***

„Liban potrzebuje pokoju, papieża pokoju” – głosi napis na billboardzie w Bejrucie.
HUSSEIN MALLA /AP/EAST NEWS
***
Pierwsza podróż Leona XIV.
Jak połączyć na nowo chrześcijański Wschód i Zachód?
Od czwartku 27 listopada w Turcji – do 30 listopada, a następnie do 2 grudnia w Libanie
W 325 roku papież Sylwester nie dotarł na sobór w Nicei, gdzie – w świecie imperium rzymskiego – sformułowano wyznawane do dziś Credo. W 1700. rocznicę tego wydarzenia przyjedzie tam papież Leon XIV. Wizyta w Turcji i następnie w Libanie będzie dla wszystkich chrześcijan okazją do wspólnego wyznania wiary – tym razem w świecie zdominowanym przez islam.
Dawna Nicea to dziś turecki Iznik. Ponad dekadę temu na dnie jeziora o tej samej nazwie archeolodzy odkryli ruiny bazyliki z IV wieku. Ekipa badaczy pod wodzą prof. Mustafy Sahina jest niemal pewna, że to w tej świątyni odbyły się obrady I Soboru Nicejskiego. Leon XIV ma pojawić się również w tym miejscu. Dla lokalnej społeczności to okazja do rozsławienia ich okolicy w świecie i rozkręcenia turystyki. Dla papieża i całego Kościoła to powrót do miejsca, w którym sformułowano wspólne wyznanie wiary.
Dwa płuca znowu razem?
W niedzielę Chrystusa Króla, poprzedzającą tę wyjątkową pielgrzymkę (zaczyna się w czwartek 27 listopada i w samej Turcji potrwa do 30 listopada, a następnie do 2 grudnia w Libanie), Watykan opublikował List apostolski Leona XIV In unitate fidei z okazji 1700. rocznicy Soboru Nicejskiego. Czytamy w nim: „Musimy wspólnie kroczyć ku jedności i pojednaniu między wszystkimi chrześcijanami. Credo nicejskie może być podstawą i punktem odniesienia tej wędrówki”. I dalej: „Synod, zwany zgromadzeniem »318 Ojców«, odbył się pod przewodnictwem cesarza: liczba zebranych biskupów była bezprecedensowa. Niektórzy z nich nadal nosili ślady tortur, jakim zostali poddani podczas prześladowań. Zdecydowana większość z nich pochodziła ze Wschodu, a wydaje się, że tylko pięciu było z Zachodu. Papież Sylwester powierzył sprawę teologicznemu autorytetowi biskupa Hozjusza z Kordoby i wysłał dwóch rzymskich prezbiterów” – pisze Leon XIV.
W liście papieża wiele razy powtarza się motyw ekumeniczny, zarówno samego Soboru Nicejskiego („pierwsze ekumeniczne wydarzenie w historii chrześcijaństwa”), jak i obecnej pielgrzymki, z okazji 1700. rocznicy tego wydarzenia. Mocno brzmią również słowa o biskupach przybyłych na sobór, noszących ślady tortur po prześladowaniach. Papież jedzie teraz do krajów, w których wprawdzie nie ma systemowego prześladowania chrześcijan (a w przypadku Libanu chrześcijanie mają współudział w rządzeniu państwem), ale gdzie jednak – jak w Turcji – przed ponad stu laty doszło do pierwszego ludobójstwa, dokonanego na chrześcijańskich Ormianach, Grekach i Asyryjczykach, i gdzie dziś wiara w Chrystusa nie należy do szczególnie bezpiecznych społecznie tożsamości. Ale ważne jest również to, że kolejny raz zachodnie chrześcijaństwo spotka się z chrześcijańskim Wschodem – nie jako dwa obce sobie światy (pomimo wszystkich politycznych podziałów), ale jako dwa płuca tego samego organizmu.
Na co komu ta schizma
Oprócz Iznika i Ankary papież odwiedzi również Stambuł, metropolię na pograniczu dwóch światów. Tutaj można jednocześnie mieszkać w Europie i do pracy dojeżdżać do Azji. W cieniu minaretów ciągle żywe są ślady zapomnianego świata Bizancjum – Konstantynopola. Wystarczy stanąć nad cieśniną Bosfor, oddzielającą dwa kontynenty, żeby zrozumieć, dlaczego przez wieki różne imperia próbowały zdobyć Bizancjum. Panowanie w tak dogodnym strategicznie miejscu pozwalało kontrolować główne szlaki handlowe i zabezpieczać swoje interesy ze strony dwóch kontynentów. Trudno też przemierzać ulice dzisiejszego Stambułu i nie poczuć dreszczyku emocji, gdy mamy świadomość, że przecież tu oddychało jedno z płuc chrześcijaństwa. I nawet do głowy nie przychodzi myśl, że to tylko „ich”, prawosławnych, historia. Dramat podziału chrześcijan nie zmienia faktu, że to historia jednego Kościoła. Pielgrzymka papieża kolejny raz przypomni o tym chrześcijanom na całym świecie. Czy będzie też kolejnym krokiem na drodze do pełnej jedności?
Przypomnijmy, że do pierwszego podziału doszło pod koniec IV w., kiedy cesarstwo podzielono między dwóch synów Teodozjusza I. Rzymem zarządzał Honoriusz, a Konstantynopolem Arkadiusz. Nie miało to nic wspólnego z walką o wpływy. Podział był czysto strategicznym posunięciem, które miało ułatwić funkcjonowanie państwa. Różnice pojawiały się stopniowo, bardziej na gruncie teologii i sporów o kompetencje dwóch centrów chrześcijaństwa. Schizma, do której doszło w Kościele ostatecznie w 1054 r., była tylko konsekwencją wielowiekowych nieporozumień. Dwa płuca jednej wiary zaczęły odtąd, niestety, oddychać własnym powietrzem. Dystans religijny szedł w parze z wrogością polityczną. Tragicznym wyrazem tego podziału było złupienie Konstantynopola przez krzyżowców w 1204 roku. Konstantynopol, już po upadku Rzymu, pozostał spadkobiercą imperium. Przekonani o tym byli sami mieszkańcy. I tak było aż do zdobycia stolicy przez Turków w 1453 r.
Turek jest w mieście
Nowa nazwa Istanbul (Stambuł jest spolszczoną wersją) jest różnie tłumaczona. Niektórzy uznają za uprawnione połączenie tego z greckim is tin polin, czyli „on (w znaczeniu Turek) jest w mieście”. Dla chrześcijan od kilkuset lat oznacza to co najmniej kłopoty. I wbrew popularnemu kiedyś na Zachodzie przekonaniu te kłopoty nie znikły również za czasów świeckiej dyktatury Kemala Ataturka, który wprawdzie skutecznie zminimalizował wpływy islamskich ekstremistów, ale też wcale nie ułatwiał życia chrześcijanom. A poprzedzający jego władzę i stanowiący jego zaplecze ideowe młodoturcy dokonali rzezi około miliona Ormian i innych chrześcijan. Liczba wyznawców Jezusa Chrystusa w ciągu stu lat skurczyła się do naprawdę niewielkiej grupy.
Gdy kilkanaście lat temu na zaproszenie tureckiego rządu z okazji Roku św. Pawła z grupą dziennikarzy z Europy przemierzaliśmy Turcję wzdłuż i wszerz, uderzające były dwie rzeczy. Po pierwsze: łatwość, z jaką pani z ministerstwa kultury, pokazując nam „pamiątki po chrześcijaństwie”, pomijała wątki, które mogłyby wyjaśnić, dlaczego dziś są już tylko pamiątkami. Po drugie: zachowanie nielicznych chrześcijan we wschodniej części kraju, którzy ściszali głos lub przerywali rozmowę tylko przy jednym pytaniu: o ludobójstwo dokonane na ich współwyznawcach. Po dojściu do władzy partii zrywającej ze świecką dyktaturą sytuacja wcale się nie poprawiła, przeciwnie – dążenie do ponownej islamizacji kraju sprowadziło na chrześcijan nowe problemy. Nieżyjący już dziś abp Luigi Padovese (został zamordowany kilka lat temu) mówił mi w czasie naszego spotkania w Turcji: „Nawróceni na chrześcijaństwo mają wybór: albo zmienić miejsce zamieszkania, albo zgodzić się na dyskryminację”. Niewykluczone, że Leon XIV poruszy również te trudne sprawy podczas spotkania z najwyższymi władzami Turcji.
Raj już nie dla chrześcijan?
Liban to zupełnie inny kontekst papieskiej podróży. „Od 1975 do 2025 roku żyliśmy w stanie wojny, Liban został zniszczony, niektóre miasta zrównano z ziemią. Odbudowywaliśmy go wiele razy i nigdy nie utraciliśmy nadziei, nigdy się nie poddaliśmy. Już na początku tego roku Pan zaczął nam dawać konkretne znaki, że ta nadzieja może się spełnić” – mówił przed pielgrzymką dla mediów watykańskich Mounir Khairallah, biskup maronitów z Batroun. Duchowny nie kryje nadziei, jaką z wizytą Leona XIV wiążą nie tylko chrześcijanie, ale i muzułmanie. Po spotkaniu z władzami państwowymi papież będzie modlił się przy grobie św. Szarbela w klasztorze św. Marona w Annai uznawanym za duchowe sercu Libanu i Kościoła maronickiego. Ważne będzie też spotkanie międzyreligijne na placu Męczenników oraz spotkanie z młodzieżą przed siedzibą patriarchatu maronickiego. W ostatnim dniu papież pojawi się również na modlitwie w porcie w Bejrucie, gdzie 5 lat temu doszło do tragicznego w skutkach wybuchu, który dobił i tak pogrążony w zapaści kraj.
Trudno powiedzieć, jakimi słowami papież będzie próbował objąć wszystkie problemy, z którymi mierzą się jego libańscy gospodarze. Z jednej strony można powiedzieć, że to najbardziej wdzięczne miejsce na wizytę papieża na Bliskim Wschodzie. Do niedawna powtarzaliśmy opowieść o kraju, w którym chrześcijanie, sunnici i szyici zgodnie dzielą się władzą i szanują swoje prawa. Tyle że tego Libanu już nie ma. A przynajmniej w wielu miejscach tego niewielkiego kraju trudno już o mówienie o takiej strukturalnej sielance. A i chrześcijanie w niemałej liczbie opuszczają kraj, który budowali od podstaw.
Pakt jedności narodowej
Po wybuchu w bejruckim porcie miałem okazję rozmawiać z ks. Jadem Chloukiem z maronickiej katedry św. Jerzego w Bejrucie. – Problem tkwi w tym, jak zmieniły się wzajemne relacje między chrześcijanami a muzułmanami i jak zmieniła się pozycja chrześcijan w stosunku do tego, co było wcześniej. Chrześcijanie wyjeżdżają stąd od dawna, ale ta tendencja umocniła się jeszcze bardziej po eksplozji w porcie bejruckim. Zaczęli znowu emigrować, zwłaszcza ci najlepiej wykształceni, znający języki obce. Straciliśmy tych ludzi. I widzimy to nie tylko w statystykach, ale również wokół nas – każdy tutaj traci co tydzień dwóch lub trzech swoich przyjaciół, praktycznie każdego tygodnia ktoś wyjeżdża – mówił maronicki duchowny.
Od kilku dekad w Libanie obowiązuje formalnie tzw. pakt narodowy, który zakłada czytelny podział władzy sprawowanej przez rząd jedności narodowej. Został on mocno naruszony wybuchem wojny domowej w 1975 roku, ale w latach 90. XX wieku ponownie stał się działającą normą. Podstawą paktu jest włączenie we współrządzenie wszystkich sił politycznych, których tożsamość jest ściśle związana z przynależnością religijną i wyznaniową. Państwem rządzą zatem i chrześcijanie (prezydent Libanu jest maronitą), i sunnici (ich reprezentantem jest premier), i szyici (przewodniczący parlamentu to szyita). Ministerstwa w rządzie są dzielone po połowie między chrześcijan a muzułmanów.
Pęknięta ziemia
Ta pozornie zgodna koegzystencja zaczęła załamywać się już w latach 70. XX wieku. – Przed 1970 rokiem Zachód trzymał jeszcze w jakiś sposób z chrześcijanami w Libanie, wspierał ich. To już jednak przeszłość, bo dziś Francja i USA trzymają mocno z Arabią Saudyjską, a Arabia wspiera mocno tylko sunnitów w Libanie. Pozycja szyitów w tym kraju także nie była kiedyś tak silna jak obecnie, oni tylko znajdowali w Libanie miejsce schronienia przed licznymi prześladowaniami, jakim byli poddawani przez sunnitów na całym Bliskim Wschodzie. Pod koniec lat 90. Iran zaczął rosnąć w siłę i wspierać szyitów w Libanie. Natomiast chrześcijanie znaleźli się nagle bez żadnego oparcia ze strony jakiegokolwiek mocarstwa. To stworzyło atmosferę poczucia, że chrześcijanie nie mają tu już więcej miejsca dla siebie. Jesteśmy pozostawieni sami sobie, staliśmy się mniejszością – uważa ks. Chlouk.
Te wszystkie napięcia dodatkowo wzmacnia przedłużający się kryzys uchodźczy – nie wszyscy uchodźcy z Syrii wrócili do kraju mimo zakończenia wojny – a także działalność Hezbollahu, który stworzył państwo w państwie na południu Libanu, kontrolując niemal wszystkie obszary życia (choć od pewnego czasu „Partia Boga” przeżywa poważny kryzys i osłabienie). Jeśli dodamy do tego napięcia wokół Izraela i Strefy Gazy (pojawiły się nawet spekulacje, że papież zechce ją odwiedzić przy tej okazji), rozumiemy lepiej, na jak trudny teren przyjeżdża papież Leon XIV.
Jacek Dziedzina/Gość Niedzielny
***

Spotkanie papieża z osobami zaangażowanymi w duszpasterstwo w Turcji.PAP/EPA/ALESSANDRO DI MEO
***
Leon XIV do Kościoła w Turcji: Logika małości jest prawdziwą siłą Kościoła
Papież spotkał się z duchowieństwem i osobami zaangażowanymi w duszpasterstwo w Turcji. Oto cały tekst przemówienia Leona XIV.
Najczcigodniejsze Ekscelencje!
Drodzy Kapłani, Zakonnicy i Siostry Zakonne!
Zaangażowani w duszpasterstwo oraz zgromadzeni Bracia i Siostry!
Jest dla mnie wielką radością znaleźć się tutaj wśród was. Dziękuję Panu, który podczas mojej pierwszej podróży apostolskiej pozwala mi odwiedzić tę „ziemię świętą”, jaką jest Turcja, gdzie historia narodu izraelskiego spotyka się z rodzącym się chrześcijaństwem, gdzie przenikają się Stary i Nowy Testament, gdzie pisane są karty licznych Soborów.
Wiara, która nas łączy, ma dalekie korzenie: posłuszny Bożemu wezwaniu, nasz ojciec Abraham wyruszył z Ur Chaldejskiego, a następnie z regionu Charan, na południe od dzisiejszej Turcji, wyruszył do Ziemi Obiecanej (por. Rdz 12, 1). W pełni czasów, po śmierci i zmartwychwstaniu Jezusa, jego uczniowie udali się również do Anatolii, a w Antiochii – gdzie później biskupem był św. Ignacy – po raz pierwszy nazwano ich „chrześcijanami” (por. Dz 11, 26). Z tego miasta św. Paweł rozpoczął niektóre ze swoich podróży apostolskich, zakładając wiele wspólnot. I to właśnie na wybrzeżu Półwyspu Anatolijskiego, w Efezie, według niektórych starożytnych źródeł, przebywał i zmarł Ewangelista Jan, umiłowany uczeń Pana (por. Św. Ireneusz, Adversus haereses, III, 3, 4; Euzebiusz z Cezarei, Historia ecclesiastica, V, 24, 3).
Z dumą wspominamy również wielką bizantyjską przeszłość, misyjny zapał Kościoła Konstantynopola i rozprzestrzenianie się chrześcijaństwa na całym Bliskim Wschodzie. Do dziś w Turcji żyje wiele wspólnot chrześcijan obrządku wschodniego, takich jak Ormianie, Syryjczycy i Chaldejczycy, a także wspólnoty obrządku łacińskiego. Patriarchat Ekumeniczny nadal stanowi punkt odniesienia zarówno dla jego wiernych greckich, jak i dla wyznawców innych wyznań prawosławnych.
Najmilsi, wy również zostaliście zrodzeni z bogactwa tej długiej historii. Dzisiaj to wy jesteście wspólnotą powołaną do pielęgnowania ziarna wiary przekazanego nam przez Abrahama, Apostołów i Ojców. Historia, która was poprzedza, nie jest po prostu czymś, co należy zapamiętać, a następnie zarchiwizować w chwalebnej przeszłości, patrząc z rezygnacją na fakt, że Kościół katolicki stał się liczebnie mniejszy. Wręcz przeciwnie, jesteśmy zaproszeni do przyjęcia oświeconego przez Ducha Świętego ewangelicznego spojrzenia.
A kiedy patrzymy oczami Boga, odkrywamy, że to On wybrał drogę małości, aby zstąpić pośród nas. Oto styl Pana, o którym wszyscy mamy świadczyć: prorocy ogłaszają obietnicę Boga, mówiąc o małej gałązce, która wyrośnie (por. Iz 11, 1), Jezus zaś chwali małych, którzy Mu ufają (por. Mk 10, 13-16), stwierdzając, że Królestwo Boże nie narzuca się, przyciągając uwagę (por. Łk 17, 20-21), ale rozwija się jak najmniejsze z nasion zasianych w ziemi (por. Mk 4, 31).
Ta logika małości jest prawdziwą siłą Kościoła. Nie opiera się ona bowiem na jego zasobach i strukturach, a owoce jego misji nie wynikają z liczebności, potęgi ekonomicznej czy znaczenia społecznego. Kościół natomiast żyje światłem Baranka i – zgromadzony wokół Niego – jest kierowany na drogi świata mocą Ducha Świętego. W tej misji jest on nieustannie wzywany do zaufania obietnicy Pana: „Nie bój się, mała trzódko, gdyż spodobało się Ojcu waszemu dać wam królestwo” (Łk 12, 32). Przypomnijmy w tym kontekście słowa Papieża Franciszka: „We wspólnocie chrześcijańskiej, gdzie wierni, kapłani, biskupi nie obierają tej drogi małości, brakuje przyszłości […]. Królestwo Boże wyrasta z tego co małe, zawsze z małego” (Homilia w Domu Świętej Marty, 3 grudnia 2019).
Kościół żyjący w Turcji jest niewielką wspólnotą, która jednak pozostaje żywotna jak ziarno i zaczyn Królestwa. Zachęcam was zatem do pielęgnowania duchowej postawy ufnej nadziei, opartej na wierze i jedności z Bogiem. Istnieje bowiem potrzeba radosnego świadczenia o Ewangelii i patrzenia z nadzieją w przyszłość. Niektóre znaki tej nadziei są już dobrze widoczne: prośmy więc Pana o łaskę, abyśmy potrafili je rozpoznać i pielęgnować; inne być może będziemy musieli wyrazić w sposób twórczy, pozostając wytrwałymi w wierze i w świadectwie.
Wśród najpiękniejszych i najbardziej obiecujących znaków myślę o wielu ludziach młodych, kołatających do drzwi Kościoła katolickiego, przynoszących tam swoje pytania i niepokoje. W związku z tym zachęcam was do kontynuowania wytężonej pracy duszpasterskiej, którą wykonujecie, a także do słuchania i towarzyszenia młodym ludziom oraz do poświęcenia szczególnej uwagi tym obszarom, na których Kościół w Turcji jest powołany do szczególnej pracy: mowa tu o dialogu ekumenicznym i międzyreligijnym, przekazywaniu wiary lokalnej ludności oraz posłudze duszpasterskiej na rzecz uchodźców i migrantów.
Ten ostatni aspekt zasługuje na zastanowienie. Rzeczywiście, znaczna obecność migrantów i uchodźców w tym kraju stawia przed Kościołem wyzwanie przyjęcia i służby tym, którzy należą do najbardziej bezbronnych. Jednocześnie Kościół ten składa się z obcokrajowców, a wielu z was – księży, sióstr zakonnych, współpracujących w duszpasterstwie – pochodzi z innych krajów; wymaga to od was szczególnego zaangażowania w inkulturację, aby język, zwyczaje i obyczaje Turcji stawały się coraz bardziej waszymi. Komunikacja Ewangelii przebiega bowiem poprzez taką inkulturację.
Nie chcę też zapominać, że na waszej ziemi odbyło się osiem pierwszych Soborów Ekumenicznych. W tym roku przypada 1700. rocznica Pierwszego Soboru Nicejskiego, „kamienia milowego w podążaniu Kościoła, a także całej ludzkości” (Franciszek, Przemówienie do Międzynarodowej Komisji Teologicznej, 28 listopada 2024), wydarzenia wciąż aktualnego, które stawia przed nami pewne wyzwania, o których chciałbym wspomnieć.
Pierwszym z nich jest znaczenie uchwycenia istoty wiary i bycia chrześcijaninem. Wokół Symbolu wiary Kościół w Nicei odnalazł jedność (por. Spes non confundit. Bulla ogłaszająca Jubileusz Zwyczajny Roku 2025, nr 17). Nie jest to zatem tylko formuła doktrynalna, ale zaproszenie do nieustannego poszukiwania – nawet w ramach różnych wrażliwości, duchowości i kultur – jedności i istoty wiary chrześcijańskiej wokół centralnej postaci Chrystusa i Tradycji Kościoła. Nicea nadal zachęca nas do refleksji nad tym, kim jest dla nas Jezus? Co oznacza, w swej istocie, bycie chrześcijaninem? Symbol wiary, wyznawany jednogłośnie i wspólnie, staje się w ten sposób kryterium dla rozeznania, kompasem orientacyjnym, osią, wokół której powinny obracać się nasza wiara i nasze działanie. Jeśli natomiast chodzi o związek między wiarą a uczynkami, pragnę podziękować organizacjom międzynarodowym – myślę tu zwłaszcza o Caritas Internationalis i Kirche in Not – za wsparcie działalności charytatywnej Kościoła, a przede wszystkim za pomoc ofiarom trzęsienia ziemi z 2023 r.
Drugie wyzwanie dotyczy pilnej potrzeby ponownego odkrycia w Chrystusie oblicza Boga Ojca. Nicea potwierdza boskość Jezusa i jego współistotność z Ojcem. W Jezusie odnajdujemy prawdziwe oblicze Boga i Jego ostateczne słowo dotyczące ludzkości i historii. Ta prawda nieustannie podważa nasze wyobrażenia o Bogu, gdy nie odpowiadają one temu, co objawił nam Jezus, i zachęca nas do ciągłego, krytycznego rozeznawania form naszej wiary, modlitwy, życia duszpasterskiego i w ogóle naszej duchowości. Istnieje jednak jeszcze inne wyzwanie, które nazwałbym „powracającym arianizmem”, obecnym w dzisiejszej kulturze, a czasem nawet wśród samych wierzących: kiedy patrzymy na Jezusa z ludzkim podziwem, być może nawet z religijnym duchem, ale nie traktujemy Go naprawdę jako żywego i prawdziwego Boga, obecnego wśród nas. Jego boskość, panowanie nad historią, zostaje w pewien sposób przyćmione i ogranicza się do postrzegania Go jako wielkiej postaci historycznej, mądrego nauczyciela, proroka, który walczył o sprawiedliwość – ale nic więcej. Nicea przypomina nam: Chrystus Jezus nie jest postacią z przeszłości, jest Synem Bożym obecnym pośród nas, prowadzącym historię ku przyszłości, którą Bóg nam obiecał.
I na koniec trzecie wyzwanie: pośrednictwo wiary i rozwój doktryny. W złożonym kontekście kulturowym Symbol nicejski zdołał przekazać istotę wiary poprzez kategorie kulturowe i filozoficzne tamtej epoki. Jednak kilka dziesięcioleci później, podczas pierwszego Soboru w Konstantynopolu, widzimy, że zostaje on pogłębiony i rozszerzony, a właśnie dzięki pogłębieniu doktryny dochodzi do nowego sformułowania: Symbolu nicejsko-konstantynopolitańskiego, tego, który jest powszechnie wyznawany podczas naszych niedzielnych celebracji. Również tutaj otrzymujemy ważną lekcję: zawsze konieczne jest przekazywanie wiary chrześcijańskiej w języku i kategoriach kontekstu, w którym żyjemy, tak jak uczynili to Ojcowie w Nicei i na innych Soborach. Jednocześnie musimy odróżniać rdzeń wiary od formuł i historycznych form, które ją wyrażają, a które zawsze pozostają częściowe i tymczasowe i mogą ulegać zmianom w miarę pogłębiania doktryny. Pamiętajmy, że nowo ogłoszony Doktor Kościoła, św. John Henry Newman, kładzie nacisk na rozwój doktryny chrześcijańskiej, ponieważ nie jest ona abstrakcyjną i statyczną ideą, ale odzwierciedla samą tajemnicę Chrystusa: jest to zatem wewnętrzny rozwój żywego organizmu, który ujawnia i lepiej wyjaśnia podstawowe jądro wiary.
Najmilsi, zanim się z wami pożegnam, chciałbym przypomnieć wam postać tak bliską waszym sercom, św. Jana XXIII, który kochał ten naród i służył mu, gdy mówił, że lubił powtarzać to, co czuł w sercu: „Kocham Turków, cenię naturalne przymioty tego ludu”. Obserwując z okna domu jezuitów rybaków z Bosforu, zajętych pracą przy łodziach i sieciach, napisał: „Ten widok mnie wzrusza. Zeszłej nocy, około godziny pierwszej, lało jak z cebra, lecz rybacy trwali nieustraszeni przy swej ciężkiej pracy. […] Naszym poważnym i świętym obowiązkiem jest naśladowanie tych rybaków z Bosforu, w pracy dniem i nocą, z zapalonymi pochodniami, a wszyscy podporządkowani przywódcom duchowym”.
Życzę wam, abyście byli pełni tej pasji, zachowywali radość wiary i pracowali jako nieustraszeni rybacy na łodzi Pana. Niech Najświętsza Maryja Panna, Theotokos, wstawia się za wami i was strzeże. Dziękuję!
VATICANNEWS.VA/Gość Niedzielny
***
Leon XIV: Chrześcijanie wezwani do przezwyciężenia skandalu podziałów
W swoim przesłaniu do uczestników modlitwy ekumenicznej w Izniku – starożytnej Nicei – Papież Leon XIV powiedział, że chrześcijanie są wezwani do przezwyciężenia skandalu podziałów.

PAP/EPA/ALESSANDRO DI MEO
***
„To wyznanie wiary chrystologicznej ma fundamentalne znaczenie w wędrówce chrześcijan zmierzających ku pełnej komunii: jest ono bowiem wspólne dla wszystkich Kościołów i Wspólnot chrześcijańskich na świecie, łącznie z tymi, które z różnych powodów nie wyznają Credo nicejsko-konstantynopolitańskiego w swoich liturgiach” – mówił Ojciec Święty podczas ekumenicznego spotkania z przedstawicielami różnych religii chrześcijańskich.
„Rzeczywiście, wiara ‘w jednego Pana, Jezusa Chrystusa, Syna Bożego Jednorodzonego, który z Ojca jest zrodzony przed wszystkimi wiekami […], współistotnego Ojcu’ (Credo nicejskie) jest głęboką więzią, już łączącą wszystkich chrześcijan. W tym sensie, cytując św. Augustyna, również w kontekście ekumenicznym możemy powiedzieć, że ‘kiedy zwracam się do wielu chrześcijan, w jednym Chrystusie rozumiem ich jako jedność’” – stwierdził Leon XIV.
Dodał, że wychodząc od świadomości, że jesteśmy już połączeni tą głęboką więzią, „poprzez drogę coraz pełniejszego przylgnięcia do Słowa Bożego objawionego w Jezusie Chrystusie i pod przewodnictwem Ducha Świętego, we wzajemnej miłości i dialogu, wszyscy jesteśmy zaproszeni do przezwyciężenia skandalu podziałów, które niestety nadal istnieją, i do podsycania pragnienia jedności, o którą modlił się Pan Jezus i za którą oddał swoje życie.
Wojciech Rogacin /VATICANNEWS.VA/Gość Niedzielny
***

(@Vatican Media)
***
Co wydarzy się w Nicei?
Papież Leon XIV rozpoczął swoją pierwszą zagraniczną pielgrzymkę. Dlaczego Turcja i Liban?
Ankara, Stambuł, Iznik i Bejrut. Turcja i Liban. Pierwsza zagraniczna podróż papieża Leona XIV, która zaczęła się dziś, nie prowadzi ani do wielkich katolickich sanktuariów, ani do „klasycznych” stolic dyplomacji. Na brzegu jeziora, które w ciągu 1700 lat zalało dawną Niceę i jednocześnie miejsce historycznego Soboru, Leon XIV chce jutro głośno wypowiedzieć wyznanie wiary, które do dziś łączy chrześcijan różnych tradycji.
Dziś rano papież wyleciał z Rzymu do Ankary. Pierwszego dnia czekają go klasyczne punkty programu: oficjalne powitanie, wizyta w mauzoleum Atatürka, spotkanie z władzami państwa i z szefem tureckiego urzędu ds. religii. Potem lot do Stambułu.
Ale prawdziwy teologiczny „środek ciężkości” tej podróży przesuwa się na piątek. Bo to jutro, 28 listopada, Leon XIV po porannych spotkaniach w Stambule – modlitwie w katedrze Ducha Świętego, wizycie u Małych Sióstr Ubogich i spotkaniu z naczelnym rabinem Turcji – wsiądzie do helikoptera i poleci do Izniku. Tak dziś nazywa się starożytna Nicea.
Wszystko potrwa niewiele ponad godzinę. Na miejscu, w pobliżu wykopalisk starożytnej bazyliki św. Neofita, odbędzie się ekumeniczne spotkanie modlitewne z udziałem przedstawicieli różnych Kościołów. To nie przypadek, że papieski kalendarz ustawia Niceę w centrum tej wizyty.
Tu Kościół „zobaczył się” jako całość
Dziś Iznik to zaledwie dwudziestotysięczne miasto w Azji Mniejszej. Prawie nie ma tam chrześcijan, biskupstwo nie istnieje od wieków. A jednak to tam 1700 lat temu doszło do jednego z najważniejszych wydarzeń w historii chrześcijaństwa.
W 325 roku cesarz Konstantyn zwołał tu pierwszy sobór powszechny. Po raz pierwszy Kościół zgromadził biskupów z tak wielu prowincji naraz. Ks. prof. Stanisław Adamiak mówi, że był to moment, w którym chrześcijaństwo „zobaczyło się” po raz pierwszy jako całość: po okresie krwawych prześladowań chrześcijaństwo, kształtujące się i dojrzewające w różnych regionach basenu Morza Śródziemnego, często dorastające zupełnie odmiennie od siebie, w końcu spotkało się ze sobą – z pytaniem, co je tak naprawdę łączy.
Odpowiedź brzmiała: wiara w Jezusa Chrystusa, prawdziwego Boga.
To wtedy narodziło się „Credo nicejskie” – wspólne wyznanie wiary chrześcijan. Jego centrum stanowi jedno, przełomowe słowo: homoousios, czyli „współistotny”. Jezus Chrystus – naucza Sobór – nie został stworzony, lecz zrodzony z Ojca, „Bóg z Boga, Światłość ze Światłości”. Greckie słowo i pochodzący z filozofii greckiej aparat pojęciowy zostały użyte do tego, by rozstrzygnąć spór o naturę Jezusa, bo sam język biblijny – bez doprecyzowania – okazał się niewystarczający, by zamknąć tę kontrowersję.
A powstała ona w wyniku tez głoszonych przez m. in Ariusza i jego zwolenników, którzy uznawali Syna Bożego za stworzenie, a nie za prawdziwego Boga. Uczyli, że Syn jest pierwszym spośród stworzeń, kimś „pomiędzy” Bogiem a światem. Ojcowie soboru, sięgając po greckie pojęcia „istoty” i „współistotności”, zapisali w Credo, że Jezus jest „zrodzony, a nie stworzony, współistotny Ojcu”.
To właśnie dzięki tamtej decyzji chrześcijanie do dziś w niedzielę wspólnie wyznają: „Bóg z Boga, Światłość ze Światłości, Bóg prawdziwy z Boga prawdziwego”.
Nie ma przesady w stwierdzeniu, że w Nicei narodził się język, którego Kościół do dziś używa do definiowania natury Jezusa Chrystusa. I że był to moment, w którym różnorodne wspólnoty nauczyły się mówić jednym Credo, jednym językiem.
Spór, który wyszedł na ulice
Tamten sobór był odpowiedzią na spór, który rozgrzewał całe ówczesne chrześcijaństwo. Pytanie „Czy Jezus jest Bogiem czy stworzeniem?” nie było teologiczną kwestią dla wykwalifikowanych teologów, ale tematem rozmów „na ulicach”. Teologia weszła wtedy w codzienność: o Jezusie dyskutowano w łaźniach, na targu, w warsztatach rzemieślniczych.
To była stawka najwyższej rangi, bo dotyczyła odpowiedzi na pytanie, które Jezus zadał w Cezarei Filipowej: „A wy za kogo Mnie uważacie?”.
Dziś nie ma już tego sporu. I to jest źle – diagnozuje kard. Ryś. Dlaczego „źle”? Bo problemem nie jest to, że nie kłócimy się już o naturę Chrystusa, ale że dla wielu to pytanie po prostu przestało być ważne. Dogmat gotowy, sformułowany, niezmienny, wyznanie wiary co tydzień wymawiane, ale – jak przypomina papieski dokument o 1700-leciu Nicei – prawdziwe pytanie brzmi dziś inaczej: Czy Jezus Chrystus naprawdę jest Bogiem w moim życiu?
Papież Leon XIV, jadąc do Izniku, jedzie również po to, by przypomnieć, że Credo nie jest muzealną definicją, tylko modlitwą, która domaga się przełożenia na styl życia: na to, jak traktuję biednych, jak patrzę na cierpiących, jak przeżywam własną historię – czy podążam za Jezusem?
Wspólna data Wielkanocy?
Nicejskie Credo ma jeszcze jedną niezwykłą cechę: jest wspólne. Od wieków wyznają je katolicy i prawosławni, przyjęły je również główne tradycje protestanckie. W papieskim Liście z okazji rocznicy soboru czytamy wprost, że to wyznanie wiary jest „wspólnym dziedzictwem chrześcijan”.
Dlatego spotkanie w Izniku ma wyraźnie ekumeniczny charakter. W programie wizyty widać to jak w soczewce.
Na tym tle szczególnie mocno wybrzmiewa temat, który Franciszek i Leon XIV podnosili już wielokrotnie: wspólna data Wielkanocy. To Sobór Nicejski ustalił zasadę wyznaczania święta Zmartwychwstania: w niedzielę po pierwszej wiosennej pełni księżyca.
Problem w tym, że dziś Kościoły stosują różne kalendarze. Efekt? Najważniejsze święto chrześcijan obchodzimy najczęściej osobno. Papieże zwracali uwagę, że dzieli to rodziny, utrudnia wspólne świadectwo, osłabia znak jedności. Sobór Watykański II otworzył możliwość wspólnego ustalenia daty Wielkanocy w taki sposób, by wszyscy chrześcijanie obchodzili ją wspólnie.
Gdyby właśnie w Izniku padła zapowiedź konkretnego kroku w stronę ujednolicenia daty Wielkanocy, byłby to gest o ogromnym ciężarze – symbolicznie dokładnie w tym samym miejscu, gdzie 1700 lat temu postanowiono, jak ten dzień ustalić.
Credo w świecie lęku
Leon XIV w swoim Liście o rocznicy Nicei przypomina, że Credo powstawało w świecie pełnym lęku: świeże rany po prześladowaniach, napięcia w Cesarstwie, spory wewnątrz Kościoła. Ojcowie soboru nie uciekli od tych realiów, ale zapisali wiarę w Jezusa jako źródło nadziei, jako lekarstwo na podziały, jako sposób istnienia.
Dziś świat również jest poraniony: wojny, przemoc, kryzysy polityczne i klimatyczne, nędza milionów ludzi. Papież przypomina, że wyznanie „Wierzę w Jezusa Chrystusa, Syna Bożego” nie jest luksusem ani prywatnym hobby, ale odpowiedzią na bardzo konkretne ludzkie doświadczenia: strach w obliczu wojny, głód sensu, niesprawiedliwość, poczucie bezsilności.
Dlatego ta podróż nie kończy się w Turcji. Z Izniku i Stambułu Leon XIV poleci do Bejrutu. Liban – kraj niemalże na skraju upadku, borykający się z biedą, wojną i setkami nierozwiązanych problemów społecznych – jak tylko stało się to możliwe, wystosował zaproszenie do papieża.
W planie są: modlitwa w miejscu eksplozji w porcie w 2020 roku, która zniszczyła i tak słabą gospodarkę państwa, Msza przy nabrzeżu, spotkania z władzami i z młodzieżą, wizyta przy grobie św. Charbela w Annaya – świętego, którego kult w Europie jest niebywały.
To już nie jest tylko teologia, powrót do źródeł i pytanie „Kim jest Jezus”, ważne dla tożsamości każdego chrześcijanina. To dotykanie ran współczesnego świata i współczesnego człowieka w regionie, który jak mało który potrzebuje pokoju i pojednania. Potrzebuje Boga.
Credo nad jeziorem
Co wydarzy się jutro po południu nad brzegiem jeziora w Izniku? Program jest prosty: ekumeniczne spotkanie modlitewne, przemówienie papieża, wspólna modlitwa. Być może wspólne wyznanie wiary.
A jednak to może być jeden z najbardziej znaczących gestów początku pontyfikatu Leona XIV. Papież, następca św. Piotra, stanie w miejscu, w którym kiedyś Kościół rozważał, kim jest Jezus. I właśnie tam głośno wypowie słowa, które dziś znają na pamięć wierni w katolickich parafiach, prawosławnych cerkwiach i wielu wspólnotach protestanckich.
Credo w Izniku zabrzmi nie tylko jako deklaracja wiary, ale jako zaproszenie, żeby na nowo odkryć, że Chrystus jest człowiekiem – czyli naprawdę stał się naszym bliźnim; że Chrystus jest Bogiem – czyli że prawdziwa jedność nie polega na zatarciu różnic, ale najpierw na szukaniu wspólnego fundamentu. Że soborowe pytanie sprzed 1700 lat: „kim jest Jezus?” nie należy do podręczników historii dogmatów, tylko do rachunku sumienia każdej i każdego z nas.
ks. Przemysław Śliwiński/Stacja 7.pl
***
Sobór Nicejski. 1700 lat temu Kościół ustalił Wyznanie wiary

***
To na tym soborze wyznaczono datę Wielkanocy. Ale to nie wszystko – dziedzictwem Nicei jest też sposób, w jaki Kościół podejmuje decyzje aż do dziś.
Nowo wybrany papież Leon XIV ogłosił już dokąd uda się w swoją pierwszą podróż zagraniczną. Jej celem będzie Iznik – miasto w dzisiejszej Turcji, na północnym wschodzie jej azjatyckiej części, w starożytności znane jako Nicea. To tam w lipcu 325 roku odbyło się zgromadzenie biskupów, które przeszło do historii jako pierwszy sobór powszechny.
Pierwszy “sobór” odbył się jeszcze z Apostołami
Nie było to pierwszy przypadek, że biskupi zgromadzili się, by podjąć jakieś decyzje. Pierwszy znamy z Dziejów Apostolskich, chodzi mianowicie o spotkanie Apostołów w Jerozolimie około 49 roku. Nie jest ono co prawda określone w tekście Pisma Świętego słowem „synod” ani „sobór” i chyba dlatego określamy je jako „sobór” w cudzysłowie. Apostołowie zgromadzili się wtedy w Jerozolimie, by rozstrzygnąć sprawę niesłychanie ważną: czy nie-Żydów można dopuścić do zostania chrześcijanami bez konieczności przyjęcia przez nich wszystkich przepisów prawa mojżeszowego.
Apostołowie musieli podjąć taką decyzję, gdyż nauczanie Jezusa, tak jak je pamiętali, najwyraźniej nie rozstrzygało tego jednoznacznie. Taka sytuacja miała się powtarzać przez następne dwa tysiące lat, aż do naszych czasów – kiedy Kościół stawał w obliczu nowych wyzwań (powodowanych przez okoliczności historyczne lub postęp naukowy i techniczny), szukał odpowiedzi najpierw w Piśmie Świętym, ale jeśli jej tam wprost nie znajdywał, odwoływał się do dwóch innych instancji: decyzji podjętych wcześniej, ale też możliwości podjęcia nowej decyzji, jeśli i tam nie znajdowano rozwiązania.
Przykładem z bieżącego roku jest dokument watykański Antiqua et nova, dotyczący sztucznej inteligencji – trudno było oczekiwać, żeby Kościół zajmował się tym zagadnieniem dużo wcześniej. Z nowymi problemami mierzył się jednak nieustannie i zwłaszcza w starożytności odpowiedzią było zwoływanie biskupów, by wspólnie coś postanowili i potem wprowadzali w życie tak podjętą decyzję.
Synod, a sobór
Te spotkania zaczęto nazywać po grecku „synodami” (od syn-hodos, czyli wspólna droga), a po łacinie „concilium”. Słów tych używano zamiennie, w języku polskim przyjęło się pozostawiać pierwsze z nich w brzmieniu oryginalnym, a drugie tłumaczyć właśnie jako „sobór” i rezerwować je dla 21 zgromadzeń biskupów, które Kościół katolicki uznał za powszechne: od I Soboru Nicejskiego w 325 roku po II Sobór Watykański w latach 1962-1965.
Wszystkie inne zgromadzenia nazywamy po polsku „synodami”. W innych językach tego rozróżnienia nie pilnuje się tak dokładnie. Na przykład w pierwszym zdaniu Konstytucji Dogmatycznej o Kościele II Soboru Watykańskiego „Lumen Gentium”, „Sobór święty” (tak to brzmi w polskim tłumaczeniu) określa sam siebie po łacinie jako „sacrosancta synodus”.
Sobór Nicejski – co go wyróżnia spośród innych?
Synody biskupów gromadziły się także przez pierwsze trzysta lat historii Kościoła, w okresie prześladowań. Na czym polega więc wyjątkowość Soboru Nicejskiego? Na tym, że było to pierwsze zgromadzenie „ekumeniczne”, nie w znaczeniu „międzywyznaniowości”, ale „powszechności”.
„Ekumena” oznaczała „cały zamieszkany świat”, choć w praktyce odnosiło się do terenu Cesarstwa Rzymskiego – do Nicei nie przybył żaden biskup z Armenii, która przyjęła chrześcijaństwo już w 301 roku, ani też żaden przedstawiciel licznych Kościołów położonych za wschodnią granicą Cesarstwa, choćby w Mezopotamii i Persji. Z zachodniej części Cesarstwa przyjechało zaledwie pięciu biskupów oraz dwóch prezbiterów reprezentujących papieża Sylwestra I (który później przyjął uchwały soboru).
Tak więc „powszechność” I Soboru Nicejskiego sprowadzała się zasadniczo do biskupów przybyłych ze wschodniej części Cesarstwa i mówiących po grecku. Niemniej jednak było to i tak wydarzenie przełomowe co do swojej skali i zasięgu. Obecnych biskupów było przypuszczalnie około trzystu – w przeciwieństwie do następnych soborów, z których zachowały nam się często dokładne protokoły obrad, nie mamy źródeł bezpośrednio opisujących pierwszy sobór, stąd spory wśród historyków co do jego dokładnego przebiegu.
Późniejsza tradycja mówiła o 318 ojcach nicejskich, w nawiązaniu do liczby sług Abrahama, z którymi pokonał królów kananejskich (Rdz 14,14). Mogli dotrzeć do Nicei dzięki hojności cesarza Konstantyna Wielkiego, który nie tylko ugościł ich w swojej stolicy, ale też umożliwił dotarcie do niej korzystając z poczty cesarskiej, czyli zwierząt, powozów i zajazdów służących do transportu w sprawach państwowych.
Dzięki temu zgromadzenie się tylu biskupów było manifestacją poparcia cesarza dla nowej religii, a jej przedstawicieli – dla cesarza, który 25 lipca uroczyście rozpoczynał obchody dwudziestego roku swojego panowania (licząc od proklamacji w Yorku w Wielkiej Brytanii, po śmierci jego ojca w 306 roku). Choć Konstantyn nie uczynił jeszcze żadnych posunięć, by dyskryminować inne wyznania, coraz bardziej pokazywał, że to chrześcijaństwo cieszy się jego wsparciem i że widzi w nim siłę, która może pomóc zjednoczyć ideologicznie Cesarstwo.
Jakie decyzję podjęto podczas Soboru w Nicei?
Gdy Konstantyn zwracał się w 312 stronę chrześcijaństwa, prawdopodobnie widział je jako jedną wielką wspólnotę obejmującą całe Cesarstwo. Nie zdawał sobie sprawy z wewnętrznych napięć, które istniały wewnątrz tej wielkiej wspólnoty. Jednym z nich była kwestia daty Wielkanocy. Niektóre wspólnoty w Azji Mniejszej wciąż obchodziły ją w przeddzień żydowskiej Paschy, 14 dnia miesiąca nisan, niezależnie od tego, w jaki dzień tygodnia przypadała. Zwolenników takiej rachuby nazywano kwartodecymanami (od łacińskiego słowa oznaczającego „czternaście”). Sobór zdecydował, by wszystkie Kościoły podążały za praktyką Kościołów Rzymu i Aleksandrii Egipskiej, czyli wyznaczały Wielkanoc na pierwszą niedzielę po pierwszej wiosennej pełni księżyca. Tej zasady trzymają się do dzisiaj wszystkie kościoły, różnice wypływają z korekty kalendarza dokonanej w XVI wieku przez papieża Grzegorza XIII.
Chrześcijaństwo początku czwartego wieku zmagało się też ze sporami dotyczącymi dokładnego określenia, kim był Jezus Chrystus, a w związku z tym, czym jest Trójca Święta. Jedni teologowie koncentrowali się na jedności Boga, narażając się na zarzuty odbierania osobnego bytu Jezusowi i Duchowi Świętemu, inni z kolei podkreślali odrębność Osób Boskich, co mogło być albo uznane za tryteizm (kult trzech Bogów), albo wiązało się z przedstawianiem Jezusa jako Boga mniejszego niż Ojca. Przedstawicielem tego ostatniego kierunku myślenia był prezbiter z Aleksandrii, Ariusz, który głosił m.in., że „był czas, kiedy Syn nie istniał”. Sobór Nicejski jednoznacznie potępił jego poglądy, formułując wyznanie wiary, które po uzupełnieniu przez I Sobór Konstantynopolitański w 381 roku, do dziś recytowane jest w kościołach katolickich, protestanckich i ewangelickich. Odpowiedzią na nauczanie Ariusza są zawarte tam sformułowania o „Bogu prawdziwym z Boga prawdziwego, zrodzonym przed wszystkimi wiekami”, a przede wszystkim określenie Jezusa jako „współistotnego” (gr. homoousios) Ojcu.
To ostatnie sformułowanie wzbudziło kontrowersje, ponieważ nie pojawiało się w Biblii, poza tym przedtem bywało rozumiane jako odbierające odrębność Osób Trójcy. Dlatego też Sobór Nicejski nie zakończył sporów z tym związanych, a kontrowersja ariańska trwała jeszcze prawie sto lat na Wschodzie i ponad trzysta lat na Zachodzie Cesarstwa. Niemniej jednak definicja nicejska, utrzymująca całkowitą równość Syna i Ojca, utrzymała się.
Nieprawdą jest natomiast zupełnie ahistoryczny pogląd, rozpropagowany przez Dana Browna w powieści „Kod Leonarda da Vinci”, że przez pierwsze trzy wieki chrześcijanie nie uważali Jezusa za Boga i nakazał to dopiero Konstantyn w Nicei. To co się stało w Nicei, to ujęcie w ścisłe filozoficzne sformułowania tego, w co chrześcijanie wierzyli już dużo wcześniej; natomiast faktycznie stało się to możliwe dzięki zwołaniu biskupów przez Konstantyna i poparciu przez niego formuły „współistotności” (od której zresztą cesarz pod koniec życia raczej się odwrócił).
Wspólne dzieciństwo Kościołów katolickiego i prawosławnego
Dziedzictwem Nicei jest nie tylko ujednolicenie daty Wielkanocy i dogmatyczne sformułowanie boskości Jezusa Chrystusa, ale też zostawienie modelu rozstrzygania sporów doktrynalnych przez spotkanie i porozumienie się możliwie dużej liczby biskupów. Ten model funkcjonował przez całe pierwsze tysiąclecie i jest wspólnym dziedzictwem Kościołów katolickiego i prawosławnych. Trzeba tu na koniec zauważyć dwie rzeczy.
Po pierwsze, właściwie żaden z soborów (także Nicea) nie przyniósł natychmiastowego i całkowitego rozstrzygnięcia danego sporu, przyjęcie ich decyzji zajmowało czasem dziesięciolecia.
Po drugie, wszystkie siedem soborów niepodzielonego Kościoła było zwoływanych przez cesarzy. Oczywiście, cesarz był bardzo specyficznym przypadkiem świeckiego (to raczej on, a nie papież, był uważany za „namiestnika Chrystusa”), niemniej jednak jest to coś, o czym warto pamiętać rozważając, co to znaczy, że Kościół ma się stawać synodalny.
ks. Stanisław Adamiak – dr hab. nauk humanistycznych, profesor Uniwersytetu Mikołaja Kopernika, rektor Wyższego Seminarium Duchownego w Toruniu. Wykładał na Papieskim Uniwersytecie Gregoriańskim i Uniwersytecie Warszawskim. Znawca historii wczesnego chrześcijaństwa./Stacja 7.pl
***
W listopadowym miesiącu Kościół zachęca nas do modlitwy za naszych zmarłych
Dusze w czyśćcu modlą się bardzo gorąco, ale bez skutku dla siebie, my tylko możemy im przyjść z pomocą (…). Od tej chwili ściśle obcuję z duszami cierpiącymi.
(św. Faustyna Kowalska, Dzienniczek, 20).

***
Główne Prawdy Wiary
- Jest jeden Bóg.
- Bóg jest Sędzią sprawiedliwym, który za dobro wynagradza, a za zło karze.
- Są trzy Osoby Boskie: Bóg Ojciec, Syn Boży i Duch Święty.
- Syn Boży stał się człowiekiem, umarł za krzyżu i zmartwychwstał dla naszego zbawienia.
- Dusza ludzka jest nieśmiertelna.
- Łaska Boża jest do zbawienia koniecznie potrzebna.
***
„To jest przyodziewanie człowieka we wspaniałość”. Rzeczy ostateczne: Czyściec

fot. Henryk Przondziono/Gość Niedzielny
***
– Czyściec to przyodziewanie człowieka we wspaniałość – mówi o. dr hab. Marian Zawada, karmelita bosy.
Jarosław Dudała: Nazywa Ojciec czyściec „miejscem ognistej miłości”. Co to znaczy?
o. Marian Zawada OCD: To znaczy, że człowiek potrzebuje łaski ostatecznego oczyszczenia, żeby stanąć przed Bogiem w sposób pełny, czysty, bezpośredni i bez skazy, żeby w każdej przestrzeni był zdolny do miłości, do wieczystych zadań, które go czekają w niebie. Zdajemy sobie sprawę, że człowiek umierając, ma jakieś rzeczy niezałatwione w doczesności albo zaciąga winę, krzywdząc ludzi i obrażając Boga. My często nie uświadamiamy sobie głębi wyrządzonej krzywdy. Chcemy coś inteligentnie rozegrać z korzyścią dla siebie, ale przez to kogoś możemy doprowadzić do załamania, do rozpaczy. Czasami też widzimy, że przy spowiedzi brakuje pewnych proporcji. Kłótnie czy upokarzanie bliźnich trwają czasem tygodniami, człowiek siedzi godzinami w pornografii albo latami lekceważy Boga czy modlitwę. A potem za pokutę wystarczyć ma symboliczna dziesiątka Różańca? Nie ma tu żadnej proporcji. Często bywają też braki w realizacji postanowienia poprawy i w zadośćuczynieniu Bogu i ludziom. I te braki trzeba uzupełnić albo się oczyścić.
Na czym polega oczyszczenie czyśćcowe?
Można tu zaproponować kilka symboli. Czyściec to rodzaj kwarantanny przed wejściem do stanu ostatecznego zbawienia. Grzech jest wrośnięty w nasze serce, umysł, wyobraźnię. To musi być do końca usunięte. Można to porównać do leczenia zęba. Pacjent ma zwykle do dyspozycji szczoteczkę, którą czyści zęby od zewnętrz. Ale kiedy ząb jest zepsuty od wewnątrz, potrzeba interwencji lekarza. Św. Jan od Krzyża mówi, że możemy naprawić tylko te rzeczy, których jesteśmy świadomi. Tymczasem korzenie grzechu tkwią w nas głęboko. Nie mamy władzy, żeby się samemu odnowić, oczyścić. Ale Bóg ma do tego narzędzia.
Jakie?
Nadprzyrodzone. One pozwalają odzyskać świetność stworzenia, należną mu chwałę – to, co zostało stłamszone, sponiewierane przez grzech. Do tych narzędzi należy tzw. ogień czyśćcowy.
Brzmi strasznie…
Ale to jest ogień miłości! Trzeba sobie zdać sprawę, że w czyśćcu i w niebie działa ten sam ogień miłości – tylko że w czyśćcu on oczyszcza i wypala, a w niebie – rozpala. Na tym tylko polega różnica. Czyściec można też symbolicznie opisać jako zmianę szat. To jest przyodzianie człowieka we wspaniałość. Używa się także metafor rzeki ognia, doliny ognia czy wąskiego mostu. Dante Alighieri przedstawił czyściec w postaci góry z siedmioma tarasami, które odpowiadają siedmiu grzechom głównym. To może być także pokrzepianie duszy czy prostowanie naszej pokręconej ludzkiej miłości. Człowiek zyskuje w ten sposób ogromną prostotę – każdy nadmiar bycia (form, znaczenia) zostaje usunięty. Tym, co w czyśćcu bardzo mocno pracuje w człowieku, jest brak możliwości bezpośredniego widzenia Boga. Człowiek już wie, co to znaczy obcować z Panem, ma ogromne pragnienie, ale nie może się nim jeszcze radować. Tęskni za tym spotkaniem, dlatego oddaje wszystko, żeby spotkać się z Bogiem i doznać prawdziwego szczęścia. Oczyszczenie przez głębokie tęsknoty i pragnienie Boga może być spotęgowane przez to, że doświadczenie czasu w rzeczywistości czyśćca jest zapewne inne niż to, które znamy – jak mówi Biblia, w oczach Bożych jeden dzień jest jak tysiąc lat i tysiąc lat jest jak jeden dzień.
Ponadto – zwłaszcza w tekstach mistyków – pojawia się w tym kontekście doświadczenie własnej nędzy, czyli umiłowania swoich grzesznych dróg. Ono też człowieka pali i oczyszcza.
Z prawdy o czyśćcu wynika, że śmierć doczesna nie domyka ludzkiego życia; że jest jeszcze jakiś etap dodatkowy. Nie jest to metafora tak elegancka jak u Dantego, ale porównałbym czyściec do piekarnika: człowiek jest tam już dobrze wyrośniętym ciastem, ale potrzebuje ognia, żeby nabrać właściwej konsystencji, a przede wszystkim duchowego smaku.
To znakomity przykład. Czyściec można by także opisać jako piec, w którym wypala się szczerozłote piękno człowieka. To jest dar najwyższego miłosierdzia ze strony Boga, który pozwala nam jeszcze dopełnić to, czego nie zdążyliśmy dopełnić, bo albo byliśmy zbyt leniwi, albo opór naszej natury był zbyt wielki.
Jednak samo pojęcie czyśćca to sprawa względnie nowa. Używa się go dopiero od XII w.
Tak. Ten problem wziął się w teologii stąd, że dawniej pokuty były solidne. Trwały nieraz kilka czy kilkanaście lat. Zdarzało się więc, że ktoś w trakcie takiej pokuty zmarł. Pojawiło się pytanie, co z nim. Tak narodziła się teologia czyśćca, czyli miejsca dopełnienia zadośćuczynienia czy pokuty.
Czy można przeżywać czyściec już tu, na ziemi?
Oczywiście. Nie wpadając w tonacje przygnębienia czy rozpaczy, można zauważyć, że każde cierpienie czy chorobę można świadomie przyjąć jako formę pokuty za swoje winy. To może być także cierpliwe znoszenie przeciwności, codziennych niewygód, przykrości, trudnych relacji z ludźmi w pracy, w domu, wśród krewnych – wszelkie uciążliwości życia. Można je ofiarować Bogu jako wynagrodzenie. Rodzice dzisiaj powszechnie cierpią z powodu dzieci. Wiele wysiłków wkładają w ich wychowanie, ale je w jakimś sensie tracą. Mogą to być także osobiste zawody, zdrady, poczucie odepchnięcia, bycia oszukanym – wszystko to możemy zamienić w element oczyszczający i pomagający nam szybciej dotrzeć do nieba. Dziś w ogóle znalezienie takich pokut jest łatwiejsze niż dawniej.
Łatwiejsze?
Tak. Dawniej za odpowiednią pokutę uważano dalekie pielgrzymki czy surowe praktyki ascetyczne. Dzisiaj – przy naszym konsumpcyjnym stylu życia – mamy mnóstwo okazji do wykazania powściągliwości. Odmówienie sobie trochę obecności w internecie to już jest duży wyczyn. Ale mogą to być także hojna jałmużna, posty, modlitwa, pozyskiwanie odpustów. Dalej są jeszcze poważniejsze sprawy duchowe, jak noce ciemne – cierpienia, które mistycy określają jako podobne do czyśćca, a nawet mąk piekielnych.
Skoro mówimy o odpustach, to oczywiście wiadomo, że dzięki nim możemy pomóc duszom czyśćcowym. Ale czy to się w ogóle jakoś mieści w opisanej wyżej koncepcji dodatkowego, bardzo osobistego dorastania człowieka do pełni miłości?
Lubimy dawać sobie prezenty, a ofiarowanie komuś życia wiecznego – szczęście, które już się nie kończy – to jest w ogóle kosmos! I to należy do naszych powinności.
Możliwość i powinność okazywania takiej pomocy wynika z natury Kościoła. Bo Kościół jest jakby w trzech częściach: mamy Kościół pielgrzymujący (to właśnie my), mamy Kościół w oczyszczeniu (w czyśćcu) i Kościół zbawiony w niebie. Wspólnota Kościoła to wspólnota łaski i solidarności wszystkich tych części. Dlatego zbawieni w niebie wspierają nas, a my wspieramy dusze w czyśćcu w tym samym dziele zbawienia. Zresztą, przecież można już tu, na ziemi, pomagać sobie wzajemnie zerwać z grzechem i się z niego oczyścić. Może to przybierać różne formy. Może to być np. krótka i mocna Koronka do Bożego Miłosierdzia, która tak pięknie weszła w naszą pobożność. Są Msze gregoriańskie. Mogą to być odpusty zupełne. Żyjemy właśnie w roku jubileuszowym, który sprzyja ich uzyskiwaniu. Kościół jest głęboko przekonany o skuteczności takiego kołatania do bram nieba.
Gość Niedzielny
***

SHUTTERSTOCK
***
„Bóg dał człowiekowi o wiele większy potencjał istnienia niż aniołom”. Rzeczy ostateczne: Niebo
Na czym będzie polegać życie wieczne, wyjaśnia o. dr hab. Marian Zawada OCD.
Jarosław Dudała: To jak właściwie będzie w niebie?
o. dr hab. Marian Zawada OCD: To jest dla nas tajemnica, ponieważ nie mamy zmysłowego doświadczenia nieba. Ludzie najczęściej rozumieją niebo jako sumę wszystkich największych przyjemności, szczęść; tego, co lubią i co kochają. No i trochę dziwnie to wygląda, bo w tych wizjach Pan Bóg nie jest za bardzo potrzebny…
Różne religie różnie opisują niebo. My, chrześcijanie, mamy tę teologię najbardziej rozbudowaną – po śmierci w niebie ujrzymy Boga takim, jakim jest. Tu, w życiu doczesnym, toniemy w domysłach, przypuszczeniach, tworzymy własne Jego obrazy, często przykrojone do naszych potrzeb. Tymczasem w niebie ujrzymy Boga takim, jakim jest – Jego tajemnicę, Jego piękno, Jego nieskończoność, Jego świętość, Jego wspaniałość, potęgę i moc, pełnię miłości, jasności, w zachwycie. Poznamy tam też własną tajemnicę: człowiek wreszcie będzie mógł poznać siebie – arcydzieło stworzenia, które zostanie jeszcze bardziej przyozdobione Boską chwałą. To nie będzie tylko – jak mówi teologia żydowska – trwanie przed obliczem Pana i oglądanie Go twarzą w twarz. To będzie coś więcej. Bóg zaplanował dla nas zjednoczenie – zjednoczenie pomiędzy Nim a człowiekiem – pełną, intymną jedność.
Tu dochodzimy do czegoś, co jest dla mnie zdumiewające. Dla teologów przebóstwienie to żadna sensacja, ale w kazaniach nie mówi się o nim wcale. Tymczasem jest to perspektywa oszałamiająca: ostatecznym celem człowieka jest stanie się bogiem! Czy naprawdę tak będzie?
Taką otrzymaliśmy obietnicę. Na zasadzie wiary już jesteśmy domownikami Boga, obywatelami nieba. Mamy pełnoprawne uczestnictwo w dobrostanie nieba i jesteśmy członkami rodziny Boga. Jesteśmy realnie Jego dziećmi. To nie jest tylko taka adopcja, jak…
…jak się adoptuje kotka?
Nie! Bóg włącza nas do swojej rodziny i ofiaruje nam swoją naturę, swoje Bóstwo. To się dzieje na zasadzie łaski, na zasadzie miłości. Pozostaniemy ludźmi, ale będziemy obdarowani Jego boskimi przymiotami: mądrością Boga, Jego miłością, wszechmocą, miłosierdziem.
Czy my będziemy tylko mieli cechy Boga, czy też będziemy bogami? Pytam, bo św. Maksym Wyznawca pisał, że „człowiek przebóstwiony przez łaskę otrzymuje dla siebie wszystko, co posiada Bóg – poza tożsamością istoty”.
Chrystus ofiarował nam Boże dziecięctwo. Przez wiarę i nadzieję jesteśmy synami Boga i mamy udział w Jego naturze. I to nie jest jakaś idea. To jest żywy Chrystus, który działa w nas. A my mamy się przekształcać w Chrystusa, w Jego podobieństwo. Taki jest plan Boga. Poza tym On dał człowiekowi o wiele większy potencjał istnienia niż aniołom. Dostrzegamy to już teraz w tajemnicy Matki Bożej. Ona już otrzymała pełnię spełnienia i została Królową Aniołów. To znaczy, że została uhonorowana istnieniem wyższym od aniołów, ma nad nimi pełną władzę. A my z Niej czasem robimy tylko fajną gosposię z Nazaretu…
Co to znaczy, że Matka Boża posiada władzę? Czy my też będziemy ją mieli?
Jezus powiedział apostołom, że będą mieć taką władzę, iż będą sądzić wszystkie narody. Chrześcijanie będą – jak pisał św. Paweł – sądzić nawet aniołów. Jest więc w Bożych planach jakieś podsumowanie dziejów, w którym chrześcijanom, którzy mają udział w łasce Bożej, przypadnie rola sędziów. A żeby sądzić, trzeba mieć do tego kompetencje – trzeba mieć wgląd w życie aniołów, rozumieć ich doskonałość, potrafić rozpoznawać, czy wiernie spełniają wolę Bożą. To są dziś przestrzenie zupełnie niezbadane. Mamy tylko przeczucia, bo w Piśmie Świętym jest na ten temat zaledwie kilka słów. Podobnie jest z małżeństwem.
Jak to?
Święty Paweł opowiada o małżeństwie takie rzeczy, że trudno uwierzyć. Mówi, że jest ono ukazywaniem tej miłości, którą Chrystus umiłował Kościół. O tym się w ogóle nie mówi w teologii małżeństwa, a jest to sprawa pierwszorzędna: małżeństwo jest właśnie po to, żeby świętować misterium połączenia pomiędzy Chrystusem a Kościołem.
To chyba nie przypadek, że do opisów zjednoczenia człowieka z Bogiem bardzo często jest używany język erotyczny – od Pieśni nad Pieśniami aż po mistyków, zwłaszcza karmelitańskich.
To jest tak zwana mistyka oblubieńcza. W tej formie przeżywa się jedność z Bogiem. Duch przeżywa to na sposób doświadczenia mistycznego. Ciało z konieczności bierze w tym udział, ale tego nie ogarnia. Tutaj wychodzi jego słabość, słabość zmysłów. One jakby zupełnie głupieją: nie wiedzą, co z sobą zrobić, jak to uchwycić, ogarnąć, ponieważ to wszystko przekracza ich miarę. Oczywiście przekracza też miarę ducha.
Niektórzy mówią: „Dbaj o ciało, dusza i tak jest nieśmiertelna”…
(śmiech) Ale przecież wierzymy w ciała zmartwychwstanie. To znaczy, że nasze ciało będzie w niebie.
Ale nie to samo ciało.
Jak nie to, to jakie?
Mamy w naszej ludzkiej strukturze otwarcie na cielesność, ale my to nasze ciało doczesne stracimy. Będziemy mieli ciało nowe, nieskazitelne. To będzie zupełnie nowa jakość, inny typ: ciało uwielbione. Prawdopodobnie będzie nawet lepsze niż to, które miał Adam w raju. To będzie ciało, które będzie miało pełny wgląd duchowy. To znaczy, że zmysły będą pracować w innych zupełnie rejestrach i wymiarach.
Pan Jezus powiedział, że w domu Jego Ojca „jest mieszkań wiele”. Co to znaczy?
To jest „techniczne” określenie na opisanie sposobu istnienia w Bogu, do czego jesteśmy zaproszeni.
Czasem się boimy, że to zaproszenie jest tylko złudzeniem. Ale chyba jest w nas jakieś ukierunkowanie czy nawet zaprogramowanie na wieczność, skoro Gabriel Marcel mówił, że jest w człowieku coś, czego śmierć się nie ima.
Tak. W różnych antropologiach czy filozofiach pojawia się wszczepione przez Boga przekonanie o nieśmiertelności duszy i nieskończoności życia. Oczywiście, można próbować je ugasić teoriami materialistycznymi czy determinizmem, przekonującymi, że jesteśmy tylko kosmicznym pyłem. Ale tchnienie Boga, które zostało wrzucone w ten pył jako dar, działa i jest niezniszczalne. Problem jest raczej inny: konsumpcjonizm i hedonizm sprawiły, że człowiek przestał w ogóle pragnąć szczęścia. Wystarczyłoby mu, żeby w niebie było fajnie, nie było nielubianych typów, a był za to świat, który on zna i akceptuje. To jest jakaś zdrada wysokich pragnień. Mimo wszystko jest w człowieku tęsknota, nadzieja, a nawet pewność, która sprawia, że w sytuacjach ekstremalnych znajduje on przekonanie, że warto. Nawet jeśli się sponiewiera, stoczy, ma wstręt do siebie i myśli samobójcze, to jednak odnajduje jakąś iskrę. I to właśnie jest łaska Boża – przebłysk głębi, który przekonuje, że warto powstać i zająć się życiem. Dzięki temu człowiek otwiera się na to, co Boskie, na rodzaj nowej komunikacji z Bogiem. To nie musi mieć jeszcze wymiaru sakramentalnego, to nie musi być pojawienie się w życiu Kościoła czy parafii. Ale jest to już pewność, że Bóg jest, a człowiek potrzebuje czasu, żeby dorosnąć.
Gość Niedzielny
***
„Tam nigdy nie osiąga się dna”.
Rzeczy ostateczne: Piekło
– Czasami mówimy o dnie piekła. Ale tam nigdy nie osiąga się dna – mówi o. dr hab. Marian Zawada, karmelita bosy.
Jarosław Dudała: Rozmawiając o sądzie ostatecznym, mówiliśmy, że to nie Bóg skazuje człowieka na piekło, ale człowiek sam je wybiera. Jak to jest w ogóle możliwe?
o. Marian Zawada OCD: Katechizm Kościoła Katolickiego mówi w nr. 1035, że dusze, które umierają w stanie grzechu śmiertelnego, bezpośrednio po śmierci idą prosto do piekła. To jest przerażające, ale ci, którzy uporczywie tkwią po uszy w grzechu, którzy tworzą struktury piekła na ziemi, jakieś mafijne układy, którzy są konsekwentnie źli, idą do piekła – nie chcą być z Bogiem. Miara nienawiści do Boga, do człowieka i do siebie jest tak wielka, że oni świadomie wybierają piekło.
Czym właściwie jest piekło? Co właściwie tacy ludzie wybierają?
Nienawiść. To jest wewnętrzny dramat, to wręcz nieprawdopodobne, ale człowiek świadomie wybiera sobie wieczne nieszczęście. Piekło to nie jest jakiś cień, jakaś podświadomość, jakieś mroczne alter ego. To jest realizm życia w nienawiści. To jest gniew, odrzucenie – człowiek sam odrzuca Boga i zostaje odrzucony. To jest jego wewnętrzny wybór.
Piekło jest stanem czy miejscem?
Symbolicznie lokujemy je gdzieś w czeluściach, ale oczywiście piekło to jest stan. Jego dramat polega na tym, że człowiek w piekle żyje wbrew swojej naturze. Bo człowiek jest stworzony przez miłość, z miłości i dla miłości. Tymczasem w piekle żyje przeciw miłości. Cały czas przerabia potworność swojego wyboru – to, że dobrowolnie chce żyć przeciw samemu sobie, nienawidząc wszystko, co istnieje. Ten dramat polega fundamentalnie na wieczystym oddzieleniu od Boga. Tego stanu nie da się już zmienić. Człowiek potrafi być tak zaślepiony, że konsekwentnie żyje przeciw Bogu, złorzeczy Mu, przeklina Go. To się zaczyna już tu, na ziemi, gdy taki człowiek nie dopuszcza innych do Boga, wręcz okrada ich z Boga, wciągając w grzech, w sfery nieprawości. Tajemnica piekła to także sprawa fatalnego towarzystwa. To wieczyste udręczenie przez demony, które nie potrafią niczego innego, jak tylko nienawidzić i zadawać cierpienie, dręczyć okrutnie i bez końca. Nie lepsi są potępieńcy, którzy się mszczą za to, że sami zostali oszukani, bo świat za życia ich chronił, usprawiedliwiał, przekonywał, że złe czyny nie pociągną za sobą żadnych konsekwencji.
Co w piekle jest najgorsze?
Piekło to jest nieszczęście w formie czystej – bez zasłon, bez możliwości ucieczki. To jest obcowanie z czystym złem. Tam nie ma żadnego dobra. To jest przerażające cierpienie, które trudno sobie wyobrazić. Tak jak w niebie następuje nieskończony rozwój człowieka w pięknie i w boskości, tak w piekle ma miejsce niekończąca się degradacja. Czasami mówimy o dnie piekła. Ale tam nigdy nie osiąga się dna. Hańba jest coraz większa. Istnienie jest tam ohydą, ziejącą pustką. To całkowita klęska człowieczeństwa. Piekło jest złowrogie. To nieprzenikniona ciemność. Jakiekolwiek poruszenie oznacza tylko kolejne cierpienie. W naturze piekła nie leży już żadne życie. Jest tylko wieczne konanie, absolutna rozpacz, ciągły rozkład, bo nienawiść nie potrafi łączyć, ale ciągle dzieli, i to coraz bardziej. Człowiek żyje coraz bardziej zrozpaczony, rozszarpywany przez zło. Kolejny dramat polegać będzie na tym, że to wszystko zostanie dopełnione w zmartwychwstaniu ciał. Gdy człowiek, będąc w piekle, otrzyma ciało, to jego nieszczęście będzie już absolutne. A przeznaczone dla niego miejsce w niebie pozostanie puste.
Niektórzy powiedzą, że całe to mówienie o piekle to albo tania dydaktyka, albo narzędzie kontroli społecznej, sposób wymuszania posłuszeństwa.
Rzeczywiście, mamy do czynienia czymś w rodzaju lekkomyślnego unieważniania piekła czy też przekonania, że ono musi być puste. Hans Urs von Balthasar sformułował pytanie: „Czy możemy mieć nadzieję, że piekło jest puste?”. To dobrze postawiona kwestia. Bo żywić taką nadzieję oczywiście możemy. Inni teologowie poszli jednak zbyt daleko. Ogłosili, że piekło na pewno jest puste i że mówienie o nim to tylko pedagogika, straszenie. Jednak sprawiedliwość domaga się, żeby zło zostało ukarane. Są i inne koncepcje, np. teoria apokatastazy, czyli ostatecznego zbawienia wszystkich istot rozumnych, w tym także upadłych aniołów. Jest przypisywana Orygenesowi, choć niektórzy twierdzą, że niesłusznie. To wizja odnowienia wszystkiego, gdy skończy się historia. Wtedy rację bytu mają stracić wszystkie kościelne prawa i dogmaty, więc Bóg będzie mógł jeszcze wymyślić jakieś nowe rozwiązanie. Sądzę jednak, że wewnętrzny stan nienawiści do Boga nie pozwoli potępionym przyjąć tego daru.
Oprócz postawy typu „hulaj dusza, piekła nie ma” jest też nurt, który straszy piekłem i diabłem tak, jakby był on silniejszy od Boga. Tymczasem nie chodzi przecież o to, żebyśmy żyli w nieustannym poczuciu zagrożenia i posępnie się biczowali?
To prawda, że XVII wiek (jansenizm) bardzo wyspecjalizował się w straszeniu piekłem. A współcześnie obserwujemy syndrom apokaliptyczny – przerażenie złem, które nadciąga. Ulegający mu ludzie spodziewają się spotkać w przyszłości nie wszechmocnego i kochającego Boga, ale demona, antychrysta. Są za bardzo uwrażliwieni na zło. Widzą tylko mankamenty. Pozwalają, by zło ich przygniatało i zalewało. Myślę jednak, że dzisiaj lęk przed piekłem już trochę wyparował. Ludzie są raczej zuchwali – lekceważą sobie grzech, zło, lekceważą krzywdę, której się dopuszczają. W dodatku pokusa zajęcia się tylko doczesnością bardzo się ostatnio rozrosła poprzez hedonizm i konsumpcjonizm. Człowiek zapomina, po co żyje. Nie zadaje sobie trudu, żeby rozeznać drogę swojego powołania czy w ogóle sens wewnętrznego zamiaru Bożego, dla którego został stworzony. Żyje bezmyślnie. W środowiskach protestanckich nazywa się to uśpieniem. Nie zawadziłoby więc mieć trochę poczucia zagrożenia i świadomości, o co tu chodzi – a chodzi przecież o nasze życie. Ale są też ludzie, którzy raz czy dwa otarli się w doczesności o piekło i wiedzą, czym to pachnie. Piekło na ziemi to nie jest tylko literacka przenośnia. Można kogoś zadręczać na śmierć, poniżać, molestować, okradać, wpędzać w rozpacz. Na skutek czyichś gier całe państwa upadają, ludzie popadają w biedę albo są w niej utrzymywani. Tym, którzy się tego dopuszczają, przydałoby się trochę lęku przed piekłem (a w pozytywnym wymiarze Bożej bojaźni). On może być zdrowy, potrafi stymulować moralnie.
Gość Niedzielny
***
Otchłań i morze ognia. Święci, którzy mieli wizję piekła

fot. Roman Koszowski/Gość Niedzielny
***
Niektórym świętym było dane „widzieć” rzeczywistość, której nikt nigdy nie powinien osobiście doświadczyć.
To jest piekło, gdzie nie ma ani odpoczynku, ani pocieszenia, ani nadziei – taki napis miała ujrzeć św. Franciszka Rzymianka u wejścia do „niezwykle wielkiej i strasznej otchłani”, jaką zobaczyła w mistycznej wizji.
Święta Katarzyna ze Sieny opisała cztery męki piekielne, o jakich usłyszała od Boga. Pierwsza to oddalenie od Niego. Druga to świadomość potępionych, że trafili do piekła z własnej winy. Trzecia to bezustanne towarzystwo demonów. Czwartą męką jest ogień, który trawi dusze w zależności od ciężaru winy, ale ich nie pochłania.
Najbardziej znaną dziś wizję piekła przekazały dzieci fatimskie – Łucja, Hiacynta i Franciszek. 13 lipca 1917 r. Matka Boża wezwała dzieci do składania ofiary za grzeszników i do częstego powtarzania: „O Jezu, to z miłości do Ciebie, dla nawrócenia grzeszników i w zadośćuczynieniu za grzechy popełnione przeciwko Niepokalanemu Sercu Maryi”.
Dzieci zobaczyły jakby morze ognia, a w nim diabły i dusze w ludzkich postaciach „podobne do przezroczystych, rozżarzonych węgli”. Postacie te były wyrzucane w górę i spadały jak iskry podczas wielkiego pożaru, „wśród przeraźliwych krzyków, wycia i bólu rozpaczy wywołujących dreszcz zgrozy”.
Dzieci po tym, co widziały, do końca życia gorliwie podejmowały czyny pokutne w intencji grzeszników.
Żeby się nie wymawiać
Pod koniec października 1936 roku wizję piekła miała św. Faustyna. „Dziś byłam w przepaściach piekła, wprowadzona przez Anioła. Jest to miejsce wielkiej kaźni, jakiż jest obszar jego strasznie wielki” – relacjonowała. Przedstawiła rodzaje mąk: utrata Boga; ustawiczny wyrzut sumienia; świadomość, że tak będzie zawsze; duchowy ogień „zapalony gniewem Bożym”, przenikający duszę, ale nie niszczący jej; ustawiczna ciemność, pomimo której „widzą się wzajemnie szatani i potępione dusze, i widzą wszystko zło innych i swoje”.
Te męki cierpią wszyscy potępieńcy, ale są jeszcze „męki dla dusz poszczególne”, zależne od zmysłów, którymi dusza grzeszyła.
Święta przestrzegła: „Piszę o tym z rozkazu Bożego, aby żadna dusza nie wymawiała się, że nie ma piekła, albo tym, że nikt tam nie był i nie wie, jako tam jest”.
Święta długo nie mogła ochłonąć z przerażenia tym, co widziała. „Toteż jeszcze się goręcej modlę o nawrócenie grzeszników, ustawicznie wzywam miłosierdzia Bożego dla nich” – zauważyła.
Groza wychowawcza
Szczególne miejsce wśród duchowych doświadczeń zajmują wizje św. Jana Bosko. Genialny wychowawca młodzieży otrzymywał wskazówki dotyczące duchowego stanu chłopców, którymi opiekował się w założonym przez siebie zakładzie w Turynie.
W niedzielę wieczorem 3 maja 1868 r. ks. Bosko opowiedział chłopcom swój „sen” o piekle, a raczej o drodze do piekła, pełnej symboli i wskazówek, jak z niej zawrócić i uniknąć potępienia.
Tajemniczy przewodnik poprowadził kapłana na „drogę szeroką, piękną i doskonale wybrukowaną”. Ksiądz wszedł na drogę bez najmniejszych podejrzeń, lecz szybko zauważył, że prawie niedostrzegalnie pochylała się ku dołowi. Nagle zobaczył wokół siebie wielu chłopców, znanych i nieznanych. Co chwila któryś z nich padał na ziemię, a wtedy jakaś niewidzialna siła wlokła go i wciągała do przepaści podobnej do ziejącego pieca. „Dookoła ujrzałem pułapki. Jedne na samej ziemi, inne na wysokości oczu, a wszystkie doskonale zamaskowane” – relacjonował. Chłopcy, nieświadomi niebezpieczeństwa, wpadali w te sidła. Niektóre z nich były prawie niewidoczne. Wyglądały jak nitki pajęczyny. Przewodnik wyjaśnił, że „to niby nic – to po prostu ludzki wzgląd”, czyli grzechy, które popełnia się „ze względu na ludzi”. Okazało się, że sznur, do którego przyczepione były wszystkie sidła, trzyma ogromny i ohydny potwór, ściągający w otchłań tych, którzy się w nie dostali. Święty zrozumiał, że to sam szatan.
Zauważył widniejące na sidłach napisy: pycha, nieposłuszeństwo, zazdrość, nieczystość, kradzież, obżarstwo, lenistwo, złość i inne. „Okazało się, że najbardziej niebezpieczne są nieczystość, nieposłuszeństwo i pycha. Wszystkie trzy wiązały się ściśle ze sobą” – zauważył ksiądz Bosko. Wtedy dostrzegł leżące tu i ówdzie noże, dzięki którym można się było uwolnić od sideł. Jedne symbolizowały modlitewne rozmyślanie i pozwalały pokonać pychę. „Dwa specjalne miecze wyrażały nabożeństwo do Najświętszego Sakramentu, a zwłaszcza częstą Komunię św. i nabożeństwo do Matki Bożej” – opowiadał kapłan. Był też młotek – spowiedź. Mniejsze noże wyrażały nabożeństwo do świętych.
Ks. Bosko, mówiąc o tych, których widział jako potępionych, sprecyzował, że byliby oni potępieni, gdyby w takim stanie, w jakim są teraz, czyli bez łaski Bożej, zmarli. Wyjawił, że dane mu było poznać, „jak potworne wyrzuty sumienia cierpieli wychowankowie naszych szkół. Przeżywali nieludzkie męki, przypominając sobie każdy nieodpuszczony grzech i sprawiedliwą karę za niego. Mogli przecież korzystać z licznych i niezwykłych środków ku naprawie swego życia, wytrwania w cnocie i zbierania zasług na niebo. Z trwogą przypominali sobie lekkomyślnie odrzucone hojne łaski, udzielane przez Najświętszą Dziewicę… Przeżywali prawdziwą gehennę, wiedząc, że tak łatwo mogli się zbawić, a teraz są nieodwołalnie straceni na zawsze. Cisnęło im się na pamięć tyle dobrych postanowień, których niestety nigdy nie wypełnili. Piekło rzeczywiście wybrukowane jest dobrymi intencjami!” – zauważył ksiądz Bosko. Dodał, że aby nie przerażać zbytnio uczniów, pominął wiele strasznych szczegółów. „Wiemy, że nasz dobry Bóg opisywał piekło zawsze w symbolach. Gdyby ukazał je nam w całej rzeczywistości, nie bylibyśmy w stanie go pojąć. Nikt ze śmiertelników nie może zrozumieć tych spraw” – wyjaśnił.
Chodzi o dobro
Jakkolwiek straszne są powyższe wizje, ich motywem jest uświadomienie, że ludzkie wybory dokonywane na ziemi mają przełożenie na wieczność. Taki jest sens tego rodzaju objawień prywatnych. Jeśli są one spójne z Objawieniem urzędowym, zapisanym w Piśmie Świętym, i zgodne z nauczaniem Kościoła, mogą się przysłużyć do czyjegoś nawrócenia, a tym samym do uniknięcia tak straszliwego losu, jakim jest piekło. Tak rozumieli to święci, przekazujący innym to, co widzieli. Święta Katarzyna ze Sieny, widząc męki potępionych, chciała położyć się w bramie piekła, żeby nikt nie mógł się już tam dostać. Święta Faustyna deklarowała gotowość konania w mękach do końca świata, żeby ocalić od potępienia „biednych grzeszników”.
Bo chodzi o zbawienie – i tego chce dla nas Bóg.
Franciszek Kucharczak/Gość Niedzielny
***
czwartek 27 listopada
Rocznica objawienia cudownego medalika
Cudowny medalik jako medalik Niepokalanego Poczęcia znany jest wielu ludziom wiary na całym świecie, szczególnie członkom Rycerstwa Niepokalanej. 27 listopada 1830 r. Najświętsza Maryja Panna objawiła się świętej Katarzynie Labouré w kaplicy Sióstr Miłosierdzia przy rue du Bac w Paryżu. Niepokalana poleciła św. Katarzynie rozpowszechniać medalik według przedstawionego wzoru. Papież Leon XIII 23 lipca 1894 r. ustanowił święto Najświętszej Maryi Panny objawiającej cudowny medalik.
ks. Mariusz Frukacz/Tygodnik Niedziela

pl.wikipedia.org
***
„27 listopada 1830 roku, w sobotę przed pierwszą niedzielą adwentu, o godz. 17.30, gdy zapadło milczenie po przeczytaniu pierwszej części tekstu rozmyślania, usłyszałam szelest, jaki wydaje poruszana jedwabna suknia, pochodzący od strony ambony, z miejsca, na którym zawieszony jest obraz świętego Józefa. Gdy spojrzałam w tamtą stronę, ujrzałam Najświętszą Dziewicę, stojącą na wysokości obrazu świętego Józefa. Jej postać była wyraźnie widoczna. Ubrana była w białą jedwabną suknię, błyszczącą jak jutrzenka. Miała również biały, długi welon sięgający do stóp. Pod welonem można było dostrzec włosy. Twarz pozostawała niezasłonięta. Oczy miała wzniesione ku niebu. Stopy opierały się na kuli, czy raczej na półkuli, w każdym razie widziałam tylko połowę kuli. Inną kulę Najświętsza Dziewica trzymała w dłoniach, ułożonych w sposób naturalny na wysokości piersi. Ta kula oznaczała glob ziemski. Cała postać promieniowała takim pięknem, że nie potrafię tego opisać.
Po pewnej chwili na palcach Najświętszej Dziewicy dostrzegłam pierścienie, ozdobione drogimi kamieniami i perłami różnej wielkości i kształtu. Wszystkie rzucały różnorakie promienie. Te promienie, skierowane ku dołowi, jaśniały takim blaskiem, że w ich świetle stały się zupełnie niewidoczne stopy Dziewicy.
Gdy oglądałam to niebiańskie widzenie, Najświętsza Dziewica skierowała na mnie wzrok. Usłyszałam wówczas głos, który mówił: «Glob, który widzisz, przedstawia całą ziemię. Przedstawia też Francję. Nade wszystko zaś przedstawia każdego człowieka. Promienie oznaczają łaski, jakie zlewam na tych, którzy mnie proszą». (…) Wokół postaci Najświętszej Dziewicy dostrzegłam owalny obraz, na którym pojawiły się złote litery tworzące napis: «O Maryjo, bez grzechu poczęta, módl się za nami, którzy się do Ciebie uciekamy». Równocześnie usłyszałam głos: «Postaraj się, aby wybito medalik według tego wzoru; wszyscy, którzy będą go nosić, otrzymają wiele łask; wielkimi dobrodziejstwami będą obdarzani wszyscy noszący go z wiarą». Odniosłam wrażenie, że obraz, który widziałam, odwrócił się i zobaczyłam drugą stronę medalika. Po kilku dniach w czasie rozmyślania zastanawiałam się, jak właściwie powinna wyglądać ta druga strona medalika. Usłyszałam wtedy głos: «Litera M i dwa serca mówią wystarczająco dużo»” – napisała św. Katarzyna Labouré.
Św. Maksymilian Kolbe nakreślając program Rycerstwa Niepokalanej (MI) podkreślił: „Motywem naszego działania jest miłość do Najświętszego Serca Jezusowego, to znaczy miłość Boga. Na tym polega doskonałość i uświęcenie, do których chcemy pociągnąć wszystkich teraz i w przyszłości za pośrednictwem Niepokalanej i Jej kochającego Serca (jak na medaliku), ponieważ imię Maryi ściśle złączone jest z krzyżem Jezusa”.
Również wezwanie, które św. Katarzyna ujrzała w objawieniu: „O Maryjo bez grzechu poczęta, módl się za nami, którzy się do ciebie uciekamy” św. Maksymilian uczynił fundamentalną modlitwą członków Rycerstwa Niepokalanej. Cudowny medalik wraz z modlitwą jest znakiem tożsamości Rycerzy Niepokalanej.
***
Święta od Cudownego Medalika

***
Odznaczała się wielką pokorą. Cnotę tę zresztą świadomie w sobie doskonaliła. Wystarczy wspomnieć, że żadna z mieszkających z nią sióstr nie wiedziała, że to właśnie jej Matka Najświętsza powierzyła misję przekazania ludziom Cudownego Medalika. Milczenie przerwała dopiero pół roku przed śmiercią, zwierzając się z sekretu przed przełożoną.
Postaraj się o wybicie medalika według tego wzoru. Wszyscy, którzy go będą nosili, dostąpią wielkich łask, szczególniej jeżeli go będą nosili na szyi. Tych, którzy we mnie ufają, wieloma łaskami obdarzę – takie przesłanie, wraz z wizją Cudownego Medalika, otrzymała w podparyskim Katarzyna Labouré, młoda zakonnica, będąca jeszcze wówczas przed ślubami wieczystymi. Nie pierwszy i nie ostatni to raz, gdy Bóg, za pośrednictwem współpracującej z Nim w dziele Zbawienia Maryją, posłużył się skromną osobą, dla przekazania człowiekowi wielkiego daru.
Długa droga do klasztoru
Wielu ludziom, gdy myślą o Francji, staje przed oczami Paryż. Niegdysiejsza wielkość tego miasta, wynikała z przyciągania wybitnych ludzi z prowincji czy zagranicy. Także św. Katarzyna Labouré, która większość życia spędziła na przedmieściach Paryża, pochodziła z prowincji. Przyszła bowiem na świat w burgundzkiej wiosce Fain-les-Moutiers 2 maja 1806 roku. Była dziewiątym dzieckiem Magdaleny (byłej guwernantki) i Piotra Labouré (rolnika). Mimo że na Chrzcie św. otrzymała imię Katarzyna, bliscy zwracając się do niej używali imienia Zoé – od patronki dnia, w którym się urodziła.
Niestety, śmierć matki, która nastąpiła w 1815 roku, położyła kres beztroskiemu dzieciństwu Katarzyny. Zrozpaczona dziewczynka pocieszenia szukała u Maryi, prosząc Ją, by zastąpiła jej zmarłą mamę. Po trwającym dwa lata pobycie u mieszkającej w nieodległym miasteczku ciotki wróciła do ojcowskiego domu, by przejąć z rąk najstarszej siostry, która właśnie wstąpiła do zakonu, prowadzenie gospodarstwa.
Także Zoé czuła, że jej miejsce jest w klasztorze. Jednak nie była pewna swego powołania. Zresztą zdecydowanie przeciwny wstąpieniu drugiej córki do zakonu był ojciec.
Pewnej nocy dziewczyna miała dziwny sen. Znajdowała się w kościele, w którym Mszę Świętą odprawiał nieznajomy ksiądz. Po zakończeniu liturgii przywołał ją do siebie. Zmieszana uciekła. W dalszej części snu ponownie spotkała tajemniczego kapłana. – Teraz uciekasz przede mną, lecz przyjdzie dzień, kiedy będziesz się miała za szczęśliwą, że możesz przyjść do mnie. Bóg ma szczególniejsze zamiary względem ciebie – powiedział do niej.
W tym czasie Katarzyna prowadziła intensywne życie duchowe pełne modlitwy i umartwienia. W 1824 roku zamieszkała u kuzynki, która w Chatillon-sur-Seine prowadziła pensjonat. Miała nadzieję, że pomagając krewniaczce nauczy się czytać i pisać. Umiejętność ta była brana pod uwagę przy przyjmowaniu do klasztoru. Źle się jednak czuła w otoczeniu wyniosłych uczennic i w końcu wyjechała do domu.
Zanim to jednak nastąpiło nieoczekiwanie znalazła wyjaśnienie zagadkowego snu. Pewnego razu odwiedziła miejscowy dom Sióstr Miłosierdzia. W trakcie wizyty wzrok jej przykuł wiszący na ścianie portret duchownego. Tak, to był kapłan z wizji sennej! Okazało się, że obraz przedstawia założyciela Zgromadzenia, św. Wincentego á Paulo. Teraz już wiedziała, że jej miejsce jest wśród szarytek. Niestety, ze względu na sprzeciw ojca musiała odłożyć realizację marzeń na później.
W styczniu 1830 roku Katarzyna, już przy błogosławieństwie Piotra Labouré, który wreszcie dał się przekonać do zmiany decyzji, rozpoczęła postulat w domu Sióstr Miłosierdzia w Chatillon. Na początku 1830 roku została przeniesiona do paryskiego klasztoru przy Rue du Bac. Od dzieciństwa rozmiłowana w modlitwie szybko wzrastała duchowo. Bóg obdarzał ją nadprzyrodzonymi wizjami. Niestety, zapowiedzi przyszłych tragicznych losów Francji i świata ciężkim brzemieniem obciążyły serce młodej szarytki.
Wkrótce okazało się, że Pan Bóg nie opuścił grzesznej ludzkości i za pośrednictwem Maryi i… Katarzyny ofiarował jej koło ratunkowe.
Objawienia Maryi
Tuż przed północą z 18 na 19 lipca 1830 roku Katarzynę Labouré obudził głos dziecka, które poleciło jej pójść do kaplicy. Tam ukazała jej się Matka Boża. Głosem przepełnionym bólem zapowiedziała nadejście niespokojnych dla Francji czasów: kolejnej rewolucji, która, jak się wkrótce okazało, miała wybuchnąć za kilkanaście dni.
27 listopada tegoż roku Maryja ponownie ukazała się Katarzynie. Już nie jako stroskana losem dzieci Matka, lecz promieniejąca blaskiem chwały Królowa. Stała na kuli, a w rękach trzymała drugą kulę. Siostra Labouré tak opisała później spotkanie z Najświętszą Panną:
Niepokalana mówiła: „Kula, którą widzisz, przedstawia świat, a szczególnie zaś Francję i każdą duszę poszczególną”. Zrozumiałam, że mówi mi o tej kuli, która była pod stopami. Potem jeszcze raz zaczęła przemawiać do mnie, objaśniając mi, co znaczą te świecące pierścienie na Jej palcach: „Oto symbol łask, które Ja zlewam na tych ludzi, którzy mnie o nie proszą”.
Następnie otoczył Najświętszą Pannę podłużno-okrągły pas, z napisem: O Maryjo bez grzechu poczęta, módl się za nami, którzy się do Ciebie uciekamy. Maryja, poleciła siostrze Katarzynie wybicie medalika na podstawie tego co widzi, obiecując wszystkim, którzy będą go pobożnie nosić, szczególną opiekę z Jej strony. Scena przybrała kształt owalu, by niczym ogromny medalion, odwrócić się.
W tej chwili zdawało mi się, że obraz się obraca. Potem ujrzałam na drugiej stronie literę „M” z wyrastającym ze środka krzyżem, a poniżej monogram Najświętszej Maryi Panny, Serce Jezusa otoczone cierniową koroną i Serce Maryi przeszyte mieczem bólu.
Jeszcze raz Najświętsza Panienka ukazała się swojej służebnicy w kaplicy przy Rue du Bac, by ponownie zlecić jej rozpowszechnienie medalika. Na koniec pożegnała się z nią następującymi słowami: Córko moja droga, już mnie odtąd więcej nie zobaczysz, lecz głos mój często będziesz słyszała podczas modlitwy.
Cudowny Medalik
By jak najszybciej spełnić polecenie Matki Bożej, siostra Katarzyna powiedziała o wszystkim swemu spowiednikowi ks. Janowi Marii Aladelowi ze Zgromadzenia Misjonarzy św. Wincentego á Paulo. Z początku kapłan z niedowierzaniem przyjmował wyznania nowicjuszki. Jednak z czasem przekonał się, że jej relacje z przeżyć mistycznych nie są urojeniami, ale rzetelną relacją. Ze zdumieniem obserwował bowiem ziszczanie się proroctw młodej zakonnicy.
Mimo wszystko ks. Aladel zwlekał z podjęciem starań o zatwierdzenie przez władze kościelne nowego medalika. Dopiero napomnienie ze strony Maryi przekazane mu za pośrednictwem Katarzyny, zmobilizowało go do czynu. Wreszcie pierwsze 1500 sztuk medalików, wykonanych ściśle według wzoru nakreślonego przez Niepokalaną, opuściło warsztat jubilerski i trafiło do wiernych. Sławę Cudownego Medalika, jak szybko zaczęto go nazywać, wzmogły liczne uzdrowienia, jakie nastąpiły wśród noszących go podczas epidemii cholery w lipcu 1832 roku.
Nagłe uzdrowienia z pewnością robią wielkie wrażenie na ludziach, dużo donioślejsze, choć może dla świata mniej spektakularne, były natomiast liczne nawrócenia grzeszników, które nastąpiły w związku z nabożeństwem do Cudownego Medalika.
Skromna i wierna
30 stycznia 1831 roku siostra Katarzyna Labouré przywdziała suknię zgromadzenia. Kilka dni później rozpoczęła pracę w przytułku dla starców na przedmieściu Paryża. Najpierw skierowano ją do kuchni, później do pralni. Przez pewien czas zajmowała się także hodowlą krów oraz pracą w ogrodzie. W końcu powierzono jej opiekę nad starcami. Pielęgnowała ich z wielkim oddaniem.
Odznaczała się wielką pokorą. Cnotę tę zresztą świadomie w sobie doskonaliła. Wystarczy wspomnieć, że żadna z mieszkających z nią sióstr nie wiedziała, że to właśnie jej Matka Najświętsza powierzyła misję przekazania ludziom Cudownego Medalika. Milczenie przerwała dopiero pół roku przed śmiercią, zwierzając się z sekretu przed przełożoną. A zrobiła to tylko dlatego, że pozostała jej do wypełnienia jeszcze jedna misja zlecona przez Maryję – wykonanie rzeźby Niepokalanej z globem w dłoni.
Jednym z trudniejszych momentów w życiu s. Katarzyny Labouré był niewątpliwie czas Komuny Paryskiej (1871). Rewolucjoniści nienawidzili Boga i to uczucie przenieśli na duchowieństwo. Bandy komunardów bezcześciły i grabiły paryskie świątynie, mordowały księży. Także siostry zakonne nie były bezpieczne. Wraz z innymi szarytkami, na terenach opanowanych przez Komunę znalazła się także s. Labouré. W chwilach zagrożenia wykazywała się ogromnym hartem ducha. Gdy po ucieczce zagrożonej aresztowaniem przełożonej, nad domem oraz prowadzonym przez szarytki szpitalem zawisło niebezpieczeństwo, bez wahania udała się do siedziby komunardów, by uprzedzić przewidywane represje. Niewiele brakowało, by ten krok przypłaciła życiem, jednak ostatecznie wybieg się udał. Rewolucjoniści dali spokój siostrom. Nie było to jedyna chwila grozy, którą w tym okresie przeżyły szarytki. Za to potem, gdy państwo francuskie karało komunardów za liczne przestępstwa, s. Katarzyna rozdawała medaliki skazanym na śmierć.
Zmarła 31 grudnia 1876 roku. Mieszkające w jednym domu z nią zakonnice dopiero wtedy ze zdziwieniem poznały prawdziwą historię Świętej. Beatyfikacji siostry Katarzyny Labouré dokonał 28 maja 1933 r. Ojciec Święty Pius XI. W poczet świętych zaliczył ją kolejny papież – Pius XII w 1947 roku. Kościół wspomina ją 31 grudnia.
Cudowny Medalik do dziś pozostaje najpopularniejszym sakramentalium. Zgodnie z obietnicą daną św. Katarzynie przez Niepokalaną, ludzie noszący go obdarzani są licznymi łaskami. Wiele osób zawdzięcza mu nawrócenie. Najsławniejszym konwertytą, czcicielem Najświętszej Maryi Panny od Cudownego Medalika, był bogaty francuski Żyd Alfons Ratsbonne – po przejściu na katolicyzm kapłan i zakonnik. Z wielką gorliwością Cudowny Medalik propagował św. Maksymilian Maria Kolbe. W roku 1894 papież Leon XIII ustanowił liturgiczne święto Najświętszej Maryi Panny od Cudownego Medalika, które Kościół obchodzi co roku w dniu 27 listopada.
Adam Kowalik/PCh24.pl
***
Naprawdę cudowny
Przez minione 190 lat Cudowny Medalik stał się narzędziem licznych Boskich interwencji – uzdrowień, ocaleń i nawróceń.

pl.wikipedia.org
***
W lipcu, listopadzie i grudniu 1830 r. w Paryżu Najświętsza Maryja Panna objawiła się Katarzynie Labouré – skromnej seminarzystce ze Zgromadzenia Sióstr Miłosierdzia (szarytki). Głównym przesłaniem był objawiony 27 listopada medalik z Jej orędziem. Stał się on narzędziem licznych uzdrowień, ocaleń czy nawróceń – co uczyniło go w oczach wiernych cudownym w działaniu. W krótkim czasie przylgnęła do niego nazwa „Cudowny Medalik”. Minione 190 lat jego istnienia jest naznaczone niezliczonymi Boskimi interwencjami.
Czas na nowennę
200. rocznica objawienia Cudownego Medalika przypadnie w 2030 r. Rodzina św. Wincentego a Paulo – Siostry Miłosierdzia i Księża Misjonarze – w której Maryja złożyła ten cenny dar, pragnie uczcić to wydarzenie i godnie się przygotować do nadchodzącego jubileuszu. W związku z tym rozpoczynamy nowennę, czyli 9-letni okres peregrynacji orędzia Niepokalanej po polskich wsiach i miastach; peregrynacja ta, prowadzona przez księży i siostry ze zgromadzeń św. Wincentego oraz przez członków Stowarzyszenia Cudownego Medalika, ma przybliżyć wiernym przesłanie medalika oraz zachęcić do wypełniania woli Maryi wyrażonej w trakcie objawienia: aby była czczona jako wstawiająca się u Syna za światem i abyśmy się włączyli w Jej wstawienniczą modlitwę przez nabożne odmawianie Różańca św. Wola ta została też wyrażona w kolejnych objawieniach, m.in. w Lourdes czy w Fatimie. Objawienia maryjne przy Rue du Bac i wszystkie następne wpisują się w zatroskanie naszej niebieskiej Matki o ludzkość. Ta misja została Jej powierzona z krzyża przez Syna w słowach: „Niewiasto, oto syn Twój” (J 19, 26).
Obchody
Jako Rodzina św. Wincentego a Paulo, depozytariusz treści objawienia z 1830 r., mamy nadzieję, że 9-letni okres peregrynacji orędzia Cudownego Medalika przyczyni się do pojednania się wielu ludzi z Bogiem, odnowienia życia w Chrystusie oraz do duchowego przygotowania się do 200. rocznicy objawienia medalika. W związku z nowenną skierowaliśmy do przewodniczącego KEP abp. Stanisława Gądeckiego pismo informujące o wydarzeniu z prośbą o przyzwolenie i błogosławieństwo, i otrzymaliśmy przychylną odpowiedź.
Treść medalika
Nowenna i związana z nią peregrynacja będą się odbywały pod hasłem „Cudowny Medalik: znak z nieba i drogowskaz do nieba”. Treści medalika zawierają istotę głoszonego przez Kościół orędzia. Na awersie widzimy postać Niepokalanej z promieniami światła wychodzącymi z Jej dłoni, co symbolizuje wypraszane przez Nią dla nas łaski; pod stopami Maryja ma kulę ziemską z wężem, któremu miażdży głowę – znak ostatecznego zwycięstwa nad siłami zła, które przyjdzie za Jej pośrednictwem. Na rewersie natomiast znajdują się trzy motywy. Pierwszy to dwanaście gwiazd, które wyobrażają Chrystusa – Światłość świata (motyw gwiazdy) i Jego mistyczne zjednoczenie z Kościołem (liczebnik dwanaście), co stanowi syntezę chrześcijańskiego orędzia. Drugi motyw – zranione Serca Jezusa i Maryi – przedstawia zjednoczenie Syna z Matką i Matki z Synem oraz nawiązuje do Golgoty, kiedy to Jezus czyni swą Matkę naszą Matką. Trzeci motyw to litera „M” i wznoszący się ponad nią krzyż na podstawie, która jest z tą literą spleciona. „M” wyobraża Maryję, krzyż na podstawie natomiast – kulę ziemską, czyli odkupioną ludzkość, która pogrążyła się w grzechu. Ten motyw stanowi nawiązanie do wizji poprzedzającej objawienie medalika – św. Katarzyna Labouré ujrzała Maryję ubraną na biało, ze złotym globem w dłoniach i małym krzyżem na jego szczycie; Maryja wstawiała się u Syna za ludzkością. Na medaliku zostało to przedstawione symbolicznie jako litera „M” i wznoszący się ponad nią krzyż na podstawie.
Awers i rewers Cudownego Medalika stanowią przesłanie na każdy czas Kościoła, obecny i przyszły, aż po powrót Chrystusa na końcu czasów. Szczególnie rewers medalika niesie treści ponadczasowe, a jego symbolika wyraża syntezę głoszonego przez Kościół orędzia. Z tej racji nie dziwi szczególne oddziaływanie medalika. Jego rewers może stanowić logo Kościoła Bożego. Pod tym znakiem będziemy bezpiecznie szli przez życie i z pewnością odniesiemy zwycięstwo nad siłami zła. Nośmy zatem z ufnością Cudowny Medalik na szyi i odmawiajmy inwokację: „O Maryjo bez grzechu poczęta, módl się za nami, którzy się do Ciebie uciekamy”. Obdarujmy medalikiem naszych najbliższych, a szczególnie dzieci i młodzież zagrożone szerzącymi się dzisiaj niebezpiecznymi ideologiami, aby Niepokalana ustrzegła je przed złem i zachowała przy Bogu.
Bądźmy razem
Jako Rodzina św. Wincentego a Paulo zachęcamy wszystkich wiernych do włączenia się w nowennę i peregrynację Cudownego Medalika po naszym kraju. Wierzymy, że jak u początków objawienia działy się liczne cuda i pojawiały się znaki, tak teraz jako wspólnota wierzących doświadczymy licznych łask. Nowenna rozpocznie się uroczystym Triduum w domach Sióstr Miłosierdzia i parafiach Księży Misjonarzy w dniach 26, 27 i 28 listopada, po czym nastąpi peregrynacja Cudownego Medalika po parafiach naszego kraju. Zgłoszenia woli nawiedzenia własnej parafii prosimy kierować na adresy znajdujące się na stronie: www.cudowny-medalik.pl pod zakładką „Nowenna”. Na tych samych stronach znajdują się wszelkie informacje o nowennie i peregrynacji Cudownego Medalika.
Z okazji nowenny ukazał się przewodnik zawierający jej program, modlitwy, nabożeństwa związane z objawionym Cudownym Medalikiem oraz materiały źródłowe z objawienia do rozważań (368 stron). Przewodnik można zamówić w Wydawnictwie Instytutu Teologicznego Księży Misjonarzy w Krakowie, telefonicznie: 12 422 88 77, pocztą elektroniczną: wydawnictwo@witkm.pl lub listownie: ul. Stradomska 4, 31-058 Kraków.
(autor jest misjonarzem św. Wincentego a Paulo i koordynatorem krajowym nowenny)
ks. Waldemar Rakocy/Tygodnik Niedziela
***
Niedziela 23 listopada 2025

fot. Henryk Przondziono/Gość Niedzielny
***
Święto Chrystusa Króla zaraz po ustanowieniu zaczęto uroczyście obchodzić w Polsce
Kościół obchodzi święto Chrystusa Króla od stu lat, ale godność królewską Zbawiciela czci od początku.
Dobiegał końca rok 1925, obchodzony w Kościele jako jubileuszowy. Od trzech lat na Stolicy Piotrowej w Watykanie zasiadał Achilles Ratti, który obrał imię Pius XI. 11 grudnia papież opublikował encyklikę Quas primas. „A przeto powagą Naszą Apostolską ustanawiamy święto Pana Jezusa Chrystusa – Króla, które ma być na całym świecie obchodzone rokrocznie w ostatnią niedzielę miesiąca października, tj. w niedzielę, poprzedzającą bezpośrednio uroczystość Wszystkich Świętych” – brzmiało kluczowe zdanie dokumentu. Zarazem Ojciec Święty polecił, aby w tym samym dniu corocznie odnawiano poświęcenie się Sercu Pana Jezusa.
Zwrócenie uwagi na powszechne panowanie Jezusa było jak promień światła, wskazujący drogę znękanej ludzkości. Świat od siedmiu lat leczył rany po wojnie zwanej wielką, a później pierwszą światową. Zaraz potem przez cały glob przetoczyła się straszliwa pandemia grypy „hiszpanki”, która pochłonęła jeszcze więcej ofiar niż wojna, bo aż 50 milionów, i to w większości ludzi młodych. Także Kościół instytucjonalny wciąż jeszcze przeżywał perturbacje po roku 1870, gdy rodzące się Włochy zlikwidowały ponadtysiącletnie Państwo Kościelne.
W takich warunkach Pius XI niemal od początku swojego pontyfikatu ogłosił hasło Instaurare omnia in Christo – „Odnowić wszystko w Chrystusie”. Zaakcentowanie królowania Chrystusa w czasie, gdy ziemskie władztwo papieży ograniczyło się do maleńkiego skrawka Rzymu, paradoksalnie bardziej podkreśliło powszechny charakter panowania Zbawiciela.
Władztwo dla pokoju
Pius XI już u progu swojego pontyfikatu, w 1922 roku, wskazywał na konieczność przywrócenia królestwa Chrystusowego wśród ludzi. W encyklice Ubi arcano podkreślał, że Jezus „króluje w umysłach jednostek przez naukę Swoją, króluje w duszach przez miłość, króluje w całym życiu człowieka, przestrzegającego Jego prawa i naśladującego Jego przykład, Chrystus Pan króluje w rodzinie, gdy oparta na sakramencie małżeństwa istnieje jako rzecz święta i nierozerwalna”. Papież dodał, że „nie ma pokoju Chrystusowego poza królestwem Chrystusowym i stąd nie możemy skuteczniej pracować nad utwierdzeniem pokoju Chrystusowego, jak właśnie wznawiając królestwo Chrystusowe”.
Decyzja papieża o ustanowieniu święta Chrystusa Króla została poprzedzona prośbą o to ze strony licznych środowisk kościelnych. Petycje w tej sprawie przysłało 790 biskupów, 200 zakonów i 12 uniwersytetów katolickich. Pius XI, realizując te postulaty, wyjaśnił w encyklice Quas primas powody, dla których uznał to święto za potrzebne. Przedstawił cztery argumenty. Pierwszym były fragmenty biblijne mówiące o królewskiej władzy Syna Bożego. Drugi odnosił się do tradycji liturgicznej Kościoła, która zawiera wiele nawiązań do królewskiej godności Jezusa. Trzeci argument nawiązywał do Credo nicejskiego z 325 roku, w którym pojawia się sformułowanie: „królestwu Jego nie będzie końca”. Ostatni argument dotyczył elementu dydaktycznego święta, w którym papież widział potencjał przeciwstawienia się laicyzmowi i powrotu społeczeństwa do Chrystusa Króla.
Ojciec Święty wskazał, że Chrystus posiada najwyższą władzę nad całym stworzeniem i tę władzę otrzymał od Boga Ojca. Jego królestwo jest duchowe, ale obejmuje całe społeczeństwo, od pojedynczych ludzi po państwa. „Jeżeli więc teraz nakazaliśmy czcić Chrystusa Króla całemu światu katolickiemu, pragniemy przez to zaradzić potrzebom czasów obecnych i podać szczególne lekarstwo przeciwko zarazie, która zatruwa społeczeństwo ludzkie” – pisał. Zarazą tą jest, jak stwierdził, „zeświecczenie czasów obecnych, tzw. laicyzm”. Laicyzm i laicyzacja prowadzą, jak zauważył, do rozluźnienia więzi rodzinnych i moralnego chaosu w społeczeństwie.
To właśnie w usunięciu Chrystusa i Jego prawa z życia prywatnego, rodzinnego i publicznego oraz w braku uznania Jego panowania papież upatrywał główną przyczynę gnębiących ludzkość nieszczęść.
Sprowadzić na nowo
„Nasienie niezgody wszędzie porozsiewane, płomienie zazdrości i nieprzyjaźni objęły narody, co powoduje dotąd tak wielką zwłokę w pojednaniu ludów; nieposkromione pragnienia, które często pokrywają się płaszczykiem dobra publicznego i miłości ojczyzny, a z których powstaje rozdwojenie wśród obywateli i ślepy a niepomierny egoizm, na nic innego nie zważający, jak tylko na własną korzyść i na własne dobro, i tą jedynie miarą wszystko inne mierzący” – ubolewał. Zwrócił też uwagę na konsekwencje w postaci rozchwiania relacji międzyludzkich. „Zburzony zupełnie pokój domowy wskutek zapomnienia i zaniedbania obowiązków; węzły rodzinne rozluźnione i trwałość rodzin zachwiana; całe wreszcie społeczeństwo do głębi wstrząśnięte i ku zagładzie idące” – wyliczał następca Piotra. Wyraził silną nadzieję, że uroczystość Chrystusa Króla „sprowadzi na nowo społeczeństwo do najukochańszego Zbawiciela”. Zaznaczył, że powinnością katolików jest ten powrót do Jezusa przygotować i przyspieszyć.
Papież podkreślił, że wprowadzane święta kościelne niejednokrotnie odnawiały gorliwość katolików. Przywołał przykłady: „gdy poszanowanie i cześć Najświętszego Sakramentu zmalały, ustanowiono święto Bożego Ciała”; „tak też wprowadzono uroczystość Serca Jezusowego właśnie wówczas, gdy dusze osłabione i zniechęcone przygnębiającą i przesadną surowością jansenistów zupełnie wyziębły i trwożliwie unikały miłości Bożej i nadziei zbawienia”.
Pius XI ze świętem Chrystusa Króla łączy w encyklice kult Serca Jezusowego. Jezus, objawiając się św. Małgorzacie Marii Alacoque, ukazywał swe kochające ludzi Serce, spragnione ich odpowiedzi. Do tego nawiązał też Pius XI. „Do uznania panowania i władzy Chrystusa przyczynił się również pobożny zwyczaj, iż niezliczone prawie rodziny oddawały się i poświęcały Najświętszemu Sercu Pana Jezusa. Co prawda nie tylko rodziny tak czyniły, lecz i społeczeństwa, i państwa, a nawet cały rodzaj ludzki” – przypominał papież. W jego przekonaniu grunt pod święto przygotowały też kongresy eucharystyczne.
Alfa i Omega
Zgodnie z zarządzeniem papieskim święto było obchodzone w ostatnią niedzielę października. W roku 1969 papież Paweł VI przeniósł święto Chrystusa Króla na ostatnią niedzielę roku kościelnego i podniósł je do najwyższej rangi liturgicznej – uroczystości. Zmodyfikowana została także nazwa. Obecnie brzmi ona: uroczystość Jezusa Chrystusa, Króla Wszechświata. Zmiana ta uwydatniła królewskość Jezusa – Jego panowanie powszechne, obejmujące wszystko: pojedynczych ludzi i całe narody, społeczeństwa i państwa z ich władzami, całą historię z kosmosem i wszystkim, co istnieje. Usytuowanie uroczystości w ostatnią niedzielę roku liturgicznego ma podkreślać prawdę, że wszystko zmierza do Chrystusa i do Niego będzie należał ostateczny sąd nad dziejami ludzkości i świata. Jest to nawiązanie do Apokalipsy, w której Jezus Chrystus jest Alfą i Omegą oraz „Pierwszym i Ostatnim, Początkiem i Końcem”. Chodzi o podkreślenie, że w Chrystusie wypełnia się zbawczy plan Boga.
Polska wdzięczna
Święto Chrystusa Króla zaraz po ustanowieniu zaczęto uroczyście obchodzić w Polsce. W nawiązaniu do niego w 1927 roku w Poznaniu zawiązał się komitet budowy pomnika Najświętszego Serca Pana Jezusa. Miał to być zarazem wyraz wdzięczności za odzyskaną niepodległość. Monument uroczyście odsłonięto w święto Chrystusa Króla, 30 października 1932 roku. Ceremonii przewodniczył kard. August Hlond.
Pomnik został wykonany w formie łuku triumfalnego o wysokości 12,5 m i szerokości 22 m. W centralnej wnęce umieszczono odlaną z brązu, liczącą 4 metry figurę Chrystusa. Widoczny na pomniku napis głosił: Sacratissimi Cordi – Polonia Restituta (Najświętszemu Sercu – Odrodzona Polska). Monument przetrwał tylko do września 1939 roku. Niemcy zaraz po wkroczeniu do miasta wysadzili go w powietrze, a postać Zbawiciela przetopili na potrzeby przemysłu zbrojeniowego. Od kilku lat trwają starania o przywrócenie tego pomnika w stolicy Wielkopolski.
Ważnym dla Polaków aktem nawiązującym do królowania Chrystusa było uroczyste przyjęcie Go za Króla i Pana, którego dokonano 19 listopada 2016 roku w sanktuarium Bożego Miłosierdzia w krakowskich Łagiewnikach, a nazajutrz we wszystkich kościołach w Polsce. W poprzedzającym ten akt liście pasterskim biskupi polscy przypomnieli, że „nie trzeba Chrystusa intronizować w znaczeniu wynoszenia Go na tron i nadawania Mu władzy ani też ogłaszać Go Królem. On przecież jest Królem królów i Panem panów na wieki. Natomiast naszym wielkim zadaniem jest podjęcie dzieła intronizacji Jezusa w znaczeniu uznawania Jego królewskiej godności i władzy całym życiem i postępowaniem”.
Kościół czcił zawsze
Choć święto Chrystusa Króla ma zaledwie sto lat, świadomość królewskiej godności Chrystusa trwa w Kościele od początku jego istnienia. Mówi o tym w wielu miejscach Pismo Święte. Już w Starym Testamencie zapowiedziano nadejście Mesjasza z rodu Dawida, mającego królewską godność.
Umieszczenie uroczystości Chrystusa Króla Wszechświata na końcu kalendarza dobrze oddaje sens roku liturgicznego, który obejmuje najważniejsze wydarzenia w historii zbawienia.
Franciszek Kucharczak/ Gość Niedzielny
***
fot. Francisco Xavier / Cathopic
***
Dlaczego czcimy Chrystusa jako Króla Wszechświata? Skąd wzięła się ta uroczystość?
Uroczystość Chrystusa Króla Wszechświata obchodzona jest w ostatnią niedzielę roku liturgicznego. Skąd wzięła się ta uroczystość? Co oznacza? Jaki jest jej sens? Poznaj 5 faktów o tej uroczystości.
1. Wszystko zaczęło się od… św. Małgorzaty Marii Alacoque
Idea intronizacji, przyjęcia Chrystusa za Króla i Pana jest rozwinięciem aktu poświęcenia się Najświętszemu Sercu Jezusowemu, wynikającego z objawień francuskiej wizytki z Paray-le-Monial św. Małgorzaty Marii Alacoque (1647-1690). Święta ta była mistyczką, której Pan Jezus w wielu objawieniach przedstawiał swe Serce, kochające ludzi i spragnione ich miłości.
2. Święto oficjalnie wprowadził papież Pius XI
Święto Chrystusa Króla wprowadził papież Pius XI w roku 1925 na zakończenie Roku Świętego: przypadła ona wówczas na 11 grudnia. Sensem tego nowego święta, jak wyjaśniał papież w encyklice „Quas primas”, było uznanie panowania i władzy Chrystusa zarówno w życiu osobistym chrześcijan, jak i całych społeczności.
Miało ono służyć odnowie wiary, także w przestrzeni publicznej, która szczególnie – zdaniem papieża – narażona jest na wypieranie zeń wartości i zasad chrześcijańskich. Ustanowienie święta Chrystusa Króla traktował więc jako „lekarstwo na zagrożenia niesione przez coraz powszechniejsze prądy laicyzacyjne, zaprzeczające panowaniu Chrystusa nad ludami”. W związku z tym Pius XI zachęcał – jak brzmiało ulubione jego hasło – do „Instaurare omnia in Christo”, czyli odnowy wszystkiego w Chrystusie.
W 1969 r. papież Paweł VI podniósł święto Chrystusa Króla do rangi uroczystości, a więc najwyższej wagi obchodu liturgicznego w Kościele, postulując czcić Chrystusa jako Króla Wszechświata.
3. W czasie II wojny światowej Niemcy zniszczyli wyjątkową figurę w Polsce
Święto Chrystusa Króla od samego początku było uroczyście obchodzone w Polsce. W 1927 r. powstał w Poznaniu komitet budowy pomnika Najświętszego Serca Pana Jezusa, który miał być także monumentem wdzięczności za odzyskaną niepodległość. Pomnik ten uroczyście odsłonięto 30 października 1932, w święto Chrystusa Króla. W uroczystościach wzięli udział liczni poznaniacy pod przewodnictwem kard. Augusta Hlonda. Pomnik zburzyli Niemcy zaraz po wejściu do miasta w 1939 r., wysadzając go w powietrze. A figurę Chrystusa przetopiono na kule armatnie. Obecnie, od kilku lat trwają starania o odbudowę tego pomnika i postawienie go ponownie w godnym miejscu stolicy Wielkopolski.
4. Uroczystość została przeniesiona na ostatnią niedzielę przed Adwentem w 1969 roku
Po ostatniej reformie liturgicznej w 1969 r. uroczystość została przeniesiona na ostatnią niedzielę przed Adwentem. Mimo, że jest to święto tak młode, jego treść była przeżywana w Kościele od początku jego istnienia. Wskazuje na to wiele fragmentów Ewangelii oraz starożytnych pism chrześcijańskich. Geneza kultu Chrystusa jako Króla sięga natomiast już Starego Testamentu, zapowiadającego przyjście Mesjasza, króla, potomka Dawida.
Greckie słowo „chrystus” jest odpowiednikiem hebrajskiego mesjasz i oznacza pomazańca, namaszczonego, co w znaczeniu starotestamentalnym odnosiło się zarówno do króla, jak i kapłana, a nieraz także do proroka.
Umieszczenie tej uroczystości na końcu kalendarza wiąże się z biblijnym rozumieniem czasu i odzwierciedla zarazem sens roku liturgicznego, który jakby odtwarza najważniejsze zdarzenia w dziejach zbawienia.
Objawienie biblijne przyniosło nowe, linearne rozumienie czasu: czas ma swój początek i koniec, nie ma w nim powrotów i cyklów, lecz każda chwila jest jedyna i niepowtarzalna. W człowieka jednak, tak jak w całą naturę, wpisana jest pewna cykliczność. Rok kościelny łączy w sobie te dwa wymiary: w swoich powrotach odzwierciedla tę jedyną i niepowtarzalną historię zbawienia, która rozpoczęła się wraz ze stworzeniem, szczyt osiągnęła w czasie życia, zbawiennej śmierci oraz zmartwychwstania Jezusa z Nazaretu, a zmierza do kresu, którym jest nastanie Królestwa Bożego. Zakończenie roku symbolizuje właśnie osiągnięcie celu i wypełnienie bożych obietnic. Jest to odpowiedź Boga na nieustające modlitwy chrześcijan: Przyjdź królestwo Twoje.
5. W 2016 roku dokonano aktu uznania Chrystusa Królem
Sprawą intronizacji Chrystusa Króla – na prośbę licznych oddolnych ruchów intronizacyjnych – w ostatnich latach zajmowała się Konferencja Episkopatu Polski. Powołała w tym celu w 2013 r. specjalny Zespół ds. Ruchów Intronizacyjnych pod przewodnictwem biskupa opolskiego Andrzeja Czai. Podczas spotkania Zespołu 10 czerwca 2014 roku zrodziła się myśl o przygotowaniu aktu uznania Chrystusa Królem w uroczystość Jezusa Chrystusa Króla Wszechświata w 2016 roku, w ramach obchodów jubileuszu 1050. rocznicy Chrztu Polski.
Po długich i niełatwych dyskusjach z przedstawicielami ruchów intronizacyjnych – które domagały się ogłoszenia Chrystusa królem Polski – ustalono, że uroczysta proklamacja Aktu Przyjęcia Jezusa Chrystusa za Króla i Pana odbędzie się w Sanktuarium Bożego Miłosierdzia w Krakowie-Łagiewnikach w sobotę 19 listopada br. – w przeddzień uroczystości Jezusa Chrystusa Króla Wszechświata. Następnego dnia akt ten został odnowiony we wszystkich świątyniach katolickich w Polsce.
W liście pasterskim z 11 października 2016 r. – poprzedzającym Jubileuszowy Akt – Pasterze Kościoła w Polsce przypominali, że „nie trzeba Chrystusa intronizować w znaczeniu wynoszenia Go na tron i nadawania Mu władzy ani też ogłaszać Go Królem. On przecież jest Królem królów i Panem panów na wieki. Natomiast naszym wielkim zadaniem jest podjęcie dzieła intronizacji Jezusa w znaczeniu uznawania Jego królewskiej godności i władzy całym życiem i postępowaniem”.
Biskupi wyjaśniali ponadto, że „zasadniczym celem dokonania aktu jest uznanie z wiarą panowania Jezusa, poddanie i zawierzenie Mu życia osobistego, rodzinnego i narodowego we wszelkich jego wymiarach i kształtowanie go według Bożego prawa”.
KAI, zś/Stacja7
***
fot. franciscogonzalez/cathopic.com
***
Akt przyjęcia Chrystusa za Króla i Pana
“Wyznajemy wobec nieba i ziemi, że Twego królowania nam potrzeba. Wyznajemy, że Ty jeden masz do nas święte i nigdy nie wygasłe prawa”. Przypominamy słowa Aktu z Roku Jubileuszowego, który także dziś może stać się modlitwą.
Jubileuszowy Akt przyjęcia Jezusa Chrystusa za Króla i Pana został proklamowany w krakowskich Łagiewnikach w dniu 19 listopada 2016 r., na zakończenie obchodów Roku Miłosierdzia w Polsce. Dzień później akt odmawiany był we wszystkich polskich kościołach podczas modlitwy przed Najświętszym Sakramentem.
Jubileuszowy Akt Przyjęcia Jezusa Chrystusa za Króla i Pana
Nieśmiertelny Królu Wieków, Panie Jezu Chryste, nasz Boże i Zbawicielu! W Roku Jubileuszowym 1050-lecia Chrztu Polski, w roku Nadzwyczajnego Jubileuszu Miłosierdzia, oto my, Polacy, stajemy przed Tobą [wraz ze swymi władzami duchownymi i świeckimi], by uznać Twoje Panowanie, poddać się Twemu Prawu, zawierzyć i poświęcić Tobie naszą Ojczyznę i cały Naród.
Wyznajemy wobec nieba i ziemi, że Twego królowania nam potrzeba. Wyznajemy, że Ty jeden masz do nas święte i nigdy nie wygasłe prawa. Dlatego z pokorą chyląc swe czoła przed Tobą, Królem Wszechświata, uznajemy Twe Panowanie nad Polską i całym naszym Narodem, żyjącym w Ojczyźnie i w świecie.
Pragnąc uwielbić majestat Twej potęgi i chwały, z wielką wiarą i miłością wołamy: Króluj nam Chryste!
– W naszych sercach – Króluj nam Chryste!
– W naszych rodzinach – Króluj nam Chryste!
– W naszych parafiach – Króluj nam Chryste!
– W naszych szkołach i uczelniach – Króluj nam Chryste!
– W środkach społecznej komunikacji – Króluj nam Chryste!
– W naszych urzędach, miejscach pracy, służby i odpoczynku – Króluj nam Chryste!
– W naszych miastach i wioskach – Króluj nam Chryste!
– W całym Narodzie i Państwie Polskim – Króluj nam Chryste!
Błogosławimy Cię i dziękujemy Ci Panie Jezu Chryste:
– Za niezgłębioną Miłość Twojego Najświętszego Serca – Chryste nasz Królu, dziękujemy!
– Za łaskę chrztu świętego i przymierze z naszym Narodem zawarte przed wiekami – Chryste nasz Królu, dziękujemy!
– Za macierzyńską i królewską obecność Maryi w naszych dziejach – Chryste nasz Królu, dziękujemy!
– Za Twoje wielkie Miłosierdzie okazywane nam stale – Chryste nasz Królu, dziękujemy!
– Za Twą wierność mimo naszych zdrad i słabości – Chryste nasz Królu, dziękujemy!
Świadomi naszych win i zniewag zadanych Twemu Sercu przepraszamy za wszelkie nasze grzechy, a zwłaszcza za odwracanie się od wiary świętej, za brak miłości względem Ciebie i bliźnich. Przepraszamy Cię za narodowe grzechy społeczne, za wszelkie wady, nałogi i zniewolenia. Wyrzekamy się złego ducha i wszystkich jego spraw.
Pokornie poddajemy się Twemu Panowaniu i Twemu Prawu. Zobowiązujemy się porządkować całe nasze życie osobiste, rodzinne i narodowe według Twego prawa:
– Przyrzekamy bronić Twej świętej czci, głosić Twą królewską chwałę – Chryste nasz Królu, przyrzekamy!
– Przyrzekamy pełnić Twoją wolę i strzec prawości naszych sumień – Chryste nasz Królu, przyrzekamy!
– Przyrzekamy troszczyć się o świętość naszych rodzin i chrześcijańskie wychowanie dzieci – Chryste nasz Królu, przyrzekamy!
– Przyrzekamy budować Twoje królestwo i bronić go w naszym narodzie – Chryste nasz Królu, przyrzekamy!
– Przyrzekamy czynnie angażować się w życie Kościoła i strzec jego praw – Chryste nasz Królu, przyrzekamy!
Jedyny Władco państw, narodów i całego stworzenia, Królu królów i Panie panujących! Zawierzamy Ci Państwo Polskie i rządzących Polską. Spraw, aby wszystkie podmioty władzy sprawowały rządy sprawiedliwie i stanowiły prawa zgodne z Prawami Twoimi.
Chryste Królu, z ufnością zawierzamy Twemu Miłosierdziu wszystko, co Polskę stanowi, a zwłaszcza tych członków Narodu, którzy nie podążają Twymi drogami. Obdarz ich swą łaską, oświeć mocą Ducha Świętego i wszystkich nas doprowadź do wiecznej jedności z Ojcem.
W imię miłości bratniej zawierzamy Tobie wszystkie narody świata, a zwłaszcza te, które stały się sprawcami naszego polskiego krzyża. Spraw, by rozpoznały w Tobie swego prawowitego Pana i Króla i wykorzystały czas dany im przez Ojca na dobrowolne poddanie się Twojemu panowaniu.
Panie Jezu Chryste, Królu naszych serc, racz uczynić serca nasze na wzór Najświętszego Serca Twego.
Niech Twój Święty Duch zstąpi i odnowi oblicze ziemi, tej ziemi. Niech wspiera nas w realizacji zobowiązań płynących z tego narodowego aktu, chroni od zła i dokonuje naszego uświęcenia.
W Niepokalanym Sercu Maryi składamy nasze postanowienia i zobowiązania. Matczynej opiece Królowej Polski i wstawiennictwu świętych Patronów naszej Ojczyzny wszyscy się powierzamy.
Króluj nam Chryste! Króluj w naszej Ojczyźnie, króluj w każdym narodzie – na większą chwałę Przenajświętszej Trójcy i dla zbawienia ludzi. Spraw, aby naszą Ojczyznę i świat cały objęło Twe Królestwo: królestwo prawdy i życia, królestwo świętości i łaski, królestwo sprawiedliwości, miłości i pokoju.
tekst Aktu za serwisem Episkopat News
***
Anioł Pański z Leonem XIV: “Nie trwóżcie się, gdy posłyszycie o wojnach i przewrotach”

FILIPPO MONTEFORTE | FILIPPO MONTEFORTE
***
Papież Leon XIV w swoim orędziu na Anioł Pański 16 listopada 2025 roku przypomina, że zbliżający się koniec roku liturgicznego skłania do refleksji nad trudami historii i końcem świata. Jezus w dzisiejszej Ewangelii (Łk 21, 5-19) zachęca nas, abyśmy w obliczu wojen, przewrotów i prześladowań nie poddawali się lękowi, ale z ufnością trwali w wierze, która jaśnieje niczym słońce nawet w najciemniejszych chwilach.
ANIOŁ PAŃSKI
Plac Świętego Piotra/ XXXIII Niedziela, 16 listopada 2025 roku
Drodzy Bracia i Siostry, dobrej niedzieli!
Gdy rok liturgiczny dobiega końca, dzisiejsza Ewangelia (Łk 21, 5-19) skłania nas do refleksji nad trudami historii i nad końcem świata. Jezus, znając nasze serce, zachęca przede wszystkim do tego, byśmy nie dali się zwyciężyć lękowi, gdy patrzymy na te wydarzenia. Mówi: „I nie trwóżcie się, gdy posłyszycie o wojnach i przewrotach” (w. 9).
Jego wezwanie jest bardzo aktualne – niestety, rzeczywiście, każdego dnia otrzymujemy wiadomości o konfliktach, klęskach żywiołowych i prześladowaniach, nękających miliony mężczyzn i kobiet. Słowa Jezusa ogłaszają jednak, zarówno w obliczu tych udręk, jak i wobec obojętności, próbującej je ignorować, że agresja zła nie może zniszczyć nadziei tych, którzy pokładają w Nim ufność. Im mroczniejsza – jak noc – jest pora, tym bardziej – niczym słońce – jaśnieje wiara.
W istocie, Chrystus dwukrotnie stwierdza, że „z powodu Jego imienia” wielu zazna przemocy i zdrad (por. ww. 12.17), ale właśnie wtedy będą mieli oni sposobność do składania świadectwa (por. w. 13). Na wzór Nauczyciela, który na krzyżu objawił ogrom swojej miłości, ta zachęta dotyczy nas wszystkich. Prześladowanie chrześcijan bowiem odbywa się nie tylko za pomocą broni i przez znęcanie się, lecz także słownie, a mianowicie przez kłamstwo i manipulację ideologiczną. Zwłaszcza wtedy, gdy gnębią nas te krzywdy fizyczne i moralne, winniśmy dawać świadectwo prawdzie zbawiającej świat, sprawiedliwości wybawiającej ludy od ucisku, nadziei wskazującej wszystkim drogę do pokoju.
Słowa Jezusa, z profetycznym stylem, zaświadczają, że nieszczęścia i cierpienia historii mają kres, podczas gdy wiecznie będzie trwać radość tych, którzy uznają w Nim Zbawiciela. „Przez swoją wytrwałość ocalicie wasze życie” (w. 19) – ta obietnica Pana daje nam siłę do opierania się groźnym wydarzeniom historii i wszelkim zniewagom; nie pozostawajmy bezsilni w obliczu cierpienia, gdyż On sam daje nam „wymowę i mądrość” (w. 15), abyśmy zawsze czynili dobro z pałającym sercem.
Najmilsi, na przestrzeni całej historii Kościoła to przede wszystkim męczennicy przypominają nam, że łaska Boga jest w stanie przemienić nawet przemoc w znak odkupienia. Toteż łącząc się z naszymi braćmi i siostrami, którzy cierpią z powodu imienia Jezusa, zabiegajmy z ufnością o wstawiennictwo Maryi, Wspomożenia wiernych. Niech Panna Święta pociesza nas i wspiera we wszystkich próbach i trudnościach.
____________________________
Po modlitwie Anioł Pański:
Drodzy Bracia i Siostry!
Jak wspomniałem przed kilkoma chwilami, komentując Ewangelię, także dzisiaj w różnych częściach świata chrześcijanie cierpią z powodu dyskryminacji i prześladowań. Mam tu na myśli zwłaszcza Bangladesz, Nigerię, Mozambik, Sudan i inne kraje, z których często dochodzą nas wiadomości o atakach na wspólnoty i miejsca kultu. Bóg jest miłosiernym Ojcem i pragnie pokoju między wszystkimi swoimi dziećmi!
Towarzyszę w modlitwie rodzinom w Kiwu w Demokratycznej Republice Konga, gdzie w ostatnich dniach doszło do masakry cywilów – co najmniej dwadzieścia ofiar ataku terrorystycznego. Módlmy się, aby ustała wszelka przemoc, a wierzący współpracowali dla dobra wspólnego.
Z bólem śledzę wiadomości o atakach, które nadal dotykają wiele ukraińskich miast, w tym Kijów. Powodują one ofiary śmiertelne i rannych, w tym dzieci, oraz rozległe zniszczenia infrastruktury cywilnej, pozostawiając rodziny bez dachu nad głową, gdy zbliża się zima. Zapewniam o mojej bliskości z tak ciężko doświadczoną ludnością. Nie możemy przyzwyczajać się do wojny i do zniszczenia! Módlmy się razem o sprawiedliwy i trwały pokój w umęczonej Ukrainie.
Chciałbym zapewnić o mojej modlitwie również za ofiary poważnego wypadku drogowego, który miał miejsce w środę na południu Peru. Niech Pan przyjmie zmarłych, wspomoże rannych i pokrzepi pogrążone w żałobie rodziny.
Wczoraj w Bari został beatyfikowany Carmelo De Palma, kapłan diecezjalny, który zmarł w 1961 r., po życiu poświęconym wielkodusznej posłudze spowiedniczej i towarzyszeniu duchowemu. Niech jego świadectwo mobilizuje kapłanów do bezwarunkowego oddania się służbie świętemu ludowi Bożemu.
Dzisiaj obchodzimy Światowy Dzień Ubogich. Dziękuję wszystkim, którzy w diecezjach i parafiach promowali inicjatywy solidarności z najbardziej potrzebującymi. W tym Dniu pragnę ponownie przekazać Adhortację apostolską Dilexi te, „Umiłowałem cię”, dotyczącą miłości do ubogich – dokument, który Papież Franciszek przygotowywał w ostatnich miesiącach swojego życia i który z wielką radością sfinalizowałem.
W tym dniu wspominamy również wszystkich, którzy zginęli w wypadkach drogowych, spowodowanych zbyt często nieodpowiedzialnym zachowaniem. Niech każdy dokona w tej sprawie rachunku sumienia.
Łączę się również z Kościołem we Włoszech, który dziś ponownie obchodzi Dzień modlitwy za ofiary i tych, którzy doświadczyli krzywdy wykorzystania seksualnego, aby rozwijała się kultura szacunku jako gwarancja ochrony godności każdej osoby, zwłaszcza nieletnich i najbardziej bezbronnych.
A teraz serdecznie pozdrawiam was wszystkich, Rzymian i pielgrzymów z Włoch oraz z wielu innych części świata, a w szczególności wiernych z Bar w Czarnogórze, z Walencji w Hiszpanii, z Syros w Grecji, z Portoryko, z Sofii w Bułgarii, z Bismarck w Stanach Zjednoczonych Ameryki, studentów Catholic Theological Union z Chicago oraz chóru Eintracht Nentershausen z Niemiec.
Pozdrawiam pielgrzymów polskich, wspominając rocznicę Orędzia pojednania skierowanego przez biskupów polskich do biskupów niemieckich po drugiej wojnie światowej. Pozdrawiam również Rodzinę Wincentyńską oraz grupy z Lurago d’Erba, Coiano, Cusago, Paderno Dugnano i Borno.
Dziękuję wszystkim i dobrej niedzieli!
vatican.va
***
piątek 12 listopada
Wspomnienie Ofiarowania Najświętszej Maryi Panny.
Dzień potwierdzenia więzi z Bogiem

fot. via Wikipedia, CC 0
***
Ksiądz Kardynał Karol Wojtyła:
Pierwsze spotkanie Maryi z Bogiem
W dawnych czasach istniał wśród Żydów zwyczaj religijny, polegający na tym, że dzieci – nawet jeszcze nie narodzone – ofiarowywano służbie Bożej. Dziecko, zanim ukończyło piąty rok życia, zabierano do świątyni w Jerozolimie i oddawano kapłanowi, który ofiarowywał je Panu. Zdarzało się czasem, że dziecko pozostawało dłużej w świątyni, wychowywało się, uczyło służby dla sanktuarium, pomagało wykonywać szaty liturgiczne i asystowało podczas nabożeństw.
Święta Anna, matka Maryi, przez wiele lat była bezdzietna. Mimo to nie utraciła wiary i ciągle prosiła Boga o dziecko. Złożyła obietnicę, że jeśli urodzi dziecko, odda je na służbę Bogu. Tak zrobiła, choć po tylu latach oczekiwania na upragnione potomstwo musiało to być wielkie poświęcenie z jej strony. Ewangelie nie mówią dokładnie, kiedy miało miejsce ofiarowanie Maryi, ale na pewno na początku Jej życia, prawdopodobnie, gdy Maryja miała trzy lata. Wtedy to Jej rodzice, św. Joachim i św. Anna, przedstawili Bogu przyszłą Królową Świata. Oddali Ją wówczas kapłanowi Zachariaszowi, który kilkanaście lat później stał się ojcem św. Jana Chrzciciela. Według niektórych autorów Maryja pozostała w świątyni około 12 lat. Zdarzenie to wspominamy właśnie w dniu dzisiejszym. Informacje o nim pochodzą z pism apokryficznych, nie przyjętych do kanonu Pisma świętego.
W Protoewangelii Jakuba, napisanej ok. 140 r. po narodzeniu Jezusa, czytamy, że rodzicami Maryi byli św. Joachim i św. Anna i że stali się jej rodzicami w bardzo późnym wieku. Dlatego przed swoją śmiercią oddali Maryję na wychowanie i naukę do świątyni, gdy Maryja miała zaledwie trzy lata. Opis ten powtarza apokryf z VI w. – Księga Narodzin Błogosławionej Maryi i Dziecięctwa Zbawiciela, a także pochodzący z tego samego czasu inny apokryf, Ewangelia Narodzenia Maryi.
W Kościołach wschodnich panuje zgodne przekonanie, że Maryja faktycznie była ofiarowana w świątyni. Potwierdzają to bardzo liczne wypowiedzi wschodnich pisarzy kościelnych. Oprócz powagi apokryfów, na których się oparli, o ustanowieniu święta Ofiarowania Maryi w świątyni zadecydował zapewne w niemałej mierze również paralelizm świąt Maryi i Jezusa. Skoro obchodzimy uroczyście Poczęcie Jezusa (25 III) i Poczęcie Maryi (8 XII), Narodzenie Jezusa (25 XII) i Narodzenie Maryi (8 IX), Wniebowstąpienie Jezusa i Wniebowzięcie Maryi (15 VIII), to naturalne wydaje się obchodzenie obok święta ofiarowania Chrystusa (2 II) także święta ofiarowania Jego Matki.
Dla uczczenia tej tajemnicy obchodzono osobne święto najpierw w Jerozolimie (prawdopodobnie już w VI w., kiedy to poświęcono w Jerozolimie kościół pod wezwaniem Najświętszej Maryi Panny), potem od VIII w. na całym Wschodzie. W 1372 r. wprowadził je w Awinionie Grzegorz XI, a w 1585 r. Sykstus V rozszerzył je na cały Kościół.
Chociaż dzisiejsze wspomnienie nie ma żadnego potwierdzenia historycznego, przynosi ono ważną refleksję teologiczną: Maryja przez całe życie była oddana Bogu – od momentu, w którym została niepokalanie poczęta, poprzez swe narodziny, a potem ofiarowanie w świątyni. Stała się w ten sposób doskonalszą świątynią niż jakakolwiek świątynia uczyniona ludzkimi rękami. Od wieków Maryja była przeznaczona w Bożych planach dla wypełnienia wielkiej zbawczej misji. Upatrzona przez Opatrzność na Matkę Zbawiciela, przez samo to stała się darem dla Ojca. Do swojej misji Maryja przygotowywała się bardzo pilnie i z całym oddaniem – o czym świadczą chociażby jej własne słowa wypowiedziane do Gabriela: “Oto ja, służebnica Pańska” (Łk 1, 38).
W tradycji bizantyńskiej obchodzi się uroczyście święto Wprowadzenia Przenajświętszej Bogurodzicy do Świątyni (Wwiedienije Preświatoj Bohorodicy wo Chram). Bracia prawosławni opowiadają, że 3-letnia Maryja samodzielnie weszła po 15 wysokich stopniach świątynnych w ramiona arcykapłana Zachariasza, który wprowadził Ją do Świętego Świętych, gdzie sam miał prawo wchodzić tylko raz w roku.
W Kościele katolickim dzisiejsze wspomnienie jest świętem patronalnym Sióstr Prezentek, założonych w 1626 r. w Krakowie przez Zofię z Maciejowskich Czeską dla nauczania i wychowania dziewcząt. Jest też dniem szczególnej pamięci o mniszkach klauzurowych, o czym przypomniał św. Jan Paweł II w 1999 r.: “Maryja jawi się nam w tym dniu jako świątynia, w której Bóg złożył swoje zbawienie, i jako służebnica bez reszty oddana swemu Panu. Z okazji tego święta społeczność Kościoła na całym świecie pamięta o mniszkach klauzurowych, które wybrały życie całkowicie skupione na kontemplacji i utrzymują się z tego, czego dostarczy im Opatrzność, posługująca się hojnością wiernych. Zalecając wszystkim troskę o to, aby tym konsekrowanym siostrom nie zabrakło wsparcia duchowego i materialnego, kieruję do nich słowa serdecznego pozdrowienia i podziękowania”.
W naszych czasach nie ma już zwyczaju ofiarowywania swoich dzieci Bogu na służbę w świątyni. Wszyscy jednak zostaliśmy niejako przedstawieni Bogu przez naszych rodziców w czasie chrztu. Nie powinniśmy zapominać o tamtym wydarzeniu, ale nieustannie odnawiać w swoim życiu chęć poświęcania siebie Bogu i szukania Jego woli.
***
HOMILIA
wygłoszona w uroczystość Ofiarowania N.M.P.
w kościele św. Jana (PP. Prezentek) w Krakowie 21 XI 1968 r.
Wiele jest w ciągu roku dni, które Kościół poświęca na uczczenie Matki Najświętszej. Każde z nich ma oparcie albo w wydarzeniu z Jej życia, albo w tajemnicy Jej duszy.
Dzisiejsze święto ma oparcie zarówno w wydarzeniu z Jej życia, jak i w tajemnicy Jej duszy, które spotykamy u początku Jej życia. Jest to Jej pierwsze świadome spotkanie z Bogiem, bo Mu się świadomie oddała. Kiedy to było? Ewangelia nie podaje, ale jest pewne, że takie wydarzenie było i dzień taki miał miejsce. Był to dzień dojrzałego spotkania z Bogiem. Dzień ten nosi nazwę prezentacji – ofiarowania, bo Matka Najświętsza była Bogu przedstawiona, a miało to miejsce w Świątyni Jerozolimskiej. Po polsku to się też tłumaczy jako “prezent” – bo Matka Najświętsza przyniosła siebie Bogu w darze, w prezencie.
Dzień ten, Drogie Siostry Prezentki, jest Waszym świętem patronalnym: sama nazwa to mówi. Dlatego dziś zeszliśmy się tutaj na to święto, by wobec wizerunku Matki Bożej Świętojańskiej, niedawno ukoronowanego, złożyć Wam życzenia, które chcę tu od ołtarza sformułować. Idąc za liturgią, ŻYCZĘ – ABY W KAŻDEJ Z WAS DOKONAŁO SIĘ SPOTKANIE Z BOGIEM, JAKIE DOKONAŁO SIĘ W MATCE NAJŚWIĘTSZEJ. Aby ta Wasza rodzina zakonna, mała, ale bardzo nam droga, bo jesteście tutaj w Krakowie bardzo z nami związane, aby w tej rodzinie Waszej zakonnej odbyło się takie spotkanie z Bogiem, w którym każda z Was będzie mogła ODDAĆ BOGU SIEBIE Z CAŁEGO SERCA I DUSZY. I ABY WASZ DOM, BYŁ TAKIM MIEJSCEM SPOTKANIA Z BOGIEM DLA TYCH CO GO NAWIEDZAJĄ. A Wasz dom od stuleci był szeroko otwarty dla wszystkich, a zwłaszcza dla dziewcząt, które się tu uczyły. A więc życzę z myślą o tych Waszych młodych “siostrach”, które tu przychodzą uczyć się, aby ten dom był dla nich miejscem spotkania z Bogiem, a wy abyście mogły im w tym dopomagać.
Wobec cudownego Wizerunku Matki Bożej, prosić będę we Mszy św. aby te życzenia się spełniały z dnia na dzień i z roku na rok. Amen.
Fronda.pl
***
Ofiarowanie Najświętszej Maryi Panny:
tak Maryja była przygotowywana na mieszkanie Ducha Świętego, z którego wyjdzie Chrystus Pan

Renata Sedmakova | Shutterstock
***
Rodzice decydowali się czasem na pozostawienie swoich pociech na określony czas przy świątyni. Zarówno chłopcy, jak i dziewczynki pełnili tam rozmaite posługi. Niektórzy sugerują, że Maryja mogła pozostawać na służbie w świątyni przez kilka lub nawet 12 lat.
Ofiarowanie Najświętszej Maryi Panny to jeden z ostatnich akcentów w kalendarzu liturgicznym przed rozpoczęciem Adwentu.
Cud i łaska od Boga
Obok święta Narodzenia NMP, wspomnienie Ofiarowania Matki Bożej – obchodzone 21 listopada – jest kolejnym dniem maryjnym, którego treść i symbolika wywodzą się z apokryfów. Podobnie jak w przypadku Narodzenia Matki Bożej, głównym źródłem tradycji jest spisana około 140 roku po Chrystusie Protoewangelia Jakuba.
Opisuje ona życie Maryi od chwili narodzenia, aż po ucieczkę do Egiptu z małym Jezusem i świętym Józefem podczas rzezi niemowląt za czasów Heroda. Ofiarowanie Matki Bożej łączy się w sposób logiczny z jej przyjściem na świat.
Anna i Joachim, rodzice Maryi, długo cierpieli na niepłodność, stąd Matka Boża została poczęta, gdy byli już w starszym wieku. W przyjściu na świat ich córki dostrzegli więc od razu cud i wielką łaskę od Boga.
Ofiarowanie Najświętszej Maryi Panny
W tradycji mojżeszowej każde urodzone dziecko w sposób symboliczny ofiarowywano w świątyni jerozolimskiej, przedstawiając je kapłanom, którzy udzielali dziecku i rodzicom specjalnego błogosławieństwa. Obrzęd ten miał zazwyczaj miejsce pomiędzy ukończeniem przez potomka 1 i 5 roku życia.
Późniejsze o kilka wieków apokryfy: Księga Narodzin Błogosławionej Maryi i Dziecięctwa Zbawiciela oraz Ewangelia Narodzenia Maryi sugerują, że Matka Boża została ofiarowana w świątyni w Jerozolimie w wieku lat trzech.
Wizję ofiarowania Maryi w świątyni zapisała również hiszpańska mistyczka, służebnica Boża Maria z Ágredy ze zgromadzenia koncepcjonistek, żyjąca w XVII wieku.
Dzieci na służbie Bogu
Historycy Kościoła i dziejów Izraela wskazują, że często ofiarowanie dzieci w świątyni nie miało charakteru jednorazowego rytuału w pierwszych latach życia, ale niektórzy rodzice decydowali się po pewnym czasie na pozostawienie swoich pociech na określony czas przy świątyni.
Zarówno chłopcy, jak i dziewczynki pełnili tam rozmaite posługi w postaci pomocy w sprzątaniu, utrzymaniu czystości paramentów liturgicznych i szat kapłańskich.
Według niektórych biblistów dziewczynki pomagały w czasie służby tkać tzw. zasłonę przybytku, oddzielającą od osób postronnych najświętsze miejsce w świątyni. Z pewnością jednak taką służbę pełniły dzieci starsze i nastolatkowie, a nie najmłodsi.
Maryja na służbie w świątyni
W przypadku apokryficznych opowieści o ofiarowaniu Matki Bożej w świątyni, mamy najprawdopodobniej do czynienia z symbolicznym połączeniem przez autorów zwyczaju ofiarowania narodzonych dzieci kapłanom (zgodnie z prawem Mojżeszowym) oraz ich późniejszym przeznaczaniem na okresową służbę w świątyni.
Stało się tak zapewne dla dwóch celów katechetycznych. Po pierwsze, przypomniano, że Maryja, podobnie jak Jezus, podlegali zasadom Starego Testamentu. Po drugie: wskazano, iż posłannictwo Matki Bożej od samego początku było poświęceniem i pełną pokory ofiarnością.
Pokora Matki Bożej – jak wskazują teksty liturgiczne – przygotowała ją na mieszkanie Ducha Świętego, z którego wyjdzie Chrystus, Słońce i Zbawiciel, który rozjaśni mroki śmierci i grzechu.
Niektórzy sugerują, że Maryja mogła pozostawać na służbie w świątyni przez kilka lub nawet 12 lat.
Zachariasz
Tradycja apokryficzna twierdzi, iż kapłanem, który wprowadził Maryję do świątyni w Jerozolimie, był Zachariasz. Kilkanaście lat później został on ojcem św. Jana Chrzciciela. Pokazuje to powiązanie losów bezpośredniego posłannika, który miał przygotować Izrael na misję Chrystusa, z wydarzeniami rozgrywającymi się później w Nazarecie i Betlejem: zwiastowaniem i narodzeniem Pańskim.
Postać Zachariasza występuje więc na wielu malarskich przedstawieniach ofiarowania NMP, powstałych zarówno w tradycji zachodniej (np. pędzla Tycjana lub Pietra Testy) oraz na ikonach wschodnich.
Maryja stanie się przybytkiem
Apokryfy i protoewangelia przedstawiają ofiarowanie Matki Bożej jako wydarzenie niezwykłe i mistyczne, w czasie którego mała dziewczynka, ku zaskoczeniu kapłanów i zgromadzonych w świątyni, zachowywała się, jakby znała wszystkie świątynne rytuały. W orszaku do najświętszego miejsca świątyni – Świętego Świętych – prowadzi ją w blasku świec orszak złożony z kapłanów i innych dziewcząt, które przypominają weselne druhny.
Warto zwrócić uwagę, że Święte Świętych było miejscem niedostępnym i zakazanym nie tylko dla wiernych, ale również najwyższego kapłana. Symbolika tej opowieści jest oczywista. Maryja odegra w przyszłości wielką rolę w tajemnicy Wcielenia i sama stanie się przybytkiem, który przyjmie najświętsze ciało Zbawiciela, przychodzącego na świat w ludzkiej postaci.
Koniec Starego Przymierza
Opowieści apokryficzne dotyczące ofiarowania Matki Bożej wyraźnie nawiązują również do trzech fragmentów ze Starego Testamentu:
- z Księgi Wyjścia, gdzie Bóg nakazuje Mojżeszowi zbudowanie przybytku dla Pana wraz z Namiotem Spotkania;
- z II Księgi Królewskiej, w której król Salomon umieścił w skarbcu świątyni jerozolimskiej dary przygotowane przez swojego ojca Dawida: sprzęty liturgiczne, złoto i srebro oraz Arkę Przymierza z Syjonu;
- z Księgi Ezechiela, gdzie Bóg przypomina prorokowi o konieczności składania przez kapłanów ofiar całopalnych w świątyni oraz konieczności, aby wschodnia brama świątyni pozostawała zamknięta i nikt nie mógł jej otwierać ani przez nią przechodzić.
Ofiarowanie Matki Bożej w świątyni zwiastuje koniec epoki Starego Przymierza i wcielenie Chrystusa, którego ofiara zwycięży śmierć. W dzień ofiarowania NMP, w świątyni jerozolimskiej jawnie ukazuje się światu Matka Boga i z uprzedzeniem zwiastuje bliskie pojawienie się światu Zbawiciela.
Wschód i Zachód chrześcijaństwa
Wschód chrześcijański obchodził święto Wprowadzenia Matki Bożej do Świątyni już w VII wieku, zaliczając je do grona jednego z 12 największych świąt roku liturgicznego. W 543 roku, tuż obok dawnej świątyni jerozolimskiej konsekrowano nowy kościół poświęcony Matce Bożej i przypominający o jej ofiarowaniu w świątyni.
Na Zachodzie wspomnienie Ofiarowania NMP przyjęło się później. Początkowo w późnym średniowieczu było obchodzone w Awinionie, a na cały Kościół rozszerzył je papież Sykstus V w 1585 roku. Obecnie ma ono status liturgicznego wspomnienia obowiązkowego.
Ofiarowanie NMP jest ostatnim wspomnieniem maryjnym, które obchodzone jest przed rozpoczynającym się adwentem, stanowiącym czas radosnego i refleksyjnego oczekiwania na przyjście Chrystusa.
Na Wschodzie z kolei jest pierwszym dużym świętem maryjnym podczas trwającego 40 dni postu przed Bożym Narodzeniem (odpowiednikiem adwentu).
Zaproszenie
21 listopada można potraktować jako ważny etap w duchowym przygotowaniu do tego istotnego okresu liturgicznego. Rola Matki Bożej, wyrażana chociażby w nabożeństwach roratnich, jest w czasie adwentu szczególnie uwypuklona i wskazuje, jak – wydawałoby się zwykła – dziewczyna z Nazaretu wyda na świat „Pana niebiosów Nieskończonego”.
Być może wspomnienie Ofiarowania NMP stanowi zaproszenie, aby w adwencie bliżej zaprzyjaźnić się z Matką Bożą, która w ciszy oczekuje na wypełnienie się wielkiej tajemnicy pochodzącej od Ducha Świętego i zwiastowanej 8 miesięcy wcześniej przez archanioła Gabriela.
Tradycja wywodu
Pewną mało dziś znaną tradycją wywodzącą się z Ofiarowania Matki Bożej w świątyni jest utrzymująca się gdzieniegdzie po dzień dzisiejszy na Zachodzie i Wschodzie tradycja wywodu, czyli specjalnego błogosławieństwa udzielanego rodzicom i dziecku w okresie niemowlęcym.
Kapłan modli się w świątyni w obecności dziecka i rodziców o wszelkie łaski dla całej rodziny i Bożą pomoc w wychowaniu potomka. W tradycji rzymskiej miało ono miejsce tuż po chrzcie. Na Wschodzie – jeszcze przed samym sakramentem chrztu, będąc fizycznym wprowadzeniem dziecka w przestrzeń świątyni.
Łukasz Kobeszko /Aleteia.pl
***
wtorek 18 listopada
370. rocznica oblężenia Jasnej Góry

Obraz przedstawiający oblężenie Jasnej Góry, znajdujący się w Sali Rycerskiej klasztoru (XVII w.).
fot. Józef Wolny/Gość Niedzielny
***
Dochodziła godzina druga po południu 18 listopada 1655 roku, gdy załoga twierdzy jasnogórskiej dostrzegła zbliżającą się kolumnę wojskową. 2250 żołnierzy ustawiło się u podnóża góry naprzeciw klasztoru. Chodziło zapewne o zastraszenie załogi klasztoru i wzmocnienie skuteczności metod dyplomatycznych. A tej najeźdźcy próbowali najpierw. „Wielebni i Szlachetni Ojcowie i inni twierdzy i klasztoru mieszkańcy, Panowie i przyjaciele czcigodni!” – zwracał się do adresatów listu generał Burchard Müller. Zaczął słodko, ale skończył groźbą spalenia klasztoru w razie nieposłuszeństwa. Nie były to czcze pogróżki, bo ludzie, którymi Müller dysponował, nie byli nowicjuszami w sztuce wojennej. Prof. Ryszard Bochenek, znawca wojskowości i autor książki „Twierdza Jasna Góra”, wskazuje, że w skład korpusu najeźdźców wchodzili głównie zawodowcy – weterani zakończonej siedem lat wcześniej wojny trzydziestoletniej. Choć było to wojsko formalnie szwedzkie, w rzeczywistości nie składało się z rodowitych Szwedów, lecz głównie z Niemców zwerbowanych w okolicach Szczecina i Bremy, które należały wówczas do posiadłości szwedzkich.
Dowodzący wojskiem generał Burchard Müller był doświadczonym dowódcą. Miał też pod komendą obeznanych z wojną oficerów. Pod koniec listopada liczebność wojska szwedzkiego pod Jasną Górą wzrosła do 3200 żołnierzy, w tym kilkuset Polaków w służbie króla Szwecji.
Obrońcy
Garnizon twierdzy liczył niespełna 300 ludzi. Jego trzon stanowili wyszkolona piechota, a także kanonierzy obsługujący 30 dział. Dużym atutem obrony były nowoczesne fortyfikacje na planie kwadratu, z bastionami w narożnikach. Ich budowę, rozpoczętą w 1620 roku na rozkaz króla Zygmunta III Wazy, zakończono zaledwie przed siedmioma laty. Osłaniające klasztor mury były wyższe niż dzisiaj, wskutek czego zabudowania klasztorne były znacznie słabiej widoczne niż obecnie.
Agresorzy roztasowali się po dwóch stronach twierdzy. Część sił rozbiła obóz po wschodniej stronie klasztoru, w okolicach dzisiejszego Rynku Wieluńskiego, a druga część po przeciwnej stronie. Z obu stron najeźdźcy usypali reduty artyleryjskie z ustawionymi na ich szczytach działami.
Choć przeor Jasnej Góry, o. Augustyn Kordecki, zręcznie prowadził dialog dyplomatyczny, generał Müller rychło się zorientował, że paulin nie zamierza poddać twierdzy. Wzmocnił więc argumentację kanonadą artyleryjską. „Padające kule łupią belki i wiązania dachów, latają ogniste pochodnie, a prochem ładowane bomby padają na dachówki kościoła; pozwijane kłęby konopi oblane smołą i żywicą rozniecają płomień” – opisywał przeor skutki nasilenia ostrzału 23 listopada.
Szwedzki dowódca szybko przekonał się, że łatwo nie będzie. Już w czwartym dniu oblężenia pisał do króla Karola X Gustawa: „Przeto zwróciłem się do Pana Marszałka Polnego Wittenberga do Krakowa o dostarczenie mi paru ciężkich dział i jednego wielkiego moździerza, ponieważ klasztor, położony na dość wysokiej skale, otoczony jest bardzo głęboko wpuszczonym w ziemię i trudnym do zdobycia szturmem, wysokim i mocnym murem z wygodnymi flankami i dobrą artylerią, liczącą wiele małych, nawet 12-funtowych, a kto wie, czy nie większych dział. Na czterech rogach umocniony on jest należycie, według zasad sztuki fortyfikacyjnej zbudowanymi bastionami”.
Głośne echo
W nocy z 24 na 25 listopada 40 ochotników z załogi twierdzy urządziło wypad do obozu wroga. Śmiałkowie obeszli szwedzkie reduty artyleryjskie i uderzyli na nie od tyłu. Zagwoździli dwa działa, a ich obsługę wycięli. Podczas tego ataku zginęli inżynier Fossis i pułkownik Horn, szwedzki gubernator z Krzepic. Oddział wypadowy stracił tylko jednego człowieka.
10 dni później w asyście dwustu piechurów dotarło z Krakowa sześć dział oblężniczych, w tym dwie wielkie półkartauny. Nazajutrz zaczęły strzelać i od razu pojawiły się efekty: armaty wybiły w jednym z bastionów duży wyłom, uszkodziły dwa działa forteczne, a kilku żołnierzy z ich obsługi poległo. Następnego dnia oblegający skierowali ogień na bastion św. Rocha, ale z gorszym skutkiem. Pod wieczór załoga klasztoru otrząsnęła się z szoku. Kule z dział jasnogórskich dosięgły kwatery Müllera. Pocisk zabił siostrzeńca generała, śpiącego na łóżku swojego wuja.
A co z „kolubrynami”? Nie rozsadził ich Kmicic, którego w twierdzy nie było. W rzeczywistości jedno z dwóch największych dział zostało rozbite 14 grudnia celnym strzałem z fortecy. Zdesperowany generał zdecydował się na podkop. Sprowadzono górników z Olkusza, którzy zaczęli drążyć chodnik w celu założenia min. Robota jednak szła opornie, bo skała niełatwo się poddawała. 20 grudnia ludzie z klasztoru wpadli do chodnika i zabili górników.
Zwycięstwo
Müller był wściekły. Na prośbę przeora o zawieszenie broni na czas Bożego Narodzenia odpowiedział nasilonym ostrzałem. 25 grudnia nie wytrzymała tego przegrzana półkartauna… i pękła. Tego z kolei nie wytrzymał Müller i dał za wygraną. Nazajutrz, dla zachowania twarzy, wysłał list z żądaniem 60 tys. talarów okupu za odstąpienie od twierdzy. Kordecki odpisał, że chętnie zapłaciłby, ale na początku oblężenia, bo teraz, gdy szwedzkie wojska dokonały tylu zniszczeń, nie jest to już możliwe.
W nocy z 26 na 27 grudnia upokorzeni najeźdźcy odeszli. Rychło okazało się, że huk dział pod Częstochową odbił się echem w całym kraju. Obrona Jasnej Góry stała się momentem przełomowym, po którym dominacja Szwedów w Rzeczpospolitej zaczęła się załamywać.
Część historyków próbuje wykazać, że wydarzenie to było marginalne i ledwie zauważalne nawet przez Polaków. Zaprzeczają temu konsekwencje jasnogórskiej wiktorii: wzmocnienie morale narodu polskiego i zachęcenie do dalszej walki z najeźdźcą, co, m.in. dało podstawę do powrotu króla Jana Kazimierza do kraju i ogłoszenie przezeń Matki Bożej Królową Polski.
Nawet Szwedzi mieli świadomość, że ich passa załamała się w Częstochowie. Badacz dziejów Jasnej Góry, prof. dr hab. Wojciech Kęder, przytacza potwierdzający to list z 1704 roku, napisany w czasie trzeciej wojny północnej, gdy Szwedzi znów znaleźli się na terenie naszego kraju. Olof Hermelin, sekretarz kancelarii polowej Karola XII, tak pisał do swojego przyjaciela Samuela Barcka: „Jak Brat zapatruje się na propozycję, by zająć Częstochowę? (…). Ten [polski] naród uważa ten klasztor za Sanctissimum i obawiam się na wypadek, gdybyśmy się pokusili o jakieś przedsięwzięcie, byśmy tego samego nie doświadczyli co poprzednio [chodzi o klęskę w 1655 r. – przyp. red.]. Cały kraj jest zaalarmowany tą sprawą. Nieboszczyk hrabia Benedykt Oxenstierna powiedział mi raz, że szczęście króla Karola Gustawa obróciło się w tej chwili, gdy tylko zaczął ostrzeliwanie tego miejsca”.
Jeśli pół wieku po „potopie” sami Szwedzi widzieli związek porażki tej kampanii z zaatakowaniem Jasnej Góry, to nie sposób jednocześnie twierdzić, że wydarzenie to nie wpłynęło na umocnienie ducha narodu.

Przeor klasztoru o. Augustyn Kordecki dowodził obroną Jasnej Góry w czasie oblężenia przez Szwedów w 1655 r.
fot. Henryk Przondziono/Gość Niedzielny
Franciszek Kucharczak/Gość Niedzielny
***
Niedziela 16 listopada
Święto Matki Bożej Ostrobramskiej
Matka Miłosierdzia

Obraz Matki Bożej Ostrobramskiej
fot. Karolina Pęlaka/Tygodnik Niedziela
***
Podobnie jak od siedmiu wieków Matka Boża Częstochowska na Jasnej Górze, tak Pani Ostrobramska, Matka Wschodu i Zachodu, od ponad trzystu lat króluje z wysokości swojego nadbramnego wzniesienia całej ziemi litewskiej, białoruskiej i polskiej. „Świeci” blaskiem wspaniałych szat przez okna kaplicy nad Ostrą Bramą, widoczna z daleka.
Dobrze znamy wizerunek Najświętszej Panny z lekko pochyloną głową, w aureoli dwunastu gwiazd i wielu promieni. Przymknięte oczy, skrzyżowane na piersiach delikatne dłonie, smukłą postać okoloną półksiężycem. Jej urok, łagodność, niezwykła słodycz i zamyślenie wzbudzają ufność i nakłaniają do modlitwy.
Nie istnieją sprawdzone dane o pochodzeniu obrazu i jego autorze. Przypuszcza się, że to wybitne dzieło namalowano w pierwszych latach XVII wieku. Wtedy bowiem pośród murów otaczających Wilno, nad jedną z dziewięciu bram, zwaną Miednicką albo Ostrą, zawieszono od strony wewnętrznej wizerunek Matki Bożej, zaś od zewnątrz – obraz Chrystusa Salwatora (Zbawiciela) z kulą ziemską w ręku. Po zbudowaniu na bramie specjalnej kaplicy w 1672 r. procesjonalnie wprowadzono do niej obraz Najświętszej Panny, który od tego czasu stał się przedmiotem wielkiego kultu. Nabożeństwo spotęgowało się wyraźnie po pożarze Wilna w 1706 r., kiedy wielu mieszkańców miasta doznało szczególnej pomocy Królowej Miłosierdzia.
Od 1735 r. zaczęto obchodzić w listopadzie święto Opieki Matki Najświętszej. Przenoszono wtedy wizerunek do pobliskiego kościoła św. Teresy, a dla uświetnienia uroczystości zapraszano biskupów, sławnych kaznodziejów, alumnów z seminariów duchownych; oświetlano, dekorowano kościół, bramę oraz całą uliczkę.
W 1761 r. zanotowano pierwszy cud. Na znak doznanych łask zawieszano w kaplicy liczne wota. W 1773 r. papież Klemens XVI zezwolił na publiczne odprawianie tam nabożeństw. W 1828 r. na frontonie kaplicy umieszczono napis: „Matko Miłosierdzia – pod Twoją obronę uciekamy się”. Wskutek nakazu władz zaborczych nadano mu formę łacińską: Mater Misericordiae – sub Tuum praesidium confugimus! Po upadku powstania styczniowego generał gubernator Murawiew, zwany Wieszatielem, zamierzał zamknąć kaplicę i zabrać obraz do cerkwi. Planów swoich nie zdążył przeprowadzić, został bowiem nagle z Wilna odwołany.
Pomimo nieprzychylnego stosunku carskich zarządców obraz otaczany był wzrastającą stale czcią wiernych i szeroko słynął cudami. Papież Pius X zezwolił archidiecezji wileńskiej na własną modlitwę brewiarzową i Mszę św. o Najświętszej Pannie Matce Miłosierdzia, które wprowadzono 16 listopada 1915 r.
Pius XI, jeszcze jako Achilles Ratti, nuncjusz papieski w Polsce, w 1920 r. odprawił Mszę św. w Kaplicy Matki Bożej Ostrobramskiej, udzielając potem już jako głowa Kościoła pozwolenia na koronację.
Dzięki staraniom abp. Romualda Jałbrzykowskiego, metropolity wileńskiego, ważny ten akt odbył się 2 lipca 1927 r. Przy ołtarzu zbudowanym obok katedry wileńskiej, do której w przeddzień przeniesiono procesjonalnie cudowny wizerunek – koronację przeprowadził kard. Aleksander Kakowski w obecności kard. Augusta Hlonda, Prymasa Polski, dwudziestu ośmiu biskupów, ok. pięciuset kapłanów, wielkiej liczby wspólnot zakonnych, a także dostojników świeckich, do których należeli prezydent Rzeczypospolitej Ignacy Mościcki, marszałek Józef Piłsudski, ministrowie, przedstawiciele wojska, świata nauki i kultury. Przybyły też delegacje wszystkich polskich diecezji oraz nieprzebrana rzesza wiernych.
To święte miejsce od wieków przyciągało modlących się i szukających pomocy czcicieli Maryi. Przed odjazdem na wygnanie w 1824 r. „Pannę Świętą, co w Ostrej świeci Bramie” żegnali na Prymarii Adam Mickiewicz z młodzieżą filomacką i filarecką, Panią Wschodu i Zachodu nawiedzali znani artyści, politycy, naukowcy i pisarze, sławiąc Ją pięknym słowem, muzyką i pieśnią. Tęsknili do Niej polscy zesłańcy, więźniowie obozów, emigranci, wskutek wojen rozproszeni po całym świecie.
Wiele godzin przed obrazem Miłosiernej Matki spędziła na modlitwie św. s. Faustyna, sekretarka Miłosierdzia Bożego, mieszkająca w wileńskim domu swego Zgromadzenia ponad trzy lata. Z radością też adorowała namalowany pod jej natchnieniem przez Eugeniusza Kazimirowskiego wizerunek
Miłosiernego Chrystusa – zawieszony po raz pierwszy w Ostrej Bramie na okres uroczystego Triduum, zamykającego Jubileuszu Tysiąclecia Odkupienia, w dniach od 26 do 28 kwietnia 1935 r.
W okresach komunistycznych prześladowań w ręce Królowej Ostrobramskiej oddawał losy narodu polskiego i ludów pobratymczych Prymas Tysiąclecia.
We wrześniu 1993 r. podczas pielgrzymki do krajów nadbałtyckich Ojciec Święty Jan Paweł II odwiedził także Wilno. W Ostrej Bramie poprowadził nabożeństwo różańcowe, transmitowane na cały świat. Wypełniał w ten sposób prośbę Fatimskiej Matki, wzywającej do odmawiania Różańca. Zawierzał Najświętszej Maryi Pannie ziemię i narody tego rejonu Europy, dziękował za ogrom łask. Prosił, by Matka Miłosierdzia – Królowa i Opiekunka z Ostrej Bramy prowadziła wszystkich ludzi po drogach pokoju, sprawiedliwości i wiary.
ks. Edmund Boniewicz SAC/Tygodnik Niedziela
***
Nawróceni milionerzy, którzy usłyszeli Matkę Bożą – od 30 lat mieszkają w Medjugorie
„Wzywam cię do nawrócenia po raz ostatni” – tak brzmiało orędzie Matki Bożej, które zmieniło życie Patricka i Nancy, milionerów z Kanady, którzy od ponad 30 lat mieszkają w Medjugorie.

Patrick i Nancy Latta
***
Patrick Latta był odnoszącym sukcesy biznesmenem w Vancouver w Kanadzie. On i jego żona Nancy prowadzili wystawny tryb życia. W ich codzienności brakowało Boga. Czwórka dzieci Patricka (z dwóch poprzednich małżeństw) miała wszystko, co można było kupić za pieniądze. Prześladowały ich jednak uzależnienia od alkoholu i narkotyków. Dobra materialne i hedonizm stanowiły dla nich wartość nadrzędną. Do czasu.
Jedynym bogiem był pieniądz
„Znałem sposoby, aby powiększyć kapitał. Kiedy syn zapytał mnie: «tata, kto to jest Bóg?», pokazałem mu banknot 20-dolarowy i powiedziałem: «oto twój bóg! Im więcej będziesz ich miał, tym więcej boga będziesz miał»” – wspomina Latta.
Patrick i Nancy poznali się w dojrzałym wieku. Kobieta pracowała wówczas w dobrze prosperującej kancelarii prawnej.
Przez wiele lat para żyła bez ślubu. Jak mówią, oboje uważali to za coś normalnego. Po 7 latach spędzonych razem postanowili sformalizować związek. Patrick wypożyczył prywatny helikopter i zorganizował wspaniałą uroczystość. „Była to ceremonia cywilna, a orkiestra grała muzykę New Age” – opowiada mężczyzna. Kiedy Patrick wrócił następnego dnia z pracy do domu, Nancy płakała. „Nie czuję się żoną” – oznajmiła. Kobieta pragnęła ślubu kościelnego. Mąż przypomniał jej, że ma już za sobą dwa małżeństwa, w tym jedno kościelne, i dwa rozwody. Tego dnia para postanowiła uporządkować sprawę.
Nancy i Patrick spotkali się z biskupem, który posiadał dokumentację dotyczącą stwierdzenia nieważności małżeństwa mężczyzny z pierwszą żoną. „Drugi mój związek był tylko cywilny, więc nie było żadnych przeszkód, bym poślubił Nancy w kościele” – tłumaczy Latta.
„Wzywam cię do nawrócenia po raz ostatni”
Nancy udała się do kościoła Niepokalanego Serca Maryi, by zapytać księdza, czy mógłby udzielić im ślubu. Kapłan zgodził się, ale przestrzegł kobietę, aby nie wychodziła za Patricka. „Nie ma szans, aby to małżeństwo przetrwało. On nigdy się nie zmieni” – podkreślił duchowny.
Latta zgodził się uczęszczać na spotkania przygotowujące do przyjęcia sakramentu małżeństwa. Złożył wiele obietnic. Zadeklarował, że przystąpi do spowiedzi. Ostatecznie para stanęła na ślubnym kobiercu. Mężczyzna złamał jednak każdą obietnicę. W życiu Nancy i Patricka wciąż brakowało obecności Boga, małżonkowie nie chodzili do kościoła, nie uczestniczyli w Eucharystii i nabożeństwach, nie modlili się.
Podczas jednej z przeprowadzek para znalazła paczkę, którą przysłał im brat Nancy. W środku znajdowała się książka o orędziach Matki Bożej z Medjugorie. Nancy podała ją Patrickowi. „Mój drogi mężu poganinie, wyrzucić to ty, bo ty będziesz to miał na sumieniu!” – powiedziała. Latta doskonale pamięta moment, kiedy sięgnął po książkę. „Przyszłam, aby wezwać cię (was) do nawrócenia po raz ostatni” – tak brzmiało pierwsze orędzie.
W jednej chwili coś się zmieniło. Mężczyzna zaczął płakać. Trudno mu było zrozumieć, że Matka Boża postanowiła zwrócić się bezpośrednio do niego. Drugie orędzie, które przeczytał Patrick, brzmiało: „Przyszłam wam powiedzieć, że Bóg istnieje!”.
Na drugi dzień Latta poprosił żonę, aby pomodlili się razem na różańcu. „Jeśli się nie spowiadacie, nie może się dokonać wasza droga nawrócenia” – usłyszał w głębi serca. Patrick zdał sobie sprawę, że cała nauka katolicka, którą przekazali mu rodzice, jest prawdziwa, ale on o tym zapomniał. Pamięta też dzień, kiedy wreszcie poszedł do spowiedzi. „Idź w pokoju, Bóg ci wybacza, odpuszczone są ci twoje grzechy” – słowa kapłana, które usłyszał w konfesjonale, stały się tak bardzo uwalniające.
Po tym doświadczeniu Patrick zrozumiał, że to właśnie księża mają niezwykły dar jednoczenia ludzi z Bogiem. Wdzięczność wobec kapłanów sprawiła, że mężczyzna postanowił rozpocząć budowę domu dla pielgrzymów w Medjugorie.
„Codziennie żyjemy z naszą Panią”
Małżonkowie sprzedali wszystko, co mieli, i się tam przeprowadzili. „Dlaczego chcesz zamieszkać w Medjugorie, skoro nigdy tam nawet nie byłeś?” – zapytała Nancy. Patrick odpowiedział: „Tam mieszka Maryja, a ja chcę być Jej sąsiadem, ponieważ ocaliła mi życie”.
W czasie przeprowadzki para usłyszała o weekendzie maryjnym w Eugene w Stanach Zjednoczonych. Małżonkowie wzięli udział w konferencji naukowej na temat orędzia Matki Bożej w Medjugorie. Byli bardzo wzruszeni, gdy kapłan zasugerował, by wszyscy poświęcili się Niepokalanemu Sercu Maryi. „Matko Święta, weź moje dzieci, ponieważ ja nigdy nie byłem prawdziwym ojcem. Błagam Cię, bądź dla nich rodzicem, jestem fatalny, zniszczyłem czwórkę moich dzieci, uratuj je Ty” – powiedział Patrick.
Małżonkowie spędzili 2 dni na konferencji. Dowiedzieli się, że dla Matki Bożej, w drodze do nawrócenia, ważne są spowiedź, uczestnictwo we Mszy św. i modlitwa różańcowa. Mężczyzna zaczął żyć orędziami Matki Bożej. Codziennie się modlił, czytał Biblię, pościł. Jego dzieci zaczęły się nawracać. Po prawie 20 latach jeden z synów powrócił do Kościoła, ożenił się. Ma dwójkę pięknych i zdolnych dzieci. Jest nauczycielem w katolickim liceum. Drugi syn przyjechał kiedyś w pobliże Wzgórza Objawień, a ojciec ofiarował mu różaniec. Wrócił do Kanady, a później zadzwonił do Patricka, aby powiedzieć mu, że przestał pić, rzucił rugby i chce zostać strażakiem. Patrick zapytał: „Jak to możliwe?”, a syn rzekł: „To przez różaniec, który mi dałeś w Medjugorie”. Dziś jest żonaty i ma dwójkę wspaniałych dzieci.
„Matka Boża powiedziała: jeśli będziecie odmawiali Różaniec, pokażę wam cuda w waszych rodzinach” – opowiada Patrick, parafrazując słowa Maryi. Przez 10 lat mężczyzna nie miał kontaktu z córką. Pewnego dnia odebrał od niej telefon. Powiedziała, że jest w Kanadzie i chciałaby przyjechać do Medjugorie. „Tatusiu, ja chcę zacząć od nowa. Nie chcę żyć z dala od rodziny” – wyjaśniła. W tym czasie miała za sobą trzy rozwody. Przyjechała do Patricka i Nancy na 2 tygodnie. Została tu uzdrowiona. Problem z alkoholem zniknął. Kobieta wróciła na studia i uzyskała dyplom pielęgniarski. Patrick poprosił Maryję o wstawiennictwo dla najstarszego syna, który nadal prowadził niemoralny tryb życia. Dzięki modlitwie on także powrócił do Boga.
Patrick i Nancy wciąż dzielą się swoim świadectwem, zapraszają do domu wszystkich pielgrzymów udających się do sanktuarium. Często też podkreślają moc modlitwy różańcowej. „To jest odpowiedź na każdy problem. To jest odpowiedź na twoje małżeństwo. To jest odpowiedź dla twoich dzieci” – mówią.
Anna Gębalska-Berekets/Niedziela Ogólnopolska 48/2024, str. 68-69
***

z orędzia z Medziugorje – 25 październik 2025
„Drogie dzieci! Najwyższy w swojej dobroci dał wam mnie, abym was prowadziła drogą pokoju. Wielu odpowiedziało [na to wezwanie] i modli się, ale wielu ludzi nie zaznało pokoju i nie poznało Boga miłości. Dlatego, módlcie się i kochajcie, twórzcie grupy modlitewne, abyście się zachęcali do czynienia dobra. Jestem z wami i modlę się o wasze nawrócenie. Dziękuję wam, że odpowiedzieliście na moje wezwanie. ”
z orędzia z Medziugorje – 17 listopad 2025 :
„Wzywam was, byście się stali apostołami miłości i dobroci. W tym niespokojnym świecie świadczcie o Bogu i Bożej miłości, a Bóg będzie wam błogosławił i da wam to, o co Go poprosicie.”
***
Aby Boża Matka była coraz bardziej znana, miłowana,uwielbiana i słuchana!
***
„Różaniec Święty, to bardzo potężna broń.
Używaj go z ufnością, a skutek wprawi cię w zdziwienie”.
św. Josemaría Escrivá de Balaguer

*****
Intencje Żywego Różańca
na miesiąc listopad 2025
Intencja papieska:
– Módlmy się, aby osoby, które doświadczają pokusy popełnienia samobójstwa, znalazły w swoich wspólnotach potrzebne im wsparcie, pomoc oraz miłość i otworzyły się na piękno życia.
więcej informacji – Vaticannews.va: papieska intencja
Intencje Polskiej Misji Katolickiej w Glasgow:
– Za papieża Leona XIV, aby Duch Święty prowadził go, a święty Michał Archanioł strzegł.
– Za naszych kapłanów, aby dobry Bóg umacniał ich w codziennej posłudze oraz o nowe powołania do kapłaństwa i życia konsekrowanego
– Św. Ojciec Pio często zachęcał do żarliwej modlitwy za tych, którzy cierpią męki czyśćcowe. Polecajmy więc naszej Bożej Matce święte dusze w czyśćcu. Któż z nas nie ma tam swoich bliskich i kto wie, jak wielu z nich cierpi tam może – a nawet z pewnością – także przez nas… Prośmy Najświętszą Maryję Pannę, aby przyszła im z pomocą, łagodząc ich cierpienia i chłodząc dręczący ich płomień.
Dodatkowe intencje dla Róż: św. Moniki, Matki Bożej Częstochowskiej (II) i bł. Pauliny Jaricot:
– Rozważając drogi zbawienia w Tajemnicach Różańca prosimy Cię Boża Matko, abyś wypraszała u Syna swego a Pana naszego właściwe drogi życia dla naszych dzieci.
dla Róży: bł. Kard. Stefana Wyszyńskiego:
– Wysławiamy Boga w Trójcy Jedynego, że zostaliśmy stworzeni na Boże podobieństwo, aby stanowić wspólnotę życia w miłości. Abyśmy mogli zawsze przeżywać wspólnie dany nam czas i ten radosny i ten związany z trudem, dlatego prosimy Cię Miłosierny Boże o łaskę ustawicznego umacniania naszego małżeńskiego przymierza poprzez ciągłe ożywianie wzajemnej miłości.Módlmy się, aby wyznawcy różnych tradycji religijnych współpracowali ze sobą w obronie budowania pokoju, sprawiedliwości i braterstwa.
***
Od 1 listopada 2025 modlimy się kolejnymi Tajemnicami Różańca Świętego i w intencjach wyznaczonych na ten miesiąc, które otrzymaliście na maila 31 października 2025 z adresu e-rozaniec@kosciol.org (jeśli ktoś z Was nie dostał maila na ten miesiąc, proszę o kontakt z Zelatorem Róży, albo na adres rozaniec@kosciolwszkocji.org)
________________________________________
Obecnie mamy 20 Róż Żywego Różańca. Bardzo serdecznie zachęcamy chętnych, aby zechcieli dołączyć się do Wspólnoty Żywego Różańca. Módlmy się również w tej intencji, aby dotąd nieprzekonani mogli się przekonać jak skuteczną i tym samym jak bardzo potrzebną jest na dany nam czas modlitwa różańcowa.
Modlitwa różańcowa jest bronią najpotężniejszą – co potwierdzają święci, mistycy i wydarzenia na przestrzeni dziejów świata i w ludzkich sercach Tym, którzy tego nie potrafią zauważyć a jedynie tylko kpiąco z pogardą wyśmiewać – można zapytać – co pomoże walczącemu nawet najpotężniejsza broń, którą ma do dyspozycji, jeżeli nie potrafi się nią posługiwać?
***
Nowenna przed uroczystością
Jezusa Chrystusa Króla Wszechświata

Adobe Stock
***
O Królu pokoju, spraw pokój w sercu moim, wróć ciszę duchowi mojemu, abym mógł na każdym miejscu modlić się, wznosząc czyste ręce (św. Rafał Kalinowski).
Dzień 1
Antyfona do Ducha Świętego
Przyjdź Duchu Święty! Napełnij serca Twych wiernych i zapal w nich ogień Twojej miłości.
Z Ewangelii według św. Łukasza (Łk 11, 2)
Jezus rzekł do nich: „Kiedy się modlicie, mówcie: Ojcze, niech się świeci Twoje imię; niech przyjdzie Twoje Królestwo”.
Jezus z Nazaretu, Syn Człowieczy, narodzony z Maryi Dziewicy, przyszedł objawić ludzkości ojcostwo Boga. Przyszedł objawić ojcostwo, które On sam jeden zna, jako współistotny Ojcu Syn. Przyszedł więc, aby wprowadzić ludzkość w sam przedwieczny i Boski wymiar wszelkiego w świecie stworzonym ojcostwa i rodzicielstwa. Wszelkiego też porządku i ładu, który ma wymiar rodzinny jako podstawowy. Czy objawić znaczy tylko przypomnieć? Więcej. Objawić to znaczy przywrócić. Chrystus przyszedł, aby przywrócić ludzkości, ogromnej ludzkiej rodzinie, ojcostwo Boga. Tylko On jeden mógł tego dokonać w sposób pełny. Aby zaś przywrócić ludziom ojcostwo Boga, musiał Chrystus przywrócić ludzi Bogu jako Ojcu. I to było Jego istotną misją (św. Jan Paweł II, Homilia w czasie Mszy św. odprawionej na lotnisku w Masłowie, Kielce 3 VI 1991).
Nasze życie wewnętrzne, to życie w całej prawdzie i prostocie, to życie dzieci wobec naszego Ojca niebieskiego. Dziecko małe nie rozumie, co to jest fałsz, kłamstwo i obłuda, bo jest proste, żyjące w prawdzie. Często przypatrywałam się i obserwowałam dzieci, zachwycała mnie ich prawda i prostota, a czując nieprzeparty pociąg, by pozostać na zawsze i na wieki dzieckiem, ta prawda i prostota olśniły moją duszę (Sługa Boża Rozalia Celakówna, Wyznania, s. 210).
Modlitwa
Boże, Ojcze rodzaju ludzkiego, dziękujemy Ci, że w Chrystusie uczyniłeś nas swoimi przybranymi dziećmi i dałeś nam poznać tę wielką godność. Ty objawiłeś, że bycie dzieckiem Boga jest w swej istocie postępowaniem w prawdzie i prostocie, bez cienia obłudy i egoizmu.
Jezu Chryste, nasz Królu i Panie, spraw prosimy, niech wszyscy ludzie poznają jak dobry jest Bóg, Ojciec wszelkiego stworzenia, a Jego opieka nad tymi, którzy się Go boją. Jezu, przez przyczynę Sługi Bożej Rozalii Celakówny, która czuła się dzieckiem w ramionach niebieskiego Ojca daj nam czcić i sławić imię Jego, a wysławiając Je otrzymać chwałę życia wiecznego, gdzie Ty żyjesz i królujesz na wieki wieków. Amen.
Modlitwa do Jezusa Chrystusa Króla Wszechświata kard. Adama Stefana Sapiehy z 1927 roku
O Jezu, Władco serc naszych i Królu wieków nieśmiertelny, przyrzekamy Ci uroczyście, że przy tronie Twoim i przy Osobie Twojej wiernie stać będziemy. Przyrzekamy Ci, że nieskalanego sztandaru Twojego nie splamimy, że chorągwi Twojej nie zdradzimy ani niedowiarstwem, ani sekciarstwem, ani żadnym odstępstwem. Ślubujemy Ci, że w wierze świętej katolickiej aż do śmierci wytrwać pragniemy. Niech dzieci nasze piszą na grobach naszych, żeśmy się nigdy Ciebie, Jezu Królu, i Twojej Ewangelii nie wstydzili. Króluj w sercach naszych przez łaskę. Króluj w rodzinach przez cnoty rodzinne. Króluj w szkołach przez prawdziwie katolickie wychowanie. Króluj w społeczeństwie przez sprawiedliwość i zgodę wzajemną. Władaj wszędzie, zawsze i bezustannie. Niech sztandar Twój powiewa nad nami wszystkimi, a Królestwo Twoje niechaj ogarnie całą naszą ziemię! Amen.
O Królu pokoju, spraw pokój w sercu moim, wróć ciszę duchowi mojemu, abym mógł na każdym miejscu modlić się, wznosząc czyste ręce (św. Rafał Kalinowski).
Dzień 2
Antyfona do Ducha Świętego
Przyjdź Duchu Święty! Napełnij serca Twych wiernych i zapal w nich ogień Twojej miłości.
Z Listu do Hebrajczyków (Hbr 1, 1 -2a)
Wielokrotnie i na różne sposoby przemawiał niegdyś Bóg do ojców przez proroków, a w tych ostatecznych dniach przemówił do nas przez Syna.
Jezus niejednokrotnie jest ignorowany, jest wyśmiewany, jest ogłaszany królem przeszłości, ale nie teraźniejszości, a tym bardziej nie jutra, jest spychany do lamusa spraw i osób, o których nie powinno się mówić na głos i w obecności innych (Benedykt XVI, Przemówienie podczas spotkania z młodzieżą na Błoniach w Krakowie, 27 V 2006).
Naraz powstało w mojej duszy pragnienie, szalone pragnienie, czynienia jak największych wysiłków, by ukochać Pana Jezusa, upodobnić się do Niego, nie, aby zdobyć szczęście wieczne, lecz jedynie dlatego, by okazać Mu moją miłość i radość sprawić Jego Boskiemu Sercu (Sługa Boża Rozalia Celakówna, Wyznania, s. 33).
O Jezu Panie nasz, pragnę Ciebie Samego we wszystkim szukać i więcej nic. Ale Ty Jezu wiesz, że niczego nie szukam i pragnę prócz Ciebie, bo Ty Jezu za wszystko mi wystarczysz! Teraz już jestem zupełnie ogołocona ze wszystkiego. Nie mam ani swych pragnień, ani dążności, ani zamiarów – chcę tylko tego, czego chce Pan Jezus (Sługa Boża Rozalia Celakówna, Wyznania, s. 167).
Modlitwa
Boże, Ojcze wszelkiego miłosierdzia i pociechy, najłaskawszy Panie i Królu! Ty, posłałeś na świat Jednorodzonego Syna swego, aby świat uwierzył, że jesteś jego jedyną miłością, szczęściem i celem istnienia. Rozalii Celakównie objawiłeś, że nasz Pan jest nie tylko Zbawicielem, ale także miłośnikiem każdej duszy ludzkiej, za którą przelał własną Krew. Jezu, Królu dusz ludzkich, niech wstawiennictwo Rozalii Celakówny przyczyni się do wzrostu miłości we wszystkich duszach, zarówno tych, którzy Cię znają jak i tych, co jeszcze Ciebie nie poznali. Panie nasz, niech pragnienie Rozalii, aby Twoje Serce było kochane i miłowane, rozszerza się jak najszybciej bo tylko „Ty jesteś godzien wszelakiej miłości, poszanowania, chwały i uczciwości”. Przybliż, prosimy, panowanie Twego Królestwa w duszach ludzi oddających Ci dzisiaj hołd; w naszych rodzinach, parafiach i całej Ojczyźnie. Który żyjesz i królujesz na wieki wieków. Amen.
Modlitwa do Jezusa Chrystusa Króla Wszechświata kard. Adama Stefana Sapiehy z 1927 roku
O Jezu, Władco serc naszych i Królu wieków nieśmiertelny, przyrzekamy Ci uroczyście, że przy tronie Twoim i przy Osobie Twojej wiernie stać będziemy. Przyrzekamy Ci, że nieskalanego sztandaru Twojego nie splamimy, że chorągwi Twojej nie zdradzimy ani niedowiarstwem, ani sekciarstwem, ani żadnym odstępstwem. Ślubujemy Ci, że w wierze świętej katolickiej aż do śmierci wytrwać pragniemy. Niech dzieci nasze piszą na grobach naszych, żeśmy się nigdy Ciebie, Jezu Królu, i Twojej Ewangelii nie wstydzili. Króluj w sercach naszych przez łaskę. Króluj w rodzinach przez cnoty rodzinne. Króluj w szkołach przez prawdziwie katolickie wychowanie. Króluj w społeczeństwie przez sprawiedliwość i zgodę wzajemną. Władaj wszędzie, zawsze i bezustannie. Niech sztandar Twój powiewa nad nami wszystkimi, a Królestwo Twoje niechaj ogarnie całą naszą ziemię! Amen.
O Królu pokoju, spraw pokój w sercu moim, wróć ciszę duchowi mojemu, abym mógł na każdym miejscu modlić się, wznosząc czyste ręce (św. Rafał Kalinowski).
Dzień 3
Antyfona do Ducha Świętego
Przyjdź Duchu Święty! Napełnij serca Twych wiernych i zapal w nich ogień Twojej miłości.
Z Listu do Rzymian (Rz 8, 26)
Podobnie także Duch przychodzi z pomocą naszej słabości. Gdy bowiem nie umiemy się modlić tak, jak trzeba, sam Duch przyczynia się za nami w błaganiach, których nie można wyrazić słowami.
Owo tchnienie życia Bożego, Duch Święty, daje o sobie znać – w swej najprostszej i najpowszechniejszej zarazem postaci – w modlitwie. Piękna i zbawienna jest myśl, że gdziekolwiek ktoś modli się na świecie, tam jest Duch Święty, ożywcze tchnienie modlitwy. Piękna i zbawienna jest myśl, że jak szeroko rozprzestrzenia się modlitwa na całym okręgu ziemi, w przeszłości, teraźniejszości i przyszłości, tak rozległa jest obecność i działanie Ducha Świętego, który „tchnie” modlitwę w serce człowieka w całej niezmierzonej gamie różnych sytuacji i warunków, raz sprzyjających, raz przeciwnych życiu duchowemu i religijnemu. Wiele razy pod działaniem Ducha Świętego modlitwa płynie z serca człowieka pomimo zakazów i prześladowań, a nawet wbrew oficjalnym oświadczeniom o areligijnym czy wręcz ateistycznym charakterze życia publicznego (św. Jan Paweł, Encyklika Dominum et vivificantem, 65).
Duch Przenajświętszy, Ten Ogień Miłości, zlewał na duszę uniżoną swe dary i łaski. W duszy czułam więcej niż niebo, cała będąc przejęta tym Ogniem. O Boże Wielki, któreż stworzenie może wypowiedzieć co Ty dajesz tym, którzy Cię pragną znaleźć i posiąść na zawsze!… Ten cichy powiew łaski, który działał na duszę, jak szum gwałtownego wichru, kiedy Ty o Boże Miłości, wstąpiłeś na Matkę Bożą i Apostołów zebranych w Wieczerniku na modlitwie, tak On przemieniał i moją najmniejszą duszę (z pism Sługi Bożej Rozalii Celakówny).
Modlitwa
Boże, źródło Życia i Dawco wszelkich łask! Ty, który mocą Ducha Świętego odnawiasz i uświęcasz wszystko. Wejrzyj, Panie, na swój Kościół, który pragnie nieustannie odnawiać się Jego mocą. Spraw, aby nasze serca otworzyły się na Jego tajemnicze działanie. Jezu Chryste, który w tajemnicy Odkupienia otworzyłeś nam drogę do nieba, wejrzyj na wszystkich, którzy poprzez ofiary i poświęcenie, pragną odnawiać oblicze ziemi, naśladując przykład dany przez Twoją służebnicę Rozalię. Poślij nam, Panie, swojego Ducha, aby nasze wszystkie zamiary, pragnienia i decyzje były skierowane ku służbie Bożej i chwale Twego Królestwa. Amen.
Modlitwa do Jezusa Chrystusa Króla Wszechświata kard. Adama Stefana Sapiehy z 1927 roku
O Jezu, Władco serc naszych i Królu wieków nieśmiertelny, przyrzekamy Ci uroczyście, że przy tronie Twoim i przy Osobie Twojej wiernie stać będziemy. Przyrzekamy Ci, że nieskalanego sztandaru Twojego nie splamimy, że chorągwi Twojej nie zdradzimy ani niedowiarstwem, ani sekciarstwem, ani żadnym odstępstwem. Ślubujemy Ci, że w wierze świętej katolickiej aż do śmierci wytrwać pragniemy. Niech dzieci nasze piszą na grobach naszych, żeśmy się nigdy Ciebie, Jezu Królu, i Twojej Ewangelii nie wstydzili. Króluj w sercach naszych przez łaskę. Króluj w rodzinach przez cnoty rodzinne. Króluj w szkołach przez prawdziwie katolickie wychowanie. Króluj w społeczeństwie przez sprawiedliwość i zgodę wzajemną. Władaj wszędzie, zawsze i bezustannie. Niech sztandar Twój powiewa nad nami wszystkimi, a Królestwo Twoje niechaj ogarnie całą naszą ziemię! Amen.
O Królu pokoju, spraw pokój w sercu moim, wróć ciszę duchowi mojemu, abym mógł na każdym miejscu modlić się, wznosząc czyste ręce (św. Rafał Kalinowski).
Dzień 4
Antyfona do Ducha Świętego
Przyjdź Duchu Święty! Napełnij serca Twych wiernych i zapal w nich ogień Twojej miłości.
Z Ewangelii wg Św. Jana (J 19, 26-27)
Kiedy więc Jezus ujrzał Matkę i stojącego obok Niej ucznia, którego miłował, rzekł do Matki: „Niewiasto, oto syn Twój”. Następnie rzekł do ucznia: „Oto Matka twoja”. I od tej godziny uczeń wziął Ją do siebie.
Matka Chrystusa doznaje uwielbienia „jako Królowa wszystkiego”. Ta, która przy Zwiastowaniu nazwała siebie „służebnicą Pańską”, pozostała do końca wierną temu, co ta nazwa wyraża. Przez to zaś potwierdziła, że jest prawdziwą „uczennicą” Chrystusa, który tak bardzo podkreślał służebny charakter swego posłannictwa: Syn człowieczy „nie przyszedł, aby Mu służono, lecz aby służyć i dać swoje życie na okup za wielu” (Mt 20,28). W ten sposób też Maryja stała się pierwszą wśród tych, którzy „służąc Chrystusowi w bliźnich, przywodzą braci swoich pokorą i cierpliwością do Króla, któremu służyć znaczy królować”, i osiągnęła w pełni ów „stan królewskiej wolności”, właściwy dla uczniów Chrystusa: służyć – znaczy królować! (św. Jan Paweł, Encyklika Redemptoris Mater, 41).
Pan Jezus w Najświętszym Sakramencie był i jest jedynym przedmiotem mej miłości, lecz do Jezusa prowadziła mnie zawsze Matka najdroższa Najśw. Panna Maryja. Nie uwierzę nigdy w to, by można było ukochać Pana Jezusa, nie kochając Matki Najświętszej, jak dziecko swej Matki”.
Maryja pouczała ją: „Moje dziecko, jeżeli chcesz być do Mnie podobna, naśladuj mnie w tych cnotach, patrz jak moje życie było proste, bez żadnej nadzwyczajności, w zupełnym ukryciu (z pism Sługi Bożej Rozalii Celakówny).
Modlitwa
Boże niepojęty w swej świętości! W Jezusie Chrystusie, swoim Synu, zostawiłeś nam wzór świętości oraz wskazałeś ku niej drogę. Z Maryją związałeś misję zbawienia człowieka, czyniąc Ją Matką Jezusa i jednocześnie nasza Matką. Wspomóż nas, abyśmy poznali i uwierzyli, że Maryja jest dla nas wzorem do osiągnięcia miłości doskonałej. Niech nasze życie będzie przeniknięte pragnieniem miłości Jezusa i Maryi.
Matko Bożej Miłości, wejrzyj na lud zebrany w tej świątyni i na każdym innym miejscu, gdzie wysławia Twoją cześć i woła z ziemi pełnej niedoli. Spójrz, na wszystkie dusze pragnące niepodzielnie kochać Twojego Syna i Ciebie. Wejrzyj na wszystkie dusze, a szczególnie dusze miłujące Twego Syna, ucz je jak najwierniej wypełniać Jego wolę, ochraniaj przed wszelkim grzechem i wspomóż w osiąganiu doskonałej miłości w pokorze, cichości i całkowitym oddaniu się Bogu. Amen.
Modlitwa do Jezusa Chrystusa Króla Wszechświata kard. Adama Stefana Sapiehy z 1927 roku
O Jezu, Władco serc naszych i Królu wieków nieśmiertelny, przyrzekamy Ci uroczyście, że przy tronie Twoim i przy Osobie Twojej wiernie stać będziemy. Przyrzekamy Ci, że nieskalanego sztandaru Twojego nie splamimy, że chorągwi Twojej nie zdradzimy ani niedowiarstwem, ani sekciarstwem, ani żadnym odstępstwem. Ślubujemy Ci, że w wierze świętej katolickiej aż do śmierci wytrwać pragniemy. Niech dzieci nasze piszą na grobach naszych, żeśmy się nigdy Ciebie, Jezu Królu, i Twojej Ewangelii nie wstydzili. Króluj w sercach naszych przez łaskę. Króluj w rodzinach przez cnoty rodzinne. Króluj w szkołach przez prawdziwie katolickie wychowanie. Króluj w społeczeństwie przez sprawiedliwość i zgodę wzajemną. Władaj wszędzie, zawsze i bezustannie. Niech sztandar Twój powiewa nad nami wszystkimi, a Królestwo Twoje niechaj ogarnie całą naszą ziemię! Amen.
O Królu pokoju, spraw pokój w sercu moim, wróć ciszę duchowi mojemu, abym mógł na każdym miejscu modlić się, wznosząc czyste ręce (św. Rafał Kalinowski).
Dzień 5
Antyfona do Ducha Świętego
Przyjdź Duchu Święty! Napełnij serca Twych wiernych i zapal w nich ogień Twojej miłości.
Z Ewangelii według Św. Mateusza (Mt 1, 20)
Oto anioł Pański ukazał mu się we śnie i rzekł: Józefie, synu Dawida, nie bój się wziąć do siebie Maryi, twej Małżonki; albowiem z Ducha Świętego jest to, co się w Niej poczęło.
Całkowita ofiara, jaką Józef złożył ze swego istnienia, aby godnie przyjąć Mesjasza we własnym domu, znajduje wytłumaczenie w niezgłębionym życiu wewnętrznym, które kierowało jego postępowaniem i było dlań źródłem szczególnych pociech; to z niego czerpał Józef rozwagę i siłę – właściwą duszom prostym i jasnym – dla swych wielkich decyzji, jak wówczas gdy bez wahania podporządkował Bożym zamysłom swoją wolność, swoje prawo do ludzkiego powołania, swoje szczęście małżeńskie, godząc się przyjąć w rodzinie wyznaczone sobie miejsce i ciężar odpowiedzialności, ale rezygnując, mocą nieporównanej dziewiczej miłości, z naturalnej miłości małżeńskiej, która tworzy rodzinę i ją podtrzymuje. To poddanie się Bogu, będące gotowością woli do poświęcenia się Jego służbie, nie jest niczym innym jak praktyką pobożności, która stanowi jeden z przejawów cnoty religijnej (św. Jan Paweł II, Adhortacja Redemptoris custos, 26).
Po nabożeństwie do Najświętszej Maryi Panny najgoręcej modliłam się do Św. Józefa. Jego obrałam za Opiekuna i Mistrza w życiu wewnętrznym. Święty Józef najgoręcej kochał Pana Jezusa po Najświętszej Maryi Pannie, więc Jego wstawiennictwo przed Panem Jezusem jest najskuteczniejsze. Św. Józef był mi pomocą, radą i światłem, co mam czynić by się podobać Panu Jezusowi i radość Mu sprawić. (…) Z serca zaś najczęściej modliłam się tak: Święty Józefie, mój Najukochańszy Ojcze i Opiekunie, proszę Cię serdecznie, naucz mnie kochać Pana Jezusa i Najświętszą Maryję Pannę tak, jak Ty Ich kochałeś; zachowaj mnie od grzechu, wspomóż mnie w chwili pokus, bym nie upadła; naucz mnie modlić się w sposób doskonały, pomóż mi dojść do jak najściślejszego zjednoczenia się z Panem Jezusem przez miłość jak najgorętszą; daj mi – błagam Cię – takiego spowiednika, który by mi pomógł wejść na wąską ścieżkę doskonałości chrześcijańskiej i po tej ścieżce doprowadził mnie na sam szczyt (z pism Sługi Bożej Rozalii Celakówny).
Modlitwa
Boże niepojętej dobroci, który nieustannie powołujesz człowieka do życia w świętości. Ty powołałeś Świętego Józefa do przyjęcia roli i zadań Opiekuna Twojego Syna Jezusa Chrystusa. Wspomóż nas, abyśmy w osobie Świętego Józefa widzieli wzór cnót chrześcijańskich, podobnie jak to czyniła Służebnica Twoja Rozalia Celakówna, która uczyła się od niego wierności, sprawiedliwości, pozostania w ukryciu oraz odrzucenia własnych ambicji.
Święty Józefie, który roztoczyłeś swą opiekę nad Służebnicą Bożą Rozalią, spójrz na wszystkie dusze pragnące w sposób bezwarunkowy ukochać Pana Jezusa i Jego Matkę, Maryję. Wypraszaj nam zdroje łask, abyśmy potrafili chronić czystości naszych dusz jak skarbu po to, aby uczynić z nich godne mieszkanie dla Boga. Święty Józefie, chroń nasze dzieci i młodzież od wszelkiej nieczystości, która niszczy w ich sercach Boże Życie. Wstawiaj się za nami u Boga, abyśmy na miarę swoich sił i współpracując z łaską Chrystusa, budowali na ziemi Królestwo Boże. Amen.
Modlitwa do Jezusa Chrystusa Króla Wszechświata kard. Adama Stefana Sapiehy z 1927 roku
O Jezu, Władco serc naszych i Królu wieków nieśmiertelny, przyrzekamy Ci uroczyście, że przy tronie Twoim i przy Osobie Twojej wiernie stać będziemy. Przyrzekamy Ci, że nieskalanego sztandaru Twojego nie splamimy, że chorągwi Twojej nie zdradzimy ani niedowiarstwem, ani sekciarstwem, ani żadnym odstępstwem. Ślubujemy Ci, że w wierze świętej katolickiej aż do śmierci wytrwać pragniemy. Niech dzieci nasze piszą na grobach naszych, żeśmy się nigdy Ciebie, Jezu Królu, i Twojej Ewangelii nie wstydzili. Króluj w sercach naszych przez łaskę. Króluj w rodzinach przez cnoty rodzinne. Króluj w szkołach przez prawdziwie katolickie wychowanie. Króluj w społeczeństwie przez sprawiedliwość i zgodę wzajemną. Władaj wszędzie, zawsze i bezustannie. Niech sztandar Twój powiewa nad nami wszystkimi, a Królestwo Twoje niechaj ogarnie całą naszą ziemię! Amen.
O Królu pokoju, spraw pokój w sercu moim, wróć ciszę duchowi mojemu, abym mógł na każdym miejscu modlić się, wznosząc czyste ręce (św. Rafał Kalinowski).
Dzień 6
Antyfona do Ducha Świętego
Przyjdź Duchu Święty! Napełnij serca Twych wiernych i zapal w nich ogień Twojej miłości.
Z Ewangelii według Św. Łukasza (Łk 2, 51)
Potem poszedł z Nimi i wrócił do Nazaretu, i był Im poddany. A Matka Jego chowała wiernie wszystkie te wspomnienia w swym sercu.
Kochać rodzinę, to znaczy umieć cenić jej wartości i możliwości i zawsze je popierać. Kochać rodzinę, to znaczy poznać niebezpieczeństwa i zło, które jej zagraża, aby móc je pokonać. Kochać rodzinę, to znaczy przyczyniać się do tworzenia środowiska sprzyjającego jej rozwojowi. Zaś szczególną formą miłości wobec dzisiejszej rodziny chrześcijańskiej, kuszonej często zniechęceniem, dręczonej rosnącymi trudnościami, jest przywrócenie jej zaufania do samej siebie, do własnego bogactwa natury i łaski, do posłannictwa powierzonego jej przez Boga. Trzeba, aby rodziny naszych czasów powstały! Trzeba, aby szły za Chrystusem! (św. Jan Paweł lI, Adhortacja Familiaris consortio, 86).
Św. Józef wskazywał mi proste Życie Najświętszej Rodziny w Nazarecie, bez rozgłosu, mało znane, by się na nim wzorować… I to Życie tak bardzo mnie zachwycało i porywało… To Życie stało się dla mnie najważniejszym ideałem, bo ono najwięcej zbliżało mnie do Pana Boga i z Nim upodabniało (z pism Sługi Bożej Rozalii Celakówny).
Modlitwa
Boże, Ojcze rodzaju ludzkiego! Ty, który przyszedłeś na świat w rodzinie i ukazałeś ją jako czytelny znak miłości, wzajemnego poszanowania i dobroci, spraw abyśmy ciągle na nowo uczyli się miłości oraz odnajdywali drogę do osiągnięcia szczęścia kontemplując doskonałość Świętej Rodziny z Nazaretu.
Jezu, który poprzez swoje Wcielenie uświęciłeś życie w rodzinie, Tobie dziś zawierzamy każdą rodzinę ludzką, zarówno tę, żyjącą z dala od prawdziwego szczęścia, jak i tę, która cieszy się darami Bożej łaski. Sługa Boża Rozalia ukazała, że prawdziwe szczęście jest w wiernym pełnieniu woli Bożej oraz nazaretańskim klimacie serdeczności i cichości. Wejrzyj na wszystkie rodziny polskiej ziemi, błogosław im i spraw, aby odnalazły prawdziwe wartości, które rodzinę tworzą, scalają i pozwalają odnaleźć Twój pokój. Niech spełni się wołanie aby: „Polska rodzina była Bogiem silna”. Amen.
Modlitwa do Jezusa Chrystusa Króla Wszechświata kard. Adama Stefana Sapiehy z 1927 roku
O Jezu, Władco serc naszych i Królu wieków nieśmiertelny, przyrzekamy Ci uroczyście, że przy tronie Twoim i przy Osobie Twojej wiernie stać będziemy. Przyrzekamy Ci, że nieskalanego sztandaru Twojego nie splamimy, że chorągwi Twojej nie zdradzimy ani niedowiarstwem, ani sekciarstwem, ani żadnym odstępstwem. Ślubujemy Ci, że w wierze świętej katolickiej aż do śmierci wytrwać pragniemy. Niech dzieci nasze piszą na grobach naszych, żeśmy się nigdy Ciebie, Jezu Królu, i Twojej Ewangelii nie wstydzili. Króluj w sercach naszych przez łaskę. Króluj w rodzinach przez cnoty rodzinne. Króluj w szkołach przez prawdziwie katolickie wychowanie. Króluj w społeczeństwie przez sprawiedliwość i zgodę wzajemną. Władaj wszędzie, zawsze i bezustannie. Niech sztandar Twój powiewa nad nami wszystkimi, a Królestwo Twoje niechaj ogarnie całą naszą ziemię! Amen.
O Królu pokoju, spraw pokój w sercu moim, wróć ciszę duchowi mojemu, abym mógł na każdym miejscu modlić się, wznosząc czyste ręce (św. Rafał Kalinowski).
Dzień 7
Antyfona do Ducha Świętego
Przyjdź Duchu Święty! Napełnij serca Twych wiernych i zapal w nich ogień Twojej miłości.
Z Pierwszego Listu Św. Piotra Apostoła (1 P 1, 15-16)
W całym postępowaniu stańcie się wy również świętymi na wzór Świętego, który Was powołał, gdyż jest napisane: „Świętymi bądźcie, bo Ja jestem Święty”.
Męczennicy, a wraz z nimi wszyscy święci Kościoła, dzięki wymownemu i porywającemu przykładowi ich życia, do głębi przemienionego blaskiem prawdy moralnej, rzucają jasny promień światła na każdą epokę dziejów, budząc zmysł moralny. Poprzez swoje świadectwo dobru stają się wyrzutem dla tych wszystkich, którzy łamią prawo (por. Mdr 2,12), przypominając ciągłą aktualność słów proroka: „Biada tym, którzy zło nazywają dobrem, a dobro złem, którzy zamieniają ciemności na światło, a światło na ciemności, którzy przemieniają gorycz na słodycz, a słodycz na gorycz! (Iz 5,20) (św. Jan Paweł II, Encyklika Veritatis splendor, 93).
Zbliżyła się do mojego łóżka i rzekła: Ciesz się bardzo, że ci dał Pan Jezus wiele cierpieć: wzgardy, poniżenia, oszczerstw i różnych cierpień zwłaszcza cierpień w szpitalu i prześladowania od pewnych dusz. I jakaż to nieoceniona łaska jest ci dana, że Pan Jezus pozwolił takie rzeczy wycierpieć! Jest to największa łaska, jaką otrzymałaś w tym życiu od Pana Boga (z pism Sługi Bożej Rozalii Celakówny).
Modlitwa
Boże Ojcze wszelkiej łaski! W Twoich Świętych nieustannie ukazujesz swoją niezmierzoną dobroć i opiekę dla całego Kościoła. Ty, za przyczyną naszego Pana i Króla Jezusa Chrystusa, wskazujesz świętym drogę do doskonałości i pozwalasz im – już na ziemi – zakosztować owoców Odkupienia. Dodaj nam sił abyśmy mieli odwagę podążać do świętości wzmocnieni przykładem Sługi BoŜej Rozalii Celakówny.
Jezu Chryste, który cieszysz się każdą duszą, pragnącą Cię miłować ponad świat i własne życie. Oblubienicy Serca Swego dałeś zakosztować niebiańskiej słodyczy miłości, królując niepodzielnie w jej czystym sercu. Panie i Królu, Ty chcesz królować w sercach prawych i szczerych, ubogich i prostych, cierpiących i znieważonych, za przyczyną Twej Służebnicy Rozalii, wejrzyj na te dusze i uczyń je królestwem swojej miłości, pokoju i prawdy. Niech zapalają wszystkie serca oziębłe i obojętne dla czci i wysławienia Ojca Niebieskiego. Który żyjesz i królujesz na wieki wieków. Amen.
Modlitwa do Jezusa Chrystusa Króla Wszechświata kard. Adama Stefana Sapiehy z 1927 roku
O Jezu, Władco serc naszych i Królu wieków nieśmiertelny, przyrzekamy Ci uroczyście, że przy tronie Twoim i przy Osobie Twojej wiernie stać będziemy. Przyrzekamy Ci, że nieskalanego sztandaru Twojego nie splamimy, że chorągwi Twojej nie zdradzimy ani niedowiarstwem, ani sekciarstwem, ani żadnym odstępstwem. Ślubujemy Ci, że w wierze świętej katolickiej aż do śmierci wytrwać pragniemy. Niech dzieci nasze piszą na grobach naszych, żeśmy się nigdy Ciebie, Jezu Królu, i Twojej Ewangelii nie wstydzili. Króluj w sercach naszych przez łaskę. Króluj w rodzinach przez cnoty rodzinne. Króluj w szkołach przez prawdziwie katolickie wychowanie. Króluj w społeczeństwie przez sprawiedliwość i zgodę wzajemną. Władaj wszędzie, zawsze i bezustannie. Niech sztandar Twój powiewa nad nami wszystkimi, a Królestwo Twoje niechaj ogarnie całą naszą ziemię! Amen.
O Królu pokoju, spraw pokój w sercu moim, wróć ciszę duchowi mojemu, abym mógł na każdym miejscu modlić się, wznosząc czyste ręce (św. Rafał Kalinowski).
Dzień 8
Antyfona do Ducha Świętego
Przyjdź Duchu Święty! Napełnij serca Twych wiernych i zapal w nich ogień Twojej miłości.
Z Listu do Hebrajczyków (Hbr 7, 26)
Takiego bowiem potrzeba nam było Arcykapłana: świętego, niewinnego, nieskalanego, oddzielonego od grzeszników, wywyższonego ponad niebiosa.
Kapłan zawsze i niezmiennie znajduje źródło swej tożsamości w Chrystusie – Kapłanie. To nie świat potwierdza jego status wedle swych potrzeb i roli, jaką on odgrywa w społeczeństwie. Kapłan jest naznaczony pieczęcią Kapłaństwa Chrystusowego, by uczestniczyć w Jego charakterze jedynego Pośrednika i Odkupiciela. Stąd też na tym sakramentalnym gruncie otwiera się dla kapłana wielka „przestrzeń” posługi wobec dusz dla zbawienia ich w Chrystusie i Kościele: służby, która winna być bez reszty pobudzona miłością dusz ludzkich na wzór Chrystusa, który oddaje dla nich życie. Bóg pragnie zbawienia wszystkich ludzi, aby nie zginęło ani jedno z tych małych (por. Mt 18,14). „Kapłan winien zawsze być gotów odpowiedzieć potrzebom dusz”, mawiał Proboszcz z Ars. „On nie żyje dla siebie; żyje dla was”. Kapłan żyje dla ludzi świeckich: ożywia ich i umacnia w wykonywaniu powszechnego kapłaństwa wiernych – tak bardzo uwydatnionego przez II Sobór Watykański – które polega na składaniu duchowej ofiary z życia, na dawaniu świadectwa zasadom chrześcijańskim w rodzinie, na podejmowaniu zadań w świecie i na uczestnictwie w ewangelizacji braci. Jednakże posługa kapłana ma inny charakter. Został on wyświęcony, by działał w imieniu Chrystusa – Głowy i by wprowadzał ludzi w nowe życie (św. Jan Paweł II, List do kapłanów na Wielki Czwartek 1986 roku).
Kapłan to drugi Chrystus, więc dla kapłanów byłam i jestem ustosunkowana tak, jak do Chrystusa Pana. Nad błędami Kapłanów płakałam bardzo, ale się nigdy nie gorszyłam, ani ich przez to nie obrzydzałam, modliłam się i modlę się za Kapłanów, jak tylko umiem (z pism Sługi Bożej Rozalii Celakówny).
Modlitwa
Boże, Królu nieba i ziemi! Jezus Chrystus ustanowił święte kapłaństwo dla składania duchowych ofiar, dla czci i chwały Twojego Imienia i zbawienia wiecznego wszystkich wierzących. Z wielką czcią i pokłonem przychodzimy więc, aby ucząc się miłości od Chrystusa Pana i Króla, polecać Tobie tych, których On ukochał aż do końca.
Chryste, Apostołka Twojego Serca, głęboko rozumiała, jak bardzo kapłaństwo jest święte, jak staje się posługą miłości oraz jak jest wszczepione w Twoje Boskie Serce. Przez przyczynę Sługi Twojej Rozalii, która obdarzała największym szacunkiem swojego spowiednika i kierownika duchowego, prosimy Cię Jezu – Najwyższy Kapłanie, abyś wejrzał dzisiaj na swoich wybranych wedle swego miłosierdzia. To oni prowadzą dusze do świętości; okaż im, Panie, swoją miłość i udziel światła Ducha Świętego. Umacniaj ich swoją mocą, wspomagaj wiernością ludu i chroń od wszelkiego zła. Który żyjesz i królujesz na wieki wieków. Amen.
Modlitwa do Jezusa Chrystusa Króla Wszechświata kard. Adama Stefana Sapiehy z 1927 roku
O Jezu, Władco serc naszych i Królu wieków nieśmiertelny, przyrzekamy Ci uroczyście, że przy tronie Twoim i przy Osobie Twojej wiernie stać będziemy. Przyrzekamy Ci, że nieskalanego sztandaru Twojego nie splamimy, że chorągwi Twojej nie zdradzimy ani niedowiarstwem, ani sekciarstwem, ani żadnym odstępstwem. Ślubujemy Ci, że w wierze świętej katolickiej aż do śmierci wytrwać pragniemy. Niech dzieci nasze piszą na grobach naszych, żeśmy się nigdy Ciebie, Jezu Królu, i Twojej Ewangelii nie wstydzili. Króluj w sercach naszych przez łaskę. Króluj w rodzinach przez cnoty rodzinne. Króluj w szkołach przez prawdziwie katolickie wychowanie. Króluj w społeczeństwie przez sprawiedliwość i zgodę wzajemną. Władaj wszędzie, zawsze i bezustannie. Niech sztandar Twój powiewa nad nami wszystkimi, a Królestwo Twoje niechaj ogarnie całą naszą ziemię! Amen.
O Królu pokoju, spraw pokój w sercu moim, wróć ciszę duchowi mojemu, abym mógł na każdym miejscu modlić się, wznosząc czyste ręce (św. Rafał Kalinowski).
Dzień 9
Antyfona do Ducha Świętego
Przyjdź Duchu Święty! Napełnij serca Twych wiernych i zapal w nich ogień Twojej miłości.
Z Pierwszego Listu do Koryntian (1 Kor 15, 24)
Wreszcie nastąpi koniec, gdy przekaże królowanie Bogu i Ojcu i gdy pokona wszelką Zwierzchność, Władzę i Moc.
Biada mi, gdybym nie głosił Ewangelii”. Od Niego bowiem, od samego Chrystusa otrzymałem to polecenie. Jestem apostołem, jestem świadkiem. Im odleglejszy cel, im trudniejsze zadanie, tym gorętsza jest „miłość, która przynagla nas”. Mam obowiązek głosić Jego imię: Jezus jest „Chrystusem, Synem Boga żywego… Obym nigdy nie przestał o Nim mówić: On jest światłem, On prawdą, owszem, „drogą, prawdą i życiem”. On chlebem i źródłem wody żywej: zaspokaja głód i gasi pragnienie… Oto Jezus Chrystus, o którym już słyszeliście, owszem, większość z was należy do Niego, bo jesteście chrześcijanami. Wam przeto, o chrześcijanie, powtarzam Jego imię, do wszystkich zaś ludzi wołam: Jezus Chrystus jest początkiem i końcem, alfą i omegą, Królem nowego świata, tajemnym i ostatecznym wyjaśnieniem naszego losu i dziejów ludzkości (św. Paweł VI, Homilia wygłoszona w Manilii, 29 XI 1970).
Oświadczam ci to moje dziecko, jeszcze raz, że tylko te Państwa nie zginą, które będą oddane Jezusowemu Sercu przez Intronizację, które Go uznają swym Królem i Panem…
Jasna Góra jest stolicą Maryi. Przez Maryję przyszedł Syn Boży by zbawić świat i tu również przez Maryję przyjdzie zbawienie dla Polski przez Intronizację. Gdy się to stanie, wówczas Polska będzie przedmurzem chrześcijaństwa, silna i potężna, o którą się rozbiją wszelkie ataki nieprzyjacielskie (z pism Sługi Bożej Rozalii Celakówny).
Modlitwa
Boże, Ojcze miłosierdzia! Ty, który nieustannie szukasz człowieka, który zgubił drogę powrotu do Ciebie – Jedynego Pana i Ojca wszystkich dzieci – daj mu światło odnalezienia drogi do Ciebie. Nasz Pan i Król Jezus Chrystus objawił, że jedynym pewnym schronieniem człowieka jest Jego Boskie Serce. Panie nasz i Królu, jakże bardzo pragniemy, abyś razem z Maryją królował w naszych sercach, w naszym narodzie i państwie.
Jezu, za wstawiennictwem Twojej Matki prosimy, aby naród polski uwierzył, że z aktu obrania Ciebie za Króla i Pana wynika jedynie dobro. Królu pełen miłosierdzia, za przyczyną Służebnicy Bożej Rozalii Celakówny, która poświęciła swoje życie dziełu Intronizacji, przyjmij nas tutaj zgromadzonych za twych poddanych. Przyjmij także nasze hołdy, cześć, wierność oraz akt zawierzenia Królowi Wszechświata.
Maryjo, Matko Miłosierdzia, prowadź nasz naród do całkowitego przyjęcia i obrania Twego Syna za Króla i Pana, abyśmy poznali, że Królestwo Boże jest prawdziwym szczęściem i w Nim możliwe jest spełnienie życia na ziemi. Amen.
Modlitwa do Jezusa Chrystusa Króla Wszechświata kard. Adama Stefana Sapiehy z 1927 roku
O Jezu, Władco serc naszych i Królu wieków nieśmiertelny, przyrzekamy Ci uroczyście, że przy tronie Twoim i przy Osobie Twojej wiernie stać będziemy. Przyrzekamy Ci, że nieskalanego sztandaru Twojego nie splamimy, że chorągwi Twojej nie zdradzimy ani niedowiarstwem, ani sekciarstwem, ani żadnym odstępstwem. Ślubujemy Ci, że w wierze świętej katolickiej aż do śmierci wytrwać pragniemy. Niech dzieci nasze piszą na grobach naszych, żeśmy się nigdy Ciebie, Jezu Królu, i Twojej Ewangelii nie wstydzili. Króluj w sercach naszych przez łaskę. Króluj w rodzinach przez cnoty rodzinne. Króluj w szkołach przez prawdziwie katolickie wychowanie. Króluj w społeczeństwie przez sprawiedliwość i zgodę wzajemną. Władaj wszędzie, zawsze i bezustannie. Niech sztandar Twój powiewa nad nami wszystkimi, a Królestwo Twoje niechaj ogarnie całą naszą ziemię! Amen.
Karmelici Bosi Wrocław/KEP/Tygodnik Niedziela
***
Dla chcącego – nic trudnego

fot. Agnieszka Kurek-Zajaczkowska/Gość Niedzielny
1000 razy dziennie „Zdrowaś, Maryjo” przez 9 dni i… morze łask. 29 listopada rozpoczyna się nowenna przed uroczystością Niepokalanego Poczęcia NMP według wskazań św. Faustyny.
Gdy kilka lat temu moja mama przystąpiła do tej modlitwy, powiedziałam o tym siedmioletniej córce, która skwitowała: „To babcia ma niezły challenge”. Tak, ta modlitwa wymaga zaparcia, czasu, wytrwałości i organizacji dnia, ale jest do przeprowadzenia. Św. Faustyna odmówiła ją trzykrotnie. Tak o tym napisała w „Dzienniczku”: „Dla chcącego – nic trudnego. Poza rekreacją modliłam się i pracowałam, w dniach tych nie wymówiłam ani jednego słowa niekoniecznie potrzebnego, chociaż muszę przyznać, że ta sprawa wymaga dość dużo uwagi i wysiłku, ale dla uczczenia Niepokalanej nic nie ma za wiele” (Dz. 1413).
Jednego roku, po nowennie, przed Komunią Świętą 8 grudnia s. Faustynie objawiła się Matka Boża. Uśmiechnęła się, przytuliła i prosiła o ćwiczenie się w pokorze, czystości i miłości.
– Odprawienie nowenny daje niesamowite doświadczenie, czym jest modlitwa. Od 2017 r. przed uroczystością Niepokalanego Poczęcia NMP publicznie odmawiamy 1000 „Zdrowaś, Maryjo” w kaplicy w Niepokalanowie. Obserwuję, że po jej zakończeniu ludzie są autentycznie radośni, rzadko widuje się takich w świecie. Są pełni energii, pokoju i myślę, że za ich sprawą Bóg zsyła wiele łask dla Kościoła i ojczyzny – mówi o. Mirosław Kopczewski OFMConv, organizator publicznej nowenny w Niepokalanowie. Odprawiana jest ona w intencji triumfu Niepokalanego Serca Maryi oraz o pokój w Polsce i na świecie, o jedność w Kościele, za ojczyznę i rządzących, o pełną ochronę prawną ludzkiego życia od poczęcia do naturalnej śmierci, o nawrócenie nieprzyjaciół Kościoła i w intencjach poleconych Niepokalanej.
W Niepokalanowie modlitwa odbywa się przed wystawionym Najświętszym Sakramentem w pięciu blokach modlitewnych (po 20 ta- jemnic każdy), pomiędzy którymi są godzinne przerwy. Rozpoczyna się o godz. 7 Eucharystią, a kończy Apelem Jasnogórskim i błogosławieństwem. Można przyjechać na całą nowennę albo na kilka dni. Można modlić się codziennie w jednym lub w kilku blokach modlitewnych. Każdy sam określa zakres uczestnictwa. Można też nowennę odmawiać samemu w domu lub zorganizować ją w swojej parafii czy wspólnocie.
– Proponuję, by się nie zniechęcać, gdy nie uda się odmówić całego tysiąca w ciągu dnia. Warto nadal działać na miarę swoich możliwości: modlić się w drodze do pracy, po niej, a jeśli ktoś nie może spać, to i w nocy – radzi o. Kopczewski.
Od kilku lat w Niepokalanowie w poszczególnych blokach uczestniczy około 30 osób. Leszek Wolniak z żoną przyjeżdża z okolic Tarnowskich Gór. – Cały pierwszy dzień przepłakałem ze szczęścia. Po kilku godzinach modlitwy nie byłem zmęczony, znużony ani zły na siebie, że przyjechałem. Na posiłkach między modlitwami spotkałem wielu ludzi, którzy też uczestniczyli w nowennie. Wspólnotę nieznajomych ludzi, którą tworzyliśmy, cechowały swoista bliskość, wyrozumiałość, zaufanie. Wspaniali ludzie wielkiej wiary! Czułem zawstydzenie moją pustką. Miałem wtedy 58 lat i żadnej modlitwy różańcowej na koncie, poza pokutą. Od dwóch lat jestem zelatorem dwóch róż różańcowych. Obiecałem Panu Bogu dwa procent z doby, czyli około 30 minut mojego czasu i do tej pory dotrzymuję słowa. Bardzo wiele z tego, co dzieje się w moim życiu dzisiaj, wzięło początek od uczestnictwa w modlitwie nowenny według św. Faustyny – podkreśla Leszek Wolniak.
Gość Niedzielny
***
sobota, 1 listopada 2025
Uroczystość Wszystkich Świętych
MSZA ŚWIĘTA – GODZ. 18.00 W KOŚCIELE ŚW. PIOTRA
Po Mszy świętej, z racji pierwszej soboty miesiąca, będzie nabożeństwo wynagradzające za zniewagi i bluźnierstwa przeciwko Niepokalanemu Sercu Najświętszej Maryi Panny.
***
Tego dnia będę modlił się na cmentarzach przy grobach naszych Rodaków:
- o godz. 11.00 – cmentarz Lambhill
- następnie na cmentarzach Cardonald i Linn
- zakończenie modlitw na cmentarzu Dalbeth o godz. 14.30
+++
niedziela 2 listopada
Dzień Zaduszny
14.00 – MSZA ŚWIĘTA w kościele św. Piotra
***
W Uroczystość Wszystkich Świętych i w kolejne listopadowe dni Kościół zachęca nas do ożywienia prawdy, którą wyznajemy w świętych obcowanie.
“Żyjąc komunii bezustannie, w Bogu, trwamy też w pewnej jedności z tymi, którzy są już w niebie. Jest również pewna jedność z tymi, którzy umierają i są w czyśćcu. Nie jesteśmy rozdzieleni. Dla Boga wszyscy żyją. Dlatego modlimy się za siebie nawzajem, my za tych w czyśćcu, oni za nas. Święci też modlą się za nas”. (o. Wit Chlondowski OFM)
Dobrze jest przypomnieć sobie w tym czasie słowa św. Tereski z Lisieux, która mówiła, że tu, na ziemi, może pomagać innym tylko jedną ręką, bo drugą musi się trzymać Jezusa, ale gdy już będzie w niebie, wtedy będzie mogła pomagać oburącz.

Portal z kolegiaty św. Piotra w Westminsterze/ fot. Henryk Przondziono/ Gość Niedzielny
***
Czym jest świętych obcowanie?
Kościół na ziemi i w niebie
Chodzi nie tylko o aktywność świętych w niebie i nie tylko o modlitwy.
Był rok 1938, ostatni w ziemskim życiu siostry Faustyny. Stęskniona za Bogiem święta zapisała w „Dzienniczku”: „Nie zapomnę o tobie, biedna ziemio, choć czuję, że cała natychmiast zatonę w Bogu, jako w oceanie szczęścia; lecz nie będzie mi to przeszkodą wrócić na ziemię i dodawać odwagi duszom, i zachęcać je do ufności w miłosierdzie Boże. Owszem, to zatopienie w Bogu da mi możność nieograniczoną działania”.
Deklaracje pomocy tym, którzy pozostają na ziemi, składało wielu świętych. „Nie płaczcie, będziecie mieli ze mnie większy pożytek i będę wam skuteczniej pomagał niż za życia” – pocieszał święty Dominik braci z zakonu, który założył. Podobną obietnicę złożyła św. Teresa od Dzieciątka Jezus. Karmelitanka przed śmiercią obiecała, że gdy znajdzie się w niebie, będzie zsyłała na ziemię „deszcz róż”. Zapowiedziała, że będzie tam „małą złodziejką”, która sprawi, że wiele rzeczy będzie ginąć w niebie, bo ona rozda je na ziemi.
Nie były to słowa rzucane na wiatr. Święci realnie uczestniczą w naszym życiu, potwierdzając rzeczywistość, którą nazywamy świętych obcowaniem. Ale nie tylko to jest treścią tej prawdy wiary.
Święci, czyli kto
„Do wszystkich przez Boga umiłowanych, powołanych świętych, którzy mieszkają w Rzymie”, „do świętych, którzy są w Efezie”, „do świętych i wiernych w Chrystusie braci w Kolosach” – pisze święty Paweł. Nie adresował swoich listów do tych, którzy osiągnęli niebo, lecz do zwykłych chrześcijan. Jeśli jesteś ochrzczony i uczestniczysz we wspólnocie wiary, to jesteś święty. Dla chrześcijan czasów apostolskich było to jasne. Trwające między nimi zjednoczenie to społeczność świętych, inaczej świętych obcowanie.
Chrześcijanie już w starożytności deklarowali: „Wierzę w świętych obcowanie”. Formuła ta po raz pierwszy znalazła się w wyznaniu wiary z IV wieku. Jego autorem był biskup Nicetas z Remezjany w Dacji. „Czymże jest Kościół, jak nie zgromadzeniem wszystkich świętych?” – pisał św. Nicetas. Święci w jego rozumieniu to nie tylko chrześcijanie zmarli w opinii świętości, ale wszyscy ci, którzy uczestniczą w świętości Chrystusa, przyjmując chrzest i przez to włączając się w Ciało Chrystusa. Nicetas wyjaśniał, że Kościół jest zgromadzeniem wszystkich świętych, bo tworzą go patriarchowie, prorocy, męczennicy i wszyscy sprawiedliwi, których uświęciła ta sama wiara i nawrócenie. Wszyscy oni, wraz z aniołami, w Duchu Świętym są jednym ciałem, którego Głową jest Chrystus.
Formuła świętych obcowania szybko rozprzestrzeniła się w całym Kościele, zarówno na Wschodzie, jak i na Zachodzie. Tak jest do dzisiaj – i Kościół katolicki, i prawosławny wyznają prawdę wiary w obcowanie świętych, do których zaliczają się także zmarli chrześcijanie, oczekujący na paruzję w niebie lub w czyśćcu.
Inna relacja
– Świętych obcowanie to przede wszystkim communio sanctorum. Kościół w pierwszym tysiącleciu rozumie to sformułowanie bardziej jako komunia w rzeczach świętych, czyli komunia w świętej wierze, w świętym Słowie i świętych sakramentach. „Komunia” jest tu słowem kluczowym, bo drugie tysiąclecie kładzie akcent na komunię wszystkich w Kościele – tłumaczy o. Wit Chlondowski OFM. Dogmatyk wskazuje, że „komunia”, po grecku koinonia, najczęściej jest tłumaczona jako współuczestnictwo albo wspólnota. Słowo to wyraża relację w Bogu. Trójca jest komunią, relacją między Ojcem, Synem i Duchem. Komunia to głębia relacji między Osobami Trójcy, panujące w niej intymność i jedność.
– I teraz Jezus przychodzi na ten świat, żebyśmy my mogli mieć z Nim komunię, a przez Niego z całą Trójcą. Dzięki temu, że mamy komunię z Bogiem, zaczynamy mieć komunię między nami. Tworzy się między nami rodzaj relacji, która jest zupełnie inna od wszystkiego na świecie, bo to jest relacja w Bogu. Mamy jedność, którą jest Kościół. To jest wyjątkowa relacja: ona jest komunią, wspólnotą, współuczestnictwem, byciem wspólnie z synami i córkami jednego Ojca, w jednym Duchu, w jednym Chrystusie. Intymność, współuczestnictwo, bliskość. Ta komunia jest w Bogu, z Boga i jest mocniejsza niż śmierć. Dlatego ona trwa i dlatego mamy ją z tymi, którzy są w niebie, i tymi, którzy są w czyśćcu. Świętych obcowanie to pewne misterium bliskości, intymności z Bogiem – podkreśla franciszkanin.
Ci, co odeszli, kochają
Jak świętych obcowanie „działa” w praktyce? – Żyjąc w komunii bezustannie, w Bogu, trwamy też w pewnej jedności z tymi, którzy są już w niebie. Jest również pewna jedność z tymi, którzy umierają i są w czyśćcu. Nie jesteśmy rozdzieleni. Dla Boga wszyscy żyją. Dlatego modlimy się za siebie nawzajem, my za tych w czyśćcu, oni za nas. Święci też modlą się za nas – zaznacza zakonnik. Przywołuje przykład małej Tereski, która mówiła, że tu, na ziemi, może pomagać innym tylko jedną ręką, bo drugą musi się trzymać Jezusa, ale gdy już będzie w niebie, wtedy będzie mogła pomagać oburącz.
– Ale świętych obcowanie to nie jest tylko modlitwa, to jest też miłość. To się przejawia na różne sposoby. Na przykład jest ból rozstania, kiedy umiera ktoś bliski, ale jest też intymność, która jest w Bogu. Z niej płynie świadomość, że ciągle mamy jedność i ona jest mocniejsza niż śmierć – zauważa o. Chlondowski.
Dzięki temu, że trwamy w komunii, między zmarłymi a nami miłość nie gaśnie. – Kiedy odchodzi bliski, to kocha bardziej, bo jego miłość w czyśćcu się oczyszcza. Lubię to określenie, że czyściec jest miejscem, gdzie uczymy się w pełni kochać. Skoro nie nauczyliśmy się tego tutaj i nasza miłość nie była w pełni święta, to gdzieś musi się to oczyścić – tłumaczy duchowny.
Śmierć nie przerywa więzi tych, co trwają w komunii. – Czyli tak naprawdę ci nasi bliscy bardziej nas kochają i modlą się za nas. Wielokrotnie słyszałem świadectwa różnych osób, potwierdzające, że ci, którzy już odeszli i są u Pana, pamiętają o nich. Pamiętam jednego człowieka, który mówił, że gdy śni mu się babcia, to wie, że w jego życiu będzie się działo coś trudnego. To się, jak mówi, wielokrotnie sprawdziło. Uważa, że w ten sposób jego bardzo świątobliwa babcia przypomina mu, że trwa w modlitwie za niego. To jest dla niego duże umocnienie – podkreśla o. Wit Chlondowski.
Wsparcie
Zaangażowanie świętych w nasze życie zawsze prowadzi do wzmocnienia wiary tych, którzy doświadczają ich wstawiennictwa. Mówi o tym soborowa konstytucja dogmatyczna o Kościele Lumen gentium. „Ponieważ mieszkańcy nieba, będąc głębiej zjednoczeni z Chrystusem, jeszcze mocniej utwierdzają cały Kościół w świętości (…), nieustannie wstawiają się za nas u Ojca, ofiarując Mu zasługi, które przez jedynego Pośrednika między Bogiem i ludźmi, Jezusa Chrystusa, zdobyli na ziemi (…). Ich przeto troska braterska wspomaga wydatnie słabość naszą” – czytamy w dokumencie.
Można powiedzieć, że świętych obcowanie to miłość trwająca między tymi, którzy są tu i którzy są tam, niezależnie od tego, czy oni są już w niebie, czy jeszcze w czyśćcu. Przebywający w czyśćcu modlą się za nas, ale potrzebują też naszego wsparcia.
Wspólnota
30 czerwca 1968 r. papież Paweł VI publicznie wypowiedział tzw. Wyznanie wiary Ludu Bożego. Zawiera ono zwięzłe streszczenie nauczania ostatniego soboru o świętych obcowaniu. „Wierzymy we wspólnotę wszystkich wiernych chrześcijan, a mianowicie tych, którzy pielgrzymują na ziemi, zmarłych, którzy jeszcze oczyszczają się, oraz tych, którzy cieszą się już szczęściem nieba, i że wszyscy łączą się w jeden Kościół; wierzymy również, że w tej wspólnocie mamy zwróconą ku sobie miłość miłosiernego Boga i Jego świętych, którzy zawsze są gotowi na słuchanie naszych próśb”.
Franciszek Kucharczak/Gość Niedzielny
***
O. Jan Strumiłowski OCist: Nie mamy innej nadziei niż Chrystus. Jak świętować Uroczystość Wszystkich Świętych?

***
Około V w. na Wschodzie zaczęto celebrować dzień upamiętniający wszystkich męczenników, co po pewnym czasie przekształciło się w Uroczystość Wszystkich Świętych. Z tego właśnie względu historia rozwoju chrześcijańskich wspomnień ukazuje nam także sens tego święta, które obchodzimy pierwszego listopada. W komentarzach liturgicznych i na kazaniach coraz częściej możemy usłyszeć w tym dniu pewnego rodzaju napomnienie, że jest to dzień triumfu i nie jest to ściśle ten dzień, który powinniśmy poświęcić odwiedzaniu cmentarzy. Pewna racja w tym jak najbardziej się kryje. Jednakże rozważania duszpasterskie wydają się iść swoją drogą, a praktyka wiernych swoją – pisze O. Jan Strumiłowski OCist.
Kiedy spojrzymy w jaki sposób kształtował się chrześcijański kalendarz liturgiczny, to zauważyć możemy, że najważniejsze dla nas święta jak Wielkanoc czy Boże Narodzenie pojawiły się w nim stosunkowo późno. Pierwszym świątecznym dniem, który chrześcijanie celebrowali właściwie od samego początku była Niedziela – ze względu na Zmartwychwstanie Pana w tym dniu. Jednak stosunkowo szybko do kalendarza zaczęto włączać dni upamiętniające śmierć, a właściwie zwycięstwo nad śmiercią, męczenników. Męczeństwo było postrzegane jako zwycięstwo chrześcijan nad śmiercią, jako akt swoistej konsekracji i przebóstwienia, w którym chrześcijanin doskonale upodabniał się w swojej ofierze za wiarę do swojego Mistrza. Zatem męczenników czczono ze względu na fakt, że w męczeńskiej śmierci stawali się oni święci, wchodzili dosłownie w stan, w którym nie żyli już sami, ale żył w nich Chrystus. To podobieństwo męczennika do Chrystusa jest już zaznaczone w Dziejach Apostolskich w opisie śmierci św. Szczepana.
Męczennik zatem to nie tylko człowiek o harcie ducha, człowiek doskonały, ale człowiek, który stał się synem Bożym w Jednorodzonym Synu, człowiek, który doskonale zrealizował Ewangelię, a swoją śmiercią dowiódł, że rzeczywiście w sobie samym przeżywał życie łaski, życie nadprzyrodzone, które pozwala przekroczyć naturę.
Około V w. na Wschodzie zaczęto celebrować dzień upamiętniający wszystkich męczenników, co po pewnym czasie przekształciło się w Uroczystość Wszystkich Świętych. Z tego właśnie względu historia rozwoju chrześcijańskich wspomnień ukazuje nam także sens tego święta, które obchodzimy pierwszego listopada.
W komentarzach liturgicznych i na kazaniach coraz częściej możemy usłyszeć w tym dniu pewnego rodzaju napomnienie, że jest to dzień triumfu i nie jest to ściśle ten dzień, który powinniśmy poświęcić odwiedzaniu cmentarzy. Pewna racja w tym jak najbardziej się kryje. Jednakże rozważania duszpasterskie wydają się iść swoją drogą, a praktyka wiernych swoją.
Oczywiście dzień, w którym wspominamy zwycięstwo i świętość milionów chrześcijan, którzy nas poprzedzili, rzeczywiście powinno być skoncentrowane właśnie na świętości. Należy jednak się zastanowić, czy spontaniczne praktyki wiernych nie kryją jednak w sobie pewnej słusznej intuicji.
Wydaje się, że w naszych zeświecczonych czasach zmienia się znaczenie celu chrześcijaństwa, czyli świętości. Coraz częściej wierni przeświadczeni są, że religia jest ukierunkowana na doczesność. Modlimy się, żeby Bóg nam błogosławił, żeby kształtował i porządkował nasze życie. Jednym słowem, chrześcijaństwo staje się coraz bardziej horyzontalne.
Jednakże w istocie cała misja Chrystusa, wraz z Jego ofiarą jest ukierunkowana na pojednanie człowieka z Bogiem. Nieszczęście grzechu polega na tym, że przez grzech tracimy Boga – źródło i cel naszego istnienia. I nie ma takiego sposobu, żeby człowiek sam zmazał swoją winę i wyzwolił się z grzechu. Potrzebna była ofiara Chrystusa. Skutkami grzechu, czyli odłączenia się człowieka od Boga są wszelkie nasze nieszczęścia. Ten świat i nasze życie są skaleczone, gdyż jesteśmy od Boga odwróceni. Największym skutkiem grzechu jest nasza śmierć doczesna. Dlatego znakiem zwycięstwa Chrystusa było właśnie Jego Zmartwychwstanie.
W takim kontekście być może rzeczywiście coś właściwego jest w naszej pielgrzymce na cmentarze w dzień Wszystkich Świętych. Oczywiście nie w tym sensie, że nawiedzamy naszych bliskich zmarłych, ale w tym, że nasze spojrzenie kieruje się poza to, co doczesne. Nasza nadzieja jest gdzie indziej. Święty Paweł dosadnie przecież napominał mówiąc, że gdyby Chrystus nie zmartwychwstał i gdybyśmy pokładali w Nim nadzieję jedynie w tym życiu, to bylibyśmy godni pożałowania niż wszyscy inni ludzie. Więc w naszej wierze chodzi o zjednoczenie z Bogiem, chodzi o powrót do Boga, do Tego, który jest Życiem i który obdarowuje nas życiem wiecznym. Świętość jest natomiast przekroczeniem doczesności. Jest takim przylgnięciem do Boga i wejściem w Jego Życie, że nasza doczesność staje się naprawdę tylko preludium do życia prawdziwego.
Ponadto nie bez znaczenia jest również fakt, że właśnie w jednym dniu czcimy wszystkich świętych. Celebrujemy prawdziwą wspólnotę i komunię tych, którzy dotarli do Boga. Wszystkich świętych widzimy wtedy jako zjednoczonych we wspólnym celu, jakim jest Bóg. I to również objawia nam pewien charakter chrześcijaństwa. Wszak są to święci, których odróżniają czasy i okoliczności życia. A jednak, bez względu na ich osobiste historie życiowe, problemy, klimat kulturowy, który ich otaczał, wszyscy dążyli do tego samego celu. Chrześcijaństwo jest bowiem uniwersalne i nie ma takich okoliczności życia, które kazałyby nam stwierdzić, że Ewangelię trzeba zmienić, bo nie jest ona przystająca do naszych czasów: niezależnie czy jest to starożytne, wrogie chrześcijaństwu Imperium Rzymskie, średniowiecze, Oświecenie, czy obecny nam postmodernizm. Chrześcijaństwo zwycięża świat, przekracza świat, sięga poza czas i przestrzeń.
Celebracja wszystkich świętych w jednym dniu mówi nam również dużo o naturze jedności między ludźmi, która również przez grzech została zniszczona. W Ewangelii nie chodzi o budowanie wzajemnego i powszechnego braterstwa na poziomie czysto ludzkim. To, co nas dzieli, to nie abstrakcyjne zło, brak sympatii lub animozje wynikające z naszych indywidualności. To, co nas dzieli, to grzech. Jeśli zatem chcemy prowadzić świat do zjednoczenia, to chrześcijanin nie zna innego pełnego i autentycznego zjednoczenia niż jedność w jedynym i prawdziwym Bogu.
Zatem jeśli chcemy doprowadzić nasze życie do prawdziwego sensu, to ten sens jest tylko w Bogu. Jeśli chcemy żyć pełnią życia, to ta pełnia jest w Bogu. Jeśli chcemy osiągnąć cel naszego istnienia, to ten cel jest poza i ponad doczesnością w Bogu. Jeśli chcemy budować lepszy i zjednoczony świat, to ta jedność również jest tylko w prawdziwym Bogu. Nie mamy innej nadziei niż Chrystus, dlatego też innej nadziei nie wolno nam pod żadnym pozorem głosić.
o. Jan Strumiłowski OCist/PCh24.pl
***
Niebo jest dla wszystkich
1 listopada Kościół wskazuje, że świętość nie jest ograniczona przez granice geograficzne czy językowe. „Uroczystość przypomina zwłaszcza każdemu wierzącemu i każdemu z nas, że świętość jest nie tylko dla innych, ale jest powołaniem każdej osoby ochrzczonej. Niebo jest dla wszystkich, a takie przesłanie, to radosne przesłanie” – powiedział w wywiadzie dla mediów watykańskich ks. Bogusław Turek CSMA, podsekretarz Dykasterii Spraw Kanonizacyjnych.

Adobe Stock
***
O wielkiej szansie jaką dają odpusty, fenomenie świętości poddawanym lepszej weryfikacji i procesach kanonizacyjnych pokolenia milenialsów.
1 listopada, uroczystość Wszystkich Świętych – co możemy powiedzieć o początku, genezie powstania tego święta?
Tradycyjnie przyjmuje się, że to papież Jan XI w roku 935 wyznaczył na 1 listopada osobną uroczystość Wszystkich Świętych, która miała obowiązywać w całym Kościele. Początki tego święta, które należy do jednych z najstarszych świąt chrześcijańskich, sięgają jednak już pierwszych wieków: począwszy od IV wieku, niektóre Kościoły lokalne, zwłaszcza Kościoły wschodnie Cesarstwa Rzymskiego, wspominały w jednym, wybranym dniu, wszystkich męczenników chrześcijańskich. Początkowo daty te były różne w poszczególnych Kościołach, ale z czasem zaczęto rozszerzać te obchody na wszystkich innych zmarłych, którzy nie byli męczennikami, ale osiągnęli stan zbawienia. W ten sposób powstała tradycja jednego konkretnego dnia, w którym Kościół cieszy się i wspomina tych wszystkich, którzy oficjalnie nie zostali ogłoszeni świętymi a dostąpili zbawienia i życia w niebie.
Na co powinniśmy zwrócić uwagę w przeżywaniu tego dnia?
Mówiąc o świętych czy błogosławionych często myślimy o tych, którzy oficjalnie zostali beatyfikowani lub kanonizowani. W uroczystość Wszystkich Świętych Kościół przypomina nam, że ich grono, ich liczba, jest o wiele większa; przypomina nam, że ich pochodzenie geograficzne nie ogranicza się do Włoch czy Hiszpani, skąd mamy najwięcej błogosławionych i świętych oficjalnie wyniesionych do chwały ołtarzy; przypomina nam, że ich język to nie tylko ten z krajów europejskich. Ujmuje to bardzo dobrze werset zaczerpnięty z Apokalipsy św. Jana, który czytamy liturgii eucharystycznej tego dnia: „Potem ujrzałem: a oto wielki tłum, którego nie mógł nikt policzyć, z każdego narodu i wszystkich pokoleń, ludów i języków…” (Ap 7, 9). A poprzez to uroczystość przypomina zwłaszcza każdemu wierzącemu i każdemu z nas, że świętość jest nie tylko dla innych, ale jest powołaniem każdej osoby ochrzczonej. Niebo jest dla wszystkich, a takie przesłanie, to radosne przesłanie.
Wspomnienie Wszystkich Wiernych Zmarłych – Dzień Zaduszny… dzień, który już znacznie różni się od radości pierwszego dnia listopada. Skąd ten szczególny dzień w kalendarzu liturgicznym?
Fakt, że wspomnienie Wszystkich Wiernych Zmarłych następuje zaraz po uroczystości Wszystkich Świętych osobiście odczytywałem zawsze jako przejaw mądrości, tradycji oraz szczególnej pedagogiki Kościoła. Obydwa te dni łączy pamięć o osobach, których już nie ma fizycznie na tym świecie, ale których wzrok skierowany jest na Boga: święci radują się już z kontemplacji Bożego oblicza podczas gdy inni, choć zbawieni, oczekują na ten moment, bo potrzebują jeszcze oczyszczenia i udoskonalenia. Tak, to szczególny dzień w kalendarzu liturgicznym, który zachęca nas do zadumy i pamięci o tych, zwłaszcza bliskich, którzy już odeszli z tego świata. Jest to dzień wdzięczności i dziękczynienia za dobro, które nam i innym wyświadczyli. Dzień Zaduszny uświadamia nam dobitnie prawdę ludzkiego przemijania, wyrażoną w prefacji o zmarłych: „Albowiem życie Twoich wiernych, o Panie, zmienia się” lecz zaraz przypomina nam inną prawdę, zawartą w drugiej części tego zdania: „ale się nie kończy!”. Dlatego szczególną charakterystyką tego dnia, obok zadumy, pamięci i wdzięczności jest modlitwa za zmarłych, którzy są bliscy naszym sercom, ale też i o tych, o których nikt nie pamięta. W dzień zaduszny szczególnie modlimy się o to, by wszyscy zmarli mieli udział w zwycięstwie Chrystusa nad śmiercią. Dar naszej modlitwy dla zmarłych wyraża w pewien sposób naszą łączność z nimi i wiarę na spotkanie z nimi pewnego dnia w niebie. Dlatego dla wierzących wspomnienie Wszystkich Wiernych Zmarłych to nie dzień smutku i nostalgii, ale ewangelicznej nadziei oraz głębokiej wiary w paschalną tajemnicę Chrystusa i ufności w Boże miłosierdzie.
Kolejne dni listopada i to co często pojawia się w ogłoszeniach „możliwość uzyskania odpustu”. Przypomnijmy o co chodzi i skąd ta praktyka?
Mam wrażenie, że dzisiaj mówi się o odpustach coraz mniej, z pewnym zawstydzeniem lub z przymrużeniem oka. Może wypływa to z pewnych historycznych wypaczeń, a może uważa się, że nie pasuje do dzisiejszego nowoczesnego świata… A tymczasem to wielka szansa i warto o nie zabiegać. Czym jest więc odpust zupełny? Polega on na całkowitym darowaniu kar doczesnych należnych za grzechy odpuszczone już co do winy. Można powiedzieć, że osoba, która uzyskała odpust zupełny jest w danym momencie w takim stanie jak tuż po chrzcie św., a więc gdyby zmarła, poszłaby wprost do nieba. Nawiedzając z modlitwą kościół lub kaplicę w uroczystość Wszystkich Świętych oraz w Dniu Zadusznym, możemy pod zwykłymi warunkami uzyskać odpust zupełny, czyli całkowite darowanie kar dla dusz w czyśćcu cierpiących. Ponadto wypełniając określone warunki, możemy uzyskać odpust zupełny od 1 do 8 listopada za pobożne, czyli modlitewne nawiedzenie cmentarza. Odpust zupełny możemy uzyskać raz dziennie. Warunki uzyskania odpustu zupełnego to wzbudzenie w sobie intencji jego otrzymania, bycie w stanie łaski uświęcającej, wyzbycie się przywiązania do jakiegokolwiek grzechu, przyjęcie w tym dniu Komunii św. oraz odnowienie naszej jedności ze wspólnotą Kościoła poprzez odmówienie: Ojcze nasz, Wierzę w Boga oraz modlitwy w intencjach bliskich Ojcu Świętemu.
Temat, którego nie unikniemy przed listopadowymi dniami: Halloween. Pytanie: „czy katolik powinien brać udział a tego typu zabawach, praktykach?”
Zdecydowanie nie. Stanowisko Kościoła wobec Halloween jest jasne. Wraził je m.in. Benedykt XVI, mówiąc że jest to zwyczaj antychrześcijański i niebezpieczny, promujący kulturę śmierci, ukierunkowujący na mentalność ezoterycznej magii, okultystki, atakując święte i duchowe wartości.
Halloweenowe zabawy nie służą naszym zmarłym, którym pomóc może modlitwa i tego naprawdę warto uczyć dzieci. Przeciwwagą Halloweenu są organizowane w wielu parafiach przedstawienia teatralne ze świętymi, konkursy w których dzieci przebierają się za swoich ulubionych patronów i zdobywają nagrody. Jest to okazja do katechezy o świętych i cieszymy się, że inicjatywa jest coraz bardziej rozpowszechniana. Zamiast przebierać się za duchy i czarownice, dzieci wcielają się na przykład w postacie aniołów stróżów i świętych. Tego typu spotkania często rozpoczynają się od udziału we wspólnej Mszy św. To także dobra okazja by zapoznać dzieci z biografiami świętych.
Proces kanonizacyjny… jak wyglądała „droga na ołtarze” w historii Kościoła, czy coś szczególnego się zmieniło na przestrzeni wieków, a jak to wygląda obecnie?
Uważam za bardzo słuszne słowo „proces” w odniesieniu do spraw beatyfikacyjnych i kanonizacyjnych. I nie chodzi tu tylko o to, że zarówno w przeszłości jak i dzisiaj opierają się one na szeregu norm prawnych, ale o fakt, że w tego rodzaju postępowaniach uczestniczymy w prawdziwym procesie stopniowego dojrzewania decyzji o ogłoszeniu kogoś świętym lub błogosławionym. W pierwszych wiekach chrześcijaństwa inicjatywa wychodziła od ludu Bożego, który w określonych dniach, jak na przykład data śmierci, gromadził się na grobach męczenników. Tam wierni się modlili, sprawowali Eucharystię, czytali opisy męczeńskiej śmierci (akta męczenników) lub żywoty czy zbiory cudów wyznawców. Ich imiona, wpisane do kalendarza wspólnot lokalnych, przekazywane były innym wspólnotom. W ten sposób rozprzestrzeniał się ich kult. Ta spontaniczna cześć wiernych, początkowo ograniczona do męczenników, z czasem objęła również innych wiernych, którzy w sposób horiczny i ewangeliczny preżywali ich codzienność. Zazwyczaj ten kult szedł w parze z aprobatą biskupa uczestniczącego w tych zgromadzeniach i dzisiaj jest uważana za pierwotną formę kanonizacji.
We wczesnym średniowieczu biskupi kanonizowali albo poprzez uroczyste przeniesienie relikwii („translatio”) z cmentarza do kościoła lub innego godnego miejsca, albo poprzez ich wyniesienie („elevatio”) z grobu ponad poziom ziemi. Ażeby uniknąć pomyłek lub zbyt łatwego zaliczania w poczet świętych, papież Aleksander III w 1181 r. dekretem „Audivimus” zarezerwował władzę kanonizacji Stolicy Apostolskiej. Późniejszą formą zezwolenia na kult publiczny jest beatyfikacja, której początków dopatrujemy się już w średniowieczu, kiedy biskupi, synody lub nawet papieże zezwalali na pewne akty kultu publicznego, ale ograniczonego do miejsc lub form. Papież Sykstus V w 1588 r. utworzył Kongregację Obrzędów, której powierzył m.in. prowadzenie spraw kanonizacyjnych. I tak fenomen świętości został poddany lepszej weryfikacji i dokumentacji. Na przestrzeni kolejnych stuleci procedury kanonizacyjne ulegały dalszym zmianom i udoskonaleniom.
Aktualna „droga na ołtarze” została została ustalona przez św. Jana Pawła II w 1983 roku. Wyróżnia ona etap diecezjalny, podczas którego zostają zgromadzone zeznania i dokumenty dotyczące kandydatów do chwały ołtarzy, oraz etap „rzymski”, przy Dykasterii Spraw Kanonizacyjnych, gdzie odbywa się pogłębienie, studiowanie i ocena zebranego materiału. Jeśli poszczególne gremia kolegialne funkcjonujące przy dykasterii wypowiedzą się pozytywnie, sprawa jest przedstawiana Ojcu Świętemu, który decyduje o stwierdzeniu męczeństwa, heroiczności cnót, ofiary z życia czy cudu, czyli o różnych krokach prowadzących do beatyfikacji lub kanonizacji.
A proces beatyfikacyjny, kanonizacyjny w przyszłości… czy do positio będzie trzeba zbierać wpisy na Instagramie czy tweety? Ktoś będzie analizował wpisy na Facebooku czy filmy na Tik Toku, czyli rzeczywistościach tak mocno obecnych w naszej codzienności?
Interesujące pytanie, chociaż dotyczy kwestii, które były już przedmiotem szczegółowych dociekań. Do zaznaczonych problematyk można dołączyć kolejne: poczta elektroniczna, używanie internetu czy sztucznej inteligencji w celu opracowania własnych tekstów, wpływ i kształtowanie osobowości oraz postaw moralnych przez nowoczesne środki przekazu. Na pewno wszystkie te elementy nie będą mogły być ignorowane w procesach beatyfikacyjnych i kanonizacyjnych, tak jak były w pewien sposób brane pod uwagę w przykadku św. Karola Acutisa, ogłoszonego pierwszym świętym millenialsów, czyli osób urodzonych bliżej 2000 – pokolenie wychowane na web 2.0, smartfonach i mediach społecznościowych. Jednak podstawową sprawą jest pewność, że dane wpisy i teksty są autorstwa danego kandydata do chwały ołtarzy.
Vatican News/Tygodnik Niedziela
***
W tym roku Wspomnienie Wszystkich Wiernych Zmarłych, znane jako Dzień Zaduszny przypada w niedzielę.
Dlatego liturgia tego dnia nie jest z kolejnej Niedzieli Zwykłej.

+++
Fakt, że w tym roku wspomnienie to wypadnie właśnie w niedzielę – sprawia sytuację wyjątkową, bo zgodnie z przepisami liturgicznymi to wspomnienie ma pierwszeństwo przed niedzielą zwykłą.
Kiedy święto „wygrywa” z niedzielą?
Kalendarz liturgiczny to nie taka prosta sprawa. To, jaką uroczystość, święto czy wspomnienie, będziemy obchodzili, zależy czasem od kilku czynników. Czasem bowiem w jednym dniu „spotyka się” kilka obchodów liturgicznych – i trzeba zdecydować, który ma pierwszeństwo.
Co o tym decyduje? O tym rozstrzyga Tabela pierwszeństwa dni liturgicznych, czyli coś w rodzaju „rankingu ważności” świąt w Kościele. Można ją znaleźć w Mszale Rzymskim, w brewiarzu czy po prostu w internecie.
To właśnie ta tabela rozstrzyga na przykład, dlaczego Święto Podwyższenia Krzyża Świętego, które w tym roku wypadło w niedzielę, mimo wszystko było obchodzone zamiast zwykłej niedzieli. Bywa inaczej – czasem wspomnienie, nawet obowiązkowe, któregoś ze świętych po prostu wypada z obowiązującego kalendarza. Dzieje się tak, na przykład, wtedy gdy w danym roku wypadnie w niedzielę.
Czasem dochodzi do zupełnie wyjątkowych sytuacji. Uroczystość Zwiastowania Pańskiego przeważnie wypada w Wielki Post – i pomimo pokutnego charakteru tego okresu, który sprawia, że nawet w niedzielę nie śpiewamy “Chwała na wysokości Bogu” – Zwiastowanie Pańskie staje się wyjątkiem od tej reguły. A co, jeśli 25 marca przypadnie w niedzielę? Według tabeli pierwszeństwa dni liturgicznych, uroczystość ta jest na trzecim, wysokim poziomie, jednak niedziele Wielkiego Postu są wyżej – na poziomie drugim. W rezultacie, jeśli 25 marca przypada w niedzielę Wielkiego Postu, obchodzi się wtedy niedzielę (bez “Chwała”). Natomaist uroczystość przekładana jest z reguły następny dzień, na poniedziałek, bowiem objaśnienie mówi, że “Uroczystość przypadającą na dzień liturgiczny mający pierwszeństwo przenosi się na najbliższy dzień wolny od obchodów wymienionych w nr 1-8 Tabeli pierwszeństwa dni liturgicznych. “
Czym różni się wspomnienie od święta i uroczystości?
Wspomnienia to jedne z niższych rangą obchodów – po uroczystościach i świętach. Mogą być “obowiązkowe” bądź “dowolne”. Oczywiście, z reguły przegrywają z niedzielą i z każdym innym świętem, które w tym dniu może nastąpić. Wychodząc z tego założenia, wydawałoby się, że Dzień Zaduszny, który jest właśnie “wspomnieniem”, powinien w ogóle być pominięty, jeśli przypadnie w niedzielę.
A jednak nie. “Wspomnienie wszystkich wiernych zmarłych” zajmuje w Tabeli pierwszeństwa bardzo wysokie trzecie miejsce, wyższe niż… niedziele okresu zwykłego.
Dlatego właśnie 2 listopada Msze Święte w całym Kościele będą odprawiane w kolorze fioletowym, a nie zielonym. Nie usłyszymy niedzielnych czytań, lecz czytania z tego właśnie wspomnienia. Co więcej, podczas każdej Mszy św. możemy usłyszeć inne czytania, gdyż są przygotowane na ten dzień aż trzy formularze.
Mimo że to niedziela, nie usłyszymy też śpiewu „Chwała na wysokości Bogu” – chociaż nie jest to niedziela Wielkiego Postu albo Adwentu, za to pozostanie Wyznanie wiary – „Wierzę w jednego Boga”.
Co oznacza Wspomnienie Wszystkich Wiernych Zmarłych?
To dzień szczególnej modlitwy za zmarłych – tych, którzy jeszcze oczekują pełnego zjednoczenia z Bogiem. W tradycji chrześcijańskiej mówimy wtedy o czyśćcu – stanie oczyszczenia z miłości własnej, by człowiek mógł stanąć przed Bogiem czystym sercem.
W Dzień Zaduszny Kościół modli się za wszystkich, których imion nie znamy, a którzy potrzebują naszej pamięci. W wielu parafiach odbywają się procesje na cmentarze, modlitwy różańcowe i specjalne nabożeństwa zaduszkowe.
W przeciwieństwie do uroczystości Wszystkich Świętych – kiedy katolicy mają obowiązek uczestniczyć we Mszy św., wspomnienie wiernych zmarłych nie nakłada takiego obowiązku. A jednak z racji, że jest to niedziela – ten obowiązek musimy zachować.
W tę niedzielę warto więc nie tylko uczestniczyć w Eucharystii, ale też pójść na cmentarz – ofiarowując ją za dusze zmarłych. Bo Kościół wierzy, że miłość modlitwy przekracza granice życia i śmierci.
Jak poznać, co „rządzi” w liturgii?
Zasady są jasno opisane w Ogólnych normach roku liturgicznego i kalendarza. To właśnie tam znajduje się wspomniana Tabela pierwszeństwa dni liturgicznych, która porządkuje wszystkie święta i wspomnienia według ich rangi.
I
1. Paschalne Triduum Męki i Zmartwychwstania Pańskiego.
2. Narodzenie Pańskie, Objawienie, Wniebowstąpienie i Zesłanie Ducha Świętego.
Niedziele Adwentu, Wielkiego Postu, Okresu Wielkanocnego, Środa Popielcowa.
Dni Wielkiego Tygodnia od poniedziałku do czwartku włącznie.
Dni w Oktawie Wielkanocy.
3. Uroczystości Pańskie, Najświętszej Maryi Panny oraz świętych umieszczone w kalendarzu ogólnym.
Wspomnienie wszystkich wiernych zmarłych.
4. Uroczystości własne, a mianowicie:
Uroczystość głównego patrona miejscowości lub miasta.
Uroczystość poświęcenia kościoła własnego i rocznia poświęcenia.
Uroczystość tytułu kościoła własnego.
Uroczystość tytułu lub założyciela, albo głównego patrona zakonu lub zgromadzenia.
II
5. Święta Pańskie umieszczone w kalendarzu ogólnym.
6. Niedziele okresu Narodzenia Pańskiego i Okresu Zwykłego.
7. Święta Najświętszej Maryi Panny i świętych umieszczone w kalendarzu ogólnym.
8. Święta własne, a mianowicie:
Święto głównego patrona diecezji.
Święto rocznicy poświęcenia własnego kościoła katedralnego.
Święto głównego patrona regionu, prowincji, narodu lub większego terytorium.
Święto tytułu, założyciela lub głównego patrona zakonu albo zgromadzenia i prowincji zakonnej, z zachowaniem przepisów zawartych w nr 4.
Inne święta własne jakiegoś kościoła.
Inne święta wpisane do kalendarza diecezji, zakonu lub zgromadzenia.
9. Dni okresu Adwentu od 17 do 24 grudnia włącznie.
Dni w oktawie Narodzenia Pańskiego.
Dni powszednie okresu Wielkiego Postu.
III
10. Wspomnienia obowiązkowe podane w kalendarzu ogólnym.
11. Wspomnienia obowiązkowe własne, a mianowicie:
Wspomnienie patrona miejsca, diecezji, regionu i prowincji, narodu, większego terytorium oraz patrona zakonu lub zgromadzenia i prowincji zakonnej.
Inne wspomnienia obowiązkowe własne danego kościoła.
Inne wspomnienia obowiązkowe wpisane w kalendarzu danej diecezji, zakonu lub zgromadzenia.
12. Wspomnienia dowolne. Można je obchodzić nawet w dni wymienione w nr 9, z zachowaniem jednak odnośnych przepisów podanych w Ogólnym wprowadzeniu do mszału i do Liturgii Godzin.
W podobny sposób jak wspomnienia dowolne można obchodzić wspomnienia obowiązkowe zachodzące przypadkowo w dni powszednie Wielkiego Postu.
13. Dni powszednie Adwentu do 16 grudnia włącznie.
Dni okresu Narodzenia Pańskiego od dnia 2 stycznia do soboty po Objawieniu Pańskim.
Dni powszednie Okresu Wielkanocnego od poniedziałku po Oktawie Wielkanocy do soboty przed Zesłaniem Ducha Świętego włącznie.
Dni powszednie Okresu Zwykłego
pś/Stacja7
***
Darowanie przed Bogiem kary doczesnej.
Odpust – jak i dlaczego

istockphoto
***
Nauce o odpustach towarzyszą nieporozumienia. Jest to tym częstsze, im bardziej zanika poczucie grzechu i świadomość szkód, jakie on wyrządza.
Kościół co roku na początku listopada zachęca do ofiarowania odpustów za zmarłych. Według konstytucji apostolskiej Indulgentiarum doctrina papieża Pawła VI odpust jest to darowanie przed Bogiem kary doczesnej za grzechy, zgładzone już co do winy. Chrześcijanin dla jego uzyskania musi być odpowiednio usposobiony i spełnić określone warunki. Dzieje się to, jak mówi katechizm, „za pośrednictwem Kościoła, który jako szafarz owoców odkupienia rozdaje i prawomocnie przydziela zadośćuczynienie ze skarbca zasług Chrystusa i świętych” (KKK 1471).
Odpust może być cząstkowy albo zupełny, w zależności od tego, czy od należnej za grzechy kary doczesnej uwalnia w części czy w całości.
Możliwość zyskania odpustu ma człowiek ochrzczony, na którym nie ciąży kara ekskomuniki i który znajduje się w stanie łaski przynajmniej wtedy, gdy kończy wypełniać wskazane czynności. Dla uzyskania odpustów konieczne jest posiadanie przynajmniej ogólnej intencji ich otrzymania i wypełnienie nakazanych czynności w określonym czasie i we właściwy sposób, czyli tak, jak określił to udzielający odpustu.
Odpust zupełny można uzyskać tylko jeden raz w ciągu dnia (co do odpustów cząstkowych nie ma takich ograniczeń). Oprócz pozostawania w stanie łaski uświęcającej należy ponadto wzbudzić w sobie wewnętrzną postawę całkowitego oderwania od grzechu, także powszedniego, wyznać grzechy podczas spowiedzi sakramentalnej, przyjąć Komunię św. i pomodlić się zgodnie z intencjami Ojca Świętego.
W myśl wytycznych Penitencjarii Apostolskiej z roku 2000 najlepiej wypełnić powyższe czynności tego samego dnia, w którym dokonuje się dzieła związanego z odpustem, ale nie jest to konieczne. Wystarczy, jeśli dopełni się tych obrzędów i modlitw w okresie około 20 dni przed dziełem odpustowym lub po nim. Wierni mogą sami wybrać modlitwę do odmówienia w intencjach papieskich, ale zaleca się „Ojcze nasz” i „Zdrowaś, Maryjo”.
Dla uzyskania kilku odpustów zupełnych wystarczy jedna spowiedź sakramentalna, ale każdemu z nich musi towarzyszyć Komunia św. i modlitwa w intencjach papieskich. Nie chodzi tu o modlitwę za papieża, ale w intencjach, które papież wyznacza na każdy miesiąc lub które nosi w swoim sercu. Wierny nie musi ich znać, wystarczy, że ma wolę modlitwy w tych intencjach.
W przypadku osób, które nie mają możliwości spełnienia przepisanych dzieł i warunków, spowiednicy mogą je zmienić. Rzecz jasna nie dotyczy to obowiązku wyrzeczenia się każdego grzechu.
Odpusty można zawsze zyskiwać dla siebie albo dla dusz osób zmarłych, natomiast nie można uzyskać ich dla innych osób żyjących na ziemi.
Trudny warunek
Najtrudniejszym z warunków uzyskania odpustu jest wolność od przywiązania do jakiegokolwiek grzechu, nawet powszedniego. Kluczowe jest słowo „przywiązanie”. Istotą tego wymogu jest radykalna decyzja zerwania z jakąkolwiek okazją, która może prowadzić nas do grzechu. Oznacza to walkę z pokusami i gotowość odrzucenia tego, co wiąże nas z naszymi słabościami, zerwania ze złymi skłonnościami, nałogami. Oczywiście pozostajemy ludźmi grzesznymi i słabymi, ale chcąc uzyskać odpust, musimy mieć szczerą wolę porzucenia nie tylko grzechu, ale zerwania wszelkich nici, które nas do niego przyciągają. Należy tu liczyć nie na siebie, ale na Boga, który może i chce dać nam siłę do wyjścia z niewoli grzechu. Dobrze jest więc tego dnia zwrócić się do Niego z prośbą o pomoc i wzmocnienie na drodze wypełniania Jego woli.
W ciągu roku istnieje wiele okazji do zyskania odpustów. Listopad jest pod tym względem wyjątkowy. W miesiącu tym Kościół umożliwia zyskiwanie odpustów za zmarłych w szczególny sposób. Obowiązują podane wyżej warunki zasadnicze: bycie w stanie łaski uświęcającej, spowiedź i Komunia św., a także wyzbycie się przywiązania do jakiegokolwiek grzechu. Należy ponadto nawiedzić cmentarz, kościół, kaplicę publiczną (albo półpubliczną w przypadku tych, którzy prawnie z niej korzystają, jak członkowie zgromadzeń zakonnych), odmówić „Ojcze nasz”, „Wierzę w Boga” i jakąkolwiek inną modlitwę w intencjach papieskich. Od 1 do 8 listopada można starać się o uzyskanie za zmarłych odpustu zupełnego, a w pozostałych dniach tego miesiąca – odpustu cząstkowego.
Skutki grzechu
Nauce o odpustach często towarzyszą nieporozumienia, szczególnie w odniesieniu do pojęcia kary doczesnej i konieczności jej poniesienia. Jest to tym częstsze, im bardziej zanika poczucie grzechu i świadomość szkód, jakie on wyrządza grzesznikowi i innym.
Kościół uczy, że popełnienie grzechu skutkuje na dwa sposoby. Po pierwsze, całkowicie lub częściowo zrywa wspólnotę z Bogiem. Konsekwencją grzechu śmiertelnego jest kara wieczna – utrata życia wiecznego. Drugim skutkiem grzechu jest zaburzenie ładu ustanowionego przez Boga i zakłócenie relacji z bliźnimi, co pociąga karę doczesną, ograniczoną w czasie.
Bóg daruje człowiekowi winę i karę wieczną w dobrze przeżytej spowiedzi, ale pozostaje kara doczesna, która jest wieloraką raną zadaną człowiekowi przez grzech. Paweł VI w konstytucji apostolskiej Indulgentiarum doctrina przypomina, że kary są następstwem grzechów, a nakłada je boska świętość i sprawiedliwość. „Muszą one być poniesione albo na tym świecie przez cierpienia, nędze i utrapienia tego życia, a zwłaszcza przez śmierć, albo też w przyszłym życiu przez ogień i męki, czyli kary czyśćcowe”. Papież wyjaśnia, że Pan nakłada kary dla oczyszczenia dusz. „Każdy bowiem grzech powoduje zakłócenie powszechnego porządku, który ustalił Bóg z niewypowiedzianą mądrością i nieskończoną miłością; przynosi też zniszczenie ogromnych dóbr tak samego grzesznika, jak społeczności ludzkiej” – pisze. Wskazuje, że „do pełnego odpuszczenia grzechów i do tak zwanej naprawy konieczne jest nie tylko odnowienie przyjaźni z Bogiem: przez szczere nawrócenie duchowe i odpokutowanie obrazy wyrządzonej Jego mądrości i dobroci, lecz także całkowite przywrócenie wszystkich dóbr, pomniejszonych lub zniszczonych przez grzech”.
Ojciec Święty stwierdza, że dobra te muszą być przywrócone przez „dobrowolną naprawę, co się nie obejdzie bez trudu”, albo przez poniesienie kar wymierzonych przez Boga.
Paweł VI przywołuje naukę o czyśćcu, która mówi, że nawet gdy wina została już odpuszczona, często pozostają kary, które trzeba spłacić lub pozostałości po grzechach, z których trzeba się oczyścić.
Kary czyśćcowe należą do kar doczesnych, bo czyściec jest rzeczywistością „doczesną” – trwającą do jakiegoś czasu. W tę rzeczywistość wpisuje się odpust, przez który skruszonemu grzesznikowi jest darowana także kara doczesna za grzechy, które zostały już zgładzone co do winy w akcie sakramentalnym.
Jeśli człowiek schodzi z tego świata bez oczyszczenia z kary doczesnej, Kościół oferuje możliwość niesienia mu pomocy w procesie darowania tej kary. O możliwości odpuszczenia kar po śmierci mówi 2 Księga Machabejska (2 Mch 12,38-45). Kościół udziela odpustów za zmarłych na sposób wstawiennictwa – ofiarowuje Bogu zadośćuczynienie ze wspólnego „skarbca” i prosi Go, żeby policzył je na korzyść danego zmarłego. Paweł VI tłumaczy, że duchowy skarbiec Kościoła „nie jest zbiorem dóbr, gromadzonych przez wieki na kształt materialnych bogactw, lecz nieskończoną i niewyczerpaną wartością, jaką mają u Boga zadośćuczynienia i zasługi Chrystusa Pana”. Papież dodaje, że do tego skarbu należą też „modlitwy i dobre uczynki Najświętszej Maryi Panny i Wszystkich Świętych, którzy idąc śladami Chrystusa, dzięki Jego łasce, uświęcili samych siebie i spełnili posłannictwo otrzymane od Ojca”. W ten sposób owi święci, „pracując nad własnym zbawieniem, przyczynili się również do zbawienia swych braci w jedności Mistycznego Ciała”.
Kościół zaprasza
Praktyka odpustowa Kościoła ma od stuleci „złą prasę” przede wszystkim z powodu nadużyć w jej stosowaniu. Paweł VI przyznaje, że tak się działo, „bądź dlatego, że »z powodu dawania bez różnicy i zbytecznych odpustów« gardzono władzą kluczy Kościoła i podważano wartość pokutnego zadośćuczynienia, bądź dlatego, że z powodu »niegodziwych zysków« nazwa odpustów była przedmiotem bluźnierstw”. Papież przypomina, że Kościół „karcąc i poprawiając nadużycia” nakazał zachować praktykę odpustów. Kościół także dzisiaj „zaprasza wszystkie swoje dzieci, aby rozważały i zastanawiały się, jak wielką wartość ma praktyka odpustów dla podniesienia poziomu życia jednostek, a nawet całej społeczności chrześcijańskiej”.
Franciszek Kuchaczak/Gość Niedzielny
***
Uroczystość Wszystkich Świętych

Lawrence OP CC
***
Kanonizując niektórych wiernych, to znaczy ogłaszając w sposób uroczysty, że ci wierni praktykowali heroicznie cnoty i żyli w wierności łasce Bożej, Kościół uznaje moc Ducha świętości, który jest w nim, oraz umacnia nadzieję wiernych, dając im świętych jako wzory i orędowników (Por. Sobór Watykański II, konst. Lumen gentium, 40; 48-51).
“W ciągu całej historii Kościoła w okolicznościach najtrudniejszych święte i święci byli zawsze źródłem i początkiem odnowy” (Jan Paweł II, adhort. apost. Christifideles laici, 16) . Istotnie, “świętość Kościoła jest tajemniczym źródłem i nieomylną miarą jego apostolskiego zaangażowania oraz misyjnego zapału” (Jan Paweł II, adhort. apost. Christifideles laici, 17).
Wstawiennictwo świętych. “Ponieważ mieszkańcy nieba, będąc głębiej zjednoczeni z Chrystusem, jeszcze mocniej utwierdzają cały Kościół w świętości… nieustannie wstawiają się za nas u Ojca, ofiarując Mu zasługi, które przez jedynego Pośrednika między Bogiem i ludźmi, Jezusa Chrystusa, zdobyli na ziemi… Ich przeto troska braterska wspomaga wydatnie słabość naszą” (Sobór Watykański II, konst. Lumen gentium, 49).
Nie płaczcie, będziecie mieli ze mnie większy pożytek i będę wam skuteczniej pomagał niż za życia (Św. Dominik, umierając, do swoich braci; por. Jordan z Saksonii, Libellus de principiis Ordinis praedicatorum, 93). Przejdę do mojego nieba, by czynić dobrze na ziemi (Św. Teresa od Dzieciątka Jezus, Novissima verba)
Komunia ze świętymi. “Nie tylko jednak ze względu na sam ich przykład czcimy pamięć mieszkańców nieba, ale bardziej jeszcze dlatego, żeby umacniała się jedność całego Kościoła w Duchu przez praktykowanie braterskiej miłości. Bo jak wzajemna łączność chrześcijańska między pielgrzymami prowadzi nas bliżej Chrystusa, tak obcowanie ze świętymi łączy nas z Chrystusem, z którego, niby ze Źródła i Głowy, wypływa wszelka łaska i życie Ludu Bożego” (Sobór Watykański II, konst. Lumen gentium, 50).
Składamy hołd (Chrystusowi) w naszej adoracji, gdyż jest Synem Bożym, męczenników zaś kochamy jako uczniów i naśladowców Pana, a to jest rzeczą słuszną, gdyż w niezrównanym stopniu oddali się oni na służbę swojemu Królowi i Mistrzowi. Obyśmy również i my mogli stać się ich towarzyszami i współuczniami (Św. Polikarp, w: Martyrium Polycarpi, 17).
Aleteia.pl./Ewangelia na co dzień
***
Czym różnią się od siebie listopadowe święta?
fot. Pixabay
***
Na początku listopada obchodzone są Uroczystość Wszystkich Świętych i wspomnienie wszystkich wiernych zmarłych. Czym te święta się różnią tłumaczy ks. dr hab. Marcin R. Wysocki, prof. KUL z Wydziału Teologii.
Dzień Wszystkich Świętych, jak wskazuje na to choćby biały kolor szat liturgicznych, to dzień radosny. Podstawowym wymiarem tego święta jest radość z tego powodu, że w niebie są ludzie, którzy poprzez swoje życie na ziemi osiągnęli stan świętości. Gdy mówimy świeci, najczęściej mamy na myśli tych, którym Kościół oficjalnie nadał tytuł świętego czy błogosławionego. Tymczasem ten dzień tak naprawdę mówi nam, że oprócz tych oficjalnie ogłoszonych świętych jest cała rzesza nieznanych, tych którzy w swoim codziennym życiu realizowali chrześcijańską doskonałość i robili to stopniu heroicznym. Oni także są świętymi czyli tymi, którzy już przebywają z Bogiem, są zbawieni i osiągnęli szczyt doskonałości chrześcijańskiej, cel, do którego my wszyscy zmierzamy czyli niebo. I to jest dzień, kiedy tych wszystkich świętych wspominamy, oddajemy im cześć, prosimy o wstawiennictwo u Boga, z którym oni są już we wspólnocie.
Natomiast 2 listopada obchodzimy wspomnienie wszystkich wiernych zmarłych. Wspominamy tych wszystkich, którzy od nas odeszli, którzy nie są jeszcze świętymi, którzy potrzebują jeszcze naszej pomocy, naszej modlitwy i którzy jeszcze nie doszli do tego celu ostatecznego, jakim jest niebo. I to jest zasadnicza różnica między tymi dniami. Pierwszego dnia cieszymy się wspólnotą świętych, drugiego wspominamy i modlimy się za zmarłych.
Pierwsze dni listopada są tradycyjnie poświęcone modlitwie za zmarłych. Przejawia się ona między innymi w możliwości uzyskania odpustu zupełnego, który jest darowaniem win, jakie każdy z nas jako człowiek zaciąga przez grzech. W te dni taki odpust możemy ofiarować za zmarłych, aby pomóc im w osiągnięciu nieba. To wyraz naszej wspólnoty ze zmarłymi, którzy potrzebują naszej pomocy i wstawiennictwa wszystkich świętych.
e-KaI
***
1 i 2 listopada. Co tak naprawdę świętujemy?

fot. Canva
***
Kwiaty, znicze, liście pożółkłe jesienią, kolejki przy cmentarzach. Idą Święta. Trzecie w skali ważności całego roku, po Bożym Narodzeniu i Wielkiej Nocy – Święto Zmarłych.
Tak, to prawda, formalnie nie ma takiego święta, jest Uroczystość Wszystkich Świętych i Dzień Zaduszny, ale w praktyce przez dwa dni obchodzimy „święto zmarłych”, choć drugi dzień nie zawsze jest wolny. I do tego dwa weekendy – jeden przed a drugi po pierwszym listopada. To też moment celebracji tych samych świąt, czyli… właściwie jakich?
Wszystkich Świętych. Co tak naprawdę świętujemy?
Praktyka duszpasterska wskazuje, że wielu katolików w tym czasie przeżywa rozdarcie i wątpliwości dotyczące tego, co tak naprawdę mają świętować i w jaki sposób.
Z jednej strony liturgia Kościoła mówi najpierw o wspominaniu ludzi świętych, czytania podczas mszy świętej ani kolor szat nie wskazują na żałobę, lecz radość. Jakby tego było mało, w wielu parafiach organizowane są bale Wszystkich Świętych. A przecież nasze serca i uczucia są już przy bliskich zmarłych. I choć Kościół wspomni ich 2 listopada, w dniu Wspomnienia Wiernych Zmarłych, to cały nasz wysiłek organizacyjny i mentalny skoncentrowany jest właśnie wokół cmentarzy i bliskich, którzy już odeszli i nie ma ich z nami. I jeszcze te dynie…
Uroczystość Wszystkich Świętych odwraca naszą uwagę od bliskich zmarłych?
Uroczystość Wszystkich Świętych nie jest po to, by odwrócić naszą uwagę od bliskich zmarłych. Wręcz przeciwnie. Chodzi o to, byśmy nasze myśli umieścili w odpowiedniej perspektywie. O śmierci można myśleć na wiele sposobów, nie wszystkie jednak muszą być właściwe.
Można przecież epatować śmiercią, odzierać ją z odpowiedniej powagi albo odwrotnie – wzbudzać lęk i przerażenie przed jej nadejściem. Chrześcijanin ani nie lekceważy, ani nie boi się śmierci, ponieważ wierzy mocno, że śmierć tu na ziemi nie jest ostatnim akordem życia. W rytuale pogrzebowym modlimy się, mówiąc, że z chwilą śmierci nasze życie zmienia się, ale się nie kończy. Uroczystość Wszystkich Świętych jest przypomnieniem kierunku naszego życia i obietnicy zbawienia. „Nie przyszedłem, aby świat potępić, ale zbawić” (J 12,47) mówi Jezus i co jakiś czas musi nam tę prawdę przypominać.
Tak śmierć bliskich wpływa na naszą rzeczywistość
Świadomość śmierci, mojej, czy moich bliskich, jest bardzo często impulsem do refleksji nad przemijaniem, ale nie tylko. W zderzeniu ze śmiercią bliskich osób myślimy przecież nie tylko o życiu przyszłym, ale też o naszej teraźniejszości. Doświadczenie śmierci nie jest więc tylko przypomnieniem kruchości życia, ale niejednokrotnie impulsem do podjęcia zmian jeszcze w tym życiu doczesnym.
Gdy myślimy o bliskich nam osobach, to ich szczęście jest i naszą radością. Taką radość przeżywają rodzice wobec swoich dzieci, czy przyjaciele. Gdy myślimy o bliskich zmarłych, warto spojrzeć na nich w takiej właśnie perspektywie szczęścia. Wierzymy, że są już blisko Jezusa, tak blisko, jak nigdy nie byli tu na ziemi. I niezależnie od wszystkich swoich dawnych ziemskich trosk i słabości, są teraz od nich uwolnieni. Możemy i my ucieszyć się ich radością. Tak, jak czynią to Wszyscy Święci.
ks. Przemysław Ćwiek/ Stacja7.pl
***
„Nadchodzą zaślubiny”. Ojciec Joachim Badeni i sekret wiecznej młodości
„Śmierć? Każdemu polecam!” – uśmiechał się ojciec Joachim Badeni, podpowiadając: „Trzeba tak żyć, żeby nie było śmierci, tylko przejście”.

METROPOLITAN MUSEUM OF ART
***
Śmierć – słowo, które nie przechodzi przez usta współczesnej kulturze, starającej się ją ułaskawić przez przebieranki w tandetne halloweenowe ciuszki. A ojciec Joachim Badeni mawiał: „Śmierć? Każdemu polecam!”, parafrazując zawołanie Teresy z Lisieux: „Ja nie umieram, ja wstępuję w życie (…). Idę do nieba! Wracam do Ojczyzny, odnoszę zwycięstwo!”.
Mam pewność
Po 18 latach Dom Wydawniczy Rafael wznowił połączone w całość dwa wywiady, których dominikanin udzielił Alinie Petrowej-Wasilewicz: „Śmierć? Każdemu polecam!” i „…żywot wieczny. Amen”.
„Ujrzą Syna Człowieczego, nadchodzącego w obłoku z mocą i wielką chwałą (Łk 21,25-28). Wierzymy w to” – rzuca dziennikarka, a o. Joachim odpowiada: „Ja mam pewność. Czy inni mają, nie wiem. Po zawale, gdy leżałem w szpitalu, otrzymałem zupełną pewność przyszłego życia, przyjścia Pana, tak zwanej paruzji. To było symboliczne spojrzenie. Zło miało postać karaluchów, które uciekały przed wielką procesją ludzkości zbawionej i prowadzonej przez Chrystusa. Gdy człowiek zaświeci w nocy w kuchni światło, nagle wśród karaluchów wybucha panika, wszystkie uciekają. Tak samo zniknie zło. Nie wiemy, jak to będzie wyglądać. Wiara wyprzedza widzenie. Będzie drugie przyjście Chrystusa. Co do tego nie mam cienia wątpliwości. Św. Paweł pisał, że naszych doczesnych cierpień nie można porównywać ze szczęśliwą wiecznością. Nawet najgorsze doczesne cierpienia w porównaniu z rajem są jak ukłucie szpilki. Nawet pobyt w łagrze przez dziesiątki lat, co jest rzeczą potworną, jest właściwie niczym wobec szczęścia w niebie. Weźmy opis łagrowego okropieństwa Gustawa Herlinga-Grudzińskiego, który był w sowieckich gułagach. Gehenna ludzi, którzy tam trafili, trwała nieraz lata, ale wobec wieczności jest niczym”.
Koniec świata!
Dla ojca Joachima koniec świata jest zaślubinami Baranka, a nie krwawą apokaliptyczną jatką. W jego nauczaniu nie znajdziemy popularnej dziś lękowej narracji, a słowo „apokalipsa” nie kojarzy się z filmowym zapachem napalmu o poranku, ale pełną światła paschalną opowieścią o triumfie Baranka. To księga godów i zaślubin Oblubienicy, która stroi się w weselną suknię.
Jak przygotowywać się do tych wydarzeń? Żyjąc w dziękczynieniu. „Człowiek, który się modli modlitwą uwielbienia, stopniowo przemienia się w Chwałę Bożą. Jan od Krzyża powiedział, że na szczycie góry Karmel mieszka tylko Chwała i że człowiek jest stworzony tylko do Chwały. To jest jego dziedzictwo, a my dziś już po to dziedzictwo sięgamy” – podpowiada o. Badeni. „Żeby dojść do światła, trzeba wszystkie ciemności porozbijać. Co chwilę coś staje się ciemne i trzeba znowu tę ciemność rozświetlić. Nie usunąć, bo się nie da, tylko rzucić na nią światło słowa, światło wiary” – dodaje.
W jego słowach odnajduję intuicję towarzyszącego nam przez cały rok św. Augustyna: „Ucz się dobrze umierać, nauczywszy się dobrze żyć, a jeśli boisz się śmierci, ukochaj zmartwychwstanie”.
Jedno wielkie nieszczęście
Słynący z rubasznego humoru i ciętej riposty ojciec Joachim, który na zawołanie sypał z rękawa cytatami z Orygenesa i Tolkiena, jest w tej książce poważny. O zawiłościach eschatologii opowiada z właściwą sobie prostotą, ale nie żartuje. Na przykład gdy mówi o tym, że Jezus powróci jako król i sędzia. Jak mocno w jego uszach brzmią słowa, które wypowiedział w innej rozmowie rzece z Judytą Syrek: „Temu, kto by skrzywdził dziecko – jak powiedział Syn Boży – byłoby lepiej uwiązać kamień młyński do szyi i wrzucić go w morze. Uważam, że myślał wtedy o wszystkich pedofilach” (wielokrotnie dominikanin nazywał ten grzech „wołającym o pomstę do nieba”).
Jest niezwykle poważny, gdy opowiada o rzeczywistości piekła. „To całkowita izolacja człowieka od wszelkiego szczęścia, bliskości. Całkowita samotność i poczucie, że nigdy, nigdy nie będzie żadnego szczęścia. Jedno wielkie nieszczęście. Brak Boga przeżyty jako totalna katastrofa. Rozpacz. W »Boskiej komedii« Dantego nad bramą piekła widnieje napis: »Porzućcie wszelką nadzieję«. Są osoby, które widziały piekło – na przykład św. Teresa z Ávili – i to jest straszne widzenie. Ja nie miałem widzenia, ale kilka razy poczucie bliskości szatana. Potworne. Odczucie totalnej wrogości, totalnej nienawiści i chęci zniszczenia mnie” – opowiada kandydat na ołtarze.
Przyjdź!
Dlaczego wydawca zdecydował się wznowić książki? Bo, jak wyjaśnia, wydają się one z dnia na dzień coraz bardziej aktualne. To zrozumiałe. Filozof Rafał Tichy opowiadał mi: „Skoro nie wiemy, kiedy nadejdzie Chrystus, to od dwóch tysięcy lat każde trzęsienie ziemi, każda wojna, każdy kryzys Kościoła są antycypacją znaków ostatecznych. Nie wiemy, czy to jest ta miara znaków, która oznacza, że On już stoi u drzwi. Grzegorz Wielki, który podczas upadku Cesarstwa Rzymskiego widział pożogę, krew, mógł myśleć: spełnia się Apokalipsa. My też mamy takie prawo”.
Pierwszy Kościół żył w napięciu, oczekując realizacji słów: „Nie przeminie to pokolenie, aż się to wszystko stanie”.
Sekret wiecznej młodości
„Umiera człowiek i co dalej?” – pyta Alina Petrowa-Wasilewicz, a ojciec Joachim odpowiada: „Dla ateistów śmierć jest końcem wszystkiego. Ale człowiek wierzący wie, że jest początkiem prawdziwego życia. Gdy myślę o własnej śmierci, ogarnia mnie zupełnie czysta radość, przeżycie chyba w swej istocie mistyczne. Lęk przed śmiercią jest naturalny, ale powinien być pokonany wiarą w życie wieczne, radością na myśl o nim. Być może taka radość jest już przedsmakiem nieba. Człowiek wierzący jest duchowo wiecznie młody”.
Bracia towarzyszący o. Joachimowi nie mieli wątpliwości: „Tak umierają święci”.
– Opiekowałem się o. Joachimem, gdy umierał. Miał wielkie odleżyny i z braćmi delikatnie go przewracaliśmy na drugi bok. „Ale my ojca kochamy” – rzuciliśmy kiedyś. „Nie, to ja was kocham” − odparł. I zaczął się z nami przekomarzać. „Nie, to my ojca kochamy!”. „Ja was kocham!”. W pewnym momencie był już zniecierpliwiony tą żonglerką i zamilkł. Po chwili jednak rzucił: „Ale ja was i tak bardziej kocham” – wspominał o. Mateusz Kosior. – Miałem wrażenie że o. Joachim nieustannie się modli. Oddycha modlitwą. Był tu i teraz, a jednocześnie zanurzony w innym wymiarze – dodał.
„Muszę wyjaśnić jedno: ja nie wierzę w duchy. Wierzę w Ducha. Nie miewałem żadnych prywatnych objawień czy widzeń. Nic z tych rzeczy. Ale pamiętam świetnie pewną noc. Obudziło mnie wyraźne pukanie do drzwi. Wygramoliłem się z łóżka, patrzę: trzecia w nocy. Pukanie było wyraźne. To nie był sen. Otwieram drzwi, na korytarzu nikogo. Pomodliłem się: może komu to potrzebne? O świcie dostałem SMS-a: »Przed paroma godzinami zmarł o. Joachim Badeni«. Wierzę, że przyszedł się ze mną pożegnać” – wspominał o. Leon Knabit OSB.
„Dzisiaj… wieczorem… nastąpią… zaślubiny… z… Jezusem. Wszystko… przygotowane” – wyszeptał sędziwy dominikanin 11 marca 2010 roku.
„Cóż oddam Panu za wszystko, co mi wyświadczył? Gdy życie jest odpowiedzią, śmierć staje się powrotem do domu” – pisał Abraham Joshua Heschel. „Są trzy formy opłakiwania zmarłego, jedna doskonalsza od drugiej: łzy – ta stoi najniżej; milczenie – ta jest lepsza, i pieśń – ta jest najdoskonalsza” – wskazywał.
Ojciec Joachim dodał czwartą formę: taniec, bo bracia wspominają, że przed śmiercią wyszeptał: „Idę tańczyć”.
Na jego zdjęciu, które noszę w portfelu, czytam: „Trzeba tak żyć, żeby nie było śmierci, tylko przejście. Jak to zrobić? Trzeba poznać i pokochać żywego Boga, wtedy poczuje się, że śmierć jest przejściem, a nie końcem”.
„Jak już dominikanie, najbardziej złośliwy zakon świata, napisali, że o. Badeni umarł w opinii świętości, to to musiała być prawda” – śmieją się zakonnicy w białych habitach. Ruszyły prace przygotowujące proces beatyfikacyjny. Bracia proszą wszystkich, którzy mieli osobisty kontakt z ojcem Joachimem, o przesyłanie związanych z nim świadectw. Można je wysłać na adres: swiadectwa.badeni @gmail.com.
Marcin Jakimowicz/Gość Niedzielny
***
Ojciec Joachim Badeni OP z przesłaniem dla naszych czasów. „Amen” – rozmowy, które leczą lęk przed śmiercią (wywiad)

fot: Anna Zając
***
Rozmawiamy z Aliną Petrową-Wasilewicz o najnowszej książce “Amen”, będącej kompilacją jej rozmów z ojcem Joachimem o śmierci i sprawach ostatecznych
Wczasach, gdy coraz trudniej mówić o cierpieniu i śmierci bez lęku, powraca głos dominikanina, który potrafił o tych tematach mówić z pogodą ducha i błyskiem w oku, często żartując sam z siebie. Rozmowy spisane przez autorkę pokazują ojca Joachima Badeniego OP jako przewodnika w drodze ku wieczności – pełnego mądrości, ciepła, dowcipu i wewnętrznej wolności.

Aleteia: Pani Alino, dla kogo jest książka „Amen. O rzeczach ostatecznych”?
Alina Petrowa-Wasilewicz: – Książka „Amen. O rzeczach ostatecznych” w założeniu adresowana jest do szerokiego grona odbiorców, gdyż nie jest hermetyczna, a dostępna w odbiorze. Jednak przypuszczam, że w naturalny sposób sięgną po nią osoby starsze, gdyż temat „zbliża się” do nich oraz ludzie, którzy przeżyli jakiś przełom w życiu i na wiele spraw spojrzą w nowy sposób, uwzględniając perspektywę wieczności.
Bardzo liczę jednak na to, że przeczytają ją także ludzie młodzi i uświadomią sobie, jak bezcennym darem jest życie i że będzie to dla nich doping i zachęta żeby nie zmarnowali z tego skarbu ani sekundy.

Czy w dzisiejszym świecie, który z jednej strony unika tematów cierpienia i śmierci, a z drugiej strony jest pełen lęku, słowa ojca Badeniego mogą być odpowiedzią na wiele pytań, które zadajemy sobie na co dzień?
– Książka o. Badeniego jest doskonałym lekiem na dzisiejsze problemy. Żyjemy w czasach, w których obalone zostały liczne tabu, ale też stworzono obszerne strefy nakazanego milczenia, czyli nowych tabu. Ludzie, którzy żyją w świecie skasowanego nieba, dążą do tego, żeby przeżyć niebo na ziemi a w końcu przekonują się, że to niemożliwe, że to absurd. Są rozczarowani, zalęknieni, cierpią na depresje.
O. Joachim przypomina o zapomnianym Niebie, dla niego oczywiste jest, że ono istnieje, gdyż istnieje kochający Bóg, a nasze życie jest drogą do Nieba, a bramą – nasza śmierć. Ojciec Joachim łagodnie i spokojnie, a także z krzepiącym optymizmem i poczuciem humoru to tabu unieważnia – i prowadzi swoich odbiorców ku światłości i miłości. Jest doskonałym terapeutą, dzięki któremu odbiorcy przestają się bać i zaczynają akceptować swój los, także to, co w nim trudne.

Co najbardziej zaskakiwało Panią w ojcu Joachimie?
– Spotkanie z o. Joachimem uważam za wielki przywilej. Na początki lat 2000. pojechałam do Krakowa żeby zrobić z nim wywiad dla Katolickiej Agencji Informacyjnej i tak zaczęły się nasze kontakty. Na tle „statystycznej ludzkiej przeciętnej” naszych czasów jawił się jako osoba z innego świata, wyjątkowa. I choć jego świat, który go ukształtował, obiektywnie już nie istniał, ale żył w Ojcu. Była w nim rycerskość, odwaga, przeświadczenie, że złu trzeba bezwzględnie się przeciwstawiać, niezależnie od konsekwencji. A także elegancja, doskonałe maniery i szacunek dla każdego człowieka.
Co do zaskoczeń – zadziwiało mnie, że nie było w nim poczucia straty i goryczy z tego powodu. Należał przecież do tzw. elit urodzenia, był jednym z najbogatszych ludzi II Rzeczpospolitej, jednak z lekkością się z tym rozstał, mówił, że Stalin pozbawił go dużego kłopotu – trzema majątkami trzeba było przecież zarządzać, a tak – w jednej chwili zabrał mu wszystko – kłopot z głowy, poczuł się wolny. Nie oglądał się za siebie.

Czy my, tu na ziemi, możemy odnaleźć skrawek nieba? Co ojciec Badeni mówił na ten temat?
Jakie jest najważniejsze przesłanie książki „Amen. O rzeczach ostatecznych”? Patrzy Pani na tę treść już z perspektywy czasu – jak dziś, po kilkunastu latach, Pani ją odczytuje?
– Najważniejszym przesłaniem książki „Amen. O rzeczach ostatecznych” jest ukazanie życia jako drogi do kochającego Boga. Zbliżam się, z powodu wieku, do owego „Amen” i o. Joachim dodaje mi otuchy i łagodzi lęki, zapewnia, że zbliżam się do wielkiej radości. I mam nadzieję, a nawet pewność – Tam się spotkamy.
Aleteia.pl
Przeczytaj wybór cytatów z książki:
![{"rendered":"Ojciec Joachim Badeni OP z przes\u0142aniem dla naszych czas\u00f3w [galeria]"}](https://wp.pl.aleteia.org/wp-content/uploads/sites/9/2025/10/o-joachim-badeni-op-cytat8.jpg?w=620&h=310&crop=1?resize=620,310&q=75)
© fot: Anna Zając/ canva/ Aleteia
***
„Nikt nie żyje sam. Nikt nie grzeszy sam. Nikt nie będzie zbawiony sam”.
Benedykt XVI o pomocy duszom w czyśćcu

(Oprac. GS/PCh24.pl)
***
„Jako chrześcijanie nie powinniśmy pytać się jedynie: jak mogę zbawić siebie samego? Powinniśmy również pytać siebie: co mogę zrobić, aby inni zostali zbawieni i aby również dla innych wzeszła gwiazda nadziei? Wówczas zrobię najwięcej także dla mojego własnego zbawienia” – napisał Benedykt XVI w encyklice Spe salvi.
Rozważania dotyczące pomocy duszom czyśćcowym odnajdziemy w rozdziale trzecim encykliki „Sąd Ostateczny jako miejsce uczenia się i wprawiania w nadziei”, którego fragment prezentujemy poniżej:
Trzeba tu wspomnieć jeszcze jeden motyw, gdyż ma on znaczenie dla praktykowania chrześcijańskiej nadziei. Już we wczesnym judaizmie istnieje myśl, że można przyjść z pomocą zmarłym w ich przejściowym stanie poprzez modlitwę (por. na przykład 2 Mch 12, 38-45: I wiek przed Chrystusem). W sposób naturalny podobna praktyka została przejęta przez chrześcijan i jest wspólna dla Kościoła wschodniego i zachodniego.
Wschód nie uznaje oczyszczającego i pokutniczego cierpienia dusz «na tamtym świecie», ale uznaje różne stopnie szczęśliwości lub też cierpienia w stanie pośrednim. Duszom zmarłych można jednak dać «pokrzepienie i ochłodę» poprzez Eucharystię, modlitwę i jałmużnę.
W ciągu wszystkich wieków chrześcijaństwo żywiło fundamentalne przekonanie, że miłość może dotrzeć aż na tamten świat, że jest możliwe wzajemne obdarowanie, w którym jesteśmy połączeni więzami uczucia poza granice śmierci. To przekonanie również dziś pozostaje pocieszającym doświadczeniem. Któż nie pragnąłby, aby do jego bliskich, którzy odeszli na tamten świat, dotarł znak dobroci, wdzięczności czy też prośba o przebaczenie?
Można też zapytać: jeżeli «czyściec» oznacza po prostu oczyszczenie przez ogień w spotkaniu z Panem, Sędzią i Zbawcą, jak może wpłynąć na to osoba trzecia, choćby była szczególnie bliska?
Kiedy zadajemy podobne pytanie, musimy sobie uświadomić, że żaden człowiek nie jest monadą zamkniętą w sobie samej. Istnieje głęboka komunia między naszymi istnieniami, poprzez wielorakie współzależności są ze sobą powiązane. Nikt nie żyje sam. Nikt nie grzeszy sam. Nikt nie będzie zbawiony sam. Nieustannie w moje życie wkracza życie innych: w to, co myślę, mówię, robię, działam. I na odwrót, moje życie wkracza w życie innych: w złym, jak i w dobrym. Tak więc moje wstawiennictwo za drugim nie jest dla niego czymś obcym, zewnętrznym, również po śmierci.
W splocie istnień moje podziękowanie, moja modlitwa za niego mogą stać się niewielkim etapem jego oczyszczenia. I dlatego nie potrzeba przestawiać czasu ziemskiego na czas Boski: w obcowaniu dusz zwykły czas ziemski po prostu zostaje przekroczony.
Nigdy nie jest za późno, aby poruszyć serce drugiego i nigdy nie jest to bezużyteczne. W ten sposób wyjaśnia się ostatni ważny element chrześcijańskiego pojęcia nadziei. Nasza nadzieja zawsze jest w istocie również nadzieją dla innych; tylko wtedy jest ona prawdziwie nadzieją także dla mnie samego.
Jako chrześcijanie nie powinniśmy pytać się jedynie: jak mogę zbawić siebie samego? Powinniśmy również pytać siebie: co mogę zrobić, aby inni zostali zbawieni i aby również dla innych wzeszła gwiazda nadziei? Wówczas zrobię najwięcej także dla mojego własnego zbawienia.
źródło: Benedykt XVI, Spe salvi – tłum. za vatican.va/PCh24pl
***

+++
Pamiętajmy w naszych modlitwach o kapłanach, którzy duszpasterzowali poprzednim naszym pokoleniom na szkockiej ziemi i przeszli już przez próg śmierci do życia wiecznego:
+KSIĄDZ INFUŁAT LUDWIK BOMBAS (1892 – 1970) – REKTOR POLSKIEJ MISJI KATOLICKIEJ W SZKOCJI – EDYNBURG
+KS. KANONIK JAN GRUSZKA (1909 – 1974) – GLASGOW
+KSIĄDZ PRAŁAT WINCENTY NAGI-DROBINA (1913 – 1988) – REKTOR POLSKIEJ MISJI KATOLICKIEJ W SZKOCJI – FALKIRK
+O. PIUS LEWANDOWSKI OFM (1907 – 1997) – KIRKCALDY, DUNDEE, ABERDEEN
+KSIĄDZ KANONIK BOLESŁAW SZUBERLAK (1912 – 2000) – EDYNBURG
+KSIĄDZ ANTONI DĘBKOWSKI SAC (1943 – 2004) – FALKIRK
+KSIĄDZ BOGDAN PAŁKA SDS (1963 – 2024) – Perth
+++

+++
Również w naszych modlitwach polecajmy Bożemu Miłosierdziu wszystkich Rodaków, których groby są na szkockiej ziemi.
+++
W miesiącu listopadzie każdego dnia odprawiana jest Msza święta w intencji zmarłych, których Imiona wypisaliście na kartkach a także w intencji tych zmarłych, z którymi razem pielgrzymowaliśmy po tym ziemskim padole i na naszej ojczystej ziemi i tu, na tej szkockiej.
+++
Wypominki za zmarłych.
Czym są i dlaczego je zamawiamy?
fot. cottonbro/Pexels
***
Modlitwa błagalna za zmarłych, zwana “wypominkami” była praktykowana już w starożytności! Skąd wzięła się ta forma modlitwy za zmarłych? Dlaczego co roku przed uroczystością Wszystkich Świętych zamawiamy wypominki?
Wypominki za zmarłych to modlitwa połączona z wymienianiem imion i nazwisk naszych bliskich zmarłych: rodziców, krewnych, przyjaciół, współmałżonków, dzieci.
Skąd wzięły się wypominki?
Wypominki w starożytnej liturgii odczytywano podczas tzw. dyptyki, na których zapisywano zarówno składających ofiarę, jak i tych, za których ona była składana. Ich odczytywanie trwało niekiedy bardzo długo, dlatego z czasem zastąpiły je krótsze memento (czyli wspomnienia).
Stopniowo przyjęła się też znana do dzisiaj praktyka odprawiania Mszy Świętych za zmarłych pokutujących w czyśćcu. Podczas każdej Eucharystii Kościół modli się za wszystkich, którzy odeszli z tego świata. Używa wtedy słów: Pamiętaj także o naszych zmarłych braciach i siostrach i o wszystkich, którzy odeszli już z tego świata. Dopuść ich do oglądania Twojej światłości (II Modlitwa Eucharystyczna).
Po co składamy wypominki za zmarłych?
Dzisiejsze wypominki, są kontynuacją starożytnych dyptyków. Mają bardzo podobny sens. Przede wszystkim są one wyrazem miłości i jedności całego Kościoła: pielgrzymującego na ziemi i tego, który przeszedł już granicę śmierci. Pisząc imiona zmarłych na kartkach wypominkowych, a następnie je odczytując wyrażamy wiarę, że ich imiona są zapisane w Bożej Księdze Życia.
Podobnie jak w starożytności, do dzisiaj wypominki związane są one z Eucharystią. Za zmarłych wypisanych na kartkach wypominkowych odprawiana jest Msza św. Warto pamiętać, że wypominki nie są tylko i wyłącznie tradycją Kościoła. To modlitwa za zmarłych, aby zostali uwolnieni od grzechów i kar za grzechy. Oznacza to uwolnienie z czyśćca i wejście do nieba, czyli tego stanu życia, do którego wszyscy wierzący zdążamy.
Składając prośbę o wypominki pamiętajmy o tym, że to szczególny wyraz miłości i wyjątkowy sposób modlitwy za dusze tych, którzy już odeszli.
Kiedy odmawiane są wypominki za zmarłych?
Modlitwa ta odmawiana jest codziennie przez oktawę uroczystości Wszystkich Świętych w wypominkach jednorazowych lub też oktawalnych – przez 8 dni od uroczystości Wszystkich Świętych, półrocznych i rocznych – odczytywanych przed niedzielnymi Mszami św.
ks.Rafał Bobek/Stacja7
***
Witaj Królowo, Matko Miłosierdzia, życie, słodyczy i nadziejo nasza, witaj!
Do Ciebie wołamy wygnańcy, synowie Ewy;
Do Ciebie wzdychamy jęcząc i płacząc na tym łez padole.
Przeto, Orędowniczko nasza, one miłosierne oczy Twoje na nas zwróć,
A Jezusa, błogosławiony owoc żywota Twojego, po tym wygnaniu nam okaż.
O łaskawa, o litościwa, o słodka Panno Maryjo!
+++
Modlitwy św. Gertrudy z Helfty za zmarłych przebywających w czyśćcu:
Ojcze Przedwieczny,
ofiaruję Ci najdroższą Krew Boskiego Syna Twego,
Pana naszego, Jezusa Chrystusa,
w połączeniu ze wszystkimi Mszami świętymi
dzisiaj na całym świecie odprawianymi,
za dusze w czyśćcu cierpiące, za umierających,
za grzeszników na świecie,
za grzeszników w Kościele powszechnym,
za grzeszników w mojej rodzinie,
a także w moim domu.
Amen.
++++++++++++++++++
Niech Jezus Chrystus, dla nas ukrzyżowany, zmiłuje się nad wami, dusze bolejące; niech swoją Krwią zagasi pożerające was płomienie. Polecam was tej niepojętej miłości, która Syna Bożego sprowadziła z nieba na ziemię i wydała na okrutną śmierć. Niech się ulituje nad wami, jak okazał swe miłosierdzie dla wszystkich grzeszników, umierając na krzyżu. Jako zadośćuczynienie za wasze winy ofiaruję tę synowską miłość, jaką Jezus w swym Bóstwie kochał swego Przedwiecznego Ojca, a w Najświętszym Człowieczeństwie najmilszą swoją Matkę. Amen.
(św. Gertruda zmarła przed swoimi pięćdziesiątymi urodzinami i przez ostatnie lata życia ciężko chorowała. Doświadczane cierpienia ofiarowywała przede wszystkim za zmarłych, bo tak bardzo pragnęła, aby dusze czyśćcowe mogły wejść jak najszybciej do Bożego Królestwa. Dlatego poprosiła Pana Jezusa o specjalną modlitwę w tej intencji. Chrystus Pan spełnij jej prośbę i podyktował powyższe słowa dołączając obietnicę, że odmówienie tej modlitwy uwolni z czyśćca za jednym razem tysiąc dusz.)
+++
HOJNIE OBDAROWUJEMY W INTENCJI NASZYCH ZMARŁYCH; BÓG CHCIAŁ TEGO, BYŚMY SOBIE WZAJEMNIE POMAGALI. św. Jan Chryzoston
CZY MOŻECIE WĄTPIĆ, ŻE ZMARLI ODNIOSĄ WIELKĄ KORZYŚĆ Z DZIEŁ MIŁOSIERDZIA, JEŚLI MODLITWY, BĘDĄCE JEDYNIE WESTCHNIENIEM, DLA NICH SĄ POTĘŻNĄ POMOCĄ? św. Augustyn
NIE PODLEGA ŻADNEJ WĄTPLIWOŚCI, ŻE ZMARŁYM PRZEZ OFIARĘ MSZY ŚWIĘTEJ POMOC PRZYNIEŚĆ MOŻNA; ONA SPRAWIA, ŻE PAN BÓG Z NIMI POSTĘPUJE BARDZIEJ MIŁOSIERNIE, ANIŻELI PRZEZ GRZECHY SWOJE ZASŁUŻYLI. św. Augustyn
IM DUSZE W CZYŚĆCIU BLIŻSZE NIEBA, TYM WIĘKSZA ICH TĘSKNOTA ZA BOGIEM. św. Jan Maria Vianney
ODPUSTY ZUPEŁNE GŁADZĄ WSZYSTKIE KARY, JAKIE MIELIBYŚMY PONOSIĆ W CZYŚĆCU. św. Jan Maria Vianney
DUSZE CZYŚĆCOWE NIC DLA SIEBIE ZROBIĆ NIE MOGĄ, LECZ MOGĄ WIELE DLA SWOICH DOBROCZYŃCÓW. św. Jan Maria Vienney
OD KAR CZYŚĆCOWYCH CHRONIĄ NAS TEŻ ODPUSTY, CZERPANE Z PRZEOBFITYCH ZASŁUG JEZUSA CHRYSTUSA, MATKI NAJŚWIĘTSZEJ I ŚWIĘTYCH PAŃSKICH. św. Jan Maria Vianney
MUSIMY MODLIĆ SIĘ ZA DUSZE W CZYŚĆCIU. TO NIEWIARYGODNE, CO ONE MOGĄ UCZYNIĆ DLA NASZEGO DUCHOWEGO DOBRA, Z DZIĘCZNOŚCI DLA TYCH NA ZIEMI, KTÓRZY PAMIĘTAJĄ O MODLITWIE ZA NIE. św. Jan Maria Vianney
PO PROSTU, BEZBOŻNYM I BEZ SERCA JEST TEN, KTO NIE WZRUSZA SIĘ ICH MĘKAMI I NIE NIESIE POMOCY CIERPIĄCYM, CHOĆ MOŻE TO UCZYNIĆ. św.Stanisław Papczyński
+++
Msze św. wieczyste i odpusty cząstkowe. Najbardziej pomagamy zmarłym, gdy…

PHOTOCREO Michal Bednarek | Shutterstock
***
Jak pomóc zmarłym? To nie magia. Nie jest tak, że jeśli odmówię różaniec czy poproszę kapłana o odprawienie gregoriańskich Mszy św. za mojego zmarłego, to on po ich odprawieniu automatycznie idzie do nieba.
Pomaganie zmarłym nie polega na automatycznym wypełnianiu pewnych praktyk. Chodzi o duchowy dar. Najbardziej pomagamy duszom, kiedy sami zbliżamy się do Boga – mówi s. Anna Czajkowska ze Zgromadzenia Sióstr Wspomożycielek Dusz Czyśćcowych.
Jak podkreśla, w pomocy duszom nie tyle trzeba myśleć o zmarłym – o tym, czego on konkretnie potrzebuje – ale trzeba myśleć o Bogu. Zwraca też uwagę, że po „tamtej stronie” nic nie wygląda tak, jak po naszej, i możemy mówić o rzeczywistości po śmierci jedynie poprzez pewne podobieństwo do tego, co znamy.
Czego potrzebują zmarli?
Maria Czerska/KAI: Jak możemy pomagać duszom czyśćcowym?
S. Anna Czajkowska*: Modlitwa, post, jałmużna, odpusty – takie formy poleca nam Kościół katolicki. Musimy jednak pamiętać, że pomaganie zmarłym wymaga od nas autentycznego wysiłku duchowego i pogłębionego spojrzenia na czyściec, w wierze.
Nie chodzi o automatyczne wypełnianie pewnych praktyk. To nie magia. Nie jest tak, że jeśli odmówię różaniec czy zamówię msze św. gregoriańskie za mojego zmarłego, to on po ich odprawieniu automatycznie idzie do nieba.
Eucharystia jest darem nieskończonym i niewyczerpanym, ale może się zdarzyć, że zmarły nie może z tego daru skorzystać, bo jest w jakiś sposób na nią zamknięty, skrępowany np. tym, że przez lata przyjmował niegodnie Komunię Świętą albo potrzebuje czegoś innego, np. przebaczenia.
Skąd mamy wiedzieć, czego potrzebują zmarli?
Nie potrzebujemy tego wiedzieć. Przede wszystkim trzeba mieć świadomość, że mówiąc o rzeczywistości czyśćca, mówimy i to jedynie w sposób niedoskonały, o tym, co jest dla nas zupełnie nieznane. Po tamtej stronie nic nie wygląda tak, jak po naszej. Wyobrażamy to sobie jedynie przez pewne podobieństwo do rzeczywistości, którą znamy.
Mamy liczne świadectwa świętych. Ale to są tylko świadectwa, które przeszły przez ludzki umysł. Ktoś spisał swoje doświadczenia tak, jak potrafił je pojąć i wyrazić, więc na pewno nie należy ich rozumieć dosłownie.
Wiemy, że zmarli w czyśćcu nie doświadczają jeszcze pełnego zjednoczenia z Bogiem i cierpią z powodu tego oddalenia, z powodu niedoboru miłości w sercu. Na to oddalenie „pracowali” tutaj na ziemi. My, jeśli chcemy im pomóc, musimy niejako stanąć w ich sytuacji, „wejść w ich buty” i zbliżać się do Boga, starać się być z Nim w łączności. Najbardziej pomaga zmarłym to wszystko, co nas samych zbliża do Boga.
W pomocy duszom nie tyle trzeba myśleć o zmarłym – trzeba myśleć o Bogu, myśleć o tym, co Bóg uczynił dla nas w Chrystusie. To jest droga do nieba dla nas i dla zmarłych cierpiących w czyśćcu.
Stąd pośpiesznie, mechanicznie odmówiona modlitwa, msza św. przeżywana bez duchowego zaangażowania, albo na którą idę tylko z lęku, by nie zgrzeszyć i spełnić niedzielny obowiązek – takie dary niewiele pomogą zmarłym, gdyż i nas samych w niewielkim stopniu zbliżają do Boga, jeśli wręcz nie oddzielają od Niego.
Z takiego powierzchownego przeżywania modlitwy czy Eucharystii my sami będziemy się musieli po śmierci oczyszczać. To przecież buduje w nas przeszkodę do pełnego przeżywania komunii z Bogiem. A na tej komunii polega niebo.
Wszystko w rękach Bożego miłosierdzia
Co zatem możemy robić?
Prowadząc Apostolstwo Pomocy Duszom Czyśćcowym zachęcamy do tego, co czynimy my same: wszystko to, co w danym dniu może być pomocą dla tych dusz, ofiarowujemy Chrystusowi przez ręce Maryi. Warto pamiętać, że my sami nie dysponujemy niczym, co ofiarujemy duszom w czyśćcu cierpiącym. Wszystkim tym dysponuje Boże miłosierdzie.
Możemy chętnie darować urazy i udzielać przebaczenia różnym ludziom, którzy wobec nas zachowali się niewłaściwie; możemy to robić w intencji pomocy zmarłym, którzy tego przebaczenia potrzebują ze strony kogoś innego.
Można w tej intencji wiernie wypełniać obowiązki wynikające ze swojego stanu – kapłańskiego, zakonnego, ale także bycia żoną, mężem, matką czy ojcem. Przyjęcie z radością dziecka poczętego można ofiarować w intencji tych zmarłych, którzy cierpią, gdyż nie pozwolili się swojemu dziecku narodzić.
Błogosławieństwo dane dziecku na dobranoc może być darem dla matek czy ojców, którzy przeklinali swoje dzieci i którzy źle je traktowali. Każdy gest życzliwości, miłości wobec swoich bliskich, sąsiadów czy osób potrzebujących, może być pomocą duszom czyśćcowym, jeśli taką intencję uczynimy. Byle tylko był to gest uczyniony w łączności z Bogiem, w stanie łaski uświęcającej.
Jakie jest znaczenie ofiarowywania cierpienia?
Święci, w tym św. Faustyna, św. o. Pio czy nasz założyciel bł. Honorat Koźmiński mówili, że to bardzo skuteczna forma pomocy. Co więcej, to również pomaga nam. Pamięć o intencjach dodaje nam sił w sytuacjach trudnych.
Jeśli muszę wykonać ciężką pracę, która mnie czasem przerasta, jeśli muszę przełamać lęk, by wypełnić swój obowiązek, jeśli przychodzi cierpienie fizyczne – gdy wielkodusznie ofiaruję to wszystko w intencji dusz czyśćcowych – to jest mi łatwiej. Tak czy siak cierpię, trudzę się, ale wiem, że mogę dzięki temu kogoś przybliżyć do nieba. Wtedy to moje cierpienie nabiera sensu.
Zyskuję też wstawiennictwo zmarłych. To działa w obie strony. Na tym m.in. polega tajemnica obcowania świętych. Gdy zmarli w czyśćcu widzą naszą troskę o nich, niemożliwe, by nie odpowiedzieli modlitwą za nas. Te dusze dzięki naszemu wsparciu coraz bardziej stają się podobne do Boga, a Bóg obdarowuje. One więc coraz bardziej się za nas modlą.
Tę tajemnicę można też próbować zrozumieć na przykładzie własnego ciała. Gdy wyleczę jakąś ranę, cały czuję się lepiej. Ofiarowując coś zmarłym, leczymy tę cząstkę Mistycznego Ciała Chrystusa, która jest w cierpieniu. Cały Kościół dzięki temu doznaje ulgi i radości.
Formy pomocy duszom czyśćcowym
Różaniec, Msze św. gregoriańskie, wypominki, Msze św. wieczyste – jakie jeszcze mamy formy wspierania dusz czyśćcowych?
Jeżeli zmarły miał pragnienie pochówku katolickiego, to – przynajmniej w naszej polskiej rzeczywistości – nie wyobrażamy sobie, żeby odbył się on poza mszą świętą. Eucharystia jest sprawowana w dniu pogrzebu, czyli najczęściej trzeciego dnia po śmierci. Później zależy to już od dobrej woli członków rodziny, znajomych i wszystkich tych, którzy w jakiś sposób dowiadują się o śmierci.
Często zdarza się, że wiele osób zamawia kolejne msze święte za tego zmarłego – od rodziny, od sąsiadów, od przyjaciół. W niektórych parafiach jest przyjęte, że zamiast kwiatów i wieńców uczestnicy pogrzebu ofiarowują zmarłemu dar Eucharystii.
Często też członkowie rodziny starają się, by w najbliższym czasie od pogrzebu zamówić msze św. gregoriańskie w intencji zmarłego. Można też zamówić msze św. wieczyste.
Czym są Msze św. gregoriańskie i Msze św. wieczyste?
Msze św. gregoriańskie to 30 mszy św. odprawianych w kolejnych dniach, bez przerwy, ofiarowanych za jedną osobę zmarłą. Jest to zwyczaj oparty jedynie na przekonaniu wiernych o skuteczności tej modlitwy. Zapoczątkowany został przez papieża Grzegorza Wielkiego, żyjącego w VI w., który polecił w taki sposób modlić się za zmarłego zakonnika.
Według tradycji, trzydziestego dnia zakonnik miał się objawić we śnie przełożonemu klasztoru, dziękując za pomoc.
Msze św. wieczyste mogą być odprawiane w niektórych zgromadzeniach zakonnych, jak np. pallotyni, czy werbiści. Mają oni na to specjalne pozwolenie od papieża. Msze te odprawiane są codziennie, tak długo, jak istnieć będzie dane zgromadzenie, za wszystkie osoby, które wpisane są z imienia i nazwiska do specjalnej Księgi intencji mszy wieczystych.
Msze odprawiane mogą być za osoby żyjące i zmarłe. Intencje te zapewne obejmują już miliony ludzi. Z wpisem do Księgi wiąże się specjalna ofiara, która w wielu przypadkach przeznaczana jest na misje. Jest to zatem rodzaj jałmużny wspierającej ewangelizację, która może być dodatkowo ofiarowana w intencji zmarłych.
W praktyce pobożnościowej przyjęło się również dawać na wypominki.
Wypominki wiążą się nie tylko z odczytywaniem imion i nazwisk zmarłych. Stąd nie jest najlepszą praktyką nazywanie ich „wymieniankami” – jak to się dzieje w niektórych polskich parafiach.
Chodzi o to, byśmy sobie uzmysłowili, że są to konkretne osoby, które kochaliśmy, z którymi dzieliliśmy swoje życie. One potrzebują nadal naszej miłości, bo ich życie toczy się nadal – w Bogu wszyscy żyją. Przywołujemy więc pamięć o nich z imienia i nazwiska w czasie wspólnotowego nabożeństwa na wzór memento za zmarłych z modlitwy eucharystycznej.
Modlimy się we wspólnocie parafialnej, uświadamiając sobie, że zmarli wciąż do niej należą. Forma wypominków jest różna, w zależności od tego, jak to jest przyjęte w danej parafii. Niekiedy imiona zmarłych odczytywane są przed mszą św. w ich intencji, czasem w trakcie modlitwy różańcowej, po której jest też sprawowana Eucharystia. Zazwyczaj praktykowane jest to przez cały listopad.
W niektórych parafiach są też wypominki roczne, czyli czytanie wypominków i Msza św. w intencji zmarłych sprawowana w konkretnym dniu każdego miesiąca – czyli 12 razy w ciągu roku.
Odpust za zmarłych
Jak uzyskać odpust za zmarłych?
Żeby otworzyć się na łaskę odpustu, trzeba się trochę wysilić duchowo. Nie wystarczy wypełnienie zewnętrznych czynności. Ta łaska również nie działa automatycznie. W życiu duchowym nic tak nie działa. To bardzo trudno ludziom wytłumaczyć.
Nie wystarczy pójść na cmentarz od 1 do 8 listopada i odmówić tam modlitwę za zmarłych. By uzyskać odpust zupełny, trzeba przyjąć Komunię Świętą, być w stanie łaski uświęcającej i pomodlić się w intencjach, w których modli się papież. Nie można też być w sercu przywiązanym do żadnego grzechu, nawet powszedniego. To jest najtrudniejszy warunek.
Na czym to polega?
Można nie grzeszyć, ale być przywiązanym do grzechów. Można np. przestać kraść, ale w sercu żałować, że inni są bardziej zaradni i nadal to robią. Można – to dotyczy grzechów powszednich – wyspowiadać się z tego, że używamy np. wulgarnego języka, ale z żalem powierzchownym i bez szczerej chęci zmiany swojego języka, w przekonaniu, że bez wulgaryzmów moi znajomi nie zrozumieją, co do nich mówię.
Tutaj chodzi o szczerość intencji, czyli o szczery żal i autentyczną gotowość zmiany życia, na zawsze, nie tylko na 2 czy 3 dni, w celu uzyskania odpustu. Zmiana może mi się oczywiście nie udać. Większość z nas przecież od lat spowiada się z tych samych grzechów.
Ale, jak podkreślam, tu chodzi o intencję. Nie mogę mieć upodobania w żadnym grzechu – nawet najlżejszym. Nie chcę go pod żadną postacią. Podsumowując – krótko po odbyciu naprawdę dobrej spowiedzi, gdy jeszcze trwam w moich dobrych postanowieniach poprawy, mam naprawdę dużą szansę na tę wolność w sercu i na sięgnięcie po łaskę odpustu zupełnego. Jeśli ofiaruję go za duszę czyśćcową, oznacza to dla niej wejście do chwały nieba.
Czym są odpusty cząstkowe?
O odpustach cząstkowych mniej się mówi, a szkoda, bo łatwiej się na nie otworzyć. Wymagany jest tylko stan łaski uświęcającej i skrucha serca, czyli pokorna świadomość własnej słabości oraz potrzeby łaski Bożej.
Jeśli w takim stanie będąc, z intencją pomocy zmarłym odmówię jakąś dowolną modlitwę, do której Kościół nadał łaskę odpustu częściowego – np. „Pod Twoją obronę”, różaniec, „Wieczny odpoczynek” albo np. pomodlę się aktem strzelistym „Jezu, ufam Tobie!” w sytuacjach trudnych, o to, np. by nie odpowiedzieć złem na zło – zyskuję łaskę cząstkowego odpustu, czyli darowania części czyśćcowego cierpienia duszy.
Czy listopad jest momentem szczególnych łask dla dusz czyśćcowych?
Kościół ustanowił na początku listopada uroczystość Wszystkich Świętych i wspomnienie wszystkich wiernych zmarłych, kierując nasz duchowy wzrok nie tylko na niebo, ale również na czyściec. Dał nam też oktawę tej uroczystości. 2 listopada decyzją Stolicy Apostolskiej kapłani mogą sprawować aż 3 msze św.
To jest czas, w którym zwykły człowiek, zazwyczaj zalatany i zabiegany, ma szansę się zatrzymać i pomyśleć o wieczności. Kościół mu przypomina, że są święci w niebie, którzy nas wpierają swoją modlitwą, ale są też zmarli, którzy czekają na pomoc, bo sami już nic dla siebie nie mogą uczynić. Z pewnością w tym czasie staramy się gorliwiej modlić za dusze zmarłych, więc zapewne też dociera do nich więcej łask.
Na pewno nie możemy się ograniczać w modlitwie za zmarłych do jednego miesiąca w roku. Niektóre objawienia prywatne podpowiadają, że szczególnym momentem łask dla dusz czyśćcowych są święta Bożego Narodzenia.
To ciekawa intuicja, zwłaszcza gdy sobie uświadomimy, czym było Wcielenie Chrystusa. Cały świat się od tego momentu zmienił. Liturgiczna pamiątka tego dnia musi być czasem wielkiego obdarowywania Bożym miłosierdziem.
Apostolstwo Pomocy Duszom Czyśćcowym
Czym jest Apostolstwo Pomocy Duszom Czyśćcowym?
Jest to duchowa rodzina naszego Zgromadzenia, włączająca się w realizację charyzmatu niesienia pomocy duszom czyśćcowym. Działa już od prawie 40 lat i liczy ok. 30 tys. osób. Gromadzi ludzi żyjących różnym powołaniem. Należą do niego w większości osoby świeckie, ale także w niemałej liczbie księża, siostry i bracia z różnych zgromadzeń zakonnych.
Proponujemy im publikacje o tematyce eschatologicznej oraz uczestnictwo w rekolekcjach, z których oczywiście korzysta jedynie cząstka tej licznej wspólnoty. Docieramy do członków poprzez wewnętrzny kwartalnik formacyjny „Do domu Ojca” oraz treści zamieszczane na Facebooku Apostolstwa i na naszych stronach internetowych: www.wspomozycielki.pl oraz www.apdc.wspomozycielki.pl.
* S. Anna Czajkowska ze Zgromadzenia Sióstr Wspomożycielek Dusz Czyśćcowych zajmuje się w zgromadzeniu formacją członków Apostolstwa Pomocy Duszom Czyśćcowym. Zgromadzenie Sióstr Wspomożycielek Dusz Czyśćcowych powstało w 1889 r. Założone zostało przez bł. Honorata Koźmińskiego i m. Wandę Olędzką. To jedyne w Polsce, a drugie w Europie żeńskie zgromadzenie zakonne, którego głównym celem jest niesienie pomocy duszom czyśćcowym. Siostry Wspomożycielki są zgromadzeniem bezhabitowym. Żyją według Reguły i Życia Braci i Sióstr Trzeciego Zakonu Regularnego św. Franciszka z Asyżu. Ratują dusze zmarłych, ofiarując Panu Bogu w ich intencji całe swoje życie: śluby zakonne, modlitwy, prace apostolskie, publikacje o tematyce eschatologicznej, trudy i radości życia we wspólnocie życia konsekrowanego, uczynki miłosierdzia, wyrzeczenia, ofiary i odpusty.
Katolicka Agencja Informacyjna/Aleteia.pl
***
Och, gdybyż tylko ludzie wiedzieli, czym jest czyściec

(Wikimedia Commons)
***
Gdyby czyściec nie istniał, aby usunąć plamy grzechu z niedoskonałych dusz, jedyną alternatywą byłoby piekło. Zatem czyściec jest koniecznym miejscem ekspiacji. Każdy osobisty grzech niesie ze sobą dwie konsekwencje: winę (która w przypadku grzechu śmiertelnego niszczy łaskę uświęcającą i prowadzi do piekła) oraz doczesną karę uzasadnioną obrazą Boga.
„Och, gdybyż tylko ludzie wiedzieli, czym jest czyściec!”
W roku 1870 Belgia walczyła jako sojusznik Francji przeciwko Niemcom. We wrześniu owego roku siostrę Marię Serafinę, zakonnicę redemptorystkę z Mechelen w Belgii, nagle ogarnął niewytłumaczalny smutek. Wkrótce potem otrzymała wiadomość, że w tej wojnie zginął jej ojciec. Od tamtego dnia siostra Maria wielokrotnie słyszała niepokojące jęki i głos mówiący: „Moja droga córko, zmiłuj się nade mną!”
Później dokuczały jej różne udręki, a wśród nich nieznośne bóle głowy. Kładąc się pewnego dnia ujrzała swojego ojca w otoczeniu płomieni i pogrążonego w głębokim smutku. Cierpiał w czyśćcu. Otrzymał od Boga pozwolenie, by błagać swą córkę o modlitwy oraz opowiedzieć jej o czyśćcowych cierpieniach. Opowiedział o tym tak:
– Chcę od ciebie Mszy św., modlitw i odpustów w moim imieniu. Spójrz, jak jestem pogrążony w tym wypełnionym ogniem dole! Och! Gdybyż ludzie wiedzieli, czym jest czyściec, znieśliby wszystko, aby go uniknąć i zmniejszyć cierpienia dusz tutaj. Bądź bardzo święta, moja córko, i przestrzegaj świętej reguły, nawet w jej najmniej istotnych punktach. Czyściec dla osób zakonnych jest straszliwą rzeczą!
Siostra Maria ujrzała dół pełen płomieni, wypluwający czarne obłoki dymu. Jej ojciec był zanurzony w tym dole, płonąc, straszliwie się dusząc i pragnąc. Gdy otwierał usta, widziała, że jego język jest całkowicie wyschnięty.
– Pragnę, moja córko, pragnę!
Następnego dnia jej ojciec odwiedził ją ponownie, mówiąc:
– Moja córko, minęło wiele czasu, odkąd cię widziałem ostatni raz.
– Mój ojcze, to było dopiero wczoraj…
– Och! Dla mnie wydaje się to wiecznością. Jeśli pozostanę w czyśćcu trzy miesiące, to będzie to wieczność. Zostałem skazany na wiele lat, ale dzięki wstawiennictwu Matki Bożej, mój wyrok został zredukowany do tylko kilku miesięcy.
Łaska, która dawała mu możliwość przyjścia na ziemię, została udzielona mu dzięki dobrym uczynkom za jego życia i ponieważ był oddany Matce Najświętszej, przyjmując Komunię św. we wszystkie Jej święta.
W ciągu tych odwiedzin siostra Maria Serafina zadała swojemu ojcu kilka pytań:
– Czy dusze w czyśćcu wiedzą, kto modli się za nie i czy mogą modlić się za nas?
– Tak, moja córko.
– Czy te dusze cierpią, wiedząc, że w ich rodzinach i na świecie obraża się Boga?”
– Tak.
Słuchając wskazówek swojego spowiednika i swojej przełożonej, wciąż zadawała swemu ojcu kolejne pytania:
– Czy to prawda, że cierpienia czyśćca są dużo większe od udręk na ziemi i nawet udręk męczenników?
– Tak, moja córko, to wszystko to szczera prawda.
Siostra Serafina spytała wówczas, czy każdy, kto należy do Bractwa Szkaplerza Najświętszej Panny z Góry Karmel (ci, którzy noszą szkaplerz), jest wolny od czyśćca w pierwszą sobotę po śmierci:
– Tak – odpowiedział – ale tylko wówczas, jeśli są wierni zobowiązaniom Bractwa.
– Czy to prawda, że niektóre dusze muszą pozostać w czyśćcu nawet pięćset lat?
– Tak. Niektóre są skazane aż do końca świata. Te dusze bardzo zawiniły i są całkowicie opuszczone. Trzy główne rzeczy ściągają gniew Boga na ludzi: nieprzestrzeganie dnia Pańskiego z powodu pracy, bardzo rozpowszechniony występek nieczystości oraz bluźnierstwo. Och, moja córko, jakiż gniew Boży wywołują te bluźnierstwa!
Przez ponad trzy miesiące siostra Serafina i zakonnice z jej wspólnoty modliły się i ofiarowały pokutę za duszę jej udręczonego ojca, który często się jej ukazywał. Podczas podniesienia Hostii na Mszy w Boże Narodzenie siostra Maria ujrzała swojego ojca lśniącego z niezrównanym pięknem jak słońce.
– Skończyłem swój wyrok i przyszedłem, by podziękować tobie i twoim siostrom za waszą modlitwę i pobożne uczynki. Będę się za was modlił w niebie.
Gdyby czyściec nie istniał, aby usunąć plamy grzechu z niedoskonałych dusz, jedyną alternatywą byłoby piekło. Zatem czyściec jest koniecznym miejscem ekspiacji. Każdy osobisty grzech niesie ze sobą dwie konsekwencje: winę (która w przypadku grzechu śmiertelnego niszczy łaskę uświęcającą i prowadzi do piekła) oraz doczesną karę uzasadnioną obrazą Boga.
Chociaż spowiedź uwalnia nas od winy i części kary, musimy wciąż dokonać dodatkowe zadośćuczynienie Bogu. W tym życiu można to zrobić poprzez modlitwę, intencje mszalne, jałmużnę, pokutę i zyskanie odpustów. Jeśli ktoś umiera w stanie grzechu lekkiego albo bez wystarczającego zadośćuczynienia, idzie do czyśćca.
Miejsce ekspiacji
Jak widzieliśmy, czyściec jest miejscem odpokutowania. Dusze w czyśćcu doświadczają dwojakiego cierpienia: doświadczają tymczasowego bólu utraty, gdyż są pozbawione tymczasowo wizji uszczęśliwiającej oraz odczuwają również cierpienie zmysłów. Przeciwnie do potępionych w piekle, gdzie kary wywołują nienawiść, dusze w czyśćcu odkrywają, że kara budzi głęboką miłość do Boga.
Według świętego Tomasza z Akwinu i świętego Augustyna najmniejsze cierpienie w czyśćcu jest gorsze od największego cierpienia w tym życiu. Wywołane to jest intensywnością pragnienia Boga, jakie żywią dusze. Brak Boga jest niezwykle bolesny, a skala zmysłowego cierpienia, które dotyka duszę bezpośrednio, jest gorsza niż cokolwiek zmysły odczuwają.
Cierpienie pobudzane nadzieją
„Jakkolwiek surowe byłyby kary czyśćca, uśmierza je nadzieja”. Święta Katarzyna z Genui (1447-1510), mistyczka, która doświadczyła udręk czyśćca na ziemi, wyjaśniała, że cierpi się jednocześnie niewysłowioną udrękę i nieopisane szczęście. Opisała udrękę jako wynik nieustannie trawiącego wewnętrznego ognia, pobudzanego oddzieleniem od Boga, dla którego dusza płonie z miłości. Cierpienie jest tak intensywne, że przemienia każdą chwilę w bolesne męczeństwo.
Choć to cierpienie przewyższa wszelkie ziemskie cierpienia, nie można go porównać z bólem piekła, gdzie męka jest rozpaczliwym owocem nienawiści, podczas gdy udręki czyśćca to przepełnione nadzieją cierpienie miłości. W konsekwencji, jak mówi św. Katarzyna, tylko w samym niebie istnieje większe szczęście niż pośród udręk czyśćca. Dzieje się tak dlatego, że dusza wie, iż jest zbawiona, w przyjaźni z Bogiem, otoczona świętymi duszami, a zatem płonie miłością do Boga.
Święta Katarzyna wyjaśniała:
Myślę, że nie istnieje żadne szczęście, które byłoby godne porównania do szczęścia duszy w czyśćcu, wyjątkiem są świeci w raju; dzień po dniu to szczęście rośnie, bo w coraz większym stopniu do tych dusz przenika Bóg, gdy przeszkoda broniąca Mu wejścia powoli znika. Tą przeszkodą jest rdza grzechu, zaś ogień wypala tę rdzę tak, że dusza coraz bardziej otwiera się na przenikanie Boga. Rzecz przykryta nie może reagować na promienie słońca, nie z powodu jakiejś skazy słońca, które cały czas świeci, ale ponieważ to przykrycie jest przeszkodą. Jeśli przykrycie ulegnie spaleniu, rzecz ta otwiera się na słońce; im bardziej płomienie trawią to przykrycie, tym bardziej rzecz ta reaguje na promienie słońca.
W taki sposób rdza, którą jest grzech, pokrywa duszę, a w czyśćcu zostaje ona wypalona ogniem; im bardziej ogień ją strawi, tym bardziej dusze otwierają się na Boga, ich prawdziwe Słońce. Wraz z ustępowaniem rdzy i otwieraniem się duszy na Boże promienie, rośnie szczęście, aż z czasem jednego ubywa, a drugiego przybywa. Ból jednakże nie zmniejsza się, jedynie czas trwania bólu. Jeśli chodzi o wolę: to trudno tak naprawdę duszom mówić, że te cierpienia są cierpieniami, tak zadowala je zrządzenie Boże, z którym w czystej miłości ich wola się jednoczy.
Czas trwania czyśćca
Czas spędzony w czyśćcu bardzo trudno wyrazić w ludzkich słowach. W relacjach z prywatnych objawień, czytamy o duszach skazanych na pewną liczbę lat, albo nawet do końca świata. W istocie Matka Boża objawiła dzieciom z Fatimy, że dziewczyna, która zmarła tuż przed objawieniami, pozostanie w czyśćcu aż do końca czasu.
Teologowie wyjaśniają, że czas w czyśćcu można mierzyć na dwa sposoby. Pierwszy jest pozytywny i odpowiada takiemu czasowi, jaki odmierzamy na ziemi; drugi jest fikcyjny albo wyobrażony, gdyż odpowiada on ilości czasu, jaki według dusz wycierpiały, a który jest zniekształcony, bowiem samo to cierpienie sprawia, że tracą rachubę czasu. Stąd widzimy, że dusze, które spędziły zaledwie kilka godzin w czyśćcu, narzekają, że są to lata albo nawet wieki cierpień.
Święty Antoni snuje opowieść o chorym, który cierpiał tak okrutnie, że uważał, iż przekracza to wytrzymałość ludzkiej natury i stąd nieustannie modlił się o śmierć. Pewnego dnia pojawił się przed nim anioł i powiedział:
– Bóg posłał mnie tutaj, by ofiarować ci wybór. Możesz spędzić jeden rok cierpienia na ziemi albo jeden dzień w czyśćcu.
Wybrawszy to ostatnie, człowiek ów umarł i poszedł do czyśćca.
Kiedy anioł przybył, by go pocieszyć, powitały go jęki bólu:
– Kłamliwy aniele! Około dwadzieścia lat temu powiedziałeś, że spędzę tylko jeden dzień w czyśćcu… Mój Boże, jakże cierpię!
Na to anioł odpowiedział:
– Biedna, zwiedziona duszo, twoje ciało nawet jeszcze nie spłonęło.
Nabożeństwo do dusz czyśćcowych
Nabożeństwo do dusz czyśćcowych wzięło swój początek we wczesnym Kościele, w oparciu o dogmat o świętych obcowaniu. Chociaż dusze te nie mogą zyskać zasług, to są one w przyjaźni z Bogiem, który chętnie stosuje do nich zasługi ofiarowane za nie. Aktem miłosierdzia jest zatem, jeśli ofiaruje się za nie modlitwę, Mszę św., wyrzeczenia i odpusty.
Nabożeństwo to było tak głęboko zakorzenione wśród wiernych, że nawet Luter nie śmiał go usunąć. Rozumiał znaczenie ostrożnego zmierzania ku swoim podstępnym celom.
Znajdując wsparcie w Piśmie Świętym i Tradycji, Kościół zdefiniował dogmat o świętych obcowaniu, który zachęca do nabożeństwa do świętych dusz. To nabożeństwo nie tylko pobudza do praktykowania miłosierdzia, ale także ożywia wiarę i niesie pociechę tym, którzy stracili swych ukochanych.
Potężne wstawiennictwo dusz czyśćcowych
Oprócz tego, że jest to duchowy uczynek miłosierdzia i skuteczne przypomnienie życia po śmierci, nabożeństwo do dusz czyśćcowych, jak pokazuje Tradycja Kościoła, zapewnia nam także nieocenione wstawiennictwo. Według dogmatu o świętych obcowaniu, tworzą oni część Kościoła (zwanego Kościołem cierpiącym), a zatem są z nami zjednoczeni i mogą się za nas wstawiać. Przykładów na to jest mnóstwo w historii Kościoła i wielu czytelników bez wątpienia doświadczyło takiego wstawiennictwa. Poniżej podajemy kilka przykładów.
Hrabina Stratfordu, angielska protestantka, mając wątpliwości co do istnienia czyśćca, poradziła się biskupa Amiens we Francji. Wysłuchawszy jej zastrzeżeń, odpowiedział:
– Powiedz biskupowi Londynu (anglikaninowi), że porzucę wiarę i zostanę anglikaninem, jeśli potrafi dowieść, że św. Augustyn nigdy nie odprawiał Mszy ani nie modlił się za zmarłych, w szczególności za swoją matkę. Usłuchawszy jego rady, hrabina napisała do anglikańskiego biskupa Londynu. Nieotrzymawszy odpowiedzi, nawróciła się.
W pewnym momencie, podczas reformy zakonu karmelitanek, św. Teresa potrzebowała klasztoru. Pewien szlachcic, o imieniu Bernadyn z Toledo, odpowiedział na jej potrzebę i podarował miejsce na klasztor. Zmarł wkrótce potem. Święta Teresa otrzymała objawienie, że pozostanie on w czyśćcu tak długo, aż zostanie odprawiona pierwsza Msza św. w klasztorze, pod budowę którego podarował ziemię. Święta przyspieszyła więc kładzenie fundamentów. Podczas Komunii na tej pierwszej Mszy ujrzała obok księdza promieniejącą blaskiem duszę. Dzięki odprawionej za niego Mszy św. został uwolniony z czyśćca. Kiedykolwiek wydawało się, że na modlitwy św. Katarzyny z Bolonii brak odpowiedzi, wzywała o wstawiennictwo dusze czyśćcowe. Potwierdziła, że te modlitwy zawsze były wysłuchane.
Wzruszający przykład
Przypadki wstawiennictwa dusz czyśćcowych są tak liczne, że nie starczyłoby nawet kilku książek, aby opowiedzieć o nich wszystkich. Następujący przypadek, który należy do najlepiej znanych i jest jednym z najbardziej wzruszających, wydarzył się w Paryżu w roku 1817. Pewna służąca, która miała pobożny zwyczaj zamawiania Mszy św. każdego miesiąca za dusze w czyśćcu, zachorowała, a ponieważ musiano ją hospitalizować, straciła pracę.
Opuściwszy szpital, udała się do kościoła, by się pomodlić. Tam przypomniała sobie, że w owym miesiącu nie zamówiła za biedne dusze Mszy św. Jednak z powodu utraty pracy nie było jej stać na ofiarowanie Mszy, gdyż pozostałaby bez grosza. Wahając się, złożyła jednak ofiarę.
Opuszczając kościół, spotkała młodzieńca wyglądającego na szlachcica. Nieoczekiwanie spytał jej, czy nie potrzebuje zatrudnienia i podał jej adres pewnego domu, gdzie brakowało pokojówki. Kiedy przybyła do tego domu, właścicielka, która właśnie zwolniła swoją pokojówkę, zastanawiała się, kto mógł wiedzieć, że potrzebna jej pomoc. Opisując młodego człowieka z kościoła, służąca ujrzała nagle na ścianie przedstawiający go obraz.
Usłyszawszy to, właścicielka wykrzyknęła:
– To mój syn, który zmarł dwa miesiące temu!
Wówczas obie uświadomiły sobie, że Bóg chciał wynagrodzić pokojówce jej miłosierdzie i objawić moc wstawiennictwa dusz cierpiących.
Luiz Sérgio Solimeo
źródło: tfp.org/tłum. Jan J. Franczak/PCh24.pl
***
Skąd wzięły się odpusty? Wyjątkowa prośba męczenników

Public Domain via Wikimedia
***
Skąd wzięły się odpusty? Poznanie tej historii przypomina nam o wielkim darze, jakim jest możliwość pojednania się z Bogiem.
Kościół katolicki zawsze zachęcał wiernych do szukania Bożego przebaczenia poprzez odpusty, które pozwalają nam uzyskać darowanie kar i osiągnąć łaskę umożliwiającą intymną komunię ze Stwórcą.
Do pełnego wiec odpuszczenia grzechów i do tak zwanej naprawy konieczne jest nie tylko odnowienie przyjaźni z Bogiem: przez szczere nawrócenie duchowe i odpokutowanie obrazy wyrządzonej Jego mądrości i dobroci, lecz także całkowite przywrócenie wszystkich dóbr, pomniejszonych lub zniszczonych przez grzech, tak osobistych jak społecznych i tych, które odnoszą się do samego porządku wszechrzeczy
Louis de Wohl, w swojej książce „Skała. Historia Kościoła, jakiego nie znacie”, wspomina o początkach tej praktyki, która od czasu jej ustanowienia pomogła milionom chrześcijan pojednać się z Chrystusem.
Początki praktyki odpustów
Od najwcześniejszych lat Kościoła chrześcijanie szukali pokuty za swoje grzechy. Chcieli uzyskać pojednanie z Bogiem poprzez czyny, które równoważyłyby popełnioną winę. Jednak, aby osoba, która popełniła grzech, mogła zostać ponownie przyjęta do Kościoła, musiała odbyć surową i publiczną pokutę. Jednym z najpoważniejszych występków było zaparcie się wiary.
Kościół podejmował drastyczne środki, aby dana osoba nie cierpiała kar w czyśćcu. Jednak w tamtych czasach, które były okresem wielu prześladowań chrześcijan, nie wszyscy byli wystarczająco silni, by wytrwać w wierze w obliczu prześladowań, a w przypadku zaparcia się wiary – podjąć surową i wieloletnią pokutę.
Z tego powodu dochodziło nawet do nadużyć. Władze świeckie natomiast odciągały wierzących od wiary, zmuszając do składania ofiar cesarzowi lub bóstwom pogańskim. Dzięki temu można było ocalić swoje życie lub wolność.
Wystarczyło, że wrzucili kilka ziaren kadzidła na ogień przed posągiem cesarza na znak, że uznają jego „boskość”. [Był to] ciężki grzech bałwochwalstwa i apostazji. Ci, którzy to zrobili, zostawali natychmiast ekskomunikowani.
Męczennicy na ratunek chrześcijanom
Trzeba tu przypomnieć o więźniach z Memertynu, którzy chcieli ofiarować swoje cierpienia za słabszych braci i siostry w wierze. Więźniowie ci mieli zostać rzuceni lwom w cyrku, co w starożytnym Rzymie było bardzo powszechną praktyką karania wyznawców Chrystusa.
Przed śmiercią napisali list do prezbiterów rzymskiej wspólnoty z prośbą o przebaczenie ekskomunikowanym chrześcijanom ze względu na zbliżające się męczeństwo.
Kapłani, po jego otrzymaniu, uznali, że „heroiczna śmierć męczenników, zjednoczona z zasługami męki i śmierci naszego Pana Jezusa Chrystusa, stanowiła skarb, który Kościół mógł wykorzystać dla dobra innych” – zauważa Loius de Wohl.
Było to wielkie błogosławieństwo dla skruszonych braci, którzy przez słabość popadli w odstępstwo. Teraz mogli ponownie stać się częścią Kościoła.
Związek z Biblią i Magisterium
Kapłani, zbierając się i podejmując tę decyzję, oparli się na słowach z listów św. Pawła do Koryntian:
Komu zaś cokolwiek wybaczyliście, ja też [mu wybaczam]. Co bowiem wybaczyłem, o ile coś wybaczyłem, uczyniłem to dla was wobec Chrystusa (2 Kor 2, 10).
I tak, podążając za słowami apostoła Chrystusa, władze Kościoła uznały odpusty zupełne za sposób na pełne pojednanie się z Bogiem.
Wierni bowiem, gdy dostępują odpustów, rozumieją, że własnymi siłami nie mogą odpokutować za zło, które grzesząc wyrządzili sobie samym, a nawet całej społeczności i dlatego pobudzają się do zbawiennej pokuty.
Następnie praktyka odpustów uczy, jak głęboką jednością w Chrystusie jesteśmy złączeni między sobą, i jak bardzo nadprzyrodzone życie jednostki może dopomóc drugim, aby i oni mogli łatwiej i ściślej zjednoczyć się z Ojcem. A zatem praktyka odpustów skutecznie zapala miłość i ćwiczy w niej w wyjątkowy sposób, gdy dostarcza się pomocy braciom spoczywającym w Chrystusie.
Yohana Rodríguez – z meksykańskiej edycji Aletei
***
Modlitwa za zmarłych.
Skorzystaj z tych modlitw, gdy będziesz nawiedzać cmentarz

Shutterstock
***
Dzień Zaduszny, czyli wspomnienie wszystkich wiernych zmarłych to czas, gdy odwiedzamy cmentarze, na których leżą ciała naszych bliskich. Modlimy się wtedy za nich, by dostąpili radości nieba. Jak możemy się modlić? Oto kilka propozycji.
Jak modlić się za zmarłych?
Wlistopadowych dniach będziemy częściej, niż zwykle odwiedzać cmentarze i modlić się za zmarłych. Od 1 do 8 listopada za nawiedzenie cmentarza, modlitwę za zmarłych możemy uzyskać dla nich odpust zupełny pod zwykłymi warunkami (stan łaski uświęcającej, modlitwa w intencjach Ojca Świętego i brak przywiązania do jakiegokolwiek grzechu).
Na cmentarzu można pomodlić się własnymi słowami, lub skorzystać z gotowych formuł. Kilka z nich prezentujemy poniżej.
1 WIECZNE ODPOCZYWANIE
Wieczne odpoczywanie racz jej/ mu dać Panie, a światłość wiekuista niech jej/ mu świeci.
« Requiem æternam dona eis Domine, et lux perpetua luceat eis. Requiescant in pace. Amen.»
Za tę krótką modlitwę Kościół daje możliwość uzyskania odpustu cząstkowego za osobę zmarłą. Warto często ją odmawiać!
2 AKTY STRZELISTE
Dobry Jezu a nasz Panie, daj jej/ mu wieczne spoczywanie.
Jezu, przyjmij go/ ją do swego Królestwa.
Niech odpoczywają w pokoju!
3 LITANIA ZA ZMARŁYCH
Kyrie elejson.
Chryste elejson.
Kyrie elejson.
Chryste, usłysz nas.
Chryste, wysłuchaj nas.
Ojcze z nieba Boże, zmiłuj się nad nami.
Synu, Odkupicielu świata, Boże, zmiłuj się nad nami.
Duchu Święty, Boże, zmiłuj się nad nami.
Święta Trójco, jedyny Boże, zmiłuj się nad nami.
Święta Maryjo, módl się za nami.
Wszyscy święci Aniołowie i Archaniołowie, módlcie się za nimi.
Wszystkie święte niebieskie duchy,
Wszyscy święci Patriarchowie i Prorocy,
Wszyscy święci Apostołowie i Ewangeliści,
Wszyscy święci niewinni Młodziankowie,
Wszyscy święci Męczennicy,
Wszyscy święci Biskupi i Wyznawcy,
Wszyscy święci Doktorzy Kościoła,
Wszyscy święci Kapłani i Lewici,
Wszyscy święci Zakonnicy i Pustelnicy,
Wszyscy święci Małżonkowie, Ojcowie i Matki,
Wszystkie święte Panny i Wdowy,
Wszyscy święci i święte Boże,
Bądź im miłościw, przepuść im Panie!
Bądź im miłościw, wysłuchaj nas Panie!
Od mąk czyśćcowych, wybaw ich Panie.
Przez Twoje Wcielenie,
Przez Twoje Narodzenie,
Przez Twój Chrzest i post święty,
Przez trudy Twego życia,
Przez Krzyż i Mękę Twoja,
Przez Śmierć i pogrzeb Twój,
Przez Zmartwychwstanie Twoje,
Przez Wniebowstąpienie Twoje,
Przez Zesłanie Ducha Świętego Pocieszyciela,
My grzeszni, Ciebie prosimy za cierpiącymi duszami, wysłuchaj nas Panie.
Abyś duszom zmarłych ich winy odpuścić raczył,
Abyś im resztę kary za grzechy darować raczył,
Abyś je z czyśćca wybawić raczył,
Abyś je do życia wiecznego przyjąć raczył.
Baranku Boży, który gładzisz grzechy świata, wieczny odpoczynek racz im dać Panie.
Baranku Boży, który gładzisz grzechy świata, wieczny odpoczynek racz im dać Panie.
Baranku Boży, który gładzisz grzechy świata, wieczny odpoczynek racz im dać Panie.
Uwolnij, Panie, dusze wszystkich wiernych zmarłych.
Od wszystkich ich więzów.
Módlmy się: Boże, Stwórco i Odkupicielu wszystkich wiernych udziel duszom sług i służebnic Twoich odpuszczenia wszystkich grzechów; niech przez pokorne prośby nasze dostąpią zbawienia, którego zawsze pragnęły. Który żyjesz i królujesz przez wszystkie wieki wieków. W. Amen.
4 MODLITWY LITURGICZNE
Prosimy Cię, Panie, zmiłuj się w swojej ojcowskiej dobroci nad duszą Twojego sługi (Twojej służebnicy) N., i wyzwolonej od skażenia śmierci przywróć udział w wiecznym zbawieniu. Prosimy Cię, Panie, niech nasza modlitwa uprosi u Twojej dobroci oczyszczenie ze wszystkich win dla duszy Twojego sługi (Twojej służebnicy) N., aby osiągnęła Twoje wiekuiste miłosierdzie. Prosimy Cię, Panie, aby dusza sługi Twojego (służebnicy Twojej) N. osiągnęła udział w świętości wiekuistej, której zadatek otrzymała w Sakramencie wiecznego miłosierdzia. Przez Chrystusa, Pana naszego. Amen.
Boże, dzięki Twojemu miłosierdziu dusze wiernych odpoczywają w pokoju; udziel łaskawie odpuszczenia grzechów Twoim sługom i służebnicom, którzy tutaj spoczywają w Chrystusie, aby uwolnieni od wszystkich win cieszyli się z Tobą bez końca. Panie, przyjmij łaskawie modlitwę zaniesioną za dusze sług i służebnic Twoich, którzy tutaj spoczywają w Chrystusie, niech oswobodzeni z więzów śmierci otrzymają życie wieczne. Boże, Światłości dusz wiernych, wysłuchaj nasze prośby i daj miejsce w niebie, błogosławiony pokój oraz jasność Twojego światła sługom i służebnicom Twoim, których ciała tutaj spoczywają w Chrystusie. Przez Chrystusa, Pana naszego. Amen.
Aleteia.pl
***
Modlitwy za zmarłych

+++
„Modlić się za żywych i umarłych” to jeden z siedmiu uczynków miłosierdzia względem duszy. Oto propozycja trzech modlitw za zmarłych.
„To nie jest tak, że oni umarli, a my żyjemy. To oni żyją, a my umieramy” – powiedział kiedyś ks. Piotr Pawlukiewicz. Te słowa warto zapamiętać. Nasi drodzy zmarli żyją i nie możemy wykluczyć, że wciąż potrzebują naszej pomocy.
Najcenniejszą i najważniejszą pomocą jest niewątpliwie Msza święta w intencji zmarłych.
A odwiedzając groby naszych bliskich czy wspominając ich możemy skorzystać z którejś z poniższych, mało znanych modlitw za zmarłych.

+++
Modlitwa o wyzwolenie duszy zmarłego od grzechów i kar
Panie, Boże Wszechmogący,
ufając Twemu wielkiemu Miłosierdziu,
zanoszę do Ciebie moją pokorną modlitwę:
wyzwól duszę Twego sługi / Twojej służebnicy (tu podajemy imię)
od wszystkich grzechów i kar za nie.
Niech święci aniołowie jak najprędzej zaprowadzą ją
z ciemności do wiekuistego światła,
z karania do wiecznych radości.
Przez Chrystusa, Pana naszego.
Amen.

+++
Modlitwa o miłosierdzie dla zmarłego
Panie, nakłoń Twego ucha ku naszym prośbom,
gdy w pokorze błagamy Twego miłosierdzia.
Przyjmij duszę sługi Twego / sługi Twojej (tu podajemy imię),
której kazałeś opuścić tę ziemię,
do krainy światła i pokoju
i przyłącz ją do grona Twych wybranych.
Przez Chrystusa, Pana naszego.
Amen.

+++
Modlitwa do Maryi za dusze w czyśćcu
Najświętsza Panno Nieustającej Pomocy, Matko litościwa,
racz spojrzeć na biedne dusze,
które sprawiedliwość Boża zatrzymuje w płomieniach czyśćcowych.
Są one drogie dla Twego Boskiego Syna,
gdyż zawsze Go kochały i teraz gorąco pragną być blisko Niego,
lecz nie mogą zerwać swych więzów,
które je trzymają w palącym ogniu czyśćca.
Niech się wzruszy Twe serce, Matko litościwa.
Pośpiesz z pociechą dla tych dusz,
które Cię zawsze kochały i teraz ślą do Ciebie swe westchnienia.
Wszak są to Twoje dzieci, bądź więc im pomocą,
nawiedzaj je, osładzaj ich męki, skróć ich cierpienia
i nie zwlekaj z ich wybawieniem.
Amen.
ze strony – Aleteia.pl
+++
Odpust: co możemy uzyskać? Jak się modlić?
Jaki jest najważniejszy warunek?

(fot. shutterstock.com)
+++
Odpust jest odpuszczeniem kar doczesnych należnych za grzechy odpuszczone już co do winy. W języku teologicznym “odpust oznacza obietnicę szczególnego wstawiennictwa Kościoła u Boga o darowanie kary doczesnej za grzechy, których wina już została odpuszczona”.
Człowiek, który zgrzeszył, dopuścił się obrazy nie tylko samego siebie i bliźniego, ale przede wszystkim okazał nieposłuszeństwo Bogu, jako dobremu i miłującemu go Ojcu.
Jakie są konsekwencje grzechu?
Zgrzeszył i jego grzech oceniany w porządku sprawiedliwości zasługuje na odpowiednią karę, analogicznie jak w życiu społecznym, kiedy to za złamanie określonych przepisów prawnych grozi odpowiednio wysoka grzywna lub areszt. W odniesieniu do Boga jest dość podobnie i zarazem bardzo niepodobnie. Z jednej strony (i to jest podobieństwo), Bóg wymaga szacunku dla praw (przykazań), które ustanowił, z drugiej jednak (czym różni się od nas), ponieważ jest Bogiem pełnym miłosiernej miłości, pragnie z całego serca uwolnić człowieka od kary i przywrócić go do wspólnoty z sobą, z Kościołem i z bliskimi mu ludźmi, którzy na skutek tego grzechu oddali się od niego czy też zupełnie zerwali z nim więzy przyjaźni. W tej sytuacji odpust jest złagodzeniem lub zniesieniem kary za wyrządzone przeze mnie zło, Bogu czy ludziom. Czym zatem jest owa kara?
Daleko jej do kary, jaką zwykły wymierzać sądy ludzkie w oparciu o prawa ustanowione przez nich samych. Boże prawo jest bowiem zupełnie inne, ponieważ jest prawem miłości. Także wobec grzesznika Bóg nie przestaje być sobą, to znaczy Miłością, która kocha, gotowa przebaczyć i wprowadzić na drogę doskonałości. To, co zwykło się nazywać karą w relacji do Boga, jest w istocie zniszczeniem Bożego planu i tego porządku, który ustanowiła Jego miłość.
Naruszając ten boski porządek, człowiek, nie Bóg, odczuwa na sobie jego negatywne skutki, niszczące jego życie duchowe i fizyczne. Dzieje się coś analogicznego, jak w przypadku zanieczyszczenia przyrody. Wówczas zarówno ci, którzy ją zanieczyszczali, jak i osoby zupełnie niewinne, skazane są na życie w zatrutym środowisku, które wywołuje różne schorzenia i działa deprymująco. Nie mówimy wtedy, że Bóg nas pokarał, ponieważ wiemy, że cierpimy wyłącznie z własnej lub z winy innych ludzi. Podobnie jest w przypadku łamania prawa Bożego: nasz grzech niszczy lub zanieczyszcza nasze środowisko duchowe, czujemy się w nim źle, niepewnie, żyjemy w zagrożeniu.
Do czego potrzebny jest odpust?
Każdy grzech, nawet najmniejszy, niszczy w taki czy inny sposób nie tylko nasze życie wewnętrzne, ale także nasze relacje z innymi, a przede wszystkim zakłóca, osłabia lub wręcz zrywa naszą relację z Bogiem. Sprawia, że ani my, ani nasi bliźni nie możemy być już dłużej szczęśliwi. Miejsce radości zajmuje smutek, poczucie pewności zastępuje niepewność, przyjaźń zamienia się w nienawiść czy agresję. Dotychczasowa wspólnota miłości i przyjaźni została rozbita. Kto zgrzeszył, daremnie szuka w sobie utraconego szczęścia, które przywrócić może wyłącznie Bóg.
Nawet po przystąpieniu do sakramentu pokuty, kiedy Bóg prawdziwie mu przebaczył, grzesznik nadal odczuwa określony smutek i niepewność życia. Dlaczego? Ponieważ przyzwyczaił się do swojego grzechu. Negatywne nawyki weszły głęboko w jego życie, zaburzyły jego relacje, stając się wadami, częścią jego charakteru. Z trudem, a często nawet w ogóle ich nie zauważa. Stał się człowiekiem zepsutym, pełnym zachmurzeń, którego nie oświeca “słońce” Bożych przykazań.
W zaistniałą sytuację wchodzi kategoria “odpustu” [od. łac. indulgentia – pobłażliwość, dobrotliwość, łaskawość]. Czym on jest? Przede wszystkim rzeczywistością duchową, darem Bożej miłości, Jego łaską dla grzesznika. W odpuście obecny jest sam Bóg, który udziela się człowiekowi. Dawanie się Boga człowiekowi Kościół ujął, co prawda, w kategoriach prawnych, co było zgodne z duchem czasów, w jakich tworzyła się ta koncepcja, niemniej jednak odpust jest rzeczywistością na wskroś duchową, darem Ducha Świętego dla wierzących. Aby lepiej zrozumieć sposób funkcjonowania odpustu, należy powiedzieć, przynajmniej kilka słów na temat grzechu.
Gdy pojawia się grzech, potrzebna jest pokuta
Każdy grzech kala człowieka, zatruwając jego duchowe życie. Nie każdy jednak grzech czyni to w równy sposób, ponieważ jak zostało wspomniane wcześniej, są grzechy, które określamy jako śmiertelne i te, które nazywamy powszednimi. W zależności zatem od rodzaju i od stopnia grzechu człowiek ściąga na siebie odpowiednio dotkliwą karę, zarówno w swojej relacji do Boga, jak i do Kościoła, jako wspólnoty osób wielbiących Pana. W przypadku grzechu śmiertelnego, zwanego często grzechem “ciężkim”, mamy do czynienia z radykalnym zerwaniem owej relacji. W przypadku popełnienia grzechu powszechnego, określanego popularnie grzechem “lekkim”, mówmy z kolei o poważnym nadwerężeniu tychże relacji, naruszeniu ich stabilności, co w efekcie może grozić ich zarwaniem. Przypomina to sytuację z zanieczyszczeniem wody lub zaśmieceniem środowiska, gdzie chociaż chodzi zawsze o ten sam proces, zmienia się jego natężenie.
Jedna woda jest bardziej zanieczyszczona od drugiej, czy jedno środowisko brudniejsze od drugiego. Wysokość nakładu, środków i czasu zależy zatem od stopnia zanieczyszczenia; jeden brud usuwa się przy zastosowaniu niewielkich środków, do innego, oprócz zwiększonych nakładów finansowych, potrzeba jeszcze pomocy z zewnątrz. Coś analogicznego jest w przypadku grzechu, który również przypomina formę duchowego zanieczyszczenia.
Skąd w Kościele wzięły się odpusty?
Z każdym rodzajem grzechu związana była odpowiednia praktyka pokutna, będąca sposobem oczyszczania się czy uwalniania z negatywnych skutków, wywołanych przez grzech w życiu konkretnego człowieka. Odpusty są owocem teologicznej refleksji nad praktyką pokutną. Są one również efektem pewnej ewolucji tej praktyki, jaka miała miejsce w Kościele katolickim od początku. Chociaż ulegała różnym zmianom, zawsze była obecna i stosowana. Powrót do Boga i do wspólnoty kościelnej zawsze był możliwy, choć nie dokonywał się w sposób mechaniczny.
Nie znaczyło to, że Bóg czy Kościół ociągali się z ponownym przyjęciem grzesznika do swojej wspólnoty, ale że to grzesznik nie był przygotowany na takie przyjęcie. Lata w grzechu wzniosły w jego sercu, myśli, czynach, przyzwyczajeniach tak wiele barier, że pokonanie ich nie mogło się dokonać jednorazowo, ale wymagało dłuższych przygotowań, naprawiania wyrządzonych innym szkód, przepraszania innych za wyrządzone krzywdy. Dlatego powrót musiał być poprzedzony odpowiednio długim i skomplikowanym czasem pokuty, oczyszczenia i nawrócenia.
Nakładana przez Kościół pokuta miała charakter zbawczy i wychowawczy zarazem, miała na celu wzbudzić w grzeszniku skruchę i pragnienie lepszego, wolnego od grzechu życia, w przyjaźni z Bogiem, z Kościołem i z resztą stworzenia. Wobec trudnych sytuacji, skomplikowanych grzechów powstawały księgi pokutne. Spisywano w nich rodzaje grzechów, podając jednocześnie rodzaj pokuty i czas, jaki jest wymagany na oczyszczenie się z nich. Stanowiły one niewątpliwie pomoc dla spowiedników, którym łatwiej było “wymierzyć” odpowiednią pokutę za określony grzech. Dopiero po wykonaniu zadanej pokuty grzesznik otrzymywał przebaczenie grzechów i mógł odtąd ponownie uczestniczyć w liturgii eucharystycznej, z której włączył się poprzez grzech. Praktyka taka funkcjonowała aż do czasów średniowiecznych.
Czym jest rozgrzeszenie?
W XII i XIII wieku (ciągle jeszcze w średniowieczu) pojawia się radykalna nowość w dotychczasowej praktyce pokutnej Kościoła katolickiego: po pierwsze, rozgrzeszenia zaczęto udzielać jeszcze przed odprawieniem pokuty, po drugie, pojawiła się interesująca nas rzeczywistość odpustów. Można się zgodzić z uwagą niektórych historyków idei, że pokuta i odpust, po odpowiednim uzasadnieniu teologiczno-filozoficznym, dokonały prawdziwej rewolucji w dotychczasowej praktyce pokutnej Kościoła. Uczono odtąd, że poprzez rozgrzeszenie kapłan jedna na nowo grzesznika z Bogiem, natomiast nałożona na niego pokuta ma za zadanie pojednać go z Kościołem i z tymi, których jego grzech obraził, zranił lub im dotkliwie zaszkodził. Grzech bowiem, jak łatwo się przekonać, ma charakter wspólnotowy, co oznacza, że nie niszczy jedynie relacji z Bogiem, ale osłabia lub zrywa powiązania z Kościołem, rozumianym jako wspólnota osób. Dlatego też rozgrzeszenie odnosiło się do Boga, pokuta natomiast do człowieka i rozumiana była jako kara doczesna za popełnione w czasie przewinienia.
W momencie nawrócenia, które najpełniej dokonuje się w sakramencie pojednania, grzesznik otrzymuje od Boga przez posługę kapłana odpuszczenie winy. Od tej chwili nie grozi mu już potępienie, chociaż nadal pozostaje mu do odpokutowania kara doczesna, czyli naprawienie zniszczonej przez niego harmonii z bliźnimi, oczyszczenie zatrutego duchowego środowiska jego życia. Nie wie jednak dokładnie, jak dotkliwie jego grzech zanieczyścił jego relacje, do jakiego stopnia zniszczył harmonię, co sprawia, że nie wie, jak wielka oczekuje go kara, co musi zrobić, aby wyrządzone zło naprawić. Tymczasem Kościół uczy, powołując się na całość nauki Jezusa Chrystusa, że kara doczesna, czyli owo zniszczenie czy naruszenie Bożego porządku miłości, może (musi) zostać odpokutowana, bądź za życia, bądź po śmierci, co oznacza, że Boży plan zostanie przywrócony.
W trudnym i bolesnym procesie odpokutowania kar, naprawienia zerwanych więzi, wynikłych z naruszenia przykazań, Kościół solidaryzuje się z człowiekiem, zarówno z tym, który żyje, jak i z tym, który odszedł już z tego świata. Modlitwa Kościoła towarzyszy mu zawsze.
Pokuta czyli pomoc dla grzesznika
Wspólnota kościelna wychodzi mu naprzeciw w jego wysiłkach naprawienia szkody, przeproszenia Boga i ludzi, a także zagojenia rany, jaką zadał sam sobie. Kościół pomaga grzesznikowi pokutującemu lub cierpiącemu bóle czyśćcowe przede wszystkim poprzez modlitwę, jaką zanosi do Boga. Zostanie ona z pewnością wysłuchana, ponieważ odpowiada w pełni woli Bożej, pragnącej wiecznego szczęścia dla każdego człowieka, zarówno na ziemi, jak i w wieczności. Katechizm Kościoła Katolickiego uczy więc, że:
Darowanie kary otrzymuje się za pośrednictwem Kościoła, który mocą udzielonej mu przez Chrystusa władzy związywania i rozwiązywania działa na rzecz chrześcijanina i otwiera mu skarbiec zasług Chrystusa i świętych, by otrzymać od Ojca miłosierdzia darowanie kar doczesnych, jakie należą się za grzechy. W ten sposób Kościół chce nie tylko przyjść z pomocą chrześcijaninowi, lecz także pobudzić go do czynów pobożności, pokuty i miłości (KKK 1478).
Owocność modlitwy Kościoła zależy jednak od wewnętrznej dyspozycji grzesznika pragnącego się oczyścić i nawiązać w ten sposób zerwaną więź, wchodząc jednocześnie w głębszą i trwalszą jedność z Bogiem i z innymi, co w przypadku cierpiących męki czyśćcowe wydaje się oczywiste.
Pokuta nigdy nie może być na siłę
Pragnieniu modlącego się Kościoła musi odpowiadać pragnienie samego grzesznika. Jeżeli istotnie chce się oczyścić z negatywnych konsekwencji swojego dotychczasowego życia, musi podjąć różne rodzaje dobrych czynów. Zaliczają się doń na przykład określone modlitwy, pełnienie uczynków miłosiernych względem potrzebujących, nawiedzanie miejsc świętych czy szeroki wachlarz praktyk pokutnych. Wyszczególnione czyny mają charakter pokutny, jednak wsparte łaską Chrystusa, której udziela Kościół, skutecznie przywracają zerwane relacje, oczyszczają zepsute środowisko, naprawiają wyrządzone szkody.
Dzieje się tak dlatego, ponieważ Bóg wszystkich pragnie obdarzyć swoją miłością, choć nikogo nie może do niej przymusić. Chętnie udziela swojej łaski, ale nigdy na siłę. Nie narzuca się, ale proponuje swoje błogosławieństwo. Udziela się przy tym w Kościele i poprzez Kościół, czyli poprzez wszystkie te dary łaski, które zostawił swojemu Kościołowi. Stąd Katechizm dopowiada, że:
Odpust jest to darowanie przed Bogiem kary doczesnej za grzechy, zgładzone już co do winy. Dostępuje go chrześcijanin odpowiednio usposobiony i pod pewnymi, określonymi warunkami, za pośrednictwem Kościoła, który jako szafarz owoców odkupienia rozdaje i prawomocnie przydziela zadośćuczynienie ze skarbca zasług Chrystusa i świętych. Odpust jest cząstkowy albo zupełny zależnie od tego, czy od kary doczesnej należnej za grzechy uwalnia w części czy w całości”. Każdy wierny może uzyskać odpusty dla siebie lub ofiarować je za zmarłych (KKK 1471).
Tak więc Kościół – uczy tradycyjna, ale wciąż aktualna teologia – wspiera nieustannie swoją modlitwą wysiłki poszczególnego człowieka, starającego się na nowo służyć swemu Bogu i kochać bliźnich, jak siebie samego. Ofiaruje również swoje modlitwy za zmarłych, znoszących męki czyśćcowe, prosząc Pana, aby darował im ich kary i wprowadził do wspólnoty z sobą.
Jak działają odpusty?
Kościół udziela odpustów ze skarbca zasług Jezusa Chrystusa i świętych, tj. z łask, jakie Zbawiciel mu pozostawił i którymi pozwolił rozporządzać według uznania. Można zatem powiedzieć, że Jezus Chrystus, jako Zbawiciel, który poprzez swoje życie, mękę, śmierć i zmartwychwstanie dokonał naszego odkupienia, jest jednym wielkim Odpustem. Jest nieskończoną Radością, Wspólnotą człowieka z Bogiem w tajemnicy swojego Wcielenia, zadośćuczynieniem wszystkich kar, czym dzieli się, poprzez posługę Kościoła, z tymi, którzy tego pragną.
Jezus pragnie, aby wszyscy żyli w tej samej przyjaźni z Bogiem i ludźmi, w jakiej żył On, służąc swojemu Ojcu i ludziom. Kościół, silny Jego mocą i życiem tak wielu świętych, którzy tworzą Kościół królujących w niebie, bierze niejako na siebie słabości grzesznika i podejmuje się zadania naprawienia wewnętrznych i zewnętrznych skutków grzesznych czynów swoich ziemskich członków. Czyni to poprzez rozdzielanie łask otrzymanych od Chrystusa.
Następuje to przede wszystkim poprzez modlitwę, a ponieważ ten rodzaj modlitwy jest miły Bogu, pragnącemu zbawienia wszystkich ludzi, dlatego zostaje ona wysłuchana. To zatem, co wydawało się być trudne dla grzesznika, czyni w jego imieniu Kościół, jako wspólnota wierzących, prosząc zgodnie swego Pana czynami miłości, aby grzesznik nawrócił się i był na powrót żywym duchowo członkiem wspólnoty.
Co jest ważne w modlitwie związanej z odpustami?
Stąd tak ważna w odpuście jest jedność z Kościołem, która wyraża się na zewnątrz poprzez przyjęcie Komunii św. i modlitwę w intencjach Ojca Świętego. Komunia św. wyraża jedność duchową, z kolei modlitwa w intencjach papieża – modlitwa – jedność widzialną. Bez tej podwójnej jedności z Kościołem nie jest możliwe uzyskanie odpustu, naprawienie zerwanych więzi. Rozłam bowiem może zostać naprawiony wyłącznie poprzez silne więzy jedności.
Papież Paweł VI w Konstytucji apostolskiej Indulgentiarum doctrina, w której przedstawił naukę o odpustach, zredukował dotychczasową liczbę odpustów oraz zrezygnował z istniejącego dotąd podziału odpustów na osobowe, rzeczowe i miejscowe. Podkreślił natomiast, że “odpustami są obdarzone czynności wiernych, chociażby łączyły się z jakąś rzeczą lub miejscem”.
Kościół udziela odpustów ze skarbca zasług Jezusa Chrystusa i świętych, tj. z łask, jakie Zbawiciel mu pozostawił i którymi pozwolił rozporządzać według uznania. Można zatem powiedzieć, że Jezus Chrystus, jako Zbawiciel, który poprzez swoje życie, mękę, śmierć i zmartwychwstanie dokonał naszego odkupienia, jest jednym wielkim Odpustem. Jest nieskończoną Radością, Wspólnotą człowieka z Bogiem w tajemnicy swojego Wcielenia, zadośćuczynieniem wszystkich kar, czym dzieli się, poprzez posługę Kościoła, z tymi, którzy tego pragną.
Jezus pragnie, aby wszyscy żyli w tej samej przyjaźni z Bogiem i ludźmi, w jakiej żył On, służąc swojemu Ojcu i ludziom. Kościół, silny Jego mocą i życiem tak wielu świętych, którzy tworzą Kościół królujących w niebie, bierze niejako na siebie słabości grzesznika i podejmuje się zadania naprawienia wewnętrznych i zewnętrznych skutków grzesznych czynów swoich ziemskich członków. Czyni to poprzez rozdzielanie łask otrzymanych od Chrystusa.
Następuje to przede wszystkim poprzez modlitwę, a ponieważ ten rodzaj modlitwy jest miły Bogu, pragnącemu zbawienia wszystkich ludzi, dlatego zostaje ona wysłuchana. To zatem, co wydawało się być trudne dla grzesznika, czyni w jego imieniu Kościół, jako wspólnota wierzących, prosząc zgodnie swego Pana czynami miłości, aby grzesznik nawrócił się i był na powrót żywym duchowo członkiem wspólnoty.
Konstytucja Pawła VI odchodziła od “wymierzania” darowanej kary doczesnej w jednostkach czasowych, co praktykowano dotychczas. Nie przeszkodziło to jednak stosowaniu dotychczasowej praktyki – nadal jeszcze spotkać można było książeczki do modlitwy, w których niemal każda modlitwa czy litania opatrzona była przypisem informującym, ile dni odpustu jest związanych z jej odmówieniem. Informację o 300 dniach wielu interpretowało zatem jako krótsze o trzysta dni przebywanie w czyśćcu. Rozumowanie to wiązało się z bardzo reistycznym (od łac. res – rzecz, przedmiot) pojmowaniem czyśćca, jako określonego “miejsca” w zaświatach, gdzie należało odpowiednio długo przebywać. Wszystko odczytywano więc w kluczu czasowo-przestrzennym, nie zaś, jak się powinno, duchowo-symbolicznym.
Konstytucja Pawła VI mówi, że po spełnieniu określonego dobrego czynu, z którym Kościół wiąże określone łaski, wierny dostępuje odpuszczenia kary, czyli na tyle udoskonalił swoje odniesienie do Boga i bliźnich, na ile zasługuje wartość spełnionego przez niego dobrego czynu. Kościół wyraża tym samym nadzieję, że dobre czyny zmieniły również wnętrze człowieka, że praktykując je, nabrał pozytywnych przyzwyczajeń, czyli że stał się osobą bardziej cnotliwą. Jego modlitwa stała się w ten sposób bardziej bezinteresowna, wypływająca z miłości nieszukająca osobistych korzyści. Taka właśnie modlitwa, zanoszona w intencji zmarłych, jest miła Bogu i zostaje wysłuchana. Współgra ona z miłością, którą jest sam Bóg. W ten sposób odpust doskonali zarówno życie proszącego o niego, jak również udziela potrzebnych łask tej osobie, za którą zanoszone są modlitwy, a zatem korzyść jest obopólna.
Rodzaje odpustów
W teologii zwykło się mówić o dwóch rodzajach odpustów: odpuście cząstkowym i zupełnym. Jak wskazuje sama nazwa, odpust cząstkowy jest darowaniem tylko części kar doczesnych i, jak zostało już powiedziane, udzielany jest na mocy zasługującego czynu, który Kościół obdarza odpustem cząstkowym. W odróżnieniu od niego odpust zupełny uwalnia w całości od kary doczesnej należnej za grzechy. W celu uzyskania odpustu zupełnego należy, oprócz wykonania obdarzonej takim odpustem czynności, spełnić ponadto trzy dalsze warunki. Należą do nich: spowiedź sakramentalna, Komunia św., modlitwa w intencjach papieża oraz wykluczenie wszelkiego przywiązania do jakiegokolwiek grzechu.
Jak już wspomnieliśmy, 29 czerwca 1968 roku Penitencjaria Apostolska ogłosiła dekretem Wykaz odpustów. Zamieściła w nim trzy ogólniejsze formy udzielania odpustów, gdzie mówi, że:
udziela się odpustu cząstkowego wiernemu, który w wykonywaniu swoich obowiązków i znoszeniu przeciwności życiowych skierowuje swoją myśl z pokorną ufnością do Boga, dołączając – choćby tylko wewnętrznie – jakieś pobożne wezwanie.
Nieco dalej dokument dodaje, że odpustem cząstkowym obdarowany zostaje także ten wierny, który, kierując się duchem wiary, zaofiaruje sam siebie lub przeznacza swoje dobra w duchu miłosierdzia na służbę braci znajdujących się w potrzebie.
Odpustu cząstkowego dostąpi także ten wierny, który w duchu pokuty powstrzyma się dobrowolnie od rzeczy miłej i godziwej dla niego. Penitencjaria miała na myśli w pierwszym rzędzie przezwyciężenie pożądliwości, a także wszelkie inne możliwe formy przezwyciężania siebie, odnoszenia zwycięstwa nad własnym egoizmem, zerwania z wadami, unikania okazji do grzechu itd.
Najważniejszy warunek odpustu
Wszystko to wydaje się być nieodzownym warunkiem do upodobnienia się do ubogiego i cierpiącego Pana, stania się Jego przyjacielem. Najistotniejsza jednak jest w tym wszystkim, oczywiście, miłość. Jej brak zrodził grzech, zerwał przyjaźń z Bogiem, z Kościołem i bliźnimi, stąd jej obecność niszczy grzech i odradza przyjaźń.
Miłość, która jest naturą Boga i najważniejszym przykazaniem chrześcijanina, jest więc najbardziej potrzebna w procesie nawrócenia, jest konieczna na drodze oczyszczenia. Człowiek ukarał siebie właśnie brakiem miłości, oczyści się więc tylko wtedy, kiedy stanie się jej wiernym sługą.
Co należy zrobić, by uzyskać odpust?
Wykaz odpustów zawiera również listę odpustów. Piętnaście z nich dotyczy praktyk pobożnych, których wierne spełnienie pozwala skorzystać z łaski odpustu zupełnego. Tyle samo jest czynności, które w pewnych, ściśle określonych okolicznościach, obdarowują odpustem. Natomiast czterdzieści innych praktyk Kościół obdarza odpustem cząstkowym. W rejestrze odpustów są również takie, które uzyskać można wyłącznie na rzecz zmarłych. Mówi Katechizm:
Ponieważ wierni zmarli, poddani oczyszczeniu, także są członkami tej samej komunii świętych, możemy pomóc im, między innymi, uzyskując za nich odpusty, by zostali uwolnieni od kar doczesnych, na które zasłużyli swoimi grzechami (KKK 1479).
Warunki odpustu za zmarłych
Rejestr odpustów wylicza trzy odpusty zarezerwowane wyłącznie za zmarłych. Oto one:
Wiernemu, który pobożnie nawiedzi cmentarz i pomodli się choćby tylko w myśli za zmarłych, udziela się odpustu: od dnia 1 do 8 listopada – zupełnego, a w pozostałe dni roku – cząstkowego.
Odpustu cząstkowego udziela się również przez odmówienie modlitwy: Wieczny odpoczynek racz im dać Panie, a światłość wiekuista niechaj im świeci. Niech odpoczywają w pokoju.
Ponadto udziela się odpustu zupełnego wiernym, którzy w Dniu Zadusznym nawiedzą pobożnie kościół albo kaplicę publiczną, ewentualnie półpubliczną. W tym ostatnim przypadku odpust uzyskują jedynie ci, którzy prawnie korzystają z kaplicy. […] Wspomniany odpust będzie można uzyskać albo w dniu powyżej określonym, albo za zgodą ordynariusza – w niedzielę poprzedzającą lub następną, ewentualnie w uroczystość Wszystkich Świętych. […] Podczas pobożnego nawiedzenia kościoła należy […] odmówić Modlitwę Pańską i Symbol wiary.
Wszystkie odpusty, powtórzmy jeszcze raz, czerpią swoją moc darowania kar z modlitwy Kościoła, “który względem swych członków ma władzę sprawowania pełnego rozgrzeszenia i może ją w szczególniejszy sposób skierować na rzecz konkretnego wiernego”.
Odpust to nie magia
Ten, kto zyskuje odpust, prosi zatem Boga w ufnym błaganiu (suffragium) w intencji zmarłego, dla którego wyprasza potrzebne łaski, a tym samym szybsze radowanie się chwałą nieba. Jego prośba nie działa jednak na Boga zniewalająco. Otrzymanie odpustu nie następuje mechanicznie. Zyskuje się go przede wszystkim poprzez otwartość i dyspozycyjność na Boże działanie, posłuszeństwo Jego woli, pełnienie Jego przykazań.
Niczym deszcz Boża łaska spływa z nieba na wszystkich, stąd otrzymać ją może niemal każdy, pod warunkiem, że będzie jej pragnąć. Nie można więc nikogo przymusić do przyjęcia miłości Bożej, ale zarazem każdy, kto chce ją mieć, otrzymuje w obfitości. Samo zatem odmówienie przepisanej modlitwy czy też wykonanie określonego uczynku nie oznacza, że osoba otrzymuje w sposób automatyczny przypisany danej czynności odpust.
Nade wszystko potrzeba postawy wiary i czynnej miłości. Każda miłość, także ludzka, dostępna jest tylko i wyłącznie poprzez wiarę. Nie inaczej jest z miłością Boga, która także daje się jedynie poprzez wiarę. W parze z wiarą i czynami miłości, z postawą głębokiego żalu i szczerej chęci poprawy idzie modlitwa. Wypraszając więc dla zmarłego odpust, człowiek wyprasza pośrednio dla siebie potrzebne łaski, z których niewątpliwie największa oznacza lepsze, doskonalsze życie duchowe.
Co, gdy modlitwa za odpuszczenie grzechów “nie działa”?
Żadna modlitwa zanoszona do Boga nie jest modlitwą zmarnowaną. Podobnie jest z odpustami, które ofiarowane są za zmarłych; jeżeli ktoś, za kogo ofiarowany jest odpust, raduje się już chwałą nieba i nie oczekuje na naszą modlitwę, nie zostaje ona bynajmniej “zmarnowana”. Jeżeli łaski tej nie potrzebuje osoba, za którą prosimy, Bóg przeznaczy ją innej, bardziej oczekującej na wsparcie z ziemi.
Trzeba bowiem pamiętać, że przyszłe życie nie jest życiem w pojedynkę, ale jest wspólnotą osób wzajemnie sobie życzliwych, dobrych, oddanych w miłości i zatroskanych o wzajemne dobro. Nic więc z dobra, które czynię na ziemi z myślą o zmarłych, nie przepada. A wysłużony przeze mnie odpust udzielony zostaje temu, kto potrzebuje go najbardziej. On z kolei, w tajemnicy obcowania świętych, oręduje za mną i ze swej strony wyprasza potrzebne mi błogosławieństwo, pomocne do dobrego życia tutaj na ziemi i do szczęścia wiecznego po śmierci.
Najlepsza modlitwa za zmarłych
Na zakończenie należy przypomnieć, że Kościół od zawsze nauczał, że w naszej trosce o zmarłych najważniejsza jest Eucharystia. Posiada ona największą wartość oraz skuteczność w osobistym uświęceniu. Nie omieszkał zaznaczyć tego Paweł VI:
Święta Matka Kościół, wyrażając jak największą troskę o zmarłych, znosząc jakikolwiek przywilej w tej materii, postanawia, że tymże zmarłym przychodzi się z pomocą w sposób najdoskonalszy przez każdą Ofiarę Mszy świętej.
Odpusty nie przestają spełniać ważnej roli w życiu Kościoła i jego wiernych. Nadal mają określoną wartość, jednak najważniejsza jest Msza Święta, która gładzi grzechy i dokonuje uświęcenia żyjących na ziemi, a zmarłym przychodzi z pomocą. W Eucharystii najpełniej łączymy się z naszymi zmarłymi braćmi i siostrami, z całym wszechświatem, prosząc dla nich o łaskę bycia Bożym obrazem. W niej też łączymy się najbardziej z osobami, pośród których żyjemy, z którymi tworzymy wspólnotę opartą na szczerej i głębokiej miłości. Eucharystia oczyszcza i umacnia wszystkie nasze relacje, nadając sens ewentualnemu cierpieniu czy też zachęcając do cierpienia, jeżeli może z niego wyniknąć jakieś dobro. Jest przedsmakiem nieba, gdzie Bóg będzie “wszystkim we wszystkim”.
Na ten aspekt Mszy Świętej zwraca uwagę Chiara Lubich, pisząc, że “Eucharystia zbawia nas i czyni nas Bogiem. My – umierając -przyczyniamy się wraz z Chrystusem do przemiany całej natury. Dlatego cała natura ukazuje się jako przedłużenie ciała Jezusa. Czyż Jezus, wcielając się, nie przyjął właśnie ludzkiej natury, łączącej w sobie cały świat stworzony?”.
* * *
(fragmenty z książki o. Kijasa pt. “Niebo, Czyściec, Piekło”)
o. Zdzisław Józef Kijas OFMConv/DEON.pl
+++
Jak uzyskać odpust dla dusz czyśćcowych w dniach 1-8 listopada
Według obowiązującego wykazu odpustów możemy ofiarować zmarłym cierpiącym w czyśćcu wyjątkowy dar w dniach 1-8 listopada.
Dla uzyskania odpustów zupełnych – za nawiedzenie cmentarza w dniach 1-8 listopada (jeden każdego dnia) należy:
- być wolnym od przywiązania do jakiegokolwiek grzechu – nawet powszedniego;
- być w stanie łaski uświęcającej (bez obciążeń grzechem śmiertelnym);
- przyjąć Komunię św. w tym dniu, w którym pragniemy uzyskać odpust
- nawiedzić cmentarz i tam pomodlić się za zmarłych dowolną modlitwą
- odmówić modlitwę w intencjach papieskich (np. Ojcze nasz… i Zdrowaś Maryjo…)
Odrębny odpust związany jest z dniem, kiedy wspominamy Wszystkich Wiernych Zmarłych – odpust za nawiedzenie świątyni – 2 listopada
Dla jasności powtarzamy warunki zwykłe:
- być wolnym od przywiązania do jakiegokolwiek grzechu – nawet powszedniego
- być w stanie łaski uświęcającej (bez obciążeń grzechem śmiertelnym)
- przyjąć Komunię św. w tym dniu, w którym pragniemy uzyskać odpust
- odmówić modlitwę w intencjach papieskich (np. Ojcze nasz… i Zdrowaś Maryjo…)
Ponadto należy w Dzień Zaduszny:
- nawiedzić kościół lub kaplicę, gdzie znajduje się Najświętszy Sakrament
- odmówić: Wierzę w Boga… oraz Ojcze nasz…
UWAGA! Błędem jest podawanie do wiadomości, że w dniach 1-8 listopada można zyskać odpusty zupełne za nawiedzenie cmentarza lub kościoła. Tak podana informacja sugeruje, że w całej oktawie Wszystkich Świętych moglibyśmy zyskiwać odpusty zupełne nie idąc na cmentarz lecz przychodząc tylko do kościoła. Taka możliwość istnieje tylko i wyłącznie w dniu 2 listopada.
Odpust cząstkowy za zmarłych w każdym czasie można uzyskać za:
– pobożne odmówienie Jutrzni lub Nieszporów z Oficjum za zmarłych
– pobożne odmówienie wezwania: „Wieczny odpoczynek racz im dać, Panie, a światłość wiekuista niechaj im świeci. Niech odpoczywają w pokoju. Amen”
– pobożne nawiedzenie cmentarza i modlitwę za zmarłych tam odmówioną (choćby w myśli)
– tylko w Polsce: za odmówienie modlitwy: „Dobry Jezu, a nasz Panie, daj im wieczne spoczywanie.
Światłość wieczna niech im świeci, gdzie królują wszyscy święci.
Gdzie królują z Tobą, Panie, aż na wieki wieków. Amen”.
Warunki zyskiwania odpustów cząstkowych:
-być w stanie łaski uświęcającej
-wykonywać owe pobożne czynności ze skruchą serca
źródło:
Wykaz odpustów. Normy i nadania, Wydanie wzorcowe według łacińskiego wydania z 2004 roku.
tłumaczenie zostało przyjęte przez 321. Zebranie Plenarne Konferencji Episkopatu Polski w Warszawie.
mp/apdc.wspomozycielki.pl
+++
Jak modlić się przy grobach? Wybierając się na cmentarz, warto znać te modlitwy

fot. Scottiealan / Pixabay
***
Koniec października i początek listopada to w Polsce tradycyjnie czas odwiedzania cmentarzy i modlitwy za bliskich zmarłych. Jaką modlitwę odmawiać stając przy grobach? Podpowiadamy kilka propozycji krótkich modlitw
Wieczny odpoczynek
Wieczny odpoczynek racz im dać, Panie,
a światłość wiekuista niechaj im świeci.
Niech odpoczywają w pokoju.
Amen.
Akty strzeliste za zmarłych
- Boże, miłosierny Panie, daj duszom sług i służebnic Twoich miejsce w niebie, błogosławiony pokój i jasność Twojego światła.
- Panie, wysłuchaj łaskawie naszych modlitw za dusze sług i służebnic Twoich, za które się modlimy prosząc, abyś je przyjął do społeczności swoich Świętych
- Spraw, prosimy Cię, Panie, aby dusze sług i służebnic Twoich, oczyszczone ze swoich win, otrzymały przebaczenie i wieczny odpoczynek.
Modlitwa za zmarłego o uwolnienie od grzechów i kar
Panie, Boże Wszechmogący, ufając Twemu wielkiemu Miłosierdziu zanoszę do Ciebie moją pokorną modlitwę: wyzwól duszę Twego sługi (Twojej służebnicy) od wszystkich grzechów i kar za nie. Niech święci Aniołowie jak najprędzej zaprowadzą ją z ciemności do wiekuistego światła, z karania do wiecznych radości. Przez Chrystusa, Pana naszego. Amen.
Modlitwa za zmarłych za wstawiennictwem św. Stanisława Papczyńskiego
Panie Jezu, za wstawiennictwem św. Stanisława Papczyńskiego, proszę Cię za tymi, którzy przekroczyli już bramę śmierci i oczekują twojego miłosierdzia w czyśćcu. Spraw, abym w Twoim domu spotkał się z moimi bliskimi i wszystkimi braćmi i siostrami, których powołałeś do życia wiecznego.
Amen.
Za zmarłych rodziców
Boże, Tyś nam przykazał czcić ojca i matkę, zmiłuj się łaskawie nad duszami moich rodziców i odpuść im grzechy; pozwól mi oglądać ich w radości Twej wiekuistej światłości. Przez Chrystusa, Pana naszego. Amen.
Za wielu zmarłych
Boże, miłosierny Panie, daj duszom sług i służebnic Twoich miejsce w niebie, błogosławiony pokój i jasność Twojego światła.
Panie, wysłuchaj łaskawie naszych modlitw za dusze sług i służebnic Twoich, za które się modlimy prosząc, abyś je przyjął do społeczności swoich Świętych.
Spraw, prosimy Cię, Panie, aby dusze sług i służebnic Twoich, oczyszczone ze swoich win, otrzymały przebaczenie i wieczny odpoczynek.
Przez Chrystusa, Pana naszego. Amen.
Modlitwa za poległych żołnierzy
Panie, Boże Wszechmogący, polecam Twemu miłosierdziu dusze naszych poległych żołnierzy, którzy oddali swe życie w obronie drogiej Ojczyzny i przelali swoją krew w obronie nie tylko naszego kraju, ale i Wiary świętej. O Boże, niech to ich męczeństwo poniesione w obronie Wiary i Ojczyzny uwolni ich dusze z czyśćca i wyjedna wieczną nagrodę w niebie. Błagam Cię o to przez Mękę i Śmierć naszego Zbawiciela, przez Jego Najświętsze Serce, przez przyczynę i zasługi Jego Niepokalanej Matki oraz świętych Patronów i Patronek naszego Narodu. Amen.
Za zmarłych, spoczywających na danym cmentarzu
Boże, dzięki Twojemu miłosierdziu dusze wiernych odpoczywają w pokoju; udziel łaskawie odpuszczenia grzechów Twoim sługom i służebnicom, którzy tutaj spoczywają w Chrystusie, aby uwolnieni od wszystkich win cieszyli się z Tobą bez końca. Panie, przyjmij łaskawie modlitwę zaniesioną za dusze sług i służebnic Twoich, którzy tutaj spoczywają w Chrystusie, niech oswobodzeni z więzów śmierci otrzymają życie wieczne. Boże, Światłości dusz wiernych, wysłuchaj nasze prośby i daj miejsce w niebie, błogosławiony pokój oraz jasność Twojego światła sługom i służebnicom Twoim, których ciała tutaj spoczywają w Chrystusie. Przez Chrystusa, Pana naszego. Amen.
Stacja7.pl
+++
Dusze czyśćcowe więcej wiedzą o nas i o tym, co się dzieje, niż myślimy
Dusze czyśćcowe więcej wiedzą o nas i o tym, co się dzieje, niż myślimy. Wiedzą np., kto bierze udział w ich pogrzebie i czy idzie tylko dlatego, aby inni go widzieli. Wiedzą, kto wysłuchał za nich Mszy św., bo dla umarłych pobożne wysłuchanie Mszy św. ma większe znaczenie, aniżeli towarzyszenie zwłokom na cmentarz.

Adobe Stock
+++
Wiedzą również dusze czyśćcowe, co się o nich mówi i co się dla nich robi. Są bliżej nas, niż myślimy: są całkiem blisko nas.
+++

+++
Część wywiadu Marii Simmy z Nickym Eltzem:
„Ile wiedzą na temat swoich rodzin?
Powiedziałabym, że prawie wszystko. Widzą nas cały czas. Słyszą każde słowo, które wypowiadamy na ich temat, i wiedzą, czego doświadczamy. Ale nie znają naszych myśli. Widzą swoje własne pogrzeby i wiedzą, kto tam jest i kto się za nich modli, a kto przyszedł tylko po to, by inni widzieli.
Czy dusze tam przebywające wiedzą, co będzie się działo na świecie?
Tak, wiedzą o niektórych rzeczach, ale nie wszystko. Powiedziały mi, że jest jakieś wielkie wydarzenie mające niedługo nastąpić, tuż-tuż. Przez wiele lat mówiły, że jest „tuż za drzwiami”, ale od maja 1993 roku używały zwrotu „w progu”. Chodzi o nawrócenie ludzkości. A na mniejszą skalę mówiły mi o pewnych sprawach z niewielkim wyprzedzeniem. W lecie 1954 roku powiedziały mi o powodziach, które tak bardzo dały się we znaki w tej okolicy. Kiedyś też po zejściu lawiny dusze powiedziały mi, że są jeszcze żywi zakopani w śniegu, więc zespół ratowniczy kontynuował poszukiwania chwilę dłużej, niż nakazywała rutyna. W końcu zlokalizowano i uratowano ludzi dwa dni po tym, gdy poprosiłam, by zespół kontynuował poszukiwania.” Maria Simma podkreśliła, że słowa mogą zabijać i wyrządzać innym ogromną krzywdę. Z drugiej strony miłość bliźniego, najmniejsze akty dobroci okazywane różnym osobom przynoszą wiele zasług i stanowią pewną drogę do nieba. Pomagają nam w tym także cierpienia i modlitwy odprawiane w intencji dusz czyśćcowych, które później będą orędować za nami z nieba. (1850–1917) odznaczała się szczególnym umiłowaniem dusz wiernych zmarłych w czyśćcu. Niektóre widzenia, jakie miała, są dowodem na to, jak bardzo dusze pozostają wdzięczne i odwzajemniają się za doznaną pomoc. Po śmierci pewnego dostojnika, kiedy święta podeszła do ołtarza, żeby przyjąć Komunię świętą we własnej intencji, jego dusza stanęła przed nią i powiedziała: „Tę Najświętszą Komunię przyjmiesz za mnie”. Przez miesiąc docierała do jej uszu ta sama prośba, a po upływie tego czasu ujrzała duszę uśmiechniętą i usłyszała od niej: „Już wystarczy, dziękuję Ci; dotychczas to Ty mi pomagałaś, od teraz ja będę pomagał Tobie”.
Święty Tomasz z Akwinu, potwierdzał, iż „modlitwa za zmarłych jest milsza Panu Bogu aniżeli ta za żyjących – ponieważ zmarli potrzebują jej, a nie mogą pomóc sami sobie, natomiast żywi mogą”. „Jest to wielka prawda, która powinna uwrażliwić nas i sprawić, iż będziemy hojnie pomagać niezliczonym duszom czyśćcowym, cierpiącym bez żadnej pociechy ponieważ są zapomniane lub nieznane nikomu – a przeto przez wszystkich opuszczone” – pisze Stefano Maria Manelli SI.
Św. Katarzyna z Bolonii (Katarzyna de Vigri 1413–1463) wyjaśnia: „Często to, co przez świętych w niebie uzyskać nie mogłam, otrzymałam natychmiast, kiedy zwróciłam się do dusz w czyśćcu”.
„Przyczyną tego – podaje bawarska mistyczka, siostra Anna Maria Lindmayr (1667–1726) – nie jest to, że nas dusze czyśćcowe wysłuchały, ale to, że Bóg nas wysłuchał ze względu na Jego Miłość do tych biednych dusz, które Bóg bardzo kocha. (…). Żaden okres mojego życia nie był dla mnie tak szczęśliwy i bardziej błogosławiony niż czas, który spędziłam z duszami i dla dusz czyśćcowych – dodaje Anna Maria Lindmayr. – Bóg wspaniałomyślnie nagradza miłość do dusz czyśćcowych i tą drogą najprędzej pomaga nam w cnotach i doskonałościach, ponieważ te dusze leżą Mu bardzo na sercu, dlatego że są najbiedniejsze i same już sobie pomóc nie mogą”.
„To działa w obie strony – przekonuje siostra Anna Czajkowska ze Zgromadzenia Sióstr Wspomożycielek Dusz Czyśćcowych. – Na tym m.in. polega tajemnica obcowania świętych. Gdy zmarli w czyśćcu widzą naszą troskę o nich, niemożliwe, by nie odpowiedzieli modlitwą za nas. Te dusze dzięki naszemu wsparciu coraz bardziej stają się podobne do Boga, a Bóg obdarowuje. One więc coraz bardziej się za nas modlą”.
„To samo obcowanie świętych sprawia jednak, iż dusze czyśćcowe z całą pewnością mogą wspierać nas, tak bardzo potrzebujących pomocy na tej ziemi rodzącej «cierń i oset» (Rdz 3,18), na tej ziemi pełnej pokus i niebezpieczeństw! – możemy przeczytać na portalu internetowym sióstr Franciszkanek Niepokalanej. – Dusze czyśćcowe dobrze znają nasze warunki życia i bez wątpienia pragną hojnie nam pomagać”.
Przyczyniając się do zbawienia innych, przyczyniamy się do zbawienia samych siebie, o czym wyraźnie mówił św. Jan Maria Vianney: „Jeśli chcemy, bracia i siostry, zapewnić sobie niebo, to módlmy się bezustannie za duszami w czyśćcu cierpiącymi. Pewny to znak wybrania i potężny środek do zbawienia – modlitwa za zmarłych. Bracia i siostry, ileż lat wypadnie nam cierpieć w czyśćcu, którzyśmy tyle popełnili grzechów, i pod pozorem, żeśmy się wyspowiadali, nie czynimy pokuty. (…) Nasz czas na ziemi jest ograniczony, dlatego myślę, że warto skorzystać z tej szansy. To niezwykły dar od Pana Boga, za którym kryje się nagroda życia wiecznego w niebie”. Wielka miłość, jaką żywił do dusz czyśćcowych święty Proboszcz z Ars, kazała mu powiedzieć pewnego razu: „O, gdyby wiedziano, jak wielką moc posiadają te dusze nad Sercem Bożym i jakie łaski można za ich wstawiennictwem uzyskać, nie byłyby tak bardzo opuszczone. Kiedy uprosić chcemy u Boga prawdziwy żal za nasze grzechy, zwróćmy się do dusz czyśćcowych, które od tak wielu lat żałują za swe grzechy w płomieniach ognia czyśćcowego. Trzeba się dużo za nie modlić, aby i one modliły się dużo za nas”.
fragment książki “Największe tajemnice czyśćca. Błogosławieństwo oczyszczającego ognia”
Tygodnik Niedziela
+++
Nie jest ostatnim słowem
Gumy do żucia w kształcie nagrobków, lizaki – trupie czaszki, baloniki z napisem R.I.P. Społeczeństwo chce zamienić śmierć w memy, oswoić ją, familiarnie poklepać po ramieniu. Bezskutecznie. Chrześcijanie mają w sobie świętą bezczelność. Mówią głośno: została pokonana.

fot. JF Martin/Unsplash
***
Niedzielny świt. Spaceruję ulicami Warszawy. Sklep z gadżetami na Halloween. Gumy do żucia w kształcie nagrobków, lizaki – szczerzące zęby trupie czaszki, krzyże, baloniki z napisami R.I.P. Śmierć na słodko, śmierć na słono. Tuż za rogiem pozostałość muru getta. Zderzenie światów, których nie da się pogodzić. Czekoladowe kościotrupy i dzieci-szkielety umierające z głodu na ulicy. Zabawa w śmierć i kurczowe trzymanie się życia. Baloniki i dramaty. Światy oddziela potężny mur. Ten z getta zburzono, ale mentalny, próbujący oswoić śmierć, pozostał.
Będzie, będzie zabawa
Czytam porażające wspomnienia z „Archiwum Ringelbluma”: „Mur. Granica getta. W murze na dole jest otwór odpływowy, przez który przejść może dziecko. W kącie przy murze stoi dwóch żołnierzy, a od strony żydowskiej z getta przychodzi matka z dzieckiem. To sześcioletnie dziecko jest żywicielem całej rodziny. Ten sześcioletni starzec przez ścieki, przez rynsztok szmugluje do getta żywność dla rodziny. I teraz też, zaopatrzony w pieniądze i worek, schyla się i zaczyna pełzać przez otwór. Przetknąwszy głowę, zaczyna się rozglądać i spotyka się wzrokiem z czatującymi żołnierzami. Dziecko szarpie się, rwie się z powrotem, ale tu stoi matka i pcha je za nogi tam, tam – po żywność”.
Tuż obok zabawa w śmierć. Pokolenie, które świętuje huczniej Halloween niż Boże Narodzenie, nie potrafi stanąć oko w oko z cierpieniem. Bezskutecznie próbuje ośmieszyć śmierć, bezczelnie zajrzeć jej w oczy. A jednak na to słowo reaguje histerycznie. I pakuje ją albo w „Powrót żywych trupów”, albo w żenujące prowokacje halloweenowych smakołyków. Kultura śmierci nie mówi o śmierci, bo… panicznie się jej boi.
Znam od podszewki środowisko nastolatków. Widzę, jak wielu z nich stara się „wywołać wilka z lasu”, spróbować poklepać śmierć po ramieniu, wyśmiać, wyszydzić, zamienić w memy. Bezskutecznie. W tym roku kilkanaście razy głosiłem słowo dla młodych i niemal po każdym spotkaniu zostawała choć jedna osoba, by opowiedzieć mi o próbach samobójczych i samookaleczeniach.
Jej wysokość śmierć
Chrześcijanie mają w sobie świętą bezczelność. Mówią głośno: śmierć została pokonana. Co wcale nie znaczy, że klepią ją po ramieniu i nie ocierają łez nad grobami bliskich. Gdzie tu Dobra Nowina? Jest nią przesłanie o Jezusie, który zburzył mur. Przeszedł ze śmierci do życia. Co więcej, podkreślił, że będzie to również naszym udziałem, bo jak pokornie zapowiadał, idzie „przygotować nam miejsce”. Bóg, który nakazuje Ezechielowi: „Prorokuj do suchych kości”, jest miłośnikiem życia.
Wobec śmierci jesteśmy bezradni, nie ma co grać chojraka. Rozmawiałem na ten temat z siostrami klauzurowymi, które opowiadały o dziecięcej bezbronności wobec tego doświadczenia. W klasztorze w Świętej Annie, gdzie na ogromnym obrazie w tańcu śmierci wirują ludzie i szkielety, słyszałem od siostry Józefy, dominikanki, która wiele razy towarzyszyła odchodzącym mniszkom: „Wobec śmierci jesteśmy jak dzieci. Czułam się zawsze jak mały Dawid z procą przed potęgą Goliata. Bo umieranie to misterium. Jak narodziny. Kiedyś w umierającej siostrze, świętej siostrze, zobaczyłam małą dziewczynkę, która ma przeskoczyć kałużę, za którą stoi i wyciąga ręce stęskniony tata. A ona nad taflą wody waha się, boi się skoczyć. Trzeba stanąć przy niej, podać rękę i szepnąć: »Skacz! Nie bój się! Tata cię złapie!«. Podeszłam kiedyś do ciężko chorej siostry i spytałam: »Czemu jesteś taka smutna?«. »Bo czuję, że już blisko moja śmierć«. Zastanowiłam się i przyznałam: »Tak, to poważna sprawa«. I zaczęłam tworzyć opowieść: »Siostro, nie będziemy się bać. Na rękach, jak skarb zaniesiemy siostrę, aż do samych drzwi. A tam już wyciąga po siostrę dobre ręce sam Bóg, i Matka Boża, i siostry, i rodzina, i całe niebo świętych. Śmierć to takie drzwi, przez które idziemy w nowe życie«. Zobaczyłam, że ta mocno doświadczona życiem kobieta potrzebowała tej opowieści. Powiedziała mi to, co wcześniej chory tato: »Mów mi o Bogu i o mnie«”.
To moja siostra
„Umierać jeszcze nie chcę… Czy boję się śmierci? Trochę tak, bo to zawsze doświadczenie, którego nie znamy. Ale nie ma paniki. Liczę na Boże miłosierdzie” – opowiadał nam kilka miesięcy temu pokorny brat Józef Bałaban, który w krakowskim klasztorze franciszkanów sadził rośliny zwane łzami Matki Boskiej, a później własnoręcznie wyrabiał z nich różańce. „Ja nie jestem od gadania, ja jestem od roboty. Trzeba w życiu robić to, co mu dają do robienia. Nie narzekać i mieć dobrą intencję” – podsumował. Zmarł we wspomnienie św. Franciszka. Nie mógł sobie znaleźć lepszej daty na przejście. Nie można poklepać śmierci po ramieniu, ale można się z nią zaprzyjaźnić. „Pozdrowiona niech będzie siostra śmierć” – miał wołać św. Franciszek z Asyżu, pocieszając tym zasmuconych braci.
Ksiądz Czesław Lewandowski, świadek ostatnich chwil brata Alberta Chmielowskiego, wspomniał: „Usiadł na tapczanie i z pogodnem obliczem i miłością patrzał na otaczające go dzieci duchowne, które wyrażały Swemu Ojcu swe uczucia, prosiły go pojedynczo to o modlitwę, to znowu o błogosławieństwo i inne usługi duchowne, a on mile spełniał ich życzenia i dawał ostatnie nauki. Scena ta zrobiła wielkie wrażenie na obecnych, rozległ się płacz i szlochanie. Nagle w jego oczach zabłysły dziwne jakieś ognie. Umierający starzec przemienia się jakoby w jakiegoś olbrzyma, a z ust jego, jak grom, zaczęły padać dziwnie mocne słowa, które do głębi duszami obecnych wstrząsnęły: »Co tu płakać? Z wolą Boską macie się zgadzać i za wszystko Bogu dziękować! Tak jest! Trzeba Bogu dziękować za chorobę i za śmierć, jak ją zsyła. Zmówić trzeba Magnificat!«. Ucichł płacz, a Brat Albert użył tytoniu, by pod dymem tej pospolitości ludzkiej ukryć zarazem, co heroicznego i nadzwyczajnego w nim zauważono”.
„Święty Benedykt w czwartym punkcie swojej Reguły pisze, by »śmierć nadchodzącą mieć codziennie przed oczyma«. To zalecenie jest realizowane w naszym klasztorze bardzo dosłownie. Okna wielu cel wychodzą na mały cmentarz, niewidoczny dla obserwatorów z zewnątrz” – pisze trapista o. Michał Zioło w książce „Po co światu mnich?”. „Cmentarz jest wciąż taki sam, brat odstępuje mogiłę bratu, kości poprzednika składane są pod głową zmarłego i tak przez wieki. Nie ma tu marmurowych nagrobków, a jedynie małe tabliczki z imieniem. Jedna pod drugą, na pierwszy rzut oka przypominają wojskowe nieśmiertelniki. Rdza przechodzi z tabliczki na tabliczkę. Jak mawiał Rilke, »każdy ma własną śmierć«, choć oczywiście śmierć jako zjawisko jest dla każdego z nas zdziwieniem i przerażeniem, i tym wszystkim, o czym mówią filozofowie. Bracia jednak nie są filozofami… Gdy już wiadomo, że brat jest powołany lub zamierza odejść, to gromadzimy się wszyscy przy nim i odmawiamy Litanię do Wszystkich Świętych. Mnich jak każdy człowiek ma oczywiście takie pokusy, żeby sobie powiedzieć: »Jeszcze kawał życia przede mną, jeszcze zrobię to, tamto, zagłosuję, sprzeciwię się, zadecyduję, zapytam, dlaczego coś budują bez mojej zgody«, ale przychodzi moment, kiedy już wie, że to koniec. Nie, że koniec życia, ale że ma się zacząć coś nowego”.
Nie ma paniki
„Kiedy umrę, moje ciało najpierw będzie wystawione w kościele, potem przewiozą mnie na cmentarz, a jeśli jestem w zaawansowanym wieku, to wiem nawet, którzy bracia będą mnie nieśli” – wyjaśnia o. Michał. „Bez trumny, bez butów. Stopy jedynie w czarnych skarpetkach. Trumna w jakimś sensie zamyka człowieka, osłania go, oddziela, a mnisi traktują ciało jako ziarno, które wpadłszy w ziemię, ma obumrzeć i zakwitnąć nowym życiem. Poza tym mnich jest ubogi aż do końca, więc nie może pozwolić sobie na luksus, jakim jest trumna. Czy mnich boi się śmierci? Nie! Boi się, że nie podoła śmierci, że będzie panikował i okaże się człowiekiem małej wiary. A Pan Jezus przecież mówi: »Znacie drogę, teraz idźcie za Mną«. Mnichów śmierć raczej fascynuje, bo oni nie myślą o samym momencie przejścia, tylko o tym, co będzie, kiedy już zrobią ten jeden krok. Klasztorne okna częściowo wychodzą na cmentarz i to jest bardzo dobra perspektywa dla mnicha: patrzeć tam, gdzie się zacznie życie. Dlatego bracia ze spokojem czekają na śmierć”. •
Marcin Jakimowicz/Gość Niedzielny
+++
Czyściec oczami świętych.
Oto, jak tam jest.

Anioł uwalnia dusze w czyśćcu pędzla Ludovico Caracciego (ok. 1610) / fot. via: Wikipedia
+++
Czyściec jest oczyszczeniem naszej miłości, która ma być podobna do miłości Jezusa Chrystusa, jaśniejącej najpełniej w tajemnicy Jego Krzyża i Zmartwychwstania.
Czyściec jest oczyszczeniem naszej miłości, która ma być podobna do miłości Jezusa Chrystusa, jaśniejącej najpełniej w tajemnicy Jego Krzyża i Zmartwychwstania. Podobnie jak złoto oczyszcza się w ogniu ze wszelkich obcych domieszek, tak miłość nasza oczyszcza się w ogniu cierpienia, prób i doświadczeń dawanych nam z miłującej ręki Boga.
Miłość, jaką odznaczali się Święci była na wzór miłości Jezusowej, gdyż oni pragnęli i pozwolili, aby On już tu na ziemi oczyścił ich miłość. Doświadczenia wewnętrzne opisywane przez nich porównywane są często do cierpień czyśćcowych.
Święci opisując cierpienia dusz w czyśćcu mówią, że ich intensywność nie ustępuje cierpieniom piekła, ale cierpienia te przeżywane są zupełnie inaczej. Dusza cierpi bardzo, ale cierpienie to nie jest cierpieniem beznadziejnym. Jest ono przeżywane w ogromnej radości i tęsknocie z powodu czekającego spotkania twarzą w twarz z miłującym Bogiem. Radość dusz czyśćcowych wynika także z ich pewności zbawienia i jest skutkiem ufnego powierzenia siebie Bogu. Dusza pragnie cierpieć, gdyż pragnie jak najszybciej być u Boga.
Św. Katarzyna z Genui, której Bóg pozwolił już na ziemi doświadczyć cierpień czyśćca, pisze: “Z wyjątkiem świętych w niebie, nie przypuszczam, aby u kogokolwiek można spotkać zadowolenie równe temu, jakie odczuwa dusza w czyśćcu. Wzrasta ono z każdym dniem pod wpływem działania Bożego na duszę, a to działanie wzmaga się w miarę ustępowania jego przeszkody. Tą przeszkodą jest rdza grzechu. Płomień ją pożera, a równocześnie dusza coraz więcej wystawia się na działanie Boże”.
Jako przykład obrazujący tę prawdę podaje ona zasłonięte lustro, które nie może odbijać promieni słonecznych. Nie dzieje się to z winy słońca, które świeci nieustannie, lecz z powodu zasłony, w którą spowite jest lustro. W miarę jednak jak zasłona znika lustro coraz intensywniej odbija promienie słoneczne. Św. Katarzyna pisze, że: “W podobny sposób dusza jest pokryta rdzą grzechu, którą stale spalają płomienie czyśćcowe. Im bardziej rdza ginie, tym doskonalej dusza odbija blask prawdziwego słońca, jakim jest Bóg”. Promienie słońca są więc obrazem promieni Bożej miłości w duszy człowieka, a także radości jaka udziela się duszy, która coraz bardziej zbliża się do Boga. Gdy oczekuje na pełne szczęście, żadne cierpienie nie jest dla niej za duże, ani zbyt ciężkie. Ona sama pragnie tego bolesnego oczyszczenia, bo wie, że jest to dla niej dar Bożego miłosierdzia – ostatnia szansa na niebo.
Bóg jest przede wszystkim Miłością. Miłość jest Jego najważniejszym i najbardziej właściwym imieniem. Stworzył nas z miłości i przeznaczył do miłości. W serce każdego człowieka wszczepił poczucie miłości i sprawiedliwości. One to sprawiają, że człowiek sam sobie wymierza sprawiedliwość zgodnie ze słowami św. Jana od Krzyża – “pod wieczór życia będziemy sądzeni z miłości”. Bóg, który jako pierwszy inicjuje dialog miłości z każdym człowiekiem, czyni to nie tylko w czasie naszego ziemskiego pielgrzymowania, ale również w stanie oczyszczenia po śmierci. W tym trudnym i bolesnym stanie oczyszczania się człowieka wychodzi On na spotkanie w swojej miłosiernej miłości. Miłość ta jaśnieje w Krzyżu Jezusa i jawi się jako miłość wieczna, nieskończona, niewyczerpana, a zarazem bardzo czuła, wrażliwa i pełna tkliwości.
Taka właśnie miłość oświetla życie człowieka, który przechodzi do wieczności, dając mu poznać jego braki, niedomagania, wszelkie plamy i całą rdzę grzechu pokrywającą życie. To właśnie dzięki przeżyciu Bożej bliskości człowiek może poznać stopień własnej nędzy i niedostatku, który każe mu jednocześnie wołać z głębi skruszonego serca: “Odejdź ode mnie Panie, bo jestem człowiek grzeszny” (Łk 5,8).
W tym przeżyciu własnej niedoskonałości i równocześnie ogromnym pragnieniu zbliżenia się do Boga człowiek otwiera się coraz bardziej na przyjęcie szczęścia Bożej miłości. Rodzi się w nim pragnienie odpowiedzi na tę miłość, która zapoczątkowuje proces oczyszczenia. Wszystko to jest dziełem Bożej miłości i ogromnej Jego łaski, która przenikając serce człowieka niejako od “wewnątrz” otwiera go na taką decyzję. Ta miłosierna miłość Boga przenikając człowieka, dosięga jego najgłębszych pokładów, dając mu nie tylko pragnienie, ale i moc uwolnienia się od własnego egoizmu, zafałszowania i chwiejności. Rodzi się wówczas ogromne pragnienie oddania się całkowitego Bogu, aby móc być przenikniętym całkowicie tą Jego uszczęśliwiającą miłością. Czyściec więc nie jest czymś biernym i statycznym. Dusza przeżywając go “płonie” pragnieniem oglądania Bożego oblicza i przebywania w Jego obecności.
Św. Katarzyna z Genui, której Bóg w przeżyciu mistycznym dał poznać czym jest ten proces oczyszczenia, tak pisze: “…ze strony Boga, jak widzę, niebo nie ma zamkniętych bram, lecz kto chce tam wejść, wchodzi. Bóg bowiem jest pełen miłosierdzia, otwiera ku nam swe ramiona, aby przyjąć nas do swojej chwały. Istota Boża jest zarazem zupełnie czysta, nieskończenie bardziej, niż rozum to pojąć może; dusza więc, znajdując choćby najmniejszą odrobinę niedoskonałości, wolałaby raczej rzucić się do tysiąca piekieł, niż stanąć przed majestatem Boga z jakąś zmazą na sercu. Widząc zatem, że czyściec jest przeznaczony na to, by zetrzeć plamy duszy, dobrowolnie się do niego rzuca i znajduje tam wielkie miłosierdzie, uwalniające ją od owej przeszkody”.
Z tych słów możemy wywnioskować, że z jednej strony grzech i nieczystość duszy sprawia, że człowiek czuje się “oddalony” od Boga, z drugiej zaś strony pragnie poddać się oczyszczającemu procesowi, aby “przybliżyć się” do Niego. Dusza pragnie oczyszczenia, gdyż pragnie ze wszystkich sił pełnej wspólnoty miłości z Bogiem. Św. Katarzyna tak o tym mówi: “Jeśliby dusza mająca na sobie choćby maleńką zmazę, miała zbliżyć się do Boga w widzeniu uszczęśliwiającym odczułaby to jako krzywdę dla siebie i mękę wielokroć straszniejszą od cierpień czyśćcowych. (…) Dusza nie czułaby się na swoim miejscu, widząc, że jeszcze nie dała Bogu pełnego zadośćuczynienia. Niechby nawet brakował jej moment tylko do odpokutowania, już odczułaby nieznośną udrękę, i dla oczyszczenia jej z tej drobnej zmazy wolałaby raczej iść na dno piekła – gdyby to od jej woli zależało – niż stanąć przed obliczem Bożym, nie będąc jeszcze zupełnie czysta”.
W słowach tych widzimy związek cierpienia czyśćcowego z grzechem, którego dopuścił się człowiek w ciągu swojego ziemskiego życia. Grzech oddalił go od wspólnoty z Bogiem. Odtrącając Bożą miłość, postanawiając żyć na własną rękę i ustanawiając – prawa według własnego “widzimisię” człowiek zadał ranę sobie, ale zranił także Ojcowskie Serce Boga, który jak czuła matka nie może zapomnieć “o swym niemowlęciu” (Iż 49,15). W momencie poznania prawdy o własnym grzechu człowiek równocześnie dostrzega jak grzech zrujnował jego wewnętrzne życie, które domaga się odbudowy. Czyściec jest więc stanem oczyszczenia się z tego wszystkiego, co nadal jeszcze plami duszę człowieka i nie odbija w niej pełni Bożego światła.
Św. Katarzyna opisując stan zachwytu duszy pięknem i miłością Boga jednocześnie ukazuje przeżycie cierpienia duszy z powodu własnej niedoskonałości. “Dusza w nadprzyrodzonym świetle widzi, jak Bóg ze swej wielkiej miłości i w nieustannej opatrzności nigdy nie przestaje jej i prowadzić ku całkowitej doskonałości, a czyni to ze szczerej miłości. Jednak nieodpokutowany grzech nie pozwala iść za przyciągającą siłą Boga, czyli za tym pojednawczym spojrzeniem, jaką Bóg ją darzy, by ją przyciągnąć ku sobie. Nadto dusza poznaje, co to za nieszczęście być pozbawionym bezpośredniego oglądania światła Bożego. Właśnie świadomość takiego położenia stwarza męki, jakie dusze cierpią w czyśćcu. Nie znaczy to, by dusze wielką wagę przywiązywały do cierpień, choćby i jeszcze raz tak straszne były. Natomiast uwaga ich głównie jest zwrócona na pewną sprzeczność, jaka zachodzi między nimi, a wolą Boga; widzą bowiem wyraźnie, jak On goreje dla nich czystą miłością, której przecież nie są godne. Dusza, gdy to rozważa gotowa by znaleźć czyściec jeszcze dotkliwszy i porwana siłą miłości ku Bogu, gotowa rzucić się weń, aby tym wcześniej uwolnić się od więzów, oddzielających ją od dobra najwyższego”.
Kara za grzech jawi się tutaj nie jako coś bolesnego przychodzącego z zewnątrz, ale jako możliwość jakiej udziela miłosierny Bóg człowiekowi dla jego pełnego “uleczenia” i oczyszczenia z bolesnych skutków wywołanych grzechem. Czyściec jest więc ostateczną możliwością zbawienia przez zadośćcierpienie. Kara czyśćcowa jest leczniczym środkiem, który służy człowiekowi, pozwalając mu wejść w doskonałą wspólnotę z Bogiem i radować się przyjaźnią z bliźnimi. Wszelki zatem rodzaj kar czyśćcowych jest największym darem Boga, który nigdy nie rezygnuje z człowieka. Św. Katarzyna tak o tym pisze: “Dusze w zupełności zgadzają się z wyrokami Boga, tak że wszystko chętnie przyjmują, co podoba się Bogu, który działa przecież z roztropnego upodobania swego, stąd nawet wśród wielkich swych cierpień niezdolne są myśleć o sobie. One nie widzą nic innego, jak tylko działanie dobroci Boga, który w swoim nieskończonym miłosierdziu wiedzie człowieka do siebie; one nie myślą ani o osobistych cierpieniach, ani o dobru, jakie by im przypaść mogło; gdyby im było dane nad tym rozmyślać, nie miałyby miłości doskonałej”.
Mimo, iż udzielanie się Boga duszy w czyśćcu jest łaskawe i pełne dobroci, to jednak posiada ono charakter bolesnego doświadczenia. Im bowiem bardziej człowiek przybliża się do Boga, tym bardziej wzmaga się w nim poczucie niegodności i wstydu, a zarazem szczerej tęsknoty za posiadaniem Go jeszcze bardziej i pełniej. Dojrzewanie duszy do przeżycia Bożej miłości jest przede wszystkim bólem duchowym, którego źródłem jest oddalenie od Boga i jednoczesna chęć powrotu do przebywania w Jego bliskości. Czyściec gładzi więc kary, jakie pozostały człowiekowi po darowanych mu grzechach, których dopuścił się w trakcie swojego ziemskiego życia. Czyściec gładzi też grzechy lekkie. Dopiero więc w momencie zupełnego oczyszczenie się ze wszystkiego, co przeszkadza duszy oglądać Boże oblicze, co utrudnia jej odpowiedź miłością na Bożą miłość, zapoczątkowana zostaje wieczna radość.
Św. Jan od Krzyża, opisując etapy oczyszczenia człowieka porównuje je do “wewnętrznych nocy”. Ostatni etap oczyszczenia na ziemi nazywa “nocą ducha” i porównuje go wprost do czyśćca: “Cierpienie to jest podobne do mąk czyśćcowych; bo jak tam oczyszczają się dusze, aby mogły ujrzeć Boga w jasnym widzeniu życia przyszłego, tak i tu na swój sposób oczyszczają się, aby się mogły przeobrazić w Niego przez miłość”. Oczyszczenie to, jak pisze Święty, przeżywa niewiele osób, a jedynie te, które Bóg chce już tu na ziemi podnieść do najwyższego stopnia zjednoczenia ze sobą.
Pisząc o tym ogromnie bolesnym doświadczeniu życiowym ma trudność, aby wyrazić je słowami. Dlatego porównywanie do czyśćca przychodzi mu z pomocą. W księdze Żywy płomień miłości pisze: “niemożliwe jest, żeby oddać należycie to, co dusza cierpi w tym czasie. Jest to niewiele mniej niż czyściec”. Podobnie bowiem jak po przejściu do wieczności Bóg przenika duszę światłem i żarem swej miłości, tak i teraz dzięki światłu i płomieniowi Ducha Świętego, daje jej poznać i odczuć wszystkie słabości i nędze, których do tej pory ona nie widziała ani nie odczuwała. Dusza w tym stanie zderza się boleśnie ze swą naturalną nędzą. Światło Boże, które ją przenika jest dla jej nieczystego i słabego wzroku zupełną ciemnością. Zaś dla jej woli naturalnie twardej i oschłej w stosunku do Boga ten płomień miłości i czułości Bożej zadaje ogromne cierpienia i udrękę. W tym stanie dusza jednak poznaje jasno i wyraźnie swą naturalną nędzę, ubóstwo i zło oraz wszelkie niedoskonałości. Tego płomienia Bożej miłości obfitującego w niezmierne bogactwa, dobra i rozkosze duchowe, będzie ona mogła doświadczać i odczuć dopiero wtedy, gdy Bóg ją całkowicie oczyści i przemieni w siebie.
Św. Ojciec Pio, znany stygmatyk dwudziestego wieku, na drodze swego zjednoczenia z Bogiem doświadczył i pozostawił na piśmie wiele wypowiedzi, mówiących o tym, jak Bóg oczyszcza dusze, które pragną Go posiąść w tym życiu. Przeżywając proces bolesnego oczyszczenia tak pisał do swego kierownika duchowego: “Stan mój jest ogromnie przykry, okropny wprost przerażający. Wszystko zarówno wokół mnie, jak i we mnie jest ciemnością: nieprzenikniony mrok w umyśle, utrapienia woli, udręczenia w sumieniu. W swoim wnętrzu odczuwam cierpienia i równocześnie utrapienie i niespokojne pragnienie miłości Bożej”.
Wyznaje jednocześnie, że “aby dusza mogła wznieść się do kontemplacji Boga, musi najpierw być oczyszczona ze wszystkich niedoskonałości. Dotyczy to nie tylko pozbycia się aktualnych niedoskonałości – co dokonuje się przez zmysłowe oczyszczenie – ale także wyzwolenia się ze zwyczajnych niedoskonałości, którymi są pewne uczucia (przywiązania), zwykłe niedoskonałości. To oczyszczenie zmysłów nie zmierza ku temu, by je wykorzenić, gdyż one pozostają w duszy niczym korzeń w ziemi. To oczyszczenie dotyczy ducha i dokonuje się w ten sposób, że Bóg swoją najwyższą światłością przenika duszę w całości, przeszywa ją niejako dogłębnie i w całej pełni odnawia.
To najwyższe światło, którym Bóg napełnia wspomniane dusze, zstępuje w nie w ten sposób, że wówczas one odczuwają ból. Dusze przeżywają wtedy uczucie opuszczenia, co z kolei powoduje wyjątkowe, krańcowe utrapienie aż po doświadczenie wewnętrznej agonii. Obecnie te dusze nie mogą w żaden sposób pojąć Boskiego oddziaływania tego najwyższego światła. Dzieje się tak z dwóch powodów: pierwszy z nich to samo światło, które z jednej strony jest tak wspaniałe i pełne subtelności, że przekracza faktyczne możliwości duszy. I dlatego raczej staje się powodem powstania ciemności i udręki niż samego światła. Drugi powód, dla którego dusza nie może pojąć tego Boskiego działania, to miernota i brak jej niewinności. I dlatego to najwyższe światło nie tylko, że napełnia ją ciemnością, ale przynosi ból i udrękę. I oto w miejsce pociechy dusza napełnia się cierpieniem przez nowe ciosy, które są odczuwalne we władzach zmysłowych i duchowych. Są to straszliwe i wprost przerażające cierpienia.
To wszystko dzieje się już na samym początku, bo światło Boże zastaje dusze nieprzygotowane do zjednoczenia się z Panem. Z tego względu owe światło dokonuje dzieła oczyszczenia. Kiedy to działanie się kończy i dusze zostają oczyszczone, wówczas światło je opromienia i napełnia blaskiem kierując ku doskonałemu zjednoczeniu z Bogiem”.
Święta Faustyna również bardzo plastycznie opisuje oczyszczenie duszy człowieka, którą Bóg wybiera i przygotowuje do doskonałego zjednoczenia ze sobą. Pisze ona, iż człowiek odczuwa wówczas bardzo głęboko, że nie miłuje Boga jak On tego żąda. W miejsce dawnej obecności Boga przychodzi oschłość, duchowa posucha; potęguje się tęsknota za Bogiem, a jednak jakby górę biorą wszystkie błędy, które uświadamiają człowiekowi własną nędzę. W całej duszy zapada ciemność i udręka.
Doświadczenie to przypomina czyściec. Bóg przeprowadza człowieka przez takie wewnętrzne oczyszczenie całej jego zmysłowej i duchowej natury, żeby go doprowadzić do zjednoczenia ze sobą. I nie staje tu człowiek tylko wobec sądu, ale staje raczej wobec potęgi samej miłości, którą jest Bóg. Ogarnięty tą miłością może wołać:
O płomieniu Ducha Świętego,
który mnie oświecasz, abym mogła zobaczyć ciemność moją,
który mnie dotykasz, abym mogła odczuć twardość moją,
który mnie przenikasz, abym mogła doświadczyć całej nędzy mojej,
oczyść mnie i wypal, abym mogła zjednoczyć się z Jezusem – JEDYNĄ MIŁOŚCIĄ moją.
Amen.
s. Anna Czajkowska, s. Irena Złotkowska. Jak pomagać duszom czyśćcowym ? Jałmużna
Fronda.pl/więcej informacji: http://www.wspomozycielki.pl/
***
Nota doktrynalna o tytułach maryjnych: Matka wiernego ludu, a nie Współodkupicielka
Dokument Dykasterii Nauki Wiary, zaaprobowany przez Papieża Leona XIV, precyzuje, jakich tytułów należy używać w odniesieniu do Matki Bożej. Szczególną uwagę zwraca na określenie „Pośredniczka wszystkich łask”.
Mater Populi fidelis (Matka Ludu wiernego) to tytuł noty doktrynalnej opublikowanej dzisiaj, we wtorek 4 listopada, przez Dykasterię ds. Doktryny Wiary. Nota, podpisana przez prefekta, kardynała Víctora Manuela Fernándeza, oraz sekretarza sekcji doktrynalnej, ks. Armando Matteo, została zaaprobowana przez Papieża 7 października. Jest ona owocem długiej pracy teologicznej całego kolegium. To tekst doktrynalny poświęcony pobożności maryjnej, skupiający się na osobie Maryi, która – jako Matka wierzących – jest ściśle związana z dziełem Chrystusa. Nota przedstawia biblijne podstawy pobożności maryjnej oraz przywołuje liczne wypowiedzi Ojców Kościoła, Doktorów Kościoła, tradycji wschodniej oraz myśli ostatnich papieży.
W tym pozytywnym kontekście tekst doktrynalny analizuje różne tytuły maryjne, podkreślając znaczenie niektórych z nich, a jednocześnie ostrzegając przed niewłaściwym używaniem innych. Tytuły takie jak „Matka wiernych”, „Matka duchowa”, „Matka Ludu wiernego” są szczególnie wysoko cenione w Nocie. Natomiast tytuł „Współodkupicielka” uznaje się za nieodpowiedni i niestosowny. Z kolei tytuł „Pośredniczka” jest uznawany za niedopuszczalny, gdy przypisuje Maryi funkcję właściwą wyłącznie Jezusowi Chrystusowi. Jednakże pozostaje cenny i teologicznie uzasadniony, gdy wyraża udział Maryi w zbawczej misji Chrystusa, który ukazuje i uwielbia Jego moc. Tytuły „Matka łaski” oraz „Pośredniczka wszystkich łask” są uznawane za dopuszczalne w ściśle określonym sensie, przy czym dokument poświęca im szczególnie obszerny komentarz, wyjaśniający możliwe ryzyka niewłaściwego rozumienia tych określeń.
W istocie Nota potwierdza katolicką naukę, która zawsze podkreślała, że wszystko w Maryi jest ukierunkowane na centralną rolę Chrystusa i Jego zbawcze dzieło.
Dlatego, choć niektóre tytuły maryjne można teologicznie uzasadnić poprzez poprawną egzegezę, uznaje się za wskazane, by ich unikać. W swojej prezentacji kardynał Víctor Manuel Fernández docenia pobożność ludową, ale jednocześnie ostrzega przed grupami i publikacjami, które promują określony rozwój dogmatyczny i wzbudzają niepewność wśród wiernych, także za pośrednictwem mediów społecznościowych. Główny problem w interpretacji tych tytułów maryjnych dotyczy sposobu rozumienia udziału Maryi w dziele odkupienia dokonanym przez Chrystusa (3).
Współodkupicielka
W odniesieniu do tytułu „Współodkupicielka” Nota przypomina, że niektórzy papieże „używali tego tytułu, nie podejmując jego wyjaśnienia. Zazwyczaj przedstawiali go na dwa sposoby: w odniesieniu do Bożego macierzyństwa, jako że Maryja – jako Matka – umożliwiła dokonanie odkupienia przez Chrystusa; oraz w odniesieniu do Jej zjednoczenia z Chrystusem pod krzyżem odkupienia. Sobór Watykański II ze względów doktrynalnych, duszpasterskich i ekumenicznych unikał użycia tytułu Współodkupicielki. Św. Jan Paweł II posłużył się nim przynajmniej siedmiokrotnie, łącząc go przede wszystkim z wartością zbawczą naszego cierpienia, ofiarowanego razem z cierpieniem Chrystusa, do którego w sposób szczególny dołącza się Maryja, zwłaszcza pod krzyżem” (18).
Dokument przytacza dyskusję wewnątrz ówczesnej Kongregacji Nauki Wiary, która w lutym 1996 r. rozpatrywała wniosek o ogłoszenie nowego dogmatu dotyczącego Maryi jako „Współodkupicielki lub Pośredniczki wszystkich łask”. Kardynał Ratzinger był przeciwny: „Dokładne znaczenie tych tytułów nie jest jasne, a zawarta w nich doktryna nie jest jeszcze dojrzała. Doktryna ogłoszona jako de fide divina należy do depositum fidei, czyli do Objawienia Bożego przekazanego w Piśmie Świętym i Tradycji Apostolskiej”. Następnie, w 2002 r., przyszły Benedykt XVI wyraził się publicznie w podobny sposób: „Formuła «Współodkupicielka» mocno odbiega od języka Biblii i Ojców Kościoła, przez co rodzi nieporozumienia. (…) Wszystko pochodzi od Niego, jak czytamy zwłaszcza w Liście do Efezjan i Liście do Kolosan; również Maryja właśnie Chrystusowi zawdzięcza wszystko, czym jest. Wyrażenie «Współodkupicielka» przesłoniłoby to źródło”. Kardynał Ratzinger, jak wyjaśnia Nota, nie zaprzeczał, że w propozycji użycia tego tytułu kryją się dobre intencje i cenne aspekty, jednak uważał, że jest to „błędna terminologia” (19).
Papież Franciszek co najmniej trzykrotnie wyraził swój zdecydowany sprzeciw wobec używania tytułu Współodkupicielki. Dokument doktrynalny w tej sprawie stwierdza: „używanie tytułu Współodkupicielki dla określenia współpracy Maryi jest zawsze niewłaściwe. Tytuł ten grozi bowiem zaciemnieniem jedynego zbawczego pośrednictwa Chrystusa i może w związku z tym prowadzić do zamętu i zachwiania harmonii prawd wiary chrześcijańskiej(…) Gdy jakieś wyrażenie wymaga licznych i nieustannych objaśnień, by nie zostało błędnie zrozumiane, nie służy wierze Ludu Bożego i staje się niestosowne” (22).
Pośredniczka
W nocie podkreślono, że biblijne wyrażenie odnoszące się do wyłącznego pośrednictwa Chrystusa „jest jednoznaczne”. Chrystus jest jedynym Pośrednikiem (24). Z drugiej strony podkreślono, „że termin «pośrednictwo» jest często używany w różnych dziedzinach życia społecznego, gdzie oznacza po prostu współpracę, pomoc, wstawiennictwo. W konsekwencji termin ten jest nieuchronnie stosowany wobec Maryi w znaczeniu podporządkowanym i w żaden sposób nie ma na celu dodania skuteczności ani mocy jedynemu pośrednictwu Jezusa Chrystusa” (25). Ponadto – jak uznaje dokument – „oczywiste jest, że Maryja rzeczywiście pośredniczyła w umożliwieniu prawdziwego Wcielenia Syna Bożego w nasze człowieczeństwo” (26).
Matka wierzących i Pośredniczka wszystkich łask
Macierzyńska rola Maryi „żadną miarą nie przyćmiewa ani nie umniejsza” jedynego pośrednictwa Chrystusa, „lecz ukazuje Jego moc”. Tak rozumiane „macierzyństwo Maryi nie ma na celu osłabienia jedynej czci należnej Chrystusowi, lecz raczej ją umacnia”. Należy zatem unikać, jak stwierdza Nota, „tytułów i wyrażeń odnoszących się do Maryi, które przedstawiają ją jako swego rodzaju «piorunochron» wobec sprawiedliwości Pana, jakby gdyby Maryja była konieczną alternatywą dla niewystarczającego miłosierdzia Boga” (37, b). Tytuł „Matki wierzących” pozwala nam mówić o „działaniu Maryi również w odniesieniu do naszego życia w łasce” (45).
Należy jednak uważać na wyrażenia, które mogą przekazywać „mniej akceptowalne treści” (45). Kardynał Ratzinger wyjaśnił, że tytuł „Maryi Pośredniczki wszystkich łask” nie jest wyraźnie oparty na Boskim Objawieniu i zgodnie z tym przekonaniem – jak wyjaśnia dokument – możemy dostrzec trudności, jakie stwarza on zarówno w refleksji teologicznej, jak i w duchowości (45). Istotnie „żadna osoba ludzka, nawet apostołowie czy Najświętsza Maryja Panna, nie może działać jako wszechogarniający dawca łaski. Tylko Bóg może obdarzyć łaską i czyni to poprzez człowieczeństwo Chrystusa” (53). Tytuły, takie jak „Pośredniczka wszystkich łask”, mają zatem „ograniczenia, które nie ułatwiają prawidłowego zrozumienia wyjątkowej roli Maryi. Rzeczywiście, jako pierwsza odkupiona, nie mogła być Ona pośredniczką łaski, którą sama otrzymała” (67). Jednakże dokument ostatecznie uznaje, że „wyrażenie «łaski», odnoszące się do macierzyńskiego wsparcia Maryi w różnych chwilach życia, może mieć dopuszczalne znaczenie. Liczba mnoga wyraża całą pomoc, również materialną, jaką Pan może nam udzielić, wysłuchując wstawiennictwa Matki” (68).
VATICANNEWS.VA/Gość Niedzielny
***
Kult maryjny eksplodował w V wieku. Kim zatem była Matka Jezusa dla chrześcijan pierwszych wieków?

Advocata, czyli Orędowniczka – jeden z najstarszych obrazów Matki Bożej, przechowywany w klasztorze sióstr dominikanek w Rzymie.
fot. Roman Koszowski/Gość Niedzielny
***
Nie mamy praktycznie żadnych świadectw oddawania czci Maryi przed końcem IV wieku. W V wieku nastąpiła prawdziwa eksplozja Jej kultu. Kim zatem była Matka Syna Bożego dla chrześcijan pierwszych wieków?
W mszale rzymskim w dni wspomnień świętych znajduje się z reguły krótki życiorys świętego, połączony czasem z informacją o historii danego święta. 8 września, w święto Narodzenia Najświętszej Maryi Panny, ta notatka zaczyna się od słów: „W Jerozolimie już w V w. obchodzono uroczystość poświęcenia bazyliki w miejscu narodzenia się Matki Bożej”. 8 grudnia czytamy, że „Święto Niepokalanego Poczęcia obchodzono na Wschodzie już w VIII wieku”. Z kolei w uroczystość Zwiastowania Pańskiego mszał informuje nas, że „święto to obchodzono w Kościele Wschodnim 25 marca już w VI wieku”.
Wszystkie te informacje są prawdziwe, dyskusyjne może być tu jednak jedno słowo – „już”. W odniesieniu do całej dotychczasowej historii Kościoła V wiek to prawie jej jedna czwarta. Może więc zamiast „już”, należałoby w tym kontekście pisać „dopiero”? Czy i jak Maryję czczono przed V/VI wiekiem, i co o tym wiemy?
Theotokos
Pod koniec 428 roku w katedrze Świętych Apostołów w Konstantynopolu kazanie głosił biskup z nieodległego miasta Kyzikos, Proklus. Określał w nim Maryję mianem Theotokos, czyli Bożej Rodzicielki. Oburzył się na to przysłuchujący się kazaniu nowy patriarcha cesarskiej stolicy, Nestoriusz. Na oburzenie Nestoriusza oburzyło się z kolei wielu duchownych i świeckich, którzy zawiadomili o tym patriarchę Aleksandrii, Cyryla. Uruchomił się w ten sposób cykl wydarzeń, który doprowadził do sformułowania w 431 roku na soborze w Efezie dogmatu o Bożym Macierzyństwie Maryi.
Intencją Nestoriusza nie było raczej pomniejszanie czci Maryi, chodziło mu natomiast o podkreślenie dwóch natur w Chrystusie i różnicy między nimi. Nauczał, że Maryję w związku z tym można określać tylko mianem Matki Chrystusa, gdyż zrodziła Go w jego naturze ludzkiej, nie boskiej. Przeciwnicy Nestoriusza, Cyryl Aleksandryjski i papież Celestyn I, doprowadzili jednak do złożenia go z urzędu i potwierdzenia w Efezie, że w jednej osobie Jezusa Chrystusa łączy się natura boska i ludzka, a w związku z tym Maryję można nazywać Bożą Rodzicielką.
Był to już drugi raz, kiedy Maryja pojawiła się w tekstach dogmatycznych. W 381 roku na soborze w Konstantynopolu potwierdzano wyznanie wiary z Nicei z 325 roku, równocześnie uzupełniając je m.in. o przypomnienie, że Jezus narodził się „z dziewicy Maryi”. W tej formie odmawiamy to wyznanie do dzisiaj.
Gdy biskup Proklus wygłaszał w 428 roku swoje kazanie ku czci Bogarodzicy, nie wymyślał niczego nowego. Świadczy o tym sprzyjająca mu, a nieprzychylna wobec Nestoriusza reakcja wiernych. Kult Maryi musiał być już wtedy dla mieszkańców Konstantynopola czymś oczywistym i przyjętym od dawna. Niestety, nie jesteśmy w stanie powiedzieć, od kiedy.
Przed Efezem
Maryja nie jest zupełnie „niewidoczna” w naszych źródłach przed Soborem Efeskim. Występuje przecież w Ewangeliach, skoro spotkania wczesnych chrześcijan opierały się na lekturze tekstów oraz ich komentowaniu. Już na wczesnym etapie można było na podstawie św. Łukasza i św. Jana przedstawiać wiernym Maryję jako wzór wiary i posłuszeństwa. W II wieku święci Justyn i Ireneusz zaczynają określać ją mianem Nowej Ewy. W tym samym wieku powstaje apokryficzna Protoewangelia Jakuba, pokazująca, jak duże było zainteresowanie życiem Maryi, jak ważna była również wiara w Jej stałe dziewictwo. Bronili go w IV wieku także św. Ambroży i Hieronim, którzy wychwalali Maryję i stawiali Ją jak wzór do naśladowania. Za pierwszego wielkiego piewcę Maryi możemy uważać IV-wiecznego świętego Efrema Syryjczyka. Przyjrzyjmy się jednemu z tych tekstów:
„Niech posłucha Ewa mojej pieśni i tu przyjdzie! Niech wzniesie głowę, co ze wstydu opadła w raju! Niech odsłoni swe oblicze i Ci śpiewa, bo usunąłeś od niej zawstydzenie, Niech słucha pieśni pokoju, bo Córka zmazała jej winę!” (tłum. A. Skórzewska).
Nie mamy jednak przed końcem IV wieku wyraźnych dowodów na kult Maryi – modlitw czy hymnów ku Jej chwale (poza poezją Efrema), otoczonych czcią wizerunków ani poświęconych Jej kościołów. Generalnie zresztą dopiero w IV wieku zaczyna się rozwijać oddawanie czci świętym, przy czym początkowo dotyczyło to głównie męczenników, dopiero jakby równolegle zostały do tych form pobożności włączane postaci znane z Biblii (i to nie wszystkie). Ponadto w tym wieku zaczynał się rodzić ruch pielgrzymkowy do Ziemi Świętej, który mógł powodować dalsze zainteresowanie miejscami związanymi z Maryją.
Jedyną, ale bardzo dziwną, a do tego wątpliwą, jednoznaczną wskazówką jest wzmianka Epifaniusza z Salaminy, biskupa z Cypru z drugiej połowy IV wieku, który w swoim wykazie herezji wymienia „kollyrydian”, czyli grupę kobiet z Arabii, które pomieszały Ewangelię z miejscowymi wierzeniami i czciły Maryję jako boginię. Na istnienie tej potencjalnej herezji nie mamy jednak żadnych innych dowodów i nic więcej o niej nie wiemy.

Madonna z Dzieciątkiem i dwoma Mędrcami – fresk z końca III wieku w Katakumbach Marcellinusa i Piotra w Rzymie.
AKG-IMAGES /EAST NEWS
***
Wczesna ikonografia maryjna
Jednym z najcenniejszych źródeł naszej wiedzy o tym, co myśleli chrześcijanie pierwszych wieków, są freski, które pozostały po nich w katakumbach, i płaskorzeźby na sarkofagach. Pod tym względem wśród starochrześcijańskich cmentarzy wyróżniają się katakumby Priscilli, położone na północy Rzymu przy Via Nomentana. Nie należą do najczęściej odwiedzanych przez turystów i pielgrzymów, kryją w sobie jednak prawdziwe skarby – malowidła z III wieku, wśród nich znajdują trzy przedstawiające Maryję, są to więc Jej najstarsze zachowane wizerunki. Jeden z nich to najpewniej scena zwiastowania, choć ewentualnie można by interpretować go inaczej – po prostu jako mężczyznę stojącego przed siedzącą kobietą. Dwa następne są jednak jednoznaczne: niewiasta z dzieckiem, obok której jakiś mężczyzna wskazuje na gwiazdę nad nią – chodzi więc o Balaama i odniesienie do obietnicy mesjańskiej z Lb 24,17 – oraz niewiasta z dzieckiem, przed którą pokłon składają trzej mężczyźni, co jednoznacznie wskazuje na Pokłon Magów.
Od końca III wieku Maryja zaczyna się też pojawiać na chrześcijańskich sarkofagach – nigdy samodzielnie, ale zawsze jako jedna z postaci w scenach przedstawiających zwiastowanie, narodzenie Jezusa i Pokłon Magów. Analogicznie pochwały Maryi spotykamy w kazaniach wygłaszanych przez ojców Kościoła w te święta (także przy okazji święta Ofiarowania Pańskiego, które będzie się powoli przekształcać w święto Oczyszczenia Maryi). Rodzący się kult maryjny wiązał się też z nieco od niego starszym kultem męczennic. Do Dziewicy Maryi, jako obrończyni dziewic, zwraca się np. bohaterka jednego z kazań św. Grzegorza z Nazjanzu z 379/380 roku.
Po Efezie
Opisując historię wczesnego chrześcijaństwa, z reguły zmagamy się z tym, że nie wiemy dokładnie, kiedy powstał dany budynek albo dzieło sztuki, trudno też jest często określić datę napisania wielu anonimowych utworów literackich. Zupełnie inaczej jest z rzymską bazyliką Matki Bożej (Santa Maria Maggiore), o której wiemy, że została poświęcona 5 sierpnia 434 roku. Do dziś mamy ten dzień w kalendarzu liturgicznym jako wspomnienie Matki Bożej Śnieżnej.
Poświęcenie tej bazyliki, w tak krótkim czasie od zakończenia Soboru Efeskiego, można uznać za uroczystą inaugurację nie tylko samego budynku, ale w ogóle oficjalnego kultu Maryi w Kościele. Przekonuje o tym sama imponująca bazylika – pierwsza znana nam świątynia pod wezwaniem Matki Bożej. Mówią o tym także zdobiące ją mozaiki. W tych oryginalnych, V-wiecznych, na łuku triumfalnym widzimy Maryję w bogatych szatach rzymskich, w scenach związanych z narodzeniem i dzieciństwem Jezusa. W absydzie natomiast znajduje się ukoronowanie Maryi przez Jezusa. Jest to mozaika średniowieczna, nie wiemy, co znajdowało się tam wcześniej, ale całkiem prawdopodobne, że była to ta sama scena.
Wracając do naszych trudności z datowaniem różnych przedmiotów i tekstów – nie mamy pewności, kiedy kształtuje się Kanon Rzymski, czyli obecna I Modlitwa Eucharystyczna, podejrzewamy jednak, że nabiera dzisiejszej formy na przełomie V i VI wieku. Od tego momentu już więc na pewno na każdej Mszy sprawowanej w Rzymie wymienia się wielu świętych, ale „najpierw pełną chwały Maryję, zawsze Dziewicę, Matkę Boga i naszego Pana Jezusa Chrystusa”.
Poza datowaniem problemem jest też wieloznaczność naszych źródeł. Czasem nie wiemy, czy „Dziewica”, o której mówimy, to Maryja, czy Kościół (Ecclesia), który też był w ten sposób określany. W V wieku w chrześcijaństwie zaczyna się rozszerzać kult relikwii. Podobno cesarz Marcjan (450–457) posłał do Jerozolimy po relikwie Maryi, uzyskał jednak od patriarchy Juwenala odpowiedź, że to niemożliwe, bo Jej ciało znajduje się przecież w niebie. Niedługo potem zaczęto jednak w Konstantynopolu czcić relikwie Matki Bożej – Jej szatę i pas (przechowywany do dziś na górze Atos).
Historyk Kościoła Sozomen Scholastyk, piszący ok. 440 roku, wspominał, że w jednym z kościołów Konstantynopola dochodziło do wielu uzdrowień, które przypisywał wstawiennictwu ukazującej się chorym Matce Bożej.
Pod Twoją obronę
W wielu podręcznikach teologii można odnaleźć informację, że najstarszy zachowany tekst modlitwy do Bogarodzicy, rozpoczynający się znanym nam wezwaniem „Pod Twoją obronę”, pochodzi z połowy III wieku. Faktycznie papirus z takim tekstem został odnaleziony w Egipcie w 1900 roku. Jego dokładnej daty powstania nie można łatwo określić. Wielu poważnych badaczy wyznaczało ją bardzo wcześnie, na IV albo nawet III wiek. Byłaby to więc rzeczywiście zdecydowanie najstarsza ze znanych nam modlitw maryjnych.
Przy datowaniu tekstów tego typu kluczowa jest jednak analiza paleograficzna, czyli przez porównanie charakterów pisma z różnych epok. Oczywiście ta metoda jest nieprecyzyjna i czasem subiektywna, a miejsce i kontekst znalezienia tekstu pozostaje nieznany. W każdym razie, dzisiaj większość uczonych zajmujących się tą dziedziną uważa, że wspomniany papirus pochodzi jednak najwcześniej z VI lub VII wieku.

Matka Boża z Dzieciątkiem na fresku w Katakumbach Pryscylli w Rzymie
WORLD HISTORY ARCHIVE /EAST NEWS
Akatyst
W odwrotny sposób refleksja naukowa towarzyszy modlitwie dużo mniej w Polsce znanej, choć ostatnio coraz bardziej popularnej – Akatystowi ku czci Bogurodzicy. Tradycja wiąże powstanie tego hymnu z jednoczesnym oblężeniem Konstantynopola przez Awarów (lud przybyły z centralnej Azji na teren dzisiejszych Węgier w połowie VI wieku), Słowian i Persów. Główne siły cesarza Herakliusza znajdowały się wtedy daleko od stolicy, której obronie przewodniczył patriarcha Sergiusz. Obrazy Bogarodzicy wystawiono na bramach Konstantynopola i obchodzono z nimi ich mury (zresztą 25 lat wcześniej, gdy Herakliusz wyruszał z Kartaginy do Konstantynopola, by obalić poprzedniego cesarza, kazał umieścić wizerunki Matki Bożej na żaglach swoich okrętów). Nic dziwnego, że gdy napastnicy zostali odparci, zwycięstwo przypisywano opiece Maryi, która miała ukazywać się na czele armii i spowodować sztorm, który zatopił nieprzyjacielską flotę. Podczas licznych dziękczynnych nabożeństw śpiewano właśnie Akatyst. Faktycznie pierwszy Kondakion, który mówi o Maryi jako „walecznej hetmance” o „niezwyciężonej mocy”, ku czci której „wyswobodzeni z niewoli” śpiewają „zwycięską pieśń”, jest prawdopodobnie echem wydarzeń z 626 roku, podobnie jak niektóre fragmenty następnych zwrotek (np. „pogańska cześć ognia” to odniesienie do praktykowanego w Persji zoroastrianizmu). Niemniej większość badaczy uważa dzisiaj, że pierwotny tekst Akatystu jest wcześniejszy, być może niemal współczesny Soborowi Efeskiemu.
Strażniczka ortodoksji
Niewiele uwagi poświęciliśmy dotąd ikonom. Z natury są one mniej trwałe niż mozaiki lub płaskorzeźby. Z reguły też nie są podpisane, nie wiemy, kiedy dokładnie powstały. Uważa się, że kilka ikon maryjnych w Rzymie pochodzi z przełomu VI i VII wieku. Na pewno było ich więcej w Konstantynopolu, lecz nie przetrwały okresu ikonoklazmu (VII/VIII wiek). Za to po przywróceniu kultu obrazów ikony zaczęły się mnożyć. W ich kulcie zaczęto widzieć pieczęć ortodoksji, potwierdzenie wszystkich dogmatów dotyczących Chrystusa i Maryi.
Jak widać, Maryja zawsze była w chrześcijaństwie obecna. Najpierw przede wszystkim jako cicha towarzyszka swojego Syna i Jego apostołów. Potem zaczęto wyciągać dalsze konsekwencje z faktu urodzenia przez nią Boga-człowieka. Gdy uznano w związku z tym, że należy się Jej tytuł Bożej Rodzicielki, Jej kult stał się powszechny. Nie nastąpiło to od razu, ale logicznie wynikało z tego, w co wierzono od początku.
ks. Stanisław Adamiak – Gość Niedzielny
Doktor habilitowany, historyk Kościoła, rektor seminarium duchownego w Toruniu, profesor Uniwersytetu Mikołaja Kopernika. Specjalizuje się w historii wczesnego chrześcijaństwa. Wykładał na Papieskim Uniwersytecie Gregoriańskim w Rzymie i w Instytucie Historycznym Uniwersytetu Warszawskiego.
***
Dlaczego nie „Współodkupicielka”? Mariolog komentuje notę Watykanu

Scena Zesłania Ducha Świętego z Ołtarza Wita Stwosza w Bazylice Mariackiej.
fot. Henryk Przondziono/Gość Niedzielny
***
Dlaczego nie powinniśmy wobec Maryi używać zwrotów „Współodkupicielka” i „Pośredniczka wszelkich łask”, tłumaczy ks. prof. dr hab. Marek Chmielewski, wykładowca teologii duchowości na KUL, członek Papieskiej Międzynarodowej Akademii Maryjnej (PAMI) i były prezes, a obecnie członek Zarządu Polskiego Towarzystwa Mariologicznego.
Agnieszka Huf: 4 listopada br. Watykan opublikował notę doktrynalną pt. Mater populi fidelis. Co ten dokument mówi nam nowego o roli Maryi w dziele zbawienia?
Ks. prof. Marek Chmielewski: W nocie Dykasterii Nauki Wiary nie ma żadnych nowości teologicznych. Celem tego dokumentu jest natomiast doprecyzowanie stanowiska Kościoła względem tytułów, które nadawane są Maryi. Chodzi szczególnie o tytuły „Współodkupicielka” i „Pośredniczka”. W ostatnich dziesięcioleciach wpływały bowiem do Stolicy Apostolskiej liczne petycje w sprawie ogłoszenia tzw. piątego dogmatu, którego treścią miałoby być uznanie Maryi Współodkupicielką. Warto nadmienić, że obecnie mamy cztery dogmaty maryjne, czyli fundamentalne prawdy wiary: Boże Macierzyństwo, Niepokalane Poczęcie, Trwałe Dziewictwo i Wniebowzięcie.
Najbardziej znanym propagatorem idei Maryi Współodkupicielki jest amerykański świecki mariolog Mark Miravalle, profesor Uniwersytetu Franciszkańskiego w Steubenville, który założył ruch Vox Populi Mariae Mediatrici. W ramach jego działalności zebrano kilka milionów podpisów z prośbą o ogłoszenie piątego dogmatu. Znamienne jest to, że Mark Miravalle zaraz po ukazaniu się tej noty w jednym z wywiadów wyraził aprobatę dla jej treści, wyrażając jednocześnie swe posłuszeństwo wobec Urzędu Nauczycielskiego Kościoła. Zauważył przy tym, że szczególnie cenne jest podkreślenie macierzyńskiej opieki Maryi nad ludem wiernym, co wyraża tytuł dokumentu.
Tytuł „Współodkupicielka” nie jest nowy, pojawia się bowiem w wypowiedziach wielu świętych.
To prawda, że tytuł „Współodkupicielka” używany był przez wielu świętych i papieży. Na przykład św. Jan Paweł II – jak zaznacza omawiana tu nota – w swoich wypowiedziach użył go siedmiokrotnie. O Współodkupicielce mówił też św. John Henry Newman, ogłoszony 1 listopada br. doktorem Kościoła. Problem polega jednak na właściwym rozumieniu tego tytułu w jego kontekście. W pobożności maryjnej użycie tytułów maryjnych „Współodkupicielka” i „Pośredniczka” często idzie za daleko, tak iż zdaje się podważać fundamentalną prawdę naszej wiary, że jedynym Odkupicielem i jedynym Pośrednikiem między Bogiem a ludźmi jest Jezus Chrystus (por. 1 Tm 2, 5-6). Jak zaznacza dokument, skoro Chrystus jest jedynym Odkupicielem, to „nie istnieją współ-odkupiciele z Chrystusem”. Nie można więc sugerować, że Maryja na równi z Jezusem dokonała dzieła odkupienia, ani że łaski udzielane przez Jezusa są warunkowane zaangażowaniem Maryi. Nie oznacza to bynajmniej pomniejszania Jej roli. Chodzi natomiast o właściwe rozumienie i przedstawianie udziału Matki Bożej w dziele zbawczym Chrystusa. Mając to na względzie, dokument wyjaśnia, dlaczego termin „Współodkupicielka” jest błędny i jak należy rozumieć drugi tytuł: „Pośredniczka wszelkich łask”, a w konsekwencji stosować go z ostrożnością, wyjaśniając wiernym jego właściwy sens.
Czy to znaczy, że papieże czy święci, którzy określali Maryję Współodkupicielką, popełniali błąd teologiczny?
Tak mogłoby się wydawać, ale nie należy zapominać o tzw. ewolucji dogmatu. Chodzi o to, że co do istoty prawdy wiary są niezmienne, natomiast ich przekaz oraz interpretacja zmieniają się w miarę rozwoju wiary Ludu Bożego i teologii. Upraszczając nieco, można powiedzieć, że zmienia się terminologia, a pozostaje ta sama teologia.
Poza tym do głosu dochodzą uwarunkowania kulturowe, które wpływają na język i rozumienie określonych pojęć. Gdybyśmy więc uznali błąd papieży i świętych odnośnie do użycia wspomnianych tytułów maryjnych, to sami popadlibyśmy w błąd ahistorycyzmu, czyli interpretowania historii z obecnej perspektywy. Oni wyrażali to, co było przekonaniem i odczuciem wierzących minionej epoki. Jednak Duch Święty prowadzi Kościół do pełniejszego rozumienia objawionej Prawdy, dlatego z posłuszeństwem wiary i wdzięcznością trzeba przyjąć to nowe, głębsze spojrzenie.
Jak więc Mater populi fidelis definiuje rolę Maryi w dziele zbawienia?
Jak trafnie zauważył Mark Miravalle, dokument zgodnie ze swoim tytułem przede wszystkim podkreśla macierzyństwo Maryi względem Ludu Bożego. Jej macierzyńska troska ma charakter wstawiennictwa, które nota za św. Janem Pawłem II określa jako wstawiennictwo uczestniczące. Maryja ma bowiem swój udział w dziele odkupienia zarówno przez fakt, że została wybrana na Matkę wcielonego Syna Bożego w sensie fizycznym, jak również przez to, że aktywnie współpracowała z Bożym planem zbawienia, czego wyrazem jest jej fiat czy obecność pod krzyżem. To macierzyńskie uczestnictwo nie upoważnia jednak do stawiania Maryi na równi z Chrystusem Odkupicielem, co sugerowałby przedrostek „współ-”. Ona bowiem w chwili zwiastowania określiła siebie jako Służebnicę Pańską (Łk 1,38). Wynoszenie Jej do rangi współodpowiedzialnej za odkupienie ludzkości zaprzeczałoby prawdzie, jaką wyraziła sama o sobie.
W takim też kluczu wstawiennictwa uczestniczącego należy rozumieć drugi z kontrowersyjnych tytułów: „Pośredniczka”. Jak czytamy w omawianym dokumencie, „termin ten jest nieuchronnie stosowany wobec Maryi w znaczeniu podporządkowanym i w żaden sposób nie ma na celu dodania skuteczności ani mocy jedynemu pośrednictwu Jezusa Chrystusa” (nr 25). Na tej samej zasadzie zarówno święci, jak i my sami, pozostając we wspólnocie Kościoła, pomagamy sobie wzajemnie (pośredniczymy) w osiągnięciu zbawienia, którego źródło jest wyłącznie w dziele dokonanym przez Chrystusa. Maryja poprzez swe wstawiennictwo i wzór zjednoczenia z Nim jako Matka Kościoła pomaga nam w tym.
Jakie ryzyko niesie ze sobą używanie tytułu „Współodkupicielka”?
Nota jasno stwierdza, że używanie tytułu „Współodkupicielka” dla określenia współpracy Maryi z dziełem zbawczym Chrystusa „jest zawsze niewłaściwe”. Tytuł ten bowiem grozi zaciemnieniem jedynego zbawczego pośrednictwa Chrystusa i może w związku z tym prowadzić do zamętu i zachwiania harmonii prawd wiary chrześcijańskiej (nr 22).
Dość częste posługiwanie się tym tytułem w pobożności ludowej bez odpowiedniego wyjaśnienia prowadzi do sprzecznych z wiarą uproszczeń i sugeruje, że bez czynnego zaangażowania się Maryi wszechmogący Bóg byłby ograniczony w swoim odkupieńczo-zbawczym działaniu. Nota Mater populi fidelis, podobnie jak encyklika Redemptoris Mater św. Jana Pawła II, podkreśla to, co w Maryi macierzyńskie. Ona jako Matka opiekuje się, wspiera, wspomaga, ale nigdy sobą nie zasłania Jezusa. Dokument przywołuje scenę z Kany Galilejskiej, w której Maryja mówi do Jezusa: „Nie mają już wina”, ale nie mówi Mu, co On ma zrobić. Przedstawia problem, a decyzja należy do Jezusa. Maryja zawsze pozostaje w Jego cieniu, wskazując na Niego. Mówi bowiem: „Zróbcie wszystko, cokolwiek wam powie” (J 2,5).
Trafnie wyraził to Sobór Watykański II w VIII rozdziale konstytucji dogmatycznej o Kościele Lumen gentium, pisząc, że Maryja „obecna jest w tajemnicy Chrystusa i Kościoła”.
A na czym polega problem ze sformułowaniem „Pośredniczka wszelkich łask”? Ten zwrot jest bardzo rozpowszechniony w pobożności ludowej.
Podobnie jak „Współodkupicielka”, tytuł „Pośredniczka”, zwłaszcza w brzmieniu: „Pośredniczka wszelkich łask”, rodzi wiele problemów. Jak zaznacza dokument, już kard. Joseph Ratzinger wyjaśniał, że „tytuł Maryi Pośredniczki wszystkich łask nie jest wyraźnie oparty na Boskim Objawieniu” (nr 45). Ponadto tytuł ten sugeruje, że żadna łaska nie może dotrzeć od Boga do człowieka bez udziału Maryi, a więc Przenajświętsza Trójca – Źródło łaski – byłaby ograniczona w dziele uświęcenia. Jak czytamy w nocie, często w pobożności ludowej przedstawia się Matkę Bożą lub wyobraża Ją jako źródło, z którego wypływa wszelka łaska. To stawiałoby Ją w roli Boskiej Osoby, co jest oczywistym błędem dogmatycznym. Tymczasem „uczestniczące pośrednictwo” Maryi polega na tym, że Ona swoim przykładem i wstawiennictwem podprowadza i otwiera nas na Boże działanie. Na tej samej zasadzie możemy mówić o wstawiennictwie czy uczestniczącym pośrednictwie świętych, do których się zwracamy.
Dokument wywołał ogromne poruszenie wśród niektórych wiernych. Zarzuca się mu, że deprecjonuje Maryję i że nastąpiła protestantyzacja katolicyzmu, wręcz zamach na świętość Matki Bożej. Co Ksiądz Profesor odpowiada tym krytykom?
Trudno oprzeć się wrażeniu, że w ostatnim czasie niektóre środowiska podkreślające swą katolickość z zapałem krytykują albo wręcz negują wszystko, czego naucza Kościół. Paradoksalnie w imię troski o czystość wiary i jedność Kościoła brakiem posłuszeństwa wiary szkodzą tej jedności. Podstawą dążenia do świętości jest bowiem pokora, czyli uznanie prawdy (czasem trudnej), którą najpierw trzeba rzetelnie poznać. Tymczasem bardzo często krytycy nauczania Kościoła „ślizgają się po powierzchni”. Uważne zaś wczytanie się w treść dokumentu pokazuje, że nie ma w nim nic, czego Kościół nie uczyłby od stuleci. Nie ma więc mowy o deprecjonowaniu Matki Bożej w jakikolwiek sposób. Wprost przeciwnie, właśnie w trosce o poprawną pobożność maryjną, opartą na Objawieniu Bożym, a nie ludzkich wyobrażeniach, Kościół sprecyzował swe stanowisko, domagając się jednocześnie od duszpasterzy wyjaśniania rodzących się wątpliwości.
Część wiernych czuje się jednak zagubiona, ma poczucie, że Watykan zabrał im coś, co przez lata było ich formą modlitwy.
Śmiem twierdzić, że jest to przesadzona opinia. Doświadczenie duszpasterskie pokazuje, że ogromna większość wiernych, a także wielu duszpasterzy w ogóle nie zauważa, że pojawiają się istotne dla formacji wiary dokumenty Kościoła. Być może tylko nieliczni mają poczucie zagubienia czy „ograbienia”, czy jednak nie jest to przejaw pewnej infantylności wiary i nadmiernego przywiązania do swoich przekonań? Dlaczego, zamiast rozżalenia, nie dostrzegać, jak nowe i szerokie perspektywy otwiera przed nami nauczanie Kościoła?
Na zakończenie 26. Międzynarodowego Kongresu Mariologiczno-Maryjnego w Rzymie (3-6 września br.) papież Leon XIV powiedział, że Kościół potrzebuje mariologii! Potrzebuje jej także polska maryjność. Mamy naprawdę dobrą polską mariologię, zawartą chociażby w licznych materiałach formacyjnych dla Żywego Różańca czy innych wspólnot maryjnych (np. czasopismo „Salvatoris Mater” czy „Zeszyt Maryjny” corocznego Programu Duszpasterskiego Kościoła w Polsce). Problem jednak w tym, że duszpasterze rzadko z nich korzystają. W efekcie brakuje pogłębionej formacji maryjnej. Polska pobożność maryjna w licznych swoich przejawach często okazuje się płytka, emocjonalna, a nierzadko bardziej oparta na folklorze niż Ewangelii.
Pobożność ludowa nie uniknęła niestety uproszczeń – legendarnym jest już tekst jednej ze zwrotek pieśni „Serdeczna Matko”: „…a kiedy Ojciec zagniewany siecze, szczęśliwy, kto się do Matki uciecze”…
To jaskrawy przykład niedojrzałej maryjności, która doświadczenia relacji między ludźmi przenosi na rzeczywistość wiary i obraz Boga. Przywołane zdanie ukazuje Go jako surowego ojca rodziny. Przeciwstawieniem jest łagodna i czuła matka, która broni dzieci przed jego gniewem. To bardzo antropomorficzny (oparty na ludzkim wyobrażeniu) i tym samym fałszywy obraz Boga, który przecież jest Miłością (por. 1 J 4,8), jest bogaty w miłosierdzie.
W omawianej nocie watykańskiej czytamy, iż „należy zatem unikać tytułów i wyrażeń odnoszących się do Maryi, które przedstawiają Ją jako swego rodzaju «piorunochron» wobec sprawiedliwości Pana, jak gdyby Maryja była konieczną alternatywą dla niewystarczającego miłosierdzia Boga” (nr 37).
Co w takim razie powinniśmy zrobić z modlitwami czy pieśniami, w których padają wspomniane zwroty? Przypomina mi się uroczysta śląska pieśń, w której śpiewamy: „Matko Piekarska, Opiekunko sławna, Orędowniczko wszelkich łask” – znowu te „wszelkie łaski”. Czy trzeba zmieniać teksty dawnych pieśni?
Nie, nie trzeba zmieniać, a nawet nie wolno! Trzeba jednak poprawnie je objaśniać! Wielu z tych pieśni nie da się zmienić ze względu na formę muzyczną. Poza tym są to swoiste „zabytki” naszej kultury i cenny przejaw pobożności maryjnej minionych pokoleń.
Podobną sytuację mamy z modlitwą „Ojcze nasz”, którą odmawiamy w szesnastowiecznym tłumaczeniu ks. Jakuba Wujka, jezuity. Słowa: „nie wódź nas na pokuszenie” sugerują, że to Pan Bóg nas kusi. Rozumiemy jednak, że jest to pewnego rodzaju figura retoryczna, której sens jest znacznie głębszy. To samo dotyczy omawianych tu tytułów maryjnych „Współodkupicielka” i „Pośredniczka”. Watykańska nota Mater populi fidelis, wskazując niebezpieczeństwa ich uproszczonej interpretacji, podsuwa jednocześnie, jak właściwie je rozumieć i wyjaśniać Ludowi Bożemu.
Gość Niedzielny
***
Ks. prof. Robert Skrzypczak:
Jak rozumieć współodkupicielstwo Matki Bożej?

***
Współcierpiała z Chrystusem, wraz z Nim ofiarowała Bogu swą udręczoną duszę i ciało, Ją także przebił miecz boleści (por. Łk 2, 35). To, co realizuje się w Matce Bożej, dotyczy z kolei wszystkich pozostałych wierzących. Ona jest Współodkupicielką poprzez trwanie pod krzyżem, poprzez składanie siebie Bogu w ofierze, łączenie swojej własnej pasji z pasją Chrystusa na Kalwarii. To pozwala nam też spojrzeć na nowo na nasze własne choroby, na ból, starzenie się, cierpienie. Nasza wiara zaprasza do uczestnictwa w jedynej ofierze Chrystusa. Poprzez nasze własne utrapienia, lęki i ból możemy łączyć się z Jego umieraniem. W tym sensie nabierają one znaczenia – mówił ks. prof. Robert Skrzypczak.
W nocie doktrynalnej Mater Populi fidelis Stolica Apostolska orzekła, że użycie tytułu „Współodkupicielka” wobec Matki Bożej jest „zawsze niewłaściwe”.
Tytuł ten był tymczasem wielokrotnie używany przez papieży i świętych. Choć jego pobieżne odczytanie może implikować podważenie jedyności zbawczej Chrystusa, to w istocie tytuł ów ma dużą głębię teologiczną i był rozumiany przez katolików w tradycyjny sposób.
O właściwym rozumieniu współodkupicielstwa Matki Bożej mówił ks. prof. Robert Skrzypczak. W książce „Ogień w Kościele”, wywiadzie przeprowadzonym przez Pawła Chmielewskiego, kapłan wyjaśniał, na czym polega taka właśnie rola Maryi. Książka ukazała się w 2021 roku nakładem wydawnictwa Esprit.
– Współodkupicielstwo Maryi domaga się bardzo precyzyjnych sformułowań. Dotycząca go intuicja jest bardzo stara. Przejawiała się w wypowiedziach wielu świętych pochodzących z kręgów pierwszych uczniów św. Ignacego Loyoli oraz św. Alfonsa de Liguoriego. W naszych czasach mówili o niej św. Maksymilian Kolbe i św. Jan Paweł II, papież Pius XI i Pius XII, a także kard. Stefan Wyszyński. Ktoś wyliczył, że w oficjalnym nauczaniu papież Wojtyła nawiązał do współodkupicielstwa Maryi siedem razy. Mówili chętnie o Maryi w tym kontekście także o. Jean Galot, Mark Miravalle i wielu innych wielkich teologów. Ten temat podejmował również ks. Dolindo Ruotolo – powiedział ksiądz profesor.
Jak wskazał, Kościół musi oczywiście mówić o wyjątkowości i jedyności zbawczej Pana Jezusa.
– Potrzebujemy, oczywiście, bronić prawdy o jedyności zbawczej Chrystusa. Chrystus jest jedynym Zbawicielem i Odkupicielem świata. Tylko On umarł na krzyżu. Mówi o tym także św. Paweł w kontekście rywalizacji powstałej w Kościele w Koryncie między nim a Apollosem. Pyta: „[…] Czyż Paweł został za was ukrzyżowany? Czyż w imię Pawła zostaliście ochrzczeni? […] Nikt przeto nie może powiedzieć, że w imię moje został ochrzczony” (1 Kor 1, 13.15). Skoro tylko Chrystus umarł na krzyżu, tylko On jest godzien najwyższej czci. Tylko w Nim objawiła się pełnia bóstwa, tylko w Nim człowiek został do końca i całkowicie uratowany od zła, zbawiony od grzechu, wyniesiony do Bożej chwały. Czy to jednak wyklucza wszelkie współuczestnictwo? Podobne pytanie można sformułować wobec tajemnicy pośrednictwa Chrystusa. Jest prawdą, że Chrystus jest jedynym pośrednikiem między Bogiem a człowiekiem. Mówi o tym św. Paweł w Liście do Tymoteusza (por. 1 Tm 2, 5) – wskazał.
Nie oznacza to jednak, że nie można mówić o współodkupicielstwie Maryi. Dlaczego?
– Chrystus może jednak kogoś w to włączyć, dopuścić do współuczestnictwa w pośrednictwie łaski. W pierwszym rzędzie do pośrednictwa między Bogiem a człowiekiem została włączona Maryja, potem także wszyscy święci, Kościół uwielbiony. W przypadku Matki Bożej jako Współodkupicielki trwa cały czas w Kościele intelektualny i duchowy namysł. Są tacy, którzy mają więcej obaw i mówią: „Nie, powinno się z tego zrezygnować, bo to może naruszyć respekt w sposób wyjątkowy przynależny tylko Chrystusowi”. Inni zaś sugerują, że dzięki kategorii współodkupicielstwa można będzie lepiej wyjaśnić tajemnicę intymnej relacji między ukrzyżowanym Jezusem a jego uczniem poddanym cierpieniu – powiedział ks. prof. Robert Skrzypczak.
Następnie wyjaśniał, co to znaczy, że Chrystus włącza nas do swojej tajemnicy odkupienia.
– Święty Paweł mówił przecież: „już nie ja żyję, ale żyje we mnie Chrystus” (por. Ga 2, 20). Nasza chrześcijańska wiara pozwala nam odkryć sens cierpienia w połączeniu z cierpieniem Chrystusa na Kalwarii. Ofiarowane, złączone z cierpieniem Chrystusa, nasze cierpienie zyskuje nowy sens, wyjątkowe znaczenie. Matka Teresa z Kalkuty mówiła, że może podejmować wiele brawurowych nieraz dzieł misyjnych w Indiach i pracować na rzecz umierających pariasów w Kalkucie, ponieważ pewna chora kobieta z Belgii nieustannie ofiaruje za nią swoje cierpienie. Tak zachodzi mistyczne współdziałanie wiernych w spełnianiu różnych posług w Kościele. Jedni aktywnie działają na rzecz zbawienia innych, drudzy dostarczają im duchowej mocy poprzez składaną codziennie ofiarę poświęcenia, a także łączenie swojego cierpienia z cierpieniem Chrystusa – tłumaczył teolog.
– W Liście do Kolosan św. Paweł napisał, że „ze swej strony w swym ciele dopełnia niedostatki udręk Chrystusa dla dobra Jego Ciała, którym jest Kościół” (por. Kol 1, 24). To znaczy, że Chrystus świadomie włącza nas w swoje cierpienie, w swoje umieranie na krzyżu i w zmartwychwstanie dla odkupienia świata. To Jego inicjatywa i Jego pragnienie. Łączymy się z Nim nie tylko duchem, ale i ciałem. Tajemnica ta przebiega przez sakrament Eucharystii i sakrament namaszczenia chorych, ale także przez eklezjalnie przeżywaną moc wiary w to, że nie jesteśmy sami. Jesteśmy włączeni w Mistyczne Ciało Chrystusa. Jeśli istnieje coś takiego, jak „dopełnianie niedostatków udręk Chrystusa”, to w takim właśnie świetle możemy spojrzeć na Maryję. Była najbliżej Pana jako pierwsza, która została włączona we współdziałanie w Jego dziele odkupienia – dodawał.
Wskazał następnie na cierpienie Matki Bożej.
– Współcierpiała z Chrystusem, wraz z Nim ofiarowała Bogu swą udręczoną duszę i ciało, Ją także przebił miecz boleści (por. Łk 2, 35). To, co realizuje się w Matce Bożej, dotyczy z kolei wszystkich pozostałych wierzących. Ona jest Współodkupicielką poprzez trwanie pod krzyżem, poprzez składanie siebie Bogu w ofierze, łączenie swojej własnej pasji z pasją Chrystusa na Kalwarii. To pozwala nam też spojrzeć na nowo na nasze własne choroby, na ból, starzenie się, cierpienie. Nasza wiara zaprasza do uczestnictwa w jedynej ofierze Chrystusa. Poprzez nasze własne utrapienia, lęki i ból możemy łączyć się z Jego umieraniem. W tym sensie nabierają one znaczenia – podkreślił rozmówca Pawła Chmielewskiego.
Kapłan powołał się następnie na ks. Dolindo Ruotolo.
– To jest intuicja, którą wyczytuję z pism ks. Dolindo. On szedł tą właśnie drogą, widział Maryję jako Współodkupicielkę, która pokazuje nam wszystkim, w jaki sposób możemy dzięki relacji z Nią zostać lepiej włączeni w to współodkupicielstwo. Możemy zostać zaproszeni do uczestnictwa w odkupieniu innych ludzi, w niszczeniu grzechów tego świata, w ratowaniu ludzi od potępienia i prowadzeniu ich do życia wiecznego – zaznaczył.
– Cierpienie fizyczne samo w sobie nie ma sensu. Bóg go na nas bez potrzeby nie nakłada, nie stworzył jakiejś religii masochizmu. Cierpienie wyzute z Chrystusa jest jałowe. Jednakże połączone z ofiarą Chrystusa na krzyżu nabiera niesamowitej siły i wielkiej duchowej płodności. To dotyczy także ewangelizacji. Święty Paweł w Liście do Galatów pisze przecież: „Dzieci moje, oto ponownie w bólach was rodzę, aż Chrystus w was się ukształtuje” (Ga 4, 19). Apostoł uczy, że przepowiadanie Ewangelii, dawanie świadectwa o prawdzie łączy się często z pewnym cierpieniem – powiedział ksiądz profesor.
– To cierpienie jest formą uczestnictwa w umieraniu i zmartwychwstaniu Chrystusa. Pan się nami posługuje, potrzebuje naszego ciała, naszej psychiki, wrażliwości, inteligencji. Kiedy ofiarowujemy ból fizyczny, udrękę duchową, zmęczenie, trud ewangelizowania, także trud wychowywania do wiary innej osoby – wówczas jesteśmy narzędziem Chrystusa. To wszystko może jeszcze oczekiwać na nowe światło, nowe opracowanie. Takie światło może rzucić właśnie tak zwany piąty dogmat maryjny o Matce Bożej jako Współodkupicielce – dodał.
Odniósł się następnie do dogmatu o Wniebowzięciu Maryi. Starał się pokazać, jak ten dogmat rzuca światło na tajemnicę współodkupicielstwa.
– W dogmacie o Wniebowzięciu Maryja skupia w sobie jak w soczewce nasze eschatologiczne przeznaczenie. Jest pierwszą, w której śmierć zostaje pokonana: najpierw w akcie Niepokalanego Poczęcia, a później za sprawą Wniebowzięcia – nie tylko duchowo, ale i cieleśnie. My też będziemy kiedyś duchem i ciałem uczestniczyli w zwycięstwie Chrystusa nad śmiercią. Dogmat o Wniebowzięciu Najświętszej Maryi Panny rzuca światło na nasz udział w misterium paschalnym Chrystusa, w Jego zmartwychwstaniu – mówił ks. prof. Robert Skrzypczak.
– Współodkupicielstwo może otworzyć przed nami perspektywę doświadczenia zbawienia w Chrystusie w ramach naszej tymczasowej egzystencji. Dzisiaj stoimy wobec wyzwania, które św. Paweł nazwał wrogością wobec Chrystusowego krzyża (por. Flp 3, 18). Wielu ludzi szuka dziś w Kościele religii typu terapeutycznego. Nie chcą odkupienia, ale spokoju serca, nawet relaksu, który pozwoli im na skuteczniejsze działanie. Religijna formuła ma sprawić, że poczują się lepiej, zrzucą z siebie ciężar stresu i zwiększą szanse na szczęśliwe życie tu, na ziemi – dodał kapłan.
– Arcybiskup Fulton Sheen, mówiąc o próbie Antychrysta, wyjaśniał, że jest ona związana z pokusą przeżywania chrześcijaństwa bez krzyża. Być może, jeżeli Bóg pozwoli nam dotrzeć do inteligentnie sformułowanego piątego dogmatu maryjnego, ta właśnie prawda wiary rzuci ogromne światło na przeżywanie krzyża w kontekście chwalebnego krzyża zmartwychwstałego Pana. Odkryjemy dzięki niej kod dostępu do udziału w jedynej i wyjątkowej ofierze Chrystusa – zaznaczył.
– Moje własne ofiarowanie się za drugiego nie ma żadnego znaczenia, ale jeśli zostanie ono złączone z ofiarą Chrystusa na krzyżu, Pan włączy moją ofiarę w siebie i spożytkuje ją. Misje potrzebują intensywnej modlitwy; często zakłada się wspierające je klasztory kontemplacyjne. Siła płynąca z dobrowolnego oddania własnego cierpienia Bogu jest zamieniana mocą miłości Chrystusa w potężną broń niszczącą dzieło diabła na tym świecie. Maryja dostarcza nam ogromnej pomocy w odkryciu na nowo Ewangelii krzyża. Jest najpiękniejszym zwierciadłem odbijającym tajemnicę Chrystusa – podsumował ksiądz profesor.
Więcej na ten temat w książce „Ogień w Kościele. Nadzieja w czasach kryzysu”.
Pach/PCh24.pl
______________________
- ,,Współodkupicielka”, – takim tytułem zwracał się do Matki Bożej św. Ludwik Maria Grignon de Montfort. Udział Najświętszej Maryi Panny do naszego zbawienia jest zamierzony przez samego Boga. „Nie potrzebował i dotąd nie potrzebuje koniecznie Najświętszej Panny do swych zamierzeń i dla objawienia swej chwały. Wystarcza Mu bowiem chcieć, by wszystkiego dokonać. Przyjąwszy jednak rzeczywisty stan rzeczy, głoszę, że ponieważ od chwili, gdy ukształtował Najświętszą Pannę, przez Nią rozpoczął i wykończył największe swe dzieła, musimy wierzyć, iż nie zmieni On już swego postępowania aż do skończenia wieków, gdyż jest Bogiem niezmiennym w swych uczuciach i postępowaniach”.
Święty Ludwik opisuje tę uwarunkowaną, ale prawdziwą i rzeczywistą konieczność pośrednictwa Matki Bożej w samym życiu Chrystusa, w uświęcaniu dusz, dla osiągnięcia ostatecznego celu, szczególnie w czasach ostatecznych.
Udział Bożej Rodzicielki na nasze uświęcenie opiera się na Jej wyjątkowym współudziale „przez swe posłuszeństwo, wiarę, nadzieję i żarliwą miłość w przywróceniu duszom życia nadprzyrodzonego. Z tej racji stała się naszą Matką w porządku łaski”. Je macierzyństwo ma „wielorakie orędownictwo”, jako matczyna troska o „braci swego Syna jeszcze pielgrzymujących oraz wystawionych na niebezpieczeństwa i przeciwności aż do chwili ich dojścia do ojczyzny wiecznego szczęścia. Dlatego Kościół zwraca się do Maryi jako do Orędowniczki, Wspomożycielki i Pośredniczki”.
- W Objawieniach w fatimskich Matka Boża powiedziała do Łucji do Santos 13 czerwca 1917 roku, że Jej Syn chce, “abym była bardziej znana i miłowana”. I pragnie, aby “zostało ustanowione nabożeństwo do mojego Niepokalanego Serca”.
- Do Matki Bożej określeniami: „Pośredniczka” i „Współodkupicielka” zwracał się wielokrotnie św. Jan Paweł II łącząc je przede wszystkim z wartością zbawczą naszego cierpienia, ofiarowanego razem z cierpieniem Chrystusa, do którego w sposób szczególny dołącza się Matka Boża, zwłaszcza pod krzyżem”,
***
Roberto de Mattei o dokumencie Watykanu:
Chcieli poniżyć Maryję, ale Dziewica zostanie wywyższona

(Zdrowaś Maryjo, Łaski pełna…)
***
Jesteśmy przekonani, że dziś na świecie istnieje grono kapłanów i świeckich, o szlachetnym i mężnym sercu, gotowych chwycić obosieczny miecz Prawdy, aby głosić wszystkie przywileje Maryi i wołać u stóp Jej tronu: «Quis ut Virgo?» — Któż jak Dziewica? – pisze prof. Roberto de Mattei w odpowiedzi na dokument „Mater Populi fidelis” Dykasterii Nauki Wiary.
16 października 1793 roku wydarzył się bodaj najohydniejszy akt rewolucji francuskiej: stracenie Królowej Francji, Marii Antoniny, po pokazowym procesie przed Trybunałem Rewolucyjnym. O Marii Antoninie pisał Plinio Corrêa de Oliveira: „Są dusze, które stają się wielkie dopiero wtedy, gdy uderzą w nie wichry przeciwności. Maria Antonina, która jako arcyksiężniczka była powierzchowna, a jako królowa niewybaczalnie lekkomyślna, w obliczu wiru krwi i nędzy zalewającego Francję przemieniła się w sposób zdumiewający; i historyk, zdjęty szacunkiem, stwierdza, że z królowej narodziła się męczennica, a z lalki bohaterka.”
21 stycznia został zgilotynowany Król Francji, Ludwik XVI. Papież Pius VI w przemówieniu Quare lacrymae z 17 czerwca 1793 roku uznał w ofierze monarchy „śmierć poniesioną z nienawiści do religii katolickiej”, przyznając mu „chwałę męczeństwa”. Tę samą chwałę — możemy powiedzieć — otrzymała Maria Antonina, winna jedynie tego, że samym swoim istnieniem ucieleśniała zasadę chrześcijańskiej królewskości wobec nienawiści Rewolucji.
Brytyjski pisarz Edmund Burke (1729–1797), w jednym z najpiękniejszych fragmentów swoich „Rozważań o rewolucji we Francji” (1791), pisze:
„Minęło już szesnaście czy siedemnaście lat, odkąd ujrzałem po raz pierwszy Królową Francji, wówczas delfinę, w Wersalu. Zaiste żadne bardziej czarujące zjawisko nie nawiedziło tej ziemi, którą ona zdawała się ledwie muskać stopą. Widziałem ją, jak pojawia się na horyzoncie, niosąc radość i wesele, jaśniejąc niczym jutrzenka, pełna życia, blasku i radości. […] Nigdy bym nie przypuszczał, że dożyję dnia, w którym taki los spadnie na nią w narodzie ludzi tak eleganckich, w narodzie honoru i rycerzy. W mojej wyobraźni widziałem dziesięć tysięcy mieczy dobywających się nagle z pochew, by pomścić choćby spojrzenie, które ośmieliłoby się ją znieważyć. Lecz epoka rycerskości dobiegła końca. Nadeszła epoka sofistów, ekonomów i buchalterów; a chwała Europy została zgaszona na zawsze.”
Dziś, po dwóch stuleciach, słowa brytyjskiego pisarza powracają na myśl wobec wydarzenia o znacznie poważniejszym ciężarze. 4 listopada 2025 roku, w domu generalnym jezuitów, zaprezentowano Mater Populi fidelis, „notę doktrynalną” Dykasterii Nauki Wiary, na której czele stoi kardynał Víctor Manuel Fernández.
Dokument obejmuje osiemdziesiąt paragrafów poświęconych „właściwemu rozumieniu tytułów maryjnych”, mających rzekomo wyjaśnić, „w jakim sensie pewne wyrażenia odnoszone do Najświętszej Maryi Panny są dopuszczalne lub nie”, oraz umiejscowić Ją „we właściwej relacji do Chrystusa, jedynego Pośrednika i Odkupiciela”.
Z głębokim bólem zapoznaliśmy się z tym tekstem, który pod słodkawym tonem skrywa treść zatrutą. W chwili dziejowego zamętu, kiedy wszystkie nadzieje serc gorliwych kierują się ku Najświętszej Dziewicy, Dykasteria Nauki Wiary pragnie pozbawić Ją tytułów Współodkupicielki i Pośredniczki wszelkich łask, sprowadzając Ją do kobiety jak każda inna: „matki wiernego ludu”, „matki wierzących”, „matki Jezusa”, „towarzyszki Kościoła” — jak gdyby można było zamknąć Matkę Boga w kategorii czysto ludzkiej, odbierając Jej wymiar nadprzyrodzony. Trudno w tych słowach nie dostrzec ukoronowania posoborowego nurtu mariologicznego, który w imię „złotego środka” wybrał minimalizm poniżający postać Najświętszej Maryi Panny.
Maria Antonina przedstawiała królewskość ziemską, będącą odbiciem królewskości Bożej, lecz kruchą, jak wszystkie rzeczy ludzkie: jej tron runął pod naporem furii rewolucyjnej. Natomiast Najświętsza Maryja Panna jest Królową powszechną — nie z nadania ludzkiego, lecz z łaski Bożej. Jej tron nie znajduje się w pałacu, lecz w sercu samego Boga. „Najwyższy – mówi św. Ludwik Grignion de Montfort – zstąpił do nas doskonale i bosko przez pokorną Maryję, nie tracąc nic ze swego Bóstwa i świętości. I przez Maryję mali mają wznosić się doskonale i bosko ku Najwyższemu, niczego się nie obawiając” („Traktat o prawdziwym nabożeństwie do Najświętszej Maryi Panny”, nr 157).
Ludzie mogą próbować „ściąć Jej głowę”, sprowadzając Ją do zwykłej kobiety, lecz Maryja pozostaje Matką Boga, Niepokalaną, zawsze Dziewicą, Wniebowziętą, Królową Nieba i ziemi, Współodkupicielką i Pośredniczką wszelkich łask. Albowiem — jak wyjaśnia św. Bernardyn ze Sieny — „każda łaska udzielona ludziom wypływa z potrójnej uporządkowanej przyczyny: od Boga przechodzi do Chrystusa, od Chrystusa przechodzi do Dziewicy, a od Dziewicy przychodzi do nas” (Kazanie VI na święta Najświętszej Maryi Panny, rok 1, cz. 2).
Dlatego — wedle św. Augustyna, cytowanego przez św. Alfonsa Marię Liguoriego — wszystko, co mówimy na chwałę Maryi, zawsze jest za mało wobec tego, na co zasługuje w swej wzniosłej godności Matki Boga (Chwały Maryi, t. I, Redemptoryści, Rzym 1936, s. 162).
Edmund Burke ubolewał, że nie znalazło się dziesięć tysięcy mieczy gotowych stanąć w obronie królowej Marii Antoniny „wobec choćby jednego spojrzenia, które by śmiało ją zelżyć”. Jesteśmy przekonani, że dziś na świecie istnieje grono kapłanów i świeckich, o szlachetnym i mężnym sercu, gotowych chwycić obosieczny miecz Prawdy, aby głosić wszystkie przywileje Maryi i wołać u stóp Jej tronu: «Quis ut Virgo?» — Któż jak Dziewica?
Na nich zstąpią łaski potrzebne do walki w tych burzliwych czasach. I być może — jak zawsze dzieje się w historii, gdy próbuje się zaciemnić światło — dokument Dykasterii Nauki Wiary, który pragnie pomniejszyć chwałę Najświętszej Maryi Panny, mimowolnie potwierdzi Jej niewysłowioną wielkość.
Roberto de Mattei
Corrispondenza Romana/PCh24.pl
***
Rachunek sumienia – codzienne przygotowanie do Bożego sądu

Przebieg sądu po śmierci pozostaje w związku z tym, na ile człowiek trwa w pokorze, świadomy własnej grzeszności. Bardzo tej świadomości pomaga osobisty rachunek sumienia.
PEXELS
***
Przebieg sądu nad nami „z tamtej strony” ma związek z osądem, jaki przeprowadzamy nad samymi sobą „z tej strony”.
Gdy przed laty Lew Rywin, bohater największej afery III RP, dowiedział się, że jego korupcyjna propozycja na rzecz „grupy trzymającej władzę” została nagrana, miał powiedzieć: „To mnie zabijcie”. To podobno częsta reakcja osób, którym w sposób bezsporny udowodniono winę. Niektórzy nawet, nie mogąc znieść utraty dobrej opinii, sami próbują się zabić. Zapewne w odruchu tym kryje się nadzieja ucieczki przed odpowiedzialnością i nieznośnym wstydem. Świadomi chrześcijanie wiedzą, że to najgorsza rzecz, jaką można zrobić, bo do wszystkich win, które się popełniło, człowiek dokłada grzech samowolnego przerwania swojego życia. Tym samym ktoś taki pozbawia się łaski odpokutowania złych czynów i odnalezienia pokory tu, na ziemi. Bo to istotnie wielka łaska, choć bardzo bolesna, gdy człowiek musi zwrócić społeczeństwu niesłusznie przywłaszczony sobie jego szacunek i gdy, tracąc wszystko, co nieuczciwie zagarnął, musi wypłacić się ziemskiej sprawiedliwości.
To żałosne złudzenie, że ucieczka z tego życia anuluje długi moralne, znosi odpowiedzialność za czyny popełnione na ziemi i pozwala uniknąć wstydu. Nic podobnego – tam wszystko jest „nagrane”. I trzeba będzie zmierzyć się z tym bez żadnych wymówek, bez żadnej zasłony, w przeraźliwej nagości sięgającej dna duszy. Nie pomoże RODO i nawet powiedzieć „zabijcie mnie” nie będzie można, no bo, człowieku, właśnie nie żyjesz.
Paliwo i tlen
Gdy święta Faustyna zadeklarowała: „Od dziś pełnię wolę Bożą, wszędzie, zawsze, we wszystkim”, usłyszała głos w duszy: „Od dziś nie lękaj się sądów Bożych, albowiem sądzona nie będziesz”. To wielki przywilej, ale też konsekwencja życiowych decyzji. „Nie sądźcie, a nie będziecie sądzeni” – mówi Jezus (Łk 6,37). A zatem przebieg sądu po śmierci pozostaje w związku z tym, na ile człowiek trwa w pokorze, świadomy własnej grzeszności. Bardzo tej świadomości pomaga osobisty rachunek sumienia. Chodzi o życiową przejrzystość. „Ty masz upodobanie w ukrytej prawdzie” (Ps 51,8) – modli się Dawid, złamany przez cudzołóstwo i zbrodnię, których się dopuścił. Ucieczka przed prawdą nigdy nie kończy się powodzeniem.
Kłamstwo jest paliwem, a prawda jest tlenem, który sprawia, że zakłamany człowiek, o ile się nie opamięta, musi kiedyś zapłonąć ze wstydu. Lepiej zmierzyć się z prawdą teraz niż potem. A najlepiej mierzyć się z nią stale.
Faustyna żyła w prawdzie. „W medytacji o śmierci przygotowałam się jako na rzeczywistą śmierć; zrobiłam rachunek sumienia i przetrząsnęłam wszystkie sprawy swoje w obliczu śmierci, i dzięki łasce sprawy moje nosiły na sobie cechę celu ostatecznego, co przejęło serce moje wielką wdzięcznością ku Bogu, i postanowiłam na przyszłość jeszcze z większą wiernością służyć Bogu swemu. Jedno [jest ważne] – aby całkowicie dokonać śmierci starego człowieka, a zacząć życie nowe” – pisała w październiku 1937 roku.
Rachunek z wdzięczności
Rachunek sumienia jest praktyką szczególnie polecaną i stosowaną przez św. Ignacego Loyolę, a tym samym przez jego duchowych synów z zakonu jezuitów. Założyciel zakonu badał swoje sumienie codziennie, a nawet częściej. O. Krzysztof Osuch SJ w kwartalniku „Życie duchowe” nazywa to „swoistą obsesją refleksyjności”, podkreśla jednak, że nie wynikało to z chorobliwego poczucia winy, ale z fascynacji miłością zaofiarowaną mu przez Boga. Św. Ignacy nie katował siebie świadomością swojej grzeszności – jego rachunek sumienia wynikał z potężnego pragnienia zanurzania się w miłości Trójcy Świętej, wyrażania swojej wdzięczności i sprawdzania, czy w minionym czasie jego działanie odpowiadało tej miłości. Jeśli zauważył uchybienia, od razu za nie przepraszał i postanawiał poprawę. W swoich Ćwiczeniach duchownych (nr 43) Loyola przedstawił sposób odprawianego przez siebie rachunku sumienia:
Punkt 1. Dziękować Bogu, Panu naszemu za otrzymane dobrodziejstwa.
Punkt 2. Prosić o łaskę poznania grzechów i odrzucenia ich precz.
Punkt 3. Żądać od duszy swojej zdania sprawy od godziny wstania aż do chwili obecnego rachunku. Czynić to, przechodząc godzinę po godzinie lub jedną porę dnia po drugiej, a najpierw co do myśli, potem co do słów, a wreszcie co do uczynków.
Punkt 4. Prosić Pana, Boga naszego o przebaczenie win.
Punkt 5. Postanowić poprawę przy Jego łasce.
Odmówić „Ojcze nasz”.
Świadomość zła
Ojciec Krzysztof Osuch zwraca uwagę, że „wchodząc w trzeci punkt rachunku sumienia, codziennie antycypujemy szczegółowy sąd Boży”. Można więc powiedzieć, że „żądanie od duszy swojej zdania sprawy od godziny wstania aż do chwili obecnego rachunku” jest codziennym przygotowaniem się do sądu, który czeka nas po śmierci. Taki rachunek sumienia w jakiś sposób wyprzedza tamto spotkanie. Jezuita wskazuje, że trzeba przezwyciężyć pewien wstępny opór i zniechęcenie. „Za niedługo spotkamy się »twarzą w twarz« z naszym Stwórcą i zdamy Mu sprawę z bycia panem siebie i Ziemi” – zauważa zakonnik. Odwołując się do pierwszego punktu rachunku sumienia, zaleca przypomnienie sobie troskliwej miłości Boga i sprawdzenie, czy i jak odpowiadaliśmy na tę miłość.
„Raz po raz, i to przez całe lata, okazuje się, że nasza miłość do Boga jest jak rosa o poranku lub chmury na świtaniu (por. Oz 6,4); pojawia się, trwa krótko i znika. Ta powtarzająca się sytuacja ma oczywiście swoje poważne konsekwencje. Gdy słabnie lub znika żywe odniesienie do miłości Boga, wtedy aktywizują się nasze pożądania. Przyjmujemy bałwochwalcze postawy wobec stworzeń, gdy nie dostrzegamy ich Stwórcy, i przywiązujemy się do nich. Skłonni jesteśmy zagracać nasze serca przeróżnymi rzeczami do tego stopnia, że brak już w nim miejsca dla przeżywania serdecznej więzi z Panem Jedynym!” – podkreśla duchowny. Dodaje, że prawdziwie szczere nawrócenie wiąże się ze zdemaskowaniem własnego grzechu i uświadomieniem sobie okropności, jaką jest rozmijanie się z miłością Boga.
Wyprzedzanie sądu
Uczciwe przyznawanie się do swoich grzechów i cierpliwa praca nad ich odrzuceniem przynoszą owoce. To od nas zależy, czy przyjmujemy Boże usprawiedliwienie, które obmywa nas z każdej winy, czy też obkładamy się paliwem grzechu.
Grzechy wyznane i odpokutowane nie będą dla nas w życiu przyszłym źródłem bólu, lecz wdzięczności za tak wielkie miłosierdzie Boże, jakiego doświadczyliśmy. Nawet ciężki złoczyńca, który w ostatniej chwili życia zdobywa się na uczciwe wyznanie grzechów, dostępuje usprawiedliwienia. Uczy o tym przypadek Dobrego Łotra, którego Jezus kanonizował, wisząc na krzyżu. Złoczyńca stanął w prawdzie, uznając słuszność swojej kary, więc wszedł do życia wiecznego bez maski, a za to z najgłębszą pokorą i wdzięcznością.
Kto praktykuje szczery rachunek sumienia z intencją korygowania swojego postępowania w świetle woli Bożej, ten nie będzie musiał przed Bogiem „świecić oczami” – sam już swoje winy zobaczył i za nie żałował. I podziękował dobremu Ojcu za przebaczenie.
Franciszek Kucharczak/Gość Niedzielny






