.

2. Wprowadzanie zmian przez dodawanie jakichkolwiek słów lub ich usuwanie

W treści Koronki do Miłosierdzia Bożego nie tylko nie można zmieniać liczby, ale także wprowadzać żadnych zmian przez dodawanie jakichkolwiek słów lub ich ujmowanie.

Najczęstsze błędy to:

  • dodawanie różnych słów lub zdań, np.: miej miłosierdzie dla nas, dla Ojca Świętego, dla… i całego świata lub: dla Jego bolesnej męki, dla siedmiu boleści Matki Bożej, miej miłosierdzie… 
  • dodawanie modlitwy Chwała Ojcu i Synowi… wstawione po: Wierzę w Boga. 
  • opuszczanie słów np. w zakończeniu nie odmawia się słów: … i nad całym światem, poprzestając na formule wyjętej z Suplikacji. Wszelkie zmiany, „dodatki” lub ujmowanie słów z treści Koronki do Miłosierdzia Bożego sprawiają zmianę znaczenia i w efekcie odmawiamy już inną modlitwę, nie tę, którą podyktował Pan Jezus.

3. Dodawanie rozważań pomiędzy poszczególne dziesiątki

Koronki do Bożego Miłosierdzia nie powinno się odmawiać na wzór różańca i poszczególne dziesiątki rozdzielać rozważaniami, intencjami czy jakimikolwiek tekstami.

Intencje czy teksty do rozmyślań powinny być podane na początku, przed tekstem Koronki, aby ona odmówiona była w całości w takiej formie, jak ją podał Pan Jezus.

Uwaga! Jedyna dopuszczalna zmiana w tekście Koronki do Bożego Miłosierdzia

W formule Koronki do Miłosierdzia Bożego dopuszczalne jest tylko przestawienie słów: świata całego na: całego świata, ponieważ ono nie wprowadza żadnej zmiany merytorycznej, a bardziej właściwe jest dla składni języka polskiego.

Taki tekst Koronki ma imprimatur Kościoła.

źródło: faustyna.pl

***

Eugeniusz Kazimirowski, Obraz Jezusa Miłosiernego | Fot. Wikipedia

***

Obietnice, jakie Jezus złożył modlącym się Koronką do Bożego Miłosierdzia

Koronka do Bożego Miłosierdzia to modlitwa, jaką Jezus podyktował św. siostrze Faustynie. W “Dzienniczku” zapisała ona obietnice, jakie Jezus złożył wszystkim odmawiającym tę modlitwę.

W „Dzienniczku”, w którym św. s. Faustyna zapisywała słowa Jezusa, znajdziemy treść obietnic, jakie Jezus złożył wszystkim modlącym się Koronką do Bożego Miłosierdzia.

O trzeciej godzinie – mówił Pan Jezus do Siostry Faustyny – błagaj Mojego miłosierdzia, szczególnie dla grzeszników, i choć przez krótki moment zagłębiaj się w Mojej męce, szczególnie w Moim opuszczeniu w chwili konania. Jest to godzina wielkiego miłosierdzia dla świata całego (Dz. 1320).

14 obietnic, jakie Jezus złożył modlącym się Koronką do Miłosierdzia Bożego:

1. Obiecuję, że dusza, która czcić będzie ten obraz, nie zginie. Obiecuję także, już tu na ziemi, zwycięstwo nad nieprzyjaciółmi, a szczególnie w godzinę śmierci. Ja sam bronić ją będę jako swej chwały.

(Dz 48)


2. Te dwa promienie oznaczają krew i wodę. Blady promień oznacza wodę, która usprawiedliwia dusze; czerwony promień oznacza krew, która jest życiem dusz…

Te dwa promienie wyszły z wnętrzności miłosierdzia Mojego wówczas, kiedy konające serce Moje zostało włócznią otwarte na krzyżu.

Te promienie osłaniają dusze przed zagniewaniem Ojca Mojego. Szczęśliwy, kto w ich cieniu żyć będzie, bo nie dosięgnie go sprawiedliwa ręka Boga.

(Dz 299)


3. Odmawiaj nieustannie tę koronkę, której cię nauczyłem. Ktokolwiek będzie ją odmawiał, dostąpi wielkiego miłosierdzia w godzinę śmierci.

(Dz 687)


4. Kapłani będą podawać grzesznikom jako ostatnią deskę ratunku; chociażby był grzesznik najzatwardzialszy, jeżeli raz tylko zmówi tę koronkę, dostąpi łaski z nieskończonego miłosierdzia Mojego. Pragnę, aby poznał świat cały miłosierdzie Moje. Niepojętych łask pragnę udzielać duszom, które ufają Mojemu miłosierdziu.

(Dz 687)


5. Pragnę, aby święto Miłosierdzia, było ucieczką i schronieniem dla wszystkich dusz, a szczególnie dla biednych grzeszników. W dniu tym otwarte są wnętrzności miłosierdzia Mego, wylewam całe morze łask na dusze, które się zbliżą do źródła miłosierdzia Mojego. Która dusza przystąpi do spowiedzi i Komunii świętej, dostąpi zupełnego odpuszczenia win i kar. W dniu tym otwarte są wszystkie upusty Boże, przez które płyną łaski; niech się nie lęka zbliżyć do Mnie żadna dusza, chociażby grzechy jej były jako szkarłat.

(Dz 699)


6. Dusze, które odmawiać będą tę koronkę, miłosierdzie Moje ogarnie je w życiu, a szczególnie w śmierci godzinie.

(Dz 754)


7. Dusze, które szerzą cześć miłosierdzia Mojego, osłaniam je przez życie całe, jak czuła matka swe niemowlę, a w godzinę śmierci nie będę im Sędzią, ale miłosier(21)nym Zbawicielem. W tej ostatniej godzinie nic dusza nie ma na swą obronę, prócz miłosierdzia Mojego; szczęśliwa dusza, która przez życie zanurzała się w zdroju miłosierdzia, bo nie dosięgnie jej sprawiedliwość.

(Dz 1075)


8. Utrata każdej duszy pogrąża Mnie w śmiertelnym smutku. Zawsze Mnie pocieszasz, kiedy się (36) modlisz za grzeszników. Najmilsza Mi jest modlitwa – to modlitwa za nawrócenie dusz grzesznych; wiedz, córko Moja, że ta modlitwa zawsze jest wysłuchana.

(Dz 1397)


9. Większe jest miłosierdzie Moje aniżeli nędze twoje i świata całego. Kto zmierzył dobroć Moją? Dla ciebie zstąpiłem z nieba na ziemię, dla ciebie pozwoliłem przybić się do krzyża, dla ciebie pozwoliłem otworzyć włócznią najświętsze serce swoje i otworzyłem ci źródło miłosierdzia; przychodź i czerp łaski z tego źródła naczyniem ufności. Uniżonego serca nigdy nie odrzucę, nędza twoja utonęła w przepaści miłosierdzia Mojego. Czemuż byś miała przeprowadzać ze Mną [spór] o nędzę twoją. Zrób Mi przyjemność, że Mi oddasz wszystkie swe biedy i całą nędzę, a Ja cię napełnię skarbami łask.

(Dz 1485)


10. Córko Moja, nie ustawaj w głoszeniu miłosierdzia Mojego, ochłodzisz przez to serce Moje, które pała płomieniem litości dla grzeszników. Powiedz Moim kapłanom, że zatwardziali grzesznicy kruszyć się będą pod ich słowami, kiedy będą mówić o niezgłębionym miłosierdziu Moim, o litości, jaką mam dla nich w sercu swoim. Kapłanom, którzy głosić będą i wysławiać miłosierdzie Moje, dam im moc przedziwną i namaszczę ich słowa, i poruszę serca, do których przemawiać będą.

(Dz 1521)


11. Odmów tę koronkę, której cię nauczyłem, a burza ustanie. Zaraz zaczęłam odmawiać tę koroneczkę i nawet jej nie skończyłam, a burza nagle ustała i usłyszałam słowa: Przez nią uprosisz wszystko, jeżeli to, o co prosisz, będzie zgodne z wolą Moją.

(Dz 1731)


12. Zatwardziali grzesznicy, gdy ją odmawiać będą, napełnię dusze ich spokojem, a godzina śmierci ich będzie szczęśliwa.

(Dz 1541)


13. Żadna dusza, która wzywała miłosierdzia Mojego, nie zawiodła się ani nie doznała zawstydzenia. Mam szczególne upodobanie w duszy, która zaufała dobroci Mojej. Napisz: Gdy tę koronkę przy konających odmawiać będą, stanę pomiędzy Ojcem a duszą konającą nie jako Sędzia sprawiedliwy, ale jako Zbawiciel miłosierny.

(Dz 1541)


14. O trzeciej godzinie błagaj Mojego miłosierdzia, szczególnie dla grzeszników, i choć przez krótki moment zagłębiaj się w Mojej męce, szczególnie w Moim opuszczeniu w chwili konania. Jest to godzina wielkiego miłosierdzia dla świata całego. Pozwolę ci wniknąć w Mój śmiertelny smutek. W tej godzinie nie odmówię duszy niczego, która Mnie prosi przez mękę Moją…

(Dz 1320)

***

fot. Magnolia/Cathopic

***

Litania do Miłosierdzia Bożego

“Pomnóż w nas ufność w miłosierdzie swoje, byśmy nigdy w największych nawet trudnościach nie poddawali się rozpaczy, lecz zawsze ufnie zgadzali się z wolą Twoją, która jest samym miłosierdziem”.

Kyrie elejson, Chryste elejson, Kyrie elejson.
Chryste usłysz nas, Chryste wysłuchaj nas.
Ojcze z nieba Boże – zmiłuj się nad nami.
Synu Odkupicielu świata Boże – zmiłuj się nad nami.
Duchu Święty Boże – zmiłuj się nad nami.
Święta Trójco, Jedyny Boże – zmiłuj się nad nami.

Miłosierdzie Boże, nieogarniony przymiocie Stwórcy, Ufam Tobie
Miłosierdzie Boże, najwyższa doskonałości Odkupiciela,
Miłosierdzie Boże, niezgłębiona miłości Uświęciciela,
Miłosierdzie Boże, niepojęta tajemnico Trójcy Świętej,
Miłosierdzie Boże, wyrazie największej potęgi Pana,
Miłosierdzie Boże, w stworzeniu duchów niebieskich,
Miłosierdzie Boże, powołujące nas z nicości do istnienia,
Miłosierdzie Boże, ogarniające wszechświat cały,
Miłosierdzie Boże, darzące nas życiem nieśmiertelnym,
Miłosierdzie Boże, chroniące nas przed zasłużonymi karami,
Miłosierdzie Boże, dźwigające nas z nędzy grzechu,
Miłosierdzie Boże, usprawiedliwiające nas w Słowie wcielonym,
Miłosierdzie Boże, wypływające z ran Chrystusowych,
Miłosierdzie Boże, tryskające z Najświętszego Serca Jezusowego,
Miłosierdzie Boże, dające nam Najświętszą Maryję Pannę za Matkę Miłosierdzia,
Miłosierdzie Boże, w objawieniu tajemnic Bożych,
Miłosierdzie Boże, w ustanowieniu Kościoła powszechnego,
Miłosierdzie Boże, w ustanowieniu sakramentów świętych,
Miłosierdzie Boże, przede wszystkim w sakramencie chrztu i pokuty,
Miłosierdzie Boże, w sakramencie ołtarza i kapłaństwa,
Miłosierdzie Boże, w powołaniu nas do wiary świętej,
Miłosierdzie Boże, w nawracaniu grzeszników,
Miłosierdzie Boże, w uświęcaniu sprawiedliwych,
Miłosierdzie Boże, w udoskonalaniu świątobliwych,
Miłosierdzie Boże, pociecho dla chorych i cierpiących,
Miłosierdzie Boże, ukojenie serc udręczonych,
Miłosierdzie Boże, nadziejo dusz zrozpaczonych,
Miłosierdzie Boże, towarzyszące wszystkim ludziom zawsze i wszędzie,
Miłosierdzie Boże, uprzedzające nas łaskami,
Miłosierdzie Boże, pokoju konających,
Miłosierdzie Boże, rozkoszy niebiańska zbawionych,
Miłosierdzie Boże, ochłodo i ulgo dusz czyśćcowych,
Miłosierdzie Boże, korono wszystkich świętych,
Miłosierdzie Boże, niewyczerpane źródło cudów.

Baranku Boży, któryś okazał największe miłosierdzie w odkupieniu świata na krzyżu – przepuść nam, Panie.
Baranku Boży, który się miłosiernie ofiarujesz za nas w każdej Mszy świętej – wysłuchaj nas, Panie.
Baranku Boży, który z nieprzebranego miłosierdzia gładzisz grzechy nasze – zmiłuj się nad nami.

K. Miłosierdzie Boże ponad wszystkie dzieła Jego.
W. Przeto miłosierdzie Pańskie na wieki wychwalać będę (Ps 144,9; Ps 88,2).

Módlmy się: Boże, którego miłosierdzie jest niezgłębione, a skarby litości nieprzebrane, wejrzyj na nas łaskawie i pomnóż w nas ufność w miłosierdzie swoje, byśmy nigdy w największych nawet trudnościach nie poddawali się rozpaczy, lecz zawsze ufnie zgadzali się z wolą Twoją, która jest samym miłosierdziem. Przez Pana naszego Jezusa Chrystusa, Króla miłosierdzia, który z Tobą i Duchem Świętym okazuje nam miłosierdzie na wieki wieków. Amen.

adonai.pl

***

14 sierpnia 2026

Wigilia Wniebowzięcia Matki Bożej. Dzień postu i przygotowania do chwalebnej uroczystości

MB-Fatimska-post-popielec.jpg
PCh24.pl

***

Uroczystość Wniebowzięcia Najświętszej Maryi Panny Kościół tradycyjnie poprzedzał pokutną Wigilią. Post, modlitwa i rozważanie nadchodzącej uroczystości pomagają nam lepiej się do niej przygotować.

Tradycyjnie obchód największych świąt w ciągu roku Kościół poprzedzał Wigiliami. Wszyscy znamy Wigilię Bożego Narodzenia, a być może słyszeliśmy również o Wigilii Paschalnej przygotowującej do Wielkanocy. Wigilii jest jednak więcej. W taki sposób tradycyjnie przygotowywano się m.in. do uroczystości Zesłania Ducha Świętego, Wszystkich Świętych (1 listopada), św. Jana Chrzciciela (24 czerwca), śś. Piotra i Pawła (29 czerwca), czy święta św. Wawrzyńca (6 sierpnia). Swoją własną Wigilię posiada również obchodzona 15 sierpnia uroczystość Wniebowzięcia Matki Bożej.

Wigilie były dniami postu i abstynencji od mięsa. I choć obecnie taki wymóg już nie obowiązuje, to wciąż podjęcie jakiejś praktyki pokutnej jest rzeczą jak najbardziej dobrą, a nawet wskazaną. Poprzez dzień wyciszenia i umartwienia możemy lepiej przygotować się na świętowanie radosnego obchodu Wniebowzięcia Najświętszej Dziewicy.

Również liturgia Mszy św. w Wigilię tej uroczystości (wciąż obecna w tradycyjnym rycie rzymskim) odprawiana jest w kolorze fioletowym, który symbolizuje pokutę. Nie odmawia się Gloria („Chwała na wysokości”) ani nie ma radosnego Alleluia przed Ewangelią. Pozostałe teksty liturgiczne mówią o Matce Bożej, podkreślając Jej Boże Macierzyństwo i Jej obcowanie w Niebie. Kościół poprzez liturgię zwraca naszą uwagę na to, co mamy świętować już następnego dnia, aby przez rozważanie i modlitwę lepiej się przygotować do święta.

Wiara we Wniebowzięcie Matki Bożej obecna była w Kościele katolickim już przez dwa tysiące lat, mimo iż oficjalnie jako dogmat ogłosił to dopiero papież Pius XII w roku 1950. Kościół jednak nie odpowiedział na pytanie czy przed Wniebowzięciem Matka Boża umarła czy nie. Wyznawcy prawosławia wierzą iż śmierć Maryi miała miejsce, jednak w ciągu trzech dni Bóg wskrzesił Ją do życia i zabrał – z ciałem i duszą – do Nieba. Kościół katolicki nie podziela – ale też nie neguje – tego poglądu. Jest to równie możliwe, że Maryja tylko zasnęła; stąd używany zarówno przez katolików jak i prawosławnych termin dormitio (“zaśnięcie”), który nie wskazuje jednoznacznie czy śmierć Maryi nastąpiła czy nie.

Jednak ciekawą obserwacją jest, że teksty tradycyjnej katolickiej liturgii Wigilii Wniebowzięcia NMP wskazują, że śmierć Maryi mogła mieć miejsce. Udziel, miłosierny Boże, ochrony naszej słabości, abyśmy, którzy obchodzimy spoczynek świętej Matki Bożej, powstali z naszych grzechów dzięki pomocy Jej wstawiennictwa – mówi treść modlitwy Postcommunio.

Użyte w tekście łacińskim słowo requiem (“spoczynek”) w kontekście liturgicznym często odnosi się do tego wiecznego odpoczynku, czyli śmierci; nawet sama liturgia za zmarłych nosi właśnie nazwę Requiem. Zacytowana wersja modlitwy po Komunii używana była tylko do Soboru Trydenckiego. Wtedy bowiem sformułowanie requiem celebrámus (“obchodzimy spoczynek”) zastąpiono frazą festivitátem praevenímus (“wyprzedzamy/oczekujemy uroczystość”), co może oznaczać, że autorzy reformy liturgicznej nie chcieli zajmować w stanowiska w debacie o możliwej śmierci Matki Bożej. Niezależnie od tego, którą opcję przyjmiemy, jedno jest pewne: Maryja została z ciałem i duszą wzięta do nieba, i tę prawdę wiary świętujemy w Kościele co roku 15 sierpnia.

PCh24.pl – żródło: newliturgicalmovement.org

***

Prof. Tadeusz Kulik: W sierpniu 1920 roku rzeczywiście wydarzył się cud

„Bitwa Warszawska nazywana jest >>Cudem nad Wisłą<< nie tylko przez czcicieli Matki Bożej, ale również przez obojętnych religijnie specjalistów wojskowych. Ci ostatni uważają, że kumulacja tylu korzystnych dla Polaków zdarzeń o znaczeniu militarnym jest nieprawdopodobna, więc śmiało można nazwać to cudem” – zauważa prof. Tadeusz Kulik z Wydziału Inżynierii Materiałowej Politechniki Warszawskiej.

Gen. Władysław Sikorski ze sztabem 5 Armii podczas bitwy warszawskiej za: Wikipedia (domena publiczna)
Gen. Władysław Sikorski ze sztabem 5 Armii podczas bitwy warszawskiej za: Wikipedia (domena publiczna)

***

W opublikowanym na łamach „Rycerza Niepokalanego” artykule warszawski uczony dowodzi, że mówienie o „cudzie” w kontekście Bitwy Warszawskiej nie jest jedynie metaforą. Nie świadczą o tym tylko wspomnienia samych bolszewików, którzy – jak odnotował to kard. Aleksandr Kakowski – opowiadali, że „widzieli księdza w komży i z krzyżem w ręku, a nad nim Matkę Boską”. O cudowności tego wydarzenia świadczy również kumulacja zdarzeń, dzięki której „osiemnasta decydująca bitwa w dziejach świata pod Warszawą w 1920 r.” zakończyła się zwycięstwem Polski. Te zdarzenia to m.in. odszyfrowanie bolszewickiej korespondencji przez polski wywiad, dostawa amunicji z Węgier, absurdalne błędy bolszewików czy zjednoczenie całego polskiego społeczeństwa. 

– „Należy zauważyć, że ten cudowny splot korzystnych dla Polaków zdarzeń mógł jedynie opóźnić zdobycie Warszawy, ale w żaden sposób nie wyjaśnia nagłego, panicznego odwrotu bolszewickiej armii, mającej za sobą tyle zwycięstw”

– zastrzega prof. Kulik. 

Podkreśla, że „paniczny odwrót Armii Czerwonej spod Radzymina 15 sierpnia 1920 r. można wytłumaczyć jedynie jakimś nadzwyczajnym i zaskakującym wydarzeniem”. Sami bolszewicy przekonywali, że zaczęli uciekać, bo zobaczyli na niebie Matkę Bożą z połamanymi strzałami w rękach. To wizerunek Matki Bożej Łaskawej, której przypisuje się kilkukrotne uchronienie polskich miast od zarazy, a w 1652 ogłoszonej Patronką Warszawy i Strażniczką Polski. 

– „>>Cud nad Wisłą<< został wymodlony przez Polaków, którzy zjednoczyli się ponad podziałami stanowymi i politycznymi. W lipcu i sierpniu 1920 r. w stolicy trwały żarliwe modlitwy do Boga za wstawiennictwem Matki Bożej Łaskawej, bł. Andrzeja Boboli, patrona Polski, i bł. Władysława z Gielniowa, patrona Warszawy. Modliła się wówczas cała Polska, a Matka Boża nie pozostała obojętna na prośby swych dzieci”

– podsumowuje autor. 

źródło: Opoka.org, Fronda.pl

***

14 sierpnia 2026

Święty Maksymilian Maria Kolbe. Anioł w Auschwitz

Kolbe_swieci.jpg
oprac. GS/Pch24.p

***

– Był dla mnie jak anioł, ocierał zawsze moje łzy… – wspominał Zygmunt Gorson, polski Żyd ongiś więziony w obozie KL Auschwitz. Gorson trafił do lagru wraz z najbliższymi, mając trzynaście lat. To tutaj Niemcy zabili mu rodziców, dziadków, trzy siostry. Z całej rodziny przeżył tylko on jeden, aby dać świadectwo prawdzie. Także prawdzie o pewnym polskim franciszkaninie, który w owej otchłani zła i okrucieństwa otoczył opieką żydowskie dziecko.

 Dwie korony

Czterdzieści siedem lat wcześniej w Zduńskiej Woli, w ówczesnym Królestwie Polskim włączonym do Imperium Rosyjskiego, przyszedł na świat Rajmund Kolbe.

W młodości, wedle opinii matki, „był chłopcem bardzo żywym, bystrym, trochę łobuzowatym”, ale gdy trzeba także posłusznym, prawdziwą podporą rodziców we wszelkich pracach domowych. Otrzymał pobożne wychowanie, wszak ojciec i matka należeli do Trzeciego Zakonu św. Franciszka. W pamięci rodziców zachował się pewien epizod z dzieciństwa Rajmunda. Syn opowiedział im, ogromnie poruszony, przeżytą wizję spotkania z Matką Bożą, od której dobrowolnie przyjął dwie korony – białą oznaczającą, że wytrwa w czystości, oraz czerwoną zapowiadającą męczeństwo.

Rajmund szybko odnalazł swe powołanie. Jako trzynastolatek wstąpił do Małego Seminarium Ojców Franciszkanów we Lwowie. Trzy lata później, po rozpoczęciu nowicjatu, przybrał zakonne imię Maksymilian, potem, przy okazji ślubów wieczystych uzupełnione jeszcze o imię Maria. W 1912 roku rozpoczął studia w Krakowie, kontynuowane w Rzymie, zwieńczone doktoratem z filozofii, następnie z teologii.

Czarne chorągwie z Lucyferem

W Rzymie Maksymilian zderzył się z ostrym antyklerykalizmem, forsowanym przez loże masońskie Wielkiego Wschodu Włoch. W owym czasie godność wielkiego mistrza tamtejszych „farmazonów” pełnił Ernesto Nathan, naturalizowany we Włoszech angielsko-niemiecki Żyd, który walkę z Kościołem uznał za swe posłannictwo.

W październiku 1917 r. Maksymilian Maria Kolbe miał wątpliwą przyjemność oglądać w Rzymie hałaśliwe, agresywnie antykatolickie manifestacje wolnomularzy, hucznie świętujących dwustulecie założenia ich organizacji. Na czarnych chorągwiach masonów widniał wizerunek Lucyfera, depczącego Michała Archanioła.

– Jątrzące ręce ośmielały się wypisywać takie hasła jak: „Szatan panować będzie na Wzgórzu Watykańskim, a papież będzie mu sługą” – wspominał święty.

Kolbe był wstrząśnięty, jednakowoż nie zamierzał poprzestać na wyrazach oburzenia. Jeszcze w tym samym miesiącu, wraz z sześcioma klerykami z Międzynarodowego Kolegium Franciszkańskiego „Seraphicum”, powołał nowy ruch maryjny – Rycerstwo Niepokalanej (Militia Immaculatae), do walki z „siłami ciemności” zagrażającymi Kościołowi. Rycerze mieli się „starać o nawrócenie grzeszników, heretyków, schizmatyków, a najbardziej masonów, i o uświęcenie wszystkich pod opieką i za pośrednictwem Najświętszej Maryi Panny Niepokalanej”.

Założyciel ruchu zalecał: „Niechaj każdy z członków i każda z członkiń Milicji uważnie, a gorąco, co dzień odmawia nasz akt strzelisty: »O Maryjo bez grzechu poczęta, módl się za nami, którzy się do Ciebie uciekamy, i za wszystkimi, którzy się do Ciebie nie uciekają, a zwłaszcza za masonami«, bo masoni to nic innego, jak tylko zorganizowana klika fanatycznych Żydów, dążących nieopatrznie do zniszczenia Kościoła katolickiego, któremu nam Bóg Człowiek zapewnił, że bramy piekielne nie zwyciężą go”.

Maksymilian był człowiekiem czynu i walki. Zadanie powołanego Rycerstwa przedstawiał jako udział w duchowej bitwie pod Bożymi sztandarami: „Rycerz, Milicja, walka: wojowniczo brzmią te słowa, bo i oznaczają wojnę. Nie walkę przy pomocy karabinów, kulomiotów, armat, samolotów, trujących gazów, ale – prawdziwą walkę. Jakaż jej taktyka? Przede wszystkim modlitwa”.

Wielkie dzieła

Powrócił do wolnej już Polski w roku 1919 i od razu rzucił się w wir pracy. Z niespożytą energią realizował wciąż nowe dzieła.

Chyba najbardziej znaczące z nich to wzniesienie franciszkańskiego klasztoru w Niepokalanowie, który w roku 1939 stał się najliczniejszym konwentem katolickim na świecie. To również prowadzona z rozmachem działalność wydawnicza –- na czele z pismami o charakterze religijno-społeczno-polityczno-kulturalnym, „Rycerzem Niepokalanej” oraz „Małym Dziennikiem”. Były także miesięczniki dla dzieci, był „Biuletyn Misyjny” i  „Informator Rycerstwa Niepokalanej”. Łączny nakład tych pism w roku 1939 sięgnął półtora miliona egzemplarzy!

Maksymilian, choć posiadacz tytułów naukowych z zakresu teologii i filozofii, wykazywał też ogromne zainteresowanie naukami ścisłymi. Studiował matematykę, fizykę, chemię, biologię, astronomię. Postęp techniczny nie przerażał go, szukał możliwości wykorzystania jego potencjału. Jeszcze na studiach opracował projekt pojazdu kosmicznego. W Niepokalanowie uruchomił elektrownię, zamierzał ulokować tam również lotnisko, siedzibę radia i telewizji. Wybuch wojny pokrzyżował większość z tych planów, choć zdołano wyemitować kilka próbnych audycji radia SP3-RN (Stacja Polska 3 – Radio Niepokalanów), z melodią pieśni Po górach, dolinach jako sygnałem wywoławczym.

Niezwykle trafnie przewidział konieczność tworzenia silnych mediów katolickich:

– Możemy wybudować wiele kościołów. Ale jeśli nie będziemy mieli własnych mediów, te kościoły będą puste.

Błogosławiona góra Hikosan

W roku 1930 zakon zatwierdził Maksymilianowi projekt powołania placówki misyjnej na Dalekim Wschodzie.

Udał się tam niezwłocznie w towarzystwie kilku współbraci. Po pierwszym niepowodzeniu w chińskim Szanghaju, został serdecznie przyjęty na Wyspach Japońskich. Rychło rozpoczął tam wydawanie miejscowej edycji „Rycerza Niepokalanej”, o nakładzie sięgającym 60 000 egzemplarzy (z japońskimi redaktorami dogadywał się znakomicie – po łacinie). Najpoważniejszym przedsięwzięciem w Kraju Kwitnącej Wiśni było wzniesienie klasztoru franciszkańskiego – Ogrodu Niepokalanej (Mugenzai no Sono) oraz seminarium duchownego w Nagasaki.

Oczywistą lokalizacją klasztoru wydawała się zdominowana przez katolików dzielnica Urakami, chlubiąca się wspaniałą katedrą Niepokalanego Poczęcia Najświętszej Marii Panny. Tymczasem Maksymilian zaskoczył wszystkich, nakazując, by konwent wznieść na drugim końcu miasta, na stoku góry Hikosan.

Czternaście lat później, 9 sierpnia 1945 roku, dokładnie nad katolicką dzielnicą Urakami eksploduje bomba atomowa, zrzucona przez Amerykanów. Szatański „blask tysiąca słońc” spopieli dzielnicę wraz z mieszkańcami, zrujnuje doszczętnie katedrę (choć w jej ruinach przetrwa, w sposób po ludzku niewytłumaczalny, drewniany posąg Maryi, odtąd zwany Postnuklearną Madonną). Z ogniowej burzy ocaleje klasztor zbudowany przez Maksymiliana. Góra Hikosan osłoniła konwent przed falą uderzeniową i promieniowaniem cieplnym.

O nawrócenie Żydów

Po pięcioletnim pobycie w Azji Maksymilian powrócił do ojczyzny. A Polska okresu międzywojennego, budująca swą państwowość po długim okresie niewoli, gnębiona skutkami niedawnych działań wojennych oraz bieżącymi następstwami światowego kryzysu gospodarczego, borykała się z wieloma problemami.

Pełno było konfliktów społecznych, politycznych i narodowościowych. Były także spory polsko-żydowskie. Trwała zawzięta, a niekiedy brutalna walka o swoje miejsce na ziemi; o dominację – w polityce, gospodarce, handlu, oświacie. Nikt uczciwy nie może zaprzeczyć, że wzajemne kontakty Polaków i Żydów, ich codzienne sąsiedztwo miewały różne, niekiedy skrajnie odmienne następstwa w rozmaitych okolicznościach. Były więc przejawy życzliwości, pomocy sąsiedzkiej, a co najmniej zaciekawienia odmiennością drugiej strony. Występowały także obojętność, nieufność i podejrzliwość. Zdarzały się wreszcie akty wrogości, a nawet przypadki przemocy z jednej i drugiej strony (choć skala takich zjawisk została potężnie zmitologizowana).

Trudno tu generalizować, bo przecież wielu Żydów okazało się lojalnymi obywatelami Rzeczypospolitej. Ale równocześnie szerokie rzesze ich ziomków nie utożsamiały się z państwem polskim (co dobitnie potwierdzi ich postawa we wrześniu 1939 roku). Kręgi ekstremalne zaangażowały się w działalność konspiracji komunistycznej, dążącej do zniszczenia naszej państwowości.

Maksymilian Maria Kolbe, pamiętając co widział w Rzymie w roku 1917, niestrudzenie prowadził swą antymasońską krucjatę modlitewną. Dostrzegał także zagrożenie ze strony Żydów:

„Żydostwo szkodziło i szkodzi nam na każdym kroku, wżera się jak rak w ciało narodu, szerzy przekupstwo i zepsucie wśród dorosłych, a rozpustę i bezbożnictwo wśród młodzieży, wydziera nam handel, przemysł, rzemiosło, a nawet ziemię”.

Maksymilian zawsze żywo reagował na ataki wymierzone w Kościół. Nigdy nie chował głowy w piasek, także w obliczu antychrześcijańskich wystąpień Żydów. „W Talmudzie nazywają owi rabini chrześcijan bałwochwalcami, gorszymi od Turków, mężobójcami, rozpustnikami, nieczystymi, gnojem, zwierzętami w ludzkiej postaci, gorszymi od zwierząt, synami diabła […] księgę […] dyszącą nienawiścią ku Chrystusowi Panu i chrześcijanom wtłacza się w głowy, że to księga święta, ważniejsza od Pisma Świętego […]” – pisał z wyrazistością, która zawstydzać musi dzisiejszych, ugrzecznionych hierarchów Kościoła.

Maksymilian stwierdzał też jednak: „Ani przeciętny żyd, ani rabin nie ma zazwyczaj pojęcia o religii Chrystusowej, karmiony jedynie nienawiścią ku swemu Odkupicielowi, zakopany w sprawach doczesnych, goniący za złotem i władzą, nie przypuszcza nawet, ile pokoju i szczęścia daje jeszcze na tej ziemi wierna, gorliwa i wspaniałomyślna miłość Ukrzyżowanego, jak ono przewyższa wszystkie „szczęścia” zmysłowe, czy umysłowe, które daje nędzny świat. […] Pamiętajmy, że za każdego, bez względu na różnicę narodowości, umarł Pan Jezus. I że każdy, a więc i każdy Żyd, jest niewdzięcznym, ale jednak dzieckiem naszej Matki w niebie”.

Zwalczając religijne błędy żydowskich innowierców Maksymilian kochał ich jako bliźnich, jako dzieci Boże. Chciał ratunku ich dusz, ich nawrócenia, prowadzonego „w sposób roztropny, doprawdy bardzo roztropny”. Stanowczo odżegnywał się od przemocy, ostrzegał przed nienawiścią, zalecając rozwagę i umiarkowanie:

„Mówiąc o Żydach bardzo bym uważał na to, żeby czasem nie wzbudzić, albo nie pogłębić nienawiści do nich w czytelnikach i tak już nastrojonych do nich czasem nawet wrogo. Na ogół więcej bym się starał o rozwój polskiego handlu i przemysłu niż piętnował Żydów. Oczywiście zdarzają się i wypadki złej woli z ich strony, kiedy to trzeba będzie wystąpić energiczniej, nie zapominając, jednak o tym, że naszym pierwszorzędnym celem jest zawsze nawrócenie i uświęcenie dusz, czyli zdobycie ich dla Niepokalanej, miłość ku wszelkim duszom, nawet Żydów i masonów i heretyków…”.

Dzień wyboru

Po napaści Niemiec na Polskę we wrześniu 1939 r., okupanci aresztowali ojca Maksymiliana. Przez blisko trzy miesiące więziono go w obozach w Łambinowicach, Gębicach i Ostrzechowie. Zwolniony, powrócił do Niepokalanowa.

Rychło siedziba konwentu stała się prężnie działającym ośrodkiem pomocowym, dając schronienie między innymi tysiącom Wielkopolan wypędzonych przez Niemców z ojcowizny. Spiesząc tułaczom na ratunek Maksymilian nie stosował żadnych kryteriów narodowościowych ani religijnych – pod jego opieką znalazło się także 1500 Żydów.

Aresztowany powtórnie w lutym 1941 r., przetrzymywany na warszawskim Pawiaku, został wysłany do obozu koncentracyjnego w Auschwitz (Oświęcimiu), gdzie oznaczono go numerem 16670. Przydzielony do komanda „Babice”, pracował przy wyrębie lasu, znosząc codziennie katorżniczy wysiłek, głód i bestialstwo strażników.

W lipcu 1941 r. zastępca komendanta obozu, SS-Haupsturmführer (kapitan SS) Karl Fritzsch, skazał dziesięciu więźniów na powolną śmierć w bunkrze głodowym. Jeden z nieszczęśników, więzień nr 5659 Franciszek Gajowniczek, jęknął z żalu za żoną i dziećmi…

Wówczas  dobrowolnie wystąpił więzień nr 16670. Jeden ze świadków, Michał Micherdziński, tak zapamiętał rozmowę Maksymiliana z niemieckim oficerem. Niemiec zapytał:

– Czego chce ta polska świnia?

Zaczęli szukać tłumacza, ale okazało się, że tłumacz jest zbędny. Ojciec Maksymilian w postawie na baczność odpowiedział spokojnie po niemiecku:

– Chcę umrzeć za niego.

I wskazał lewą ręką stojącego obok Gajowniczka. Padło kolejne pytanie:

– Kim jesteś?

– Jestem polskim księdzem katolickim.

Ojciec Maksymilian, mimo iż wiedział, jak Niemcy traktują polskich księży, nie bał się przyznać do swego kapłaństwa. Panowała wtedy nieznośna cisza. Każda sekunda wydawała się trwać wieki. Wreszcie stało się coś, czego do dzisiaj nie mogą zrozumieć ani Niemcy, ani więźniowie. Kapitan SS, który zawsze zwracał się do więźniów przez wulgarne „ty”, zwrócił się do o. Maksymiliana per „pan”:

– Dlaczego chce pan umrzeć za niego?

Ojciec Maksymilian odpowiedział:

– On ma żonę i dzieci.

Po chwili esesman odpowiedział:

– Dobrze.

 Ocalony Gajowniczek relacjonował po latach: „Wyciągnęli mnie z tej dziesiątki. Minąłem Ojca Maksymiliana, który tam, w tym szeregu został, na moim miejscu. Nic do siebie nie powiedzieliśmy, nawet nie mogłem powiedzieć: – Dziękuję”.

Dwanaście dni Golgoty

Maksymiliana oraz dziewięciu innych skazańców umieszczono nagich w bunkrze głodowym (blok 11).

Pracujący w okolicy więźniowie wspominali, że niektórzy skazani, ogarnięci rozpaczą, zrazu głośno bluźnili przeciw Bogu; jednakże pod wpływem ojca Kolbego zmienili swą postawę. Odtąd z bunkra dobiegały tylko wspólnie odmawiana modlitwa różańcowa i pieśni maryjne. Po dwunastu dniach żyło już tylko czterech skazanych, wśród nich Maksymilian. Niemiecki kryminalista Bock dobił ich zastrzykiem fenolu.

Maksymilian Maria Kolbe zginął męczeńską śmiercią w dniu 14 sierpnia 1941 roku, w wigilię uroczystości Wniebowzięcia Najświętszej Maryi Panny.

Franciszek Gajowniczek przeżył obóz. Po wojnie przyjechał odwiedzić miejsce swej niedoli. Pokazano mu bunkier, w którym cierpiał ostatnie katusze jego wybawiciel. Na ścianie Gajowniczek odkrył wydrapany paznokciami krzyż.

 Przyjaciele i wrogowie

Maksymilian Maria Kolbe został beatyfikowany jako wyznawca w roku 1971, zaś jedenaście lat później kanonizowany jako męczennik.

– Światu […] potrzeba Bożych szaleńców, którzy będą szli przez ziemię, jak Chrystus, jak Wojciech, Stanisław czy Maksymilian Maria Kolbe […], którzy będą mieli odwagę miłować i nie cofną się przed żadną ofiarą – rzekł o nim papież św. Jan Paweł II.

Bezkompromisowość świętego do dziś pozostaje solą w oku wielu wrogów Kościoła.

– Ojciec Kolbe był nacjonalistą o wielkiej żarliwości. Jego sprzeciw wobec nazizmu był typu nacjonalistycznego, a nie moralnego – gromił „niesłuszne” poglądy więźnia nr 16670 Żyd Elie Wiesel.

– Kolbe był również w jakiejś mierze twórcą „Rycerza Niepokalanej” i „Małego Dziennika”, a więc pism, które symbolizują ciemny i obskurancki nurt polskiego katolicyzmu, pism prymitywnych, krzewiących religijną nietolerancję i etniczną nienawiść – wybrzydzał „tolerancyjnie” inny esteta, Żyd Adam Michnik.

Nad rzekomym „antysemityzmem” męczennika biadali zgodnym chórem tak „światli” osobnicy, jak minister komunistycznego rządu PRL Żyd Jerzy Urban, czy mistrz masońskiej loży „Kopernik” Jan Józef Lipski (ten ostatni na łamach tytularnie katolickiego „Tygodnika Powszechnego”…). Znaczące, że wśród osobników gorliwie rozliczających życiorys więźnia nr 16670 znalazła się pokaźna grupa dziennikarzy… niemieckich (!!!).

Takie i podobne enuncjacje zawodowych tropicieli „antysemityzmu” zderzały się ze świadectwami ludzi, których los postawił na drodze świętego; także Żydów.

Cytowany na wstępie Zygmunt Gorson, co jako bezradny dzieciak znalazł się w Auschwitz, tak wspominał polskiego duchownego:

– Był dla mnie jak anioł, i jak matka bierze swe pisklęta pod skrzydła, tak on mnie wziął w ramiona. Ocierał zawsze moje łzy. Od tego momentu wierzę o wiele bardziej w Boga, ponieważ od czasu, kiedy zmarli moi rodzice, pytałem siebie nieustannie: „Gdzie jest Bóg?”. I straciłem wiarę. Kolbe mi ją przywrócił! On wiedział, że byłem żydem, lecz to nie stanowiło różnicy. Jego serce nie czyniło rozróżnienia między osobami i nie miało dla niego znaczenia to, czy są żydami, katolikami lub z jeszcze innych religii: on kochał wszystkich i dawał miłość, nic innego jak miłość.

Profesor Eugene Zolli, Wielki Rabin Rzymu, który doznał łaski nawrócenia na katolicyzm, stwierdził:

– Jeśli byłbym zdolny napisać książkę o Maksymilianie Kolbe – nie jestem tego godny, inaczej Opatrzność dałaby mi zdolność uczynienia tego – zatytułował bym ją: „Ojciec Maksymilian Kolbe, zmarły w imię miłości”.

Czas drogi

– Co chwila bądź lepszy. Teraz czas drogi – nauczał św. Maksymilian.

Żyjemy w czasach, kiedy ogarnięci pychą „teologowie” uznają się za mądrzejszych od Pana Boga. Skwapliwie przypochlebiając się obowiązującym modom, w imię „politycznej poprawności” przystępują do „poprawiania” zapisów Ewangelii, katechizmu i nauczania Ojców Kościoła, do swoistej lustracji biogramów świętych. Miernoty, które nigdy nie podejmowały wyborów w obliczu bunkra głodowego i zastrzyku fenolu, rwą się do rozliczania męczenników. Święty Maksymilian precyzyjnie wskazał na źródła takich pogubień:

– Szatani są lepszymi teologami niż my. A jednak, chociaż w rzeczach Bożych niejedno mogą więcej wiedzieć – są szatanami. Jest to wiedza, która nic nie pomoże.

Zaś tym wszystkim, którzy upadli na duchu, tym z nas, którzy ogarnięci przerażeniem i brakiem nadziei rozglądają się po otaczającym nas zewsząd świecie ruin, Anioł z Auschwitz zostawił słowa otuchy:

– Wszystko się skończy, więc i cierpienia się skończą. Droga chwały to droga krzyża. Matka Najświętsza z nami, Ona nam zawsze pomaga.

Andrzej Solak/PCh24.pl

***

Czy Maryja umarła?

wniebowziecie-lichen-grota.jpg
Grota Wniebowzięcia Matki Bożej. Sanktuarium w Licheniu Starym Fot. MA

Wiemy, że Maryja została z ciałem i duszą wzięta do nieba. Ale czy przed tym Wniebowzięciem Najświętsza Dziewica umarła, czy może tylko zasnęła?

Kiedy człowiek umiera, nieśmiertelna dusza opuszcza jego ciało, które następnie ulega rozkładowi. Dusze tych, którzy umarli w stanie łaski uświęcającej, idą wtedy do nieba – choć może po czasowej pokucie w czyśćcu; zaś dusze tych, którzy opuścili ten świat w stanie grzechu ciężkiego, skazane są na męki wieczne w piekle. Na końcu czasów, gdy Chrystus przyjdzie ponownie na ziemię by sądzić ludzkość, ciała zmartwychwstaną – tzn. dusze ponownie połączą się z nimi – i właśnie w takiej postaci wszyscy staniemy przed Sądem Bożym.

Rozkład nie dotknął jednak ciała Matki Bożej, a to było rezultatem Jej Niepokalanego Poczęcia. Bóg zabrał Maryję – z duszą i ciałem – do chwały Nieba. W konsekwencji doświadcza Ona nie tylko tego szczęścia, którym się cieszą dusze zbawionych w niebie, ale również przebywa tam wraz ze swoim ciałem, co wszyscy inni sprawiedliwi osiągną dopiero po Sądzie Ostatecznym.

Spod tego rodzaju ogólnego prawa zechciał Bóg wyjąć Najświętszą Maryję Pannę. Ona to, na mocy zupełnie szczególnego przywileju, swoim Niepokalanym Poczęciem zwyciężyła grzech, i dlatego nie podlega temu prawu trwania w rozkładzie grobowym, ani nie musiała aż do końca świata czekać na wybawienie swego ciała – pisze papież Pius XII (Konstytucja Apostolska Munificentissimus Deus, określająca dogmat o Wniebowzięciu NMP, 1.11.1950).

Pismo Święte przytacza przykłady dwóch innych osób, które zostały zabrane „do niebios” lub „do Boga”; chodzi tu o Eljasza i Henocha. O tym pierwszym opowiada Druga Księga Królewska w słowach: Oto [zjawił się] wóz ognisty wraz z rumakami ognistymi (…), a Eliasz wśród wichru wstąpił do niebios (2 Krl 2,11). Dzieje Henocha są znowu opisane w Księdze Rodzaju: Żył więc Henoch w przyjaźni z Bogiem, a następnie znikł, bo zabrał go Bóg (Rdz 5,24). Jednak – jak podkreśla św. Tomasz z Akwinu – żadnej z tych dwóch historii nie należy interpretować jako wniebowzięcia takiego jak w przypadku Matki Bożej. Raczej, Eljasz i Henoch przebywają w jakimś innym miejscu, które można rozumieć jako „raj ziemski” i tam oczekują powtórnego przyjścia Chrystusa. Henoch został przeniesiony do raju ziemskiego, gdzie – jak się wierzy – żyje wraz z Eliaszem aż do przyjścia Antychrysta – pisze Akwinata (ST III q. 49 a. 5 ad. 2). Opinię Doktora Anielskiego podzielają Ojcowie Kościoła. Eljasz i Henoch byli bowiem obciążeni grzechem pierworodnym, którego skutkiem jest śmierć, czyli oddzielenie duszy od ciała. Maryja jednak – na mocy szczególnego wybrania Bożego – została od grzechu pierworodnego zachowana i dlatego jej ciało może już teraz obcować w Niebie.

Wiemy zatem, iż Maryja została z ciałem i duszą wzięta do nieba. Pojawia się jednak pytanie: czy Maryja przed swoim Wniebowstąpieniem umarła?

Taką wersję wydarzeń uznają wyznawcy prawosławia. Opierają się oni na Tradycji, szczególnie na pismach św. Jana Ewangelisty, św. Jana Damasceńskiego i św. Dionizego Areopagity. Prawosławni wierzą, że anioł ukazał się Maryi trzy dni przed Jej śmiercią, obwieszczając Jej to nadchodzące wydarzenie. Najświętsza Dziewica miała spędzić te ostatnie dni swojego życia na modlitwie i trosce o wdowy. Gdy leżała już na łożu śmierci, Apostołowie – poza Tomaszem – zostali w cudowny sposób przeniesieni z różnych stron świata do Jerozolimy, by tam towarzyszyć konającej Matce ich Mistrza. Gdy Ona dokonała już swojego żywota, uczniowie złożyli Jej martwe ciało w Ogrodzie Getsemani. Ale gdy trzy dni później przybył tam również Tomasz i zajrzał do grobu, by po raz ostatni pokłonić się Maryi, okazało się, że Jej ciała już tam nie było. Matka Boża miała jednak pocieszyć zasmuconego Tomasza, zsyłając mu z nieba pas od swojej szaty.

W konsekwencji prawosławni wierzą, że Maryja umarła tak jak wszyscy ludzie, tzn., że Jej nieśmiertelna dusza opuściła Jej materialne ciało, ale gdzieś w ciągu trzech dni to martwe ciało zostało na nowo połączone z duszą, a następnie zabrane do nieba. Oznacza to iż Maryja już wtedy dostąpiła zmartwychwstania umarłych, które nas spotka na końcu czasów.

Kościół katolicki nie podziela – ale też nie neguje – tego poglądu. Jakkolwiek dogmat o Wniebowzięciu Matki Bożej ogłoszony przez papieża Piusa XII potwierdza jasno i niezaprzeczalnie, że również Jej ciało zostało zabrane do Nieba, to nie zajmuje jednak stanowiska czy przedtem nastąpiła Jej śmierć, czy też nie. Jest to bowiem możliwe, że Maryja nigdy nie umarła, a tylko zasnęła. Oznaczałoby to, że będąc cały czas żywą, Jej ciało i dusza – nigdy nie rozłączone od siebie – zostały zabrane do nieba. I właśnie taka wersja wydarzeń jest zwykle przedstawiana na katolickich obrazach. Zarówno katolicy jak i prawosławni używają terminu dormitio, dosłownie znaczącego zaśnięcie, który nie wskazuje jednoznacznie czy nastąpiła śmierć Maryi czy nie.

Niezależnie od tego, którą opcję przyjmiemy, jedno jest pewne: Maryja została z ciałem i duszą wzięta do nieba. Mimo, że nie było świadków tego wydarzenia, to jest to jednoznaczny wniosek płynący ze wspomnianego już Jej Niepokalanego Poczęcia, a także z faktu iż była ona Matką Syna Bożego. I chociaż Kościół potwierdził to nieomylnym dogmatem dopiero w 1950 r., to we Wniebowzięcie Maryi wierzono przez całe dwa tysiące chrześcijaństwa. Dogmat był zatem tylko jednoznacznym potwierdzeniem tej prawdy obecnej w Kościele już od wieków.

Wydaje się rzeczą wprost niemożliwą, widzieć oddzieloną od Niego po ziemskim życiu, jeśli nie duchem to przecież ciałem, Tę która Go poczęła, porodziła, mlekiem własnym wykarmiła, na rękach piastowała i do serca swego tuliła – mówi treść ogłoszonego przez Piusa XII dogmatu.

Wreszcie, fragmenty Pisma Świętego łączą się w spójną konkluzję dowodzącą Wniebowzięcia Matki Bożej. Księga Psalmów mówi: Wyrusz, o Panie, na miejsce Twego odpocznienia, Ty i Twoja arka pełna chwały! (Ps 131,8). A to właśnie Maryja jest uważana za „Arkę Przymierza”, bowiem Jej ciało nosiło samego Boga. W Arce zaś przymierza zrobionej z niepsującego się drzewa i umieszczonej w świątyni Bożej, widzą jakby obraz przeczystego ciała Dziewicy Maryi, które zostało zachowane wolnym od wszelkiego Skażenia grobowego i wyniesione do tak wielkiej chwały w niebie – wyjaśnia Pius XII w treści dogmatu.

Podobne teologowie katoliccy wnioskują, że nie ma innej możliwości poza tą iż także ciało Maryi została zabrane do nieba.

Maryja została przez Syna uhonorowana szczególnym przywilejem, zachowując w Chrystusie ciało, które zrodziła; czemu więc nie także ciało, przez które zrodziła? – pisze św. Augustyn. Tron Boga, komnata Pana, dom i przybytek Chrystusa powinny być tam, gdzie On sam jest. Tak cenny skarb bardziej przystoi, by strzegło go niebo, niż ziemia – kontynuuje.

Podobnie stwierdził św. Albert Wielki w słowach: Jest rzeczą jasną, że Najświętsza Matka Boża z duszą i ciałem została wzięta do nieba ponad chóry anielskie. Wierzymy, że jest to prawda pod każdym względem.

Wiara we Wniebowzięcie Matki Bożej była obecna w Kościele od samego momentu Jej śmierci bądź zaśnięcia i nie ma (!) ani w Piśmie Świętym ani w Tradycji choćby jednego wersu, który by temu przeczył. Co więcej, nie można rozumowo podważyć tej prawdy, ponieważ jest ona spójną konkluzją wynikającą z Objawienia Bożego. Dlatego papież Pius XII w 1950 r. uczynił naukę o Wniebowzięciu Najświętszej Dziewicy dogmatem wiary katolickiej.

Ogłaszamy, wyjaśniamy i określamy, jako dogmat przez Boga objawiony, że Niepokalana Bogarodzica Zawsze Dziewica Maryja, po zakończeniu biegu życia ziemskiego, została z ciałem i duszą wzięta do niebieskiej chwały – mówi treść dogmatu. Dlatego też, gdyby ktoś, nie daj Boże, dobrowolnie odważył się temu cośmy określili przeczyć, lub o tym powątpiewać, niech wie, że odstąpił zupełnie od wiary Boskiej i katolickiej – zaakcentował papież.

Adrian Fyda/PCh24.pl

***

13 sierpnia Kościół czci Matkę Bożą Kalwaryjską

4978.jpg
Matka Boża Kalwaryjska (fragm.)

***

13 sierpnia Kościół krakowski czci Matkę Bożą Kalwaryjską. Wizerunek Matki Bożej z sanktuarium w Kalwarii Zebrzydowskiej należy do najbardziej znanych i otoczonych szczególnym kultem obrazów maryjnych w Polsce. Jak się szacuje rocznie przybywa tu ponad milion pielgrzymów z kraju i zagranicy.

Kalwaria Zebrzydowska leży około 40 km na południowy zachód od Krakowa między majestatycznie wznoszącymi się górami Lanckoroną i Żarem. Miejsce to znane jest z najsłynniejszej w Polsce Kalwarii – kompleksu 21 kaplic i kościołów postawionych wzdłuż tzw. Dróżek Matki Bożej i Pana Jezusa. Wybudowana w XVII wieku Droga Krzyżowa wzorowana jest w dużej mierze na kościołach i kaplicach związanych z Męką Pana Jezusa w Jerozolimie.

Znajdujące się w Kalwarii Zebrzydowskiej sanktuarium maryjne od początku swego istnienia aż do dzisiaj pozostaje pod opieką oo. Bernardynów. Główny kościół Kalwarii to bazylika pod wezwaniem Matki Bożej Anielskiej. Od 1641 roku zwiększa się gwałtownie sława Kalwarii jako sanktuarium maryjnego za sprawą podarowanego bernardynom cudownego obrazu Płaczącej Madonny. Kult tego obrazu rozpoczął się od wydarzenia, które miało miejsce 3 maja 1641 roku. Wówczas obraz Matki Bożej zapłakał krwawymi łzami. O fakcie tym właściciel obrazu Stanisław Paszkowski powiadomił władze duchowne. Kiedy obraz trafił do kościoła kalwaryjskiego, zaczęły napływać rzesze pielgrzymów pragnących oddać mu cześć. Ówczesny biskup krakowski nakazał na pewien czas przechowywać go w zakrystii. Pobożny lud nadal garnął się do Kalwarii i wielu za sprawą tego wizerunku doznawało licznych łask i uzdrowień.

Przez 17 lat obraz pozostawał w zakrystii, po czym biskup zezwolił na umieszczenie go w bocznym ołtarzu kościoła. W 1667 roku umieszczono wizerunek Matki Bożej z Dzieciątkiem w specjalnie wybudowanej dla niego kaplicy, którą zaczęły wypełniać wota za otrzymane łaski. Wkrótce rozpoczęto starania o koronację obrazu. Rozbiory opóźniły ten dzień, aż do 15 sierpnia 1887 roku. Na uroczystość przybyło około 230 tys. wiernych z wszystkich dzielnic Polski, a także z Węgier, Słowacji i Czech. Koronacji papieskimi koronami Leona XIII dokonał ówczesny ordynariusz krakowski ks. abp Albin Dunajewski.

Obraz o wymiarach 74×90 cm namalowany farbą olejną na płótnie, przedstawia Matkę Bożą z tulącym się do Niej Dzieciątkiem. „Zawsze, kiedy tu przychodziłem, miałem świadomość, że zanurzam się w tym rezerwuarze wiary, nadziei i miłości, które naniosły na te wzgórza, na to sanktuarium całe pokolenia Ludu Bożego ziemi, z której pochodzę, i że ja z tego skarbca czerpię. Nawet niewiele dając z siebie, czerpię… I zawsze też miałem świadomość, że owe tajemnice Jezusa i Maryi, które tu rozważamy, modląc się za żywych lub umarłych są istotnie niezgłębione…” – mówił o tym sanktuarium papież Jan Paweł II podczas pielgrzymki do Kalwarii 7 czerwca 1979 r.

W stulecie koronacji obrazu, 10 czerwca 1987 Jan Paweł II przekazał dla sanktuarium złotą różę. Ceremonia miała miejsce podczas III pielgrzymki Papieża do Ojczyzny. Na tę okoliczność Obraz opuścił Kalwarię Zebrzydowską i został umieszczony przy ołtarzu na krakowskich Błoniach.

źródło: PzM, KAI

***

Dlaczego dzieci w Fatimie nie spotkały się z Maryją 13 sierpnia?

Childrens_of_Fatima.jpg
Attributed to Joshua Benoliel, Public domain, via Wikimedia Commons

***

Choć objawienia fatimskie najczęściej kojarzymy z 13. dniem miesiąca, to w sierpniu 1917 r. było inaczej. Do spotkania Matki Bożej z Łucją, Hiacyntą i Franciszkiem doszło dopiero 19 sierpnia. Wszystko dlatego, że 13 sierpnia dzieci zostały uwięzione.

Środowiska i media wrogie Kościołowi początkowo starały się przemilczeć sprawę objawień, jednak wraz ze wzrostem liczby ludzi przybywających do Cova da Iria, gdzie ukazywała się Matka Boża, stało się to niemożliwe. Sięgnięto zatem po kolejny oręż: ośmieszanie, kpiny i szyderstwa z Kościoła i ludu, którzy wierzyli w „zabobon fatimski”.

13 sierpnia 1917 r. doszło nawet do uwięzienia Łucji, Franciszka i Hiacynty przez Artura de Oliveirę Santosa, burmistrza Vila Nova de Ourém, do którego administracyjnie należała Fatima. O ile rodzice Hiacynty i Franciszka byli przerażeni tym faktem, o tyle matka Łucji, niedowierzająca córce, miała nadzieję, że dzieci w końcu przyznają się do prawdy. Mama Łucji bardzo kochała córkę, choć nie szczędziła jej wielu przykrości i upokorzeń, licząc na to, że córka wyzna kłamstwo w sprawie Fatimy. Pani dos Santos do końca życia była sceptyczna co do objawień i tego, że tak wielkie wyróżnienie spotkało jej córkę.

Po latach Łucja tak wspominała uwięzienie w Ourém: – Co mnie bolało najbardziej, to obojętność, jaką mi okazywali moi rodzice, a którą odczuwałam tym bardziej, gdyż widziałam, z jaką miłością wujostwo otaczało swoje dzieci. Pamiętam, że w czasie tej podróży zrobiłam to spostrzeżenie: Jak różni są moi rodzice od wujostwa. Oni aby swe dzieci obronić, sami osobiście stawiali się w urzędzie. Moi rodzice natomiast oddawali mnie z największą obojętnością władzom. (cytat za: sekretariatfatimski.pl).

Przed 13 sierpnia

Wspomniany Artur de Oliveira Santos był m.in. członkiem Sądu Najwyższego, jednak znana jest również jego działalność w masonerii. Krótko przed 13 sierpnia 1917 r. burmistrz polecił rodzicom dzieci, aby przybyli do nie­go ze swoimi pociechami 11 sierpnia. Ojciec Hiacynty i Franciszka Manuel Marto poszedł sam; tłumaczył, że jego dzieci są zbyt małe, żeby odbyć podróż do Ourém. Łucja natomiast udała się tam na osiołku z ojcem.

Intryga burmistrza

13 sierpnia Artur de Oliveira Santos przybył do proboszcza i do domów dzieci w Aljustrel nieopodal Fatimy. Oznajmił, że osobiście zabierze wizjonerów samochodem na miejsce objawień, żeby przekonać się o ich prawdziwości. Mimo oporu dzieci wsiadły do jego samochodu. Najpierw przyjechali do miejscowego proboszcza, który zadawał Łucji pytania. – Jeżeli kłamcy idą do piekła, ja tam na pewno nie pójdę, po­nieważ wszystko, co mówiłam, jest prawdą. Jeżeli chodzi o lu­dzi, którzy zdążają do Cova, to idą tam, ponieważ sami chcą iść, my ich do niczego nie namawiamy – powiedziała dziewczynka odważnie proboszczowi i burmistrzowi.

Trudne chwile dzieci w Ourém

Dzieci ponownie zostały zmuszone, aby wsiąść do samochodu burmistrza. Co ważne, ten kierował się jednak nie do Cova da Iria, ale do Vila Nova de Ourém. Sprawca tego incydentu przykrył dzieci płachtą, aby je ukryć w aucie. Ludzie przybyli na miejsce spodziewanego czwartego objawienia, jednak dowiedzieli się o porwaniu dzieci. Ich złość skierowała się na burmistrza i niesłusznie również na księdza, którego posądzano o bycie wspólnikiem w porwaniu.

Warto dodać, że choć dzieci nie mogły tego dnia przybyć do Cova, zebrany tłum dostrzegł małą chmurkę nad dębem, nad którym ukazywała się Maryja. Słychać było też grzmot, któremu towarzyszyła błyskawica. Wspomniana chmurka szybko zniknęła.

W Ourém dzieci przeżyły prawdziwe fizyczne i psychiczne tortury. Było im bardzo smutno również z tego powodu, że ominęło ich spotkanie z Matką Bożą. Zamknięto je w pokoju i grożono, że warunkiem ich uwolnienia jest wyjawienie tajemnicy ws. rzekomych objawień. Stosowano różne sposoby, aby je zmusić do mówienia – łącznie z groźbą, że zostaną usmażone w oleju. Nic jednak nie poskutkowało. Wszystko miało na celu przestraszenie ich i zmuszenie do mówienia prawdy, ale dzieci były skłonne raczej umrzeć niż wyjawić tajemnicę otrzymaną od Maryi miesiąc wcześniej. W trakcie pobytu u burmistrza mogły liczyć jedynie na sympatię ze strony jego żony.

Ze wspomnień Łucji wiemy, że dzieci przez pewien czas przebywały w areszcie z kilkoma więźniami, którzy byli poruszeni ich postawą i modlili się wraz z nimi. Łucja zawiesiła na ścianie medalik, przed którym wspólnie się modlili. Czas aresztowania najgorzej znosiła najmłodsza Hiacynta, ale wszystko wraz z bratem i kuzynką ofiarowali Bogu i Maryi.

Artur de Oliveira Santos wierzył, że na skutek aresztowania dzieci uda się przynajmniej zniszczyć zainteresowanie ludzi Fatimą, ale jak wiemy, skutek jego działań był przeciwny do zamierzonego. Koniec końców nic nie poskutkowało i dzieci zostały prawdopodobnie po dwóch dniach odwiezione do domu, a 19 sierpnia po raz czwarty przyszła do nich Matka Boża.

Muzeum miejskie w Ourém (Museu Municipal de Ourém)

W dawnym mieszkaniu Artura de Oliveiry Santosa istnieje Muzeum Miejskie. Można tam znaleźć eksponaty związane z dziedzictwem i historią Ourém, ale oczywiście w tym miejscu upamiętnia się również temat pobytu dzieci fatimskich.

źródło: Polskifr.fr / KAI

***

10 ważnych faktów na temat Fatimy

74885.jpg
fot. Źródło: kadr filmu Fatima – Orędzie wciąż aktualne

***

Liczni czciciele Matki Bożej Fatimskiej znają najistotniejsze aspekty Jej przesłania oraz różne wydarzenia związane z objawieniami sprzed ponad stu lat. Niektóre szczegóły i niuanse mogą jednak zostać przeoczone. Przypominamy więc o kilku faktach dotyczących Fatimy, o których często zapominamy, a o których naprawdę warto pamiętać!

1. Będzie siódme objawienie

Matka Boża ukazała się w Fatimie sześciokrotnie, od maja 1917 roku do października tego roku. Jednak już podczas pierwszego objawienia Matka Boża zapowiedziała, że powróci do Cova da Iria jeszcze po raz siódmy. „Przyszłam was prosić, abyście tu przychodzili przez 6 kolejnych miesięcy, dnia 13 o tej samej godzinie. Potem powiem, kim jestem i czego chcę. Następnie wrócę jeszcze siódmy raz”.

Specjaliści nie są zgodni co do tych słów. Większość sądzi jednak, że nie jest sprzecznym z wiarą uważać, że Najświętsza Panna jeszcze do Fatimy powróci, i że może to się stać w najbliższej przyszłości. Z całą pewnością jest to jedno z najbardziej chwalebnych wydarzeń, na jakie pobożny katolik może oczekiwać, szczególnie w naszych zatrważających, pełnych chaosu czasach. Mamy wielką nadzieję, że wraz z owym siódmym przyjściem nadejdzie upragniony pokój i – jak prorokował święty Ludwik de Montfort – triumf Jej Niepokalanego Serca.

2. Różaniec i czyściec

Najświętsza Maryja Panna w Fatimie przypomniała trójce dzieci o istocie różańca oraz o istnieniu czyśćca! Odpowiadając na pytania Łucji mówiła, że Franciszek musi zmówić jeszcze wiele różańców, nim trafi do Nieba, a o Amelii, że na pewno będzie przebywać w czyśćcu do końca świata. Królowa świętych przypomniała więc nam wszystkim o zbawiennej praktyce odmawiania różańca świętego – a więc o sposobie ratowania własnej duszy. Oferuje wręcz różaniec jako gwarancję na bezpieczne przejście z ziemi do Nieba, jak właśnie w przypadku Franciszka.

Co szczególnie istotne, Matka Boża wskazuje na samą rzeczywistość istnienia czyśćca, o której tak wielu katolików, w tym niestety duchownych, zdaje się zapominać. A przecież – przypomina Maryja – wiele spośród dusz w czyśćcu czekać będzie aż do końca świata. Według badań księdza Sebastiano dos Reis wspomniana Amelia zmarła w okolicznościach wskazujących na hańbę w sprawach czystości! Szokujące dla niektórych może się wydawać, że siostra Łucja mówiła o wiecznym cierpieniu w piekle licznych dusz, które zmarły mając na sumieniu tylko jeden grzech śmiertelny!

3. Różnica między objawieniami Maryi i Anioła

Bardzo ciekawym było, że fizyczne, emocjonalne i psychologiczne doświadczenie objawień Anioła Portugalii i Matki Bożej opisane było przez dzieci jako zupełnie różne. Siostra Łucja pisze w swych wspomnieniach: „Nie wiem dlaczego, ale faktem jest, że objawienia Matki Bożej miały inny wpływ na nas. Towarzyszyła nam, co prawda, ta sama intymna radość, ten sam pokój i to samo szczęście. Jednak, zamiast fizycznego zmęczenia, czuliśmy pewną ekspansywną żywotność, zamiast odrętwienia z powodu Bożej obecności, czuliśmy pewien rodzaj radości, zamiast trudności w mówieniu, czuliśmy pewien rodzaj entuzjazmu komunikacyjnego…”

Istnieje wyraźna różnica między objawiającymi się Matką Bożą i Aniołem – wynika to z ich różnej natury. Anioł to wszak czysty duch, Maryja posiada jednak i duszę i ciało. Po spotkaniu z Aniołem Portugalii pastuszkowie czuli się wyczerpani, chodziło stworzenie o wyższej naturze. Jako że dzieci były tej samej natury co Najświętsza Panna, przy spotkaniu z Nią czuły się bardziej swobodnie. Potwierdza to dogmat wiary o Wniebowzięciu Najświętszej Maryi Panny do nieba wraz z ziemskim ciałem.

4. Znaczenie modlitwy, pokuty, ofiary i umartwienia dla nawrócenia grzeszników

Ludzie współcześni, słysząc o umartwieniu i pokucie, kojarzą te hasła ze średniowieczem. Kryzys moralny ogarniający cały świat jest niezwykle poważny, wymaga ciągłej modlitwy, pokuty i ofiary. Prawda ta stale przewija się w Orędziu Matki Bożej Fatimskiej. W swojej niewinności dwoje młodszych pastuszków zrozumiało potrzebę ofiarowania się jako przebłagalne ofiary. Ale przecież apel Matki Bożej, w którym zwraca się z prośbą o modlitwę i pokutę, odnosi się również do reszty ludzkości.

Zwykli śmiertelnicy mogą dużo zyskać umartwiając ciało. Praktyka ta pozwala opanować niesforne namiętności, które przechodzą pod kontrolę łaski i woli. Cierpienie bowiem łatwo staje się potęgą w sprawach Bożych. Pan Jezus odkupił ludzkość poprzez krwawą ofiarę i ogromne cierpienia znoszone na Kalwarii.

5. Prześladowania z powodu objawień

Objawienia Matki Bożej były dla dzieci niewątpliwym wyróżnieniem, ale przecież nie tylko. Trójka pastuszków poniosła ciężkie ofiary przez sam fakt świadczenia o przybyciu Maryi do Fatimy. Szczególnie cierpiała Łucja – nie wierzyła jej ani matka, ani krewni, którzy w dodatku przestali okazywać jej jakąkolwiek czułość. Te cierpienia młodej dziewczynki musiały być bardzo intensywne.

Chociaż Franciszek i Hiacynta nie spotkali się z prześladowaniami w rodzinie, narażeni byli na stałe kpiny ze strony sąsiadów i szyderstwa przybyszy. Co więcej, świeckie media narażały dzieci na śmieszność i sarkazm. Krajowe gazety prowadziły ohydną kampanię nienawiści i oczerniania. Wszystko, by zdyskredytować objawienia. Pomimo tych zniewag dzieci zachowywały się z godną podziwu cierpliwością. Co więcej, zawsze pamiętały o wezwanie Matki Bożej, by ofiarować swoje cierpienia za grzeszników.

6. Zmiany w Nabożeństwie Pięciu Pierwszych Sobót

Matka Boża prosiła pierwotnie, by przystępować do spowiedzi i Komunii Św. przez pięć pierwszych sobót miesiąca, odmawiać pięć dziesiątek Różańca i medytować przez 15 minut nad tajemnicami, w celu zadośćuczynienia Niepokalanemu Sercu Maryi. Jednak Łucja, w trakcie kolejnego objawienia opowiedziała o trudnościach w wypełnianiu tego nabożeństwa. Zostały więc wprowadzone zmiany: do spowiedzi można przystępować w inne dni niż w pierwszą sobotę, o ile Pan Jezus jest przyjmowany godnie i z zamiarem zadośćuczynienia Niepokalanemu Sercu Maryi. A jeśli ktoś zapomni o wypowiedzeniu intencji, może to zrobić przy okazji następnej spowiedzi, korzystając z pierwszej ku temu sposobności.

Siostra Łucja wyjaśniła także, że nie ma potrzeby rozważać wszystkich tajemnic Różańca w każdą pierwszą sobotę miesiąca – wystarczy rozważać jedną z nich albo kilka.

7. Dlaczego ustanowiono Nabożeństwo Pięciu Pierwszych Sobót?

Nabożeństwo to odpowiada pięciu rodzajom grzechów i bluźnierstw popełnianych przeciwko Niepokalanemu Sercu Maryi. Są to:

– bluźnierstwa przeciw Niepokalanemu Poczęciu;
– bluźnierstwa przeciw Jej dziewictwu;
– bluźnierstwa przeciw Jej Boskiemu macierzyństwu
– wpajanie nienawiści, obojętności, a nawet pogardy do Niepokalanej Matki w sercach dzieci;
– bezpośrednie lżenie Jej świętych wizerunków

8. Udaremnienie większego cudu niż cud słońca!

Siostra Łucja ujawniła, że słynny „cud słońca” mógłby być jeszcze większy. Dzieci zostały jednak uprowadzone przez Arthura Oliveira Santosa, administratora Rady Administracyjnej Vila Nova de Ourém.

Jest to przykład przestępstwa popełnionego wbrew woli Matki Bożej, którego nie ukarała. Tak czy inaczej, tłumy osób zebranych w Fatimie po południu 13 października 1917 r. zostały pozbawione możliwości ujrzenia znacznie większego cudu, niż i tak ogromny „cud słońca”.

9. Zorza polarna czy ostrzeżenie przed wojną?

Siostra Łucja uznała nadzwyczajne światło świecące nad Europą w nocy z 25 na 26 stycznia 1938 roku w godzinach od 20:45 do 01:15 za „wielki znak” od Matki Bożej, wskazujący, że nieuchronnie zbliża się wojna.

Astronomowie i sceptycy orzekli oczywiście, że była to jedynie zorza polarna. Jednak większość z nich zaświadczała, że postać jaką przybrała, nie miała wcześniej precedensu.

10. Ostatnie, porażające słowa Hiacynty

Zaledwie 10-letnia Hiacynta była dziewczyną nad wyraz dojrzałą. Posiadała prorocze wizje i wiele prywatnych objawień. Słowa wypowiedziane przez Hiacyntę ukazują też głębię jej duszy w obliczu moralnego upadku świata. Oto jedne z jej ostatnich słów:

– Grzechami prowadzącymi najwięcej dusz do piekła są grzechy cielesne.

– Aby być czystym na ciele konieczne jest utrzymanie czystości. Być czystą na ciele to znaczy strzec niewinności. A być czystą na duszy to znaczy nie grzeszyć, nie oglądać tego, czego nie powinno się widzieć, nie kraść, nie kłamać, mówić zawsze prawdę, także wtedy, gdy nas to wiele kosztuje.

– Mody, które nadejdą, będą bardzo obrażać Pana. Osoby, które służą Bogu, nie mogą iść za głosem mody. W Kościele nie ma zmiennych mód. Jezus jest zawsze ten sam.

– Lekarzom brak światła i wiedzy, by leczyć chorych, bo brak im miłości Boga.

– Księża powinni zajmować się tylko sprawami Kościoła. Księża powinni być czyści, bardzo czyści. Nieposłuszeństwo kapłanów i zakonników wobec ich przełożonych i wobec Ojca Świętego bardzo obraża Jezusa.

– Aby być zakonnicą, trzeba być bardzo czystą duszą i ciałem.

– Wiele jest niedobrych mód; nie podobają się one Jezusowi, nie są Boże.

– Spowiedź jest sakramentem miłosierdzia. Dlatego trzeba zbliżać się do konfesjonału z ufnością i radością. Bez spowiedzi nie ma zbawienia.

PCh24.pl/malk

***

Niedziela 23 sierpnia – Anioł Pański z papieżem

Leon XIV podczas modlitwy Anioł Pański

Leon XIV zachęca, aby wracać do pytania: kim jest dla mnie Jezus?

W rozważaniu przed południową modlitwą Anioł Pański, Leon XIV mówił o fundamentalnym znaczeniu pytania: kim jest dla mnie Jezus? Podkreślił, że należy często je ponawiać, a odpowiedź weryfikować także w relacjach i sytuacjach dnia codziennego. Przestrzegł też przed zadowalaniem „przekonaniami” na temat wiary, który nie może zastąpić osobistej więzi z Panem.

Wiara nie jest dana raz na zawsze

Odwołując się do dzisiejszej Ewangelii, w której Jezus pyta uczniów, za kogi Go uważają, Papież podkreśla, że jest to pytanie na które każdy wierzący powinien nieustannie szukać odpowiedzi, bowiem wiara nie jest nikomu dana raz na zawsze, ale wymaga ciągłej troski. „Zawsze musimy na nowo odkrywać oblicze Chrystusa i Jego Ewangelię, zgłębiać Jego przesłanie i odnawiać wybory naszego życia, aby były spójne z tym, co wyznajemy, pokonując pokusę, że już wszystko wiemy i że wiara staje się dla nas zwyczajem” – mówił.

Na Placu św. Piotra było wielu pielgrzymów z Polski

Na Placu św. Piotra było wielu pielgrzymów z Polski   (@Vatican Media)

Szukać odpowiedzi na modlitwie i codzienności

Ojciec Święty zauważa również, że odpowiedź na to pytanie pojawia się zarówno w modlitwie i podczas medytacji Ewangelii, jak też w codziennych sytuacjach, zwłaszcza tych, które poruszają nasze sumienie. „W praktyce naszego życia możemy sprawdzić, czy Pan Jezus jest dla nas jedynie wielką postacią historyczną, która powiedziała i uczyniła ważne rzeczy, czy też Chrystusem Boga, Tym, który został posłany, aby wprowadzić nas w miłość Ojca i przemienić nasze życie oraz świat, w którym żyjemy”.

Pielgrzymi chronili się w cieniu kolumnady Berniniego

Pielgrzymi chronili się w cieniu kolumnady Berniniego   (@Vatican Media)

Przestroga przed religijnymi pewnikami

„Najdrożsi, nauczmy się nie zamykać w naszych przekonaniach i religijnych pewnościach, aby pozostać otwartymi na autentyczną relację z Chrystusem” – zachęca Leon XIV. Przestrzega przed zadowalaniem się stereotypami i przekazem „z drugiej ręki” – nawet jeśli głoszącym je przyświecały dobre intencje. „Jezus wzywa nas do osobistej odpowiedzi, do poznania Go z bliska, do pozwolenia, by przyjaźń z Nim nas kształtowała, w nieustannie nowym spotkaniu, które może nawet wymagać od nas podążania nieznanymi dotąd drogami i dokonywania wyborów innych niż te, które sobie wyobrażaliśmy” – przekonuje Ojciec Święty. Dotyczy to nie tylko wiary, przeżywanej osobiście, ale też całego Kościoła i wyborów duszpasterskich, w których nie należy ulegać pokusie postępowania według utartych schematów.

„Ważne jest natomiast, byśmy często zadawali sobie pytania: kim jest dla mnie Pan? Czy naprawdę Go znam? O co prosi mnie dzisiaj Jego Ewangelia? Jakie kroki i jakie wybory powinienem podjąć?” – zaprasza Ojciec Święty.

Dorota Abdelmoula-Viatican News

***

środa – 12 sierpnia

Leon XIV: Wirtualna obecność nie zastąpi udziału we Mszy świętej

Samej obecności wirtualnej nie można uznać za udział w niedzielnej Eucharystii – powiedział Leon XIV podczas środowej audiencji generalnej. Papież podkreślił również, że zgromadzenie liturgiczne nie może pozostawać bierne.

fot. Vatican Media

***

Podczas audiencji w Bazylice Świętego Piotra Leon XIV kontynuował cykl katechez poświęconych dokumentom Soboru Watykańskiego II. Omawiając konstytucję Sacrosanctum Concilium, zatrzymał się nad znaczeniem roku liturgicznego i niedzieli, nazwanej przez św. Jana Pawła II „Paschą tygodnia” oraz „dniem dni”.

Papież przypomniał, że centrum niedzieli stanowi Eucharystia, podczas której wspólnota słucha słowa Bożego, przyjmuje Ciało Chrystusa i gromadzi się razem. – Takiego zgromadzenia nie może zastąpić sama obecność wirtualna ani też nie można go sprowadzić do biernego uczestnictwa – powiedział Leon XIV. Jak dodał, zgromadzenie liturgiczne urzeczywistnia się przez czynny udział braci i sióstr.

Papież nie odniósł się w tym miejscu do sytuacji chorych ani osób, które z poważnych powodów nie mogą dotrzeć do kościoła. Jego wypowiedź dotyczyła znaczenia rzeczywistego zgromadzenia wiernych jako elementu właściwego przeżywania niedzielnej Eucharystii. W oficjalnym streszczeniu katechezy Stolica Apostolska zaznaczyła wprost: „Świętowanie niedzieli polega głównie na czynnym udziale w Eucharystii – nie można go zastąpić wirtualną transmisją”.

Leon XIV zaapelował również o tworzenie „jak najlepszych warunków”, aby we Mszy świętej mogły uczestniczyć osoby, które w niedzielę nie mogą powstrzymać się od pracy. Rok liturgiczny – podsumował – nie jest wyłącznie przypominaniem wydarzeń z przeszłości, lecz uobecnia dzieło zbawienia i stanowi podstawowy punkt odniesienia dla całej działalności duszpasterskiej.

Pełny tekst katechezy papieskiej

Piąty rozdział Konstytucji soborowej Sacrosanctum Concilium (SC) poświęcony jest rokowi liturgicznemu. Nad tym właśnie zagadnieniem chcemy się dziś zatrzymać, aby ukazać jego znaczenie w życiu każdego wierzącego.

Przede wszystkim należy przypomnieć, że określenie cyklu świąt chrześcijańskich mianem „roku liturgicznego” upowszechniło się w języku kościelnym dzięki dziełu Sługi Bożego, Opata Prospera Guérangera (1805-1875).

W Encyklice Mediator Dei Papież Pius XII stwierdza, że [rok liturgiczny] „nie jest zimnym i bezwładnym przedstawieniem spraw, tyczących się minionych czasów, ani też prostym i czczym przypomnieniem wypadków z dawnych wieków. Jest to raczej sam Chrystus, który trwa w Kościele swoim i kroczy drogą ogromnego miłosierdzia swego, którą rozpoczął za swego doczesnego życia, (…) aby dusze ludzi zbliżyły się do Jego tajemnic i nimi niejako żyły. A te tajemnice zaiste bez przerwy żyją teraz i działają” (III. Divinum Officium et Annus Liturgicus, II. Cyclus Mysteriorum)[1]. Rok liturgiczny należy zatem rozumieć jako nieustanne uobecnianie dzieła zbawienia, którego Chrystus dokonuje w historii. Przemierzając ten cykl czasu, Kościół pozostaje w żywym kontakcie z odkupieńczym działaniem Pana, dzięki czemu wszyscy wierni zostają napełnieni Jego łaską (por. SC, 102c). Spotkanie z Jezusem, który umarł i zmartwychwstał dla nas, jest celem, do którego Kościół nieustannie zmierza, stawiając w centrum każdego okresu roku liturgicznego celebrację wydarzenia paschalnego.

Dlatego Ojcowie Soboru uznają właśnie niedzielę za „podstawę i rdzeń całego roku liturgicznego”, za „pierwotny dzień świąteczny” (por. SC, 106). W wielu współczesnych językach sama jej nazwa poświadcza, że jest to dies Domini, czyli „dzień Pański”. Także w tych językach, w których przeważyło odniesienie do „dnia słońca” (Sunday, Sonntag), można dostrzec związek z Chrystusem: to Chrystus jest prawdziwym „Słońcem sprawiedliwości”, które oświeca każdego człowieka!

Św. Jan Paweł II w Liście apostolskim Dies Domini (31 maja 1998) naucza, że niedziela jest dniem Pańskim, dniem Kościoła, dniem człowieka i wreszcie „dniem dni”: „Skoro niedziela jest Paschą tygodnia, która przypomina i uobecnia dzień zmartwychwstania Chrystusa, to jest także dniem, który objawia sens czasu. (…) Bierze początek ze zmartwychwstania i narzuca własny rytm ludzkim miarom czasu – miesiącom, latom i wiekom; jest jakby wektorem, który je przenika i sprawia, że prowadzą ku drugiemu przyjściu Chrystusa. Niedziela jest prefiguracją dnia ostatniego, dnia Paruzji” (n. 75)[2], kiedy wszyscy zmartwychwstaniemy.

Aby uświęcić niedzielę, nieodzowne jest sprawowanie Eucharystii. Słuchanie Słowa Bożego i uczestnictwo w Ciele Chrystusa zakładają – według Ojców Soboru – „convenire in unum” (por. SC, 106), czyli świąteczne zgromadzenie wiernych. W nim wspólnota chrześcijańska ukazuje w sposób widzialny swoją komunię z Panem oraz daje świadectwo przynależności do Chrystusa i wierności Kościołowi. Takiego zgromadzenia nie może zastąpić sama obecność wirtualna ani też nie można go sprowadzić do biernego uczestnictwa. Zgromadzenie liturgiczne urzeczywistnia się bowiem poprzez czynny udział braci i sióstr, zwołanych razem, aby „składać dziękczynienie Bogu, który «przez powstanie z martwych Jezusa Chrystusa na nowo zrodził ich żywej nadziei» (1 P 1, 3)” (tamże).

W związku z tym zachęcam wszystkich do tworzenia jak najlepszych warunków, aby we Mszy św. mogli uczestniczyć także ci, którzy w niedzielę nie mają możliwości powstrzymania się od pracy.

Najdrożsi, rok liturgiczny, którego rytm wyznaczają niedziele, ma interesującą historię, w której splatają się wiara i pobożność Kościoła. Już od II w. po Chr. do obchodzenia cotygodniowej Paschy dołączyła celebracja Paschy dorocznej, „największej uroczystości” (SC, 102), rozciągnięta na radosny okres pięćdziesięciu dni, zwieńczony Pięćdziesiątnicą, a poprzedzony Wielkim Postem o charakterze pokutnym (por. SC, 109). Późniejszy rozwój cyklu Bożego Narodzenia, ukształtowanego na wzór cyklu paschalnego, pozwolił na nowo przeżywać misteria Wcielenia Słowa Bożego, Jego narodzenia i objawienia się światu. Następnie Kościół włączył w poszczególne okresy roku liturgicznego cześć Najświętszej Maryi Panny, „nierozerwalnym węzłem złączonej ze zbawczym dziełem swojego Syna” (SC, 103), a także „wspomnienia męczenników oraz innych świętych, którzy (…) wyśpiewują Bogu w niebie doskonałą chwałę i wstawiają się za nami” (SC, 104).

Rok liturgiczny ukazuje w ten sposób, w formie sakramentalnej, pedagogię historii zbawienia, prowadząc wiernych od oczekiwania na Mesjasza ku pełni misterium paschalnego i zapowiedzi przyszłej chwały. W ciągu tego roku Kościół celebruje zbawczą aktualność misterium Chrystusa, umożliwiając wiernym coraz pełniejsze w nim uczestnictwo. Dlatego rok liturgiczny stanowi zasadnicze źródło inspiracji i podstawowy punkt odniesienia dla wszelkiej działalności duszpasterskiej.

mt/stacja7.pl, Vatican News

***

17 sierpnia 2026

Leon XIV mówi „nie” wirtualnej liturgii. Msza św. domaga się obecności

epa13173679.jpg
PAP/EPA/GIUSEPPE LAMI

***

Bezpośredniego uczestnictwa we Mszy świętej niedzielnej nie można zastąpić wirtualnym nabożeństwem – przypomniał papież Leon XIV w jednej z katechez wygłoszonej 12 sierpnia br. na temat znaczenia liturgii. Katolicy, którzy nie mają przeszkód, aby brać bezpośredni udział w niedzielnej Mszy świętej, nie mogą tłumaczyć się tym, że uczestniczą w liturgii wirtualnie. 

Leon XIV wezwał wiernych do priorytetowego uczestnictwa w niedzielnej Mszy Świętej, albowiem aktywnego uczestnictwa w Eucharystii nie można zastąpić spotkaniami wirtualnymi.

– Zachęcam wszystkich do tworzenia jak najlepszych warunków, aby we Mszy św. mogli uczestniczyć także ci, którzy w niedzielę nie mają możliwości powstrzymania się od pracy – mówił podczas katechezy wygłoszonej w Watykanie 12 sierpnia.

Ojciec Święty kontynuował swoje cotygodniowe rozważania na temat konstytucji o liturgii świętej „Sacrosanctum Concilium” Soboru Watykańskiego II.

Leon wyjaśnił znaczenie roku liturgicznego. Nawiązywał do nauki papieża Piusa XII, a także Sługi Bożego, francuskiego benedyktyna, opata Prospera Guérangera z Solesmes, kluczowej postaci ruchu liturgicznego.

Dodał za Piusem XII, że rok liturgiczny nie jest jedynie „zimnym i bezwładnym przedstawieniem spraw, tyczących się minionych czasów, ani też prostym i czczym przypomnieniem wypadków z dawnych wieków”. „Jest to raczej sam Chrystus, który trwa w Kościele swoim i kroczy drogą ogromnego miłosierdzia swego, którą rozpoczął za swego doczesnego życia, (…) aby dusze ludzi zbliżyły się do Jego tajemnic i nimi niejako żyły. A te tajemnice zaiste bez przerwy żyją teraz i działają”.

– Rok liturgiczny należy zatem rozumieć jako nieustanne uobecnianie dzieła zbawienia, którego Chrystus dokonuje w historii. Przemierzając ten cykl czasu, Kościół pozostaje w żywym kontakcie z odkupieńczym działaniem Pana, dzięki czemu wszyscy wierni zostają napełnieni Jego łaską. Spotkanie z Jezusem, który umarł i zmartwychwstał dla nas, jest celem, do którego Kościół nieustannie zmierza, stawiając w centrum każdego okresu roku liturgicznego celebrację wydarzenia paschalnego – wyjaśnił Leon.

Dodał, że Kościół zawsze postrzegał niedzielę jako cotygodniowe święto zmartwychwstania Chrystusa: „dies Domini” („dzień Pański”). Dlatego tak ważny jest bezpośredni udział we Mszy świętej w niedzielę. Leon XIV apelował, by nie zastępować „takiego zgromadzenia” „obecnością wirtualną”. Nie można go także „sprowadzić do biernego uczestnictwa”. – Zgromadzenie liturgiczne urzeczywistnia się bowiem poprzez czynny udział braci i sióstr, zwołanych razem, aby ‘składać dziękczynienie Bogu, który «przez powstanie z martwych Jezusa Chrystusa na nowo zrodził ich żywej nadziei» (1 P 1, 3)’ – wskazał. 

Rok liturgiczny, którego rytm wyznaczają niedziele „ukazuje (…) w formie sakramentalnej, pedagogię historii zbawienia, prowadząc wiernych od oczekiwania na Mesjasza ku pełni misterium paschalnego i zapowiedzi przyszłej chwały”. 

– W ciągu tego roku – kontynuował papież – Kościół celebruje zbawczą aktualność misterium Chrystusa, umożliwiając wiernym coraz pełniejsze w nim uczestnictwo – przypomniał papież.

PCh24.pl/źródła: ewtnnews.com, vatican.va

***

Nie zamykaj drzwi, przez które Bóg może jeszcze wejść

Jak rozmawiać o wierze z dorosłymi dziećmi, które przestały chodzić do Kościoła?

Są zdania, które w rodzinie bolą bardziej niż kłótnia o pieniądze, wybór studiów czy decyzja o wyjeździe za granicę: nie chodzę już do kościoła”, „nie wierzę tak jak wy”, „Kościół mnie nie przekonuje”, „nie chcę o tym rozmawiać”….

 Adobe Stock

***

Dla wierzących rodziców takie słowa nie są jedynie informacją o zmianie poglądów, ale dotykają one samego rdzenia religijnego życia: chrztu, modlitwy przy łóżku dziecka, pierwszej komunii, rodzinnych świat, niedzielnej eucharystii, pacierza, krzyża na ścianie czy też w końcu nadziei zbawienia.

W takiej chwili pojawiają się pytania: co zrobiliśmy źle? Czy za mało wymagaliśmy? Czy za mało tłumaczyliśmy? Czy zlaicyzowany świat odebrał nam dziecko? Czy może Kościół je zranił? Czy Bóg odnajdzie jeszcze moje dziecko?

Właśnie wtedy, w tej pierwszej chwili bólu i wywołanej nim reakcji, rodzic musi bardzo uważać, bo można powiedzieć słowa, które nie przyprowadzą dziecka bliżej Boga, ale odsuną je jeszcze dalej. Łatwo bowiem pomylić troskę z kontrolą, świadectwo z naciskiem, wiarę z pretensją, a miłość z lękiem.

Nie jesteś prokuratorem wiary

Pierwsza zasada w takiej sytuacji jest prosta, choć zarazem bardzo trudna. Dorosłego dziecka nie wolno traktować jak oskarżonego. Rodzic bowiem nie jest prokuratorem wiary, a rodzinny stół nie jest salą sądową. Pytania (choć mogą wydawać się słuszne i potrzebne): „dlaczego nie chodzisz do Kościoła?”, „jak możesz nam to robić?”, „czy ty w ogóle myślisz o zbawieniu?”, „po co ci był chrzest, komunia, bierzmowanie?” mogą wypływać z bólu i wydawać się słuszne i potrzebne, zwykle jednak rodzą opór, ale nie nawrócenie.

Dorosłego człowieka nie da się doprowadzić do Boga przymusem.

Można go zaprosić, poruszyć, zaintrygować, wzruszyć, dać mu świadectwo, czasem powiedzieć mocne słowo, ale nie da się wymusić wiary tak, jak wymusza się wykonanie obowiązku domowego. Wiara nie jest meldunkiem posłuszeństwa wobec rodziców. Wiara jest wolną odpowiedzią człowieka na łaskę Boga. Dlatego pierwszym zadaniem rodzica nie jest wygrać spór w dyskusji o wierze i sposobie jej wyznawania, ale ocalić więź. Jeśli bowiem zniszczymy więź z dzieckiem, bardzo często burzymy także ostatni most, po którym kiedyś mogłaby wrócić rozmowa o Bogu.

Za odejściem często kryje się rana

Nie każde odejście od Kościoła zaczyna się od buntu przeciw Bogu. Czasem zaczyna się od zgorszenia, od złego doświadczenia, od chłodu i obojętności w spólnoty, od skandalu, od niezrozumienia, od złego doświadczenia, od języka , który bardziej ranił niż prowadził, od spowiedzi, która bardziej podnieść – upokorzyła, od kazań, które nie odpowiadały na realne pytania życia, od poczucia, że w Kościele nie ma miejsca na moje wątpliwości, moje osobiste cierpienie, moje sumienie i moją historię. Dlatego warto usłyszeć nie tylko deklarację: „nie chodzę do kościoła”, ale także to, co się pod nią kryje. Może tam jest wołanie: „nie umiem już wierzyć tak jak dawniej”, może: „zostałem zraniony”, może: „nie widzę sensu”, „nie spotkałem Boga, tylko instytucję”, „nie chcę udawać”. Rodzic, który od razu odpowiada kontrargumentem, może przegapić to co najważniejsze. Natomiast rodzic, który pyta: „co się stało?”, „co cię najbardziej oddaliło”, „czego dziś nie możesz przyjąć?”, „czy ktoś cię zranił”, „jak to przeżywasz” nie zdradza wiary, on otwiera przestrzeń, w której prawda może zostać wypowiedziana bez lęku.

Słuchanie nie jest kapitulacją

Wielu rodziców boi się, że jeśli zaczną słuchać, to tak jakby przyznawali dziecku rację. To nieporozumienie. Słuchanie nie jest zgoda na wszystko. Jest aktem miłości, jest powiedzeniem: „twoja historia jest dla mnie ważna, nawet jeśli nie zgadzam się z twoimi poglądami i wnioskami”. Komunikacyjnie dojrzała rozmowa o wierze nie zaczyna się od wykładu, ale od uznania doświadczenia drugiego człowieka. Nie wystarczy mieć rację, trzeba jeszcze umieć podać prawdę tak, by nie stała się kamieniem rzuconym w twarz. Prawda bez miłości może upokarzać, a miłość bez prawdy może rozmywać, ale prawda wypowiedziana w miłości może stać się początkiem drogi. Rodzić może powiedzieć: „nie ukrywam, że jest mi z tym trudno. Wiara jest dla mnie czymś najgłębszym, ale chce cię zrozumieć. Nie chce cię przesłuchiwać, ale chce wiedzieć, co się w tobie dzieje”. Tego typu zdanie ma większą moc niż dziesięć oskarżeń. Ono nie zamyka rozmowy, ono ją rozpoczyna.

Wiara nie może być narzędziem emocjonalnego nacisku

Jednym z najpoważniejszych błędów jest użycie wiary jako narzędzia emocjonalnego nacisku: „przez ciebie cierpię”, „zawiodłeś nas”, „tak staraliśmy się ciebie wychować, a ty wszystko zmarnowałeś”, „co ludzie powiedzą?”, „ja w twoim wieku dwa razy dziennie chodziłam do kościoła”, „babcia by tego nie przeżyła”. Takie zdania mogą budzić poczucie winy, a z pewnością rzadko budzą wiarę. Bóg nie powinien być w rodzinie argumentem do zawstydzania, Kościół nie może być kijem wychowawczym a modlitwa nie może stać się formą wyrzutu. Jeśli dziecko zacznie kojarzyć Boga głownie z presją, obowiązkiem, rozczarowaniem rodziców i rodzinnym napięciem, wtedy im więcej będziemy mówić o wierze, tym bardziej dziecko może się przed nią bronić. Trzeba odróżnić świadectwo od nacisku. Świadectwo bowiem mówi: „wiara mnie niesie, daje mi siłę”. Nacisk mówi: „masz wierzyć, żeby mnie nie ranić”. Świadectwo zaprasza, nacisk osacza. Świadectwo może pracować w sercu przez lata, nacisk często zamyka człowieka w jednej chwili.

Miłość nie oznacza milczenia

Czy zatem w tej przykrej i skomplikowanej sytuacji rodzice mają nic nie mówić? Oczywiście, że nie, bo milczenie może zostać odebrane jako obojętność. Rodzice mają prawo mówić, że wiara jest dla nich święta. Mają prawo powiedzieć, że wiara jest dla nich święta i maja prawo powiedzieć, że cierpią. Maja prawo bronić swoich przekonań, domowych znaków religijnych, świątecznych zwyczajów, niedzielnej Eucharystii. Dorosłe dziecko ma prawo do własnej drogi, ale rodzice maja prawo do szacunku wobec swojej wiary. W rozmowie chodzi jednak o ton, moment i i intencję. Inaczej brzmi zdanie wypowiedziane przy stole w obecności krewnych, jako publiczne upomnienie, inaczej brzmi to samo zdanie wypowiedziane spokojnie, w cztery oczy, z troską. Sprawy sumienia wymagają delikatności, bo dusza nie otwiera się przed reflektorem. Można powiedzieć: „boli mnie, że odchodzisz od Kościoła, bo wiara jest dla mnie źródłem sensu, ale chcę, żebyś wiedział: nie kocham cię mniej, nie jesteś dla mnie mniej ważny, nie zamykam przed tobą drzwi i zawsze możesz ze mną o tym porozmawiać”. Taka rozmowa to nie jest słabość, to jest ewangeliczna siła.

Zachować dom jako miejsce powrotu

Najmądrzejsza szkołą rodzicielskiej postaw pozostaje przypowieść o synu marnotrawnym, gdzie ojciec pozwala odejść synowi, choć zapewne pęka mu serce. Nie urządza za nim pościgu, nie upokarza go, nie przeklina, nie mówi: „już nie jesteś moim synem”, ale też nie przestaje czekać. To czekanie nie jest jednak bezradnością i bezczynnością, ale jest miłością, która nie zamyka serca, ani nie zamienia bólu w przemoc. Ojciec zachowuje dom jako miejsce powrotu. Gdy syn wraca, nie spotyka najpierw komisji moralnej ani sądu rodzinnego, ale ramiona ojca. Nie słyszy wykładu, ale zostaje przywrócony do godności. Zanim pojawia się rozliczenie, jest miłosierdzie. To bardzo ważne. Dom rodzinny nie może kojarzyć się dziecku wyłącznie z sądem nad wiarą. Ma być miejsce,, w którym nawet człowiek daleki od Kościoła nie przestaje czuć, że jest synem, córką, kimś kochanym. Tylko taki dom może stać się kiedyś przestrzenią powrotu.

Codzienność jest pierwszą amboną rodziców

Najbardziej przekonujące rozmowy o wierze nie odbywają się przy wielkich słowach. Często dzieją się po cichu, w sposobie, w jaki rodzice przebaczają sobie i dzieciom, jak nie plotkują, jak przezywają chorobę, jak traktują innych, jak mówią o nieobecnych, jak przezywają chorobę, jak modlą się bez demonstracji, jak idą do kościoła bez pogardy wobec tych, którzy nie idą.

Dorosłe dzieci bardzo uważnie patrzą i obserwują i bardziej niż słów słuchają stylu życia. Jeśli widzą wiarę nerwową, agresywną, pełną pretensji, mogą uznać, że nie daje ona ani wewnętrznego, ani zewnętrznego pokoju. Jeśli widzą wiarę cierpliwą, szczerą, uczciwą, pokorną, zdolną do przebaczania, mogą po latach zapytać: ”skąd oni to mają?”. Codzienność jest pierwszą amboną rodziców, niekiedy jedynej z której dorosłe dziecko jeszcze chce słuchać.

Miłość bez warunków, wiara bez agresji

Najważniejsza postawa wobec dorosłego dziecka, które odeszło od Kościoła, łączy cztery rzeczy: miłość bez warunków, wiarę bez agresji, cierpliwość bez obojętności i modlitwę bez manipulacji. Nie trzeba wyrzekać się własnej wiary, aby kochać dziecko i nie trzeba ranić dziecka, aby pozostać wiernym Bogu. Być może najważniejsze zdanie jakie rodzic może wypowiedzieć, brzmi: „nie przestanę cię kochać, nie przestane się modlić za ciebie i nie zamknę przed tobą drzwi”. W tym zdaniu nie ma rezygnacji z Ewangelii. Bóg czeka, puka, zaprasza, szuka, przebacza i wygląda powrotu. Rodzic, który kocha w taki sposób, nie przegrywa walki o wiarę dziecka, ale staje się znakiem Boga, który nawet, gdy człowiek odchodzi, nie przestaje być Ojcem.

 ks. dr hab. Witold Ostafiński, prof. UPJPII – Tygodnik Niedziela

***

poniedziałek – 10 sierpnia

Ofiarowanie dnia

Modlitwa, krzyż
Modlitwa, krzyż · fot. via Pixabay.com

***

Niech wszystko, co czynię, przeniknie miłość Twoja. 

Dalsza część artykułu pod videoPlay

Napełnij duchem Twoim wszystko, co czynię, 

napełnij mocą Twoją trud mojego dnia. 

Nieustannie proszę Cię, Panie, wyrwij ze mnie wszelką złość, obdarz pokorą, wytrwałością, zaparciem się siebie. 

Niech gardzę działaniem, które nie szuka Ciebie; 

niech uciekam przed ciszą, która nie spoczywa w Tobie. 

Obdarz mnie Twoją radością, niech ona mnie ogarnie 

jak płomień niegasnący i wśród tego, co ciężkie, 

i wśród tego, co boli. 

Obdarz mnie światłem, aby przeniknęło ciemności, 

w których ludzie zapomnieli o Tobie. 

Obdarz mnie męstwem w działaniu, 

cierpliwością w wypełnianiu codziennych zadań, 

wytrwałością, kiedy wynik moich trudów zakrywasz przede mną 

w tajemnicy zamierzeń Twoich. 

Panie, przyjmij ten dzień i wszystkie dni życia mojego. 

Niech wszystko, co czynię, przenika miłość Twoja.

żródło: Fronda.pl

***

W sierpniu obserwujemy na niebie „łzy św. Wawrzyńca”

W sierpniu, jak o żadnej innej porze roku, możemy obserwować na niebie „spadające gwiazdy”. Kiedy Ziemia na swojej drodze wokół Słońca przecina tor komety Swifta-Tuttle’a, wielkie ilości odłamków komety pędzące z prędkością 60 km na sekundę, a więc 216 tys. km na godzinę, które dostają się w sferę okołoziemską i tam się spalają.

 Adobe.Stock

***

Liczba spadających gwiazd nie jest co roku taka sama: wynika to z faktu, że Swift-Tuttle szczególnie zbliża się do orbity Ziemi tylko co 134 lata – ostatnio w 1992 r., a drugi raz w 2126 r. Bliżej Słońca, kometa traci jedną część swojej materii podczas każdego orbitowania. Pozostałości rozkładają się w podobny sposób, jak gdyby ciężarówka podczas jazdy traciła piasek ze swego załadunku.

Ludowa tradycja mówi, że to „płacze niebo”, albo że są to „łzy świętego Wawrzyńca”, ponieważ nasilenie tego zjawiska ma miejsce w okresie, w którym przypada wspomnienie tego świętego – 10 sierpnia.

Określenie „łzy św. Wawrzyńca” nawiązuje do świętego, który zmarł śmiercią męczeńską 10 sierpnia 258 r. w Rzymie. Poddany został okrutnym torturom, w trakcie których, jak głosi tradycja, płakał nad grzechami ludzi na świecie. Inna legenda mówi, że męczennik śmiał się w czasie, gdy go torturowano i pomagał swoim oprawcom, gdy przewracali go z boku na bok na rozżarzonym ruszcie. Do dziś św. Wawrzyniec jest patronem osób poparzonych na skutek pożaru, gorączkujących oraz strażaków, kucharzy i piekarzy, a także węglarzy. Święty ten chroni także przed ogniem piekielnym.

Bardziej prawdopodobne są podania, według których Wawrzyniec był jednym z siedmiu diakonów w Rzymie i odpowiadał za finanse oraz opiekę nad ubogimi. Ponieważ odmówił cesarzowi Walerianowi wydania własności kościelnych, został skazany na tortury i stracony na rzymskiej Via Tiburtina.

W krótkim czasie stał się on jednym z najbardziej czczonych świętych. Nad jego grobem cesarz Konstantyn wzniósł w 330 r. kościół San Lorenzo fuori la Mura (dziś bazylika św. Wawrzyńca za Murami). Jego doczesne szczątki spoczywają obok relikwii „pierwszego męczennika” – św. Szczepana.

Kult św. Wawrzyńca bardzo się rozwinął w Europie po zwycięstwie cesarza Ottona I nad Węgrami w dniu św. Wawrzyńca 955 r. Najcenniejsza relikwia – głowa świętego znajduje się w Watykanie. Jej część ma także katedra w Dubrowniku.

Dzień św. Wawrzyńca ma też znaczenie w przekazach ludowych w różnych krajach, Tego dnia w kościołach błogosławiony jest specjalny „chleb św. Wawrzyńca”, rozdawany następnie biednym. „Zielem św. Wawrzyńca” jest nazywana nawłoć, kwitnąca złotymi kiściami o tej porze roku i mająca znaczenie lecznicze. W kalendarzu rolniczym święty męczennik jest pierwszym spośród „jesiennych braci”, zapowiadającym rozpoczęcie zbioru owoców jesieni. Właściciele winnic cieszą się, „kiedy w świętego Wawrzyńca piękna pogoda”, bo wtedy mają zapewnione obfite winobranie i beczki pełne nowego wina.

Kai/Tygodnik Niedziela

***

Niedziela – 9 sierpnia

Leon XIV: „W Jezusie odnajdziemy pokój, światło i siłę do naszej wędrówki”

“W każdej sytuacji Jezus nas nie opuszcza, jeśli z pokorą przyjmiemy Go do łodzi naszego życia – poprzez modlitwę, sakramenty i słuchanie Jego Słowa – w Nim odnajdziemy pokój, światło i siłę do naszej wędrówki” – zapewnił Leon XIV przed dzisiejszą modlitwą “Anioł Pański”.

fot. Vatican Media

***

O tym, „abyśmy nie wynosili się z powodu sukcesów i nigdy nie przeceniali własnych sił, a zarazem, abyśmy nie popadali w rozpacz nawet w chwilach ciemności” mówił Papież w rozważaniu przed południową modlitwą Anioł Pański – informuje Vatican News.

Papież nawiązał do Ewangelii dnia mówiącej o Jezusie, który przyszedł do uczniów pośród burzy, krocząc po wodzie Jeziora Galilejskiego (por. Mt 14, 22-33). Leon XIV przypomniał, że Apostołowie po doświadczeniu sukcesu, kiedy byli uczestnikami cudownego znaku rozmnożenia chlebów i ryb, „teraz stają bezradni i przerażeni wobec groźby fal i przeciwnego wiatru”.

Rozpoznać Boga we własnej słabości

Po przybyciu Jezusa wszystko się zmieniło. Św. Piotr był nawet w stanie uczynić kilka kroków po falach w stronę Mistrza, ale potem ogarnął go lęk i zaczął tonąć. Jezus go uratował. Po wejściu Chrystusa do łodzi, burza ustała, a uczniowie wyznali wiarę w to, że Jezus jest Synem Bożym.

Papież podkreślił, że Apostołowie właśnie w doświadczeniu własnej słabości rozpoznali obecność Boga, choć niedawno byli świadkami cudu rozmnożenia chlebów i ryb, co wydawało się sukcesem w oczach ludzi. Jednak dopiero doświadczając porażki „mogli naprawdę otworzyć oczy i serce na Jego bliskość, odnajdując pokój nawet pośród burzy”.

Papież przypomniał słowa Jezusa, który na kartach Ewangelii zachęca uczniów do wiary przenoszącej góry. Wskazał, że „pokój Chrystusa, który wcześniej modlił się na górze, dotarł do nich pośród szalejących wód”.

Nie popadać w skrajności

Jak zaznaczył Ojciec Święty, cud Jezusa uczy nas, abyśmy „nie wynosili się z powodu sukcesów i nigdy nie przeceniali własnych sił, a zarazem, abyśmy nie popadali w rozpacz nawet w chwilach ciemności”, gdy czujemy się bezradni wobec problemów i gdy wydaje się nam, że cofamy się pomimo podejmowanych wysiłków.

Papież zapewnił, że „w każdej sytuacji Jezus nas nie opuszcza”. Trzeba tylko z pokorą przyjąć Go „do łodzi naszego życia – poprzez modlitwę, sakramenty i słuchanie Jego Słowa”. To w Nim „odnajdziemy pokój, światło i siłę do naszej wędrówki”.

Niech Maryja pomaga nam żyć w ten sposób, z pełnym ufności zawierzeniem Bogu – Ona, która została nazwana błogosławioną ze względu na swoją wiarę – podsumował Leon XIV.

Artur Hanula, Vatican News/Stacja7

***

sobota – 8 sierpnia 2026

Święty Dominik Guzman nocami kładł się na posadzce kościoła i płakał: Co się stanie z grzesznikami?

 Modlitwa Świętego Dominika; obraz pędzla El Greca/Wikipedia

***

Opat ze św. Pawła w Narbonne pisał, że „nigdy nie znał nikogo, kto by modlił się tak wiele i tak dużo płakał”.

Płacze jeszcze ojciec czytając publicznie Biblię? – zapytałem o. Tomasza Nowaka, rozchwytywanego rekolekcjonistę. „Coraz bardziej! Ostatnio najczęściej wtedy, kiedy sobie uświadamiam bliskość Jezusa, ale też – od niedawna – gdy wspominam św. Dominika”.

Dominik Guzmán nocami zamykał się w pustym rzymskim kościele św. Sabiny na Wzgórzu Awentyńskim i leżąc na posadzce, płakał: „Boże, co się stanie z grzesznikami?”. Dominikanie zrodzili się z tego płaczu.

„Dominik był, jak zauważył kardynał Villot, człowiekiem »zdumiewająco wolnym«” – pisze Irlandczyk Paul Murray OP. „Zwłaszcza podczas modlitwy z ledwością mógł się opanować, często wołał do Boga pełnym głosem. Jego prywatna modlitwa była otwartą księgą dla braci”. Jordan z Saksonii notował: „Bóg obdarzył Dominika specjalną łaską płaczu nad grzesznikami oraz nad nieszczęśliwymi i strapionymi; nosił ich cierpienia w wewnętrznym sanktuarium swojego współczucia, a owo współczucie, które wobec nich odczuwał, zraszał serdecznymi łzami”. „Był człowiekiem, który płakał, i w jego błyszczących łzach widać było miłość ludzką i delikatną; ludzką, ponieważ boską” – dodaje dominikanin Simon Tugwell, przywołując opinię opata ze św. Pawła w Narbonne, który „nigdy nie znał nikogo, kto by się modlił tak wiele i tak dużo płakał”.

W czasach, w których żył założyciel Zakonu Kaznodziejskiego, w południowej Francji i we Włoszech jak grzyby po deszczu wyrastały sekty głoszące, że należy żyć w całkowitym ubóstwie. Dominik zdawał sobie sprawę z tego, że by dotrzeć do tych ludzi, sam musi stać się żebrakiem. Zaczął od tego, że… zdjął z nóg sandały.

Mocno akcentował element życia żebraczego. Poszedł w tym nawet dalej niż Biedaczyna z Asyżu. Święty Franciszek mówił do braci: „Gdy zabraknie wam pożywienia i będziecie głodni, idźcie żebrać”, a Dominik uczynił z żebrania sposób głoszenia Dobrej Nowiny i dotarcia do ludzi. Wraz z biskupem Diego (który proponował cysterskim opatom debatującym w Montpellier, jak zdławić dynamicznie rozwijającą się herezję albigensów: „Jeśli chcecie nawrócić ku prawdzie te zbłąkane umysły, zacznijcie od dania im dobrego przykładu. Porzućmy zbytek naszych orszaków i pieszo, ubodzy, jak nasz Zbawiciel, głośmy prawdziwą naukę Ewangelii”), przez lata głosił Dobrą Nowinę, wędrując po terenach południowej Francji. Był w tym niestrudzony. ​Po roku 1207 większość z tych, którzy ruszali wraz z nimi, wycofała się z misji, widząc, że niewiele osiągnęli. „Brat Dominik pozostał sam, nieustannie głosząc” – dopowiadał Jordan z Saksonii.

To on zanotował: „Gdy mistrz Dominik zbliżał się do końca ziemskiej pielgrzymki, przywołał do swego łoża najroztropniejszych braci i powiedział im w zaufaniu, że będzie dla nich bardziej pożyteczny po śmierci niż za życia”.

Zmarł 6 sierpnia 1221 roku w Bolonii – mieście ​z czerwonej cegły, które słynie z najstarszego uniwersytetu świata i portyków, które w samym centrum mają długość 38 kilometrów.

Marcin Jakimowicz/Gość Niedzielny

***

czwartek – 6 sierpnia 2026

„To jest mój Syn umiłowany”. Pełnia Objawienia Bożego ukazana w Osobie Jezusa Chrystusa

Transfiguration_Raphael.jpg
Raphael, Public domain, via Wikimedia Commons

***

Od początku świata Pan Bóg stopniowo dawał się poznać ludziom; objawił się Adamowi i Ewie, Noemu, czy Abrahamowi, przemawiał przez patriarchów i proroków. Jednak najbardziej dał się poznać przyjmując ludzką naturę. To właśnie podkreślają słowa: „To jest mój Syn umiłowany” oraz „Jego słuchajcie!”, słyszane z obłoku podczas Przemienienia na Górze Tabor. Wskazują one iż pełnia Objawienia Bożego zawarta jest właśnie w Jezusie Chrystusie.

Scena Przemienienia Chrystusa symbolicznie łączy Stary i Nowy Testament. To właśnie wtedy Chrystus – Bóg Wcielony, centralna Osoba Nowego Testamentu – rozmawiał z dwoma przedstawicielami Starego Przymierza: Mojżeszem i Eliaszem. Mojżesz symbolizuje Prawo, czyli Torę. W tych pierwszych pięciu Księgach Starego Testamentu Bóg przekazał ludziom nakazy, które mieli zachowywać. Eliasz z drugiej strony jest jednym z proroków, których zadaniem było przygotowanie Narodu Wybranego na przyjście Zbawiciela. Cudowne przejście Mojżesza przez Morze Czerwone zapowiedziało przejście Chrystusa ze śmierci do życia, a wzięcie Eliasza do nieba wskazuje na późniejsze Wniebowstąpienie Jezusa Chrystusa.

Nie bez znaczenia jest fakt, że Mojżesz i Eliasz ukazali się akurat podczas Przemienienia na Górze Tabor. To właśnie wtedy bowiem, w słowach: „Jego słuchajcie!”, Bóg Ojciec wskazał na Chrystusa jako prawodawcę Nowego Przymierza. Zaś zestawienie Go z Mojżeszem i Eliaszem stanowi łącznik między Starym i Nowym Testamentem.

To w tym momencie Bóg Ojciec przemówił z obłoku: „To jest mój Syn umiłowany” (Mt 17,5). Słowa te niezaprzeczalnie potwierdzają Bóstwo Chrystusa, który – jak pisze św. Paweł – „jest odblaskiem Jego chwały i odbiciem Jego istoty” (Hbr 1,3). A Sam Chrystus powiedział Apostołowi Filipowi: „Kto Mnie zobaczył, zobaczył także i Ojca. (…) Ja jestem w Ojcu, a Ojciec we Mnie” (J 14,9-11). Nikt bowiem nie może ukazać ludziom Bóstwa lepiej niż sam Syn Boży, który w jednej Osobie łączy Boską i ludzką naturę.

Jedność dwóch natur w jednej – Boskiej – Osobie Chrystusa czyni Go najlepszym pośrednikiem między Bogiem i człowiekiem. Św. Paweł podkreślił to pisząc do Tymoteusza: „Jeden jest Bóg, jeden też pośrednik między Bogiem a ludźmi, człowiek, Chrystus Jezus” (1 Tm 2,5). Dlaczego Apostoł napisał właśnie „człowiek, Chrystus Jezus”? Chrystusowe pośrednictwo stało się bowiem możliwe z chwilą Wcielenia, czyli przyjęcia przez Niego ludzkiej natury. Chociaż zawsze był w pełni Bogiem, to w momencie poczęcia w łonie Maryi stał się również w pełni człowiekiem, przyjął pełną ludzką naturę. Mając tak wiele wspólnego z obiema stronami, jest idealnym pośrednikiem między nimi. Ojcu zanosi nasze modlitwy i ofiary – w tym najdoskonalszą Ofiarę Mszy Świętej; dla ludzi zaś otrzymuje łaski i dary, którymi ich hojnie obdarza.

Jedność dwóch natur w Chrystusie powoduje również, że to właśnie w Nim zawarta jest pełnia Objawienia Bożego. Objawienie można w skrócie wyjaśnić jako działanie Boga, przez które daje się On poznać ludziom, aby przez to doprowadzić ich do zjednoczenia z Sobą w niebie. W Objawieniu Bóg ujawnił w sposób tajemniczy misteria nadprzyrodzone i prawdy naturalne religii w taki sposób, by mogły być następnie nieomylnie przedkładane przez Kościół bez jakiejkolwiek zmiany znaczenia, aż do skończenia świata – pisze w dziele De Revelatione wybitny teolog, tomista i dominikanin, ojciec Réginald Garrigou-Lagrange.

Choć Pan Bóg dawał się poznać ludzkości od samego początku świata, to Jego Objawienie osiągnęło pełnię właśnie w Osobie Jezusa Chrystusa. Święty Paweł pisze w Liście do Hebrajczyków: Wielokrotnie i na różne sposoby przemawiał niegdyś Bóg do ojców przez proroków, a w tych ostatecznych dniach przemówił do nas przez Syna. Jego to ustanowił dziedzicem wszystkich rzeczy, przez Niego też stworzył wszechświat (Hbr 1,1-2). Poprzez swoje Wcielenie, niewidzialny Bóg dał się ludziom zobaczyć w widzialnej postaci.

Stary Testament zawiera Objawienie Boże, ale niepełne i – można powiedzieć – „w kawałkach”. Był to etap przygotowania ludzkości na przyjście Zbawiciela. Poprzez patriarchów i proroków, poprzez dziejące się wtedy wydarzenia, Bóg objawiał Izraelitom jakąś część wiedzy o Sobie. Katechizm Kościoła Katolickiego (KKK 54-64) wylicza kilka tego przykładów: stworzenie świata, przymierze z Noem po potopie, powołanie Abrahama, czy wybranie Izraela jako Ludu Bożego. Przykłady można by mnożyć, jednak żaden z nich nie stanowił pełni Objawienia Bożego, która miała miejsce dopiero w Osobie Jezusa Chrystusa.

Najgłębsza zaś prawda o Bogu i o zbawieniu człowieka jaśnieje nam przez to objawienie w osobie Chrystusa, który jest zarazem pośrednikiem i pełnią całego objawienia – czytamy w konstytucji dogmatycznej o Objawieniu Bożym Dei Verbum (paragraf 2).

To Objawienie odbyło się przez czyny Chrystusa, Jego nauczanie, a przede wszystkim przez śmierć i chwalebne zmartwychwstanie. Wszystko to zostało spisane na kartach Ewangelii, które są Torą Nowego Testamentu, czyli podstawowym zbiorem praw Nowego Przymierza. Nie bez powodu jest zatem obecność w scenie Przemienienia właśnie Mojżesza: ten, który był bożym instrumentem w przekazaniu Starego Prawa, teraz stoi obok samego Chrystusa w momencie, w którym Bóg Ojciec wypowiada z obłoku polecenie: „Jego słuchajcie!”. Bóg Ojciec jasno wskazuje wtedy iż odtąd ludzkość ma słuchać już nie patriarchów czy proroków, ale Jego własnego Syna.

Nie oznacza to jednak, że Stary Testament został wówczas wyrzucony do kosza. Oczywiście nie obowiązują nas już starotestamentalne przepisy ceremonialne, rytualne, czy oczyszczenia, ponieważ zostały one zastąpione jedną doskonałą Ofiarą Chrystusa na krzyżu. Jednak wszystkie Księgi Pisma Świętego – zarówno Starego jak i Nowego Testamentu – zawierają Objawienie Boże i są niezbędne do zrozumienia sensu chrześcijaństwa. Znajdują one jednak swoje wypełnienie właśnie w owej nowotestamentalnej Torze, czyli w Ewangeliach, i dlatego nie mogą być rozumiane w oderwaniu od treści Ewangelii.

Bóg, sprawca natchnienia i autor ksiąg obydwu Testamentów, mądrze postanowił, by Nowy Testament był ukryty w Starym, a Stary w Nowym znalazł wyjaśnienie. Bo choć Chrystus ustanowił Nowe Przymierze we krwi swojej (…), wszakże księgi Starego Testamentu, przyjęte w całości do nauki ewangelicznej, w Nowym Testamencie uzyskują i ujawniają swój pełny sens (…) i nawzajem oświetlają i wyjaśniają Nowy Testament (konstytucja Dei Verbum, 16). To właśnie zostało podkreślone obecnością Mojżesza w scenie Przemienienia.

Przyjście na świat Chrystusa było nie tylko najdoskonalszym, ale również ostatnim publicznym objawieniem w historii zbawienia. Nie należy się już spodziewać żadnego nowego objawienia publicznego przed chwalebnym ukazaniem się Pana naszego Jezusa Chrystusa (konstytucja Dei Verbum, 4). W erze po Chrystusie mogą jeszcze mieć miejsce objawienia prywatne, ale te nic nowego nie wniosą do prawdy objawionej, a jedynie podkreślą bądź zwrócą uwagę wiernych na różne aspekty doktryny Kościoła.

I tak choćby św. Małgorzata Maria Alacoque doznawała prywatnych objawień Chrystusa, których przesłanie dotyczyło kultu Jego Najświętszego Serca. Nie wniosło to nic nowego do nauczania Kościoła, ale zwróciło uwagę katolików właśnie na ten boski atrybut – Serce Jezusa – który do tej pory był nieco marginalizowany. Podobnie można powiedzieć o objawieniach Matki Bożej w Fatimie, Gietrzwałdzie, czy wszystkich innych zatwierdzonych przez Kościół objawieniach.

Skoro wszystko, co możemy tu na ziemi wiedzieć o Bogu, zostało objawione, czy oznacza to, że żaden postęp teologiczny nie może mieć miejsca? Bynajmniej! Postęp może, a nawet powinien mieć miejsce, jednak nie polega on na dalszym objawianiu się Boga, a raczej na naszym głębszym zrozumieniu Go. Nasze zdobywanie wiedzy o Bogu dokonuje się poprzez łączenie objawionych faktów, poszukiwanie zależności między nimi i wyciąganie wniosków. Taki postęp jest nam potrzebny, bowiem dążenie do coraz głębszego poznania Boga powoduje w nas wzrost miłości do Niego. Jak mówi św. Augustyn: „Nie można kochać tego, czego się nie zna” (De Trin. X, 1,2).

Oczywiście taki postęp musi się odbywać w nawiązaniu do Pisma Świętego, Tradycji i magisterium Kościoła. Spotykamy niestety teologów, których tezy zrywają z tym, co Kościół orzekł podczas dwóch tysięcy lat swojego istnienia. Ich metodologia jest błędna. Poznawanie Boga nie może bowiem polegać na zaprzeczaniu temu co już o Nim wiemy, ale raczej na rozwijaniu już istniejącej wiedzy. Tak właśnie działali wielcy teologowie Kościoła – ze św. Tomaszem z Akwinu na czele. A żyjący w IV w. św. Wincenty z Lerynu tak wyjaśnił jak powinien wyglądać rozwój doktryny w Kościele:

Może jednak ktoś zapyta: Jak to? Więc nie będzie w Kościele Chrystusowym żadnego postępu religii? Owszem, powinien być, i to jak największy. (…) Ale ten postęp niech będzie naprawdę postępem wiary, a nie zmianą. Boć przecie istota postępu na tym polega, że rzecz jakaś rozrasta się w sobie; istota zaś zmiany na tym, że rzecz jakaś przechodzi w zupełnie inną. Niechże więc wzrasta i olbrzymie nawet postępy czyni zrozumienie, wiedza, mądrość, (…) ale koniecznie w swojej jakości, to jest w obrębie tego samego dogmatu, w tym samym duchu, w tym samym znaczeniu.

Adrian Fyda/PCh24.pl

komentarz ze strony PCh24.pl:
Podstawowym pytaniem, jest pytanie o sens życia oraz kim jest człowiek? Nauki empiryczne nie są w stanie przedstawić pełnego skończonego obrazu świata. Człowiek usiłuje rozumem poprzez refleksję filozoficzną poznać rzeczywistość świata, odnajdując znaki i ślady boskiej działalności. Wg. św. Pawła wszyscy ludzie są zdolni do poznania Boga na płaszczyznie racjonalnej z analizy dzieł stworzenia ( Rz. 1, 19-20) Racjonalne dowody na istnienie Boga w oparciu o filozoficzną analizę rzeczywistości udzielił św. Tomasz z Akwinu, doszedł do wniosku, że jeśli bytowanie człowieka nie ma być bezsensowne i absurdalne, to musi swoją celowość odnosić do Absolutu. Jednakże, cokolwiek by się nie powiedziało, to ostatecznie Bóg jawi się człowiekowi jako Wielka Tajemnica, której nie da się ogarnąć ludzkim rozumem, gdyż przekracza to jego pojemność poznawczą. Bóg ukazany w Biblii w sposób szczególny i pełny objawił się przez Jezusa Chrystusa, który jest obrazem Boga dla ludzi, gdyż posiada naturę ludzką i boską. Sobór Trydencki pouczał by nikt nie ośmielał się objaśniać Pisma Święte wbrew sensowi, który utrzymywał i utrzymuje święta Matka Kościół, któremu został powierzony mandat nauczania, jaki Chrystus pozostawił apostołom i ich prawowitym następcom; dlatego Tradycja jako świadek przeszłości, jaką pozostawili wielcy święci, Sobory Powszechne, świadectwa pobożności jest wiążąca jeśli nie stoi w sprzeczności z Pismem Świętym. Bóg kieruje losami świata i ludzi, których obdarzył wolnością i ją respektuje. Opatrzność Boża jest w ścisłej relacji z Bożym planem. Bóg jest stwórcą bytów widzialnych i niewidzialnych czyli duchowych, wszystkie one uczestniczą w Bożym planie. Człowiek egzystuje w przestrzeni między rzeczywistością duchową i materialną. Pierwszy człowiek utracił świętość i sprawiedliwość, którą został obdarzony i ten ” pra-grzech ” jest przekazywany jako utrata łaski i sprawiedliwości. Jezus przyszedł na świat aby przywrócić utracone szczęście człowiekowi jakiego pragnie Bóg,; gdyż tylko On posiadając dwie natury, mógł tego dokonać. Jezus wziął na siebie akt karzącej sprawiedliwości za grzechy całej ludzkości; św. Paweł naucza, iż za wielką cenę jesteśmy odkupieni. Chrześcijańskie orędzie głosi iż odkupienie i zbawienie polega na wszczepieniu i wspólnocie z Jezusem, i przez żywą wiarę zakotwiczoną w miłości Boga i człowieka, będącą darem łaski Bożej. Człowiek nie może dostąpić zbawienia siłami natury l bez łaski Bożej. Chrystusa spotykamy w Kościele, a poza Kościołem nie ma zbawienia, kto z własnej winy odrzuca Kościół Chrystusowy, odrzuca zbawienie. Przynależność do Kościoła Chrystusowego urzeczywistnia się w różnym stopniu i nie należy go redukować do instytucji administracyjnej. Kościół jest święty, gdyż jest związany z Jezusem. Sukcesja apostolska jest uczestnictwem w misji Jezusa. a sakramenty są widzialnymi znakami niewidzialnej łaski przynoszącej owoce duchowe. Nadzieja chrześcijańska sięga poza doczesność, a wspólnota z Bogiem w doczesności jest mocniejsza od śmierci i prowadzi do pełni życia wiecznego, do którego wszyscy nieuchronnie zdążamy. Tak w wielkim skrócie i uproszczeni można przedstawić orędzie wiary katolickiej.

***

Dziś w pierwszy czwartek miesiąca MSZA ŚWIĘTA jest o godz. 19.00

po MSZY ŚWIĘTEJ GODZINNA ADORACJA w intencji kapłanów.

w kaplicy-izbie Jezusa Miłosiernego (4 Park Grove Terrace, Glasgow G3 7SD)

This image has an empty alt attribute; its file name is image-2-e1673870873179-1024x683.png

Kaplice adoracji nie są jedynie schronieniem dla pobożnych wiernych. Są one pełnymi blasku ośrodkami intensywnego Boskiego działania, które wychodzi poza mury kaplicy – do domów, szkół i szpitali, a także do ciemnych i zimnych miejsc, w których dusze są zniewalane przez szatana – i przenika serca, uzdrawia chorych i nawołuje do powrotu do domu tych, którzy oddalili się ode Mnie. To właśnie dlatego dzieło nieustannej adoracji – albo choćby dłuższej codziennej adoracji – ma głęboko apostolski charakter i wyróżnia się nadprzyrodzoną owocnością. (z książki “IN SINU JESU” )

NIEOCENIONY DAR DLA LUDZKOŚCI

Sakrament kapłaństwa jest nieocenionym darem dla całej ludzkości, ponieważ przez posługę kapłanów Jezus uobecnia swoją zbawczą misję w świecie, przebacza grzechy, Eucharystii daje nam życie wieczne. Święty dar sakramentu kapłaństwa Pan Jezus składa w słabe i grzeszne ludzkie serca, a jego moc pochodzi nie od czlowieka, ale od samego Chrystusa. Bez kapłańskiej „posługi nie byłoby Eucharystii, misji i samego  Kościoła” – napisał papież Benedykt XVI. Z tego nieocenionego daru,  jakim jest sakrament kapłaństwa, mogą korzystać wszyscy.   

 Święty Jan Maria Vianney o kapłaństwie

W jednym ze swoich kazań Proboszcz z Ars tak mówił do swoich parafian  o sakramencie kapłaństwa: „Gdyby nie było sakramentu kapłaństwa, nie mielibyśmy Pana wśród nas. Kto bowiem włożył Go do tabernakulum? Kapłan. Kto przyjął wasze dusze do (społeczności) Kościoła, kiedyście się narodzili? Kapłan. A kiedy dusza popadnie w grzech śmiertelny, kto ją wskrzesi do życia? Kto przywróci jej spokój sumienia? Tylko kapłan. Nie znajdziecie  żadnego dobra, które pochodzi od Boga, żeby za nim nie stał kapłan.

Spróbujcie wyspowiadać się przed Matką Boską albo przed którymś z aniołów. Rozgrzeszą was? Nie. Czy mogą dać wam Ciało i Krew Pańską? Nie. Najświętsza Maryja Panna nie ma władzy sprowadzenia swego Syna do hostii. Choćby stanęło przed wami dwustu aniołów, nie mają oni władzy odpuszczania wam grzechów. Jedynie kapłan ma władzę powiedzieć wam: »Idź w pokoju, przebaczam ci«.    

Kapłaństwo jest naprawdę czymś bardzo wielkim. Kapłan zrozumie siebie dobrze dopiero w niebie. Gdybyśmy rozumieli na ziemi, czym jest  kapłaństwo, umarlibyśmy nie z przejęcia, lecz z miłości. Kapłan nie jest jednak kapłanem sam dla siebie. Sam sobie nie może udzielić rozgrzeszenia. Nie może sam sobie udzielić żadnego sakramentu. Kapłan nie żyje dla siebie, żyje dla was. Po Bogu kapłan jest najważniejszy! Zostawcie parafię  bez kapłana przez dwadzieścia lat, a zaczną w niej adorować cielca. Kiedy  ktoś chce zniszczyć religię, najpierw atakuje kapłanów, gdyż tam, gdzie  nie ma kapłana, nie ma już ofiary Mszy Świętej, nie ma kultu Bożego. Kapłaństwo to miłość Serca Jezusa. Kiedy spotykacie kapłana, zawsze myślcie o Jezusie”.  

Znienawidzeni przez siły zła  

Pan Jezus uświadamia nam, że Jego kapłani będą znienawidzeni i prześladowani przez siły zła: “Jeżeli was świat znienawidzi, wiedzcie, że Mnie wpierw znienawidził. Gdybyście byli ze świata, świat by was kochał  jako swoją własność. Ale ponieważ nie jesteście ze świata, bo Ja was wybrałem ze świata, dlatego was świat nienawidzi. Pamiętajcie o słowie, które do was powiedziałem: “Sługa nie jest wiekszy od swego pana”. Jeżeli Mnie prześladowali, to i was będą prześladować” (J 15,18-20). Złe moce za wszelką cenę chcą zniszczyć Kościół i dlatego z taka nienawiścią atakują kapłanów z zewnątrz o od wewnątrz. Strategią ich działalności jest kłamstwo, które ma pozory prawdy. I tak na przykład w środkach masowego przekazu podaje się nieprawdziwe informacje, plotki i pomówienia lub nagłaśnia się bolesne przypadki kapłanów, którzy tak jak Judasz zdradzili Jezusa, sugerując, że wszyscy kapłani są tacy sami jak ci nieliczni zdrajcy. W tej antykościelnej propagandzie – jak mówił św. Jan Paweł II – wypowiadane slowo jest spętane “kłamstwem, podstępem, może nawet nienawiścią lub pogardą dla innych”. Powinniśmy zdecydowanie przeciwstawiać się tej antyklerykalnej kampanii, której celem jest ateizacja i wzbudzanie nienawiści do Kościoła i kapłanów. W jaki sposób? Święty Jan Paweł II daje nam odpowiedź: “Jezus pokazał nam, że modlitwa i post to najważniejsza i najskuteczniejsza broń przeciw mocom zła (por. Mt. 4,1-11), i pouczył uczniów, że niektóre złe duchy można wypędzić tylko w ten sposób por. Mk 9,29). Zdobądźmy się zatem na pokoręi odwagę modlitwy i postu, aby sprowadzić moc z Wysoka, która obali mury oszustwa i kłamstwa”(Evangelium vitae, 100). 

z książki “IN SINU JESU”  

***

czwartek – 6 sierpnia

Papież w Asyżu: „Nie mylcie ewangelicznego radykalizmu z fundamentalizmem”

Leon XIV mówił do 2,5 tys. młodych zebranych w Asyżu. Papieska wizyta zakończyła czterodniowe franciszkańskie spotkanie młodzieży.

Leon XIV w Asyżu. fot. Vatican Media

***

Leon XIV przybył w czwartek 6 sierpnia do Asyżu na zakończenie „GO! Franciscan Youth Meeting 2026”. W spotkaniu uczestniczyło około 2,5 tys. osób w wieku od 18 do 33 lat, przybyłych z różnych krajów Europy i świata. Wśród nich znajdowali się również młodzi, którzy nie deklarują się jako osoby wierzące.

Nowa Kapituła Namiotów

Wydarzenie odbyło się w roku 800. rocznicy śmierci św. Franciszka. Według organizatorów Leon XIV osobiście wybrał właśnie spotkanie młodych spośród wielu inicjatyw przygotowanych na jubileusz franciszkański.

Franciszkanie porównują spotkanie młodych do słynnej Kapituły Namiotów z 1221 r. Około pięciu tysięcy braci z różnych części Europy zebrało się wówczas wokół Porcjunkuli. Ponieważ nie było dla nich odpowiednich budynków, spali na prostych matach i pod prowizorycznymi zadaszeniami.

Osiem wieków później w tym samym miejscu spotkali się młodzi ludzie z różnych krajów. Wielu z nich również nocowało w prostych warunkach, w śpiworach. Przez cztery dni uczestniczyli w modlitwach, warsztatach, spotkaniach formacyjnych i rozmowach poświęconych wierze, pokojowi i powszechnemu braterstwu.

Radykalizm to nie fundamentalizm

Przed Mszą św. papież odpowiedział na trzy pytania dotyczące dawania świadectwa w podzielonym świecie, podejmowania decyzji na całe życie oraz miłości do Kościoła pomimo jego ran.

Papież podkreślił, że ewangeliczny radykalizm jest przeciwieństwem fundamentalizmu. Nie czyni człowieka ślepym i gwałtownym, lecz wrażliwym i uważnym, zawsze podążającym za Jezusem, a przez to pokornym i otwartym na wszystkich – mówił.

Radykalizm Ewangelii nie polega na zaostrzeniu języka, bezwzględnej walce z przeciwnikami ani zamknięciu się w grupie ludzi myślących w ten sam sposób. Oznacza przyjęcie Ewangelii bez zastrzeżeń i pozwolenie, aby przemieniła relację człowieka z Bogiem, innymi ludźmi i dobrami materialnymi.

Papież zachęcił młodych, aby uczyli się od św. Franciszka ewangelicznego radykalizmu. Wskazał również na potrzebę odrzucenia kultury siły i budowania cywilizacji miłości.

„Pośród was nowi święci”

Podczas Mszy św. papież nawiązał do tajemnicy Przemienienia Pańskiego. Zwrócił uwagę, że Piotr chciał zatrzymać niezwykłe doświadczenie na górze, ale uczeń Chrystusa nie może jedynie przyglądać się rozmowie Jezusa z Mojżeszem i Eliaszem. Musi sam w nią wejść, słuchać i podejmować decyzje.

Chrześcijanie są wezwani do odczytywania Pisma Świętego razem z Chrystusem, rozumienia własnych czasów oraz pisania nowych kart historii. W Asyżu rozpoczęła się kiedyś przemiana Franciszka, Klary i tysięcy innych młodych ludzi, którzy przyjęli Ewangelię bez zastrzeżeń i pozwolili, aby nadała ich życiu nową formę.

– Drodzy młodzi, dziś Europa i cały świat poszukują pośród was nowych świętych – mówił Leon XIV.

Papież wezwał młodych do uwolnienia się od kultury siły, burzenia murów oraz odrzucenia obrazu świata zbudowanego z wymyślonych wrogów. Zaznaczył, że nie oznacza to zdrady rodziny, miasta ani tradycji, lecz oczyszczenie ich z lęku, niewiedzy i przemocy.

„Go!” oznacza posłanie

Leon XIV zwrócił uwagę, że sama nazwa spotkania – „Go!”, czyli „Idź!” – zawiera program misyjny. Zachęcał młodych, aby udawali się na peryferie, gdzie niesprawiedliwość, wojna i obojętność odbierają ludziom godność oraz możliwość realizowania marzeń.

Chrześcijanin nie powinien szukać bezpiecznych miejsc pozwalających mu zachować dystans wobec ludzkiego cierpienia. Ma dotykać ran świata i budować cywilizację miłości, której pierwszymi znakami są bezinteresowność, służba i praca na rzecz pokoju.

– Idźcie! A jeszcze lepiej: idźmy! – zachęcił papież.

Osiem zobowiązań młodych

Na zakończenie spotkania młodzi przedstawili zobowiązania wypracowane podczas czterech dni rozmów. Postanowili wybierać ciszę, która pozwala słuchać, budować braterstwo, troszczyć się o stworzenie i tworzyć autentyczne relacje.

Wśród zobowiązań znalazły się także odpowiedzialne korzystanie z technologii, odkrywanie piękna jako drogi ewangelizacji, odwaga podejmowania życiowych decyzji oraz gotowość do zbliżania się do ran współczesnego człowieka.

Papież otrzymał kopię Kodeksu 338 zawierającego najstarszy zachowany zapis „Pieśni słonecznej” św. Franciszka oraz projekt jednej z figur przygotowywanych z okazji jubileuszu. Rzeźba autorstwa Eleny Mutinelli ma stanąć na Lampedusie.

Franciszkanie podarowali Leonowi XIV także reprodukcję starego fresku z Ospedale delle Pareti. Dzieło łączy tradycję franciszkańską z augustiańską, dlatego miało szczególne znaczenie dla pierwszego papieża wywodzącego się z Zakonu św. Augustyna.

Po zakończeniu Mszy św. i ceremonii pożegnania Leon XIV odleciał do Watykanu. Spotkanie zakończyło się nie tylko błogosławieństwem, lecz także posłaniem młodych do ich krajów i wspólnot.

– On wam ufa, na was liczy i pozostaje zawsze z wami – powiedział papież.

mt/stacja7.pl, VaticanNews

***

środa – 5 sierpnia 2026

Wizerunek Matki Bożej Śnieżnej i tajemnica śniegu w letni dzień

MB-Sniezna.jpg
oprac. GS/PCh24.pl

***

Historia Kościoła obfituje w niezwykłe zdarzenia, będące owocem ingerencji Nieba w porządek ziemski. Wierzących budują moralnie, z kolei dla odrzucających wiarę stanowią przyczynę zgorszenia lub, w najlepszym wypadku, budzą ich sceptycyzm. Do takich faktów należą m.in. dzieje bazyliki i obrazu Matki Bożej Śnieżnej.

Śnieg w letni poranek

Rzymianie, którzy 5 sierpnia 352 roku przechodzili przez wzgórze eskwilińskie, z wielkim zdziwieniem obserwowali niezwykłe zjawisko. Mimo letniej pory jego zbocze pokrywała warstwa śniegu. Co było przyczyną niezwykłego wydarzenia, wiedział papież Liberiusz oraz rzymski patrycjusz Jan. W nocy ukazała im się bowiem Matka Boża i wyraziła wolę, by w tym miejscu stanęła świątynia ku Jej czci. Jak mówi stara tradycja, wspomniany patrycjusz oraz jego żona nie doczekawszy się potomstwa, zastanawiali się, jak spożytkować ku chwale Bożej swój majątek. Jakże zadziwić, a zarazem uradować musiała ich taka odpowiedź…

W miejscu cudu stanęła pierwsza świątynia poświęcona Bogarodzicy. Nie była jeszcze tak wielka i wspaniała jak dziś. Tę wzniesiono dopiero za pontyfikatu Ojca Świętego Sykstusa III (432-440), który chciał uczcić sukces soboru w Efezie, a przede wszystkim ogłoszenie dogmatu, że Najświętszej Maryi Pannie przysługuje tytuł Bożej Rodzicielki (Theotokos). Świątynia zyskała nazwę bazyliki Matki Bożej Większej.

Pamięć cudu leżącego u genezy fundacji świątyni przetrwała w nazwie wizerunku Maryi czczonego w jej wnętrzu oraz święcie ustanowionym w rocznicę niezwykłego zjawiska (5 sierpnia) – Matki Bożej Śnieżnej. Piękna legenda przenosi moment powstania ikony daleko wstecz, przypisując jej namalowanie św. Łukaszowi Ewangeliście. Według historyków sztuki, znany nam obecnie obraz powstał najprawdopodobniej w XII wieku. Do Rzymu trafił zapewne w XIII stuleciu, wraz z krzyżowcami powracającymi do Europy.

Wybawicielka Rzymian

Obraz cieszy się sławą cudownego, a przedstawia Maryję trzymającą na lewej ręce małego Pana Jezusa, który z kolei lewą rączką podtrzymuje Księgę, a prawą wyciąga przed siebie w geście błogosławieństwa. Znany jest także pod nazwą Salus Populi Romani, czyli Ocalenie Ludu Rzymskiego. Wielokroć bowiem, w chwilach poważnych zagrożeń, Matka Boża Śnieżna przychodziła z pomocą Rzymianom.

To właśnie Jej ingerencji lud rzymski przypisuje ocalenie miasta przed dżumą za pontyfikatu św. Grzegorza Wielkiego. Później, podczas wielkiego pożaru, który wybuchł w 847 roku, gdy papieżem był Leon IV, wizerunek Matki Bożej Śnieżnej niesiono ulicami Wiecznego Miasta, wypraszając wygaśnięcie ognia. Podobna procesja z obrazem Maryi Salus Populi Romani przeszła przez Rzym w trakcie starcia z flotą muzułmańską pod Lepanto w 1571 roku. Wtedy to losy bitwy rozstrzygnęły się na korzyść połączonej floty katolickiej.

Należy dodać, że wizerunek Matki Bożej Śnieżnej stał się bardzo popularny w całym świecie chrześcijańskim. Do jego rozpropagowania przyczynił się generał jezuitów św. Franciszek Borgiasz, zamawiając liczne kopie cudownego wizerunku, by potem wysłać je do różnych zakątków świata. Jedna z nich trafiła do Jarosławia w Polsce. W oparciu o ten obraz powstały kolejne repliki.

Rada na wagę zwycięstwa

Należy podkreślić, że także w Polsce Matka Boża Śnieżna uczyniła cud porównywalny do rzymskich, przyczyniając się do zwycięstwa w bitwie chocimskiej.

Stało się to w 1621 roku, gdy rok po zwycięstwie nad armią polską na polach Cecory, w której zginął hetman Stanisław Żółkiewski, Turcy szykowali nową wyprawę na Rzeczpospolitą. Całej potędze Turcji drogę zastąpiły szczupłe siły pod dowództwem hetmana Jana Karola Chodkiewicza. Niestety, utalentowany militarnie hetman zmarł w oblężonym obozie. Gdy wieść o tym doszła do kraju, biskup Marcin Szyszkowski zarządził w Krakowie uroczystą procesję błagalną, podczas której niesiono ulicami miasta przechowywaną w kościele oo. Dominikanów kopię wizerunku Matki Bożej Śnieżnej. Gdy wszystko zapowiadało klęskę, bo otoczone przez pogan wojska polskie dysponowały zaledwie jedną beczką prochu, dowodzącemu nimi regimentarzowi Stanisławowi Lubomirskiemu ukazała się Matka Boża. Madonna wypowiedziała tylko jedno słowo: Wytrwałość. Wódz zastosował się do rady, dzięki czemu Polska strona wynegocjowała pokój na korzystnych warunkach. Sukces uznano za dzieło Niepokalanej.

Jako wotum dziękczynne dla Bogarodzicy żona Stanisława Lubomirskiego, Anna, ufundowała w Krakowie kościół i klasztor ss. Dominikanek, naturalnie pod wezwaniem Matki Bożej Śnieżnej. Do dziś zakonnice oraz wierni czczą w nim Maryję, modląc się przed jedną z kopii eskwilińskiego obrazu.

Modlitwa do Najświętszej Maryi Panny Śnieżnej

O Maryjo, Matko moja Niebieska,
najczulsza, najlepsza z matek,
do stóp i do Serca Twego Macierzyńskiego
tulę się z miłością i ufnością dziecięcą.
Patrz, oto Twe dziecię przychodzi do Ciebie
i wzywa Twej pomocy!
Czy potrzeba o Matko, by wiele Ci mówiło,
Twe Serce wszystko już odczuło…
Ty wiesz, że cierpi, że płacze, że zgrzeszyło…
O Matko łaski Bożej, źródło życia i radości,
o Ty wsławiona w tym cudownym Obrazie łaskami bez miary,
spraw Twoim wstawiennictwem u Boga,
by i na moje serce dotknięte cierpieniem i winami,
spadły białe, śnieżne płatki Twej pociechy,
zmiłowania i wysłuchania.
Bóg Ci niczego odmówić nie może,
jeśli tylko prośby nasze nie sprzeciwiają się
zamiarom Jego Ojcowskiego Serca, tak bardzo nas miłującego.
O Matko Najświętsza, wierzę, iż wszystko możesz u Boga!
O Matko Miłosierdzia, ufam Twemu Macierzyńskiemu Sercu,
O Matko Najczulsza, Tobie powierzam wszystko,
co dotyczy mojej duszy, mego ciała i moich najdroższych!
O Matko Ukochana, miłuję Cię i wiem,
że miłujesz mnie jak dziecię swoje.
W Twoje ręce najświętsze składam życie,
śmierć i wieczność moją,
wierząc, że nie zginę na wieki. Amen.

Litania do Najświętszej Maryi Panny Śnieżnej

Kyrie, eleison. Chryste, eleison. Kyrie, eleison.
Chryste, usłysz nas. Chryste, wysłuchaj nas.
Ojcze z Nieba, Boże, zmiłuj się nad nami.
Synu, Odkupicielu świata Boże,
Duchu Święty Boże,
Święta Trójco, Jedyny Boże,

Święta Maryjo, módl się za nami.
Święta Maryjo Panno Śnieżna,
Święta Maryjo Dziewico Niepokalana,
Święta Maryjo Pokorna Służebnico Pańska,
Święta Maryjo Żywy Przybytku Słowa Wcielonego,
Święta Maryjo Nowa Ewo, obiecana w raju,
Święta Maryjo Pociecho, radości i błogosławieństwo Ludu Wybranego,
Święta Maryjo Idąca za Chrystusem aż do stóp Krzyża,
Święta Maryjo Świeczniku ozdobiony w siedmiorakie dary Ducha Świętego,
Święta Maryjo Najwyższa chlubo świata chrześcijańskiego,
Święta Maryjo Królowo Nieba i ziemi,
Święta Maryjo Wzorze modlitwy i wyrzeczenia,
Święta Maryjo Wspomożenie małżeństw i rodzin,
Święta Maryjo Opiekunko pielgrzymów i podróżujących,
Matko nasza najłaskawsza,
Matko Miłosierdzia,
Matko ofiarności i dobroci,
Matko poświęcenia i służby,
Matko zsyłająca swe łaski wraz z płatkami śniegu,
Matko prowadząca zagubionych w chaosie świata,
Matko darząca uśmiechem swoich gości,
Matko o każdej porze roku zapraszająca do siebie czcicieli,
Matko udzielająca wszelkiej pomocy potrzebującym,
Matko wypraszająca łask wszelkich,
Matko której bezgranicznie zaufaliśmy,
Matko pouczająca o Miłowaniu Boga i bliźnich,
Matko wypraszająca pokój i Boże przebaczenie,
Matko nawołująca do gorliwego odmawiania Różańca,
Matko wzywająca do czynienia pokuty,
Matko umacniająca chorych i cierpiących,
Matko wychowawczyni powołań kapłańskich, zakonnych i misyjnych,
Matko otaczająca opieką wszystkich parafian,
Matko roztaczająca Macierzyńską opiekę nad młodzieżą i dziećmi,
Matko chroniąca nas od niewiary,
Matko ucząca nas prostoty i życia w prawdzie,
Matko pomagająca naszej Ojczyźnie i światu całemu,
Matko towarzysząca nam w pielgrzymce wiary,
Matko pocieszająca strapionych i nadziejo umierających,
Matko prosząca swego Syna o świętość dla nas,

Baranku Boży, który gładzisz grzechy świata – przepuść nam, Panie.
Baranku Boży, który gładzisz grzechy świata – wysłuchaj nas, Panie.
Baranku Boży, który gładzisz grzechy świata – zmiłuj się nad nami.

K. Módl się za nami, Święta Boża Rodzicielko.
W. Abyśmy się stali godnymi obietnic Chrystusowych.

Módlmy się: Boże Wszechmogący, Ojcze i Przyjacielu ludzi, Ty prowadzisz Swój lud pośród zmieniających się kolei życia. Dzięki Ci składamy za to, że łaskawie wejrzałeś na naszą ziemię, gdzie czcimy Najświętszą Maryję Pannę Śnieżną. Udziel nam i tym wszystkim, którzy powierzają się Jej Matczynej Opiece, łaski coraz większego umiłowania Zbawiciela Jezusa Chrystusa. Który żyjesz i królujesz przez wszystkie wieki wieków. Amen

źródło: dladuszy.piotrskarga.pl/PCh24.pl

***

wtorek – 4 sierpnia

Jan Vianney: wiejski proboszcz, którego świętość nawróciła tysiące

AdobeStock_1748183942_800x460.jpg
fot: http://stock.adobe.com/

***

Święty Jan Maria Vianney – wzór kapłaństwa zrodzonego z modlitwy, Eucharystii i spowiedzi. Skromny, pokorny proboszcz z Ars żył miłością i oddaniem wobec Stwórcy oraz innych ludzi. Jego wiara była tak autentyczna, że przekonała do Boga ogromne rzesze.

Jan Maria Vianney został kanonizowany przez papieża Piusa XI wiosną 1925 roku. Wówczas Ojciec Święty ogłosił proboszcza z Ars „niebiańskim patronem wszystkich kapłanów świata”. O wzorze kapłańskich cnót, jakim jest święty Jan Maria, mówiono też podczas uroczystości rocznicowych celebrowanych w Ars, a centralnie w sanktuarium Ars-sur-Formans. – Święty Proboszcz z Ars był pokornym kapłanem, ale wielkim przed Bogiem, bo żył z miłością i oddaniem wobec innych – podkreślił kardynał Lazzaro Heung-sik You, prefekt Dykasterii ds. Duchowieństwa. 

Wskazał on na jeszcze inną, mocną stronę Chrystusowego kapłaństwa, które wiernie naśladował proboszcz z Ars. Otóż takie wypełnianie powołania ma moc jednoczenia wokół spraw najważniejszych. – Ars stało się duchowym centrum Europy, gdyż św. Jan Maria Vianney stawiał Boga na pierwszym miejscu, bez kompromisów – przypomniał. Jakże daleko od takiej duchowości są rządzący dzisiejszą Unią Europejską, przez co zamiast jednoczyć, coraz bardziej dzielą.

Jan Maria Vianney jest przykładem człowieka, którego pokora zaprowadziła na szczyty świętości. Jego młodość przypadła na trudne czasy porewolucyjnej Francji. Do Pierwszej Komunii Świętej przystępował w szopie, zamienionej na prowizoryczną kaplicę. Wejście do niej, z obawy przed bezwzględnymi przewrotowcami, zasłonięto furą siana. Młody Jan Maria naukę mógł podjąć dopiero kiedy miał 17 lat. Wcześniej wiejskie szkoły podstawowe, które funkcjonowały jedynie przy parafiach katolickich, były zamknięte przez władze rewolucyjne, czyli krwawy Dyrektoriat.

Droga Jana Marii do uzyskania święceń kapłańskich była jeszcze trudniejsza. Pochodził z ubogiej chłopskiej rodziny, więc nie stać go było na opłacenie swojego utrzymania w seminarium duchownym. Tę poważną przeszkodę udało się pokonać dzięki dobremu człowiekowi – księdzu Karolowi Balley, który wcześniej uczył go w szkole parafialnej i poznał niezwykłą pobożność młodego Vianneya.

Nauka od początku szła Janowi Marii bardzo trudno. Dlatego też do seminarium musiał zdawać dwa razy. Na początku studiów w seminarium nie było lepiej. Szczególnie gramatykę języka francuskiego i łacinę kleryk Vianney ledwo ciągnął, jak przysłowiowy „koń furę pod górę”. Nauka tych przedmiotów sprawiała mu taką udrękę, że chciał zrezygnować z seminarium. Na szczęście jego wierny przyjaciel ks. Balley, odwiódł go od tej decyzji. Trudno sobie wyobrazić, jak dzisiejsza młodzież, której rodzice usuwają każdą, nawet najmniejszą przeszkodę spod nóg, mogłaby pokonać takie olbrzymie przeszkody, z jakimi mierzył się Jan Maria Vianney?

Jan dobrnął do końca seminarium, ale z obawy przed tym, że nie da rady zdać końcowych egzaminów po łacinie, jak wówczas zdawano, pozwolono mu zaliczać przedmioty po francusku. W ten sposób szczęśliwie ukończył seminarium i został wyświęcony na księdza. Z powodu słabej znajomości łaciny, na pewien okres zabroniono mu jednak spowiadać. Ta decyzja wydaje się dziś paradoksalna – przecież św. Jan Maria Vianney, z powodu swego niezwykłego charyzmatu udzielania sakramentu pokuty oraz ogromnych kolejek do jego posługi, przez potomnych nazwany został „niewolnikiem konfesjonału”.

Wszystkie duchowe osiągnięcia św. Jana Marii Vianneya, dzięki któremu Bóg mógł nawrócić tysiące „zagubionych owiec”, wiele proboszcza z Ars kosztowały – dlatego były tak niezwykle cenne. Podobnie było z jego kaznodziejstwem. Na początku podczas kazań często gubił wątek i z przejęcia okrutnie jąkał się. Z czasem stał się jednak charyzmatycznym mówcą, którego słuchały rzesze ludzi.

Używając porównania rodem z wojska, ks. Jan Maria Vianney był w francuskim Kościele wybitnym komandosem do zadań specjalnych. Dlatego też skierowano go jako proboszcza do parafii w Ars, którą duchowo niemal zupełnie wyjałowiła rewolucja francuska. Kiedy ks. Vianney obejmował tamtejszą parafię, spośród 250 ochrzczonych mieszkańców do kościoła na Mszę świętą przychodziło zaledwie około 20 osób.

Najstraszniejszym „biczem”, jakiego użył nowy proboszcz, aby na powrót zagonić zbłądzone owieczki do zagrody Pańskiej, były modlitwa i post. „Wchodził do kościoła przed jutrzenką i nie wychodził aż do wieczornej modlitwy Anioł Pański” – opisywała praktykę modlitewną ks. Vianneya jedna z jego parafianek Katarzyna Lassagne. Proboszcz nie bał się również „smagać” mieszkańców Ars biczem słowa. Sam Vianney w jednym ze swoich kazań mówił:

– Jeśli duszpasterz nie chce się potępić na wieki, powinien bez miłosierdzia chłostać wszelkie nadużycia w parafii; powinien przy tym zdeptać nogami wzgląd ludzki i obawę przed wzgardą lub nienawiścią ze strony parafian; a choćby miał pewność, że go zabiją, skoro zejdzie z ambony – nie wolno mu ustąpić.

Dobroć księdza Vianneya, także surowość jego życia, kazania proste i płynące z serca – powoli nawracały kolejnych mieszkańców Ars. Kościół, z początku prawie pusty, zaczął się z wolna zapełniać nie tylko w niedziele i święta, ale nawet w dni powszednie. Z każdym rokiem wzrastała liczba przystępujących do sakramentów. W końcu nawróciła się ogromna większość. Do ich proboszcza na spowiedź i kazania z całej Francji przybywały rocznie tysiące wiernych. Módlmy się o takich świętych kapłanów, bo „żniwa wprawdzie wielkie, ale robotników mało” (Mt 9, 37).

Adam Białous/PCh24.pl

***

Księża przywożą do Ars kryzysy. Święty wciąż wskazuje drogę

Współcześni kapłani przybywają do grobu św. Jana Marii Vianneya z doświadczeniem zwątpienia, społecznej niechęci i ciężaru odpowiedzialności za powierzoną im misję. Proboszcz z Ars przypomina im, że odnowa kapłaństwa zaczyna się od postawienia Chrystusa na pierwszym miejscu.

św. Jan Maria Vianney.fot. Jakub Szymczuk / Gość Niedzielny

***

Rektor z Ars: św. Jan Maria Vianney inspiruje współczesnych księży
4 sierpnia Kościół powszechny obchodzi wspomnienie św. Jana Marii Vianneya, Proboszcza z Ars, ogłoszonego w 1929 roku przez Piusa XI „patronem wszystkich proboszczów świata”. W rozmowie z mediami watykańskimi rektor sanktuarium w Ars, ks. Rémi Griveaux, opowiada o wsparciu, jakie u tego świętego odnajdują współcześni kapłani, zmagający się z wewnętrznymi kryzysami i trudnościami w otoczeniu.
Adélaïde Patrignani, Dorota Abdelmoula-Viet – Watykan

Św. Jan Maria Vianney, znany jako Proboszcz z Ars (1786–1859), pochodził ze skromnej rodziny i miał tak duże trudności w nauce, że wątpiono, czy poradzi sobie z przygotowaniem do kapłaństwa. Ostatecznie jednak przyjął święcenia w 1815 roku, a posługa, jaką pełnił w niewielkiej francuskiej miejscowości Ars i okolicznych wioskach, wydała niezwykłe owoce, szczególnie poprzez sakrament pojednania i świadectwo zanurzenia w modlitwie. W ostatnich latach jego życia odwiedzało go ok. 100 tys. osób rocznie, a dziś do sanktuarium w Ars, w którym jest pochowany przybywają liczne grupy z całego świata, a wśród nich wielu kapłanów. Także ostatni papieże przybliżali tę postać Kościołowi: w 150-lecie jego śmierci (2009 r.) Benedykt XVI ogłosił Rok Kapłański, któremu patronował francuski święty, zaś 10 lat później Franciszek poświęcił mu obszerne fragmenty okolicznościowego listu, skierowanego do kapłanów.

Zranienia i niepokoje przywożone do Ars

Mówiąc o dzisiejszym kulcie św. Jana Marii Vianneya, rektor sanktuarium w Ars, ks. Rémi Griveaux, podkreśla, że cechy, które charakteryzowały Proboszcza z Ars – nieustanna więź z Bogiem oraz miłosierdzie, dobroć i gościnność okazywane każdemu człowiekowi – przemawiają także do współczesnych księży, którzy przyjeżdżają do jego grobu z własnym bagażem doświadczeń.

„Kiedy patrzę na kapłanów, którzy tutaj przybywają, widzę, że są oni naznaczeni wyzwaniami politycznymi, gospodarczymi, społecznymi i kulturowymi we Francji, w Niemczech czy w Ameryce. A jednocześnie dostrzegam w nich miłość do Boga i do posługi, która została im powierzona – mówi – Są odpowiedzialni i świadomi ciężaru powierzonej im misji. Doświadczają wokół siebie pogardy, a jednocześnie odczuwają, że ludzie mają wobec nich oczekiwania”.

Mówiąc o trudnościach, z jakimi mierzą się współcześni księża, podkreśla, że kluczowym pozostaje pytanie o to, czy współczesny świat przyjmuje dziś ich posługę. „To właśnie budzi ich niepokój. A jednocześnie wiedzą, że to Bóg zbawia – mówi ks. Griveaux – Widzę u nich autentyczną troskę pasterzy, którzy pragną dotrzeć do ludzi żyjących w najróżniejszych warunkach”.

Proboszcz z Ars – wzór dla współczesnych księży

Rektor francuskiego sanktuarium wskazuje, że święty patron proboszczów już za życia słynął zarówno z niezwykłej gościnności i braterskiej atmosfery, jaka udzielała się odwiedzającym go, jak też z tego, że nigdy nie wypowiadał się źle o innych kapłanach. To przykład na nasze czasy, podobnie jak niezwykłe zaufanie wobec świeckich, którym powierzył liczne dzieła społeczne i miłosierdzia w czasach, gdy powierzano je przede wszystkim zakonom. „Jeśli ktoś uważa go za postać przestarzałą, staromodną czy wręcz muzealną, wystarczy spojrzeć na jego elastyczność i dyspozycyjność” – zachęca.

Jednocześnie podkreśla, że „przede wszystkim Bóg zawsze był dla niego na pierwszym miejscu”, a on sam wiele czasu poświęcał każdego dnia na modlitwę. „Ludzie to dostrzegali”. To z tej bliskości z Bogiem, brały początek inne jego cechy, jak choćby wyjątkowy talent spowiednika. „Warto przypomnieć słowa jego biskupa – mówi ks. Griveaux – ‘Może nie jest uczony, ale jest oświecony’. To zdanie jest niezwykle wymowne. Zmienia spojrzenie na człowieka i otwiera drogę ku Jezusowi Chrystusowi, ku Bogu i ku Kościołowi”.

Odnowić otrzymane kapłaństwo

Dla księży spotkanie ze św. Proboszczem z Ars jest zaproszeniem do odnowienia własnego kapłaństwa, także w czasie kryzysu czy zwątpień i takim doświadczeniem dzieli się wielu spośród tych, którzy przybywają dziś do południowo-francuskiej miejscowości. „Chodzi o ponowne odkrycie Chrystusa jako Tego, który jest pierwszy: Chrystusa umiłowanego, spotkanego, rozpoznanego, adorowanego i ofiarowanego duszom – mówi rektor – Świętość jest darem Boga. Od kapłanów wymaga się nawrócenia – ale także samo nawrócenie jest łaską Boga. Świętość oznacza komunię z Bogiem, dyspozycyjność wobec Niego, przyjaźń z Nim. Oznacza karmienie się Jego słowem, życie sakramentami i sprawowanie sakramentów. Jeśli sami nie będziemy się nawracać i wchodzić na drogę Boga, jak mamy pozwolić Mu działać przez nas? On i tak będzie działał, ale lepiej nie być przeszkodą ani zasłoną – lepiej być Jego sługą”.

4 sierpnia 2026VATICANNEWS.VA

***

Odpust za nawiedzenie kościoła parafialnego.

2 sierpnia uzyskać Odpust Porcjunkuli!

Porcjunkula.jpg
Francesco Vanni, Public domain, via Wikimedia Commons

***

Odpust Porcjunkuli jest szczególnym darem Kościoła – 2 sierpnia każdy wierny może go uzyskać, niezależnie od miejsca zamieszkania. Łaskę tę wyprosił u Boga św. Franciszek. Na sklepieniu kościoła Matki Bożej Anielskiej w Asyżu widnieje napis odnoszący się do tego przywileju: „To jest brama życia wiecznego, zawsze otwarta”.

Porcjunkula. Cóż to jest?

Porcjunkula (z łac. mała cząstka, coś małego) to ulubiony kościół św. Franciszka w Asyżu, który w roku 1207 wyremontował on własnymi rękami. Otrzymał go od benedyktynów w symbolicznej dzierżawie. Pierwotnie ten malutki kościół mieli zbudować w VI wieku pielgrzymi powracający z Ziemi Świętej. Mieli tu umieścić grudkę ziemi z grobu, do którego złożono ciało Matki Bożej, po jej zaśnięciu (ten pusty grób Matki Bożej znajduje się w Dolinie Jozafata). Świątynia ta, po odbudowie przez św. Franciszka, który nadał jej imię Matki Bożej Anielskiej, stała się miejscem narodzin i sercem wspólnoty franciszkańskiej. Dziś, gdy wchodzi się do wnętrza tego kościoła, na progu widnieje napis: „hic locus sanctus est” – czyli „to miejsce jest święte, ponieważ tutaj Bóg rozmawiał z Franciszkiem.

Jak Bóg przemówił do Franciszka w Porcjunkuli

Pewnej nocy św. Franciszek leżąc krzyżem w kościele Porcjunkula i będąc cały zatopiony w modlitwie, ujrzał jak nagle ciemne wnętrze małej świątyni, rozświetla światło. Franciszek podniósł się z posadzki i zobaczył nad ołtarzem Chrystusa i Jego Najświętszą Matkę w towarzystwie mnóstwa aniołów. Franciszek padł na kolana i zaczął uwielbiać Boga. Wtedy usłyszał pytanie Stwórcy „Czego pragniesz dla zbawienia dusz?”.  Odpowiedź Franciszka była natychmiastowa: „Błagam, aby wszyscy, którzy skruszeni i wyspowiadani przyjdą odwiedzić ten kościół, mogli uzyskać obfite i hojne przebaczenie z całkowitym odpuszczeniem wszystkich kar za grzechy”. Pan Jezus obiecał mu spełnienie tej prośby pod warunkiem, że zwróci się do papieża po stosowne zezwolenia.

Czym Franciszek przekonał papieża?

Z samego rana wyruszył w drogę do Rzymu. Kiedy stanął już przed papieżem Honoriuszem III, zaraz przedłożył mu swoją prośbę. Ojciec święty zgodził się, zapytał jednak „Franciszku, na ile lat chcesz tego odpustu?”. Franciszek chcąc, aby papież zatwierdził nowy odpust bezterminowo, odpowiedział dyplomatycznie „Ojcze Święty, nie proszę o lata, ale o dusze”. Ojciec święty zrozumiał intencję Franciszka i postąpił tak, jak on chciał.

„Chcę was wszystkich wysłać do raju!”

Był dzień 2 sierpnia 1216 roku. Mały kościółek Porcjunkula wypełniony był wiernymi po brzegi. Przy ołtarzu stał Franciszek i kilku biskupów. Wspólnie ogłosili oni początek nowego odpustu. Franciszek mówiąc o odpuście zaczął tymi słowami „Bracia moi, chcę was wszystkich wysłać do raju!”. Był to pewien przełom w uzyskaniu odpustu za ciężkie grzechy. Wcześniej odpust taki można było uzyskać jedynie odbywając pielgrzymkę pokutną do Jerozolimy, Santiago lub Rzymu, a na to było stać niewielu. Z czasem ziściło się marzenie Franciszka, aby odpust ten był dostępny dla wszystkich. Obecnie 2 sierpnia  można go uzyskać w każdym kościele na świecie, a w kościele Porcjunkula każdorazowo, kiedy tylko nawiedzi się tę świątynię.

Warunki odpustu Porcjunkuli

Każdy, kto 2 sierpnia pobożnie nawiedzi swój kościół parafialny, odmówi w nim „Ojcze nasz” i wyznanie wiary, a także przystąpi do spowiedzi i przyjmie Komunię Świętą oraz pomodli się w intencjach wyznaczonych przez papieża i wyzbędzie się przywiązania do jakiegokolwiek grzechu, nawet lekkiego, zyska odpust zupełny.

źródła – niezbędnik.niedziela.pl, brewiarz.pl, misericors.org

Adam Białous/PCh24.pl

***

Odpust Porcjunkuli

2 sierpnia w kościołach i klasztorach franciszkańskich obchodzone jest patronalne święto Matki Bożej Anielskiej Porcjunkuli. W Kalendarzu Liturgicznym czytamy, iż tego dnia w kościołach parafialnych można uzyskać odpust zupełny Porcjunkuli. Za zgodą biskupa diecezjalnego odpust ten może być przeniesiony na niedzielę, która poprzedza 2 sierpnia lub po nim następuje.

Asyż, Bazylika Matki Bożej Anielskiej – Porcjunkula

Asyż, Bazylika Matki Bożej Anielskiej – Porcjunkula –  fot. Grażyna Kołek

***

Trochę historii

Dlaczego święto Matki Bożej Anielskiej Porcjunkuli?

Otóż ma to związek z kościołem Matki Bożej Anielskiej pod Asyżem. Według podania, była to pierwotnie kapliczka ufundowana w VI w. (2 km na południe od Asyżu) przez pielgrzymów wracających z Ziemi Świętej. Mieli oni przywieźć grudkę ziemi z grobu Matki Bożej. Za czasów św. Franciszka kapliczka ta miała już nazwę Matki Bożej Anielskiej. Była ona wówczas w stanie ruiny, dlatego też św. “Biedaczyna” z Asyżu w zimie 1207/1208 r. odbudował ją i tam zamieszkał. Wkrótce przyłączyli się do niego towarzysze. Nie jest wykluczone, że ona sam nadał jej nazwę Matki Bożej Anielskiej, bo jak głosi legenda, słyszano często nad kapliczką głosy anielskie. W tym czasie kapliczka wraz z przyległą posesją stanowiła jeszcze własność benedyktynów z pobliskiej góry Subasio, jednak wkrótce (1211 r.) odstąpili ją św. Franciszkowi i jego współbraciom, którzy wybudowali sobie tam ubogie szałasy – domy. W kilka lat później, dokładnie 2 sierpnia 1216 r., miało miejsce uroczyste poświęcenie (konsekracja) kapliczki-kościółka.

W tym też czasie funkcjonowała w stosunku do ww. kościółka druga nazwa – Porcjunkula, być może również wprowadzona przez św. Franciszka. Etymologicznie oznacza ona tyle, co kawałeczek, drobna część. Prawdopodobnie nawiązywała ona do bardzo małych rozmiarów kościółka i przyległego terenu. Tak więc Porcjunkula stała się macierzystym domem zakonu św. Franciszka.

Dwieście lat później – w roku 1415 św. Bernardyn ze Sieny osadził tu swoich synów duchowych – obserwantów, którzy wystawili tu spory klasztor wraz z okazałym kościołem. W latach 1569-1678 wybudowano świątynię, w środku której znajduje się w stanie surowym zachowany pierwotny kościółek-kapliczka Porcjunkula. Przy końcu bocznej nazwy jest cela, w której mieszkał i dokonał życia św. Franciszek. 11 kwietnia 1909 r. papież Pius X podniósł kościół Matki Bożej Anielskiej w Asyżu do godności Bazyliki patriarchalnej i papieskiej.

Skąd odpust Porcjunkuli?

Łączy się on z legendą. Głosi ona, że pewnej nocy latem 1216 r. św. Franciszek usłyszał w swojej celi głos: “Franciszku, do kaplicy!” . Kiedy tam się udał, ujrzał Pana Jezusa siedzącego nad ołtarzem, a obok z prawej strony Najświętszą Maryję Pannę w otoczeniu aniołów. Usłyszał głos: “Franciszku, w zamian za gorliwość, z jaką ty i bracia twoi, staracie się o zbawienie dusz, w nagrodę proś mię dla nich i dla czci mego imienia o łaskę, jaką zechcesz. Dam ci ją, gdyż dałem cię światu, abyś był światłością narodów i podporą mojego Kościoła” . Franciszek upadł na twarz i rzekł: “Trzykroć Święty Boże! Ponieważ znalazłem łaskę w Twoich oczach, ja który jestem tylko proch i popiół, i najnędzniejszy z grzeszników, błagam Cię z uszanowaniem, na jakie tylko zdobyć się mogę, abyś raczył dać Twoim wiernym tę wielką łaskę, aby wszyscy, po spowiedzi odbytej ze skruchą i po nawiedzeniu tej kaplicy, mogli otrzymać odpust zupełny i przebaczenie wszystkich grzechów”. Następnie św. Franciszek zwrócił się do Najświętszej Maryi Panny: “Proszę błogosławionej Dziewicy, Matki Twojej, Orędowniczki rodzaju ludzkiego, aby poparła sprawę moją przed Tobą”. Maryja poparła modlitwę Franciszka. Wtedy Chrystus Pan powiedział: “Franciszku, to, o co prosisz, jest wielkie. Ale otrzymasz jeszcze większe łaski. Daję ci odpust, o który usilnie błagasz, pod warunkiem jednak, że będzie on zatwierdzony przez mego Namiestnika, któremu dałem moc związywania i rozwiązywania tu na ziemi”. Podanie głosi, że następnego dnia św. Franciszek udał się do Perugii, gdzie przebywał wówczas papież Honoriusz III, który faktycznie udzielił odpustu zupełnego na dzień przypadający w rocznicę poświęcenia kapliczki Porcjunkuli, tj. 2 sierpnia. Początkowo więc odpust zupełny można było uzyskać jedynie w kościele Matki Bożej Anielskiej w Asyżu i to jedynie 2 sierpnia.

Od XIV w. papieże zaczęli podobny odpust na ten dzień przyznawać poszczególnym kościołom franciszkańskim. Dostępować go mieli wszyscy ci wierni, którzy tego dnia nawiedzą któryś z kościołów franciszkańskich. W 1847 r. Papież Pius IX poszedł jeszcze dalej i przywilej odpustu rozszerzył na wszystkie kościoły parafialne i inne, przy których jest III Zakon św. Franciszka. W 1910 r. papież Pius X udzielił na ten dzień tego odpustu wszystkim kościołom, jeśli tylko biskup uzna to za stosowne. W rok później św. Pius X przywilej ten rozszerzył na wszystkie kościoły.

By uzyskać wspomniany odpust, należy jednak spełnić następujące warunki, a więc:


– pobożnie nawiedzić kościół,

– odmówić w nim Modlitwę Pańską oraz Wyznanie Wiary,

– przystąpić do spowiedzi świętej,

– przyjąć Komunię świętą,

– pomodlić się według intencji Ojca Świętego,

– wykluczyć przywiązanie do jakiegokolwiek grzechu.

Warto więc tego dnia skorzystać ze “skarbca Bożego Miłosierdzia” i uzyskać za przyczyną Matki Bożej Anielskiej i św. Franciszka odpust zupełny, czyli darowanie kary doczesnej za popełnione grzechy.

ks. Paweł Staniszewski – Tygodnik Niedziela

***

Niedziela – 2 sierpnia

Leon XIV: Chrystus zaspokaja nasz głód prawdy i życia

Chrystus nie tylko uzdrawia ludzkie zmysły, ale nadaje życiu głęboki sens i prowadzi do pełni zbawienia – wskazał Ojciec Święty w rozważaniu przed modlitwą „Anioł Pański”.

fot. Vatican Media

***

Odwołując się do ewangelicznego opisu rozmnożenia chleba (Mt 14, 13-21), papież podkreślił, że Jezus objawia w nim bliskość Królestwa Bożego.

Na pustyni, czyli w miejscu naszej potrzeby, Chrystus jest chlebem życia – zaznaczył, wskazując, że obfitość daru Boga wyraża troskę, która nigdy nie ustaje.

Chrystus zaspokaja nasze głody

Leon XIV zwrócił uwagę, że Chrystus zaspokaja nie tylko głód fizyczny, ale także głód prawdy i życia. Zauważył, że cud rozmnożenia chleba jest jednocześnie wezwaniem do dzielenia się z innymi. Przestrzegł przed zachłannością, która prowadzi do obojętności wobec cierpienia ludzi pozbawionych podstawowych środków do życia.

Na pustyni wojny i arogancji zobaczmy, z jaką dobrocią Pan «spojrzał w niebo», «odmówił błogosławieństwo», „połamał chleby i dał je” swoim uczniom, aby rozdali je tłumom (por. w. 19). W tym cudzie miłości rozpoznajemy charakterystyczne gesty Jezusa, które osiągają swój szczyt podczas Ostatniej Wieczerzy. Wtedy bowiem Syn Boży oddaje nam swoje własne życie jako nasz brat w człowieczeństwie – wskazał Ojciec Swięty.

Wyrażajmy piękno Ewangelii w codzienności!

Papież zachęcił wiernych, aby piękno Eucharystii wyrażali w codziennych gestach miłości, m.in. przez dzielenie się chlebem w rodzinach i wspólnotach. Podkreślił, że także czas wakacji może stać się okazją do budowania braterstwa i pamięci o osobach znajdujących się w potrzebie.

Kosztując łaski Eucharystii, starajmy się dawać świadectwo o jej pięknie naszymi codziennymi gestami, poczynając od błogosławieństwa posiłku, gdy dzielimy się chlebem w rodzinie i wśród przyjaciół. W towarzystwie Jezusa także wakacje mogą stać się czasem braterskiej pogody ducha, obejmującym również tych, którzy obok nas znajdują się w potrzebie – mówił.

Na zakończenie modlił się za wstawiennictwem Najświętszej Maryi Panny, prosząc, aby pomagała wiernym wzrastać w miłości i trosce o to, by nikomu nie zabrakło chleba powszedniego.

Watykan/KAI/Stacja7

***

sobota – 1 sierpnia

This image has an empty alt attribute; its file name is 1_image0jpeg.jpg

Dziś sobota pierwszego sierpnia. O godz. 17-tej w Warszawie znowu dźwięk syren zatrzyma nas Polaków na moment, aby upamiętnić 82 rocznicę Powstania Warszawskiego. My zgromadziliśmy się tutaj również I z innego powodu, bo wciąż nosimy w sobie żywą pamięć o kościele św. Szymona. Stoimy tutaj przy jego zgliszczach w zadumie i w modlitewnej refleksji. Minęło już pięć lat od owej pamiętnej nocy z 27 na 28 lipca Roku Pańskiego 2021. Ta noc pozostanie w nas nocą z związaną ze smutkiem. Przypomnijmy sobie co przeżywaliśmy tu, na tym miejscu, uczestnicząc w Liturgii Kościoła w oprawie naszej ojczystej tradycji – pamiętamy nasze polskie szopki, grób Pański czy procesje z Bożym Ciałem…Tamtej nocy kościół św. Szymona, będący szczególnym miejscem dla nas Polaków żyjących tu na obcej ziemi, stał się, niestety, czasem minionym. 

Przypomnę, w krótkim zarysie historię tego miejsca.

Kościół św. Piotra był jedną z najwcześniejszych parafii katolickich, która została przywrócona po reformacji (o dwie dekady wcześniej zanim na nowo przywrócono strukturę hierarchii Kościoła katolickiego). To tu, na West End, została odprawiona pierwsza Msza święta, po bardzo okrutnych prześladowaniach katolików przez szkockich kalwinów, pod gołym niebem w Roku Pańskim 1855 w pobliżu obecnej Merkland Street. Historyczny parasol, który chronił wtedy przed deszczem kapłana celebrującego Mszę świętą znajduje się w biurze parafialnym św. Piotra, jako cenna pamiątka z tamtych czasów. Pierwszy kościół św. Szymona został otwarty przy Bridge Street w maju 1858 roku. Wtedy też została wybudowana plebania i szkoła. Kościół św. Szymona na początku był pod wezwaniem św. Piotra, ale kiedy okazało się, że jest zbyt mały dla rosnącej liczby katolików na “Partiku”, w roku 1903 powstał dużo większy kościół św. Piotra. Żeby nie myliło się o który kościół chodzi, dlatego pierwszy nazwano Bridge Street Church. Ale w roku 1945 powrócono do patrona św. Piotra używając jego pierwszego imienia – Szymon.

Podczas II wojny światowej, w latach 1940-1944, polscy żołnierze każdej niedzieli przychodzili do tego kościoła na Mszę świętą z Yorkhill, gdzie znajdowały się koszary, jedne z wielu, w których tubylcy zakwaterowali polskie wojsko. I od tamtej pory kościół św. Szymona powszechnie był nazywany jako “Polish Church”. Polacy, którzy po wojnie osiedlili się w Glasgow, byli bardzo związani z tym kościołem. W 1975 roku ks. Arcybiskup Szczepan Wesoły wyznaczył mnie, abym objął polskie duszpasterstwo po śmierci ks. kanonika Jana Gruszki. W tamtym czasie proboszczem parafii św. Szymona był powszechnie znany ks. Patrick “Pady” Tierney, dzięki któremu kościół św. Szymona nie został zamknięty, bo Archidiecezja miała taki zamiar ze względu na istniejący w pobliżu obszerny kościół św. Piotra.

***

Patrzę teraz na zgliszcza spalonego kościółka św. Szymona                                                   

i klękam razem z tymi,     

których tutaj Pan nasz Jezus Chrystus

karmił swoim Słowem i swoim Ciałem.           

To miejsce pozostanie już uświęcone również dlatego,

że tutaj w płomieniach ogromnego ognia

pozostało całkowicie wypalone Przenajświętsze Tabernakulum

przywalone osmolonymi szkockimi kamieniami.                                                    

Dobrze jest teraz przypomnieć sobie św. Augustyna,  

który zapewnia, że Pan Bóg potrafi cudownie wyciągać                                                              

nawet ze zła wiele dobra.       

Te olbrzymie buchające płomienie z wnętrza ginącej świątyni,  

w ciemną noc z 27 na 28 lipca Roku Pańskiego 2021,             

już sprawiły,

że tlący się nikły płomyk wiary w naszych sercach,

osłabiony także wieloma miesiącami przesadzonego lęku,

który nawet urzędowo nakazywał

dystans oddzielający nas od Pana Boga – ożywa.  

Nie jest dobrze, aby pochopnie osądzać,

że wiara w wielu ludziach wygasła.     

Bo to nie jest według Bożego spojrzenia.     

Maleńka iskierka ma w sobie moc rozpalić płomień,               

nawet w gasnącym popiele ludzkich serc,           

które żyją na wyjałowionej ziemi tego świata,

wydawałoby się –  opuszczonej przez Boga.

A tymczasem płomienie palącego się kościółka św. Szymona                                

rozświetliły ciemności,                                                                                                   

w których wielu przyzwyczaiło się chodzić po omacku.        

Widok ten sprawił,      

że przebudziło się ludzkie serce   

uśpione przez tego, który działa w ciemnościach.

Niech będzie błogosławiony wstrząs,                                                                          

który sprawia, że nagle, choć tak różni jesteśmy,    

powracamy do tego co jest najistotniejsze.

Każda zmiana boli,  

bo lubimy się przyzwyczajać – tak jak przyzwyczailiśmy się,                                         

że kościół św. Szymona był już od zawsze na “Partyku”.     

Widać potrzebne było,            

aby Słowo Boga,

wykute na kamieniach wznoszących Boży Dom,  

niewidzialne już dla wielu, stało się na nowo żywe.  

W tych zgliszczach  

pozostała również Matka Bożego Syna,

która jest i naszą Matką                                                            

w obrazie Jasnogórskim – zawsze obecna                                                           

i pod krzyżem i w każdej Eucharystii.                                                                

Czterdzieści dwa lata temu

przywieźliśmy Jej wizerunek z Jasnej Góry,

pobłogosławiony przez Prymasa Tysiąclecia,

kardynała Stefana Wyszyńskiego,                                

którego Kościół za dni 44 będzie nazywał już błogosławionym.

***

Mój pierwszy zapis o kościele św. Szymona z dnia 28 lipca 1975 roku:

Glasgow jest miastem, w którym dzwonów nie słychać,                          

mimo licznych i pięknych wież kościelnych wyciosanych z kamienia.    

Jedne są jak wieże obronne,                                                                       

inne – jak strzały wycelowane prosto w niebo. 

Według tutejszego prawa, jakie pozostało z religijnych wojen,   

katolikom dzwonić nie wolno.  

Nasi bracia, którzy kiedyś odeszli na znak protestu,                             

tworząc z kolei całą mozaikę przeróżnych grup religijnych,                 

budowali swoje własne kościoły.                                                                

Teraz nie wiadomo co z nimi zrobić,      

bo te, które jeszcze nie zostały przemienione na różne biznesy,               

stoją puste ze smutną swoją archaiczną architekturą.

Ludzi zaś pełno w dużych magazynach sklepowych,         

bo na oścież są otwarte i „w piątek i w świątek”.       

W takiej oto scenerii w niedzielny poranek      

na skrzyżowaniu Dumbarton Road i Byres Road                                 

można usłyszeć polską mowę.      

Moi współziomkowie idą do maleńkiego i uroczego kościoła św. Szymona.   

I tak kolejne już pokolenia

w tym miejscu karmią się Jezusowym Słowem

i Jezusowym Ciałem.         

A potem wychodząc, na pewno mają świadomość,                                   

choćby nawet niewielką,      

że nie tylko spotkali, ale przyjęli samego Boga.                                                           

Bo skąd wzięłaby się zwycięska walka,

zupełnie niewidoczna dla ludzkich oczu?  

Statystyki cóż mogą powiedzieć                                                                         

o cierpieniu, o przyjaźni, o miłości, o wierności,                                        

gdzie dokonują się ludzkie wybory,                                                             

gdzie rodzi się prawdziwe życie.

Maleńki kościół św. Szymona jest szczyptą drożdży                               

otoczony z jednej strony młynem, gdzie ziarno ściera się na mąkę,                

a z drugiej – ludzkim życiem, które toczy się,                

jak w każdym wielkim mieście – niczym ciasto w dzieży.

***

po spaleniu kościoła św. Szymona w lipcu 2021 roku LITURGIA MSZY ŚWIĘTEJ I SAKRAMENTY w naszym ojczystym języku sprawowane są w kościele św. Piotra – 46 Hyndland St, Partick, Glasgow G11 5PS

Niedziela 13/12 Msza św. g. 14:00 kościół św. Piotra (St Peters) Glasgow

W KAŻDY PIĄTEK JEST GODZINNA ADORACJA OD GODZ. 18.00

W TYM CZASIE JEST MOŻLIWOŚĆ SPOWIEDZI ŚWIĘTEJ.

***

W KAŻDĄ SOBOTĘ O GODZ. 18.00 JEST MSZA ŚWIĘTA WIGILIJNA Z NIEDZIELI

MOŻLIWOŚĆ SPOWIEDZI ŚWIĘTEJ JEST PRZED MSZĄ ŚWIĘTĄ OD GODZ. 17.00

***

W PIERWSZE SOBOTY MIESIĄCA PO MSZY ŚWIĘTEJ JEST NABOŻEŃSTWO PIĘCIU SOBÓB WYNAGRADZAJĄCYCH ZA ZNIEWAGI I BLUŹNIERSTWA PRZECIKO NAJŚWIĘTSZEJ MARYI PANNY.

***

W DRUGIE SOBOTY MIESIĄCA PO MSZY ŚWIĘTEJ MODLIMY SIĘ KORONKĄ DO SERCA BOLESNEJ MATKI PRZEBITEGO SIEDMIOKROTNIE MIECZEM BOLEŚCI.

***

W TRZECIE SOBOTY MIESIĄCA PO MSZY ŚWIĘTEJ MODLIMY SIĘ NA RÓŻAŃCU O POKÓJ NA ŚWIECIE.

***

W KAŻDĄ NIEDZIELĘ MSZA ŚWIĘTA JEST O GODZ. 14.00

PRZED MSZĄ ŚWIĘTĄ JEST ADORACJA I MOŻLIWOŚĆ SPOWIEDZI ŚWIĘTEJ OD GODZ. 13.30

***

kaplica-izba Jezusa Miłosiernego

4 Park Grove Terrace, Glasgow G3 7SD

This image has an empty alt attribute; its file name is image-2-e1673870873179-1024x683.png

***

W KAŻDY PIERWSZY CZWARTEK MIESIĄCA JEST MSZA ŚWIĘTA O GODZ. 19.00

PO MSZY ŚWIĘTEJ – GODZINNA ADORACJA

***

W KAŻDĄ DRUGĄ SOBOTĘ MIESIĄCA JEST SPOTKANIE BIBLIJNE NA TEMAT: W KOBIETY W PIŚMIE ŚWIĘTYM O GODZ. 10.00

***

W CZWARTYM TYGODNIU KAŻDEGO MIESIĄCA – Z PIĄTKU NA SOBOTĘ – JEST CAŁONOCNA ADORACJA PRZED NAJŚWIĘTSZYM SAKRAMENTEM DLA KOBIET W KAPLICY SIÓSTR BENEDYKTYNEK W LARGS.

POCZĄTEK ADORACJI ROZPOCZYNA SIĘ MODLITWĄ RÓŻAŃCOWĄ O GODZ. 21.00. NA ZAKOŃCZENIE ADORACJI ŚPIEWANE SĄ GODZINKI KU CZCI NAJŚWIĘTSZEJ MARYI PANNY I O BRZASKU SOBOTNIEGO DNIA.

Benedictine Monastery, 5 Mackerston Place, Largs, Scotland

***

Uroczystości i święta w Kościele Katolickim

fot. Karol Porwich/Tygodnik Niedziela

***

W Liturgii Kościoła Katolickiego oprócz niedziel, w których wierni są zobowiązani do uczestnictwa we Mszy świętej i świętowania Dnia Pańskiego (również poprzez nie wykonywanie prac niekoniecznych), są także dni świąteczne, w których wierni są zobowiązani do uczestnictwa we Mszy świętej. Kodeks Prawa Kanonicznego podaje listę tzw. świąt nakazanych, w których wierni są zobowiązani do uczestnictwa we Mszy świętej i uroczystości, w których wierni nie są zobowiązani do uczestnictwa we Mszy świętej. Kościół jedynie zachęca do udziału w liturgii również w te dni.

Święta nakazane w 2026 roku:

1 stycznia (czwartek) – Uroczystość Świętej Bożej Rodzicielki

6 stycznia (wtorek) – Trzech Króli, czyli uroczystość Objawienia Pańskiego

5 kwietnia (niedziela) – Wielkanoc

14 maja (czwartek) – Wniebowstąpienie Pańskie

24 maja (niedziela) – Niedziela Zesłania Ducha Świętego (Zielone Świątki)

4 czerwca (czwartek) – Boże Ciało, czyli uroczystość Najświętszego Ciała i Krwi Chrystusa

15 sierpnia (sobota) – Uroczystość Wniebowzięcia Najświętszej Maryi Panny

1 listopada (niedziela) – Uroczystość Wszystkich Świętych

25 grudnia (piątek) – Uroczystość Narodzenia Pańskiego

Pozostałe ważne dni w 2026 roku:

Oprócz wymienionych powyżej świąt nakazanych obchodzone są również święta o głębokiej tradycji. W te święta wierni nie są zobowiązani do uczestnictwa we Mszy świętej oraz powstrzymywania się od prac niekoniecznych.

2 lutego (poniedziałek) – Święto Ofiarowania Pańskiego (Matki Boskiej Gromnicznej)

18 marca (środa) – Środa Popielcowa

25 marca (środa) – Zwiastowanie Pańskie

2-4 kwietnia (czwartek-sobota) – Triduum Paschalne ( Wielki Piątek jest jedynym dniem w roku, w którym nie odprawia się Mszy św.)

6 kwietnia (poniedziałek) – Poniedziałek Wielkanocny

2 maja (sobota) – Uroczystość Najświętszej Maryi Panny Królowej Polski (wyjątkowo w tym roku ze względu, że 3 maja przypada V Niedziela Wielkanocna).

25 maja (poniedziałek) – Uroczystość Najświętszej Maryi Panny, Matki Kościoła

29 czerwca (poniedziałek) – Uroczystość świętych Apostołów Piotra i Pawła

26 grudnia (sobota) – Święto świętego Szczepana, pierwszego męczennika

Adwent rozpocznie się 29 listopada.

***

Papież Leon XIV podczas środowej audiencji 5 sierpnia 2026 roku przypomniał:

Liturgia jest sercem modlitwy Kościoła i szkołą życia duchowego

forum-1120818927-(1)_800x460.jpg
Fot: Remo Casilli / Reuters / Forum

***

Liturgia, a zwłaszcza Eucharystia i Liturgia Godzin, stanowi centrum modlitwy Kościoła oraz podstawowe źródło życia duchowego – podkreślił papież w kolejnej katechezie poświęconej konstytucji Soboru Watykańskiego II Sacrosanctum Concilium o liturgii świętej. Zwrócił uwagę, że we współczesnym świecie, zdominowanym przez kult skuteczności i konsumpcji, modlitwa bywa postrzegana jako zbędna, tymczasem pozostaje ona podstawowym wymiarem ludzkiego życia.

Leon XIV przypomniał, że to Duch Święty uczy Kościół modlitwy i nieustannie ożywia jego życie od dnia Pięćdziesiątnicy. Jak zaznaczył, liturgia jest przede wszystkim miejscem spotkania Boga z człowiekiem, a nie jedynie zbiorem obrzędów. Reforma liturgiczna Soboru Watykańskiego II, oparta na konstytucji Sacrosanctum Concilium, miała prowadzić do pełnego i czynnego uczestnictwa wiernych w tym spotkaniu.

Ojciec Święty zwrócił uwagę, że modlitwa nie może być sprowadzana do techniki służącej osiąganiu dobrego samopoczucia ani traktowana jako ucieczka od rzeczywistości. Przypomniał słowa św. Pawła VI, który nazwał liturgię „pierwszym źródłem udzielanego nam życia Bożego” oraz „pierwszą szkołą życia duchowego”.

Szczególne miejsce w katechezie papież poświęcił Liturgii Godzin. Zachęcił, aby codzienna modlitwa Kościoła była coraz szerzej praktykowana zarówno przez wspólnoty, jak i przez osoby świeckie, stając się szkołą modlitwy dla wszystkich, zwłaszcza katechumenów.

Ojciec Święty przypomniał, że Eucharystia i Liturgia Godzin są „oddechem życia Kościoła”, przez który Duch Święty jednoczy wiernych z Chrystusem i włącza ich coraz głębiej w misterium paschalne. Cytując św. Augustyna, podkreślił, że Chrystus modli się za swój lud, modli się w nim i jest Tym, do którego Kościół zanosi swoje modlitwy.

Na zakończenie Leon XIV zaznaczył, że Liturgia Godzin uświęca rytm codziennego życia – od porannej modlitwy po nocny spoczynek – i podtrzymuje nadzieję Kościoła oczekującego na chwalebny powrót Chrystusa.

„Każdego tygodnia i każdego dnia Eucharystia oraz Liturgia Godzin są oddechem życia Kościoła” – mówił Leon XIV. Jak dodawał, dzięki tej modlitwie wierni są coraz bardziej włączani w misterium paschalne i upodabniani do Chrystusa. Papież wskazał również, że związana z Eucharystią Liturgia Godzin uświęca codzienność – od poranka aż po noc. Każda z tych Godzin jest, jak zaznaczył, aktem nadziei i czuwaniem z całym Kościołem w oczekiwaniu na chwalebny powrót Pana.

KAI/Vatican Media

***

Ojciec św. Leon XIV na temat Mszy świętej w internecie mówi bardzo zdecydowanie:

Eucharystii nie zastąpi ekran.

Leon XIV o oglądaniu Mszy w internecie. Papież mówi wprost

fot. Grzegorz Gałązka / deon.pl

***

Niedziela nie jest jedynie dniem wolnym od pracy ani cotygodniowym obowiązkiem religijnym. Jest spotkaniem ze Zmartwychwstałym Chrystusem, który nieustannie działa w życiu Kościoła – podkreślił Leon XIV podczas audiencji generalnej. Papież zachęcił wiernych do odkrywania piękna roku liturgicznego i przypomniał, że uczestnictwa we Mszy świetej nie może zastąpić obecność wirtualna.

Kontynuując cykl katechez poświęconych Konstytucji “Sacrosanctum Concilium”, Leon XIV przypomniał, że rok liturgiczny nie jest jedynie kalendarzem świąt i wspomnień, lecz drogą, na której Chrystus nieustannie uobecnia swoje dzieło zbawienia.

Cytując encyklikę “Mediator Dei” Piusa XII, Papież podkreślił, że rok liturgiczny nie jest “zimnym i bezwładnym przedstawieniem” wydarzeń z przeszłości, ale żywą obecnością Chrystusa działającego w Kościele. To właśnie dzięki liturgii wierni mogą nieustannie spotykać Jezusa ukrzyżowanego i zmartwychwstałego oraz czerpać z łaski płynącej z Jego misterium paschalnego.

Niedziela sercem roku liturgicznego

Leon XIV przypomniał nauczanie Soboru Watykańskiego II, który nazwał niedzielę “podstawą i rdzeniem całego roku liturgicznego”. To dzień Zmartwychwstania Pańskiego, w którym Kościół gromadzi się, aby celebrować Eucharystię i odnawiać swoją więź z Chrystusem.

Papież nawiązał także do nauczania św. Jana Pawła II zawartego w liście apostolskim “Dies Domini”, przypominając, że niedziela jest jednocześnie dniem Pana, dniem Kościoła i dniem człowieka. To ona nadaje rytm chrześcijańskiemu przeżywaniu czasu i kieruje spojrzenie wierzących ku ostatecznemu spotkaniu z Chrystusem.

Eucharystii nie zastąpi ekran

Szczególne miejsce w środowej katechezie zajęło przypomnienie znaczenia wspólnotowego sprawowania Eucharystii. Leon XIV podkreślił, że zgromadzenie liturgiczne urzeczywistnia się poprzez czynny udział wiernych zgromadzonych w jednym miejscu. Dlatego, jak zaznaczył Papież obecność wirtualna nie może zastąpić uczestnictwa we Mszy świętej, ponieważ liturgia jest spotkaniem żywej wspólnoty z Chrystusem.

Papież zaapelował również, aby tworzyć jak najlepsze warunki do uczestnictwa w niedzielnej Eucharystii wszystkim tym, którzy ze względu na obowiązki zawodowe mają z tym trudności.

Rok liturgiczny szkołą wiary

Ojciec Święty przypomniał, że rok liturgiczny rozwijał się stopniowo w historii Kościoła. Od cotygodniowej celebracji niedzieli chrześcijanie przeszli do obchodów dorocznej Paschy, okresu Wielkiego Postu i Pięćdziesiątnicy, a następnie cyklu Bożego Narodzenia. Z czasem w rytm roku liturgicznego wpisano również wspomnienia Najświętszej Maryi Panny oraz świętych.

Jak zaznaczył Leon XIV, rok liturgiczny prowadzi wiernych od oczekiwania na Mesjasza, poprzez celebrację misterium paschalnego, aż po nadzieję przyszłej chwały. To właśnie dlatego pozostaje on podstawowym punktem odniesienia dla życia duchowego i działalności duszpasterskiej Kościoła.

źródło: Ks. Łukasz Bańkowski / Vatican News / Deon.pl

***

Msza św. w sobotę wieczorem zamiast niedzielnej?

Czy Msza św. w sobotę wieczorem liczy się już jako niedzielna? Tak. Ale czy zawsze? Czy są wyjątki?

Msza święta w sobotę wieczorem liczy się jako niedzielna. Stwierdza to kan. 1248 § 1 prawa kanonicznego, że właśnie taka Msza św. dzień wcześniej wieczorem już zalicza się do świętowania niedzieli. Nie jest to wariant “awaryjny”. Możesz normalnie przyjść na Mszę świętą w sobotę wieczorem i jest to zawsze traktowane jak normalne uczestnictwo w niedzielnej Mszy świętej.

Czy od tej zasady są wyjątki? Czy idąc tą logiką Msza św. w niedzielę wieczorem liczy się jako poniedziałkowa? Co z nabożeństwem pierwszych sobót – jeśli pójdę na Mszę św. wieczorem w sobotę, nie liczy się ona do tego nabożeństwa?

Współautor książki “Jutro Niedziela”, ks. Przemysław Śliwiński wyjaśnia te wątpliwości:

1. Czym jest formularz Mszy świętej?

Najkrócej: formularz to zbiór tekstów używanych w danej Mszy św.

Chodzi o zestaw modlitw i antyfon przypisanych do konkretnego dnia, święta albo uroczystości w Mszale rzymskim: przede wszystkim kolekta (modlitwa dnia), modlitwa nad darami i modlitwa po Komunii św., czasami własne prefacje, a także antyfony na wejście i Komunię, nierzadko nawet Czytania i Ewangelię. To one zmieniają się z dnia na dzień i sprawiają, że raz modlimy się np. o „pogłębienie wiary”, innym razem „za zmarłych”, jeszcze innym „o jedność chrześcijan”.

Formularz to więc to, co “zmienne” podczas Mszy św, dobrane według kalendarza liturgicznego lub okazji (ślub, chrzest, Msza za zmarłych itd.), podczas gdy modlitwa eucharystyczna czy stałe obrzędy Mszy św. (Ojcze nasz, Baranku Boży itp.) pozostają zasadniczo te same.

2. Czym się różni Msza św. niedzielna od Eucharystii w sobotę czy w inne dni tygodnia?

“Pamiętaj, aby dzień święty święcić” – III przykazanie Dekalogu od czasów Jezusa dotyczy każdej niedzieli. Niedziela jest w Kościele pamiątką Zmartwychwstania dniem świętym, a więc i dniem nakazanym: obowiązuje udział we Mszy św. (albo w samą niedzielę, albo w sobotni wieczór – o tym zaraz). Używa się formularza niedzielnego; Czytania biorą się z 3-letniego cyklu (A/B/C), zwykle są trzy Czytania + Psalm. Zasadniczo w niedzielę śpiewa się hymn Chwała na wysokości Bogu i Wyznanie wiary.

Msza św. w tygodniu (dni powszednie): Nie ma obowiązku uczestnictwa (poza jasno wskazanymi uroczystościami albo świętami nakazanymi wypadającymi w tygodniu). Stosuje się formularz dnia powszedniego albo wspomnienia, zazwyczaj są dwa Czytania (1. Czytanie + Psalm + Ewangelia). Z rzadka śpiewa się Chwała, jeszcze rzadziej odmawia Credo; Msza św. jest zwykle krótsza.

3. Sobotnia Msza św. wieczorna „liczy się” jako niedzielna. Czy są wyjątki? Jak poznać, jaka Msza św. jest odprawiana?

Co mówi prawo? Kodeks Prawa Kanonicznego (kan. 1248 §1) stwierdza, że nakazowi uczestnictwa we Mszy świętej w niedzielę i święta nakazane czyni zadość ten, kto bierze w niej udział albo w sam dzień świąteczny, albo „wieczorem dnia poprzedzającego”.

Dla spełnienia obowiązku nie jest decydujące, jaki jest formularz (czy ślubny, pogrzebowy), ale że jest to pełna Msza św. w obrządku katolickim odprawiana w sobotni wieczór. W praktyce przyjmujemy, że „wieczór” zaczyna się mniej więcej od godz. 16.00. W wielu parafiach sobotnia Msza św. odprawiana jest według formularza niedzielnego, “z niedzieli”, z Czytaniami i homilią na niedzielę.

Cała zasada bierze się stąd, że w tradycji żydowskiej dzień rozpoczynał się o zachodzie słońca poprzedniego dnia, my liczymy nowy dzień “od północy”. Te dwa sposoby liczenia dnia będą nam się jeszcze przeplatać.

4. Czy sobotnia Msza św. podczas wesela, chrztu, urodzin itd. zwalnia z uczestnictwa w niedzielę?

Jeśli spełnione są dwa warunki, to tak: To jest pełna Msza święta (nie tylko sam sakrament małżeństwa bez Eucharystii) oraz – jest sprawowana w sobotę wieczorem, czyli w czasie, który Kościół traktuje jako „wieczór dnia poprzedzającego” niedzielę (zwykle od ok. 16.00 wzwyż).

Wtedy nieważne, czy formularz jest ślubny, chrzcielny, jubileuszowy, „z dnia” czy niedzielny. Z punktu widzenia prawa kanonicznego uczestnictwo w takiej Mszy św. wypełnia obowiązek niedzielny.

Warto jednak dodać apel o świętowaniu samej niedzieli. Nawet jeśli obowiązek jest spełniony, dobrze jest zadbać także o przeżycie samej niedzieli jako „dnia Pańskiego”: modlitwa, odpoczynek, Słowo Boże, czas z rodziną.

5. Dlaczego w ciągu jednego dnia mogą być różne formularze Mszy świętej?

Bo Kościół łączy kalendarz liturgiczny z konkretnymi potrzebami duszpasterskimi.

Kilka przykładów:

W sobotni poranek pierwsza Msza św. może być z dnia. W sobotnie przedpołudnie może to być już Msza pogrzebowa (obowiązuje wtedy formularz za zmarłych), po południu Msza ślubna (znowu z własnym formularzem i czytaniami), zaś wieczorem Msza św. z formularza niedzielnego. A jeszcze po ostatniej Mszy św. uroczystość w parafii – przyjazd biskupa i bierzmowanie młodzieży. Każda z tych Mszy św. będzie miała inny formularz.

Drugi przykład: w pewne wielkie uroczystości są specjalne Msze św. wigilijne, których formularz bierze się już wieczorem dnia poprzedniego. W takich sytuacjach obie Msze św. – ta “w ciągu dnia” i wieczorna – też będą miały inny formularz.

6. Skoro w sobotę wieczorem jest formularz niedzielny, to czy w niedzielę wieczorem Msza św. jest poniedziałkowa?

Oczywiście że nie. Będzie to Msza św. niedzielna. Skąd różnica?

Tylko niektóre dni, a dokładnie niedziele i uroczystości, zaczynają się liturgicznie w przeddzień wieczorem. Są to tzw. wigilie. Doskonałym przykładem jest wigilia Bożego Narodzenia 24 grudnia, która rozpoczyna świętowanie Bożego Narodzenia (25 grudnia).

Poniedziałek takim dniem nie jest – chyba że wypadłaby wtedy jakaś uroczystość – dlatego w niedzielę wieczorem Msza św. jest niedzielna.

Gdy zaś w poniedziałek przypadłaby uroczystość, kalendarz liturgiczny na podstawie tabeli pierwszeństwa obchodów liturgicznych decyduje, co jest ważniejsze – II nieszpory niedzielne, czy I nieszpory z danej uroczystości.

7. Czy idąc tą logiką – w czwartek wieczorem obowiązuje post od mięsa

Wstrzemięźliwość od mięsa obowiązuje w Kościele łacińskim we wszystkie piątki roku, chyba że w dany piątek przypada uroczystość. Prawo mówi o „piątku” jako dniu od północy do północy (kan. 202 § 1). To nie jest logika dnia, którego początek liczy się w wieczór wcześniej.

Dlatego w czwartek wieczorem nie obowiązuje jeszcze piątkowy post. Natomiast jeśli sam piątek jest uroczystością, bo przypada wtedy np. uroczystość NMP Królowej Polski, to wtedy liturgicznie obchód rozpoczyna się w czwartek wieczorem, ale… w takim przypadku w piątek jako uroczystość nie obowiązuje przecież w ogóle wstrzemięźliwość od mięsa…

8. Czy Msza św. w pierwszy piątek wieczorem to jest już w sobotę?

Zgodnie z tą samą logiką wyjaśnioną powyżej – nie.
Pierwsze piątki dotyczą piątku jako dnia kalendarzowego (od północy do północy), podobnie jak pierwsze soboty.

Liturgicznie i kanonicznie dzień powszedni (np. piątek, sobota) nie ma wigilii „pierwszych nieszporów” dnia następnego, jak niedziela czy uroczystości. Więc piątek wieczór jest nadal piątkiem.

9. Pierwsze soboty a Msza św. w sobotę wieczorem: co się liczy?

Warunki nabożeństwa pierwszych sobót (fatimskiego) obejmują m.in.: spowiedź (w pierwszą sobotę lub wcześniej). Przyjęcie Komunii świętej w pierwszą sobotę miesiąca w intencji wynagradzającej. Różaniec i .15-minutowa medytacja. Pytanie dotyczy o Komunię św. przyjmowaną podczas sobotniej Mszy św. wieczornej, czyli “niedzielnej”. Czy Komunia św. na sobotniej Mszy św. wieczornej „niedzielnej” liczy się jako pierwsza sobota?

Tak. Dla tego nabożeństwa liczy się data kalendarzowa: pierwsza sobota miesiąca, a nie formularz Mszy św. Sobota wieczorem (nawet z formularzem niedzielnym) jest wciąż sobotą w sensie kalendarzowym, więc Komunia św. przyjęta tego dnia może być Komunią wynagradzającą pierwszosobotnią.

10. Jeśli pójdę na Mszę św. w sobotę rano i wieczorem – to dwa razy w sobotę czy raz w sobotę i raz w niedzielę (chodzi o Komunię św.)?

Tu trzeba rozdzielić Komunię św. od obowiązku niedzielnego.

1. Obowiązek niedzielny to udział we Mszy św. w sobotę wieczorem (po ok. 16.00). Msza św. poranna w sobotę takiego skutku nie ma.

2. Komunia święta: ile razy można przyjąć? Prawo mówi jasno: Kan. 917: „Kto przyjął już Najświętszą Eucharystię, może ją ponownie tego samego dnia przyjąć jedynie podczas sprawowania Eucharystii, w której uczestniczy”. A kan. 202 §1 precyzuje, że „dzień” w prawie kanonicznym to 24 godziny od północy do północy.

W praktyce oznacza to, że w sobotę możesz dwa razy przyjąć Komunię św.: np. rano i wieczorem. To nadal jeden dzień kanoniczny. Wieczorna Msza św. sobotnia jednocześnie spełnia obowiązek niedzielny, ale wciąż jest to druga Komunia św. tego samego dnia.
W niedzielę (następny dzień kalendarzowy) możesz znów przyjąć Komunię św. – znowu maksymalnie dwa razy (np. rano i wieczorem), jeśli uczestniczysz w całych Mszach św. Czyli: Komunia św. liczona jest „na dzień kalendarzowy”, a nie „na formularz niedzielny/powszedni”.

opracowanie według strony:Stacja7.pl

***

Jak pokonać trudności na modlitwie?

Modlitwa każdego człowieka jest inna, zależna od etapu jego duchowego rozwoju. Jednak to, co jest jedną z cech wspólnych – niezależnie od stażu modlitwy – są trudności i rozproszenia. Ks. prof. Józef Naumowicz, propagator modlitwy Jezusowej, odpowiada na pytanie, jak pokonać trudności na modlitwie.

fot.  Joanna Popławska/Tygodnik Niedziela

***

Trwajmy na modlitwie

„Modlitwa nie jest sprawą łatwą, szczególnie na początku, kiedy ktoś odzwyczaił się od modlitwy, ale też na każdym etapie ma swoje trudności polegające na rozproszeniach, na tym, że nasze serce jest nieraz ospałe, że trudno nam się modlić albo trudno znaleźć czas – mówi ks. prof. Józef Naumowicz. – I to, co jest ważne, to to, żeby nie poprzestać na tych trudnościach, żeby na nich się nie skupić, żeby mimo wszystko wrócić do modlitwy, żeby zacząć się modlić. A jeżeli zacząłem się modlić, żeby wytrwać mimo tych trudności i żeby skupiać się nie na trudnościach, ale właśnie na pięknie modlitwy, którą odkrywamy. Im bardziej się modlimy, tym bardziej odkrywamy wartość modlitwy. I oczywiście warto czytać różnego rodzaju przewodniki po modlitwie.

Dobrze należeć do jakiejś grupy modlitewnej albo mieć jakiegoś towarzysza takiego duchowego, z którym możemy dzielić się naszymi trudnościami, ale też łaskami otrzymywanymi na modlitwie. Ale to, co jest ważne, że najlepiej uczymy się modlitwy, modląc się. Nie należy szukać jakichś bardzo łatwych dróg modlitwy, jakichś ułatwień czy szukać wyłącznie jakiejś przyjemności na modlitwie. Trzeba przede wszystkim się modlić. I to jest też wyraz naszej miłości, tak jak miłości do drugiego człowieka, że miłość, nawet największa, ma swoje pełne trudności, ale ważne, żeby na tej drodze miłości wytrwać. I podobnie, żeby wytrwać na drodze modlitwy, uczymy się modlitwy, odkrywamy jej wartość modląc się. Im więcej modlimy się, tym ta modlitwa nam daje więcej”.

Modlitwa w doświadczeniu cierpienia

„Odkrywamy coraz bardziej bogactwo modlitwy. Odnajdujemy coraz bardziej Boga w obliczu wielkich trudności. Cierpienie należy do rzeczy najbardziej niezrozumiałych, niepojętych. Wtedy jest najtrudniej się modlić. Ale wtedy właśnie modlitwa ma największą wartość. Pan Bóg pozostaje dla nas jedynym oparciem, bo nie znajdujemy znikąd ratunku, znikąd pomocy. Kiedy człowiek jest bezradny, kiedy dziecko jest bezradne, wtedy spogląda na ojca, na matkę i żebyśmy my tak potrafili, trzeba starać się o to. Nawet jeżeli nie jest łatwo, to starać się, żeby w takich momentach, w takich trudnościach nie zwątpić. I nawet jeżeli, tak jak Pan Jezus powiedział na krzyżu, „Boże, mój Boże, czemuś mnie opuścił?”, wydaje się, że jesteśmy opuszczeni, być może wtedy Bóg jest najbardziej z nami i chce, żebyśmy o tym pamiętali. I do Pana Boga się zwrócili. Warto wybrać sobie jakiegoś świętego, wielkiego autora, czy to współczesnego, czy z dawnych czasów. Trwajmy przy nim przez długi czas, czytajmy, zgłębiajmy myśl tego autora. Oczywiście dla nas najważniejszą lekturą jest Pismo Święte. I nawet jeżeli czytamy Pismo Święte bardzo długo i zgłębiamy je, to zawsze jest źródłem inspiracji. Nie szukajmy jednak prostych dróg, ale bezinteresownie skupiajmy się i czytajmy. Odnajdziemy wówczas tam najlepsze źródło do tego, żeby naszą relację z Bogiem w modlitwie pogłębić”.

 ks. prof. Józef Naumowicz -Tygodnik Niedziela

***

Jak się przygotować do spowiedzi generalnej?

 Adobe.Stock.pl

Odpowiedź na pytanie:
Spowiadam się regularnie, ale mam pragnienie odbycia spowiedzi z całego życia. Na czym polega spowiedź generalna i jak się do niej przygotować?

Przede wszystkim każda spowiedź jest doświadczeniem miłości Bożej. Każdy, kto się spowiada, najlepiej regularnie, powinien ze spowiedzi wyjść umocniony prawdą, że Bóg go kocha. Sakrament pokuty i pojednania przyczynia się do tego, że człowiek może się zastanowić nad swoim postępowaniem, przeanalizować swoje życie duchowe i moralne. Są jednak penitenci, którzy obok zwyczajnej spowiedzi mają pragnienie, by podsumować pewien fragment swojego życia, i pytają o możliwość spowiedzi generalnej, jak to sami określają – spowiedzi z całego życia. Taka forma spowiedzi praktykowana jest w Kościele od początku. Mówili o niej święci, np. św. Wincenty a Paulo czy św. Ignacy Loyola.

Gdy przygotowujemy się do takiej spowiedzi, warto sobie uświadomić, że nie chodzi jedynie o wyliczenie grzechów. Spowiedź generalna daje możliwość popatrzenia na własne życie w szerszym kontekście. W czasie rachunku sumienia warto zapytać siebie nie tylko o konkretne grzechy, ale również o to, co udało mi się zmienić w życiu. Warto zapytać o dobro, które było moim udziałem. Przygotowując się do sakramentu pojednania, powinniśmy podziękować Bogu za dobro, które było w nas. Należy pamiętać, że każda zwyczajna spowiedź jest spotkaniem z Bogiem, który wybacza grzechy. Z praktycznego punktu widzenia dobrze byłoby na początku poinformować spowiednika, że chcemy przystąpić do spowiedzi generalnej. Warto się wcześniej umówić na taką spowiedź. Przede wszystkim dobrze jest mieć stałego spowiednika i kierownika duchowego. Warto jest również skorzystać z rekolekcji, które pomogą nam się przygotować do takiej spowiedzi. Bardzo cenne w tym względzie są rekolekcje ignacjańskie. Jeśli przygotowujemy się do tej formy spowiedzi, należy pamiętać również o warunkach dobrej spowiedzi: rachunku sumienia, żalu za grzechy, mocnym postanowieniu poprawy, szczerej spowiedzi oraz zadośćuczynieniu Bogu i ludziom. Dobrze jest również pomodlić się wcześniej za spowiednika.

Spowiedź generalna, podobnie jak każda spowiedź, uczy pokory i stawia nas przed Bogiem odpuszczającym grzechy.

 ks. Mariusz Frukacz –Tygodnik Niedziela

***

Jakie książki czyta abp Galbas? Lektura jako propozycja na wakacje

Żałuję, że mam mało czasu na czytanie, aczkolwiek każdą wolną chwilę na to wykorzystuję i bardzo zachęcam do tego, żebyśmy czytali dużo literatury pięknej – wskazał w rozmowie z Polskifr.fr metropolita warszawski abp Adrian Galbas. Czytanie wartościowych książek to dobra propozycja na wakacje.

Abp Adrian Galbas

Abp Adrian Józef Galbas SAC

***

Czytanie a rozwój

Dla mnie dobra literatura jest bardzo wielką pomocą w rozwijaniu życia duchowego.

– zaznaczył abp Galbas. Polecił też lekturę listu papieża Franciszka o roli literatury w życiu Kościoła i osób wierzących.

Papież wyraźnie tam mówi, że ten list jest adresowany nie tylko do duchownych, ale do każdego wierzącego. Jest o tym, w jaki sposób czytanie literatury kształtuje nas duchowo, jak pogłębia nie tylko naszą wyobraźnię, ale także relację z Panem Bogiem.

– mówił metropolita warszawski. Dodał, że w dobrej literaturze znajdujemy wiele orientacji i pomocy do kształtowania swojego życia.

Literatura przypisem do Biblii

Przeczytałem niedawno ciekawą myśl prof. Ryszarda Koziołka z Uniwersytetu Śląskiego, że w pewnym sensie cała literatura europejska jest przypisem do Biblii, gdyż w dużej części podejmuje tematy biblijne, albo kłóci się z Biblią, dyskutuje z nią, kontestuje. Biblia daje nam ponadto mnóstwo stylów, form i gatunków literackich.

– zaznaczył rozmówca Polskifr.fr. – Bardzo mi się ta myśl podoba i bardzo się z nią utożsamiam”.

Propozycja do przeczytania: encyklika Leona XIV

Mając więcej czasu w wakacje, warto sięgnąć także po papieskie teksty, jak choćby ostatnią encyklikę Leona XIV „Magnifica humanitas”.

Ta encyklika na pewno bardzo porządkuje wiele kwestii. Stawia zasadnicze pytanie: jaki świat chcemy dziś zbudować? Mamy wiele sprawnych narzędzi, potrafimy się nimi posługiwać, ale to za mało. Co chcemy wybudować sobie i przyszłym pokoleniom? To jest istota.

– ocenił abp Adrian Galbas. Porównał ją do słynnej encykliki Leona XIII „Rerum Novarum”, która była reakcją Kościoła na rewolucję przemysłową. Obecnie jesteśmy świadkami nowej rewolucji, za sprawą dynamicznego rozwoju sztucznej inteligencji.

Papież daje tu jasny i konkretny impuls. Mówi przede wszystkim, by sztucznej inteligencji się nie bać i jednocześnie by jej nie ubóstwiać.

– zaznaczył metropolita warszawski, mówiąc o „Magnifica humanitas”.

Jak podkreślił abp Galbas, papież w encyklice „Magnifica humanitas” apeluje o to, byśmy ciągle pamiętali, że „mamy do czynienia z maszyną, z technologią, nie z osobą”.

Nie możemy się spodziewać tego, że tak naprawdę sztuczna inteligencja nas zrozumie w takim znaczeniu, w jakim rozumiemy się nawzajem jako ludzie, że nas pokocha, że będzie nas traktowała z szacunkiem, doceniając naszą niepowtarzalność i indywidualność

– dodał metropolita warszawski.

Na pewno ostatnia encyklika papieża Leona jest bardzo ważnym i porządkującym głosem Kościoła, jest też kolejnym istotnym ogniwem w ciągu encyklik z zakresu katolickiej nauki społecznej

  Polskifr.fr – BP KEP

***

Za czym tęsknię, kiedy nie idę?

Za czym tęsknię, kiedy nie idę?

Piesza Pielgrzymka Wrocławska. –fot. Karol Białkowski/Gość Niedzielny

***

Z punktu widzenia współczesnego człowieka piesza pielgrzymka jest przedsięwzięciem dość absurdalnym. 

Na Jasną Górę można przecież dojechać samochodem w kilka godzin. Tymczasem każdego lata dziesiątki tysięcy ludzi wybierają kilkaset kilometrów marszu, pobudki bladym świtem, odciski, spanie na podłodze, w stodole albo pod namiotem. Jednego dnia maszerują w ponad trzydziestostopniowym upale, następnego zakładają peleryny i godzinami mokną w deszczu. I jeszcze wracają za rok.

Pielgrzymkowy rytm zaczyna być mocno widoczny już w lipcu, a apogeum osiąga w sierpniu przed uroczystościami Wniebowzięcia i Matki Bożej Częstochowskiej. Tylko w sierpniu tego roku organizatorzy zapowiedzieli przybycie na Jasną Górę 193 grup liczących około 80 tys. pątników. W lipcu na odpust Matki Bożej z Góry Karmel dotarło około 3700 pieszych. Można powiedzieć, że odpowiedź na pytanie „po co właściwie idą?” jest oczywista: modlić się, nieść intencje swoje i innych, przeżyć rekolekcje w drodze, podjąć wyrzeczenie czy pokutę.

Tyle że to zaledwie część odpowiedzi.

Kto choć raz ruszył w drogę na Jasną Górę, wie, że pomiędzy różańcem, konferencją i Eucharystią wydarza się coś jeszcze. Kilkaset obcych sobie osób zaczyna tworzyć wspólnotę. Ktoś dzieli się wodą, ktoś plastrem na odcisk, ktoś ostatnią kanapką. Kiedy jeden słabnie, drugi bierze jego plecak. Rozmawiają ze sobą ludzie, którzy w zwyczajnych okolicznościach prawdopodobnie nigdy by się nie spotkali.

Pielgrzymka jest trochę rekolekcjami, trochę szkołą wspólnoty, a czasem całkiem konkretnym survivalem. Bywa trzydzieści kilka stopni i nie ma cienia. Bywa ściana deszczu, burza i przemoczony do ostatniej nitki plecak. Bywa nocleg na ściernisku i poranek, kiedy człowiek jest pewien, że jego nogi odmawiają dalszej współpracy.

Paradoksalnie właśnie wtedy łatwiej dostrzec Boży palec. Bo kiedy odpada codzienny komfort, bardzo szybko okazuje się, jak niewiele potrzeba do funkcjonowania i jak bardzo człowiek potrzebuje drugiego człowieka. „Napij się”. „Usiądź”. „Poczekam”. „Pomogę”. Wielkie słowa stają się niepotrzebne.

I jest jeszcze druga strona pielgrzymowania, o której mówi się chyba za mało. Ludzie stojący przy drodze. Co roku ktoś wystawia przed dom stół, przygotowuje kanapki, wodę, kompot czy ciasto. Ktoś otwiera furtkę i pozwala kilkudziesięciu obcym ludziom rozbić namioty w ogrodzie. Ktoś udostępnia łazienkę, choć wie, że za chwilę ustawi się do niej kolejka. Ktoś oddaje pokój, stodołę albo kawałek podłogi.

Nikt im za to nie płaci. Często nawet nie wiedzą, jak mają na imię ludzie, których przyjmują. A przecież oni także pielgrzymują. Tylko nie ruszając się z domu.

I chyba dlatego najważniejszym doświadczeniem pielgrzymki – obok spotkania z Bogiem – staje się braterstwo. Na kilka dni przestają obowiązywać niektóre reguły świata, do którego jesteśmy przyzwyczajeni. Obcy człowiek przestaje być obcy. Nie pytasz, czy opłaca się mu pomóc. Pomagasz, bo akurat tego potrzebuje.

W tym roku patrzę na to wszystko inaczej. Po raz pierwszy od ponad 25 lat nie mogłem wyruszyć choćby na część drogi na Jasną Górę. Zdrowotne zawirowania zmusiły mnie do rezygnacji. I ze zdziwieniem odkryłem, że uczuciem, które najbardziej mi towarzyszy, jest tęsknota.

Oczywiście tęsknię za modlitwą w drodze, za śpiewem, za chwilą, kiedy wreszcie gdzieś na horyzoncie pojawia się wieża jasnogórskiego klasztoru. Ale chyba jeszcze bardziej tęsknię za ludźmi.

Bo tych kilka czy kilkanaście dni jest niezwykłą baterią ludzkich relacji. Często z ludźmi, których wcześniej kompletnie się nie znało. Jest w tym gigantyczna dawka życzliwości, otwartości serca, wrażliwości na potrzeby drugiego człowieka i zwyczajnej gotowości do pomocy. Dopiero kiedy mnie tam zabrakło, uświadomiłem sobie, jak bardzo można za tym tęsknić.

Może właśnie to tłumaczy fenomen, którego nie da się wyjaśnić samymi statystykami. Dlaczego ludzie, którzy mogą w kilka godzin dojechać do Częstochowy klimatyzowanym samochodem, wolą przez wiele dni iść poboczem drogi? Dlaczego po deszczu, upale, odciskach i niewyspaniu mówią: „Do zobaczenia za rok”?

Bo pielgrzymka prowadzi na Jasną Górę, ale nie wszystko, co w niej najważniejsze, czeka na końcu drogi. Czasem Boży palec najłatwiej dostrzec gdzieś po drodze – w kubku wody podanym przez obcego człowieka. Piesza Pielgrzymka Wrocławska.Karol Białkowski /Foto Gość

Karol Białkowski -Gość Niedzielny

***

26 sierpnia – uroczystość Matki Bożej Częstochowskiej

Przewodniczący Episkopatu:

Jasnogórskie Śluby Narodu są wciąż aktualne

Powinniśmy jeszcze bardziej skierować nasze serce ku Maryi, ku Matce Bożej Częstochowskiej, która jest naszą Królową i naszą Matką – powiedział przewodniczący Konferencji Episkopatu Polski abp Tadeusz Wojda SAC przed zbliżającą się 70. rocznicą Jasnogórskich Ślubów Narodu Polskiego.

***

“W tym roku przeżywamy 70. rocznicę Ślubów Jasnogórskich. Były one poprzedzone nowenną, przygotowującą do odrodzenia naszego narodu, a jednocześnie umocnione cierpieniem i modlitwą Wielkiego Prymasa Tysiąclecia” – przypomniał Przewodniczący Konferencji Episkopatu Polski.

Abp Wojda zaznaczył, że Jasnogórskie Śluby Narodu miały istotny wpływ na odnowę wiary i ducha narodowego w Polsce, a także na pojednanie między Episkopatami Polski i Niemiec.

„Śluby Jasnogórskie, które spowodowały odnowę naszego Narodu, odnowę naszej wiary, a przede wszystkim odnowę naszego ducha narodowego, przyczyniły się do wielkich przemian. To między innymi owocem przygotowania do Ślubów było wybaczenie wszystkich krzywd wyrażone pod adresem Konferencji Episkopatu Niemiec” – powiedział.

Abp Tadeusz Wojda SAC zauważył, że pamięć o przyrzeczeniach sprzed 70 lat jest również istotna w obliczu aktualnej sytuacji społecznej w Polsce. Jak zaznaczył, w czasach współczesnych nie powinniśmy zapominać o modlitwie do Matki Bożej.

„Myślę, że warto pamiętać o tych wydarzeniach, zwłaszcza dzisiaj, kiedy dzieje się tak wiele zła w naszym kraju, podziałów oraz różnych trudności. Dlatego w tę rocznicę prośmy, szczególnie za pośrednictwem i przez orędownictwo Wielkiego Prymasa bł. kard. Stefana Wyszyńskiego, aby obfite owoce tamtych ślubów spływały również dzisiaj na nas wszystkich” – stwierdził Przewodniczący KEP.

Jasnogórskie Śluby Narodu miały miejsce na Jasnej Górze 26 sierpnia 1956 roku. Złożono wówczas Matce Bożej dziewięć przyrzeczeń, które stały się programem dla całego narodu. Autorem tekstu był więziony wówczas przez komunistów w Komańczy kard. Stefan Wyszyński.

W wielu polskich diecezjach trwa nowenna przygotowująca do obchodów tej ważnej rocznicy. Główne uroczystości jubileuszowe odbędą się 26 sierpnia na Jasnej Górze, w uroczystość Matki Bożej Częstochowskiej, i będą połączone z dorocznym odpustem.

 BP KEP –Tygodnik Niedziela

***

Ks. prof. Węgrzyniak: Barbara Nowacka – szczególny rodzaj homo sapiens

„Już od dłuższego czasu intryguje mnie ten szczególny rodzaj homo sapiens, jakim jest minister oświaty, Barbara Nowacka” – pisze w mediach społecznościowych ks. prof. Wojciech Węgrzyniak.

Fot. screenshot: YouTube (Wojciech Węgrzyniak, Janusz Jaskółka)
fot. screenshot: YouTube (Wojciech Węgrzyniak, Janusz Jaskółka)

***

– „Jaka jest reakcja minister? Wprowadzić edukację zdrowotną jako przedmiot obowiązkowy, bo się sprawdził, bo jest potrzebny, bo dzieci i młodzież sobie tego życzą… Gdyby jeszcze na tym się skończyło, to wielu by rozumiało, że jak masz władzę, to siłą robisz po swojemu, mając nadzieję, że przeciwnicy nie będą krzyczeć. Ale to trzeba być homo sapiens. Nie wiem, czy to jest kwestia nieprzepracowanych traum dzieciństwa, osobistej urazy, dysfunkcji niektórych ośrodków, czy od lat pielęgnowanej nienawiści, ale pani minister nie potrafi się odnaleźć w tej kategorii”

– pisze duchowny. 

Homo sapiens vs homo barbarus 

Jak zauważa, człowiek rozumny szukałby jakiegoś kompromisu, natomiast „homo barbarus zrobi na złość wszystko, żeby nie było żadnego kompromisu”.

– „Homo sapiens uszanowałby wybór społeczeństwa i albo zrezygnował z edukacji zdrowotnej, albo zostawił ją dobrowolną. Homo barbarus wprowadzi ją na siłę, jakby zapomniał o tym, że rządzi dzięki demokracji a nie inteligencji”

– dodaje.

Wymienia też inne absurdalne zachowania minister Barbary Nowackiej.

– „Homo sapiens, nawet jakby wprowadził obowiązkową edukację zdrowotną, to by siedział cicho, mając nadzieję, że inne afery bardziej zaprzątają serca Polaków. Homo barbarus oskarża Kościół, że chce przymusowej religii. Homo sapiens nie mówiłby o statystykach, bo one są gorsze dla edukacji zdrowotnej niż religii. Homo barbarus powtarza tezy o laicyzacji. Homo sapiens zastanowiłby się, dlaczego uczniowie nie chcą chodzić na edukację zdrowotną. Homo barbarus wypomina biskupom, że dzieci coraz mniej chodzi na religię. Homo sapiens powiedziałby, że szanuje każdą opinię, ale ma swoją własną. Homo barbarus zabroni wybranym przez siebie Polakom mieć swoje zdanie. Homo sapiens mówiąc, że “musimy szanować wierzących i niewierzących”, uszanowałby przynajmniej w słowach. Homo barbarus będzie mówił >>o rozpasaniu kleru<<”

– zauważa.

Na koniec autor przywołuje list Petroniusza do Nerona z „Quo Vadis”, w którym doradca cesarza prosi go, by robił wszystko, nawet palił Rzym, ale nie śpiewał.

– „Aż by się chciało napisać, żeby Pani Ministra robiła wszystko, co komuna już przerabiała w naszym kraju, tylko niech nie mówi, że jej zależy na uczniach. Niech nawet zamyka biskupów i księży, ale niech nie mówi, że jej zależy na dzieciach. Niech chociaż w tym jednym pozostanie homo sapiens”

– podkreśla ks. Węgrzyniak.

Homo barbarus

Już od dłuższego czasu intryguje mnie ten szczególny rodzaj homo sapiens, jakim jest minister oświaty, Barbara Nowacka.

Po usunięciu jednej godziny religii, wyrzuceniu jej z siatki godzin i wprowadzeniu edukacji zdrowotnej, cała Polska mogła zobaczyć, że na edukację zdrowotną zapisało się w roku 2025/2026 30% uczniów, licząc wszystkie poziomy edukacji. Na religię w roku 2024/2025 chodziło 75% uczniów. W roku 2025/26 pewno parę procent mniej.

Jaka jest reakcja minister? Wprowadzić edukację zdrowotną jako przedmiot obowiązkowy, bo się sprawdził, bo jest potrzebny, bo dzieci i młodzież sobie tego życzą… Gdyby jeszcze na tym się skończyło, to wielu by rozumiało, że jak masz władzę, to siłą robisz po swojemu, mając nadzieję, że przeciwnicy nie będą krzyczeć. Ale to trzeba być homo sapiens. Nie wiem, czy to jest kwestia nieprzepracowanych traum dzieciństwa, osobistej urazy, dysfunkcji niektórych ośrodków, czy od lat pielęgnowanej nienawiści, ale pani minister nie potrafi się odnaleźć w tej kategorii.

Homo sapiens próbowałby się dogadać: jedna godzina religii obowiązkowa w zamian za zgodę na obowiązkową edukację zdrowotną. Homo barbarus zrobi na złość wszystko, żeby nie było żadnego kompromisu.

Homo sapiens uszanowałby wybór społeczeństwa i albo zrezygnował z edukacji zdrowotnej, albo zostawił ją dobrowolną. Homo barbarus wprowadzi ją na siłę, jakby zapomniał o tym, że rządzi dzięki demokracji a nie inteligencji.

Homo sapiens, nawet jakby wprowadził obowiązkową edukację zdrowotną, to by siedział cicho, mając nadzieję, że inne afery bardziej zaprzątają serca Polaków. Homo barbarus oskarża Kościół, że chce przymusowej religii.

Homo sapiens nie mówiłby o statystykach, bo one są gorsze dla edukacji zdrowotnej niż religii. Homo barbarus powtarza tezy o laicyzacji.

Homo sapiens zastanowiłby się, dlaczego uczniowie nie chcą chodzić na edukację zdrowotną. Homo barbarus wypomina biskupom, że dzieci coraz mniej chodzi na religię.

Homo sapiens powiedziałby, że szanuje każdą opinię, ale ma swoją własną. Homo barbarus zabroni wybranym przez siebie Polakom mieć swoje zdanie.

Homo sapiens mówiąc, że „musimy szanować wierzących i niewierzących”, uszanowałby przynajmniej w słowach. Homo barbarus będzie mówił „o rozpasaniu kleru”.

W „Quo Vadis” Sienkiewicza jest taki piękny list, w którym Petroniusz pisze do Nerona, by robił wszystko, nawet palił Rzym, tylko żeby nie śpiewał. Aż by się chciało napisać, żeby Pani Ministra robiła wszystko, co komuna już przerabiała w naszym kraju, tylko niech niech mówi, że jej zależy na uczniach. Niech nawet zamyka biskupów i księży, ale niech nie mówi, że jej zależy na dzieciach. Niech chociaż w tym jednym pozostanie homo sapiens.

O co właściwie
nam chodzi? strona ks. Wojciecha Węgrzyniaka
– Fronda.pl

***

Amerykański arcybiskup: patriotyzm wynika z obowiązku wdzięczności

Coakley-32323564y7.jpg
fot. youtube

Patriotyzm jest cnotą zakorzenioną w chrześcijańskiej wdzięczności wobec ojczyzny, a nie bezkrytycznym uwielbieniem państwa – podkreślił przewodniczący Konferencji Biskupów Katolickich Stanów Zjednoczonych (USCCB), abp Paul Coakley.

Podczas inauguracji 144. Najwyższej Konwencji Rycerzy Kolumba w Denver hierarcha wyjaśnił, że patriotyzm wyrasta z czwartego przykazania i stanowi „formę miłości rodzinnej rozciągniętej na ojczyznę”. Odwołując się do nauczania św. Tomasza z Akwinu oraz Katechizmu Kościoła Katolickiego, przypomniał, że miłość i służba swej ojczyźnie wynikają z obowiązku wdzięczności i należą do porządku miłości bliźniego.

Jak zaznaczył, patriotyzm nie oznacza przekonania o wyższości własnego narodu nad innymi ani ślepej lojalności wobec państwa. Jest raczej uznaniem długu wdzięczności wobec kraju, który dał człowiekowi życie, język, kulturę i warunki rozwoju. – Kościół nigdy nie prosił nas, byśmy kochali nasz-ojczyznę zamiast Boga ani bardziej niż prawdę – powiedział.

Abp Coakley podkreślił, że chrześcijanin może kochać swoją ojczyznę, a jednocześnie dostrzegać jej błędy i niesprawiedliwości. W tym kontekście odróżnił patriotyzm od nacjonalizmu, który – jak zaznaczył – domaga się bezwarunkowej lojalności wobec narodu i nie dopuszcza krytyki. – Patriotyzm przypomina miłość dobrego syna do matki: szanuje ją, broni jej, jest jej wdzięczny, ale właśnie dlatego, że ją kocha, potrafi powiedzieć jej prawdę, gdy zboczy z właściwej drogi – wyjaśnił.

Hierarcha wskazał, że autentyczna miłość do ojczyzny powinna prowadzić do troski o pokój, sprawiedliwość społeczną, dobro ubogich i budowanie przyjaźni obywatelskiej. W praktyce oznacza to odpowiedzialne uczestnictwo w życiu publicznym, głosowanie zgodnie z dobrze ukształtowanym sumieniem oraz służbę bliźnim. Przypomniał również o tych, którzy okazują patriotyzm, ryzykując życie w służbie wojskowej.

Na zakończenie zachęcił katolików do przekazywania młodemu pokoleniu właściwie rozumianego patriotyzmu. – Szanujcie swój kraj tak, jak szanujecie swoich rodziców – z wdzięcznością, lojalnością i uczciwością. Stawiajcie Boga na pierwszym miejscu i niech wasz patriotyzm wynika z tego priorytetu, a nie z nim konkuruje – zaapelował.

źródło: KAI / ewtnnews/PCh24.pl

***

Ani polski ani katolicki. Czyli czym tak naprawdę jest „kościół” polskokatolicki?

satanizm_ludzie_02.jpg

20 lipca metropolita gdański abp Tadeusz Wojda zwrócił uwagę na niepokojące zjawisko. Niektóre domy weselne oferują bowiem usługę „z udziałem kapłana”, którym w rzeczywistości okazuje się być… duchowny polskokatolicki. Arcybiskup podkreślił, że duchowni ci nie mają prawa asystować przy ślubach katolików, a zawarte w ten sposób małżeństwa są nieważne. To dobra okazja, by odpowiedzieć na pytanie, czym naprawdę jest „kościół” polskokatolicki? Wbrew nazwie nie jest on ani polski, ani – tym bardziej – katolicki.

Na wstępie warto poczynić jedno wyjaśnienie. W odniesieniu do polskokatolików będę używał słowa „kościół” w cudzysłowie i pisał je małą literą, aby odróżnić tę wspólnotę od Kościoła katolickiego. Choć zasady języka polskiego dopuszczają na pisanie nazw innych „kościołów” z wielkiej litery, to w rzeczywistości Kościół jest jeden – święty, apostolski i właśnie katolicki, a wszystkie inne chrześcijańskie grupy wyznaniowe są niezależnymi od niego odłamami.

Skąd się wziął „kościół” polskokatolicki?

Początków tej wspólnoty należy szukać wśród polskich emigrantów w Stanach Zjednoczonych na przełomie XIX i XX wieku. Dochodziło wówczas do napięć między Polonią a duchownymi pochodzenia niemieckiego i irlandzkiego, którzy często nie rozumieli specyfiki polskich emigrantów ani ich potrzeb.

Jak czytamy na stronie internetowej „kościoła” polskokatolickiego, wierni domagali się wglądu w sprawy finansowe parafii, używania języka polskiego w liturgii oraz opieki duszpasterskiej sprawowanej przez kapłanów wywodzących się z polskiej społeczności. Konflikty te doprowadziły do narodzin idei polskokatolicyzmu, która rozwijała się równolegle w trzech ośrodkach: Buffalo, Chicago i Scranton.

Polski Narodowy „Kościół” Katolicki (PNKK) został oficjalnie założony w Scranton w 1898 roku. Z kolei zjednoczenia trzech wspomnianych ośrodków dokonał ks. Franciszek Hodur. W 1904 roku został on wybrany przez swoją wspólnotę biskupem, a trzy lata później przyjął sakrę biskupią. Ponieważ odbyło się to bez mandatu Stolicy Apostolskiej, konsekracja miała charakter nielegalny i stanowiła akt schizmy.

Również w 1904 roku odbył się pierwszy synod nowej wspólnoty, podczas którego określono jej doktrynę, zbliżoną do poglądów starokatolickich. To właśnie z rąk starokatolickiego biskupa Unii Utrechckiej ks. Hodur przyjął sakrę i włączył PNKK do rodziny wspólnot starokatolickich.

Kim są starokatolicy?

Starokatolicy to wspólnoty, które odłączyły się od Kościoła katolickiego po Soborze Watykańskim I w 1870 roku. Nie przyjęły one nauczania Kościoła o uniwersalnej jurysdykcji papieża ani o jego nieomylności w sprawach wiary i moralności, gdy przemawia ex cathedra. Z czasem wspólnoty te zrzeszyły się w tzw. Unii Utrechckiej.

„Kościół” polskokatolicki

Po odzyskaniu przez Polskę niepodległości część Polonii amerykańskiej powróciła do kraju. Wśród repatriantów znaleźli się również wierni i duchowni PNKK, którzy zaczęli tworzyć jego struktury na ziemiach polskich. W 1951 roku polska część PNKK uniezależniła się od macierzystej organizacji w USA i przyjęła nazwę „Kościół Polskokatolicki” (pisownia oryginalna), zachowując przynależność do Unii Utrechckiej.

Nie są katolikami

Odrzucenie prymatu papieża i jego powszechnej jurysdykcji sprawiły, że zarówno „kościół” polskokatolicki, jak i inne wspólnoty starokatolickie pozostają poza Kościołem katolickim. Nie można bowiem jednocześnie należeć do Kościoła katolickiego i odrzucać zwierzchnictwa Następcy św. Piotra.

Może pojawić się pytanie: czy sytuacja polskokatolików jest podobna do tej, w jakiej znajdują się grekokatolicy? Odpowiedź brzmi: nie. Grekokatolicy, podobnie jak pozostałe Kościoły Wschodnie sui iuris, pozostają w pełnej jedności z Kościołem katolickim, uznając zwierzchnictwo papieża oraz wszystkie dogmaty wiary katolickiej. Są zatem katolikami, a posiadają jedynie własną liturgię, prawo kanoniczne i tradycję duchową.

Polskokatolicy i inne wspólnoty starokatolickie są w sytuacji zupełnie innej, ponieważ odrzucają część nauczania Kościoła katolickiego, w szczególności dotyczącą powszechnej jurysdykcji papieża. A katolikiem nie można być „częściowo”. Wyznawanie wiary katolickiej oznacza przyjęcie całego depozytu wiary przekazywanego przez Kościół, a świadome i uporczywe odrzucenie prawdy uznanej za dogmat jest określane jako herezja. Oczywiście nie trzeba zgadzać się z każdą wypowiedzią papieską, ale dogmaty ustalone przez Kościół oraz nieomylne nauczanie papieża (czyli nauczanie ex cathedra) trzeba przyjmować w całości.

Podobnie osoba, która odrzuca zwierzchnictwo papieża i odmawia pozostawania w jedności z Kościołem pod jego przewodnictwem, dokonuje aktu schizmy.

Z tego względu „kościół” polskokatolicki nie stanowi części Kościoła katolickiego. W konsekwencji używanie przymiotnika „katolicki” w nazwach prowadzonych przez niego instytucji jest nieuprawnione.

Również określenie „polski” jest w pewnym sensie mylące. Wspólnota ta nie powstała w Polsce, lecz jedynie w środowisku polskich emigrantów w Stanach Zjednoczonych. Nie można zatem powiedzieć, by polskokatolicy byli w jakikolwiek sposób reprezentatywną grupą polskiego społeczeństwa. Wbrew swojej nazwie „kościół” polskokatolicki nie jest więc ani polski ani – tym bardziej – katolicki.

Czy sakramenty są ważne?

Ponieważ u starokatolików zachowała się sukcesja apostolska, czyli nieprzerwana linia ważnych święceń od czasów apostolskich, a polskokatoliccy biskupi przyjęli sakrę właśnie od nich, dlatego zarówno jedni jak i drudzy posiadają ważnie wyświęconych kapłanów i biskupów. Oznacza to również, że polskokatolicy sprawują ważnie większość sakramentów, z wyjątkiem dwóch – spowiedzi i małżeństwa. Do ważności tych dwóch sakramentów nie wystarczają bowiem ważne święcenia kapłańskie, lecz kapłan musi ponadto otrzymać specjalne upoważnienie.

Jednak nawet te sakramenty, które polskokatoliccy duchowni sprawują ważnie, są sprawowane niegodnie, ponieważ są oni grupą schizmatycką. Dlatego katolikom nie wolno uczestniczyć we Mszy św. ani przyjmować innych sakramentów z rąk kapłanów polskokatolickich. Wyjątek stanowi sytuacja zagrożenia życia, gdy w przypadku braku dostępu do katolickiego kapłana rozgrzeszenia może udzielić również kapłan ważnie wyświęcony, choć pozostający w schizmie.

Duchowny polskokatolicki to nie kapłan katolicki

20 lipca arcybiskup gdański Tadeusz Wojda skierował do kapłanów i wiernych swojej archidiecezji specjalne słowo, w którym zwrócił uwagę, że część osób nie zdaje sobie sprawy, iż duchowni polskokatoliccy nie pozostają w jedności ze Stolicą Apostolską.

W ostatnim czasie do Kurii Metropolitalnej Gdańskiej coraz częściej napływają niepokojące zgłoszenia dotyczące nadużyć związanych ze sprawowaniem pogrzebów oraz asystowaniem przy zawieraniu małżeństw na terenie naszej archidiecezji. Sytuacje te dotyczą przewodniczenia przez duchownych Kościoła polskokatolickiego – wspólnoty, która nie pozostaje w pełnej wspólnocie hierarchicznej i doktrynalnej ze Stolicą Apostolską – liturgii i obrzędom kościelnym. Niektórzy wierni Kościoła rzymskokatolickiego traktują te działania jako posługę własnych duszpasterzy – napisał hierarcha.

„Usługa z udziałem księdza”

Arcybiskup zauważył, że przyczyną takich sytuacji jest nie tylko brak wiedzy wiernych, ale również określone praktyki o charakterze komercyjnym, które należy jednoznacznie potępić.

Część prywatnych zakładów pogrzebowych i pewna grupa właścicieli domów weselnych podejmują stałą współpracę z księżmi polskokatolickimi. Podmioty te, kierując się wyłącznie zyskiem, włączają do swojej oferty „udział kapłana”, sugerując, że jest to usługa w pełni tożsama z działaniem duszpasterskim prowadzonym przez Kościół rzymskokatolicki – zaznaczył biskup.

Jak podkreślił abp Wojda, wierni często dopiero po fakcie „ze zdumieniem i bólem zdają sobie sprawę z manipulacji, której doświadczyli i nieuporządkowanego stanu duchowego, w którym się znaleźli”.

Małżeństwa zawierane nieważnie

Najpoważniejszy problem dotyczy sakramentu małżeństwa. Do jego ważnego zawarcia konieczna jest bowiem obecność dwóch świadków (prawo kanoniczne zezwala na odejście od tej zasady w bardzo szczególnych przypadkach) oraz kapłana lub diakona, który nie tylko ważnie przyjął święcenia, ale także posiada specjalną delegację do asystowania przy zawarciu małżeństwa przez konkretną parę narzeczonych.

W praktyce proboszcz parafii, na terenie której zawierany jest ślub, posiada z mocy prawa władzę do ważnego asystowania przy małżeństwach zawieranych na terenie swojej parafii. Każdy inny duchowny – zarówno wikariusz, ksiądz rezydent, jak i kapłan spoza parafii – potrzebuje specjalnej delegacji od niego udzielonej na konkretny ślub.

Takiej delegacji może udzielić także biskup diecezjalny lub wikariusz generalny diecezji (zazwyczaj jest nim biskup pomocniczy).

Duchowny polskokatolicki nie posiada uprawnień do asystowania przy małżeństwie rzymskokatolickim. Z tego powodu małżeństwo zawarte w ten sposób przez wiernych Kościoła rzymskokatolickiego jest w świetle prawa kanonicznego nieważne. Nie wywołuje ono skutków sakramentalnych – przypomniał abp Wojda.

Inne sakramenty oraz pogrzeby

Jak podkreślił hierarcha, posługa duchownego innego wyznania wobec katolika jest dopuszczalna tylko w sytuacjach nadzwyczajnych (np. niebezpieczeństwo śmierci przy braku katolickiego kapłana) i za zgodą ordynariusza.

Organizowanie pogrzebów katolików przez szafarzy polskokatolickich z pobudek czysto komercyjnych i logistycznych stanowi rażące złamanie tych norm – wyjaśnił ordynariusz gdański.

A co z chrztami?

Ważnego chrztu może udzielić nie tylko kapłan. W sytuacji konieczności może go bowiem udzielić każda osoba – także świecka lub niewierząca – pod warunkiem zachowania właściwej formy i intencji. Dotyczy to jednak wyłącznie sytuacji nadzwyczajnych, zwłaszcza zagrożenia życia dziecka. W zwyczajnych okolicznościach Kościół nakazuje udzielanie sakramentu chrztu przez kapłana lub diakona.

Abp Wojda zauważył, że choć chrzest udzielony przez duchownego polskokatolickiego jest ważny, to może wiązać się z późniejszymi trudnościami natury formalnej.

Aby takie dziecko mogło w pełni uczestniczyć w życiu Kościoła rzymskokatolickiego, konieczne jest formalne i publiczne wyznanie wiary oraz przyjęcie go do pełnej wspólnoty (tzw. admissio) – wyjaśnił hierarcha.

Apelujemy do sumień rodziców, aby ze względów czysto formalnych lub osobistych nie wprowadzali zamętu w religijne życie swoich dzieci i dbali o ich pełną, klarowną jedność z Kościołem powszechnym od samego początku ich drogi wiary – dodał.

Potrzeba katechezy na ten temat

Na koniec arcybiskup Wojda zwrócił się do kapłanów swojej archidiecezji z prośbą o wyjaśnienie wiernym tej kwestii, np. poprzez organizowanie parafialnej katechezy. Jednocześnie zaapelował do diecezjan o czujność i roztropność.

Organizując pogrzeb bliskich lub planując ślub, zawsze w pierwszej kolejności kierujcie swoje kroki do kancelarii własnej parafii rzymskokatolickiej. Nie pozwólcie, aby komercyjne pakiety firm zewnętrznych decydowały o ważności i godziwości Waszych sakramentów oraz katolickim charakterze pochówku Waszych zmarłych – zaznaczył ordynariusz gdański.

Adrian Fyda/ – PCh24.pl – źródła: diecezja.gda.pl, KAI, polskokatolicki.pl

***

„Muzułmanie są pierwszymi ofiarami islamu”. Włoska autorka nie gryzie się w język

Islam.jpg
ZDJĘCIE ILUSTRACYJNE. Fot. Pixabay

***

Islam jest przede wszystkim ideologią polityczną, która chce regulować życie wszystkich – zarówno muzułmanów, jak i niemuzułmanów – dążąc do narzucenia światu szariatu, czyli prawa islamskiego – podkreśla włosko-argentyńska autorka o pseudonimie Paola Kafira. Kobieta podkreśla, że głoszenie Chrystusa to jeden z najpiękniejszych uczynków miłosierdzia, jaki chrześcijanin może ofiarować wyznawcom Proroka.

„Uwolnienie muzułmanina od jego religii to najlepsza przysługa, jaką można mu wyświadczyć” – pisał pod koniec XIX wieku francuski filozof i historyk religii Ernest Renan. Do jego słów nawiązuje Paola Kafira, autorka książki „Islam: jasny i prosty przewodnik”, poświęconej analizie islamu na podstawie jego tekstów źródłowych.

Kafira to pseudonim przyjęty przez włosko-argentyńską badaczkę. Słowo kāfir w języku arabskim oznacza „niewiernego” i jest określeniem odnoszonym w tradycji islamskiej do osoby, która nie wyznaje islamu. Autorka wydała książkę niezależnie. Jak wyjaśniła w rozmowie z włoskim portalem Tempi.it, nie zwracała się do wydawnictw, ponieważ – jej zdaniem – proces podejmowania decyzji przez redakcje trwa zbyt długo w stosunku do pilności poruszanej przez nią problematyki.

W publikacji Kafira ma charakter akademicki i odwołuje się bezpośrednio do Koranu, hadisów oraz tradycji dotyczącej życia Mahometa. Przedstawia m.in. podstawowe zasady islamu, koncepcję szariatu i różne znaczenia pojęcia dżihadu, a także stosunek islamu do osób niebędących muzułmanami. Książka Kafiry, opublikowana jako niezależna publikacja, spotkała się z zainteresowaniem czytelników i osób zajmujących się problematyką islamu. Autorka przedstawia ją jako próbę przybliżenia islamu przede wszystkim poprzez analizę jego własnych tekstów religijnych, bez przyjmowania założeń, które miałyby łagodzić lub pomijać kontrowersyjne aspekty tej religii.

– Musimy wyjść od jednego założenia: islam jest przede wszystkim ideologią polityczną, która chce regulować życie wszystkich – zarówno muzułmanów, jak i niemuzułmanów – dążąc do narzucenia światu szariatu, czyli prawa islamskiego. Krytyka różnych przejawów szariatu oznacza ochronę życia muzułmańskich kobiet. Jest więc dokładnym przeciwieństwem ich dyskryminowania. Zresztą tematem mojej książki jest ideologia, a nie ludzie – tłumaczy autorka w rozmowie z Tempi.it.

Kafira z uznaniem wypowiedziała się na temat listu pasterskiego bp Antonio Suetty, ordynariusza diecezji Ventimiglia-San Remo, który podkreślał, że głoszenie Chrystusa muzułmanom to „największy czyn miłości bliźniego”. – List pasterski biskupa Suetty jest ważny i piękny (…) Podkreśla on, że Ewangelia jest przeznaczona dla wszystkich, również dla imigrantów wyznających islam – podkreśla. Jak dodała, zarówno historia jak i tradycja Kościoła ukazują ewangelizację wyznawców Proroka jako wysiłek „obowiązkowy i konieczny”.

Każdy rozdział książki wyjaśnia jeden z aspektów szariatu. Szczególnie wstrząsający jest fragment dotyczący małżeństw między kuzynami, które – według śledztwa BBC – sprawiają, że „brytyjscy Pakistańczycy, stanowiący około 3 procent wszystkich osób urodzonych w Wielkiej Brytanii, są rodzicami prawie jednej trzeciej wszystkich brytyjskich dzieci z chorobami genetycznymi”.

Kafira bezkompromisowo pokazuje, że wiele dzisiejszych niedopuszczalnych praktyk ma swoje źródło w samej postaci Mahometa, który według wyznawców islamu był człowiekiem „idealnym”. Tymczasem według tradycyjnych źródeł, Mahomet poślubił swoją kuzynkę pierwszego stopnia, Zajnab. Podobna sytuacja dotyczyła jego najmłodszej żony, Aiszy. Związek małżeński zawarto, gdy dziewczynka miała sześć lat, a małżeństwo zostało skonsumowane, gdy miała lat dziewięć.

Z kwestią pedofilii wiąże się wyrażony w tradycyjnej wykładni Koranu, zakaz adoptowania sierot. W muzułmańskim świecie miliony dzieci przebywając w przepełnionych sierocińcach są narażone na wykorzystywanie seksualne. W domach dziecka swoich ofiar poszukiwali najczęściej członkowie tzw. grooming gangs z Pakistanu, działający przez lata bezkarnie na terenie Wielkiej Brytanii.

Choć w wielu krajach muzułmańskich istnieją świeckie przepisy zakazujące podobnych praktyk, wśród gorliwych muzułmanów nie mają one żadnego znaczenia. ​- Są to przepisy stworzone przez ludzi, a w niektórych środowiskach uważa się je za gorsze lub całkowicie nieistotne w porównaniu z prawem Allaha – przekonuje autorka.

Dlatego, jak podkreśla, do obowiązku chrześcijan należy głoszenie muzułmanom Chrystusa Wyzwoliciela. Co z uwagi na brutalną, nie cierpiącą sprzeciwu naturę islamu, nie jest łatwe. Badaczka wyjaśnia, że muzułmański „apostata” bardzo często idąc za Chrystusem, musi faktycznie opuścić swoją rodzinę, która się go wyrzeka.

​- Traci majątek, przyjaźnie, pracę, dom – właściwie wszystko. Właśnie wtedy jednak zyskuje coś innego: wiarę w Jezusa Chrystusa – podkreśla Kafira.

​- Dla tych odważnych mężczyzn i kobiet staje się ona siłą, która towarzyszy im na drodze zmartwychwstania. Znam wiele ich osobistych historii i są one niezwykle poruszające. Wielu z nich mówi, że kiedy patrzą w lustro, widzą siebie inaczej. Niespotykany wcześniej spokój i szczęście sprawiają, że ich rysy stają się bardziej rozluźnione, a twarz jaśniejsza – przekonuje.

Zapytana o groźby stosowane wobec niej przez wyznawców Proroka, autorka jest przekonana, że „prędzej czy później” dojdzie do ataku z nią. ​– Wierzę jednak, że Bóg nie postawiłby mnie na tej drodze, gdyby miała ona być aż tak niebezpieczna – przekonuje.

źródło: KAI / oprac. pR – PCh24.pl

***

 środa – 19 sierpnia 2026

Papież Leon XIV mówiąc o muzyce kościelnej zachęcał: „Niech każdy z was włączy się w chór”

Podczas dzisiejszej audiencji ogólnej papież omawiał szósty rozdział konstytucji “Sacrosanctum Concilium”. “Muzyka sakralna jest integralną częścią liturgii, a nie jedynie jej ozdobą” – podkreślił Leon XIV. Publikujemy pełną treść katechezy

fot. Vatican Media

***

Szósty rozdział Konstytucji Sacrosanctum Concilium (SC) Soboru Watykańskiego II poświęcony jest muzyce sakralnej. Stwierdza on: „Muzyczna tradycja całego Kościoła stanowi skarbiec nieocenionej wartości, wyróżniający się wśród innych form wyrazu artystycznego szczególnie tym, że śpiew kościelny, jako związany ze słowami, jest nieodzowną oraz integralną częścią uroczystej liturgii” (SC, 112), a następnie precyzuje: „Muzyka kościelna będzie tym wznioślejsza, im ściślej zespoli się z czynnością liturgiczną, czy to serdeczniej wyrażając modlitwę, czy przyczyniając się do jednomyślności, czy wreszcie nadając uroczysty charakter świętym obrzędom” (tamże).

Muzyka częścią liturgii, nie ozdobą

Znajdujemy tu sedno nauczania soborowego, które potwierdza i pogłębia funkcję ministerialną muzyki w liturgii, podkreśloną już przez św. Piusa X w Motu proprio Inter sollicitudines (22 listopada 1903). Muzyka jest bowiem częścią czynności liturgicznej, a nie jedynie ozdobą celebracji.

W liturgii śpiew i gra na instrumentach oznaczają modlitwę, która zestraja nasze serce z sercami sióstr i braci oraz z Bogiem, poprzez czynne uczestnictwo w celebrowanym misterium. Muzyka wyraża w szczególności uczuciowy wymiar modlitwy, jak stwierdza św. Augustyn: „Cantare amantis est”, czyli „śpiew jest właściwością miłującego” (Sermo 336, 1). Jest to bardzo ważne, ponieważ pomaga otworzyć serce na działanie Boga poprzez łaskę i pozwolić, aby ono nas kształtowało.

Śpiew ponadto sprzyja komunii. Poprzez symfonię głosów przyczynia się do jedności serc, przezwyciężając różnice między osobami i jednocząc wszystkich w uwielbieniu Boga. Staje się w ten sposób epifanią Kościoła, namacalnym przejawem komunii, która należy do samej jego natury.

Forma szlachetna i prosta

Z głębokiej wartości teologicznej śpiewu sakralnego, będącego integralną częścią czynności liturgicznej, wynikają pewne wymagania.

Pierwszym jest to, że niezależnie od mód czy szczególnej wrażliwości autorów śpiew sakralny powinien na każdym poziomie jak najbardziej odpowiadać danemu momentowi celebracji. Forma zaś, zwłaszcza pod względem melodycznym, powinna być zarazem szlachetna i prosta, odznaczać się wysoką jakością muzyczną i być łatwa do wykonania, zwłaszcza gdy ma być śpiewana przez całe zgromadzenie (por. SC, 121).

Z tego samego powodu Sobór zaleca, aby również teksty były odpowiednie, głębokie, a zarazem łatwo zrozumiałe, inspirowane przede wszystkim Pismem Świętym, księgami liturgicznymi i duchową Tradycją Kościoła. Należy czuwać nad tym, aby dynamika wyrażona w starożytnej zasadzie „lex orandi, lex credendi” – oznaczającej, że prawo modlitwy jest także prawem wiary – pozostała żywa i nadal się rozwijała.

Sacrosanctum Concilium poświęca wiele miejsca tematowi czynnego uczestnictwa wiernych (por. n. 114). „Winno być [ono] rozumiane (…) począwszy od większej świadomości tajemnicy, która jest celebrowana, aż do jej związku z codzienną egzystencją” (Benedykt XVI, Posynod. Adhort. apost. Sacramentum caritatis, 52) w „duchu ciągłego nawracania się, który winien charakteryzować życie wszystkich wiernych” (tamże, n. 55). Jeśli chodzi natomiast o konkretne sposoby realizowania aktywnego uczestnictwa poprzez szczególną rolę muzyki sakralnej, Konstytucja udziela jasnej odpowiedzi: „Należy zachęcać wiernych do wykonywania aklamacji, odpowiedzi, psalmów, antyfon, pieśni” oraz do zachowywania „pełnego czci milczenia” (SC, 30), i zachęca każdego – czy to duchownego, czy wiernego świeckiego – aby wykonywał „w pełni wyłącznie tylko to, co należy do niego z natury rzeczy i na podstawie przepisów liturgicznych” (SC, 28), w harmonijnej równowadze między różnymi posługami, poszczególnymi działaniami i chwilami milczenia.

Wielka waga śpiewu gregoriańskiego

Sobór przywiązuje następnie wielką wagę do śpiewu gregoriańskiego, nie wykluczając jednak z celebracji innych rodzajów muzyki sakralnej. Szczególną uwagę poświęca również organom (por. SC, 120), natomiast użycie innych instrumentów jest dopuszczalne, „o ile nadają się, albo mogą być przystosowane do użytku sakralnego, jeżeli odpowiadają godności świątyni i rzeczywiście przyczyniają się do zbudowaniu wiernych” (SC, 120).

Jednym z tematów bliskich reformie soborowej jest inkulturacja, także w dziedzinie muzyki sakralnej. W odniesieniu do tradycji muzycznych różnych kultur szczególnie podkreśla się znaczenie traktowania ich z należytą powagą jako części życia religijnego i społecznego ludzi. Dlatego z jednej strony zaleca się, aby wszystkim zapewnić odpowiednie „kształtowanie zmysłu religijnego” (SC, 119), z drugiej zaś – aby „w miarę możliwości (…), pielęgnować tradycyjną muzykę tych ludów, tak w szkołach, jak i w liturgii” (tamże).

W kontekście liturgicznym szczególne zadanie przypisuje się zespołowi śpiewaków [schola cantorum], będącemu narzędziem duszpasterskim, którego rozwój należy wspierać. Do takich zespołów należy „poprawne, zgodne z różnymi rodzajami śpiewu, wykonywanie właściwych im części liturgii oraz wspomaganie wiernych, gdy ci śpiewem w niej uczestniczą” (Święta Kongregacja Obrzędów, Instrukcja Musicam sacram, 19)[2].

W tym celu kompozytor muzyki sakralnej jest wezwany do poznawania i strzeżenia muzycznego dziedzictwa Kościoła oraz do czerpania z niego inspiracji przy tworzeniu nowych kompozycji służących liturgii, z poszanowaniem współczesnej wrażliwości i różnych tradycji kulturowych oraz z koniecznością „«usunięcia z kultu niekonsekwencje stylu, przestarzałych formy wyrazu, niedbałej muzykę i tekstów, które nie odpowiadają wielkości sprawowanego aktu», aby zapewnić godność i wysoką jakość form muzyki liturgicznej” (Św. Jan Paweł II, Chirograf o muzyce sakralnej, 22 listopada 2003, 3)[3].

Z tych wszystkich względów Ojcowie Soborowi zalecają promowanie kształcenia i praktyki w zakresie muzyki sakralnej „w seminariach, nowicjatach oraz domach studiów dla zakonników i zakonnic, a także w innych instytutach i szkołach katolickich” (SC, 115), jak również zapewnienie muzykom i śpiewakom rzetelnej formacji liturgicznej (por. tamże).

Drodzy bracia i siostry, Ojcowie Kościoła przywiązywali wielką wagę do śpiewu liturgicznego, będącego symbolem komunii eklezjalnej. Dlatego możemy zakończyć tymi pięknymi słowami św. Ignacego z Antiochii: „I niech każdy z was także włączy się w ów chór, abyście w harmonii waszej zgody, biorąc ton Boga w jedności, śpiewali jednym głosem Ojcu przez Jezusa Chrystusa. Wówczas On was usłyszy i pozna przez wasze dobre czyny, że jesteście członkami Syna Jego” (Epistula ad Ephesios, IV, 1-2)

KAI

***

Maria Simma i jej przeżycia z duszami czyśćcowymi

Pierwsze objawienie. Myślałam, że już wszystko stracone. Drogi, którą Pan Bóg dla mnie przeznaczył, nie mogłam znaleźć. Przez czas dłuższy byłam bardzo przygnębiona. Pocieszałam się myślą, że zrobiłam wszystko, co było w mojej mocy, aby zostać zakonnicą. Od dziecka miałam wielkie nabożeństwo do dusz czyśćcowych. Nasza matka często mawiała: „Jeżeli macie wielką potrzebę, zwróćcie się do dusz czyśćcowych, to są wdzięczne pomocnice”.

Maria Simma i jej przeżycia z duszami czyśćcowymi
Maria Simma i jej przeżycia z duszami czyśćcowymi

***

Pierwsza dusza czyśćcowa przyszła do mnie w 1940 roku. Obudziły mnie w nocy czyjeś kroki w pokoju, spojrzałam i zobaczyłam jakiegoś mężczyznę. Strach był dla mnie uczuciem obcym. Ponieważ nie znałam tego człowieka, ostro zapytałam go: „Jak wszedłeś do mojego pokoju? Coś tu zgubił?” Udawał, że mnie nie słyszy i dalej chodził po pokoju tam i z powrotem. Pytam: „Ktoś ty?” Znów nie odpowiada. Wyskoczyłam więc z łóżka i próbowałam go złapać, ale ręce trafiły w próżnię. Mężczyzna zniknął. Położyłam się i zobaczyłam go znowu, słyszałam też, jak chodził po pokoju. Wyraźnie przecież zdawałam sobie sprawę z tego, że nie śpię, dlaczego więc nie mogę go złapać. Raz jeszcze wyskoczyłam z łóżka, żeby to zrobić i znowu zniknął. Zrobiło mi się nieswojo, położyłam się, była czwarta godzina nad ranem, nie mogłam więcej zasnąć. Po Mszy Św. poszłam do mojego kierownika duchowego i opowiedziałam mu wszystko. Pouczył mnie, abym zapytała, jeżeli ten człowiek znowu przyjdzie, nie kim jest, ale czego żąda. Kiedy rzeczywiście przyszedł on następnej nocy i na moje pytanie czego żąda, odpowiedział: „Postaraj się o trzy Msze Św. za mnie, a będę wybawiony”, poznałam, że to dusza pokutująca w Czyśćcu. To potwierdził mi również mój spowiednik. Od 1940 do 1953 przychodziły co roku dwie lub trzy dusze czyśćcowe, najczęściej w listopadzie. Nie dopatrywałam się w tym szczególnego zadania Bożego; zawsze też informowałam o tym mojego proboszcza, ks. Alfonsa Matta. Poradził mi, abym żadnej duszy nie odrzucała i każdą chętnie przyjęła.

Cierpienie zastępcze

Dusze czyśćcowe prosiły mnie następnie, abym za nie cierpiała. Były to ciężkie cierpienia. iedy jakaś dusza przychodzi, budzi mnie czy to przez pukanie, wołanie czy też szarpnięcie. Obudzona pytam zaraz: „Czego chcesz?” albo „Co mogę zrobić dla ciebie?” i wtedy dopiero może taka dusza powiedzieć, co jej brakuje, l tak zapytała mnie pewnego razu jedna z nich: „Czy mogłabyś za mnie cierpieć?” Pytanie to było nieco dziwne, po raz pierwszy proszono mnie o to, zaraz powiedziałam: „Co mam robić?” Otrzymałam odpowiedź: „Przez trzy godziny będziesz miała bóle w całym ciele, ale po upływie tego czasu będziesz mogła wstać i pracować, jak gdyby nic nie zaszło. Odbierzesz mi tym 20 lat Czyśćca”. Zgodziłam się. Natychmiast opanowały mnie tak straszne cierpienia, że wiedziałam zaledwie, gdzie jestem i pozostała mi tylko świadomość, że przyjęłam je jako pokutę za duszę czyśćcową i że to ma trwać trzy godziny. Wydawało mi się, że czas ten dawno upłynął i że minęło już co najmniej parę dni lub tygodni. Kiedy skończyło się wszystko i spojrzałam na zegarek, stwierdziłam, że cierpienia moje trwały dokładnie trzy godziny. Zdarzało się często, że wystarczyło 5 minut cierpienia, a jakże ten czas wydawał się długi.

Co dusze czyśćcowe wiedzą o nas?

Dusze czyśćcowe wiedzą o nas i o tym, co się dzieje więcej, niż myślimy. Wiedzą, np., kto bierze udział w ich pogrzebie i czy tylko idzie, aby inni go widzieli. Wiedzą, kto wysłuchał za nich Mszy Św., bo dla umarłych pobożne wysłuchanie Mszy Św. ma większe znaczenie, aniżeli towarzyszenie zwłokom na cmentarz. Wiedzą również dusze czyśćcowe, co się o nich mówi i co się dla nich robi. Są bliżej nas, niż myślimy: są całkiem blisko nas.

Co pomaga duszom czyśćcowym?

Najwartościowszą pomocą dla dusz pokutujących jest Msza Św., ale tylko w tym stopniu, jak sobie dana dusza ceniła ją za życia, l tu spełnia się powiedzenie: Co się sieje, to się zbiera. Wielkie mają znaczenie Msze Św. wysłuchane w dni powszednie, a więc nie tylko te obowiązkowe w niedziele i święta. Oczywiście nie każdy może wysłuchać Mszy Św. w dzień powszedni, ma pracę zawodową i obowiązki, a spełnienie ich ma w dnie powszednie bez szkody dla swoich obowiązków, np.pierwszeństwo. Niejeden emeryt przecież mógłby chodzić na Mszę Św., szczególnie jeżeli jest zdrów i mieszka blisko kościoła. Cóż, kiedy on tak sobie mówi: „W niedziele jestem obowiązany pójść na Mszę Św., ale nie w dzień powszedni, więc nie idę”. Kto myśli tak i postępuje, długo musi po śmierci czekać, zanim mu się jakaś Msza Św. dostanie, bo ją sobie za życia mało cenił. Jeżeli sami nie możemy brać udziału w nabożeństwie, posyłajmy przynajmniej dzieci szkolne i to jak najczęściej. W wielu miejscowościach nie ma w ogóle dzieci na Mszy Św. w dni powszednie. Gdyby wiedziano, jak wielką wartość dla wieczności posiada wysłuchanie jednej Mszy Św., kościoły byłyby pełne nie tylko w święta. W chwili śmierci, za życia wysłuchane Msze Św., są dla nas wielkim skarbem i mają większą wartość od ofiarowanych Mszy Św. za dusze po śmierci. Rodzice i wychowawcy skarżą się, że dzisiejsze dzieci są ordynarne i nie chcą słuchać starszych. Nic dziwnego. Dawniej uczęszczały dzieci szkolne co dzień na szkolną Mszę Św. Modlitwa oraz Komunia Św. dawały im siłę do tego, że były posłuszne i obowiązkowe. Ani ojciec, ani matka, ani katecheta nie potrafią włożyć dziecku w duszę tego, co Zbawiciel przez łaskę daruje dziecku we Mszy i Komunii Św. Pytano mnie, czy ma sens i wartość palić świece i lampki oliwne. Naturalnie że ma, zwłaszcza jeżeli są poświęcone. A chociażby i nie były, należy pamiętać, że świece te czy oliwa są kupione z miłości dla zmarłych, a każdy akt miłości posiada wartość. Podobnie i woda święcona ma wartość, osobliwie jeżeli używamy jej z wiarą i ufnością. Obojętne jest, czy całą dłoń, czy kroplę dajemy duszom czyśćcowym, lepiej jednak kroplę wraz z aktem strzelistym. Niestety, w dzisiejszych czasach często w ogóle nie ma przy drzwiach kropielniczki z wodą święconą. Pragnę wyjaśnić, że w Vorarlbergu wchodzący do domu czy wychodzący żegnają się wodą święconą, zaś resztkę kropli z palca strzepują na ziemię z aktem strzelistym za dusze czyśćcowe. Nazywa się to dać duszom czyśćcowym wodę święconą.

Jak cierpią dusze czyśćcowe?

Jest tyle różnych rodzajów Czyśćca, ile dusz. Każdą duszę trapi tęsknota za Bogiem i to powoduje najboleśniejsze ze wszystkich cierpienie. Poza tym jest każda dusza tak karana, jak grzeszyła. To samo jest na ziemi, gdzie kara idzie w ślad za występkiem. Kto grzeszy obżarstwem, dostaje bólu żołądka i staje się otyły, kto za dużo pali, dostaje zatrucia nikotyną albo i raka płuc itp. Żadna dusza nie chciałaby wrócić na ziemię i nadal żyć, ponieważ posiada poznanie, o którym my pojęcia nie mamy. Dusze pokutujące w Czyśćcu Pragną oczyszczenia. Czy możemy sobie wyobrazić dziewczynę, która odważyłaby się przyjść na pierwszy bal w brudnej sukience i nie uczesana? Dusza w miejscu oczyszczenia, czyli w Czyśćcu, posiada tak świetlane pojęcie o Bogu, że przedstawia się jej Bóg w oślepiającej piękności. Żadna siła nie zdołałaby jej zmusić, aby stanęła przed Jego Obliczem, jeżeli najdrobniejsza skaza nie została z niej jeszcze zmazana. Tylko doskonale czysta dusza odważy się stanąć przed Bogiem, aby oglądać Go twarzą w twarz.

Stuletnia staruszka na ulicy

Było to w 1954 roku. Około godziny 14.30 po południu szłam do sąsiedniej wioski Marul. Na drodze spotkałam staruszkę wyglądającą na przeszło sto lat. Pozdrowiłam jągrzecznie, na co mi odpowiedziała pytaniem: „Dlaczego pozdrawiasz mnie? Mnie już nikt nie pozdrawia”. Wyjaśniłam więc: „Jesteś godna pozdrowienia, jak każdy inny człowiek”. Wtedy zaczęła skarżyć się, że nikt nie ma dla niej zrozumienia, nikt nie daje nic do zjedzenia i że musi spać na ulicy. Pomyślałam, że jest to niemożliwe, a może na skutek starości stała się tak nieznośna i z tego powodu nikt nie chce jej mieć u siebie. Powiedziałam wobec tego, że zapraszam ją do swojego domu, gdzie dostanie i jeść, i spanie. „Ale ja nie posiadam pieniędzy, aby zapłacić”. Na to odpowiedziałam: „To nic nie szkodzi, będziesz musiała przyjąć to, co mam, gościnnego pokoju nie posiadam, ale zawsze lepsze to niż spanie na ulicy”. Podziękowała mi wtedy: „Bóg zapłać, obecnie jestem wybawiona”, i znikła. Nie zauważyłam dotąd, że była to dusza czyśćcowa. Widocznie za życia odmówiła komuś potrzebującemu pomocy i dlatego teraz czekać musiała, aż ktoś dobrowolnie zaofiaruje jej gościnę.

Spotkanie w pociągu

Pewna dusza czyśćcowa zapytała mnie, czy ją znam. Musiałam zaprzeczyć. „Ale wiesz o mnie, bo towarzyszyłam ci w pociągu, kiedy jechałaś do Hali”. Przypomniałam sobie wtedy, że był to mężczyzna, który głośno wygadywał na Kościół i religię. Miałam wtedy zaledwie 17 lat. Powiedziałam mu, że nie jest dobrym człowiekiem, skoro tak bezcześci rzeczy święte. „Jesteś zbyt młoda, abyś mnie pouczała” -odpowiedział. „Mimo to jestem mądrzejsza od ciebie”, odcięłam się. Spuścił głowę i nie odezwał się więcej. Kiedy wysiadł, prosiłam Pana Boga, by nie pozwolił tej duszy zginąć. „Twoja modlitwa uratowała mnie, inaczej byłby marny mój koniec” – przyznał.

Wskazania dusz czyśćcowych

Otrzymuję często od dusz czyśćcowych wskazówki i praktyczne pouczenia. A więc, że Najświętszy Sakrament nie jest dostatecznie czczony. W wielu kościołach dzisiaj Eucharystia nie stanowi centralnego punktu nabożeństwa. Często obrazy i figury świętych uwłaczają raczej temu, co przedstawiają. Większą troską należy otaczać Różaniec, bo jest on wielką potęgą. Maryja Panna jest Wspomożeniem Wiernych i Matką Miłosierdzia Dusz Czyśćcowych. Dusze czyśćcowe napominają, abyśmy sporządzili testament w odpowiednim czasie. Brak tego dokumentu lub źle sporządzony jest powodem wielu kłótni i nieporozumień w rodzinie. Ważną rzeczą jest, aby każdy pomagał budować Królestwo Boże. Jeżeli rodzice nie wciągają dzieci do tej pracy, odpowiadają za to przed Bogiem. Młodzież ponosi winę, jeżeli dla wygody zaniedbuje dobre uczynki.

Fronda.pl/źródło: ZA: http://egzorcyzmy.katolik.pl

***

Nie igraj z diabłem – on chce Twojej śmierci!!!

Z księdzem Marianem Rajchelem, egzorcystą diecezji przemyskiej i psychologiem, rozmawia Robert Krawiec OFMCap.

ks. Marian Rajchel
ks. Marian Rajchel · fot. Zrzut ekranu (Youtube) – Edycja Świętego Pawła

***

Tabu w Kościele

– Podobno wielu księży nie wierzy w istnienie złego ducha i w opętanie?

Przytoczę słowa złego ducha usłyszane podczas przeprowadzania egzorcyzmu: „Bo wielu księży myśli, że ja jestem tylko w piekle”. Nie, zły duch jest tam, gdzie ludzie go wpuszczą.

– W wielu diecezjach, seminariach w Polsce i na świecie nie mówi się o piekle, złym duchu i opętaniach. Dlaczego?

Również zadaję sobie to pytanie. Był to temat tabu. W Kościele egzorcyzmy stały się jakby sprawą wstydliwą, II Sobór Watykański ją ominął. Uważam, że doświadczenia egzorcystów powinno się zebrać i włączyć do nauki teologii i ascezy, czyli wierności na co dzień Panu Bogu. Powinniśmy się uczyć, jak rozpoznać wroga, przewidzieć, kiedy i w jaki sposób zły duch zaatakuje. W ten sposób łatwiej będzie nam się przed nim bronić

– W większości ludzie także nie wierzą w istnienie piekła i działanie diabła…

W 1972 roku papież Paweł VI powiedział, że zły duch rządzi światem, że wtargnął w historię za pozwoleniem ludzi. Po tej wypowiedzi świat był oburzony, a media opluwały papieża, grzmiąc: Jak w XX wieku można mówić o szatanie! Ale w tym samym czasie w wielu państwach rejestrowano kościoły satanistów, kościół Lucyfera. Tak wygląda nasza cywilizacja: oficjalnie mówi się co innego, a w praktyce jest co innego.

Ludzie nie wierzą w istnienie piekła, bo jest to dla nich łatwiejsze, a ukrywanie swojego działania wobec ludzi leży w interesie złego ducha, stanowiąc zarazem jedną ze skuteczniejszych jego akcji.

– Czy musimy wierzyć w istnienie diabła, aby się zbawić i być w Kościele? Nigdy przecież nie stwierdzono dogmatu o istnieniu złych duchów. Dlaczego?

Bo nigdy w Kościele nie było z tą prawdą problemów. Kościół nigdy nie wątpił w istnienie i szkodliwe działanie złego ducha. Biblia wyraźnie stwierdza, kto skusił pierwszych rodziców do grzechu, kto kusił Pana Jezusa. Tu nie ma wątpliwości! Pytanie dotyczy konieczności uwierzenia. Mamy obowiązek wierzyć w prawdy wiary, choć nie wszystkie zostały zdogmatyzowane. Trzeba wierzyć zarówno w istnienie aniołów, jak i złych duchów. Bez tej wiary nie da się być w Kościele.

Egzorcyści

– Słysząc o szatanie, ludzie boją się i myślą: „Jeśli zostawię złego ducha w spokoju, to i on zostawi mnie, a jeśli będę z nim walczył, to on mnie zaatakuje”. Czy boi się ksiądz diabła?

Oczywiście, że się go boję! I nie chcę mieć z nim nic wspólnego. Chciałbym go mocą Bożą wyrzucać z ludzi jak najczęściej. Nie ma co ryzykować. Czy jest taki człowiek, który się go nie boi?! To wielki błąd, jeśli ktokolwiek udaje, że jest mocniejszy od złego ducha.

– Czy zły duch uprzykrza życie i utrudnia posługę również egzorcyście?

Świeży przykład może być? Wczoraj o godzinie 23.54, po modlitwie nad opętaną dziewczyną, dostałem bardzo „miły” SMS (zachowałem wiadomość w poczcie, jakby ktoś nie wierzył): „Pożałujesz tego, marny klecho, dotknij mnie jeszcze raz tymi wyświęconymi łapami i swoimi zabawkami, a cię zabiję! Dość już tego, dość, dość, dość… Dość mówię!”. Aż się z tego ucieszyłem. Dlaczego? Bo niekiedy się wydaje, że nasze modlitwy nic nie znaczą, a gdy zły duch się wścieka, to znaczy, że mocno ucierpiał i jest porządnie trafiony. 

Inny SMS był taki: „Zdechniesz za to, co zrobiłeś, nie boję się Pani Niebieskiej ani ciebie z tymi zabawkami”. Znowu kłamstwo w wydaniu złego ducha: „nie boję się”, a równocześnie „zdechniesz za to, co zrobiłeś”. Można wyczuć, z kim ma się do czynienia!

Módlcie się za egzorcystów, gdyż nie wolno nam popełnić żadnego błędu, bo wtedy rzeczywiście zły duch może się zemścić.

– Arcybiskup Emmanuel Milingo był egzorcystą w Afryce i we Włoszech. Jednak wystąpił z Kościoła.

A dlaczego Judasz odszedł od Pana Jezusa?…

– bo człowiek jest wolny…

…tylko u Pana Boga jest wolny! U złego ducha jest zniewolony! Bóg nigdy nie zmusza człowieka, tylko składa propozycje: „Jeśli chcesz, to pójdź za mną”. Pan Bóg namawia, podaje argumenty, podsuwa projekty, ale nigdy nie zmusza. A działanie i opętanie złego ducha polega na przymusie, wzięciu człowieka we władanie, zniewoleniu go i degradacji.

– Czy ze złym duchem można rozmawiać?

Spotkałem egzorcystów, którzy przyjmowali jak objawienie wszystko, co zły duch im powiedział. Uważam, że tego robić nie wolno, gdyż zły duch to ojciec kłamstwa. On, nawet przymuszony rozkazem wyznania jakiejś prawdy, dorzuci jeszcze jakiegoś śmiecia. Kiedyś zapytałem złego ducha: „Co zrobić, żebyś z tej osoby wyszedł?”. „Odmówić «Ojcze nasz» po francusku” – usłyszałem odpowiedź. I dwie osoby z zespołu egzorcystów odmówiły modlitwę po francusku! Mówiłem im, że tego nie trzeba robić, lecz one się pomodliły, co oczywiście nic nie pomogło.

Niekiedy sam zły duch rozpoznaje nasze myśli. Pewnego razu zastanawiałem się, czy osoba jest opętana, dręczona, czy tylko udaje. I w myślach rozkazywałem złemu duchowi: „Jeśli jesteś w tej osobie, to w Imię Jezusa powiedz, jakie jest twoje imię”. Po chwili ciszy zły duch objawił się w tej osobie. „Chcesz znać moje imię? Powiem ci” – przemówił.

Czasem trzeba rozkazywać złemu duchowi, by podał imię, to pomaga przy uwolnieniu

– Czytałem, że w Polsce jest około sześćdziesięciu księży egzorcystów i każdego dnia mają co robić. Co znaczy dla księdza być egzorcystą?

Przyznam się, że dla mnie posługa egzorcysty jest teologią praktyczną, której w seminarium nie było. Dzięki niej wiele douczyłem się o Bogu, o człowieku i złym duchu. To nie jest tylko problem dręczeń. Ile satanizmu jest w naszym życiu społecznym, narodowym, a nawet kulturalnym. Ile kłamstw, obłudy, podpuszczania…

Bardziej rozumiem, że Chrystus przyszedł nas wybawić od potwornego zła. Zbawiciel aż taką wielką cenę za nas zapłacił. Gdyby był to drobiazg, Bóg wysłałby anioła. Jezus sam przyszedł jako człowiek, by pokazać nam sposób życia w prawdzie i świętości oraz unaocznić niebezpieczeństwa grożące człowiekowi. To dają mi egzorcyzmy.

Z drugiej strony posługa ta pokazuje mi, że ludzie często nie wiedzą, co w życiu czynią. Nie wiedzieli, bo skazali niewinnego Chrystusa i jeszcze z Niego szydzili. Nie wierzyli, że jest Bogiem i mieli silnego kusiciela. Ludzie opętani i dręczeni na początku dziwią się mojej życzliwości, bo uważają się za odsuniętych, potępionych, napiętnowanych, a tymczasem spotykają się z radością, miłością i słowami: „Dobrze, dziecko Boże, że wracasz”. My, egzorcyści, cieszymy się każdym dobrem i martwimy każdym ustępstwem na rzecz zła. To pogłębia duszpasterską więź z przychodzącymi do nas ludźmi. Niedawno pewna pani powiedziała: „Ja tak bardzo bałam się przyjechać do księdza”. Później pozbyła się tego strachu.

– Zastanawiam się, dlaczego jeden egzorcyzm nie wystarczy, lecz trzeba go powtarzać.

Kiedyś dziewczyna zdiagnozowana jako opętana zachowywała się na egzorcyzmie spokojnie, cicho, tylko delikatnie drżąc. Za drugim razem było tak samo, czyli bez większych objawów opętania. Wówczas wziąłem ją na bok i zapytałem, co robi w trakcie egzorcyzmu – czy odnawia pakt z szatanem. Kiwnęła głową, że tak: aby nie było objawów, w tym czasie ona ponownie oddawała się złemu duchowi. Na co taki egzorcyzm? Na nic! Nigdy modlitwa nie działa wbrew woli człowieka.

U osób, które nie chcą być uwolnione, zło wraca. Jeśli zaś człowiek wytrwa na egzorcyzmie – niekiedy całe miesiące – to wyjdzie spod wpływu złego ducha.

– Czy zdarza się, że egzorcyzm w jakimś przypadku nie skutkuje?

Niestety, może tak być. Mamy jako egzorcyści świadomość, że nie wszystko może się udać. Zdarza się, że na skutek działania złego ducha nie dochodzi do egzorcyzmu. W pewnym przypadku szatan tak bał się egzorcyzmu, że doprowadził do samobójstwa młodego chłopaka, zanim udało mu się ze mną spotkać. Jak opowiadali później jego koledzy, którzy wieźli go do mnie, chłopak nie wysiadł normalnie z samochodu, ale coś go wydarło przez okienko w drzwiach, i od razu pobiegł do Sanu odebrać sobie życie.

– Czy można egzorcyzmować kogoś wbrew jego woli?

Nie. Egzorcyzm to nie czary, wymaga zaangażowania opętanego, konieczna jest jego chęć poprawy i powrotu do Boga. On sam musi walczyć o uwolnienie od złego ducha. Jeżeli tego nie robi, modlitwa egzorcysty nic nie pomoże. Opętanie to stopniowa degradacja, a egzorcyzm jest procesem powrotu do Boga.

– Ile egzorcyzmów ksiądz przeprowadził?

Nie wiem, bo ich nie liczę. Trochę by się tego uzbierało. Kiedyś w jednym miesiącu miałem sto dwadzieścia spotkań (wiele zakończonych egzorcyzmowaniem)

– Czy miał ksiądz jakiś widowiskowy egzorcyzm?

Wszystkie egzorcyzmy takie są… Kiedyś modliliśmy się nad chłopakiem, maturzystą. Objawy opętania wystąpiły w szkole. Młodzież natychmiast szukała księdza. Pytałem ich, jak poznali, że potrzebna jest pomoc egzorcysty, przecież mogli zadzwonić po psychologa czy psychiatrę? Chłopcy powiedzieli: „Bo ten szczupły chłopak miał taką siłę, żeśmy w czterech nie mogli mu dać rady”, a dziewczyny stwierdziły: „Bo takim wzrokiem na nas patrzył, jakby chciał nas wszystkich w klasie pozabijać”. Odbył się pierwszy egzorcyzm, podczas którego chłopak krzyczał: „Ja wam tego nie daruję!”, a po chwili ciszy spokojne powiedział: „Macie szczęście, że On tu jest i Ona!” (zły duch bardzo niechętnie wypowiada imiona Jezusa i Maryi; jego słowa znaczyły, że wspiera nas Pan Jezus i Maryja). Czego więcej potrzeba! To był najkrótszy egzorcyzm w mojej karierze, dwa razy spotkaliśmy się na modlitwie i spokój. Czy to nie jest widowiskowe?

Metody złego ducha

– W jaki sposób zły duch wpływa na ludzi?

Szatan działa na dwa sposoby: zwyczajnie kusi do złego lub działa w sposób nadzwyczajny, czyli stosuje dręczenia i opętania.

– Zły duch manifestuje, że kogoś opętał, czy też jak najdłużej się ukrywa?

Dziwne zachowanie siedmioletniej dziewczynki zaniepokoiło rodziców – podejrzewali, że została opętana, ale po modlitwie nie było objawów. Kiedy zdejmowałem stułę i odkładałem krzyż po modlitwie nad jej krewną, po której też nie było objawów opętania, nagle usłyszałem: „Bo ja się mogę ukryć”. Dla mnie była to nauka, aby nigdy nie być łatwowiernym; jak po pierwszych modlitwach działanie złego ducha się nie ujawniło, to wcale nie oznacza, że człowiek jest wolny.

Zły duch może się ukryć i chętnie to robi, ale gdy zostanie „namierzony”, wówczas nie ma interesu w ukrywaniu się. Może najwyżej udawać, że już wyszedł, co też jest niebezpieczne.

– Czy opętanym można zostać bezwiednie, bez własnej woli?

Tak, można nim stać się bez własnej winy. Może to sprawić czyjaś wina. Najmłodsze opętane dziecko, z którym miałem do czynienia, miało dwa i pół roku! Po wysłuchaniu opowieści jego rodziców i własnej obserwacji nietypowych wrzasków nie miałem wątpliwości, że chodzi o opętanie. Było ono spowodowane obciążeniami pokoleniowymi.

– Co jest celem działania złego ducha?

Kiedyś upadłe duchy odrzuciły Pana Boga i od tamtej pory prowadzą niszczycielską walkę z ludźmi. Chcą zdobyć nasze dusze na wieczność pod swoje okrutne panowanie w piekle. Robią zatem wszystko, by doprowadzić nas do zatracenia, moralnej i fizycznej degradacji.

Zły duch stara się sięgnąć do duszy – dostęp do niej wiedzie przez grzech ciężki. Natomiast bezpośrednio może opanować nasze ciało: podczas dręczenia człowiek często jest jak sparaliżowany, nie może ruszyć ręką ani nogą, nie potrafi wypowiedzieć słowa. Wolne pozostają tylko myśli. W myślach trzeba się modlić: Maryjo, ratuj! Jezu, ratuj! Po takiej modlitwie ataki i dręczenia złego ducha po jakimś czasie ustąpią.

– Można skutecznie powstrzymać negatywne działanie złego ducha?

„Zło dobrem zwyciężaj!” Jeśli grzech odrywa nas od Boga i oddaje pod panowanie złego ducha, to nasze wyzwolenie i bezpieczeństwo polega na zjednoczeniu się ze Stwórcą. Człowiek będący blisko Boga może cierpieć, ale nie będzie to cierpienie, które wywoła bunt przeciwko Stwórcy. Ludzie uwolnieni z opętania szybko pogłębiają wiarę, codziennie uczestniczą w Eucharystii i mają wewnętrzne wyczucie dobra i zła. Niekiedy świadomie i ofiarnie znoszą skutki grzechów bliskich z rodziny.

– Czy przebywanie w sekcie satanistycznej zawsze kończy się opętaniem?

Oczywiście, że tak! Wejście do sekty satanistycznej oznacza oddanie duszy szatanowi. To nie może się skończyć inaczej, jak opętaniem. Osobie, która świadomie weszła w satanizm i oddała się złemu duchowi, będzie bardzo trudno wyjść z sekty, z tego paktu.

– Gdzie udają się złe duchy po wypędzeniu ich z osób opętanych?

Oby do piekła! Ja zawsze modlę się, aby wróciły tam, skąd przyszły. Zawsze pod krzyż je odsyłam, bo wiem, że Pan Jezus wskaże, gdzie jest ich miejsce.

Jednak przypomnijmy sobie scenę z Ewangelii, kiedy złe duchy prosiły Chrystusa: „Pozwól nam wejść w świnie”, co znaczy, że one w tym miejscu pozostały. Dlaczego Jezus im na to pozwolił? Ponieważ mieszkańcy miasteczka, gdy zobaczyli, co się stało, prosili Go, aby odszedł z jego granic – bardziej chcieli być ze złymi duchami niż z Panem Jezusem. Dlatego Chrystus nie wyrzucił złych duchów do piekła, bo to było wbrew woli tamtych ludzi.

Po egzorcyzmie upadli aniołowie odchodzą do piekła, ale mogą też pozostać, aby kusić kolejnych ludzi.

Modlimy się, aby złe duchy już nikogo nie kusiły, aby Pan Bóg usunął je ze świata i wyrzucił do piekła raz na zawsze.

Opętanie

– Słyszałem, że osoby opętane przy pierwszym kontakcie są uśmiechnięte i miłe, ale później wpadają w trans i mają siłę kilku dorosłych ludzi…

Może tak być. Objawy występują przed modlitwą egzorcyzmu i po niej. Bywa, że ktoś już na powitanie mnie opluje (raz na przywitanie opętana dziewczyna nawet mnie pogryzła). Niekiedy od razu widać wściekłość. Czasami dopiero podczas egzorcyzmu manifestuje się obecność złego ducha albo po kilku modlitwach. Każdy zły duch ma swoje imię. Poznanie go, a później wypowiedzenie podczas egzorcyzmu jest dla diabła ogromnym ciosem. Dla niego opuszczenie zdobyczy jest porażką, odczuwa to jako powtórne skazanie na potępienie.

– Ile procent zgłaszających się przypadków to faktyczne opętania?

Tych mocno opętanych nie jest wielu, bo około pięć procent wszystkich zgłaszających się do mnie osób. Natomiast olbrzymia większość przypadków to dręczenia, różne problemy psychiczne, małżeńskie, rodzinne, wychowawcze, niepowodzenia życiowe, nieszczęścia – takie rozmaitości.

– Jak odróżnić opętanie od choroby psychicznej?

Najtrudniejszy przypadek mamy wtedy, gdy jednocześnie występuje opętanie i choroba psychiczna. Jeśli mamy do czynienia tylko z chorobą psychiczną, to stosunkowo łatwo ją rozpoznać. Niedawno pewna chora osoba znalazła adresy wszystkich egzorcystów w Polsce, skserowała swoje dane i wysłała do nas siedem stron maszynopisu, w którym jednoznacznie stwierdziła, że jest to jedno z największych opętań w ostatnim stuleciu; wymieniła, ilu ma w sobie nieczystych duchów i prosiła, aby ją ratować. Po kilku miesiącach napisała, że to wstyd dla polskich egzorcystów, że nikt jej nie odpowiedział. Każdy egzorcysta łatwo się zorientował, że jest to choroba psychiczna. Opętany nie wie, co się z nim dzieje.

Kiedyś zatelefonowała do mnie z drugiego końca diecezji pielęgniarka: „Proszę księdza, mam pacjenta, wydaje się, że jest opętany”. Potem poprosiła go do telefonu. Chłopak powiedział, jak ma na imię i jeszcze jedno zdanie. Po czym jak nie ryknie do słuchawki, aż mi ciarki przeszły po plecach. Od razu powiedziałem, żeby przyjechali do mnie na egzorcyzmy. Wtedy nie miałem żadnych wątpliwości co do opętania.

Czasami trudno jest rozeznać, więc trzeba zadać pytania dotyczące przeszłości, żeby dowiedzieć się, co mogło spowodować wejście w krąg działania złego ducha.

Nie przypominam sobie, aby jakiś psychiatra odesłał kogoś do egzorcysty, natomiast każdy egzorcysta odesłał wiele osób do psychiatry – kapłan egzorcysta jest specjalistą tylko od sfery duchowej i świata nadprzyrodzonego. Niestety, psychiatrzy często błędnie uważają, że posiadają całą wiedzę o człowieku. Gdy słyszą o wizjach, twierdzą, że to schizofrenia. Gdy widzą pacjenta rzucającego się z wielką siłą, diagnozują, że to tylko padaczka.

Pewna dziewczyna odczuwająca silne dręczenia, chodziła do psychologa, który zabronił jej kontaktować się ze mną. Po roku dziewczyna przyszła rozbita psychicznie i duchowo do tego stopnia, że nie chciała żyć i stwierdziła, że jest ateistką.

W przypadku dręczeń i opętań potrzeba większej współpracy między lekarzami i egzorcystami. Niektórzy chorzy psychicznie poza chorobą mają dodatkowy problem natury duchowej. Jest w nich coś jeszcze, co nie daje im spokoju – zły duch.

– Nauka nie działa na złego ducha? Medycyna przegrywa z opętaniem?

Czy jest pigułka na złego ducha? Długi kontakt ze złem musi się odbić na człowieku, dlatego niekiedy i psychikę potrzeba wzmocnić. To jest tylko podprowadzenie do egzorcyzmu. Nawet naukowiec może zostać opętany. Na złego ducha działa tylko modlitwa! Uwolnienie od zła dokonuje się tylko przy pomocy Kościoła, każdy egzorcyzm to modlitwa w imieniu Kościoła.

Medycyna przynależy do innej sfery życia. Jeśli ktoś leczy się psychiatrycznie, zawsze mu mówię, że najpierw należy dokończyć leczenie, a dopiero później przyjść do mnie na modlitwę. Nigdy egzorcysta nie może powiedzieć do chorego psychicznie, żeby nie brał leków, bo to byłaby pycha i zarozumiałość.

Walka ze złym duchem

– Wielu ludzi bagatelizuje znaczenie wróżek, treningów umysłu, zajęć, na których można nauczyć się wyzwalania energii. Dlaczego wróżby, seanse spirytystyczne, astrologia, amulety i sekty okultystyczne nam szkodzą?

Ponieważ jest to inicjacja kontaktu ze złym duchem. Skąd wróżka wie o pewnych sprawach? Przecież karty są dla każdego człowieka takie same. Ona wie, bo ma udział w tajemnej wiedzy złego ducha, a to jest odwrotność charyzmatu proroctwa w Kościele. Pan Bóg dawał i daje ludziom dar przepowiadania i poznania przyszłości, na przykład na modlitwach o uzdrowienie. Diabeł też daje poznanie przyszłości do złego udziału. Więc wróżka musi mieć potężny kontakt, umowę ze złym duchem, jeśli mówi prawdę o naszym życiu. Takie wróżki są najgroźniejsze, bo gdy któraś plecie głupoty, to tylko uczy się wróżyć. Często podczas egzorcyzmów słyszymy, jak zły duch oddane mu wróżki nazywa „moje siostrzyczki”! To też coś mówi!

Seanse spirytystyczne polegają na wywoływaniu duchów. To nie dziadek czy babcia wychodzą z czyśćca na przepustkę, bo się dzieci bawią, ale zły duch odpowiada, który zna wywoływane zmarłe osoby i intencje dzieci, bo one wcześniej o tym mówią. Taki kontakt ze złym duchem negatywnie odbije się na człowieku nawet po dziesięciu czy dwudziestu latach. Osoby dręczone czy opętane zawsze pytamy w wywiadzie przed egzorcyzmem, czy nie było w dzieciństwie takich zabaw. Niestety, dzisiaj seanse spirytystyczne to dość modna praktyka wśród studentów. Nasza przyszła elita tak się zabawia! A raz otwarta furtka jest bardzo trudna do zamknięcia.

Często w sektach okultystycznych prosi się o pomoc przewodników duchowych, których przedstawia się jako istoty opiekuńcze. W rzeczywistości jest to kontakt ze złym duchem! Adeptów pyta się: „Czy wyrzekają się przeszłości?”. Jesteśmy przyzwyczajeni, że w sakramencie pokuty wyrzekamy się grzesznej przeszłości. A im chodzi o przeszłość katolicką, aby w ten sposób została odrzucona cała nasza duchowa obrona i kontakt z Panem Bogiem. Po złożeniu takiego przyrzeczenia, bardzo trudno później wyjść z sekty. Ten, kto uczestniczy w takich praktykach, sam wystawia się na nadzwyczajne działanie Złego.

– Czy złego ducha trzeba zwalczać, czy go lekceważyć?

Nigdy nie lekceważyć! Wroga się nie lekceważy. Kto tak czyni, ten przegrywa walkę. Trzeba wiedzieć, że diabeł jest niebezpieczny. Należy z nim walczyć, ale nie samemu, tylko mocą Bożą. Do najważniejszych środków zapobiegawczych należą: życie w stanie łaski Bożej, wierność modlitwie i zamknięcie drogi złemu duchowi, czyli trzymanie się z dala od wszelkich form okultyzmu. Życie w łasce uświęcającej oznacza brak grzechów ciężkich. Jeśli jednak się przydarzą, trzeba natychmiast skorzystać z sakramentu spowiedzi. W sprawach duchowych ważne jest, aby odciąć się od korzeni zła. Jeśli zdarzy się złe słowo, natychmiast trzeba zniwelować je dobrym, wyrażając skruchę: „Jezu, ufam Tobie! Jezu, kocham Ciebie!”. Pomaga też woda święcona, olej i sól egzorcyzmowana.

– W kilku modlitewnikach spotkałem modlitwy – egzorcyzmy. Można wypowiadać egzorcyzmy nad sobą samym i innymi osobami?

Sami z siebie nie mamy nad złym duchem żadnej mocy. Możemy tylko powiedzieć: „W imię Jezusa Chrystusa idź precz ode mnie!”. Tylko rodzice mogą wypowiadać nad małymi dziećmi takie modlitwy – związek dzieci z rodzicami jest tu bardzo istotny. Nie radzę czynić tego wobec innych osób. Lepiej powiedzieć: „Panie Boże, Ty to zrób”. W niektórych modlitewnikach zatwierdzonych przez Kościół bez wcześniejszej konsultacji z księżmi egzorcystami proponuje się takie modlitwy dla wszystkich. A szkoda.

Dlaczego Bóg zezwala na zło

– Dlaczego Bóg pozwala na kuszenie człowieka i dopuszcza cierpienie?

To odwieczna pretensja do Pana Boga. A On dał wyraźne przykazanie: „nie będziesz korzystał z owoców tego drzewa”, co znaczy, że zakazał pewnych czynów. Człowiek dał się wciągnąć w bunt przeciwko Bogu.

Jeśli ktoś przez swoje złe czyny oddał siebie szatanowi, to zły duch uważa go za swoją własność. Jego potomstwo też. W magii jest specjalny rytuał, podczas którego otrzymuje się szczególną moc od złego ducha w zamian za ofiarowanie swojej duszy i potomstwa do któregoś pokolenia. Nie znaczy to, że ludzie ci są z góry przeznaczeni do piekła. W życiu takie osoby będą o wiele częściej atakowane, mając o wiele mniejsze szanse na pokonanie pokus. Pan Bóg o tym wie i przygotowuje dla tych ludzi większą łaskę. Tylko czy oni zechcą z niej skorzystać?…

Trzeba mieć poczucie odpowiedzialności, bo żyjemy nie tylko dla siebie, ale także dla innych.

– Czy złemu duchowi zostały wyznaczone granice działania i szkodzenia ludziom?

Granice złu wyznaczamy my. Gdyby nie było grzechów na ziemi, zły duch nie miałby żadnej mocy nad nami. Ile złych duchów wyzwalamy swoimi grzechami ciężkimi, by działały na ziemi?

– Dlaczego diabeł nie przebywa w piekle, gdzie jest jego miejsce, tylko w świecie, by kusić ludzi?

„Nie wyrzucaj mnie. Dłużej tu nie mogę wytrzymać” – kiedyś mówił do mnie zły duch podczas egzorcyzmów. „No to się wynoś z tej osoby w imię Jezusa” – rozkazuję mu. „Gdzie ja pójdę?”. „Idź tam, skądżeś przyszedł”. „Ale tam jest jeszcze gorzej” – odpowiada mi.

Szkodzenie człowiekowi przynosi tylko pewną ulgę złym duchom, bo nie mają z tego żadnego pożytku ani zasług. Nazywamy to diabelską złośliwością. Diabły cieszą się, kiedy człowiek się martwi i narażony jest na niebezpieczeństwo. Cieszą się też, że dokuczyły Panu Bogu, który nas kocha jak własne dzieci i tyle zainwestował w nasze zbawienie. Odczuwają satysfakcję, że znienawidzonych przez siebie ludzi gnębią, bo sami, potępieni, do Boga wrócić już nie mogą, a my możemy zająć ich miejsce w niebie. I to stanowi przedmiot ich zazdrości: szatan zazdrości człowiekowi jego pozycji, obietnicy nieba i tego, że jest kochany przez Boga.

Są takie przypuszczenia, że jeśli zły duch da się wyrzucić z człowieka i wróci do swojego miejsca w piekle, to będzie tam gnębiony jeszcze bardziej przez innych potępionych. W piekle nie ma przyjaźni i miłości pomiędzy diabłami. Sataniści mylą się, uważając, że będą przyjaciółmi szatana. W piekle nie ma przyjaciół i solidarności, tam jest tylko wzajemna nienawiść.

– Czasami ludzie pytają, czy diabeł może się nawrócić i zbawić? Czy jest on zdolny do uczynienia jakiegoś dobra?

Nie! Proszę się nie łudzić. Zły duch swoją wolną wolę już tak ustawił przeciwko Panu Bogu, że nikt tego nie zmieni. Stwórca mógłby przywrócić mu ją przy użyciu siły, ale tego nie robi. Nikt tak nie szanuje naszej wolnej woli, jak Pan Bóg.

„Głos Ojca Pio” [70/4/2011] Fronda.pl

***

Opętanie. Czym tak naprawdę jest?

Wyjaśnia ks. prof. Guzowski

Powstaje wiele publikacji omawiających fenomen opętania przez złe duchy. Jak chrześcijanie powinni mówić o opętaniach i zniewoleniach, by było to zgodne z wolą Bożą?

Opętania, pentagram
Opętania, pentagram · fot. via Pixabay.com

***

Panuje w tej kwestii wśród chrześcijan rzeczywiste zamieszanie: mówić o Szatanie czy nie? A jeśli mówić, to w jakiej formie? Philippe Madre pokazuje, że filmy i media laickie wykreowały pewną popularność Szatana, poprzez zachwalanie artystycznych sukcesów muzyków promujących satanizm oraz reklamę okultyzmu jako nowo odkrytego obszaru ludzkiego potencjału. Istnieje więc rodzaj autopromocji Szatana, do którego nie wolno nam przykładać ręki.

Boża miłość przede wszystkim

Bagatelizowanie zjawiska nie jest rozsądne, ale jako chrześcijanie mamy własny sposób mówienia o Szatanie jako szkodniku, który został zwyciężony przez Chrystusa. Parafrazując zdanie pewnego teologa amerykańskiego, możemy stwierdzić, że Szatan chce, abyśmy o nim mówili, ale na zasadach wygodnych dla niego. Wyjaśnimy to w trzech punktach. Szatan chce, abyśmy mówili o opętaniach, ale w odizolowaniu od Ewangelii, gdzie Chrystus jest ukazany jako mający absolutną władzę nad Szatanem. Po drugie, Szatan chce, abyśmy mówili o grzechu, ale w oderwaniu od prawdy o miłosierdziu Boga i przebaczeniu. Szatan się boi miłosierdzia, jak pisała św. Faustyna, które jest Bożą sprawiedliwością, dlatego chce je zastąpić sprawiedliwością ludzką, a ludzi przekonać, że nie ma przebaczenia. Po trzecie, zły duch nie ma nigdy ochoty się ujawniać. Zdemaskowanie go jest równoznaczne z jego pokonaniem, dzięki mocy Ducha Świętego, którego Chrystus przekazał Kościołowi. Więc o podstępnym jego działaniu należy mówić, ale jedynie po to, by wysławiać Bożą potęgę i przestrzegać przed naiwnym paktowaniem ze złem.

Czym jest opętanie? 

Wyróżniamy dwa sposoby działania diabelskiego: zwyczajne i nadzwyczajne. Do zwyczajnych zaliczamy pokusy i nieuzdrowione rany serca, a do nadzwyczajnych opętania, zniewolenia, dręczenia, obsesje diabelskie, negatywne uzależnienia duchowe. Istnieje tendencja sprowadzania nadzwyczajnego działania diabelskiego do opętań, ale ilościowo one są najrzadsze w stosunku do innych form oddziaływania złego ducha na ludzi, chociaż są najbardziej uciążliwe. Znany egzorcysta G. Amorth tak opisuje zjawisko opętania: „Jest to nadzwyczaj wielkie utrapienie i ma ono miejsce wówczas, gdy zły duch opanuje ciało (nie duszę) człowieka, każąc mu coś czynić lub mówić tak, jak on chce. Ofiara nie może się temu przeciwstawić, a więc nie jest odpowiedzialna moralnie”. W stanie opętania demon wykorzystuje ludzki mózg, aby sterować ciałem opętanego, zmuszając go do mówienia i robienia rzeczy, za które ta osoba nie jest odpowiedzialna. W opętaniu działanie szatańskie nie jest ciągłe, dlatego przeplatają się okresy kryzysów i odpoczynku. Charakterystyczne jest otępienie czasowe intelektualne, uczuciowe, a także blokada woli. Pojawiają się także umiejętności, których dana osoba nie miała: posługiwanie się nieznanymi dla tej osoby językami, nadludzka siła, znajomość myśli innych osób, typowa niechęć do świętości, której często towarzyszy bluźnierstwo.

Opętanie jest zwykle zawinione, chociaż zdarzają się przypadki opętania niezawinione, których przyczyny zazwyczaj trudno rozpoznać. Na opętanie naraża się każdy, kto praktykuje najróżniejsze formy magii, satanizmu, astrologii, spirytyzmu, wróżbiarstwa lub czarów, przez które dąży do pozyskania tajemnych sił, by się nimi posługiwać i osiągać nadnaturalną siłę. Najczęściej to „tajemne siły” duchowe zaczynają w pewnej chwili władać ludźmi. Dziś słuchanie muzyki satanistycznej jest częstym powodem opętania. Żadne opętanie nie niweluje woli człowieka, z wyjątkiem momentów kryzysu. Niezmiernie istotne jest właściwe rozeznanie, czy rzeczywiście zachodzi w danym przypadku opętanie wymagające egzorcyzmu, czy też występuje lżejsze zniewolenie, które wymaga samej tylko modlitwy o uwolnienie, którą — z kolei — może odmówić każdy kapłan lub diakon na mocy święceń. Przy dręczeniach, każdy może odmówić modlitwę we własnej intencji, jak to podaje Nowy Rytuał Egzorcyzmów. Doświadczony egzorcysta z reguły potrafi odróżnić zniewolenie od choroby psychicznej lub urojonego opętania, czasem po zasięgnięciu opinii zaufanego psychiatry. Oto kilka objawów opętania, które według ks. G. Amortha upoważniają do podjęcia egzorcyzmów: lekarze nie są w stanie postawić diagnozy, a lekarstwa nie skutkują; u osoby poszukującej pomocy u egzorcysty pojawia się niemożność modlitwy i chodzenia do kościoła, chociaż była praktykująca; osoba ta również okazuje wściekłość na widok świętych obrazków i niechęć do wszystkiego co święte; pojawiają się napady złości i gwałtowności, co jest niezgodne z jej dotychczasowym charakterem; osoba taka po obraźliwym zachowaniu zazwyczaj nie pamięta tego, czego się dopuściła. 

Jako czynnik pozwalający dokładnie odróżnić opętanie od choroby psychicznej jest to, że „człowiek chory na fobię religijną, co zwykle jest elementem jakiejś poważnej choroby psychicznej, będzie reagował na zwykłą wodę, jeśli tylko zasugeruje się mu, że chodzi o wodę święconą” (D. Sikorski). Z kolei człowiek opętany będzie reagował tylko na wodę święconą, nawet jeśli się to przed nim ukryje, sugerując, iż chodzi o zwykłą wodę.

Zniewolenia, dręczenia, obsesje 

Lżejszą formą wpływu złego ducha na człowieka są zniewolenia i dręczenia. Podobnie jak w przypadku opętań, zniewolenia występują o różnym natężeniu i w różnych formach. „Zniewolenie jest stanem powstałym w wyniku nawiedzenia przez złego ducha konkretnej sfery psychiki danej osoby” (M. Scanlan). Trzeba odróżnić zniewolenie od dręczeń, gdy osoba jest dręczona z zewnątrz. Dręczenie powoduje ociężałość, wyczerpanie i zniechęcenie. Pojawia się w sytuacji, gdy dana osoba wejdzie w bliższy kontakt z magią lub czarami, albo może być zaatakowana przez demony po tym, jak wzięła udział w egzorcyzmach. Zwykle jeden rozkaz w imię Jezusa sprawia, że dana osoba od razu doświadcza poprawy, której towarzyszy nieznane dotąd uczucie pokoju i radości. Trzeba podkreślić, iż różnica pomiędzy dręczeniem a zniewoleniem polega na tym, że duch dręczący danego człowieka znajduje się poza nim samym, natomiast w przypadku zniewolenia duch gnieździ się w człowieku. Zniewolenie jest lżejsze od opętania, gdyż w opętaniu demon opanowuje również ludzką świadomość i w trakcie napadów człowiek nie jest świadomy, co czyni, natomiast w zniewoleniu człowiek pozostaje świadomy.

Bywają też obsesje myślowe, które najczęściej dotyczą rzeczy i spraw świętych. Mamy do czynienia z nimi wówczas, gdy osobie towarzyszy dręczące przekonanie, że zostanie potępiona,  albo że jest nic niewarta w oczach Bożych, dlatego że grzeszy i nie jest w stanie się z grzechu wyzwolić.  Uwolnienie z obsesji myślowych pojawia się często w momencie sakramentalnej spowiedzi, gdy z pomocą spowiednika penitent otworzy się na miłość Boga i w nią uwierzy. Niejednokrotnie obsesje mogą towarzyszyć zniewoleniu. Diabeł nie chce, by człowiek wierzył w miłosierdzie Boże i trzyma człowieka w rozpaczy. Z tego względu uzdrowienie człowieka z obsesji lub zniewoleń dokonuje się bardzo często podczas grupowej modlitwy wstawienniczej, która jest normalną modlitwą wsparcia (dlatego nie należy jej mylić z egzorcyzmem ani modlitwą o uwolnienie), gdy dana osoba doświadcza miłości, a nie odrzucenia — ze strony ludzi modlących się za nią oraz ze strony Boga. Dziś nikt nie powinien poczuć się odrzuconym przez Kościół jako wspólnotę, chociaż mało jest jeszcze grup pomocowych, które niosłyby również pomoc duchową, łącząc terapię z kierownictwem duchowym. W każdym nałogu osoby są narażone na nękania demoniczne, a zwłaszcza alkoholicy, wytwarzający sobie negatywny obraz otoczenia, które chcąc im pomóc, uderza w czuły punkt ich uzależnienia alkoholowego, podczas gdy oni zwykle widzą przyczynę problemu poza nimi. Również osoby o pewnych zaburzeniach w sferze seksualnej, nie mając pomocy ze strony środowiska, postanawiają same sobie pomóc, co tylko pogarsza ich stan. Złe duchy wkraczają w sferę ludzkich słabości, gdy nie ma szczerego przyznania się do nich przed Panem, albo uznania własnej bezradności.

Serce wolne od przywiązań 

Ktoś może się zdziwić, że złe duchy mogą mieć aż tak dużą władzę nad ludzkim życiem. Należy pamiętać, że są to byty duchowe inteligentne, które mają zdolność wpływania na nasze myśli, a także kuszenia nas. Dlatego w naszym życiu duchowym konieczna jest współpraca z Duchem Świętym poprzez codzienną modlitwę, rozpalanie swej miłości do Boga oraz ascezę, czyli panowanie nad głosami ciała, egoizmem i zwyczajnymi zachciankami. Drobne wyrzeczenia i nieprzywiązywanie się do dóbr materialnych kształtują i wzmacniają wolną wolę do podejmowania dóbr trwałych. Eucharystia, a także jałmużna, post i modlitwa są środkami, które możemy podjąć dla pomocy osobom dręczonym lub zniewolonym. Zawsze jednak trzeba pamiętać, że będąc w stanie łaski, czyli przyjaźni z Bogiem, jesteśmy chronieni przed złymi zamiarami Szatana. W czasie pokus lub dręczeń nigdy nie jesteśmy sami i w modlitwie możemy się powierzać Duchowi Świętemu. By jednak być pewnym, że z naszej strony uczyniliśmy wszystko, aby nie być narażonymi na dręczenia i pokusy szatańskie, trzeba odrzucić wszelkie formy bałwochwalstwa. Polega ono na ubóstwianiu tego, co nie jest Bogiem. Wówczas miejsce najwyższej czci przysługującej Bogu zajmuje inny człowiek, władza, przyjemność, pieniądze, nałóg, itp. (por. KKK 2113). Dogłębne nawrócenie polega na uwolnieniu serca od nieuporządkowanych przywiązań, a wówczas z życia znika większość pokus, którymi zwykł nas kusić przeciwnik Boga. 

ks. Krzysztof Guzowski, teolog dogmatyk, profesor nadzwyczajny KUL, twórca Katedry Personalizmu Chrześcijańskiego, założyciel Apostolatu Ducha Świętego.

Fronda.pl – źródło: Przewodnik Katolicki 26/2015

***

Alicja Lenczewska, mistyczka naszych czasów. Plan dnia konsultowała z Panem Jezusem

To niezwykła, poruszająca biografia Alicji Lenczewskiej szczecińskiej nauczycielki i mistyczki naszych czasów, której duchowe doświadczenia wciąż inspirują tysiące osób w Polsce i za granicą.

 Fragment książki “Alicja Lenczewska. Mistyczka naszych czasów”

Książka Ewy Czaczkowskiej to coś więcej niż klasyczna opowieść o życiu to wnikliwa, rzetelnie udokumentowana i jednocześnie głęboko duchowa historia kobiety, która pozwoliła Bogu prowadzić się daleko w głąb serca.

Fragment książki Alicja Lenczewska. Mistyczka naszych czasów

Dopiero kilka miesięcy później, 1 marca 1987 roku, Alicja miała odwagę ująć słowami, czym jest zjednoczenie z Bogiem, którego doświadczała: […] podczas Twej bliskości ciało jakby zatracało swą spoistość staje się całkiem przenikliwe, jakby – rozrzedzone coraz bardziej. Prawie znikające w Tobie. Moja dusza jest zanurzona w Tobie i wypełniona Twoją czułością, tak bardzo delikatną, subtelną i jednocześnie potężną, zawierająca moc, przed którą drży wszechświat. Cisza, powolność przenikania i moc. Czuję się jak ziarnko piasku, które zagarnęła fala oceanu. I niesie w swą głębię, nieznaną, nieskończoną. Jest jasność, ciepło, łagodność. Taki ogromny spokój, nie ma odczucia czasu ani materii. Jest nieskończona przestrzeń, od której nie jestem oddzielona mimo mojej maleńkości. I teraźniejszość, która jest wiecznością.

Na koniec notatki zauważyła przytomnie: „A jednak czas się przesunął – jest 12:25”118. To zjednoczenie trwało ponad godzinę, od godziny 11:15. Alicja Lenczewska została obdarzona wieloma mistycznymi darami. Najwyższym darem było doświadczenie miłości oblubieńczej – zjednoczenie duszy z Bogiem. Równie niezwykłym, subtelnym darem był znak obecności Pana w postaci dotyku dłoni Alicji, o czym pisała wielokrotne, choć nader dyskretnie. Potwierdzam podczas każdej twej modlitwy Moją obecność przy tobie. Dotykam twoich dłoni i Moja moc przez nie płynie – mówił Jezus. – […] Każdego ranka daję ci potwierdzenie tego, co słyszysz poprzez Słowa z Pisma, każdego wieczora w dotyku twych dłoni.119

Alicja przeżywała również ekstazy. Nie opisywała tego stanu własnymi słowami – w czym przejawiała się jej dyskrecja – ale dopytywała o niego Pana: „Czym jest ekstaza?”, a Jezus odpowiedział: „Radością we Mnie”120. W 1987 roku Alicja Lenczewska otrzymała niewidzialne stygmaty, czyli zaczęła odczuwać ból w miejscach ran ukrzyżowania Chrystusa. Rok później otrzymała stygmat korony cierniowej: Dziś otrzymałaś z ręki Mojej koronę cierniową – włóż ją na swoją głowę – wszak Moją małżonką będziesz. Niech odciśnie się na twojej głowie i na twym sercu ten znak męczeństwa dla Królestwa Mego. Niech spełnia się twoje powołanie ukrzyżowania w miłości121 – oznajmił jej Jezus.

A nieco później wytłumaczył: Godząc się na przyjęcie Moich Ran, trzeba zgodzić się na przyjęcie tego, co zawierała Moja Godzina i całe Moje życie człowiecze.122 Alicja Lenczewska miała wiele tak zwanych widzeń ocznych, czyli doświadczanych zmysłem wzroku.123 Na przykład 25 kwietnia 1990 roku podczas Mszy Świętej, po konsekracji, ujrzała, jak po zewnętrznej ściance kielicha spłynęła łza. Wszystko na stole ołtarza było żywe, jakby poruszające się i emanujące na zewnątrz drżeniem świateł. Odczułam Słowa: Na Ołtarzu Eucharystycznym podczas Ofiary skupia się energia – moc stwarzająca i podtrzymująca życie milionów istot. Ukryta przed okiem ludzkim Moja Święta Moc. Ukryta, aby dać możliwość zasługi wiary i ufności.124

W listopadzie 1994 roku Alicja ujrzała postać Jezusa na krzyżu – „ogromny krzyż nad całym światem i na nim rozpięte Jego żywe Ciało”. To był obraz nieustannego umierania Jezusa za świat.125 Lenczewska otrzymała także dar poznawania rzeczy duchowych w sposób mistyczny, niedostępny rozumem, oraz opisywania ich językiem zmysłów, czego przykładów wiele daje jej dziennik. Poznała na przykład w sposób nadprzyrodzony, czyli w chwilach kontemplacji wlanej, że wszystko, co Bóg dopuszcza w życiu człowieka, odczuwa przede wszystkim sam Jezus, który jest w każdym człowieku, a zwłaszcza ochrzczonym. „Szczególnie cierpienia duchowe, jakie dane są ku nawróceniu, są cierpieniem Pana Jezusa”126.

Ciekawie brzmi opis głębi duszy, którą poznała i w którą schodziła. Po raz pierwszy zeszła w głąb duszy 5 września 1994 roku, kiedy zanurzyła się „w ogromną przestrzeń ciszy, łagodności, ukojenia płynących od Pana, którym wszystko było przeniknięte i było zatrzymane w Nim. Czas nie istniał. Było tylko «teraz» i «jest»”127. Innym razem tak opisywała to doświadczenie: Jest to przestrzeń poza materią i czasem – jest to Bóg Nieskończony w duszy ludzkiej. W Nim – ukazanym mi jako nieskończona przestrzeń – znajduje się wszystko, co jest, co istniało w czasie od początku jego zaistnienia i co zaistnieje w czasie przyszłym i nadchodzącym: cały wszechświat materialny i duchowy w swej teraźniejszości i przepływie. Jak atomy w materii tak tam jesteśmy od początku naszego istnienia po jego nieskończoność. Będąc w tej wewnętrznej głębi duszy, wszystko „widzi się” i poznaje w prawdzie i jakby z zewnątrz: siebie, innych, sytuacje minione lub przyszłe, na tyle, na ile jesteśmy czyści i zagłębieni w tej wewnętrznej przestrzeni Boga we własnej duszy i na ile On nam chce to ukazać.128

Alicja Lenczewska była obdarzona także innymi łaskami. Rozmawiała nie tylko z Jezusem, ale również z Bogiem Ojcem, Duchem Świętym, a także z Matką Bożą, aniołami i świętymi, również z duszami czyśćcowymi. Modliła się w językach i miała dar modlitwy łez.129 O darze prorokowania Lenczewskiej, czyli wyrażania natchnionych treści w języku, stylu i kodzie kulturowym proroka, świadczy jej cały dwutomowy dziennik duchowy, a także słowa przeznaczone dla członków Apostolstwa Czystej Miłości.

– Wierzę, że to są słowa Jezusa – wyznała Janina Klimek z Rodziny Serca Miłości Ukrzyżowanej, która dopiero po śmierci Alicji dowiedziała się, że ona otrzymywała te słowa. – One mnie budują. Są drogowskazem, radą, pomocą w życiu codziennym. Natomiast Ewa Hurko, sąsiadka Lenczewskiej, z lekkim zawstydzeniem przyznała, że dziennika Alicji czytać nie może. Oba tomy dziennika stoją w pokoju na półce, czasem nawet do nich zagląda. Ale czytać nie może. Dlaczego? – Ja rozpoznaję w nich styl, sposób mówienia Alicji – przyznała.

A to z jakiegoś powodu jej przeszkadzało. Na szczęście spowiednik uspokoił Ewę Hurko, tłumacząc, że nie musi czuć się winną, że nie ma obowiązku czytania. W objawienia prywatne uznane przez Kościół, jak wiadomo, nie ma obowiązku wierzenia. Poza tym nie jest niczym nowym – a przeciwnie: dobrze znanym z Ewangelii – że prorokom najtrudniej jest wśród swoich. „Słowa zawsze bardzo przerastają tego, przez kogo Pan mówi, a ludzie, obserwując człowieka i porównując, mogliby wątpić w prawdziwość słów”130 – pisała Lenczewska w listopadzie 1989 roku do siostry Teresy Łozowskiej. Ponadto jej dziennik był, jak to ujęła, „zanieczyszczony” jej emocjami, zwierzeniami na temat doznanej bliskości czy łask otrzymanych od Pana. „Jest to dla mnie krępujące, a nawet wstydliwe i trudno mi o tym rozmawiać”131. Z tego powodu prosiła nawet kilkoro bliskich jej osób, do których wysyłała fragmenty dziennika do ewentualnego wykorzystania w duszpasterstwie, aby zachowali jej anonimowość (prosiła o to między innymi księdza Mieczysława Piątkowskiego, brata Sławomira, siostrę Teresę Łozowską, do pewnego czasu także księdza Waltera Rachwalika).

Alicja Lenczewska pisała swój dziennik piękną współczesną polszczyzną. Miała też ładny charakter pisma. Notowała dużo, relacjonowała całe dialogi z Jezusem, bo takie było Jego życzenie, choć nie pisała o wszystkim, bo też sam Pan mówił, że pewne sprawy powinny zostać ich tajemnicą. Z tego powodu, jak można przypuszczać, w jej zapiskach tak mało jest wzmianek o wydarzeniach z jej codzienności. Plan dnia konsultowała z Jezusem (!), ale w dzienniku właściwie go nie ma. Tę warstwę pomijała w zapiskach. W opisywaniu zaś stanów zjednoczenia duszy z Bogiem czy ekstaz Alicja zachowywała powściągliwość, utrzymywała pewien dystans. Bo Alicja, jak mówili świadkowie jej życia, z natury nie była wylewna, a nawet bywała oschła, wycofana, zdystansowana. Choć z czasem to się zmieniało.

– Ona bała się, aby w jej słowach nie było czegoś nieczystego, czegoś od niej – mówiła siostra Teresa Łozowska. Dzięki cechom charakteru, świadomości własnej niegodności, obawom, by w tekście nie znalazło się nic, co byłoby jej myślą, a nie Prawdą, zapisane przez nią miłosne dialogi z Jezusem ujmowała w formę tak bezpretensjonalną, nieegzaltowaną, subtelną. Rozmowy te są pełne Ducha, który daje pewność, od Kogo pochodzi.

4 marca 1987 roku, w środę, o godzinie 22:10, Alicja zapisała: – Cały dzień jest oczekiwaniem na wieczorne spotkanie z Tobą. A wszystkie dni: tęsknotą, pragnieniem i nadzieją. Cóż mi powiesz? – Przytul się. Przecież nie trzeba słów. – Nie pobrudzę Cię? – Nie jesteś brudna. A gdyby nawet, oczyściłbym cię.132

Takich dialogów pełnych najczulszej miłości oblubieńczej w dziennikach Lenczewskiej jest wiele. Jak opisać czułość Twojej miłości, gdy po Komunii pochyliłeś się nade mną, by uklęknąć przy mnie i otulałeś mnie Sobą. Że była Twoja świętość, Twoja troskliwość i Twoja delikatność tak wielka – dotykająca i przenikająca we mnie wszystko. Że był moment takiego nasilenia Twojej miłości, że gdyby trwał sekundę dłużej, musiałabym umrzeć, bo ludzkie serce nie może przyjąć więcej […]. Jak to jest, że ja jestem Twoim dzieckiem, Twoją oblubienicą z moim grubiaństwem, prymitywnością, niewdzięcznością…? Jak to jest, że chcesz w ogóle spojrzeć na mnie, tym spojrzeniem Miłości, pod którym można tylko płakać nad sobą?133

Tygodnik Niedziela

***