***
sobota 28 luty
Przekazywać nadzieję – ostatnie rozważanie bp. Vardena podczas papieskich rekolekcji

Vatican Media
***
Chrystus jest światłością narodów, Lumen Gentium. Tylko On może odnowić oblicze ziemi. W Nim pokładamy naszą ufność, a nie w przemijających strategiach. Nadzieja, którą nam powierza, nie jest nadzieją na ostatecznie zmodernizowaną, zdigitalizowaną, oczyszczoną Dolinę Łez. Nasza nadzieja jest w nowym niebie, nowej ziemi, w zmartwychwstaniu umarłych – mówił bp Erik Vardne w ostatnim rozważaniu rekolekcji dla Papieża i Kurii. Poniżej zamieszczamy tłumaczenie robocze tego rozważania.
11 października 1962 r. papież św. Jan XXIII uroczyście otworzył Sobór Watykański II. Powiedział, że „największą troską” Soboru będzie „skuteczniejsza ochrona i nauczanie świętego depozytu doktryny chrześcijańskiej. Doktryna ta obejmuje całą istotę człowieka, składającą się z ciała i duszy. Nakazuje nam, pielgrzymom na tej ziemi, dążyć do naszego niebiańskiego domu”.
Niecały tydzień po przemówieniu papieża wybuchł kryzys kubański. Wydawało się, że człowiek zamierza zniszczyć swoją ziemską egzystencję, nie myśląc o eschatologicznym celu. Z ranami II wojny światowej wciąż świeżymi, nasz gatunek tworzył nowe, przerażające perspektywy samozniszczenia.
Klimat niepewności otaczał Sobór; jednocześnie okres ten był pełen gorących nadziei na nowe społeczeństwo oparte na prawach człowieka, sprawiedliwym handlu i postępie technicznym. Sobór chciał odpowiedzieć na nurtujące tamte czasy „niepokojące pytania dotyczące aktualnych trendów na świecie, miejsca i roli człowieka we wszechświecie, sensu ludzkich […] dążeń, ostatecznego przeznaczenia rzeczywistości i ludzkości”. Nie tylko poruszył te kwestie. Wskazał również drogę do ich rozwiązania, ogłaszając, że Chrystus, ukrzyżowany i zmartwychwstały, jest wcieleniem przyszłości rodzaju ludzkiego. Sobór postawił Kościołowi zadanie głoszenia Chrystusa w taki sposób, aby jawił się On jasno i przekonująco jako odpowiedź na najpilniejsze problemy współczesności, nie naruszając ani na chwilę świętego depozytu doktryny.
Możemy zadać sobie pytanie, czy w ciągu sześćdziesięciu lat, które minęły od zakończenia Soboru, zawsze i wszędzie zachowano wiarę w moc i skuteczność tego depozytu. Każde pokolenie chrześcijan jest zobowiązane do rozważenia siebie w świetle kontrastu, jaki Paweł przedstawia w Liście do Efezjan między miarą pełni Chrystusa objawiającą się w jedności wiary i wiedzy, w dojrzałej męskości, a dziecinnym stanem bycia miotanym tu i tam, porywanym przez wiatry doktryny, pociąganym to przez przebiegłość, to przez podstępne sztuczki, to przez łatwy optymizm.
Chrystus wzywa nas do przekazywania światu nadziei. Posiadanie chrześcijańskiej nadziei niekoniecznie oznacza bycie optymistą. Chrześcijanin wyrzeka się pobożnych życzeń, decydując się na rzeczywistość. Demagodzy obiecują, że sytuacja się poprawi. Twierdzą, że posiadają demiurgiczną moc zmieniania społeczności w ciągu jednej kadencji wyborczej, odwracając uwagę mas od odczuwanych rozczarowań rozdawaniem chleba, biletów do cyrku i zniesławianiem przeciwników. Jakże inne są słowa Chrystusa. Mówi nam: „Zawsze będziecie mieli ubogich”. Potwierdza, że naród będzie powstawał przeciwko narodowi. Nadejdą prześladowania. Wrogami człowieka będą członkowie jego własnej rodziny. W tych stwierdzeniach nie ma słabej rezygnacji. Pan zobowiązuje nas, swoich uczniów, do nieustannej pracy na rzecz nowego, zdrowego człowieczeństwa, ukształtowanego przez miłość i sprawiedliwość. Mówi nam, abyśmy „leczyli chorych, wskrzeszali umarłych, oczyszczali trędowatych, wypędzali demony”. Mamy realizować błogosławieństwa, ujawniając ukrytą w nich chwałę. Ale kiedy to robimy, przypomina nam się: „Beze Mnie nic nie możecie uczynić”.
Chrystus jest światłością narodów, Lumen Gentium. Tylko On, wypełniając wolę Ojca, działając w Duchu, może odnowić oblicze ziemi. W Nim pokładamy naszą ufność, a nie w przemijających strategiach.
On może działać poprzez nas, jeśli zgodzimy się być cierpliwi. Wielki Post pokazuje nam, że Bóg, cierpiący z powodu swojej filantropii, jest najbardziej aktywny w swojej Męce. Nadzieja, którą nam powierza, nie jest nadzieją na ostatecznie zmodernizowaną, zdigitalizowaną, oczyszczoną Dolinę Łez. Nasza nadzieja jest w nowym niebie, nowej ziemi, w zmartwychwstaniu umarłych.
Czas, w którym żyjemy, pragnie usłyszeć głoszenie tej nadziei. Rozważaliśmy niektóre znaki, które nas otaczają: nową świadomość religijną wśród młodych ludzi; powrót kategorii prawdy do dyskursu publicznego; poszukiwanie korzeni. Globalne instytucje i sojusze ulegają rozpadowi. Jesteśmy narażeni na zagrożenia strategiczne, ekologiczne i ideologiczne. Naturalne jest, że ludzie rozsądni i dobrej woli pytają, co w obliczu takiej niepewności ma szansę przetrwać. Zmęczeni budowaniem swojego życia na piasku, szukają solidnej skały. Tymczasem ich serca są niespokojne. Ojcowie Soboru Watykańskiego II potwierdzili w Gaudium et spes, że najlepsze aspiracje i najciemniejsze obawy współczesności muszą znaleźć echo w sercach chrześcijan. Dla chrześcijanina nie jest bowiem obce nic, co jest „prawdziwie ludzkie”.
Pozwólcie mi podzielić się jednym z takich ech, które rezonują we mnie.
Rok temu, 8 lutego 2025 r., amerykańska piosenkarka Gracie Abrams dała koncert w Madrycie. Jest młodą kobietą, która ma wszystko, czego można zapragnąć. Jest piękna, zamożna, odnosi sukcesy. W Madrycie miała na sobie białą jedwabną suknię. Mogłaby to być suknia ślubna, strój radości, gdyby nie długie czarne wstążki na ramionach, zwiastujące smutek, który stał się sednem jej przesłania, gdy zaczęła śpiewać.
W jej tekstach wyczuwa się przeszywający smutek, który graniczy z rozpaczą, a może nawet ją osiąga. Abrams urodziła się w 1999 roku. Jej piosenka Camden zaczyna się od wersu: „Nigdy tego nie powiedziałam, ale wiem, że nie potrafię wyobrazić sobie niczego po 25 roku życia”. Piosenka przywołuje potrzebę ukrywania smutku, „zakopania bagażu, aż zniknie z pola widzenia”, podczas gdy na zewnątrz zachowuje się normalnie, nazywając to „w porządku” i mając nadzieję, że ktoś „zauważy, jak się staram”. Refren brzmi jak mantra: „Cała ja, rana do zamknięcia, ale zostawiam wszystko otwarte”.
Występ Abrams w Madrycie z utworem „Camden” został sfilmowany i opublikowany na YouTube przez fana, który napisał: „Szaleństwo. Brak słów. Płakałem. Umarłem. Martwy”. Tysiące osób uczestniczyło w tym koncercie. Wszyscy śpiewali razem, znając na pamięć zawiły tekst, który stał się ich własnym. Nastoletni Weltschmerz nie jest niczym nowym. Każde pokolenie znajduje swój sposób, aby go wyrazić. Istnieje jednak coś wyjątkowego w lamentach naszych czasów. Nie możemy ich odrzucić jako fetyszyzacji rozpaczy. Słuchając i oglądając śpiew Gracie Abrams, nie ma wątpliwości co do głębi doświadczenia, z którego wynika jej krzyk. To niesamowite słyszeć, jak ta melodia, pełna melancholii, jest powtarzana przez tłum młodych ludzi: „Chciałam tylko, żebyś wiedział, że nigdy nie byłam dobra w radzeniu sobie. […] Naprawdę mam nadzieję, że to przetrwam”. Czy „nadzieja” jest odpowiednim terminem w tych okolicznościach? Właściwie wątpię. W tekście piosenki wyróżnia się raczej beznadziejność w obliczu nieustannego zagrożenia.
Fani Gracie Abram to głównie dziewczyny. Stereotyp sugeruje, że chłopcy są inni, pociąga ich ponure uznanie trudów życia, które zamierzają znosić z brodatą, męską wytrwałością. Każdy, kto wychodzi i rozmawia z młodymi ludźmi lub spędza czas w konfesjonale, wie, że granice są mniej wyraźne. Świadomość bycia zranionym przenika nasze czasy jak dymna mgła.
Jakże uderzające jest przeżywanie Wielkiego Postu w takim kontekście, skupianie wzroku na zranionym, rozdartym ciele i potwierdzanie, że właśnie tutaj znajduje się nadzieja. Przez wieki Kościół ostrożnie podchodził do pokazywania ran męki Chrystusa. Był zajęty formułowaniem słowami paradoksu, który stanowi sedno chrześcijańskiej propozycji: że w Chrystusie boskość i człowieczeństwo są integralnie obecne, że ten człowiek „zrodzony z Dziewicy Maryi” jest jednocześnie „Bogiem z Boga, Światłością ze Światłości”. Dopiero gdy Sobór Chalcedoński dopracował ramy koncepcyjne niezbędne do zachowania tej równowagi, duch chrześcijański mógł swobodnie wyobrażać sobie, nie tylko słowami, ale także w sztuce, graficznie, dobrowolnie przyjęte upokorzenie Boga, który stał się człowiekiem. Krucyfiks stał się najwyższym symbolem chrześcijaństwa. Zajął centralne miejsce w praktykach kultowych, przynajmniej na Zachodzie, gdzie wizerunki zranionego Boga stały się centralnym punktem kościołów i innych budowli, stopniowo kształtując świadomość społeczną.
Przypominając chrześcijanom w Koryncie o swoim przybyciu do nich, Paweł napisał: „Nie przyszedłem do was głosić tajemnicy Boga w górnolotnych słowach lub mądrości. Postanowiłem bowiem nie znać wśród was niczego innego, jak tylko Jezusa Chrystusa, i to ukrzyżowanego”. Kategoryczna centralność zbawczej męki Jezusa przenikała doktrynę tego niezrównanego kaznodziei pojednania, miłosierdzia, łaskawej przemiany, radości i życia wiecznego. Potrzeba odwagi, aby podążać za jego przykładem w kulturze, która kusi nas do promowania szczęśliwszej Ewangelii, przewidywalnej w kategoriach ustalonych procesów i określonych rezultatów. Wokół nas, przyćmione krzyżem nawy starych katedr są przekazywane na potrzeby minigolfa. Sanktuaria są wykorzystywane do świeckich skeczów, mających na celu desperackie pokazanie ich „znaczenia”. Tymczasem rzut kamieniem stąd, na świeckiej arenie, młodzi ludzie smutno kołyszą się, śpiewając cicho, że życie jest otwartą raną i że nie ma balsamu w Gileadzie.
Dwie sprzeczne tendencje charakteryzują współczesne wysiłki zmierzające do radzenia sobie z ranami. Z jednej strony ludzie chętnie pokazują nabyte, odziedziczone lub wyimaginowane rany jako znaki tożsamości. Mogą mieć ku temu dobre powody, oparte na dążeniu do sprawiedliwości. Jednak, jak wyjaśnił Bernard, tracimy motywację, jeśli nasze poczucie tożsamości opieramy na przywiązaniu do rany. Ryzykujemy pogrążenie się w gniewie, namiętności, która zastępuje dążenie do uzdrowienia afirmacją własnej nieomylności. Gniew i jego odbicie, gorycz, mogą uwięzić nas w przewrotnej, samozadowolonej rozpaczy.
Z drugiej strony podejmowane są wysiłki, aby zatuszować rany. Słyszymy sugestie, że rany nie powinny istnieć, a jeśli już istnieją, chore kończyny należy amputować. W społeczeństwach, które stały się transakcyjne, nie ma miejsca na nieproduktywne lub nieatrakcyjne elementy. Są postrzegane jako dziwaczne zjawiska, traktowane z surowością. Postawa ta jest widoczna w trwających kontrowersjach dotyczących aborcji i eutanazji, a także w powracających rozmowach na temat eugeniki. Widać ją w dystopijnych marzeniach o uwolnieniu społeczeństw od niepożądanych osób, które niektórzy politycy zamknęliby w rezerwatach lub zrzucili z klifu.
Można interpretować ten rozwój na różne sposoby. Trudno zaprzeczyć, że ma to coś wspólnego z zanikiem w świadomości społecznej postaci Ukrzyżowanego, Zranionego, ale Niepokonanego. Cywilizacja, która na pewnym poziomie poszukuje swojej miary w obrazie potwierdzającym znaczenie cierpliwości i odkupieńczego cierpienia, ulega zmianie. Może nauczyć się empatii, która nie jest spontaniczna dla upadłej ludzkości.
Cześć dla ran Chrystusa przez wieki definiowała wrażliwość chrześcijańską. Znajdowała ona wyraz w kulcie relikwii Męki Pańskiej, w Drodze Krzyżowej, w wierszach i obrazach, w utworach muzycznych od renesansowych lamentacji, przez pasje Bacha, po XIX-wieczną hymnografię. Wyrażała się w kulcie Najświętszego Serca, który rozprzestrzenił się na całym świecie w następstwie rewolucyjnej zawieruchy. U jej podstaw leżał szacunek dla ogromnej tajemnicy cierpienia, stanowiącej istotny element ludzkiej kondycji, jaką znamy. Krzyż pozwala nam zaakceptować rzeczywistość, potwierdzając jednocześnie, że rany nie są ostateczne, że mogą się zagoić i stać się źródłem uzdrowienia.
Zakorzenienie się w tej tajemnicy wiary oznacza konstruktywny bunt przeciwko kilku błędnym przekonaniom: przeciwko błędnemu przekonaniu politycznemu, że społeczeństwo i państwo powinny być zarządzane w oparciu o model ewolucyjny, mając na uwadze doskonałość człowieka; przeciwko błędnemu przekonaniu antropologicznemu, że normatywny standard „zdrowia” służy do rozróżnienia między życiem „wartym życia” a życiem „nie wartym życia”; przeciwko błędowi kulturowemu, który przypisuje ranom fatalną, deterministyczną moc; oraz przeciwko błędowi psychologicznemu, który poddaje się beznadziejności, zahipnotyzowany głosem, który szepcze nam do ucha w środku nocy, odnosząc się do naszych najbardziej intymnych ran: „Zawsze tak będzie”.
Męka Chrystusa pozwala nam lamentować bez gniewu. Otwiera nas na współczucie, które jest kategorią epistemologiczną zdolną przygotować nas do łaskawego wglądu, takiego jak wgląd Hioba: „Słyszałem o Tobie słuchając uszami, teraz moje oczy Cię widzą”. Możemy wołać do Ukrzyżowanego i Zmartwychwstałego: „Panie mój i Boże mój!”. Ewangelia stwierdza, że rany Chrystusa po Jego zmartwychwstaniu nie zniknęły, ale stały się chwalebne. Rany świata również mogą stać się chwalebne, gdy zostaną oblane olejem i winem Chrystusa.
Krzyż jest dla wierzących jednocześnie symbolem i pamiątką wydarzenia. Symbol męki Chrystusa nie jest czymś, co sami tworzymy. Został nam dany. To on interpretuje nas, a nie my jego. Warto to podkreślić, gdy płyniemy pod prąd symbolicznego kapitalizmu nastawionego na „produkcję wiedzy”. W tym wirtualnym świecie „fakty” są artefaktami. Narracje, obrazy i dane są wykorzystywane do utrwalania zmian, a tym samym do dalszej konsumpcji. Trudno jest coś zrozumieć i jednocześnie zmienić. W rezultacie dążenie do jasności odgrywa niewielką rolę w obecnym dyskursie publicznym, którego ulotna retoryka i niekonsekwentne symbole mają raczej na celu wprowadzenie zamieszania.
Jednak człowiek pragnie zrozumienia. Definiuje go potrzeba zadawania pytania „dlaczego?”. Potrzebuje jasnego myślenia Kościoła i nadziei skoncentrowanej na Chrystusie. Potrzebuje jego pewnego poczucia kierunku. Potrzebuje jego symboli, które są realistyczne, odmienne od symboli świata, skoncentrowane na historycznie zranionym ciele, na umieraniu śmierci, na wiecznym przeznaczeniu „całego człowieka, złożonego z ciała i duszy”. Wzniosła perspektywa naszej wiary opiera się na rzeczywistościach, które miały miejsce i które w komunii mistycznego ciała Chrystusa nadal mają miejsce. Wyznajemy, że przemieniająca Dobroć nasyciła ludzkie cierpienie nawet w jego najbardziej ekstremalnych przejawach, sięgając aż do samych głębin piekła, i że dlatego żadna rozpacz nie jest ostateczna.
Taka jest nasza Ewangelia. Nasze czasy wołają o nią. Młodzi ludzie lamentujący w naszych parkach z ciężkimi sercami pragną jej. Słuchają, gdy jest ona przedstawiana „z autorytetem” przez chrześcijan zdolnych jednocześnie wyjaśnić i pokazać jej prawdę bez kompromisów, ukazując łaskawą moc Chrystusa, która odnawia i przemienia życie.
W Clairvaux w 1139 roku Bernard wygłosił swoje ostatnie kazanie na temat Psalmu 90 w wigilię Wielkanocy. Tchnie ono radością sportowca, który ukończył wyścig. Życie mnicha, jak mówi św. Benedykt, powinno być ciągłym Wielkim Postem, zawsze skupionym na zwycięstwie Chrystusa nad śmiercią. Okres liturgiczny ujawnia sens naszego istnienia jako takiego. Bernard wyraża to wprost. Próby życia są bólami porodowymi. Sprawiają, że odkrywamy, co to znaczy żyć: „Żyjemy w pełni, gdy życie jest istotne i ożywiające”. Jesteśmy stworzeni, aby przynosić owoce. Bernard mówi swoim mnichom, że w cierpieniu jest „nadzieja chwały”, po czym poprawia się i mówi, że nie, chwała jest w cierpieniu, tak jak owoc jest w nasieniu. Wykrzykuje: „Bracia moi, chwała kryje się teraz w cierpieniu; wieczność kryje się w chwili obecnej, w tej lekkości kryje się wysublimowana, niezmierzona waga”.
Odwrócenie jest całkowite. To, co nas teraz obciąża, nie ma trwałej wartości. Ciężar chwały przyciąga nas w górę, ku wspaniałej, wielorakiej chwale. Ukształtowani do pełnego udziału w życiu Chrystusa, poznamy cierpliwą radość Boga, który w Psalmie 90 głosi: „Jestem z nim w utrapieniu”. Mówi również: „Moja radość jest w przebywaniu z synami ludzkimi”. „O Emmanuel”, odpowiada Bernard: „Bóg z nami!” Dodaje: „Bądź pozdrowiona, pełna łaski, Pan z Tobą”, delikatnie podkreślając maryjny charakter łaskawego wzrostu do autentycznej chrześcijańskiej dojrzałości. Bóg wie, czego łakniemy i czego pragniemy, co nam smakuje. Nie możemy zadowalać się zbyt małą ilością. Musimy wiedzieć i głosić, na czyje podobieństwo zostaliśmy stworzeni, do jakiej wielkości jesteśmy uzdolnieni dzięki łasce.
Następnego dnia rano po wygłoszeniu tego ostatniego kazania Bernard otworzył swój Graduale, aby zaśpiewać introit wielkanocny: piękne Resurrexi w szóstym, „poważnym” trybie, z muzycznym wyrazem wznoszącej się w górę powagi. Ta kompozycja liturgiczna głosi zmartwychwstanie z cichym zachwytem. Podnosi ona chwałę Kościoła przed pustym grobem do wiecznego objęcia Trójcy Świętej. Wciągnięci w końcu w to objęcie przez paschalne zwycięstwo Chrystusa, ujrzymy tak, jak jesteśmy widziani, poznamy tak, jak jesteśmy znani. W końcu będziemy kochać doskonale.
Na razie jednak wiemy i widzimy tylko częściowo, czuwając w nocy. Pracujemy. Służymy. Nauczamy. Walczymy, kiedy musimy. Staramy się kochać i szanować siebie nawzajem, patrząc na Jezusa, pioniera naszej wiary. On, Baranek Boży, jest naszą lampą. Jego łagodne światło, nawet gdy jest ukryte, jest pełne radości.
Biskup Erik Varden – Vatican Media
***
Bp Erik Varden – rekolekcjonista papieża
Bp Erik Varden, norweski trapista, teolog i autor, który obecnie prowadzi rekolekcje wielkopostne dla papieża Leona XIV oraz watykańskiej Kurii, jest już obecny na polskim rynku wydawniczym z książką „Uzdrawiające rany”. To lektura, która nie ucieka od tematów bólu, zranienia i doświadczenia traumy, lecz proponuje drogę ich przemiany w świetle wiary i ciszy.

Bp Erik Varden oraz Leon XIV
***
Trwające w Watykanie rekolekcje, zatytułowane „Oświeceni ukrytą chwałą”, skupiają się wokół tematów duchowej wolności, prawdy, nadziei oraz wewnętrznego nawrócenia. Bp Varden mówi o potrzebie odzyskania spojrzenia zdolnego dostrzec działanie Boga tam, gdzie po ludzku widzimy jedynie kruchość i pęknięcie. W centrum jego medytacji znajduje się Pascha Chrystusa – nie jako wspomnienie minionych wydarzeń, lecz jako rzeczywistość, która ma moc przemieniać życie tu i teraz.
Nieprzypadkowo to właśnie jemu powierzono głoszenie rekolekcji dla papieża i jego najbliższych współpracowników. W Kościele jest to znak szczególnego zaufania wobec autora, którego duchowość łączy głębię teologiczną z doświadczeniem życia monastycznego i wrażliwością na ludzkie zranienie.
Krzyż odzyskany
Ta sama perspektywa wybrzmiewa wyraźnie w książce „Uzdrawiające rany”. Bp Varden nie proponuje duchowości, która omija to, co trudne. Przeciwnie – zaczyna tam, gdzie wielu współczesnych ludzi się zatrzymuje lub odwraca wzrok. Krzyż, często postrzegany jako znak przemocy, porażki czy religijnego ciężaru, zostaje w jego refleksji ukazany jako miejsce sensu i spotkania.
„Jeśli odwracamy wzrok od krzyża z powodu jego nieprzyjemności, świadczy to o tym, że jesteśmy świadomi tego, co on przedstawia, ale już nie tego, co oznacza” – pisze autor. To zdanie wyznacza kierunek całej książki: nie chodzi o zaprzeczenie cierpieniu, lecz o odkrycie jego znaczenia w perspektywie wiary.
Siedem ran – siedem etapów drogi Centralną osią „Uzdrawiających ran” jest kontemplacja siedmiu ran Chrystusa. Każda z nich staje się osobnym miejscem modlitwy i refleksji, dotykającej bardzo konkretnych ludzkich doświadczeń: zranień relacyjnych, lęku, poczucia rozbicia, straty czy wewnętrznego niepokoju.
Bp Varden prowadzi czytelnika bez pośpiechu, zapraszając do wejścia w głęboką medytację chrześcijańską. „Nasze rany, kiedy zdrowieją, stopniowo rozkwitają, przygotowując nas do zostania źródłem pożytku i pociechy dla innych” – podkreśla. Uzdrowienie nie oznacza tu wymazania bólu. Rana pozostaje, ale zostaje przemieniona i włączona w większą całość.
Nadzieja, która nie upraszcza
Jednym z najbardziej charakterystycznych rysów duchowości bp. Vardena – obecnym zarówno w jego watykańskich medytacjach, jak i w książce – jest uczciwość wobec ludzkiego cierpienia. Autor konsekwentnie unika taniego optymizmu i religijnego pocieszania. Sięga po pojęcie smutkoradości (charmolypē) – doświadczenia, w którym ból i nadzieja współistnieją.
W tym kluczu mówi o Wielkanocy jako o rzeczywistości aktualnej i działającej. „Wielkanoc nie jest wydarzeniem minionym, ale teraźniejszym; od niej zależy nasze życie, nasza radość i nadzieja” – zauważa. To właśnie ta perspektywa wybrzmiewa dziś w Watykanie i znajduje pogłębione rozwinięcie na kartach „Uzdrawiających ran”.
Duchowość, którą można przeżyć osobiście
Rekolekcje dla papieża mają swój określony czas i miejsce. Książka daje możliwość, by wejść w tę samą duchową przestrzeń w sposób osobisty i pogłębiony. „Uzdrawiające rany” są zaproszeniem do drogi: od rany do pokoju, od bólu do sensu, od rozbicia do wewnętrznej integracji.
To lektura dla tych, którzy nie chcą uciekać od trudnych pytań. I dla tych, którzy wierzą – albo dopiero uczą się wierzyć – że uzdrowienie zaczyna się tam, gdzie odważymy się zatrzymać przy ranach Chrystusa.
Vatican Media -Tygodnik Niedziela
(więcej w książce: Uzdrawiające rany, bp Erik Varden OCSO, Wydawnictwo Esprit: ksiegarnia.niedziela.pl.)
***
Bp Varden: Kiedy młodzi proszą o chleb, nie dawajmy im cukierka
Z teologicznego punktu widzenia mówienie o świecie postchrześcijańskim nie ma sensu. Chrystus jest Alfą i Omegą. Jeśli już, to żyjemy w świecie postsekularnym – uważa bp Erik Varden OCSO, przewodniczący Episkopatu Krajów Nordyckich. Podkreśla, że Chrystus ma w sobie istotową świeżość porannej rosy. Chrześcijaństwo jest świtem. Jeśli czasami, w niektórych okresach czujemy się spowici półmrokiem, to dlatego, że nadchodzi kolejny dzień – przekonuje norweski biskup.

W obszernym wywiadzie dla włoskiego dziennika Il Foglio, twierdzi on, że sekularyzacja się skończyła, wyczerpała, a w człowieku nadal są żywe głębokie aspiracje.
Kiedy młodzi proszą o chleb, nie dawajmy im cukierka
On sam spotyka wielu młodych ludzi głodnych sensu i szczerych w swoich poszukiwaniach. Nie można ich lekceważyć. Trzeba mieć odwagę prezentować im wielkie, piękne ideały. A także uszanować ich, kiedy pragną przyjąć pełnię tradycji. Nie dawać im kamienia czy cukierka, kiedy proszą o chleb. Zdaniem bp Vardena, Kościół pamiętać, że nie wolno mu stawiać lampy pod korcem, ponieważ dysponuje słowami i znakami, którymi może przekazywać wieczność jako coś całkiem realnego.
Musimy mieć zaufanie do własnej tradycji
Norweski biskup wspomina też o poruszeniu, jakie wywołał najpierw pożar, a potem ponowne otwarcie katedry Notre Dame w Paryżu. Podkreśla, że Kościół musi zadbać, aby nasze dziedzictwo artystyczne pozostało potężnym znakiem Bożej dobroci, który powstałemu z prochu człowiekowi umożliwia spotkanie z niestworzonym blaskiem Boga. Jego zdaniem potrzeba jednak zaufania do naszej tradycji, abyśmy mogli pomóc naszym współczesnym w odkryciu jej prawdziwego znaczenia. „Wydaje mi się, że często kapitulujemy przed świecką nowoczesnością i staramy się uczynić nasze dziedzictwo ‘znaczącym’ na jej warunkach, podczas gdy nasze czasy oczekują od nas czegoś innego” – dodaje przewodniczący skandynawskiego episkopatu.
Sobór skierował nas do źródeł, dlaczego od nich odchodzimy?
Ostrzega on zarazem przed uległością względem ducha czasu. Trzeba go brać pod uwagę, ale podążanie za nim jest samobójstwem – mówi bp Varden. Jego zdaniem jest to tym bardziej niebezpieczne, że Kościół, który ze swej natury jest powolny, nie nadąża za współczesnymi trendami i angażuje się w nie, kiedy już wygasają. „Z pewnością bardziej obiecujące, intersujące i dające więcej radości jest trzymanie się tego, co trwa. I to też przemówi do ludzkich serc i umysłów w naszym wieku, tak jak przemawiało w przeszłości” – mówi bp Varden. Przypomina on, że Sobór Watykański II był naznaczony zachętą do czerpania ze źródeł. „Największa witalność życia katolickiego XX wieku wypływała z entuzjazmu odkrywania zapomnianych studni i czerpania z nich czystej, świeżej wody. Co się stało z tym entuzjazmem? Dlaczego teraz czujemy, że musimy porzucić te studnie na rzecz prowizorycznych stoisk z automatami?” – pyta norweski biskup.
Vatican News -Tygodnik Niedziela
***
piątek 27 luty
24 Godziny Męki Pańskiej za Polskę Niepokalanów

W piątek 27 lutego 2026 r. o godz. 18.00 w Bazylice Niepokalanej Wszechpośredniczki Łask w Niepokalanowie rozpoczyna się kolejne nabożeństwo ekspiacyjne „24 Godziny Męki Pańskiej za Polskę”, organizowane w ramach cyklicznej, ogólnopolskiej inicjatywy. Wydarzenie ma charakter całodobowej adoracji Najświętszego Sakramentu połączonej z rozważaniem Męki Pańskiej według pism Sługi Bożej Luizy Piccarretty.
Główną intencją nabożeństwa jest wynagrodzenie Bogu za grzechy popełnione w Ojczyźnie oraz modlitwa o wypełnienie się w niej Woli Bożej, co obejmuje w szczególności zadośćuczynienie za grzechy przeciwko życiu, wierze i jedności społecznej, takie jak zbrodnie wobec nienarodzonych dzieci, apostazja, nieczystość, nienawiść i podziały, pijaństwo, rozwody, niegodne przyjmowanie Komunii Świętej oraz zdrada Narodu.
Pomóż Panu Jezusowi nieść krzyż za naszą Ojczyznę – dołącz do modlitwy!
Modlitwa, która otacza świat. Zegar Męki Pańskiej wg. Luizy Piccarrety
24 Godziny Męki Pana Jezusa
„Twoim zadaniem jest kochać za tych, którzy nie kochają. Modlić się za tych, którzy się nie modlą. Wynagradzać za tych, którzy ranią.”
“Och, jakże ogromnie byłbym zadowolony, gdyby choć jedna osoba czytała te Godziny Mojej Męki w każdej miejscowości! Czułbym się obecny w każdej miejscowości, a Moja Sprawiedliwość, w tych czasach tak bardzo pogardzana, byłaby częściowo ułagodzona.”Pan Jezus do Luizy
Inicjatywa „24 Godziny Męki Pańskiej” oparta na pismach służebnicy Bożej Luizy Piccarrety polega na rozważaniu kolejnych godzin męki Jezusa. Każdy może włączyć się, wybierając jedną godzinę tygodniowo (np. poniedziałek 15:00), aby towarzyszyć Jezusowi, co ma na celu wynagrodzenie i pocieszenie.
Jak się włączyć?
- Zegar Męki Pańskiej: Uczestnicy zapisują się na określoną godzinę, tworząc nieustanną modlitwę. Przez cały tydzień wszyscy rozważają tę samą godzinę z 24 Godzin Zegara Męki Pańskiej, a w kolejnym tygodniu przechodzą do następnej.
- Forma modlitwy: Modlitwa obejmuje przygotowanie, rozważanie konkretnej godziny (np. Jezus żegna Matkę) oraz dziękczynienie.
- Zapisy: Można dołączyć poprzez stronę 24gmp.pl lub grupy WhatsApp.
- Inne metody: Można rozważać jedną godzinę dziennie (całość w 24 dni) lub wybrać stałą godzinę w tygodniu, np. w piątki.
Ta forma modlitwy, według objawień, ma na celu ułagodzenie Bożej sprawiedliwości i przynoszenie ulgi w cierpieniach Chrystusa.
popieluszko.rzeszow.pl
24 Godziny Męki Pańskiej – wstęp do rozważań

ZEGAR, aby podążać z bliska za Jezusem, zjednoczyć się z Nim, przyoblec się w Niego, aby odtworzyć w nas Jego myśli, Jego intencje, Jego modlitwy, Jego zadośćuczynienia, Jego cierpienie oraz Jego Miłość; aby wspólnie z Jezusem otaczać Ojca chwałą i dawać Mu zadośćuczynienie, aby zbawić i uświęcić nas samych, jak również naszych braci dla triumfu Jego Królestwa.

Kto napisał “Zegar Męki Pańskiej”?
Sługa Boża Luiza Piccarreta, MAŁA CÓRECZKA WOLI BOŻEJ, jak nazywa ją sam Pan Jezus.
Należy podkreślić, że sporządzenie tych GODZIN MĘKI PAŃSKIEJ nie jest wynikiem genialnego pióra pisarza, ale jest owocem nieustannej kontemplacji i dzielenia Męki Jezusa, co dusza ta czyniła na przestrzeni ponad trzydziestu lat, od kiedy złożyła siebie w ofierze wraz z Jezusem w wieku 16 lat, aż do czasu kiedy przedstawiła je na piśmie mniej więcej w latach 1913-1914. Uczyniła to jedynie z posłuszeństwa św. ojcu Hannibalowi M. Di Francia. Nie jest zatem powierzchowną literaturą mistyczną osoby, która pragnie opublikować swoje rzekome wizje czy objawienia nadprzyrodzone. Jest natomiast bolesnym świadectwem życia ukrzyżowanego z miłości, długich lat przykutych do łóżka, przeżytych przez Luizę na modlitwie, w ciszy, w cieniu i w posłuszeństwie. I tylko posłuszeństwo zdołało ją zmusić do pisania po ogromnej walce, którą musiała stoczyć z samą sobą.
“Zegar” nie jest wynikiem kultury, sztuki pisarskiej lub chęci przekazania własnych objawień czy wizji, nie jest wynikiem fałszywego i niebezpiecznego mistycyzmu, ale jest owocem Posłuszeństwa (Pani Posłuszeństwa) !
“Zegar” przybliża i przekazuje nam Mękę Jezusa, Jego cierpienie oraz Jego Miłość (a wraz z Jezusem, nierozłącznie z Nim, zjednoczona jest Jego i nasza ukochana Mama Bolesna). A wszystko to przybywa do nas za sprawą życia Luizy złożonego w ofierze.
Jaka jest historia powstania “Zegara Męki Pańskiej”?
Gdy Luiza miała 17 lat, w święta Bożego Narodzenia w 1882 roku odprawiała nowennę przygotowującą do tego święta. Wewnętrzny głos Jezusa ilustrował jej tę kontemplację dziewięciu godzin dziennie. Miała w końcu nieoczekiwane widzenie Dzieciątka Jezus, który ją zapraszał, aby wkroczyła głębiej w życie Jego łaski i Jego Miłości. W tym celu polecił jej kontynuować i rozważać inne medytacje (24 medytacje) Jego Męki i śmierci na Krzyżu, rozdzielając je w ciągu 24 godzin w ciągu dnia. Trzydzieści jeden lat później (w 1913 i 1914 r.) w imię posłuszeństwa Luiza musiała spisać owe GODZINY MĘKI. Od tego czasu nieprzerwanie kontynuowała tę praktykę, której z pomocą łaski Bożej – jak sama mówi – nigdy nie przerwała. Od tego czasu wypisała GODZINY MĘKI PAŃSKIEJ w swojej duszy!
Tak więc święty o. Hannibal M. Di Francia opublikował je w czterech edycjach i sam nadał im tytuł ZEGAR MĘKI PAŃSKIEJ.
Wielu świadków zrelacjonowało, że św. Hannibal M. Di Francia, który się cieszył dużym zaufaniem papieża Piusa X, pewnego dnia przybył szczególnie zadowolony do domu Luizy i powiedział, że zawiózł książkę ojcu świętemu. Papież chciał, aby mu przeczytał kawałek tekstu. Przeczytał więc Godzinę dotyczącą ukrzyżowania. W pewnym momencie papież przerwał mu, mówiąc: Nie tak, Ojcze, trzeba czytać na klęczkach. To Jezus Chrystus przemawia.
Ze “Wstępu do Zegara bolesnej Męki Pańskiej” napisanego przez św. Hannibala Marię di Francia
«ZEGAR MĘKI PAŃSKIEJ napisany przez pobożną osobę»
Opatrzność Boża, która w każdym czasie przysposabia dusze, aby mogły poznać Wolę Bożą, mogły Ją pokochać i tym samym pozwoliły innym Ją poznać i miłować, przysposobiła duszę – jak już wspomniałem w pierwszym rozdziale tej krótkiej rozprawy – która oddała się cierpieniom Boskiego Odkupiciela.
Szczególne natchnienie, jakie miała ta dusza, daje początek nowej i niebywale owocnej metodzie kontemplowania cierpień naszego Pana Jezusa Chrystusa, to znaczy, przywołując jedna po drugiej dwadzieścia cztery godziny (od 5 po południu w Wielki Czwartek do 5 po południu w Wielki Piątek) i kontemplując godzina po godzinie to, co Jezus Chrystus przecierpiał kolejno w tych 24 godzinach.
Powiedzieliśmy, że jest to nowa metoda, nie ze względu na sprowadzenie cierpień naszego Pana do 24 godzin, ale ze względu na formę, uczucia i cele, które tworzą zupełnie nową metodę kontemplacji.
Tak więc podział Męki naszego Pana Jezusa Chrystusa na 24 godziny nie jest nowością, ponieważ jest to tak zwany ZEGAR MĘKI PAŃSKIEJ, który występuje w wielu religijnych książkach, takich jak „Filotea” Giuseppe Rivy, „Giardino spirituale” („Duchowy Ogród”), jak również w duchowych dziełach doktora Kościoła, św. Alfonsa. Jakkolwiek u wielu autorów istnieje pewna mała różnica w godzinach.
Jak każdy może zauważyć, ten kult ZEGARA BOLEŚCI, pośród tych wszystkich odnoszących się do Męki naszego Pana Jezusa Chrystusa i cierpienia Jego Przenajświętszej Matki, jest jednym z najważniejszych, ponieważ analizuje i rozważa jedno po drugim wszystkie cierpienia zewnętrzne i wewnętrzne naszego uwielbionego Zbawiciela Jezusa Chrystusa. Jest to pewien rodzaj drogi krzyżowej, pełniejszej i bardziej kompletnej, ponieważ nie rozpoczyna się od skazania naszego Pana na śmierć przez sąd Piłata, ale zaczyna się dokładnie tam, gdzie rozpoczyna się Bolesna Męka, czyli od pożegnania się naszego Pana Jezusa Chrystusa ze swoją Przenajświętszą Matką (według pobożnego i powszechnego przekonania), aby pójść na śmierć. Po tym następuje Ostatnia Wieczerza, Ogrójec, pojmanie itd.
Ale nowością ZEGARA MĘKI PAŃSKIEJ tej samotnej Duszy, która go napisała i mi powierzyła, jest to, że po pierwsze, o zadośćuczynieniu 24 godzin nie wspomniała ani słowem, w odróżnieniu od autorów przeze mnie wyżej wymienionych, ograniczając się do wypowiedzi dla przykładu: od 6 do 7 rano Jezus zostaje przyprowadzony przed Piłata, od 7 do 8 zostaje zaprowadzony do Heroda itd. Ale to, co wydarzyło się w każdej godzinie, ta samotna Dusza w ekstazie przedstawia żywym opisem i dodaje rozważania, uczucia i zadośćuczynienia. Po drugie, te uczucia i te zadośćuczynienia są tak wyjątkowe, nowe i tak głębokie, że nie wydają się dziełem ludzkim, ale niebiańskim.
Wszystko wydaje się nowością w tych świętych medytacjach. Mimo że rozważa się te same tajemnice, o których tak wiele zostało już napisane i które rozważane były przez wielu świętych autorów, nie mniej jednak boskie natchnienie, które nieustannie czyni rzeczy nowe i zróżnicowuje pod wieloma postaciami swoją łaskę (multiformis gratia Dei), przejawia się za pośrednictwem tej duszy w unikalny sposób.
Podajemy na wstępie, że ta pobożna osoba, która pisze, nie jest osobą wykształconą. Zaledwie umie czytać i pisać. Mimo to cierpienia, krzywdy, zniewagi i udręki uwielbionego Zbawiciela Jezusa są żywo opisane za pomocą słów, które przenikają serce, poruszają go, dotykają i przyciągają ku Miłości.
Miłość – zauważmy to – Boża Miłość, w swojej najczulszej postaci, jest przewodnią nutą owego ZEGARA MĘKI PAŃSKIEJ, czyli miłość Jezusa Chrystusa do ludzi oraz miłość tej samotnej Duszy do Jezusa Chrystusa. Jest ona oblubienicą, która wyraża pełne miłości współczucie swojemu Ukochanemu. Współczuje Mu, tuli Go, obejmuje, całuje i jeszcze raz całuje, towarzyszy Mu w każdym Jego cierpieniu, nieustannie Go zastępując, czyli w miarę swoich możliwości zajmując miejsce Umiłowanego, który cierpi. Przyjmuje wszystko na siebie, jak gdyby w tym pobożnym zastąpieniu chciała oszczędzić najwyższe Dobro, i to właśnie teraz, jak gdyby to było wówczas czynione. Dla tej kontemplacyjnej Duszy nie ma przeszłości. Odtwarza sceny, jak gdyby były teraźniejszością i wczuwa się w nie. W porywie współczucia i miłości spieszy w kierunku Ukochanego z tak pełnym ufności uniesieniem, że całując Go w oczy, w twarz, w usta, w ręce, w stopy i w Serce, prosi także o pełne miłości pocałunki Jezusa. Czyni to z taką zażyłością, że w niewielu duszach z tych najbardziej kochających można spotkać podobną. To Oblubienica z Pieśni nad Pieśniami, która woła: „niech mnie ucałuje pocałunkiem swych ust”. Nie ma wątpliwości, że jeśli nasz Pan bardzo lubi pełną szacunku bojaźń, to Jego umiłowane Serce nie mniej lubi synowską i czułą ufność. I jak możliwe jest nie mieć tej ufności w Tym, który mogąc nas odkupić, przelewając tylko jedną kroplę swojej drogocennej Krwi, chciał przelać Ją wszystką pośród najbardziej niebywałego cierpienia i najbardziej nikczemnych zniewag, aby nam pokazać, jak bardzo nas kocha? Czy dusza wymaga zbyt wiele, prosząc o pocałunki Jezusa, który dał nam i nadal daje całego siebie? Dlaczego nasze grzechy miałyby nas powstrzymać od tego wielkiego zaufania miłości, jeśli je oczyściliśmy pokutą i pokorą? Czyż nie jest prawdą, że Ojciec syna marnotrawnego, kiedy go ujrzał powracającego, rzucił mu się na szyję i go ucałował? (Łk 15,17). A czyż i owca na ramionach Dobrego Pasterza nie była głaskana i całowana? Czyż nie jest prawdą to, co powiedziała anielska oblubienica Jezusa, św. Agnieszka: „Kocham Go tak, że im bardziej Go obejmuję i dotykam, tym bardziej staję się czysta i niewinna”? Ach, niech pełna miłości ufność, która wypływa z pokornego serca, skradnie Serce Boga! W ten oto sposób stajemy się dziećmi, jak nauczał nasz Pan, gdy przytulając dziecko do swojej kochającej piersi, powiedział: „Do nich należy Królestwo Niebieskie” (Mt 18,2).
Taka jest ufność, która wypływa z każdej strony owego ZEGARA MĘKI PAŃSKIEJ. Dusza, która bierze do ręki tę książkę i z tym przewodnikiem oddaje się tej pobożnej praktyce, będzie stopniowo dzielić uczucia, współczucie, miłość i zaufanie, które wypełniają tę książkę aż po brzegi.
Czasami ta samotna Dusza wprowadza w tej książce wypowiedzi naszego Pana Jezusa Chrystusa. A więc słowa, które przywołuje, nie są już jej własnym odczuciem, ale natchnieniem wyrażonym słowami, jakie dusza jest w stanie dobrać, ponieważ każde natchnienie i każde objawienie, które dociera do nas przez kanał ludzki, zależy od możliwości czy mistycznej intuicji danej osoby. Stąd różnorodność ekspresji dusz kontemplacyjnych w odniesieniu do tego samego tematu.
Dusza twórczyni owego ZEGARA BOLEŚCI jest nowatorska w efektach, ale jeszcze bardziej nowatorska – i rzekłbym – unikalna w zadośćuczynieniach.
W prawdzie zadośćuczynienia za wszelkie zniewagi, których doznaje nasz Pan Jezus Chrystus, zawsze były głównym tematem wielu kochających dusz, tematem wielu książek religijnych, a niekiedy tematem szczególnych objawień. Tak na przykład, mamy pisma Błogosławionej (1) Małgorzaty Alacoque, która w nabożeństwie do Najświętszego Serca Jezusa załącza szczególne zadośćuczynienia. Cel nabożeństwa do Najświętszego Imienia Jezusa i Jego Najświętszego Oblicza jest jeszcze bardziej skierowany na zadośćuczynienie zniewagom Pana, co ukazują piękne objawienia, które miała czcigodna siostra Maria od św. Piotra, karmelitanka. Wszystkie te zadośćuczynienia zwykle składają się z wyrazów szacunku, wynagrodzeń i modlitw.
Zadośćuczynienia owego ZEGARA MĘKI PAŃSKIEJ są natomiast wczuwaniem się w zadośćuczynienia, które składał sam nasz Pan Jezus Chrystus. Są zagłębianiem się w odczucia Najświętszego Serca Jezusa i w Jego boskie cierpienia. Wraz z Jezusem, który cierpi, modli się, poświęca i składa zadośćuczynienie, dusza współczuje, modli się, poświęca i składa zadośćuczynienie. A za co dusza składa zadośćuczynienie? Tutaj zadośćuczynienia wzmagają się, pomnażają się w nieskończoność i dostosowują się do każdego rodzaju grzechu, który mógłby mieć związek z poszczególnymi cierpieniami naszego Pana. Można powiedzieć, że od pierwszego do ostatniego słowa, dzieło to jest nieustannym i wielorakim zadośćuczynieniem za wszystkie grzechy i za każdy jego rodzaj, i nie tylko za grzechy ciężkie, lecz także za te lżejsze, i nie tylko za grzechy, które zostały popełnione przeciwko godnej uwielbienia Osobie Jezusa Chrystusa, kiedy był w rękach swych wrogów, lecz także za wszystkie grzechy przeszłe, teraźniejsze i przyszłe, w osobie każdego grzesznika, zarówno straconego, jak i wybranego. Współczująca (2) dusza zanurza się niemal w każdą mękę naszego Pana, odmierza – w takim stopniu, w jakim jest w stanie zrobić to istota ludzka – jej bezdenną otchłań i łącząc się z bezgranicznym zamiarem zadośćuczynienia cierpiącego Boga-Człowieka, składa Jemu, Ojcu i Bożej sprawiedliwości niekończące się zadośćuczynienie za wszystkich i za wszystko!
Tym jest właśnie ogromne, konieczne i uniwersalne zadośćuczynienie, którego wymagają nasze czasy, spotęgowana nieprawość współczesnych pokoleń!
O WARTOŚCI I UŻYTECZNOŚCI TYCH GODZIN ZEGARA MĘKI PAŃSKIEJ I JAK BARDZO SĄ ONE MIŁE NASZEMU PANU
Z należytą rezerwą i kierując się całkowitym posłuszeństwem wobec orzeczenia Kościoła Świętego, i nie wymagając żadnej innej wiary niż ludzkiej, według tego, co wskazuje mądry Dekret Urbana VIII, przedkładam tutaj niektóre objawienia, które nasz Pan Jezus Chrystus przekazał tej samotnej Duszy, dając natchnienie do tego dzieła. Objawienia, które ukazują, jak miłe jest uwielbionemu Sercu Jezusa zrobienie z nich użytku.
Zaczynam od przytoczenia listu, który wysłała mi Autorka:
„Przewielebny Ojcze, nareszcie przedkładam Ojcu spisane Godziny Męki Pańskiej, wszystko dla chwały naszego Pana. Załączam też stronę, która zawiera owoce, zasługi i obietnice Jezusa dla każdego, kto będzie rozważał owe Godziny Męki. Sądzę, że jeśli ten, kto będzie je rozważał, jest grzesznikiem, nawróci się; jeśli jest niedoskonały, osiągnie doskonałość; jeśli jest święty, stanie się bardziej świętym; jeśli ulega pokusom, odniesie zwycięstwo; jeśli jest cierpiący, znajdzie w tych Godzinach siłę, lekarstwo i pocieszenie, a jeśli jego dusza jest słaba i nędzna, znajdzie pokarm duchowy i zwierciadło, w którym nieustannie będzie mógł się przeglądać, aby się upiększyć i upodobnić do Jezusa, naszego wzoru.
Zadowolenie, jakie błogosławiony Jezus odczuwa, gdy rozważamy owe GODZINY jest tak duże, że chciałby, aby przynajmniej jeden egzemplarz tych medytacji, do praktykowania, znajdował się w każdym mieście lub miasteczku, ponieważ gdy je rozważamy, dzieje się tak, jakby Jezus słyszał w tych zadośćuczynieniach odtwarzany swój własny głos i swoje własne modlitwy, które wznosił do Ojca podczas 24 godzin swojej bolesnej Męki. I jeśli byłoby to praktykowane przez przynajmniej kilka dusz w każdym mieście lub miasteczku, to wydaje mi się, że Jezus daje mi do zrozumienia, iż sprawiedliwość Boża zostałaby częściowo złagodzona, a jej bicze byłyby częściowo powstrzymane i jak gdyby osłabione w tych smutnych czasach udręki i przelewu krwi. Niech wielebny Ojciec wystosuje apel do wszystkich. Niech tym sposobem dopełni dzieła, które mój uwielbiony Jezus dał mi do zrobienia.
Chcę również powiedzieć Ojcu, że celem owych GODZIN MĘKI PAŃSKIEJ nie jest tylko odtworzenie historii Męki, ponieważ jest wiele książek, które traktują o tym nabożnym temacie, i nie byłoby potrzeby pisania jeszcze jednej. Ale celem owych Godzin jest ZADOŚĆUCZYNIENIE, czyli dusza jednoczy (proszę zauważyć) rozmaite momenty Męki naszego Pana z wieloma różnymi przewinieniami i wspólnie z Jezusem daje godne zadośćuczynienie, i zwraca Mu niemal wszystkiego, co każde stworzenie jest Mu winne. Stąd też różne sposoby składania zadośćuczynień w owych GODZINACH. To oznacza, że w niektórych fragmentach dusza błogosławi, w innych współczuje, w innych wychwala, w jeszcze innych niesie pociechę cierpiącemu Jezusowi, a w innych wynagradza, błaga, modli się i uprasza. Pozostawiam więc Wam, Wielebny Ojcze, ukazanie za pomocą przedmowy celu tych pism”.
Strona, o której mówi Autorka na początku swojego listu, zawiera (poniżej przytoczone) to, co nasz Pan jej powiedział…
Fragmenty zaczerpnięte z tomów autobiograficznego dziennika Luizy
Znajdując się w swoim zwyczajowym stanie, rozmyślałam nad Męką naszego Pana i gdy to czyniłam, On przyszedł i powiedział do mnie: Córko moja, tak miły jest dla Mnie ten, kto stale rozmyśla nad moją Męką, ubolewa nad nią i Mi współczuje, że czuję się jakby pokrzepiony we wszystkim, co przecierpiałem podczas swojej Męki. A nieustannie nad nią rozmyślając, dusza przygotowuje w ten sposób stały pokarm. W tym pokarmie znajdują się różne przyprawy i smaki, które przynoszą różne efekty. Tak więc, jeśli podczas mojej Męki związano Mnie powrozami i łańcuchami, dusza Mnie odwiązuje i daje Mi wolność. Ci wzgardzili Mną, pluli na Mnie i Mnie obrażali, a ona Mnie szanuje, oczyszcza z tych opluć i Mnie wielbi. Ci obnażyli Mnie i biczowali, ona zaś leczy moje rany i Mnie przyodziewa. Ci ukoronowali Mnie cierniem, traktując jak król pośmiewisko, wypełnili moje usta żółcią i Mnie ukrzyżowali. Dusza, rozmyślając nad wszystkimi moimi bólami, koronuje Mnie chwałą i oddaje Mi cześć, uznając Mnie za swojego Króla. Wypełnia moje usta słodyczą, dając mi najbardziej wykwintny pokarm, którym jest pamięć o moich własnych czynach. A wyjmując gwoździe i zdejmując Mnie z Krzyża, sprawia, że Ja się odradzam w jej sercu, dając jej w nagrodę, za każdym razem, gdy to czyni, nowe życie łaski. Jest ona zatem moim pokarmem, a Ja czynię siebie jej stałym pożywieniem. Tym więc, co najbardziej lubię, jest nieustanne rozmyślanie nad moją Męką. (Tom 7, 9 listopada 1906)
Pisałam GODZINY MĘKI PAŃSKIEJ i tak sobie rozmyślałam: Ile poświęceń wymaga pisanie tych błogosławionych GODZIN MĘKI, zwłaszcza przedstawianie na piśmie niektórych wewnętrznych przeżyć, które zaszły tylko pomiędzy mną i Jezusem! Jaką On mi da za to rekompensatę?
A Jezus, pozwalając mi słyszeć swój łagodny i słodki głos, powiedział do mnie: Córko moja, w nagrodę za to, że napisałaś GODZINY MĘKI, za każde słowo, które napisałaś, dam ci pocałunek i duszę.
A ja: Miłości moja, to dla mnie, a co dasz tym, którzy będą je rozważać?
A Jezus: Jeśli będą je rozważać wspólnie ze Mną i za pomocą mojej własnej Woli, im również dam duszę za każde słowo, które przeczytają, ponieważ większy lub mniejszy efekt tych GODZIN MĘKI wynika z większej lub mniejszej jedności, jaką ze Mną tworzą. Jeśli stworzenie rozważa je za pośrednictwem mojej Woli, to ukrywa się w mojej Woli, a kiedy działa moja Wola, mogę czynić wszelkie dobro, jakiego zapragnę, nawet za pomocą jednego tylko słowa. I będę to czynił za każdym razem, gdy będziecie je rozważać.
Innym razem skarżyłam się Jezusowi, że po tak wielu poświęceniach przy pisaniu tych GODZIN MĘKI PAŃSKIEJ rozważało je tylko kilka dusz.
A On: Córko moja, nie narzekaj. Nawet gdyby była tylko jedna, powinnaś być zadowolona. Czyż nie zniósłbym całej swojej Męki, nawet gdyby tylko jedna dusza miała być zbawiona? Tak samo i ty. Dobro nigdy nie może być pomijane z powodu tego, że tylko kilku z niego korzysta. Całe zło jest po stronie tego, kto z niego nie korzysta. I tak jak moja Męka sprawiła, iż moje Człowieczeństwo zdobyło zasługi, jak gdyby wszyscy zostali zbawieni, choć nie wszyscy są zbawieni (ponieważ moją Wolą było zbawienie wszystkich, więc zdobyłem zasługi zgodnie z tym, czego chciałem, a nie zgodnie z tym, jakie korzyści wyciągną z tego stworzenia), tak też i ty otrzymasz rekompensatę w zależności od tego, jak twoja wola się utożsamia z moją w chęci czynienia dobra dla wszystkich. Całe zło jest po stronie tych, którzy mogąc, nie czynią tego. GODZINY te mają największą wartość spośród wszystkiego, ponieważ nie są niczym innym jak powtórzeniem tego, co Ja czyniłem w trakcie swojego śmiertelnego życia i tego, co nadal czynię w Najświętszym Sakramencie. Gdy słyszę te GODZINY MOJEJ MĘKI, słyszę swój własny głos i swoje własne modlitwy. Widzę w tej duszy swoją Wolę, której pragnieniem jest dobro wszystkich i zadośćuczynienie za wszystkich, i czuję się porwany, aby w niej zamieszkać i czynić w niej to, co ona sama czyni. Och, jak bardzo bym chciał, żeby w każdej miejscowości choć jedna osoba rozważała te GODZINY MOJEJ MĘKI! Słyszałbym siebie samego w każdej miejscowości, a moja sprawiedliwość, ogromnie oburzona w tych czasach, zostałaby częściowo złagodzona. (Tom 11, październik 1914)
Rozważałam GODZINY MĘKI PAŃSKIEJ, a Jezus, cały zadowolony, powiedział do mnie: Córko moja, gdybyś wiedziała, jaką ogromną radość sprawia Mi, gdy widzę cię powtarzającą i jeszcze raz powtarzającą GODZINY MOJEJ MĘKI, to byłabyś szczęśliwa. Prawdą jest, że moi święci rozważali moją Mękę i rozumieli, jak bardzo cierpiałem, rozpływali się we łzach współczucia, i to tak bardzo, że czuli się wyniszczeni z miłości do mojego bólu, ale nie czynili tego w taki ciągły i powtarzający się sposób i w takim porządku. Dlatego mogę powiedzieć, że jesteś pierwszą, która dostarcza Mi tak wielkiej i wyjątkowej przyjemności. Godzina po godzinie rozważasz szczegółowo moje Życie i to, co przecierpiałem. Czuję się tak bardzo przyciągnięty tym, co czynisz, że godzina po godzinie daję ci pokarm i sam spożywam ten pokarm razem z tobą, i czynię razem z tobą to, co ty czynisz. Niemniej jednak wiedz, że odwdzięczę ci się za to szczodrze nowym światłem i nowymi łaskami. Nawet po twojej śmierci, za każdym razem, gdy dusze na ziemi będą rozważać te GODZINY MOJEJ MĘKI, Ja w Niebie będę cię okrywać nowym światłem i nową chwałą. (Tom 11, 4 listopada 1914)
Kiedy trwałam w swoim zwyczajowym stanie, mój uwielbiony Jezus ukazał się cały otoczony światłem, które wydobywało się z wnętrza Jego Najświętszego Człowieczeństwa i tak Go upiększało, że tworzyło przepiękny i zachwycający widok. Byłam zaskoczona, a On powiedział do mnie: Córko moja, każdy ból, który przecierpiałem, każda kropla krwi, każda rana, modlitwa, czyn, krok itp. wytworzyły światło w moim Człowieczeństwie, tak iż upiększyło Mnie, zachwycając wszystkich błogosławionych. Przy każdej myśli, którą dusza snuje o mojej Męce, przy każdym współczuciu, zadośćuczynieniu itd., nie robi nic innego, jak czerpie światło z mojego Człowieczeństwa, tak że upiększa się na moje podobieństwo. Jedna więc myśl więcej o mojej Męce będzie jednym światłem więcej, które przyniesie jej radość wieczną. (Tom 11, 23 kwietnia 1916)
(…) Byłam pośród wielu dusz. Wydawało się, że były to dusze z czyśćca i święci.Mówili do mnie o osobie, którą znałam i która niedawno zmarła. Mówili do mnie: Czuje się on szczęśliwy, widząc, że nie ma duszy, która by wstępowała do czyśćca i nie miała na sobie piętna GODZIN MĘKI, a wspomagana i otoczona przez te GODZINY, zajmuje pozycję w bezpiecznym miejscu. Nie ma duszy udającej się do raju, której by nie towarzyszyły te GODZINY MĘKI. GODZINY te sprawiają,że z Nieba spływa nieustanna rosa na ziemię, na czyściec, a nawet na Niebo.
Słysząc to, powiedziałam do siebie: Może mój ukochany Jezus, aby dotrzymać dane mi słowo – że da duszę za każde słowo GODZIN MĘKI – sprawia, że nie ma duszy zbawionej, która by nie skorzystała z tych GODZIN. Następnie powróciłam do siebie i znalazłszy swojego ukochanego Jezusa, zapytałam Go, czy to prawda. A On: GODZINY te są porządkiem Wszechświata i utrzymują Niebo i ziemię w harmonii oraz powstrzymują Mnie przed całkowitym zniszczeniem świata. Czuję, jak puszczasz w ruch moją Krew, moje rany, moją miłość i wszystko, co uczyniłem. I płynie to nad wszystkimi, aby przynieść zbawienie wszystkim. A gdy dusze rozważają te GODZINY MĘKI, czuję, jak puszczają w ruch moją Krew, moje rany i moje pragnienie zbawienia dusz. A ponieważ odczuwam, ponawianie swojego własnego Życia, to jakże stworzenia mogą otrzymać jakiekolwiek dobro, jeśli nie za sprawą tych GODZIN?… Dlaczego w to wątpisz? Sprawa nie jest twoja, lecz moja. Ty byłaś tylko przymuszonym i słabym narzędziem. (Tom 12, 16 maja 1917)
Gdy jak zawsze rozważałam dalej GODZINY MĘKI PAŃSKIEJ, mój uwielbiony Jezus powiedział do mnie: Córko moja, świat jest w procesie nieustannego odnawiania mojej Męki. A ponieważ moja Nieskończoność ogarnia wszystko zarówno wewnątrz jak i na zewnątrz stworzeń, więc w kontakcie z nimi jestem zmuszony przyjąć gwoździe, ciernie, chłosty, wzgardę, oplucie i wszystko, co przecierpiałem w czasie Męki, a nawet i jeszcze więcej. Przez kontakt z duszami, które rozważają owe GODZINY MOJEJ MĘKI, czuję, jak są Mi wyciągane gwoździe, łamane ciernie, gojone rany i zmywane oplucia. Czuję, jak zło, które czynią Mi inni, wymieniane jest na dobro. I czując, że kontakt z nimi nie czyni Mi zła, lecz dobro, coraz bardziej się na nich wspieram.
Ponadto błogosławiony Jezus, wracając do rozmowy o tych GODZINACH MĘKI, powiedział: Córko moja, wiedz, że gdy dusza rozważa te GODZINY, bierze moje myśli i czyni je swoimi, bierze moje najbardziej intymne włókna i czyni je swoimi, i wznosząc się pomiędzy Niebem a Ziemią, sprawuje mój własny urząd, i jako współodkupicielka mówi razem ze Mną: „Ecce ego, mitte me [oto ja, poślij mnie]. Chcę Ci zadośćuczynić za wszystkich, odpowiedzieć za wszystkich i wyprosić dobro dla wszystkich”. (Tom 11, 6 listopada 1914)
Dodam, że rozmyślałam sobie o ukochanej Mamie, a Jezus powiedział do mnie: Córko moja, mojej kochanej Mamie nigdy nie umknęła myśl o mojej Męce, a dzięki jej powtarzaniu, wypełniła się Mną calutka. Tak samo dzieje się z duszą. Dzięki powtarzaniu tego, co przecierpiałem, wypełnia się Mną. (Tom 11, 24 marca 1913)
Rozmyślałam o Męce swojego ukochanego Jezusa, a On przyszedł i powiedział do mnie: Córko moja, za każdym razem, gdy dusza rozmyśla nad moją Męką, gdy wspomina, co przecierpiałem, lub Mi współczuje, otrzymuje na nowo dar zasług mojego cierpienia. Moja Krew tryska, aby ją zalać, a moje Rany pospieszają, aby ją wyleczyć, jeśli jest pokryta ranami albo ją upiększyć, jeśli jest zdrowa, a wszystkie moje zasługi przelewają się, aby ją wzbogacić. Ruch, który wywołuje, jest zaskakujący. To tak jakby umieściła w banku wszystko, co uczyniłem i wycierpiałem, zyskując dwukrotnie więcej. Wszystko więc, co uczyniłem i wycierpiałem, nieustannie się oddaje człowiekowi, tak jak słońce nieustannie daje ziemi światło i ciepło. Moje działanie się nie wyczerpuje. Wystarczy, że dusza tego zapragnie i ile razy chce, tyle razy może otrzymać owoc mojego Życia. Jeśli więc wspomina moją Mękę dwadzieścia razy lub sto tysięcy razy, tyle razy więcej będzie się cieszyła jej owocami. Ale jak mało jest tych, którzy czynią z niej skarb! Mimo całego dobra mojej Męki, widać dusze słabe, ślepe, głuche, nieme, chrome, żywe trupy, które budzą jedynie wstręt. Dlaczego? Ponieważ moja Męka poszła w zapomnienie. Moje bóle, moje rany i moja krew są wzmocnieniem, które przezwycięża słabości, są światłem, które daje wzrok ślepym, są językiem, który rozwiązuje języki i otwiera słuch, są drogą, która wyprostowuje chromych, są życiem, które wskrzesza umarłych… Wszelkie środki zaradcze niezbędne ludziom znajdują się w moim Życiu i w mojej Męce, ale stworzenia gardzą lekarstwem i się nie troszczą o środki. Widać więc, że mimo całego Odkupienia, stan człowieka się pogarsza, jakby był dotknięty nieuleczalną chorobą. Ale najbardziej Mnie boli widok ludzi religijnych, którzy się trudzą, aby zdobyć doktryny, filozofie, mało znaczące rzeczy, a o moją Mękę wcale się nie troszczą. Moja Męka jest więc często wydalana z kościołów i z ust kapłanów. Ich mowa jest zatem pozbawiona światła, a społeczeństwa są jeszcze bardziej spragnione niż wcześniej. (Tom 13, 21 października 1921)
Rozważałam GODZINY MĘKI PAŃSKIEJ. Błogosławiony Jezus powiedział zaś do mnie: Córko moja, w ciągu mojego Życia na ziemi tysiące aniołów towarzyszyło mojemu Człowieczeństwu i gromadziło wszystko, co robiłem: słowa, czyny, kroki, a nawet westchnienia, ból, krople mojej krwi, jednym słowem wszystko. Byli to aniołowie wyznaczeni, aby się Mną opiekować i oddawać Mi cześć, gotowi na każde moje skinienie. Schodzili z Nieba i wstępowali do niego, aby zanieść Ojcu wszystko, co robiłem. A teraz ci aniołowie posiadają specjalne zadanie. Gdy dusza wspomina moje Życie, moją Mękę i moje modlitwy, otaczają ją, zbierają jej słowa, jej modlitwy, współczucie, które Mi okazuje, jej łzy i ofiary, łączą je z moimi i zanoszą przed mój Majestat, aby Mi odnowić chwałę mojego własnego Życia. A radość aniołów jest tak wielka, że pełni szacunku oczekują, aby usłyszeć, co dusza powie, i się modlą razem z nią… Z jaką więc uwagą i z jakim szacunkiem dusza powinna rozważać owe GODZINY, pamiętając, że aniołowie chłoną jej słowa, żeby powtórzyć po niej to, co mówi!
A następnie dodał: Przy tylu goryczach, które otrzymuję od stworzeń, owe GODZINY są małymi słodkimi łykami, jakie dają Mi dusze. Ale za mało jest tej słodyczy w porównaniu do tak wielu gorzkich łyków, które otrzymuję. Dlatego bardziej je rozpowszechniajcie, bardziej rozpowszechniajcie! (Tom 11, 13 października 1916)
W jaki sposób można rozważać owe GODZINY MĘKI?
- Jedną z metod jest rozważanie jednej GODZINY dziennie samemu lub z rodziną, lub z innymi osobami. W ten sposób w ciągu 24 dni rozważane są w komplecie 24 GODZINY. Dobry zegar nigdy się nie zatrzymuje. Życie także się nie zatrzymuje
- Inną metodą jest utworzenie grup składających się z czterech, ośmiu, dwunastu lub nawet 24 osób, również i rodzin. Każda z tych osób rzetelnie się zobowiązuje do rozważania jednej z GODZIN, tej, którą jej powierzono, przez pewien czas aż do zmiany GODZINY. Dobry zegar wskazuje wszystkie GODZINY, żadnej nie pomija…
- Trzecim sposobem jest rozważanie co najmniej jednej GODZINY dziennie, tej, która wypada w danej chwili dnia. W każdym razie byłoby pożądane, aby dojść do takiej znajomości GODZIN MĘKI PAŃSKIEJ i przyswoić je w takim stopniu, żeby można było śledzić myślami ich zawartość przez cały dzień.
„Rozważać” GODZINĘ MĘKI PAŃSKIEJ oznacza czytać ją dokładnie, zagłębiać ją, kontemplować i czynić modlitwą i własnym życiem… Tak, ponieważ nie jest to powierzchowne rozważanie Męki, którą każdy czyni, jak może, tak jak na przykład rozważa się tajemnice bolesne Różańca Świętego, ale jest to konkretny i specyficzny sposób, zainspirowany miłością Jezusa, aby przede wszystkim utożsamić się z Wolą Bożą oraz stale i nieprzerwanie przeżywać wewnętrzne Życie Jezusa i wszystko, co uczynił w czasie swojej Męki.
Każda GODZINA zajmuje niewiele czasu. Niektóre GODZINY są dłuższe, a inne krótsze. Spokojne i uważne czytanie zajmuje przeciętnie mniej niż pół godziny. Niektóre mogą być dłuższe. GODZINY, które są trudne do zrobienia we wskazanym czasie jak na ogół godziny nocne, mogą być przeniesione i rozważane w innym czasie.
Jednak ważne jest, aby podjęte zobowiązanie było codziennie dotrzymywane. Kiedy dana osoba zobowiązuje się przez jakiś czas rozważać pewną GODZINĘ, nie powinna się przejmować, myśląc: „ależ wciąż ta sama GODZINA”, ponieważ jeśli ją rozważa uważnie i z należytą miłością, nigdy nie będzie ona taka sama. Następnie należy ćwiczyć się w stałym jej rozważaniu i nie brać pod uwagę nic innego jak tylko to, aby dotrzymywać towarzystwa naszemu Panu. Po pewnym czasie, gdy widzimy, że ZEGAR działa, możemy przejść do rozważania kolejnych GODZIN. W ten sposób widać wyraźnie, że nie jest to „coś do przeczytania” i na tym koniec ani nie jest to kolejne pobożne ćwiczenie czy religijna praktyka, ale jest to wychowanie do życia – do wewnętrznego Życia, które przeżył Jezus. I tak nadejdzie taki moment, kiedy te zadośćuczynienia i czyny wewnętrzne Jezusa wypełnią nasz umysł i serce nie tylko podczas tego czytania, lecz także podczas wykonywania innych czynności lub w kontakcie z innymi osobami, przez całą GODZINĘ i przez cały dzień. Poczujemy wówczas raz za razem, że Jezus żyje w nas nie tylko naszym życiem, lecz także swoim własnym Życiem.
GODZINY MĘKI PAŃSKIEJ są modlitwą Luizy. Tak więc napisała je, używając podmiotu w liczbie pojedynczej rodzaju żeńskiego (w końcówkach przymiotników itp.). Dlatego też nawet jeśli są to modlitwy przeznaczone dla wszystkich, musimy wziąć pod uwagę, że wiele wyrażeń i sposobów obcowania z Jezusem są charakterystyczne dla Luizy, czyli dla tej, która jest Oblubienicą, jak również dla jej osobowości. Co więcej, słowa Jezusa nie są dosłownie przez Niego wypowiedziane (w przeciwieństwie do „Dziennika”), ale zostały wypielęgnowane przez Luizę w głębi jej duszy.
Dwadzieścia cztery GODZINY MĘKI PAŃSKIEJ
- (od 5 do 6 po południu) Jezus żegna swoją Matkę
- (od od 6 do 7 wieczorem) Jezus udaje się do Wieczernika
- (od 7 do 8 wieczorem) Wieczerza Starotestamentalna
- (od 8 do 9 wieczorem) Wieczerza Eucharystyczna
- (od 9 do 10 w nocy) Pierwsza godzina konania w ogrodzie Getsemani
- 6. (od 10 do 11 w nocy) Druga godzina konania w ogrodzie Getsemani
- (od 11 w nocy do 12 o północy) Trzecia godzina konania w ogrodzie Getsemani
- (od 12 o północy do 1 w nocy) Pojmanie Jezusa
- (od 1 do 2 w nocy) Jezus, potknięty o skałę, wpada do potoku Cedron
- (od 2 do 3 w nocy) Jezus przyprowadzony do Annasza
- (3 do 4 nad ranem) Jezus w domu Kajfasza, który skazuje Go na śmierć
- (od 4 do 5 rano) Jezus na łasce żołnierzy
- (od 5 do 6 rano) Jezus w więzieniu
- (od 6 do 7 rano) Jezus ponownie przed Kajfaszem, który potwierdza wyrok i odsyła Go do Piłata
- (od 7 do 8 rano) Jezus przed Piłatem, Piłat odsyła Go do Heroda
- (od 8 do 9 rano) Jezus jest ponownie przyprowadzony do Piłata, a Barabasz zostaje przedłożony nad Jezusa. Biczowanie Jezusa
- (od 9 do 10 rano) Jezus cierniem ukoronowany i przedstawiony ludowi: „Oto Człowiek”. Jezus skazany na śmierć
- (od 10 do 11 rano) Jezus bierze Krzyż i wyrusza na Kalwarię, gdzie zostaje obnażony
- (od 11 rano do 12 w południe) Jezus ukrzyżowany
- (od 12 w południe do 1 po południu) Pierwsza godzina konania na Krzyżu
- (od 1 do 2 po południu) Druga godzina konania na Krzyżu
- (od 2 do 3 po południu) Trzecia godzina konania na Krzyżu. Śmierć Jezusa
- (od 3 do 4 po południu) Zmarły Jezus przebity ciosem włóczni. Zdjęcie Jezusa z Krzyża
- (od 4 do 5 po południu) Złożenie Jezusa do grobu. Najświętsza Maryja opuszczona
Przygotowanie do każdej GODZINY
O mój Panie Jezu Chryste, upadam na twarz w Twojej boskiej obecności i błagam Twoje najgoręcej kochające Serce, aby zechciało mnie wprowadzić w bolesne rozważanie 24 GODZIN, w trakcie których z miłości do nas chciałeś cierpieć tak bardzo w swym uwielbionym Ciele i w swej Najświętszej Duszy, aż po śmierć na Krzyżu. Och, udziel mi pomocy, łaski, miłości, głębokiego współczucia i zrozumienia Twoich cierpień, gdy teraz rozważam godzinę…
A dla tych godzin, których nie mogę rozważać, ofiarowuję Ci swoją wolę rozpamiętywania ich i zamierzam świadomie je rozważać w każdym czasie, który muszę poświęcić na pełnienie swoich obowiązków lub na sen.
Przyjmij, o miłościwy Panie, moją pełną miłości intencję i spraw, aby było to dla pożytku mojego i innych, jak gdybym w sposób najbardziej skuteczny i święty dopełnił tego, co chcę uczynić.
Tymczasem składam Ci dzięki, o mój Jezu, że za pośrednictwem modlitwy wzywasz mnie do zjednoczenia się z Tobą. I aby sprawić Ci jeszcze większą radość, biorę Twoje myśli, Twój język, Twoje Serce i zamierzam się nimi modlić, wtapiając całego siebie w Twoją Wolę i w Twoją Miłość. I wyciągając ramiona, aby Cię objąć, kładę głowę na Twoim Sercu i zaczynam…
Dziękczynienie po każdej GODZINIE
Mój uwielbiony Jezu, zawołałeś mnie w tej GODZINIE swojej Męki, abym Ci dotrzymał towarzystwa, i ja przybiegłem. Zdawało mi się, że słyszę Cię, jak w udręce i boleści się modlisz, składasz zadośćuczynienie, cierpisz oraz upraszasz o zbawienie dusz najbardziej wzruszającymi i wymownymi słowami. Starałem się towarzyszyć Ci we wszystkim. A ponieważ muszę Cię teraz opuścić, żeby się zająć swoją pracą, czuję się w obowiązku powiedzieć Ci dziękuję i błogosławię Cię.
Tak, o Jezu, to dziękuję powtarzam Ci tysiąc tysięcy razy i błogosławię Cię za wszystko, co uczyniłeś i przecierpiałeś za mnie i za każdego. Dziękuję Ci i błogosławię Cię za każdą kroplę krwi, którą przelałeś, za każdy oddech, za każde uderzenie serca, za każdy krok, słowo, spojrzenie, gorycz i upokorzenie, którego doznałeś. Wszystko, o mój Jezu, zamierzam oznaczyć moim dziękuję Ci i błogosławię Cię. Tak, o Jezu, spraw, aby z całej mojej istoty płynął ku Tobie nieprzerwany potok dziękczynienia i błogosławieństw, tak abym mógł ściągnąć na siebie i na wszystkich potok Twoich błogosławieństw i Twoich łask. Och, Jezu, przytul mnie do swojego Serca i swoimi najświętszymi rękami oznacz każdą cząstkę mojej istoty Twoim błogosławię Cię, tak aby nie mogło wypłynąć ze mnie nic prócz nieustannego hymnu na Twoją cześć.
tekst rozważań www.vicona.pl/24-godziny-meki-panskiej
Modlimy się w intencjach:
– Wypełnienia Woli Bożej w naszym Narodzie
– Przemianę Polskich serc
– Dusze czyśćcowe
– Zaprzestanie aborcji
– Powołania kapłańskie zakonne i misyjne
– Za konających
***
Pierwsza Niedziela Wielkiego Postu – 22 lutego

fot. wikipedia/domena publiczna / CC BY-SA 4.0
***
95 lat temu Pan Jezus objawił się siostrze Faustynie Kowalskiej
95 lat temu Chrystus Miłosierny objawił się siostrze Faustynie Kowalskiej. Wydarzyło się to w jej celi w klasztorze Zgromadzenia Sióstr Matki Bożej Miłosierdzia w Płocku.
Widzenie opisane w „Dzienniczku”
Siostra Faustyna Kowalska wieczorem 22 lutego 1931 roku przebywała w swej celi w płockim klasztorze, kiedy objawił się jej Pan Jezus. Faustyna tak to opisała w swoim „Dzienniczku”: „Wieczorem, kiedy byłam w celi, ujrzałam Pana Jezusa ubranego w szacie białej. Jedna ręka wzniesiona do błogosławieństwa, a druga dotykała szaty na piersiach. Z uchylenia szaty na piersiach wychodziły dwa wielkie promienie: jeden czerwony, a drugi blady. W milczeniu wpatrywałam się w Pana, dusza moja była przejęta bojaźnią, ale i radością wielką. – Po chwili powiedział mi Jezus: wymaluj obraz według rysunku, który widzisz z podpisem: Jezu, ufam Tobie. Pragnę, aby ten obraz czczono najpierw w kaplicy waszej i na całym świecie”.
Święto Miłosierdzia ustanowione przez Jana Pawła II
Podczas widzeń w Płocku Pan Jezus powiedział również siostrze Faustynie, że pragnie, aby w pierwszą niedzielę po Wielkanocy zostało ustanowione Święto Miłosierdzia Bożego. Pierwsze zabiegi o ustanowienie tego święta podejmował już spowiednik s. Faustyny ks. Michał Sopoćko. Dopiero jednak św. Jan Paweł II w 2000 roku w dniu kanonizacji s. Faustyny ustanowił święto Miłosierdzia Bożego dla całego Kościoła powszechnego, wyznaczając je na drugą niedzielę Wielkanocną, zgodnie z wolą Chrystusa wyrażoną podczas objawienia siostrze Faustynie.
***
Z celi w Płocku na cały świat. 95 lat od objawienia „Jezu, ufam Tobie”

Klasztor w Płocku, miejsce pierwszych objawień św. Faustynie.
Amata J. Nowaszewska CSFN
***
22 lutego 1931 roku w klasztorze w Płocku 26-letnia s. Faustyna Kowalska ujrzała Jezusa Miłosiernego i usłyszała słowa, które zmieniły duchową mapę świata: „Wymaluj obraz z podpisem: Jezu, ufam Tobie”. Dziś, w 95. rocznicę tamtego wydarzenia, Kościół wraca do źródła nabożeństwa do Bożego Miłosierdzia – przesłania nadziei, które z cichej zakonnej celi dotarło na wszystkie kontynenty.
„22 lutego przypada 95. rocznica pierwszego objawienia Jezusa Miłosiernego świętej Faustynie Kowalskiej” – przypomniał Leon XIV podczas audiencji generalnej 18 lutego. „Zapoczątkowało to nowy rozdział szerzenia kultu Bożego Miłosierdzia poprzez Koronkę i obraz „Jezu, ufam Tobie” – dodał Ojciec Święty.
Pierwsze objawienie Jezusa Miłosiernego
Objawienie miało miejsce 22 lutego 1931 r., w niedzielę, w klasztorze Zgromadzenia Sióstr Matki Bożej Miłosierdzia w Płocku, gdzie 26-letnia siostra Faustyna przebywała od 1930 roku. W „Dzienniczku” opisała tak to wydarzenie: „Wieczorem, kiedy byłam w celi, ujrzałam Pana Jezusa ubranego w szacie białej. Jedna ręka wzniesiona do błogosławieństwa, a druga dotykała szaty na piersiach. Z uchylenia szaty wychodziły dwa wielkie promienie, jeden czerwony, a drugi blady”. Jezus polecił jej: „Wymaluj obraz według rysunku, który widzisz, z podpisem: «Jezu, ufam Tobie»”.
Rozwój nabożeństwa do Bożego Miłosierdzia
Płockie objawienie stało się punktem wyjścia dla nabożeństwa do Bożego Miłosierdzia, które wyraża się w obrazie „Jezu, ufam Tobie”, Koronce oraz wezwaniu do zaufania Bogu i czynienia miłosierdzia wobec bliźnich. Już przed II wojną światową w domu sióstr czczono wizerunek Jezusa Miłosiernego, a kult stopniowo rozprzestrzenił się w Polsce i na świecie…
Amata J. Nowaszewska CSFN
Vaticannews –Gość Niedzielny
***
„Jezu, ufam Tobie”
95 lata temu Chrystus Pan polecił s. Faustynie namalować swój wizerunek
Dokładnie 95 lata temu, 22 lutego 1931 r., Chrystus polecił polskiej zakonnicy s. Faustynie Kowalskiej namalować swój wizerunek z podpisem „Jezu, ufam Tobie”. Obecnie obrazy Miłosiernego Jezusa, namalowane według opisu św. Faustyny, są najbardziej rozpoznawalne nie tylko w Polsce, ale na całym świecie. Tylko Bóg jeden wie ile ludzkich serc już wyprosiło i nadal wyprasza przed wizerunkiem Boże Miłosierdzie.

Obraz Jezusa Miłosiernego namalowany przez Eugeniusza Kazimirowskiego
***
Wizerunek Jezusa Miłosiernego został objawiony w Płocku. Tego dnia przypadała pierwsza niedziela Wielkiego Postu.
Dzięki staraniom ks. Michała Sopoćki udało się znaleźć artystę, który podjął się namalowania obrazu według wskazówek s. Faustyny. Był nim Eugeniusz Kazimirowski. Gotowy obraz Jezusa Miłosiernego został pokazany wiernym w pierwszą niedzielę po Wielkanocy w 1935 r. w Ostrej Bramie w Wilnie.
Ten obraz to bardzo charakterystyczny wizerunek, przedstawiający Jezusa Zmartwychwstałego w postawie kroczącej. Na Jego dłoniach i stopach dostrzegamy ślady po ukrzyżowaniu. Prawa dłoń Chrystusa jest uniesiona w geście błogosławieństwa, lewa zaś odsłania białą szatę w okolicy serca, skąd wychodzą dwa promienie – czerwony symbolizuje krew, błękitny wodę. Na dole obrazu widać napis „Jezu, ufam Tobie”, który przetłumaczono na wiele języków.
Obok s. Faustyny jednym z największych czcicieli Bożego Miłosierdzia był św. Jan Paweł II, który w 2000 r. ustanowił święto Bożego Miłosierdzia, przypadające w pierwszą niedzielę po Wielkanocy. W 2002 r. konsekrował świątynię w Krakowie-Łagiewnikach, która jest światowym centrum kultu Jezusa Miłosiernego.
***
I Niedziela Wielkiego Postu
Szatan istnieje naprawdę. Egzorcysta dostał od złego ducha…

fot. Screenshot – YouTube (Edycja Świętego Pawła)
***
(wywiad pt.: “Niewidzialni wrogowie” przeprowadzony z ks. Marianem Rajchelem)
***
Podobno wielu księży nie wierzy w istnienie złego ducha i w opętanie?
Przytoczę słowa złego ducha usłyszane podczas przeprowadzania egzorcyzmu: “Bo wielu księży myśli, że ja jestem tylko w piekle”. Nie, zły duch jest tam, gdzie ludzie go wpuszczą.
W wielu diecezjach, seminariach w Polsce i na świecie nie mówi się o piekle, złym duchu i opętaniach. Dlaczego?
Również zadaję sobie to pytanie. Był to temat tabu. W Kościele egzorcyzmy stały się jakby sprawą wstydliwą, II Sobór Watykański ją ominął. Uważam, że doświadczenia egzorcystów powinno się zebrać i włączyć do nauki teologii i ascezy, czyli wierności na co dzień Panu Bogu. Powinniśmy się uczyć, jak rozpoznać wroga, przewidzieć, kiedy i w jaki sposób zły duch zaatakuje. W ten sposób łatwiej będzie nam się przed nim bronić.
W większości ludzie także nie wierzą w istnienie piekła i działanie diabła…
W 1972 roku papież Paweł VI powiedział, że zły duch rządzi światem, że wtargnął w historię za pozwoleniem ludzi. Po tej wypowiedzi świat był oburzony, a media opluwały papieża, grzmiąc: Jak w XX wieku można mówić o szatanie! Ale w tym samym czasie w wielu państwach rejestrowano kościoły satanistów, kościół Lucyfera. Tak wygląda nasza cywilizacja: oficjalnie mówi się co innego, a w praktyce jest co innego.
Ludzie nie wierzą w istnienie piekła, bo jest to dla nich łatwiejsze, a ukrywanie swojego działania wobec ludzi leży w interesie złego ducha, stanowiąc zarazem jedną ze skuteczniejszych jego akcji.
Czy musimy wierzyć w istnienie diabła, aby się zbawić i być w Kościele? Nigdy przecież nie stwierdzono dogmatu o istnieniu złych duchów. Dlaczego?
Bo nigdy w Kościele nie było z tą prawdą problemów. Kościół nigdy nie wątpił w istnienie i szkodliwe działanie złego ducha. Biblia wyraźnie stwierdza, kto skusił pierwszych rodziców do grzechu, kto kusił Pana Jezusa. Tu nie ma wątpliwości! Pytanie dotyczy konieczności uwierzenia. Mamy obowiązek wierzyć w prawdy wiary, choć nie wszystkie zostały zdogmatyzowane. Trzeba wierzyć zarówno w istnienie aniołów, jak i złych duchów. Bez tej wiary nie da się być w Kościele.
Egzorcyści
Słysząc o szatanie, ludzie boją się i myślą: “Jeśli zostawię złego ducha w spokoju, to i on zostawi mnie, a jeśli będę z nim walczył, to on mnie zaatakuje”. Czy boi się ksiądz diabła?
Oczywiście, że się go boję! I nie chcę mieć z nim nic wspólnego. Chciałbym go mocą Bożą wyrzucać z ludzi jak najczęściej. Nie ma co ryzykować. Czy jest taki człowiek, który się go nie boi?! To wielki błąd, jeśli ktokolwiek udaje, że jest mocniejszy od złego ducha.
Świeży przykład może być? Wczoraj o godzinie 23.54, po modlitwie nad opętaną dziewczyną, dostałem bardzo “miły” SMS (zachowałem wiadomość w poczcie, jakby ktoś nie wierzył): “Pożałujesz tego, marny klecho, dotknij mnie jeszcze raz tymi wyświęconymi łapami i swoimi zabawkami, a cię zabiję! Dość już tego, dość, dość, dość… Dość mówię!”. Aż się z tego ucieszyłem. Dlaczego? Bo niekiedy się wydaje, że nasze modlitwy nic nie znaczą, a gdy zły duch się wścieka, to znaczy, że mocno ucierpiał i jest porządnie trafiony.
Inny SMS był taki: “Zdechniesz za to, co zrobiłeś, nie boję się Pani Niebieskiej ani ciebie z tymi zabawkami”. Znowu kłamstwo w wydaniu złego ducha: “nie boję się”, a równocześnie “zdechniesz za to, co zrobiłeś”. Można wyczuć, z kim ma się do czynienia!
Módlcie się za egzorcystów, gdyż nie wolno nam popełnić żadnego błędu, bo wtedy rzeczywiście zły duch może się zemścić.
Arcybiskup Emmanuel Milingo był egzorcystą w Afryce i we Włoszech. Jednak wystąpił z Kościoła.
A dlaczego Judasz odszedł od Pana Jezusa?…
bo człowiek jest wolny…
…tylko u Pana Boga jest wolny! U złego ducha jest zniewolony! Bóg nigdy nie zmusza człowieka, tylko składa propozycje: “Jeśli chcesz, to pójdź za mną”. Pan Bóg namawia, podaje argumenty, podsuwa projekty, ale nigdy nie zmusza. A działanie i opętanie złego ducha polega na przymusie, wzięciu człowieka we władanie, zniewoleniu go i degradacji.
Czy ze złym duchem można rozmawiać?
Spotkałem egzorcystów, którzy przyjmowali jak objawienie wszystko, co zły duch im powiedział. Uważam, że tego robić nie wolno, gdyż zły duch to ojciec kłamstwa. On, nawet przymuszony rozkazem wyznania jakiejś prawdy, dorzuci jeszcze jakiegoś śmiecia. Kiedyś zapytałem złego ducha: “Co zrobić, żebyś z tej osoby wyszedł?”. “Odmówić “Ojcze nasz” po francusku” – usłyszałem odpowiedź. I dwie osoby z zespołu egzorcystów odmówiły modlitwę po francusku! Mówiłem im, że tego nie trzeba robić, lecz one się pomodliły, co oczywiście nic nie pomogło.
Niekiedy sam zły duch rozpoznaje nasze myśli. Pewnego razu zastanawiałem się, czy osoba jest opętana, dręczona, czy tylko udaje. I w myślach rozkazywałem złemu duchowi: “Jeśli jesteś w tej osobie, to w Imię Jezusa powiedz, jakie jest twoje imię”. Po chwili ciszy zły duch objawił się w tej osobie. “Chcesz znać moje imię? Powiem ci” – przemówił.
Czasem trzeba rozkazywać złemu duchowi, by podał imię, to pomaga przy uwolnieniu.
Czytałem, że w Polsce jest około sześćdziesięciu księży egzorcystów i każdego dnia mają co robić. Co znaczy dla księdza być egzorcystą?
Przyznam się, że dla mnie posługa egzorcysty jest teologią praktyczną, której w seminarium nie było. Dzięki niej wiele douczyłem się o Bogu, o człowieku i złym duchu. To nie jest tylko problem dręczeń. Ile satanizmu jest w naszym życiu społecznym, narodowym, a nawet kulturalnym. Ile kłamstw, obłudy, podpuszczania…
Bardziej rozumiem, że Chrystus przyszedł nas wybawić od potwornego zła. Zbawiciel aż taką wielką cenę za nas zapłacił. Gdyby był to drobiazg, Bóg wysłałby anioła. Jezus sam przyszedł jako człowiek, by pokazać nam sposób życia w prawdzie i świętości oraz unaocznić niebezpieczeństwa grożące człowiekowi. To dają mi egzorcyzmy.
Z drugiej strony posługa ta pokazuje mi, że ludzie często nie wiedzą, co w życiu czynią. Nie wiedzieli, bo skazali niewinnego Chrystusa i jeszcze z Niego szydzili. Nie wierzyli, że jest Bogiem i mieli silnego kusiciela. Ludzie opętani i dręczeni na początku dziwią się mojej życzliwości, bo uważają się za odsuniętych, potępionych, napiętnowanych, a tymczasem spotykają się z radością, miłością i słowami: “Dobrze, dziecko Boże, że wracasz”. My, egzorcyści, cieszymy się każdym dobrem i martwimy każdym ustępstwem na rzecz zła. To pogłębia duszpasterską więź z przychodzącymi do nas ludźmi. Niedawno pewna pani powiedziała: “Ja tak bardzo bałam się przyjechać do księdza”. Później pozbyła się tego strachu.
Zastanawiam się, dlaczego jeden egzorcyzm nie wystarczy, lecz trzeba go powtarzać.
Kiedyś dziewczyna zdiagnozowana jako opętana zachowywała się na egzorcyzmie spokojnie, cicho, tylko delikatnie drżąc. Za drugim razem było tak samo, czyli bez większych objawów opętania. Wówczas wziąłem ją na bok i zapytałem, co robi w trakcie egzorcyzmu – czy odnawia pakt z szatanem. Kiwnęła głową, że tak: aby nie było objawów, w tym czasie ona ponownie oddawała się złemu duchowi. Na co taki egzorcyzm? Na nic! Nigdy modlitwa nie działa wbrew woli człowieka.
U osób, które nie chcą być uwolnione, zło wraca. Jeśli zaś człowiek wytrwa na egzorcyzmie – niekiedy całe miesiące – to wyjdzie spod wpływu złego ducha.
Czy zdarza się, że egzorcyzm w jakimś przypadku nie skutkuje?
Niestety, może tak być. Mamy jako egzorcyści świadomość, że nie wszystko może się udać. Zdarza się, że na skutek działania złego ducha nie dochodzi do egzorcyzmu. W pewnym przypadku szatan tak bał się egzorcyzmu, że doprowadził do samobójstwa młodego chłopaka, zanim udało mu się ze mną spotkać. Jak opowiadali później jego koledzy, którzy wieźli go do mnie, chłopak nie wysiadł normalnie z samochodu, ale coś go wydarło przez okienko w drzwiach, i od razu pobiegł do Sanu odebrać sobie życie.
Czy można egzorcyzmować kogoś wbrew jego woli?
Nie. Egzorcyzm to nie czary, wymaga zaangażowania opętanego, konieczna jest jego chęć poprawy i powrotu do Boga. On sam musi walczyć o uwolnienie od złego ducha. Jeżeli tego nie robi, modlitwa egzorcysty nic nie pomoże. Opętanie to stopniowa degradacja, a egzorcyzm jest procesem powrotu do Boga.
Ile egzorcyzmów ksiądz przeprowadził?
Nie wiem, bo ich nie liczę. Trochę by się tego uzbierało. Kiedyś w jednym miesiącu miałem sto dwadzieścia spotkań (wiele zakończonych egzorcyzmowaniem).
Czy miał ksiądz jakiś widowiskowy egzorcyzm?
Wszystkie egzorcyzmy takie są… Kiedyś modliliśmy się nad chłopakiem, maturzystą. Objawy opętania wystąpiły w szkole. Młodzież natychmiast szukała księdza. Pytałem ich, jak poznali, że potrzebna jest pomoc egzorcysty, przecież mogli zadzwonić po psychologa czy psychiatrę? Chłopcy powiedzieli: “Bo ten szczupły chłopak miał taką siłę, żeśmy w czterech nie mogli mu dać rady”, a dziewczyny stwierdziły: “Bo takim wzrokiem na nas patrzył, jakby chciał nas wszystkich w klasie pozabijać”. Odbył się pierwszy egzorcyzm, podczas którego chłopak krzyczał: “Ja wam tego nie daruję!”, a po chwili ciszy spokojne powiedział: “Macie szczęście, że On tu jest i Ona!” (zły duch bardzo niechętnie wypowiada imiona Jezusa i Maryi; jego słowa znaczyły, że wspiera nas Pan Jezus i Maryja). Czego więcej potrzeba! To był najkrótszy egzorcyzm w mojej karierze, dwa razy spotkaliśmy się na modlitwie i spokój. Czy to nie jest widowiskowe?
Fronda.pl
***
“Jeżeli szatan wejdzie do twojego domu, to jedynie przez drzwi, którymi wyprosiłeś Chrystusa.”
***
Leon XIV radzi księżom starszym, jak radzić sobie z samotnością
fot. Vatican Media
***
Kapłani powinni od młodości przygotowywać się na to, że w starości nie będą mogli być tak aktywni, aby umieć ofiarować Bogu chwile samotności – wskazał Leon XIV w odpowiedzi na pytanie jednego ze starszych kapłanów, jak księża mają radzić sobie z samotnością i chorobą. Zachęcił młodszych kapłanów, by towarzyszyli starszym.
Co mogą czynić starsi księża, aby po latach aktywności nie czuć się na emeryturze lub w chorobie samotni i izolowani – zapytał jeden z rzymskich księży Papieża Leona XIV, podczas audiencji u Ojca Świętego. Dodał, że ze swego doświadczenia jako osoby starszej od Papieża wie, że wielu starszych księży odczuwa samotność po życiu całkowicie poświęconym Ewangelii i Kościołowi. „Po tak wielu spotkaniach z ludźmi, tak wiele samotności. Wielu dotkniętych chorobą musiało wycofać się jeszcze przed osiągnięciem wieku emerytalnego” – mówił ksiądz. I zapytał, jakie sugestie może Papież przekazać tym kapłanom, a także jak kapłani starsi mogą pomagać młodszym w głoszeniu z pasją Słowa Bożego.
Przygotować się za młodu na okres starości
W odpowiedzi Papież odniósł się najpierw do wszystkich kapłanów, mówiąc, że należy przygotować się na starość, choćby poprzez dialog i przyjaźnie z innymi, aby później mieć towarzyszy. Przestrzegł przed pewnym rodzajem goryczy, która już w młodości sprawia, że niektórzy nie doświadczają przyjaźni, braterstwa i wspólnoty. „I dlatego już jako młodzi lub w średnim wieku żyją z tą goryczą, zawsze są niezadowoleni i zawsze mają nieco negatywne nastawienie” – mówił Ojciec Święty.
Dodał, że warto przeżywać swe życie jako świadomą wędrówkę z łaską Bożą i w duchu modlitwy i poświęcenia do przyjęcia krzyża, cierpienia, które nadchodzi – jakie pragnął mieć w dniu święceń kapłańskich, kiedy powiedział Panu: „Tak, Panie, chcę podążać za Tobą we wszystkim i przyjmę to, co daje mi życie, jako część Twojej woli”.
„W tym przypadku potrzebna jest głęboka duchowość, którą należy pielęgnować, już od czasów seminarium i potem. Nie mogę powiedzieć 22-latkowi: ‘Przygotuj się na moment, kiedy osiągniesz 80 lat’ – ale jest to cała droga, sposób na wejście w życie z pewnym duchem wdzięczności” – dodał Leon XIV.
Żyć we wdzięczności za życie i powołanie
Papież zachęcił, by to wielkie i piękne powołanie do kapłaństwa przeżywać ciągle w duchu wdzięczności. „Pan powołał nas, abyśmy byli Jego przyjaciółmi, uczniami, sługami całego Jego ludu, a to jest piękne! Życie w duchu wdzięczności od pierwszego dnia mojego kapłaństwa pomoże mi żyć – nawet jako osobie starszej, dźwigającej krzyż choroby – mówiąc: ‘Dziękuję Ci, Panie, za życie, za dar, który mi dajesz’” – podkreślił Papież.
Dodał, że wdzięczność za życie i powołanie jest także świadectwem wobec świata, który dziś coraz częściej oferuje eutanazję osobom, zmagającym się z poczuciem braku sensu życia czy chorobami. „To znaczy, że to my musimy być pierwszymi świadkami tego, że życie ma ogromną wartość. A wdzięczność w ciągu całego życia jest bardzo ważna” – mówił Leon XIV.
„Również pokora. Pokora: postawa uznania, że to nie ja, ale to Pan Bóg dał mi życie, to Pan towarzyszy mi i niesie mnie w swoich ramionach, nawet w tych chwilach, kiedy jestem najsłabszy. Pan jest z nami. Życie w tym duchu daje życie i nadzieję” – dodał Ojciec Święty.
Bliskość wobec starszych księży i sióstr
Zaapelował także do wszystkich księży o pielęgnowanie bliskości z braćmi w kapłaństwie i stanie duchownym. „Z pewnością wszyscy znamy jakąś starszą osobę, chorego, księdza, świeckiego, siostrę zakonną… którzy przeżywają chwile wielkich trudności. Zadzwońmy do nich, odwiedźmy ich. Podejmijmy wysiłek, aby pomóc tym cierpiącym osobom” – zaapelował Papież. Dodał, że jest to służba, apostolat, bardzo ważna forma duszpasterstwa, aby żyć w bliskości z tymi, którzy cierpią.
Możecie służyć Bogu też w starości
Leon XIV podkreślił, że starsi księża również pełnią swoją służbę. Nawet jeśli są chorzy i leżą w łóżku, jeśli przeżyli życie pełne służby i poświęcenia, doskonale wiedzą, że ich modlitwa może być także wielką służbą, wielkim darem. „Ich życie nadal ma wielki sens. Mogą pamiętać i nadal towarzyszyć wielu osobom, sytuacjom, wspólnotom, które potrzebują ich modlitwy. Aby żyć tym duchem – oczywiście, jeśli ktoś nie modlił się przez czterdzieści lat, a potem mówi: ‘Leżę w łóżku, nie wiem, co robić, to trudne’ – również w tym przypadku trzeba poddawać się ciągłej formacji naszego życia duchowego. Zaczyna się to od przygotowania, zanim staniemy się, powiedzmy, starsi i chorzy” – pouczył Ojciec Święty.
Duchowe towarzyszenie
Wszystkich zachęcił do pielęgnowania praktyki duchowego towarzyszenia, posiadania w swoim życiu kogoś, kto nas zna. Przyjaciela czy dobrego spowiednika, księdza, osoby o wielkiej mądrości duchowej, która będzie mogła nam towarzyszyć i pomagać w chwilach wielkich trudności. „Wszyscy jesteśmy ludźmi, wszyscy przeżywamy trudne chwile, różnego rodzaju ból, ale posiadanie zaufanej osoby, która naprawdę może nam towarzyszyć z wielką bliskością, w sercu, w duchu – to także wielki dar, który możemy uznać za pomoc w naszym życiu” – dodał Papież.
„Nie jest to więc tylko okres starości, ale całe życie, które musimy przeżyć w tej wspólnej wędrówce, wędrówce z Jezusem i we wzroście w duchu wiary, nadziei i autentycznej miłości” – zakończył.
26 lutego 2026 – Wojciech Rogacin, Vatican News PL | Watykan Ⓒ Ⓟ
***
Plac Świętego Piotra – Niedziela, 22 lutego 2026 r.
Anioł Pański z Leonem XIV: Zróbmy miejsce milczeniu i wyciszmy smartfony

W rozważaniu przed modlitwą Anioł Pański 22 lutego 2026 r. papież Leon XIV, odnosząc się do dzisiejszej Ewangelii, wezwał wiernych do hojnego praktykowania milczenia i odcięcia się od hałasu współczesnego świata, w tym smartfonów.
Dzisiaj, w pierwszą niedzielę Wielkiego Postu, Ewangelia mówi nam o tym, jak Jezus, prowadzony przez Ducha, udaje się na pustynię i jest kuszony przez diabła (Mt 4, 1-11). Po czterdziestodniowym poście doświadcza ciężaru swojego człowieczeństwa – na poziomie fizycznym głód, a na poziomie moralnym kuszenie diabła. Odczuwa takie samo zmęczenie, jakiego wszyscy doświadczamy na naszej drodze, a stawiając opór demonowi, pokazuje nam, jak przezwyciężać jego zwodzenie i podstępy.
Liturgia, poprzez to Słowo życia, zachęca nas, abyśmy spojrzeli na Wielki Post jako na pełen blasku szlak, na którym przez modlitwę, post i jałmużnę możemy odnowić naszą współpracę z Panem w tworzeniu jedynego w swoim rodzaju arcydzieła naszego życia. Chodzi o to, by pozwolić Mu usunąć plamy i uleczyć rany, jakie grzech mógł pozostawić w naszym życiu, i starać się, aby rozkwitło ono w całym swym pięknie, aż do pełni miłości – jedynego źródła prawdziwego szczęścia.
Oczywiście jest to wędrówka wymagająca i istnieje ryzyko, że się zniechęcimy albo damy się uwieść mniej wymagającym drogom dającym spełnienie, jak bogactwo, sława i władza (por. Mt 4, 3-8). Owe pokusy, których doświadczył również Jezus, są jednak tylko nędznymi namiastkami radości, do której jesteśmy stworzeni, i ostatecznie pozostawiają nas nieuchronnie i nieustannie niezadowolonymi, niespokojnymi i pustymi.
Dlatego św. Paweł VI nauczał, że pokuta, bynajmniej nie zuboża naszego człowieczeństwa, a ubogaca je, oczyszczając i umacniając w jego zmierzaniu ku horyzontowi, którego celem ostatecznym jest „to, byśmy Boga lepiej kochali i oddali się mu zupełnie”(Konst. apost. Paenitemini, 17 lutego 1996, I). Pokuta bowiem uświadamia nam nasze ograniczenia i daje siłę do ich przezwyciężenia i do życia, z Bożą pomocą, w coraz silniejszej komunii z Nim i między nami.
W tym czasie łaski praktykujmy ją hojnie, wraz z modlitwą i uczynkami miłosierdzia – zróbmy miejsce milczeniu; wyciszmy na chwilę telewizory, radia i smartfony. Medytujmy nad Słowem Bożym, przystępujmy do sakramentów; wsłuchujmy się w głos Ducha Świętego, który przemawia do nas w sercu, i słuchajmy się nawzajem, w rodzinach, w środowiskach pracy, we wspólnotach. Poświęcajmy czas osobom samotnym, zwłaszcza starszym, ubogim i chorym. Rezygnujmy z tego, co zbędne, i dzielmy się tym, co zaoszczędzimy, z osobami, którym brakuje tego, co konieczne. Wtedy – jak mówi św. Augustyn – „nasza modlitwa przeżywana w pokorze i miłości – przez post i jałmużnę, przez umiarkowanie i przebaczenie, obdarzając dobrem i nie odpłacając złem, odwracając się od zła i czyniąc dobro” (Sermo 206, 3), dosięgnie nieba i przyniesie nam pokój.
Zawierzmy naszą wielkopostną drogę Maryi Pannie, Matce, która zawsze towarzyszy swoim dzieciom w próbie.
Leon XIV: Chrystus uczy, jak nie dać się zwieść złu
Leon XIV zachęcił, byśmy w Wielkim Poście pozwolili Panu usunąć plamy i uleczyć rany, jakie grzech mógł pozostawić w naszym życiu. Ta wędrówka jest jednak wymagająca, a człowiek doznaje na niej pokus takich jak bogactwo, sława, czy władza. – Owe pokusy, których doświadczył również Jezus, są jednak tylko nędznymi namiastkami radości, do której jesteśmy stworzeni, i ostatecznie pozostawiają nas nieuchronnie i nieustannie niezadowolonymi, niespokojnymi i pustymi – zauważył Ojciec Święty. Podkreślił także, że pokuta uświadamia nam nasze ograniczenia i daje siłę do ich przezwyciężenia.
Papież zachęcił do pokuty, modlitwy i jałmużny. – Zróbmy miejsce milczeniu; wyciszmy na chwilę telewizory, radia i smartfony. Medytujmy nad Słowem Bożym, przystępujmy do sakramentów; wsłuchujmy się w głos Ducha Świętego, który przemawia do nas w sercu, i słuchajmy się nawzajem, w rodzinach, w środowiskach pracy, we wspólnotach. Poświęcajmy czas osobom samotnym, zwłaszcza starszym, ubogim i chorym. Rezygnujmy z tego, co zbędne, i dzielmy się tym, co zaoszczędzimy, z osobami, którym brakuje tego, co konieczne.
vatican.va/Kai
***
USA: były dyrektor Google o swoim nawróceniu na katolicyzm i “obosiecznym mieczu AI”
Vic Gundotra, były dyrektor Google i konwertyta na katolicyzm, opowiadał na zjeździe katolickich biznesmenów Legatus w Santa Brabara, a ostatnio także na łamach katolickiego portalu EWTN-News o swoim nawróceniu na katolicyzm.

unsplas
***
Mówił także, jak sztuczna inteligencja (AI) stała się częścią jego życia wiary oraz jakie niesie zagrożenia.
Wychowany jako Świadek Jehowy
Droga urodzonego w Indiach Gundotry do katolicyzmu była kręta. Wychowany jako Świadek Jehowy, był mocno zaangażowany w życie wspólnoty, został nawet starszym zboru. Z czasem zaczął mieć wątpliwości, lecz surowe zasady zakazywały jakiegokolwiek kwestionowania doktryny pod groźbą „wykluczenia ze wspólnoty”. „Dla Świadka Jehowy to bardzo niebezpieczna rzecz. To była ogromna walka, by móc opuścić tę wiarę i się z niej wydostać” – powiedział Gundotra
Gdy powiedział żonie, że ma poważne zastrzeżenia wobec ich religii, wspominał: „zaczęła płakać i powiedziała: ‘Nie dam rady. Nie mogę stracić przyjaciół, rodziny’”. „Tracisz wszystko. Konsekwencją bycia Świadkiem Jehowy i prowadzenia pogłębionych badań oraz krytycznego myślenia na temat własnych doktryn, czego bardzo niewielu Świadków Jehowy w ogóle się podejmuje, jest wykluczenie. To jak potężny topór wiszący nad twoją głową” – wyjaśniał Gundotra.
Ostatecznie on i jego żona zdecydowali się odejść, a Gundotra został ateistą. Po latach, w okresie, który sam opisuje jako “najniższy punkt” w swoim życiu, zaczął odnajdywać drogę do katolicyzmu dzięki pomocy kolegi, z którym wcześniej pracował w Microsoft.
Była godz. 2:00 w nocy, gdy Gundotra napisał do niego, że musi porozmawiać. Przyjaciel odpowiedział natychmiast. Gdy Gundotra zapytał, dlaczego nie śpi, usłyszał: „Mam dyżur adoracji”. Potem nastąpił długi proces odkrywania Ojców Kościoła, studiowania wiary i w końcu przyjęcia do Kościoła katolickiego. „Świadkowie Jehowy nigdy nie mówią o Ojcach Kościoła. Nawet nie wiedziałem, że oni istnieli” – powiedział Gundotra. „Pamiętam, gdy czytałem o Klemensie, sięgnąłem po moją Biblię Świadków Jehowy i otworzyłem odpowiedni fragment Pisma Świętego. A tam apostoł Paweł mówi: ‘Słuchajcie Klemensa. Jego imię jest zapisane w Księdze Życia’” (według tekstu Biblii w liście Flp 4,3 Paweł prosi o pomoc dla osób, w tym Klemensa, które walczyły razem z nim o sprawę Ewangelii, przyp. KAI)
„Popłakałem się. Powiedziałem: ‘To jest tutaj, w mojej Biblii Świadków Jehowy. Kim jest ten Klemens? Jak to możliwe, że nie czytałem jego listów?’”. (tradycja chrześcijańska, zapoczątkowana w III/IV wieku, utożsamia tego współpracownika Pawła z późniejszym papieżem, św. Klemensem I. Jest on autorem znanego 1. Listu do Koryntian napisanego około 96 r., co czyni go jednym z Ojców Apostolskich, przyp. KAI]
AI jako “miecz obosieczny”
Gundotra wyznał, że codziennie rano spędza godzinę, czytając czytania mszalne i zawsze zadaje chatbotowi AI pytanie: „Czego większość ludzi nie dostrzega w tym czytaniu?”. Poleca korzystanie z techniki „pogłębionych badań”, proszenie AI o wolniejsze, bardziej przemyślane odpowiedzi, ponieważ istnieje kompromis między szybkością a głębią. „Może cztery dni w tygodniu jestem zdumiony – absolutnie zdumiony” – powiedział. „To mogą być wersety, które czytałem tysiące razy, a coś przeoczyłem”. „AI potrafi to zrobić, ponieważ przeczytała wszystkich Ojców Kościoła. Przeczytała wszystko, co Kościół napisał przez 2000 lat” – stwierdził Gundotra. „Ty możesz czytać dany werset po raz dwudziesty, ale AI potrafi zajrzeć do każdego komentarza, jaki kiedykolwiek został napisany przez Kościół na temat tych wersetów, i zsyntetyzować to w sposób unikalny dla ciebie”.
Gundotra nie umniejsza znaczenia AI: „Sztuczna inteligencja to największa innowacja mojego życia. W istocie uważam, że jest porównywalna z wynalezieniem ognia i koła”. Jednocześnie nazwał AI „mieczem obosiecznym”, podkreślając, że widzi w niej „pewne niebezpieczeństwo”.
„Będą ludzie, którzy uznają AI za swojego Boga” – powiedział. „Jesteśmy na początku procesu, który doprowadzi część ludzi do oddawania czci AI jak Bogu. To sprawia wrażenie czegoś niezwykle potężnego, ale to tylko narzędzie – nie Bóg”.
Kai/Gość Niedzielny
***
Były rektor anglikańskiego seminarium w Oksfordzie wstąpił do Kościoła katolickiego

Robin Ward przyjęty do Kościoła w Opactwie Benedyktynów św. Michała w Farnborough przez jego opata, benedyktyna o. Cuthberta Brogana.materiały ks. Robina Warda
***
Były rektor anglikańskiego seminarium St. Stephen’s House w Oksfordzie, Robin Ward, ogłosił, że został przyjęty do Kościoła katolickiego. Jak donosi Vatican News, swoją decyzję podjął – jak sam napisał – „bez żalu i wahania”.
„Zostałem przyjęty do Kościoła katolickiego. Proszę o modlitwę” – poinformował 14 lutego w mediach społecznościowych. Do 2025 roku przez 19 lat kierował St. Stephen’s House – jedną z kluczowych instytucji formacyjnych Kościoła Anglii, przygotowującą przyszłych duchownych anglikańskich.
Droga akademicka i duszpasterska
Robin Ward został wyświęcony w Kościele Anglii w 1992 roku. Posługiwał jako wikariusz, proboszcz i kapelan szpitalny. Studiował literaturę średniowieczną w Magdalen College w Oksfordzie, a formację teologiczną odbył właśnie w St. Stephen’s House w latach 1988-1991. Doktorat uzyskał w King’s College London.
W 2004 roku został honorowym kanonikiem katedry w Rochester oraz reprezentował diecezję w Synodzie Generalnym Kościoła Anglii. Dwa lata później objął funkcję rektora seminarium w Oksfordzie, którą pełnił niemal dwie dekady.
„Czym jest Kościół?”
Jak relacjonuje Vatican News, Ward wielokrotnie stawiał swoim studentom trzy zasadnicze pytania: „Kim jest Jezus Chrystus? Kim jest kapłan? Czym jest Kościół?”. To właśnie ostatnie z nich – jak przyznał – prowadziło go do coraz głębszego niepokoju i przekonania, że odpowiedź, jakiej dotąd udzielał, nie jest wystarczająca.
Istotną rolę w jego duchowej drodze odegrała bliskość wspólnot katolickich obecnych w Oksfordzie – dominikanów, jezuitów i oratorianów – a także postać św. Johna Henry’ego Newmana. Na znak duchowej więzi z tym konwertytą z anglikanizmu Ward przyjął przy bierzmowaniu imię John Henry.
Szersze zjawisko
Decyzja byłego rektora wpisuje się w szerszy proces konwersji duchownych anglikańskich na katolicyzm. W ostatnich latach do Kościoła katolickiego przeszli m.in. byli anglikańscy biskupi: Michael Nazir-Ali, Jonathan Goodall, John Goddard, Peter Forster, Richard Pain oraz John Ford.
Według danych przywoływanych przez Vatican News, od 1992 roku około 700 anglikańskich duchownych w Wielkiej Brytanii zostało katolikami. Rośnie również liczba świeckich konwertytów – w pierwszych miesiącach 2026 roku Oratorium Oksfordzkie przy parafii św. Alojzego przyjęło więcej osób niż przez cały poprzedni rok.
Decyzja Robina Warda to kolejny znak duchowych poszukiwań, które prowadzą niektórych duchownych Kościoła Anglii ku pełnej komunii z Kościołem katolickim.
***
Londyn: 800 dorosłych przygotowuje się do chrztu i pełnej komunii z Kościołem

Katedra Westminsterska w Londynie
fot. Henryk Przondziono /Gość Niedzielny
***
Jak informuje KAI, niemal 800 dorosłych z archidiecezji westminsterskiej przystąpi w tym roku do sakramentów inicjacji chrześcijańskiej. W katedrze westminsterskiej odbył się uroczysty obrzęd wybrania – ważny etap duchowej drogi tych, którzy w Wielkanoc przyjmą chrzest, bierzmowanie i Eucharystię. To jeden z najwyższych wyników od kilkunastu lat.
Niemal 800 dorosłych z ponad 100 parafii archidiecezji westminsterskiej w Londynie zgłosiło się w tym roku do obrzędu wybrania lub uznania przed Wielkanocą – podaje KAI. Oznacza to, że w czasie liturgii paschalnej przyjmą oni w swoich wspólnotach sakramenty inicjacji chrześcijańskiej: chrzest, bierzmowanie oraz pierwszą Komunię Świętą.
Uroczystości w katedrze westminsterskiej w sobotę 21 lutego przewodniczył arcybiskup Richard Moth.
Jeden z najwyższych wyników od lat
Tegoroczna grupa jest czwartą co do wielkości od czasu rozpoczęcia prowadzenia diecezjalnych rejestrów w 1993 roku. Najwięcej dorosłych wstąpiło do Kościoła w 2011 r. – 891 osób, w tym 63 kandydatów związanych z ordynariatem personalnym dla byłych anglikanów.
Po okresie względnej stabilizacji (1993–2014) liczba kandydatów zaczęła stopniowo spadać, osiągając najniższy poziom w 2022 roku, w czasie pandemii. Od tego czasu notowany jest jednak wyraźny wzrost. Tegoroczny wynik oznacza około 60-procentowy wzrost w porównaniu z rokiem 2025 i jest najwyższy od piętnastu lat.
Jeszcze bardziej wymowne są dane dotyczące średniej liczby kandydatów przypadających na jedną parafię. Według szczegółowych statystyk prowadzonych od 2007 roku, tegoroczny rezultat jest najlepszy w historii.
Katechumeni i kandydaci
Wśród zgłoszonych są zarówno katechumeni – osoby nieochrzczone, przygotowujące się do przyjęcia chrztu – jak i kandydaci, czyli ochrzczeni wcześniej chrześcijanie, którzy pragną wejść w pełną komunię z Kościołem katolickim. Choć historycznie kandydaci stanowili liczniejszą grupę, w ostatnich latach różnica ta wyraźnie się zmniejsza. Może to świadczyć o rosnącej liczbie dorosłych, którzy po raz pierwszy spotykają się z wiarą katolicką.
„Decydujący moment duchowy”
W homilii abp Moth podkreślił, że obrzęd wybrania nie jest jedynie formalnością, lecz „decydującym momentem duchowym”. Zwracając się do katechumenów, których imiona wpisano do Księgi Wybranych, powiedział, że jest to „wymowny znak drogi, którą przebyli – drogi prowadzącej do nowego życia w chrzcie”.
Rytuał wybrania, sprawowany w pierwszą sobotę Wielkiego Postu, rozpoczyna bezpośredni okres przygotowania do przyjęcia sakramentów w Wigilię Paschalną. Księga Wybranych pozostanie w baptysterium katedry westminsterskiej do Wielkiej Soboty, zachęcając wiernych do modlitwy za przyszłych członków Kościoła.
Archidiecezja westminsterska jest jedną z trzech diecezji obejmujących obszar Wielkiego Londynu. Wśród ponad 5 milionów mieszkańców katolicy stanowią około 9 procent populacji.
Karol Białkowski/Gość Niedzielny
***
Modlitwa św. Johna Henry’ego Newmana:
„Prowadź mnie, Światło! Tyś zawsze trwało przy mnie, gdym przez głuchą ciemność, bór, pustynię błąkał się dumny. O, czuwaj nade mną, aż mrok przeminie, aż świt odsłoni te cenne postaci, którem niegdyś ukochał, a którem stracił”.
***
Krzesło Rybaka. 22 lutego zwrócone są na nie oczy całego Kościoła
To święto jest znakiem jedności Kościoła, prymatu pierwszego z apostołów i wskazówką, że wszystkie drogi prowadzą do Rzymu.

Figura św. Piotra.
fot. Henryk Przondziono/Gość Niedzielny
***
Choć słowo „katedra” kojarzy się nam zazwyczaj z potężnym kościołem biskupa, tu oznacza krzesło – symbol autorytetu pasterza. Zasiadał na nim pierwszy z dwunastu, na którego grobie wyrósł drugi co do wielkości kościół świata. Greckie kathedra to i krzesło, i siedziba, ale to nazwa budynku wzięła się od słowa „siedzisko”, a nie odwrotnie! Gdy papież orzeka w sprawach wiary i moralności, używamy łacińskiego zwrotu ex cathedra.
Fragmenty krzesła, na którym wedle tradycji zasiadał Piotr i na które 22 lutego zwrócone są oczy całego Kościoła, ukryte są w absydzie Bazyliki św. Piotra, za głównym ołtarzem. Ołtarz „Cathedra Petri” wsparty jest na figurach ojców Kościoła, a nad nim tańczą promienie słońca prześwitujące przez witraż symbolizujący Ducha Świętego, który towarzyszy następcom tego, który usłyszał: „Ty jesteś Piotr (skała), na tej skale zbuduję mój Kościół”. Po zesłaniu Ducha Świętego Kefas zawędrował z Jerozolimy do Antiochii (dzisiejsza turecka Antakya), która stała się pierwszą Stolicą Apostolską. „Tu po raz pierwszy nazwano uczniów chrześcijanami”.
„Pierwszą »siedzibą« Kościoła był Wieczernik, następnie Antiochia nad rzeką Orontes, a następnie Piotr udał się do Rzymu, do centrum cesarstwa, gdzie męczeństwem zakończył swój bieg w służbie Ewangelii. Dlatego siedziba w Rzymie przyjęła powierzone przez Chrystusa Piotrowi zadanie służenia wszystkim Kościołom partykularnym w celu zbudowania i zjednoczenia całego Ludu Bożego” – wyjaśniał Benedykt XVI.
Święty Ireneusz z Lyonu w traktacie „Przeciw herezjom” opisuje Kościół Rzymu jako „największy i najstarszy, i wszystkim znany, przez dwu najchwalebniejszych apostołów Piotra i Pawła założony. Z tym bowiem Kościołem dla jego naczelnego zwierzchnictwa musi się zgadzać każdy Kościół, to jest wszyscy zewsząd wierni”.
Do 1969 roku Kościół obchodził dwa święta: Katedry św. Piotra w Rzymie (18 stycznia) i Katedry św. Piotra w Antiochii (22 lutego). Po reformie liturgii zostały one połączone.
Marcin Jakimowicz/Gość Niedzielny
***
Apostazja: Nie można świadomie odejść, nie rozumiejąc czym jest Kościół
Mówi się, że ludzie odchodzą z Kościoła z powodu jego błędów i grzechów. Rzadziej zadajemy pytanie, czy apostaci kiedykolwiek dowiedzieli się, czym jest Kościół.

Istockphoto
Jeśli Kościół jawi się jedynie jako instytucja społeczna, decyzja o odejściu jest jak rezygnacja z członkostwa w klubie.
***
W Wielkim Poście cała wspólnota Kościoła przygotowuje się duchowo na pasję i zmartwychwstanie Jezusa. Przyzwyczailiśmy się patrzeć na ten czas jak na okres indywidualnej pracy nad sobą. Skoro Kościół zaleca przeżyć te 40 dni na modlitwie, praktykując post i jałmużnę, trudno się temu dziwić. W tym roku patrzę na ten czas również z perspektywy wspólnoty. Jakiego Wielkiego Postu potrzebuje dziś Kościół? Jakiego rodzaju umartwień i jakich intencji w modlitwach zanoszonych przez wiernych?
Tego typu optykę narzucił mi ks. Marek Gancarczyk, który w „Gościu Niedzielnym” na początku lutego postanowił skomentować odejście z kapłaństwa pewnego znanego duszpasterza. Jego diagnoza trafia w punkt, ale nie dotyczy wyłącznie popularnych księży, którzy odchodzą ze stanu kapłańskiego. Taki sposób patrzenia na katolicyzm i jego rolę w świecie jest dziś powszechny.
Choroba horyzontalizmu
W „Tygodniku Powszechnym” ukazał się reportaż Adriana Burtana opisujący historie dwóch katoliczek, które zdecydowały się na apostazję – oficjalne odejście z Kościoła katolickiego. Pomijam, kim są te osoby, które występują w tekście pod własnym nazwiskiem. Nie chodzi mi tutaj o personalny atak, lecz o ilustrację zjawiska. Pomijam także fakt, że autor reportażu nie nazywa aktu apostazji grzechem przeciwko cnocie wiary, mającym – według prawa kanonicznego – określone konsekwencje. Rozumiem, że celem artykułu było zestawienie statystyk, diagnoz socjologicznych i duchowej refleksji z historiami ludzi, którzy zdecydowali się odejść z Kościoła. Obie te historie oraz socjologiczna diagnoza zdradzają tę samą chorobę horyzontalizmu. „Coraz więcej rzeczy w nauczaniu społecznym Kościoła zaczęło mi się nie zgadzać z tym, co wiedziałam o świecie i człowieku, relacjach, emocjach, godności” – mówi jedna z kobiet. Z coraz większą niechęcią wobec Kościoła kobieta ta zmagała się, widząc „ksenofobiczne wypowiedzi” na temat mniejszości seksualnych i „utrudnianie rozliczeń przestępstw seksualnych duchownych”. Przyznaje także, że zaraz po dokonaniu aktu apostazji zrobiła „religijny coming out” w mediach społecznościowych oraz że nadal odczuwa dumę z tej decyzji. Nie ma tu właściwie ani jednego słowa o utracie wiary, o wątpliwościach dotyczących dogmatów i doktryny. Ani słowa o Chrystusie, Jego Wcieleniu, zbawczej męce, odkupieniu świata. Tak jakby wszystkie te kwestie były albo w ogóle nieistotne, albo co najmniej drugorzędne. Jest za to dość mglista wypowiedź na temat społecznej nauki Kościoła, stosunku katolicyzmu do mniejszości seksualnych i problemu rozliczeń.
Nie chcę odbierać tej osobie prawa do krytykowania Kościoła. Nie chcę lekceważąco patrzeć na jej złe czy nawet traumatyczne doświadczenia. Ale czymże jest ten przykład, jeśli nie chorobą horyzontalizmu, skoro decyzja o wyjściu z Kościoła uzasadniana jest sferą ideową, by nie powiedzieć ideologiczną? Powody wskazane w tej relacji wcale nie uzasadniają trwałego odejścia z Kościoła.
Czytelnik odnosi wrażenie, że brak zgody na któryś z elementów nauczania społecznego lub krytyka działań czy słów hierarchii jest właściwie drogą w jednym kierunku – ku zerwaniu więzi z Bogiem. Gdybyśmy w tym reportażu zamienili słowo „Kościół” na „partia polityczna”, a słowo „apostazja” na „wypisanie się z członkostwa”, to tekst miałby większy sens.
Za ciasne kościelne ramy
Druga historia jest bardzo podobna. Zaangażowana przez lata katoliczka opowiada, jak stała się ofiarą dyskryminacji w Kościele.
Rada parafialna stwierdziła, że nie chce, aby kobieta nadal grała w kościelnym zespole i prowadziła śpiewy z uwagi na jej obecność na paradach równości, gdzie starała się wspierać swoją dojrzewają córkę. Co ciekawe, dwukrotnie w tej historii wybrzmiewa dobra twarz Kościoła – przed tym trudnym doświadczeniem kobieta otrzymywała wsparcie ze strony księdza i wspólnoty.
Załóżmy, że osoba ta rzeczywiście stała się ofiarą niesprawiedliwej nagonki ze strony parafii. W jednej z wypowiedzi stwierdza: „Czasem czuję ból, szczególnie wtedy, gdy czytam historie podobne do mojej. Albo kiedy widzę, że jakiś ksiądz, który robił wiele dobrego, odszedł, bo kościelne ramy okazały się dla niego zbyt ciasne”.
Nie znamy dokładnie jej historii, ale znów w żadnym miejscu reportażu nie ma ani słowa o utracie wiary czy odrzuceniu katolickiej teologii. Moją uwagę zwrócił tatuaż tej osoby – na ramieniu wyrazisty znak Alfy i Omegi. Kto dla tej kobiety jest Alfą i Omegą, skoro, jak rozumiem, już nie Chrystus? Niewiele z tego rozumiem.
Cytowana w reportażu Katarzyna Zielińska, socjolog religii z Uniwersytetu Jagiellońskiego, stwierdza, że księża powinni troszczyć się o wspólnotę i wykazywać się empatią, włączać świeckich w działanie parafii oraz rozliczać przestępstwa seksualne. Wszystkie te kroki mają pomóc powstrzymać odpływ wiernych.
To bardzo dobre rady, ale brakuje najważniejszej – w Kościele nie chodzi przecież o to, by stwarzać komfortowe warunki współpracy, lecz by spotkać Boga i dążyć do zbawienia duszy. Kościół nie jest instytucją integracyjno-usługowo-charytatywną, ale wspólnotą wiernych, którzy chcą naśladować Chrystusa.
W reportażu czytam, że ze strony „Mapa apostazji” pobrano już kilka tysięcy wzorów dokumentów, że jedna z grup na Facebooku poświęconych apostazji ma 20 tys. członków. Ostatnie oficjalne dane dotyczące liczby apostatów znamy z 2010 r. Wówczas 459 osób odeszło oficjalnie z Kościoła. Cała reszta osób niepraktykujących i deklarujących w badaniach brak wiary w Boga w zdecydowanej większości formalnie nie zerwała więzi z Kościołem.
Czytając te statystyki, internetowe coming outy i przytoczony reportaż, odnoszę wrażenie, że bycie internetowym apostatą staje się często rodzajem tożsamości, okazją do krytyki instytucji i dania swoistego świadectwa.
Wszyscy rozglądają się na boki, ale nie patrzą ani w górę, ani w dół. Jakie są źródła tej postawy?
Źródła choroby
Czesław Miłosz w „Ziemi Ulro” opisywał powojenną przemianę Kościoła językiem ostrym, momentami brutalnym. Pisał o teologach występujących w roli „clownów”, którzy ogłaszają, że chrześcijaństwo – dotąd stojące w kontrze do świata – teraz chce być „ze światem i w świecie”. W oczach polskiego noblisty oznaczało to coś znacznie poważniejszego niż duszpasterską otwartość: próbę upodobnienia się do wszystkich innych, a więc rezygnację z własnej tożsamości.
Nie chodzi tutaj wyłącznie o krytykę liberalnych teologów, poeta nie miał też na myśli krytyki Soboru Watykańskiego II. Miłosz wyczuwał w latach 60. i 70. XX wieku to, co wówczas było zauważalne wśród niektórych duchownych źle interpretujących ducha soboru, a dziś wydaje się niemal powszechną mentalnością księży i wiernych – to, co swoiste dla katolicyzmu, należy ukryć pod grubą pierzyną doczesności.
W tym obrazie nie chodzi o potępienie dialogu ze światem, ale o diagnozę pewnej pokusy. Jeżeli Kościół zaczyna opisywać siebie przede wszystkim w kategoriach horyzontalnych – jako wspólnotę wsparcia i empatii, instytucję głoszącą prawa człowieka, platformę dialogu z innymi religiami – to w naturalny sposób traci wymiar wertykalny: odniesienie do prawdy objawionej, do grzechu, łaski, zbawienia, sensu rytuału. Miłosz dostrzegał, że w tej strategii przypodobania się światu kryje się nie tyle ewangeliczna inkulturacja, ile lęk przed byciem znakiem sprzeciwu i solą ziemi.
Poeta notował też sceny, które dziś brzmią zaskakująco aktualnie: ukazał duchownych „sprzedających popularne idee”, kazania słodkie jak „cukier sypany do miodu”, pełne sformułowań mglistych, bezpiecznych, w gruncie rzeczy teologicznie beztreściowych.
Najbardziej przejmująca jest jednak inna uwaga Miłosza: „Duchowni ci wyobrażają sobie, że chrześcijaństwu wolno będzie przetrwać na skromną skalę, jeżeli okaże się użyteczne społeczeństwu, to jest będzie wychowywać ludzi na lepszych obywateli, przyzwoitych sąsiadów, rzetelniejszych podatników; i gotowi są wyrzec się wszystkiego, co trąci zaświatowością, metafizyką i rytualizmem. Im więcej ustępują, tym większych ustępstw żąda nieprzyjaciel”.
To właśnie tutaj diagnoza Miłosza spotyka się z dzisiejszym doświadczeniem apostazji. Jeśli Kościół jawi się jedynie jako instytucja społeczna – mniej lub bardziej empatyczna, mniej lub bardziej inkluzywna – decyzja o odejściu staje się czymś na kształt zmiany organizacji, rezygnacji z członkostwa w klubie.
Post jako przygoda
Wielki Post nie jest projektem samodoskonalenia ani sezonową terapią duchową. Nie jest też czasem budowania sprawniejszej wspólnoty czy poprawiania wizerunku Kościoła. Jest czasem powrotu do tego, co najważniejsze – do spojrzenia w głąb siebie, aby znaleźć siłę do patrzenia w górę.
Lubię myśleć o Wielkim Poście jak o duchowej przygodzie. W okresie zwykłym jesteśmy jak Frodo, który mieszka w swojej przytulnej norce, pije dobre trunki, spożywa dobre potrawy, pozwala sobie czasem na długie wylegiwanie się w łóżku. Kiedy jednak Gandalf puka do chatki, trzeba spakować plecak i wejść w ciemną noc. Czekają nas trudy, smutki i wielkie wyzwania, ale tylko dzięki nim staniemy się kimś więcej niż hobbitami.
Jeśli Kościół przestanie mówić o grzechu, łasce i zbawieniu, stanie się jedną z wielu instytucji społecznych. A z instytucji społecznych się rezygnuje. Z Boga – jeśli naprawdę się w Niego wierzy – się nie rezygnuje. Być może właśnie takiego postu dziś potrzebujemy: mniej horyzontalnego niepokoju, więcej wertykalnej odwagi.
Konstanty Pilawa/Gość Niedzielny
***
piątek 20 luty
W piątek od 20 lutego – polska premiera filmu „Najświętsze Serce”
W piątek do polskich kin trafi fabularyzowany dokument „Najświętsze Serce” o historii objawień Najświętszego Serca Jezusa św. Małgorzacie Marii Alacoque, do których doszło w latach 1673–1675 w klasztorze w Paray-le-Monial w Burgundii. We Francji w dwa miesiące od premiery film obejrzało pół miliona widzów.

Film Najświętsze Serce (Sacré Coeur)
***
92-minutowy dokument w reżyserii Stevena i Sabriny Gunnell opowiada historię objawień Pana Jezusa, których w latach 1673–1675 w klasztorze w Paray-le-Monial w Burgundii (Francja) doświadczyła wizytka św. Małgorzata Maria Alacoque, oraz o ich znaczeniu dla współczesnego świata.
Do pierwszego objawienia doszło 27 grudnia 1673 r. W wizjach Jezus pokazał zakonnicy swoje serce, które “goreje wielką miłością ku ludziom”. Prosił również, żeby w pierwszy piątek po oktawie Bożego Ciała obchodzone było osobne święto ku czci Jego Najświętszego Serca. W objawieniach Jezus prosił św. Małgorzatę Alacoque m.in. o przyjmowanie Komunii świętej przez dziewięć pierwszych piątków miesiąca.
Podczas pokazu przedpremierowego, który odbył się we wtorek w Warszawie, Sabrina Gunell powiedziała PAP, że głównym przesłaniem filmu są słowa, które Jezus wypowiedział do Małgorzaty Alacoque:
Oto Serce, które tak umiłowało ludzi, a tak mało jest przez nich kochane.
– To po prostu przesłanie o miłości Bożej dla świata – zaznaczyła.
Czytając pisma św. Małgorzaty Marii Alacoque zrozumieliśmy, że przesłanie, które Pan Jezus dał 350 lat temu, jest przeznaczone również dla naszego pogrążonego w wojnach i ciemności świata, a zwłaszcza dla Francji. W naszej ojczyźnie niemal codziennie słyszymy doniesienia o aktach przemocy na ulicach, media podają informacje o gwałtach dokonanych na młodych kobietach, młodzi ludzie tracą poczucie sensu życia i chorują na depresję. Przesłanie Najświętszego Serca Pana Jezusa pozostaje odpowiedzią na wołanie świata dotkniętego rozpaczą.
– mówiła.
Reżyserka dodała, że film miał bardzo skromny budżet, dlatego sądziła, że sukcesem będzie, jeśli obejrzy go kilka tysięcy widzów. Tymczasem w ciągu dwóch miesięcy od premiery obejrzało go pół miliona Francuzów. Obecnie film wchodzi do kin na całym świecie. Miał już premierę w Libanie, Luksemburgu i Belgii. Wkrótce wejdzie do kin w Hiszpanii, we Włoszech, w Stanach Zjednoczonych i Kanadzie.
Steven Gunell przyznał, że film wzbudził skrajne reakcje. Zdarzały się protesty przed kinami, wydano zakaz umieszczania plakatów reklamujących film w metrze, a nawet odwołano pokaz w Marsylii z powodu „naruszenia zasady laickości”. Jak twierdzi, o filmie pisały największe francuskie gazety m.in. „Le Figaro” i „La Croix”. Z drugiej strony – zdaniem reżysera – szybko rosnąca liczba widzów i pełne sale kinowe świadczą o jego popularności.
Dostałem wiele świadectw o nawróceniach po obejrzeniu filmu. Księża z Paray-le-Monial dzwonili do mnie mówiąc, że liczba pielgrzymów do miejsca objawień wzrosła czterokrotnie od dnia premiery. Mówili, że przyjeżdżają tam ludzie, którzy chcą się wyspowiadać po 20, 30 latach, a którzy wcześniej w ogóle nie mieli nic wspólnego z Kościołem.
– podkreślił.
Film „Najświętsze Serce” („Sacré Coeur”) w polskich kinach będzie można oglądać od 20 lutego.
W następstwie objawień św. Małgorzacie Marii Alacoque papież Klemens XIII ustanowił uroczystość Najświętszego Serca Pana Jezusa 6 lutego 1765 r. Początkowo uroczystość ustanowiono tylko dla Królestwa Polskiego, po tym, jak memoriał do papieża skierowali polscy biskupi. Uroczystość rozszerzył na cały kościół dopiero papież Pius IX 23 sierpnia 1856 r.
Małgorzata Maria Alacoque została została ogłoszona błogosławioną przez papieża Piusa IX 18 września 1864 r., a wyniesiona na ołtarze 13 maja 1920 r.
Tygodnik Niedziela/PAP
***
„Dla Boga nie ma rzeczy niemożliwych”. Rozmowa z twórcami dokumentu „Najświętsze Serce”

Sabrina i Steven Gunnellowie, twórcy filmu „Najświętsze Serce”, wzięli udział w jego uroczystej premierze, która odbyła się w Warszawie.
fot. Tomasz Gołąb /Gość Niedzielny
***
Sabrina i Steven Gunnellowie, twórcy filmu „Najświętsze Serce”, wzięli udział w jego uroczystej premierze, która odbyła się w Warszawie.Tomasz Gołąb /Foto Gość
Edward KABIESZ: Jak to możliwe, że w tak zlaicyzowanym kraju jak Francja Wasz film obejrzało aż tylu widzów?
Steven Gunnell: Bo dla Boga nie ma rzeczy niemożliwych.
Sabrina Gunnell: To nie jest nasz film. To Pan tego chciał i On urządził całą promocję. Resztę dokonała poczta pantoflowa.
W wywiadach podkreślacie, że jesteście jak gdyby nowo nawróceni. Jak to rozumieć? W jakich okolicznościach do tego doszło?
Sabrina: Moja mama i ojciec obracali się w środowisku artystycznym. Tata, gdy spotkał mamę, miał już żonę i córeczkę w Brazylii. Matka w młodości poddała się aborcji. Wszystko to mówię, żeby pokazać, jak bardzo moja rodzina była oddalona od wiary. Moi rodzice nie ochrzcili mnie, kiedy byłam mała. Nie wiem, jak to się stało, ale ja zawsze wierzyłam w Boga. Może poprzez piękno stworzenia, poprzez zachwyt tym, co widziałam wokół. Myślę, że była to po prostu łaska. Kiedy miałam 10 lat, poprosiłam o chrzest. Ten dzień był dla mnie jak uderzenie pioruna, przeszły mnie niezwykle silne emocje. Tego dnia nastąpiła też moja pierwsza i przez długi czas jedyna Komunia. Ponieważ rodzice byli niewierzący, nie mieli zwyczaju chodzić na Mszę, więc też nie mogłam chodzić. Będąc sama, wręcz samotna ze swoją wiarą, przeszłam jakby długą drogę na pustyni.
Steven: Ja również urodziłem się w artystycznej rodzinie. Mama jest Wenecjanką, a tata Anglikiem. Porzucił nas, kiedy miałem dwa lata. Mama ochrzciła mnie w dzieciństwie, ale na tym koniec, w ogóle nie praktykowaliśmy wiary. Mama przez prawie 20 lat należała do pewnej sekty związanej z ezoteryzmem. Jednak od najwcześniejszego dzieciństwa Bóg był dla mnie oczywistością. Nie miał jednak twarzy ani nazwy, nie należał do żadnej religii… Byłem duszą kontemplacyjną i widziałem odbicie Stwórcy w pięknie stworzenia. Ale to wcale nie przeszkodziło mi, by narobić mnóstwa głupstw. Kiedy miałem 21 lat, przyjechałem do Paryża, żeby zostać aktorem. Dołączyłem do grupy muzycznej Alliage, niezwykle popularnego w swoim czasie boys bandu. To trwało około 2,5–3 lat. Doświadczyłem wielkiej popularności, która z dnia na dzień zupełnie się skończyła.
Jaki był tego efekt?
Steven: Miałem problemy z alkoholem, myśli samobójcze, znajdowałem się na skraju. Postanowiłem się zabić, ale najpierw poszedłem do budki telefonicznej i zadzwoniłem do mamy. A ona powiedziała: „Zanim zrobisz głupstwo, idź do kościoła”. To właśnie zrobiłem.
Czy sądzą Państwo, że w tej licznej fali nawróceń miał swój udział pożar Katedry Notre Dame?
Steven: Do tego odrodzenia przyczyniły się różne dramatyczne wydarzenia we Francji. Tym najbardziej spektakularnym, bo ogólnoświatowym, był rzeczywiście pożar Notre Dame. Sądzimy, że jego przyczyną był jakiś akt przestępczy, o którym nie chcą nam powiedzieć. Gdybym był prezydentem Republiki Francuskiej, to zostawiłbym ją w stanie ruiny, by obrazowała stan kościoła we Francji.
rozmawiał Edward Kabiesz –Gość Niedzielny
***
Kraków: ogłoszono inicjatywę ogólnopolskiego Wielkiego Zawierzenia Najświętszemu Sercu Pana Jezusa
Podczas krakowskiej premiery filmu „Najświętsze Serce” („Sacré Coeur”) w Kinie Kijów oficjalnie ogłoszono ogólnopolską inicjatywę Wielkiego Zawierzenia Najświętszemu Sercu Pana Jezusa. Wydarzenie stało się nie tylko pokazem głośnej produkcji religijnej, ale także momentem inauguracji duchowego dzieła, do którego już dziś mogą dołączać parafie z całej Polski.

Adobe Stock
***
„Najświętsze Serce” opowiada historię, która ponad 350 lat temu wydarzyła się we Francji, gdy Jezus objawił się św. Małgorzacie Marii Alacoque. Tamto orędzie stało się kanwą obrazu, który – jak podkreślają komentatorzy – „obudził Francję”, przyciągnął do kin setki tysięcy widzów, a jednocześnie wywołał ostrą reakcję środowisk antyreligijnych, próby cenzury, a nawet zakazy wyświetlania w niektórych miastach.
Film o objawieniach Najświętszego Serca Jezusa wyrósł z osobistego zawierzenia twórców oraz ich rodzin Sercu Jezusa. Akt ten dokonał się podczas rekolekcji w sanktuarium Notre-Dame du Laus w sierpniu 2023 roku. Jak zauważa ks. dr Jerzy Jastrzębski, autor książek o Najświętszym Sercu Jezusa:
– „Kult Serca Jezusa przyczynił się do wielkiego ożywienia duchowości, wiary w Boga i korzystania z sakramentów we Francji. Twórcy filmu zawierzyli się Sercu Jezusa i zaczęły dziać się niezwykłe rzeczy”.Kapłan dodaje: – „Bóg działa w historii narodów, rodzin i w historii każdego człowieka. Wierzę, że przez ten film Pan Bóg chce odnawiać naszą Ojczyznę”.
Pierwsze Zawierzenie w Warszawie
Korzenie inicjatywy sięgają Warszawy. Pierwsze Zawierzenie miało miejsce w Parafii Najświętszego Serca Pana Jezusa w Starej Miłosnej, gdzie – jak podkreślają inicjatorzy – został wymodlony cud uzdrowienia przez Najświętsze Serce Pana Jezusa. To stamtąd wyszła idea Wielkiego Zawierzenia, do której zaczęły dołączać kolejne parafie, za aprobatą swoich biskupów.
Rozszerzenie dzieła było możliwe dzięki świadectwu Gabrieli Rosiek, żony uzdrowionego Marka. Jej zaangażowanie w szerzenie kultu Najświętszego Serca Pana Jezusa sprawiło, że kolejne wspólnoty zapragnęły przeprowadzić u siebie akt zawierzenia. Pisaliśmy o tym w Niedzieli: Świadectwo: Najświętsze Serce Pana Jezusa, ratuj!
Organizatorzy podkreślają, że inicjatywa ma charakter ogólnopolski i jest otwarta na następne parafie. Zgłoszenia przyjmowane są poprzez stronę: wielkiezawierzenie.pl.
Jak zapowiedziano podczas premiery w Krakowie, w najbliższych miesiącach dzieło ma rozszerzać się na kolejne diecezje, łącząc przesłanie filmu z konkretnym aktem duchowym we wspólnotach lokalnych. Inicjatywa wpisuje się w bogatą historię kultu Najświętszego Serca Pana Jezusa w Polsce. W okresie zaborów był on znakiem duchowego i narodowego odrodzenia, a w 1921 roku poświęcenie narodu polskiego Najświętszemu Sercu Jezusa stało się wyrazem wdzięczności za odzyskaną niepodległość.
W latach 70. XX wieku rodziny w całej Polsce przeżywały akty zawierzenia w swoich domach, przyjmując obrazy Serca Jezusowego jako znak oddania, jedności i Bożej ochrony. Dzisiejsze Wielkie Zawierzenie nawiązuje do tej tradycji, przypominając – jak podkreślano w Krakowie – że Serce Jezusa pozostaje źródłem pokoju, siły i jedności także we współczesnym świecie.

***
18 luty
Środa Popielcowa rozpoczyna okres Wielkiego Postu
czyli okres czterdziestodniowej pokuty. Ten dzień ma pobudzić katolików do podjęcia zdecydowanej drogi osobistej odnowy i nawrócenia.
„Wkroczyliśmy w okres Wielkiego Postu: czas pokuty, oczyszczenia, nawrócenia. Nie jest to łatwe zadanie. Chrześcijaństwo nie jest drogą wygodną: nie wystarczy być w Kościele i pozwalać, by mijały lata. W naszym życiu, w życiu chrześcijan, pierwsze nawrócenie (…) jest ważne; jednak jeszcze ważniejsze i jeszcze trudniejsze są kolejne nawrócenia”.
św. Josemaría Escrivá
+++
Msza święta z ceremonią posypania głów popiołem
o godz. 20.00 w kościele św.Piotra
Partick, 46 Hyndland Street , Glasgow, G11 5PS
***

fot. Karol Porwich/Tygodnik Niedziela
***
Wielki Post zakończy się w Wielki Czwartek, w dniu kiedy Kościół rozpocznie Liturgię Triduum Paschalnego – Męki, Śmierci i Zmartwychwstania Chrystusa.
W Środę Popielcową rozpoczynamy czterdziestodniowy post. Liczba 40 stanowi w Piśmie Świętym wyraz pewnej dłuższej całości, czasu przeznaczonego na konkretne zadanie człowieka, aby lepiej i pełniej zobaczyć zbawcze działanie Boga. W Wielkim Poście Kościół odczytuje i przeżywa nie tylko czterdzieści dni spędzonych przez Pana Jezusa na pustyni na modlitwie i poście przed rozpoczęciem Jego publicznej misji, ale i trzy inne wielkie wydarzenia biblijne: czterdzieści dni powszechnego potopu, po których Bóg zawarł przymierze z Noem; czterdzieści lat pielgrzymowania Izraela po pustyni ku ziemi obiecanej; czterdzieści dni przebywania Mojżesza na Górze Synaj, gdzie otrzymał on od Jahwe Tablice Prawa.
Okresy i dni pokuty są w Kościele Katolickim specjalnym czasem ćwiczeń duchowych, liturgii pokutnej, pielgrzymek o charakterze pokutnym, dobrowolnych wyrzeczeń, jak post i jałmużna, braterskiego dzielenia się z innymi, m.in. poprzez inicjowanie dzieł charytatywnych i misyjnych. Z liturgii znika radosne “Alleluja” i “Chwała na wysokości Bogu”, a kolorem szat liturgicznych staje się fiolet. Istotą pozostaje przygotowanie wspólnoty wiernych do największego święta chrześcijan, jakim jest Wielkanoc.
Wielki Post jest także okresem przygotowania katechumenów do chrztu. Każda niedziela wprowadzała w kolejne tajemnice wiary, a na Wielkanoc podczas Wigilii Paschalnej udzielany jest sakrament chrztu.
W pierwszych wiekach chrześcijaństwa przygotowanie do świąt Zmartwychwstania trwało tylko czterdzieści godzin. W późniejszym czasie przygotowania zabierały cały tydzień, aż wreszcie ok. V w. czas ten wydłużył się. Po raz pierwszy o poście trwającym czterdzieści dni wspomina św. Atanazy z Aleksandrii w liście pasterskim z okazji Wielkanocy z 334 r.
Tradycyjnemu obrzędowi posypania głów popiołem towarzyszą w Środę Popielcową słowa: “Pamiętaj, że jesteś prochem i w proch się obrócisz” albo “Nawracajcie się i wierzcie w Ewangelię”.
Sam zwyczaj posypywania głów popiołem na znak żałoby i pokuty znany jest w wielu kulturach i tradycjach. Znajdujemy go zarówno w starożytnym Egipcie i Grecji, jak i u plemion indiańskich oraz oczywiście na kartach Biblii, np. w Księdze Jonasza czy Joela.
Liturgiczna adaptacja tego zwyczaju pojawia się jednak dopiero w VIII w. Pierwsze świadectwa o święceniu popiołu pochodzą z X w. W następnym wieku papież Urban II wprowadził ten zwyczaj jako obowiązujący w całym Kościele. Z tego też czasu pochodzi zwyczaj, że popiół do posypywania głów wiernych pochodził z palm poświęconych w Niedzielę Palmową poprzedzającego roku.
***
Tego dnia, jak również w Wielki Piątek, katolików obowiązuje post ścisły.
- od 14 roku życia – wstrzemięźliwość od pokarmów mięsnych (jak we wszystkie piątki całego roku) oraz post ścisły
- osoby między 18 a 60 rokiem życia – spożycie trzech bezmięsnych posiłków tego dnia, w tym jednego do syta).
***
Na czym polega sens postu?
Post nie oznacza tylko tego, by jeść mniej oraz nie jeść mięsa. Sens postu polega także na tym, by poświęcić mniej czasu na przygotowanie potraw – dziś mięso można zastąpić wieloma wykwintnymi daniami, a w te dni chodzi o świadome odmówienie sobie jakiejś przyjemności. W dni postne chodzi przede wszystkim o pokutę, którą jako katolicy jesteśmy zobowiązani podjąć. (Kodeks Prawa Kanonicznego)
***
Katolicy są zobowiązani do uczestniczenia we Mszy świętej w każdą niedzielę i w święta nakazane. Katechizm Kościoła Katolickiego przypomina: „wierni zobowiązani są do uczestniczenia w Eucharystii w dni nakazane, chyba że są usprawiedliwieni dla ważnego powodu (np. choroba, pielęgnacja niemowląt) lub też otrzymali dyspensę od ich własnego pasterza. Ci, którzy dobrowolnie zaniedbują ten obowiązek, popełniają grzech ciężki” (art. 2181).
Środa Popielcowa nie należy do świąt nakazanych, dlatego katolicy nie są zobowiązani do uczestniczenia tego dnia we Mszy świętej i nie popełniają grzechu ciężkiego, jeśli nie przyjdą na Eucharystię.
***
Skąd wzięły się Środa Popielcowa i Wielki Post?
Wielki Post to czas modlitwy, wyciszenia, osobistej odnowy i nawrócenia. Rozpoczyna się w Środę Popielcową i trwa aż do Mszy Wieczerzy Pańskiej w Wielki Czwartek. Skąd wzięły się Środa Popielcowa i Wielki Post? Czy zawsze i wszędzie trwał 40 dni? Jak kiedyś wyglądał obrzęd posypania popiołem?
Dlaczego Wielki Post trwa 40 dni?
W pierwszych wiekach chrześcijaństwa poszczono tylko przez 40 godzin w Wielki Piątek i w Wielką Sobotę – mówi o. prof. Bazyli Degórski, patrolog, z Papieskiego Uniwersytetu św. Tomasza z Akwinu w Rzymie. Post trwający 40 dni poprzedzających Wielkanoc rozpowszechnił się w pierwszej połowie IV wieku – dodaje.
Pod koniec pontyfikatu Grzegorza Wielkiego (zmarł w 604 r.), ustalono rozpoczęcie Wielkiego Postu w środę poprzedzającą pierwszą niedzielę postu. W niedziele post oczywiście nie obowiązywał, a więc dodane dni dawały ważną liczbę 40 dni, która odnosi się do wydarzeń biblijnych, między innymi postu Pana Jezusa na pustyni.
Obecnie początek Wielkiego Postu zbiega się ze Środą Popielcową. Jednak nie wszędzie w Kościele katolickim i nie we wszystkich wyznaniach chrześcijańskich tak jest. Na przykład w Mediolanie i w całej jego metropolii obowiązuje obrządek ambrozjański, w którym Wielki Post rozpoczyna się o cztery dni później. Tak więc karnawał kończy się tam dopiero w sobotę. W Lombardii dniem postu i wstrzemięźliwości, który rozpoczyna Wielki Post, jest pierwszy piątek tego okresu – mówi o. prof. Degórski.
Tradycja posypywania głowy popiołem
Chcąc ustalić pojawienie się i dzieje Środy Popielcowej, trzeba dodać, że wywodzi się ona ze starochrześcijańskich rytów pokutnych – mówi paulin. Od połowy V wieku na początku Wielkiego Postu odbywał się obrzęd wypraszania z kościoła publicznych grzeszników. Mogli wrócić do wspólnoty dopiero po odprawieniu pokuty. Spowiadali się przed biskupem (albo jego delegatem), po czym o ustalonej porze przychodzili przed wejście do kościoła, byli wprowadzani do środka, a biskup i prezbiterzy posypywali im głowy popiołem, wypowiadając formułę biblijną: +Pamiętaj, człowiecze, że jesteś prochem i w proch się obrócisz; czyń pokutę, byś miał życie wieczne+. Biskup kropił ich następnie wodą święconą; święcił także ich szaty pokutne – wyjaśnia o. prof. Degórski. W X wieku, oprócz owych publicznych grzeszników, w tego rodzaju pokutnym obrzędzie uczestniczyli także inni wierni – dodaje.
Popiołem posypywano także głowę papieża podczas specjalnej celebracji. Nałożenie w Środę Popielcową popiołu na głowę papieża miało tradycyjnie miejsce w rzymskiej bazylice św. Anastazji na Palatynie – mówi o. prof. Bazyli Degórski. Z bazyliki tej ruszała następnie procesja pokutna, która boso (przynajmniej do XII w.) kierowała się do pierwszego kościoła stacyjnego u św. Sabiny na Awentynie, gdzie papież odprawiał nabożeństwo i wygłaszał homilię – dodał.
Ojciec profesor zaznacza, że świadectwa potwierdzające praktykowanie posypywania głów popiołem można znaleźć także na innych terenach. Między innymi na początku XI w. wspomina o nim anglosaski mnich benedyktyński znany jako Aelfric Grammaticus.
Ryt posypania głowy popiołem, który powstał jako praktyka związana ze zwyczajem rozpoczynania publicznej pokuty od Wielkiego Postu (od IV w.), wiązał się z używaniem włosiennicy i popiołu – mówi o. prof. Bazyli Degórski. Symbol popiołu przetrwał do naszych czasów – dodał.
Family News Service, pa/Stacja7
***
Proch z nadzieją

***
Zwyczaj posypywania głów popiołem w pierwszym dniu Wielkiego Postu ma już prawie tysiąc lat. I wciąż jest czytelny.
W słowniku synonimów „posypać sobie głowę popiołem” znaczy: przeprosić, uderzyć się w piersi, ugiąć przed kimś karku, ugiąć przed kimś głowy, uznać swoją winę, ukorzyć się, pójść do Canossy, pokajać się, upokorzyć się, skruszyć się… Popiół od wieków symbolizuje uniżenie i żal z powodu własnych błędów. Stosowano go w różnych kulturach dla wyrażenia skruchy i chęci przeproszenia albo też jako znak żałoby po śmierci kogoś bliskiego. Posypanie popiołem wyrażało także rozpacz z powodu przegranej wojny bądź skutków kataklizmu. Użycie tej symboliki w chrześcijaństwie oznacza przyznanie: Jestem słaby i sam nie jestem w stanie sobie poradzić. Uznaję swoją kruchość i niezdolność do osiągnięcia czegokolwiek bez Twojej łaski.
Na długo zanim popiół stał się elementem liturgii, stanowił znak pokuty, pokornego przyjęcia porażki. W Biblii symbol ten występuje już w Księdze Hioba. „Kajam się w prochu i w popiele” – mówi Hiob, świadom swojej małości wobec Boga. „Córo mojego narodu, przywdziej wór pokutny i kajaj się w popiele!” – wzywa Jeremiasz, a Daniel wyznaje: „Zwróciłem więc twarz do Pana Boga, oddając się modlitwie i błaganiu w postach, pokucie i popiele”. W Księdze Judyty czytamy z kolei, że Izraelici, przeżywając ciężki lęk, „upadli na twarz przed świątynią, posypali głowy swoje popiołem i odziani w wory wyciągali ręce przed Panem”. A Juda Machabeusz i jego ludzie w rozterce „pościli, włożyli na siebie wory, głowy posypali popiołem i porozdzierali swoje szaty”. Wreszcie sam Jezus, wypowiadając „biada” nad Korozain i Betsaidą, stwierdza, że gdyby w Tyrze i Sydonie działy się podobne cuda, miasta te „już dawno w worze i w popiele by się nawróciły”.
Znak popiołu
Już w starożytności, gdy wyznawca Chrystusa popełnił szczególnie ciężki grzech, otrzymywał szansę pojednania z Kościołem po odbyciu surowej pokuty. Jej wyznaczeniu towarzyszył ceremoniał, który pomagał pokutnikom uświadomić sobie ciężar ich winy, a zarazem zrozumieć, jak wielką łaskę otrzymują, mogąc odpokutować swój grzech.
Najstarsze świadectwo posłużenia się popiołem w liturgii rozpoczynającej okres pokuty pojawiło się w IX wieku w tekście benedyktyńskiego mnicha Reginone z opactwa w Prüm. Dwieście lat później na synodzie w Benewencie papież Urban II wprowadził w Kościele zwyczaj posypywania głów. Ustalono też, że popiół używany do obrzędu ma pochodzić z palm, które rok wcześniej zostały poświęcone w Niedzielę Palmową.
„Na początku Wielkiego Postu wszyscy pokutnicy, którzy podjęli lub podejmą publiczną pokutę, stawią się u wejścia do kościoła przed biskupem miasta, ubrani w wory i bez obuwia, upadłszy twarzą do ziemi, uznając się winnymi swojego stanu; mają tam być dziekani, czyli archiprezbiterzy parafii, wraz ze świadkami, czyli prezbiterami pokutników, którzy mają starannie oceniać ich zachowanie” – zapisano w Pontyfikale Rzymskim, księdze liturgicznej z XII wieku. Następnie biskup nakładał pokuty odpowiednie do rodzaju popełnionej winy, po czym wprowadzał pokutników do kościoła i wraz z innymi duchownymi padał na twarz, modląc się o uwolnienie dla nich. „Wtedy, powstawszy do przepisanej modlitwy, nakłada na nich rękę, kropi wodą święconą, nakłada najpierw popiół, a potem włosiennicę na ich głowy, a wśród lamentów i wzdychania wymierza im karę na wzór Adama, który został wygnany z raju, tak i oni za swoje grzechy zostaną wygnani z kościoła” – czytamy.
Biskup „nakłada najpierw popiół”… Dziś w liturgii nie stosuje się worów pokutnych i nie chodzi się boso, ale wciąż używa się popiołu.
Proch to nie zgliszcza
– Nasze zwyczaje pokutne są powiązane z tymi, które istniały w judaizmie. Posypywanie się popiołem oznaczało tam w ogóle pokutę. Było formą rezygnacji z ozdabiania swojego ciała dla okazania, że się pości. Tak zachowały się Judyta i królowa Estera. Obie posypały się popiołem na znak pokuty – zauważa ks. dr hab. Dominik Ostrowski. Wskazuje, że w liturgii mówi się jednak o prochu (łac. pulvis), podkreślając, że jest różnica między popiołem a prochem. – Popiół ma w moim odczuciu bardziej negatywne znaczenie niż proch. Popiół (łac. cinis) to są zgliszcza, to, co zostaje po spaleniu. Kiedy spalimy coś na popiół, nic już z tego nie można zrobić; to kompletna destrukcja, materiał jałowy. Myśl ta ma odbicie w pewnym ograniczeniu dotyczącym obrzędów pogrzebowych z kremacją. Jeśli powodem kremacji jest niewiara w zmartwychwstanie, a przez spopielenie własnego ciała chce się zamanifestować tę niewiarę i beznadzieję, negując teologię chrześcijańską, wtedy prawo kościelne odmawia katolickiego pogrzebu – zaznacza liturgista, przypominając, że jeśli za kremacją nie stoją sprzeczne z teologią poglądy, jest ona dopuszczalna (choć wcale nie zalecana). Zwraca uwagę, że Bóg w Księdze Rodzaju mówi do człowieka: „Prochem jesteś i w proch się obrócisz”. – Prochem, nie popiołem. Proch nie jest materią całkowicie zniszczoną. Dlatego, choć w liturgii używamy popiołu, za tym znakiem stoi proch. Popiół nie może być budulcem, natomiast z prochu, przy użyciu odpowiedniego spoiwa, można coś odbudować. Wyraża to alternatywny werset przy posypywaniu popiołem: „Nawracajcie się i wierzcie w Ewangelię”. Oznacza to: Owszem, jesteś prochem i nawet się w proch obrócisz, ale Bóg może cię z tego prochu podźwignąć – podkreśla ks. Dominik Ostrowski.
Dla nowego życia
Chrześcijańska nadzieja udziału w zmartwychwstaniu Chrystusa przebija w treści modlitwy błogosławieństwa popiołu, która bez istotnych zmian była używana w liturgii Kościoła przez tysiąc lat, a i do tej pory się z niej korzysta. Składa się z czterech części. Pierwsza podkreśla majestat Boga i Jego łaskę, która przynosi zdrowie ciała i ducha: „Wszechmogący wieczny Boże, zmiłuj się nad pokutującymi, okaż łaskę błagającym i racz posłać świętego anioła swego, aby pobłogosławił i uświęcił te popioły, niech staną się zbawiennym lekarstwem dla wszystkich pokornie wzywających Twojego świętego imienia, którzy oskarżają siebie świadomi swoich przewinień i opłakują przed Twoją Boską łaskawością swoje złe czyny, a także pokornie i z całych sił proszą najczystszy Twój majestat, i daj, przez wzywanie najświętszego imienia Twego, aby każdy, kto będzie nimi posypany dla odkupienia swoich grzechów, dostąpił zdrowia ciała i ochrony duszy”.
Druga część nawiązuje do słów: „Prochem jesteś i w proch się obrócisz”. Jej odpowiednik w odnowionej liturgii brzmi: „Boże, Ty nie chcesz śmierci grzeszników, lecz ich nawrócenia, wysłuchaj łaskawie nasze prośby i racz w swojej dobroci pobłogosławić ten popiół, którym zamierzamy posypać nasze głowy; spraw, abyśmy uznając, że jesteśmy prochem i w proch się obrócimy, przez gorliwe pełnienie czterdziestodniowej pokuty otrzymali odpuszczenie grzechów i nowe życie na podobieństwo Twojego zmartwychwstałego Syna”.
Franciszek Kucharczak/Gość Niedzielny
***
Modlitwa na Środę Popielcową, aby dobrze rozpocząć Wielki Post

fot. ze strony: Wydział Katechetyczny Kurii Diecezjalnej w Opolu
***
Okryj mnie, Panie, swoim miłosierdziem według Twojej hojności. W ogromie Twej dobroci zamień w proch to, co powinno umrzeć dla Ciebie.
Nie pozwól, abym przywiązywał się do tego, co moje i słabe. Nie pozwól, abym odrzucił to, co od Ciebie pochodzi. Prochem jestem i wszystkie moje myśli z dala są od Ciebie.
Z bólu mówić nie potrafię! Mam jednak dobrą wolę pójścia za Twoimi wskazaniami. Nie chcę zostawiać już nic dla siebie, ale wszystko oddać Tobie i pod Twój osąd.
Marne jest moje dzieło. Po ludzku powinno dawno się rozpaść, ale Ty, Panie, masz w nim upodobanie. Podtrzymujesz je i uświęcasz. Błogosławisz każdemu dobremu postanowieniu i każdej pokucie.
Dzięki Tobie zdolny jestem do modlitwy i pokornego uklęknięcia przed Twoim majestatem. Zgięte kolana i złożone ręce niech będą wyrazem mojej służby i gotowości do podjęcia trudu, który mnie czeka.
Niech ten Wielki Post będzie dla mnie umocnieniem na drodze wiary. Nie pozwól, aby zmiażdżyła mnie pokusa. Niech za każdym razem gdy upadnę, uratuje mnie Twoje nieskończone miłosierdzie. Nie jestem godzien, aby o nie prosić, ale Ty zachęcasz mnie do tego mimo mojej niewdzięczności.
Dobry Jezu, czuwaj przy mnie przez czterdzieści dni, abym i ja mógł czuwać nad sobą. Ulecz przez zbawienną pokutę wszystkie moje grzechy i zranienia. Tobie oddaję cały ten czas, abym mógł na końcu wyznać wiarę w Ciebie i z radosnym okrzykiem zawołać: Chwała Tobie na wieki!
ks. Mateusz Szerszeń CSMA/Aleteia.pl
+++
“Nawrócenie ma dwa wymiary. Pierwszy i podstawowy jest negatywny, Chodzi w nim o odwrócenie się od popełnianego zła, grzechu. – Jest więc w nim i głupota, i egoizm, i nieprawość, i kłamstwo, i nieszczęście i samotność. Grzech nie odwraca od nas Serca Bożego, lecz odwraca nasze serca od Boga. – To my, grzesząc, stajemy do Boga plecami. On zawsze jest zwrócony do nas twarzą. Miłosierną twarzą. Mamy odrzucić grzech i pojednać się z Bogiem.
Drugi wymiar nawrócenia jest pozytywny. Chodzi w nim o „więcej”. W nawróceniu chodzi nie tylko o przejście od złego do dobrego, ale także o przejście od dobrego do lepszego. Chodzi o to, by się szarpnąć do bardziej gorliwej miłości wobec Boga, bliźniego i samego siebie. Chodzi o większą żarliwość. Na początku Wielkiego Postu dobrze jest zrobić sobie rachunek sumienia właśnie z tego. – Czy tak właśnie jest w moim życiu, czy – patrząc na siebie uczciwie – obserwuję wzrost i rozwój? Czy moja relacja z Bogiem, relacje, które buduję z innymi są bardziej dojrzałe? (…) Po prostu: czy kocham więcej?
Bardzo ważne są wielkopostne praktyki: modlitwa, jałmużna i post. W Wielkim Poście więcej czasu poświęcę na modlitwy, czyli dobrze pojętej miłości Boga, więcej otwartości na Jego Słowo, więcej chwil spędzonych na cichej adoracji Pana. Oby był czas i na Drogę Krzyżową, i na Gorzkie Żale i na rekolekcje. – Oby w Wielkim Poście było więcej jałmużny, czyli dobrze pojętej miłości bliźniego. Post, czyli dobrze pojęta miłość siebie samego. Z czego warto zrezygnować, żeby siebie bardziej mieć, siebie odzyskać? Co mnie dziś najbardziej zagraca? Co mi przeszkadza? Co mnie uszkadza? Post to nie tylko i nie przede wszystkim ryba zamiast mięsa i ser zamiast wędliny.
Stanąć w prawdzie o sobie i o swoim życiu. Sama religijność nie wystarcza i nie pomaga. Ona może przytłoczyć, może być tylko pozą, kolejną teatralną sztuką w teatrze życia. Bóg widzi w ukryciu, Bóg patrzy na serce, na intencje, na pragnienia i na motywacje. Dopóki tam nie będzie wszystko uporządkowane, dopóty – choćbyśmy się nie wiem, ile namodlili, napościli i najałumużnikowali, to za czterdzieści dni będziemy w tym samym miejscu.
Umierający na krzyżu Chrystus nie gra żadnej roli. Nie było żadnego show. Chrystus umierał prawie bez widowni. Prawie. Bo na Jego śmierć patrzył Ojciec, który widział w ukryciu i oddał Synowi. Nawrócenie to jest nasza praca na Wielki Post, to jest nasza droga powrotu do Boga, do początku, i to jest nasze „więcej”. Oby takie było nasze głębokie przeżywanie Wielkiego Postu, bo „inne jest bez sensu”
Arcybiskup Adrian Galbas SAC
***
Środa Popielcowa. Post bez modlitwy i jałmużny nie ma żadnego sensu

vetre | Shutterstock
***
Wstrzemięźliwość od mięsa i słodyczy z prawdziwym postem ma niewiele wspólnego. I dlaczego Pan Jezus mówi nam też, że to wszystko ma odbywać się w ukryciu?
Popielec
Liturgia Popielca zawiera Ewangelię, która stanowi dla nas strategiczny plan działania, w jaki sposób dobrze przeżyć Wielki Post. Strategia ta zakłada trzy etapy.
Pierwszym jest post. Trzeba przypomnieć, że nie polega on przede wszystkim na tym, że się, na przykład, nie ogląda telewizji. Polega na tym, że się nie je.
Dzisiaj tę praktykę zastąpiła nam wstrzemięźliwość od mięsa i słodyczy, ale z prawdziwym postem ma ona niewiele wspólnego. W świętym czasie, który rozpoczynamy w Środę Popielcową, warto ograniczyć posiłki, poczuć na własnej skórze, że naprawdę nie samym chlebem żyje człowiek.
Trzy etapy Wielkiego Postu
Ojcowie mówili, że poszcząc, odmawiając sobie pokarmów i jakichś przyjemności, zyskujemy czas i określone środki finansowe. Co z nimi zrobić? Czas należy przeznaczyć na modlitwę, a tym, co materialnie zaoszczędziliśmy, trzeba podzielić się z najuboższymi.
I to są właśnie dwa kolejne etapy: modlitwa i pomoc najuboższym (jałmużna). Bez nich poszczenie – i sam Wielki Post – nie mają żadnego sensu.
Pan Jezus mówi nam też, że to wszystko ma odbywać się w ukryciu. Nie chodzi o wstydzenie się, że jest się chrześcijaninem, a raczej, z jednej strony, okazanie szacunku tym, którym pomagamy (nasza pomoc nie może ich upokarzać!), a z drugiej – o dbałość, aby nasza modlitwa była przede wszystkim budowaniem relacji z Bogiem, a nie naszego dobrego wizerunku w oczach innych bądź też naszych własnych.
Czy te trzy etapy Wielkiego Postu mają jakiś element wspólny? Tak. Jest nim miłość, bez której całe życie nie ma sensu. Z miłości mamy się modlić, z miłości wspierać naszych braci w potrzebie, z miłości wreszcie mamy odmówić sobie pokarmu dla ciała, aby odkryć, że tym, co daje nam prawdziwe życie, jest Słowo Boga Żywego.
o. Szymon Hiżycki OSB/Aleteia.pl
(fragment książki „Słowo jest blisko ciebie. Refleksje wokół czytań liturgicznych”)
+++
Na samym początku Wielkiego Postu Kościół przypomina jak bardzo ważne są trzy dziedziny naszej aktywności religijnej, tzn. modlitwa, post i jałmużna. Ojcowie Kościoła, żeby wytłumaczyć jak mocno są ze sobą połączone – posługiwali się obrazem ptaka. Mówili w ten sposób: modlitwa jest to taki ptak, który żeby dofrunąć do nieba, musi mieć dwa skrzydła — skrzydła postu i dzieł miłosierdzia. To samo mówili o poście: że jest to taki ptak, który nigdzie nie dofrunie, jeśli zabraknie mu skrzydła modlitwy i skrzydła dzieł miłosierdzia. I to samo mówili Ojcowie Kościoła o dziełach miłosierdzia, że ten ptak potrzebuje skrzydła modlitwy i skrzydła postu. Więc starajmy się, nie tylko w czasie Wielkiego Postu, ale każdego dnia realizować tę trójjednię modlitwy, postu i dzieł miłosierdzia.

+++
Post, który prowadzi do Boga. Jak nie zgubić sensu wielkopostnych wyrzeczeń

Istockphoto
Po co jest post i jak go praktykować, żeby nie zamienił się w dietę?
Choć post jest ostatnią rzeczą, do której chce zachęcać współczesny świat, wciąż jest wielu ludzi, którzy poszczą. Całkiem sporo osób w środy i piątki podejmuje nawet ścisły post o chlebie i wodzie. Ta praktyka pokutna zyskała w ostatnich latach na popularności m.in. dzięki ludziom związanym z duchowością Medjugorja.
Post coś poprzedza
Piotr Jaskiernia, Polak mieszkający w Karolinie Północnej w USA, spędził całe zawodowe życie, jeżdżąc ogromnymi, 18-kołowymi ciężarówkami z jednego wybrzeża Ameryki na drugie. Siedząc za kierownicą w wygodnej kabinie swojego wozu, zaczął w drodze odmawiać Różaniec, a potem także pościć o chlebie i wodzie – najpierw tylko w piątki, później i w kolejne dni powszednie. Kiedyś przyznał, że nie wie, po co jest post, ale zauważył, że kiedy pości, nie umie zapomnieć o Panu Bogu.
Czasem ktoś podejmuje post o chlebie i wodzie na dłuższy czas, np. na cały Wielki Tydzień, jak jeden z naszych czytelników. – Zrobiłem to nie dlatego, żeby sobie coś udowadniać. Po prostu czułem, że jest w tym coś dobrego. Było to troszkę męczące. Szczególnie doskwierał mi brak smaku. Pod koniec Wielkiego Tygodnia doprowadzało mnie to do szału. Ale dziwna rzecz – wieczorem w Wielką Sobotę opanowała mnie bardzo głęboka radość – wspomina. Jego zdaniem post często jest przygotowaniem do czegoś nowego, coś poprzedza. W jego życiu tak właśnie się stało. Krótko po tym Wielkim Tygodniu wypadki tak się ułożyły, że w jego mieście powstały duża, międzyparafialna wspólnota i Szkoła Nowej Ewangelizacji, a on należał do założycieli.
Post o chlebie i kawie
Joanna Operacz, dziennikarka mediów katolickich, która razem z mężem prowadzi portal poświęcony św. Andrzejowi Boboli (andrzejbobola.info), a prywatnie żona i matka trojga dzieci, usłyszała kiedyś od znajomej, że jej tata w każdy piątek pości o chlebie i wodzie. Pomyślała od razu, że to coś dla niej. – Taki solidny post to dobry sposób na przeżycie dnia, w którym wspominam mękę i śmierć Pana Jezusa. Poza tym mam kilka intencji, w których się modlę, więc może by tak sięgnąć po jakieś bardziej natarczywe sposoby proszenia? Nie bez znaczenia było też to, że tata koleżanki jest szczupły: wizja zgubienia kilku kilogramów wydała mi się nęcąca – śmieje się. – Ale zaraz sobie uświadomiłam, że przecież codziennie piję kawę. Nie mogę odstawiać kofeiny na jeden dzień w tygodniu, bo nie będę się nadawała do życia. Odłożyłam więc poszczenie na „może kiedyś”. Trochę czasu minęło, zanim zrozumiałam, że post o chlebie i kawie może być Panu Bogu równie miły – mówi.
Od czasu do czasu Joanna wraca do tego właśnie sposobu poszczenia. Zdaje sobie sprawę, że wiele osób podejmuje większe wyrzeczenia, a jednocześnie pracuje, zajmuje się rodziną. – Ani ssanie w żołądku, ani odzwyczajenie się od kawy nie jest żadnym wielkim wyczynem. Ale jeśli z jakiegoś powodu teraz nie czuję się na siłach, żeby się tego podjąć, to przecież nie znaczy, że zupełnie nie mogę pościć – mówi. – W życiu duchowym, tak samo jak w innych sferach, można wpaść w pułapkę perfekcjonizmu. Zakładamy wtedy, że nasza modlitwa i pobożne praktyki muszą być idealne. „Wszystko albo nic”, „doskonałe albo żadne”. Problem polega na tym, że życie nie jest idealne. I wtedy zostaje nam opcja „nic”. Perfekcjonista jest tak skupiony na własnej nienaganności, że traci z oczu sam cel, istotę swoich starań. Brakuje mu radości, jest niezadowolony z siebie i ze swojej sytuacji. Żyje w strachu przed karą. Perfekcjonizm to jeden z rodzajów pychy – zwraca uwagę.
Post przerywany
W jej opinii, jeśli zrezygnujemy z dobrych postanowień tylko dlatego, że nie umiemy ich wykonać perfekcyjnie, sporo w życiu stracimy. – To, co mogę ofiarować Bogu, często wydaje mi się kiepskie, mizerne i mało ważne. Ale to wszystko, co mam. I to jest dla Niego ważne i piękne, bo ja jestem dla Niego ważna. Przynoszę mu, jak pisała św. Teresa z Lisieux, „gałganki, stare szmaty”, a On zamienia je w klejnoty. „Kochaj mnie teraz! Kochaj mnie taka, jaka jesteś” – mówi mi Pan. Miłość jest tutaj kluczowa – podkreśla.
Dodaje, że to wcale nie znaczy, iż powinniśmy łatwo zwalniać się z dobrych praktyk, stawiać na bylejakość. – Zwłaszcza nie można sobie odpuszczać tego, co konieczne i co jest fundamentem naszej więzi z Bogiem, np. modlitwy, niedzielnej Mszy Świętej, spowiedzi. Ale jeśli nie mogę się „szarpnąć” na coś wielkiego, mogę ofiarować Bogu coś mniejszego, ale mającego tę zaletę, że jest dla mnie wykonalne – mówi.
Z doświadczenia Joanny Operacz wynika, że post pomaga jej kochać, uczy ją pokory, empatii i panowania nad sobą. – Gdybym jednak miała, zaabsorbowana swoim hardcorowym postem, „warczeć” na męża i dzieci, zaniedbywać pracę albo wbijać się w pychę, to lepiej byłoby dla mnie zrezygnować z tego postanowienia – mówi.
Zdaniem dziennikarki jakieś wyrzeczenie każdy może podjąć. – Od pewnego czasu mówi się o postach przerywanych. Brzmi to śmiesznie, trochę jak „celibat przerywany” albo „wierność przerywana”, ale może to też jest coś dla nas? Spowiednik kiedyś doradził mi, że jeśli trudno mi przepościć cały dzień o chlebie i wodzie, to może warto spróbować postu przynajmniej przez jakąś część dnia. Każdy sam wie, co jest dla niego wyzwaniem. Najważniejsze są intencja i miłość do Boga – podkreśla.
Post bez modlitwy to dieta
Ojciec Piotr Hensel, przeor klasztoru karmelitów bosych w Katowicach, ostrzega przed pułapką, w którą łatwo wpaść, jeśli podejmuję post z założeniem, że mogę własnymi siłami coś zmienić w swoim życiu. Że jak się tak zaprę, to wytrzymam ze swoim postanowieniem przez cały Wielki Post. Tymczasem to nie wyrzeczenie samo w sobie ma być moim celem. Moim celem jest Bóg. – Czytałem ostatnio list św. Teresy od Jezusa do mojego współbrata, jednego z pierwszych karmelitów, ojca Ambrożego Mariano. Jako były pustelnik miał ciągotki pustelnicze, ascetyczne i rygorystyczne. Teresa napisała mu, że jest zwolenniczką kładzenia nacisku na cnotę, a nie na rygor. To bardzo mocne zdanie! W rygorystycznych praktykach jest obecny element naszej kontroli. Z tego rodzi się porównywanie do innych i czasem może się okazać, że nie chodzi nam o Boga, ale o bożka wysokiego mniemania o sobie. O to, żebyśmy dzięki postowi poczuli się tacy sprawni, tacy dobrzy. To pułapka – mówi.
Jak więc pościć, żeby tę pułapkę ominąć? O. Piotr Hensel wskazuje, że post nigdy nie powinien być oderwany od jeszcze dwóch innych duchowych aktywności. Tę triadę tworzą: modlitwa, post i jałmużna. – Już ojcowie Kościoła wskazywali, że te trzy środki zawsze muszą iść ze sobą razem. Brak któregoś z nich jest jakimś wypaczeniem – mówi. – Post porządkuje relację z nami samymi, modlitwa – relację z Panem Bogiem, a jałmużna – relację z innymi ludźmi. Post bez modlitwy będzie tylko dietą albo jakimś suchym ćwiczeniem woli. Z kolei modlitwa bez postu będzie trochę pustosłowiem. Jeżeli modlitwa nic mnie nie kosztuje, to może być takim marzycielstwem. A jałmużna bez jednego i drugiego będzie tylko filantropią. Będzie w niej jakaś duchowa pycha, duchowy egoizm. Więc post, modlitwa i jałmużna powinny wypływać z jednego ruchu serca – podpowiada.
Post od informacji
Post nie zawsze musi dotyczyć jedzenia. O. Hensel wskazuje, że można podjąć post od oceniania drugiego człowieka, od irytowania się w pierwszej reakcji na działania kogoś, od karmienia swojego ego, swoich ambicji, od gromadzenia rzeczy. – To taki post przesunięty w sferę naszego wnętrza. Święci Teresa od Jezusa czy Jan od Krzyża woleli tego typu post, bo on nas uczy milczenia i posłuszeństwa Bogu. Taki post akcentuje też nasze wewnętrzne starania, w odróżnieniu od tych zewnętrznych, widocznych dla innych – bo to, co w poście jest widoczne dla innych, niesie ze sobą pewne ryzyko popadnięcia w pychę – tłumaczy.
Współczesny człowiek żyje w szumie informacyjnym, trudno mu się oderwać od scrollowania treści w internecie. – Myślę, że dobry jest też post od nadmiernego karmienia się informacją. Może warto wybrać sobie jakiś czas, jakiś dzień, w którym to ograniczę? Niekonwencjonalnym postem może być również sięgnięcie po trudniejszą książkę, najlepiej w wersji papierowej, i przeczytanie jej. Możemy też obejrzeć jakiś trudniejszy film – mówi.
Bóg jest smakiem wszystkiego
W Kościele dniami i okresami pokutnymi są poszczególne piątki całego roku i czas Wielkiego Postu. W Środę Popielcową i Wielki Piątek należy zachowywać post ścisły. Natomiast w poszczególne piątki, zgodnie z zarządzeniem Konferencji Episkopatu Polski, katolików obowiązuje wstrzemięźliwość od spożywania mięsa. Czy jednak samo powstrzymanie się od mięsa wystarczy w czasach, gdy potrawy bezmięsne są często bardziej wykwintne niż mięsne? I po jakie wyrzeczenie mają w piątki sięgnąć wegetarianie, skoro i tak nie jedzą mięsa?
– Myślę, że trzeba sobie zadać pytanie, o co w poście chodzi. A chodzi o obecność Chrystusa. Jeśli więc piątkowa wstrzemięźliwość od mięsa naprawdę nic dla mnie nie wnosi, warto poszukać czegoś, co mi pomaga pamiętać o Jezusie. Nie rezygnowałbym jednak przy tym z piątkowej wstrzemięźliwości od mięsa, bo potrzebujemy także takich wyzwań i takich wymagań. Jeśli wymagań zabraknie, to raczej równamy w dół – ocenia karmelita.
Jego zdaniem post cielesny również ma do spełnienia rolę w życiu chrześcijan. – W jednej z prefacji wielkopostnych na Mszy św. padają słowa, że przez post cielesny uśmierzamy wady, podnosimy ducha, a Bóg udziela nam cnoty. Pamiętajmy tylko, żeby z naszego horyzontu nie znikał Chrystus, bo wtedy post może stawać się sztuką dla sztuki. Post ścisły, który Kościół proponuje nam w Środę Popielcową i Wielki Piątek, to okazja, żebym powiedział sobie: sprawdzam. Czy Bóg rzeczywiście jest dla mnie w tym momencie ważniejszy niż moje odczucie głodu, dyskomfortu? – pyta. – Rezygnujemy wtedy z jedzenia nie dlatego, że jest ono czymś złym, ale dlatego, że jeszcze bardziej dobry jest Bóg. Bóg który, jak mówi Jan od Krzyża, jest smakiem wszystkiego. Chcę Pana Boga i jestem wolny od tych różnych przywiązań, które na co dzień sprawiają mi przyjemność – dodaje.
Po co jest post? – Wydaje mi się, że dobrze to ukazuje post eucharystyczny. Dzisiaj jest skrócony, w dawnych czasach już od północy nie można było nic jeść ani pić. Chodzi o pokazanie, że jesteśmy głodni komunii z Bogiem. Post ma być nastawiony na Niego. To jedyna właściwa chrześcijańska perspektywa – mówi o. Hensel.
Przemysław Kucharczak/Gość Niedzielny
+++
Abp Galbas: chciałbym wszystkich zachęcić do porządnej wielkopostnej spowiedzi

fot. Archidiecezja warszawska
***
– Chciałbym was, Bracia i Siostry, bardzo zachęcić do porządnej wielkopostnej spowiedzi już teraz, na początku Wielkiego Postu – mówił abp Adrian Galbas w homilii podczas Mszy św. sprawowanej w Środę Popielcową w Świątyni Opatrzności Bożej w Warszawie. Świątynia Opatrzności Bożej to pierwszy z Wielkopostnych Kościołów Stacyjnych w Archidiecezji Warszawskiej.
“Spowiedź jest po to, by Chrystusowi nasze grzechy oddać, by powierzyć mu siebie ze swoim grzechem” – mówił abp Adrian Galbas.
Abp Galbas przypomniał, że przyjmując popiół na głowy wyrażamy gotowość do pokuty za nasze grzechy i do nawrócenia.
Zwrócił uwagę na wezwanie do nawrócenia wybrzmiewające w Czytaniach. Podkreślił, że najbardziej praktycznym i konkretnym wymiarem nawrócenia jest sakrament pokuty i pojednania, którym jest każda spowiedź.
– Chciałbym was, Bracia i Siostry, bardzo zachęcić do porządnej wielkopostnej spowiedzi już teraz, na początku Wielkiego Postu, a nie dopiero za czterdzieści dni kiedy przed konfesjonałami będą długie kolejki – powiedział abp Galbas.
Przypomniał, że spowiedź nie jest po to, by poinformować Boga o naszych grzechach. On je zna. – Spowiedź jest po to, by Chrystusowi nasze grzechy oddać, by powierzyć mu siebie ze swoim grzechem i uczynić to przez pośrednictwo Kościoła – wyjaśnił.
Przypomniał też, że w sakramencie pokuty mamy obowiązek oddać Panu Bogu, przez pośrednictwo Kościoła wszystkie grzechy ciężkie, to znaczy takie, które spełniają trzy warunki: dotyczą rzeczy poważnej, zostały popełnione w całkowitej wolności i z pełną świadomością, czego się dopuszczam.
– Aby spowiednik dobrze mógł ocenić czy dany grzech jest ciężki, czy nie, Kościół od czasu Soboru Trydenckiego wymaga także, aby podczas spowiedzi podać okoliczności popełnienia grzechu, a także informacje o sobie. Jeśli spowiadam się u kogoś kto mnie nie zna, mam obowiązek powiedzieć, że jestem biskupem, podobnie, że ktoś jest małżonkiem, księdzem, czy osobą żyjącą w pojedynkę. Są bowiem takie okoliczności, które mogą zwiększyć, albo zmniejszyć ciężar popełnionego grzechu – powiedział kaznodzieja.
Podkreślił też, że nie możemy sami decydować, co jest grzechem a co nim nie jest. Coś nie przestaje być grzechem z uwagi na to, że większość ludzi go popełnia albo, że „wszyscy tak żyją” – tłumaczył.
-„Grzechem tego wieku jest utrata poczucia grzechu” pisał już papież Pius XII, a św. Jan Paweł II nazywał to zaciemnieniem i wypaczeniem sumienia, jego martwotą i znieczuleniem – przypomniał kaznodzieja.
– Bardzo proszę moich księży, by szczególnie w Wielkim Poście więcej czasu spędzali w konfesjonale, oczekując na wiernych, a także by w kazaniach częściej przypominali tę moralną naukę Kościoła, jak również naukę o grzechu, nawróceniu, skrusze i pojednaniu. Jeśli ludzie nie będą o tym słyszeli z ambony, jak będą mieli się nawracać, jak będą mieli korzystać z sakramentu pokuty?! – powiedział.
Kai.pl
***
Święta kościelne w 2026 roku

fot. Karol Porwich/Tygodnik Niedziela
***
W roku liturgicznym Kościół wyróżnia święta nakazane, czyli dni w które wierni zobowiązani są do uczestnictwa we Mszy świętej oraz do powstrzymywania się od prac niekoniecznych. Lista świąt nakazanych regulowana jest przez Kodeks Prawa Kanonicznego. Oprócz świąt nakazanych wierni zobowiązani są do uczestnictwa we Mszy w każdą niedzielę.
Święta nakazane w 2026 roku:
1 stycznia (czwartek) – Uroczystość Świętej Bożej Rodzicielki
6 stycznia (wtorek) – Trzech Króli, czyli uroczystość Objawienia Pańskiego
5 kwietnia (niedziela) – Wielkanoc
17 maja (niedziela) – Wniebowstąpienie Pańskie
24 maja (niedziela) – Niedziela Zesłania Ducha Świętego (Zielone Świątki)
4 czerwca (czwartek) – Boże Ciało, czyli uroczystość Najświętszego Ciała i Krwi Chrystusa
15 sierpnia (sobota) – Uroczystość Wniebowzięcia Najświętszej Maryi Panny
1 listopada (niedziela) – Uroczystość Wszystkich Świętych
25 grudnia (piątek) – Uroczystość Narodzenia Pańskiego
Pozostałe ważne dni w 2026 roku:
Oprócz wymienionych powyżej świąt nakazanych obchodzone są również inne święta o głębokiej tradycji. W te święta wierni nie są zobowiązani do uczestnictwa we Mszy świętej oraz powstrzymywania się od prac niekoniecznych, jednak Kościół bardzo zachęca do udziału w liturgii również w te dni:
2 lutego (poniedziałek) – Święto Ofiarowania Pańskiego (Matki Bożej Gromnicznej)
18 lutego (środa) – Środa Popielcowa
2-4 kwietnia (czwartek-sobota) – Triduum Paschalne (Wielki Piątek jest jedynym dniem w roku, w którym nie odprawia się Mszy św.)
6 kwietnia (poniedziałek) – Poniedziałek Wielkanocny
3 maja (niedziela) – Uroczystość Najświętszej Maryi Panny Królowej Polski
25 maja (poniedziałek) – Uroczystość Najświętszej Maryi Panny, Matki Kościoła
29 czerwca (poniedziałek) – Uroczystość świętych Apostołów Piotra i Pawła
26 grudnia (sobota) – Święto świętego Szczepana, pierwszego męczennika
Adwent rozpocznie się 29 listopada.
+++
W czasie Wielkiego Postu dobrze jest medytować o męce Pańskiej

Renata Sedmakova | Shutterstock
***
Jednym ze sposobów na właściwe przeżywanie Wielkiego Postu jest czytanie i rozmyślanie opisu męki i śmierci Pana naszego Jezusa Chrystusa.
Czytanie Biblii przez Wielki Post
Niektórzy kierownicy życia duchowego zalecają czytanie konkretnych fragmentów z Pisma Świętego w okresie Wielkiego Postu, jak na przykład czytanie Księgi Wyjścia, ponieważ ta Księga może pomóc poczuć się, jakbyśmy sami byli na pustyni, wędrując z ludem Izraela przez lat czterdzieści.
Inni proponują częstsze czytanie i rozmyślanie o męce Pańskiej.
W Liturgii Kościół czytanie o Męce Pańskiej ma szczególne miejsce w Wielkim Tygodniu, ale dobrze jest dla naszego nawrócenia wielokrotnie powracać do tych najważniejszych wydarzeń naszego zbawienia.
Środy i piątki
Kościół zaleca rozważanie męki Pańskiej w środę i piątek
Piątki zawsze przypominają nam o męce Jezusa Chrystusa a środy – o zdradzie Judasza.
Oto niektóre duchowe korzyści płynące z czytania Męki Pańskiej:
Czytanie opisu męki Pańskiej ma wielkie znaczenie doktrynalne, bowiem przyciąga uwagę wiernych treścią o charakterze narratywnym i wzbudza w nich przeżycia autentycznej pobożności. Są nimi: żal za popełnione winy, gdyż wierni dobrze wiedzą, że Chrystus poniósł śmierć na odpuszczenie grzechów całego rodzaju ludzkiego, a więc także naszych grzechów; współczucie i solidarność z Niewinnym niesłusznie prześladowanym; wdzięczność za nieskończoną miłość do wszystkich ludzi jako swoich braci, którą Jezus, nasz Brat pierworodny, objawił w swojej męce na krzyżu; konieczność naśladowania pokory, cierpliwości, miłosierdzia, darowania win, ufnego oddania się w ręce Ojca, co Jezus uczynił w wyraźny i skuteczny sposób w czasie swej męki.
+++
Jak rozmyślać nad męką Pańską?
(Nauka Krzyża – I)

Nao Novoa | Shutterstock
***
Czy chodzi o łzy i wzruszenie?
Kiedy rozpoczynamy cykl rozmyślań wielkopostnych o tajemnicy męki Pańskiej, zastanówmy się najpierw, jak powinniśmy nad nią rozmyślać? W tradycji Kościoła istnieje kilka sposobów przeżywania Drogi Krzyżowej. O pierwszym mówi sama Ewangelia:
A szło za Nim mnóstwo ludu, także kobiet, które zawodziły i płakały nad Nim. Lecz Jezus zwrócił się do nich i rzekł: «Córki jerozolimskie, nie płaczcie nade Mną; płaczcie raczej nad sobą i nad waszymi dziećmi! Oto bowiem przyjdą dni, kiedy mówić będą: „Szczęśliwe niepłodne łona, które nie rodziły, i piersi, które nie karmiły”. Wtedy zaczną wołać do gór: Padnijcie na nas; a do pagórków: Przykryjcie nas! Bo jeśli z zielonym drzewem to czynią, cóż się stanie z suchym?” (Łk 23, 27-31)
Te kobiety były prawdopodobnie płaczkami, które zwyczajowo towarzyszyły skazańcom. Pierwszym ludzkim odruchem na cierpienie drugiego człowieka, szczególnie niewinnego, jest współczucie. Patrząc na Jezusa biczowanego, cierniem koronowanego, upadającego pod krzyżem i powieszonego na nim w sposób naturalny robi się Go żal. Niesprawiedliwość, przemoc budzą nasz sprzeciw i chęć pomocy ofierze.
To Jezus współczuje nam
Jezus jednak obawia się takiego współczucia. Nie chce, abyśmy się na nim się zatrzymali. Nie po to się wcielił i umarł na krzyżu, żeby nam Go było żal. Jezus robi to dla nas i chce, abyśmy wzięli na poważnie nasze życie i Jego śmierć.
To Jemu jest żal nas i dlatego przyjął kielich cierpienia. To nie my mamy Go wesprzeć naszym współczuciem, lecz to On chce swoim krzyżem wzmocnić nas w naszych problemach i trudach. To nasze życie było dla Niego motywacją do przyjęcia cierpienia.
Ckliwość i sentymentalność nie jest dobrą drogą do rozważania męki Pańskiej. Jezus wzywa nas, abyśmy poszli za Nim i żyli Ewangelią Krzyża, abyśmy od współczucia Jemu doszli do zrozumienia Jego miłości do nas.
br. Damian Wojciechowski SJ., misjonarz na Syberii i w Kirgistanie, ekonom diecezji, reżyser, dziennikarz, podróżnik. Obecnie pracuje w Ignacjańskim Centrum Formacji Duchowej oraz na Uniwersytecie Ignatianum w Krakowie.
br. Damian Wojciechowski SJ/Aleteia.pl
Jezuita, misjonarz na Syberii i w Kirgistanie, reżyser, dziennikarz, ekonom diecezji, podróżnik. Obecnie pracuje w Ignacjańskim Centrum Formacji Duchowej w Gdyni i wykłada na Uniwersytecie Ignatianum w Krakowie
+++
Nie chodzi o nasze grzechy!
(Nauka Krzyża – II)

Firma V | Shutterstock
***
W centrum śmierci Jezusa na krzyżu nie stoją nasze grzechy. Nie one są ważne w refleksji nad Jego śmiercią.
Zaczynając rozważania męki Pańskiej dobrze jest najpierw oczyścić naszą pamięć i wyobrażenie z tak wielu słów, jakie usłyszeliśmy już o niej np. podczas nabożeństwa Drogi Krzyżowej czy Gorzkich Żalów. Często kiedy w kościele mówi się o męce Jezusa, kaznodzieje starają się wzruszyć słuchaczy lub wzbudzić w nich poczucie winy. Niestety takie podejście może nam bardzo przeszkodzić w głębokim poznaniu tej tajemnicy.
Czy Jezusa krzyżują nasze grzechy?
Często słyszeliśmy na Drodze Krzyżowej, że z powodu naszej nieczystości Jezus został odarty z szat – to prawda, ale zatrzymanie się na takiej interpretacji męki, która łączy nasze poszczególne grzechy z cierpieniem Jezusa, często prowadzi do fałszywego poczucia winy lub wprost do odrzucenia odkupieńczej roli krzyża. Podejście do męki, które skupia się na naszej za nią odpowiedzialności, które ukazuje jak to nasze grzechy doprowadziły do śmierci Wcielonego Słowa, jest prawdziwe, ale ograniczające duchowy horyzont.
Jezus nie po to wziął na siebie krzyż, abyśmy się biczowali, jak to jeszcze niedawno robiono na procesjach wielkopostnych w Hiszpanii. To prawda, że Jezus przyszedł na ziemię, aby nas wyzwolić z grzechu, ale trudno nam to będzie przyjąć, jeśli skupimy się na naszych grzechach, a nie na Jego miłości. To nie my mamy się zbawić lub pomóc Jezusowi, lecz On ma nas podnieść z naszych słabości. Czasami lżej jest nam współczuć Ukrzyżowanemu lub oskarżać się za nasze winy niż przyjąć prawdę, że jesteśmy słabi, zagubieni i potrzebujemy Jego miłosierdzia.
br. Damian Wojciechowski SJ/Aleteia.pl
+++
Śmierć Jezusa nie była piękna
(Nauka Krzyża – III)

ELEPHOTOS | Shutterstock
***
Krzyż Jezusa nie jest piękny. Jego śmierć nie była piękna.
Krzyż nie jest piękny
Patrząc na krucyfiks możemy zapomnieć, jak w rzeczywistości wyglądała męka Chrystusa. Wielu artystów przestawia Jezusa na krzyżu w glorii, niepoddającego się cierpieniu, z pięknym ciałem, spokojnego, a nawet uśmiechniętego. Często jest to Jezus już po śmierci, a nawet zmartwychwstały, wywyższony. Jest to wizja bliska temu jak przedstawia mękę święty Jan, w którego relacji śmierć Jezusa ukazuje wiele głębokich prawd teologicznych.
Tymczasem Jezus na krzyżu był zupełnie nagi. Jego ciało było zmasakrowane, a sam skazaniec wykonywał nieustannie rozpaczliwe ruchy, aby zaczerpnąć powietrza. Widok skazańca na krzyżu wzbudzał obrzydzenie, niesmak i szyderstwo. To było celem tej kary przeznaczonej dla buntowników i niewolników. Pokazać ich jako nie-ludzi, wyrzutków społeczeństwa. Takim wyrzutkiem był na krzyżu również Jezus.
Nie miał On wdzięku ani też blasku,
aby na Niego popatrzeć,
ani wyglądu, by się nam podobał.
Wzgardzony i odepchnięty przez ludzi,
Mąż boleści, oswojony z cierpieniem,
jak ktoś, przed kim się twarze zakrywa,
wzgardzony tak, iż mieliśmy Go za nic. (Iz 53, 2-3)
Bóg nie tylko chciał, aby Jego Syn przeszedł przez bramę śmierci i w ten sposób doświadczył tego, czego w końcu doświadczy każdy z nas, ale też dopuścił, że śmierć ta połączona z niesłychanym okrucieństwem i cierpieniem. Była ona doświadczeniem krańcowego upodlenia i uniżenia:
Grób Mu wyznaczono między bezbożnymi,
i w śmierci swej był [na równi] z bogaczem,
chociaż nikomu nie wyrządził krzywdy
i w Jego ustach kłamstwo nie postało.
Spodobało się Panu zmiażdżyć Go cierpieniem.
Jeśli On wyda swe życie na ofiarę za grzechy,
ujrzy potomstwo, dni swe przedłuży,
a wola Pańska spełni się przez Niego. (Iz 53, 9-10)
Aby poznać los człowieka
Bóg jest wszechmocny, ale czy może zrozumieć człowieka, jeśli sam nie może doświadczyć cierpienia? Bóg stał się człowiekiem, aby zaznać cierpienia tak, jak każdy człowiek.
Dlatego musiał się upodobnić pod każdym względem do braci, aby stał się miłosiernym i wiernym arcykapłanem wobec Boga dla przebłagania za grzechy ludu. W czym bowiem sam cierpiał będąc doświadczany, w tym może przyjść z pomocą tym, którzy są poddani próbom. (Hbr 2, 17-18).
Przez okrutną i upadlającą śmierć Bóg nie tylko okazał miłość wobec nas, lecz także stał się nam przez to bliski. Tę śmierć, uniżenie i ból włączył na zawsze w swoją boskość, absolut i nieskończoność:
Nie takiego bowiem mamy arcykapłana, który by nie mógł współczuć naszym słabościom, lecz doświadczonego we wszystkim na nasze podobieństwo, z wyjątkiem grzechu. (Hbr 4, 15)
br. Damian Wojciechowski SJ/Aleteia.pl
+++
Bezsilny Bóg
(Nauka Krzyża – IV)

Baramyou0708 | Shutterstock
***
Najstraszniejsza kara
Ukrzyżowanie był ona tyle strasznym i odrażającym widokiem, znanym wszystkim ludziom w czasach rzymskich, że aż do IV wieku nie spotykamy wizerunków Jezusa na krzyżu. Było to na tyle okropne i napawające strachem widowisko, że chrześcijanom nie przychodziło do głowy, aby przedstawiać Jezusa na takim obrazie.

***
Najstarsze przedstawienie ukrzyżowania pochodzące z III wieku znaleziono w pałacu cesarskim na Palatynie w roku 1856. Przedstawia ono człowieka z głową osła wiszącego na krzyżu. Obok widnieje napis: „Aleksamenos oddaje cześć bogu”. Według powszechnego mniemania tylko głupiec dałby się dobrowolnie ukrzyżować, a samo ukrzyżowanie było antytezą boskości, piękna, prawdy, wolności.
Czy Bóg jest bezsilny?
Nie możemy sobie wyobrazić, jak trudno było pierwszym chrześcijanom przyjąć, że ich Bóg zawisł na gwoździach. Jak mówią bibliści, ten „skandal krzyża” jest jednym z najważniejszych wątków czterech Ewangelii, które starają się wytłumaczyć uczniom Jezusa, jaki był sens tej okrutnej śmierci.
Już w roku 180 Celsus mówił złośliwie do chrześcijan, których uznano za „czcicieli krzyża”: „Jak wyglądałby jako syn boży ktoś, którego ojciec nie potrafił uratować od najbardziej hańbiącej śmierci?”.
br. Damian Wojciechowski SJ/Aleteia.pl
+++
Krzyż nie szokuje
(Nauka Krzyża – V)

Frame Stock Footage | Shutterstock
***
Św. Paweł będzie mógł bardzo słusznie zauważyć, iż Chrystus ukrzyżowany jest „głupstwem” dla pogan, dla Żydów stanowi zaś „zgorszenie” (1 Kor 1, 23)
Zgorszenie i głupstwo
Oile u pogan krzyż wzbudzał uczucie pogardy, to u Żydów powodował przerażenie. W rozdziale 21 Księgi Powtórzonego Prawa (22-23) napisane jest, że „wiszący na drzewie jest przeklęty przez Boga”. Dlatego też Paweł będzie mógł bardzo słusznie zauważyć, iż Chrystus ukrzyżowany jest „głupstwem” dla pogan, dla Żydów stanowi zaś „zgorszenie” (1 Kor 1, 23). Realną śmierć na krzyżu odrzucało wiele herezji. Niektórzy twierdzili, że Jezusa na krzyżu zastąpił Szymon z Cyreny. Inni twierdzili, że Jezus nie czuł bólu, gdyż Jego ciało było tylko pozorne. Tak samo twierdzi islam, w swoich hadisach. Według nich zamiast Jezusa powieszono Judasza lub jednego z Jego uczniów, któremu Bóg zmienił twarz na twarz Chrystusa. Tak o tym pisze Koran:
Oni ani Go nie zabili, ani Go nie ukrzyżowali, tylko im się tak zdawało; i, zaprawdę, ci, którzy się różnią w tej sprawie, są z pewnością w zwątpieniu; oni nie mają o tym żadnej wiedzy, idą tylko za przypuszczeniem; oni Go nie zabili z pewnością. Przeciwnie! Wyniósł Go Bóg do Siebie! (4,157-158)
Dlaczego Mahomet tak sądził? Ponieważ nie mieściło mu się w głowie, że Bóg mógł dopuścić takie nieszczęście na najsprawiedliwszego z ludzi, którym był według niego Jezus. Takie cierpienie mogło spotkać tylko człowieka niegodnego, który sprzeciwiał się Bogu.
W 337 r. kiedy chrześcijaństwo było już legalną religią, Konstantyn Wielki zniósł ostatecznie ten rodzaj kary. Przedstawianie Chrystusa wiszącego na krzyżu stało się coraz popularniejsze w sztuce chrześcijańskiej. Niestety przedstawienie Jezusa na krzyżu zaczęto banalizować, znak krzyża w naszych kościołach jest często elementem dekoracji i wykończenia wnętrza. Krzyż nie szokuje, nie zmusza do myślenia, nie jest powodem oburzenia czy niesmaku.
br. Damian Wojciechowski SJ/Aleteia.pl
+++
Męka Jezusa to najważniejsza część Biblii (Nauka Krzyża – VI)

Freedom Studio | Shutterstock
***
Czy męka Jezusa nie jest najważniejszym elementem Ewangelii?
Najważniejsze przesłanie Ewangelii
Tylko opis męki Pańskiej ma identyczny schemat i bardzo podobną treść we wszystkich czterech Ewangeliach. Oznacza to, że była to najwcześniejsza część przekazu Dobrej Nowiny, uświęcona przez Tradycję, w której Ewangelie były spisywane. Męką Pańska to pierwsza i najważniejsza część przepowiadania jak to już widzimy w pierwszych kazaniach św. Piotra. Całe życie Jezusa opisane jest w kilkunastu rozdział Ewangelii, natomiast Jego męka trwająca tylko jeden dzień opisana krok po kroku zajmuje aż dwa długie rozdziały. Ewangeliści interesują się każdym szczegółem, prowadzą nas za Jezusem sekunda po sekundzie, minuta po minucie. Tak bardzo ważne to było dla pierwszego Kościoła.
Cała Biblia pełna jest odwołań do śmierci Jezusa. Jeśli prześledzimy uważnie Ewangelie, to zobaczymy, że niemal na każdej jej stronie są nawiązania do męki i śmierci Jezusa. Tak jakby Ewangelia była w rzeczywistości tylko komentarzem do tego jednego dnia z życia Jezusa.
Ewangelia św. Marka o męce Jezusa
Pierwsza część Ewangelii św. Marka koncentruje się na cudach i uzdrowieniach. Jezus przedstawiony jest jak lekarz, który uzdrawia wszelkie choroby, kalectwa, ułomności, słabości i uwalnia od wpływu demonów. Taki zbawiciel nie mógł nie fascynować i wzbudzać entuzjazmu wśród pierwszych chrześcijan. Ale w drugiej części cuda się kończą, a Jezus skupia się na przepowiadaniu swojego Krzyża i jego konsekwencji dla uczniów. Taka zmiana całego przepowiadania wzbudza wśród uczniów niezrozumienie, lęk, a nawet sprzeciw. Śmierć Zbawiciela jest nie do przyjęcia:
Jezus pouczał bowiem swoich uczniów i mówił im: «Syn Człowieczy będzie wydany w ręce ludzi. Ci Go zabiją, lecz zabity po trzech dniach zmartwychwstanie». Oni jednak nie rozumieli tych słów, a bali się Go pytać. (Mk 9, 31-32)
To wielokrotne podkreślane w Ewangeliach niezrozumienie uczniów powinno być dla nas przestrogą, abyśmy sami nie podchodzili do tej tajemnicy zbyt lekkomyślnie lub pomijali ją w naszym życiu duchowym jako coś niezrozumiałego i niezbyt ważnego.
br. Damian Wojciechowski SJ/Aleteia.pl
+++
Zdrada, która staje się momentem chwały (Nauka Krzyża – VII)

Public Domain
***
Tylko ten, kto został choć raz zdradzony, wie, czym jest zdrada. Zdradza zawsze ktoś bliski, ktoś, komu ufamy. To jedno z najbardziej bolesnych doświadczeń naszego życia.
Moment zdrady = moment chwały
13. rozdział Ewangelii według św. Jana ma oprócz Jezusa jeszcze jednego bohatera: Judasza. Jezus w tym rozdziale wskazuje na człowieka, który Go zdradzi. W niewielu miejscach Ewangelia mówi o tym, że Jezus się wzruszył. Jednym z nich jest moment ujawnienia zdrajcy. Co ciekawe, Jezus stwierdza, że moment ostatecznej decyzji o zdradzie jest momentem, kiedy Syn Człowieczy został otoczony chwałą! Wydanie się w ręce zdrajcy to kulminacyjny moment życia Jezusa. W opisie pojmania w Getsemani Ewangeliści podkreślają obecność Judasza.
Jak to możliwe, że moment zdrady może być także momentem, kiedy ujawnia się Boża moc i Jego wielkość? Oddanie Syna Bożego szubrawcy i zdrajcy ma być sukcesem Boga?! Bóg oddający się w ręce człowieka jest słaby, bezbronny i bezradny – tak jak my. To tu ukazuje się Jego wszechmocna miłość do człowieka. Jego wszechmoc nie wyraża się w sile, przemocy, potędze, władzy, lecz w miłości.
Zdradza najbliższy
Nie jesteśmy tylko oprawcami; bywa, że jesteśmy też ofiarami. Doświadczenie zdrady jest nieprzekazywalne. Tylko ten, kto został choć raz zdradzony, wie, czym jest zdrada. Zdradza zawsze ktoś bliski, ktoś, komu ufamy. To jedno z najbardziej bolesnych doświadczeń naszego życia. Taka rana często ropieje latami, a nawet dziesięcioleciami. Znałem mężczyznę, który kilkadziesiąt lat aż do swojej śmierci rozpamiętywał zdradę, której doświadczył ze strony żony. Całe życie rozmyślał o tym, że powinien wyrzucić ją z rodzinnego grobowca.
Jezus, Bóg-Człowiek, jak wielu ludzi przed Nim i po Nim, doświadczył zdrady. Przeszedł przez to cierpienie: „Nie takiego bowiem mamy arcykapłana, który by nie mógł współczuć naszym słabościom, lecz doświadczonego we wszystkim na nasze podobieństwo, z wyjątkiem grzechu” (Hbr 4,15). Dlatego z bólem zdrady możemy przyjść do Jezusa i opowiedzieć Mu o tym, oddać to doświadczenie. Jeśli pozostaniemy w nim sami, to może się ono przerodzić w nienawiść i złość, które będą pustoszyć nasze wnętrze. Ból zdrady może stać się chorym centrum naszego życia, jego fałszywym sensem. To powinno nas motywować do wysiłku i odwagi, aby o tym bolesnym doświadczeniu opowiadać Jezusowi, który również go doświadczył i ma moc nas z niego wyzwolić.
Pycha zamykająca na miłosierdzie
Judasz zrozumiał swój błąd. Na koniec nawet odrzucił pieniądze, które były dla niego tak ważne i którym służył. Jednak w odróżnieniu od Piotra nie potrafił przebaczyć samemu sobie swojej podłości, nie potrafił się zgodzić na swoją słabość. Postanowił sam siebie ukarać. To pycha zamyka nas na Boże miłosierdzie. Poczucie wyższości nie daje nam przyznać, że jesteśmy słabi i ulegamy pokusie i egoizmowi.
br. Damian Wojciechowski SJ/Aleteia.pl
+++
Porażka Jezusa. Szyderstwo z sensu Jego życia (Nauka Krzyża – VIII)

mady70 | Shutterstock
***
Rozmyślając nad Jezusem wyszydzonym i poniżonym, możemy wspomnieć podobne sytuacje z naszego życia.
Cios z sens życia Jezusa
Wyszydzenie Jezus na krzyżu, jak i wcześniej, podczas sądu, nie jest po prostu psychicznym znęcaniem się nad człowiekiem, lecz podważaniem sensu całej misji Jezusa. Wezwanie do zejścia z krzyża, drwina: „Innych wybawiał, niechże teraz siebie wybawi, jeśli On jest Mesjaszem, Wybrańcem Bożym”, wymierzone są w samo centrum życia Jezusa, Jego powołania i relacji z Ojcem.
Jezus przyszedł, aby zbawić człowieka od grzechu, śmierci, chorób, szatana, nienawiści, a szyderstwa faryzeuszy zdają się sugerować, że cała Jego misja spaliła na panewce. Jest bankrutem, człowiekiem, który stracił wszystko, żałosnym mistyfikatorem i oszustem, uzurpatorem i bluźniercą. Szatan przez słowa ludzi ukazuje Mu Jego klęskę: ci, których miał zbawić, dla których umiera, nie tylko odrzucają Go i Jego zbawienie, ale jeszcze drwią z Jego misji i powołania. Choć Jezus mógłby wezwać zastępy anielskie, aby Go uratowały i pokazały Jego moc, dalej wisi na krzyżu i pozwala się poniżać – nie chce użyć siły wobec ludzi, którzy Go odrzucają.
Wyszydzony Bóg, wyszydzony człowiek
Zdrada Judasza, a także Piotra, musiały być dla Jezusa najbardziej bolesną częścią Jego poniżenia. Według Judasza Jezus zawiódł swoich uczniów, nie potrafił stanąć na wysokości zadania, poniósł klęskę jako przywódca, nie potrafił poprowadzić uczniów do zwycięstwa, a tylko wykonywał groteskowe gesty.
Rozmyślając nad Jezusem wyszydzonym i poniżonym, możemy wspomnieć podobne sytuacje z naszego życiu. Patrzmy, jak Jezus na to reagował i skąd brał siłę, aby przejść przez to niezwykle druzgocące doświadczenie. Aby ból krzywdy wywołany pogardą i upokorzeniem nas nie niszczył, nie był źródłem zgorzknienia, nienawiści, w tym także do siebie samego, potrzebujemy przyjść z tymi uczuciami do Jezusa i przedstawić Mu to wszystko, co nas spotkało. Jezus przeszedł przez takie doświadczenie i jako Bóg ma moc nie tylko nas od tego wyzwolić, ale przekształcić to w dobro. Tylko Bóg potrafi ze zła wyprowadzić błogosławieństwo.
br. Damian Wojciechowski SJ/Aleteia.pl
***
Szymon nie niósł krzyża z Jezusem, ale zamiast Niego (Nauka Krzyża – IX)

artin1 | Shutterstock
***
Najprawdopodobniej rzymscy żołnierze, widząc Jezusa upadającego pod ciężarem patibulum i niemającego już sił, żeby z powrotem powstać, postanowili zmusić do niesienia ciężaru Szymona Cyrenejczyka, co było zresztą zgodne z rzymskim prawem
Patibulum
Kiedy byłem niedawno w kaplicy byłego seminarium w Nowosybirsku , zobaczyłem intrygującą drogę krzyżową. Jezus nie niesie na niej całego krzyża, tylko poprzeczną belkę, do której przybijano ręce skazańca. Taka belka nazywała się patibulum i ważyła około 45 kg. I choć przywykliśmy, że Jezus niesie cały krzyż, jak to w swoich wizjach widziała Katarzyna Emmerich i co pokazał Mel Gibson w swojej „Pasji”, to wszystko wskazuje na to, że niósł tylko patibulum, do którego miał przywiązane ręce.

***
Marsz z taką belką wyglądał dużo straszniej i był o wiele okrutniejszy, ponieważ w przypadku potknięcia skazaniec nie mógł się podeprzeć rękami. Jezus nie mógł nieść całego krzyża, ponieważ nawet bardzo silny i zdrowy mężczyzna nie mógłby przenieść ciężaru kilkuset kilogramów na taką dużą odległość. Natomiast dla człowieka torturowanego i wyczerpanego niesienie 45 kg było już ogromnym wysiłkiem. Najprawdopodobniej rzymscy żołnierze, widząc Jezusa upadającego pod ciężarem patibulum i niemającego już sił z powrotem powstać, postanowili zmusić do niesienia ciężaru Szymona Cyrenejczyka, co było zresztą zgodne z rzymskim prawem, że każdy z poddanej ludności był zobowiązany nieść 1000 m jakiś ciężar z polecenia rzymskiego urzędnika albo żołnierza.

Legioniści nie byli litościwi
Rzymscy żołnierze nie oswobodzili Jezusa od patibulum z powodu miłosierdzia i współczucia, a z praktycznych względów: ich zadaniem było ukrzyżowanie skazańca, a nie zamęczenie go w drodze na miejsce kaźni. Gdyby dopuścili do jego śmierci podczas drogi krzyżowej, naruszyliby regulamin i mogliby zostać za to surowo ukarani. Musieli znaleźć kogoś, kto poniesie belkę na Golgotę.
Ta belka mogła być na tyle krótka, że niewygodnie byłoby ją nieść we dwóch. Bardzo możliwe, że Szymon niósł ją samodzielnie. Ta scena ma dla nas głęboki duchowy sens. Jezus przyjmuje pomoc Szymona, choć ta nie jest dobrowolna. Aby wypełnić swoją misję, potrzebuje drugiego człowieka, który poniesie ciężar krzyża na Golgotę.
Pokora w przyjęciu pomocy
Pokora polega na przyznaniu, że nie dajemy rady ze swoimi problemami, ciężarami, cierpieniami i krzyżami. Bóg przysyła nam różnych ludzi, czasami przypadkowych i obcych, którzy chcą nam ulżyć w naszych cierpieniach. Nie odtrącajmy ich pomocy. Zgódźmy się na to, aby nam ulżyli. Miejmy pokorę przyznać się do swojej słabości, niemożności niesienia własnego krzyża. Dziękujmy Bogu za każdy gest życzliwości, współczucia i pomocy ze strony innych. Jezus, choć był Zbawicielem, przyjął pomoc nieznajomego, choć była ona poniżająca, bo przymusowa.
Jezus potrzebuje też naszej pomocy w swojej męce. Może być tak, że nasz krzyż spada na nas niespodziewanie, bez naszej zgody, tak, że trudno nam go zaakceptować. Przypomnijmy sobie wtedy Szymona Cyrenejczyka, którego zmuszono do niesienia krzyża jakiegoś przestępcy skazanego na śmierć. Szymon wykonał niedużą pracę, ale w ten sposób uczestniczył w Bożym planie zbawienia całej ludzkości. Tak samo nasze cierpienie, nasz krzyż, choć niezrozumiały, dla nas bezwartościowy, może uzyskać sens, kiedy przyjmiemy, że niesiemy go z Jezusem. Nasze cierpienie możemy ofiarować za tych, którzy potrzebują zbawienia, pomocy i nawrócenia.
br. Damian Wojciechowski SJ/Aleteia.pl
+++
Nieść krzyż z radością? To niemożliwe (Nauka Krzyża – X)

artin1 | Shutterstock
***
Krzyż nie jest nigdy miły, nigdy nie jest wybrany i oczekiwany – jest zawsze narzucony, dany nam wbrew naszej woli.
Szymon Cyrenejczyk nie mógł się cieszyć z rozkazu żołnierzy, szczególnie że krzyż był znakiem hańby. Nikt nie chce nieść krzyża. Ale często jest tak, że mimo naszych oporów i buntu musimy go dźwigać. Spada na nas bez naszej zgody. Krzyż jest tym, co człowiek odrzuca.
Krzyż nie jest miły
Musimy odrzucić sentymentalne wyobrażenie, że będziemy radośnie nieść krzyż z Jezusem. Dopóki to będzie krzyż wymyślony przez nas samych, który podniesie naszą wartość we własnych i cudzych oczach, dopóty chętnie go weźmiemy, możemy się nawet w nim lubować, bo będzie karmił naszą chorą miłość własną. Lecz jeśli spadnie na nas prawdziwy krzyż, który będzie nas niszczył, poniżał, to czy nie będziemy go odrzucać i bluźnić Bogu?
Krzyż nie jest nigdy miły, nigdy nie jest wybrany i oczekiwany – jest zawsze narzucony, dany nam wbrew naszej woli. Będziemy potrzebowali czasu, duchowego nawrócenia, aby go przyjąć. Znam mistrzów życia duchowego, podziwianych przez tysiące, którzy zrobili wszystko, co możliwe, żeby uciec od krzyża. On niszczy nasze plany, nasze osiągnięcia, nasz obraz siebie, szacunek ze strony bliskich, w końcu odbiera nam życie. Odrzucenie krzyża jest jak najbardziej ludzką reakcją, która Jezusa nie gorszy i nie gniewa, bo wzięcie go jest szczytem bycia uczniem Jezusa i nikt nie przyjmuje go od razu z entuzjazmem. Radość niesienia krzyża z Jezusem zmieszana jest ze sprzeciwem, zwątpieniem i rozpaczą, których doświadczał sam Jezus.
Przyjmijmy pomoc
Kiedy przeżywamy jakieś cierpienie, miejmy też pokorę przyjąć pomoc, współczucie i współcierpienie bliźnich, tak jak to zrobił Jezus stosownie do swoich słów „jeden drugiego brzemiona noście”. Czasami nasze cierpienie daje nam poczucie wartości, sensu życia, co może nawet prowadzić do pychy i używania własnego krzyża do poniżania innych. Nie pozwólmy, aby cierpienie była narzędziem wygrywania czegoś u bliźnich. Kiedy Bóg przysyła nam naszego Szymona Cyrenejczyka, przyjmijmy jego pomoc z dziękczynieniem i radością. Umiejętność oddania się w ręce innych, na przykład w czasie choroby, kalectwa i starości, jest oznaką dojrzałości i pokory. Jest to rodzaj dziecięctwa, do którego wzywa nas Jezus. Cierpienie nie ma być centrum i sensem naszego życia, lecz jeśli Bóg tak chce, zróbmy wysiłek, aby przyjąć Jego pomoc poprzez ludzi, których do nas wysyła.
br. Damian Wojciechowski SJ/Aleteia.pl
+++
Jezus doskonale zna cierpienie każdego człowieka (Nauka Krzyża – XI)

StunningArt | Shutterstock
***
Ta pieśń jest więc jednym z najlepszych objaśnień, czym była i jakie ma znaczenie męka dla każdego z nas.
Pierwsze „Ewangelia” męki
Pierwsza wspólnota chrześcijan nie posiadała jeszcze spisanego opisu męki Chrystusa. Opowieść o drodze krzyżowej Jezusa była przekazywana przez apostołów i innych uczniów w formie ustnej. Opis męki został spisany dopiero kilkadziesiąt lat po śmierci i zmartwychwstaniu Zbawiciela. Równocześnie pierwotny Kościół w Jerozolimie był złożony z żydów, którzy na pamięć znali Stary Testament. Ze zdumieniem odkrywali oni, że wiele fragmentów Pisma, szczególnie Proroków i Psalmów, bardzo konkretnie opisywało mękę Jezusa. Te teksty ze Starego Testamentu były pierwszymi Ewangeliami męki pierwotnego Kościoła. Fragmenty tych tekstów weszły później jako cytaty do ewangelicznych świadectw śmierci Chrystusa. Były one i później uznawane za najlepsze komentarze i objaśnienia drogi krzyżowej.
Jednym z takich tekstów jest Psalm 22. W sposób bardzo szczegółowy opisuje cierpienie Jezusa, zwracając szczególną uwagę na to, jak przeżywał to sam Skazaniec. Psalmista wchodzi niejako w serce Jezusa i przekazuje nam Jego przeżycia. Oczywiście ten psalm jest poetycką modlitwą człowieka, który żył setki lat przed narodzeniem Chrystusa, ale jego słowa były tak Mu bliskie, tak dobrze oddawały Jego uczucia i stan ducha, że sam Jezus wisząc na krzyżu cytuje pierwszy wers tego psalmu. Modlitwa anonimowego żyda stała się modlitwą Boga wiszącego na krzyżu. Ta pieśń jest więc jednym z najlepszych objaśnień, czym była i jakie ma znaczenie męka dla każdego z nas.
Bóg Go opuścił
Z drugiej strony Jezus, cytując ten psalm, wskazuje nam, że utożsamia się z każdym człowiekiem, który w jakimś okresie życia przeżywa to samo cierpienie co psalmista. Tak więc w tym psalmie następuje zjednoczenie przeżyć psalmisty, Jezusa i każdego z nas przeżywającego swoje cierpienie, swoją drogę krzyżową. Być może nasze cierpienie nie ma wymiaru fizycznego, lecz duchowy lub psychiczny, co nie oznacza, że jest lżejsze. Psalm 22 może być także naszą modlitwą w chwilach osamotnienia, zdrady, bezsilności, strachu, załamania.
Zwróćmy uwagę, że wisząc na krzyżu Jezus wybrał właśnie werset tego psalmu, by wyrazić swoją samotność, swoje odrzucenie, przerażające odczucie, że Ojciec o Nim zapomniał. W ten sposób Jezus zjednoczył się z tymi wszystkimi, którzy przed Nim i po Nim w sposób radykalny i jednoznaczny doświadczyli tego, że Bóg ich opuścił. Jezus nie boi się wyrażać w ten sposób swojego zwątpienia. Tak więc ośmieleni przez Jezusa możemy razem z Nim zanosić do Boga tę modlitwę, kiedy zdaje się nam, że Bóg nas zostawił, kiedy wszystko traci sens i wartość. Kiedy mamy poczucie, że wszyscy zwrócili się przeciw nam, że wszyscy cieszą się z naszej klęski, gotowi są rozszarpać nas na strzępy. Kiedy jesteśmy tak udręczeni, że nasze ciało się rozsypuje. Czytając ten psalm pozwólmy sobie wspomnieć te momenty naszego życia, które była tak bolesne, że zakopaliśmy je w najgłębszych obszarach naszej pamięci, aby to cierpienie nas nigdy więcej nie przygniatało. Te chwile tkwią w nas i nas zatruwają, i możemy się od nich wyzwolić tylko wtedy, kiedy przeżyjemy je razem z Jezusem.
Odczytujmy ten psalm do końca. Dajmy się prowadzić przez psalmistę i samego Jezusa od zwątpienia do wiary w Bożą interwencję. Nie zatrzymujmy się więc tylko na naszych trudnych chwilach, lecz pozwólmy się poprowadzić do wiary, że Pan jest ze mną. Choćby wszyscy odwrócili się ode mnie, to Bóg pozostaje wierny i szybko przyjdzie z pomocą.
Psalm 22
Boże mój, Boże mój, czemuś mnie opuścił?
Daleko od mego Wybawcy słowa mego jęku.
Boże mój, wołam przez dzień, a nie odpowiadasz,
[wołam] i nocą, a nie zaznaję pokoju.
A przecież Ty mieszkasz w świątyni,
Chwało Izraela!
Tobie zaufali nasi przodkowie,
zaufali, a Tyś ich uwolnił;
do Ciebie wołali i zostali zbawieni,
Tobie ufali i nie doznali wstydu.
Ja zaś jestem robak, a nie człowiek,
pośmiewisko ludzkie i wzgardzony u ludu.
Szydzą ze mnie wszyscy, którzy na mnie patrzą,
rozwierają wargi, potrząsają głową:
«Zaufał Panu, niechże go wyzwoli,
niechże go wyrwie, jeśli go miłuje».
Ty mnie zaiste wydobyłeś z matczynego łona;
Ty mnie czyniłeś bezpiecznym u piersi mej matki.
Tobie mnie poruczono przed urodzeniem,
Ty jesteś moim Bogiem od łona mojej matki,
Nie stój z dala ode mnie, bo klęska jest blisko,
a nie ma wspomożyciela.
Otacza mnie mnóstwo cielców,
osaczają mnie byki Baszanu.
Rozwierają przeciwko mnie swoje paszcze,
jak lew drapieżny i ryczący.
Rozlany jestem jak woda
i rozłączają się wszystkie moje kości;
jak wosk się staje moje serce,
we wnętrzu moim topnieje.
Moje gardło suche jak skorupa,
język mój przywiera do podniebienia,
kładziesz mnie w prochu śmierci.
Bo [sfora] psów mnie opada,
osacza mnie zgraja złoczyńców.
Przebodli ręce i nogi moje,
policzyć mogę wszystkie moje kości.
A oni się wpatrują, sycą mym widokiem;
moje szaty dzielą między siebie
i los rzucają o moją suknię.
Ty zaś, o Panie, nie stój z daleka;
Pomocy moja, spiesz mi na ratunek!
Ocal od miecza moje życie,
z psich pazurów wyrwij moje jedyne dobro,
wybaw mnie od lwiej paszczęki
i od rogów bawolich – wysłuchaj mnie!
Będę głosił imię Twoje swym braciom
i chwalić Cię będę pośród zgromadzenia:
«Chwalcie Pana wy, co się Go boicie,
sławcie Go, całe potomstwo Jakuba;
bójcie się Go, całe potomstwo Izraela!
Bo On nie wzgardził ani się nie brzydził nędzą biedaka,
ani nie ukrył przed nim swojego oblicza
i wysłuchał go, kiedy ten zawołał do Niego».
Dzięki Tobie moja pieśń pochwalna płynie w wielkim zgromadzeniu.
Śluby me wypełnię wobec bojących się Jego.
Ubodzy będą jedli i nasycą się,
chwalić będą Pana ci, którzy Go szukają.
«Niech serca ich żyją na wieki».
Przypomną sobie i wrócą
do Pana wszystkie krańce ziemi;
i oddadzą Mu pokłon
wszystkie szczepy pogańskie,
bo władza królewska należy do Pana
i On panuje nad narodami.
Tylko Jemu oddadzą pokłon wszyscy, co śpią w ziemi,
przed Nim zegną się wszyscy, którzy w proch zstępują.
A moja dusza będzie żyła dla Niego,
potomstwo moje Jemu będzie służyć,
opowie o Panu pokoleniu przyszłemu,
a sprawiedliwość Jego ogłoszą ludowi, który się narodzi:
«Pan to uczynił».
br. Damian Wojciechowski SJ/Aleteia.pl
+++
„Możecie mnie zabić, tylko je uratujcie!” (Nauka Krzyża – XII)

Shutterstock AI | Shutterstock
***
Bóg nie zważa na cenę, którą musi zapłacić, aby wyrwać nas z grzechu, cierpienia i potępienia. To jest właśnie miłość, która idzie aż do krzyża, by ratować tego, kto jest ukochany.
Zadośćuczynienie
W przeszłości w teologii odkupienia przeważało podejście prawne. Grzech człowieka jest całkowitym zaburzeniem harmonii świata, nieskończoną obrazą Boga. Bóg sprawiedliwy nie może pozostawić zła bez osądzenia i kary, inaczej nie byłby Sprawiedliwością. Obrażając nieskończonego Boga, sam grzech staje nieskończony, tak więc przywracająca sprawiedliwość odpłata powinna być również nieskończona. Bóg stając się człowiekiem przyjmuje na siebie karę, która wymierzona Jemu, niewinnemu i nieskończonemu, sama jest nieskończona. W ten sposób sprawiedliwość zostaje przywrócona, a człowiek usprawiedliwiony ze swojej winy. Takie wyjaśnienie odkupieńczej misji Jezusa obecne jest również w Piśmie Świętym, lecz nigdy nie wyczerpywało i nie wyczerpie tajemnicy męki Jezusa.
Kiedy Nowy Testament tłumaczy nam sens śmierci krzyżowej Chrystusa odwołuje się do pojęcia ofiary, zadośćuczynienia za grzechy:
Niemożliwe jest bowiem, aby krew cielców i kozłów usuwała grzechy.
Przeto przychodząc na świat, mówi:
Ofiary ani daru nie chciałeś,
aleś Mi utworzył ciało;
całopalenia i ofiary za grzech
nie podobały się Tobie.
Wtedy rzekłem: Oto idę –
w zwoju księgi napisano o Mnie –
abym spełniał wolę Twoją, Boże.
Wyżej powiedział: ofiar, darów, całopaleń i ofiar za grzech nie chciałeś i nie podobały się Tobie, choć składa się je na podstawie Prawa. Następnie powiedział: Oto idę, abym spełniał wolę Twoją. Usuwa jedną [ofiarę], aby ustanowić inną. Na mocy tej woli uświęceni jesteśmy przez ofiarę ciała Jezusa Chrystusa raz na zawsze. (Hbr 10, 4-10)
Autor listu do Hebrajczyków dla wyjaśnienia sensu zbawienia odnosi się właśnie do tej koncepcji prawnej, do ofiar krwawych ze zwierząt, które były składane w świątyni w Jerozolimie dla oczyszczenia z grzechów i odkupienia, które jednak nie mogły osiągnąć swojego celu.
Ofiara staje się obca
Dzisiaj coraz trudniej zrozumieć pojęcie ofiary, szczególnie wobec Boga (oprócz może ofiary na tacę). Ofiara jest już bardzo obca naszej religijności. Trudno ją wyjaśnić współczesnemu człowiekowi, który patrzy na świat przede wszystkim poprzez doświadczenie swojego życia. Kiedy słowa o ofierze Jezusa na krzyżu wzbudzają nasz niepokój i niezrozumienie przypomnijmy sobie, że ofiara Jezusa będzie zawsze tajemnicą, która przekracza nasze pojmowanie. Nigdy nie będziemy w stanie do końca zrozumieć jej logiki. Zarazem wychodząc pokornie od stwierdzenia swojej niewiedzy, ograniczenia naszego umysłu prośmy Boga, aby pomógł nam stopniowo pojąc mądrość i naukę krzyża. Tajemnica cierpienia Chrystusa wykracza bowiem poza prawne wyjaśnienie procesu zbawienia. Jest ono przede wszystkim bezgraniczną miłością Boga do każdego z nas, miłością, która nie zraża się naszą słabością, bylejakością, tchórzostwem i zakłamaniem. Bóg ciągle na nowo chce nas kochać, gotów wszystko i całego siebie do końca poświęcić za każdego z nas, ponieważ jestem jego ukochaną córką i synem.
Krzyk miłości Ojca
Wiele lat temu usłyszałem od mojej znajomej z Nowosybirska pewną historię. Oksanę z powodu komplikacjach pierwszej ciąży przywieziono do szpitala na oddział ginekologiczny. W tamtych czasach kobiety, których ciąża była zagrożona, i te, które decydowały się na aborcję trzymano na jednej sali.
Niektóre kobiety czekały na aborcję, drugie właśnie po niej wracały na salę, a jeszcze inne czekały na pomoc lekarza, aby uratować swoje dziecko. I wtedy nagle na korytarzu rozległ się przeraźliwy ryk: „Róbcie ze mną, co chcecie, tnijcie mnie na kawałki, tylko je uratujcie! Możecie mnie zabić, tylko je uratujcie!”. Tego krzyku zrozpaczonej matki słuchały te, które właśnie miały zabić swoje dziecko, i te, które dopiero co je zabiły.
Ten krzyk oddaje miłość Boga Ojca (który jest także naszą Matką) do każdego z nas, nawet najgorszego, najbardziej godnego pogardy. Bóg nie zważa na cenę, którą musi zapłacić, aby wyrwać nas z grzechu, cierpienia i potępienia. To jest właśnie miłość, która idzie aż do krzyża, by ratować tego, kto jest ukochany.
br. Damian Wojciechowski SJ/Aleteia.pl
+++
Szpital polowy pod krzyżem
(Nauka Krzyża – XIII)

fizkes | Shutterstock
***
Jeśli ciągle chowamy przed Nim swoje rany, jeśli ciągle ukrywamy przed Nim swój ból i hańbę przeżytego poniżenia i wzgardy, to znaczy, że tak naprawdę ani Go nie znamy, ani nie chcemy przyjąć Jego miłości.
Nie bój się iść do Jezusa
Nie bójmy się być razem z Jezusem w Jego drodze krzyżowej, przyłączając się do Niego ze swoimi cierpieniami, krzywdami, znieważeniem i pogardą, której doświadczyliśmy, zdradą, którą przeżyliśmy. Cierpienie w naszym życiu, tak fizyczne, jak moralne i psychiczne, jest wielką tajemnicą i pozostawia straszne, niejednokrotnie niegojące się rany. Odważmy się pójść do Jezusa wiszącego na krzyżu z naszą bolesną przeszłością, z przeżyciami, które często chowamy w głębi siebie, o których chcemy zapomnieć, a które mimo to tkwią w naszej teraźniejszości. Trzeba się wyzbyć fałszywego poczucia niegodności, wyzbyć fałszywej pokory, która wmawia nam, że nasza krzywda nie może mieć nic wspólnego z Jego krzywdą, że nasze zniewagi i upodlenie nie może być porównane z Jego doświadczeniem na krzyżu. Bóg stał się człowiekiem, aby przeżyć to cierpienie, które nas niszczyło i odczłowieczało.
Jeśli ciągle chowamy przed Nim swoje rany, jeśli ciągle ukrywamy przed Nim swój ból i hańbę przeżytego poniżenia i wzgardy, to znaczy, że tak naprawdę ani Go nie znamy, ani nie chcemy przyjąć Jego miłości. Jezus ciągle czeka na krzyżu i mówi: „Pragnę!” Jezus pragnie nas, zranionych cudzym okrucieństwem i egoizmem. Pragnie, abyśmy mu opowiedzieli o tym wszystkim, co przeżyliśmy, aby mógł oczyścić i uleczyć nasze rany. Pięknie ujął tę prawdę prorok Izajasz, który już 6 wieków przed męką Chrystusa, tak opisuje cierpienie tajemniczego Sługi Jahwe i związek Jego męki z cierpieniem doświadczanym przez nas.
Lecz On się obarczył naszym cierpieniem,
On dźwigał nasze boleści,
a myśmy Go za skazańca uznali,
chłostanego przez Boga i zdeptanego.
Spadła Nań chłosta zbawienna dla nas,
a w Jego ranach jest nasze zdrowie. (Iz 53, 4-5)
Ku uleczeniu
To wielka tajemnica zbawienia, że kiedy przybliżamy się do Jezusa wiszącego na krzyżu z naszymi ranami, cierpieniami, które często nosimy w sobie latami, a nawet dziesięcioleciami, to wtedy możemy doświadczyć uzdrowienia. Jeśli tylko przyznamy się, że jesteśmy słabi, skrzywdzeni, zdradzeni, wykorzystani, oszukani, jeśli przestaniemy udawać, że jesteśmy mocni i samowystarczalni, to możemy dzięki oddaniu się Jezusowi doświadczyć Jego uleczającej miłości.
Nie takiego bowiem mamy arcykapłana, który by nie mógł współczuć naszym słabościom, lecz doświadczonego we wszystkim na nasze podobieństwo, z wyjątkiem grzechu. Przybliżmy się więc z ufnością do tronu łaski, abyśmy otrzymali miłosierdzie i znaleźli łaskę dla [uzyskania] pomocy w stosownej chwili. (Hbr 4, 15-16)
Duszo Chrystusowa…
Módlmy się tą piękną modlitwą, abyśmy umieli przyłożyć swoje rany do ran Chrystusa:
Duszo Chrystusowa, uświęć mnie.
Ciało Chrystusowe, zbaw mnie.
Krwi Chrystusowa, napój mnie.
Wodo z boku Chrystusowego, obmyj mnie.
Męko Chrystusowa, umocnij mnie.
O, dobry Jezu, wysłuchaj mnie.
W ranach swoich ukryj mnie.
Nie dozwól mi odłączyć się od Ciebie.
Od wroga złośliwego broń mnie.
W godzinę śmierci mojej wezwij mnie.
I każ mi przyjść do Siebie,
Abym ze Świętymi Twymi chwalił Cię
Na wieki wieków.
Amen.
br. Damian Wojciechowski SJ/Aleteia.pl
+++
Prawdziwe chrześcijaństwo
(Nauka Krzyża – XIV)

Who is Danny | Shutterstock
***
Prawdziwe chrześcijaństwo zaczyna się dopiero tam, gdzie usłyszymy wezwanie, by porzucić wszystko, na czym opiera się nasze życie.
Co Jezus mówi o swojej męce?
Męka Jezusa to Dobra Nowina. Jezus dobitnie podkreśla to wiele razy. Ale co to znaczy? I jak Dobrą Nowiną może być tak okrutna śmierć człowieka sprawiedliwego? Jednym ze sposobów odpowiedzi jest wysłuchanie tego, co sam Jezus mówi o swoim ukrzyżowaniu i jego konsekwencjach dla nas.
Pierwszy poziom chrześcijaństwa
Gdy wybierał się w drogę, przybiegł pewien człowiek i upadłszy przed Nim na kolana, pytał Go: «Nauczycielu dobry, co mam czynić, aby osiągnąć życie wieczne?» Jezus mu rzekł: «Czemu nazywasz Mnie dobrym? Nikt nie jest dobry, tylko sam Bóg. Znasz przykazania: Nie zabijaj, nie cudzołóż, nie kradnij, nie zeznawaj fałszywie, nie oszukuj, czcij swego ojca i matkę». On Mu rzekł: «Nauczycielu, wszystkiego tego przestrzegałem od mojej młodości». Wtedy Jezus spojrzał z miłością na niego i rzekł mu: «Jednego ci brakuje. Idź, sprzedaj wszystko, co masz, i rozdaj ubogim, a będziesz miał skarb w niebie. Potem przyjdź i chodź za Mną!» Lecz on spochmurniał na te słowa i odszedł zasmucony, miał bowiem wiele posiadłości. (Mk 10, 17-22)
Pierwszy poziom życia chrześcijańskiego to przestrzeganie przykazań, szczególnie tych, które dotyczą naszych relacji z innymi ludźmi. Zachowywanie Dekalogu łączy chrześcijan ze wszystkimi ludźmi, także wyznawcami innych religii, którzy szukają dobra i sprawiedliwości. Prawdziwe chrześcijaństwo zaczyna się jednak dopiero tam, gdzie usłyszymy wezwanie, by porzucić wszystko, na czym opiera się nasze życie: dobra materialne, pozycję w społeczeństwie, wiedzę, inteligencję, osiągnięcia i pójść za Jezusem. A to oznacza wzięcia krzyża na ramiona:
Kto nie bierze swego krzyża, a idzie za Mną, nie jest Mnie godzien. Kto chce znaleźć swe życie, straci je, a kto straci swe życie z mego powodu, znajdzie je. (Mt 10, 38-39)
Największe wymaganie chrześcijaństwa
Młody człowiek wyobrażał sobie chrześcijaństwo jako radosne podążanie za prawdą i nie spodziewał się, że to może kosztować, że może oznaczać wzięcie na siebie tego, co najbardziej mu niemiłe i przeciwne. Nie można iść za Jezusem nie biorąc swojego krzyża na ramiona, nie porzucając swojego życia, wszystkiego, na czym nam zależy i dzięki czemu czujemy się bezpieczni.
To bardzo wymagające wezwanie. Młody człowiek zrozumiał to i pokornie odszedł od Jezusa. Wszyscy jesteśmy wezwani do przeżycia razem z Jezusem Jego męki. Wszystkich wzywa do zaparcia się siebie, wzięcia swojego krzyża i stracenia swojego życia, lecz do niewielu dociera prawdziwy sens tych słów. Niewielu je rozumie i niewielu rusza za Jezusem. Wezwanie do stracenia życia, do porzucenia wszystkiego, co dla nas cenne – a życie jest ostatecznie rzeczą najcenniejszą – przeraża nas i powoduje, że powoli wycofujemy się, myśląc, że to wezwanie dla jakichś świętych, męczenników i mistyków. Taka reakcja jest zupełnie normalna. Po grzechu pierworodnym każdy z nas działa według logiki przeciwnej wezwaniu Jezusa: o życie trzeba walczyć, nie można okazać słabości, lecz wszyscy muszą wiedzieć, że jestem na tyle silny, aby się obronić. Tak więc z jednej strony mamy wezwanie Jezusa, by oddać swoje życie, tracić wszystko, co najcenniejsze, a z drugiej wezwanie świata, w którym żyjemy, aby nie pozwolić odebrać sobie czegokolwiek, co stanowi o naszym szczęściu i bezpieczeństwie.
br. Damian Wojciechowski SJ/Aleteia.pl
+++
Tajemniczy wizerunek Chrystusa.
Stworzony nieprzerwaną linią. Jak to możliwe?
Ta szesnastowieczna rycina przedstawiająca Chrystusa w koronie cierniowej była jednym z najpopularniejszych wizerunków Zbawiciela w XVII-wiecznej Europie. Jednak technika wykonania wizerunku pozostaje tajemnicą, której nikt nie zdołał powtórzyć.
Sudarium św. Weroniki, znane także pod tytułami Święte Oblicze, Oblicze Chrystusa, przedstawiające twarz umęczonego Jezusa wpisaną w koło to jeden z najbardziej tajemniczych wizerunków Zbawiciela. Stworzył je w 1649 r. francuski grawer i malarz Claude Mellan (1598 –1688).
Twarz Chrystusa
Miedzioryt na pierwszy rzut oka nie różni się od innych dzieł z epoki. Ale gdy spojrzymy na niego z bliska zobaczymy, że twarz Chrystusa tworzy ciągła, nieprzerwana spiralna linia. Zaczyna się na czubku nosa, rozwija się (zgodnie z ruchem wskazówek zegara), rozszerza i ponownie zwęża, nie stykając się z sąsiednią linią, i tworzy kompletny obraz.

***
Spoglądają na nas smutne oczy Jezusa. Widzimy detale, takie jak krople krwi i potu, poszczególne włosy na brodzie i pukle loków na głowie, a także misternie wykończoną koronę cierniową. Wszystkie te elementy, cienie i efekt plastyczny powstały poprzez wygięcie i poszerzenie lub osłabienie pojedynczej, wygrawerowanej linii.
„Święte Oblicze”
U dołu znajdują się dwie łacińskie inskrypcje. Pierwsza z nich informuje, że autorem pracy jest Claude Mellan i powstała ona w Luwrze w 1649 r. Druga, Formatur Unicus Una Non Alter (łac. jedyny uczyniony z jedynego [być może „jednorodzony”?], żadnego innego), od wielu lat stanowi zagadkę i budzi domysły historyków sztuki.
Jedna z interpretacji sugeruje, że chodzi o osobę jednorodzonego Syna Bożego, zrodzonego z Dziewicy, a napis NON ALTER oznacza, że nie ma nikogo, kto przypominałby, kto byłby drugim Chrystusem. Jednocześnie napis nawiązuje też do mistrzowskiej techniki grawera, jego pewnej ręki, której pracy nikt nie jest w stanie skopiować.
Tym bardziej, że napis miał podobno umieścić przyjaciel Mellana, Michel de Marolles, opat z Villeloin-Coulangé w środkowej Francji. Niektórzy badacze skłaniają się też do teorii, że napis odnosi się do odbicia Chrystusowego oblicza, które w momencie podania przez św. Weronikę chusty zostało stworzone „ręką Boga”.
Krzysztof Stępkowski/Aleteia.pl
+++
Nabożeństwo Drogi Krzyżowej

Droga krzyżowa w Jerozolimie
Misyjne drogi.pl /fot. Hubert Piechocki
***
Droga Krzyżowa – to nabożeństwo nawiązujące do przejścia Pana Jezusa z krzyżem od pretorium Piłata na wzgórze Golgoty. Tradycja ta powstała w Jerozolimie. W średniowieczu rozpowszechnili ją franciszkanie, którzy oprowadzając pątników zatrzymywali się przy stacjach przedstawiających historię śmierci Jezusa. Polega ona na medytacji Męki Chrystusa, połączonej z przejściem symbolicznej drogi wewnątrz kościoła lub kaplicy, albo na zewnątrz. Drogę tę wyznacza 14 wydarzeń, zwanych stacjami. Liczbę czternastu stacji ustalono w XVII wieku.
W kościołach katolickich Droga Krzyżowa przedstawiana jest w postaci obrazów lub rzeźb rozmieszczonych na ścianach bocznych świątyni. Drogi krzyżowe zakładano również w otwartym terenie, zwane kalwariami. Jedna z najsłynniejszych znajduje się w rzymskim Koloseum [tu w każdy Wielki Piątek nabożeństwu Drogi Krzyżowej przewodniczy Papież]. Kalwarie pojawiły się również w Polsce na początku XVII w. Pierwsza, największa i najwspanialsza, została założona w 1604 roku w Kalwarii Zebrzydowskiej. Od 1609 roku rozpoczęto odgrywać w niej Misterium Męki Pańskiej. Obecnie w Polsce istnieją 53 kalwarie.
Teksty biblijne nie podają dokładnie drogi krzyżowej Pana Jezusa. Spośród 14 znanych stacji tylko dziewięć (I, II, V, VIII, X-XIV) ma potwierdzenie w ewangelicznych relacjach. Pozostałe (III, IV, VI, VII, IX) przekazała tradycja Kościoła. Choć dominuje tradycyjna liczba – 14 stacji, to aby ułatwić medytację całego misterium paschalnego Jezusa – jedna z propozycji zawiera 15 stacji. Ostatnia stacja dotyczy Zmartwychwstania Chrystusa.
Stacje Drogi Krzyżowej to nie tylko odtworzenie wydarzeń z ostatnich dni Chrystusa. Ale mają one swą bogatą symbolikę. Są podstawą rozważań medytacyjnych dotyczących m.in. tego, czym jest prawda, miłość. W nabożeństwie tym chodzi o rozważanie Męki Pańskiej, polegające nie tyle na współczuciu Chrystusowi, ile na gotowości uczestnictwa w Jego cierpieniach dla dobra Jego Kościoła.
Celem Drogi Krzyżowej jest zatem ożywienie wiary i apostolstwa; ukształtowanie postaw chrześcijańskiej pokuty, ofiarności i wdzięczności. Droga Krzyżowa powinna być rodzajem mojego szerszego rachunku sumienia. Modlitwę Drogi Krzyżowej można zrozumieć jako drogę, która prowadzi do głębokiej, duchowej jedności z Jezusem. Ukazuje ona Chrystusa, który sam dzieli cierpienia ludzi, który stał się człowiekiem, aby nieść nasz krzyż, oraz chce przekształcić nasze „kamienne serce” i wzywa nas do dzielenia cierpień innych ludzi. Chrystus chce dać nam „serce z ciała”, które nie będzie nieczułe wobec cierpień innych ludzi, ale stanie się wrażliwe i poprowadzi do miłości, która uzdrawia i pomaga. Podczas Drogi Krzyżowej Chrystus idzie razem z nami, jak kiedyś z uczniami z Emaus. Droga Krzyżowa powinna prowadzić nas do najświętszej Eucharystii, w której stale się uobecnia pośród nas owoc śmierci i Zmartwychwstania Jezusa. Bł. Ks. Jerzy Popiełuszko mówił, że Przez krzyż idzie się do zmartwychwstania. Innej drogi nie ma.
Na mocy decyzji papieża Pawła VI jest możliwość uzyskania raz dziennie odpustu zupełnego – za odprawienie Drogi Krzyżowej.
Właściwe postawy podczas nabożeństwa Drogi Krzyżowej:
- Najpierw przyjąć postawę służby, pomocy wobec cierpiącego Chrystusa, być z Nim w Jego osamotnieniu (bo podczas Jego historycznej Męki niemal wszyscy Go opuścili, nawet najbliżsi), wzbudzić intencję pomagania Mu w niesieniu Krzyża, powstawaniu z Jego upadków. Należy zatem przyjąć postawę np. Weroniki czy Cyrenejczyka. Oddać (ofiarować) Chrystusowi swoje cierpienia, trudy, wyrzeczenia będące rodzajem pomocy w dźwiganiu przez Niego Krzyża.
- Następnie wynagradzać (dokonywać zadośćuczynienia) za wszystkie obelgi, zniewagi, świętokradztwa, obojętności itp. wyrządzone Bogu przez grzechy swoje i innych ludzi.
ze strony:ParafiaKlwow.pl
+++
Nabożeństwo Gorzkich Żali

Nabożeństwo Gorzkich Żali ma już w tym roku 318 lat tradycji
fot. ks. Włodzimierz Piętka/Gość Niedzielny
+++
| Nabożeństwo Gorzkich Żali śpiewane jest w Wielkim Poście we wszystkich polskich kościołach. Bardzo pomaga w rozmyślaniu o Męce Pańskiej, jak również w głębokim przeżywaniu osobistej modlitwy. Historia powstania Gorzkich Żali związana z działalnością Bractwa św. Rocha, przy kościele Księży Misjonarzy Świętego Krzyża w Warszawie. Ks. Wawrzyniec Stanisław Bennik, opiekun Bractwa, w lutym 1707 r. wydał drukiem teksty Gorzkich Żali pod tytułem: Snopek Myrry z Ogroda Gethsemańskiego albo żałosne Gorzkie Męki Syna Bożego (…) rozpamiętywanie. Nazwa wzięła się od mirry, czyli daru, jaki Trzej Królowie złożyli Nowonarodzonemu Jezusowi. Dar mirry był zapowiedzią męki i zbawczej śmierci Chrystusa. Pierwsze nabożeństwo Gorzkich Żali zostało uroczyście odprawione w pierwszą niedzielę Wielkiego Postu – 13 marca 1707 r. w kościele p.w. Świętego Krzyża w Warszawie. Nabożeństwo bardzo szybko stało się popularne w całej Polsce. Otrzymało akceptację Stolicy Apostolskiej. Tekst Gorzkich Żali zachował do dziś oryginalne, staropolskie brzmienie. Polscy emigranci i misjonarze rozpowszechnili to nabożeństwo po całym świecie. Również św. Jan Paweł II przyczynił się, poprzez praktykowanie tego Nabożeństwa, że poznali je katolicy innych narodów. Obecnie tekst Gorzkich Żali jest przetłumaczony na wiele języków. Gorzkie Żale nawiązują treścią do tradycji pieśni pasyjnych, tzw. planktów (łacińskie słowo planctus – oznacza narzekanie, lament, płacz). Treść nabożeństwa opiera się na ewangelicznym opisie męki jak również na tekstach ze Starego Testamentu, takie jak Psalm 22 oraz Pieśń o Cierpiącym Słudze Jahwe z Księgi Proroka Izajasza. To na nich opierają się bardzo plastyczne opisy przeżyć umęczonego Jezusa podczas biczowania, cierniem ukoronowania i bardzo wielu upokorzeń, jakich doznawał Pan Jezus od otaczających Go żołnierzy i tłumu, aż do ukrzyżowania. Układ nabożeństwa Gorzkich Żali ma strukturę dawnej Jutrzni: rozpoczyna się tzw. „Pobudką” [Zachętą], po której następuje wzbudzenie intencji [czytanie], a następnie wykonywane są śpiewy, tzn.: „Hymn”, „Lament duszy nad cierpiącym Jezusem” i „Rozmowa duszy z Matką Bolesną”, a całość nabożeństwa kończy antyfona: „Któryś za nas cierpiał rany”. Całość podzielona jest na trzy części, które opisują kolejno obrazy Męki Pańskiej w poszczególnych etapach jej przebiegu. W każdą niedzielę Wielkiego Postu odprawia się jedną część Gorzkich Żali, Pobudka [Zachęta] Część I (I i IV Niedziela Wielkiego Postu) Część II (II i V Niedziela Wielkiego Postu) Część III (III Niedziela Wielkiego Postu i Niedziela Palmowa). Antyfona: „Któryś za nas cierpiał rany”. Celem Gorzkich Żali jest nie tylko rozważanie Męki i Śmierci Pana naszego Jezusa Chrystusa, ale również skłonienie uczestników nabożeństwa do refleksji nad przemijaniem, sensem cierpienia w życiu, sprawami ostatecznymi oraz utożsamianiem się z cierpiącym za nas Chrystusem, co jest wyrazem miłości i wdzięczności za tak wielki dar, jakim była Jego Śmierć i Zmartwychwstanie. Ważna w rozważaniach Gorzkich Żali jest obecność Matki Bożej – jako Pośredniczki cierpiącej wraz ze swym Synem, utożsamiającej się także z wiernymi, którzy pragną pojednania z Bogiem, ale są bezradni wobec swoich grzechów i potrzebują nawrócenia. Za udział w nabożeństwie Gorzkich Żali w kościele lub kaplicy – wierni, pod zwykłymi warunkami, mogą zyskuje odpust zupełny raz w tygodniu w okresie Wielkiego Postu. |
***
Każdego piątku w czasie Wielkiego Postu bardzo zachęcam do uczestnictwa w nabożeństwie Drogi Krzyżowej o godz. 18.30
a w niedziele – na śpiewanie Gorzkich Żali
o godz. 13.30
+++
„Gorzkie żale” – żywe nabożeństwo i arcydzieło polskiej literatury
Dzisiaj bardziej ceni się ironię i chłodny dystans niż patos i współodczuwanie. A jednak ciągłe praktykowanie „Gorzkich żalów” świadczy o głębokiej tęsknocie za tym, by w przeżywanie męki Chrystusa zaangażować się całym sobą.

fot. Marek Piekara/Gość Niedzielny
+++
Czesio, niepełnosprawny umysłowo bohater popularnego serialu „Włatcy móch”, twierdził, że jego marzeniem jest „zostać piosenkarzem i tworzyć »Gorzkie żale«”. Prześmiewcze intencje autorów infantylnej kreskówki są dla widzów oczywiste, mimo że sam Czesio to postać całkiem sympatyczna. Ale fakt, że za symbol kościelnego „obciachu” twórcy serialu uznali akurat „Gorzkie żale”, daje do myślenia. Już sama nazwa tego nabożeństwa, w potocznym języku używana dziś jako synonim bezproduktywnego narzekania, wydaje się kompletnie archaiczna, nieprzystająca do współczesnych czasów. Nie dość, że „gorzkie”, to jeszcze „żale” – ta znaczeniowa podwójność, kumulacja smutku jednych będzie śmieszyć, innych drażnić. Z pewnością jednak jest coś takiego w „Gorzkich żalach”, co nie pozwala przejść obok nich obojętnie. Doceniono je zresztą w wielu miejscach świata – tekst przetłumaczono na ponad 30 języków. Natomiast samo nabożeństwo jest popularne tylko w Polsce i wydaje się wyrazem typowo polskiej pobożności.
Mistyczny rumak
W zbiorze esejów „Zamieszkać w katedrze” Wojciech Wencel stwierdził, że autor „Gorzkich żalów” jest największym poetą, jakiego zna. „(…) czy można dezawuować ekspresję »Gorzkich żalów« za to, że jest bliższa istocie poezji niż awangardowe bazgroły, których historia liczy sobie marne sto czy dwieście lat?” – pytał. Jego esej, który zaczynał się od opisu nabożeństwa w kaszubskim Somoninie, pokazywał, że sensem literatury jest jednoczenie ludzi, budowanie wspólnoty. Pozornie niemodne „Gorzkie żale” w wielu miejscach Polski ciągle jeszcze tę funkcję spełniają. Czy jednak decyduje o tym wartość literacka tekstu?
„»Gorzkie żale« to arcydzieło polskiej literatury, ale nie na literackiej genialności zasadza się ich niezwykły fenomen” – pisze poeta, pieśniarz i historyk sztuki Jacek Kowalski we wstępie do opublikowanego przed czterema laty reprintu i transkrypcji pierwszego wydania tekstu z 1707 r. „Są one przede wszystkim żywym nabożeństwem, czyli mistycznym rumakiem, na którym polska dusza przez trzy wieki ulatywała i wciąż ulatuje do nieba, oraz które oddało nieocenione usługi tak naszej pobożności, jak i kulturze w ogóle”.
Autor opracowania zwraca uwagę, że „Gorzkim żalom” przez ostatnie dwa stulecia odmawiano artyzmu, traktując je „często z pobłażaniem, jako nabożeństwo dla ludu, rzewne, prymitywne i pozbawione większej wartości literackiej” (podobny los spotkał zresztą, jego zdaniem, dużą część spuścizny polskiego baroku i epoki saskiej, których rehabilitacja rozpoczęła się dopiero niedawno). Tym cenniejsza jest więc przygotowana przez Kowalskiego publikacja, pozwalająca na kontakt z oryginalnym tekstem i jego konfrontację z późniejszymi zmianami. Warto dodać, że dwa lata później w tym samym poznańskim wydawnictwie Dębogóra ukazały się „Plaintes amères”, czyli dokonany przez prof. Annę Drzewicką przekład „Gorzkich żalów” na język francuski. Dołączona do tej książki płyta dowodzi, że i w tym języku słowa nabożeństwa brzmią bardzo szlachetnie.
Aby ludzie mogli śpiewać
Pierwotny tytuł nabożeństwa był nieco inny. „Snopek mirry z Ogroda Getsemańskiego, albo żałosne gorzkiej Męki Syna Bożego, co piątek, a mianowicie pod czas Pasyjej w niedziele Postu Wielkiego po południu, około godzin nieszpornych rozpamiętywanie z przydatkiem króciuchnego Nabożeństwa do Najświętszego Sakramentu za staraniem i kosztem IchMościów PP[anów] Braci i Sióstr Konfraternijej Rocha Ś[więtego] przy Kościele farnym Ś[więtego] Krzyża w Warszawie założonej zebrany i do druku podany” – czytamy na karcie tytułowej pierwszego wydania „Gorzkich żalów”. Wspomniane tam Bractwo św. Rocha, na co dzień zajmujące się m.in. opieką nad chorymi, kontynuowało tradycję rozważań o męce Pańskiej, obecną w Polsce od czasów średniowiecza. Od 1698 r. organizowało ono nabożeństwa pasyjne zwane Fasciculus myrrhae, czyli właśnie „Snopek mirry”. Ich nazwa nawiązywała do Pieśni nad Pieśniami, której miłosną retorykę łączono z opisami męki Pańskiej. Niestety, teatralizowane nabożeństwa złożone z łacińskich hymnów i polskich pieśni były nie tylko kosztowne, ale i coraz mniej zrozumiałe dla ludu. W miejsce dotychczasowych przedstawień postanowiono więc przygotować „książeczkę polską o Męce Pańskiej, aby sami ludzie alias bractwo mogło śpiewać”.
Zredagowania nowego nabożeństwa podjął się moderator bractwa, ks. Wawrzyniec Stanisław Benik ze Zgromadzenia Księży Misjonarzy św. Wincentego à Paulo. Nadał mu formę trzech podobnie zbudowanych, trójdzielnych części, poświęconych kolejnym etapom męki Pańskiej. Poprzedzono je „Pobudką”, czyli, jak mówią niektóre współczesne modlitewniki – „Zachętą”. W skład każdej części wchodzą: „Hymn”, „Lament duszy nad cierpiącym Jezusem” i „Rozmowa duszy z Matką Bolesną”. Oczywiście autor nabożeństwa korzystał z istniejących wzorców, np. „Rozmowa (…)” to przetworzenie średniowiecznej sekwencji Stabat Mater Dolorosa. Jednak, jak podkreśla Jacek Kowalski, „Hymny” i „Lament” wydają się dziełem oryginalnym.
Czucie i teologia
Fenomen „Gorzkich żalów” polega, zdaniem Kowalskiego, na tym, że „bogactwu teologicznych treści towarzyszy wielki ładunek ekspresji, która ma na celu duchowe zjednoczenie śpiewającego (…) z cierpiącym Chrystusem”. Autor wstępu do wydania z 2014 r. zwraca uwagę, że tekst nieustannie uderza w zmysły i emocje śpiewających, „tak umiejętnie, że to oni sami stają się świadkami i opowiadają o Męce, jakby osobiście Ją widzieli, słyszeli, przeżywali”. Temu celowi służyć mają ciągłe odwołania do zmysłu wzroku („przypatrz się, duszo), liczne wykrzyknienia, użycie pierwszej osoby czasownika i czasu teraźniejszego („ach, widzę”), a także pytania („Co jest, pytam, co się dzieje?”). Z drugiej strony w tekście został też zawarty duży ładunek czułości, podkreślanej m.in. przez powtarzającą się frazę: „Jezu mój kochany!”.
Oczywiście, to, co było atutem tekstu u progu XVIII wieku, może się dziś okazać jego słabością. Nie da się ukryć, że „Gorzkie żale” nie są nabożeństwem, które przyciąga masowo młodych ludzi. Składa się na to wiele kwestii – oprócz bariery językowej ważny jest także zapewne bagaż życiowego doświadczenia, które może wzmocnić stopień przeżywania opisów męki Chrystusa. Sam tekst „Gorzkich żalów” zresztą też ewoluował, był na przestrzeni wieków „uwspółcześniany”, nie zawsze z dobrym skutkiem. O ile np. zamiana fragmentów o „żydowskiej złości” na „katowską złość” wydaje się oczywista, a zastąpienie słów archaicznie brzmiących bardziej współczesnymi („najgrawany” – „wyszydzany”, „wszego” – „wszystkiego” itp.) – zrozumiałe, to już łagodzenie opisów Męki („Jezu, przez szyderstwo okrutne cierniowym wieńcem ukoronowany” zamiast obrazowego „Jezu, aż do mózgu przez czaszkę ciernia kolcami ukoronowany”) zdecydowanie osłabia wymowę tekstu.
Czasy mamy jednak takie, że – przynajmniej w literaturze – bardziej ceni się chłodny dystans, a nawet ironię, niż współodczuwanie i patos. Mimo to ciągłe praktykowanie „Gorzkich żalów” w polskich kościołach świadczy o głębokiej tęsknocie za tym, by nasze rozważanie męki Chrystusa nie miało charakteru wyłącznie intelektualnego, ale by angażowało całego człowieka. Być może więc to, co było istotą sarmackiej pobożności, czyli nieustanne współdziałanie rozumu i emocji, nadal pozostaje ważne dla polskiej duszy. Jeśli tak, to może jest szansa na stworzenie, obok – ciągle potrzebnych – „Gorzkich żalów”, bardziej współczesnej formy, która wyrazi to samo, ale językiem dzisiejszego człowieka?•
Szymon Babuchowski/Gość Niedzielny
+++
czwartek 12 luty
12 lutego 1931 roku powstało Radio Watykańskie
Słynni kaznodzieje na falach radia
Wiara rodzi się z tego, co się słyszy – także przez radio. Światowy Dzień Radia to okazja do przypomnienia, jakie możliwości ewangelizacji otworzył ten wynalazek.

Istockphoto
***
Był 12 lutego 1931 roku. Przed godziną 17 papież Pius XI zasiadł przed urządzeniem w kształcie niewielkiej skrzynki i drżącym z przejęcia głosem powiedział po łacinie: „Mogąc jako pierwsi chlubić się z tego miejsca cudownym wynalazkiem markoniańskim, zwracamy się najpierw do wszystkich bytów (…), mówiąc im słowami Pisma Świętego: »Słuchajcie, niebiosa, tego, co mówię, usłysz, ziemio, słowa ust moich« (Pwt 32,1)”. Odnosząc się do możliwości, jakie daje radio, Ojciec Święty stwierdził m.in.: „Chwała Bogu, który dał za naszych dni taką moc ludziom, że ich słowa docierają naprawdę do najdalszych zakątków ziemi”.
Papieskie orędzie zostało powtórzone po włosku, angielsku, hiszpańsku, niemiecku, francusku, polsku i rosyjsku. Fale radiowe poniosły głos papieża na cały świat. Chwilę tę uważa się za oficjalną inaugurację niezależnej papieskiej rozgłośni radiowej, nazwanej później Radiem Watykańskim.
Określenie „wynalazek markoniański”, zawarte w orędziu papieskim, odnosi się do twórcy radia Guglielma Marconiego, którego papież poprosił o założenie rozgłośni watykańskiej. Pius XI osobiście znał Marconiego i był zafascynowany możliwościami, które daje radio. „Uchwycił pan coś, czego nie widać, nie czuć, czego nie da się dotknąć dłonią, a co udało się umysłowi człowieka okiełznać, poddać sobie” – gratulował wynalazcy jeszcze jako kardynał.
Prace ruszyły zaraz po ustąpieniu przeszkody, jaką był nieuregulowany status Watykanu. 11 czerwca 1929 roku, cztery dni po ratyfikacji traktatów laterańskich, ustanawiających suwerenne Państwo Watykańskie, Marconi przeprowadzał już wizję lokalną w ogrodach watykańskich, oceniając warunki dla założenia rozgłośni. W niecałe dwa lata od rozpoczęcia prac Radio Watykańskie działało, dysponując nadajnikiem o mocy 15 kW.
Dla Kościoła było to wielkie wydarzenie: Stolica Apostolska zyskiwała możliwość błyskawicznego przekazywania nauczania papieskiego daleko poza granice Watykanu.
Z początku Radio Watykańskie transmitowało tylko przemówienia papieża, czytano też teksty z dziennika „L’Osservatore Romano”. W wigilię Bożego Narodzenia 1936 roku radio nadało pierwsze papieskie orędzie bożonarodzeniowe. W listopadzie 1938 roku została wyemitowana pierwsza audycja w języku polskim.
Po wybuchu II wojny z anteny Radia Watykańskiego przemówił do Polaków prymas August Hlond, zapewniając: „Polsko, jeszcześ nie stracona”. Radio Watykańskie na początku 1940 r. jako pierwsze przekazało informację o hitlerowskich obozach zagłady.
W 1950 roku zaczęto nadawać audycje po chińsku. Od 1963 roku Radio watykańskie zaczęło towarzyszyć Pawłowi VI w jego zagranicznych pielgrzymkach. Rozgłośnia jeszcze bardziej rozwinęła się w czasie pontyfikatu Jana Pawła II. Obecnie radio nadaje programy w 53 językach.
Dobry początek, ale…
Zanim zaczęło nadawać Radio Watykańskie, na falach radia przemawiali już katoliccy duchowni. Jednym z pierwszych był ks. Charles F. Coughlin, proboszcz parafii w Royal Oak w stanie Michigan. Gdy w 1926 roku członkowie Ku Klux Klan spalili część kościoła, Coughlin, poszukując środków na odbudowę i spłacenie długów parafii, zaczął nadawać z anteny lokalnej stacji radiowej WJR swoje niedzielne kazania, a także katechezy i rozmowy z dziećmi. Jego audycje szybko stały się popularne. Na początku trzeciej dekady XX wieku krajowa sieć CBS udostępniła mu godzinę czasu antenowego w każdą niedzielę. Audycja nazywała się The Hour of Power. Coughlin nauczał o zasadach wiary katolickiej, ale także prezentował swoje poglądy na kwestie społeczne i polityczne. W swoich przemowach zwalczał komunizm, krytykował wprowadzenie prohibicji i angażował się w wybory polityczne. W 1932 roku popierał kandydaturę Franklina D. Roosevelta, zachwalając jego program ekonomiczny i twierdząc, że sam Bóg wskazuje na tego kandydata. Mówił też o prawach robotników do tworzenia związków zawodowych, o potrzebie nacjonalizacji służby zdrowia, wzywał do reformy monetarnej. W połowie trzeciej dekady XX wieku na adres radiostacji co tydzień przychodziło – w reakcji na jego audycje – kilkadziesiąt tysięcy listów. Tylko dla zajmowania się tą korespondencją zbudowano osobny urząd pocztowy. Liczbę jego słuchaczy szacowano wtedy na 10 milionów.
Pod koniec 1934 roku polityka Roosevelta przestała się Coughlinowi podobać. Duchowny zaczął atakować władze federalne, a co gorsza w jego radiowych wystąpieniach zaczęły się pojawiać wątki antysemickie. Twierdził m.in., że to żydowscy bolszewicy doprowadzili do zwycięstwa komunizmu w Rosji, wyrażał też sympatię dla faszystów włoskich i niemieckich jako wrogów sowieckiej rewolucji. Treści wypowiedzi Coughlina zaniepokoiły władze kościelne, ten jednak powoływał się na konstytucję federalną, dającą mu prawo do swobodnej wypowiedzi. Nie zmienił zdania ani po agresji Niemiec na Polskę, ani nawet po przystąpieniu USA do wojny. W obliczu zmiany nastrojów społecznych rząd doprowadził do przerwania wystąpień publicznych kontrowersyjnego duchownego, a arcybiskup Detroit Edward Mooney zakazał mu prowadzenia jakiejkolwiek działalności nie-duszpasterskiej.
Ks. Charles F. Coughlin zachował funkcję proboszcza w Royal Oak do 1966 roku, gdy przeszedł na emeryturę. Zmarł w 1971 roku w wieku 80 lat.
Siła ducha
Wielkie możliwości zastosowania radia w ewangelizacji dostrzegł także niewiele młodszy od Coughlina ks. Fulton J. Sheen. Dzięki staraniom tego świetnie wykształconego i błyskotliwego kapłana już w 1926 roku w Nowym Jorku transmitowano przez radio niedzielne Msze. Cztery lata później rozpoczął prowadzenie nocnej audycji The Catholic Hour („Godzina Katolicka”). Sheen, w odróżnieniu od Coughlina, nie zajmował się bezpośrednio kwestiami ekonomicznymi czy politycznymi. Jeśli podejmował te tematy, to wyłącznie po to, aby skomentować je w świetle Ewangelii.
Mimo że USA były krajem w większości protestanckim, radiowe audycje tego katolickiego księdza, a potem biskupa, zdobyły wielką popularność. The Catholic Hour słuchało 4 miliony Amerykanów. Wielu ludzi pod wpływem jego słów nawracało się.
Na sukces kaznodziejski Sheena składało się wiele czynników, m.in. jego ujmująca osobowość, erudycja, bardzo dobry głos, błyskotliwość i poczucie humoru, a nade wszystko głęboka relacja z Bogiem. Fulton Sheen każdego dnia, niezależnie od okoliczności, spędzał godzinę przed Najświętszym Sakramentem, a każdą audycję powierzał w modlitwie, prosząc, żeby to nie on był znany, ale Bóg.
Sheen w działalności ewangelizacyjnej nie ograniczał się do radia – pisał artykuły w prasie i wydał 66 książek. W roku 1951 został biskupem pomocniczym Nowego Jorku, wtedy też zaczął prowadzić cotygodniowy program telewizyjny pt. Life is Worth Living. Audycja, prowadzona na żywo, przyciągała przed ekrany dziesiątki milionów widzów.
Sheen do końca pozostał aktywny w mediach. Dwa miesiące przed śmiercią spotkał się z Janem Pawłem II w Nowym Jorku. „Dobrze pisałeś i mówiłeś o Panu Jezusie Chrystusie. Jesteś lojalnym synem Kościoła” – powiedział mu papież.
Zmarł 9 grudnia 1979 r. przed Najświętszym Sakramentem. Jego beatyfikacja, wyznaczona na 21 grudnia 2019 r., została przełożona na czas nieokreślony. Stało się to na wniosek kilku amerykańskich biskupów w związku trwającym wówczas dochodzeniem prokuratora generalnego w sprawie m.in. diecezji Rochester. Zachodziła obawa, czy Fulton Sheen, gdy był tam biskupem, prawidłowo rozpatrzył zarzuty nadużyć seksualnych jednego ze swoich podwładnych.
Powróćcie do Boga
Wynalazek radia wykorzystywali do ewangelizacji także przedstawiciele innych wyznań chrześcijańskich. Największym ewangelistą świata protestanckiego, posługującym się m.in. tym narzędziem, był Billy Graham, baptysta. Jako młody chłopak odczuwał pragnienie „wezwania Ameryki z powrotem do Boga”, wydawało mu się jednak, że on sam nie ma po temu odpowiednich zdolności. Często jednak słyszał od innych, że Bóg powołuje go do przemawiania. Głosząc przez 60 lat Ewangelię na całym świecie, przemawiał bezpośrednio do około 210 milionów osób. Szacuje się, że za pośrednictwem radia i telewizji kazania tego płomiennego kaznodziei słyszało ponad 2,2 miliarda osób. Pierwsze audycje Graham wygłosił w 1945 roku po tym, gdy inny kaznodzieja, Torrey Johnson, poprosił go o głoszenie kazań przez radio każdego niedzielnego wieczoru. Od 1950 roku prowadził półgodzinny program radiowy Hour of Decision. Pięć lat później audycji słuchało przeszło 20 milionów stałych słuchaczy. Program, nadawany każdego niedzielnego poranka, utrzymał się na antenie przez ponad 50 lat.
Wielokrotnie przemawiał do amerykańskich prezydentów, przyjaźnił się z wieloma z nich. Był pozytywnie nastawiony do katolicyzmu, a Jana Pawła II uważał za wzór głosiciela Chrystusa.
Służbę radiową i telewizyjną zakończył w roku 2008. Zmarł 10 lat później, w wieku 99 lat, zostawiwszy po sobie dobrą pamięć wszystkich chrześcijan na świecie.

Fulton Sheen do końca życia pozostał aktywny w mediach.
Globe Photos, Inc /Zuma Press/Forum
Franciszek Kucharczak/Gość Niedzielny
***
Przenikliwy myśliciel, gorliwy duszpasterz, charyzmatyczny kaznodzieja. Czekając na beatyfikację biskupa Fultona Sheena
Już wkrótce Kościół wyniesie na ołtarze jednego z pionierów nowej ewangelizacji w mediach – arcybiskupa Fultona Sheena (1895–1979).

Abp Fulton Sheen dla wielu amerykańskich katolików był jak latarnia morska w czasach burzy i zamętu.
Topfoto/Forum
***
Historia Kościoła nie zna drugiego przypadku, by beatyfikacja sługi Bożego, wyznaczona na konkretny dzień, została niemal w ostatniej chwili odwołana. To casus arcybiskupa Fultona Sheena. Amerykański duchowny miał zostać ogłoszony błogosławionym 21 grudnia 2019 r., a jednak 2 grudnia Stolica Apostolska niespodziewanie odwołała wydarzenie. Nie była to jedyna przeszkoda w jego drodze na ołtarze.
Zablokowany proces
Choć najwybitniejszy kaznodzieja w historii amerykańskiego Kościoła przez 15 lat pełnił funkcję biskupa pomocniczego w Nowym Jorku, największa archidiecezja w USA nie była zainteresowana jego beatyfikacją. Gdy w 2002 r. nowojorski metropolita kard. Edward Egan po raz kolejny ogłosił swoje désintéressement w tej sprawie, do akcji wkroczył bp Daniel Jenky, który właśnie wtedy został ordynariuszem w Peorii. Było to 100-tysięczne miasto w Illinois, w którym Fulton Sheen spędził dzieciństwo, chodził do szkoły i przyjął święcenia kapłańskie. Wkrótce po ingresie energiczny hierarcha ogłosił, że jego diecezja rozpocznie proces beatyfikacyjny jednego z najsłynniejszych współczesnych apologetów chrześcijaństwa.
Po 10 latach proces został jednak zawieszony z powodu sporu dotyczącego doczesnych szczątków sługi Bożego. Gdy w 2014 r. bp Jenky chciał przenieść je z Katedry św. Patryka w Nowym Jorku do katedry w Peorii, następca kard. Egana – Timothy Dolan – zmienił zdanie i odmówił wydania ciała. Przez 3 lata przed amerykańskimi sądami toczyła się prawna batalia o trumnę z prochami świątobliwego męża. Największy wpływ na wydany ostatecznie wyrok miały zeznania 90-letniej bratanicy i najbliższej żyjącej krewnej Fultona Sheena – Joan Sheen Cunningham. Kiedy miała 10 lat, została wysłana pod opiekę sławnego stryja, który wychował ją, wykształcił i troszczył się o nią jak własny ojciec. To ona przekonała sąd, że ciało dostojnika powinno znaleźć się w Peorii.
Dzięki temu proces został odblokowany. A jednak 19 dni przed zaplanowaną beatyfikacją Stolica Apostolska wstrzymała go na czas nieokreślony. Stało się tak na wniosek kilku biskupów, w tym Salvatora Matano. Był to ordynariusz Rochester, a więc tej samej diecezji, na czele której w latach 1966–1969 stał Fulton Sheen. W 2019 r. tamtejsza kuria rozpatrywała pozwy o wykorzystywanie seksualne przez miejscowych księży. Obawiano się, że w trakcie tych spraw może pojawić się zarzut, iż sługa Boży zaniedbał swoje obowiązki i tuszował przypadki molestowania.
Po 6 latach skrupulatne dochodzenie wykazało jednak, że hierarcha był czysty jak łza. Gdy 10 lutego rozeszła się wiadomość, że do beatyfikacji dojdzie jeszcze w tym roku, wielu katolików w USA westchnęło: „Nareszcie!”.
Nowa ewangelizacja
Nieczęsto się zdarza, by Opatrzność obdarzała kogoś tak wieloma talentami jak Fultona Sheena, by obdarowany pomnażał je niczym wierny sługa z biblijnej przypowieści. Był przenikliwym myślicielem, subtelnym filozofem, finezyjnym teologiem, błyskotliwym biblistą, gorliwym duszpasterzem i charyzmatycznym kaznodzieją. W oczach współczesnych jawił się jako prawdziwy tytan pracy. Za życia wydał 73 książki, wśród których znajdowały się tak różne gatunki jak traktaty teologiczne, eseje filozoficzne, dzieła egzegetyczne, zbiory felietonów, przewodniki duchowe czy poradniki życiowe, a niemal każda z tych pozycji natychmiast stawała się bestsellerem. Żaden z autorów katolickich nie potrafił dokonać tak wnikliwej analizy, tłumaczącej podatność współczesnej cywilizacji na lewicowe ideologie, jak właśnie Sheen w swej pracy „Komunizm i sumienie Zachodu” z 1948 r. Mimo upływu czasu diagnoza zawarta w tej książce nadal zachowuje aktualność.
Amerykański duchowny dał się poznać jednak przede wszystkim jako jeden z pionierów ewangelizacji przez elektroniczne środki masowego przekazu. W latach 1930–1950 prowadził na antenie radia NBC stałą audycję The Catholic Hour, której regularnie słuchało ok. 4 mln ludzi. Rozgłośnia otrzymywała tygodniowo od 3 do 6 tys. listów do Sheena. Zaletą mówcy było to, że o najbardziej skomplikowanych sprawach potrafił opowiadać w sposób zrozumiały i przekonujący. To sprawiało, że na jego wykładach uniwersyteckich sale często nie mogły pomieścić wszystkich studentów chcących wysłuchać prelekcji mistrza.
Wynalazek telewizji sprawił, że audytorium Sheena powiększyło się. W 1951 r. duchowny zadebiutował jako prowadzący stały program Life is Worth Living, najpierw na antenie stacji DuMont, a później ABC. Rok później zdobył Nagrodę Emmy przyznawaną największej osobowości telewizyjnej w USA. Jego audycja potrafiła zgromadzić przed ekranami nawet 30 mln widzów. Do historii przeszedł zwłaszcza program z 24 lutego 1953 r., gdy gospodarz wygłosił kazanie zatytułowane „Śmierć Stalina”. Sheen dokonał parafrazy dramatu Szekspira „Juliusz Cezar”, zastępując Brutusa, Kasjusza czy Marka Antoniusza imionami Berii, Malenkowa i Mołotowa. Swe wystąpienie zakończył słowami: „Stalin musi kiedyś stanąć przed sądem”. Kilka dni później sowiecki dyktator doznał udaru i zmarł w ciągu tygodnia.
W 1957 r. Sheen na skutek konfliktu z metropolitą Nowego Jorku, kard. Francisem Spellmanem, stracił pracę w telewizji. Powrócił do niej dopiero po 4 latach. Jego nowa audycja The Fulton Sheen Program znów przyciągała miliony widzów. Zrezygnował z jej prowadzenia w 1968 r., gdy zaczął dokuczać mu wiek. Miał wówczas 73 lata.
Godzina Święta
Był nie tylko tytanem pracy, lecz także modlitwy. Powtarzał, że nie osiągnąłby w życiu tak wiele, gdyby nie Godzina Święta, czyli codzienna, godzinna adoracja Najświętszego Sakramentu, którą praktykował nieprzerwanie przez 60 lat – od dnia święceń kapłańskich aż do śmierci. Traktował ją jak „najważniejsze spotkania dnia”, uważając za źródło sił duchowych i inspiracji intelektualnych.
Swoim słuchaczom często opowiadał następującą historię, która wydarzyła się w Chinach po zdobyciu władzy przez komunistów. Jeden z kościołów katolickich został wówczas splądrowany, a konsekrowane Hostie wyjęte z tabernakulum i rozrzucone na podłodze. Świątynię zamknięto, by nikt nie odprawiał w niej nabożeństw, a na straży postawiono wartownika. Świadkiem tego była 11-letnia dziewczynka, która nocą zakradła się do środka. Policzyła, że na posadzce leżą 32 Hostie. Przez godzinę klęczała przed nimi, modląc się w akcie zadośćuczynienia. Ponieważ ówczesne przepisy zabraniały świeckim brania Najświętszego Sakramentu do rąk, mała Chinka pochyliła się i przyjęła Komunię bezpośrednio z podłogi językiem.
Przez 32 noce powtarzała się ta sama scena: 11-latka zakradała się potajemnie do kościoła, przez godzinę adorowała rozrzucone Hostie, a następnie spożywała jedną z nich z posadzki bez użycia rąk. Ostatniej nocy, po przyjęciu Komunii, przypadkowo potknęła się. Hałas zaalarmował strażnika. Dziewczynka została złapana i zakatowana na śmierć. Kończąc tę opowieść, Fulton Sheen mówił słuchaczom, że skoro mała Chinka potrafiła swym życiem dać świadectwo o rzeczywistej obecności Chrystusa w Eucharystii, to on – jako biskup – czuje się tym bardziej zobowiązany do tego samego przez codzienną adorację Najświętszego Sakramentu.
Impuls dla konwertytów
Dzięki niemu na katolicyzm nawróciło się wiele osób, w tym tak znane i wpływowe postaci jak np. producent samochodowy Henry Ford II, pisarz Heywood Broun czy skrzypek i kompozytor Fritz Kreisler. Jednym z konwertytów był Louis Budenz, redaktor naczelny organu prasowego Komunistycznej Partii USA „Daily Worker”. W 1936 r. w bożonarodzeniowym numerze swej gazety zarzucił on amerykańskiej hierarchii katolickiej, a zwłaszcza Sheenowi, irracjonalną niechęć do marksizmu. Hierarcha odpowiedział mu osobistym listem, proponując rozmowę w cztery oczy.
Do spotkania doszło w 1937 r. w hotelu Commodore w Nowym Jorku. Dyskusja była ostra. Rozmówcy różnili się między sobą niemal we wszystkim. W pewnym momencie Sheen spojrzał Budenzowi głęboko w oczy i powiedział: „Porozmawiajmy może o Matce Bożej”. Redaktor, który wychował się w rodzinie katolickiej, lecz później porzucił swą wiarę dla komunizmu, osłupiał. Jak wspominał później: „W jednej chwili uświadomiłem sobie bezsens i grzeszność życia, jakie prowadziłem. Pokój, który wypływa od Maryi, a którego doświadczałem w dawnych latach, stanął przede mną z obezwładniającą wyrazistością”. Biskup, widząc, jakie wrażenie wywarła na jego rozmówcy wzmianka o Matce Bożej, rzekł na pożegnanie: „Będę się za pana modlił, ponieważ nie stracił pan całkowicie swojej wiary”. Słowa dotrzymał, a Budenz powrócił wkrótce do Kościoła.
Inną wpływową osobistością Komunistycznej Partii USA, która nawróciła się na katolicyzm dzięki Sheenowi, była działaczka Bella Dodd. Dostojnik ochrzcił ją osobiście w Katedrze św. Patryka w Nowym Jorku podczas Wigilii Paschalnej w 1952 r. W następnym roku kobieta złożyła w Senacie USA pod przysięgą obszerne zeznania przed Komisją Śledczą ds. Działalności Antyamerykańskiej. Przyznała, że komuniści w latach 30. wprowadzili do kapłaństwa wielu agentów, by ci robili kariery, zostawali biskupami i rozkładali Kościół od środka. Ze skutkami ich demonicznej misji musiał mierzyć się abp Sheen przez kolejne lata. Stał się w ten sposób dla wielu amerykańskich katolików jak latarnia morska w czasach burzy i zamętu. Jego rychła beatyfikacja potwierdza, iż nie przestaje pełnić tej funkcji także dziś.
Grzegorz Górny/Gość Niedzielny
***
Papież o objawieniach Jezusa Miłosiernego siostrze Faustynie
Niech Wielki Post będzie czasem spotkania z Chrystusem przez sakrament pokuty i uczynki miłosierdzia – życzył Ojciec Święty Polakom na zakończenie audiencji generalnej w Środę Popielcową w specjalnie do nich skierowanym pozdrowieniu. Przypomniał, że „22 lutego przypada 95. rocznica pierwszego objawienia Jezusa Miłosiernego świętej Faustynie Kowalskiej”.

Vatican Media
***
Zwracając się do Polaków, Papież powiedział: „Serdecznie pozdrawiam Polaków. 22 lutego przypada 95. rocznica pierwszego objawienia Jezusa Miłosiernego świętej Faustynie Kowalskiej. Zapoczątkowało to nowy rozdział szerzenia kultu Bożego Miłosierdzia poprzez Koronkę i obraz „Jezu, ufam Tobie”. Niech Wielki Post będzie czasem spotkania z Chrystusem przez sakrament pokuty i uczynki miłosierdzia. Wszystkich was błogosławię!”.
Św. Faustyna Kowalska przebywała w płockim klasztorze Zgromadzenia Sióstr Matki Bożej Miłosierdzia w latach 1930–1932. To tam 22 lutego 1931 roku – jak zapisała w „Dzienniczku” – miała pierwsze objawienie Jezusa Miłosiernego, które podkreśla prawdę o miłosierdziu Boga i wzywa do czynienia miłosierdzia wobec bliźnich.
Vatican Media
***
środa 11 luty
Lourdes, Polacy i Żydzi. Zaskakujące wątki
O niespodziewanych związkach słynnego miejsca objawień z Żydami, a także z Polską, mówi ks. dr Seweryn Wąsik SJ.

Sanktuarium w Lourdes
fot. Roman Koszowski /Gość Niedzielny
Jarosław Dudała: Podobno figura Matki Bożej w grocie w Lourdes wyszła spod dłuta Polaka?
O. Seweryn Wąsik SJ: Można tak powiedzieć. Historia była taka: żołnierz napoleoński pochodzący z Andrychowa na Podbeskidziu, tkacz pochodzenia żydowskiego po klęsce cesarza osiedla się we Francji. Czy jego rodzina przeszła na katolicyzm – nie wiadomo. Jego syn kształci się w Lyonie. Kończy Akademię Sztuk Pięknych. Zostaje jej profesorem. Jest rzeźbiarzem. Nazywa się Józef Hugo Fabisch (Fabiś).
Proboszcz parafii w Lourdes, ks. Dominique Peyramale prosi go o przygotowanie statui Matki Bożej według wizji Bernadety Soubirous. Ustalają, że figura Matki Bożej będzie miała 1,88 m wysokości, że będzie wykonana z marmuru karraryjskiego. Bernadeta odrzuca kolejne wersje rzeźby. W końcu akceptuje jedną z nich. Córka prof. Fabischa zapamięta, że wrażenie, jakie zrobiła Bernadeta na jej tacie było takie, że on od tej pory codziennie odmawiał różaniec.

Lourdes, Grota Massabielska (miejsce objawień)
fot. Roman Koszowski /Gość Niedzielny
Zrobiła wrażenie na profesorze artystycznej uczelni?!
Uderzające? Jeszcze bardziej uderzające, jest to, że Bóg przeprowadza swoje sprawy przez serca bardzo proste, a nie przez salony intelektualistów. Bóg nie wybiera dziewczynki z wyższych sfer Paryża, ale wybiera nastolatkę z marginesu. Z rodziny, która nie cieszyła się nawet najmniejszym szacunkiem. Dziś byłaby nazywana patologiczną.
Dlaczego?
Ojciec był utracjuszem, bezrobotnym. Chwytał się najniższych dorywczych, upokarzających prac. Rodzina Soubirous miała w Lourdes opinię ostatnich nędzarzy. Dlatego z początku do słowa Bernadety nikt nie będzie przywiązywać wagi.
Tak też będzie to postrzegać sama Bernadeta. Będzie porównywać siebie do miotły: “Co robi się z miotłą, gdy skończy się sprzątać? Gdzie się ją stawia? Stawia się ją w kącie. Ja jestem potrzebna Świętej Dziewicy jak miotła. Gdy jej już nie potrzebują, stawia się ją za drzwiami. Tam jestem i pozostanę.”
Dziś takie słowa są trudne do przełknięcia.
Dla mnie św. Bernadeta jest odtrutką na współczesną kulturę selfie: gdy inni marzą o sławie, ona woli pozostać niezauważona, na marginesie. Chce pozostać w cieniu. Mówi: “To, co mnie dotyczy, już mnie nie dotyczy”. I tłumaczy: “Muszę odtąd należeć całkowicie do Boga, nigdy do siebie.” W duchowości ignacjańskiej nazywamy to ukierunkowaniem na Boga. Tymczasem teraz żyjemy w kulturze ukierunkowanej na samego siebie, na odnoszenie sukcesów, lajki i liczniki łapek w górę…
…na samorealizację.
Dokładnie! Bernadeta jest odtrutką na koncentrację na sobie. “Jeśli Święta Dziewica wybrała mnie, to dlatego, że byłam najbardziej niewykształcona. Gdyby znalazła gorszą ode mnie, to wybrałaby ją” – mówi. Pamiętajmy, że mówimy o 14-letniej analfabetce, która miała objawienia, których tak naprawdę do końca nie rozumie. Jest dzieckiem, przez które Pan Bóg chce przeprowadzić swoje sprawy.
To tak, jak św. Miriam od Jezusa Ukrzyżowanego. Ona mówiła o sobie: “małe nic”.
“Jestem nikim w Lourdes” – to są słowa Bernadety. Ona tak siebie nazywała, ale nie chodziło bynajmniej o to, żeby siebie poniżać. To nie było ani poczucie winy, ani niskie poczucie własnej wartości. Absolutnie! To była dziewczynka o nieprawdopodobnej wytrwałości wobec przeciwności. Spokojnie znosiła też spotkania z dziesiątkami tysięcy pielgrzymów, którzy w swojej dewocji chcieli ściągnąć każdą nitkę z jej ubrania.
“Jestem zobowiązana wam powiedzieć o Niepokalanym Poczęciu, a nie zmusić was do uwierzenia” – mówiła. Tak przeżywała swoją misję: ma tylko opowiedzieć o doświadczeniu, które miała w grocie, a nie przekonywać nikogo.
Bo niby jak dziecko z głębokiej prowincji miałoby przekonać paryskie elity…
Salony intelektualno-polityczne Francji robiły wszystko, żeby jak najmniej ludzi jeździło do Lourdes. Nie prowadziła tam żadna linia kolejowa. Władze nie chciały jej budować, żeby ograniczyć dostęp pielgrzymów. Ale były minister transportu w rządzie Napoleona III –żydowskiego pochodzenia – kupił złoża skalne w okolicach Lourdes. W efekcie już rok po objawieniach została zbudowana linia kolejowa, z której mogli korzystać pielgrzymi.
Z Matką Bożą nikt nie wygra.
Francuski salon polityczno-intelektualny był masońsko-antyklerykalny. Ale część tych ludzi po wizycie w Lourdes i spotkaniu z Bernadetą i tak uklękło przed figurą Matki Bożej w Grocie Massabielskiej. To udokumentowane. Wniosek jest taki, że także dla dzisiejszych elit i salonów jest nadzieja i światełko bijące z Lourdes.
Co warto przeczytać o Lourdes i św. Bernadecie?
Zachęcałbym do przeczytania “Pieśni o Bernadecie” – bestsellera, który miał już kilkanaście polskich wydań. To książka z 1941 r.
Jej autorem był Franz Werfel. To był znany pisarz, urodzony w Pradze Żyd niemieckojęzyczny, przyjaciel Franza Kafki. Uciekając w czasie II wojny światowej do USA, przez przypadek trafił do Lourdes. Utknął tam, nie mając już możliwości przeprawienia się przez Pireneje. To, co tam przeżył, sprawiło, że uznał, iż swoje ocalenie zawdzięcza tajemnicy Pani z Lourdes oraz pirenejskim góralom – środowisku Lourdes. Obiecał, że jeśli przetrwa niemiecki horror zgotowany Żydom, spłaci dług, pisząc powieść o Bernadecie. Udało mu się uciec i napisać książkę (700 stron!), która zrobiła taką furorę, że Hollywood (Twentieth Century Fox) natychmiast wykupiło prawa do jej ekranizacji. I już w 1943 r., gdy Europie trwała wojna, w Hollywood powstał jeden z najpiękniejszych filmów o św. Bernadecie.
Szefowie wytwórni obawiali się jednak krytyki. Spodziewali się, że niewierzący odrzucą film jako naiwną opowieść o dziewczynce, która miała halucynacje. Obawiali się też reakcji katolików, ponieważ odtwórczyni roli Najświętszej Panienki nie była osobą o wyszukanej moralności. Postanowili więc opatrzyć film mottem, mówiącym, że “tym, którzy wierzą w Boga nie są potrzebne żadne wytłumaczenia. A dla tych którzy w Boga nie wierzą, żaden wytłumaczenie nie jest możliwe”.
Werfel zmarł cztery lata po napisaniu książki, w Beverly Hills.
Jest też wydana po polsku książka Vittoria Messoriego.
On z kolei poszedł drogą dziennikarza śledczego i napisał książkę: “Tajemnica Lourdes. Czy Bernadeta nas oszukała?”. Marketingowo dobrze uchwycony temat: czy prosta, uczciwa, pokorna góralka, nie mówiąca nawet po francusku, ale w dialekcie pirenejskim, nas oszukała? To oczywiście prowokacja. Ale książka jest bardzo dobra, analityczna. Dodajmy, że Kościół katolicki dość szybko uznał objawienia św. Bernadety za autentyczne. A w tym roku obchodzimy 90 rocznicę jej kanonizacji.
***
ks. dr Seweryn Wąsik SJ, dyrektor Domu Rekolekcyjnego św. Józefa w Czechowicach Dziedzicach, rekolekcjonista, kierownik duchowy, teolog duchowości ignacjańskiej, dziennikarz watykański (L’Osservatore Romano, Radio Watykańskie), pedagog. Od lat daje kursy Ćwiczeń duchowych według św. Ignacego Loyoli i kard. Carla Marii Martiniego. Autor serii formacyjnych audiobooków “Elementarz ignacjańskich” i słuchowiska radiowego “Ulmowie z Markowej”.
rozmawiał Jarosław Dudała/Gość Niedzielny/11.02.2023
***
Maryja mówi wszystkimi językami

***
Lourdes. O tym małym miasteczku, leżącym u stóp Pirenejów, zrobiło się głośno dzięki Matce Bożej. Osiemnaście spotkań Bernadety z „Białą Panią” zaczęło się 11 lutego a zakończyło 16 lipca 1858 roku.
Ku zaskoczeniu 14-letniej dziewczynki, Maria zwróciła się do niej w jej własnym dialekcie, czyli w języku gaskońskim, nazywanym częściej w Polsce językiem prowansalskim. Podobnie było w Guadalupe, gdzie mówiła do Juana Diego w języku Azteków (Nahuatl); w afrykańskim Kibeho, gdzie przekazywała swoje przesłanie w języku kinyarwanda czy w Gietrzwałdzie, gdzie mówiła po polsku.
W rzeczy samej, Maryja mówi wszystkimi językami. Czuje się jak u siebie w każdej kulturze. Rozumie swoje dzieci i potrafi się z nimi porozumieć, bo jest Matką dla wszystkich ludzi.
Od pierwszego uzdrowienia w Lourdes, które miało miejsce 1 marca 1858 roku, napływają tu nieprzerwanie chorzy. Spodziewają się nie tylko uzdrowienia ciała, ale szukają też sił do znoszenia cierpienia. Związek chorych z pirenejskim sanktuarium spowodował, iż w 1992 roku Jan Paweł II ustanowił Światowy Dzień Chorego, a na jego datę wybrał właśnie dzień pierwszego objawienia Matki Bożej w Lourdes. Dziś obchodzimy ten dzień po raz trzydziesty czwarty.
I jeszcze jedno. Jest taka zabawna scena w filmie o św. Bernadecie Soubirous. Gdy rzeźbiarz dokończył pracy nad figurką „Białej Pani”, wyraźnie zadowolony z siebie woła Bernadetę i pyta: „I co, to Ona? Taką była?”. Bernadetta nieco zmieszana odpowiada: „C’est ça, et ce n’est pas ça” [To jest to, i to nie jest to]. Czyli, „to Ona, i to nie Ona”. Dlaczego? Bo piękno Maryi (i nie tylko) nie jest zakotwiczone w proporcjach ciała, lecz w proporcjach duszy. Im głębsze życie duchowe, im więcej w kimś duchowej przestrzeni, tym piękniejszą staje się ta osoba.
ks. Stanisław Stawicki SAC/Recogito
***
„Głupia prostaczka”, której objawiła się Maryja. Poruszająca historia Bernadety Soubirous

***
Bernadeta wciąż trwała przy danej jej przez Maryję słodko-gorzkiej obietnicy: „Obiecuję ci szczęście, ale nie na tej ziemi” i to pewnie z niej czerpała siły do przyjmowania z dziękczynieniem cierpienia i upokorzeń.
Od pierwszego objawienia w Lourdes w lutym 1858 roku ludzie traktowali małą wizjonerkę jak dzikie zwierzątko. Zresztą, po pewnym czasie Bernadeta sama czuła się zaszczuta. Ciągle ktoś chciał z nią rozmawiać, dyskutować albo przynajmniej na nią popatrzeć.
Bernadeta Soubirous schowała się w… klasztorze
Nie chciała sobą przesłaniać treści samych objawień – była świadoma, że teraz przyszedł czas działania Maryi. Rozwiązanie wkrótce przyszło samo: niewiele po ostatniej wizji zachorowała na zapalenie płuc. Leczyła się w szpitaliku Sióstr Miłosierdzia z Nevers i musiało to być dobre doświadczenie, bo postanowiła wstąpić do tego zgromadzenia i tak uciec przed ciekawskimi.
Nie miała wykształcenia i była prosta w obejściu, więc nadawała się tylko do tzw. drugiego chóru, czyli sióstr pracujących fizycznie. Jednak równocześnie była chora na astmę i ogólnie słabego zdrowia, co wykluczało ciężkie prace. Przyjęto ją dzięki protekcji biskupa miejsca. Próg klasztoru przekroczyła 7 lipca 1866 roku wraz z dwiema innymi aspirantkami, mając 22 lata.
Na drugi dzień przełożone zebrały całą wspólnotę (trzysta sióstr) w głównej sali i Bernadeta po raz pierwszy i ostatni opowiedziała im historię objawień. Od tego momentu miała być jedną z sióstr, a do tematu wizji nie wolno było wracać. Przynajmniej w gronie sióstr, bo do furty wciąż pukali dziennikarze (ci byli odsyłani) i osoby duchowne, w tym historycy, którzy „przesłuchiwali” s. Marię Bernardę. Cierpliwie odpowiadała na wciąż te same pytania i opowiadała wciąż i wciąż swoją historię.
Dlaczego Maryja nie objawiła się komuś wykształconemu?
Jednocześnie była w formacji. Jej bezpośrednią przełożoną była siostra ze szlacheckiej rodziny. Nie potrafiła zrozumieć, czemu Maryja objawiła się właśnie takiej „głupiej prostaczce”, a nie komuś z wysokiego rodu lub przynajmniej dobrze wykształconemu. Prawie do końca życia odrzucała prawdziwość tych wizji, a samą wizjonerkę uważała za małą spryciarkę, która chciała zwrócić na siebie uwagę i coś zyskać na twierdzeniu, że widziała Matkę Boga.
Dlatego wyłapywała jej najmniejsze potknięcia, nie dawała zwolnień od obowiązków i do granic nerwicy natręctw pilnowała, czy Bernadeta wypełnia regułę. Wizjonerka przyjmowała to w pokorze, nawet fakt, że wciąż odkładano jej śluby wieczyste. Złożyła je prawie cudem – ponieważ przy kolejnym ataku choroby obawiano się, że umrze, dano jej zezwolenie na nie. Bernadeta tym razem jeszcze nie zmarła, ale śluby były już ważne.
Praca św. Bernadety w szpitalu
Wcześniej jednak było kilkanaście lat pracy w szpitalu, najpierw jako pomoc pielęgniarki, a potem jako siostra odpowiedzialna za szpital. Sama schorowana – do astmy wkrótce dołączył nowotwór kolana i gruźlica – doskonale rozumiała słabość innych. Chorzy byli zachwyceni jej delikatnością i wyczuciem. Miała w sobie wiele naturalnej radości i przyjazny sposób bycia. Siostry do niej lgnęły, szczególnie aspirantki i postulantki.
Uważała się za ograniczoną i mało zdolną intelektualnie. Nie szukała wielkości. Świadczy o tym choćby następująca historia: ktoś przyniósł do klasztoru w Nevers informację, że w Lourdes można kupić zdjęcia Bernadety. Opłata za ich nabycie była śmiesznie mała. Wizjonerka skwitowała to słowami: „Widocznie tyle jestem warta”.
Modlitwa – najważniejsze zadanie Bernadety
Jednocześnie wciąż trwała przy danej jej przez Maryję słodko-gorzkiej obietnicy: „Obiecuję ci szczęście, ale nie na tej ziemi” i to pewnie z niej czerpała siły do przyjmowania w pokoju i z dziękczynieniem cierpienia fizycznego i upokorzeń.
Jednym z ostatnich była chwila przydzielania nowym profeskom wieczystym ich miejsca w zgromadzeniu. Była wtedy wśród nich i s. Soubirous, jednak przełożone jakby o niej zapomniały. Dopiero biskup zwrócił uwagę, że jej nie dano żadnego miejsca. Zapytał więc, co umie. Odparła, że nic, tylko się modlić. Więc ordynariusz wyznaczył jej jako zadanie w zakonie modlitwę.
Zmarła 16 kwietnia 1879 roku w wieku zaledwie 33 lat. Został po niej malutki notatnik duchowy, a w nim piękny duchowy „testament” – spisany niewiele przed śmiercią hymn dziękczynienia. Za wszystko.
Testament Bernadety Soubirous*
Za biedę, w jakiej żyli mama i tatuś, za to, że się nam nic nie udawało, za upadek młyna, za to, że musiałam pilnować dzieci, stróżować przy owcach, za ciągłe zmęczenie… dziękuje Ci, Jezu.
Za dni, w który przychodziłaś, Maryjo, i za te, w które nie przyszłaś – nie będę Ci się umiała odwdzięczyć, jak tylko w raju. Ale i za otrzymany policzek, za drwiny, za obelgi, za tych, co mnie mieli za pomyloną, za tych, co mnie posądzali o oszustwo, za tych, co mnie posądzali o robienie interesu… dziękuje Ci, Matko.
Za ortografię, której nie umiałam nigdy, za to, że pamięci nigdy nie miałam, za moją ignorancję i za moją głupotę, dziękuję Ci.
Dziękuję Ci, ponieważ gdyby było na ziemi dziecko o większej ignorancji i większej głupocie, byłabyś je wybrała…
Za to, że moja mama umarła daleko, za ból, który odczuwałam, kiedy mój ojciec, zamiast uścisnąć swoją małą Bernadetę, nazwał mnie “siostro Mario Bernardo” … dziękuję Ci, Jezu. Dziękuję Ci za to serce, które mi dałeś, tak delikatne i wrażliwe, a które przepełniłeś goryczą…
Za to, że matka Józefa obwieściła, że się nie nadaję do niczego, dziękuję…, za sarkazmy matki mistrzyni, jej głos twardy, jej niesprawiedliwości, jej ironię i za chleb upokorzenia… dziękuję.
Dziękuję za to, że byłam tą uprzywilejowaną w wytykaniu mi wad, tak że inne siostry mówiły: “Jak to dobrze, że nie jestem Bernadetą”.
Dziękuję, za to, że byłam Bernadetą, której grożono więzieniem, ponieważ widziałam Ciebie, Matko… tą Bernadetą tak nędzną i marną, że widząc ją, mówili sobie: “To ta ma być Bernadeta, którą ludzie oglądali jak rzadkie zwierzę?”.
Za to ciało, które mi dałeś, godne politowania, gnijące…, za tę chorobę, piekącą jak ogień i dym, za moje spróchniałe kości, za pocenie się i gorączkę, za tępe ostre bóle… dziękuję Ci, mój Boże.
I za tę duszę, którą mi dałeś, za pustynię wewnętrznej oschłości, za Twoje noce i Twoje błyskawice, za Twoje milczenie i Twe pioruny, za wszystko. Za Ciebie – i gdy byłeś obecny, i gdy Cię brakowało… dziękuje Ci, Jezu.
*źródło: “Fonti Vive”, Caravate, wrzesień 1960
Elżbieta Wiater/Aleteia.pl
***
Trzy gesty Maryi wobec św. Bernadety Soubirous

Fred de Noyelle / Godong
***
Matka Boża, jeszcze zanim wyjawiła Bernadecie swoje imię, wykonała trzy gesty, których znaczenie pomaga nam zrozumieć dar Bożej łaski.
Imię pięknej pani
2 marca 1858 r. – przy okazji swego trzynastego objawienia się w Lourdes – Matka Boża zwróciła się do Bernadety ze wskazówką. „Idź powiedzieć księżom, żeby polecili wybudować tutaj kaplicę i żeby ludzie przychodzili do niej w procesji”.
Tego samego dnia widząca spotkała się z proboszczem z Lourdes i przekazała mu życzenie pięknej Pani. Ksiądz Peyramale odpowiedział pasterce, że aby wyrazić zgodę, musi poznać imię osoby zwracającej się do niego z takim poleceniem.
3 i 4 marca, w trosce o wypełnienie woli przyjaciółki, która okazała jej szacunek, jakiego nie okazał jej wcześniej żaden z mieszkańców Lourdes, Bernadeta postanowiła jak najszybciej uprosić piękną Panią, by zechciała wyjawić jej swoje imię. Ale za każdym razem jedyną odpowiedzią był uśmiech pięknej Pani.
Przez to wydarzenia w Lourdes uzmysławiają nam trzy niespełnione prośby: prośbę Matki Bożej, prośbę proboszcza i prośbę Bernadety. W jaki sposób rozwikłać to zapętlenie próśb?
25 marca 1858 r., w uroczystość Zwiastowania, Bernadeta była bardziej niż kiedykolwiek zdeterminowana, by otrzymać odpowiedź od pięknej Osoby, która zechciała rozmawiać z nią w grocie. I tak się stało.
Na ten dzień przypadł punkt kulminacyjny objawień Matki Bożej w Lourdes. Maryja uczyniła to, co nie nastąpiło nigdy wcześniej w żadnym z jej objawień na ziemi: wyjawiła swoje imię. „Ja jestem Niepokalane Poczęcie” – powiedziała do małej pasterki.
Trzy gesty Matki Bożej
Ale jeszcze przed wypowiedzeniem tych słów Matka Boża wykonała trzy znaczące gesty. Stanowią one krótką i zdumiewającą katechezę na temat trzech cnót teologalnych: wiary, nadziei i miłości.
Na początek złożyła dłonie: tym gestem nauczyła nas, że wiara umacnia się przez modlitwę.
Następnie rozłożyła dłonie i wyciągnęła ręce ku Ziemi. W ten sposób pokazała, że troszczy się o los swoich dzieci zmagających się tutaj, na świecie, z różnego rodzaju trudnościami. I że słucha naszych modlitw przyjmując je w swoje dłonie. Ten drugi gest nawiązywał do motywu nadziei.
Na koniec – przed wypowiedzeniem decydujących słów i przerwaniem milczenia, które ciążyło Bernadecie – Matka Boża ponownie złożyła dłonie na wysokości serca i wzniosła oczy ku niebu. Tym trzecim, uroczystym gestem Maryja objawiła nam, jak bardzo Bóg ją kocha.
I jakby czując, że jej serce gotowe jest pęknąć pod naporem miłości Ojca do niej, pragnęła zachować w nim swoje szczęście. Tym podwójnym i ostatnim gestem Maryja dała nam do zrozumienia, że Bóg kocha także nas taką samą miłością, jaką ma dla swojej umiłowanej córki.
Dary dla uczniów Jezusa
Wszystkie trzy gesty Maryi poprzedzające wyjawienie jej imienia w Lourdes składają się na swoistą katechezę duchowości chrześcijańskiej za pośrednictwem mowy ciała. Wyposażony w dary trzech cnót teologalnych uczeń Jezusa zyskuje właściwą broń do pokonywania doświadczeń życiowych, a także do realizacji Bożych zamiarów w służbie braciom oraz ewangelizacji.
Jean-Michel Castaing/Aleteia.pl
***
Świadectwo: lekarz pojechał do Lourdes mówiąc, że “Boga nie ma”. Wrócił jako wierzący
Z Lourdes wiąże się kilka interesujących opowieści o nawróceniu. Pierwszą z nich jest historia lekarza i noblisty.

Adobe Stock
***
Alexis Carrel (ur. 1873 r. koło Lyonu, zm. 1944 r. w Paryżu), laureat Nagrody Nobla w dziedzinie medycyny i chirurg. Wychowany w wierze katolickiej, utracił ją podczas studiów, dochodząc do wniosku, że Boga nie ma, a człowiek sam może decydować o tym, co jest dobre, a co złe.
Przełom
Przełom w jego życiu nastąpił w 1903 r., gdy wraz z grupą chorych pojechał jako lekarz do Lourdes. Chciał dokładnie przyjrzeć się temu, co wierzący nazywali cudami, a on: autosugestią. Jedną z jego podopiecznych była 21-letnia Maria Bailla. Maria była w ostatnim stadium gruźlicy otrzewnej. Pluła krwią, często wymiotowała, miała mocno spuchnięty brzuch. Gdy dojechali do Lourdes, była w stanie agonalnym: nie mogła mówić, oddychała z trudnością, tętno miała szybkie i nierówne, a brzuch rozdęty. Carrel – jedynie pod usilnymi namowami – zgodził się, by w tym stanie zawieziono ją do groty. Widząc jej cierpienie, zaczął spontanicznie prosić Maryję: „O Panno Święta, jakże chciałbym wierzyć, jak ci wszyscy nieszczęśliwi, że to Źródło Cudowne nie jest tylko tworem naszej wyobraźni! Uzdrów tę biedną dziewczynę, ona zbyt wiele wycierpiała. Daj jej żyć, a mnie daj wiarę. Jeśli ta dziewczyna wyzdrowieje, co wydaje się absurdem, spraw, bym mógł uwierzyć”.
Wiara
Podczas nabożeństwa dr Carrel zauważył, jak z twarzy Marie zaczynają znikać sine plamy, trupioblada twarz zaczęła nabierać kolorów, a na policzkach pojawiają się zdrowe rumieńce. Puls i oddech uspokoiły się, opuchnięty brzuch opadł. Lekarzowi trudno było uwierzyć w to, co widział. Marie została uzdrowiona, a dr Carrel stał się wierzący. Za to, że jawnie występował jako świadek uzdrowienia, zmuszono go do opuszczenia uniwersytetu, na którym pracował. Wyjechał do USA, podejmując prace, za które przyznano mu Nagrodę Nobla.
„Życie polega na tym, żeby kochać, pomagać drugim, modlić się, pracować. Spraw, mój Boże, by nie było za późno…” – pisał później. „Nie możemy wybierać tylko tego, co odpowiada naszym upodobaniom, fantazji czy formacji naukowej lub filozoficznej naszego umysłu. Trudność lub niejasność jakiegoś zagadnienia nie jest wystarczającym powodem, żeby to zagadnienie lekceważyć”.
Dorota Niedźwiecka/Tygodnik Niedziela
***
Mason, aborter i okultysta nawrócił się w Lourdes. Świadectwo lekarza Maurice’a Cailleta

l’1visible /Il est vivant
***
Aborter, okultysta i ateista, który przez 15 lat był członkiem masońskiej loży. Kiedy poważnie zachorowała jego żona, Maurice pojechał z nią do Lourdes. Tu przeżył nawrócenie, odkrył moc Eucharystii i usłyszał głos Boga.
W1984 r. dr Maurice Caillet zawiózł chorą żonę do Lourdes w nadziei, że w końcu wyzdrowieje. Choć nie wierzył w objawienia Matki Bożej, postanowił, że pójdzie do tamtejszego kościoła. Po chwili pełen ciepła wewnętrzny głos przemówił w jego sercu: „Byłoby dobrze, abyś poprosił o uzdrowienie Claude, ale co mógłbyś mi ofiarować?”. Tak zaczął się proces nawrócenia masona, okultysty i pioniera aborcji oraz jego powrotu do Boga.
Loża masońska, współpraca z Planned Parenthood i zakon różokrzyżowców
Maurice Caillet urodził się 24 września 1933 r. w Bordeaux w rodzinie antyklerykalnej. Rodzice nie ochrzcili syna. W domu panowała atmosfera wrogości do Boga i do Kościoła katolickiego.
Po edukacji w szkole średniej Caillet wybrał się na studia medyczne do Bretanii. Ukończył je z wyróżnieniem. Specjalizował się w chirurgii ginekologicznej. Promował antykoncepcję i aborcję.
W 1956 r. poślubił koleżankę ze studiów. Pod presją rodziców młodzi postanowili wziąć ślub kościelny. Małżeństwo skończyło się rozwodem. Caillet zawarł więc ślub cywilny z pielęgniarką, z którą współpracował w klinice. Ona także była rozwódką.
W 1968 r. Maurice wstąpił do loży masońskiej. Jak mówił, traktował ją jak „duchową rodzinę”. Został serdecznie przyjęty przez Wielkiego Mistrza Wielkiego Wschodu Francji, który zaproponował mu dołączenie do elitarnej loży w Rennes. Maurice przeszedł cztery próby inicjacji. Musiał też złożyć przysięgę o zachowaniu tajemnicy loży pod groźbą śmierci.
Po czasie wtajemniczenia Caillet zdecydował się przejść ryt inicjacji na Wielkiego Mistrza. Wstąpił do partii socjalistycznej, którą prowadził wtedy François Mitterand.
Funkcja Wielkiego Mistrza otworzyła mu drzwi do dalszej kariery. Został kierownikiem kliniki medycznej. Współpracował z Planned Parenthood. Dokonywał aborcji, a ciała rozszarpanych przez niego dzieci, nie robiły na nim wrażenia. W tym czasie kierował spotkaniami loży i sam przeprowadzał inicjację nowych członków. Studiował masońskie monografie, ćwiczył się w psychologicznych metodach wchodzenia w kontakt z duchami.
Na początku 1982 r. Urząd Perfekcyjny, wspólny dla dwóch lóż Wielkiego Wschodu w Rennes, zaprosił go do przyjęcia osiemnastego stopnia masońskiego w zakonie różokrzyżowców. Caillet objął wtedy pracę w systemie ubezpieczeń zdrowotnych na stanowisku przewodniczącego Zespołów Orzekających w Rennes.
Światło Chrystusa
W 1983 r. zachorowała jego żona. U Claude lekarze stwierdzili liczne wrzody w przewodzie pokarmowym. Kobieta wiele miesięcy spędziła w łóżku. Maurice postanowił zabrać ją na wypoczynek w góry. Claude przez 10 dni nie była w stanie się podnieść.
W drodze powrotnej Cailletowi przyszła myśl, aby zatrzymać się w Lourdes. Mężczyzna nie wierzył w objawienia Matki Bożej, ale był przekonany, że w tym miejscu są jakieś szczególnie pozytywne promieniowanie. Kiedy Claude oczekiwała na kąpiel w cudownym źródełku, Maurice poszedł do kościoła.
Tam po raz pierwszy w życiu uczestniczyłem we mszy św. Ewangelia tego dnia mówiła: „Proście, a będzie wam dane; szukajcie, a znajdziecie; kołaczcie, a zostanie wam otworzone”, a były to słowa znane mi z rytuału masońskiego na stopień Wielkiego Ucznia. Zobaczyłem też po raz pierwszy w konsekrowanej Hostii Światło, którego na próżno szukałem w 18 masońskich inicjacjach. Wstrząśnięty, usłyszałem wewnętrzny głos, który wzywał mnie do złożenia ofiary. Dlatego po mszy św. poszedłem za księdzem do zakrystii i poprosiłem o chrzest, aby ofiarować całe moje jestestwo Bogu – wspominał w rozmowie z Włodzimierzem Rędziochem dla tygodnika „Niedziela”.
Chrzest i proces nawrócenia
Duch Święty zapytał mężczyznę, co ma do zaoferowania, prosząc o uzdrowienie żony. Maurice zdał sobie sprawę, że nie ma nic do oddania poza sobą. Patrząc na Hostię doświadczył jednak tak niezwykłej światłości i spokoju, że całe przekonanie o nieograniczoności ludzkiego rozumu, które tak budował przez 40 lat, zapadło się w ciągu tych kilku minut. Po wyjściu z kościoła spotkał Claude, której zdrowie w tamtej chwili nie poprawiło się. Maurice zadawał jej pytania dotyczące Chrystusa i wiary. Wtedy kobieta zrozumiała, że w Lourdes wydarzyło się coś niezwykłego, co nie da się po ludzku wytłumaczyć.
Caillet zdał sobie sprawę, że wszechświat i ludzkie życie to nie są dzieła przypadku, ale zostały stworzone przez Boga. Z pomocą kolegi dotarł do proboszcza parafii prawosławnej w Rennes, który ofiarował mu katechizm. Maurice z uwagą go studiował.
Zaczął czytać Ewangelie i niektóre pisma Ojców Kościoła. O swojej historii postanowił opowiedzieć na spotkaniu loży. Jej członkowie zaniemówili z wrażenia. Maurice coraz częściej doświadczał ataków złych mocy. W nocy widział demony, ze snu wybudzały go przeraźliwe krzyki i śmiechy. Wtedy jedynym ratunkiem była modlitwa. Caillet wzywał wstawiennictwa Maryi i złe duchy znikały.
W Wielką Sobotę 1985 r. mężczyzna przyjął w Kościele prawosławnym sakrament pokuty i bierzmowanie.
Cudowne uzdrowienie i konwersja na katolicyzm
Claude odzyskała zdrowie, ale rozpoczęły się szykany w pracy. Gdy Maurice zamierzał poskarżyć się zwierzchnikom, odwiedził go brat z loży masońskiej i zagroził śmiercią. Mężczyzna zrozumiał, że nie można być jednocześnie chrześcijaninem i masonem, że trzeba dokonać ostatecznego wyboru. Wystąpił więc z loży i zakonu różokrzyżowców. Za namową pewnego zakonnika, Caillet zdecydował się wybaczyć prześladowcom.
Benedyktyn zwrócił uwagę, że on i Claude nadal pozostają w związku niesakramentalnym. Para złożyła prośbę do sądu katolickiego o stwierdzenie nieważności poprzednich małżeństw. Claude i Maurice przeszli na katolicyzm i zaangażowali się w spotkania modlitewne. Wkrótce po tym wzięli ślub katolicki. Zabierali głos w obronie życia i ostrzegali przed działaniami masonerii.
„Boża pedagogika jest łagodna”
Po przejściu na emeryturę dr Caillet postanowił podzielić się swoim świadectwem nawrócenia i napisał „List otwarty do mojej rodziny jako dziękczynienie Bogu”.
Nie jestem wybrańcem, prorokiem a jeszcze mniej kimś doskonałym. Starając się być świętym, jestem zwykłym posłanym, obarczonym skromną misją, bez rozgłosu, aby przypomnieć członkom mojej rodziny, że Bóg może wejść w ich życie, jeżeli tylko otworzą Mu szparkę swoich drzwi. Bo nie mniemajcie, że Bóg wszedł w moje życie przez włamanie. Boża pedagogika jest łagodna, świadcząca o Jego wielkiej miłości, szanującej niezmiernie naszą wolę – wspominał lekarz.
W swojej autobiograficznej książce „Byłem masonem. Z mroku loży do światła Chrystusa”, tłumaczył: „Diabeł jest, spotkałem go. Bóg jest, spotkałem Go. Diabeł ofiarował mi swoje kuszące towarzystwo, z którego zrezygnowałem, ponieważ poprowadziłby mnie od róż do cierni. Znalazłem Boga za pośrednictwem Kościoła, to w nim odnalazłem życie”.
Dr Maurice Caiilet zmarł 6 listopada 2021 r. w Auray.
źródła: truechristianity.info; adonai.pl; niedziela.pl; pedkat.pl; W. Roszkowski, „Potęga nawrócenia”, Kraków, 2024; M. Caillet, „Byłem masonem. Z mroku loży do światła Chrystusa”, Kraków 2004
Anna Gębalska-Berekets/Aleteia.pl
***
Wściekli na objawienia! Jak wrogowie Kościoła obśmiewali Lourdes

(fot. REUTERS/Regis Duvignau/FORUM)
***
Objawienia z Lourdes widowiskowo potwierdziły prawdziwość wiary katolickiej. Nie dziwi zatem, że wrogowie Kościoła próbowali i nadal próbują je „zdemitologizować”. Jednak ich argumenty, po bliższym przyjrzeniu się, same okazują się dość łatwymi do obalenia mitami.
Początek drugiej połowy XIX wieku to trudny czas dla chrześcijan. W 1859 roku Karol Darwin opublikował książkę „O pochodzeniu gatunków”. Wbrew woli autora wykorzystano ją do walki z religią. Z kolei trzy lata później ukazało się „Życie Jezusa” Ernsta Renana. Jego autor próbował „dowieść”, jakoby Pan Jezus był zwykłym, acz wyjątkowym człowiekiem. Po upływie kolejnych pięciu lat Karol Marks i Fryderyk Engels wydali „Kapitał”. Pozycję tę niejednokrotnie wykorzystywano do zwalczania religii.
Jakby antycypując te ataki, w 1858 roku w miejscowości Lourdes w południowo-zachodniej Francji Matka Boża objawiła się 14-letniej ubogiej analfabetce Bernadecie Soubirous. Matka Boża w Lourdes, w grocie Massabielle zjawiła się 18 razy. Po raz pierwszy 11 lutego 1858 roku, a ostatni, osiemnasty, 16 lipca 1858 roku. Kulminacyjnym momentem jest objawienie szesnaste. Wówczas to, w Święto Zwiastowania, 25 marca Matka Boża powiedziała „Jestem Niepokalane Poczęcie”. Stało się to 4 lata po ogłoszeniu przez błogosławionego Piusa IX dogmatu o Niepokalanym Poczęciu Matki Bożej. Jednak Bernadeta, jako pochodząca z ubogiej rodziny analfabetka, nie wiedziała o tej prawdzie wiary. Podczas objawień Matka Boża wezwała też do odkopania źródła, do dziś służącego cudownym uzdrowieniom. Gorąco prosiła także o pokutę za grzeszników, a także ukazywała różaniec.
Oprócz niezwykle istotnej treści tego objawienia, co najmniej równie istotne jest to, że w ogóle się ono wydarzyło. Jak bowiem zauważa Vittorio Messori w książce „Tajemnica Lourdes – Czy Bernadeta nas oszukała”: „jeśli Bernadeta nas nie oszukała, jeśli nie oszukiwała samej siebie, to nie oszukuje siebie też katolik, wierząc w prawdę Ewangelii i kierując się nauką Kościoła, który jest tej prawdy autentycznym gwarantem. (…) Ta grota jest więc punktem oparcia, kołem ratunkowym podarowanym wiernym, by mogli się go uchwycić w dramatycznym momencie zwrotnym współczesnej historii, w którym racjonalizm, pozytywizm, socjalizm, liberalizm i wszelkie inne izmy, wszelkie inne ideologie postchrześcijańskie przypuściły wielki atak na korzenie wiary jako takiej”.
Innymi słowy, jeśli objawienia w Lourdes są fałszywe, to upada tylko jeden z licznych argumentów za prawdziwością wiary. Katolicyzm może i tak być religio vera – religią prawdziwą, choć z innych powodów. Jeśli jednak Lourdes nie jest zmyśleniem, jeśli rzeczywiście zjawiła się tam Matka Boża z różańcem, prosiła o przekazanie informacji katolickim księżom, mówiła o procesji, o budowie kaplicy, o katolickim dogmacie Niepokalanego Poczęcia, to stanowi to dowód prawdziwości Kościoła i wartości katolickiej pobożności.
Kto chce ten może, przy odrobinie dobrej woli, dojść do prawdy na temat Lourdes. Tym bardziej, że praca źródłowa została już wykonana przez ludzi takich jak Vittorio Messori. Mimo to wciąż pojawiają się, nawet w wypowiedziach „uczonych”, twierdzenia dawno już obalone. Powiela się je wyłącznie by walczyć z Kościołem i głoszoną przezeń prawdą. Warto przyjrzeć się bliżej tym kłamliwym tezom.
Rzekome oszustwo rodziców
Zgodnie z jedną z karkołomnych prób „racjonalistycznego” wyjaśnienia objawień w Lourdes, stanowiły one spisek… rodziców dziewczynki. Ci bowiem, wcześniej zamożni, popadli w ruinę. W dodatku cieszyli się złą sławą. Ojciec, ledwie rok przed objawieniami, z powodów humanitarnych został zwolniony z aresztu. Mimo to wiele wskazywało na to, że rzeczywiście był winny zarzucanego mu czynu: kradzieży mąki. Matka natomiast „cieszyła się” złą sławą osoby nader często używającej alkoholu.
„Zważywszy na to” – pisze Messori – „można było zakładać oszustwo zorganizowane przez owych nędzarzy, wykorzystujących najstarszą córkę, żeby zebrać ofiary od naiwnych bigotów i wyjść z nędzy, w którą wpadli po wcześniejszym okresie dobrobytu”.
Prawda jest jednak całkowicie inna, jak precyzuje włoski pisarz. Przecież rodzicom Bernadety wręcz zależało na ukróceniu jej wizji. Niepokoiły ich tłumy ciekawskich chcących zobaczyć córkę. Komisarz policji Dominique Jacomet wmawiał wprawdzie, że rodzice nakłaniali dziewczynkę, by ta chodziła do groty. Posunął się do sfabrykowania zeznań Bernadety, skarżącej się jakoby na tego typu przymus. W rzeczywistości to jednak komisarz (podobnie jak jej ojciec) nakłaniali dziewczynkę do rezygnacji z chodzenia do groty objawień. Ta zaś nie uginała się pod presją. – Nie proszę pana, nie mogę nie pójść. Obiecałam – mówiła do komisarza.
„Wiarygodności świadectwu Bernadety przydała, może w sposób ostateczny, całkowita obojętność młodej dziewczyny na korzyści oraz jej troska, by to, co się wydarzyło i co się działo, nie przyniosło profitów ani jej samej, ani jej rodzinie. Dzięki temu obalone zostały podejrzenia władzy, które – niechętnie, jak przypuszczam – wreszcie zrezygnowały z tezy o oszustwie w celu ciągnięcia zysków” – podkreśla Messori.
Bernadetta, pomna na słowa Matki Bożej pilnowała, by nie osiągnąć żadnego zysku z objawień. Dlatego też nie przyjmowała podarunków. Zasadę tę rozumiała dosłownie: nie chciała nawet podarowanych jej książek religijnych. Odmówiła też przyjęcia drogocennego różańca od biskupa. Także rodzina nie wzbogaciła się na wizjach Bernadety. Jeśli już, to można mówić o stracie. Wszak ciekawscy przybywający do domu… odrąbywali tynk ze ścian i podniszczali stół.
„Kiedy ktoś przyjeżdżał z Lourdes i przekazywał jej wieści o najbliższych, zawsze mówiła, kręcąc głową: Oby tylko się nie wzbogacili. I rzeczywiście, mimo otwarcia sklepiku Jean Marie ani żadne z Soubirous, nigdy się nie wzbogacił – ani wtedy, ani później” – podkreśla Vittorio Messori.
Rzekome oszustwo księży
Zgodnie z inną pogłoską, Lourdes to wymysł ówczesnego kleru, liczącego bądź na zysk, bądź też na przyciągnięcie ludu do wiary. Jednak i ta pogłoska rozbija się o skałę faktów. Nie wykluczał jej wprawdzie komisarz policji, Dominique Jacomet. Sam wierny katolik, był co najmniej równie wiernym policjantem.
Wszystko jednak wskazuje przeciwko tej tezie. Kler nie tylko nie promował wizji Bernadety, lecz stanowczo się jej sprzeciwiał. Autor bestsellera poświęconego Lourdes, Henri Lasserre, zarzucał wręcz duchownym ignorowanie ludu, widzącego w objawieniach „palec Boży”. Jest w tym sporo prawdy, choć tak ostra krytyka jest nieuzasadniona. Zdrowy sceptycyzm w odniesieniu do objawień prywatnych stanowi bowiem stałą praktykę Kościoła. Pozwala on na odróżnienie objawień prawdziwych oraz fałszywych.
Właśnie takim racjonalnym podejściem cechował się ówczesny biskup diecezji Tarbes, na terenie której dochodziło do objawień. Rygorystyczny i surowy, popierał jednocześnie postęp naukowy i techniczny. Mawiał, że gdyby nie powołanie kapłańskie zostałby inżynierem. Z pewnością tego spokojnego hierarchy nie da się oskarżyć o wichrzycielstwo czy łatwowierność. „Tego typu człowiek mógł dać się przekonać jedynie faktom, które przeszły próbę konkretnych badań” – zauważa Vittorio Messori.
Co więcej, księża w ogóle nie mogli udawać się do groty objawień z powodu zakazu władz kościelnych. Jedynym duchownym, jaki podczas obowiązywania biskupiego zakazu zobaczył objawienia, okazał się Antoine Desirat. Usprawiedliwiając się, że nie mieszka w Lourdes, dołączył pewnego dnia do świeckich podążających do groty objawień. Stał tuż przy wizjonerce.
Po opuszczeniu groty nie zamierzał swojego pobytu ukrywać. Gdy jednak opowiedział całą historię w seminarium w Saint-Pe w rozmowie z dwoma księżmi „przerwał mu wybuch śmiechu obu duchownych, którzy zaczęli natrząsać się z jego łatwowierności. Niechże, jeśli już musi, poświęci czas na poważne kwestie, teologiczne, biblijne, a nie ugania się za bajkami i duchami z ludowych zabobonów” – mówili. Dobrze odzwierciedla to ówczesne podejście lokalnego kleru do sprawy.
Ktoś jednak może stwierdzić, że duchowieństwo, nie wierząc w objawienia wymyśliło je dla zysku, dla przyciągnięcia pielgrzymów i zwiększenia ich datków. Stosunek Bernadety do korzyści finansowych był, jak już wiemy, całkowicie negatywny. A co z duchowieństwem?
Jak już wspomniano, początkowo sprzeciwiało się ono objawieniom i zniechęcało do dawania wiary rewelacjom Bernadetty. Nawet jednak po uznaniu objawień przez biskupa miejsca i rozpoczęciu budowy sanktuariów, objawienia nie przyczyniły się do wzbogacenia lokalnego kleru ani diecezji. Francuska władza, całkowicie oddzielona od Kościoła, nie wspomagała budowy sanktuariów nad Gave de Pau. Oficjalnej pomocy nie udzielił też Watykan. Wpływały jedynie osobiste datki: papieży i hierarchów, ale przede wszystkim wiernych. Handel w Lourdes, sprzedaż pamiątek religijnych et cetera od razu przekazano „wolnemu rynkowi”. I tak też jest do dzisiaj.
Generalnie, jak zauważa Vittorio Messori „Lourdes nie było interesem, tylko studnią bez dna, przede wszystkim ze względu na konieczność poniesienia olbrzymich wydatków na zakup ziemi, gdyż biskup chciał, aby teren był jak najrozleglejszy, by ochronić nieprzekraczalny święty pas wokół groty”. Budowa i utrzymanie kompleksu także nie należały – i nie należą – do tanich. Co zaś z handlem pamiątkami religijnymi? Otóż „jedną z pierwszych decyzji diecezji w Tarbes było pozostawienie handlu w rękach osób prywatnych”.
Hipoteza o komedii
Twierdzenia o wpływie kleru lub rodziców na Bernadetę okazują się zatem błędne. Walczący z prawdą nie poprzestają jednak na nich. Jedną z najbardziej obraźliwych, jakie wysuwają jest „hipoteza komediantki”. Zgodnie z nią, Bernadeta, nawet jeśli nie działała w imię zysku, chciała po prostu zwrócić na siebie uwagę.
Przeanalizujmy zatem także tę hipotezę. Otóż jej prawdziwości przeczy przede wszystkim charakter wizjonerki. Wszak Bernadeta wszystko czyniła z umiarem „(…) sprowadzała do samej istoty w sposób naturalny, bez cienia pokazowego mistycyzmu. Przychodziła do groty w ostatniej chwili w towarzystwie jedynie paru koleżanek, cicha i zamyślona, często biegła, spiesząc się na spotkanie z cudowną Postacią, z radosną twarzą, bez żadnych oznak udawanej pokory”. W objawieniach brakowało jakiejkolwiek teatralności. Ekstaza trwała krótko, a jedynym jej objawem okazywała się przemiana twarzy dziewczynki podczas wizji” – pisze Mesorri.
Co istotne, dziewczynka nie zgadzała się też spełniać życzeń osób pragnących dotykać jej, niczym relikwii. Przeciwnie, zachowywała całkowitą skromność. Co ciekawe, Bernadeta sprzeciwiała się przedstawianiu Matki Bożej w postaci innej, niż ta, jaką rzeczywiście ujrzała. A więc drobnej dziewczynki. Obstawała przy tym, pomimo, że kłóciło się to z wyobrażeniami dominującymi w ówczesnym Kościele.
Co więcej, objawienia Bernadety wywołały na krótki czas modę wśród okolicznych mieszkanek na udawanie wizjonerek. Zachowanie oszustek, pragnących zwrócić na siebie uwagę i usuwającej się w cień Bernadety okazało się jednak krańcowo inne.
Halucynacje? Żadną miarą!
Hipoteza mniej obraźliwa, a z pozoru naukowa, to twierdzenie o halucynacjach, na jakie rzekomo cierpiała Bernadeta. Z powodu niedożywienia, biedy, wątłego zdrowia uległa ona rzekomo złudzeniom. Zwolennicy tej wersji zachowują prawdę o nieskazitelności charakteru Bernadety, a jednocześnie chronią się przed przyjęciem do wiadomości „zabobonu”. Nie dziwi zatem, że to twierdzenie zyskało sobie popularność wśród inteligencji.
Szkopuł tkwi jednak w tym, że ono także rozmija się z prawdą. Bernadeta była wprawdzie słabo wykształcona, ale zdrowego rozsądku jej nie brakowało. Wręcz przeciwnie. Nie wykazywała żadnych symptomów histerii ani podobnych zaburzeń. Nigdy nie skarżyła się na brak zrozumienia ani na choroby, a jej opowieści cechował wielki realizm.
Ponadto 27 marca 1958 roku trzech lekarzy na polecenie władzy świeckiej miało orzec o zaburzeniach psychicznych wizjonerki. Chodziło o podkładkę służącą umieszczeniu jej w zakładzie dla obłąkanych. Mimo nacisków władzy lekarze, znajdujący się w rzeczywistości pod wrażeniem dziewczynki, wydali salomonowe orzeczenie. Służyło ono oddaleniu groźby umieszczenia Bernadety w przytułku, bez jednoczesnego rozdrażniania władzy.
Gmach wznoszony przez zwolenników racjonalizmu nieskładnie, choć z wielkim mozołem, rozpada się zatem jak domek z kart. Pozostaje prawda o niezwykłych uzdrowieniach, odnowie życia religijnego, o Niepokalanym Poczęciu. Pozostaje prawda katolicka, prawda o Bogu stale wybierającym „właśnie to, co głupie w oczach świata, aby zawstydzić mędrców (…) to, co niemocne, aby mocnych poniżyć”. Wszak „to bowiem, co jest głupstwem u Boga, przewyższa mądrością ludzi, a co jest słabe u Boga, przewyższa mocą ludzi.” (1 Kor 25;27).
Korzystałem z książki Vittorio Messori „Tajemnica Lourdes czy Bernadeta nas oszukała” Wydawnictwo Znak, Kraków 2014.
Marcin Jendrzejczak/PCh24.pl
***
wtorek 10 luty

źródło: IPN Twitter/Polskie Radio Koszalin
***
W nocy z 9 na 10 lutego 1940 roku, rozpoczęła się pierwsza z czterech masowych deportacji Polaków na Sybir. W głąb Związku Radzieckiego wywieziono wtedy około 140 tysięcy obywateli polskich.

fot. twitter.com/IPN – Radio Maryja. pl
***
„Kat mnie popędzi ku Sybiru śniegom”.
Ksiądz Arcybiskup Stanisław Gądecki w 84 rocznicę pierwszej masowej zsyłki Polaków na Sybir przez rosyjskiego okupanta wygłosił w kościele pod wezwaniem Najświętszego Zbawiciela w Poznaniu homilię:
Jest w Polsce jedna droga, od lat wyjeżdżona. 84. rocznica pierwszej masowej zsyłki Polaków na Sybir
Odejdę od was cicho, niespodzianie,
Odejdę od was pewnie nocą ciemną,
Nikt mi nie ściśnie rąk na pożegnanie
I, jak z umarłym, nikt nie pójdzie ze mną!
Na próżno składać będziecie narady!
Pytać się, płacząc: ‘Kędy jego droga?’
Bo wam ukryte, zostaną me ślady,
Jak ślad dusz, z trumny lecących do Boga!
Lecz nie polecę ku wiecznej krainie –
Lecz nie odejdę ku kwiecistym brzegom –
Kat mnie popędzi ku Sybiru śniegom
I pamięć moja z serc waszych upłynie.
(Zygmunt Krasiński, Na Sybir)
Tymi słowami Zygmunt Krasiński opisywał drogę Polaków na Sybir. Tragiczna rzeczywistość, opisywana przez poetę, w przedziwny sposób wpisuje się – w dzisiejszym pierwszym czytaniu – w dawne dziejami zsyłek, które rozpoczynają się od zsyłki starożytnego Izraela do Asyrii oraz starożytnych mieszkańców Judy do Babilonu. To jakby dalszy ciąg podobnego zjawiska, którego 84. rocznicę dzisiaj obchodzimy, a które – świadomi imperialnych zapędów Rosji – może mieć swoją dalszą kontynuację.
Z tej racji warto dzisiaj zatrzymać się choć na chwilę przy dwóch sprawach: przy kwestii starotestamentalnych zsyłek i deportacjach nowożytnych.
1. ZSYŁKI STAROTESTAMENTALNE (1 Krl 11,29-32; 12,19).
„Gdy pewnego razu Jeroboam wyszedł z Jerozolimy, spotkał go na drodze prorok Achiasz z Szilo, odziany w nowy płaszcz. Sami tylko obydwaj byli na polu. Wtedy Achiasz zdjął nowy płaszcz, który miał na sobie, porozdzierał go na dwanaście części i powiedział Jeroboamowi: ‘Weź sobie dziesięć części, bo tak rzekł Pan, Bóg Izraela: Oto wyrwę królestwo z ręki Salomona, a tobie dam dziesięć pokoleń. Jedno tylko pokolenie będzie miał ze względu na Dawida, mego sługę, i ze względu na miasto Jeruzalem, które wybrałem ze wszystkich pokoleń Izraela’. Tak więc Izrael odpadł od rodu Dawida po dzień dzisiejszy”.
Autor tego fragmentu Pierwszej Księgi Królewskiej przedstawia teologiczną interpretację historii narodu wybranego – od przejęcia rządów przez Salomona po swoim ojcu Dawidzie (1 Krl 1–2) aż do upadku Królestwa Judy (2 Krl 24–25). W tym ludzkim porządku wydarzeń często przywołuje motyw „gniewu Bożego”. Ze szczególnym naciskiem czyni to w punktach zwrotnych tych dziejów, takich jak podział Królestwa Salomona (1 Krl 11–12), a następnie upadek Królestwa Północnego (Izraela) i i deportacja mieszkańców do Asyrii (2 Krl 17*) a potem upadek Królestwa Południowego (Judy) i wygnanie ludności do Babilonii (2 Krl 24–25).
Tragiczny rozpad Królestwa Salomona oraz katastrofalny koniec monarchii w Izraelu i Judzie są – według niego – skutkiem słusznego gniewu YHWH w odpowiedzi na zerwanie przymierza przez naród wybrany i bałwochwalstwo samego Salomona (1 Krl 11,31-37). Gniewne działanie Boga jest odpłatą za nieprawnie zerwanie przymierza. Tak nakreślona teologiczna wizja dziejów wskazuje na uniwersalną prawdę, że to człowiek sprowadza gniew Boży przez swoje grzeszne uczynki i zmusza Boga do wymierzenia mu zasłużonej kary. Motyw gniewu YHWH staje się ponadczasową lekcją historii i przestrogą dla przyszłych pokoleń.
2. DEPORTACJE NOWOŻYTNE
Druga kwestia nowożytne deportacje w głąb Rosji. Zdajemy sobie bowiem sprawę z tego, iż deportacja Polaków na Sybir, której 84. rocznicę obchodzimy, nie była pierwszą tego rodzaju deportacją naszych rodaków w tamte regiony. Jest to raczej jeden z wielu odcinków Golgoty Wschodu, która to droga rozpoczęła się już w XVI wieku.
- Bodajże najwcześniej – bo już w XVI wieku – zesłanymi na Syberię byli polscy jeńcy z czasów wojny Stefana Batorego z Rosją.
- Następnie dołączyli do nich – wzięci do niewoli rosyjskiej – uczestnicy tzw. dymitriad, czyli wypraw polskiej szlachty do Rosji w XVI w., mających na celu zdobycie i zwiększenie tam wpływów polskich. Ich nazwa pochodzi od Dymitra Samozwańca, domniemanego syna Iwana Groźnego, którego szlachta polska usiłowała wprowadzić na tron moskiewski.
- Na początku XVIII wieku na Syberię zsyłano zwolenników króla Stanisława Leszczyńskiego.
- 14 października 1767 roku poseł rosyjski Nikołaj Repnin rozkazał porwać przywódców konfederacji radomskiej (biskupa krakowskiego Kajetana Sołtyka, biskupa kijowskiego Józefa Andrzeja Załuskiego, hetmana polnego koronnego Wacława Rzewuskiego i jego syna Seweryna) i zesłał ich do Kaługi. Pozbawiony opozycji sejm uchwalił w lutym 1768 prawa kardynalne i przyjął gwarancję rosyjską. Tym samym Rzeczpospolita stała się protektoratem Imperium Rosyjskiego.
- Potem – na podstawie rozkazu Katarzyny II – na Syberię zostali zsyłani konfederaci barscy. Według szacunków rosyjskich w 1771 wzięto wówczas do niewoli 14 tys. konfederatów.
- Po stłumieniu powstania kościuszkowskiego zostało zesłanych na Wschód ok. 20 tys. jego uczestników.
- Bliżej nieznana pozostaje dokładna liczba polskich zesłańców, wziętych do rosyjskiej niewoli po przegranej wojnie w 1812 roku.
- Nieznana jest też liczba polskich zesłańców po rozbiciu przez władze rosyjskie organizacji spiskowych na ziemiach zajętych w latach dwudziestych XIX wieku.
- Podobnie nieznana jest dokładna liczba zesłanych po powstaniu listopadowym. W latach 1831–1832 – w ramach represji po powstaniu – wcielono kilka tysięcy uczestniczących w nim dzieci do specjalnych batalionów rosyjskich i popędzono w głąb Rosji. W drodze z Warszawy do Bobrujska zmarło dwie trzecie tych dzieci, resztę wychowano na rosyjskich żołnierzy.
- W 1833 roku – po rozbiciu ruchu partyzanckiego Józefa Zaliwskiego – wielu z jego członków zostało skazanych na katorgę.
- W 1844 władze carskie rozbiły spisek chłopski księdza Piotra Ściegiennego. Zesłano wówczas w głąb Rosji wielu członków tej konspiracji.
- W roku 1863 – po stłumieniu powstania styczniowego – zesłano na katorgę ok. 40 tysięcy powstańców, z których więcej niż połowa już nigdy nie powróciła do Ojczyzny.
- W latach 1807 – 1870 zesłano na Syberię 461 tysięcy osób.
- W drugiej połowie XIX wieku liczba zsyłanych wahała się w granicach 10 – 15 tysięcy rocznie.
Dzisiaj jednak obchodzimy 84. rocznicę pierwszej masowej zsyłki Polaków na Sybir, nie zapominając owszem o wszystkich poprzedzających deportacjach.
Pierwsza deportacja
Po agresji ZSRR na Polskę (17 września 1939 r.) tysiące polskich mieszkańców Kresów uległo przesiedleniu, niektórzy m.in. na Syberię (inni np. do Kazachstanu). W pierwszej wywózce (10.02.1940) Polacy stanowili 70% wywożonych, pozostałe 30% to ludność białoruska i ukraińska. Wywożono wtedy przede wszystkim osadników wojskowych, średnich i niższych urzędników państwowych, służbę leśną oraz pracowników PKP. Zabierano całe rodziny bez wyjątku. Zgodnie ze ściśle tajnymi materiałami radzieckimi deportowano wówczas ok. 140 tys. osób.
Druga deportacja
W czasie drugiej deportacji (13-14.04.1940) wysiedleniu podlegały rodziny tzw. wrogów ustroju: urzędników państwowych, wojskowych, policjantów, służby więziennej, nauczycieli, działaczy społecznych, kupców, przemysłowców i bankierów, oraz rodziny osób aresztowanych i zatrzymanych przy nielegalnej próbie przekroczenia granicy niemiecko-radzieckiej. W ramach tej akcji zesłano ok. 61 tys. Wyjątkowo duży był w tym przypadku odsetek kobiet i dzieci, wynosił bowiem do 80% całości transportów.
Trzecia deportacja
Trzecia deportacja (maj-lipiec 1940) objęła głównie uchodźców z centralnej i zachodniej Polski, przybyłych w czasie działań wojennych na tereny, które znalazły się potem pod okupacją radziecką. Liczba zesłańców wyniosła ponad 80 tys.
Czwarta deportacja
W czasie czwartej wywózki (maj-czerwiec 1941) na Wschód pojechała głównie ludność ze środowisk inteligenckich, pozostali uchodźcy, rodziny kolejarzy, rodziny osób aresztowanych przez NKWD w czasie drugiego roku okupacji, wykwalifikowani robotnicy i rzemieślnicy. Deportacja ta dotknęła szczególnie dotkliwie Białostocczyznę, Grodzieńszczyznę i Wileńszczyznę. W sumie deportowano ponad 85 tys. osób.
O tych zbiorowych ludzkich cierpieniach nie da się zapomnieć. Naszym obowiązkiem jest podtrzymać pamięć o tych, którzy zostali wywiezieni na Golgotę Wschodu. Którzy do końca swego życia pozostali wierni Bogu i Ojczyźnie, chroniąc się od wynarodowienia i utraty wiary. Wielu – zadręczonych katorżniczym losem – pozostało tam, bez znaku pamięci, pogrzebawszy wcześniej swoje dzieci w bezkresach tajgi i stepów. Podziwiamy ich heroizm i chcemy pamiętać ich niezłomne trwanie w obronie najwyższych wartości, jakimi są: życie, wolność, Polska, a nade wszystko wiara w Boga.
Karol I, błogosławiony cesarz Austrii i Węgier, przekazał w 1920 roku bardzo ważną obserwację: „nie ma bardziej patriotycznego narodu od narodu polskiego, […] Z katolickiej perspektywy, również nie ma bardziej wierzącego narodu od narodu polskiego i żaden w ostatnim czasie tyle nie wycierpiał dla swojej wiary, co Polacy. Jedyną tylko cechę negatywną ma państwo polskie: jest za bardzo wyeksponowane, ma zbyt wielu wrogów i bardzo złe położenie militarne” (Memoriał dla Lethbridge’a).
Gdy więc na koniec pytamy o sens ludzkiego cierpienia, to trzeba zwrócić uwagę na to, że – po pierwsze – czasami cierpienie bywa ceną za nasze własne grzechy; podobnie jak w przypadku syna marnotrawnego. Ów syn sam sobie zgotował cierpienie, jako nieuchronny skutek popełnionych przez siebie błędów. W ten sposób rodzą się ludzkie tragedie (np. w postaci uzależnień, brutalnej przestępczości, rozwodów, zabijania nienarodzonych, ludobójstwa). O tego rodzaju krzyżach najchętniej mówią stacje telewizyjne. Dziennikarze opisują je z okrutną dokładnością. Nie przejmują się wcale tym, że ich relacje często inspirują kolejne pokolenia do powtarzania dramatu swych poprzedników. Istnieją całe środowiska, które w obliczu cierpienia najchętniej oskarżają Boga, o to, że On jest winny za wszelkie zło tego świata.
Po wtóre, nasze cierpienia bywają też ceną za miłość: za miłość małżeńską, rodzicielską, kapłańską, za miłość odpowiedzialnego wychowawcy i wiernego przyjaciela, za miłość człowieka sprawiedliwego, za miłość człowieka, który wprowadza pokój, który przebacza, który kocha nawet nieprzyjaciół, który staje się dla innych bezinteresownym darem z samego siebie. Cierpienie rozumiane jako cena za miłość bywa szczególnie bolesne wtedy, gdy kochamy tych, którzy nas nie kochają i których trudno jest nam pokochać.
Po trzecie, bywa i tak, że cierpimy bez żadnej naszej winy; na przykład na skutek jakiejś niezawinionej choroby, albo wskutek kataklizmu, który niszczy nasz dobytek. W takim przypadku cierpienie pozostaje tajemnicą, ale i wtedy możemy być pewni, że to nie Bóg nam je zsyła. Zwykle za niewinnym cierpieniem jednego człowieka kryje się głupota, chciwość, lub wina innego człowieka.
ZAKOŃCZENIE
Zakończmy dzisiejszą refleksję słowami poety:
Jest w Polsce jedna droga, od lat wyjeżdżona
Na wschód północny wiedzie, znana od stuleci,
Za mężem w noc porwanym płakała tam żona
I od matek oddarte ginęły tam dzieci. […]
O poro złud okrutnych, żałosna rachubo,
Po której się to samo powtarza, to samo,
Że lata są wygnaniem, dzień każdy jest zgubą
A w nocy słychać salwy za więzienną bramą. […]
Jest w Polsce jedna droga, gdzie prędzej czy później
Z cierpień moc taka wyjdzie, że Boga zadziwi:
Powracają ojcowie, umarli podróżni
Budzą synów – i walczą – polegli i żywi.
(Kazimierz Wierzyński, Jest w Polsce jedna droga)
Abp Stanisław Gądecki, Poznań, kościół pod wezwaniem Najświętszego Zbawiciela – 9.02.2024.
ren/archpoznan.pl, fronda.pl
***
Wiara, Kościół i tożsamość – dzięki nim zesłańcy zdołali przetrwać piekło na ziemi

(Zesłańcy – zdjęcie ilustracyjne/fot. IPN)
***
Zesłańców jednoczyła wiara, dzięki wierze przetrwali. To zaprasza także i nas do tego żebyśmy nie zdradzali wiary i wartości naszych przodków. Warto robić wszystko, żeby tę wiarę pielęgnować i przekazywać dalej. Zesłańcy zbierali się na wspólnej modlitwie, ale ktoś przeważnie stał na czatach. Kiedy tam rodziło się dziecko, to rodzice szukali babci, która by się odważyła to dziecko ochrzcić. Za taki czym mogli ją rozstrzelać, a ponieważ była osobą starszą to – tak po ludzku – miała już najmniej do stracenia – mówi o. Alexey Mitsinskiy MIC – misjonarz z Kazachstanu, który obecnie posługuje w Tajynszy.
Proszę Ojca, miejscowość, w której Ojciec posługuje jest chyba szczególnie Ojcu bliska?
To jest miejscowość, do której w 1936 roku była wywieziona moja babcia. Może warto przypomnieć, że zesłańcy byli wywożeni w tragicznych warunkach – w wagonach bydlęcych, poupychani, jeden na drugim. Bez jedzenia, bez prywatności, bez toalety. Za toaletę służyła dziura w jednym z rogów wagonu. Zdarzało się, że ktoś podczas podróży umarł, to wtedy jego ciało było wyrzucane z pociągu. Oni zostali wywiezieni tylko dlatego, że byli chrześcijanami, należeli do szlachty. Dziś, kiedy się spotykam z tymi, którzy przeżyli tragedię wywózek, widzę, że oni są pogodni, nie mają w sobie żalu, złości, nienawiści. To my, młodsi, często na coś ciągle narzekamy… A zesłańcy są pogodzeni z tym, co się wydarzyło. Przyjmują rzeczywistość taką, jaka jest. Zimą pamiętam minus czterdzieści osiem, czterdzieści dziewięć, a latem – plus pięćdziesiąt w cieniu i w takich warunkach ludzie musieli przeżyć.
Co się stało z Ojca babcią?
Moja babcia opowiadała, że przygarnęła ich rodzina Kazachów, i w nocy tylko jedną godzinę każde z nich spało pod kożuchem. A los rzucali o to kto będzie spał przy drzwiach, ponieważ zwyczajnie mógł się nie obudzić, mógł zamarznąć. Ludzie mówią, że najbardziej w tamtym czasie dokuczał im głód i chłód. Głód był na tyle duży, że kobiety próbowały przynieść z pola w kieszeniach chociaż kilka ziaren zboża, żeby z tego ugotować strawę dla swoich dzieci. Kobiety chodziły też po stepie i próbowały znaleźć coś, co by się nadawało do jedzenia. Później wyszła ustawa, w myśl której każda kobieta, u której znaleziono kilka ziaren zboża miała być rozstrzelana na miejscu, bez dochodzenia. Często potem umierały także jej dzieci, bo nie miały co jeść.
Historia pokazuje, że ludzie, którzy przeżyli piekło na ziemi, którym próbowano wyrwać człowieczeństwo – byli ludzcy, wrażliwi na krzywdę innych…
Owszem, zdarzały się takie sytuacje, że dziecko, którego matka została zamordowana, a ojciec – wcześniej wywieziony w przeciwnym kierunku, trafiło pod opiekę obcych ludzi, ale na ogół do takiego dziecka ludzie bali się zbliżyć, bo władza groziła, że za pomoc sierotom może ich spotkać taki sam los jak matkę dziecka. Kiedy ktoś w urzędzie się jednak dowiedział, że jakaś rodzina zajęła się dzieckiem – gwałcili tą kobietę. Ona się na to godziła, bo ważniejsze było dla niej życie dziecka.
Co jednoczyło zesłańców?
Wiara ich jednoczyła, dzięki wierze oni przetrwali. To zaprasza także i nas do tego żebyśmy nie zdradzali wiary i wartości naszych przodków. Warto robić wszystko, żeby tę wiarę pielęgnować i przekazywać dalej. Zesłańcy zbierali się na wspólnej modlitwie, ale ktoś przeważnie stał na czatach. Kiedy tam rodziło się dziecko, to rodzice szukali babci, która by się odważyła to dziecko ochrzcić. Za taki czym mogli ją rozstrzelać, a ponieważ była osobą starszą to – tak po ludzku – miała już najmniej do stracenia.
A jednak silna wiara przetrwała…
Kobiety, kiedy miały kilkadziesiąt minut na przygotowanie się do wywózki zabierały ze sobą obrazki z wizerunkiem Matki Boskiej Częstochowskiej, ale też medaliki, różańce i modlitewniki. Te modlitewniki przepisywały ręcznie, a później z nich uczyły swoje dzieci modlitwy i języka polskiego.
Co dawało tamtym ludziom siłę do życia?
Oprócz wiary to także Kościół, ale nie w sensie budynków, bo takich nie było. Kościół jako duszpasterze, którzy byli razem z nimi zesłani, którzy uczyli i swoim przykładem zachęcali, żeby przebaczyć nieprzyjaciołom – przebaczyć tym, którzy mordowali tych, których kochali. Ci ludzie przebaczali. Księża chodzili po nocach, aby ludziom posługiwać. Jednym z takich księży był ks. Bukowiński, obecnie błogosławiony i jak ufamy, że będzie także ogłoszony świętym.
Co Ojca fascynuje w Ks. Bukowińskim?
To, jaki był. Miał możliwość powrotu do Polski, ale nie skorzystał z tej szansy. Wiedział, że jeśli zostanie z zesłańcami to będzie miał większy dostęp do ludzi, że będzie mógł się swobodnie poruszać po kraju. Ks. Bukowiński szukał każdej okazji by dotrzeć do człowieka. Na przykład – co może wyda się zaskakujące, szukał ludzi na cmentarzu. Przychodził w to miejsce, szukał grobów z polskimi nazwiskami i czekał, aż ktoś przyjdzie odwiedzić miejsce doczesnego spoczynku swojego bliskiego. Tam, na cmentarzu zaczęła się rodzić wspólnota Kościoła. Kiedy ks. Bukowiński był w łagrach to do niektórych swoich przyjaciół pisał, żeby wysłali mu troszkę rodzynek i chleba. Było mu to potrzebne, aby mógł odprawić Msze świętą. Napisał, że gdyby miał możliwość wybierać sobie drogę życiową, to wybrałby taką samą drogę.
Tamci ludzi naprawdę pragnęli Mszy świętej, chociaż wiedzieli, że „zgromadzenia” nie są legalne?
Ludzie trwali z księdzem na modlitwie nawet i całe noce. Wiedzieli, że więcej takiej możliwości może już nie być, bo przecież nie było pewności, że ksiądz jeszcze wróci.
Wspomniał Ojciec o trzech filarach: wiara, Kościół i …?
Tożsamość. To trzeci filar, a znaczyło to dla nich tyle, co drugi człowiek obok. Nie było ważne, że nie jest to brat czy siostra z rodziny. Oni mówili, że to jest ich „mała Ojczyzna”. Naprawdę ci ludzie byli odpowiedzialni za siebie nawzajem. Pamiętam rozmowy, kiedy zesłańcy dokładnie pamiętali z kim byli, co robili… Prawda jest taka, że Kazachowie pomogli zesłańcom przeżyć. Dzielili się tym, co mieli. Kazachowie sami cierpieli, ale dbali o zesłańców, mimo, że dzieliło ich wyznanie, język, wartości, zasady.
Takie przykłady można mnożyć?
Pamiętam, że po śmierci mojej babci przyszła do zakrystii starsza pani. Była niewidoma, po omacku szła do kościoła, ale powiedziała mi, że codziennie modli się za moją babcię, bo jechały w jednym wagonie. Ogromne znaczenie dla tamtych ludzi miała wierność także i drugiemu człowiekowi. Pamięta, że były razem, i nawet po śmierci mojej babci nie przestawała za nią się modlić.
Wspomniał Ojciec o pomocy, bezinteresownej. A dziś są wojny, nieporozumienia, morderstwa…
Dziś wcale człowiek nie musi być dla drugiego człowieka wilkiem. Może być bratem, ale warto pielęgnować to, za co nasi przodkowie oddawali życie: wiara, Kościół, tożsamość. To wartości, które pomogły przeżyć nie tylko zesłańcom, ale mogą być pomocne także i nam. Obyśmy nigdy nie zapomnieli tego, co ma prawdziwą wartość i znaczenie.
Wydaje się, że to prawdziwe wyzwanie dla współczesnego świata, kiedy obserwujemy to, co się dzieje?
Boli mnie serce, kiedy słyszę jak w Polsce ludzie planują uroczystość Pierwszej Komunii Świętej. Już dwa lata wcześniej wynajmują sale, wybierają dekoracje, prezenty… Zastanawiam się czy jest jeszcze miejsce dla Pana Jezusa, w tym wszystkim.
Jak Ojciec zapamiętał swoją Pierwszą Komunię Świętą?
Na uroczystość Pierwszej Komunii Świętej poszła ze mną babcia. Moi rodzice nie chodzą do Kościoła i pewnie jakoś po swojemu wierzą. Tamtego dnia mama coś robiła w domu, tato oglądał telewizję, ale babcia towarzyszyła mi w czasie przyjęcia Pierwszej Komunii Świętej.
Pamięta Ojciec jakie dostał prezenty?
Trochę cukierków, ale nie tak dużo, bo zmieściły się w jednej ręce. Dostałem też różaniec i Pismo Święte w obrazkach po rosyjsku.
Jak rodzice zareagowali na decyzję o wstąpieniu do seminarium?
Powiedzieli, że nigdy nie dadzą na to zgody. Wyjechałem jako siedemnastolatek do Polski, bo zostałem przyjęty do Zgromadzenia Księży Marianów. Dziś nie wyobrażam sobie, że mógłbym posługiwać poza Kazachstanem. Głosimy tego samego Chrystusa. Mamy kościół parafialny i kilka kapliczek dojazdowych, w odległości ok. 30-35 km. Jak na warunki Kazachstanu to mamy dużo parafian – ok. czterystu osób. W tych ludziach jest ogromne pragnienie modlitwy.
Co wyróżnia duszpasterstwo w Kazachstanie?
To bardziej duszpasterstwo dla konkretnego człowieka. Oczywiście to dłużej trwa, ale ludzie, którzy do nas przychodzą wiedzą, że jesteśmy teraz tylko dla nich. Często nawet kiedy idziemy do jakiegoś domu, bo dostajemy informację, że ktoś umarł – słyszymy, że umarł z różańcem w ręce. W parafii jest jeden pan, który ma problem ze słuchem i wzrokiem, ale kiedy przychodzi się do niego z Komunią świętą – dla niego nie ma większej radości. Przygrabiony klęczy, przyjmuje Ciało Chrystusa. W jego postawie zawiera się: „Pan mój i Bóg mój”.
Skąd tak dobrze zna Ojciec język polski?
Kiedy miałem jedenaście lat to zapisałem się na język polski, chociaż sam nie wiedziałem po co to zrobiłem. Mój tato jest Polakiem, mama – Rosjanką, ale poznali się w Kazachstanie. Tato powiedział, że dobrze zrobiłem, chociaż mama nie bardzo była z tego faktu zadowolona. I jak to dziecko – trochę pochodziłem na język polski, ale w końcu przestałem. Zacząłem się sam uczyć w domu. Minęło pięć lat i zrozumiałem, po co mi była ta nauka…
Pan Bóg na każdego znajdzie sposób?
Kiedyś na przerwie w szkole widziałem, że moja koleżanka pokazuje coś nauczycielce w zeszycie. Nie wiedziałem co to było, ale dowiedziałem się, że jest taka kapliczka, przy której Księża Marianie uczą dzieci. Jeden uczył geografii, drugi angielskiego. To mnie zaciekawiło, bo było to coś nowego. Następnego dnia poszedłem tam z moją koleżanką ze szkoły. To było moje pierwsze spotkanie z Kościołem.
Co jest najtrudniejszym wyzwaniem na teraz?
Już myślimy o następnej zimie, bo potrzebujemy kupić wagon węgla oraz utrzymać misję. Jak zaczynamy palić we wrześniu to kończymy czasami w połowie maja. Środki materialne są dla nas potrzebne, ponieważ poza naszym utrzymaniem – staramy się też pomagać innym, na przykład przez długi czas dokarmialiśmy w jednej ze szkół biedne dzieci, które, kiedy wracały do domu to widziały tylko pijanych rodziców; pomagamy również według rozeznania i możliwości także bezdomnym. Dziękuję też za modlitwę, bo czujemy, że są ludzie, którzy za nas się modlą.
Dziękuję za rozmowę
Marta Dybińska/PCh24.pl
***
Przeszli przez piekło Sybiru.
Poznaj wstrząsające wspomnienia z „nieludzkiej ziemi”

10 lutego – kolejna rocznica pierwszej wywózki obywateli Rzeczypospolitej na Sybir.
(zdjęcie ilustracyjne/fot.AB/PCh24/pl)
***
Sowieckie wywózki były dla ich ofiar przeżyciem tak traumatycznym, że cierpienia jakich doświadczyli na Sybirze stały się ranami, które nie zabliźniły się. Drastyczne sceny wracały w koszmarnych snach, a pamięć głodu kazała Sybirakom zawsze mieć w domu duży zapas żywności. Posłuchajmy wspomnień trzech osób, które żywe wróciły z „nieludzkiej ziemi”, choć wielu wywiezionym nie było to pisane.
Początek dramatu wywózki
Genowefa Grochowska (1930 -2024) wywieziona wraz z rodziną z terenu Wileńszczyzny – „Miałam wówczas 18 lat. W kwietniu 1948 roku NKWD przyszło po naszą rodzinę o drugiej w nocy. Powiedzieli nam „wyjeżdżacie na Sybir” i dali pół godziny na spakowanie się. NKWD-zista kazał mojemu ojcu usiąść za stołem, żeby go mieć na oku. Bojec sam usiadł, wyjął pistolet i go odbezpieczył. Ojciec wzrokiem pełnym cierpienia i bezradności patrzył na nas. Ja i mama pakowałyśmy, co się dało. Innych dwóch bojców chodziło za nami i patrzyli nam ręce co bierzemy. Mama załamała się psychicznie i powiedziała do NKWDzisty „zabij mnie, tu w moim domu” on jej odpowiedział „Będziesz żyć i to jeszcze lepiej niż w swoim domu”. Potem załadowali nas z tobołkami i naszych sąsiadów Rynkiewiczów na jedną furę i wieźli, ponad 30 kilometrów, na dworzec kolejowy do Nowych Święcian. Ciągle dowozili nowe rodziny przeznaczone do wywózki”.
Piotr Pocałujko (1928 -2016) urodzony we wsi Zapurwie koło Grodna, sierżant AK – „Byłem członkiem, łącznikiem wileńskiego AK. Po zakończeniu wojny nasza drużyna miała zadanie pomagać oddziałom AK, które przedzierały się z Wileńszczyzny na teren Grodzieńszczyzny i później za linię Curzona, do Polski – w granicach wyznaczonych przez Stalina. Mnie i moich kolegów z naszej drużyny AK dopadli dopiero 23 marca, roku 1949. Miałem wówczas 21 lat. Siedzieliśmy wówczas w leśnym bunkrze. Wydał nas konfident, który później – w roku 1952, z wyroku sądu podziemnego, został za to zlikwidowany. Żołnierze NKWD przez komin, który był ukryty w drzewie i miał wylot w dziupli, wrzucili grant. W tym czasie, w bunkrze było nas siedmiu. Wiem, że jeden kolega zginął na miejscu, drugi był ciężko ranny. Niewiele jednak pamiętam, bo przywaliło mnie cegłami i straciłem przytomność. NKWD – dziści, dziwili się, że przeżyłem. Potem postawiono mnie przed sowieckim wojskowym sądem. Dali mi nawet adwokata z urzędu. A to był jakiś bardzo dziwny adwokat. Na procesie zamiast mnie bronić – oskarżał, bardziej chyba niż prokurator. Wyroku można więc było łatwo się domyślić. Dali mi najpierw w sumie 105 lat łagrów, ale potem, powodu tego, że byłem sądzony na terenie białoruskiej ZSRR, gdzie prawo było nieco łagodniejsze, zmienili ten wyrok na 25 lat łagrów”.
Michał Siewruk, syn ziemiańskiego rodu Wileńskich – Siewruków, urodzony w roku 1938 w majątku Kłącie w powiecie orańskim na dzisiejszym terytorium Litwy – „Miałem wtedy 11 lat. W marcu roku 1949 o czwartej rano nasz dwór otoczyła grupa sowieckich żołnierzy NKWD i miejscowych działaczy komunistycznych. Jeden z nich, oficer polityczny, był Żydem. Czterej cywile komunistami Litwinami, a inni członkowie tej międzynarodowej grupy byli Rosjanami. Najstarszy stopniem NKWD-zista, lejtnant, wszedł do naszego domu i odczytał nam, czyli moim rodzicom mnie i siostrze, postanowienie sowieckiej Rady Ministrów. „Jako kułacy zostajecie wysiedleni z zajmowanego folwarku i odtransportowani w celu osiedlenia na oddalonych terenach Związku Radzieckiego. Wasze gospodarstwo zostaje skonfiskowane, a dobra materialne przekazane Skarbowi Państwa”. Zakończył czytać oficer i zaraz potem powiedział „Zbierajcie się”. Rodzice byli zdruzgotani, matka płakała, a ojciec stracił przytomność. Kiedy my się pakowaliśmy, NKWD-ziści kradli nasz majątek z dworu, a także żywy inwentarz, pakując świnie i kury na wozy. Kiedy odjeżdżaliśmy żegnali nas kochani sąsiedzi, którzy wcześniej przynieśli nam jedzenie i pomogli się pakować. Mężczyźni zdjęli czapki z głów a kobiety płakały – tak nas żegnano. Wszystko to widzę jakby było dziś”.
Transport
Genowefa Grochowska – „Zaczęli nas ładować do towarowych wagonów. Cisnęliśmy się jak śledzie w beczce. W naszym wagonie było upchanych 72 osoby, w różnym wieku, od dzieci do starców. Zanim pociąg ruszył, stał na peronie aż trzy doby. W tym czasie nie dawali nam wody. Bardzo męczyło wszystkich pragnienie. W końcu dostaliśmy jedno wiadro wody dziennie na cały wagon czyli 72 osoby. Nie wszyscy mogli wziąć z domów jedzenie, więc solidarnie jedni dzielili się z drugimi. Do końca życia nie zapomnę płaczu, zawodzenia, krzyku rozpaczy, które wydobywały się z bydlęcych wagonów. Ludzie śpiewali też maryjne pieśni. Po drodze w naszym wagonie zachorowało dwoje małych dzieci, a NKWD-ziści tylko – nic im nie będzie. Te dzieciaczki zmarły. Rodzice zakopali ich ciała przy torach. Okna w wagonach były zabite blachą. U nas w wagonie kobieta zaczęła rodzić. Na szczęście wśród nas była położna. Odebrała poród, urodziły się bliźnięta. Zawinięto je w gałganki. Bojcy zaraz je zabrali, matka rozpaczała, ale zamknęli drzwi i pociąg ruszył. Zawieźli nas aż za Ural”.
Piotr Pocałujko – „Nikt z nas nie wiedział gdzie jedzie. Nikt też nie potrafił powiedzieć jak długo trwała ta podróż. Czasem pociąg jechał dzień i noc bez przerwy – czasem się zatrzymywał i stał, czy to na stacji czy w szczerym polu, przez kilka dni. Sanitariat stanowiła dziura wycięta w podłodze wagonu, zasłonięta parawanem. Jedzenie, które podawano w wiadrze „mieszkańcom” wagonów stanowiły – makaron zalany oliwą, czasami śledzie. Ale to dla dorosłych mężczyzn było za mało, żeby nie cierpieć z głodu. Kilku moich kolegów z AK było chorych, kilku bardzo mocno pobitych podczas przesłuchań NKWD. Oni zmarli po drodze, bo nie było tam żadnego lekarza. Zakopaliśmy ich podczas postoju, niedaleko torów. Do dziś nie wiem, czy ich bliscy ekshumowali ciała tych żołnierzy i godnie je pochowali. W takich warunkach dowieziono nas na Sybir”.
Michał Siewruk – „Kiedy dowieźli nas do stacji kolejowej w Oranach, 50 towarowych wagonów już stało. Było w nich upakowane mnóstwo ludzi – przeważnie starcy, kobiety i dzieci. Ich ojcowie siedzieli w sowieckich więzieniach. My byliśmy rodziną kułacką. Tylko takich rodzin nie rozdzielano i wywożono je pełne. Gdy otwarto drzwi naszego wagonu, buchnął z niego na nas okropny fetor. Pochodził on z kubła, który służył jako sedes. Kiedy wsadzono nas do tego wagonu i pociąg ruszył, ludzi zaczęli się modlić. Pamiętam jedną modlitwę „Prosimy Cię Boże zjednocz twoje dzieci rozproszone po całym świecie”. Po drodze chorzy ludzie umierali. W naszym wagonie zmarł ziemianin z Nowej Wilejki. Z tej podróży pamiętam jak ojciec opowiadał mi, że mój pradziadek był polskim działaczem niepodległościowym, którego car skazał na Sybir i odbył on taką drogę jaka my odbywamy. W wagonie był piecyk na którym w wiadrze gotowano wodę. Często wspólnie się modliliśmy i dzieliliśmy jedzeniem, bo nie wszyscy je wzięli z domu i głodowali. Jeden z naszych strażników, podczas postoju dał choremu herbaty. Za to NKWD go aresztowało, bo oni tego nie mogli robić. Jechaliśmy bardzo długo, wielu ludzi pokonał smutek i dostali depresji. W końcu dotarliśmy do Nowosybirska. Później przewieziono nas w Ałtajski Kraj do Usolu”.
Katorga
Genowefa Grochowska – „Po tej morderczej podróży dali nam zaledwie 3 dni odpoczynku. Potem pognali do wyrębu Tajgi. Ludzie byli nie nawykli do pracy w takich warunkach. Bardzo wielu z nas raniło się siekierami. Rany były czasami ciężkie, ale NKWD- ziści mówili, „nic wam nie będzie”. Panował straszny głód. Dziennie dawno nam chochlę wodnistej zupy i kilka kromek surowego chleba. Ludzie padali jak muchy, od tych ran, od czerwonki i tyfusu. Przy pracy w lesie strasznie gryzły nas komary, meszka. Kiedy wracałam z lasu, byłam zawsze pogryziona i wykrwawiona przez te insekty. W chatynkach, w których nas zakwaterowano, roiło się od wesz i pluskiew. Chorowałam b na tyfus, cudem przeżyłam. Bardzo pomagała nam wspólna modlitwa”.
Piotr Pocałujko – „Początkowo zawieźli mnie do łagru z zaostrzonym rygorem w Irkucku. Wcześniej więziono tam Niemców. Kiedy byłem w tym łagrze, większość więźniów to byli członkowie AK. Byłem tam 2,5 roku. Praca makabrycznie ciężka. Kazali nam wycinać las, gdzie rosły drzewa bardzo stare i olbrzymie. Wielu ludzi tam zmarło z wycieczenia, a niektórych zastrzelono. Kolejne łagry, jakie „zwiedziłem” znajdowały się na Kołymie. Byłem tam w sumie 5 lat i 3 miesiące. Pierwszym obóz znajdował się przy kopalni ołowiu. Straszne warunki pracy. Ten obóz był posadowiony na wysokiej górze, więc ciągle tam przeraźliwie wiało. Budowle, w których kazano nam mieszkać, były zrobione z łupanych skał. W otworach okiennych nie było szyb, a jedynie wypełniały je szklane słoiki, ustawione jeden na drugim. Wodę pitną pozyskiwaliśmy ze śniegu. Ciężko zachorowałem tam na żółtaczkę, w kopalni doznałem poważnego złamania nogi. Po kuracji w szpitalu, przewieziono mnie do kopalni. Tam wszyscy pracowaliśmy w maskach, gdyż bez tego, zaraz byśmy poumierali, głównie od pylicy płuc. W tej kopalni wydobywano głównie wolfram, ale pozyskiwano też promieniotwórczy uran, a wiadomo czym grozi praca przy wydobyciu tego ciężkiego pierwiastka”.
Michał Siewruk – „Najgorsza była pierwsza zima. Okropny mróz. Mój ojciec pracując na dworze, odmroził nos. Tam na miejscu nie było żadnego lekarza, więc nie miał się, kto nim zająć. My nie wiedzieliśmy jak na to zaradzić, ale tubylcy poradzili nam, żeby zdobyć gęsi smalec, bo to pomaga. Ale skąd go wziąć, kiedy na miejscu nic nie było, ani kur, ani gęsi, głód i wszystko zjedzone. Ja jako 12 chłopak. Chcąc pomóc ojcu, zbiegłem z obozu i przywiozłem gęsi smalec aż z Irkucka. Ja nie pracowałem, chodziłem do sowieckiej szkoły. Do szkoły można było bezkarnie nie iść, tylko jeśli temperatura spadała poniżej – 30 stopni. Rodzice tyrali w kołchozie. To była katorżnicza praca. Mężczyzn było w tym kołchozie tylko kilku, m.in. mój ojciec Piotr, dlatego kobiety zmuszano do wykonywania ciężkich męskich prac”.
Powroty do Macierzy
Genowefa Grochowska – „My nawet w tym łagrze na Syberii nie wiedzieliśmy, że po śmierci Stalina nastąpiła w ZSSR pewna polityczna odwilż i że pozwolono wówczas Polakom wracać do kraju. Dowiedzieliśmy się o tym przypadkiem, kiedy przez nasze miejsce katorgi jechał z Irkucka pociąg z rodakami wracającymi do Polski. To oni, a nie władze obozu, nam powiedzieli. Napisaliśmy do urzędu w Krasnojarsku wniosek o pozwolenie wyjazdu do kraju. Dostaliśmy pozwolenie dopiero po roku. I tak po tej wieloletniej gehennie wróciliśmy do ojczyzny, ale prawie każdego dnia wracają do mnie te straszne obrazy z Syberii”.
Piotr Pocałujko – „W roku 1956 Sowieci, uznali że za swoje „odpokutowałem” i zwolniono mnie z łagru. Od razu chciałem wyjechać do Polski, ale robiono mi ogromne trudności, jako że moje rodzinne Zapurwie, znalazło się po wojnie na terytorium ZSRR i automatycznie władze sowieckie uznały mnie obywatelem swojego państwa. Ponad dwa lata starałem się o uzyskanie pozwolenia na wyjazd do Polski. Pozwolenie to otrzymałem dopiero w roku 1958 i od razu wyjechał do kraju. Po wielu staraniach do Polski udało się sprowadzić moich rodziców i młodszą siostrę, którzy również byli wiezieni w sowieckich łagrach”.
Michał Siewruk – „Na zesłaniu byliśmy osiem lat, do roku 1957. Kiedy przyjechaliśmy do naszego majątku, okazało się, że zamieniono go na kołchoz, a dwór zniszczono tak, że nie został po nim kamień na kamieniu. Dosłownie, ponieważ usunięto nawet fundamenty. Tak więc na rodzinnej ziemi, nie mieliśmy gdzie mieszkać, nie mieliśmy do czego wracać, a do tego Polaków, po prostu wypędzano po wojnie z Wileńszczyzny. Robili to litewscy komuniści, którzy przenosili się do Wilna z głuchej prowincji. Organizowali oni specjalne składy pociągów i kazali Polakom wsiadać do nich i „jechać do Polski”. Tak właśnie trafiliśmy do Białegostoku, gdzie mieszkał brat mojej mamy, który nas przygarnął. Ja po krótkim pobycie w Polsce wróciłem do Wilna, gdzie mieszkałem aż do lat 80’. Do Polski przyjechałem na wezwanie umierającego ojca i tak tu zostałem, ale na Wileńszczyznę jeżdżę gdy tylko mogę”.
notował Adam Białous/PCh24.pl
***
Myśleliśmy, że władza bolszewików upadnie. Niezwykła relacja zesłanej na katorgę Sybiru

(zdjęcie ilustracyjne. fot. AB/PCh24/pl)
***
Kilka lat temu, goszcząc w białostockiej redakcji periodyku „Sybirak”, otrzymałem od prowadzących je osób – Bożeny Armatowicz i Roberta Tomczaka, dziś już świętej pamięci, listy które słała im pani Franciszka Michalska (ur. 1923 zm. 2016) z domu Waśkowska. Tak się złożyło, że dopiero teraz, robiąc porządki w swoich papierach, znalazłem te dokumenty i żywo zainteresowałem się nimi. W miarę jak zagłębiałem się w treść listów pani Franciszki, w których opisała ona swoje losy, ogarniał mnie coraz większy podziw dla dobra, wiary i męstwa tej naszej rodaczki i innych kresowych Polaków. Żyjąc na Kresach dawnej Rzeczypospolitej przed wojną i po niej, doznali oni wszystkich katuszy, jakie zrodziły się w demonicznych, sowieckich umysłach.
Pani Franciszka w liście do redakcji „Sybiraka”, tłumacząc dlaczego tak duża liczba naszych rodaków nie wyjechała z Rosji po roku 1917 pisze: „Po rewolucji, wielu Polaków pozostała na swoim dobytku w Rosji, ponieważ uważali, że władza bolszewików wkrótce upadnie. Myśleli, iż to żadne wyszkolone wojsko, ale jakieś chłopskie bandy, z którymi carska armia szybko się rozprawi. Stało się jednak zupełnie inaczej”.
W piśmie skierowanym do Zarządu Wojewódzkiego Związku Sybiraków, jako świadek martyrologii kresowych Polaków i swojej własnej, pani Franciszka tak oto opisuje skutki fatalnych rozwiązań przyjętych podczas pokoju ryskiego w roku 1921: „Na mocy traktatu ryskiego wiele ziem kresowych pozostawiono po stronie sowieckiej wraz z mieszkającymi tam od wieków Polakami – w liczbie około miliona! Ich właśnie dotknęły najdotkliwsze i najdłuższe prześladowania ze strony władz sowieckich”. Najtragiczniejszymi skutkami traktatu ryskiego dla kresowych Polaków były – śmierć głodowa tysięcy naszych rodaków podczas wielkiego głodu na Ukrainie (1932-33), masowe wywózki polskich rodzin na Sybir (1936-38) oraz wymordowanie na rozkaz Stalina ponad stu tysięcy naszych rodaków podczas tzw. „operacji polskiej NKWD” (1937-38).
Franciszka Michalska w listach podaje: „Losy Polaków na Kresach, którzy po pokoju ryskim zostali po sowieckiej stronie granicy były straszne. Również los mojej rodziny. Pamiętam rok 1930, miałam wtedy 7 lat, jak bardzo rozpaczała moja mama, kiedy przyszło do niej powiadomienie z więzienia NKWD w Zasławiu, że jej rodzony brat Piotr Kamiński został rozstrzelany za próbę przedostania się do Polski. Od naszej miejscowości do granicy było tylko 25 kilometrów”.
Franciszka Michalska była również świadkiem wielkiego głodu na Ukrainie. Jak mówi, jej rodzinie jedynie cudem udało się wówczas uniknąć śmierci. Często Waśkowscy byli tak głodni, że jedli brzozowe liście i suszyli je na zimę.
„Rozpętywanie piekła głodu na Ukrainie Stalin rozpoczął już w roku 1930. Na przednówku tego roku i dwóch kolejnych lat był dotkliwy głód. Władze stalinowskie chciały w ten sposób przymusić chłopów, aby oddali ziemie państwu, a sami zatrudnili się w kołchozach. Były sowieckie brygady, zwane gołymi brygadami, które jeździły po gospodarstwach i zabierały rodzinom wszystką żywność, także nie mieliśmy co jeść. Zakopywano żywność w dołach, ale ci z gołych brygad mieli długie szpikulce i wbijając je w ziemię znajdowali te kryjówki. Najgorszy głód był w roku 1933. Ludzie masowo umierali. Kiedy szłam do szkoły i z niej wracałam widziałam na ulicach wiele wychudzonych, martwych ciał. W miejscowości niedaleko nas przed głodem było 500 rodzin, a po głodzie przeżyło jedynie około 20 rodzin”. – pani Franciszka wspomina, że te straszne widoki śniły się jej po nocach.
Jej rodzice – Waśkowscy mieszkali w miejscowości Maraczówka koło Sławity na Ukrainie (ziemie wołyńskie), gdzie prowadzili gospodarstwo rolne. W roku 1936 wieś była zamieszkana przez kilkaset polskich rodzin.
„Był koniec czerwca 1936 roku, miałam wtedy 13 lat. Kilka dni przed wywózką wezwali mojego tatę do kołchozu, aby odebrał trzy pudy mąki. Tato nie wiedział jeszcze wtedy skąd taka hojność komunistów. Powiedziano mu Niech twoja żona piecze chleb i suszy z nich suchary. Przydadzą się wam. Po tych kilku dniach przyszli do nas o świcie, kazali się zbierać, pakować na podstawiony przed dom wóz. Potem razem z innymi sześciuset rodzinami wsadzili nas do bydlęcych wagonów i przez miesiąc wieźli na kazachskie stepy” – tak w swoich listach pani Franciszka wspomina wywózkę.
Pociąg zatrzymał się kiedy skończyły się tory. Kilkaset polskich rodzin NKWD wysadziło z wagonów w szczerym stepie. „Przez kilka dni mieszkaliśmy na pustym polu. W dzień było bardzo gorąco, a w nocy znowuż zimno. Po kilku dniach odkryliśmy studnię, ale była ona zasypana masą śmieci i padliną. Długo wyciągaliśmy z niej suche szczątki zwierząt. W końcu dokopaliśmy się do dna, pojawiła się woda. Była ona brązowa i cuchnącą, jednak pragnienie nas tak mordowało, że bez zastanowienia zaczęliśmy ją pić. Po tygodniu przyjechali przedstawiciele miejscowych komunistycznych władz – dwie Kirgizki i kilku Kirgizów. Przywieźli ze sobą namioty, które szybko rozstawiliśmy, żeby schronić się przed palącym słońcem. Wtedy też dowiedzieliśmy się od nich, że wodę z tej studni, którą żeśmy oczyścili, przed spożyciem trzeba przegotować, bo jest trująca, ale dzięki Bogu nikt nie zachorował” – wspomina represjonowana Polka.
Polacy wywiezieni w step, w nocy palili ogniska, żeby się ogrzać i odstraszyć wilki. „Siedząc przy ogniskach śpiewaliśmy religijne pieśni, to nas podnosiło na duchu. W pamięci utkwiła mi szczególnie pieśń Maryjna „Serdeczna Matko”. Modliliśmy się też na Różańcu. Z wielu opresji wyszłam cało jedynie dzięki Bożej Opatrzności” – wyznaje z wiarą pani Franciszka.
Dalej podaje w liście do redakcji „Sybiraka”, że mężczyźni tworzyli złudną nadzieję, że zapewne polski rząd dowie się, iż ich wywieziono i będzie interweniował, żeby sprowadzić rodziny z kazachskiego stepu do Polski…
Opatrzność Boża nie pozostawiła naszych rodaków w biedzie samych. Pomoc przyszła z niespodziewanej strony. Polaków uratował szef zespołu Kirgizów komunistów, który przywiózł zesłańcom namioty. „Widząc naszą bezradność i brak wiedzy o tutejszych warunkach klimatycznych powiedział: W październiku przyjdą mrozy. Jak chcecie przeżyć to nauczę was robić lepianki i kopać studnie. A jak nie chcecie mnie słuchać to zamarzniecie i nikt z Rosjan nie będzie przejmował się waszym losem. Poszliśmy po rozum do głowy, posłuchaliśmy tego przyjaznego nam Kirgiza i dzięki temu przeżyliśmy, bo on miał całkowitą rację” – relacjonuje nasza rodaczka.
Do końca roku 1936, z gliny zmieszanej z trawą, Polacy wybudowali na stepie około 200 lepianek. To ich ocaliło. Najpierw przymierano głodem, jednak jeszcze przed końcem wojny wzniesiono budynki kołchozu, w którym wszyscy ciężko pracowali. Wówczas dało się już jakoś żyć. Tak nasi rodacy założyli w Kazachstanie miejscowość Czernigowka, która istnieje do dziś – leży w rejonie Baszkiria.
Pani Franciszka Waśkowska przyjechała do Polski na sfałszowanych dokumentach, w roku 1946. Najpierw osiadła we Wrocławiu, gdzie ukończyła Akademię Medyczną. Wyszła za mąż za lekarza Michalskiego, urodziła troje dzieci. Od roku 1956 rodzina Michalskich mieszkała w Siemiatyczach, gdzie pani Franciszka była cenionym lekarzem pediatrą.
„Jestem osobą spełnioną i szczęśliwą, moją wielką radością jest powrót do Polski i życie tu, wśród swoich. Czasem jednak, kiedy wspominam moją rodzinę i tych wszystkich, którzy zostali na wywózce na zawsze, czuję smutek” – napisała pani Franciszka Michalska kończąc swoje wspomnienia.
Adam Białous/PCh24.pl
***

kościół św. Szymona i tablica upamiętniająca to ważne miejsce

***
W tym roku kalendarz mojej kapłańskiej posługi w Szkocji odlicza już pięćdziesiąty pierwszy rok. Pamiętam jakby to było dziś – w piątkowy wieczór 14-tego lutego wysiadłem na glasgowskim dworcu Central Station, aby duszpasterzować tutaj naszym Rodakom, którzy przeszli przez “nieludzką ziemię”. Cudem ocaleni musieli jednak potem jeszcze długo tułać się przechodząc kolejne stacje swojej Drogi Krzyżowej: z Persji poprzez Bliski Wschód, Włochy i Francję, aby w końcu dotrzeć nie na swoją, ale obcą, choć przyjazną, szkocką ziemię. I tutaj już pozostali aż do swojej śmierci, bo nie było im dane powrócić na “Ojczyzny łono”.
Każdego dnia polecam Miłosiernemu Bogu tych naszych Rodaków, aby już w pełni mogli posiąść Ziemię pełną szczęśliwości, która jest tym prawdziwym Domem dla tych wszystkich, którzy na tym naszym ziemskim padole musieli przejść przez dolinę śmierci – jak modlimy się w 23 psalmie: …”Chociażbym chodził ciemną doliną, zła się nie ulęknę, bo Ty jesteś ze mną… Tak, dobroć i łaska pójdą w ślad za mną przez wszystkie dni mego życia i zamieszkam w domu Pańskim po najdłuższe czasy”…
Jak ważna i potrzebna jest modlitwa za naszych zmarłych wspomnę tutaj o błogosławionej Matce Speranzie, hiszpańskiej mistyczce, która przewidziała wybór Księdza Kardynała Karola Wojtyły na papieża. 13 maja 1981 r. była jedną z kilku osób, które brały udział w ocaleniu życia św. Jana Pawła II. W 1964 roku spotkała się z Karolem Wojtyłą, który zmagał się z odmową Świętego Oficjum co do uznania zgodności z nauką Kościoła Dzienniczka s. Faustyny i rozpoczęcia jej procesu beatyfikacyjnego. Wtedy Matka Speranza poradziła przyszłemu papieżowi, aby jeszcze raz przyjrzano się tłumaczeniu Dzienniczka, ponieważ wkradły się tam błędy. I rzeczywiście był to przełom w zatwierdzeniu Dzienniczka i tym samym rozpoczęcia procesu beatyfikacyjnego s. Faustyny.
Otóż dlatego przywołuję bł. Matkę Speranzę, bo to ona wyprosiła dla naszych poległych żołnierzy z pod Monte Cassino łaskę nieba. Ta niepozorna, skromna i zawsze uśmiechnięta zakonnica posiadała dar bilokacji, stygmatów, wglądu w ludzkie serca i kontaktu z duszami czyśćcowymi.
W 1951 roku odwiedziła cmentarz na Monte Cassino. Patrząc na groby naszych młodych polskich żołnierzy tak się wzruszyła, że prosiła Pana Boga, aby dusze tych przebywających jeszcze w czyśćcu Pan zabrał do nieba. Świadkiem tego wydarzenia był o. Alfredo, który tak opisał to wydarzenie:„Byłem z Matką, gdy weszła w ekstazę i zaczęła rozmawiać z Panem Jezusem, prosząc, aby zabrał do siebie dusze, za które tak wiele modliła się poprzedniego dnia. Słyszałem, jak mówiła do Niego:«Panie, czekam na Ciebie w czasie przeistoczenia». I rzeczywiście, w momencie podniesienia Świętej Hostii zauważyłem, że uważnie wpatrywała się w jakiś odległy punkt. Pozwoliła mi dotknąć swojej twarzy; stwierdziłem, że była lodowata. Po chwili dał się słyszeć jej urywany oddech i odzyskała świadomość. Zaczęła dziękować Panu Bogu za Jego nieskończoną dobroć. Po Mszy świętej spytałem, dlaczego była tak zmarznięta. Wtedy powiedziała mi, że chwilę wcześniej była w czyśćcu i widziała, jak wszystkie te dusze szły do raju”.
(zainteresowanym polecam książkę:“Bł. Speranza – Nieznane cuda bliźniaczej duszy ojca Pio“ – José María Zavala)
***
7 luty
Pierwsza sobota miesiąca
10 grudnia 1925 roku siostrze Łucji objawiła się Matka Boża. Chodzi o “niespełnioną część” orędzia fatimskiego

fot. Domena publiczna / commons.wikimedia.org
***
10 grudnia 1925 roku w Pontevedra doszło do stosunkowo mało znanego objawienia. Wizjonerce z Fatimy, s. Łucji dos Santos objawiła się Matka Boża z Dzieciątkiem Jezus. Maryja wezwała do szczególnego nabożeństwa, jakim są pierwsze soboty miesiąca.
Objawienie Maryi siostrze Łucji dos Santos
Matka Boża ukazała się Łucji w jej celi zakonnej, trzymając w ręku Serce otoczone cierniową koroną, podczas gdy drugą ręką dotykała ramienia wizjonerki. Wtedy mały Jezus przemówił: „Miej współczucie dla Serca twojej Najświętszej Matki, pokrytego cierniami, którymi niewdzięczni ludzie ranią Je w każdej chwili i nie ma nikogo, kto by te ciernie powyciągał przez akty wynagrodzenia.
***
Co Jezus i Maryja przekazali siostrze Łucji w Pontevedra? Mało znane objawienie
Choć w minionym grudniu minęło dokładnie 100 lat od objawienia Dzieciątka Jezus i Matki Bożej s. Łucji dos Santos, to jednak nie jest ono powszechnie znane. A była tam mowa o nabożeństwie, które jest szczególnym narzędziem do wyproszenia pokoju na świecie, tak bardzo potrzebnego zwłaszcza współcześnie. Przypominamy najważniejsze fakty z okazji 108. rocznicy piątego objawienia Maryi dzieciom fatimskim 13 września 1917 r.
Do objawienia w Pontevedra doszło 10 grudnia 1925 r. Wizjonerka fatimska Łucja dos Santos, wtedy już jedyna żyjąca z trojga dzieci, które widziały Maryję w 1917 r., była postulantką w Zgromadzeniu Sióstr Świętej Doroty (tzw. Doroteuszki). Klasztor znajdował się w hiszpańskiej miejscowości Pontevedra.
Pierwsze soboty miesiąca
Właśnie 10 grudnia 1925 r. Matka Boża ukazała się Łucji z Dzieciątkiem Jezus w jej celi zakonnej. Maryja położyła dłoń na ramieniu wizjonerki, a w drugiej ręce trzymała Serce otoczone cierniową koroną. Wiemy, że mały Jezus powiedział wówczas: „Miej współczucie dla Serca twojej Najświętszej Matki, pokrytego cierniami, którymi niewdzięczni ludzie ranią Je w każdej chwili i nie ma nikogo, kto by te ciernie powyciągał przez akty wynagrodzenia”.
Objawienie w Pontevedra jest ważne również z pespektywy nabożeństwa wynagradzającego Niepokalanemu Sercu Matki Bożej – tzw. pięciu pierwszych sobót miesiąca, na wynagrodzenie pięciu zniewag jakie Maryja doznaje od ludzi. Najświętsza Panna przekazała Łucji warunki tego nabożeństwa: jedna część Różańca, 15-miuntowe rozmyślanie nad tajemnicami Różańca (jedną lub kilkoma), spowiedź i przyjęcie Komunii Świętej Wynagradzającej za grzechy przeciw Niepokalanemu Sercu Maryi.
To właśnie w Pontevedra s. Łucja usłyszała od Matki Bożej niezwykle ważne słowa i obietnicę: „Córko moja, spójrz, Serce moje otoczone cierniami, którymi niewdzięczni ludzie przez bluźnierstwa i niewdzięczność stale ranią. Przynajmniej ty staraj się mnie pocieszyć i przekaż wszystkim, że w godzinę śmierci obiecuję przyjść na pomoc z wszystkimi łaskami tym, którzy przez 5 miesięcy w pierwsze soboty odprawią spowiedź, przyjmą Komunię Św., odmówią jeden różaniec i przez 15 minut rozmyślania nad piętnastu tajemnicami różańcowymi towarzyszyć mi będą w intencji zadośćuczynienia”. To jeden z fundamentalnych tekstów dla znaczenia i rozwoju nabożeństwa pierwszych sobót.
Warto dodać, że już w 1917 r. Maryja zapowiadała, że Bóg pragnie ustanowić nabożeństwo do Jej Niepokalanego Serca. Praktykowanie pierwszych sobót miesiąca wiąże się z obietnicami: dojdzie do nawrócenia Rosji, nastanie pokój, wszelkie zło zostanie pokonane i nastąpi triumf Niepokalanego Serca Maryi.
Spotkanie z niezwykłym Chłopcem
Ciekawe, że 15 lutego 1926 r., Dzieciątko Jezus ponownie ukazało się Łucji, zachęcając do promowania nabożeństwa pierwszych pięciu sobót miesiąca. Doroteuszka podzieliła się trudnościami jakie napotyka w tej materii. Powiedziała m.in., że niektórzy mają problem, żeby przystąpić do spowiedzi w pierwszą sobotę. Zapytała Jezusa, czy może być ona ważna 8 dni. Dzieciątko Jezus uspokoiło Łucję, że spowiedź może być wiele dłużej ważna, jeśli tylko ludzie są w stanie łaski uświęcającej, gdy przyjmują Komunię w pierwszą sobotę miesiąca. Ważne też, żeby tej Komunii towarzyszyła intencja wynagradzająca Niepokalanemu Sercu Matki Bożej. Co więcej, jeśli ktoś przy spowiedzi zapomni o intencji wynagradzającej, może ją wzbudzić przy okazji najbliższej spowiedzi. Jezus dodał też, że milsi Mu są ci, którzy odprawią 5 pierwszych sobót z intencją wynagradzającą niż ci, którzy odprawią ich 15, ale bezdusznie i tylko z nadzieją otrzymania obietnic. Jezus zapewnił, że dzięki Jego łasce rozpowszechnianie się nabożeństwa po świecie jest możliwe, gdyby nawet po ludzku wydawało się to nierealne.
Jako ciekawostkę warto dodać, że do wspomnianego wyżej ponownego spotkania Jezusa z Łucją 15 lutego 1926 r. doszło na przyklasztornym dziedzińcu prowadzącym do ulicy. Zakonnica już kilka miesięcy wcześniej spotkała małego chłopca, którego uczyła się modlić. Jeszcze nie wiedziała, że to Jezus. Podczas ponownego spotkania zapytała chłopca czy w odpowiedzi na jej prośbę modlił się do Matki Bożej, aby dała mu jej Syna Jezusa. Wtedy z ust Jezusa padło pytanie, które pozwoliło Łucji zdać sobie sprawę z tego, że stoi przed nią Jezus. „Ty rozpowszechniasz po świecie to, o co Matka Boża cię prosiła?” – zapytał chłopiec, który odtąd przemienił się i zaczął jaśnieć.
Polecenie Jezusa
Z kolei 17 grudnia 1927 r. Łucja poszła do tabernakulum, aby zapytać Pana Jezusa o sposób spełnienia Jego prośby i Matki Bożej o szerzeniu nabożeństwa pierwszych sobót. „Córko moja, napisz, o co cię proszą. Napisz też wszystko, co ci Matka Boska powiedziała o tym nabożeństwie. Gdy chodzi o resztę tajemnicy, zachowaj nadal milczenie” – usłyszała od Pana. Wiedziała zatem, że o pierwszych sobotach jak najbardziej powinna opowiadać.
Artur Hanula/Polska Misja Katolicka we Francji/Portal FR

Kaplica w Pontevedra, fot. Polskifr.fr / Artur Hanula
***
Podstawowe źródła informacji: sekretariatfatimski.pl, pierwszesoboty.pl, fiatmariae.pl, przymierzezmaryja.pl
***
Nabożeństwa pięciu pierwszych sobót miesiąca
Wynagrodzenie składane Niepokalanemu Sercu Maryi

***
Wielka obietnica
Siedem lat po zakończeniu fatimskich objawień Matka Boża zezwoliła siostrze Łucji na ujawnienie treści drugiej tajemnicy fatimskiej. Jej przedmiotem było nabożeństwo do Niepokalanego Serca Maryi.
10 grudnia 1925r. objawiła się siostrze Łucji Maryja z Dzieciątkiem i pokazała jej cierniami otoczone serce.
Dzieciątko powiedziało:
Miej współczucie z Sercem Twej Najświętszej Matki, otoczonym cierniami, którymi niewdzięczni ludzie je wciąż na nowo ranią, a nie ma nikogo, kto by przez akt wynagrodzenia te ciernie powyciągał.
Maryja powiedziała:
Córko moja, spójrz, Serce moje otoczone cierniami, którymi niewdzięczni ludzie przez bluźnierstwa i niewierności stale ranią. Przynajmniej ty staraj się nieść mi radość i oznajmij w moim imieniu, że przybędę w godzinie śmierci z łaskami potrzebnymi do zbawienia do tych wszystkich, którzy przez pięć miesięcy w pierwsze soboty odprawią spowiedź, przyjmą Komunię świętą, odmówią jeden Różaniec i przez piętnaście minut rozmyślania nad piętnastu tajemnicami różańcowymi towarzyszyć mi będą w intencji zadośćuczynienia.
Dlaczego pięć sobót wynagradzających?
Córko moja – powiedział Jezus – chodzi o pięć rodzajów zniewag, którymi obraża się Niepokalane Serce Maryi:
- Obelgi przeciw Niepokalanemu Poczęciu,
- Przeciw Jej Dziewictwu,
- Przeciw Jej Bożemu Macierzyństwu,
- Obelgi, przez które usiłuje się wpoić w serca dzieci obojętność, wzgardę, a nawet nienawiść wobec nieskalanej Matki,
- Bluźnierstwa, które znieważają Maryję w Jej świętych wizerunkach.
WARUNKI ODPRAWIENIA NABOŻEŃSTWA PIĘCIU PIERWSZYCH SOBÓT MIESIĄCA
Warunek 1
Spowiedź w pierwszą sobotę miesiąca
Łucja przedstawiła Jezusowi trudności, jakie niektóre dusze miały co do spowiedzi w sobotę i prosiła, aby spowiedź święta mogła być osiem dni ważna. Jezus odpowiedział: Może nawet wiele dłużej być ważna pod warunkiem, ze ludzie są w stanie łaski, gdy Mnie przyjmują i ze mają zamiar zadośćuczynienia Niepokalanemu Sercu Maryi.
Do spowiedzi należy przystąpić z intencją zadośćuczynienia za zniewagi wobec Niepokalanego Serca Maryi. W kolejne pierwsze soboty można przystąpić do spowiedzi w intencji wynagrodzenia za jedną z pięciu zniewag, o których mówił Jezus. Można wzbudzić intencję podczas przygotowania się do spowiedzi lub w trakcie otrzymywania rozgrzeszenia.
Przed spowiedzią można odmówić taką lub podobną modlitwę:
Boże, pragnę teraz przystąpić do świętego sakramentu pojednania, aby otrzymać przebaczenie za popełnione grzechy, szczególnie za te, którymi świadomie lub nieświadomie zadałem ból Niepokalanemu Sercu Maryi. Niech ta spowiedź wyjedna Twoje miłosierdzie dla mnie oraz dla biednych grzeszników, by Niepokalane Serce Maryi zatriumfowało wśród nas.
Można także podczas otrzymywania rozgrzeszenia odmówić akt żalu:
Boże, bądź miłościw mnie grzesznemu, szczególnie za moje grzechy przeciwko Niepokalanemu Sercu Maryi.
Warunek 2
Komunia św. w pierwszą sobotę miesiąca
Po przyjęciu Komunii św. należy wzbudzić intencję wynagradzającą. Można odmówić taką lub inna modlitwę:
Najchwalebniejsza Dziewico, Matko Boga i Matko moja! Jednocząc się z Twoim Synem pragnę wynagradzać Ci za grzechy tak wielu ludzi przeciw Twojemu Niepokalanemu Sercu. Mimo własnej nędzy i nieudolności chcę uczynić wszystko, by zadośćuczynić za te obelgi i bluźnierstwa. Pragnę Najświętsza Matko, Ciebie czcić i całym sercem kochać. Tego bowiem ode mnie Bóg oczekuje. I właśnie dlatego, że Cię kocham, uczynię wszystko, co tylko w mojej mocy, abyś przez wszystkich była czczona i kochana. Ty zaś, najmilsza Matko, Ucieczko grzesznych, racz przyjąć ten akt wynagrodzenia, który Ci składam. Przyjmij Go również jako akt zadośćuczynienia za tych, którzy nie wiedzą, co mówią, w bezbożny sposób złorzeczą Tobie. Wyproś im u Boga nawrócenie, aby przez udzieloną im łaskę jeszcze bardziej uwydatniła się Twoja macierzyńska dobroć, potęga i miłosierdzie. Niech i oni przyłączą się do tego hołdu i rozsławiają Twoją świętość i dobroć, głosząc, że jesteś błogosławioną miedzy niewiastami, Matką Boga, której Niepokalane Serce nie ustaje w czułej miłości do każdego człowieka. Amen.
Warunek 3
Różaniec wynagradzający w pierwszą sobotę miesiąca
Po każdym dziesiątku należy odmówić Modlitwę Anioła z Fatimy. Akt wynagrodzenia:
O mój Jezu, przebacz nam nasze grzechy, zachowaj nas od ognia piekielnego, zaprowadź wszystkie dusze do nieba i pomóż szczególnie tym, którzy najbardziej potrzebują Twojego miłosierdzia.
Zaleca się odmówienie Różańca wynagradzającego za zniewagi wyrządzone Niepokalanemu Sercu Maryi. Odmawia się go tak jak zwykle Różaniec, z tym, że w „Zdrowaś Maryjo…” po słowach „…i błogosławiony owoc żywota Twojego, Jezus” włącza się poniższe wezwanie, w każdej tajemnicy inne:
Zachowaj i pomnażaj w nas wiarę w Twoje Niepokalane Poczęcie!
Zachowaj i pomnażaj w nas wiarę w Twoje nieprzerwane Dziewictwo!
Zachowaj i pomnażaj w nas wiarę w Twoją rzeczywistą godność Matki Bożej!
Zachowaj i pomnażaj w nas cześć i miłość do Twoich wizerunków!
Rozpłomień we wszystkich sercach żar miłości i doskonałego nabożeństwa do Ciebie!
Warunek 4
Piętnastominutowe rozmyślanie nad piętnastoma tajemnicami różańcowymi w pierwszą sobotę miesiąca
(Podajemy przykładowe tematy rozmyślania nad pierwszą tajemnicą radosną)
1. Najpierw odmawia się modlitwę wstępną:
Zjednoczony ze wszystkimi aniołami i świętymi w niebie, zapraszam Ciebie, Maryjo, do rozważania ze mną tajemnic świętego różańca, co czynić chcę na cześć i chwałę Boga oraz dla zbawienia dusz.
2. Należy przypomnieć sobie relację ewangeliczną (Łk 1,26 – 38). Odczytaj tekst powoli, w duchu głębokiej modlitwy.
3. Z pokora pochyl się nad misterium swojego zbawienia objawionym w tej tajemnicy różańcowej. Rozmyślanie można poprowadzić według następujących punktów:
a. rozważ anielskie przesłanie skierowane do Maryi,
b. rozważ odpowiedź Najświętszej Maryi Panny,
c. rozważ wcielenie Syna Bożego.
4. Z kolei zjednocz się z Maryją w ufnej modlitwie. Odmów w skupieniu Litanię Loretańską. Na zakończenie dodaj:
Niebieski Ojcze, zgodnie z Twoją wolą wyrażoną w przesłaniu anioła, Twój Syn Jednorodzony stał się człowiekiem w łonie Najświętszej Dziewicy Maryi. Wysłuchaj moich próśb i dozwól mi znaleźć u Ciebie wsparcie za Jej orędownictwem, ponieważ z wiarą uznaję Ją za prawdziwą Matkę Boga. Amen.
5. Na zakończenie wzbudź w sobie postanowienia duchowe.
Będę gorącym sercem miłował Matkę Najświętszą i każdego dnia oddawał Jej cześć.
Będę uczył się od Maryi posłusznego wypełniania woli Bożej, jaką Pan mi ukazuje co dnia.
Obudzę w sobie nabożeństwo do mojego Anioła Stróża.
WIęcej informacji na temat Nabożeństw pięciu pierwszych sobót miesiąca można znaleźć na stronie www.pierwszesoboty.pl lub na stronie www.sekretariatfatimski.pl
***
6 luty
PIERWSZY PIĄTEK MIESIĄCA
W kościele św. Piotra od godz. 18.00 godzinna
Adoracja Najświętszego Sakramentu i możliwość spowiedzi św.
godz. 19.00
Msza św. wynagradzająca za grzechy nasze i całego świata
***
9 pierwszych piątków miesiąca.
Na czym polega to nabożeństwo?
W pierwszy piątek miesiąca wielu wiernych przystępuje do spowiedzi i Komunii świętej. Na czym polega praktyka 9 pierwszych piątków miesiąca i co się z nią wiąże?
Pierwsze piątki miesiąca nie są obce wielu wiernym. Większość dzieci słyszy o nich na katechezie, zachęca się je też do tej praktyki tuż po Pierwszej Komunii. Dla dużej części osób pierwsze piątki miesiąca pozostają już na stałe dniem spowiedzi i Komunii świętej. Skąd wzięła się ta praktyka?

***
Wielkie objawienia Serca Jezusowego
Wyjątkową rolę w życiu św. Małgorzaty Marii odegrały cztery objawienia zwane wielkimi. Jezus ukazywał się jej już wcześniej, lecz w latach 1673-1675 w zakonie Sióstr Nawiedzenia w Paray-le-Monial czterokrotnie objawił się z zamiarem przybliżenia istoty kultu swego Serca. Zbawiciel życzył sobie, by czczono Je jako symbol Jego nieskończonej miłości do ludzi. Apostołce powierzył specjalną misję. Miała mówić ludziom o wielkim skarbcu miłości, jakim jest Serce Jezusa. Jej zadanie polegało na uświadomieniu ludziom konieczności zadośćuczynienia i wynagradzania Jezusowi za nasze grzechy.
12 obietnic Pana Jezusa
W trakcie objawień Pan Jezus przekazał siostrze Małgorzacie Marii przyrzeczenia skierowane do czcicieli Jego Serca. Zakonnica opisała je w listach. Już po jej śmierci rozproszone informacje zebrano w słynne 12 obietnic.
- Dam im wszystkie łaski potrzebne w ich stanie.
- Zgoda i pokój będą panowały w ich rodzinach.
- Będę ich pocieszał we wszystkich ich strapieniach.
- Będę ich bezpieczną ucieczką za życia, a szczególnie przy śmierci.
- Wyleję obfite błogosławieństwa na wszystkie ich przedsięwzięcia.
- Grzesznicy znajdą w mym Sercu źródło nieskończonego miłosierdzia.
- Dusze oziębłe staną się gorliwymi.
- Dusze gorliwe dojdą szybko do wysokiej doskonałości.
- Błogosławić będę domy, w których obraz mego Serca będzie umieszczony i czczony.
- Kapłanom dam moc kruszenia serc najzatwardzialszych.
- Imiona tych, co rozszerzać będą to nabożeństwo, będą zapisane w mym Sercu i na zawsze w Nim pozostaną.
- Przyrzekam w nadmiarze miłosierdzia Serca mojego, że wszechmocna miłość moja udzieli tym wszystkim, którzy komunikować będą w pierwsze piątki przez dziewięć miesięcy z rzędu, łaskę pokuty ostatecznej, że nie umrą w stanie niełaski mojej ani bez sakramentów i że Serce moje stanie się dla nich bezpieczną ucieczką w godzinę śmierci.
***
Małgorzata Maria Alacoque
Powiedział o niej sam Jezus francuskiej siostrze zakonnej, św. Małgorzacie Marii Alacoque w czasie objawień. Przez ponad półtora roku ukazywał jej On swoje Serce płonące miłością do ludzi i zranione ich grzechami. Św. Małgorzata usłyszała od Jezusa o obietnicach, jakie daje On czcicielom jego Serca.
Wśród nich pojawia się i ta: „Przyrzekam w nadmiarze miłosierdzia Serca mojego, że wszechmocna miłość moja udzieli tym wszystkim, którzy komunikować będą w pierwsze piątki przez dziewięć miesięcy z rzędu, łaskę pokuty ostatecznej, że nie umrą w stanie niełaski mojej ani bez sakramentów i że Serce moje stanie się dla nich bezpieczną ucieczką w godzinę śmierci”.
Wielka obietnica
Mówiąc to Jezus ukazał się św. Małgorzacie jako ubiczowany. Z czasem obietnicę tę nazwano „Wielką”, jako największą, jakiej człowiek może dostąpić w czasie ziemskiego życia. Jezus obiecuje praktykującym 9 pierwszych piątków miesiąca, że nie umrą nie będąc w stanie łaskie uświęcającej. W najstarszym polskim miesięczniku katolickim, „Posłańcu Serca Jezusowego”, można przeczytać niezwykłą historię związaną z tą obietnicą.
Jedna z więźniarek obozu Ravensbrück została wyznaczona do egzekucji. Nie mogła uwierzyć, że po wielokrotnym odprawieniu dziewięciu piątków umrze bez sakramentów świętych. Tak się jednak złożyło, że choć dwukrotnie wzywano ją do tzw. transportu, z którego nie było już powrotu, w obu wypadkach niespodziewanie polecono jej wrócić do obozu. Dotrwała do czasu, gdy do obozu przemycono puszkę z komunikantami. Została stracona w dniu, w którym przyjęła Komunię św.
Przede wszystkim Komunia
Warto zwrócić uwagę, że Jezus w swojej obietnicy mówi o przyjęciu Komunii świętej w kolejne 9 pierwszych piątków, nie o samej spowiedzi. Aby jednak przystąpić do Komunii, trzeba być w stanie łaski uświęcającej, więc dobrze poprzedzić ją sakramentem pokuty. Stąd w wielu parafiach z racji pierwszego piątku organizuje się dodatkowe dyżury kapłanów w konfesjonałach.
9 pierwszych piątków miesiąca nie jest bynajmniej praktyką magiczną, nie ma nic wspólnego z zabobonem. Pomaga ona jednak wypracować nawyk regularnej spowiedzi i częstszego, niż tylko w niedzielę, przyjmowania Komunii Świętej.
W czerwcu szczególną uwagę poświęca się Sercu Jezusa. Codziennie odmawiana jest Litania do Serca Pana Jezusa, a w pierwszy piątek po oktawie Bożego Ciała obchodzimy Uroczystość Najświętszego Serca Pana Jezusa. Tym bardziej warto właśnie w tym miesiącu rozpocząć praktykę 9 pierwszych piątków.
artykuł pochodzi z portalu STACJA7 https://stacja7.pl/wiara/9-pierwszych-piatkow-miesiaca-zacznij-teraz/
***
PIERWSZY CZWARTEK MIESIĄCA

4 Park Grove Terrace, Glasgow G3 7SD
W kapicy-izbie Jezusa Miłosiernego
o godz. 19.00 Msza święta
po Mszy św. – godzinna Adoracja przed Najświętszym Sakramentem
***
Adoracja i światło Chrystusa:
10 małych kroków ku głębokiemu zjednoczeniu z Jezusem eucharystycznym

Pascal Deloche I Godong
***
Jest to czas, gdy ty spoglądasz na Boga i pozwalasz, by On spoglądał na ciebie. Te 10 kroków pomoże ci skorzystać z duchowego pokarmu, przygotowując do tego, by „wystawić się” na światło hostii Jezusowej.
Adoracja i zjednoczenie z Jezusem
Eucharystia to spotkanie z Bożym Słowem i karmienie się Jego Ciałem. Możemy przedłużyć to spotkanie na adoracji. Jeśli ktoś nie może przyjmować komunii św. może to być dla niego możliwość na jednoczenie się z Chrystusem.
Ponadto, jak zauważa ks. Philippe Blanc, „modlitwa adoracji zdaje się odpowiadać na szczególne pragnienie. Jakby nasz rozgorączkowany i pełen rozproszeń czas potrzebował niezbędnych do życia chwil odpoczynku, ciszy, bezinteresowności. Poświęcenia czasu, by spoglądać na Boga i pozwolenia, by On spoglądał na nas”.
A jednak nie zawsze jest nam łatwo przeżywać czas adoracji tak, jak byśmy tego chcieli. Te 10 kroków – opracowanych przez ks. Philippe’a Blanc z diecezji Monaco – pomoże wam skorzystać z duchowego pokarmu, przygotowując was do tego, by „wystawić się” na światło hostii Jezusowej:
1 Wejdź w swoje serce
Wszedłeś już do kościoła czy kaplicy. Tu spotykasz się z Jezusem eucharystycznym. Teraz wejdź do swego serca – najbardziej intymnej części twojego istnienia.
2 Proś o łaskę zanurzenia się w Bogu
Wokół ciebie panuje cisza. Postaraj się, by cisza zapanowała w tobie. Ucisz wszystkie głosy, które są w tobie, nie biegnij za niepotrzebnymi myślami. Nie zachowuj dla siebie swoich problemów, zmartwień i udręk, ale ofiaruj je Jezusowi.
Podczas adoracji zajmuj się Nim, a On zatroszczy się o ciebie, lepiej, niż ty sam mógłbyś to uczynić. Proś o łaskę zanurzenia się w Nim i zaufania.
3 Wpatruj się w Jezusa
Wpatruj się w Jezusa eucharystycznego. Spraw, by twoje serce zaczęło mówić. To znaczy: zacznij kochać Tego, który pierwszy nas umiłował.
4 Zacznij modlić się sercem
Unikaj wypowiadania modlitw jedynie wargami, bez zatrzymywania się nad słowami, które mówisz. Unikaj czytania jednej strony Pisma Świętego za drugą, przez cały czas twojej modlitwy.
Wejdź w modlitwę serca. Wybierz werset psalmu, zdanie z Ewangelii, prostą modlitwę i powtarzaj ją sercem, powoli, raz za razem, aż stanie się twoją modlitwą, twoim krzykiem, twoim błaganiem.
5 Dziękuj
Nie spędzaj całego czasu jedynie na narzekaniu i proszeniu. Zacznij dziękować, być wdzięcznym. Zamiast zastanawiać się nad tym, czego ci brakuje, wychwalaj Boga za to, kim jesteś, co posiadasz. Dziękuj za to, co otrzymasz nazajutrz.
6 W razie zmęczenia wołaj Ducha Świętego
Możesz ulegać zmęczeniu albo rozproszeniom. Nie poddawaj się! Kiedy tylko zdasz sobie z tego sprawę, zacznij znów modlić się sercem, powoli. Poproś Ducha Świętego o pomoc, aby wspierał cię w twojej słabości i aby coraz bardziej stawał się twoim wewnętrznym nauczycielem.
7 Przyjmuj wolę Bożą
Jezus jest w centrum Kościoła. I On chce znaleźć się w centrum twego życia. Przyglądając się Mu, ucz się przechodzenia od „ja” do „Ty”. Od chęci realizacji własnych planów do pragnienia i przyjmowania Jego woli względem ciebie.
8 „Wystawiaj się” na światło Chrystusa
On jest uroczyście wystawiony. Przyjmuj światło, które bije z Jego obecności. Tak jak Słońce rozgrzewa i roztapia śnieg, tak samo jeśli ty wystawisz się na Jego światło, pozwolisz Mu coraz bardziej rozświetlać ciemności, które otaczają twoje serce. Aż całkiem je rozproszy.
9 Zaakceptuj słabości – własne i innych
On ukrywa się pod prostą i ubogą postacią chleba. Przychodzi do ciebie ubogi, abyś mógł nauczyć się przyjmować w prawdzie słabości – twoje i twoich braci.
10 Przyzywaj Maryję
Trwasz w ciszy. Pozostawaj w niej. Maryja, Gwiazda Poranka i Brama Niebios, podąża przed tobą, wskazuje ci drogę i wprowadza cię do królewskiej komnaty. To dzięki niej zrozumiesz, w ciszy, że wpatrując się w Jezusa, będziesz mógł odkryć w sobie obecność Trójcy Świętej. I doświadczyć w twoim życiu słów z Psalmu 34: „Spójrzcie na Niego, promieniejcie radością, a oblicza wasze nie zaznają wstydu”.

Mathilde de Robien/Aleteia.pl
***
poniedziałek – 2 luty
Uroczystość Ofiarowania Pańskiego – Matki Bożej Gromnicznej
Dzień modlitw za osoby życia konsekrowanego
Msza święta w sali parafialnej przy kościele św. Piotra o godz. 19.00 z obrzędem poświęcenia świec

(Francis Helminski, Public domain, via Wikimedia Commons)
***
2 lutego, Kościół katolicki obchodzi święto Ofiarowania Pańskiego. Czyni to na pamiątkę ofiarowania przez Maryję i Józefa ich pierworodnego syna, Jezusa, w świątyni jerozolimskiej. W polskiej tradycji jest to też święto Matki Bożej Gromnicznej. 2 lutego przypada także Dzień Życia Konsekrowanego. Siostry i bracia zakonni, podobnie jak Jezus w świątyni Jerozolimskiej, ofiarowują swoje życie na wyłączną służbę Bogu. W Polsce żyje ok. 30 tys. osób konsekrowanych.
Przed 1969 r. na Zachodzie święto Ofiarowania Pańskiego znane było jako Święto Oczyszczenia Najświętszej Maryi Panny. Po soborze zmieniono nazwę, żeby ukazać chrystocentryczne znaczenie uroczystości. W Polsce od gromnic święconych tego dnia przyjęła się nazwa „Matki Boskiej Gromnicznej”.
Święto Ofiarowania Pańskiego przypada czterdziestego dnia po Bożym Narodzeniu. Jest to pamiątka ofiarowania Pana Jezusa w świątyni jerozolimskiej i dokonania przez Matkę Bożą obrzędu oczyszczenia.
Według Ewangelii Jezus, zgodnie z prawem żydowskim, jako pierworodny syn był ofiarowany Bogu w świątyni jerozolimskiej. Wtedy też starzec Symeon wypowiedział proroctwo nazywając Jezusa „światłem na oświecenie pogan i chwałą Izraela”. Dlatego święto to jest bogate w symbolikę światła.
Na pamiątkę ocalenia pierworodnych synów Izraela podczas niewoli egipskiej każdy pierworodny syn u Żydów był uważany za własność Boga. Dlatego czterdziestego dnia po jego urodzeniu należało zanieść syna do świątyni w Jerozolimie, złożyć go w ręce kapłana, a następnie wykupić za symboliczną opłatą. Równocześnie z obrzędem ofiarowania i wykupu pierworodnego syna łączyła się ceremonia oczyszczenia matki dziecka. Z tej okazji matka była zobowiązana złożyć ofiarę z baranka, a jeśli jej na to nie pozwalało zbyt wielkie ubóstwo – przynajmniej ofiarę z dwóch synogarlic lub gołębi. Fakt, że Maryja i Józef złożyli synogarlicę, świadczy, że byli bardzo ubodzy.
Święto Ofiarowania Pana Jezusa należy do najdawniejszych, gdyż było obchodzone w Jerozolimie już w IV w., a więc zaraz po ustaniu prześladowań. Dwa wieki później pojawiło się również w Kościele zachodnim. W Jerozolimie odbywały się – zazwyczaj nocą – uroczyste procesje ze świecami.
Według podania, procesja z zapalonymi świecami była znana w Rzymie już w czasach papieża św. Gelazego w 492 r. Od X w. upowszechnił się obrzęd poświęcania świec, których płomień symbolizuje Jezusa – Światłość świata, Chrystusa, który uciszał burze, był, jest i na zawsze pozostanie Panem wszystkich praw natury. Momentem najuroczystszym apoteozy Chrystusa jako światła, który oświeca narody, jest podniosły obrzęd Wigilii Paschalnej – poświęcenie paschału i przepiękny hymn Exsultet.
W Rzymie w tym dniu odbywała się najstarsza maryjna procesja, której uczestnicy nieśli zapalone świece.
Prawdopodobnie ta procesja do największego sanktuarium rzymskiego – bazyliki Matki Bożej Większej – nadała świętu Pańskiemu charakter maryjny, który z wolna zaczął przeważać. Przypuszcza się, że już w VI w. celebrowano je w Konstantynopolu, w którym zwrócono też większą uwagę na maryjny charakter święta.
Od X w. – jak już wspomnieliśmy – pojawia się obrzęd poświęcenia świec, który jeszcze podkreśla i ubogaca symbolikę światła. Nawiązuje ona bezpośrednio do wielkanocnego paschału, który wyraża zwycięstwo nad śmiercią, grzechem i szatanem. Ofiarowanie Jezusa oznacza początek nowego przymierza i nowego kapłaństwa, w którym Syn Boży sam jest Świątynią, Kapłanem i Ofiarą. Treść tego święta podkreśla zamierzoną przez Boga powszechność zbawienia, które ma objąć nawet pogan.
Matki Bożej Gromnicznej
W Polsce święto ma charakter zdecydowanie maryjny – stąd nazywane jest świętem Matki Bożej Gromnicznej. Nazwa pochodzi od gromów, przed którymi strzec miały stawiane podczas burzy w oknach zapalone świece.
W kościele dokonuje się poświecenia gromnic przyniesionych przez wiernych. Liturgię tego święta rozpoczyna obrzęd błogosławienia świec i procesja z nimi na uroczyste sprawowanie Eucharystii. Kapłan wypowiada słowa modlitwy, w której prosi, aby „wszyscy, którzy zgromadzili się w tej świątyni z płonącymi świecami, mogli kiedyś oglądać blask chwały Chrystusa”.
Gromnice te, jak wskazuje stara modlitwa na ich poświęcenie, miały być wykonane z pszczelego wosku. W różnych regionach były one różnie przystrajane. Podczas Mszy trzymano je zapalone, często starano się je z tym poświęconym ogniem donieść do domu. Tam gospodarz błogosławił nimi dobytek, a dymem robił krzyżyk nad drzwiami i oknami, modląc się o ochronę przed wszelkimi niebezpieczeństwami.
Na znak zawierzenia Maryi w czasie klęsk, szczególnie podczas burzy, w domach i gospodarstwach, również zapala się gromnice. Jako gromnice służą też świece chrzcielne, kiedy to w życie nowo ochrzczonej osoby wkracza światło wiary, która prowadzi przez życie. Pobłogosławione 2 lutego świece podaje się też umierającym.
Ze świętem Matki Bożej Gromnicznej kończy się w Polsce okres śpiewania kolęd, trzymania żłóbków i choinek – kończy się tradycyjny (a nie liturgiczny – ten skończył się świętem Chrztu Pańskiego) okres Bożego Narodzenia. Święto zamyka więc cykl uroczystości związanych z objawieniem się światu Słowa Wcielonego. Liturgia po raz ostatni w tym roku ukazuje nam Chrystusa-Dziecię.
Dzień Życia Konsekrowanego
2 lutego przypada w Kościele katolickim także Dzień Życia Konsekrowanego, który ustanowił w 1997 roku święty papież Jan Paweł II, stwarzając okazję do głębszej refleksji całego Kościoła nad darem życia poświęconego Bogu. Siostry i bracia zakonni, a także członkowie instytutów świeckich, stowarzyszeń życia apostolskiego, pustelnicy, dziewice i wdowy podobnie jak Jezus w świątyni Jerozolimskiej, ofiarowują swoje życie na wyłączną służbę Bogu.
W Polsce żyje ok. 30 tys. osób konsekrowanych. Największą grupę stanowią siostry ze zgromadzeń czynnych – ok. 16 tys. osób. W klasztorach kontemplacyjnych żyje ok. 1200 mniszek. Męskie instytuty życia konsekrowanego liczą ok. 11 tys. zakonników. Do Instytutów Świeckich w Polsce należy ok. 1000 osób a ok. 800 osób wybrało indywidualną formę życia konsekrowanego. Dane z ostatnich lat pokazują, że liczba zakonnic, zakonników i mniszek powoli lecz systematycznie spada. Względnie stabilna jest liczba członków Instytutów Świeckich, natomiast wzrasta liczba osób, które przyjęły indywidualną konsekrację.
Tradycyjnie 2 lutego w kościołach w Polsce odbywa się zbiórka na potrzeby zakonów klauzurowych.
PCh24.pl/źródło: KAI
***
Gromnica – świeca nieco zapomniana
W święto Ofiarowania Pańskiego, zwane u nas świętem Matki Bożej Gromnicznej, mniej ludzi niż niegdyś przychodzi do naszych kościołów, by poświęcić świece. Do niedawna przychodziło więcej. Świece wykonane z pszczelego wosku, zwane gromnicami, były ze czcią przechowywane w każdym domu i często zapalane – wówczas, kiedy nadciągały gwałtowne burze, gradowe nawałnice, wybuchały pożary, groziła powódź, a także w chwili odchodzenia bliskich do wieczności. Były one znakiem obecności mocy Chrystusa – symbolem Światłości, w której blasku widziało się wszystko oczyma wiary.

fot. Karol Porwich/TYgodnik Niedziela
***
Wprawdzie wilki zagrażające ludzkim sadybom zostały wytrzebione, ale na ich miejsce pojawiły się inne zagrożenia. Dziś trzeba prosić Matkę Bożą Gromniczną, by broniła przed zalewem przemocy i erotyzacji płynących z ekranów telewizyjnych i kolorowych magazynów, przed napastliwością sekt, przed obojętnością na los bliźnich, przed samotnością, przed powiększającą się falą ubóstwa, przed zachłannością, przed bezdomnością i bezrobociem, przed uleganiem nałogom pijaństwa, narkomanii, przed zamazywaniem granic między grzechem a cnotą, przed zamętem sumień.
Po raz pierwszy otrzymujemy płonącą świecę na chrzcie. Oznacza ona zapalenie światła wiary w naszej duszy. Jest znakiem ogarnięcia nas przez Chrystusa swoimi mocami i swym światłem. Po raz drugi – często tę samą świecę – trzymamy zapaloną podczas I Komunii św. W wielu bowiem rodzinach jest piękny, godny rozpowszechniania zwyczaj przechowywania tej chrzcielnej świecy do I Komunii św., a także do ślubu. Przynosi się ją także do kościoła każdego roku w Wielką Sobotę, by jej płomień zapalić od nowo poświęconego paschału.
Zapalajmy ją częściej. Zapalajmy w domach, kiedy robi się w nich burzowo, kłótliwie, kiedy lodowaty grad niszczy uprawy wzajemnej miłości, kiedy wybuchają pożary zawiści, kiedy zagraża powódź pazerności. Niech gromnica nie będzie tylko jednym z przechowywanych w naszym domu bibelotów. Zapalajmy ją także wtedy, gdy ktoś z domowników ciężko choruje, gdy został okradziony, napadnięty, oszukany, poniżony, odrzucony, opuszczony. Przywróćmy zwyczaj wkładania jej do ręki konającym, opuszczającym ten świat naszym bliskim.
Opowiadała mi pewna matka, która podejmowała bezowocne wysiłki, by wyrwać córkę z narkomanii, że przed kilku laty przyniosła wieczorem z kościoła poświęconą gromnicę, a jej córka – narkomanka zapytała, do czego ona służy. Wówczas, opowiadając legendę o Matce Bożej Gromnicznej strzegącej ludzkich sadyb przed wilkami, zapaliła na stole przyniesioną gromnicę i odmówiła modlitwę „Pod Twoją obronę”. Gdy skończyła poprosiła córkę, by wyjęła z szuflady przechowywaną od jej chrztu święcę, którą trzymała także przystępując do I Komunii św., i zapaliła ją. Przy tych dwu palących się świecach odmówiły wspólnie jeszcze raz „Pod Twoją obronę”, następnie schowały je w komodzie. Od tego dnia nastąpił przełom w życiu córki tej kobiety. Podjęła stosowne leczenie i w krótkim czasie udało się jej zerwać z nałogiem. Któregoś dnia zapytana o to, jak jej się to udało, powiedziała: – Kiedy nachodzi mnie słabość zapalam moją gromnicę i to mi daje siłę.
***
O Boże mój, gdzież jest moja gromnica?
Oto burze nadchodzą, grzmoty, błyskawice.
Postawię ją w oknie mojej duszy,
a Ty, Maryjo, udziel mi nadziei.
Zapalę ją w przedsionku mego serca,
a Ty wypełnij je miłością.
Umieszczę ją w oknie mego rozumu,
a Ty spraw, aby zawierzyła do końca
Twemu Synowi moja mała wiara.
ks. FlorianTygodnik Niedziela
***
Święćmy gromnice.
Sakramentalia zbliżają do Boga

***
W święto Matki Bożej Gromnicznej, 2 lutego, zgodnie z tradycją święcimy świece, by zapewnić ochronę od żywiołów i wypraszać dobrą śmierć. Dzień później, w św. Błażeja, błogosławieństwo dwoma skrzyżowanymi świecami służy zachowaniu od chorób gardła i języka. Poświęcony 5 lutego, w św. Agaty, chleb i sól mają chronić nasz dom od pożaru. Zwyczaje, ważne dla naszych przodków, dziś praktykujemy coraz rzadziej. Rzadziej rozumiemy także jak te symboliczne czynności mają wpłynąć na naszą relację z Bogiem.
Czy to jakaś magia? – pytają niektórzy. Bynajmniej, nie chodzi tu o żadne magiczne działanie czy myślenie, lecz o rodzaj modlitwy. O przypomnienie, że Bóg wypełnia skierowaną do Niego podczas poświęcenia przedmiotu prośbę: o ochronę czy o zdrowie. Innymi słowy, chodzi o to, by nie traktować błogosławieństw i błogosławionych przedmiotów jako zabobonu czy talizmanu, lecz jako znak, że zapraszamy Boga w naszą codzienność. To, co odróżnia poświęcone podczas świąt przedmioty czy inne sakramentalia od przesądów czy talizmanów to wiara w Boga, a nie w moc przedmiotu.
Zabobon czy wiara
Po co zatem komuś świeczka poświęcona w Gromniczną i postawiona na oknie, by chroniła od piorunów, skoro to Bóg chroni dom przed piorunami? Jesteśmy osobami zmysłowymi, bardziej przemawia do nas to, co widzimy i czego dotykamy. Dlatego to świeca ma nam przypominać, że Bóg jest Światłem w ciemnościach burzy czy śmierci, a chleb i sól zachowuje i ocala. I w ten sposób, oddziałując na zmysły, ułatwiać nam wiarę.
Podobnie posługujemy się innymi sakramentaliami: nosimy poświęcony medalik nie po to, by wierzyć w jego moc, ale by przypominał nam o wierze w Boga. Nosimy go też jako zgodę wyrażoną Bogu: „Tak, chcę, by w moim życiu działało błogosławieństwo, które kapłan wypowiadał poświęcając ten przedmiot”. Noszenie medalika, palenie gromnicy, czy używanie wody święconej bez wiary w Boga nie ma sensu – ponieważ poświęcenie go nie jest nadawaniem jakiejś mocy. Sakramentalia od zabobonu odróżnić bardzo prosto: po wierze tego, kto daną rzecz poświęca i nosi.
Tradycja Kościoła
Zwyczaj święcenia świec, chleba i soli mają swoje interesujące pochodzenie. Podczas gdy święcenie świec w Matki Bożej Gromnicznej jest w swojej symbolice dość oczywiste i związane z oczekiwaniem na wiosnę i jej pierwsze burze, opowieści związane z pozostałymi świętami intrygują. Otóż św. Błażej, lekarz a potem biskup Sebasty (dziś teren Turcji) i pustelnik, żyjący na przełomie III i IV w. n.e. został uwięziony podczas prześladowań chrześcijan za cesarza Licyniusza. Gdy przebywał w lochu, był świadkiem jak rybia ość przebiła chłopcu gardło. Nikt nie potrafił jej wyjąć i chłopcu groziła śmierć przez uduszenie. I jak to w podobnych wypadkach bywa, gdy człowiek – z bezradności zwraca się do Boga, wysłuchał prośby św. Błażeja. Chłopiec został uratowany, a Kościół zaczął czcić świętego męczennika jako patrona od chorób gardła.
Ciekawa historia wiąże się także ze św. Agatą. Według tradycji, po jej męczeńskiej śmierci w Katanii na Sycylii, wybuchła Etna. Rozpalona lawa zagrażała miastu. Mieszkańcy prosili więc św. Agatę o pomoc i posłużyli się jej welonem dla powstrzymania ognistej lawy. Widać święta wyprosiła u Boga łaskę ocalenia, a na pamiątkę tego wierni do dziś modlą się o ocalenie przed ogniem za Jej wstawiennictwem. Aby to podkreślić, w dzień św. Agaty poświęca się pieczywo, sól i wodę, które mają chronić ludność od pożarów i piorunów, a dawniej poświęcone kawałki chleba wrzucano do ognia, by wiatr odwrócił pożar.
Znak ufności
Czym różnią się sakramentalia od sakramentów? Różnica jest zasadnicza. Sakramenty to widzialne znaki bezpośredniego spotkania z żywym Bogiem i otrzymania Jego łaski. A sakramentalia to znaki oraz czynności (błogosławieństwa osób, posiłków, miejsc), które – przez modlitwę Kościoła – uzdalniają do przyjęcia łaski i dysponują do współpracy z nią. O ile moc działania sakramentów pochodzi wprost od Boga, o tyle działanie sakramentaliów bierze się z wiary i modlitwy Kościoła.
Nadchodzące dni, jak widać, są okazją, by szczególnie uświadomić sobie sprawczość naszej wiary. I to, że w obrzędach poświęcenia nie ma żadnej magii, bo to nie przedmiot ani nie dotyk uzdrawia. Oba są jedynie zewnętrznymi znakami naszej wewnętrznej ufności we wstawiennictwo świętego i moc Boga”.
Dorota Niedźwiecka/PCh24.pl
***
Matka Boża Gromniczna strzeże przed „wilkami”. „Duchowe drapieżniki” dyszą nienawiścią!

***
Jednym z najpiękniejszych kalendarzy lat trzydziestych był „Kalendarz Królowej Apostołów”, wydawany przez Księży Pallotynów. I właśnie tam widziałem reprodukcję obrazu, która na długo utkwiła mi w pamięci.
Oto jest noc, zasypane śniegiem wiejskie chaty, nigdzie nie widać nawet nikłego blasku świecy, cała wieś pogrążona jest we śnie. Bliżej widać drzewa, tuż za wioską rozciąga się gęsty las. Na jego skraju wyraźnie widoczna jest wataha wilków: wygłodniałych, złych, szykujących się do ataku na ludzkie siedziby. I nagle z boku obrazu wyłania się przepiękna, świetlista postać, odziana – mimo mrozu – jedynie w białą szatę. Postać kobieca, tchnąca dobrocią i spokojem, rusza prosto na stado wilków i odpędza je od domostw tych, którzy pogrążeni we śnie, nawet nie domyślają się niebezpieczeństwa. Wilki warczą, ale cofają się, gdyż Pani ta trzyma w ręku świecę, której drapieżniki najwyraźniej się boją. Pod obrazem widniał podpis: Matka Boża Gromniczna…
Nie pamiętam już, kto był autorem tego obrazu, ani wszystkich szczegółów, bo od tamtego czasu upłynęło już wiele lat. Jednak od spotkania z tym obrazkiem w kalendarzu katolickim tytuł Matka Boża Gromniczna kojarzy mi się zawsze z ową piękną Panią, która czuwa nad człowiekiem i chroni go oraz jego bliskich od niebezpieczeństwa.
2 lutego obchodzimy święto Oczyszczenia Najświętszej Maryi Panny, od reformy kalendarza liturgicznego nazywające się Świętem Ofiarowania Pańskiego. Nazwa nie jest tu jednak najważniejsza, natomiast niezwykle ważna jest wielowiekowa tradycja łącząca to święto z gromnicą, a więc świecą, która w tym dniu jest pobłogosławiona w kościele przez kapłana na pamiątkę słów starca Symeona, który nazwał Dziecię Jezus Światłem na oświecenie pogan.
Zapewne słyszeliśmy, jak do tego doszło. Maryja, jak każda kobieta izraelska, chciała poddać się oczyszczeniu po narodzinach Dziecka. Nie musiała tego robić, bo porodziła bez utraty dziewictwa, ale chciała. Ona i św. Józef pragnęli jak najdokładniej wypełnić przepis Prawa. Dzień ten był równocześnie świętym dniem dla dwojga staruszków – Symeona i Anny, którzy wyczekiwali Zbawiciela, codziennie trwając przy Świątyni i błagając Boga, by ich oczy mogły ujrzeć Jego Syna. Czekali długo, ale kiedy wreszcie Maryja i Józef przynieśli Dzieciątko do Świątyni, Symeon wyśpiewał przepiękną pieśń, którą Kościół uczynił częścią modlitwy brewiarzowej i kazał swoim kapłanom, zakonnikom i wszystkim, którzy w tej doskonałej modlitwie chcą brać udział, odmawiać w ostatniej modlitwie danego dnia, czyli tzw. komplecie.
To wtedy właśnie Maryja usłyszała proroctwo o Jezusie, że Jej duszę kiedyś przeniknie miecz, aby na jaw wyszły zamysły serc wielu. Od pierwszych wieków chrześcijaństwa Kościół święci w tym dniu świece i odwołuje się do wstawiennictwa Matki Zbawiciela, stąd popularnie to święto po dziś dzień nazywa się świętem Matki Bożej Gromnicznej. Poświęcona świeca jest symbolem Pana Jezusa, jako Światłości, ale jest też znakiem orędownictwa Jego Matki. Stąd opisany przeze mnie na początku obraz ukazujący Maryję, jako opiekunkę ludzkich siedzib. Dawniej, kiedy wilki rzeczywiście zagrażały ludziom w czasie długich i srogich zim, ci polecali się z ufnością Matce Boga, paląc gromnice, jako znak Jej wstawiennictwa i opieki. Zapalano gromnice także w czasie nawałnic i burz, kiedy pioruny (piorun to inaczej grom, stąd gromnica) uderzały w drzewa, a nieraz i w zabudowania. Pożar domu oznaczał zazwyczaj utratę całego dobytku, dlatego ludzie gorąco prosili Matkę Bożą, by ich ratowała od piorunów i nawałnic.
Co do wilków, to te z lasu nie zagrażają nam już tak jak dawniej. Dziś jesteśmy narażeni raczej na spotkanie z innymi „wilkami”: to pokusy, grzechy czy sam szatan. Te „duchowe drapieżniki” porywają nawet niewinne dusze małych dzieci przez zło, które się zewsząd sączy w ludzkie umysły i zabija w duszach miłość Boga, czyniąc je przez to martwymi. Nigdy chyba jeszcze od czasów Cesarstwa Rzymskiego ludzie tak się nie chlubili popełnianym złem, jak robią to teraz. Grzech stał się czymś, co „robią wszyscy”. Czy ci nieszczęśliwi ludzie zdają sobie sprawę z tego, że razem z tymi „wszystkimi” mogą przegrać życie, a co gorsza – całą wieczność?
Drodzy Czciciele Matki Bożej! Weźmy Jej świece, zaufajmy, że przez ten znak Maryja będzie nas chronić od zła fizycznego, a przede wszystkim od duchowego. Módlmy się, by kiedyś, kiedy będą się zamykać na zawsze nasze oczy na tym świecie, ostatnią rzeczą, jaką ujrzymy, było światło gromnicy. Amen.
PCh24.pl(tekst ukazał się w 86. numerze „Przymierza z Maryją”
***
Ofiarowanie Pańskie

Ofiarowanie Chrystusa w Świątyni
Obraz z XV wieku pędzla Giovanniego Belliniego
***
Chrystus przez swoje „wejście w świat” spotyka się ze wszystkimi ludźmi. Przez pośrednictwo Jezusa, Maryi i św. Józefa – w spotkaniu w świątyni jerozolimskiej – „dokonało się” już w zarodku „wszechspotkanie Boga z ludźmi i ludzi pomiędzy sobą”.
Kult Matki Boskiej Gromnicznej w świecie
Nabożeństwo do Matki Boskiej Gromnicznej ma szczególnie uroczysty charakter: w Polsce, w Hiszpanii i w krajach, które kiedyś należały do Hiszpanii (Ameryka Południowa i Środkowa, Filipiny). Na hiszpańskich Wyspach Kanaryjskich jest nawet sanktuarium Matki Boskiej Gromnicznej w Candelaria.
Święto Ofiarowania Pana Jezusa w Polsce
***
Dlaczego św. Jan Paweł II ustanowił
Dzień Życia Konsekrowanego?

Antoine Mekary | Aleteia
***
Dzień Życia Konsekrowanego obchodzony jest 2 lutego, w święto Ofiarowania Pańskiego. A jakie były intencje św. Jana Pawła II, kiedy w 1997 roku zadecydował o ustanowieniu tego dnia?
Czterdzieści dni po narodzeniu Jezusa Jego rodzice zanoszą Go do świątyni, by ofiarować Go Bogu. W tym dniu Jezus-Mesjasz spotyka się także z tymi, którzy na Niego z tęsknotą czekali. Przez usta starego Symeona, któremu daje natchnienie Duch Święty, objawione zostaje „Światło na oświecenie pogan”. A swoimi proroczymi słowami starzec zapowiada pełną ofiarę złożoną na krzyżu przez Jezusa i Jego ostateczne zwycięstwo nad śmiercią (por. Łk 2, 25-35).
W ten sposób w domu Bożym tego dnia objawia się Uświęcony przez Ojca, Ten, który przyszedł na świat, aby zbawić wszystkich ludzi. A Maryja, Jego matka, jednoczy się z Nim w tej samej ofierze dla zbawienia świata.
Ofiarowanie Jezusa w świątyni jest również wymownym znakiem całkowitego oddania się Bogu i wzorem dla wszystkich tych, którzy chcą iść drogą życia konsekrowanego. A Dziewica Maryja, ofiarowująca Dzieciątko Bogu, bardzo dobrze wyraża postawę Kościoła, który nadal ofiarowuje Ojcu swoje córki i synów, łącząc ich z jedyną ofiarą Chrystusa – przyczyną i wzorem wszelkiej konsekracji w Kościele.
Jak prorokini Anna, która – podobnie jak Symeon – czekała na Mesjasza i czuwała w świątyni, tak pierwszym powołaniem tego, który podąża za Chrystusem, jest przebywanie w komunii z Nim, słuchanie Jego słowa i wielbienie Boga z pokorą i stałością. Jego życie znajdzie wówczas głęboki oddźwięk w sercach ludzi.
Jan Paweł II pragnął, aby „obchody Dnia Życia Konsekrowanego gromadziły osoby konsekrowane wraz z innymi wiernymi dla wspólnego wychwalania z Dziewicą Maryją wielkich dzieł Bożych, których Pan dokonuje w wielu synach i córkach” (Św. Jan Paweł II, Orędzie z okazji 1. Dnia Życia Konsekrowanego, 1997). Co więcej, pragnął, aby to święto ukazywało wszystkim, że powołaniem świętego ludu Bożego ma być całkowicie poświęcenie się Jemu.
Po co nam Dzień Życia Konsekrowanego?
Jan Paweł II widział w tej uroczystości co najmniej potrójny cel:
1 DZIĘKCZYNIENIA ZA DAR ŻYCIA KONSEKROWANEGO
„Po pierwsze – odpowiada on wewnętrznej potrzebie bardziej uroczystego wielbienia Pana i dziękczynienia Mu za wielki dar życia konsekrowanego” (Św. Jan Paweł II, Orędzie z okazji 1. Dnia Życia Konsekrowanego, 1997). Tak jak Jezus w swoim posłuszeństwie i poświęceniu Ojcu mówi nam, jak bardzo Bóg jest z nami, tak i osoby konsekrowane, w pełni należące do jedynego Pana, ich sposób życia i pracy, ich oddanie ludziom są wymownym znakiem, potężnym głoszeniem obecności Boga we współczesnym świecie. „To pierwsza posługa, jaką życie konsekrowane oddaje Kościołowi i światu. Pośród Ludu Bożego osoby konsekrowane są niczym strażnicy, dostrzegający i zapowiadający nowe życie, już obecne w naszych dziejach”, mówił Benedykt XVI 2 lutego 2006 r.
2 POZNANIE ŻYCIA KONSEKROWANEGO
„Po drugie – Dzień Życia Konsekrowanego ma za zadanie przyczynić się do poznania tej formy życia i pogłębiania szacunku dla niego ze strony całego Ludu Bożego od biskupów po kapłanów, od świeckich po osoby konsekrowane” – wyjaśniał w 1997 r. z okazji 1. Dnia Życia Konsekrowanego św. Jan Paweł II.
Podkreślił to także, zwracając się do osób konsekrowanych 2 lutego 2000 r.: „Świadectwo eschatologiczne należy do istoty waszego powołania. Śluby ubóstwa, posłuszeństwa i czystości dla Królestwa Bożego są waszym orędziem o ostatecznym przeznaczeniu człowieka, które kierujecie do świata. Jest to bardzo cenne orędzie: Człowiek, który czuwa i wyczekuje spełnienia się obietnic Chrystusa, potrafi natchnąć nadzieją także swoich braci i siostry, często zniechęconych i pesymistycznie patrzących w przyszłość”.
Ojciec święty dodaje także: „Jest ono zatem specjalną i żywą pamiątką Jego bycia Synem, który czyni Ojca swoją wyłączną Miłością – oto Jego czystość; który w Ojcu znajduje swoje wyłączne bogactwo – oto Jego ubóstwo; dla którego wola Ojca jest codziennym „pokarmem” (por. J 4,34) — oto Jego posłuszeństwo.
Taka forma życia, przyjęta przez Chrystusa i uobecniana w szczególny sposób przez osoby konsekrowane, ma wielkie znaczenie dla Kościoła, powołanego, by we wszystkich swoich członkach przeżywać to samo dążenie do pełnego zjednoczenia z Bogiem poprzez naśladowanie Chrystusa w świetle i mocy Ducha Świętego.
Życie specjalnej konsekracji w swoich różnorodnych formach pomaga zatem lepiej zrozumieć konsekrację chrzcielną wszystkich wiernych. Rozważając dar życia konsekrowanego Kościół zastanawia się nad swoim szczególnym powołaniem, aby należeć wyłącznie do Pana, i pragnie być w Jego oczach bez „skazy czy zmarszczki, czy czegoś podobnego, lecz aby był święty i nieskalany” (Ef 5,27).
Wydaje się zatem uzasadniona potrzeba ustanowienia tego specjalnego Dnia, który przyczyni się do tego, aby nauka o życiu konsekrowanym była nie tylko szerzej i głębiej rozważana, ale również coraz lepiej przyjmowana przez wszystkich członków Ludu Bożego” (Św. Jan Paweł II, Orędzie z okazji 1. Dnia Życia Konsekrowanego, 1997).
3 ŚWIĘTOWANIE DZIEŁ PANA W ŻYCIU KONSEKROWANYCH
Trzeci cel dotyczy samych osób konsekrowanych: „Są one zaproszone do wspólnego i uroczystego świętowania niezwykłych dzieł, które Pan w nich dokonał, aby w świetle wiary mogły jeszcze pełniej odkryć blask Bożego piękna – promieniującego za sprawą Ducha w sposobie ich życia – oraz aby mogły jeszcze żywiej uświadomić sobie swą niezastąpioną misję w Kościele i w świecie” – wyjaśnił św. Jan Paweł II w tym samym dokumencie.
Świadkowie Ewangelii
W dzisiejszym zagonionym świecie osoby konsekrowane powinny z radością i pokojem ukazywać swoim życiem życie i orędzie Syna Bożego. W ten sposób głoszą naszemu światu, w najróżniejszych sytuacjach, że ostatecznie to Pan jest dla człowieka prawdziwą miłością, prawdziwym bogactwem, najbezpieczniejszą drogą.
Warto przy tym pamiętać, że „człowiek naszych czasów chętniej słucha świadków aniżeli nauczycieli; a jeśli słucha nauczycieli, to dlatego, że są świadkami” (Św. Paweł VI, Adhortacja apostolska Evangelii nuntiandi, 1975, nr 41).
Dla Jana Pawła II ustanowienie Dnia Życia Konsekrowanego w święto Ofiarowania Pańskiego oznaczało zatem wsparcie misji Kościoła. Przede wszystkim jego misji w świecie, aby ci, którzy jeszcze nie poznali Chrystusa, mogli się do Niego zbliżyć dzięki tym osobom, które przez całkowity dar siebie dają świadectwo, że Chrystus jest jedynym Synem, posłanym przez Ojca.
Papież podkreślił, że nowa ewangelizacja jest możliwa i skuteczna za sprawą osób, które najpierw ewangelizują same siebie, aby potem innym „przedstawiać Ewangelię w jej pełni, a także ukazywać matczyne oblicze Kościoła, służącego mężczyznom i kobietom naszych czasów”.
Modlitwa za osoby konsekrowane
Papież był też przekonany, że dzień ten będzie wsparciem duszpasterskim dla Kościołów lokalnych: „Czasami mogą ulegać pokusie by, tak jak Marta, pojmować misję głównie jako liczne zadania do zrobienia, które, rzecz jasna, powinny zostać wykonane. Ale ten dzień przypomina wszystkim, że to wybierając tę cząstkę, którą obrała Maria, możemy przynosić obfite owoce w winnicy Pańskiej. Dziewica Maryja, która dostąpiła wielkiego przywileju ofiarowania Ojcu Jezusa Chrystusa, Syna swego Jednorodzonego, jako ofiary czystej i świętej, niech sprawi, abyśmy byli zawsze otwarci na przyjęcie wielkich dzieł, których On nieustannie dokonuje dla dobra Kościoła oraz całej ludzkości” – mówił Jan Paweł II w 1997 roku.
Benedykt XVI, 2 lutego 2006 r., odmówił następującą modlitwę, którą zadedykował osobom konsekrowanym:
Niech Pan codziennie odnawia w was
i we wszystkich osobach konsekrowanych
radosną odpowiedź na Jego bezinteresowną i wierną miłość.
Niczym płonące świece
promieniujcie zawsze i w każdym miejscu
miłością Chrystusa, światłości świata.
Niech Najświętsza Maryja, Niewiasta konsekrowana,
pomaga wam przeżywać w pełni to wasze szczególne powołanie
i posłannictwo w Kościele dla zbawienia świata.
Amen!
Marie Lafon /Aleteia.pl
***
Czym są śluby zakonne?
Odpowiada św. Jan Paweł II

Danielle McGrew Tenbusch | Diocese of Saginaw | CC BY ND 2.0
Obchodzimy dziś Dzień Życia Konsekrowanego. Na czym polegają śluby zakonne, które składają zakonnicy?
Życie konsekrowane
Na przestrzeni wieków rozwinęły się różne formy życia konsekrowanego: pustelnicy, dziewice konsekrowane, zakony, zgromadzenia zakonne, instytuty świeckie, stowarzyszenia życia apostolskiego… Ludzie, którzy wybierają taką formę życia, przez konsekracje oddają swoje życie Bogu i Kościołowi. Sposobem takiej konsekracji, która jest jedną z najstarszych w Kościele, są trzy śluby zakonne: czystość, ubóstwo i posłuszeństwo.
Ich rozumienie ewoluowało na przestrzeni wieków. Niektóre zmiany, niestety, nie poszły w dobrym kierunku, przez co śluby zakonne niejednokrotnie stały się tylko legalistycznym środkiem służącym do praktycznej realizacji charyzmatu, czyli misji, danego zakonu.
Problemy wymagające reformy
Liczne problemy pojawiały się w związku ze ślubem posłuszeństwa, rozumianym jako podporządkowanie się woli Boga, która zawierała się w przepisach reguły i decyzjach przełożonego. Znajomi zakonnicy z długim stażem wspominali, że w trakcie formacji dostawali nakaz… sadzenia krzewów do góry korzeniami – miało to ich nauczyć bezrefleksyjnego posłuszeństwa i nie liczyło się to, że to marnotrawstwo i czasu i pieniędzy. Popularnym zwyczajem w innym miejscu było przydzielanie komuś zadań, do których się nie nadawał: jeśli ktoś lubił pracę z młodzieżą wysyłano go na studia z prawa: cierpiał i on i ludzie, których opuszczał, a to wszystko w imię posłuszeństwa (albo apodyktycznej władzy przełożonego).
Reforma rozumienia życia zakonnego zaczęła się przed Soborem Watykańskim II. Ten zaś zadecydował konieczności rewizji reguł i konstytucji zakonnych oraz powrotu do charyzmatów założycieli. Wisienką na torcie reformy był dokument św. Jana Pawła II, który podsumował lata refleksji i reform na nowo opisując i definiując życie konsekrowane, czyli oddane Bogu – „Vita Consecrata”.
Śluby zakonne wg „Vita Consecrata”
Jan Paweł II podjął się zdefiniowania istoty ślubów zakonnych.
1 Życie Trójcy Świętej
Jan Paweł II podkreśla, że rady ewangeliczne są odbiciem życia wewnętrznego Trójcy Świętej. Praktykując je, osoba konsekrowana wyznaje wiarę w Boga i naśladuje Chrystusa
- Czystość jest odblaskiem nieskończonej miłości, która łączy trzy Osoby Boskie. Jest ona wyrazem oddania się Bogu niepodzielnym sercem i naśladowaniem „dziewiczej miłości Chrystusa” do Ojca oraz do ludzi
- Ubóstwo głosi, że Bóg jest jedynym prawdziwym bogactwem człowieka. Naśladuje ono Chrystusa, który wszystko otrzymuje od Ojca i wszystko Mu oddaje. W wymiarze trynitarnym wyraża całkowity dar z siebie, jaki składają sobie nawzajem Osoby Boskie
- Posłuszeństwo objawia piękno uległości synowskiej, a nie niewolniczej. Jest uczestnictwem w posłuszeństwie Chrystusa, którego pokarmem było pełnienie woli Ojca. Odzwierciedla ono harmonię miłości właściwą Trójcy Świętej
2 Terapia duchowa ślubami zakonnymi
Papież zauważa, że współczesny świat stawia przed Kościołem wyzwania, na które odpowiedzią są właśnie śluby zakonne.
- Czystość jako odpowiedź na hedonizm: Wobec kultury sprowadzającej płciowość do zabawy, konsekrowana czystość jest świadectwem, że dzięki łasce Bożej możliwe jest panowanie nad instynktami.
- Ubóstwo jako odpowiedź na materializm: Wobec żądzy posiadania i braku wrażliwości na potrzeby słabszych, ubóstwo ewangeliczne jest wyznaniem, że Bóg jest największym skarbem.
- Posłuszeństwo jako odpowiedź na fałszywą wolność: Wobec koncepcji wolności oderwanej od prawdy moralnej, posłuszeństwo zakonne pokazuje, że nie ma sprzeczności między posłuszeństwem a wolnością.
3 Wymiar eschatologiczny
Szczególną rolę odgrywa tu ślub dziewictwa, który tradycja zawsze rozumiała jako zapowiedź ostatecznego świata, gdzie ludzie „nie będą się żenić ani wychodzić za mąż” (por. Mt 22, 30), lecz będą żyć w bezpośredniej bliskości Boga.
Dariusz Dudek /Aleteia.pl
***
2 lutego święto Ofiarowania Pańskiego – Matki Bożej Gromnicznej, a także Dzień Życia Konsekrowanego
2 lutego, Kościół katolicki obchodzi święto Ofiarowania Pańskiego. Czyni to na pamiątkę ofiarowania przez Maryję i Józefa ich pierworodnego syna, Jezusa, w świątyni jerozolimskiej. W polskiej tradycji jest to też święto Matki Bożej Gromnicznej. 2 lutego przypada także Dzień Życia Konsekrowanego. Siostry i bracia zakonni, podobnie jak Jezus w świątyni Jerozolimskiej, ofiarowują swoje życie na wyłączną służbę Bogu. W Polsce żyje ok. 30 tys. osób konsekrowanych.

fot. Karol Porwich/Tygodnik Niedziela
***
Przed 1969 r. na Zachodzie święto Ofiarowania Pańskiego znane było jako Święto Oczyszczenia Najświętszej Maryi Panny. Po soborze zmieniono nazwę, żeby ukazać chrystocentryczne znaczenie uroczystości. W Polsce od gromnic święconych tego dnia przyjęła się nazwa „Matki Boskiej Gromnicznej”.
Święto Ofiarowania Pańskiego przypada czterdziestego dnia po Bożym Narodzeniu. Jest to pamiątka ofiarowania Pana Jezusa w świątyni jerozolimskiej i dokonania przez Matkę Bożą obrzędu oczyszczenia.
Według Ewangelii Jezus, zgodnie z prawem żydowskim, jako pierworodny syn był ofiarowany Bogu w świątyni jerozolimskiej. Wtedy też starzec Symeon wypowiedział proroctwo nazywając Jezusa “światłem na oświecenie pogan i chwałą Izraela”. Dlatego święto to jest bogate w symbolikę światła.
Na pamiątkę ocalenia pierworodnych synów Izraela podczas niewoli egipskiej każdy pierworodny syn u Żydów był uważany za własność Boga. Dlatego czterdziestego dnia po jego urodzeniu należało zanieść syna do świątyni w Jerozolimie, złożyć go w ręce kapłana, a następnie wykupić za symboliczną opłatą. Równocześnie z obrzędem ofiarowania i wykupu pierworodnego syna łączyła się ceremonia oczyszczenia matki dziecka. Z tej okazji matka była zobowiązana złożyć ofiarę z baranka, a jeśli jej na to nie pozwalało zbyt wielkie ubóstwo – przynajmniej ofiarę z dwóch synogarlic lub gołębi. Fakt, że Maryja i Józef złożyli synogarlicę, świadczy, że byli bardzo ubodzy.
Święto Ofiarowania Pana Jezusa należy do najdawniejszych, gdyż było obchodzone w Jerozolimie już w IV w., a więc zaraz po ustaniu prześladowań. Dwa wieki później pojawiło się również w Kościele zachodnim. W Jerozolimie odbywały się – zazwyczaj nocą – uroczyste procesje ze świecami.
Według podania, procesja z zapalonymi świecami była znana w Rzymie już w czasach papieża św. Gelazego w 492 r. Od X w. upowszechnił się obrzęd poświęcania świec, których płomień symbolizuje Jezusa – Światłość świata, Chrystusa, który uciszał burze, był, jest i na zawsze pozostanie Panem wszystkich praw natury. Momentem najuroczystszym apoteozy Chrystusa jako światła, który oświeca narody, jest podniosły obrzęd Wigilii Paschalnej – poświęcenie paschału i przepiękny hymn Exsultet.
W Rzymie w tym dniu odbywała się najstarsza maryjna procesja, której uczestnicy nieśli zapalone świece.
Prawdopodobnie ta procesja do największego sanktuarium rzymskiego – bazyliki Matki Bożej Większej – nadała świętu Pańskiemu charakter maryjny, który z wolna zaczął przeważać. Przypuszcza się, że już w VI w. celebrowano je w Konstantynopolu, w którym zwrócono też większą uwagę na maryjny charakter święta.
Od X w. – jak już wspomnieliśmy – pojawia się obrzęd poświęcenia świec, który jeszcze podkreśla i ubogaca symbolikę światła. Nawiązuje ona bezpośrednio do wielkanocnego paschału, który wyraża zwycięstwo nad śmiercią, grzechem i szatanem. Ofiarowanie Jezusa oznacza początek nowego przymierza i nowego kapłaństwa, w którym Syn Boży sam jest Świątynią, Kapłanem i Ofiarą. Treść tego święta podkreśla zamierzoną przez Boga powszechność zbawienia, które ma objąć nawet pogan.
Matki Bożej Gromnicznej
W Polsce święto ma charakter zdecydowanie maryjny – stąd nazywane jest świętem Matki Bożej Gromnicznej. Nazwa pochodzi od gromów, przed którymi strzec miały stawiane podczas burzy w oknach zapalone świece.
W kościele dokonuje się poświecenia gromnic przyniesionych przez wiernych. Liturgię tego święta rozpoczyna obrzęd błogosławienia świec i procesja z nimi na uroczyste sprawowanie Eucharystii. Kapłan wypowiada słowa modlitwy, w której prosi, aby “wszyscy, którzy zgromadzili się w tej świątyni z płonącymi świecami, mogli kiedyś oglądać blask chwały Chrystusa”.
Gromnice te, jak wskazuje stara modlitwa na ich poświęcenie, miały być wykonane z pszczelego wosku. W różnych regionach były one różnie przystrajane. Podczas Mszy trzymano je zapalone, często starano się je z tym poświęconym ogniem donieść do domu. Tam gospodarz błogosławił nimi dobytek, a dymem robił krzyżyk nad drzwiami i oknami, modląc się o ochronę przed wszelkimi niebezpieczeństwami.
Na znak zawierzenia Maryi w czasie klęsk, szczególnie podczas burzy, w domach i gospodarstwach, również zapala się gromnice. Jako gromnice służą też świece chrzcielne, kiedy to w życie nowo ochrzczonej osoby wkracza światło wiary, która prowadzi przez życie. Pobłogosławione 2 lutego świece podaje się też umierającym.
Ze świętem Matki Bożej Gromnicznej kończy się w Polsce okres śpiewania kolęd, trzymania żłóbków i choinek – kończy się tradycyjny (a nie liturgiczny – ten skończył się świętem Chrztu Pańskiego) okres Bożego Narodzenia. Święto zamyka więc cykl uroczystości związanych z objawieniem się światu Słowa Wcielonego. Liturgia po raz ostatni w tym roku ukazuje nam Chrystusa-Dziecię.
Dzień Życia Konsekrowanego
2 lutego przypada w Kościele katolickim także Dzień Życia Konsekrowanego, który ustanowił w 1997 roku święty papież Jan Paweł II, stwarzając okazję do głębszej refleksji całego Kościoła nad darem życia poświęconego Bogu. Siostry i bracia zakonni, a także członkowie instytutów świeckich, stowarzyszeń życia apostolskiego, pustelnicy, dziewice i wdowy podobnie jak Jezus w świątyni Jerozolimskiej, ofiarowują swoje życie na wyłączną służbę Bogu.
W Polsce żyje ok. 30 tys. osób konsekrowanych. Największą grupę stanowią siostry ze zgromadzeń czynnych – ok. 16 tys. osób. W klasztorach kontemplacyjnych żyje ok. 1200 mniszek. Męskie instytuty życia konsekrowanego liczą ok. 11 tys. zakonników. Do Instytutów Świeckich w Polsce należy ok. 1000 osób a ok. 800 osób wybrało indywidualną formę życia konsekrowanego. Dane z ostatnich lat pokazują, że liczba zakonnic, zakonników i mniszek powoli lecz systematycznie spada. Względnie stabilna jest liczba członków Instytutów Świeckich, natomiast wzrasta liczba osób, które przyjęły indywidualną konsekrację.
Tradycyjnie 2 lutego w kościołach w Polsce odbywa się zbiórka na potrzeby zakonów klauzurowych.
BP KEP/Tydodnik Niedziela
***
Zakon to nie „gniazdko”. O wymaganiach i sensie życia konsekrowanego

fot.Szymon Zmarlicki /Gość Niedzielny
***
Życie zakonne rozwija człowieka, który tego pragnie i współpracuje. Ale tego, kto nie podejmie miłości ofiarnej – rozbije.
Siostra Anna jest przeciążona liczbą godzin religii w szkole, w domu zakonnym i w parafii. Doskwiera jej brak czasu na modlitwę, czasem niezrozumienie ze strony przełożonych. – Ale tu mamy stałą adorację Pana Jezusa. Wczoraj Mu wszystko „wygadałam”. Czuję, że On mnie zaprasza do coraz większej samotności, nawet do niezrozumienia ze strony innych. Przychodzę tu codziennie, nawet w największym nawale zadań, dzięki temu żyję – zapala się. – I jedno muszę powiedzieć: cały czas mam w sercu pokój – dodaje z uśmiechem.
Bez wiary to bez sensu
W mediach pełno dziś treści przedstawiających życie zakonne w ciemnych barwach. Do opinii publicznej docierają głównie relacje osób, które klasztor opuściły, a te rzadko są nastawione przychylnie do środowiska zakonnego.
– Siostry odchodzą, ale zawsze odchodziły – zauważa s. Ewa Kaczmarek, przewodnicząca Konferencji Wyższych Przełożonych Żeńskich Zgromadzeń Zakonnych oraz przełożona generalna Sióstr Misjonarek Chrystusa Króla dla Polonii Zagranicznej.
– Kiedyś powstała książka „Zakonnice odchodzą po cichu”. W tej chwili nie jest to już takie aktualne. W mediach społecznościowych sporo jest publikacji typu: „Byłam w zakonie, mówię, co przeżyłam”. Zapewne są osoby, które mają negatywne wspomnienia z pobytu w klasztorze. Trudno dyskutować z ludzkimi odczuciami. Ale każdy jest wolny i jeśli jest mi źle, to po prostu odchodzę i nie kontynuuję życia, które nie daje mi szczęścia – zauważa.
Siostra Ewa podkreśla też, że życie zakonnicy powinno być znakiem sprzeciwu wobec świata. – Pan Jezus powiedział: „Jeśli ktoś chce pójść za Mną, niech się zaprze samego siebie, niech weźmie swój krzyż i niech Mnie naśladuje”. To jest jakaś forma ascezy. My się do tego zobowiązujemy w duchu wiary. Bez wiary życie zakonne nie ma żadnego sensu. Natomiast jeśli patrzę na życie z wiarą, to cierpienie, krzyż – to wszystko ma sens. Życie Jezusa też nie było miłe, łatwe i przyjemne, prawda? Czasami jestem zmęczona, czasami mi się nic nie chce i mam wrażenie, że to, co robię, nie ma żadnego sensu. Bywa, że czuję się bezradna wobec problemów, ale jeśli idę za Jezusem, to nie powinno mnie tak strasznie dziwić, że w moim życiu też bywa trudno – przekonuje.
Misjonarka przyznaje, że siostry czasami czują się niedowartościowane w Kościele. Dzisiaj już coraz częściej mówi się o ich przepracowaniu, o niskim wynagrodzeniu czy nie zawsze dobrym traktowaniu przez pracodawców. Nie ma wątpliwości, że to powinno się zmienić. Podkreśla jednak, że żadne problemy nie mogą konkurować z radością, jaką daje jej życie w zakonie. – Czasami boję się powiedzieć, że jestem szczęśliwa, bo powiedzą, że kłamię i że jako przełożona muszę tak mówić. Ale mówię to: jestem szczęśliwą siostrą zakonną! – deklaruje z mocą. – Czuję się na swoim miejscu. Mam warunki do pogłębiania relacji z Nim przez modlitwę, przez życie duchowe. Nawet w regulaminie dnia mam czas przypisany na modlitwę. To daje dużą radość. Ale chyba największą radość mam z tego, że Pan Jezus mnie wybrał. Czuję Jego troskę i miłość. Po prostu jestem szczęśliwa, że jestem z Nim – deklaruje.
Życie przepiękne
– Sposób przeżywania życia zakonnego jest sprawą indywidualną – podkreśla s. Gabriela Porada, urszulanka Unii Rzymskiej. – W zakonie spotykam siostry bezmiernie szczęśliwe i takie, które pełnej radości nie odnalazły. O sobie mogę powiedzieć, że jestem nieprzerwanie szczęśliwa. Nie znaczy to, że nie przychodzą próby i zmagania, ale i wtedy czuję się bardzo kochana przez Boga – uśmiecha się. Podkreśla, że dla niej w życiu zakonnym absolutnie pierwsza jest relacja z Jezusem. Na drugim miejscu – relacja z bliźnimi, a wśród nich najbliższe są siostry. – Cieszę się, że mogę w tych relacjach dojrzewać i że coraz mniej jest we mnie osądu czy oczekiwań, a coraz więcej zaciekawienia drugim człowiekiem i jego światem. Nie próbuję już nikogo zmieniać. Siostry są dla mnie czasami pewnego rodzaju wyzwaniem, ale to ode mnie zależy, jak zareaguję na to, co się między nami dzieje – wyjaśnia.
Przyznaje, że były momenty, gdy ktoś sprawił jej przykrość. – Ale z taką samą przykrością spotkałam się w przychodni. Gdy pokazywałam legitymację inwalidzką, ktoś powiedział: „Co to za oszukaństwo? Przecież tak pięknie siostra wygląda”. No, ale ja nie choruję na wygląd, tylko na raka – śmieje się. – Rzeczy w sumie komiczne. W klasztorze też takie się trafiają. Kto chce zobaczyć w tym zło, niech sobie widzi, a ja uśmiechnę się do tej sytuacji – deklaruje.
– Jedno wiem: w zakonie żadnej krzywdy nie doznałam. Zakon pomógł mi w rozwoju, w wykształceniu, od pięciu lat siostry wspierają mnie w chorobie nowotworowej. Tak się o mnie troszczą, że nie wierzę, żeby na świecie był drugi człowiek otoczony tak czułą opieką. Nie mam powodu do niezadowolenia, mam powód tylko i wyłącznie do wdzięczności – wzrusza się. A że nie zawsze jest miło? – Mój Boże, a czemu mnie jako siostry zakonnej nie ma od czasu do czasu spotkać jakaś przykrość? Czemu nie ma mnie spotkać cierpienie? Czemu moja miłość do współsiostry ma być niewymagająca, skoro każdy uczciwy małżonek przekracza siebie i jest to dla niego miłość ofiarna? Dlaczego życie wspólnotowe ma mnie nie kosztować? Dlaczego nie mam dźwigać krzyża, który każdy człowiek niesie? – pyta s. Gabriela.
Większość sytuacji to wspólna modlitwa, spotkania, praca w radości i wzajemnym wsparciu. – Ja widzę, że życie zakonne jest przepiękne. Ono nas jednoczy z Bogiem, przemienia, promieniuje, daje możliwość służby. Gdziekolwiek się znajdę – a teraz bardzo często jestem w szpitalach i w przychodniach – wszędzie widzę ludzi potrzebujących spotkania i zauważenia. Habit zachęca ich do rozmowy. Niedawno wyniknęła z tego piękna rozmowa o dramacie człowieka, który nie wie, czy przeżyje operację, który niewiele podjął wyborów, z których byłby teraz dumny. I stawia pytania o Boga. Gdyby tam, na tym korytarzu, nie było mnie chorej i w habicie, on by z tymi pytaniami został sam. Albo nie wiedziałby, komu je zadać – przekonuje.
Siostra zaznacza, że życie zakonne bardzo pomaga rozwinąć się człowiekowi, który tego pragnie i który współpracuje; czyni go mądrym i pięknym. – Ale tego, kto chce sobie uwić gniazdko i nie podejmie miłości ofiarnej, rozbije. Kto chce przeżyć życie zakonne w jakiejś iluzji, pod kloszem, ten się rozczaruje i odejdzie. Bo nasza droga miłości jest tak samo wymagająca jak każdego innego człowieka – zauważa urszulanka. Podkreśla, że każdy sam dokonuje wyboru, co zrobi z wymaganiami Ewangelii.
– Pan Jezus, który mnie powołał, nie zawiódł mnie nigdy ani nie rozczarował, nieustannie zachwyca i zdumiewa we wszystkim! – zapewnia s. Gabriela.
Wspólnota stabilizuje
Jasne i ciemne strony życia zakonnego? – Samotność i wspólnota – uśmiecha się o. Archanioł Borek, franciszkanin, gwardian klasztoru w Cieszynie. Zastrzega, że obie te przestrzenie bywają jednocześnie i blaskami, i cieniami. – Jest to jakiś krzyż, który zakonnicy biorą na siebie. Jesteśmy dla Boga, a tym samym dla wszystkich, ale nie jesteśmy w jakiś specjalny sposób dla konkretnej osoby – tłumaczy. Podkreśla, że wspólnota jest wielkim darem i radością, ale zarazem przestrzenią, w której wychodzą ludzkie słabości. – Oczywiście, jak w każdym rodzaju życia, są momenty trudne i wymagające, ale też dające wiele radości. Czymś niesamowitym jest oglądać owoce, kiedy widzisz, jak ofiara, czas, modlitwa realnie wpływają na czyjeś życie. To są rzeczy, których nie da się załatwić pieniędzmi – cieszy się zakonnik.
Ojciec Archanioł podkreśla, że gdy wspólnota dobrze funkcjonuje, pełni dla osób konsekrowanych funkcję stabilizatora. – Można się w niej dzielić doświadczeniem wiary. Co prawda w męskich zakonach jest to trudniejsze niż w żeńskich, bo mężczyźni nie bardzo lubią mówić o swoich uczuciach, ale staramy się znajdować przestrzenie, w których jest to możliwe. To jest takie budujące – zapewnia.
15 tysięcy sióstr
– Ja naprawdę lubię życie zakonne, konsekrowane, i szalenie zależy mi, żeby ono było naprawdę ewangeliczne, piękne – zapewnia s. Ewa Kaczmarek. Zwraca uwagę, że na opinie na temat życia zakonnego wpływa brak zauważenia proporcji w odbiorze społecznym. – Jeśli odchodzi, powiedzmy, 40 czy 60 sióstr w ciągu roku, to jednak 15 tysięcy sióstr pozostaje w życiu zakonnym, i są szczęśliwe. A mówi się tylko o tych, które odeszły i są niezadowolone z tego życia – choć przecież nie wszystkie odeszły dlatego, że było im źle, ale dlatego, że rozeznały, że to nie jest ich droga – zaznacza.
Odnosząc się do zarzutów, że życie wspólne w zakonie jest trudne, pyta: – A życie we wspólnocie rodzinnej nie jest trudne? Nie ma życia bez trudu. Jeśli cała wspólnota nie jest taka super, to przecież zawsze znajdzie się w niej jakaś bratnia dusza. A i tak najważniejsza jest moja relacja z Jezusem. Ona nadaje sens mojemu życiu. Chcę więc powiedzieć młodym kobietom, żeby były odważne. Nie bójcie się powiedzieć Bogu „tak”. Życie z Jezusem to fascynująca przygoda!
Franciszek Kucharczak/Gość Niedzielny
***
Kiedy wstajesz w nocy do dzieci, one się za Ciebie modlą. Niesamowita akcja amerykańskich norbertanek

(zdjęcie ilustracyjne, fot. Image by Use at your Ease from Pixabay)
***
Norbertanki z klasztoru w Tehachapi w Kalifornii żyją według rytmu Liturgii Godzin i codziennie przerywają sen, by odmówić nocne modlitwy. W tym szczególnym czasie obejmują swoimi intencjami zwłaszcza matki, które akurat nie śpią ponieważ opiekują się dziećmi.
Korzenie zakonu sięgają 1121 roku, kiedy to św. Norbert z Xanten założył pierwszą wspólnotę monastyczną. W Stanach Zjednoczonych norbertanki, a właściwie Zgromadzenie Sióstr Kanoniczek Regularnych Zakonu Premonstratensów jest od 30 lat. Swoją siedzibę mają w Klasztorze Betlejem pw. św. Józefa w Tehachapi (Kalifornia).
„Proces zakładania naszego klasztoru był wyjątkowy, ponieważ na kontynencie północnoamerykańskim nie ma innych norbertanek” – wyjaśniła matka Mary Oda, przełożona zgromadzenia w rozmowie z amerykańską Catholic News Agency.
Podstawą wspólnoty jest modlitwa kontemplacyjna. O północy zakonnice wstają, aby śpiewać jutrznię. W jednej z relacji, która stała się popularna w internecie, siostry wyjaśniły, że tę właśnie nocną modlitwę ofiarują szczególnie w intencji matek — zwłaszcza tych, które o tej porze też nie śpią, bo opiekują się dziećmi. Choć to nie jest obowiązek założycielski zakonu, piękna duchowa intencja nadaje ich modlitwie również praktyczny, codzienny sens.
Matka Oda podkreśla, że klauzurowe, kontemplacyjne życie jest głęboko zakorzenione w Liturgii Godzin. „Chwała, uwielbienie, dziękczynienie i wstawiennictwo, które przenikają modlitwę liturgiczną, przenikają również codzienne życie kanoniczki, czyniąc jej istnienie swego rodzaju „żywą liturgią” – powiedziała.
„Dla kanoniczek klauzurowych, Liturgia Godzin stanowi ramy całego naszego dnia i reguluje wszystkie pozostałe czynności” – przyznaje matka Oda. „Chociaż mamy wiele pracy do wykonania w klasztorze, naszym głównym zadaniem jest wielbienie Boga” – dodaje.
Siostry dzielą obowiązki na modlitwę i codzienną pracę. Prowadzą własne gospodarstwo, gdzie opiekują się zwierzętami, tworzą artykuły rzemieślnicze, wytwarzają sery i uprawiają sad. Obecnie na świecie są 172 norbertanki w 6 domach. W Polsce zgromadzenie obecne jest w klasztorze na Zwierzyńcu w Krakowie oraz w Imbramowicach k. Olkusza.
źródło: instagram.com / wszechobecne/fakty/angelusnews.com
PCh24.pl
***
„Błogosławieni przegrani?” Papież Leon XIV wywraca nasze myślenie o szczęściu

TIZIANA FABI | TIZIANA FABI
***
Ubogi, cichy, prześladowany – według świata to przegrany. Według Ewangelii Błogosławieństw to człowiek szczęśliwy. Podczas modlitwy Anioł Pański papież Leon XIV pokazuje, dlaczego prawdziwa nadzieja rodzi się tam, gdzie inni widzą tylko klęskę.
Podczas niedzielnego Anioła Pańskiego na placu Świętego Piotra papież Leon XIV sięgnął do jednego z najbardziej prowokujących fragmentów Ewangelii – Ośmiu Błogosławieństw. Słów, które od dwóch tysięcy lat nie przestają niepokoić, bo burzą nasze intuicyjne wyobrażenia o szczęściu, sukcesie i sensie życia.
Papież pokazuje realizm Ewangelii, która patrzy na historię z perspektywy Boga zbawiającego słabych, zranionych i odrzuconych. To właśnie w tym kluczu Leon XIV odczytuje Błogosławieństwa jako „prawo zapisane w sercu”, zdolne przemienić gorycz prób w trwałą nadzieję.
Poniżej publikujemy całość rozważania papieża Leona XIV oraz jego wezwania po modlitwie Anioł Pański.
ANIOŁ PAŃSKI
Drodzy Bracia i Siostry, dobrej niedzieli!
W dzisiejszej liturgii proklamowany jest wspaniały fragment Dobrej Nowiny, którą Jezus głosi całej ludzkości: Ewangelia Błogosławieństw (Mt 5, 1-12). Są one rzeczywiście światłami, które Pan zapala w półmroku dziejów, odsłaniając plan zbawienia, jaki Ojciec urzeczywistnia poprzez Syna mocą Ducha Świętego.
Na górze Chrystus przekazuje uczniom nowe prawo – zapisane w sercach, a nie na kamieniu: jest to prawo, które odnawia nasze życie i czyni je dobrym, nawet wtedy, gdy światu wydaje się ono przegrane i nędzne. Tylko Bóg może naprawdę nazwać błogosławionymi ubogich i tych, którzy się smucą (por. w. 3-4), ponieważ On jest najwyższym dobrem, które udziela się wszystkim z nieskończoną miłością. Tylko Bóg może nasycić tych, którzy szukają pokoju i sprawiedliwości (por. w. 6.9), bo On jest sprawiedliwym sędzią świata, sprawcą pokoju wiecznego. Tylko w Bogu cisi, miłosierni i czystego serca znajdują radość (w. 5.7-8), bo On jest spełnieniem ich oczekiwań. W prześladowaniu Bóg jest źródłem wyzwolenia; pośród kłamstwa – kotwicą prawdy. Dlatego Jezus ogłasza: „Cieszcie się i radujcie!” (w. 12).
Błogosławieństwa te pozostają paradoksem tylko dla tych, którzy uważają, że Bóg jest inny niż objawia Go Chrystus. Kto spodziewa się, że tyrani zawsze będą panami na ziemi, zostaje zaskoczony słowami Pana. Kto przywykł myśleć, że szczęście należy do bogatych, mógłby uznać, że Jezus się łudzi. Tymczasem złudzenie polega właśnie na braku wiary w Chrystusa: On jest ubogim, który dzieli się swoim życiem ze wszystkimi; łagodnym, który trwa w cierpieniu; budowniczym pokoju, prześladowanym aż do śmierci na krzyżu.
W ten sposób Jezus rozjaśnia sens historii: nie tej pisanej przez zwycięzców, lecz tej, którą Bóg wypełnia, zbawiając uciskanych. Syn patrzy na świat realizmem miłości Ojca; po przeciwnej stronie stoją – jak mówił Papież Franciszek – „specjaliści od łudzenia. Nie należy iść za nimi, gdyż nie są oni w stanie dać nam nadziei” ( Anioł Pański, 17 lutego 2019) [1]. Bóg natomiast daje tę nadzieję przede wszystkim tym, których świat odrzuca jako beznadziejnych.
Dlatego, drodzy bracia i siostry, Błogosławieństwa stają się dla nas probierzem szczęścia, skłaniając nas do zadania sobie pytania, czy to szczęście uważamy za zdobycz, którą można nabyć, czy też za dar, którym można się dzielić; czy upatrujemy je w przedmiotach, które się zużywają, czy też w relacjach, które nam towarzyszą. To właśnie „z powodu Chrystusa” (por. w. 11) i dzięki Niemu gorycz prób przemienia się w radość odkupionych: Jezus nie mówi o pociesze odległej, ale o stałej łasce, która zawsze nas podtrzymuje, zwłaszcza w godzinie udręki.
Błogosławieństwa wywyższają pokornych i rozpraszają pysznych w zamysłach ich serc (por. Łk 1, 51-52). Dlatego prośmy o wstawiennictwo Maryi Panny – Służebnicy Pańskiej, którą wszystkie pokolenia nazywają błogosławioną.
Po modlitwie Anioł Pański:
Drodzy Bracia i Siostry!
Z wielkim niepokojem przyjąłem wiadomości o nasileniu napięć między Kubą a Stanami Zjednoczonymi Ameryki – dwoma sąsiadującymi ze sobą państwami. Przyłączam się do przesłania biskupów kubańskich, wzywając wszystkich odpowiedzialnych do podejmowania szczerego i skutecznego dialogu, aby uniknąć przemocy i wszelkiego działania, które mogłoby zwiększyć cierpienia drogiego narodu kubańskiego. Niech Virgen de la Caridad del Cobre [Matka Boża Miłosierdzia z El Cobre] wspiera i chroni wszystkie dzieci tej umiłowanej ziemi!
Zapewniam o mojej modlitwie za liczne ofiary osuwiska w kopalni w Kiwu Północnym, w Demokratycznej Republice Konga. Niech Pan wspiera ten lud, który tak bardzo cierpi!
Módlmy się również za zmarłych i za tych, którzy cierpią z powodu burz, jakie w ostatnich dniach nawiedziły Portugalię i południowe Włochy. Nie zapominajmy także o mieszkańcach Mozambiku, ciężko doświadczonych przez powodzie.
Dzisiaj we Włoszech obchodzony jest „Narodowy Dzień Ofiar Cywilnych Wojen i Konfliktów na Świecie”. Ta inicjatywa jest, niestety, dramatycznie aktualna: każdego dnia odnotowuje się bowiem ofiary cywilne działań zbrojnych, co w sposób jawny narusza moralność i prawo. Zmarli oraz ranni z wczoraj i z dziś zostaną naprawdę uczczeni, gdy położy się kres tej niedopuszczalnej niesprawiedliwości.
W najbliższy piątek rozpoczną się Zimowe Igrzyska Olimpijskie w Mediolanie-Cortinie, po których odbędą się Igrzyska Paralimpijskie. Składam życzenia organizatorom i wszystkim sportowcom. Te wielkie wydarzenia sportowe stanowią mocne przesłanie braterstwa i ożywiają nadzieję na świat żyjący w pokoju. Taki jest również sens „rozejmu olimpijskiego” – starożytnego zwyczaju towarzyszącego przebiegowi Igrzysk. Mam nadzieję, że ci, którym leży na sercu pokój między narodami i którzy sprawują władzę, potrafią przy tej okazji podjąć konkretne gesty łagodzenia napięć i dialogu.
Pozdrawiam was wszystkich, drodzy Rzymianie i pielgrzymi z różnych krajów!
W szczególności cieszę się, że mogę powitać członków Ruchu Światło-Życie z diecezji siedleckiej w Polsce, którym towarzyszy biskup pomocniczy. Pozdrawiam grupy wiernych z Paraná w Argentynie; z Chojnic, Warszawy, Wrocławia i Wągrowca w Polsce; z Puli i Sinj w Chorwacji; z Gwatemali i San Salvador, a także uczniów Instytutu „Rodríguez Moñino” z Badajoz i z Cuenca w Hiszpanii. Pozdrawiam również czcicieli Madonna dei Miracoli [Matki Bożej od Cudów] z Corbetty koło Mediolanu.
Serdecznie dziękuję za wasze modlitwy i wszystkim życzę dobrej niedzieli!
Aleteia.pl/tekst katechezy i pozdrowienia za vatican.va
***
Aby Matka Boża była coraz bardziej znana i miłowana i aby świat poznał i wypełnił Jej przesłania !
„Różaniec Święty, to bardzo potężna broń.
Używaj go z ufnością, a skutek wprawi cię w zdziwienie”.
(św. Josemaria Escriva do Balaguer)

***
Intencje Żywego Różańca
na miesiąc luty 2026 roku
Intencja Ojca Świętego, którą powierza Kościołowi:
- Módlmy się, aby dzieci cierpiące na nieuleczalne choroby i ich rodziny otrzymały niezbędną opiekę medyczną i wsparcie oraz nigdy nie traciły sił i nadziei.
Intencje Polskiej Misji Katolickiej w Glasgow:
- Duchu Święty, Miłości rozlana w sercach, który umysłom udzielasz łaski i natchnienia, odwieczne Źródło życia, który doprowadzasz do końca misję Chrystusa przez różnorakie charyzmaty, prosimy Cię za wszystkie osoby konsekrowane. Napełnij ich serca głęboką pewnością, że zostały wybrane, aby kochać, wielbić i służyć. Pozwól im zaznać Twojej przyjaźni, napełnij je Twoją radością i pociechą, pomagaj im przezwyciężać chwile trudności i podnosić się po upadkach, uczyń je odblaskiem Boskiego piękna. Daj im odwagę podejmowania wyzwań naszych czasów i łaskę ukazywania ludziom dobroci i człowieczeństwa Zbawiciela naszego Jezusa Chrystusa. Amen. (modlitwa św. Jana Pawła II)
- Za papieża Leona XIV, aby Duch Święty prowadził go, a święty Michał Archanioł strzegł.
- Za naszych kapłanów, aby dobry Bóg umacniał ich w codziennej posłudze oraz o nowe powołania do kapłaństwa i życia konsekrowanego.
- Dodatkowe intencje dla Róż
- św. Moniki, Matki Bożej Częstochowskiej (II) i bł. Pauliny Jaricot:
- Rozważając drogi zbawienia w Tajemnicach Różańca prosimy Cię Boża Matko, abyś wypraszała u Syna Twego a Pana naszego właściwe drogi życia dla naszych dzieci.
- dla Roży
- bł. Kard. Stefana Wyszyńskiego:
- Wysławiamy Boga w Trójcy Jedynego, że zostaliśmy stworzeni na Boże podobieństwo, aby stanowić wspólnotę życia w miłości. Abyśmy mogli zawsze przeżywać wspólnie dany nam czas i ten radosny i ten związany z trudem – dlatego prosimy Cię Miłosierny Boże o łaskę ustawicznego umacniania naszego małżeńskiego przymierza poprzez ciągłe ożywianie wzajemnej miłości.
***
Od 1 lutego modlimy się kolejnymi Tajemnicami Różańca Świętego i w nowych intencjach, które otrzymaliście na maila 31 stycznia z adresu e-rozaniec@kosciol.org (jeśli ktoś z Was nie dostał maila na ten miesiąc, proszę o kontakt z Zelatorem Róży, albo na adres rozaniec@kosciolwszkocji.org)
***
Obecnie mamy 21 Róż Żywego Różańca. Zachęcamy bardzo serdecznie kolejne osoby, które chciałyby dołączyć do Wspólnoty Żywego Różańca. Módlmy się więc, aby dotąd nieprzekonani mogli się przekonać jak skuteczną i tym samym jak bardzo potrzebną jest dziś modlitwa różańcowa.
***
Każdy kto należy do Wspólnoty Żywego Różańca uczestniczy w następujących przywilejach:
- Modląc się codziennie jedną dziesiątką różańca dostępuje się takich łask jak wtedy kiedy modlimy się całym różańcem (20 Tajemnic Różańcowych), gdyż jest we wspólnocie modlitewnej i kolejne osoby z Róży dopełniają modlitwę różańcową rozważając pozostałe Tajemnice.
- Każdy z członków Żywego Różańca, na podstawie przywileju udzielonego przez Stolicę Apostolską (Dekret Penitencjarii Apostolskiej z dnia 25.10.1967), może uzyskać odpust zupełny (darowanie kary czyśćcowej) pod zwykłymi warunkami (stan łaski uświęcającej, przyjęcie w danym dniu Komunii św., odmówienie Wierzę w Boga, Ojcze nasz i Zdrowaś Maryjo w intencjach w jakich modli się Ojciec św. Leon XIV).
- Dni w których można uzyskać odpust zupełny:
1. Dzień przyjęcia do Wspólnoty Żywego Różańca
2. Uroczystość Narodzenia Pańskiego (25 grudnia)
3. Święto Ofiarowania Pańskiego (2 lutego)
4. Uroczystość Zmartwychwstania Pańskiego (5 kwietnia)
5. Uroczystość Zwiastowania Pańskiego (25 marca)
6. Uroczystość Wniebowzięcia Najświętszej Maryi Panny (15 sierpnia)
7. Wspomnienie Najświętszej Maryi Panny Różańcowej (7 października)
8. Uroczystość Niepokalanego Poczęcia Najświętszej Maryi Panny (8 grudnia)
***
Obietnice różańcowe przekazane przez Matkę Bożą bł. Alanowi z La Roche:
1. Wszyscy, którzy wiernie Mi służyć będą odmawiając Różaniec św. otrzymają pewną szczególną łaskę
2. Wszystkim odmawiającym pobożnie mój Różaniec przyrzekam Moją szczególniejszą opiekę i wielkie łaski
3. Różaniec będzie najpotężniejszą bronią przeciw piekłu, wyniszczy pożądliwości, usunie grzechy, wytępi herezje
4. Cnoty i święte czyny zakwitną – najobfitsze zmiłowanie uzyska dla dusz od Boga; serca ludzkie odwróci od próżnej miłości świata, a pociągnie do miłości Boga i podniesie je do pragnienia rzeczy wiecznych; o, ileż dusz uświęci ta modlitwa
5. Dusza, która poleca Mi się przez Różaniec – nie zginie
6. Każdy kto będzie modlił się pobożnie na Różańcu św., rozważając równocześnie Tajemnice Święte nie dozna nieszczęść, nie doświadczy gniewu Bożego, nie umrze nagłą śmiercią; nawróci się, jeśli jest grzesznikiem a jeśli zaś żyje według Bożych przykazań – wytrwa w łasce i osiągnie życie wieczne
7. Prawdziwi czciciele Mego Różańca nie umrą bez Sakramentów Świętych
8. Chcę, aby odmawiający Mój Różaniec, mieli w życiu i przy śmierci światło i pełnię łask, aby w życiu i przy śmierci uczestniczyli w zasługach Świętych
9. Codziennie uwalniam z czyśćca dusze, które Mnie czciły modlitwą różańcową
10. Prawdziwi czciciele Mego Różańca osiągną wielką chwałę w niebie
11. O cokolwiek przez Różaniec prosić będziesz – otrzymasz
12. Rozszerzającym Mój Różaniec przybędę z pomocą w każdej potrzebie
13. Uzyskałam u Syna Mojego, aby wpisani do Wspólnoty Mojego Różańca – mieli w życiu i przy śmierci za swoich orędowników wszystkich mieszkańców nieba
14. Odmawiający Mój Różaniec są Moimi dziećmi, a Jezus Chrystus, mój Jednorodzony Syn, jest dla nich Bratem
15. Nabożeństwo do Mego Różańca jest wielkim znakiem przeznaczenia do Nieba
Różaniec jest modlitwą piękną, ale dość wymagającą, gdyż łatwo ją bezmyślnie powtarzać. Należy jak najprościej modlić się na różańcu. Zaczyna się od przeczytania rozważań lub fragmentu Ewangelii, następnie krótka refleksja nad przeczytanym tekstem oraz podanie intencji. Następnie odmówić dziesiątkę różańca. W różańcu chodzi o to, by nie tyle skupić się na technice odmawiania, ale aby rozważać poszczególne tajemnice oraz ich znaczenie. Taki różaniec staje się modlitwą ewangeliczną, wraz z Najświetszą Maryją Panną przeżywamy kolejne momenty życia Pana Jezusa.
Nie można traktować Różańca magicznie, przed czym przestrzegał św. Jan Paweł II. Istotą jest zasłuchanie, wniknięcie w Boże dary, stąd zawsze przed modlitwą zapraszamy Ducha Świętego.
Każdy, kto przyjął sakrament chrztu świętego powinien być odpowiedzialny za święty Kościół Katolicki. Coraz bardziej świadomie przeżywać troskę o zbawienie nie tylko swoje, ale również innych. Dokonuje się to poprzez miłość Boga i bliźniego, modlitwę, dobre uczynki i cierpliwe znoszenie codziennych krzyży.
***
fot. wikipedia.org/domena publiczna
***
Święta Teresa z Ávili. Dziewczyna, która nie chciała żyć byle jak
Nie chciała żyć przeciętnie. Nie potrafiła kochać połowicznie. Historia św. Teresy z Ávili to opowieść o kobiecie, która nie bała się trudnych pytań i z odwagą podejmowała decyzje, prowadzące ją bliżej Boga.
W czasach, w których przyszło jej żyć, od kobiet oczekiwano raczej posłuszeństwa niż odwagi, a od dziewczynek – spokoju, a nie wielkich pytań. Teresa Sánchez de Cepeda y Ahumada od początku nie bardzo pasowała do tych oczekiwań.
Od dziecięcej wyobraźni do duchowej wrażliwości
Przyszła na świat w 1515 roku w Ávili, w samym sercu Hiszpanii. Dorastała w licznej, religijnej rodzinie, w domu, w którym wiara była codziennością, a modlitwa czymś naturalnym. Ojciec był człowiekiem wymagającym i zasadniczym, a matka – czuła, uważna i pełna ciepła. To ona wprowadziła córkę w duchowy świat, czytając jej żywoty świętych. Teresa słuchała tych historii tak, jakby dotyczyły kogoś, kim sama kiedyś mogłaby się stać. Te opowieści stały się jej kompasem wskazującym kierunek, w którym będzie podążać przez całe swoje życie.
Dziecięce marzenie o męczeństwie
Jedną z najbardziej zaskakujących opowieści z jej dzieciństwa była próba ucieczki z domu. Teresa i jej brat Rodrigo postanowili wyruszyć w drogę do krajów muzułmańskich, wierząc, że tam będą mogli oddać życie za wiarę. Oboje pragnęli tego najbardziej na świecie i byli skłonni zrobić wszystko, by spełnić swoje dziecięce marzenie. Z dzisiejszej perspektywy wydaje się to naiwną, wręcz niebezpieczną fantazją, jednak dla Teresy była to decyzja podejmowana z pełnym przekonaniem o jej słuszności.
Ich wyprawę przerwał wujek, który sprowadził rodzeństwo z powrotem do domu. Co ciekawe, sama Teresa po latach wspominała to wydarzenie z dystansem i humorem. Wiedziała już wtedy, że dziecięca gorliwość bywa naiwna, ale nigdy nie przestała traktować jej jako dowodu na bardzo poważne pragnienie. Skoro nie dane jej było umrzeć dla Boga, postanowiła żyć dla Niego całą sobą.
Strata, która pogłębiła jej relację z Bogiem
Gdy Teresa miała dwanaście lat, jej świat nagle się zatrzymał. Śmierć matki była doświadczeniem bolesnym i niezrozumiałym, szczególnie dla dziewczynki, która do tej pory znajdowała w niej ciepło, uwagę i poczucie bezpieczeństwa. To właśnie wtedy po raz pierwszy doświadczyła straty, która nie dawała się łatwo oswoić i na długo zapisała się w jej pamięci.
Dziewczyna zwróciła się do Maryi z dziecięcą prostotą i szczerością, prosząc, by odtąd to Ona była jej Matką. Nie była to decyzja wynikająca z teologicznych rozważań, lecz spontaniczny gest serca, potrzeba bliskości, opieki i poczucia, że nie jest sama. Ta relacja, oparta na zaufaniu stała się jednym z fundamentów jej duchowości i z czasem ukształtowała sposób, w jaki Teresa przeżywała swoją wiarę: jak relację dziecka z kimś naprawdę bliskim.
Klasztor daleki od ideału
W wieku dwudziestu lat wstąpiła do klasztoru karmelitanek w Ávili. Oczekiwała ciszy, skupienia i życia skoncentrowanego na modlitwie – bo przecież tak powinno wyglądać życie zakonne. Szybko jednak okazało się, że klasztorna codzienność daleka była od ideału. W tamtych czasach klasztor bywał miejscem intensywnego życia towarzyskiego, a rozmowy w rozmównicach potrafiły trwać dłużej, niż modlitwa w kaplicy. Wspólnoty zakonne funkcjonowały wówczas w dużym otwarciu na świat zewnętrzny, a pierwotna surowość reguły została znacznie złagodzona.
Teresa przez długi czas zmagała się z wewnętrznym rozdarciem. Pragnęła głębokiej relacji z Bogiem, ale jednocześnie nie potrafiła uwolnić się od rozproszeń i kompromisów. Ten stan niepokoju i niespełnienia towarzyszył jej przez wiele lat. To nie było takie klasztorne życie, jakie chciała przeżyć.
Chrystusowa mistyczka
Rok 1554 stał się momentem zwrotnym w jej życiu. Modląc się przed figurą ubiczowanego Chrystusa, Teresa doświadczyła głębokiego nawrócenia. Zrozumiała, że nie może dłużej żyć „jak dotąd” i że jej relacja z Bogiem wymaga konkretnej decyzji, a nie tylko dobrych intencji. To wtedy narodziło się w niej pragnienie całkowitej jedności z Bogiem. Jak sama później pisała, odkryła, że Ten, którego zraniła swoją letniością, wciąż ją kocha.
Z czasem zaczęła doświadczać intensywnych przeżyć mistycznych: głębokiego pokoju, wizji i ekstaz. Nie zawsze spotykała się z akceptacją, część osób podejrzewała ją o przesadę lub złudzenia a inni patrzyli na nią z nieufnością. Teresa sama powtarzała, że nie szuka nadzwyczajnych przeżyć i że znacznie bardziej zależy jej na wierności w codzienności niż na spektakularnych doświadczeniach. Nie uciekała od konfrontacji. Z pokorą poddawała swoje doświadczenia ocenie spowiedników i teologów, jednocześnie coraz wyraźniej dojrzewała w niej myśl o reformie Karmelu – powrocie do ciszy, ubóstwa i prostoty.
Odważna reformatorka
W 1562 roku założyła w Ávili pierwszy zreformowany klasztor pod wezwaniem św. Józefa. Był skromny, ubogi i radykalnie różny od dotychczasowych wspólnot. Reforma spotkała się z oporem, oskarżeniami i nieufnością, także ze strony ludzi Kościoła. Mimo towarzyszących jej chorób i zmęczenia podróżowała po całej Hiszpanii, zakładając kolejne klasztory, nie mając pewności, czy w kolejnym mieście spotka ją wsparcie czy sprzeciw. Była kobietą niezwykle konkretną, odważną i zdeterminowaną.
Podczas jednej z podróży poznała młodego karmelitę – Jana, późniejszego św. Jana od Krzyża. Dostrzegła w nim idealnego współpracownika do reformy męskiej gałęzi zakonu. Łączyła ich głęboka duchowa przyjaźń i wspólne pragnienie odnowy życia zakonnego. Gdy Jan został uwięziony przez przeciwników reformy i przez wiele miesięcy przetrzymywany w ciężkich warunkach, Teresa bardzo cierpiała. Nie straciła jednak wiary, że dzieło, które rozpoczęli, jest Boże i przetrwa. I nie pomyliła się.
Boża pisarka
Pod koniec życia nie tylko zakładała kolejne klasztory, ale także pisała swoje najważniejsze dzieła: Księgę życia, Twierdzę wewnętrzną i Drogę doskonałości. Łączyła w nich głębię mistyczną z realizmem i humorem. Uczyła, że modlitwa jest przyjacielską rozmową z Tym, o którym wiemy, że nas kocha. Jej duchowość była konkretna, dostępna i bardzo ludzka.
Teresa z Ávili zmarła 4 października 1582 roku w Alba de Tormes. Jej ostatnie słowa brzmiały: „W końcu, Panie, nadeszła chwila spotkania.” Jej życie nie było ani proste, ani wygodne, ale było spójne – od dziecięcych pragnień po ostatni oddech. W ten sposób spełniło się marzenie dziewczynki, która nigdy nie bała się trudnych pytań i z odwagą podejmowała decyzje, prowadzące ją ku świętości.
Poznaj świętą Teresę z Ávili
Jeśli po tej opowieści masz poczucie, że chcesz poznać bliżej postać świętej Teresy – nie tylko jako tej z wielkich, teologicznych rozważań ale i zwyczajnie-niezwykłą kobietę z krwi i kości – podpowiadamy, jak to zrobić! Sięgnij po 52 tygodnie ze św. Teresą z Ávili i daj się poprowadzić przez jej myśli i doświadczenia. Spokojnie, tydzień po tygodniu, bez pośpiechu i zbędnego patosu. Poznaj historię dziewczyny z Ávili, która nie chciała żyć byle jak.
Stacja7.pl
***
fot. Jusepe de Ribera/ Museo Nacional del Prado/Wikipedia
***
Św. Teresa. Wielka Madre i jej twierdza wewnętrzna – jak zdobyć kolejny level
Twierdza wewnętrzna – powiedzielibyśmy dziś escape room lub ostatni level gry strategicznej. Tyle, że tu chodzi o prawdziwe życie. Na który poziom dotarła św. Teresa?
Mała dziewczynka, która chciała iść do Maurów, by otrzymać palmę męczeństwa, gdy dorosła, odkryła jak być niezwyciężoną wojowniczką. Nie wychodząc z domu czy murów klasztoru. I napisała, jak to zrobić. W trudnych czasach warto przypomnieć, jak wejść do twierdzy wewnętrznej, by uzyskać dar owocnego apostolatu.
„Twierdza wewnętrzna”. Dlaczego św. Teresa nadała taki tytuł najbardziej dojrzałemu utworowi, jaki napisała? – Jeśli ktoś był w jej rodzimej Avili, nie może mieć wątpliwości – wybór metafory był oczywisty – wychowała się i dorastała w średniowiecznych murach z osiemdziesięcioma ośmioma wieżami, w mieście, które się broniło i walczyło z Maurami, a gdy pewnego roku mężczyźni byli nieobecni, zostało obronione przez kobiety.
Na szczęście Teresę i jej brata, którzy uciekli, by zrealizować swoje pragnienie o męczeństwie, przyłapał wujek, który odstawił uciekinierów do domu. Dzieci dostały burę i już wówczas można było się zorientować, że ta mała ma nieprzeciętny charakter. A ponieważ bardzo chciała dostać się do nieba, gdy nie powiódł się jej plan męczeństwa, zbudowała w ogrodzie pustelnię i tam naśladowała pustelników i ascetów – projekt zewnętrznego działania w świecie zastąpiła modlitwą. I tak było w jej dorosłym życiu – wszystko, co robiła i czego dokonała, wypływało z modlitwy.
Samotne szukanie
Co było dalej, wiadomo z jej własnych wspomnień i licznych biografii. Gdy miała dwadzieścia jeden lat wstąpiła do Karmelu w rodzinnym mieście, gdzie przeżyła rozczarowanie – było tu zbyt światowo. Odczuła potrzebę reformy i powrotu do korzeni Zakonu, ale nim stała się reformatorką Karmelu, przeszła długą drogę duchowego dojrzewania. Była to przeważnie samotna wędrówka i mocowanie się z problemami. Choć miała i świętych spowiedników, takich jak św. Franciszek Borgiasz i św. Piotr z Alkantary, ale byli też całkiem przeciętni, (w sumie naliczono ich ponad dziewięćdziesięciu), więc często była pogrążona w mroku i niepewności.
Dobrze wiedziała, czym jest to samotne szukanie, dlatego zależało jej na przekazaniu swojego doświadczenia swym duchowym córkom oraz wszystkim, odczuwającym głód Boga.
Mapa drogowa dla spragnionych
Malarze przedstawiają św. Teresę z piórem w ręku, malują także nad jej głową gołębicę – symbol Ducha Świętego, bo wielka Madre była autorką najwybitniejszych dzieł chrześcijańskiej duchowości. Paradoksalnie, poza listami i poezją, wszystkie swe dzieła napisała z posłuszeństwa i z oporami. „Twierdzę wewnętrzną” napisała na polecenie prowincjała karmelitów o. Graciana i mimo trudności zakończyła pracę dość szybko, bo w pół roku. Znawcy jej dorobku twierdzą, że to najdojrzalsze jej dzieło teologiczne. I mapa drogowa dla spragnionych.
Jak zdobyć kolejne mieszkania twierdzy?
Porównuje w nim św. Teresa duszę, stworzoną na obraz i podobieństwo Boga, do twierdzy wykonanej w całości z jednego diamentu. A na jej dnie mieszka sam Bóg i celem jest dotarcie do Niego, po przejściu siedmiu mieszkań. Zaś bramą, przez którą wchodzi się do środka, jest modlitwa i rozważanie, modlitwa bez oglądania się na umiejętności i kunszt. Zaczyna się droga osobistego wysiłku, wytrwałości, odwagi i męstwa, „bo wielkie i niezliczone trudności czart stawia początkującemu”, przechodzenia od jednego do kolejnego mieszkania. Pierwsze trzy to okres, który w innym traktacie porównała do dokopywania się kilofem do źródła i czerpania wody ze studni. Głód i pragnienie Boga mają być bodźcem, aż dusza dojdzie do mieszkania czwartego, do momentu, w którym Bóg przejmuje inicjatywę. To etap, gdy człowiek unika zła, jest wierny modlitwie… i większość pobożnych chrześcijan na nim się zatrzymuje. Niesłusznie, gdyż trzeba mieć świadomość, że toczy się walkę i trzeba być gotowym ”stawić czoło wszystkiemu wojsku diabelskiemu i że do tej walki nie ma dzielniejszego oręża nad krzyż”.
I dalej, przez rany, pustynne oschłości i oczyszczenia, poczucie opuszczenia, ale też ekstazy i zachwyt dociera się do siódmego mieszkania, w którym przebywa Bóg, Oblubieniec i następuje zjednoczenie mistyczne duszy z Bogiem, określane jako mistyczne zaślubiny.
Czytelnik „Twierdzy” śledząc kolejne etapy wędrówki duszy, która ją unosi wyżej i wyżej, ale jest także schodzeniem w dół, do głębin, może dostać zawrotu głowy. Bo co powiedzieć po przeczytaniu takich słów: „Chociaż w opisie tej twierdzy mówiłam o siedmiu tylko mieszkaniach, każde z nich jednak składa się z wielu komnat na górze i na dole, i po bokach, z wdzięcznymi ogrodami, wodotryskami, klombami, gajami i takim mnóstwem wszelkiego rodzaju rzeczy rozkosznych, że na widok ich chciałybyście rozpłynąć się w uwielbieniach tego Boga wielkiego, który te cuda stworzył na wyobrażenie i podobieństwo swoje”.
Czy da się to zdobyć?
Pojawia się pytanie, a także powątpiewanie, czy to wszystko jest przeznaczone dla zwykłych śmiertelników, czy może dla ludzi z wyższej półki duchowości, mistyków i wizjonerów, skupionych za murami swoich klasztorów? A wielka Madre odpowiada kategorycznie, że ta droga jest dla wszystkich. „Bo nie w tym rzecz, wierzcie mi, czy ktoś nosi habit zakonny, czy nie, ale w tym jedynie, by usilnie ćwiczyć się w cnotach i całą istnością swoją oddać się Bogu i wszystek tryb życia swego do tego stosować, co i jak Pan zechce, i nie szukać spełnienia woli swojej, tylko spełnienia woli Bożej”.
Więc dalej w drogę, bo gdy już ktoś wyruszy, Bóg w pewnym momencie przejmie inicjatywę i będzie nosił na rękach. Madre określa modlitwę, jako „rozmowę przyjaciół, rodzinną zażyłość z Bogiem, z którym przestajemy w ukryciu, wiedząc, że jesteśmy przez Niego ukochani”.
Ona zdobyła siódme mieszkanie
Św. Teresa pewnego dnia dotarła do siódmego mieszkania. Co było dalej? Nie pozostawała w czterech ścianach by kontemplować swoje absolutne szczęście, bo małżeństwo ma owocować płodnym apostolatem. Została apostołem. To było trudne, była kobietą, w tamtych czasach kobietą. Nie była uczonym teologiem ani duchownym. „Lecz nie mając żadnej możności uczynieniu czegoś w służbie Bożej na chwałę Pana, gdyż jestem niewiastą i to jeszcze tak nędzną, tym gorętsze uczułam w sobie i dotąd czuję pragnienie, aby, skoro Bóg ma tylu nieprzyjaciół, a tak niewielu przyjaciół, ci niewielu przynajmniej, byli prawdziwymi Jego przyjaciółmi. Postanowiłam zatem uczynić choć to maluczko, co uczynić zdołam, to jest, wypełniać rady ewangeliczne jak najdoskonalej…” I modlić się za tych, którzy bronią Kościoła.
Reforma Karmelu
Św. Teresa stała się gorliwą orędowniczką modlitwy za Kościół, bo zrozumiała, że celem Karmelu ma być modlitwa w tych intencjach. A czasy były trudne, kolejne kraje po Reformacji zrywały z Kościołem. Żeby ten cel osiągnąć, trzeba było stworzyć warunki do takiej modlitwy. Przejechała Hiszpanię wzdłuż i wszerz, założyła siedemnaście klasztorów i zreformowała już istniejące, bo klasztory karmelitanek miały być miejscem modlitwy i pokuty, a wszelkie umartwienia i ofiary miały na celu, by Pan ochraniał swój Kościół. Pewnego dnia otrzymała nagrodę za gorliwość i posłuszeństwo wierze katolickiej – jeszcze za życia poznała swoje mistyczne imię, o którym czytamy w Apokalipsie św. Jana: „Zwycięzcy dam (…) kamyk biały, a na kamyku tym wypisane nowe imię, którego nikt nie zna, jak tylko ten, który je otrzymuje”. Jej imię to „Córka Kościoła”.
Córka Kościoła i doktor mistyczny. Uczy, że w każdych okolicznościach można zdobyć twierdzę i stać się opoką dla innych.
Alina Petrowa-Wasilewicz/Stacja7.pl
***

“Św. Teresa” – François Gérard,
***
5 rad dla duszy od św. Teresy z Avila
Gdy była nastolatką uwielbiała modnie się ubierać. Gdy dorosła wybrała bardzo surową drogę życiową, została zakonnicą i zreformowała zakon karmelitański. Święta Teresa z Avila – mistrzyni życia codziennego i duchowego. Przeczytajcie 5 skutecznych rad dla duszy!
1
Jest takie królestwo, którego Pan nie chce poddanych zaprzęgać do pracy wokół swoich spraw. Jedyną jego sprawą jest bowiem troska o ich szczęście. To królestwo jest w każdym z nas.
2
Taka jest dusza ludzka: silna i odważna, lecz zarazem słaba i bezbronna, gotowa mężnie stanąć do walki z najbardziej zaciekłym wrogiem, lecz często potykająca się o najmniejszy leżący na drodze kamień.
3
Mury duszy swoją solidną konstrukcją zdają się skrywać tajemnice wnętrza, lecz gdy przyjrzeć się im z bliska, są przezroczyste, miękkie i przenikliwe.
4
Bogactwa ludzkiej duszy, jej cnót i darów, nie da się przecenić, widać je w całej krasie, gdy rozświetla je światło promieniujące z wnętrza. Tak niewiele jednak potrzeba, żeby owe bogactwa przykryło grube czarne sukno ludzkich grzechów i ułomności, a wtedy światło – choć nadal z wnętrza duszy wypływa – już ich nie rozświetla; wtedy niszczeją i nie sprawiają radości ani mieszkańcom zamku, ani tym, którzy patrzą na niego z zewnątrz.
5
Najbliżej Boga, a więc i siebie samego, jest nie ten, kto ma wiele przeżyć zewnętrznych, lecz ten, kto oddala wszystko, co zewnętrzne, aby dać się przeniknąć światłu, które promieniuje z wnętrza jego własnego serca. Ten zaś, kto doświadczył pierwszych promieni tego światła, wie, że nie bije ono bezlitośnie po oczach, lecz rozprzestrzenia się cicho i delikatnie, jak poranna mgła, która kładzie się miękkim płaszczem na zaspanej ziemi, by obudzić ją swoją cudowną świeżością.
Dorota Krawczyk/Stacja7.pl
(fragment książki: Gdzie Mieszka Bóg? Wędrówka po zamku duszy ze św. Teresą od Jezusa, Dorota Krawczyk, Flos Carmeli 2017, Poznań)
***

fot. via: Pixabay – karan_kss_/ Wikipedia CC 3.0
***
Lęk człowieka skrzywdzonego jest jego więzieniem. Przebaczenie najtrudniejszą miłością
Czy zdarzyło Ci się kiedykolwiek doświadczyć poczucia skrzywdzenia? Czy zranił Cię ktoś dla kogo byłeś gotowy wiele zrobić? Zapewne tak… Każdemu z nas przychodzi żyć z mniejszą lub większą krzywdą, z negatywnymi uczuciami. Na dłuższą metę jest to jednak nie możliwe…
Krzywda jest… Niesprawiedliwością Pozbawieniem człowieka dóbr, do których ma prawo Bólem, od jej zadania aż do końca życia Cierpieniem Zranieniem
Uczucia towarzyszące skrzywdzeniu: Najczęściej pierwszym uczuciem jaki towarzyszy jest poczucie lęku i obawy. Lęk może przybrać dwie formy – obawy przed powrotem do przeszłości i obawa przez posądzeniem o niewdzięczność względem osób którym wiele zawdzięczają – szczególnie w przypadku krzywd doświadczonych w dzieciństwie od rodziców. Lęk ten jest najczęściej lękiem względem bliźnich.
Specyfika lęku. Lęk człowieka skrzywdzonego jest jego więzieniem. To forma iluzji jaką człowiek sobie stwarza, zamykając się w kręgu własnych spraw. Czasem nawet sam skrzywdzony sobie go nie uświadamia. Skutkiem jest postępujące odizolowywanie się, zamykanie się w sobie. W krańcowych przypadkach może doprowadzić nawet do samobójstwa.
Rozżalenie i gniew Najskuteczniejsza metoda postępowania z tymi uczuciami to przyzwolenie na ich przeżywanie tak, aby móc do nich podchodzić z zachowaniem wewnętrznej wolności. Często nie są adresowane do rzeczywistych krzywdzicieli ale do osób, które skrzywdzonego dotknęły choćby w sposób przypadkowy i niechcący.
Negatywne skutki doznanej krzywdy są uzależnione od tego, w jakich sposób krzywdzony sobie z nią poradzi. Możemy wyróżnić dwie możliwości 1. zepchnięcie do podświadomości co skutkuje zatruciem na pozostały okres życia, utrudnia budowanie dojrzałych relacji, łatwo staje się źródłem krzywdy względem innych – skrzywdzony wchodzi w rolę krzywdziciela 2. przepracowanie krzywdy z pragnieniem wyjścia z krzywdzenia. W takim kontekście krzywda może się okazać daną nam łaską, stając się miejscem szczególnej wrażliwości człowieka na danej płaszczyźnie
Jeżeli chcemy się uwolnić od tego co nas wewnętrznie niszczy, musimy przepracować w sobie to zranienie. Jedną z metod jest wzbudzenie pozytywnych uczuć do osoby przez którą zostaliśmy skrzywdzeni Uzdrowienie jest pewnego rodzaju odtruciem duszy z żalu, rozgoryczenia, zemsty i innych negatywnych emocji. Jak wiadomo, nie bez znaczenia w pracach różnego typu jest motywacja. W omawianej kwestii najlepszą motywacją jest miłość człowieka do człowieka. Ten kto potrafi kochać będzie też potrafił wiele zrozumieć, przyjąć i wybaczyć.
Przebaczenie ….jest wewnętrznym aktem, decyzją odpuszczenia krzywdzicielowi. Przebaczenie osobiste może się dokonać jak jeszcze nie możemy pojednać się z winowajcą. Przebaczenie jest możliwe zawsze.
Aby przebaczenie było pełne a poczucie krzywdy nie wracało do nas w najmniej oczekiwanych, powinno się ono dokonać w nas na trzech płaszczyznach Przebaczenie temu, kto nas skrzywdził Przebaczenie samemu sobie Przyjęcie, wyrażenie wewnętrznej zgody na przebaczenie. O ile kolejność drogi do przebaczenia może być różna, o tyle żaden z tych elementów nie jest zbędny.
Przebaczyć krzywdzicielowi z zasady najbardziej mogą zranić ci, na których nam najbardziej zależy. To osoby, które z natury zostają obdarzane największym zaufaniem, więc zawód, jaki może nas spotkać z ich strony najgłębiej wpisuje się w nasze doświadczenia.
Przebaczenie drugiemu to proces. Na jego początku należy rozpoznać i nazwać swoją krzywdę. Znaleźć to co dokładnie ją spowodowało i jakie uczucia temu towarzyszyły. Wskazane jest wypowiedzenie doznanej krzywdy przed kimś zaufanym a także spróbować zrozumieć drugą stronę. I co najważniejsze zadać sobie pytanie o wolę przebaczenia. Czasem przebaczenie może się odbyć z pobudki wręcz egoistycznej – gdy przebaczamy nie dlatego, ze ktoś zasługuje na przebaczenie ale dlatego, że nie chcemy cierpieć i ranić się na każde wspomnienie krzywdy.
Przebaczyć sobie traktowane jako wysiłek woli powrotu do utraconego w wyniku krzywdy poczucia szacunku do samego siebie. Tym samym wyeliminowanie autoagresji. Tylko podjęcie decyzji o przebaczeniu otwiera nam drogę do uleczenia zranienia
Przyjąć przebaczenie jest to świadoma decyzja woli osoby, aby otworzyć się na akt przebaczenia jaki kieruje do nas krzywdzący. To także praca nad niwelowaniem żyjących w pokrzywdzonym negatywnych emocji
Prawdziwą przeszkodą w drodze do przebaczenia jest duma. Z powodu dumy, z powodu urażonej ambicji, stale podsycamy płomień, który żywi się doznaną krzywdą, by przypominał, że nie możemy wybaczyć. A tymczasem kto cierpi i gromadzi w sobie coraz więcej emocjonalnej trucizny? To my faktycznie cierpimy za wszystko, co inni ludzie robią, nawet jeśli nas to nie dotyczy.
Uczymy się również cierpieć, by ukarać kogoś, kto nas obraził. Zachowujemy się jak małe dziecko, które ma napad złości, tylko dlatego że chce, aby ktoś się nim zainteresował.
Człowiek, który został skrzywdzony najprawdopodobniej na drodze do przebaczenia przejdzie przez poszczególne etapy: 1. wypieranie 2. gniew 3. targowanie się 4. smutek i depresja 5. akceptacja
Praca nad wyleczeniem z krzywdy dokonuje się na dwóch płaszczyznach: Duchowej Psychologicznej Jedna i druga stanowią elementy integralne osoby i nie mogą zostać rozdzielone. Z tym, ze płaszczyzna duchowa powinna pozostawać nadrzędna względem duchowej. Tym samym praca przeprowadzona tylko na jednej z nich nie zapewnia wyleczenia.
Aby mogło dojść do przebaczenia powinny zostać spełnione następujące warunki: Rezygnacja z zemsty Wgląd w siebie Potrzeba zrozumienia krzywdziciela Motywacja przebaczenia Przebaczenia ma być w imię czegoś wyższego niż ja sam. Może to być chociażby miłość, spokój, Bóg.
Należy jednak pamiętać, że pojęcie przebaczenia nie jest tożsame z pojednaniem… Przebaczenie Wystarczy jedna osoba, nie wymaga afirmacji winowajcy Przywraca stan sprzed rozłamu – przebaczyć, znaczy przywrócić komuś jego poprzednie miejsce Konieczny warunek prawdziwej jedności i zgody między ludźmi Pojednanie Konieczna jest dobra wola dwóch stron Daje szanse stworzenia nowej rzeczywistości – pełniejszej i bogatszej Występuje jako ewentualność po przebaczeniu Budowane na prawdzie, miłości i sprawiedliwości
Pojednanie Proces wymagający czasu i zaangażowana obu stron konfliktu Aby było pełne wymaga wzajemnego wyzbycia się uprzedzeń, urazów i niechęci emocjonalnej. Może się rozpocząć gdy krzywdziciel i skrzywdzony są na to gotowi Nie może być budowane na emocjach, niepokoju, zaniżonej poczuciu wartości, lęku o innych czy chorego poczucia winy
Przesłanki prawidłowego pojednania 1.Uznanie odpowiedzialności za krzywdę przez obie strony 2.Zbudowane na prawdzie i sprawiedliwości 3.Równowaga stron konfliktu 4.Udział każdej ze stron na miarę swoich możliwości z uwzględnieniem ponoszonej odpowiedzialności 5.Gotowość na kompromis 6.Szczera wola pojednania
Przebaczenie nie jest też zapomnieniem… Nie chodzi o to aby zapomnieć to jaką krzywdę nam ktoś wyrządził, ale przebaczenie jest aktem, decyzją będącą rezygnacją z prawa do żalu względem krzywdziciela.
Z racji, ze przebaczenie ma swoje konotacje z chrześcijaństwem, Kościół dla osób skrzywdzonych często jest ostoją w ich krzywdzie i miejscem ukojenia. Pomoc w przepracowywaniu krzywdy można znaleźć w kościele w formie: Sakramentu pokuty Eucharystii Uczestniczenia we wspólnotach religijnych Kierownictwa duchowego Rekolekcji
Dlaczego jednak przebaczenie jest dla człowieka tak istotne? O przebaczeniu nie jeden raz nauczał Jezus, nie jeden poeta się odwoływał do bólu i krzywdy jakiej doznał, powstało wiele książek i poradników jak sobie radzić z poczuciem krzywdy.
Negatywne skutki braku przebaczenia: 1.Blokada zdrowej komunikacji 2.Kontynuacja psychologicznego odczuwania bólu 3.Doszukiwanie się w zachowaniach innych czynników, które już raz nas zraniły i mogą tego dokonać po raz kolejny 4.Dodawanie negatywnego nastawienia do innych relacji 5.Narasta złośliwość, poczucie urazy i zgorzkniałość 6.Strata szacunku do samego siebie 7.Dewaluacja na poziome psychiki 8.Duchowa blokada na możliwość przyjęcia pomocy 9.Dusza człowieka ulega coraz to większemu skurczeniu
Dla równowagi konieczne jest przedstawienie zalet jakie płyną z przebaczenia Można je podzielić na grupy: 1. Korzyści natury fizyczne 2. Korzyści natury emocjonalnej
Korzyści natury fizycznej Zdenerwowanie podnosi ciśnienie a więc przebaczenia, niwelując zdenerwowania zmniejsza ryzyko zachorować na serce Zmniejszenie liczny czynników stresogennych mogących mieć odzwierciedlenie w późniejszej nerwicy.
Korzyści natury emocjonalnej Oczyszczenie umysłu Uzyskanie harmonii i spokoju Pozbycie się strachu i przygnębienia Radość życia Wolność wewnętrzna
Częstym błędem jakiego ludzie się dopuszczają jest próba wymazania doświadczonej krzywdy z pamięci. Takie postępowanie nie może rozwiązać problemu, gdyż jest to forma wybudowania muru pomiędzy przeszłością a przyszłością. Jest to klasyczne przykłamanie mechanizmu obronnego stosowanego w sytuacjach trudnych przez ludzką psychikę.
Innym zagrożeniem jest chęć szybkiego przejścia przez proces przebaczenia. Praca nad krzywdą nieuchronnie wiąże się ze wspomnieniami, które mogą powodować cierpienie. Dlatego tak ważna jest znajomość – szczególnie osób pomagających – poszczególnych etapów przebaczenia. Uzdrowienie duszy – analogicznie do leczenia ciała – wymaga czasu. Dodatkowo pomocy ludzkiej i boskiej. Przyspieszenie może powodować długotrwałe i nieodwracalne w skutkach kalectwo.
Przebaczenie w Biblii Swoisty wzór biblijnego przebaczenia został zawarty w modlitwie powszechnej – Ojcze nasz – (…) i odpuść nam nasze winy, jako i my odpuszczamy naszym winowajcą – odpuszczenie win tym, którzy w jakiś sposób zawinili przeciwko nam oraz wybaczenie przez Boga grzechów, które my popełniliśmy. W Kościele Katolickim przebaczenie grzechów dokonuje się w sakramencie pokuty, w którym wierni leczą swoją duszę ze zranień swoich niegodziwości. Bóg zwycięża w przebaczeniu, zwycięża Jego miłość przypieczętowana śmiercią Jezusa na krzyżu. To On jest dla nas najlepszym wzorem jak kochać i jak przebaczać swoim winowajcom nawet w najtrudniejszych momentach życia.
Przebaczenie charakteryzuje ludzi świętych. Jeżeli przebaczamy samy mamy w niej udział. Bóg pełen miłosierdzia chce przebaczać człowiekowi jego przewinienia. Uzależnione jest to jednak od tego czy człowiek chce przebaczać, bo jak jest napisane Bo jeśli odpuścicie ludziom ich przewinienia, odpuści i wam Ojciec wasz niebieski. A jeśli nie odpuścicie ludziom, i Ojciec wasz nie odpuści wam przewinień waszych. MAT. 6,14-15
Fronda/ds